Goniec

Register Login

Życie polonijne

wtorek, 14 sierpień 2012 00:07

Kursy muzyczne dla młodzieży kanadyjskiej w Krakowie

Napisane przez

Dużym sukcesem młodzieży i organizatorów zakończyła się wyprawa do Polski i krajów Europy Centralnej w ramach "Credit Course – Music & History", który przez ponad dwa tygodnie odbywał się w Krakowie, a następnie uczestnicy zwiedzili Pragę, Wiedeń, Budapeszt oraz Poprad i Stary Smokowiec na Słowacji.


Uczestnikami tego programu była młodzież szkół katolickich, prywatnych i publicznych, z terenu Ontario, klas 11 i 12. Młodzież uczestniczyła w codziennych prezentacjach i zajęciach muzycznych (gra na instrumentach, lekcje śpiewu, próby chóru) w Akademii Muzycznej w Krakowie prowadzonych przez dr. Andrzeja Rozbickiego, który wspólnie z trustee TCDSB Barbarą Popławską był pomysłodawcą tego programu. 25 uczestników kursu podczas pobytu w Polsce miało okazję dokładnie zwiedzić Kraków, Kopalnię Soli w Wieliczce, Obozy Zagłady w Oświęcimiu i Brzezince, Zakopane z wyjazdem kolejką linową na Kasprowy Wierch i Niepołomice. Studenci wzięli również udział w wyprawie Wisłą do klasztoru w Tyńcu, spływie Dunajcem ze Szczawnicy w Pieninach, zwiedzali zamki w Pieskowej Skale i Ogrodzieńcu. Młodzież brała udział w wielu wydarzeniach muzycznych odbywających się w Krakowie i okolicy. Uczestniczyliśmy w koncercie w Filharmonii Krakowskiej, otwierającym Festiwal Muzyki Polskiej, w przedstawieniu operowym w wykonaniu studentów z Wrocławia, słuchaliśmy muzyki organowej w wielu kościołach, a kilku studentów uczestniczyło w Mistrzowskich Warsztatach Wokalnych prowadzonych przez słynną prof. Helenę Łazarską z Wiednia. Mieszkając w Krakowie na Kazimierzu, mieliśmy blisko na Festiwal Muzyki Żydowskiej na ulicy Szerokiej, w którym wzięło udział ponad 10.000 widzów. W niedzielnych Mszach Świętych uczestniczyliśmy w Kościele Mariackim i kościele Na Skałce oraz w Katedrze Chrystusa Króla w Katowicach.

zdjęcia przedstawiają: 

 Studenci z Kanady na tarasie Akademii Muzycznej w Krakowie.

Studenci przy popiersiu Karola Szymanowskiego w przerwie koncertu w Filharmoni Krakowskiej

Wielkie wrazenie zrobila na nas Opera w Wiedniu. 

Andrzej Rozbicki ze swoim argentynskim studentem z Kanady na Kasprowym Wierchu.


Do Katowic wybraliśmy się na koncert z okazji 80. rocznicy urodzin polskiego kompozytora Wojciecha Kilara w wykonaniu ponad 150 artystów: Narodowej Orkiestry Symfonicznej w Katowicach wraz z zawodowymi chórami z Poznania, Katowic i Krakowa.
Prof. Wojciech Kilar w rozmowie ze studentami po koncercie obiecał przyjechać do Kanady na koncert 27 października 2012 r. do Living Arts Centre w Mississaudze. Celebrity Symphony Orchestra przygotowuje również koncert z okazji 80. urodzin kompozytora. W koncercie tym, mam nadzieję, wezmą udział uczestnicy programu "Music & History". Nad dwoma utworami, które znajdą się w programie koncertu, pracowaliśmy w Krakowie.
Chciałbym w tym miejscu podziękować konsulowi generalnemu RP w Toronto p. Markowi Ciesielczukowi za pomoc w organizacji tej wyprawy. Dziękuję osobom opiekującym się młodzieżą podczas wyjazdu, a byli to: Barbara Popławska, Alfred Zawadzki, Krystyna Bieńko, Pat Flude, Leigha Cooney i Isaias Garcia, który codziennie filmował naszą wyprawę i krótkie filmiki zamieszczał na YouTube, aby rodzice i nasi kibice mogli być informowani na bieżąco. Filmiki te można obejrzeć poprzez stronę www.rozbicki.com i kliknąć na Music & History link znajdujący się po prawej stronie.


Dziękuję serdecznie firmie "Piast" z jej właścicielem Zdzisławem Wójcikiem na czele za znakomite przygotowanie naszego wyjazdu.
Szczególnie dziękujemy naszemu pilotowi podczas całej wyprawy Pawłowi Jędruchowi. Serdecznie dziękuję Redakcji "Gońca" za promocję tego kursu i wyprawy do Polski i Europy Centralnej.


Wszystkich chętnych do wzięcia udziału w podobnej wyprawie o zmienionej trasie w lipcu 2013 prosimy o zgłoszenia: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..
"Credit Course – Music & History", zakończył się pisemnym egzaminem w Krakowie a studenci otrzymają zaliczenie przedmiotu zatwierdzone przez Ontario Ministry of Education. Jestem przekonany, że była to znakomita promocja Polski w Kanadzie.


dr Andrzej Rozbicki
Toronto

sobota, 06 październik 2012 10:48

Pietrzak dzisiaj w Toronto

Napisane przez
niedziela, 05 sierpień 2012 11:23

Nowy ordynariusz diecezji odesko-symferopolskiej

Napisane przez

 

Pierwszym ordynariuszem nowej diecezji, utworzonej w roku 2002, został ks. bp Bronisław Bernacki, urodzony w roku 1944 w Murafie w regionie winnickim. Polak ukończył wcześniej seminarium duchowne w Rydze, gdzie otrzymał też świecenia kapłańskie w roku 1972 z rąk kardynała Julijansa Vaivodsa. Później duszpasterzował w Barze i sąsiednich parafiach. W roku 1995 został proboszczem w Murafie. Od tego czasu był także wikariuszem generalnym diecezji kamieniecko-podolskiej.
    Jego konsekracja biskupia odbyła się w lipcu 2002 roku w Kamieńcu Podolskim, a ingres do katedry w Odessie miał miejsce kilka dni później. Sakrę biskupią przyjął ks. Bernacki z rąk kard. Mariana Jaworskiego, metropolity lwowskiego obrządku łacińskiego, a za swoje motto biskupiej posługi ks. bp. Bernacki wybrał słowa przez Maryję do Jezusa.
    Warto tu przypomnieć, że na Ukrainę przybyło w tym czasie wielu księży diecezjalnych, zakonników oraz sióstr zakonnych z Polski i innych krajów zachodnich. Skorzystali oni z możliwości podjęcia posługi duszpasterskiej na terenie nowo powstałego państwa i nowej diecezji. W morzu olbrzymich potrzeb lokalnego Kościoła, wydatnie wpłynęli oni na proces odtwarzania istniejących niegdyś ośrodków duszpasterskich i powstawania nowych placówek.
    Szybkie postępy w pracy duszpasterskiej na terenie południowej Ukrainy są w dużej mierze zasługą ks. prałata T. Hoppego SDB. Dziś z perspektywy czasu bez wahania można powiedzieć, że był to prawdziwy mąż opatrznościowy, dzięki któremu Kościół przetrwał i mógł w niedługim czasie odrodzić się oraz stworzyć podwaliny pod przyszłą jednostkę administracyjną Kościoła rzymskokatolickiego – diecezję odesko-symferopolską. Uważa się, że gdyby nie prowadzone w Odessie w czasach ZSRS duszpasterstwo, nie byłoby szans na odbudowę tamtejszego Kościoła do rangi odrębnej diecezji.


    odessaJednym z wielu przykładów jest parafia p.w. Wniebowzięcia NMP w Odessie, gdzie po odzyskaniu świątyni i jej wyremontowaniu znacznie zwiększyła się liczba wiernych, biorących czynny udział w życiu religijnym. Po kilku latach świątynia gromadziła już tłumy katolików.
    Obserwując wszystkie pozytywne zmiany, hierarchowie odradzającego się na Ukrainie Kościoła katolickiego doszli, na początku XXI wieku, do przekonania, że istniejące struktury administracyjne są niewystarczające. Rozległość i wielkość diecezji kamieniecko-podolskiej czyniły administrowanie mało skutecznym. Niedomagania te miały duży wpływ na obniżający się prestiż wspólnot katolickich w oczach innych grup religijnych, zwłaszcza niechętnie nastawionej Cerkwi prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego.
    Widząc i rozumiejąc te trudności, Stolica Apostolska zdecydowała się na zmiany w dotychczasowej strukturze Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie. I tak, 4 maja 2002 roku powstały dwie nowe diecezje: odesko-symferopolska i charkowsko-zaporoska, które wydzielono z terenów dotychczasowej diecezji kamieniecko-podolskiej.
    Pierwsza z wymienionych jednostek administracyjnych Kościoła, znajdująca się w centrum naszych zainteresowań, podzielona została na pięć dekanatów, pokrywających się terytorialnie z okręgami administracji państwowej. Są to zatem: dekanat odeski, kirowogradzki, mikołajowski, chersoński i krymski.
    W roku 2010 powstały kolejne dekanaty ze stolicą w Bałcie, wykrojony z części dekanatów odesskiego i mikołajowskiego i ze stolicą w Biłgorod Dniestrowskim wykrojony w całości z dekanatu odeskiego, obejmujący swym zasięgiem ukraińską część Besarabii (zwany też dekanatem besarabskim). Wówczas to również zmieniono nazwę dekanatu krymskiego na wikariat krymski.


    Nowa diecezja obejmuje obszar 138 tys. km kw., zamieszkany przez około 8 mln ludzi. Katolicy stanowią na tym terenie niewielki ułamek procentu mieszańców, co daje łącznie kilkanaście tysięcy dusz. Za patronów nowo powstałej diecezji obrano papieży męczenników – świętych Klemensa I i Marcina I.
    Erygując diecezję odesko-symferopolską, bł. Jan Paweł II nawiązał do dawnej diecezji tyraspolskiej. I choć stolica dawnego biskupstwa Saratów nie znalazła się w granicach nowej jednostki, to jednak objęła swym zasięgiem sporą część obszarów pozostających dawniej pod jurysdykcją biskupów tyraspolskich. Nowa diecezja przejęła po poprzedniczce swą specyfikę, związaną z kulturową i religijną odmiennością ziem u północnych wybrzeży Morza Czarnego i Półwyspu Krymskiego od pozostałych obszarów państwa ukraińskiego.


    1. Ks. bp Bronisław BernackiKatedrą biskupią nowej diecezji ustanowiono dawną prokatedrę diecezji tyraspolskiej p.w. Wniebowzięcia NMP w Odessie. Wraz z biskupem-nominatem ordynariuszem diecezji charkowsko-zaporoskiej Stanisławem Padewskim (ur. 1932) wszedł on w skład Konferencji Episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie.
    Zadanie, jakie spoczęło na barkach ordynariusza odesko-symferopolskiego, nie było łatwe. Mimo pozytywnych symptomów pozostawało nadal wiele nierozwiązanych problemów, w tym był brak odpowiedniego mieszkania dla ordynariusza diecezji. Wszystkie budynki należące niegdyś do parafii p.w. Wniebowzięcia NMP, jak również gmach seminarium duchownego diecezji tyraspolskiej zajęte były przez różnego rodzaju instytucje państwowe. Dopiero z czasem udało się wykupić lokal w przyległej kamienicy, w którym urządzono kurię biskupią oraz mieszkania dla księży i posługujących przy parafii sióstr. Podczas prac remontowych przy katedrze, w pomieszczeniach usytuowanych po lewej stronie od prezbiterium, nad zakrystią, urządzono mieszkanie dla pasterza diecezji, w którym mieszka on do dzisiaj.                                                                                                                                           

W Odessie są też liczne pamiątki polskie. W ciągu tygodnia odprawiana jest tam codziennie Msza św. w języku polskim, a w każdą niedzielę jedna z trzech, w której uczestniczy ponad 100 osób. W czasach carskich mieszkało w Odessie ok. 40 tys. Polaków, którzy mieli tam swój kościół. W parku miejskim stoi dziś pomnik Adama Mickiewicza, a w centrum miasta jego popiersie. Sama zaś katedra była budowana przez polskiego architekta, a projektowaniem wnętrza, przy odbudowie świątyni, zajmował się architekt krakowski Marek Cholewka.
    Na frontonie katedry stoi pomnik Papieża Polaka Jana Pawła II, wykonany przez artystów z Chorągwicy koło Wieliczki. Jego uroczystego poświęcenia dokonał kard. Stanisław Dziwisz. Nie można też zapomnieć o bogatej i owocnej pracy charytatywno-wychowawczej polskich sióstr franciszkanek Rodziny Maryi, działających w konspiracji.
Tekst i zdjęcia
Leszek Wątróbski
Szczecin

piątek, 03 sierpień 2012 18:50

Obchody 68. rocznicy Powstania Warszawskiego w Mississaudze

Napisane przez

 

W środę, 1 sierpnia, obchodziliśmy 68. rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego. Kanadyjska Polonia oddała hołd Bohaterom tamtych dni i cześć Poległym w walce o niepodległą Polskę.
Uroczystości rozpoczęły się o godzinie 19.00 Mszą Świętą w polskim kościele im. św. Maksymiliana Kolbe w Mississaudze. Na Eucharystii, pomimo okresu wakacyjnego oraz dnia powszedniego, zgromadziło się wielu Polaków, którym bliskie są sprawy Polski, w tym członkowie Koła Sympatyków PiS w Kanadzie. Trzeba podkreślić, że większość świąt i rocznic ważnych historycznych wydarzeń obchodzona jest w Kanadzie w pierwsze niedziele po aktualnej dacie odpowiadającej danemu wydarzeniu. Inicjatywa obchodzenia rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego dokładnie 1 sierpnia, w środę, należy do rzadkości i trzeba wyrazić uznanie dla organizatorów, że zdecydowali się na taki krok. To ważne, aby czcić istotne święta właśnie w dniach, w których obchodzimy ich rocznice, gdyż są to daty symboliczne i przesuwanie obchodów na inne terminy dla wygody osób chcących w nich uczestniczyć jest błędem. Pozbawia bowiem Polaków tej istotnej dla historii Polski symboliki.


Kazanie wygłosił ojciec Wojciech Stangel, który opowiedział zgromadzonym wiernym historię swojego kolegi, któremu pewne życiowe wydarzenie zmieniło spojrzenie na rzeczywistość. W drugiej klasie szkoły średniej był pasjonatem sportu. Codziennie biegał po okolicznym lesie. Obok lasu znajdowała się mogiła Powstańców, którzy zostali rozstrzelani podczas II wojny światowej przez hitlerowców. Łukasz znał historię poległych tam pochowanych. Wiedział, co się wydarzyło, jednak wydawało mu się, że to go nie dotyczy, że jest to odległe i mało istotne. Żył teraźniejszością, skupiał się na tym, co będzie jutro. Któregoś dnia, kiedy mijał to miejsce, zauważył starszego, okołoosiemdziesięcioletniego mężczyznę stojącego z rękami podniesionymi do góry i modlącego się. Zdecydował się podejść do starszego pana. Ów mężczyzna zapytał Łukasza: "Młody człowieku, czy wiesz, co wydarzyło się w tym miejscu?". Chłopak odpowiedział, że wie, że uczył się na historii. Mężczyzna kontynuował: "Na pewno nikt ci nie powiedział, że też miałem tutaj zginąć. Niemal w ostatniej chwili udało mi się uciec, bowiem czuwa nade mną Opatrzność Boża. Dlatego każdego roku przychodzę tu i mówię Im, czego tu doświadczyłem. Staram się też żyć jak najlepiej, jestem Im to winien". Po tych słowach mężczyzna pochylił się, wziął do ręki trochę ziemi i podsunął mu pod nos i zapytał: "Czujesz? W tej ziemi jest pot, łzy i krew tych, którzy ponieśli śmierć dla ciebie po to, abyś mógł śnić, abyś mógł marzyć i abyś w wolnym kraju mógł te swoje marzenia realizować. Pamiętaj, że jesteś Ich dłużnikiem". Starszy pan spojrzał w niebo i powiedział: "Kiedy ginęli, też było takie piękne, słoneczne niebo, a oni tak bardzo chcieli żyć". Ojciec Wojciech zapytał wszystkich, czy wiedzą, jakie było niebo w czasie, kiedy za nas ginęli ci, którzy walczyli o Polskę. Podkreślał, że Niebo jest tym, do czego jako chrześcijanie dążymy. "Spójrzmy w Niebo z tęsknotą, tak jak patrzył król Władysław pod Grunwaldem, jak patrzył król Jan III Sobieski pod Wiedniem, jak patrzyli Powstańcy Warszawscy i wielu innych wybitnych naszych rodaków. Spójrzmy z wiarą i prośmy Boga o błogosławieństwo, aby każdy z naszych rodaków mógł cieszyć się pokojem, mógł cieszyć się radością z tego, kim jest, aby był dumny ze swojej historii. (...) nie wolno zapomnieć nam o tych, którzy nauczyli nas, co to znaczy kochać ojczyznę" – głosił ojciec Stangel.


Po Eucharystii odbyło się nabożeństwo do Matki Bożej Nieustającej Pomocy między innymi w intencji Ojczyzny. Następnie wszyscy odśpiewali "Boże coś Polskę" i udali się pod pomnik Patrioty mieszczący się obok Centrum Kultury im. Jana Pawła II. Pomnik ten "jest wyrazem hołdu i wdzięczności znanym i nieznanym rodakom, dla których służba Ojczyźnie, obrona wiary i wolności były najwyższym celem". Tak napisano na tablicy pamiątkowej. Został postawiony w 1987 roku w Place Polonaise w Grimsby przez Związek Polaków w Kanadzie, dedykowany bohaterom I i II wojny światowej, przekazany w 2008 r. Kongresowi Polonii Kanadyjskiej, Okręg Mississauga, z inicjatywy którego został ozdobiony godłem Polski i Kanady oraz słowami bł. Jana Pawła II. Następnie został przeniesiony na plac Jana Pawła II przy Centrum Kultury w Mississaudze. Na pomniku widnieją napisy w języku polskim i angielskim: "Za wolność Waszą i naszą. Dla uczczenia polskich uchodźców, imigrantów i ochotników z Kanady i Stanów Zjednoczonych, których wysiłki przyczyniły się do odrodzenia wolnej i niepodległej Polski w dniu 11 listopada 1918 roku; a także w hołdzie polskim żołnierzom, którzy podczas II wojny światowej walczyli o wolność w Polsce i w obcych krajach i których marzenie o wolnej ojczyźnie nigdy nie zgasło".


Pod pomnikiem zebrało się około stu osób, w tym wielu członków Koła Sympatyków PiS. Uroczystości zorganizowane zostały przez Kongres Polonii Kanadyjskiej, Okręg w Mississaudze, i rozpoczęły się zapaleniem zniczy oraz złożeniem kwiatów pod pomnikiem przez wiceprezesa KPK Okręg w Mississaudze Stanisława Kulinę oraz członka Zarządu Głównego KPK Henryka Gadomskiego. Po złożeniu kwiatów Prezesi Kongresu zabrali głos.
Kolejno przemawiali zaproszeni Powstańcy, którzy opowiedzieli o walkach w Śródmieściu Warszawy. Weteran, pan Andrzej Łysakowski ps. "Kozak" ze Zgrupowania AK "Chrobry", opowiedział o tym, jak cudem uszedł z życiem, kiedy to zamienił się z kolegą na łóżka, w miejscu gdzie nocowali, i pocisk, który wpadł do ich pokoju, zabił jego przyjaciela. Wspominał, jak został ranny, jak był w niewoli i jak był potraktowany przez miejscową ludność, która krzyczała "bandyci" na widok Powstańców. Mówił o tym, jak traktowali ich Niemcy, kiedy byli w niewoli, i jak wkroczyli Rosjanie. Opowiadał o amerykańskich samolotach i obozach jenieckich. Był wówczas młodym, kilkunastoletnim chłopcem. Kiedy jechał wraz z kompanami pociągiem do obozu, amerykański nalot spowodował, że wagon, który miał zostać odczepiony, pozostał z pociągiem i tym sposobem pan Andrzej pojechał wraz z innymi w głąb Niemiec i nie trafił do obozu. W dalszej drodze wojska angielskie bombardowały pociąg i nastąpił odwrót. Jeńców zabrano do obozu. Tam kazano im podpisać dokumenty w nieznanym dla nich języku, które później okazały się zrzeczeniem się praw kombatanckich. W obozie dla jeńców wszyscy witali Weteranów Powstania z wielką radością i nadzieją, gdyż fakt, iż bili się oni przez 63 dni z Niemcami, świadczył o słabości Niemców i przewidywał nadchodzący koniec wojny.


Po zakończeniu przemówienia Powstańca Łysakowskiego głos zabrał drugi zaproszony na tę uroczystość Weteran, pan Kazimierz Mikos ps. "Bażant" również ze Zgrupowania AK "Chrobry II", który rozpoczął swoje przemówienie od wyjaśnienia zebranym, dlaczego pisze się historię. "Historię pisało się dla władców, dla żołnierzy, kiedyś nazywali się rycerzami, i trzecia grupa, dla których pisali, to byli powstańcy. (...) władcą się jest zawsze, chociaż się nie pełni funkcji, to samo rycerzem (...), no a powstaniec dlatego, że w historii narodów w ogóle, duża część tych, którzy później władali tymi krajami, to właśnie byli powstańcy. Czym się różnią od tych rycerzy? Różnili się tym, że to byli ochotnicy i tak zostało do dzisiaj. I Powstańcy Warszawscy również byli ochotnikami." Pan Kazimierz udział młodzieży w Powstaniu przypisał jako zasługę II Rzeczpospolitej. Sam był 14-latkiem, kiedy brał udział w walkach w Śródmieściu Warszawy. "Powstaniec pozostaje Powstańcem do końca życia" – twierdzi Weteran. Podczas wojny wszyscy młodzi chcieli walczyć dla Polski. Przypominał o tym, że na około 30 powstań, które miały miejsce, tylko cztery były ogólnonarodowe, w których udział brali "Polacy wszystkich ziem", tj. Kościuszkowskie, Listopadowe, Styczniowe i Warszawskie. Powstaniec Mikos dostał się do oddziału po tym, jak znalazł paczkę 30 nabojów, którą przekazał żołnierzowi. Ten podał mu adres, gdzie się ma zgłosić, i tak został Powstańcem. Znał dobrze Warszawę, był początkowo przewodnikiem. W Powstaniu zginęło bardzo wielu ludzi, w tym 18 tysięcy Polaków i tyle samo Niemców. Jednak Niemcy mieli we władaniu czołgi, samoloty i artylerię, a Polacy tylko karabiny. Stał się cud – nieuzbrojeni ludzie walczyli 63 dni. Powstanie było moralnym zwycięstwem – zreasumował Weteran.


Pomiędzy przemówieniami zaproszonych gości harcerze ze Związku Harcerstwa Polskiego odśpiewali kilka znanych pieśni, między innymi "Hymn Szarych Szeregów", "Bagnet na broń" i "Pałacyk Michla". Uroczystości zakończyły się odśpiewaniem hymnu narodowego Rzeczypospolitej Polskiej.
Pomimo iż jeszcze w tym roku uroczystości odbyły się w kameralnym gronie i były skromne pod względem organizacyjnym, to jednak trzeba zauważyć, że sam fakt zorganizowania obchodów rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego zasługuje na uznanie dla organizatorów. Było to na pewno jedno z nielicznych, jeżeli nie jedyne, miejsce w okręgu torontońskim, w którym pamiętano o Bohaterach Warszawy. Jeżeli więcej osób się zmobilizuje do pomocy w organizacji takich przedsięwzięć, do nagłośnienia sprawy, do zapewnienia jeszcze lepszej oprawy, to będziemy mogli mieć pewność, że pamięć o Tych, którzy oddawali swoje życie za Niepodległą Polskę, nigdy nie zaginie, a następne pokolenia Polaków mieszkających w Kanadzie będą lepiej znały historię ojczyzny swoich przodków, a tym samym będą lepiej rozumiały polskość. Jeżeli chcemy, aby Polska nigdy nie zginęła, musimy nieustannie o to zabiegać, a jak trzeba to i walczyć. To od nas zależy. To my decydujemy tu i teraz o tym, co będzie później. To od nas zależy ,czy nasze dzieci będą dalej Polakami. Zachęcam wszystkich do wspólnej pracy dla naszej ukochanej Polski i przyszłych Jej pokoleń, również tych pokoleń, które żyją już na stałe gdzie indziej, ale w duszy i sercu wciąż mają polskość. Bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy zorganizowali te uroczystości, właśnie 1 sierpnia, i wszystkim, którzy w nich uczestniczyli.


Barbara Rode – Toronto

DSCN1629
Na początku czerwca br. w sali Domu Polskiego przy ulicy Solidarność Place w Hamilton odbyły się ostatnie przesłuchania finalistów oraz koncert laureatów już XLII Konkursu Recytatorskiego im. Marii i Czesława Sadowskich organizowanego pod auspicjami Fundacji im. Władysława Reymonta. W niedzielne południe, po Mszy św. w kościele pod wezwaniem św. Stanisława Kostki, odprawionej w intencji recytatorów, rozpoczęły się przygotowania do finałowej gali. Po rejestracji uczestników konkursu, którzy zakwalifikowali się do finału na podstawie wcześniejszych przesłuchań, ich rodziców, rodziny oraz zaproszonych gości powitała Monika Karpińska, członkini Komitetu Organizacyjnego Konkursu. Pani Monika zapoznała obecnych z regulaminem, który obowiązywał będzie uczestników finału.


Do udziału w konkursie zgłoszono aż 246 uczniów z polonijnych szkół podstawowych i średnich. Do finału zakwalifikowano 39 recytatorów. Finalistów przesłuchiwało jury podzielone na dwie grupy. Jedna grupa sędziów oceniała dzieci w wieku od 4 do 11 lat, a druga młodzież w wieku 12-19 lat. W siedmioosobowej grupie sędziów znaleźli się: Lidia Buźny (Cambridge), Iga Górska (London), Natalia Kusendova (Mississauga), Aleksander Siwiak (Hamilton), Danuta Stopa (Polska), Stanisław Szaflarski (St. Catharines) i Maria Walicka (Oakville).


Po przesłuchaniach wszystkich przybyłych recytatorów i po krótkiej przerwie oraz smacznym obiedzie Kazimierz Chrapka, prezes Fundacji im. Władysława Reymonta, dokonał oficjalnego otwarcia Koncertu Galowego Laureatów. Powitał zaproszonych gości i przekazał pozdrowienia od Danuty Łaski z Polski – prezesa Fundacji im. Władysława Stanisława Reymonta w Lipcach Reymontowskich i od jej honorowego prezesa i byłego wójta gminy Lipce Reymontowskie, Jerzego Kabata. K. Chrapka bardzo serdecznie powitał recytatorów, ich rodziców i nauczycieli, liczną grupę z Montrealu i Vancouveru, oraz delegację z Polski, której przewodniczyła Danuta Stopa, nauczycielka języka polskiego z LII Liceum im. Władysława Stanisława Reymonta w Warszawie. Towarzyszyli jej laureaci VII Ogólnopolskiego Konkursu Recytatorskiego pt. "Mówimy Reymontem" Izabela Tatara z Kleszczowa, Natalia Nadaj z Zabrodzia i Radosław Wołkowycki z Warszawy. Swoją obecnością zaszczycili galę laureatów: konsul RP Marzena Baranowska, Maria Walicka, prezeska Związku Nauczycielstwa Polskiego w Kanadzie, Danuta Warszawska – jedna z założycieli Fundacji im. Władysława Reymonta w Kanadzie, była prezeska ZG Związku Polaków w Kanadzie, piastująca obecnie funkcję prezeski Koła Przyjaciół Fundacji Jana Pawła II w Toronto, członkini Rady Fundacji Jana Pawła II z siedzibą w Watykanie, Monika Karpińska, prezeska ZNP – Oddział w Hamilton, Marek Miąsik, prezes Grupy 1 ZPwK w Toronto, Stanisław Szaflarski – "Gazda", architekt, który jest między innymi projektantem kościoła polskiego w Brampton, Janina Mazuń, prezeska Chóru "Symfonia", oraz prezes Placówki 315 Royal Canadian Legion Adam Biesiadecki, a także liczne grono nauczycielskie z wielu miast Kanady (Montreal, Vancouver, Oshawa, Toronto, Burlington, Mississauga, Kitchener, London, St. Catharines i oczywiście Hamilton).


Nad sceną w Domu Polskim widniał napis, motto konkursu, ze słowami Jana Pawła II "Nie bój się, nie lękaj się! Wypłyń na głębię!". Zdobywcy złotych, srebrnych i brązowych medali w poszczególnych grupach wiekowych, ponownie wystąpili przed jury konkursu, walcząc o najbardziej prestiżową nagrodę, jaką jest wyjazd do Polski na VIII Ogólnopolski Konkurs Recytatorski pt. "Mówimy Reymontem", który odbędzie się w Kleszczowie w październiku 2012. Oficjalnym zwycięzcą konkursu został Dominik Ludera z Montrealu. Jednak ze względu na fakt, że reprezentował on już Polonię w Kanadzie i Fundację im. W. Reymonta w Polsce w 2008 roku (regulamin wyklucza bowiem z wyjazdu uczestnika, który już raz wygrał i był w Polsce), do Polski pojedzie Annette Szeliga (grupa wiekowa 16-19 lat) i Martynka Szewczyk (grupa wiekowa 6-7 lat), obydwie z Hamilton, które zwyciężyły w swoich kategoriach wiekowych. Zasługi kanadyjskich nauczycieli, dzieci, młodzieży, rodziców, wychowawców, ich zapał i ciężką pracę podkreślili w swoich krótkich wystąpieniach między innymi: Marzena Baranowska, Danuta Stopa, Maria Walicka, Stanisław Szaflarski, Monika Karpińska, Aleksandra Florek i inni nauczyciele. Wszystkim należy się uznanie i ogromny szacunek za to, że polska mowa rozbrzmiewa pięknie w Kanadzie i nigdy, mam nadzieję, nie zaginie!


Zmiany regulaminowe wprowadzone w 2007 roku przez Fundację im. Władysława Reymonta umożliwiające udział w konkursie dzieci i młodzieży z całej Kanady zdały egzamin i wpłynęły na dalszy wzrost prestiżu konkursu. Kazimierz Chrapka w imieniu członków i kuratorów Fundacji im. W. Reymonta podziękował nauczycielom i rodzicom za przygotowanie dzieci i młodzieży do konkursu. W imieniu organizatorów konkursu recytatorskiego powiedział: "mamy świadomość, że stwarzamy dzieciom i młodzieży polonijnej warunki do głębszego poznania literatury polskiej i atmosfery do rozwoju intelektualnego w oparciu o nasze dziedzictwo kulturowe. Jesteśmy dumni z bardzo wysokiego poziomu recytacji konkursowych. Dziękując, gratulujemy wszystkim, którzy brali udział w każdej fazie konkursu. W naszych odczuciach każdemu z recytujących należy się medal za chęci, odwagę i wielki wysiłek. W konkursie nie było zwycięzców i zwyciężonych, po prostu wygrała cała Polonia, nasze uzdolnione dzieci i młodzież".
Ucztą dla duszy były recytacje gości z Polski. Nie było chyba na sali nikogo, kto by nie zauważył, że pani Danuta Stopa przywiozła najlepszych z najlepszych. Z prawdziwą przyjemnością można było oklaskiwać recytatorów z Polski. A dla uczestników z Kanady była to piękna lekcja i zachęta do dalszej pracy nad wzbogacaniem ojczystego języka. W pięknie wydanym informatorze, którego szatę graficzną zaprojektowała hamiltońska malarka Danuta Nitoń, możemy się dowiedzieć, dlaczego konkurs jest nazwany imieniem Marii i Czesława Sadowskich. "Maria i Czesław Sadowscy to pionierzy emigracji z lat dwudziestych, działacze Związku Polaków w Kanadzie, fundatorzy stypendiów akademickich, współtwórcy Katedry Historii Polski na Uniwersytecie w Toronto. Trud swej pracy przekazali na konto Fundacji im. Władysława Reymonta w celu utrzymania polskiego dziedzictwa kulturowego w Kanadzie. POLSKOŚĆ BYŁA ICH DUMĄ – NASZĄ NIECH BĘDZIE POWINNOŚĆ."


A oto czas, by przedstawić Polonii laureatów w poszczególnych kategoriach wiekowych: Dziewierz Michał i Serra Amelia (4-5 lat), Szewczyk Martynka, Gardziński Maja, Nowak Jakub (6-7), Królicki Sonia, Wołowiec Julia, Jaroma Justyna (8-9), Ludera Patryk, Nikloaev Antonina, Serra Adriana, Woźniak Jakub (10-11), Łuksza Patryk, Przystupa Józefina, Sagan Izabela (12-13), Kapron Magdalena, Ludera Agata, Jaroma Grzegorz (14-15), Szeliga Annette, Ludera Dominik, Sagan Aleksandra (16-19).

Na sukces konkursu zapracowali też inni i tu należy wymienić sponsorów, którymi byli: Wiesława Chrapka, Bożena Kukiełka, Grażyna Charczuk, którzy nieodpłatnie udzielili noclegu i gościny dla delegacji z Vancouver i z Polski. Dużo pracy organizacyjnej poświęcili wolontariusze: Karolina Chrapka, Piotr Chrapka, Kristina Grzegorczyk i Katarzyna Rapacz. W sekretariacie konkursu pracowali: Barbara Karpińska, Filip Chrapka i Małgorzata Berłowska. Nad całością pieczę sprawował Komitet Koordynacyjny: Kazimierz Chrapka, Danuta Azman-Zielińska, Lidia Buźny, Aleksandra Florek i Monika Karpińska.


O historii konkursów recytatorskich napisała kiedyś obszernie Danuta Warszawska, dlatego fragmentem jej wspomnień chciałbym zakończyć artykuł o tym przepięknym dla nas, na kanadyjskiej ziemi, święcie polskiej mowy. "W tym roku mottem finału konkursu jest maksyma Ojca Świętego Jana Pawła II – Wy jesteście przyszłością świata! Wy jesteście nadzieją Kościoła! Wy jesteście moją nadzieją!. On tak bardzo kochał dzieci i młodzież. Wiemy, jak wspaniale czuł się wśród nich. Wiemy, jak piękną pisał poezję, jak wspaniale grał w sztukach teatralnych jako młody student w Krakowie. Piękne albumy obrazujące pontyfikat Jana Pawła II będą w tym roku nagrodą dla wszystkich uczestników finału. Dołóżmy wszelkich starań, aby Konkurs Recytatorski Fundacji im. Władysława Reymonta trwał. Niech żyją w zdrowiu, radości i pomyślności wszyscy uczestnicy konkursu. Niech żyją w zdrowiu ich nauczyciele i ich rodzice. Niech święto polskiej mowy trwa." Oby dzięki tym, którzy dbają o nią w każdym zakątku ziemi, Polska była zawsze Polską.


Dla redakcji "Gońca" z Hamilton
Aleksander Siwiak

czwartek, 02 sierpień 2012 23:26

Nasza minisonda z nr. 31

Napisane przez


sonda31-1Tadeusz
- Ogląda Pan olimpiadę może? - Oglądam, bo jestem starym sportowcem. - Nie drażni Pana, że dzisiaj w tych ekipach reprezentacjach narodowych to jest tak, że ludzie pochodzą z różnych krajów - u Brytyjczyków grają ludzie z Afryki, u Niemców grają Polacy? - Nie mamy wpływu na to. - Wiem, że nie mamy na to wpływu... - Ja też się przygotowywałem do olimpiady w 72 i w 76 do Montrealu. Mnie to denerwuje. - A czy to nie jest tak, że ci sportowcy są coraz bardziej jak wynajęci pracownicy? - Sport w tej chwili to nie jest sport, tylko pełna komercjalizacja. - Liczą się tylko pieniądze? - To nie tak jak ja jechałem kiedyś tylko za dietę. - A Pan był na olimpiadzie? - Akurat nie zakwalifikowałem się. - A w jakiej dyscyplinie? - Kolarstwo. Polska była potęgą, a jak patrzę teraz na to wszystko... Oglądałem wyścig, to płakałem. Żona mówi do mnie, wyjdź. Wożą się na końcu grupy, a on mówi, że jedzie po medal. Mój kolega jest jego trenerem. Aż nie mogę mówić, bo się denerwuję.

 

Magda - Ogląda Pani olimpiadę? - Czasami, jak mam czas. - A co Pani sądzi o tym, że w wielu zespołach narodowych grają przedstawiciele innych narodów. Czy reprezentacje narodowe przestają mieć sens? - Ja wiem, to jest dziwne, ale tak jest wszędzie. - To jak to zrobić, bo dawniej rywalizowała powiedzmy Polska przeciwko Niemcom. - Ale to samo jest w piłce nożnej. - No właśnie, cały sport jest już taki teraz. Czy to nie traci sensu? - To jest nie w porządku, bo jak na przykład Polaków wykupują do drużyny niemieckiej i nie wiadomo, czy to jest fair. Trudno powiedzieć. - Nie sądzi Pani, że może rywalizacja powinna być indywidualna? - Tak mi się wydaje, że to nie jest w porządku, ale nic z tym nie zrobimy, bo teraz narodowości wszędzie się mieszają - na przykład jak tutaj w Kanadzie, ilu znajdziemy Kanadyjczyków? Tak samo w Stanach. Do Polski też przyjeżdżają teraz inne narodowości. - No właśnie, co z tym zrobić, jak tę olimpiadę zorganizować? - Nie mam zielonego pojęcia. Nie wygramy z nimi.

sonda31-4Kazimierz - Ogląda Pan olimpiadę? - Nie, nie mam czasu. - Dzisiaj wszystko w sporcie jest przemieszane i w drużynach reprezentacjach narodowych grają sportowcy, którzy są skądinąd - Chińczycy u Brytyjczyków, Afrykańczycy u Francuzów. Jak to zorganizować, Pana zdaniem, żeby miało sens? - Proszę Pana, to są już pretorianie, a nie jakieś drużyny narodowe, o wszystkim decydują pieniądze. - Może ci ludzie powinni startować indywidualnie, reprezentować siebie? - Nie, to się tak nie da, chyba że już nie istnieją państwa. - Ale co z tym zrobić? - Nie oglądać. Piłki nożnej nie oglądam od 1974 roku. Od olimpiady w Monachium. Za dużo tego było, za dużo świństwa. Pamiętam dokładnie wtedy w Warszawie na delegacji byłem, strasznieśmy to przeżywali, ale jak zaczęli grać w wodzie po kostki... - Od tego czasu dał Pan sobie spokój? - Dałem sobie spokój. To nie jest sport.


sonda31-2Czesław - Ogląda Pan olimpiadę? - Jak najbardziej! - Nie przeszkadza Panu, że w tych reprezentacjach narodowych bardzo często występują ludzie urodzeni gdzie indziej - że u Brytyjczyków grają ludzie z Afryki, u Francuzów Chińczycy? - To niczemu nie przeszkadza. - Nie przeszkadza? - Czemu ma przeszkadzać?! Tak powinno być, jedno z drugim powinno być zgrane. - Nie sądzi Pan, że to nie jest już sport amatorski? - To jest zawodowe. Oni trenują na to porządnie przez kilka lat, to nie jest takie proste.


sonda31-3Bożena - Ogląda Pani olimpiadę? - Nie, bo w Polsce byłam. Byłam bardzo zajęta i wczoraj wróciłam. - Rozumiem. A nie przeszkadza Pani, że w tych reprezentacjach narodowych są ludzie na chybcika dokooptowani z innych nacji? Czy to tak ma być? - No, wolałabym swoje reprezentacje, ale szczerze mówiąc, spędzałam czas tak intensywnie w Polsce, że nie zdążyłam pomyśleć o tym. - A może olimpiada powinna być rozgrywana indywidualnie, tak aby każdy reprezentował tylko siebie? - Chyba tak!



piątek, 27 lipiec 2012 16:58

Święcenie pojazdów

Napisane przez

W niedzielę, 22 lipca, obchodziliśmy dzień świętego Krzysztofa, patrona kierowców i podróżników. W tym dniu tradycją jest święcenie pojazdów w polskich parafiach na terenie kraju i poza granicami. Imię Krzysztof z greckiego Christophorus oznacza "niosący Chrystusa". Święty Krzysztof z Azji Mniejszej żył w III wieku naszej ery. Był potężnym mężczyzną o brzydkiej twarzy, który zamieszkał nad rzeką Jordan i używając swojej siły, przenosił przez rzekę podróżników. Pewnego dnia przeniósł dziecko, które było nadzwyczaj ciężkie. Dzieckiem tym był sam Chrystus, który wyznał: "Dźwigasz cały świat, gdyż ja jestem ten, któremu służysz pomagając innym". Jezus przywrócił Krzysztofowi normalny wygląd. Od tamtej pory Krzysztof czcił Chrystusa i nauczał. Był poddawany torturom, które miały odwieźć go od wiary, ale on nigdy się nie poddał. Później stał się patronem mostów, miast położonych nad rzekami, żeglarzy i pielgrzymów, a obecnie jest znany jako patron kierowców i podróżników.


W kościele świętego Maksymiliana Kolbe o godzinie 16.00 olbrzymi parking należący do parafii i pobliskiego Centrum Kultury im. Jana Pawła II wypełnił się po brzegi samochodami. Były też ciężarówki, motocykle i rowery. Święcenie pojazdów rozpoczęło się modlitwą, której przewodniczył goszczący w tym dniu w parafii arcybiskup metropolita poznański Stanisław Gądecki. Po wspólnej modlitwie arcybiskup Gądecki oraz proboszcz parafii ojciec Janusz Błażejak wraz z innymi księżmi i ministrantami obeszli parking i po kolei święcili wszystkie stojące tam auta. Ministranci wręczali zebranym specjalne Różańce do samochodów.


Wcześniej tego dnia, o godzinie 11.00, arcybiskup Gądecki celebrował Mszę Świętą. W swoim kazaniu nawiązał do niedawno ogłoszonego wiernym planu pojednania Kościoła katolickiego i Cerkwi rosyjskiej i apelował o jedność wśród chrześcijan. W sierpniu br. ma zostać podpisany przez Kościół katolicki w Polsce i Kościół prawosławny w Rosji, przygotowany przez Konferencję Episkopatu Polski i rosyjski Kościół prawosławny dokument, który dotyczyć będzie perspektywy głębszego braterstwa między chrześcijanami i narodami. W celu podpisania dokumentu do Polski przyjedzie Cyryl I, patriarcha Kościoła w Rosji. Dokument ma być pierwszym krokiem do pojednania Kościołów polskiego i rosyjskiego, do słów: "wybaczamy i prosimy o wybaczenie". Cyryl I ma w planie podarowanie Kościołowi katolickiemu w Polsce ikony Matki Boskiej Smoleńskiej.


Arcybiskup Stanisław Gądecki głosił w swoim kazaniu, iż wszyscy chrześcijanie, bez względu na denominację, narodowość, rasę czy jakąkolwiek przynależność są uczniami Chrystusa, misjonarzami, których Chrystus obdarzył jednakową miłością. Podkreślił, iż pomimo często uzasadnionych niechęci w stosunku do innych narodowości ze względu na skomplikowaną historię Polski, musimy potrafić wybaczać i stać razem z innymi chrześcijanami w zgodzie, musimy wyciągać do innych rękę właśnie dlatego, że jesteśmy uczniami Chrystusa i to jest nasz obowiązek i nasza misja.


Tekst i zdjęcia
Barbara Rode

piątek, 27 lipiec 2012 11:41

Spisy ludności

Napisane przez

 

    Polacy, którzy w XIX wieku zjawili się w Nowej Zelandii, bardzo rzadko uważani byli za Polaków. Nie mieli przecież ani polskich paszportów ani żadnych innych oficjalnych polskich dokumentów. Legitymowali się dokumentami krajów zaborczych, a więc głównie Prus, i za takich zazwyczaj byli uważani.
    Trudno jest dziś dokładnie określić liczbę polskich emigrantów z tego okresu. Spis ludności przeprowadzony w Nowej Zelandii w roku 1874 wykazał liczbę zaledwie 60 Polaków, w tym 8 kobiet. Dane te trudno uznać za wiarygodne. Na pokładach bowiem sześciu pierwszych statków, które w latach 1872-1873 przypłynęło blisko 200 Polaków. Takie dane znaleźć można na listach pasażerów statkowych.
    Niewiarygodne dane wykazał również kolejny spis ludności z roku 1878, kiedy to narodowość polską podały zaledwie 132 osoby. Według tego spisu, najwięcej Polaków mieszkało: w prowincjach Westland: w Hokitika, Greymouth i Jackson's Bay – razem 44 osoby, kolejnych 30 Polaków mieszkało w prowincji Otago: w Greytown/Allanton i Warhola, a reszta w okolicy Auckland.
    Następny spis ludności z roku 1896 wykazał liczbę 101 Polaków, a w roku 1921 – 339 Polaków mieszkających w: Wellingtonie i prowincji – 109 osób oraz w prowincjach: Taranaki – 82, Auckland – 79, Otago – 53, Canterbury – 30, Westland – 15, Hawke's Bay 12 i Nelson – 4 osoby. Spis z roku 1921 wykazał 339 Polaków urodzonych w Polsce oraz 1620 osób z polskich rodziców: 947 mężczyzn i 673 kobiet.
    Spór o narodowość polskich emigrantów, uważanych często za Prusaków lub Niemców, jest bezprzedmiotowy. Oni sami uważali się bowiem za Polaków, którzy musieli uciekać z kraju przed zaborcami. Innego zdania jest jednak nauka niemiecka, która stawia tezę, jakoby nasi rodacy z zaboru pruskiego byli Niemcami. Takie poglądy można znaleźć w pracy dr. Jamesa N. Bade czy dr Brigitte Boniach-Brednich.
    W pracach tych autorzy przedstawiają wielu badaczy i emigrantów w Nowej Zelandii jako Niemców, nie biorąc pod uwagę ich polskiego pochodzenia. Tak czynią autorzy: z Janem Rajnoldem i Janem Jerzym Forsterami z Gdańska, Gustawem von Tempskym, rodziną Subritzkich oraz polskimi osadnikami z Taranki, Christchurch, Otago, Jackson's Bay i Wairarapa, których potomkowie po dziś dzień demonstrują swoje polskie pochodzenie.
    Nowozelandzcy Polacy byli przedstawieni jako Niemcy tylko dlatego, że pochodzili z ziem polskich znajdujących się pod zaborem niemieckim. Niemieccy badacze stawiali obywatelstwo wyżej niż narodowość, bez postawienia pytania o tożsamość badanych.
    W wielu też miejscowościach zamieszkiwanych przez Polaków, np.: w Allanton na Wyspie Południowej, Polacy nazywani byli powszechnie "niemieckimi Polakami". Bernard Fabisch, urodzony w Inglewood na Wyspie Północnej w roku 1889 i mieszkający tam do roku 1975, wspominał, jak jego ojciec często mówił, że w domu byliśmy prześladowani przez Niemców, a tutaj, w Nowej Zelandii, uważają nas za Niemców.
    Nowozelandzcy urzędnicy zasadniczo też uznawali polskich emigrantów za obywateli Niemiec albo Prus, bo na listach statkowych przedstawiani byli zazwyczaj jako Niemcy albo Prusacy.
    Dodatkowym argumentem dla urzędników nowozelandzkich w uznawaniu Polaków za Niemców lub Prusaków była ich znajomość języka niemieckiego. Dziś na internetowej stronie miasteczka Inglewood na Wyspie Północnej, budowanego przez polskich emigrantów, które przez lata było i nadal jest ważnym ośrodkiem tradycji polskich w Taranaki, czytamy m.in., że w Inglewood i okolicy osiedlali się imigranci z Anglii i Polski i zaraz za nazwą naszego kraju, w nawiasie, że… niektórzy z nich mówili po niemiecku, co mogło być rozumiane przez niektórych, że mogli to być Niemcy z Polski.


    Także język nie zawsze może być wykładnikiem narodowości. Pochodząca z Carterton na Wyspie Północnej Cecylia M. Cudby, w rozmowie z dr. J.W. Pobóg-Jaworowskim powiedziała, że jej matka Lucy (Łucja) miała 17 lat, kiedy przyjechała do Nowej Zelandii, i znała bardzo dobrze język niemiecki. Ze swoją rodziną porozumiewała się jednak głównie po polsku i w tym języku modliła się do końca życia w roku 1943, kiedy to skończyła 78 lat. Jej zaś ojciec Michał Hoffman korespondował po polsku z rodziną w Polsce.
    Wśród polskich emigrantów w Nowej Zelandii byli też i tacy, którzy języka niemieckiego nie znali. Pamiętając zaś doznane od Niemców krzywdy, nie lubiło ich i uczyć się ich języka nie chciało. Ich potomkowie, nadal mieszkający w Nowej Zelandii, opowiadali o swoim polskim pochodzeniu, zachowując nadal swe polsko-kaszubskie tradycje.
    Innego zdania od badaczy niemieckich jest wielu naukowców nowozelandzkich. Dr R.A. Lochore uważa np., że: podczas gdy zdecydowana większość imigrantów z Niemiec była pochodzenia germańskiego, to Leopold Hartman zauważył w prowincjach Taranaki, Wairapa i Canterbury przypadki tzw. Prusaków, których językiem ojczystym był polski i którzy bez wątpienia uważali się za Polaków. Nieokreślona liczba tzw. pruskich emigrantów z ubiegłego wieku była w rzeczywistości Polakami z Prus Zachodnich i Poznańskiego.
    Polskości emigrantów nie może też podważyć niemiecka pisownia ich nazwisk. Tak było np. z ks. Michaelem Uhlenbergiem ze Stratford w prowincji Taranaki, który w rozmowie z dr. J.W. Pobóg-Jaworowskim powiedział mu: pewno, że my Polaki.
    Za Polaków uważali się również Baumgartowie, noszący także niemieckie nazwisko, podobnie jak wielu innych rdzennych Kaszubów. Polskie tradycje w Nowej Zelandii zachowywali też: Bachman, Bucholtz, Gehrke, Hese, Hoffman, Klempfeld, Laugher, Max, Mueller, Osten, Peter, Rader, Rimmerman, Schielke, Schmitz, Schroeder, Stiller, Teike, Treder, Weilman, Wattembach, Zimmerman.
    Wielu emigrantów polskich w Nowej Zelandii nosiło też nazwiska zniemczone. Tak je zapisano w gminach pruskich, gdzie przyszli na świat, albo zniekształcono, zapisując fonetycznie na listach statkowych, tworzonych przez niemieckich przewoźników. Byli wśród nich: Bischewski, Polaschek, Bonish, Marschlan, Plechalosch, Jacubowitz, Lukaschewski, Ninsky, Scholkowski, Wischnowski czy Burzutzki.
    Spisami ludności polskiej w Nowej Zelandii zajmowało się wiele tamtejszych organizacji polonijnych – m.in. Polish Heritage of Otago and Southland w Dunedin oraz Polish Genealogical Society of New Zealand w New Plymouth ze swoimi prezesami Paulem Klimkiem i Rayem Watemburgiem.


Tekst i zdjęcia:
 Leszek Wątróbski
Szczecin

sobota, 28 lipiec 2012 09:32

Nasza minisonda z nr. 30

Napisane przez


sonda30-7Darek
- Mówi się o tym, żeby sprzedawać piwo w narożnych sklepach. Pana zdaniem, to dobry pomysł, żeby alkohol był w supermarketach, tak jak jest w Europie czy w USA? - Uważam, że tak. - Tłumaczy się obecny stan tym, że monopol przeciwdziała alkoholizmowi, że młodzież trudniej jest kupić. - Młodzi zawsze znajdą drogę do tego, żeby kupić alkohol, jeśli będą mieli na to ochotę, a myślę, że w ten sposób złamie się monopol LCBO. - Ale to jest monopol państwowy, skarb państwa, podatnicy na tym zarabiają? - Państwo będzie i tak zarabiało na podatkach. Teraz trzeba jeździć kilometrami, żeby kupić piwo czy wino, a tak byłoby to dostępne w każdym sklepie, więc moim zdaniem byłoby dużo lepiej.


sonda30-3Małgorzata - To dobry pomysł, żeby alkohol był w każdym sklepie? - Nie, bardzo niedobry pomysł. - Dlaczego? - Dlatego, że uważam, że tutaj bardzo dużo ludzie piją, tylko nie chodzą po ulicach, jak w Polsce, a jeżdżą - stąd tyle też wypadków. - Myśli Pani, że jest tutaj większe spożycie alkoholu niż w Polsce? - Nie wiem, czy jest większe, ale nie myślę, by było mniejsze. - Sądzi Pani, że powinno się jeszcze bardziej utrudniać dostęp do alkoholu? - Jestem tego zdania, jak najbardziej, tak samo jak z paleniem papierosów. - Czy alkohol powinien być reglamentowany? - Nie wiem, czy reglamentowany, ale na pewno mniej dostępny niż w tej chwili. Uważam, że jest go za dużo.


Anonimowo - Mówi się o tym, że alkohol powinien być dostępny w narożnych sklepach; Pani zdaniem, to dobry pomysł, czy powinien być raczej w sklepach monopolowych? - W monopolowych. - Dlaczego? - Ze względu na młodzież.


sonda30-2Ryszard - Złożono niedawno petycję, żeby można było kupować u Chińczyka piwo, alkohol w supermarkecie, uważa Pan, że to dobry pomysł? - Raczej nie - Uważam, że dobrze jest, jak jest. - Tak Pan myśli? - Tak mi się wydaje. - Dlaczego? Dlaczego byłoby niedobrze, skoro tak jest w USA czy w Europie? - Nie mam pojęcia, ale wtedy byłby za duży dostęp. - Niech zostanie jak jest? - Tak, jest wtedy jest większa kontrola.


sonda30-1.jpgZbigniew - Mówi się o tym, by alkohol był dostępny w sklepach spożywczych, Pana zdaniem to dobry pomysł, żeby znieść monopol LCBO, czy raczej nie? - Raczej chyba nie, dlatego że jak będzie bardziej dostępny, będzie większe pijaństwo, każdy będzie miał bardzo łatwy dostęp. Tak to trzeba się do tego liquor store'u wybrać, pojechać, a tak... - Ale w Polsce i USA jest łatwy dostęp. - Mnie się to nie podoba, to co jest w Stanach. - Jest Pan za tym, żeby został monopol? - Monopol, jak monopol, bo teraz dyktują ceny, jakie chcą. - Ale i tak podatkami by dyktowali... Może by był tańszy alkohol w innych sklepach, ale jeżeli będzie tańszy, to będzie łatwiejszy dostęp i koło się zamyka. I wtedy co zrobić - jeszcze więcej będzie wypadków wandalizmu.

piątek, 20 lipiec 2012 20:26

Niebo i Piekło

Napisane przez


sks1

Od kilkudziesięciu lat w Kanadzie, i nie tylko w Kanadzie, specjaliści od ulepszania człowieka, czyli na większą skalę społeczeństwa, skrupulatnie odsuwają Boga i wartości rodzinne od szkół, urzędów, środków masowego przekazu, różnego typu organizacji... lista jest bardzo długa.

Niestety, jest to tylko skutek odwrotny do zamierzonego – postępujące zezwierzęcenie osoby ludzkiej. Zezwierzęcenie, które prowadzi do cierpienia i tragedii niewinnych osób, jak choćby tych, którzy zginęli podczas BBQ na ulicy Danzig w Scarborough.
Odbywają się pochody promujące zboczenia i karykaturę rodziny, jak choćby parada równości, karnawały nafaszerowane narkotykami, przemocą i wyuzdaniem – na przykład Caribana, gwiazdy muzyki, zwłaszcza rap, gloryfikują zło. Powstają kolejne paragrafy, zakazy i ograniczenia praw, które nie dają nic poza pieniążkami do kieszeni np. prawników. Strzelcom sportowym, myśliwym czy posiadającym broń farmerom, którzy ze swej farmy do najbliższego skupiska ludności jadą godzinami – utrudniane jest życie.
Oczywistym rozwiązaniem problemu jest odnalezienie Boga i 10 Przykazań Bożych, wielki skok cywilizacyjny w... Toronto. Jak to jest, że w Stanach Zjednoczonych w regionach, gdzie dostęp do broni i amunicji jest najbardziej ograniczony, jest najwięcej przestępstw, i odwrotnie, są stany, gdzie można chodzić z bronią za paskiem i wszystko jest OK, liczba przestępstw różnego rodzaju i tych z użyciem broni jest znikoma. Są to zupełnie dwa inne światy, inne cywilizacje. Czy Toronto będzie nadal staczać się w dół jak zbuntowany wobec Boga anioł?

Czy SKS będzie "restricted"?
Od czasu do czasu pocztą pantoflową rozpowszechniane są w środowisku strzeleckim pogłoski o rzekomym przeniesieniu klasyfikacji SKS-a z non-restricted do kategorii restricted.


Samozariadnyj karabin sistema Simonow jest chyba najbardziej popularnym karabinem na ziemi kanadyjskiej ze względu na swoją niezawodność, prostą budowę, niewygórowaną cenę i równie niedrogą amunicję.


Skonstruowany wkrótce po zakończeniu II wojny światowej, pod względem jakości i ceny typowo wojskowej broni samopowtarzalnej nic nie jest w stanie pobić rekordzisty: 7,62X39 mm SKS. Kojarzony jest SKS często mylnie z AK-47 Kałasznikow ze względu na identyczną amunicję.
Każdy egzemplarz SKS-a przychodzi z bagnecikiem, a sowieckie egzemplarze posiadają chromowane wnętrze lufy.


Do dziś SKS produkowany jest w Chinach i sprzedawany cywilom w wielu krajach wolnego świata. Zdarzają się zmiany klasyfikacji broni, ale w przypadku SKS może to wpłynąć na pewne perturbacje sięgające najwyższych władz Kanady, innymi słowy zawirowania przy kolejnych wyborach.
Ze względu więc na popularność SKS jest prawie pewne, że władze zdają sobie sprawę, iż "etawo nie nada trogat".
Jest więc zbyt wiele za tym, aby utrzymać SKS jako non-restricted, bo jak zwykle w demokracji chodzi tu o wyborcze głosy...


Witold Jasek, komendant ZS Strzelec
kontakt Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.