Goniec

Register Login

Życie polonijne

piątek, 19 październik 2012 18:59

Zakończyliśmy Rejs Wagnera cz. 4

Napisane przez

 

Gdynia, 8 lipca 2012 roku
Nic nie mogło sprawić mi większej radości niż wiadomość, że w Polsce ogłoszono rok 2012 Rokiem Wagnera. Pękała jakaś niewidoczna zasłona, przez którą pamięć o Nim nie mogła się przebić. Władysław Wagner był pierwszym Polakiem, który opłynął świat pod żaglami i pod polską banderą, dokonał tego w latach 1932–39. To wszyscy wiedzą. A jeżeli nie wszyscy, to pora, abyśmy poinformowaliśmy o tym całą Polskę.
Był harcerzem, drużynowym Morskiej Drużyny Harcerskiej im. Króla Jana III Sobieskiego w Gdyni. Był pierwszym skautem, który dokonał takiego wyczynu, za co został wyróżniony nadzwyczajnym, niemalże królewskim przywitaniem na Światowym Jamboree w Szkocji, w lipcu 1939 roku.
I miał pecha: wojna zagłuszyła jego sukces. Nie dotarł do Gdyni. Pozostał w Anglii, a po wojnie nikomu w Polsce nie zależało na spopularyzowaniu jego wyczynu: był przedwojennym harcerzem i bohaterem tamtych czasów, o których PRL-owska propaganda wydawała tylko złe opinie. W tym przypadku przez wiele lat milczała, a kiedy coraz głośniej robiło się o jego wyczynie, spopularyzowano oszczerstwo, które wprowadziło spore zamieszanie, do dziś wracające w nieprzychylnych Wagnerowi środowiskach. Niestety, tu też odzywa się polskie piekiełko. Ktoś wysunął się ponad przeciętność.


Po niewątpliwym sukcesie naszego, polonijnego żeglarstwa, jakim było zorganizowanie uroczystości "Wagner Sailing Rally 2012" na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, czekaliśmy na sygnał z Polski.
To było bardzo ważne, żeby uroczystość odbyła się 8 lipca, i to dokładnie w miejscu, w którym rozpoczął się rejs Wagnera. Koordynatorem dalszego ciągu uroczystości Roku Wagnera nadal był kpt. Jerzy Knabe, komandor Yacht Club of Poland w Londynie, członek Bractwa Wybrzeża. Program, który nadszedł w maju, zapowiadał kilka wydarzeń, ale najbardziej symboliczne miało kończyć uroczystości w Gdyni: to pożegnanie "Zjawy IV" odpływającej w rejs bałtycki "Podług słońca i gwiazd", kończący się w Great Yarmouth, tam gdzie rejs "Zjawy III" przerwała wojna. I stamtąd symbolicznie zakończyć ten rejs.
Lepiej nie można było tego wymyślić...
Bo to właśnie...
...Wieczorem 8 lipca 1932 roku, w porze, gdy światło zachodzącego słońca rysuje wyraźnie kształty łodzi, masztów, lin i twarzy ludzi, trochę zatroskanych, ale radosnych, dwaj młodzi żeglarze ściskali dłonie tych, którzy przyszli ich pożegnać, przyjaciół, którzy też może kiedyś popłyną, ale jeszcze nie teraz.
Była tam Ela – siostra Rudolfa Korniowskiego, był Wiesiek Szczepkowski, bliski kolega Władka, był Czesław Zabrodzki, przyjaciel Władka i przyboczny z drużyny harcerskiej, był Gerard Knoff – szkolny kolega Władka, Pomorzanin, który też zawsze marzył o wyprawie w morze; był też brat Władka – Janek.
Oddali cumy, aby w morze wejść przed ciemnością.
Wiatru było niewiele, ale światło wieczoru wyraźnie pokazało biel otwierającego się grota i napis na rufie odchodzącego w morze jachtu: "ZJAWA" i poniżej: "Gdynia".
Cała sceneria miała się powtórzyć. Po osiemdziesięciu latach.
Od Andrzeja Radomińskiego z Bractwa Wybrzeża nadeszła prośba o pilne przysłanie na "Zjawę IV" co najmniej 300 egzemplarzy angielskiej wersji mojej broszurki, tejże samej, która była jedyną opowieścią o Wagnerze prezentowaną na WSR 2012; potrzebna była do popularyzacji Wagnera w poszczególnych portach, a miało ich być, po drodze do Great Yarmouth, osiemnaście. Pomyślałem, że sam dowiozę, bo czasu na przesyłkę pocztową już nie było.
Wieczorem 7 lipca zobaczyłem "Zjawę IV", cumującą w pobliżu gdańskiego Żurawia. Nazajutrz miała poprowadzić paradę jachtów do Gdyni. Kapitan, Piotr Cichy, ma 23 lata i... wieloletni staż na żaglowcach. Jak to jest możliwe? Ano – możliwe. Od piątego roku życia pływał na żaglowcach, których kapitanem był jego ojciec. Pewnie dowodził nimi najpierw dla zabawy, ale kiedy osiągnął osiemnasty rok życia, miał już wystarczający morski staż na stanowiskach oficerskich i pozdawane egzaminy. Przez jakiś czas był najmłodszym polskim kapitanem żaglowców, teraz – twierdzi – są już młodsi od niego. Pogadaliśmy chwilę, nagrałem krótki z nim wywiad (kiedyś sprzedam go za ciężkie pieniądze) i umówiliśmy się na dwa kolejne spotkania: jutrzejsze w Gdyni i na początku września w Great Yarmouth. Nie podejrzewałem, że tych spotkań będzie znacznie więcej.

8 lipca 2012 roku, niedziela, godzina 10:00
O dziesiątej rano gromadzi nas w kościele Ludzi Morza – Msza Święta w intencji Władysława Wagnera.
W pierwszej ławce współautorzy uroczystości na BVI – WSR 2012: kapitanowie: Jurek Knabe i Andrzej Piotrowski i ja – tuż za nimi. We mszy uczestniczą harcerze z komendantem CWM ZHP hm.Tomaszem Maracewiczem, członkowie Bractwa Wybrzeża z kpt. Andrzejem Radomińskim, pełniącym w Bractwie funkcję Mayordomus Mesy Kaprów Polskich; marynarze, rodzina Wagnera, wielu ludzi, którzy wiedzieli o intencji mszy. Odprawiał ją ks. Edward Pracz, kapelan Ludzi Morza oraz proboszcz i wikary. W homilii ksiądz Edward mówi o Wagnerze, o jego wielkim przedsięwzięciu i chrześcijańskim obowiązku wyznaczania wielkich i trudnych celów.
Po mszy zapraszają nas na plebanię, będzie kawa i natychmiast rusza dyskusja: jak to się stało, że Wagner musiał czekać tak długo na przypomnienie. Zwalamy na komunistów. Najprościej. Bo nie na konkretnych ludzi, którym zadziwiająco Wagner bardzo przeszkadzał.
A swoją drogą warto chyba dzisiaj zadać to pytanie: co się właściwie stało, że nagle bariera pękła, że o Wagnerze głośno. Stawia nam to pytanie Mabel Wagner, wdowa po Władysławie. Dlaczego tyle lat Władek żył w zapomnieniu. Bez trudu przypomina nazwiska tych, którzy go odwiedzili: kpt. Zdzisław Pieńkawa, kpt. Jerzy Tarasiewicz, kpt. Andrzej Piotrowski i David Walsh, załogant ze "Zjawy III". Odwiedził go też brat, Janek, który w czasach "odwilży październikowej" otrzymał paszport i pobył u brata prawie rok, ale po powrocie otrzymał zakaz chwalenia się wyczynem brata. Potem, po śmierci Władysława Wagnera nikt nie interesował się losem jego rodziny. Jeszcze rok temu, gdy dość głośno przygotowywaliśmy uroczystość na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, pisaliśmy wszędzie, gdzie należało: do Komendy Głównej ZHP, do Polskiego Związku Żeglarskiego, do Sejmu, do biura premiera, do prezydenta. Figę kogokolwiek to interesowało. Bardzo wątpiliśmy, czy dojdzie do upamiętnienia miejsca i daty.
A jednak – udało się! Niewątpliwa to zasługa Braci Wybrzeża: kapitanów Jurka Knabe i Andrzeja Radomińskiego oraz komendanta CWM hm.Tomka Maracewicza. I, zapewne, wielu innych osób, które uwierzyły, że warto.

Na cmentarzu Witomino
Około pierwszej dotarliśmy wszyscy, organizatorzy, harcerze, żeglarze, na cmentarz Witomino.
Nasi Wielcy Ludzie Morza, o niektórych już zapomniano. Ze wzruszeniem odwiedzam grób kapitana Borcharda. To jego książki zawiodły mnie na morze.
Zgodnie z ostatnią wolą prochy Władysława Wagnera dotarły tutaj w październiku 1992 roku, w miesiąc po śmierci. Zmarł na Florydzie, w Winter Park niedaleko Orlando, ale do Polski w końcu powrócił. Są tu we trzech: dwaj bracia Władek i Janek oraz ich ojciec, Walerian. Kładziemy kwiaty, wieńce... Ktoś położył wiersz:
ZJAWY
Wykwitły z marzeń, a postać przybrały
Żeglarza trudem własnym
Marzeniem, wolą i sercem nieciasnym,
Co wzięły to mu oddały.

Ta pierwsza z Gdyni, tam gdzie sztorm się rodzi
Dała mu pewność siebie
Gdy słońce, księżyc i gwiazdy na niebie
Pomogły mu kłaść kurs łodzi.

Druga, z Panamy, przy sztormach i wietrze,
Dała mu doświadczenie,
Instynkt żeglarski, Jana z Kolna tchnienie,
Siłę pewności, że dotrze.

Trzecia, z Ecuador, poczęta w zachwycie,
Dała mu sen niewyśniony;
Prawie u celu – ten niedościgniony
Pozostał na całe życie.

Ahoy, żeglarzu! Cel w porcie, bezpiecznie,
Bo w twoim sercu zawarty;
A wiatr... przewieje; sztorm będzie odparty
...Polska i Naród są wiecznie.

Brak podpisu, nie wiemy, czyj to wiersz, ale to na pewno żeglarza.

W Centrum Wychowania Morskiego – ZHP, Gdynia
O szesnastej meldujemy się w Centrum Wychowania Morskiego Związku Harcerstwa Polskiego w Gdyni, dokładnie naprzeciw "Daru Pomorza", ale wejściem zwrócone w stronę Basenu Generała Mariusza Zaruskiego.
Powoli gromadzi się spory tłumek, wiele żeglarskich znakomitości, wystrojeni w fantazyjne kapelusze członkowie Bractwa Wybrzeża, harcerze z ZHP z druhną Naczelniczką, no i kilku nas z emigracji, którzy to wszystko ruszyli na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, a więc: pan Prezydent Karaibskiej Republiki Żeglarskiej kpt. Andrzej Piotrowski z Chicago, jest kapitan Jerzy Knabe z Londynu, komandor "Wagner Sailing Rally 2012" na Trellis Bay, pojawia się kapitan Jan Zamorski z Toronto, autor znakomitej książki o niezwykłym polskim żeglarzu – Ludomirze Mączce. Rozlega się wystrzał armatni. Harcerska załoga "Zjawy IV" sprawnie cumuje tuż przy Centrum. Zaczynamy.
Ceremoniał żeglarski jest przy każdej okazji podobny: podniesienie flag, dzwon, komendy. Uroczystość prowadzą komendant CWM, hm.Tomasz Maracewicz oraz kpt. Andrzej Radomiński. W imieniu Yacht Club of Poland z Londynu przemawia kpt. Jerzy Knabe, potem o spotkaniach z kpt. Władysławem Wagnerem opowiedział kpt. Andrzej Piotrowski. Tablicę odsłonili wspólnie naczelniczka ZHP i przedstawiciel Bractwa Wybrzeża. Wykuta w brązie płaskorzeźba przedstawia Władysława Wagnera w harcerskim mundurze na tle morskich fal i napis:


Tu 80 lat temu rozpoczął rejs
na jachcie ZJAWA
WŁADYSŁAW WAGNER
Harcerz i pierwszy Polak,
który opłynął świat pod żaglami
i podpis: Polscy Harcerze,
Żeglarze i Bracia Wybrzeża,
Gdynia 8 lipca 2012


Ksiądz Edward Pracz w towarzystwie proboszcza parafii Ludzi Morza poświęcił tablicę. Wiele mistycyzmu jest w żeglarstwie, w morzu, wcale nie jest trudno znaleźć tu metaforę do życia, do różnych spraw codziennych, ale też do trudów, do zmagań i do... ostateczności. Modlitwy żeglarskie są bardzo piękne i każdy z żeglarzy wie, jak blisko jest do Boga w morskich przestworzach, tam wszystko jest w Jego rękach.

Pożegnanie "Zjawy IV"
A więc i pożegnanie odchodzącej w rejs "Zjawy IV" nie może się obyć bez modlitwy i wyświęcenia nowej harcerskiej bandery, pod którą ten jacht powędruje w wielce symboliczny rejs "Podług słońca i gwiazd" – to tytuł pierwszej książki Władysława Wagnera, którą napisał w drodze, a wydano ją w Polsce w 1934 roku. Jest to również tytuł jedynej jego książki wydanej w Stanach w 1962 roku, w której Wagner opowiedział o całym rejsie, od 8 lipca 1932 roku do września 1939 roku; oryginalny tytuł: "By the Sun and Stars".
"Wieczorem 8 lipca 1932 roku, w porze, gdy światło zachodzącego słońca rysuje wyraźnie kształty łodzi, masztów, lin i twarzy ludzi, trochę zatroskanych ale radosnych, dwaj młodzi żeglarze ściskali dłonie tych, którzy przyszli ich pożegnać, przyjaciół, którzy też może kiedyś popłyną, ale jeszcze nie teraz."
I oto jest znowu 8 lipca, wieczór, rok 2012.
Wiatru niewiele, ale światło wieczoru wyraźnie pokazało biel otwierającego się grota i napis na rufie odchodzącego w morze jachtu: "ZJAWA IV" i poniżej: "Gdynia".
Zbigniew Turkiewicz

piątek, 19 październik 2012 17:47

Marsz, marsz Polonia

Napisane przez


Chór "Symfonia" wraz z "Ludową Nutą" na Paradzie gen. Kazimierza Pułaskiego w Nowym Jorku

Marsz, marsz Polonia,
Marsz dzielny narodzie,
Odpoczniemy po swej pracy
W ojczystej zagrodzie…
Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę będziem Polakami,
Dał nam przykład Nasz Pułaski,
jak zwyciężać mamy!
Marsz, marsz Polonia…

Tą pieśnią rozbrzmiewał nasz śpiew w centrum Nowego Jorku, w sercu stolicy świata, podczas 75. Parady Kazimierza Pułaskiego 7 października 2012 roku.
Solidarni i dumni z polskiego dziedzictwa wraz z liderami organizacji polonijnych, z przeważającą ilością młodzieży polskiego pochodzenia, harcerzami, nauczycielami, studentami, weteranami, strażakami, ludźmi biznesu, naukowcami, dziennikarzami, przechodziliśmy przed trybuną honorową Parady Pułaskiego na Piątej Alei. To była niesamowicie podniosła manifestacja polskości. Ta atmosfera polskości w centrum stolicy świata była nie do opisania, po prostu to dla nas było tak wielkie przeżycie, jakiego do tej pory nie przeżyliśmy na żadnych innych paradach w Kanadzie ani w Polsce.


Dla nas, chórzystów z Kanady, była to potężna dawka wzniosłych, niezapomnianych emocji, gdy uczestniczyliśmy w tym razem z tysiącami ludzi ubranych w kolory biało-czerwone. Gwar, śpiew, muzyka, spontaniczność młodzieży wzruszały nas do łez. Absolutnie nie spodziewaliśmy się tego, że zobaczymy tak dużo młodzieży na Paradzie Pułaskiego.


Szacowaliśmy, że 75 proc. uczestników Parady to byli młodzi ludzie! Niesamowite! A jednak młodzież interesuje się tym, co polskie! To jest najwspanialsze dla nas, starszego pokolenia, widzieć, że dzieci Polonii amerykańskiej są tak bardzo aktywne w jej życiu. Brawo! Przeważnie myśleliśmy, że to będą ludzie starsi i weterani. Byliśmy bardzo mile oczarowani tym, co widzieliśmy na Piątej Alei i 36. Ulicy (początku Parady). Tak, to była potężna siła śpiewającej młodzieży polskiego pochodzenia i to wzbudzało nasz zachwyt.
Zaczynając od początku naszego wyjazdu z Kanady, z Mississaugi i Hamilton... Dwie połączone grupy – Chór "Symfonia" i "Ludowa Nuta" pod przewodnictwem dyrygenta Sławomira Dudalskiego oraz prezesa "Symfonii" Janiny Mazun – wyjechały na 4-dniową wycieczkę związaną z uczestnictwem w Paradzie Pułaskiego. Wyruszyliśmy wcześnie rano 5 października z chórzystami i osobami towarzyszącymi, razem 112 osób. Jedziemy 2 autokarami, kierując się w stronę granicy z USA.
Każdy uczestnik, w bardzo dobrym nastroju, siada na swoim wcześniej ustalonym miejscu. I jak zwykle zaczynamy dzień pieśnią "Kiedy ranne wstają zorze" oraz modlitwą poranną.


Po modlitwie przeszliśmy na śpiewy chóralne i biesiadne, mając w grupie naszą kochaną Teresę Klimuszko. Teresa nie tylko intonowała śpiew w języku polskim i angielskim (ku uciesze naszego kierowcy, który z nami śpiewał), ale także dała "popalić" swoimi niezliczonymi kawałami, tak że zaśmiewaliśmy się bez miary. Wszystko to, jak mówiliśmy, było wspaniałą odstresowującą terapią, którą Teresa nam zaaplikowała. Po takiej dawce śmiechu radość w oczach uczestników była bardzo widoczna. Nawet nie wiedzieliśmy, kiedy przekroczyliśmy granicę z USA. Przed tym oczywiście wstąpiliśmy po kropelki i perfumki na duty free.
Po 10 godzinach jazdy dotarliśmy do Holiday Inn w New Jersey, gdzie mieliśmy zakwaterowanie.
Oczywiście spotkaliśmy się wszyscy razem po zakwaterowaniu w hotelu, aby jeszcze pośpiewać. Sławek Dudalski ze swoją orkiestrą pograł, no i z pieśnią na ustach poszliśmy przespać się przed dniem na zwiedzanie.


Dzień drugi był dniem, w którym zwiedzaliśmy centrum Nowego Jorku, Manhattan. Oczywiście w pierwszej kolejności zwiedzaliśmy Time Square, który jest skrzyżowaniem uformowanym przez połączenie Broadway z Seventh Avenue, 42. Street w centrum Manhattanu. Tu właśnie odbywają się słynne uroczystości z okazji Nowego Roku. Olbrzymie telebimy ze wszystkich stron, bajkowo, kolorowo.
Przed tym popłynęliśmy promem do Statuy Wolności, którą mogliśmy tylko sfotografować z promu ze względu na brak czasu. Oczywiście oglądaliśmy wszystko, co było ważne w centrum Manhattanu.


Architektura Nowego Jorku jest bardzo urozmaicona w zależności od czasu, w którym powstawała. Jest lista pięknych, wspaniałych wieżowców, przeważnie oszklonych, zwanych "skyscrapers". Wśród nich są takie budynki, jak Empire State Building, Chrysler Building, American International czy Rockefeller Center.


Trzeciego dnia wyjechaliśmy wcześnie rano, aby zdążyć na 9 na uroczystą Mszę św. w katedrze św. Patryka. Ubrani w chóralne odświętne stroje – kobiety w białe bluzki z czerwoną różą, mężczyźni w czarnych garniturach i czarnych muchach – oraz "Ludowa Nuta" ubrana w regionalne barwne stroje z regionu sądeckiego, prezentowaliśmy się pięknie i kolorowo.


Kiedy dojechaliśmy do katedry św. Patryka, która znajduje się przy 46 Madison Avenue na Manhattanie, byliśmy pod wrażeniem potężnej budowli. Katedra została wybudowana w stylu neogotyckim w latach 1858–78. Katedra jest własnością Kościoła rzymskokatolickiego. Ciekawostką dotyczącą tej świątyni jest fakt, że parafianie w tamtych czasach zdeklarowali, że każdy bogaty parafianin zapłaci 1 000 dol., aby wesprzeć budowę katedry. Kwota ta była olbrzymia jak na tamte czasy, do budowy dołączali się również biedni emigranci z Europy.
Honorowymi Marszałkami tegorocznej parady byli dr Krystyna Szewczyk-Szczech i dr Kazimierz M. Szczech. Małżeństwo to światowej sławy lekarze.
Na bankiecie organizowanym z okazji Parady Pułaskiego wśród wielu wybitnych naukowców Polaków była prof. dr Maria Simonow, wybitny specjalista chirurgii, która jako pierwsza w USA i czwarta na świecie przeprowadziła przeszczep twarzy w 2009 roku.
Profesor Simonow jest jednym z wielu przykładów, jaki wkład dają Polacy w rozwój amerykańskiej nauki – podkreślił dr Kazimierz Szczęsny, tegoroczny Wielki Marszałek Parady.


Katedra św. Patryka: Msza św. rozpoczęła się o godzinie 9, przewodniczył jej Jego Eminencja Timothy Cardinal Dolan Archbishop of New York. Kazanie wygłosił ksiądz biskup z Polski – ks. Józef Wysocki z parafii z Elbląga. Było to bardzo piękne, patriotyczne kazanie.
Na rozpoczęcie Mszy św. Chór "Symfonia" pod dyrekcją Sławomira Dudalskiego zaśpiewał: "Wszystkie Trony Niebieskie dajcie osobliwą Chwałę Królowej Polskiej i pieśń świątobliwą. Maryjo, Maryjo, Polski jesteś Królową, niech opieka Twoja nas zachowa". Śpiew zabrzmiał naprawdę potężnie w tej wspaniałej światyni o bardzo dobrej akustyce.


Następnie "Gaude Mater Polonia" – przy tej pieśni wszyscy wierni powstali tak jak podczas śpiewania hymnu narodowego, pieśń ta została wykonana naprawdę pięknie, wzniośle i patriotycznie. Kolejną była pieśń "Przeczysta Dziewico, o Bogarodzico, do Ciebie wołamy, ku Tobie wzdychamy… Ave, Ave, Ave Maryja". Tę pieśń rozpoczynała solo Teresa Klimuszko, śpiewając przepięknie i z wielkim wzruszeniem, chór drugi raz wtórował. Śpiewaliśmy również "Barkę" i "Czarną Madonnę" wraz z "Ludową Nutą" i wiernymi w katedrze. Brzmiało to bardzo pięknie nawet dla nas samych, a dopiero kiedy po zakończeniu przyszli do nas słuchacze, z gratulacjami, opadł z nas stres.
Mówiono nam: przechodziły nam ciarki na plecach, po prostu zamarliśmy z wrażenia, słysząc tak pięknie wykonane pieśni, których nie słyszeliśmy od wielu lat. Koordynatorka Związku Polskich Śpiewaków w Ameryce, pani Frances Gates, gratulowała nam, ciesząc się, że tak wspaniale zostaliśmy odebrani. My, chórzyści, byliśmy szczęśliwi, że dostarczyliśmy odbiorcom dużo radości i wzruszenia. Teresę pytano, czy nie ma CD z nagraniami tych pieśni.


Natomiast "Ludowa Nuta" przy akompaniamencie kapeli zaśpiewała bardzo pięknie utwór "Modłów Dzwon" E. Pryczkowskiego. Ludowa Nuta prezentowała się wspaniale w nowych bogato zdobionych strojach. Razem zaśpiewaliśmy na koniec "Boże coś Polskę". Wierni w katedrze śpiewali z razem z nami, każdy był bardzo wzruszony.


Po Mszy Świętej udaliśmy się na drugą stronę ulicy na brunch, gdzie byliśmy zaproszeni przez organizatorów Parady. Podczas brunchu widzieliśmy kadetów ubranych w mundury Legionów Pułaskiego – to było wzruszające. Ks. biskup Wysocki wygłosił piękną patriotyczną przemowę. Przemawiali też zaproszeni amerykańscy goście – przedstawiciele władz tego okręgu. Pod koniec wystąpienia Wielki Marszałek Parady poruszył bardzo ważną sprawę dla Polaków w Ameryce, a więc powinniśmy być zjednoczeni, nie rozdrobnieni, działać razem, aby cokolwiek ugrać. 3 proc. populacji USA ma korzenie polskie, więc jest to siła. Jeżeli zakończymy spory, które nas dzielą, wówczas możemy zabiegać o status, na jaki zasługujemy. Musimy głosować i włączać się w życie polityczne społeczności, w których żyjemy.
W tym miejscu chciałabym nadmienić o tym, co pisali wielcy Amerykanie o Pułaskim. Historyk Charles. C. Jones w odczycie do Kongresu z dnia 13 lutego 1871 roku mówi o miejscu grobu Pułaskiego: "Śpi On, gdzie hymnom na cześć jego wielkich czynów, jakie śpiewają fale Savannah, całując brzegi uświęcone jego pamięcią, wtórują bałwany oceanu i radośnie powtarzają je w szerszych kręgach i silniejszych strofach. Śpi On, gdzie otaczające nas powietrze pachnie ziemią, za której swobody padł, aby i one zgodnym chórem mogły rozgłaszać na najdalsze lądy wielkość Jego imienia".


Są to piękne i potężne słowa. Tak jak w pieśni, którą śpiewamy, "O, polski kraju święty": "Potężna w Tobie siła, żywota wieczny zdrój, O Polsko moja miła, o drogi kraju mój". Ten nasz i amerykański bohater hrabia Kazimierz Pułaski miał tę potężną siłę miłości Ojczyzny i umiłowanie wolności. Fakt, że rozdał swój majątek, aby stworzyć Legiony w Ameryce w obronie ich wolności, mając nadzieję, że jego działalność pomoże przywrócić wolność Polsce, zasługuje na nasz wielki szacunek i wdzięczność.
Po brunchu udaliśmy się na Paradę Pułaskiego, która rozpoczynała się przy Piątej Alei i 36. Ulicy. Tam miała być platforma Związku Śpiewaków w Ameryce Północnej Okręg Siódmy przeznaczona dla "Symfonii". Jesteśmy bardzo wdzięczni Okręgowi za przygotowanie i piękny wystrój oraz dziękujemy za poniesione koszty z tym związane. Szczególne podziękowania kierujemy do koordynatorki Związku Śpiewaków Polskich w Ameryce, pani Frances Gates, za zorganizowanie platformy specjalnie dla "Symfonii". Bardzo serdecznie dziękujemy za dobrą wolę i poniesiony trud.
Po kilku minutach dotarliśmy do platformy "Symfonii", będąc uradowani jej widokiem, udekorowanej z emblematem ZŚwAP, harfą świętej Cecylii, wielką flagą kanadyjską, sztandarami "Symfonii" oraz flagami polskimi i amerykańskimi. Platforma wyglądała okazale. "Ludowa Nuta", śpiewając i grając, szła, jak było ustalone, za platformą. Wyglądali pięknie w tych bogato zdobionych barwnych strojach. Śpiewali i tańczyli przy dźwiękach kapeli góralskiej. Padał niestety deszcz, byliśmy zmoknięci, ale nikt na to nie zważał, tyle tylko, że nie mogliśmy zaprezentować naszych strojów tak, jak chcieliśmy, bo musieliśmy być okryci pelerynami.


W tym miejscu muszę napisać, że bardzo dobry pomysł miała Teresa Klimuszko, zakładając piękny biało-czerwony kapelusz, bo nie tylko prezentował się ładnie, ale jeszcze chronił ją od deszczu.
Tak więc po "zaokrętowaniu" się na platformie ustawiliśmy się tak, aby najmocniejsze głosy były blisko mikrofonów: Teresa, Piotr Skrzypek, Stasiu Ryt, Michał Jozwik i dziewczyny z Chóru "Symfonia". Teresa prowadziła śpiew, mając przygotowaną muzykę z playbacku. Jak to dobrze mieć Teresę w grupie. Więc ruszyliśmy ze śpiewem "Marsz, marsz Polonia, o Polski kraju święty" i "Polskie kwiaty". Słysząc, że brzmi to donośnie i ładnie, powtarzaliśmy te teksty na każdym skrzyżowaniu ulic, gdzie było najwięcej słuchających. Co było bardzo wzruszające, to również przed katedrą św. Patryka polski biskup śpiewał z nami "Polskie kwiaty".
Ludzie na ulicy oklaskiwali nas, machając flagami, atmosfera ulicy była niesamowita. Trudno to wszystko opisać. Mijając różne grupy, widzieliśmy rozentuzjazmowaną piękną polską młodzież, śpiewającą i tańczącą. Przed trybuną honorową "dawaliśmy" jak mogliśmy najlepiej, witano nas entuzjastycznie również dlatego, że byliśmy jedyną grupą z Kanady, no i oczywiście śpiewaliśmy piękne patriotyczne pieśni. Kiedy zobaczyliśmy kawalkadę motocyklistów z polskimi flagami i napisami na plecach "Husarze", było to dla nas wyjątkowo wzruszające, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę, że młodzież polskiego pochodzenia odnosi się do najwspanialszych tradycji, kiedy Polska była potęgą w Europie. To bardzo dobrze, że młodzież amerykańska polskiego pochodzenia odnosi się właściwie do tych wielkich tradycji świetności Narodu Polskiego. Głowa do góry, polska młodzieży, jesteśmy z was dumni.


Emocje, jeszcze raz wielkie emocje, i szczęście, że my mogliśmy się znaleźć w tym miejscu.
Po dojechaniu do celu Parady u zbiegu Piątej Alei i 56. Ulicy zeszliśmy z platformy i staliśmy dalej, oglądając. Paradę, wtem usłyszeliśmy pięknie śpiewającego starszego pana. Pan ten częstował naszą grupę nalewką z wiśni. Byliśmy zziębnięci i przemoczeni, a więc to była to dla nas wspaniała rozgrzewka. Tym fantastycznym przedsiębiorczym panem okazał się członek Związku Polskich Śpiewaków w Ameryce, prezes Okręgu Siódmego, pan Janusz Wolny. Pośpiewaliśmy z panem Januszem "Sto lat" i inne piosenki, on ze swej strony dał nam jeszcze amerykańskie flagi, byliśmy rozanieleni, wiśnióweczka oczywiście robiła swoje. Po takiej dawce emocji była naprawdę potrzebna.
Byliśmy bardzo uradowani z takiego obrotu sprawy.


Następnie dotarliśmy do autokaru, który dowiózł nas na przyjęcie do kościoła św. Matthias na Queens w Nowym Jorku. Tam zostaliśmy przyjęci naprawdę po rodzinnemu. Poczęstowano nas obiadem, piwem z beczki i rozmaitymi przysmakami. Poczęstunek dla nas został przygotowany przez Komitet Parady Pułaskiego. Bawiliśmy się razem z organizatorami przez kilka godzin, śpiewając wspólnie różne pieśni.
Oczywiście zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć. Wymieniliśmy adresy, podziękowaliśmy pięknie za wspaniałe przyjęcie i staraliśmy się wyjechać, chociaż organizatorzy nie chcieli nas wypuścić. Odśpiewaliśmy "Do widzenia, do widzenia", po czym odjechaliśmy odpocząć do hotelu. Tak naprawdę nie było mowy o odpoczynku, bo w hotelu zaczęła się zabawa na nowo.
W czwartym dniu o 9 rano wyjechaliśmy w kierunku Kanady. W autokarze był od nowa śpiew, fantastyczne żarty Teresy. Granicę przekroczyliśmy bez żadnych problemów z pieśnią na ustach.


Na zakończenie chciałam podziękować wszystkim organizatorom za zgotowanie nam tak wielkiej uczty duchowej.
Szczególne podziękowanie w imieniu Chóru "Symfonia" składam głównemu organizatorowi – naszemu dyrygentowi – panu Sławomirowi Dudalskiemu, Jasi Mazun, Teresie Klimuszko, gościom śpiewającym razem z nami: Stanisławowi i Lucynie Rytom, Michałowi i Teresie Jozwikom, Jasi i Edwardowi Kidom oraz wszystkim chórzystom i sympatykom "Symfonii", którzy byli na tej cudownej uroczystości razem z nami.
Przy okazji chciałabym zachęcić osoby kochające śpiew do wstępowania w nasze szeregi, jest bardzo fajnie śpiewać razem. Chciałabym również zachęcić Kongres Polonii Kanadyjskiej do wysyłania swoich głównie młodych przedstawicieli na tak ważne uroczystości jak Parada Kazimierza Pułaskiego w Nowym Jorku.


Korzystajmy z dobrych wzorców i włączajmy w to naszą piękną polską młodzież.
Górą Pieśń Polska!


Sekretarka Symfonii/public relations
Zosia Poradzisz

piątek, 19 październik 2012 17:47

Marsz, marsz Polonia

Napisane przez


Chór "Symfonia" wraz z "Ludową Nutą" na Paradzie gen. Kazimierza Pułaskiego w Nowym Jorku

Marsz, marsz Polonia,
Marsz dzielny narodzie,
Odpoczniemy po swej pracy
W ojczystej zagrodzie…
Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę będziem Polakami,
Dał nam przykład Nasz Pułaski,
jak zwyciężać mamy!
Marsz, marsz Polonia…

Tą pieśnią rozbrzmiewał nasz śpiew w centrum Nowego Jorku, w sercu stolicy świata, podczas 75. Parady Kazimierza Pułaskiego 7 października 2012 roku.
Solidarni i dumni z polskiego dziedzictwa wraz z liderami organizacji polonijnych, z przeważającą ilością młodzieży polskiego pochodzenia, harcerzami, nauczycielami, studentami, weteranami, strażakami, ludźmi biznesu, naukowcami, dziennikarzami, przechodziliśmy przed trybuną honorową Parady Pułaskiego na Piątej Alei. To była niesamowicie podniosła manifestacja polskości. Ta atmosfera polskości w centrum stolicy świata była nie do opisania, po prostu to dla nas było tak wielkie przeżycie, jakiego do tej pory nie przeżyliśmy na żadnych innych paradach w Kanadzie ani w Polsce.


Dla nas, chórzystów z Kanady, była to potężna dawka wzniosłych, niezapomnianych emocji, gdy uczestniczyliśmy w tym razem z tysiącami ludzi ubranych w kolory biało-czerwone. Gwar, śpiew, muzyka, spontaniczność młodzieży wzruszały nas do łez. Absolutnie nie spodziewaliśmy się tego, że zobaczymy tak dużo młodzieży na Paradzie Pułaskiego.


Szacowaliśmy, że 75 proc. uczestników Parady to byli młodzi ludzie! Niesamowite! A jednak młodzież interesuje się tym, co polskie! To jest najwspanialsze dla nas, starszego pokolenia, widzieć, że dzieci Polonii amerykańskiej są tak bardzo aktywne w jej życiu. Brawo! Przeważnie myśleliśmy, że to będą ludzie starsi i weterani. Byliśmy bardzo mile oczarowani tym, co widzieliśmy na Piątej Alei i 36. Ulicy (początku Parady). Tak, to była potężna siła śpiewającej młodzieży polskiego pochodzenia i to wzbudzało nasz zachwyt.
Zaczynając od początku naszego wyjazdu z Kanady, z Mississaugi i Hamilton... Dwie połączone grupy – Chór "Symfonia" i "Ludowa Nuta" pod przewodnictwem dyrygenta Sławomira Dudalskiego oraz prezesa "Symfonii" Janiny Mazun – wyjechały na 4-dniową wycieczkę związaną z uczestnictwem w Paradzie Pułaskiego. Wyruszyliśmy wcześnie rano 5 października z chórzystami i osobami towarzyszącymi, razem 112 osób. Jedziemy 2 autokarami, kierując się w stronę granicy z USA.
Każdy uczestnik, w bardzo dobrym nastroju, siada na swoim wcześniej ustalonym miejscu. I jak zwykle zaczynamy dzień pieśnią "Kiedy ranne wstają zorze" oraz modlitwą poranną.


Po modlitwie przeszliśmy na śpiewy chóralne i biesiadne, mając w grupie naszą kochaną Teresę Klimuszko. Teresa nie tylko intonowała śpiew w języku polskim i angielskim (ku uciesze naszego kierowcy, który z nami śpiewał), ale także dała "popalić" swoimi niezliczonymi kawałami, tak że zaśmiewaliśmy się bez miary. Wszystko to, jak mówiliśmy, było wspaniałą odstresowującą terapią, którą Teresa nam zaaplikowała. Po takiej dawce śmiechu radość w oczach uczestników była bardzo widoczna. Nawet nie wiedzieliśmy, kiedy przekroczyliśmy granicę z USA. Przed tym oczywiście wstąpiliśmy po kropelki i perfumki na duty free.
Po 10 godzinach jazdy dotarliśmy do Holiday Inn w New Jersey, gdzie mieliśmy zakwaterowanie.
Oczywiście spotkaliśmy się wszyscy razem po zakwaterowaniu w hotelu, aby jeszcze pośpiewać. Sławek Dudalski ze swoją orkiestrą pograł, no i z pieśnią na ustach poszliśmy przespać się przed dniem na zwiedzanie.


Dzień drugi był dniem, w którym zwiedzaliśmy centrum Nowego Jorku, Manhattan. Oczywiście w pierwszej kolejności zwiedzaliśmy Time Square, który jest skrzyżowaniem uformowanym przez połączenie Broadway z Seventh Avenue, 42. Street w centrum Manhattanu. Tu właśnie odbywają się słynne uroczystości z okazji Nowego Roku. Olbrzymie telebimy ze wszystkich stron, bajkowo, kolorowo.
Przed tym popłynęliśmy promem do Statuy Wolności, którą mogliśmy tylko sfotografować z promu ze względu na brak czasu. Oczywiście oglądaliśmy wszystko, co było ważne w centrum Manhattanu.


Architektura Nowego Jorku jest bardzo urozmaicona w zależności od czasu, w którym powstawała. Jest lista pięknych, wspaniałych wieżowców, przeważnie oszklonych, zwanych "skyscrapers". Wśród nich są takie budynki, jak Empire State Building, Chrysler Building, American International czy Rockefeller Center.


Trzeciego dnia wyjechaliśmy wcześnie rano, aby zdążyć na 9 na uroczystą Mszę św. w katedrze św. Patryka. Ubrani w chóralne odświętne stroje – kobiety w białe bluzki z czerwoną różą, mężczyźni w czarnych garniturach i czarnych muchach – oraz "Ludowa Nuta" ubrana w regionalne barwne stroje z regionu sądeckiego, prezentowaliśmy się pięknie i kolorowo.


Kiedy dojechaliśmy do katedry św. Patryka, która znajduje się przy 46 Madison Avenue na Manhattanie, byliśmy pod wrażeniem potężnej budowli. Katedra została wybudowana w stylu neogotyckim w latach 1858–78. Katedra jest własnością Kościoła rzymskokatolickiego. Ciekawostką dotyczącą tej świątyni jest fakt, że parafianie w tamtych czasach zdeklarowali, że każdy bogaty parafianin zapłaci 1 000 dol., aby wesprzeć budowę katedry. Kwota ta była olbrzymia jak na tamte czasy, do budowy dołączali się również biedni emigranci z Europy.
Honorowymi Marszałkami tegorocznej parady byli dr Krystyna Szewczyk-Szczech i dr Kazimierz M. Szczech. Małżeństwo to światowej sławy lekarze.
Na bankiecie organizowanym z okazji Parady Pułaskiego wśród wielu wybitnych naukowców Polaków była prof. dr Maria Simonow, wybitny specjalista chirurgii, która jako pierwsza w USA i czwarta na świecie przeprowadziła przeszczep twarzy w 2009 roku.
Profesor Simonow jest jednym z wielu przykładów, jaki wkład dają Polacy w rozwój amerykańskiej nauki – podkreślił dr Kazimierz Szczęsny, tegoroczny Wielki Marszałek Parady.


Katedra św. Patryka: Msza św. rozpoczęła się o godzinie 9, przewodniczył jej Jego Eminencja Timothy Cardinal Dolan Archbishop of New York. Kazanie wygłosił ksiądz biskup z Polski – ks. Józef Wysocki z parafii z Elbląga. Było to bardzo piękne, patriotyczne kazanie.
Na rozpoczęcie Mszy św. Chór "Symfonia" pod dyrekcją Sławomira Dudalskiego zaśpiewał: "Wszystkie Trony Niebieskie dajcie osobliwą Chwałę Królowej Polskiej i pieśń świątobliwą. Maryjo, Maryjo, Polski jesteś Królową, niech opieka Twoja nas zachowa". Śpiew zabrzmiał naprawdę potężnie w tej wspaniałej światyni o bardzo dobrej akustyce.


Następnie "Gaude Mater Polonia" – przy tej pieśni wszyscy wierni powstali tak jak podczas śpiewania hymnu narodowego, pieśń ta została wykonana naprawdę pięknie, wzniośle i patriotycznie. Kolejną była pieśń "Przeczysta Dziewico, o Bogarodzico, do Ciebie wołamy, ku Tobie wzdychamy… Ave, Ave, Ave Maryja". Tę pieśń rozpoczynała solo Teresa Klimuszko, śpiewając przepięknie i z wielkim wzruszeniem, chór drugi raz wtórował. Śpiewaliśmy również "Barkę" i "Czarną Madonnę" wraz z "Ludową Nutą" i wiernymi w katedrze. Brzmiało to bardzo pięknie nawet dla nas samych, a dopiero kiedy po zakończeniu przyszli do nas słuchacze, z gratulacjami, opadł z nas stres.
Mówiono nam: przechodziły nam ciarki na plecach, po prostu zamarliśmy z wrażenia, słysząc tak pięknie wykonane pieśni, których nie słyszeliśmy od wielu lat. Koordynatorka Związku Polskich Śpiewaków w Ameryce, pani Frances Gates, gratulowała nam, ciesząc się, że tak wspaniale zostaliśmy odebrani. My, chórzyści, byliśmy szczęśliwi, że dostarczyliśmy odbiorcom dużo radości i wzruszenia. Teresę pytano, czy nie ma CD z nagraniami tych pieśni.


Natomiast "Ludowa Nuta" przy akompaniamencie kapeli zaśpiewała bardzo pięknie utwór "Modłów Dzwon" E. Pryczkowskiego. Ludowa Nuta prezentowała się wspaniale w nowych bogato zdobionych strojach. Razem zaśpiewaliśmy na koniec "Boże coś Polskę". Wierni w katedrze śpiewali z razem z nami, każdy był bardzo wzruszony.


Po Mszy Świętej udaliśmy się na drugą stronę ulicy na brunch, gdzie byliśmy zaproszeni przez organizatorów Parady. Podczas brunchu widzieliśmy kadetów ubranych w mundury Legionów Pułaskiego – to było wzruszające. Ks. biskup Wysocki wygłosił piękną patriotyczną przemowę. Przemawiali też zaproszeni amerykańscy goście – przedstawiciele władz tego okręgu. Pod koniec wystąpienia Wielki Marszałek Parady poruszył bardzo ważną sprawę dla Polaków w Ameryce, a więc powinniśmy być zjednoczeni, nie rozdrobnieni, działać razem, aby cokolwiek ugrać. 3 proc. populacji USA ma korzenie polskie, więc jest to siła. Jeżeli zakończymy spory, które nas dzielą, wówczas możemy zabiegać o status, na jaki zasługujemy. Musimy głosować i włączać się w życie polityczne społeczności, w których żyjemy.
W tym miejscu chciałabym nadmienić o tym, co pisali wielcy Amerykanie o Pułaskim. Historyk Charles. C. Jones w odczycie do Kongresu z dnia 13 lutego 1871 roku mówi o miejscu grobu Pułaskiego: "Śpi On, gdzie hymnom na cześć jego wielkich czynów, jakie śpiewają fale Savannah, całując brzegi uświęcone jego pamięcią, wtórują bałwany oceanu i radośnie powtarzają je w szerszych kręgach i silniejszych strofach. Śpi On, gdzie otaczające nas powietrze pachnie ziemią, za której swobody padł, aby i one zgodnym chórem mogły rozgłaszać na najdalsze lądy wielkość Jego imienia".


Są to piękne i potężne słowa. Tak jak w pieśni, którą śpiewamy, "O, polski kraju święty": "Potężna w Tobie siła, żywota wieczny zdrój, O Polsko moja miła, o drogi kraju mój". Ten nasz i amerykański bohater hrabia Kazimierz Pułaski miał tę potężną siłę miłości Ojczyzny i umiłowanie wolności. Fakt, że rozdał swój majątek, aby stworzyć Legiony w Ameryce w obronie ich wolności, mając nadzieję, że jego działalność pomoże przywrócić wolność Polsce, zasługuje na nasz wielki szacunek i wdzięczność.
Po brunchu udaliśmy się na Paradę Pułaskiego, która rozpoczynała się przy Piątej Alei i 36. Ulicy. Tam miała być platforma Związku Śpiewaków w Ameryce Północnej Okręg Siódmy przeznaczona dla "Symfonii". Jesteśmy bardzo wdzięczni Okręgowi za przygotowanie i piękny wystrój oraz dziękujemy za poniesione koszty z tym związane. Szczególne podziękowania kierujemy do koordynatorki Związku Śpiewaków Polskich w Ameryce, pani Frances Gates, za zorganizowanie platformy specjalnie dla "Symfonii". Bardzo serdecznie dziękujemy za dobrą wolę i poniesiony trud.
Po kilku minutach dotarliśmy do platformy "Symfonii", będąc uradowani jej widokiem, udekorowanej z emblematem ZŚwAP, harfą świętej Cecylii, wielką flagą kanadyjską, sztandarami "Symfonii" oraz flagami polskimi i amerykańskimi. Platforma wyglądała okazale. "Ludowa Nuta", śpiewając i grając, szła, jak było ustalone, za platformą. Wyglądali pięknie w tych bogato zdobionych barwnych strojach. Śpiewali i tańczyli przy dźwiękach kapeli góralskiej. Padał niestety deszcz, byliśmy zmoknięci, ale nikt na to nie zważał, tyle tylko, że nie mogliśmy zaprezentować naszych strojów tak, jak chcieliśmy, bo musieliśmy być okryci pelerynami.


W tym miejscu muszę napisać, że bardzo dobry pomysł miała Teresa Klimuszko, zakładając piękny biało-czerwony kapelusz, bo nie tylko prezentował się ładnie, ale jeszcze chronił ją od deszczu.
Tak więc po "zaokrętowaniu" się na platformie ustawiliśmy się tak, aby najmocniejsze głosy były blisko mikrofonów: Teresa, Piotr Skrzypek, Stasiu Ryt, Michał Jozwik i dziewczyny z Chóru "Symfonia". Teresa prowadziła śpiew, mając przygotowaną muzykę z playbacku. Jak to dobrze mieć Teresę w grupie. Więc ruszyliśmy ze śpiewem "Marsz, marsz Polonia, o Polski kraju święty" i "Polskie kwiaty". Słysząc, że brzmi to donośnie i ładnie, powtarzaliśmy te teksty na każdym skrzyżowaniu ulic, gdzie było najwięcej słuchających. Co było bardzo wzruszające, to również przed katedrą św. Patryka polski biskup śpiewał z nami "Polskie kwiaty".
Ludzie na ulicy oklaskiwali nas, machając flagami, atmosfera ulicy była niesamowita. Trudno to wszystko opisać. Mijając różne grupy, widzieliśmy rozentuzjazmowaną piękną polską młodzież, śpiewającą i tańczącą. Przed trybuną honorową "dawaliśmy" jak mogliśmy najlepiej, witano nas entuzjastycznie również dlatego, że byliśmy jedyną grupą z Kanady, no i oczywiście śpiewaliśmy piękne patriotyczne pieśni. Kiedy zobaczyliśmy kawalkadę motocyklistów z polskimi flagami i napisami na plecach "Husarze", było to dla nas wyjątkowo wzruszające, ponieważ zdaliśmy sobie sprawę, że młodzież polskiego pochodzenia odnosi się do najwspanialszych tradycji, kiedy Polska była potęgą w Europie. To bardzo dobrze, że młodzież amerykańska polskiego pochodzenia odnosi się właściwie do tych wielkich tradycji świetności Narodu Polskiego. Głowa do góry, polska młodzieży, jesteśmy z was dumni.


Emocje, jeszcze raz wielkie emocje, i szczęście, że my mogliśmy się znaleźć w tym miejscu.
Po dojechaniu do celu Parady u zbiegu Piątej Alei i 56. Ulicy zeszliśmy z platformy i staliśmy dalej, oglądając. Paradę, wtem usłyszeliśmy pięknie śpiewającego starszego pana. Pan ten częstował naszą grupę nalewką z wiśni. Byliśmy zziębnięci i przemoczeni, a więc to była to dla nas wspaniała rozgrzewka. Tym fantastycznym przedsiębiorczym panem okazał się członek Związku Polskich Śpiewaków w Ameryce, prezes Okręgu Siódmego, pan Janusz Wolny. Pośpiewaliśmy z panem Januszem "Sto lat" i inne piosenki, on ze swej strony dał nam jeszcze amerykańskie flagi, byliśmy rozanieleni, wiśnióweczka oczywiście robiła swoje. Po takiej dawce emocji była naprawdę potrzebna.
Byliśmy bardzo uradowani z takiego obrotu sprawy.


Następnie dotarliśmy do autokaru, który dowiózł nas na przyjęcie do kościoła św. Matthias na Queens w Nowym Jorku. Tam zostaliśmy przyjęci naprawdę po rodzinnemu. Poczęstowano nas obiadem, piwem z beczki i rozmaitymi przysmakami. Poczęstunek dla nas został przygotowany przez Komitet Parady Pułaskiego. Bawiliśmy się razem z organizatorami przez kilka godzin, śpiewając wspólnie różne pieśni.
Oczywiście zrobiliśmy bardzo dużo zdjęć. Wymieniliśmy adresy, podziękowaliśmy pięknie za wspaniałe przyjęcie i staraliśmy się wyjechać, chociaż organizatorzy nie chcieli nas wypuścić. Odśpiewaliśmy "Do widzenia, do widzenia", po czym odjechaliśmy odpocząć do hotelu. Tak naprawdę nie było mowy o odpoczynku, bo w hotelu zaczęła się zabawa na nowo.
W czwartym dniu o 9 rano wyjechaliśmy w kierunku Kanady. W autokarze był od nowa śpiew, fantastyczne żarty Teresy. Granicę przekroczyliśmy bez żadnych problemów z pieśnią na ustach.


Na zakończenie chciałam podziękować wszystkim organizatorom za zgotowanie nam tak wielkiej uczty duchowej.
Szczególne podziękowanie w imieniu Chóru "Symfonia" składam głównemu organizatorowi – naszemu dyrygentowi – panu Sławomirowi Dudalskiemu, Jasi Mazun, Teresie Klimuszko, gościom śpiewającym razem z nami: Stanisławowi i Lucynie Rytom, Michałowi i Teresie Jozwikom, Jasi i Edwardowi Kidom oraz wszystkim chórzystom i sympatykom "Symfonii", którzy byli na tej cudownej uroczystości razem z nami.
Przy okazji chciałabym zachęcić osoby kochające śpiew do wstępowania w nasze szeregi, jest bardzo fajnie śpiewać razem. Chciałabym również zachęcić Kongres Polonii Kanadyjskiej do wysyłania swoich głównie młodych przedstawicieli na tak ważne uroczystości jak Parada Kazimierza Pułaskiego w Nowym Jorku.


Korzystajmy z dobrych wzorców i włączajmy w to naszą piękną polską młodzież.
Górą Pieśń Polska!


Sekretarka Symfonii/public relations
Zosia Poradzisz

piątek, 19 październik 2012 16:16

Piąta Aleja w Nowym Jorku

Napisane przez

 Ta aleja jest jedną z najbardziej prestiżowych alei na świecie. Każdego roku na początku października od 75 lat odbywają się na niej parady ku czci bohatera dwóch kontynentów, generała Kazimierza Pułaskiego.

Paradę poprzedziła Msza św. w katedrze św. Patryka, którą odprawił biskup z Elbląga w asyście miejscowych koncelebransów w 80 proc. w języku angielskim. Katedra była wypełniona, a Mszę św. uświetniły dwa chóry z Hamilton, "Symfonia" i "Ludowa Nuta", które następnie uczestniczyły w paradzie.


Parada rozpoczęła się przy 38. Ulicy, skąd wyruszali jej uczestnicy, a kończyła się na 58. Ulicy. W tym roku w czasie parady pogoda nie dopisała, ponieważ padał deszcz. Z tym problemem uczestnicy poradzili sobie bardzo dobrze. Byli obficie zaopatrzeni w kolorowe parasole. Nie mogę powiedzieć, kogo zabrakło, ale widziałem dużo organizacji polonijnych, które przemieszczały się pieszo lub na specjalnie przygotowanych platformach. Duże wrażenie robiła kolumna przeszło stu motocykli z głośnymi tłumikami i nagraniem szumu husarskich skrzydeł i pędzących koni.
Maszerowały przeróżne organizacje, od weteranów na platformach do tańczącej młodzieży, której nawet nie przeszkadzał deszcz.
Parada w Nowym Jorku została sprawnie zorganizowana przy pomocy władz miejskich. W tym roku uczestniczyłem we wrześniu w Polskim Festiwalu na Roncesvalles Ave. w Toronto. W Nowym Jorku paradę poprzedziła Msza św. i błogosławieństwo biskupa dla wszystkich uczestników. Tego nie było w Toronto. W Toronto Polski Festyn odbywa się w tym samym czasie co ukraiński na Bloor St., gdzie Ukraińcy świętują powrót Zachodniej Ukrainy do macierzy. Co świętuje polski biznes? Ostatnio sprzedano budynek Millenium, gdzie mieścił się Kongres. Co się stanie z archiwami organizacji, które były składowane w Kongresie?


Ostatnio możemy zauważyć, że mamy dwie Polonie, w Toronto i Mississaudze, które współpracują ze sobą na dystans.


Władysław Dziemiańczuk
Toronto

Szkoła została zalegalizowana w roku 1997 i zaczęła realizować program nauczania według podziału przedmiotów, jak w szkole państwowej w Polsce. Dyrektorem Zespołu Szkół Ogólnokształcących przy Ambasadzie RP w Atenach została wówczas pani Małgorzata Stanowska.

14 października 1997 roku, Dzień Edukacji Narodowej, we wszystkich polskich szkołach obchodzony jest wyjątkowo uroczyście. Święto to uczciła również polska placówka edukacyjna w Atenach. Był to zarazem pierwszy Dzień Nauczyciela obchodzony w nowej, legalnej szkole, nad którą opiekę sprawowały władze polskie. W dniu tym, w obecności kilkuset osób, zainaugurowano rozpoczęcie pierwszego roku szkolnego – jedynej legalnej wówczas, polskiej placówce w Grecji.


Sama zaś nauka rozpoczęła się miesiąc wcześniej – 19 września. Nastąpił potem okres spotkań członków grona pedagogicznego szkoły, przedstawicieli Rady Rodziców, a także członków Zarządu Związku Solidarności Polaków Pracujących w Grecji. Pierwsze takie spotkanie odbyło się już 22 października w budynku szkoły przy ul. Smyrnie. Jego celem była rozmowa o integracji środowiska. W tym samym czasie dyrektor M. Stanowska poinformowała, że pan Lech Detkiewicz ma zamiar uruchomić w mieście szkołę prywatną. Wiadomość ta spowodowała wystosowanie pisma do ambasadora RP w Atenach Wojciecha Lamentowicza informującego go o braku zainteresowania tą inicjatywą, co oznaczało w praktyce, że Zespół Szkół Ogólnokształcących nie będzie wydawał dla uczniów nowej szkoły prywatnej żadnych państwowych świadectw szkolnych.
Pismo to trafiło nie tylko do ambasadora RP w Atenach, ale także ukazało się w tygodniku polskim wydawanym w Atenach – "Kurierze Ateńskim", tak aby rodzice i uczniowie byli świadomi swoich wyborów i podejmowanych przez siebie decyzji i nie wysyłali swoich dzieci do nowej, prywatnej szkoły. W początkowym okresie działalności szkoły przy ambasadzie RP dzieci uczyły się w dwóch budynkach – jednym przy ul. Smyrnis i drugim przy ul. Alkiwiadou. Był to tak zwany okres przejściowy. Zdaniem dyrektorki M. Stanowskiej, szkoła powinna znajdować się docelowo w jednym budynku szkolnym z zapleczem.

lekcjapolskiego

Nic więc dziwnego, że zaczęto myśleć o przeniesieniu szkoły. Rozpoczęto nawet poszukiwania odpowiedniego budynku… i po pewnym czasie znaleziono. Była to dawna grecka szkoła, którą po spełnieniu pewnych wymogów prawnych i formalnych zaadaptowano. Ostatecznie, po roku czasu – w połowie roku 1998, szkoła została przeniesiona do nowego budynku na rogu ulic Lesvou i Patission. Nowy budynek został społecznie odnowiony. Dużo pracy w jego odnowienie włożyli sami nauczyciele. Ogromną sumę pieniędzy pochłonął zakup okien tłumiących światło słoneczne i hałas.
7 września 1999 roku miało miejsce silne trzęsienie ziemi, po którym budynek nie nadawał się zupełnie do prowadzenia jakichkolwiek zajęć. Zaplanowana na 13 września inauguracja roku szkolnego stanęła pod znakiem zapytania. W prasie polskiej ukazało się oficjalne ogłoszenie, napisane przez dyrektor Marię Stanowską, informujące o konieczności wynajęcia nowego budynku szkolnego. Znaleziono więc kolejny budynek szkolny na Cholargosie (dzielnica Aten). Rozpoczęcie nauki w nowym budynku zaplanowano na 27 września 1999 roku. Później, na prośbę placówki dyplomatycznej, budynek był sprawdzany przez miejską komisję techniczną pod względem bezpieczeństwa.
Szkoła przy ul. Navarinou 19 (na Cholargosie) nie przypomina z wyglądu polskich szkół. Spełnia jednak z pewnością swoją rolę. Budynek położony był u podnóża niewielkiego wzniesienia. Zbudowany był w kształcie litery L, otoczony zielenią, posiadał duży dziedziniec, a tuż obok zlokalizowane były obiekty sportowe.


27 września, po wciągnięciu polskiej flagi na maszt przy szkole i inauguracji nowego roku szkolnego, placówka zaczęła funkcjonować. Szkoła posiadała już wówczas swój statut.


Rok 1999 był pierwszym, w którym uczniowie kończący liceum nie musieli wracać do kraju, by zdać maturę. W maju odbywały się bowiem egzaminy maturalne w Polskiej Szkole w Atenach. Pytania egzaminacyjne były identyczne jak te odczytywane w tych dniach w każdym polskim liceum. Rozpieczętowanie koperty i podanie tematów odbyło się dokładnie o tej samej porze co w Polsce. Matury pisemne zdali wszyscy przystępujący do egzaminu. Ogólna średnia ocen z matur pisemnych – wyniosła 3,8.


3 marca 2003 roku odbyła się ceremonia nadania szkole imienia Zygmunta Mineyki*, w którego historii splotły się losy Polski i Grecji. Aktu nadania imienia i przekazania sztandaru dokonał prof. Tomasz Goban-Klas, sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej i Sportu.
Potem nadeszły gorsze lata. Zaczęto mówić o jej likwidacji. Szkoły jednak ostatecznie nie zlikwidowano, bo taka była wola zdecydowanej większości rodziców. Wola zachowania polskiej szkoły w Atenach wyrażana była przez nich od lat, od chwili podjęcia decyzji o powolnej likwidacji nauczania ramowego, czyli od czasu wstrzymania naboru do klas pierwszych. Dzięki zabiegom rodziców i grona pedagogicznego, w dniu 20 października 2006 roku, klasy I, II i III otrzymały pozwolenie na wznowienie swej działalności. W okresie przejściowym, od października do grudnia 2006 roku, szkołą kierowało kilku nowych dyrektorów. Na początku listopada 2006 roku ogłoszony został konkurs na stanowisko nowego dyrektora. Wygrała go pani Marzanną Geisler. Aktualnie szkoła dysponuje zaledwie 14 salami lekcyjnymi, w których uczy się około 300 uczniów. Niektóre z tych sal są za małe i nie spełniają wymogów normalnych sal lekcyjnych. Rodzice i uczniowie mocno akcentują pilną potrzebę zwiększenia liczby godzin języka greckiego. Dawniej były tylko dwie godziny tygodniowo. Wprowadzenie większej liczby godzin greckiego byłoby celowe. Uczniowie mogliby lepiej adaptować się w miejscowym środowisku. Grecy są przecież ich naturalnymi sąsiadami i trzeba się z nimi na co dzień kontaktować. W klasach są dzieci, które mieszkają w Grecji od ponad 10 lat, i takie, które przyjechały tu zupełnie niedawno. W jednej klasie są więc uczniowie, którzy znają język bardzo dobrze, dobrze lub wcale. Istnieje więc pilna potrzeba nauczania języka greckiego na różnych poziomach. Jest to ważny i pilny problem do rozwiązania w najbliższym czasie.


O przyszłości szkoły zadecydują najprawdopodobniej najbliższe miesiące czy lata. Kryzys, jaki nawiedza dziś Grecję, powoduje systematyczne zmniejszanie się liczby tamtejszej Polonii. Nasi rodacy zaczynają poszukiwać innych miejsc do zamieszkania. Tylko nieliczni decydują się na powrót do kraju.


Tekst i zdjęcia
Leszek Wątróbski

minejko*Zygmunt Mineyko (1840-1925) inżynier, patriota, powstaniec, podróżnik, żołnierz armii greckiej, grecki i polski patriota. Był jedną z najbardziej frapujących postaci XIX i początków XX w. Urodzony na Litwie, uczestnik powstania styczniowego, zesłany na Sybir, uciekł do Francji, gdzie uzyskał wykształcenie. Następnie wyjechał do Turcji, prowadząc prace inżynieryjne w azjatyckiej części tego państwa oraz na terenie dzisiejszej Bułgarii i Grecji. Zafascynowany kulturą grecką, w 1891 roku opuścił Turcję i przeniósł się do wolnej Grecji. Tam do 1917 roku pełnił funkcję głównego inżyniera państwa greckiego. Jeszcze w 1874 roku ożenił się z Greczynką Prozerpiną Manarys, z którą miał kilkoro dzieci. Do końca swych dni pozostał polskim patriotą, a w 1922 roku odwiedził wolną już ojczyznę. W tym samym 1922 roku otrzymał tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie.

czwartek, 18 październik 2012 22:27

Nasza minisonda z nr. 42

Napisane przez

sonda42-4Janek - Czy Panu kiedykolwiek zdarzyło się skorzystać z niestandardowej medycyny, akupunktury, medycyny chińskiej?

- Nie, nie.

- Nigdy?

- Nie. Akurat nie byłem w takiej potrzebie.

- A co Pan sądzi: czy to jest szarlataneria, czy jednak pomaga ludziom?

- Trudno powiedzieć, bo jedni wypowiadają się tak, a inni nie. Są takie wypadki, że przez tę akupunkturę to uszkadzają nerwy, a niektórzy twierdzą, że im to pomaga. Są opinie na tak i na nie.

- Poszedłby Pan do kręgarza?

- Gdyby zaszła taka potrzeba, tobym poszedł do tych nastawiaczy. No, musiałbym wiedzieć dokładnie, który jest dobry, najpierw bym się pytał o opinie.

- A jakieś niestandardowe leczenie jak bioenergoterapia?

- Nie, za bardzo w to nie wierzę.

 


sonda42-2Tomek - Medycyna nieklasyczna – czy Pan myślał kiedykolwiek o tym, żeby skorzystać z porady nie lekarza, poza systemem OHIP, kręgarzy, akupunktury, ziołolecznictwa?

- Szczerze powiem, że raczej cieszę się dobrym zdrowiem.

- Ale człowiek zawsze myśli, co by było gdyby...

- Byłbym skłonny, ale tak jak mówię, może dlatego, że cieszę się dobrym zdrowiem, jakoś o tym nie myślę.

- Poszukiwałby Pan poza normalnym systemem pomocy?

- Powiedziałbym, że tak.

- Dlaczego? Ten system nie jest wydolny?

- Może w takim przypadku, gdybym miał doświadczenie, że system jest niewydolny, na pewno bym poszukiwał, ale nie byłoby to moim drugim wyborem, skłonny byłbym traktować to na równi z medycyną zwykłą.

- Czyli na przykład medycyna chińska?

- Jak najbardziej, jeżeli nie byłoby to odstraszające czy sprawiało ból.

 


Anonimowo - Medycyna niestandardowa?

- Korzystałaby Pani z czegoś takiego?

- Już nie.

- A dlaczego?

- Aaa, nie chce mi się w ogóle mówić, dziękuję bardzo.

 


sonda42-3Barbara - Zdarzyło się Pani korzystać z medycyny niestandardowej - akupunktura, zielarze, kręgarze?

- Tak.

- Co Pani sądzi o tym, czy to jest uzupełnienie tej normalnej?

- Nie mam problemów ze zdrowiem, ale kiedyś miałam bóle głowy i pojawił się tutaj pan Połonecki. Byłam dwa razy i bóle głowy przeszły. Nie wiem, czy to tak musiało być...

- Wierzy Pani w bioenergoterapię?

- Tak.

- A kręgarze, bo chyba jest to taki bardziej standardowy sposób leczenia, nie boi się Pani takich zabiegów?

- Nie, ja się nie boję.

- Poszłaby Pani, gdyby coś Pani dolegało?

- Ja bym próbowała, tak.

- Czasem są sprzeczne zalecenia tej standardowej i niestandardowej medycyny, której by się Pani bardziej trzymała?

- Raczej tej zwykłej, naturalną traktowałabym jako dodatkową.

 


sonda42-1Teresa - Wierzy Pani w medycynę nieklasyczną, wierzy Pani w takie rzeczy? Byłaby Pani skłonna się leczyć poza systemem OHIP, u kręgarzy, zielarzy, bioenergoterapeutów?

- Wie Pan, trudno powiedzieć, na pewno wierzę w chiropraktora, czyli kręgarza.

- Nie boi się Pani, były przypadki...

- No były, ale to trzeba naprawdę wiedzieć, do kogo się chodzi. Wierzę w zielarstwo, a zresztą to na tyle nie jestem chora, by się do tego uciekać.

- Miałaby to Pani na uwadze, czy wyklucza takie rzeczy?

- Wie pan, jak się nic nie dzieje, to człowiek jeszcze o tym nie myśli.

piątek, 12 październik 2012 19:37

"Noc wolności" w Mississaudze

Napisał

 

Nicnierobienie jest gorsze od czynienia zła

W miniony sobotni wieczór odbył się w głównej sali Centrum Jana Pawła II bankiet zorganizowany pod hasłem "Noc wolności" przez Koło Sympatyków Prawa i Sprawiedliwości.
Gośćmi specjalnymi była znana dziennikarka i dokumentalistka Ewa Stankiewicz, poseł PiS, a zarazem przewodniczący sejmowej Komisji ds. Łączności z Polonią Artur Górski oraz ulubieniec naszej publiczności, rewelacyjny jak zawsze Jan Pietrzak.
Na sali reporter "Gońca" zauważył wiele znanych twarzy, wśród nich posła Władysława Lizonia z małżonką i proboszcza parafii św. Maksymiliana Kolbego w Mississaudze – o. Janusza Błażejaka.


Gości przywitała przewodnicząca Koła Sympatyków PiS Barbara Rode. Przedstawiła dorobek koła, podkreśliła, że jednym z jego zadań jest podtrzymywanie pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej i dążenie do poznania prawdy o tych wypadkach. Oceniła sytuację w Polsce jako tragiczną. Podkreśliła, że celem jest, by ludzie znali prawdę. – Chcemy Polonię zjednoczyć w naszych działaniach, chcemy również pokazać Kanadyjczykom prawdę o sytuacji w Polsce – mówiła Barbara Rode. Zacytowała słowa dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka, by program nasz sprowadzał się do "informacji, formacji, organizacji i akcji. Nicnierobienie jest gorsze niż czynienie zła".


Uznała, że Polonia, która ma wielkie możliwości, musi być głęboko zaangażowana w sprawy polskie, musi wspierać Polaków w Polsce, musi brać czynny udział w akcjach, które mają wpływ na przyszłość Polski – takich jak walka o Telewizję Trwam.
– Polonia musi pozostać Polonią w dzisiejszych czasach, gdy nie ma już masowej imigracji do Kanady i następne pokolenia rodzą się w Kanadzie i są Kanadyjczykami – od nas zależy, czy będą też Polakami. Jeżeli nie zadbamy o polskość naszych dzieci i wnuków, nauczenie ich naszego języka i historii Polski, o przekazanie wiedzy i zaszczepienie polskiego patriotyzmu, to już niedługo Polonii praktycznie nie będzie, a Polonia nie tylko propaguje za granicą polską historię i kulturę, budując szacunek do naszego kraju i wiedzę o nim, ale też stanowi ostoję naszego bezpieczeństwa i źródło informacji dla niezależnych mediów w przypadku, gdy w Polsce wolność jest zagrożona – kontynuowała.
Poseł Górski przedstawił w zarysie program swej partii i zachęcił wszystkich, aby w razie jakichś problemów z władzami konsularnymi kontaktowali się z nim bezpośrednio poprzez e-mail. Narzekał, że propozycje programowe PiS są bojkotowane w głównym przekazie medialnym.
Ewa Stankiewicz pokazała przejmujące fragmenty swych filmów i z wielką pasją opowiadała o sprawach polskich.


W najbliższych numerach "Goniec" przedstawi obszerną rozmowę z Ewą Stankiewicz. Wywiad z posłem Arturem Górskim zamieszczamy tutaj.
(ak)

Fot. Artur Wiszniewski

wtorek, 16 październik 2012 19:17

Zakończyliśmy rejs Wagnera cz. III

Napisane przez

Władek na Karaibach
Władysław Wagner pętlę wokółziemską zamknął 11 lipca 1939 roku, ale rejs zamierzał zakończyć w miejscu, w którym go rozpoczął: w Gdyni.
Niestety! Wojnę spędził na okrętach wojennych, eskortujących konwoje przez Atlantyk, po wojnie na polecenie emigracyjnego polskiego rządu zajął się przebywającą w Anglii polską młodzieżą, założył szkołę rybołówstwa morskiego.
Gdy do weteranów polskiej armii na Zachodzie dotarły wieści o tym, jak są traktowani przez komunistyczne władze powracający do kraju żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, postanowił nie wracać. Ożenił się z dziewczyną wychowaną, jak większość angielskich dziewczyn, w tradycji morskiej. Mabel wiedziała, czym jest morski zew, ją też "coś" gnało w świat. Na 70-stopowym jachcie "Rubikon" (dar od rodziny królewskiej) wyruszyli do Australii, Władek wiedział, że znajdzie się tam dla nich miejsce. Ale nie dojechali. Po drodze urodziła się Zuzanna (Susan) i trzeba było się zatrzymać. Brytyjskie Wyspy Dziewicze miały być na razie, ale Trellis Bay, zatoczka wysepki Beef, zatrzymała ich na lata. Tu urodził się ich syn – Michał (Michael).


Wladek, jak go tu nazywano, zbudował pierwsze na Wyspach lotnisko, pierwsze domy z kamienia i cegły, niedużą stocznię, połączenie drogowe pomiędzy wyspami Beef i Tortola, dzięki któremu lotnisko nabrało znaczenia, zorganizował szkołę żeglarską dla amerykańskich skautów, słowem wszystko, co w tym wyspiarskim rejonie miało znaczenie, a dodatkowo dostarczało miejsc pracy.
Na kolorowanych przez Mabel zdjęciach widać ich pierwszy dom położony na wzgórzu nad zatoką, wybudowali go sami, z kamieni przeznaczonych na budowę musieli wygotowywać sól morską, żeby kamienie stały się budulcem. Mabel nazwała ten domu "Tamarin", tak też jest podpisane to zdjęcie, i data – 1957.


Na półhektarowej rafie wyłaniającej się ze środka Trellis Bay wybudowali dom z zapleczem kuchennym i nazwali go klubem. Dziś do to miejsce nazywa się "The Last Resort" i jest "mekką" żeglarzy wędrujących po Archipelagu Wysp Dziewiczych.
Był znany i lubiany. Podczas wizyt, które trzeba było tutaj odbyć w ramach przygotowań do uroczystości, poznaliśmy prawie dziewięćdziesięcioletniego Obela Penna, czarnoskórego przyjaciela i wspólnika Władka.
Mieszkali do czasu, aż trzeba było zadbać o przyszłość dorastających dzieci. Wyjechali najpierw na Puerto Rico, a po latach do Stanów. Władysław Wagner zmarł w 1992 roku w Orlando na Florydzie. Tam do dzisiaj mieszka jego żona, Mabel, i ich córka, Susan. Nie opływają w luksusy.


* * *


DSC 3786Pomysł upamiętnienia miejsca poprzez wbudowanie tablicy pamiątkowej na Bellamy Cay rozwijał się przez kilka lat, a realnych kształtów nabrał w 2011 roku. W lutym został powołany komitet organizacyjny w składzie: Jerzy Knabe – komandor Polish Yacht Club w Londynie, Andrzej Piotrowski – prezydent Karaibskiej Republiki Żeglarskiej, Józef Aleksandrowicz – komandor Polsko-Kanadyjskiego Klubu Żeglarskiego "Biały Żagiel", komandor Polish Yachting Association of North America – Krzysztof Kamiński oraz Zbigniew Turkiewicz.
Na początku grudnia 2011 roku, podczas kolejnej wizyty na Wyspach, ustaliliśmy z miejscowymi autorytetami – wydawało się – wszystkie detale dotyczące naszego zlotu. Od tego momentu zaczęły się ostre przygotowania. Najtrudniej było ustalić ceny usług budowlanych oraz koszty poszczególnych imprez w "The Last Resort" i na brzegu zatoki przy "Cyber Cafe". Nie wiedzieliśmy, ile jachtów przypłynie, ilu polskich, czy też polonijnych żeglarzy weźmie w udział naszym zlocie, którego nazwę ustaliliśmy bodajże we wrześniu: "Wagner Sailing Rally 2012".
Trellis Bay należy do Beef Island, którą od największej wyspy Brytyjskich Wysp Dziewiczych – Tortoli – oddziela dwudziestometrowy przesmyk. Miejsce, gdzie dzisiaj jest lotnisko, służyło do wypasu krów (beef), a nad zatoczką porośniętą chaszczami wybijały się drzewa, podobne do naszej akacji, to – tamarin, ale w jakiejś endemicznej, jedynej w swoim gatunku, formie. Na brzegu zatoki stawiano szopy (trellis) służące pasterzom i rybakom. Z tych drzew, a raczej z ich gałęzi wcale nieprostych, nieraz nieprawdopodobnie pokręconych, ale również niespotykanie mocnych, uzyskiwano materiał do budowy łodzi żaglowych, jedynych swego rodzaju w rejonie Karaibów, żaglówek typu sloop, zwanych "The Tortola Boats". W 1834 roku wraz z likwidacją na Karaibach niewolnictwa, plantacje cukrowe utraciły racje ekonomiczne. Jedynym tutejszym przemysłem, który mógł podbić Karaiby, były łodzie żaglowe z Tortoli. Niewielka stocznia Władysława Wagnera rozwinęła budowę łodzi na skalę niemal przemysłową.
I oto ten dzień, 20 stycznia 2012. Wczesne popołudnie. Wpływamy do zatoki i mam duszę na ramieniu. Czy to się uda? Czy wszystko przemyślałem? Czy nie będzie jakiejś nawalanki ze strony gospodarzy? No i z naszej strony. Z niepokojem patrzę na Bellamy Cay, usiłuję wypatrzyć maszt i postument. Przez lornetkę widzę dwóch ludzi kręcących się w miejscu, gdzie powinien być, ale niczego tam nie widzę poza dwoma ludźmi. Nie pozostaje mi nic innego, jak zachować zimną krew.


Zaskoczony liczbą polskich flag, próbuję je policzyć i nagle – radość ogromna: "Husaria" dotarła na czas. Z tablicą, która odbyła niesamowitą drogę: z Nowego Jorku, poprzez Panamę, gdzie zaokrętowała się wraz z jej fundatorem, Januszem Kędzierskim, poprzez Morze Karaibskie. Jeszcze przed kilkoma godzinami słyszałem głos Tośka Kantora, jak rozpaczliwe wywoływał "Husarię" przez radio; wydawało się, że są jeszcze gdzieś daleko, że mogą nie zdążyć. Podziw budzi ten niezwykły, liczący ponad sześć tysięcy mil morskich, rejs.
Widzę załogi z torontońskiego "Białego Żagla", kilku żeglarzy z hamiltońskiego klubu "Zawisza Czarny", znajome twarze żeglarzy, z którymi od lat spotykam się na Georgian Bay i na naszym jeziorze Ontario. Kotwicę rzuca "Kedyw" z Nowego Jorku i niedaleko katamaran "Santa Maria" ze Szczecina. Coraz nas więcej.


DSC 3400Przy naszym prowizorycznym biurze WSR 2012 spotykam przyjaciół sprzed lat: Jacka Sołtysa – przypłynął z Baltimore, od lat uczestniczy w organizacji żeglarskich spotkań na Wschodnim Wybrzeżu "Polonia Randevous", oraz Andrzeja Gruszkę, past-komadora polonijnego nowojorskiego klubu żeglarskiego. To z nim, między innymi, przed 15 laty zakładaliśmy Polish Yachting Association of North America (PYANA). Pojawia się Krzysiek Sierant, przypłynął również z Nowego Jorku, jest – co najmniej od piętnastu lat – redaktorem znakomitego pisma polonijnego "Żeglarz".
Ruszam na Bellamy Cay. Przy miejscu na pomnik pracuje Jeff z pomocnikiem. Znamy się od miesiąca, jest pracownikiem "The Last Resort", muzykiem, barmanem, prawą ręką Bena właściciela wysepki. Jest i Ben. I jeszcze dwóch chłopaków z muzycznego zespołu. Budują postument. Właściwie już skończyli, baza pod maszt jest gotowa od dwóch dni, ławki będą gotowe jutro. Mam się nie martwić, wszystko będzie na czas. Gdzie maszt? Tam, za domem. Rzeczywiście jest. Typowy jachtowy maszt, z salingiem i linkami flagowymi. Jutro stanie na swoim miejscu, dziś beton jest za świeży. Uśmiechnięci, życzliwi i absolutnie spokojni. Żaden z nich nie ma zegarka. To tylko ja patrzę na zegarek bez przerwy, taki mój kanadyjski zwyczaj. Będę tu jutro o siódmej rano, mówię. Po co? Zdążymy.
Nie mam wyboru, wracam na jacht. I nagle przed moimi oczami wyrasta jeden z najpiękniejszych polskich żaglowców, płynie w poprzek zatoki w poszukiwaniu miejsca do zakotwiczenia. Pilnuję, żeby mi serce nie wyskoczyło z radości.


PIERWSZY DZIEŃ
Uroczystość
Oczywiście, że byłem tam o siódmej rano. Cała kelnersko-muzyczno-barowa ekipa "The Last Resort" szlifowała drewniane siedziska ławek. Wcale się mną ani moim zegarkiem nie przejmowali. Skończyli o jedenastej. W południe polakierowali ławki. Zabronili siadać. Od dziesiątej szukali odtwarzacza CD, znaleźli, odkurzony – zadziałał. Głośniki, kable, wzmacniacze. O wpół do pierwszej puszczam polskie pieśni patriotyczne. Do pomostu Bellamy Cay podpływają dziesiątki dinghi. Eleganckie żeglarskie garnitury: białe spodnie, granatowe dwurzędowe marynarki z emblematami klubów, białe koszule, krawaty... Harcerze z Nowego Jorku w mundurach. Staropolskie ubiory Bractwa Wybrzeża i paradne Karaibskiej Republiki Żeglarskiej. Większość w niebieskich koszulkach z logo "Wagner Sailing Rally 2012".
Około godziny pierwszej do pomostu podpływa łódź wiosłowa z marynarzami, którzy delikatnie przenoszą tablicę, montują ją na postumencie i zakrywają biało-czerwoną flagą. Czekamy na gości.
Janusz Kędzierski przez głośniki sprawdza obecność. Ilu nas jest? Z Nowego Jorku?! Głośny krzyk. Z Chicago?! Mniej głośny, ale słychać. Z Toronto?! Dachówki spadają z Last Resort. Z Polski?! Też głośno.
Gości honorowych przywożą na wysepkę łodzie "The Last Resort". Jurek Knabe, komandor "Wagner Sailing Rally 2012", wita ich i nas wszystkich. Na maszt, jako pierwsza, wyjeżdża biało-czerwona flaga państwowa. Nad Trellis Bay rozlega się polski hymn. "Jeszcze Polska nie zginęła..." usłyszał Władek nad swoim domem na Bellamy Cay. Był z nami, czułem to... Na maszt wyjeżdża flaga Brytyjskich Wysp Dziewiczych, rozlega się hymn "Boże chroń królową...".
Odsłaniamy tablicę, na niej napis w obu językach: "Władek Wagner 1912–1992. Pierwszy Polak, który opłynął świat w latach 1932–1939. Po wojnie zamieszkał przy Trellis Bay, nie chcąc wracać do Polski opanowanej przez komunistów. Pamięć o Nim żyje tutaj i w Ojczyźnie. 2012 Żeglarze".
Władek wprowadził jacht "Rubikon" do zatoki Trellis we wrześniu 1949 roku, gdy była otoczona chaszczami, resztkami jakichś szałasów, ale na pewno jej widok i położenie zachęciły go, by tu rzucić kotwicę na ładnych parę lat. Co go tu zatrzymało? Czy może oczami wyobraźni mógł usłyszeć hymn polski odegrany tutaj na jego cześć 63 lata później?
Koktajl na żaglowcu "Fryderyk Chopin" to cały ceremoniał. Najpierw byli podejmowani osobiście przez Kapitana oficjalni goście WSR2012, a następnie, gdy do burty "Chopina" zaczęły podpływać dinghi z załogami jachtów, uczestników WSR, na żaglowcu podawano wino i przekąski. Można było zwiedzać cały żaglowiec niemal od zęzy aż do topu masztów (na szczęście nie wszyscy mieli na to ochotę). Problemem dla wielu była sznurowa drabinka zwisająca z wysokiej burty żaglowca, łącząca pokład z rozhuśtaną falami łódeczką, różnie się też ta przygoda kończyła. Było na co popatrzeć.

Party w "Cyber Cafe"
"Welcome to the Wladek Wagner Memorial Party" – ogłaszał Jeremy Wright, właściciel "Cyber Café", zawsze otwartej na wszystkie strony świata kawiarenki, leżącej na samym brzegu Trellis Bay. Jeremy jest Anglikiem, pewnie trochę nietypowym, bo jest zawsze radosny, otwarty "na oścież" jak jego kawiarenka, z sercem na dłoni. Od początku we wszystkim nam pomagał, organizował dla nas kontakty, angażował się w rozmowy, podpowiadał, radził i częstował świetnymi drinkami. Sąsiadem "Cyber Cafe" na brzegu Trellis Bay jest "Aragon Studio", pracownia sztuki praktycznej, metaloplastyki, malarstwa i wszelakich pamiątek w bardzo dobrym guście. Placyk pomiędzy "Cyber Cafe" i "Aragon Studio" doskonale nadaje się na duże party i zapewne często do tego służy. Na placyku oraz w wodzie umieszczono, sporządzone przez "Aragon Studio", dwumetrowej średnicy ażurowe kule z metaloplastyki, obrazujące tancerzy, wnętrze jest puste i służy jako wielkie palenisko.
Proszę o odrobinę wyobraźni (tych, którzy tam z nami nie byli): karaibska muzyka na żywo, ogień płonący w kulach na wodzie, kolorowo wystrojeni tancerze na szczudłach (tańce karaibskich duchów), noc, ciepło, w zatoce widać światła jachtów... i my, tańczący, gadający, drinkujący, rozbawieni. Do tego świetna kuchnia i... tak do rana.

DRUGI DZIEŃ
Żeglarska msza
Polski ksiądz o. Andrzej Szorc – redemptorysta przypłynął do nas promem z wyspy St. Croix. Jest jednym z czterech lub pięciu polskich misjonarzy w Basenie Morza Karaibskiego i było to wielkie wyróżnienie i szczęście, że to właśnie jemu przypadło celebrowanie eucharystii dla polskich żeglarzy i dla Wagnera, na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, w miejscu jakże odległym od Polski, a jakże z Polską związanym.

Parada Polskich Jachtów
Bryg "Fryderyk Chopin" rzucił kotwicę na zewnątrz zatoki. Kolumna jachtów formuje się za "Husarią". Z zatoki wypływaliśmy obok siebie, za sobą, w większości jachty w gali banderowej, całe załogi na pokładzie, wszędzie radość i zdumienie, kiedy zobaczyliśmy, że ten sznurek polskich jachtów ma ponad kilometr długości: gdy pierwsze jachty opływały "Chopina", ostatnie jeszcze z zatoki nie wypłynęły. Na STS "Fryderyk Chopin" też było świątecznie: udekorowany w galę banderową, z całą załogą na burtach, witał każdy jacht rykiem syreny i flagowym salutem. Machamy do siebie, krzyczymy, wszyscy wzruszeni, bo nie sposób oprzeć się wrażeniu, że dzieje się coś niezwykłego: tak daleko od Kraju, i tak wielkie żeglarskie świętowanie.
"Fryderyk Chopin" nabierał rozpędu, goniliśmy go może przez kwadrans, jeszcze raz usłyszeliśmy syrenę i – oni popłynęli do domu, a my z powrotem na naszą Trellis Bay.
Do zobaczenia 8 lipca 2012 roku w Gdyni, w miejscu, z którego przed osiemdziesięciu laty Władysław Wagner wyruszył w ten Wielki Rejs.


Zbigniew Turkiewicz
Dalszy ciąg opowieści o Wielkim Rejsie Wagnera już za tydzień

 szkolaatenyPierwsze próby powołania do życia szkoły polonijnej na terenie Grecji podjęto w połowie lat osiemdziesiątych. W roku 1988, z inicjatywy ks. Stanisława Móla, doszło tam do powstania pierwszej polskiej szkoły w Atenach, która przyjęła imię Romka Strzałkowskiego i działała przy parafii rzymskokatolickiej, zaś w roku 1994 otwarto drugą polską szkołę przy Związku Polsko-Greckim im. Iwanowa Szajnowicza.


    Szkoła im. Romka Strzałkowskiego powstała oficjalnie we wrześniu roku 1997. Została powołana rozporządzeniem ministra edukacji narodowej. Placówka ta, podobnie jak wiele innych tego typu szkół na całym świecie, była finansowana przez MEN i działała w oparciu o identyczne dla wszystkich polskich szkół przepisy. Myśl zorganizowania lokalu szkolnego dla dzieci polskich pojawiła się w greckim środowisku imigracyjnym w roku 1985. W tym też roku kuria arcybiskupia greckiego Kościoła katolickiego w Atenach oddała na cele emigracji jedną ze swoich sal, znajdujących się na parterze ich budynku. Sala ta stanowiła tzw. ochronkę dla dzieci imigrantów polskich w wieku przedszkolnym i podstawowym. Był to zalążek polskiej szkoły w stolicy Grecji.  Ochronka została zarejestrowana w roku 1986 w Polskiej Macierzy Szkolnej w Londynie. Na patrona placówki wybrano Romka Strzałkowskiego – trzynastoletniego ucznia, który zginął w czerwcu 1956 roku, w trakcie zamieszek na ulicach Poznania. Wkrótce, z powodu trudności lokalowych, działalność ochronki zawieszono. W obliczu narastających problemów polska imigracja w Atenach, w marcu 1987, rozpoczęła rozmowy z greckim Caritasem o umożliwieniu adaptacji budynku Caritasu przy ul. Kapodistriou 52. Budynek ten miał być kontynuacją ochronki dla polskich dzieci i jednocześnie miał umożliwić w przyszłości zorganizowanie oficjalnej szkoły polskiej. We wrześniu 1987 roku polscy imigranci poinformowali Caritas o liczbie dzieci chcących uczęszczać na zajęcia szkolne oraz o ramach czasowych, w których zajęcia należałoby prowadzić. 21 września zawarta została umowa pomiędzy imigracją a Caritasem, regulująca sytuację oświatową polskich emigrantów. Na mocy tego porozumienia grecki Caritas udostępnił dzieciom uchodźców polskich trzy pomieszczenia przez pięć dni w tygodniu.
    Opłata za uczęszczające dziecko do ochronki wynosiła 3000 drachm, z czego 1000 drachm pobierał Caritas. Nauczyciele zobowiązani zostali do sprzątania pomieszczeń i toalet, w których odbywały się zajęcia. Pełną odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieci i za ewentualne szkody wyrządzone przez nie mieli ponosić nauczyciele. W takich warunkach i na takich zasadach miała zaistnieć i funkcjonować Wolna Szkoła Polska w Atenach.
    We wrześniu 1987 roku udostępniono polskim uczniom budynek Caritasu, by kilka dni później go zamknąć. W końcu zaś września, tego samego roku, przekazano polskim imigrantom następującą informację:

atenykosciol
    Stowarzyszenie Caritas, po rozpatrzeniu problemu, zdecydowało się na wycofanie oferty udostępnienia budynku przy ul. Kapodistriou 52 z następujących przyczyn: ww. budynek jest nieodpowiedni do użytkowania go w charakterze szkoły; istnieją przeszkody prawne związane z niespełnieniem wymogów bezpieczeństwa i higieny przez ww. budynek; Stowarzyszenie Caritas winno być otwarte dla wszystkich kategorii ludzi, którzy potrzebują pomocy, dla wszystkich narodowości uchodźców. Działalność jego jest ukierunkowana na zaspokojenie potrzeb ludzi bezrobotnych lub znajdujących się w stanie nędzy materialnej".
    W roku 1988 polscy jezuici rozpoczęli starania o reaktywowanie szkoły. Na nową siedzibę przeznaczono jednopiętrowy budynek przy ul. Smyrnis 28 i w październiku 1988 roku odbyła się oficjalna inauguracja nowego roku szkolnego w Katolickiej Szkole Polskiej im. Romka Strzałkowskiego, nad którą opiekę sprawowała Polska Macierz Szkolna w Londynie.


    W tym samym czasie funkcjonował już Punkt Konsultacyjny przy Ambasadzie RP. Było to miejsce, w którym języka polskiego, geografii i historii Polski uczyły się dzieci pracowników dyplomatycznych oddelegowanych z kraju do pracy w Grecji. Rok szkolny 1989/1990 rozpoczął się tam 18 września z 439 uczniami.
    Z ogłoszeń duszpasterskich, z marca 1990, można się było dowiedzieć o nowych pięciu zasadach obowiązujących w Katolickiej Szkole Polskiej. I tak:
    1. Na końcu każdego miesiąca wywieszona będzie pełna lista wpływów i rozchodów finansowych szkoły, co będzie można sprawdzić na tablicy ogłoszeń w szkole;
    2. Opłata za naukę powinna być dokonywana do 15. dnia miesiąca poprzedzającego, np. 15 listopada za grudniowy miesiąc nauki;
    3. Za nieterminowe wpłaty będzie najpierw stosowana kara finansowa, a później będzie dziecko skreślone z listy uczniów;
    4. W związku z tym, że nauczyciele i obsługa szkoły pobierają stałą pensję miesięczną, opłata za naukę pobierana jest w całości, niezależnie od frekwencji ucznia;
    5. Ewentualne nadwyżki przeznaczone będą na potrzeby szkoły i dzieci, o czym rodzice będą na bieżąco informowani.


    Początki polskiej placówki oświatowej wzbudzały duże zainteresowanie ze strony ambasady polskiej w Atenach. Miało to swój wyraz w spotkaniach zarówno z przedstawicielami szkoły, księżmi, jak i polskimi emigrantami. W listopadzie 1989 roku, na jednym z takich spotkań odnotowano co następuje:
    Od nowego roku szkolnego nie jest to już szkoła kierowana przez Komitet Rodzicielski, który poprzednio był przeciwny przyjmowaniu jakiejkolwiek pomocy od państwa polskiego. Na czele szkoły, jako formalny i rzeczywisty opiekun, stanął ksiądz Wit Pasierbek, który od trzech miesięcy kieruje polską parafią rzymskokatolicką w Atenach. Ks. W. Pasierbek i jego pomocnik ks. Wacław Rusiniak opowiadają się zdecydowanie za korzystaniem przez szkołę z możliwie daleko idącej pomocy państwa polskiego. Zapewniają, że taka sama jest opinia kierownictwa szkoły (kierowniczki i jej zastępców) oraz pracujących w niej polskich pedagogów i większości członków nowego Komitetu Rodzicielskiego.
    Niewątpliwie na zmianę stanowiska w tej kwestii zasadniczy wpływ wywarły zmiany w kraju, a przede wszystkim powołanie na premiera T. Mazowieckiego. Ambasada polska miała wiele propozycji co do rozwiązania pojawiających się wciąż nowych problemów. Planowano zorganizowanie nowych podręczników szkolnych, lektur, kolonii letnich na terenie Polski. Pojawiła się nawet propozycja powstania szkoły prywatnej w Atenach, która miała działać za zgodą greckich władz. Kolejne lata przyniosły kilka zasadniczych zmian i wciąż powiększającą się liczbę uczniów, a także nauczycieli. Normą stawały się letnie kolonie, z których korzystało coraz więcej dzieci. W roku szkolnym 1900/1991 nastąpiło uregulowanie statusu prawnego budynku szkoły:


    W nowym roku szkolnym (…) zależna będzie od Ministerstwa Edukacji Narodowej w Warszawie. Tak jak dotychczas, patronat nad szkołą sprawować będą księża jezuici z parafii Serca Jezusowego w Atenach. Opłata za naukę utrzyma się na stałym poziomie zbliżonym do dotychczasowego. Świadectwa wydawane przez szkołę uznawane będą w Polsce, Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, jak i w innych krajach.
    Rok szkolny 1991/1992 był pierwszym, w którym szansę  nauki zgodnie z programem nauczania dostały także dzieci mieszkające wraz z rodzicami na wyspach greckich. Zdawały one co 2 – 3 miesiące egzaminy w Szkole Polskiej w Atenach, z materiału wcześniej przerabianego w domu z rodzicami.
    W roku szkolnym 1992/1993 zwiększyła się zdecydowanie liczba pomieszczeń szkolnych. Udostępniono też wcześniej remontowane drugie piętro, gdzie znajdowała się biblioteka, świetlica i dodatkowe sale. Dzięki temu dzieci nie musiały już uczęszczać do szkoły na trzy zmiany. Zakupiono nowe książki do biblioteki jako pomoce dydaktyczne oraz telewizor i magnetowid.


    Na początku roku szkolnego program pracy szkoły zakładał, iż placówka ta winna przede wszystkim spełniać rolę edukacyjną, a następnie kulturotwórczą, a w dalszej kolejności – konsolidującą środowisko emigracji polskiej w Atenach. Nie można się było natomiast zgodzić z funkcją, w jakiej widziało szkołę wielu rodziców, a więc "przechowalni". Na szczęście, większość rodziców nie traktowała szkoły w podobny sposób. Szkoła była przyparafialna, chociaż parafia nie była wyłącznie polską placówką duszpasterską, jak wielu sądziło. Na każde przedsięwzięcie, każdą inicjatywę, każdy krok poza szkołą trzeba było uzyskać zgodę gospodarzy parafii, a więc greckiego proboszcza.  Od 1994 r. program nauczania w szkole im. Strzałkowskiego został dopasowany do wymogów i norm polskiego Ministerstwa Edukacji Narodowej i od tamtej pory był on taki sam jak w Polsce. Ponadto świadectwa szkolne otrzymywane przez dzieci opatrzone były pieczątką szkoły przy ul. Tynieckiej w Warszawie, ponieważ Szkoła Polska w Atenach została afiliowana do jednej z warszawskich szkół. W roku 1994 powstała także druga polska szkoła przy Niezależnym Związku Polsko-Greckim. Szkoła ta nosiła imię Iwanowa Szajnowicza i mieściła się przy ul. Wiktora Hugo. Jednak fakt istnienia kilku placówek edukacyjnych działał destrukcyjnie zarówno na nauczycieli, jak i uczniów. Taki stan rzeczy nie sprzyjał nastrojom w środowisku polonijnym, ale przede wszystkim miał negatywny wpływ na sam proces dydaktyczny. W owym czasie najważniejszą rzeczą było stworzenie państwowej szkoły polskiej w Atenach i uzyskanie prawa do wydawania świadectw uprawniających do kontynuowania przez dzieci nauki w Polsce. Nauczyciele, by tego dokonać, nawiązali współpracę z Ministerstwem Oświaty i Wychowania w Polsce. Egzaminy były przeprowadzane ze wszystkich przedmiotów. Na wszystkich poziomach nauczania przeprowadzała je komisja składająca się z nauczycieli wydelegowanych z Warszawy z MOiW. To pozwalało na otrzymywanie polskiego świadectwa przez uczniów. W 1996 r. doszło do połączenia rad pedagogicznych (ze szkół R. Strzałkowskiego i I. Szajnowicza).


Tekst i zdjęcia Leszek Wątróbski

piątek, 12 październik 2012 07:55

Nasza minisonda z nr. 41

Napisał

sonda41-ilonaIlona - Latasz LOT-em?

- Tylko LOT-em.

- Dlaczego?

- Dlatego, że jak lecę bezpośrednio, czuję się dobrze. Mimo tego, że masę osób narzeka na warunki w Locie, ja mam złe doświadczenia z innymi liniami. Leciałam Lufthansą, podobno jedne z najlepszych linii - zaginął mi bagaż, cztery dni czekałam, żeby mi go dostarczyli. Poza tym spóźnił się samolot, nie zdążyłam na ten "przesiadkowy". W związku z tym teraz już wsiadam tutaj, wysiadam w Polsce i mam święty spokój.

- Czy przez to, że będą dreamlinery, będziesz chętniej latała?

- A zdecydowanie! Tylko żeby ceny były takie w miarę normalne...

 

Tadeusz - Lata Pan do Polski LOT-em?

- Nie.

- Nigdy LOT-em, czy nigdy do Polski?

- Niczym nie jeżdżę, ani Air Canada,ani niczym, bo miałem zawał i nie mogę latać samolotem.

- Latał Pan wcześniej LOT-em?

- Tak, kilka razy byłem LOT-em.

- Bo właśnie LOT teraz wymienia samoloty, ciśnienie w tych samolotach jest wyższe...

- Chętnie bym poleciał, ale nie mogę jeszcze latać.

 

sonda41-piotrPiotr Hoffmann - Latasz LOT-em do Polski?

- Szczerze mówiąc, bardzo rzadko latam LOT-em, ponieważ latam do Krakowa; latam do Wiednia liniami austriackimi, bo jest mi dużo wygodniej; lecę do Wiednia, gdzie mam godzinę, czasami półtorej przerwy, gdzie wypijam sobie na Schwechat doskonałe piwo i za godzinę jestem w Krakowie. Po prostu, wygoda!

- Gdy będą dreamlinery, będziesz bardziej skłonny, by polecieć LOT-em?

- Przynajmniej spróbuję. Zapowiada się ładnie.

- Cena decyduje?

- Wygoda. Mogę jechać do Krakowa na bardzo krótki czas, najwyżej tydzień, chodzi mi głównie o to, by jak najmniej czasu stracić, być z moją mamą, która kończy już swoje życie i trzeba jej jak najwięcej czasu poświęcić. Bardzo się cieszę, że flota się powiększy i będziemy nowocześniejsi. Szczerze mówiąc, latałem LOT-em i były jakieś zdezelowane samoloty wypożyczane od Rumunów albo od Ukrainy. To mnie nie rajcuje - przepraszam.

- Bo jeżeli LOT...

- To polski...

 


sonda41-klmKrystyna - Chciałem zapytać, czy lata Pani LOT-em do Polski?

- Latałam LOT-em do Polski, ale ostatni raz leciałam liniami KLM i byłam bardzo zadowolona. Duże samoloty, świetna obsługa, dużo tańsze bilety.

- A czy gdy Pani wybiera bilet, to głównie patrzy Pani na cenę?

- LOT teraz wymienia samoloty, chwali się tym, że będzie miał najnowocześniejszy sprzęt. Raczej wcześniej nie kierowałam się ceną biletów, tylko jako Polak, patriotka latałam polskimi liniami, ponieważ chciałam wspierać polski biznes. Natomiast z roku na rok te polskie linie lotnicze są gorsze, dlatego ostatnio latałam KLM-em. Różnica 100 dolarów nie jest duża. ale ostatnio było to 350 dol. taniej, więc to jest poważna kwota. Obsługa świetna, wszystko free. Nie piję alkoholu, ale alkohol też był za darmo - naprawdę - dobre linie!

- Czyli raczej nie wróci Pani do LOT-u?

- Nie powiedziałabym, że nie wrócę, ponieważ są nowe samoloty, mam nadzieję, że będą tańsze w obsłudze i z kolei będą tańsze bilety, albo przynajmniej w miarę konkurencyjne z innymi liniami. Normalnie popieram polski biznes, polskie linie lotnicze i chciałabym by to były polskie linie, a nie tylko polska marka, ale jeżeli to jest różnica 350 dol., to jest coś nie tak.

 



sonda41Ala
- Lata Pani LOT-em do Polski?

- Latam. - LOT będzie teraz wprowadzał nowe samoloty, chętniej będzie Pani wybierała LOT, czy raczej decyduje cena?

- Trudno mi powiedzieć, chyba będę leciała LOT-em, bo bez przesiadek... Chyba że jest bardzo duża różnica w cenie to wtedy trzeba się zastanowić. - A jest Pani zadowolona z LOT-u.?

- Nie mam żadnych skarg, ale nie byłam w Polsce trzy lata, więc nie wiem, czy coś się złego nie wydarzyło.

- Ale gdy Pani latała, wszystko było dobrze?

- Wszystko było dobrze.