Goniec

Register Login

Życie polonijne

sobota, 22 wrzesień 2012 13:56

Multi-kulti z Roncesvólki

Napisane przez

W ubiegłą sobotę wybrałem się na historyczną ulicę Roncesvalles kontemplować zorganizowany przez szanowny Komitet Centralny wielki festyn nazwany "Polish Festival ", który, jak się później okazało, polskość miał tylko w nazwie. Bo cała ta hucpa kojarzyła mi się z multikulturalnym bazarem, na którym handluje się towarami i szybkim żarciem przy akompaniamencie klownów i innych pajaców w udziale licznych zespołów, orkiestr i grajków.


Wyjeżdżając z domu i zbliżając się od ulicy Howard Park, wyobrażałem sobie liczne transparenty biało-czerwone od słupa do słupa z napisami "Welcome on Polish Festival" oraz las powieszonych polskich flag i symboli na latarniach i balkonach, w oknach itp., tak jak bywa to u naszych sąsiadów. Niestety, materiału na sztandary krawcom zabrakło, więc organizatorzy postanowili nie eksponować naszych symboli narodowych. Trudno, ni ma to ni ma, posłucham chociaż rodzimej muzyki.


Zbliżałem się do pierwszej od Howard estrady. Grał zespół jazzowy, którego wokalistka wyczyniała dziwne ewolwenty piskliwym głosem, jakby jej ciężarówka na palce u nóg najechała. Wyła językiem tubylców, strasząc spokojne gołębie. Będąc do kości tolerancyjnym, pomyślalem sobie, że gości też należy zapraszać, i szybciutko oddaliłem się od źródła pisku w moich uszach powodowanego decybelami.
Dalej rząd straganów, budek, karuzele, kolorowe pompowane miasteczka służące do pozbywania się nadmiaru energii u naszych milusińskich. Za straganami sprzedawcy zachwalali swoje towary, generalnie jednodolarowy chłam lub chińskie zabawki dla dzieciaków. Oto hinduski sprzedawca w turbanie sprzedający ręcznie wykonane naszyjniki, wisiorki, bransolety. Za nim para Cyganów sprzedająca kapelusze i czapki, dalej Filipińczyk jowialnie uśmiechnięty zachwalający swój towar; buląc za stragan "jedyne" 621 dolców. Murzyński masażysta wkładający głowę ochotnika do chomąta i masujący kark za 1 dol. za minutę. Naprzeciwko dwóch Peruwiańczyków fiuka na kabarynach i tym podobnych fujarkach przy akompaniamencie podkładów muzycznych z karaoke. Zainteresował mnie muzyk rodem z Chile, grający na jednej strunie, posuwając smykiem na dziwnym instrumencie przypominający mi pierwowzór skrzypiec z dosztukowaną tykwą, która wzmacniała głos, jęcząc jękami z najstraszniejszego horroru Stephena Kinga.


W pobliżu budynku KPK (też na sprzedaż) dziarsko grała orkiestra pana Guca. Trąby, garmoszka, bas i perkusja z gitarą oddawały pełnię dawnego fokloru. Kapela rżnęła mazurki, oberki, polki, walczyki i tanga! Następnie estrada rockowa. Najpierw kochany zespół "Mister System" grał jeszcze powściągliwie. Po nich kapela kanadyjska rozkręciła decybele, aż mnie kopnęło przy kolumnie głośnikowej. Bombardowali basem Roncesvólkę, aż co poniektórzy rezydenci kładli mokre gazety na szyby, żeby nie dzwonić po szklarza.


Przypomniałem sobie, jak grałem koncert na keyboardach przy restauracji "Krak" trzy lata temu, gromadząc słuchaczy wokół mojej muzyki. Jakiś polakofob zadzwonił po policję. Przyjechały dwa radiowozy i panowie mundurowi polecili mi przestać grać o godz.17.00 , bo gram za głośno! Moje nagłośnienie było pryszczem w porównaniu do zespołu spod biblioteki. Szukam, drodzy czytelnicy, głównej estrady folklorystycznej polskiej, mrużąc oczy, i nie widzę. Dopiero na tyłach budynku Credit Union jak wychodek za stodołą, dojrzałem potężną estradę. Polski folk kogoś kłuł w oczy i uszy, więc wykoncypowano schowanie estrady z widoku publicznego na tyły banku, i do tego nie zaistalowano nagłośnienia. Zobaczyłem muzykantow grających cichutko bez mikrofonów i kolumn głośnikowych. Dziewczęta i chłopcy w cudownych strojach ludowych wywijali hołupce... Ale co z tego, jeżeli przechodnie z ulicy tego nie widzieli.


Idąc w kierunku jeziora znowu ujrzałem grających Meksykanów oszukujących ludzi playbackiem, dogrywając nieco na pudle gitary.
Muzyka zaiste piękna, latynoska, ale wykonywana po najmniejszej linii oporu.


Minąłem mistrza ognia żonglującego pochodniami. W połączeniu z zabawnymi tekstami chłopak przywiódł atmosferę cyrku. Następnie estrada "Jasia Góry", przy której grała orkiestra wojskowa kanadyjskiego regimentu. Napis głosił "Polish-Canadian Big Band". Natychmiast się zapytałem, kto jest Polakiem w tej orkiestrze. Przecież znam wszystkich niemal w Ontario, a nie widzę znajomej twarzy. "Aaaa wie pan, tu jest kilku polskiego pochodzenia, tutaj urodzeni". Poczułem brzydki zapach kłamstwa i przekrętu. Orkiestra grała suitę z "Gwiezdnych wojen", później inne utwory muzyki filmowej. Nie słyszałem polskich dziarskich marszów, poloneza, walczyków. To nie była polska orkiestra.


Odwróciłem się do góry Ronces-valles – dawniej polskiej dzielnicy, polskiego rzemiosła, ulicy pełnej polskich barów, knajpek, restauracji. W panoramie ulicy nie powiewał ani jeden polski sztandar, ani jeden transparent. Jedynie przy trzech polskich stoiskach powieszono skromniutkie dwie polskie flagi. 80 proc. handlarzy nie pochodziło z naszej nacji. Nie grała orkiestra reprezentacyjna "Orzeł Biały" w polskich mundurach, zwykle prowadząca defiladę. Nie widziałem weteranów i polskich żołnierzy, którzy nie zostali zaproszeni z poligonu w Borden.


Mimo zgłoszenia ponad trzydziestu profesjonalnych polskich artystów młodzieżowych z Cafe "Pasja" i z "Kawiarni Pod Sufitem" Komitet Centralny festiwalu odmówił udziału Polskiej Orkiestrze "Orzeł Biały" oraz naszej młodzieży. Posłaliśmy CD i DVD z koncertów panu Andrzejowi Chomętowskiemu i całej tej komisji pod kierownictwem Kanadyjczyka, pana Keitha Danninga, żeby można było pokazać Polonii nie tylko hałaśliwego rocka czy peruwiański lub meksykański folklor. Kasia Kacała, Wojtek Żukowski, Laura Sąsiadek, Wiktoria Wojtas i wielu innych występowało wielokrotnie na poważnych koncertach. Chcieliśmy pokazać Polonii 10-letnią Adriankę Serro – utalentowaną piosenkarkę i aktorkę teatru "Biedronka". W zanadrzu mamy dwa zespoły o miedzynarodowym repertuarze: STANDARD i NOVI-BAND, w których grają autentyczni wirtuozi muzyki. Jednak właściwe i politycznie poprawne było zaproszenie górali z Peru bądź artystów z Meksyku.


Tłumaczenia Komitetu Centralnego były wymijające. A sednem jest, jak się domyśliłem, rugowanie polskości z dzielnicy Roncesvalles perfidnymi metodami. Oto oficjalny, zgodny z prawem proceder. Dwa lata temu na sklepy polskie spożywcze i restauracje rozpoczął się prawdziwy nalot inspektorów zdrowia, BHP, strażaków, policji w celach kontroli. Padały decyzje, żeby kiełbasy przechowywać w folii, a nie "gołkiem" na hakach, polecano stawiać ściany działowe odgradzajace wędzarnie, wydawano i egzekwowano mandatami całą masę przepisów. Kilka sklepów zamknięto bądź właściciele sami się poddali.


Tymczasem z powodu zakażenia w ontaryjskich zakładach mięsnych, umiera 11 pacjentów zatrutych salmonellą. W polskich sklepach nikt się nie zatruł. Gdy nasi rodacy apelowali do posłów, kontrole ucichły. Polakofoby wymyśliły nowy atak. Właściciele posesji zaczeli drastycznie podnosić czynsze. A Revenue Canada rozpoczęła drobiazgową kontrolę malutkich sklepików i knajpek. I skutek tych prześladowań widzimy wyraźnie.
Dlaczego Festiwal Polski został odarty z polskości? Dlaczego zapraszano grajków i multi-folk artystów, a nie Polaków? Bo głównym sponsorem tego jarmarku jest Ontario Government z panem premierem McGuintym, socjalistą i ekstremalnym lewakiem nie akceptującym konserwatystów, katolików, czyli nas, Polaków.


Drogi Komitecie Festiwalu Multi-Kulturalnego! W przyszłym roku proszę zdjąć z waszej reklamy "Polish Festival", a pozostawić sobie International Festival bądź Multi-Culti Parkdale Festival. Wara od używania polskich symboli w prywatnych przekrętach lewackich! Polski festiwal winien mieć wyłącznie polską obsadę, polskie zespoły taneczne i polskich muzyków. Gości można zaprosić z krajów kooperujących z RP lub nawet z Polski! Lody możecie kręcić pod innymi symbolami. Dziwi mnie brak reakcji polskiego konsulatu, który był jednym ze sponsorów. Również zarządu Okręgu KPK, którego gnuśnienie jest powszechnie znane. Padła propozycja, żeby wysłać delegację do pani McCallion, zorganizować komisję i sponsorów i organizować Polski Festiwal w Mississaudze przy Square One. To poddajemy pod referendum. Na Square One jest dużo miejsca na parkingi, ogromne place i ulice, które można zamykać bez kolidowania z ruchem pojazdów na głównych ulicach. Zastanówmy się wszyscy nad tym pomysłem.


Andrzej Załęski, Toronto, 18.09.2012

piątek, 21 wrzesień 2012 11:49

Polskie ślady na Ukrainie: Międzybóż nad Bohem

Napisane przez



Daleko nad rzeką Boh, na Podolu, pogranicza I Rzeczpospolitej strzegła forteca, nie raz oblegana przez Tatarów, Kozaków i Turków. Międzybóż nie jest mekką turystów tłumnie odwiedzających dziś Lwów, Zbaraż czy Kamieniec Podolski, gdyż leży z dala od głównego kresowego szlaku, prawie 100 kilometrów na wschód od przedwojennej granicy II RP. Okolice Międzyboża to tereny wciąż mocno związane z polską historią. Tam właśnie znajduje się największe skupisko polskiej mniejszości na Ukrainie. 


Międzybóż to unikalny przykład militarnej architektury w tamtej części Europy. Jest to pomnik świetności I Rzeczpospolitej i skarb budownictwa wojskowego na wschodnim Podolu.


Pierwsze, częściowe renowacje tej bezcennej budowli przeprowadzono w roku 1968. Obecnie zamek niszczeje nadal, choć działa przy nim lokalne Muzeum Ziem Podolskich, a niedawno zaczął się powolny remont zamkowej kaplicy.
Międzyborską warownię zbudowano na wzgórzu i długim cyplu, przy rozlewiskach i bagnach, w widłach Bohu (trzecia najważniejsza rzeka na Kresach) i Bożku. Boh przez wieki był ważnym szlakiem handlowym. Wyznaczał linię, przy której budowano grody, warownie i osiedla. Od średniowiecza miał duże znaczenie strategiczne i gospodarcze.


Najstarsze informacje dotyczące twierdzy w Międzybożu pochodzą z czasów istnienia warownego grodu Rurykowiczów powstałego tam około roku 1146. Pierwszym zaś gospodarzem międzyborskiego grodu był najprawdopodobniej Światosław Rurykowicz.
W roku 1240, w czasie gdy grodem władał kniaź halicki Daniel Romanowicz, Międzybóż zniszczyli Tatarzy. Z ruin podnieśli go książęta włodzimierscy, a murowany zamek wszedł w skład Korony w czasach Kazimierza Wielkiego.

03. Międzybórz - napis miejscowości po ukraińsku
Jako królewski zamek w roku 1366 nadany został Lubartowi z łuckiego rodu Giedyminowiczów. Później władali nim polscy starostowie lub zasłużeni rycerze strzegący granicy przed Tatarami. Orda najeżdżała podolskie pogranicze do czasu, gdy w roku 1507 tatarskie czambuły dotkliwie pobił kasztelan lwowski Jan Kamieniecki. Po tym wydarzeniu nastał czas szybkiego rozkwitu Międzyboża.


Na początku XVI wieku, podobnie jak wiele innych pobliskich dóbr, zamek w Międzybożu przejęli Sieniawscy. Pierwszym gospodarzem Międzyboża wywodzącym się z tej zasłużonej dla Podola rodziny był hetman wielki koronny Mikołaj Sieniawski. Ów znany ród przyczynił się do gruntownej rekonstrukcji zamku, nadając mu charakter potężnej i nowoczesnej, jak na ówczesne czasy, twierdzy. Międzybóż stał się wówczas jedną z najpotężniejszych fortyfikacji Podola. Pod rządami Sieniawskich przechodził swój złoty wiek i zamieszkiwało go kilkanaście tysięcy ludzi.
Twierdza została oparta na planie czworoboku, który idealnie dostosowano do ukształtowania terenu oraz wkomponowano w bagienne rozlewiska rzek. Twierdzę otaczała dodatkowo fosa. Mury obronne wzmocnione były nasypami i sztucznymi skarpami. Od strony południowej, do murów wzmocnionych masywnymi przyporami, przylegał renesansowy pałac wybudowany przez rodzinę Sieniawskich. Po zachodniej stronie, wjazdu do zamku strzegła pięciokondygnacyjna baszta, która górowała nad fosą i zwodzonym mostem. Od północy, po horyzont, ciągnęły się mokradła, a podejścia do zamku strzegły gęsto rozlokowane na murach strzelnice artyleryjskie i stanowiska ogniowe piechoty. Dookoła zamkowego dziedzińca, przy murach, stały zabudowania gospodarcze i znajdowała się część mieszkalna. W piwnicach zaś znajdował się arsenał.
Ufortyfikowany Międzybóż był na mapie Podola szczególnym miejscem. Miasteczko, chronione przez potężną fortecę, stało się znane na szlaku handlowym z Orientu do Europy, w którym zatrzymywali się m.in. Grecy, Ormianie i Żydzi. W Międzybożu żył, tworzył i zmarł, w roku 1760, twórca chasydyzmu, znany żydowski mistyk – Baal Szem Tow.


Miasteczko rozwijało się prężnie. W jego okolicach powstawały szlacheckie dworki i duże majątki. W XVI i XVII wieku Międzybóż parokrotnie oparł się najeźdźcom z pobliskiego Czarnego Szlaku, który kontrolowała Orda, a później Turcy i Kozacy.
Międzybóż był jednym z najzamożniejszych podolskich miast w czasach króla Stefana Batorego i Wazów. W I Rzeczpospolitej słynął z potężnych umocnień, pod którymi doszło do kapitulacji siedmiogrodzkich wojsk Jerzego Rakoczego, sprzymierzonych w czasie potopu szwedzkiego.
Do połowy XVII wieku Międzybóż uważany był za twierdzę niemożliwą do zdobycia. Jednak dwukrotnie: w roku 1648 i 1650, zdobyli ją i splądrowali Kozacy. Silnie ufortyfikowana twierdza nie oparła się też Turkom w roku 1672, kiedy to, bez jednego wystrzału, zajęli ją na mocy traktatu buczackiego janczarzy sułtana Mehmeda IV.


Turcy osadzili w Międzybożu silny kontyngent wojskowy liczący około 3 tysięcy piechoty i kilkadziesiąt dział. W niedługim jednak czasie twierdza skapitulowała na skutek brawurowego ataku husarii i wojsk hetmana Mikołaja Sieniawskiego, a potem ponownie wróciła w ręce tureckie i została przebudowana na pałac w stylu orientalnym, a kaplica zamkowa przekształcona w meczet.
Militarne znaczenie twierdzy zmalało wraz z końcem konfliktów z imperium tureckim. W XVIII wieku twierdza nie pełniła już tak ważnej funkcji obronnej, choć nadal uważana była za ważną podolską fortalicję.
W latach 1726–1731 międzyborskie dobra Sieniawskich i twierdza, na drodze koneksji małżeńskich, znalazły się w rękach rodu Czartoryskich, który sukcesywnie przejmował fortunę Sieniawskich.


W XVIII wieku miasteczko wyniszczone licznymi najazdami z poprzedniego stulecia, długo podnosiło się ze zniszczeń. W zamku znajdowała się siedziba administracji podolskich dóbr Czartoryskich oraz rezydencja, w której kwitło życie towarzyskie i spotykała się okoliczna szlachta.
W czasie walk o uratowanie upadającej Rzeczpospolitej, w latach 1790–1791, międzyborska twierdza była kwaterą główną Tadeusza Kościuszki, stacjonującego tam z kilkunastotysięcznymi oddziałami.


Od roku 1793 Międzybóż znalazł się w zaborze rosyjskim. Tamtejsze dobra zwrócono, w roku 1796, Czartoryskim. W roku 1814 Czartoryscy, w salach starego renesansowego pałacu, urządzili szkołę powiatową, którą po klęsce powstania listopadowego zamknięto, a zamek skonfiskowano, zamieniając go na carską rezydencję. Miasteczko stało się wówczas osadą wojskową. W twierdzy dobudowano koszarowce i wzmocniono najwyższe kondygnacje murów. Miasteczko zyskało brukowane ulice, murowany ratusz, trzy cerkwie i synagogę. W trakcie rosyjskiego zaboru do Międzyboża, na specjalne pokazy wojskowe, przyjeżdżali carowie Mikołaj I i Aleksander II. W XIX wieku stacjonował tam pułk rosyjskiej dragonii.
Wiek XX przyniósł międzyborskiej twierdzy i miastu duże zniszczenia. W okresie I wojny światowej zamek został dotkliwie ostrzelany. Zbombardowano też ratusz, rynek miejski i wiele domów. Do dzisiejszych czasów, poza twierdzą, ruinami kościoła, pałacu, kaplicy i baszt, przetrwało jedynie kilka zabytkowych domów, niewielki cmentarz katolicki i dwa obeliski.

05. Międzybórz - cerkiew zamkowa
Najciekawszymi dowodami dawnej świetności niewielkiego dziś Międzyboża są pozostałości późnogotyckiego kościoła św. Trójcy, który z donacji Hieronima Sieniawskiego zbudowano na planie krzyża, w XVII wieku w oparciu o gotyckie wzory architektoniczne. Kościół działał jeszcze w pierwszej połowie XX wieku. Zachowały się: zabytkowa kruchta i strzeliste okna, charakterystyczne dla późnogotyckiego stylu. Po II wojnie światowej kościół został zdewastowany.


Mniejsza liczba turystów i zdecydowanie większe przestrzenie dalekich, wschodnich, podolskich pejzaży sprawiają, iż w wietrznym Międzybożu, na wysokich murach starej twierdzy jeszcze mocniej wyczuwa się podmuchy kresowej historii.
Tekst i zdjęcia Leszek Wątróbski

sobota, 15 wrzesień 2012 08:46

REFLEKSJE POODPUSTOWE Z BRAMPTON

Napisane przez


To była  wspaniała, religijna, narodowa, barwna manifestacja: widzieliśmy Polonię z róznych części Ontario w całej krasie swojej wiary i  tradycji narodowych.  Uroczystości odpustowe w bramptońskim sanktuarium przygotowane były przez wspaniałe nabożeństwa maryjne: Mszę św. z kazaniem „rekolekcyjnym” o. Józefa Kowalika OMI, procesją ze świecami, z figurą Matki Bożej Ludźmierskiej, spowiedzią św. Pracowały serca i ręce parafian, sanktuarium wysprzątane na połysk!


W sobotę od godz. 21.00 – 02.00 (w nocy) bezpośrednie religijne i artystyczne przygotowania do odpustu: nabożeństwo do Matki Bożej, artystyczne występy zespołów młodzieżowych i nie tylko; wszystko zakończone „pasterką” o godz. 24.00 sprawowaną przez ks. bpa Mateusza Ustrzyckiego!
W niedzielę przed Mszą św. o godz., 12.30 O. Proboszcz serdecznie przedstawił i przywitał celebransów, VIP-ów, gości z Chicago i okolicznych parafii i najserdeczniej wszystkich parafian bramtońskich.


Oczywiście centralnym wydarzeniem odpustowym była uroczysta Msza św. o godz. 12.30 sprawowana przez ks. prałata Tadeusza Juchasa, kustosza Sanktuarium Matki Bożej w Ludźmierzu, który wygłosił kazanie, przyjęte przez wiernych oklaskami; koncelebrowało kilku kapłanów. Oprawa liturgiczna wspaniała: dk. Wojciech Nowak, ministranci, nadzwyczajni szafarze Eucharystii, lektorzy, 70 osobowy chór “Quo Vadis” pod dyrekcją Krzysztofa Jędrysika z panią Kingą Mitrowską oraz orkiestrą “Kamerata”, orkiestra dęta “Polonia Brass Band” i zespół góralski; poczty sztandarowe delegacji organizacji polonijnych i parafialnych, jak zawsze dodawali uroku Rycerze Kolumba. Sanktuarium ukazało się w całym pięknie, wypełnione, czy raczej przepełnione wiernymi! Każdy kościół jest najpiękniejszy wtedy, gdy jest „przepełniony”, nabrzmiały modlitwą, pieśnią, i Ludem Bożym przystępującym do Komunii św. – wszystko w najlepszym wydaniu! Pozostała jedyna wątpliwość, czy jesteśmy już w niebie czy jeszcze na ziemi!
A to była Polska właśnie, Polonia Bramptońska, i nie tylko, zebrana, skupiona przy Chrystusie i Matce Najświętszej! Mimo różnic, postaw wyczuwało się tutaj jedno serce i jedną duszę; to była wspólnota wiary, miłości i patriotyzmu. Mieliśmy jak na dłoni przekrój całej polonijnej społeczności, niezależnie od wieku, zawodów, sprawowanych funkcji religijnych, społecznych, kulturalnych, gospodarczych.
Liturgiczną  kropeczkę nad „i” stanowiła  barwna, radosna, procesja Eucharystyczna, z Chrystusem w Najświętszym Sakramencie. Swoją postawą, pieśnią, wierni wyrażali swoją wiarę i miłość do Chrystusa!


Na zakończenie O. Proboszcz serdeczne podziękował wszystkim, którzy przyczynili się do głębokiego i wspaniałego przeżycia uroczystości odpustowych. Radosną niespodzianką, było ogłoszenie przez Ks. Profesora Andrzeja Baczyńskiego dwóch wyróżnień O. Proboszcza Adama Filasa OMI przez ks. Stanisława kardynała Dziwisza, który w swoim liście pisze: „Pragnę zaproponować udział w pracach Międzynarodowej Akademii Bożego Miłosierdzia w charakterze członka zwyczajnego z siedzibą w Krakowie-Łagiewnikach. Ufając, że moja propozycja spotka się z pozytywnym przyjęciem”. Propozycja ta była poparta gorącymi oklaskami. Docenieniem Ojca Adama za załugi dla Archidiecezji Krakowskiej było wręczenie „Złotego Medalu Jana Pawła II”. Dla Matki Bożej Ludzimierskiej w Brampton ks. Stanisław kardynał Dziwisz przesłał Złotą Różę.
Ks. Prałat Tadeusz Juchas zaprosił wiernych do Ludzierza na uroczystości 50-lecia koronacji, Matki Bożej Ludźmierskiej, 15 sierpnia 2013. Zaproszenie zostało przyjęte wielkim aplauzem!


              Uroczystość odpustowa zakończyła się wspaniałym festynem w “Parku Matki Bożej Ludzimierskiej” przy kościele parafilanym!
Całe wydarzenie zostało sfilmowane przez ekipę Redakcji Programów Katolickich TVP Kraków p. Katarzynę Katarzyńską, p. Joannę Adamik pod czujnym redaktorskim okiem ks. Dyrektora Andrzeja Baczyńskiego. Między innymi także z tego materiału powstanie film dokumentalny o millennijnym dziele Polonii kanadyjskiej, które jest już na ukończeniu w Brampton.
„I ja tam byłem…”, we wszystkim uczestniczyłem (oprócz festynu) i w wielkim skrócie usiłowałem opisać…

O. Józef Kowalik, OMI

piątek, 14 wrzesień 2012 16:38

Przyjemnie i pożytecznie

Napisane przez

"Trzej Przyjaciele z boiska…", tymi słowami popularnej piosenki mógłbym zacząć, jak powstała firma Caravan Logistics.
15 lat temu trzech przyjaciół postanowiło spróbować sił w jakże trudnym i wymagającym biznesie transportowym, ci, którzy "liznęli" transportu, wiedzą, jak ciężko zacząć a jeszcze ciężej się utrzymać, a to już 15 lat stuknęło "Karawanowi"; zaczynali od kilku ciężarówek i kilkunastu naczep, teraz mają kilkaset traków i kilka razy tyle trailerów. WOW! Nieźle jak na te 15 lat.
Sam pracuję w tej firmie już 10 lat, a są tacy, co pamiętają jej początki, bo tam gdzie płacą nieźle, traktują jak w rodzinie, to człek zadowolony, to czego jeszcze więcej chcieć?


Ale kierowcy w firmie Caravan to nie tylko spece od prowadzenia 18-kołowych ciężarówek, potrafią też obsługiwać dwa. Któregoś dnia przyjechałem do pracy motocyklem, ktoś zapytał – to ty jeździsz motorem. Innym razem inny kierowca też pokazał swój motocyklowy sprzęt, pod biurem zobaczyłem któregoś dnia jeszcze inny motocykl, i tak po nitce do kłębka okazało się, że w Caravanie jeździ całkiem spora grupka motocyklistów,c o prawda ciężko się zebrać w jednym dniu i wspólnie motorami pojeździć, bo praca w transporcie polega na tym, że jeden do Kalifornii jedzie, drugi w stronę Halifaxu zmierza, a trzeci właśnie do Vancouveru dojeżdża, ale dzięki kilku pozytywnie zakręconym motocyklowo ludziom pracującym w Caravan Logistics udało się nam zebrać i zorganizować pierwszy motorcycle ride for charity.


Byłem już na kilku charity ride, zbieraliśmy pieniądze na szpitale, dla dzieci chorych na raka, i wiele innych, my w Caravanie postanowiliśmy zebrać pieniądze dla Phoenix Place w Hamilton, jest to instytucja, która pomaga kobietom.


I tak z "błogosławieństwem" trzech przyjaciół z boiska, czyli właścicieli Caravan Logistics, kilkanaście motocykli wyjechało rankiem w niedzielę, 26 sierpnia, spod siedziby firmy w Oakville, prowadził Mike, nasz menago od safety, przynajmniej w tym dniu nikt nie musiał zakładać pomarańczowych kamizelek, nie narażając się na jego bazyliszkowe spojrzenia. Trasa prowadziła jak na pierwszy raz niedaleko, pojechaliśmy ulicami Oakville i Burlington wzdłuż jeziora na zachód, potem odbiliśmy na północ w stronę Waterdown i Niagara Escarpment, są tam piękne farmy, kręte drogi, a że pogodę też mieliśmy zamówioną – było bardzo ciepło – więc do szczęścia brakowało nam po parogodzinnej jeździe tylko wytchnienia dla naszych czterech liter i kawy w Timie Hortonsie. Po półgodzinnym postoju w Milton obraliśmy kierunek na bazę Caravana w Oakville, gdzie już czekało na nas BBQ.


I ja tam byłem, zimną colę piłem i gorącym hamburgerem zakąsiłem, a co zobaczyłem, to opisałem, i już zapraszam w imieniu firmy Caravan Logistics za rok na kolejny Motorcycle Ride for Charity.
Darecki

piątek, 14 wrzesień 2012 15:30

Polacy z Oszmiany

Napisane przez

2. Kościół pw. św. Michała Archanioła - wnętrzePierwszą świątynię katolicką w Oszmianach ufundowaną przez króla Władysława Jagiełłę albo – co rozważa Czesław Jankowski – jego brata księcia Witolda, wybudowano w końcu XIV wieku. Kościoły oszmiańskie odrestaurowano dwukrotnie po zniszczeniach w wieku XVI (najazd moskiewski) i XVII (potop szwedzki).

Obecna świątynia parafialna p.w. św. Michała Archanioła została znacznie przebudowana w latach 1900–1908 (do roku 1906 powstała podstawowa bryła świątyni) na podstawie projektu architekta Wacława Michniewicza, który stylem nawiązał do baroku wileńskiego. Oficjalnej jej konsekracji dokonał abp. wileński ks. Romuald Jałbrzykowski w roku 1938 – podczas swej ostatniej przed II wojną światową biskupiej wizyty duszpasterskiej w parafii oszmiańskiej.
Kościół został następnie zamknięty w roku 1948 (po aresztowaniu ks. Holaka), a parafianie zbierali się przy nim na modlitwy. Ówczesne władze starały się ostatecznie zniszczyć parafię i symbole wiary, nakładając m.in. znaczne podatki na wspólnotę parafialną, grabiąc i niszcząc inwentarz kościelny oraz podejmując nieskuteczną próbę zerwania krzyży z wież kościelnych.
W roku 1950 kościół został ostatecznie zabrany katolikom i przekazany do dyspozycji rejonowego domu kultury. Był następnie wykorzystywany jako wieża ciśnień oraz skład lnu. W latach 1955–1959 reaktywował się komitet parafialny, który podjął bezskuteczne działania zmierzające do przywrócenia parafii i zwrotu kościoła. Komitet kierował podania do: Komitetu Centralnego KPZR oraz imiennie Nikity Chruszczowa, Nikołaja Bułganina (premiera ZSRS), Klimenta Woroszyłowa (przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRS), prokuratora generalnego ZSRS, wydziałów kultury w Moskwie i Mołodecznie, rejonowego komitetu wykonawczego w Oszmianie, a także ambasady PRL w Moskwie oraz gazety "Prawda".
W nocy z 23 na 24 lipca 1959 roku w kościele wybuchł pożar, który częściowo zniszczył świątynię. W lipcu 1969 rozpoczęto przebudowę kościoła, zamieniając go na fabrykę sprzętu radiowo-telewizyjnego "Elektronika". Podzielono wówczas główną nawę na trzy kondygnacje, a w miejscu ołtarza głównego wybudowano toalety dla robotników. W tym samym mniej więcej czasie zerwano ostatecznie krzyże z wież kościelnych. Fabryka rozpoczęła działalność w lipcu 1970 roku.
W 1988 r. ponownie rozpoczęła się batalia o odzyskanie świątyni. Delegacja parafian spotkała się w styczniu 1988 z panią Łuckowicz z rejonowego komitetu wykonawczego w Oszmianie, a w marcu tego roku z Nikołajem Kołocejem z obwodowego komitetu wykonawczego w Grodnie. W okresie marzec-wrzesień 1988 prowadzono rozmowy w Mińsku oraz zebrano około 2500 podpisów pod listem skierowanym m.in. do Nikołaja Ryżkowa (premiera ZSRS) o zwrot kościoła. Podkreślano w nim, że został on zbudowany z funduszy zebranych przez katolików i jest własnością parafian.
Świątynia została następnie częściowo przywrócona do sprawowania kultu w roku 1989 (jedna boczna nawa, w pozostałych funkcjonowała dalej fabryka), a następnie całkowicie zwrócona parafii. W kolejnych latach przeprowadzono gruntowny remont kościoła.
Dzisiejszy budynek kościoła to trójnawowa bazylika, ponad którą wznoszą się dwie wysokie, ażurowe wieże zakończone krzyżami. Pomiędzy nimi znajduje się wysoka attyka, również zwieńczona krzyżem. Z tyłu budynku kościoła znajduje się pięcioboczna apsyda (z centralnie umieszczonym na niej krzyżem i figurą Chrystusa Ukrzyżowanego) oraz boczne zakrystie.
Wewnątrz świątyni zostały umieszczone tablice epitafijne: poświęcone ks. Walerianowi Holakowi – proboszczowi i dziekanowi oszmiańskiemu zamordowanemu przez NKWD (odsłonięta w roku 1992), Janowi Staniewiczowi – ostatniemu burmistrzowi Oszmiany w latach II RP oraz żołnierzom 8. Oszmiańskiej Brygady Armii Krajowej "Tura" (odsłonięta w 1992 roku).


W Oszmianach nadal żyją Polacy. Zdecydowana ich większość uczestniczy w życiu parafii katolickiej. Tegoroczne święto MB Częstochowskiej, obchodzone 26 sierpnia, odbywało się w ramach XIII Festynu u Królowej. Poprzedzała go kilkudniowa nowenna do Matki Bożej Częstochowskiej oraz nocne czuwanie w sobotę 25 sierpnia, w trakcie którego przy czterech ołtarzach zlokalizowanych na terenie parafii odmawiano modlitwę różańcową.
4.Ks.Jan PuzynaW niedzielę zaś rozpoczęła się szczególnie uroczysta Mszą św. koncelebrowana oraz procesja wokoło oszmiańskiej świątyni. Po części liturgicznej rozpoczął się festyn, w którym wystąpiły m.in.: tamtejszy parafialny chór "Michael" oraz zaprezentowały się zespoły: "Tęcza" z Mińska, "Kresowiacy" z Lidy, wokalistki Grażyna i Olga Komincz oraz Andżela Miłoszewicz z utworem instrumentalnym. Nie zabrakło też wystąpienia proboszcza i dziekana oszmiańskiego ks. Jana Puzyny oraz obecnego na uroczystości konsula generalnego RP w Grodnie, pana Andrzeja Chodkiewicza.


Tekst i zdjęcia Leszek Wątróbski
Szczecin

We wtorek, 11 września, odbyło się symboliczne wbicie łopaty pod budowę ostatniego, trzeciego już etapu Polonijnego Dzieła Milenijnego w Brampton.

Pod koniec lat 90. o. Adam Filas OMI, architekt Stan Szaflarski z St. Catharines i Stan Jasiński z Woodstock nakreślili wizję nowego centrum polonijnego – kościoła, domu spokojnej starości (Villa Polonia) oraz centrum kulturalnego i biznesowego.
Minęły lata...


Kościół stoi, domy spokojnej starości niedługo zostaną ukończone, budowa centrum ruszyła.
Plan został urzeczywistniony pomimo wielu przeciwności i kłopotów. Dlatego wtorkowa uroczystość była też okazją, by "przekonać niewiernych", iż nawet tak ambitne dzieła mogą się udać, jeśli towarzyszy im wytrwałość i jedność działania.
Co ważne, rośnie liczba parafian, obecnie zapisane jest już prawie 3 tys. rodzin.
W nowo budowanym centrum polonijnym znajdzie się miejsce dla biznesów, sala bankietowa, pomieszczenia konferencyjne i biurowe, a także bardzo duża przychodnia medyczna.
Całość ma być gotowa już za rok.


Historyczna uroczystość skłania do refleksji. Bo oto jesteśmy świadkami realizacji tradycyjnie polskiego dzieła – jedności wiary, kościoła, wychowania nowych pokoleń i opieki nad odchodzącymi, kultury i biznesu – zaspokajającego całą gamę potrzeb społeczności polskiej, będącego wyspą polskości w obcym morzu.


Uroczystości wbicia pierwszej łopaty przewodniczył Henryk Szymandera, prezes rady dyrektorów fundacji kierującej projektem.
Obecni byli m.in. o. Adam Filas – wizjoner, który dał początek projektowi Polonia Village, i poseł do parlamentu federalnego Władysław Lizoń. Przybył poprzedni prezes Brampton Polonia Foundation Karol Fujarczuk – obecnie na emeryturze – to właśnie pod jego kierownictwem wiele lat temu rozpoczęta została ta inwestycja. Przybyli licznie udziałowcy, którzy zainwestowali w budowę, jak również ci, którzy podpisali umowy na wynajem pomieszczeń. – Jak podkreślił o. Adam Filas, wydzierżawione jest już 70 proc. przestrzeni.
Przybyli również przedstawiciele instytucji finansowych – kilku kas kredytowych – w tym polskiej St. Stanislaus i St. Casimir's. Nie zabrakło przedstawiciela wykonawcy – Caran Construction Limited – Tony'ego Caravagia.
Dostrzegliśmy też znanych przedsiębiorców Grzegorza Cidyłę z Euromax Food czy Zdzisława Wójcika z Piasta. Był też Włodzimierz Konieczny.
O. Adam, przemawiając, dziękował przede wszystkim Panu Bogu – za wszystkie błogosławieństwa. – Było tyle przeszkód, niekiedy wydawało się, że ludzkim sposobem nie da się ich pokonać. A dzięki Łasce Pańskiej dało się. Tysiące ludzi każdego dnia modliło się o sukces tego przedsięwzięcia. Nie bez znaczenia –kontynuował o. Adam – było zawierzenie tego projektu Pani Ludźmierskiej, której figura znajduje się w kościele.
Mówca podkreślił, że założeniem całego przedsięwzięcia jest zbudowanie wspólnoty wokół kościoła. Kościół stanowi siłę tej wspólnoty. Parafia, licząca obecnie prawie 3 tys. rodzin, to nasza siła. Wiele osób przeprowadziło się tutaj, aby zamieszkać w pobliżu kościoła i centrum kulturowego, wielu z pewnością jeszcze to uczyni – mówił.


Ojcem chrzestnym całego przedsięwzięcia jest niewątpliwie o. Adam Filas OMI, jego właśnie poprosiliśmy o rozmowę.


– Proszę Ojca to już ukoronowanie – zaczyna się ostatni etap...


– Dzięki Bogu zaczyna się ostatni etap tego jedynego w swoim rodzaju w świecie polonijnym milenijnego dzieła Polonii kanadyjskiej, cieszę się, że dożyliśmy tego momentu, i ciągle proszę Pana Boga, żeby to było wyjątkowe dzieło nie tylko dla Polonii z okolic, ale dla Polonii w Kanadzie i w świecie. Będziemy przykładem dla innych, że jeżeli się coś chce stworzyć wspólnie i wszyscy zechcą stworzyć coś wielkiego, to z Bożą pomocą i błogosławieństwem Bożym jesteśmy w stanie zrobić wszystko.
To jest tylko dowód na to, że można zrobić wiele, żyjąc w jedności, gdy mamy poparcie całej wspólnoty i oczywiście, gdy sprzyjają ku temu warunki zewnętrzne, które były trudne, ale do pokonania.
Jestem bardzo szczęśliwy, teraz tylko prosić Pana Boga, żeby ta wizja, która była od początku – jeśli chodzi o powstanie tych trzech wielkich elementów tego dzieła, by teraz to ze sobą współbrzmiało, by była wspaniała współpraca, by tutaj zawsze był pokój, radość przebywania ze sobą, by ci wszyscy, którzy będą tutaj żyli i pracowali, robili biznes, modlili się, żeby byli jak jedna wielka rodzina.


– Gratuluję Ojcu, bo to Ojca wielka zasługa, i życzymy wielu łask Bożych. Czy nie czuje Ojciec, że to zaczyna być koniec tego wysiłku, co teraz?


– Jestem misjonarzem, całym sercem. Dlatego też jestem w Zgromadzeniu Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, bo chcę wypełniać tę misję, głosić Dobrą Nowinę wszystkim, do kogokolwiek będę posłany, i myślę, że teraz bardziej skupiał się będę na tym, co duchowe. Już dość tego budowania; powrót do tego, co kapłan powinien robić – głosić Jezusa Chrystusa wszystkim, którzy na niego czekają.


(oprac. ak)
Zdjęcia Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

piątek, 14 wrzesień 2012 12:35

Nasza minisonda z nr. 37

Napisał

sonda37-1Grzegorz - Dzieci - również w szkołach katolickich - obowiązkowo uczą się dziś o homoseksualizmie. Pana zdaniem, rodzice powinni mieć prawo nie puszczać swych dzieci na takie zajęcia, czy też "mamy jedną szkołę dla wszystkich" i dzieci powinny się uczyć wszystkiego?

- O homoseksualizmie? Jak to rozumieć głębiej?

- Są to zajęcia, która mówią o wyborze orientacji seksualnej, chodzi o to, że niektóre z tych przekonań są sprzeczne z nauczaniem religijnym, a są narzucone przez Ministerstwo Oświaty, nawet szkołom katolickim.

- Ja myślę, że to jest rzecz indywidualna dla każdego.

- Myśli Pan, że rodzice powinni móc powiedzieć dziecku, żeby nie szło na takie zajęcia?

- Tak, to jest indywidualna sprawa każdego. Tak mi się wydaje.

 


sonda37-2Krystyna - W szkołach uczy się teraz bardzo wcześnie dzieci o homoseksualizmie, orientacji seksualnej etc. Czy, Pani zdaniem, rodzice powinni mieć prawo nie posyłać dzieci na takie zajęcia i sami o tym decydować?

- Oczywiście. Nie mieszkam już teraz w Mississaudze, mieszkam w Barrie, ale też to propaguję, żeby rodzice nie pozwalali

- Nie posyłali dzieci?

- Absolutnie tak, żeby nie posyłali dzieci. Jestem zupełnie przeciwna temu.

- Nie uważa Pani, że to jest naruszenie prawa rodziców do wychowania dzieci?

- Absolutnie tak! My uważamy, że rodzina to jest mama, tata i dzieci; wszystko inne to są zboczenia.

- A wolność polega na tym, że musimy mieć prawo uczyć nasze dzieci?

- Bezwzględnie, oczywiście nasze dzieci wybiorą kiedyś, jak nie będziemy mieli władzy rodzicielskiej nad nimi, co będą chcieć, ale póki są małe, to się wychowują w tradycyjnej rodzinie i szkoła nie powinna podważać autorytetu domu i ingerować w sprawy rodziny.

 

 


sonda37-3Robert - W szkołach również katolickich naucza się tutaj o homoseksualizmie jako o normalnej postawie seksualnej, czy, Pana zdaniem, rodzice powinni mieć prawo nie posyłać dzieci na tego rodzaju zajęcia, czy też mamy jeden program narzucony przez ministerstwo, w związku z czym wszyscy uczymy się tego samego.

- Lepiej żeby trochę rząd pomagał.

- W jakim sensie?

- W tym żeby jakoś tam pokierował młodzieżą.

- W przeciwieństwie do tego co słyszą w domu?

- Ewolucja trwa, trzeba młodych nauczyć że takie osoby istnieją, i żeby dać im żyć

- szacunku?

- W ogóle są inne religie, inne kultury; jeśli jacyś ludzie inaczej myślą seksualnie, to nie żeby, ich kamienować na ulicy.

- Rozumiem. Tego powinna uczyć szkoła?

- I szkoła i rodzice.

- A jak rodzice mówią w domu co innego?

- To zależy od ich pochodzenia.

- To kto ma prawo, żeby uczył ich dzieci?

- Trochę i ci, i ci.

- Rozumiem.

 

 

sonda37-4Witold - W szkołach wchodzi nowy program nauczania, w którym mowa jest o równouprawnieniu homoseksualizmu, również w szkołach katolickich, co jest sprzeczne z nauczaniem Kościoła.

- Mnie się to nie podoba.

- Czy rodzice powinni mieć prawo zabronić dziecku chodzenia na takie zajęcia?

- No trzeba by zacząć działać, ale jak to zrobić, to już nie mam pojęcia.

- Panu się to nie podoba?

- Nie.

- Rodzice powinni uczyć dziecko o sprawach seksualnych?

- Oczywiście! A w szkole oględnie jakoś.

- Ale w szkołach katolickich w zgodzie z nauczaniem katolickim?

- Oczywiście.

piątek, 07 wrzesień 2012 20:05

Nasza minisonda z nr. 36

Napisał

 

sonda36-1Nina - Separatyści wygrali wybory w Quebecu, czy Pani zdaniem, powinniśmy im pozwolić się oddzielić, zrobić sobie nowe państwo?

- Nie.

- Dlaczego nie?

- Wydaje mi się, że Kanada to była zawsze Kanada z Quebekiem. To jest część historii. Należą do Kanady, nigdy nie byli osobnym państwem.

- No, ale jest prawo do samostanowienia narodów... Czy oni nie mogą powiedzieć, to nasz frankofoński naród i chcemy się oddzielić?

- Dla mnie nie, patrząc na historię Kanady i to, jak tworzyła się.

- Tworzyła się, gwarantując im równe prawa. - Nie jestem przeciwko ich prawom, ale patrząc z historycznego punktu widzenia, Kanada zawsze była z Quebekiem.

- Gdyby byli oddzielnie, poprawiłoby się im?

- Nie wiem, czy oni na tym wygrają? Byłam tam w sumie dwa razy, nie jeżdżę często, nie jestem pewna, czy im się tak bardzo poprawi. Może jeżeli tak bardzo tego chcą powinniśmy im pozwolić, żeby spróbowali.

- Jadąc tam i tak człowiek czuje się jak w innym państwie. - Dokładnie!

- Czyli może im pozwolić?

- Jeśli tak bardzo chcą, wydaje mi się, że... Nie można im tego zabronić. Mają swoje prawa, ale dla mnie Quebec był zawsze częścią Kanady. Byłoby mi bardzo przykro, jeśli to zrobią.

- Ubędzie nas?

- Tak, ubędzie.

 


sonda36-2Irena - Separatyści wygrali wybory, Pani zdaniem, powinniśmy im pozwolić się odłączyć, czy nie?

- Proszę pana, po pierwsze, ja nie wchodzę w politykę, a po drugie, wszyscy mają wolną wolę.

- Czyli mogą?

- Tak.

- Jeździ Pani do Quebecu od czasu do czasu, bywa tam Pani?

- Raz byłam, nie jeżdżę często.

- Nie sądzi Pani, że oni i tak mają bardzo dużo praw w ramach naszej konfederacji?

- Widzi pan, czasami chodzi o coś innego, może oni chcą sobie stworzyć jakieś własne prawa, i im będzie z nimi dobrze. Bo zawsze to jest tak, jakby sąsiad wszedł do pana domu, narzucił panu swoje prawa i powiedział, chłopie, popatrz, jak masz dobrze, ale pan zawsze by myślał, chcę mieć swoje prawa, ja sobie też zrobię dobrze - może oni w taki sposób właśnie myślą. Tak z reguły wszyscy na świecie myślą, którzy chcą się uwolnić i stworzyć własne państwa.

- To jednak Pani się interesuje polityką?

- Nie interesuję się polityką, ale interesuję się wolnością człowieka.

 


sonda36-3Józef - Pana zdaniem, Quebec ma prawo oderwać się od Kanady?

- Według mnie, raczej nie.

- Dlaczego?

- Dlatego, że to osłabi Kanadę.

- Czyli co, nie powinniśmy dopuścić?

- Raczej powinna być jedna Kanada, a nie tak jak w Polsce, że Śląsk chce się oderwać czy tam Kaszuby.

- Ale w Quebecu mówi się po francusku, jest to inny naród, mamy pozwolić?

- Według mnie raczej nie.

- Wojsko powinno wejść, jak to zrobić?

- Powinna być jedna Kanada, tych co chcą się odseparować, trzeba odrzucić, nie dyskutować z nimi. Powinien być jeden kraj, silna, wielka Kanada, nie tam, kurczę, odłamy jakieś.

 

Robert - Co by było, gdyby Quebec się oderwał od Kanady, bo teraz właśnie separatyści zdobyli władzę?

- Kopnąć w d...

- Na pożegnanie?

- Tak. Oni wrócą z powrotem, bo nie mają prawa egzystencji bez tej części.

- Nie sądzę, żeby to nastąpiło.

- Czyli to takie przekomarzanie? - Od iks lat tu jestem, 20 lat, i jest cały czas to samo.

- Chcą coś ugrać?

- Myślę, że tak, bo chyba to jest podstawa tej całej gry.


- Czy Pani była w Montrealu, jeździ pani do Quebecu?

- Nie.

- W ogóle?

- Nie, nie byłam w tamtych stronach w ogóle.

- Separatyści chcą oderwać Quebec, czy Pani zdaniem...

- Wie pan co, ja w ogóle się tym nie interesuję, żyję w innym świecie.

poniedziałek, 10 wrzesień 2012 17:03

pielgrzymka do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Cap-de-la- Madeleine

Napisane przez

Koło Pań "Nadzieja" przy SPK nr 20 w Toronto zorganizowało kolejną trzydniową pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej Różańcowej w Cap-de-la- Madeleine, miejsca uświęconego łaską Boga, w pięknej okolicy nad Rzeką Św. Wawrzyńca. Pielgrzymka, pod przewodnictwem Haliny Drożdżal, pilotowana przez Alę Dragunowską, odbyła się w dniach 24-26 sierpnia 2012 r.
    Pierwszego dnia pielgrzymi mieli okazję zwiedzić sanktuarium Serca Jezusowego w Sherbrooke. Wszyscy byli zauroczeni widokiem, gdzie na wzgórzu, wśród soczystej zieleni pomnik Chrystusa z otwartymi ramionami witał przybyłych, zapraszając do kościółka zbudowanego z kamieni w 1920 r. przez tutejszych farmerów. Miejsce to zasłynęło z licznych uzdrowień, dlatego stało się przystanią pielgrzymów.

chusty3
    Po dotarciu do Cap-de-la-Madeleine uczestnicy pielgrzymki zostali zakwaterowani w hotelu De-la-Madone. Po kolacji, w najstarszym w Kanadzie kościółku z cudowną figurą Matki Bożej odprawiona była Msza Święta, a po mszy odbyła się procesja ze świecami. Szczególne wrażenie wywierała umieszczona na wodnej wysepce jaśniejąca w blasku świateł biała statua Matki Bożej przystrojona czerwonymi kwiatami. Dużym przeżyciem była celebracja procesji i modlitwy przed ołtarzem, tym bardziej że oprócz języka angielskiego i francuskiego słychać było modlitwy i śpiewy w języku polskim. Sprawili to swoją obecnością: Teresa Klimuszko, Stanisław Ryt i Piotr Skrzypek, członkowie chóru z kościoła św. Stanisława w Toronto, którzy na przemian z księdzem celebrowali procesję.
    Drugiego dnia droga powiodła do małej miejscowości Saint Joachim, gdzie znajduje się piękny kościółek św. Joachima, ojca Najświętszej Marii Panny. Tutaj wiejska zabudowa z kolorowymi dachami, mnóstwem kwiatów zdobiących przydomowe ogródki, zwłaszcza słoneczników, oraz stare zniszczone stodółki stworzyły niesamowity nastrój przywołujący na myśl krajobraz jakby przeniesiony z dawnej Polski.

chusty2

    Kolejnym miejscem zwiedzania była "Cyklorama Jerozolimy" i Bazylika św. Anny, matki Maryi, w Saint-Anna-de-Beaupre. Święta Anna jest tutaj otoczona największą czcią.
    Następnym punktem programu było miasto Quebec City, stolica prowincji Quebec, i spacer przepięknymi uliczkami starego miasta, zbudowanego na wzór europejski. Niebywałym zjawiskiem jest tu deptak wzdłuż wysokiej skarpy w otoczce malowniczych kawiarenek, sklepików, ulicznych grajków i osób prezentujących swoje talenty artystyczne od malarstwa poprzez sztukę rękodzieła. Poza tym wąskie uliczki starego miasta toną w girlandach barwnych kwiatów.
    Po powrocie do Domu Pielgrzyma pielgrzymi udali się na Mszę Świętą do Bazyliki, której monumentalna budowla robi ogromne wrażenie. Po mszy również procesja ze świecami zakończona modlitwami w małym kościółku, gdzie przed cudowną figurą Matki Bożej każdy zawierzał swoje intencje dziękczynne i prośby, oddając się Jej w całkowitą opiekę. Ze łzami wzruszenia i obietnicą powrotu za rok śpiewano pieśń "Panience na dobranoc".
    W trzecim dniu pod opieką  przewodnika zwiedzane było Oratorium św. Józefa w Montrealu. Przewodnik przybliżył  postać brata Andre, inicjatora budowy Oratorium, przekazując wiele ciekawostek z jego życia. Prawdziwą ucztą dla ducha okazał się tu koncert na mało znanym instrumencie carillon. Carillon to muzyka dzwonów wieżowych. Kiedy pod koniec koncertu zabrzmiała melodia "Ave Maryja", dołączyła swój głos Teresa Klimuszko, co pięknym echem roznosiło się po całym wzgórzu. Ostatnim obiektem zwiedzających była Bazylika Notre Dame w Montrealu, która zawsze bezwzględnie wzbudza podziw swoim wystrojem.
    Sama podróż prócz tego, że uczestnicy zdobywali wiele ciekawych wiadomości przekazywanych przez Alę Dragunowską, była bardzo urozmaicona. Starczyło czasu na modlitwę, którą z wielką pobożnością prowadzili Maryla Zdyb i Józef Kula, na przemawiającą do serc poezję autorstwa Wandy Bogusz, prezentowaną przez Bognę Hipsz, oraz na śpiew i odpowiednią dozę humoru dostarczoną przez Teresę Klimuszko. Dodać należy, że na podróż dla pielgrzymujących pyszne kanapki przygotowała Laura Wieczorek. Trudno opisać wszystkie wrażenia i odczucia, jakich doznali pielgrzymi. Najważniejsze, że  przeżyciom, co wynikało z podsumowania, towarzyszyły radość i wzruszenie ze wspólnie spędzonych chwil, często wpływających na przemianę serc.
Uczestniczka pielgrzymki T.K.

W południowych zabudowaniach klasztornych bazylianów, w latach 1823–1824 więziono filomatów i filaretów – a w ich liczbie Adama Mickiewicza. Poeta opisał te wydarzenia w "Dziadach". Dziś jedna z sal byłego więzienia jest nazywana "Celą Konrada", o czym przypominają tablice pamiątkowe. W klasztorze w latach 1830–1831 więziono też uczestników litewsko-polskiego powstania.


Klasztor położony jest w samym sercu Wileńskiej Starówki. Po odzyskaniu przez Litwę niepodległości budynek klasztorny odzyskała Kuria Wileńska, a w roku 1992 w Celi Konrada odrodzono tradycję "Śród Literackich". W pierwszej reaktywowanej "Środzie" brał udział Czesław Miłosz, który wówczas z rąk przewodniczącego Litewskiego Sejmu Vytautasa Landsbergisa odebrał honorowe obywatelstwo Republiki Litewskiej.
Klasztor Bazylianów oraz świątynia p.w. św. Trójcy zostały ufundowane w roku 1514 jako obiekty prawosławne przez hetmana wielkiego litewskiego ks. Konstantego Ostrogskiego dla uczczenia zwycięstwa nad wojskami moskiewskimi w bitwie pod Orszą. Cerkiew p.w. św. Trójcy jest świątynią trójnawową typu halowego. Do południowej ściany świątyni przylegają kaplice p.w. Podwyższenia św. Krzyża i kaplica Tyszkiewiczów z kryptą grobową, do północnej zaś – kaplica p.w. św. Łukasza. Dwie wyższe smukłe wieże w stylu baroku wileńskiego wznoszą się przy elewacji tylnej. We wnętrzu zachował się nagrobek burmistrza Wilna Atanazego Bragi z 1576, z widoczną inskrypcją w języku ruskim, płyta nagrobna sióstr Jeleńskich z 1758 z napisem polskim, zaś w kaplicy Tyszkiewiczów także fragmenty grobu Barbary Tyszkiewiczowej, którego prawdopodobnym projektantem był Matteo Castelli.

2. Tablica pamiątkowa poświęcona A. Mickiewiczowi i filomatom

Cerkiew stoi pośrodku rozległego dziedzińca, otoczonego z dwu stron przez trójkondygnacyjne skrzydła klasztoru bazyliańskiego z przeł. XVIII i XIX wieku. Przed wejściem, na gmachu klasztoru, w roku 1992 (na miejscu starej, litewsko-rosyjskiej) wmurowano tablicę z napisem w językach polskim i litewskim, informującą, że był tam więziony Adam Mickiewicz.
Obecnie zespół budynków sakralnych w Wilnie, przy Aušros Vartųgatvė 9 (Ostrobramskiej) administrowany jest przez greckokatolicki Zakon Bazylianów Świętego Jozafata. Po zawarciu unii brzeskiej monaster Trójcy św. stał się przedmiotem ostrego sporu pomiędzy prawosławnymi a unitami, rozstrzygniętego ostatecznie w roku 1609 przez sąd królewski na korzyść tych drugich. Mnisi, którzy nie pogodzili się z postanowieniami unii, założyli w bliskiej okolicy klasztoru nowy monaster św. Ducha w Wilnie. Obydwie wspólnoty przez kilkanaście lat prowadziły polemikę prawosławno-unicką.


Organizacja klasztoru Trójcy św. stopniowo upodabniała się do modelu życia w klasztorach rzymskokatolickich. W XVIII wieku monaster był głównym ośrodkiem reformy zakonu bazylianów, a jego przełożony jako protoarchimandryta miał honorowe pierwszeństwo przed innymi zwierzchnikami klasztorów tego zakonu.


Po roku 1761 klasztor został przebudowany według projektu Glaubitza. Wnętrze jego cerkwi poddano wówczas gruntownej latynizacji, wzniesiono nową bramę wjazdową, zwaną Wrotami Bazyliańskimi.
Po rozbiorach Polski, gdy Wilno znalazło się w granicach Imperium Rosyjskiego, klasztor Bazylianów działał początkowo bez przeszkód. Dopiero w roku 1823 władze carskie zarekwirowały zakonnikom część kompleksu z przeznaczeniem na więzienie. Od roku 1839 monaster Trójcy św. znajdował się w rękach mnichów prawosławnych, zaś od 1845 na jego terenie działało prawosławne seminarium duchowne. W latach sześćdziesiątych XIX wieku całość zabudowań przebudowano, by zatrzeć wprowadzony przez bazylianów zlatynizowany wygląd klasztoru, zastępując go architekturą bizantyńsko-rosyjską. Po roku 1937 prawosławni mnisi opuścili kompleks, zaś cerkiew została zamknięta.
Po II wojnie światowej klasztor został przekazany Instytutowi Inżynierów Budownictwa, zaś cerkiew pozostawała nieczynna i ulegała stopniowej dewastacji. Po rozpadzie ZSRS obiekty odzyskała rzymskokatolicka diecezja wileńska, sprowadzając do nich ponownie bazylianów z Ukrainy. Podjęto wówczas remont cerkwi i monasteru, stopniowo przywracając świątynię do użytku liturgicznego, wstawiając zupełnie nowe wyposażenie. Od roku 2009 w dobudowanym do cerkwi budynku eksponowana jest wystawa poświęcona pobytowi Adama Mickiewicza w Wilnie i rekonstrukcja Celi Konrada.


Tekst i zdjęcia Leszek Wątróbski
Szczecin