Goniec

Register Login

Nie dla pieniędzy, nie dla sławy, a dla Polski, dla naszego kraju… - Rozmowy „Gońca”

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

        Andrzej Kumor: Pani Tereso, jak Pani odkryła w sobie tę pasję?

        Teresa Klimuszko: Chyba miałam ją od urodzenia.

        Urodziłam się w Łodzi, ale moi rodzice przyjechali z Wołynia, ze Lwowa, po wojnie. Moja mama była solistką, a brat mojej mamy był organistą, więc u nas w domu zawsze był śpiew.

         Rodzice byli z Ołyki, Radziwiłłów. Moja mamusia chodziła do szkoły dla dziewczynek. Brat jej grał na organach w kościele, a mamusia śpiewała. Jestem najmłodszym pokoleniem, tak śmiesznie powiem, bo ojciec mówił na mnie „powojenny dorobek” , bo siostra miała już 10 lat, a brat 13. 

        Mieliśmy w domu pianino, siostra się na nim uczyła grać, a ja jako młoda dziewczynka zawsze słuchałam. Stąd zamiłowanie do muzyki. W Polsce, gdy miałam 10 lat, to już byłam w zespole i chórze szkolnym, już śpiewałam solówkę „Przylecieli sokołowie pod wiśniowy sad”. W Teatrze Jaracza w Łodzi był festiwal chórów szkół podstawowych. Po ukończeniu szkoły podstawowej przyjechałam z mamą do Kanady na stałe w 1961 r.

        – To był trudny czas?

        – To był trudny czas, ale Polonia była bardzo prężna, była bardzo mocna.

        – To była ta powojenna, żołnierska imigracja.

        – Oni byli wszyscy młodzi, prężni. Zawsze daję to jako przykład, że nikt się nie spodziewał, że będzie starszy; wystarczy popatrzeć na dom SPK. Jak oni to budowali, to bez windy, bo byli  młodzi i nigdy nie myśleli, że kiedyś będą potrzebowali windy. Zawsze wracam to tego przykładu. 

        Siedzibą, do której należałam, to był II Korpus, Monte Cassino.

        – Jak Pani tam trafiła?

        – Mojej siostry mąż był w Kompanii Wartowniczej w Niemczech i on tutaj był związany z kombatantami, chodził na wszystkie uroczystości.

        – Jak trafił do Kompanii Wartowniczej?

        – Jego wywieźli jako nastoletniego chłopca z Polski na roboty i trafił później do Kompanii Wartowniczej. Przyjechał do Kanady, musiał  odpracować imigrację – takie były wtedy prawa – dwa lata pracował na farmie tytoniowej. Gdzieś tu było jakieś spotkanie, on był z kolegami, i mówią, że zakładają chór czy zespół młodzieżowy. A on mówi: o, ja mam taką dziewczynkę, która przyjechała do mojej siostry... I on mnie osobiście zawiózł do pana Działowskiego na ulicę Beatrice, to było w domu prywatnym, i tam pan Stanisław Garnicki, który grał na skrzypkach, założył Zespół Muzyczny Młodzieży Polskiej; były akordeony. Tu jeszcze przychodzi do kościoła św. Stanisława małżeństwo – ten pan ma w tej chwili 98 lat i pamięta mnie z oryginalnej grupy. 

        Ja w tej grupie zostałam. Śpiewałam po raz pierwszy na 25-leciu Monte Cassino, oryginalnego Monte Cassino, ta uroczystość się odbywała w Palais Royale na Lakeshore, śpiewałam „Czerwone maki na Monte Cassino” i „Maki” Niewiadomskiego „Hej dziewczyno, hej niebogo”. Grał mi wtedy pan Henryk Remiz, pamiętam dokładnie, nasz chór też brał udział, pan Gertler był wtedy, pani Gertlerowa. Ja byłam jeszcze bardzo młoda i pamiętam, że specjalnie na tę okazję miałam uszytą białą suknię, która była opięta kwiatami maków – było na niej 50 jedwabnych maków. To było zjawiskowe uczucie. 

        Na widowni panie, wdowy po mężach, ubrane na czarno, z woalkami na włosach. Pamiętam to do dziś. Słońce wschodziło, bo to było takie poranne spotkanie.

        Później byłam w tym zespole młodzieży, i tak od jednej osoby do drugiej, ktoś mnie spotkał – wydaje mi się, że to był pan Semlak, który pracował wtedy w Credit Union – i on mnie zaprosił do parafii św. Stanisława do chóru. Chór prowadził  pan Tadeusz Miąsik, a organistą był Aleksander Charuba. Później się dowiedziałam po latach, gdy pojechałam na zajęcia warsztatowe, że on był profesorem z Łodzi. On się mną dokładnie zajął, zaczął dla mnie specjalnie pisać pasaże dla chóru.

        – Jaki jest Pani repertuar?

        – On mi zaczął od „Przeleciał ptaszek”, od takich rzeczy. Pierwsze śpiewałam „Jabłuszko pełne snów” na akademii listopadowej, jeszcze z zespołem muzycznym. Zespół muzyczny grał, a ja śpiewałam „Jabłuszko pełne snów”, „Po rannej rosie”, takie rzeczy bardzo młodzieżowe. 

        Z tego właśnie kościoła, św. Stanisława, mówią – tak ładnie śpiewa, to niech idzie do konserwatorium. I poszłam na egzamin – żeby zdać, śpiewałam „Ave Maria” Schuberta. 

        Przeznaczono mnie do profesorki, która była Szkotką. Ona mnie prowadziła przez 10 lat. Później konsekwentnie odbywały się różne bardzo ciekawe zjazdy w Polonii, np. w 1978 roku był zjazd w hotelu King Edward. 

        Pamiętam, że śpiewałam tam cztery hymny: amerykański, kanadyjski, polski i angielski, bo jeszcze wtedy śpiewano angielski hymn w Kanadzie, „God Save Our Gracious Queen”. Później był zjazd lotników w Holiday Inn. Pamiętam, że specjalnie się uczyłam „There’ll Be Bluebirds Over White Cliffs of Dover”.

        – Ci ludzie praktycznie już wszyscy odeszli, na palcach jednej ręki można ich policzyć.

        – Tak, jeszcze spotykam ich u „Kopernika”.

        – Jacy to byli ludzie? Pani ich znała młodych, tych Polaków, którzy przeszli przez wydarzenia II wojny światowej.

        – Och, to jest trudno opowiedzieć. To była pasja życiowa, to było zaangażowanie zupełnie inne. Ponieważ nie było dostępu do Polski, ponieważ była komunistyczna, to ci ludzie żyli Polską całym sercem. Powiem tylko na przykładzie pana Miąsika; pan Miąsik był dyrygentem wojskowej orkiestry dętej i przychodził do nas na próby – w tym budynku były próby, na górze – wtedy chór liczył około 80 osób. Wszyscy ludzie z pasją, z zapałem to robili, że to polskie, że to nasze. Każdy tego słowa łaknął, tej piosenki. Kiedyś pan Miąsik przyszedł i powiedział: Ludzie, ja dzisiaj rąk do góry nie mogę podnieść;  bo malował domy, po to żeby się utrzymać. Z muzyki nie można się było utrzymać, bo to nie było płatne. To pokolenie powojenne we mnie przelało ten zapał, tę miłość.

        – To było pokolenie, które tutaj bardzo dużo wypracowało.

        – Wypracowało ciężką pracą.

        – Budynki, parki itd.

        – Tak. To później bardzo często było negowane w taki sposób, że o, ci przyjechali, to tylko kapustę i pierogi robili. Tak, niestety tak. Przy każdej organizacji, gdzie były kobiety, gdzie były kapusta i pierogi, były pieniądze! Robiło się obiady, kupowało, sprzedawało się, i to wszystko bardzo ciężką pracą. Niestety tak było. Były zespoły taneczne, entuzjastyczne, stroje panie szyły, robiły same, robiły różne spotkania.

        – Bo to było jeszcze pokolenie starej Polski, wychowane w dwudziestoleciu międzywojennym.

        – Tak. Ja byłam ich pupilką, wychowanką. Dlaczego? Dlatego że z Polski artyści tu nie przyjechali. Po wojnie była nieliczna grupa, w której była pani Jola Chabrowska-Jelaczyc, był wujek pana Obryskiego – Michał Obryski, kilka takich osób było. Były wystawiane bardzo ładne przedstawienia, m.in. „Krakowiacy i górale”.

        – A jaki był później stosunek do artystów z PRL-u?

        – Myśmy ich bardzo serdecznie witali, jak przyjeżdżali na koncerty; sale pękały w szwach, bo oni przyjeżdżali tutaj, żeby nam coś przywieźć z Polski, naszej ukochanej Polski. Każdy chciał ich dotknąć, pozdrów kogoś tam, a skąd ty jesteś? Z Łodzi? Ojejku, to jest moja Łódź. Każdy tego bardzo pragnął i łaknął. Tak że entuzjazm, ta miłość, nie umiem nawet tego wytłumaczyć, takie uduchowienie po prostu, to zupełnie inne było wtedy. To nie było dla pieniędzy, to nie było dla sławy, to było dla Polski, dla naszego kraju, z takim duchem, że łzy same do oczu idą, zapał tych ludzi. 

        I to we mnie rodziło... największe było słowo. Piosenka jest piosenką, ale najważniejsze było dla mnie słowo, „kochaj trawy i nieśmiały mech, gęstych sosen łzy i żywiczną krew prastarych drzew, legend dni”. I ja właśnie łaknęłam takich słów. Czerpałam z repertuaru pani Santor, ona śpiewała bardzo bogate treści, ktoś to dla niej pisał, „Mój dom rodzinny”... Ten repertuar był przesiąknięty właśnie miłością do Polski. Długie lata śpiewałam piosenkę „Mój kościółek”, to był wiersz, który napisał Dziewiątkowski dla pani Izabeli, ja to śpiewałam: „Gdzie ten kościół, gdzie organy, gdzie na szkiełku malowany świętojerski snop. Gdzie te lasy, gdzie te góry, kraj rodzinny”.

        – Ale pani nie tylko śpiewa...

        – Później, z czasem, gdy zaczęły się moje rodzinne kłopoty – bo miałam bardzo trudny okres, w bardzo szybkim czasie odeszła z tego świata moja mamusia, moja teściowa i mój mąż, w ciągu trzech lat – i to był... W międzyczasie byłam w Polsce – wrócę do tego – postarałam się, żeby pojechać na zajęcia warsztatowe. Miałam bardzo trudny okres, musiałam się zrzec obywatelstwa polskiego.

        – Po to żeby pojechać?

        – Tak, żeby pojechać i żeby wrócić, a już miałam męża i dzieci, więc musiałam to zrobić. 

        Dostałam się w ręce wspaniałych profesorów z Łodzi, m.in. Adam Duliński. Miałam w Empiku recital, śpiewałam wtedy w pięciu czy sześciu językach, bo jak się uczyłam w konserwatorium, to w międzyczasie musiałam zdawać egzaminy i były pewne pozycje wyznaczone. 

        Mam wszystkie programy i na każdym programie profesorka dwa razy do roku robiła koncerty, musiała pokazywać swoich studentów, raz było na sali koncertowej, raz na sali recitalowej. 

        I w każdym programie zawsze miałam pozycje polskie, czego dowodem jest, że mam tłumaczenia, na przykład „Życzenie” Chopina mam po angielsku – „Where are the sunlight in the haeven gleaming for you my own light will be ever gleaming”; „Hej tam pod lasem” – „Deep in the forest, Gipsy are singing, laughing and dancing”.

        – Kto te tłumaczenia robił?

        – Sama robiłam. W międzyczasie jeszcze chodziłam do szkoły wieczorowej Central Tech w Toronto, gdzie były zajęcia warsztatowe. Prowadziło je małżeństwo, które przyjechało z Czechosłowacji, uciekło z niej. Pan śpiewał, a pani akompaniowała. U nich śpiewałam też pieśni, uczyłam się solfeżu i występów. 

        Dlaczego o tym mówię? Dlaczego jest ta miłość u mnie, że jestem wolontariuszem w domach starców? Oni w ramach prezentacji swoich studentów, żeby się obyli ze sceną, organizowali występy w poszczególnych domach starców. I taką grupą – nas było dziesięć czy dwanaście osób, mieliśmy program zrobiony, duety, tercety, solówki – i żeśmy jeździli po tych domach, więc to było już od mojej najmłodszej młodości. 

        Później już, jak byłam z naszymi weteranami, poznałam panią Albinę Polatyńską, która była w opiece społecznej, i ona mnie... – bo to się jeszcze dalej ciągnie z weteranami. Jak oni się starzeli, nie było domu starców, bo przedtem był niepotrzebny - pierwszy dom starców był na Bloorze, Wawel Villa - oni się starzeli, więc gdzieś musiano ich umieszczać, byli porozrzucani po całym mieście. Ale ja nie mogłam pójść do jednego seniora i śpiewać tylko po polsku, więc musiałam się nauczyć jednej piosenki po włosku, jednej po francusku, jednej po hiszpańsku, jednej po żydowsku – musiałam mieć repertuar bardzo szeroki, bo chciałam tym ludziom też zrobić przyjemność. To była w życiu moim największa radość, jak widziałam iskierkę w ich oku. 

        Powiem tylko o jednym przypadku, który we mnie wzbudza do dziś i może na zawsze największe wzruszenie. Byłam w domu starców na Lawrence. Zapytałam, czy są życzenia, i siedzący pan w wózku – to był dom najprawdopodniej żydowski, bardzo bogaty, bardzo piękny dom – i zapytał mnie, czy mogę zaśpiewać Polish anthem „Jeszcze Polska nie zginęła”. 

        Łzy mi się w oczach pokazały, ponieważ ja śpiewam zawsze z żywą muzyką, zawsze jest ktoś, kto mi akompaniuje, więc mogłam zaśpiewać. Ten człowiek chciał jeszcze przed śmiercią usłyszeć „Jeszcze Polska nie zginęła”. To dla mnie było chyba największe wzruszenie, które się zapisało na trwale w pamięci.

        Później się okazało, że mam predyspozycje kabaretowe (śmiech). Ponieważ muzykę klasyczną troszeczkę odsunęłam, otworzył się kabaret, który prowadził mój kolega Jacek Janowski – „Szuflada”. Wtedy byłam z taką grupką, była Monika Kasprzak, był chyba Piotruś Bołdys na skrzypcach i ja śpiewałam wokal.  Pamiętam, że Monika przyjechała z Polski i przywiozła „Time To Say Goodbye”. Myśmy to pierwszy raz wykonali w Centrum właśnie w tej „Szufladzie”. On grał na skrzypcach, a ja śpiewałam wokal. Okazało, że mam predyspozycje kabaretowe. 

        Mówię dosyć szybko, dobrze, mam taką błyskotkę w głosie. I zaczęłam się interesować tym. Później tworzyliśmy zespół „Kabaret za 5 Dolarów”. To było w Cambridge, ja dojeżdżałam, miałam bardzo fajną grupę, i robiliśmy całe jakby bloki na przykład lwowskie, warszawskie, marynarskie, różne, żeby coś ciekawego było. 

        Śpiewałam też 30 lat w Chórze „Symfonia”, dojeżdżałam do Hamilton. Byłam pod batutą pana Jaśkiewicza, pana Rozbickiego, z panem Rozbickim śpiewałam w Chórze „Mississauga”, u Maksymiliana Kolbego, byłam z nim w Polsce, byłam z nim z „Symfonią” kilkakrotnie w Polsce, śpiewałam też na festiwalu moniuszkowskim dwa razy jako solistka.

        – To jest Pani szczęśliwa; realizuje Pani swą pasję przez całe życie.

        – Całe życie... To jest niesamowite, że można do takiego stopnia, że aż tyle mi się w życiu wydarzyło. Mam pięć nagrań. W Chórze „Symfonia” był taki kryzysowy czas, trzeba było zarobić pieniędze, bo ich za dużo nie było, i zaczęłam przeglądać swoje stare kajety i wpadł mi w rękę program, który przyjechał tutaj z Polski, było w nim napisane „Boże Narodzenie u Radziwiłłów”. 

        Wpadłam na pomysł. Z takim dużym zespołem – miałam 40 osób na scenie, więc nie mogło to być u górali, może ze 20 by się zebrało, ale 40 nie – i pod wpływem emocji i filmu „Noce i dnie” zrodził się we mnie fantastyczny pomysł. W dworze jakiegoś Kmicica jest Wigilia, wszyscy są pięknie ubrani, i woźnica, i wszyscy, którzy tam pracują, drzwi są otwarte polskim zwyczajem i obyczajem. 

        Wpadła mi w rękę książka pani Bogusz z różnymi wierszami, zapytałam, czy mogę wykorzystać, ona z otwartymi ramionami, proszę bardzo, proszę korzystać – i napisałam pierwszy scenariusz... 

        Pierwsza połowa to było spotkanie do pasterki, na pasterkę, jak wszyscy wychodzili, wtedy dyrygent wyszedł z czerwonym szalikiem i podyrygował chórem jak na pasterce śpiew. Połączyłam wtedy chór jako taki z biesiadą. Następnie tak samo zrobiłam wesele, żeby chór mógł zarobić troszkę pieniążków, a później były dożynki. Z Chórem „Symfonia” chyba siedem razy były powtarzane, w Mississaudze, w Hamilton, w Burlington. A później się napatoczył na mojej drodze pan Kochanowski.

        – Teatr „Centrum”.

        – Właśnie pan Kochanowski zaproponował mi współpracę jeśli chodzi o muzykę, że będzie robił podkłady muzyczne. Mogę powiedzieć, że robił naprawdę rewelacyjne podkłady muzyczne, bardzo ładne, o bardzo nowoczesnym powiewie, że tak powiem, unowocześnione stare pieśni w bardzo ładnej oprawie. Zaczęłam to wszystko organizować.

        – Uczestniczyło w tym wiele osób, ile się zgromadziło ludzi?

        – W tym zespole, jak zaczynaliśmy, były pozostałości, parę osób z Chóru Maksymiliana Kolbego, parę osób z Chóru „Symfonia”, bo to są prawie ci sami ludzie, to chyba 28 osób było na scenie. Pan Kochanowski prowadził swój własny zespół dziecięcy i on te dwa aspekty połączył. Czasem było ciężko połączyć dzieci z dorosłymi, ale mi się zawsze to udawało. Na przykład na Boże Narodzenie miałam dzieci jako kolędników, przedstawiały szopkę. Sama napisałam wspaniałą szopkę dla dzieci z postaciami trzech króli, z Heroda.

        – Pani przez całe swoje życie żyła Polską.

        – Tak, całe życie.

        – Jak to jest, że człowiek wywozi ze sobą ten kraj.

        – Ma Pan świętą rację. Jestem w Kanadzie tyle lat, mówię bardzo dobrze po angielsku, moje życie zawodowe – spędziłam 16 lat na Uniwersytecie Torontońskim jako sekretarka, pracowałam 22 lata w urzędzie stanu cywilnego w City of Toronto, w magistracie.

        Większość mojego życia było w Etobicoke, ostatnie dwa lata przed odejściem na emeryturę byłam właśnie w City of Toronto. I rzeczywiście na pewno bardzo dobrze śpiewam po angielsku... 

        Po prostu nie wiem, czy to od rodziców, czy to jest coś, co we mnie było wszczepione.

        – Co takiego jest w polskości?

        – To jest chyba tak, jak mówią, że najpiękniejsze kolędy na świecie są polskie. Nie wiem... wszystko, co jest polskie, robi na mnie wrażenie. 

        – Dlaczego o to pytam – czasem ludzie nawet z mojego pokolenia, wychowani w PRL-u, wstydzili się polskości, że to takie peryferia Europy, że ta kultura taka przaśna, nie jest wysokich lotów itd. Czym jest dla Pani polska kultura?

        – Polska jest dla mnie przepiękną kulturą, wspaniałą historią, bogactwem niewyczerpanym, to jest kopalnia, z której można czerpać na wieki wieków. Myślę, że tam jest wszystko, i masę jest jeszcze rzeczy niewykorzystanych.  

        Trzy lata temu pojechałam do Polski i moje koleżeństwo z ulicy i z podwórka, z piaskownicy miało spotkanie. Udało nam się spotkać w 15 osób. Proszę sobie wyobrazić, że między tymi wszystkimi osobami była moja koleżanka, która ze mną wystawiał w Polsce pierwsze przedstawienie. Było wystawiane na polance, na której był rów, i tam przychodził pan Pomorski, który pasł dwie kozy. Chodził z takim stołeczkiem, siadał i pasł. To była nasza publiczność. Ja wtedy przedstawiłam przedstawienie. I ta koleżanka mnie pamięta, bo ona zdjęła kapę z łóżka, żeby zrobić kurtynę i dostała za to lanie. Ja miałam pięć lat wtedy, bo jeszcze nie chodziłam do szkoły. I wtedy „motylkiem chciałabym być”. 

        Po latach właśnie w jednym z tych spektakli z panem Kochanowskim pod tytułem „Lato czeka”, wchodzą na scenę dzieci, motylki, żabki, takie rzeczy, i od razu uderzyło mnie, jednak Pan Bóg jest łaskawy. Tak jak dziecko wymarzyłam sobie kiedyś, to się wróciło 50 lat później.

        – Tym, co Pani robi, daje ludziom radość w sercu. To jest piękne.

        – Ja śpiewam nie tylko u „Kopernika” – zaczynałam, jak jeszcze „Kopernika” nie było na mapie. Jeździłam po tych wszystkich domach opieki, wielokrotnie podchodziłam do łóżka i pytałam się, jakie ktoś ma życzenie, i następnego dnia śpiewałam. Był taki przypadek w Koperniku, to był koncert walentynkowy i pani Albina mnie zabrała do pani Jadzi, zapytałam pani Jadzi, co ona chce, żeby jej zaśpiewać – „Tango Milonga”. I zmarła następnego dnia...

        – To są rzeczy, które zostają,  to jest życie, życie to są uczucia, to jest miłość.

        – Była taka pani Adela, która śpiewała piosenki i później, gdy była stara, była „niegrzeczna”. Ale jak zaczęłam śpiewać, to znała słowa. Później się okazało, że ona była nauczycielką i te teksty pamiętała. 

        – Dziękuję bardzo i życzę, żeby się to wszystko, o czym Pani marzy, spełniło i żebyśmy mogli jeszcze długo Pani słuchać.

        – Dziękuję.

Ostatnio zmieniany sobota, 27 styczeń 2018 16:33
Andrzej Kumor

Widziane od końca.

Strona: www.goniec.net/
Zaloguj się by skomentować