Goniec

Register Login

"Wygnańcy" Stanisław i Aniela Lasek

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

        10 lutego mija kolejna rocznica wywózek ludności polskiej na Syberię jaką rozpoczął okupant sowiecki w 1940 r.  Wśród nas tutaj, na emigracji, żyło bardzo wiele ludzi, którzy przeszli drogę z Syberii,   świadkowie tamtych strasznych czasów; czasów, o których pamięć nie powinna zgasnąć w żadnym pokoleniu Polaków. Prawda o tamtych czasach musi być cały czas opowiadana między innymi po to aby inni nie narzucali nam swoich kłamstw.

        - Przedstawiamy poniżej fragment wspomnień znanych w naszym polonijnym środowisku państwa Stanisława i Anieli Lasek. Wspomnienia te zostały pięknie wydane przez Fundację imienia Władysława Reymonta. Jest to wstrząsający opis tułaczki przez Syberię, Kazachstan, Uzbekistan i Afrykę zatytułowany „Wygnańcy”, 

        - Harmonia życia wsi Dmytrów i naszych kolonii nigdy nie była zakłócana. Razem chodziliśmy do jednej szkoły, religii uczyli katoliccy księża i prawosławni popi, a jeśli któryś nie mógł być na lekcji, to dzieci z połączonych klas uczyły się religii pod opieką księdza albo popa. Zdawało się że wszyscy dbają o to, aby dobrze gospodarować i zbierać plony pracy rąk. Pomagano sobie wzajemnie przy pracach w polu, w czasie żniw, sianokosów czy wykopkach ziemniaków. 

        Ten spokojny tryb życia został zakłócony wybuchem II wojny światowej. Najazd Niemców na Polskę – 1 września 1939 r., a następnie Rosji sowieckiej i ich okupacja była początkiem tragedii kolonistów, osadników, nauczycieli, leśniczych, żandarmerii oraz inteligencji polskiej zamieszkującej Wschodnią Małopolskę, okupowaną przez bolszewików. 

        Nacjonaliści ukraińscy i różna szumowina zaczęli masowo występować przeciw ludności polskiej. W listopadzie 1939 r. na kolonii Strachów Ukraińcy wymordowali 2 rodziny kolonistów. Biedota, złodzieje i różni przestępcy otrzymali władzę od okupanta bolszewickiego. Utworzyli milicję, otrzymali broń i w biały dzień zaczęli rabować i pacyfikować kolonistów na naszym terenie. W pierwszym tygodniu grudnia 1939 r. Ukraińcy wraz z biedotą napadli na nasze kolonie – Terpin i Dębinę rabując bydło, trzodę chlewną, zboże, kury, a nawet obuwie. Naszej rodzinie zabrano 2 krowy, 3 paśne świnie, ponad 50 kur, odzież i część pościeli. Nacjonaliści zapowiedzieli, że – to nie koniec i przyjdą rozprawić się z Lachami, bo my już dość nacieszyli się życiem na ich ziemi. 

        Kolonia nasza zaczęła się organizować i prowadzić dwudziestoczterogodzinną wartę wokół zabudowań. Złożony meldunek do NKWD rosyjski Ludowy komisariat spraw Wewnętrznych nic nie pomógł w tej sprawie, mimo obietnic. Wszyscy Polacy żyli w nieustannym strachu swoje życie i mienie, z niepokojem oczekując następnego dnia. 

        Święta Bożego Narodzenia 1939 r. przeszły spokojnie, bez wypadków. Długo potem na stacji kolejowej w Chołojowie zauważono długi rząd wagonów towarowych z kratami w oknach i piecykami w środku. Zastanawialiśmy się dla kogo są przeznaczone, gdyż posiadały 2 rzędy pryczy. 

        10 lutego 1930 r. o godzinie 4 rano kolonia nasza została otoczona przez sołdatów NKWD i Ukraińców. Gdy zaczęli dobijać się do naszego domu, ojciec otworzył drzwi. Wówczas sołdat z bagnetem na karabinie i dwóch Ukraińców wpadli do mieszkania rozpoczynając rewizję. Nazwiska Ukraińców – Wasyl Kucuper i Mikołaj Strilkow. Ojca trzymali pod bagnetem z bronią gotową do strzału. Wyrwana ze snu rodzina nie wiedziała co począć, powstał wielki płacz dzieci, których było ośmioro, gdyż najstarszy, brat Józef, był u kuzynów. Najmłodsza siostra Rozalię miała wówczas 8 miesięcy. Enkawudzista ogłosił zarządzenie Wierchownogo Sowieta, że mamy tylko 40 min. na ubranie się spakowanie rzeczy i opuszczenie domu. Mama Zofia, słysząc to, zemdlała, a ojcu nie pozwolono się ruszyć. Najstarsza siostra Anna, cuciła mamę, ubierała młodsze rodzeństwo. Czas uciekał. Brat Janek pakował rzeczy osobiste rodziny, a Ukraińcy kontrolowali, co bierze. Dużo rzeczy osobistych nie pozwolili zabrać. Gdy brat udał się do spichlerza po żywność, Ukraińcy odważyli 50 kg mąki i 25 kg kaszy jęczmiennej przeznaczonej na paszę dla prosiąt, chociaż mąki było około 300 kg, a także większe ilości kaszy, lecz tego Ukraińcy nie pozwolili wziąć. Dziewięcioletni brat Wojtuś niezauważony przez Ukraińców wbiegł do kurnika i zadusił 25 kur, wrzucił je do worka, a następnie na przygotowane sanie. Mieliśmy w domu tylko pół bochenka chleba, bo właśnie w tym dniu (sobota) miał być pieczony świeży. I to było wszystko , co pozwolono zabrać naszej licznej rodzinie. Po upływie 40 min żołnierzy zakomenderował: Wychadi wriemia praszło! 

        Mama Zofia nie zdążyła się ubrać i w nocnej koszuli ubrana w płaszcz musiała wychodzić. Mróz był bardzo silny, dochodził do 30° poniżej zera. Po załadowaniu rodziny i dobytku na dwie pary sań dołączono nas do kolumny rodzin sąsiadów, tak jak my wyrzuconych ze swoich domów. Zewsząd słychać było rozpaczliwy płacz dzieci, a także nieustanne wycie psów z naszej kolonii. 

        Kiedy kolumna sań ruszyła otoczona żołnierzami na koniach, prowadzono nas nie wprost na stację Chołojów w prostej drodze 3 km, lecz pojechaliśmy okrężna drogą 10 km w kierunku wsi Dmytrów. Mimo wczesnych godzin rannych wzdłuż drogi po obu stronach stali młodzi i starzy Ukraińcy urągając: czas na was Lachy! 

        Inni kiwali rękoma na pożegnanie, większość jednak milczała. Po drodze dołączyły do nas, kolumny naszych kolonistów z Bełzowa iStrachowa, nauczycieli z naszej szkoły w Dmytrowie oraz leśniczych dwie rodziny. Gdy jechaliśmy przez miasto Chołojów ludność żegnała nas łzami, jedynie Żydzi z czerwonymi opaskami na rękawach uśmiechali się szyderczo do żołnierzy. Gdy przybyliśmy na stację, część wagonów była zajęta i załadowana. Do wagonu 25 TW załadowana 42 osoby wraz z bagażem. Tłok był niesamowity. W wagonie znajdowało się 18 dzieci do lat 12, w tym 3 niemowląt, 6 dziewcząt, 7 kawalerów oraz rodzice w wieku okopie 10 lat. Dzieci zmarznięte w drodze ułożona w pierzynach na górnych pryczach. Na pryczach nie było żadnego posłania, jedynie deski. Jeżeli zważymy, że mróz sięgał 30° poniżej o to mamy obraz tragedii rodzin wyrzuconych z własnych domów bez żywności. Dzieci były tak zmarznięte i wyczerpane płaczem, że ledwo dawały znaki życia cichym kwileniem. Tuliły się wzajemnie, nie dając się odłączyć od matek. Ich oczy przejęte zgrozą i strachem to niezapomniane wrażenie.

        Boże, pożal się nad tymi biednymi dziećmi Twymi, którym wyznaczyłeś krzyż cierpienia, tułaczki, nędzy i głodu! 

        W wagonie było bardzo zimno, gdyż był nieszczelny i z otwartymi oknami. Na stacji udało się ukraść trzy podkłady kolejowe, które natychmiast pocięto i ukryto pod dolną pryczą, by żołnierze nie zauważyli, bowiem w przeciwnym wypadku winni kradzieży natychmiast byliby sądzeni jako sabotażyści. Równocześnie udało się zdobyć trochę węgla i to umożliwiło rozpalenie piecyka. Mróz połączony z wiatrem wciskał się wszystkimi szczelinami wagonu, zwłaszcza przez cztery zakratowane okna bez szyb. 

Podróż pociągiem w nieznane

        Dla organizacji życia w nowych warunkach, po krótkiej naradzie wybrano kierownika wagonu, którym został oficer rezerwowy Wojska Polskiego, a zarazem leśniczy w lasach państwowych na naszym terenie – Michał Kłopatyński. Posiadał liczną. dwunastoosobową rodzinę. Na zastępcę wybrano mojego ojca, Wojciecha Laska. Do ich obowiązków należało utrzymanie porządku w wagonie i występowanie w imieniu wszystkich do władz sowieckich o zaopatrzenie w żywność, wodę i opał. Po rozlokowaniu dzieci na górnych pryczach, starsi w miarę możliwości zabezpieczyli okna workami i kawałkami desek, które udało się zdobyć na stacji. Płacz dzieci zmarzniętych, przeziębiony, kaszlących i głodnych przejmował grozą. Płacz ten słychać było na całej stacji kolejowej. Nie pomagały zabiegi matek tulących biedactwa do swych piersi. Przez 3 dni dowożono wysiedlone rodziny i samotnych z transportu. W drugim dniu (niedziela 11 lutego 1940 r.) gdy ojciec udał się po wodę, spotkał szewca, Ukraińca, u którego naprawialiśmy buty i czasami ojciec zatrudniał go przy pracach polowych. Nazywał się Mikołaj Krzywoj. Człowiek ten przyniósł 10-litrową konewkę mleka i 4 bochenki chleba. inny mieszkaniec Ochladew – Jakub Kielerman, przyniósł kilka bochenków chleba, słoninę, kilka kilogramów mięsa oraz kilka litrów mleka i śmietany, wyrażając się ze smutkiem, że to dzieciom na pokrzepienie. Ojciec Wojciech ze łzami w oczach dziękował za ten ludzki gest. W wagonie natychmiast nakarmiona najmłodsze dzieci. Kierownik zarządził wspólne gotowanie na 3 rodziny z braku miejsca na piecyku, który miał tylko dwie fajerki. W trzecim dniu dołączył do nas brat Józef, który podczas wywózki był u krewnych. Dowiedziawszy się o tragedii przyjechał, by dzielić los wspólnie z rodziną. Tejże nocy transport ruszył w kierunku na wschód, z czego wywnioskowaliśmy że wywożą nas do Rosji. Wszystkie wagony były zamknięte z zewnątrz i pilnowane przez konwojentów transportu, którzy z bronią w ręku śledzili nas z wieżyczek. W nocy dojechaliśmy na punkt graniczny do Bronowic żegnając ojczystą ziemię. W Bronowicach na stacji spotkaliśmy kilka innych transportów ludzi wysiedlonych w tym czasie jak my z województwa tarnopolskiego. Na stacji zaopatrzono nas w wiadro zupy na 10 osób oraz porcję 20 dag chleba na osobę i gotowaną wodę (kipiatiok). Ciągle słychać było nawoływania sołdatów: – odkryli – co znaczy otwierać i zakryli – znaczy zamykać na ten głos otwierano drzwi wagonu i wychodzili wyznaczeni przesiedleńcy po wodę i prowiant pod eskortą żołnierzy. Następnie po powrocie do wagonu, zamykano wagony, wagonach było tak ciasno że brakowało miejsca do wypoczynku dla wszystkich. Starsi spali na zmianę, gdy jedni odpoczywali, to drudzy stali lub siedzieli na podłodze środka wagonu. Stale zmarznięte nogi cierpiały, gdyż nie było gdzie ich ogrzać. Starsi, zwłaszcza młodzież, mieli kłopot z załatwianiem potrzeb fizjologicznych. Ubikację stanowiła dziura w podłodze wagonu. Z początku, gdy jedna osoba szła za swoją potrzebą to druga zasłaniała ją kocem nadeszły choroby połączone z rozwolnieniem, tak że lało się z ludzi, wtedy nikt nie zważał na obecność innych, tylko aby dojść do otworu. Zamarznięte odchody trzeba było zdrapywać i usuwać otworem co powodowało fetor w całym wagonie. Dzieci zaczęły chorować na koklusz i grypy, kaszląc nieustanny. Do tego dochodziły bóle brzucha i biegunka. Nie mycie się brud kału ludzkiego, spowodowały rozmnożenie się robactwa. Najbardziej wszystkim dokuczały wszy. Wiele dzieci zmarło z przeziębienia i różnych chorób. Nigdy nie były one badane przez lekarza. Transport nasz jechał nieraz przez cały dzień, przystając jedynie po uzupełnienie węgla i wody. (...) Tak po 23 dniach podróży w oblodzonych ścianach wagonów w temperaturze poniżej 30° dotarliśmy do ostatniej stacji kolejowych: Kotłas – obwód Archangielski. 

Ostatnio zmieniany sobota, 10 luty 2018 17:19
Andrzej Kumor

Widziane od końca.

Strona: www.goniec.net/
Zaloguj się by skomentować