Goniec

Switch to desktop Register Login

Aleksander graf Pruszyński

OST FRONT

piątek, 07 grudzień 2012 14:00

Ost Front: Czwarta doba w Gruzji

Napisane przez

pruszynskiNa śniadaniu spotkałem interesującego Kanadyjczyka z Toronto. Pisze doktorat z finansów i wiele razy był w tutejszym Ministerstwie Skarbu. Okazuje się, że za prezydentury Miszy wiele zrobiono, by ułatwić życie przedsiębiorcom. Zmniejszyli z 50 do 8 liczba podatków i już na niskim poziomie urzędniczym nie ma korupcji. Problemy jednak są na wyższym poziomie, gdy się chce wygrać z urzędem podatkowym w sądzie. Tam jest niewiele szans, by to zrobić. Gdy mu powiedziałem, że na Białorusi są tylko cztery podatki i trzy akcyzy powiedział, że tak powinno być.
Później byłem na targu staroci. Czego tam nie było... Ordery i odznaki Armii Czerwonej, porcelana, platery, nawet komplet do herbat warszawskiego Norblina z XIX wieku za 1000 dolarów. Sporo starych miedzianych naczyń, w tym nawet całe urządzenia do pędzenia samogonu. Różne pozłacane i srebrne świecidełka dla pań, kilimy. Trochę kryształów i tutejsze typowe suweniry, jak ikony, kielichy z rogów czy kindżały, a wreszcie obrazy, znacznie ciekawsze niż te, które można oglądać na rynku suwenirów w Mińsku.


Ale było siedem razy tyle sprzedających co kupujących, wśród których spotkałem ludzi z Północnej Osetii, która jest częścią Rosji. Od dwóch lat ludzie z rosyjskimi paszportami mogą jeździć bez wiz do Gruzji, ale Gruzini muszą nadal mieć wizę, jadąc do Rosji. Spotkałem ich znów przy stoisku z obrazami, gdzie pan bez ceregieli wyjął spory zwitek studolarówek i kupił dwa obrazy. Okazało się, że jadą do Messcheta, odległej o 20 km pierwszej stolicy Gruzji, gdzie urzędował ich chrześcijański król już w IV wieku, i wprosiłem się na tą wycieczkę.
Po drodze dowiedziałem się, że jego ojciec dostał się do niewoli niemieckiej, był w różnych obozach, a na koniec w Holandii. Po wyzwoleniu wrócił do ZSRS i jeszcze osiem lat był w łagrze wcale nie lepszym niż niemieckie. Jechaliśmy jego drogą japońską terenówką doliną rzeki Mittari. Po obu stronach drogi były góry porosłe trawą i krzakami, a koło drogi widać nowe wysokie domy. Gdy wyjechaliśmy z miasta, była niska zabudowa.
Starożytna stolica Gruzji była w znacznym stopniu odbudowana, a może nawet pobudowana, bo rozebrano stare domy wokół monasteru i podobne do siebie nowe. Wszystko na koszt UNESCO, które, jak wiadomo, nic na Białorusi nie finansowało.
Weszliśmy do wielkiego kościoła bez ławek i klęczników, gdzie kapłan udzielał ślubu i było koło młodych z osiem osób. Przeciwieństwie do ślubów katolickich, kapłan długo się modlił, zaś młodzi tylko dwa razy powiedzieli tak i z kapłanem obeszli z trzy razy centralny drewniany mebel, na którym była rozłożona księga, z której kapłan czytał modlitwę, i wypili wspólnie wino z kubeczka, jaki im podał kapłan. Okazuje się, że ten monaster jest modnym miejscem brania ślubów. W ciągu niecałych dwóch godzin widzieliśmy z siedem par, a wychodząc na parking, aż trzy przedłużone amerykańskie limuzyny, którymi przyjechali młodzi i ich goście. Potem dowiedziałem się, czemu dwie pierwsze pary były tylko z garścią gości. Byli tutejsi, a na huczne wesele jechali do odległych miejsc, gdzie żyją rodzice i krewni. Panny młode były w uroczych białych ślubnych sukniach, kosztujących z 300 dolarów, zaś panowie w byle jakich czarnych ubraniach prócz jednego, który występował w tradycyjnym męskim stroju Gruzina.
Wieczorem byłem na kolacji u tutejszego Polaka, z którym mnie spiknęła pani Maria spotkana w Tbilisi na lotnisku. Okazało się, że jesteśmy tego samego herbu Rawicz, który przyszedł do Polski z Czech. Podano podobne do polskich pierogi i zapijaliśmy je doskonałym tutejszym winem oraz wódką robioną z pozostałego po wytłoczeniu z winogron soku. Przy okazji dowiedziałem się, że aby z winogron dostać słodkie wino, trzeba wstrzymać się z ich zerwaniem i wyciskaniem nawet do... grudnia.
Tam poznałem panią profesor Tamarę Kilendadze z tutejszego międzynarodowego prywatnego uniwersytetu. Okazało się, że oboje jesteśmy sceptykami co do zalet Unii Europejskiej. Niestety, takich jak ona jest mało, bo "wszyscy", podobnie jak lata temu w Polsce, nie bardzo znają szczegóły działania Unii, ale są zaślepieni jej zaletami. Pani Tamara, widząc we mnie bratnią duszę, zaprosiła mnie do swego uniwersytetu, bym miał dla studentów wykład o Polsce i Białorusi.
Niedziela
Po śniadaniu bez kłopotu taksówką dotarłem do kościoła katolickiego. Przed nim sporo brązowawych ludzi, ksiądz i zakonnice hinduskie oraz jedna Polka. Kościół pobudowany w XIX w. przez Polaków już nie jest tak polski i tylko raz w miesiącu są polskie msze, choć proboszcz jest Polakiem i nawet uczy dzieci po polsku. Kiedyś nawet w Tbilisi była ulica polska i jest jeszcze polski cmentarz i boleję, że go nie odwiedziłem.
W niedziele są msze: rosyjska, gruzińska i po południu łacińska. Po mszy spotkałem ciekawego rodaka, pana Kamińskiego, którego dziad z Kiejdan na Litwie został zesłany do Gruzji. W Tbilisi pracował na kolei, która zresztą została zbudowana przez Polaków i na wyższych stanowiskach, podobnie jak na Kolei Transsyberyjskiej byli sami Polacy.
Jego dziad ożenił się potem z siostrą innego Polaka, która przyjechała odwiedzić brata. W 1920 roku z dziećmi chcieli przez Baku dostać się do Polski, ale to okazało się niemożliwe i wrócili do Tbilisi, gdzie już zostali. Mój rozmówca skończył miejscową politechnikę i pracował jako metrolog. Mimo że nie było polskiej szkoły, nauczył się sam dobrze po polsku, a w Polsce był tylko raz, odwożąc na wakacje grupę tutejszych dzieci kilka lat temu. Teraz zbiera materiały historyczne o tutejszych Polakach, ale ma kłopoty z ich wydaniem. Choć jest dobrze wykształcony, nie miał pojęcia o tym, że w 1919 r. kapitan Kozłowski złamał szyfr Armii Czerwonej, co pomogło Polakom pobić Sowietów w 1920 r., oraz nie wiedział, że była Enigma, czyli złamanie przez Polaków, a potem Francuzów i Anglików szyfru niemieckiego, a informacje uzyskane przekazywano też Sowietom. To też walnie przyczyniło się do zwycięstwa aliantów nad Hitlerem.

Ostatnia doba
W niedzielę wieczorem wpadłem do mej ulubionej kafejki Encore i zaprosiłem menedżerkę, która właśnie kończyła służbę, na kawę. Okazało się, że była dawniej dziennikarką w TV, ale jej stacja splajtowała i chcąc, nie chcąc została kelnerką, a po dwóch latach menedżerką w tej kafejce. Zarabia niecałe 400 zielonych i zasadniczo nie widzi żadnej przyszłości w tej pracy. Więc zasugerowałem jej, że jeśli uda mi się kogoś namówić w Polsce na wejście na tutejszy rynek z bursztynami, to mogłaby mieć przy tym pracę. Ale nie miała wielkiego pojęcia, co to jest bursztyn, więc zrobiłem jej wykład na ten temat i szans sprzedawania go. Potem zaproponowałem, by zwróciła się do starszej pani siedzącej przy drugim stoliku i zapytała ją, czy wie, co to bursztyn i czy by sobie coś z bursztynu kupiła. Dziewczyna to zrobiła. Panie rozgadały się, a potem dosiedliśmy się do nich i okazało się, że jej towarzysz jest wydawcą tutejszego tygodnika. Zaproponował mi, że następnego dnia zrobią z mną wywiad.
W poniedziałek po południu pani profesor zawiozła mnie do Międzynarodowego Uniwersytetu, który ma studentów zarówno z Azerbejdżanu, jak i Gruzji. Mówiłem po angielsku do ponad dwudziestu młodych. Powiedziałem wiele o Białorusi i sporo o Polsce, a szczególnie o wadach UE. O tym, że polscy rolnicy dostają po latach nadal dopłaty niższe niż ich konkurenci w zachodniej Europie.
Później przyjechała dziennikarka z tygodnika "Tbilisi" i zrobiła z mną wywiad, gdzie sporo znów mówiłem o wadach UE. Mam nadzieję, że koś poważniejszy to przeczyta i zastanowi się, w co się oni pchają, a robią dokładnie to, co Polska, mówiąc, że muszą gwałtem wstąpić do UE.
Z rodakami z mego hoteliku pojechaliśmy na lotnisko autobusem miejskim za jednego lari, a nie za 20 dolców. Niestety, trzeba było biwakować do 5 rano. Jedyna pociecha, że spotkałem tu rodaków, w tym tych, co przyjechali tym samym rejsem co ja. Byli w górach. Dużo zwiedzili, spotkali moc serdecznych ludzi, są gotowi przyjechać jeszcze raz i szczęśliwi czekali na odlot. Potem spotkałem grupę polskich "nafciarzy", którzy wiercą tu za ropą. Ponoć ma być na głębokości 2500 metrów, czyli dość płytko. Oni mieszkali na prowincji, po wsiach. Dwa tygodnie pracują, potem dwa tygodnie urlopu. Spotkali się z wielką biedą, emerytury są poniżej 100 dolarów, a mieszkania w blokach kosztują niewiele mniej, więc ludzie się z nich wyprowadzają do pustostanów, których jest sporo.


Miło było tam być, choć z wielkimi tego kraju się nie widziałem, ale sporo się dowiedziałem i może wiosną tam jeszcze wpadnę, jeśli dokopię LOT-owi i wydębię bilet za moje mile.


Aleksander graf Pruszyński
Warszawa/Mińsk

piątek, 30 listopad 2012 14:27

Z OST FRONTU: Byli i będą

Napisane przez

Byli i będą
pruszynskiBardzo dawno temu czytałem książkę Marii Rodziewiczówny pt. "Devajtis". Ostatnio na stosiku ze starymi książkami znalazłem inną jej powieść pt. "Byli i będą", której akcja zaczyna się po Powstaniu Styczniowym na dzisiejszej Białorusi.
Jest tam opowieść o represjach wobec Polaków i katolików, jakie im serwował carat. Gdy księdzu nie wolno było dać parafianinowi polskiej książki do nabożeństwa. Gdy nie wolno było uczyć po polsku. Gdy Polacy płacili dwukrotnie wyższe podatki niż prawosławni itd. O czasach, gdy unici, by nie zawierać ślubów we wrogich sobie cerkwiach, jechali do Krakowa, bo władze carskie uznawały śluby tam zawarte. Ba podobnie robili małżonkowie, gdy prawosławna szła za katolika i by mąż nie musiał zdradzać swej wiary brał narzeczoną do tego miasta.

Cenna gazeta
Oprócz Kas Spółdzielczych Stefczyka jest jeszcze bardzo prężna Kasa Spółdzielcza SKOK w Wołominie, która wydaje darmowy dwutygodnik pt. "Dobry Znak". Ma doskonałe pióra i naprawdę patriotyczny charakter, więc teraz, jak jadę do Mińska, z przyjemnością ją tu wożę.

Kawał
Donald Tusk odwiedza z roboczą wizytą szkołę podstawową. Po oficjalnej akademii pani mówi do uczniów: – Kochane dzieci, jeśli macie jakieś pytania, to możecie zadać je teraz panu premierowi.
Zgłasza się Jasiu: – Panie premierze, mam do pana dwa pytania. Pierwsze: – Skąd wziął się trotyl na skrzydłach tupolewa? Drugie: – Czy śmierć nawigatora Jaka-40 ma coś wspólnego z katastrofą w Smoleńsku?
Premier zastanawia się nad odpowiedzią i nagle dzwoni dzwonek na przerwę... Po przerwie dzieci wracają do klasy, a pani mówi: – Kochane dzieci, jeśli ktoś ma jeszcze jakieś pytania do Pana premiera, to pytajcie.
Zgłasza się Małgosia: – Panie premierze, mam do pana cztery pytania. Pierwsze: – Skąd wziął się trotyl na skrzydłach tupolewa? Drugie: – Czy śmierć nawigatora Jaka-40 ma coś wspólnego z katastrofą w Smoleńsku? Trzecie: – Dlaczego dzwonek na przerwę zadzwonił 20 minut przed czasem? Czwarte: – Gdzie zniknął Jasiu?

Rocznice
W zeszłym tygodniu minęła 200. rocznica przejścia resztek wojsk Napoleona przez Berezynę. Był to wielki wyczyn polskich i francuskich saperów, którzy zbudowali dwa mosty. Jeden dla piechoty i drugi dla konnicy i artylerii. Dzięki nim w ciągu jednej doby przeszły na drugi brzeg rzeki w przyzwoitym szyku wojska francuskie i polskie, dopiero potem nadeszli maruderzy i były dantejskie sceny, jak walczyli, by się dostać na drugi brzeg. Gdyby wojska Napoleona nie przeszły, toby było to jego ostateczna klęska, a tam mógł jeszcze walczyć rok. Równocześnie prasa podała, że właśnie w listopadzie 1940 r. otworzono w Mińsku fabrykę radioodbiorników, ale nie dodała, że była to fabryka zagrabiona w Wilnie kilka miesięcy przedtem.

Wizyta w Gruzji: trzecia doba
Zjadłem smaczne śniadanie we wspomnianej francusko-gruzińskiej firmie, gdzie spotkałem młodych Australijczyków i Niemców, a potem odwiedziłem polską ambasadę, gdzie przyjął mnie attache handlowy, pan Chrzanowski. Przede wszystkim jest pytanie, czy mimo nie tylko oficjalnej przyjaźni polsko-gruzińskiej stosunki handlowe rozwijają się należycie. Polskie firmy, mówił mi, wchodzą dość dobrze na tutejszy rynek głównie towarów spożywczych, np. czekolad i cukierków. Czasami towary polskie trafiają tu poprzez firmy ukraińskie. Dalej jest sporo turystów, zwłaszcza latem, bo przecież kraj ten ma wspaniałe wybrzeże morskie i dość wysokie góry oraz sporo zabytków.
Chodząc po głównej alei miasta, gdzie jest moc sklepów z tanią i drogą biżuterią, zauważyłem zupełny brak bursztynów. Potem powiedziano mi, że za czasów sowieckich było ich sporo, bo przywożono je z Kaliningradu, ale od czasu rozpadu ZSRS, a zwłaszcza pogorszenia stosunków Gruzji z Rosją, już ich brakuje.


Inna dziwna sprawa wymagająca interwencji zarówno polskich, jak i gruzińskich władz to ceny międzynarodowych rozmów telefonicznych. Do USA i Kanady kosztują po 30 lokalnych centów, do Polski i Europy 3 razy tyle.
Byłem też na sesji w Instytucie Studiów Strategicznych poświęconej ważnym zagadnieniom przedstawianym przez rozczochraną i podle ubraną babę – nowego wiceministra spraw zagranicznych. Mówiła długo, a priorytetową sprawą jest kwestia oderwanej od Gruzji Abchazji i Południowej Osetii. Abchazja to prowincja na zachodnim końcu Gruzji zajmująca do 1988 r. około 20 procent kraju. Ma piękne wybrzeże Morza Czarnego, a dalej góry. Po konflikcie do Gruzji przybyło stamtąd ponad 200 tysięcy uchodźców, którzy już się częściowo zintegrowali. Są zasadniczo dwa problemy. Władze Abchazji, które zależą w znacznej mierze od Rosji, nie chcą powrotu uchodźców oraz Gruzja nie chce uznać tamtejszej władzy.
Kilka miesięcy temu Rosja przystąpiła do Światowej Organizacji Handlu WTO. W wyniku tego będzie musiała znieść blokadę na gruzińskie towary spożywcze, w tym wino. To może jednak być obosieczne. Po 2008 r. po dużym wysiłku gruzińskie wina znalazły nowe rynki zbytu w Europie, a nawet w USA, co wiązało się z koniecznością poprawy ich jakości. Obecnie dochód z eksportu win dochodzi do poziomu sprzed embarga. Otworzenie rynków rosyjskich spowoduje obniżenie jakości win. Rosjanie, którzy do wojny konsumowali 85 proc. win gruzińskich, są mniej wymagający niż zachodni importerzy. To znów uzależni Gruzję od widzimisię Rosji.


W dyskusji zwróciłem uwagę zebranych na to, że UE ma też wady. Warto, by się zapoznali z licznymi publikacjami, jakie na ten temat ukazały się w Polsce. To nie bardzo dotarło do zebranych, bo w Gruzji jest moda na UE. Na większości budynków państwowych powiewają obok flagi Gruzji błękitne flagi Zjednoczonej Europy, choć jeszcze do niej Gruzja nie należy.
Po dwóch godzinach nasiadówki poszedłem na obiad i w kafejce przysiadłem się do sympatycznej Gruzinki, nauczycielki angielskiego. Uczy w szkole, gdzie źle płacą, ale dorabia prywatnymi lekcjami po 8 dolarów za godzinę. Ma dzieci w wieku 4 i 8 lat. Mąż lepiej zarabia jako ekonomista w banku, ale potrzebowali pomocy rodziców, by rok temu kupić 38-metrowe mieszkanie za 40.000 dolarów. Mimo apeli Cerkwi aborcje są nadal powszechnie dostępne i, o dziwo, moja rozmówczyni przyznała się, że miała już ich dwie. Jest propaganda środków antykoncepcyjnych i nawet można je dostać za darmo, ale jak widać, nie bardzo to skutkuje.


Za wskazaniem nauczycielki poszedłem na ulicę, gdzie miało być sporo sklepów z suwenirami – była tylko moc sklepów z dewocjonaliami. Dalej, dzięki sugestii napotkanych Niemców, poszedłem przez piękny, nowoczesny wiszący most z przezroczystym dachem do stacji kolejki linowej. Ten most to jeden z obiektów dumy prezydenta, a niedaleko jest budowany podobnej konstrukcji teatr. Oba kosztowne obiekty spotkały się z krytyką przeciwników Miszy, który ponoć woli budować nowe obiekty niż remontować zabytki.
Wielowagonową kolejką z Japończykami i Koreańczykami dostałem się na górę ze świątynią i ruinami zamku. Stąd był przepiękny widok na całe miasto, gdzie widać wiele cerkwi, które nie mają cebulastych kopuł, jak moskiewskie, ale stożkowate. Najpiękniejszy widok z tej góry jest po zmroku, gdy miasto zabłyśnie różnymi światłami.


Schodząc z góry, trafiłem na ładny nowy hotelik Citadel, z którego pokoi jest wspaniały widok na miasto. Odpoczywając przy kawie, rozgadałem się z menedżerką, która co dopiero wróciła z Miami, gdzie pięć lat studiowała hotelarstwo. Zarabia niby dobrze – 500 dolarów miesięcznie – ale nie była zachwycona, gdy się dowiedziała, że niańka w Moskwie zarabia trzy razy tyle za dwa tygodnie pracy miesięcznie. Mówiła, że wielu młodych po studiach na Zachodzie, wraca do kraju.


Poniżej tego hotelu był niedawno odnowiony Envoy Hostel, czyli dom turysty, gdzie łóżko w pokoju 10-osobowym ze śniadaniem kosztowało 26 lari, czyli więcej niż tam gdzie nocowałem, ale komfort lepszy. Oba polecam i ich adresy można znaleźć w Internecie. Innym obiektem, skąd jest wspaniały widok na miasto, jest 19-piętrowy hotel Radison, gdzie na 18. piętrze jest kawiarnia i basen, a w hotelu można dostać prawie wszystkie miejscowe angielskie gazety, które dają dobry obraz tego, co się w Gruzji dzieje, i widać, jak my na Białorusi jesteśmy w ślepym zaułku. Ba, nie u nas, ale właśnie w Tbilisi zakończył się światowy kongres małych firm. Zresztą w Tbilisi są jeszcze dwa Marriotty i buduje się jeden Intercontinental.
Na kolację zjadłem smakowitą tutejszą potrawę przypominającą południowoamerykańskie chili, która jest uważana za typową gruzińską potrawę chłopską. Przyrządza się ją prosto. Najpierw przebiera się czerwoną fasolę, myje i najlepiej zostawić ją w wodzie na noc. Rano wylewa się pierwszą wodę i w drugiej gotuje się do momentu, gdy woda zacznie bulgotać. Jeszcze raz się gotuje w nowej wodzie, by fasola była miękka. Teraz bierze się dużo cebuli, trochę czosnku, kraje to i zrumienia na oleju na patelni oraz dodaje przyprawy, takie jak pietruszka, oraz pokrajaną na drobne kostki wieprzowinę. Potem łączy się to z fasolą i jeszcze niektóre panie dodają pastę pomidorową. W dobrych restauracjach końcowe gotowanie jest w garnczkach glinianych. W gorszych gotową potrawę wlewają w gliniane garnczki i podają.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 23 listopad 2012 15:35

Z OSt FRONTU: Druga doba

Napisane przez

pruszynskiNa głównej ulicy zobaczyłem flagę Kanady. Okazało się, że tam urzęduje nasz honorowy konsul, który też zajmuje się pomocą inwestorom, i wpadłem do niego na pogawędkę. Jest ekonomistą i przedtem pracował w znanej międzynarodowej firmie doradców przemysłowych.
Rzeczywiście, powiedział mi, otworzyć firmę i założyć konto w banku to bardzo proste i nie ma kłopotów z przekazywaniem zysków za granicę. Początek dla obcych jest bardzo dobry i to powoduje wysokie notowania kraju. Potem może być nie tak różowo, zwłaszcza jak się ma problemy z władzami. Cokolwiek wygrać w sądzie przeciwko administracji jest niezwykle trudno. Ale władze chcą pomóc i jest ombudsman, czyli obrońca biznesmenów – jego zadaniem jest bronić prywatnych przedsiębiorców przed nadużyciami władz.
Dotąd były tu bardzo niskie, podobno najniższe w Europie, podatki, ale jak będzie dalej – nikt nie wie.
Jak dużo jest tu obcych firm, niech świadczy fakt, że tygodniowo ukazuje się pięć pism po angielsku. Jest dla kogo pisać i dla kogo zamieszczać tam ogłoszenia. Jest też parę organizacji lokalnych i zagranicznych firm, między innymi Niemiecka i Amerykańska Izba Przemysłowo-Handlowa.
Ostatnie wybory nie były głosem za Bidziną Ivaniishvilim, najbogatszym człowiekiem Gruzji, który zrobił swą fortunę głównie w Rosji, ale raczej przeciw temu, co robił prezydent i jego zwolennicy, którzy często arogancko traktowali obywateli.
W tak małym kraju jak Gruzja wszyscy o wszystkich coś wiedzą, więc dla nikogo nie było tajemnicą, że wśród otoczenia prezydenta byli niekoniecznie świetlani ludzie. Ba, prezydent miał koło siebie na początku bardzo zdolnego i uczciwego człowieka, który nagle zmarł. Potem było wiele plotek, jak to się stało, a mało kto wierzył w oficjalną wersję jego śmierci. Ponoć w przypływie złości prezydent miał cisnąć w niego ciężką popielniczką. Trafił w głowę i go zabił.
Teraz coraz więcej pisze się o szastaniu pieniędzmi przez otoczenie prezydenta, który ma trzy samoloty, moc samochodów i rezydencji. Ba, związek młodych prawników chce doprowadzić do zdjęcia prezydenta z urzędu. Nie jest wiadomym, jak pójdą sprawy pod nowym rządem, mówił konsul Kanady, ale nie spodziewa się pogorszenia sytuacji dla obcych firm, choć i pod poprzednim były przykłady upaństwowienia dobrze pracujących firm, na które miał chrapkę ktoś z rządu.
W południe udałem się do państwowego uniwersytetu, by zaproponować im odczyt o Białorusi. Dostałem się do szefa Katedry Prawa Międzynarodowego, a potem do Katedry Stosunków Europejskich, gdzie pogadałem z dwoma sympatycznymi paniami. Te były dużo bardziej za prezydentem, twierdząc, że wiele dokonał, zwłaszcza ukrócił łapownictwo, które szczególnie na wyższych uczelniach kwitło na potęgę.
Mówiły, że konkurent, którego partia zwała się "marzenie kraju", zdobył wiele głosów obietnicami, które nie wiadomo czy nawet bardzo chcąc, będzie mógł spełnić. Np. obiecał od Nowego Roku o 10 procent obniżyć cenę paliwa, podnieść emerytury i pensje nauczycieli, które są bardzo niskie. Twierdzi, że nie może tego zrobić do Nowego Roku, bo zabraknie pieniędzy w budżecie.
Ba, wielu uważało, że będąc tak bogatym, podzieli się tym, co ma, z biedniejszymi. Na to dało się nabrać wielu, choć fakt, że do głosowania nie poszło więcej niż 64 procent obywateli nie świadczy o wielkim zainteresowaniu wyborami.
Ciekawa jest rola Cerkwi prawosławnej, która zdaniem mych rozmówczyń, jest prorosyjska, więc jeśli Misza był antyrosyjski, to jego zwalczała np. wprowadzeniem dowodów osobistych z czipami, teraz popiera nowego premiera, bo ponoć jest prorosyjski i w nowym budżecie podniesiono o 10 procent dotacje na utrzymanie patriarchy.
Na razie nie widać, by stosunki z Rosją się poprawiały, ale zapowiedział, że zapewne Gruzja weźmie udział w zimowej olimpiadzie w Soczi. Mówi się też o otwarciu nieczynnej od 20 lat linii kolejowej łączącej Tbilisi z Moskwą, a równocześnie przez Tbilisi do Baku w Azerbejdżanie.

Ot, kultura
Dowiaduję się z Internetu, że obecny dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, utrzymywanego za pieniądze polskiego podatnika, Paweł Śpiewak (zięć niesłynnego Jakuba Bermana), miał kilka lat temu stwierdzić, że chętnie by obsikał wszystkie miejsca, w których stanęła stopa Romana Dmowskiego. Jak na tę mowę powinni zareagować nawet niekoniecznie wielcy zwolennicy Pana Romana, jak ja? Może pójdziemy i odsikamy się pod Muzeum Żydowskim?


Aleksander graf Pruszyński

piątek, 16 listopad 2012 14:34

Z Ost Frontu: Przyczyna

Napisane przez

pruszynskiZawsze w rodzinie mówiło się, że mistrz Adam nie lubił przodka ojca mej praprababki, Wołka Łaniewskiego. Miał o nim napisać, że był katem chłopów i przyjacielem Moskali i ponoć to on ma być Upiorem w "Dziadach". Otóż okazuje się, że była śmieszna przyczyna. Przodek posłał po lekarza, stryja mistrza Adama, konie zaprzężone do bryczki. Lekarz odmówił przyjazdu, czekając, by przysłano po niego karetę, czyli bardziej luksusowy pojazd. Przodek to zrobił, a po zakończeniu oglądania chorej żony na pożegnanie kazał lekarzowi przyłożyć 25 batów.

Zakupy
Niedawno obejrzałem to, co można kupić w krajach Dalekiego i Bliskiego Wschodu, szczególnie dla pań, jest moc łakoci i tanich kiecek. Wspaniała suknia balowa za 50 buksów, plus podatek i transport, ale dużo poniżej 100.
Szczególnie piękne są stroje marokańskich dam i do nich noszone nakrycia głowy, które są całkiem seksy. Można wiele zobaczyć, wbijając do komputera w Google "moroccan dresses" czy "indian dresses". Najciekawsze dla mnie były stroje z Maroka prezentowane przez firmę eastessence.com. Była tam suknia ślubna, podobna do tej, jaką zresztą wiele lat temu kupiłem dla narzeczonej za 100 dol. No i dodam, że coś dla damy serca kupiłem, nie rujnując się.

Po marszu
Jak zawsze każdego 10 była Msza św. w katedrze za poległych w Smoleńsku. Potem był przemarsz pod Pałac Prezydencki na Krakowskim Przedmieściu, gdzie przemawiał przybyły Węgier i ks. Stanisław Małkowski.
W niedzielę najpierw o 11 odbyła się msza pod pomnikiem Polskiego Państwa obok Sejmu organizowana przez Krucjatę Różańcową, której przewodniczył ks. Paweł Powierza, duszpasterz parlamentarzystów, oraz ks. Małkowski. Ks. Powierza, który miał długawe przemówienie, przypominając, że kościół zawsze był z narodem i nie wolno zamykać spraw wiary tylko w kościołach, a wiara ma być obecna w każdym miejscu życia Polaków.
Na mszy było z dwa tysiące osób, które potem z różańcami w rękach obeszły Sejm i Senat, otaczając go.
Po uroczystościach na placu Piłsudskiego prezydent Komorowski poprowadził swą manifestację, która zatrzymała się najpierw pod pomnikiem Marszałka na placu Jego imienia. Potem pod pomnikiem kard. Wyszyńskiego, dalej pod pomnikiem Witosa, wreszcie pod pomnikiem Dmowskiego i Józefa Piłsudskiego koło Belwederu. Pod każdym z nich prezydent składał wieńce i była to pierwsza w historii stolicy manifestacja, na której prezydent przeszedł po ulicach Warszawy. Różne są podawane liczby osób w tej manifestacji, ale zapewne nie było tam więcej niż 10 tysięcy ludzi, w tym może z 500 borowików, czyli ochroniarzy, którzy popędzali przechodniów.
Nie muszę chyba nikomu mówić, że gdyby nie było manifestacji rok temu, toby Jaśnie Oświecony jej nie zorganizował i oczywiście pod pomnik Pana Romana się nie pofatygował. On teraz zmuszony jest udawać patriotę, ale kto na to się da nabrać.
Tę manifestację relacjonował dla "Gazety Koszernej" ni mniej, ni więcej ale pan Paweł Wroński, którego rozdawane wśród zebranych pod Dworcem Śródmieście ulotki określały jako wnuka pułkownika UB Światły, kata patriotów, który w 1953 r. poprosił Amerykanów o azyl w Berlinie, a potem jego wypowiedzi nadawała Wolna Europa, co przyczyniło się do szybszej niż w innych krajach dekomunizacji.
Drugie wielkie manifestacje zaczęły się o 14 w Alejach Jerozolimskich przy Dworcu Śródmieście, zebrali się bardzo liczni zwolennicy "Gazety Polskiej", która popiera JW Jarosława, a ponoć jej odmiana "Gazeta Polska Codziennie" jest jego własnością. Nad zebranymi łopotały flagi i transparenty wskazujące, z jakich licznych miast przyjechali. Wśród flag polskich, moc flag węgierskich oraz dość spora delegacja Węgrów.
Przed wyruszeniem na trasę wystąpił Janek Pietrzak i wspólnie z nim odśpiewaliśmy jego pieśń "Żeby Polska była Polską".
W rozdawanym numerze "Gazety Polskiej" były podane różne piosenki w tym "Pierwsza Brygada" i ją zebrani odśpiewali aż dwa razy. Tu dodam, że dziennikarze tego pisma dwa razy napastowali mnie, bym zaprzestał sprzedawać moją książkę "Co Żydzi winni Polakom". Teraz rozumiem ich, bo okazuje się, że tam rządzi pan... Wildstein.
Tymczasem pod wschodnią stroną Pałacu Kultury na placu Defilad zebrali się liczni narodowcy pod wodzą endeckiej Młodzieży Wszechpolskiej, którą w 1990 odtworzył Roman Giertych, który tym razem maszerował w pochodzie... Komorowskiego. Tam było moc młodzieży, w tym sporo kiboli, których wedle policji z samego Śląska przyjechało do tysiąca. Oni też ruszyli pierwsi po 15 i byli zatrzymani przez policję. Po negocjacjach wreszcie pochód ruszył, ale były utarczki i jest mocne przypuszczenie, że konflikt z policją wywołali policjanci w cywilu idący wśród manifestantów.
Narodowcy zatrzymali się pod pomnikiem Romana Dmowskiego, a potem poszli na dół ulicą Agrykola i na jej końcu na wiecu powołali nowe ugrupowanie – Ruch Narodowy. Reszta, głównie wspierająca "Gazetę Polską", poszła dalej pod pomnik Marszałka Piłsudskiego pod Belweder.
Policja robiła chamskie numery, kontrolując np. dwa razy autobusy jadące do Warszawy i podobnie kontrolowano pasażerów pociągów. "Gazeta Koszerna" twierdzi, że zwolenników Komorowskiego było 15 tysięcy, a tych drugich 20. Śmiem twierdzić, że na mój nos zapewne tych pierwszych było dużo, dużo mniej, a tych drugich z dwa razy tyle.

Nagroda Józefa Mackiewicza
Jedenastego listopada w Domu Literatury jury pod przewodnictwem Stanisława Michalkiewicza przyznało główną nagrodę panu Tadeuszowi Płażyńskiemu za książkę "Bestie", gdzie rozprawia się z mordercami polskich patriotów. Pisze tam zarówno o ofiarach, jak i katach, którzy spokojnie odchodzą z tego świata i chowani są w Alei Zasłużonych obok miejsca pochówku swych ofiar. Przy okazji dowiedziałem się, że w Dzień Żołnierzy Wyklętych imć Blumstein z "Gazety Koszernej" miał ich określić jako "bandytów". Muszę powiedzieć, że dziwię się, że któryś z synów czy ich wnuków nie dał mu po pysku.

Polowanie na nową żonę
Znajomy na emeryturze postanowił znaleźć nową połowicę i wziął się żwawo do dzieła, poszukując przez portale internetowe. Najpierw zaczął od lavaplace.com, gdzie za 40 dolarów miesięcznie obejrzał sporo pań. Charakterystyczne, że Europejki w wieku do 40 lat szukały panów do dziesięciu lat starszych od siebie, a Amerykanki, bardziej otrzaskane z rzeczywistością, już nawet do 99 lat.
Innym problemem były fotografie, często pań nad morzem, gdzie nawet po powiększeniu mało się widziało dziewoi i jeszcze moc dam miało na nosie ciemne okulary.
Na lava było sporo Murzynek i, co ciekawe, okazało się, że Murzynki z Afryki podawały, że są z USA, a tylko chwilowo są np. w Ghanie. Były też takie, które na pierwszy rzut posyłały fotografie innych, mniej czarnych dziewcząt.
Osobnym tematem jest ukraiński portal uwdreams.com, gdzie są przepiękne zdjęcia Ukrainek z prowincjonalnych miast. Problemem tamtejszych dam jest, że z pracą jest tam źle, a mężczyźni piją. Było też sporo uroczych Ukrainek, które jednak na pierwsze spotkanie chciały koniecznie przyjechać do Polski, a nie chciały, by kandydat spotkał się z nimi w ich kraju. Dalej twierdziły, że paszport u nich kosztuje 300 dolarów, a godzina w internet cafe nie dolara, a pięć, czyli były to naciągaczki. Ponieważ sporo mężczyzn z Europy jest nabieranych przez Ukrainki, istnieje dama w Kijowie, która opłacana przez klientów przesiewa im kandydatki i przyjaciel ma zamiar z jej usług skorzystać.
Wśród spotkanych pań była przepiękna, postawna Polka z Olkusza, która szukała męża w Monako. Była też Polka z Australii, która za pierwszym podejściem nie kontynuowała znajomości, a gdy znajomy znalazł ją sześć miesięcy później na portalu i spytał o wyniki polowania, zaczęła pisać do niego urocze zakochane listy po polsku, a potem okazało się... że nie mówi w tym języku.
Znajomy wpadł też na pomysł, żeby poderwać Arabkę, bo te są tresowane, by być dobrymi żonami i dbają lepiej o męża niż Europejki, a zwłaszcza Amerykanki. One wiedzą, że Europejczycy traktują żony lepiej niż ich rodacy. Na portalu marocosingels.com było ich sporo. Nawet zupełnie ciekawych, mówiących po angielsku i francusku, choć zbyt często na zdjęciach w ciemnych okularach. One też jak Europejki szukają młodszych niż Amerykanki mężów. Te jednak są gotowe wyjść za Europejczyka pod warunkiem, że przejdzie na ich wiarę. Przy okazji znajomy obejrzał wiele pięknych strojów kobiet marokańskich i na portalu moroccan dresses warto je obejrzeć, szczególnie eastessence.com.
Były tam długie suknie balowe, już są po 50 zielonych, oraz moc pięknych sukien ślubnych po 200 dolarów. Teraz znajomy ma jeden kłopot – stale przysyłają mu oferty matrymonialne inne portale i od tego nie może się opędzić.

Pierwsza doba w Tbilisi
Samolot z Warszawy wyleciał prawie punktualnie, co rzadko się spotyka, lecąc przez Atlantyk. W samolocie cała klasa biznes pusta, a w ekonomicznej 14 wolnych miejsc. Zaś mnie odmówiono lotu za mile, które zebrałem, latając często przez Atlantyk. Pazerny LOT tak traktuje posiadaczy karty Miles and More.
Moim sąsiadem okazał się sympatyczny Gruzin lecący odwiedzić rodzinę ze swą polską żoną pochodzącą ze Lwowa. Pierwsze zdziwienie – źle mówił o prezydencie Saakaszwilim. Twierdził, że często podejmuje decyzje, nie myśląc o ich konsekwencjach, i potem są poważne kłopoty. Potem spotkałem wielu, co mówili podobnie, i przypomniałem sobie, że też źle mówił o nim śp. Wilczek Siemiński.
Po trzech godzinach lądujemy w Tbilisi. Dużo więcej okienek do kontroli paszportowych niż na Okęciu, a wszystkim cudzoziemcom kontrolujący wręczają małą butelkę wina.
Czekając na odbiór bagaży, poznaję dwie Polki – studentki dziennikarstwa z Krakowa, a potem przyjmującą je Polkę, która zabiera mnie i je do swego domu. Tam wyładowuję prasę i książki dla tutejszych Polaków, wśród nich jedną Ojca, co powoduje u dziewcząt sensację, bo nie spodziewały się spotkać syna Ksawerego Pruszyńskiego. Jest jednak problem – zmarł ojciec miejscowej szefowej Polaków i dlatego nie dostałem odpowiedzi na moje e-maile i nie wiadomo, czy uda się zorganizować spotkanie z rodakami.
Potem znajomy tutejszej Polki wiezie mnie do miasta, ale nie znajdujemy taniego hotelu, gdzie zarezerwowałem nocleg. Ostatecznie znajdujemy inny i po 10 minutach dobijania się dostaję się do środka, gdzie za 10 zielonych śpię w zbiorowym pokoju, gdzie są sami cudzoziemcy, głównie Francuzi.
Jest 7 rano i ciemno, gdy włażę do łóżka, i śpię do południa. Okazuje się, że nocuję 200 metrów od głównej alei miasta, gdzie w eleganckim lokalu działającym na zasadzie franczyzy jem śniadanie za 10 dolarów. Wracając, zaglądam do lokalu prawie na przeciw mego hoteliku, gdzie okazuje się, że jest szkoła dziennikarska, i tu porywam dwie dziewczyny, które pomagają mi poznać nie tyle miasto, ale dostać się do ministerstwa gospodarki i pałacu prezydenckiego, bo mam nadzieję przeprowadzić wywiad z ministrem i prezydentem. Okazuje się, że panienki wcale nie są jego zwolenniczkami. Twierdzą, że dobrze, że jego partia przegrała wybory, a dawny minister bezpieki i jego zastępca trafili do więzienia.
W ministerstwie po kilku telefonach i 15 minutach czekania przychodzi rzecznik prasowy ministra. Byle jaka marynarka i koszula na zewnątrz spodni. Na mnie nie robi dobrego wrażenia. Prosi, bym dał mu na piśmie pytania do ministra, który jest poza miastem.
Bierzemy taksówkę i jedziemy do pałacu prezydenta znajdującego się na górze nad miastem. Ku memu zdziwieniu kosztuje tylko 3 dolary. W biurze przepustek przez telefon rozmawiam z sekretarką sekretarza prasowego prezydenta, który ze swym szefem jest poza krajem i może dopiero wróci w poniedziałek, czyli z rozmowy z prezydentem mogą być nici.
Z rozmów z dziewczętami wynika, że w Gruzji wcale nie jest tak dobrze, jak piszą na Zachodzie, i szczególnie trudno dostać pracę starszym ludziom. Dotąd bardzo łatwo było dostać się do więzienia, nagminnie podsłuchiwano rozmowy telefoniczne i właśnie nadużycia władzy spowodowały klęskę partii prezydenta.
Wracam do hotelu, odsypiam zmęczenie i wyruszam na kolację. Na głównej ulicy trafiam do restauracji, gdzie zamawiam wieprzowinę. Dostaję pieprzną potrawkę wieprzową z kartoflami w glinianym naczyniu. Obok siedzący mężczyźni dostają dwa półmiski tutejszych pierogów i dają jednego na próbę. Bardzo przypominają nasze pierogi z mięsem, ale są innego kształtu i je się je rękami. Kolacja z tutejszą gruszkową lemoniadą kosztuje 6 dolarów.
W hoteliku mieszczącym się na jednym piętrze dość starego domu mam pogaduszki z właścicielką. Okazuje się, że jest lekarką z zawodu, a w ramach reprywatyzacji dostała z siostrą dom pradziadka. Sprzedały w nim jedno piętro i jedna ma jedno, a druga na swym piętrze prowadzi ten hotelik.
Poza głównymi ulicami domy są zrujnowane. Nawet w okolicach pałacu prezydenta jest tu brud, rozwalone chodniki i nieremontowane od króla Ćwieczka ulice. Mińsk to luksus, a nawet w Wilnie jest znacznie większy porządek.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 09 listopad 2012 13:37

Z Ost Frontu: Wspaniała książka

Napisane przez

Ost Front
Wspaniała książka
pruszynskiPan Piotr Zychowicz, redaktor tygodnika "Uważam Rze", napisał książkę pt. "Pakt Ribbentrop-Beck", o której tydzień temu pisałem. Kupiłem ją i okazuje się, że w 90 proc. używając więcej słów, pisze to, co ja napisałem 10 lat temu, że trzeba było dogadać się z Niemcami. W przeciwieństwie do mnie jednak twierdzi, że Hitler najpierw w 1940 roku uderzyłby na Francję, a dopiero w 1941 na Sowiety, oraz wierzył w zwycięstwo Anglii, Francji i USA, w co ja nie wierzę i co dość dobrze ukazuję. Ponadto ja dużo więcej miejsca poświęciłem samej kampanii wojskowej i udowodniałem, że Sowieci byli dużo gorzej przygotowani do wojny w 1940 r. niż w 1941, oraz zapomina, że Japonia uderzyłaby równocześnie z Hitlerem na Sowiety i tym znacznie utrudniła obronę.
Pan Zychowicz świetnie obala tezę, że pójście w sojuszu na Sowiety wcale nie było hańbiące, bo przecież nikt nie twierdzi, że hańbiące było podpisanie przez gen. Sikorskiego umowy ze Stalinem, po tym jak on już tylu Polaków zgładził.

Z Krakowa
Z zimnej Warszawy zjechałem na kilka dni do dawnej stolicy. Tu ciepło a na ulicach samego Starego Miasta moc ludzi, głównie cudzoziemców, którzy stadami spacerują i zapełniają liczne restauracje, bo większość ogródków na Rynku Głównym nadal była otwarta. Choć już po Zaduszkach, na cmentarzu Rakowickim, gdzie pochowany jest mój Ojciec, harcerze kwestowali na odnowienie starych pomników, a nieumundurowane dzieci zbierały na Dom Dziecka w Sieciechowicach – majątku Zakrzeńskich, gdzie spędziłem rok okupacji. Było sporo ludzi, a na grobach jeszcze często paliły się znicze, czyli ktoś je niedawno jeszcze odwiedzał.
W Krakowie w nowo otwartym Muzeum AK odbyła się we wtorek konferencja poświęcona ukraińskim mordom na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943–1944, gdzie do 1939 r. było do 30 procent małżeństw mieszanych, czyli Polacy i Ukraińcy żyli dość zgodnie. W trakcie tych rzezi Ukraińcy bestialsko mordowali Polaków, bo wedle ich przywódców, miały te tereny być oczyszczone z innych nacji. W wyniku przez lata prowadzonej agitacji dość ciemne masy ukraińskie, które opanowały szowinistyczne doktryny Doncowa, wymordowały do 200.000 Polaków w tym nowo narodzone dzieci. Poruszano też sprawę po macoszemu traktowania tychże zarówno przez władze państwa, jak i Kościół katolicki, który na tych terenach stracił 180 księży.
Tymczasem na Ukrainie rezuni UPA są traktowani jak bohaterowie. We Lwowie jest pomnik bohatera, który rozkazał mordować Polaków. Ciekawy jestem, czy ktoś pomaluje mu ręce na czerwono, jak to zrobił ktoś w Warszawie bodaj w 1954 r. Felusiowi Dzierżyńskiemu. Na konferencji tej było sporo młodzieży z okolic Krakowa, dla której przekazane informacje były całkiem nieznane.
Z innej beczki sprawa. Nowa Huta to już nie to co dawniej. Człowiek, który tam pracuje, mówił mi, że z dawnych siedmiu wielkich pieców działa tylko jeden, a w Katowicach jest podobnie, czyli polskie stalownie upadają.
Niepodległość – czyja zasługa?
W nadchodzącą niedzielę będzie wielki marsz w Warszawie, by uczcić odzyskanie przez Polskę Niepodległości. Głównym organizatorem jest Młodzież Wszechpolska, czyli endecka młodzieżówka, a ona jak zwykle czci Romana Dmowskiego.
Jaką jednak miał on rolę w dniach przełomowych, czyli między 10 a 14 listopada w Warszawie? Niewielką, by nie powiedzieć – żadną, choć miał tu sporo zwolenników, był bowiem w Paryżu ponad 1000 km od Warszawy.
W stolicy działała Rada Regencyjna powołana przez Niemców, która nie była bardzo popularna, a na dodatek mało aktywna. Niemcy zaś, znając sytuację, przywieźli więzionego od ponad 14 miesięcy w twierdzy magdeburskiej twórcę legionów brygadiera Józefa Piłsudskiego, który, jak wiedzieli dobrze, ma spory mir w kraju i co nie mniej ważne – mocną organizację zwaną Polską Organizacją Wojskową, która wspólnie z niezrzeszoną młodzieżą zaczęła rozbrajać okupantów.
Pierwszym krokiem brygadiera było porozumienie się z Rewolucyjną Radą Żołnierską, którą zapewnił, że Polacy nie będą ich mordować, a mając to porozumienie w ręku, pertraktował z oficjalnym gubernatorem Besselerem. Dalej Rada Regencyjna przekazała Mu dowództwo zorganizowanych przez Niemców sił zbrojnych zwanych Polnische Wehrmacht, gdzie było sporo jego oficerów.
Mając tę armię i oddane sobie POW, zaczął tworzyć polskie wojsko i bez ceregieli przejął całą władzę od Rady Regencyjnej. Dalej kazał rozwiązać się Rządowi Ludowemu, który powstał kilka dni przedtem w Lublinie i przesłał notę informującą rządy krajów antyniemieckiej koalicji, że pod jego kierunkiem odrodziło się państwo polskie. Więc On, a nie Dmowski, stanął na czele odrodzonej Polski, co nie zmienia faktu, że Dmowski, mając we Francji armię zwaną potem armią błękitną lub armią Hallera, występował jako formalny sojusznik Francji, Anglii i USA i brał udział w konferencji w Wersalu.

Słaba promocja
Porozumienie linii lotniczych zwane Star Alliance, gdzie główne skrzypce gra Lufthansa, posiada system promocji zwany Miles and More, który premiuje ludzi za częste latanie liniami tego porozumienia w tym oczywiście też LOT-em. Przez lata zebrałem ich ponad 70 tysięcy, ale dotąd nigdy ich nie wykorzystałem. Przygotowując się do lotu do Tbilisi, udałem się do biura LOT-u, by dowiedzieć się, czy nie będę tam mógł dolecieć za zebrane mile. Okazało się, że mogę, a dopłaty wyniosą 300 złotych, ale za mile do Nowego Roku na ten rejs biletów nie ma, więc musiałem zapłacić 1400 złotych za normalny bilet i kolejny raz z zebranych mil nie mogłem skorzystać. Teraz zastanawiam się, jak LOT-owi podziękować. Czy kartę Miles and More odesłać prezesowi LOT-u i następny raz LOT-em przez Atlantyk nie lecieć, czy podać LOT do sądu, by mi różnicę między tym, co za bilet normalny zapłaciłem, a tym, za ile bym go miał za me mile, czyli prawie 1100 zł, oddał.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 02 listopad 2012 14:57

Z OST FRONTU: Z Wilna

Napisane przez

pruszynskiWybrałem się wreszcie do drugiej stolicy I RP. W pociągu obok mnie siedział Koreańczyk z południa. Okazało się, że jest kucharzem po dwuletniej szkole, specjalistą kuchni włoskiej. Po sześciu latach oszczędzania wybrał się w podróż dookoła świata. Tylko do Chin, Nepalu, Indii, na Ukrainę i Białoruś musiał mieć wizę. A nawet bez wizy wjechać może do... USA.
Gdy powiedziałem to mym białoruskim i litewskim towarzyszom podróży, a nawet potem sympatycznej mówiącej po polsku litewskiej pograniczniczce, to wszyscy zrozumieli, że poziom ich życia nie jest wysoki. Dwa tygodnie temu były na Litwie wybory i z 20 polskich kandydatów sześciu dostało mandaty, a następnych sześciu startowało w niedzielę i dostało dwa krzesła w parlamencie. Tak Polacy odbili się od dna głównie dzięki temu, że więcej ich poszło do wyborów niż Litwinów oraz że niewielkie grupy Rosjan i Białorusinów przyłączyły się do nich.
Wielkie zwycięstwo odniosła Partia Pracy z Wiktorem Uspaskim na czele. Ten były spawacz miał szczęście pracować na budowie jednego gazociągu i mieszkać w barakowozie z przyszłym wiceszefem Gazpromu. Potem jeden drugiego podpierał i został pośrednikiem sprzedaży gazu Litwie.
Mając już forsę, zaczął dobrze inwestować, ma dziś szklarnie, różne zakłady i ponoć miesięcznie płaci do miliona dolarów podatków. Określają go przeciwnicy jako rusofila i w tym jest trochę racji, ale nagonka na niego przypomina nagonkę na Kaczyńskich, gdy oni byli u władzy.
W jednym okręgu unieważniono wybory, bo członkowie jego komitetu wyborczego kupowali głosy. Ludzie z jego komitetu szli wcześnie do wyborów, ale zamiast biuletynu wyborczego wrzucali do urny jakiś papier. Potem wypełniają go jak trzeba i jak ktoś przychodzi, to dają mu go i ten idzie głosować. Otrzymany biuletyn wsadza do kieszeni, a ten, co dostał, do urny. Wraca do komitetu i oddaje czystą kartkę – biuletyn – i otrzymuje od 10 do 20 litów, czyli do 8 dolarów.
Ponoć takich numerów było więcej, ale w jednym okręgu złapano winnych, unieważniono wybory i za sześć miesięcy będą powtórne.
Stracił mandat czołowy polakożerca Sungala, bo postanowił walczyć ze swą partią sam, nie w koalicji, i dostał tylko jeden procent głosów.
Znajomi z Wilna twierdzą, że między nim a rządzącymi konserwatystami czy socjaldemokratami jest tylko jedna różnica, on głośnio krzyczy, co inni z tych partii myślą.
Choć posłowie narzekają na swoją dolę, to w kolejnych wyborach staje tam więcej kandydatów. W pierwszych było koło 500, a teraz ponad 1500. 150 startujących to milionerzy, najbogatszy to wspomniany pan Uspaski mający 60 milionów, oczywiście w litach, a tam teraz dolar stoi 2,5 lita.
Ceny rosną, co można powiedzieć o każdym kraju, ale zaufanie do rządzących stale spada, nie wypełniają swych obietnic i nikomu za to włos z głowy nie spada.
Parę tygodni temu litewski ksiądz wypędził Polaków z sanktuarium Miłosierdzia Bożego i nawet nie zająknął się na ten temat jego zwierzchnik abp Backis. Pocieszające jest, że inny ksiądz Litwin wziął w obronę swych wiernych na północy kraju.
Nadal większość Polaków na ulicach mówi po... rosyjsku. Niedaleko Ostrej Bramy spotkałem panią, która kupowała wiązankę jedliny. Rozmawiała ze sprzedającym po rosyjsku. Spytałem ją po polsku, czy jest Rosjanką, odpowiedziała, że nie, że jest Polką, i okazało się, że sprzedający też był Polakiem. Jak Polacy będą się wstydzili mówić po polsku, to nie będą ich cenili.
Była jednak kilka miesięcy temu tragedia, z zabawy wyszło kilku Polaków, rozmawiali po polsku, a nagle na jednego z nich napadło kilku Litwinów i poraniło nożem, skopało i uciekło. Ofiarę przewieziono do szpitala, uratowano mu życie, kurował się cztery miesiące, ale teraz niestety jest inwalidą.
Miesiąc temu pod Wilnem w Czarnym Borze odsłonięto tablicę pamiątkową ku czci śp. ks. Sopoćki, spowiednika św. Faustyny, który choć sam był poszukiwany przez Niemców, przechowywał Żydów. Nie wiem tylko, czy doczekał się medalu z Yad Vashem.

 

Dziady
Zima zawitała do Mińska, spadł śnieg i powtórzyło się, co jest co roku, że w zbliżające się Święto Zmarłych, zwane tutaj z białoruska "Dziadami", jest plucha. W niedzielę wyszło na ulicę z tysiąc ludzi, choć lata temu było nas z 5 do 10 tysięcy, i pod przywództwem kilku mniej ważnych ludzi opozycji poszło do Kuropat, czyli ostatniego wielkiego cmentarza ofiar barbarzyńskiego komunizmu. Zapomina się jednak, że takich cmentarzy jest w Mińsku z dziesięć i prócz jednego w parku Czeluskinsów, są one nieoznaczone.
Tegoroczna demonstracja odbywała się częściowo pod hasłem uwolnienia czternastu więźniów politycznych i kilku wodzów opozycji. Różni przedstawiciele mediów, w tym Włodek Pac i panienka z PAP-u, mówili, że coraz więcej ludzi jest przeciw Kołchoźnikowi i okazuje się, że w jednym punkcie wyborczym w Mińsku raptem poszło głosować...12 proc.
Niestety, przywódcy narzekają na mentalność narodu, a nie potrafią podpowiedzieć MU zgodnie, że jedyną metodą wpłynięcia na Cygańskiego Barona jest zrobienie demonstracji światłem, przez wyłączanie światła o 20 na 5 minut w każdą kolejną środę, piątek i niedzielę. To reklamuję od lat 18 z gównianym skutkiem, bo mało kto z mych konkurentów potrafi przełamać swe ego i przyjąć propozycję tego "zakichanego Polaka", jak mnie tu i tam nazywają.


Chodzą po mieście słuchy, że nasz Ukochany Przywódca przeżywał mocno wybory w Wenezueli i przez noc przed ogłoszeniem wyników nie spał. Ma tam bowiem przygotowany na wszelki wypadek pałac. Niestety, nikt mu nie podpowiedział, że lepiej byłoby mieć daczę w Kostaryce, gdzie jest demokracja i zmiana władzy nie spowoduje odebrania mu posiadłości.
Mówią też, że sprawił sobie kilka miesięcy temu boeinga 767 i za pół miliona dolarów najdroższe auto świata, niemieckiego maybacha, które teraz produkuje Mercedes. Tą landarą może jeździć po mieście, ale ma problemy, bo mało gdzie wpuszczają go jego okazałym boeingiem.
Było też kolejne osiągnięcie z renacjonalizacją dwóch fabryk czekolady, w Mińsku i Gomlu. Pozbawiono właściciela 70 proc. akcji, możliwości kierowania zakładami i nie chcąc narazić się na pudło, nie przyjechał domagać się swego.
Jak to wpłynie na przyciągnięcie inwestorów i możność sprzedania wielu upadających firm, nie trzeba czytelnikom wkładać do głowy.


• • •


Niedawno w swej dawnej posiadłości Poloneczka byli Radziwiłłowie, gdzie zafundowali w kościele dzwony, proponowano im za bodaj 100 dol. odkupienie ruin swego pałacu, ale książę Maciej Radziwiłł, najbogatszy z rodziny w Polsce, powiedział, że nie stać go na odbudowanie tej rezydencji. Dodam, że w sumie w stanie przyzwoitym są naprawdę tylko Nieśwież i Mir.
Niania z Moskwy
Jechałem do Wołkowyska i w przedziale spotkałem kobietę, wyglądała młodo, ale okazało się, że ma już syna na studiach. Pochodziła z Wołkowyska i najpierw handlowała z Polską meblami. Potem pojechała pracować w Anglii i chyba nieźle jej się powodziło, bo kupiła mieszkanie w Mińsku za 44 tysiące dolarów i prawie drugie tyle wsadziła w wykończenie i meble.
Teraz zaś jest niańką w Moskwie. Najpierw pracowała u bardzo bogatego przedsiębiorcy budowlanego, który z drugą żoną miał synka i nim się opiekowała non stop. Potem mąż zmienił żonę, ma nową i za kilka miesięcy ma mieć nową pociechę. Żonę tę. jak i poprzednią dobrze wyposażył, mieszka na zamkniętym osiedlu z pełną kontrolą wchodzących.
Moja rozmówczyni teraz pracuje po 14 dni w miesiącu. Bierze po 100 dolarów za dobę i po dwóch tygodniach harówki wraca na dwa tygodnie odpoczynku do Mińska. Zarabia netto po 1300 i jest zadowolona.
Okazuje się, że takich niań jest w Moskwie moc. Dużo jest też Ukrainek i Mołdawianek oraz kobiet z prowincji rosyjskiej, gdzie jest bieda, a nie luksusy jak w Moskwie. Ciekawe, że przy tym w Moskwie właśnie Putin miał najwięcej kłopotów z wyborcami.

Marsz i...
Jak chyba wszem wiadomo. Młodzież Wszechpolska organizuje 11 listopada Marsz Niepodległości, który się oczywiście nie podoba lewakom oraz... Panu Komorowskiemu, który tego dnia robi też inny marsz.
Okazuje się jednak, że Młodzież Wszechpolska chce tę manifestację niezadowolonych ze stanu Polski zawładnąć i na głównego twórcę Niepodległości ustawić pana Romana Dmowskiego. Jak wiele razy endekom mówiłem, nie odbierajcie zasług Piłsudskiemu i nie próbujcie udawać, że jego nie było, że nie Dmowski, a on przybył 11 listopada do Warszawy i przejął władzę.
Na ten temat zresztą napiszę za tydzień, a tylko wkurza mnie hucpa młodych endeków, którzy też uzurpują sobie prawo do tego, jakie kto ma w marszu nieść hasła i plakaty.

piątek, 26 październik 2012 14:18

Z OST FRONTu: Po wyborach

Napisane przez

pruszynskiJuż jesień. Liście z drzew pospadały, tu i tam służba miejska zamiata je, tak by nigdzie ich nie było na ulicach czy na trawnikach widać. Na zmianę pogoda słoneczna, choć chłodniej, i plucha. Nadchodzi tradycyjny dzień tutejszych Zaduszek, ale manifestacja będzie nie 30, a w niedzielę, 28, bo ludzie mogą na nią przyjść. Tego roku pod hasłem uwolnienia więźniów politycznych. Jest ich w sumie 14, mają z zasady wyroki od dwóch do pięciu lat pozbawienia swobody. Dwie panie zrobiły film o nich, rozmawiając z ich matkami, żonami i dziewczynami. Problem jednak w tym, że w filmie nie pokazano, jak doprowadzić do ich uwolnienia, więc po zakończeniu prezentacji w lokalu Białoruskiego Frontu Narodowego wstałem i zaproponowałem, byśmy zaczęli co wtorek, czwartek i sobotę wyłączać na pięć minut światło w mieszkaniach o 20.00. Teoretycznie wszyscy się zgadzali, ale czy wieść o mej propozycji naprawdę się rozniesie.

 

Po wyborach
W Wołkowysku dostałem spóźnione wyniki wyborów. Okazało się, wedle komisji wyborczej, że na 57 tysięcy uprawnionych głosowało 47 tys., 40 tys. głosowało na pana Segodnika, kuratora oświaty województwa grodzieńskiego, ponad 6500 ludzi głosowało przeciw niemu i 500 coś wrzuciło zepsute karty.
Ale ja i inni twierdzą, na bazie obserwacji, że głosowało nie tyle, a najwyżej 25 proc. uprawnionych, bo ludzie wiedzieli, że ten wyznaczony przez władze ma wygrać i koniec, więc po cholerę się wysilać i iść do wyborów.
Wracałem jak zwykle autostopem do Mińska. Najpierw podwiózł mnie młodzian jadący do Sonimia, a potem drugi, komputerowiec, który odwiedzał w Wołkowysku babcię. On też nie głosował i był kilka miesięcy temu w Paryżu, widział demonstracje i mówi – tam jest wolność, nie jak u nas. Nie od wczoraj coraz więcej ludzi jest niezadowolonych, ale kiedy tłum pójdzie na plac pod Pałacem Republiki?


• • •


Wreszcie dowiaduję się, że po latach wydano mało antysowieckie dwie książki Sergiusza Piaseckiego, który pochodził z Mińska, a jest zupełnie tu nieznany. Jego dwie główne książki, "Bogom nocy równi" i "Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy" są szalenie antysowieckie.


• • •


Prawie dwadzieścia lat temu po rozmowach z wujem, byłym dyplomatą II RP, zacząłem pisać książkę, jak by wyglądała zwycięska wojna Polski, Niemiec i Japonii z Sowietami. Z książki wyszedł tylko dłuższy artykuł, który proponowałem "Wojskowemu Kwartalnikowi", "Rzeczpospolitej", dziennikowi w Łodzi. Potem proponowałem odczyt na ten temat Niemieckiemu Instytutowi Historycznemu z Warszawy i wszyscy odmawiali.
Teraz pan Zychowicz wydał na ten temat książkę, która jest wszędzie cytowana i recenzowana. Nie czytałem jej, ale z jego tezą, że Niemcy by uderzyli najpierw na Francję, zupełnie się nie zgodzę, bo wtedy by na nas ruszył Stalin. Wedle mnie, trzeba było ruszyć najpierw na Sowiety, w czym pomogłaby nam Japonia, a Francuzi by stali za linią Maginota.

Niedziwna reakcja
Na ekrany polskich kin wszedł film o Odsieczy Wiedeńskiej zrealizowany przez Włochów i Polaków. Tam pokazana jest szarża husarii, która przebiła szyki wroga. Takiej elitarnej jednostki nie miały inne narody, a właśnie ona dała Polakom, a raczej Polakom i Litwinom, zwycięstwo pod Kircholmem i Kłuszynem. Były pułki husarii króla, ale były też wielkich magnatów. Husarze wyróżniali się skrzydłami, które miały dwa zadania: robić szum, który płoszył konie przeciwników, i chronić jeźdźców od arkanów tatarskich. Te lassa zaczepiały się o skrzydła i zrywały je, a nie zrywały husarzy z koni.
Film miał nie bardzo przychylną recenzję, bo cokolwiek sławi Polskę i Polaków, nie podoba się małopolskim mediom.
Aleksander graf Pruszyński
Warszawa/Mińsk

piątek, 19 październik 2012 14:13

Z OST FRONTU: Czyje zaufanie

Napisane przez

pruszynskiCzyje zaufanie
W piątek Sejm kilkunastoma głosami uratował rząd premiera Tuska. Pytanie jednak, czy gdyby głosowali obywatele, toby uzyskał on ich poparcie. Czy zresztą też by je uzyskał Jarosław Kaczyński, którego kandydat na premiera też był nijaki, a w każdym razie nie człowiek, który by zyskał poparcie obywateli.

Nie do wiary
W "Rzeczpospolitej" ukazał się niesamowity tekst o największej i ponoć prestiżowej gazecie świata – "New York Timesie". Okazuje się, że nagminnie manipulują wiadomościami i ukrywają, co im w imię poprawności politycznej nie pasuje, a na dodatek znaczny procent dziennikarzy to pederaści.

Bieda
Wziąłem taksówkę z lotniska do domu i zacząłem rozmowę z kierowcą pytając, jak się jeździ. Panie, bieda – powiedział kierowca – wyjechałem niedawno, a koledzy mi mówili, że nie mieli prawie żadnych kursów do burdeli, a takich zwykle jest w soboty sporo. Taki kurs to sporo szmalu, bo jak przyjmą klienta, to wzchodzi ktoś i daje stówę.

Jakie postulaty
Mam zamiar na demonstrację 11 listopada przygotować ulotki, które by były rozdawane w Warszawie. Ciekawy jestem, jakie postulaty by rodacy uważali, że powinienem w nich zamieścić?

Wybory na Litwie
W niedzielnych wyborach do sejmu, przy niskiej, bo tylko 50-proc. frekwencji, Akcja Wyborcza Polaków na Litwie zdobyła ponad 6 proc. głosów i już 6 mandatów i w dogrywce w okręgach jednomandatowych mogą zdobyć jeszcze 4 – 6. Pojadę, zobaczę, jak tam jest po wyborach.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

pruszynskiJak zawsze zaczęła się Mszą u św. Patryka, czyli w katolickiej archidiecezji Nowego Jorku. Odprawiał mszę biskup z Polski, ale ani jednego biskupa z Nowego Jorku nie było. Później było śniadanie za 35 dolców, więc go nie zaszczyciłem. Niestety, zaczęło padać i to wstrzymało moc rodaków od pokazania się na Piątej Alei, gdzie zwykle odbywają się parady.


    W tym roku przybyły dwa autobusy z Hamilton i Mississaugi i trochę z nich nawet mnie z widzenia znało.
    Paradę prowadził Grand Marshale – tym razem małżeństwo doktorzy Kazimierz i Krystyna Szczechowie. Pod trybuną honorową na Piątej Alei przy schodach do biblioteki publicznej miasta Nowy Jork odegrano hymny USA i Polski, i dalej pomaszerowała parada, a idący na przedzie marszałkowie zatrzymali się pod katedrą, gdzie siedzał przybyły z Polski biskup – samotnie, bez amerykańskich biskupów, jak to było dawniej za życia Jana Pawła II. Gdy zbliżały się poszczególne grupy, z trybuny pozdrawiano je, a do marszałka podchodzili prowadzący te grupy i witali się z nim, często wręczając kwiaty. Czasami idące zespoły taneczne tańczyły przed trybuną, wciągając do tańca marszałka i marszałkową parady.


    Kogo na paradzie nie było! Naprzód szli w białych mundurach  Kadeci  Pułaskiego, organizacja nie tak młodych panów, pracownicy Konsulatu Generalnego RP w New Yorku, dalej jedna z wielu udekorowanych platform samochodowych wielkiej tutejszej Słowiańskiej i Polskiej Unii Kredytowej, która ma już 6 miliardów dolarów wkładów i jest największą finansową firmą tego kontynentu. Oczywiście dalej byli harcerze, mieli swą platformę i maszerowali zgrabnie. Wielkie wrażenie robiła parada motocyklistów, których zapewne było ponad 200, na swych wspaniałych i jakże drogich mechanicznych rumakach.
    Przeplatały się potem platformy różnych organizacji i parafii, często ze swymi miss piękności i oczywiście ze swymi proboszczami i maszerującymi różnymi organizacjami, jak chóry lub szkoły sobotnie. Było jednak wiele niepolskich organizacji i orkiestr.
    Pogoda się poprawiła, ale było o wiele więcej maszerujących niż stojących poza barierkami.
    Parada nie była tak wspaniała jak ta z 1975 roku, na którą przywiozłem z Montrealu zespół pieśni i tańca, ale każda jest wielka. Są jednak głosy, że trzeba ją jakoś usprawnić, coś zmienić, ale wielu coś tam mówi, ale niewielu ma jakiś konkretny program usprawnienia.
    W każdym razie organizatorzy mają nadzieję, że za rok przyjedzie wiele wiele więcej rodaków z Kanady, co daj Boże się stanie. Amen.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa


Prośba o wsparcie
Jestem zaproszony do Azerbejdżanu i Gruzji z odczytami o Polakach z Kanady i Białorusi. Organizatorzy zapewniają mi pobyt, ale nie pokryją kosztów drogi – cztery godziny lotu z Mińska, około 400 dol.
Zwracam się więc do czytelników, którzy by chcieli mi pomóc pojechać tam, a potem opisać w "Gońcu" to, co widziałem. Zwłaszcza w Gruzji, która jest jedynym krajem byłego ZSRS, który wspaniale się rozwija.
Proszę więc Czytelników o wsparcie – wystarczy 20 osób, które by przysłały na adres redakcji po 20 dolarów. Jeszcze w tym miesiącu tam pojadę.
Aleksander graf Pruszyński
Nieskromny korespondent "Gońca"

piątek, 05 październik 2012 07:45

Historia

Napisane przez


pruszynski"Uważam rze" zaczęło wydawać miesięcznik "Historia". Numer z września, na okładce fotografia ministra Becka, zawiera moc ciekawych tekstów.
Pierwszy dotyczy decyzji ministra, by iść na wojnę z Niemcami. Ponoć zastanawiał się on cztery bezsenne noce, czy to zrobić. Miał do wyboru albo iść na współpracę z Niemcami i wspólnie z nimi i Japonią iść na Sowiety, co proponowali Niemcy od lutego 1935 r., albo stawiać im opór.
Okazuje się, że jest teraz na ten temat książka Piotra Zychowicza pt. "Pakt Ribbentrop-Beck", której jest recenzja w tymże numerze "Historii", z tym że w przeciwieństwie do mnie autor zakłada, że w końcu III Rzesza by padła, czego ja NIE twierdzę.
Co mało kto pamięta, to już po układzie Ribbentrop-Mołotow 26 sierpnia Niemcy proponowali Polsce, by zerwała sojusz z Anglią i Francją jako rzeczywisty powód konfliktu. Ta oferta została odrzucona. Niestety, nawet podjęcie na ten temat rozmów by opóźniło wojnę, a Niemcy nie chcieliby narażać się na wojnę jesienną.


W mej książce "Białoruś – wczoraj – dziś – jutro" jest cały rozdział poświęcony opcji sojuszu z Niemcami i Japonią, ale muszę przeczytać książkę pana Zychowicza, by więcej na ten temat napisać.
Z Leszkiem Moczulskim z KPN, autorem książki "Wojna polska 1939", jest tam wywiad, który mówi o zdradzie sojuszników, czyli Francji i Anglii. Twierdzi, że gdyby uderzyli, jak mieli obowiązek, 15 września, toby pokonali Niemców, którzy na Zachodzie mieli bardzo słabe siły. Dodaje, że lotnictwo niemieckie poniosło w Polsce znaczne straty i wspólne działanie lotnictw Anglii i Francji by je pokonało.
Stalin uderzył 17 z dwóch powodów: pierwszy, że sojusznicy się nie ruszyli, a drugi, że 16 zawarł pokój z Japończykami, z którymi walczył na Dalekim Wschodzie. Stalin chciał, by państwa kapitalistyczne się wykrwawiły, walcząc między sobą, więc w wypadku uderzenia Francuzów i Anglików nie uderzyłby na Polskę. Ale pan Moczulski nie postawił konkretnie tezy, że za zdradę we wrześniu 1939 r. należy się od tych podłych sojuszników odszkodowanie, np. tyle ile wynoszą dziś długi Polski.


W numerze jest o mym Ojcu Ksawerym, gdzie autor pisze, że "ponoć" Ojciec 13 czerwca 1950 r. zginął w zamachu. Niestety, to PRAWDA.
Przyjaciel Ojca, późniejszy profesor Rożek z I Dywizji Pancernej, przesłuchiwał z ramienia CIA zbiegłego do Berlina płk. Światłę. Podczas obiadu zapytał go, jak zginął mój Ojciec. Ten miał powiedzieć: zrobili to za nas nasi wschodnioniemieccy koledzy, czyli Stasi.
Tam też jest wspomniany artykuł Ojca "Wobec Rosji" wydrukowany w Londynie, który spowodował lawinę napaści na Ojca. Tam Tata cytuje Wandę Wasilewską, która ponoć proponowała, by zamiast Kresów Polska wzięła Szczecin i Wrocław po Odrę.
Nie jest to jednak idea tej mało ciekawej lewaczki i chrześniaczki Marszałka Piłsudskiego, ale mego Ojca. Jak mi wspominał konkretnie w sierpniu 1968 r. Jerzy Putrament na kolacji z nim i późniejszym wicepremierem PRL Jędrychowskim w Kujbyszewie, Ojciec miał powiedzieć im: jak już chcecie oddać Sowietom Kresy, to poproście w zamian o Ziemie Zachodnie.


Tu muszę dodać dopiero niedawno zasłyszaną sprawę. W grudniu 1941 r. przed kolacją wydaną przez Stalina dla gen. Sikorskiego i członków ambasady RP w Moskwie przedstawiono gospodarzom członków polskiej ambsady. Gdy przyszła kolej na przedstawienie Ojca, wówczas attache ambasady polskiej, Stalin, miał do Ojca powiedzieć: nu krasny graf, budziem drużyć. Na to Ojciec miał mu odpowiedzieć: polskie grafy wsiegda chaczeli drużyć z Rosiją, ale Rosija nie wsiegda chaczeła drużyć z polskimi grafami.
Co ciekawe, Stalin wówczas uważał, że Polacy ich nie traktują poważnie, bo w ambasadzie jedynym "arystokratą" był mój Ojciec.
Jest też tam rozmowa Piotra Zychowicza z prof. Richardem Lukasem, który twierdzi, że absolutna większość historyków w USA, którzy zajmują się II wojną światową, to Żydzi. Ci z uporem maniaka twierdzą, że był tylko holokaust Żydów, a przecież prócz 3 milionów polskich Żydów z rąk obu najeźdźców zginęło tyluż Polaków.


Tu trzeba przypomnieć, że jest nieznana książka prof. Piotrowicza z New Hampshire pod tytułem "Polish Holocaust", gdzie wymienia nie tylko polskie straty, ale jeszcze wszystkie zbrodnicze narody, które mordowały Polaków, w tym... Żydów.

Forsa Obamy
Dostałem od pana W. tekst pewnej Amerykanki, która wskazuje, że cała kariera Obamy oparta jest na pieniądzach muzułmanów. Nie wiem, czy to lepsze pieniądze niż Żydów, ale tak czy owak prezydent USA powinien mieć poparcie finansowe normalnych Amerykanów.

40 lat potem
W połowie lotu z Warszawy do Kanady zorientowałem się, że lecę praktycznie w rocznicę przybycia na tę ziemię z Polski.
Wtedy leciałem czeskimi liniami przez Pragę do Montrealu. Z Polski jechali ludzie w różnym wieku, z Czech tylko emeryci i nawet przed wejściem na pokład samolotu sprawdzała ich policja. Tym razem leciałem LOT-em z przesiadką w Toronto, by w Montrealu odwiedzić mą średnią córę studiującą zamiast w Polsce medycynę, biologię na Uniwersytecie McGill.
Pierwsza obserwacja: taksówka z lotniska, na szczęście jechałem z kimś i podzieliliśmy się wydatkiem, kosztowała nie 10, a 40 dolarów kanadyjskich, które znów są równe lub wyżej stoją niż amerykańskie.
Miasto wzbogaciło się o nowe domy, ale Toronto ma ich kilkadziesiąt razy więcej niż gdy się tam przeniosłem z Edmontonu, by wydawać swe pismo "Słowo-Solidarność" w 1981 r.
Montreal jest dziś bardziej francuski i "kolorowy", a nawet jest sporo dziewcząt arabskich studiujących tu, czego wówczas nie było.
Ba, jednym z głównych zadań mego pobytu było nie tylko odwiedzenie w Montrealu córy studiującej na Uniwersytecie McGill, ale jeszcze poznania kandydata na zięcia, jak się okazało – miłego Persa, którego rodzina nie przyjechała do Kanady z miłości do reżimu Chomeiniego.
Sporo kościołów zostało zburzonych, na miejscu dwóch opodal mego starego domu jest dziś francuski uniwersytet. Sporo slumsów koło dawnej dzielnicy chińskiej jest zabudowanych i nawet w kilku miejscach powstały nowe ładne parczki. Ale w sumie Montreal nie zadziwia, ba, jest to wynikiem dojścia do władzy w 1976 r. Partii Quebeckiej, co spowodowało odpływ kapitałów i ludzi oraz na 30 lat spadek kursu naszego dolara.