Goniec

Register Login

Aleksander graf Pruszyński

OST FRONT

piątek, 01 marzec 2013 15:40

Z OST FRONT-u; Próba i....

Napisane przez

pruszynskiPróba i....
W Mińsku odbywają się mistrzostwa w halowych wyścigach kolarskich na niedawno wybudowanym welodromie. Nasz miłościwy prezydent traktuje to jako przygotowanie do mistrzostw świata w hokeju, jakie mają się odbyć w Mińsku za rok.
Na to przygotowano sporą liczbę nowych hoteli, które z oczywistych względów teraz stoją puste. Dalej, wyrzucono studentów z kilku internatów, gdzie robią teraz remont, by w nich też nocowali sportowcy i turyści.

piątek, 22 luty 2013 20:30

Z OST FRONT-u: Zima trzyma

Napisane przez

pruszynskiDawno tak nie było, śniegu pełno i co dzień jeszcze trochę prószy, więc jest biało, a nie szaro. Temperatura kilka stopni poniżej zera i tylko nie ma szans na jazdę sankami ciągnionymi przez konia.

Zły znak
Meteory i komety od dawna były zwiastunami tragedii. Ten, co spadł w Rosji, może nie być wyjątkiem, a wśród komentarzy nie brakuje takich, co mówią o ewentualnych katastrofach. Ocenia się, że w mieście Czelabińsku od różnych wypadków zrobionych przez meteor ucierpiało do tysiąca osób, a do 200 opatrywano w szpitalach. Na jeziorze kilkadziesiąt kilometrów od miasta, gdzie ostatecznie spadł meteoryt, jest dziura średnicy 8 metrów, ale nie zauważono tam elementów radioaktywnych.

pruszynskiWiadomość zaskoczyła wielu. Ponoć papież konsultował się przed podjęciem tej decyzji tylko ze swym bratem, księdzem, nim wygłosił po łacinie dość krótkie przesłanie do kardynałów informujące, że 28 lutego ustępuje.
Czy jednak tylko zdrowie jest tego powodem, bo nie od wczoraj mówi wielu, że był w Watykanie konflikt między Nim a zbyt licznymi masonami. Teraz jeszcze pytanie, co przed odejściem zrobi Benedykt, czy jakoś ureguluje stosunek Kościoła z Bractwem Piusa IX? Dalej, kto po Nim?

piątek, 08 luty 2013 15:22

Z Ost Frontu: W Norwegii

Napisane przez

pruszynskiKilka lat temu w Krakowie na spędzie narodowców poznałem pana Bogdana Kulasa, wiceprezesa norweskich Polaków z Oslo. Potem zaoferowałem mu przyjechanie z prelekcją o Białorusi i tamtejszych Polakach. Oczywiście chętnie mnie gotów był przyjąć, ale musiałem sam pokryć koszt przylotu. 
Ponieważ bilety na linię lotniczą Ryanair są dziwnie tanie, zapłaciłem 101 zł, więc postanowiłem zainwestować w wyprawę do tego kraju i pokryć wydatki ze sprzedaży mej książki o Białorusi i tamtejszych rodakach oraz kilku książek mego Wuja Jana Meysztowicza, który podobnie jak mój Ojciec i Stryj walczył w Narwiku i opisał swe przygody w dawno wyczerpanej książce pt. "Saga Brygady Podhalańskiej".


Pan Bogdan przywitał mnie na lotnisku i wraz z uroczą żoną gościł cztery dni, co dało mi okazję nie tylko poznania tamtejszych rodaków i przejechania się po tym mieście i jego okolicach. Miałem szczęście, pogoda była idealna, lekki mróz i sporo śniegu. Pagórkowate, skaliste okolice Oslo wyglądały przednio, zwłaszcza wieczorem, gdy w rozsianych po tych pagórkach domach świeciły światła w oknach.
Polaków trochę przybyło tu po 1945 r., ale wielka fala ma miejsce dopiero od kilku lat, a samolot Ryanair są zapełnione praktycznie tylko Polakami. A połączenia są nie tylko z Warszawy i od grudnia nieczynnego lotniska w Modlinie, ale jeszcze Krakowa i Poznania.
Lecieli z mną różni ludzie, sporo budowlańców, kilku inżynierów pracujących dla norweskich firm w Białymstoku. Kilka pań jadących odwiedzić mężów oraz wiele osób, które tak czy inaczej się tu zadomowiły.


Gros mieszkających tu rodaków pracuje na różnych budowach, ale mało jest polskich firm budowlanych. Jest sporo polskich inżynierów w różnych tutejszych firmach, a panie jak w USA czy Kanadzie sprzątają domy i sobie to chwalą. Łatwo jest zarejestrować jednoosobową firmę i pracować legalnie, odprowadzając należyte podatki.


osloPierwszy mój występ był sobotniej szkole w Oslo, gdzie dokształca się około stu polskich dzieci, i poproszono mnie, bym zrobił im wykład o walkach Polaków w czasie II wojny światowej. Ponieważ już właśnie na ten temat miałem wykłady na Białorusi, poszło mi sprawnie, ale najważniejsze, że zauważyłem, że jest świetna okazja dla organizowania równocześnie odczytów dla rodziców, którzy przyjechali tu z swymi pociechami. Spędzają czas na pogaduszkach, bo przy tutejszych odległościach nie opłaca im się wracać do domu czy jechać na zakupy. Mógłby tu przyjeżdżać ktoś ciekawy mający na sumieniu jakąś książkę, a sprzedając ją, mógłby z nawiązką pokryć koszty przyjazdu. Zresztą zapewne taka sama jest sytuacja w większych skupiskach polskich w Szwecji czy Danii, gdzie są też polskie szkoły. Czy to wykorzysta Wspólnota Polska, której prezes nie potrafi odpisać na najprostsze listy i nigdy w swej kadencji nie mógł znaleźć czasu na mnie?
Ciekawy jest fakt, że w Norwegii bardzo wiele domów jednorodzinnych jest pomalowanych na czerwono. Ponoć kiedyś, gdy w Skandynawii była bieda, najtańszą farbę robiono z rudy żelaza i... oleju.


Inną ciekawą rzeczą jest stworzenie przez córkę króla Anne Luis szkoły nawiązywania kontaktów z aniołami. Oczywiście udałem się tam dzięki panu Bogdanowi, ale szkoła była zamknięta. Podczas pobytu okazało się, że mój gospodarz jest zawziętym endekiem i Marszałka Piłsudskiego traktuje jak zbója, bo ponoć wielki profesor Koneczny zaszeregował Go do tego grona na równi ze Stalinem i Hitlerem. To oczywiście nie przypadło mi do gustu i mieliśmy utarczki. Boleję, że nadal wielu endeków nie ma nic mądrzejszego do roboty, jak zwalczać kult Marszałka, a trzeba powiedzieć szczerze, że piłsudczycy na pewno teraz nie prowadzą nagonki na Romana Dmowskiego jak oni na Marszałka.
Pan Bogdan też jest zwolennikiem pana Romana Giertycha, którego uważam za głupka i błazna, bo odżegnuje się od endecji i nawet dość silnej, odtworzonej przez się organizacji Młodzież Wszechpolska. Może się mylę, ale paradowanie z imć Komorowskim 11 listopada nikomu nie zaimponowało. Ba, nie przybyło mu zwolenników ani na prawicy, ani na lewicy i wielu określiło go po tym jako polityczną dziwkę.
Norwegia dzięki pokładom ropy i gazu u swych brzegów jest bardzo bogata i tylko częściowo należy do Unii Europejskiej, korzystając z tego, gdy jest to jej wygodne. Równocześnie są wielkie podatki, choć jest też stale nadwyżka budżetowa, czyli co najmniej część podatków można by zlikwidować.
Równocześnie obowiązuje tu "poprawność polityczna", jest więc grzechem, gdy w książce dla dzieci powiedziane jest, że tata wraca z pracy, a mama gotuje obiad.


Na jednej rzeczy wyraźnie się zawiodłem. Tutejsze sklepy z używaną odzieżą są strasznie drogie i poza dwoma krawatami i jednym beretem niczego taniego i ładnego nie mogłem znaleźć.
Wśród ciekawych ludzi znalazłem profesora politechniki, który jest wybitnym specem od metali. Kilkanaście lat temu, gdy u wybrzeży Norwegii była katastrofa wieży wiertniczej, w końcu poproszono jego, a on stwierdził, że noga wieży pękła w wyniku eksplozji. Była potem dyskusja, kto mógł w tym maczać ręce, ale władze Norwegii, by skończyć poszukiwania, postanowiły przerwać dyskusje i pozostała część wieży zatopić.
Ten pan, który nie kwapi się, by podawać jego nazwisko w prasie, twierdzi: Jeżeli dwa miecze uderzają w siebie, to nie może być tak, że oba nagle pękają. Pęka tylko jeden, więc jeśli "pękła brzoza", to nie mogło jednocześnie pęknąć skrzydło, i odwrotnie, bo inaczej zachowuje się metal, gdy normalne siły powodują jego pęknięcie, a inaczej, jak pęknięcie nastąpiło w wyniku eksplozji. Dlatego trzeba zbadać miejsce na skrzydle, gdzie nastąpiło pęknięcie, i miejsce na kadłubie samolotu, od którego odleciało skrzydło.
W sobotę miałem występ w biurze pana Bogdana, na które przybyło 16 osób, a w niedzielę po Mszy św. w kościele w Oslo. Teraz w tym kraju pracuje w różnych parafiach aż 30 polskich księży, a najciekawsze, że na samej północy kraju jest polski klasztor sióstr karmelitanek, które w dość luterańskiej Norwegii zupełnie dobrze się zaaklimatyzowały.


Aleksander graf Pruszyński

pruszynskiNa kilka lat przed swą zagadkową śmiercią były premier PRL z czasów Gierka dał wywiad dziennikarzowi Bohdanowi Rolińskiemu, który wcześniej opublikował podobny wywiad z Edwardem Gierkiem. Tego nauczyciela z zawodu, późniejszego możnowładcę Polski Ludowej okupacja sowiecka zastała na Kresach. Uciekając przed Niemcami z żoną i trzymiesięczną córeczką, schronił się u matki, która mieszkała pod Łuckiem.
Tam najpierw został kierownikiem szkoły już białoruskiej i miał szczęście, że nie pojechał oglądać białych niedźwiedzi podczas pierwszej wywózki Polaków z Kresów, a dopiero podczas trzeciej wywózki, latem 1940 r. Był w łagrze do lipca 1941 r., ale nie został przyjęty do wojska polskiego, które potem zwano armią Andersa, bo w pierwszej kolejności przyjmowano ludzi z wojskowym wyszkoleniem. Opisuje beznamiętnie tragedię Polaków na nieludzkiej ziemi, śmierć swej córeczki i wreszcie przyjęcie do armii gen. Berlinga, z którą odbył znany szlak "od Lenino do Berlino", na którym "wyrośli" późniejsi inni możnowładcy PRL, zaczynając od gen. Zawadzkiego, Siwickiego, Ochaba czy Jaruzelskiego, choć właściwie żaden z nich pod Lenino nie walczył.
Pan Jaroszewicz został oficerem politycznym, walczył o Wał Pomorski, Kołobrzeg i szybko awansował, by zostać w 1945 r. zastępcą gen. Spychalskiego, głównego politruka powojennej polskiej armii. Dalej przeniesiono go do szefostwa kwatermistrzostwa WP, gdzie objął je po oficerze Armii Czerwonej i był w randze generała III wiceministrem obrony narodowej.
Wreszcie przeniesiono go do Komisji Planowania Gospodarczego, gdzie był odpowiedzialny za uzbrojenie armii polskiej. Odbywało się to kosztem obywateli i rozbudowano niemiłosiernie przemysł ciężki, a zaniedbano produkcję dóbr konsumpcyjnych.
Były premier wspomniał o denominacji złotego w 1950 r. Bo właśnie podległe mu wojsko rozwoziło nowe banknoty i bilon po kraju. Nie wspomina jednak, ile ludność na tym straciła, bo sto ówczesnych złotych przeliczano na trzy nowe złote, ale obywatelom za sto złotych, jakie mieli w kieszeni, dawano tylko JEDNEGO nowego złotego.
Wspomina o wojnie w Korei jako początku już nie tak zimnej wojny, ale nie dodaje, że ona została wywołana za namową komunistów koreańskich przez ZSRS. Dopiero Stalin po dwóch latach bezskutecznych walk, widząc, że nie ma szans na zwycięstwo, kilka miesięcy przed śmiercią zaprosił korespondenta amerykańskiego do siebie i dał do zrozumienia, że gotów jest ją zakończyć. Po pertraktacjach 5 lipca podpisano w Panmundżonie rozejm trwający praktycznie do dziś. Ale praktycznie zaraz zaczęto dozbrajać komunistycznych Wietnamczyków i znów Polska wysyłała tam nie tylko uzbrojenie.
Niestety, pan Roliński nie zapytał byłego premiera, ile Polska do obu tych wojen dołożyła, a przecież kto jak kto, ale on to musiał wiedzieć.
Ba, tu warto przytoczyć kawał z dawnych lat:
– Z kogo składa się polska rodzina?
– Z taty, mamy, dwojga dzieci, jednego Wietnamczyka i jednego Murzynka, bo później ładowano sporo w ruch narodowowyzwoleńczy w Afryce.
Kolejną "dziurą" jest rok 1956, nie pisze nic o walce między "puławianami", czyli głównie Żydami, a natolińczykami, czyli Polakami zajmującymi niższe stanowiska w aparacie partyjnym.
Jego interpretacja Marca jest, najgrzeczniej mówiąc, antymoczarowska i prożydowska. Twierdzi, że to Moczar chciał obalić Gomułkę, a nie, jak twierdzili doradca Prymasa Wyszyńskiego profesor Kukułowicz i Albin Siwak, że wywołali go rewizjoniści, czyli Żydzi z wysokiego szczebla partyjnego, których na początku poparł Moczar, a potem zostawił ich na lodzie. Mimo wielkich demonstracji, nie tylko studenckich, po trzech dniach z poparciem Moczara Gomułka opanował sytuację, a swym żydowskim przeciwnikom dał możność opuszczenia Polski z dobrami, w czasie gdy normalny Polak nie mógł dostać paszportu.
Bardziej rzeczowy jest pan Jaroszewicz, mówiąc o Grudniu, który był z kolei próbą obalenia Gomułki przez Moczara i jego ekipę.
Oni to zorganizowali demonstracje po podwyżce cen żywności w Gdańsku i Gdyni, a potem w Szczecinie. Okazuje się, że Rosjanie ustami premiera Kosygina wyrazili sprzeciw przeciwko kandydaturze Moczara na I sekretarza oraz powiedzieli Jaroszewiczowi, że nie chcą powtarzać w Polsce "Czechosłowacji", która bardzo wiele ich "kosztowała". Tak bez oporów Edward Gierek, członek politbiura i I sekretarz KW z Katowic, objął fotel I sekretarza KC PZPR, a wicepremier Piotr Jaroszewicz został premierem.
Wspólnie musieli uspokajać społeczeństwo, najpierw dając podwyżki najmniej zarabiającym, a ostatecznie po strajkach włókniarek w lutym 1971 roku powrócić do cen z przed 13 grudnia.
W tej książce kolejną "dziurą" jest "niezauważenie", że problemy energetyczne Polski, jakie za Jaroszewicza zaczęły się pokazywać, to między innymi energetyczny koszt zagłuszania Radia Wolna Europa, co pochłaniało tyle energii elektrycznej co drugie po Warszawie miasto Łódź i nie było bardzo skuteczne.
Nic nie ma w tej książce o próbie obalenia Gierka przez Moczara w lutym 1971 r., kiedy zorganizował on spotkanie aktywu w Olsztynie, o którym poinformowali Sowieci Gierka, który tam się niespodziewanie zjawił i spacyfikował zamach.
Bez wątpienia Polska Gierka była już innym krajem. Otwarta na Zachód, było coraz więcej dóbr konsumpcyjnych i dużo łatwiej było dostać paszport.
Podczas zjazdu PZPR w 1980 r. wpłynięto na Gierka, by Jaroszewicz nie wszedł do Biura Politycznego i przestał być premierem. Ze strony ekipy Kani i Jaruzelskiego był to cios w samego Gierka, którego potem nie poinformowano o napięciach na Wybrzeżu i spokojnie siedział w Jałcie, gdy najpierw w Gdańsku, a potem na całym Wybrzeżu wrzało.
Po powrocie Gierka do Warszawy nastąpiło podpisanie porozumienia i nagle I sekretarz zaniemógł, co umożliwiło jego przeciwnikom odsunięcie go od władzy i wywindowało Kanię na I sekretarza.
Pan Jaroszewicz twierdzi, że nie trzeba było iść na udry z klasą robotniczą i narodem, który protestował przeciw wielu przejawom nadużycia władzy, i była szansa wprowadzenia jakiejś demokracji, której potem nie wykorzystano, wprowadzając stan wojenny.
Niewątpliwie chamsko zachował się Jaruzelski i jego generałowie, osadzając w więzieniach nie tylko opozycję, ale będących poza układem władzy ludzi, jak Gierek, Jaroszewicz i inni notable z poprzednich lat.
Bardzo ciekawe jest porównanie dziesięciolecia Gierka i Jaroszewicza z tym, czego "dokonał" gen. Jaruzelski i jego ekipa.
Okazuje się, że po 1981 r. nie tylko obniżyła się konsumpcja towarów spożywczych, ale siadła produkcja. Polska w wielu dziedzinach cofnęła się nawet o 15 lat. Blisko milion rodaków wyjechało za granicę, w tym z 90 tysięcy ludzi z wyższym wykształceniem. Zamiast pracować w kraju i go wzbogacać, poszli wzbogacać inne narody.
Jeśli jednak okres Jaruzelskiego był degrengoladą Polski, to jeszcze gorzej przedstawia się kolejne dwudziestolecie, bo ile wielkich fabryk poszło na dno, a Polska z 11. miejsca wśród państw świata spadła pod względem produkcji na 40. miejsce.
Kończąc, muszę przyznać, że nie jestem wielkim specem od historii PRL-u, ale zauważyłem tylko kilka ważnych luk w tej książce, a ile ciekawych spraw pan Piotr "zapomniał" dodać?

Co z tego?
Byłem w biurze u sympatycznego Aleksandra Milinkiewicza w Mińsku, który próbował zostać prezydentem Białorusi kilka lat temu. Biuro w dobrym miejscu, cztery pokoje, z 12 osób się kręci, i co z tego? Podobne biuro ma jeszcze pan Nieklajew i też niewiele widać rezultatu jego działalności. Oczywiście ktoś funduje "działanie", ale co z tego?

Seminarium
W lokalu Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie odbyła się sesja poświęcona Lidze Narodowo-Demokratycznej, która była spadkobierczynią przedwojennej endecji i dawni jej członkowie prowadzili dla młodych szkolenia.
Stworzyło ją dwóch młodych ludzi w 1957 r. – Stefan Kosecki, ówczesny asystent na politechnice w Katowicach, i Przemek Górny, student prawa z Warszawy, a przedtem mój kolega z gimnazjum w Płocku. Była to pierwsza po Związku Młodych Demokratów organizacja niepodległościowa, która działała do 1960 r., kiedy w maju na jej zebranie naszła ubecja.
W trakcie seminarium wynikło coś bardzo ciekawego – jednemu z twórców Ligi Prymas Wyszyński powiedział, że do niego przybyli wysłannicy krajowi jak i sowieccy. Obiecywali, co mogli, jeśli na forum Soboru poprze "teologię wyzwolenia", bardzo modną w pogrążonej biedą Ameryce Łacińskiej. Oczywiście Prymas tego nie zrobił, ale dowiedział się, kto stoi za tą "teologią".

Kto walczy w USA z bronią
Po kolejnym ekscesie z bronią nastąpiła eskalacja walki z jej legalnym posiadaniem. Co najciekawsze, powstała panika, że będzie jeszcze trudniej ją posiadać, więc kto chciał ją mieć, szybko sobie jakąś broń kupił.
Okazuje się, że walkę z bronią, a raczej kampanię rozbrojenia obywateli prowadzą głównie liberalne wielkomiejskie koła... żydowskie. Bo właśnie oni jej mają najmniej, a ich przeciwnicy, Anglosasi z reszty USA, mają jej najwięcej.

Koniec wieńczy dzieło
Dowiedziałem się, że w organie Urbana jest ciekawy tekst o Powstaniu Styczniowym, gdzie autor sporo cytuje mego Ojca Ksawerego, który napisał książkę pt. "Margrabia Wielopolski" pokazującą, ile udało się temu arystokracie zrobić dla Polski, co potem zniweczyło powstanie. Kupiłem więc "NIE" i przeczytałem bardzo rzeczowy tekst. W przeciwieństwie do wielu pisze, że margrabia zrealizował to, co potem po klęsce w wojnie z Prusami dali Austriacy Polakom w Galicji. Różnica była tylko w tym, że nie zginęło 10 tysięcy ludzi z elity i kilka razy więcej nie poszło na Sybir, na emigrację oraz Polacy nie stracili majątków, które przejęli Moskale i Żydzi.
Oczywiście przeglądnąłem "NIE", które jest teraz znacznie mniej wulgarne niż 19 lat temu, gdy korespondent z Moskwy napisał o mnie bardzo rzeczowy tekst.

Istotne pytanie
Dowiadujemy się, że LOT ma deficyt rzędu miliarda złotych, w czasie gdy paliwo nagle NIE zdrożało i tragedii na rynku przewozów nie ma. Czemu to się stało i czemu np. PiS nie robi na ten temat rabanu w Sejmie?
Ktoś z LOT-u powiedział mi, że jest on tak zarządzany, by BYŁ wielki deficyt i trzeba było go za psi pieniądz sprzedać. Podobnie zresztą jest ponoć z pocztą i kolejami.

Pogrzeb Prymasa
Tydzień po śmierci kardynała Glempa odbył się Jego pogrzeb w Warszawie, na który przybyło 80 kardynałów i cała świta polityczna Polski z prezydentem i Jarosławem Kaczyńskim. Przez ponad dzień trumna ze zwłokami Prymasa była wystawiona w kościele Sióstr Wizytek, do którego stała kilkusetmetrowa kolejka nie tylko warszawiaków, ale też wielu rodaków z innych miast.
Do samej katedry nie dostało się na mszę pogrzebową co najmniej drugie tyle, ile było w katedrze, a potem zwłoki zostały złożone w podziemiach katedry, gdzie też pochowany jest Prymas Wyszyński.
Rzetelny inaczej "New York Times" też pisał o pogrzebie, ale nie omieszkał kopnąć Polaków, przypominając o tym, że ponoć w Jedwabnem zginęło 1600 Żydów. W odpowiedzi warto im przypomnieć, że w maju 1988 r. Żydzi pobili Prymasa w Nowym Jorku i korzystając z zamieszania, bohater tego znikł.


Aleksander graf Pruszyński

piątek, 25 styczeń 2013 17:43

Z OSt FRONTU: Smutna rocznica

Napisane przez

pruszynskiMija 140. rocznica wybuchu Powstania Styczniowego. Nie jest ona szczególnie obchodzona przez władze III RP, choć nawet za Gomułki obchodzono ją całkiem uroczyście.
Przede wszystkim chciałbym zacytować pisarza Tomasza Jeża, który pod koniec XIX w. stwierdził, że wszystkie powstania polskie skierowane przeciw Moskalom, bo oni zaharapczyli ponad 80 proc. przedrozbiorowej Polski, wybuchały, kiedy nasz najeźdźca nie miał innych kłopotów, a właśnie trzeba było robić je, kiedy miał – jak np. podczas wojny krymskiej w 1856 r.
Dalej trzeba stwierdzić, co się zapomina, że różnym państwom w różnych okresach były one na rękę. Powstanie listopadowe wybuchło na skutek plotki, że gdy polskie wojska będą poza krajem uśmierzać powstanie w Belgii, to car wtedy zniesie autonomię Królestwa Polskiego. To uratowało Belgię, ale ile kosztowało Polskę. Na powstanie styczniowe żydowski bankier Kronenberg przywiózł z Londynu 5 milionów rubli, bo Anglicy chcieli, by Moskale nie pchali się przez Afganistan do Indii. Ba, jeszcze raz Anglicy chcieli je wywołać w 1876 r. Dali jednemu z polskich arystokratów spore pieniądze,ale już Polacy nie dali się na to nabrać.


Powstanie listopadowe nie było sensu stricto powstaniem, a wojną Królestwa Polskiego z Cesarstwem Rosyjskim, bo walczyły regularne wojska polskie wyposażone w artylerię, jakiej walczący 30 lat potem nie mieli. Jeśli ten zryw przeciw Moskwie się nie powiódł, to jak mógł się powieść kolejny zryw, gdzie Polacy nie mieli regularnej armii, byli słabo uzbrojeni i nie bardzo mieli sprawnych dowódców?
Kolejne powstania były też kolejną klęską społeczną i gospodarczą Polski. Niesamowitą stratą było przerzedzenie polskiej elity. W powstaniu listopadowym moc Polaków zginęło i kilkadziesiąt tysięcy poszło na Sybir. Moc zdolnych Polaków emigrowało. Po skończeniu studiów we Francji zrobili bardzo dużo dla Ameryki Łacińskiej zamiast dla Polski. Ba, kilku oficerów z tego powstania znalazło się w Szwajcarii i założyło manufaktury produkujące zegarki. Między innymi tak powstała słynna dziś firma Patek Philippe. Po powstaniu styczniowym było podobnie.
Dalej, szlachta zaciągała długi, które trzeba było latami spłacać. Podczas powstania styczniowego szlachta opodatkowała się dokładnie tyle, ile płacono podatków Moskalom. Ci dowiedzieli się o tym i potem podatki w Królestwie Polskim katolicy płacili przez 20 lat dwa razy takie, jak płacili prawosławni.


Opowiadała mi nieżyjąca Matka, że kilka lat przed wojną pewien profesor Politechniki Warszawskiej obliczył, ile Żydzi zarobili na kolejnych powstaniach. Np. kupowali przez podstawionych Rosjan skonfiskowane majątki. Niestety, nie potrafiłem odnaleźć jego książki.
Ostatnio czytałem kilka artykułów na temat powstania, ale nigdzie nie natrafiłem na nazwisko margrabiego Wielopolskiego, a właśnie on przez kilka lat przed powstaniem sprawował funkcję premiera kraju i sytuacja Polaków radykalnie się poprawiła. Przywrócił rozwiązany po 1832 r. Uniwersytet w Warszawie pod nazwą Szkoły Głównej, a jego studenci nie poszli do powstania. W momencie powstania był tylko jeden urzędnik carski – generał gubernator, Królestwo Polskie zaczęło się bardzo rozwijać, co oczywiście przerwał wybuch powstania.
Po powstaniu było moc represji, zlikwidowano szkolnictwo polskie, nie wolno było mówić na ulicach po polsku, a społeczeństwo popadło w marazm, który trwał 30 lat.

Sprawa "Starucha"
Od lipca w areszcie na Rakowieckiej w Warszawie siedzi wódz kibiców, młody Piotr Staruchowicz, przezywany "Staruchem", który zasłynął okrzykiem przeciwko premierowi, nazywając go "matołem".
Ten przywódca kibiców został aresztowany przed Euro i władze dawały do zrozumienia, że robią to "profilaktycznie", by nie było na stadionach rozruchów. Euro minęło, a "Staruch" nadal siedzi, a co kilka miesięcy przedłużają mu areszt tymczasowy i, co gorsza, siedzi w izolatce, bo ponoć jest "niebezpiecznym" więźniem, a za takich są uważani ci, co w więzieniach organizują demonstracje czy burdy.
Podstawowym zarzutem wobec "Starucha" jest oskarżenie o handel narkotykami, ale prokurator ma dziwnego świadka. Jest to skruszony bandzior, tzw. świadek koronny, który jest wykorzystany w wielu procesach i jest pod ochroną.
Areszt tymczasowy stosuje się między innymi wtedy, gdy jest obawa, że oskarżony na wolności będzie nakłaniał świadków do zmiany swych zeznań, a przecież do "świadka koronnego" nikt bez zgody prokuratora dostępu nie ma.
Niewątpliwie "Staruch" stał się nieformalnym wodzem młodych i prokuratura, a właściwie "czynniki" stojące za nią, nie bardzo wiedzą, co z tym fantem zrobić, i teraz próbują oskarżyć go o nielegalne posiadanie czyichś dokumentów. No cóż, jak się chce psa uderzyć, to kij się zawsze znajdzie.
Jedno jest pozytywne, że nagłośnienie sprawy "Starucha" ponownie zwróci uwagę opinii na "profilaktyczne" przetrzymywanie ludzi w więzieniach.
Pora wprowadzić odpowiedzialność sędziów i prokuratorów za nagminne wieloletnie przetrzymywanie podejrzanych w aresztach śledczych. Bez tego ci "słudzy obywateli" będą nagminnie, jak to było już w PRL-u i jest nadal, przetrzymywać ludzi BEZ WYROKU latami w więzieniach.

Zapomniał wół
W Polsce rozgorzała może nie walka, ale dyskusja o na temat fotoradarów. Najgrzeczniej mówiąc, nie są one popularne, ale władza je chce przepchnąć, bo mają dać spory wpływ do budżetu. PO na swe nieszczęście zapomina, że w poprzednich wyborach wygrała dzięki temu, że je wprowadzał PiS. Podobnie zresztą było w Kanadzie, a PiS albo nie wiedział albo zlekceważył doświadczenie kanadyjskich wyborów.
Czy fotoradary będą gwoździem do trumny Matoła i jego spółki?

Zasłyszane
Ostatnio dowiedziałem się czegoś z życia premiera Cyrankiewicza. Ponoć bawił w Hotelu Grand w Krakowie z panią X, przyjaciółka jego żony, Niny Andrycz, widziała ich tam znajoma i doniosła jej. Ta wezwała służbowy samochód i w cztery godziny była na miejscu. Wtargnęła do apartamentu, gdzie para biwakowała. Konkurentkę wyrzuciła z łóżka i nagą ganiała po hotelu ku przerażeniu, a zarazem uciesze personelu.
Tego nie ma w ostatniej książce pani Niny i pytanie, ilu innych, podobnych, pikantnych spraw tam brakuje.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 18 styczeń 2013 14:12

Z OST Frontu: 10 stycznia

Napisane przez

pruszynski10 stycznia
Jak co miesiąc tego dnia była w katedrze w stolicy msza za ofiary Smoleńska i choć pogoda była pod psem, niewiele mniej osób na nią przyszło. Pod katedrą jakaś pani rozdawała ulotki zachęcające do przyjmowania komunii na klęcząco, co podobnie jak przyjmowania JEJ tylko do ust, NIE na rękę jest dowodem należytego szacunku do Pana Jezusa. Do tego nie potrzeba żadnej wysokiej decyzji episkopatu, a tylko dobra wola wiernego, który komunię przyjmuje. Inna pani protestowała, że pod kościołem handluję mymi książkami o stosunkach polsko-żydowskich, ale o dziwo nie protestowała, że robią to tego dnia aż trzy inne osoby. Więc kto to był? Po mszy uformował się pochód i pomaszerowaliśmy ze śpiewem pod Pałac Namiestnikowski, czyli siedzibę imć Komorowskiego na Krakowskim Przedmieściu.

Niezły numer
Gdy tylko wracam z Polski, wiozę na Białoruś moc prasy, zwykle "Przyjaciółkę", "Niedzielę" czy pismo Wołomińskiej Unii Kredytowej "Dobry Znak" i rozdaję w kościele po mszy w Mińsku. Ostatnio gdy zapakowałem się do niewygodnego wagonu, jadąc do Warszawy, podszedł do mnie młodzian z sąsiedniego przedziału i przywitał się. Nic w tym specjalnego, bo stale spotykam ludzi, których gdzieś poznałem lub którzy po prostu mnie rozpoznają. Ale w tym przypadku sprawa okazała się niecodzienna. Kilka tygodni temu dostał w kościele ode mnie jakieś pismo. Była tam kartka reklamowa i po zdrapaniu zasłoniętych napisów okazało się, że wygrał TV i właśnie jechał go odebrać.

Aberracja Unii
Jest niezła książka redaktora Tomasza Sommera pt. "Absurdy Unii Europejskiej", gdzie opisuje on np., że dopuszczenie do sprzedaży na terenie Unii owoców kiwi uzależnione jest nie od ich smaku, a od ich obwodów. Jeśli obwód jest o 4 mm większy, to nie wolno ich tam sprzedawać.
Ostatnio klnę, nie tylko ja, UE za zmuszenie kolei białoruskich do wprowadzenia na trasie Mińsk-Warszawa wagonów "europejskich", czyli węższych niż szersze "ruskie". Jedzie się w nich dużo gorzej, a przecież perony i tory od polskiej granicy do Magdeburga, gdzie kończyła się sowiecka strefa okupacyjna, są przystosowane do szerokości wagonów "ruskich".
Unia mogła zrobić coś mądrzejszego, zmusić koleje białoruskie do wprowadzenia wózków pod wagonami, które przy prędkości 15 km/h rozszerzają lub zwężają rozstaw kół na tych wózkach i wagonów nie trzeba na granicy z Białorusią podnosić i zmieniać wózków. To skróciłoby podróż do Mińska o dwie godziny. Niestety tego nie zrobiono, bo biurokratom w Brukseli nie zależało na wygodzie pasażerów.

Cisza przed burzą
Dziwnie mało "Nasz Dziennik" i TV Trwam piszą o przyznaniu tej telewizji miejsca na multipleksie. Z jednej strony, oznacza to, że jakieś obietnice ojciec Rydzyk dostał, a z drugiej strony, że szykuje się, by z wiosną pójść do szturmu, bo słusznie uważa, że więcej ludzi wyjdzie na ulice, gdy będzie cieplej.

Proporcje
Robiłem porządek w książkach i część dałem znajomemu antykwariatowi. Przy okazji wpadła mi w rękę książka o Katyniu. Wydano ich z 20, jeśli nie więcej, i stale się ten temat wałkuje. Niewątpliwie to była wielka
polska strata, ale pytam, gdzie są książki o polskich sukcesach? Nie widziałem książki o wielkim polskim inżynierze Kierbedziu, który na terenie Rosji carskiej w XIX wieku pobudował 49, tak 49, mostów. Kto wie, że na terenie Ameryki Południowej działało kilkunastu wybitnych polskich inżynierów, jak Domeyko czy Malinowski, który zbudował najwyżej położoną linię kolejową na świecie. Kto pisze w Polsce o Gzowskim, Sędzimirze czy Modrzejewskim, którzy byli w XIX największymi budowniczymi mostów w USA? Kto z młodszych czytelników wie, że w czasie okupacji polscy inżynierowie w Warszawie zaprojektowali ciężarówkę STAR, która była konstrukcyjnie na poziomie światowym, a potem była podstawą polskiego transportu drogowego? Czy książki o nich byłyby mniej poczytne niż książki o Katyniu?
Kolejny sygnał
Mówił mi taksówkarz, że jeszcze dwa lata temu, by zarejestrować samochód, trzeba było w stolicy stracić kilka godzin w kolejce, a tydzień temu, gdy tam był, czekało słownie dwoje ludzi. Ludzie nie rejestrują nowych aut, więc świadczy to, że jest w kraju bryndza.

A jak w Kanadzie?
W tygodniku "Najwyższy Czas" ukazał się tekst pana Pawła Lepkowskiego, gdzie roi się od ciekawych informacji. Pisze, że choć "czarni" w USA stanowią 18 proc. obywateli, to w więzieniach federalnych stanowią aż 62 proc. W "poprawnej" Kanadzie niestety takich danych się nie podaje, a podejrzewam, że jest nie lepiej. Moc morderstw dokonywanych jest "gołymi rękami", nie mówiąc już o tych, do których służą noże kuchenne, siekiery czy podobne narzędzia. Większość morderstw dokonywana jest przy użyciu "nielegalnie" posiadanej broni i mniej jest morderstw z jej użyciem w tych miastach, gdzie nie ma zakazu posiadania broni krótkiej, czyli pistoletów, niż w miastach, gdzie są takie zakazy.
W USA co najmniej 100 milionów obywateli ma broń i gdy było słychać ostatnio o różnych projektach zakazu jej posiadania, moc ludzi ją kupiło. Więc czy imć Obama jest tak głupi, że nie zdaje sobie sprawy z tego, że obywatele staną okoniem? Będą bronić drugiej poprawki do konstytucji, która zabrania rządowi zakazywania obywatelom posiadania broni palnej.

Kto rządzi Francją
Paryski korespondent "Najwyższego Czasu" pisze ostatnio o tym, że po wyborach prezydenta zwiększyła się liczba masonów we władzach. Co najmniej połowa ministrów jest w tej tajnej organizacji, która w sumie posiada do 200 tys. członków, a ci stoją na wysokich stanowiskach w polityce, gospodarce, sądownictwie i wojsku.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 11 styczeń 2013 14:32

Z Ost Frontu: Podróże cieszą

Napisane przez

pruszynskiWracając z Warszawy, w pociągu spotkałem sympatyczną parę z Moskwy. Byli trzy tygodnie w Europie, w tym Polsce. Ona prawniczka, pracuje w Dumie i zarabia ponad tysiąc zielonych, on w biurze tłumaczeń, gdzie wyciąga do pięciu tysięcy. Mieszkają w jednopokojowym mieszkaniu na przedmieściu, 50 minut metrem od pracy, które kosztuje ich 1000 buksów.
Być może pojadę do nich na prawosławny Nowy Rok, który jest tam hucznie obchodzony, który przypada w nadchodzącą niedzielę.

Prezent noworoczny
Powróciłem do śnieżnego i zimniejszego od Warszawy Mińska, by się dowiedzieć, że od pierwszego stycznia podrożała na Białorusi komunikacja miejska o 15 proc., opłaty komunalne o 40 proc., wódka, papierosy, benzyna, mleko i sporo innych rzeczy, ale nie nastąpiła dewaluacja naszego rubla.
7 stycznia przypadało prawosławne Boże Narodzenie. Wielu wiernych przybyło na pasterkę w nocy z niedzieli na poniedziałek. Prezydent ze swym małym synem odwiedzili jedną z cerkwi, gdzie zapalili świeczki i powitał ich metropolita Filaret, oraz wysłuchał śpiewów młodzieżowego chóru. W samo Boże Narodzenie było w wielu miastach mrowie ludzi i otwarte bazary oraz tu i tam kąpali się ludzie w przeręblach lub tylko w siedmiostopniowym mrozie oblewali zimną wodą.

W śródmieściu ponownie otwarto lodowisko i sporo ludzi jeździło na łyżwach.

Kiedy wojna?
Od ponad roku w takich pismach, jak "Nasz Dziennik" czy "Niedziela", ukazują się stale ogłoszenia Kasy im. Stefczyka, która działa podobnie lub może dokładnie na wzór kanadyjskich unii kredytowych. Oczywiście jest to nie po myśli rządzącej PO, bo wsparcie niemainstreamowych mediów jest dla nich groźne, więc lada chwila pójdzie na nią atak.

Nowy sport
Na Kasprowym w restauracji był malunek przedstawiający jazdę na nartach, gdy narciarz ciągnięty jest przez konia. Prawdę powiedziawszy, nigdy tego w rzeczywistości nie widziałem, a teraz rosyjska TV pokazała w programie dla dzieci nową podobną rozrywkę, jazdę narciarza ciągniętego przez psy.

Noc i podwieczorek z Niną Andrycz
U mej siostry wśród mrowia książek, jakie ona zakupiła w Warszawie, znalazłem wspomnienia dziś 96-letniej wielkiej aktorki, wieloletniej żony "długodystansowego pływaka", wieloletniego premiera PRL, czyli Józefa Cyrankiewicza. Mówiono dawniej dowcipnie, że jeśli nawet gen. Anders wjedzie do Warszawy na białym koniu i zostanie prezydentem, to Cyrankiewicz będzie jego premierem.
Książkę tej wielkiej aktorki czytałem pół nocy i dobrą część następnego wieczora, więc tej recenzji dałem taki tytuł.
Pani Nina jest Kresowiaczką. Urodziła się w Brześciu nad Bugiem, a podczas rewolucji wyjechała na kilka tygodni do Kijowa i mieszkała tam lat 10. Nie ewakuowała się, jak to zrobiło wielu Polaków w 1920 r., i biwakowała tam do 1927 r., więc poznała rozkosze bolszewii oraz teatr i operę, co spowodowało, że podjęła decyzję zostania aktorką. Ba, tam zaczęła pisać wiersze i różne wspomnienia. Wreszcie odnalazł ją ojciec i wróciła do Polski. Skończyła Państwową Szkołę Teatralną w Warszawie w 1934, a pierwsze występy miała w Wilnie. Ale już w sezonie 1935 zaangażowała się do Teatru Polskiego, z którym związana była 60 lat. Krok po kroku stawała się gwiazdą polskiej sceny, ba, nawet amerykański impresario zapowiedział jej, że jeśli nauczy się angielskiego, to ściągnie ją do USA.


Wojna przerwała jej karierę, podczas której pracowała jako kelnerka i przechowywała Żydówkę Zulę Dywicką, za co jak setki tysięcy Polaków nie dostała dotąd medalu z Yad Vashem, które skąpo Polakom za ratowanie Żydów przyznaje ta mało uczciwa instytucja. Po wojnie znów grała w Teatrze Polskim i zaczęła dostawać kwiaty od nieznajomego J.C. W końcu została zaproszona do mieszkania urzędującego premiera na kolację, który od razu powiedział jej, że chce się z nią żenić. 21 lipca 1947 r., w pałacu Rady Ministrów, dziś pałacu prezydenta, na Krakowskim Przedmieściu, zawarli związek, który trwał 16 lat. Świadkiem ślubu był dyrektor teatru Adolf Szyfman oraz szef PPR imć Gomułka, który zapytał panią Ninę, ile godzin pracuje, i gdy dowiedział się, że łącznie z próbami i występami 12, to się ucieszył, bo jak powiedział, małżonek pracuje do 16 godzin. Przed ślubem pani Andrycz zapowiedziała mężowi, że nie urodzi mu dzieci. Obietnicę, mimo jego perswazji, spełniła, robiąc co najmniej dwie skrobanki, choć ówcześnie były one przestępstwem karanym więzieniem.


Ze smutkiem stwierdzam, że mało znalazłem w tych wspomnieniach najciekawszych dla mnie spraw, czyli tego co się działo w "kuchni władzy", a przecież co najmniej okruchy tego, co się tam działo, musiały do niej docierać. Wspomina to, że fuzja PPS z PPR była wielkim ciosem dla męża, który po niej zaczął pić. Prócz Gomułki występuje w jej wspomnieniach tylko jedna postać wczesnej komuny, wielkorządca PRL-u Żyd Jakub Berman, którego zięć imć Śpiewak jest teraz dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie i za pieniądze polskiego podatnika szkaluje Polaków, między innymi robiąc promocje paszkwilantowi Grossowi. Berman, kat polskiej kultury, między innymi usunął Artura Szyfmana z posady dyrektora Teatru Polskiego, który przed wojną był jego własnością.
Niestety, okazuje się, że pani Nina niebacznie obiecała swemu dawnemu mężowi, że o tych czasach nie będzie pisać. Teraz pytanie, jak jej wytłumaczyć, by nie dotrzymała tej obietnicy.


Pani Nina była pracoholiczką i zapewne to też przyczyniło się do rozkładu małżeństwa. Po latach nagle znalazła notes męża i tam nazwiska jego kochanek. Nastąpiła ostra scena. Mąż zaczął ją przepraszać, ale małżeństwo nie trwało długo. Dowiedziała się wreszcie od kolegów, że stale spotyka się z pewną dzieciatą lekarką, i kiedyś wracając do domu, dowiedziała się od swej wiernej gosposi, że mąż przeniósł się z domu numer 8 w alei Róż do domu nr 7, a potem już nie osobiście, ale przez kogoś poprosił o rozwód, który bez orzeczenia winy dostali.
Ciekawe są przeżycia uczuciowe pani Niny przed i po małżeństwie z premierem oraz spotkanie z diabłem, który ją nieraz nawiedzał. Obecnie jest ona bardzo krytyczna w stosunku do tego, co pokazują teatry nie tylko Polski. Stwierdza, że za komuny panowała nieznośna nowomowa trawa i propaganda ustroju, dziś w nowokapitalizmie panuje mowa trawa i propaganda zakupów.
Jej kariera aktorki wielu zasłoniła jej zdobycze literackie i teraz spróbuję przeczytać jej trzy powieści, a po przeczytaniu postaram się ją jeszcze raz na obiad zaprosić. Może uda mi się jej wytłumaczyć, że powinna kuchnię PRL nam przedstawić, bo kto jak kto, ona najbliżej jej stała.
Dalej zapytam, co należy zrobić, jeśli Pan Bóg mi zezwoli stanąć na czele Białorusi, by jej teatr był taki, jaki ona chciałaby, by był.

Aleksander graf Pruszyński

piątek, 04 styczeń 2013 13:45

Z OST FRONTU: W Warszawie

Napisane przez

pruszynskiW Warszawie,pogoda jak na Wielkanoc, śnieg, jaki był, zniknął i można chodzić w jesiennych płaszczach, Trasa Królewska, czyli Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto, jest pięknie udekorowana, na drzewach elektryczne lampki, a pod lampami ładne "żyrandole" z różnego koloru żarówek, i tą trasą moc warszawiaków co wieczór spaceruje.
Większość teatrów przygotowała się poważnie do zarobienia kroci na Sylwestra, organizując jakieś spektakle. Podobnie bale organizują domy akademickie i hotele i są całkiem "słone"; Marriott i Sheraton po 800 za głowę, Stodoła gościła przyjaciół "Gazety Polskiej" i ponoć było klawo, wielki spektakl zorganizowano na placu Konstytucji ogradzając go i stawiając przy niezbyt licznych wejściach moc policji i ochroniarzy, z których każdy za tę noc dostał po 200 zł. Dalej było ze 200 przenośnych toalet, a wystarczyłoby ze 100, więc miasto do imprezy dołożyło sporo niepotrzebnie.
Co ciekawe, w tymże czasie w śródmieściu Mińska były też gala i występy, ale nikt głównego placu nie obstawiał wysokimi płotami i nie najmował setki ochroniarzy do pilnowania porządku. Tam ma być dyktatura, a w Warszawie ponoć jest demokracja...
Na wielkim ekranie polskie zespoły dawały popis obcych szlagierów, a ludzie wokół nich popijali szampana i inne trunki. Nad miastem widać było liczne fajerwerki i stale słyszało się huk wystrzeliwanych petard.
Po przyjrzeniu się temu widowisku wpadliśmy do Hotelu Polonia, gdzie był też huczny sylwester. Wszystkie stoliki w restauracjach były pełne, a o dziwo na parkiecie o wymiarze 6 na 4 metry było luźno. Rzadko 14 par.
Najładniejszą długą suknię, czarną w duże kwiaty, miała urodziwa dziewczyna z Tadżykistanu, która studiuje w Warszawie ekonomię. Były jeszcze trzy inne ładne długie suknie, a reszta kiecek do bani i co gorsza, niekoniecznie dobrze byli odziani panowie.

Odszedł bohater
W sobotę, 29 grudnia, zmarł w wieku 96 lat odznaczony wielką wstęgą Orderu Orła Białego ks. arcybiskup Tokarczuk, najwybitniejszy po prymasie Wyszyńskim biskup XX wieku. Ten Kresowiak z urodzenia święcenia uzyskał we Lwowie, doktoryzował się na KUL-u, potem był wykładowcą w seminarium w Olsztynie, a przez "niedopatrzenie" władz w pamiętnym roku 1966 został ordynariuszem przemyskim.
Gdy władze odmówiły Mu prawa postawienia kościoła w Jaśle, powiedział, że już nie będzie prosił o zgodę na stawianie kościołów i postawił ich 400 oraz erygował 220 parafii. Przeciw Niemu komuna robiła, co mogła, ale gdy kto ma Pana Boga za sobą, nie może przegrać. Miał wielu przeciwników w episkopacie i nawet w Watykanie za swą nieugiętą postawę, a przed usunięciem Go z diecezji uratował go wybór Jana Pawła II na papieża.
Niestety, Jego pogrzeb został wyznaczony na 11 rano 2 stycznia, w wyniku czego nie tylko ja tam się nie zjawiłem.

Pokłosie
Na ekrany kin wszedł antypolski film Władysława Pasikowskiego zrobiony za 3.500.000 zł dotacji Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej oraz podobne dotacje moskiewskiej instytucji Metrofilm.
Jest to kolejna salwa w Polaków, którzy, wedle Żydów, masowo mordowali ich braci i nie służyli komunistom.
Na ich nieszczęście ukazała się ostatnio w Moskwie książka W. Woronowa i A. Szyszkina pt. "NKWD ZSRS 1934–1937", gdzie autorzy podają strukturę kierownictwa tego aparatu zbrodni. Okazuje się, że na 70 najwyższych funkcjonariuszy 39, czyli 56 proc., było Żydów, dalej było 21 Rosjan oraz nawet jeden Polak, Stanisław Redens. Śmiem twierdzić, że w Polsce Żydów na najwyższych stanowiskach było więcej niż w ZSRS, o czym zresztą pisze J.R. Nowak.

piątek, 21 grudzień 2012 18:31

Z OSt FRONTU: Dobra rada

Napisane przez

pruszynskiPodobnież co ósma osoba w USA pracowała u McDonald'sa. Ciekawy jestem, czy są oni lepszymi pracownikami niż ci, co nie pracowali tam? W każdym razie rząd Rumunii zatrudnia ich chętnie, a Wera Kowaliowa, była minister ekonomii Gruzji, bardzo sobie chwaliła trening, jaki tam otrzymała.

Moda na turystykę
Wreszcie ruszył ktoś głową, że można zarabiać sporo na przyjeździe gości i między innymi porządkuje się znów twierdzę Brześć. Na ale jak zwykle u nas, wszystko oparte jest na półprawdzie. Tak, twierdza była nie broniona przez sowieckich żołnierzy, co była oblegana. Natomiast trzy dni broniła się tam załoga polska i zrobienie o tym ekspozycji by zainteresowało Polaków. Niestety, nie tylko w ten sposób ukrywa się historię. Nie wiem tylko, czy turyści z Polski przy okazji pobytu będą pytać się o upamiętnienie wspólnej sowieckiej i niemieckiej defilady, której fotografie są do obejrzenia w licznych albumach.

Wspaniała książka
Redakcja wychodzącego w Brześciu nad Bugiem kwartalnika "Echa Polesia" wydała bardzo ciekawą książkę pt. "Szlakiem nieposłusznych" pióra mieszkającego w USA Leonarda Kosikiewicza, opisującą dolę rodaków pod jarzmem niemieckim i sowieckim oraz działanie niewojskowej organizacji Związek Obrońców Wolności, która zawiązała się po 1945 r. i działała w Brześciu i kilkunastu innych miastach Białorusi.
Autor, który trafił do łagrów, wspomina, że odwilż w ZSRS zaczęła się nie z dobrej woli Chruszczowa, ale w wyniku kłopotów ekonomicznych, bo praca łagierników była w sumie mało wydajna i kosztowna. Dalej było najpierw kilka buntów łagierników już w1953 r., ale później w 1956 r. było ich wiele więcej i one doprowadziły do praktycznego ich rozwiązania.

Czy można dogonić
Co tu dużo mówić, Korea Południowa zadziwia świat. Produkty firm takich jak Samsung czy Hyundai biją się na rynkach świata na równi z produktami z USA czy Europy Zachodniej, a przecież w 1953 roku, gdy zakończyła się tam wojna, było w sumie 50 inżynierów.

Smutna rocznica
90 lat temu malarz Eligiusz Niewiadomski w Zachęcie w Warszawie zastrzelił pierwszego prezydenta Odrodzonej Polski, światowej sławy konstruktora elektrowni wodnych pochodzącego ze Żmudzi Gabriela Narutowicza, który większość swego twórczego życia spędził w Szwajcarii i dorobił się znacznej fortuny.
W czasie I wojny światowej działał wspólnie z Henrykiem Sienkiewiczem i Ignacym Paderewskim w Komitecie Pomocy Polskim Ofiarom Wojny i był po Paderewskim głównym sponsorem tego Komitetu.
W 1919 r. powrócił do Polski, był ministrem robót publicznych i ministrem spraw zagranicznych. Wyboru miało dokonać zgromadzenie narodowe i po kolejnych głosowaniach odpadali kandydaci, którzy otrzymali najmniej głosów. Wreszcie w finale zostali On i również zasłużony dla Polski ordynat hr. Maurycy Zamoyski. Ten podobnie wiele łożył na Polski Komitet Narodowy w Paryżu i był w przyjaźni z wodzem endecji Romanem Dmowskim.
O zwycięstwie Gabriela Narutowicza zdecydowały głosy mniejszości narodowych i ludowców, dla których patriota, ale "magnat", był mało strawny.
Po wyborze prasa endecka rozpoczęła niesamowitą nagonkę na Niego. Głosiła, że to nie polski prezydent, że jest masonem i niewierzącym, ta prasa zresztą od czci i wiary też odsądzała Marszałka Piłsudskiego.
Zarzucano Mu między innymi, że współpracował z Niemcami, a przecież to samo i nawet dłużej robił ukochany przez endecję gen. Haller. Jadącego na zaprzysiężenie do Sejmu młodzi endecy obrzucali śnieżkami i próbowali uniemożliwić dojazd do Sejmu, tak że musiała interweniować polska kawaleria. Ludzie, którzy żyli wówczas, mówili, że zrobiono taką nagonka na Narutowicza, że MUSIAŁ się znaleźć "ktoś", kto do niego strzeli.
Opowiadano mi, że Ignacy Paderewski wysłał do przedstawiciela endecji w Zurychu telegram kategorycznie żądający, by spotkał się z przedstawicielem piłsudczyków i ustalił wspólny program.
Chcąc, nie chcąc, człowiek ten to zrobił, po kilku godzinach dyskusji z przedstawicielem piłsudczyków wysłał do Paderewskiego telegram, gdzie napisał:
uzgodniliśmy nasze stanowiska jesteśmy z nimi w zgodzie, my i oni chcą wolnej i Niepodległej Polski.
Nie dodał, że w innych sprawach mieli nadal odrębne stanowiska.
Kończąc te słowa, zapytam, czemu NIKT nie zamówił Mszy św. za tego wielkiego patriotę? Oczywiście to zrobię sam na... Białorusi. Dodać trzeba, że podobna nagonka na PiS prowadzona przez "Gazetę Wyborczą" i inne wielkie media miała też swój podobny epilog w Łodzi, gdzie zabito pracownika Klubu PiS.
W niedzielę lewica chciała zrobić demonstrację pod Zachętą, która miała być skierowana przeciw "narodowcom" i "faszystom". Okazał się niewypał – mimo nagłośnień przyszło na nią może 300 osób.

Z Krakowa
Znów byłem w dawnej stolicy, Trochę śniegu, zimniej i mniej turystów niż kilka tygodni temu, ale zawsze coś dla nich i samych Krakusów jest.
Na Rynku Głównym dekoracje bożonarodzeniowe i przedświąteczny kiermasz, trochę wyrobów rzemieślniczych, trochę świecidełek na choinkę. Trochę kiosków ze smakowitymi pieczywami, wędlinami oraz kilka wielkich beczek, z których sprzedawali "galicyjski grzaniec", czyli grzane wino z dodatkiem różnych przypraw, jak goździki, majeranek, miód itd.
Całkiem smaczny trunek. Była też scena przy jednym z wyjść z Sukiennic, na której występowały różne zespoły ludowe i dziecięce.
Podobny kiermasz i estrada była przed dworcem kolejowym i też sporo odwiedzających.
Potem odwiedziłem ulice Szeroką, gdzie jest sporo postżydowskich kamienic, żydowskich restauracji oraz cmentarz żydowski.
Tam też mieści się mały hotel w domu, gdzie urodziła się sławna Helena Rubinstein, która stworzyła wielką firmę kosmetyczną, a na dodatek była bardzo propolska i hojnie łożyła na polskie cele.
Dzięki niej odbywały się wielkie polskie bale Polonais Ball w Nowym Jorku. Na nich często bywałem i pamiętam nie tylko jej córkę, ale drugiego wybitnego propolskiego Żyda, pianistę, łodzianina Artura Rubinstei-na, który pięknie na dwa lata przed śmiercią poloneza tam wodził.
W domu Heleny Rubinstein jest dziś sympatyczny hotel i restauracja, ale właśnie tam powinien stanąć jej pomnik. Bardziej niż powinno powstać w Warszawie Muzeum Żydów Polskich...


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa