Goniec

Switch to desktop Register Login

Aleksander graf Pruszyński

OST FRONT

piątek, 07 wrzesień 2012 10:37

Z Ost Frontu: Wpadka

Napisane przez

pruszynskiWpadka
    W zeszły czwartek dostałem nagle e-mail od przyjaciela Wiktora Węgrzyna, który stworzył Rajdy Katyńskie, które już 12 razy wyruszyły uczcić pomordowanych przez Stalina rodaków na Wschodzie. Wiktor pisał, że go okradziono w Madrycie, że jest bez pieniędzy – ratuj.
    Oczywiście ruszyłem i wysłałem mu 400 dolców i zaoferowałem kartą kredytową zapłacić za hotel, ale ten mi odpisał, że hotel takiej zapłaty nie przyjmie. Później okazało się, że to nie był Wiktor, a jakiś łobuz, który się pod niego podszył.
    Dalej okazało się, że takie numery stale się powtarzają i trzeba bardzo uważać, a najlepiej od domniemanego przyjaciela żądać podania jakiejś informacji, która zidentyfikuje go.

    Wybory
    Próbuję obalić mych dwóch przeciwników zarejestrowanych w Wołkowysku. Jednemu zbierali urzędnicy starostwa podpisy w godzinach urzędowania i chodzili po zakładach pracy, gdzie pod groźbą zwolnienia pracownicy nie tylko musieli podpisać wnioski o jego rejestrację, ale jeszcze obiecać, że będą na niego głosować.
    Drugi kandydat nie mieszkający w Wołkowysku pojawił się też nagle i nie wiadomo na podstawie czego został zarejestrowany.
    Na Białorusi jest jeszcze inne wyjście, bo jest zawsze rubryka "żaden z kandydatów mi nie odpowiada" i jeśli ją zakreśli dużo głosujących, to też komisja wyborcza powinna ogłosić nowe wybory. Teraz jest problem, jak nakłonić sporo rodaków, by tak zagłosowali.

    Kto winien
    W środę była w Mińsku sesja Najwyższego Sądu Białorusi. Okazało się, że już 11 kandydatów odwołało się od wyroku niezarejestrowania ich przez Obwodowe Komisje Wyborcze. Z tego jednemu Sąd Najwyższy przyznał rację, a dziesięciu padło. Tego dnia była rozpatrywana skarga byłego kandydata na prezydenta pana Milinkiewicza. Okazało się, że po dwóch kontrolach dwa razy Obwodowa Komisja znalazła 30 proc. jego podpisów nie odpowiadających przepisom prawa wyborczego.
    Niektóre pretensje były śmieszne, ale istotne, bo kodeks nakazywał, by np. daty składania podpisu wypełniał ten, co podpisywał wniosek o rejestrację, dalej było kilka, gdzie były złe numery paszportów itd. W sumie uznano, że 30 proc. podpisów było wadliwych, a jeśli tylko 15 proc. podpisów jest złe, to kandydata odrzucają.
    U mnie było z podobnych przyczyn tylko 20 proc. "złych" podpisów i na tej podstawie odrzucono mą kandydaturę.
    Trzeba powiedzieć sobie prawdę. Opozycja nie przygotowywała się do wyborów, a trzeba było zacząć już w maju. Po pierwsze, każda zarejestrowana partia mogła bez kłopotu wystawić ile chciała kandydatów bez zbierania podpisów, więc trzeba było wstąpić do jednej z bodaj czterech partii i sprawa byłaby załatwiona. Np. Partia Obywatelska w naszym okręgu wystawiła pana Kruka, który pochodzi z Ostrowca i nikt go w Wołkowysku nie zna.
    Dalej trzeba było dokładnie przestudiować kodeks wyborczy i nie robić potem prostych błędów, jakie ja też robiłem, bo choć wszystkie rubryki wypełniali u mnie wnioskujący, to dla ułatwienia wypisywaliśmy daty sami.
    Gdybyśmy zrobili, jak piszę, to walka byłaby dopiero na etapie wyborów i na tę walkę też trzeba było się przygotować.


 A. graf Pruszyński
 Warszawa/Mińsk  

piątek, 31 sierpień 2012 07:47

OST FRONT: Zjazd Polonii

Napisane przez

pruszynskiW czwartek po południu zaczęli się zjeżdżać delegaci z różnych krajów, w tym Białorusi, do Domu Polonii na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Spotkałem interesującego człowieka z Syberii i on potwierdził to, co wiem z Białorusi, że i u nich księża też eliminują polski z kościoła, a na dodatek jeżdżą do Polski i nawet we Wspólnocie zbierają pieniądze.
Spotkałem też szefa Polonii Anglii i okazało się, że oni dostali zaproszenia na zjazd tydzień temu, gdy wielu ważniejszych pojechało na urlopy i trudno było kogoś znaleźć, by pojechał. Tymczasem Polonia Kanady wiedziała o zjeździe od 6 miesięcy. Przyjechało naszych sporo, w tym prezeska KPK i poseł pan Lizoń, pani Bogorya oraz bardzo liczni nasi harcerze.
Z siedziby Wspólnoty odwieziono delegatów autokarami do zamku w Pułtusku, relikt po organizacji reżimowej Polonii, gdzie nocowali, a następnego dnia przywieziono do Warszawy. Najpierw była Msza św. w katedrze św. Jana celebrowana przez prymasa Kowalczyka, a po niej udaliśmy się do Zamku Królewskiego, gdzie ważniejsi zostali zaproszeni do głównej sali, a mniej ważni, w tym prasa, do drugiej, gdzie mogliśmy oglądać, co się działo obok, na wielkim ekranie.


Nie rozpoczęły się obrady od odśpiewania hymnu, ale od głodnych gadek i długiego witania tych, co przybyli, przez prezesa Wspólnoty pana Pałubickiego.
Potem z 10 minut mówił prezydent Komorowski bez kartki, wskazując kilka razy, że Polska potrzebuje Polonii, a Polonia Polski. Zrobił ukłon w stronę pana Lizonia, litewskiego posła do parlamentu UE Tomaszewskiego oraz posła i zarazem prezesa Polonii w Rumunii.
Mówił sporo prymas Kowalczyk, nawiązując do słów Jana Pawła II, a potem wiceminister oświaty, bo imć Sikorski, obawiając się wygwizdania nawet przez tak dobrane gremium, się nie pofatygował. Warto dodać, że nikt inny z Episkopatu poza prymasem się nie pofatygował, a zwłaszcza było to psim obowiązkiem biskupa, ks. bp. Wiesława Lechowicza, któremu Episkopat powierzył opiekę nad nami, z czego bardzo miernie się wywiązuje, bo ma na głowie jeszcze własną diecezję.


Ostatnim akordem był występ artystyczny. Jakiś pan grał na fortepianie i śpiewał niewiele znaczące piosenki, a właśnie tu powinien był wystąpić Janek Pietrzak ze swą pieśnią "Żeby Polska".
Po imprezie na Zamku udaliśmy się do Wspólnoty, około 200 m, gdzie była wystawa różnych akcji poparcia Solidarności, a wśród licznych plansz zabrakło choć jednego zdjęcia mego pisma "Słowo-Solidarność", które jako jedyne przedrukowywało "Tygodnik Solidarność".
Wreszcie autokarami odwieziono nas do Senatu, gdzie czekaliśmy na stojaka 50 minut. Prezes Komołowski przyszedł, ale nawet nas nie przeprosił i przedstawił nam kilku senatorów zajmujących się Polonią oraz stwierdził oględnie, że daje MSZ-etowi rok, by pokazał, że umie zajmować się Polonią.


No i była uczta, to na pewno na 107 dzieło kucharzy z zamku w Pułtusku. Żarliśmy zgłodniali i przechadzali po miniparku znajdującym się za budynkiem Senatu.
Co było naprawdę dobre, to że w kuluarach zjazdu różni ludzie się spotkali i wymienili zdania. Choć to byli w znacznej mierze wybierańcy MSZ-etu i pana Komołowskiego, który śladem innych notabli nie ma zwyczaju odpowiadać na listy, to zawsze coś dobrego z tego wyjść może. Potem były obrady w sali Sejmu, z której po wstępie wyproszono prasę.
W sobotę były obrady w Pułtusku znów bez wstępu dla prasy i po mszy w niedzielę w Pułtusku koniec.
Zjazd ten przypominał zjazd w Wołkowysku, gdzie w 2002 r. spędzono wybranych rodaków i powstał nowy reżimowy Związek Polaków Białorusi. Tam też tylko na początek i koniec zezwolono uczestniczyć mediom.
Sobotni "Nasz Dziennik" opublikował długi tekst od Związku Polaków na Białorusi, gdzie bardzo krytycznie mówi się o obecnej sytuacji Polaków w tym kraju i o tym, że coraz mniej dostają pomocy z Polski.
Jaki z tego morał? Polacy muszą zorganizować swe własne spotkania, bo czy rządzi PO, czy nawet PiS, to zagraniczni Polacy będą używani tylko do załatwiania tego, co możnym w Polsce w danym momencie potrzeba.
Dodać jeszcze trzeba, że w zeszłym roku emigracja przysłała do Polski 4,2 mld dolarów, nie licząc, ile sprowadza z kraju produktów, o czym może każdy przekonać się np. u Benna'sa na Roncesvalles, gdzie do 80 proc. towarów to import z kraju.

Niewygłoszony tekst na  zjeździe w Warszawie
Problemy Polaków i Polonii. Jestem jedynym Polakiem, który żył 20 lat w Kanadzie, a od 20 lat mieszka na Białorusi. Więc znam jak nikt inny problemy Polaków z Zachodu i Wschodu.
Problemem Polaków USA i Kanady jest to, że trwa tam na nas nagonka żydowska. Powoduje, że wielu młodszych Polaków wstydzi się przyznawać do swego polskiego pochodzenia.
Ostatnim elementem tej kampanii była potwarz Obamy. Obecny tam delegat MSZ imć Rotfeld nie protestował i za to nie poniósł kary.
W walce o dobre imię polski MSZ robi MNIEJ niż ZERO!! Np. nie propaguje książek o roli Polaków w ratowaniu Żydów, a jest ich kilka, w tym angielska "Martyrs Of Charity" dr. W. Zajączkowskiego, która wylicza 750 miejscowości, gdzie Niemcy wymordowali Polaków. Dodam, że litewski MSZ wydał taką książkę i ją rozprowadza.
Dla poprawy image'u Polonii wiele dałoby wysłanie do kilku krajów, zwłaszcza Kanady i USA, wystawy polskiej sztuki sakralnej, która by się składała eksponatów i fotografii najcenniejszych obiektów.
Problemy Polaków za Bugiem określił dobitnie były marszałek białoruskiego parlamentu prof. Stanisław Szuszkiewicz, mówiąc gazecie "Kommiersant", że winę za złe traktowanie Polaków ponoszą polskie rządy, bo nie reagowały na kolejne kopniaki zadawane z rozkoszą przez imperia światowe, jak Litwa, Białoruś czy Ukraina.
Polska zbudowała dla swych mniejszości domy i daje im miliony, zaś organizacje polskie za Bugiem dostają mało co i mają problemy z lokalami. Na przykład we Lwowie i w Kijowie Zarząd Związku Polaków gnieździ się z redakcją swej gazety w trzech pokojach w drogo wynajętym mieszkaniu.
Sugeruję dać Ukraińcom ultimatum. Zamkniemy za dwa tygodnie dom ukraiński w Przemyślu, jeśli władze na Ukrainie nie dadzą Polakom domu w dobrym stanie we Lwowie i w Kijowie o wielkości niedawno otwartego domu ukraińskiego w Przemyślu. O świństwach litewskich względem Polaków pisze prasa, więc nie będę o nich mówił, ale trzeba mieć konkretny wzorzec, co od Litwy wymagać.
Wymagajmy dla Polaków tego, co mają Szwedzi w Finlandii, gdzie jest ich procentowo mniej niż Polaków na Litwie. Tam szwedzki jest oficjalnym językiem państwa, jest szwedzki państwowy uniwersytet w Turku, jest szwedzkie radio i TV, jest z zasady jeden Szwed ministrem.
Znów trzeba dać Litwinom ultimatum. Albo dacie w miesiąc Polakom takie prawa, jakie mają Szwedzi w Finlandii, albo zrywamy z wami stosunki dyplomatyczne i stawiamy wniosek o wykopanie was z UE.
Dla Polaków litewskich wsparciem byłoby zdeponowanie w Spółdzielczej Kasie w Wilnie z dwóch mln dolarów, co da polskim przedsiębiorcom kredyty na otwarcie firm oraz, podobnie jak w innych krajach za Bugiem, szkolenie rodaków, jak zakładać firmy.
Polonia USA i Kanady mogłaby wiele pomóc Polakom za Bugiem przez przekazanie im swego doświadczenia w organizowaniu Kas Spółdzielczych – takich SKOK-ów oraz Kas Wzajemnych Ubezpieczeń, na jakich opiera się np. Związek Narodowy Polski.
Stawiam wniosek, by Polska przestała finansować mniejszość litewską, ukraińską i białoruską. Niech je finansują ich rodacy.
Karta Polaka ma dwie główne wady:
– pierwsza: nie daje automatycznego wjazdu do Polski, a zmusza do ubiegania się o wizę, czym utrudnia pracę i tak przeciążonym konsulatom.
– druga: że nie wydają jej urzędy wojewódzkie w Białymstoku, Lublinie czy Przemyślu.
Stawiam konkretny wniosek, by na pierwszej sesji Sejmu wprowadzono punkt do ustawy o Karcie Polaka uprawniający jej właściciela do wjazdu do Polski bez wizy i by wydawały je też urzędy wojewódzkie.
Pytam ministra Sikorskiego, czemu ja sam przywożę więcej pism polskich, jak "Dobry Znak", "Przyjaciółka", "Łowiec Polski" czy "Niedziela" na Białoruś niż jego podwładni z Mińska?
Pisałem na ten temat do niego trzy lata temu, ale nie był łaskaw odpowiedzieć, co jest karalnym wykroczeniem urzędniczym.
Pani Applebaum, żona ministra, wydała po polsku doskonałą polską książkę kucharską. Napisałem do ministra w lutym, by wydano ją też po angielsku i zrobiono w konsulatach promocję.
Wytknąłem to mu znów 3 maja z zerowym skutkiem, a przecież jest to jego psim obowiązkiem – promocja Polski i wszystkiego, co świadczy dobrze o Polsce.
Ostatnio Sejm bez zasięgania zdania Polonii odebrał pieniądze na finansowanie Polonii ze Wspólnoty Polskiej, a dał w ręce MSZ-etu z fatalnym skutkiem. Moc programów tego lata nie została uruchomiona z winy MSZ-etu i nikomu za to włos z głowy nie spadł.
W Polsce mniejszość niemiecka ma pełne prawa, natomiast 10-krotnie, powtarzam 10-krotnie, większa mniejszość polska nie ma takich praw, choć miała je nawet za Hitlera do 1939 r.
Kiedy wreszcie MSZ załatwi takie prawa dla mniejszości polskiej w
Niemczech?
Kościół katolicki przeżył za Bugiem dzięki Polakom i im się coś należy. Czemu na terenie byłego ZSRS polscy księża z uporem eliminują z kościoła język polski? Czemu moje wnuki w Kanadzie mogą być przygotowywane do I Komunii św. po polsku, a tego się odmawia mym dzieciom w Mińsku? Kto chce, niech ma posługę kapłańską po ukraińsku, rosyjsku czy białorusku, ale dlaczego eliminuje się ją po polsku?
Kiedyś opiekunem Polonii był biskup Wesoły, który pochodził z emigracji i mieszkał stałe w Rzymie i oczywiście znał na wylot nasze problemy. Dziś naszym opiekunem
jest jakiś biskup z Polski, który nawet nie pofatygował się na zjazd Polonii.
12 lat temu pisałem bez skutku do Episkopatu, by przyjeżdżający z zagranicy na urlopy polscy misjonarze odwiedzali nas za Bugiem i opowiadali o swej pracy. Takie odczyty byłyby z przyjemnością słuchane nie tylko przez rodaków, ale i obcych. Kto np. w Mołodecznie wie coś o Kenii czy Brazylii, a przecież polscy misjonarze pracują w 56 krajach. Czy jest to tak trudne do zrobienia?
Jak mało kto cieszę się z wizyty patriarchy Moskwy w Warszawie, który jest, jak wiemy, tylko narzędziem Kremla. Nie ma konfliktu między narodem polskim a rosyjskim, co widać było po 10 kwietnia, kiedy masowo Rosjanie poszli z kwiatami pod polską ambasadę. Są złe stosunki między Kremlem a Warszawą i dobrze, że się poprawiają.
Ale pytam, czy metropolita Cyryl zaprosił delegację polskiego Episkopatu do Moskwy, czy zapytano gościa, kiedy zostaną zwrócone katolikom liczne kościoły w Rosji, zaczynając od kościoła w Smoleńsku.
Po tragedii smoleńskiej sugerowałem, by w Warszawie zbudowano cerkiew pojednania, a w Moskwie wzniesiono katolicką świątynię pojednania. Buduje się na Polach Mokotowskich cerkiew, ale pytam, kiedy będzie budowany nowy kościół katolicki w Moskwie, którego bardziej tam potrzebują katolicy niż prawosławni cerkwi w Warszawie.
Tych moich uwag nie mogłem wygłosić na zjeździe w Warszawie, więc tylko je spisałem i przekazuję rodakom w kraju i za granicą.

***

Uwaga nadchodzi
Jak się psa chce uderzyć, to kij się znajdzie, mówili już dawno temu rodacy. Teraz przy okazji afery z bankiem Amber Gold Tusk i spółka mają zamiar wziąć się do SKOK-ów, bo nie dość, że konkurują z obcymi bankami, to jeszcze mają bezczelność dawać ogłoszenia w niereżimowej prasie jak "Nasz Dziennik".

Zwycięstwo
23 sierpnia Komisja Wyborcza w Wołkowysku oświadczyła, że nie uznała kilkuset mych podpisów, bo były złe numery paszportów, choć 99 proc. podpisów było autentycznych, bo praktycznie wszyscy sami robili na blankietach wpisy. Nastąpiło to, co mówiono mi, że coś zrobią, bym nie został wpisany na listę kandydatów.
Piszę teraz pismo do Najwspanialszego Prezydenta, udowadniając Mu, że jego ludzie zbierali nielegalnie po zakładach pracy podpisy, co łatwo udowodnić, bo w przeciwieństwie do mych podpisów, których autorzy są z różnych zakładów, ich na kolejnych listach są z tych samych zakładów.
Teraz będę miał trochę czasu i może pojadę na kilka dni do Gruzji odpocząć i coś o tym pięknym kraju napisać. Ale nie przejmuję się, bo jak pisał Marszałek Piłsudski, ulec, a nie zostać pokonanym, to ZWYCIĘSTWO.

Patałachy
Po uroczystościach 3 Maja na placu Zamkowym w Warszawie podszedłem do prezydenta i poprosiłem o piłkę symbol Euro 2012, którą dostał od dzieciaków, które grały nią na koniec uroczystości, dla dzieci z polskiej szkoły w Wołkowysku i chciałem ją tam wręczyć na koniec roku szkolnego. Niestety, nie dostałem odpowiedzi ani tak, ani nie. Od dwóch tygodni znów proszę o piłkę i znów nie mogą mi dać odpowiedzi.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 24 sierpień 2012 16:39

OST FRONT: Po wizycie

Napisane przez

pruszynskiPo wizycie
Przy niespotykanej pompie i paradzie nastąpiła pierwsza w dziejach RP wizyta metropolity Moskwy i całej Rusi w Polsce. Tu trzeba powiedzieć, że wiele lat temu oskarżano metropolitę Cyryla o współpracę z KGB. Kto zna stosunki w Moskwie, ten nie ma cienia wątpliwości, że przyjechał On na polecenie prezydenta Putina.


Ta wizyta oznacza jakiś krok z Moskwy w kierunku polepszenia stosunków z Polską i to jest najbardziej pocieszające. Ale nie trzeba wpadać w cielęcy zachwyt i wątpię, czy Polska wykorzysta ją należycie.
Metropolita nie przywiózł Polakom żadnego gościńca i, co gorsza udaje, że w konflikcie Polska – Rosja Cerkiew była neutralna, a nie wiernym wykonawcą woli władców Kremla w prześladowaniu Polaków i ich Kościoła. Przecież Moskale moc kościołów katolickich skonfiskowali i przekazali Cerkwi, np. obecna katedra prawosławna w Mińsku to do 1833 r. kościół Bernardynów.
W Rosji nie zwrócono po rozpadzie katolikom 64 kościołów, w tym olbrzymiego kościoła w samym Smoleńsku, ongiś diecezji obecnego patriarchy. Nawet niedawno na Białorusi Cerkwi oddano kilka dawnych kościołów katolickich.
Zwierzchnik Cerkwi w RP nie raz potrafił Polakom dawać "pstryczka w nos". W 2005 roku w rocznicę wymarszu I Kadrowej w Krakowie odbyła się przysięga żołnierzy nowego rocznika. Był katolicki biskup polowy, byli kapelani wojskowi innych wyznań, ale zabrakło tam władyki Sawy, a żaden z jego zastępców też nie zjawił się, choć była to uroczystość wojska i jako płatni urzędnicy wojskowi mieli obowiązek tam być.
Dalej, po katastrofie w Smoleńsku sugerowałem, by w Warszawie zbudować cerkiew pojednania i podobnie w Moskwie kościół pojednania.
Obecnie na Polach Mokotowskich w Warszawie buduje się cerkiew. Mam wątpliwości, czy co niedziela będzie pełna wiernych, ale nie słyszałem, by w Moskwie nawet mówiono o budowie kościoła dla katolików.


Przy okazji tego gestu, oby za nim poszły dalsze, jak np. zaproszenie delegacji polskiego Episkopatu do Moskwy. Warto przypomnieć, że choć wiadomo, w czasach komunizmu wymordowano miliony Rosjan, to nie ma ich pomnika.
Dla Polaków Tuchaczewski to nie bohater, ale był bohaterem Sowietów. KGB wie dokładnie, gdzie na północ od Moswy leżą jego szczątki, ale nie ma on "grobu", by przynajmniej jego bliscy mogli oddać mu hołd.
Podobnie w Katyniu na sowieckiej części cmentarza, gdzie leży do siedmiu tysięcy ich obywateli, nie ma ani jednej tabliczki z nazwiskiem tu zamordowanego, a znów KGB wie, kto tam leży.


Rosja nadal bardzo cienkim głosem wspomina swych synów, których zgładził Stalin, i Rosjanie dziwią się Polakom, że tyle się zajmują swymi zamordowanymi w dobie komunizmu, o których też nie zapominają Węgrzy.
Na zakończenie dodam, że wizyta moskiewskiego patriarchy nie była na pierwszym miejscu w rosyjskich mediach, czyli władze tego kraju nie traktują nadal Polaków tak poważnie, jak być powinno.

Nowe lotnisko
Miesiąc temu otworzono na terenie dawnej porosyjskiej fortecy Modlin lotnisko, które ma obsługiwać głównie nowe tanie linie lotnicze. Do niego jest dość wygodny dojazd. Można dojechać za 32 złote autobusem ze stacji metra Młociny oraz nowoczesnymi pociągami z dworca Centralnego i Gdańskiego do stacji Modlin. Wybrałem się tą trasą i w Modlinie przesiadłem na autobus, który za darmo zawiózł nas na lotnisko. Ze śródmieścia byłem na lotnisku w niecałą godzinę.
Dworzec przypomina beczkę, z jednej strony jest pomieszczenie dla odlotów, z drugiej strony obsługiwani są przylatujący, gdzie moc ludzi czeka na swych bliskich.
Jak mi powiedziała sympatyczna pani z administracji lotniska, w ciągu miesiąca lotnisko obsłużyło ponad 140 tysięcy pasażerów, którzy odwiedzili 26 miast, a w tej chwili lotnisko obsługują głównie linie Wizzar i Raynair, które latają do miast europejskich, ale w przyszłości mają być loty do Maroka, Algierii, Tunisu i Egiptu.
Podróże wspomnianymi liniami są tanie, ale za bagaż, poza bagażem podręcznym, trzeba dopłacać. Jadąca ze mną panienka przyjechała z Oslo do Warszawy i wracała z suknią ślubną. Jej bilet kupiony ze sporym wyprzedzeniem kosztował 150 złotych, zaś para jadąca do Rzymu zapłaciła za bilety w obie strony po 700 złotych.
Jak na razie nieplanowane są z tego lotniska loty przez Atlantyk, ale dla rodaków z Kanady może być wygodnie i tanio polecieć nimi na bliski wschód.W tej chwili jeszcze nie były otwarte sklepy wolnocłowe i kawiarnia, ale reszta była na 102.
Dziwna pobłażliwość
Padł bank Amber Gold, który okazał się "piramidą finansową", i sporo Polaków straci swe oszczędności, a przy tym jest jedna pikantna sprawa, że jego reklamą zajmował się syn premiera Tuska, który pracuje w gdańskim oddziale Gazety Koszernej.
Twórcy i właścicielowi banku, 28-letniemu panu Marcinowi Plichcie, postawiono 4 zarzuty i grozi mu tylko 5 lat więzienia, a okazuje się, że przedtem nie raz był karany. Co do tej sprawy jest moc pytań, np. jak doszedł do tego, że miał tyle pieniędzy, by otworzyć bank. O dziwo nie poszedł do aresztu i nie zażądano od niego jakiegoś zabezpieczenia finansowego, a tylko zakazano opuszczać kraj.
Kilka lat temu, mimo że zarzuty względem twórcy firmy Optimus pana Kluski były mniejsze, pana Kluskę aresztowano i zażądano zabezpieczenia w wysokości 5 milionów złotych. Widać, że ktoś mocny stoi za przestępcą.

piątek, 17 sierpień 2012 13:16

II etap walki

Napisane przez


pruszynskiW poniedziałek, 13 sierpnia, złożyłem w Biurze Okręgowej Komisji Wyborczej 1190 podpisów popierających moją kandydaturę na posła z Wołkowyska i okolic. Nie było bez kłopotów, bo kilka tygodni przedtem zgubiłem paszport i dopiero tegoż dnia o 11.30 odebrałem go w Mińsku i pędem pojechałem na dworzec, by dotrzeć na 17 do Wołkowyska i po półgodzinie być w starostwie. Teraz mają przeglądać moje listy, gdzie każdy z obywateli podpisał się, a większość nawet osobiście wypełniała rubryki. Ale to, czy mnie zarejestrują, będzie zależeć nie od tego, czy mam autentyczne podpisy, ale czy prezydent, popularny Baćka, Kołchoźnik, Aleksander Mniejszy, postanowi, bym startował w wyborach.


Dodam, że dla mego konkurenta podpisy zbierali urzędnicy starostwa w godzinach pracy w różnych zakładach, kazali ludziom się podpisywać. Nie mówili o tym, a przecież jasne, że jeśli robi się to na taką skalę, to sprawa zaraz wycieknie. Komisja ma dać do 23 odpowiedź, czy mnie zarejestrują, czy nie. Może prezydentowi będzie na rękę, bym przeszedł dalej i przy liczeniu głosów mnie nie ustrzelą.


Jakie mam szanse i czy zwyciężę, wie Pan Bóg tylko, ale nie mam z nim bezpośredniego kontaktu, tylko proszę św. Judę Tadeusza i św. Ritę, patronów spraw beznadziejnych, by przed Tronem Najwyższego za mną orędowali.
Rozpocząłem jednak działanie, tak jakbym był już zarejestrowanym kandydatem. By przyciągnąć do Wołkowyska inwestycje, trzeba, by miasto znalazło się w mediach, bo nikt nie wybierze się doń, jeśli o jego istnieniu nie wie. By to uzyskać, chcę, by co najmniej dwie ulice miasta zmieniły nazwy, by ulica Sowiecka została przemianowana na hetmana Karola Chodkiewicza, bo Wołkowysk był miastem dziedzicznym Chodkiewiczów, oraz by ul. Proletariatu stała się ul. Szymona Peresa, byłego premiera Izraela, laureata Nagrody Pokojowej Nobla, który się urodził w tym mieście. Dobrze by jeszcze było znaleźć jakiegoś innego bohatera, np. Francuza.


Dziś w Wołkowysku mamy 5 dużych zakładów pracy, które za komuny zatrudniały po kilka tysięcy ludzi, a dziś po 300 – 600. Dla nich trzeba znaleźć partnerów w Polsce, którzy by weszli w porozumienie z nimi i "coś" wspólnie z nimi produkowali na rynki Białorusi i Rosji, z którą jesteśmy w unii celnej. To dałoby może nawet kilka tysięcy nowych miejsc pracy, a zakłady mają wolne wielkie hale produkcyjne i ludzi do pracy jest dość.
Dla rozwoju mego rejonu trzeba ułatwić kontakty z Polską. Temu powinno służyć otworzenie konsulatu RP w Wołkowysku, uruchomienie nieczynnej od wielu lat linii kolejowej Białystok-Wołkowysk oraz otworzenie co najmniej dwóch przejść granicznych.
Jak zwykle z Wołkowyska do Warszawy jechałem autostopem. Podwiozło mnie dwóch sympatycznych młodzianów z Mińska. Jechali do Białegostoku na zakupy między innymi nowoczesnych telewizorów plazmowych.
Nie mieliśmy kłopotów z przejazdem, byliśmy szóstym samochodem w kolejce i po 15 minutach podjechaliśmy pod białoruski punkt kontroli paszportowej, dalej pod polski i w sumie po 50 minutach byliśmy już w Polsce, gdzie przejechaliśmy koło dosłownie 292 tirów, które po polskiej stronie czekały na kontrolę graniczną. Zapewne nie więcej niż 40 proc. tych tirów odprawione będzie tego dnia, reszta za dzień lub nawet dwa. Oczywiście wina jest wspólna, Białorusi i Polski, bo czasem na granicy czeka nawet 600 tirów.
Więc przygotowuję apel do władz Białorusi i Polski o otworzenie czwartego konsulatu w Wołkowysku, co znacznie odciąży konsulat w Grodnie. Dodam przy tym, że Białoruś w Polsce ma cztery konsulaty, a Polska tylko trzy i wspólnie wydają one 5 razy więcej wiz niż konsulaty białoruskie w Polsce.
Jeżeli mnie zarejestrują, to dostanę jakąś dotację i opublikuję program dla mego okręgu wyborczego obejmującego miasto i rejon wołkowyski. Teraz mam chwilę wytchnienia, bo kilka razy miałem momenty napięcia i najgorsze, że miałem tylko dwóch pomocników w zbieraniu podpisów.
A kto będzie niezadowolony z mej wygranej? Oczywiście Żydzi, a zwłaszcza imć Sikorski, bo ze mną trzeba będzie się wtedy liczyć.

Kompromitacja władzy
Szwedzki samolot kilka dni temu nadleciał z Litwy i nad Wilejką, Iwieńcem i Mińskiem zrzucał pluszowe misie z napisem "swoboda". Powstał rwetes, bo jak mógł niezauważony przez ochronę granic wlecieć aż 120 km nad teren kraju. Prezydent wyrzucił szefów ochrony powietrznej kraju oraz służby granicznej. Dalej wyrzucono ambasadora Szwecji, bo ponoć wiedział o przygotowywaniu imprezy. Teraz okazało się, że patałachami są kraje Unii, bo nie zgodziły się na wniosek Szwedów, by odwołać swych ambasadorów z Mińska.

Święto zwycięstwa
Jak co roku piętnastego sierpnia, w dniu Matki Boskiej Siewnej, Polska obchodzi zwycięstwo, które nie tylko uratowało nasz kraj od bolszewickiej zarazy, ale całą Europę, bo przecież na granicy Prus stały już w pogotowiu grupy niemieckich komunistów mające za zadanie prowadzenie zwycięzców do Berlina.
Na placu Marszałka odbyła się główna uroczystość. Przybyły oddziały reprezentujące wszystkie rodzaje wojsk, generalicja z żonami, ministrowie ze swymi paniami, korpus dyplomatyczny, no i na koniec sam pan prezydent Komorowski.


Podniesiono najpierw flagę prezydenta, potem przy dźwiękach Mazurka Dąbrowskiego flagę państwową. Odbyła się uroczysta odprawa warty i zaciągnięcie warty przez przedstawicieli wszystkich wojsk biorących udział w uroczystościach. Ze starych armat pamiętających chyba Cud nad Wisłą poszedł salut, po czym mówił pan prezydent, którego mało kto wysłuchał, bo nagłośnienie było kiepskie. Później składano wieńce, chyba ich było z 30, i była defilada zebranych pododdziałów zakończona przez kawalerię, której co roku jest tu coraz więcej. Na placu były też zgromadzone różne pojazdy wojskowe i dzieci miały raj, gdy mogły wgramolić się na nie.


Były potem imprezy w Muzeum Wojska i zapraszano na uroczystości święta kawalerii, bo po Bitwie Warszawskiej jeszcze polska kawaleria dała bobu Konnej Armii Budionnego pod Komarowem w ostatniej kawaleryjskiej bitwie świata, o której by warto nakręcić osobny film.Tylko by pan Hoffman lub inny reżyser nie pokazywali takich bzdur jak husarze atakujący piechotę, jak było w filmie "Ogniem i mieczem".


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 10 sierpień 2012 10:51

Z Wołkowyska

Napisane przez


pruszynskiPo pierwszym sierpnia podniesiono emerytury o 15 proc., ale kilka dni potem opłaty komunalne i telekomunikacyjne poszły w górę o 25 proc. Czyli nie jest dobrze, a jeśli w bankomatach w Mińsku brakuje dewiz, to odczytać to można tylko jako zapowiedź kolejnej dewaluacji naszego rubla.


Sobota to dzień ślubów, po ceremonii w zaksie, czyli USC, młodzi jeżdżą szykownymi autami, a potem robią zdjęcia pod fontanną i pomnikiem wilka na głównym placu. Niektóre pary najpierw brały ślub w zaksie, a po serii zdjęć jechały do kościoła. Panny mają wcale niezłe kiecki i jedna z panien przyznała mi się, że dała 400 dol. tylko za wypożyczenie jej. Teraz są zresztą nawet dwa kościoły i w sumie liczę, że chodzi do nich co najmniej z 4 tysiące ludzi w każdą niedzielę, czyli że katolików jest z 8 tysięcy w samym mieście i moc po wsiach, gdzie też są kościoły, czasem nawet bardzo zabytkowe. Wedle statystyk, jest nas w powiecie 25 proc., ale władze prowadzą prostą politykę fałszowania danych, nie pytając o narodowość, wpisują narodowość białoruską. Naprawdę byłem zdziwiony, ilu spotykam Polaków, i sądzę, że w samym mieście jest minimum 45 proc. i – co najważniejsze – mówią po polsku, choć nie ma biblioteki polskiej, ale można łapać Radio Maryja i inne stacje z Białegostoku oraz TV1, co ja też robię i poza wiadomościami oglądam olimpiadę. Polacy, jak wiadomo, nieźle wypadli, a Białorusini nawet bardzo dobrze, biorąc pod uwagę, że jest obywateli poniżej 9 milionów.


Zbieranie podpisów idzie źle, bo mam zasadniczo jednego pomocnika, ale wczoraj w niedzielę pod supermarketem zebraliśmy 70 podpisów w dwie godziny. We wtorek mamy z 560 i każdego dnia trzeba zebrać po 80 i wtedy zdążymy. Ale potem pytanie, ile zechce odrzucić komisja, a raczej ile jej każą odrzucić władze z Mińska.
Niestety, nie udało mi się uzyskać poparcia zakładu pracy, który robi bokami, ma 9000 metrów kwadratowych wolnych hal i zamiast 4000 pracowników ma 320.


Memu konkurentowi kuratorowi oświaty z Grodna zbierają urzędnicy starostwa. Chodzą po szkołach i przedszkolach, a nawet niektórych zakładach i każą się podpisywać. Naprawdę kuriozalne jest, że przyszli do polskiej szkoły, by podpisać za drania, który łamiąc konstytucję, chce zniszczyć polską szkołę w Grodnie. Konstytucja mówi, że dziecko ma prawo dostać wykształcenie w swym języku rodzinnym. To tak jak w konstytucji stalinowskiej: wszystko jest na papierze, a mało co, jeśli w ogóle w rzeczywistości.


Sporo ludzi radzi, bym siedział na piecu, a nie brał udziału w życiu politycznym. Wielu chce więcej się o mnie dowiedzieć niż me wykształcenie i zawód czy rok urodzenia, a tyle wolno mi podawać do momentu zarejestrowania na kandydata, a to nastąpi dopiero 23 sierpnia.
13 sierpnia mam złożyć zebrane podpisy i będą deliberować, a zasadniczo tylko pytać w Mińsku, czy mnie dopuścić do wyborów. Sporo ludzi twierdzi: ja pana nie znam, więc jak mogę podpisać. Tym odpowiadam, że mnie znają w mieście trzy osoby na 300, a muszę zebrać co najmniej tysiąc podpisów. W zeszłym tygodniu byłem w komisji wyborczej, prosząc o pismo, że dyrekcja zakładu produkującego maszyny odlewnicze ma prawo zwołać spotkanie załogi, przed którą wystąpię, i jeśli me wystąpienie się będzie podobało, to mogą wysunąć mnie na kandydata.

piątek, 03 sierpień 2012 11:46

Rzadka hucpa

Napisane przez

pruszynskiRzadka hucpa
    Czyli niespotykana bezczelność. Władze Litwy od 21 lat kopią tamtejszych Polaków, a teraz chcą od Polski pomocy przy budowie elektrowni atomowej. Tak mają władze Polski za kompletnych durni.

    Z placu boju
    W Wołkowysku  i na Grodzieńszczyźnie gorąco, może nie jak na Saharze, ale zawsze. Wynik taki, że coraz więcej pań chodzi w powiewnych sukniach do kostek, oczywiście z zasady Made in China. Prezydent był zachwycony, że dostała Białoruś rok temu 10 mld dolarów kredytu towarowego. To pogrąża nasz przemysł tekstylny i mało kto to rozumie, ba, i to że trzeba będzie ten dług spłacić.
    Władze tutejsze posłały urzędników, by ludzie, którzy zobowiązali się mi pomagać, wycofali się z tego. Mój główny konkurent to idealny człowiek do odstrzelenia w naszym terenie. Jemu można zarzucić, że jest wrogiem polskich szkół, bo w Grodnie chce wprowadzić do polskiej szkoły rosyjskie klasy, czyli będzie konflikt między dziećmi.
    Konkurentowi zbierały podpisy urzędniczki starostwa, a lokalny kurator oświaty wezwał wszystkich dyrektorów i "poprosił" ich o podpis. Oczywiście wszyscy ulegli.
    W sobotę zacząłem z dwoma ludźmi zbierać podpisy, w końcu po dwóch godzinach zebraliśmy 50. Potem zbieraliśmy pod kościołem, ale był problem, bo wielu nie miało z sobą paszportów, a ich numery trzeba wpisywać koło nazwiska podpisującego wniosek o wpisanie danego człowieka na listę kandydatów do parlamentu.
    Było wielu, co odmawiało, bo twierdzili, że jestem za stary, inni po prostu nie chcieli podpisywać. Wielu powiedziało, że nie mogą podpisywać człowiekowi, którego nie znają lub nie jest od lat mieszkańcem Wołkowyska.


    Przy okazji stwierdziłem, jak bardzo polski jest Wołkowysk i okolica. W firmach dyrektorami są obcy, ale sekretarki są Polkami, nawet sekretarka starosty, który zresztą dobrze mówi po polsku i mam nadzieję, że me stosunki z nimi się nie popsują. Wiele w tym, że lokalna radna twierdziła, że władze nie słuchają wybranych ludzi i niewiele najlepszy człowiek w tym "bagnie" zrobi. Inni twierdzili, że boją się, bo pracują w starostwie lub ktoś z ich rodziny pracuje w milicji. Okazało się jednak, że żona komendanta lokalnej milicji podpisała wniosek w obecności... męża.


    Największy problem, że podczas zbierania podpisów nie wolno robić kampanii wyborczej i można tylko podać suche dane, wiek, zawód itd. kandydata.
    Podobne kłopoty mają inni kandydaci, ci których nie wystawiała partia, a tych mogą z kolei nie chcieć wyborcy, bo ich stale prasa i TV oblewała "gnojówką".
    Sympatyczny Ales Karcew, który wydaje pismo "Litwa", staje w powiecie grodzieńskim, ale powiedział, że się wycofa jak wielu innych. Sugerowałem mu, by stanął w okręgu Szczuczyn. Jest to okręg dość polski, a tam miałby kolosalny atut. Sugerowałem, by powiedział, że przeniesie tam stolicę województwa z Grodna, co naprawdę trzeba robić, by odciążyć ją od biurokracji. Teoretycznie mogę ja też twierdzić, że można przenieść stolicę województwa do Wołkowyska, ale to ma mniej sensu, bo Wołkowysk jest bliżej granicy, a Szczuczyn bardziej w środku województwa.
    W środę wieczór jadę do Mińska do Głównej Komisji Wyborczej ze skargą na tutejsze stosunki. Jeżeli dostanę się do parlamentu, będę wiele mógł zrobić, ale najpierw trzeba będzie przeskoczyć tę barierę. Być może prezydentowi będzie wygodnie dopuścić mnie do okrągłej sali, czyli parlamentu, by demonstrować, jaka jest u nas "demokracja".

Polska stygmatyczka

Będąc na Jasnej Górze, wśród kilku książek, jakie kupiłem, jest zadziwiająca. Okazuje się, że w Polsce była stygmatyczka, czyli osoba, która tak blisko związała się z Panem Jezusem, że miała wszystkie rany, jakie Mu zadano. Kobieta ta nazywała się Katarzyna Szymon i zmarła w 1986 roku na Śląsku.

Miała wiele darów, potrafiła zjawiać się w różnych miejscach i potem dokładnie opowiadać, co gdzie było, a tam, gdzie była, rozchodziły się szalenie miłe wonie. Była w kontakcie duchowym ze słynnym stygmatykiem ojcem Pio, który przepowiedział jeszcze księdzu Wojtyle, że będzie papieżem.
W pewnych chwilach pojawili się jej Pan Jezus, Matka Boska i wielu świętych. Wtedy jej ustami mówili oni do zgromadzonych wokół niej pielgrzymów.
Książka opowiadająca o niej nosi tytuł: "Katarzyna Szymon – polska stygmatyczka". Książkę można pobrać bezpłatnie na stronie: www.KatarzynaSzymon.pl.
Wśród wielu informacji, jakie przez Nią Pan Jezus, Jego Matka i święci przekazują, są następujące:
• nie wolno brać hostii w rękę i na stojąco,
• powinno się wstrzymać od jedzenia na trzy godziny przed komunią,
• Matka Boska NIE życzy sobie, by nazywać Ją "Czarną Madonną". Można w znanej pieśni użyć słów "Jasna Madonna" czy np. "Piękna Madonna",
• kobiety mają ubierać się skromnie, nie pokazywać gołych pleców, ramion i brzucha oraz nie nosić spodni.
Wiele z tych wskazań Matka Boska przekazywała już wiele razy.
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk

piątek, 27 lipiec 2012 11:31

Z Ost Frontu

Napisane przez

Z Warszawy
 pruszynski   Upał jak trzeba, Nowy Świat i Krakowskie pełne apetycznych niewiast, które coraz bardziej się rozbierają. Niektóre paradują same lub z towarzyszami spijają jakieś trunki w kawiarniach – ogródkach, których dotąd nie zliczyłem. Wśród nowości ubraniowych dam to prócz długich powiewnych kiecek, jak było rok temu, teraz są nowe, dość powiewne, krótkie z przodu wydłużone z tyłu oraz zrobione z lekkiej materii spodnie spinane w kostce, przypominające trochę to, co nosiły w haremach Turczynki i Hinduski.
    Panowie zaś się nie wysilają, nosi każdy co chce, ale szortów na ulicach mało.
    Zasadniczo moc ludzi wyjechało, ale przybyło sporo turystów, a teraz bardzo modne jest jeżdżenie na rowerach, często po chodnikach, na starych rowerach, gdzie się siedzi prosto.
    Pierwszy sukces
    Jak podała jakaś agencja internetowa, zarejestrowano mą grupę roboczą, która ma prawo zbierać podpisy. Jestem już w Wołkowysku i w czwartek rano idę po dokumenty do komisji wyborczej i w miasto zbierać podpisy. Mam mieć co najmniej 1000, ale postaram się zebrać więcej, bo złe nie śpi.
     Wstyd
    Dwa tygodnie temu otwarto hucznie Nieśwież z udziałem Jaśnie Oświeconego Aleksandra Grigorowicza Łukaszenki. Mimo prośby trzech czołowych działaczy opozycji rodzina Radziwiłłów zjawiła się tam. Nie wiem, co im obiecano, ale przed otwarciem tego zamku-muzeum NIE zwolniono więźniów politycznych. Czyli prezydent załatwił sobie rozgłos, a jak poprzednio nic albo niewiele dał w zamian. Boleję, spodziewałem się po Radziwiłłach dużo, dużo więcej i tak kończy się z nimi moja trwająca ponad 50 lat przyjaźń.
•••
    Dziś, w czwartek, wręczono mi pełnomocnictwa do zbierania podpisów, ale najśmieszniejsze, że ja nie mogę ich zbierać, bo nie wpisałem się na listę. Mam do 13 przedstawić tysiąc podpisów. Ujawniło się dwóch konkurentów. Kurator oświaty z Grodna, odpowiedzialny za próbę wprowadzenia ruskich klas w polskiej szkole, oraz jakiś człowiek z BNF ze Słonimia. Obaj mniej tutejsi niż ja.
    Zresztą już jestem przygotowany do ewentualnej dysputy z nimi.

piątek, 20 lipiec 2012 13:26

OST FRONT z nr 29

Napisane przez

pruszynskiProsto z Białorusi
Kości zostały rzucone. Tak miał powiedzieć Juliusz Cezar, ruszając na podbój Galii, czyli obecnej Francji. W czwartek, 12 lipca, ruszyłem z Warszawy na Białoruś. Pojechałem najpierw pociągiem do Białegostoku, potem taksówką na skraj miasta, gdzie powiewając dwoma dwudolarówkami, zatrzymałem po trzech minutach samochód z Baranowicz wracający po sprzedaży w Białymstoku ropy i małych zakupach dla domu. Prowadził zawodowy kierowca jeżdżący na furgonetce rosyjskiej Gazella, co osiem dni jeździ do Polski, zarabiając na przewozie ropy gdzieś z 50 dolarów, i jak wszyscy podobnie jest zły, że Prezydent zezwala jedynie tutejszym samochodom jeździć nie częściej niż co osiem dni.


Nikt jeszcze nie obliczył, jaki jest bilans przyjazdu do Polski jednego białoruskiego auta. Wiadomo – przewozi ropę, dwie paczki papierosów, dwie półlitrówki wódki. Natomiast zawsze coś wywozi. Ci, co wywożą więcej, zwłaszcza telewizory, które są w Polsce tańsze, odbierają na granicy podatek VAT, ale śmiem twierdzić, że co najmniej połowa towarów jedzie na Białoruś bez zwrotu tego podatku.


Na granicy mieliśmy szczęście, bo wytłumaczyłem kolejno trzem wopistom, że wiozę dla Polaków tamtejszą prasę, w tym wypadku głównie tygodnik "Niedziela". Dostałem tego z 16 kg po pielgrzymce Radia Maryja w Częstochowie, oraz sporo "Przyjaciółki" i innych kolorowych pism. Dzięki uprzejmości wopistów przejechaliśmy koło 400-metrowej kolejki aut czekających na odprawę i wjechaliśmy już na sam teren kontroli. Ostatecznie pokonanie granicy zajęło z 70 minut. Było też szczęście po białoruskiej stronie, bo nie przeglądali nam maneli, gdzie jeszcze były dwa komputery, jeden dar pana Chestera Sawki z Chicago dla tutejszej szkoły polskiej, a drugi mój do roboty na miejscu.
Po 45 minutach jazdy mój kierowca podrzucił mnie do Wołkowyska, do pani Marii, u której już kilka lat temu biwakowałem, gdy próbowałem wtedy stanąć w wyborach do parlamentu Białorusi. Rozgościłem się, a pani Maria dała mi kolację i przekazała lokalne plotki: jedna zła wiadomość, że chłopak, który po polskiej miejscowej szkole dostał się na uniwersytet w Lublinie, miał wpadkę, przewożąc narkotyki do domu, i teraz będzie siedział ze cztery lata.


Następnego dnia przyjechała po mnie dyrektorka polskiej szkoły, zabrała jeden komputer, drugi przywiozę następnym razem, zawiozła mnie do pani Anny, prezeski zdelegalizowanego tutejszego oddziału Związku Polaków, gdzie zdeponowałem część prasy, oraz do zakładu Welmet, którego załoga może wystawić mnie jako kandydata w wyborach.


Mówiący po polsku i sympatyczny starosta był zajęty, więc złożyłem tylko kurtuazyjną wizytę szefowi powiatowej komisji wyborczej, który na wieść, że będę ubiegał się o mandat w jego okręgu wyborczym, powiedział dyplomatycznie, że każdy obywatel ma prawo stawać do wyborów.
Wołkowysk wygląda odświętnie, bo postawione siedem lat temu z okazji ogólnokrajowych dożynek ogrodzenia zostały odmalowane, a ulice czyste, ba, i na słupach są flagi zielone i czerwone, bo 14 lipca jest święto miasta, bowiem tego dnia po trzech dniach walki Niemcy opuścili miasteczko, które przez 60 lat się znacznie rozrosło i teraz ma dwa duże kościoły katolickie, gdzie msze są po polsku odprawiane. Ba, z Wołkowyska pochodzi kilkunastu księży.


Odwiedziłem też tutejszego aktywistę opozycji, który powitał mnie serdecznie, ale jak wielu stwierdził, że szanse na wygrane są nikłe, ale w każdym razie obiecał pomoc, bo w myśl tutejszej ordynacji muszę ewentualnie zgłosić 10 nazwisk ludzi, którzy dostaną zezwolenia na zbieranie dla mnie podpisów. Zebranie 1000 podpisów jest drugim warunkiem dostania się na listę kandydatów, a trzeci warunek to wystawienie człowieka przez jakąś zarejestrowaną partię.


Ostatnim krokiem było udanie się do proboszcza drugiego, dwa lata temu otworzonego kościoła. Przyjął mnie niechętnie, w ogóle nie chciał mówić ze mną, gdy dowiedział się, że będę kandydował, ale dość ostro powiedziałem mu, że składam wizyty wszystkim liczącym się ludziom miasta, czyli też lokalnemu kapłanowi prawosławnemu. Trochę się rozchmurzył, pokazał kościół, gdzie jeszcze jest sporo do zrobienia, bo ołtarze są prowizoryczne, i wylądowałem w jego jadalni przy kawie.


Okazało się, że proboszcz, absolwent seminarium z Grodna, sporą część kosztów kościoła pokrył, zbierając złom po okolicznych wioskach, ale miał też niekoniecznie miłe doświadczenia z Polski. Kilka miesięcy temu był na Jasnej Górze i poprosił, by przekazali mu jakieś intencje mszalne, czyli wsparli finansowo. Niestety, został niekoniecznie elegancko potraktowany, a przecież Jasna Góra ma moc pątników, którzy w kolejce stali np. niedawno podczas pielgrzymki Radia Maryja, by zamówić Msze Święte.


Następnego dnia o 11.00 rozpoczęła się pod miejscem pamięci, gdzie pali się stale ogień i są popiersia czterech z 125 krasnoarmiejców Orłowskiej Dywizji i tablica z mniej więcej 110 nazwiskami tych, co polegli przy wyzwoleniu miasta. Uroczystość zgromadziła z 500, w tym odświętnie ubranych lokalnych notabli, oficerów policji w białych koszulach, oficerów armii i straży pożarnej oraz zapędzonych na nią dzieci z miejskiej półkolonii. Orkiestra wojskowa z Baranowicz odegrała hymn Białorusi. Odczytał przemówienie prezes rady powiatu, podkreślając, jak w czasie niemieckiej okupacji walczyło sowieckie podziemie, oczywiście nie wspominając, że było tu też podziemie akowskie, znacznie od niego silniejsze. Dodał, że w tutejszym obozie zagłodzili Niemcy 22 tysiące czerwonoarmiejców oraz zginęło z 6 tysięcy mieszkańców, w tym – nie dodał – większość to byli Żydzi. Przemówił prezes weteranów i na koniec odczytała laurkę dziewczyna – prezes nowego komsomołu – o wyraźnie polskim nazwisku Baranowska. Po tym złożono liczne wieńce i kwiaty, a dalej zebrani udali się na główny plac miasta. Po drodze złożyli wianki na grobach "internacjonalistów", czyli rodaków, którzy ubrani w sowieckie mundury poszli walczyć w Afganistanie i tam polegli. Na głównym placu postawiono wielką zasłoniętą dachem scenę i rozpoczęły się występy miejscowych i przyjezdnych zespołów, w tym zespołu z Toligatti, czyli miasta pobudowanego, by produkować tu sowieckiego Fiata noszącego nazwisko byłego szefa włoskiej kompartii zmarłego ze 30 lat temu podczas urlopu w ZSRS.
Rozmawiałem z matką jednej z dziewcząt z tego zespołu i powiedziałem, że to skandal, by jakość ich samochodów przez 20 lat się nie poprawiła. U nas rządzi mafia i patrzą tylko na swe kieszenie, powiedziała ta pani, która z zespołem jechała tu aż dwie doby i, co gorsza, rodzice musieli sami pokryć koszty przyjazdu, bo Wołkowysk to miasto braterskie Toligatti.


Co ciekawe, większość ludzi na placu nie oglądała zespołów, a tylko różne kioski z jedzeniem, gdzie też były pod namiotami stoły, a najpopularniejsze były szaszłyki ze świniny sprzedawane na wagę. Kilogram 120 tys. rubli, czyli z 14 dolarów.
Było moc stoisk z towarami przemysłowymi. Niestety, oprócz jednego stoiska rzemieślnika ze Słonimia produkującego wyroby z drewna reszta to chiński chłam. Były też liczne atrakcje dla dzieci, jak zjeżdżanki z wypchanych powietrzem górek czy strzelnice, gdzie można było oddać ognia z wiatrówek. Była też jakaś delegacja z Polski z jakiejś miejscowości nieopodal granicy białoruskiej i zespół z tej miejscowości potem występował.
Oczywiście, gdzie tylko mogłem, przedstawiałem się i dodawałem, że będę kandydował na posła, ale na razie formalnej propagandy nie mogę prowadzić, a zasadniczo kampania zaczyna się dopiero15 lipca.


Po południu była druga seria występów, ale teren przed sceną był ogrodzony, by nań wejść, trzeba było przejść przez dość pobieżną kontrolę milicji, gdzie zawsze była jedna dama, która kontrolowała głównie damskie torebki.
Poza występami zespołu z Polski nie było żadnego miejscowego występu po polsku, choć był jeden występ, gdzie młodzian śpiewał jakąś popularną piosenkę po angielsku.


Po południu było zatrzęsienie dzieci z młodymi mamami ubranymi dość elegancko, tylko ja i jakichś dwóch młodzianów było w szortach.
W poniedziałek odbyłem urzędowe wizyty, u sympatycznego starosty, u przewodniczącego Komisji Wyborczej i dowiedziałem się, że okręg się nieco zmniejszył i obejmuje tylko rejon, czyli powiat Wołkowysk.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 13 lipiec 2012 16:26

Z OST FRONTU: Goniec nr 28

Napisane przez

 Wybory
   pruszynski 23 września będą wybory na Białorusi, prawdopodobnie będę stawał w rodzinnym Wołkowysku. Spora część opozycji nie chce w nich brać udziału, a inni chcą stawać, ale przed samymi wyborami wycofać swe kandydatury.
    Amerykanie mają finansować opozycję, ale chcą, by ich podopieczni nie wycofywali się z walki.

    Na Jasnej Górze
    W  niedzielę, 8 lipca, na Jasną Górę przybyło ponoć 300.000 wiernych z XX Pielgrzymką Słuchaczy Radia Maryja, która staje się trzecią wielką pielgrzymką na Jasną Górę.
    Przybył tak pan Kaczyński, jak i kilkunastu posłów PiS i Solidarnej Polski z panem Ziobrą na czele. Prawie pół godziny trwało przedstawienie delegacji, w tym z Berlina, Sztokholmu i Edmonton.
    Wedle jednak lokalnego taksówkarza, teraz pielgrzymki są nie takie liczne jak dawniej, a winna jest bieda obywateli.

    Szczodrość Kulczyka
    Prasa podała, że najbogatszy Polak dał 80.000.000 dolarów na Muzeum Żydów Polskich: zastanawiałem się nad jego gestem i myślę, że znalazłem powód. Jest śledztwo w sprawie prywatyzacji TP SA, czyli polskich telefonów, i są oskarżeni jego bliscy współpracownicy.
    Spotkanie z Weissem
    Pojechałem do Krakowa na spotkanie z eksmarszałkiem parlamentu Izraela i eksambasadorem tego kraju w Polsce. Była prezentacja jego książki-wywiadu rzeka pt. "Takie buty z cholewami", na które przybyło do Centrum Żydowskiego na krakowskim Kazimierzu z 300 rodaków.
    Przybył na nie też był imć Rotfeld były minister spraw zagranicznych RP, który niedawno odbierał medal dla pana Karskiego z rąk Obamy i jak trusia wysłuchał obelgi względem Polaków. Miał szczęście, że po zakończeniu imprezy czmychnął i nie dostał w pysk od niżej podpisanego.
    Zadałem Weissowi pytanie, co to jest antysemityzm i czy w Muzeum Żydów Polskich będzie pokazany projekt pomnika wdzięczności Polakom, jaki Żydzi planowali w 1942 roku postawić, a nie postawili. Dostałem odpowiedzi zagmatwane, a moja towarzyszka poinformowała go, bez reakcji z jego strony, o tym, że przedstawicielka Muzeum Martyrologii Żydowskiej odrzuciła po raz drugi wniosek o nadanie mej Ciotce Medalu za ratowanie jej Ojca. Na tym przykładzie widać, jak sprawiedliwa jest ocena wniosków składanych w sprawie przyznawania odznaczeń Polakom. Imć Weiss jeszcze pozwolił sobie powiedzieć, że akowcy podczas powstania w getcie w Warszawie mordowali Żydów.

    Kopanie kardynała
    "Tygodnik Powszechny", przepraszam Żydownik Powszechny, jak i "Polityka" rzuciły się na metropolitę Krakowa po jego poparciu w Boże Ciało TV Trwam. Bardzo się z tego cieszę, bo Eminencja pozna, gdzie ma prawdziwych przyjaciół. Dodam, że twierdzenie, że trudno się do kardynała dostać, jest bzdurą – sam dwa razy z biegu w 30 minut się do Niego dostałem, choć mógłby, jak jego poprzednik, czasami po Krakowie chadzać.
    Tutaj dodam, że bodaj w 1970 roku będąc u prymasa Wyszyńskiego, dokładnie to samo Mu zasugerowałem i powiedziałem, że jeśliby On co pewien czas poszedł na spacer do Łazienek, to Gomułka chcąc nie chcąc musiałby iść jego śladem. Tak to Prymas mógł wodzić za nos Wiesława.

    Optymista
    Będąc u swego wielkiego i chyba ostatniego przyjaciela prezydeta Wenezueli, Aleksander Mniejszy, czyli prezydent Białorusi, poinformował, że jego następcą będzie dziś 7-letni nieślubny syn. Nie wiem, do ilu świętych od spraw beznadziejnych modli się Aleksander Mniejszy, ale jeśli nie zmieni systemu władzy, to nie utrzyma się tak długo, by Koli przekazać władzę. Być może nawet jego przyrodni bracia zrobią zamach i któryś wskoczy na miejsce Kołchoźnika.

    Obraza dworu
    Doniesiono mi, że po mym spotkaniu z Jaśnie Oświeconym Prezydentem w Juracie była w urzędzie chryja, że ja mogłem się do Niego dorwać i poruszyć sprawę więzionych bez wyroku ludzi. Dobrze, że już nie ma tam mongolskich zwyczajów posłańca przynoszącego złe wieści ścinać.
    No cóż, mój pociotek, niestety jestem z Prezydentem spowinowacony, miał już dwa twa tygodnie na ruszenie sprawy i nic nie zrobił. A ja nie zapominam i ruszam kogo się da, by doprowadzić do zwolnienia niesłusznie więzionych.
    Ba, obliczyłem, że jeśli połowa więzionych bez wyroku jest niewinna, to utrzymywanie ich w więzieniach kosztuje skarb państwa, czyli obywateli RP, co najmniej 66 milionów złotych.

    Komorowski a Wałęsa
    W tygodniku "Gazeta Polska" było porównanie obu tych prezydentów. Pan Piotr Gociek doszedł do wniosku, że kuzyn Bronek ma wszystkie wady Lecha, a brakuje mu jego zalet.

    Gagatki
    Ostatnio "Gazeta Warszawska" podała listę głównych postaci polskich mediów. Okazuje się, że to praktycznie same dzieci i wnuki czołowych komuchów.
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 29 czerwiec 2012 17:45

Z Ost Frontu: GONIEC nr 26

Napisane przez

Zapomniani obrońcy
pruszynskiBędąc nad morzem, w bibliotece znalazłem książkę o Westerplatte. Przejrzałem ją dość dokładnie i nie zauważyłem nawet wzmianki, że wśród obrońców było ponad 50 prawosławnych Białorusinów spod Nowogródka, bo właśnie żołnierzy z Kresów brano do załogi Westerplatte, by uniknąć przedostania się tam agentów niemieckich.

Z kalendarza
Rozwalił się mi kalendarz i poszukując nowego, znalazłem wydany przez Wydawnictwo Diecezjalne w Sandomierzu, gdzie było moc cytatów Ojca Świętego. Oto jeden: Trzeba, byście się modlili w różnych miejscach i na różne sposoby. Sprawą kluczową jest, aby każdy człowiek się modlił, aby nie oddalał się od modlitwy, aby nie pozwolił nigdy zwyciężać się przez pokusę niemodlenia się, przez lenistwo duchowe, aby powrócił do modlitwy, także za cenę najwyższych wysiłków.

Z Juraty
Pogoda w kratkę, ale w niedzielę mieliśmy urozmaicenie na wieczornej mszy. Pokazał się na niej pan prezydent ze swą nie tak chudą żoną. Cicho wprowadzony przez proboszcza, zasiadł z nią w ławce, nawet nieotoczony borowcami. Rozpoczynając mszę, ksiądz przywitał przybyłą parę i podobnie podziękował na zakończenie mszy i zaprosił gości na doroczne święto parafii pierwszego lipca. Prezydent dał jakiś datek na tacę i z żoną przyjęli komunię.
Nim prezydent i żona ruszyli z miejsca, moc ludzi wyszło do kruchty kościoła. Para prezydencka miała zaszczyt przywitać się z korespondentem "Gońca", który przypomniał Prezydentowi, że w Polsce bez wyroku siedzi tymczasowo tysiące ludzi i on właśnie powinien coś w tej sprawie zrobić. Potem przed kościołem z 50 osób otoczyło prezydenta i trochę z nim rozmawiało. Świadczy to, że prezydent wcale nie jest taki popularny w kraju.
Następnego dnia zadzwoniłem do ciotki prezydenta i ponowiłem prośbę, by mu przypomniała, że bez wyroków w Polsce siedzi kilkanaście tysięcy ludzi. Dowiedziałem się jednak, że prezydent nie lubi informacji przekazywanych mu przez rodzinę. Czyli nie jest zbyt mądry, bo właśnie niezależne informacje są dla rządzących bardzo cenne. Trudno.

Tamte czasy (dokończenie)
Nadszedł styczeń i złe wieści z Polski. Na szczęście, nie wywożono rodaków na Sybir, ale moc ich siedzi w więzieniach.
Przed 13 stycznia Marek Gołdyn, ówczesny fotograf mego pisma "Słowo-Solidarność", wyszedł z cenną inicjatywą, by 13. każdego miesiąca robić pod konsulatem demonstrację. Pierwsza nie była zbyt udana, ale z biegiem czasu po kilkuset rodaków tam przybywało. Może to nie było wiele, ale w każdym razie komuchów w konsulacie nie bawiło.
Jeżeli wiem, to z tych, co aktywnie popierali "Solidarność", tylko Leszek Prusiński dostał jakiś order. Inni nie; ba, w Polonii też nie wszyscy byli cacy. Pana Jacka Adolfa, redaktora "Związkowca", organu Związku Polaków w Kanadzie, ówcześnie największego pisma będącego półtygodnikiem, wyrzucono z pracy. Zaoferowano jego stanowisko Grażynie Farmus, która tam przeszła z mego pisma kilka miesięcy przedtem, ale ona odmówiła i otworzyli nowe pismo "Echo", które podobnie jak ja popierało opozycję w Polsce.
***
Donosiliśmy, że Andrzej Poczobut, przewodniczący Rady Związku Polaków Białorusi, siedzi. Ma mieć w przyszłym tygodniu proces. Warto mu pomóc. Sugeruję, by czytelnicy posyłali mu pozdrowienia na adres jego e-mailu – administracja prezydenta doskonale będzie wiedziała, ile dostał pozdrowień. Adres Andrzeja Poczobuta: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..">Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript..
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Polska