Goniec

Register Login

Felieton of the week

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

ostojan„Źle się dzieje 

w państwie duńskim” 

– Hamlet.

        Dzieje się obecnie w polityce „okołopolskiej”, oj, dzieje się! Dobrze to czy źle, rozważmy, bo to jest pytanie. Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Każdy medal ma wszak dwie strony. 

        Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda nie najlepiej. Otaczają nas nieżyczliwe państwa, których media przede wszystkim, ale i niektórzy politycy, okazują nam swoje nieprzyjazne wobec nas stanowisko. Nasza, pożal się Panie Boże, totalna opozycja (opozycyjka?) aż piszczy z uciechy i podskakuje! Polska ma wokół samych wrogów! Co ten PiS przez dwa lata narobił?! A przecież kiedy rządził „Rudy” i jego kamaryla, to od lewa do prawa, od wschodu do zachodu mieliśmy samych oddanych przyjaciół! Były szczere uśmiechy, uściski z Putinem, wspólne spacerki, pełna zgoda i współdziałanie. A że w całości na warunkach rosyjskich i pod ich dyktando? Potraktowanie tragedii smoleńskiej przez Rosjan pokazało, że o żadnym równoprawnym partnerstwie nie może być mowy. Ale była „przyjaźń i dobre stosunki”, które PiS śmiał popsuć! A umowy Pawlaka na rosyjskie dostawy gazu? Cymes! 

 Nie inaczej też było na Zachodzie. Niemcom nie sprawialiśmy kłopotów. Media nasze w rękach Axel-Springer? Proszę bardzo. Gazociąg z Rosji z pominięciem Polski OK, choć odcinający port w Szczecinie (zanurzenie statków). Upadek polskich stoczni, bo to konkurencja dla niemieckich. Obce koncerny, banki nad Wisłą. Jak można takiej Polski nie lubić? A tu od dwóch lat kraj nasz skutecznie odzyskuje swoją podmiotowość. To powoduje groźne pomruki też ze strony UE. A czyja to tuba – wiadomo! Nieloty – caracale z Francji nie przeszły. Oburzenie Paryża. Czy wrogość do Polski to coś nowego? Nie, to tylko wyraz zaskoczenia, że chcemy mieć swoje zdanie. Nie będziemy dalej wasalami poklepywanymi protekcjonalnie po plecach jako nagroda za dobre sprawowanie. 

        Każde państwo pilnuje swoich interesów, ale twierdzenie opozycji, że narobiliśmy sobie wrogów, to przesada. Że sąsiedzi nie lubią PiS-u, to prawda, ale przecież nigdy go, jako niedającego się podporządkować, nie lubili. Darcie szat przez opozycję to ciągle ta sama fałszywa, antypolska melodia przegranych targowiczan, lejących krokodyle łzy nie nad Polską, ale raczej nad swoją nieudolną nikczemnością. Dziwi tu raczej, że niektórzy prawicowi publicyści trochę się pogubili, sugerując, jakie to, na skutek twardej teraz postawy, Polska może ponieść straty. Może, ale czy poniesie? Oto jest pytanie. Biznes is biznes – jesteśmy zbyt dużym europejskim krajem, aby sobie tak można było pogrywać. Nie z nami takie numery! Z mocnym trzeba się liczyć bardziej niż z zawsze uległym. Nie stajemy zresztą do konkursu na miłych i ustępliwych. Jeżeli tu tracimy parę punktów, to zyskamy na respekcie, który się nam należy. Co, może nie?

***

        (...) Kto nie może się pogodzić z istnieniem samorządnej Polski niepoddającej się wpływom – bo taka zawsze przeszkadza w ekspansji? To oczywiście Moskwa, Berlin oraz amerykańskie lobby finansowe, mocno popierane przez Żydów, m.in. George’a Sorosa. Silna Polska w sercu Europy krzyżuje interesy tych do nas wrogo, nie od dzisiaj, nastawionych graczy. A silna Polska to dziś właśnie jedynie Polska PiS-u i zjednoczonej, świadomej swojej roli patriotycznej prawicy. Przy okazji to też „bicz Boży” na lewaków. Nic dziwnego, że szukają oni jakichkolwiek argumentów (bardziej użyteczny jest oklepany zarzut antysemityzmu), prawdziwych czy wydumanych, aby kraj nasz politycznie dezawuować i osłabiać. Media są wszędzie prawie zdecydowanie lewackie, więc trąbią na alarm o rzekomym braku demokracji w Polsce. Kto chce, niech wierzy, albo przynajmniej cynicznie udaje obrońcę „wartości europejskich”. Cokolwiek by to znaczyło i jakie by one były. To naprawdę jest zaś po prostu brutalna gra interesów, dla ośrodków bardzo przecież różnych. Nie ulega wątpliwości, że ktoś tę kampanię przeciwko Polsce też dyskretnie dotuje. Bo wbrew pozorom naszym przeciwnikom wszak nie o ideały – na które się powołują – chodzi. 

        W tych cynicznych i zdradzieckich przepychankach jest pewien nieoczekiwany rys humorystyczny. Zwolennicy tego, co było, sądzili, że media to będą na zawsze ich zabawki. A nagle ktoś inny wszedł do piaskownicy! Wołają o demokrację – to ją mają! I niech teraz nie płaczą. Prawica popiera pluralizm, bo to pozwala obiektywniej oceniać sytuację. Unikać samozadowolenia PO/PSL. „To be or not to be” – być albo nie być – twardym (ale uczciwym) graczem na międzynarodowej arenie – bo Moskwa, Berlin, Paryż, a nawet ta „bezstronna” Unia Europejska – są zainteresowane utrzymaniem Polski w zależności gospodarczej i politycznej. Rosja szczególnie chce wygrywać swoje, jak zawsze imperialne interesy, którym służą dobrze rozdźwięki w UE. Chętnie więc macza ręce w Brexit, Katalonię, udzielając też po cichu finansowego poparcia np. Ruchowi Autonomii Śląska.

        Notabene RAŚ był pieszczony czule przez PO/PSL. Co ma do tego rozdmuchiwanie przez TVN tego „pikniku” w lasku śląskim z okazji urodzin Hitlera? Data tej publikacji, jak i data obchodów „Heil Hitler” do niczego nie pasowały. Skąd przyszedł rozkaz, aby to – ni przypiął, ni wypiął – puścić w lutym, skoro TVN dysponowała tym materiałem od miesięcy? Że przyszedł rozkaz, nie ulega wątpliwości, ale z Zachodu, czy też bliskiego – lub „dalekiego” izraelskiego Wschodu? 

        Mamy klasyczny syndrom oblężonej twierdzy, bo wzmocniony poczuciem, że wewnątrz murów kryją się zdrajcy, którzy gdyby nie to, że mają za krótkie rączki, otworzyliby wrogom bramy. Spodziewając się of course nagrody. Gdyby byli mądrzy (a nie są), to przynajmniej nie z takim rozgłosem by działali. Paradoks – chcą szkodzić, pomagają w zwieraniu szeregów obrońców. Wróg jawny jest mniej niebezpieczny od utajnionego, sprytniejszego. Ale to nie oni, skamlący pod niebiosa zbyt głośno i otwarcie.

***

        Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem PiS. Nie widzę żadnej przyczyny, dla której miałbym popierać nieudaczników, którzy już sobie przez osiem lat – olaboga – porządzili („tak, popełnialiśmy błędy”). Niemniej jednak chociaż uważa się, na ten przykład, że bracia Kaczyńscy to jedno, ja wyżej cenię Jarosława. Śp. Lech zasługuje też na uznanie, ale chyba w swojej politycznej działalności popełnił błędy. Oczywiście jesteśmy o dekady mądrzejsi i łatwo pewne sprawy obecnie krytykować. No bo kto wtedy wiedział? Dobry polityk musi jednak umieć lepiej przewidywać. Lech Kaczyński brał udział w obradach z „komuną” w Magdalence. Taż jest uznawana za porażkę spowodowaną nadmiernymi ustępstwami na rzecz Wojtka i Czesia – kacyków, których fotele mocno się już chwiały. Oni o tym wiedzieli, udając tylko, że mają mocną kartę – jak w pokerze. Na diabła potrzebny był nam prezydent Jaruzelski? Wróg własnego narodu. Chociaż z drugiej strony – czy Wałęsa grający w ping-ponga z Wachowskim zwanym kapciowym – byłby lepszy? Okazało się wkrótce, że chyba też nie. Na Lecha Kaczyńskiego było jeszcze niestety za wcześnie. W Magdalence władzą podzielili się „moskwiczanie” z tą częścią opozycji, która bała się zbyt radykalnych zmian. A może ich też nie chciała. Mazowiecki, katolik, przez lata dobrze współpracował z władzami PRL (np. proces biskupa kieleckiego). Geremek to stary PZPR-owiec wysokiego niegdyś szczebla. Znalazł się w opozycji nie dlatego, że zmienił poglądy, ale dlatego, że jako Żyda, go z partii pogoniono. O Wałęsie jako współpracowniku UB mówili Gwiazda i Walentynowicz. A Kaczyński zbyt długo obdarzał go kredytem (bez pokrycia) zaufania. Potem już u władzy popierał też oligarchiczno-banderowską Ukrainę. Z drobniejszych spraw – wstrzymał ekshumację w Jedwabnem. A w wojnie propagandowej, dziś potwierdzenie ilu było zabitych Żydów i czy ewentualnie mieli kulki w głowach pozwoliłoby np. obniżyć pozycję na Zachodzie hochsztaplera Grossa i odebrać mu może polskie odznaczenie. Dawał się też śp. Lech Kaczyński ogrywać politycznie mistrzowi intryg (bo nic innego nie robił) Tuskowi. To miało swój tragiczny finał. Może uda się tego mistrza pustosłowia i intryganta pociągnąć kiedyś do odpowiedzialności? 

        Brat Jarosław jest chyba bardziej wyważony, mniej spontaniczny. O ile „postkomuna” PRL grała w pokera i wygrywała, choć asów w rękawie nie miała, tylko same blotki, to Prezes rozgrywa Tuska i innych z namysłem, raczej jak partię szachów. W nich trzeba czasem poświęcić ważną figurę (Macierewicz?) czy cofnąć się do defensywy (UE) i wzmocnić się przez przegrupowanie sił. Tego chyba nie rozumieją niestety mniej zdolni także prawicowi politycy. Głupotą była demonstracja narodowców pod Pałacem Prezydenckim: „Zdejm myckę”! Nie dopuszczono, na szczęście, do demonstracji pod ambasadą Izraela – a żydostwo i lewactwo tylko na to czekało! W Izraelu owszem, demonstrowano. Proszę! U nas nie ma antysemityzmu, a u was jest antypolonizm! Bo w demonstracji w Tel Awiwie używano głupio terminu „polskie obozy koncentracyjne” – czemu zaprzeczyła Angela Merkel. Skoro to jest nieprawdą (a kto rozsądny zaprzeczy?), to może co najmniej inne naciągane, jeśli nie kłamliwe są te żydowskie „prawdy”? Może to też łgarstwa?

***

        Zjełczał KOD, pogrążył go nie tylko Kijowski. O wojskowym trepie Mazgule też nie słychać. TVN się pieni, ale przekonuje tylko swoich i tak niewzruszenie zapiekle przekonanych. Z czarnych cipek, parasolek i wieszaków, w Internecie sobie łobuziaki dworują. Cóż więc zostało skoro i UE, i Merkel, widząc opór, wymiękli? Ano jest: „Władek musisz!”. Ostatnia w tobie nadzieja!!! Może to korzystny dla prawicy „męczennik” za sprawę? Stawia się ponad prawem i bredzi. Dostał prztyczka tylko, a za szarpanie się z policją powinien dostać okrągły mandacik. Jest przedsiębiorcą przewozowym. Ma z czego zapłacić. A czy się sam nie przewiezie na swojej bliskiej bruku i fikającej nogami nowej formie demonstracji ulicznych – w tym znacznie gorszym od stanu wojennego faszystowskim ustrojstwie – zobaczymy. Na razie się wygłupia. „Władek, czy musisz pajacować?” Sięgnąłeś bruku i kopiesz policyjne barierki. Na czworakach do władzy? Wieczny z ciebie opozycjonista. Są tacy. Nie, bo nie! Może nadaje się na kolejną ikonę tej chorej formacji? Kijowski miał chyba nieodpowiednie nazwisko. Kojarzył się z majdanem. Niektórzy myśleli nawet, że tak ma na imię. Gdyby nazywał się Brukselski, to byłaby inna sprawa. Mazguła też się jakoś tak z niezgułą kojarzy. Jagielski już zapuszkowany. A Frasyniuk jest tylko „zafrasowany”, że PiS zgubi Polskę. Choć tak naprawdę to gubi opozycję, która już całkiem znika za zakrętem. W kurzu...

***

        Kolejna miesięcznica tragedii smoleńskiej. Grupka frustratów, idiotów, pomyleńców, nieudaczników i zdrajców (niepotrzebne skreślić – ale chyba skreślać nie potrzeba?) pokrzykiwała: „Hańba, hańba!”. Przepraszam, że zapytam z głupia frant – gdzie ta hańba? Czy hańbą było, że zginęli? A może hańbą jest, iż patrioci polscy (a nie brukselscy), w tym rodziny, modlą się za ich dusze? Najbliżej hańby były bezwstydne intrygi polityczne Tuska i Komorowskiego. Rozdzielenie wizyty w Katyniu. Rozgrywka polskiego premiera z prezydentem przy pomocy Putina. Ale może to określenie po prostu najlepiej pasuje do tej nikczemnej grupki? To dobra nazwa dla nich! To ci, co sikali na znicze i układali puszki zimnego Lecha. Zboczeńcy są wśród nas. Ot, taki społeczny margines. Już nie wymachują konstytucją? A gdzie biełyje rozy? To wy jesteście hańbą postmagdalenkowej wypierdki?

***

        Reasumując – niech się patologiczna opozycja nie cieszy (?), że Polskę otaczają wrogie państwa. I to na skutek twardej, patriotycznej polityki PiS-u. „W polityce niet sentimentow” powiedział największy morderca w dziejach ludzkości – Stalin. I w tym ustępie miał rację. Wszyscy nasi sąsiedzi, gdyby mogli, toby Polskę rozdarli i wdeptali w ziemię. W 1939 roku, kiedy bracia Kaczyńscy jeszcze się nie bawili na Żoliborzu w piaskownicy, a nawet się jeszcze nie urodzili, Niemcy zabrali sobie dzięki kunktatorstwu Anglii i Francji – polskie ziemie aż do Bugu. Od tej rzeki na wschód „wyzwalali” nas czerwonoarmiści. Litwa zajęła Wileńszczyznę. Także Słowacja (!) poczuła imperialistyczne ciągotki i zagarnęła kilka przygranicznych polskich wiosek. Nawet tak oficjalnie sojusznicza Rumunia internowała polskie władze. Minister Beck zmarł tam w 1944 roku! Bo bali się Niemców. A dupę i tak skroili im Ruscy i z ich nadania mieli długo Ceausescu. Jedynie Węgry zachowały się wśród tych „przyjaciół” przyzwoicie. Polak, Węgier dwa bratanki. Żaden rząd, ani ich, ani nasz, nie może zresztą ustawić się przeciw bratankom, bo straciłby ładnych parę procent wyborców. Ale reszta? Ma określony, stały stosunek do Polski, a tylko czasem bardziej go ujawnia. Podlizywanie się tuskoludków nie pomoże. Tu potrzebna jest siła, którą PiS zapewnia.

        W 1944 roku węgierska armia wycofała się z Rosji. Byli sojusznikami Niemców w walce z bolszewizmem. Niemcy zaproponowali im, aby pomogli stłumić Powstanie Warszawskie, tak jak robili to własowcy i Ukraińcy Dirlewangera. Tę propozycję nie tylko Węgrzy odrzucili, ale jeszcze po cichu dostarczyli powstańcom sporo broni (jak poprzednio w 1920 roku). Przyjaciół poznaje się w biedzie. A wrogowie wtedy zrzucają maski. Więc niech patologiczna opozycja nie franzoli, że nagle „przyjaciele” na skutek polityki prawicy stali się nam niechętni. Zawsze tacy byli. A targowiczanie robią, co mogą, żeby tę niechęć podsycać. Dziwi mnie osobiście zajadłość, z jaką przeciwnicy obecnych, legalnie wybranych władz starają się z nimi walczyć na wszystkie możliwe sposoby. Władza przez, zdawałoby się, rozsądnych obywateli traktowana jest jak jacyś uzurpatorzy, najeźdźcy, dyktatura, „faszyści” itp. A przecież prawica chce dobra dla Polski. Nie tylko chce, ale skutecznie te dobre chęci realizuje. Przecież po dwóch latach są widoczne pozytywne rezultaty. Odnoszę to do przeciętnych, uczciwych obywateli, którzy nic nie stracili po roku 2015. Dotyczy to wielu prominentnych przedstawicieli tzw. elit. Czy np. publicystom ktoś zabrania mówić i pisać, wyrażać poglądy? Czy aktorzy nie mogą grać? Mniej zarabiającym, wielodzietnym rodzinom poziom życia się wyraźnie poprawił. To spory odsetek wspólnego społeczeństwa. Czy nie powinniśmy się z tego solidarnie cieszyć? Chyba że samozwańcze elity intelektualne, kulturalne (?), mają jakieś „klasowe” uprzedzenia w stosunku do tych, co obecnie mogą sobie pozwolić np. na wakacje nad morzem ze swoimi dziećmi. Nie powinni mieć takich możliwości? Bo srają Młynarskiej po wydmach? Feudalizm dawno odszedł. Przeciwnicy dobrej naprawdę zmiany wymachują konstytucją, a tam jest zapisana równość wszystkich nie tylko wobec prawa. Trzeba być przecież idiotą, żeby twierdzić, iż teraz jest gorzej niż w stanie wojennym (Frasyniuk)! Że to jest piramidalna bzdura, nikogo mającego trochę oleju w głowie, przekonywać nie trzeba. Chcieliby władzy ci pomyleńcy, po co? Żeby nas do tych poprzednich, podobnych do stanu wojennego, a więc lepszych warunków doprowadzić??? Trudno takich ludzi brać poważnie. A jednak znajdują poparcie, i to wśród wielu tych, którym żyje się dużo lepiej niż choćby osiem lat temu. A ciągle chcą, żeby było, jak było. Jak daleko wstecz?

        Ja ich nie rozumiem. I podkreślam, że to często ludzie znani mi bardzo dobrze od lat, uczciwi i, wydawałoby się, rozsądni. Nie należeli do PZPR, nie byli kapusiami, nie zajmowali wysokich stanowisk z nadania „pomagdalenkowego”, żadnych teraz powszechnie (nareszcie) rozliczanych afer na sumieniu też nie mają. Zaprawdę pojąć to trudno. I przecież źle Polsce jednak chyba nie życzą, a trzymają z tymi, którzy wszystko robią – od wewnątrz i na zewnątrz – żeby krajowi zaszkodzić. Tych rozumiem. Oni po prostu chcą z powrotem do koryta za każdą cenę. Ci szalbierze umieją mącić w głowach porządnym, ale rozbrajająco naiwnym ludziom.

***

        Wygłupy (na zamówienie) Ślązaków wskrzesicieli kultu Hitlera przypomniały mi historię jednego z kilku, też nieudanego, zamachów na Fuehrera III Rzeszy. Onże wielbiony przez durniów w lasku pod Wodzisławiem Śląskim, znienawidzony był przez licznych oficerów Wehrmachtu, którzy widzieli, że przez swoje dyletanctwo (a uważał się za genialnego stratega!) doprowadzi do przegrania już prawie wygranej przez Niemiec wojny. Hitler wizytował front wschodni (żeby tam zamieszać wbrew podstawowym zasadom strategii). Cóż, był tyko kapralem, a równocześnie wodzem naczelnym najpotężniejszej wówczas armii świata. Grupa generałów powiedziała – po niemiecku – enough is enough! Przygotowano dwie (dla pewności) bomby. Ukryto je w butelkach po koniaku. Hitler wracał samolotem. Jeden z generałów (front wschodni) poprosił pilota, aby zabrał te dwa „koniaki” dla jego przyjaciela, innego generała w Berlinie. Wybuch miał nastąpić w powietrzu nad rosyjskimi rozległymi stepami. Przyczynę katastrofy trudno by było ustalić. Może ruski ostrzał? Bomby jednak, choć dwie, zawiodły – niemiecka fuszerka, i samolot spokojnie (ze zrelaksowanym Hitlerem, bo „pomógł” armii) wylądował w Berlinie. Można sobie wyobrazić minę tego odbiorcy generała, który tę przesyłkę dla niego odbierał! Wiedział bowiem doskonale, co to za „koniaki”. Nigdy nie spodziewał się, że mogą mu być one rzeczywiście dostarczone. Bomby się jakoś znarowiły i „figlewki” w samolocie nie wybuchły. Ale stać się to mogło w każdej chwili! A musiał je odebrać spokojnie i z uśmiechem podziękować. Jak potoczyłaby się historia wojny bez dyletanckich zagrań Adolfa, trudno powiedzieć. Pokój z zachodnimi aliantami i kontynuowanie wojny z ZSRS? Wydaje się, że nie wyszlibyśmy na tym najlepiej. Ale że odbiorca przesyłki miał duszę na ramieniu, to pewne. Trudno, czytając o tym, się nie uśmiechnąć. Gestapo by sprawdziło, od kogo „koniaki” pochodziły. Byłyby czystki!

Ostojan

Toronto, luty 2018

        PS Zamiast żartu, którym lubię kończyć, historyjka autentyczna, też trochę do śmiechu. Oto czarnoskóra amerykańska dziennikarka i pisarka Rebecca Caroll, publicystka m.in. „Guardiana”, publicznie oskarżyła o rasizm gwiazdę amerykańskiego dziennikarstwa Charliego Rose’a, bo ten miał się dopuszczać molestowania seksualnego wyłącznie na białych kobietach. „Wiele moich koleżanek z pracy było napastowanych. Charlie pozwalał sobie na obłapianki i zastraszanie. Co ciekawe, żerował wyłącznie na białych kobietach, nigdy nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Traktował jak egzotyczną anomalię”. Choć Caroll podkreśliła, że nigdy nie chciałaby być molestowana, to jednocześnie uznała, iż brak zainteresowania jej osobą to przejaw ksenofobii. Może to molestowanie sąd jeszcze by przełknął – ale rasizm?!

        Czy Patrick Brown, który w tym temacie zyskał bezcenną dla polityka rozpoznawalność, ba, popularność (a nie miał jej) – nie ma sobie nic do zarzucenia? Choć brown, jednak biały szowinista. Może powinien znaleźć jakąś młodą hebanową (ale cheba pełnoletnią?) piękność chętną do udziału w tym multikulti.


Dalsza część artykułu dostępna po wykupieniu subskrypcji. Kup tutaj!

Zaloguj się by skomentować