Goniec

Register Login

Stanisław Michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz

Artykuły, felietony, komentarze, aktualności.

czwartek, 13 grudzień 2018 18:19

Odliczanie przed ostateczną katastrofą

Napisane przez

michalkiewiczTadeusz Boy-Żeleński pisał, że do Polski docierają, a właściwie nie tyle „docierają”, co zostają w naszym kraju przekształcane jak nie w farsę, to w sielankę, nawet największe dramaty. Taka na przykład rewolucja francuska w Polsce przekształciła się we fraszki pozbawionego złudzeń księdza biskupa Ignacego Krasickiego i Uniwersał Połaniecki Naczelnika Kościuszki – a demoniczość pojawiła się dopiero za sprawą Austriaków w osobie Jakuba Szeli.

czwartek, 06 grudzień 2018 10:01

16 mandatów poselskich dla Polonii

Napisane przez

michalkiewicz        Wypowiedź Stanisława Michalkiewicza podczas konferencji „Polonia a Państwo Polskie. Przyszłość i nadzieje”, która odbyła się w Warszawie 12 listopada 2018 roku 

        Dobry Wieczór Państwu nazywam się Stanisław Michalkiewicz. Będę miał zaszczyt przedstawić Państwu wypowiedź pt. Reprezentacja polityczna Polonii w Polsce.

        Zacznę od takiej anegdotki zresztą prawdziwej. W 1940 roku przyjechał do Berlina minister Mołotow na rozmowy z ministrem Ribbentropem no i minister Ribbentrop przekonywał Mołotowa, że właściwie Anglia już jest rzucona na kolana i jest to tylko kwestia czasu, kiedy skapituluje. Mołotow tam się z nim specjalnie nie spierał, ale w trakcie tych rozmów zawyły syreny obrony przeciwlotniczej i musieli zejść do schronu.

Kiedy schodzili do tego schronu Ribbentrop nadal przekonywał ministra Mołotowa, że Anglia jest już rzucona na kolana, a ten mu wtedy odpowiedział, to dlaczego siedzimy w schronie? 

        Nawiązuję do tego wydarzenia, dlatego że dlaczego my tutaj siedzimy, a nie w Sejmie, tak jak było to pierwotnie zaplanowane? Odpowiedź jest taka, że władze decydujące o tym gdzie ta konferencja ma się odbyć nie pozwoliły na to, żeby odbyła się na terenie Sejmu, tylko musimy korzystać z uprzejmości Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. 

        A dlaczego tak jest? 

        Dlatego, że Polonia nie potrafi wykorzystać politycznie potencjału, jakim dysponuje. Dysponuje dużym potencjałem, ale nie potrafi wykorzystać tego politycznie i ja tu chciałbym przedstawić sposób, w jaki ten potencjał można by politycznie wykorzystać. 

        Oroszę państwa zanim przejdę do szczegółów, to najpierw taka uwaga natury ogólnej, otóż, jeżeli się chce politykować z kimkolwiek to trzeba mieć z góry przygotowane odpowiedzi na dwa pytania, pierwszą odpowiedź na pytanie, co mi dasz, jak ci to zrobię, a drugą odpowiedź, co mi zrobisz, jak ci tego nie dam. Między tymi dwiema odpowiedziami jest ogromna przestrzeń na uprawianie polityki. Ale te odpowiedzi na te dwa pytania trzeba mieć z góry przygotowaną. Czy Polonia ma przygotowane odpowiedzi na te pytania? Obawiam się, że nie ma. Dlatego, że nie potrafi wykorzystać swojego potencjału, którym dysponuje. Dlatego nic nie może zrobić, jak czegoś nie dostanie. To nic, nikomu nie może zrobić i dlatego też nikt jej niczego nie daje, za to że coś tam nawet i robi.

        Proszę Państwa, w tej chwili mamy taką zapowiedź wielkoduszną, że jak dobrze pójdzie, to Polonia będzie miała dwóch senatorów. Proszę Państwa, Senat jest wprawdzie drugą izbą parlamentu, ale cała władza skupiona jest w Sejmie, dlatego że mamy system polityczny parlamentarno-gabinetowy, który między innymi polega na tym, że poza stanowiskiem prezydenta, które pochodzi z powszechnego głosowania wszystkie inne organy państwowe, albo bezpośrednio, albo pośrednio pochodzą od Sejmu. 

        Jaki z tego wniosek? Ano taki, że kto kontroluje Sejm, ten kontroluje całe państwo. Nie Senat! A tym bardziej, że 2 senatorów nawet gdyby chciało kontrolować Senat to po prostu jest to niemożliwość pierwotna i obiektywna. 

        I teraz przechodzę do szczegółów. 

        Państwo nie dość energicznie, albo nawet wcale nie dopominacie się, żeby władze państwa polskiego, władze Rzeczpospolitej Polskiej zaprzestały dyskryminacji prawnej obywateli polskich mieszkających zagranicą.

        Ponieważ Konstytucja nie uzależnia zakresu praw obywatelskich i politycznych od miejsca zamieszkania, obywatel Polski może mieszkać gdzie tylko mu się podoba, nawet na Marsie, ale to nie wpływa zupełnie na zakres jego praw politycznych i obywatelskich. Tymczasem mamy taką sytuację, że obywatele polscy mieszkający za granicą muszą głosować na kandydatów do Sejmu zgłoszonych przez kogoś innego w okręgu wyborczym Warszawa-Śródmieście. Natomiast sami nie mogą żadnych kandydatów wysuwać. To jest dyskryminacja prawna i w dodatku nieuzasadniona prawnie; to się odbywa prawym kaduka.        

        W przyszłym roku odbywają się w Polsce wybory parlamentarne. Jest jeszcze trochę czasu, żeby dokonać stosownej zmiany ordynacji wyborczej do Sejmu, która by właśnie tę dyskryminację prawną likwidowała. 

        W jaki sposób? 

        Ano w taki, żeby obywatele polscy mieszkający zagranicą mogli wysuwać własnych kandydatów w wyborach do Sejmu. Od razu rodzi się pytanie, no dobrze, ale w którym okręgu wyborczym? Musicie na to pytanie mieć przygotowaną odpowiedź, gdybyście państwo rozmawiali  z przedstawicielami władz państwowych. Otóż, propozycja moja zmierza do tego, żeby okręgiem wyborczym był kontynent, na którym obywatele polscy mieszkają. Ameryka Północna - jeden okręg wyborczy, Ameryka Południowa - drugi okręg wyborczy, Europa trzeci i Australia z Azją no to Europa z Afryką. W Afryce takiej Polonii dużej nie ma, poza RPA. 

        Proszę państwa, mówię cały czas o obywatelach polskich mieszkających zagranicą. Bo ci Polacy, którzy nie mają obywatelstwa polskiego nie uczestniczą w suwerenności państwowej. Bo artykuł 4. konstytucji stanowi, że suwerenem, zwierzchnia władza należy do narodu, a naród tworzą obywatele Rzeczpospolitej. Każdy obywatel Rzeczpospolitej ma zatem udział w suwerenności i nie może być przez żadną władzę tego udziału pozbawiony, chyba że zostanie skazany za przestępstwo i dodatkową sankcją będzie utrata praw publicznych. No to wtedy tak, ale poza takim wypadkiem nie ma żadnego powodu i żadnej podstawy prawnej, żeby obywatelowi polskiemu, bez względu na to gdzie mieszka te uprawnienia polityczne ograniczać albo w ogóle zlikwidować. 

        W każdym okręgu wyborczym obywatele polscy mieszkający za granicą mogliby wybierać 4 posłów. W sumie byłoby to o 16 posłów. Dlaczego 16 posłów? Wynika to z regulaminu sejmowego, według którego, żeby stworzyć klub poselski trzeba co najmniej 15 posłów. Dlaczego przedstawicielom, posłom polonijnym, potrzebny by był klub poselski? 

        Dlatego, że przewodniczący, albo wiceprzewodniczący klubu poselskiego uczestniczy w Konwencie Seniorów, który przygotowuje plan prac legislacyjnych Sejmu. To jest bardzo ważne gremium, w którym trzeba by uczestniczyć. 

        16 posłów nie byłoby w stanie przeprowadzić w Polsce żadnej rewolucji. No i dobrze. Nie byłoby w stanie przeforsować jakichś ustaw i to dobrze by tak było, dlatego że gdyby tych posłów było na przykład nie 16, tylko 160 to by mogli przegłosować jakąś ustawę, która by rodziła na przykład konsekwencje finansowe dla obywateli Polski mieszkających w kraju i to prowadziłoby do antagonizmów między obywatelami polskimi mieszkającymi w kraju i tymi mieszkającymi zagranicą; bo obywatele polscy w kraju powiedzieliby, no tak, to wy takie ustawy uchwalacie, ale podatki płacimy my tutaj, prawda? Więc to jest właśnie tak, żeby ci posłowie nie byli w stanie przeprowadzić jakiejś rewolucji legislacyjnej, natomiast 2 rzeczy mogliby załatwić, jeśliby oczywiście byli odpowiednimi ludźmi, no ale to państwo musielibyście o to zadbać. 

        Po pierwsze, załatwić to, żeby władze polskie przestały Polonię zagraniczną traktować instrumentalnie, co niestety ma miejsce. 

        Po drugie, że dlaczego w tej chwili na przykład tu siedzimy? Dlatego że państwo nie macie żadnego środka nacisku, bo nawet, jeśli z przedstawicielami Polonii przedstawiciele władz rozmawiają uprzejmie, to nic im państwo nie możecie zrobić, jak wam czegoś nie chcą dać. A to trzeba móc coś im zrobić, żeby dawali, nawet jak państwo im nie możecie zagrozić, to tym bardziej nie możecie wziąć. To nawet nie ma co o tym myśleć. I nie to jest nawet najważniejsze, no bo to jest ważne żebyście mieli wpływ polityczny ale nie to jest najważniejsze bo takim największym niedostatkiem Polonii - ja trochę jeździłem po różnych środowiskach polskich w różnych krajach więc wiem co mówię - jest dezintegracja polityczna środowisk polonijnych. Dezintegracja polityczna i taka zmiana ordynacji wyborczej stworzyłaby czy doprowadziłaby do stworzenia mechanizmu sprzyjającego politycznej integracji środowisk polonijnych. 

        Dlaczego? 

        Dlatego że takiego posła; takich posłów najpierw trzeba by było ich wybrać, to, że ordynacja wyborcza dawałaby taką możliwość, to tylko byłaby taka możliwość, ale państwo byście musieli tę możliwość zrealizować. Takich posłów trzeba by najpierw wysunąć ich kandydatury, a potem ich wybrać. To wymaga pewnego minimum organizacyjnego; bez tego się nie da takiego przedsięwzięcia przyprowadzić. 

        Więc sama ta konieczność wysunięcia kandydatury i wyboru posłów wymusiłaby na środowiskach polskich pewne minimum integracji politycznej, wokół jakiegoś jednego celu. Jednego, dlatego że więcej celów nie ma co sobie stawiać, bo to by było zbyt ambitne; to by prowadziło do podziałów i potępieńczych swarów. Jeden skromny cel, możliwy do osiągnięcia, w postaci wyboru 4 posłów. 

        Tutaj można się porozumieć, zwłaszcza w dobie Internetu, to nie ma żadnego problemu by w  ten sposób stworzyć mechanizm sprzyjający, nie gwarantujący, ale sprzyjający integracji politycznej środowisk polonijnych, bo ci posłowie którzy by zostali wybrani w ten sposób we własnym interesie by już dbali o to, żeby ta organizacja, której zawdzięczają wybór nie rozleciała im się następnego dnia po wyborze, bo chcieliby być wybrani jeszcze drugi raz. To są środki łagodne, które nikogo do niczego nie zmuszają, ale stwarzają pewną przestrzeń do skutecznego działania. Jak państwo wykorzystacie tę przestrzeń, no to już od państwa zależy zatem co trzeba, by było zrobić? 

        Trzeba by było przekonać - to będzie bardzo trudne zadanie - żeby 460 posłów ustąpiło z 16 mandatów dla środowisk polonijnych. To jest bardzo trudne. Ale trudne sprawy trzeba też próbować załatwiać; jeżeli uznamy, że takie przedsięwzięcia, które są potrzebne, i które leżą w granicach możliwości, że to nie ma sensu się za to brać, to po co się państwo tutaj zebrali? W jakim celu?! Żeby bić pianę? To nie ma sensu! 

        Gdybyście państwo weszli do Sejmu to pozycja organizacji polonijnych reprezentowanych przez takich parlamentarzystów byłaby znacznie silniejsza, dlatego że nie można by było nikogo zbyć obietnicami. Bo taki poseł jeden z drugim wielkiej władzy nie ma, ale na przykład, składa interpelacje i nawet najbardziej butny minister musi na nią odpowiedzieć. 

        Powiadam, pozycja społeczności polonijnej dzięki temu, by została wzmocniona, nie do tego stopnia żeby Polonia dyktowała rządowi co ma zrobić, tylko żeby rząd traktował ją poważniej niż do tej pory; żeby władze państwowe w Polsce traktowały środowiska polonijne poważniej niż do tej pory i tylko tyle. 

        To by była ta reprezentacja Polonii w Polsce, która by uruchomiła mechanizm tworzenia polskiego lobby politycznego w krajach, w których państwo zamieszkujecie i właśnie w ten sposób w ten sposób Polonia mogłaby Polsce oddać wielką przysługę. Gdyby była zdolna do utworzenia polskiego lobby politycznego w krajach swojego osiedlenie. 

        Podam przykład takiej skuteczności. Jest w Wielkiej Brytanii taka młodzieżowa organizacja polska, która się nazywa Patriae Fidelis, to są ludzie młodzi z różnych środowisk i wykształceni i zajmujący jakieś tam stanowiska ale są też tacy, którzy pracują w fabrykach czy są kierowcami, a nawet tacy, którzy pracują na zmywakach. Jedynym kryterium jest wiek i pewne poglądy - nazwijmy je - zachowawcze. Otóż, ta organizacja nie jest specjalnie liczna, ale ma swoje oddziały we wszystkich większych miejscowościach Zjednoczonego Królestwa i kiedy premier Cameron chcąc się podlizać tamtejszym nacjonalistom zaczął się nieprzychylnie wyrażać o Polakach, to ta organizacja zorganizowała demonstrację na Downing Street. A wykorzystując swoje kontakty z mediami brytyjskimi, nie polonijnymi tylko brytyjskimi, doprowadziła do tego, że ta demonstracja została nagłośniona w brytyjskich mediach, a żeby pójść za ciosem to proklamowali strajk polskich pracowników. Ale nie taki strajk że polscy pracownicy po prostu przestali pracować, lecz brali zwolnienia po to, żeby oddać krew dla brytyjskich szpitali. 

        Więc entuzjazm był nieopisany zabrakło tylko jednego słowa w komentarzach brytyjskiej prasy, że Polacy „znowu” oddają krew za Anglików, ale oczywiście, rezonans był bardzo pozytywny. Premier Cameron musiał zmienić ton. Więc 800 ludzi spowodowały niewielką, ale istotną z polskiego punktu widzenia zmianę polityki jednego ze mocarstw światowych. 800 ludzi. I to pokazuje jaki potencjał państwo macie, jeżeli oczywiście potraficie go wykorzystać. 

        A ja pozwoliłem sobie tutaj zaproponować - chociaż część państwa mi nie wierzy - że to jest możliwe, ale to już nic na to nie poradzę - zaproponować państwu sposób, w jaki to osiągnąć. Dziękuję bardzo.

Stanisław Michalkiewicz

środa, 05 grudzień 2018 17:08

Jak naprawić świat?

Napisane przez

michalkiewiczAjajajajajajaj! Panie Piperman, pan jeszcze tu? Pan jedź do Katowic, pan musisz walczyć z klimatem! - Tak mogłaby się zacząć kolejna rozmowa pana Pipermana z panem Biberglancem, kupcami, co to handlują, czym się da, a specjalnie takim towarem, co to ani nie da się wziąć w rękę, ani nie da się zważyć, ani nie da się zmierzyć, ani się nie psuje. To znaczy, dałby się zważyć, czy zmierzyć, gdyby komuś zachciało się to robić, ale nikomu się nie chce. Na przykład gazem – ale nie takim do palenia, czy trucia, tylko gazem cieplarnianym, co to robi straszliwe spustoszenie wśród ludzkości. Biją na alarm nie tylko mądrzy, roztropni i przyzwoici, co to rozpoznają się po zapachu, ale nawet pan redaktor Szymon Hołownia, który odkrył straszliwą prawdę, że co najmniej tyle samo dzieci pada ofiarą smogu, co aborcji. Ładny interes!

środa, 28 listopad 2018 15:05

Wojna i pokój

Napisane przez

michalkiewiczW dniach ostatnich (czyżby zbliżały się zapowiadane „dni ostatnie”?) ukraiński prezydent Piotr Poroszenko ogłosił stan wojenny – najpierw na całej Ukrainie, gdzie miał obowiązywać zakaz zgromadzeń i demonstracji, a także – ograniczenie poruszania się obywateli – ale Najwyższy Sowiet Ukrainy nabrał wątpliwości, czy wszystkie te obostrzenia są na pewno niezbędne – toteż prezydent Poroszenko znacznie złagodził pierwotną wersję swojego dekretu.
A przyczyną stanu wojennego był incydent w Cieśninie Kerczeńskiej, między Krymem, a półwyspem Kerczeńskim. Cieśnina ta łączy Morze Czarne z Morze Azowskim, nad którym Ukraina ma ważny port w Mariupolu. Żeby jednak z Morza Czarnego przepłynąć na Morze Azowskie, trzeba przejść przez Cieśninę Kerczeńską, którą Rosja, po zaanektowaniu Krymu w ramach rozbioru Ukrainy, uznała za swoje wody terytorialne. W rezultacie wszystkie statki i okręty przepływające przez tę cieśninę, muszą zawczasu zgłosić Rosji intencję przepłynięcia – i dotychczas również Ukraina to robiła. Tym razem jednak ukraińskie okręty i towarzyszący im holownik nie zapowiedziały się, a w każdym razie tak twierdzą Rosjanie, którzy w związku z tym ukraińskie okręty ostrzelali, a holownik – staranowali.

czwartek, 22 listopad 2018 00:51

W smole i pierzu

Napisane przez

michalkiewiczI znowu Polska, na oczach całego świata, została wytarzana w smole i pierzu – tym razem za sprawą przebierańców, tworzących Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu. Jak pamiętamy, Trybunał ten niedawno postanowił, że „zawiesza” polską ustawę o Sądzie Najwyższym, zaś sędziowie, którzy na mocy zawartych w niej przepisów, przeszli w stan spoczynku, ponieważ ukończyli 65 lat, mają powrócić do pracy. No i powrócili – a dodatkowej pikanterii temu powrotowi dodaje fakt, że jak jeden mąż odmówili oddania sowitych odpraw, jakie zostały im wypłacone właśnie z powodu przejścia w stan spoczynku. Jestem pewien, że jak będą ponownie przechodzili w stan spoczynku – esperons, że tym razem już wiecznego – to zażądają tych sutych odpraw jeszcze raz. Ale czort z nimi; każdy normalny człowiek powinien omijać te wszystkie niezawisłe sądy szerokim łukiem tym bardziej, że nie wiadomo ilu spośród niezawisłych sędziów jest konfidentami Urzędu Ochrony Państwa. Wojskowych Służb Informacyjnych, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Agencji Wywiadu, Służby Wywiadu Wojskowego, Służby Kontrwywiadu Wojskowego, Centralnego Biura Śledczego, Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Straży Granicznej czy Policji Skarbowej. Wszystkie te organizacje mają bowiem prawo prowadzenia działalności operacyjnej, a tej bez konfidentów prowadzić niepodobna. Poza tym, bezpieczniackie watahy,dzięki rozkradaniu mienia państwowego, utworzyły sobie w Polsce potężne imperium gospodarcze. W tej sytuacji konfidenci, pieczołowicie poupychani właśnie w niezawisłych sądach, są na wagę złota, bo dzięki nim każde łajdactwo ujdzie bezpieczniakom, a także ich „słupom” bezkarnie, nawet w sytuacji, gdyby konfidenci w policji, czy prokuraturze sfuszerowali sprawę. Wróćmy jednak do, drugiego już, wytarzania Polski w smole i pierzu. Po wspomnianym postanowieniu luksemburskiego Trybunału, rząd najwyraźniej musiał dojść do wniosku, że temu postanowieniu trzeba nadać jakiś pozór legalności i 21 listopada skierował do Sejmu ustawę nowelizującą ustawę o Sądzie Najwyższym, zgodną z nakazami Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Ustawa ta została uchwalona w ciągu trzech godzin, a pikanterii dodaje okoliczność, że jeszcze niedawno Umiłowani Przywódcy prezentowali szalenie buńczuczną postawę, że to niby nie oddadzą „ani guzika”. Okazało się że to tylko tromtadracka retoryka, jaką rząd „dobrej zmiany” osłania postępującą uległość wobec Niemiec, wykorzystujących do wywierania presji na Polskę instytucje Unii Europejskiej, z Komisją Europejską, kierowaną przez dwóch niemieckich owczarków: Jana Klaudiusza Junckera i Franciszka Timmermansa oraz Europejskim Trybunałem Sprawiedliwości na czele. Inaczej zresztą być nie może, skoro po „głębokiej rekonstrukcji rządu”, którą Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński zlecił na skutek dotkliwego osłabienia swojej pozycji politycznej wskutek felonii, jakiej dopuścił się wobec niego wystrugany przezeń z banana prezydent Andrzej Duda - nowy premier Mateusz Morawiecki i nowy minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, otrzymali zadanie „ocieplenia” stosunków z Unią Europejską. Rzecz w tym, że takiego „ocieplenia” można dokonać tylko w jeden sposób – słuchać we wszystkim Naszej Złotej Pani, która wyrozumiale pozwala na kamuflowanie tego posłuszeństwa tromtadracką retoryką. Nowelizacja ustawy o Sądzie Najwyższym przypada w momencie szczególnie dla PiS-u trudnym z powodu afery bankowej, którą zdetonował biznesmen z przeszłością Leszek Czarnecki, niedawno ujawniając nagraną w marcu rozmowę z przewodniczącym Komisji Nadzoru Finansowego panem Markiem Chrzanowskim, który miał złożyć mu korupcyjną propozycję, że jeśli w swoim banku zatrudni wskazanego przezeń prawnika z wynagrodzeniem 40 mln złotych, to KNF przestanie jego banki nękać rozmaitymi szykanami, kontrolami itp. Wprawdzie z kół rządowych płyną pełne niedowierzania okrzyki zaskoczenia, ale coś może być na rzeczy, bo NBP zaproponował panu Czarneckiemu „dokapitalizowanie” jego banku akurat w momencie, gdy miał on składać zeznania przed niezależną prokuraturą w Katowicach. Ciekawe, czy zeznawał z uwzględnieniem perspektywy „dokapitalizowania”, czy też bezmyślnie relacjonował, jak było naprawdę. Wydaje mi się jednak, że posądzanie pana Czarneckiego o bezmyślne zeznawanie byłoby niegrzeczne, więc wolę myśleć, że zeznawał rozsądnie, jak się należy, dzięki czemu wkrótce się okaże, że i wilk będzie syty i owca cała, a kto wie, czy nie wyjdzie na jaw również i to, że żadnej „afery bankowej” wcale „nie było”, na tej samej zasadzie, na jakiej „nie było” afery „hazardowej” w 2008 roku. Wiele zależy bowiem od tego, jakie zadanie dostały od Naszej Złotej Pani stare kiejkuty, to znaczy – czy w ramach wyznaczonego zadania Nasza Złota Pani pozostawiła im jednak jakiś margines dowolności, w ramach którego mogliby zadbać o nienaruszalność swego imperium gospodarczego w naszym nieszczęśliwym kraju. Bo trzeba nam wiedzieć, że wydarzenia zachodzące w naszym nieszczęśliwym kraju są efektem wydarzeń zachodzących na wyższej półce polityki. Jak wiadomo, pogarszają się stosunki Niemiec i Francji ze Stanami Zjednoczonymi. Wyrazem tego była m.in. deklaracja francuskiego prezydenta Emanuela Macrona, który konieczność utworzenia armii europejskiej uzasadnił potrzebą obrony Europy między innymi przed... Stanami Zjednoczonymi. Ludzie doświadczeni powiadają, że idioci mają jedną zaletę - że mianowicie są szczerzy – i być może tak jest rzeczywiście, bo już Nasza Złota Pani uzasadniała potrzebę utworzenia europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO trochę inaczej. Czy efektem szczerości prezydenta Macrona są narastające zamieszki we Francji – tego pewnie nigdy się nie dowiemy, bo CIA raczej utrzymuje swoje operacje w tajemnicy, a zresztą mniejsza z tym, bo z naszego, polskiego punktu widzenia ważniejsze jest to, że w miarę pogarszania się stosunków Francji i Niemiec ze Stanami Zjednoczonymi, siłą rzeczy umacnia się strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie. I właśnie to umocnienie natychmiast przełożyło się na sytuację w naszym nieszczęśliwym kraju, w którym za pół roku odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego, a za rok – do tubylczego Sejmu i Senatu. Zatem już teraz obserwujemy przygotowania do przetasowania politycznej sceny, zarówno w formach poważnych, jak i wywołujących niezamierzony, być może, efekt komiczny. Stronnictwo Pruskie zwarło szeregi ze Stronnictwem Ruskim, co objawiło się w postaci umowy koalicyjnej Platformy Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Z kolei pan Ryszard Petru utworzył nową partię pod nazwą „Teraz”, zgodnie z rzymską zasadą: „tres collegium faciunt”, co się wykłada, że trzy osoby tworzą już grupę. W przypadku partii „Teraz” jest to okoliczność niesłychanie korzystna, bo może się ona rozmnażać, jako że w jej skład, oprócz oczywiście pana Ryszarda, wchodzą dwie panie: pani Joanna Schmidt oraz moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus. Kto wie, czy nie z tego właśnie powodu pan Leszek Czarnecki opublikował swoje rewelacje akurat teraz – bo uderza to w ekipę „dobrej zmiany”, której trzon stanowi PiS, uważany przeze mnie za ekspozyturę Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego. A skoro już zatrąciliśmy o sprawy żydowskie, to wypada odnotować przypadek rażącej niewdzięczności ze strony Żydów wobec pana wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego. Niedawno użalił się on, że wobec PiS uprawiana jest propaganda podobna do tej, jaką Goebbles uprawiał wobec Żydów. Wywołało to stanowcze potępienie ze strony ambasady Izraela i żydowskiej loży B`nai B`rith, która zażądała jego dymisji, chociaż pan wicepremier Gliński nie pozwolił nikomu wyprzedzić się w hojności wobec Żydów, futrując ich pieniędzmi polskich podatników aż po dziurki w nosach. Wygląda zatem na to, że wszyscy ci, którzy liczą, że podlizywanie się Żydom uchroni ich przed zmarginalizowaniem w czasie nadchodzącej żydowskiej okupacji naszego nieszczęśliwego kraju, głęboko się mylą. Nikt nie zostanie oszczędzony. Dlatego też bezowocne może się okazać nadskakiwanie Żydom, a konkretnie – Radzie Chrześcijan i Żydów – przez ordynariusza lubelskiego JE abpa Stanisława Budzika i rektora KUL, ks. prof. Antoniego Dębińskiego, którzy „odcięli się” od ks. prof. Tadeusza Guza, ponieważ w swoim wykładzie powiedział, że mordów rytualnych nie da się wymazać z historii, bo zachowało się mnóstwo akt sądowych właśnie w takich sprawach. Nie wiadomo, co jeszcze spotka ks. prof. Guza, bo Rada Chrześcijan i Żydów zażądała podjęcia wobec niego „surowych kroków dyscyplinujących”. W tej sytuacji warto przypomnieć, że wspomnianej Radzie współprzewodniczą panowie Stanisław Krajewski, matematyk – ze strony żydowskiej, a chrześcijan reprezentuje w niej pan Bogdan Białek z Kielc, co ukończył był psychologię na UJ, a którego przez analogię do sytuacji niektórych oficerów w wojsku, można uznać za „chrześcijanina czasu wojny”, jako że uwija się on jak w ukropie wokół żydowskich interesów, mam nadzieję, że nie za darmo. Ciekawe tedy, jakie to „surowe kroki” zostaną podjęte na polecenie takiego patentowanego chrześcijanina, jak pan Bogdan Białek, bo z pewnością będzie to ważny przyczynek do sytuacji, w jakiej Polacy znajdą się pod żydowską okupacją. 

piątek, 16 listopad 2018 07:54

Naziści i korupcja w Warszawie

Napisane przez

michalkiewiczAjajajajajaj! Jeszcze nie ochłonęliśmy z wrażenia po wszechświatowym zlocie nazistów w Warszawie, podstępnie podszywających się pod obchody stuletniej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, a tu już nowa sensacja, nowa afera korupcyjna, w którą tym razem wkręcił się, albo został wkręcony przewodniczacy Komisji Nadzoru Finansowego. Zanim jednak przejdziemy do afery, kilka uwag o wszechświatowym zlocie nazistów w Warszawie. 

        Jak powiada poeta - „z dawna był on niebieskim oznajmiony cudem i poprzedzony głuchą wieścią między ludem”. Mniejsza o cuda, których w naszym nieszczęśliwym kraju jakby z roku na rok coraz więcej,  natomiast głucha wieść rozeszła się między ludem, a zwłaszcza – ludem wybranym – za sprawą Judenratu „Gazety Wyborczej”, kierowanej przez potomka sowieckich kolaborantów, co to do polskich nazistów mieli i mają specjalnego nosa. Głucha wieść zwiastowała wszechświatowy zlot nazistów w Warszawie, no i wywołała rezonans tam, gdzie było trzeba. „Prasa międzynarodowa”, czyli media żydowskie lub kontrolowane przez żydokomunę, a także - część niemieckich – bo na tym etapie dziejowym Żydzi intensywnie kolaborują z Niemcami w nadziei, że po specyfikowaniu z niemiecką pomocą nazistów w Polsce, nic już nie stanie na przeszkodzie umoczeniu pysków w melasie w ramach realizacji tak zwanych „roszczeń” - podniosły klangor, a skoro już doszło do klangoru, to Jej Ekscelencja Żorżeta Mosbacher, co to została przysłana do naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju, w charakterze ambasadoressy Stanów Zjednoczonych, zaleciła przebywającym w Polsce Amerykanom, by nie wychodzili z domów. Ciekawe, czy to zalecenie obowiązywało również amerykańskich żołnierzy, co to rotacyjnie są u nas obecni gwoli drażenienia zimnego ruskiego czekisty Putina. Jeśli tak, to co tu ukrywać – dobrze by to nie wyglądało, bo skoro amerykańscy żołnierze chowaliby się po domach na wieść o zlocie nazistów w Warszawie, to co by zrobili, gdyby gruchnęła wieść, że w Warszawie wyznaczyli sobie rendez-vous czekiści i Specnaz? Warto to pytanie postawić, bo za panią Żorżetą, jak za panią matką, ostrzeżenie przez pojawianiem się w Warszawie wystosował też Departament Stanu USA – ten sam, który wymalowanymi ustami swojej rzeczniczki ostrzegł Polskę, że jeśli nie opamięta się w sprawie nowelizacji ustawy o IPN, to „zagrozi swoim interesom strategicznym”. 

        A jakież Polska może mieć strategiczne interesy z USA, jeśli nie przekonanie, że Ameryka będzie broniła polskich interesów aż do ostatniej kropli krwi? To założenie legło u podstaw obecnej polskiej doktryny obronnej, więc nic dziwnego, że rząd aż się trzęsie ze strachu, by nie padło na Polskę jakieś podejrzenie, że sprzyja nazistom i w ogóle. Toteż pani prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz zakazała urządzania w Warszawie nazistowskiego sabatu, a wtedy pan prezydent i pan premier skwapliwie skorzystali z okazji, by nad „Marszem Niepodległości” objąć wysoki protektorat i wmontować go w serię tak zwanych „urocystosci państwowych”. 

        Ale naziści nie dali za wygraną i poprzebierali się – przeważnie za zwykłych, dobrodusznych obywateli. Pojawiło się też sporo sobowtórów; na przykład jeden nazista był łudząco podobny do pana prezesa Kaczyńskiego, a niektórzy nawet przywdziali mundury żołnierzy Wojska Polskiego. Nic tedy dziwnego, że nasz najnowszy przyjaciel, pan Jonny Daniels, „widział” mnóstwo ludzi, którzy przed obchodami setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, co koń wyskoczy uciekali z Warszawy. 

        Pan Daniels, w ramach minimum konspiracyjnego nie podał, dokąd ci wszyscy ludzie uciekali, ale i bez tego możemy się domyślać, że do Otwocka, bo zawsze przy nazistach Otwock uchodził za miejsce wyjątkowo bezpieczne. Ale nie wszyscy uciekli do Otwocka, bo działacze nieprzejednanej opozycji urządzili sobie prywatną uroczystość rocznicową w Łodzi, gdzie świadczyli sobie nawzajem rozmaite komplementy, że to niby są prawdziwymi europejczykami i patriotami. Złośliwcy co prawda twierdzili, że jeśli w Warszawie był wszechświatowy zlot nazistów, to w Łodzi – krajowy zjazd folksdojczów - ale kto by tam dawał wiarę takim fałszywym pogłoskom, skoro wystarczy tylko popatrzeć na pana Grzegorza Schetynę, by nabrać przekonania, że żadnym folksdojczem to on nie jest, już choćby z tego powodu, że do tego trzeba mieć jakieś poglądy, a przynajmniej udawać, że się je ma, podczas gdy wysuwanie takich podejrzeń wobec pana Grzegorza byłoby naprawdę bardzo niegrzeczne. 

        Na marginesie warto jeszcze dodać – co może zainteresować zwłaszcza Czytelników z Kanady – informację przekazaną mi przez mego Honorable Correspondant z Vancouver– że na drzwiach polskiego kościoła „antifa” namalowała tam napis „Nazi – Raus!” - co pokazuje zasięg żydowskiej i żydokomunistycznej, antypolskiej propagandy. Jest ona oczywiście efektem organizatorskiej funkcji prasy, którą – jak się być może okaże – praktykuje nie tylko żydowska gazeta dla Polaków, ale również – żydowska stacja telewizyjna TVN, którą podejrzewam, że została założona za pieniądze ukradzione z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Właśnie prokuratura sprawdza, czy to aby nie funkcjonariusze tej stacji za 20 tys. złotych zaaranżowali widowisko w postaci obchodów rocznicy urodzin wybitnego przywódcy socjalistycznego Adolfa Hitlera w lasach koło Wodzisławia Śląskiego. Trawestując piosenkę Maryli Rodowicz - „dziś prawdziwych nazistów już nie ma”, no a skoro nie ma, to trzeba ich wynająć – bo jak ktoś płaci, to wymaga, a funkcjonariuszom TVN teraz płaci pan Dawid Zaslaw z pierwszorzędnymi korzeniami, więc trzeba się uwijać. 

   Ale chociaż jeszcze nie zdążyliśmy ochłonąć po wspomnianym sabacie, to już opinia publiczną wstrząsnęła afera korupcyjna. Oto pan Leszek Czarnecki, biznesmen z przeszłością – bo już w wieku 18 lat został tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa, później przejętym przez razwiedkę wojskową, oskarżył był prezesa Komisji Nadzoru finansowego, że domagał się od niego 40 mln złotych w zamian za otwarcie nad jego firmami parasola ochronnego. Ale po co panu Czarneckiemu parasol ochronny ze strony KNF, kiedy może on przecież korzystać z parasola ochronnego, jaki nad swoimi kolaborantami otwierają i trzymają Wojskowe Służby Informacyjne – te same, których już „nie ma”?   Podejrzewam bowiem, że wielu biznesmenów z przeszłością pracuje na majątku powierzonym i jeśli nawet mogli sobie na boku uzbierać trochę własnego, to przecież muszą się rozliczać. Zatem parasol ochronny nie byłby w takim przypadku bezinteresowny – a to jest pewniejsze, niż łaska pańska, co to na pstrym koniu jeździ.

        Toteż i pan Czarnecki mógł powinność swej służby zrozumieć i kiedy PiS się rozdokazywał  podczas badania afery Amber Gold”, przekazał „Gazecie Wyborczej”, co to pilnie realizuje przykazanie Lenina o organizacyjnej funkcji prasy, zapis podsłuchanej rozmowy z panem przewodniczącym Markiem Chrzanowskim. Pan Chrzanowski najpierw buńczucznie oświadczył, że nie widzi powodów do zgłaszania swojej dymisji, ale dwie godziny później dymisję zgłosił, a pan premier Morawiecki natychmiast ją przyjął. 

        W tle pojawia się osoba pana Zdzisława Sokala, którego do KNF wsadził pan prezydent Andrzej Duda, a który podobno jest zwolennikiem „repolonizacji” gospodarki, to znaczy – nacjonalizacji poszczególnych jej skladników w następstwie nękania rozmaitymi szykanami administracyjnymi i w wykonaniu niezależnej prokuratury. Wiadomo, że przy pomocy takich narzędzi można zniechęcić nawet największego entuzjastę wolnej przedsiębiorczości Coś może być na rzeczy, bo ideałem obecnego rządu jest przedwojenna sanacja, która też nacjonalizowała gospodarkę, z tym, że metodami łagodniejszymi, a nie takimi chamskimi – no ale wtedy i czasy były inne, no i ludzie też mieli trochę więcej kultury. Tak czy owak, w ciągu 10 lat sanacyjnych rządów, udział państwa w spółkach prawa handlowego zwiększył się o 70 procent, więc nic dziwnego, że niektórzy mogą próbować drogi na skróty, zwłaszcza w sytuacji, gdy przy okazji można by też oskubać gospodarcze imperium Wojskowych Służb Informacyjnych, z którego finansowane są rozmaite antypolskie  akcje.

   Zgodnie bowiem z  moją ulubioną teorią spiskową, komunistyczna soldateska, u progu sławnej transformacji ustrojowej przewerbowała się na służbę do przyszłych sojuszników Polski. W rezultacie naszym nieszczęśliwym krajem rotacyjnie rządzą trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie. To właśnie jest przyczyną, że fundamentem III Rzeczypospolitej jest niepisana zasada: „my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych” - więc jest bardzo prawdopodobne, że tak jak afera Amber Gold, również i afera KNF rozejdzie się po kościach, a przy okazji – podatnicy będą jeszcze musieli wypłacić panu Plichcie, prezesującemu Amber Gold, odszkodowanie za długotrwałe przebywanie w areszcie wydobywczym. 

 Stanisław Michalkiewicz

czwartek, 08 listopad 2018 17:44

W przededniu operacji antypolskiej

Napisane przez

michalkiewicz        Powoli zaczynają ujawniać się przyczyny nieoczekiwanej wizyty Naszej Złotej Pani w Warszawie.

        Nie bardzo było wiadomo, co konkretnie ma ona u nas załatwić, natomiast przyjechała w momencie, gdy po wyborach w Hesji zachwiała się również jej osobista pozycja, nie tylko na politycznej scenie niemieckiej, ale nawet we własnej partii. Któż by w tej sytuacji nie chciał sobie tej pozycji podreperować jakimś efektownym sukcesem, zwłaszcza osoba tak ambitna i przyzwyczajona do sprawowania władzy, jak Nasza Złota Pani? 

        Druga sprawa, na którą warto zwrócić uwagę w związku z tą wizytą, jest postanowienie Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, który nie tylko „zawiesił” uchwaloną przez Sejm i Senat oraz podpisaną przez prezydenta ustawę o Sądzie Najwyższym, ale surowo też przykazał, by sędziów SN przeniesionych już w stan spoczynku przywrócić do pracy i orzekania. 

        I tak się stało, a pikanterii temu wydarzeniu dodaje nie tylko fakt, że buńczuczny rząd PiS wszystkie te rozkazy wykonał z podkulonym ogonem, nie tylko deklaracja Naczelnika Państwa, który fałszywe pogłoski, jakoby miał przygotowywać „polexit”, określił jako „kłamstwo, kłamstwo i  jeszcze raz kłamstwo!”, ale również – że ożywieni ze stanu spoczynku sędziowie SN odmówili zwrotu odpraw, jakie w związku z przejściem w stan spoczynku dostali. Już za to samo należałoby ten cały Sąd Najwyższy rozpędzić na cztery wiatry, ale – jak powiadał Ignacy Rzecki z „Lalki” - co tam marzyć o tem! Znaczy – bez względu na to, co za pośrednictwem niemieckich owczarków w rozmaitych unijnych instytucjach Nasza Złota Pani z Polską wyprawia, niezłomnie przy niej stoimy i stać chcemy. A jakże inaczej, skoro przyzwolenie na Anschlus w roku 2004, jak i ratyfikacja traktatu lizbońskiego w roku 2009 oparte były na iluzji, że Niemcy sypną złotem i znowu będzie, jak za Gierka? 

   Ale Niemcy, jeśli nawet płacą, to przecież wymagają i nie pogodzą się z utratą politycznego wpływu w naszym bantustanie tylko dlatego, że krzykliwy amerykański prezydent Donald Trump chciałby je stąd wyprzeć. Nawiasem mówiąc właśnie w tych  dniach prezydent Trump został zablokowany wskutek uzyskania przez Demokratów większości w Izbie Reprezentantów Kongresu i teraz będzie mógł groźnie kiwać palcem w bucie. 

        Czyż nie jest to odpowiedni moment, by podjąć w Polsce kolejną próbę przesilenia politycznego na korzyść Niemiec? Toteż w związku z setną rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, którą od 2004 roku postępująco frymarczymy za niemiecki jurgielt, a właściwie – jego obietnicę – rozpoczęło się artyleryjskie przygotowanie do kolejnej, po nieudanym Ciamajdanie z roku 2013, operacji w Polsce. 

        Pojawiły się opinie, że zjadą się tu „neonaziści” nie tylko z całej Europy, ale w ogóle – z całego świata – a rolę głównej tuby tej antypolskiej propagandy powierzono żydowskiej gazecie dla Polaków, kierowanej przez potomka sowieckich kolaborantów Adama Michnika. 

        Był to sygnał dla wszystkich „antyfaszystów”, od których, zwłaszcza  po wyasygnowaniu przez starego żydowskiego grandziarza finansowego 18 miliardów dolarów na destrukcję europejskich państw narodowych, aż się u nas roi – żeby „neonazistom” zrobili w Warszawie „no pasaran”. 

        Toteż po zwycięstwach kandydatów obozu zdrady i zaprzaństwa w niektórych dużych miastach – w Gdańsku i Wrocławiu prezydenci zakazali organizowania 11 listopada Marszu Niepodległości – co ma oczywiste znamiona prowokacji wobec organizujących te marsze środowisk narodowych. W środę 7 listopada taki sam zakaz wydała prezydencica Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz. Organizatorzy Marszu odgrażają się, że tak czy owak, będą próbowali przemaszerować przez Warszawę i inne miasta, a z kolei folksdojcze z rozmnożonych ruchów „antyfaszystowskich” odgrażają się, że zgodnie z instrukcją żydowskiej gazety dla Polaków, zrobią im „no pasaran”.

        Jest oczywiste, że w tej sytuacji musi dojść do gwałtownych  zamieszek tym bardziej, że co najmniej jedna czwarta policjantów w kraju nagle wzięła zwolnienia lekarskie. Ta epidemia policyjna pokazuje, że mamy do czynienia ze zorganizowaną akcją, której celem jest doprowadzenie w Polsce do gwałtownych rozruchów oraz, że policjanci, a ściślej co najmniej jedna czwarta funkcjonariuszy, nie słucha ani ministra spraw wewnętrznych, ani Komendanta Głównego, tylko kogoś innego. Kogo? Aaaa, to właśnie tajemnica i jeśli ABW, oraz inne bezpieczniackie watahy nie dostarczą na to pytanie odpowiedzi, to trzeba by tych darmozjadów rozpędzić na cztery wiatry, podobnie jak sędziów SN.  W tej sytuacji podejrzenie, że co najmniej czwarta część funkcjonariuszy policji może być czyimiś – czy przypadkiem nie starych kiejkutów, a za ich pośrednictwem – niemieckiej BND? - agentami, staje się bardziej prawdopodobne. 

        A do czego BND są potrzebne gwałtowne rozruchy w Polsce. A do tego, że traktat lizboński zawiera tzw. „klauzulę solidarności”, która stanowi, że jeśli w jakimś kraju członkowski UE pojawiło się zagrożenie dla demokracji, na przykład ze strony „terrorystów”, to Unia, na prośbę tego państwa, może udzielić mu „bratniej pomocy”. Prawdopodobnie rząd premiera Morawieckiego z taką prośbą nie ośmieliłby się zwrócić, przynajmniej na razie – ale jeśli nawet – to pozorów legalności całej operacji mogłaby dostarczyć prośba złożona przez panią Małgorzatę Gersdorf, będącą – bądź co bądź – najwyższym przedstawicielem jednej z władz państwowych, czyli władzy sądowniczej. Skoro nawet Adolf Hitler starał się dostarczyć pozorów legalności dla uderzenia na Polskę w formie prowokacji gliwickiej, to cóż dopiero Nasza Złota Pani, która przecież reprezentuje „dobre Niemcy”? Dopiero na tym tle lepiej rozumiemy zaciekłą obronę pani I Prezes Sądu Najwyższego, od której nawet jej samej zaczęły buzować w głowie gersdorfiny i już sama nie wiedziała, czy jest, czy nie jest I Prezesem. No ale teraz już wie, że jest i że musi być, dopóty, dopóki Nasza Złota Pani nie zwolni jej z obowiązków, więc wszystko – jak powiadają gitowcy - „gra i koliduje”.

   O ile „Ciamajdan” w grudniu 2016 roku trącił amatorszczyzną, to teraz widać, że operacja jest przygotowana z większym rozmachem i kto wie, czy nie zakończy się powodzeniem, zwłaszcza, że Rudolf Giuliani, który 15 grudnia na kilka godzin przyleciał do Warszawy, teraz jakoś się nie pojawił. Kto wie, czy nie dlatego,  że skoro USA przyjęły ustawę 447, w której zobowiązały się do dopilnowania by żydowskie roszczenia wobec Polski zostały zrealizowane, to im szybszy i głębszy będzie proces rozpadania się polskiego państwa, tym lepiej dla sprawy, to znaczy – dla żydowskiej okupacji? 

Stanisław Michalkiewicz

czwartek, 01 listopad 2018 17:26

Liturgie separatystyczne

Napisane przez

michalkiewicz1 listopada, dzień Wszystkich Świętych, zwany też przez pogaństwo Świętem Zmarłych. Dzień Wszystkich Świętych bierze się z przekonania, że zmarli przodkowie ludzi aktualnie żyjących są zbawieni, a więc – święci. Liczba świętych jest zatem wielokrotnie większa, niż liczba oficjalnie kanonizowanych, więc chociaż nie wypada modlić się do własnych rodziców, czy dziadków nie wyniesionych na ołtarze, to nic nie zabrania uważać ich za świętych, bo to nie tylko może być prawda, ale w dodatku – prawda niezwykle nobilitująca aktualnie żyjącego, skoro może poszczycić się świętymi przodkami. 

        W tej sytuacji nazywanie 1 listopada Świętem Zmarłych tych wszystkich przodków degraduje, bo umierają wszystkie istoty żyjące, więc fakt śmierci nikogo nie nobilituje tak, jak zbawienie. Zrozumienie tej różnicy nie jest, niestety, powszechne, ale nie to jest najgorsze. 

        Najgorsza jest nowa świecka tradycja, która dotarła do nas z Ameryki, no i jest intensywnie forsowana przez tubylczych snobów. Wyraz „snob” jest zbitką z dwóch słów łacińskich: „sine nobilitate”, co się wykłada, że „bez szlachetności”. Człowiek bez szlachetności stara się ten brak za wszelką cenę ukryć, a wydaje mu się, że najlepiej w tej sytuacji małpować stojących w hierarchii wyżej. 

        Skoro tedy w Ameryce obchodzą „halloween”, co od biedy można przetłumaczyć, jako „święto duchów”, chociaż ze względu na „liturgię” tego obyczaju,  bardziej pasowałaby nazwa: „święto upiorów”, no to środowiska praktykujące snobizm bardzo obchodzą halloween. Z tej okazji hołdujący temu obyczajowi przebierają się właśnie za upiory. 

        Zważywszy na środowiska społeczne, które w Polsce ten obyczaj forsują, można temu snobizmowi przypisać motywację głębszą. Z obfitości serca usta mówią, więc nie jest wykluczone, że entuzjaści halloween mogą w głębi duszy żywić przeświadczenie, że ich nieżyjący przodkowie, o ile jakoś istnieją, to tylko w postaci upiorów. To by się nawet zgadzało z moją ulubioną teorią, że historyczny naród polski, który 1 listopada tradycyjnie obchodzi dzień Wszystkich  Świętych, od 1944 roku musi dzielić terytorium państwowe z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą, która reprodukuje się w postaci kolejnych pokoleń ubeckich i innych dynastii. W tej sytuacji przekonanie, że poprzednie pokolenia polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, o ile w ogóle istnieją, to najwyżej w jakiejś upiornej postaci. 

        O ile w ogóle istnieją – bo taki np. Aleksander Kwaśniewski uważa, że nie ma duszy, w co chętnie wierzę, bo któż może takie rzeczy wiedzieć lepiej od niego? 

         Z okazji Wszystkich Świętych Polska pogrąża się w kilkudniowej nirwanie, bo większość pracowników bierze sobie wolny piątek, dzięki czemu już od środy aż do poniedziałku ma wolne. W tym roku stan nirwany jest jednak zakłócony intensywnymi przygotowaniami do drugiej tury wyborów samorządowych, która przeprowadzona będzie 4 listopada. 

        W tej drugiej turze wybierani są wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast, którzy w pierwszej turze nie uzyskali  bezwzględnej większości, to jest – 50 procent plus chociaż jeden głos ponadto. Jak wiadomo, wszystko to odbywa się w interesie „mieszkańców”, bo w interesie „obywateli”, to ambicjonerzy będą poświęcali się dopiero w przyszłym roku, kiedy maja odbyć się wybory do Sejmu. W tej sytuacji wybory do samorządu spełniają co najmniej dwie funkcje: z jednej strony są konkursem na obsadzenie co najmniej 50 tysięcy synekur, a z drugiej – przygotowaniem aparatu wyborczego na wybory parlamentarne i prezydenckie, które odbędą się w roku 2020. Jak zauważył Tadeusz Boy-Żeleński, charakteryzując pewnego polityka - „żadnych politycznych nie ma on przesądów; każda partia dobra, byle dojść do rządów”. 

        Dlatego Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński oświadczył, że PiS „pragnie łączyć”, co oznacza tylko tyle, że chciałby próbować dojść do rządów z każdym („Z każdom pciom mogę spać, z każdom pciom. Zmysły drzemiom, zmysły drzemiom – ale som” - śpiewała pewna artystka jeszcze w koszmarnych czasach pierwszej komuny) – nawet z Polskim Stronnictwem Ludowym, słynącym w świecie ze stuprocentowej, a w porywach nawet większej „zdolności koalicyjnej”.

        Wprawdzie zaraz po pierwszej turze minister-ministrowicz, czyli przewodniczący Polskiemu Stronnictwu Ludowemu pan Władysław Kosiniak-Kamysz oświadczył, że działacze PSL nie powinni zlewać się po koalicjach z „ugrupowaniem antysamorządowym” - ale jeśli dla dobra Polski można nawet mordować ludzi, to – zgodnie z argumentum a maiori ad minus (komu wolno więcej, temu też wolno mniej) tym bardziej można zrobić ofiarę ze swoich niezachwianych przekonań. 

        Toteż w przeddzień drugiej tury pan Kosiniak-Kamysz już nie jest taki stanowczy tym bardziej, że na prowincji członkowie PSL w ogóle go nie słuchają i śmiało wchodzą w koalicje z PiS-em. W tej sytuacji nie ma on innego wyjścia, jak słuchać się działaczy, którzy przecież wiedzą swoje, to znaczy – że jak PSL nie pozwoli im objąć synekur, to za obietnicę ich uzyskania zapiszą się do PiS – i w ten sposób partia może upaść razem ze swoim przewodniczącym. Dlatego minister-ministrowicz Władysław Kosiniak-Kamysz zachowuje się dokładnie jak Król z powiastki „Mały Książę” autorstwa Antoniego de Saint-Exupery. Kiedy Mały Książę poprosił Króla, który przedstawił mu się jako władca absolutny i nie znoszący sprzeciwu, by zarządził zachód słońca. Król zajrzał do kalendarza i oświadczył: „zarządzam zachód słońca na godzinę 19,15 – i zobaczysz, jaki mam posłuch!”

   Ale kiedy tylko zakończy się  okres nirwany, do białości rozpalą się emocje związane z obchodami setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Pan prezydent Duda początkowo łudził się, że jest „prezydentem wszystkich Polaków” i w tym charakterze poprowadzi cały naród w Marszu Niepodległości  - ale rychło przekonał się, że jest to niemożliwość pierwotna i obiektywna w sytuacji, kiedy historyczny naród Polski od 1944 roku musi dzielić terytorium państwowe z polskojęzyczną wspólnotą rozbójniczą. Toteż folksdojcze będą obchodzić rocznicę odzyskania niepodległości osobno, konfidenci WSI – osobno, mikrocefale – osobno i szabesgoje – też osobno, a jeśli zbliżą się do kogoś innego, to tylko jako zakłócający obchodzenie rocznicy odzyskania niepodległości komu innemu – specjalnie ruchowi narodowemu, który na tę okoliczność został awansowany do rangi „faszystów”, a nawet „nazistów”. 

        W tej sytuacji pan prezydent Duda porzucił mrzonki o przewodzeniu jakiemukolwiek Marszowi Niepodległości, być może również z obawy, że zostanie postawiony w niezręcznej sytuacji z jakimiś energicznymi feministkami, z którymi przecież nie wypada mu się tarmosić. Przewidziała to jeszcze dano temu Maria Konopnicka w nieśmiertelnym poemacie o Pimpusiu Sadełko pisząc, że „psu nie honor bić się z kotem. Co mu po tem?” - więc pewnie i pan prezydent zapamiętał tę przestrogę i ogłosił, że obejdzie rocznicę w jakimś niewielkim zakątku naszego nieszczęśliwego kraju.

 Stanisław Michalkiewicz  

piątek, 26 październik 2018 15:53

Rak politycznej wojny daje przerzuty

Napisane przez

michalkiewiczUfff! W niedzielę odbyły się wybory do samorządów terytorialnych, w których prawie 185 tysięcy kandydatów ubiegało się o mandaty do rad gminnych, powiatowych i sejmików wojewódzkich, a prawie 7 tysięcy kandydatów – o stanowiska wójtów, burmistrzów albo prezydentów miast. Po zakończeniu glosowania w pierwszej turze – bo 4 listopada odbędzie się jeszcze druga – trwa mozolne liczenie głosów. 

Jeśli możesz wesprzyj nas!

        To niezwykle ważna czynność, na którą zwracał szczególną uwagę wybitny klasyk demokracji Józef Stalin wskazując, że ważniejsze od tego, kto głosuje, jest to, kto liczy głosy. Toteż głosy liczy Państwowa Komisja Wyborcza, o której złośliwcy powiadają, że najpierw sumuje wszystkie głosy, potem wyciąga z uzyskanej w ten sposób sumy pierwiastek kwadratowy. Od tego odejmuje roczną produkcję parasoli, a wynik rozdziela między poszczególne komitety wyborcze, w następstwie czego jedne wygrywają, a inne przegrywają. 

        Czego jednak ludzie nie gadają, zwłaszcza złośliwcy, więc jak byśmy tak we wszystko wierzyli, to nie tylko moglibyśmy utracić wiarę w demokrację, ale i pogrążyć się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych, skąd już tylko krok do ciemności zewnętrznych, skąd dobiega płacz i zgrzytanie zębów. Niektóre głosy jednak już podliczono i wynika z tego, że Prawo i Sprawiedliwość wybory te wygrało, przejmując pełną kontrolę co najmniej w dwóch sejmikach wojewódzkich; na Podkarpaciu i Podlasiu a także uzyskując szanse na kontrolowanie sejmików w innych województwach, o ile uda się mu zawiązać koalicję. 

        Sęk w tym, że potencjalny partner w postaci PSL expressis verbis wyklucza taką możliwość z powodu uznania PiS za partię „antysamorządową”. Skoro już o PSL mowa, to jest ono największym przegranym tych wyborów, co oznacza, że PiS odwojowało spod wpływów PSL małe miasteczka, gdzie jako dotąd ludowcy mieli wyraźną przewagę. To bardzo niedobra wiadomość dla PSL, bo nie wiadomo, czy bazując na wpływach w gminach wiejskich, uda się Stronnictwu przekroczyć pięcioprocentową klauzulę zaporową w skali kraju. 

        W dużych miastach jest odwrotnie, tu PO może pochwalić się lepszymi rezultatami, wśród których rekord pobiła w Łodzi pani Hanna Zdanowska, nokautując swoich konkurentów wynikiem przekraczającym 70 procent. Pikanterii dodaje okoliczność, że pani Zdanowska właśnie została skazana prawomocnym wyrokiem niezawisłego sądu za poświadczenie nieprawdy, ale na Łodzianach najwyraźniej nie robi to wrażenia. 

        Nie bardzo wiadomo, bo będzie dalej, bo wprawdzie ordynacja nie zabrania skazanym kandydowania, ale inna ustawa zabrania im piastowania urzędu, toteż trzeba będzie z tej sytuacji jakoś wybrnąć. 

        Zwolennicy pani Zdanowskiej zwracają uwagę, że za jej kandydaturą opowiedziała się demokracja, więc nie ma co przywiązywać przesadnej wagi do wyroków jakichś niezawisłych sądów. Warto dodać, że wśród zwolenników pani Zdanowskiej dominują płomienni szermierze praworządności, którzy przy innych okazjach poddają w wątpliwość wyższość demokracji nad praworządnością i z przyjemnością wdziewają koszulki z napisem „konstytucja”. 

        Okazuje się jednak, że wszystko jest względne, również umiłowanie praworządności. Jeśli kogoś nie lubimy, to nie wybaczymy mu nawet najdrobniejszego naruszenia praworządności, a jak kogoś lubimy, to na tę całą praworządność kładziemy tak zwaną lachę.

        Zresztą casus pani Zdanowskiej to jeszcze nic w porównaniu z kandydatem, który swoją kampanią wyborczą na wójta w Przyrowie w województwie śląskim kierował z aresztu. W tym przypadku jednak prawo na szczęście nie zostało złamane, co napawa optymizmem, bo wiadomo, że nie ma nic gorszego, niż złamane prawo. Zresztą gdzie indziej jest, a w każdym razie – bywało podobnie. W zbiorze reportaży z Ameryki pod tytułem „Królik i oceany” Melchior Wańkowicz wspomina o kandydacie na burmistrza Chicago, który wystartował pod hasłem: „Zło wytępię!”. W Chicago to chwyciło  i kandydat został burmistrzem. Na tym stanowisku tak się rozdokazywał, że sam trafił za kratki, ale kiedy tylko stamtąd wyszedł, znowu zgłosił swoją kandydaturę – oczywiście pod hasłem: „Zło wytępię!” - no i znowu wygrał. 

        Najwyraźniej francuski XVII-wieczny aforysta, Franciszek ks. de La Rochefoucauld miał wiele racji mówiąc, że tylko dlatego Pan Bóg nie zesłał na ziemię drugiego potopu, bo przekonał się o bezskuteczności pierwszego.  

        Z kolei w Warszawie kandydat PO Rafał Trzaskowski, znokautował kandydata PiS Patryka Jakiego, ale na mieście krążą fałszywe pogłoski, że i on nie jest z tego zadowolony. Wolałby bowiem trafić do Parlamentu Europejskiego, który tak samo rozwiązuje deputowanym ich problemy socjalne, nie obciążając ich żadną odpowiedzialnością za cokolwiek, podczas gdy w takiej Warszawie trzeba będzie się teraz odwdzięczać starym kiejkutom i kto wie, czy nie z jeszcze większym poświęceniem, niż to, jakie musiała okazać pani Hanna Gronkiewicz-Waltz? Tam z kolei, gdzie pierwsza tura nie przyniosła rozstrzygnięcia, sytuacja sprzyja raczej kandydatom spoza PiS – bo kandydaci PiS-owscy wszystkie swoje rezerwy zmobilizowali w pierwszej turze i nie mają szans na więcej, podczas gdy ich przeciwnicy mogą liczyć na głosy SLD, partii Razem, albo – jak w Gdańsku, gdzie najlepszy wynik uzyskał kandydat z własnej nominacji czyli dotychczasowy prezydent Paweł Adamowicz, dystansując kandydujacego z ramienia PO Jarosława Wałęsę, w drugiej turze może liczyć na poparcie jego wyborców, którzy na kandydata PiS raczej nie zagłosują. 

        Wyniki wyborów pokazują, że polska scena polityczna coraz bardziej betonuje się w systemie dwupartyjnym – bo pozostałe ugrupowania uzyskały słabą, albo wręcz symboliczną liczbę głosów i na przykład taki Kukiz 15, wyraźnie odstaje od wyników obydwu antagonistów: PiS i Platformy Obywatelskiej. Stawia to pod znakiem zapytania przyszłość tej formacji w przyszłorocznych wyborach do Sejmu i może się okazać, że trafnie przewidywałem, że o ile pan Kukiz, który wystrzelił do polityki pod hasłem „antysystemowości” - cokolwiek by to miało znaczyć – potrafi na tę antysystemowość nałożyć jakiś sensowny program polityczny, to może stać się na politycznej scenie zjawiskiem trwałym, a jeśli nie – to będzie jak meteor, który błysnął i zgasł – jak wcześniej biłgorajski filozof Janusz Palikot, który próbował zbudować swoją pozycję polityczną na skandalach i „gryzieniu proboszcza”. Ten proces betonowania politycznej sceny jest rezultatem troski obydwu obozów: zdrady i zaprzaństwa oraz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, żeby ani z jednej, ani z drugiej strony nie pojawiła się żadna polityczna alternatywa. 

        Tym staraniom z pewnością życzliwie kibicują zarówno władze Stronnictwa Pruskiego i Nasza Złota Pani, jak i władze Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego oraz rząd bezcennego Izraela, który z Polską wiąże rozmaite projekty i nadzieje. Taki dwupartyjny system gwarantuje bowiem, że Polskę będzie toczył rak politycznej wojny, która przyczynia się do postępującej degradacji nie tylko naszego bantustanu, ale i naszego narodu w Europie. 

   I oto właśnie Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu nie tylko „zawiesił” uchwaloną przez tubylczy Sejm ustawę o Sądzie Najwyższym, ale w dodatku surowo przykazał, by sędziowie przeniesieni przez tubylczego prezydenta w stan spoczynku, wrócili do pracy i nadal „orzekali”. Rząd sprawiał wrażenie bezradnego, pan prezydent Duda pojechał do Berlina, gdzie został obsztorcowany przez tamtejszego prezydenta Waltera Steinmeiera, więc właśnie wiceminister sprawiedliwości poinformował, że rząd będzie musiał przygotować „podstawę prawną” do tych wszystkich kombinacji, które – jak się okazuje – obejmują również tzw. „odprawy”, jakie sędziowie poprzenoszeni w stan spoczynku już z tego tytułu zainkasowali. Skoro powrócili do „orzekania”, to na dobra sprawę powinni te odprawy zwrócić, ale rzecznik SN poinformował, że muszą się nad tym „zastanowić”, to znaczy – wykombinować jakieś pozory legalności dla zatrzymania tej forsy. Ciekawe, czy to przypadkiem ich nie miał na myśli Mikołaj Machiavelli pisząc, że łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny? 

        Czyż w tej sytuacji można dziwić się prostym wyborcom,  że gotowi są głosować nawet na szubieniczników?

Stanisław  Michalkiewicz

piątek, 19 październik 2018 08:14

Konkurs z kretynizmem prawniczym w tle

Napisane przez

michalkiewiczJuż tylko dni i godziny dzielą nas od rozpoczęcia konkursu na obsadzenie około 50 tysięcy synekur, zwanego elegancko wyborami do samorządów terytorialnych. 

Zapraszamy do wspierania naszej działalności!

        Funkcjonują one na trzech poziomach. Pierwszy poziom, to gminy wiejskie i miejskie, które zostały utworzone w ramach reformy samorządowej w 1990 roku. Za pierwszej komuny bowiem żadnych samorządów terytorialnych nie było, tylko tak zwane „rady narodowe”. Obowiązywała bowiem teoria jednolitej władzy państwowej, za którą to elegancką nazwą kryła się dyktatura PZPR, od lat 80-tych wyparta przez dyktaturę wywiadu wojskowego. Te „rady narodowe”, podobnie jak ówczesne przedsiębiorstwa, wykonywały „uprawnienia płynące z własności państwowej” - bo właścicielem wszystkiego było „państwo”. 

        Rewolucyjny charakter reformy samorządowej z 1990 roku polegał na częściowej „komunalizacji mienia państwowego”, to znaczy – na przekazaniu samorządom gminnym części dotychczasowej własności państwowej. Powstała w ten sposób własność samorządowa, odrębna od państwowej, co miało również swoje – jak powiada Kukuniek - „plusy ujemne”. 

        Oto w odpowiedzi na  próby wykorzystywania przez Niemcy niejasności w stosunkach własnościowych na Ziemiach Zachodnich i Północnych z inicjatywy UPR i innych ugrupowań prawicowych, zaczęły powstawać stowarzyszenia użytkowników wieczystych, domagające się zamiany dotychczasowego użytkowania wieczystego na prawo własności. W rezultacie we wrześniu 1997 roku Sejm, z inicjatywy nieżyjącego już posła Jerzego Eysymontta, uchwalił stosowną ustawę. Jednak urząd gminy w Namysłowie na Opolszczyźnie zaskarżył tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego podnosząc, że Sejm może sobie dowolnie rozporządzać własnością państwową, ale nie samorządową. Trybunał uznał zasadność tej argumentacji i w rezultacie na tzw. Ziemiach Odzyskanych nadal trwał stan tymczasowości, wykorzystywany m.in. przez panią Erykę Steinbach, za aprobatą niemieckich władz. 

   W następstwie wyborów jesienią 1997 roku władzę objęła koalicja Akcji Wyborczej ”Solidarność” - Unia Wolności, a na czele rządu stanął „charyzmatyczny” premier Jerzy Buzek. Charyzmatyczny premier Jerzy Buzek przeforsował cztery wiekopomne reformy, między innymi – reformę samorządową, która polegała na utworzeniu dwóch dodatkowych szczebli samorządu: powiatowego i wojewódzkiego. Wraz z innymi wiekopomnymi reformami, doprowadziła ona do skokowego wzrostu liczby synekur w sektorze publicznym i skokowego wzrostu kosztów funkcjonowania państwa, mniej więcej o 100 mld złotych rocznie. Mówiąc entre nous, te dwa dodatkowe szczeble samorządowe powstały wyłącznie z powodów socjalnych. Rzecz w tym, że administrująca naszym nieszczęśliwym krajem w latach 1993-1997 koalicja SLD-PSL dokonała tzw. „zawłaszczenia państwa”, to znaczy – obsadzenia wszystkich synekur w sektorze publicznym członkami swego zaplecza politycznego i to z takimi gwarancjami, że nie mogła im zaszkodzić nawet zmiana rządu. Toteż dla ekipy AWS- UW nie pozostawało nic innego, jak wprawić w organizm Rzeczypospolitej mnóstwa dodatkowych klamek, na których mogliby się uwiesić członkowie zaplecza politycznego obydwu formacji. I tak już zostało, toteż o synekury, to znaczy pardon – nie o żadne „synekury”, tylko możliwość poświęcenia się dla Polski i dla „mieszkańców” - bo dla „obywateli” będą poświęcać się kandydaci na Umiłowanych Przywódców dopiero w roku przyszłym, kiedy odbędą się wybory parlamentarne – więc poświęcić się dla Polski i dla mieszkańców w charakterze radnych zapragnęło prawie 185 tysięcy obywateli, a prawie 7 tysięcy – w charakterze wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. Taki konkurs, to nie żarty, bo od jego wyników zależy nie tylko osobisty los pretendentów, ich rodzin i przyjaciół, ale również szanse partii politycznych w przyszłorocznych wyborach parlamentarnych, w których samorządy stanowią aparat wyborczy. 

        Toteż emocje wokół wyborów są tak samo duże, jak przy parlamentarnych, a może nawet większe, bo dotyczą znacznie większego grona pretendentów. Owszem – samorządy nie stwarzają  tylu okazji do wydobycia się z ubóstwa, jak uczestnictwo we władzach centralnych, ale czasy są takie, że nie ma co grymasić. Toteż sytuacja polityczna i emocjonalna przypomina nieco anegdotkę, jak to w synagodze modlili się Żydzi. Jeden wydzierał się w niebogłosy, zaklinając Najwyższego, by sprawił mu 500 dolarów. Jego wrzaski coraz bardziej przeszkadzały pozostałym, toteż w pewnym momencie jeden z nich podszedł do krzykacza i powiada: masz tu 500 dolarów i się wynoś, bo my się tu modlimy o znacznie większe pieniądze!   

        Tymczasem w kraju narasta polityczna wojna, w której na pierwszą linię frontu przeciwko rządowi zostali rzuceni niezawiśli sędziowie. Przez kogo rzuceni? Aaaa, to tajemnica, w obliczu której jesteśmy skazani na domysły. Ale skoro już jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie i się domyślajmy! Ja na przykład domyślam się, że przez niemiecką BND, bo przyczyną tej politycznej wojny jest niemieckie pragnienie odzyskania w Polsce wpływów utraconych wskutek powrotu USA do aktywnej polityki w naszym zakątku Europy, w następstwie czego Polska spod kurateli strategicznych partnerów ponownie przeszła pod kuratelę amerykańską. 

        Praworządność jest tylko pretekstem, ale skoro Niemcy zdecydowały się na taki pretekst, to rzeczą naturalną jest, że mięsem armatnim staną się niezawiśli sędziowie. Toteż uwijaja się oni jak w ukropie, śląc do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości „pytania prejudycjalne”, czy są niezawiśli i w ogóle – czy jeszcze są sędziami. Pewne zawirowanie pojawiło się wskutek wycofania przez ZUS w Jaśle zażalenia, które sprytni sędziowie SN wykorzystali jako pretekst do postawienia owych pytań. Toteż niezawisły Sąd Najwyższy „orzekł”, że ZUS w Jaśle nie miał prawa wycofywać swego zażalenia. 

        Przypomina to trochę procedurę wyboru atamana koszowego na Siczy Zaporoskiej. Kiedy kandydat wahał się, czy przyjąć godność, zniecierpliwieni wyborcy  krzyczeli: „przyjmuj zaszczyt, psi synu, a nie – to w gardło wepchniemy!”

        Wszystko to zaś stanowi tylko tło dla skargi, jaką przeciwko Polsce wniosła do luksemburskiego Trybunału Komisja Europejska, kierowana przez dwóch niemieckich owczarków: Jana Klaudiusza Junckera i Franciszka Timmermansa. Toteż minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wystąpił do Trybunału Konstytucyjnego o orzeczenie, czy artykuł traktatu lizbońskiego, pozwalający na kierowanie „pytań prejudycjalnych” nie jest aby sprzeczny z polską konstytucją. Nietrudno się domyślić, co Trybunał Konstytucyjny orzeknie, toteż w środowisku europejsów podniosły się trwożne głosy, że jest to wstęp do „polexitu”. 

        Pan premier Morawiecki, który od Naczelnika Państwa Jarosława Kaczyńskiego otrzymał był misję „ocieplenia” stosunków z Unią Europejską powiedział jednak, że inicjatywa ministra Ziobry była z nim „uzgodniona”, a w tej sytuacji wydaje się, że obawy europejsów są przesadzone. 

        W ramach przekomarzania się z niezawisłymi sędziami pan prezydent Duda właśnie mianował 27 nowych sędziów Sądu Najwyższego na podstawie przepisów ustawy, o której Sąd Najwyższy twierdzi, że ją „pytaniami prejudycjalnymi” wziął i „zawiesił”. 

        Widzimy, że w ramach walki o praworządność kretynizm prawniczy rozwija się niczym „grzyb trujący i pokrzywa”, no ale takie jest prawo puszczy.

Stanisław Michalkiewicz   

Strona 1 z 13