Goniec

Register Login

Stanisław Michalkiewicz

Stanisław Michalkiewicz

Artykuły, felietony, komentarze, aktualności.

piątek, 21 wrzesień 2018 04:46

W pionie i w poziomie

Napisane przez

michalkiewicz    Prezydent Trump dał już poznać swoje szorstkie maniery, więc może zapomniał poprosić polskiego prezydenta o zajęcie miejsca w fotelu, ale możliwe jest i to, że pan prezydent Duda usiąść się nie ośmielił. Może cały czas dręczyła do myśl, że jeśli usiądzie, to rozgniewany taką zuchwałością prezydent Trump znowu zamknie przed nim szlaban do Białego Domu i Polska, na oczach całego świata.

Któż nie pamięta pięknej sceny z „Kariery Nikodema Dyzmy”, kiedy to Dyzma, już jako wpływowy prezes Banku Zbożowego, przyjmuje w swoim gabinecie niejakiego Boczka, zredukowanego naczelnika urzędu pocztowego w Łyskowie, gdzie Dyzma był jego podwładnym, który próbuje uzyskać od niego jakąś protekcję i daje do zrozumienia, że w razie czego ucieknie się do szantażu? Dyzma w pierwszej chwili wybucha gniewem i krzyczy do Boczka: „wstać, kiedy ja stoję!” - ale potem się reflektuje i rozmawia z nim spokojnie i uprzejmie, bo już podjął decyzję, że Boczka ukatrupi.

Przypomniała mi się ta scena gdy na fotografii zobaczyłem pana prezydenta Andrzeja Dudę, w towarzystwie prezydenta Donalda Trumpa podpisującego wspólną deklarację. Nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie to, że prezydent Duda podpisuje na stojąco, podczas gdy prezydent Trump siedzi.

Czy nie poprosił prezydenta Dudę, by też sobie usiadł, czy też pan prezydent Duda nie ośmielił się usiąść w obecności prezydenta Trumpa – tego pewnie już nigdy się nie dowiemy – ale i jedno i drugie jest możliwe.

Prezydent Trump dał już poznać swoje szorstkie maniery, więc może zapomniał poprosić polskiego prezydenta o zajęcie miejsca w fotelu, ale możliwe jest i to, że pan prezydent Duda usiąść się nie ośmielił. Może cały czas dręczyła do myśl, że jeśli usiądzie, to rozgniewany taką zuchwałością prezydent Trump znowu zamknie przed nim szlaban do Białego Domu i Polska, na oczach całego świata. w ramach ekspiacji, znowu będzie musiała zostać wytarzana w smole i pierzu? Gdyby tak było rzeczywiście, to trzeba docenić poświęcenie pana prezydenta, który dla Polski gotów był nawet stać przez całą audiencję.
Ale mniejsza o to, bo oczywiście ważniejsze są efekty tej wizyty. Prawdę mówiąc, jest ich niewiele, bo z deklaracji wynika, że pan prezydent Duda nie ośmielił się poruszyć w rozmowie tematu ustawy nr 447 JUST, która grozi Polsce i narodowi polskiemu żydowską okupacją.

Utwierdza mnie to w podejrzeniach, że zarówno pan prezydent Duda, jak i pozostali dygnitarze Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, już pogodzili się z losem i tylko nie wiedzą jeszcze, jak tu przekazać tę wiadomość polskiej opinii publicznej.

Zresztą nie tylko on i – bo również przedstawiciele Stronnictwa Pruskiego nabrali wody w usta i nawet zabraniają wspominać o tym w telewizjach nierządnych.

Panu prezydentowi Dudzie nie udało się też uzyskać żadnej konkretnej obietnicy nawet w sprawie wiz dla Polaków, ani też żadnej konkretnej odpowiedzi na przymilną ofertę zbudowania przez Polskę na terytorium naszego nieszczęśliwego kraju „Fortu Trumpa”. Odpowiadając na pytanie amerykańskiego dziennikarza, co prezydent Trump mu na to odpowiedział, prezydent Duda dał popis wodolejstwa, z którego jasno wynikało, że również udzielił mu odpowiedzi wymijającej.

Ale bo też o takich sprawach prezydent Trump może rozmawiać z Rosją, z którą w 1997 roku USA podpisały w Paryżu umowę, że na terytoriach nowych członków NATO nie będą zakładane żadne stałe Paktu Północnoatlantyckiego. Z tego właśnie powodu obecność ciężkiej brygady wojsk USA w Europie Środkowej ma charakter „rotacyjny”.

Możliwe tedy, że prezydent Trump, już wie, że „Fort Trump”, albo jeszcze prędzej – Fort Dajan”, będzie już w Polsce budował Izrael, a w tej sytuacji tubylczy prezydent Duda będzie musiał tylko przedstawić to polskiej opinii publicznej jako jeszcze jeden wielki sukces. Toteż ze wspólnej deklaracji można wydedukować tylko dwa konkrety: po pierwsze Polska zobowiązała się do regularnego opłacania się Stanom Zjednoczonym za ochronę nie tylko pokrywając jej rosnące koszty, ale również – po drugie – kupując amerykański gaz, co w nowomowie nazywa się „dywersyfikacją” i „bezpieczeństwem energetycznym”.
Pan prezydent Duda podkreślił w swoim wystąpieniu na konferencji prasowej, że przyjechał do Waszyngtonu prosto z konferencji państw Trójmorza. To prawda – ale tego samego dnia akces do Trójmorza złożyły Niemcy i to nie jako „partner”, tylko jako uczestnik tego projektu. Nawiasem mówiąc, gdyby Niemcy osiągnęły swój cel, to projekt powinien zmienić nazwę na „Czwórmorze”, bo przecież Niemcy leżą nie tylko nad Bałtykiem, ale i nad Morzem Północnym.

Ale nie to jest najważniejsze bo ta niemiecka oferta pokazuje, że Niemcy traktują ten projekt poważnie, znacznie poważniej, niż np. Polska, a po drugie – że zależy im na uczestnictwie w nim by tym łatwiej rozsadzać go od środka.

Projekt Trójmorza zagraża bowiem co najmniej trzem ważnym interesom niemieckim: po pierwsze – podważyć może i to w sposób trwały, niemiecką hegemonię w Europie, po drugie – zablokować projekt budowy IV Rzeszy, w który Niemcy już tyle zainwestowały i po trzecie – stworzyłby państwom Europy Środkowej szansę uwolnienia się od ograniczeń nałożonych na nie przez niemiecki projekt „Mitteleuropa” z roku 1915. „Jak nie możesz ich pokonać – przyłącz się do nich” - radzi indiańskie przysłowie, toteż Niemcy grają na co najmniej dwóch fortepianach: z jednej strony pragną włączyć się do Trójmorza, by rozsadzić je od wewnątrz, a gdyby z jakichś powodów to się nie udało, to eskalują polityczną wojną w Polsce, by doprowadzić tu do przesilenia i zainstalowania rządu, który Polskę z projektu Trójmorza wycofa i w ten sposób położy mu kres. Na taką możliwość wskazuje czasowe wstrzymanie się Komisji Europejskiej od zaskarżenia Polski do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Jeśli z Trójmorzem coś pójdzie nie tak, to do ETS zostanie przeciwko Polsce skierowana taka sama skarga, jak przeciwko Węgrom, zaś pretekstu dostarczą nie tylko folksdojcze poprzebierani w „głupie średniowieczne łachy” - jak wyraziła się Oriana Fallaci podczas audiencji u ajatollaha Chomeiniego, ale i przebierańcy z Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa, którzy właśnie wykluczyli ze swoich szeregów polską Krajową Radę, a niezależnie od tego, również pani Małgorzata Gersdorf kombinuje z Niemcami na własną rękę.

Sytuacja musi być przez rząd „dobrej zmiany” oceniana jako poważna, bo – po pierwsze – niemiecki owczarek, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Franciszek Timmermans uznał ostatnie wyjaśnienia pana ministra Konrada Szymańskiego za niezadowalające, a w tej sytuacji premier Morawiecki został przez panią Małgorzatę Gersdorf, na własną prośbę, przyjęty na audiencji i to w gabinecie należących do Pierwszego Prezesa SN. Najwyraźniej również w ocenie rządu amerykańska podróż prezydenta Andrzeja Dudy została uznana za fiasko, a w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak wspólnie z panią Gersdorf, za którą Niemcy stanęły murem, wykombinować jakąś formułę, którą wyznawcom pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego będzie można przedstawić jako kolejny sukces.

Skoro prezydent Donald Trump nie żałował nam komplementów, że jesteśmy „strategicznym partnerem” USA i w ogóle, to dlaczego Niemcy miałyby ułatwić rządowi „dobrej zmiany” pielgrzymki do Canossy?

Stanisław Michalkiewicz

Jeśli możesz wesprzyj nasze wydawnictwo


piątek, 14 wrzesień 2018 07:58

Przed najkosztowniejszą kolacją

Napisane przez

michalkiewicz„Gdy Turków za Bałkanem twoje straszą spiże, gdy poselstwo paryskie twoje stopy liże, Warszawa jedna twojej mocy się urąga” – pisał Adam Mickiewicz, mając na myśli cesarza Mikołaja I. Historia, a jakże – powtarza się, ale przeważnie jako farsa, więc o ile w Powstaniu Listopadowym mieliśmy do czynienia z dramatem, to znaczy – z walką przynajmniej teoretycznie dającą nadzieję zwycięstwa, to obecnie – już tylko z „urąganiem”, to znaczy – z bezsilnym wymyślaniem zimnemu rosyjskiemu czekiście Putinowi. On chyba nie zwraca w ogóle uwagi na te pokrzykiwania, bo w odpowiedzi na pogróżki amerykańskich generałów i prezydenta Trumpa, że jak tylko w Syrii zostanie użyta broń chemiczna, to oni z syryjskiego tyrana zrobią marmoladę,  rozpoczął ogromne manewry na Dalekim Wschodzie z udziałem 300 tys. żołnierzy rosyjskich i symbolicznym, bo tylko trzytysięcznym chińskim kontyngentem – niemniej jednak obecnym. Ten Wschód jest tak Daleki, że przez Cieśninę Beringa przybliża się do Alaski i kontrowersyjnej Arktyki. Czy w ten sposób zimny rosyjski czekista pokazuje, że jak wy tak, to my tak, to znaczy – że jak wy spróbujecie dokazywać na Bliskim, czy Środkowym Wschodzie, czyli – w Iranie, to my otworzymy wam drugi front na północy. Wprawdzie amerykańska doktryna obronna przewiduje zdolność do prowadzenia dwóch i pół wojny, ale to łatwo powiedzieć, bo gdyby przyszło co do czego, to wszystko mogłoby się rozstrzygnąć w całkiem innych kategoriach. 

        Więc chociaż tegoroczny wrzesień pod względem pogody jest podobny do tego w roku 1939, to w naszym zakątku Europy chyba żadna salwa póki co nie padnie, a w każdym razie mało kto taką możliwość dopuszcza. Nie znaczy to jednak, by panował całkowity spokój, przeciwnie – w naszym nieszczęśliwym kraju narasta anarchia. Oto pan prezydent Duda wystosował do niektórych sędziów Sądu Najwyższego, że ich w stan spoczynku nie przenosi, ale inni, których te decyzje nie dotyczyły, „orzekają” jak gdyby nigdy nic i wysyłają do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu „pytania prejudycjalne” – co słychać i tak dalej – „zawieszając” pod tym pretekstem uchwalone przez Sejm ustawy. Rząd nie ma odwagi pozamykać tych wszystkich przebierańców do turmy, jak to w Turcji uczynił tamtejszy prezydent Erdogan, zaś prezydent Obama obiecał mu nawet w związku z tym amerykańską pomoc w pociągnięciu do odpowiedzialności „sprawców puczu”. Jeszcze raz sprawdziła się trafność spostrzeżenia, jakie Adam Mickiewicz włożył w usta Klucznika Gerwazego: „Wygraj w polu, a wygrasz i w sądzie” – bo tureckiego prezydenta nie tylko poparły Stany Zjednoczone, ale NATO i ONZ, a nawet – nasz nieszczęśliwy kraj. Niestety przy okazji sprawdziła się trafność jeszcze innego porzekadła, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie. Nasi Umiłowani Przywódcy nie potrafią poradzić sobie nawet z kilkoma przebierańcami, być może nawet zadaniowanymi przez niemiecką BND, więc w rezultacie narasta anarchia, bo na 2 października  zapowiedziały „wielki protest” również „służby mundurowe”. Cóż tu jednak wymagać od pana premiera Morawieckiego, który rolę męża opatrznościowego odgrywa w telewizji, a i to tylko rządowej, bo telewizje nierządne odnoszą się do niego bez żadnej rewerencji? Toteż w dysonans poznawczy wprawieni zostali nawet wyznawcy Jarosława Kaczyńskiego, gdy wyszło na jaw, że 2 maja rząd podpisał tzw. Deklarację z Marrakeszu, obejmującą zgodę na przyjmowanie bisurmańskich i innych imigrantów. Przez kilka miesięcy utrzymywane to było w tajemnicy, bo jużci – co tu powiedzieć, skoro opór wobec wyznaczonych przez Naszą Złotą Panią imigranckich kontyngentów był najcenniejszym liściem do wieńca sławy rządu pani Beaty Szydło? 10 września interpelację w tej sprawie skierował do premiera poseł Robert Winnicki, ale odpowiedzi na nią jeszcze nie ma, bo – powiedzmy sobie szczerze – cóż pan premier może na to odpowiedzieć, poza oczywiście odpowiedzią wymijającą – tym bardziej że Węgry nie tylko tej deklaracji nie podpisały, ale określiły ją jako „skrajnie proimigrancką”? Wyobrażam sobie, jak Biuro Polityczne PiS zachodzi w głowę, w jaki sposób zaprezentować tę deklarację jako jeszcze jeden sukces Polski, ale widać, jak dotąd nic nie wymyśliło. Tymczasem sprawa wydaje się jasna; Nasza Złota Pani nie zapomniała odmowy przyjęcia ustalonych przez nią samowolnie kontyngentów i jak nie kijem, to pałką. Konferencja w Marrakeszu odbyła się bowiem z inicjatywy Komisji Europejskiej, kierowanej przez dwóch niemieckich owczarków: Jana Klaudiusza Junckera i Franciszka Timmermansa. Ponieważ premier Morawiecki, podobnie jak minister spraw zagranicznych Jacek Czaputowicz, których wyniosła na te stanowiska „głęboka rekonstrukcja rządu”, otrzymali od Naczelnika Państwa rozkaz „ocieplenia stosunków z Unią”, to nic dziwnego, że Polska deklarację tę podpisała, bo „ocieplić stosunki z Unią” można tylko w jeden sposób – bezwarunkowym posłuszeństwem wobec Naszej Złotej Pani. Toteż się słuchają, a tylko wobec opinii publicznej uprawiają cichodajstwo – oczywiście dopóki na użytek wyznawców Jarosława Kaczyńskiego nie obmyślą, jak by tu przekuć to w „sukces”.

        Tymczasem pan prezydent Duda obrał inna metodę. Ponieważ pani Żorżeta Mosbacher podczas składania listów uwierzytelniających w charakterze ambasadoressy USA w naszym nieszczęśliwym kraju zapewniła go, że prezydent Donald Trump już nie może się doczekać, żeby porozmawiać z nim o sprawach nader światowych, pan prezydent Duda nabrał animuszu i podczas wizyty w Leżajsku nie tylko podkreślił prastary, polski charakter tego miasta, ale też wezwał Unię Europejską, by się od Polski „odczepiła”, bo w przeciwnym razie nie będzie można przeprowadzić zbawiennych reform. Ten „prastary” charakter Leżajska został pewnie podkreślony dlatego, że jeszcze w grudniu 2006 roku Światowy Związek Ukraińców z siedzibą w Toronto, wystosował do ówczesnego prezydenta Juszczenki apel, by rok 2007 uczynił rokiem obchodów rocznicy operacji „Wisła” – zwłaszcza na „ukraińskim terytorium etnicznym”, to znaczy – w województwie podkarpackim, części województwa małopolskiego – do Nowego Sącza i części województwa lubelskiego. Leżajsk leży w województwie podkarpackim, więc jeśli pan prezydent uznał, że trzeba podkreślić jego „prastary” charakter, to pewnie musiały pojawić się jakieś wzruszające wątpliwości. Być może uda się jakoś je przezwyciężyć, zwłaszcza podczas kolacji, jaką pan prezydent Duda ma nadzieję spożyć w Białym Domu. Byłaby to najdroższa kolacja w dziejach Polski, bo nawet znany z szerokiego gestu książę Karol Radziwiłł „Panie Kochanku” nie wydawał przyjęć za ponad 300  miliardów dolarów – a właśnie tyle Polska będzie musiała przekazać Żydom tytułem „roszczeń”, których realizacji Stany Zjednoczone zobowiązały się dopilnować w podpisanej przez prezydenta Trumpa ustawie nr 447 JUST – a niezależnie od tego – będzie musiał kupić dla naszej niezwyciężonej armii wyrzutnie rakiet „Homar” – co znakomicie komponuje się z tym najkosztowniejszym w dziejach Polski wydarzeniem gastronomicznym.

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 07 wrzesień 2018 08:54

Jesienne analogie

Napisane przez

michalkiewiczObecny wrzesień jest bardzo podobny do tego w 1939 roku, zwłaszcza pod względem pogody. Jest słonecznie i ciepło, podobnie jak wtedy, ale wojna nie wykracza poza ramy polityczne i prawdę mówiąc, letnia pogoda sprawia, że wakacyjna pieriedyszka trochę się przedłuża. Pozwala to rządowi kontynuować nieprzerwane pasmo sukcesów, o czym entuzjastycznie informuje każdego wieczoru rządowa telewizja. Jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej, bo Nasz Najważniejszy Sojusznik właśnie ogłosił, że deportuje do Polski Dariusza Przywieczerskiego, uchodzącego za „mózg” afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Przypomnijmy, że polegała ona na tym, iż państwo na potrzeby nielegalnej operacji wykupienia polskiego długu na międzynarodowym rynku finansowym, wyasygnowało 1700 mln dolarów. Długi wykupiono, ale tylko za 60 mln dolarów, zaś reszta gdzieś się rozpłynęła. Powiadają, że pan Przywieczerski wziął sobie z tego półtora miliona dolarów – ale chyba tylko na papierosy – bo w proporcji do zagarniętej sumy, jest to bardzo niewiele. Podważa to nieco wizerunek pana Przywieczerskiego jako „mózgu” tej afery, wzbudzając podejrzenia, że „mózg” zlokalizowany jest nie tylko całkiem gdzie indziej, a w dodatku – poza wszelkim podejrzeniem.

Oczywiście co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje i jeśli potwierdzą się fałszywe pogłoski, jakoby Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński zgodził się na objęcie prezesury Najwyższej Izby Kontroli przez złowrogiego Antoniego Macierewicza, to niejedna pieczęć tajemnicy może zostać dokładnie powyskrobywana („Każdy grzech palcem wytknie, zademonstruje, święte pieczęcie złamie, powyskrobuje” – pisał Konstanty Ildefons Gałczyński o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim), a wtedy niejeden autorytet moralny dostanie hercklekotów, chociaż skazani w procesie FOZZ Grzegorz Żemek i Janina Chim nie puścili farby, mimo że odsiedzieli swoje od dzwonka do dzwonka. Kto wie, czy z tego właśnie powodu nie zainteresował się nimi seryjny samobójca, co to – jak powiadają – odwiedził był pana generała Sławomira Petelickiego, który wstąpił do SB, żeby spełniać dobre uczynki? Dopóki tedy trwa pieriedyszka i nie padła salwa, humory jeszcze wszystkim dopisują, pasmo sukcesów rozwija się nieprzerwanie, ale na horyzoncie już gromadzą się również ciemniejsze chmury.

Oto „służby mundurowe”, to znaczy, przede wszystkim policja, zapowiedziały strajk jeszcze we wrześniu. Pretekstem są oczywiście zarobki, ale nietrudno się domyślić, że taki strajk może być elementem eskalacji politycznej wojny, przetaczającej się przez nasz nieszczęśliwy kraj na podobieństwo tornada. Inna sprawa, że pretekst płacowy staje się wiarygodny, bo – jak zauważyli ekonomiści – koszty utrzymania wyraźnie wzrosły. Obecnie statystyczne gospodarstwo domowe musi uregulować zobowiązania sięgające prawie 1600 złotych, podczas gdy jeszcze trzy lata temu było to niecałe 1000 złotych. Jest to bardzo podobne do słynnych „trudności wzrostu” z czasów Edwarda Gierka, które ówczesna rządowa telewizja też przedstawiała jako sukces, do czasu aż się wszystko skawaliło. Cóż; programy rozdawnicze, podobnie jak wielkie budowle socjalizmu, muszą kosztować. Za Gierka partia ogłosiła akcję poszukiwania 20 miliardów, ale – jak w „Towarzyszu Szmaciaku” zauważył Janusz Szpotański – „niestety nic my nie znaleźli. Przecież to Pcim, nie wyspa skarbów!”. Weźmy taki Centralny Port Komunikacyjny w Baranowie. Mają tam być wybudowane cztery pasy startowe długości 4 kilometrów – akurat tyle, by móc przyjmować największe amerykańskie samoloty transportowe Lockhed C-5 Galaxy, który potrzebuje pasa startowego długości ponad 2,5 kilometra. Rząd oczywiście ten aspekt sukcesu skromnie pomija, eksponując nadzieję osiągnięcia przy Polskę gigantycznych zysków, dzięki czemu nasz nieszczęśliwy kraj będzie nadal rosnąć w siłę, a ludzie żyli... – no, esperons, że jakoś i to przeżyją.

Otuchy dodał nam niedawno pan George Friedman, który od dawna głosi, że Polska już niedługo zostanie mocarstwem, a ostatnio uchylił rąbka tajemnicy, dlaczego tak się musi stać. Oto dlatego, że Stany Zjednoczone będą się przyjaźniły tylko z Polską i Rumunią, bo tylko te kraje mogą powstrzymywać Rosję. W przełożeniu na język ludzki, ten komplement pana Friedmana można rozumieć również i tak, że w strategii globalnej rozgrywki amerykańskiej z Moskalikami, naszemu nieszczęśliwemu krajowi została wyznaczona rola „mięsa armatniego”, co oznacza, że USA będą walczyły z Moskalikami do ostatniego Polaka i Rumuna. Nie ma w tym nic nowego; tak było również w 1939 roku, z tą wszelako różnicą, że wtedy nikt nie domagał się od Polski tego, by za ten radosny przywilej musiała ona zapłacić Żydom ponad 300 miliardów dolarów. Trzeba powiedzieć, że na tle rozmachu żydowskich roszczeń, przypadek pana Dariusza Przywieczerskiego prezentuje się nade skromnie i powściągliwie, ale jestem pewien, że rządowa telewizja właśnie na nim skupi wszystkie swoje reflektory, podczas gdy roszczenia żydowskie pozostaną dzięki temu okryte nieprzeniknionym mrokiem.

Tymczasem pani Żorżeta Mosbacher, która w Ameryce zrobiła majątek na rozwodach, a obecnie została ambasadorem USA w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju, właśnie poinformowała pana prezydenta Dudę, że prezydent Donald Trump wprost nie może się już doczekać jego przyjazdu do Białego Domu i nawet „chce”, by ta wizyta obfitowała w „poważne konsekwencje”. Co do tych konsekwencji to sprawa pewna, bo czyż przekazanie Żydom przez Polskę majątku o wartości ponad 300 miliardów dolarów nie jest konsekwencją poważną? Jasne, że poważną, więc nie jest wykluczone, że z tego powodu wizyta pana prezydenta Dudy w Waszyngtonie zyska szczególnie uroczystą oprawę, być może również w postaci rozesłania mu pod stopy czerwonego dywanu – podobnego do tego, jaki Anglicy w 1939 roku rozesłali pod stopami ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, który nie tylko poczuł się z tego powodu szczególnie udelektowany, ale nawet dopuścił sobie do głowy, że Polska rzeczywiście została potraktowana z szacunkiem należnym mocarstwu.

Ciekawe, że niektórzy współpracownicy pana prezydenta jakby pragnęli uniknąć tych zaszczytów, bo na przykład dotychczasowy rzecznik, pan Łapiński, właśnie zrezygnował ze swojej zaszczytnej funkcji z zamiarem przejścia do sektora prywatnego. Z tego powodu rozmaici złośliwcy rozpuszczają fałszywe pogłoski, jakoby ekipa prezydenta Dudy zaczyna się „sypać”. Oczywiście nie ma w nich ani słowa prawdy, bo jakże tu mówić o jakimści „sypaniu”, kiedy Polska stoi w obliczu apogeum pasma swoich sukcesów – zupełnie jak pod koniec sierpnia 1939 roku?

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 31 sierpień 2018 10:12

Folksdojcze i Żydzi w pogotowiu

Napisane przez

michalkiewiczCo tu ukrywać; cała Polska odetchnęła z ulgą na wieść, że prezydent Wolnego Miasta Gdańska, pan Paweł Adamowicz, zakończył trudne negocjacje z polskim Ministerstwem Obrony Narodowej, dzięki czemu kontyngent Wojska Polskiego będzie  dopuszczony do uroczystości obchodów kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej, jakie mają odbyć się na Westerplatte. Nie wiadomo bowiem, co by się stało, gdyby negocjacje nie doprowadziły do porozumienia. Wojsko Polskie, chociaż przeszło kurację przeczyszczającą, mogłoby nie znieść takiego afrontu i ponownie zająć Westerplatte. W tej sytuacji rząd otworzyłby sobie nowy front; nie tylko na odcinku demokracji, nie tylko na odcinku praworządności, ale również na odcinku samorządności. 

        Jestem pewien, że Nasza Złota Pani nie puściłaby tego płazem, zwłaszcza że i tak sporo się nazbierało, więc pewnie przyspieszyłaby proces anarchizowania naszego bantustanu. Płomienni szermierze demokracji zrzeszeni w organizacji Konfidentów Od Dukaczewskiego (KOD) i Obywatele UB z panem Kasprzakiem dostaliby nowe rozkazy. Już  nie wystarczyłoby podejmowanie prób opanowania gmachów publicznych, jak to miało miejsce w przypadku siedziby Krajowej Rady Sądownictwa, gdzie wtargnęli obywatele masturbujący się konstytucjami, ale bojówki zaczęłyby przejmować władzę w miastach i miasteczkach. ABW, zajęta kręceniem lodów, nie tylko nie potrafiłaby temu zapobiec, ale nawet mogłaby tego czujnie nie zauważyć w nadziei, że synekury zostaną utrzymane również przy folksdojczach, więc nie ma co narażać się bez potrzeby. Podobnie i policja; wobec  folksdojczów zachowuje się z wyszukaną rewerencją, można powiedzieć, że nosi ich na rękach, zamiast zrzucać ze schodów albo przeganiać z publicznych budynków na szpicach butów. Ale jakże ma być inaczej, kiedy zapowiadany jest strajk służb mundurowych? Pretekstem są oczywiście sprawy materialne, ale to tylko pozór, bo gołym okiem widać, że i te całe służby zostały włączone w proces anarchizowania Polski, który musi zakończyć się jakimś przesileniem. Niemcy bowiem nie zrezygnują z odzyskania pełni wpływów politycznych w naszym bantustanie, zwłaszcza teraz, gdy prezydent Donald Trump, Nasza Najważniejsza I Jedyna Duszeńka, coraz bardziej poświęca się ratowaniu własnej skóry. Właśnie Nasza Złota Pani wystąpiła do niego o wzajemne zniesienie restrykcji wprowadzonych przez USA w ramach wojny handlowej i spotkała się z pełnym zrozumieniem. Francuski prezydent Macron poszedł nawet krok dalej, oświadczając, że obronę Europy trzeba oprzeć na własnych siłach. Tylko patrzeć, jak ponownie pojawi się postulat utworzenia europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, czyli ostatecznego wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli. Ale nawet Adolf Hitler zadbał o stworzenie pozorów legalności dla uderzenia na Polskę, toteż na tym tle lepiej rozumiemy mobilizację warszawskich przebierańców z Sądu Najwyższego z panią Gersdorf na czele. Jestem przekonany, że zostali pouczeni, co mają robić, kiedy w Berlinie zapadną stosowne decyzje. Toteż i pan Adamowicz zachowuje się wobec polskiego rządu coraz bardziej mocarstwowo, chociaż oczywiście rozumie mądrości etapu, które w tej fazie jeszcze nie przewidują udziału w rocznicowych uroczystościach na Westerplatte przedstawicieli Zjednoczonych Sił Zbrojnych Unii Europejskiej ani członków Hitlerjugend, którzy by się tam fraternizowali z harcerzami z ZHP i młodzieżą żydowską. Na to przyjdzie jeszcze czas, a tymczasem trzeba grać jednocześnie na wielu fortepianach. 

        Toteż Niemcy wystąpili z pomysłem, by we wrześniowej konferencji państw Trójmorza, wzięli udział również oni w charakterze „partnera”. Najwyraźniej projekt ten traktowany jest w Berlinie bardzo poważnie i niezależnie od anarchizowania Polski, by doprowadzić tu do politycznego przesilenia, w następstwie którego nowy rząd wycofałby nasz kraj z tego projektu i w ten sposób go storpedował, tamtejszy rząd próbuje rozsadzać to przedsięwzięcie w zarodku i od środka. Charakterystyczne, że pierwszym i jak dotąd jedynym państwem, które niemiecki wniosek poparło, jest Polska, w imieniu której decyzję podjął pan prezydent Andrzej Duda. Nieomylny to znak, że 45-minutowa rozmowa telefoniczna, jaką w lipcu ub. roku pan prezydent odbył z Naszą Złotą Panią, nie pozostała bezowocna. 

        Jednocześnie z Izraela napływają informacje o masowym przyznawaniu tamtejszym Żydom polskiego obywatelstwa i polskich paszportów. Widać, że pan ambasador Magierowski, ten sam, który, jako wiceminister spraw zagranicznych, odwiedził USA, kiedy ważyły się losy ustawy nr 447 JUST, a po którego wizycie wiele polonijnych osobistości wycofało się z lobbowania przeciwko tej regulacji – że pan ambasador Magierowski powinność swej służby zrozumiał i uwijając się na swoim odcinku, wychodzi naprzeciw realizacji żydowskich pretensji wobec Polski. Więc chociaż z pana prezydenta Dudy został  zdjęty zakaz wstępu do Białego Domu i 18 września zostanie tam przyjęty przez prezydenta Trumpa, a kto wie – jak suponuje znający tamtejsze realia Książę-Małżonek Radosław Sikorski –  może zostanie nawet zaproszony na kolację, to z doniesień na temat przedmiotu rozmów z amerykańskim prezydentem nie wynika, by na porządku dziennym stanęła sprawa żydowskich roszczeń i ustawy nr 447 JUST. Być może to jest cena za ten „full service” w Białym Domu, ale w takim razie, co z tego, że pan prezydent Duda wypije i zakąsi, kiedy Polska będzie musiała za tę kolację beknąć Żydom ponad 300 miliardów dolarów? Najwyraźniej i prezydent Trump, podobnie jak jego konkurentka w wyborach w 2016 roku, Hilaria Clintonowa, traktuje Polskę jako skarbonkę dla Żydów, z której można dodatkowo wycisnąć opłatę za ochronę, skoro ambasadorem USA w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju właśnie została pani Żorżeta Mosbacher, dotychczas znana głównie z tego, że zrobiła majątek na rozwodach. Okoliczność, że Jej Ekscelencja została  skierowana na tę synekurę właśnie do Polski, wskazuje na to, że również z punktu widzenia obecnej administracji nasz bantustan na nic lepszego nie zasługuje. Aż tylu milionerów u nas w końcu nie ma, a i pani Żorżeta najlepsze lata też ma już raczej za sobą, więc, jak to mówią – wedle stawu grobla. Ciekawe, czy USA odważyłyby się na taki gest wobec Francji, Wielkiej Brytanii, czy nawet Niemiec? Skoro jednak tubylczy prezydent mało jaja nie zniesie w związku z odwiedzinami w Białym Domu, to dlaczegóż jego lokator miałby się takimi sprawami przejmować? „Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” – powiadał Voltaire – toteż misję dopilnowania, by nasz bantustan zrealizował żydowskie roszczenia do ostatniego centa, można powierzyć choćby i pani Żorżecie.

 Stanisław Michalkiewicz

piątek, 24 sierpień 2018 10:13

Pierścień się zaciska

Napisane przez

michalkiewiczJaka szkoda, że generał Franco nie był Żydem! Gdyby bowiem nim był, żaden hiszpański premier nie ośmieliłby się wystąpić z pomysłem ekshumowania go z Valle de los Caidos, gdzie jest pochowany w katedrze wykutej rękami komunistów we wnętrzu góry, by wrzucić jego szczątki do jakiegoś „kryjomego dołu”. Nawet polityk tak nieustraszony, jak Lech Kaczyński, co to osobiście wstrzymał i odpędził od Gruzji rosyjskie czołgi, zadrżał na myśl, że wbrew opinii jakiegoś rabina, który mu powiedział, że Żydów ekshumować nie wolno, ekshumowałby ich z mogiły w Jedwabnem. Tedy – choć nieustraszony – ekshumację wstrzymał, dzięki czemu pan dr Jan Tomasz Gross, awansowany na tę okazję na „historyka”, i to od razu „światowej sławy”, może bez  najmniejszych przeszkód opowiadać swoje androny. Niestety, generał Franco żadnym Żydem nie był, toteż hiszpańska żydokomuna, reprezentowana przez Pedra Sancheza, który wprawdzie boi się chronić granic własnego państwa i sprzeciwiać bisurmańskim „uchodźcom”, chciałaby go w ten sposób upokorzyć, bo wiadomo – jak ktoś umarł, to nie żyje, więc w stosunku do nieboszczyka premier Sanchez jest odważny jak Achilles.

        Podczas gdy w Hiszpanii żydokomuna nieustraszenie walczy z generałem Franco, Polska dopuściła się straszliwego świętokradztwa, wobec którego bledną nawet zamachy na niezawisłość sądów i demokrację. Z inicjatywy  polskich władz deportowana została na Ukrainę nie tylko z Polski, ale z całej strefy Schengen, pani Ludmiła Kozłowska, do niedawna, wraz ze swoim małżonkiem, Bartoszem Kramkiem, kierująca w Warszawie Fundacją Otwarty Dialog, co to stawia sobie za cel poprawienie świata od Atlantyku po Władywostok. Dalej już nie, bo dalej jest Pacyfik, a jego zmeliorować się nie da, no i Japonia, która na żadne „otwarte dialogi” nie jest podatna. Klangor podnieśli wszyscy płomienni ukraińscy szermierze demokracji i jestem pewien, że gdyby Stefan Bandera w jakiś sposób zmartwychwstał, to też przyłączyłby się do protestów, a może nawet urządziłby Polsce kolejną „wołynkę”, zwłaszcza na „ukraińskim terytorium etnicznym” – jak Światowy Związek Ukraińców z siedzibą w Toronto nazywa województwo podkarpackie, część województwa małopolskiego i część województwa lubelskiego.                 Oburzenie wyraził też amerykański „The Washington Post”, więc polscy zuchwalcy już nie odważyli się podnieść świętokradczej ręki na pana Bartosza Kramka, który nawet nie wypiera się autorstwa apelu o „wyłączenie” rządu polskiego. Pan Kramek nie zamierzał polskiego rządu wymordować, a w każdym razie – nie od razu, ale kto wie, do czego by doszło, gdyby zwyczajna perswazja nie pomogła? 

        Najwyraźniej parasol ochronny nad nim trzyma czyjaś Mocna Ręka. Czyja? Tego dokładnie nie wiadomo, chociaż pewne światło na tę sprawę rzucają żarliwe zaprzeczenia  kierownictwa Fundacji Otwarty Dialog, jakoby miała ona jakieś związki ze starym żydowskim finansowych grandziarzem, któremu też strzelił do głowy pomysł melioracji świata. 

        Warto przypomnieć, że takie pomysły mieli wcześniej również inni Żydzi, na przykład – Karol Marks – a w następstwie tego eksperymentu co najmniej 100 milionów ludzi straciło życie. Skoro tedy pan Kramek energicznie dementuje fałszywe pogłoski o powiązaniach ze starym żydowskim  grandziarzem, to przynajmniej dla księcia Gorczakowa, co to nie wierzył informacjom niezdementowanym, byłaby to dość wyraźna wskazówka. Inną poszlaką jest deklaracja, że Fundacja miała styczność z jurgieltnikami starego grandziarza, ale trudno nie mieć z nimi styczności, zwłaszcza w Polsce, gdzie tradycja jurgieltu jest nadal bardzo żywa, jurgieltnicy dochodzą do wysokich godności i zażywają reputacji moralnych autorytetów. Po prostu nie można splunąć, żeby w takiego nie trafić, więc nic dziwnego, że i pani Ludmiła, i pan Bartosz też się z nimi zetknęli. Na jurgieltnikach musiało to zetknięcie pozostawić wyraźny ślad, skoro po ochłonięciu z pierwszego zaskoczenia zuchwałością władz tubylczego bantustanu, wystąpili oni z apelem do Unii Europejskiej, by pani Ludmile Kozłowskiej ofiarowała unijne obywatelstwo, dzięki czemu będzie mogła ulepszać świat już bez najmniejszych impedimentów. Zresztą nawet gdyby nie pozostawiło  takiego śladu, to ta sama Mocna Ręka, która trzyma nad panem Kramkiem parasol ochronny, mogłaby ich popchnąć do działania. Nasza Złota Pani ma bowiem swoje projekty również co do banderowców, więc mogłaby i parasol, i popchnięcie.  Toteż pod apelem podpisał się  Kukuniek, który musi pamiętać ściśle tajną „Informację o zasobach archiwalnych MSW”, którą 4 czerwca 1992 roku przekazał posłom i senatorom złowrogi minister Macierewicz – że mianowicie przed rozpoczęciem niszczenia dokumentów MSW, zostały one zmikrofilmowane co najmniej w trzech kompletach, z których dwa są za granicą, a jeden – „w kraju”. Znaczy to, że zarówno Putin, jak i Nasza Złota Pani mogą w każdej chwili zrobić Kukuńkowi straszliwe kręcenie wora. Nic zatem dziwnego, że na odgłos trąbki nasz Kukuniek od razu podrywa się na równe nogi, podobnie jak pan red. Tomasz Lis czy pan Michał Boni. Ciekawe, czy pani hrabina Róża Thun und Handehoch też odbiera na tej samej fali, czy raczej na folksdojczowskiej, podobnie jak w przypadku słynnego zięcia, czyli pana Krzysztofa Króla, czy pana Seweryna Blumsztajna. W tej sytuacji tylko patrzeć, jak pani Ludmiła zostanie wynagrodzona unijnym obywatelstwem, a konfidenci i folksdojcze utworzą komitet powitalny, który powita ją chlebem i solą na Okęciu. Esperons, że unijni biurokraci nie będą się ociągali i pani Ludmiła zdąży na rozpoczęcie operacji „wyłączania rządu”. Bo wszystko do tego właśnie zmierza, a zwłaszcza – postępująca anarchizacja naszego nieszczęśliwego kraju, która w końcu musi doprowadzić  do przesilenia.

        Jest to prawdopodobne tym bardziej, że Nasz Najważniejszy Sojusznik właśnie pogrąża się w chaosie spowodowanym puszczeniem farby przez kolaboranta prezydenta Trumpa, pana Cohena, co to jeszcze niedawno odgrażał się, że gotów jest dla swego szefa nawet się zastrzelić. Wygląda jednak na to, że ci wszyscy twardziele mocni są raczej w gębie, bo jak przyszło co do czego, to pan Cohen podkulił ogon i zeznał, że Donald Trump dał mu pieniądze, żeby zatkał nimi gęby jakimś kurewkom. Prawdopodobnie nawet wzięły szmalec, ale zaraz rozpuściły japę, w nadziei, że teraz już na pewno zostaną celebrytkami, jak sama Angelina Jolie. Z tego powodu prezydent Trump coraz więcej uwagi musi poświęcać ratowaniu  własnej skóry, tym bardziej że specjalny prokurator Mueller prowadzi energiczne śledztwo mające wykazać, że prezydent Trump zawdzięcza swój wybór knowaniom zimnego ruskiego czekisty Putina. W takiej sytuacji nie będzie miał głowy do zajmowania się resztą świata, a zwłaszcza takimi jego zakątkami, jak nasz nieszczęśliwy kraj – a z tego niewątpliwie skorzystają strategiczni partnerzy, którzy mogą na własną rękę zacząć układać się z Żydami co do przyszłości  Europy Środkowej – gdzie utworzyć Judeopolonię i jakie nakreślić jej granice, żeby wszyscy byli zadowoleni. Judeopolonia bowiem, niezależnie od innych zalet, miałaby również i tę, że dostarczałaby strategicznym partnerom znakomitego pretekstu do dyscyplinowania zarówno banderowców, jak i naszego, mniej wartościowego narodu tubylczego w postaci walki z antysemityzmem.

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 17 sierpień 2018 02:06

Wolne miasta: silne, zwarte, gotowe

Napisane przez

michalkiewiczPan premier Mateusz Morawiecki ogłosił, że wybory samorządowe odbędą się 21 października. Decyzja ta wywołała zrozumiałe poruszenie zarówno w kręgach politycznych, jak i kręgach z kręgami politycznymi zaprzyjaźnionych. Wybory samorządowe są w istocie konkursem na obsadzenie co najmniej 50 tysięcy synekur, a każda z nich – nie licząc oczywiście dochodów ubocznych – gwarantuje takiemu jednemu z drugim szczęściarzowi roczny dochód w wysokości co najmniej 30 tysięcy złotych, i to przez całe cztery lata, a jak dobrze pójdzie – to i przez osiem – bo z inicjatywy PiS kadencja samorządowców została ograniczona do dwóch razy, podczas gdy przedtem – aż do śmierci. Dlatego na przykład prezydent Gdańska, pan Paweł Adamowicz, proklamował oderwanie Gdańska od Rzeczypospolitej, jako „wolnego miasta”. To znaczy formalnie nie oderwał, ale faktycznie – jak najbardziej – sprzeciwiając się udziałowi Wojska Polskiego w rocznicowych uroczystościach na Westerplatte 1 września. Pretekst był wręcz niewiarygodny – że mianowicie w ubiegłym roku wojsko nie pozwoliło wypowiedzieć się jakiemuś harcerzowi. No to teraz będą przemawiali harcerze – jeszcze nie z Hitlerjugend, co to, to nie – no ale to początki, więc wszystko dopiero przed nami. Pan minister Błaszczak „ma nadzieję”, że pan prezydent Adamowicz zmieni swoją decyzję, ale wiadomo, że nadzieja to matka głupich. Mniejsza zresztą o to, jakie potomstwo ma nadzieja, bo ważniejsze jest co innego – to mianowicie, że rząd sprawia wrażenie bezsilnego wobec jawnego buntu gdańskiego królewięcia. Gdyby nasze państwo było normalne, to rząd natychmiast wprowadziłby w Gdańsku zarząd komisaryczny, a pan prezydent Adamowicz powędrowałby do lochu, gdzie jęczałby i szlochał, zwłaszcza gdyby puszczano mu tam przez 24 godziny na dobę kompozycje „Nergala”, czyli pana Adama Darskiego, uchodzącego za pełnomocnika Belzebuba na Polskę, a w każdym razie – na województwo pomorskie. Jak wiadomo, jest to tortura gorsza od śmierci, więc jestem pewien, że w takiej sytuacji również pan prezydent Adamowicz wolałby szafot. Ale gdzie tam marzyć o tym, skoro papież Franciszek właśnie wpisał do Katechizmu Kościoła katolickiego, że kara śmierci jest „niedopuszczalna”, opatrując ten zapis tandetnym uzasadnieniem publicystycznym, że mianowicie współczesne systemy penitencjarne... – i tak dalej? Podobną ocenę „współczesnych systemów penitencjarnych” wyraził kiedyś Jan Paweł II, ale tak daleko jak Franciszek nie poszedł i kary śmierci za „niedopuszczalną” nie uznał. Z tego powodu na decyzję papieża obruszyli się teologowie, bo jużci – skoro Kościół przez ostatnie 2 tysiące lat trwał w sprośnych błędach Niebu obrzydłych, to skąd możemy mieć pewność, że akurat teraz już nie tkwi? Toteż i pan minister Błaszczak ośmiela się jedynie „mieć nadzieję”, z czego widać, iż zdaje sobie sprawę z tego, że pana prezydenta Adamowicza ochrania potężna ręka. Przypomnę, że kiedy pan premier Donald Tusk naraził się starym kiejkutom pochopnym aresztowaniem Piotra Vogla – że to niby siedząc w „areszcie wydobywczym” wyśpiewa, kto komu za co i za ile, to nie tylko dostał szlaban na kandydowania na prezydenta, a afera hazardowa mogła pociągnąć go na dno. I dopiero kiedy Nasza Złota Pani załatwiła mu Nagrodę im. Karola Wielkiego, wszelkie ataki na premiera Tuska z tej strony ustały, jakby ręką odjął, bo w ten sposób Nasza Złota Pani dała do zrozumienia, że kto odtąd podniesie rękę na Donalda Tuska, to będzie miał z nią do czynienia.

Nawiasem mówiąc, to może być jedna z przyczyn politycznej wojny w naszym nieszczęśliwym kraju, bo prezes Kaczyński pragnie wytarzać Donalda Tuska w smole i pierzu, a w tej sytuacji Niemcy mobilizują przeciwko niemu nie tylko starych kiejkutów, ale i rzesze folksdojczów. Znakomitą tego ilustracją było wystąpienie pani Małgorzaty Gersdorf, by Komisja Europejska przyspieszyła operację przeciwko Polsce, podobnie jak wystąpienie pana generała Mirosława Różyckiego na Akademii Sztuk Przepięknych u „Jurka Owsiaka”. Pan generał ostrzegł, że jak tak dalej pójdzie, to w Polsce „może być tak jak na Ukrainie”.

Najwyraźniej pan generał jakimiś kanałami mógł zapoznać się z „planem B”, gdyby „plan A” dlaczegoś nie wypalił, albo gdyby BND od niego odstąpiła. Ten „plan B”, to po prostu „wołynka”, dzięki której, na podstawie ustawy nr 1066, Niemcy i inni sojusznicy mogliby zrobić w Polsce porządek, i to raz na zawsze. Rząd oczywiście nie przyjmuje takich rzeczy do wiadomości, a ten optymizm udziela się rządowym klakierom – że „my, Polacy”, w razie czego nie oddamy „ani guzika” – jak w 1939 roku. Coś jednak przeczuwa, bo za pośrednictwem Unii Europejskiej deportował na Ukrainę panią Ludmiłę Kozłowską z fundacji „Otwarty Dialog”, w ramach której jej małżonek, pan Bartosz Kramek, nawet z ostentacją nawoływał do „wyłączenia rządu”. A jak najłatwiej „wyłączyć” rząd? Stefan Bandera w ramach „wołynki” wymordowałby wszystkich ministrów znienawidzonego polskiego rządu z premierem na czele – i po krzyku. Co zrobi w razie czego pan Bartosz Kramek – tego jeszcze nie wiemy, bo – po pierwsze – nie ma takiej bramy, której nie przeszedłby osioł obładowany złotem, o czym wie i pan Paweł Kowal, co to „interesuje się Ukrainą”, i moja faworyta Joanna Senyszyn, nie mówiąc już o ascetycznym panu Marcinie Święcickim, co to z niejednego komina wygartywał, a po drugie – rząd też ma swojego zająca, którego się boi. Wprawdzie miejsce męża jest przy żonie, ale na deportację pana Kramka najwyraźniej nie zgadza się Nasz Sojusznik, ten sam, który pani Teresie Piotrowskiej, jednej z „psiapsiółek” naszej klempy na stanowisku ministra spraw wewnętrznych, kazał w 2014 roku dać panu Kramkowi koncesję na handel bronią. Na tym tle lepiej rozumiemy przyczyny, dla których co najmniej od 2014 roku z Ukrainy do Polski odbywa się duży przemyt broni. Toteż panu Kramkowi i teraz, przy „dobrej zmianie”, rura wcale nie mięknie, bo już on tam wie, czyja potężna ręka wprawia go w ruch.
Jakby tego było mało, również pan prezydent Duda znowu się bisurmani. Właśnie zawetował ordynację wyborczą do Parlamentu Europejskiego, a niezależnie od tego wyraził swoje niezadowolenie również z powodu „prac” nad zmianą ordynacji wyborczych do Sejmu i Senatu. Tedy na mieście ukazały się billboardy głoszące, że PiS „wziął miliony”, a nie ma „tanich mieszkań”, albo że ludzi „nie stać na leki” – i tak dalej. Ale PO też „wzięła miliony” budżetowej subwencji i też wszystkie przepuściła przez przewód pokarmowy. Nie wzięła „Nowoczesna”, bo ekonomista światowej sławy, pan Rysio, nie potrafił sporządzić stosownych wyliczeń, za co pulchna pani Lubnauer wygryzła go z partii i teraz musi się prezentować w towarzystwie pani Joanny Schmidt i mojej faworyty Joanny Scheuring-Wielgus, niczym jakiś trójbuńczuczny basza. Mimo to ma lepszą pozycję startową w życiu politycznym, bo o ile panie Katarzyna Lubnauer i Kamila Gasiuk-Pihowicz rozmnażać się wspólnie nie mogą, to pan Rysio – jak najbardziej.

I o to chodzi, żeby panował optymizm, bo jak będzie panował optymizm, to zaraz zrobi się jeszcze dobrzej. Dlatego z satysfakcją odnotowuję uroczystości z okazji Święta Wojska Polskiego, których kulminacyjnym punktem była defilada z udziałem naszej niezwyciężonej armii, kto wie, czy nie in corpore, oraz malowniczymi grupami rekonstrukcyjnymi, które – jak tak dalej pójdzie – mogą stanowić nawet główną siłę uderzeniową. Jeśli taki na przykład prezydent Putin zobaczyłby husarię w pełnym natarciu, to na pewno by się przeląkł – a przecież o to właśnie wszystkim chodzi!

Stanisław Michalkiewicz

michalkiewiczNieubłaganie zbliża się termin dorocznego święta naszej niezwyciężonej armii, przypadającego, jak wiadomo, 15 sierpnia, w rocznicę Bitwy Warszawskiej.

        Okrągła, setna rocznica tej bitwy, która zatrzymała bolszewicki pochód na Europę, przypada za dwa lata, więc jest jeszcze dość czasu, by przygotować stosowną kampanię, zwłaszcza za granicą, gdzie o tym wydarzeniu mało kto słyszał. Podobnie jest z Powstaniem Warszawskim, które dość powszechnie utożsamiane jest z powstaniem w warszawskim getcie – o którym z kolei słyszał na świecie każdy, a jeśli jeszcze nie słyszał, to z pewnością usłyszy – bo Żydzi w swojej polityce historycznej są bardzo sprawni.

        O ile jednak od powstania w warszawskim getcie właściwie nic nie zależało, podobnie – jakkolwiek przykro to powiedzieć – jak od Powstania Warszawskiego, to już Bitwa Warszawska z 1920 roku wygląda zupełnie inaczej. Przede wszystkim była ona elementem samodzielnego polskiego zwycięstwa, pierwszego od Wiktorii Wiedeńskiej z roku 1683, a po drugie – podobnie jak tamto zwycięstwo pod wodzą Jana III Sobieskiego – uratowała Europę przez zalewem bolszewickim, podobnie jak Wiktoria Wiedeńska – przed zalewem bisurmańskim. 

        Można powiedzieć, że powtórzyła się sytuacja, kiedy to „lasem polskich dzid narody zasłaniane od podboju, wynuciły pieśń swobody, pieśń miłości, pieśń pokoju”. I dlatego warto dzisiaj o tym światu przypomnieć, podobnie jak przypomnieć Polakom, którym wspomnienie orężnego zwycięstwa przyda się niewątpliwie, jako odskocznia od rozpamiętywań martyrologicznych.  

        Również dlatego warto o tym świat zawiadomić, że zwycięstwo w wojnie bolszewickiej w roku 1920 było nie tylko samodzielnie polskie, ale nawet nastąpiło mimo działań różnych „sąsiadów”, czyli państw ówcześnie Polsce nieprzyjaznych. Nie mówię o Rosji, z którą Polska wojowała, tylko o Czechosłowacji i Niemczech, które odmówiły przepuszczenia transportów francuskiej broni i amunicji do Polski, a także – o brytyjskich dokerach, którzy za namową bolszewików, odmówili ładowania statków z materiałami wojennymi dla Polski. W tej trudnej sytuacji pomocy udzieliły Węgry, udostępniając na potrzeby Polski fabryki amunicji na wyspie Csepel w Budapeszcie. Okrężną drogą przez Zakarpacie transporty te dotarły na stację kolejową w Skierniewicach niemal w ostatniej chwili i amunicja prosto z wagonów mogła być dostarczona na linię walki. Bez tego zwycięstwo pod Warszawą, podobnie jak i późniejsza Operacja Niemeńska (20-28 września 1920 r.) która doprowadziła do ostatecznego rozgromienia wojsk bolszewickich, nie byłyby możliwe.

   Tymczasem przez Polskę przetacza się polityczna wojna, dzięki której Niemcy mają nadzieję odzyskać wpływy polityczne w naszym nieszczęśliwym kraju, zwłaszcza, gdyby doszło do kolejnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich. 

        Główne  zadanie wyznaczono niezawisłym sądom z Sądem Najwyższym na czele. Właśnie tamtejsi przebierańcy rozpoczęli operację kierowania do przebierańców zasiadających w Europejskim Trybunale Sprawiedliwości w Luksemburgu tak zwanych „pytań prejudycjalnych”, które mają na celu stworzenie pretekstu do „zawieszenia” ustaw reformujących sądownictwo oraz dostarczenie Niemcom pozorów legalności dla ewentualnej interwencji w Polsce. Możliwość takiej interwencji wynika z traktatu lizbońskiego, w który wpisana jest tzw. „klauzula solidarności”, przewidująca, że w razie zagrożenia dla demokracji w którymś z państw członkowskich, Unia Europejska, na prośbę zainteresowanego państwa, może udzielić mu „bratniej pomocy”. 

        Z taką prośbą powinien zwrócić się zainteresowany rząd, ale w przypadku Polski diagnoza Komisji Europejskiej i ETS w Luksemburgu jest taka, że zagrożenie dla demokracji płynie właśnie od rządu. W takiej sytuacji w imieniu państwa z prośbą o pomoc  mógłby zwrócić się Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, będący najwyższym przedstawicielem jednej z władz państwowych, tj. - władzy sądowniczej.

        Warto przypomnieć, że nawet Adolf Hitler stwarzał pozory legalności dla uderzenia na Polskę 1 września 1939 roku, zlecając tzw. „prowokację gliwicką”, więc cóż dopiero współcześni „dobrzy Niemcy”, znani na całym świecie z umiłowania demokracji i praworządności? 

        Dopiero na tym tle można lepiej zrozumieć i ocenić przyczyny takiej zaciekłej obrony pani Małgorzaty Gersdorf na stanowisku Pierwszego Prezesa SN. W tę obronę zaangażowane zostały zastępy Konfidentów Od Dukaczewskiego (KOD), które na razie ubierają wszystkie pomniki w Polsce w koszulki z napisem „konstytucja”. O ile mi jednak wiadomo, pomnika Bohaterów Getta w Warszawie w takie koszulki nie ośmielili się ubrać, najwyraźniej uważając, że w przeciwnym razie „dałaby świekra ruletkę mu!” - to znaczy, że Żydzi na oczach całego świata mogliby ściągnąć panu generałowi Markowi Dukaczewskiemu kalesony. 

        Ale ta ostrożność ma też swoją mroczną stronę, bo sugeruje, że bojownicy o demokrację, wstrzymując się przed ubraniem pomnika Bohaterów Getta, którzy przecież – podobnie jak powstańcy warszawscy – walczyli o demokrację i praworządność, w koszulki z napisem „konstytucja”, mogą działać z pobudek antysemickich. Słowem – i tak źle i tak niedobrze, co pokazuje, że i niemiecka BND nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego, a cóż dopiero – tubylcze stare kiejkuty?

   Ale to dopiero wstępne harce przed zasadniczą operacją, której początek wyznaczono na początek września – pewnie dlatego, by i tradycji stało się zadość. W jakim kierunku ta operacja się rozwinie – tego jeszcze nie wiemy, chociaż pewne wnioski można wyciągnąć z wypowiedzi pana generała Mirosława Różańskiego, którego z Józefem Różańskim, co to naprawdę nazywał się Józef Goldberg, łączy tylko zbieżność nazwisk. Ale czy aby na pewno? Rzecz w tym, że pan generał Różański, który do 2016 roku był Dowódcą Generalnym Rodzajów Sił Zbrojnych i padł ofiarą kuracji przeczyszczającej, jaką naszej niezwyciężonej armii zaordynował złowrogi minister Antoni Macierewicz, pojawił się na festiwalu „Jurka Owsiaka” w Kostrzyniu, w ramach tzw. „Akademii Sztuk Przepięknych”, gdzie występują rozmaici filuci, a niekiedy i renegaci. Przemawiając do uczestników festiwalu, będących w większości w stanie nirwany, wyraził współczucie naszym sąsiadom, że mają takiego sąsiada, jak Polska i powiedział, że obecny rząd popycha Polskę do wojny, więc jak tak dalej pójdzie, to w Polsce „może być tak, jak na Ukrainie”. Najwyraźniej pan generał Różański wie coś, czego jeszcze opinia publiczna w Polsce nie wie, a w najlepszym razie – w to nie wierzy. Rzecz w tym, że mamy w Polsce ponad 2-milionową diasporę ukraińską. Zdecydowana większość tej diaspory nie ma wobec Polski złych zamiarów, ale 1 procent (czyli ponad 20 tys.), może być zadaniowany wywiadowczo, a nawet dywersyjnie przez niemiecką BND. Na trop takich podejrzeń naprowadzają informacje o dużym przemycie broni z Ukrainy do Polski. W takiej sytuacji zorganizowanie w Polsce „wołynki”, na podobieństwo tej na Ukrainie w 1943 roku, nie byłoby dla BND zadaniem trudnym, gdyby prośba pani Gersdorf nie wystarczyła. Taka zaś „wołynka” byłaby znakomitym pretekstem do wykonania postanowień ustawy nr 1066, podpisanej przez prezydenta Komorowskiego w styczniu 2014 roku i przewidującej udział formacji zbrojnych obcych państw w tłumieniu rozruchów na terenie RP. Wszystko zatem byłoby lege artis i pewnie nawet kule miałyby dozwolony kaliber. W tej sytuacji jest tylko jeden znak zapytania – jak mianowicie zachowałaby się w tej sytuacji nasza niezwyciężona armia? Wypowiedź pana generała Mirosława Różańskiego w ramach Akademii Sztuk Przepięknych budzi obawy, że mogłaby stanąć po stronie „sąsiadów” - podobnie jak uczyniła to 13 grudnia 1981 roku. Mamy zatem o czym rozmyślać, przyglądając się defiladzie naszej niezwyciężonej, która w tym roku dlaczegoś przejdzie nie Alejami Ujazdowskimi, tylko Wisłostradą.

        Stanisław Michalkiewicz

piątek, 03 sierpień 2018 18:20

Polska maszeruje

Napisane przez

michalkiewiczZ kolei obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm wprost pławi się w patriotycznej atmosferze, niczym w siarczanych kąpielach, lecząc w ten sposób swoje polityczne dolegliwości…

„Rosną młode kadry związku kombatantów” - tak za komuny żartowali sobie żartownisie, kiedy w miarę oddalania się momentu zakończenia wojny wzrastała liczebność Związku Bojowników o Wolność i Demokrację.

Z podobną sytuacją spotykamy się tego lata w Warszawie i nie tylko tu. Wprawdzie od Powstania Warszawskiego minęły już 74 lata i ostatni powstańcy powoli przenoszą się do wieczności, ale zainteresowanie tamtym wydarzeniem nie tylko nie słabnie, ale jakby nawet rosło.

Składa się na to kilka przyczyn; obok rosnącego zainteresowania historią jakie widać w części młodego pokolenia, jest również pragnienie wykorzystania Powstania w toczącej się w Polsce politycznej wojnie. Wzrost zainteresowania historią w środowiskach młodzieżowych też ma co najmniej dwie przyczyny.

Pierwszą jest naturalna ciekawość przeszłości – jak było naprawdę, ale jest i druga. W związku z koordynacją żydowskiej polityki historycznej z polityką historyczną niemiecką, a także w perspektywie zrealizowania przez Polskę żydowskich „roszczeń” majątkowych preparowana jest poprawna historia Polski, w którą młode pokolenia maja uwierzyć. W te przygotowania zaangażowanych jest kilka instytucji, z Muzeum Żydów Polskich i Żydowskim Instytutem Historycznym na czele.

Gdyby zainteresowanie historią zanikło, to za kolejnych 70 lat okazałoby się, że II wojnę światową wygrał Tewje Bielski z pułkownikiem Stauffenbergiem. Podjęli oni nieubłaganą walkę z polskimi nazistami, którzy w obawie przez surowym sądem zagniewanego ludu, zabarykadowali się w Warszawie, gdzie nawet wzniecili powstanie, by wymordować resztę pozostałych przy życiu Żydów – ale ponieśli sromotną klęskę, w następstwie której rozproszyli się bez śladu i dopiero w roku 2017 okazało się, że potajemnie wrócili do Warszawy i to w liczbie co najmniej 60 tysięcy.

Na razie koryfeusze polskiej historii jeszcze trochę się krępują, zwłaszcza, że coraz więcej młodych ludzi, w miarę poznawania prawdy o przeszłości własnego narodu odwraca się od preparowanej historii Polski z pogardą.

Powstanie Warszawskie znakomicie nadaje się do politycznego wykorzystania, toteż coraz to nowi kandydaci na Umiłowanych Przywódców w dymach płonącej Warszawy próbuje – jak powiedziały to Józef Ozga-Michalski - „uwędzić swoje półgęski ideowe”.

Skoro tak, to sygnał do powstania dał w Kostrzynie nad Odrą sam „Jurek Owsiak”, a w Warszawie biłgorajski chłop opętany przez Żydów, czyli pan Henryk Wujec już o 16.00, a więc całą godzinę przed słynna „godziną W”, poprowadził „Marsz Milczenia” od ulicy Kilińskiego ku ulicy Waliców.

W ten sposób do Powstania Warszawskiego podłączył się obóz zdrady i zaprzaństwa, na co dzień walczący o praworządność między innymi za pomocą listów do niemieckiego owczarka Franciszka Timmermansa z prośbą o interwencję.

Uczestnicy tego marszu przez cały czas intensywnie milczeli, niczym papież Franciszek w Oświęcimiu, spełniając w ten sposób prośbę pani Naomi di Segni, przewodniczącej Związku Włoskich Żydów.

Ma to oczywiście swoje dobre strony, bo pomyślmy tylko, co mogliby powiedzieć o Powstaniu Warszawskim członkowie obozu zdrady i zaprzaństwa?

Z kolei obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm wprost pławi się w patriotycznej atmosferze, niczym w siarczanych kąpielach, lecząc w ten sposób swoje polityczne dolegliwości. Któż bowiem, widząc pana prezydenta, jak na Placu Piłsudskiego z zapałem śpiewa powstańcze piosenki, ośmieliłby się zapytać go o przyczynę „intensywnego milczenia” w czasie gdy część działaczy Polonii Amerykańskiej prowadziła desperacji lobbing przeciwko ustawie nr 447 JUST, która może doprowadzić do żydowskiej okupacji Polski? To nie byłoby taktowne, nie mówiąc już o tym, że takiego śmiałka pewnie zatrzymałaby ochrona.

Więc z jednej strony mamy Marsz Milczenia z udziałem obozu zdrady i zaprzaństwa, a z drugiej – lecznicze kąpiele w patriotycznej atmosferze, w jakiej pławi się obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm.

I tylko ONR-owcom Marsz Powstania Warszawskiego się nie udał, bo na rondzie de Gaulle`a zatrzymała go policja, podobno działająca na rozkaz pani prezydent Hanny Gronkiewicz-Waltz, która na koszulce jednego z uczestników tego marszu dopatrzyć się miała marksistowskich emblematów w postaci sierpa i młota.

Okazuje się, że pani Hanna Gronkiewicz-Waltz, która przez całe lata nie zauważała adwokacko-urzędniczej mafii grabiącej warszawskie nieruchomości, tutaj natychmiast wypatrzyła w tłumie osobnika z marksistowskimi emblematami.

Oczywiście nie wiemy, czy ten osobnik rzeczywiście tam był, a jeśli nawet – to czy przypadkiem nie został tam posłany przez panią prezydent, albo jeszcze lepiej – przez starych kiejkutów, którzy przecież musieli i nad panią Hanną i wspomnianą mafią trzymać parasol ochronny? Podobnie było przecież w przypadku pana Dominika Tarasa, który na Krakowskie Przedmieście „skrzyknął” kilkuset, a może nawet tysiąc alfonchów ze złotymi łańcuchami z tombaku na byczych karczychach, którzy modlącym się tam kobietom proponowali, by im „pokazały cycki”.

„Gazeta Wyborcza” pisała w entuzjastycznym tonie o podmuchu „świeżego powietrza”, który rozwiał panujący tam zaduch. Żeby taki patriotyczny zaduch na Krakowskim Przedmieściu wyczuć z ulicy Czerskiej na Dolnym Mokotowie, trzeba mieć specjalnego nosa – no ale z tym w gronie redakcyjnego Judenratu nie ma kłopotu. Tak czy owak – Marsz Powstania Warszawskiego w wykonaniu ONR-owców zastał zablokowany. Okazuje się, że polityczna wojna swoją drogą, ale gdy w grę wchodzi zablokowanie możliwości pojawienia się politycznej alternatywy, to pani Hanna Gronkiewicz-Waltz staje po tej samej stronie, co dysponent policji i viribus unitis robią „no pasaran”.

Toteż bez specjalnego zaskoczenia odnotowujemy inicjatywę Wielce Czcigodnego Arkadiusza Mularczyka, by Trybunał Konstytucyjny w Warszawie pozbawił Republikę Federalną Niemiec immunitetu państwa suwerennego.

Kiedy już ją tego immunitetu pozbawi, to każdy Polak będzie mógł wystąpić do niezawisłego sądu, który przyzna mu stosowny udział w rekompensatach. Nie muszę dodawać, że wszystkie te sprawy może prowadzić pan Arkadiusz Mularczyk, który w cywilu jest adwokatem i zdążył zyskać reputację eksperta.

Dodatkowym impulsem do tej inicjatywy może być okoliczność, że pan Jan Zbigniew hrabia Potocki, uważający się za prezydenta Polski, właśnie wygrał od Niemiec 850 miliardów dolarów tytułem reparacji wojennych, co prawda przez Europejskim Sądem Polubownym Sądem Arbitrażowym w Ciechanowie, który funkcjonuje przy Regionalnym Klubie Biznesu w Opinogórze – niemniej jednak wygrał. W tej sytuacji obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm nie mógł pozostać bierny – co ilustruje czastuszka treści następującej: Już Kaczyński srogo łypnął spod swych okularów. Zaraz Niemcy nam wypłacą miliardy dolarów! Hej, hej Dunia ma, Dunia diewuszka maja!

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 27 lipiec 2018 10:56

Dorzynki letnie i jesienne

Napisane przez

michalkiewiczLato jeszcze w całej pełni, ale w Sejmie i Senacie, które w sierpniu zostaną rozpuszczone – jak to przed laty mówiono w Watykanie – ad aquas (do wód), czyli na wakacje – rozpoczęły się dożynki. Właściwie nie tyle dożynki, co dorzynki, bo według obozu zdrady i zaprzaństwa, któremu wtórują folksdojcze i pożyteczni idioci – w naszym nieszczęśliwym kraju dorzynana jest właśnie praworządność. Sejm mianowicie uchwalił, a Senat zatwierdził kolejną nowelizację ustawy o Sądzie Najwyższym. Dotychczas wybór I Prezesa SN wymagał uczestnictwa przynajmniej 110 spośród wszystkich 120 sędziów SN. W rezultacie nowelizacji prezydent wskaże I Prezesa SN spośród 5 kandydatów, wybranych przez Zgromadzenie Ogólne tego Sądu, ale już przy quorum 80 sędziów, a nie 110. Chodzi o zablokowanie możliwości obstrukcji, to znaczy – blokowania wyboru kandydatów na pierwszego prezesa i przedłużenie w ten sposób prezesury pani Małgorzaty Gersdorf aż do kwietnia 2020 roku. W ogłoszonym przez prezydenta w czerwcu br. konkursie na sędziów SN pozostały do obsadzenia jeszcze 44 miejsca, do których mogą pretendować wszyscy przedstawiciele zawodów prawniczych, a więc nie tylko sędziowie, ale również adwokaci, prokuratorzy, notariusze i radcowie prawni, legitymujący się ukończeniem 40 lat życia i przynajmniej 10-letnim stażem zawodowym. W ten sposób można będzie uzyskać niezbędne quorum, ale jest jeszcze jeden szkopuł, przez obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm w tym pospiechu przeoczony. Rzecz w tym, że Zgromadzenie Ogólne sędziów SN, które ma wybrać pięciu kandydatów na I Prezesa SN, musi być zwołane przez I Prezesa. Pani Gersdorf na pewno takiego Zgromadzenia nie zwoła, a poza tym – sama nie wie, czy jest jeszcze I Prezesem SN, czy już I Prezesem „na uchodźstwie” – jak zaprezentowała się w Karlsruhe – podobnie jak nie uczyni tego dawny funkcjonariusz wojskowej razwiedki, dla niepoznaki przebrany w „głupi, średniowieczny łach”, czyli sędziowską togę, pan sędzia Iwulski, który panią Małgorzatę „zastępuje”, podczas gdy ona – to jest na urlopie, to z niego powraca, jakby gonitwę myśli miała ona sama, albo ktoś starszy i mądrzejszy, który by ją każdego ranka nakręcał. W tej sytuacji nie jest wykluczone, że trzeba będzie przeprowadzić jeszcze jedną nowelizację, a to oznacza, że dorzynki przeciągną się do późnej jesieni, a nawet – do zimy. Czy zatem mamy do czynienia z przeoczeniem, czy też wirtuoz intrygi, za jakiego uważam pana prezesa Kaczyńskiego, dopuścił do tego przeoczenia specjalnie, żeby obozowi zdrady i zaprzaństwa, czyli starym kiejkutom, folksdojczom i pożytecznym idiotom, za którymi ukrywa się ręka Naszej Złotej Pani, dostarczyć paliwa również do igrzysk jesiennych – o tym się przekonamy w niedalekiej przyszłości. Jak bowiem wiadomo, na pierwszą dekadę września planowane jest zwołanie Kongresu Opozycji Ulicznej, na którym ulicznice i ulicznicy z całej Polski będą się kongresować. Już takie widowisko mogłoby dostarczyć publiczności stu pociech, a tu jeszcze moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, rzuciła myśl („rzucam myśl, a wy go łapcie”), żeby ten Kongres przepoczwarzył się w alternatywny parlament, w którym by debatowano, głosowano, uchwalano – ale jeszcze nie bardzo wiadomo, kto by to wszystko potem egzekwował. Mogłaby to ewentualnie wymusić nasza niezwyciężona armia, która wprawdzie nie bardzo się nadaje nawet do poważniejszej „operacji pokojowej”, ale głupich cywilów zawsze jeszcze może sterroryzować, jak 13 to zrobiła grudnia 1981 roku.

Myślę jednak, że impuls do takich działań musiałby wyjść od kogoś mądrzejszego niż moja faworyta – i tu rysują się pewne możliwości. Komisja Europejska prowadzi bowiem przeciwko Polsce dochodzenie, które może zakończyć się jakimś kolejnym prawniczym kretynizmem, ale gdyby tak Nasz Najważniejszy Sojusznik dokonał kolejnego „resetu” w stosunkach z Rosją, to kto wie, czy Nasza Złota Pani nie zdecydowałaby się na uruchomienie procedury z traktatu lizbońskiego, czyli „klauzuli solidarności”. Pretekstem mogłaby być wywołana na terenie naszego nieszczęśliwego kraju „wołynka” w wykonaniu zadaniowanych przez BND banderowców, którą siły zbrojne bratnich krajów by następnie spacyfikowały zgodnie z ustawą nr 1066. W Niemczech wszystko musi być akuratnie.
Tedy Europejski Trybunał Sprawiedliwości właśnie udzielił odpowiedzi na pytanie niezawisłego irlandzkiego sądu, czy może wydać Polsce jakiegoś przestępcę, skoro nie ma pewności, czy będzie miał on tam sprawiedliwy proces przed niezawisłym sądem? Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu w całej rozciągłości te obawy względem polskiego wymiaru sprawiedliwości podzielił, co można rozumieć zarówno jako objaw solidarności międzynarodówki przebierańców, albo jako padgatowkę do czegoś poważniejszego. W ten oto sposób sędziowie się doigrali – zarówno ci stojący po stronie obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, jak i stojący po stronie obozu zdrady i zaprzaństwa. ETS podsumował bowiem, że i jedni, i drudzy to kupa gówna – co niestety może być prawdą. Za komuny niezawisłych sędziów formalnie powoływała Rada Państwa – ale w rozprawie doktorskiej Kamila Niewińskiego: „PZPR a sądownictwo w latach 1980–1985” czytamy, że: „Faktycznie o składzie sędziowskim SN na każdą kolejną kadencję decydował Sekretariat KC PZPR w oparciu o listę kandydatów przedstawianych przez Wydział Administracyjny KC PZPR, opracowywaną w porozumieniu m.in. z Ministerstwem Sprawiedliwości, Pierwszym Prezesem SN upływającej kadencji, a także KW PZPR, które opiniowało kandydatów z sądów wojewódzkich” (str. 240). Czytelnikom „Gońca” wyjaśniam, że Wydziałowi Administracyjnemu KC PZPR podlegała bezpieka cywilna i wojskowa. Takie były podówczas kulisy sławnej „niezawisłości” – no a jak jest teraz? Reżym PiS próbuje przejść na ręczne sterowanie niezawisłymi sądami, co w normalnym państwie rzeczywiście byłoby skandalem – ale Polska 2018 roku żadnym normalnym państwem przecież nie jest i sławna „niezawisłość sędziowska” również i dzisiaj ma swoje bezpieczniackie – bo oczywiście już nie PZPR-owskie – kulisy. Wystarczy durniowi pozwolić mówić i zaraz się zdradzi. Tak właśnie stało się z niezawisłymi sędziami. Płomienni obrońcy „wolnych sądów” zarzucają swoim, sprzyjającym aktualnemu rządowi kolegom, że „przeszli na stronę PiS”.

Jeśli to prawda, to wszelką „niezawisłość” możemy spokojnie włożyć między bajki – bo przecież płomienni obrońcy praworządności z panią Małgorzatą Gersdorf na czele uprawiają ostentacyjną amikoszonerię z obozem zdrady i zaprzaństwa, który zza kulis nakręcają stare kiejkuty, z kolei nakręcane przez niemiecką BND. Więc chociaż jestem pewien, że ETS w Luksemburgu miał odmienne intencje, to przecież nolens volens powiedział verba veritatis. Już tam sędziowie, z których wielu wywodzi się zresztą z ubeckich albo partyjniackich dynastii, nie wychodzą z komuny czyści. Unosi się nad nimi smród, jeśli nawet nie od nich samych, to od kolegów, z którymi uprawiają sodomską komedię niezawisłości.

Ale na tym nie koniec letniej fazy dorzynek, bo właśnie Senat dorżnął prezydencki projekt urządzenia referendum konstytucyjnego 11 listopada tego roku. Pan prezydent ogłosił swój zamiar 3 maja ubiegłego roku – według wszelkiego prawdopodobieństwa nawet nie konsultując go z Biurem Politycznym PiS. Przez ponad rok nic się nie działo, aż wreszcie w ostatniej chwili ogłoszony został kuriozalny zestaw pytań – na przykład – czy wpisać do konstytucji, że Polska jest państwem suwerennym, a jednocześnie – że ma należeć do Unii Europejskiej i do NATO. Widać było w tym rękę starych kiejkutów, być może nawet tych samych, co za pierwszej komuny wpisali do konstytucji sojusz z ZSRR i którzy nie mogą wytrzymać bez podpisania Volkslisty – jak nie jednej, to drugiej. Nie ma zatem czego żałować, chociaż oczywiście Senat utrącił tę inicjatywę po pierwsze dlatego, że była to samowolka, po drugie – żeby przypomnieć Andrzejowi Dudzie, skąd wyrastają mu nogi, a po trzecie – że po co zmieniać konstytucję, na podstawie której niepodobna udzielić odpowiedzi na proste pytania, na przykład: kto dowodzi wojskiem, albo – kto jest Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego lub Trybunału Konstytucyjnego?

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 20 lipiec 2018 13:32

Widmo czwartej upiorzycy

Napisane przez

michalkiewiczQuidquid agis, prudenter agas et respice finem – mawiali starożytni Rzymianie, którzy każde spostrzeżenie zaraz ubierali w postać pełnej mądrości sentencji. Ta akurat się wykłada, że cokolwiek czynisz, czyń rozsądnie i patrz końca. Nawiązuje do niej porzekadło francuskie, że rira bien, qui rira le dernier, co z kolei się wykłada, że ten się dobrze śmieje, kto śmieje się ostatni. Jakże tu nie przywoływać tych pełnych mądrości sentencji, kiedy nie tylko minął szczyt NATO, ale również – jeszcze ważniejszy szczyt w postaci spotkania prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa i prezydenta Federacji Rosyjskiej Włodzimierza Putina w Helsinkach?

        Te Helsinki mają już swoją świecką tradycję, bo właśnie tam w roku 1975 odbyła się Konferencja Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie, na której przyjęty został tzw. Akt Końcowy. Z jednej strony, zatwierdzał on wszystkie sowieckie zdobycze terytorialne na Starym Kontynencie, ale jednocześnie składał na czole Imperium Sowieckiego pocałunek Almanzora („pocałowaniem wszczepiłem w duszę jad, co was będzie pożerać”) w postaci tzw. trzeciego koszyka, zawierającego zobowiązania do przestrzegania pewnych standardów w postępowaniu rządów z własnymi obywatelami. W rezultacie porządek jałtański został dotknięty przyspieszoną erozją, która  doprowadziła nie tylko do ewakuacji imperium sowieckiego ze Środkowej Europy, ale i do rozpadu samego Związku Sowieckiego.

        Toteż nic dziwnego, że przed helsińskim szczytem świat wstrzymał oddech w oczekiwaniu na to, co go czeka. Można było to i owo wydedukować z występów prezydenta Trumpa na szczycie NATO, kiedy ofuknął on Niemcy, że za mało płacą Stanom Zjednoczonym za ochronę i w ogóle – że są „zakładnikiem Rosji”, bo zamiast płacić Ameryce za ochronę, pakują miliardy w złowrogi rosyjski gaz, kiedy przecież mają przyjazny gaz amerykański. Bo przy rosyjskim gazie nie ma dywersyfikacji, podczas gdy przy amerykańskim – ooo, dywersyfikacja jest taka, że aż miło popatrzeć! Niemcom, jako „zakładnikom Rosji”, prezydent Trump przedstawił do naśladowania przykład Polski, która niczyim zakładnikiem nie jest, bo i za ochronę płaci, ile się należy, i gaz będzie kupowała w USA, no i że prezydent Trump tylko co podpisał ustawę nr 447 JUST, na podstawie której USA zobowiązały się dopilnować, by żydowskie roszczenia zostały przez Polskę zrealizowane do ostatniego centa, co w rezultacie zakończy się żydowską okupacją naszego i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwego kraju.

        Tymczasem po zakończeniu ponad dwugodzinnej rozmowy w cztery oczy z zimnym rosyjskim czekistą Putinem, prezydent Trump na konferencji prasowej w Helsinkach oznajmił, że o ile jeszcze przed czterema godzinami stosunki USA z Rosją były „bardzo złe”, to teraz, po czterech godzinach, już takie nie są. Najwyraźniej w ciągu tych czterech godzin musiało stać się coś bardzo ważnego. A co takiego ważnego mogło wydarzyć się w ciągu tych czterech godzin, spośród których ponad dwie prezydent Trump poświęcił na rozmowę w cztery oczy z prezydentem Putinem? Nie ma innej możliwości, jak ta, że prezydent Putin powiedział prezydentowi Trumpowi coś, co go bardzo ucieszyło, a nawet wprawiło w stan bliski euforii, który – jak wiadomo – jest następstwem oddziaływania na organizm ludzki gersdorfin. Co to mogło być? Nie sądzę, by prezydent Putin zaoferował prezydentowi Trumpowi przyłączenie Rosji do Stanów Zjednoczonych, ale w takim razie co mu obiecał?

        Na tę zagadkę pewne światło rzuca nie tylko okoliczność, że prezydent Trump znajduje się w USA pod śledztwem, które ma wyjaśnić sprawę interwencji Rosji w amerykańskie wybory prezydenckie, a konkretnie – czy sukces wyborczy Donalda Trumpa nie był przypadkiem spowodowany rosyjskimi intrygami. To bardzo ciekawa hipoteza, bo gdyby tak rzeczywiście było, to by znaczyło, że Rosja podstawia amerykańskim twardzielom prezydentów, jakich tylko jej się spodoba, czyli – że USA, oczywiście „bez swojej wiedzy i zgody”, idą na pasku Rosji. To podważałoby wiarygodność USA, zwłaszcza w Europie Środkowej, no i wiarygodność Donalda Trumpa. Gdyby w tej sytuacji zimny ruski czekista zapewnił prezydenta Trumpa, że Rosja nie tylko pozaciera wszelkie ślady swojej ingerencji, ale nawet zatrze ślady po zatarciu, to czyż prezydent Trump nie przyjąłby takiej deklaracji z ulgą i radością? Na taką możliwość wskazywałoby oświadczenie prezydenta Putina podczas wspomnianej konferencji prasowej, że on w żadne takie „bzdury” nie wierzy, ale na wszelki wypadek Rosja postara się tę sprawę wyjaśnić. Zwróćmy uwagę, że ta deklaracja zawiera w sobie ostrzeżenie, że jeśli nawet Rosja pozaciera wszelkie ślady, to nie za darmo. „Z obfitości serca usta mówią” – powiada Stary Testament, więc nie można wykluczyć, iż gersdorfiny tak mocno na prezydenta Trumpa podziałały, iż oświadczył on, że bardziej ufa prezydentowi Putinowi niż własnemu FBI. W Ameryce wywołało to ogromny rezonans; pojawiło się nawet słowo „zdrada”, więc prezydent Trump, kiedy działanie gersdorfin nieco osłabło, wyjaśnił, że został źle zrozumiany, że tak naprawdę powiedział co innego – i tak dalej.

        W takiej sytuacji nie możemy wykluczyć powtórki z historii w postaci kolejnego „resetu” w stosunkach amerykańsko-rosyjskich, podobnego do tego z 17 września 2009 roku. Jak pamiętamy, w następstwie tego „resetu” szczyt NATO w Lizbonie 20 listopada 2010 roku proklamował strategiczne partnerstwo NATO-Rosja, co w konsekwencji doprowadziło m.in. do podpisania w sierpniu 2012 roku na Zamku Królewskim w Warszawie deklaracji o pojednaniu między narodami polskim i rosyjskim. Gdyby zatem pojawił się kolejny „reset”, to pewnie uczestniczylibyśmy w podniosłej uroczystości „odnowienia” wspomnianej deklaracji, która nosi w sobie wszelkie znamiona „zawierzenia”.

        Najwyraźniej na to właśnie stawiają Niemcy i w dążeniu do odwojowania swoich wpływów politycznych w naszym bantustanie, planują na jesień eskalację anarchii w Polsce na skalę dotąd niespotykaną. Teraz są wakacje, sezon urlopowy, więc chociaż praworządność doznaje coraz to nowych ciosów, manifestacja przed Sejmem była nieliczna. Płomienni szermierze praworządności ładują bowiem akumulatory na jesienną ofensywę, kiedy to już „w pierwszym tygodniu września” ulicznicy i ulicznice w ramach Opozycji Ulicznej odbędą swój kongres. Moja faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus, zaproponowała, by kongres Opozycji Ulicznej przybrał formę „parlamentu obywatelskiego”, to znaczy – „debatował, obradował, głosował i uchwalał”. Słowem – żeby ulicznicy i ulicznice utworzyli w naszym bantustanie alternatywny ośrodek władzy. Ten eksperyment z udziałem PO, Nowoczesnej i PSL nie udał się w grudniu 2016 roku, ale widocznie w BND uznano, że po helsińskim szczycie sytuacja międzynarodowa będzie bardziej sprzyjająca i w ten sposób uda się doprowadzić do przesilenia politycznego w Generalnym Gubernatorstwie – bo chyba tylko z GG Niemcy pozwolą Żydom realizowanie swoich „roszczeń”? Ciekawe, jakie rozkazy dostały w związku z tym stare kiejkuty, bo wtedy, 16 grudnia, wśród manifestujących pod Sejmem folksdojczów, pojawił się w cywilnym przebraniu sam Najstarszy Kiejkut III Rzeczpospolitej, czyli pochodzący z porządnej, resortowej rodziny pan generał Marek Dukaczewski. Kto wie, czy w kongresie Opozycji Ulicznej obok starych kiejkutów nie wezmą udziału również przedstawiciele naszej niezwyciężonej armii, dzięki czemu można by podjąć próbę egzekucji uchwał „parlamentu obywatelskiego”. Czy nie to właśnie miał na myśli pan Bronisław Komorowski, stręcząc Polsce „konfederację”? Warto tedy przypomnieć, że to właśnie trzy konfederacje: radomska, barska i targowicka, to były – jak powiada Stanisław Cat-Mackiewicz  – trzy upiorzyce, które wyssały z Polski życie państwowe. No a teraz pojawia się widmo czwartej.

Stanisław Michalkiewicz

Strona 1 z 13