POWROT
..
 
 
 
 
LISTY
archiwum nr 1
Toronto - Canada
Zamieszczamy listy mądre/głupie, poważne/niepoważne, chwalące/karcące i potępiające nas w czambuł. Nie publikujemy listów obscenicznych, pornograficznych i takich, które zaprowadzą nas wprost do sądu. 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych listów.

 GONIEC NR 15 (18) (8 - 15  kwietnia 2004)

 ***
Nie bardzo rozumiem, jak można pogodzić linię "Gońca" (z którą się całkowicie utożsamiam) i propagowanie apologety socjalizmu i Stalina, Jana Brzechwy ("Goniec" nr 13  z dn. 26 III - 1 IV 2004 ).
Łączę wyrazy szacunku, 
Ryszard Sochon

 Od redakcji: Z Brzechwą taki kłopot, że przed wojną napisał kilka rzeczy, na których wychowały się pokolenia polskich dzieci... Niestety, nie tylko bohaterowie piszą dobre książki dla najmłodszych. W dzisiejszym numerze, w dziale "Jak łatwo zapomnieć" (str. 17) publikujemy wiersz Brzechwy o "imperialistach z USA".

 Droga Redakcjo:
 Gwoli wyjaśnienia do uwag JK a propos wydarzeń, jakie spotkały moją córkę w Warszawie, chcę dodać, że córka moja podróżowała na paszporcie kanadyjskim, bo innego nie ma i nigdy nie miała. I owszem, została aresztowana na lotnisku jako obywatelka Kanady i nie miała możliwości nigdzie zadzwonić, i policja nie powiadomiła Ambasady Kanadyjskiej w Warszawie, mimo że zatrzymali obywatela tego kraju. 
 Głównym celem mojego listu do Redakcji było uzmysłowienie, że  aresztowano dziecko na podstawie pomówień o kradzież, podczas gdy kobieta, która spowodowała ciąg tych przykrych wydarzeń, swój pierścionek po prostu zgubiła. Jak więc można posądzać o kradzież? Zmuszono 13-letnie dziecko do podpisania dokumentu bez dania kopii. Ja do dzisiaj nie wiem, co córka musiała podpisać. 
 Zachowanie policji i tej kobiety, co to nie pilnuje swoich rzeczy, jest dla mnie karygodną nieodpowiedzialnością, a nie zachowanie rodziców, którzy wysyłają dzieci w samotną podróż. Dzieci te bowiem są pod opieką linii lotniczych i linie lotnicze zobowiązują się opiekować tymi dziećmi od momentu wydania karty pokładowej. Oczywiście, z małymi wyjątkami, jak to miało miejsce w moim przypadku. 
 Dla mnie karygodne jest to, że  policja marnuje czas, energię i społeczne pieniądze na roztrząsanie kwestii o pierścionku, podczas gdy żyjemy w czasach, gdy każde lotnisko potencjalnie jest celem dla terrorystów. 
Pozdrawiam, 
Lucyna Ślusarczyk

 Od redakcji: Podzielamy Pani oburzenie i sfrustrowanie. Miejmy nadzieję, że córka Pani nie przestanie latać do Polski...

 ***
 Zastanawiałem się długo, czy powinienem napisać list do "Gońca", przedstawiając swój problem z pracodawcą. Sprawa przestawia się następująco:
 W końcu lipca ubiegłego roku zostałem zatrudniony jako "security guard" przez agencję "GSS Security", która mieści się w Hamilton, Ontario.
 Po pewnym czasie otrzymałem licencję uprawniającą mnie do podjęcia pracy.
 Od początku września zostałem wysłany przez agencję do sklepu "Athletes World", zlokalizowanego na Sheridan Mall w North York. Od tego momentu rozpocząłem pracę w pełnym wymiarze godzin (35 godzin tygodniowo). Od 12 lutego jestem bez pracy i licencji, której termin ważności upłynął z dniem 31 stycznia 2004 roku. Pracodawca obiecywał mi wyrobienie nowej licencji, w tym celu pojechałem 13 stycznia do Hamilton, gdzie wypełniłem aplikację i zrobiono mi zdjęcia do licencji.
 Od dnia 1 lutego do 12 lutego 2004, kontynuowałem pracę, mimo wygaśnięcia ważności mojej pierwotnej licencji. Pracodawca, oczywiście, był świadomy tego faktu, twierdząc, że otrzyma wkrótce moją licencję z ministerstwa.
 W dniu 12 lutego skończył się kontrakt mojego pracodawcy ze sklepami "Athletes World". Kontrakt nie został przedłużony i znalazłem się bez pracy. Od tej chwili wielokrotnie dzwoniłem do Hamilton, ale mój pracodawca nie chce ze mną rozmawiać. Nie odpowiada konkretnie na moje pytania, wręcz krzyczy na mnie...
 Nie kwalifikuję się na bezrobocie, gdyż nie mam tylu godzin przepracowanych. Szef agencji twierdzi, że nie ma żadnej pracy dla mnie, a licencję odesłał do ministerstwa i sugeruje, abym szukał sobie innej pracy.
 Myślałem, aby pozwać pracodawcę do sądu, ale moja żona twierdzi, że po pierwsze - nie mamy pieniędzy na sprawę, a po drugie - i tak nie wygram...
 Bardzo proszę o jakąś radę, co robić. Facet mnie oszukał totalnie, obiecywał pracę w banku, teraz wcale nie chce ze mną rozmawiać, jest cholernie arogancki itp.
Pozdrowienia, 
Cezary
Nazwisko i adres do wiadomości redakcji

 Od redakcji: Drodzy Czytelnicy, pomóżcie, może ktoś był w podobnej sytuacji.

 ***
 A co to takiego "szyber w dachu", mój kolega ma tę nową mazdę i, owszem, ładne toto, ale szybra/szybera nie ma, aż mi się zrobiło sorry. 
 To był dobry pomysł z "Gońcem".
 Pozdrawiam serdecznie cały zespół.
 Stanisław  Ciszek

 Od redakcji: Szyber - to po prostu okno w dachu samochodu - niestety, nie ma na to polskiego jednowyrazowego określenia, dlatego używa się nazwy szyber - takiej kalki z niemieckiego. Inne nazwy - sunroof, moon-roof - też obce. 

 Dzień dobry!
 Muszę się przyznać, że nie czytam polskich gazet (jak mam chęć poczytać, to wchodzę na Internet) ale... mąż kupił "Gońca", zostawił go po przeczytaniu na kuchennym stole i tak to wpadł mi w rękę Pana artykuł na ostatniej stronie. Czytałam go dwa razy i nie wiem, o co Panu w nich chodziło, ma Pan rację pisząc: "... i tak nikt nie odczyta prasowego języka migowego". Mam więc kilka pytań i mam nadzieję, że Pan mi odpowie. 
 Co znaczą wyrazy, które Pan używa: "...establishmentu, proletom, słowotok, robiąc pieska na tylnich łapach, efemerydy, język migowy, samizdatowy, dywagować, dziki mops...". Czy "media" to także Pana gazeta? 
 Następne pytanie to, kto to jest JK, który podpisał się tak pod listem do redakcji? Ja też jestem JK, ale to nie ja pisałam. Nie mam zamiaru jechać do Polski, aby dostać zawału serca, martwi mnie tylko kiedy i kto z władz polskich będących w Kanadzie wyjaśni nam, Kanadyjczykom polskiego pochodzenia, co nam rzeczywiście grozi, jadąc na kanadyjskim paszporcie z polską wizą. 
 A może tak Pan by się zajął tą sprawą, dowiedział się prawdy w polskim konsulacie i napisałby Pan dla nas, dla tych, którzy chcą jechać do Polski z kanadyjskim paszportem w ręku, co nas rzeczywiście czeka. 
Pozdrawiam, 
Krystyna

 Od redakcji: Szanowna Pani, moja wina, że Pani nie zrozumiała, przyznaję się bez bicia. Jeśli chodzi o wymienione wyrazy, polecam choćby słownik internetowy z portalu onet.pl. Gdy chodzi o zwroty, miałem nadzieję, że są wystarczająco obrazowe, aby wywnioskować, "co autor miał na myśli".
 Z pani rady skorzystamy.
 A. Kumor

 ***
 Sprawna akcja kol. Klaptocza  z gr. 95 ZPwK, który z pomocą 12 wolontariuszy z Okręgu KPK Oddział Mississauga załadował kolejny kontener. Tym razem, dzięki finansowemu wsparciu  firmy CYKLON z Mississaugi, sprzęt już płynie do domu starców w Częstochowie i dwóch szpitali w Częstochowie. Wartość  zawartości kontenera ocenia się na około 150 tys. dolarów.
 Janusz Drzymała
prezes gr 85 ZPwK

 Od redakcji: Gratulujemy!

 Panie Kumor, 
 Widzę, że mój krótki list opublikowany przez was dzięki staraniom o to pana Tymińskiego nie daje wam po tylu tygodniach spokoju. Skomentował pan bardzo krytycznie mój list, ale nie poprzestał na tym. Ostatnio puścił pan do druku list polemiczny, w którym czytamy: 
 "Odnośnie listu pewnego pana z dnia 27 II - 4 III - 2004 r., ...ujadanie na 
kler świadczy o jego mentalności". Czytając te wypowiedzi, to tak jakbym słuchał jakiegoś pierwszego sekretarza partii, w pewnym powiecie, że "wszystkie partie są bękartami okrągłego stołu". 
 Autor, który nie podaje swojego nazwiska lub adresu e-mailowego, zwyczajnie obraża mnie i wykręca treść moich słów. 
 Byłbym panu wdzięczny za podanie mi namiarów owego Stanisława Iksińskiego. A do pana mam jedną uwagę. Może pan mieć poważne kłopoty, jeśli nie zaniecha pan praktyki publikowania tekstów szkalujących kogoś przez półanonimowych autorów. Etyka dziennikarska to bardzo ważna dziedzina, proszę mi wierzyć. 
 Za chwyty poniżej pasa można mieć spore nieprzyjemności, panie Kumor. 
 Jerzy Sędziak 
***
 Witam ponownie,
 Pisze pan:
 "Panie Sędziak, polemika pana podpisującego się jako Stanisław, nie wykracza poza ramy polemiki prasowej... Niestety, nie mogę Panu podać namiarów na autora listu, ponieważ autor zastrzegł je sobie do wiadomości redakcji."
 W takim razie jest pan zerem, a nie dziennikarzem, a ów Stanisław Iksiński jest zwykłym tchórzem.
 "List Pana pozwolę sobie potraktować jako list do redakcji i opublikować."
 - łącznie z tym listem.
 Jerzy Sędziak

 Od redakcji: Panie Sędziak, publikujemy, łącznie z drugim listem, wedle życzenia.
Pozdrawiam, Zero

 *** 
 Gratuluję Redaktorowi Naczelnemu, P. Andrzejowi, oraz całemu Zespołowi Redakcyjnemu stworzenia interesującego i bardzo ambitnego tygodnika. Z okazji Świąt ZMARTWYCHWSTANIA  PAŃSKIEGO życzę Wam i sobie, byśmy byli zgodnie z Waszym przesłaniem SILNI WIARĄ.
Anna

 Od redakcji: Dziękujemy, jest to również nasze życzenie. Wesołych Świąt!

 Witam serdecznie,
 Właśnie przejrzałam stronę internetową "Gońca" i muszę przyznać, że jestem zafascynowana tematami i zaangażowaniem wszystkich współpracujących. Szczególnie zainteresowała mnie fotogaleria, więc postanowiłam dorzucić swoje trzy grosze, jeśli można.
 Uwielbiam podróże, jednak nie mogę sobie pozwolić na wyjazdy po Ontario tak często, jakbym sobie tego życzyła - powód? - brak samochodu... jednak częściowo rozwiązałam ten problem - przesiadam się na rower. Załączam jedno z moich ulubionych zdjęć - swój autoportret.  Zdjęcie zostało zrobione rok temu w lipcu, w Górach Skalistych w Albercie.  To była moja samotna wyprawa rowerowa w krainie niedźwiedzia grizzly.
 Tydzień temu wróciłam również z samotnej wyprawy rowerowej po Nowej Zelandii i Hongkongu - ale, niestety, jeszcze nie miałam czasu na przejrzenie setek zdjęć, które zrobiłam - ale na pewno wyślę jedno z najlepszych fotek, jakie zrobiłam na drugiej półkuli...
 Pozdrawiam bardzo serdecznie całą redakcję "Gońca",
Bożena Łukaszuk 

 Od redakcji: Za fotkę dziękujemy, faktycznie wspaniała. Zachęcamy do podzielenia się z naszymi Czytelnikami wrażeniami z rowerowych wypraw. 

 Szanowni Państwo!
 I znowu niedługo 1 maj, i znowu historia się powtarza. Tym razem bez wojny, ale postacie identyczne: Radziejowski, Opaliński, Radziwiłł. Co z tego, że inne nazwiska, estrada taka sama.
 "Potop", ku pokrzepieniu serc pisany, ale jakiś zapomniany. Czy znowu musi nam się wody nalać, byśmy zrozumieli, że zostaliśmy wyrolowani? Sienkiewicz trylogię napisał nie bez powodu, myślał, że coś zrozumiemy, ale przestrogi zostały zapomniane. Panuje TV-propaganda, trylogia istnieje jako rekwizyt mówiący o naszym "patriotyzmie". Wiemy, że opoje byli naszymi przodkami - tradycja! A zdrajców i sprzedawczyków zawsze było mnogo, nie dziwią. Niedługo znowu obudzimy się z ręką "nieświeżą", któryś raz z kolei zdenerwujemy się i znowu doprowadzimy do rozpadu tego bezsensownego tworu. Ale po co wszystko powtarzać? To już kilkakrotnie było. 
 A może by tak postawić na samodzielność? Przecież ten w tym momencie naprawdę "zgniły zachód" musi gdzieś swoje samochody sprzedawać, a samodzielnie przez dwudziestolecie międzywojenne radziliśmy sobie wcale nieźle. Dobrze by było tylko przeprowadzić dekomunizację, odbandycenie, ale w stylu Jeremiego Wiśniowieckiego. Bo jakoś te nasze bezkrwawe zwycięstwa stają się śmieszne i cały czas kręcimy się w tym samym szamble, g... cały czas na wierzchu.
 Geszefty, bardzo w środowiskach lewicy popularne, powodują powstanie tego potworka, ale mam nadzieję, że ilość nacjonalizmu w Europie nie pozwoli, aby ziściło się marzenie Lenina. Znowu będzie potrzebny przeor Kordecki i problemy z Jasną Górą? Niektóre wypowiedzi szefów UE już są ciekawe, a zmiany na szczytach polskiej hierarchii świadczą, że coś się dzieje. Kwiecień może być ciekawym miesiącem. Jak to mówił jeden opój, on popychał tę Polskę do niepodległości za cycki, to ma mleko, ja podpierałem za d....
  Janusz Sierzputowski 

 Od redakcji: Panie Januszu, kwiecień na pewno jest ciekawym miesiącem!

 Szanowny Panie!
 W nawiązaniu do wywiadu z prawnikiem imigracyjnym mec. Guidym Mamannem, pragnę dodać parę zdań. Znam mec. Guidy'ego Mamanna 14 lat. Pomagał mi i pomaga mnie i mojej rodzinie bardzo rzetelnie. Jest to nie tylko znakomity prawnik, którego mogę każdemu polecić, ale człowiek pełen zrozumienia dla spraw ludzkich i rodzinnych. Łączę wyrazy szacunku i poważania
  Waldemar Karniej, London

 Od redakcji: Tym bardziej nam miło.
 
 

GONIEC NR 14 (17) (2 - 7  kwietnia 2004)

 "JEST" CZY "BĘDZIE" -
  CZYLI GRAMATYKA POLSKA DLA NIELEGALNYCH
 Wydawać by się mogło, że sprawa programu dla tzw. nielegalnych nagłaśnianego, od kilku dobrych miesięcy, przez firmę WorkerCanada została ostatecznie wyjaśniona poprzez oficjalne wystąpienie Ministra Imigracji, jak również komunikat opublikowany przez KPK,  w którym nasz Kongres zaprzecza istnieniu jakiegokolwiek programu dla nielegalnych i zobowiązuje się do pilnego śledzenia tej sprawy i informowania naszej społeczności na bieżąco. 
 Ale okazuje się, jak to utrzymują ci "mądrzejsi i lepiej poinformowani" od reszty polonijnego towarzystwa, że Pani Minister nie wiedziała, co mówi, i podobnie rzecz ma się z Kongresem.  Dla tych "lepiej poinformowanych" Pani Minister  ma prywatne audiencje, na których im mówi, że program jest i tą dobrą wiadomością dzielą się z nami wszystkimi z "prawdziwą radością".
 Mogłabym te informacje zignorować, gdyby nie fakt, że ludzie ci bez najmniejszych skrupułów usiłują zrobić nam wodę z mózgu, a właściwie nie nam, tylko naszym rodakom nielegalnie przebywającym w Kanadzie, którzy chwytają się wszystkiego i wszystkich i gotowi są wydać nawet ostatni, ciężko zapracowany grosz, aby móc tutaj zostać.
 Poniedziałkowe wystąpienie przedstawicielki gazety "Gazeta" - Pani Małgorzaty Bonikowskiej w Radio Polonia było zaiste arcydziełem gry słów dobrym dla głuchych lub głupich. Bo jakże można inaczej nazwać to wystąpienie, w którym Pani Bonikowska jednym tchem mówi, że program dla nielegalnych istnieje, a więc radujmy się, cieszmy, i jednocześnie Pani Bonikowska zapewnia nas, że trwają intensywne prace nad programem. Powinniśmy się wszyscy zjednoczyć i robić naciski na naszych posłów, aby ten program poparli. 
 Usiłuję coś z tego zrozumieć, no bo skoro jest, to po co tak intensywnie pracują, a my powinniśmy się jednoczyć i "wespół, zespół..." i itp. hasełka. Jak widać, dla P. Bonikowskiej słowa "jest" i "będzie" znaczą to samo i robi wszystko, aby  przekonać nielegalnych, że "będzie" znaczy "jest", a więc biegnijcie już składać papiery na ten program. 
 Problem nielegalnych emigrantów istnieje w Kanadzie od kilku lat i nie jest to dla nikogo tajemnicą -  tutaj ani Pani Bonikowska, ani firma WorkerCanada nie odkryli Ameryki. To, że trzeba będzie coś z tym zrobić, znaleźć jakieś rozwiązanie, również wszyscy wiedzą i jest to oczywiste, że ten temat jest na wszystkich biurkach w Ministerstwie Imigracji i trwają stale debaty wokół tego tematu. Jednak szukanie rozwiązań i dyskutowanie nie jest równoznaczne z istnieniem programu. To,  że mówi się o problemie nielegalnych, nie oznacza, że będą oni mogli zalegalizować swój pobyt. Być może w wyniku takich dyskusji i rozmów coś się z tego wykluje i zostanie stworzony taki program, czego życzę moim Rodakom z całego serca, ale jak to się mówi "morze jest szerokie i...". Dziś, gdy konkretnego programu jeszcze nie ma, nikt nie wie, kogo on obejmie i czy naprawdę będzie on dla nielegalnych. W tej sytuacji dziwić musi, że tak usilnie nam wmawiają, że program jest. 
 Dalej Pani Bonikowska demagogicznie nawołuje wszystkich do popierania programu i tworzenia polskiego lobby i jednocześnie daje ostrą reprymendę tym polskim mediom, które opublikowały wystąpienie Pani Minister zaprzeczające istnieniu programu dla nielegalnych. Polskie grupy nacisku na posłów to całkiem ambitny plan, ale skoro - jak utrzymuje to P. Bonikowska - program już istnieje, to po co te naciski.
 W wypadku, gdyby taki program nie istniał, czemu stanowczo zaprzecza P. Bonikowska, to wówczas, moim zdaniem, nasza zorganizowana społeczność polonijna ma swoje odpowiednie instytucje, takie jak Kongres Polonii Kanadyjskiej, który jest naszym oficjalnym reprezentantem do wszelkich kontaktów z przedstawicielami rządu kanadyjskiego i posiada już spore doświadczenie w prowadzeniu akcji tworzenia programów imigracyjnych dla Polaków. Kongres da  sobie doskonale radę i nie potrzebuje natrętnej pomocy jakichś adwokatów, którzy rzekomo pracowali przy tworzeniu programu i usiłują nas przekonać, że mają monopol na jego wprowadzenie i tylko oni umożliwią naszym rodakom zostanie w Kanadzie. Widocznie w trakcie tej pracy nastąpiło dziwne pomieszanie interesów rządowych z prywatnymi. Widocznie Pani Bonikowskiej przypominają się czasy z PRL, gdzie dwóch towarzyszy przy kilku głębszych ustalało zasady funkcjonowania naszej ojczyzny.
 Na szczęście, w naszej drugiej ojczyźnie, Kanadzie, jest system demokratyczny i mamy tę świadomość, że jeżeli taki program autentycznie zostanie wprowadzony, to wówczas informacje na ten temat będą powszechnie dostępne, a nielegalni będą mieli możliwość załatwiania swoich spraw u innych konsultantów emigracyjnych, u których cena za usługę, mam nadzieję, będzie nieco niższa niż w firmie WorkerCanada.
 Pani Bonikowska z oburzeniem wypowiada się o mediach, które usiłują dotrzeć do wiarygodnych źródeł informacji na temat "okrzyczanego" programu dla nielegalnych. Jej zdaniem,  publikacja ostatniej oficjalnej wypowiedzi Minister Imigracji o braku programu jest intrygą służącą kto wie komu.
 Po wystąpieniu Pani Bonikowskiej w Radiu Polonia mocno zaczęło trapić mnie pytanie: w imię czyich interesów P. Bonikowska tak usilnie stara się wmówić naszym nielegalnym Rodakom, że słowo "będzie" znaczy "jest"? 
 Pokrętna polska gramatyka.
Z poważaniem
B. Starzewska

 Od redakcji: To się nazywa gramatyka dialektyka.

 Szanowny Panie Redaktorze, 
Chciałbym napisać parę uwag po przeczytaniu listu pani L.S. na temat "przygody" jej 13-letniej córki podróżującej do Polski. Ciekaw jestem, ilu polonusów zdaje sobie sprawę z istnienia poniższych przepisów jak i ich następstw.
 Otóż obowiązująca Ustawa o obywatelstwie polskim z dnia 15 lutego 1962: http://www.mswia.gov. pl/prawo/prawo_cudzo_6.html stwierdza:  "Art. 2. Obywatel polski w myśl prawa polskiego nie może być równocześnie uznawany za obywatela innego państwa". 
 Nic nowego - w każdym prawie kraju jest zasada, że jak posiadasz obywatelstwo tego kraju, to inne obywatelstwa się nie liczą. W Kanadzie też, jak ktoś jest obywatelem polskim i kanadyjskim, to na terenie Kanady dla władz kanadyjskich jest tylko obywatelem kanadyjskim. 
 Idźmy dalej - Ustawa o cudzoziemcach z dnia 1997: http://www.mswia.gov.pl/prawo/prawo_cudzo_1.html  stwierdza:  "Art. 2. Cudzoziemcem jest każdy, kto nie posiada obywatelstwa polskiego".  oraz:  "Art. 4. Ilekroć w ustawie jest mowa o: 1)... 2) wizie - oznacza to zezwolenie właściwego organu polskiego wydane cudzoziemcowi ...".     Wydaje mi się więc, że o ile ktoś jest obywatelem polskim i dostaje polską wizę do jakiegokolwiek (np. kanadyjskiego) paszportu, to następuje tu łamanie polskiego prawa. Albowiem ww. ustawa stwierdza wyraźnie, że wizę można wydać tylko cudzoziemcowi, zaś cudzoziemcem jest ten, kto nie posiada obywatelstwa polskiego. 
 Jakie mogą być tego konsekwencje?  Wg Ustawy z dnia 29 listopada 1990 r. o paszportach (Dz. U. z dnia 7 stycznia 1991 r.) (http://www. mswia.gov.pl/prawo/prawo_sprobyw_3.html ) stwierdza:  "Art. 1. Paszport jest dokumentem urzędowym uprawniającym do przekraczania granicy... ".  Czyli, gdy ktoś jest obywatelem polskim, a opuszcza Polskę z niepolskim paszportem (nawet z polską wizą), to łamie prawo i polska Straż Graniczna może go z Polski NIE wypuścić aż do czasu wyrobienia sobie polskiego paszportu. Wiąże się to z co najmniej kilkumiesięcznym NIEZAPLANOWANYM PRZYMUSOWYM pobytem w Polsce, związanymi z tym kosztami oraz utratą pracy w Kanadzie tudzież utratą domu w Kanadzie, który zostanie zlicytowany przez bank za niewywiązywanie się z płacenia rat hipotecznych.  Co polecam pod uwagę tym obywatelom polskim, którzy jadą do Polski z wizą w kanadyjskim paszporcie. Zaś ci, którzy jadą do Polski z polskim paszportem, niech pilnują tego polskiego paszportu jak oka w głowie, bo jak go zgubią, to z Polski nie wyjadą do czasu wyrobienia sobie nowego polskiego paszportu - a skutki tego mogą być jak wyżej (to jest również jedna z konsekwencji niezrzekania się polskiego obywatelstwa). 
 Na konferencji w polskiej ambasadzie w Ottawie w marcu roku 2001 przedstawiciele polskiego MSZ przyznali, że były takie przypadki - dotyczyło to wtedy obywateli amerykańskich, którzy nie potrzebowali wizy aby wjechać do Polski, ale przy wyjeździe polska SG zatrzymywała ich aż do momentu wyrobienia sobie w Polsce polskiego paszportu. A za pokazywanie na terenie Polski polskim władzom (a więc również polskiej Służbie Granicznej, albo policji w czasie kontroli drogowej) niepolskich dokumentów (kanadyjskiego paszportu) przez polskiego obywatela grozi kara do 5000 zł grzywny:  Cytuję Ustawę z dnia 20 maja 1971 r.  Dz. U. 1971 Nr 12 poz. 114  Kodeks wykroczeń  Art. 1  Par. 1 Odpowiedzialności za wykroczenie podlega ten tylko, kto popełnia czyn ..., zabroniony przez ustawę obowiązującą w czasie jego popełnienia pod groźbą  kary  ......., grzywny do 5000 zł.  ............ ............  Art. 65.  Par. 1. Kto umyślnie wprowadza w błąd organ państwowy lub instytucje upoważnione z mocy ustawy do legitymowania:   1) ...   2) co do swego obywatelstwa, ...                  podlega karze grzywny. (koniec cytatu)  (http://isip.sejm.gov.pl/PRAWO.nsf/4326b1a242fc14fd41256-3d20069fee3/0f5a4e74c12bc371c 12566570049447f ) 
 I na zakończenie - jak ktoś jest obywatelem polskim, to na terenie Polski kanadyjski konsul w wypadku jakichkolwiek kłopotów nie będzie mógł mu pomóc, jako że na terenie Polski obywatel polski jest tylko obywatelem polskim. Proszę sobie zresztą przeczytać ostrzeżenie w paszporcie kanadyjskim na ten temat ("Canadians may have dual nationality ....   subject to all its laws ..."). W przypadku np. aresztu, władze polskie NIE są zobowiązane zawiadomić konsulat kanadyjski w Polsce, że: "aresztowaliśmy waszego kanadyjskiego obywatela z takich i takich powodów", albowiem jak napisałem wyżej, w myśl prawa ten obywatel na terenie Polski jest tylko i wyłącznie obywatelem polskim. Czyli władze polskie aresztowały polskiego obywatela i nikogo o tym fakcie nie muszą powiadamiać. 
 W świetle powyższego, uważam więc, że wysyłanie do Polski samotnie nieletnich dzieci, posiadających polskie obywatelstwo, jest, delikatnie mówiąc, karygodną nieodpowiedzialnością rodziców.  Co będzie, gdy taka urodzona w Kanadzie niepełnoletnia osoba, nawet dobrze mówiąca po polsku, pojedzie do Polski na polskim paszporcie i go zgubi? Przecież taka osoba ZUPEŁNIE nie zna realiów w Polsce - wyrastała w ZUPEŁNIE innym świecie (Kanadzie) i jestem pewien, że nie wiedziałaby zupełnie, jak postępować w takim przypadku.  A co by było, gdyby ww. córkę tej pani w Polsce zaaresztowano? 
 Proszę również pamiętać, że w myśl wymienionej na początku ustawy o obywatelstwie polskim, dzieci urodzone (gdziekolwiek) z rodziców obywateli polskich NABYWAJĄ OBYWATELSTWO POLSKIE AUTOMATYCZNIE! Cytuję z Ustawy o obywatelstwie polskim: "Art. 4. Dziecko nabywa przez urodzenie obywatelstwo polskie, gdy: 1) oboje rodzice są obywatelami polskimi albo 2) ... . ..... Art. 6. 1. Dziecko rodziców, z których jedno jest obywatelem polskim, drugie zaś obywatelem innego państwa, nabywa przez urodzenie obywatelstwo polskie. Jednakże rodzice w oświadczeniu złożonym zgodnie przed właściwym organem w ciągu trzech miesięcy od dnia urodzenia się dziecka mogą wybrać dla niego obywatelstwo państwa obcego, którego obywatelem jest jedno z rodziców, jeżeli według prawa tego państwa dziecko nabywa jego obywatelstwo." 
Z poważaniem  JK

 Od redakcji: Pozostaje zapytać, ile kosztuje "ludzkie podejście" polskiego urzędnika. Proszę nie pytać, co mamy na myśli.

 WASZE SPRAWY   MIESZKACIE W KANADZIE I PRZESTAŃCIE PISAĆ BZDURY O POLSCE. JEŚLI CHCE PAN PISAĆ O POLSKICH PROBLEMACH, PROSZĘ PRZYJECHAĆ I TU ŻYĆ. JEŚLI NIE, TO DAJCIE SPOKÓJ. PATRIOCI OD SIÓDMEJ BOLEŚCI 
rfirszt@wp.pl 

 Od redakcji: Szanowny Panie, według Pana logiki, o zwierzętach w zoo pisać mogliby jedynie ci, którzy na co dzień żyją z nimi w klatce, a o Księżycu, garstka wystrzelonych tam śmiałków... Serdeczności!

 Niedługo trzeba będzie czekać, dopóki nie obarczą nasze polskie środowisko winą, za akty wandalizmu w Toronto. Przecież "Pasja Chrystusa" jest już używana jako podpretekst, który bodajże wywołuje agresję w ludziach i popycha ich do tych niegodnych czynów. Może korelacja jest inna - trzeba ludzi zastraszyć i uświadomić im, iż popierając Mela Gibsona i jego arcydzieło filmowe, jesteś współwinny objawów nienawiści lub przynajmniej antypatii. W żadnym przypadku nie wolno nam popierać tych bezsensownych ataków wandalizmu - być może jednak, są one spreparowane, aby wzburzać, manipulować, obarczać, a może nawet wywierać presje na rząd, aby wolność słowa (krytyczna opinia) była stłamszona w zalążku, a strach opanował już nie tylko tych co mówią, ale nawet tych co myślą "inaczej". Pamiętajmy, "detektory kłamstwa" są coraz bardziej popularne. Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby znalazły one również zastosowanie w codziennym "życiu" człowieka. Czy będziemy musieli zgodzić się na analizę naszych myśli? Przecież skanują nam palce w pracy przy odbijaniu obecności. Jeśli dotyczy to kogoś - może zatem powinien wstrzymać oddech, opróżnić swój umysł ze wszystkich myśli i wyobrazić sobie beztroskie dzieciństwo, a może wakacje w Meksyku. Broń Boże myśleć o obecnej sytuacji w Palestynie... niebezpieczne myśli na bok. 
  Z poszanowaniem,  FR

 Od redakcji: Jak Pan sam widzi, "Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej". "Nowy, wspaniały świat" czai się   za rogiem

 Dzień dobry Redakcjo!
 Dzięki i gratulacje za dobrą robotę dla Polonii. Macie wspaniały web-site. Jeśli można, chciałbym zapytać, kto go budował. Osobiście poszukuję specjalisty, który zająłby się moim. Z góry dziękuję i pozdrawiam.
Wojciech Gryc
Cambridge, Ont. 

 Od redakcji: Naszą stronę w Internecie zbudowaliśmy, korzystając z podprogramu Composer, który jest częścią bezpłatnego oprogramowania internetowego Netscape - jest to bardzo proste i radzimy dla oszczędności na początek samemu spróbować - J. Rosa.
 

 Drogi Panie Andrzeju! 
 Najpoczytniejsze strony  GOŃCA to Pana felietony i korespondencja czytelników. Z pańskimi felietonami spotkałem się dopiero w GOŃCU. Gazetę pana  Z. Bełza miałem pewnie w ręku dwa razy jak do tej pory, więc nie mogę pamiętać, kto tam co napisał. Od numeru 5 czytałem w GOŃCU wszystko, co Pan napisał, jak również całą witrynę internetową. Rezultat tego czytania jest taki, że jest Pan pierwszym człowiekiem w Kanadzie, który wyraża dokładnie to, co sam odczuwam, a nie umiem tego tak dokładnie sformułować, jak Pan to robi. Po prostu jestem Pana sposobem myślenia i stylem pisania zafascynowany. 
 Jeśli chodzi o GOŃCA, to myślę, że jest tu jeszcze trochę miejsca na doskonalenie. Może to jeszcze nie nadszedł czas, ale dobrze pomyśleć o przyszłości. GONIEC jest zbyt poważny, powinien mieć więcej wesołych pogodnych artykułów, wierszy i żartów. Załączam wiersz Jana Kasprowicza PRZEPROSINY  BOGA,  jest aktualny na okres wielkanocny, lepszym jest SPOWIEDŹ tego autora, ale mi gdzieś zaginął. 
 Na wakacjach oprócz GOŃCA  miałem ze sobą WPROST, MACLEAN'S i PREVENTION, w ciasnym samolocie mogłem czytać tylko Prevention i tam nasunęła mi się myśl, aby GONIEC mógł być po jakimś czasie wydawany w formie broszury jak WPROST. Przed laty w Toronto państwo Farmusowie wydawali tygodnik ECHO na papierze gazetowym. Tygodnik ten cieszył się wielką popularnością ze względu na artykuły, jak i na format dogodny do czytania w samochodzie, na poczekalni, w parku, bo wiatr nie targał gazetą. Ja nie mówię, aby zrobić to tak samo, jak oni to robili, ale lepiej. 
 Przed kilkunastu laty miałem dużo energii, więc pisałem do różnych pism i to w dodatku ręcznie, a potem na maszynie, i nie było mi za ciężko, a teraz na emeryturze,  mając komputer w wieku 70 lat pisanie przychodzi coraz ciężej. Mam w tym komputerze wiersze, opowiadania i różne anegdoty, niektóre niecenzuralne. 
 Wracając do GOŃCA,  to bardzo mi się podobał artykuł pana Wojciecha Porowskiego o aparatach fotograficznych. Moje pokolenie nie miało szczęścia obcować z elektroniką w młodych latach, ta tematyka jest bardzo pożądana. 
 Osoba, która zaczęła swój list do redakcji "Dzień dobry Państwu", nie można przyrównać Jana Kowalskiego do Goebbelsa, to nieładnie - jeśli mi się coś nie podoba, to nie czytam. Prawdą jest, że pan Jan K. pisze rozwlekle, no, ale powinien pan, pani wiedzieć, że przez dziury to woda się leje, a to rozcieńcza treść. Pan Jan Kowalski pisze też nie na temat, np.artykuł o planie Hausnera objętościowo zwiera 52% o jego dziadku - zresztą ładnie napisane, tylko to nie jest na temat. A jak nie jest na temat to co...? Oj, gdzie te czasy, gdy polonista wymagał pisać krótko, węzłowato i na temat. 
 Wszystkim piszącym redaktorom, korenspodentom, czytelnikom dedykuję następujący dwuwiersz:    Jeśli piszesz rozwlekle dla ludzi 
 To twoje pisanie na śmierć ich zanudzi.
Stały czytelnik z Burlington

 Od redakcji: Dziękujemy za komplementy, "Goniec" ma jeszcze wiele do zrobienia, więc wszystkie rady skrzętnie zapisujemy. Zapraszamy na łamy! Pisanie na stare lata jest jak balsam - sam Pan zobaczy! 

GONIEC NR 13 (16) (26 marca - 1 kwietnia 2004)

 Szanowni Państwo:
 Zwracam się z prośbą o zamieszczenie poniższego tekstu. Jest to historia, która przydarzyła się mojej córce podczas podróży do Warszawy na "March Break". Bardzo zależałoby mi na wydrukowaniu tego tekstu, ku rozwadze rodziców wysyłających swoje dzieci samotnie do Polski, aby uświadomili swoje pociechy o różnych sytuacjach, które mogą się wydarzyć, a także ku przestrodze nas wszystkich, aby nie sądzić pochopnie.
 List do redakcji 
 Chciałam przedstawić czytelnikom historię, która przydarzyła się mojej córce. Postaram się opisać doświadczenie mojej 13-letniej córki bez emocji. Jeżeli jednak mi się to nie uda, proszę wybaczyć, gdyż pisze to matka.
 Córka poleciała LOT-em do Warszawy na tzw. March Break, aby odwiedzić swoich bliskich w Polsce.
 W trakcie lotu miało miejsce następujące wydarzenie. Córka poszła do toalety. Stała przez moment w kolejce, po czym weszła po pewnej starszej pani. Po mojej córce do toalety weszły jeszcze trzy następne panie w wieku dużo starszym niż moja córka. Po pewnym czasie pani, po której moja córka wchodziła jako pierwsza, zorientowała się, że nie ma pierścionka. Podejrzenie natychmiast skierowała na moją córkę, jako że ona wchodziła bezpośrednio po niej do toalety. Nie zastanawiając się zbytnio, oskarżyła moją córkę o kradzież pierścionka. Moja córka nie umiała nic powiedzieć ponad to, że pierścionka nie wzięła, i że go nie ma. 
 Zaznaczam, że dziecko podróżowało samo, tylko pod opieką obsługi samolotu. Nikt się nie odezwał w jej obronie. Choćby przez samo stwierdzenie, że nie można nikogo posądzać, nie mając pewności. 
 Samolot wylądował w Warszawie, wszyscy przeszli przez straż graniczną i odprawę celną. Moja córka była odprowadzona na lotnisko krajowe przez stewardesę, gdyż kontynuowała lot do Poznania. Na lotnisku krajowym oskarżycielka mojej córki wezwała policję, na skutek czego policja aresztowała moją córkę. Została odprowadzona na przesłuchanie, po czym policja zarządziła rewizję osobistą mojego dziecka i po stwierdzeniu, że moja córka nie jest w posiadaniu pierścionka oskarżycielki, zmuszono ją do podpisania dokumentu w języku polskim. W trakcie przesłuchania straszono dziecko, że jeżeli się nie przyzna, to nie poleci dalej. Nie umożliwiono zatelefonowania do rodziny ani w Polsce, ani w Kanadzie. 
 To taki w bardzo dużym skrócie opis wydarzenia.
 Dla mnie niezrozumiałe jest, jak można posądzić o kradzież, kiedy nie ma mowy o kradzieży, a jest zagubienie przedmiotu.
 Dlaczego policja reaguje na podstawie pomówienia?
 Jak można zatrzymać dziecko 13-letnie na przesłuchanie w oparciu o pomówienie?
 Jak można dokonać rewizji osobistej bez nakazu prokuratora?
 Jak można nakazać podpisać dokument, którego treść jest niezrozumiała (pod względem merytorycznym i językowym) i nieznana?
 Czy jakikolwiek pierścionek, choćby najwyższej wartości, jest wart tego, aby upokorzyć człowieka, a cóż dopiero człowieka, który uczy się życia?
 Czy młoda dziewczyna ma startować w życie z takim bagażem przykrych doświadczeń, tylko dlatego, że ktoś nie umie pilnować swoich rzeczy?
 Pozostawiam to Państwu pod rozwagę. Niech będzie to dla nas wszystkich przestrogą, aby nie obwiniać nikogo, ani nie osądzać, jeżeli nie mamy pewności. Można wyrządzić takim postępowaniem bardzo wielką krzywdę.
 Lucyna Ślusarczyk

 Od redakcji: Włos się jeży i scyzoryk w kieszeni otwiera... Powiedzenie "podróże kształcą" nabiera w tym przypadku przewrotnego znaczenia.

 Panie Redaktorze,
 W czasach "Gazety" laureatkę festiwalu Polonika 1994 zwieńczono "ulepionym sprytnie przez artystę" ptakiem z blachy, zauważonym przez Pana w pokoncertowym artykule.
 Poczułem się wówczas dotknięty, a moja duma zawodowa domagała się natychmiastowej zemsty na autorze niesprawiedliwej oceny "dzieła", które, przyznaję, było niezaprzeczalnie chałturą. Jakkolwiek, żal pozostał. Stąd mój niezrozumiały list do Pana, za którego druk dziękuje i wyjaśniam:
- "Lablows" - Loblaws
- "Zehlers"  - Zellers
- "Independent Grocery Store" - Independent Grocers Association (IGA)
- "Prodigo" - Provigo
 ("Tylko desperaci mają szansę" - "Goniec", 6-12 lutego 2004)
- "wersja przeładni CVT" - wersja przekładni CVT .
 ("Co pod maską?" - "Goniec", 6-12 lutego 2004)
 Teraz, pozbawiony żalu pod egidą wszechobecnej niedoskonałości,
z szacunkiem pozostaje,
Patryk Halkiewicz

 Od redakcji: Panie Patryku, błądzenie to rzecz ludzka;  swoją drogą, gratulujemy pamiętliwości.

 Pytanie do Konsulatu w Toronto
 W "Dzienniku" z 19-21 marca 2004 na stronie 9 jest komunikat Zarządu
Głównego KPK, w którym czytamy m. in.: "Pragniemy przypomnieć, że Polacy posiadający obywatelstwo kanadyjskie, w przypadku braku ważnego paszportu polskiego, będą mogli otrzymać wizę polską do kanadyjskiego dokumentu podróży. Należy pamiętać, że pociąga to za sobą określone skutki prawne" (koniec cytatu).
 W związku z powyższym zadaję Konsulatowi Generalnemu RP w Toronto pytanie, które na pewno interesuje Polonię zamieszkałą w Kanadzie: Jakie są skutki prawne dla obywatela polskiego uzyskującego polską wizę do kanadyjskiego paszportu? 
Z poważaniem, 
JK 
 Od redakcji: Dołączamy się do pytania, też chcemy wiedzieć.
 

 Drogi Panie Andrzeju,
 Ponieważ mam kłopoty z komputerem, muszę ograniczyć się w tej chwili tylko do krótkiego podziękowania Panu za zamieszczenie w ostatnim numerze Pańskiego "Gońca" informacji dotyczącej oświadczenia Pani Minister Imigracji, jak również listu osoby nielegalnie przebywającej w Kanadzie.
 Do powyższego tematu warto jeszcze, moim zdaniem, powrócić, gdyż jest to ciekawe zjawisko. Na naszym polonijnym podwórku nie brak chętnych do organizowania rocznicowych akademii, bankietów i spotkań, natomiast, gdy trzeba stanąć w obronie rodaka, nasze organizacje nie istnieją. W sprawie rzekomego programu dla tzw. nielegalnych wszyscy nabrali "wody w usta" chociaż wystarczyło tak niewiele, jak wysłać list do ministra z pytaniem, czy taki program istnieje.
 No cóż, dlaczego tak się stało, warto się zastanowić i przeanalizować powody, jakimi się kierowali nasi polonijni działacze.
 Panu należą się słowa uznania za odwagę w poszukiwaniu prawdy i za umieszczenie takich informacji. 
 DZIĘKUJĘ
Barbara 
(nazwisko do wiadomości redakcji)

 Od redakcji: Szanowna Pani, proszę nie przesadzać z tą odwagą, na razie za prawdę jeszcze nie wieszają ani nie zsyłają do obozów reedukacyjnych. Poza tym, my tylko przedstawiamy stanowiska i opinie - słowem, cała przyjemność po naszej stronie. Sprawą zajmiemy się szerzej.
 

 Panie Kumor
 Odpowiedź pańska na mój list była bardzo enigmatyczna. Z listu jasno wynika, że chodzi o "normalne" ordynarne morderstwo, nie terror, a Janusz Rybak został skazany mimo braku dowodów, nie przyznaje się, DNA nie pasuje, w tym jest problem. Nikt nie wspomniał o sprawiedliwości, ale przestrzeganie prawa powinno obowiązywać wszystkie strony, a domniemanie niewinności to nie jest nowy liberalny wymysł. Gdzie te sławne prawa człowieka? To działa tylko w jedną stronę?
 W tym samym numerze ktoś porównywał Polaków i Pakistańczyków. Taki Pakistańczyk wychowany w siermiężnym kapitalizmie, w razie czego jest zdany tylko na muzułmańską nakazaną jałmużnę. Polak wychowany w państwie "opiekuńczym", gdy chciał więcej, zapisywał się na towarzysza i uczestniczył. (A teraz tęskni). Ten sam obywatel, gdy przyjechał do nowego opiekuńczego kraju, zapisuje się do związków zawodowych i uważa, że jest lepszy od takiego normalnego robola. Szczęśliwy. Ale naczelną ideą powstania związków zawodowych był ośmiogodzinny dzień pracy! Tutaj związkowcy walczą o więcej godzin - współczesne niewolnictwo? Paranoja, idiotyzm. W Pakistanie, złodziejowi ucina się rękę, a dziwkę kamienuje, w Polsce... jest inaczej. A może przestalibyśmy liczyć na wielkie korporacje, związki, i sami wzięli się za biznesy, tak jak Pakistańczycy. Abyśmy chcieli być wolnymi ludźmi, nie zgadzali się z wszechogarniającą korupcją. Dwie nasze ojczyzny coraz bardziej upodabniają się, a biedny Pakistan liczy się coraz bardziej, nawet wbrew... zrobił sobie bombkę "A". Jak się będziemy ze wszystkim zgadzać to nasze wnuki będą emigrować do Pakistanu.
 Wybili nam komunistyczne zbrodniarze inteligencję, zabrali honor i patriotyzm. Zostaliśmy ot, takie sieczkobrzęki.
            Janusz Sierzputowski

 Od redakcji: Zgadza się, weźmy się za biznesy, jak Pakistańczycy. "Bomba" też by się nam przydała.

 Dzień dobry Państwu
 Na stronie 16 "Gońca" to jest taki artykuł "Dziury w mózgu". Nie wiem kto to pisze, Jan Kowalski - jakiś naukowiec, czy historyk. Wie pan, na takie tematy nie używają się takie wyrazy, jak "gdyby babka miała wąsy to by dziadkiem była". To nie wskazuje na wyższe wykształcenie. I w ogóle ten artykuł jest napisany tak, przepraszam bardzo, w stylu propagandy pana Goebbelsa. Może pan tak zmieni autorów. Ja wiem...
 Potem taki wywiad z naukowcem z Hamiltonu. Nie wiem czy jego postać jest bardziej moralna. Mógłby pan wybrać kogoś innego, nie takich pseudofachowców z PRL-u.    Przepraszam.                            (-)

 Od redakcji: Szanowny Panie, tu nie chodzi o wyższe wykształcenie, lecz o zdrowy rozsądek, w papiery nikomu nie zaglądamy. Stylu Goebbelsa nie znamy - za późno się urodziliśmy.
 

GONIEC NR 12 (15) (19-25 marca 2004)

 Szanowny Panie Redaktorze!
 Ogromnie dziękuję za zaangażowanie się w sprawę nielegalnych, bo jak dotychczas większość polskich mediów tylko chętnie sama zarabia na naszej desperacji i ogłasza komunikaty, które są po prostu kłamstwem.
 Jestem w Kanadzie nielegalnie, bo już dość dawno wygasła mi wiza pobytowa. Oczywiście, szukam sposobów na pozostanie tutaj, bo powrót do kraju oznacza bycie na utrzymaniu renty mojego Taty, który już teraz musi wyżywić czworo bezrobotnego rodzeństwa.
 Co to znaczy szukam możliwości na pozostanie? Po prostu odwiedzam różnych konsultantów emigracyjnych, pytam znajomych i, oczywiście, słucham i czytam polskie media. 
 Nietrudno sobie wyobrazić, jaka była moja radość, gdy w połowie zeszłego roku usłyszałam wypowiedź adwokata Ryszarda Boraksa, że został wprowadzony nowy program umożliwiający nielegalnym pozostanie w Kanadzie, a przynajmniej legalną pracę. Nie będę tu pisać o szczegółach, bo każdy to mógł przeczytać lub usłyszeć od samego adwokata Boraksa, który pracował przy jego tworzeniu.
 Natychmiast z koleżanką pobiegłyśmy pod wskazany przez adwokata Boraksa adres biura WorkerCanada - 3003 Lakeshore Blvd. West, Toronto, aby się dowiedzieć więcej szczegółów. Na miejscu natychmiast chciano nas zarejestrować, wręczono nam jakieś ankiety i powiedziano, że trzeba się bardzo spieszyć, bo możliwości są, gdyż program został wprowadzony, ale czas na załatwienie jest b. krótki. 
 Mój wrodzony spokój spowodował, że wzięłam formularze i powiedziałam, że zgłoszę się za 2 dni. Moja koleżanka natychmiast wypełniła papiery, podając, oczywiście, wszystkie swoje dane łącznie z telefonem. Szczęściem powstrzymałam ją od natychmiastowej wpłaty kwoty $1000.00, jaką pobierało biuro adwokata Boraksa WorkerCanada.
 Skontaktowałam się z moją znajomą, która uzyskała pobyt w Kanadzie dzięki pomocy przypadkowo spotkanej kobiety, która wypełniła jej odpowiednie dokumenty, i to wszystko bezpłatnie. Wprawdzie jej sprawa była zupełnie inna, ale może i mnie coś doradzi.
 W trakcie rozmowy dowiedziałyśmy się, że zdaniem tej Pani, nie ma jakiegokolwiek nowego programu, ale jednocześnie obiecała nam dokładnie się dowiedzieć i skontaktować ze mną. 
 Jak wiadomo, trudno o cierpliwość w takim momencie i czekanie, zwłaszcza że pan Boraks mówił w radio, że "pociąg może odjechać, zanim nielegalni się zdecydują". 
 Moja koleżanka po kilku nagabujących telefonach z biura WorkerCanada zdecydowała się na wpłatę pieniędzy, gdyż jej zdaniem, taki program na pewno istnieje, zwłaszcza że adwokata Boraksa popiera Związek Polaków i komunikaty na ten temat ogłaszają w radio i w gazetach, a więc program musi być. 
 Kilka dni później zadzwoniła moja znajoma i zdecydowanie odradziła mi wpłacanie jakichkolwiek pieniędzy, bo wg jej informacji, nie ma nowych programów, a te co istnieją to informacja o nich jest powszechnie dostępna na stronie internetowej ministerstwa. 
 Łatwo mówić, ale jak nie zna się, to trzeba innym zaufać. Wobec tego zaufałam mojej znajomej i więcej do biura WorkerCanada nie chodziłam. 
 Był to dla mnie bardzo ciężki okres, bo z jednej strony, zapewnienia mojej znajomej - z drugiej, płomienne obietnice adwokata Boraksa, że program został wprowadzony przez takiego to ministra. Trzeba poczekać na ogłoszenie szczegółów. 
 Komu uwierzyć i zaufać, co zrobić, to pytanie bardzo trudne, zwłaszcza że moja koleżanka już wybiera się na jakieś kursy, które mają wiązać się z tym programem i ułatwią jej pozostanie w Kanadzie. Moja znajoma to nie kanadyjski adwokat, więc pewnie niewiele wie... więc może...
 Ten pełen rozterek czas przerwał telefon znajomej i propozycja przyjścia na spotkanie z adwokatem Boraksem, jakie organizuje Grupa 95 Związku Polaków w Kanadzie w Mississaudze. No, może wreszcie sytuacja będzie jasna. Może będę mogła wpłacić te pieniądze i czekać na swoje papiery stałego pobytu.
 Dzień 7 marca, Centrum Jana Pawła w Mississaudze, gdzie po zebraniu Grupy Związkowej zjawia się adwokat Boraks ze swoimi dwoma współpracownicami, których imion, niestety, nie zapamiętałam. Atmosfera wyjątkowo miła, bo to dzień kobiet, a więc kwiatki i uśmiechy i wszyscy są pozytywnie nastawieni, aby coś zrobić dla nielegalnych.
 Po dość obszernym wystąpieniu adwokata Boraksa nawiązującym do zamierzchłych czasów polskiej emigracji pada prośba o podanie konkretnych informacji odnośnie nowego programu rządowego, zgodnie z którym Polacy przebywający nielegalnie w Kanadzie będą mogli uzyskać pobyt stały. Znów dość długie wyjaśnienia, tłumaczenia o politycznych powiązaniach, zażyłościach i koneksjach i prezentacja odbitki z jakiejś torontońskiej gazety na temat nielegalnych. Ostra reakcja adwokata Boraksa na uwagę jednej z uczestniczek zebrania, że odbitka z gazety to nie dokument i jeszcze raz pada konkretne pytanie, czy istnieje rządowy, oficjalny program dla tzw. nielegalnych, czy to tylko pobożne życzenia i wzajemne poklepywanie się po plecach ludzi, którym marzy się wpływanie na politykę kanadyjską.
 Pan Boraks tym razem bardzo uczciwie przyznaje, że programu jeszcze nie ma, ale gdyby tak polski lobbing, naciski, wpływy, to by...... Jakieś szanse mają ludzie pracujący na budowach, ale jeszcze nie ma konkretnego programu.
 Kolejne pytanie dotyczy programu dla kobiet. Skoro kursy na opiekunki itp., to znaczy są możliwości. I tu pada zdecydowane oświadczenie adwokata Ryszarda Boraksa, że nie ma programu dla kobiet i nie będzie takiego programu. Małe poruszenie, jakieś dodatkowe pytania, ale mnie już nic więcej nie potrzeba. Chcę pędzić do koleżanki i powstrzymać ją przed wpłaceniem pieniędzy.
 Zatrzymuje mnie uwaga jednej z współpracownic pana Boraksa, która mówi: "tak, nie ma programu dla nielegalnych kobiet, ale tego nie wolno im mówić, bo odbierze się im nadzieję". 
 Jestem w szoku, ale szczęśliwa i zadowolona, że nie znalazłam się w grupie tych naiwnych, które dały komuś zarobić, aby mieć nadzieję. 
 Jak najszybciej muszę się swoimi informacjami podzielić z innymi, aby ostrzegli innych naiwnych. Dzwonię gdzie mogę i mówię, co usłyszałam, i mimo złych wieści mam satysfakcję, że dowiedziałam się prawdy bezpośrednio z ust pana Boraksa. Programu nie ma i jeszcze tak naprawdę nie wie, kiedy będzie i czy będzie. Nieprzyjemne uczucie, ale przynajmniej prawda.
 Mój list mógłby się w zasadzie na tym zakończyć, gdyby nie fakt, że w czwartek, dnia 11 marca 2004, dzwoni do mnie koleżanka z ogromnymi pretensjami, że rozsiewam nieprawdziwe informacje itd. i jako dowód przytacza artykuł, jaki ukazał się w "Związkowcu" pt. "Dowód na zaangażowanie społeczne" ("Związkowiec" nr 11 - 11 marca 2004). 
 Czytam i oczom własnym nie wierzę. Ktoś tu zwariował albo ze mną jest coś nie tak. To dokładne odwrócenie tego wszystkiego, czego wysłuchałam na opisanym wyżej spotkaniu. 
 W tym momencie nauczyłam się bardzo dużo o manipulowaniu opinią publiczną.
 Mam nadzieję, że Związek Polaków zajmie wyraźne stanowisko odnośnie do wspominanego artykułu, ale niezależnie od tego chcę w tym miejscu podziękować działaczom Grupy 95 z Mississauga za zorganizowanie tego spotkanie i danie mi możliwości usłyszenia prawdy bezpośrednio z ust pana Boraksa. Dobrze, że jeszcze są ludzie, którzy chcą dzielić się swoimi informacjami z tymi, którzy niewiele jeszcze wiedzą o tym kraju i tak łatwo dają wiarę krasomówcom.
Z poważaniem
Marianna
(oczywiście, ponieważ jestem tu nielegalnie, nie mogę podać prawdziwego nazwiska, za co przepraszam)

 Od redakcji: Chętnie opublikujemy wyjaśnienie p. Boraksa na ten temat.

 Dzień dobry,
 Doceniłbym, gdyby Państwo unikali popierania i używania języka nieparlamentarnego w rodzaju słowa "pierdoły", które zostało użyte w "Z mojego notesu" z numeru 12-18 marca 2004. (...)
 Z poważaniem
 Kajetan Mellerowicz

 Od redakcji: Panie Kajetanie, aby język giętki wypowiedział, co pomyśli głowa, czasem odwołać się trzeba do słów "nieparlamentarnych". Z drugiej strony, gdyby przysłuchał się Pan temu, co, i jak mówi się w polskim parlamencie... zmieniłby Pan zdanie o naszym "nieparlamentarnym języku".

 Szanowny panie redaktorze
 Serdeczne dzięki za pańską pracę włożoną w stworzenie interesującego tygodnika, jakim jest "Goniec". W pełni ma uzasadnienie hasło: "Czytaj  ?Gońca= od początku do końca".
 A propos filmu"Pasja" (moje osobiste odczucie). Bezwzględnie jest to film zupełnie inny niż wszystkie dotychczas. Dlatego budzi tak wiele kontrowersji. Ja odczuwałam, jakbym była w środku - każde słowo było mi znane z Ewangelii, wszystkie postacie były charakterystyczne, okrucieństwo - zawsze jest bezwzględne, jeżeli się ma władzę i strach przed osobą, którą się torturuje.
 Są głosy, że Ewangelia powstała lata po wydarzeniach. Prawda, ale tak nas uczono od dziecka, to jest podstawą naszej religii. W rezultacie to nie jest najważniejsze. Najważniejsze jest, że Chrystus musiał być uśmiercony, bo  głosił trzy obce swojej społeczności słowa: PRAWDĘ, MIŁOŚĆ I PRZEBACZENIE. A te słowa rozsadzały (-ją) jego społeczeństwo, są niezrozumiałe, przez to groźne.
 Tyle z naszej strony.
   Z poważaniem
    Ewa L.
    Mississauga

 Od redakcji: Dla nas też TO jest najważniejsze.

 (...) List nieopublikowany.

 Od redakcji: Nie publikujemy listu p. Romana Nowaka z Radomia, zam. Leśna 1, który to tekst wydał się nam tzw. podpuchą. Autor krytykuje nas za pochwalne artykuły na temat płk. Kuklińskiego, który w opinii p. Nowaka "służył wiernie światowej żydowskiej finansjerze". Pan Nowak wyłożył nam również na 6 stronach własną wizję świata. Wynika z niej m.in., że "Żydzi sami siebie wymordowali w Holokauście", aby "nie wstydzić się swej biedoty".
 Tak więc, zgodnie z "credo" poczty redakcyjnej, w tym przypadku odstąpiliśmy od zasady "publikowania wszystkich listów".

 Szanowny Panie Redaktorze,
 W nawiązaniu do listu pana Emanuela Czyżo - a może by tak inni Polonusi opisali swoje "przygody" w polskich konsulatach?
Z poważaniem 
JK
 Od redakcji: Zapraszamy!

 Panie Andrzeju
 Moim zdaniem, brakuje w "Gońcu"  informacji o  mających się  odbyć  w Toronto czy nawet w Ontario  imprezach kulturalnych polsko-polonijnych.  Uściślając, mam na myśli imprezy kulturalne (sztuki teatralne, odczyty, spotkania) tak prezentowane przez przedstawicieli bezpośrednio z Polski, jak i też  naszych kanadyjskich. Takie informacje będą  miłym dodatkiem do wiadomości o programie TV Polonia. 
 Mam nadzieję, że nie będzie to trudne dla Pana do zdobycia i podania dla czytelników.
Pozdrawiam 
Z. Hobot 

 Od redakcji: Spełniamy Pańską prośbę i na str. 34 publikujemy wykaz polonijnych imprez kulturalnych.

 Drogi Panie Andrzeju! 
 Oj, namieszał ludziom w głowach Mel Gibson swoim filmem. Wróciłem z wakacji i czytam najprzeróżniejsze recenzje; filmu jeszcze nie widziałem, ale wybieram się zobaczyć. Dzisiejszy "The Hamilton Spectator" podaje ocenę filmu M. Gibsona przez amerykańskiego teologa, którym jest John Dominic Crossan. Crossan jest autorem wielu książek, między innymi "A Revolutionary Biography". Ten uczony określa teologię filmu jako "obscene", czyli sprośną, ohydną. Crossan, emerytowany profesor DePaul University in Chicago, pisze dosłownie: "It is a God, rather than forgiving, punishes  by taking it all out on his own beloved son. I find that teology obscene and would never want to worship such a God". Można i tak myśleć - twoja wola, panie Crossan. 
 Pan nazwał film "Pociskiem ewangelizacyjnym", może i tym jest, zobaczymy, jak dłużej pożyjemy. 
 To już Wielki Post, a mnie przypomniała się kolęda śpiewana przez Eleni: "Święty niepojęty Jezus, żaden rozum Cię nie ogarnie, tylko sercem odczuwam Twoją miłość dla mnie".
 Myślę, że Eleni ma tutaj rację.
  Pozdrawiam
ss

 Od redakcji: Pan Crossan ma prawo do swojej opinii, tak samo jak Pan i ja. Co jednak najbardziej zastanawiające, to - podobnie jak  robiła to propaganda komunistyczna - "Pasja" po chwilowej "burzy", została skazana na przemilczenie. Ktoś widać doszedł do wniosku, że bojkot medialny będzie najlepszy, bo wcześniejsze zarzuty jedynie przysporzyły reklamy. Tymczasem film bije rekordy popularności...
A. Kumor
 

GONIEC NR 11 (14) (12-18 marca 2004)
 Pewne "wzruszenia"
 Każda wizyta w Konsulacie Polskim w Toronto, to niemalże pewne nowe "wzruszenia". Atmosfera jest tam zawsze podminowana i niemalże zawsze dochodzi do mniejszych lub większych spięć z personelem lub przynajmniej do "wymiany poglądów" wśród klientów, czekających godzinami w kolejce na załatwienie nawet najdrobniejszej sprawy, jak chociażby uzyskanie wiarygodnej informacji. Aktualnie wszystkie sprawy "załatwiane" są na piętrze, bo suterena, jak rozumiem, jest w remoncie. Jedną z największych bolączek w suterenie był brak miejsc, a przede wszystkim, miejsc siedzących i ten głośnik umieszczony w poczekalni, pozwalający czekającym w kolejce "uczestniczenie" w każdej, nawet najbardziej prywatnej rozmowie klienta z personelem konsulatu. Mam nadzieję, że po remoncie tych bolączek będzie mniej. 
 Pech chciał, że nie mogłem znależć swojej metryki w domowym bałaganie, więc chcąc nie chcąc musiałem prosić, aby ktoś w Polsce wyrobił mi nową metrykę. Owszem pani zgodziła się to zrobić, ale powiedziała, że nie może mojej kuzynce jej wydać, natomiast może ją sama przesłać do konsulatu w Toronto. Cóż było robić, zgodziłem się na to rozwiązanie. Po jakimś czasie otrzymałem zawiadomienie z konsulatu, że metryka jest już do odebrania  i otrzymam ją jeśli zapłacę $47 kanadyjskich. Cóż było robić, zapłaciłem. Na metryce była jeszcze pieczątka, że kuzynka moja wniosła opłatę skarbową w wysokości 15 zł. Kto mi wyjaśni, dlaczego moja metryka jest tak "cenna" dla Konsulatu polskiego w Toronto ?
 W biurze na piętrze czeka nas jeszcze jedno "wzruszenie". Przy wejściu do biura tym razem stoi strażnik, umundurowany, groźny, który bez przerwy rozkazuje klientom, aby przechodzili dalej i nie zatrzymywali się przy drzwiach. Myślę, że jest on tam zupełnie niepotrzebny, chyba, że głównym jego zadaniem, jest zapobiec ewentualnemu wybuchowi naszych "wzruszeń".
Emanuel Czyżo

 Od redakcji: Szanowny Panie, pan konsul Jacek Junosza Kisielewski zaprosił nas na uroczyste otwarcie nowej sali przyjęć interesantów - zdamy relację w następnym numerze. Mury będą nowe, farba świeża, więc może nastawienie pracowników konsulatu do petentów również ulegnie "renowacji".

 Nie widzę nawet wzmianki o 5 marca - rocznicy morderstwa w Katyniu - zapomnieliście, jak cała prasa w Polsce. Solidarność. 
Florian Śmieja

 Od redakcji: Panie Profesorze, nasza wina. To przez sklerozę i zabieganie. Pozdrawiamy serdecznie i zapraszamy na stronę 48.

 Panie A. Kumor, dot. POLITYKI MOŻNA SIĘ NAUCZYĆ..
 Czy tu aby nie chodzi więcej o kulturę polityczną...
 1. Goniec jest naprawdę O.K.
 2. Lata 70 czołgi... chyba już wtedy zamieniły się w "konserwy".. proszę zobaczyć, co się z nimi stało  w czasie ostatnich wojen arabskich... w obliczu rakiet... to jest dobre na BBQ... (moja opinia polega też na tym, że sam jestem czołgistą z Pancerniaka Poznań).
 Amerykanie używają ich tylko do walki z  ludnością cywilną... albo jak kto woli z terorystamii...
 3. Zgadzam się na 100% co do mięsa armatniego i Pańskich wywodów o kulturze politycznej dyskusji.. zapominamy o tym, że właśnie zachowanie różnicy w poglądach to jest najbardziej istotny dowód istniejącej demokracji w społeczeństwie..
 JESZCZE RAZ GRATULUJĘ FAJNEGO PISMA "GONIEC"... da się czytać.
 Serdecznie pozdrawiając i życząc utrzymania się chociaż parę lat...
 Bohdan Szewczyk 
bszewczyk@yahoo.com

 Od redakcji: Pięknie dziękujemy za pochwały, woda sodowa tryska nam do sufitu - a tak na poważnie, to wolność słowa, możliwość swobodnego ścierania argumentów jest wspaniałą rzeczą.  Korzystajmy z niej póki jeszcze można, bo jak tak dalej pójdzie to wkrótce zakwalifikują nas do obozów reedukacyjnych...

 Szanowny Panie Redaktorze
 Znowu poruszył mnie pański artykuł pod tytułem "A jeśli jetem Żydem..." z dnia 13-19 lutego 2004r. Jest to już utarta metoda, jeżeli kogoś chce się ośmieszyć lub wyszydzić, to zwykle puszcza się w obieg tego rodzaju pomówienie. Następnie jak można takiemu zaufać skoro jest Żydem. Ciekawa metoda , która w Polsce króluje już od dawna. Jeżeli pojawi się jednostka o silnej osobowości, to rzucają się jak szakale, aby ją wyeliminować. Przodują w tym przeróżni Szechtery, Urbany, Bormany i wiele innych, których pochodzenie, chyba każdy zna doskonale. Są to ludzie, którzy nie przebierają w środkach, aby przeciwnika zniszczyć. Tak było przecież z byłem premierem Olszewskim, który swój urząd sprawował bardzo krótko. Przed wyborem wytoczono wszelkiego rodzaju plugastwa, oraz nazwano Go Żydem, a kiedy udowodnił swoje pochodzenie, to znowu przypisano Mu, szowinizm, nacjonalizm, ksenofobię, antysemityzm i tak dalej. Myślałem, że tu w Kanadzie takich jednostek nie będzie, a jednak są, czego dowodem, jest pytanie jakie zostało zadane przez pewnego czytelnika. Być może w dalszej kolejności, znowu pod Pana adresem polecą wszelkiego rodzaju i-zmy, a więc "Goniec" jest taki, a taki, być może niepoprawny politycznie. O Boże, jakie to prymitywne i podłe. Metoda zaczerpnięta od znanego szczekacza i kłamcy Goebbelsa z okresu okupacji. Przecież jak już Pan zaznaczył nie chodzi o geny lecz o czyny danych ludzi. Mamy przecież wiele przykładów, uczciwych Żydów dla których Polska była drugą Ojczyzną i nigdy nie szargali jej dobrego imienia, są to jednak jednostki. Dzisiaj również są jeszcze, którzy w dalszym ciągu wyrażają się pozytywnie o Polsce. Przypomniał mi się pewien artykuł, który kiedyś wyczytałem w pewnej prasie, o Żydzie, który zmarł w Nowym Jorku. Jego życzeniem było , aby po śmierci przykryto Go w trumnie polskim sztandarem. Zaraz się pojawili szczekacze i przeróżni pismacy wyśmiewając Jego życzenie, nazywając Go nawet, "Polish lover". Czyhają  aby tylko wyśmiać, poniżyć, nie zwracając nawet uwagi na symbole. Ja sądzę, że gdzie indziej tkwi problem - została stworzona pewna grupa specjalistów, czyli tak zwany holokaust-biznez. Jest to robione celowo, jeżeli udało się dobrze zarobić na Niemcach i Szwajcarach, to dlaczego nie można na Polakach. Jest faktem historycznym, że Żydzi stanowili w Polsce prawie 10% populacji, czyli około 3,5 miliona. W większości nie byli bogatymi obywatelami. Bogaci już dużo wcześniej wyemigrowali z Polski, znając dokładnie sytuację w Niemczech. Gdyby w Polsce był rząd z prawdziwego zdarzenia, wybrany  w demokratyczny sposób przez Naród, to nie byłoby tego rodzaju nagonek oraz paszkwili jakie są wypisywane przez przeróżnych pismaków i pseudo-historyków kompromitujących się swoimi piśmidłami. Te paszkwile i piśmidła nie stanowią żadnych wartości historycznych, ani literackich. Wypisują niekiedy takie bzdury, że aż trudno uwierzyć, brak wogóle elementarnej logiki. Liczą na głupców i ludzi naiwnych, którzy nie znają historii, a niekiedy nie mają nawet zielonego pojęcia. Przecież zaraz po zakończeniu II wojny światowej, niby polski rząd przekazał im około 440 milionów dolarów, jak na owe czasy była to dosyć pokaźna suma, o tym ani słowa, cisza. Problem był i jest do rozwiązania, wiadomo, że posiadali pewne majątki i posiadłości, za które powinni otrzymać rekompensatę. Ciągle powtarzam, gdyby w Polsce był rząd z prawdziwego zdarzenia, to premier oraz prezydent powinni wystawić Niemcom dokładny rachunek, za straty biologiczne, moralnie i materialne, jakie zostały dokonane na polskim Narodzie. Tak tylko pobieżnie licząc Niemcy powinni nam wypłacić około 500 miliardów dolarów, doprowadzając do ruiny naszą Ojczyznę. Również Sowieci powinni także wypłacić nam około 200 miliardów za podobne szkody. Dopiero wtedy rząd powinien podzielić wyżej wymienione kwoty na poszczególnych obywateli, a takimi niewątpliwie byli również Żydzi. Natomiast żaden rząd tego nie uczynił, ba nawet o tych sprawach wogóle się  nie mówi ani słowa. Sprawę w swoje ręce wzięła więc pewna grupa Żydów, wyciągając już od Niemców miliardy dolarów oraz od Szwajcarów. Holokaust-biznes funkcjonuje znakomicie - z podziałem dla poszkodowanych to jednak rożnie bywa. Jakoś prawie przez 50 lat siedzieli cicho, kiedy to rządzili pobratymcy, nagle się obudzili. Za okupacji również nie dali ani centa, aby pomóc swoim rodakom. Polacy ryzykowali życie oraz dzielili się kromką chleba. Mogę coś na ten temat powiedzieć, ponieważ okupację przeżyłem koło tego piekła w Oświęcimiu. Możnaby jeszcze wiele pisać o tych sprawach, ale nie wiem czy ktokolwiek weźmie pod uwagę, w dzisiejszym zmaterializowanym świecie, gdzie widzi się tylko swoją krzywdę, nie dostrzegając innych, którzy również ponieśli niepowetowane straty, nie otrzymując prawie nic za wszelkie krzywdy. O przepraszam, ostatnio Niemcy wypłacają Polakom ochłapy za niewolniczą pracę na rzecz Niemiec. Kiedy czytam o tych wypłatach, to ogarnia mnie przerażenie. Za tyle potu, krwi oraz doznanych okrucieństw od oprawców, jest to po prostu zwykła jałmużna.
 Panie Andrzeju, zgadzam się z Panem w zupełności oraz wyrażam uznanie za poruszenie tego tematu.
   Z poważaniem,
   Stanisław

 Od redakcji: Panie Stanisławie, każdy pilnuje swojego interesu, koledzy Żydzi czynią to bardzo skutecznie...

 Muszę przyznać, że z biegiem czasu "Goniec" zaczyna mi się podobać, jest nad czym pomyśleć. W numerze z 27 lutego mocne wrażenie robią sankcje zastosowane wobec młodych dziewczyn. Potraktowano je normalnie, te metody stosuje się nagminnie ale w stosunku do dorosłych mężczyzn. To środowisko na całym świecie zwyczaje ma podobne, ale  mimo faktów domaga się szacunku. Zastraszyć, zrujnować, to są metody. W 1937 roku, mieszkający w Witebsku mój dziadek, po kilkuminutowym procesie został rozstrzelany, w imieniu prawa, razem z ponad 600. tys. winnych (?). Społeczeństwo daje władzę, siłę i pieniądze, musimy się czuć bezpiecznie, a że nikt nie odpowiada za pomyłki. Im wolno się mylić, to my nie możemy. Ostatnio badanie DNA pozwoliło kilka "pomyłek" ujawnić, ale...? 
 Około 20 listopada w "Związkowcu" - "Dożywocie dla Rybaka". Od 3 lat przetrzymany Janusz Rybak został skazany za zabójstwo. Dożywocie mimo, że się nie przyznał, brak dowodów, nawet DNA nie chce się zgadzać. Następna pomyłka do wyjaśnienia za 30 lat? Tylko czyim kosztem poprawia się statystykę?
 Jakie rekcje podjął konsulat R.P., przecież to polski obywatel, ale może nie było czasu, tyle wstęg do przecięcia, uroczystości do uświetnienia. W tym czasie trzech zwyrodnialców za zatłuczenie młodego Baranowskiego dostało po 10 lat. Przyznali się, to po 10 lat, ale uparty Janusz , dożywocie, bo nie chce się przyznać? Winien, nie winien... 
 Nie rozumiem, te dwa procesy, te sądowe pomyłki były w demokratycznej Kanadzie?
 Spotykam się często z czymć takim jak domniemane niewinności, o co w tu chodzi? A może to dotyczy tylko równiejszych?
          J.S.

 Od redakcji: Domniemanie niewinności nie dotyczy już pewnych rodzajów przestępstw np. podejrzenia o terroryzm, ksenofobię, szownizm etc. Za  to najpierw człowieka sadzają, a potem niech się biedak tłumaczy. Ale kto mówił, że ten świat ma być sprawiedliwy?

  GONIEC NR 10 (13) (5-11 marca 2004)

 Napisałem do Pana w prostym odruchu mojej emocjonalnej reakcji na przeczytany tekst o Mackiewiczu (bracie Mackiewicza).  Przyznam, że
zaskoczyło mnie istnienie osoby brata Cata-Mackiewicza. Podejrzewałem (kiedyś) przypadkową zbieżność nazwisk.  Ale to na marginesie.
 Tak naprawdę zdumiał mnie i zaskoczył fakt, że istnieje ktoś tak mało znany w powszechnym odczuciu (moim, być może mylnym), a tak niezbędny dla istnienia prawidłowego odczuwania myśli narodowej i patriotycznej. Ktoś taki, kto może śmiało służyć za wzorzec postaw i odniesienie dla budowania poglądów.  Taki "milowy kamień" rozwoju myśli patriotycznej czy narodowej. Ciągle jednak mało nauki i mało historii. I ciągle mam luki w historii, zwłaszcza tej jej części, która była zupełnie pominięta w szkole w Polsce. Na tym tle z pewnym wstydem muszę przyznać, że i mnie można by zakwalifikować jako homo sovieticusa...
 Mając na uwadze to, co napisałem powyżej, a także i to, że tak trudno (wbrew pozorom) znaleźć wartościowe i interesujące pozycje z zakresu historii Polski, mam pytanie. Jaka jest szansa, by "zbudować" właśnie tu, w Kanadzie, prawdziwą bibliotekę z wydawnictwami dającymi szansę na poznanie ludzi takich, jak na przykład obaj bracia Mackiewiczowie? Jaka jest szansa na powstanie czegoś w rodzaju ośrodka myśli narodowej i patriotycznej, który promieniowałby swoją działalnością na okolice Toronto, dając szanse przeciwstawieniu się szerzeniu kłamstw i przemilczeń na temat naszej narodowej historii?
 Biblioteka byłaby tu nieocenionym źródłem dla czerpania wiedzy przez następne pokolenia, a także takich jak ja, przybyłych tu naście lat temu z zakłamanej rzeczywistości polskiej. Oczywiście, internetowa strona to też jeden z elementów niezbędnych w dzisiejszym świecie, ale podstawą powinny być zbiory drukowane jako te namacalne, widoczne gołym okiem. Potencjał zainteresowanych ludzi istnieje.  Znam nieco środowisko młodych ludzi, rówieśników mojego syna (24 lata).  Obserwowałem, jak zmagają się z problemem znalezienia się we właściwej "pozycji" w sensie politycznym.  Mieli kłopoty z dojściem do właściwych, niezakłamanych źródeł wiedzy.  Internet dopiero raczkował. 
 Dziś, gdy Internet stał się wszechobecny, problem polega raczej na właściwym wyborze z zalewu informacji rozsianych wszędzie po trochę.  No i nie jest to tożsame z rzetelną wiedzą przekazywaną przez ludzi z właściwej, bo stworzonej po temu instytucji.  Oni nie ufali temu, co piszą gazety w Polsce, ani temu, co drukuje się w jakże częstych przedrukach w tutejszej prasie polonijnej. Brakowało organizacji, która by była przeciwwagą dla nietrudnej do rozszyfrowania proweniencji "różowej" treści płynącej z kraju rodziców.  Dziś nie jest wcale inaczej.  Możliwe, że trudniej nawet.
 No, ale to tylko moje pytania i wątpliwości oraz troska o przyszłość.
 Pozdrawiam
 Krzysztof

 Od redakcji: Pomysł Biblioteki Polskiej - przedni, cenne byłyby również polskie oraz pozycje o Polsce po angielsku. Józef Mackiewicz powinien w takiej bibliotece znaleźć poczesne miejsce.

 Rodzina 12-osobowa z dziesięciorgiem dzieci z Polski potrzebuje każdej pomocy. Dzieci w wieku: Ewa - 17 lat, Daniel - 16, Patrycja - 15, Mateusz -13, Dominik - 12, Marcin - 9, Piotr - 8, Kamila - 6, Karolina - 4, Bartuś - 3. Trzech chłopców ma padaczkę. Odzież i pomoc finansową proszę kierować pod adres:
  Beata i Paweł Igler
  ul. Grzegórzecka 31/10
  31-532 Kraków
  Polska
    Józef Gwóźdź
    Mississauga

Od redakcji: Próśb o pomoc nie komentujemy, każdy swój rozum ma...

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Właśnie przeczytałem list pana Sędziaka, w którym pisze on m.in.: "Byłem ostatnio w Polsce i widziałem w telewizji jak prymas Glemp i jego osobisty ministrant, premier Leszek Miller, trzymali się przed kamerami telewizyjnymi za ręce jak bracia".
 Uważam, że za takie zachowanie ks. Prymas Józef Glemp powinien dostać ostrą naganę. Rozumiem, że ks. Prymas, będąc osobą publiczną, musi od czasu do czasu spotykać się z innymi ludźmi. Ale czy powinien trzymać się za ręce z komuchem, tylko dlatego, że ten wcześniej był ministrantem ? Czy ks. Prymas trzymałby się również za ręce z np. Józefem Wissarionowiczem Stalinem (gdyby żył)?  Przecież Stalin w swoim dzieciństwie uczęszczał do seminarium duchownego.
 Polacy w Polsce po 44 latach komuny mają wystarczająco zbałamucone w głowach - a tutaj widzą, że ksiądz Prymas trzyma się za rękę z komuchem!
 W mojej opinii - ks. Prymas zasługuje na publiczną ostrą naganę za ww. zachowanie.
 Z poważaniem
 J.K.

Od redakcji: Rozumiemy, że Pan takiej nagany ks. Prymasowi udziela. Szanujemy Pana zdanie, rzeczonego "trzymania się za ręce" nie widzieliśmy.

 W uzupełnieniu artykułu pana Pawła Siergiejczyka (nr 7, rok II) dotyczącej osoby mecenasa Władysława Siła-Nowickiego podaję tę informację. Otóż mecenas oczywiście należał do strony opozycji, ale tej "niegrzecznej" (sam reprezentował "Solidarność" szczecińską), która powinna być rozszerzona o nurty nieobecne (tylko 55% głosów na Wałęsę przy wyborze przewodniczącego), i o co się upominał przy okrągłym stole. Sam mecenas jako jedyny reprezentant "Solidarności niegrzecznej - trzeciej siły" został, tak samo jak "grzeczna Solidarność" Wałęsy, zaproszony przez gospodarza okrągłego stołu - Czesława Kiszczaka. A więc nie można napisać, jak pan Paweł S. to zrobił, że: "Musiał mecenas zostać zaproszony przez stronę rządową, ponieważ nie życzyła go sobie strona opozycyjna". To dla wyjaśnienia.
 6 II '89 - jak pisze mecenas w liście do Konrada Maruszczyka, przykładem idiotyczności propagandy było pominięcie jego zasadniczego przemówienia w środkach masowego przekazu. 
 Niestety, 15 lat po "Okrągłym Stole" - w 2004 roku - oglądałem film nakręcony na 10. rocznicę ('99 rok) w TV Polonia. Ten film tak był spreparowany, że nie było nawet "obrazu" mecenasa, a tym bardziej jego wypowiedzi. Wystarczy jednak zobaczyć, kto komentuje, przygotowuje ten film (redaktorzy Michnika i Urbana), by wiedzieć, dlaczego dalej kłamstwa podaje się opinii publicznej.
 W uzupełnieniu artykułu pana Pawła Siergiejczyka pragnę też dodać, że obok "prawdy Katynia" mecenas podczas 6 II '89 złożył wniosek o uczczenie pamięci zamordowanych księży, a także ostro postawił sprawę ordynacji wyborczej. Mówił: "Jeśli bezpartyjni mają dostać 40% mandatów, a koalicja partyjna 60%, czy jeżeli się inną proporcję zastosuje, to w każdym razie posłowie wybrani z tych 40% muszą być wybierani, a nie mianowani." I tu było najpoważniejsze zgorszenie ze strony gospodarza (Cz. Kiszczaka) - projektodawcy okrągłego stołu: "Pan tak ostro powiedział o tych wyborach, a myśmy się przecież na ten temat dogadali" - z mecenasa komentarzem: "(sic!) może z grzeczną ?Solidarnością=, ale nie ze mną". Dalej mecenas podsumował: "Taka więc była cena, że się do okrągłego stołu doprowadziło - znów posłowie z teczek i kamuflaż nowego sposobu mianowani. Będę z tym walczył do upadłego". Niestety, dużo większe siły walczyły z mecenasem Siła-Nowickim. Dlatego mógł powiedzieć (1992): "Społeczeństwo polskie przyjęło początek okrągłego stołu z tak naiwnym entuzjazmem, że w ogóle nie zdawało sobie sprawy, że dwie strony prowadzą tu określoną grę polityczną (sam był trzecią siłą). Wspólnym celem 2 kontrahentów było złagodzenie pokonywanych przemian. Otrzymawszy od władzy komunistycznej monopol na działalność opozycyjną, strona solidarnościowa (grzeczna) dążyła od początku, aby monopol opozycji zamienić na monopol władzy. I to jej się w zasadzie udało - chociaż nie za darmo. Komuniści bowiem zabezpieczyli sobie środki materialne oraz nomenklaturę. Wspólnym zaś dążeniem dziś, można powiedzieć, spadkobierców komunistów i byłych solidarnościowców było - i pozostało! - niedopuszczenie do działalności politycznej ludzi spoza tych kręgów". 
 Wypowiedzi mecenasa pochodzą z książki: "Władysław Siła-Nowicki. Wspomnienia i dokumenty".
       Dziękuję za uwagę
      Aleksander Jamróz

Od redakcji: Serdecznie dziękujemy za cenne uzupełnienie.

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Z zainteresowaniem czytam pańskie artykuły jak również oglądam wystąpienia w Polish Studio. Ostatnio czytałem pańskie tłumaczenie artukułu Freda Reeda "Udawana demokracja". W związku z tym artykułem mam gorącą prośbę. Proszę mi podać adres internetowy, gdzie można znaleźć ten artykuł lub źródło, gdzie był zamieszczony. Chciałbym przeczytać oryginał. Z góry dziękuję. Pozdrawiam serdecznie i życzę wszelkich sukcesów.
Jerzy Maliński

Od redakcji: Proszę popatrzeć pod: http://www.fredoneverything. net/
 

GONIEC NR 9 (12) (27 II - 4 III 2004)

 Proszę mi pomóc zrozumieć!
 W sobotnim "Toronto Sun" z 21 lutego w sekcji "Comment" w rubryce "Here I Stand", Michael Coren pisze, cytuję:
 "Easter was always a dangerous time for my great-grandparents.  Drunk on cheap vodka and on tales of Christ's suffering, local mobs  would raid Jewish villages in Poland and the Ukraine and kill as many Jews as they could.  No, Easter was not fun time for the Jews of what was wrongly known as Christendom".
 Czy to jest kolejny atak Żydów, którzy nie mogą się pogodzić z powstaniem filmu "The Passion of the Christ" Mela Gibsona, czy przy okazji kolejny antypolski "kwiatek"?
 Czy film jest antysemicki, czy twierdzenie antypolskie?
Z poważaniem,
Fryderyk Wach

 Od redakcji: Zapraszamy na stronę 48.

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Przyznam się, że pismo Pana kupiłam przez przypadek. I jakie było moje zdziwienie, kiedy stwierdziłam, że mogę je przeczytać "od deski do deski", niekoniecznie zgadzając się ze wszystkimi wypowiedziami autorów, ale i w tych przypadkach polemizując z nimi w myślach bez tego uczucia niesmaku i zażenowania, które wywoływały u mnie artykuły w innych polonijnych publikacjach.    Mam przeczucie że trafił, a raczej potrafił Pan znaleźć coś, co wreszcie nie będzie wywoływało u nas wstydu za naszą przynależność narodową. Zaczną  nas definiować jako ludzi o różnych poglądach, których jednak łączy jedno wspólne dobro, dobre imię Polski i Polonii. 
 Proszę mnie źle nie zrozumieć, jestem daleka od tendencyjnego przedstawiania się w jak najlepszym świetle na tle innych grup etnicznych za wszelką cenę; wiem, że wszędzie istnieją problemy, spory, niedomówienia.  Ale przeraża mnie ta pasja i źle wykorzystana energia, która wystawia nasze środowisko na pośmiewisko. Według mnie, wspólna przynależność etniczna, oprócz tego, że zobowiązuje nas do zachowania pewnych norm, powinna też nas łączyć. Tak jest w przypadku większości innych grup. Nas, Polaków, ona niestety dzieli. Dlaczego najgorszym wrogiem dla Polaka jest drugi Polak?! Czy naprawdę zostaliśmy aż tak wypaczeni przez komunistycznych nauczycieli, że dopiero następne pokolenia będą się mogły porozumieć? Przeraża mnie to ciągłe babranie się w błocie, wciąganie w nie innych, przy jednoczesnym wyciąganiu czasami wręcz bolesnych spraw personalnych "ofiary". Czy na tym ma polegać moralne credo naszej Polonii? 
 Dlatego bardzo mi się podoba, że daleko jest Panu i Pana współpracownikom do tych intryg, obrzucania błotem. Wiem, że jest wśród nas mnóstwo ludzi o różnych charakterach, przekonaniach. Dlaczego nie potrafimy docenić prawa innych do odmiennego zdania, prawa do postrzegania świata w innych wymiarach? 
 Moim zdaniem świat stałby się beznadziejnie nudny, gdybyśmy wszyscy wyznawali te same zasady. Jeśli chcemy dokonać konstruktywnej krytyki, zacznijmy krytykować poszczególne czyny niezgodne z etyką jako złe, a nie ludzi, którzy ich dokonali. Każdy ma prawo do błędu, czasami życie skłania nas do postępowania, z którego w przyszłości nie będziemy dumni. Człowiek naprawdę nie rodzi się zły, to przychodzi z czasem, a czasami to zło nie jest "złem", lecz bezradnością lub nieznajomością alternatywy. Nie oceniajmy autorów, lecz ich wypowiedzi. To, że nie zgadzam się z artykułem czy działaniem pana X, nie czyni go automatycznie niegodziwym człowiekiem. 
 Przerażona jestem tym ciągłym polowaniem na czarownice, wiem, że istnieje ono nie tylko na naszym polonijnym podwórku, ale i w Polsce. My jakoś nie potrafimy żyć bez nienawiści, w historii ta nienawiść często miała racjonalne podłoże, ale to nie znaczy, że zawsze już musimy nią pałać i szukać wszędzie jej obiektu. 
 Mam nadzieję, że zachowa Pan swój obiektywizm dziennikarski, a jednocześnie i swoje pryncypia, co jest bardzo trudne, udaje się tylko nielicznym. Będzie to dla Pana bardzo żmudna praca, już chyba jeden z czytelników nazwał ją trafnie "pracą u podstaw". Ja nazwę ją inaczej, pracą "od" podstaw, bo stwarza Pan nowy rodzaj polonijnych mediów, taki, który nam jest niezbędny byśmy po latach karmienia nas jadem zaczęli się uzdrawiać. Mediów, które skłonią nas do myślenia, zdrowej refleksji, a nie wywołujących niezdrowe emocje i wyzwalających naszą bardzo brzydką narodową przywarę pochodzącą jeszcze z czasów sarmackich, czyli pieniactwo. 
 Życzę powodzenia i szybkiego poszerzania się rzeszy czytelników, już jedną wierną czytelniczkę znalazł Pan w mojej skromnej osobie.
Dorota W.S.

 Od redakcji: Dziękujemy! Nie ma nic przyjemniejszego niż wolność słowa. Pieniactwo, puszenie się, zadęcie, brak dystansu do siebie - mamy nadzieję, że nas to nie dotknie.

 Panie Tymiński,
 Przeczytałem Pański artykuł w ostatnim numerze "Gońca". Zgadzam się z Panem w niemal w stu procentach. Ale co ze szczytnych  ideałów i programów? Polacy nie znają się na demokracji. Naród, który w czasach demokracji olewa wybory (prawie zawsze większość uprawnionych do głosowania nie chodzi tam głosować) może zajść politycznie tylko do składu węgla.
 Byłem ostatnio w Polsce i widziałem w telewizji jak prymas Glemp i jego osobisty ministrant, premier Leszek Miller, trzymali się przed kamerami telewizyjnymi za ręce jak bracia. Postkomuniści stworzyli rząd jeszcze bardziej służalczy wobec Kościoła aniżeli ten poprzedni, solidarnościowy, który okazał się najgorszy z najgorszych. Ta przyjaźń wprawdzie zaczyna się już rwać, ale dopiero w ostatnim czasie.
 Polacy to biedny naród, pogrążony w apatii i zdominowany przez kler, którego przywódcy zwiedli na manowce, jak Pan słusznie zauważył. Zaufali takim autorytetom jak Kościół, Wałęsa i "Solidarność", a ci zbratali się z komuchami, zgarnęli to, co najlepsze, zostawili narodowi parę ochłapów, a resztę sprzedali obcym interesom. Stąd ta niewiara Polaków w lepsze jutro. 
 To, co dzieje się w Polsce, można nazwać latynizacją. Polska potrzebuje zupełnie nowych elit i nowych liderów. Unia jest dobrym wyjściem dla narodu nie umiejącego się urządzić, aby coś pokazać światu. Zgadzam się z tym, że najlepszym wyjściem byłoby odsunąć ich całkowicie od władzy. Ale kto to zrobi, kiedy Kwaśniewski ma wciąż wysokie notowania? A czy w ogóle jest tam jakaś mądra partia z mądrym programem? Ja takiej nie widzę  i nie mam w Polsce swojego miejsca politycznego. Wszystkie znaczące partie polityczne w Polsce to "bękarty okrągłego stołu".
Jerzy Sędziak

 Od redakcji: Szanujemy Pańską, ale mamy inną opinię na temat roli Kościoła. Pan wrzuca wszystko do jednego worka, tymczasem w Kościele są i liberał bp Pieronek i środowisko Radia Maryja. Pod skrzydłami Kościoła wychodzi też "Nasz Dziennik" - gazeta, gdzie wciąż można dużo powiedzieć. 

 Pozdrawiam serdecznie redakcję i dziękuje Pani R. Kozłowskiej za wiadomości piłkarskie. Nie jestem koneserką tych tematów, ale czytam te artykuły z wielką przyjemnością.
Katarzyna B., Toronto

 Od redakcji: Przekazaliśmy pani Renacie. Ucieszyła się!

 Szanowni Państwo,
 Chciałbym niniejszym dołożyć swoje "pięć groszy" na temat wydawanego przez Państwa tygodnika "GONIEC", który z zainteresowaniem czytam od pierwszego numeru. Ktoś z czytelników zwrócił już uwagę, że w formie przypomina on "GAZETĘ". Myślę, że tylko serwis informacyjny z Kanady i z Kraju podobny jest do tego z "GAZETY", bo w treści, chciałoby się powiedzieć, TO JEST TO!
 Najważniejsze, że walczycie z polityczną poprawnością - tym kagańcem nakładanym nam na twarz aż w końcu nie zaczniemy sami sobie go nakładać w wyniku długotrwałego "prania mózgu" (vide "TYLKO POLSKA" Nr 6 (178) 2004 "PSYCHOMANIPULACJE W NEW AGE").
 A u Państwa już w pierwszym numerze jest o kamerach instalowanych w damskich ubikacjach. Uważam, że poprawność polityczną należy niszczyć m. in. ŚMIECHEM! Co też czyni Pan Kumor w 6 nr. w felietonie na temat zgody Kanadyjskiego Sądu Najwyższego na prawo dawania dzieciom klapsów przez ich rodziców i proponuje, aby klaps mierzony był w dżulach przekazywanej energii na cm2 pupy! Świetnie!
 Pokrótce chciałbym wymienić najbardziej interesujące mnie stałe pozycje. Na pierwszym miejscu stawiam felietony p. Andrzeja Kumora - jak zwykle dobre. A ten na ostatniej "nomen omen" 44-tej stronie ("A imię jego czterdzieści i cztery...") - taki jeszcze bardziej "od siebie". Brawo!
 Poza tym rozmowy, które przeprowadza pan, panie Andrzeju, a to z Normanem Davisem, czy z księżmi "Na ścieżkach wiary". Bardzo nam potrzebne, nam "ludziom małej wiary". Czy wreszcie wywiad przeprowadzony z malarzem p. Kubą Bryzgalskim, którego wypowiedzi są kompletnym błamażem. Zwłaszcza ten fragment jego wypowiedzi jako, bądź co bądź, polskiego artysty. Na pańskie pytanie "Co ci daje polskość w malowaniu?", pan B. odpowiada dosłownie: "Wiesz co, nigdy nie postrzegałem siebie jako Polaka, lecz jako element świata (sic!) (podkr. moje). Odsyłam do listu p. A. Jamroza w nr. 7 "GOŃCA", pod którym i ja chciałbym się podpisać. That's it!
 Wśród stałych pozycji warto także wspomnieć cykl pt. "UROKI ŻYCIA W PRL-u". Cóż za dokładność, z jaką autor, p. Paweł Kostrzebski z W-wy, wymienia czy to gatunki papierosów, wódek, jakie konsumowano w PRL-u, czy też charakteryzuje sprzedawców lub wyroby przemysłowe etc. Co za poczucie humoru w opisywaniu czasów, w których nie było nam aż tak bardzo do śmiechu.
 Pozycje, na które chciałbym jeszcze zwrócić uwagę, to m. in. w nr. 3 "ROSYJSKI IZRAEL" p. Estery Lobkowicz z Krakowa. Ten zalew Izraela przez rosyjskich Żydów. I teraz pytanie: Jaki to będzie miało wpływ na przyszłe oblicze państwa Izrael? Ale to, na szczęście, nie nasz problem - wyraziłem się tak wobec znajomego. A on mi odpowiedział, że to jest problem zasadniczy. Bo do Polski zaczną zjeżdżać Żydzi z Izraela, kiedy tylko Ruskie zaczną bronić się w Izraelu przed Arabami. I nie wiadomo - śmiać się czy płakać. A w nr. 5 "FILM PRAWDĘ CI POWIE..." p. Piotra Włodarskiego, gdzie autor zwraca nam uwagę na filmową produkcję "made in Hollywood", która jest niczym innym, jak tylko propagandową zapowiedzią przyszłej światowej polityki sił sterujących Stanami Zjednoczonymi A.P. Chyba tylko przez przeoczenie autor nie wspomniał o jakże znamiennym, wg mnie, filmie pt.  "FIGHT CLUB", gdzie w ostatniej scenie zburzone zostają wieżowce Nowego Jorku, m. in. W.T.C. Oczywiście, film ten zrealizowany był grubo przed 11 września roku pamiętnego.
 Na wymienienie zasługiwałby także cykl wspomnień emigracyjnych "OBOJĘTNIE DOKĄD" autorstwa redaktora naczelnego "GOŃCA", zwłaszcza fragment 4. odcinka, czyli fascynacje Czecha - dziadka Josefa piersiastą Rumunką Anne-Marie..., to rzeczywiście pyszny fragment, jak z czeskiego kina lat 60.
 A w ostatnim nr. 7 warto zwrócić uwagę na postać mecenasa Siła-Nowickiego w rozmowie przeprowadzonej przez A. Kumora z Aleksandrem Jamrozem z okazji 10. rocznicy śmierci mecenasa.
 Na osobne omówienie zasługuje Andrzej Fromm, w dziale PUBLICYSTYKA, jego "REPETYTORIUM Z AMNEZJI" w nr. 2, oraz "TRAKTAT O POLSKIEJ BIEDZIE" pt. "TAM, GDZIE KONAJĄ BEZDROŻA". Są to teksty nieobojętne. Teksty wręcz boleśnie szarpiące!
 I wreszcie jako ostatnią pozycję chciałbym wymienić artykuł Pawła Siergiejczyka "ICH PIĘTNAŚCIE LAT" napisany z okazji 15. rocznicy "Okrągłego stołu", a zamieszczony w nr. 7 Temat rzeczywiście godny szerszej dyskusji.
 A na zakończenie moich "pięciu groszy", pozwolę sobie "rymnąć": Koniec końców, czyta się tego "GOŃCA" z zainteresowaniem od początku do końca.
Z ukłonami dla całego zespołu redakcyjnego
  Wojciech Antczak
         Mississauga

 Od redakcji: Panie Wojciechu, odkłaniamy się grzecznie - publikujemy rzeczy, których sami jesteśmy ciekawi...

 Panie Redaktorze
 Otrzymalem z Genewy historię wartą przekazu od kogoś bliskiego - Beatrice jej na imię. Historia ta była jej opowiedziana przez syna polskiego oficera, który po kapitulacji Francji przekroczył granicę francusko- szwajcarską z 20.000 (!) polskich żołnierzy, rzecz bez precedensu w tej wojnie. Niemcy zażądali wydania Polaków pod groźbą "causus belli". Generał Guisan odpowiedział: "Nie wydam, bo jeśli ma być wojna, wolę mieć polskich żołnierzy po swojej stronie". Niemcy wycofali groźbę i Polacy zostali internowani w Genewie na bardzo przyjaznych warunkach. Gdy matka narratora zaszła w ciążę, mogla pójść do kryminału, gdyż Szwajcarzy, którzy trzymali kobiety na "arabskich" prawach, zabraniali kobietom samotnym zajść w ciążę, zwłaszcza z cudzoziemcem. Chodziło tu o chronienie praw szwajcarskich żołnierzy, żeby żony nie puszczały się w ich nieobecności. Polak oświadczył, że jako oficer ma prawo nadania polskiego obywatelstwa. Jego dziewczyna, by uniknąć więzienia, zrzekła się szwajcarskiego obywatelstwa i on jej "nadał" polskie obywatelstwo dosłownie na świstku papieru. 
 Dowiedziałem się przy tym również, że była ścisła współpraca między francuskim Ruchem Oporu a franko-szwajcarskimi władzami i to przy aktywnym współudziale polskich żołnierzy, którzy przekraczali granice tam i z powrotem. Napewno wie Pan o konflikcie SS - Gestapo w
Niemczech; otóż w Szwajcarii był ponoć konflikt między pronazistowską policją, mającą "sztamę" z szwajcarsko-niemiecką armią, a romandz-ką (szwajcarsko-francuską) armią. Doszło  do paroksyzmów a la "James Bond", które na pewno pozostaną "ścisle tajne" w szwajcarskich archiwach. 
 Prosiłem Beatrice, żeby narrator udzielił Panu wywiadu. Odpowiedział jej, że zwróci się do matki o pozwolenie i wolałby również, żeby matka udzieliła wywiadu. 
 Ten "wimp" się przestraszył prasy!... Nalegałem, żeby Beatrice mu wytłumaczyła, że tu nie chodzi o przekaz historyczny od matki, lecz o żywą wymianę wrazeń między ojcem a synem. Lecz nic z tego nie wyjdzie; może utracił ojca za młodu, zapomniał polskiego języka i nie czuje potrzeby podzielenia się z Polakami. Więc, niestety, tylko moja notatka pozostaje do dyspozycji, może zainteresuje ona historyków, żeby się starali zapoznać z tym nieznanym aspektem wojny i polsko-szwajcarskich stosunków.
Wilek Markiewicz

 Od redakcji: Rzeczywiście, szkoda, bo świadkowie wymierają...

 Szanowny Panie Redaktorze!
 Gratulacje! "Goniec" jest znakomity! Pod każdym względem podziwiam pańską odwagę i uczciwość w poruszaniu tematów niepoprawnych politycznie, takich jak "małżeństwa" homoseksualne czy haniebną, represyjną politykę izraelskiego premiera Sharona wobec Palestyńczyków.
 Od samego początku czytałem pańskie felietony w "Gazecie" pt. Prawym okiem, ciesząc się, że są jeszcze na świecie nieliczni dziennikarze - jak Pan - obdarzeni nie tylko talentem, ale też ODWAGĄ.
 Do napisania tego listu zmobilizował mnie artykulik w Toronto Star z 19 lutego 2004 r., który załączam w liście. Jest to właściwie oferta wycieczki do Japonii za $4.799 od osoby (12 dni) pod zaskakującym tytułem: JAPONIA W OCZACH ŻYDOWSKICH - JAPAN THROUGH JEWISH EYES. Z pierwszych linijek tekstu dowiadujemy się, że: "w 1940 roku japoński wicekonsul, pan CHIUNG SUGIHARA, nie wykonując rozkazu swoich zwierzchników, samowolnie wydał tranzytowe wizy dla tysięcy polskich i litewskich Żydów" - koniec cytatu. Trudno uwierzyć w te "tysiące", być może było to kilkanaście osób. W 1940 roku Japonia była sprzymierzona z Niemcami hitlerowskimi i faszystowską Italią i wiadomo, że wiernie dotrzymywała sojuszu. Po drugie, kto kiedykolwiek słyszał o tym japońskim wicekonsulu? Od lat słyszało się o Oskarze Schindlerze (film LISTA SCHINDLERA) czy o R. Wallenbergu, szwedzkim dyplomacie aresztowanym przez KGB i zagonionym w Związku Sowieckim. Wśród niezliczonej liczby Polaków ratujących Żydów trudno przecenić rolę, jaką odegrał ambasador R.P. w Szwajcarii - ALEKSANDER ŁADOŚ.
 Panie Redaktorze, załączam artykuł Zbigniewa Stańczyka z 17 kwietnia 1994 roku - tygodnika WPROST, przedrukowany następnie w polonijnym CZASIE w Winnipegu, tytuł: LISTA ŁADOSIA. Uważam, że warto go ponownie zamieścić w "Gońcu", bo po 10 latach nikt nie pamięta wspomnianego artykułu. A należy stale przypominać zasługi ambasadora Ładosia, bo w ostatnich latach nasilają się ataki pewnych kręgów żydowskich na Polskę i Polaków. Głoszone są oszczerstwa o współpracy Polaków i Niemców w zabijaniu Żydów, że niby polscy antysemici byli gorsi od hitlerowców. Reżyser Steven Spielberg dostał Oskara za film pt. "Lista Schindlera". Warto zaproponować panu reżyserowi realizację kolejnego filmy pt. LISTA ŁADOSIA,
            Z poważaniem
  Lucjan Piekarski, Toronto

 Od redakcji: Cały czas wołamy, abyśmy nie dawali sobie zmieniać historii. O tekście pomyślimy.

 Szanowny Pan Andrzej Kumor
 Redaktor Naczelny Tygodnika 
 "Goniec"
 Pragnę skreślić do Sz. Pana Redaktora Naczelnego kilka słów i bardzo serdecznie podziękować za okazaną pomoc w mojej sprawie.
 Dziękuję, że te moje "wypociny"  musiał Pan poukładać "po kolei" - bardzo efektownie i "sama esencja". To na pewno zabrało dużo czasu.
 Ja nigdy nie zapomnę, że Pan jako Polak pomógł Polce. Ja jestem Polką urodzoną w Łodzi, w Polsce, i moi Rodzice też. Mój Tato był adwokatem - Stanisław Klimecki.
 To jakaś złośliwość czy nieudolność tego naszego Konsulatu RP, tych panów konsulów, co jeden to mądrzejszy. Co wymyślą jeszcze, jakie nazwisko, co tam doprawią do mego, Bóg wie. Nikt nie może mieć innego nazwiska, jak nazwisko oparte na dokumentach oryginalnych, bo takie żądali 17 lipca 2003 roku. Już siedem miesięcy trwają wyjaśnienia. Może jeszcze rok i zostanę "terrorystką" - występuję pod innym nazwiskiem? Może w moim wieku nie chcą mi dać paszportu, może jestem za stara? Zobaczymy co załatwią panowie konsulowie, detektywi polscy?
 Nadmienię, że bardzo pragnęłam na święta Bożego Narodzenia pojechać do Polski. Przysłał mi konsulat aplikację na "wkładkę" z zastrzeżeniem, że na to nowe nazwisko. Jak ja mogę, osoba świadoma, posługiwać się nazwiskiem innym niż w dokumentach. Do Polski bardzo chciałam pojechać, bo tylko jedna osoba mi tam została, moja Matka Chrzestna - kończyła 100 lat. Jej zawdzięczam, że żyję. Rodzice zostali aresztowani - Matka zginęła w 1942 roku, Tato wrócił bardzo chory i zmarł, a ona mi pomogła. Czekała na mnie, myślała, że ja nie chcę przyjechać, albo zapomniałam. W styczniu 2004 roku zmarła. Na pogrzeb też mi nie dane było jechać. Ten ból i żal pozostanie w moim sercu do końca życia.
 Polacy to tutaj, Pan wie, jacy są. Czy to jest istotne, czy jest się Żydem, Ukraińcem, czy Białorusem. Człowiek jest istotny, a nie pochodzenie.
 Dziękuję za przeczytanie. Jak coś otrzymam wesołego czy smutnego, to pana powiadomię.
 Życzę dużo radości i dobrych ludzi, których tak mało na tym Bożym świecie.
      Łączę pozdrowienia
      Wanda Popienko

 Od redakcji: Pani Wando, w takich sprawach zawsze jesteśmy do usług.

 Szanowny Panie Redaktorze
 Tak sobie czytam "Gońca" prawie od samego początku jego wydania oraz myślę, że nabrał już pewnego rozbiegu, o ile można tak powiedzieć. Są ciekawie artykuły, jak również interesujący autorzy i dziennikarze. Nie chcę wszystkich wymieniać, aby  któregoś nie pominąć, czyli cała mozaika, z której się bardzo cieszę. Z niektórymi można by polemizować odnośnie poruszonych przez nich tematów. Niekiedy są to oceny subiektywne, w sumie można jednak czytać. Autorzy starają się w miarę obiektywnie przekazywać prawdę czytelnikom. Są również autorzy, którzy poruszają głębie naszej egzystencji oraz jej końca. 
 Przyznam się szczerze, że lubię ten temat, ale przeraża mnie u pewnego autora jakiś bliżej nieokreślony pesymizm - może to przywilej ludzi większego formatu, a ja do takich nie należę. Sprawy rakowe nie są mi obce. Sam przeżyłem nie tak bardzo dawno temu śmierć mojego szwagra. Moi synowie robili wszystko, zresztą nie tylko oni, aby pomóc swojemu wujkowi. Przeróżne lekarstwa serwowane przez różnych specjalistów nie pomogły - nawet preparat profesora Tołpy. Dwukrotna chemoterapia również nic nie pomogła. Musiał się z nami pożegnać ze smutkiem i pewnego rodzaju żalem - dlaczego właśnie ja, biochemik z doktoratem, muszę już odchodzić. Wcześniej śmierć mojego ukochanego brata (którego śmierć również zabrała za wcześnie), jeszcze wcześniej śmierć ojca i mojej najukochańszej matki. Była dla mnie chodzącą dobrocią (takie są chyba wszystkie matki, poza wyjątkami). Były to dla mnie bardzo dotkliwe ciosy, które przyjąłem z pewnym smutkiem i rozwagą o śmierci. 
 Można by jeszcze pisać o moich kolegach i przyjaciołach, którzy również przekroczyli tenże próg. Ja jakoś kołatam się dalej i to w dodatku w Kanadzie, w tym pięknym kraju, chociaż już nie tak bardzo pachnącym żywicą, jak to kiedyś napisał w swojej powieści Arkady Fiedler. Ciekawi ludzie o różnej kulturze i obyczajowości. Szkoda tylko, że przybyłem trochę za późno, chociaż korzenie mojego rodu były już zapuszczone w 1906 r. Mnie, samotnika, zabrały dzieci, a również znalazł się dla mnie mój jakby anioł stróż i razem spędzamy swój żywioł w miarę znośnie. 
 Powróćmy jednak do tematu o śmierci. Zaglądała mi w oczy nie jeden raz, ale się jej wymigałem - być może nie nadszedł jeszcze mój czas. Głodny również byłem nie jeden raz, więc doskonale wiem, co to znaczy głód, jeżeli nie ma się co do ust włożyć. W okresie letnim bardzo smakował szczaw lub tak zwana koniczynka. Wiem również, że moi synowie także nie żyli w dostatku. Należę do tych, jak to powiadają, wcześniej urodzonych tak, że okres okupacji przeżyłem jako kilkunastoletni chłopak. Brałem również udział w przeprowadzce uciekinierów do tak zwanego Generalnego Gubernatorstwa. Nie jeden raz uciekałem przed goniącymi mnie Niemcami, a kule bzykały jakby pszczoły wokół mnie. 
 W raju socjalistycznym również nie miałem łatwego życia, ponieważ nie należałem do czerwonego zakonu, jak powszechnie mówiono. Raz nawet, kiedy byłem w trudnej sytuacji, pozwoliłem sobie napisać mój mały testament. "A kiedy mi umrzeć przyjdzie i dopełnią się ostatnie chwile, niechaj się nikt nie smuci, taki jest nasz los człowieczy, że każdy umrzeć musi. I ten, co kocha i ten, co nienawidzi, ten, który myśli, że świat do niego należy i depcze innych po drodze, nie myśląc, że i na niego przyjdzie kres i zapłaci za swoje czyny." Było to po powrocie z kilkudniowego przesłuchania przez uboli. Trudno jest jednak żyć na tym świecie, nie mając określonego celu oraz wartości. Wątpienie również jest rzeczą ludzką, ale jeżeli człowiek nie ma odniesienia do Boga, to takie życie jest bardzo trudne. Nawet wielki filozof-ateista Wolter podobno powiedział, że nawet gdyby Boga nie było, to należałoby Go wymyśleć, ponieważ życie bez Niego jest puste, a śmierć straszna. Trzeba zawsze posiadać chociaż odrobinę optymizmu i nadziei. 
 Dlatego też, śledząc historię, można powiedzieć, że największe dzieła, jakie zostały wykonane przez wybitnych artystów, tak w malarstwie, jak i muzyce oraz literaturze są dowodem wiary w Boga. Tak przecież niewiele potrzeba, aby się uśmiechnąć do sąsiada oraz go pozdrowić lub pomóc mu, jeżeli potrzebuje takowej. Świat byłby trochę piękniejszy, a ludzie szczęśliwsi. Niestety, nie do wszystkich dociera tak podstawowa prawda o wzajemnym współżyciu i dobroci. Ja cieszę się każdą chwilą i każdym dniem oraz powtarzam - uśmiechnij się, jutro być może będzie lepszy dzień. O śmierci myślę bardzo często, ponieważ jestem już w tak zwanym wieku poborowym. Równocześnie od czasu do czasu powtarzam sobie świetną fraszkę: "A kiedy do mnie przyjdzie ta z kosą, niech będzie ładną, młodą i bosą, abym nie słyszał zawczasu stukania jej obcasów",  a nie koścista starucha, jak to zwykle przedstawiają nam przeróżni artyści. 
 "Goniec" biegnie dalej. Od czasu do czasu również zaglądam i czytam listy różnych czytelników, są także interesujące. Szczególnie jeden z wydania 6-12 lutego 2004 r., str. 21, który jakby poruszył moją pamięć i przywołał również moje dawne wspomnienia. 
 Jeden z autorów wspomina swoją drogę życiową, opisując nawet  swoją maturę. To bardzo pięknie, temat maturalny wyjątkowy, szczególne w tym okresie. Polot literacki również niczego sobie. Ja wprawdzie maturę zdawałem w roku 1951, wtedy towarzysz Wiesław był w pewnej niełasce, za pewne odchylenia w partii. Najpierw napisałem na brudno, a później na czysto, jak to mówiono. Ocena nie była wysoka, ledwo trójczyna z plusem. Później jeszcze tak zwany ustny, na którym solidnie mnie wymaglowano, ponieważ opracowałem temat, który dla polonisty oraz komisji egzaminacyjnej nie był wygodny. A tak szczerze mówiąc, to do tej matury wogóle miałem być niedopuszczony razem z moimi kolegami. Dzięki tylko radzie pedagogicznej i, o dziwo, pierwszemu sekretarzowi partii, dopuszczono nas do matury. Mnie raczej interesowały przedmioy ścisłe, a nie humanistyczne, chociaż w trudnych chwilach zawsze wracam do moich ulubionych pisarzy i poetów  - Sienkiewicza, Żeromskiego, Dąbrowskiej, Kochanowskiego, Norwida, Baczyńskiego i Herberta. Cenię również osoby, które mają tak zwany polot  literacki i piszą czasem bardzo ciekawe wspomnienia. Sądzę, że autor tegoż listu, jak już wspomniałem, przyśle może ciekawe opowiadanie, które na pewno przeczytam. Wszystkim autorom życzę wszystkiego najlepszego i czekam na następnego "Gońca" oraz ciekawe tematy i listy.
   Z poważaniem 
Stanisław

 Od redakcji: Wzajemnie, wszystkiego co najlepsze!
 
 

GONIEC NR 8 (11) (20-26  lutego 2004)
***

 Właśnie przeczytałem list pani Wandy Popienko. Mam nadzieję, że to, co jest w tym liście, jest prawdą i że nie dał się Pan np. nabrać na prowokację. Nie mogę zrozumieć, dlaczego konsulat i władze RP upierają się tak przy tym. Jeżeli był błąd, a to wszystkim się zdarza, to należało go naprawić i po krzyku.
 Dlaczego dwa zdania wyżej napisałem, że mam nadzieję, że pani Wanda i Pan macie rację? Otóż mam jakieś takie podejrzenie, że być może mąż pani Wandy nazywał się "z kreseczką", ale tu, w Kanadzie, zrobili go "bez kreseczki". A w tym wypadku, być może, władze polskie miałyby rację, w tym sensie, że nie było żadnej legalnej zmiany nazwiska (nawet wg prawa kanadyjskiego), a wobec tego nazwisko tych państwa pisze się "z kreseczką". Ale to tylko moje podejrzenia - mam nadzieję, że całkowicie nieuzasadnione.
 Ileś lat temu znałem Kanadyjczyka, którego dziadek wyemigrował z Czech do Kanady. Ten Kanadyjczyk nazywał (i pisał) się Yanos. Kiedyś przy piwie dyskutowaliśmy na ten temat - ja powiedziałem, że jego dziadek chyba pisał się Janos, a nie Yanos. A on na to, że tak, ale jak dziadek wjechał do Kanady, to Immigration Canada napisała mu w papierach Yanos. I tak już zostało.
 Mam nadzieję, że NIE było takiego przypadku w przypadku państwa Popienko.
 Serdecznie pozdrawiam.
J.K.

Od redakcji: Pani Popienko telefonowała do redakcji, obiecała wkrótce nadesłać drugi list - otrzymała bowiem kolejną odpowiedź z polskiego konsulatu.

 Panie Andrzeju! 
 "GONIEC" podał, że zmarł JAN Żurakowski. Z tego co wiem, to pan Żurakowski używał imienia Janusz. Jest to imię pokrewne z Janem, jednak uważam, że należałoby uszanować pisownię, jakiej używał właściciel tego imienia. Jako dowód to książka p. Żurakowskiego: "Nie tylko o lataniu" autor: JANUSZ Żurakowski. Wydanie z roku 2003. 
 Z ciekawości, to w lutym ubiegłego roku TVP nagrywała w Polsce,  Kanadzie i USA tryptyk filmowy o lotnikach i konstruktorach lotniczych. Ekipa filmowa też dotarła z kamerą do domu państwa Żurakowskich.  Nie wiem, czy film już ukazał się na ekranie TVP. Wiem, że kilka kopii tego filmu jest w Kanadzie u osób, które brały udział w tym nagrywaniu. Przypadkiem też taką kopię posiadam.
Pozdrawiam Zygmunt 

Od redakcji: Panie Zygmuncie, z naszej strony to przeoczenie i brak konsekwencji, ale we wszystkich periodykach anglojęzycznych pan Janusz Żurakowski występuje jako Jan Żurakowski.

 Redaktor naczelny Andrzej Kumor
 Szanowny p. redaktorze, z wielką przyjemnością przeczytałem  pański artykuł  "A jeśli jestem Żydem". Serce się cieszy, że mamy jeszcze redaktora (i to naczelnego) polonijnego czasopisma, tak wyraźnie głoszącego skądinąd niepopularne poglądy. 
 W rzeczy samej, podejrzenia czy ktoś nie jest Żydem, osobiście doświadczyłem wielokrotnie. Na nic zdały się argumenty o wartości człowieka jako człowieka, a nie to jaką rasę on(a) reprezentuje. Niestety, w naszym społeczeństwie ten typ "kwalifikacji" nadal jest jeszcze głęboko zakorzeniony, sami nie rozumiejąc implikacji, że taki sposób myślenia działa w obie strony. Podnosimy larum, kiedy źle piszą, mówią (lub nie mówią) o nas. Dla wielu nie ma znaczenia, że takie autorytety jak Mickiewicz (również i on był "podejrzany" o żydowskie pochodzenie) czy sam Ojciec Święty Jan Paweł II świadczy o tym inaczej. 
 Pański artykuł przypomniał mi inny napisany przez p. Kazimierza Adamiaka na temat "Czy patriota musi być nacjonalistą"? (http://polishschoollondon.com /Nasi Goscie/) Autor doskonale trafnie ocenia stan naszego umysłowego zaćmienia rasowego. Dla nas, "Wielkich Polaków", inne narody znaczą mało lub wcale, Żydzi natomiast są prawie zawsze najgorsi, a właściwie zawsze najlepsi (tylko wielu krytyków z zawiści do nich nie chce tego przyznać). 
 Wiem, jak ambiwalentna role odgrywali w naszej historii, ale czy i my byliśmy bez winy? Czy zawsze i wszystko będziemy na nich zwalać, czy to przyniesie nam kolejny most porozumienia, czy też kolejny uraz. Czy jest ktoś w stanie obiektywnie te zawiłe stosunki zbilansować? A może powinniśmy przyjąć najlepszą, a jednocześnie najtrudniejszą, postawę z możliwych - to jest być po prostu lepszym? 
 Całkowicie się zgadzam z redaktorem, że tropiciele czystości rasowej to ludzie małego formatu, bezbronni w swej argumentacji. Porzucenie naiwnego sposobu manipulacji ludzkim zachowaniem w stosunku do tego, co inne, jest pierwszym warunkiem do wzajemnego zrozumienia. 
 W tym miejscu należy podkreślić, jak niesłychanie ważną rolę mają środki masowego przekazu z prasą na czele. One kształtują umysły przeciętnego zjadacza chleba, one czasami świadomie, czasami nie - nami manipulują. Świetnym przykładem tego może być jedno z ostatnich wydań "Przekroju", gdzie oryginalne zdjęcia znanych fotografii prasowych zostały tak odpowiednio artystycznie zmienione, że na pierwszy rzut oka ma się wrażenie oglądania oryginałówÉ A więc popalona napalmem wietnamska dziewczynka zamieniona jest w beztroską naguskę, a "zabity" Ernest Che Guevara jest częstowany cygarem przez swych oprawców. 
 Jednym słowem, wszystko jak w powieści G. Orwell'a "Folwark zwierzęcy" - w jej zakończeniu nie wiadomo, czy świnie to jeszcze "rewolucyjni przywódcy", czy już nowi właściciele folwarków? Nie dajmy się zwariować! 
 Mimo tylu zagrożeń (miejmy nadzieję, że przez Pański artykuł "Goniec" nie straci wielu czytelników) wynikających z niewiedzy lub po prostu ignorancji, dobrze się stało, że tak klarownie wyjaśnił Pan stosunek nowego pisma do tak drażliwej kwestii. Jesteśmy wszak potomkami I Rzeczypospolitej, gdzie idea ciasno pojętego nacjonalizmu była całkowicie obca. Oby więc w III Rzeczypospolitej, która niebawem połączy swój los z resztą Europy, te idee nie były obce. Tego sobie i innym życzę (nawet tym, w których żyłach płynie część krwi tureckiej). 
Z poważaniem
Jarosław Moczarski

 Od redakcji: Panie Jarosławie, większość Polaków nie jest antysemitami. Wielu z nas natomiast całkiem słusznie oburza się na liczne i zazwyczaj bezzasadne pretensje wysuwane przez organizacje żydowskie pod adresem Polski i Polaków. Było wielu porządnych polskich Żydów, którzy dużo wnieśli do polskiej kultury, nauki etc. Mądry nacjonalizm polega na dostrzeganiu interesu narodowego i jego bezkompromisowej obronie, a nie badaniach drzewa genealogicznego tej czy innej osoby. Andrzej Kumor

 Szanowny panie redaktorze
 Przejaskrawiłem bardzo pana rozmowę z panem Bryzgalskim. Chciałem w ten sposób pokazać, jak wszyscy musimy być odpowiedzialni za słowa...,  zwłaszcza jeśli chodzi o takie jak naród, tolerancja, religia.
 Myślałem też o "bólu" pana Kuby. Zbyt późno. Wiem, że sam też mu go dołożyłem - przepraszam. I oczywiście nie zapomniałem o nim jako o człowieku, chciałbym być na jego wystawie... Na nas wszystkich ciąży bowiem odpowiedzialność, by "nasi" artyści "żyli" ze swej pasji, a nie "chałtury". Choć wielu z nas musi to robić "dla chleba", a lepiej gdy zawsze z godnością, z dumą, że jest się Polakiem. Powodów mamy dużo. 
 Jeśli zaś rozmawiamy o narodzie, tolerancji, religii, musimy być mądrzy i rozważni. Bo łatwo manipulować słowami lub rzucać je na wiatr.
   Kłaniam się.
   Aleksander Jamróz
 PS Mam nadzieję, że polskie konsulaty, ambasady płacą artystom za ich pracę. To przecież "nasze" okno dla cudzoziemców też. A gdyby już tak - poprzez salon - każdy ubiegający się o wizę zauważył prace artystów - na pewno chciałby wrócić do Polski - ojczyzny mojej. Rozmawiałem z Kanadyjczykami i dla nich wspomnienie: ogromny budynek i biuro "jak ubikacja". Prawdziwe to? 

 Od redakcji: Panie Aleksandrze, naszym zdaniem, skomentował Pan tekst, którego nie było; nie doczytał Pan do końca...

 Odpowiedź na list p. Aleksandra Jamroza z "Gońca" nr 10
 Drogi Panie, w odpowiedzi na Pański list, chciałbym Pana zaprosić na  niedawno otwartą wystawę wiodącego polskiego malarza, mieszkającego i pracującego w Polsce - Edwarda Dwurnika. www.gazeta.pl, Archiwum, Dwurnik. Adres: http://serwisy.gazeta.pl/fotografie/5,35080,1906984.html
Kuba Bryzgalski

 Szanowny Redaktorze
 Pozwoli Pan, że dopiszę parę zdań do listu i refleksji, jakie przesłał Pan Kurzaj do redakcji "Gońca" z dnia 30 I - 5 II 2004 r. Mimo że nie śledziłem tejże polemiki z Panem Wałęsą, to w całej rozciągłości popieram tegoż Pana. Przeraża mnie arogancja byłego prezydenta, któremu zaufał prawie cały Naród. Sam przecież miałem nadzieję, że wreszcie będziemy mieć rząd składający się z prawdziwych Polaków i patriotów. Lecz niestety prawie wszystko zostało zmarnowane. Przecież człowiek o elementarnej inteligencji powinien to zrozumieć. Niestety, od samego początku działania "Solidarności", komandosi osaczyli Wałęsę bardzo szczelnie, nie dopuszczając osób, które mogły wiele dobrego zrobić dla naszej Ojczyzny. Pracując w Ośrodku Badawczo-Rozwojowym w Krakowie oraz należąc do związku, nasza delegacja jeździła do Gdańska, aby mu przedłożyć pewne dane odnośnie sytuacji gospodarczej i politycznej. Nic prawie nie zyskano, zawsze ich zbywano słowami, iż przewodniczący jest bardzo zajęty. Tak, był bardzo zajęty komandosami w osobach Geremka, Kuronia, Mazowieckiego, Michnika i całego szeregu esboli i uboli. Tylko ślepiec mógł tego nie zauważyć. Ci ludzie nic dobrego nie zrobili dla naszego Narodu, a wręcz przeciwnie, bardzo dużo złego. Kiedyś nawet na zebraniu zaproponowałem, aby tych panów razem z Urbanem, Jaruzelskim, Kiszczakiem i całą plejadą sługusów, wysłać do Moskwy pociągami przyjaźni - były przecież takowe, którymi jeździli towarzysze i chlali gorzałę. Sprzątaczki po powrocie z tychże wycieczek nie mogły doczyścić wagonów. Była to oczywiście trochę humorystyczna propozycja oraz nierealna. Należało bowiem oczyścić całą tę stajnię Augiasza, od najmniejszej komórki do najwyższego szczebla. Wszystkich sługusów i pachołków osądzić oraz odsunąć od sprawowania władzy. Być może nasz kraj nie miałby takich problemów, z jakimi się dzisiaj boryka, ale lewa noga urosła w solidną gierę. Jednocześnie wszyscy pachołkowie, którzy wiernie służyli Moskwie prawie przez pięćdziesiąt lat, powinni otrzymywać emerytury z Rosji, a nie żerować na biednym Narodzie. Pan Hausner miałby odciążony budżet, było ich przecież prawie 3 miliony razem z rodzinami. Dzisiaj natomiast sługusi i pachołki pobierają wysokie emerytury sięgające kilku tysięcy złotych. Wyrobnicy, którzy harowali przy odbudowie zniszczonego kraju otrzymują ochłapy w wysokości od 600 do 1000 zł. Śmieją się z nas utuczone staruchy oraz ich córki i synalkowie, powtarzając, iż oni walczyli o socjalistyczną Polskę. Zostawmy jednak te sprawy, które powinny być rozliczone, powróćmy do byłego prezydenta. Naiwny Wałęsa tego nie zauważył, że zaraz po powstaniu "Solidarności" już przygotowywano pewne posunięcia, aby ten związek zniszczyć. Później stan wojenny, exodus tysięcy Polaków za granicę oraz tysiące internowanych. Okres internowania pan Wałęsa spędził w miarę komfortowych warunkach, czego nie można powiedzieć o innych, którzy wiele wycierpieli od czerwonych siepaczy. Następnie koszmarny okrągły stół, gruba krecha i wznoszenie toastów na cześć katów i oprawców oraz podział władzy. On,  zadufany w sobie, nie przyjmował prawie żadnych uwag, miał przecież pod ręką wybitnych towarzyszy partyjnych. Zalecano mu przecież, aby przeprowadzono dekomunizację i pozbawiono tychże panów spod znaku PZPR państwowych funkcji, co najmniej przez 20 lat, tak jak to zrobiły państwa ościenne. Do niego to jednak nie docierało, dalej działał pod dyktando komandosów. A już wypowiedziane słowa, iż należy wspierać lewą nogę, są całkowitą kompromitacją. Są jeszcze naiwni, którzy plasują go bardzo wysoko, brak tym osobom logicznego myślenia oraz rozeznania politycznego. Można by komentować prawie bez końca, ale szkoda czasu na tego rodzaju polemikę, ponieważ faktów historycznych już nie zmienimy. Trzeba jednak z tej całej historii wyciągać pewne wnioski oraz nie głosować na tego rodzaju osoby. Przepraszam, że zamiast paru zdań nazbierało się trochę więcej.
 Pozwolę sobie zakończyć swoimi wspomnieniami, jakie sobie zanotowałem w swoich zapiskach.
 "Wspierał lewą nogę, więc dostał kopniaka na drogę". "Chciał ich puścić w skarpetkach porządne chłopisko, oni nic nie stracili, Naród prawie wszystko."
    Z poważaniem
    Stanisław

 Od redakcji: Wałęsa to bolesna przeszłość, zastanówmy się, co zrobić teraz. 

 "Protest"
 Miałem zły sen. Otóż przyśnił mi się "Klub 1000". Zanim był sen, przeczytałem ulotkę zarządu - wybranego już podczas 1. zebrania (skąd ten pośpiech?). Z tego co przeczytałem w ulotce, wnoszę, że Ojca Adama podczas redagowania tej ulotki nie było, mam nadzieję. Ten język "Ulotki Klubu 1000" jest dla mnie niezrozumiały.
 Jest taki piękny wiersz ks. Twardowskiego: 
Jaka to radość pomagać, dźwigać
Biec do chorego z wywieszonym językiem
Rozdawać i wciąż się czuć bezradnym, być niczym
By Pan Bóg mógł działać
Wszystko jest wtedy 
kiedy nic dla siebie.
 Myślę, że te słowa rozumieją wierni i uczciwi.
 A skąd biorą się moje obawy "Ulotki Klubu 1000". Spróbuję przedstawić. 
 Ad WIZJA - 2 punkty - na 1. miejscu potrzeby biznesu, a potem budowa kościoła. Oczywiście, że jeżeli Ojciec Święty śledzi rozwój tego dzieła to ma na myśli Kościół, a nie Klub 1000.
 Ad CELE - 7 punktów, ale w 6. dopiero budowa kościoła (ale charytatywnie), dopiero na 4. miejscu mowa o chrześcijańskiej etyce pracy, a na 1.(!) miejscu zjednoczenie polskiego biznesu i profesjonalistów (to oni jeszcze nie razem?), który (punkt 2 i 3), przy wzajemnym poparciu i współpracy, przy wymianie myśli i doświadczenia (słowa jak z przemówień okresu socjalizmu) zacznie kontrolować "teren wokół Kościoła" - KU NASZEMU ZDZIWIENIU?! Wolę o tym powiedzieć "przed niż po". A może to mój tylko sen?
 Ad KORZYŚCI - Dla mnie ten punkt zupełnie nie ma miejsca - patrz wiersz ks. Twardowskiego. Zawiera pychę (punkt B + punkt E), a przy sztandarze (punkt A) można się dobrze zamaskować. Zresztą jak można kojarzyć Ojca Świętego "ze sztandarem"? Może nic o tym nie wiem.
 Ad ZADANIA - Zrozumiałem, że potrzebujemy pieniędzy i to dużo, bo jest nam ich bardzo brak. Tylko czy można zaakceptować każde pieniądze? Za jaką cenę? (np. kontroli terenu wokół Kościoła, księgarni i sklepów z urbanowskim "Nie" - które  nie umieją powiedzieć NIE). A może po prostu musimy dostosować budowę do naszych możliwości?
 Rodzinna atmosfera to atmosfera miłości, uczciwości, tylko czy po "języku" Ulotki Klubu 1000 mam w te intencje Klubu wierzyć i zaufać? Mam bardzo dużo wątpliwości. I dlatego zgłaszam swój sprzeciw w używaniu imienia naszego największego Rodaka, największego autorytetu moralnego świata do nazwy "Klubu 1000". Także dlatego, że Jan Paweł II łączy wszystkich, a w założeniu "wpisowego" już występuje podział.
 Mam nadzieję, że będę dobrze zrozumiany, a Ojcu Adamowi z całego serca życzę wytrwałości w jego szlachetnej "żebraninie miłości" - jakby to moja śp. Matka powiedziała.
 Również serdecznie chciałbym podziękować Parafianom (i nie tylko), których w mej modlitwie  i sercu noszę. Wielokrotnie daję bowiem nie tylko ofiarę na tacę, ale także swój "czas i pot". Po "cichu" nazwałem, że należę do "Klubu wdowiego grosza" - daję tyle, ile mogę.
 Oczywiście nie wątpię, że w większości członkowie "Klubu 1000" to ludzie uczciwi, ale też życie pokazuje, że często "do głosu" dochodzą najaktywniejsi, a niekoniecznie najlepsi - czyli uczciwi. Obym się mylił.
 Ale dalej proszę, by nie używać imienia Jana Pawła II dla "Klubu 1000".
   Szczęść Boże
   Aleksander Jamróz 
   z parafii św. Marka
 PS A może ZARZĄD ma swe myśli - na zredagowaną w ten sposób "Ulotkę Klubu 1000"?

 Od redakcji: Proszę Pana, nie wylewajmy dziecka z kąpielą, tym bardziej że jeszcze go w niej nie ma. Każda inicjatywa zmierzająca do konsolidacji polskiej siły gospodarczej w Kanadzie jest cenna. Jeśli za każdym przedsięwzięciem jednoczącym Polaków będziemy domniemywać hochsztaplerów, pozostanie nam siedzenie z założonymi rękami. A co do Jana Pawła II, cóż, wie Pan, mamy Credit Union św. Stanisława i św. Kazimierza... To byli wielcy święci i jakoś nikt nie ma za złe używaniu ich imion w nazwie tej całkiem przyziemnej instytucji.

 Panie Redaktorze,
 Italo Calvino stworzył lipne miasta. Kierując się zapewne tym wątkiem a także sprytem, tworzy Pan nieistniejące sieci sklepów i supermarketów z Artystą ambitnym, niedocenionym, pracowitym. Buduje on autowidnokrąg, zza którego pokazuje pędzel, ale za co żyje? ("Tylko desperaci mają szansę", "Goniec", 6-12 lutego 2004).
 Byc może porusza się najnowszym, a mimo to wyczuwalnym wózkiem akumulatorowym z Mielca w oczekiwaniu na pozbawioną zmysłów przekładnię CVT, która go popchnie ku dalszej desperacji. ("Co pod maską?", "Goniec", 6-12 lutego 2004).
 Chochlik jest obecny i to nie płynie z choroby psychicznej. Sprawdzenie zaś brudnopisu jeśli nie pomoże, to także nie zaszkodzi.
 Z poważaniem,
 Patryk Halkiewicz 
(artysta, lepiący sprytnie ptaszki z blaszki). Toronto, 17 lutego 2004

 Od redakcji: ???

 Szanowny Panie Andrzeju,
 Przeczytałem w ostatnim numerze "Gońca" artykuł  P. Siergiejczyka pt.  "ICH piętnaście lat". Zaproszony przez redakcję do dyskusji chciałem zabrać głos w tej sprawie. Autor odkrywa  kulisy amerykańskiej polityki wobec Europy środkowej w latach siedemdziesiątych. Ta polityka dotyczyła w pewnym stopniu również byłego ZSRR. To nie był przypadek, że Gorbaczow wprowadzał "pierestrojkę". Słuchając z wielkim zainteresowaniem w tamtych czasach radia "Wolna Europa", nie zdawałem sobie sprawy, jak dalece ta rozgłośnia powiązana była z KOR-em. To właśnie Kuroń i jego środowisko mając osobiste kontakty z Nowakiem-Jeziorańskim przekazywali  wszystkie wiadomości z życia partii i kolejnych posiedzeń KC, do radia WE. Naiwni słuchacze a wśród nich i ja, zastanawialiśmy się, ilu to polskich patriotów z narażeniem życia  przekazuje te wiadomości. 
 Zatroszczono się również o przyszłe kadry polityczne w Polsce. To nie jest przypadek, że tacy ludzie jak: Kołotko, Cimoszewicz, Rossati, Olechowski, Balcerowicz i inni korzystając między innymi ze stypendium Fullbrighta studiowali  na amerykańskich uniwersytetach. Jak się ocenia obecnie, było ich w całej Polsce ponad siedemdziesięciu. Pokaźna armia odpowiednio przygotowanych specjalistów od uzdrawiania polskiej gospodarki. 
 I tak Polska stopniowo była przygotowywana przez zachodnie siły liberalne do mających nastąpić przemian. Właśnie to drugie pokolenie komunistów gwarantowało zachodnim liberałom lojalność i współpracę przy odpowiednim dopuszczeniu ich do wielkiego biznesu. 
 Z okresu mojej działalności w "Solidarności" przypominam sobie jak trudno było przebić się z jakąś inicjatywą w związku. Każda decyzja podejmowana przez Wałęsę po stanie wojennym była konsultowana w Warszawie. Jeszcze wtenczas nie wiedzieliśmy, że cały aktyw związkowy w kraju wymieniony przez Wałęsę to albo agenci albo osoby akceptowane przez  SB gwarantujące uległość wobec ówczesnej władzy.
 Prof. Piotrowski bardzo obszernie wyjaśnia w swoim opracowaniu
"Syndrom Okrągłego Stołu" kulisy działalności SB w zakresie przygotowań do demokratycznych i bezkrwawych przemian ustrojowych w Polsce. Wydaje mi się, że jest to doskonałe uzupełnienie  artykułu P. Siergierczyka.
Adam Kurzaj

 Od redakcji: Proszę Pana, Wolna Europa była rozgłośnią amerykańską i trudno byłoby oczekiwać, aby popierała koncepcje sprzecze z interesem USA. Stany Zjednoczone uznały, że jedyną metodą bezpiecznego doprowadzenia do upadkuu komunizmu przy zachowaniu kontroli nad arsenałem atomowym jest rozłożenie systemu od środka przy pomocy partyjnych "liberałów" i spragnionych pieniędzy konformistów. Tak się właśnie stało i Polska na tym poważnie ucierpiała...

ARCHIWUM nr 0 (poprzednie listy)
 
 

***


KONTAKT: 
tel. 905-629- 9738 
fax 905-629-9764 
 e-mail: redakcja@goniec.net



.. .
webmaster