 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net
Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class
Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
Zamieszczamy
listy mądre/głupie, poważne/niepoważne, chwalące/karcące i potępiające
nas w czambuł. Nie publikujemy listów obscenicznych, pornograficznych i
takich, które zaprowadzą nas wprost do sądu.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść publikowanych listów. |
GONIEC NR 25/2007 (182)
(22-28
VI 2007)
Dzień dobry panie Kumor,
Dziękuję za zamieszczenie mojej polemiki. Jak się powiedziało
A, trzeba powiedzieć Z. Chciałem wyjaśnić pomyłki w druku mojej wypowiedzieć.
Pan napisał, że to nie Cyganie zamordowali te dzieci. Tu nie chodzi o to,
że ktoś zamordował. To Cyganka, kobieta narodowości cygańskiej, chora psychicznie,
obłąkana, ubiła swoje dzieci w 28 r., po pierwszej wojnie światowej, i
tak je obwiązała drutem. I to zdjęcie, które było z sądu polskiego wzięte,
było wykorzystywane przez Kresowiaków i siły prawicowo-patriotyczno-kresowe
do zohydzenia UPA itd.
Po drugie, nie żadne Rówienne, tylko ja mówiłem Hrebenne. To
są ukraińskie historyczne nazwy Rusi Czerwonej.
Po trzecie, nie może być Lechita Ukrainiec. Lechita jest Polak,
Rusin jest Ukraińcem. Lechita Polak od Lecha, a Rusin Ukrainiec od Rusa,
tak jak Morawianin, Słowak, Czech od Czecha. Jak może być Lechita Ukrainiec
i Lechita Polak. To jest nonsens.
Następnie, chodzi o pana Wrześniewskiego. On się uczył historii
Ukrainy w organizacji młodzieżowej, odpowiednik polskiego harcerstwa,
gdzie on się uczył, gdzie jest Przemyśl, gdzie Jarosław, gdzie Hrebenne,
Drohiczyn i na wschód od tej linii ziemie ukraińskie, rusińskie. Dlatego
wątpliwa sprawa, żeby on poszedł na współpracę ze środowiskami, które w
ogóle kwestionują ukraińskość, rusińskość tych ludzi na wschód od tej linii.
Następna sprawa, najważniejsza. Chodzi o pana komentarz "pojednanie
sąsiadów". Według mnie, w kontekście tych wypowiedzi środowisk patriotyczno-religijno-katolickich
itd., to powinno według Polaków wyglądać tak. Ukrainiec mówi tak: Panie
Polak, wstydzę się za błędy swoich przodków, którzy was wyganiali z naszej
ziemi, bo wyście przynosili powiew wolności, demokracji, nowoczesności,
tolerancji, prawdziwej wiary katolickiej i dlatego ja przepraszam. Proszę
was, bracia Polacy, zabierajcie całą Ukrainę, całą moją rodzinę i mnie
samego, a w dowód przyjęcia dajcie pocałować mały palec lewej ręki. No
bo tak wychodzi. Innego wyjścia nie ma, bo bez przerwy był Drang nach Osten
polskiej, jezuickiej, katolickiej czy jakiej tam innej okupacji, to jak
można pogodzić się z sąsiadami, jeżeli sąsiad zawsze mówi, że to jest moje.
A to nie jest jego.
I na koniec pan mówi o dowodach, o morderstwie, o Cyganach, o
UPA, o rzeziach. Dowody, proszę pana, ma pan u panów towarzyszy enkawudystów
i ubeków. Wiadomo, kto to był, z jakiego narodu te formacje się wywodziły.
I oni mają dowód w postaci przebierania się albo w mundury AK, albo w mundury
UPA, i mordowania i firmowania tych mordów, żeby wywołać konflikt. I oni
to robili. Bo jak robili to Ukraińcy, to w minimalnym stopniu, w obronie
własnej. Natomiast prowokacyjne mordy totalne robili, i nie tylko w stosunku
do Polaków i Ukraińców, ale innych narodów, NKWD i UB, SB itd. itd. Dlaczego
piszecie głupoty i takie coś robicie?
Dziękuję za wydrukowanie i mam nadzieję, że pan to też wydrukuje.
Czytam zawsze "Gońca", bo są ciekawe artykuły.
Roman z Hamilton
(nagranie spisane z automatycznej sekretarki)
Od redakcji: Dziękujemy za wypowiedź, szanowny Panie, nie ma
żadnego polskiego Drang nach Osten, jest wspólny interes polityczny dzisiaj
i jest historia, która powinna być przez oba nasze narody sumiennie badana
i wyświetlana.
Mr. Bohdan Donald Prażmowski
Dear Mr. Prazmowski:
The office of the Right Honourable Stephen Harper has brought
to my attention your e-mail message requesting that the Department consider
reinstating entitlement to departmental benefits for those who serve in
the Polish Underground Home Army during the Second World War. Your patience
in awaiting this reply is appreciated.
The War Veterans Allowance (WVA) Act, which was established in
law in 1930, was enacted to provide income support to Canadian Veterans,
to Allied Veterans who were domiciled in Canada at the time of their enlistment
in an Allied Force, and to their respective dependants.
From the outset, it was the intention of Parliament that persons
who served as formal military Allied Veterans should also receive coverage
under this program. This position originates from the fact that at the
outbreak of the First World War, many Canadians domiciled in this country
opted to serve with the forces of their countries of origin. Thereafter,
and once the hostilities had ended, many returned to Canada to continue
with their way of life. A comparable experience applied to Allied Veterans
who served during the Second World War.
It is acknowledged that many members of forces in countries occupied
by the Axis powers were highly supportive of the Allied cause and had no
other choice but to carry out their wartime activities as part of an organized
resistance movement. Clearly, these were the circumstances that denied
them the opportunity to serve under conditions consistent with formal military
standards. The historical records abound with accounts of acts of heroism
and sacrifice.
I would point out, however, that Canada is one of the few western
countries that grant benefits to wartime Allied Veterans. Moreover, a common
thread even with those countries that do recognize Veterans of Allied forces
is that none extend the same recognition to members of resistance group
forces. The only reason that Canada began to do so was by means of an anforeseen
legislative interpretation applied to the statute by the quasi-judicial
(that is, the Veterans Appeal Boards) and judicial bodies (that is, Federal
Court of Appeal).
Effective March 2, 1992, the WVA Act was amended so that former
members of resistance groups were no longer eligible for benefits; however,
those already in receipt of benefits were "grandfathered" for compassionate
reasons, as long as they stayed in Canada. Then, in the 1995 federal Liberal
Budget, when Paul Martin was the Minister of Finance, his government announced
further amendments to the WVA Act that removed eligibility to benefits
for persons who were receiving Canadian Veterans' benefits based on resistance
group service.
The applicable legislation that withdrew eligibility for resistance
group members, of course, applies equally to all members from countries
where a resistance or guerilla movement was evident. This would include,
but is not limited to, such countries as Belgium, France, Greece, the Netherlands,
the Philippines, Poland, and the former Yugoslavia.
Since the introduction of the WVA Act, successive Ministers of
Veterans Affairs and their senior officials have reviewed the Allowance
legislation with a view to providing the maximum and most equitable benefits
to our Veterans and their dependents. You may rest assured that we will
continue to honour Canada's longstanding commitment to those who served
by supporting further changes where a need has been identified, and where
resources are available to meet the identified need.
I hope that the information provided is helpful in clarifying
our legislation. Again, thank you for writing and for bringing your concerns
to our attention.
Yours sincerely,
The Honourable Greg Thompson,
P.C., M.P.
Od redakcji: Powiem szczerze, list od ministra ds. weteranów,
będący odpowiedzią na pismo p. Prażmowskiego, głęboko nas rozczarował.
Armia Krajowa była tworem calłkowicie wyjątkowym i wchodzącym w skład alianckiego
wojska, gdzie ją tu porównywać do innych "ruchów oporu".
Wspomnienia, dwa
Pierwsze wspomnienie dotyczy twórczości Ryszarda Kapuścińskiego.
Taki był tytuł spotkania. Tym razem kolejne spotkanie Klubu Miłośników
Książki odbyło się w gościnnej Sali Domu Kopernika na Roncesvalles. Współorganizatorem
tego spotkania był Polski Fundusz Wydawniczy. Ale myślę, że największe
podziękowania należą się paniom z Domu Kopernika, które pięknie przygotowały
całą imprezę. Gościem tego spotkania był p. Marek Kusiba, który dopiero
co wrócił z Polski. Tematem tego spotkania była twórczość Ryszarda Kapuścińskiego.
Rzeczowa, ale i emocjonalna prezentacja tej twórczości, przeplatana wspomnieniami
z życia Ryszarda Kapuścińskiego, podobała się licznie zebranym miłośnikom
polskiej książki. Wśród których chyba "większą połowę" stanowili mieszkańcy
Domu Kopernika.
Oczywiście, w końcówce spotkania nie zabrakło też wątku o Ryszardzie
Kapuścińskim jako agencie SB. P. Marek Kusiba pozostawił ocenę tego problemu
fachowcom od lustracji.
Problem jest poważny i trudny. W prasie polskiej można znaleźć
głosy, które bronią Ryszarda Kapuścińskiego. Podobnie jak w przypadku ks.
Wielgusa czy o. Hejmy, jedni twierdzą, że nikogo nie skrzywdził, a inni
wieszają na nim psy. Jestem wielkim miłośnikiem twórczości Ryszarda Kapuścińskiego,
a mimo to jakiś cień padł na tę miłość.
Kiedy pomyślałem raz jeszcze o tych problemach, przypomniało
mi się inne wspomnienie z lat dawnych. Na Wydziale Matematyki i Fizyki,
a potem na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki na Uniwersytecie
Warszawskim, studiowałem i pracowałem przez prawie 26 lat. Nie potrafiłbym
jednak odpowiedzieć na pytanie - kto na naszym wydziale mógł być w owym
czasie agentem SB. Natomiast, to pamiętam, była tam tylko mała garstka
ludzi należących do partii. Wśród moich kolegów był także kolega Andrzej.
Widywaliśmy się od czasu do czasu w kościele Wszystkich Świętych na placu
Grzybowskim na niedzielnych mszach św. lub na procesjach Bożego Ciała na
Krakowskim Przedmieściu. I wydawało mi się, że Andrzej to nasz człowiek.
Cichy, spokojny, małomówny, takie ciepłe kluchy. A tu pewnego dnia dowiaduję
się, że Andrzej zapisał się do partii. Wracając kiedyś z PKiN, zapytałem
go - Andrzej, co się stało? Ty zapisałeś się do partii, człowieku? A on
mi na to spokojnie odpowiada - Emek, no chyba mnie znasz. Ale rozumiesz,
już niedługo może objąć mnie rotacja, więc sam rozumiesz? Tak, zrozumiałem
od razu. Mój kolega nie należał do orłów, miał już swoje lata, więc można
było podziękować mu za pracę w uniwersytecie. Ale, gdy zapisał się do partii,
to miał nadzieję, że zamiast niego, mogą wyrzucić z pracy kogoś innego.
Myślę, że w wielu analizach lustracyjnych zapomina się właśnie
o tym małym wątku. Ks. Wielgus został agentem tylko dlatego, żeby wyjechać
na stypendium zagraniczne. P. Kapuściński podpisał zgodę na bycie agentem
(wydaje mi się, że jeśli już, to pewnie był on bardziej szpiegiem polskim
niż agentem, ale zostawmy to fachowcom), żeby móc wyjechać za granicę.
Ale czy któryś z nich pomyślał, że na skutek ich decyzji ktoś z ich kolegów
nie otrzymał zgody na wyjazd właśnie dlatego, że oni coś podpisali?
Reasumując, nie potrzeba było na nikogo donosić, a mimo to można
było komuś zaszkodzić!
Bardzo często słyszy się argumentację, że czasy były ciężkie
i trzeba było czasami ulec, żeby do czegoś dojść. Podczas 26 lat pracy
na UW nie wziąłem nigdy udziału w pochodzie 1-majowym i nie wziąłem nigdy
udziału w wyborach, czyli w głosowaniu. A ponadto byłem na wielu wiecach
w marcu 1968 roku. Byłem zwykłym obserwatorem, żadnym działaczem opozycyjnym.
I chociaż za te wiece zostałem "ukarany", to jednak nigdy nie odmówiono
mi paszportu. Nawet w 1986 roku, kiedy to z całą rodziną wyjechaliśmy nagle
na "wycieczkę" do Rzymu.
Emanuel Czyżo
Toronto
Od redakcji: Zgadza się, nie potrzeba było donosić.
GONIEC NR 24/2007 (181)
(15-21
VI 2007)
Drodzy Panowie Redaktorzy,
Bardzo serdecznie dziękuję za wspaniałą nagrodę, jaką otrzymałam
dzięki "Gońcowi", w Polskiej Szkole St. Pio of Pietrelcina. Przez kilka
miesięcy marzyłam o iPod i wreszcie moje pragnienia się spełniły.
Wdzięczna Martyna Gadomski
uczennica Pani Bieleckiej z klasy 8
Od redakcji: Spełnienie marzeń to wspaniała rzecz - gratulujemy
jeszcze raz laurów najlepszej uczennicy w szkole!
Panie Kumor,
Michalkiewicz i ci inni tzw. Kresowiacy, ponieważ to są potomkowie
narodu wybranego w Hiszpanii przez Izabelę i osiedlonego na naszych ziemiach
etnicznych, ukraińskich, rusińskich. Czy pan czytał "Nasze Słowo" ostatnie
czy "Rzeczpospolitą"? Pani Ada, chyba Rutkowska, napisała, że ten pomnik,
co wyście chcieli zrobić przeciw upowcom i Ukraińcom itd., to jest zdjęcie
z 1928 r., po I w.św., gdzie Cyganka niespełna rozumu zamordowała swoje
dzieci i tak je przywiązała do słupa. I wyście, Kresowiacy, potrafili przez
tyle lat fotomontaż pokazywać, żeby zohydzić naród ukraiński przed innymi
narodami. Jak pan umie czytać po chińsku, to niech pan zadzwoni, to ja
panu prześlę to z "Naszego Słowa".
W nawiązaniu do tego spytam się tylko o jedno. Ja omijam już
Kresowiaków, bo wiadomo, kto to jest, to są znajdy, które się tam osiedliły
na naszych terenach, bo prawdziwy Polak nie przyjdzie. Granica, co to jest
Jarosław, Przemyśl, co to jest Dorohiczyn, Rówenne itd. itd. Kto założył
i czyje to jest? Tak samo jak jest Opole, Kalisz, Gniezno itd. itd. Tam
to jest lechictwo polskie, to jest lechictwo ukraińskie. I to wszystko.
I to jest problem rozwiązany. Kolonista zawsze się powinien czuć w tym
środowisku, bo jest kolonistą, agresorem, okupantem. Co by się nie stało,
a tam może się stało bardzo mało, może jedna setna tego, co wy opisujecie,
to było w obronie własnej. Bo jak można sobie pozwolić, żeby kolonista
przyszedł i jeszcze kazał się w ręce całować autochtonowi. To jest nieznane
w świecie. To byłaby oznaka pogardy dla tego narodu, który by to zrobił.
Chciałem dodać jeszcze parę zdań. Pan Kumor i pan Michalkiewicz
i inni panowie z Radia "Maryja" i Kresowiacy zawsze mówią o kanonach chrześcijaństwa,
jacy to oni są chrześcijanie, jak oni się modlą, jak oni przestrzegają,
a w tych Dziesięciorgu Przykazaniach są dwa ważne o złodziejstwie: "Nie
pożądaj żadnych rzeczy bliźniego swego". To ja się tylko pytam, jak się
ziemie na wschód od Jarosławia, Rówennego, Drohiczyna, Wisłoka, Sanoka
itd. znalazły w posiadaniu tzw. Kresowiaków Polaków. Chyba że Pan Bóg zabrał
Lechitom Ukraińcom i dał Lechitom Polakom. Bo jeżeli nie, to jest normalne
złodziejstwo. I to wszystko. I ten człowiek, który odbiera swoje, to ukradzione,
ma prawo do każdej obrony.
Niech pan to wydrukuje, dużo rzeczy żeście ładnych pisali przedtem
na temat, ale to wszystko chyba było pisanie dla pisania. Bo jak się rozmija
z tym, co się pisze, to znaczy, że jest się fałszywym człowiekiem.
W kontekście tego, co pan kiedyś wywiad prowadził z panem Wrześniewskim,
to chciałem po prostu znać pańskie, Michalkiewicza i innych pseudopatriotów,
jak mają iść do wyborów wspólnie ludzie i popierać Wrześniewskiego, jeżeli
on nie uczył historii ludzi Ukrainy (...) w ukraińskich szkołach sobotnich
itd itd. Od matki nawet i od ojca, dziadek przyszedł Polak z Poznania,
ale przyszedł do Ukrainy, ożenił się z Ukrainką, tam został na tych ziemiach,
nie wymądrzał się, że jest Polakiem i że jest patriotą, tylko przyjął Rusi
ukraińskiej przepisy itd. Ja spytam jeszcze, jak by to wyglądało w przyszłości,
czy to w będzie możliwe takie coś?
(list od pana Romana z Hamilton - nazwisko niewyraźne - spisany
z automatycznej sekretarki)
Od redakcji: Jest wiele dowodów, że dzieci nie zamordowali
Cyganie... A trudna sprawa sąsiedztwa dwóch narodów - cóż, sąsiadów się
nie wybiera i najlepiej się z nimi dogadać w każdej sprawie.
Szanowni Państwo,
Dopiero w dniu dzisiejszym, przypadkiem, trafiłem na Państwa
stronę internetową i postanowiłem poprosić o pomoc, gdyż nie bardzo wiem,
do kogo na terenie Kanady mam się w tej sprawie zwrócić.
Od lat pięćdziesiątych moja rodzina poszukuje zaginionego po
wojnie mojego stryja, Zbigniewa Karskiego (pod tym nazwiskiem wyjechał
z kraju) vel Zimnickiego (nazwisko rodowe). Z wiadomych (politycznych)
względów poszukiwania te były prowadzone w różnych latach, z różnym natężeniem.
Dowiedziałem się, że w Kanadzie nie jest prowadzona ewidencja ludności,
dlatego zwracam się od Was z prośbą o jakiekolwiek informacje, ślady pobytu
lub kontakt do osób, które kiedykolwiek zetknęły się z moim stryjem. Obecnie
przeszedłem na emeryturę i zająłem się porządkowaniem rodzinnego archiwum,
dlatego każda, nawet najmniejsza wzmianka jest dla mnie bezcenna. Poniżej
podaję wszystkie znane mi informacje dotyczące jego osoby:
ZBIGNIEW KARSKI vel ZIMNICKI Urodzony 11 IX 1922 w Warszawie.
Rodzice: Jan Zimnicki i Józefa Zimnicka z domu Balicka. Zamieszkały od
1922 do 1928 w Warszawie, przy ul. Nowogrodzkiej 40; od 1928 do Powstania
w Warszawie, przy ul. Dobrej 2. Uczestnik Powstania Warszawskiego w elektrowni
na Powiślu, wspomniany w Wielkiej Encyklopedii Powstania Warszawskiego.
Tom VI. Po Powstaniu jako ppor. w niewoli niemieckiej (nr jeńca 102.388)
w obozie jenieckim w Łambinowicach, skąd 19 X 1944 został przewieziony
do oflagu VII A w Murnau (stan z 20 X 1944), gdzie był więziony do V 1945
r. Po wyzwoleniu do 1948 r. pełnił służbę w Oddziałach Wartowniczych na
terenie Niemiec Zachodnich.
Do 1947 utrzymywana z nim była korespondencja na adres służbowy
(przytaczam oryginalną pisownię z koperty zachowanej w domowym archiwum):
2 nd st. Karski Zbigniew 4250 Sabor Serwice Co. 1894 Sabor Superwision
Co. A.P.O. 407 A.U.S. Army c/o P.M. New York N.Y. i na adres prywatny:
2 nd st Karski Zbigniew München Milbershofen Frejmaner str, Polish Guard,
4250 Germany, co jest o tyle istotne, iż potwierdza, że po wyjeździe z
kraju posługiwał się z nieznanych mi powodów nazwiskiem KARSKI.
Z Niemieckiego Czerwonego Krzyża dowiedziałem się tylko, że:
a) był ożeniony z Hanną z d. Sachse (ur. 13 I 1922 w Eydtkuhnen w Prusach
Wschodnich), b) 1 VI 1953 wyjechał transportem zbiorczym (koleją) z Dworca
Głównego w Monachium do Bremy, c) 4 VI 1953 wypłynął wraz z żoną z Bremy
na statku M/S "Anna Salén" (lub M/S "Anna Spleen") do Kanady.
I to wszystkie posiadane przeze mnie informacje. Raz jeszcze
ponawiam prośbę do wszystkich ludzi, którzy dysponują jakimikolwiek informacjami
o miejscach pobytu, przynależności do organizacji polonijnych, kombatanckich,
biznesowych itp. (tam mogą się zachować jakieś dane) i dalszych losach
mojego stryja, o kontakt mailowy pod adresem: m.t.zimniccy@wp.pl lub listowny:
Antoni Zimnicki, ul. Bacha 34 m. 1106, 02-743 Warszawa.
Będę niezmiernie wdzięczny za przesłanie mi również namiarów
na instytucje, od których mógłbym oczekiwać zajęcia się moją sprawą. Ideałem
byłoby, gdybym mógł z nimi porozumiewać się po polsku. Załączam wyrazy
szacunku
Antoni Zimnicki
Od redakcji: Może ktoś z czytelników "Gońca" pomoże?
Panie Kumor
Pański wykład na temat suwerenności kłóci się z definicją tego
słowa. Pewnie zostało to Panu z czasów PRL-u, gdy propagowano doktrynę
Breżniewa o "ograniczonej suwerenności państw socjalistycznych". Tak, pomysłodawcą
ograniczania suwerenności był właśnie Breżniew. A propagandziści w PRL-u
jak papugi powtarzali za nim ten bezsens. Może być ograniczona władza albo
autonomia, ale nie suwerenność. Suwerenność albo jest, albo jej nie ma.
Nie ma trzeciej drogi. Suwerenność można zastąpić jakąś dozą autonomii
albo władzy, ale nie "ograniczoną suwerennością".
Poza tym, zgadzam się z tym, że Okrągły Stół wepchnął Polskę
w układy światowego bankierstwa i uczynił z niej amerykańskiego pachołka.
Ale proszę pamiętać, że do zawarcia tego układu zachęcał opozycję solidarnościową
wielbiony przez Polaków Jan Paweł II, a Kościół temu przyklasnął. Przedstawiciele
Kościoła też przy nim zasiadali. Jak już krytykować autorów tego układu,
to wszystkich, a nie tylko wybiórczo.
Z poważaniem,
Waldemar Konior
Od redakcji: Gratulujemy znajomości definicji i szerokiej wiedzy!
***
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Zwracam się z prośbą
do wszystkich ludzi dobrej woli, by przyszli z pomocą mnie i mojemu mężowi.
W obecnej chwili znajdujemy się w bardzo trudnej, wręcz krytycznej sytuacji
finansowej i zdrowotnej.
Jesteśmy ludźmi starszymi (mąż ma 64 lata, a ja 62), niepełnosprawnymi
i posiadamy liczne schorzenia. Ja jestem po sepsie, mam usztywnione biodro
i kolano, skrzywiony kręgosłup, a od pewnego czasu cierpię na osteoporozę.
Mąż jest po ciężkim zawale serca i po gruźlicy kości kręgosłupa. Koszta
naszego leczenia pochłaniają prawie całe nasze zasoby finansowe - utrzymujemy
się z dwóch małych rent (mąż otrzymuje co miesiąc 680 zł, ja - 526. Nie
jesteśmy w stanie zapewnić sobie minimum egzystencjalnego, nie mówiąc już
o opłatach.
Nie mamy rodziny, która mogłaby udzielić nam wsparcia. Czujemy
się bezsilni i jesteśmy zrozpaczeni wobec zaistniałej sytuacji. Będziemy
wdzięczni za każdą formę pomocy, zwłaszcza finansową, by ratować nasze
zdrowie i uregulować należności, zwłaszcza zaległy czynsz. Do chwili obecnej
z trudem radziliśmy sobie sami, teraz nasze problemy nas przerosły. Z nadzieją
czekamy na odzew ze strony wrażliwych ludzi, którym nie jest obojętny los
drugiego człowieka.
Maria i Tadeusz Goranin
ul. Strzegomska 198/57,
54-432 Wrocław
Nr tel. 0 504 750 841 (tel. na kartę, bez poczty głosowej). Nr konta:
57 1020 5226 0000 6202 0107 9243.
Od redakcji: ***
Książka, którą warto przeczytać
Wśród nowości wydawniczych zaprezentowanych na Międzynarodowych
Targach Książki zorganizowanych ostatnio w Warszawie, na uwagę zasługuje
książka pt. "Skrawek piekła na Podolu". Autor jest "warszawiakiem", którego
dzieciństwo przebiegało między Warszawą i Podolem, gdzie spędzał wakacje
wraz z rodzicami w posiadłości swoich dziadków. Wrzesień 1939 r. zastał
autora na Podolu, kończąc na zawsze radosny czas spędzanych tu wakacji,
i otworzył nowy etap naznaczony sowiecką okupacją terenów II RP, następnie
okupacją niemiecką i okrutnymi zbrodniami popełnionymi przez ukraińskich
nacjonalistów wywodzących się z UPA i OUN. Autor, będąc świadkiem tragedii
polskiej społeczności, w tym osób spośród swojej rodziny, utrwalił we wspomnieniach
zarówno piękno Podola tak bardzo związanego z historią Rzeczpospolitej,
jak i czas krwawego okrucieństwa, jakie człowiek zgotował człowiekowi.
Upływający czas i manipulacja wydarzeniami, które miały miejsce
na wschodnich, historycznych terenach II RP, zacierają prawdę o losach
ludzi, dla których ta ziemia była domem ojczystym, gdzie istniejące wówczas
zamki, pałace i budowle sakralne były materialnym dowodem przynależności
historycznej i terytorialnej do Rzeczpospolitej.
Książka zawiera szereg ciekawych, a także unikalnych ilustracji.
Dzieląc się powyższymi spostrzeżeniami, pozdrawiam czytelników.
Wiesław Kwaśniewski
Toronto
Adres internetowy autora: j.zuk1@chello.pl
Od redakcji: Zapewne piękna lektura - w weekend poczytamy.
***
W "Gońcu" z 8 czerwca przeczytałam felieton p. Henryka Łupińskiego,
poświęcony sztuce dokonywania wyborów, życiowych postaw i relatywności
podejmowanych decyzji. Drugorzędnym jest tu wrażenie niesmaku, jaki pozostawiły
po sobie niewybredne sformułowania autora, nieprzystające do klasy tygodnika
Goniec, jak np. "najzwyklejsi zboczeńcy" czy "rozliczni dewianci" (o uczestnikach
marszów tolerancji, obdarzonych przez nikogo innego, jak przez Boga cechami
i genami, które powodują ich "zboczenia i dewiacje"). I nie chodzi tu o
księży ze skłonnościami gejowsko-pedofilskimi, o których regularnie donoszą
media, a których liczba stała się w Europie alarmująca.
Ale nie w tym rzecz - chodzi o to, że cały wywód autora opiera
się na nieprawdziwych informacjach, więc tym samym postawione tezy i
konkluzje nie mogą być zgodne z prawdą. Autor porównuje dwie głośne w Polsce
i Europie sprawy i różne postawy dwóch kobiet w całkiem odmiennych sytuacjach
życiowych, a mianowicie Alicji Tysiąc i Anny Radosz. Już sam fakt porównania
tych skrajnie odmiennych losów ludzkich wydaje mi się dziwny i pozbawiony
sensu, bowiem historia p. Tysiąc ma charakter medyczno-prawny, a p. Radosz
medyczno-etyczny. A jak pokazuje życie, prawo i etyka nie zawsze idą ze
sobą w parze. Być może autorowi skojarzyły się one ze sobą dlatego, że
w obu sytuacjach występuje problem matki, dziecka i choroby, ale to za
mało, by móc je porównywać, a na pewno oceniać. Posługując się takim tokiem
myślenia, można by dokonać porównania krzesła do krzesła elektrycznego,
bo przecież oba te "meble" mają oparcie...
Ad rem: nieprawdą jest, jakoby cyt. " [p. Tysiąc] zaskarżyła
do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu uniemożliwienie jej dokonania
aborcji [...]". Nieprawdą jest też, że minister Religa wypowiedział się
cyt. "za terapeutycznym rozumieniem aborcji". Oto fragment wypowiedzi Religi
dotyczący wyroku Trybunału: "- Decyzja Trybunału nie dotyczyła tego, czy
w Polsce ma być aborcja czy nie, lecz tego, czy przestrzegane jest aktualne
prawo. Zgadzam się, że nie stworzono warunków, by Alicja Tysiąc się odwołała
i jeszcze raz przedyskutowała tę sprawę. Nie ma procedur, które zabezpieczyłyby
jej prawa". Alicja Tysiąc zaskarżyła nie odmowę aborcji, jak pisze p. Łupiński,
ale brak prawa do przeprowadzenia procedur odwoławczych w tej sprawie,
co stanowiło naruszenie polskiego prawa i Konstytucji. Cytuję za polską
prasą: "Trybunał uznał, że polskie państwo nie ustaliło jednoznacznych
procedur, które pozwoliłyby lekarzowi na upewnienie się co do konieczności
przeprowadzenia legalnej aborcji. Władza ustawodawcza zalegalizowała aborcję
w pewnych sytuacjach, ale nie zapewniła ram organizacyjnych, aby decyzja
o wykonaniu tej procedury mogła zostać podjęta odpowiednio szybko. Co więcej
- pacjentka, której lekarze odmówią wykonania zabiegu, nie ma możliwości
odwołania się od ich decyzji". Sprawa jest prosta - Polska naruszyła prawo,
które sama ustanowiła, a profesor Religa, minister, zobowiązany swoją funkcją
do przestrzegania prawa, opowiedział się po jego stronie w myśl zasady
"dura lex, sed lex". I nie ma żadnego znaczenia, czy naruszono przepisy
dotyczące warunków legalnej aborcji, czy przepisów prawa budowlanego -
złamano prawo, a osobie pokrzywdzonej należy się odszkodowanie - właśnie
w myśl tego prawa. P. Łupiński rzuca gromy na niewidomą kobietę, nazywając
ją "wyrodną matką", jednocześnie wychwalając postawę Anny Radosz,
zmarłej na raka ciężarnej, która odmówiła chemioterapii, obawiając się
o zdrowie swojego nienarodzonego dziecka.
I tu znów mamy do czynienia z półprawdami opatrzonymi sporą dawką
demagogii. Autor pisze cyt. "Poświęcenie swego życia dla mającego się urodzić
dziecka jest [...] wyjątkowym aktem bohaterstwa". Z prasy wiem, że gdy
p. Radosz dowiedziała się o czerniaku, choroba była już w tym stadium,
że szanse na wyzdrowienie były znikome, zaś zebrane przez ojca jej nienarodzonego
dziecka fundusze były niewystarczające na nowatorską terapię w Bostonie,
która mogła być dla niej szansą na wyzdrowienie. Z tego wynika, że p. Radosz
nie bardzo miała inny wybór, niż ten, którego dokonała, a który wynikał
zarówno z uwarunkowań medycznych, jak i pobudek racjonalnych, zaś nazywanie
jej bohaterką jest mocnym nadużyciem. Takich bohaterów mamy każdego dnia
na świecie tysiące, są to rodzice ratujący swoje dzieci z wypadków i katastrof,
oddający im do przeszczepu swoje narządy wewnętrzne ze świadomością,
że narażają się na utratę życia. Anna Radosz, tak jak oni, wiedziała, że
ryzykuje życie, a nie, że oddaje je za drugiego człowieka. Dowodem na to
są informacje prasowe, że szykowała się na chemioterapię zaraz po porodzie.
Gdzie więc jest to bohaterstwo? Czy miała wybór, by "bohaterką" nie zostać?
Czy bohaterkami nie są też matki, która pracując na dwa etaty, samotnie
wychowują dzieci na uczciwych i mądrych ludzi? Czy część tego bohaterstwa
nie utkwiła w Alicji Tysiąc, która mimo biedy i ślepoty podjęła 6-letnią
walkę o prawa do odszkodowania, by zapewnić swoim dzieciom godne warunki
do życia i rozwoju? A gdyby jej życie ułożyło się inaczej i ojciec dziecka
nie opuściłby rodziny, tylko zapewniał jej byt na takim poziomie, by mogła
odzyskać wzrok, lecząc się w drogich, szwajcarskich klinikach? Czy wtedy
pętałaby się po przychodniach, żebrząc o aborcję? A gdyby w Polsce istniały
instytucje czy organizacje, które nie tylko z nazwy powołane są do pomocy
ludziom postawionym przed trudnymi wyborami - czy uzyskując pomoc medyczną
i finansową, domagałaby się usunięcia ciąży? Czy gdyby Anna Radosz
dowiedziała się o chorobie, będąc w pierwszym trymestrze ciąży - czy zdecydowałaby
się na aborcję? Gdyby wiedziała, że jest to warunek całkowitego jej wyzdrowienia?
Wszystko tu jest relatywne, zaś ocena postaw ludzi, gdy życie nie dało
im większych szans wyboru, jest bezpodstawna i krzywdząca. I pytanie, które
nasuwa się samo - gdzie były te instytucje i organizacje, gdy partner Radosz
błagał publicznie o każdy grosz na leczenie swojej narzeczonej? Które z
ugrupowań politycznych czy kościelnych okazało jakąkolwiek pomoc tym kobietom
w tragicznych okolicznościach, jakie zgotował im los?
I ostatnia sprawa dotycząca tego niechlubnego felietonu - autor
usiłuje przekonać Czytelników, że europejski trend do zalegalizowania eutanazji
wynika z pobudek czysto hedonistycznych. Brzmi to niewiarygodnie,
więc zacytuję: "[...] prawa człowieka rozumiane są jako zaspokojenie potrzeby
wygodnego życia, przeto lewackie =elity? dopominają się prawa do uśmiercania
zbędnych już rodzinie i społecznie osób". Ciekawa jestem, jak teorię definiującą
prawa człowieka jako działania służące zaspokajaniu potrzeby wygody przyjęłyby
afrykańskie plemiona trzebione wojnami lub kraje rządzone przez dyktatorów
i tyranów. Nie wiem, kto zapłodnił umysł autora tej teorii złotą myślą,
że dzieci chcą pozbywać się rodziców dla wygody, ale media aż puchną od
informacji, że kwestie eutanazji podnoszą przede wszystkim środowiska lekarskie,
czyli te, które są na co dzień świadkami niekończącego się cierpienia
i walki swoich pacjentów o prawa do godnej śmierci.
Tkwi w Polakach brzydka skłonność do poniżania ludzi o odmiennych
poglądach i stałego oceniania inności przekonań, wyborów, wiary czy stylu
życia. Manifestowana, okraszona agresją podburza tych, których natura nie
wyposażyła w intelekt wystarczający do samodzielnej interpretacji faktów
i wyciągania niezależnych wniosków. A nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć,
że człowiek jest istotą nieprzewidywalną i nigdy nie wiadomo, jak zachowa
się w sytuacji ekstremalnej. Nie oceniajmy więc ludzi bez dogłębnej analizy
sytuacji, w jakiej postawiło ich życie, nie narzucajmy im własnych wyborów,
posługując się dogmatami, które ich nie dotyczą. Nie przekręcajmy faktów
tylko po to, by móc na ich bazie tworzyć i publikować własne, mocno naciągane
tezy. Bo życie nigdy nie jest białe lub czarne - najczęściej jest szare,
a jego odcień szarości zależy w dużej mierze od tego, czy potrafimy dostrzec
cierpienie innych i w porę zareagować. Żeby nie mnożyć historii Alicji
Tysiąc, która pozbawiona pomocy dokonała tragicznego dla kobiety wyboru,
lub sprawy Anny Radosz, której życie mogłoby zostać uratowane wsparciem
materialnym tych, którzy nazywają się szumnie obrońcami życia poczętego,
a którzy nie robią nic, oprócz uzurpowania sobie praw do takiej nazwy.
Czasami wystarczy drobny gest, by odmienić czyjeś życie. Półtora
roku temu, dzięki wsparciu Regionalnej Fundacji Pomocy Niewidomym w Chorzowie
i księdza proboszcza z parafii M. Kolbego, założyłam w naszej CU konto
pomocy dla Patryka Hyli z Dąbrowy Górniczej (nr 107696). Niewidomy od urodzenia
11-latek, opuszczony przez ojca, żyje z niepracującą matką w skrajnej biedzie.
Jeśli 10 proc. Czytelników Gońca wpłaci na jego konto kwotę 5 dol., dziecko
otrzyma urządzenia do ćwiczeń fizycznych, np. rowerek, bez którego jego
prawidłowy rozwój fizyczny jest niemożliwy.
Agnieszka Krupak
Mississauga
Od redakcji: Pani Agnieszko, niezależnie od prawnych interpretacji
postawy Anny Radosz i Alicji Tysiąc - ja nie chciałbym być dzieckiem tej
ostatniej. Życzymy szczęścia Patrykowi!
GONIEC NR 23/2007 (180)
(8-14
VI 2007)
Szanowny Panie Redaktorze
W sprawozdaniu ze spotkania z dr. Chodakiewiczem w Calgary autor
słusznie zauważa, że nie ma szans, aby KPK ufundował stypendium w IPN,
aby sprawdzić nazwiska polonijnych działaczy jeżeli chodzi o współpracę
z UB.
Problem ten można rozwiązać bardzo łatwo - jest w Toronto organizacja
"Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym". Wystarczy założyć "Fundusz dla
sprawdzenia działaczy polonijnych", postawić na jego czele kogoś zaufanego
i uczciwego, a następnie ogłosić się w "Gońcu" z prośbą o ściepę na to
stypendium dla historyka w IPN.
Jakby każdy represjonowany (i nie tylko) "dał na tacę" tylko
stówkę (nie jesteśmy znowu aż tacy biedni, nie oszukujmy się), to mam nadzieję,
że wkrótce byłoby wystarczająco pieniędzy na kilka stypendiów.
Do listy działaczy polonijnych proponuję również dopisać nazwiska
kombatantów II wojny światowej, tam też zdaje się jest paru agentów. Jak
również nazwiska polskich biskupów.
Z poważaniem,
J.K.
Od redakcji: Szanowny Panie, wszystkie tego rodzaju ogłoszenia
publikujemy za darmo. Może Pan się podejmie organizacji? Pisaliśmy o tej
sprawie przy okazji pobytu p. Chodakiewicza w Toronto, wówczas padła propozycja,
aby ufundować w tym celu stypendium dla p. Cenckiewicza z IPN. Poza tym
sprawy te będą powoli wypływać w miarę badań historycznych.
***
Są takie dni, obecnie wręcz płyną jak rzeka, żeby nie powiedzieć
wyją jak oszalały sztorm, gdy ciśnie się na usta i wciska do mózgu straszna
myśl - świat zwariował. Człowiek oszalał. Podcina sobie własne korzenie
człowieczeństwa. Mając na uszach wszechobecne kwadrofoniczne słuchawki,
które niestrudzenie pompują do resztek jeszcze zdrowej części mózgu pięknie
doprawiony jad, który wygląda i smakuje jak kolorowe i pachnące lody na
upalny dzień, a po rozmrożeniu przedstawiają żałosny wygląd i grożą poważnym
zatruciem, lub nawet śmiercią - ginie. Nie będę więcej truł, nam trzeba
surowicy.
Są takie dni, gdy mamy okazję tę surowicę przyjąć, otworzyć oczy,
odetkać uszy, poczuć duszę otrzymaną od Boga, zachwycić się dziełem rąk
Jego, zamyślić się, zapłakać, uśmiechnąć się, podać komuś rękę. Dniem takim
dla mnie jest spotkanie z kimś, kto widzi wnikliwiej, słyszy delikatniej,
czuje głębiej. I do tego pięknie o tym pisze.
Spotkanie z poetą. 29 maja miałem kolejną już przyjemność spotkać
się z panem Romanem Chojnackim, gdyż o Nim piszę, i z Jego światem. Światem
realnym i bardzo bogatym we wszystko, może poza mamoną, a przecież dla
nas, ludzi z tego świata -światem często prawie niezauważalnym. Jakże często
wyostrzonym właśnie na mamonę, władzę, układy, wpływy. Na wszystko co jest
tylko skorupą. "Groby pobielane" - powiedział Pan. Ale to o nich, nie o
nas.
Spotkanie z poetą w konsulacie RP, który użyczył swych pokoi,
przyciągnęło sporą gromadkę ludzi. Szkoda, że zabrakło wielu twarzy kultury
i pióra. Po przywitaniu przez pana konsula Piotra Konowrockiego mieliśmy
okazję wysłuchać pięknego wprowadzenia w świat słowa i poezji namalowanego
przez pana Edwarda Zymana, a następnie mogliśmy zadumać się, słuchając
niektórych wierszy pana Chojnackiego odczytanych przez samego autora, jak
i pana Zymana. Całość przepleciona wspomnieniami poety i ciepłym dialogiem
między obydwoma panami.
Nie roszczę sobie w najmniejszym nawet stopniu prawa do bycia
znawcą poezji, ale przecież poeta nie pisze dla poetów i znawców tej sztuki
widzenia świata. Poeta pisze i dla takich robaczków jak ja, i dlatego mam
prawo powiedzieć - to były piękne chwile postoju w tej gonitwie, która
czasem dla niejednego zamienia się w wyścig szczurów. Niezrozumiałą dla
mnie chwilą było to, że na ostatnie słowa pana Zymana, który zaprosił obecnych
do osobistego kontaktu z poetą, do zadawania pytań, jak i do poczęstunku
w sąsiednim pokoju, prawie cała zawartość pokoju marzeń i duszy przeniosła
się do pokoju świata i żołądka. W dwie minuty zrobiło się pusto. Utworzyła
się kolejka czterech osób, które prosiły o dedykację autora w Jego najnowszym
tomiku "Lekcje przyrody". Składane krzesła, jeszcze ciepłe, w tym samym
czasie wędrowały pod ścianę. W sposób zupełnie przez siebie niezawiniony
gwiazdą wieczoru stał się pan konsul Piotr Konowrocki, który z dużą cierpliwością
pozował do serii zdjęć na prośby kolejnych gości spotkania.
Kotara opadła, a raczej podniosła się - wystawiając nas znów
na działanie tego chorego świata. A jednak naprawdę warto było być. Dziękuję.
Roman Dorna
Od redakcji: Szanowny Panie, ludzie nie są święci, a świat nie
jest doskonały. Pycha, próżność, małość to nasze odwieczne przywary, mimo
to mamy przecież wzajemnie się miłować. Niech Pan spróbuje.
List otwarty do Prezydenta RP
Lecha Kaczyńskiego
Szanowny Panie Prezydencie,
Przepraszam za taki wstęp, ale uważałem, że ten temat tak trzeba
zacząć. Diabeł zwykle przychodzi nocą! Tak też wtedy stało się na Wołyniu,
gdy do niewinnych śpiących ludzi, w setkach polskich wiosek i osiedli wkradli
się jego wysłannicy, zwyrodniałe bestie w ludzkiej postaci - strilcy-rizuny
osławionej UPA, bandyckiego ramienia ukraińskich faszystów spod znaku trizuba-OUN.
Według ich szatańskiej deklaracji, na ziemi wołyńskiej polskiej krwi miało
być "po kolana"! I tak się, niestety, stało! W setkach spokojnych osad
i wiosek, naszych wówczas południowo-wschodnich rubieży. Rąbali ludzi siekierami
jak bierwiona, piłowali żywcem i roztrzaskiwali polskie niemowlęta o ściany
- wszystko to w imię "samostijnej Ukrainy". Groza tego "genocidium atrox"
- barbarzyńskiego ludobójstwa, była tak straszna, że jak napisał sam Ukrainiec,
"młode dziewczyny na ten widok siwiały"...! Taka wirtuozeria potworności
nie zdarzała się nawet w Rwandzie czy Kambodży Pol Pota.
I dlatego, Panie Prezydencie, który zostałeś wyłoniony wolą Narodu,
nie wyobrażałem sobie, że będąc na czele polskiej delegacji w Kijowie,
stojąc u boku Juszczenki, tego Juszczenki, który głosi apoteozę rizunów
z UPA, zdobyłeś się, Panie Prezydencie, na spolegliwe potępienie akcji
"Wisła", zarządzonej i wykonanej przez ówczesne władze komunistyczne i
jej wojsko, akcji, która zresztą miała swoje uzasadnienie, bowiem nacjonalistyczno-faszystowskie
frakcje ukraińskie próbowały siłą oderwać tamte tereny od Polski.
Panie Prezydencie! Nie uroniłeś Pan ani jednej łzy nad okrutnym
losem dziesiątków tysięcy zamęczonych wtedy Polaków, niewinnych dzieciątek
z poderżniętymi gardłami wypełniających studnię w Podkamieniu, czy takichże
w klasztorze w Wiśniowcu. Takie przykłady można by tu mnożyć tysiące. Żałosne
i napawające grozą jest widowisko, gdzie przedstawiciele wielkiego niegdyś
narodu, bezkrytycznie uczestniczą w cynicznie wyreżyserowanym według sztabu
Juszczenki scenariuszu. Przecież była wtedy jedyna okazja do przedstawienia
Ukraińcom polskiej racji stanu i odkłamania długo przemilczanej sprawy.
Czy trwanie w kłamstwie, w imię jakichś wyimaginowanych koncesji od Ukraińców,
sprzyja budowaniu zaufania i prawidłowych stosunków z obecnym pokoleniem
na Ukrainie? Na pewno nie.
Jeżeli polski rząd, w którym Polacy pokładali tyle nadziei, tak
lekce sobie waży polską rację stanu i zapomina o martyrologii Polaków na
Wołyniu, gdzie jest zatem wiarygodność tego rządu i najwyższego urzędu
Rzeczypospolitej - Urzędu Prezydenta RP? Jeżeli takie rzeczy się dzieją,
to niech Bóg ma naszą Ojczyznę w opiece i niech raczej ześle nam na ziemię
tych żołnierzy z Westerplatte, z wiersza Gałczyńskiego, jeżeli nikt już
nas, Polaków, nie może obronić.
Andrzej Legienis
Toronto
Od redakcji: Zbrodnia wołyńska musi być częścią kanonu szkolnego
polskiej martyrologii.
Panie Wałęsa:
Jak to miło, że Pan tak bezpośrednio pisze na łamach tego forum
(chodzi o forum SOWA - dop. red.) i jasno określa, kto jest kretynem, a
kto wariatem.
Lata lecą, a ja do tej pory żałuję, że nie zadałem Panu jednego
pytania w czasie naszej wspólnej konferencji prasowej w drugiej turze wyborów
prezydenckich w 90 roku. Pan mnie wtedy nazywał agentem KGB, a ja
chciałem zadać Panu tylko jedno pytanie: Współpracował Pan z SB, czy nie?
Z góry dziękuję za odpowiedź, bo do tej pory żałuję, że wtedy
się o to nie zapytałem. Jest powiedzenie, że lepiej późno niż wcale, a
więc czekam na Pana odpowiedź.
Stanisław Tymiński
Od redakcji: Zawsze lepiej coś zrobić i żałować, niż nie zrobić
i żałować.
Skandaliczny podręcznik
W jednym z rekomendowanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej
podręczników do języka angielskiego znajdują się propagandowe teksty lewackie
promujące postać komunistycznego zbrodniarza winnego śmierci kilkuset tysięcy
ludzi, Ernesto Che Guevary.
Rafał Dobrowolski
Od redakcji: W Toronto w Chinatown promuje się nawet Mao Tsetunga.
Wśród zbrodniarzy również mamy równych i równiejszych.
GONIEC NR 22/2007 (179)
(1-7
VI 2007)
Witam!
Ostatnio byłem w "Starskim" (Starskym) i w tamtejszym oddziale
Pegaza chciałem kupić "Gońca". Uprzejma pani z pewnym zażenowaniem dała
mi do zrozumienia, że na razie Waszego magazynu tam nie kupię. Gdzie w
Mississaudze mogę Was znaleźć?
Z poważaniem
Wasz stały czytelnik Zbigniew Sobolewski
PS Jeszcze pozostaje retoryczne pytanie "dlaczego nie tam?".
Od redakcji: Szanowny Panie, kłopoty były przejściowe. Oczywiście,
może nas Pan kupić w każdym innym polskim (i nie tylko sklepie) w pobliżu.
Mały przyczynek do relacji
D. Irvinga do Polski
Polecam Panu Autorowi to, co pisze o naszym kraju, np. na temat
bombardowań polskich miast w 1939 r., Irving w swym głównym dziele "Wojna
Hitlera", polecam szczególnie polskie wydanie, w którym przedmówca z ogromnym
szacunkiem dla Irvinga koryguje cały SZEREG drobnych błędów, nieścisłości
i spraw dyskusyjnych, w których Irving jednak zawsze ciepło wyraża się
o III Rzeszy, a lekceważy stanowisko polskie, polskich historyków, krótko
mówiąc - miał już wtedy swojego "faibla" proniemieckiego i gdzie mógł bagatelizował
zbrodnie narodowych socjalistów Genosse Hitlera.
Ja czytam Irvinga z ogromną frajdą, to chyba jedyny wielki historyk,
który nie boi się dociekać prawdy w tym najciemniejszym okresie historii
Europy Środkowej; ale jestem, po pierwsze, Polakiem i trudno mi przełknąć
takie traktowanie bolesnej historii mojego narodu ze strony tego wybitnego,
obrazoburczego, a jednak niejednoznacznego uczonego.
Norman Davies prezentuje jednak bardziej obiektywne stanowisko
i jest zdecydowanie "ciepły" wobec Polski, broniąc nawet (nie wiem, czy
"zawsze") naszego narodu przed narodem... Bułgarów, czyli przed zarzutami
o jego rzekomy wyssany z mlekiem matki antysemityzm, pisząc wprost o poparciu
Żydów dla Sowietów w czasie II wojny i in. kwestie.
Pozdrawiam
pst
Od redakcji: Dziękuję bardzo za opinię, mimo to nie zmienia
to faktu, że Irving ciepło pisał o polskim wojsku.
***
Po napisaniu książki o gen. Sikorskim Polacy przyjęli ją z zadowoleniem
i w milczeniu. Nikt nie kupował, nikt nie robił reklamy.
Cóż, należy się nam...
Niemcy po cichutku rzucali się na książki Irvinga, płacili za
odczyty, podróże po całym świecie do klubów niemieckich i organizacji,
gdzie był przyjmowany, fetowany, hołubiony, karmiony, poprawiany i dostawał
dyskretnie do kieszonki...
W moim mieście przyjęcie z odczytem Irvinga kosztowało 100 dol....
ludzi było chyba 300. Organizacja Heimat Deutchland wpłaciła z kasy dla
Her Irvinga, z tego co wiem, chyba 15 tys. na następne prace i badania.
Tylko jedno miasto...
Niemcom się nie należało...
Syrjohn
Od redakcji: To oczywista relacja.
Cicho i spokojnie jakby po wojnie!
"Jeśli żołnierz na prawo i lewo rozpowiada, gdzie rozmieszczono
umocnienia, gwałtowne przymknięcie mu japy bynajmniej nie narusza swobody
wypowiedzi i konstytucyjnych gwarancji wolności słowa..."
Panie Andrzeju, jak żołnierz to zrobi w czasie działań militarnych,
to dostanie kulę w łeb i na tym się skończy.
Ja myślę, że pan ma tutaj na myśli obecną propagandową politykę
polskich władz, które dużo krzyczą, a mało robią. Nakrzyczą się, straszą
do upadłego, wymyślają nieprzemyślane cudeńka i ustawy i na koniec g...
z tego. Dla takich można "zamknąć japę" poprzez wybranie nowych ludzi,
a tych cwaniaków przegnać na piaski pustyni Negew, niech tam zakładają
swój raj. Tylko jak to zrobić. Już więcej nie ma na tym świecie ludzi odwagi
z poświęceniem. Stan męski stracił swoje "jądra", a stan kobiecy już nawet
nie zajmuje się plotkami, bo swój czas traci na oglądaniu nierealnej rzeczywistości
w telewizji. A może tak po cichu producenci z rozkazu dodają bromku na
uspokojenie do wszystkich produktów żywnościowych i teraz naród cierpi
cicho i spokojnie jakby zaraz po wojnie.
ZAP
PS Mój prof. dr przedmiotu chemii pracował z gorzelni w W-wie
to opowiadał, jak Niemcy w czasie okupacji używali odpadków i wszelkiego
rodzaju śmieci do fermentacji alkoholu, a na koniec dodawali bromek na
uspokojenie. Tym alkoholem płacili za kontygenty zbożowe dla chłopów, ale
byli pewni, że ten produkt nie wzbudzi niepotrzebnej reakcji.
Od redakcji: Szanowny Panie, żołnierze w Iraku umieszczali
informacje operacyjne na blogu... Kuli w łeb nie dostali.
Wielce Szanowni Państwo
Powołując się na ogłoszenie USOPAŁ dotyczące projektu ustawy
o stwierdzeniu pochodzenia polskiego wydanego przez Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych i Administracji, które rozesłaliśmy 21.05.2007, powiadamiamy,
że dla ogólnej informacji będziemy większość opinii i reakcji publikowali
w Internecie. Prosimy, aby Wasze analizy dotyczące tego projektu były do
nas przesyłane do końca czerwca. Po zebraniu opinii stworzymy ogólne zestawienie
jako sugestie USOPAŁ.
Lidia Barcewicz
Biuro USOPAŁ
***
Kilka dni temu przeglądnąłem treść projektu ustawy i oczywiście
jest tam szereg pytań czy uwag. Jednak nie zrobiłem wtedy tego dokładnie.
Teraz nie mogę dotrzeć do dokumentu źródłowego na stronie MSW. Zdołałem
na szybko wtedy zanotować n/w uwagi. Mianowicie:
Art. 1. Konieczna wyraźna definicja, kto jest cudzoziemcem w
rozumieniu Ustawy.
Art. 6.2.2 b,a. Mówi - "...pielęgnowaniu polskich tradycji i
zwyczajów w szczególności poprzez udział w organizacjach prowadzących działalność
w tym zakresie poza granicami kraju...". Pytanie, czy to też chodzi o obecne
organizacje polonijne, np. w Kanadzie do cna przepełnienie agentami Kwaśniewskiego
i Cimoszewicza, na co dzień rozbijające Polonię?
Art. 7.1. cyt. "... Decyzje w sprawie o stwierdzeniu obywatelstwa
polskiego wydaje Konsul właściwy ze względu na miejsce stałego zamieszkania
cudzoziemca...". Podobnie, czyżby obecnym czerwonym konsulom przysługiwało
prawo decyzji, np. o tym czy ja mam mieć obywatelstwo polskie? Gdyby tak
było, gdybym nie miał ważnego paszportu, obecny czerwony konsul najchętniej
skreśliłby mnie z listy obywateli RP grubą kreską.
Art. 9.3. cyt. "... Dane z rejestru, o którym mowa w ustępie
1., udostępnia się wojewodom, szefowi urzędu ds. cudzoziemców oraz komendantowi
głównemu straży granicznej w zakresie niezbędnym do realizacji zadań w
sprawach wjazdu, przejazdu i pobytu cudzoziemców na terytorium RP oraz
ich wyjazdu z tego terytorium..." Też ciekawe, tzn. ci różni ludzie, działając
w oparciu o informacje z zagranicy (konsulowie, ambasadorzy, konsulowie
honorowi) o "niepokornych" wobec tych urzędów zagranicznych będą decydować,
czy mogę wkroczyć do Ojczyzny? Skandal.
Nadal i ciągle bez 100-proc. czystki w ambasadach i konsulatach,
wśród różnych malowanych konsulów honorowych w żadnym wypadku moje obywatelstwo,
wjazd do Ojczyzny nie może zależeć od woli czerwonych zdrajców.
Tyle na szybko udało mi się wyłowić. Było to bardzo pobieżne.
Dalej nie mam dostępu do projektu ustawy.
Pozdrawiam
Jan Kulach
Od redakcji: Bez projektu ustawy, trochę ciężko.
***
24 maja o godz. 19.00, w budynku SPK, 206 Beverley Street, Toronto,
w górnej sali Zarząd Główny Stowarzyszenia Inżynierów Polskich w Kanadzie,
w kooperacji z Toronto Chapter of the Institute of Electric and Electronic
Engineers (IEEE), zorganizował konferencję na temat energetyki atomowej
pod tytułem "Współczesne reaktory atomowe dla energetyki".
Temat konferencji wywołał duże zainteresowanie. Wcześniej informacja
o konferencji znalazła się na stronach PEO, IEEE, "Toronto Star", w mediach
polonijnych. Jak zaznaczył autor publikacji w "The Toronto Star", rząd
premiera Ontario McGuinty'ego unika otwartej i publicznej dyskusji na temat
decyzji o tym, w jaki sposób ma być rozporządzany 40-miliardowy budżet
na rozwój energetyki w Ontario. Energetyka to ceny i rachunki płacone za
elektryczność przez przeciętnego użytkownika, rozwój energetyki to tworzenie
nowych miejsc pracy w prowincji, ceny energii to decydujący element w rozwoju
gospodarki i przemysłu w kraju.
Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie zainicjowało publiczną
dyskusję na ten temat, skupiając się na węzłowym i decydującym zagadnieniu,
tj. wyboru najwłaściwszej technologii. Dodać należy, że również Polska
stoi w obliczu strategicznych decyzji o rozwoju energetyki w kraju. Stowarzyszenie
wystosowało zaproszenia do udziału w konferencji do głównych producentów
reaktorów atomowych: GE Nuclear, Westinghouse/Toshiba, Atomic Energy of
Canada Ltd (producent Candu), Areva SA - największej na świecie firmy reaktorów
atomowych z siedzibą główną w Paryżu. Na sali obecni byli zainteresowani
z branży energetyki - pracownicy OPG, AECL, Areva, byli i emerytowani pracownicy
Hydro, członkowie SIP, studenci UofT. Wśród gości - uczestników konferencji
należy wymienić:
Pawła (Paula) Leksińskiego, Darlington's Licensed Shift Supervisor
Dariusza Kulczyńskiego - pracownika OPG, znanego publicystę "Kuriera",
zwolennika CANDU, i wielu innych.
Mr. Wilson Lam, Senior Advisor with the Ontario Ministry of Energy,
w swojej prezentacji przedstawił stan energetyki Ontario, przewidywany
wzrost zużycia energii, projekty rozwoju energetyki, planowaną budowę nowych
elektrowni i wyzwania z tym związane.
Inż. Trzeciakowski mówił o tym, że proces decyzyjny selekcji
określonego typu reaktora powinien być procesem strukturalnym. Powinien
uwzględniać wszystkie składniki i czynniki, takie jak zdolności produkcyjne,
wydajność, bezpieczeństwo, dostępność kadry naukowo-technicznej, dostępność
surowców, ilość tworzonych miejsc pracy. Wiele z tych czynników jest różnych
dla Kanady i Polski. Stwierdził przy tym, iż wierzy w to, że SIP jest w
stanie dużo pomóc w procesie oszacowania wielu czynników, jak również wnieść
dużo w stworzenie takiej systematyki ewaluacji różnych systemów.
Pan Laferrere opisał zalety EPR (Evolutionary Pressurized Reactor),
przedstawiając jako najbardziej popularny reaktor na świecie znacznie przewyższający
wszystkie inne reaktory na świecie z wydajnością 95 proc. Stwierdził przy
tym, że CANDU miało przewagę nad pozostałymi reaktorami na świecie, ale
było to w latach 70. i 80. Obecnie EPR jest reaktorem bez porównania lepszym.
Dr Stefan Doerffer (absolwent Politechniki Gdańskiej) przedstawił
wszystkie zalety reaktora CANDU jako najbezpieczniejszego, najbardziej
wydajnego reaktora pracującego na TANIM NIEWZBOGACANYM URANIE lub zużytym
paliwie z innych elektrowni atomowych. W swojej prezentacji skoncentrował
się na zaletach technicznych reaktora CANDU, jak również na kolejnym rozwinięciu
technologii, tj. nowej generacji reaktora ACR-1000 (Advanced Candu Reactor).
Wielokrotnie odwoływał się do doświadczeń z ostatnią budowa reaktora CANDU
w Chinach.
Podczas sesji pytań i odpowiedzi pan Kulczyński podał w wątpliwość
wypowiedź pana Leferrera o projektowanej 95-proc. wydajności nowego reaktora
firmy Areva - EPR, podczas gdy światowa średnia wynosi 81 proc., wydajność
amerykańskich PWR 87 proc. (Presurized Water Reactor), a Candu-6 88 proc.
Stwierdził przy tym, że należy porównywać nowe z nowym, a nie nowe ze starym.
Padło pytanie zasadnicze - odnośnie do całkowitych kosztów budowy
i eksploatacji elektrowni atomowych - ILE KOSZTUJE WYPRODUKOWANIE 1 MW
zarówno w kontekście inwestycji kapitałowych, jak również w kontekście
późniejszej eksploatacji i cen surowca - wzbogacany uran a niewzbogacany
uran (taki jak używa CANDU) i późniejszej eksploatacji elektrowni. Pytanie
jest proste i zasadnicze, lecz odpowiedź na nie jest sprawą bardzo skomplikowaną.
Żadna z konkurencyjnych stron nie potrafiła nawet podać przybliżonego szacunku.
Temat energetyki jądrowej będzie kontynuowany w aspekcie Operational Experience
(co sugerował inż. Jan Trzeciakowski), oraz poznania innych typów reaktorów.
Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie zapoczątkowało
publiczną debatę nad tak ważnym tematem dla mieszkańców Kanady i Polski,
jakim jest wybór opcji technologicznej w energetyce jądrowej jako punkt
wyjściowy przed decyzjami finansowymi dotyczącymi potrzeb energetycznych
kraju.
Sławomir Basiukiewicz
Od redakcji: Energia atomowa przyszłością świata.
***
Ten sam sufler podpowiada "Gazecie", lekarzom, nauczycielom itp.
Nie spodziewałem się, że i "Goniec" ulegnie. Szkoda. Po "wolnych sobotach"
nastąpiły "handlowe niedziele"... jaki będzie następny krok??? A na razie
bzdury Karola Marksa zwycięzcą? Powstania, rok 1920, walka z okupantami,
"Solidarność", wiara ojców i dziadków... wszystko to zgodnie z "poprawnością
polityczną" ma ulec propagandzie i demagogii. Wstydu i prawdy to chyba
już nie ma (???). Ktoś ten komunizm musiał wymyślić, ktoś, kto chce zniszczyć
cały dorobek ludzkości, ktoś, kto ma obiecane i kto myśli tylko o sobie.
Czy nasze wnuki na pewno muszą być niewolnikami???
To, co dzieje się w Polsce, jakoś mnie nie martwi... wierzę,
że Polska sobie radę da, że PiS, rząd cały jest na tyle mocny... znajdzie
lekarstwo, podobno może pomóc tłuczona cegła.
Martwi mnie tylko postawa tych "pożytecznych idiotów" wyrabiających
Polsce opinię byle jaką.
Janusz Sierzputowski
Od redakcji: Szanowny Panie, proszę nieco jaśniej, Pana wywody
są bardzo hermetyczne.
GONIEC NR 21/2007 (178)
(25-31V
2007)
***
Uprzejmie zawiadamiam, że pierwszy "Goniec" numer 19 z 11-17
maja 2007 jest dostępny w czytelni biblioteki przy ulicy Runnymede. Po
drodze z pracy właśnie zajrzałam do biblioteki. Wczoraj jeszcze nie było.
Można go pożyczać do domu.
Poprosiłam moją znajomą bibliotekarkę Lydię o umieszczenie nalepki
na półce, bo GONIEC był schowany między ukraińskimi gazetami i trudno było
go znaleźć.
Mam nadzieję, że następne numery "Gońca" będą dostarczane do
biblioteki na bieżąco.
W tej bibliotece nie ma żadnej gazety polonijnej, więc pomyślałam
sobie, że chociaż jedna powinna być. Są magazyny z Polski: "Polityka",
"Twój Styl", "Cztery Kąty".
W dalszym ciągu będę kupowała "Gońca", bo składam wszystkie numery
i powracam do nich.
Na "Gońca" złożyłam zamówienie latem ubiegłego roku. Zaniosłam
do biblioteki jeden numer razem z wypełnionym formularzem. Lydia zrobiła
ksero - głównie z działów o Kanadzie, i przekazała wyżej.
Grażyna Maria Królówna
Od redakcji: Szanowna Pani, dziękujemy Pani i wszystkim innym
Czytelnikom, którzy tak ofiarnie zaangażowali się, aby tę sprawę doprowadzić
do końca.
***
Uprzejmie zawiadamiam, że w dniu 20 maja w niedzielę odbył się
miniturniej piłkarski z udziałem drużyn z Oshawy,Toronto i Portugalii.
W parku im. generała Sikorskiego zwyciężyła drużyna z Toronto, wyprzedzając
Oshawę i Portugalię. Dochód z turnieju w wysokości 350 dol. został przeznaczony
na hospicjum Małego Księcia w Lublinie.
Wszystkim zawodnikom i ofiarodawcom należą się ogromne brawa
za sportową walkę, doping i otwarte serca. Mecze stały na niezłym poziomie piłkarskim,
ale wyniki były sprawą drugorzędną. Ze sportowym pozdrowieniem -
organizatorzy.
Jerzy Melgies
Od redakcji: Dołączamy się do oklasków.
Skarby polskie wśród Polonii
Dziękuję Panu Kumorowi za pokazanie nam dwojga wspaniałych Polaków.
Tu, w Ottawie, też spotykam takich ludzi ze starszej emigracji
powojennej. To prawdziwy zaszczyt rozmawiać z takimi ludźmi. Darzę ich
wszystkich wielkim szacunkiem. Kiedy słucham na pogadankach w Domu Polskim
w Ottawie ich wspomnień, zawsze myślę o wielkiej stracie naszych rodaków
w Kraju. Oni rzadko mają okazję spotkania i rozmów z takimi ludźmi.
Opinia o Polonii została urobiona w czasach PRL-u i wciąż pokutuje.
Widzi się nas głównie jako tych, co się dobrze "ustawili", wybrali łatwe
życie w bogatych krajach, gdzie dolary wiszą na przydrożnych drzewach.
Mgliste są pojęcia o tym, co ci ludzie przeszli, dlaczego wybrali
emigrację, jak bardzo tęsknią za swoją ojczyzną, jak pozostali w głębi
duszy członkami tego samego narodu polskiego, jak bardzo chcieliby, żeby
Polska była takim krajem, o którym marzyli, a nie dane im było do niego
wrócić.
Niestety, pokolenie solidarnościowych emigrantów wygląda blado
na tle starszego pokolenia. Z pewnością duże piętno socjalistycznego wychowania
ma tu znaczenie, i te nieszczęsne mity łatwego życia, które pchały wielu
dobrowolnie za granicę. Władze chętnie pozbywały się opozycjonistów, a
ci - równie chętnie - w większości przypadków - korzystali z możliwości
wyjazdu ze zniewolonego komuną kraju, urządzenia sobie życia od początku
w bardziej ludzkich warunkach.
Następne pokolenie wyjeżdża, wielu nie wróci, zamknie za sobą
drzwi na zawsze. Niektórzy będą tęsknić, pamiętać, część może wróci. Jednak
życie ma swoje prawa - niełatwo jest wracać, chociaż i trudno żyć w obcym
kraju.
Ilu z nowej fali emigrantów będzie pamiętało o swojej ojczyźnie
tak jak ludzie, o których pisze Andrzej Kumor? Pewnie będą to też pojedynczy
ludzie. Niektórzy z nich będą próbowali walczyć o pamięć dla swoich dzieci,
dla siebie samych, dla narodu. Inni stopniowo zapomną, nie będzie im zależało
na podtrzymywaniu więzi z rodakami, na zachowaniu pamięci o swojej tożsamości.
Pozdrawiam Pana Andrzeja Kumora
Anna Kozłowska
Ottawa
Od redakcji: Szanowna Pani, jeśli polskość będzie się opłacać,
Polaków będzie nam przybywać. A po to, by polskość "była opłacalna", trzeba
zbudować silny i praworządny naród.
Kto jest teraz wrogiem RP?
(do artykułu A. Ligęzy)
Jeśli prawo ustalone przez klikę jest niesprawiedliwe, obowiązkiem
każdego obywatela jest przeciwstawić się takiej uchwale. Tylko całkowite
otwarcie teczek i archiwów IPN-u dla bezpośredniego dostępu dla każdego
obywatela RP bez utrudnień i rzucania kłód przed nogi, może być tylko jednym
i prawnym podejściem do rozwiązania tego problemu.
Czy to matacze z PiS-u, czy SLD, czy PO, nie powinni ukrywać
się sami i szantażować całe społeczeństwo.
Trybunał Konstytucyjny dał możność dla społeczeństwa polskiego
domagania się całkowitego otwarcia archiwów IPN. To tylko jedno wyjście
i nie może być innego matactwa.
Kto się nie zgadza z całkowitym otwarciem archiwów IPN-u, jest
wrogiem państwa polskiego, i to w 100 proc.
Trzeba sobie to dobrze uzmysłowić, kto jest teraz prawdziwym
wrogiem RP i niszczy dobre imię naszej ojczyzny.
ZAP
Od redakcji: Święta prawda.
GONIEC NR 20/2007 (177)
(18-24V
2007)
Panie Kumor,
Znów robi pan te same błędy co poprzednio, pisząc na temat roli
Kościoła - przytacza wiele faktów, z którymi można się zgodzić, ale myli
się w ogólnej ocenie. I wcale nie piszę tego po to, żeby panu dołożyć,
lecz z uwagi na czytelników.
Dlaczego pan przedstawia to wszystko w tak czarnych kolorach?
Pisze na przykład: "Jak mawiał największy polski pisarz XX wieku, Józef
Mackiewicz, Niemcy robili z Polaków bohaterów, a Sowieci g...no". Nie można
nazywać państwa stworzonego na polecenie Stalina przez jego ludzi w Polsce
"ojczyzną" czy "Polską". Straty moralne wynikające z komunizmu są o wiele
większe niż te, które przyniosło kilka lat wojennej tragedii. Straty były
utrwalane przez wychowanie, system szkolny, totalny charakter państwa,
brak możliwości zatrudnienia poza systemem itp. W takim
razie Generalna Gubernia była lepsza dla Polski, prawda? Komuniści mawiali:
"Gdyby nie Armia Czerwona, naród polski by dzisiaj w ogóle nie istniał".
Nie jest tajemnicą, że za komuny Polska była państwem niesuwerennym, satelitą
Moskwy, że system kolektywizacji i sowieckiej kolonializacji demoralizował
ludzi, zabijał wiarę w sens uczciwej pracy i uczył nieufności człowieka
do człowieka. Ale nie przesadzajmy. Bezrobocie było niskie, oświata stała
jednak na niezłym poziomie. Absolwenci komunistycznych uczelni byli na
ogół dobrymi fachowcami. Uważam, że prawo człowieka do pracy
i nauki było bardziej szanowane wtedy niż obecnie, bo nie rządził pieniądz.
Dalej pisze pan: "Zamiast kilku lat, na wyzwolenie trzeba było zaczekać
kilka dekad. Te kilka dekad okazało się dla Narodu Polskiego okrutne, zadając
mu o wiele większe straty niż wszystkie lata zmagań wojennych".
Powoli. Ruszyło budownictwo mieszkaniowe za Gomułki w latach
60., rozbudowywał się przemysł za Gierka w latach 70., bezrobocie, jak
wspomniałem, wtedy było o wiele niższe. Pewien facet powiedział mi w Kanadzie:
"Jaka robota była, taka była za komuny, ale była. I nikt nie głodował".
A dzisiaj? Więcej Polaków z niedostatku trafia do krajów dzisiejszej Unii
lub na śmietnik niż za komuny. Nawet solidarnościowa emigracja nie była
tak wielka jak ta "unijna".
Pan pewnie jest jeszcze młody i niewiele z tego pamięta. I dalej:
"Rocznica zakończenia II wojny światowej powinna służyć przywróceniu tej
jasno definiowanej perspektywy, jakże ważnej dla uratowania polskiej tożsamości
narodowej!". Dzisiaj tożsamości narodowej nie trzeba ratować. Polska odzyskała
ją w całej pełni. Świat nie dzieli się na same czarne i białe kolory. Okresu
stalinowskiego terroru nie można utożsamiać z okresem gomułkowskim lub
gierkowskim, a komunistycznej niewoli prezentować jako gorszej od hitlerowskiej,
w sposób jak pan to robi. Trzeba dzisiaj więcej patrzyć w przyszłość niż
zajmować się zaszłościami. A ta przyszłość nie zapowiada się różowo.
To, że Polacy nie są przywiązani do praworządności, kłócą się
między sobą i nie chodzą głosować, może znów doprowadzić do utraty tożsamości
narodowej.
Faktem jest, że nie jesteśmy narodem wybranym i robimy sobie
krzywdę wmawianiem sobie wielkości. A w tym wmawianiu przodują, niestety,
pisma katolickie i prawicowe, jak "Goniec".
Waldemar Konior
Od redakcji: Szanowny Panie, tak jest, okupacja "komunistyczna"
miała różne fazy, podobnie jak hitlerowska, też różnie wyglądała w różnych
miejscach i latach. Na pozostałe argumenty odpowiadam w felietonach od
lat. Powiem Panu tylko tyle, że Niemcy też sporo za okupacji w Polsce pobudowali...
Drogi Redaktorze,
Przepraszam, że dopiero teraz ta uwaga, lecz z braku czasu nie
czytam regularnie "Gońca". Pod moim listem w sprawie wywiadu z J.T. Grossem
był Pan łaskaw umieścić uszczypliwy dopisek: "... dlaczego list jest po
angielsku, skoro skierowany jest m.in. do czytelników =Głosu Polskiego?
- =prawdziwie polskiego?. =Głosowi Polskiemu? nie przystoi tracić polskiego
głosu". Pan pozwoli, że nie będę komentował "tonacji" i poziomu tej uwagi.
Jeśli to zaś miał to być żart, to powiedzmy - średni. Gwoli wyjaśnienia
dodam tylko, iż list był adresowany także do czytelników i zainteresowanych
osób anglojęzycznych i do nich pierwotnie przeznaczony, a rozesłany także
drogą mailową.
O sprawach istotnych dla Polski winniśmy rozmawiać także po angielsku,
bo po polsku niekiedy... trudno się w Kanadzie dogadać. Tak - prof. Chodakiewicz
pewnie lepiej by sobie poradził w mediach amerykańskich niż Nowak, a jeszcze
lepszym pomysłem byłoby zaproszenie do "Agenda with Steve Painkin" w TV-Ontario
prof. Daviesa, który jako nie-Polak zabrzmiałby bardziej obiektywnie. Zatem
- koledzy z "Gońca" - do dzieła - uruchommy swe kontakty z tymi panami
i spowodujmy, by Paikin zaprosił ich do swego programu.
Z wyrazami sympatii,
Wiesław Magiera,
redaktor naczelny
"Głosu Polskiego"
Od redakcji: Również, z wyrazami sympatii.
***
W swoim ostatnim numerze "Goniec" zamieścił list p. Janusza Sierzputowskiego,
który targany rozlicznymi emocjami po powrocie z Polski, podzielił się
nimi z Czytelnikami.
Zgadzam się (za Redakcją) z drugą częścią listu, ale przyznam,
że pierwsza wprawiła mnie w zdumienie, a to z powodu entuzjazmu, z jakim
Autor opisuje pozytywne zmiany, jakie w ostatnim czasie zaszły w
Najjaśniejszej. Cytuję zatem: "[...] szok jest olbrzymi, w budownictwie
wrze, co krok budowa, remont [...] postęp widać gołym okiem". Lecz czy
szanowny Pan wie, że metr kwadratowy w warszawskiej ruderze epoki gierkowskiej
kosztuje 7000 zł, przez co 2-pokojowa klita (nie "dwubedroomowa", jak zwykliśmy
nazywać mieszkania 3-pokojowe w Ameryce) kosztuje ok. 300 000 zł? Biorąc
pod uwagę zarobki przeciętnego nauczyciela czy lekarza w państwowej przychodni,
na taki luksus nieborak ten musiałby pracować przez ćwierć millenium, czego
mu na szczęście gospodarka polska oszczędzi, bo nikt przy zdrowych zmysłach
nie da nędzarzowi, nawet z doktoratem, kredytu rozłożonego na 500
lat.
Dalej Autor podkreśla tanie życie w Polsce, cyt. "lubię to miasto
(Wrocław) i nocną jazdę za niecałe 50 zł. W rzeczy samej, taniocha, bo
to tylko 20 kanadyjskich dolarów za nocny rajd" (nie wiemy, czym). Natomiast
biorąc pod uwagę moje wyliczenia powyżej i stawki godzinowe sprzedawców
w sklepach (między 3 a 5 zł za godzinę pracy), pracowników najemnych w
sadownictwie i rolnictwie (3-7 zł/h), pielęgniarek (7 zł/h) czy pracowników
naukowych (1200 zł miesięcznie) - 50 zł to koszt obiadów na cały tydzień!
Polska jest krajem fantastycznym do życia - dla turysty, przeliczającego
dolara na złotówki. I dlatego nie będzie przeszkadzać mu, że kilogram wymrożonych
na wiór krewetek najniższego sortu kosztuje 70 zł, a ceny ryb są znacznie
wyższe niż w Czechach, które nie mają mazurskich jezior ani dostępu do
morza. Luksus w postaci białego sera to 12 zł za kilogram. W tym Eldorado
rozmowy telefoniczne są najdroższe w Europie, zmiana operatora telefonicznego
zawsze wiąże się z karą pieniężną, benzyna kosztuje 4,20 zł za litr (godzina
pracy robotnika czy ekspedientki), policja boi się własnego cienia, proste
sprawy sądowe ciągną się latami, a w rodzinach patologicznych zabijane
są dzieci, bo opieka społeczna czy system kurateli sądowej praktycznie
nie istnieją.
Autor czuje się jednak zawiedziony poziomem usług w pociągu Intercity
- brak klimatyzacji i konieczność znoszenia głośnych rozmów współpasażerów
były dla niego udręką. Drogi Panie - pociągami Intercity jeżdżą nieliczni,
Polska tłoczy się w osobowych, w których podróż przed 6 rano grozi śmiercią
lub kalectwem!
Następnie Autor wyraża opinię na temat stanu umysłu Polską niezachwyconych,
pisząc cyt. "[...] trzeba być głupcem lub przegranym komuchem, aby udawać,
że nic się nie dzieje".
Dzieje się, Panie Januszu, dzieje się, aż strach! Tydzień temu
nauczyciele otrzymali rewaloryzację za I kwartał - 3,68 zł, zaś plantatorzy
i sadownicy zamierzają sprowadzać do kraju indyjskich biedaków do pracy
na swoich polach i w sadach - bo polski pracownik żąda za godzinę harówki
6 zł - a to jest podobno bardzo wygórowana stawka. Dyrektorem jednego z
największych banków został nauczyciel fizyki, wicepremierem jest człowiek
z wyrokiem kryminalnym, a połowa posłów koalicji ma wyroki sądowe. Rząd
tego kraju wbrew konstytucji zmienia go w kraj katolicki i nieustannie
dopieszcza radio, od którego odżegnuje się sam Watykan.
Tajna lista agentów służb specjalnych krąży po całym świecie,
a szef wywiadu gubi swój laptop. Krawcowa otrzymuje posadę w biurze partii
koalicyjnej w zamian za usługi seksualne, a spekulacje dotyczące ojcostwa
jednego z jej dzieci opisuje nawet prasa na Jamajce. Minister edukacji
do niedawna przewodniczył partii, uznanej w Europie za neonazistowską,
a jego ojciec popiera żydowskie getta i próbuje dowieść, że pod Wawelem
żyły dinozaury. Nikt w rządzie nie zna języka angielskiego na tyle, by
móc się nim swobodnie posługiwać, dzięki czemu głowie państwa uchodzi na
sucho nazwanie zagranicznej dziennikarki "małpą". Prezesem NBP jest
zaś człowiek, który nie potrafi wyartykułować poprawnego gramatycznie zdania
w języku ojczystym (służę nagraniem).
Przy tych "widocznych zmianach" brak świeżego powietrza w pociągu
czy ceny mieszkań, wyższe niż w Toronto, to szczegół niewart uwagi. Na
szczęście, nikt już nie łypie na życie turystów z państw zachodnich, jak
to miało miejsce w jedynym słusznym ustroju, kiedy prasa opisywała przypadki,
gdy jeden z nich wypadł z okna pokoju hotelowego na parterze i połamał
sobie kark w 5 miejscach, inny potknął się o dywan i rozłupał czaszkę,
a kolejny udusił się podczas zawiązywania krawata. Jest dobrze, jest
bezpiecznie, jest dostatnio - zatem nic, tylko emigrować!
Agnieszka Krupak
Głupiec i komuch przegrany
Od redakcji: Dziękujemy, rozumiemy zdenerwowanie, czasem trochę
ono przeszkadza.
GONIEC NR 19/2007 (176)
(11-17V
2007)
Parę słów
do p. Grażyny Lejkowskiej
Szanowna Pani,
Po co pisać te epistoły, skoro się nie rozumie artykułu redaktora
Michalkiewicza "W oparach obłudy"?
A przecież Autor "wyłożył kawę na ławę". Zapewniam Panią, że
red. Michalkiewicz szanuje Ojca Świętego jak każdy prawdziwy Polak, nie
mniej niż Pani.
Z poważaniem
Czytelniczka z Montrealu
Od redakcji: Dziękujemy za mądre słowa.
***
Wczoraj, 4 maja, przeczytałem list posłany do redakcji "Gońca"
przez osobę ukrywającą się pod inicjałami "S.W.". Nie wiem, czy mam
do czynienia z mężczyzną, czy kobietą, ale wiem, że mam do czynienia z
osobą, która jest komunistą i która się wstydzi własnego nazwiska.
Bardzo możliwe, że ta osoba boi się ujawnić, kim jest, a temu
się wcale nie dziwię.
List ten dotyczy pochodów pierwszomajowych w Polsce i mówi, że
nawet członkowie polskiego parlamentu nieśli czerwone flagi. A to mnie
dziwi. Nie spodziewałbym się przeczytać czegoś podobnego 20 lat temu, ale
dzisiaj , gdy wiemy o zbrodni w Katyniu, o przesiedleniach półtora miliona
Polaków na Syberię i o morderstwie 3/4 miliona Polaków na Syberii, to jak
można to nazwać inaczej.
Nie dziwiłbym się dlatego, bo komuniści trzymali naród polski
w kajdanach i z "zamkniętymi" ustami. Nie dziwiłbym się dlatego, bo karmili
naród kłamstwami i fałszem.
Ale dzisiaj, gdy wiemy o bolszewickich przestępstwach, kiedy
w końcu wiemy prawdę, pisać takie słowa w wolnym kraju, czy to w Polsce,
czy w Kanadzie, mówi mi to, że ta osoba zgadza się z tym, że czerwony sztandar
jest bardzo czerwony, bo przesiąknięty polską krwią.
Cieszę się tylko, że "Goniec" opublikował ten list, bo to dowód
na to, że jesteśmy ludźmi wolnymi. Ja nie muszę tej "osobie" mówić,
co by się stało, gdyby polski obywatel napisał coś podobnego albo
skrytykował komunizm w polskiej gazecie 20 lat temu. Nie muszę tego tłumaczyć,
wszyscy doskonale wiemy, co by się stało. Osoba ta pisze do polskiej gazety,
ale nie ma prawa nazywać siebie Polką, czy też Polakiem. Sługi komunizmu
nie są Polakami, są zdrajcami narodu polskiego.
Bohdan D. Prażmowski
Od redakcji: Panie Bogdanie, zabija Pan posłańca złej wiadomości.
Pan S.W. jedynie przytaczał karygodne rzeczy, z którymi - co wynikało z
tekstu - nie zgadzał się.
Pojednanie czy połajanie?
Zaintrygował mnie tytuł wykładu "Wina i odpowiedzialność" oraz
osoba rozmówcy - ks. Romualda Jakuba Wehslera-Waszkinela. To polski katolicki
ksiądz, który w wieku 35 lat dowiedział się, że jest Żydem, jego biologiczni
rodzice zginęli w holokauście, a ci, których kochał jako rodziców i uratowali
mu życie, byli jego przybranymi rodzicami.
Organizatorem tego spotkania była Fundacja Dziedzictwa Polsko-Żydowskiego
w Kanadzie, z misją promowania porozumienia Polaków i Żydów w Kanadzie.
Zmęczony po pracy, ale ciekawy tego, co usłyszę, usiadłem przy
stole w sali Centrum Jana Pawła II, i usłyszałem...
Ks. Wehsler - będę używał tylko tego żydowskiego nazwiska, gdyż
tylko tak dał się poznać gość z Polski - na podstawie opisu życia innego
polskiego księdza i Polaka, przedstawił zebranym dość jednoznaczny obraz
tragicznego losu i życia Żydów w Polsce. Miejsce akcji: Rzeczpospolita
(później Ludowa) - kraj, w którym właśnie Żydzi mieli się tak dobrze i
dlatego było ich tak dużo jak w żadnym innym kraju na świecie.
Czas akcji: II wojna światowa, okupacja i czasy współczesne ze
szczególnym naciskiem na to, co zrobił i co mówił Jan Paweł II dla Żydów
i o Żydach. Wiedząc czemu, jedynie okres stalinowski (NKWD, UB) w opisie
tragicznej doli Żydów w Polsce został dyskretnie przeskoczony.
Cała forma opowiadania i liczne obrazki z życia Żydów w Polsce
stworzyły czytelny przekaz tragicznego życia naszych "starszych w wierze
braci", otoczony rzeczywistą żądzą zabijania przez nazistów (nie Niemców)
i w dużej części przychylnych temu Polaków. Czysty polski antysemityzm
"wyssany z mlekiem matki".
Jakże to tragiczna i bolesna sytuacja w wypadku ks. Wehslera,
któremu właśnie matka Polka uratowała życie i wykarmiła, a teraz ja, Polak
na obczyźnie, wyczuwam ze strony ks. Wehslera czysty antypolonizm. Ale
to nie jest karalne, w odróżnieniu od antysemityzmu (ks. Wehsler jest wykładowcą
na KUL-u).
Aż strach pomyśleć, jaki kolejny obraz Polaka antysemity otrzyma
przeciętny Kanadyjczyk, gdy przyjdzie na taki wykład w jęz. angielskim,
planowany na 9 maja w St. Michael's College.
Spraw, które mnie bardzo poruszyły, słuchając wykładu, było bardzo,
bardzo wiele, ale nie ma na nie czasu i miejsca, szkoda. Dotknę dwóch.
Nasz gość z Polski, katolicki ksiądz, powiedział, że przez XIX wieków chrześcijański
znak krzyża nie był dla Żydów znakiem miłości.
Chcę księdzu powiedzieć, że ja przez te 40 minut wykładu nie
odczułem nawet śladu Twojej miłości, a to właśnie Ty masz mnie tego uczyć.
Nie wyczułem w Tobie ani Polaka, ani księdza. Twoje gwałtowne i pełne oburzeń
zaprzeczenie na pytanie z sali (zupełnie niepotrzebne), że Żydzi zabili
Jezusa, że to: "brednia i nieprawda wyrzucana z teologicznego nauczania
Kościoła" - chcę zadać pytanie: Nie Żydzi? A więc kto? Eskimosi? (Jan 18.33-40)
I jeszcze drobiazg - zabrakło mi najprostszej modlitwy, chociażby znaku
Krzyża św. na początek i na koniec tego spotkania. A może nie wypadało?
Wróciłem do domu i długo nie mogłem zasnąć, myśląc o winie i
odpowiedzialności, jakie zostały w trakcie tego spotkania narzucone. Ze
mną - próba nieudana.
Roman Dorna
Od redakcji: Szanowny Panie, czy przekazał Pan swoją opinię
księdzu osobiście podczas spotkania? Chyba była to najlepsza ścieżka.
***
Po miesiącu w Polsce, z bólem serca zmuszony byłem wracać. Po
rocznej przerwie... już dawno widziałem ogromne zmiany, ale teraz szok
jest olbrzymi, w budownictwie wrze, co krok budowa, remont... zmiany następują
bardzo szybko, to nie jest kraj nawet sprzed lat czterech, postęp widać
gołym okiem i trzeba być głupcem lub przegranym komuchem, aby udawać, że
nic się nie dzieje.
Praca PiS i koalicjantów, mimo destrukcji opozycji, daje efekty...
ale podobno dla dobra Polski i Polaków (???).
W trakcie pobytu mam zwyczaj odwiedzać m.in. Wrocław... ot tak,
lubię to miasto i nocną jazdę za niecałe 50 zł, luźno, czysto i można porozmawiać.
Ostatnio sprawy załatwiły się jakoś dziwnie szybko, trzeba było jechać
w dzień, ładna kasjerka przekonała mnie do Intercity... cena prawie 100
zł, pociąg ładny i czysty, dawali nawet kawę i na tym kończyły się zalety.
Klimatyzacja po prostu wyłączona, tłok, a pasażerowie jacyś bardzo rozgadani,
ale tak aby ich było słychać, żeby wszyscy wiedzieli, że jedzie ktoś bardzo
ważny, za mną usiedli dwaj pracownicy p. Gronkiewicz-Waltz, no i wszyscy
wiedzieli o problemach z budową stadionu, jakie mają oni, tzn. politycy
z Pragi. Wiele osób w tej torpedzie było w delegacji, im nie wypadało jechać
tym tańszym i tylko pozornie gorszym pociągiem.
Z rozmów, TV i innych mediów można wyciągnąć wnioski, no i...
zadufanie i głupota polityków tej opozycji jest zauważalna gołym okiem.
Tow. Olejniczak w czasie dyskusji o karze śmierci z zadowoleniem stwierdził,
iż lewica zawsze była przeciwna karze śmierci.
Nie dziwię się, że został liderem SLD, tam inteligentów nie potrzebują,
ale teraz wiadomo, kto jest idolem tego bałaganu... taaak, Lenin, Stalin,
Hitler, Pol Pot jako lewicowcy i komuniści nieśli postęp i byli przeciwni
karze śmierci... nic dodać, nic ująć, wszystko jasne.
Samobójstwo Barbary Blidy, byłej minister i działaczki SLD, spowodowało,
że TV bardzo i bardzo często krytykowała ten brzydki PiS, a Olejniczak,
Szmajdziński i jakiś Kalisz bez przerwy się mądrzyli... No cóż, ktoś musi
te głupoty wygadywać. Ale jest jeden malutki problem, towarzyszy z SLD
dosięgła amnezja, jakoś w ogóle nie pamiętają o skrytobójczych morderstwach
z lat poprzednich, morderstwach do tej pory niewyjaśnionych, a nie powinno
się zapominać o śmierci Piotra Jaroszewicza z żoną, gen. Marka Papały,
Ireneusza Sekuły i min. Jerzego Dębskiego oraz wielu powiązanych z nimi,
np. "Pancernika", "Baraniny" lub prokuratora Reguskiego... Zresztą przykłady
można mnożyć, ale... opozycja woli nie pamiętać. Samobójstwo Barbary Blidy
świadczy o tym, że brać się nie bała, ale bała się odpowiedzialności, a
może jeszcze bardziej wspólników (?).
Wygląda na to, że bandytyzm i korupcja, wszechobecne w PRL, zostały
zmuszone do zejścia w podziemie, skończyły się czasy, gdy ręka w rękę...
i gdzie wszystko można było "załatwić". Taka sytuacja komunistycznego bezhołowia
odpowiadała wielu i dlatego protestują przeciw lustracji i rządom PiS-u,
a współcześni "targowiczanie" szukają wsparcia za granicą, u lewicowych
kolegów, takiego międzynarodowego klubu dobroczyńców... Polska ten scenariusz
przerabiała już kilkakrotnie, ale Geremek i Mazowiecki mają swoje zasady
i niekoniecznie reprezentują polskie interesy.
Komunistyczne "autorytety", hołota pnąca się po plecach hołoty
na szczyty, nie ma zamiaru zrezygnować, ale myślę, że kręcą sobie bat,
że do pracy muszą dopuścić młodych i uczciwych, nie mających z komunizmem
powiązań. Szansa odsunięcia w niebyt reprezentantów ostatniego półwiecza
wiąże się z nadzieją, że Polska po raz któryś dostanie szansę, ale musimy
pamiętać, że komunizm wykombinowano w Europie, a do Rosji tylko podrzucono
Lenina z resztą hołoty. Musimy się wystrzegać błędów, jakie popełniliśmy
np. po wygranej bitwie pod Grunwaldem lub po rozbiciu nad Wisłą band komunistycznych
w 1920 r.
Janusz Sierzputowski
Od redakcji: Zgadza się!
***
Od redakcji:
Prosimy o kontakt autorów listu nadesłanego do redakcji "Gońca"
i podpisanego "Przyjaciele Domu Kopernika". Anonimów nie drukujemy, ale
opisana sprawa jest bardzo ważna i niepokojąca.
GONIEC NR 18/2007 (175)
(4-10V
2007)
***
W związku z artykułami ukazującymi się na łamach gazety "Goniec"
na temat domu SPK Koło nr 20 przy 206 Beverley w Toronto, jako Zarząd tego
Koła, chcieliśmy przedstawić nasz punkt widzenia w tym względzie.
Jak wynika z artykułów, to istnieją dwie sprawy. Jedna to sprzedaż
domu, druga to budowa windy.
Dom SPK usytuowany jest w centrum miasta, blisko art gallery,
hoteli, uniwersytetu i innych dużej wagi instytucji, co już tym samym podnosi
jego wartość. Poza tym jest blisko komunikacji miejskiej. Dom jest reprezentacyjny.
Wydaje nam się, że powinniśmy być dumni z posiadania takiej siedziby. My
wiemy, że jest on własnością SPK, lecz nie wszyscy Polacy o tym wiedzą,
a tym bardziej Kanadyjczycy czy inne nacje. Oni wiedzą, że jest to dom
polski i zazdroszczą go nam. Dlaczego mamy się go pozbywać i kupować mniejszy,
użyjemy teraz cytatu "dla kogo i po co" - chyba nie dla weteranów. Najmłodsi
weterani przekroczyli 80-tkę i my mamy sprzedawać ich dom. Dom, do którego
przychodzili od trzydziestu paru lat?
Autor artykułu proponuje kupno domu za ok. 2 mln dol. w High
Park. Tu zachodzi pytanie, czy można kupić w High Park budynek, który pomieści
120 osób na przyjęcia kombatanckie, z parkingiem na co najmniej 30 samochodów,
za ok. 2 mln? Budynek mieszkalny w tej okolicy tyle kosztuje.
Załóżmy, że kupimy budynek za 2 mln, ale będzie można go kupić
w dalekim Etobicoke lub Scarborough. Jak nasi weterani będą tam dojeżdżać
- przecież coraz mniej ich jeździ samochodami. Kto zajmie się przystosowaniem
budynku do naszych potrzeb, kto przeniesie nasze pamiątki weterańskie,
kto przeniesie wspomnienia, kto przeniesie pamięć po tych, którzy pracowali
tutaj przez wiele lat bezinteresownie? Chyba nie będziemy o to prosić "młodego
pokolenia", które to, w mniemaniu autora artykułów, chce sobie przywłaszczyć
nasz majątek.
Majątek i tak pozostawimy, to czy nie lepiej pozostawić dotychczasowy,
a nie na siłę starać się go pomniejszyć. Nie wydaje nam się, że weterani
po kilkudziesięciu latach ciężkiej pracy nie mogą sobie pozwolić na zapłacenie
rocznej składki w wysokości 30 dol. lub wypicie drinka czy zjedzenie obiadu
za kilka dolarów w naszym budynku. Jeżeli zaś tacy są, to chętnie ich ugościmy,
nie musimy z tego powodu sprzedawać budynku, jak to sugeruje autor "sympozjum".
Jak nam wiadomo, chyba nastał jakiś trend sprzedaży budynków
polonijnych. Któryś z kolei budynek został sprzedany, ale nic nie słychać,
żeby pieniądze uzyskane ze sprzedaży domów zostały zainwestowane w fundacjach,
by chociaż część z nich została przeznaczona na cele charytatywne. Jakoś
nic nie słychać, co się z tymi pieniędzmi dzieje. Zarząd nasz nie chce
dopuścić, by stało się to samo z naszym budynkiem. Chcemy zaangażować młodsze
pokolenie (synów i córki weteranów) do prowadzenia dotychczasowej działalności,
a że są to ludzie młodzi i wykształceni w Kanadzie, będzie im łatwiej.
Mamy wspaniałych młodszych ludzi, którzy zaczynają być w wieku przedemerytalnym.
Swoje sprawy prywatne mają uregulowane. Dlaczego nie dać im szansy, niech
pokażą, na co ich stać.
Dlaczego nie może z budynku SPK korzystać cała torontońska Polonia.
W ostatnich latach sytuacja gospodarcza naszego Koła bardzo się poprawiła.
Coraz więcej organizacji polonijnych korzysta z naszego budynku, restauracja
czwartkowa i bar dobrze funkcjonują. Sale nasze wynajmowane są przede wszystkim
przez organizacje polonijne. Budynek zaczyna tętnić życiem polonijnym,
i nie tylko.
Mamy nadzieję, że budynek utrzyma się jeszcze przez wiele lat.
Myślimy również nad tym, że może nadejść chwila, kiedy zajdzie jednak konieczność
sprzedaży budynku, to pracujemy nad tym, by żaden cent ze sprzedaży nie
został zmarnowany, żeby cały kapitał został przekazany na cel, który uwieczni
pamięć Polskich Kombatantów w Kanadzie. Zarząd pracuje nad testamentem,
którego projekt zostanie poddany pod dyskusję członkom Koła.
Drugim zagadnieniem, które nie daje spać po nocach autorom artykułów,
jest budowa windy. Jak już podkreślaliśmy - wielu naszych weteranów ma
trudności z chodzeniem, a co dopiero wejściem po schodach na drugie piętro.
Zarząd tytułem próby rozesłał apel do członków Koła o pomoc w budowie windy
i, o dziwo, prawie 40 proc. członków odpowiedziało na apel, przysyłając
donacje - ile kto mógł.
Na pierwszy apel zebraliśmy ok. 10 proc. wartości kosztów budowy
windy. Rozpoczęliśmy wstępne rozeznanie co do wielkości, co do usytuowania
oraz kosztów. Inżynierowie fachowcy, którzy przestudiowali plany, wypowiadali
się pozytywnie na ten temat. W związku z tym 25 lutego 2007 r. zostało
zwołane Nadzwyczajne Zebranie Koła, na którym przedstawiliśmy stan faktyczny.
Nie przedstawiliśmy planów budowy, gdyż wykonanie ich pociąga za sobą koszty,
a nie byliśmy pewni co do opinii pozostałych członków. Na zebraniu nie
było kworum, ale z opinii wypowiadanych przez ogół uczestników wynika,
że są za budową windy. Tylko mała grupka ludzi, która dąży do sprzedaży
budynku, była przeciwna. Jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę członków, którzy
dali donację, oraz liczbę członków na zebraniu, to możemy uważać, że prawie
70 proc. członków jest za budową windy. Zdajemy sobie sprawę z wielkości
przedsięwzięcia, ale jeżeli nie zaczniemy, to nic nie zrobimy.
W jednym z listów opublikowanych w gazecie "Goniec" był projekt
zamontowania krzesełka. To jest bardzo dobry projekt, tylko że jak nam
wiadomo, to zaprzestano produkować krzesełka pracujące w wyciągu zaokrąglonym.
Gdybyśmy chcieli to zrobić, to trzeba by było zainstalować trzy krzesełka
i użytkownik musiałby się przesiadać trzykrotnie. Koszt tego przedsięwzięcia
wynosiłby ok. 45 tys. dol. Czy warto?
Gdybyśmy mieli windę, to utrzymanie budynku byłoby łatwiejsze,
ponieważ wiele instytucji nie może korzystać z naszych usług ze względu
na brak windy. Pracujemy nad zbieraniem pieniędzy, zleciliśmy opracowanie
planów. Mamy nadzieję, że doprowadzimy nasze przedsięwzięcie do końca.
Apelujemy jednocześnie do całej Polonii o poparcie i pomoc w
realizowaniu naszego zamierzenia. Każdy datek może być odpisany od podatku,
gdyż posiadamy numer charytatywny.
Nasz adres: Polish Combatants Association Br. 20, 206 Beverley
St., Toronto, ON M5T 1Z3.
Z góry dziękujemy za przekazane nam donacje.
Zarząd SPK Koło nr 20
PS Kolejny list, który ukazał się w gazecie "Goniec" nr 17 z
27 kwietnia 2007 dotyczący naszego budynku, pozostawiamy bez komentarza.
Od redakcji: Dziękujemy za wypowiedź.
1 Maja, święto pracy, ustanowione na chwałę komunizmu, przez komunizm,
dalej żyje. W Warszawie w defiladzie szli i teraz nawet parlamentarzyści,
z flagami czerwonymi z sierpem i młotem. Krzyczeli "Żądamy chleba i pracy.
Precz z rządami Kaczyńskich". Kolor czerwony i czerwone pochody są piękne,
szczególnie wiosną, ale chodzi o ideologię tego święta. Nawet w Rosji ta
flaga czerwona z sierpem i młotem nie jest już flagą narodową, a w Polsce
nadal dumnie noszą ją na ramionach ludzie nawet z parlamentu. Mają bynajmniej
prawo, bo to jest w dalszym ciągu święto legalne, jako święto narodowe.
Jest to dzień wolny od pracy i płatny dalej przez rząd polski.
Przyglądając się temu, należałoby rzeczywiście wołać "precz z
rządem", który dalej akceptuje to komunistyczne święto jako święto narodowe.
Kiedy wreszcie rząd i naród się opamiętają. Ciekawe, jak by naród zareagował,
gdyby np. dzień napaści hitlerowskiej na Polskę też uznać za święto chwały
narodowej.
S.W.
Od redakcji: Flaga bolszewicka musi być traktowana na równi
z hitlerowską. Powinniśmy się tego domagać na każdym kroku!
***
Powiesiłem na balkonie flagę polską. Zadzwoniła przed chwilą
p. superintendent, żebym ją zdjął, bo tam nie powinna być. Bo ktoś podobno
zrobił zażalenie.
Mieszkam w bloku apartamentowym.
Emanuel Czyżo - Toronto
Od redakcji: Współczujemy, proszę interweniować u swojego posła.
GONIEC NR 17/2007 (173)
(27
IV - 3 V 2007)
Szanowny Panie Redaktorze,
Parę słów na temat listu opublikowanego w "Gońcu" (5-12 kwietnia
2007) pt. "The Second Generation Heritage".
Niczego nie można zbudować bez solidnych fundamentów, jak również
nie można tworzyć nowych organizacji, jakiekolwiek one mają być, bez członków.
A czytając ten list, odniosłem wrażenie, że one już istnieją,
chociaż członków nie mają, przywłaszczyły sobie nasz majątek w postaci
domu SPK, w którym mają zaprowadzić nowy ład i porządek. A my, kombatanci,
będąc już, jak widać, poza nawiasem, czy chcemy, czy nie, musimy przyjąć
to jako fakt dokonany. Tak przynajmniej widać ze słów, które cytuję: "A
campain to bring the S.P.K. to the second and third generation is underway".
Dalej można wnioskować, że jeżeli zajdzie potrzeba utrzymania fikcyjnej
łączności z weteranami (prawdopodobnie dla dalszego zwolnienia od miejskich
podatków), no to dwóch wyższych oficerów wojska pokojowego zorganizuje
zapis polsko-kanadyjskich żołnierzy, właściwie powinno brzmieć kanadyjskich
żołnierzy polskiego pochodzenia. Problem z tym jest taki, że oni jeszcze
nie są weteranami, chyba że wciągną tych wracających z Afganistanu. Ale
ci rozsiani po całej Kanadzie, wątpię, czy chcieliby i mogli brać udział
w życiu SPK, a tym bardziej w tradycyjnych (ale już kończących się z powodu
istniejącej atmosfery) czwartkowych spotkaniach.
A my, żyjący jeszcze kombatanci, obrońcy Ojczyzny i walczący
o Jej wolność w czasie drugiej wojny światowej, dzisiaj stojący już parę
minut przed dwunastą, prawie wszyscy pragnęlibyśmy, żeby majątek, który
gromadzony był ciężką pracą przez pół wieku, był prawnie zabezpieczony
i służył jako finansowe zaplecze do dalszej działalności takiej właśnie
organizacji drugiego pokolenia, której celem byłaby ochrona Dobrego Imienia
Narodu Polskiego i naszej Ojczyzny. To byłaby chyba najładniejsza pamiątka
po nas, kombatantach, a dla młodszego pokolenia mogłaby być "światłem przewodnim"
w kontynuowaniu tak szlachetnej idei, jaką jest ochrona i obrona "Sprawy
Polskiej".
Dumny jestem z tego, że dom SPK, który projektowałem z kol. Krupowiczem
- weteranem, i kolegami inżynierami, również weteranami, budowałem - egzamin
zdał i służy nam do dziś dnia. Natomiast podnoszenie go do rangi "pomnika"
na pewno nietykalności mu nie zapewni.
Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości będę miał możność
przedstawić kol. Sokołowskiemu mój punkt widzenia.
A teraz parę słów o sprawozdaniu z Koła nr 20 do Kwartalnika,
który otrzymałem z kilkutygodniowym opóźnieniem. Wnioskując po inicjałach,
sprawozdanie było przygotowane przez sekretarkę Koła. Cytuję: "Frekwencja
na bankiecie była duża, lecz niestety nie obyło się bez przykrego dla nas
zdarzenia. Jeden z przybyłych gości kombatantów, który porusza się na wózku
inwalidzkim, nie mógł uczestniczyć w bankiecie z powodu braku windy w budynku.
Kombatant ten nie zdecydował się skorzystać z pomocy kolegów, którzy po
rycersku zaoferowali się wnieść go na pierwsze piętro".
Okazuje się jednak, że opisane powyżej zdarzenie wyglądało inaczej.
Będąc zaproszony na weterańskie przyjęcie, siedziałem z kolegą Częstochowiakiem,
który jest nowym członkiem SPK. Kwartalnika jeszcze nie dostał, więc przedstawiłem
mu problem, jaki zaistniał na bankiecie i który był podobno powodem do
powzięcia decyzji budowy windy. Tak się złożyło, że ten właśnie weteran-inwalida,
o którym mowa, siedział przy następnym stoliku, bardzo dobry kolega mojego
kolegi jeszcze z czasów piłkarskich wyczynów. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy
się, że on sam z pomocą żony wszedł do górnej sali, gdzie przez kierowniczkę
bankietu został poinformowany, że ponieważ rezerwacji nie miał, miejsca
dla niego na bankiecie nie ma. Wysiłek kolegów znalezienia mu miejsca nie
dał pozytywnych rezultatów. Do domu wrócił sam z żoną bez niczyjej pomocy,
przyrzekając sobie, że jego stopa w tym budynku więcej nie stanie.
A my mamy wydać przeszło ćwierć miliona dolarów na budowę windy,
kiedy w tym wypadku lepszym rozwiązaniem byłaby dostawa jednego stolika.
Wiesław Wodkiewicz
dyplomowany architekt
Od redakcji: Szanowny Panie, niech żyje zdrowy rozsądek!
***
Przedziwnym, a właściwie kosmicznym zbiegiem okoliczności, wiosną
przy pełni księżyca, z tygodnia na tydzień czytam artykuły w "Gońcu" p.
Stanisława Michalkiewicza. Nie przypominam sobie, żeby wywodził się kiedykolwiek
i na jakikolwiek temat pozytywnie.
Obgadać i najapić potrafi każdy - nie jest to trudne - ba, bardzo
proste bez względu na status społeczny, wiek lub nację narodowościową.
Co sobą reprezentuje człowiek, który się wyraża w samych negatywach, potrafi
dostrzec tylko jedną stronę - negatywną stronę. Jednostronny i jednoznaczny
system myślenia jest bardzo płytkim i niskim systemem myślenia, o bardzo
ograniczonych horyzontach.
Nic nie jest doskonałe. P. Michalkiewicz ani rodzaj ludzki, ani
rzeczy codziennego użytku. Politycy też. Ba, nawet sam Pan Bóg też nie
był doskonały, stworzył ten świat i poukładał wszystko po kolei, ale też
nie zrobił tego doskonale, bo ten świat jest, jaki jest - a jaki jest,
wiemy wszyscy. Nasz Papież - Wielki Człowiek tego świata, odchodząc, w
obliczu śmierci powiedział "Módlcie się za mnie za życia, jak i po śmierci
mojej, w mojej słabości". Jeśli Pan, panie Michalkiewicz, zna coś doskonałego
na tym łez padole - niech mi o tym powie, bardzo chciałabym się dowiedzieć,
co to jest takiego?
Co do artykułu p. Michalkiewicza "W oparach obłudy" - piękny
tytuł, ale bez braku podstaw, cyt. "Niemądre hasło ?Santo subito=, rzucone
przed dwoma laty, przez jakichś zwolenników ochlokracji w Kościele Chrystusowym...".
Nikt nie rzucił ulotek z hasłem "Santo subito", czy to jest hasło jakichś
zwolenników - nie, to hasło wiary tysięcy, ba, milionów ludzi, hasło ich
wiary i nadziei, bo jeden nie znaczy nic, ale dużo to już tworzy siłę.
Widzę to coś, co zostaje na końcu - gdy nie mamy już nic. Pomaga
żyć, daje radość, dopełnienie, nadzieję. Moja nieżyjąca babcia w wieku
92 mówiła: ja wiem, że na mnie już pora, modlę się do Boga, żebym przeżyła
jeszcze choć z jeden dzień. Czy to strach przed śmiercią? Nie, to siła
życia, i tę siłę dawała jej wiara i modlitwa.
Jeśli chodzi o kwestię modlitwy, w artykule p. Michalkiewicza
"W oparach obłudy" - cyt. "Przoduje oczywiście ?Gazeta Wyborcza=, w której
rzymski korespondent, nie czekając na żadne papieskie decyzje, utrzymuje,
że ?już można się modlić= do Jana Pawła II...". Czy i do kogo, kiedy i
gdzie i czy w ogóle można się modlić jest to sprawa indywidualna każdego
człowieka, nikt na to nie potrzebuje żadnego zezwolenia, tym bardziej pana
Michalkiewicza i "Gazety Wyborczej". Jedni się modlą do Boga, drudzy do
Matki Boskiej, inni do naszego Papieża, komuniści się modlili do Stalina
i Lenina, Rzymianie do Cezara. Polacy do swojego Papieża - wolny świat,
wolny wybór. Jedni wierzą w zmartwychwstanie - drudzy w reinkarnację. Czy
to się komuś podoba, czy nie, i nikt nie potrzebuje czyjegoś zezwolenia,
tym bardziej jakiejś gazety.
Nasz Papież Jan Paweł II tworzył historię tych czasów. Komu przeszkadza
- komunistom. Kto na niego japił - komuniści. Kto kazał Alemu Agcy do niego
strzelać - komuniści. Komu może dziś przeszkadzać hasło "Santo subito"
- komunistom. Byli komuniści są aktywni i są nadal wśród nas. Nie sądzę,
żeby p. Michalkiewicz znalazł się "wśród dziesięciu sprawiedliwych w Sodomie
i Gomorze", gdyby żył w tamtych czasach, ani w tych czasach otrzymał medal
"Sprawiedliwy wśród narodów", o czym pisze w swoim artykule "W oparach
obłudy". Jego wypowiedzi dalece od tego odbiegają. Nie sądzę też, żeby
ogół krzyczał za nim to jego, jego zdaniem, niemądre hasło "Santo subito".
Chyba że stanie pod polskim sklepem i zacznie rozdawać cukierki za darmo,
i to jeszcze w Mississaudze, bo tam na każdym zakręcie po polsku gadają.
Nie sądzę też, żeby przekonał ludzi, by podobnie myśleli, nawet
gdy zamiast cukierków zacznie rozrzucać ulotki. My, Polacy, nie jesteśmy
głupim narodem, nie pójdziemy za pierwszym lepszym, kto krzyknie "naprzód",
nie damy sobie zrobić wody z mózgu, chociaż potrafimy się jednoczyć w obliczu
wojen i klęsk żywiołowych. Nasz Papież Jan Paweł II był autorytetem wszystkich
Polaków - moim także. Jego obraz wisi niemalże w każdej polskiej rodzinie,
i nie tylko. I na zawsze pozostanie w sercach milionów ludzi - bo tak chciał
ogół, bo ogół to siła.
Powstaje proste pytanie - dlaczego? Odpowiedź też jest prosta
- bo reprezentował i głosił dobro - i dobro zwyciężyło. Czy to są "opary
obłudy" - p. Michalkiewicz? Jaką miarą można zważyć człowieka - w centymetrach,
kilogramach, czy stanem posiadania? Otóż nie, tym, co reprezentuje swoją
osobą. Co reprezentował sobą nasz Papież - wiemy wszyscy. Człowieka można
zmierzyć miarą zła i miarą dobra. Dwie szale wagi, która przeważy - zależy
od każdego z nas, bo to nasze szale wagi.
Bądźmy wszyscy wdzięczni historii i Panu Bogu, że to właśnie
naszym pokoleniom przyszło żyć razem z Janem Pawłem II. Następne pokolenia
już tego nie doświadczą. Czy wiara jest "oparem obłudy", p. Michalkiewicz?
"Czapką, papką i solą", jak Pan pisze. Nie sądzę, żeby ogół był tego samego
zdania co Pan, poza tym gratuluję Panu poczucia humoru.
Wypowiem się jeszcze raz na temat Alicji Tysiąc, co jak się tego
słucha, to aż się robi niedobrze. Moim zdaniem, nie była "blondynką z dowcipów",
tylko... Urodziła dziecko i jeszcze na tym dobrze zarobiła i myślę, że
to właśnie, to najbardziej bulwersuje wszystkich ludzi. Za pół roku o Alicji
Tysiąc już nikt nie będzie pamiętał, sławna Alicja Tysiąc przejdzie do
historii, będzie inny, ciekawszy temat (dalsza część listu nieczytelna,
- red.).
Grażyna Lejkowska
Cambridge
Od redakcji: Szanowna Pani, jest wiosna i nad wszystkimi naszymi
problemami świeci słońce... A co do p. Michalkiewicza, to czytanie jego
felietonów absolutnie nie jest przymusowe.
GONIEC NR 16/2007 (173)
(20-26
IV 2007)
Dear Friends,
There is plenty of controversy re: prof. Jan Tomasz Gross writing
about Polish-Jewish relationships.
Unfortunately, he is often lying in his books about historical
facts in regards to antisemitism of Poles.
The best author who is able to cope with T. Gross "imaginations"
and undocumented opinions is prof. Jerzy Robert Nowak http://www.jerzyrobertnowak.com/
The attached is a link to "Agenda with Steve Paikin" http://www.tvo.org/cfmx/tvoorg/theagenda/
with a video called "Jan Tomasz Gross | Anti-Semitism in 2007" which was
transmitted by TV-Ontario a few days ago.
There were many untrue stories and opinions about Poles in this
program, but also some facts.
Steve Paikin (a Jew himself), former "Toronto Star" publicist,
used to be very anti-Polish.
However - things have changed after his visits to Poland. There
was one visit in particular when he was guided through Warsaw by John Fields
(very pro-Polish oriented Jew, who has served in Polish Home Army).
As you'll notice - that sounds in some of Paikin's guestions
and quotations.
Some readers of POLISH VOICE - GLOS POLSKI have called me asking
what kind of response we should undertake after this program. I think -
we should express our opinion in writing directly to AGENDA mail box. Sounds
like a good idea to demand a similar program on TV-Ontario with a Polish
historian in attendance, who'll be able to present a Polish point of view
and explain some true history about Polish tolerance and true sympathetic
attitude towards Jews.
In order to consolidate our view - why don't you write me your
suggestions (editor@glospolski.com) and proposed answers after viewing
the above mentioned program.
Sincerely,
Wieslaw Magiera
editor-in-chief of GLOS POLSKI
Od redakcji: Wszystko wspaniale, tylko dlaczego list jest po
angielsku, skoro skierowany jest m.in. do czytelników "Głosu Polskiego"
- "prawdziwie polskiego". "Głosowi Polskiemu" nie przystoi tracić polskiego
głosu. I druga, rzecz do dyskusji z Grossem o wiele lepszy od prof. Nowaka
jest prof. Chodakiewicz - kuty na cztery nogi na tutejszym rynku intelektualnym.
***
Nigdy w moim życiu nie interesowały mnie osobiste wyczyny innych
ludzi mojej rasy, będące rzeczywistością, fikcją, czy też plotką. Jednak
jak dochodzi do takich wyczynów na stronach popularnego i cieszącego się
wśród polskiego środowiska tygodnika, to naprawdę można otrzymać dozę niestrawności.
Drogi Panie Andrzeju, jak można poświęcić stronę gazety na wywiad
z pośrednikiem sprzedaży nieruchomości na tak idiotyczną plotkę jego domniemanego
odejścia w zaświaty. Czy zadał pan sobie pytanie, komu mogłoby zależeć
na takiej plotce? Ja osobiście uważam, że najbardziej zainteresowaną osobą
w tym wszystkim i promującą owe odejście z grona żyjących był tylko i wyłącznie
sam denat, z którym pan miał wywiad. Nie zadał pan sobie podstawowego pytania,
czy i w jakim stopniu może to nas, czytelników tutaj żyjących, zainteresować
życie osobiste, prowadzenie interesów, promocja dziatwy, spędzanie urlopu
czy zdjęcia posiadłości. W tym kraju w społeczności angielsko mówiącej
jest bardzo dobre do tego tematu podejście za pomocą prostego stwierdzenia,
które brzmi, I do not give shit! Nas, czytelników, pańskie towarzyskie
konszachty mało interesują, ale promować, bo inaczej tego nazwać nie wypada,
jakiegoś pośrednika od sprzedaży nieruchomości oraz osób z nim związanych
to jasna kpina z czytelników.
Nie myślę, że pan padł ofiarą manipulacji. Proponuję dla pana,
aby miał pan bardziej wyrafinowaną wyobraźnię do promowania także innych
osobistości zamieszkałych tutaj. Popierajmy ludzi do władz lokalnych, prowincjonalnych
czy federalnych, jak dotąd kiepsko to nam idzie, a geszefty pojedynczych
osób zostawmy dla nich samych. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że spory
procent naszego narodu uodpornił się dość mocno na poprawność polityczną
tego światowego syfilisa, który chce z naszych ideałów zrobić miazgę. Wiemy
dobrze, do czego nadaje się reklama, promocja itd.; ich jedyna zasada to
nabijanie szmalem kieszeni reklamujących. Dobrego towaru i dobrego serwisu
nie trzeba reklamować.
Edward Pakietur
Od redakcji: Szanowny Panie, nas "wyczyny" innych ludzi bardzo
interesują z przyczyn zawodowych. Zwłaszcza jeśli ci "wyczynowcy" to Polacy!
***
Wyrażamy zaniepokojenie i zdziwienie końcową frazą wywiadu, jakiego
udzielił red. Stanisław Michalkiewicz tygodnikowi "Goniec" z Toronto z
dnia 17.03.2007 dotyczącą osoby Wiktora Żółcińskiego - niegdyś z
Olsztyna.
Postać Wiktora Żółcińskiego jest nam doskonale znana z działania
w NSZZ Solidarność, gdy został przyjęty do pracy w Zarządzie Regionu na
pół etatu w listopadzie 1981 roku w dziale Interwencji ZR.
Jego postawa po 13 grudnia w dwóch sądowych sprawach, w jakich
uczestniczył, jest godna najwyższej pogardy.
Sprawa pierwsza (sygn. akt II Kz 106/82), to wsypanie kolegów
z konspiracji uczestniczących w akcji wywieszenia transparentu NSZZ Solidarność
na trasie 1-majowego pochodu w 1982 roku, oraz zbierających pieniądze,
kolportujących ulotki w stanie wojennym. Rezultatem było śledztwo, aresztowania,
internowania uczestników, w tym również Żółcińskiego.
Sprawa druga (sygn. akt II K 763/83) dotyczy świadczenia
w procesie Janusza Śliwińskiego dla znalezienia rzekomych finansowych nieprawidłowości
w Zarządzie Regionu. Sprawa ta posłużyła do propagandowego wykorzystania
przez WRON przy użyciu dyspozycyjnej prasy i radia. W trybie nadzwyczaj
szybkim większość osób oskarżanych w obu sprawach w tym Wiktor Zółciński,
emigrowała, a sprawy umarzano.
Pojawił się publicznie po latach i na stronie internetowej radia
Pomost w Arizonie figuruje jako założyciel tego radia w roku 1986.
W korespondencji e-mailowej ze świadkami wydarzeń sprzed kilku
lat przyznał się do zarzutów, obiecując przyjazd do kraju i wyjaśnienie
swojej postawy. Mimo kilkakrotnego pobytu w Olsztynie nie uczynił tego.
Obecnie spotykając się na łamach prasy polonijnej z tą postacią
jako organizatorem podróży czołowego polskiego publicysty red. Stanisława
Michalkiewicza i zapowiedzi kolejnej m.in. do Ameryki Południowej do Prezesa
USOPAŁ Jana Kobylańskiego, członkowie Stowarzyszenia Represjonowanych Regionu
Warmińsko-Mazurskiego Pro Patria są zaskoczeni wypłynięciem tej osoby obok
nazwisk powszechnie szanowanych Polaków.
Nie dysponujemy do dzisiaj listą nazwisk tajnych współpracowników
i pracowników SB działających w Zarządzie Regionu Warmińsko-Mazurskiego
Pierwszej Solidarności. Znamy tylko niektóre pseudonimy TW, występujące
w indywidualnie otrzymanych przez nas teczkach z IPN. Odszyfrowanie ich
nazwisk wg uzyskanych z IPN odpowiedzi okazało się niemożliwe. Dzisiaj
po zmianie ustawy o IPN nadal nie posiadamy dostępu do szczegółowych personalnych
danych pracowników, konfidentów służb tajnych, a tym bardziej wyznaczanych
im zadań na świecie.
Niemniej sądzimy, że naszym obowiązkiem jest potępienie postawy,
jaką w czasie swojego olsztyńskiego epizodu w Solidarności zaprezentował
Wiktor Zółciński, jak również zapoznanie z jego przeszłością osób korzystających
współcześnie z jego usług.
Niniejsze oświadczenie uchwalono na Walnym Zebraniu Członków
Stowarzyszenia w dniu 14.04.2006 r.
Prezes Stowarzyszenia Pro Patria
Władysław Kałudziński
Od redakcji: Sprawy nie znamy, nie komentujemy.
Przedwyborcza debata
W dn. 11 bm. o godz. 20.00 w Centrum Kultury w Mississaudze odbyła
się przedwyborcza debata, w której wzięli udział kandydaci do Rady Dyrektorów
i do Komisji Kontroli CU.
Na samym początku tego spotkania doszło do słownej utarczki pomiędzy
przew. Komisji Wyborczej panią Mazurkiewicz i uczestnikami spotkania. Otóż
p. Mazurkiewicz zarządziła, że pytania do kandydatów należy kierować na
kartkach, wrzucając je do koszyka, a następnie drogą losowania będą odczytywane.
Mimo sprzeciwu zebranych, jak również jednego z kandydatów, p. Przew. postawiła
na swoim. Odbierane pytania nie były kierowane do konkretnych kandydatów,
były niesprecyzowane i, jak się okazało, niektóre były anonimowe, tak że
nie było wiadomo, do kogo są kierowane i o co w nich chodzi, a zadający
pytanie nie chciał się ujawnić. Wtedy to p. Mazurkiewicz poddała się i
następne pytania były już zadawane przez mikrofon.
Na sali było około 70-80 osób. Po krótkiej prezentacji kandydatów
padały wspomniane pytania, te czytane z kartek jak i te zadawane
przy użyciu mikrofonu bezpośrednio do konkretnych kandydatów. Nerwową atmosferę
wprowadzało kilka osób, które przeszkadzały pytającym i odpowiadającym.
Szczególnie jeden pan, który robi to na każdym zebraniu lub spotkaniu przedwyborczym,
nie mogąc się powstrzymać od swoich komentarzy. Przeszkadzał do momentu,
aż p. Mazurkiewicz poprosiła go o opuszczenie sali, której mimo wszystko
nie opuścił.
Oprócz dyżurnego komentatora było dwóch dyżurnych kandydatów,
którzy kandydują od lat, lecz niestety mają śladowe poparcie. Jeden mówi,
że wszystko jest cyt.: "Po prostu", a drugi, że w CU jest chamstwo i złodziejstwo.
Tym razem też poinformował zebranych, że prowadzi rozmowy z ministerstwem,
tak jak w latach poprzednich, kiedy to prowadził poważne negocjacje z różnymi
bankami, które to banki chciały przejąć CU, a jego uczynić szefem.
Ten kandydat to wyjątkowy okaz wśród Polonii, więc poświęcę mu
kilka zdań dla przypomnienia. Otóż parę lat temu w Centrum Kultury zorganizował
spotkanie ze sobą. Na tym spotkaniu twierdził, że ma powstać konsorcjum
złożone z prominentnych ludzi, których nazwisk nie zna, lecz ma listę 12
osób. Twierdził, że gdy odchodził z dużej futrzarskiej firmy, którą kierował
(500 osób), to przed firmą czekały w kolejce osoby, aby go przechwycić.
Chyba nie dał się przechwycić, bo nadal pracuje jako woźny w szkole. Wtedy
też przewidywał, że za dwa miesiące będzie koniec CU. Tylu bzdur, kłamstw
i sprzeczności z ust jednego człowieka w ciągu jednego wieczoru (3 godz.)
jeszcze nie słyszałem.
Przypuszczam, że wielu potencjalnych klientów szerokim łukiem
ominęło CU, a jeszcze więcej wycofało swoje oszczędności, kiedy usłyszeli
przepowiednie byłego dyrektora CU o rychłym upadku CU. Za głoszenie tych
bredni powinien zostać usunięty z CU.
Ciekaw jestem, dlaczego ten polonijny "Nostradamus" pcha się
na dyrektorski stołek, skoro przewiduje rychły koniec CU? Chyba że chce
zostać grabarzem CU. Posiadam jeszcze nagranie z tamtego spotkania, które
opisałem w liście do redakcji pt. "Jak w maglu". Czasem słucham tego nagrania
w zastępstwie nagrań kabaretowych. Na ostatnim spotkaniu mówił o rozliczeniu
Trustu, a na jego spotkaniu przew. Kom. Obrony CU p. Mercik
stwierdził, że najważniejszym zadaniem Komitetu jest niedopuszczenie
do rozliczenia Trustu.
Pytam więc, po co wydano tyle członkowskich pieniędzy na sprawy
sądowe pod pretekstem rozliczenia Trustu? Ja się nie dziwię, że tak mało
osób było zainteresowanych kandydatami do Rady Dyrektorów i Komisji Kontroli,
skoro niektórzy kandydaci poprzez swój udział w wyborach zniechęcają członków
do uczestnictwa w debatach wyborczych i w samych wyborach.
W ub.r. na łamach "Gońca" zwracałem się o udział w poważnej dyskusji
nt. CU, lecz odzew był znikomy. Wracając do przedwyborczej
debaty, to ze względu na ograniczenia czasowe wiele tematów nie zostało
poruszonych, a z tych, które zostały poruszone, to dwa dominowały w dyskusji,
a mianowicie sprawy związane z utajnionym i do tej pory nieopublikowanym
raportem Komisji Wyborczej oraz relacje pomiędzy zarządem CU a pracownikami.
Wspomniano również o nieprawidłowościach w raporcie finansowym za ub.r.,
a także o konflikcie interesów wynikającym z udziału Przewodniczącego i
Wiceprzewodniczącego Rady Dyrektorów w Komisji Nominacyjnej, która decyduje
o dopuszczeniu lub nie poszczególnych kandydatów do wyborów.
Największe emocje budzi jednak ten nieszczęsny i do tej pory
nieznany członkom raport Komisji Wyborczej. Raport ten został przekazany
Radzie Dyrektorów pod koniec czerwca ub.r., lecz Rada zajęła się nim dopiero
w październiku, kiedy baloty wyborcze już zostały zniszczone, a listy głosujących
nie zostały Komisji Wyborczej udostępnione. Komisja Kontroli, podobnie
jak Rada Dyrektorów, też o raporcie dyskutowała i podobnie jak Rada Dyrektorów
postanowiła większością głosów nie podejmować żadnych kroków, mimo że Komisja
Wyborcza przedstawiła w swoim raporcie 13 negatywnych uwag i 10 zastrzeżeń
oraz zaleciła Radzie Dyrektorów 17 punktów, a w podsumowaniu (na str. 11.)
stwierdziła, cyt. "The Committee belives that out of fairness to all nominees
the Board of Directors of the St.Stanislaus-St.Casimir's Polish Parishes
Credit Union Limited should conduct a new election".
Wynika z tego, że niewidzialna ręka położyła szlaban na
raport Komisji Wyborczej oraz wybrała nowy skład Rady Dyrektorów. Przypuszczam,
że gdyby ten raport był jawny i Rada Dyrektorów zajęła się nim poważnie
i dużo wcześniej, to skład Rady Dyrektorów byłby zupełnie inny. Jeśli sprawy
tak ważne jak wyniki wyborów są utajniane przed członkami CU, to może dojść
do tego, że adresy oddziałów CU i godziny ich otwarcia też zostaną utajnione.
Zapytałem kandydatkę na dyrektora, która jest jeszcze przewodniczącą
Komisji Kontroli, o sens przeprowadzenia kolejnego Walnego Zebrania i kolejnych
wyborów, skoro nie znamy jeszcze poprzedniego raportu Komisji Wyborczej.
Niestety, nie uzyskałem wyczerpującej odpowiedzi i chyba jej nie uzyskam,
ponieważ w porządku Walnego Zebrania nie przewidziano sprawozdania Komisji
Wyborczej z poprzednich wyborów. Zapytałem po zakończeniu spotkania Przewodniczącego
Rady Dyrektorów CU, kto ustalał porządek najbliższego Walnego Zebrania.
Po długiej plątaninie słownej odpowiedział, że Rada Dyrektorów ustaliła
i zatwierdziła porządek zebrania, a jeden z dyrektorów powiedział mi, że
nie było zebrania Rady Dyrektorów na ten temat, a on sam zapoznał się z
porządkiem Walnego Zebrania z polonijnej prasy.
(...)
Podsumowując to spotkanie z kandydatami, przyznaję, że dobrze
wypadły nowe twarze, czyli nowi kandydaci, a ze starych kandydatów najlepiej
wypadł J. Bujnowski, który pokazał na wykresach relacje płacowe w CU. Sądząc
po spotkaniu przedwyborczym, nie oczekuję dużej frekwencji wyborczej ani
miłej atmosfery Walnego Zebrania. Szkoda, że tak poważną instytucją kierują
tak niepoważni ludzie. Najlepiej robić wszystko uczciwie i zgodnie z prawem,
a wtedy będzie inna atmosfera na zebraniach, wśród pracowników CU, a także
lepsze wyniki finansowe i większa duma z naszej największej polonijnej
instytucji.
Stanisław Pietras
Mississauga
Od redakcji: Dziękujemy za relację, wszystkim nam zależy, by
Credit Union rosła w siłę, bo w końcu jest to również bank "Gońca".
GONIEC NR 15/2007 (172)
(13-19
IV 2007)
***
Wiadomość dla pani, która napisała list w sprawie uszkodzenia
stalowej lodówki. Pani popadła w tarapaty z właścicielami domu, w którym
sprzątała i w którym nastąpiło uszkodzenie tej lodówki.
Jeżeli ci ludzie, właściciele domu, mają ubezpieczenie na dom,
a podejrzewam, że takie mają, ubezpieczenie pokryje całkowicie naprawę,
czyli wymianę nawet całego panelu. Mówię to z własnej autopsji, bo
taka sama historia zdarzyła się mi. Więc nie ma powodu do jakiegoś stresu,
bo jest rozwiązanie całkowicie legalne, jest to sprzęt, który uległ uszkodzeniu
w domu i każde ubezpieczenie to pokryje. Ja korzystałem z ubezpieczenia
State Farm i myślę, że jest to do załatwienia przez każdą inną firmę ubezpieczeniową.
Radziłbym pani, która napisała list, żeby porozmawiała z właścicielami
domu, że w ten sposób jest do naprawienia ta szkoda.
(-)
Od redakcji: Pozostaje tylko kwestia tzw. wkładu własnego.
Dzień dobry,
Jestem czytelnikiem Waszego "Gońca". To, co chciałem powiedzieć,
nie będzie prawdopodobnie niczym nowym. Wasza gazeta jest coraz lepsza,
prawdopodobnie macie tego typu informacje, więc powtarzam jeszcze raz,
artykuły coraz lepsze, gratuluję, życzę powodzenia i dalszych sukcesów.
(-)
Od redakcji: xxx
Konstytucyjna ochrona życia
W ostatnich czasach obserwujemy wielkie pomieszanie pojęć w hierarchii
wartości moralnych. Egoizm jednostki i grupy propagują kręgi liberalno-lewicowe
wspomagane przez wszechpotężne media, a nawet przez niektórych ludzi Kościoła.
Szaleńcy, uchodzący za "oświeconych", chcą zbudować Europę Zjednoczoną,
likwidując suwerenność poszczególnych państw (narodów). Europa jest pierwszym
etapem do zjednoczenia całej ludzkości pod jednym rządem światowym.
Obserwując współczesny świat, zauważyć można jakieś ukryte i
niewidzialne dla większości mechanizmy, które powodują, iż mimo sprzeciwu
większości, narzucane są nam wartości i prawa, których nie chcemy zaakceptować.
Wielu ludzi zastanawia się, kto jest reżyserem tego spektaklu?
Wielu polityków związanych jest z pozarządowymi, globalnymi organizacjami,
często o rodowodzie masońskim. Powiązani są z nimi również niektórzy hierarchowie
Kościoła, zwłaszcza zwolennicy tzw. Kościoła otwartego. Czy można zbudować
jakiekolwiek zjednoczenie na bazie zakłamania?
W ostatnich dniach Trybunał w Strasburgu pod przewodnictwem Niemiec
uznał, że Polska naruszyła Konwencję praw człowieka i podstawowych wolności,
odmawiając usunięcia ciąży Alicji Tysiąc. Kobiecie tej w wyniku ciąży i
urodzenia dziecka miał pogorszyć się podobno wzrok, ale lekarze nie mieli
na ten temat jednoznacznej opinii. Możliwość pogorszenia się wzroku powinna,
zdaniem Alicji Tysiąc, być wystarczającym powodem do zabicia nieurodzonego
jeszcze dziecka i dlatego zaskarżyła swój kraj do Trybunału
w Strasburgu po przegranych sprawach w polskim systemie sądowniczym. Niezrozumiałą
dla mnie zagadką psychologiczną jest, dlaczego Alicja Tysiąc z jednej strony
utrzymuje, że kocha urodzoną wbrew swej woli córeczkę tak samo jak pozostałych
dwoje dzieci i jest dla niej dobrą matką, a z drugiej strony jednak
oskarżyła Polskę o uniemożliwienie zabicia tego ukochanego dziecka. Pani
Alicja, ze swymi skrzywionymi poglądami na życie (zabijanie dziecka na
życzenie) i wyraźnym rozdwojeniem jaźni, nadaje się do obserwacji psychiatrycznej.
Ciekawe, jak wytłumaczy swej córeczce, iż chciała ją zabić i bardzo
się awanturowała, gdy jej w tym przeszkodzono. Trybunał zasądził na rzecz
kobiety 25 tys. euro tytułem zadośćuczynienia moralnego i 14 tys. euro
jako zwrot kosztów postępowania. Tak więc okazało się, jak dalece Polska
jest "suwerenna" w swoim ustawodawstwie.
Obecnie w Polsce toczy się dyskusja na temat zmiany zapisu w
konstytucji ochraniającego życie ludzkie od momentu poczęcia do naturalnej
śmierci.
Prezydent i premier Kaczyńscy ewidentnie są przeciwko ochronie
życia. Gdy prezydentowa Maria Kaczyńska zaapelowała do parlamentarzystów
o niezmienianie prawa dopuszczającego zabijanie dzieci, większość ludzi
wyraziła oburzenie.
Pani Barbara Maria Giertychowa, żona wicepremiera Romana Giertycha,
wystosowała list otwarty do marszałka Sejmu Marka Jurka, w którym apeluje
o konstytucyjną ochronę życia dzieci nienarodzonych.
Na stronie internetowej http://barbara.giertych.pl/ zwraca się
z apelem do wszystkich Polek, aby poparły jej apel skierowany do
Marszałka Sejmu. Do dnia dzisiejszego pod tym apelem podpisało się około
6 tysięcy osób. Lista jest wciąż otwarta i codziennie ukazują się nowe
nazwiska osób popierających ochronę życia od momentu poczęcia.
Posłanka Sojuszu Lewicy Demokratycznej Joanna Senyszyn, osoba
z wyższym wykształceniem, zareagowała na apel pani Barbary Giertychowej,
mówiąc publicznie do mediów, iż pani Giertychowa "jest nikim".
Spodziewałabym się po pani profesor Senyszyn sensowniejszych
argumentów popierających jej chęci do zabijania nienarodzonych dzieci.
Zamiast tego mamy tylko medialny bełkot pani profesor.
Przyznaję, że zgadzam się z panią Barbarą Giertychową, która
zaripostowała następującymi słowami: "...żal mi pani poseł, ma w sobie
tyle kompleksów i bólu. Zastanawiam się, jak bardzo życie musiało ją skrzywdzić,
że potrafiła wystąpić z pejczem na paradzie gejów. Pamiętam wówczas jej
słowa naśmiewające się z Jana Pawła II. Naprawdę mi jej żal".
Zachęcam wszystkie Polki zamieszkałe w Kanadzie do przyłączenia
się do apelów o konstytucyjną ochronę życia od momentu poczęcia do naturalnej
śmierci.
Na stronie internetowej http://www.pro-life.pl/apel/ jest
apel skierowany do młodych ludzi o poparcie pełnej ochrony prawnej życia
w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
My, Polacy, jako część wielkiej cywilizacji łacińskiej, mamy
moralny obowiązek stanąć po stronie życia. Pismo Święte mówi: "Po
owocach ich poznacie". Parafrazując ten słynny, ale jakże prawdziwy
cytat, uważam, iż nasza tożsamość ujawnia się między
innymi naszym stosunkiem do ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
Z poważaniem,
Grażyna Maria Królówna
Od redakcji: Oczywiście, że ochrona życia jest obowiązkiem
każdego człowieka. O to nas będą pytać.
Szanowny Panie Andrzeju!
Z wielkim szacunkiem i ukłonem zwracam się w kierunku Pańskiego
pisma, które w czasie swego istnienia prawdziwie otworzyło forum wymiany
myśli polonijnej! Ale, nawiązując do Pańskiego ostatniego felietonu pt.
"Dzięki robieniu wody z mózgu" ("Goniec" nr 13), redaktor dobrego pisma,
a takim jest w chwili obecnej "Goniec", nie może pozwolić sobie na skróty
myślowe typu "nauczycielka wbrew naszym protestom uczy nam dzieci jakichś
głupot - a przecież tak właśnie jest na co dzień w tutejszych szkołach".
Ze względu na szerokie grono odbiorców, mniej lub bardziej zorientowanych
w poruszonym przez Pana temacie, nie powinno się, moim zdaniem, dolewać
oliwy do ognia i uderzać tam, gdzie nie należy - w nauczyciela. W takich
przypadkach nie może być niedomówień czy dwuznaczności. Przypuszczam, że
pisząc te słowa, co innego miał Pan na myśli... może raczej, perpetuum
mobile systemu, w którym nauczyciel jest tylko napędzanym ogniwem całej
machiny i musi się podporządkować. Musi realizować narzucony mu odgórnie
program i osiągnąć dobre wyniki nauczania, musi wykonać oprócz tego cały
szereg innych administracyjnych obowiązków, o których nie było mowy w przysłowiowej
już tradycyjnej starej szkole. Balansuje więc pomiędzy tym, co realne i
zgodne ze zdrowym rozsądkiem, a tym, co czasem wręcz absurdalne.
Ale tak naprawdę - to nie on decyduje, podobnie jak niewiele
ma do powiedzenia pański przyjaciel, który zatrudnił niesubordynowaną kucharkę
lub ogrodnika. Stwierdzenie więc, że nauczyciel uczy na co dzień głupot,
jest krzywdzące i niesłuszne, a atak tax payers, do których Pan apeluje,
a do których zaliczać się będzie również niejedna wszystkowiedząca kucharka
czy ogrodnik, pójdzie w niewłaściwym kierunku, dalej podważając zaufanie
i poniewierając i tak już zszargany szacunek do nauczyciela i autorytet
szkoły. Nauczyciele, z którymi pracuję na co dzień w szkole kanadyjskiej,
jak i od wielu lat w szkołach języka polskiego (szkoła średnia z tzw. kredytem
) - to wysoko wykwalifikowani specjaliści, oddani swej pracy pedagogicznej,
pracy, która nie kończy się z chwilą zamknięcia drzwi do klasy. Nauczyciel
wykonuje swój zawód, tak samo jak lekarz, prawnik, księgowy czy kierowca
autobusu. Tu nie chodzi o to, czy on wie lepiej - jest on przygotowany
do wykonywania swojego zawodu. To nie on decyduje o zmianach. Te zapadają
na wyższym szczeblu. I tam trzeba uderzyć. Rodzice w szkołach mają dużo
do powiedzenia. Zarówno dyrekcja, jak i grono pedagogiczne bardzo się liczą
z ich zdaniem. Niestety, w odwrotną stronę to nie działa tak sprawnie,
a szkoda.
Kończąc, zwracam się zatem w swoim imieniu, jak i w imieniu całej
braci nauczycielskiej, z prośbą do Pana Redaktora o bardziej precyzyjne
wyrażenie swojej myśli lub przeproszenie nas za te gorzkie i niesprawiedliwe
słowa.
PS Większość rodziców widzi szkołę przez pryzmat swojego dziecka.
Wpuśćmy ich do klasy, niech każdy z nich powie nauczycielowi, co ma robić
na lekcji i według przysłowiowego, ilu Polaków - tyle zdań, niech nauczyciel
postara się taką lekcję przeprowadzić. Czy będzie to uzdrowienie, czy dezorganizacja
zaplanowanej przez niego lekcji?
Z poważaniem,
Irena Basiukiewicz, nauczycielka Mississauga
Od redakcji: Szanowna Pani, moją intencją nie była ani obraza
kucharek, ani ogrodników, ani nauczycieli, chodzi o problem "systemowy".
Zapraszamy wszystkich zainteresowanych do dyskusji na temat naszego szkolnictwa.
Szanowny Panie Redaktorze!
Przeczytałem artykuł "Im winniśmy nie ty
|