POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
LISTY DO REDAKCJI
Toronto - Canada
Zamieszczamy listy mądre/głupie, poważne/niepoważne, chwalące/karcące i potępiające nas w czambuł. Nie publikujemy listów obscenicznych, pornograficznych i takich, które zaprowadzą nas wprost do sądu. 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych listów.

 

GONIEC NR 25/2007 (182) (22-28 VI 2007)

 Dzień dobry panie Kumor,
 Dziękuję za zamieszczenie mojej polemiki. Jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć Z. Chciałem wyjaśnić pomyłki w druku mojej wypowiedzieć. Pan napisał, że to nie Cyganie zamordowali te dzieci. Tu nie chodzi o to, że ktoś zamordował. To Cyganka, kobieta narodowości cygańskiej, chora psychicznie, obłąkana, ubiła swoje dzieci w 28 r., po pierwszej wojnie światowej, i tak je obwiązała drutem. I to zdjęcie, które było z sądu polskiego wzięte, było wykorzystywane przez Kresowiaków i siły prawicowo-patriotyczno-kresowe do zohydzenia UPA itd.
 Po drugie, nie żadne Rówienne, tylko ja mówiłem Hrebenne. To są ukraińskie historyczne nazwy Rusi Czerwonej.
 Po trzecie, nie może być Lechita Ukrainiec. Lechita jest Polak, Rusin jest Ukraińcem. Lechita Polak od Lecha, a Rusin Ukrainiec od Rusa, tak jak Morawianin, Słowak, Czech od Czecha. Jak może być Lechita Ukrainiec i Lechita Polak. To jest nonsens.
 Następnie, chodzi o pana Wrześniewskiego. On się uczył historii Ukrainy w organizacji młodzieżowej, odpowiednik polskiego harcerstwa,  gdzie on się uczył, gdzie jest Przemyśl, gdzie Jarosław, gdzie Hrebenne, Drohiczyn i na wschód od tej linii ziemie ukraińskie, rusińskie. Dlatego wątpliwa sprawa, żeby on poszedł na współpracę ze środowiskami, które w ogóle kwestionują ukraińskość, rusińskość tych ludzi na wschód od tej linii.
 Następna sprawa, najważniejsza. Chodzi o pana komentarz "pojednanie sąsiadów". Według mnie, w kontekście tych wypowiedzi środowisk patriotyczno-religijno-katolickich itd., to powinno według Polaków wyglądać tak. Ukrainiec mówi tak: Panie Polak, wstydzę się za błędy swoich przodków, którzy was wyganiali z naszej ziemi, bo wyście przynosili powiew wolności, demokracji, nowoczesności, tolerancji, prawdziwej wiary katolickiej i dlatego ja przepraszam. Proszę was, bracia Polacy, zabierajcie całą Ukrainę, całą moją rodzinę i mnie samego, a w dowód przyjęcia dajcie pocałować mały palec lewej ręki. No bo tak wychodzi. Innego wyjścia nie ma, bo bez przerwy był Drang nach Osten polskiej, jezuickiej, katolickiej czy jakiej tam innej okupacji, to jak można pogodzić się z sąsiadami, jeżeli sąsiad zawsze mówi, że to jest moje. A to nie jest jego. 
 I na koniec pan mówi o dowodach, o morderstwie, o Cyganach, o UPA, o rzeziach. Dowody, proszę pana, ma pan u panów towarzyszy enkawudystów i ubeków. Wiadomo, kto to był, z jakiego narodu te formacje się wywodziły. I oni mają dowód w postaci przebierania się albo w mundury AK, albo w mundury UPA, i mordowania i firmowania tych mordów, żeby wywołać konflikt. I oni to robili. Bo jak robili to Ukraińcy, to w minimalnym stopniu, w obronie własnej. Natomiast prowokacyjne mordy totalne robili, i nie tylko w stosunku do Polaków i Ukraińców, ale innych narodów, NKWD i UB, SB itd. itd. Dlaczego piszecie głupoty i takie coś robicie?
 Dziękuję za wydrukowanie i mam nadzieję, że pan to też wydrukuje. Czytam zawsze "Gońca", bo są ciekawe artykuły.
Roman z Hamilton
(nagranie spisane z automatycznej sekretarki)

 Od redakcji: Dziękujemy za wypowiedź, szanowny Panie, nie ma żadnego polskiego Drang nach Osten, jest wspólny interes polityczny dzisiaj i jest historia, która powinna być przez oba nasze narody sumiennie badana i wyświetlana.

 Mr. Bohdan Donald Prażmowski
Dear Mr. Prazmowski:
 The office of the Right Honourable Stephen Harper has brought to my attention your e-mail message requesting that the Department consider reinstating entitlement to departmental benefits for those who serve in the Polish Underground Home Army during the Second World War. Your patience in awaiting this reply is appreciated. 
 The War Veterans Allowance (WVA) Act, which was established in law in 1930, was enacted to provide income support to Canadian Veterans, to Allied Veterans who were domiciled in Canada at the time of their enlistment in an Allied Force, and to their respective dependants.
 From the outset, it was the intention of Parliament that persons who served as formal military Allied Veterans should also receive coverage under this program. This position originates from the fact that at the outbreak of the First World War, many Canadians domiciled in this country opted to serve with the forces of their countries of origin. Thereafter, and once the hostilities had ended, many returned to Canada to continue with their way of life. A comparable experience applied to Allied Veterans who served during the Second World War.
 It is acknowledged that many members of forces in countries occupied by the Axis powers were highly supportive of the Allied cause and had no other choice but to carry out their wartime activities as part of an organized resistance movement. Clearly, these were the circumstances that denied them the opportunity to serve under conditions consistent with formal military standards. The historical records abound with accounts of acts of heroism and sacrifice.
 I would point out, however, that Canada is one of the few western countries that grant benefits to wartime Allied Veterans. Moreover, a common thread even with those countries that do recognize Veterans of Allied forces is that none extend the same recognition to members of resistance group forces. The only reason that Canada began to do so was by means of an anforeseen legislative interpretation applied to the statute by the quasi-judicial (that is, the Veterans Appeal Boards) and judicial bodies (that is, Federal Court of Appeal).
 Effective March 2, 1992, the WVA Act was amended so that former members of resistance groups were no longer eligible for benefits; however, those already in receipt of benefits were "grandfathered" for compassionate reasons, as long as they stayed in Canada. Then, in the 1995 federal Liberal Budget, when Paul Martin was the Minister of Finance, his government announced further amendments to the WVA Act that removed eligibility to benefits for persons who were receiving Canadian Veterans' benefits based on resistance group service.
 The applicable legislation that withdrew eligibility for resistance group members, of course, applies equally to all members from countries where a resistance or guerilla movement was evident. This would include, but is not limited to, such countries as Belgium, France, Greece, the Netherlands, the Philippines, Poland, and the former Yugoslavia.
 Since the introduction of the WVA Act, successive Ministers of Veterans Affairs and their senior officials have reviewed the Allowance legislation with a view to providing the maximum and most equitable benefits to our Veterans and their dependents. You may rest assured that we will continue to honour Canada's longstanding commitment to those who served by supporting further changes where a need has been identified, and where resources are available to meet the identified need.
 I hope that the information provided is helpful in clarifying our legislation. Again, thank you for writing and for bringing your concerns to our attention.
 Yours sincerely,
The Honourable Greg Thompson, 
P.C., M.P.

 Od redakcji: Powiem szczerze, list od ministra ds. weteranów, będący odpowiedzią na pismo p. Prażmowskiego, głęboko nas rozczarował. Armia Krajowa była tworem calłkowicie wyjątkowym i wchodzącym w skład alianckiego wojska, gdzie ją tu porównywać do innych "ruchów oporu".

 Wspomnienia, dwa
 Pierwsze wspomnienie dotyczy twórczości Ryszarda Kapuścińskiego. Taki był tytuł spotkania. Tym razem kolejne spotkanie Klubu Miłośników Książki odbyło się w gościnnej Sali Domu Kopernika na Roncesvalles. Współorganizatorem tego spotkania był Polski Fundusz Wydawniczy. Ale myślę, że największe podziękowania należą się paniom z Domu Kopernika, które pięknie przygotowały całą imprezę. Gościem tego spotkania był p. Marek Kusiba, który dopiero co wrócił z Polski. Tematem tego spotkania była twórczość Ryszarda Kapuścińskiego. Rzeczowa, ale i emocjonalna prezentacja tej twórczości, przeplatana wspomnieniami z życia Ryszarda Kapuścińskiego, podobała się licznie zebranym miłośnikom polskiej książki. Wśród których chyba "większą połowę" stanowili mieszkańcy Domu Kopernika.
 Oczywiście, w końcówce spotkania nie zabrakło też wątku o Ryszardzie Kapuścińskim jako agencie SB. P. Marek Kusiba pozostawił ocenę tego problemu fachowcom od lustracji.
 Problem jest poważny i trudny. W prasie polskiej można znaleźć głosy, które bronią Ryszarda Kapuścińskiego. Podobnie jak w przypadku ks. Wielgusa czy o. Hejmy, jedni twierdzą, że nikogo nie skrzywdził, a inni wieszają na nim psy. Jestem wielkim miłośnikiem twórczości Ryszarda Kapuścińskiego, a mimo to jakiś cień padł na tę miłość.
 Kiedy pomyślałem raz jeszcze o tych problemach, przypomniało mi się inne wspomnienie z lat dawnych. Na Wydziale Matematyki i Fizyki, a potem na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki na Uniwersytecie Warszawskim, studiowałem i pracowałem przez prawie 26 lat. Nie potrafiłbym jednak odpowiedzieć na pytanie - kto na naszym wydziale mógł być w owym czasie agentem SB. Natomiast, to pamiętam, była tam tylko mała garstka ludzi należących do partii. Wśród moich kolegów był także kolega Andrzej. Widywaliśmy się od czasu do czasu w kościele Wszystkich Świętych na placu Grzybowskim na niedzielnych mszach św. lub na procesjach Bożego Ciała na Krakowskim Przedmieściu. I wydawało mi się, że Andrzej to nasz człowiek. Cichy, spokojny, małomówny, takie ciepłe kluchy. A tu pewnego dnia dowiaduję się, że Andrzej zapisał się do partii. Wracając kiedyś z PKiN, zapytałem go - Andrzej, co się stało? Ty zapisałeś się do partii, człowieku? A on mi na to spokojnie odpowiada - Emek, no chyba mnie znasz. Ale rozumiesz, już niedługo może objąć mnie rotacja, więc sam rozumiesz? Tak, zrozumiałem od razu. Mój kolega nie należał do orłów, miał już swoje lata, więc można było podziękować mu za pracę w uniwersytecie. Ale, gdy zapisał się do partii, to miał nadzieję, że zamiast niego, mogą wyrzucić z pracy kogoś innego.
 Myślę, że w wielu analizach lustracyjnych zapomina się właśnie o tym małym wątku. Ks. Wielgus został agentem tylko dlatego, żeby wyjechać na stypendium zagraniczne. P. Kapuściński podpisał zgodę na bycie agentem (wydaje mi się, że jeśli już, to pewnie był on bardziej szpiegiem polskim niż agentem, ale zostawmy to fachowcom), żeby móc wyjechać za granicę. Ale czy któryś z nich pomyślał, że na skutek ich decyzji ktoś z ich kolegów nie otrzymał zgody na wyjazd właśnie dlatego, że oni coś podpisali? 
 Reasumując, nie potrzeba było na nikogo donosić, a mimo to można było komuś zaszkodzić!
 Bardzo często słyszy się argumentację, że czasy były ciężkie i trzeba było czasami ulec, żeby do czegoś dojść. Podczas 26 lat pracy na UW nie wziąłem nigdy udziału w pochodzie 1-majowym i nie wziąłem nigdy udziału w wyborach, czyli w głosowaniu. A ponadto byłem na wielu wiecach w marcu 1968 roku. Byłem zwykłym obserwatorem, żadnym działaczem opozycyjnym. I chociaż za te wiece zostałem "ukarany", to jednak nigdy nie odmówiono mi paszportu. Nawet w 1986 roku, kiedy to z całą rodziną wyjechaliśmy nagle na "wycieczkę" do Rzymu. 
Emanuel Czyżo
Toronto

 Od redakcji: Zgadza się, nie potrzeba było donosić. 

GONIEC NR 24/2007 (181) (15-21 VI 2007)

 Drodzy Panowie Redaktorzy, 
 Bardzo serdecznie dziękuję za wspaniałą nagrodę, jaką otrzymałam dzięki "Gońcowi", w Polskiej Szkole St. Pio of Pietrelcina. Przez kilka miesięcy marzyłam o iPod i wreszcie moje pragnienia się spełniły. 
 Wdzięczna Martyna Gadomski 
uczennica Pani Bieleckiej z klasy 8

 Od redakcji: Spełnienie marzeń to wspaniała rzecz - gratulujemy jeszcze raz laurów najlepszej uczennicy w szkole!

 Panie Kumor, 
 Michalkiewicz i ci inni tzw. Kresowiacy, ponieważ to są potomkowie narodu wybranego w Hiszpanii przez Izabelę i osiedlonego na naszych ziemiach etnicznych, ukraińskich, rusińskich. Czy pan czytał "Nasze Słowo" ostatnie czy "Rzeczpospolitą"? Pani Ada, chyba Rutkowska, napisała, że ten pomnik, co wyście chcieli zrobić przeciw upowcom i Ukraińcom itd., to jest zdjęcie z 1928 r., po I w.św., gdzie Cyganka niespełna rozumu zamordowała swoje dzieci i tak je przywiązała do słupa. I wyście, Kresowiacy, potrafili przez tyle lat fotomontaż pokazywać, żeby zohydzić naród ukraiński przed innymi narodami. Jak pan umie czytać po chińsku, to niech pan zadzwoni, to ja panu prześlę to z "Naszego Słowa". 
 W nawiązaniu do tego spytam się tylko o jedno. Ja omijam już Kresowiaków, bo wiadomo, kto to jest, to są znajdy, które się tam osiedliły na naszych terenach, bo prawdziwy Polak nie przyjdzie. Granica, co to jest Jarosław, Przemyśl, co to jest Dorohiczyn, Rówenne itd. itd. Kto założył i czyje to jest? Tak samo jak jest Opole, Kalisz, Gniezno itd. itd. Tam to jest lechictwo polskie, to jest lechictwo ukraińskie. I to wszystko. I to jest problem rozwiązany. Kolonista zawsze się powinien czuć w tym środowisku, bo jest kolonistą, agresorem, okupantem. Co by się nie stało, a tam może się stało bardzo mało, może jedna setna tego, co wy opisujecie, to było w obronie własnej. Bo jak można sobie pozwolić, żeby kolonista przyszedł i jeszcze kazał się w ręce całować autochtonowi. To jest nieznane w świecie. To byłaby oznaka pogardy dla tego narodu, który by to zrobił.
 Chciałem dodać jeszcze parę zdań. Pan Kumor i pan Michalkiewicz i inni panowie z Radia "Maryja" i Kresowiacy zawsze mówią o kanonach chrześcijaństwa, jacy to oni są chrześcijanie, jak oni się modlą, jak oni przestrzegają, a w tych Dziesięciorgu Przykazaniach są dwa ważne o złodziejstwie: "Nie pożądaj żadnych rzeczy bliźniego swego". To ja się tylko pytam, jak się ziemie na wschód od Jarosławia, Rówennego, Drohiczyna, Wisłoka, Sanoka itd. znalazły w posiadaniu tzw. Kresowiaków Polaków. Chyba że Pan Bóg zabrał Lechitom Ukraińcom i dał Lechitom Polakom. Bo jeżeli nie, to jest normalne złodziejstwo. I to wszystko. I ten człowiek, który odbiera swoje, to ukradzione, ma prawo do każdej obrony.
 Niech pan to wydrukuje, dużo rzeczy żeście ładnych pisali przedtem na temat, ale to wszystko chyba było pisanie dla pisania. Bo jak się rozmija z tym, co się pisze, to znaczy, że jest się fałszywym człowiekiem.
 W kontekście tego, co pan kiedyś wywiad prowadził z panem Wrześniewskim, to chciałem po prostu znać pańskie, Michalkiewicza i innych pseudopatriotów, jak mają iść do wyborów wspólnie ludzie i popierać Wrześniewskiego, jeżeli on nie uczył historii ludzi Ukrainy (...) w ukraińskich szkołach sobotnich itd itd. Od matki nawet i od ojca, dziadek przyszedł Polak z Poznania, ale przyszedł do Ukrainy, ożenił się z Ukrainką, tam został na tych ziemiach, nie wymądrzał się, że jest Polakiem i że jest patriotą, tylko przyjął Rusi ukraińskiej przepisy itd. Ja spytam jeszcze, jak by to wyglądało w przyszłości, czy to w będzie możliwe takie coś?
 (list od pana Romana z Hamilton - nazwisko niewyraźne - spisany z automatycznej sekretarki)

 Od redakcji: Jest wiele dowodów, że dzieci nie zamordowali Cyganie... A trudna sprawa sąsiedztwa dwóch narodów - cóż, sąsiadów się nie wybiera i najlepiej się z nimi dogadać w każdej sprawie.

 Szanowni Państwo, 
 Dopiero w dniu dzisiejszym, przypadkiem, trafiłem na Państwa stronę internetową i postanowiłem poprosić o pomoc, gdyż nie bardzo wiem, do kogo na terenie Kanady mam się w tej sprawie zwrócić. 
 Od lat pięćdziesiątych moja rodzina poszukuje zaginionego po wojnie mojego stryja, Zbigniewa Karskiego (pod tym nazwiskiem wyjechał z kraju) vel Zimnickiego (nazwisko rodowe). Z wiadomych (politycznych) względów poszukiwania te były prowadzone w różnych latach, z różnym natężeniem. Dowiedziałem się, że w Kanadzie nie jest prowadzona ewidencja ludności, dlatego zwracam się od Was z prośbą o jakiekolwiek informacje, ślady pobytu lub kontakt do osób, które kiedykolwiek zetknęły się z moim stryjem. Obecnie przeszedłem na emeryturę i zająłem się porządkowaniem rodzinnego archiwum, dlatego każda, nawet najmniejsza wzmianka jest dla mnie bezcenna. Poniżej podaję wszystkie znane mi informacje dotyczące jego osoby:
 ZBIGNIEW KARSKI vel ZIMNICKI Urodzony 11 IX 1922 w Warszawie. Rodzice: Jan Zimnicki i Józefa Zimnicka z domu Balicka. Zamieszkały od 1922 do 1928 w Warszawie, przy ul. Nowogrodzkiej 40; od 1928 do Powstania w Warszawie, przy ul. Dobrej 2. Uczestnik Powstania Warszawskiego w elektrowni na Powiślu, wspomniany w Wielkiej Encyklopedii Powstania Warszawskiego. Tom VI. Po Powstaniu jako ppor. w niewoli niemieckiej (nr jeńca 102.388) w obozie jenieckim w Łambinowicach, skąd 19 X 1944 został przewieziony do oflagu VII A w Murnau (stan z 20 X 1944), gdzie był więziony do V 1945 r. Po wyzwoleniu do 1948 r. pełnił służbę w Oddziałach Wartowniczych na terenie Niemiec Zachodnich.
 Do 1947 utrzymywana z nim była korespondencja na adres służbowy (przytaczam oryginalną pisownię z koperty zachowanej w domowym archiwum): 2 nd st. Karski Zbigniew 4250 Sabor Serwice Co. 1894 Sabor Superwision Co. A.P.O. 407 A.U.S. Army c/o P.M. New York N.Y. i na adres prywatny: 2 nd st Karski Zbigniew München Milbershofen Frejmaner str, Polish Guard, 4250 Germany, co jest o tyle istotne, iż potwierdza, że po wyjeździe z kraju posługiwał się z nieznanych mi powodów nazwiskiem KARSKI.
 Z Niemieckiego Czerwonego Krzyża dowiedziałem się tylko, że: a) był ożeniony z Hanną z d. Sachse (ur. 13 I 1922 w Eydtkuhnen w Prusach Wschodnich), b) 1 VI 1953 wyjechał transportem zbiorczym (koleją) z Dworca Głównego w Monachium do Bremy, c) 4 VI 1953 wypłynął wraz z żoną z Bremy na statku M/S "Anna Salén" (lub M/S "Anna Spleen") do Kanady.
 I to wszystkie posiadane przeze mnie informacje. Raz jeszcze ponawiam prośbę do wszystkich ludzi, którzy dysponują jakimikolwiek informacjami o miejscach pobytu, przynależności do organizacji polonijnych, kombatanckich, biznesowych itp. (tam mogą się zachować jakieś dane) i dalszych losach mojego stryja, o kontakt mailowy pod adresem: m.t.zimniccy@wp.pl lub listowny: Antoni Zimnicki, ul. Bacha 34 m. 1106, 02-743 Warszawa.
 Będę niezmiernie wdzięczny za przesłanie mi również namiarów na instytucje, od których mógłbym oczekiwać zajęcia się moją sprawą. Ideałem byłoby, gdybym mógł z nimi porozumiewać się po polsku. Załączam wyrazy szacunku 
Antoni Zimnicki

 Od redakcji: Może ktoś z czytelników "Gońca" pomoże? 

 Panie Kumor
 Pański wykład na temat suwerenności kłóci się z definicją tego słowa. Pewnie zostało to Panu z czasów PRL-u, gdy propagowano doktrynę Breżniewa o "ograniczonej suwerenności państw socjalistycznych". Tak, pomysłodawcą ograniczania suwerenności był właśnie Breżniew. A propagandziści w PRL-u jak papugi powtarzali za nim ten bezsens. Może być ograniczona władza albo autonomia, ale nie suwerenność. Suwerenność albo jest, albo jej nie ma. Nie ma trzeciej drogi. Suwerenność można zastąpić jakąś dozą autonomii albo władzy, ale nie "ograniczoną suwerennością". 
 Poza tym, zgadzam się z tym, że Okrągły Stół wepchnął Polskę w układy światowego bankierstwa i uczynił z niej amerykańskiego pachołka. Ale proszę pamiętać, że do zawarcia tego układu zachęcał opozycję solidarnościową wielbiony przez Polaków Jan Paweł II, a Kościół temu przyklasnął. Przedstawiciele Kościoła też przy nim zasiadali. Jak już krytykować autorów tego układu, to wszystkich, a nie tylko wybiórczo. 
 Z poważaniem, 
Waldemar Konior

 Od redakcji: Gratulujemy znajomości definicji i szerokiej wiedzy!

 ***
 Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Zwracam się z prośbą do wszystkich ludzi dobrej woli, by przyszli z pomocą mnie i mojemu mężowi. W obecnej chwili znajdujemy się w bardzo trudnej, wręcz krytycznej sytuacji finansowej i zdrowotnej.
 Jesteśmy ludźmi starszymi (mąż ma 64 lata, a ja 62), niepełnosprawnymi i posiadamy liczne schorzenia. Ja jestem po sepsie, mam usztywnione biodro i kolano, skrzywiony kręgosłup, a od pewnego czasu cierpię na osteoporozę. Mąż jest po ciężkim zawale serca i po gruźlicy kości kręgosłupa. Koszta naszego leczenia pochłaniają prawie całe nasze zasoby finansowe - utrzymujemy się z dwóch małych rent (mąż otrzymuje co miesiąc 680 zł, ja - 526. Nie jesteśmy w stanie zapewnić sobie minimum egzystencjalnego, nie mówiąc już o opłatach.
 Nie mamy rodziny, która mogłaby udzielić nam wsparcia. Czujemy się bezsilni i jesteśmy zrozpaczeni wobec zaistniałej sytuacji. Będziemy wdzięczni za każdą formę pomocy, zwłaszcza finansową, by ratować nasze zdrowie i uregulować należności, zwłaszcza zaległy czynsz. Do chwili obecnej z trudem radziliśmy sobie sami, teraz nasze problemy nas przerosły. Z nadzieją czekamy na odzew ze strony wrażliwych ludzi, którym nie jest obojętny los drugiego człowieka. 
Maria i Tadeusz Goranin
ul. Strzegomska 198/57, 
54-432 Wrocław
Nr tel. 0 504 750 841 (tel. na kartę, bez poczty głosowej). Nr konta: 57 1020 5226 0000 6202 0107 9243.

 Od redakcji: ***

 Książka, którą warto przeczytać 
 Wśród nowości wydawniczych zaprezentowanych na Międzynarodowych Targach Książki zorganizowanych ostatnio w Warszawie, na uwagę zasługuje książka pt. "Skrawek piekła na Podolu". Autor jest "warszawiakiem", którego dzieciństwo przebiegało między Warszawą i Podolem, gdzie spędzał wakacje wraz z rodzicami w posiadłości swoich dziadków. Wrzesień 1939 r. zastał autora na Podolu, kończąc na zawsze radosny czas spędzanych tu wakacji, i otworzył nowy etap naznaczony sowiecką okupacją terenów II RP, następnie okupacją niemiecką i okrutnymi zbrodniami popełnionymi przez ukraińskich nacjonalistów wywodzących się z UPA i OUN. Autor, będąc świadkiem tragedii polskiej społeczności, w tym osób spośród swojej rodziny, utrwalił we wspomnieniach zarówno piękno Podola tak bardzo związanego z historią Rzeczpospolitej, jak i czas krwawego okrucieństwa, jakie człowiek zgotował człowiekowi. 
 Upływający czas i manipulacja wydarzeniami, które miały miejsce na wschodnich, historycznych terenach II RP, zacierają prawdę o losach ludzi, dla których ta ziemia była domem ojczystym, gdzie istniejące wówczas zamki, pałace i budowle sakralne były materialnym dowodem przynależności historycznej i terytorialnej do Rzeczpospolitej. 
 Książka zawiera szereg ciekawych, a także unikalnych ilustracji. 
 Dzieląc się powyższymi spostrzeżeniami, pozdrawiam czytelników. 
 Wiesław Kwaśniewski 
Toronto 
 Adres internetowy autora: j.zuk1@chello.pl 

 Od redakcji: Zapewne piękna lektura - w weekend poczytamy.

 ***
 W "Gońcu" z 8 czerwca przeczytałam felieton p. Henryka Łupińskiego, poświęcony sztuce dokonywania wyborów, życiowych postaw i relatywności podejmowanych decyzji. Drugorzędnym jest tu wrażenie niesmaku, jaki pozostawiły po sobie niewybredne sformułowania autora, nieprzystające do klasy tygodnika Goniec, jak np. "najzwyklejsi zboczeńcy" czy "rozliczni dewianci" (o uczestnikach marszów tolerancji, obdarzonych przez nikogo innego, jak przez Boga cechami i genami, które powodują ich "zboczenia i dewiacje"). I nie chodzi tu o księży ze skłonnościami gejowsko-pedofilskimi, o których regularnie donoszą media, a których liczba stała się w Europie alarmująca. 
 Ale nie w tym rzecz - chodzi o to, że cały wywód autora opiera się na nieprawdziwych informacjach, więc tym samym postawione tezy i  konkluzje nie mogą być zgodne z prawdą. Autor porównuje dwie głośne w Polsce i Europie sprawy i różne postawy dwóch kobiet w całkiem odmiennych sytuacjach życiowych, a mianowicie Alicji Tysiąc i Anny Radosz. Już sam fakt porównania tych skrajnie odmiennych losów ludzkich wydaje mi się dziwny i pozbawiony sensu, bowiem historia p. Tysiąc ma charakter medyczno-prawny, a p. Radosz medyczno-etyczny. A jak pokazuje życie, prawo i etyka nie zawsze idą ze sobą w parze. Być może autorowi skojarzyły się one ze sobą dlatego, że w obu sytuacjach występuje problem matki, dziecka i choroby, ale to za mało, by móc je porównywać, a na pewno oceniać. Posługując się takim tokiem myślenia, można by dokonać  porównania krzesła do krzesła elektrycznego, bo przecież oba te "meble" mają oparcie...
 Ad rem: nieprawdą jest, jakoby cyt. " [p. Tysiąc] zaskarżyła do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu uniemożliwienie jej dokonania aborcji [...]". Nieprawdą jest też, że minister Religa wypowiedział się cyt. "za terapeutycznym rozumieniem aborcji". Oto fragment wypowiedzi Religi dotyczący wyroku Trybunału: "- Decyzja Trybunału nie dotyczyła tego, czy w Polsce ma być aborcja czy nie, lecz tego, czy przestrzegane jest aktualne prawo. Zgadzam się, że nie stworzono warunków, by Alicja Tysiąc się odwołała i jeszcze raz przedyskutowała tę sprawę. Nie ma procedur, które zabezpieczyłyby jej prawa". Alicja Tysiąc zaskarżyła nie odmowę aborcji, jak pisze p. Łupiński, ale brak prawa do przeprowadzenia procedur odwoławczych w tej sprawie, co stanowiło naruszenie polskiego prawa i Konstytucji. Cytuję za polską prasą: "Trybunał uznał, że polskie państwo nie ustaliło jednoznacznych procedur, które pozwoliłyby lekarzowi na upewnienie się co do konieczności przeprowadzenia legalnej aborcji. Władza ustawodawcza zalegalizowała aborcję w pewnych sytuacjach, ale nie zapewniła ram organizacyjnych, aby decyzja o wykonaniu tej procedury mogła zostać podjęta odpowiednio szybko. Co więcej - pacjentka, której lekarze odmówią wykonania zabiegu, nie ma możliwości odwołania się od ich decyzji". Sprawa jest prosta - Polska naruszyła prawo, które sama ustanowiła, a profesor Religa, minister, zobowiązany swoją funkcją do przestrzegania prawa, opowiedział się po jego stronie w myśl zasady "dura lex, sed lex". I nie ma żadnego znaczenia, czy naruszono przepisy dotyczące warunków legalnej aborcji, czy przepisów prawa budowlanego - złamano prawo, a osobie pokrzywdzonej należy się odszkodowanie - właśnie w myśl tego prawa. P. Łupiński rzuca gromy na niewidomą kobietę, nazywając ją "wyrodną matką", jednocześnie wychwalając  postawę Anny Radosz, zmarłej na raka ciężarnej, która odmówiła chemioterapii, obawiając się o zdrowie swojego nienarodzonego dziecka. 
 I tu znów mamy do czynienia z półprawdami opatrzonymi sporą dawką demagogii. Autor pisze cyt. "Poświęcenie swego życia dla mającego się urodzić dziecka jest [...] wyjątkowym aktem bohaterstwa". Z prasy wiem, że gdy p. Radosz dowiedziała się o czerniaku, choroba  była już w tym stadium, że szanse na wyzdrowienie były znikome, zaś zebrane przez ojca jej nienarodzonego dziecka fundusze były niewystarczające na nowatorską terapię w Bostonie, która mogła być dla niej szansą na wyzdrowienie. Z tego wynika, że p. Radosz nie bardzo miała inny wybór, niż ten, którego dokonała, a który wynikał zarówno z uwarunkowań medycznych, jak i pobudek racjonalnych, zaś nazywanie jej bohaterką jest mocnym nadużyciem. Takich bohaterów mamy każdego dnia na świecie tysiące, są to rodzice ratujący swoje dzieci z wypadków i katastrof, oddający im do przeszczepu  swoje narządy wewnętrzne ze świadomością, że narażają się na utratę życia. Anna Radosz, tak jak oni, wiedziała, że ryzykuje życie, a nie, że oddaje je za drugiego człowieka. Dowodem na to są informacje prasowe, że szykowała się na chemioterapię zaraz po porodzie. Gdzie więc jest to bohaterstwo? Czy miała wybór, by "bohaterką" nie zostać? Czy bohaterkami nie są też matki, która pracując na dwa etaty, samotnie wychowują dzieci na uczciwych i mądrych ludzi? Czy część tego bohaterstwa nie utkwiła w Alicji Tysiąc, która mimo biedy i ślepoty podjęła 6-letnią walkę o prawa do odszkodowania, by zapewnić swoim dzieciom godne warunki do życia i rozwoju? A gdyby jej życie ułożyło się inaczej i ojciec dziecka nie opuściłby rodziny, tylko zapewniał jej byt na takim poziomie, by mogła odzyskać wzrok, lecząc się w drogich, szwajcarskich klinikach? Czy wtedy pętałaby się po przychodniach, żebrząc o aborcję? A gdyby w Polsce istniały instytucje czy organizacje, które nie tylko z nazwy powołane są do pomocy ludziom postawionym przed trudnymi wyborami - czy uzyskując pomoc medyczną i finansową, domagałaby się usunięcia ciąży?  Czy gdyby Anna Radosz dowiedziała się o chorobie, będąc w pierwszym trymestrze ciąży - czy zdecydowałaby się na aborcję? Gdyby wiedziała, że jest to warunek całkowitego jej wyzdrowienia? Wszystko tu jest relatywne, zaś ocena postaw ludzi, gdy życie nie dało im większych szans wyboru, jest bezpodstawna i krzywdząca. I pytanie, które nasuwa się samo - gdzie były te instytucje i organizacje, gdy partner Radosz błagał publicznie o każdy grosz na leczenie swojej narzeczonej? Które z ugrupowań politycznych czy kościelnych okazało jakąkolwiek pomoc tym kobietom w tragicznych okolicznościach, jakie zgotował im los?
 I ostatnia sprawa dotycząca tego niechlubnego felietonu - autor usiłuje przekonać Czytelników, że europejski trend do zalegalizowania eutanazji wynika z pobudek  czysto hedonistycznych. Brzmi to niewiarygodnie, więc zacytuję: "[...] prawa człowieka rozumiane są jako zaspokojenie potrzeby wygodnego życia, przeto lewackie =elity? dopominają się prawa do uśmiercania zbędnych już rodzinie i społecznie osób". Ciekawa jestem, jak teorię definiującą prawa człowieka jako działania służące zaspokajaniu potrzeby wygody przyjęłyby afrykańskie plemiona trzebione wojnami lub kraje rządzone przez dyktatorów i tyranów. Nie wiem, kto zapłodnił umysł autora tej teorii złotą myślą, że dzieci chcą pozbywać się rodziców dla wygody, ale media aż puchną od informacji, że kwestie eutanazji podnoszą przede wszystkim środowiska lekarskie, czyli te, które są na co dzień świadkami niekończącego się  cierpienia i  walki swoich pacjentów o prawa do godnej śmierci.
 Tkwi w Polakach brzydka skłonność do poniżania ludzi o odmiennych poglądach i stałego oceniania inności przekonań, wyborów, wiary czy stylu życia. Manifestowana, okraszona agresją podburza tych, których natura nie wyposażyła w intelekt wystarczający do samodzielnej interpretacji faktów i wyciągania niezależnych wniosków. A nie trzeba być psychologiem, by wiedzieć, że człowiek jest istotą nieprzewidywalną i nigdy nie wiadomo, jak zachowa się w sytuacji ekstremalnej. Nie oceniajmy więc ludzi bez dogłębnej analizy sytuacji, w jakiej postawiło ich życie, nie narzucajmy im własnych wyborów, posługując się dogmatami, które ich nie dotyczą. Nie przekręcajmy faktów tylko po to, by móc na ich bazie tworzyć i publikować własne, mocno naciągane tezy. Bo życie nigdy nie jest białe lub czarne - najczęściej jest szare, a jego odcień szarości zależy w dużej mierze od tego, czy potrafimy dostrzec cierpienie innych i w porę zareagować. Żeby nie mnożyć historii Alicji Tysiąc, która pozbawiona pomocy dokonała tragicznego dla kobiety wyboru, lub sprawy Anny Radosz, której życie mogłoby zostać uratowane wsparciem materialnym tych, którzy nazywają się szumnie obrońcami życia poczętego, a którzy nie robią nic, oprócz uzurpowania sobie praw do takiej nazwy.
 Czasami wystarczy drobny gest, by odmienić czyjeś życie. Półtora roku temu, dzięki wsparciu Regionalnej Fundacji Pomocy Niewidomym w Chorzowie i księdza proboszcza z parafii M. Kolbego, założyłam w naszej CU konto pomocy dla Patryka Hyli z Dąbrowy Górniczej (nr 107696). Niewidomy od urodzenia 11-latek, opuszczony przez ojca, żyje z niepracującą matką w skrajnej biedzie. Jeśli 10 proc. Czytelników Gońca wpłaci na jego konto kwotę 5 dol., dziecko otrzyma urządzenia do ćwiczeń fizycznych, np. rowerek, bez którego jego prawidłowy rozwój fizyczny jest niemożliwy.
Agnieszka Krupak
Mississauga

 Od redakcji: Pani Agnieszko, niezależnie od prawnych interpretacji postawy Anny Radosz i Alicji Tysiąc - ja nie chciałbym być dzieckiem tej ostatniej. Życzymy szczęścia Patrykowi!
 

 GONIEC NR 23/2007 (180) (8-14 VI 2007)

 Szanowny Panie Redaktorze 
 W sprawozdaniu ze spotkania z dr. Chodakiewiczem w Calgary autor słusznie zauważa, że nie ma szans, aby KPK ufundował stypendium w IPN, aby sprawdzić nazwiska polonijnych działaczy jeżeli chodzi o współpracę z UB.
 Problem ten można rozwiązać bardzo łatwo - jest w Toronto organizacja "Osób Represjonowanych w Stanie Wojennym". Wystarczy założyć "Fundusz dla sprawdzenia działaczy polonijnych", postawić na jego czele kogoś zaufanego i uczciwego, a następnie ogłosić się w "Gońcu" z prośbą o ściepę na to stypendium dla historyka w IPN.
 Jakby każdy represjonowany (i nie tylko) "dał na tacę" tylko stówkę (nie jesteśmy znowu aż tacy biedni, nie oszukujmy się), to mam nadzieję, że wkrótce byłoby wystarczająco pieniędzy na kilka stypendiów.
 Do listy działaczy polonijnych proponuję również dopisać nazwiska kombatantów II wojny światowej, tam też zdaje się jest paru agentów. Jak również nazwiska polskich biskupów.
 Z poważaniem, 
J.K.

 Od redakcji: Szanowny Panie, wszystkie tego rodzaju ogłoszenia publikujemy za darmo. Może Pan się podejmie organizacji? Pisaliśmy o tej sprawie przy okazji pobytu p. Chodakiewicza w Toronto, wówczas padła propozycja, aby ufundować w tym celu stypendium dla p. Cenckiewicza z IPN. Poza tym sprawy te będą powoli wypływać w miarę badań historycznych. 

 ***
 Są takie dni, obecnie wręcz płyną jak rzeka, żeby nie powiedzieć wyją jak oszalały sztorm, gdy ciśnie się na usta i wciska do mózgu straszna myśl - świat zwariował. Człowiek oszalał. Podcina sobie własne korzenie człowieczeństwa. Mając na uszach wszechobecne kwadrofoniczne słuchawki, które niestrudzenie pompują do resztek jeszcze zdrowej części mózgu pięknie doprawiony jad, który wygląda i smakuje jak kolorowe i pachnące lody na upalny dzień, a po rozmrożeniu przedstawiają żałosny wygląd i grożą poważnym zatruciem, lub nawet śmiercią - ginie. Nie będę więcej truł, nam trzeba surowicy. 
 Są takie dni, gdy mamy okazję tę surowicę przyjąć, otworzyć oczy, odetkać uszy, poczuć duszę otrzymaną od Boga, zachwycić się dziełem rąk Jego, zamyślić się, zapłakać, uśmiechnąć się, podać komuś rękę. Dniem takim dla mnie jest spotkanie z kimś, kto widzi wnikliwiej, słyszy delikatniej, czuje głębiej. I do tego pięknie o tym pisze.
 Spotkanie z poetą. 29 maja miałem kolejną już przyjemność spotkać się z panem Romanem Chojnackim, gdyż o Nim piszę, i z Jego światem. Światem realnym i bardzo bogatym we wszystko, może poza mamoną, a przecież dla nas, ludzi z tego świata -światem często prawie niezauważalnym. Jakże często wyostrzonym właśnie na mamonę, władzę, układy, wpływy. Na wszystko co jest tylko skorupą. "Groby pobielane" - powiedział Pan. Ale to o nich, nie o nas.
 Spotkanie z poetą w konsulacie RP, który użyczył swych pokoi, przyciągnęło sporą gromadkę ludzi. Szkoda, że zabrakło wielu twarzy kultury i pióra. Po przywitaniu przez pana konsula Piotra Konowrockiego mieliśmy okazję wysłuchać pięknego wprowadzenia w świat słowa i poezji namalowanego przez pana Edwarda Zymana, a następnie mogliśmy zadumać się, słuchając niektórych wierszy pana Chojnackiego odczytanych przez samego autora, jak i pana Zymana. Całość przepleciona wspomnieniami poety i ciepłym dialogiem między obydwoma panami.
 Nie roszczę sobie w najmniejszym nawet stopniu prawa do bycia znawcą poezji, ale przecież poeta nie pisze dla poetów i znawców tej sztuki widzenia świata. Poeta pisze i dla takich robaczków jak ja, i dlatego mam prawo powiedzieć - to były piękne chwile postoju w tej gonitwie, która czasem dla niejednego zamienia się w wyścig szczurów. Niezrozumiałą dla mnie chwilą było to, że na ostatnie słowa pana Zymana, który zaprosił obecnych do osobistego kontaktu z poetą, do zadawania pytań, jak i do poczęstunku w sąsiednim pokoju, prawie cała zawartość pokoju marzeń i duszy przeniosła się do pokoju świata i żołądka. W dwie minuty zrobiło się pusto. Utworzyła się kolejka czterech osób, które prosiły o dedykację autora w Jego najnowszym tomiku "Lekcje przyrody". Składane krzesła, jeszcze ciepłe, w tym samym czasie wędrowały pod ścianę. W sposób zupełnie przez siebie niezawiniony gwiazdą wieczoru stał się pan konsul Piotr Konowrocki, który z dużą cierpliwością pozował do serii zdjęć na prośby kolejnych gości spotkania.
 Kotara opadła, a raczej podniosła się - wystawiając nas znów na działanie tego chorego świata. A jednak naprawdę warto było być. Dziękuję.
 Roman Dorna

 Od redakcji: Szanowny Panie, ludzie nie są święci, a świat nie jest doskonały. Pycha, próżność, małość to nasze odwieczne przywary, mimo to mamy przecież wzajemnie się miłować. Niech Pan spróbuje.

 List otwarty do Prezydenta RP
 Lecha Kaczyńskiego
 Szanowny Panie Prezydencie, 
 Przepraszam za taki wstęp, ale uważałem, że ten temat tak trzeba zacząć. Diabeł zwykle przychodzi nocą! Tak też wtedy stało się na Wołyniu, gdy do niewinnych śpiących ludzi, w setkach polskich wiosek i osiedli wkradli się jego wysłannicy, zwyrodniałe bestie w ludzkiej postaci - strilcy-rizuny osławionej UPA, bandyckiego ramienia ukraińskich faszystów spod znaku trizuba-OUN. Według ich szatańskiej deklaracji, na ziemi wołyńskiej polskiej krwi miało być "po kolana"! I tak się, niestety, stało! W setkach spokojnych osad i wiosek, naszych wówczas południowo-wschodnich rubieży. Rąbali ludzi siekierami jak bierwiona, piłowali żywcem i roztrzaskiwali polskie niemowlęta o ściany - wszystko to w imię "samostijnej Ukrainy". Groza tego "genocidium atrox" - barbarzyńskiego ludobójstwa, była tak straszna, że jak napisał sam Ukrainiec, "młode dziewczyny na ten widok siwiały"...! Taka wirtuozeria potworności nie zdarzała się nawet w Rwandzie czy Kambodży Pol Pota.
 I dlatego, Panie Prezydencie, który zostałeś wyłoniony wolą Narodu, nie wyobrażałem sobie, że będąc na czele polskiej delegacji w Kijowie, stojąc u boku Juszczenki, tego Juszczenki, który głosi apoteozę rizunów z UPA, zdobyłeś się, Panie Prezydencie, na spolegliwe potępienie akcji "Wisła", zarządzonej i wykonanej przez ówczesne władze komunistyczne i jej wojsko, akcji, która zresztą miała swoje uzasadnienie, bowiem nacjonalistyczno-faszystowskie frakcje ukraińskie próbowały siłą oderwać tamte tereny od Polski.
 Panie Prezydencie! Nie uroniłeś Pan ani jednej łzy nad okrutnym losem dziesiątków tysięcy zamęczonych wtedy Polaków, niewinnych dzieciątek z poderżniętymi gardłami wypełniających studnię w Podkamieniu, czy takichże w klasztorze w Wiśniowcu. Takie przykłady można by tu mnożyć tysiące. Żałosne i napawające grozą jest widowisko, gdzie przedstawiciele wielkiego niegdyś narodu, bezkrytycznie uczestniczą w cynicznie wyreżyserowanym według sztabu Juszczenki scenariuszu. Przecież była wtedy jedyna okazja do przedstawienia Ukraińcom polskiej racji stanu i odkłamania długo przemilczanej sprawy. Czy trwanie w kłamstwie, w imię jakichś wyimaginowanych koncesji od Ukraińców, sprzyja budowaniu zaufania i prawidłowych stosunków z obecnym pokoleniem na Ukrainie? Na pewno nie.
 Jeżeli polski rząd, w którym Polacy pokładali tyle nadziei, tak lekce sobie waży polską rację stanu i zapomina o martyrologii Polaków na Wołyniu, gdzie jest zatem wiarygodność tego rządu i najwyższego urzędu Rzeczypospolitej - Urzędu Prezydenta RP? Jeżeli takie rzeczy się dzieją, to niech Bóg ma naszą Ojczyznę w opiece i niech raczej ześle nam na ziemię tych żołnierzy z Westerplatte, z wiersza Gałczyńskiego, jeżeli nikt już nas, Polaków, nie może obronić.
Andrzej Legienis
Toronto

 Od redakcji: Zbrodnia wołyńska musi być częścią kanonu szkolnego polskiej martyrologii.

 Panie Wałęsa:
 Jak to miło, że Pan tak bezpośrednio pisze na łamach tego forum (chodzi o forum SOWA - dop. red.) i jasno określa, kto jest kretynem, a kto wariatem.
 Lata lecą, a ja do tej pory żałuję, że nie zadałem Panu jednego pytania w czasie naszej wspólnej konferencji prasowej w drugiej turze wyborów prezydenckich w 90 roku. Pan  mnie wtedy nazywał agentem KGB, a ja chciałem zadać Panu tylko jedno pytanie: Współpracował Pan z SB, czy nie?
 Z góry dziękuję za odpowiedź, bo do tej pory żałuję, że wtedy się o to nie zapytałem. Jest powiedzenie, że lepiej późno niż wcale, a więc czekam na Pana odpowiedź.
 Stanisław Tymiński

 Od redakcji: Zawsze lepiej coś zrobić i żałować, niż nie zrobić i żałować.

 Skandaliczny podręcznik
 W jednym z rekomendowanych przez Ministerstwo Edukacji Narodowej podręczników do języka angielskiego znajdują się propagandowe teksty lewackie promujące postać komunistycznego zbrodniarza winnego śmierci kilkuset tysięcy ludzi, Ernesto Che Guevary.
Rafał Dobrowolski

 Od redakcji: W Toronto w Chinatown promuje się nawet Mao Tsetunga. Wśród zbrodniarzy również mamy równych i równiejszych. 
 
 

GONIEC NR 22/2007 (179) (1-7 VI 2007)

 Witam!
 Ostatnio byłem w "Starskim" (Starskym) i w tamtejszym oddziale Pegaza chciałem kupić "Gońca". Uprzejma pani z pewnym zażenowaniem dała mi do zrozumienia, że na razie Waszego magazynu tam nie kupię. Gdzie w Mississaudze mogę Was znaleźć?
 Z poważaniem
 Wasz stały czytelnik Zbigniew Sobolewski
 PS Jeszcze pozostaje retoryczne pytanie "dlaczego nie tam?".

 Od redakcji: Szanowny Panie, kłopoty były przejściowe. Oczywiście, może nas Pan kupić w każdym innym polskim (i nie tylko sklepie) w pobliżu.

 Mały przyczynek do relacji 
 D. Irvinga do Polski 
 Polecam Panu Autorowi to, co pisze o naszym kraju, np. na temat bombardowań polskich miast w 1939 r., Irving w swym głównym dziele "Wojna Hitlera", polecam szczególnie polskie wydanie, w którym przedmówca z ogromnym szacunkiem dla Irvinga koryguje cały SZEREG drobnych błędów, nieścisłości i spraw dyskusyjnych, w których Irving jednak zawsze ciepło wyraża się o III Rzeszy, a lekceważy stanowisko polskie, polskich historyków, krótko mówiąc - miał już wtedy swojego "faibla" proniemieckiego i gdzie mógł bagatelizował zbrodnie narodowych socjalistów Genosse Hitlera. 
 Ja czytam Irvinga z ogromną frajdą, to chyba jedyny wielki historyk, który nie boi się dociekać prawdy w tym najciemniejszym okresie historii Europy Środkowej; ale jestem, po pierwsze, Polakiem i trudno mi przełknąć takie traktowanie bolesnej historii mojego narodu ze strony tego wybitnego, obrazoburczego, a jednak niejednoznacznego uczonego. 
 Norman Davies prezentuje jednak bardziej obiektywne stanowisko i jest zdecydowanie "ciepły" wobec Polski, broniąc nawet (nie wiem, czy "zawsze") naszego narodu przed narodem... Bułgarów, czyli przed zarzutami o jego rzekomy wyssany z mlekiem matki antysemityzm, pisząc wprost o poparciu Żydów dla Sowietów w czasie II wojny i in. kwestie.
 Pozdrawiam
 pst

 Od redakcji: Dziękuję bardzo za opinię, mimo to nie zmienia to faktu, że Irving ciepło pisał o polskim wojsku.

 ***
 Po napisaniu książki o gen. Sikorskim Polacy przyjęli ją z zadowoleniem i w milczeniu. Nikt nie kupował, nikt nie robił reklamy. 
 Cóż, należy się nam...
 Niemcy po cichutku rzucali się na książki Irvinga, płacili za odczyty, podróże po całym świecie do klubów niemieckich i organizacji, gdzie był przyjmowany, fetowany, hołubiony, karmiony, poprawiany i dostawał dyskretnie do kieszonki...
 W moim mieście przyjęcie z odczytem Irvinga kosztowało 100 dol.... ludzi było chyba 300. Organizacja Heimat Deutchland wpłaciła z kasy dla Her Irvinga, z tego co wiem, chyba 15 tys. na następne prace i badania. Tylko jedno miasto...
 Niemcom się nie należało...
Syrjohn

 Od redakcji: To oczywista relacja.

 Cicho i spokojnie jakby po wojnie!
 "Jeśli żołnierz na prawo i lewo rozpowiada, gdzie rozmieszczono umocnienia, gwałtowne przymknięcie mu japy bynajmniej nie narusza swobody wypowiedzi i konstytucyjnych gwarancji wolności słowa..."
 Panie Andrzeju, jak żołnierz to zrobi w czasie działań militarnych, to dostanie kulę w łeb i na tym się skończy.
 Ja myślę, że pan ma tutaj na myśli obecną propagandową politykę polskich władz, które dużo krzyczą, a mało robią. Nakrzyczą się, straszą do upadłego, wymyślają nieprzemyślane cudeńka i ustawy i na koniec g... z tego. Dla takich można "zamknąć japę" poprzez wybranie nowych ludzi, a tych cwaniaków przegnać na piaski pustyni Negew, niech tam zakładają swój raj. Tylko jak to zrobić. Już więcej nie ma na tym świecie ludzi odwagi z poświęceniem. Stan męski stracił swoje "jądra", a stan kobiecy już nawet nie zajmuje się plotkami, bo swój czas traci na oglądaniu nierealnej rzeczywistości w telewizji. A może tak po cichu producenci z rozkazu dodają bromku na uspokojenie do wszystkich produktów żywnościowych i teraz naród cierpi cicho i spokojnie jakby zaraz po wojnie.
 ZAP 
 PS Mój prof. dr przedmiotu chemii pracował z gorzelni w W-wie to opowiadał, jak Niemcy w czasie okupacji używali odpadków i wszelkiego rodzaju śmieci do fermentacji alkoholu, a na koniec dodawali bromek na uspokojenie. Tym alkoholem płacili za kontygenty zbożowe dla chłopów, ale byli pewni, że ten produkt nie wzbudzi niepotrzebnej reakcji. 

 Od redakcji: Szanowny Panie, żołnierze w Iraku umieszczali informacje operacyjne na blogu... Kuli w łeb nie dostali.

 Wielce Szanowni Państwo
 Powołując się na ogłoszenie USOPAŁ dotyczące projektu ustawy o stwierdzeniu pochodzenia polskiego wydanego przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, które rozesłaliśmy 21.05.2007, powiadamiamy, że dla ogólnej informacji będziemy większość opinii i reakcji publikowali w Internecie. Prosimy, aby Wasze analizy dotyczące tego projektu były do nas przesyłane do końca czerwca. Po zebraniu opinii stworzymy ogólne zestawienie jako sugestie USOPAŁ.
Lidia Barcewicz 
Biuro USOPAŁ
 ***
 Kilka dni temu przeglądnąłem treść projektu ustawy i oczywiście jest tam szereg pytań czy uwag. Jednak nie zrobiłem wtedy tego dokładnie. Teraz nie mogę dotrzeć do dokumentu źródłowego na stronie MSW. Zdołałem na szybko wtedy zanotować n/w uwagi. Mianowicie:
 Art. 1. Konieczna wyraźna definicja, kto jest cudzoziemcem w rozumieniu Ustawy.
 Art. 6.2.2 b,a. Mówi - "...pielęgnowaniu polskich tradycji i zwyczajów w szczególności poprzez udział w organizacjach prowadzących działalność w tym zakresie poza granicami kraju...". Pytanie, czy to też chodzi o obecne organizacje polonijne, np. w Kanadzie do cna przepełnienie agentami Kwaśniewskiego i Cimoszewicza, na co dzień rozbijające Polonię?
 Art. 7.1. cyt. "... Decyzje w sprawie o stwierdzeniu obywatelstwa polskiego wydaje Konsul właściwy ze względu na miejsce stałego zamieszkania cudzoziemca...". Podobnie, czyżby obecnym czerwonym konsulom przysługiwało prawo decyzji, np. o tym czy ja mam mieć obywatelstwo polskie? Gdyby tak było, gdybym nie miał ważnego paszportu, obecny czerwony konsul najchętniej skreśliłby mnie z listy obywateli RP grubą kreską.
 Art. 9.3.  cyt. "... Dane z rejestru, o którym mowa w ustępie 1., udostępnia się wojewodom, szefowi urzędu ds. cudzoziemców oraz komendantowi głównemu straży granicznej w zakresie niezbędnym do realizacji zadań w sprawach wjazdu, przejazdu i pobytu cudzoziemców na terytorium RP oraz ich wyjazdu z tego terytorium..." Też ciekawe, tzn. ci różni ludzie, działając w oparciu o informacje z zagranicy (konsulowie, ambasadorzy, konsulowie honorowi) o "niepokornych" wobec tych urzędów zagranicznych będą decydować, czy mogę wkroczyć do Ojczyzny? Skandal.
 Nadal i ciągle bez 100-proc. czystki w ambasadach i konsulatach, wśród różnych malowanych konsulów honorowych w żadnym wypadku moje obywatelstwo, wjazd do Ojczyzny nie może zależeć od woli czerwonych zdrajców.
 Tyle na szybko udało mi się wyłowić. Było to bardzo pobieżne. Dalej nie mam dostępu do projektu ustawy.
 Pozdrawiam
Jan Kulach

 Od redakcji: Bez projektu ustawy, trochę ciężko.

 ***
 24 maja o godz. 19.00, w budynku SPK, 206 Beverley Street, Toronto, w górnej sali Zarząd Główny Stowarzyszenia Inżynierów Polskich w Kanadzie, w kooperacji z Toronto Chapter of the Institute of Electric and Electronic Engineers (IEEE), zorganizował konferencję na temat energetyki atomowej pod tytułem "Współczesne reaktory atomowe dla energetyki". 
 Temat konferencji wywołał duże zainteresowanie. Wcześniej informacja o konferencji znalazła się na stronach PEO, IEEE, "Toronto Star", w mediach polonijnych. Jak zaznaczył autor publikacji w "The Toronto Star", rząd premiera Ontario McGuinty'ego unika otwartej i publicznej dyskusji na temat decyzji o tym, w jaki sposób ma być rozporządzany 40-miliardowy budżet na rozwój energetyki w Ontario. Energetyka to ceny i rachunki płacone za elektryczność przez przeciętnego użytkownika, rozwój energetyki to tworzenie nowych miejsc pracy w prowincji, ceny energii to decydujący element w rozwoju gospodarki i przemysłu w kraju. 
 Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie zainicjowało publiczną dyskusję na ten temat, skupiając się na węzłowym i decydującym zagadnieniu, tj. wyboru najwłaściwszej technologii. Dodać należy, że również Polska stoi w obliczu strategicznych decyzji o rozwoju energetyki w kraju. Stowarzyszenie wystosowało zaproszenia do udziału w konferencji do głównych producentów reaktorów atomowych: GE Nuclear, Westinghouse/Toshiba, Atomic Energy of Canada Ltd (producent Candu), Areva SA - największej na świecie firmy reaktorów atomowych z siedzibą główną w Paryżu. Na sali obecni byli zainteresowani z branży energetyki - pracownicy OPG, AECL, Areva, byli i emerytowani pracownicy Hydro, członkowie SIP, studenci UofT. Wśród gości - uczestników konferencji należy wymienić:
 Pawła (Paula) Leksińskiego, Darlington's Licensed Shift Supervisor Dariusza Kulczyńskiego - pracownika OPG, znanego publicystę "Kuriera", zwolennika CANDU, i wielu innych.
 Mr. Wilson Lam, Senior Advisor with the Ontario Ministry of Energy, w swojej prezentacji przedstawił stan energetyki Ontario, przewidywany wzrost zużycia energii, projekty rozwoju energetyki, planowaną budowę nowych elektrowni i wyzwania z tym związane.
 Inż. Trzeciakowski mówił o tym, że proces decyzyjny selekcji określonego typu reaktora powinien być procesem strukturalnym. Powinien uwzględniać wszystkie składniki i czynniki, takie jak zdolności produkcyjne, wydajność, bezpieczeństwo, dostępność kadry naukowo-technicznej, dostępność surowców, ilość tworzonych miejsc pracy. Wiele z tych czynników jest różnych dla Kanady i Polski. Stwierdził przy tym, iż wierzy w to, że SIP jest w stanie dużo pomóc w procesie oszacowania wielu czynników, jak również wnieść dużo w stworzenie takiej systematyki ewaluacji różnych systemów.
 Pan Laferrere opisał zalety EPR (Evolutionary Pressurized Reactor), przedstawiając jako najbardziej popularny reaktor na świecie znacznie przewyższający wszystkie inne reaktory na świecie z wydajnością 95 proc. Stwierdził przy tym, że CANDU miało przewagę nad pozostałymi reaktorami na świecie, ale było to w latach 70. i 80. Obecnie EPR jest reaktorem bez porównania lepszym.
 Dr Stefan Doerffer (absolwent Politechniki Gdańskiej) przedstawił wszystkie zalety reaktora CANDU jako najbezpieczniejszego, najbardziej wydajnego reaktora pracującego na TANIM NIEWZBOGACANYM URANIE lub zużytym paliwie z innych elektrowni atomowych. W swojej prezentacji skoncentrował się na zaletach technicznych reaktora CANDU, jak również na kolejnym rozwinięciu technologii, tj. nowej generacji reaktora ACR-1000 (Advanced Candu Reactor). Wielokrotnie odwoływał się do doświadczeń z ostatnią budowa reaktora CANDU w Chinach.
 Podczas sesji pytań i odpowiedzi pan Kulczyński podał w wątpliwość wypowiedź pana Leferrera o projektowanej 95-proc. wydajności nowego reaktora firmy Areva - EPR, podczas gdy światowa średnia wynosi 81 proc., wydajność amerykańskich PWR 87 proc. (Presurized Water Reactor), a Candu-6 88 proc. Stwierdził przy tym, że należy porównywać nowe z nowym, a nie nowe ze starym.
 Padło pytanie zasadnicze - odnośnie do całkowitych kosztów budowy i eksploatacji elektrowni atomowych - ILE KOSZTUJE WYPRODUKOWANIE 1 MW zarówno w kontekście inwestycji kapitałowych, jak również w kontekście późniejszej eksploatacji i cen surowca - wzbogacany uran a niewzbogacany uran (taki jak używa CANDU) i późniejszej eksploatacji elektrowni. Pytanie jest proste i zasadnicze, lecz odpowiedź na nie jest sprawą bardzo skomplikowaną. Żadna z konkurencyjnych stron nie potrafiła nawet podać przybliżonego szacunku. Temat energetyki jądrowej będzie kontynuowany w aspekcie Operational Experience (co sugerował inż. Jan Trzeciakowski), oraz poznania innych typów reaktorów.
 Stowarzyszenie Inżynierów Polskich w Kanadzie zapoczątkowało publiczną debatę nad tak ważnym tematem dla mieszkańców Kanady i Polski, jakim jest wybór opcji technologicznej w energetyce jądrowej jako punkt wyjściowy przed decyzjami finansowymi dotyczącymi potrzeb energetycznych kraju.
Sławomir Basiukiewicz

 Od redakcji: Energia atomowa przyszłością świata.

 ***
 Ten sam sufler podpowiada "Gazecie", lekarzom, nauczycielom itp. Nie spodziewałem się, że i "Goniec" ulegnie. Szkoda. Po "wolnych sobotach" nastąpiły "handlowe niedziele"... jaki będzie następny krok??? A na razie bzdury Karola Marksa zwycięzcą? Powstania, rok 1920, walka z okupantami, "Solidarność", wiara ojców i dziadków... wszystko to zgodnie z "poprawnością polityczną" ma ulec propagandzie i demagogii. Wstydu i prawdy to chyba już nie ma (???). Ktoś ten komunizm musiał wymyślić, ktoś, kto chce zniszczyć cały dorobek ludzkości, ktoś, kto ma obiecane i kto myśli tylko o sobie. Czy nasze wnuki na pewno muszą być niewolnikami???
 To, co dzieje się w Polsce, jakoś mnie nie martwi... wierzę, że Polska sobie radę da, że PiS, rząd cały jest na tyle mocny... znajdzie lekarstwo, podobno może pomóc tłuczona cegła.
 Martwi mnie tylko postawa tych "pożytecznych idiotów" wyrabiających Polsce opinię byle jaką.
Janusz Sierzputowski

 Od redakcji: Szanowny Panie, proszę nieco jaśniej, Pana wywody są bardzo hermetyczne.

GONIEC NR 21/2007 (178) (25-31V 2007)

 ***
 Uprzejmie zawiadamiam, że pierwszy "Goniec"  numer 19 z 11-17 maja 2007 jest dostępny w czytelni biblioteki przy ulicy Runnymede. Po drodze z pracy właśnie zajrzałam do biblioteki. Wczoraj jeszcze nie było. Można go pożyczać do domu.
Poprosiłam moją znajomą bibliotekarkę Lydię o umieszczenie nalepki na półce, bo GONIEC był schowany między ukraińskimi gazetami i trudno było go znaleźć.
 Mam nadzieję, że następne numery "Gońca" będą dostarczane do biblioteki na bieżąco.
 W tej bibliotece nie ma żadnej gazety polonijnej, więc pomyślałam sobie, że chociaż jedna powinna być. Są magazyny z Polski: "Polityka", "Twój Styl", "Cztery Kąty".
 W dalszym ciągu będę kupowała "Gońca", bo składam wszystkie numery i powracam do nich.
 Na "Gońca" złożyłam zamówienie latem ubiegłego roku. Zaniosłam do biblioteki jeden numer razem z wypełnionym formularzem. Lydia zrobiła ksero - głównie z działów o Kanadzie, i przekazała wyżej.
 Grażyna Maria Królówna
 
 Od redakcji: Szanowna Pani, dziękujemy Pani i wszystkim innym Czytelnikom, którzy tak ofiarnie zaangażowali się, aby tę sprawę doprowadzić do końca.

 ***
 Uprzejmie zawiadamiam, że w dniu 20 maja w niedzielę odbył się miniturniej piłkarski z udziałem drużyn z Oshawy,Toronto i Portugalii. W parku im. generała Sikorskiego zwyciężyła drużyna z Toronto, wyprzedzając Oshawę i Portugalię. Dochód z turnieju w wysokości 350 dol. został przeznaczony na hospicjum Małego Księcia w Lublinie. 
 Wszystkim zawodnikom i ofiarodawcom należą się ogromne brawa za sportową walkę, doping i otwarte serca. Mecze stały na niezłym poziomie piłkarskim, ale wyniki były sprawą drugorzędną. Ze sportowym pozdrowieniem  - organizatorzy.
 Jerzy Melgies

 Od redakcji: Dołączamy się do oklasków.

 Skarby polskie wśród Polonii 
 Dziękuję Panu Kumorowi za pokazanie nam dwojga wspaniałych Polaków.
 Tu, w Ottawie, też spotykam takich ludzi ze starszej emigracji powojennej. To prawdziwy zaszczyt rozmawiać z takimi ludźmi. Darzę ich wszystkich wielkim szacunkiem. Kiedy słucham na pogadankach w Domu Polskim w Ottawie ich wspomnień, zawsze myślę o wielkiej stracie naszych rodaków w Kraju. Oni rzadko mają okazję spotkania i rozmów z takimi ludźmi.
 Opinia o Polonii została urobiona w czasach PRL-u i wciąż pokutuje. Widzi się nas głównie jako tych, co się dobrze "ustawili", wybrali łatwe życie w bogatych krajach, gdzie dolary wiszą na przydrożnych drzewach.
 Mgliste są pojęcia o tym, co ci ludzie przeszli, dlaczego wybrali emigrację, jak bardzo tęsknią za swoją ojczyzną, jak pozostali w głębi duszy członkami tego samego narodu polskiego, jak bardzo chcieliby, żeby Polska była takim krajem, o którym marzyli, a nie dane im było do niego wrócić.
 Niestety, pokolenie solidarnościowych emigrantów wygląda blado na tle starszego pokolenia. Z pewnością duże piętno socjalistycznego wychowania ma tu znaczenie, i te nieszczęsne mity łatwego życia, które pchały wielu dobrowolnie za granicę. Władze chętnie pozbywały się opozycjonistów, a ci - równie chętnie - w większości przypadków - korzystali z możliwości wyjazdu ze zniewolonego komuną kraju, urządzenia sobie życia od początku w bardziej ludzkich warunkach.
 Następne pokolenie wyjeżdża, wielu nie wróci, zamknie za sobą drzwi na zawsze. Niektórzy będą tęsknić, pamiętać, część może wróci. Jednak życie ma swoje prawa - niełatwo jest wracać, chociaż i trudno żyć w obcym kraju.
 Ilu z nowej fali emigrantów będzie pamiętało o swojej ojczyźnie tak jak ludzie, o których pisze Andrzej Kumor? Pewnie będą to też pojedynczy ludzie. Niektórzy z nich będą próbowali walczyć o pamięć dla swoich dzieci, dla siebie samych, dla narodu. Inni stopniowo zapomną, nie będzie im zależało na podtrzymywaniu więzi z rodakami, na zachowaniu pamięci o swojej tożsamości.
 Pozdrawiam Pana Andrzeja Kumora
 Anna Kozłowska
 Ottawa

 Od redakcji: Szanowna Pani, jeśli polskość będzie się opłacać, Polaków będzie nam przybywać. A po to, by polskość "była opłacalna", trzeba zbudować silny i praworządny naród.

 Kto jest teraz wrogiem RP?
 (do artykułu A. Ligęzy) 
 Jeśli prawo ustalone przez klikę jest niesprawiedliwe, obowiązkiem każdego obywatela jest przeciwstawić się takiej uchwale. Tylko całkowite otwarcie teczek i archiwów IPN-u dla bezpośredniego dostępu dla każdego obywatela RP bez utrudnień i rzucania kłód przed nogi, może być tylko jednym i prawnym podejściem do rozwiązania tego problemu.
 Czy to matacze z PiS-u, czy SLD, czy PO, nie powinni ukrywać się sami i szantażować całe społeczeństwo.
 Trybunał Konstytucyjny dał możność dla społeczeństwa polskiego domagania się całkowitego otwarcia archiwów IPN. To tylko jedno wyjście i nie może być innego matactwa. 
 Kto się nie zgadza z całkowitym otwarciem archiwów IPN-u, jest wrogiem państwa polskiego, i to w 100 proc. 
 Trzeba sobie to dobrze uzmysłowić, kto jest teraz prawdziwym wrogiem RP i niszczy dobre imię naszej ojczyzny. 
ZAP
Od redakcji: Święta prawda.
 

 GONIEC NR 20/2007 (177) (18-24V 2007)

 Panie Kumor, 
 Znów robi pan te same błędy co poprzednio, pisząc na temat roli Kościoła - przytacza wiele faktów, z którymi można się zgodzić, ale myli się w ogólnej ocenie. I wcale nie piszę tego po to, żeby panu dołożyć, lecz z uwagi na czytelników. 
 Dlaczego pan przedstawia to wszystko w tak czarnych kolorach? Pisze na przykład: "Jak mawiał największy polski pisarz XX wieku, Józef Mackiewicz, Niemcy robili z Polaków bohaterów, a Sowieci g...no". Nie można nazywać państwa stworzonego na polecenie Stalina przez jego ludzi w Polsce "ojczyzną" czy "Polską". Straty moralne wynikające z komunizmu są o wiele większe niż te, które przyniosło kilka lat wojennej tragedii. Straty były utrwalane przez wychowanie, system szkolny, totalny charakter państwa, brak możliwości zatrudnienia poza systemem itp.    W takim razie Generalna Gubernia była lepsza dla Polski, prawda? Komuniści mawiali: "Gdyby nie Armia Czerwona, naród polski by dzisiaj w ogóle nie istniał". Nie jest tajemnicą, że za komuny Polska była państwem niesuwerennym, satelitą Moskwy, że system kolektywizacji i sowieckiej kolonializacji demoralizował ludzi, zabijał wiarę w sens uczciwej pracy i uczył nieufności człowieka do człowieka. Ale nie przesadzajmy. Bezrobocie było niskie, oświata stała jednak na niezłym poziomie. Absolwenci komunistycznych uczelni byli na ogół dobrymi fachowcami.   Uważam, że prawo człowieka do pracy i nauki było bardziej szanowane wtedy niż obecnie, bo nie rządził pieniądz. Dalej pisze pan: "Zamiast kilku lat, na wyzwolenie trzeba było zaczekać kilka dekad. Te kilka dekad okazało się dla Narodu Polskiego okrutne, zadając mu o wiele większe straty niż wszystkie lata zmagań wojennych". 
 Powoli. Ruszyło budownictwo mieszkaniowe za Gomułki w latach 60., rozbudowywał się przemysł za Gierka w latach 70., bezrobocie, jak wspomniałem, wtedy było o wiele niższe. Pewien facet powiedział mi w Kanadzie: "Jaka robota była, taka była za komuny, ale była. I nikt nie głodował". A dzisiaj? Więcej Polaków z niedostatku trafia do krajów dzisiejszej Unii lub na śmietnik niż za komuny. Nawet solidarnościowa emigracja nie była tak wielka jak ta "unijna". 
 Pan pewnie jest jeszcze młody i niewiele z tego pamięta. I dalej: "Rocznica zakończenia II wojny światowej powinna służyć przywróceniu tej jasno definiowanej perspektywy, jakże ważnej dla uratowania polskiej tożsamości narodowej!". Dzisiaj tożsamości narodowej nie trzeba ratować. Polska odzyskała ją w całej pełni. Świat nie dzieli się na same czarne i białe kolory. Okresu stalinowskiego terroru nie można utożsamiać z okresem gomułkowskim lub gierkowskim, a komunistycznej niewoli prezentować jako gorszej od hitlerowskiej, w sposób jak pan to robi. Trzeba dzisiaj więcej patrzyć w przyszłość niż zajmować się zaszłościami. A ta przyszłość nie zapowiada się różowo. 
 To, że Polacy nie są przywiązani do praworządności, kłócą się między sobą i nie chodzą głosować, może znów doprowadzić do utraty tożsamości narodowej. 
 Faktem jest, że nie jesteśmy narodem wybranym i robimy sobie krzywdę wmawianiem sobie wielkości. A w tym wmawianiu przodują, niestety, pisma katolickie i prawicowe, jak "Goniec". 
Waldemar Konior

 Od redakcji: Szanowny Panie, tak jest, okupacja "komunistyczna" miała różne fazy, podobnie jak hitlerowska, też różnie wyglądała w różnych miejscach i latach. Na pozostałe argumenty odpowiadam w felietonach od lat. Powiem Panu tylko tyle, że Niemcy też sporo za okupacji w Polsce pobudowali...

 Drogi Redaktorze,
 Przepraszam, że dopiero teraz ta uwaga, lecz z braku czasu nie czytam regularnie "Gońca". Pod moim listem w sprawie wywiadu z J.T. Grossem był Pan łaskaw umieścić uszczypliwy dopisek: "... dlaczego list jest po angielsku, skoro skierowany jest m.in. do czytelników =Głosu Polskiego? - =prawdziwie polskiego?. =Głosowi Polskiemu? nie przystoi tracić polskiego głosu". Pan pozwoli, że nie będę komentował "tonacji" i poziomu tej uwagi. Jeśli to zaś miał to być żart, to powiedzmy - średni. Gwoli wyjaśnienia dodam tylko, iż list był adresowany także do czytelników i zainteresowanych osób anglojęzycznych i do nich pierwotnie przeznaczony, a rozesłany także drogą mailową. 
 O sprawach istotnych dla Polski winniśmy rozmawiać także po angielsku, bo po polsku niekiedy... trudno się w Kanadzie dogadać. Tak - prof. Chodakiewicz pewnie lepiej by sobie poradził w mediach amerykańskich niż Nowak, a jeszcze lepszym pomysłem byłoby zaproszenie do "Agenda with Steve Painkin" w TV-Ontario prof. Daviesa, który jako nie-Polak zabrzmiałby bardziej obiektywnie. Zatem - koledzy z "Gońca" - do dzieła - uruchommy swe kontakty z tymi panami i spowodujmy, by Paikin zaprosił ich do swego programu.
 Z wyrazami sympatii,
 Wiesław Magiera, 
redaktor naczelny 
"Głosu Polskiego"

 Od redakcji: Również, z wyrazami sympatii.

 ***
 W swoim ostatnim numerze "Goniec" zamieścił list p. Janusza Sierzputowskiego, który targany rozlicznymi emocjami po powrocie z Polski, podzielił się nimi z Czytelnikami. 
 Zgadzam się (za Redakcją) z drugą częścią listu, ale przyznam, że pierwsza wprawiła mnie w zdumienie, a to z powodu entuzjazmu, z jakim Autor opisuje pozytywne zmiany, jakie w ostatnim czasie  zaszły w Najjaśniejszej. Cytuję zatem: "[...] szok jest olbrzymi, w budownictwie wrze, co krok budowa, remont [...] postęp widać gołym okiem". Lecz czy szanowny Pan wie, że metr kwadratowy w warszawskiej ruderze epoki gierkowskiej kosztuje 7000 zł, przez co 2-pokojowa klita (nie "dwubedroomowa", jak zwykliśmy nazywać mieszkania 3-pokojowe w Ameryce) kosztuje ok. 300 000 zł? Biorąc pod uwagę zarobki przeciętnego nauczyciela czy lekarza w państwowej przychodni, na taki luksus nieborak ten musiałby pracować przez ćwierć millenium, czego mu na szczęście gospodarka polska oszczędzi, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie da nędzarzowi, nawet z doktoratem,  kredytu rozłożonego na 500 lat.
 Dalej Autor podkreśla tanie życie w Polsce, cyt. "lubię to miasto (Wrocław) i nocną jazdę za niecałe 50 zł. W rzeczy samej, taniocha, bo to tylko 20 kanadyjskich dolarów za nocny rajd" (nie wiemy, czym). Natomiast biorąc pod uwagę moje wyliczenia powyżej i stawki  godzinowe sprzedawców w sklepach (między 3 a 5 zł za godzinę pracy), pracowników najemnych w sadownictwie i rolnictwie (3-7 zł/h),  pielęgniarek (7 zł/h) czy pracowników naukowych (1200 zł miesięcznie) - 50 zł to koszt obiadów na cały tydzień! Polska jest krajem fantastycznym do życia - dla turysty, przeliczającego dolara na złotówki. I dlatego nie będzie przeszkadzać mu, że kilogram wymrożonych na wiór krewetek najniższego sortu kosztuje 70 zł, a ceny ryb są znacznie wyższe niż w Czechach, które nie mają mazurskich jezior ani dostępu do morza. Luksus w postaci białego sera to 12 zł za kilogram. W tym Eldorado rozmowy telefoniczne są najdroższe w Europie, zmiana operatora telefonicznego zawsze wiąże się z karą pieniężną, benzyna kosztuje 4,20 zł za litr (godzina pracy robotnika czy ekspedientki), policja boi się własnego cienia, proste sprawy sądowe ciągną się latami, a w rodzinach patologicznych zabijane są dzieci, bo opieka społeczna czy system kurateli sądowej praktycznie nie istnieją.
 Autor czuje się jednak zawiedziony poziomem usług w pociągu Intercity - brak klimatyzacji i konieczność znoszenia głośnych rozmów współpasażerów były dla niego udręką. Drogi Panie - pociągami Intercity jeżdżą nieliczni, Polska tłoczy się w osobowych, w których podróż przed 6 rano grozi śmiercią lub kalectwem!
 Następnie Autor wyraża opinię na temat stanu umysłu Polską niezachwyconych, pisząc cyt. "[...] trzeba być głupcem lub przegranym komuchem, aby udawać, że nic się nie dzieje". 
 Dzieje się, Panie Januszu, dzieje się, aż strach! Tydzień temu nauczyciele otrzymali rewaloryzację za I kwartał - 3,68 zł, zaś plantatorzy i sadownicy zamierzają sprowadzać do kraju indyjskich biedaków do pracy na swoich polach i w sadach - bo polski pracownik żąda za godzinę harówki 6 zł - a to jest podobno bardzo wygórowana stawka. Dyrektorem jednego z największych banków został nauczyciel fizyki, wicepremierem jest człowiek z wyrokiem kryminalnym, a połowa posłów koalicji ma wyroki sądowe. Rząd tego kraju wbrew konstytucji zmienia go w kraj katolicki i nieustannie dopieszcza radio, od którego odżegnuje  się sam Watykan. 
 Tajna lista agentów służb specjalnych krąży po całym świecie, a szef wywiadu gubi swój laptop. Krawcowa otrzymuje posadę w biurze partii koalicyjnej w zamian za usługi seksualne, a spekulacje dotyczące ojcostwa jednego z jej dzieci opisuje nawet prasa na Jamajce. Minister edukacji do niedawna przewodniczył partii, uznanej w Europie za neonazistowską, a jego ojciec popiera żydowskie getta i próbuje dowieść,  że pod Wawelem żyły dinozaury. Nikt w rządzie nie zna języka angielskiego na tyle, by móc się nim swobodnie posługiwać, dzięki czemu głowie państwa uchodzi na sucho nazwanie zagranicznej dziennikarki "małpą".  Prezesem NBP jest zaś człowiek, który nie potrafi wyartykułować poprawnego gramatycznie zdania w języku ojczystym (służę nagraniem). 
 Przy tych "widocznych zmianach" brak świeżego powietrza w pociągu czy ceny mieszkań, wyższe niż w Toronto, to szczegół niewart uwagi. Na szczęście, nikt już nie łypie na życie turystów z państw zachodnich, jak to miało miejsce w jedynym słusznym ustroju, kiedy prasa opisywała przypadki, gdy jeden z nich wypadł z okna pokoju hotelowego na parterze i połamał sobie kark w 5 miejscach, inny potknął się o dywan i rozłupał czaszkę, a kolejny udusił się podczas zawiązywania  krawata. Jest dobrze, jest bezpiecznie, jest dostatnio - zatem nic, tylko emigrować!
 Agnieszka Krupak
Głupiec i komuch przegrany

 Od redakcji: Dziękujemy, rozumiemy zdenerwowanie, czasem trochę ono przeszkadza.

 GONIEC NR 19/2007 (176) (11-17V 2007)

 Parę słów 
 do p. Grażyny Lejkowskiej
 Szanowna Pani,
 Po co pisać te epistoły, skoro się nie rozumie artykułu redaktora Michalkiewicza "W oparach obłudy"?
 A przecież Autor "wyłożył kawę na ławę". Zapewniam Panią, że red. Michalkiewicz szanuje Ojca Świętego jak każdy prawdziwy Polak, nie mniej niż Pani.
Z poważaniem
Czytelniczka z Montrealu

 Od redakcji: Dziękujemy za mądre słowa.

  ***
  Wczoraj, 4 maja, przeczytałem list posłany do redakcji "Gońca" przez osobę ukrywającą się pod inicjałami "S.W.".  Nie wiem, czy mam do czynienia z mężczyzną, czy kobietą, ale wiem, że mam do czynienia z osobą, która jest komunistą i która się wstydzi własnego nazwiska.
 Bardzo możliwe, że ta osoba boi się ujawnić, kim jest, a temu się wcale nie dziwię.
 List ten dotyczy pochodów pierwszomajowych w Polsce i mówi, że nawet członkowie polskiego parlamentu nieśli czerwone flagi. A to mnie dziwi. Nie spodziewałbym się przeczytać czegoś podobnego 20 lat temu, ale dzisiaj , gdy wiemy o zbrodni w Katyniu, o przesiedleniach półtora miliona Polaków na Syberię i o morderstwie 3/4 miliona Polaków na Syberii, to jak można to nazwać inaczej.
 Nie dziwiłbym się dlatego, bo komuniści trzymali naród polski w kajdanach i z "zamkniętymi" ustami. Nie dziwiłbym się dlatego, bo karmili naród kłamstwami i fałszem.
 Ale dzisiaj, gdy wiemy o bolszewickich przestępstwach, kiedy w końcu wiemy prawdę, pisać takie słowa w wolnym kraju, czy to w Polsce, czy w Kanadzie, mówi mi to, że ta osoba zgadza się z tym, że czerwony sztandar jest bardzo czerwony, bo przesiąknięty polską krwią.
 Cieszę się tylko, że "Goniec" opublikował ten list, bo to dowód na to, że jesteśmy ludźmi wolnymi. Ja nie muszę tej "osobie" mówić,  co by się stało, gdyby polski  obywatel napisał coś podobnego albo skrytykował komunizm w polskiej gazecie 20 lat temu. Nie muszę tego tłumaczyć, wszyscy doskonale wiemy, co by się stało. Osoba ta pisze do polskiej gazety, ale nie ma prawa nazywać siebie Polką, czy też Polakiem. Sługi komunizmu nie są Polakami, są zdrajcami narodu polskiego.
 Bohdan D. Prażmowski

 Od redakcji: Panie Bogdanie, zabija Pan posłańca złej wiadomości. Pan S.W. jedynie przytaczał karygodne rzeczy, z którymi - co wynikało z tekstu - nie zgadzał się.

 Pojednanie czy połajanie?
 Zaintrygował mnie tytuł wykładu "Wina i odpowiedzialność" oraz osoba rozmówcy - ks. Romualda Jakuba Wehslera-Waszkinela. To polski katolicki ksiądz, który w wieku 35 lat dowiedział się, że jest Żydem, jego biologiczni rodzice zginęli w holokauście, a ci, których kochał jako rodziców i uratowali mu życie, byli jego przybranymi rodzicami.
 Organizatorem tego spotkania była Fundacja Dziedzictwa Polsko-Żydowskiego w Kanadzie, z misją promowania porozumienia Polaków i Żydów w Kanadzie.
 Zmęczony po pracy, ale ciekawy tego, co usłyszę, usiadłem przy stole w sali Centrum Jana Pawła II, i usłyszałem...
 Ks. Wehsler - będę używał tylko tego żydowskiego nazwiska, gdyż tylko tak dał się poznać gość z Polski - na podstawie opisu życia innego polskiego księdza i Polaka, przedstawił zebranym dość jednoznaczny obraz tragicznego losu i życia Żydów w Polsce. Miejsce akcji: Rzeczpospolita (później Ludowa) - kraj, w którym właśnie Żydzi mieli się tak dobrze i dlatego było ich tak dużo jak w żadnym innym kraju na świecie.
 Czas akcji: II wojna światowa, okupacja i czasy współczesne ze szczególnym naciskiem na to, co zrobił i co mówił Jan Paweł II dla Żydów i o Żydach. Wiedząc czemu, jedynie okres stalinowski (NKWD, UB) w opisie tragicznej doli Żydów w Polsce został dyskretnie przeskoczony.
 Cała forma opowiadania i liczne obrazki z życia Żydów w Polsce stworzyły czytelny przekaz tragicznego życia naszych "starszych w wierze braci", otoczony rzeczywistą żądzą zabijania przez nazistów (nie Niemców) i w dużej części przychylnych temu Polaków. Czysty polski antysemityzm "wyssany z mlekiem matki".
 Jakże to tragiczna i bolesna sytuacja w wypadku ks. Wehslera, któremu właśnie matka Polka uratowała życie i wykarmiła, a teraz ja, Polak na obczyźnie, wyczuwam ze strony ks. Wehslera czysty antypolonizm. Ale to nie jest karalne, w odróżnieniu od antysemityzmu (ks. Wehsler jest wykładowcą na KUL-u).
 Aż strach pomyśleć, jaki kolejny obraz Polaka antysemity otrzyma przeciętny Kanadyjczyk, gdy przyjdzie na taki  wykład w jęz. angielskim, planowany na 9 maja w St. Michael's College.
 Spraw, które mnie bardzo poruszyły, słuchając wykładu, było bardzo, bardzo wiele, ale nie ma na nie czasu i miejsca, szkoda. Dotknę dwóch. Nasz gość z Polski, katolicki ksiądz, powiedział, że przez XIX wieków chrześcijański znak krzyża nie był dla Żydów znakiem miłości.
 Chcę księdzu powiedzieć, że ja przez te 40 minut wykładu nie odczułem nawet śladu Twojej miłości, a to właśnie Ty masz mnie tego uczyć. Nie wyczułem w Tobie ani Polaka, ani księdza. Twoje gwałtowne i pełne oburzeń zaprzeczenie na pytanie z sali (zupełnie niepotrzebne), że Żydzi zabili Jezusa, że to: "brednia i nieprawda wyrzucana z teologicznego nauczania Kościoła" - chcę zadać pytanie: Nie Żydzi? A więc kto? Eskimosi? (Jan 18.33-40) I jeszcze drobiazg - zabrakło mi najprostszej modlitwy, chociażby znaku Krzyża św. na początek i na koniec tego spotkania. A może nie wypadało?
 Wróciłem do domu i długo nie mogłem zasnąć, myśląc o winie i odpowiedzialności, jakie zostały w trakcie tego spotkania narzucone. Ze mną - próba nieudana.
Roman Dorna

 Od redakcji: Szanowny Panie, czy przekazał Pan swoją opinię księdzu osobiście podczas spotkania? Chyba była to najlepsza ścieżka.
 
 

 ***
 Po miesiącu w Polsce, z bólem serca zmuszony byłem wracać. Po rocznej przerwie... już dawno widziałem ogromne zmiany, ale teraz szok jest olbrzymi, w budownictwie wrze, co krok budowa, remont... zmiany następują bardzo szybko, to nie jest kraj nawet sprzed lat czterech, postęp widać gołym okiem i trzeba być głupcem lub przegranym komuchem, aby udawać, że nic się nie dzieje.
 Praca PiS i koalicjantów, mimo destrukcji opozycji, daje efekty... ale podobno dla dobra Polski i Polaków (???).
 W trakcie pobytu mam zwyczaj odwiedzać m.in. Wrocław... ot tak, lubię to miasto i nocną jazdę za niecałe 50 zł, luźno, czysto i można porozmawiać. Ostatnio sprawy załatwiły się jakoś dziwnie szybko, trzeba było jechać w dzień, ładna kasjerka przekonała mnie do Intercity... cena prawie 100 zł, pociąg ładny i czysty, dawali nawet kawę i na tym kończyły się zalety. Klimatyzacja po prostu wyłączona, tłok, a pasażerowie jacyś bardzo rozgadani, ale tak aby ich było słychać, żeby wszyscy wiedzieli, że jedzie ktoś bardzo ważny, za mną usiedli dwaj pracownicy p. Gronkiewicz-Waltz, no i wszyscy wiedzieli o problemach z budową stadionu, jakie mają oni, tzn. politycy z Pragi. Wiele osób w tej torpedzie było w delegacji, im nie wypadało jechać tym tańszym i tylko pozornie gorszym pociągiem.
 Z rozmów, TV i innych mediów można wyciągnąć wnioski, no i... zadufanie i głupota polityków tej opozycji jest zauważalna gołym okiem. Tow. Olejniczak w czasie dyskusji o karze śmierci z zadowoleniem stwierdził, iż lewica zawsze była przeciwna karze śmierci. 
 Nie dziwię się, że został liderem SLD, tam inteligentów nie potrzebują, ale teraz wiadomo, kto jest idolem tego bałaganu... taaak, Lenin, Stalin, Hitler, Pol Pot jako lewicowcy i komuniści nieśli postęp i byli przeciwni karze śmierci... nic dodać, nic ująć, wszystko jasne.
 Samobójstwo Barbary Blidy, byłej minister i działaczki SLD, spowodowało, że TV bardzo i bardzo często krytykowała ten brzydki PiS, a Olejniczak, Szmajdziński i jakiś Kalisz bez przerwy się mądrzyli... No cóż, ktoś musi te głupoty wygadywać. Ale jest jeden malutki problem, towarzyszy z SLD dosięgła amnezja, jakoś w ogóle nie pamiętają o skrytobójczych morderstwach z lat poprzednich, morderstwach do tej pory niewyjaśnionych, a nie powinno się zapominać o śmierci Piotra Jaroszewicza z żoną, gen. Marka Papały, Ireneusza Sekuły i min. Jerzego Dębskiego oraz wielu powiązanych z nimi, np. "Pancernika", "Baraniny" lub prokuratora Reguskiego... Zresztą przykłady można mnożyć, ale... opozycja woli nie pamiętać. Samobójstwo Barbary Blidy świadczy o tym, że brać się nie bała, ale bała się odpowiedzialności, a może jeszcze bardziej wspólników (?). 
 Wygląda na to, że bandytyzm i korupcja, wszechobecne w PRL, zostały zmuszone do zejścia w podziemie, skończyły się czasy, gdy ręka w rękę... i gdzie wszystko można było "załatwić". Taka sytuacja komunistycznego bezhołowia odpowiadała wielu i dlatego protestują przeciw lustracji i rządom PiS-u, a współcześni "targowiczanie" szukają wsparcia za granicą, u lewicowych kolegów, takiego międzynarodowego klubu dobroczyńców... Polska ten scenariusz przerabiała już kilkakrotnie, ale Geremek i Mazowiecki mają swoje zasady i niekoniecznie reprezentują polskie interesy.
 Komunistyczne "autorytety", hołota pnąca się po plecach hołoty na szczyty, nie ma zamiaru zrezygnować, ale myślę, że kręcą sobie bat, że do pracy muszą dopuścić młodych i uczciwych, nie mających z komunizmem powiązań. Szansa odsunięcia w niebyt reprezentantów ostatniego półwiecza wiąże się z nadzieją, że Polska po raz któryś dostanie szansę, ale musimy pamiętać, że komunizm wykombinowano w Europie, a do Rosji tylko podrzucono Lenina z resztą hołoty. Musimy się wystrzegać błędów, jakie popełniliśmy np. po wygranej bitwie pod Grunwaldem lub po rozbiciu nad Wisłą band komunistycznych w 1920 r.
Janusz Sierzputowski

 Od redakcji: Zgadza się!
 ***
 Od redakcji: 
 Prosimy o kontakt autorów listu nadesłanego do redakcji "Gońca" i podpisanego "Przyjaciele Domu Kopernika". Anonimów nie drukujemy, ale opisana sprawa jest bardzo ważna i niepokojąca.
 

GONIEC NR 18/2007 (175) (4-10V 2007)
  *** 
 W związku z artykułami ukazującymi się na łamach gazety "Goniec" na temat domu SPK Koło nr 20 przy 206 Beverley w Toronto, jako Zarząd tego Koła, chcieliśmy przedstawić nasz punkt widzenia w tym względzie.
 Jak wynika z artykułów, to istnieją dwie sprawy. Jedna to sprzedaż domu, druga to budowa windy.
 Dom SPK usytuowany jest w centrum miasta, blisko art gallery, hoteli, uniwersytetu i innych dużej wagi instytucji, co już tym samym podnosi jego wartość. Poza tym jest blisko komunikacji miejskiej. Dom jest reprezentacyjny. Wydaje nam się, że powinniśmy być dumni z posiadania takiej siedziby. My wiemy, że jest on własnością SPK, lecz nie wszyscy Polacy o tym wiedzą, a tym bardziej Kanadyjczycy czy inne nacje. Oni wiedzą, że jest to dom polski i zazdroszczą go nam. Dlaczego mamy się go pozbywać i kupować mniejszy, użyjemy teraz cytatu "dla kogo i po co" - chyba nie dla weteranów. Najmłodsi weterani przekroczyli 80-tkę i my mamy sprzedawać ich dom. Dom, do którego przychodzili od trzydziestu paru lat?
 Autor artykułu proponuje kupno domu za ok. 2 mln dol. w High Park. Tu zachodzi pytanie, czy można kupić w High Park budynek, który pomieści 120 osób na przyjęcia kombatanckie, z parkingiem na co najmniej 30 samochodów, za ok. 2 mln? Budynek mieszkalny w tej okolicy tyle kosztuje.
 Załóżmy, że kupimy budynek za 2 mln, ale będzie można go kupić w dalekim Etobicoke lub Scarborough. Jak nasi weterani będą tam dojeżdżać - przecież coraz mniej ich jeździ samochodami. Kto zajmie się przystosowaniem budynku do naszych potrzeb, kto przeniesie nasze pamiątki weterańskie, kto przeniesie wspomnienia, kto przeniesie pamięć po tych, którzy pracowali tutaj przez wiele lat bezinteresownie? Chyba nie będziemy o to prosić "młodego pokolenia", które to, w mniemaniu autora artykułów, chce sobie przywłaszczyć nasz majątek.
 Majątek i tak pozostawimy, to czy nie lepiej pozostawić dotychczasowy, a nie na siłę starać się go pomniejszyć. Nie wydaje nam się, że weterani po kilkudziesięciu latach ciężkiej pracy nie mogą sobie pozwolić na zapłacenie rocznej składki w wysokości 30 dol. lub wypicie drinka czy zjedzenie obiadu za kilka dolarów w naszym budynku. Jeżeli zaś tacy są, to chętnie ich ugościmy, nie musimy z tego powodu sprzedawać budynku, jak to sugeruje autor "sympozjum".
 Jak nam wiadomo, chyba nastał jakiś trend sprzedaży budynków polonijnych. Któryś z kolei budynek został sprzedany, ale nic nie słychać, żeby pieniądze uzyskane ze sprzedaży domów zostały zainwestowane w fundacjach, by chociaż część z nich została przeznaczona na cele charytatywne. Jakoś nic nie słychać, co się z tymi pieniędzmi dzieje. Zarząd nasz nie chce dopuścić, by stało się to samo z naszym budynkiem. Chcemy zaangażować młodsze pokolenie (synów i córki weteranów) do prowadzenia dotychczasowej działalności, a że są to ludzie młodzi i wykształceni w Kanadzie, będzie im łatwiej. Mamy wspaniałych młodszych ludzi, którzy zaczynają być w wieku przedemerytalnym. Swoje sprawy prywatne mają uregulowane. Dlaczego nie dać im szansy, niech pokażą, na co ich stać.
 Dlaczego nie może z budynku SPK korzystać cała torontońska Polonia. W ostatnich latach sytuacja gospodarcza naszego Koła bardzo się poprawiła. Coraz więcej organizacji polonijnych korzysta z naszego budynku, restauracja czwartkowa i bar dobrze funkcjonują. Sale nasze wynajmowane są przede wszystkim przez organizacje polonijne. Budynek zaczyna tętnić życiem polonijnym, i nie tylko. 
 Mamy nadzieję, że budynek utrzyma się jeszcze przez wiele lat. Myślimy również nad tym, że może nadejść chwila, kiedy zajdzie jednak konieczność sprzedaży budynku, to pracujemy nad tym, by żaden cent ze sprzedaży nie został zmarnowany, żeby cały kapitał został przekazany na cel, który uwieczni pamięć Polskich Kombatantów w Kanadzie. Zarząd pracuje nad testamentem, którego projekt zostanie poddany pod dyskusję członkom Koła.
 Drugim zagadnieniem, które nie daje spać po nocach autorom artykułów, jest budowa windy. Jak już podkreślaliśmy - wielu naszych weteranów ma trudności z chodzeniem, a co dopiero wejściem po schodach na drugie piętro. Zarząd tytułem próby rozesłał apel do członków Koła o pomoc w budowie windy i, o dziwo, prawie 40 proc. członków odpowiedziało na apel, przysyłając donacje - ile kto mógł. 
 Na pierwszy apel zebraliśmy ok. 10 proc. wartości kosztów budowy windy. Rozpoczęliśmy wstępne rozeznanie co do wielkości, co do usytuowania oraz kosztów. Inżynierowie fachowcy, którzy przestudiowali plany, wypowiadali się pozytywnie na ten temat. W związku z tym 25 lutego 2007 r. zostało zwołane Nadzwyczajne Zebranie Koła, na którym przedstawiliśmy stan faktyczny. Nie przedstawiliśmy planów budowy, gdyż wykonanie ich pociąga za sobą koszty, a nie byliśmy pewni co do opinii pozostałych członków. Na zebraniu nie było kworum, ale z opinii wypowiadanych przez ogół uczestników wynika, że są za budową windy. Tylko mała grupka ludzi, która dąży do sprzedaży budynku, była przeciwna. Jeżeli weźmiemy pod uwagę liczbę członków, którzy dali donację, oraz liczbę członków na zebraniu, to możemy uważać, że prawie 70 proc. członków jest za budową windy. Zdajemy sobie sprawę z wielkości przedsięwzięcia, ale jeżeli nie zaczniemy, to nic nie zrobimy. 
 W jednym z listów opublikowanych w gazecie "Goniec" był projekt zamontowania krzesełka. To jest bardzo dobry projekt, tylko że jak nam wiadomo, to zaprzestano produkować krzesełka pracujące w wyciągu zaokrąglonym. Gdybyśmy chcieli to zrobić, to trzeba by było zainstalować trzy krzesełka i użytkownik musiałby się przesiadać trzykrotnie. Koszt tego przedsięwzięcia wynosiłby ok. 45 tys. dol. Czy warto? 
 Gdybyśmy mieli windę, to utrzymanie budynku byłoby łatwiejsze, ponieważ wiele instytucji nie może korzystać z naszych usług ze względu na brak windy. Pracujemy nad zbieraniem pieniędzy, zleciliśmy opracowanie planów. Mamy nadzieję, że doprowadzimy nasze przedsięwzięcie do końca.
 Apelujemy jednocześnie do całej Polonii o poparcie i pomoc w realizowaniu naszego zamierzenia. Każdy datek może być odpisany od podatku, gdyż posiadamy numer charytatywny.
 Nasz adres: Polish Combatants Association Br. 20, 206 Beverley St., Toronto, ON M5T 1Z3.
 Z góry dziękujemy za przekazane nam donacje.
Zarząd SPK Koło nr 20
 PS Kolejny list, który ukazał się w gazecie "Goniec" nr 17 z 27 kwietnia 2007 dotyczący naszego budynku, pozostawiamy bez komentarza.

 Od redakcji: Dziękujemy za wypowiedź.

 1 Maja, święto pracy, ustanowione na chwałę komunizmu, przez komunizm, dalej żyje. W Warszawie w defiladzie szli i teraz nawet parlamentarzyści, z flagami czerwonymi z sierpem i młotem. Krzyczeli "Żądamy chleba i pracy. Precz z rządami Kaczyńskich". Kolor czerwony i czerwone pochody są piękne, szczególnie wiosną, ale chodzi o ideologię tego święta. Nawet w Rosji ta flaga czerwona z sierpem i młotem nie jest już flagą narodową, a w Polsce nadal dumnie noszą ją na ramionach ludzie nawet z parlamentu. Mają bynajmniej prawo, bo to jest w dalszym ciągu święto legalne, jako święto narodowe. Jest to dzień wolny od pracy i płatny dalej przez rząd polski.
 Przyglądając się temu, należałoby rzeczywiście wołać "precz z rządem", który dalej akceptuje to komunistyczne święto jako święto narodowe. Kiedy wreszcie rząd i naród się opamiętają. Ciekawe, jak by naród zareagował, gdyby np. dzień napaści hitlerowskiej na Polskę też uznać za święto chwały narodowej.
S.W.

 Od redakcji: Flaga bolszewicka musi być traktowana na równi z hitlerowską. Powinniśmy się tego domagać na każdym kroku!

 ***
 Powiesiłem na balkonie flagę polską. Zadzwoniła przed chwilą p. superintendent, żebym ją zdjął, bo tam nie powinna być. Bo ktoś podobno zrobił zażalenie.
 Mieszkam w bloku apartamentowym.
Emanuel Czyżo - Toronto

 Od redakcji: Współczujemy, proszę interweniować u swojego posła.

GONIEC NR 17/2007 (173) (27 IV  - 3 V 2007)

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Parę słów na temat listu opublikowanego w "Gońcu" (5-12 kwietnia 2007) pt. "The Second Generation Heritage".
 Niczego nie można zbudować bez solidnych fundamentów, jak również nie można tworzyć nowych organizacji, jakiekolwiek one mają być, bez członków.
 A czytając ten list, odniosłem wrażenie, że one już istnieją, chociaż członków nie mają, przywłaszczyły sobie nasz majątek w postaci domu SPK, w którym mają zaprowadzić nowy ład i porządek. A my, kombatanci, będąc już, jak widać, poza nawiasem, czy chcemy, czy nie, musimy przyjąć to jako fakt dokonany. Tak przynajmniej widać ze słów, które cytuję: "A campain to bring the S.P.K. to the second and third generation is underway". Dalej można wnioskować, że jeżeli zajdzie potrzeba utrzymania fikcyjnej łączności z weteranami (prawdopodobnie dla dalszego zwolnienia od miejskich podatków), no to dwóch wyższych oficerów wojska pokojowego zorganizuje zapis polsko-kanadyjskich żołnierzy, właściwie powinno brzmieć kanadyjskich żołnierzy polskiego pochodzenia. Problem z tym jest taki, że oni jeszcze nie są weteranami, chyba że wciągną tych wracających z Afganistanu. Ale ci rozsiani po całej Kanadzie, wątpię, czy chcieliby i mogli brać udział w życiu SPK, a tym bardziej w tradycyjnych (ale już kończących się z powodu istniejącej atmosfery) czwartkowych spotkaniach.
 A my, żyjący jeszcze kombatanci, obrońcy Ojczyzny i walczący o Jej wolność w czasie drugiej wojny światowej, dzisiaj stojący już parę minut przed dwunastą, prawie wszyscy pragnęlibyśmy, żeby majątek, który gromadzony był ciężką pracą przez pół wieku, był prawnie zabezpieczony i służył jako finansowe zaplecze do dalszej działalności takiej właśnie organizacji drugiego pokolenia, której celem byłaby ochrona Dobrego Imienia Narodu Polskiego i naszej Ojczyzny. To byłaby chyba najładniejsza pamiątka po nas, kombatantach, a dla młodszego pokolenia mogłaby być "światłem przewodnim" w kontynuowaniu tak szlachetnej idei, jaką jest ochrona i obrona "Sprawy Polskiej".
 Dumny jestem z tego, że dom SPK, który projektowałem z kol. Krupowiczem - weteranem, i kolegami inżynierami, również weteranami, budowałem - egzamin zdał i służy nam do dziś dnia. Natomiast podnoszenie go do rangi "pomnika" na pewno nietykalności mu nie zapewni.
 Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości będę miał możność przedstawić kol. Sokołowskiemu mój punkt widzenia.
 A teraz parę słów o sprawozdaniu z Koła nr 20 do Kwartalnika, który otrzymałem z kilkutygodniowym opóźnieniem. Wnioskując po inicjałach, sprawozdanie było przygotowane przez sekretarkę Koła. Cytuję: "Frekwencja na bankiecie była duża, lecz niestety nie obyło się bez przykrego dla nas zdarzenia. Jeden z przybyłych gości kombatantów, który porusza się na wózku inwalidzkim, nie mógł uczestniczyć w bankiecie z powodu braku windy w budynku. Kombatant ten nie zdecydował się skorzystać z pomocy kolegów, którzy po rycersku zaoferowali się wnieść go na pierwsze piętro".
 Okazuje się jednak, że opisane powyżej zdarzenie wyglądało inaczej. Będąc zaproszony na weterańskie przyjęcie, siedziałem z kolegą Częstochowiakiem, który jest nowym członkiem SPK. Kwartalnika jeszcze nie dostał, więc przedstawiłem mu problem, jaki zaistniał na bankiecie i który był podobno powodem do powzięcia decyzji budowy windy. Tak się złożyło, że ten właśnie weteran-inwalida, o którym mowa, siedział przy następnym stoliku, bardzo dobry kolega mojego kolegi jeszcze z czasów piłkarskich wyczynów. Po krótkiej rozmowie dowiedzieliśmy się, że on sam z pomocą żony wszedł do górnej sali, gdzie przez kierowniczkę bankietu został poinformowany, że ponieważ rezerwacji nie miał, miejsca dla niego na bankiecie nie ma. Wysiłek kolegów znalezienia mu miejsca nie dał pozytywnych rezultatów. Do domu wrócił sam z żoną bez niczyjej pomocy, przyrzekając sobie, że jego stopa w tym budynku więcej nie stanie.
 A my mamy wydać przeszło ćwierć miliona dolarów na budowę windy, kiedy w tym wypadku lepszym rozwiązaniem byłaby dostawa jednego stolika.
Wiesław Wodkiewicz
dyplomowany architekt

 Od redakcji: Szanowny Panie, niech żyje zdrowy rozsądek!

 ***
 Przedziwnym, a właściwie kosmicznym zbiegiem okoliczności, wiosną przy pełni księżyca, z tygodnia na tydzień czytam artykuły w "Gońcu" p. Stanisława Michalkiewicza. Nie przypominam sobie, żeby wywodził się kiedykolwiek i na jakikolwiek temat pozytywnie.
 Obgadać i najapić potrafi każdy - nie jest to trudne - ba, bardzo proste bez względu na status społeczny, wiek lub nację narodowościową. Co sobą reprezentuje człowiek, który się wyraża w samych negatywach, potrafi dostrzec tylko jedną stronę - negatywną stronę. Jednostronny i jednoznaczny system myślenia jest bardzo płytkim i niskim systemem myślenia, o bardzo ograniczonych horyzontach.
 Nic nie jest doskonałe. P. Michalkiewicz ani rodzaj ludzki, ani rzeczy codziennego użytku. Politycy też. Ba, nawet sam Pan Bóg też nie był doskonały, stworzył ten świat i poukładał wszystko po kolei, ale też nie zrobił tego doskonale, bo ten świat jest, jaki jest - a jaki jest, wiemy wszyscy. Nasz Papież - Wielki Człowiek tego świata, odchodząc, w obliczu śmierci powiedział "Módlcie się za mnie za życia, jak i po śmierci mojej, w mojej słabości". Jeśli Pan, panie Michalkiewicz, zna coś doskonałego na tym łez padole - niech mi o tym powie, bardzo chciałabym się dowiedzieć, co to jest takiego?
 Co do artykułu p. Michalkiewicza "W oparach obłudy" - piękny tytuł, ale bez braku podstaw, cyt. "Niemądre hasło ?Santo subito=, rzucone przed dwoma laty, przez jakichś zwolenników ochlokracji w Kościele Chrystusowym...". Nikt nie rzucił ulotek z hasłem "Santo subito", czy to jest hasło jakichś zwolenników - nie, to hasło wiary tysięcy, ba, milionów ludzi, hasło ich wiary i nadziei, bo jeden nie znaczy nic, ale dużo to już tworzy siłę.
 Widzę to coś, co zostaje na końcu - gdy nie mamy już nic. Pomaga żyć, daje radość, dopełnienie, nadzieję. Moja nieżyjąca babcia w wieku 92 mówiła: ja wiem, że na mnie już pora, modlę się do Boga, żebym przeżyła jeszcze choć z jeden dzień. Czy to strach przed śmiercią? Nie, to siła życia, i tę siłę dawała jej wiara i modlitwa.
 Jeśli chodzi o kwestię modlitwy, w artykule p. Michalkiewicza "W oparach obłudy" - cyt. "Przoduje oczywiście ?Gazeta Wyborcza=, w której rzymski korespondent, nie czekając na żadne papieskie decyzje, utrzymuje, że ?już można się modlić= do Jana Pawła II...". Czy i do kogo, kiedy i gdzie i czy w ogóle można się modlić jest to sprawa indywidualna każdego człowieka, nikt na to nie potrzebuje żadnego zezwolenia, tym bardziej pana Michalkiewicza i "Gazety Wyborczej". Jedni się modlą do Boga, drudzy do Matki Boskiej, inni do naszego Papieża, komuniści się modlili do Stalina i Lenina, Rzymianie do Cezara. Polacy do swojego Papieża - wolny świat, wolny wybór. Jedni wierzą w zmartwychwstanie - drudzy w reinkarnację. Czy to się komuś podoba, czy nie, i nikt nie potrzebuje czyjegoś zezwolenia, tym bardziej jakiejś gazety.
 Nasz Papież Jan Paweł II tworzył historię tych czasów. Komu przeszkadza - komunistom. Kto na niego japił - komuniści. Kto kazał Alemu Agcy do niego strzelać - komuniści. Komu może dziś przeszkadzać hasło "Santo subito" - komunistom. Byli komuniści są aktywni i są nadal wśród nas. Nie sądzę, żeby p. Michalkiewicz znalazł się "wśród dziesięciu sprawiedliwych w Sodomie i Gomorze", gdyby żył w tamtych czasach, ani w tych czasach otrzymał medal "Sprawiedliwy wśród narodów", o czym pisze w swoim artykule "W oparach obłudy". Jego wypowiedzi dalece od tego odbiegają. Nie sądzę też, żeby ogół krzyczał za nim to jego, jego zdaniem, niemądre hasło "Santo subito". Chyba że stanie pod polskim sklepem i zacznie rozdawać cukierki za darmo, i to jeszcze w Mississaudze, bo tam na każdym zakręcie po polsku gadają.
 Nie sądzę też, żeby przekonał ludzi, by podobnie myśleli, nawet gdy zamiast cukierków zacznie rozrzucać ulotki. My, Polacy, nie jesteśmy głupim narodem, nie pójdziemy za pierwszym lepszym, kto krzyknie "naprzód", nie damy sobie zrobić wody z mózgu, chociaż potrafimy się jednoczyć w obliczu wojen i klęsk żywiołowych. Nasz Papież Jan Paweł II był autorytetem wszystkich Polaków - moim także. Jego obraz wisi niemalże w każdej polskiej rodzinie, i nie tylko. I na zawsze pozostanie w sercach milionów ludzi - bo tak chciał ogół, bo ogół to siła.
 Powstaje proste pytanie - dlaczego? Odpowiedź też jest prosta - bo reprezentował i głosił dobro - i dobro zwyciężyło. Czy to są "opary obłudy" - p. Michalkiewicz? Jaką miarą można zważyć człowieka - w centymetrach, kilogramach, czy stanem posiadania? Otóż nie, tym, co reprezentuje swoją osobą. Co reprezentował sobą nasz Papież - wiemy wszyscy. Człowieka można zmierzyć miarą zła i miarą dobra. Dwie szale wagi, która przeważy - zależy od każdego z nas, bo to nasze szale wagi.
 Bądźmy wszyscy wdzięczni historii i Panu Bogu, że to właśnie naszym pokoleniom przyszło żyć razem z Janem Pawłem II. Następne pokolenia już tego nie doświadczą. Czy wiara jest "oparem obłudy", p. Michalkiewicz? "Czapką, papką i solą", jak Pan pisze. Nie sądzę, żeby ogół był tego samego zdania co Pan, poza tym gratuluję Panu poczucia humoru.
 Wypowiem się jeszcze raz na temat Alicji Tysiąc, co jak się tego słucha, to aż się robi niedobrze. Moim zdaniem, nie była "blondynką z dowcipów", tylko... Urodziła dziecko i jeszcze na tym dobrze zarobiła i myślę, że to właśnie, to najbardziej bulwersuje wszystkich ludzi. Za pół roku o Alicji Tysiąc już nikt nie będzie pamiętał, sławna Alicja Tysiąc przejdzie do historii, będzie inny, ciekawszy temat (dalsza część listu nieczytelna,  - red.).
Grażyna Lejkowska
Cambridge

 Od redakcji: Szanowna Pani, jest wiosna i nad wszystkimi naszymi problemami świeci słońce... A co do p. Michalkiewicza, to czytanie jego felietonów absolutnie nie jest przymusowe.
 

GONIEC NR 16/2007 (173) (20-26 IV 2007)

 Dear Friends,
 There is plenty of controversy re: prof. Jan Tomasz Gross writing about Polish-Jewish relationships. 
 Unfortunately, he is often lying in his books about historical facts in regards to antisemitism of Poles. 
 The best author who is able to cope with T. Gross "imaginations" and undocumented opinions is prof. Jerzy Robert Nowak http://www.jerzyrobertnowak.com/
 The attached is a link to "Agenda with Steve Paikin" http://www.tvo.org/cfmx/tvoorg/theagenda/ with a video called "Jan Tomasz Gross | Anti-Semitism in 2007" which was transmitted by TV-Ontario a few days ago.
 There were many untrue stories and opinions about Poles in this program, but also some facts. 
 Steve Paikin (a Jew himself), former "Toronto Star" publicist, used to be very anti-Polish. 
 However - things have changed after his visits to Poland. There was one visit in particular when he was guided through Warsaw by John Fields (very pro-Polish oriented Jew, who has served in Polish Home Army). 
 As you'll notice - that sounds in some of Paikin's guestions and quotations. 
 Some readers of POLISH VOICE - GLOS POLSKI have called me asking what kind of response we should undertake after this program. I think - we should express our opinion in writing directly to AGENDA mail box. Sounds like a good idea to demand a similar program on TV-Ontario with a Polish historian in attendance, who'll be able to present a Polish point of view and explain some true history about Polish tolerance and true sympathetic attitude towards Jews.
 In order to consolidate our view - why don't you write me your suggestions (editor@glospolski.com) and proposed answers after viewing the above mentioned program.
 Sincerely,
 Wieslaw Magiera 
editor-in-chief of GLOS POLSKI

 Od redakcji: Wszystko wspaniale, tylko dlaczego list jest po angielsku, skoro skierowany jest m.in. do czytelników "Głosu Polskiego" - "prawdziwie polskiego". "Głosowi Polskiemu" nie przystoi tracić polskiego głosu. I druga, rzecz do dyskusji z Grossem o wiele lepszy od prof. Nowaka jest prof. Chodakiewicz - kuty na cztery nogi na tutejszym rynku intelektualnym.

 *** 
 Nigdy w moim życiu nie interesowały mnie osobiste wyczyny innych ludzi mojej rasy, będące rzeczywistością, fikcją, czy też plotką. Jednak jak dochodzi do takich wyczynów na stronach popularnego i cieszącego się wśród polskiego środowiska tygodnika, to naprawdę można otrzymać dozę niestrawności.
 Drogi Panie Andrzeju, jak można poświęcić stronę gazety na wywiad z pośrednikiem sprzedaży nieruchomości na tak idiotyczną plotkę jego domniemanego odejścia w zaświaty. Czy zadał pan sobie pytanie, komu mogłoby zależeć na takiej plotce? Ja osobiście uważam, że najbardziej zainteresowaną osobą w tym wszystkim i promującą owe odejście z grona żyjących był tylko i wyłącznie sam denat, z którym pan miał wywiad. Nie zadał pan sobie podstawowego pytania, czy i w jakim stopniu może to nas, czytelników tutaj żyjących, zainteresować życie osobiste, prowadzenie interesów, promocja dziatwy, spędzanie urlopu czy zdjęcia posiadłości. W tym kraju w społeczności angielsko mówiącej jest bardzo dobre do tego tematu podejście za pomocą prostego stwierdzenia, które brzmi, I do not give shit! Nas, czytelników, pańskie towarzyskie konszachty mało interesują, ale promować, bo inaczej tego nazwać nie wypada, jakiegoś pośrednika od sprzedaży nieruchomości oraz osób z nim związanych to jasna kpina z czytelników.
 Nie myślę, że pan padł ofiarą manipulacji. Proponuję dla pana, aby miał pan bardziej wyrafinowaną wyobraźnię do promowania także innych osobistości zamieszkałych tutaj. Popierajmy ludzi do władz lokalnych, prowincjonalnych czy federalnych, jak dotąd kiepsko to nam idzie, a geszefty pojedynczych osób zostawmy dla nich samych. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że spory procent naszego narodu uodpornił się dość mocno na poprawność polityczną tego światowego syfilisa, który chce z naszych ideałów zrobić miazgę. Wiemy dobrze, do czego nadaje się reklama, promocja itd.; ich jedyna zasada to nabijanie szmalem kieszeni reklamujących. Dobrego towaru i dobrego serwisu nie trzeba reklamować.
Edward Pakietur

 Od redakcji: Szanowny Panie, nas "wyczyny" innych ludzi bardzo interesują z przyczyn zawodowych. Zwłaszcza jeśli ci "wyczynowcy" to Polacy!

 ***
 Wyrażamy zaniepokojenie i zdziwienie końcową frazą wywiadu, jakiego udzielił red. Stanisław Michalkiewicz tygodnikowi "Goniec" z Toronto z dnia 17.03.2007 dotyczącą osoby Wiktora  Żółcińskiego - niegdyś z Olsztyna.
 Postać Wiktora Żółcińskiego jest nam doskonale znana z działania w NSZZ Solidarność, gdy został przyjęty do pracy w Zarządzie Regionu na pół etatu w listopadzie 1981 roku w dziale Interwencji ZR. 
 Jego postawa po 13 grudnia w dwóch sądowych sprawach, w jakich uczestniczył, jest godna najwyższej pogardy.
 Sprawa pierwsza (sygn. akt II Kz 106/82), to wsypanie kolegów z konspiracji uczestniczących w akcji wywieszenia transparentu NSZZ Solidarność na trasie 1-majowego pochodu w 1982 roku, oraz zbierających pieniądze, kolportujących ulotki w stanie wojennym. Rezultatem było śledztwo, aresztowania, internowania uczestników, w tym również Żółcińskiego.
 Sprawa druga (sygn. akt II K 763/83)  dotyczy świadczenia w procesie Janusza Śliwińskiego dla znalezienia rzekomych finansowych nieprawidłowości w Zarządzie Regionu. Sprawa ta posłużyła do propagandowego wykorzystania przez WRON przy użyciu dyspozycyjnej prasy i radia. W trybie nadzwyczaj szybkim większość osób oskarżanych w obu sprawach w tym Wiktor Zółciński, emigrowała, a sprawy umarzano. 
 Pojawił się publicznie po latach i na stronie internetowej radia Pomost w Arizonie figuruje jako założyciel tego radia w roku 1986.
 W korespondencji e-mailowej ze świadkami wydarzeń sprzed kilku lat przyznał się do zarzutów, obiecując przyjazd do kraju i wyjaśnienie swojej postawy. Mimo kilkakrotnego pobytu w Olsztynie nie uczynił tego. 
 Obecnie spotykając się na łamach prasy polonijnej z tą postacią jako organizatorem podróży czołowego polskiego publicysty red. Stanisława Michalkiewicza i zapowiedzi kolejnej m.in. do Ameryki Południowej do Prezesa USOPAŁ Jana Kobylańskiego, członkowie Stowarzyszenia Represjonowanych Regionu Warmińsko-Mazurskiego Pro Patria są zaskoczeni wypłynięciem tej osoby obok nazwisk powszechnie szanowanych Polaków.
 Nie dysponujemy do dzisiaj listą nazwisk tajnych współpracowników i pracowników SB działających w Zarządzie Regionu Warmińsko-Mazurskiego Pierwszej Solidarności. Znamy tylko niektóre pseudonimy TW, występujące w indywidualnie otrzymanych przez nas teczkach z IPN. Odszyfrowanie ich nazwisk wg uzyskanych z IPN odpowiedzi okazało się niemożliwe. Dzisiaj po zmianie ustawy o IPN nadal nie posiadamy dostępu do szczegółowych personalnych danych pracowników, konfidentów służb tajnych, a tym bardziej wyznaczanych im zadań na świecie.
 Niemniej sądzimy, że naszym obowiązkiem jest potępienie postawy, jaką w czasie swojego olsztyńskiego epizodu w Solidarności zaprezentował Wiktor Zółciński, jak również zapoznanie z jego przeszłością osób korzystających współcześnie z jego usług.
 Niniejsze oświadczenie uchwalono na Walnym Zebraniu Członków Stowarzyszenia w dniu 14.04.2006 r.
Prezes  Stowarzyszenia Pro Patria
Władysław Kałudziński 

 Od redakcji: Sprawy nie znamy, nie komentujemy.

 Przedwyborcza  debata
 W dn. 11 bm. o godz. 20.00 w Centrum Kultury w Mississaudze odbyła się przedwyborcza debata, w której wzięli udział kandydaci do Rady Dyrektorów i do Komisji Kontroli CU. 
 Na samym początku tego spotkania doszło do słownej utarczki pomiędzy przew. Komisji Wyborczej panią Mazurkiewicz i uczestnikami spotkania. Otóż p. Mazurkiewicz zarządziła, że pytania do kandydatów należy kierować na kartkach, wrzucając je do koszyka, a następnie drogą losowania będą odczytywane. Mimo sprzeciwu zebranych, jak również jednego z kandydatów, p. Przew. postawiła na swoim. Odbierane pytania nie były kierowane  do konkretnych kandydatów, były niesprecyzowane i, jak się okazało, niektóre były anonimowe, tak że nie było wiadomo, do kogo są kierowane i o co w nich chodzi, a zadający pytanie nie chciał się ujawnić. Wtedy to p. Mazurkiewicz poddała się i następne pytania były już zadawane przez mikrofon. 
 Na sali było około 70-80 osób. Po krótkiej prezentacji kandydatów padały  wspomniane pytania, te czytane z kartek jak i te zadawane przy użyciu mikrofonu bezpośrednio do konkretnych kandydatów. Nerwową atmosferę wprowadzało kilka osób, które przeszkadzały  pytającym i odpowiadającym. Szczególnie jeden pan, który robi to na każdym zebraniu lub spotkaniu przedwyborczym, nie mogąc się powstrzymać od swoich komentarzy. Przeszkadzał do momentu, aż p. Mazurkiewicz poprosiła go o opuszczenie sali, której mimo wszystko nie opuścił. 
 Oprócz dyżurnego komentatora było dwóch dyżurnych kandydatów, którzy kandydują od lat, lecz niestety mają śladowe poparcie. Jeden mówi, że wszystko jest cyt.: "Po prostu", a drugi, że w CU jest chamstwo i złodziejstwo. Tym razem też poinformował zebranych, że prowadzi rozmowy z ministerstwem, tak jak w latach poprzednich, kiedy to prowadził poważne negocjacje z różnymi bankami, które to banki chciały przejąć CU, a jego uczynić szefem. 
 Ten kandydat to wyjątkowy okaz wśród Polonii, więc poświęcę mu kilka zdań dla przypomnienia. Otóż parę lat temu w Centrum Kultury zorganizował spotkanie ze sobą. Na tym spotkaniu twierdził, że ma powstać konsorcjum złożone z prominentnych ludzi, których nazwisk nie zna, lecz ma listę 12 osób. Twierdził, że gdy odchodził z dużej futrzarskiej firmy, którą kierował (500 osób), to przed firmą czekały w kolejce osoby, aby go przechwycić. Chyba nie dał się przechwycić, bo nadal pracuje jako woźny w szkole. Wtedy też przewidywał, że za dwa miesiące będzie koniec CU. Tylu bzdur, kłamstw i sprzeczności z ust jednego człowieka w ciągu jednego wieczoru (3 godz.) jeszcze nie słyszałem. 
 Przypuszczam, że wielu potencjalnych klientów szerokim łukiem ominęło CU, a jeszcze więcej wycofało swoje oszczędności, kiedy usłyszeli  przepowiednie byłego dyrektora CU o rychłym upadku CU. Za głoszenie tych bredni powinien zostać usunięty z CU. 
 Ciekaw jestem, dlaczego ten polonijny "Nostradamus" pcha się na dyrektorski stołek, skoro przewiduje rychły koniec CU? Chyba że chce zostać grabarzem CU. Posiadam jeszcze nagranie z tamtego spotkania, które opisałem w liście do redakcji pt. "Jak w maglu". Czasem słucham tego nagrania w zastępstwie nagrań kabaretowych. Na ostatnim spotkaniu mówił o rozliczeniu Trustu, a na jego spotkaniu  przew. Kom. Obrony  CU p. Mercik stwierdził, że najważniejszym zadaniem Komitetu jest  niedopuszczenie do rozliczenia Trustu. 
 Pytam więc, po co wydano tyle członkowskich pieniędzy na sprawy sądowe pod pretekstem rozliczenia Trustu? Ja się nie dziwię, że tak mało osób było zainteresowanych kandydatami do Rady Dyrektorów i Komisji Kontroli, skoro niektórzy kandydaci poprzez swój udział w wyborach zniechęcają członków do uczestnictwa w debatach wyborczych i w samych wyborach. 
 W ub.r. na łamach "Gońca" zwracałem się o udział w poważnej dyskusji nt. CU, lecz  odzew był znikomy.   Wracając do przedwyborczej debaty, to ze względu na ograniczenia czasowe wiele tematów nie zostało poruszonych, a z tych, które zostały poruszone, to dwa dominowały w dyskusji, a mianowicie sprawy związane z utajnionym i do tej pory nieopublikowanym raportem Komisji Wyborczej oraz relacje pomiędzy zarządem CU a pracownikami. Wspomniano również o nieprawidłowościach w raporcie finansowym za ub.r.,  a także o konflikcie interesów wynikającym z udziału Przewodniczącego i Wiceprzewodniczącego Rady Dyrektorów w Komisji Nominacyjnej, która decyduje o dopuszczeniu lub nie poszczególnych kandydatów do wyborów. 
 Największe emocje budzi jednak ten nieszczęsny i do tej pory nieznany członkom raport Komisji Wyborczej. Raport ten został przekazany Radzie Dyrektorów pod koniec czerwca ub.r., lecz Rada zajęła się nim dopiero w październiku, kiedy baloty wyborcze już zostały zniszczone, a listy głosujących nie zostały Komisji Wyborczej udostępnione.  Komisja Kontroli, podobnie jak Rada Dyrektorów, też o raporcie dyskutowała i podobnie jak Rada Dyrektorów postanowiła większością głosów nie podejmować żadnych kroków, mimo że Komisja Wyborcza przedstawiła w swoim raporcie 13 negatywnych uwag i 10 zastrzeżeń oraz zaleciła Radzie Dyrektorów 17 punktów, a w podsumowaniu (na str. 11.) stwierdziła, cyt. "The Committee belives that out of fairness to all nominees the Board of Directors of the St.Stanislaus-St.Casimir's Polish Parishes Credit Union Limited should conduct a new election".
 Wynika z tego, że niewidzialna ręka położyła szlaban  na raport Komisji Wyborczej oraz wybrała nowy skład Rady Dyrektorów. Przypuszczam, że gdyby ten raport był jawny  i Rada Dyrektorów zajęła się nim poważnie i dużo wcześniej, to skład Rady Dyrektorów byłby zupełnie inny. Jeśli sprawy tak ważne jak wyniki wyborów są utajniane przed członkami CU, to może dojść do tego, że adresy oddziałów CU i godziny ich otwarcia też zostaną utajnione. 
 Zapytałem kandydatkę na dyrektora, która jest jeszcze przewodniczącą Komisji Kontroli, o sens przeprowadzenia kolejnego Walnego Zebrania i kolejnych wyborów, skoro nie znamy jeszcze poprzedniego raportu Komisji Wyborczej. Niestety, nie uzyskałem wyczerpującej odpowiedzi i chyba jej nie uzyskam, ponieważ w porządku Walnego Zebrania nie przewidziano sprawozdania Komisji Wyborczej z poprzednich wyborów. Zapytałem po zakończeniu spotkania Przewodniczącego Rady Dyrektorów CU, kto ustalał porządek najbliższego Walnego Zebrania. Po długiej plątaninie słownej odpowiedział, że Rada Dyrektorów ustaliła i zatwierdziła porządek zebrania, a jeden z dyrektorów powiedział mi, że nie było zebrania Rady Dyrektorów na ten temat, a on sam zapoznał się z porządkiem Walnego Zebrania z polonijnej prasy. 
 (...)
 Podsumowując to spotkanie z kandydatami, przyznaję, że dobrze  wypadły nowe twarze, czyli nowi kandydaci, a ze starych kandydatów najlepiej wypadł J. Bujnowski, który pokazał na wykresach relacje płacowe w CU. Sądząc po spotkaniu przedwyborczym, nie oczekuję dużej frekwencji wyborczej ani miłej atmosfery Walnego Zebrania. Szkoda, że tak poważną instytucją kierują tak niepoważni ludzie. Najlepiej robić wszystko uczciwie i zgodnie z prawem, a wtedy będzie inna atmosfera na zebraniach, wśród pracowników CU, a także lepsze wyniki finansowe i większa duma z naszej największej polonijnej instytucji.
 Stanisław Pietras
 Mississauga

 Od redakcji: Dziękujemy za relację, wszystkim nam zależy, by Credit Union rosła w siłę, bo w końcu jest to również bank "Gońca". 
 
 

GONIEC NR 15/2007 (172) (13-19 IV 2007)

 *** 
 Wiadomość dla pani, która napisała list w sprawie uszkodzenia stalowej lodówki. Pani popadła w tarapaty z właścicielami domu, w którym sprzątała i w którym nastąpiło uszkodzenie tej lodówki.
 Jeżeli ci ludzie, właściciele domu, mają ubezpieczenie na dom, a podejrzewam, że takie mają, ubezpieczenie pokryje całkowicie naprawę, czyli wymianę nawet całego panelu.  Mówię to z własnej autopsji, bo taka sama historia zdarzyła się mi. Więc nie ma powodu do jakiegoś stresu, bo jest rozwiązanie całkowicie legalne, jest to sprzęt, który uległ uszkodzeniu w domu i każde ubezpieczenie to pokryje. Ja korzystałem z ubezpieczenia State Farm i myślę, że jest to do załatwienia przez każdą inną firmę ubezpieczeniową. Radziłbym pani, która napisała list, żeby porozmawiała z właścicielami domu, że w ten sposób jest do naprawienia ta szkoda.                                            (-)

 Od redakcji: Pozostaje tylko kwestia tzw. wkładu własnego.

 Dzień dobry,
 Jestem czytelnikiem Waszego "Gońca". To, co chciałem powiedzieć, nie będzie prawdopodobnie niczym nowym. Wasza gazeta jest coraz lepsza, prawdopodobnie macie tego typu informacje, więc powtarzam jeszcze raz, artykuły coraz lepsze, gratuluję, życzę powodzenia i dalszych sukcesów.
(-)

 Od redakcji: xxx

 Konstytucyjna ochrona życia
 W ostatnich czasach obserwujemy wielkie pomieszanie pojęć w hierarchii wartości moralnych.  Egoizm jednostki i grupy propagują kręgi liberalno-lewicowe wspomagane przez wszechpotężne media, a nawet przez niektórych ludzi Kościoła. 
Szaleńcy, uchodzący za "oświeconych", chcą zbudować Europę Zjednoczoną, likwidując suwerenność poszczególnych państw (narodów). Europa jest pierwszym etapem do zjednoczenia całej ludzkości pod jednym rządem światowym. 
 Obserwując współczesny świat, zauważyć można jakieś ukryte i niewidzialne dla większości mechanizmy, które powodują, iż mimo sprzeciwu większości, narzucane są nam wartości i prawa, których nie chcemy zaakceptować.  Wielu ludzi zastanawia się, kto jest reżyserem tego spektaklu?
 Wielu polityków związanych jest z pozarządowymi, globalnymi organizacjami, często o rodowodzie masońskim. Powiązani są z nimi również niektórzy hierarchowie Kościoła, zwłaszcza zwolennicy tzw. Kościoła otwartego. Czy można zbudować jakiekolwiek zjednoczenie na bazie zakłamania? 
 W ostatnich dniach Trybunał w Strasburgu pod przewodnictwem Niemiec uznał, że Polska naruszyła Konwencję praw człowieka i podstawowych wolności, odmawiając usunięcia ciąży Alicji Tysiąc. Kobiecie tej w wyniku ciąży i urodzenia dziecka miał pogorszyć się podobno wzrok, ale lekarze nie mieli na ten temat jednoznacznej opinii. Możliwość pogorszenia się wzroku powinna, zdaniem Alicji Tysiąc, być wystarczającym powodem do zabicia nieurodzonego jeszcze dziecka  i dlatego zaskarżyła swój kraj do Trybunału  w Strasburgu po przegranych sprawach w polskim systemie sądowniczym. Niezrozumiałą dla mnie zagadką psychologiczną jest, dlaczego Alicja Tysiąc z jednej strony utrzymuje, że kocha urodzoną wbrew swej woli córeczkę tak samo jak pozostałych dwoje dzieci i jest dla niej dobrą matką, a z drugiej strony  jednak oskarżyła Polskę o uniemożliwienie zabicia tego ukochanego dziecka. Pani Alicja, ze swymi skrzywionymi poglądami na życie (zabijanie dziecka na życzenie) i wyraźnym rozdwojeniem jaźni, nadaje się do obserwacji psychiatrycznej. Ciekawe,  jak wytłumaczy swej córeczce, iż chciała ją zabić i bardzo się awanturowała, gdy jej w tym przeszkodzono. Trybunał zasądził na rzecz kobiety 25 tys. euro tytułem zadośćuczynienia moralnego i 14 tys. euro jako zwrot kosztów postępowania. Tak więc okazało się, jak dalece Polska jest "suwerenna" w swoim ustawodawstwie. 
 Obecnie w Polsce toczy się dyskusja na temat zmiany zapisu w konstytucji ochraniającego życie ludzkie od momentu poczęcia do naturalnej śmierci.
 Prezydent i premier Kaczyńscy ewidentnie są przeciwko ochronie życia. Gdy prezydentowa Maria  Kaczyńska zaapelowała do parlamentarzystów o niezmienianie prawa dopuszczającego zabijanie dzieci, większość ludzi wyraziła oburzenie. 
 Pani Barbara Maria Giertychowa, żona wicepremiera Romana Giertycha, wystosowała list otwarty do marszałka Sejmu Marka Jurka, w którym apeluje o konstytucyjną ochronę życia dzieci nienarodzonych.
 Na stronie internetowej http://barbara.giertych.pl/ zwraca się z apelem do wszystkich Polek, aby poparły jej apel  skierowany do Marszałka Sejmu. Do dnia dzisiejszego pod tym apelem podpisało się około 6 tysięcy osób. Lista jest wciąż otwarta i codziennie ukazują się nowe nazwiska osób popierających ochronę życia od momentu poczęcia.
 Posłanka Sojuszu Lewicy Demokratycznej Joanna Senyszyn, osoba z wyższym wykształceniem, zareagowała  na apel pani Barbary Giertychowej, mówiąc publicznie do mediów, iż pani Giertychowa "jest nikim". 
 Spodziewałabym się po pani profesor Senyszyn sensowniejszych argumentów popierających jej chęci do zabijania nienarodzonych dzieci.  Zamiast tego mamy tylko medialny bełkot pani profesor.
 Przyznaję, że zgadzam się z panią Barbarą Giertychową, która zaripostowała następującymi słowami: "...żal mi pani poseł, ma w sobie tyle kompleksów i bólu. Zastanawiam się, jak bardzo życie musiało ją skrzywdzić, że potrafiła wystąpić z pejczem na paradzie gejów. Pamiętam wówczas jej słowa naśmiewające się z Jana Pawła II. Naprawdę mi jej żal".
 Zachęcam wszystkie Polki zamieszkałe w Kanadzie do przyłączenia się do apelów o konstytucyjną ochronę życia od momentu poczęcia do naturalnej śmierci. 
 Na stronie internetowej  http://www.pro-life.pl/apel/ jest apel skierowany do młodych ludzi o poparcie pełnej ochrony prawnej życia w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej.
 My, Polacy, jako część wielkiej cywilizacji łacińskiej, mamy moralny obowiązek stanąć po stronie życia.  Pismo Święte mówi: "Po owocach ich poznacie".  Parafrazując ten słynny, ale jakże prawdziwy cytat,  uważam,  iż nasza tożsamość  ujawnia się  między innymi naszym stosunkiem do ochrony życia od poczęcia do naturalnej śmierci.
 Z poważaniem,
Grażyna Maria Królówna

 Od redakcji: Oczywiście, że ochrona życia jest obowiązkiem każdego człowieka. O to nas będą pytać.

 Szanowny Panie Andrzeju! 
 Z wielkim szacunkiem i ukłonem zwracam się w kierunku Pańskiego pisma, które w czasie swego istnienia prawdziwie otworzyło forum wymiany myśli polonijnej! Ale, nawiązując do Pańskiego ostatniego felietonu pt. "Dzięki robieniu wody z mózgu" ("Goniec" nr 13), redaktor dobrego pisma, a takim jest w chwili obecnej "Goniec", nie może pozwolić sobie na skróty myślowe typu "nauczycielka wbrew naszym protestom uczy nam dzieci jakichś głupot - a przecież tak właśnie jest na co dzień w tutejszych szkołach". Ze względu na szerokie grono odbiorców, mniej lub bardziej zorientowanych w poruszonym przez Pana temacie, nie powinno się, moim zdaniem, dolewać oliwy do ognia i uderzać tam, gdzie nie należy - w nauczyciela. W takich przypadkach nie może być niedomówień czy dwuznaczności. Przypuszczam, że pisząc te słowa, co innego miał Pan na myśli... może raczej, perpetuum mobile systemu, w którym nauczyciel jest tylko napędzanym ogniwem całej machiny i musi się podporządkować. Musi realizować narzucony mu odgórnie program i osiągnąć dobre wyniki nauczania, musi wykonać oprócz tego cały szereg innych administracyjnych obowiązków, o których nie było mowy w przysłowiowej już tradycyjnej starej szkole. Balansuje więc pomiędzy tym, co realne i zgodne ze zdrowym rozsądkiem, a tym, co czasem wręcz absurdalne.
 Ale tak naprawdę - to nie on decyduje, podobnie jak niewiele ma do powiedzenia pański przyjaciel, który zatrudnił niesubordynowaną kucharkę lub ogrodnika. Stwierdzenie więc, że nauczyciel uczy na co dzień głupot, jest krzywdzące i niesłuszne, a atak tax payers, do których Pan apeluje, a do których zaliczać się będzie również niejedna wszystkowiedząca kucharka czy ogrodnik, pójdzie w niewłaściwym kierunku, dalej podważając zaufanie i poniewierając i tak już zszargany szacunek do nauczyciela i autorytet szkoły. Nauczyciele, z którymi pracuję na co dzień w szkole kanadyjskiej, jak i od wielu lat w szkołach języka polskiego (szkoła średnia z tzw. kredytem ) - to wysoko wykwalifikowani specjaliści, oddani swej pracy pedagogicznej, pracy, która nie kończy się z chwilą zamknięcia drzwi do klasy. Nauczyciel wykonuje swój zawód, tak samo jak lekarz, prawnik, księgowy czy kierowca autobusu. Tu nie chodzi o to, czy on wie lepiej - jest on przygotowany do wykonywania swojego zawodu. To nie on decyduje o zmianach. Te zapadają na wyższym szczeblu. I tam trzeba uderzyć. Rodzice w szkołach mają dużo do powiedzenia. Zarówno dyrekcja, jak i grono pedagogiczne bardzo się liczą z ich zdaniem. Niestety, w odwrotną stronę to nie działa tak sprawnie, a szkoda.
 Kończąc, zwracam się zatem w swoim imieniu, jak i w imieniu całej braci nauczycielskiej, z prośbą do Pana Redaktora o bardziej precyzyjne wyrażenie swojej myśli lub przeproszenie nas za te gorzkie i niesprawiedliwe słowa. 
 PS Większość rodziców widzi szkołę przez pryzmat swojego dziecka. Wpuśćmy ich do klasy, niech każdy z nich powie nauczycielowi, co ma robić na lekcji i według przysłowiowego, ilu Polaków - tyle zdań, niech nauczyciel postara się taką lekcję przeprowadzić. Czy będzie to uzdrowienie, czy dezorganizacja zaplanowanej przez niego lekcji? 
 Z poważaniem, 
Irena Basiukiewicz, nauczycielka Mississauga 

 Od redakcji: Szanowna Pani, moją intencją nie była ani obraza kucharek, ani ogrodników, ani nauczycieli, chodzi o problem "systemowy". Zapraszamy wszystkich zainteresowanych do dyskusji na temat naszego szkolnictwa.

 Szanowny Panie Redaktorze!
 Przeczytałem artykuł "Im winniśmy  nie ty