POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
LISTY DO REDAKCJI
Toronto - Canada
Zamieszczamy listy mądre/głupie, poważne/niepoważne, chwalące/karcące i potępiające nas w czambuł. Nie publikujemy listów obscenicznych, pornograficznych i takich, które zaprowadzą nas wprost do sądu. 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych listów.

GONIEC NR 13/2008 (221) (27 marca - 3 kwietnia 2008)

 Moje wyznanie
 Do pani Violetty Kardynał 
 (Rodziny)
 Szanowni Państwo,
 Dziękuję Bogu, że spotkałem na swej drodze Państwa Rodzinę.
 Właściwie pracę pani Violetty "Upside Down" pokochałem już dawno, kiedy po raz pierwszy usłyszałem tylko wzmiankę w TV Polonia z Warszawy, z udziałem pani Violetty. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że właściwie także jesteśmy sąsiadami z rodziną państwa Kardynał na "odległość bicia serca".
 Bardzo wdzięczny Pani jestem (i myślę, że mogę wystąpić w imieniu szerokiej Polonii), że tak skutecznie swym filmem podjęła Pani walkę z ignorancją historyczną młodzieży szkół średnich i wyższych (i oczywiste, że jej rodziców), a także z gronem "profesorów" na terenie Kanady (anglojęzycznego "Zachodu"). I mam nadzieję, a właściwie publiczne życzenie, by film ten stał się również obowiązkową lekturą dla uczniów szkół średnich w ramach nauczania historii, a szerzej "humanizmu", że film ten będzie przedstawiony ministrowi edukacji. Tu widzę priorytetowe zadanie dla Kongresu - KPK - i ten apel-prośbę teraz właśnie składam publicznie.
 Próbuję ogarnąć ogrom trudu, jak włożyła Pani (cała Rodzina) w powstanie tego filmu-dzieła. Dwa lata minęły "szybko i ciężko". A ile ścieżek wydeptanych...
 Dziękuję jeszcze raz za owoc tego Pani i Państwa Rodziny trudu.
 Jest Pani wspaniałym pedagogiem, też słyszącym głosy synów. Wie Pani, że "wychowanie to dzieło miłości. Wyłożyć lekcję każdy profesor potrafi, ale nauczy i wpłynie tylko ten, kto kocha" (to słowa błogosławionej Marceliny Darowskiej). A dzięki Pani filmowi, też z inspiracji Państwa synów, wielu "profesorów" - jak widać - będzie musiało zweryfikować swą "wiedzę".
 Zdaję sobie doskonale sprawę, że ta Pani praca - dla nas wszystkich przecież, to także udział całej Państwa Rodziny, a więc pana Tomasza i synów: Marcina i Kuby - z których jakże dumni mogą Państwo być. Zresztą, "jakie gniazdo, takie ptaki". A to Państwa gniazdo - Gniazdo Orła. Jeszcze raz serdecznie gratuluję i dziękuję.
 Oczywistym dla mnie "odruchem" było wykonanie telefonu do KPK - który popiera Pani film i rozumie znaczenie i wielkość tego dzieła (...). Tak jak oczywistym mym odruchem wdzięczności było zadzwonienie do Kongresu, tak muszę tu napisać, wielkim zaszczytem dla mnie była rozmowa z Państwem, pani Violetto i Tomaszu.
 Jeszcze raz serdecznie dziękujemy
Aleksander Jamróz
z żoną Dorotą i córką Anną
 PS 
 1. Pozostawiam w Państwa domu, na Pani "ręce i serce" książkę-album "Znak, któremu sprzeciwiać się będą..." (to moja odpowiedź także na "stanowisko?" aktualnego MSZ). Pozostawiam ją w domu, który dla mnie reprezentuje także "Ambasadę Najjaśniejszej Rzeczpospolitej" w sposób najlepszy, najgodniejszy. Dziękuję jeszcze raz za "Upside Down".
 2. Kopię tego listu-wyznania pozwolę sobie przesłać do Kancelarii Prezydenta Rzeczpospolitej - na ręce pani minister Fotygi, a także do KPK.
 3. Dziękuję panu Wojciechowi Śniegowskiemu - producentowi "Upside Down" - za jego udział w powstaniu filmu, ale oboje zdajemy sobie sprawę, że bez "perły", która "jak tęcza co sobą nie zajmuje miejsca" - czyli Pani, Pani Violetto, nie byłoby tego filmu, jakże oczekiwanego.
 4. Dziękuję bardzo panu Dariuszowi Kulczyńskiemu z "Kuriera" za fachowy głos ze spotkania w dniu 24 lutego 2008 w Centrum Jana Pawła II, który także mogliśmy przeczytać w "Kurierze" przedświątecznym.
 5. Dziękuję panom redaktorom A. Kumorowi i W. Magierze za stały wkład w obraz historii kraju ojczystego na obczyźnie.
A.J.

 Od redakcji: Dziękujemy Panu.

 ***
 Piszę inny list do was w sprawie tzw. credit crunch. Jedno mnie zastanawia, jak to możliwe, ażeby żaden kanadyjski bank nie zmoczył się w tych pożyczkach. Kanada,  gdzie 70 - 80 proc. wymiany handlowej  opiera się na handlu z  USA - wynika z  tego, że żaden bank kanadyjski nie ma żadnych problemów ze związanym ze światowym kryzysem   tzw. credit crunch. Kilkanaście europejskich banków i azjatyckich również zamoczyło się porządnie, że już nie wspomnę o amerykańskich, gdzie trwa prawdziwa rzeź na tyłach     rzeźni. 
 A banki kanadyjskie żyją swoim życiem bez żadnych problemów. Myślę, że rząd kanadyjski kazał milczeć bankom, ażeby ukryć prawdę, że jednak i credit crunch nie ominął i Kanady. Z ciekawości tak zapytam, ile przepadnie pieniędzy np. z funduszu rządowego dla bezrobotnych - o    ile pamiętam, jeszcze w 2007 pod    koniec roku było tego z 60 miliardów dolarów. Ile stracą fundusze emerytalne czy edukacyjne... ile podobnych funduszy zmieni lokalizację i    przeznaczenie. Czy ukrytym w Kanadzie credit crunch nie obarczy się klientów banków - opłatami za różne rzeczy związane z działalnościami banków. 
 A propos mojego listu do was - do dziś RBC Royal Bank nie przetransferował moich pieniędzy do lokalnego banku w Bogatyni - co skłoniło mnie do napisania moich wrażeń - dlaczego RBC nie chce i nie może robić obecnie takich usług - ponieważ mają podobną sytuację  jak w   USA - gdzie tamtejszy rząd rzucił 200 miliardów dolców dla tamtejszych banków, ponieważ tamtejsze kasy świeciły pustkami i groziło i nadal grozi to katastrofą gospodarczą dla USA, Kanady oraz mniej Europy czy Azji.
 Pozdrawiam  redakcję "Gońca".
Marian Stefaniak z rodziną

 Od redakcji: Szanowny Panie, banki to oczko w głowie każdego rządu. Banki troszczą się w pierwszej kolejności o właścicieli banków, a dopiero w dalszej o klientów.
 
 
 

GONIEC NR 12/2008 (220) (20-27 marca 2008)
 ***
 Program Forum w TV Polonia ostatnio miał debatę na temat wizyty polskiej delegacji rządu w USA. Najważniejszym tematem była tarcza rakietowa w Polsce. 
 Sondaże pokazują, że większość Polaków nie zgadza się na tę militarną budowę. I to bardzo słusznie. Nie ma chyba sensu budować w Polsce tarcz, bo to nie będzie mieć sensu w obronie Polski. Raczej będzie to tylko prowokacja w razie wojny, aby znów w Polsce zrobić pogorzelisko, nie gdzie indziej, tylko w Polsce. Przecież są inne państwa w NATO, które są bogatsze i mają większe możliwości militarne do obrony takich urządzeń. Np. w Niemczech. I takie odległości chyba nie robią różnicy dla rakiet. No ale widocznie będzie kontynuacja tego, co zapoczątkował PiS z prezydentem Polski.
 Druga sprawa to wizy, których zniesienia domagają się Polacy od lat. W dyskusji Forum red. Ziemkiewicz mówił, że Polacy nie mogą mieć zniesionych wiz, bo pracują na czarno, a do tego wydają jeden drugiego do rządu. To stwierdzenie wydaje mi się śmieszne i głupie. Tak jakby amerykańscy politycy nie wiedzieli o tym, bo im to na rękę. Redaktor ten powinien wiedzieć, że w Ameryce jest ponad 11 mln nielegalnych imigrantów, z czego większość pracuje, i o tym politycy dobrze wiedzą. Ci nielegalni imigranci to "nowocześni niewolnicy", którzy są potrzebni do wykonywania ciężkiej i brudnej roboty. Jeśli redaktor ten mówi, że to Polacy są tą większością, to powinien wiedzieć, że Polacy są daleko z tyłu, bo Meksykańczyków pracuje nielegalnie ok. 5 mln. Jeśli nie zna redaktor polityki imigracyjnej w Ameryce, to nie powinien siać propagandy niektórych amerykańskich polityków. Ta polityka przyczynia się do rozbicia milionów rodzin. To państwo stoi przecież na straży praw człowieka i rodzin, tylko odwrotnie.
 Dziwi mnie też, że Prezydent Polski nie zgadza się na referendum w sprawie traktatu UE. Idzie na układy z PO, kiedyś skłóconą. Powinien dbać o dobro Polski i Polaków, a nie układy partyjne, jeśli jest prawdziwym Polakiem. I jeszcze jedno proponowałbym, aby w Polsce, ze zmianą rządu zmieniać jednocześnie konstytucję dla wygody danego rządu.
S.W.

 Od redakcji: Szanowny Panie, zgadza się współcześni imigranci muszą na miejscu zapłacić frycowe, ale i tak większość emigruje nie dla siebie, a dla swych dzieci.

 Witam 
 Czy jest możliwość otrzymania  na mój komp 2 świetnych artykułów, które się ukazały w dwóch ostatnich GOŃCACH? Jeden to art. o Traktacie Lizbońskim - napisany pysznie przez  Wojciechowskiego, a drugi mówi o LUDZKICH ZŁYCH NAMIĘTNOŚCIACH - o.Jacka Salija. Chciałem się nimi podzielić z przyjaciółmi za granicą. Czy nie macie w "Gońcu" online archiwum z Waszymi felietonami - artykułami?
 Przyznam, że z radością witam Wasz każdy numer - jest NAPRAWDĘ  co poczytać.
 Gratulacje. 
 Richard

 Od redakcji: Archiwum nie ma, za miłe słowa dziękujemy.

 Szanowny Panie,
 Dziękuję za wyczerpujący artykuł o Subaru. Jest mi bardzo miło, że w ten sposób i tak szybko odpowiedział Pan na mój e-mail.
 Z poważaniem,
Ryszard Sternik
Kitchener

 Od redakcji: Nam jest również miło.

 "Polish ghetto"
 Chciałem poinformować szanownych czytelników "Gońca", iż w miesiącu kwietniu będzie w dystrybucji w ontaryjskich szkołach podstawowych ulotka wydana przez SCHOLASTIC zachęcająca do zakupu pewnych książek sprzedawanych przez powyższą firmę.
   Niby nic nowego, ale na uwagę zasługuje notatka na temat książki Yellow Star "Of the 270000 Jews who were forced into this Polish ghetto, only 800 survived".
 Jakże nasze nowe pokolenia kanadyjskiej młodzieży będą się odnosić do ludzi, którzy jakoby zmusili Żydów do getta. 
Polscy rodzice

 Od redakcji: Proszę protestować!

 ***
 Pana S., który na adres redakcji "Gońca" napisał list do red. Krystyny Starczak-Kozłowskiej w związku z jej artykułami o sytuacji małżeństwa w Kanadzie - prosimy o telefoniczne zgłoszenie się do redakcji w celu nawiązania kontaktu z panią Krystyną.
 

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Dowiedziałam się właśnie z prasy, że 26 polskich policjantów zostało rannych w starciach z Serbami w Kosovskiej Mitrovicy. Co polscy policjanci robią w Kosowie? Co polscy żołnierze robią w Iraku, Afganistanie i w państwach afrykańskich? 
 Nie mogę zrozumieć, jak polskich katolików nie oburza widok abp. Leszka Głódzia żegnającego i błogosławiącego znakiem krzyża polskich żołnierzy wyjeżdżających do okupacji odległych nam krajów, z którymi nie wiązały nas żadne konflikty. A relacja telewizyjna z pogrzebu zabitego w Iraku polskiego żołnierza i nazwania go przez księdza sprawującego mszę pogrzebową bohaterem zakrawa na skandal.
 Ostatnio jeden z moich znajomych wynajął mieszkanie w Polsce żołnierzowi, który powrócił z Iraku. W trakcie rozmowy związanej z wynajmem mieszkania mój znajomy zadał kilka pytań dotyczących tej osoby. Żołnierz powiedział, że ma 24 lata, do Iraku wyjechał, aby zarobić na sportowy samochód, o którym zawsze marzył. Właśnie ziścił to marzenie. Teraz przygotowuje się na misję pokojową do Czadu, tj. ma swoje cele finansowe, a ten wyjazd może je zrealizować. Z wynajętego mieszkania korzystał dwa miesiące. Jadąc wymarzonym sportowym samochodem z wielką szybkością, uległ śmiertelnemu wypadkowi. Po jego osobiste rzeczy do wynajętego mieszkania mojego znajomego zgłosiły się matka i siostra tego żołnierza. Obydwie rozpaczały niesamowicie. A matka rwała włosy z głowy. Mojego znajomego zastanowiło, jak matka mogła pozwolić synowi wyjechać do Iraku okupować i zabijać niewinnych ludzi. 
 Polacy nie mają żadnego zagrożenia ze strony tego państwa. Jak ta kobieta wychowała swojego syna? Ogłupienie polskiego społeczeństwa przez media, a nawet ludzi Kościoła jak abp Głódź, jest przerażające i trudne do racjonalnego wytłumaczenia. Uważam, że polskich żołnierzy, którzy zatrudniają się za pieniądze do okupowania obcych odległych nam krajów, zabijających miejscową ludność, należy nazwać po imieniu - płatni mordercy. A nazywanie ich przez księdza katolickiego bohaterem zakrawa na kpinę i woła o pomstę do nieba. Rozumiem, że w Polsce jest bieda, a gospodarka zrujnowana, niskie zarobki, ale to nie usprawiedliwia bycia płatnym najemnikiem w interesie obcych Polsce sił osłabiających polską rację stanu. 
 Dlaczego polskojęzyczny rząd w Warszawie traktuje Polaków jako mięso armatnie? A kropidło i kadzidło do tego naprawdę nie pasują.
 Zatroskana
 Grażyna M. Królówna

 Od redakcji: Żołnierze polscy nie powinni służyć poza Polską, chyba że w misjach pokojowych ONZ.
 
 
 

 GONIEC NR 11/2008 (219) (14-19 marca 2008)

 Szanowny Panie Andrzeju
 (do p. Andrzeja Strzelczyka)
 Oczywiście nie chcę ignorować Pana "głosu bólu" z "Listów Gońca" z dnia 7-13 marca '08. Pisze Pan: "...20 lat temu byłem stroną, w której odczułem, jak działa dyskryminacja w ontaryjskim prawie rodzinnym...".
 Jednocześnie zabraniam Panu manipulowania stwierdzeniem: "Jeśli ktoś spokojnie przeczyta fakty w artykule (moim - =Prawo Edyty?), to znajdzie w nim dużo sprzeczności" (!?!?). Proszę zauważyć określenia: "uwierzono w oszczercze słowa męża". To koniec Pana cytatu. Nie skorzystam również z Pana rady, bym skontaktował się z ojcem dziecka.
 Jeśli napiszę, że nie zrozumiał Pan idei "Prawa Edyty", to to stwierdzenie nie będzie oszczerstwem wobec Pana. Widzę bowiem nieszczelności w "systemie prawnym". I dlatego, by uhonorować córkę mych Przyjaciół, chcę wystąpić do parlamentu o "Prawo Edyty" (oczywiście po śledztwie), by na podstawie oszczerczego telefonu nie pozbawiono rodzica "prawa do dziecka" (czy to matki, czy to ojca). By rodzina strony nie zapożyczała się na kilkadziesiąt tysięcy dolarów, by udowodnić oszczerstwo oskarżenia (wydane na adwokatów, psychologów, socjologów etc....) (czy to ze strony matki, czy ojca). I by opinia psychiatry, socjologa... czy wreszcie sądu, wykazująca brak jakichkolwiek podstaw do rzuconego oszczerstwa, nie była wydawana w "tempus passati", by żadne dziecko nie musiało pytać: "gdzie jest mamusia?", "gdzie jest tatuś?". 
 Wiem, że ta "rozmowa" będzie "trudna i długa", i sam nic nie zrobię. I oczekuję pomocy wszystkich Państwa (włączając Pana - Panie Andrzeju).
 Wiem, że "pióro pozwala się namyślać, przywraca słowu jego wagę i mimo słusznego pesymizmu twierdzenia, iż papier jest cierpliwy - dużo mniej głupstw się pisze niż mówi. Słowo pisane zmusza do odpowiedzialności..." (to cytat słów śp. mecenasa Wł. Siła-Nowickiego). I oczekuję, że przyśle Pan swe zarzuty wobec mnie. Mam nadzieję, że mogę liczyć na wszystkich Państwa w "sprawie" - "Prawa Edyty".
 Jednocześnie chcę prosić Państwa o  serdeczną odpowiedź na apel o "Pomoc dla Rodziny Lewandowskich", konto zostało założone w Credit Union - nr 112699 - która będzie wyrazem naszej solidarności w bólu z tą rodziną. W próbie "niesienia krzyża".
 Przesyłam ukłony, szczęść Boże
Aleksander Jamróz 

 Od redakcji: XXX

 Wrażenia z Polski
 Będąc w ostatnich miesiącach w Polsce, przeglądając prasę, śledząc dzienniki TV, odniosłem wrażenie, że środki masowego przekazu stosują psychotechniki do ogłupiania widzów i czytelników. 
 Zastosowana technika to proporcja 2:1 lub 3:1. Zaprasza się zawsze 3 polityków do dyskusji, jednego z PO, drugi LiD i trzeciego z PiS. Redaktor prowadzący rozpoczyna temat przygotowany wcześniej i manipuluje pytaniami i odpowiedziami. Strona biorąca udział w dyskusji nie ma żadnych szans na przedstawienie swojej opinii w całości, jeżeli mija się z poglądami redaktora. Najczęściej z tej dyskusji eliminuje się przedstawicieli opozycji, czyli PiS. PO oraz LiD są cichymi wspólnikami polityki prowadzonej przez Platformę.
 Zaproszenie sławnego prof. Grossa do Polski było przyzwoleniem premiera D. Tuska i jego rządu. Kilkakrotnie widziałem tego oszczercę w TV, jak oskarżał naród polski, paszkwile z wydanej książki pt. "Strach". Prowadząca wywiad dziennikarka dodawała otuchy, by czuł się swojsko. Wystarczyło zadać tylko jedno pytanie prof. Grossowi, czy Żydzi byliby skłonni udzielić pomocy Polakom w owym czasie. Polacy jednak to czynili, narażając swoje rodziny na śmierć. Mamy dzisiaj zapłatę. 
 Mało tego, w ostatnich tygodniach lutego rzucono znowu temat w środkach przekazu, marzec 1968 r. Prześladowania i wypędzenia najlepszych synów na emigrację. Rocznica  40. marca, która przypada w tym roku, ma być manną z nieba w postaci automatycznego przyznawania obywatelstwa polskiego, między innymi dla tych, co serwowali wyroki w sądach na obywateli polskich, dzisiaj żyją w Anglii, Skandynawii i Izraelu. Polakom pozbawionym obywatelstwa po roku 1945 nie przyznaje się obywatelstwa, a jedynie Kartę Praw Polaka - o zgrozo!
 Bunt studentów w marcu 1968 r. na Uniwersytecie Warszawskim został upozorowany przez synów, których ojcowie byli w większości przy władzy PRL-u. Jakie były konsekwencje marca, a takie, że dalej kontynuowali studia w kraju i na Zachodzie. Studentom lat 50. i 60., których ojcowie należeli do ZWZ i AK, nie przyznawano wiz na Zachód, wcielano do wojska, kompanii roboczych (karnych). Rodzinom żydowskim aż do roku 1972 pozwalano emigrować pod pretekstem wypadków marcowych. W większości byli to repatrianci ze Związku Radzieckiego. Polska była dla nich przystankiem do wyjazdu na Zachód. Wcześniej w różny sposób zdobywali pochodzenie. 
 Zwracam się do Kongresu Polonii Kanadyjskiej o wniesienie protestu do rządu i Prezydenta Rzeczypospolitej przeciw automatycznemu nadaniu obywatelstwa polskiego dla wszystkich emigrantów marcowych.
 Z poważaniem dla redakcji
F. Rodziewicz

 Od redakcji: Może więc na początek dla emigrantów "marcowych" - "Karta Polaka" - oczywiście, jeśli chcą...

 Czarna lista
 Szanowny Panie Redaktorze,
 Słyszeliśmy ostatnio o tzw. Czarnej liście polskiego MSZ, na której są nazwiska osób, z którymi polskie konsulaty otrzymały zakaz kontaktów.
 No i dobrze - teraz powoli będziemy wiedzieć, kto jest na łańcuszku polskiego MSZ, a kto nie. Np. pan Jerzy Czartoryski (KPK Ottawa), jak i pan Kobylański (Urugwaj) chyba na łańcuszku polskiego MSZ nie są, zaś np. pan Lizoń i ZG KPK w Toronto... no jak sądzicie, Szanowni Czytelnicy...
 Z poważaniem,
 J.K.

 Od redakcji: Gdyby życie było tak proste, jak Pan sugeruje, nie byłoby takie ciekawe.

 Dlaczego subaru?
 Szanowny Panie,
 Mój syn, przebywając przez jakiś czas w okresie zimy w okolicy jeziora Simcoe, zaobserwował, że dużo mieszkańców jeździ samochodami Subaru. Oczywiście zaraz po przyjeździe zachwalał je. Czy mógłby Pan w którymś z samochodowych artykułów napisać coś więcej o tych samochodach? Co jest w nich szczególnego, jakie mają zalety i wady. Co powoduje, że często kupują je mieszkańcy małych miasteczek i wsi. Czy jest jakieś inne auto, które konkuruje z nimi.
 Z góry dziękuję.
 Z poważaniem,
 Ryszard Sternik
Kitchener

 Od redakcji: Wszystkie samochody produkowane przez Subaru posiadają napęd na cztery koła, dlatego są chętnie nabywane przez mieszkańców odległych od metropolii wsi i miasteczek, gdzie przez pół roku śnieg zalega na drogach. Zapraszam do lektury dzisiejszego odcinka gońcowej "Automanii" na stronie 42. (J. Rosa)
 

GONIEC NR 10/2008 (218) (7-13 marca 2008)
 

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Ze smutkiem przeczytałem wiadomość o tragicznej śmierci Edyty i z tego powodu współczuję jej rodzinie.
 Chciałem jednak zwrócić uwagę, że wg mnie sposób, w jaki artykuł został napisany, budzi wątpliwości.
 Według mnie, artykuł jest mocno stronniczy w odniesieniu do Edyty. Jeśli ktoś spokojnie przeczyta fakty w artykule, to znajdzie w nim dużo sprzeczności. Proszę zauważyć określenia: "uwierzono w oszczercze słowa męża". Z mojego doświadczenia, i sądzę też z doświadczenia Pana Redaktora, w tym kraju przede wszystkim się wierzy: młodej kobiecie, a na szarym końcu mężczyźnie. Kobiety często bezkarnie oskarżają fałszywie mężczyzn o "seksual abuse children" i wtedy dla dobra dziecka wierzy się kobiecie. Jeśli Pan ma jakieś wątpliwości, to proszę zapytać prawników rodzinnych. 
 A swoją drogą, byłoby na miejscu, aby Pan A. Jamróz przed napisaniem artykułu skontaktował się z ojcem dziecka, aby wysłuchać, co ma do powiedzenia.
 Na koniec chciałem dodać, że dwadzieścia lat temu byłem stroną, w której odczułem, jak działa dyskryminacja w ontaryjskim prawie rodzinnym. W tym czasie w biurze Official Guardian pracowały i decydowały o "custody" wyłącznie kobiety (w większości "single mothers").
 Łączę ukłony i w imię prawdy proszę nadal bronić pokrzywdzonych, ale też nie pozwolić, aby bez wyroku wydawać sądy o ojcu dziecka, o policji i systemie prawnym, który tak jak w nagłówku nadal faworyzuje kobiety w prawie rodzinnym. Nie twierdzę, że jest dużo złych mężczyzn, ale są też i złe kobiety, a i są też dobrzy mężczyźni.
 Szczęść Boże.
 Andrzej Strzelczyk 

 Od redakcji: Zgadza się, są i takie sytuacje, ale są i odwrotne. 

 ***
 Moje   imię   jest   Marian   Stefaniak - często ogłaszałem się w waszej gazecie - głównie w rubryce poszukuję pracy.
 Otóż sytuacja życiowa zmusiła mnie i moją rodzinę do tymczasowego zamieszkania w Polsce - ponieważ teściowa moja oraz mój brat są poważnie chorzy - z tego powodu będzie wymagana nasza pomoc finansowa dla nich obojga. Z tego też    powodu zwróciłem się wielokrotnie do menedżera RBC-Royal Bank przy Dixon Rd. - Islington o transfer  wszystkich naszych oszczędności z tamtego banku - którego jesteśmy klientami. Wysyłałem listy, faksy, email i dzwoniłem, jak do tej pory    bez żadnego skutku... Zrobiłem wszystko, czego wymagał bank - podałem im w listach numer konta w Polsce, adres i nazwę banku, również mój  i mojej żony podpis w tym    liście-podaniu. 25 lutego do banku  PKO w  Bogatyni - tj. tam gdzie teraz  tymczasowo mieszkamy, dzwoniła    pani - mówiąca po polsku, rozmawiając z władzami lokalnego banku  PKO - pani  ta po przesłuchaniach i  upewnieniach ze strony RBC powiedziała, że pieniądze z Kanady - RBC  będą przelane do Polski w ciągu 24    godzin. 26 lutego rozmawiałem z menedżerka z RBC (Dixon - Islington) panią Laurą, która powiedziała mi, że pieniądze zostaną wysłane szybko.
 Korespondencję z RBC w sprawie mojej prośby prowadzę od grudnia 2007.
 Nie mam pojęcia, o co się rozchodzi i dlaczego ten bank po prostu mnie oblewa - dodam, że jestem klientem tego banku od ponad 25    lat.
 Prosiłbym o puszczenie tego listu w waszej gazecie - może w rubryce "Ludzie piszą listy" - ażeby i  innych ludzi ostrzec przed podobnymi kłopotami. Kiedyś myślałem, że komuna to ostatnie dno - ale system, jaki istnieje w społeczeństwie kanadyjskim, jest takim samym szambem  jak za czasów komuny w Polsce.
 Pozdrawiam redakcję gazety "Goniec" - może jednak ktoś mi pomoże w zaistniałym problemie, o co bym prosił redakcję "Gońca" lub kogoś z ludzi czytających "Goniec". Za chęć pomocy z góry dziękuję.
 Wasz czytelnik 
Marian Stefaniak z rodziną
marianek2000@hotmail.com

 Od redakcji: Może ktoś z Czytelników pomoże Panu Stefaniakowi.

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Na frontowej stronie torontońskiej "Gazety" (wyborczej) jest logo, przypominające naszego Białego Orła - nasze godło narodowe, które  jest naszą chlubą. Wokół orła jest napis "Polska" i jakieś mazgaje, których nie sposób odczytać, a które podobne są do alfabetu hebrajskiego. Orzeł stoi na jakimś dziwolągu, przypominającym do pewnego stopnia gwiazdę Dawida.
 Wiem, że powinienem spytać "Gazetę", co te symbole oznaczają, sęk w tym, że nie mam do nich żadnego zaufania, że mogą dać na moje pytanie prawidłową odpowiedź. Może w redakcji "Gońca" jest ktoś, kto mógłby wyjaśnić, co te wszystkie symbole reprezentują. Każda instytucja ma prawo do zaprojektowania własnego logo, lecz używanie symboli narodowych i wykoślawianie ich prawidłowego wyglądu jest rzeczą bardzo ordynarną.
 Z poważaniem
Zygmunt Mańkowski

 Od redakcji: XXX
 

 Za "Testament deportowanych"   dziękuję Panu 
 Piotrowi Subarczykowi, 
 IPN Gdańsk
 Przeżyłem gehennę deportacji 10 lutego 1940 r. wraz z moją 10-osobową rodziną w krasnojarskich tajgach. Powrót i osiedlenie się na tzw. ziemiach odzyskanych trwał aż do 1946 r. Dlatego z wielkim entuzjazmem włączyłem się do zorganizowania sybiraków, najpierw we Wrocławiu, gdzie mieszkałem, a następnie w Toronto. Przed 20 laty pomagałem moim dzieciom w emigracji do Kanady, a następnie z żoną dołączyliśmy do nich.
 Zdawałem sobie sprawę i uświadomiłem moim bliskim, że jest to najlepszy, choć niełatwy kraj do życia, w szczególności dla pierwszej generacji. Bardzo jednak prześladuje mnie syndrom sybiraka, który czasem we śnie się objawia.
 Pozwolę zatem załączyć mój skromny wierszyk "Sen Sybiraka w Canada Day", który dedykuję wszystkim sybirakom w 68. rocznicę deportacji.
Cz. Jaśkiewicz
 "Sen Sybiraka w Canada Day"
 Miałem sen, dziwny sen w Canada Day
 Jechałem dużym trakiem sybirskim Hwy
 Wiozłem mąkę dla głodujących Sybiraków
 W takich niedużych workach dziesięciokilogramowych
 Jakie czasem dostaliśmy od Cioci z Polski
 Będąc na deportacji w roku czterdziestym
 Jechałem uliczkami trak ledwo się mieścił
 Przez posiołki miasta i przedmieścia
 A za nim przymocowane łańcuchem sanie
 Na saniach siedzieli sałdaty Rosjanie
 Dziś już do nich nie mam żalu
 Bo czy można mieć żal do biedaka
 Choć i ja nie bogacz ale Pan z Canady
 Jestem dumny i dziękuję Tobie
 Canado - dziś są Twoje urodziny
 Hapy birthday śpiewają w TV i na ulicy
 Patrzę z dwudziestego piętra na panoramę Toronta
 Migające światła, fajerwerków tysiące
 A ja wciąż w myślach jadę trakiem
 Wiozę mąkę na Sybir głodującym Polakom
 Za trakiem na saniach sałdaty śpiewają piosenki
 Znałem je kiedyś na pamięć gdy byłem berbeć niewielki
 Gdyż ciągle śpiewali bajcy na placu koszrowym
 Boj za rodinu boj za Stalina bojawiaja pieśnia daraga
 Tanki nowyje w boj gatowyje razgramim po stalińsku wraga...
 A dziś za moim trakiem śpiewali te same piosenki
 Ilu ich było? Właśnie się zastanawiam
 Może dwustu a może tysiące i więcej
 Ta liczba jest mi skądś znana
 Aha - dwustu to zajęli lotnisko w Prisztinie
 A dwadzieścia tysięcy mieszkało w polskie Legnicy
 Ale ich już tam nie ma - wyjechali wszyscy
 Polska bezpieczna ale czy na pewno?
 Choć ja się o to nie martwię, bo jesteśmy w NATO
 A na to mamy wojsko by spać spokojnie
 I nie myśleć po nocach o nowej wojnie
 A poza tym jesteśmy w ścisłym związku
 I to nam na razie wystarcza
Pozdrawiam Sybiraków
 - Czesław Jaśkiewicz

 Od redakcji: Oby nigdy nie zginęła pamięć o polskim holokauście na Wschodzie.

 ***
 Witam, nazywam się Sebastian Staniszewski, mieszkam w Polsce, a konkretnie na Śląsku, chciałbym dowiedzieć się lub prosić państwa redakcję o radę w sprawie wyjazdu do Kanady, chodzi mi głównie o to, iż wraz z moją rodziną (żoną i córką) chcemy się osiedlić na stałe w Kanadzie, nie posiadamy żadnej rodziny w Kanadzie i po prostu jedziemy na "ślepo", czy byłaby możliwość podania jakiegoś kontaktu, aby ktoś mógł nam pomóc w tych pierwszych dniach, bardzo bylibyśmy wdzięczni za każdą wiadomość, bardzo proszę o udzielenie nam jakiejkolwiek wskazówki, z góry bardzo dziękuję i pozdrawiam.

 Od redakcji: W sprawie wyjazdu radzimy nie wyjeżdżać.

 Szanowny Pan Kumor
 Redaktor gazety "Goniec"
 Czytam gazety, słucham radia i oglądam telewizję polską. Zauważyłem, że oprócz p. Hanny Sokolskiej mało osób wypowiada się na temat szkalowania i ataków na naród polski i Polskę. Znane są nazwiska osób, które to czynią. 
 Uważam, że Polonia, tak jak inne grupy etniczne to robią, powinna demonstrować, stanąć murem przed domem lub redakcją tego, co oczernia, aż przeprosi nas, Polaków, za obrazę, a do tego zapłaci za transport demonstrantów, bo listy i telefony niczego nie zmieniają.
 Choć jestem w podeszłym wieku, staję w szeregi demonstrantów, nie zważając, co może zaistnieć, bo żołnierz polski walczył o wolność dla nich, a tacy jak oni nas sprzedali.
 Serdecznie dziękuję energicznej i tak zaangażowanej w te sprawy pani Sokolskiej. Życzę zdrowia, wytrwałości w pracy dla Polonii i kontrolowania ataków na naszą grupę etniczną.
 Z weterańskim pozdrowieniem
Mieczysław Lutczyk

 Od redakcji: Apelujemy do wszystkich, aby stawali w szeregi osób broniących dobrego imienia naszej Ojczyzny!

 Prośba o pomoc w odnalezieniu   informacji o moim wujku 
 Nazywam się Andrzej Cimaszewski. Mieszkam w Jeżewie Starym ok. 30 km od Białegostoku. Jestem najmłodszym synem Janiny Cimaszewskiej z domu Sikorska. Moja mama ma obecnie 71 lat. Miała dwoje rodzeństwa: Helenę i Stanisława. W czasie II wojny światowej brat Stanisław Sikorski wbrew rodzicom: Pawłowi i Stanisławie, uciekł z domu i przyłączył się do oddziału partyzantów. Z tego co wiem, to później udało mu się przedostać przez granicę i dostać do Armii gen. Andersa. Dokładnych losów wojennych mojego Wujka Stanisława Sikorskiego nie znam. Wiem, że brał udział w bitwie o Monte Cassino, gdzie prawdopodobnie został ranny. Mamy widokówkę z Monte Cassino. Po wojnie, jak większość polskich żołnierzy, trafił do Anglii, gdzie ożenił się z Angielką. Potem wyjechał do Kanady. Wujek nie był w najlepszych stosunkach z ojcem. W zasadzie listy to pisał do matki. Po jej śmierci w 1956 roku przestał utrzymywać kontakty z rodziną. Próbowaliśmy nawiązać jakiś kontakt, ale bezskutecznie. W zasadzie mojej mamy Stanisław prawie nie znał, mama miała  zaledwie trzy lata. 
 Próby odnalezienia Brata mojej mamy w latach 70. podjął się nasz daleki kuzyn mieszkający w Connecticut.  Zdołał on ustalić jego adres, który podaję: Stanisław  Sikorski, 24 Ardglen Dr., Brampton, Ontario L6W 1V2. Adres ten otrzymaliśmy na krótko przed śmiercią mojego dziadka Pawła Sikorskiego. Wysłaliśmy mu zdjęcia z pogrzebu, które chyba dotarły, bo zwrotu nie było. Lubię grzebać czasami w Internecie i dzięki temu dowiedziałem się o wspólnocie polonijnej w Brampton i tygodniku "Goniec". Wystarczyło w wyszukiwarkę Google wpisać Stanisław Sikorski Brampton i tak was znalazłem. Liczę mocno na jakąkolwiek  pomoc  z waszej strony w uzyskaniu informacji o moim Wujku. Czy żyje? Jeśliby żył, to miałby ok. 85 lat. Czy ma jakąś rodzinę?
 Byłbym bardzo wdzięczny za okazane zainteresowania moją sprawą. Bardzo proszę o jakąś odpowiedź na mój list drogą elektroniczną na mój e-mail: cimaszewski@wp.pl lub adres: Andrzej Cimaszewski, Jeżewo Stare 15, 16-080 Tykocin, Polska.
Andrzej Cimaszewski
 PS Brat mojej mamy urodził się we wsi Babino.

 Od redakcji: XXX
 
 

GONIEC NR 9/2008 (217) (29 lutego - 6 marca 2008)

 Szanowni Państwo, 
 Czy z waszą pomocą byłoby możliwe odnalezienie krewnego, Romualda Mikołajczyka, który w roku 1967 lub 1968 wyjechał do Kanady, prawdopodobnie do Toronto. Pochodził z Krościenka, ojciec Franciszek. Przed wyjazdem mieszkał w Trzebini, ulica Słowackiego 34, województwo krakowskie. Pracował w Hucie w Trzebini. Obecnie Romuald Mikołajczyk może mieć około 80 lat. Sprawa bardzo pilna. Poszukuje go Czesław Mroczek, syn Cecylii i Franciszka. 
 Telefon  domowy + 48 032 288 81 53 Czesław-mroczek@wp.pl. 

 Od redakcji: XXX

  Szanowny Panie Kumor,
 Czuję się w obowiązku zareagować na artykuł pańskiego autorstwa "Nie ma to jak w bantustanie", bo uważam, że mam wiele do powiedzenia w sprawie, na której się znam. Nie przebiera Pan w słowach, krytykuje i poniża ludzi, których jedynym grzechem jest to, że: 1) albo nie mają zdolności, 2) mają zdolności, ale nie mają chęci, 3) mają zdolności, ale brak ambicji, albo 4) mają zdolności, ale nie mają warunków, 5) nie mają zdolności i warunków/motywacji itd.
 Uważam, że znam się na edukacji, mając za sobą 9 lat pracy w zawodzie nauczyciela w Polsce po studiach dziennych, byłam też dyrektorką szkoły i metodykiem. Co prawda nie pracuję już w tym zawodzie (z wyboru), choć skończyłam wymagany rok studiów na York University. Dużo czytam o edukacji, interesuję się nią, gdyż mam tutaj dwójkę dzieci w szkołach - jedno w ósmej klasie, drugie w dziesiątej. Sprawy szkoły są i zawsze będą mi bliskie. Nie omieszkam też wspomnieć, że będąc uczennicą, przeszłam niezłą szkołę od podstawowej, poprzez średnią, studia i podyplomowe. Byłam więc po obu stronach barykady. I wiem, o co chodzi w tym temacie. I nie ma w nim prawie nic z tego, co wymienia Pan - zero wymagań, odbieranie przez państwo zdobycia porządnego wykształcenia itp. Otóż wcale nie uważam, że to dobry pomysł szkół tylko dla czarnej dziatwy, zwłaszcza że dla całej reszty też trzeba by było utworzyć jakieś inne szkoły, bo odpadanie w nich wynosi 30 proc., a więc "tylko" o 10 procent mniej niż u czarnych. Też nieładnie. Jest to m.in. rezultat reform M. Harrisa sprzed ponad dekady. 
 Jeżeli uważa Pan, że brak sukcesów i postępów w nauce bierze się z tego, że następuje rozkład rodziny, nie ma wzorców do naśladowania, to przecież tym bardziej państwo powinno pomóc takiej młodzieży poprzez zapewnienie zawodu, niekoniecznie wszechstronnego wykształcenia. Najlepiej by było przy szukaniu wyjścia z problemu wziąć pod uwagę zdolności jako kryterium. Byłoby wtedy słusznie i sprawiedliwie. Ale tak nie ma nigdzie - ani w Polsce, ani w Kanadzie. Tutejszy, mimo że niedoskonały system jest lepszy, bo daje większe szanse większemu spectrum uczących się. 
 Pisze Pan, że "zaniżanie poziomu nic nie da". Czyżby? Chociaż powinniśmy najpierw zapytać, co to jest ten poziom? Słyszałam wiele razy od naszych rodaków, że w Polsce jest wyższy poziom niż tutaj. Poziom to są wymagania, które teoretycznie uczeń ma osiągnąć. Celowo użyłam słowa "teoretycznie", bo jak wszyscy wiemy, w praktyce jest inaczej, tzn. zdolni osiągają ten poziom, ale co z całą rzeszą uczniów o zdolnościach średnich i słabych? Czy jeżeli nie dorównują uczniom zdolnym, ich poziom wiedzy też jest wysoki? Poziom to też stała wielkość, która nigdy się nie zmienia. Ale dlaczego nie zmienić czegoś, co się nie sprawdza, nie zdaje egzaminu? Absolutnie nie, bo uczeń musi kuć po nocach z każdego przedmiotu? Proces nauczania jest właśnie procesem (czymś długotrwałym), a uczeń jest obok nauczyciela  jednym z ogniw tego procesu. Jeżeli uczniowi każe się wykuć temat na jutro albo wiersz na pamięć na jutro, to już jest zaprzeczenie procesu, to jest nagłość, która jest wrogiem zdobywania i ugruntowywania wiedzy. A zadaniem szkoły jest m.in. wdrożyć człowieka do ciągłego uczenia się, po ukończeniu szkoły też. Zadaniem szkoły jest zachęcanie, pomaganie w zdobywaniu wiedzy, uczynienie tego przyjemnością, a nie przymusem.
 Pytam więc, czy uczniowie o mniejszych zdolnościach mają być potępieni i odrzuceni na zawsze, bo nie osiągają poziomu? Czy nie byłoby lepiej dla takiego znaleźć się w klasie, gdzie nauczony materiał byłby dostosowany do jego poziomu intelektualnego? Jakże cierpi takie dziecko, które odstaje, nie dorównuje, nie muszę chyba przekonywać. Szkoła ma też aspekt psychologiczny, o czym nikt nie mówi, a który jest bardzo ważny. Oprócz wiedzy uczeń nabywa w szkole pewności siebie, sposobu postępowania w życiu, różnych innych umiejętności, jak np. znalezienia się w społeczeństwie czy grupie. Ograniczenie zadania szkoły tylko do zdobywania wiedzy jest błędem. A to Pan sugeruje.
 Mam przykłady z życia swojego, gdy byłam uczniem i też gdy byłam nauczycielem, że tzw. poziom wręcz przeszkadza. "Wysoki poziom" sprawił, że prawie połowa mojej ósmej klasy skończyła edukację na właśnie ósmej klasie, bo wydawało im się (taka była też opinia nauczyciela), że do żadnej szkoły się nie nadają. A gdy już byłam po drugiej stronie, jedynie słuszny poziom spowodował, że musiałam modyfikować program i wypełniać luki w systemie, by w miarę stworzyć warunki dla wszystkich, a nie tylko dla tych najzdolniejszych. To było coś, co zmieniło życie wielu moich uczniów i są wdzięczni za to i wcale nie są gorsi od tych, którzy byli w stanie "pokonać" poziom. Znaleźli swoje miejsce w życiu, pracują, czego życzę również tutejszym mniej zdolnym, tym 40 proc. czarnym i 30 proc. białym z całą gamą innych grup etnicznych. Głównym celem szkoły i uczących powinien być sukces każdego ucznia. Sztuką jest, jak to osiągnąć. W Toronto próbują...
 Z poważaniem
A.C.
 PS Chciałam się wypowiedzieć, skoro jestem przy głosie, na jeszcze inny temat, mianowicie chodzi mi o zniesienie wiz do Kanady, o które walczą Polacy w Kanadzie na wszystkich frontach. Pomijam już to, że jest to sprawa urzędu imigracyjnego, a nie rządu, że pan premier Harper nie ma tu nic do powiedzenia, że Kanada jest krajem imigracyjnym, a Polska nie i choć znam się na tym tyle co laik, to rozsądek mi podpowiada, że o zniesieniu wiz lub nie zdecyduje sama Kanada i nic nie pomogą nasze petycje, dlatego m.in. jej nie podpisuję. Jest jeszcze jeden ważny powód, dlaczego tego nie robię. Otóż powinniśmy naszą energię skierować w inną stronę - popierania podwyżek, o które walczą w kraju już obecnie wszyscy. Słusznie walczą. Bo wstyd, by po 18 latach wolności i prawie 4 latach w Unii, w Polsce przetrwały komunistyczne zarobki, to przez nie Polacy emigrują na stałe lub wyjeżdżają za pracą. Dlaczego płace wszystkich nie zostały pomnożone przez co najmniej 2, a nawet 3 i 4, jak to zrobiono w Hiszpanii, gdy weszła do Unii? Absolutnie nikt nie popiera ludzi pracy, którzy już mają dość głodowych płac i chcą godnie żyć.
 Gdyby tak się stało, nikt nie musiałby wyjeżdżać do Kanady, a nawet wielu z nas (ja na pewno) wróciłoby do Polski na stałe i wizy do Kanady byłyby niepotrzebne. Nikt nie chce wyjeżdżać ze swojego kraju! Pomyślmy o tym. Sto złotych podwyżki, czy nawet 600 zł nikogo nie zadowoli.

 Od redakcji: Szanowna Pani, serdecznie dziękuję za wypowiedź, ale polemizuje Pani z artykułem, którego ja nie napisałem, wkłada mi Pani w usta poglądy, których nie podzielam, gdybym mógł, to proszę nieśmiało, aby Pani jeszcze raz, spokojnie przeczytała tekst.

 Niezależność Kosowa
 Każdy człowiek, a my, Polacy, chyba najbardziej znamy cenę wolności i smak jej pragnienia. Wydawać by się mogło, iż powinniśmy popierać wszystkie narody walczące o wolność, a potem cieszyć się razem z nimi. Jednak sytuacja niekiedy jest zbyt skomplikowana i nad każdą decyzją trzeba się poważnie zastanowić, przedyskutować i wysłuchać innych, co mają w tej materii do powiedzenia. Rozwagi w podejmowaniu takich decyzji wymagać należy od polityków, którzy powinni myśleć i patrzeć w przyszłość, nie zapominając jednocześnie o przeszłości. Trzeba w takim przypadku sięgnąć do historii własnego kraju i przewidzieć ewentualne skutki przez podjęcie niewłaściwej decyzji. Te słowa należy skierować do obecnie rządzących z premierem Tuskiem i szefem MSZ Sikorskim na czele, którzy zadowalają się uśmiechem lub poklepaniem po plecach. Wracając do pochopnej decyzji obu polityków, dotyczącej uznania niepodległości Kosowa, podejrzewam, że nie uruchomili mechanizmu własnej wyobraźni nawet po rozmowie z Panem Prezydentem, który jest bardzo powściągliwy w takiej decyzji.
 Chcę obu panom powiedzieć, że pośpiech jest wskazany przy łapaniu pcheł, a nie w podejmowaniu tak ważnych decyzji.
 Znając historię Polski: zabory, rozbiory, wojny i powstania przeciwko najeźdźcom, pamiętajmy, że wszyscy nas zostawili i nikt nad nami nie płakał. Gdy po wielu latach walk i morzu przelanej krwi Polska wywalczyła niepodległość, nikt nie cieszył się razem z nami i nikt nie pomagał w odbudowie kraju. Fakt, że były to inne czasy, ale mając za sobą taki bagaż doświadczeń, powinniśmy być bardziej ostrożni. Wiele krajów europejskich ma swoje mniejszości etniczne i wiele z nich, tak jak Albańczycy z Kosowa, chciałoby stanowić swój mały kraj, ale czy oni byliby w stanie sami siebie utrzymać pod względem gospodarczym i militarnym? Kto więc będzie chciał wziąć ten ciężar na swoje barki. Można powiedzieć, że obowiązują nas umowy międzynarodowe, że biednym mamy obowiązek pomagać, i tak się też dzieje, ale czy wiemy, że na tym mogą skorzystać zupełnie inne kraje? 
 Tak szybka decyzja premiera Tuska i ministra Sikorskiego podyktowana jest jak zwykle chęcią przypodobania się sąsiadom. Mogą to robić, bo bardzo to lubią, ale nie wolno tego robić kosztem całego społeczeństwa własnego kraju. Polska racja stanu musi  stać ponad wszystkim. Kiedy zniewolone narody świata pragną suwerenności, rząd D. Tuska suwerenność Polski chce oddać dobrowolnie w ręce Unii Europejskiej, poprzez ratyfikowanie Traktatu lizbońskiego, bez jakichkolwiek warunków. W mojej ocenie, jest to zdrada polskiej racji stanu, jest to kolejny akt okłamania polskiego społeczeństwa. Premier Tusk ma obowiązek zapoznania społeczeństwa z treścią owego traktatu, a śmiem twierdzić, że i on sam tej treści nie zna, gdyż nie było tłumaczenia na języki wszystkich państw członkowskich.
 Dlatego też apeluję do Rodaków w kraju, aby domagali się zapoznania z treścią traktatu i w dalszej kolejności przeprowadzenia referendum co do jego ratyfikacji. Nie pozwólcie Rodacy, aby sprzedano Was bez Waszej wiedzy i zgody. Aby grupa anty-Polaków decydowała o Waszym losie i losie naszej ukochanej Ojczyzny. To, co dzieje się obecnie w Polsce, napawa nas wielkim niepokojem. Obudźcie się i organizujcie się, oby nie było za późno. Poprzednia ekipa rządząca nie była wolna od błędów, ale szła w dobrym kierunku i zrobiła mniej zła przez 2 lata niż obecna ekipa przez 100 dni. Ratujcie siebie, ratujcie naszą Ojczyznę.
Jolanta Krawczyńska
Hamilton

 Od redakcji: Nic o nas bez nas!!!

 Szanowny Panie Redaktorze,
 W Kwartalniku SPK - VIII-XII - 2007 w liście do Redakcji ukazał się list kol. Paudyna, który wymaga wyjaśnienia kilku punktów mylnie podanych. Moje pytanie "dla kogo i po co" nie ma nic wspólnego z treścią moich listów. Odnosiło się wyłącznie do propozycji budowy windy w Domu SPK.
 Jeżeli mówimy o Domu SPK, że tylko członkowie Koła mogą decydować o jego losie, to jak może być inaczej? Problem polega na tym, że którzy to członkowie. Weterani, którzy go budowali, a których za parę lat już nie będzie, czy to młode pokolenie, ich dzieci, Kanadyjczycy polskiego pochodzenia, których język jest językiem angielskim i z naszą organizacją (za wyjątkiem kilku) nic ich nie łączy. Czy też członkowie Koła ostatniej emigracji z PRL-u. Większość wykształcona, inteligentna, ludzie, którzy szybko się zorientowali, że po co swój "kąt" budować, jak można już stojący bez wysiłku uzurpować, tylko trzeba poczekać. Bo jak inaczej można sobie tłumaczyć wypowiedź jednego z nich na Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Testamentowym, który oficjalnie oświadczył, że "po co pisać testament, który można zmienić, bo przecież ten dom już jest domem polonijnym". Tak mówią propagandziści. Rzeczywistość natomiast dużo inaczej wygląda. Jeżeli ten dom jest już domem polonijnym, to jako siedziba społecznych - cywilnych organizacji zobowiązana będzie do płacenia dużego podatku (w 1991 roku miał wynosić 48.000 dol., dzisiaj może dwa razy tyle), który wraz z kosztem utrzymania budynku będzie tak duży, że żadna z nich nie będzie nigdy w stanie go pokryć. Kombatanci tylko są zwolnieni od podatku, i to też już się kończy. Dom będzie musiał być sprzedany, o czym zresztą obecny Zarząd Koła w swojej korespondencji bez przerwy nadmienia. Jeżeli my tego nie zrobimy, to zrobią to za nas ludzie innych zapatrywań i obcej dla nas ideologii, bez żadnej gwarancji zabezpieczenia majątku i pamięci po tych, który ten majątek tworzyli.
 A jeszcze raz zwracam się do trzeźwo myślących kolegów weteranów, zajrzyjcie do Statutu SPK, który słowami w artykule 2 - par. 4(b) wyraźnie zobowiązuje nas do, cytuję: "utrzymania łączności z Narodem Polskim, obrony Jego dobrego imienia, oraz szerzenie prawdy historycznej o Polsce". - Zmiana dużego obecnego domu na mniejszy, może jeszcze ładniejszy, zapewni nam możliwość beztroskiej gospodarki i spędzenia ostatnich lat naszego życia w koleżeńskiej atmosferze, jaka istniała w przeszłości, a której dzisiaj już nie ma. Przez stworzenie początkowego zaplecza finansowego, które z kolei umożliwi nam powołanie instytucji dla przekazywania prawdy historycznej o Polsce, jak również kontynuowania dalszej współpracy z organizacjami Polonii kanadyjskiej.
 Pozostaje jeszcze list prezesa Koła, dołączony do Kwartalnika, który jest przedrukiem listu sekretarki z maja 2007, do dziś dnia pozostającego bez odgłosu. Jedyna w nim zmiana to ta, że o inwalidach już się nie mówi, skoro ich nie było, nie ma i nie będzie. Teraz nowym problemem są weterani, którym ciężko jest wejść do audytorium. W 1973 roku na inauguracyjnym bankiecie tacy też już byli. A teraz będąc jednym z nich, głęboko im współczuję, ale zapewniam, że w naszym nowym mniejszym "domku" schodów na pewno nie będzie, a windy w obecnym prawdopodobnie też nie. Bo biorąc pod uwagę tempo, w jakim zebrano 22.000 dolarów na ćwierćmilionową windę, to za dwadzieścia lat można będzie budowę zacząć. Tylko wtedy koszt będzie dwa razy większy, na miejscu obecnego "pomnika" jakaś inna struktura stanie, a po weteranach, miejmy nadzieję, może tylko pamięć pozostanie.
 Budować windę, jeszcze raz się pytam: dla kogo to i po co?
 Z weterańskim pozdrowieniem
 W. Wodkiewicz, Dipl. Arch.

 Od redakcji: Dziękujemy za list, zapraszamy na łamy osoby, które mają inne zdanie, a którym leży na sercu przyszłość budynku SPK.

 Szanowny Panie Redaktorze,
 O Wojtku niedźwiedziu, żołnierzu II Korpusu, pisał p. R. Paudyn w "Gońcu" z dnia 15-22 lutego 2008 r., więc ja nie będę się powtarzał. Chciałbym przytoczyć fakt w skrócie - jakim bohaterem okazał się Wojtek? Gdy pewnego dnia Arab chciał z magazynu ukraść broń, Wojtek przyczynił się do tego, że niedoszły złodziej został złapany przez wartę. W nagrodę dostał swój ulubiony napój - piwo. Tak zaprzyjaźnionego niedźwiedzia z żołnierzami nie było na świecie. Był zarejestrowany jako żołnierz ze wszystkimi przywilejami przysługującymi żołnierzowi. Brał udział w walkach.
 Jest pięknym gestem pani Aileen Orr, żeby postawić pomnik Wojtka w Szkocji (Edynburg).
 Ja proponuję, żeby drugi pomnik postawić w Warszawie. W Polsce mamy wspaniałego działacza do spraw weteranów p. pułkownika dyplomowanego Lecha Pietrzaka w Warszawie. Gdyby zwrócić się do Niego z prośbą, może zechciałby objąć patronat nad budową pomnika. Założyć konto bankowe "Wojtek" w Credit Union, a ja jako pierwszy donator daję 100 dol. Sądzę, że żołnierze i ich rodziny oraz cała Polonia winna poprzeć tę inicjatywę, a pamięć o Nim i Jego historia pozostałaby na wieki.
 Z weterańskim pozdrowieniem
M. Lutczyk
Prezes SWAP 
im. gen. Wł. Sikorskiego
Oshawa

 Od redakcji: Szanowny Panie, pomnik Wojtka dobra rzecz, ale jeszcze lepszą byłoby nakręcenie filmu o Wojtku i upowszechnienie tej historii wśród młodzieży szkolnej.
 

GONIEC NR 8/2008 (216) (22-28 lutego 2008)

 ***
 I am "Catholic Register" regular subscriber for years. I was least to say shocked to find in February 8th editorial written by John Bentley Mays "Follow Christ's sacrificial example" the following insulting statement:
 "How could nominally Christian nations, such as Germany and Romania and Poland, have willingly colluded with the Nazis in their attempted destruction of the Jewish people?" 
 How you can put nation as Germany who elected democratically Adolf Hitler and started II World War, committed the most horrible crimes with victim nation. The only one country in Europe who had no collaboration governments of any sort like unfortunately other nations you choose to select. I didn't expect such a thing in national Catholic newspaper. I hope for correction. 
 The article can be found at http://www.catholicregister.org/content/view/1526/852/. 
 Andrew Rychlicki 
 PS The definition of the word colluded is: "to act together secretly to achieve a fraudulent, illegal, or deceitful purpose; conspire." 
***
 Antypolska propaganda Grossa działa
 Pismo amerykańskich katolików "Catholic Register" opublikowało artykuł, w którym oskarża się Polaków o współudział z Niemcami i Rumunami o wymordowanie Żydów. A niektórzy chcieli lekceważyć i ignorować Grossa.
 Obecnie Kongres Polonii Amerykańskiej wysyła listy protestacyjne.
Gdyby ktoś się chciał dołączyć, poniżej są adresy.
 Stan Sas
 Author: jbmays@catholicregister.org
 editor@catholicregister.org

 Od redakcji: My się dołączamy, jak zwykle...

 Wizy do Kanady
  Szanowna Redakcjo!
 Redakcja zachowuje zasady dyskusji, czego jednak nie można powiedzieć o niektórych osobach piszących do Was listy. Bez względu na to, czy podzielamy czyjś pogląd, czy też nie ... obowiązuje grzeczność.
Niestety, w numerze 6/2008 osoba "odważnie" podpisująca się J.K., parokrotnie nazywa zajmujących się zniesieniem wiz do Kanady, a więc i Kongres Polonii Kanadyjskiej... "dyplomatołkami"!!!
 Dodatkowo obraża wszystkich Polaków, zakładając "a priori", że zniesienie wiz dla Polaków pociągnie konieczność... zwiększenia szeregów policji!?! - nie dziwiłabym się, gdyby to pan Gross w ten sposób kwitował całą sprawę.
 Myślę, że umiejętność pisania po polsku nie ma w tym przypadku nic wspólnego z polskością.
 Nie jestem zwolenniczką zniesienia granic państwowych, ale podpisuję się za zniesieniem wiz, zwłaszcza z przyjaznymi krajami - kto się nie zgadza... ma prawo, lecz niech nie obraża (uszczypliwość może mieć też inną formę).
 Wracając do  sprawy wizy kanadyjskiej, muszę zwrócić uwagę J.K., że choć są one w większości przyznawane, to kryje się za tym mnóstwo biurokracji pochłaniającej ludzki czas, nerwy (m.in. co z rezerwacją biletu?) i oczywiście koszty, związane często z parokrotnym przyjazdem i pobytem w stolicy...  finalnie:  wielki stres.
 Same zaś koszty podróży i wizy, różnica czasu (przystosowanie się do niej!) i praca (byle jaka za... centy!), o ile rzeczywiście ktoś ją  planuje z poczuciem nielegalności... nie są atrakcją w porównaniu z możliwościami w krajach unijnych. 
 Formalności wizowe zniechęciły znanych mi, prawdziwych turystów do odwiedzenia Kanady, jako że uznali: iż bez żadnych ceregieli i upokorzeń mogą spędzić wakacje tam, gdzie ich obecność i wydatki z nią związane będą mile widziane.
 Przykro patrzeć, kiedy wysiłek społeczników nie jest solidarnie popierany. Cóż, są ludzie i ludziska i wszystkich trzeba tolerować.  Popierajmy nasze polonijne organizacje i ich akcje, w tym i tę "bez wizy do Kanady"... a jeśli mamy inne zdanie, nie musi ono być wyrażone w inwektywach.
 Z poważaniem
 Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Oczywiście, że wizy do Kanady powinny być zniesione w interesie nas wszystkich. Mniej utrudnień to więcej kontaktów, w tym również turystycznych i biznesowych, oraz więcej wzajemnego rozumienia się.

 Może...
 To właśnie jest podstawowe hasło, jakim szermuje PO i PSL, czyli koalicja stanowiąca w Polsce rząd... wszystko opiera się na tym właśnie słowie-wytrychu i wyraźnie widać skutki:
 - Od marca nie będą potrzebne wizy do Kanady...
 - Po raporcie Pitery... CBA i Kamiński do likwidacji...
 - Rosja zadowolona i zniosła embargo...
 - Wszyscy dostali podwyżki...
 - Gastarbeiterzy wracają, korki na granicach...
 - W kraju jest lepiej, a cuda dopiero przed nami...
 Zgodnie z tym tokiem myślenia, to wszyscy wychwalani przez medialny srulon, są wspaniali, wprost nieskazitelni, łącznie zresztą z towarzyszami działającymi przy obalaniu rządu premiera Jana Olszewskiego... (może?).
  Jak trwoga... Oliwa sprawiedliwa... przysłowia oparte na ludowych mądrościach, ale wszyscy mają jakieś rozumki, są nawet z nich dumni i starają się je wykorzystywać, zaczyna się wtedy poszukiwania... inne ideały, inne religie... wszystko wymyślone naszym rozumkiem, musi być lepsze, ciekawsze od tradycji. I w tym momencie zaczynają się schody... Ciekawa jest postawa komunistów, w imię nowoczesności i równości wyrżnięto i ograbiono rodziny, które przez wieki dorabiały się, pracowały na swój byt. Uwierzono antysemicie Marksowi, taki był mądry i nowoczesny, ale "opłaciło się", złodzieje podzielili się cudzym majątkiem.
 Po kilkudziesięciu latach okazało się, że mamy kilku miliarderów, ludzi, którzy podporządkowali sobie całe sektory gospodarki... sprawiedliwości dziejowej stało się zadość... (???). Teraz tow. Kwaśniewski w obawie o majątek wspomina coś o świętym prawie własności, wyraźnie boi się o "swój majątek"... Dziwne, ale MOŻE i do niego dociera prawda, ostatecznie jest w sytuacji podobnej do Jaruzelskiego, który dokładnie wie, komu ukradł dom, są nawet właściciele, ale co z tego... srulon broni "nowego właściciela" (???). Ludzi poszkodowanych przez komunistów są miliony... mało? Ale dobrze wiedzieć, że jeśli tych spraw nie rozliczymy, to w każdej chwili możemy spodziewać się nowych rachunków i mordów w imieniu "udoskonalonego prawa". Dlatego właśnie warto się zastanowić, porównać swój rozumek i wiele aspektów prawa i religii, budowanych przez wieki, tworzonych doświadczeniem i próbami całych pokoleń.
 Co znaczy nasz rozumek, kierujący się egoizmem i bardzo ograniczony... bo przecież dostępu do Internetu nie można porównywać z wykształceniem np. Feliksa Konecznego, historyka w jakiś dziwny sposób pomijanego, odtrąconego przez żydokomunę.
 Prawdy zawarte w dziełach Feliksa Konecznego tłumaczą, co się działo, jakie są powody różnych zdarzeń, opisują różne bardzo próby rozwiązań... bardzo ciekawa i pouczająca lektura, pomagająca zrewidować zakłamaną historię nie tylko naszego kraju. NAPRAWDĘ. 
Janusz Sierzputowski
Cambridge
 PS Warto oglądać TVN24... głupota za głupotą i oszustwem pogania, większość "wiadomości" podpierana właśnie tym słowem wybrykiem... MOŻE.

 Od redakcji: Feliks Koneczny, owszem, wiele rzeczy wyjaśnia.

Zarząd Główny KPK
Pan Prezes Władysław Lizoń
Toronto
 List otwarty
 Szanowny Panie Prezesie
 Będąc autorką poprzedniego listu otwartego opublikowanego w tygodniku "Goniec" dot. stanowiska Zarządu Głównego KPK odnośnie do powierzenia panu Markowi Borowskiemu z LiD-u stanowiska przewodniczącego Komisji ds. Łączności z Polonią, jestem zdumiona pana wypowiedzią. Po pierwsze, nie zadał pan sobie trudu na niezwłoczną odpowiedź, a po drugie, na konkretną odpowiedź. Udzielił jej pan przypadkowo, podczas wywiadu na temat kanadyjskich wiz dla Polaków, choć ten temat jest także ważny. My wiemy o tym, że pan Borowski został wybrany, ale nie wiem, dlaczego mamy to akceptować. Wiemy też, że sprawa wiz jest przedmiotem dla kanadyjskiego parlamentu, a mimo to czyni pan starania z nadzieją na pomyślne załatwienie. Nie ulega wątpliwości, że to są dwie identyczne sprawy, zaś jest różna przez pana interpretacja.
 Swoją lakoniczną wypowiedź powtórzył pan w porannym, sobotnim programie telewizyjnym i, jak się domyślam, uważa pan sprawę za zamkniętą. Według mojej (i nie tylko) opinii, ta sprawa dotyczy całej Polonii, zaś sprawa wiz (choć tak ważna)  dotyczy pewnej części Polonii, bo nie wszyscy już mają w Polsce rodziny gotowe do przyjazdu z wizytą.
 Panie Prezesie, oczekujemy więc oficjalnego stanowiska ZG KPK w sprawie kontrowersyjnego przewodniczącego Borowskiego, tzn. przesłania protestu na ręce Pana Prezydenta RP, Marszałka Sejmu i Senatu, że Zarząd Główny, jako reprezentant Polonii kanadyjskiej, nie chce i nie będzie prowadzić rozmów z przedstawicielem takiej partii, która w większości zmusiła Polaków do opuszczenia swojej Ojczyzny. Pan Borowski nie ma moralnego prawa ani do rozmów, ani do podejmowania jakichkolwiek decyzji dotyczących Polaków żyjących na emigracji. Emigracja niepodległościowo-patriotyczna oczekuje odważnych i zdecydowanych działań ZG KPK i tylko wtedy pana apel o poparcie i współpracę będzie potraktowany poważnie i przyniesie owoce.
 Z wyrazami szacunku
Jolanta Krawczyńska
Hamilton

 Od redakcji: XXX

 ***
 "Widma" - artykuł p. Z. Wolaka w gazecie emigracyjnej "Goniec" w Kanadzie. Wspaniała znajomość propagandy KPP, PPR, PZPR oraz indoktrynacji ubeckiej i esbeckiej, mamienia narodu polskiego po 1989 roku przez byłą postkomunę. Półwieczna kolaboracja żydokomuny z Sowietami doprowadziła do wysokiej demoralizacji społecznej w PRL. 
 Demoralizacja ta i służalczość mieszkańców państwa polskiego i to, jak się mówi "ktoś za mnie to załatwi" - cwaniactwo, D. Tusk zarzucił premierowi Kaczyńskiemu nieposiadanie samochodu jako brak zasad i organizacji w jego rządzie. Cwaniaczek Donald, a może koleś! Oglądałem to na własne oczy, widownia przekazała więcej braw Donaldowi niż Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wygląda, że dobrano cwaniaczków na zawołanie.
 Jako siedmioletni chłopiec za uratowanie rannego żołnierza NSZ zostałem przyjęty jako najmłodszy żołnierz NSZ. Było to w 1952 roku w lipcu w miejscowości Górecko koło Strzelc Krajeńskich. Pamiętam to i będę pamiętał do końca życia, kiedy w nocy następnego dnia do mojej sypialni przyszło trzech żołnierzy NSZ w odświętnych mundurach. Przebudzony ze snu, nie mogłem zrozumieć, co się dzieje, jednak po pewnym czasie złożyłem przysięgę na wierność legalnemu Rządowi RP i narodowi polskiemu. I do dzisiaj dumny jestem z tego i zawsze noszę i będę nosił emblemat NSZ na tle narodowej flagi polskiej. 
 Pamiętam, jak to w ZK Sztum w jednej celi z J. Kuroniem, kolaborantem komunistycznym, i p. Elgembertem Golenią, żołnierzem prawdopodobnie NSZ, powojennego walczącego podziemia, wspaniałym człowiekiem, który znał znakomicie historię Polski, dochodziło do wiecznych kłótni między nim a Kuroniem, który preferował zawsze porozumienie z Sowietami ponad tzw. rządem PRL. Kanalia ten zawsze kpił z legalnego rządu RP na obczyźnie, metody Dmowskiego tzw. kolaboracji z okupantem były dla niego niepodważalne. Wiele razy miałem ochotę wybić mu ileś tam zębów z tego sowieckiego ryja. Jednak powstrzymało mnie zawsze to pięć lat  przedłużenia mojego wyroku. Po dwóch tygodniach Elgembert Golenia na spacerniku wyjawił mi tajemnicę, że odbierze sobie życie. Ponieważ przysięgłem jemu, że nikomu tego nie ujawnię, nie mogłem temu zapobiec. E. Golenia poszedł do lekarza i po kilku dniach przeniesiono go na pojedynczą celę. Na drugi dzień popełnił samobójstwo.
 Kuroń kpił z legalnego rządu RP na obczyźnie, jednak otrzymywane pieniądze i paczki przyjmował ten sowiecki hipokryta. Rozumiem p. Z. Wolaka rozczarowanie i wątpliwości  co do dumy z naszywki Poland. Jednakże ja jestem dumny z mojej odznaki NSZ na tle biało-czerwonej flagi. I tak już pozostanie do końca mojego życia.
Najmłodszy żołnierz NSZ
Mieczysław Bona
 PS Kiedy się podjęło walkę, należy ją kontynuować do zwycięstwa  (walka w różnych formach), jakiekolwiek niepewności w tej materii źle wpływają na młode pokolenie polskie, a szczególnie w kraju. Tzw. rozwiązanie AK i oddanie broni w Mińsku Mazowieckim po II w.św. przez "Radosława" dało przewagę PPR i ich poplecznikom. "Radosław" został po II wojnie zastępcą Moczara w ZBOWiD w PRL, a przecież wywodził się z AK, ilu generałów WP z armii RP wróciło do PRL i gorliwie służyło PPR-owi i jego tzw. rządowi po II wojnie? Dochodziło do bratobójczych walk z tzw. LWP, tylko NSZ nigdy nie złożył broni, za co nawet prostych żołnierzy prześladowano najokrutniej w PRL. "Brygadę Świętokrzyską" wyprowadził na zachód pułkownik Dąbrowski, w której szeregach był kwiat narodu. O tym zapominają historycy! To właśnie oni naprowadzili na kontynuowanie walki zbrojnej, emigrację. Ilu generałów WP służyło PRL-owi, niech czytelnicy zajrzą do historycznych książek o SL po II wojnie.
MB
więzień polityczny 
i internowany w PRL-u

 Od redakcji: Chylimy czoła.

 Szanowni Państwo,
 Czy my, Polacy, nie powinniśmy wyrazić swojej solidarności z narodem Serbii, na którym dokonuje się rozbiorów - patrz Kosowo? A także wysyłać e-maile, do premiera i prezydenta RP, o nieuznawanie tego faktu i niepodcinanie gałęzi, na której siedzimy?
 E-mail do ambasady Serbii w Warszawie to:  yuabapl@zigzag.pl.
 Pozdrawiam
 Marek Zawadzki

 Od redakcji: Rozbiory znamy z własnej historii, warto to pamiętać.

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Za sprawą "Głosu Polskiego" jakby odżyła sprawa czystości religijnej spożywanych przez nas produktów. Także płaconego przy okazji tzw. podatku koszernego. Oto adres, pod którym jest wykaz symboli potwierdzających otrzymanie certyfikatu koszerności:
http://www.kashrut.com/agencies/      Mam się dzięki temu dobrze, bo przy okazji pozbyłem się niepewności. Sprawdziłem, co mam w domu, i okazało się, że nawet bardzo dużo. Dominują obwiedzione kółkiem małe literki: "U", "R", "COM", "K". Jednakowoż pojawił mi się w głowie niepokój. Wypływa on z oczywistej konstatacji, że jak tak będę jako goj wykupował produkty koszerne, to czy starczy dla innych.
 Od przyjaciół dostałem adres zawierający listę produktów koszernych w Polsce. Potwierdziła się informacja z "Głosu", że są wśród nich pierniki toruńskie. Ale nie tylko one tam są. Wystarczy sprawdzić pod adresem:
http://krakow.jewish.org.pl/pliki/1192126369.pdf
 PS Okazuje się, że symbolami certyfikowanej koszerności znajdującymi się na opakowaniach towarów w Polsce są litery: K, U, KOF-K OU, OK, OU-D. Najczęściej otoczone są one kółkiem. Pozdrawiam.
Edward Sołtys

 Od redakcji: Smacznego!
 
 
 

GONIEC NR 7/2008 (215) (15-21 lutego 2008)

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Z zasady nie komentuję wypowiedzi mojego następcy, ale po przeczytaniu wywiadu zamieszczonego w ostatnim numerze "Gońca" czuję się w obowiązku zareagować.
 Fakt, że pan prezes Lizoń dotychczas nie wiedział o istnieniu Komisji Łączności z Polakami za Granicą, dodajmy, komisji stałej Sejmu, pozostawiam bez komentarza, natomiast muszę sprostować stwierdzenie, jakoby "nigdy w przeszłości nie spotykaliśmy się z szefem tej komisji". Jest ono niezgodne z prawdą, zwłaszcza w kontekście naszych starań o przystąpienie strony polskiej do negocjacji z Kanadą w sprawie podpisania umowy o zabezpieczeniu społecznym, określanej w wywiadzie mianem "umowy socjalnej".
 W dniu 1 kwietnia 2003 roku spotkałem się z ówczesnym przewodniczącym Komisji Łączności z Polakami za Granicą, posłem Romanem Giertychem, w celu uzyskania jego poparcia w sprawie wyżej wspomnianej umowy. Pan poseł Roman Giertych poparł nasze starania i przekazał mi również dokumenty, które okazały się przydatne w trakcie spotkania z ministrem Krzysztofem Paterem w Ministerstwie Polityki Społecznej, w dniu 4 kwietnia 2003 r.
 O przebiegu obu spotkań obszernie informowałem 14 kwietnia 2003 r. w trakcie konferencji prasowej.
 Jeśli chodzi o procedurę obsadzania stanowiska przewodniczącego Komisji Łączności z Polakami za Granicą, ZG KPK zgłosił wniosek, by kandydatury na to stanowisko były uprzednio konsultowane ze środowiskami polonijnymi. Wniosek został przyjęty przez Prezydium Rady Polonii Świata jako Rezolucja w dniu 13 listopada 2003 r. i, jak dotychczas, pozostał jedynie na papierze. 
 Z poważaniem,
Grzegorz Sobocki

 Od redakcji: Rozumiemy, że chodzi Panu o poinformowanie, że to za Pana kadencji rozpoczęto starania o podpisanie umowy socjalnej? 

 "Z ukosa"  czy w "Krzywym zwierciadle"
 Szanowna Redakcjo!
 Jako że dużo czasu poświęciłam dramatowi małych firm wędliniarskich z własnymi sklepami na miejscu oraz iż zaproszono mnie do udzielenia wywiadu dla OMNI TV, po obejrzeniu programu "Z ukosa" 9 lutego nie mogę przejść cicho wobec reportażu pana Wichrowskiego. 
 Ta parominutowa relacja filmowa okazała się gloryfikacją niesprawiedliwości i, co więcej, wyglądała jak reklama sponsorowana przez Ministerstwo Rolnictwa. Pochwalić mogę tylko płynność i bardzo ładne zdjęcia, działające na zmysł smaku, a nawet węchu (tak sugestywne).
 Zarówno przedstawicielka Ministerstwa Rolnictwa, jak i organizacji producentów (tej drugiej nie należy mylić z cechem rzemieślniczym, gdyż organizacja ta pełni tylko rolę animatora rządowych zarządzeń) upajały się własnym głosem, mówiąc o zrównaniu wszystkich producentów i pomocnej dłoni (!?) w postaci pomocy finansowej, której maks. granica to 25 tys. dol. - jak pamiętamy, zmiany architektoniczne, bo o nie głównie tu chodzi, u pana Karola sięgały blisko ćwierci miliona dolarów!  Zrównanie zakładów to...  "tylko" podciągnięcie pod jeden mianownik rzeźni prowadzących ubój zwierząt, dużych firm produkujących wędliny i małych rodzinnych, których pracownie odrywa się od sklepów... czy słuszne? Wydłuża się również w ten sposób drogę do konsumenta oraz zwiększa koszty! 
 Mowa o bezpiecznej żywności jest tu żenująca, jako że z autopsji znane są odwołania produktów dużych firm (np. Cargill w USA), a nie z małych, sprzedających "na bieżąco" to, co wyprodukują. Warunki zaś sanitarne nie były powodem zamknięcia "Karl's Butcher..."! 
 Kingsway, jako że uległy, jest wszystkim podawany przez Ministerstwo za przykład, bo nowe pomieszczenie w Mississaudze jest wyposażone w niezmiernie kosztowną aparaturę (czujniki itp.) i wszystko zaczęto tam od nowa, a nie od przeróbek starego, ale dobrze funkcjonującego (obrazowo: nowe i stare auto - to stare może być b. dobre, solidniejsze... choć wygląda skromniej:  albo luksusowy samochód i standardowy).
 Dzielny właściciel Kingsway (senior) ważył się na zaciągnięcie ogromnego długu hipotecznego dla... trójki już pracujących z nim dzieci, którym będąc w kieszeni ojca, łatwo o optymizm i chełpliwość.  Pan Steve ani właściciel "Village..." (nie pokazany) nie mają kontynuatorów, podobnie jak pan Rembacz, który nie przybył na filmowanie. Nakład finansowy można nazwać inwestycją (jak w przypadku Kingsway), gdy przyniesie zysk, w przeciwnym razie to tylko wydatek, na który nie mogą pozwolić sobie nie pierwszej młodości masarze.
 Na pewno na panu Wichrowskim wrażenie zrobił nowy Kingsway w porównaniu z malutkim sklepem-wytwórnią pana Steve'a - otwartym tylko 3 dni w tygodniu, gdyż pozostałe 3 dni to czas produkcji (pokazano wycinanie tłuszczu i porcjowanie mięsa, bo tam robi się jedno, myje stół i zabiera do następnej czynności... tak że specjalne, oddzielne pomieszczenia czy sugerowane murki tworzące notabene zakamarki, nie są potrzebne!).
 Moim zdaniem, bez wysłuchania  posłanki pani Cheri DiNovo, która wniosła interpelację do parlamentu, oraz inspektorów miejskich, rygorystycznie wymagających przestrzegania higieny przy wydawaniu tzw. Green Pass (których profesjonalizmu nie można negować!) i nawet pana Karola, nie powinno się chwalić dbałości władz o "warunki sanitarne" i twierdzić przy tym, że "trudno się nie zgodzić z tym, że władze nie chcą iść na kompromis"!!!! Kompromis, zwłaszcza  w  sytuacji zetknięcia się tradycji z nowym...  jest złotym środkiem. Konkludując, pan redaktor ubolewał jedynie nad brakiem czasu, a czas tutaj jest przecież też częścią kompromisu. 
 Bez liberalizacji przepisów bądź ochrony przez tzw. grandfathered clause, będą się kolejno wykruszać polskie, ukraińskie, węgierskie, niemieckie itp. sklepy-wytwórnie pozbawione opieki nieistniejących tu cechów i niesolidarne w obliczu zagłady (mane tekel fares).
 Jestem już zmęczona pisaniem listów ciągle w tej samej sprawie i widzę tu zmęczenie pana Karola i Jego Synów, kiedy walczyli, choć krótko, z napastliwą biurokracją. Nawet zmodernizowany Kingsway nie zastąpi wyrobów Karl's Butcher & Grocer. Tracimy unikalne wędliny od wycofujących się producentów i sporo miejsc pracy:  połączony łańcuch... wytwórnie, sklepy, produkcja innych artykułów dostarczanych do sklepów (przyprawy, gazety, chleb, masło itd.), dostawa, małe farmy. 
 Prawo jest dla ludzi, a nie odwrotnie, to me motto. 
 Z poważaniem
 Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Szanowna Pani, proszę nie popadać w nieuzasadnioną złośliwość, bo to szkodzi słusznej sprawie, o którą Pani z taką pasją walczy.

 Polonijne głupoty cz. III 
 (pesymizm i wybory)
 Po opublikowaniu mojego drugiego listu w poczcie "Gońca" mój znajomy zadzwonił do mnie i powiedział mi: "oni nazwali cię pesymistą". Możliwe, że tak. Tylko że pesymistą nie jestem, bo z wychowania jestem chrześcijaninem, tylko że chrześcijaninem ewangelicznym, a nie jak znakomita większość Polonii, chrześcijaninem kościelnym. Wierzę w życie pozagrobowe i w to, że po śmierci będę zbawiony, więc tu nie ma miejsca na pesymizm.
 Może w ziemskiej skali, tzn. w małej, bo czymże jest nasze doczesne życie w porównaniu z pośmiertną wiecznością? Wartości chrześcijańskie kolidują z przypadkami opisanymi przeze mnie w poprzednim artykule, ale jest to tylko kropla w morzu tego, z czym się spotykamy i przypadki takie można by mnożyć bez końca, jednak mimo wszystko zastosuję się do zaleceń pana redaktora i będę popierał - tym razem pana, który obiecał nam startować w wyborach prezydenckich w Polsce, w 2010 r., a potem, kiedy już wygra (a wygra na pewno), podnieść gospodarkę Polski z dość dużej ekonomicznej zapaści.
 W "Gońcu" nr 25 z 22-28 czerwca 2007 r., w artykule "Imperium USA walczy o zbawienie Białorusi" ten pan pisze, że gospodarki Chin i Białorusi pod autokratycznymi systemami rządów, odznaczają się wysokim wzrostem dochodu narodowego. Ponieważ są to systemy "lucyferowskie", więc obywają się bez Boga. Czytamy tam również, że Chile za Pinocheta też było takim państwem, tylko że to akurat bez Boga obyć się nie mogło, ale spuszczając z helikopterów do wulkanów czy oceanu z zabetonowanymi w wiadrze nogami swoich politycznych przeciwników, obywało się bez wartości chrześcijańskich, z tym jednak, że po katolicku, bo był to autokratyzm katolicki. No cóż - szkoda, że Pinochet zmarł. Jeszcze by nas czegoś nauczył, co jest nam potrzebne, bo nasza planeta jest już mocno przeludniona i ilości względne, jak i bezwzględne głodujących oraz umierających z głodu rosłyby - można rzec w nieskończoność, gdyby nie obywający się bez Boga totalitaryzm chiński, którego przyszły elektor wprowadzać nie zamierza.
 Wartości chrześcijańskie mamy w Polsce już od bodajże 1989 r. Polegają one na praktycznym stosowaniu słów Jezusa spisanych w Ewangelii Mateusza i brzmiących, cyt. "Rzekł mu Jezus: Jeśli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie, potem przyjdź i naśladuj mnie" Mt. 19, 21.
 Od tego pamiętnego roku, tzn. roku 1989, rozdawano wszystko, co było do rozdania "ubogim", bo jeżeli ktoś zapłacił 8 mln dol. za coś, co było warte 80 mln, to oznacza to, że dano to komuś prawie za darmo. Druga strona tego zagadnienia jest taka, że jeżeli ktoś miał tylko te skromne 8 mln dol., to w porównaniu z tym, co miał 80 mln, był ubogi, a zresztą, majętność przedstawicieli innych kultów nas nie obchodzi - niech po śmierci siedzą w piekle. Trochę to niechrześcijańskie i należałoby im to wytłumaczyć, tylko jak to zrobić, skoro prawo cywilne nad wyraz przeszkadza stosować chrześcijańskie środki perswazyjne?
 Ten pan będzie zatem dalej rozdawał przedstawicielom kultu JAHWE i ludów ościennych to, co jeszcze zostało (jeżeli jeszcze zostało) po niewierzących w Boga poprzednikach i budował kościoły zamiast szpitali, bo wartości chrześcijańskie oprócz praktyk fizycznych potrzebują jeszcze praktyk duchowych. Na ministra  szkolnictwa z pewnością poleci wybrać biznesmena, ojca Rydzyka, a na swojego doradcę - pana profesora o. Jacka Salija. Natomiast prezesem NBP lub ministrem finansów z pewnością zostanie proboszcz Misji św. Eugeniusza de Mazenod. Poza tym ten pan będzie pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, który dotrzyma słów przedwyborczych obietnic! Prawdopodobnie będzie to sensacja na skalę światową, bo myślę, że powojenny świat przyzwyczaił się już do tego, że przedwyborcze obietnice elektorów nigdy nie są realizowane. Tymczasem "Polonijny Premier" w pełni je zrealizuje i utworzy nową Rzeczpospolitą już nie cyfrową, ale chrześcijańską. Jednak ostrzegam, aby być bardzo ostrożnym w praktycznym stosowaniu wartości chrześcijańskich, aby przypadkiem nie doszło do takich sytuacji jak opisana w "Gońcu" nr 50 z 14-20 grudnia 2007, odnośnie do stosowania (w stosunku do młodzieży) wartości muzułmańskich.
 Po wydrukowaniu tego listu w poczcie "Gońca", w niedzielę przed Centrum Jana Pawła II w Mississaudze ustawi się kolejka (jestem pewien) rozdających swoje majątki i wyjeżdżających do Czadu, Somalii, Dahomeju, czy też Senegalu. Pamiętajmy bowiem, że "ostatni będą pierwszymi". No - chyba że komuś (szczególnie z tutejszej chrześcijańskiej Polonii) zaliczą staż partyjny.
Wiesław Gałka
Mississauga

 Od redakcji: Życzymy Panu spokoju ducha, miłości, tolerancji oraz radosnego spojrzenia na świat i ludzi!

 W imię prawdy
 Szanowny panie Redaktorze, w ostatnim numerze "Gońca" wyliczył Pan różne "zbrodnie" popełnione przez Polaków w czasie II wojny światowej. Pozwolę je sobie za Panem wyliczyć: polskie obozy koncentracyjne i mordowanie Żydów w Powstaniu Warszawskim; wypędzenie Niemców i szaber; także masakry Ukraińców na Wołyniu oraz akcja "Wisła". Wydawało się pewnie Panu, że zakończy Pan triumfalnie polskimi ochotnikami walczącymi u boku esesmanów w Ardenach i dokonujących zbrodni na Amerykanach. Otóż nie, drogi Panie. Lista nie jest pełna. Ona dopiero zaczyna powstawać i przeczucie mi mówi, że ma niezwykle duże perspektywy rozwojowe. Na dowód, że mam rację, zacytuję fragment ostatnio wydanej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm zatytułowanej: "Otwarta rana Ameryki".
 "Time" z września 2004 roku podał wiadomość, że w Tama w stanie Arizona zmarł Frank Sanache, 86-letni Indianin Meskwaki, ostatni z ośmiu żołnierzy tego plemienia, którzy w czasie II wojny światowej używali swego narzecza do szyfrowania tajnych komunikatów wojennych. Przy okazji podano krótki życiorys bohatera. Pisano, że Frank Sanache jako żołnierz "marines" (piechoty morskiej) został wysłany do Tunezji, tamże schwytany przez Niemców i kolejne 29 miesięcy spędził, jak określił miesięcznik "Time", w "polskim obozie pracy".
 Ten obóz to na moje oko Drawsko na moim rodzinnym Pomorzu Zachodnim, które zarówno przed WWII (to anglojęzyczny skrót dla II wojny światowej), jak i oczywiście w czasie jej trwania, do Niemców nieuchronnie należało.
 No i oczywiście do boju ruszył Norman, mąż Oli, siostrzeniec boskiej Ingrid Bermann, a co ważniejsze, prawnik, który pracował przez wiele lat na Bliskim Wschodzie dla bardzo dużych przedsiębiorstw naftowych z Teksasu. Z tejże to racji ma wiedzę na tematy żydowskie sto razy przekraczającą wiedzę pospolitego szabesgoja z Polski czy tzw. pożytecznego idioty. Redakcja "Time'a" odpowiedziała grzecznie, informując jednak, że listu nie zamieści.
 PS  Zastanawiam się, czy przyjdzie taki dobry dla Ojczyzny Naszej Polski czas, że ten czy inny szabesgoj czy "pożyteczny idiota" wyzwoli się i zacznie pisać np. o udziale Polaków w wojnie na Pacyfiku. Widziałem w TV na własne oczy generała US Army, który podawał statystykę, a dokładnie, ilu Polaków walczyło na tamtym teatrze wojennym.
***
 Mam pomysł, który nie wydaje się gorszy. Nowe książki po przeczytaniu oddaję do biblioteki przy parafii im. św. M. Kolbego. Wspomnianą książkę o Dywizjonie 303 też tam przekazałem. Także znaną książkę o Monte Cassino (trzytomowego dzieła M. Wańkowicza nikt nie pobije).
 Czesi nakręcili dobry film o swoich lotnikach walczących w Bitwie  o Anglię, choć wiadomo było, że ich udział był mniejszy niż Polaków. W dodatku słyszało się powiedzenie Czechów, że za angielską marmoladę nie będą wojować.
 Gdyby obecna Polska była wolna, to już by nakręcono filmy o: Monte Cassino, Polakach w Bitwie o Anglię, gehennie zesłanych na Syberię i do Kazachstanu, prawdziwy do bólu film o Katyniu, wojnie 1920 r., także film o 2. Korpusie. Nie miałbym też nic przeciwko temu, by powstał też film o Odsieczy Wiedeńskiej i garnizonie polskim w stolicy Rosji przed paru wiekami. W PRL w prawie 20 lat od zakończenia wojny nakręcono sporo filmów, które były zgodne z interesami tzw. władzy.  Jakie są właściwie interesy obecnej władzy w niby wolnej Polsce? Sądząc po filmach - jakieś dziwne. Mówiąc wprost - podejrzane.
 Na moje oko najpierw trzeba byłoby zacząć od wyzwalania zniewolonych umysłów.
 Edward Sołtys

 Od redakcji: Panie Edwardzie - zgadzamy się! 

 Szanowni Państwo,
 W laudacji o panu Czumie, jaką wygłosił na inaugurację komisji śledczej pan Komorowski, określił go jako bojownika z Chicago. O działalności opozycyjnej w Chicago większość nas, czytelników "Gońca", nic nie wie. Ostatnie wiadomości o działalności pana Czumy, jeśli chodzi o mnie, to pochodzą z BBC. Po stanie wojennym, a szczególnie po 89 roku nie słyszałem nic o pracy pana Czumy. Dzisiaj dowiedziałem się od pana Komorowskiego, że pracował w Radiu Chicagowskim. Teraz został nagle posłem i przewodniczącym komisji śledczej.
 Czy Państwo mogą napisać w swoim Tygodniku coś więcej o latach pracy pana Czumy na obczyźnie?
 Przesyłam pozdrowienia dla całej Redakcji 
Bernard Zieliński
 PS Szkoda, że tygodnik nie jest dziennikiem. Bardzo cenię sobie lekturę "Gońca". Może chociaż zostanie poszerzone wydanie internetowe?

 Od redakcji: Panie Bernardzie, na dziennik nie mamy na razie środków,  wydanie internetowe ma zanęcić do kupna tygodnika, więc raczej utrzymamy jego obecny wymiar. P. Andrzej Czuma to zasłużony działacz niepodległościowy, założyciel organizacji Ruch i skazany w PRL na 7 lat więzienia. W Wikipedii może Pan przeczytać, że p. Czuma od 1986 był na emigracji w Chicago (USA), gdzie przez pierwsze dwa lata pracował jako malarz i robotnik, a od 1988 prowadził własny program radiowy emitowany  przez stację WNVR 1030, a następnie WPNA 1490...

 ***
 Oto w najbliższy poniedziałek będziemy świętować, prezent od p. McGuinty'ego, Family Day. Cóż, większość z nas cieszy wolny od pracy dzień, jednak czy wszyscy możemy sobie na to pozwolić? Każdy ustawowy dzień wolny jest wkalkulowany w koszty "utrzymania" państwa czy prowincji (jak to jest w naszym przypadku) i chcąc nie chcąc, obciąża nas wszystkich. 
 Mamy w tej chwili bodajże 9 takich dni, co do których pracodawcy są zobowiązani udzielić pracownikom dnia wolnego, określają to ustalenia Employment Standards Act. Dokument ten jednak ustala tzw. minimum zobowiązań w stosunku do pracownika, co zatem wykracza ponad owo minimum, zależy od humoru lub dobrej woli pracodawcy. W praktyce sprowadza się to do tego, że choć p. McGuinty wymyślił sobie podgrzać wyborczą kiełbasę i uszczęśliwić nas Dniem Rodzinnym (ach, jakże nas wszystkich już sama nazwa ujmuje), to właściciel firmy, w której pracujemy, nie musi nas tego dnia zwolnić od pokazania się w pracy. Zwłaszcza jeśli już wykorzystał pulę dziewięciu świątecznych dni, których ustawowo musi nam udzielić. 
 To jedna sprawa. Z drugą wiąże się pytanie, dla kogo przeznaczony jest ten dzień? Głównie dla rodzin z dziećmi, o pełnym przekroju wieku szkolnego. Uwolnione tego dnia od zajęć edukacyjnych, będą małolaty oczekiwały wspólnego z rodzicami czy opiekunami lepienia bałwana, zjeżdżania na sankach, gier planszowych i zabaw zespołowych, może rozmów szczególnie zaległych na ważne tematy. To teoria. Tymczasem rodzice czy opiekunowie będą się musieli do pracy wybrać, jeśli tak zażyczy sobie pracodawca. Dzieci zatem zostaną w domu pod opieką YTV lub co gorzej "paid channels", zajadając mrożoną pizzę odgrzaną w mikrofalówce. Tym poniżej 12 lat trzeba będzie zapewnić jakąś formalną opiekę, najczęściej odpłatną. 
 Ktoś powie, mało prawdopodobne, aby dwoje rodziców musiało pójść w tym dniu do pracy, to byłby wyjątkowy przypadek. No może. Co zatem z rzeszą samotnych matek i ojców? Uwzględniając liczbę PD days (Personal Development), PA days (Personal Activity), Early Release days (połówki dnia) już funkcjonujących w ciągu roku szkolnego, nie licząc pozostałych jakże bliskich naszemu sercu świąt, wygląda na to, że Family Day zapowiada się dla wielu dość kłopotliwie. Nie tylko sztuczny zamiennik katolickiej niedzieli, która powinna funkcję "dnia rodzinnego" dzierżyć, ale dodatkowy ból w postaci użerania się z bossem lub ekstra kosztów na opiekę nad dzieckiem. No, chyba że McGuinty miał na myśli odwiedzenie chorej babci w szpitalu. To w takim razie wnioskujmy o kolejny dzień wolny np. na sprzątanie garażu, może być familijne!
 Pozdrowienia,
JR
Mississauga

 Od redakcji: Święta racja!
 

 Celowy ostrzał, czy...?
 Szanowni Państwo, media podały, za czynnikami wojskowymi, że:
 1. nasi żołnierze wystrzelili 25 pocisków moździerzowych,
 2. z ww. 25 pocisków tylko JEDEN trafił w afgański dom i zabił cywilów.
 W świetle powyższego zastanawia wyjątkowo mała SKUTECZNOŚĆ ostrzału wioski, który to ostrzał miał być CELOWY i ZAMIERZONY. Czyżby nasi żołnierze nie umieli obsługiwać moździerzy i celować? 
  Wystarczy sprawdzić - w danych taktyczno-technicznych moździerza tego typu, który był użyty do ostrzału, jaki rozrzut ma ta broń. Moździerze charakteryzują się rozrzutem WSZERZ (stosunkowo mały - kilka do ~ 10 m) i W GŁĄB (nieco większy). Gęstość zabudowy i jej porównanie z możliwym rozrzutem broni oraz liczbą wystrzelonych pocisków i tylko JEDNYM CELNYM trafieniem JEST ZASTANAWIAJĄCE. Może to świadczyć, że żołnierze celowo ostrzeliwujący wioskę albo nie umieli celować, albo nie celowali w wioskę i trafienie było czysto przypadkowe, czego powodem mogła być np. wadliwa amunicja. 
 Ale rozumiem, że prokuratura nie jest zainteresowana zastanawianiem się nad wyjątkowo słabą celnością naszych moździerzystów. Lecz nie dotyczy to dziennikarzy i obrońców oskarżonych żołnierzy?
 Pozdrawiam
 Marek Zawadzki
żołnierz rezerwy, 
dawniej rtelegr 
w Centrum Dowodzenia 
Bojowego Wojsk Lotniczych

 Od redakcji: xxx

GONIEC NR 6/2008 (214) (8-14 lutego 2008)

 Wizy
 Szanowny Panie Redaktorze, 
 Jeżeli chodzi o mnie, to jestem za utrzymaniem kanadyjskiego obowiązku wizowego dla prawie wszystkich krajów Europy Wschodniej (w tym również i Polski), które weszły do UE w roku 2004 i później. Ja nie chcę, żeby moje pieniądze kanadyjskiego podatnika były używane na powiększenie policji imigracyjnej, której celem jest wyłapywanie nielegalnych pobytników w Kanadzie i deportowanie ich na mój koszt.
 Twierdzenie polskich dyplomatołków, że Polska przecież zniosła obowiązek wizowy dla obywateli kanadyjskich, delikatnie mówiąc, mija się z prawdą. Polska trzymała obowiązek wizowy do ostatniego dnia, tj. 30 kwietnia 2004. To UE zmusiła Polskę do zniesienia wiz w momencie przystąpienia Polski do UE, tj. 1 maja 2004. Twierdzenie, że Polska jest członkiem NATO i nie ma u siebie terrorystów, nie ma żadnego znaczenia. Wizy są po prostu dlatego, że wielu z bardzo biednej Europy Wschodniej po prostu przyjechałoby tu za pracą. 
 Polscy dyplomatołki mówili również w przeszłości wielokrotnie, że istnieje "zasada wzajemności" pomiędzy państwami. Jeżeli tak, to dlaczego UE wymaga wiz od obywateli Ukrainy? O ile się nie mylę, to Ukraina zniosła obowiązek wizowy dla wszystkich państw UE. Gdzie tu jest więc ta zasada wzajemności, która tak szermuje polska dyplomacja?? Jak UE przyjmie do swego grona powiedzmy Bangladesz albo Zimbabwe, to Kanada też ma znieść wizy w stosunku do obywateli tych krajów?? 
 Na koniec, właśnie w ostatnim numerze "Gońca" (1 lutego 2008) jest minisonda na temat wiz - no i co?? Nikt z pytanych się nie skarżył na niewydawanie wiz krewnym przez konsulat Kanady w Polsce. O co tu więc chodzi?? 
 Z poważaniem, 
J.K.

 Od redakcji: Szanowny Panie, ludzie powinni móc jeździć tam, gdzie chcą, bez zbędnych ceregieli. Zniesienie wiz leży w naszym polskim interesie. Policja imigracyjna i tak ma co robić, nawet gdybyśmy całkowicie wstrzymali przyjazdy z Polski, a atrakcyjność Kanady pod względem nielegalnego zatrudnienia poważnie spadła. Słowem, nie ma Pan racji.

 Droga Pani Izabelo
 Zawsze czytam Pani artykuły w "Gońcu". Mimo prezentowania się niepolskim nazwiskiem, pisze Pani doskonałą  polszczyzną. W tym jednak temacie mam chyba więcej do powiedzenia. 
 Imigranci, którzy często w średnim wieku wykształcili się w Kanadzie,  nie zamierzają wracać do Polski. W Polsce nie ma nic pewnego. Ci co  mieszkają jednocześnie w dwóch krajach i pobierają dwie emerytury, może to zrobią. Sam pracowałem w Polsce ponad 20 lat, nie myślę nawet o polskiej emeryturze, bo przepisy polskie na to nie pozwalają. Ten  przypadek ze studentem ekonomii nie jest typowy. Znam chyba angielski  niezbyt mniej od niego, ale nie wróciłbym do Polski. Polska jest  krajem nieustabilizowanym i liczyć na zagraniczne firmy tylko, czyli  być pachołkiem tych zagranicznych firm, to nie chwała, mimo może  większego wynagrodzenia niż polskiego. Całkiem odwrotny kierunek teraz wyjawię. Mój syn wraz z innymi kolegami polskiego pochodzenia, ale  urodzonymi w Kanadzie, kończy dość ważne studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wszyscy oni chcą wrócić do Kanady i dlatego przechodzą  praktyki w Kanadzie. Mogą być urzeczeni egzotyką w Polsce, ale zostać  tam na stałe? O, nie!
Tomasz

 Od redakcji: Znamy takich, którzy jednak zostali.

 Szanowny Panie Redaktorze, 
 Z reguły nie robię hałasu z powodu drobnych nieścisłości w artykułach prasowych, jednak tym razem trudno przejść do porządku dziennego nad stekiem bzdur, jaki został opublikowany jako wywiad z fachowcem. 
 Mam tu na myśli wywiad Jerzego Rosy ze "specjalistą z dziedziny rozliczeń podatkowych" Jackiem Sulimierskim w "Gońcu" numer 4 z 25 stycznia 2008. Naprawdę dziwię się, że redaktor Rosa nie pofatygował się, aby sprawdzić przynajmniej niektóre rewelacyjne informacje swojego rozmówcy. 
 Ale przejdźmy do mitów opublikowanych jako fakty. Mit: "Income Tax, czyli podatek dochodowy, stanowi mniej niż 10 proc. budżetu państwa". Fakt: W roku budżetowym 2006-2007 wpływy do budżetu z podatku dochodowego (Personal Income Tax) wyniosły 110,477 mln dolarów, co stanowi około 47 procent wszystkich wpływów do budżetu (Total revenue 235,966 mln). Mit: "Rząd zbiera z CPP więcej pieniędzy niż z podatków". Fakt: W roku budżetowym 2006-2007 wpływy CPP wyniosły 32.4 miliarda dolarów, a więc niemal 3,5-krotnie mniej niż z podatków. Mit: "Z samego bezrobocia zbiera też prawie tyle samo co z podatków dochodowych". Fakt: W roku budżetowym 2006-2007 wpływy z EI do budżetu wyniosły 16,789 mln dolarów, a więc ponad 6-krotnie mniej niż z podatków. Powyższe to tylko niektóre z rewelacji. Cały wywiad utrzymany jest w stylu "strachy na Lachy"  - tylko ja, moja firma i mój software są w stanie prawidłowo zrobić rozliczenie podatkowe. Jednak mimo to Pan Redaktor Rosa nie podejrzewa Pana Sulimierskiego o autoreklamę. Cóż, ja osobiście uważam ten wywiad za wyjątkowo mocną anyreklamę, a publikacja tego wywiadu pozostawiła u mnie wyjątkowy niesmak. 
 Z poważaniem, 
Andrzej Dziewa 
Hamilton
 PS 
 Osobiście od dwóch lat używam oprogramowania StudioTax. - Na pewno nie jest najlepsze na rynku, ale za to jest za darmo (wolne datki sugerowane) i wystarczające dla zdecydowanej większości podatników (włącznie z NetFile). 
 Materiały źródłowe: 1. Annual Report of the Canada Pension Plan 2006-07 (http://www.hrsdc.gc.ca/en/publications_resources/cpp/2007/annual_report/page08.shtml) 2. Receiver General for Canada, Public Accounts of Canada, Volume II Details of Expenses and Revenues (http://tpsgc.gc.ca/recgen/text/pub-acc-e.html)

 Od redakcji: Dziękujemy za rzeczowy list - w odróżnieniu od obu Panów, ja nie jestem specjalistą od rozliczeń podatkowych i trudno jest mi korygować prezentowane w wywiadzie dane. (J. Rosa)

 Pałeczka cywilizacji
 Pałeczkę cywilizacji to już raz Murzyni przejęli od białych. Było to  dwieście lat temu na Haiti. Wymordowali 50 tys., czyli wszystkich  białych, a rezultaty widzimy. Jak tradycyjne wartości murzyńskie wyglądają, to podaję: W Afryce Murzyni żyli w plemionach. Każde plemię żyło sobie spokojnie na jakimś terenie, który dawał im wystarczająco środków (resources) do przeżycia. Po jakimś czasie te środki ulegały wyczerpaniu. W takiej sytuacji plemię przenosiło się na inny niezamieszkany teren, gdzie  było wystarczająco dużo roślinności, zwierząt, wody itd. Gdy takich terenów nie było w okolicy, to Murzyni mordowali swoich sąsiadów, żeby te środki do życia od nich przejąć. 
 Po wprowadzeniu tzw. kultury zachodniej sytuacja w Afryce zmieniła się na gorsze. Dla przeciętnego Murzyna największym marzeniem jest posiadanie AK47, a objawem męskości jest akt zamordowania innego człowieka. Podobnie  wygląda sytuacja w reszcie świata, gdzie Murzyni żyją. Tu, w Afryce, białych nazywa się "mampara", czyli głupi zza oceanu.  Dlaczego? W murzyńskiej "kulturze" nie ma czegoś takiego jak współczucie/ litość  (compassion), nie ma czegoś takiego jak prawda. Murzyn mówi to, co mu w danej chwili daje najwięcej korzyści, a nie to co jest prawdą. 
 Głównym motywem działalności Murzynów jest nienawiść, i to nienawiść do innych ras. Zimbabwe jest tego dobrym przykładem. Nieważny jest los Murzynów i ich dobro, ale wykończenie białych. W Kenii podobnie było z Hindusami. 
 Murzyn nie widzi (nie uwzględnia) czasu jako czynnika. Nie ma  Murzynów farmerów. Po przejęciu farmy od białych wyprzedają sprzęt,  zjadają dobytek i głodują następnego roku. W RPA po otrzymaniu władzy w 1994 roku, po przejęciu ESKOM pierwszą rzeczą było zwolnienie  wszystkich białych inżynierów (6 tysięcy), zlikwidowanie R&D,  zaniechanie maintenance. Nie zbudowali żadnej nowej elektrowni. Zamyka się teraz kopalnie, bo  brakuje prądu. Nie ma u Murzynów (u większości) czegoś takiego jak honor, godność, uczciwość. Liczy się tylko SIŁA (power). Reszta to wymysły głupich białych. 
 Dobrym przykładem jest obecnie Kenia i wybory. W świadomości Murzyna  demokracja to słabość, to chaos, to pozwolenia na dokonanie rozrachunków (słaba władza). Tam gdzie jest król, jest spokój i Murzyni szanują taką władzę. Jeśli król to jest despota i morderca, to szacunek dla niego jest  jeszcze większy. TAK JEST niezależnie od tego, czy to się wam podoba, czy nie. Jeśli widzicie na ulicy Murzyna ze śliczną blondynką, to oznacza dla Murzyna spełnienie jednego: zemsta na białych, zrujnowanie jeszcze  jednego życia białych. Oni nas tak nienawidzą. Za to tak wyglądamy, że jesteśmy "trochę"  mądrzejsi. 
 Najbardziej popularnymi kosmetykami na kontynencie afrykańskim są  kosmetyki do prostowania włosów i do wybielania skóry. Murzyni chcą wyglądać jak my, ale nie o wygląd tu chodzi. Pozdrawiam wszystkie mampary, zwłaszcza te w Kanadzie.
Pałeczka

 Od redakcji: Przesadza Pan i generalizuje. Proszę się przewietrzyć.

 Panie Redaktorze,
 Mam mieszane uczucia, odnajdując felieton Janusza Korwin-Mikkego w "Gońcu". Czyżby miał to być nowy nabytek pańskiego tygodnika? 
 JKM jest generalnie postrzegany w Polsce jako nadworny błazen prawej strony politycznej. Parafrazując wypowiedź p. Michalkiewicza odnośnie do Wałęsy: "kto słucha byłego prezydenta, sam sobie szkodzi", trudno nie odnieść tej wypowiedzi również do osoby szefa/założyciela UPR, gdzie pan Michalkiewicz jest również prominentną postacią. Cenię publicystykę p. Michalkiewicza, ale nie zagłębiam się w jego afiliacje partyjne. Trudno jednak nie oprzeć się wrażeniu, że tak długo UPR pozostanie na marginesie polskiej polityki, jak długo będzie kojarzona z JKM. A może właśnie o to chodzi? 
 Ze słowotoku, który wychodzi spod pióra JKM, uzbierałby się pokaźny tomik błazenad. Nie jestem jego kronikarzem, więc nie będę cytował (bzdury mi się głowy nie trzymają, ale zostaje ogólne wrażenie). Na zawsze jednak będę pamiętał furię, z jaką atakował płk. Kuklińskiego, wyzywając go od zdrajców (bo złamał przysięgę wojskową). Tym, który zachował się godnie, był Leszek Miller, były komunistyczny aparatczyk, umożliwiając pułkownikowi przyjazd do Polski (wcześniej unieważnił ciążący nad nim wyrok śmierci), aby mógł odebrać należne mu honory.
 Nienawiść do Bohatera tak głęboko tkwi w JKM, że nawet gdy o pułkowniku zrobiło się ponownie głośno, gdy zmarł, a w mediach słyszało się jedynie głosy szacunku (o zmarłych mówi się dobrze albo w ogóle), jedynie JKM nie był w stanie powstrzymać się ze swoim jadem.
 JKM jest jeszcze mniej strawny, gdy się go słyszy i widzi w telewizji. Przecież ten wybitny prawicowiec i konserwatysta, za jakiego się uważa, nie mówi, tylko szczeka swoimi racjami.
 Miarą klasy człowieka jest sposób, w jaki wypowiada słowa, timbre głosu, melodia zdania. Jeśli taki człowiek ma być symbolem odradzającego się polskiego konserwatyzmu, to chyba jednak instynkt nie zawiódł naszego światowej sławy trybuna ludowego - Wałęsy, gdy stwierdził, że należy podeprzeć lewą nogę. Do diabła z polską polityką, do takiego wniosku można dojść, i chyba wielu Polaków taki wniosek wyciągnęło. Porządni ludzie nie chcą się babrać w takim towarzystwie.
 Pozdrawiam, 
Zbigniew Milbyński

 Od redakcji: JKM prowokuje. Czasem do myślenia.

 Droga Redakcjo!
 Ponieważ chyba wszystkim nie jest obojętny los sklepów-wytwórni wędlin, w niedługim czasie pojawią się kartki z protestem do Premiera Ontario. Ci, którzy będą je mieli w ręku, proszeni są o podpisanie i zostawienie w sklepie  albo osobie rozdającej te kartki, gdyż będą one przekazane zbiorowo, jako że do parlamentu prowincyjnego obowiązuje opłata pocztowa (tylko do Ottawy jej nie ma). Oczywiście, jeśli ktoś chce sam wysłać kartkę czy skopiować treść jako list i wysłać ze znaczkiem, nic nie stoi na przeszkodzie. 
 To tylko kwestia czasu, kiedy inspektorzy ruszą do miast innych niż Toronto.  Dlatego zawczasu i wobec zamykania firm w Toronto proszę, aby wszyscy jak jeden mąż wysyłali również e-maile. 
 1. do premiera McGuinty'ego: trzeba pójść na www.premier.gov.on.ca i zrobić klik na Your Thoughts albo Contact Dalton i tam wpisać treść, jaką podaję niżej;
 2. do The Honourable Leona Dombrowsky Minister of Agriculture, Food and Rural Affairs na e-mail adres: minister.omafra@ontario.ca i przepisać poniżej podany tekst. 
 Jest tu szczególne pole do popisu dla młodszej generacji, która może  sama  (i pomóc swym dziadkom i babciom) zalać przez e-mail te dwie wyżej wymienione osoby (koledzy, koleżanki wszystkich narodowości bez znaczenia, z której prowincji - jako że może i inne prowincje w przyszłości wezmą "wzór z Ontario", a chcemy tradycyjnych kiełbasek), a oto tekst:
 I am writing to request that you stop the current stepped-up campaign of strict enforcement of the "2001 Food & Safety Quality Act Regulations" against existing small, family-run, artisan sausage makers and meat processors.
 The campaign is only driving them out of business because they cannot afford the renovations demanded of them by the OMAFRA Inspectors.  These demands provide little value-added as far as product safety is concerned.  Instead they are depriving Ontarians of quality, freshness and choice in their prepared meat purchases.  They are also causing traditional skills and jobs to be lost.
 A dialogue with the sector should be undertaken to seek an economically achievable solution or to perhaps even provide a grandfatathering exemption. 
Name: 
Address:
(na kartkach dodatkowo podpis)

 Życząc owocnej akcji w zjednoczonym froncie klientów, dziękuję Redakcji za wydrukowanie tego listu-apelu.
 Z poważaniem 
Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Podpisujemy się.

 ***
 Ostatnio nasiliła się nagonka i oskarżenia Polaków o antysemityzm. Takiego nasilenia chyba nie było w historii. Przykład Grossa - książka wydawana w Ameryce najpierw, później tłumaczone po polsku (złagodzone). Ataki na RM, ks. Rydzyka i jego współpracowników (nie nowość).
 Mam przed sobą gazetę, która przytacza słowa z książki Grossa. Gross atakuje nawet Wielkiego Polaka, kard. S. Wyszyńskiego, zarzucając mu, że wierzył, że Żydzi dokonywali rytualnych mordów, do uzyskania krwi do wyrobu macy, na chrześcijanach. Trudno w to uwierzyć pisze autor, za takie obelżywe słowa Grossa. Niemniej autor tego artykułu pisze, że nie da się ukryć, że sam prof. żydowski Toaffa, z uniwersytetu Bar Han w Tel Awiwie, twierdził o tych haniebnych mordach na dzieciach chrześcijan. 
 Ostatnio w TV Polonia w wiadomościach podano: Przewodnicząca ZNP domaga się wyrzucania ze szkół lektur B. Prusa i W. Reymonta, tych wielkich polskich pisarzy. Powód ten sam. Dopatrzyła się, że w tych książkach są przejawy antysemityzmu i właśnie wspomniała te same przyczyny co Gross, o rzekomych mordach opisywanych w tych książkach, do uzyskania krwi chrześcijan do wyrobu macy. Co za zbieg okoliczności. Czy to "koniec świata". A jeśli to prawda, to trzeba te praktyki zbrodnicze potępiać i przypominać "Narodowi Wybranemu" o ich współbraciach. Jedno tylko dziwi, gdzie jest w Polsce Episkopat na czele z Prymasem, aby mógł bronić przed atakami na Radio Maryja, na polskich chrześcijan, na Kościół, i w ogóle stanął w obronie wiary. Ludzie wierzący bronią się, ale nie mają za dużo poparcia ze strony hierarchów Kościoła w Polsce.
S.W.

 Od redakcji: Nikt nie wie, kiedy świat się skończy, niech się Pan pocieszy, że bywało gorzej. Proszę nabrać trochę dystansu.

 "A Question of Honor" 
 - "Sprawa honoru" 
 "A Question of Honor" jest to książka napisana i wydana w  2003 r. w języku angielskim przez Lynne Olson i Stanleya Clouda. Kilka lat temu dostałem kopię tej książki, szybko ją przeczytałem i, jak pamiętam, z wielkim zainteresowaniem, przyjemnością i poczuciem dumy, że jestem Polakiem. Z przykrością jednak muszę przyznać, że gdy skończyłem czytać, książka ta wylądowała na moich kompletnie niezorganizowanych półkach z książkami. 
 Parę dni temu, szukając innej książki, zrobiłem "odkrycie", znalazłem książkę "A Question of Honor", ale tej, której szukałem, nie znalazłem. Rzuciłem okiem na okładkę, gdzie jest napisane: 
 The Kosciuszko Squadron * FORGOTEN HEROES OF WORLD WAR II *.
 Na trzeciej stronie, prawie pustej z wyjątkiem tylko jednego krótkiego zdania, które mówi: 
 "For the People of Poland", po polsku: "Dla polskiego społeczeństwa".
 Jak jest moim zwyczajem, lubię "zerknąć" na koniec książki przed przeczytaniem, i tam znalazłem zdanie: ... na cmentarzu w "Newerk upon Trent in Nothinghamshire", gdzie spoczywa 346 polskich lotników z około 2000, którzy polegli, walcząc "O Wolność", znajduje się duży kamienny krzyż, na którym wyryte są następujące słowa: 
 I have fought a good fight   Dobrze walczyłem,
 I finished my course,    aż do końca bitwy,
 I have kept the faith.    i nigdy nie straciłem wiary.
 To było powodem, że w ciągu następnych trzech nocy jeszcze raz przeczytałem "od deski do deski" 428 stron tej bardzo wartościowej historycznej książki i gdy skończyłem, poczułem się dumny, że jestem Polakiem. Zarazem czułem się bardzo winny, że pozwoliłem tej książce "gnić" na mojej półce, zamiast dać ją jakiemuś młodemu Polakowi i poprosić, by po przeczytaniu dał ją swojemu koledze i tamten żeby zrobił to samo.
 Wczoraj dałem moją kopię synowi mojego przyjaciela z prośbą, by po przeczytaniu przekazał ją dalej. 
 Zwracam się do osób, które posiadają  książkę "A Question of Honor",  by oddały swój egzemplarz następnemu młodemu Polakowi, aby w ten sposób jak największe grono polskiej młodzieży czuło się dumne ze swojej polskości.
 Bohdan D. Prażmowski 

 Od redakcji: O książce pisaliśmy już, kiedy się ukazała, Co ciekawe, trudno ją znaleźć w amazon czy chapters, czyżby słabo szła?! Popieramy akcję z całego serca: Kup, przeczytaj, daj przeczytać innym.

 Bardzo proszę o pomoc. 
 Poszukuję Wujka ARTURA BARTOSZEWICZA ur. 01.02.1921 r. Jestem córką FRANCISZKI. 
 Wiem, że Wujek w 1948 roku wyemigrował do Argentyny, wiem też, że Wujek żyje, ale jak dotąd nie udało mi się skontaktować z Wujkiem. Instytucje, do których się zwracałam, nie chcą mi podać obecnego adresu Wujka ze względu na ochronę danych osobowych. Moim zdaniem,  jest to bzdurny argument, zważywszy na fakt, że Wujek pewnie chciałby mnie poznać, gdyż pewnie jest przekonany, że cała rodzina zginęła na Syberii, gdzie w 1940 roku została wywieziona. Jak już wspomniałam, jestem córką Franciszki Bartoszewicz  ur. 4.07.1935 r. - siostry Wujka. 
 Bardzo proszę o pomoc, ewentualnie bardzo proszę o podanie adresów, pod które powinnam się zwrócić. 
 Serdecznie dziękuję. 
 Z poważaniem 
 Grażyna Wilczak
w.grazyna@onet.eu 

 Od redakcji: xxx
 
 
 
 
 
 

GONIEC NR 5/2008 (213) (1-7 lutego 2008)

 Szanowny Pan Redaktor
 Andrzej Kumor "Goniec"
 Uprzejmie proszę o zamieszczenie mego "głosu-listu" w "Gońcu". 16 stycznia 2008 zaniosłem  mój list do redakcji "Gazety" "na ręce" Naczelnego p. Zbigniewa Bełza. Oczekiwałem publikacji mego listu tamże, uważam również, że wystarczająco dużo czasu minęło, by przynajmniej "owocnie" nawiązać kontakt telefoniczny (ze strony p. Z. Bełza) lub zostawić wiadomość na mej maszynie - kiedy zostanie umieszczony mój list (i żądanie). 
 A ponieważ sprawa jest ważna, proszę o zamieszczenie listu na łamach "Gońca". 

 List otwarty
 Szanowny Pan Redaktor
 Zbigniew Bełz - "Gazeta"
 Podczas mej radosnej pracy nad wydarzeniem patriotycznym zostałem zawiadomiony o artykule Marcina Radzimowskiego "Gdy się Chrystus rodził...", a opublikowanym w bożonarodzeniowym wydaniu "Gazety" 2007. Artykuł ten budzi wiele sprzeciwów (z wielu powodów) z mej strony, ale również głosów środowiska, w którym przebywam, tak że poczuwam się zabrać głos w formie "listu protestu-żądania-życzenia", bo przejść obojętnie wobec tego artykułu i jego publikacji w "Gazecie" nie potrafię. I to bez względu na czas, kiedy byłby ten artykuł w "Gazecie" opublikowany.
 Musiałem go wielokrotnie przeczytać, ze względu na treść i język. Starałem się jak najlepiej odczytać intencję. I nie jestem naiwny...
 Pierwsze pytanie, jakie nasunęło  mi się do Redakcji "Gazety", to dlaczego ten artykuł został umieszczony w wydaniu bożonarodzeniowym (2007)? Bo morderstwo w wieczór wigilijny? I to już wystarczyło, by go zakwalifikować? Drugie pytanie (i przy nim wiele innych) - dlaczego nie została umieszczona nota redakcyjna "Gazety" w odpowiedzi na inwektywę rzuconą na osobę nieżyjącego już mecenasa Władysława Siła-Nowickiego przez autora artykułu Marcina Radzimowskiego?
 Czy to brak czasu? Przeoczenie? Pośpiech? A może brak wiedzy?
 Część I (jak ją nazywam) artykułu "Gdy się Chrystus rodził..." to opis makabrycznej zbrodni, jaka wydarzyła się 31 lat temu (1976 r.) w noc wigilijną w Zrębinie, i konsekwencji, jakie pozostawiła ta zbrodnia na najbliższych, na ludziach tego rejonu do dzisiaj. Wg autora, "czas się zatrzymał". Ale czy akurat ten materiał wybrany był przypadkowo, czy tendencyjnie przez zespół "Gazety"? Czy tylko dla wypełnienia stron? Bo nie myślę, że na zamówienie, ale też nie znalazłem go w Internecie "Echa Dnia" wydania podkarpackiego '07. A może jako forma prowokacji? Tak sam go odebrałem.
 W tej części I pojawia się obraz: "konfliktu między- i wewnątrzrodzinnego", "pijanego autobusu" - autor pisze, że: "...w wieczór wigilijny obok rynku w Połańcu... około 30 osób zostało w autobusie, i zamiast iść na Mszę - piło wódkę. Pijaństwo w czasie pasterki to był w pewnym sensie niepisany zwyczaj zrębinian...". A potem makabra-zbrodnia, a może wypadek? Później straszne wymuszenie milczenia na świadkach: "...kazał wszystkim uklęknąć i przyrzekać, że nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli. Potem każdemu dawał krzyżyk do całowania, potem nakłuwał palec agrafką... ślad własnej krwi..." i przekupstwo. Dalej: "...przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską, zapalonych świecach i krucyfiksie, ludzie ponownie złożyli przysięgę. Mieli milczeć". Także: "...wręczyli im pieniądze i medaliki przywiezione z Częstochowy..." -  mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner.
 Po prostu "obraz nędzy, ciemnoty, swołoczy, zawiści i nienawiści, zastraszenia, najciemniejszych charakterów". Noc wigilijna Anno Domini 1976 w Zrębinie. Takie głośne larum.
 "Dzisiaj to brzmi jak scenariusz filmu... groteskowych obrzędów" - dodaje autor M.R.
 Czy rzeczywiście mieliśmy się o tym dowiedzieć lub przypomnieć sobie, w numerze bożonarodzeniowym "Gazety", z życzeniami zespołu "Gazety" "Wesołych Świąt"?
 Oczywiste jest, że zadając te pytania, nie zamykam "serca" na tragedię. Ale takimi bestialstwami - nieprawościami "karmieni" jesteśmy wszyscy przez media każdego dnia.
 Też tragediami w skali świata: wojny, okupacje, zamachy. Pomimo że jak szyderstwo brzmią słowa polityków o pokoju, którzy wygrywają swe wybory, też dzięki producentom broni. Temat rzeka... I nikt nie wsłuchuje się w "głos" Ojca Świętego, później którego co najwyżej oskarżając "o bezczynność"... Na wszystko jest "cena", na szpaltę w gazetach z reklamą też, a często brak odpowiedzialności za wypełnienie jej treścią, bo została opłacona.
 Po takim "przygotowaniu" czytelnika przez autora Marcina Radzimowskiego - następuje II część - atak na wybranych obrońców. Przecież po "I części" mimo woli może narzucić się pytanie dla laików, jak można nawet bronić takich łotrów?
 Marcin Radzimowski pisze, że "...warto nadmienić, że obrońcami... byli już wówczas bardzo znani adwokaci, między innymi Zbigniew Dyka (późniejszy minister sprawiedliwości) czy nieżyjący dziś, znany obrońca w procesach politycznych mecenas Władysław Siła-Nowicki. Nie pisze, że obaj wymienieni obrońcy współpracowali z hierarchią kościelną, a mecenas W. Siła-Nowicki od połowy lat 60. był także doradcą Prymasa i Episkopatu Polski. A może liczy na to, że każdy o tym wie - właśnie? I nie dodaje, że to na prośbę Episkopatu i rodzin oskarżonych, już po wyrokach zapadłych, występuje mecenas W. Siła-Nowicki w procesie rewizyjnym. Miał zatem wątpliwości co do zasadności wyroków, tak jak mec. Zbigniew Dyka.
 Autor M.R. także niby mimochodem rzuca obelgę na mec. Władysława Siła-Nowickiego, mówiąc, że: "...Niedawno na tym ostatnim (mec. W.S.-N.) cieniem położyły się podejrzenia rzucane przez niektórych Zaporczyków (kogo konkretnie? - pytam), że to właśnie on miał wydać ubekom Hieronima Dekutowskiego - =Zaporę?". Czy autor udaje? A może rzeczywiście nie wie? A może myśli, że jak powtórzy kłamstwo-obelgę, to może przyjmie się ją za prawdę? A może przynajmniej zasieje podejrzenie?! Takie stawianie sprawy prowadzi prosto na salę sądową. Za takie szerzenie oszczerstw doktorant KUL-u - Ewa Kurek musiała publicznie przeprosić rodzinę mecenasa Władysława Siła-Nowickiego i poniosła konsekwencje finansowe.
 Istnieją przecież dokumenty MBP, MSW, UB - opublikowane i uwierzytelnione, dokumenty z Urzędu Ochrony Państwa, dokumenty z niezliczonych teczek mecenasa W.S.-N., także Zeszyty Historyczne WiN-u (No 9-1996, No 15-2001), także liczne książki ukazujące postawę mecenasa W. Siła-Nowickiego. Książki, w których "prawdy nie trzeba upiększać - sama jest dostatecznie wymowna".
 Również w Toronto postać mec. Władysława Siła-Nowickiego była prezentowana na łamach "Głosu Polskiego" nr 36, 37-1999 rok, Radia Polonia Toronto (1999, 2004), "Gońca" z 13 lutego 2004 r., podczas Mszy św. w 1999 - parafia św. M. Kolbego, czy w parafii św. Marka w 2004  r. Wspominał go również były minister sprawiedliwości Wiesław Chrzanowski czy w prywatnej mej rozmowie prof. A. Stelmachowski. Także w Toronto można było nabyć książkę "Władysław Siła-Nowicki. Wspomnienia i dokumenty" - 2 tomy, przygotowaną do druku przez Marię Nowicką-Marusczyk, ze wstępem prof. M.M. Drozdowskiego (Komisja Badania Dziejów Warszawy IH PAN), czy recenzję prof. Jerzego Śląskiego. Książka wydana w 2002 roku, dofinansowana przez Urząd Kombatantów i Osób Represjonowanych oraz przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie. Wydawcą był Zarząd Główny Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego "Wolność i Niezawisłość". Widziałem ją w księgarni "Artus" prawie sąsiadującej z "Gazetą". Tym łatwiej o te dokumenty, książki w Polsce.
 Dla zainteresowanych polecam, a dla nieznających "tematu", a zaciekawionych, tylko wspomnę tutaj krótko. Oddziały partyzanckie "Zapory" podlegały politycznie inspektorowi WiN-u na Okręg Lubelski, którym był Władysław Siła-Nowicki. Jego poprzednikiem na tym stanowisku był Franciszek Abraszewski (w AK - "Surand", w WiN-ie - "Boruta"), który po aresztowaniu został zwolniony za cenę prowokacji, którą przygotował już jako konfident MBP we wrześniu 1947 roku. Wskazana przez niego droga nielegalnego wyjazdu za granicę 8 ludzi była prowokacją MBP.
 Władysław Siła-Nowicki wraz z "Zaporą" - Hieronimem Dekutowskim oraz 6 oficerami zostali aresztowani przy tej właśnie próbie ucieczki w Nysie. Byli to Stanisław Łukasik "Ryś", Roman Groński "Żbik", Edmund Tudruj "Mundek", Jerzy Miatkowski "Zawada", Tadeusz Pelak "Junak" i Arkadiusz Wasilewski "Biały". Kwiat partyzantki Lubelszczyzny. Bezpośrednio po aresztowaniu "siedzieli" w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa w Będzinie, skąd przewieziono ich do Warszawy, do aresztu MBP. Rozprawa odbyła się przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie w dniach 3-15 listopada 1948 roku. Przekroczyli bramy więzienia 15 listopada 1948 roku z ogłoszonymi wyrokami śmierci (mec. W. Siła-Nowicki - 4 KS-y). Prosto z sądu przewieziono ich do jednej wielkiej wspólnej celi.
 Dla rodzin rozpoczął się okres poszukiwania ratunku. Podania (listy) o ułaskawienie pisali wtedy wszyscy. Wydawało się, że z całej grupy (8) największą szansę ma na przeżycie właśnie "Zapora". Jedna z jego sióstr, zaangażowana w czasie wojny we Francuskim Ruchu Oporu, starała się o łaskę dla brata przez ówczesnego prezydenta Francji. Bezowocnie. Z kolei "o życie" dla (mec.) Władysława Siła-Nowickiego - oprócz listów matki, żony, Barbary Nowak (Łaczyńskiej), taką prośbę wniosła Aldona Kojałłowiczowa, primo voto Bułhakowa, z domu Dzierżyńska - siostra także Feliksa. Nie była dla Władysława ani krewną, ani powinowatą. Jej brat Ignacy Dzierżyński był pociotkiem, czyli mężem ciotki Władysława Siła-Nowickiego, Stanisławy (siostry Ojca). I właśnie te listy Feliksa Dzierżyńskiego do Aldony, oddane w ambasadzie sowieckiej Lebiediewowi - ówczesnemu ambasadorowi, przez Aldonę, ocaliły życie Władysława Siła-Nowickiego. Wiadomość, że W. Siła-Nowickiemu zamieniono karę śmierci na dożywotnie więzienie dotarła z kancelarii B. Bieruta.
 Niestety, tylko on jeden - Władysław S.-N., został ułaskawiony. Otrzymał dożywocie. Pozostała 7 została zamordowana katyniakiem 7 marca 1949 roku, w odstępach 5-minutowych...
 A sam mecenas Władysław Siła-Nowicki po 9 latach 2,5 miesiącu został zwolniony, a potem zrehabilitowany.
 Jak szyderstwo brzmią uchylenia wyroku z 1959 roku w stosunku do Tadeusza Pelaka i Jerzego Miatkowskiego. Pozostała stracona piątka na unieważnienie wyroku "czekała" ponad 45 lat, 23 maja 1994 r. wyrok został unieważniony na mocy postanowienia Sądu Wojskowego w Warszawie.
 Zwolniony Władysław Siła-Nowicki nie zmarnował swego ułaskawionego życia. Dla nas wszystkich. Także tutaj na Obczyźnie. A nawet swym życiem ubogacił nasze życie.
 Był wielkim Polakiem, nauczycielem miłości do Ojczyzny, mówiącym prawdę w Ojczyźnie i poza Nią, zgodnie ze swym sumieniem, gotowym do poniesienia odpowiedzialności za nią w Polsce i poza Nią.
 I w takim właśnie poczuciu żądam publicznych przeprosin na łamach "Gazety" - za próbę szkalowania imienia nieżyjącego już mecenasa Władysława Siła-Nowickiego (hańba zdrady) artykułem Marcina Radzimowskiego "Gdy się Chrystus rodził..." od Pana, Panie Redaktorze, jak przystoi człowiekowi honoru, Naczelnemu "Gazety". A także proszę o opublikowanie mego listu.
Aleksander Jamróz
 Jestem także wyrazicielem ży-czeń dla Wszystkich Redaktorów gazet polonijnych (mediów), by zaczęli brać odpowiedzialność za słowo drukowane i mówione. By stojąc na straży wolności słowa, nie pozwalali na swawolę słowa.
 I by nie sprzedawali "taniej propagandy".
 "Niech mowa Wasza będzie: tak-tak, nie-nie" dla dobra nas wszystkich. 

 Od redakcji: xxx

 Srulon straszy
 Jeden z "umysłów wielkich", dziennikarzyna jakiś, naśmiewał się z Romana Giertycha, że osiem razy przeczytał Trylogię Sienkiewicza... jemu wystarczyło raz jeden i wszystko zrozumiał... Wyjątkowo inteligentny Koziołek Matołek, potraktował Trylogię zupełnie jak "Kapitał", oczywiście, na przeczytanie tego dzieła i raz jest za dużo, aby zrozumieć głupotę i nonsensy zawarte w treści.
 Zostawmy bzdury, Sienkiewicz jest ciekawszy... przewodnim tematem "Potopu" jest obrona Jasnej Góry, opisał autor bardzo ciekawie obronę, ale i skutek, jaki to oblężenie wywołało... zryw, przebudzenie się całego narodu przyniosły najeźdźcy i zdrajcom klęskę, atak na święte dla Polaków miejsce przyniósł skutek przewidziany przez przeora Kordeckiego.
 W tym momencie przeprowadzany jest zmasowany atak na Radio Maryja, o. Rydzyka, całą katolicką religię... w jakiś bardzo dziwny sposób przychodzi mi na myśl porównanie.... sytuacja jest bardzo podobna, są zdrajcy, antykatolickie oszołomy i gromady "wierzących inaczej", a wszyscy oni, z jakiegoś niezrozumiałego powodu zwalczają katolicyzm... co w zamian (???).
 Już Kopernik twierdził, że pieniądz gorszy wypiera lepszy, a Feliks Koneczny podobnie myśli na temat cywilizacji, zawsze wygrywa ta mniej warta, gorsza... Wygląda na to, że działania dnia dzisiejszego mają doprowadzić do upadku tę najlepszą, łacińską cywilizację. Przodkowie dwa tysiące lat walczyli z destrukcją, a my powinniśmy się poddać, hmmm, wcale ten pomysł mi się nie podoba, nie damy się zastraszyć srulonowi.
 Spodziewam się, że w tej chwili czytelnicy "Faktów i Mitów" itp. piśmideł rykną śmiechem, oni oczywiście wszystko wiedzą dużo lepiej... a że nie znają historii (?), no cóż, propaganda tow. Senyszyn i podobnych nawiedzonych trafia na podatny grunt, historia kołem się toczy, a głupich nie sieją... choć wszystko do tego dąży, na pewno byłoby to ułatwienie, ale świat pełen sklonowanych Bartoszewskich, Kuców, Wałęsów, Palikotów... Kalisz z Urbanem też są piękni, do tego Środa, Senyszyn i Pitera (???) brrr, coś strasznego. W tym samym czasie Gross straszy prokuraturę... i właśnie dlatego powinno nastąpić konkretne śledztwo i oskarżenie, dlaczego jakiś Gross ma być inaczej traktowany, ostatecznie David Irving za swoje udokumentowane poglądy poszedł do więzienia i jest szykanowany na całym "demokratycznym" świecie... kto był i jest oskarżycielem (???). Śmiesznie byłoby dać się zastraszyć srulonowi.
Janusz Sierzputowski
Cambridge

 Od redakcji: Szanowny Panie, śmiesznie już jest dookoła, komedia ludzka nas nie zawodzi.

 Panie Andrzeju 
 Długo się wahałem, czy się przyznać. Czy mam prawo do swoich myśli, obaw. Czy nie zostaną one odebrane jako atak na Kościół, którego cząstką przecież jestem. Czy mój rozum jest "głupszy", wolna wola wypaczona, a mój Duch św. - "niepełny"? 
 W imię Boże. 
 Przyznam, że się boję. Dnia jutrzejszego i całego nowego roku 2008, którego tylu ludzi mi życzyło, aby był szczęśliwy. I tych najbliższych lat, które jeżeli dożyję, będą moim udziałem. Jest to chyba znak słabnącej, a może nawet już bardzo słabej wiary. 
 Skąd się wzięło to licho? Włazi bezczelnie poprzez moje czytanie, słuchanie i oglądanie wiadomości ze świata - o świecie i wywołuje lęk. Zło, przez duże "Z", ma się coraz lepiej, sprawia wrażenie, że wygrywa z Dobrem i coraz trudniej to negować, jeżeli samo istnienie Dobra i Zła, Boga i Szatana, jest negowane, ośmieszane lub zastępowane pojęciami człowieka wyzwolonego z "ciemnoty". A diabeł tylko trze kopytami z radości, że w świadomości dzisiejszego człowieka - nie istnieje. 
 Wspaniałym dziełem Stwórcy, które kiedyś, dla każdego z nas przestanie istnieć, zamieni się w wieczność, jest czas. Jeżeli dobrze go wykorzystamy i innym w tym pomożemy, aby nie dać się omamić "dobremu" Złu - otrzymamy Życie. To jest naszym powołaniem. 
 Czas to pieniądz - mówią bogaci, biedni ludzie. Wszystko płynie, czas płynie - mówi filozof Heraklit i ludzie bogaci w świadomość przemijania. Panta rhei. Bardzo pięknie o czasie pisze Kohelet w swojej księdze Starego Testamentu (gorąco zachęcam do jej przeczytania), pisząc m.in.: "jest czas rodzenia i czas umierania ... czas burzenia i czas budowania... czas wojny i czas pokoju...". Od czasu moich najmłodszych lat, gdy jestem w stanie sięgnąć pamięcią w wstecz (czasu mojego rodzenia nie pamiętam, a czasu umierania jeszcze nie znam), byłem na etapie pewnego stałego, powolnego budowania. Budowania siły, wiedzy, wiary, dobrych manier, moralności, wrażliwości i wszystkich innych niezliczonych komórek mojego JA. Wielka w tym zasługa moich kochanych nieżyjących już rodziców i prawdziwego księdza z prawdziwym powołaniem, który uczył mnie religii i życia. Bóg Wam zapłać. Dzisiaj księża nie uczą dzieci religii i życia - nie mają czasu, mają katechetki, a my - rezultaty. 
 Mam skończone (już, dopiero -niepotrzebne skreślić ) 55 lat i coraz częściej łapię się na myślach, że mój czas budowania się jakby zastopował. Prym zaczyna wieść czas walki o to, aby nie dać w sobie zburzyć tego,  co przez te lata wspólnie zbudowaliśmy. 
 I szukam wsparcia. Współczesny czas nie pieści nas. Każdy, kto ma oczy, uszy, trochę rozumu i chce ich używać zgodnie z prawdą, musi czuć że zbliża si