 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published
in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail:
redakcja@goniec.net
Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka
wyłącznie First Class Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
Zamieszczamy
listy mądre/głupie, poważne/niepoważne, chwalące/karcące i potępiające
nas w czambuł. Nie publikujemy listów obscenicznych, pornograficznych i
takich, które zaprowadzą nas wprost do sądu.
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności
za treść publikowanych listów. |
GONIEC NR
13/2008 (221)
(27
marca - 3 kwietnia 2008)
Moje wyznanie
Do pani Violetty Kardynał
(Rodziny)
Szanowni Państwo,
Dziękuję Bogu, że spotkałem na swej drodze Państwa Rodzinę.
Właściwie pracę pani Violetty "Upside Down" pokochałem już dawno,
kiedy po raz pierwszy usłyszałem tylko wzmiankę w TV Polonia z Warszawy,
z udziałem pani Violetty. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że właściwie także
jesteśmy sąsiadami z rodziną państwa Kardynał na "odległość bicia serca".
Bardzo wdzięczny Pani jestem (i myślę, że mogę wystąpić w imieniu
szerokiej Polonii), że tak skutecznie swym filmem podjęła Pani walkę z
ignorancją historyczną młodzieży szkół średnich i wyższych (i oczywiste,
że jej rodziców), a także z gronem "profesorów" na terenie Kanady (anglojęzycznego
"Zachodu"). I mam nadzieję, a właściwie publiczne życzenie, by film ten
stał się również obowiązkową lekturą dla uczniów szkół średnich w ramach
nauczania historii, a szerzej "humanizmu", że film ten będzie przedstawiony
ministrowi edukacji. Tu widzę priorytetowe zadanie dla Kongresu - KPK -
i ten apel-prośbę teraz właśnie składam publicznie.
Próbuję ogarnąć ogrom trudu, jak włożyła Pani (cała Rodzina)
w powstanie tego filmu-dzieła. Dwa lata minęły "szybko i ciężko". A ile
ścieżek wydeptanych...
Dziękuję jeszcze raz za owoc tego Pani i Państwa Rodziny trudu.
Jest Pani wspaniałym pedagogiem, też słyszącym głosy synów. Wie
Pani, że "wychowanie to dzieło miłości. Wyłożyć lekcję każdy profesor potrafi,
ale nauczy i wpłynie tylko ten, kto kocha" (to słowa błogosławionej Marceliny
Darowskiej). A dzięki Pani filmowi, też z inspiracji Państwa synów, wielu
"profesorów" - jak widać - będzie musiało zweryfikować swą "wiedzę".
Zdaję sobie doskonale sprawę, że ta Pani praca - dla nas wszystkich
przecież, to także udział całej Państwa Rodziny, a więc pana Tomasza i
synów: Marcina i Kuby - z których jakże dumni mogą Państwo być. Zresztą,
"jakie gniazdo, takie ptaki". A to Państwa gniazdo - Gniazdo Orła. Jeszcze
raz serdecznie gratuluję i dziękuję.
Oczywistym dla mnie "odruchem" było wykonanie telefonu do KPK
- który popiera Pani film i rozumie znaczenie i wielkość tego dzieła (...).
Tak jak oczywistym mym odruchem wdzięczności było zadzwonienie do Kongresu,
tak muszę tu napisać, wielkim zaszczytem dla mnie była rozmowa z Państwem,
pani Violetto i Tomaszu.
Jeszcze raz serdecznie dziękujemy
Aleksander Jamróz
z żoną Dorotą i córką Anną
PS
1. Pozostawiam w Państwa domu, na Pani "ręce i serce" książkę-album
"Znak, któremu sprzeciwiać się będą..." (to moja odpowiedź także na "stanowisko?"
aktualnego MSZ). Pozostawiam ją w domu, który dla mnie reprezentuje także
"Ambasadę Najjaśniejszej Rzeczpospolitej" w sposób najlepszy, najgodniejszy.
Dziękuję jeszcze raz za "Upside Down".
2. Kopię tego listu-wyznania pozwolę sobie przesłać do Kancelarii
Prezydenta Rzeczpospolitej - na ręce pani minister Fotygi, a także do KPK.
3. Dziękuję panu Wojciechowi Śniegowskiemu - producentowi "Upside
Down" - za jego udział w powstaniu filmu, ale oboje zdajemy sobie sprawę,
że bez "perły", która "jak tęcza co sobą nie zajmuje miejsca" - czyli Pani,
Pani Violetto, nie byłoby tego filmu, jakże oczekiwanego.
4. Dziękuję bardzo panu Dariuszowi Kulczyńskiemu z "Kuriera"
za fachowy głos ze spotkania w dniu 24 lutego 2008 w Centrum Jana Pawła
II, który także mogliśmy przeczytać w "Kurierze" przedświątecznym.
5. Dziękuję panom redaktorom A. Kumorowi i W. Magierze za stały
wkład w obraz historii kraju ojczystego na obczyźnie.
A.J.
Od redakcji: Dziękujemy Panu.
***
Piszę inny list do was w sprawie tzw. credit crunch. Jedno mnie
zastanawia, jak to możliwe, ażeby żaden kanadyjski bank nie zmoczył się
w tych pożyczkach. Kanada, gdzie 70 - 80 proc. wymiany handlowej
opiera się na handlu z USA - wynika z tego, że żaden bank kanadyjski
nie ma żadnych problemów ze związanym ze światowym kryzysem
tzw. credit crunch. Kilkanaście europejskich banków i azjatyckich również
zamoczyło się porządnie, że już nie wspomnę o amerykańskich, gdzie trwa
prawdziwa rzeź na tyłach rzeźni.
A banki kanadyjskie żyją swoim życiem bez żadnych problemów.
Myślę, że rząd kanadyjski kazał milczeć bankom, ażeby ukryć prawdę, że
jednak i credit crunch nie ominął i Kanady. Z ciekawości tak zapytam, ile
przepadnie pieniędzy np. z funduszu rządowego dla bezrobotnych - o
ile pamiętam, jeszcze w 2007 pod koniec roku było tego
z 60 miliardów dolarów. Ile stracą fundusze emerytalne czy edukacyjne...
ile podobnych funduszy zmieni lokalizację i przeznaczenie.
Czy ukrytym w Kanadzie credit crunch nie obarczy się klientów banków -
opłatami za różne rzeczy związane z działalnościami banków.
A propos mojego listu do was - do dziś RBC Royal Bank nie przetransferował
moich pieniędzy do lokalnego banku w Bogatyni - co skłoniło mnie do napisania
moich wrażeń - dlaczego RBC nie chce i nie może robić obecnie takich usług
- ponieważ mają podobną sytuację jak w USA - gdzie tamtejszy
rząd rzucił 200 miliardów dolców dla tamtejszych banków, ponieważ tamtejsze
kasy świeciły pustkami i groziło i nadal grozi to katastrofą gospodarczą
dla USA, Kanady oraz mniej Europy czy Azji.
Pozdrawiam redakcję "Gońca".
Marian Stefaniak z rodziną
Od redakcji: Szanowny Panie, banki to oczko w głowie każdego
rządu. Banki troszczą się w pierwszej kolejności o właścicieli banków,
a dopiero w dalszej o klientów.
GONIEC NR
12/2008 (220)
(20-27
marca 2008)
***
Program Forum w TV Polonia ostatnio miał debatę na temat wizyty
polskiej delegacji rządu w USA. Najważniejszym tematem była tarcza rakietowa
w Polsce.
Sondaże pokazują, że większość Polaków nie zgadza się na tę militarną
budowę. I to bardzo słusznie. Nie ma chyba sensu budować w Polsce tarcz,
bo to nie będzie mieć sensu w obronie Polski. Raczej będzie to tylko prowokacja
w razie wojny, aby znów w Polsce zrobić pogorzelisko, nie gdzie indziej,
tylko w Polsce. Przecież są inne państwa w NATO, które są bogatsze i mają
większe możliwości militarne do obrony takich urządzeń. Np. w Niemczech.
I takie odległości chyba nie robią różnicy dla rakiet. No ale widocznie
będzie kontynuacja tego, co zapoczątkował PiS z prezydentem Polski.
Druga sprawa to wizy, których zniesienia domagają się Polacy
od lat. W dyskusji Forum red. Ziemkiewicz mówił, że Polacy nie mogą mieć
zniesionych wiz, bo pracują na czarno, a do tego wydają jeden drugiego
do rządu. To stwierdzenie wydaje mi się śmieszne i głupie. Tak jakby amerykańscy
politycy nie wiedzieli o tym, bo im to na rękę. Redaktor ten powinien wiedzieć,
że w Ameryce jest ponad 11 mln nielegalnych imigrantów, z czego większość
pracuje, i o tym politycy dobrze wiedzą. Ci nielegalni imigranci to "nowocześni
niewolnicy", którzy są potrzebni do wykonywania ciężkiej i brudnej roboty.
Jeśli redaktor ten mówi, że to Polacy są tą większością, to powinien wiedzieć,
że Polacy są daleko z tyłu, bo Meksykańczyków pracuje nielegalnie ok. 5
mln. Jeśli nie zna redaktor polityki imigracyjnej w Ameryce, to nie powinien
siać propagandy niektórych amerykańskich polityków. Ta polityka przyczynia
się do rozbicia milionów rodzin. To państwo stoi przecież na straży praw
człowieka i rodzin, tylko odwrotnie.
Dziwi mnie też, że Prezydent Polski nie zgadza się na referendum
w sprawie traktatu UE. Idzie na układy z PO, kiedyś skłóconą. Powinien
dbać o dobro Polski i Polaków, a nie układy partyjne, jeśli jest prawdziwym
Polakiem. I jeszcze jedno proponowałbym, aby w Polsce, ze zmianą rządu
zmieniać jednocześnie konstytucję dla wygody danego rządu.
S.W.
Od redakcji: Szanowny Panie, zgadza się współcześni imigranci
muszą na miejscu zapłacić frycowe, ale i tak większość emigruje nie dla
siebie, a dla swych dzieci.
Witam
Czy jest możliwość otrzymania na mój komp 2 świetnych artykułów,
które się ukazały w dwóch ostatnich GOŃCACH? Jeden to art. o Traktacie
Lizbońskim - napisany pysznie przez Wojciechowskiego, a drugi mówi
o LUDZKICH ZŁYCH NAMIĘTNOŚCIACH - o.Jacka Salija. Chciałem się nimi podzielić
z przyjaciółmi za granicą. Czy nie macie w "Gońcu" online archiwum z Waszymi
felietonami - artykułami?
Przyznam, że z radością witam Wasz każdy numer - jest NAPRAWDĘ
co poczytać.
Gratulacje.
Richard
Od redakcji: Archiwum nie ma, za miłe słowa dziękujemy.
Szanowny Panie,
Dziękuję za wyczerpujący artykuł o Subaru. Jest mi bardzo miło,
że w ten sposób i tak szybko odpowiedział Pan na mój e-mail.
Z poważaniem,
Ryszard Sternik
Kitchener
Od redakcji: Nam jest również miło.
"Polish ghetto"
Chciałem poinformować szanownych czytelników "Gońca", iż w miesiącu
kwietniu będzie w dystrybucji w ontaryjskich szkołach podstawowych ulotka
wydana przez SCHOLASTIC zachęcająca do zakupu pewnych książek sprzedawanych
przez powyższą firmę.
Niby nic nowego, ale na uwagę zasługuje notatka na temat
książki Yellow Star "Of the 270000 Jews who were forced into this Polish
ghetto, only 800 survived".
Jakże nasze nowe pokolenia kanadyjskiej młodzieży będą się odnosić
do ludzi, którzy jakoby zmusili Żydów do getta.
Polscy rodzice
Od redakcji: Proszę protestować!
***
Pana S., który na adres redakcji "Gońca" napisał list do red.
Krystyny Starczak-Kozłowskiej w związku z jej artykułami o sytuacji małżeństwa
w Kanadzie - prosimy o telefoniczne zgłoszenie się do redakcji w celu nawiązania
kontaktu z panią Krystyną.
Szanowny Panie Redaktorze,
Dowiedziałam się właśnie z prasy, że 26 polskich policjantów
zostało rannych w starciach z Serbami w Kosovskiej Mitrovicy. Co polscy
policjanci robią w Kosowie? Co polscy żołnierze robią w Iraku, Afganistanie
i w państwach afrykańskich?
Nie mogę zrozumieć, jak polskich katolików nie oburza widok abp.
Leszka Głódzia żegnającego i błogosławiącego znakiem krzyża polskich żołnierzy
wyjeżdżających do okupacji odległych nam krajów, z którymi nie wiązały
nas żadne konflikty. A relacja telewizyjna z pogrzebu zabitego w Iraku
polskiego żołnierza i nazwania go przez księdza sprawującego mszę pogrzebową
bohaterem zakrawa na skandal.
Ostatnio jeden z moich znajomych wynajął mieszkanie w Polsce
żołnierzowi, który powrócił z Iraku. W trakcie rozmowy związanej z wynajmem
mieszkania mój znajomy zadał kilka pytań dotyczących tej osoby. Żołnierz
powiedział, że ma 24 lata, do Iraku wyjechał, aby zarobić na sportowy samochód,
o którym zawsze marzył. Właśnie ziścił to marzenie. Teraz przygotowuje
się na misję pokojową do Czadu, tj. ma swoje cele finansowe, a ten wyjazd
może je zrealizować. Z wynajętego mieszkania korzystał dwa miesiące. Jadąc
wymarzonym sportowym samochodem z wielką szybkością, uległ śmiertelnemu
wypadkowi. Po jego osobiste rzeczy do wynajętego mieszkania mojego znajomego
zgłosiły się matka i siostra tego żołnierza. Obydwie rozpaczały niesamowicie.
A matka rwała włosy z głowy. Mojego znajomego zastanowiło, jak matka mogła
pozwolić synowi wyjechać do Iraku okupować i zabijać niewinnych ludzi.
Polacy nie mają żadnego zagrożenia ze strony tego państwa. Jak
ta kobieta wychowała swojego syna? Ogłupienie polskiego społeczeństwa przez
media, a nawet ludzi Kościoła jak abp Głódź, jest przerażające i trudne
do racjonalnego wytłumaczenia. Uważam, że polskich żołnierzy, którzy zatrudniają
się za pieniądze do okupowania obcych odległych nam krajów, zabijających
miejscową ludność, należy nazwać po imieniu - płatni mordercy. A nazywanie
ich przez księdza katolickiego bohaterem zakrawa na kpinę i woła o pomstę
do nieba. Rozumiem, że w Polsce jest bieda, a gospodarka zrujnowana, niskie
zarobki, ale to nie usprawiedliwia bycia płatnym najemnikiem w interesie
obcych Polsce sił osłabiających polską rację stanu.
Dlaczego polskojęzyczny rząd w Warszawie traktuje Polaków jako
mięso armatnie? A kropidło i kadzidło do tego naprawdę nie pasują.
Zatroskana
Grażyna M. Królówna
Od redakcji: Żołnierze polscy nie powinni służyć poza Polską,
chyba że w misjach pokojowych ONZ.
GONIEC NR
11/2008 (219)
(14-19
marca 2008)
Szanowny Panie Andrzeju
(do p. Andrzeja Strzelczyka)
Oczywiście nie chcę ignorować Pana "głosu bólu" z "Listów Gońca"
z dnia 7-13 marca '08. Pisze Pan: "...20 lat temu byłem stroną, w której
odczułem, jak działa dyskryminacja w ontaryjskim prawie rodzinnym...".
Jednocześnie zabraniam Panu manipulowania stwierdzeniem: "Jeśli
ktoś spokojnie przeczyta fakty w artykule (moim - =Prawo Edyty?), to znajdzie
w nim dużo sprzeczności" (!?!?). Proszę zauważyć określenia: "uwierzono
w oszczercze słowa męża". To koniec Pana cytatu. Nie skorzystam również
z Pana rady, bym skontaktował się z ojcem dziecka.
Jeśli napiszę, że nie zrozumiał Pan idei "Prawa Edyty", to to
stwierdzenie nie będzie oszczerstwem wobec Pana. Widzę bowiem nieszczelności
w "systemie prawnym". I dlatego, by uhonorować córkę mych Przyjaciół, chcę
wystąpić do parlamentu o "Prawo Edyty" (oczywiście po śledztwie), by na
podstawie oszczerczego telefonu nie pozbawiono rodzica "prawa do dziecka"
(czy to matki, czy to ojca). By rodzina strony nie zapożyczała się na kilkadziesiąt
tysięcy dolarów, by udowodnić oszczerstwo oskarżenia (wydane na adwokatów,
psychologów, socjologów etc....) (czy to ze strony matki, czy ojca). I
by opinia psychiatry, socjologa... czy wreszcie sądu, wykazująca brak jakichkolwiek
podstaw do rzuconego oszczerstwa, nie była wydawana w "tempus passati",
by żadne dziecko nie musiało pytać: "gdzie jest mamusia?", "gdzie jest
tatuś?".
Wiem, że ta "rozmowa" będzie "trudna i długa", i sam nic nie
zrobię. I oczekuję pomocy wszystkich Państwa (włączając Pana - Panie Andrzeju).
Wiem, że "pióro pozwala się namyślać, przywraca słowu jego wagę
i mimo słusznego pesymizmu twierdzenia, iż papier jest cierpliwy - dużo
mniej głupstw się pisze niż mówi. Słowo pisane zmusza do odpowiedzialności..."
(to cytat słów śp. mecenasa Wł. Siła-Nowickiego). I oczekuję, że przyśle
Pan swe zarzuty wobec mnie. Mam nadzieję, że mogę liczyć na wszystkich
Państwa w "sprawie" - "Prawa Edyty".
Jednocześnie chcę prosić Państwa o serdeczną odpowiedź
na apel o "Pomoc dla Rodziny Lewandowskich", konto zostało założone w Credit
Union - nr 112699 - która będzie wyrazem naszej solidarności w bólu z tą
rodziną. W próbie "niesienia krzyża".
Przesyłam ukłony, szczęść Boże
Aleksander Jamróz
Od redakcji: XXX
Wrażenia z Polski
Będąc w ostatnich miesiącach w Polsce, przeglądając prasę, śledząc
dzienniki TV, odniosłem wrażenie, że środki masowego przekazu stosują psychotechniki
do ogłupiania widzów i czytelników.
Zastosowana technika to proporcja 2:1 lub 3:1. Zaprasza się zawsze
3 polityków do dyskusji, jednego z PO, drugi LiD i trzeciego z PiS. Redaktor
prowadzący rozpoczyna temat przygotowany wcześniej i manipuluje pytaniami
i odpowiedziami. Strona biorąca udział w dyskusji nie ma żadnych szans
na przedstawienie swojej opinii w całości, jeżeli mija się z poglądami
redaktora. Najczęściej z tej dyskusji eliminuje się przedstawicieli opozycji,
czyli PiS. PO oraz LiD są cichymi wspólnikami polityki prowadzonej przez
Platformę.
Zaproszenie sławnego prof. Grossa do Polski było przyzwoleniem
premiera D. Tuska i jego rządu. Kilkakrotnie widziałem tego oszczercę w
TV, jak oskarżał naród polski, paszkwile z wydanej książki pt. "Strach".
Prowadząca wywiad dziennikarka dodawała otuchy, by czuł się swojsko. Wystarczyło
zadać tylko jedno pytanie prof. Grossowi, czy Żydzi byliby skłonni udzielić
pomocy Polakom w owym czasie. Polacy jednak to czynili, narażając swoje
rodziny na śmierć. Mamy dzisiaj zapłatę.
Mało tego, w ostatnich tygodniach lutego rzucono znowu temat
w środkach przekazu, marzec 1968 r. Prześladowania i wypędzenia najlepszych
synów na emigrację. Rocznica 40. marca, która przypada w tym roku,
ma być manną z nieba w postaci automatycznego przyznawania obywatelstwa
polskiego, między innymi dla tych, co serwowali wyroki w sądach na obywateli
polskich, dzisiaj żyją w Anglii, Skandynawii i Izraelu. Polakom pozbawionym
obywatelstwa po roku 1945 nie przyznaje się obywatelstwa, a jedynie Kartę
Praw Polaka - o zgrozo!
Bunt studentów w marcu 1968 r. na Uniwersytecie Warszawskim został
upozorowany przez synów, których ojcowie byli w większości przy władzy
PRL-u. Jakie były konsekwencje marca, a takie, że dalej kontynuowali studia
w kraju i na Zachodzie. Studentom lat 50. i 60., których ojcowie należeli
do ZWZ i AK, nie przyznawano wiz na Zachód, wcielano do wojska, kompanii
roboczych (karnych). Rodzinom żydowskim aż do roku 1972 pozwalano emigrować
pod pretekstem wypadków marcowych. W większości byli to repatrianci ze
Związku Radzieckiego. Polska była dla nich przystankiem do wyjazdu na Zachód.
Wcześniej w różny sposób zdobywali pochodzenie.
Zwracam się do Kongresu Polonii Kanadyjskiej o wniesienie protestu
do rządu i Prezydenta Rzeczypospolitej przeciw automatycznemu nadaniu obywatelstwa
polskiego dla wszystkich emigrantów marcowych.
Z poważaniem dla redakcji
F. Rodziewicz
Od redakcji: Może więc na początek dla emigrantów "marcowych"
- "Karta Polaka" - oczywiście, jeśli chcą...
Czarna lista
Szanowny Panie Redaktorze,
Słyszeliśmy ostatnio o tzw. Czarnej liście polskiego MSZ, na
której są nazwiska osób, z którymi polskie konsulaty otrzymały zakaz kontaktów.
No i dobrze - teraz powoli będziemy wiedzieć, kto jest na łańcuszku
polskiego MSZ, a kto nie. Np. pan Jerzy Czartoryski (KPK Ottawa), jak i
pan Kobylański (Urugwaj) chyba na łańcuszku polskiego MSZ nie są, zaś np.
pan Lizoń i ZG KPK w Toronto... no jak sądzicie, Szanowni Czytelnicy...
Z poważaniem,
J.K.
Od redakcji: Gdyby życie było tak proste, jak Pan sugeruje,
nie byłoby takie ciekawe.
Dlaczego subaru?
Szanowny Panie,
Mój syn, przebywając przez jakiś czas w okresie zimy w okolicy
jeziora Simcoe, zaobserwował, że dużo mieszkańców jeździ samochodami Subaru.
Oczywiście zaraz po przyjeździe zachwalał je. Czy mógłby Pan w którymś
z samochodowych artykułów napisać coś więcej o tych samochodach? Co jest
w nich szczególnego, jakie mają zalety i wady. Co powoduje, że często kupują
je mieszkańcy małych miasteczek i wsi. Czy jest jakieś inne auto, które
konkuruje z nimi.
Z góry dziękuję.
Z poważaniem,
Ryszard Sternik
Kitchener
Od redakcji: Wszystkie samochody produkowane przez Subaru posiadają
napęd na cztery koła, dlatego są chętnie nabywane przez mieszkańców odległych
od metropolii wsi i miasteczek, gdzie przez pół roku śnieg zalega na drogach.
Zapraszam do lektury dzisiejszego odcinka gońcowej "Automanii" na stronie
42. (J. Rosa)
GONIEC NR
10/2008 (218)
(7-13
marca 2008)
Szanowny Panie
Redaktorze,
Ze smutkiem przeczytałem wiadomość o tragicznej
śmierci Edyty i z tego powodu współczuję jej rodzinie.
Chciałem jednak zwrócić uwagę, że wg mnie
sposób, w jaki artykuł został napisany, budzi wątpliwości.
Według mnie, artykuł jest mocno stronniczy
w odniesieniu do Edyty. Jeśli ktoś spokojnie przeczyta fakty w artykule,
to znajdzie w nim dużo sprzeczności. Proszę zauważyć określenia: "uwierzono
w oszczercze słowa męża". Z mojego doświadczenia, i sądzę też z doświadczenia
Pana Redaktora, w tym kraju przede wszystkim się wierzy: młodej kobiecie,
a na szarym końcu mężczyźnie. Kobiety często bezkarnie oskarżają fałszywie
mężczyzn o "seksual abuse children" i wtedy dla dobra dziecka wierzy się
kobiecie. Jeśli Pan ma jakieś wątpliwości, to proszę zapytać prawników
rodzinnych.
A swoją drogą, byłoby na miejscu, aby Pan
A. Jamróz przed napisaniem artykułu skontaktował się z ojcem dziecka, aby
wysłuchać, co ma do powiedzenia.
Na koniec chciałem dodać, że dwadzieścia
lat temu byłem stroną, w której odczułem, jak działa dyskryminacja w ontaryjskim
prawie rodzinnym. W tym czasie w biurze Official Guardian pracowały i decydowały
o "custody" wyłącznie kobiety (w większości "single mothers").
Łączę ukłony i w imię prawdy proszę nadal
bronić pokrzywdzonych, ale też nie pozwolić, aby bez wyroku wydawać sądy
o ojcu dziecka, o policji i systemie prawnym, który tak jak w nagłówku
nadal faworyzuje kobiety w prawie rodzinnym. Nie twierdzę, że jest dużo
złych mężczyzn, ale są też i złe kobiety, a i są też dobrzy mężczyźni.
Szczęść Boże.
Andrzej Strzelczyk
Od redakcji: Zgadza się, są i takie sytuacje,
ale są i odwrotne.
***
Moje imię jest
Marian Stefaniak - często ogłaszałem się w waszej gazecie -
głównie w rubryce poszukuję pracy.
Otóż sytuacja życiowa zmusiła mnie i moją
rodzinę do tymczasowego zamieszkania w Polsce - ponieważ teściowa moja
oraz mój brat są poważnie chorzy - z tego powodu będzie wymagana nasza
pomoc finansowa dla nich obojga. Z tego też powodu zwróciłem
się wielokrotnie do menedżera RBC-Royal Bank przy Dixon Rd. - Islington
o transfer wszystkich naszych oszczędności z tamtego banku - którego
jesteśmy klientami. Wysyłałem listy, faksy, email i dzwoniłem, jak do tej
pory bez żadnego skutku... Zrobiłem wszystko, czego wymagał
bank - podałem im w listach numer konta w Polsce, adres i nazwę banku,
również mój i mojej żony podpis w tym liście-podaniu.
25 lutego do banku PKO w Bogatyni - tj. tam gdzie teraz
tymczasowo mieszkamy, dzwoniła pani - mówiąca po polsku,
rozmawiając z władzami lokalnego banku PKO - pani ta po przesłuchaniach
i upewnieniach ze strony RBC powiedziała, że pieniądze z Kanady -
RBC będą przelane do Polski w ciągu 24 godzin.
26 lutego rozmawiałem z menedżerka z RBC (Dixon - Islington) panią Laurą,
która powiedziała mi, że pieniądze zostaną wysłane szybko.
Korespondencję z RBC w sprawie mojej prośby
prowadzę od grudnia 2007.
Nie mam pojęcia, o co się rozchodzi i dlaczego
ten bank po prostu mnie oblewa - dodam, że jestem klientem tego banku od
ponad 25 lat.
Prosiłbym o puszczenie tego listu w waszej
gazecie - może w rubryce "Ludzie piszą listy" - ażeby i innych ludzi
ostrzec przed podobnymi kłopotami. Kiedyś myślałem, że komuna to ostatnie
dno - ale system, jaki istnieje w społeczeństwie kanadyjskim, jest takim
samym szambem jak za czasów komuny w Polsce.
Pozdrawiam redakcję gazety "Goniec" - może
jednak ktoś mi pomoże w zaistniałym problemie, o co bym prosił redakcję
"Gońca" lub kogoś z ludzi czytających "Goniec". Za chęć pomocy z góry dziękuję.
Wasz czytelnik
Marian Stefaniak z rodziną
marianek2000@hotmail.com
Od redakcji: Może ktoś z Czytelników
pomoże Panu Stefaniakowi.
Szanowny Panie Redaktorze,
Na frontowej stronie torontońskiej "Gazety"
(wyborczej) jest logo, przypominające naszego Białego Orła - nasze godło
narodowe, które jest naszą chlubą. Wokół orła jest napis "Polska"
i jakieś mazgaje, których nie sposób odczytać, a które podobne są do alfabetu
hebrajskiego. Orzeł stoi na jakimś dziwolągu, przypominającym do pewnego
stopnia gwiazdę Dawida.
Wiem, że powinienem spytać "Gazetę", co
te symbole oznaczają, sęk w tym, że nie mam do nich żadnego zaufania, że
mogą dać na moje pytanie prawidłową odpowiedź. Może w redakcji "Gońca"
jest ktoś, kto mógłby wyjaśnić, co te wszystkie symbole reprezentują. Każda
instytucja ma prawo do zaprojektowania własnego logo, lecz używanie symboli
narodowych i wykoślawianie ich prawidłowego wyglądu jest rzeczą bardzo
ordynarną.
Z poważaniem
Zygmunt Mańkowski
Od redakcji: XXX
Za "Testament deportowanych"
dziękuję Panu
Piotrowi Subarczykowi,
IPN Gdańsk
Przeżyłem gehennę deportacji 10 lutego
1940 r. wraz z moją 10-osobową rodziną w krasnojarskich tajgach. Powrót
i osiedlenie się na tzw. ziemiach odzyskanych trwał aż do 1946 r. Dlatego
z wielkim entuzjazmem włączyłem się do zorganizowania sybiraków, najpierw
we Wrocławiu, gdzie mieszkałem, a następnie w Toronto. Przed 20 laty pomagałem
moim dzieciom w emigracji do Kanady, a następnie z żoną dołączyliśmy do
nich.
Zdawałem sobie sprawę i uświadomiłem moim
bliskim, że jest to najlepszy, choć niełatwy kraj do życia, w szczególności
dla pierwszej generacji. Bardzo jednak prześladuje mnie syndrom sybiraka,
który czasem we śnie się objawia.
Pozwolę zatem załączyć mój skromny wierszyk
"Sen Sybiraka w Canada Day", który dedykuję wszystkim sybirakom w 68. rocznicę
deportacji.
Cz. Jaśkiewicz
"Sen Sybiraka w Canada Day"
Miałem sen, dziwny sen w Canada Day
Jechałem dużym trakiem sybirskim Hwy
Wiozłem mąkę dla głodujących Sybiraków
W takich niedużych workach dziesięciokilogramowych
Jakie czasem dostaliśmy od Cioci z Polski
Będąc na deportacji w roku czterdziestym
Jechałem uliczkami trak ledwo się mieścił
Przez posiołki miasta i przedmieścia
A za nim przymocowane łańcuchem sanie
Na saniach siedzieli sałdaty Rosjanie
Dziś już do nich nie mam żalu
Bo czy można mieć żal do biedaka
Choć i ja nie bogacz ale Pan z Canady
Jestem dumny i dziękuję Tobie
Canado - dziś są Twoje urodziny
Hapy birthday śpiewają w TV i na ulicy
Patrzę z dwudziestego piętra na panoramę
Toronta
Migające światła, fajerwerków tysiące
A ja wciąż w myślach jadę trakiem
Wiozę mąkę na Sybir głodującym Polakom
Za trakiem na saniach sałdaty śpiewają
piosenki
Znałem je kiedyś na pamięć gdy byłem berbeć
niewielki
Gdyż ciągle śpiewali bajcy na placu koszrowym
Boj za rodinu boj za Stalina bojawiaja
pieśnia daraga
Tanki nowyje w boj gatowyje razgramim po
stalińsku wraga...
A dziś za moim trakiem śpiewali te same
piosenki
Ilu ich było? Właśnie się zastanawiam
Może dwustu a może tysiące i więcej
Ta liczba jest mi skądś znana
Aha - dwustu to zajęli lotnisko w Prisztinie
A dwadzieścia tysięcy mieszkało w polskie
Legnicy
Ale ich już tam nie ma - wyjechali wszyscy
Polska bezpieczna ale czy na pewno?
Choć ja się o to nie martwię, bo jesteśmy
w NATO
A na to mamy wojsko by spać spokojnie
I nie myśleć po nocach o nowej wojnie
A poza tym jesteśmy w ścisłym związku
I to nam na razie wystarcza
Pozdrawiam Sybiraków
- Czesław Jaśkiewicz
Od redakcji: Oby nigdy nie zginęła pamięć
o polskim holokauście na Wschodzie.
***
Witam, nazywam się Sebastian Staniszewski,
mieszkam w Polsce, a konkretnie na Śląsku, chciałbym dowiedzieć się lub
prosić państwa redakcję o radę w sprawie wyjazdu do Kanady, chodzi mi głównie
o to, iż wraz z moją rodziną (żoną i córką) chcemy się osiedlić na stałe
w Kanadzie, nie posiadamy żadnej rodziny w Kanadzie i po prostu jedziemy
na "ślepo", czy byłaby możliwość podania jakiegoś kontaktu, aby ktoś mógł
nam pomóc w tych pierwszych dniach, bardzo bylibyśmy wdzięczni za każdą
wiadomość, bardzo proszę o udzielenie nam jakiejkolwiek wskazówki, z góry
bardzo dziękuję i pozdrawiam.
Od redakcji: W sprawie wyjazdu radzimy
nie wyjeżdżać.
Szanowny Pan Kumor
Redaktor gazety "Goniec"
Czytam gazety, słucham radia i oglądam
telewizję polską. Zauważyłem, że oprócz p. Hanny Sokolskiej mało osób wypowiada
się na temat szkalowania i ataków na naród polski i Polskę. Znane są nazwiska
osób, które to czynią.
Uważam, że Polonia, tak jak inne grupy
etniczne to robią, powinna demonstrować, stanąć murem przed domem lub redakcją
tego, co oczernia, aż przeprosi nas, Polaków, za obrazę, a do tego zapłaci
za transport demonstrantów, bo listy i telefony niczego nie zmieniają.
Choć jestem w podeszłym wieku, staję w
szeregi demonstrantów, nie zważając, co może zaistnieć, bo żołnierz polski
walczył o wolność dla nich, a tacy jak oni nas sprzedali.
Serdecznie dziękuję energicznej i tak zaangażowanej
w te sprawy pani Sokolskiej. Życzę zdrowia, wytrwałości w pracy dla Polonii
i kontrolowania ataków na naszą grupę etniczną.
Z weterańskim pozdrowieniem
Mieczysław Lutczyk
Od redakcji: Apelujemy do wszystkich,
aby stawali w szeregi osób broniących dobrego imienia naszej Ojczyzny!
Prośba o pomoc w odnalezieniu
informacji o moim wujku
Nazywam się Andrzej Cimaszewski. Mieszkam
w Jeżewie Starym ok. 30 km od Białegostoku. Jestem najmłodszym synem Janiny
Cimaszewskiej z domu Sikorska. Moja mama ma obecnie 71 lat. Miała dwoje
rodzeństwa: Helenę i Stanisława. W czasie II wojny światowej brat Stanisław
Sikorski wbrew rodzicom: Pawłowi i Stanisławie, uciekł z domu i przyłączył
się do oddziału partyzantów. Z tego co wiem, to później udało mu się przedostać
przez granicę i dostać do Armii gen. Andersa. Dokładnych losów wojennych
mojego Wujka Stanisława Sikorskiego nie znam. Wiem, że brał udział w bitwie
o Monte Cassino, gdzie prawdopodobnie został ranny. Mamy widokówkę z Monte
Cassino. Po wojnie, jak większość polskich żołnierzy, trafił do Anglii,
gdzie ożenił się z Angielką. Potem wyjechał do Kanady. Wujek nie był w
najlepszych stosunkach z ojcem. W zasadzie listy to pisał do matki. Po
jej śmierci w 1956 roku przestał utrzymywać kontakty z rodziną. Próbowaliśmy
nawiązać jakiś kontakt, ale bezskutecznie. W zasadzie mojej mamy Stanisław
prawie nie znał, mama miała zaledwie trzy lata.
Próby odnalezienia Brata mojej mamy w latach
70. podjął się nasz daleki kuzyn mieszkający w Connecticut. Zdołał
on ustalić jego adres, który podaję: Stanisław Sikorski, 24 Ardglen
Dr., Brampton, Ontario L6W 1V2. Adres ten otrzymaliśmy na krótko przed
śmiercią mojego dziadka Pawła Sikorskiego. Wysłaliśmy mu zdjęcia z pogrzebu,
które chyba dotarły, bo zwrotu nie było. Lubię grzebać czasami w Internecie
i dzięki temu dowiedziałem się o wspólnocie polonijnej w Brampton i tygodniku
"Goniec". Wystarczyło w wyszukiwarkę Google wpisać Stanisław Sikorski Brampton
i tak was znalazłem. Liczę mocno na jakąkolwiek pomoc z waszej
strony w uzyskaniu informacji o moim Wujku. Czy żyje? Jeśliby żył, to miałby
ok. 85 lat. Czy ma jakąś rodzinę?
Byłbym bardzo wdzięczny za okazane zainteresowania
moją sprawą. Bardzo proszę o jakąś odpowiedź na mój list drogą elektroniczną
na mój e-mail: cimaszewski@wp.pl lub adres: Andrzej Cimaszewski, Jeżewo
Stare 15, 16-080 Tykocin, Polska.
Andrzej Cimaszewski
PS Brat mojej mamy urodził się we wsi Babino.
Od redakcji: XXX
GONIEC NR
9/2008 (217)
(29
lutego - 6 marca 2008)
Szanowni Państwo,
Czy z waszą pomocą byłoby możliwe odnalezienie krewnego, Romualda
Mikołajczyka, który w roku 1967 lub 1968 wyjechał do Kanady, prawdopodobnie
do Toronto. Pochodził z Krościenka, ojciec Franciszek. Przed wyjazdem mieszkał
w Trzebini, ulica Słowackiego 34, województwo krakowskie. Pracował w Hucie
w Trzebini. Obecnie Romuald Mikołajczyk może mieć około 80 lat. Sprawa
bardzo pilna. Poszukuje go Czesław Mroczek, syn Cecylii i Franciszka.
Telefon domowy + 48 032 288 81 53 Czesław-mroczek@wp.pl.
Od redakcji: XXX
Szanowny Panie Kumor,
Czuję się w obowiązku zareagować na artykuł pańskiego autorstwa
"Nie ma to jak w bantustanie", bo uważam, że mam wiele do powiedzenia w
sprawie, na której się znam. Nie przebiera Pan w słowach, krytykuje i poniża
ludzi, których jedynym grzechem jest to, że: 1) albo nie mają zdolności,
2) mają zdolności, ale nie mają chęci, 3) mają zdolności, ale brak ambicji,
albo 4) mają zdolności, ale nie mają warunków, 5) nie mają zdolności i
warunków/motywacji itd.
Uważam, że znam się na edukacji, mając za sobą 9 lat pracy w
zawodzie nauczyciela w Polsce po studiach dziennych, byłam też dyrektorką
szkoły i metodykiem. Co prawda nie pracuję już w tym zawodzie (z wyboru),
choć skończyłam wymagany rok studiów na York University. Dużo czytam o
edukacji, interesuję się nią, gdyż mam tutaj dwójkę dzieci w szkołach -
jedno w ósmej klasie, drugie w dziesiątej. Sprawy szkoły są i zawsze będą
mi bliskie. Nie omieszkam też wspomnieć, że będąc uczennicą, przeszłam
niezłą szkołę od podstawowej, poprzez średnią, studia i podyplomowe. Byłam
więc po obu stronach barykady. I wiem, o co chodzi w tym temacie. I nie
ma w nim prawie nic z tego, co wymienia Pan - zero wymagań, odbieranie
przez państwo zdobycia porządnego wykształcenia itp. Otóż wcale nie uważam,
że to dobry pomysł szkół tylko dla czarnej dziatwy, zwłaszcza że dla całej
reszty też trzeba by było utworzyć jakieś inne szkoły, bo odpadanie w nich
wynosi 30 proc., a więc "tylko" o 10 procent mniej niż u czarnych. Też
nieładnie. Jest to m.in. rezultat reform M. Harrisa sprzed ponad dekady.
Jeżeli uważa Pan, że brak sukcesów i postępów w nauce bierze
się z tego, że następuje rozkład rodziny, nie ma wzorców do naśladowania,
to przecież tym bardziej państwo powinno pomóc takiej młodzieży poprzez
zapewnienie zawodu, niekoniecznie wszechstronnego wykształcenia. Najlepiej
by było przy szukaniu wyjścia z problemu wziąć pod uwagę zdolności jako
kryterium. Byłoby wtedy słusznie i sprawiedliwie. Ale tak nie ma nigdzie
- ani w Polsce, ani w Kanadzie. Tutejszy, mimo że niedoskonały system jest
lepszy, bo daje większe szanse większemu spectrum uczących się.
Pisze Pan, że "zaniżanie poziomu nic nie da". Czyżby? Chociaż
powinniśmy najpierw zapytać, co to jest ten poziom? Słyszałam wiele razy
od naszych rodaków, że w Polsce jest wyższy poziom niż tutaj. Poziom to
są wymagania, które teoretycznie uczeń ma osiągnąć. Celowo użyłam słowa
"teoretycznie", bo jak wszyscy wiemy, w praktyce jest inaczej, tzn. zdolni
osiągają ten poziom, ale co z całą rzeszą uczniów o zdolnościach średnich
i słabych? Czy jeżeli nie dorównują uczniom zdolnym, ich poziom wiedzy
też jest wysoki? Poziom to też stała wielkość, która nigdy się nie zmienia.
Ale dlaczego nie zmienić czegoś, co się nie sprawdza, nie zdaje egzaminu?
Absolutnie nie, bo uczeń musi kuć po nocach z każdego przedmiotu? Proces
nauczania jest właśnie procesem (czymś długotrwałym), a uczeń jest obok
nauczyciela jednym z ogniw tego procesu. Jeżeli uczniowi każe się
wykuć temat na jutro albo wiersz na pamięć na jutro, to już jest zaprzeczenie
procesu, to jest nagłość, która jest wrogiem zdobywania i ugruntowywania
wiedzy. A zadaniem szkoły jest m.in. wdrożyć człowieka do ciągłego uczenia
się, po ukończeniu szkoły też. Zadaniem szkoły jest zachęcanie, pomaganie
w zdobywaniu wiedzy, uczynienie tego przyjemnością, a nie przymusem.
Pytam więc, czy uczniowie o mniejszych zdolnościach mają być
potępieni i odrzuceni na zawsze, bo nie osiągają poziomu? Czy nie byłoby
lepiej dla takiego znaleźć się w klasie, gdzie nauczony materiał byłby
dostosowany do jego poziomu intelektualnego? Jakże cierpi takie dziecko,
które odstaje, nie dorównuje, nie muszę chyba przekonywać. Szkoła ma też
aspekt psychologiczny, o czym nikt nie mówi, a który jest bardzo ważny.
Oprócz wiedzy uczeń nabywa w szkole pewności siebie, sposobu postępowania
w życiu, różnych innych umiejętności, jak np. znalezienia się w społeczeństwie
czy grupie. Ograniczenie zadania szkoły tylko do zdobywania wiedzy jest
błędem. A to Pan sugeruje.
Mam przykłady z życia swojego, gdy byłam uczniem i też gdy byłam
nauczycielem, że tzw. poziom wręcz przeszkadza. "Wysoki poziom" sprawił,
że prawie połowa mojej ósmej klasy skończyła edukację na właśnie ósmej
klasie, bo wydawało im się (taka była też opinia nauczyciela), że do żadnej
szkoły się nie nadają. A gdy już byłam po drugiej stronie, jedynie słuszny
poziom spowodował, że musiałam modyfikować program i wypełniać luki w systemie,
by w miarę stworzyć warunki dla wszystkich, a nie tylko dla tych najzdolniejszych.
To było coś, co zmieniło życie wielu moich uczniów i są wdzięczni za to
i wcale nie są gorsi od tych, którzy byli w stanie "pokonać" poziom. Znaleźli
swoje miejsce w życiu, pracują, czego życzę również tutejszym mniej zdolnym,
tym 40 proc. czarnym i 30 proc. białym z całą gamą innych grup etnicznych.
Głównym celem szkoły i uczących powinien być sukces każdego ucznia. Sztuką
jest, jak to osiągnąć. W Toronto próbują...
Z poważaniem
A.C.
PS Chciałam się wypowiedzieć, skoro jestem przy głosie, na jeszcze
inny temat, mianowicie chodzi mi o zniesienie wiz do Kanady, o które walczą
Polacy w Kanadzie na wszystkich frontach. Pomijam już to, że jest to sprawa
urzędu imigracyjnego, a nie rządu, że pan premier Harper nie ma tu nic
do powiedzenia, że Kanada jest krajem imigracyjnym, a Polska nie i choć
znam się na tym tyle co laik, to rozsądek mi podpowiada, że o zniesieniu
wiz lub nie zdecyduje sama Kanada i nic nie pomogą nasze petycje, dlatego
m.in. jej nie podpisuję. Jest jeszcze jeden ważny powód, dlaczego tego
nie robię. Otóż powinniśmy naszą energię skierować w inną stronę - popierania
podwyżek, o które walczą w kraju już obecnie wszyscy. Słusznie walczą.
Bo wstyd, by po 18 latach wolności i prawie 4 latach w Unii, w Polsce przetrwały
komunistyczne zarobki, to przez nie Polacy emigrują na stałe lub wyjeżdżają
za pracą. Dlaczego płace wszystkich nie zostały pomnożone przez co najmniej
2, a nawet 3 i 4, jak to zrobiono w Hiszpanii, gdy weszła do Unii? Absolutnie
nikt nie popiera ludzi pracy, którzy już mają dość głodowych płac i chcą
godnie żyć.
Gdyby tak się stało, nikt nie musiałby wyjeżdżać do Kanady, a
nawet wielu z nas (ja na pewno) wróciłoby do Polski na stałe i wizy do
Kanady byłyby niepotrzebne. Nikt nie chce wyjeżdżać ze swojego kraju! Pomyślmy
o tym. Sto złotych podwyżki, czy nawet 600 zł nikogo nie zadowoli.
Od redakcji: Szanowna Pani, serdecznie dziękuję za wypowiedź,
ale polemizuje Pani z artykułem, którego ja nie napisałem, wkłada mi Pani
w usta poglądy, których nie podzielam, gdybym mógł, to proszę nieśmiało,
aby Pani jeszcze raz, spokojnie przeczytała tekst.
Niezależność Kosowa
Każdy człowiek, a my, Polacy, chyba najbardziej znamy cenę wolności
i smak jej pragnienia. Wydawać by się mogło, iż powinniśmy popierać wszystkie
narody walczące o wolność, a potem cieszyć się razem z nimi. Jednak sytuacja
niekiedy jest zbyt skomplikowana i nad każdą decyzją trzeba się poważnie
zastanowić, przedyskutować i wysłuchać innych, co mają w tej materii do
powiedzenia. Rozwagi w podejmowaniu takich decyzji wymagać należy od polityków,
którzy powinni myśleć i patrzeć w przyszłość, nie zapominając jednocześnie
o przeszłości. Trzeba w takim przypadku sięgnąć do historii własnego kraju
i przewidzieć ewentualne skutki przez podjęcie niewłaściwej decyzji. Te
słowa należy skierować do obecnie rządzących z premierem Tuskiem i szefem
MSZ Sikorskim na czele, którzy zadowalają się uśmiechem lub poklepaniem
po plecach. Wracając do pochopnej decyzji obu polityków, dotyczącej uznania
niepodległości Kosowa, podejrzewam, że nie uruchomili mechanizmu własnej
wyobraźni nawet po rozmowie z Panem Prezydentem, który jest bardzo powściągliwy
w takiej decyzji.
Chcę obu panom powiedzieć, że pośpiech jest wskazany przy łapaniu
pcheł, a nie w podejmowaniu tak ważnych decyzji.
Znając historię Polski: zabory, rozbiory, wojny i powstania przeciwko
najeźdźcom, pamiętajmy, że wszyscy nas zostawili i nikt nad nami nie płakał.
Gdy po wielu latach walk i morzu przelanej krwi Polska wywalczyła niepodległość,
nikt nie cieszył się razem z nami i nikt nie pomagał w odbudowie kraju.
Fakt, że były to inne czasy, ale mając za sobą taki bagaż doświadczeń,
powinniśmy być bardziej ostrożni. Wiele krajów europejskich ma swoje mniejszości
etniczne i wiele z nich, tak jak Albańczycy z Kosowa, chciałoby stanowić
swój mały kraj, ale czy oni byliby w stanie sami siebie utrzymać pod względem
gospodarczym i militarnym? Kto więc będzie chciał wziąć ten ciężar na swoje
barki. Można powiedzieć, że obowiązują nas umowy międzynarodowe, że biednym
mamy obowiązek pomagać, i tak się też dzieje, ale czy wiemy, że na tym
mogą skorzystać zupełnie inne kraje?
Tak szybka decyzja premiera Tuska i ministra Sikorskiego podyktowana
jest jak zwykle chęcią przypodobania się sąsiadom. Mogą to robić, bo bardzo
to lubią, ale nie wolno tego robić kosztem całego społeczeństwa własnego
kraju. Polska racja stanu musi stać ponad wszystkim. Kiedy zniewolone
narody świata pragną suwerenności, rząd D. Tuska suwerenność Polski chce
oddać dobrowolnie w ręce Unii Europejskiej, poprzez ratyfikowanie Traktatu
lizbońskiego, bez jakichkolwiek warunków. W mojej ocenie, jest to zdrada
polskiej racji stanu, jest to kolejny akt okłamania polskiego społeczeństwa.
Premier Tusk ma obowiązek zapoznania społeczeństwa z treścią owego traktatu,
a śmiem twierdzić, że i on sam tej treści nie zna, gdyż nie było tłumaczenia
na języki wszystkich państw członkowskich.
Dlatego też apeluję do Rodaków w kraju, aby domagali się zapoznania
z treścią traktatu i w dalszej kolejności przeprowadzenia referendum co
do jego ratyfikacji. Nie pozwólcie Rodacy, aby sprzedano Was bez Waszej
wiedzy i zgody. Aby grupa anty-Polaków decydowała o Waszym losie i losie
naszej ukochanej Ojczyzny. To, co dzieje się obecnie w Polsce, napawa nas
wielkim niepokojem. Obudźcie się i organizujcie się, oby nie było za późno.
Poprzednia ekipa rządząca nie była wolna od błędów, ale szła w dobrym kierunku
i zrobiła mniej zła przez 2 lata niż obecna ekipa przez 100 dni. Ratujcie
siebie, ratujcie naszą Ojczyznę.
Jolanta Krawczyńska
Hamilton
Od redakcji: Nic o nas bez nas!!!
Szanowny Panie Redaktorze,
W Kwartalniku SPK - VIII-XII - 2007 w liście do Redakcji ukazał
się list kol. Paudyna, który wymaga wyjaśnienia kilku punktów mylnie podanych.
Moje pytanie "dla kogo i po co" nie ma nic wspólnego z treścią moich listów.
Odnosiło się wyłącznie do propozycji budowy windy w Domu SPK.
Jeżeli mówimy o Domu SPK, że tylko członkowie Koła mogą decydować
o jego losie, to jak może być inaczej? Problem polega na tym, że którzy
to członkowie. Weterani, którzy go budowali, a których za parę lat już
nie będzie, czy to młode pokolenie, ich dzieci, Kanadyjczycy polskiego
pochodzenia, których język jest językiem angielskim i z naszą organizacją
(za wyjątkiem kilku) nic ich nie łączy. Czy też członkowie Koła ostatniej
emigracji z PRL-u. Większość wykształcona, inteligentna, ludzie, którzy
szybko się zorientowali, że po co swój "kąt" budować, jak można już stojący
bez wysiłku uzurpować, tylko trzeba poczekać. Bo jak inaczej można sobie
tłumaczyć wypowiedź jednego z nich na Nadzwyczajnym Walnym Zebraniu Testamentowym,
który oficjalnie oświadczył, że "po co pisać testament, który można zmienić,
bo przecież ten dom już jest domem polonijnym". Tak mówią propagandziści.
Rzeczywistość natomiast dużo inaczej wygląda. Jeżeli ten dom jest już domem
polonijnym, to jako siedziba społecznych - cywilnych organizacji zobowiązana
będzie do płacenia dużego podatku (w 1991 roku miał wynosić 48.000 dol.,
dzisiaj może dwa razy tyle), który wraz z kosztem utrzymania budynku będzie
tak duży, że żadna z nich nie będzie nigdy w stanie go pokryć. Kombatanci
tylko są zwolnieni od podatku, i to też już się kończy. Dom będzie musiał
być sprzedany, o czym zresztą obecny Zarząd Koła w swojej korespondencji
bez przerwy nadmienia. Jeżeli my tego nie zrobimy, to zrobią to za nas
ludzie innych zapatrywań i obcej dla nas ideologii, bez żadnej gwarancji
zabezpieczenia majątku i pamięci po tych, który ten majątek tworzyli.
A jeszcze raz zwracam się do trzeźwo myślących kolegów weteranów,
zajrzyjcie do Statutu SPK, który słowami w artykule 2 - par. 4(b) wyraźnie
zobowiązuje nas do, cytuję: "utrzymania łączności z Narodem Polskim, obrony
Jego dobrego imienia, oraz szerzenie prawdy historycznej o Polsce". - Zmiana
dużego obecnego domu na mniejszy, może jeszcze ładniejszy, zapewni nam
możliwość beztroskiej gospodarki i spędzenia ostatnich lat naszego życia
w koleżeńskiej atmosferze, jaka istniała w przeszłości, a której dzisiaj
już nie ma. Przez stworzenie początkowego zaplecza finansowego, które z
kolei umożliwi nam powołanie instytucji dla przekazywania prawdy historycznej
o Polsce, jak również kontynuowania dalszej współpracy z organizacjami
Polonii kanadyjskiej.
Pozostaje jeszcze list prezesa Koła, dołączony do Kwartalnika,
który jest przedrukiem listu sekretarki z maja 2007, do dziś dnia pozostającego
bez odgłosu. Jedyna w nim zmiana to ta, że o inwalidach już się nie mówi,
skoro ich nie było, nie ma i nie będzie. Teraz nowym problemem są weterani,
którym ciężko jest wejść do audytorium. W 1973 roku na inauguracyjnym bankiecie
tacy też już byli. A teraz będąc jednym z nich, głęboko im współczuję,
ale zapewniam, że w naszym nowym mniejszym "domku" schodów na pewno nie
będzie, a windy w obecnym prawdopodobnie też nie. Bo biorąc pod uwagę tempo,
w jakim zebrano 22.000 dolarów na ćwierćmilionową windę, to za dwadzieścia
lat można będzie budowę zacząć. Tylko wtedy koszt będzie dwa razy większy,
na miejscu obecnego "pomnika" jakaś inna struktura stanie, a po weteranach,
miejmy nadzieję, może tylko pamięć pozostanie.
Budować windę, jeszcze raz się pytam: dla kogo to i po co?
Z weterańskim pozdrowieniem
W. Wodkiewicz, Dipl. Arch.
Od redakcji: Dziękujemy za list, zapraszamy na łamy osoby,
które mają inne zdanie, a którym leży na sercu przyszłość budynku SPK.
Szanowny Panie Redaktorze,
O Wojtku niedźwiedziu, żołnierzu II Korpusu, pisał p. R. Paudyn
w "Gońcu" z dnia 15-22 lutego 2008 r., więc ja nie będę się powtarzał.
Chciałbym przytoczyć fakt w skrócie - jakim bohaterem okazał się Wojtek?
Gdy pewnego dnia Arab chciał z magazynu ukraść broń, Wojtek przyczynił
się do tego, że niedoszły złodziej został złapany przez wartę. W nagrodę
dostał swój ulubiony napój - piwo. Tak zaprzyjaźnionego niedźwiedzia z
żołnierzami nie było na świecie. Był zarejestrowany jako żołnierz ze wszystkimi
przywilejami przysługującymi żołnierzowi. Brał udział w walkach.
Jest pięknym gestem pani Aileen Orr, żeby postawić pomnik Wojtka
w Szkocji (Edynburg).
Ja proponuję, żeby drugi pomnik postawić w Warszawie. W Polsce
mamy wspaniałego działacza do spraw weteranów p. pułkownika dyplomowanego
Lecha Pietrzaka w Warszawie. Gdyby zwrócić się do Niego z prośbą, może
zechciałby objąć patronat nad budową pomnika. Założyć konto bankowe "Wojtek"
w Credit Union, a ja jako pierwszy donator daję 100 dol. Sądzę, że żołnierze
i ich rodziny oraz cała Polonia winna poprzeć tę inicjatywę, a pamięć o
Nim i Jego historia pozostałaby na wieki.
Z weterańskim pozdrowieniem
M. Lutczyk
Prezes SWAP
im. gen. Wł. Sikorskiego
Oshawa
Od redakcji: Szanowny Panie, pomnik Wojtka dobra rzecz, ale
jeszcze lepszą byłoby nakręcenie filmu o Wojtku i upowszechnienie tej historii
wśród młodzieży szkolnej.
GONIEC NR
8/2008 (216)
(22-28
lutego 2008)
***
I am "Catholic Register" regular subscriber for years. I was
least to say shocked to find in February 8th editorial written by John
Bentley Mays "Follow Christ's sacrificial example" the following insulting
statement:
"How could nominally Christian nations, such as Germany and Romania
and Poland, have willingly colluded with the Nazis in their attempted destruction
of the Jewish people?"
How you can put nation as Germany who elected democratically
Adolf Hitler and started II World War, committed the most horrible crimes
with victim nation. The only one country in Europe who had no collaboration
governments of any sort like unfortunately other nations you choose to
select. I didn't expect such a thing in national Catholic newspaper. I
hope for correction.
The article can be found at http://www.catholicregister.org/content/view/1526/852/.
Andrew Rychlicki
PS The definition of the word colluded is: "to act together secretly
to achieve a fraudulent, illegal, or deceitful purpose; conspire."
***
Antypolska propaganda Grossa działa
Pismo amerykańskich katolików "Catholic Register" opublikowało
artykuł, w którym oskarża się Polaków o współudział z Niemcami i Rumunami
o wymordowanie Żydów. A niektórzy chcieli lekceważyć i ignorować Grossa.
Obecnie Kongres Polonii Amerykańskiej wysyła listy protestacyjne.
Gdyby ktoś się chciał dołączyć, poniżej są adresy.
Stan Sas
Author: jbmays@catholicregister.org
editor@catholicregister.org
Od redakcji: My się dołączamy, jak zwykle...
Wizy do Kanady
Szanowna Redakcjo!
Redakcja zachowuje zasady dyskusji, czego jednak nie można powiedzieć
o niektórych osobach piszących do Was listy. Bez względu na to, czy podzielamy
czyjś pogląd, czy też nie ... obowiązuje grzeczność.
Niestety, w numerze 6/2008 osoba "odważnie" podpisująca się J.K., parokrotnie
nazywa zajmujących się zniesieniem wiz do Kanady, a więc i Kongres Polonii
Kanadyjskiej... "dyplomatołkami"!!!
Dodatkowo obraża wszystkich Polaków, zakładając "a priori", że
zniesienie wiz dla Polaków pociągnie konieczność... zwiększenia szeregów
policji!?! - nie dziwiłabym się, gdyby to pan Gross w ten sposób kwitował
całą sprawę.
Myślę, że umiejętność pisania po polsku nie ma w tym przypadku
nic wspólnego z polskością.
Nie jestem zwolenniczką zniesienia granic państwowych, ale podpisuję
się za zniesieniem wiz, zwłaszcza z przyjaznymi krajami - kto się nie zgadza...
ma prawo, lecz niech nie obraża (uszczypliwość może mieć też inną formę).
Wracając do sprawy wizy kanadyjskiej, muszę zwrócić uwagę
J.K., że choć są one w większości przyznawane, to kryje się za tym mnóstwo
biurokracji pochłaniającej ludzki czas, nerwy (m.in. co z rezerwacją biletu?)
i oczywiście koszty, związane często z parokrotnym przyjazdem i pobytem
w stolicy... finalnie: wielki stres.
Same zaś koszty podróży i wizy, różnica czasu (przystosowanie
się do niej!) i praca (byle jaka za... centy!), o ile rzeczywiście ktoś
ją planuje z poczuciem nielegalności... nie są atrakcją w porównaniu
z możliwościami w krajach unijnych.
Formalności wizowe zniechęciły znanych mi, prawdziwych turystów
do odwiedzenia Kanady, jako że uznali: iż bez żadnych ceregieli i upokorzeń
mogą spędzić wakacje tam, gdzie ich obecność i wydatki z nią związane będą
mile widziane.
Przykro patrzeć, kiedy wysiłek społeczników nie jest solidarnie
popierany. Cóż, są ludzie i ludziska i wszystkich trzeba tolerować.
Popierajmy nasze polonijne organizacje i ich akcje, w tym i tę "bez wizy
do Kanady"... a jeśli mamy inne zdanie, nie musi ono być wyrażone w inwektywach.
Z poważaniem
Małgorzata Kossowska
Od redakcji: Oczywiście, że wizy do Kanady powinny być zniesione
w interesie nas wszystkich. Mniej utrudnień to więcej kontaktów, w tym
również turystycznych i biznesowych, oraz więcej wzajemnego rozumienia
się.
Może...
To właśnie jest podstawowe hasło, jakim szermuje PO i PSL, czyli
koalicja stanowiąca w Polsce rząd... wszystko opiera się na tym właśnie
słowie-wytrychu i wyraźnie widać skutki:
- Od marca nie będą potrzebne wizy do Kanady...
- Po raporcie Pitery... CBA i Kamiński do likwidacji...
- Rosja zadowolona i zniosła embargo...
- Wszyscy dostali podwyżki...
- Gastarbeiterzy wracają, korki na granicach...
- W kraju jest lepiej, a cuda dopiero przed nami...
Zgodnie z tym tokiem myślenia, to wszyscy wychwalani przez medialny
srulon, są wspaniali, wprost nieskazitelni, łącznie zresztą z towarzyszami
działającymi przy obalaniu rządu premiera Jana Olszewskiego... (może?).
Jak trwoga... Oliwa sprawiedliwa... przysłowia oparte na ludowych
mądrościach, ale wszyscy mają jakieś rozumki, są nawet z nich dumni i starają
się je wykorzystywać, zaczyna się wtedy poszukiwania... inne ideały, inne
religie... wszystko wymyślone naszym rozumkiem, musi być lepsze, ciekawsze
od tradycji. I w tym momencie zaczynają się schody... Ciekawa jest postawa
komunistów, w imię nowoczesności i równości wyrżnięto i ograbiono rodziny,
które przez wieki dorabiały się, pracowały na swój byt. Uwierzono antysemicie
Marksowi, taki był mądry i nowoczesny, ale "opłaciło się", złodzieje podzielili
się cudzym majątkiem.
Po kilkudziesięciu latach okazało się, że mamy kilku miliarderów,
ludzi, którzy podporządkowali sobie całe sektory gospodarki... sprawiedliwości
dziejowej stało się zadość... (???). Teraz tow. Kwaśniewski w obawie o
majątek wspomina coś o świętym prawie własności, wyraźnie boi się o "swój
majątek"... Dziwne, ale MOŻE i do niego dociera prawda, ostatecznie jest
w sytuacji podobnej do Jaruzelskiego, który dokładnie wie, komu ukradł
dom, są nawet właściciele, ale co z tego... srulon broni "nowego właściciela"
(???). Ludzi poszkodowanych przez komunistów są miliony... mało? Ale dobrze
wiedzieć, że jeśli tych spraw nie rozliczymy, to w każdej chwili możemy
spodziewać się nowych rachunków i mordów w imieniu "udoskonalonego prawa".
Dlatego właśnie warto się zastanowić, porównać swój rozumek i wiele aspektów
prawa i religii, budowanych przez wieki, tworzonych doświadczeniem i próbami
całych pokoleń.
Co znaczy nasz rozumek, kierujący się egoizmem i bardzo ograniczony...
bo przecież dostępu do Internetu nie można porównywać z wykształceniem
np. Feliksa Konecznego, historyka w jakiś dziwny sposób pomijanego, odtrąconego
przez żydokomunę.
Prawdy zawarte w dziełach Feliksa Konecznego tłumaczą, co się
działo, jakie są powody różnych zdarzeń, opisują różne bardzo próby rozwiązań...
bardzo ciekawa i pouczająca lektura, pomagająca zrewidować zakłamaną historię
nie tylko naszego kraju. NAPRAWDĘ.
Janusz Sierzputowski
Cambridge
PS Warto oglądać TVN24... głupota za głupotą i oszustwem pogania,
większość "wiadomości" podpierana właśnie tym słowem wybrykiem... MOŻE.
Od redakcji: Feliks Koneczny, owszem, wiele rzeczy wyjaśnia.
Zarząd Główny KPK
Pan Prezes Władysław Lizoń
Toronto
List otwarty
Szanowny Panie Prezesie
Będąc autorką poprzedniego listu otwartego opublikowanego w tygodniku
"Goniec" dot. stanowiska Zarządu Głównego KPK odnośnie do powierzenia panu
Markowi Borowskiemu z LiD-u stanowiska przewodniczącego Komisji ds. Łączności
z Polonią, jestem zdumiona pana wypowiedzią. Po pierwsze, nie zadał pan
sobie trudu na niezwłoczną odpowiedź, a po drugie, na konkretną odpowiedź.
Udzielił jej pan przypadkowo, podczas wywiadu na temat kanadyjskich wiz
dla Polaków, choć ten temat jest także ważny. My wiemy o tym, że pan Borowski
został wybrany, ale nie wiem, dlaczego mamy to akceptować. Wiemy też, że
sprawa wiz jest przedmiotem dla kanadyjskiego parlamentu, a mimo to czyni
pan starania z nadzieją na pomyślne załatwienie. Nie ulega wątpliwości,
że to są dwie identyczne sprawy, zaś jest różna przez pana interpretacja.
Swoją lakoniczną wypowiedź powtórzył pan w porannym, sobotnim
programie telewizyjnym i, jak się domyślam, uważa pan sprawę za zamkniętą.
Według mojej (i nie tylko) opinii, ta sprawa dotyczy całej Polonii, zaś
sprawa wiz (choć tak ważna) dotyczy pewnej części Polonii, bo nie
wszyscy już mają w Polsce rodziny gotowe do przyjazdu z wizytą.
Panie Prezesie, oczekujemy więc oficjalnego stanowiska ZG KPK
w sprawie kontrowersyjnego przewodniczącego Borowskiego, tzn. przesłania
protestu na ręce Pana Prezydenta RP, Marszałka Sejmu i Senatu, że Zarząd
Główny, jako reprezentant Polonii kanadyjskiej, nie chce i nie będzie prowadzić
rozmów z przedstawicielem takiej partii, która w większości zmusiła Polaków
do opuszczenia swojej Ojczyzny. Pan Borowski nie ma moralnego prawa ani
do rozmów, ani do podejmowania jakichkolwiek decyzji dotyczących Polaków
żyjących na emigracji. Emigracja niepodległościowo-patriotyczna oczekuje
odważnych i zdecydowanych działań ZG KPK i tylko wtedy pana apel o poparcie
i współpracę będzie potraktowany poważnie i przyniesie owoce.
Z wyrazami szacunku
Jolanta Krawczyńska
Hamilton
Od redakcji: XXX
***
"Widma" - artykuł p. Z. Wolaka w gazecie emigracyjnej "Goniec"
w Kanadzie. Wspaniała znajomość propagandy KPP, PPR, PZPR oraz indoktrynacji
ubeckiej i esbeckiej, mamienia narodu polskiego po 1989 roku przez byłą
postkomunę. Półwieczna kolaboracja żydokomuny z Sowietami doprowadziła
do wysokiej demoralizacji społecznej w PRL.
Demoralizacja ta i służalczość mieszkańców państwa polskiego
i to, jak się mówi "ktoś za mnie to załatwi" - cwaniactwo, D. Tusk zarzucił
premierowi Kaczyńskiemu nieposiadanie samochodu jako brak zasad i organizacji
w jego rządzie. Cwaniaczek Donald, a może koleś! Oglądałem to na własne
oczy, widownia przekazała więcej braw Donaldowi niż Jarosławowi Kaczyńskiemu.
Wygląda, że dobrano cwaniaczków na zawołanie.
Jako siedmioletni chłopiec za uratowanie rannego żołnierza NSZ
zostałem przyjęty jako najmłodszy żołnierz NSZ. Było to w 1952 roku w lipcu
w miejscowości Górecko koło Strzelc Krajeńskich. Pamiętam to i będę pamiętał
do końca życia, kiedy w nocy następnego dnia do mojej sypialni przyszło
trzech żołnierzy NSZ w odświętnych mundurach. Przebudzony ze snu, nie mogłem
zrozumieć, co się dzieje, jednak po pewnym czasie złożyłem przysięgę na
wierność legalnemu Rządowi RP i narodowi polskiemu. I do dzisiaj dumny
jestem z tego i zawsze noszę i będę nosił emblemat NSZ na tle narodowej
flagi polskiej.
Pamiętam, jak to w ZK Sztum w jednej celi z J. Kuroniem, kolaborantem
komunistycznym, i p. Elgembertem Golenią, żołnierzem prawdopodobnie NSZ,
powojennego walczącego podziemia, wspaniałym człowiekiem, który znał znakomicie
historię Polski, dochodziło do wiecznych kłótni między nim a Kuroniem,
który preferował zawsze porozumienie z Sowietami ponad tzw. rządem PRL.
Kanalia ten zawsze kpił z legalnego rządu RP na obczyźnie, metody Dmowskiego
tzw. kolaboracji z okupantem były dla niego niepodważalne. Wiele razy miałem
ochotę wybić mu ileś tam zębów z tego sowieckiego ryja. Jednak powstrzymało
mnie zawsze to pięć lat przedłużenia mojego wyroku. Po dwóch tygodniach
Elgembert Golenia na spacerniku wyjawił mi tajemnicę, że odbierze sobie
życie. Ponieważ przysięgłem jemu, że nikomu tego nie ujawnię, nie mogłem
temu zapobiec. E. Golenia poszedł do lekarza i po kilku dniach przeniesiono
go na pojedynczą celę. Na drugi dzień popełnił samobójstwo.
Kuroń kpił z legalnego rządu RP na obczyźnie, jednak otrzymywane
pieniądze i paczki przyjmował ten sowiecki hipokryta. Rozumiem p. Z. Wolaka
rozczarowanie i wątpliwości co do dumy z naszywki Poland. Jednakże
ja jestem dumny z mojej odznaki NSZ na tle biało-czerwonej flagi. I tak
już pozostanie do końca mojego życia.
Najmłodszy żołnierz NSZ
Mieczysław Bona
PS Kiedy się podjęło walkę, należy ją kontynuować do zwycięstwa
(walka w różnych formach), jakiekolwiek niepewności w tej materii źle wpływają
na młode pokolenie polskie, a szczególnie w kraju. Tzw. rozwiązanie AK
i oddanie broni w Mińsku Mazowieckim po II w.św. przez "Radosława" dało
przewagę PPR i ich poplecznikom. "Radosław" został po II wojnie zastępcą
Moczara w ZBOWiD w PRL, a przecież wywodził się z AK, ilu generałów WP
z armii RP wróciło do PRL i gorliwie służyło PPR-owi i jego tzw. rządowi
po II wojnie? Dochodziło do bratobójczych walk z tzw. LWP, tylko NSZ nigdy
nie złożył broni, za co nawet prostych żołnierzy prześladowano najokrutniej
w PRL. "Brygadę Świętokrzyską" wyprowadził na zachód pułkownik Dąbrowski,
w której szeregach był kwiat narodu. O tym zapominają historycy! To właśnie
oni naprowadzili na kontynuowanie walki zbrojnej, emigrację. Ilu generałów
WP służyło PRL-owi, niech czytelnicy zajrzą do historycznych książek o
SL po II wojnie.
MB
więzień polityczny
i internowany w PRL-u
Od redakcji: Chylimy czoła.
Szanowni Państwo,
Czy my, Polacy, nie powinniśmy wyrazić swojej solidarności z
narodem Serbii, na którym dokonuje się rozbiorów - patrz Kosowo? A także
wysyłać e-maile, do premiera i prezydenta RP, o nieuznawanie tego faktu
i niepodcinanie gałęzi, na której siedzimy?
E-mail do ambasady Serbii w Warszawie to: yuabapl@zigzag.pl.
Pozdrawiam
Marek Zawadzki
Od redakcji: Rozbiory znamy z własnej historii, warto to pamiętać.
Szanowny Panie Redaktorze,
Za sprawą "Głosu Polskiego" jakby odżyła sprawa czystości religijnej
spożywanych przez nas produktów. Także płaconego przy okazji tzw. podatku
koszernego. Oto adres, pod którym jest wykaz symboli potwierdzających otrzymanie
certyfikatu koszerności:
http://www.kashrut.com/agencies/ Mam
się dzięki temu dobrze, bo przy okazji pozbyłem się niepewności. Sprawdziłem,
co mam w domu, i okazało się, że nawet bardzo dużo. Dominują obwiedzione
kółkiem małe literki: "U", "R", "COM", "K". Jednakowoż pojawił mi się w
głowie niepokój. Wypływa on z oczywistej konstatacji, że jak tak będę jako
goj wykupował produkty koszerne, to czy starczy dla innych.
Od przyjaciół dostałem adres zawierający listę produktów koszernych
w Polsce. Potwierdziła się informacja z "Głosu", że są wśród nich pierniki
toruńskie. Ale nie tylko one tam są. Wystarczy sprawdzić pod adresem:
http://krakow.jewish.org.pl/pliki/1192126369.pdf
PS Okazuje się, że symbolami certyfikowanej koszerności znajdującymi
się na opakowaniach towarów w Polsce są litery: K, U, KOF-K OU, OK, OU-D.
Najczęściej otoczone są one kółkiem. Pozdrawiam.
Edward Sołtys
Od redakcji: Smacznego!
GONIEC NR
7/2008 (215)
(15-21
lutego 2008)
Szanowny Panie Redaktorze,
Z zasady nie komentuję wypowiedzi mojego następcy, ale po przeczytaniu
wywiadu zamieszczonego w ostatnim numerze "Gońca" czuję się w obowiązku
zareagować.
Fakt, że pan prezes Lizoń dotychczas nie wiedział o istnieniu
Komisji Łączności z Polakami za Granicą, dodajmy, komisji stałej Sejmu,
pozostawiam bez komentarza, natomiast muszę sprostować stwierdzenie, jakoby
"nigdy w przeszłości nie spotykaliśmy się z szefem tej komisji". Jest ono
niezgodne z prawdą, zwłaszcza w kontekście naszych starań o przystąpienie
strony polskiej do negocjacji z Kanadą w sprawie podpisania umowy o zabezpieczeniu
społecznym, określanej w wywiadzie mianem "umowy socjalnej".
W dniu 1 kwietnia 2003 roku spotkałem się z ówczesnym przewodniczącym
Komisji Łączności z Polakami za Granicą, posłem Romanem Giertychem, w celu
uzyskania jego poparcia w sprawie wyżej wspomnianej umowy. Pan poseł Roman
Giertych poparł nasze starania i przekazał mi również dokumenty, które
okazały się przydatne w trakcie spotkania z ministrem Krzysztofem Paterem
w Ministerstwie Polityki Społecznej, w dniu 4 kwietnia 2003 r.
O przebiegu obu spotkań obszernie informowałem 14 kwietnia 2003
r. w trakcie konferencji prasowej.
Jeśli chodzi o procedurę obsadzania stanowiska przewodniczącego
Komisji Łączności z Polakami za Granicą, ZG KPK zgłosił wniosek, by kandydatury
na to stanowisko były uprzednio konsultowane ze środowiskami polonijnymi.
Wniosek został przyjęty przez Prezydium Rady Polonii Świata jako Rezolucja
w dniu 13 listopada 2003 r. i, jak dotychczas, pozostał jedynie na papierze.
Z poważaniem,
Grzegorz Sobocki
Od redakcji: Rozumiemy, że chodzi Panu o poinformowanie, że
to za Pana kadencji rozpoczęto starania o podpisanie umowy socjalnej?
"Z ukosa" czy w "Krzywym zwierciadle"
Szanowna Redakcjo!
Jako że dużo czasu poświęciłam dramatowi małych firm wędliniarskich
z własnymi sklepami na miejscu oraz iż zaproszono mnie do udzielenia wywiadu
dla OMNI TV, po obejrzeniu programu "Z ukosa" 9 lutego nie mogę przejść
cicho wobec reportażu pana Wichrowskiego.
Ta parominutowa relacja filmowa okazała się gloryfikacją niesprawiedliwości
i, co więcej, wyglądała jak reklama sponsorowana przez Ministerstwo Rolnictwa.
Pochwalić mogę tylko płynność i bardzo ładne zdjęcia, działające na zmysł
smaku, a nawet węchu (tak sugestywne).
Zarówno przedstawicielka Ministerstwa Rolnictwa, jak i organizacji
producentów (tej drugiej nie należy mylić z cechem rzemieślniczym, gdyż
organizacja ta pełni tylko rolę animatora rządowych zarządzeń) upajały
się własnym głosem, mówiąc o zrównaniu wszystkich producentów i pomocnej
dłoni (!?) w postaci pomocy finansowej, której maks. granica to 25 tys.
dol. - jak pamiętamy, zmiany architektoniczne, bo o nie głównie tu chodzi,
u pana Karola sięgały blisko ćwierci miliona dolarów! Zrównanie zakładów
to... "tylko" podciągnięcie pod jeden mianownik rzeźni prowadzących
ubój zwierząt, dużych firm produkujących wędliny i małych rodzinnych, których
pracownie odrywa się od sklepów... czy słuszne? Wydłuża się również w ten
sposób drogę do konsumenta oraz zwiększa koszty!
Mowa o bezpiecznej żywności jest tu żenująca, jako że z autopsji
znane są odwołania produktów dużych firm (np. Cargill w USA), a nie z małych,
sprzedających "na bieżąco" to, co wyprodukują. Warunki zaś sanitarne nie
były powodem zamknięcia "Karl's Butcher..."!
Kingsway, jako że uległy, jest wszystkim podawany przez Ministerstwo
za przykład, bo nowe pomieszczenie w Mississaudze jest wyposażone w niezmiernie
kosztowną aparaturę (czujniki itp.) i wszystko zaczęto tam od nowa, a nie
od przeróbek starego, ale dobrze funkcjonującego (obrazowo: nowe i stare
auto - to stare może być b. dobre, solidniejsze... choć wygląda skromniej:
albo luksusowy samochód i standardowy).
Dzielny właściciel Kingsway (senior) ważył się na zaciągnięcie
ogromnego długu hipotecznego dla... trójki już pracujących z nim dzieci,
którym będąc w kieszeni ojca, łatwo o optymizm i chełpliwość. Pan
Steve ani właściciel "Village..." (nie pokazany) nie mają kontynuatorów,
podobnie jak pan Rembacz, który nie przybył na filmowanie. Nakład finansowy
można nazwać inwestycją (jak w przypadku Kingsway), gdy przyniesie zysk,
w przeciwnym razie to tylko wydatek, na który nie mogą pozwolić sobie nie
pierwszej młodości masarze.
Na pewno na panu Wichrowskim wrażenie zrobił nowy Kingsway w
porównaniu z malutkim sklepem-wytwórnią pana Steve'a - otwartym tylko 3
dni w tygodniu, gdyż pozostałe 3 dni to czas produkcji (pokazano wycinanie
tłuszczu i porcjowanie mięsa, bo tam robi się jedno, myje stół i zabiera
do następnej czynności... tak że specjalne, oddzielne pomieszczenia czy
sugerowane murki tworzące notabene zakamarki, nie są potrzebne!).
Moim zdaniem, bez wysłuchania posłanki pani Cheri DiNovo,
która wniosła interpelację do parlamentu, oraz inspektorów miejskich, rygorystycznie
wymagających przestrzegania higieny przy wydawaniu tzw. Green Pass (których
profesjonalizmu nie można negować!) i nawet pana Karola, nie powinno się
chwalić dbałości władz o "warunki sanitarne" i twierdzić przy tym, że "trudno
się nie zgodzić z tym, że władze nie chcą iść na kompromis"!!!! Kompromis,
zwłaszcza w sytuacji zetknięcia się tradycji z nowym...
jest złotym środkiem. Konkludując, pan redaktor ubolewał jedynie nad brakiem
czasu, a czas tutaj jest przecież też częścią kompromisu.
Bez liberalizacji przepisów bądź ochrony przez tzw. grandfathered
clause, będą się kolejno wykruszać polskie, ukraińskie, węgierskie, niemieckie
itp. sklepy-wytwórnie pozbawione opieki nieistniejących tu cechów i niesolidarne
w obliczu zagłady (mane tekel fares).
Jestem już zmęczona pisaniem listów ciągle w tej samej sprawie
i widzę tu zmęczenie pana Karola i Jego Synów, kiedy walczyli, choć krótko,
z napastliwą biurokracją. Nawet zmodernizowany Kingsway nie zastąpi wyrobów
Karl's Butcher & Grocer. Tracimy unikalne wędliny od wycofujących się
producentów i sporo miejsc pracy: połączony łańcuch... wytwórnie,
sklepy, produkcja innych artykułów dostarczanych do sklepów (przyprawy,
gazety, chleb, masło itd.), dostawa, małe farmy.
Prawo jest dla ludzi, a nie odwrotnie, to me motto.
Z poważaniem
Małgorzata Kossowska
Od redakcji: Szanowna Pani, proszę nie popadać w nieuzasadnioną
złośliwość, bo to szkodzi słusznej sprawie, o którą Pani z taką pasją walczy.
Polonijne głupoty cz. III
(pesymizm i wybory)
Po opublikowaniu mojego drugiego listu w poczcie "Gońca" mój
znajomy zadzwonił do mnie i powiedział mi: "oni nazwali cię pesymistą".
Możliwe, że tak. Tylko że pesymistą nie jestem, bo z wychowania jestem
chrześcijaninem, tylko że chrześcijaninem ewangelicznym, a nie jak znakomita
większość Polonii, chrześcijaninem kościelnym. Wierzę w życie pozagrobowe
i w to, że po śmierci będę zbawiony, więc tu nie ma miejsca na pesymizm.
Może w ziemskiej skali, tzn. w małej, bo czymże jest nasze doczesne
życie w porównaniu z pośmiertną wiecznością? Wartości chrześcijańskie kolidują
z przypadkami opisanymi przeze mnie w poprzednim artykule, ale jest to
tylko kropla w morzu tego, z czym się spotykamy i przypadki takie można
by mnożyć bez końca, jednak mimo wszystko zastosuję się do zaleceń pana
redaktora i będę popierał - tym razem pana, który obiecał nam startować
w wyborach prezydenckich w Polsce, w 2010 r., a potem, kiedy już wygra
(a wygra na pewno), podnieść gospodarkę Polski z dość dużej ekonomicznej
zapaści.
W "Gońcu" nr 25 z 22-28 czerwca 2007 r., w artykule "Imperium
USA walczy o zbawienie Białorusi" ten pan pisze, że gospodarki Chin i Białorusi
pod autokratycznymi systemami rządów, odznaczają się wysokim wzrostem dochodu
narodowego. Ponieważ są to systemy "lucyferowskie", więc obywają się bez
Boga. Czytamy tam również, że Chile za Pinocheta też było takim państwem,
tylko że to akurat bez Boga obyć się nie mogło, ale spuszczając z helikopterów
do wulkanów czy oceanu z zabetonowanymi w wiadrze nogami swoich politycznych
przeciwników, obywało się bez wartości chrześcijańskich, z tym jednak,
że po katolicku, bo był to autokratyzm katolicki. No cóż - szkoda, że Pinochet
zmarł. Jeszcze by nas czegoś nauczył, co jest nam potrzebne, bo nasza planeta
jest już mocno przeludniona i ilości względne, jak i bezwzględne głodujących
oraz umierających z głodu rosłyby - można rzec w nieskończoność, gdyby
nie obywający się bez Boga totalitaryzm chiński, którego przyszły elektor
wprowadzać nie zamierza.
Wartości chrześcijańskie mamy w Polsce już od bodajże 1989 r.
Polegają one na praktycznym stosowaniu słów Jezusa spisanych w Ewangelii
Mateusza i brzmiących, cyt. "Rzekł mu Jezus: Jeśli chcesz być doskonały,
idź, sprzedaj, co posiadasz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie,
potem przyjdź i naśladuj mnie" Mt. 19, 21.
Od tego pamiętnego roku, tzn. roku 1989, rozdawano wszystko,
co było do rozdania "ubogim", bo jeżeli ktoś zapłacił 8 mln dol. za coś,
co było warte 80 mln, to oznacza to, że dano to komuś prawie za darmo.
Druga strona tego zagadnienia jest taka, że jeżeli ktoś miał tylko te skromne
8 mln dol., to w porównaniu z tym, co miał 80 mln, był ubogi, a zresztą,
majętność przedstawicieli innych kultów nas nie obchodzi - niech po śmierci
siedzą w piekle. Trochę to niechrześcijańskie i należałoby im to wytłumaczyć,
tylko jak to zrobić, skoro prawo cywilne nad wyraz przeszkadza stosować
chrześcijańskie środki perswazyjne?
Ten pan będzie zatem dalej rozdawał przedstawicielom kultu JAHWE
i ludów ościennych to, co jeszcze zostało (jeżeli jeszcze zostało) po niewierzących
w Boga poprzednikach i budował kościoły zamiast szpitali, bo wartości chrześcijańskie
oprócz praktyk fizycznych potrzebują jeszcze praktyk duchowych. Na ministra
szkolnictwa z pewnością poleci wybrać biznesmena, ojca Rydzyka, a na swojego
doradcę - pana profesora o. Jacka Salija. Natomiast prezesem NBP lub ministrem
finansów z pewnością zostanie proboszcz Misji św. Eugeniusza de Mazenod.
Poza tym ten pan będzie pierwszym prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej,
który dotrzyma słów przedwyborczych obietnic! Prawdopodobnie będzie to
sensacja na skalę światową, bo myślę, że powojenny świat przyzwyczaił się
już do tego, że przedwyborcze obietnice elektorów nigdy nie są realizowane.
Tymczasem "Polonijny Premier" w pełni je zrealizuje i utworzy nową Rzeczpospolitą
już nie cyfrową, ale chrześcijańską. Jednak ostrzegam, aby być bardzo ostrożnym
w praktycznym stosowaniu wartości chrześcijańskich, aby przypadkiem nie
doszło do takich sytuacji jak opisana w "Gońcu" nr 50 z 14-20 grudnia 2007,
odnośnie do stosowania (w stosunku do młodzieży) wartości muzułmańskich.
Po wydrukowaniu tego listu w poczcie "Gońca", w niedzielę przed
Centrum Jana Pawła II w Mississaudze ustawi się kolejka (jestem pewien)
rozdających swoje majątki i wyjeżdżających do Czadu, Somalii, Dahomeju,
czy też Senegalu. Pamiętajmy bowiem, że "ostatni będą pierwszymi". No -
chyba że komuś (szczególnie z tutejszej chrześcijańskiej Polonii) zaliczą
staż partyjny.
Wiesław Gałka
Mississauga
Od redakcji: Życzymy Panu spokoju ducha, miłości, tolerancji
oraz radosnego spojrzenia na świat i ludzi!
W imię prawdy
Szanowny panie Redaktorze, w ostatnim numerze "Gońca" wyliczył
Pan różne "zbrodnie" popełnione przez Polaków w czasie II wojny światowej.
Pozwolę je sobie za Panem wyliczyć: polskie obozy koncentracyjne i mordowanie
Żydów w Powstaniu Warszawskim; wypędzenie Niemców i szaber; także masakry
Ukraińców na Wołyniu oraz akcja "Wisła". Wydawało się pewnie Panu, że zakończy
Pan triumfalnie polskimi ochotnikami walczącymi u boku esesmanów w Ardenach
i dokonujących zbrodni na Amerykanach. Otóż nie, drogi Panie. Lista nie
jest pełna. Ona dopiero zaczyna powstawać i przeczucie mi mówi, że ma niezwykle
duże perspektywy rozwojowe. Na dowód, że mam rację, zacytuję fragment ostatnio
wydanej książki Aleksandry Ziółkowskiej-Boehm zatytułowanej: "Otwarta rana
Ameryki".
"Time" z września 2004 roku podał wiadomość, że w Tama w stanie
Arizona zmarł Frank Sanache, 86-letni Indianin Meskwaki, ostatni z ośmiu
żołnierzy tego plemienia, którzy w czasie II wojny światowej używali swego
narzecza do szyfrowania tajnych komunikatów wojennych. Przy okazji podano
krótki życiorys bohatera. Pisano, że Frank Sanache jako żołnierz "marines"
(piechoty morskiej) został wysłany do Tunezji, tamże schwytany przez Niemców
i kolejne 29 miesięcy spędził, jak określił miesięcznik "Time", w "polskim
obozie pracy".
Ten obóz to na moje oko Drawsko na moim rodzinnym Pomorzu Zachodnim,
które zarówno przed WWII (to anglojęzyczny skrót dla II wojny światowej),
jak i oczywiście w czasie jej trwania, do Niemców nieuchronnie należało.
No i oczywiście do boju ruszył Norman, mąż Oli, siostrzeniec
boskiej Ingrid Bermann, a co ważniejsze, prawnik, który pracował przez
wiele lat na Bliskim Wschodzie dla bardzo dużych przedsiębiorstw naftowych
z Teksasu. Z tejże to racji ma wiedzę na tematy żydowskie sto razy przekraczającą
wiedzę pospolitego szabesgoja z Polski czy tzw. pożytecznego idioty. Redakcja
"Time'a" odpowiedziała grzecznie, informując jednak, że listu nie zamieści.
PS Zastanawiam się, czy przyjdzie taki dobry dla Ojczyzny
Naszej Polski czas, że ten czy inny szabesgoj czy "pożyteczny idiota" wyzwoli
się i zacznie pisać np. o udziale Polaków w wojnie na Pacyfiku. Widziałem
w TV na własne oczy generała US Army, który podawał statystykę, a dokładnie,
ilu Polaków walczyło na tamtym teatrze wojennym.
***
Mam pomysł, który nie wydaje się gorszy. Nowe książki po przeczytaniu
oddaję do biblioteki przy parafii im. św. M. Kolbego. Wspomnianą książkę
o Dywizjonie 303 też tam przekazałem. Także znaną książkę o Monte Cassino
(trzytomowego dzieła M. Wańkowicza nikt nie pobije).
Czesi nakręcili dobry film o swoich lotnikach walczących w Bitwie
o Anglię, choć wiadomo było, że ich udział był mniejszy niż Polaków. W
dodatku słyszało się powiedzenie Czechów, że za angielską marmoladę nie
będą wojować.
Gdyby obecna Polska była wolna, to już by nakręcono filmy o:
Monte Cassino, Polakach w Bitwie o Anglię, gehennie zesłanych na Syberię
i do Kazachstanu, prawdziwy do bólu film o Katyniu, wojnie 1920 r., także
film o 2. Korpusie. Nie miałbym też nic przeciwko temu, by powstał też
film o Odsieczy Wiedeńskiej i garnizonie polskim w stolicy Rosji przed
paru wiekami. W PRL w prawie 20 lat od zakończenia wojny nakręcono sporo
filmów, które były zgodne z interesami tzw. władzy. Jakie są właściwie
interesy obecnej władzy w niby wolnej Polsce? Sądząc po filmach - jakieś
dziwne. Mówiąc wprost - podejrzane.
Na moje oko najpierw trzeba byłoby zacząć od wyzwalania zniewolonych
umysłów.
Edward Sołtys
Od redakcji: Panie Edwardzie - zgadzamy się!
Szanowni Państwo,
W laudacji o panu Czumie, jaką wygłosił na inaugurację komisji
śledczej pan Komorowski, określił go jako bojownika z Chicago. O działalności
opozycyjnej w Chicago większość nas, czytelników "Gońca", nic nie wie.
Ostatnie wiadomości o działalności pana Czumy, jeśli chodzi o mnie, to
pochodzą z BBC. Po stanie wojennym, a szczególnie po 89 roku nie słyszałem
nic o pracy pana Czumy. Dzisiaj dowiedziałem się od pana Komorowskiego,
że pracował w Radiu Chicagowskim. Teraz został nagle posłem i przewodniczącym
komisji śledczej.
Czy Państwo mogą napisać w swoim Tygodniku coś więcej o latach
pracy pana Czumy na obczyźnie?
Przesyłam pozdrowienia dla całej Redakcji
Bernard Zieliński
PS Szkoda, że tygodnik nie jest dziennikiem. Bardzo cenię sobie
lekturę "Gońca". Może chociaż zostanie poszerzone wydanie internetowe?
Od redakcji: Panie Bernardzie, na dziennik nie mamy na razie środków,
wydanie internetowe ma zanęcić do kupna tygodnika, więc raczej utrzymamy
jego obecny wymiar. P. Andrzej Czuma to zasłużony działacz niepodległościowy,
założyciel organizacji Ruch i skazany w PRL na 7 lat więzienia. W Wikipedii
może Pan przeczytać, że p. Czuma od 1986 był na emigracji w Chicago (USA),
gdzie przez pierwsze dwa lata pracował jako malarz i robotnik, a od 1988
prowadził własny program radiowy emitowany przez stację WNVR 1030,
a następnie WPNA 1490...
***
Oto w najbliższy poniedziałek będziemy świętować, prezent od
p. McGuinty'ego, Family Day. Cóż, większość z nas cieszy wolny od pracy
dzień, jednak czy wszyscy możemy sobie na to pozwolić? Każdy ustawowy dzień
wolny jest wkalkulowany w koszty "utrzymania" państwa czy prowincji (jak
to jest w naszym przypadku) i chcąc nie chcąc, obciąża nas wszystkich.
Mamy w tej chwili bodajże 9 takich dni, co do których pracodawcy
są zobowiązani udzielić pracownikom dnia wolnego, określają to ustalenia
Employment Standards Act. Dokument ten jednak ustala tzw. minimum zobowiązań
w stosunku do pracownika, co zatem wykracza ponad owo minimum, zależy od
humoru lub dobrej woli pracodawcy. W praktyce sprowadza się to do tego,
że choć p. McGuinty wymyślił sobie podgrzać wyborczą kiełbasę i uszczęśliwić
nas Dniem Rodzinnym (ach, jakże nas wszystkich już sama nazwa ujmuje),
to właściciel firmy, w której pracujemy, nie musi nas tego dnia zwolnić
od pokazania się w pracy. Zwłaszcza jeśli już wykorzystał pulę dziewięciu
świątecznych dni, których ustawowo musi nam udzielić.
To jedna sprawa. Z drugą wiąże się pytanie, dla kogo przeznaczony
jest ten dzień? Głównie dla rodzin z dziećmi, o pełnym przekroju wieku
szkolnego. Uwolnione tego dnia od zajęć edukacyjnych, będą małolaty oczekiwały
wspólnego z rodzicami czy opiekunami lepienia bałwana, zjeżdżania na sankach,
gier planszowych i zabaw zespołowych, może rozmów szczególnie zaległych
na ważne tematy. To teoria. Tymczasem rodzice czy opiekunowie będą się
musieli do pracy wybrać, jeśli tak zażyczy sobie pracodawca. Dzieci zatem
zostaną w domu pod opieką YTV lub co gorzej "paid channels", zajadając
mrożoną pizzę odgrzaną w mikrofalówce. Tym poniżej 12 lat trzeba będzie
zapewnić jakąś formalną opiekę, najczęściej odpłatną.
Ktoś powie, mało prawdopodobne, aby dwoje rodziców musiało pójść
w tym dniu do pracy, to byłby wyjątkowy przypadek. No może. Co zatem z
rzeszą samotnych matek i ojców? Uwzględniając liczbę PD days (Personal
Development), PA days (Personal Activity), Early Release days (połówki
dnia) już funkcjonujących w ciągu roku szkolnego, nie licząc pozostałych
jakże bliskich naszemu sercu świąt, wygląda na to, że Family Day zapowiada
się dla wielu dość kłopotliwie. Nie tylko sztuczny zamiennik katolickiej
niedzieli, która powinna funkcję "dnia rodzinnego" dzierżyć, ale dodatkowy
ból w postaci użerania się z bossem lub ekstra kosztów na opiekę nad dzieckiem.
No, chyba że McGuinty miał na myśli odwiedzenie chorej babci w szpitalu.
To w takim razie wnioskujmy o kolejny dzień wolny np. na sprzątanie garażu,
może być familijne!
Pozdrowienia,
JR
Mississauga
Od redakcji: Święta racja!
Celowy ostrzał, czy...?
Szanowni Państwo, media podały, za czynnikami wojskowymi, że:
1. nasi żołnierze wystrzelili 25 pocisków moździerzowych,
2. z ww. 25 pocisków tylko JEDEN trafił w afgański dom i zabił
cywilów.
W świetle powyższego zastanawia wyjątkowo mała SKUTECZNOŚĆ ostrzału
wioski, który to ostrzał miał być CELOWY i ZAMIERZONY. Czyżby nasi żołnierze
nie umieli obsługiwać moździerzy i celować?
Wystarczy sprawdzić - w danych taktyczno-technicznych moździerza
tego typu, który był użyty do ostrzału, jaki rozrzut ma ta broń. Moździerze
charakteryzują się rozrzutem WSZERZ (stosunkowo mały - kilka do ~ 10 m)
i W GŁĄB (nieco większy). Gęstość zabudowy i jej porównanie z możliwym
rozrzutem broni oraz liczbą wystrzelonych pocisków i tylko JEDNYM CELNYM
trafieniem JEST ZASTANAWIAJĄCE. Może to świadczyć, że żołnierze celowo
ostrzeliwujący wioskę albo nie umieli celować, albo nie celowali w wioskę
i trafienie było czysto przypadkowe, czego powodem mogła być np. wadliwa
amunicja.
Ale rozumiem, że prokuratura nie jest zainteresowana zastanawianiem
się nad wyjątkowo słabą celnością naszych moździerzystów. Lecz nie dotyczy
to dziennikarzy i obrońców oskarżonych żołnierzy?
Pozdrawiam
Marek Zawadzki
żołnierz rezerwy,
dawniej rtelegr
w Centrum Dowodzenia
Bojowego Wojsk Lotniczych
Od redakcji: xxx
GONIEC NR
6/2008 (214)
(8-14
lutego 2008)
Wizy
Szanowny Panie Redaktorze,
Jeżeli chodzi o mnie, to jestem za utrzymaniem kanadyjskiego
obowiązku wizowego dla prawie wszystkich krajów Europy Wschodniej (w tym
również i Polski), które weszły do UE w roku 2004 i później. Ja nie chcę,
żeby moje pieniądze kanadyjskiego podatnika były używane na powiększenie
policji imigracyjnej, której celem jest wyłapywanie nielegalnych pobytników
w Kanadzie i deportowanie ich na mój koszt.
Twierdzenie polskich dyplomatołków, że Polska przecież zniosła
obowiązek wizowy dla obywateli kanadyjskich, delikatnie mówiąc, mija się
z prawdą. Polska trzymała obowiązek wizowy do ostatniego dnia, tj. 30 kwietnia
2004. To UE zmusiła Polskę do zniesienia wiz w momencie przystąpienia Polski
do UE, tj. 1 maja 2004. Twierdzenie, że Polska jest członkiem NATO i nie
ma u siebie terrorystów, nie ma żadnego znaczenia. Wizy są po prostu dlatego,
że wielu z bardzo biednej Europy Wschodniej po prostu przyjechałoby tu
za pracą.
Polscy dyplomatołki mówili również w przeszłości wielokrotnie,
że istnieje "zasada wzajemności" pomiędzy państwami. Jeżeli tak, to dlaczego
UE wymaga wiz od obywateli Ukrainy? O ile się nie mylę, to Ukraina zniosła
obowiązek wizowy dla wszystkich państw UE. Gdzie tu jest więc ta zasada
wzajemności, która tak szermuje polska dyplomacja?? Jak UE przyjmie do
swego grona powiedzmy Bangladesz albo Zimbabwe, to Kanada też ma znieść
wizy w stosunku do obywateli tych krajów??
Na koniec, właśnie w ostatnim numerze "Gońca" (1 lutego 2008)
jest minisonda na temat wiz - no i co?? Nikt z pytanych się nie skarżył
na niewydawanie wiz krewnym przez konsulat Kanady w Polsce. O co tu więc
chodzi??
Z poważaniem,
J.K.
Od redakcji: Szanowny Panie, ludzie powinni móc jeździć tam,
gdzie chcą, bez zbędnych ceregieli. Zniesienie wiz leży w naszym polskim
interesie. Policja imigracyjna i tak ma co robić, nawet gdybyśmy całkowicie
wstrzymali przyjazdy z Polski, a atrakcyjność Kanady pod względem nielegalnego
zatrudnienia poważnie spadła. Słowem, nie ma Pan racji.
Droga Pani Izabelo
Zawsze czytam Pani artykuły w "Gońcu". Mimo prezentowania się
niepolskim nazwiskiem, pisze Pani doskonałą polszczyzną. W tym jednak
temacie mam chyba więcej do powiedzenia.
Imigranci, którzy często w średnim wieku wykształcili się w Kanadzie,
nie zamierzają wracać do Polski. W Polsce nie ma nic pewnego. Ci co
mieszkają jednocześnie w dwóch krajach i pobierają dwie emerytury, może
to zrobią. Sam pracowałem w Polsce ponad 20 lat, nie myślę nawet o polskiej
emeryturze, bo przepisy polskie na to nie pozwalają. Ten przypadek
ze studentem ekonomii nie jest typowy. Znam chyba angielski niezbyt
mniej od niego, ale nie wróciłbym do Polski. Polska jest krajem nieustabilizowanym
i liczyć na zagraniczne firmy tylko, czyli być pachołkiem tych zagranicznych
firm, to nie chwała, mimo może większego wynagrodzenia niż polskiego.
Całkiem odwrotny kierunek teraz wyjawię. Mój syn wraz z innymi kolegami
polskiego pochodzenia, ale urodzonymi w Kanadzie, kończy dość ważne
studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wszyscy oni chcą wrócić do Kanady
i dlatego przechodzą praktyki w Kanadzie. Mogą być urzeczeni egzotyką
w Polsce, ale zostać tam na stałe? O, nie!
Tomasz
Od redakcji: Znamy takich, którzy jednak zostali.
Szanowny Panie Redaktorze,
Z reguły nie robię hałasu z powodu drobnych nieścisłości w artykułach
prasowych, jednak tym razem trudno przejść do porządku dziennego nad stekiem
bzdur, jaki został opublikowany jako wywiad z fachowcem.
Mam tu na myśli wywiad Jerzego Rosy ze "specjalistą z dziedziny
rozliczeń podatkowych" Jackiem Sulimierskim w "Gońcu" numer 4 z 25 stycznia
2008. Naprawdę dziwię się, że redaktor Rosa nie pofatygował się, aby sprawdzić
przynajmniej niektóre rewelacyjne informacje swojego rozmówcy.
Ale przejdźmy do mitów opublikowanych jako fakty. Mit: "Income
Tax, czyli podatek dochodowy, stanowi mniej niż 10 proc. budżetu państwa".
Fakt: W roku budżetowym 2006-2007 wpływy do budżetu z podatku dochodowego
(Personal Income Tax) wyniosły 110,477 mln dolarów, co stanowi około 47
procent wszystkich wpływów do budżetu (Total revenue 235,966 mln). Mit:
"Rząd zbiera z CPP więcej pieniędzy niż z podatków". Fakt: W roku budżetowym
2006-2007 wpływy CPP wyniosły 32.4 miliarda dolarów, a więc niemal 3,5-krotnie
mniej niż z podatków. Mit: "Z samego bezrobocia zbiera też prawie tyle
samo co z podatków dochodowych". Fakt: W roku budżetowym 2006-2007 wpływy
z EI do budżetu wyniosły 16,789 mln dolarów, a więc ponad 6-krotnie mniej
niż z podatków. Powyższe to tylko niektóre z rewelacji. Cały wywiad utrzymany
jest w stylu "strachy na Lachy" - tylko ja, moja firma i mój software
są w stanie prawidłowo zrobić rozliczenie podatkowe. Jednak mimo to Pan
Redaktor Rosa nie podejrzewa Pana Sulimierskiego o autoreklamę. Cóż, ja
osobiście uważam ten wywiad za wyjątkowo mocną anyreklamę, a publikacja
tego wywiadu pozostawiła u mnie wyjątkowy niesmak.
Z poważaniem,
Andrzej Dziewa
Hamilton
PS
Osobiście od dwóch lat używam oprogramowania StudioTax. - Na
pewno nie jest najlepsze na rynku, ale za to jest za darmo (wolne datki
sugerowane) i wystarczające dla zdecydowanej większości podatników (włącznie
z NetFile).
Materiały źródłowe: 1. Annual Report of the Canada Pension Plan
2006-07 (http://www.hrsdc.gc.ca/en/publications_resources/cpp/2007/annual_report/page08.shtml)
2. Receiver General for Canada, Public Accounts of Canada, Volume II Details
of Expenses and Revenues (http://tpsgc.gc.ca/recgen/text/pub-acc-e.html)
Od redakcji: Dziękujemy za rzeczowy list - w odróżnieniu od
obu Panów, ja nie jestem specjalistą od rozliczeń podatkowych i trudno
jest mi korygować prezentowane w wywiadzie dane. (J. Rosa)
Pałeczka cywilizacji
Pałeczkę cywilizacji to już raz Murzyni przejęli od białych.
Było to dwieście lat temu na Haiti. Wymordowali 50 tys., czyli wszystkich
białych, a rezultaty widzimy. Jak tradycyjne wartości murzyńskie wyglądają,
to podaję: W Afryce Murzyni żyli w plemionach. Każde plemię żyło sobie
spokojnie na jakimś terenie, który dawał im wystarczająco środków (resources)
do przeżycia. Po jakimś czasie te środki ulegały wyczerpaniu. W takiej
sytuacji plemię przenosiło się na inny niezamieszkany teren, gdzie
było wystarczająco dużo roślinności, zwierząt, wody itd. Gdy takich terenów
nie było w okolicy, to Murzyni mordowali swoich sąsiadów, żeby te środki
do życia od nich przejąć.
Po wprowadzeniu tzw. kultury zachodniej sytuacja w Afryce zmieniła
się na gorsze. Dla przeciętnego Murzyna największym marzeniem jest posiadanie
AK47, a objawem męskości jest akt zamordowania innego człowieka. Podobnie
wygląda sytuacja w reszcie świata, gdzie Murzyni żyją. Tu, w Afryce, białych
nazywa się "mampara", czyli głupi zza oceanu. Dlaczego? W murzyńskiej
"kulturze" nie ma czegoś takiego jak współczucie/ litość (compassion),
nie ma czegoś takiego jak prawda. Murzyn mówi to, co mu w danej chwili
daje najwięcej korzyści, a nie to co jest prawdą.
Głównym motywem działalności Murzynów jest nienawiść, i to nienawiść
do innych ras. Zimbabwe jest tego dobrym przykładem. Nieważny jest los
Murzynów i ich dobro, ale wykończenie białych. W Kenii podobnie było z
Hindusami.
Murzyn nie widzi (nie uwzględnia) czasu jako czynnika. Nie ma
Murzynów farmerów. Po przejęciu farmy od białych wyprzedają sprzęt,
zjadają dobytek i głodują następnego roku. W RPA po otrzymaniu władzy w
1994 roku, po przejęciu ESKOM pierwszą rzeczą było zwolnienie wszystkich
białych inżynierów (6 tysięcy), zlikwidowanie R&D, zaniechanie
maintenance. Nie zbudowali żadnej nowej elektrowni. Zamyka się teraz kopalnie,
bo brakuje prądu. Nie ma u Murzynów (u większości) czegoś takiego
jak honor, godność, uczciwość. Liczy się tylko SIŁA (power). Reszta to
wymysły głupich białych.
Dobrym przykładem jest obecnie Kenia i wybory. W świadomości
Murzyna demokracja to słabość, to chaos, to pozwolenia na dokonanie
rozrachunków (słaba władza). Tam gdzie jest król, jest spokój i Murzyni
szanują taką władzę. Jeśli król to jest despota i morderca, to szacunek
dla niego jest jeszcze większy. TAK JEST niezależnie od tego, czy
to się wam podoba, czy nie. Jeśli widzicie na ulicy Murzyna ze śliczną
blondynką, to oznacza dla Murzyna spełnienie jednego: zemsta na białych,
zrujnowanie jeszcze jednego życia białych. Oni nas tak nienawidzą.
Za to tak wyglądamy, że jesteśmy "trochę" mądrzejsi.
Najbardziej popularnymi kosmetykami na kontynencie afrykańskim
są kosmetyki do prostowania włosów i do wybielania skóry. Murzyni
chcą wyglądać jak my, ale nie o wygląd tu chodzi. Pozdrawiam wszystkie
mampary, zwłaszcza te w Kanadzie.
Pałeczka
Od redakcji: Przesadza Pan i generalizuje. Proszę się przewietrzyć.
Panie Redaktorze,
Mam mieszane uczucia, odnajdując felieton Janusza Korwin-Mikkego
w "Gońcu". Czyżby miał to być nowy nabytek pańskiego tygodnika?
JKM jest generalnie postrzegany w Polsce jako nadworny błazen
prawej strony politycznej. Parafrazując wypowiedź p. Michalkiewicza odnośnie
do Wałęsy: "kto słucha byłego prezydenta, sam sobie szkodzi", trudno nie
odnieść tej wypowiedzi również do osoby szefa/założyciela UPR, gdzie pan
Michalkiewicz jest również prominentną postacią. Cenię publicystykę p.
Michalkiewicza, ale nie zagłębiam się w jego afiliacje partyjne. Trudno
jednak nie oprzeć się wrażeniu, że tak długo UPR pozostanie na marginesie
polskiej polityki, jak długo będzie kojarzona z JKM. A może właśnie o to
chodzi?
Ze słowotoku, który wychodzi spod pióra JKM, uzbierałby się pokaźny
tomik błazenad. Nie jestem jego kronikarzem, więc nie będę cytował (bzdury
mi się głowy nie trzymają, ale zostaje ogólne wrażenie). Na zawsze jednak
będę pamiętał furię, z jaką atakował płk. Kuklińskiego, wyzywając go od
zdrajców (bo złamał przysięgę wojskową). Tym, który zachował się godnie,
był Leszek Miller, były komunistyczny aparatczyk, umożliwiając pułkownikowi
przyjazd do Polski (wcześniej unieważnił ciążący nad nim wyrok śmierci),
aby mógł odebrać należne mu honory.
Nienawiść do Bohatera tak głęboko tkwi w JKM, że nawet gdy o
pułkowniku zrobiło się ponownie głośno, gdy zmarł, a w mediach słyszało
się jedynie głosy szacunku (o zmarłych mówi się dobrze albo w ogóle), jedynie
JKM nie był w stanie powstrzymać się ze swoim jadem.
JKM jest jeszcze mniej strawny, gdy się go słyszy i widzi w telewizji.
Przecież ten wybitny prawicowiec i konserwatysta, za jakiego się uważa,
nie mówi, tylko szczeka swoimi racjami.
Miarą klasy człowieka jest sposób, w jaki wypowiada słowa, timbre
głosu, melodia zdania. Jeśli taki człowiek ma być symbolem odradzającego
się polskiego konserwatyzmu, to chyba jednak instynkt nie zawiódł naszego
światowej sławy trybuna ludowego - Wałęsy, gdy stwierdził, że należy podeprzeć
lewą nogę. Do diabła z polską polityką, do takiego wniosku można dojść,
i chyba wielu Polaków taki wniosek wyciągnęło. Porządni ludzie nie chcą
się babrać w takim towarzystwie.
Pozdrawiam,
Zbigniew Milbyński
Od redakcji: JKM prowokuje. Czasem do myślenia.
Droga Redakcjo!
Ponieważ chyba wszystkim nie jest obojętny los sklepów-wytwórni
wędlin, w niedługim czasie pojawią się kartki z protestem do Premiera Ontario.
Ci, którzy będą je mieli w ręku, proszeni są o podpisanie i zostawienie
w sklepie albo osobie rozdającej te kartki, gdyż będą one przekazane
zbiorowo, jako że do parlamentu prowincyjnego obowiązuje opłata pocztowa
(tylko do Ottawy jej nie ma). Oczywiście, jeśli ktoś chce sam wysłać kartkę
czy skopiować treść jako list i wysłać ze znaczkiem, nic nie stoi na przeszkodzie.
To tylko kwestia czasu, kiedy inspektorzy ruszą do miast innych
niż Toronto. Dlatego zawczasu i wobec zamykania firm w Toronto proszę,
aby wszyscy jak jeden mąż wysyłali również e-maile.
1. do premiera McGuinty'ego: trzeba pójść na www.premier.gov.on.ca
i zrobić klik na Your Thoughts albo Contact Dalton i tam wpisać treść,
jaką podaję niżej;
2. do The Honourable Leona Dombrowsky Minister of Agriculture,
Food and Rural Affairs na e-mail adres: minister.omafra@ontario.ca i przepisać
poniżej podany tekst.
Jest tu szczególne pole do popisu dla młodszej generacji, która
może sama (i pomóc swym dziadkom i babciom) zalać przez e-mail
te dwie wyżej wymienione osoby (koledzy, koleżanki wszystkich narodowości
bez znaczenia, z której prowincji - jako że może i inne prowincje w przyszłości
wezmą "wzór z Ontario", a chcemy tradycyjnych kiełbasek), a oto tekst:
I am writing to request that you stop the current stepped-up
campaign of strict enforcement of the "2001 Food & Safety Quality Act
Regulations" against existing small, family-run, artisan sausage makers
and meat processors.
The campaign is only driving them out of business because they
cannot afford the renovations demanded of them by the OMAFRA Inspectors.
These demands provide little value-added as far as product safety is concerned.
Instead they are depriving Ontarians of quality, freshness and choice in
their prepared meat purchases. They are also causing traditional
skills and jobs to be lost.
A dialogue with the sector should be undertaken to seek an economically
achievable solution or to perhaps even provide a grandfatathering exemption.
Name:
Address:
(na kartkach dodatkowo podpis)
Życząc owocnej akcji w zjednoczonym froncie klientów, dziękuję
Redakcji za wydrukowanie tego listu-apelu.
Z poważaniem
Małgorzata Kossowska
Od redakcji: Podpisujemy się.
***
Ostatnio nasiliła się nagonka i oskarżenia Polaków o antysemityzm.
Takiego nasilenia chyba nie było w historii. Przykład Grossa - książka
wydawana w Ameryce najpierw, później tłumaczone po polsku (złagodzone).
Ataki na RM, ks. Rydzyka i jego współpracowników (nie nowość).
Mam przed sobą gazetę, która przytacza słowa z książki Grossa.
Gross atakuje nawet Wielkiego Polaka, kard. S. Wyszyńskiego, zarzucając
mu, że wierzył, że Żydzi dokonywali rytualnych mordów, do uzyskania krwi
do wyrobu macy, na chrześcijanach. Trudno w to uwierzyć pisze autor, za
takie obelżywe słowa Grossa. Niemniej autor tego artykułu pisze, że nie
da się ukryć, że sam prof. żydowski Toaffa, z uniwersytetu Bar Han w Tel
Awiwie, twierdził o tych haniebnych mordach na dzieciach chrześcijan.
Ostatnio w TV Polonia w wiadomościach podano: Przewodnicząca
ZNP domaga się wyrzucania ze szkół lektur B. Prusa i W. Reymonta, tych
wielkich polskich pisarzy. Powód ten sam. Dopatrzyła się, że w tych książkach
są przejawy antysemityzmu i właśnie wspomniała te same przyczyny co Gross,
o rzekomych mordach opisywanych w tych książkach, do uzyskania krwi chrześcijan
do wyrobu macy. Co za zbieg okoliczności. Czy to "koniec świata". A jeśli
to prawda, to trzeba te praktyki zbrodnicze potępiać i przypominać "Narodowi
Wybranemu" o ich współbraciach. Jedno tylko dziwi, gdzie jest w Polsce
Episkopat na czele z Prymasem, aby mógł bronić przed atakami na Radio Maryja,
na polskich chrześcijan, na Kościół, i w ogóle stanął w obronie wiary.
Ludzie wierzący bronią się, ale nie mają za dużo poparcia ze strony hierarchów
Kościoła w Polsce.
S.W.
Od redakcji: Nikt nie wie, kiedy świat się skończy, niech się
Pan pocieszy, że bywało gorzej. Proszę nabrać trochę dystansu.
"A Question of Honor"
- "Sprawa honoru"
"A Question of Honor" jest to książka napisana i wydana w
2003 r. w języku angielskim przez Lynne Olson i Stanleya Clouda. Kilka
lat temu dostałem kopię tej książki, szybko ją przeczytałem i, jak pamiętam,
z wielkim zainteresowaniem, przyjemnością i poczuciem dumy, że jestem Polakiem.
Z przykrością jednak muszę przyznać, że gdy skończyłem czytać, książka
ta wylądowała na moich kompletnie niezorganizowanych półkach z książkami.
Parę dni temu, szukając innej książki, zrobiłem "odkrycie", znalazłem
książkę "A Question of Honor", ale tej, której szukałem, nie znalazłem.
Rzuciłem okiem na okładkę, gdzie jest napisane:
The Kosciuszko Squadron * FORGOTEN HEROES OF WORLD WAR II *.
Na trzeciej stronie, prawie pustej z wyjątkiem tylko jednego
krótkiego zdania, które mówi:
"For the People of Poland", po polsku: "Dla polskiego społeczeństwa".
Jak jest moim zwyczajem, lubię "zerknąć" na koniec książki przed
przeczytaniem, i tam znalazłem zdanie: ... na cmentarzu w "Newerk upon
Trent in Nothinghamshire", gdzie spoczywa 346 polskich lotników z około
2000, którzy polegli, walcząc "O Wolność", znajduje się duży kamienny krzyż,
na którym wyryte są następujące słowa:
I have fought a good fight Dobrze walczyłem,
I finished my course, aż do końca bitwy,
I have kept the faith. i nigdy nie straciłem
wiary.
To było powodem, że w ciągu następnych trzech nocy jeszcze raz
przeczytałem "od deski do deski" 428 stron tej bardzo wartościowej historycznej
książki i gdy skończyłem, poczułem się dumny, że jestem Polakiem. Zarazem
czułem się bardzo winny, że pozwoliłem tej książce "gnić" na mojej półce,
zamiast dać ją jakiemuś młodemu Polakowi i poprosić, by po przeczytaniu
dał ją swojemu koledze i tamten żeby zrobił to samo.
Wczoraj dałem moją kopię synowi mojego przyjaciela z prośbą,
by po przeczytaniu przekazał ją dalej.
Zwracam się do osób, które posiadają książkę "A Question
of Honor", by oddały swój egzemplarz następnemu młodemu Polakowi,
aby w ten sposób jak największe grono polskiej młodzieży czuło się dumne
ze swojej polskości.
Bohdan D. Prażmowski
Od redakcji: O książce pisaliśmy już, kiedy się ukazała, Co
ciekawe, trudno ją znaleźć w amazon czy chapters, czyżby słabo szła?! Popieramy
akcję z całego serca: Kup, przeczytaj, daj przeczytać innym.
Bardzo proszę o pomoc.
Poszukuję Wujka ARTURA BARTOSZEWICZA ur. 01.02.1921 r. Jestem
córką FRANCISZKI.
Wiem, że Wujek w 1948 roku wyemigrował do Argentyny, wiem też,
że Wujek żyje, ale jak dotąd nie udało mi się skontaktować z Wujkiem. Instytucje,
do których się zwracałam, nie chcą mi podać obecnego adresu Wujka ze względu
na ochronę danych osobowych. Moim zdaniem, jest to bzdurny argument,
zważywszy na fakt, że Wujek pewnie chciałby mnie poznać, gdyż pewnie jest
przekonany, że cała rodzina zginęła na Syberii, gdzie w 1940 roku została
wywieziona. Jak już wspomniałam, jestem córką Franciszki Bartoszewicz
ur. 4.07.1935 r. - siostry Wujka.
Bardzo proszę o pomoc, ewentualnie bardzo proszę o podanie adresów,
pod które powinnam się zwrócić.
Serdecznie dziękuję.
Z poważaniem
Grażyna Wilczak
w.grazyna@onet.eu
Od redakcji: xxx
GONIEC NR
5/2008 (213)
(1-7
lutego 2008)
Szanowny Pan Redaktor
Andrzej Kumor "Goniec"
Uprzejmie proszę o zamieszczenie mego "głosu-listu" w "Gońcu".
16 stycznia 2008 zaniosłem mój list do redakcji "Gazety" "na ręce"
Naczelnego p. Zbigniewa Bełza. Oczekiwałem publikacji mego listu tamże,
uważam również, że wystarczająco dużo czasu minęło, by przynajmniej "owocnie"
nawiązać kontakt telefoniczny (ze strony p. Z. Bełza) lub zostawić wiadomość
na mej maszynie - kiedy zostanie umieszczony mój list (i żądanie).
A ponieważ sprawa jest ważna, proszę o zamieszczenie listu na
łamach "Gońca".
List otwarty
Szanowny Pan Redaktor
Zbigniew Bełz - "Gazeta"
Podczas mej radosnej pracy nad wydarzeniem patriotycznym zostałem
zawiadomiony o artykule Marcina Radzimowskiego "Gdy się Chrystus rodził...",
a opublikowanym w bożonarodzeniowym wydaniu "Gazety" 2007. Artykuł ten
budzi wiele sprzeciwów (z wielu powodów) z mej strony, ale również głosów
środowiska, w którym przebywam, tak że poczuwam się zabrać głos w formie
"listu protestu-żądania-życzenia", bo przejść obojętnie wobec tego artykułu
i jego publikacji w "Gazecie" nie potrafię. I to bez względu na czas, kiedy
byłby ten artykuł w "Gazecie" opublikowany.
Musiałem go wielokrotnie przeczytać, ze względu na treść i język.
Starałem się jak najlepiej odczytać intencję. I nie jestem naiwny...
Pierwsze pytanie, jakie nasunęło mi się do Redakcji "Gazety",
to dlaczego ten artykuł został umieszczony w wydaniu bożonarodzeniowym
(2007)? Bo morderstwo w wieczór wigilijny? I to już wystarczyło, by go
zakwalifikować? Drugie pytanie (i przy nim wiele innych) - dlaczego nie
została umieszczona nota redakcyjna "Gazety" w odpowiedzi na inwektywę
rzuconą na osobę nieżyjącego już mecenasa Władysława Siła-Nowickiego przez
autora artykułu Marcina Radzimowskiego?
Czy to brak czasu? Przeoczenie? Pośpiech? A może brak wiedzy?
Część I (jak ją nazywam) artykułu "Gdy się Chrystus rodził..."
to opis makabrycznej zbrodni, jaka wydarzyła się 31 lat temu (1976 r.)
w noc wigilijną w Zrębinie, i konsekwencji, jakie pozostawiła ta zbrodnia
na najbliższych, na ludziach tego rejonu do dzisiaj. Wg autora, "czas się
zatrzymał". Ale czy akurat ten materiał wybrany był przypadkowo, czy tendencyjnie
przez zespół "Gazety"? Czy tylko dla wypełnienia stron? Bo nie myślę, że
na zamówienie, ale też nie znalazłem go w Internecie "Echa Dnia" wydania
podkarpackiego '07. A może jako forma prowokacji? Tak sam go odebrałem.
W tej części I pojawia się obraz: "konfliktu między- i wewnątrzrodzinnego",
"pijanego autobusu" - autor pisze, że: "...w wieczór wigilijny obok rynku
w Połańcu... około 30 osób zostało w autobusie, i zamiast iść na Mszę -
piło wódkę. Pijaństwo w czasie pasterki to był w pewnym sensie niepisany
zwyczaj zrębinian...". A potem makabra-zbrodnia, a może wypadek? Później
straszne wymuszenie milczenia na świadkach: "...kazał wszystkim uklęknąć
i przyrzekać, że nikomu nie powiedzą o tym, co widzieli. Potem każdemu
dawał krzyżyk do całowania, potem nakłuwał palec agrafką... ślad własnej
krwi..." i przekupstwo. Dalej: "...przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską,
zapalonych świecach i krucyfiksie, ludzie ponownie złożyli przysięgę. Mieli
milczeć". Także: "...wręczyli im pieniądze i medaliki przywiezione z Częstochowy..."
- mówi mecenas Rajmund Aschenbrenner.
Po prostu "obraz nędzy, ciemnoty, swołoczy, zawiści i nienawiści,
zastraszenia, najciemniejszych charakterów". Noc wigilijna Anno Domini
1976 w Zrębinie. Takie głośne larum.
"Dzisiaj to brzmi jak scenariusz filmu... groteskowych obrzędów"
- dodaje autor M.R.
Czy rzeczywiście mieliśmy się o tym dowiedzieć lub przypomnieć
sobie, w numerze bożonarodzeniowym "Gazety", z życzeniami zespołu "Gazety"
"Wesołych Świąt"?
Oczywiste jest, że zadając te pytania, nie zamykam "serca" na
tragedię. Ale takimi bestialstwami - nieprawościami "karmieni" jesteśmy
wszyscy przez media każdego dnia.
Też tragediami w skali świata: wojny, okupacje, zamachy. Pomimo
że jak szyderstwo brzmią słowa polityków o pokoju, którzy wygrywają swe
wybory, też dzięki producentom broni. Temat rzeka... I nikt nie wsłuchuje
się w "głos" Ojca Świętego, później którego co najwyżej oskarżając "o bezczynność"...
Na wszystko jest "cena", na szpaltę w gazetach z reklamą też, a często
brak odpowiedzialności za wypełnienie jej treścią, bo została opłacona.
Po takim "przygotowaniu" czytelnika przez autora Marcina Radzimowskiego
- następuje II część - atak na wybranych obrońców. Przecież po "I części"
mimo woli może narzucić się pytanie dla laików, jak można nawet bronić
takich łotrów?
Marcin Radzimowski pisze, że "...warto nadmienić, że obrońcami...
byli już wówczas bardzo znani adwokaci, między innymi Zbigniew Dyka (późniejszy
minister sprawiedliwości) czy nieżyjący dziś, znany obrońca w procesach
politycznych mecenas Władysław Siła-Nowicki. Nie pisze, że obaj wymienieni
obrońcy współpracowali z hierarchią kościelną, a mecenas W. Siła-Nowicki
od połowy lat 60. był także doradcą Prymasa i Episkopatu Polski. A może
liczy na to, że każdy o tym wie - właśnie? I nie dodaje, że to na prośbę
Episkopatu i rodzin oskarżonych, już po wyrokach zapadłych, występuje mecenas
W. Siła-Nowicki w procesie rewizyjnym. Miał zatem wątpliwości co do zasadności
wyroków, tak jak mec. Zbigniew Dyka.
Autor M.R. także niby mimochodem rzuca obelgę na mec. Władysława
Siła-Nowickiego, mówiąc, że: "...Niedawno na tym ostatnim (mec. W.S.-N.)
cieniem położyły się podejrzenia rzucane przez niektórych Zaporczyków (kogo
konkretnie? - pytam), że to właśnie on miał wydać ubekom Hieronima Dekutowskiego
- =Zaporę?". Czy autor udaje? A może rzeczywiście nie wie? A może myśli,
że jak powtórzy kłamstwo-obelgę, to może przyjmie się ją za prawdę? A może
przynajmniej zasieje podejrzenie?! Takie stawianie sprawy prowadzi prosto
na salę sądową. Za takie szerzenie oszczerstw doktorant KUL-u - Ewa Kurek
musiała publicznie przeprosić rodzinę mecenasa Władysława Siła-Nowickiego
i poniosła konsekwencje finansowe.
Istnieją przecież dokumenty MBP, MSW, UB - opublikowane i uwierzytelnione,
dokumenty z Urzędu Ochrony Państwa, dokumenty z niezliczonych teczek mecenasa
W.S.-N., także Zeszyty Historyczne WiN-u (No 9-1996, No 15-2001), także
liczne książki ukazujące postawę mecenasa W. Siła-Nowickiego. Książki,
w których "prawdy nie trzeba upiększać - sama jest dostatecznie wymowna".
Również w Toronto postać mec. Władysława Siła-Nowickiego była
prezentowana na łamach "Głosu Polskiego" nr 36, 37-1999 rok, Radia Polonia
Toronto (1999, 2004), "Gońca" z 13 lutego 2004 r., podczas Mszy św. w 1999
- parafia św. M. Kolbego, czy w parafii św. Marka w 2004 r. Wspominał
go również były minister sprawiedliwości Wiesław Chrzanowski czy w prywatnej
mej rozmowie prof. A. Stelmachowski. Także w Toronto można było nabyć książkę
"Władysław Siła-Nowicki. Wspomnienia i dokumenty" - 2 tomy, przygotowaną
do druku przez Marię Nowicką-Marusczyk, ze wstępem prof. M.M. Drozdowskiego
(Komisja Badania Dziejów Warszawy IH PAN), czy recenzję prof. Jerzego Śląskiego.
Książka wydana w 2002 roku, dofinansowana przez Urząd Kombatantów i Osób
Represjonowanych oraz przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie.
Wydawcą był Zarząd Główny Stowarzyszenia Społeczno-Kombatanckiego "Wolność
i Niezawisłość". Widziałem ją w księgarni "Artus" prawie sąsiadującej z
"Gazetą". Tym łatwiej o te dokumenty, książki w Polsce.
Dla zainteresowanych polecam, a dla nieznających "tematu", a
zaciekawionych, tylko wspomnę tutaj krótko. Oddziały partyzanckie "Zapory"
podlegały politycznie inspektorowi WiN-u na Okręg Lubelski, którym był
Władysław Siła-Nowicki. Jego poprzednikiem na tym stanowisku był Franciszek
Abraszewski (w AK - "Surand", w WiN-ie - "Boruta"), który po aresztowaniu
został zwolniony za cenę prowokacji, którą przygotował już jako konfident
MBP we wrześniu 1947 roku. Wskazana przez niego droga nielegalnego wyjazdu
za granicę 8 ludzi była prowokacją MBP.
Władysław Siła-Nowicki wraz z "Zaporą" - Hieronimem Dekutowskim
oraz 6 oficerami zostali aresztowani przy tej właśnie próbie ucieczki w
Nysie. Byli to Stanisław Łukasik "Ryś", Roman Groński "Żbik", Edmund Tudruj
"Mundek", Jerzy Miatkowski "Zawada", Tadeusz Pelak "Junak" i Arkadiusz
Wasilewski "Biały". Kwiat partyzantki Lubelszczyzny. Bezpośrednio po aresztowaniu
"siedzieli" w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa w Będzinie, skąd przewieziono
ich do Warszawy, do aresztu MBP. Rozprawa odbyła się przed Wojskowym Sądem
Rejonowym w Warszawie w dniach 3-15 listopada 1948 roku. Przekroczyli bramy
więzienia 15 listopada 1948 roku z ogłoszonymi wyrokami śmierci (mec. W.
Siła-Nowicki - 4 KS-y). Prosto z sądu przewieziono ich do jednej wielkiej
wspólnej celi.
Dla rodzin rozpoczął się okres poszukiwania ratunku. Podania
(listy) o ułaskawienie pisali wtedy wszyscy. Wydawało się, że z całej grupy
(8) największą szansę ma na przeżycie właśnie "Zapora". Jedna z jego sióstr,
zaangażowana w czasie wojny we Francuskim Ruchu Oporu, starała się o łaskę
dla brata przez ówczesnego prezydenta Francji. Bezowocnie. Z kolei "o życie"
dla (mec.) Władysława Siła-Nowickiego - oprócz listów matki, żony, Barbary
Nowak (Łaczyńskiej), taką prośbę wniosła Aldona Kojałłowiczowa, primo voto
Bułhakowa, z domu Dzierżyńska - siostra także Feliksa. Nie była dla Władysława
ani krewną, ani powinowatą. Jej brat Ignacy Dzierżyński był pociotkiem,
czyli mężem ciotki Władysława Siła-Nowickiego, Stanisławy (siostry Ojca).
I właśnie te listy Feliksa Dzierżyńskiego do Aldony, oddane w ambasadzie
sowieckiej Lebiediewowi - ówczesnemu ambasadorowi, przez Aldonę, ocaliły
życie Władysława Siła-Nowickiego. Wiadomość, że W. Siła-Nowickiemu zamieniono
karę śmierci na dożywotnie więzienie dotarła z kancelarii B. Bieruta.
Niestety, tylko on jeden - Władysław S.-N., został ułaskawiony.
Otrzymał dożywocie. Pozostała 7 została zamordowana katyniakiem 7 marca
1949 roku, w odstępach 5-minutowych...
A sam mecenas Władysław Siła-Nowicki po 9 latach 2,5 miesiącu
został zwolniony, a potem zrehabilitowany.
Jak szyderstwo brzmią uchylenia wyroku z 1959 roku w stosunku
do Tadeusza Pelaka i Jerzego Miatkowskiego. Pozostała stracona piątka na
unieważnienie wyroku "czekała" ponad 45 lat, 23 maja 1994 r. wyrok został
unieważniony na mocy postanowienia Sądu Wojskowego w Warszawie.
Zwolniony Władysław Siła-Nowicki nie zmarnował swego ułaskawionego
życia. Dla nas wszystkich. Także tutaj na Obczyźnie. A nawet swym życiem
ubogacił nasze życie.
Był wielkim Polakiem, nauczycielem miłości do Ojczyzny, mówiącym
prawdę w Ojczyźnie i poza Nią, zgodnie ze swym sumieniem, gotowym do poniesienia
odpowiedzialności za nią w Polsce i poza Nią.
I w takim właśnie poczuciu żądam publicznych przeprosin na łamach
"Gazety" - za próbę szkalowania imienia nieżyjącego już mecenasa Władysława
Siła-Nowickiego (hańba zdrady) artykułem Marcina Radzimowskiego "Gdy się
Chrystus rodził..." od Pana, Panie Redaktorze, jak przystoi człowiekowi
honoru, Naczelnemu "Gazety". A także proszę o opublikowanie mego listu.
Aleksander Jamróz
Jestem także wyrazicielem ży-czeń dla Wszystkich Redaktorów gazet
polonijnych (mediów), by zaczęli brać odpowiedzialność za słowo drukowane
i mówione. By stojąc na straży wolności słowa, nie pozwalali na swawolę
słowa.
I by nie sprzedawali "taniej propagandy".
"Niech mowa Wasza będzie: tak-tak, nie-nie" dla dobra nas wszystkich.
Od redakcji: xxx
Srulon straszy
Jeden z "umysłów wielkich", dziennikarzyna jakiś, naśmiewał się
z Romana Giertycha, że osiem razy przeczytał Trylogię Sienkiewicza... jemu
wystarczyło raz jeden i wszystko zrozumiał... Wyjątkowo inteligentny Koziołek
Matołek, potraktował Trylogię zupełnie jak "Kapitał", oczywiście, na przeczytanie
tego dzieła i raz jest za dużo, aby zrozumieć głupotę i nonsensy zawarte
w treści.
Zostawmy bzdury, Sienkiewicz jest ciekawszy... przewodnim tematem
"Potopu" jest obrona Jasnej Góry, opisał autor bardzo ciekawie obronę,
ale i skutek, jaki to oblężenie wywołało... zryw, przebudzenie się całego
narodu przyniosły najeźdźcy i zdrajcom klęskę, atak na święte dla Polaków
miejsce przyniósł skutek przewidziany przez przeora Kordeckiego.
W tym momencie przeprowadzany jest zmasowany atak na Radio Maryja,
o. Rydzyka, całą katolicką religię... w jakiś bardzo dziwny sposób przychodzi
mi na myśl porównanie.... sytuacja jest bardzo podobna, są zdrajcy, antykatolickie
oszołomy i gromady "wierzących inaczej", a wszyscy oni, z jakiegoś niezrozumiałego
powodu zwalczają katolicyzm... co w zamian (???).
Już Kopernik twierdził, że pieniądz gorszy wypiera lepszy, a
Feliks Koneczny podobnie myśli na temat cywilizacji, zawsze wygrywa ta
mniej warta, gorsza... Wygląda na to, że działania dnia dzisiejszego mają
doprowadzić do upadku tę najlepszą, łacińską cywilizację. Przodkowie dwa
tysiące lat walczyli z destrukcją, a my powinniśmy się poddać, hmmm, wcale
ten pomysł mi się nie podoba, nie damy się zastraszyć srulonowi.
Spodziewam się, że w tej chwili czytelnicy "Faktów i Mitów" itp.
piśmideł rykną śmiechem, oni oczywiście wszystko wiedzą dużo lepiej...
a że nie znają historii (?), no cóż, propaganda tow. Senyszyn i podobnych
nawiedzonych trafia na podatny grunt, historia kołem się toczy, a głupich
nie sieją... choć wszystko do tego dąży, na pewno byłoby to ułatwienie,
ale świat pełen sklonowanych Bartoszewskich, Kuców, Wałęsów, Palikotów...
Kalisz z Urbanem też są piękni, do tego Środa, Senyszyn i Pitera (???)
brrr, coś strasznego. W tym samym czasie Gross straszy prokuraturę... i
właśnie dlatego powinno nastąpić konkretne śledztwo i oskarżenie, dlaczego
jakiś Gross ma być inaczej traktowany, ostatecznie David Irving za swoje
udokumentowane poglądy poszedł do więzienia i jest szykanowany na całym
"demokratycznym" świecie... kto był i jest oskarżycielem (???). Śmiesznie
byłoby dać się zastraszyć srulonowi.
Janusz Sierzputowski
Cambridge
Od redakcji: Szanowny Panie, śmiesznie już jest dookoła, komedia
ludzka nas nie zawodzi.
Panie Andrzeju
Długo się wahałem, czy się przyznać. Czy mam prawo do swoich
myśli, obaw. Czy nie zostaną one odebrane jako atak na Kościół, którego
cząstką przecież jestem. Czy mój rozum jest "głupszy", wolna wola wypaczona,
a mój Duch św. - "niepełny"?
W imię Boże.
Przyznam, że się boję. Dnia jutrzejszego i całego nowego roku
2008, którego tylu ludzi mi życzyło, aby był szczęśliwy. I tych najbliższych
lat, które jeżeli dożyję, będą moim udziałem. Jest to chyba znak słabnącej,
a może nawet już bardzo słabej wiary.
Skąd się wzięło to licho? Włazi bezczelnie poprzez moje czytanie,
słuchanie i oglądanie wiadomości ze świata - o świecie i wywołuje lęk.
Zło, przez duże "Z", ma się coraz lepiej, sprawia wrażenie, że wygrywa
z Dobrem i coraz trudniej to negować, jeżeli samo istnienie Dobra i Zła,
Boga i Szatana, jest negowane, ośmieszane lub zastępowane pojęciami człowieka
wyzwolonego z "ciemnoty". A diabeł tylko trze kopytami z radości, że w
świadomości dzisiejszego człowieka - nie istnieje.
Wspaniałym dziełem Stwórcy, które kiedyś, dla każdego z nas przestanie
istnieć, zamieni się w wieczność, jest czas. Jeżeli dobrze go wykorzystamy
i innym w tym pomożemy, aby nie dać się omamić "dobremu" Złu - otrzymamy
Życie. To jest naszym powołaniem.
Czas to pieniądz - mówią bogaci, biedni ludzie. Wszystko płynie,
czas płynie - mówi filozof Heraklit i ludzie bogaci w świadomość przemijania.
Panta rhei. Bardzo pięknie o czasie pisze Kohelet w swojej księdze Starego
Testamentu (gorąco zachęcam do jej przeczytania), pisząc m.in.: "jest czas
rodzenia i czas umierania ... czas burzenia i czas budowania... czas wojny
i czas pokoju...". Od czasu moich najmłodszych lat, gdy jestem w stanie
sięgnąć pamięcią w wstecz (czasu mojego rodzenia nie pamiętam, a czasu
umierania jeszcze nie znam), byłem na etapie pewnego stałego, powolnego
budowania. Budowania siły, wiedzy, wiary, dobrych manier, moralności, wrażliwości
i wszystkich innych niezliczonych komórek mojego JA. Wielka w tym zasługa
moich kochanych nieżyjących już rodziców i prawdziwego księdza z prawdziwym
powołaniem, który uczył mnie religii i życia. Bóg Wam zapłać. Dzisiaj księża
nie uczą dzieci religii i życia - nie mają czasu, mają katechetki, a my
- rezultaty.
Mam skończone (już, dopiero -niepotrzebne skreślić ) 55 lat i
coraz częściej łapię się na myślach, że mój czas budowania się jakby zastopował.
Prym zaczyna wieść czas walki o to, aby nie dać w sobie zburzyć tego,
co przez te lata wspólnie zbudowaliśmy.
I szukam wsparcia. Współczesny czas nie pieści nas. Każdy, kto
ma oczy, uszy, trochę rozumu i chce ich używać zgodnie z prawdą, musi czuć
że zbliża się jakiś kataklizm ludzkości. Świat i jego lokator stracił równowagę,
zatacza się, tarza w konwulsjach. Wszystkim wolno wszystko, a wszystko
to w narkozie dźwięków o nowym ładzie, pełnym wyzwoleniu i szerokiej tolerancji.
Nowa dzicz, pełny gnój, szeroka dekadencja.
10 przykazań Dekalogu zostało zastąpionych tysiącami kodeksów,
kart obywatelskich, kart wolności, swobód, praw dziecka, seniora, prostytutki,
homoseksualisty, policjanta, więźnia itp. bzdur z tzw. Kartą Praw Podstawowych
na czele. I o tak bogatym w wolność i prawa człowieku coraz częściej nie
można nawet powiedzieć, że żyje jak zwierzę, gdyż byłoby to obraźliwe dla
zwierząt. A celem jest to, aby pod batutą coraz bardziej bezczelnego i
jawnego już Zła, usunąć ze świadomości ludzkiej pojęcie Boga - Jego miłości,
ale i sprawiedliwości. O Sądzie Ostatecznym, Piekle nie mówi się już nawet
w kościołach. I dlatego KAŻDA, najmniejsza nawet inicjatywa zmierzająca
do tego, aby przypomnieć światu, kto jest Panem Nieba i Ziemi, Panem czasu,
do Którego należy ostatnie słowo, powinna (a może i musi pod groźbą kary
ostatecznej) być przyjęta i wspierana. Musi, gdyż sytuacja jest krytyczna!
Szczególnej wagi nabierają tu słowa Jezusa skierowane do kapłanów: więcej
otrzymaliście, więcej będzie od was wymagane - ale trzeba w to wierzyć,
albo chociaż się tego bać.
Pojawiła się taka inicjatywa w grupie dyskusyjnej historyczno-teologicznej
"Patron" przy Polskim Centrum Kultury w Mississaudze. Z okazji świąt Bożego
Narodzenia powstał projekt małego, kolorowego znaczka przypinanego do kurtek,
który przedstawiał symbolicznie szopkę i głosił, że "Jesus is the reason
for the happy season".
W zamierzeniach grupy miała to być forma zarówno odżywki i umocnienia
dla tych, którzy wiedzą, co świętują i dlaczego idą na pasterkę, jak i
refleksji, a może i odtrutki dla tych, którzy zagubili istotę tych świąt
i radują się z dni wolnych od pracy, prezentów i pięknych dekoracji z bałwanami,
krasnalami i reniferami w rolach głównych.
Wszelkie donacje uzbierane przy dystrybucji tych znaczków miały
zostać przeznaczone na wsparcie ubogich - ewangelicznych "wdów i sierot".
Trudno o coś prostszego, co jednocześnie mogło być ewangelizacją i miłosierdziem.
Mogło.
Apel o przyłączenie się do tej akcji został wysłany do kościołów:
św. Maksymiliana, św. Kazimierza, św. Stanisława Kostki, św. Eugeniusza
de Mazenod, św. Piotra i Pawła w Welland oraz do Katolickiego Studia Młodych,
Telewizji "Salt and Light", Toronto Catholic School Board oraz do tygodnika
"The Catholic Register".
Poza jedną (o. Andrzeja Sowy z parafii św. Maksymiliana
- o czym później) bardzo pozytywną, a przecież zupełnie naturalną
reakcją - odpowiedzią na listy było milczenie.
Bodaj byście byli zimni albo gorący, ale nie letni - bo was wypluję
- mówi Bóg. Zabrakło nawet dobrej woli, żeby odpisać. A może dobrych manier.
Pytam każdego z Was, księży proboszczów - dlaczego mając możliwość
dostępu do tysięcy swoich parafian, nie podjęliście tej próby? Jeżeli jedno
z drugim - krzewienie prawdy tego hasła z ofiarą dla "wdów i sierot " nie
jest pewnym symbolem naszej wiary - kochaj Boga i bliźniego swego jak siebie
samego - nie jest czymś, co jest godne, warte i konieczne, to pytam - co
jest? Czy jest godne, warte i konieczne reklamowanie kilka razy dziennie
w mediach "królewskiego balu sylwestrowego, z królewskim obiadem, z barem
bez ograniczeń obficie zaopatrzonym" organizowanego przez parafię św. Eugeniusza
de Mazenod? Gdy nawet dodamy do tego zestawu kolejną atrakcję - "błogosławieństwo
przed północą" - należy postawić pytanie - czy Chrystus Król czułby
się dobrze na tym królewskim balu? Czy to rola Kościoła? A szczególnie
w czasach tak ciężkiej okupacji Prawdy, jaką przeżywamy? Czy dla Katolickiego
Studia Młodych taka akcja nie była ewangelizacyjna i medialna, dotycząca
szczególnie młodych ludzi? Oni mają jeszcze spontaniczność, odwagę, zapał.
Czy widok może tysięcy młodzieży wędrującej po ulicach, sklepach, szkołach
z takim hasłem na piersiach nie radowałby samego Jezusa, jak i redakcję
KSM? A było to zupełnie realne... i jest realnie konieczne. Można było
zrobić tak dużo, nie zrobiono nic, a tak często słyszymy piękne słowa z
ambony o współczesnych zagrożeniach w świecie. Czy redaktorzy TV Salt and
Light zapomnieli już widok setek tysięcy młodych ludzi w okresie
Światowych Dni Młodzieży w Toronto? I Wy nie znaleźliście niczego dobrego,
a wręcz koniecznego w tej idei przypomnienia światu pędzącemu w neopogaństwo
- kto jest powodem radości tych świąt? Kto jest Panem czasu tego świata?
Trzymacie w ręku klucze do mediów, które dają dostęp do dziesiątków tysięcy
dusz zagubionych, zalęknionych, niepewnych jutra, wypranych z Boga.
Waszej telewizji może jeszcze nie oglądają, ale może ten znaczek wręczany
im "free" na Yonge Street, z numerem kanału TV Salt and Light na
odwrocie, był szansą dla nich, aby otwarły się im oczy i uszy? Nie wie
tego nikt z Was, nie wiem tego ja, ale wiem, że kiedyś On nam o tym powie.
Zapyta - co dla Niego zrobiliśmy, a czego nie zrobiliśmy. Boję się tego
spotkania, a Wy? Tygodnik "The Catholic Register" listu - apelu w
tej sprawie w ogóle nie zamieścił, a przecież mógł zrobić chociaż tyle.
Ze strony Toronto Catholic School Board również żadnej reakcji, czego się
najmniej spodziewałem. To system nauczania, który tylko z nazwy jest katolicki,
a systematycznie wypacza i zarobacza młode, katolickie kręgosłupy i sumienia.
A motyw jest tylko jeden - pieniądze "świeckie", które system przyjął,
aby utrzymać swoje wygodne fotele, wymuszają świecko-postępowo-"katolickie"
nauczanie. Ostre słowa, ale oburzonym służę przykładami tego nauczania.
Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię - to do nas wszystkich. Wszystkich.
O co tyle hałasu, ktoś powie, o mały symboliczny znaczek?
To nie jest problem małego symbolicznego znaczka z imieniem Jezus,
to jest problem coraz większego natężenia walki z chrześcijaństwem, które
wyraźnie, z czyjegoś wyroku ma być wykorzenione. Przy naszej (i Waszej)
milczącej, "pokornej" akceptacji. A tu już larum grają! Trzeba być ślepym
lub udawać ślepca, żeby tego nie widzieć. Tak, znaczek bardzo symboliczny
i reakcja (jej brak) również bardzo symboliczna. DLACZEGO? Nam nie wolno
milczeć. Mogłem się spodziewać milczenia, braku reakcji lub nawet oporu,
przy próbie przekraczania murów świeckich, ale nie wkraczając do katolickich
ogrodów. I dlatego się boję.
Są cztery możliwe odpowiedzi na pytanie - dlaczego tak się stało:
- nasze fałszywe powołanie do chrześcijaństwa,
- nasze prawdziwe powołanie, które jednak gdzieś się rozlazło,
może w zbyt miękkich kanapach, wygodnych autach, pełnych stołach i barkach
i zamieniło się w gnuśność,
- nasza przesadna "troska" i strach, żeby nie urazić uczuć religijnych
naszych braci Żydów i Muzułmanów. Oni jakoś nie wykazują podobnej troski
o nas,
- lub celowe działanie konia trojańskiego.
Zdaję sobie sprawę z wielkiej wagi tych i innych moich obaw,
ale mam ciągle w pamięci pewne słowa księdza, o którym chyba bez ryzyka
można było powiedzieć, że gdy mówił, to wiedział co. Oto one:
"Stoimy dziś w obliczu największej konfrontacji, jaką kiedykolwiek
przeżywała ludzkość. Stoimy w obliczu ostatecznej konfrontacji między
Kościołem a antykościołem, Ewangelią a jej zaprzeczeniem. Ta konfrontacja
została wpisana w plany Bożej Opatrzności: jest to czas próby, w który
musi wejść cały Kościół, a polski w szczególności. Jest to próba nie tylko
naszego narodu i Kościoła. Jest to w pewnym sensie test na dwutysięczną
kulturę i cywilizację chrześcijańską, ze wszystkimi jej konsekwencjami:
ludzką godnością, prawami osoby, prawami społeczeństw i narodów".
To słowa księdza kardynała Karola Wojtyły wygłoszone w 1976 roku
w Stanach Zjednoczonych.
Na zakończenie trochę optymizmu i dowodu, że można inaczej.
Proboszcz parafii św. Maksymiliana - o. Andrzej Sowa przez trzy
kolejne niedziele przed świętami uzasadniał i zachęcał do nabywania za
wolne datki i noszenia tych znaczków. Wierny swojemu powołaniu, świadomy
tego, że jest tylko "bezużytecznym narzędziem", "glinianym naczyniem",
że robi tylko to, co do Niego należy, a jednak - zadziwia i umacnia.
A może i pobudzi innych za rok, jeżeli on nadejdzie. Panta rhei.
Dzięki pośrednictwu jednego z członków grupy Patron, do naszej
akcji bardzo chętnie i skutecznie włączył się kościół św. Gabriela w Burlington,
gdzie proboszczem jest ks. David Weise, a wikariuszem - ks. Aleksander
Mierzwiński, oraz szkoła St. Andrew w Oakville - dyr. Tony Ceelen, który
w tym roku zdobył tytuł jednego z trzydziestu najlepszych dyrektorów szkół
katolickich w Kanadzie. Podziękowania i gratulacje!
Te dwie "placówki" zasiliły nasz fundusz dla ubogich sumą - 700
dol.!
W sumie udało nam się dzięki pomocy wielu członków naszej grupy
oraz poparciu i ofiarności parafian w Mississaudze, Burlington oraz szkoły
w Oakville, rozprowadzić około 850 znaczków, co dało "trochę" ewangelizacji
i czystego dochodu -2174 dol.!
Wśród ofiarodawców pragnę wymienić imiennie panią Irenę Korsak,
państwa Lidię i Pawła Bryś, którzy za znaczek złożyli donację po 100 dol.,
oraz państwa Agatę i Darka Leszczyńskich, którzy za taki znaczek ofiarowali
400 dol. - ufundowali piękny, duży monitor do komputera, który w całym
zestawie został już dostarczony dzieciom Domu Dziecka w Barlinku k. Gorzowa.
Dzieci nasze otrzymały także małe torby podróżne, a w nich owoce i słodycze.
Wszystkim, za czas, życzliwość, za każdego dolara i za te setki,
niech Bóg wynagrodzi.
PS
Nie było i nie jest moim zamiarem kogokolwiek tym listem
urazić, a jedynie stanowczo zachęcić do poważnej refleksji, stanąć w prawdzie
i odpowiedzieć sobie w głębi serca na pytanie - dokąd idę i z kim ?
Wszystkie słowa i zdania, jakie padły, są moimi prywatnymi uwagami,
ja za nie odpowiadam i proszę ich nie łączyć z działalnością grupy Patron.
Roman Dorna
Od redakcji: Szanowny Panie, pamiętam tekst Thomasa Mertona,
w którym przestrzegał przed pewną szatańską pułapką. Otóż, gdy człowiek
w dążeniu do świętości przestrzega wszystkich przykazań i wywiązuje się
ze wszystkich obowiązków pobożności, wówczas pojawia się grzech pychy -
ależ ja jestem dobry i święty - myśli o sobie taki człowiek, ależ ci inni
są grzeszni i nic niewarci... W ten sposób przekreśla się jedną myślą wszystkie
wcześniejsze zasługi...
GONIEC NR
4/2008 (212)
(25-31
stycznia 2008)
Panie Jurku,
Dzięki za Pana artykuły turystyczne, jak i motoryzacyjne, które
czytam z dużym zainteresowaniem w tygodniku "Goniec".
Na początku grudnia dokonałem zakupu nowego auta marki Mazda5.
Jest to nowe, dosyć nietypowe i interesujące auto na rynku północnoamerykańskim.
Połączenie kompaktowego, ekonomicznego samochodu z rodzinnym minivanem,
jednocześnie z zachowaniem sportowych walorów... Auto to zostało sklasyfikowane
jako "Multi Activity Vehicle". 4-cylindrowy silnik o pojemności 2,3 litra
i mocy 157 KM połączony z 5-biegową skrzynią biegów (jako standard) jest
dosyć ekonomiczny i w jeździe na autostradzie spala niewiele ponad 7 litrów
zwykłej benzyny na 100 km. Kolejna zaleta to 6 foteli dla pasażerów! Dwa
tylne rzędy siedzeń można składać i mieć płaską podłogę do przewozu większych
rzeczy. Dostęp z zewnątrz do tylnych foteli jest dosyć łatwy ze względu
na rozsuwane z obu stron tylne drzwi. Automatyczny włącznik wycieraczek
i świateł oraz elektroniczne sterowanie temperatury wewnątrz auta też jest
wygodne.
16-calowe aluminiowe koła i dosyć szerokie opony (210) na sportowo
sztywnym i dosyć niskim (157 cm prześwit) niezależnym zawieszeniu sprawiają,
że Mazda5 świetnie trzyma się drogi i idealnie reaguje na ruchy kierownicą.
Wszystko to przy dość dostępnej cenie 19 900 dol. sprawia, że
auto to jest dość atrakcyjne.
Ale wszystkie te zalety przyćmiewa dosyć drobny, aczkolwiek istotny
mankament: nie ma miejsca na prawą stopę. Zbyt mała przestrzeń na pedał
gazu pomiędzy pedałem hamulca a plastikową ścianką uniemożliwia wygodne
operowanie pedałem gazu. Przy naciskaniu gazu prawa stopa musi być lekko
przekrzywiona, aby uniknąć naciskania jednocześnie hamulca, co przy dłuższej
jeździe jest bardzo męczące. Co więcej; okazuje się, że może to być niebezpieczne,
bo przy nagłym hamowaniu prawa stopa, będąca jeszcze na pedale gazu (który
jest ulokowany dużo niżej od pedału hamulca), może się zaklinować pod pedałem
hamulca i pomiędzy pedałem hamulca a wspomnianą ścianką i czas reakcji
może się dramatycznie przedłużyć!
Można powiedzieć, że samochód ten jest niebezpieczny do jazdy
dla kierowców o wzroście ponad 175 cm i rozmiarze buta nr 9 i większym.
I tu zaczęły się moje kłopoty z Mazda Canada i Transport Canada
(które robi homologację tych aut na rynek kanadyjski). Gdy wspomniałem
o tym problemie, dzwoniąc do Mazda Canada, powiedziano mi, że samochód
już raz przeszedł test na bezpieczeństwo wykonany przez Transport Canada
i jest bezpieczny, a problem z blokowaniem stopy jest tylko i wyłącznie
moim problemem (sic!) i Mazda nic nie ma zamiaru zrobić, aby poprawić bezpieczeństwo
produkowanego przez siebie samochodu.
Tu chcę zaznaczyć, że jeżdżę różnymi pojazdami od 1982 r. i Bogu
dzięki nie miałem wypadku, a ostatnie 15 lat jeżdżę zawodowo wielką ciężarówką
(przejeżdżając średnio 140 tys. km rocznie) i jednocześnie trenuję zawodowych
kierowców w tej dosyć trudnej pracy.
Zadzwoniłem więc do Transport Canada i zgłosiłem ten problem,
sugerując, że ja nie czuję się bezpiecznie, jeżdżąc tym samochodem. Zwróciłem
też uwagę, że każdemu innemu może się zdarzyć, jeżdżąc Mazdą5, iż zablokuje
mu się noga pod pedałem hamulca i nie mogąc wyciągnąć jej na czas, może
uderzyć we mnie czy w ciebie. Wyraziłem przy tym swoje obywatelskie zatroskanie
na temat bezpieczeństwa na naszych kanadyjskich drogach.
W odpowiedzi powiedziano mi, że jeśli ja się nie czuję bezpiecznie
w tym aucie, to nie powinienem nim w ogóle jeździć...! A że samochód został
zaprojektowany tak, a nie inaczej, to jest sprawa producenta. Auto było
testowane pod względem przeciętnego wzrostu dla kierowcy (japońskiego?)
i mieści się w kanadyjskich standardach.
Jestem lekko zszokowany postawą dwóch wyżej wspomnianych instytucji.
Ja próbowałem zareagować, zanim zdarzy się wypadek, a z tego,
co usłyszałem, wynika, że trzeba poważnego wypadku spowodowanego tym mankamentem,
żeby ktoś z decydentów uświadomił sobie wagę problemu...!
Co tu jest nie tak? Czy chodzi tylko o pieniądze?
Pozdrawiam serdecznie!
Paweł Mrugacz
Kitchener
(kierowca/właściciel 2007 Mazdy5)
Od redakcji: W połowie lutego w Toronto odbędzie się wystawa
samochodowa, gdzie prezentowana będzie najnowsza druga wersja mazdy5. Zobaczymy,
czy usterka stwierdzona przez Pana została usunięta...
Pozdrawiam ciepło z Aten
Na stronę "Gońca" zaglądam coraz częściej. Trafiłem tam za sprawą
red. S. Michalkiewicza, jednego z niewielu sprawiedliwych parających się
piórem. Szkoda tylko, że tak smutny obraz kraju z tej lektury się
wyłania.
Mniemam, że front pracy w roku powyborczym, czyli w 2008, będą
mieli Panowie ogromny, jako że mafia rządowa w kraju zaczyna kręcić lody,
zgodnie z obietnicami przedwyborczymi niejakiej pani Sawickiej.
Oby kadencja obecnej ekipy rządowej trwała jak najkrócej.
Tego wszystkim Polakom i sobie życzę w roku 2008.
Marek M. Nadolski
Ateny
Od redakcji: Wzajemnie. Obraz kraju nie taki wcale smutny,
jeśli przeczyta Pan całego "Gońca" - zapraszamy do prenumeraty.
Szanowna Redakcjo!
Nawiązując do Waszego artykułu "Szansa dla polskich masarzy?",
uważam, że trafne było umieszczenie w tytule znaku zapytania, jako że przyszłość
producentów tradycyjnych wędlin nadal pozostaje pod wielkim znakiem zapytania.
Występując w obronie "Karola" i innych, podkreślałam, że nowe
przepisy dobre są dla dużych firm, a nie małych, rodzinnych, i że inne
kryteria powinno się doń stosować.
Należy też dodatkowo zwrócić uwagę, że podciągnięcie pod jeden
mianownik rzeźni prowadzących ubój oraz dużych i małych masarni przetwarzających
mięso nie jest zbyt trafne.
Małe pracownie masarskie, jak "Karl's Bucher and Grocer", "Steves
Meat", "Astra", "Village..." itd. można bardziej porównać do kuchni przy
restauracji, gdzie krew nie leje się ciurkiem jak w rzeźni, a robi się
pyszności.
Bezkompromisowe podejście prowincyjnych urzędników wywołało oburzenie
wielu osób - w tym polityków, a MPP pani Cheri DiNovo (www.CheriDiNovo.com)
wystąpiła w grudniu tuż przed przerwą wakacyjną na forum Parlamentu Ontario,
żądając zmian w tej materii.
W Kanadzie nie ma cechów rzemieślniczych, a ponieważ sprawa nie
jest zamknięta, wytwórcy powinni się szybko zjednoczyć bez względu na narodowość/pochodzenie.
KPK jest przychylny, aby to uczyniono pod jego auspicjami.
Wracając do wspomnianego artykułu, zażenowana jestem postawą
młodego pokolenia, które lakonicznie określam "każdy sobie rzepkę skrobie".
Zdając sobie sprawę z ogromu nakładów finansowych na rozdzielenie
wytwórni i sklepu oraz wiedząc, że wielu producentów jest blisko lub w
wieku emerytalnym, i to bez kontynuatorów, bracia przechodzą wobec niezastosowania
prawa tzw. grandfather cause, bez żalu, gdyż sami są w szczęśliwszym położeniu
... ciężko wypracowanym głównie przez ojca.
Jako pozytywną zmianę wymienić mogą obaj bracia jedynie... "obieg papierów",
a więc nic innego jak biurokrację - i osobiście mimo pozorów, nie widzę
w tym momencie ich entuzjazmu (ich firma była i bez tego dobra).
W małej masarni nie jest to tak ważne, bo faktury (rachunki)
i receptury są pod nieustanną kontrolą właściciela lub ew. jego pracownika.
Wszystko robi się czysto i według ustalonego porządku/rytuału na bieżąco.
Powtarzanie plotki "o niesamowitych brudach" dowodzi tylko braku doświadczenia,
a dla starszych kolegów po fachu brzmi to jak policzek niesłusznie wymierzony.
Przy licznych kontrolach prowincyjnych i miejskich, trzeba wiedzieć,
że inspektorzy municypalni w Toronto bardzo rygorystycznie podchodzą do
higieny przy wydawaniu tzw. Green Pass.
Również fantazja o wrzucaniu przez "innych wszystkiego" do maszyny
przy robieniu kiełbasy nie powinna mieć w ogóle miejsca przy zachwalaniu
własnych wyrobów. Jako dobry wytwórca, młody człowiek sam trzyma się tradycyjnej
receptury i dobrze wie, że jeśli zacznie "coś knocić"... ludzie przestaną
przychodzić - dlaczego więc rzucać cień na innych?... To tylko nieprzemyślane
frazesy rzucone w chwili dumy. Czy te nowe prowincyjne przepisy polepszyły
smak kiełbas? - oczywiście że NIE, bo receptury są te same.
Co zatem się zmieniło?... droga do konsumenta i, co jest zupełnie logiczne...
koszt produkcji, do którego dochodzi utrzymanie dwóch miejsc i transport.
Wspomnieć też trzeba tutaj kosztowne komputerowe czujniki i chemię, którą
zlewa się wytwórnię dla "higieny" wg prowincyjnej definicji - notabene
wg mej opinii, środki chemiczne wdychane są przez ludzi i wchłaniane przez
wędliny, nawet jeśli ich nie czuć.
Intuicyjnie rozumiem obawy niewypowiedziane, krytyczne, a skryte
w sercach rozmówców, bo przepisy i "władzę" inspektorów łatwiej jest skrytykować
klientowi niż kontrolowanemu w obliczu alternatywy: "to be or not
to be"...
Stare porzekadło mówi "kiedy dwóch robi to samo, to nie jest
to samo". Brakuje mi wyrobów pana Karola, do których przywykłam, od czasu
kiedy po ponad 14-letnim wegetarianizmie wróciłam do zbalansowanej diety.
Nie dyskredytuję tu innych wytwórców, bo każdy z nich ma swoją specjalność,
która przyciąga klientów. Dlatego dobrze jest mieć możliwość wyboru...
u jednego szynkę, u innego peperoni, u jeszcze innego polędwicę etc. Musimy
wszyscy bez animozji popierać europejskie sklepy-wytwórnie i podać pomocną
dłoń, gdzie trzeba... czy to dzwoniąc, czy pisząc do polityków we własnym
rejonie. Dotyczy to i tych, którzy już podporządkowali się prowincyjnemu
prawodawcy, od którego w przyszłości można spodziewać się nawet nacisku
na zmianę receptur i tym samym doprowadzenia do zaniku kunsztu masarskiego.
Z poważaniem
Małgorzata Kossowska
Od redakcji: Zgadza się, sprawa nie jest zamknięta, zapraszamy
do dyskusji.
Prośba do Pani Jolanty Krawczyńskiej
Uprzejmie proszę Panią o skontaktowanie się ze mną w jednej ze
spraw poruszonych w Pani liście. Ponieważ mieszkam w Calgary, proszę o
zostawienie numeru telefonu, oddzwonię na swój koszt. Tel. 403-256-4764
Edward.
Od redakcji: xxx
GONIEC NR
3/2008 (211)
(18-24
stycznia 2008)
Szanowna Redakcjo,
Obecnie w Polsce staje się bardzo popularny website: www.nasza-klasa.pl,
na którym można znaleźć wszystkich swoich znajomych ze szkolnych lat od
właściwie zarania istnienia szkół, do których chodziliśmy w Polsce. Tak
udało mi się po 30 latach znowu zobaczyć chociaż wirtualnie znajomych tak
z podstawówki, jak szkół ponadpodstawowych. Jest to bardzo przyjemne i
miłe przedsięwzięcie.
Ponieważ chyba wiele osób żyjących tutaj jeszcze o tym nie wie,
więc jeśli jest taka możliwość, moglibyście na widocznym miejscu umieścić
wzmiankę o tym website, na pewno udałoby się spotkać tu swoich dawnych
znajomych, o których nie wiemy, że tu mieszkają.
Jeśli to możliwe, to bardzo proszę.
Z pozdrowieniami
Alina Simunek
London, ON
Od redakcji: Szanowna Pani, nasza klasa idzie jak burza, sam
tam znalazłem kolegów z LO.
Kto mieczem wojuje, od miecza ginie
To ludowe przysłowie najczęściej odzwierciedla się w codziennym
życiu człowieka, bez względu na ideologię i wyznanie. Tak się też dzieje
na naszym polonijnym podwórku, czego dowodem jest coraz więcej wypowiedzi
w prasie.
Ataki na ludzi broniących Polski i wiary katolickiej są coraz
brutalniejsze. Uwłaczające jest szczególnie dla osób publicznych, które
należą do mniejszości i nie zapisały się złotymi zgłoskami swoich osiągnięć.
Tacy ludzie najczęściej atakują wierzących i kochających swój kraj, mając
nadzieję, że wygrana będzie po ich stronie. Nikt z katolików nie atakuje
innowierców i nikogo nie obchodzi, w jakiego Boga wierzy. Może nawet wierzyć
w psa czy kota, jeżeli im to wystarczy i będą uważać za stosowne. Natomiast
swojej woli nie mają prawa narzucać nikomu lub krytykować za obronę najwyższych
wartości, jakimi są Bóg, Honor i Ojczyzna.
Sekty i dewianctwo są tak rozpowszechnione, że takich ludzi należy
omijać z daleka. Nie podzielam opinii autorki listu, która poczuła się
urażona listem (protestem) kierowanym do premiera Tuska przez Kanadyjski
Komitet Obrony Wiary i Ojczyzny, w którym autor broni Polski i wiary, którą
umacnia w nas, emigrantach, Radio Maryja i TV Trwam nadawane z Polski.
Mamy tutaj, w Kanadzie, polskie kościoły, ale to nie to samo. Musimy bronić
twórcy tych dzieł o. Tadeusza Rydzyka, bo agresja na zakon redemptorystów
jest ogromna, w Polsce już jednego zamordowano i okradziono.
Prosimy zatem pana Wojciecha Kuśmierczyka o aktywność, odwagę
i obiecujemy wsparcie, prosząc o kontakt z nami, czyli autorami listów
o tej samej tematyce co list pana. Można też zostawić wiadomość pod nr
tel. 1-905-573-7775.
Łączymy pozdrowienia.
Patrycja i Jacek
Burlington
Od redakcji: Łączmy się! Brawo p. Patrycjo i p. Jacku za występowanie
z otwartą przyłbicą i podanie numeru telefonu.
Propaganda działa
Bardzo lubię, gdy na łamach ukazują się listy osób popierających
zmiany i bardzo zdegustowanych opozycją. Radio Maryja jest solą w oku wielu
"sprawiedliwych"... ale te same osoby w postępowaniu mediów bardzo politycznie
poprawnych, nie widzą niczego złego.
Propaganda przez lata narobiła szkód w główkach całych pokoleń
i te właśnie osoby nie potrafią zrozumieć, że można się nie zgadzać...
to jest ksenofobia i inne wyrazy. Ja jestem akurat innego zdania i uważam,
że wszyscy zachwyceni tym, co się dzieje, po prostu są zaślepieni i nie
zdają sobie sprawy z tego, co mówią, ten wielki zachwyt może być spowodowany
niewiedzą i nieznajomością historii... warto czytać, i to nie tylko propagandowe
wydawnictwa w rodzaju różnych gazet.
Poglądów na te sprawy jest multum i zdziwienie, że inni mogą
mieć inne zdanie, jest po prostu śmieszne, wskazujące na jednostronność
w myśleniu. Potrafię nawet zrozumieć, że niektórym może się nie podobać
pisanie red. Michalkiewicza, że wolą Żakowskiego, Passenta lub jakiegoś
Lisa... ot, zwykła różnica poglądów, a to, że mnie akurat bardzo pasują
teksty red. Michalkiewicza i Ligęzy, zgadzam się z poglądami Antoniego
Macierewicza i z całego serca popieram PiS i Kaczyńskich... No cóż, to
są moje poglądy, nie wstydzę się ich, a alternatywy nie widzę.
Propaganda potrafi czynić cuda, potrafi sprawić, że ludzie przyjmują
za swój punkt widzenia, co usłyszą w TV lub wyczytają w słusznych gazetkach.
Propaganda wykreowała Tuska i PO, ciekawe teraz, kiedy zaczną się obiecywane
cuda... Wielu bardzo na to czeka, uwierzyli.
Zdewociały prymityw, słuchający Radia Maryja... toż to zgroza
i w ogóle brak kultury, ale osoba tak myśląca stawia siebie na piedestale,
wywyższa ponad innych i zupełnie nie bierze pod uwagę, że może się mylić,
że ci inni, gorsi, mogą wiedzieć i rozumieć dużo więcej.
Od wieków i całe życie trzeba wybierać i podejmować decyzje...
Wielu to robi mądrze, inni dają się sterować propagandzie i dlatego warto
czytać, znać historię, tę jej prawdziwą stronę... Feliks Koneczny w swoich
dziełach wyjaśnia wydarzenia, tłumaczy, pozwala zrozumieć... Warto coś
poza Michnikiem czytać. A jeśli w ten sposób ma wyglądać dyskusja, wymiana
zdań, jeśli niektórzy czują się obrażeni albo wolą milczeć... to się teraz
chyba nazywa kultura? Swoją drogą, są ludzie zadowoleni, że dorwali się
do władzy w Polsce główni aktorzy "Nocnej zmiany", wychowani przez ZMW
i ZMS aparatczycy... Ja osobiście się z tego nie cieszę i chyba nie jestem
osamotniony, zobaczymy, jak szybko ta "mądrzejsza" część zmieni zdanie...
Prawda zawsze się obroni.
Janusz Sierzputowski
PS Rozumiem, że mój list z 1 grudnia, wobec takich obiekcji,
był za bezpośredni, niedopuszczalny, ale człowiek czasami napisze, co myśli,
swoje konkretne zdanie... Wygląda, że powinno się pisać tylko po linii,
a Radio Maryja musi być wrogiem, tak każe propaganda... i cóż poradzisz.
Od redakcji: Szanowny Panie, jak zwykle dziękujemy za wypowiedź
i prosimy o adres, bo wylosował Pan nagrodę w konkursie na rozwiązanie
krzyżówki świątecznej.
Na czym polega "subprime" kryzys?
Cały tzw. kryzys to po prostu zwykłe złodziejstwo! Pożyczać pieniądze
na zakup nieruchomości to żadne ryzyko. W tym przypadku, panie Andrzeju,
pieniądze kreuje sam pożyczający pod zastaw - jakim jest nieruchomość.
Całą sumę kreuje pan sam, swoim podpisem podpisując kontrakt na hipotekę.
Na podstawie pana hipoteki, pożyczający tworzy dopiero kredyt. Nawet biedny
człowiek jest w stanie spłacić kredyt, jakiego mu udziela... np. przy pożyczce
150 tys. na 5 proc. - spłata 609 dolarów miesięcznie... Jaka krzywda???
Jaki problem?? Żaden! Spłacając i tak przez 30 lat, czyli płacąc 360 rat
po 609 dol., płacimy za dom wartości 150 tys. - 220 tys.... Tyle dostaje
bankier za nic... za parę papierów za obsługę księgową kredytu hipotecznego.
Tak jest przy normalnej pożyczce przy stałym procencie.
Ale wykorzystując sytuację, lichwiarze pożyczyli pieniądze ludziom
o niezbyt silnej pozycji finansowej... np. nie mieli na down payment 25
proc., ...złą historię kredytową, a dziś przy 50-proc. fali rozwodów kto
ma dobry kredyt, przy przeciętnej utrzymania jednej pracy 5 lat - kto ma
kredyt???
Oczywiście kredyt hipoteczny powstaje tak samo, z malutką świńską
zmianą... przez dwa - trzy lata w zależności od umowy daje się pożyczającemu
mały procent, potem podwyższając o 2 proc. w skali roku lub jeszcze więcej...
i proszę zobaczyć, co się dzieje... a 500.000 dol. pożyczka na 4 proc.
interest rate na 30 lat sprowadza się do płatności miesięcznej 2400 dol.
Ale ta sama pożyczka na 10 proc. na 27 lat po pierwszym okresie dopasowana
do nowego procentu skacze do miesięcznej opłaty 4470 dol. Procent podniesiony
o 6 punktów podnosi wysokość miesięcznej spłaty o więcej niż 85 proc. Proszę
porównać, płacąc za 500 tys. po 2400, płacimy lichwiarzom 864 tys. Jaką
mają krzywdę, mają czyste 364 tys. za nic! Te pieniądze skreował pan sam,
są w pańskim domu - za który pan płaci ubezpieczenie, i są kryte! Pan o
ten dom dba, remontuje i oporządza. Lichwiarze mają tylko czysty pieniądz
- 364 tys. to prawie 1000 na miesiąc.. połowa pana płatności!
Płacąc podwyższony procent (za co, się pytam???), płacimy 4470
na miesiąc... za 500 tys. zatem płacimy przez 30 lat 1.448.280,dol., czyli
lichwiarze chcą wydrzeć z pana 948.280 dolarów za nic! 2920 dolarów na
miesiąc! Za co? - się pytam.
Oto jest cały kryzys. Kogo chronią rządy USA? Komu służą? Rozwiązanie
tego "kryzysu" jest proste. Napiszę panu całe prawo: od dziś wszystkie
kredyty hipoteczne nie mogą być oprocentowane wyżej niż 5 proc. Wszystkie
kredyty hipoteczne mają stałe raty! Koniec kropka!
I nic nie wali, domy stoją, ludzie je spłacają. Nikomu nie dzieje
się krzywda. Oczywiście stracą "potężne sumy" ci, co zainwestowali w ichnie
wirtualne papiery, wirtualne majątki, powstałe tak samo jak każdy ichni
pieniądz... z czystego powietrza!
Dlatego chcą odebrać panu dom.
Romulus
Od redakcji: Szanowny Panie, szczęśliwie jeszcze nie chcą,
ale temat pieniądza jest dziś jednym z najbardziej interesujących. Proszę
sobie poczytać na ten temat u krytyków Funduszu Rezerw Federalnych tudzież
teoretyków kredytu społecznego.
GONIEC NR
2/2008 (210)
(11-17
stycznia 2008)
Polonijne głupoty cz. II (lub pieniądze nie śmierdzą)
Jesteśmy w kraju, w którym pieniądze nie śmierdzą. Od dawna znamy
takie powiedzenie, może od starożytności, a komunizm, w którym było ono
nieprawdziwe, w swojej większości znikł z powierzchni ziemi i utrzymuje
się tylko w nielicznych enklawach.
Mamy zatem radia, które celują w korzystaniu z tego powiedzenia.
Znajomy mój nalegał, abym choć jeden raz posłuchał radia POLONIA, czy też
Radia 7. Ponieważ wstaję trochę późno, więc wysłuchałem radia POLONIA.
Oczywiście włączyłem je o 11.10. Spóźniłem się 10 minut, ale za to wysłuchałem
go do końca. Nie było tam reklamy żadnego arszeniku do herbatki, jak to
wcześniej sądziłem, ale była reklama PARTNERA - elektronicznego, polsko-angielskiego
słownika, urządzenia, którego bez reklamy sprzedać nie można, bo jest tak
słabe w swoim przeznaczeniu i nadaje się tylko do rzucenia nim w nieposłusznego
męża czy żonę. Każdy, kto użytkuje PARTNERA, wie o tym dobrze. Były też
inne mniej czy bardziej ważne reklamy. W sumie w ciągu 50 min audycji,
której wysłuchałem, było 46 min reklam, a tylko 4 min muzyki. Liczyłem
z zegarkiem w ręku. Nie jest głupotą ogłaszać się czy przyjmować ogłoszenia
i je nadawać, bo jak powiedzieliśmy na wstępie - w kapitalizmie pieniądze
nie śmierdzą, ale zastanawia mnie, kto takiego radia słucha - czyżby POLONIA?
Gdyby nie słuchano, nie dawano by tam reklam.
Kiedyś na święta Bożego Narodzenia postanowiłem kupić w polskim
sklepie trochę szynki. Była duża kolejka, więc nie widziałem, co otrzymuję.
Zawiniętą w papier podała mi pani - tym razem właścicielka - a ja włożyłem
to do koszyczka. Po rozwinięciu w domu tego pakunku z ogromnym zdziwieniem
przyglądałem się skrawkom szynki, które tam były - czyli sieczce. Czy to
w imię hasła, które przytoczyłem na początku?
Teraz weźmy zupki z Polski - te w torebkach. Kupiłem kiedyś kilka.
Tam gdzie jest przepis przyrządzania, przyklejona jest karteczka oznajmiająca
po angielsku o składzie zupki. Nie wiedziałem, jak to przyrządzić, czy
rozmieszać to w zimnej, czy w gorącej wodzie, w szklance, czy może w wiadrze
wody. Jestem na rencie inwalidzkiej, więc żyję bardzo oszczędnie, zatem
zależy mi na tym, aby żywić się jak najtaniej, rozmieszałem więc zupę w
1/3 wiadra letniej wody, uznając, że całe wiadro to może trochę za dużo.
Za dużo dla mnie do zjedzenia, bo koniem nie jestem. Okazało się, że i
to za dużo, zupka była za rzadka, musiałem ją wylać, bo nie mogłem dojeść
się smaku. Naraziłem się tylko na straty czasu i pieniędzy.
Rozmawiam z innym znajomym niż ten, który namówił mnie do wysłuchania
radia reklam. Mówi mi, że nie chce mieć nic do czynienia z Polakami, bo
albo go okradną i oszukają, albo obmówią i tylko czasem jego żona coś tam
kupi w polskim sklepie, ale nieczęsto, a jeśli chodzi o niego, to nawet
polskich gazet nie czyta i twierdzi, że tutaj to szklarz oprawia okulary,
taksówkarz prowadzi radio, bo zna się na tym, bo na postoju w jakimś "Nadmorzu"
osłuchał się go do obrzydzenia, pracownik fizyczny, który w Polsce nosił
w piekarni worki z mąką, wypieka bułki, czyścibut jest szewcem, a w pewnych
sklepach myto kiedyś kiełbasę javexem, żeby się nie psuła, i pakuje się
próżniowo często nieświeże wyroby, od których klienci dostają biegunki
- znam to z autopsji. Jak w tym kontekście brzmi oklepane kiedyś hasło
"Kupuj u Polaka"?
Kiedyś jeszcze inny mój kolega zbierał pieniądze na hospicjum
dla dzieci. Był przekonany, że zbierze ich dużo, ponieważ w tym zakładzie
pracuje dużo Polaków i przypuszczał, że każdy z nich, solidaryzując się
z umierającymi dziećmi, będzie wspierał je czynnie. Gdy pula zebranych
pieniędzy nie przekroczyła 250 dol., przeszedł bardzo duże rozczarowanie.
Jego koledzy z pracy rozmawiają o smaku whisky za 50 dol. i na to pieniędzy
im nie żal - ale na hospicjum dla dzieci tak! Oprócz 50 dol. za whisky
muszą dać w niedzielę, po sobotnich party, na tacę w kościele Maksymiliana
Kolbe lub innym. Na to pieniądze mają. Oni żyją innymi problemami. Bardziej
wzniosłymi. Gdyby ta zbiórka była na pomnik Matki Boskiej przez Wyższą
Szkołą Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu, to ta kwota byłaby wielekroć
większa. Hospicjum to nie dla nich. Cel ma być wzniosły, najlepiej "Maryjny".
W nagłówku Poczty "Gońca" czytamy: "Zamieszczamy listy mądre/głupie...
Nie publikujemy listów... które zaprowadzą nas wprost do sądu. Redakcja
nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych listów". Czy zatem
redakcja odpowiada, czy nie odpowiada za treść ogłoszeń? Nie może być prawdą
jednocześnie jedno i drugie stwierdzenie. Takich przykładów jest bez liku.
Oczywiście, że mamy wolny wybór. Nikt nas do niczego nie zmusza. Żyjemy
w wolnym kraju, ale kraju dla bogatych ludzi.
W różnych polonijnych gazetach o Robercie Dziekańskim napisano
już sporo artykułów. Kilka z nich napisał również "Goniec". Zgadzamy się
z tym, tylko czy artykuł w gazecie to wszystko, co możemy zrobić? Czy takie
medialne źródło nie może opublikować protestacyjnego listu, pod którym
podpisaliby się czytelnicy? Czy takiego protestu nie można wystosować w
innych sprawach? Przecież patologii prawnych w tym kraju jest wiele. Dlaczego
Hindusi mogą nosić przy sobie noże i pełnić policyjną służbę w turbanach,
a Polacy na takiej służbie nie mogą nosić krakowskich czapek z piórami,
a harcerze finek u pasa? Czy kiedy wprowadzano ustawę o samowoli adwokatów,
pojawił się choćby jeden głos protestu z polskiej strony?
Na spotkaniu z ojcem Rydzykiem, na którym byłem, ojciec Rydzyk
powiedział: "Psy szczekają, a karawana jedzie dalej". Parafraza tego hasła
- Polonia szczeka, a Kanada jedzie dalej - chyba jest właściwa.
Wiesław Gałka
Mississauga
Od redakcji: Szanowny Panie, lepiej zauważać pełną połowę szklanki.
Popierajmy się! To się opłaca. Choć oczywiście nie za wszelką cenę i nie
wtedy, gdy ktoś nas usiłuje "walnąć w rogi".
Parę dalszych uwag
Panie Naczelny, przyznam, że byłem zaskoczony faktem opublikowania
mojego listu w "Gońcu". Watykan wścieka się, że traci wpływy w Europie
z powodu globalizacji, wyładowuje ją na Unii i szerzy panikę o zagrożeniu
cywilizacji chrześcijańskiej. Mniej lub bardziej świadomie staje się Pan
obrońcą interesów tego państewka kościelnego. Pańskie pismo ma charakter
raczej nacjonalistyczno-narodowy, podobny do pisma "Nasza Polska". Pisma
tego rodzaju rozdmuchują wielkość Polaków do niebotycznych rozmiarów. Przyznam,
że budzi to we mnie pewien niesmak. Chociaż jestem Polakiem, już dawno
temu przestałem wierzyć w wielkość moich rodaków.
Proszę spojrzeć na Kanadę i USA. Tutaj zasady porównywalne z unijnymi
już od wielu lat działają, wiele religii żyje "po sąsiedzku", a jednak
nic nie wskazuje na to, że chrześcijaństwu grozi zagłada na tym kontynencie.
Polecam website http://www.radiomaryja.pl.eu.org/
Jego autor w sposób rozsądny analizuje działalność Rydzyka (proszę
wybaczyć formę, ale on nie jest dla mnie żadnym ojcem). Warto wiedzieć,
co ma do powiedzenia o Rydzyku strona przeciwna, zwłaszcza taka, która
zna różnice pomiędzy konstruktywną krytyką a krytykanctwem. Mam nadzieję,
że zrozumiał Pan moje intencje i uwierzył, że nie piszę tego wszystkiego
przez złośliwość.
Z poważaniem.
Roman Cichowski
Od redakcji: Szanowny Panie, ojciec Rydzyk z niczego stworzył
ośrodek medialny mówiący polskim głosem. Jest za to nie tyle krytykowany,
co bezpardonowo atakowany. Gdyby to była krytyka, można by było się
do niej odnieść.
Propozycja nr 2
PPS - Partia Polonii Świata
NPPS - Narodowa Partia Polonii Świata
NPWP - Narodowa Partia Wszystkich Polaków
NPPG - Narodowa Partia Polaków Globu
Choć nazwa jeszcze do uzgodnienia, to w mojej głowie partia ta
już w detalach rozpisana. Wyobrażam ją sobie jako realną partię polityczną
posiadającą skrzydło krajowe i skrzydło zagraniczne. Członkowie obu skrzydeł
równi w prawach. Do partii może należeć każda Polka czy Polak na stałe
zamieszkały w Polsce. Jeżeli za granicą, to ważny paszport...
Cele: dobro Polski i Polaków rozsianych po całym świecie.
Realizowane przez:
- selekcję do władz w Polsce,
- selekcję do władz w organizacjach polonijnych,
- selekcję do władz w kraju zamieszkania,
- lobbing na rzecz Polski w każdym aspekcie,
- wszelką współpracę polsko-polonijną,
- jest grzechem, aby taki potencjał ludzki (ok. 15 mln) pozostawał
niezorganizowany i niewykorzystany dla dobra kraju,
- jaki to potencjał - wyczytałem w prasie, uwierzyć trudno -
ludność polskiego pochodzenia w USA zajmuje trzecią pozycję pośród wszystkich
nacji pod względem majętności (cash i assets). Czy jest to choć w minimalnym
stopniu wykorzystane dla dobra Polski?
- i nie jest, i nie będzie, dokąd politykierzy w Warszawie do
współpracy z Polonią będą wyznaczać takich "Borowskich", a Polonią świata
będą manipulować jak na ostatnim zjeździe,
- szkalowanie dobrego imienia Polski nie może być bezkarne w
nieskończoność.
Nastały czasy, że można takie idee snuć i wdrażać również w Polsce.
A XXI wiek daje nam technologie, że możemy nawet bezpośrednią demokrację
uprawiać, i to również globalnie.
Chętnych do dyskusji, jak również współpracy zapraszam. Proszę
o nr telefonu, ew. imię, na skrzynkę W. Wiącek, PO Box 26028, 3163 Winston
Churchill Blvd., Mississauga, ON L5L 5W7.
Od redakcji: Życzymy powodzenia.
Czyżby początek wojny religijnej w Polonii?
Wraz z przegranymi przez PiS wyborami parlamentarnymi w kręgach
Polonii odzywają się głosy antykatolików i anty-Polaków. W ostatnim czasie
na łamach "Gońca" można przeczytać pisane niezdarnym językiem paszkwile
dot. postawy redaktora naczelnego, pana Kumora, wobec spraw polskich, Radia
Maryja i znanych z patriotycznych postaw felietonistów, jak np. pana Michalkiewicza.
Dzieje się to równolegle do ataków na Kościół, wiarę katolicką
i Radio Maryja w Polsce. Jeśli ktoś kiedykolwiek wątpił w istnienie wśród
Polonii ludzi wrogich własnej Ojczyźnie, to teraz ma tego dowody. Wygrana
PO jeszcze nie raz rozczaruje wielu nieroztropnych wyborców, a co gorsze,
zablokuje rozpoczętą przez PiS lustrację. Dlatego Polacy i katolicy mieszkający
poza granicami Polski muszą tworzyć organizacje mające na celu obronę spraw
polskich i obronę wiary katolickiej. Nie jesteśmy Polakami tylko dlatego,
że posiadamy polskie paszporty, że odwiedzamy naszych bliskich w Polsce,
że chodzimy do polskiego kościoła i reszta nas nie interesuje. Sprawa jest
bardzo poważna i niecierpiąca zwłoki, Ojczyzna nasza jest w potrzebie,
jest zagrożona, dlatego hasło "Bóg, Honor, Ojczyzna" nie może być tylko
hasłem sztandarowym.
Apeluję do serc bijących po polsku, jednoczmy się i zwierajmy
szeregi, bo może być za późno.
Redaktorowi naczelnemu "Gońca", panu Kumorowi, dziękuję za postawę
godną Polaka-patrioty i proszę o więcej, licząc na dalszą współpracę. Antykatolikom
i anty-Polakom radzę, aby pisali swoje listy do innych gazet i nie zabierali
miejsca w "Gońcu" przeznaczonego na rzeczy godne i wartościowe.
Z poważaniem,
Jolanta Krawczyńska
Hamilton
Od redakcji: Szanowna Pani, nie zasługuję na Pani pochwały,
ja tylko przekonuję, że polskość może opłacać się nam wszystkim i w polskości
jest siła - na razie nie do końca wydobyta - Andrzej Kumor.
***
Czytałam "Listy do Redakcji" i poruszyło mnie sformułowanie Pana
Kuśmierczyka ("my Polonia kanadyjska", "wszyscy Polacy w Ojczyźnie
i na całym świecie") w liście do Premiera Tuska. Polacy w Ojczyźnie,
których znam i bardzo szanuję, moi polscy przyjaciele w Kanadzie
i na całym świecie, moja Rodzina i ja sama nie podpisalibyśmy się pod takim
listem.
Oczywiście Pan Kuśmierczyk ma prawo do pisania listów, ale na
przyszłość powinien to robić w swoim imieniu lub w imieniu swojej organizacji.
Wprawdzie podpisał list swoim nazwiskiem przy "Kanadyjskim Komitecie Obrony
Wiary i Ojczyzny", ale nie myślę, aby w tym "komitecie" (oj, jak to komunistycznie
brzmi) była cała Polonia i wszyscy Polacy w Polsce i na świecie.
Agata Pilitowska
Toronto
Od redakcji: Szanowna Pani, oczywiście, że p. Kuśmierczyk wypowiadał
się we własnym imieniu. Pomimo użytych sformułowań, nikt chyba nie miał
co do tego wątpliwości. Z drugiej strony, czy jest Pani pewna, że "pani
polscy przyjaciele w Kanadzie i na całym świecie" rzeczywiście nie podpisaliby
się pod tym listem? Pytała ich Pani?
GONIEC NR
1/2008 (209)
(4-10
stycznia 2008)
Panie Naczelny
Wpadł Pan w złe towarzystwo środowisk radiomaryjnych. Tylko zdewociały
prymityw przyrównuje eurodeputowanych do bolszewików w sposób, jak to Pan
za nimi robi. Fakt, że tyle miejsca Pan daje w swoim piśmie radiomaryjcy
Michalkiewiczowi, też o czymś świadczy. Ale Panu często obrywa się za propagowanie
tej "radiomaryjnej" wizji świata. Nie lepiej skończyć z tą eurofobią? Polecam
Panu lekturę ostatniego felietonu red. Lilientala na ten temat opublikowanego
w "Gazecie". Autora nie uwielbiam, ale w tym wypadku przyznaję mu rację.
W numerze 44 "Gońca" ukazał się list polemiczny jakiegoś czytelnika,
który zarzucił Panu "zgrywanie głupa". Może to nie był uprzejmy list, ale
merytorycznie autor miał sporo racji. Chyba już nie raz przekonał się Pan
na własnej skórze, jaki obciach można dostać z miejsca, jeśli się nie uwzględnia
wszystkich ważnych aspektów sprawy. A Rydzyk dopuszcza do swojego mikrofonu
tylko "samych swoich". Więc radzę nie czerpać inspiracji z tego źródła.
Życzę Wesołych Świąt i szerszych horyzontów w Nowym Roku.
Roman Cichowski
Od redakcji: Wzajemnie!
Drodzy Czytelnicy,
W tym najradośniejszym okresie świąt Bożego Narodzenia waham
się, czy mam prawo pisać o czymś mniej radosnym. Piszę przed Wigilią, ale
czytać będą Państwo już po Wigilii. Piszę o Łukaszu.
Prośba o pomoc dla Łukasza trafiła do mnie drogą prywatną od
mojej kuzynki w Warszawie, ale ani ona, ani ja nie mamy powiązań prywatnych
z tą smutną sprawą.
Początkowo zareagowałam, jak większość ludzi reaguje: "Takich
spraw jest tysiąceÉ Są organizacje charytatywne i kościołyÉ Niech tam idą"
- odpisałam. Listy nadal przychodziły. Były bardzo smutne i fizjologicznie
szczegółowe. Miotałam się w gniewie: "Dlaczego ja mam to czytać, dlaczego
do mnie takie listy przychodzą?". Powstrzymując gniew, dawałam rady, dokąd
mają pójść. Posłałam dolar albo dwa i chciałam się od tego uwolnić.
A potem nie mogłam znaleźć spokoju. Miałam koszmarne sny, nie
mogłam spać. Kuzynka tam poszła i napisała, że po ujrzeniu Łukasza, łatwiej
jej znosić własne trudy.
Któregoś dnia napisała: "Kiedy widzę Łukasza, jak leży i uśmiecha
się, to jakby sam Pan Jezus w żłóbku się uśmiechałÉ".
Łukasz ma 6 lat. Mieszka w Warszawie. Jest śliczny i bardzo kochany.
Prawie nie widzi, nie mówi, nie chodzi i nie rusza się. Słyszy, uśmiecha
się, wodzi oczkami i reaguje na obecność osób. Ma brata, który chodzi do
technikum, matkę i chorą babcię. Matka poświęca mu cały czas. Kocha go
ponad wszystko i za skarby świata nie oddałaby go do zakładu. Ojciec ich
porzucił. Żyją z opieki społecznej.
I tak się zaczęło.
Zadzwoniłam do przewodniczącego Stowarzyszenia Inżynierów Polskich
Oddział Toronto, Andrzeja Wojtali. Zapytałam, czy mogę zrobić loterię na
nadchodzącym "Wine and Cheese Party". Zrobię sweter - powiedziałam - połowa
dochodu dla SIP, połowa dla chłopczyka. Zgodził się. Sweter to duża rzecz,
a czasu mam mało, zrobię chustę - pomyślałam. Mierz siły na zamiary! Robiłam
tę misterną chustę przez 11 dni od świtu do północy. Loteria przyniosła
dochód 132 dol. Kiedy przyszło do podziału, przewodniczący powiedział:
"Bierz wszystko dla dziecka". Dziękuję Inżynierom!
Potem była druga chusta, 16 dni szydełkowania. Panie z Klubu
Polek przy Związku Narodowym Polskim Gmina 1, przeprowadziły loterię między
sobą. Dochód wyniósł 100 dol. Dziękuję serdecznie Paniom.
Koło Pań "Nadzieja" uchwaliło i przekazało mi dar 200 dol., bez
loterii. Matka Łukasza napisała wdzięczny list do Pań i załączyła swoje
zdjęcie z Łukaszem. To, że ktoś o niej myśli, dodaje jej sił trwać w tym
ciężkim obowiązku. Kiedyś ksiądz w momencie jej załamania, powiedział jej,
że Pan Bóg wie, komu takie dziecko może dać.
Odtąd nastąpiły robótki szydełkowe. Na pytanie w jednym z listów,
zaczynające się od słów: "Co myśliszÉ", odpowiedziałam: "Ja nie myślę,
ja jestem automatem. Wstaję, robię na drutach, idę spać, wstaję, robię
na drutach, idę spać (powtórzyć 75 razy)".
Było tych robótek sporo, a więc mam też sporo podziękowań. A
to:
Maria Krawczuk ($90), Leonarda Niedźwiecka ($50), Rysiu Kozłowski
($10), Sylvia Cabaj ($20), Anna Urban ($30), Chris Angus ($50), Kazik
Graczyk ($29).
Pan Kazik zapewnia, że na wigilii w SPK nie zapomni o Łukaszu
i pod choinką podarunek dla niego się znajdzie. Moja najlepsza koleżanka
ze szkoły podstawowej, poprzez liceum, aż do końca studiów UJ, Alicja Wrona
z restauracji "Krak", wraz ze swoją siostrą Beatą Wilczyńską, którą znam
od jej urodzenia, zorganizowały zbiórkę dla Łukasza. Większość powyższych
nazwisk i wpłat pochodzi z ich akcji. Beata sama ofiarowała 80 dol. i wysłała
paczkę z ubraniami i smakołykami na święta do matki Łukasza. W sfinansowaniu
paczki pomogły jej panie: Leonarda Niedźwiecka, Leokadia Tomska i Zosia
Siembab.
Drodzy Czytelnicy,
Wszystkie pieniądze, które otrzymałam, zostały natychmiast doręczone
matce Łukasza. Pozwoliło jej to dotrwać do kolejnej wypłaty z opieki społecznej.
Potrzeby Łukasza są duże. Już przez dwa lata nie miał on terapii, która
jest bardzo kosztowna. Nie mają pieniędzy na nic. Matka marzy o wózku inwalidzkim,
którym mogłaby go wozić do łazienki. Łukasz jest chudy, prawie bez ciała,
ale jest wysoki, jeśli tak można powiedzieć. Jest długi, to brzmi lepiej,
i rośnie. Matka go nosi, ma już wygięte plecy.
Zwróciłam się w sprawie Łukasza do Fundacji Charytatywnej Kongresu
Polonii Kanadyjskiej.
Fundacja udostępniła konto nr 24583 w Credit Union przy 220 Roncesvalles
Ave. Wszystkie datki powinny mieć adnotację "Pomoc dla Łukasza".
Dziękuję bardzo. Wiem, że ta sprawa, która tak bardzo mnie poruszyła,
poruszy także wiele serc ludzkich.
Krystyna Sroczyńska
Od redakcji: Pomóżmy!
Szanowny
Panie Redaktorze Kumor!
Chciałabym poddać pod dyskusję, oczywiście jeśli ktoś zechce
zabrać głos w tym temacie. Chodzi o język polski w Kanadzie. Śmiem zauważyć,
a jestem tu długo, że potomkowie tzw. starej Polonii władają polskim dużo
lepiej aniżeli dzieci i młodzież nowej emigracji. Żyjemy w wolnym kraju,
wielokulturowym, gdzie mamy szansę utrzymać swoją tożsamość. Cenić swoje
i szanować czyje.
Okazuje się, że my, Polacy, nie korzystamy z tych możliwości
i dajemy się zepchnąć dominacji innych. Język angielski jest koniecznością,
ale czy musi to być kosztem języka ojczystego? Wiem, że są tacy, co zacierają
swoje ślady polskości. Można i tak. Każdy ma wybór, ale większość uważa
się za Polaków. Przez zaniedbanie podcinamy korzenie własnym dzieciom i
to już w pierwszym pokoleniu. Przecież bez znajomości języka nie czuje
się i nie rozumie tego kraju naszych Ojców.
Dawniej ludzie bronili języka, nawet narażając życie. Sobotnia
polska szkoła nie wystarczy. Trzeba wymagać od dzieci, aby rozmawiały po
polsku w domu, nawet z odwiedzającymi dziećmi z polskich rodzin. Byłoby
to bardzo proste rozwiązanie problemu. Wtedy nie będzie takich scen, gdy
przyjedzie babcia z Polski i będzie mogła tylko dogadać się z psem zamiast
z wnuczkami, potem skracać pobyt z płaczem i wracać do Polski. Dzieci też
niechętnie jadą do Polski, bo z brakami językowymi nie czują się dobrze
z rówieśnikami.
Chyba mamy nowocześnie zmodyfikowaną Polonię bez języka polskiego.
Jeżeli tak, to ja wolę należeć do staroświeckiej z językiem polskim, ale
ta jest stara i ja, i nie potrwa długo.
Z poważaniem,
Teodora Pożyczka
London
Od redakcji: Zgadza się, Polonia bez języka wymrze śmiercią
naturalną.
Dlaczego Zarząd Główny KPK milczy?
Śledząc polonijną prasę, dało się zauważyć głosy Polaków, zaniepokojonych
działaniami rządu PO pod przewodnictwem Tuska. Rząd Donalda Tuska zadał
policzek Polonii kanadyjskiej, powołując Marka Borowskiego z LiD na przewodniczącego
senackiej Komisji ds. Kontaktów z Polonią.
W tym miejscu należy przypomnieć, że pan Marek Borowski, członek
SLD, był w przeszłości aktywnym działaczem PZPR. Na jego rękach jest krew
zamordowanych w stanie wojennym działaczy opozycyjnych, także księży, z
którymi do dziś pan Borowski walczy. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że PZPR
była organizacją zbrodniczą, bo w jej szeregach były sługusy Kremla.
Nie możemy przemilczeć tego faktu, że za kontakty Polonii z Polską
ma być odpowiedzialny komunistyczny aparatczyk PZPR. Dlaczego dotąd Zarząd
Główny KPK nie zajął oficjalnego stanowiska w tej sprawie, czyżby ten fakt
przyjął z aprobatą? Proszę więc przedstawiciela Zarządu Głównego KPK, pana
Stanisława Godzisza, który w czasie Zjazdu Polonii Świata gościł w studiu
TV Trwam w Toruniu, aby w imię dobra Polski i Polonii poczynił starania
i dotrzymał wierności słowom, które z Jego ust usłyszeliśmy w programie
"Rozmowy Niedokończone".
Chcę także poinformować KPK i czytelników, iż posiadam informacje
ze źródeł nieoficjalnych, ale wiarygodnych, że w czerwcu 2008 roku Tusk
i Borowski będą gośćmi na polskich Kaszubach w Kanadzie. W miarę otrzymywania
bliższych szczegółów, zobowiązuję się do przekazania informacji na łamach
"Gońca".
Jestem przekonana, że obowiązkiem Zarządu Głównego KPK jest złożenie
oficjalnego sprzeciwu przeciwko takiej wizycie w Kanadzie. Skoro rząd Tuska
działa przy wsparciu postkomunistycznej partii LiD, należy uznać, że ich
cele są zbieżne i działania szkodliwe dla Polski i Polaków.
Zwracam się także do prężnie działającego Okręgu Toronto KPK,
do pani Hani Sokolskiej, o pilotowanie tej sprawy, oraz do silnego grona
Przyjaciół Radia Maryja w Toronto, aby trzymało rękę na pulsie i w razie
potrzeby organizowało zbiorowe wyjazdy na Kaszuby w celu protestu przeciwko
wizycie tak niepożądanych osób.
Z życzeniami przemiany serc i szczęścia w nowym 2008 roku dla
Redakcji i czytelników.
Jolanta Krawczyńska
Hamilton
Od redakcji: Wciąż czekamy na stanowisko KPK.
Panie Andrzeju,
Zdarza się, i przestałem się temu dziwić, że raz po raz odzywają
się publicznie głosy osób obłąkanych, oślepionych ksenofobią, szukających
we wszystkim spisku komuchów, masonów lub cyklistów, osób, które nie znają
pojęcia tolerancji dla odmiennych poglądów czy opcji politycznych, jednak
aprobata dużego dziennika polonijnego wyrażona w odpowiedzi redakcji na
poniższy list jest szokująca, bowiem sugeruje przyzwolenie pisma na uzurpację
autora listu do reprezentowania całej Polonii oraz jego niezwykle obelżywe
sformułowania na temat demokratycznie wybranego polskiego rządu. Można
nie zgadzać się z posunięciami tych czy innych władz. Można je krytykować.
Na tym polega pluralizm. Jednak publikacja tak sformułowanego listu, a
w szczególności odpowiedź redakcji, która pomija milczeniem uzurpatorski
i szkalujący ton jego autora, ubliża mojej godności jako Polaka i członka
Polonii kanadyjskiej. Myślę też, że nie służy Pana wysiłkom zbudowania
na polonijnej scenie wiarygodnego medium prawicy politycznej.
Piszę te słowa po wigilijnej kolacji, w dniu pokoju, przyjaźni
i pojednania, w dniu, w którym tradycja chrześcijańska domaga się od nas
szczególnego szacunku i dostojnej powagi. W tym duchu zwracam się do Pana
o większe wyczucie w doborze, jak i reakcji na otrzymywane w przyszłości
listy.
Z poważaniem i życzeniami spokojnych Świąt Bożego Narodzenia,
Piotr Jassem
Od redakcji: Szanowny Panie, ludzie mają prawo domyślać się
spisków, być urażeni, poruszeni i zdenerwowani. W imię drogiej Panu tolerancji
oraz wolności słowa, również krytyka wyrażana w taki właśnie sposób nie
powinna być "zamiatana pod dywan".
ARCHIWUM nr 18
ARCHIWUM nr 17
ARCHIWUM nr 16
ARCHIWUM nr 15
ARCHIWUM nr 14
ARCHIWUM nr 13
ARCHIWUM nr 12
ARCHIWUM nr 11
ARCHIWUM nr 10
ARCHIWUM nr 9
ARCHIWUM nr 8
ARCHIWUM nr 7
ARCHIWUM nr 6
ARCHIWUM nr 5
ARCHIWUM nr 4
ARCHIWUM nr 3
ARCHIWUM nr 2
ARCHIWUM nr 1
ARCHIWUM nr 0
***
KONTAKT:
tel. 905-629- 9738
fax 905-629-9764
e-mail: redakcja@goniec.net
|