POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
LISTY DO REDAKCJI
Toronto - Canada
Zamieszczamy listy mądre/głupie, poważne/niepoważne, chwalące/karcące i potępiające nas w czambuł. Nie publikujemy listów obscenicznych, pornograficznych i takich, które zaprowadzą nas wprost do sądu. 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych listów.

GONIEC NR 48/2008 (256) (28 listopada - 4 grudnia 2008)

 Szanowny Panie Redaktorze!
 Wyobrażam sobie, że Pan i pańscy czytelnicy są pewnie zmęczeni problemami społeczności polonijnej w Hamilton, które na dobrą sprawę nie powinny mieć miejsca.
 Pozwolę sobie jednak na polemikę z p. Zofią Katą, ponieważ wiele treści w jej liście do redaktora i opisie akademii z okazji 11 listopada odbiega od prawdy.
 W liście do redaktora "Gońca" z dnia 14-21 listopada pozwala sobie pani na ostre słowa do swych adwersarzy, używając do tego fragmentu wiersza Puszkina... i z głupcem się nie wdawaj w spory. Czyżby? Pani nie chce się wdawać w spory z faktami, które znane są szerokiemu kręgowi Polonii hamiltońskiej.
 W artykule o przebiegu akademii z okazji Święta Odzyskania Niepodległości podaje pani opinie, z którymi trudno się zgodzić. Pisze pani, że referat wygłoszony w języku angielskim był wielkim sukcesem. Wiele osób zebranych na sali było bardzo niezadowolonych z tego faktu. Dowodem tego było to, że owacje na stojąco urządziły tylko trzy osoby: pani i dwie koleżanki.
 Czy pani ocena chóru "Symfonia" nie wynika z faktu, że jest pani w konflikcie z dyrygentem chóru p. Maciejem Jaśkiewiczem, znanym dyrygentem wśród Polonii i w środowisku kanadyjskim? Uważam, że błędem organizatorów akademii było niedostateczne podkreślenie roli weteranów. Oni powinni być szczególnie uhonorowani na tej uroczystości. Jest ich coraz mniej i szkoda, że nie oddano im należnej czci za walkę na wszystkich frontach, za "waszą i naszą wolność".
 Z poważaniem
Anna Lewandowska
 PS Pani Zofio, więcej rzetelności w pani artykułach i listach do redakcji. 
 
 Od redakcji: Szanowna Pani, nasze pośrednictwo w Państwa pretensjach i animozjach jest zbyteczne, nie sądzę też, by interesowało szersze grono Czytelników, zamiast pisać do nas, czy nie łatwiej zatelefonować do pani Zofii Katy?
 
 Szanowna Redakcja "Goniec"
 Jako długoletni czytelnik "Gońca", doceniający wyjątkową pozycję tego tygodnika na obczyźnie, uważam za swój obowiązek skierować niniejszy list do redakcji.
 Rodzinę państwa Kata znam od lat - też przecież ze stron "Gońca" - jako wspaniałych patriotów i społeczników (tak najkrócej z szacunkiem mogę tę znajomość określić).
 Z wielką przykrością i oburzeniem przeczytałem gońcową "Trybunę" z dnia 7-13 XI 08, pomimo trafionego komentarza redakcji. W "Trybunie" padły bowiem oskarżenia, które mogą być dowodem w sprawie, ale w innym miejscu. I padły publicznie. Odsyłam czytelników do listu p. Zofii Kata - z dnia 14-20 XI w "Gońcu".
 I oczywistym dla mnie jest zrozumiałe oczekiwanie na jedno słowo, bardzo ważne, na które czeka pani Zofia Kata (a myślę, że i jej rodzina) od redakcji "Gońca", a które publicznie jeszcze nie padło.
 Myślę, że pani Zofia Kata czeka na nie stanowczo, choć "cichym głosem jedwabiu", jak mówił Herbert. I dlatego proszę o nie, panie redaktorze, myślę, że dla dobra nas wszystkich, bo wtedy będziemy mieć nadzieję, że z radością pani Zofia Kata będzie dalej dzieliła się z nami - czytelnikami "Gońca", swym "dniem powszednim" - dla naszego też "ducha" i nie będzie traciła swej energii na "bieganie po sądach".
 Przesyłam serdeczne ukłony i pozdrowienia.
Aleksander Jamróz
 
 Od Redakcji: Szanowny Panie,  Panią Zofię znamy od dawna. Lubimy ją i cenimy. 
 Pani Zofia jest szanowanym działaczem społecznym. Przez to też wystawia się na opinie innych ludzi, również te złośliwe czy mało przychylne. Wchodząc do tej "kuchni", trzeba się na to przygotować, trzeba być gotowym na "syzyfową pracę"; przekonywanie, tłumaczenie, godzenie, budowanie kompromisu.
 Wolność słowa jest ostoją naszej zachodniej cywilizacji, staramy się jej pilnować  w miarę naszych skromnych możliwości. Wierząc, że zachodnie zasady debaty publicznej i życia społecznego są Panu drogie, gorąco prosimy, aby nie straszył nas Pan sądami.  Procesowanie się między Polakami na obczyźnie jest oznaką zbiorowej głupoty, która zazwyczaj kończy się przelewaniem polskich pieniędzy do kieszeni niepolskich adwokatów. Przykładów mamy bez liku.
 
 ***
 Dzwonię w sprawie sprostowania. W ostatnim numerze w "Poczcie Gońca" na stronie 43 takie oto stwierdzenie: "Ciekawy jestem, gdzie pan Lizoń będzie odbierał chleb podczas ceremonii dożynkowych, skoro obiekt polonijny w Grimsby został sprzedany, tak jak park Paderewskiego w Toronto". To jest bardzo nieładnie, żebyście wy takie coś drukowali. Podpisał się pod tym Sławomir Zalewski z Oakville. Park Paderewskiego nie jest sprzedany i nie będzie sprzedany. Jestem jego członkiem i to jest bulwersujące, co się czyta. Takie poważne pismo jak Goniec, jedyne tutaj...
Nagranie spisane 
z automatycznej sekretarki

 Od redakcji: Szanowny Panie, zamieszczamy w bieżącym numerze sprostowanie p. Załęskiego. O ile nam wiadomo, część parku Paderewskiego została sprzedana w latach 90. i wynikają z tego m.in. obecne problemy organizatorów parkowych imprez.
 
 Gęś  na święta  Bożego Narodzenia
 Szanowny Panie Redaktorze,
 Tym razem mam do Pana prośbę i Pana Macieja Przekornego, czy jeszcze w przedświątecznym numerze "Gońca" nie można zamieścić przepisu na gęś pieczoną po polsku w szarym sosie? I jeszcze pytanie, czy taką gęś należy nadziewać tradycyjnym nadzieniem do drobiu, czy może czymś innym?
 Śnię o gęsi już wiele lat, takiej jaką jadałam w domu i pracując terenowo na Śląsku Opolskim, gdzie podano gęś w sosie białawym chyba na śmietanie i może z mąką?
 Było  to w latach 70. i gęś podała autochtonka, bo dla niej to było oczywiste ugościć obiadem dwie studentki wędrujące od wsi do wsi  i przeprowadzające wywiady dla Atlasu Etnograficznego...
 Z poważaniem,
 Grażyna M. Królówna

 Od redakcji: Oczywiście - w najbliższych numerach "Gońca" wydrukujemy żądany przepis.
 
  Droga Redakcjo.
 Nazywam się Maciej Warowny.
 Zwracam się do Was z gorącą prośbą o pomoc w odnalezieniu mojego kolegi z lat szkolnych. Prawdopodobnie mieszka w Toronto, a nazywa się Waldemar Siatkowski. Do prośby tej dołącza się cała nasza klasa.
 Nie mamy z nim kontaktu  już od bardzo długiego czasu.
 Z góry dziękuję za pomoc.
 Z poważaniem,
 Maciej Warowny

 Od redakcji: XXX
 
 Panie Kumor,
 W swoim artykule "Wypuść marzenia z klatki" pisze Pan: "Dlatego sami musimy dzisiaj na wszelkie możliwe sposoby, przy wykorzystaniu Internetu i wszystkich dostępnych środków medialnych, tworzyć modę na wielką Polskę". 
 A ja radziłbym Polakom takiej mody nie tworzyć. Wmawiając sobie wielkość, Polacy już wielokrotnie wyrządzili sobie krzywdę. Kochamy prywatę, zrywanie obrad, zawiść i kłótnie. Jednoczymy się dopiero wtedy, gdy Polski nie ma już na mapie. Nasi wrogowie mieli trochę racji, mówiąc, że nie dorośliśmy do własnej państwowości. Wincenty Pol trafił w dziesiątkę, pisząc:
"O biedna kraino!
Gdyby ci rodacy,
Co za Ciebie giną,
Wzięli się do pracy.
I po garstce ziemi
Z Ojczyzny zabrali,
Jużby dłońmi swemi
Polskę usypali"
 Dalej pisze Pan: "Nie wolno nam obchodzić 90. rocznicy odzyskania niepodległości, bez jednoczesnego podkreślania polskiej zasługi w uratowaniu Europy przed nawałą bolszewicką. Są to prawdy zupełnie w Europie (i nie tylko) zapoznane! Jest to historia, którą powinniśmy na każdym kroku tłuc obcym do głów".
 I niczego obcym do głów nie wbijemy, bo Polska uratowała przed sowiecką nawałą samą siebie, do ratowania Europy było jeszcze bardzo daleko. To jest przechwałka na wyrost, taka sama jak ta, że Sobieski uratował chrześcijaństwo w Europie, pokonując pod Wiedniem Turków, wyznawców Allaha. 
 Szkoda, że tej naszej wielkości jakoś nie dostrzegają do dzisiaj nawet ponoć przychylni nam Amerykanie. Prof. Szyszkowska powiedziała ostatnio: "Jesteśmy narodem mało znanym na świecie. Nasz wpływ na losy świata jest nieznaczny."
 Poza tym, szkoda, że ten "cud nad Wisłą", który tak mocno Pan podkreśla w tym artykule, nie powtórzył się w 1944 roku. Chodzi oczywiście o "wielką tragedię nad Wisłą", jaką było Powstanie Warszawskie. Zastanawiam się czasami, gdzie była Matka Boska, jak prawie 200 tysięcy młodych ludzi wtedy zginęło. 
 W każdym razie, każda prawda ma dwa końce. Mądry publicysta powinien o tym wiedzieć.
 Polecam Panu artykuł "Tożsamość narodowa Polaków" dostępny pod adresem http://www.racjonalista.pl/kk.php/s.2561.

 Od redakcji: Panie Konior, słaby z Pana obserwator, bo "wmawianiem sobie wielkości" jakoś krzywdy nie wyrządzają sobie ani Niemcy, ani Rosjanie, ani Żydzi czy Francuzi. Polski naród jest wielki, musi jedynie w to uwierzyć i wziąć się do roboty. Pan mu w tym przeszkadza, Panie Konior.
  
 Kundle szczekają  o niepodległości  
 W portalu prawy.pl można spotkać wiele wypowiedzi pana Adama Danka. Jedną z nich pan Jan Bodakowski skwitował takimi słowy: "Szanowny pan raczy bredzić".
 I rzeczywiście na początku swego artykułu zamieszczonego w GOŃCU jest parę bredni.
 Słownictwo, jakim posługuje się A. Danek, przypomina język jego pupila Józefa Piłsudskiego, u którego słowo dupa, dureń i k.... były na porządku dziennym.
 W końcowej części artykułu wnioski są nawet słuszne - odzyskaliśmy niepodległość dzięki staraniom wielu ludzi o różnej orientacji politycznej, więc dlaczego w obchodach rocznic narodowych tylko Piłsudski, Piłsudski i do znudzenia Piłsudski?
 Jakie były losy tych, co walczyli  w obronie legalnej władzy i prezydenta, napisano tyle książek, że nie zdążysz czytelniku ich odnaleźć i przeczytać przez cały swój żywot a co dopiero młody człowiek jak A. Danek.
 W pamiętnikach ludzi, którzy znali Marszałka, znajduje się wiele oskarżeń pod jego adresem, a zaprzeczających legendzie o Marszałku stworzonej przez legionistów.
 W pismach Józefa Piłsudskiego, których jest kilka tomów, są niezgodności z tym, co piszą o nim historycy "sanacyjni".
 Z wszystkich książek, jakie czytałem o J. Piłsudskim, najobiektywniej pisze prof. UW Andrzej Garlicki - "Józef Piłsudski 1867-1935", a wydanej w 1988 r.
 A. Garlicki nie jest ani piłsudczykiem, ani narodowcem, pisał to przez wiele lat i dlatego wydaje się najbardziej wiarygodny. Henryk Pająk w swej książce  "Ponura prawda o Piłsudskim" jest wyraźnie stronniczy, na ponad 400 stron nie napisał nic dobrego o Józefie Piłsudskim.
 Zgadzam się z Adamem Dankiem, że wielu pisze złośliwie o Marszałku, ale nie wszyscy.
 Nie chodzi mi o całkowite potępienie Marszałka, bo dla mnie jest bohaterem narodowym, ale nie w takim stopniu jak go przedstawili historycy sanacyjni, chodzi mi o odkłamanie całej naszej historii, a nie tylko tej komunistycznej  
Stefan Szumnarski

 Od redakcji: Szanowny Panie, kłóćmy się o Polskę, ale nie róbmy nic, co ją mogłoby skrzywdzić. Marszałek Piłsudski nie był świętym, ale człowiekiem czynu, polskiego czynu. Dmowski również. Jego postać i zasługi są  jednak o wiele mniej znane niż Piłsudskiego.
 
 Szanowny Panie Redaktorze, 
 Bardzo proszę o zamieszczenie małego sprostowania na łamach "Gońca". 
 W ubiegłym wydaniu "Gońca" zechciał pan zamieścić mój artykuł - "Polacy żyją mitami". 
 Dziękuję bardzo za udostępnienie łamów "Gońca". Mój artykuł to w rzeczy samej skondensowana RECENZJA książki Henryka Pająka pt. "Ponura prawda o Piłsudskim", jako alternatywny zestaw informacji na temat mocno zmitologizowanej legendy o Piłsudskim. 
 Popełnił pan, rozumiem, niezamierzone DWIE GAFY redakcyjne - powoływałem się i cytowałem fragmenty książki o Piłsudskim, a tymczasem pan POMINĄŁ TYTUŁ KSIĄŻKI I NAZWISKO AUTORA. Przesłałem swoje komentarze, skondensowaną RECENZJĘ, wraz z obszernymi fragmentami wstępu. Pomijając wzmiankę o tytule i autorze. mniej doświadczony czytelnik może uznać ten tekst za wyłącznie mój własny. Format gazety, w przeciwieństwie do książki, jest zbyt krótki, aby przedstawić bardziej skomplikowane i szersze zagadnienia - stąd recenzja i skierowanie czytelnika do książki. 
 Zamieścił pan moją recenzję z książki w towarzystwie artykułów Adama Kurzaja o Dmowskim i  Adama Danka. 
 Pan Adam Danek skupia uwagę czytelnika na roku 1918 i na zasługach Piłsudskiego w odzyskaniu niepodległości. Pan Adam Kurzaj przypomina również o zasługach Romana Dmowskiego w 1918. 
 Ja sam podpisuję się pod konkluzją pana Danka - należy wyrazić wdzięczność zarówno Piłsudskiemu, jak i Dmowskiemu za ich udział i wkład w odzyskanie niepodległości Polski. 
 Ponieważ zasługi Marszałka dla odzyskania niepodległości są niekwestionowane, a więc żadna krytyka Marszałka nie może mieć miejsca - to główna teza pana Adama Danka. 
 Odbrązawianie spiżowego pomnika Marszałka dotyczy jednak JEGO POLITYKI I ROLI W LATACH 1918-35, a później jego ekipy do 39 r. I o tym głównie jest cytowana książka. 
 Tak samo nie można być wdzięcznym do grobowej deski Armii Czerwonej, bo przecież wyzwoliła nas w czasie II wojny światowej od Niemca, a skutki zwycięstwa Armii Czerwonej dla Polski wszyscy znamy. 
 Popełniając te DWIE GAFY, odmawia pan czytelnikom "Gońca" wyrobienia ich własnej opinii, po przeczytaniu książki - być może kompletnie innej niż moja. Il ne faut pas panie redaktorze. 
 Il ne faut pas. 
 Książkę o Piłsudskim napisał H. Pająk na postawie wieloletniej, mrówczej pracy. Świetnie zaopatrzona w bogatą bibliografię, cytaty, odnośniki i udokumentowana referencjami do źródeł historycznych. 
 Książki Henryka "Zerwimita" Pająka dziwnym trafem rozchodzą się jak przysłowiowe "świeże bułeczki" i dostępne są w księgarniach w Mississaudze, Toronto, ale szybko znikają - świadczy to o ich dużej popularności - niezależnie od mojej lub pana opinii. Można je kupić w wydawnictwie "Retro" lub on-line. Polecam. 
 Zamieścił pan moją recenzje z książki w towarzystwie artykułów Adama Kurzaja o Dmowskim i  Adama Danka  "Kundle szczękają o niepodległości". 
 Po przeczytaniu artykułu p. A. Danka "Kundle szczękają o niepodległości" - rzeczywiście poczułem się nieswojo. Jednak po namyśle uznałem, że to świetna uwspółcześniona ilustracja do cytowanej książki. 
 We wstępie pan Adam Danek pisze, "że indywidua tego autoramentu uważają za swój psi obowiązek obsikiwanie nogawek Komendantowi" (czyli wszyscy ośmielający się kwestionować spiżowość Piłsudskiego - czyli gen. Sikorski, gen. Haller, premier Witos, ÉH. Pająk, Éi ja w swoim skromnym artykule). Artykuł (znacznie wcześniej przygotowany) pełen zniewag, wyzwisk, faktów z powołaniem się na dyżurne autorytety w obronie SPIŻOWEGO MONUMENTU PIŁSUDSKIEGO USTAWIANEGO NA PODEŚCIE Z KART. 
 Pan Danek z typowym wdziękiem "Chłopców Komendanta" rozprawia się z tymi, co to ośmielają się krytykować Marszałka - niewyszukane epitety, w mordę, z kopa, kijem po grzbiecie. To ani Dołęga-Mostowicz  w "Karierze Nikodema Dyzmy" - tragifarsie o Piłsudskim i ówczesnych Elytach, ani Pająk  z Ponurym Piłsudskim nie wykazali się takim talentem w oddaniu rzeczywistości, nastrojów i klimacików  "SANACJI MORALNEJ". 
 Wypada pogratulować i podziękować panu Adamowi Danke Schön Danke. 
 Jeszcze raz powtarzam, krytyka Piłsudskiego i odbrązawianie spiżowego pomnika Marszałka dotyczy jego polityki i roli w latach 1918-35, a później kontynuatorów jego ekipy do 39 r. - ZGUBNEJ DLA POLSKI. 
 I o tym jest cytowana książka. 
 Polityka Piłsudskiego była zgubna dla Polski - poczynając od wyprawy na Kijów i bitwę pod Warszawą, przez pucz majowy 1926, aż po klęskę wrześniową 1939 zainstalowanej ekipy Chłopców Komendanta. 
 Książka przytacza wiele faktów, np. obszernie analizuje stan obronności Polski przed wybuchem II wojny światowej - głównie konnica, podczas gdy wszyscy inni byli zmotoryzowani; a puste niebo nad Polską w 1939 pozwoliło Niemcom swobodnie dezorganizować polską obronę. Autor ujawnia np. taki pikantny szczegół - Czechosłowacja w zagrożeniu inwazją hitlerowskich Niemiec w połowie marca 1939 prosiła o lądowanie i oferowała Polsce 1500 nowoczesnych samolotów - Gen. Ludomir Rayski ODMÓWIŁ. Pół roku później czeskie myśliwce siały grozę nad Polską, stanowiąc trzon hitlerowskiej Luftwaffe.  
 Książka odkłamuje między innymi najbardziej upowszechniony mit o Piłsudskim, jako Zwycięzcy bitwy pod Warszawą, czyli "Cudu nad Wisłą". 
 Dwa proste dokumenty obalają ten mit. 
 Proszę podesłać panu Adamowi dwa "merytoryczne argumenty" (których tak pragnie i których tak mu brak - ma się rozumieć u adwersarzy) - dokumenty z książki, udowadniające, że: 
 Piłsudski NIE BYŁ ŻADNYM ZWYCIĘZCĄ BITWY POD WARSZAWĄ W 1920, NIE BYŁ DOWODZĄCYM, NIE BYŁ W OGÓLE NA POLU BITWY POD WARSZAWĄ. 
 *Bitwa o Warszawę w 1920 rozegrała się 13, 14, 15 sierpnia już było praktycznie po bitwie. 
 *13 i 14 sierpnia Piłsudski był w drodze do i w Boboli - 440 km (trzy dni jazdy) od pola bitwy - był u kochanki Szczerbińskiej, która potwierdza to w swoich pamiętnikach. 
 *15 sierpnia Piłsudski był 120 km (dzień jazdy) od pola bitwy na chrzcinach - dokument z jego podpisem. 
 *Piłsudski nie był dowodzącym w bitwie pod Warszawą - przyjął rozkazy od dowodzącego, którym był gen. Rozwadowski - dokument z podpisem Piłsudskiego. Parę dni wcześniej złożył rezygnację z funkcji Naczelnego Wodza na ręce ówczesnego premiera Witosa (co ujawnia Witos w swoich pamiętnikach). 
 *W swoich własnych pamiętnikach "Rok 1920" Piłsudski pisze (strona 216) 
 "Dnia16 sierpnia rozpocząłem atak" (a więc dwa dni po bitwie - bolszewicy już byli w pełnym odwrocie; 16 sierpnia już było po mszy dziękczynnej w Radzyminie w intencji "Cudu nad Wisłą", popołudniowe gazety już zdążyły opisać szczegóły mszy (pamiętniki gen. Hallera) - a Piłsudski dopiero zaczyna atak) 
 "Dzień  17.08 nie przyniósł mi wyjaśnienia zagadek" (Gdzie jest moje wojsko? Gdzie jest nieprzyjaciel?) 
 Czy to ważne roztrząsać sprawę Piłsudskiego po tylu latach? 
 A czy to ważne, odpowiem pytaniem, że niemieckie lotnictwo strzelało jak do kaczek do taborów uciekinierów cywilnych i wojskowych - bo polskie niebo była bezbronna? 
 A czy to ważne wspominać szyderstwa goebbelsowskiej propagandy pokazujące ułana szarżującego z szabelką na czołg - a Chłopcy Komendanta zapewniali naród, że "nie oddamy nawet guzika"? 
 A czy to ważne, że w Polsce mamy dziś jedynie armię zawodową 90.000 +/- 10.000 (korpus ekspedycyjny), podczas gdy w Niemczech dalej istnieje powszechny obowiązek wojskowy? 
 Czy to ważne celebrować różnego rodzaju rocznice? 
 Sławomir Basiukiewicz 

 Od redakcji: Przepraszamy Pana i Czytelników, dziękujemy za dodatkowe słowa wyjaśnienia.
 

 
 

 
 

GONIEC NR 47/2008 (255) (21-27 listopada 2008)

 Szanowni Państwo,
 Zwracam się do Państwa z wielką prośbą o pomoc. W dniu 7.12.2008 r. mam już wylot z Warszawy, do Toronto. Mam tam w Kanadzie rodzinę, której nie widziałem 27 lat. Mój ojciec jest Kanadyjczykiem, matka Polką. Matka wyjechała z Kanady, gdy była w ciąży, i tu się urodziłem.
 Nieoficjalnie mam podwójne obywatelstwo, o które się staram w ambasadzie kanadyjskiej w Polsce. Proszę o odpowiedź, czy jeśli 7.12.2008 r. byłbym na lotnisku, to czy mogliby Państwo mi pomóc w życiu na tym początkowym etapie? Nie wiem, czy ktoś z rodziny mógłby mnie przyjąć, a chciałbym żyć, pracować i założyć w Kanadzie rodzinę, o jakiej marzę od 16 lat, żyjąc w ciężkich warunkach w Polsce. Z zawodu jestem elektrykiem z uprawnieniami do 1 kV. Proszę o odpowiedź e-mailową 31031981@wp.pl lub telefoniczną: 0785353753. Bardzo Państwa jeszcze raz proszę o jakąkolwiek pomoc w mojej ciężkiej sytuacji i możliwie jak najszybszą odpowiedź.
 Z poważaniem
Sławomir Sobolewski

 Od redakcji: Szanowny Panie, z tego, co nam wiadomo, podwójne obywatelstwo można mieć wyłącznie OFICJALNIE.

 ***
 Barack Obama został pierwszym w historii Ameryki czarnym prezydentem. Spełnił się sen Luthera Kinga. Matka Obamy była biała jak śnieg, ojciec czarny. Nie tak dawno nie byłoby do pomyślenia, aby prezydentem został czarny. Rasizm na to nie pozwalał. Dziś niby nie ma rasizmu oficjalnie, ale chyba istnieje ukryty, o czym w kampanii często wspominano. Nagonka, oszustwa dalej są powtarzane przeciw Obamie. Dziwne to, że część Polaków, a nawet duchowni, dołączyli do tej brudnej propagandy. 
 W "Gońcu" np. w artykule Wierzejskiego czytamy "Zwycięstwo lewactwa...". Naród okazał się dosłownie i w przenośni ciemny... itp. Czy to nie obraza narodu amerykańskiego? Czy ten naród taki ciemny i lewacki? Obama został wybrany z dużą przewagą narodu amerykańskiego. W tym byli ludzie z wielkim autorytetem. Np. Z. Brzeziński dopomógł do obalenia komunizmu w świecie, a szczególnie w Polsce. Dopomógł do wejścia Polski do NATO. Przyjaźnił się z Papieżem JP II. Czy ten człowiek to ciemny lewak? Za Obamą głosowało dwóch byłych prezydentów Ameryki, też ciemniacy? To skandal. Obamie przypisuje się, że jest socjalistą, terrorystą, muzułmaninem itp. Co uczynił Bush z McCainem i ich rząd. Największy deficyt w historii Ameryki, 445 bilionów, wojna w Iraku pochłonęła już 3 tryliony, w tym ok. miliona ofiar. Wojna nieuzasadniona przez większość świata, w tym Niemcy. Wojna w Afganistanie, nie wiadomo z kim i o co. Bin Laden tam żyje i dobrze się ma. Podobno był leczony w Ameryce po 9-11. Ok. 2 mln ludzi traci pracę rocznie. W Ameryce nie ma ubezpieczeń zdrowotnych. Ameryka pożycza biliony dolarów z Chin. To są fakty, które mówią za siebie. Dlatego Ameryka wybrała Obamę, bo chcą odzyskać Amerykę, swój kraj. Nie bądźmy naiwni i nie popierajmy propagandy, tych, co chcieliby rządzić światem i Ameryką.   Jeśli chodzi o wiarę Obamy, to tylko sam Bóg wie, na ile jest wierzący. Nie bądźmy sędziami jego wiary. Obama często używa słów "Niech was błogosławi Bóg i Amerykę". W końcu to naród amerykański wybrał swego prezydenta, czy to się komu podoba, czy nie.
S.W.

 Od redakcji: Szanowny Panie, każdy ma prawo do opinii, p. Wierzejski również, a tradycja naszej cywilizacji zezwala na głoszenie poglądów bez obawy. Szanujmy tę tradycję. 

 Naczelny Redaktor 
 Andrzej Kumor
 Szanowny Panie Redaktorze,
 Będąc częstym czytelnikiem "Gońca", jestem dodatkowo informowany, co się dzieje w ośrodkach polonijnych na świecie. Zwrócił moją uwagę artykuł pt. "90 lat lotnictwa polskiego" Wiesława Kwaśniewskiego, na 16. stronie w tygodniku "Goniec" z 31 X-6 XI 2008.
 Treść jest ciekawa i zgodna z przebiegiem obchodów. Jest natomiast jedna nieścisłość wymagająca  sprostowania, a mianowicie: kol. Marceli Ostrowski, zacna i zasłużona osoba, wielce oddany Brazylii, Polsce Polonii kanadyjskiej, Stowarzyszeniu SPK, jak i Stowarzyszeniu Lotników Polsko-Kanadyjskich Skrzydło nr 430 Warszawa.
 Był współorganizatorem wielu Światowych Zjazdów Polskiego Lotnictwa w Polsce i na Zachodzie, ale nie przewodniczył w obchodach 90-lecia lotnictwa polskiego, natomiast był członkiem komitetu organizacyjnego kanadyjskiej grupy z Marianem Fijałem - przewodniczący wraz z Janem K. Gasztold - prezes.
 Jan K. Gasztold - prezes Stowarzyszenia Lotników Polsko-Kanadyjskich Skrzydło nr 430 Warszawa, przewodniczył i reprezentował kanadyjską grupę przez cały przebieg obchodów. 
 Proszę o sprostowanie.
 Łączę wyrazy szacunku,
Jan K. Gasztold - Prezes

 Od redakcji: Niniejszym prostujemy. Dziękujemy za list.

 Szanowna Redakcjo 
  Dziękuję za wyróżnienie mnie w konkursie "Wakacyjne wspomnienia", a także za nagrodę pieniężną, nie chodziło mi o pieniądze, ale skoro byłam nagrodzona, bardzo  dziękuję. Nagrodę swoją przekażę dalej jako ofiarę na Radio Maryja.
 Maria Chrobak Ancaster, ON
 

 Od redakcji: Jest nam bardzo miło.

 Szanowny Panie Redaktorze!
 W felietonie "Twórcze zamieszanie" (7-3 listopada 2008 r.) poruszył pan temat ambasady polskiej. No cóż, ambasadorzy polscy powinni czuć się jak u siebie w kraju tak jak ich koledzy rządzący i tak też się czują. Kogo chcą, darzą sympatią, a kogo chcą, to policzkują. Ci policzkowani powinni być pokorni. Cóż znaczy jakaś tam Ottawa, skoro pan prezes Lizoń ma się dobrze ze swymi liberalnymi poglądami (gratuluję ponownego wyboru).
 Ciekawy jestem, gdzie pan, panie Lizoń, będzie odbierał chleb podczas ceremonii dożynkowych, skoro obiekt polonijny w Grimsby został sprzedany, tak jak park Paderewskiego w Toronto. Może tradycje narodowe już pana nie interesują? Ekipa rządząca w kraju sprzedaje dorobek pokoleń Polaków, tłumacząc, że to dla ich dobra czyni!!! W Kanadzie czyni się to samo, czyżby dla dobra Polonii?
 W kraju nad Wisłą stworzono audycję "Polskie Radio dla Zagranicy", gdzie lansuje się polityczny punkt widzenia. Być może w przyszłości będziemy gościć ekipę TVN-24 z panią Moniką Olejnik na czele. Proponuję zamienić "imprezy bankietowe" na cześć ambasadorów obecnej ekipy w Polsce na "imprezy mcdonaldowe", ponieważ Donald brzmi bardziej swojsko. Proponuję odwrotną schwarzlistę w języku angielskim. Co państwo na to?
 Z poważaniem
Sławomir Zalewski
Oakville

Od redakcji: Szanowny Panie, rozumiemy frustrację i żale.

 Szanowny Panie Andrzeju,
 Czytam Pańską gazetę od początku istnienia, od deski do deski. Było tysiące artykułów odważnych pana i innych piór. Chodzi mi o politykę, tę dużą i małą. Demokrację, komunizm, socjalizm, solidarność, wiarę i tak za Pismem św. Jeżeli dużo pisze się, mówi o pokoju, demokracji, uczciwości prostej, ludzkiej, jest na świecie w każdym kraju dokładnie odwrotnie. Komunizm mordował, prześladował. A co robiono i robi się po drugiej stronie tego złotego medalu? Ile milionów ci nasi demokraci zamordowali ludzi przeciwnych swoim poglądom, ile zabili własnego narodu? Ilu zginęło Amerykanów, żołnierzy niewinnych i z innych armii świata w pogoni za bogactwem dla wybrańców? 
 Ks. M. Gil, jak spytał się dzieci na Mszy św., po co i dlaczego ta wojna w Afganistanie i Iraku, to chłopiec lat może 7 odpowiedział, że pojechali po "olej". On to wiedział, a wszystkie "prawie" tęgie głowy świata o tym nie wiedziały. O co chodzi. Dzisiaj w USA wybrano jednogłośnie Baracka Obamę. Wreszcie naród zrozumiał, o co chodzi. I cały świat to uszanował. Ropa kosztuje 60 dol. Kto więc tu jest głupi? Arabowie? Czy oszuści świata? Dom kosztuje 300 tys., płacisz 900 tys. Banki upadły? Rząd daje moje pieniądze na ratunek multimilionerów. Gospodarka świata zdemolowana, a winnych nie ma. Jeżeli ty i ja byś coś takiego zrobił, szubienica 100 proc. "G. Dabelju Bush" i cała banda niewinni. Tylko po co i dlaczego Murzyn w Białym Domu, zrozumieć nie mogą.
Twój Czytelnik
Piotr Samotny
 PS Po co? Wojtyły w Watykanie też nie rozumiano. Może lepiej pan tego nie pisze, bo to niepoprawne politycznie. Poprawne jest, ogólnie szanowane kłamstwo, oszustwo, kto kogo lepiej nabije w butelkę od prezydenta do żebraka.

 Od redakcji: Szanowny Panie, jest zło, jest dobro, takie nasze życie, i trzeba Bogu za nie dziękować. Serdecznie pozdrawiamy, życząc pokonania samotności.

GONIEC NR 46/2008 (254) (14-20 listopada 2008)

 Pijany jak Polak.
 Czy antypolonizm to rasizm?
 To chyba nie przypadek, że na Zachodzie powstało powiedzenie "pijany jak Polak".
 W polskiej dzielnicy Nowego Jorku, Greenpoint, zawsze widać obok stacji metra oraz w parku grupę pijanych polskich tzw. bumów. Starsi już powymierali, ale ciągle pojawiają się nowi. Język ich plugawy i czuć od nich na odległość.
 Sam się oburzałem, kiedy jakiś żydowski urzędnik z władz miejskich napisał rasistowski artykuł, w którym powiedział, że trzeba oczyścić Greenpoint z "polskiego robactwa" (w wolnym tłumaczeniu z "Polish vermins") i stworzyć tutaj ekskluzywną dzielnicę dla inteligencji (adwokaci, lekarze, menedżerowie, bankowcy itd.). http://www.nysun.com/new-york/citys-polish-community-up-in-arms-over/42890/
 Proponował nawet, aby zamienić kościół katolicki na duży garaż dla luksusowych samochodów osobowych.
 Wygląda na to, że jego marzenia już wkrótce staną się faktem. Kiedyś była to zapyziała dzielnica dwu-trzypiętrowych zaniedbanych i rozwalających się domków.
 To właśnie polscy imigranci, pracujący głównie w firmach budowlanych, własnym sumptem je remontowali i rozbudowywali. Greenpoint zmienił się nie do poznania. Polskie sklepy, kawiarnie, restauracje, piekarnie, dwa kościoły itd. Greenpoint ma jednak "pechową" lokalizację. Blisko stąd na Manhattan, a co gorzej, sąsiaduje z Williamsburgiem, dzielnicą ortodoksyjnych Żydów (u których zresztą pracują setki polskich sprzątaczek, służących i opiekunek dzieci i ludzi starszych). Na Williamsburgu, gdzie przeciętna rodzina ma 10 dzieci, robi się ciasno. Greenpoint jest więc łakomym kąskiem. Żydowscy deweloperzy wykupują działki, na których powstają wielopiętrowe bloki mieszkalne. Czynsze powoli stają się zbyt wysokie dla Polaków, którzy wynoszą się do innych, tańszych dzielnic. Polscy właściciele domków (tzw. landlordzi) nie wahają się przez chwilę, kiedy pojawiają się "Amerykanie" proponujący 500 dol. miesięcznie więcej  za mieszkanie, i pozbywają się polskich lokatorów. Następnie polscy landlordzi otrzymują oferty "nie do odrzucenia" i sprzedają swoje domki. Tak to powoli zmienia się polska dzielnica.
 Na  niewiele zdają się apele polskich księży, aby wynajmować mieszkania przede wszystkim Polakom. Kościół, który sto lat temu zbudowali ze swoich oszczędności polscy imigranci, zaczyna świecić pustkami. Może już niedługo spełni się marzenie żydowskiego urzędnika z władz miejskich, żeby zamienić nasz kościół na olbrzymi garaż. Kiedyś jego "koszerni" pobratymcy w krajach komunistycznych realizowali podobne wizje. Na szczęście to im nie całkiem wyszło. Czyżby chcieli teraz spróbować tego samego w Ameryce?
 Stworzyli już nową ideologię liberalizmu i poprawności politycznej, która jednak jakoś dziwnie w wielu miejscach przypomina ideologię, którą my, Polacy, już kiedyś poznaliśmy na własnej skórze.
 Gdybym nie bał się zarzutu antysemityzmu, zacytowałbym powiedzenie znanej polskiej poetki Lusi Ogińskiej, że przypominają oni aligatora w sadzawce. Tam gdzie się pojawi, inne stworzenia nie mają szans na przeżycie. 
Stan Sas

 Od redakcji: Szanowny Panie, uczmy się choćby od aligatora.

 Redakcja "Gońca"
 Szanowny Panie Andrzeju,
 Bardzo długo zastanawiałam się, czy opisać do waszej Redakcji to zdarzenie, które spotkało mnie w Kanadzie.
 W rozmowach z różnymi osobami usłyszałam też różne opinie. Jedni mnie popierają i popędzają "weź napisz i ogłoś to, bo to skandal", inni zaś: "to i tak nic nie da, nikt się tą sprawą rzetelnie i uczciwie nie zajmie i nie załatwi, taki tu system".
 A historia zdarzenia wygląda tak.
 Dnia 14 lutego 2008 listem poleconym na poczcie 3606 Lakeshore Rexall w Toronto zostały wysłane odpowiednie dokumenty (aplikacje) wraz z moim oryginalnym paszportem i dowodem wpłaconej żądanej opłaty do Citizenship Immigration, o przedłużenie wizy, podając na kopercie adres nadawcy.
 Po dwóch miesiącach syn mój zadzwonił do urzędnika Immigration z zapytaniem o sprawę. Usłyszał odpowiedź, że takiej przesyłki jeszcze nie otwierali, bo jest długa kolejka i na odpowiedź po otworzeniu korespondencji czeka się następne dwa miesiące, w sumie cztery miesiące. "Proszę być spokojnym i czekać." Po następnych dwóch miesiącach syn znowu wydzwonił i okazało się, że taka przesyłka do biura Immigration wcale nie nadeszła.
 Wysłaliśmy więc dokumenty powtórnie, uprzednio skserowując je, z innej poczty, które dotarły pod wskazany adres.
 Powracając do listu poleconego nadanego na poczcie przy ul. 3605 Lakeshore Rexall. Syn w kwietniu zaczął robić wywiad, co się z tą przesyłką stało. Zadzwonił do Canada Post, by sprawdzić, jaki jest jej status.
 Skierowano go do biura przesyłek zaginionych. Tu w rozmowie z pracownikiem o imieniu Jack (...) w Montrealu został poinformowany, że zrobią wewnętrzne dochodzenie w sprawie. Po następnym telefonie otrzymał odpowiedź, że oni stwierdzają tylko termin nadania i termin odbioru u adresata. Stwierdzili więc tylko dzień i godzinę nadania. Taką też wiadomość obiecał przesłać na piśmie do tygodnia. Wiadomość ta jednak nie nadeszła. Jeszcze kilkakrotnie syn wydzwaniał do prac. Jacka i nagrywał się, lecz bezskutecznie. Odpowiedzi nie było.
 Zirytowany takim przebiegiem sprawy, dnia 29 września br. cały opis sytuacji drogą elektroniczną przesłał do Wydziału Skarg i Zażaleń na Canada Post. Na zażalenie to otrzymał automatyczną odpowiedź, że do 2 - 3 dni ktoś się do niego odezwie. Jak do tej pory nikt się do tego nie odniósł.
 Ponieważ dokumenty przesłane listem poleconym do Immigration uznaliśmy za zaginione lub skradzione, fakt ten został zgłoszony w Immigration, Konsulacie Polskim i na policji. Poprzez to zdarzenie potraktowano mnie w tych instytucjach jak intruza. Zostałam "winowajcą", a prawdziwy winowajca uchyla się od odpowiedzialności. Dowodem tego był fakt, że z Immigration przyszła w pierwszej wersji decyzja o natychmiastowym opuszczeniu Kanady. Zastanawiające jest: kto tu jest ofiarą, a kto winowajcą.
 Dzisiaj wiem, że oryginalnego paszportu, w którym miałam także 10-letnią wizę do USA, nie powinnam wkładać do tego listu, ale tak mi doradzono.
 Reasumując powyższe zdarzenie, zadaję pytania:
 1. Dlaczego dokumenty wysłane listem poleconym nie dotarły do adresata?
 2. Kto konkretnie ponosi odpowiedzialność za wyjaśnienie tej sprawy i udzieli wiążącej i rzetelnej odpowiedzi?
 3. Kto poniesie koszty za:
 - wyrobienie nowego paszportu,
 - za nowy wykupiony bilet do kraju,
 - za przeżyte stresy i tłumaczenia  w Immigration, konsulacie i na policji?
 4. Czy w Kanadzie często zdarzają się takie sytuacje i kto je z urzędu kontroluje?
 5. Dlaczego w wyjaśnieniu tej sprawy istnieje zmowa milczenia?
 Z poważaniem i ze smutnym, ale pouczającym doświadczeniem przebywająca na wizycie w Toronto
Franciszka
wyjeżdżająca na wyrobionym tymczasowym paszporcie w konsulacie do swojego kraju.

 Od redakcji: Smutne, przykre, proszę poprosić Pani Rodzinę, by interweniowała u lokalnego posła federalnego i prowincyjnego, a także złożyła skargę do Better Business Bureau.

 ***
 W jednym ze swych poprzednich felietonów - "Powstanie niewolników?", Pan Kumor pisał m.in.: "Prezydentura George'a Busha kończy się klęską na wszystkich frontach. Również militarnych. Rozbabrany Afganistan, rozwalony Irak, ogólnoświatowa fala antyamerykanizmu - wszystko to ?zasługa= sztabu ludzi realizujących w Białym Domu pomysł na urządzenie nam świata.
 Ta klęska może wywołać początek końca imperialnej roli USA. Czy Barack Obama zdoła zrzucić z siodła elitę, która 20-30 lat temu chwyciła i ściągnęła do siebie cugle USA? Tylko wówczas, o ile rzeczywiście tego pragnie oraz o ile pozwoli mu się zostać prezydentemÉ
 Skoro mafia, o której otwarcie nie możemy mówić, nie wahała się przed niczym, trudno przypuszczać, by obecnie cofnęła się przed użyciem wszelkich środków, jakie pozostają do jej dyspozycji".
 Jakoś trudno doszukać się w tym tekście owej radości i beztroski, do których Pan Andrzej tak nawołuje w swym ostatnim felietonie; zamiast tego mowa jest o jakiejś - o zgrozo! - mafii, o której ponadto z jakichś tajemniczych powodów nie wolno autorowi mówić. Toż to istna teoria konspiracji, przed wiarą w którą tak nas Pan Kumor przestrzega! 
 W międzyczasie nowy prezydent, kiedy tylko ochłonął z euforii po wyborach, mianował nowego szefa personelu Białego Domu, którym został obywatel Izraela, zaciekły syjonista i komunista, znany nam już z administracji Clintona - Rahm Emanuel, którego tatuś był wieloletnim izraelskim terrorystą w bandzie Irgun. Banda ta w latach 30. i 40. ub. stulecia, wśród innych aktów terroru, m.in. radośnie wysadzała w powietrze budynki palestyńskie i brytyjskie wraz z ich mieszkańcami.
 Czyżby ta i następne podobne nominacje personalne Pana Obamy nie wskazywały dobitnie na ukonstytuowywanie się wśród współpracowników prezydenta elekta tej samej mafii, o której tak enigmatycznie mówi w ww. cytacie Pan Kumor?
 A teraz, Panie Andrzeju - proszę się zrelaksować i wyciągnąć z lodówki uczciwy kawałek sera, rozgościć się wygodnie w fotelu, i - wpatrując się beztrosko w serek - radować się i zaśmiewać do upadłego, ciesząc się pięknem otaczającego świata.
Gazda

 Od redakcji: Szanowny Panie, sery kocham, zjadam je, zanim się zdołam uśmiechnąć. Poważnie zaś powiem tylko, że przetwarza Pan moje opinie na własne potrzeby. W mojej opinii, Obama ma większą szansę emancypacji z objęć grupy trzymającej władzę niż McCain - mafie i podskórne układy istnieją i uczestniczą w grze interesów , nie są zaś wszechmogące, zaś Żydów z amerykańskiej polityki Pan nie usunie, więc niech się Pan nauczy z tym żyć i tak działa, by Pana i mój interes również został uwzględniony. Jednym słowem, mniej buńczucznych deklaracji i więcej pragmatyki. A.K.

 Panie Kumor,
 Co pan Nam tu za rady dajesz: "Zamiast popierdywać w stołki i wyżalać się na różnego rodzaju forach, zamiast zakwaszać i pchać patyki w szprychy cudzych rowerów, wyjdźmy przed dom, zachwyćmy się Bożym światem, podziękujmy zań Panu Bogu i weźmy się do roboty. Niekoniecznie tej zarobkowej, niekoniecznie w kieracie fabryki czy innych trybów".
 To co pan napisał, to typowe dla człowieka mającego zapewniony wikt i opierunek, który mając nadmiar czasu, może zajmować się "różnymi wyjściami" przed dom, zachwycać się światem i zajmować się "robotą" (zapewne jakaś spełniająca jego próżne zachcianki np. podlewaniem kwiatków?). 
 Oto pańska wizja - nauczyciela, dającego rady, a nie pomagającego innemu, jak może mu pomóc.
 Nam, Polakom, nie potrzeba takich obłudnych rad i kpienia z Nas, że uważamy, że wszystkiemu są winni Żydzi, masoni i cykliści. My dobrze rozumiemy, kto wróg i dlaczego!
 Czy pan nie widzi, że trzeba mobilizacji, że trzeba walki z każdym ANTYPOLSKIM działaniem, że trzeba tępić tych Antypolaków, kłamców, złodziei - tych terrorystów Narodu Polskiego, tych piewców "niepodległości Polski" - Naszej Ojczyzny będącej pod barbarzyńskim butem antyludzkiej i antychrześcijańskiej UE, gdzie niszczony jest każdy przejaw polskości. Oni akceptują tylko Polskę i Polaków jako swoich pachołków do najemnej pracy za grosze, jako swoich niewolników.
 Konieczne jest reaktywowanie LPR z ideami Jędrzeja i Macieja Giertychów, ideami Dmowskiego, Konecznego i im podobnych.
Analityk

 Od redakcji: Szanowny Panie, sądząc po tym, że mówi Pan o sobie "my", nie wiem, czy mam zwracać się do Pana w liczbie mnogiej, zamiast przesadzać, wziąłby się Pan do jakiejś politycznej czy gospodarczej roboty. Przepraszam, że tak personalnie, ale to Pan mnie atakuje właśnie w taki sposób. A.K.

 Szanowny Panie Kumor
  Dziękuję za komentarz do mojego listu. Przy okazji pragnę pogratulować Panu za ostatni artykuł, w którym mocno krytykuje tych, którzy na każdym kroku dopatrują się spisku Żydów, masonów i cyklistów. Co do tych ostatnich, to prawdopodobnie Pan pomylił się. Szkoła toruńska, której Pan jest wiernym uczniem, przecież powtarza w kółko, że syćkiemu są winni Żydzi, masoni i komuniści. Skąd nagle w miejsce komunistów pojawili się cykliści? Tak czy owak, ten Pański artykuł wymierzony jest w Radio Maryja. Czyżby już Panu sprzykrzyła się szkoła Ojczulka i rozglądał się za inną? 
 A swoją drogą, Pański Michalkiewicz jest niezrównany w wymyślaniu różnych imion. Przedtem była Kondoliza z Białego Domu, a teraz Barack Hussein Obama. Myślę, że nawet Jerzy Urban nie urósł mu do pięt.
 Gratuluję. 
Waldemar Konior

 Od redakcji: Szanowny Panie, więcej rozgarnięcia, Barack Obama rzeczywiście ma na drugie Hussein, pozwoli Pan, że resztę Pana wynurzeń pominę.

 ***
 Dziękuję serdecznie, Panie Andrzeju i Panie Jerzy, za udział w petycji i poparcie dla niej.  Wyniki z Toronto i okolic są całkiem przyzwoite - doszły do tego podpisy dostarczone przez Grzegorza Waśniewskiego z Guelph i ogólnie jest ponad 900 podpisów pod każdą z petycji, a w sumie udział wzięło ponad tysiąc ludzi, bo niektórzy, podpisując się pod jedną,  zapominali o drugiej petycji.
 Ogromny sukces Toronto i jego okolic.
 Sędzia niezłomny - czcigodna Pani Maria Trzcińska - jest bardzo wdzięczna i prosi o przekazanie wszystkim polskim patriotom, którzy z daleka nie zapomnieli o swojej Ojczyźnie i wzięli udział w petycjach do prezydentów - serdeczne Bóg zapłać. 
 Gdyby Pan Redaktor mógł przekazać je swoim czytelnikom, byłbym bardzo wdzięczny.  Proszę także dołączyć również moje podziękowania dla Redakcji "Gońca" i osób, dzięki którym możemy już mówić o ogromnym sukcesie, chociaż akcja nie została jeszcze zakończona. Chodzi tu o osoby, które podjęły trud zbierania tak cennych dla naszej Ojczyzny podpisów. Mam tu na myśli przede wszystkim szanowną panią Łucję Szymczakowską, lecz również pana Grzegorza Waśniewskiego i wszystkich Państwa, którzy złożyli swoje cenne podpisy.  Zostały one już wysłane do adresatów z zapowiedzią, że jest to dopiero początek i akcja będzie kontynuowana i podejmowana również na innych terenach. Notarialnie potwierdzona kopia została przekazana pani Marii Trzcińskiej.  Osoby, które jeszcze nie wzięły udziału w petycji, a chciałyby to uczynić -mogą dokonać tego w Internecie http://www.petycje.pl/3372 lub nadsyłać listy (powyżej 10 podpisów) na adres redakcji. Naturalnie jeśli Redakcja się zgodzi pośredniczyć. 
 Pozdrawiam
 Wojciech Kozłowski

 Od redakcji: Niniejszym przekazujemy podziękowania i informacje.
 

 Szanowny Panie Redaktorze,
 W numerze "Gońca" z 7-13 listopada 2008 w sekcji "Trybuna" został zamieszczony list-anonim, którego autor(ka) wypisuje, jak to w anonimie, swoje uwagi na temat mojej pracy społecznej. Na temat treści anonimu nie chcę dyskutować. Przytoczę tylko urywek wiersza Aleksandra Puszkina.
"Spokojnie muzo czyń,
Co Boży Duch rozkaże.
Niech Cię nie nęci laur
Nie straszy obelg chór.
Jednaką miarą mierz
Pochwały i potwarze.
I z głupcem się nie wdawaj w spór."
 Jednakże sprowokowana telefonami osób ze środowiska, w którym żyję i pracuję, wyrażam ubolewanie w stosunku do Redakcji "Gońca" za umieszczenie anonimu na jego łamach. Uczynili to Państwo pomimo deklaracji w logo Waszego pisma głoszącego, że: "Nie zamieszczamy listów (nie drukujemy), których treść może zaprowadzić na salę sądową". Umieszczony w "Gońcu" anonim kwalifikuje się do konfrontacji sądowej. Oczekuję publicznego przeproszenia zamieszczonego na łamach Państwa tygodnika. 
Zofia Kata

 Od redakcji: Szanowna Pani, list nie był anonimem, lecz nadawca zastrzegł sobie nazwisko i adres do wiadomości redakcji. 

 Droga Redakcjo!
 Czy mamy dyktaturę w Toronto? 
 Takie pytanie nasuwa się, kiedy głosy mieszkańców są "przegłosowane".  
 TTC może więc sobie strajkować, bo "Miasto" zadecydowało, że to nie "essential service". 
 W Toronto mówi się o kryzysie i ubożeniu obywateli, a podwyższa się podatki i różne opłaty, co uderza głównie w średnio usytuowanych i tych na granicy biedy.
 Nie będę szerzej rozwijać tego tematu, dość że powiedzenie "biedy nigdy nie zabraknie" niestety znajduje potwierdzenie na każdym kroku.
 Dlatego właśnie ważna jest gospodarność i czasem przyciśnięcie pasa i dobrze przemyślane decyzje... a jak rozumieć w tym miejscu inicjatywę burmistrza Toronto, który za "jedynie"  800 tysięcy dolarów rocznie (!!!) chce wydawać "swoją" gazetkę - zapewnie gloryfikującą jego posunięcia (bo jakże inaczej?).
 Czy nie lepiej dawać ogłoszenia, sprawozdania oraz wszelkie informacje do istniejących gazet:  tych dużych oraz etnicznych, takich m.in. jak "Goniec"???  
 Na pewno oszczędziłoby to sporo "grosza" i tym samym przysporzyło więcej glorii władzom municypalnym.  
 Przecież tę kwotę bliską (!!!)  1 mln dol. lepiej przeznaczyć np.  choćby na pomoc bezdomnym starcom czy zamykanym z braku funduszy pływalniom przy szkołach!?
 Z poważaniem
Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Sądząc po sposobie wydawania pieniędzy podatników w Toronto, trudno pozbyć się wrażenia, iż chodzi o to, aby jak najracjonalniej przełożyć te środki do kieszeni kilku wpływowych grup.
 
 
 
 
 

GONIEC NR 45/2008 (253) (7-13 listopada 2008)

 Panie Naczelny
 Dlaczego Pański stały komentator Sierzputowski wszędzie wietrzy jakiś spisek komunistyczny? Pewnie zaraził się tą paranoją od Ojca Rydzyka. Nowa Partia Demokratyczna, którą on uważa za komunistyczną, ma wiele mądrych, godnych poparcia koncepcji. Nieopłacalna misja wojskowa Kanady w Afganistanie, ulgi podatkowe dla bogatych wydobywców ropy w Albercie, służalczość wobec silnego południowego sąsiada to tylko niektóre błędne posunięcia konserwatywnego rządu Stephena Harpera, którego jednak (prywatnie) uważam za człowieka prawego. 
Trochę lewicowych koncepcji jest czasami godnych przyjęcia, gdy kapitalizm ciągnie za mocno w złym kierunku. Layton ma dość ważne przesłanie dla Kanady, które trzeba docenić.
 Waldemar Konior

 Od redakcji: Szanowny Panie, najwyraźniej nie słucha Pan Radia Maryja i o. Rydzyka, niech Pan zacznie, a będzie Panu lżej na sercu i jaśniej w głowie. 

 Antypolski artykuł
 Kwartalnik "The Polish Review" jest zwykle nudną publikacją, tym razem jednak moja nuda prysnęła, kiedy przypadkiem natrafiłem na artykuł Mr. Roberta L. Cohna, który zalecam Polakom do czytania, co u nas w Ameryce się o nas myśli i pisze, nawet w jakoby polskich kręgach.
 W "The Polish Review", publikowanym przez Polski Instytut Naukowy w NY, którego jestem notabene członkiem, ukazał się obrzydliwy artykuł "dokumentujący" jakoby powojenny polski antysemityzm w oczach żydowskich amerykańskich gości odwiedzających Warszawę po 1945 r.
 Artykuł napisał Robert L. Cohn, tytuł "Early Postwar Travelers on the Future of Jewish Life in Poland", strony 317-339.
 W artykule znajdziecie "podróżnych", którzy obserwują polskie dzieci w Warszawie biegające po ulicach Warszawy i szukające złotych "żydowskich" zębów. 
 Następny kwiatuszek to obserwacja dynamicznego handlu straganowego w Warszawie w roku 1945, gdzie Żydzi repatriowani z Sowietów kupowali jakoby żydowskie ubrania od Polaków, którzy je zagrabili w roku 1943 w czasie likwidacji getta. 
 Oczywiście Jan T. Gross jest wymieniony jako główny historyk tamtych czasów, a Bierut jako sympatyzujący z interesami żydowskimi.
 Żydowscy amerykańscy podróżni podsłyszeli także, że Polacy "syczącym szeptem" wytykali między sobą, że Żydzi sprzedają Polskę Sowietom. "Podróżni" opisywali ówczesne "polskie" władze jako pozytywne w stosunku do  Żydów i starające się chronić Żydów przed nienawiścią polskiego tłumu.
 A mnie się wydawało, że Polski Instytut jest instytucją naukową, w której nie ma miejsca dla szerzenia kłamstw i waśni między Polakami i Żydami, a ten artykuł podszywający się pod naukowe auspicje może być źródłem "historycznym" dla młodych generacji Polaków i Żydów, którzy niewiele wiedzą, jak to wtedy było. 
 Jan Cz.

 Od redakcji: Niestety, jest to tylko jeden z całej serii podobnych skandali.

 ***
 Dobrze się stało, że w polskim programie TV "Z ukosa", w sobotę, (25.10.08) nadano reportaż Jana Wichrowskiego na temat zamknięcia, wbrew apelom Polonii, parafii Matki Bożej przy 1996 Davenport Rd. w Toronto.
 W czasie wywiadu, do kamery prowincjał Ojców Oblatów Janusz Błażejak tłumaczył, że ta decyzja jest podyktowana brakiem polskich księży. Szkoda, że nie powiedział on o tym, że  obecny proboszcz tej parafii, ojciec Antoni Mendrela, chce dalej ją prowadzić i utrzymać jej polskość dla dobra naszego polskiego dziedzictwa i dla następnych pokoleń. Ksiądz Mendrela jest po prostu odwołany z parafii przez prowincjała Błażejaka. 
 Jeżeli pozwolimy zamknąć tę parafię, to potem możemy stracić następne... 
 A ponadto, jeżeli jest taki dramatyczny brak księży, skąd weźmie się duszpasterzy do obsadzenia wielkiej parafii w Brampton?
 Jan Wichrowski na koniec swego reportażu wzywa, by Polonia apelowała do biskupa Richarda Grecco, by zmienił decyzję i zachował tę polską parafię. Niestety, nie podał informacji kontaktowych do biskupa.
 Dlatego podaję je poniżej, by każdy Polak wysłał swój wyraz protestu przeciw niszczeniu dorobku narodu polskiego w Kanadzie.

e-mail: auxcent@bellnet.ca 
fax: (416) 769-7170
adres pocztowy: Most Reverend Richard J. Grecco, 161 Annette St., Toronto, Ontario, M6P 1P5
 Pozdrawiam,
L. P.
Nazwisko znane redakcji

 Od redakcji: Szanowny Panie, w odróżnieniu od kościołów protestanckich, gdzie wierni zbierają się, składają na kościół i zatrudniają pastora, Kościół katolicki jest powszechny i hierarchiczny, a nie demokratyczny. Rada parafialna jest jedynie ciałem doradczym proboszcza, a nie  organem władzy w parafii. Aby było inaczej, musiałby Pan przybić swoje tezy do drzwi kościoła na Davenport i zacząć kolejną reformację.
 Co oczywiście nie zmienia faktu, że likwidacja polskich parafii jest rzeczą smutną, a kościoły polskie stanowią część polonijnego dziedzictwa pozostającego w rękach księży i zakonników. 

GONIEC NR 44/2008 (252) (30 października - 6 listopada 2008)

 Panie Andrzeju,
  Tak sobie myślę, myślę i myślę... Czy nie warto by było spowodować, aby nieaktualne już wydania "Gońca" były CAŁE (czyli wszystkie strony) dostępne w archiwum (klawisz "archiwum") w postaci PDF. Oczywistym jest, że aktualne wydanie może i trzeba by "przetrzymać" ociupinę, ale poprzednie? Jest wiele "za" i "przeciw", jak zapewne Pan wie, ale... może by jednak warto. No bo, tak szczerze mówiąc, co "Goniec" ma do stracenia? Czy rzeczywiście są takie tłumy poszukujące artykułu pana X z, powiedzmy, kwietnia 2005 roku (za odpłatnością)? Sądzę, że pozytywy takiego posunięcia są zdecydowanie przeważające - zwiększona dostępność i popularność gazety. A za tym idące inne, przyjemniejsze efekty. Także finansowe. A o to chyba chodzi, czyż nie?
 Staszek Majcherkiewicz
Calgary

 Od redakcji: Szanowny Panie, z logiki Pana wywodu wynika, że można stare numery "Gońca" w całości zamieszczać w sieci, bo i tak "nie ma tłumów" chętnych do przeglądania - a zatem skoro "nie ma tłumów", to po co płacić za pracę związaną z umieszczaniem i korzystaniem (bandwidth) z takich numerów? Wszak byłaby to robota sobie a muzom, nieprawdaż?

 No to wreszcie jak?
 Kilkakrotnie pisałem do "Gońca" i przedstawiałem swoje opinie na temat powstań i politycznych mordów np. w Poznaniu, Gdańsku i kopalni "Wujek". Zdziwiony byłem brakiem reakcji ludzi, pochwałami Geremka, Mazowieckiego, Wałęsy, Kutza i innych "polskich" przywódców... Polacy byli dobrzy i grzeczni, tylko dlatego że nie reagowali na mordy wykonane na rodakach (???).
 Listy moje na ten i podobne tematy widziały dno kosza na śmieci, ale teraz red. Kumor nawołuje do obrony i walki... co się stało, teraz powinniśmy walczyć, wtedy powodów nie było (???). A jak tak sobie myślę, że gdyby Polacy nie dali sobie robić szamba z mózgu i walczyli, to nasza sytuacja byłaby dużo lepsza, daliśmy się przekonać lewicowo-pacyfistycznymi frazesami, efekty są. W momencie finansowych zawirowań zgadzamy się dawać dolę oszustom, płacić złodziejskiej mafii, zamiast wytoczyć kilkaset procesów, wydać kilkaset wyroków, skonfiskować majątki na pokrycie kosztów... z tym że wszystko pod tym kątem było już przygotowane, od dawna wmawia się nam, że wyrok KS-a jest co najmniej niehumanitarny (???), teraz dokładnie widać powody.
 Pan Kumor w swoich wypowiedziach bardzo często za przykład dawał postępowanie narodu żydowskiego i nawet częściowo miał rację, ale nie chodzi o medialne wygłupy i propagandę, myślę, że oni postępują tak, jak do tej pory postępowali wszyscy... (???), dopiero propaganda namieszała, nauczyła radości z uśmiechu "pana". A więc - szable w dłoń.
 Propagandowy dalszy ciąg wmawia gojom, że np. "Obama nadzieją USA"... ogłupiająca propaganda, wścieklizna macicy, szał socjalizmu, powtórka z pacyfizmu, na który cały czas dajemy się nabierać, a Obama jest tylko nadzieją lewicy na zniszczenie konserwatyzmu i znienawidzonych USA, jego poglądy, nawet dzisiejsze, są pomijane w mediach, a reszta to malutki grzech młodości, a w ogóle nieprawda... (?). Te same media i lewicowi do obrzydliwości dziennikarze walą jak w kaczy kuper w panią Sarę Palin, wszelkimi metodami starają się KOBIETĘ ośmieszyć, ale już w tej chwili widać, że nawet zwycięstwo Obamy nie zatrzyma odradzającego się konserwatyzmu, na całym świecie ludzie mają dość socjalistycznego pustosłowia i biedy, a przykład Zimbabwe w ogóle się nie podoba i dlatego narody znowu chwycą za broń, czyli zrobią to, do czego dopiero teraz namawia p. Kumor.
 W "Gazecie", konkurentce na torontońskim rynku, głos zabiera red. Bonikowska, ale ona jest przesiąknięta komunizmem, wierzy z całych sił i stara się innych przekonać do tych bredni... zupełnie nie widzi, że nie tylko Polacy rezygnują z reklamowanych przez nią programów [...]. Mamy specjalnie wywołany finansowy kryzys, podatnik wspomaga banki, a tymczasem "oni" śmieją się z łatwowiernych [...] i cieszą się... ale ludzie nie lubią być oszukiwani bez przerwy.
 Z wielu względów warto udzielać się w polityce, brać udział w wyborach, ale nie jak maszyna ustawiona przez medialną propagandę, ale jak myślący i rozumny człowiek, myślący nie tylko o emeryturach, następnych czterech latach. Głupota podczas wyborów, nieznajomość tematu i brak politycznego rozeznania stanowią o standardzie życia dzieci, wnuków i całych narodów, a więc rozsądny w wyborach udział, przemyślane głosowanie może wiele zmienić i poprawić. Śmieszy mnie, gdy słyszę Polaków namawiających do głosowania na NDP (są i tacy); uciekł z Polski przed komunizmem, ale tej lewicowej ideologii jest mu brak, wyraźnie myślą o przyszłości wnuków... (?).
 Czym różni się banda urzędasów tu i tam... chyba niczym i dlatego wcale się nie dziwię, gdy administracja rozsyła do właścicieli budynków w Ontario, nowe bardzo budujące wyceny ich nieruchomości... chodziło o podatki, ale jeśli kryzys sprowadził ceny na ziemię... podatki na pewno nie zmaleją, one muszą być większe... no bo jak???
Janusz Sierzputowski
Cambridge

 Od redakcji: Nawiązując tylko do jednego z Pana licznych toków myślenia, powiem, że banda urzędasów tu i tam różni się jedynie wypasieniem. Jakoś też umknęło mojej uwagi, bym namawiał narody, aby chwyciły za broń... A.K.

 Szanowna Redakcjo!
 Chyba nie ma osoby, która nie odczuwałaby wzrostu  kosztów utrzymania i innych.  Dlatego oburza wszelkie marnotrawstwo,  jakie można zaobserwować w Toronto, w którym podatki i różne opłaty rosną jak grzyby po deszczu.  
 Planowanie i koordynacja pewnych prac kosztowałyby mniej i nie przyprawiałyby mieszkańców o zawrót głowy.  Na przykład najzwyklejsze zainwestowanie w zsynchronizowane światła, z zaawansowanym zielonym skrętem w lewo, rozładowałoby wiele korków (a tym samym zmniejszyło "kopcenie aut") na ciasnych ulicach tej metropolii i byłoby o wiele lepsze niż wielomilionowa inwestycja typu St. Clair West, skracająca w przyszłości czas przejazdu tramwajem (autem pewnie wydłuży) o... 5 minut  (!!!), a której notabene z wielu powodów oponowali mieszkańcy rejonu.  
 Piszę o tym planowaniu, gdyż mam namacalny dowód w ręku, że "myślenie ma dopiero przyszłość", zwłaszcza w torontońskim City Hall.   
 Jakieś dwa lata temu wyraziłam  mą dezaprobatę, dzwoniąc do biura radnego, wobec rozrycia nowego trotuaru przy Runnymede Rd. pod linie gazowe. Rozumiem, że jeśli nastąpi awaria, rozbicie chodnika jest wytłumaczalne. Natomiast jeżeli najpierw wymienia się ogromne płyty chodnikowe, by w krótkim czasie przeprowadzać następną inwestycję i ryć je pod linie gazowe czy inne, to chyba coś jest nie tak.  
 Nie zaczyna się budowania domu od dachu ani nie buduje bez fundamentów na piachu. 
 Każdą inwestycję i projekt zatwierdza miasto (i to cała procedura) - proszę spróbować budowę czy większy remont w obejściu  bez pozwolenia miasta,  a... konsekwencje będą natychmiastowe.  Wygląda więc na to, że wszystko jest przemyślane, a jednak...
 W 2004 i w 2005 wymieniono chodniki wokół narożnego domu, w którym mieszkam, mimo że nie były zniszczone, i sygnalizowałam, że  mikrouszczerbki czy pęknięcia na niektórych, nielicznych, ani nie szpecą, ani też nie są niebezpieczne.  Przysłany "inspektor" zadecydował inaczej, tj. wg "wytycznych-wszystko" (choć w mieście było sporo trotuarów wręcz w tragicznej kondycji), widocznie były na to pieniądze podatnika i może skoligacone z miastem firmy. Nie dalej jak wczoraj chodnik ten poszatkowano, rozryto  pod nową linię gazową:  olbrzymi, długi pas na samym środku, który pewnie będzie połatany prowizorycznie "tanim" asfaltem (?), zanim wyleje się nowy beton, może znów "na jakieś trzy lata".  Najciekawsze, że w domu nie mamy gazu.
 Skoro sygnały wyborców nic nie znaczą, to może zamiast do radnego pozostaje zwracać się o interwencję do wczorajszego solenizanta, tj. "św. Tadeusza Judy od spraw beznadziejnych" - bo powielanie błędów nie może być przecież regułą? 
 Łatwiej, jak widać, jest wyciągać z kieszeni podatników niż ruszyć głową i koordynować plany.
 Z poważaniem
 Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Szanowna Pani, w czasach rewolucji francuskiej tworzono miejsca pracy, każąc ludziom przesypywać piasek z jednego miejsca w drugie i z powrotem. Od tamtych czasów pogrobowcy tamtej rewolucji znacznie udoskonalili tę metodę.
 
 

GONIEC NR 43/2008 (251) (24-30 października 2008)

 Kiedy rozpada się świat
 Szanowny Panie Andrzeju, 
 Po przeczytaniu Pańskiego artykułu jak w nagłówku, w pełni się zgadzam, że kryzys w tym kraju - jak go Pan nazywa - młodym nie byłby sielanką. Otóż tutaj w naszej części tego kraju mieliśmy małą próbkę parę miesięcy temu, jak się zachowa społeczeństwo tutejsze w obliczu zagrożenia klęską. Po kilkunastu dniach intensywnych opadów nagle w tutejszej sieci wody pitnej pojawiło się brązowe paskudztwo, które każdy dostrzegł dopiero sam w łazience, władze jak zazwyczaj sprawę ukryły. Wtedy to nagle osobnicy co bardziej "zaradni" uderzyli na superstory i inne outlety stworzone do dystrybucji między innymi butelkowanej wody. Kamery pokazały kameleonów, którzy całymi wózkami taszczyli kartony butli wody, by tych mniej zaradnych pozbawić możliwości kupna. Sklepy oczywiście wkrótce były bez wody. 
 Na szczęście brudna woda płynęła z kranów tylko kilka dni i wkrótce władza ogłosiła, że wody można już używać do picia. Niemniej ten mały przykład dał mi wiele do myślenia o tutejszym społeczeństwie. Myliłby się ten, kto by się spodziewał, że w obliczu kryzysu ludzkość będzie sobie wzajemnie pomagać. Po trupach i do celu to metoda, którą od lat się wpaja tutejszemu społeczeństwu, kryzys nie jest czymś odmiennym. Jedyne, na co można liczyć w takiej sytuacji, to stare więzi z kraju, bo nas wojny nauczyły tego, iż przetrwać trudne warunki można jedynie w zbiorowości. 
 Serdecznie pozdrawiam 
S.C.

 Od redakcji: Smutne, co Pan pisze, bo Kanada zbudowana została na solidarności pierwszych osadników.

 Uprawnienia kombatanckie
 Szanowny Panie Redaktorze,
  W tygodniku "Goniec" z dnia 12-18 września 2008 przeczytałem artykuł pt. "Przywrócono świadczenia kombatanckie". Podano do wiadomości, że "Przy tej okazji premier (Stephen Harper) zapowiedział przywrócenie przywilejów kombatanckich m.in. polskim żołnierzom walczącym w szeregach Armii Krajowej, o co od lat zabiegała Polonia".
 Niestety, podano mylną interpretację spotkania z Premierem Harperem. 
 Jako były żołnierz AK, jeden z najmłodszych powstańców warszawskich - Zgrupowanie AK "Chrobry II", po upadku Powstania jeniec obozów dla jeńców wojennych - stalag 344, stalag IVB. - zwróciłem się do "Veteran Affairs Canada" o przyznanie uprawnień kombatanckich. Przedstawiłem niezbite dowody o mojej przynależności do AK, które posiadam. Pan Dennis Gifford - Client Service Agent sporządził kopie dowodów, które uważał za stosowne, oraz powiadomił mnie, że otrzymam pisemną odpowiedź. 
 W dniu dzisiejszym otrzymałem list z dnia 14 października 2008 stwierdzający, że "your service with the Polish forces does not meet the definition of ?Veteran= as expressed under paragraph 2(h) of these regulations. The reason for this decision is your service with a resistance group does not satisfy the qualifying criteria. Service in a resistance group, as defined under the World War I or World War II, as described under subsection 37(10), in a country after it was occupied by an enemy of His Majesty in that War and that operated against that enemy".
 Chciałem Państwu nadmienić, że w czasie Powstania Warszawskiego złapani powstańcy byli zazwyczaj zabijani. Sytuacja zmieniła się w momencie uznania walczących w Powstaniu żołnierzy AK jako kombatantów przez Anglię i Stany Zjednoczone. Po kapitulacji Powstania uznano nas jako jeńców wojennych, objętych Konwencją genewską. W tym czasie Kanada była "dominion brytyjskim", a więc postanowienia Wielkiej Brytanii obowiązywały Kanadę. Rząd liberalny pana Chretiena i jego ówczesnego ministra finansów pana Paula Martina nie uznały wcześniejszych brytyjskich postanowień. 
 Bardzo proszę o sprostowanie błędnych informacji publikowanych w "Gońcu" oraz podanie do publicznej wiadomości. 
 Z  poważaniem
 Andrzej Łysakowski

 Od redakcji: Wyjaśniono nam, że sprawa jest w toku, a polskie stowarzyszenia kombatanckie trzymają rękę na pulsie.

 Szanowna Redakcjo!
 Do napisania niniejszego listu na temat bardzo odległych (w czasie) wypadków sprowokował mnie program TV PBS wspominający wojnę na Bałtyku, a ściślej zatopienie statków "Wilhelm Gustloff", "Goya" oraz "Steuben".
 Pani Erika Steinbach, przewodnicząca organizacji "Centrum przeciwko Wygnaniom" (Zentrum gegen Vertreibungen) w swojej książce wydanej wraz z wystawą w Pałacu Książęcym w Berlinie (Kromprinzenpalais) pisze między innymi o zatopieniu tych statków przez sowieckiego podwodniaka. W szczegółach na temat statku "Wilhelm Gustloff" podaje liczbę ofiar jako 9343 oraz datę odcumowania w Gdyni dnia 30 stycznia 1945 o godz. 13.00. Statek ten został storpedowany (trzy torpedy) o godz. 21.00 i zatonął w ciągu 60 minut. 1252 osoby ocalały (łodzie ratunkowe oraz inne statki).
 W tejże książce-przewodniku po wystawie berlińskiej wspomina tylko nazwę statku "Cap Arcona" i datę zatopienia 3 maja 1945. Wstydliwie pomija jakiekolwiek szczegóły. Pisząc, co następuje, pragnę odświeżyć jej pamięć lub uświadomić o faktach zatopienia.
 To, o czym piszę, słyszałem z ust człowieka, który to wszystko sam przeżył jako jeden z 329 ocalałych z topieli.
 Zacznijmy od obozu K.Z. w Neuengumme pod Hamburgiem. Obóz istniał od 1938 r. W końcu roku 1944, likwidując stopniowo obozy w Sachsenhausen, Dachau, Buchenwaldzie i Oświęcimiu, hitlerowcy "ewakuowali" więźniów do Neuengamme. Oficjalnie zarejestrowano tam 87,5 tys. mężczyzn i 13,5 tys. kobiet. Zestawienie to nie obejmuje więźniów zamordowanych bezpośrednio po przybyciu do obozu. W kwietniu 1945 zaczęto wywozić więźniów poprzez Lubekę, Travemunde do portu w Neustadt, gdzie były zacumowane statki "Thilbeck", "Athen", "Elmenhorst" i "Deutschland", a na redzie "Cap Arcona". 2 maja przyholowano z Gdańska z obozu Stutthof kobiety z dziećmi na barce, którą w nocy Niemcy wysadzili w powietrze, topiąc wszystkie "pasażerki". 3 maja w południe port został zaatakowany przez angielskie bombowce. Piloci, widząc na pokładach uzbrojonych SS-manów, zbombardowali wszystkie pięć statków, które miały (rzekomo) przetransportować więźniów na wyspę Fehmarn. Do ratujących się więźniów strzelali SS-mani oraz angielskie samoloty z broni pokładowej. Według niepełnych danych, na "Cap Arcona" było 6480 więźniów, na "Thilbecku" - 3000, na "Athen" - 2900. Nie udało się ustalić, ilu było na "Elmenhorst" i "Deutschland". Z tych tysięcy ludzi ocalało 329 Polaków oraz 80 więźniów innych narodowości.
 Bardziej szczegółowo opisał te wypadki w czasopiśmie ZBOWiD-u uratowany więzień, który przeszedł przez kilka K.Z.-etów, nieżyjący od dawna pan Tadeusz Waczkowski. 
 Na zakończenie kilka uwag:
 1. Czy znaleźliby się ludzie gotowi nakręcić krótki dokumentarny film dla uzupełnienia niemieckiego filmu o ofiarach na wschodnim Bałtyku - ofiarami na zachodnim Bałtyku?
 2. Pani Erika Steinbach winna napisać uzupełnienie do przewodnika po wystawie "Erzwungene Wege", co rzeczywiście stało się w Neustadt z pięcioma statkami, które wymieniłem.
 3. Dawny ZBOWiD, lub organizacja, która go zastąpiła, winna wyjaśnić, jak to było z odszkodowaniami dla uratowanych topielców? Wiem tylko tyle, że żaden z ocalałych nie otrzymał jednego feniga.
 Skoro użyłem słowa "odszkodowania", to chciałbym jeszcze jedną drażliwą sprawę poruszyć.
 Jak wiadomo, Niemcy, aby raz na zawsze załatwić sprawę odszkodowań, wysupłały 8 mld dolarów na wypłaty dla poszkodowanych obywateli różnych krajów. Wypłaty były przeznaczone i płatne dla osób żyjących jeszcze lub najbliższej rodziny, tzn. współmałżonków i dzieci. Z niemieckich źródeł wiadomo, że kandydaturą nr 1 do zajęcia się rozdziałem tych pieniędzy była Polska, chociażby ze względu na największą liczbę poszkodowanych. Drugą kandydaturą był podobno Izrael. I w tym miejscu na "arenie" pokazał się tow. Geremek, będący z wizytą roboczą w Berlinie. Zdaniem przyjaciół i znajomych, którzy będąc w Berlinie, śledzili uważnie tok rozmów polsko-niemieckich i jednogłośnie stwierdzili, że tow. Geremek jednym nawet słowem nie wyraził stanowiska Polski w sprawie odszkodowań. Izrael, zapewne aby uniknąć podejrzeń o ewentualne machlojki, zaproponował adwokacką firmę w Nowym Jorku. Firma ta miała przejąć wszystkie wnioski o odszkodowanie i podzielić całą sumę między wnioskodawców. A oto wyniki: za pierwszy rok pracy policzyli sobie 30 mln dol.; opracowali i rozesłali kwestionariusze, w których wyraźnie zaznaczono, że wypłaty będą przekazywane na konto bankowe wnioskującej osoby; pieniądze pozostałe w wyniku niemożności doręczenia zostaną przekazane Izraelowi? Co działo się dalej? Mogę tylko napisać o znanych mnie osobiście faktach.
 Poszkodowani to ludzie w wieku lat 80 i powyżej, czyli grupa ludności o najwyższej wymieralności. Osobiście pomogłem, grzecznościowo tylko, wypełnić formularze dla 11 osób, z tego 2 osoby dożyły wypłaty należności!!! Np. moja żona nie dożyła (zmarła w 2000 r.). W roku 2003 napisałem list do Genewy z zawiadomieniem, że jestem uprawniony do części jej odszkodowania. I tutaj nie dający się wyjaśnić cud: po kilku miesiącach otrzymałem odpowiedź (nie z Genewy!!!). Nadawcą był "X" bez podpisu, tylko na kopercie nadawca: P.O. Box Nr... Airport Rd. Toronto, zawiadamiał mnie, że przekaz zostanie załatwiony po zakończeniu rejestracji wniosków. W dniu 30 listopada 2005 roku bank zawiadomił mnie o przekazie 708,65 dol.
 Gdyby tow. Geremek w odpowiednim czasie otworzył buzię, to sprawy zapewne potoczyłyby się inną drogą. Komentarze zostawiam osobom, które cierpliwie doczytały do końca niniejszy list.
 Z poważaniem,
Martin Skoczyński
 PS Sensacja. Kończąc niniejszy list, otworzyłem TV, oczekując na program Wojtka Ś., i - trafiłem na zakończenie programu w języku niemieckim, w którym ktoś zapytywał ludzi, czy znana jest im nazwa statku "Wilhelm Gustloff". Wywnioskowałem, że w programie na pewno była historia tego statku. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest naszym obowiązkiem przypomnieć sprawę "Cap Arcony".

 ***
 Zdaje się, że straciliśmy Jurga. Pewnie to był superzamach, tak jak w wypadku Diany. Robota tak precyzyjna, że nawet podejrzliwi nie wierzą, że to był zamach. Szanse na odrodzenie Europy stopniały jak Arktyka Al Gore'a. Irlandia ginie po referendum, łaska pańska masonów z Brukseli (gdzie Marks opublikował swoje dzieła) skazała ich na unicestwienie. Plan zalania Irlandczyków hołotą konsumpcyjną (z Polski i wschodniej Europy) nie wypalił w nadziei na zmianę wyników i poglądów Ajryszów. Austria uratowana przez Sobieskiego ginie. Otwarte bramy Europy to następny upadek Konstantynopola. Polecam  Forum tygodnikforum.pl. Ja mgr rzeźby, kolega mgr kupujemy tylko najlepszych: Goniec, Forum i Newsweek. Ci ostatni ponoć najlepsi i obiektywni. Forum #41  poleca tekst z El Pais - "Bardzo krótki rozumek". To niby obiektywne czasopismo sugeruje, że jak koala cofamy się w rozwoju i  funkcjonujemy tylko dlatego , że niestrawne i zgubne poglądy jak patriotyzm przejmujemy jak koala, liżąc odbyt matki, co pozwala zainfekować bakteriami zdolnymi strawić niestrawne poglądy. 
 Osobno dziękuję za superdawkę wspaniałych tekstów. Widzę, że nie spoczywa pan na liściach "bobkowych" (laurowych) i ciężko pracuje o obiektywizm. 
 Serdecznie pozdrawiam, 
g.k.

 Od redakcji:  Wie Pan co, Joerg ani był nam swat, ani brat, ale cieszyło, że miał ikrę i mówił rzeczy, o których wielu ludzi nie chce słyszeć.

 Do zespołu redakcyjnego  tyg. "Goniec"
 Przypadkiem natknąłem się na Wasz tygodnik. "buszując" po Internecie, nie znam orientacji politycznej "Gońca".  (...)
 Mieszkałem ponad 30 lat w Melbourne (byłem wykładowcą  w Royal Melbourne Institute of Technology). Ilekroć napisałem do premiera lub innych członków rządu (kiedyś napisałem także do gubernatora generalnego będącego reprezentantem królowej), to zawsze otrzymywałem odpowiedź. Te odpowiedzi nie zawsze były rzeczowe, czasami były banalne/zdawkowe, jednak nigdy mojego listu nie pozostawiono bez odpowiedzi. Podobnie było, kiedy pisałem do prasy (The Age, The Australian); nawet jeśli nie opublikowano mego tekstu, to jakąś odpowiedź otrzymywałem.
 Widziałem kiedyś w dzienniku TV jak minister spraw zagranicznych (Mr 
Downer; Howard był wówczas premierem) witał się z damą, trzymając lewą rękę w kieszeni. Podobnie  prezydent USA (to było wiele lat temu i nie pamiętam, który to prezydent) zachował się identycznie.
 Podczas przemówień w parlamencie federalnym (Canberra) mówcy b. często trzymali rękę w kieszeni. Kiedyś napisałem  m.in. do wicepremiera (Costello; to są sprawy sprzed kilkunastu lat) i w końcu swojego listu wspomniałem o tym trzymaniu łap w kieszeni. Stwierdziłem, że takie zachowanie Europejczycy byliby skłonni interpretować jako gest zdradzający zboczenie seksualne polegające na przymusie dotykania genitaliów. Naturalnie list dotyczył głównie innych spraw, m.in. "Environment protection", w tej zasadniczej sprawie rząd australijski i prezydent USA zajęli wówczas haniebne stanowisko (kopię tego tekstu załączam i proponuję przeczytać). Byłem zdziwiony i ubawiony, kiedy w odpowiedzi pan Costello stwierdził, że się z mego tekstu wiele nauczył. Nie znam manier waszych parlamentarzystów. Byłem w Kanadzie dość krótko jako visiting professor na Uniwersytecie McGill w Montrealu w 1977 r.
 W Polsce wśród polityków niestety panuje mentalność typu "homo 
sovieticus". Dwa tygodnie temu wysłałem listy (e-mail) do 11 posłów. Jedynie Gosiewski przeczytał (w każdym razie otworzył) mój list.
 Pozdrawiam
 dr inż. Janusz Polkowski

 Od redakcji: Dziękujemy za list, u nas też politycy odpowiadają, choć zazwyczaj jest to jedynie grzeczne danie do zrozumienia, że mają nas w nosie.

 Szanowna Redakcjo!
 Czytając listy do Redakcji, zadumałam się i dzielę się dziś mymi spostrzeżeniami.
 Myślę, że każdy Polak zgodzi się ze mną, iż wobec szkalowania Nas przez nadawanie miana obozom hitlerowskim miana POLSKICH (!!!) nasze placówki dyplomatyczne powinny wystąpić z pozwami sądowymi wobec oszczerców (a my powinniśmy zawiadamiać te placówki o takich występkach, aby ich nie przeoczyły). 
 Otarło się mi rzec można o uszy, że  Europejski Trybunał zakazał takiego zwrotu, a mimo to, jak słyszę, nadal używa się kalumnii będącej fałszowaniem historii.  W Kanadzie przykładem inwektywy niedawny list słusznie oburzonego weterana do "Gońca" - Konsulat RP oraz Kongres Polonii powinien tu zadziałać, no i weterani, jeśli mają na to siły. 
 Notabene w Szkocji, która w czasie II wojny przyjaźnie przyjęła polskich żołnierzy, ostatnio szokująco poinformowano o wyjeździe młodzieży do "polskiego obozu zagłady w Auschwitz"!!!? - to też nie powinno zostać bezkarne. 
 Powtarzanie kłamstw i manipulowanie nimi tworzy "nową historię", która zaczyna się powielać i wierzyć, że jest właściwa. To skandal i podłość.
 Jeżeli "jedna pani drugiej pani... etc." to sprawa trafia na wokandę sądową i oprócz przeprosin idą w parze często wielkie pieniądze.
 Dlatego jeśli "piśmidła" bądź organizacje dostałyby porządnie po kieszeni (a to może ich jedynie doceniana wartość...?) , a mówię tu o ogromnych kwotach, to może wówczas zastanowiłyby się one, nim nabazgrałyby sensacyjną historię o historii Narodu Polskiego. Skoro komuś prawda historyczna jawi się jako grudka plasteliny,  z której można lepić wszelkiego rodzaju twory i potwory, to może jedyną drogą ukrócenia tego procederu jest finansowy nokaut.
 Jako naród wyrosły na wartościach chrześcijańskich, gdzie przebaczenie i tolerancja są wyrazem miłości bliźniego i podstawą wychowania i działań, powinniśmy się domagać zadośćuczynienia, ale i w materialnej formie, jako skutecznej  obrony dobrego imienia i prawdy historycznej (odszkodowania mogłyby iść na cele charytatywne, jak pomoc weteranom, sierotom, ułomnym czy utrzymanie miejsc pamięci narodowej). Jak widzę, to na razie inni traktują Naszą Ojczyznę jak dojną krowę, szukając w potwarzach pretekstu do potwierdzenia zasadności niechęci i "roszczeń" (ziomkowskich i innych)... Jeśli dochodzi czasem do przeprosin, to są one jakby wymuszone i krótkotrwałe. 
 Drugą sprawą ogromnie niepokojącą jest zarzucanie antysemityzmu Polakom, a także pismom takim jak m.in. "Głos Polski", czy nawet "Goniec", co jest wierutną bzdurą. Głodnemu chleb na myśli, mówi staropolskie przysłowie...  i to ten, kto oskarża o antysemityzm Polaków, jeśli sam nie jest antysemitą, to jest polakożercą.  Jeżeli na przykład nie lubię Jerzego Urbana, to nie ma to nic wspólnego z jego pochodzeniem, lecz tylko i wyłącznie z tym, co robi i co głosi, a jeżeli mówię, co on robi, to jest to tylko informacja, a nie antysemityzm. W mętnej wodzie dobrze ryby łowić - wstyd, że ktoś może mieć takie "horyzonty", że miesza może i z wyrachowania oraz innych/niewinnych stawia pod pręgierzem. 
 Te dwa polonijne czasopisma zaatakowano, bo przedkładają nad wszystko umiłowanie prawdy, wolności i godności ludzkiej  i są prawdziwie polskie, ponadto tolerancyjnie publikują różne poglądy - niektórym to właśnie się nie podoba.
 Następna sprawa, która nie powinna być obojętna żadnemu prawemu człowiekowi, to pogromy chrześcijan szczególnie w Indiach. Myślę, że powinniśmy zwrócić się w tej sprawie (pisać, dzwonić) do posłów Kanady i Polski i prosić o reakcję, sankcje. 
 Dlaczego rzekomi obrońcy sprawiedliwości i tolerancji,  którzy nie nazywają sprawców pogromu hitlerowskiego właściwym  imieniem, nie wstawiają się w obronie mordowanych i szukających schronienia w dżungli - nie narażają przecież swego życia?
 Dlaczego nie ma o tym horrorze na "News" czy w codziennej prasie - to nic marginesowego, bo dotyczy tysięcy zagrożonych ludzkich istnień!!!?
 Te trzy sprawy sprowadzają się do jednego, a mianowicie, jak ważne jest: 1/ mieć uczciwe środki masowego przekazu i 2/  kto nimi włada.
 Dają też one  do myślenia, jak konieczne jest popieranie w Kanadzie "Gońca" i "Głosu Polskiego" oraz utrzymanie Radia Maryja i TV Trwam czy "Naszego Dziennika" w Polsce.
 Z poważaniem
 Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Ma Pani rację, przydałyby się pozwy dla antypolskich oszczerców, tylko że najwyraźniej nie mamy już na takie sprawy pieniędzy, spłukani przez pieniactwo i proces między sobą.
 
 
 
 
 
 
 

GONIEC NR 42/2008 (250) (17-23 października 2008)

 Prostytucja polityczna...
 Wyników wyborów do parlamentu federalnego nie będę przytaczał, są one Państwu doskonale znane. Oczywiście prezes Lizoń będzie próbował odtrąbić zwycięstwo, bo  3/4 z popieranych przez niego kandydatów znalazło się w parlamencie, czyli 75 proc. sukcesu...  Czyżby, panie prezesie?  Wszelkie tłumaczenia prezesa, iż popierał polonijnych kandydatów, a nie program konkretnej partii, należy włożyć między bajki, sięgam po "Gońca" z 3-9 października 2008, str. 28, a tam jak byk stoi uśmiechnięty prezes Lizoń, obok Stephane Dion, w tle olbrzymie zdjęcie tegoż pana Diona... To zdjęcie poszło w świat, ludzie, patrzcie, ponad milion Polaków w Kanadzie popiera pana Stephane Diona, przyszłego premiera Kanady... Oczywiście prezes Lizoń może się tłumaczyć, że nie wiedział, nie znał pana Diona, mógł pomyśleć, że to był np. Nikodem Dyzma, różnicy wielkiej nie ma...
 Proszę Państwa, w kampanii wyborczej można było gołym okiem zaobserwować totalną, zorganizowaną wendetę przeciwko premierowi Harperowi i Partii Konserwatywnej,  znani z rozdawnictwa liberałowie obiecali wszystkim (niestety, muszę użyć tego słowa - alfonsom politycznym) wszystko, byle tylko zaszkodzić konserwatystom (jedynie Jack Layton zachował moralny kręgosłup, nie zgadzam się z programem NDP, ale ludzie docenili tę uczciwą postawę przy urnie wyborczej). Tuż przed elekcją byłem w Ottawie, tamtejszy związek zawodowy pracowników publicznych poparł kilku posłów  z BQ (?!) , byle tylko  uciąć głosy konserwatystom, na co liczyli przywódcy związkowi, możemy się tylko domyślać... Co z tych obietnic  wyszło, najlepiej widać na przykładzie Partii Zielonych, ich szefowa, p. Elżbieta May, miała obiecane przez liberałów, w zamian za ich poparcie - zagłobowe Niderlandy, czyli miejsce w parlamencie. Jest pewne, że niektórzy z naszych polonijnych przywódców już w myślach przymierzali fraki wysokich urzędników państwowych w nowym rządzie liberałów (obiecane Niderlandy).    Niestety, panowie, musicie wrócić tam, gdzie się nadajecie, czyli do wymiany spalonych żarówek w Wawel  Villa... Przeciwko takiej postawie KPK protestowali na łamach "Gońca" pp. Andrzej Załęski z Etobicoke,  Ewa Kluczewska ze Scarborough, Stanisław Skonieczny z Toronto i ja, z Mississaugi, podczas gdy prezes Lizoń szedł w zaparte... Próbowałem alarmować ZG KPK, bez skutku, posiadam e-mail od jednego z wiceprezesów, że to jest decyzja całego Zarządu...! Daleki jestem od triumfalizmu typu "a nie mówiłem, a nie ostrzegałem", spróbujmy, Drodzy Państwo, określić spustoszenia, jakie wywołało wyrwanie przez prezesa Lizonia tej zawleczki z politycznego granatu, a także wskazać kierunki szybkiej naprawy tego największego skandalu w historii KPK:
 1. Tu nie chodzi tylko o zaangażowanie polityczne, tu chodzi o zdradę, a także policzek wymierzony premierowi Harperowi. Jeszcze kilka tygodni temu prezes Lizoń publicznie pokazywał się z premierem Harperem w Kanadzie i Polsce, premier miał prawo uważać się za przyjaciela Polonii, te informacje poszły w świat... Nagle, w wirze kampanii wyborczej, prezes Lizoń pokazuje się na zdjęciu z profesorem Dionem, co też poszło w świat... I żeby prezes Lizoń stawał na głowie i publikował w nieskończoność swoje infantylne tłumaczenia, to... milion Polaków w Kanadzie będzie oskarżanych w Ottawie za ten niedostatek dziesięciu posłów potrzebnych do sformowania rządu większościowego...
 2. Został  stworzony niebezpieczny precedens, prezes Lizoń dał praktycznie wolną rękę okręgom. A jeśli jutro pojawi się np. Feliks Dzierżyński-bis (pamiętajmy, żyjemy w wolnym kraju...), a jacyś nawiedzeni działacze okręgowi udzielą mu poparcia, bo to przecież polskie korzenie... Albo ktoś z 20-tysięcznej Polonii w Montrealu zdecyduje się robić karierę w  Bloc  Quebecois...? Jak dotąd, KPK Okręg Quebec zachowywał się nadzwyczaj odpowiedzialnie, ale działacze się zmieniają, precedens został stworzony, a korupcja może złamać niejednego...
 3.   Wracając do KPK, spróbuję dać radę delegatom na rozpoczynający się właśnie zjazd w Mississaudze. Prezes Sobocki został odsunięty za, głównie, wtrącanie się do wewnętrznych spraw organizacji. W tym czasie p. Władysław Lizoń, jako przewodniczący Komisji ds. Spornych, nabrał wody w usta, chociaż mógł jednym posunięciem zażegnać wiele konfliktów... Dzisiaj p. Lizoń wciągnął ponad milion naszych rodaków w politycznie zgubne posunięcia. O ile wiem, okręgi nie zamierzają wystawić żadnego, liczącego się kandydata z podłogi...
 Został stworzony precedens, przed trzema laty, że prezes i zarząd mogą być odwołani zwykłą większością głosów,  jeśli honorowo nie podadzą się do dymisji, delegaci powinni z tego precedensu skorzystać, a funkcje ZG powinna sprawować tymczasowo  Rada Kongresu  KPK.
 Z  poważaniem,
Andrzej T. Chronowski
Mississauga 
 PS Rozdział I, paragraf 6 Statutu KPK określa zadania KPK:
 4) Wykazywanie głębokiego i czynnego zainteresowania we wszystkich przejawach życia kanadyjskiego oraz dążenie do zapewnienia członkom polskiej grupy pełnego udziału w życiu politycznym, ekonomicznym i kulturalnym Kanady. 
 Czynne zainteresowanie to zasięganie i przekazywanie informacji...
 Zapewnienie członkom naszej grupy etnicznej pełnego udziału w życiu politycznym  nie może być interpretowane jako pozwolenie angażowania się KPK w jakiekolwiek wybory... Nie było dyskryminacji ani ograniczania praw politycznych członków naszej społeczności, a więc wszelka interwencja KPK w wybory nie miała statutowego uzasadnienia... 
 Gdyby przyjąć rozumowanie prezesa Lizonia, to KPK ma prawo reklamować nie tylko polityków, ale także biznesy lub np. dyskoteki, których działalność może być uznana przez prezesów za szczególnie ważną dla interesów KPK, tutaj furtka korupcyjna wylatuje z zawiasów... A.T.Ch.

 Od redakcji: Szanowny Panie, mniej zacietrzewienia, domniemywań i złych emocji pomogłoby Pana argumentom.

 Kartki z historii USA i Polski
 Komu zależy na tym, żebyśmy nie znali prawdziwej historii własnych państw i świata? Czyż nie są to ci sami ludzie, którzy opanowali systemy finansowe, polityczne, oświatę i media państw Zachodu?
 Podręczniki do historii uczą, że przyczyną rewolucji amerykańskiej w wyniku, której ogłoszono w 1776 r. Deklarację Niepodległości, było wprowadzenie podatku na herbatę przez W. Brytanię. Tymczasem prawdziwa przyczyna rewolucyjnego zrywu była zupełnie inna i bardziej poważna. Brytyjskie kolonie w Ameryce (późniejsze USA) emitowały własny pieniądz. Angielscy bankierzy spowodowali, że parlament brytyjski wprowadził prawo zakazujące koloniom emitowania własnej waluty. W ciągu jednego roku zniszczono dobrze prosperującą gospodarkę w koloniach. Ulice wypełniły się bezrobotnymi amerykańskimi kolonistami. To była prawdziwa przyczyna rewolucyjnego zrywu.
 W 1811 r. Kongres Stanów Zjednoczonych Ameryki nie przedłużył umowy, która oddawała politykę finansową w ręce "angielskich" bankierów. Bankier Nathan Rothschild z Bank of England wydał stosowne ultimatum: "Albo umowa zostanie przedłużona, albo Stany Zjednoczone zostaną wciągnięte w najbardziej destrukcyjną wojnę". W 1812 rząd brytyjski rozpętał wojnę przeciwko Stanom. W wyniku wojny zginęło tysiące Amerykanów. W 1816 r. Kongres umowę wznowił, bankierzy mogli nadal okradać naród amerykański.
 14.04.1865 r. zamordowano prezydenta USA A. Lincolna, ponieważ doprowadził do uzależnienia polityki finansowej (emisji pieniądza i kredytu) od rządu USA (jego późniejszego następcę, JFK, zamordowano w 1963 r. z tych samych powodów). W latach 1862-1863 wyemitowano w USA 450 mln tzw. zielonych dolarów. Oto, co na ten temat napisał wtedy w "London Times" lord Goschen, rzecznik brytyjskich, światowych wtedy (i głównie żydowskich) finansistów (za "Who Rules America" - C.K. Howe'a): "Jeżeli ta szkodliwa polityka finansowa (polityka A. Lincolna), która ma swoje źródło w Ameryce Północnej, umocni się na stałe, wtedy taki rząd będzie dostarczał swoje własne pieniądze, bez żadnych kosztów, będzie spłacał długi i będzie bez długów. Będzie miał wszystkie potrzebne pieniądze niezbędne do utrzymania się. Będzie prosperował bez precedensu w historii świata. Taki rząd musi być zniszczony, albo zniszczy on każdą monarchię na świecie (monarchię bankierów - D.K.)".
 Historia USA splata się tu dość ciekawie z naszą. W 1862 r. W. Brytania i Francja zagroziły USA wkroczeniem ich wojsk od południa do Stanów w celu zlikwidowania niezależnej polityki finansowej A. Lincolna. Car chrześcijańskiej Rosji przesłał ultymatywną notę rządom Wlk. Brytanii i Francji, że jeśli te wkroczą do USA, to Rosja doprowadzi w Europie Centralnej do wojny. Rosyjskie okręty wojenne wysłano na pomoc USA. Dziwnym zbiegiem okoliczności w styczniu 1863 r. dochodzi do wybuchu powstania w Polsce w zaborze rosyjskim. Siły rosyjskie zostały związane walką na polskim obszarze i nie mogły wkroczyć do centralnej Europy.
 Ilu z nas uczy się takiej historii?
Dariusz Kosiur

 Od redakcji: Najpierw niech Pan zapyta, ilu z nas w ogóle uczy się historii...

 Panie Redaktorze, 
 Chciałbym zwrócić uwagę czytelnikom "Gońca"  na wywiad z byłym agentem KGB przeprowadzony  prawie ćwierć wieku temu podczas  rządów Andropowa w ZSRS.                 Wywiad składa się z dwóch części i jest dostępny w Internecie na stronach You Tube, gdzie należy wpisać w wyszukiwarkę:  Wywiad z byłym agentem KGB. 
 Rosyjski agent KGB był uczniem hinduskiego nauczyciela duchowego (guru) Maharishi Mahesh Yogi (1917- 2008),  twórcy technik  medytacji transcendentalnej i związanych z tym programów oraz  kursów  w szkołach oraz na uniwersytetach w Indiach,  USA,  Meksyku, Wielkiej Brytanii, Chinach etc.... Ten rosyjski agent miał za zadanie obserwację nie hinduskiego guru, a Amerykanów, członków wpływowych i bogatych rodzin kształtujących opinię w Stanach Zjednoczonych, wyznawców Maharishi.  Przywozili  oni z Indii do USA szalone idee filozofii hinduskiej. Stwierdził, iż należy ich postrzegać jako pożytecznych idiotów, niezmiernie naiwnych i nierozważnych. Do  wielbicieli Maharishi należeli zamożni kongresmani, gwiazdy Hollywood, między innymi sławetni "Beatlesi", Mia Farrow i inni oszołomieni marihuaną, haszyszem oraz  szalonymi metodami medytacji, zamknięci we własnej rzeczywistości, zachwyceni ideami medytacji, czyli sztuki izolowania się od współczesnych społecznych i politycznych  problemów swego kraju.  Maharishi uczył Amerykanów rozwiązywania problemów przez całkowitą bierność i medytację skoncentrowaną na własnym pępku. Takich instruktorów  duchowych z Indii przybywało i  wciąż przybywa setki do Stanów Zjednoczonych,   tworząc jakby nową religię, a przy okazji aby zarobić na naiwności i głupocie ich obywateli.   Chodziło o to, aby odciągnąć opinię publiczną i energię umysłową Amerykanów od spraw istotnych dla Stanów Zjednoczonych, kierując ją ku pseudoproblemom, pseudoświatu i nieistniejącej harmonii. Ci hinduscy guru nie byli na usługach KGB, ale przyczynili się do zdemoralizowania społeczeństwa amerykańskiego. W Ameryce była i jest moda na medytację, na unikanie zaangażowania się w życie społeczno-polityczne.  Jest to forma prania mózgów i demoralizowania społeczeństwa amerykańskiego. 
 Ten były agent KGB wymienia cztery fazy prowadzące do rozłożenia na łopatki społeczeństwa amerykańskiego:
 1) Demoralizacja - co zajmuje, według niego, zwykle od 15 do 20 lat, bo tyle czasu wymaga wyedukowanie jednego pokolenia, wystawionego na wrogą ideologię. Nie będąc przy tym równoważonym przez podstawowe wartości chrześcijańskie, na których została zbudowana Ameryka, w tym amerykański patriotyzm. W rezultacie większość ludzi, którzy ukończyli w USA edukację w latach 60., zajmuje obecnie kluczowe stanowiska w administracji państwowej, służbach publicznych, biznesie, mass mediach, edukacji. Rosjanin podkreśla:  jesteście na nich skazani i nie możecie się ich pozbyć. Oni zostali skażeni i są zaprogramowani na myślenie w konkretny sposób, reagując  na zaprogramowane  bodźce. Nie możecie zmienić ich myślenia. Nawet jeśli skonfrontujemy ich z prawdziwą informacją, nawet jeśli udowodnimy im, że białe jest białe, a czarne czarne, i tak nie będą  w stanie zmienić ich postawy, sposobu postrzegania oraz logiki, zgodnie z którą się zachowują. Dostęp do informacji przestał już cokolwiek znaczyć, bowiem zdemoralizowana osoba nie będzie w stanie ich docenić i przestanie przywiązywać wagę do faktów, nawet gdyby została zalana strumieniem potwierdzonych informacji, dokumentów, obrazów, albo gdyby została siłą zabrana do ZSRS, gdzie pokazywano by jej obozy zagłady, nie byłaby w stanie uwierzyć.  Aż do chwili, w której ktoś kopnąłby ją w jej tłusty tyłek, jednak nie wcześniej - na tym polega tragizm sytuacji ludzi zdemoralizowanych. 
 2) Destabilizacja narodu, która trwa od 2 do 5 lat. W tym czasie na celowniku znajduje się gospodarka, polityka zagraniczna oraz obronność kraju. 
 3) Kryzys - wystarczy 6 tygodni, aby doprowadzić państwo na skraj kryzysu.
 4) Okres normalizacji, czyli okres poprzedzony dużymi zmianami w strukturach władzy i ekonomii.
 Taki los czeka Stany Zjednoczone, stwierdza  Rosjanin, jeżeli  swoją indolencją zezwolicie tym kretynom doprowadzić wasz kraj do kryzysu, a będą wam obiecywać wszelkie dobra i nastanie raju na ziemi. Będzie destabilizacja waszej gospodarki, zniszczenie wartości stojących za konkurencją wolnorynkową i ustanowienie dyktatorskich rządów w Waszyngtonie. 
 Większość amerykańskich polityków, media oraz system edukacji szkolnej  produkują pokolenia przekonane, że przyszło im żyć w czasach pokoju. Jest to błędem, Stany Zjednoczone są w stanie wojny, totalnej,  niewypowiedzianej wojny przeciwko podstawowym wartościom i fundamentom, na jakich został zbudowany amerykański system. 
 Były agent KGB ostrzega, że inicjatorem tej wojny nie jest towarzysz Andropow i ZSRS. A stoi za nią system - jakkolwiek może to zabrzmieć śmiesznie - światowy spisek komunistyczny. 
 Na koniec były agent KGB mówi:  w przeciwieństwie do mnie macie przed sobą jeszcze kilka lat życia. Bomba zegarowa przez cały czas tyka i z każdą sekundą bliżej katastrofy.
 Daje dwie rady Amerykanom,  jak tę bombę zegarową zatrzymać:                                                          1) wychowywać  ludzi w duchu patriotycznym, wrócić do wartości, na których powstały USA,                                                                                      2)  mówić im o realnych  niebezpieczeństwach. 
 Tadeusz Orłowski

 Od redakcji: Oglądaliśmy, trudno odmówić KGB zdrowego rozsądku.
 
 
 

GONIEC NR 41/2008 (249) (10-16 października 2008)

  Szanowny Panie Andrzeju,
 W tygodniku pańskim z dnia 26-2 X na czołówkę wsadził pan "Głosujmy na naszych", i to w dodatku na liberałów. Skąd to ci trzej panowie stali się naszymi. My mieliśmy w niedawnej przeszłości jednego na pewno naszego, choć ten z partii, która bardzo kojarzy mi się z liberalną Europą i w szczególności z bardzo liberalnym, poprawnym politycznie rządem w naszej ojczyźnie. Oczywiście każdy ma prawo w tym kraju głosować, na kogo chce, ale nie sugerujmy, że ci liberałowie to są nasi dobrzy (...). Szkoda, że poprzedni politycy z parlamentu, i był taki rzekomo nasz senator, nie chcieli i w dalszym ciągu nie staramy się wylansować naprawdę "naszych", a nie przyklejonych.
 Jeszcze króciutko, w jednym z artykułów tejże gazety drukuje Pan tak jak w Polsce "profesor Bartoszewski". Lepiej by było może bardziej poprawnie "kapeć" Bartoszewski.
 Pozdrawiam
Franciszek

 Od redakcji: Szanowny Panie, Pan nas niedokładnie cytuje. W czołówce "Gońca" było napisane: Głosujemy na "naszych"? Gdyby Pan uwzględnił cudzysłów i znak zapytania, poznałby Pan nasze stanowisko... Co do p. Bartoszewskiego - cóż, nie o tytuły w tym problemie chodzi, szczerze mówiąc od wczesnej młodości mam niewielki szacunek do profesorów. I tych mianowanych przez Radę Państwa PRL 

 Szanowni Państwo,
 Oto adres internetowy do odbioru Telewizji Trwam w Internecie, 24 godziny na dobę:
 mms://195.94.205.211/Trwam
 Trzeba otworzyć odtwarzacz (player), np. Windows Media Player albo Real Player, następnie otworzyć w nim "file" i wkliknąć adres w rubrykę "new URL" oraz poczekać chwilę na połączenie. Obraz nie jest najlepszej jakości, ale zawsze coś.
 Pozdrawiam,
Stanisław Siekanowicz

 Od redakcji: Polecamy.

 Szanowna Redakcjo!
 "UCZ SIĘ DZIECKO UCZ: NAUKA TO POTĘGI KLUCZ" 
 W nr 39 "Gońca" p. Redaktor Kumor - "Najważniejsze wymagać od siebie", podnosi  kwestię nauki i wychowania.  Reakcją jednego z czytelników był list o trudnościach z uzyskaniem pracy i kumoterstwem rasowym  etc. (zapomniał on tu o religijnym, bo i takie też istnieje) i w efekcie nadanie miana dobroduszności i naiwności autorowi - niestety szlachetność skojarzono tu z innymi dwoma przymiotami. 
 Osobiście zgadzam się z panem Redaktorem, który pokazuje drogę do wychowania i zdobywania wiedzy, dzięki której, mimo przeszkód różnej natury, można osiągnąć pozycję w społeczeństwie, przy łucie szczęścia czy sprytu (niektórzy zaczynają w USA, by powrócić do Kanady z "experience" itd.). 
 Notabene, szkoda, że Nasi rodacy nie pomagają sobie tak, jak to czynią inne nacje, obsiadające wręcz szkolnictwo, rządowe pozycje itp. 
 W tym samym nieomal czasie w nr 38, "Głos Polski" zamieścił radę (!) p. Barbary Bounafiori "Języki, języki".  Czekałam, czy będzie reakcja, gdyż wyglądało na  to, że autorka specjalnie prowokuje i chce wywołać dyskusję, gdyż trudno mi uwierzyć, aby ktokolwiek edukowany mógł na serio "klepać, co ślina na język przyniesie", twierdząc cyt. "Nauki pobierane w szkole są kobietom właściwie niepotrzebne.  Ja mam za sobą te parę lat życia i zapewniam, że z matematyki potrzebne mi było jedynie dodawanie i odejmowanie, czasem mnożenie. Nie przypominam sobie, bym coś kiedyś dzieliła..." (?!!!).
 Uczono mnie od powijaków szacunku do ludzi i całego szeregu innych niż kreowane przez p. Bounafiori umiejętności i wartości.
 Dlatego jeszcze bardziej razi mnie wypowiadanie się tej pani w imieniu kobiet, i to prawem kaduka, cyt. "Uczymy się, jak zachowywać się w towarzystwie, jak intrygować, jak się podobać, jak manipulować Mężczyznami, dziećmi..."??!!! (kto się tego uczy?! - są na to rzeczowniki i przymiotniki, których nie wymienię).
 Dalsze złote myśli o sposobie uczenia się i różnicy między kobietą a mężczyzną w osiąganiu wiedzy są  nie mniej "błyskotliwe" jak wymienione powyżej  rady (cyt. "Ja zajmuję się podawaniem prawdziwych rad", "...kobiety potrzebują innych kursów językowych niż Mężczyźni"?!) i nie byłyby one aż tak szokujące, gdyby pochodziły od osoby noszącej hijab czy burkę. 
 Chociaż mężczyzna autorka pisze przez duże M, to ubliża męskiemu rodowi, imputując, że może być on manipulowany przez niedouczoną intrygantkę, która ma być partnerką jego życia i matką uczącą  potomstwo niezbyt zacnych wartości. 
 Szkoda, że nikt nie zwrócił uwagi na ten prowokacyjny "monolog poliglotki", a może właśnie dlatego zignorowano go mimo intencji autorki... hmm nadto rada nie może być prawdziwa... tylko: szczera/płynąca z serca, zła lub nieudana, dobra/mądra itd. Kończąc, wspomnę żartobliwe powiedzonko mego śp. ojca "ucz się dziecko, bo Twój mąż będzie miał głupią żonę". Świat nie stoi w miejscu i całe życie musimy się uczyć. 
 Z poważaniem
Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Szanowna Pani,  rozum jest od Pana Boga, nie używać go to obrażać Stwórcę.
 
 

GONIEC NR 40/2008 (248) (3-9 października 2008)

 Na temat tekstu  Krzysztofa Ligęzy "Gnidowisko"
 Nie zgadzam się z większością wypowiedzi. Znaczna część Polaków wykazuje zadziwiający instynkt polityczny; ciągle szuka  mniejszego zła w wyborach parlamentarnych, choć szaleje obca, lawinowa, polskojęzyczna propaganda. Rzecz w tym, że ciągle nie ma na kogo głosować, ponieważ rządząca mafia natychmiast rzuca się na każdą polską inicjatywę, rozbija ją, przytyka wtykami, przemilcza w mediach. Mimo to ciągle podejmuje się dziesiątki inicjatyw, o których milczą media. Ot, chociażby takie: 1. list z poparciem dla eurosceptycznego prezydenta Czech, 2. list do Irlandczyków przeciwników traktatu lizbońskiego w przeddzień głosowania w Irlandii, kilku organizacji w Polsce, 3. "Dziękujemy, Ci Boże, że go od nas zabrałeś" pikieta wcale nie Radia Maryja przed kościołem Wizytek w Warszawie, lecz grupy narodowej, po śmierci B. Geremka, 4. natychmiastowy protest przeciwko próbie zohydzania bohaterów Westerplatte przez wyrodnych filmowców, 5. przygotowywanie akcji ratowania własności polskiej na Ziemiach Zachodnich, 6 ciągłe listy do Episkopatu w obronie zagrożonej wiary i moralności, 7. ciągłe manifestacje młodzieży narodowej, zohydzane przez media, 8. propozycje tworzenia frontu narodowegoÉ 
 Jaka nacja w takich warunkach zdobyła się i zdobywa na taki wysiłek samoobronny, pytam pro forma? Ciągła jeremiada na tym forum, która w odczuciu dyskutantów ma być probierzem ich patriotyzmu , nie daje nic. Lepiej byłoby, gdyby polonusi podzielili się z nami interesującymi informacjami ze świata zachodniego, których nie znamy, nie mówię już o tym, gdyby nam trochę pomogli. Zaś łaskawe pouczanie, co należy robić, siedząc wygodnie przed komputerem, prowadzi donikąd. 
 Pozdrawiam czytających.
Marian Barański 

 Od redakcji: Szanowny Panie, p. Ligęza nie jest "polonusem", lecz Polakiem mieszkającym we Wrocławiu, zaś fakt, że nie ma na kogo głosować, również świadczy o kondycji polskiego społeczeństwa.

 Na temat tekstu A. Kumora  "Najważniejsze, wymagać od siebie!"
 Oj, Panie Andrzeju Kumor, to tylko część prawdy, którą pan poruszył w swoim artykule. Z pana jest ciągle naiwny dobroduszny człowiek. Wierzy pan, że jak ktoś się wykształci, to dostanie dobrą pracę. Tak to było w PRL i w dodatku trzeba było być członkiem PZPR.
 Nic pan nie pisze o potwornie skorumpowanym rynku pracy w Toronto. Proszę mi wierzyć, że na nic zda się wykształcenie, jak decydenci z agencji i HR utrącają, kogo chcą, zwłaszcza że nikomu nie muszą się tłumaczyć ze swoich decyzji. Dlatego w Kanadzie, a zwłaszcza obszaru Toronto (GTA), na stanowiskach jest coraz więcej Chińczyków i Hindusów. Kanada powoli staje się azjatyckim krajem. Ostatnio dowiedziałem się, że do Kanady corocznie przyjeżdża około 30 tys. informatyków z Indii. Jakie szanse ma biała mniejszość w Kanadzie, aby dostać dobrą pracę, nawet mając b. dobre referencje z poprzednich miejsc pracy. Nikt nie dba o te referencje. Jak widzą, że ktoś jest dobry, to kij na takiego zawsze się znajdzie, aby nie robił konkurencji. Jak na stanowisku decydenckim jest Azjata, to biały człowiek jest bez szans, aby dostać dobrą pracę czy w ogóle jakąś pracę. To jest FAKT! To jest proste - biali są do likwidacji, to jest widoczny trend. Tylko nikt o tym głośno nie mówi - bo niepoprawne politycznie. Demografia Azjatów ten problem załatwi. Takie banki, jak TD i Scotia, są całkowicie opanowane przez Chińczyków i Hindusów - nawet dokumentacja jest po chińsku (dowiedziałem się tego od chińskiego menedżera podczas jednego z interview - oczywiście pracy nie otrzymałem; przyjęli Chińczyka do pracy - reszta się nie nadawała).
 Czy pan wie, że wiele agencji robi testy nawet ludziom z b. dobrymi referencjami i wieloletnią praktyką w zawodzie? Jak jakiś biały zrobi test bez zarzutu, to azjatycki agent bierze ten test, daje to swojemu azjatyckiemu rodakowi i tamten otrzymuje pracę. Menedżerowie z firm ufają agencjom, bo są za leniwi, aby samemu zająć się przyjmowaniem ludzi do pracy. Potem często miewają kłopoty, bo przyjęty się nie nadaje i znów muszą kogoś szukać. Karuzela się kręci - to się nazywa biznes. Nas, Polaków w Kanadzie, jest zbyt mało i prawie nic nie znaczymy jako menedżerowie firm. U Azjatów liczą się głównie więzy kulturowe, religijne, tradycja - a potem dopiero kwalifikacje. Jak przyjmą swojego do pracy w swojej firmie, to go nauczą. Europejczykom wybito takie "bzdury" z głowy poprzez globalizację i jej media. Wszyscy, według globalistów, są równi i wszystkie cywilizacje są jednakowo równe, nie ma gorszych ani lepszych. Dlatego Europejczycy przegrywają na wszystkich frontach!!!
 Na rynku kanadyjskim jest wiele pasożytów - agencji - przyjmujących do pracy wysoko kwalifikowanych inżynierów za pół ceny i zgarniających sobie do kieszeni drugą połowę ich zarobków jako pośrednik.
 Są też agencje, które desperatom nie mogącym znaleźć pracy oferują pomoc za duże pieniądze - ot, forma łapówki - w zamian za co będą ich uczyć, jak znaleźć sobie pracę. Czy przy skorumpowanym rynku można znaleźć sobie pracę, gdzie płaca będzie adekwatna do posiadanego wykształcenia?! Życzę dużo zdrowia i cierpliwości w poszukiwaniu i patrzeniu, jak topnieją oszczędności, bo za coś trzeba żyć.
 Pisze Pan, że nasze dzieci muszą być elitą. Oby tak się stało. Jednakże bez własnych prężnych firm nigdy tą elitą nie będą, a co najwyżej najmitami u azjatyckich-kanadyjskich menedżerów. Elitą to Polacy mogą być tylko u siebie w Polsce, w swojej Ojczyźnie, i to pod warunkiem, że będzie Ona własnością Polaków, a nie anty-Polaków, jak to ma miejsce obecnie.
Analityk

 Od redakcji: Dziękuje za tego "naiwnego i dobrodusznego", pokazałem to żonie, żeby miała o mnie lepsze zdanie... A tak na poważnie, Europejczycy przegrywają, bo a) przestali wierzyć we własną cywilizację, i b) nie lubią mieć dzieci.  A.K.

 ***
 Rodzice i nauczyciele powinni wpajać dzieciom ideały. Nowoczesna edukacja rozwija intelekt, ale nie kształtuje piękna charakteru. Jaki jest pożytek z nauczania, które nie zaszczepia w człowieku cnót? Czy po śmierci zabierzemy stąd choćby garść piasku? Nie. Nasze konta bankowe też nie pójdą z nami, lecz pozostaną w banku. Tak więc istotny jest charakter, nie pieniądze. Prawdziwe wykształcenie kształtuje prawy charakter. Głupiec pyszni się wykształceniem i inteligencją. Jaki użytek z jego wykształcenia, jeśli nie potrafi wykorzenić złych cech swojego charakteru? Doczesna wiedza prowadzi do pustych dyskusji, a nie do prawdziwej mądrości. Ludzie pragną przyjemnie spędzać czas, pragną pozycji i szczęśliwego życia. Niewielu jednak nie próbuje zdobyć prawdziwego zrozumienia, mądrości i charakteru. Nowoczesne wykształcenie umożliwia jedynie zarabianie na życie. Służy nabywaniu środków do życia, ale nie uczy, jak żyć. W rzeczywistości jest przyczyną upadku moralności społeczeństwa. W dawnych czasach ludzie cenili prawdę i prawość. W imię prawdy gotowi byli nawet poświęcić życie. A dzisiaj?
Telimena 

 Od redakcji: No właśnie.

 Szanowny Pan Andrzej Kumor
 Redaktor "Gońca"
 Otrzymuję miesięcznik "Canadian Military", w którym jest artykuł szkalujący Polskę, używający obraźliwego słowa "Polish concentration camp".
 Kopię artykułu z "Canadian Military" i kopię listu do "Canadian Military" - protestującego dołączam.
 Z weterańskim pozdrowieniem
Mieczysław Lutczyk
Oshawa

esprit de corps
Canadian Military
#204-1066 Somerset St. West
Ottawa ON k1Y 4T3
espritdecorp@idirect.com

Dear Editor:
I write to you with great disappointment in regards to your recent publication Volume 15 Issue 7 and the corresponding article by Norm Shannon "The devil's dues" in the Second World War series. In this article, the author refers to two Canadians who were captured and held in "a Polish concentration camp." I would like to make it very clear that there never was such a thing.

There were German concentration camps in Poland, but there were never any "Polish concentration camps." This mistake is made far too often in civilian circles, and others where the historically challenged can be found, but to read it in an otherwise excellent military publication such as yours is unacceptable. Please ensure this never occurs again.
Lt. (Ret'd) Mitch Lutczyk
1st Polish Armoured Div. 
Canadian 2nd Corps

 Od redakcji: Zachęcamy do protestów. 

GONIEC NR 39/2008 (247) (26 września - 2 października 2008)

 LIST DO REDAKCJI dot. 
 Andrzeja Kumora "Życie. 
 Po coś, czy po nic?" 
 Po przeczytaniu naszły mnie refleksje, którymi chcę się tutaj  podzielić. Do Kanady przyjechaliśmy 23 lata temu, mamy duży dom, dzieci i dobre życie. Niestety, zmartwień i napięć też jest niemało. W niedziele coraz rzadziej chodzimy do kościoła całą rodziną. Moja żona woli spędzać niedziele w takich sklepach, jak "Home Sense", "Costco"... Mówi, że to ją bardzo relaksuje i czuje się lepiej niż  w kościele. Kiedy uda się jej kupić coś tanio na wyprzedaży, to jest  bardzo szczęśliwa i cieszy się jak dziecko. Dom mamy ładnie urządzony,  ale też zawalony w piwnicy różnymi obrazami, meblamiÉ a nawet  wynajmujemy miejsce w publicznej przechowalni rzeczy. Szkoda  wyrzucić, a wszystko może się przydać, kiedy kupimy większy dom. Gdy  nie mogę w nocy spać, to chodzę po domu i liczę reprodukcje obrazów,  lustra w pięknych ramach, wyroby ze srebra, meble antyczneÉ Szacuję, ile to może być warte, gdyby sprzedać. Zmieniła nas ta Kanada. Dwa lata temu byłem w Polsce i widzę, że u moich rodziców niewiele się zmieniło.  Kiedy są zmartwienia i problemy, które w nocy spać nie dają, to mama bierze różaniec i się modli, to samo ojciec. Mówią, że to im pomaga. A  jak to nie uspokaja, to dodatkowo mama odmawia litanie do swoich świętych w sprawach trudnych i beznadziejnych. 
 Ciekawa refleksja mnie naszła. Zamieniłem różaniec na liczenie rzeczy materialnych, takich jak  lustra i obrazy w pięknych ramach. Oglądanie tych pięknych rzeczy  sprawia, że czuję się dobrze. Ale na krótko. To tak jak narkotyk. Działa krótko, a później pustka. Niestety, coraz częściej ta cała sytuacja mnie męczy i życzę sobie w duchu, by coś zaszło, aby to  wszystko się zmieniło. Czuję się jakby w trybach jakiejś maszyny. Boję się cokolwiek zmienić, by nie stracić tego, co mam, domu, rodziny,  wakacjiÉ 
J.N

 Od redakcji: Nie ma się co bać!

 ***
 Panowie, czy ma to jakiś sens głębszy, wyjechać za ocean, żeby utwierdzić tam obraz ciemnoty polskiej. Świat cywilizowany nie jest wprawdzie zagrożony w swoich podstawach przez egzystencję polskiego prymitywizmu umysłowego. Dzieci uczą się wprawdzie w różnych językach stopniowania przymiotnika "głupi". Z w odniesieniu do przedstawiciela ojczyzny księdza Rydzyka, ale nie ma to skutków negatywnych na rozwój intelektualny młodych pokoleń tego świata. Inaczej wygląda ta sprawa w odniesieniu do waszych dzieci. Im już chyba nic nie pomoże. Ja myślę po prostu, że będzie wam łatwiej klepać wasz los wśród wam podobnych Rydzyków tego świata. Tam, nad Wisłą i Odrą, jest wasze miejsce. Rydzyki tego świata, jednoczcie się. 
 Dobrze wam życzący z Niemiec 
Jacek Edward Fall

 Od redakcji: Szanowny Panie, czy ma jakiś sens wyjechać z  Polski do Niemiec i nadal pozostawać w szponach głupoty, niczego się nie ucząc?

 Szanowny Panie Redaktorze    Naczelny - Andrzeju Kumor
 Będąc z wizytą na gościnnej Ziemi Kanadyjskiej po raz czwarty od sierpnia 2008 do 27.09.08 (poprzednio w roku 1973, 1978, 1999 i 2000), pragnę serdecznie, z pełnym uznaniem mojej skromnej osoby, podziękować Panu za artykuł "Kto tu jest niewdzięczny" zamieszczony w "Gońcu" z dnia 5-11 września 2008, str. 56.
 Wysoko oceniam trafność oceny rocznicy sierpnia 80, a tym samym wskazania Czytelnikom, i nie tylko - jak należy postrzegać słuszność oceny życia w prawdzie, gdyż tylko "prawda nas wyzwoli", jak to wskazywał Autorytet Świata - Wielki Papież Jan Paweł II. Mam skromne przekonanie, że mam prawo do wyrażenia swojej opinii o Pana artykule, gdyż uczestniczyłem z pełnym zaangażowaniem w przemianach w Polsce - sierpnia 80. W związku z tym zaangażowaniem, jako osoba zarejestrowana przez SB od lat 60., byłem internowany w okresie od 13 XII 81 do 11 X 82 w obozach Uherce, Nowy Łupków, Zależe k. Rzeszowa i ponownie Nowy Łupków.
 Pomimo zaleceń Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, ażeby mnie, z powodu mojego stanu zdrowia, zwolniono z obozu w Uhercach (luty 1982) i leczono na wolności, władze SB, po kolejnych monitach MCK,  od kwietnia 82 ukrywały mnie,  nie dając mi  możliwości leczenia. 
 Obecnie IPN o. Rzeszów założył już drugą sygnaturę moich akt - "o przestępstwo komunistyczne lat 80.".
W konsekwencji internowania, po wyjściu, zostałem zaliczony do II grupy inwalidzkiej z żebraczą rentą inwalidzką (378 zł), mając wówczas na utrzymaniu troje małych dzieci. Niedługo po tych przejściach zmarła mi żona.
 Pomimo podjęcia leczenia stan mojego zdrowia pogarszał się na tyle, że w latach 2005-6-7, to jest w okresie 25-lecia "Solidarności" i "Stanu wojennego", przeszedłem 11 operacji, z czego 8  w Klinice Jana Pawła II w Krakowie. Po pierwszej z nich przeżyłem śmierć kliniczną, z której cudem powróciłem do życia po wymodleniu u Boga Najwyższego przez wielu ludzi i własnym.
 W efekcie tej mojej zdrowotnej tragedii otrzymałem orzeczenie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, opinię "niezdolny do samodzielnej egzystencji".
 Obecnie pozostaję cały czas wspomagany pomocą społeczną przy wysokości świadczeń 1200 zł miesięcznie - wydając na lekarstwa 400 zł również miesięcznie.
 Wobec powyższego bardzo bliski jest mi Pana tok myślenia, za który składam Panu staropolskie "Bóg zapłać", prosząc Pana Boga jako obozowy Kameduła, aby wszyscy rozumowali Pana kategoriami. Jest ono bliskie mojemu schorowanemu sercu. Nie chcąc przedłużać swoich informacji i wypowiadać się na temat znanego już wszystkim "Bolka" - zdrajcy idei "Solidarności" i Narodu Polskiego, który podbudowując "lewą nogę", mnie i moich kolegów zostawił na bosaka, proszę w modlitwach  Pana Boga, aby Mu wybaczył i przywrócił rozum, wyzwalając z "pomroczności jasnej".
 To co przeżyłem i w dalszym ciągu przeżywam z powodu rządzącej w Polsce "Nocnej zmiany", jedynie wie Pan Bóg. Ma Pan rację, podkreślając, że "buczą i gwiżdżą na widok zdrajców - tych wszystkich, którzy po ich plecach wdrapali się do różnych ?pałaców=, a Naród okradli jako głupie ?bydło=".
 Proszę wybaczyć, że z opóźnieniem poruszam temat Pana artykułu, ale będąc na wizycie, niestety mam opóźnienia w otrzymywaniu prasy.
 (...)
 Z poważaniem
Waldemar Mikołowicz
Hamilton 

 Od redakcji: Dziękujemy za Pana przemyślenia i życzymy dużo zdrowia.

 Wielka Mistyfikacja: CHIŃSKA    marchew i cebula sprzedawane    jako KANADYJSKIE!
 Szanowna Redakcjo!
 Europejskich masarzy nadal nękają kontrole i, co więcej, inspektorzy powołują się teraz na: śmierć obywateli w związku z "Listeriosis Outbreak".  Zakrawa to na kpinę, jako że małe firmy giną z powodu biurokracji, a nie z powodu brudów, no i, co więcej, to nie te małe firmy trują i osławiają Kanadę w świecie.
 Tam gdzie żywność wchodzi w rachubę, nikt nie neguje konieczności  zachowywania sterylnej prawie czystości. Traktowanie małych masarni jako rzeźni, w których krew leje się ciurkiem, a nie raczej jako restauracji, w których przygotowuje się specjały, jest samo przez się niewłaściwe.
 Dosłownie ręce opadają, kiedy odsłaniają się kulisy dbałości o zdrowie obywateli Kanady.
 Usłyszawszy w porannych wiadomościach 680 News, radia powołującego się tego dnia na informacje z "Toronto Star", że zagrożenie listerią itp. wg dokumentów istniało już od 2005 roku i nadal istnieje oraz że w związku z tym najlepiej zaopatrywać się nie u dużych, lecz u lokalnych producentów (słowa z radia), sięgnęłam po ten dziennik z 24 września br.
 Na pierwszej stronie olbrzymimi literami tytuł wieści o alarmującej sytuacji "Food Alarms...", by kontynuować o jej detalach na stronie A15. 
 Co więcej, na stronie AA7  znalazłam niepozorną notę zatytułowaną "?Ontario= produce from China" i...!!!!!!  opisaną tu procedurę z "Holland Marsh and Bradford farmer"... pakowania taniej chińskiej marchwi i cebuli w torby z logo "Product of Canada"... a podyktowaną  większym zyskiem!!! 
 Autorka listu Laura Young pisze, że interweniowała w tej sprawie u lokalnego MP i CFIA (Canadian Food Inspection Agency) ...  i... nic nie zrobiono w tym zakresie. Jedynie tegoroczna powódź w Chinach pokrzyżowała trochę szyki oszustom.
 Jak sobie przypominam, w Polsce ostrzegano górników Górnego Śląska, aby nie jedli marchwi hodowanej w swoich ogródkach działkowych, jako że szczególnie to warzywo  pochłania i zawiera zanieczyszczenia o wysokim stężeniu, a  i młode matki szczególnie uwrażliwiano na konieczność podawania dzieciom  tylko nieskażonej  marchewki czy soczku z marchewki.
 W Chinach zanieczyszczenie środowiska jest ogromne i nic się tam nie robi w zakresie ochrony tego środowiska.  Wystarczy chyba przypomnieć, że w czasie olimpiady okoliczne zakłady zaprzestały w ogóle produkcji na wiele dni, a mimo to smog torontoński z najgorszych dni był w skali wielokrotnie niższy niż w Pekinie w te dnie wolne od produkcji.
 W Chinach skażone są wysoce:  wody, ziemie uprawne - ...nie tylko powietrze (CNN miało cały cykl na ten temat).
 Nie tak dawno psy i koty ginęły i chorowały po komponentach żywnościowych sprowadzonych z Chin. 
 Zabawki dziecięce były powleczone farbą zawierającą zabójczy ołów (renomowane firmy je odwołały, ale czy sklepy z rodziny "One Dollar" to uczyniły?), a  i tkaniny na ubraniach nie były wolne od jeszcze innej trucizny (m.in. "The Bay" wycofał damskie spodnie).
 Ostatnie larum to mleko, które spowodowało śmierć paru niemowląt i chorobę ok. 54 tysięcy chińskich dzieci (głównie uszkodzone... nerki). Kiedy własnych obywateli się truje, to tym bardziej innych krajów/ustrojów... głównie dla zysku = "Money Talk". 
 Wracając do sprawy chińskiej marchwi, to rozprowadzana była nie tylko po Kanadzie jako kanadyjska, ale i wysyłana jako taka do USA!!! 
 Komu tu ufać? Czy Ministerstwo Rolnictwa, które rękoma inspektorów  gnębi firmy typu eks-Karl's Butcher, a zaniedbuje egzekwowanie czystości od dużych firm, jak Maple Leaf, oraz pozwala na fałsz i szarganie reputacji ontaryjskich produktów przez dopuszczanie chińskich "trucizn" jako rodzime, czy to ministerstwo rzeczywiście spełnia nadzieje w nim pokładane i czy wypełnia należycie swe obowiązki?! 
 Kupując cokolwiek, nie można mieć nawet pewności, że produkt pochodzi z kraju uwidocznionego na opakowaniu czy metce, i to jest skandal nad skandale... bo jaki tu wybór? Chyba tylko  ceny. 
 Prócz tego, moim zdaniem, oszustwo to kryminalna sprawa, którą powinny się zająć odpowiednie organy bez oglądania się, czy są na to przepisy wydumane przez Ministerstwo Rolnictwa.
 Dosyć manipulacji i oszustw! 
 Z poważaniem
 Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Racja!
 
 
 
 
 
 
 
 

GONIEC NR 38/2008 (246) (19-25 września 2008)
 ***
 W sobotę, 13 września br., w telewizyjnej audycji "Z ukosa" nadano Państwa wypowiedzi nt. wydawanego przez Państwa tygodnika "GONIEC". Wypowiedziom towarzyszył podkład muzyczny bardzo utrudniający zrozumienie treści wypowiedzi. 
 I nie jest to wyjątkowy przykład stosowania podkładu muzycznego w trakcie wypowiedzi innych osób. Jaki to w ogóle ma sens? Czy to jest tylko taka sobie moda? A może w tym szaleństwie jest metoda? Podobnie ma się rzecz w Radio Maryja, gdzie moim zdaniem, trudno byłoby doszukiwać się działań stricte dywersyjnych. A może? Licho nie śpi! Z poważaniem
Wojciech J. Antczak
 PS Dziękuję za opublikowanie mojego wiersza "Znak Jonasza".

 Od redakcji: Przykro nam, że nie było słychać.

 Szanowna Redakcjo,
 W ostatnim numerze "Gońca" zwróciły moją uwagę dwa wydarzenia związane z mającymi się wkrótce odbyć wyborami do parlamentu federalnego.
 Minisonda przeprowadzona wśród naszych rodaków wypadła niezbyt szczęśliwie. Temat, jak wiemy, dotyczył wyborów. Na sześć osób ankietowanych, dwóch to polscy turyści, którym po prostu jest obojętne, kto będzie rządził w Kanadzie, trzy osoby mieszkające w Kanadzie wykazały też obojętny stosunek do wyborów, orzekły, że nie będą głosować, i tylko zaledwie jedna osoba ma zamiar wziąć udział w wyborach.
 Nie zamierzam krytykować naszych rodaków, to jest ich prywatna decyzja.
 Śmiem twierdzić, a właściwie to jestem przekonany, że całkowitą winę za ten stan rzeczy ponoszą nasze media polonijne. Bazując na otaczającym mnie najbliższym środowisku, wiem, że orientujemy się zdecydowanie lepiej we wszystkich zagadnieniach politycznych, gospodarczych, wydarzeniach kulturalnych tam daleko w Polsce, aniżeli tutaj w Kanadzie, gdzie mieszkamy, pracujemy, gdzie dzieci nasze chodzą do szkoły, aby następnie studiować lub podjąć pracę. To jest nasz kraj numer 1.
 Wystarczy posłuchać polskiego radia, wiadomości z Polski są powtarzane prawie co godzina, gdy tymczasem wiadomości kanadyjskie przygotowywane są tak, jakby dotyczyły jakiegoś sąsiedniego kraju. Może oczywiście ktoś mi zarzucić, że przecież mogę korzystać z mediów kanadyjskich. Oczywiście, że będzie miał rację, bo właśnie tak robię, ja tylko tłumaczę sytuację, jaką mamy w naszym całym środowisku polonijnym.
 Szkoda np., że do radia nie zapraszamy przedstawicieli poszczególnych partii kanadyjskich, które uczestniczą w wyborach, wcale nie muszą to być przyszli posłowie, jeszcze lepiej, gdyby to byli nasi rodacy. Duży popis w tej materii mają również nasze gazety, chociaż z ostatniego numeru "Gońca" odniosłem inne wrażenie. I to jest to drugie zdarzenie, o którym chciałbym napisać.
 Na pierwszej stronie właśnie tego numeru zamieszczono duże zdjęcie panów kombatantów - Polaków, w towarzystwie pana Harpera, z tablicą "Polonia z Harperem". Nie mam żalu do kombatantów za piękne uśmiechy, za duży napis, gdyby pan Harper dał mi odpowiednią kwotę pieniężną, regularnie co miesiąc sfotografowałbym się z nim tak samo, a napis byłby jeszcze lepszy, ot, chociażby taki: "Cały naród polski z Harperem".
 Szanowni redaktorzy, tym zdjęciem zadecydowaliście prawie już o losach głosowania. Ja i wielu moich polskich przyjaciół też należymy do Polonii, a opinię mamy trochę inną, a może nawet zupełnie odmienną. Czyżby "wielki brat" zadecydował za nas? Przypominają się stare czasy i stare hasła, coś w rodzaju "Trzy razy tak".
 Szukałem przy tytule gazety, że może to jakaś polonijna gazeta Partii Konserwatywnej. Nic takiego nie ma. Nie jestem członkiem Partii Liberalnej, oceniam rządy poszczególnych partii jak zwykły zjadacz chleba. Wiem, że za rządów torysów znacznie więcej pracuję, a do kieszeni napływa coraz mniej pieniędzy, nie  pomogło nawet obniżenie podatku GST o 2 proc.   Żenujące było, jak jeden z konserwatywnych posłów starał się udowodnić mi, ile to zyskałem rocznie właśnie z tego względu.
 Wielu z nas pamięta, co głównie zadecydowało, że Partia Liberalna 3 lata temu przegrała wybory i rządy objęli torysi. Pamiętamy także, że powołano również w tym czasie specjalnego sędziego, który miał przeprowadzić śledztwo w sprawie 300 mln dol., które jakoby politycy w rządzącej wówczas Partii Liberalnej otrzymali w postaci łapówki w tzw. skandalu sponsorskim. Śledztwo rozpoczęto i raptem wszystko zgasło. Cisza. A może ja przespałem ten ważny moment orzeczenia winnych. Zadałem to właśnie pytanie jednemu z członków obecnej partii rządzącej, na którego trzy lata temu głosowałem, ale wówczas był on kandydatem z ramienia liberałów do parlamentu.
 Zobaczymy, jak długo będę czekał na pisemną odpowiedź, obiecuję podzielić się wrażeniami.
 Kogo winić za wstrzymanie śledztwa, chyba każdy powie, że obecną Partię Konserwatywną. Kogo winić za to, że w ciągu ostatnich czterech lat idziemy głosować po raz trzeci teraz, na pewno torysów. A trzeba wiedzieć, że wybory to duży wydatek z państwowego budżetu, to znaczy z naszych pieniędzy.
 Nie jest moim obowiązkiem tłumaczyć się, dlaczego chcę głosować na tę lub inną partię, to jest moja sprawa.
 Oburza mnie automatyczne zakwalifikowanie całej Polonii za obecnym rządem, chyba że to jest Polonia A, a ja i inni, którym się Harper nie podoba, to Polonia B.
 Kampania wyborcza trwa, ale nie w naszych polonijnych mediach, a szkoda. W nadziei, że z wyrażaniem swojej i całej Polonii opinii będzie trochę lepiej, składam całemu zespołowi redakcyjnemu głębokie ukłony.
Andrzej D.

 Od redakcji: Szanowny Panie, nie ma Pan racji, kampania trwa również w mediach polonijnych - niech Pan czyta nas uważniej. Pana zarzut  kierowany  w sprawie zdjęcia na pierwszej stronie jest niepoważny. My nie prowadzimy kampanii, lecz relacjonujemy, idąc Pana tropem: jeśli jakaś gazeta zamieszcza na pierwszej stronie zdjęcie z manifestacji z transparentem "Bush morderca", oznacza, że jej redakcja chce wtrącić Busha do kryminału. No, niech Pan trochę pomyśli! 

 Szanowna Redakcjo!
 W numerze z dnia 5-11 września 2008 r. napisano w punkcie 2. "Kilka tygodni temu ktoś po powrocie z Polski pisał, że" itd... Proszę mi wybaczyć, ale dla mnie "ktoś" znaczy "nikt", "kilka tygodni temu" znaczy "czas niewiadomy"! Brakuje dokładnych informacji, ale nie o to mi chodzi.
 Postanowiłem odnieść się do tego listu, ponieważ nie zgadzam się z tą opinią na temat młodzieży. Wiemy, że dzięki młodzieży PO wygrała wysoko wybory. Wiemy, że młodzież reaguje spontanicznie i może się organizować. Inną sprawą jest to, że została oszukana i wykorzystana przez bojówki młodzieżowe Platformy Obywatelskiej. Hitler również miał swoje bojówki młodzieżowe.
 Młodzież zapłaciła za swój błąd zaraz po wyborach w pierwszej kolejności, tracąc przyznane wcześniej kredyty rządowe na rozwój swoich uczelni. Takie było podziękowanie Donalda Tuska.
 Młodzież najbardziej zapłaci za swoją "zabawę" w politykę. Każdy płaci za swoje błędy. Młodzież przeprasza za to tych, co walczą za sprawiedliwość w różnych formach. Platforma wie, że ta metoda walki może się obrócić przeciwko niej i dlatego stara się zawładnąć telefonią komórkową oraz informatyką cyfrową. Śmiem twierdzić, że młodzież jest wspaniała, ponieważ potrafi się szybko uczyć.
 Trzeba inwestować w młodzież przez właściwe kształcenie. A czy my, starsi, przypadkiem nie pomogliśmy przy transformacji ustroju przez nasz zryw solidarnościowy i daliśmy sobie narzucić fałszywych liderów? Uważam, że J.K. nie ma prawa ubliżać młodzieży.
 Z poważaniem
Sławomir Zalewski
Oakville

 Od redakcji: Tak jest. Stawiamy na młodzież.

 Redakcja tygodnika "Goniec" 
 Koniec ery sobiepanków tak zatytułował Red. A. Kumor swój cotygodniowy reportaż o roli  posiadaczy ziemi.
 Przyznam, że z treścią tego reportażu nie zgadzam się zupełnie.
 Era zarówno wielkich posiadaczy ziemskich, jak i tych dysponujących swoją własnością prywatną, którzy  budowali szopy wzdłuż ulic dzielnic miejskich nie tylko w Toronto, ale wszędzie gdzie tylko mieli wykupioną ziemię na własność, tworząc tym samym dzielnice koszmaru, który do dziś straszy wyglądem, bałaganem i absurdem zarówno niewygody, jak i dbałości o estetykę wyglądu, nie biorąc już po uwagę walorów utylitarnych zdrowotnych, konstrukcyjnych, estetycznych.
 Nie powiem już o konsekwencjach uzyskiwania ziemi w Polsce, jak to miało miejsce, gdzie niejaki sobiepanek Stokłosa wybudował w okolicy osiedla mieszkaniowego śmierdzące gospodarstwo utylizacyjne, z którym ani rząd nie może sobie poradzić, bo właściciel zniknął, a prawo  nie pozwala na zmiany oraz na inne zagospodarowanie swej własności. To jest koszmar. Parę tysięcy ludzi, dla których wybudowano osiedle wcześniej, nie jest w stanie nic zrobić, a Prawo pozostaje bezsilne...
 To jest żywy absurd z dawnych czasów cywilizacji zachodniej, że każdy posiadacz miał prawo nie tylko dziedziczenia swej prywatnej posiadłości dla siebie i swej rodziny wg własnej koncepcji, woli i uznania.
 Jak to cytuje p. red. A. Kumor: "nawet król, by przejechać posiadłość właściciela, musiał prosić jego o zgodę"! (sic).
 Dość mamy tego typu świętości, bo aczkolwiek własność prywatna powinna mieć specjalne przywileje, to jednak nie powinna występować w kolizji do potrzeb cywilizacyjnych czy publicznych. 
 Budowanie w obrębie własności prywatnej np. "biedaszybu" w celu eksploatacji dóbr mineralnych byłoby chyba zejściem do okresu bezprawia i totalnego bałaganu w tworzeniu kultury cywilizacyjnej i prawidłowego rozwoju.. 
 A co by np. było, gdyby właściciel swego terenu nie pozwolił na budowanie drogi, która wynikałaby z potrzeb urbanistycznych: byłby "sobiepanek", ale drogi by długo nie było. 
 To rozumowanie prowadzi do jakiegoś absurdu i nie jest do pogodzenia ze zdrowym rozsądkiem. Państwo ma obowiązek tworzyć takie prawo współdziałające z potrzebami mieszkańców danego regionu i wymagać spełnienia wymagań niezbędnych dla prawidłowego rozwoju i zagospodarowania danego terenu.
 Po to się tworzy koncepcje urbanistyczne i architektoniczne. Po to się tworzy plany urbanistyczne i określa struktury i wymagania, tereny zielone i drobną architekturę, oraz prawo budowlane, żeby obecna cywilizacja zapomniała o roli sobiepanków, gdzie tworzone przez nich twory były nie tylko bezużyteczne, ale również nierzadko niebezpieczne dla otoczenia.
 Budowa studni musi również opierać się o wiedzę pokoleniową, żeby zagwarantować użytkownikom dobrą wodę lub, jeśli to jest studnia publiczna, żądać jej właściwej lokalizacji, zachowania odpowiedniej odległości i utylizacji wg wymogów sanitarnych np. 
 Przepisy prawa przeciwpożarowego również wymagają zachowania odpowiedniej  odległości między budynkami, jak i odpowiednich zabezpieczeń ppoż.
 Nie chodzi tu bowiem o właściciela danej nieruchomości (sobiepanka), ale również o sąsiadów, dlatego Prawo budowlane określa warunki zabudowy i wymaga tego od właściciela nieruchomości. Chodzi tu bowiem nie tylko o własność sobiepanka, ale również zniszczenie zabudowań sąsiada w przypadku pożaru.
 Nie cofajmy się w rozwoju! 
 Nie da się obecnie żyć, jak nam się podoba. Jesteśmy kulturą cywilizacji zachodniej i pewne konieczne regulacje prawne są niezbędne dla współżycia i współuczestniczenia w rozwoju, a nie powrotu do czasów bezprawia i swobodnego rozporządzania własnością.
Hubert W. Abramowicz

 Od redakcji: Pozostaję przy swoim, jeśli Pan pojmuje rozwój jako odbieranie ludziom prawa do decydowania o ich własności, to mnie z Panem nie jest po drodze. Chyba Pan nie do końca doczytał, na czym polega kultura cywilizacji zachodniej. A.K.
 
 

GONIEC NR 37/2008 (245) (12-18 września 2008)

 "Discharge fee"
 Szanowny Panie Redaktorze,
 Mieszkam w Kanadzie już bardzo długo, ale wciąż płacę za swoją naiwność.
 Jestem z Canada Trust od wielu lat. Więc kiedy menedżer z tego banku, p. Ingrid I., powiedziała mi, że nie będzie pobierać ode mnie "discharge fee" po spłaceniu mojego mortgage'u, po prostu uwierzyłam na "słowo". Nie miałam żadnych zastrzeżeń co do serwisu w tym banku, więc za moją namową moja córka również wzięła pożyczkę na dom, właśnie korzystając  z "profesjonalizmu" tej pani menedżer.
 Kiedy spłaciliśmy pożyczkę, okazało się, że obiecanki tego rodzaju muszą być na piśmie albo nagrane.   Bank ten żąda ode mnie 300 dol. za załatwienie dokumentu, że pożyczka moja została już spłacona. Jestem po wylewie (miałam operację mózgu). A więc każda kwota jest dla mnie nie bez znaczenia, a tym bardziej 300 dol.
 Po więcej niż 20 latach bycia z tym właśnie bankiem zostałam bardzo źle potraktowana. Wykorzystano mnie tylko po to, żeby córka  załatwiła pożyczkę z tym właśnie bankiem.
 Moje listy do CEO, p. Clark, pozostają ignorowane, a bank dalej żąda 300 za "discharge".To już nie kwestia tych pieniędzy (co jest dla mnie nie bez znaczenia), ale fakt, jak "oszukuje się" ludzi i nie przebiera się w środkach, ciągle mnie bulwersuje.
 Jak daleko można przekroczyć granice przyzwoitości, a jednocześnie używać słowa "Trust" w swoim logo. 
A. Śliz

 Od redakcji: Szanowna Pani, te słowa dawno już przestały znaczyć to, co kiedyś. Ogólnie rzecz biorąc, poziom usług pogarsza się z roku na rok.

 Szanowny Panie Czyżo,
 Jeżeli Pan pozwoli, chciałbym odnieść się do Pana listu pt. "Kiedy ten naród się obudzi" z dnia 22-28 sierpnia 2008 r. Naród polski "karmiony" jest różnymi informacjami. Trudno się zorientować, kto jest kto. Wszyscy wiedzą, że kto ma media, ten ma władzę, dlatego Niemcy zawładnęli mediami w Polsce. Jest to powtórka z 1939 roku - inwazja bez czołgów. Naród jest taki, jaki jest. Przyjmuje wiadomości prawdziwe lub nieprawdziwe, to co sugerują polskojęzyczne media. Potrzebne jest własne myślenie, którego media starają się Polaków pozbawić. 
 Wiedząc, czyje są media, analogicznie wiemy, czyj jest rząd. Zdrowy rozsądek jest obecnie potrzebny na miarę Irlandii. Obserwując scenę polityczną  z Kanady, to tak jak obserwowalibyśmy partię szachów od strony kibica. Z boku widzimy inaczej niż z pozycji grającego. Z tego też powodu jesteśmy izolowani od naszej ojczyzny.
 Zachęcam do słuchania wiadomości przez Internet, radia, które jest tak zwalczane przez obecny rząd z Donaldem Tuskiem na czele. Wiadomo dlaczego. Adres internetowy: radiomaryja.pl, strona internetowa "Radio Maryja - katolicki głos w twoim domu". Są tam do słuchania między innymi: "Rozmowy niedokończone", "Aktualności dnia", "Komentarze". Autentyczne wypowiedzi, bez przeróbek. Warto wysłuchać obu stron, zanim wydamy osąd.
 Dziękuję Panu za ten list, a redakcji za publikację. Łączę wyrazy szacunku.
Sławomir Zalewski
Oakville

 Od redakcji: Zgadza się, wojny są kosztowne, dzisiaj podbojów dokonuje się przez kupowanie cudzych elit, w tym tych z mediów.

 ***
 Większość Polaków na Białorusi nie utożsamia się z kliką gawinowsko-borysowską. Ta - dba jedynie o swoje interesy, pragnie zawładnąć prawem wywierania wpływu, zresztą często negatywnego, na bieg historii. Nie chodzi im o żadne interesy Polaków na Białorusi, nie posługują się oni żadnym prawem, bo prawa nie uznają, są to w większości swej egoiści i polityczni krzykacze, tchórze, którzy nie są w stanie założyć partii politycznej, aby klarownie móc przedstawić własną pozycję polityczną. Potrzebne im jedynie pieniądze polskiego podatnika, aby dobrze jeść, ładnie się ubierać i jeździć ładnymi autami. Dlatego kilkaset tysięcy Polaków na Białorusi jest pozostawionych samym sobie, bo organizacja polska na Białorusi nie jest popierana (wspierana) przez rząd RP ani przez polskiego Prezydenta i nie ma temu usprawiedliwienia. Polacy myślący inaczej nie są wpuszczani (zawracani z granicy) do państwa polskiego. To przynosi radość chyba jedynie Żydom i innym nacjom nastawionym nieżyczliwie do Polski i Polaków! Sama "Wspólnota Polska" realizuje tylko własny program działań politycznych, polegający na zmuszaniu naszego sąsiada do jak najszybszego wejścia do Unii Europejskiej (nie wypowiadam się tu negatywnie o UE, ponieważ chodzi tu o pewien okres dojrzewania do samodzielnego podjęcia tej czy innej decyzji). Jak do tego wszystkiego ma się pojęcie demokracji - sądźcie Państwo sami. 
Paweł Roś

 Od redakcji: Osądzamy i wychodzi nam podobnie.

 Cześć
 Nazywam się Patrycja, mieszkam w Polsce w województwie lubelskim. Mam piętnaście lat i uczę się w Gimnazjum im. ks. kard. Stefana Wyszyńskiego w Mirczu. Dalszą naukę planuję w liceum, a później studia w Oksfordzie. O waszym konkursie dowiedziałam się od mojej cioci z Kanady, która wyjechała osiem lat temu. Wcześniej nie wiedziałam, że w Kanadzie są wydawane polskie gazety - ale super.
 Moje wakacje, jak każde, rozpoczęły się wraz z końcem roku szkolnego. Pierwsze dni wakacji spędziłam w domu wraz z bliskimi. Po tygodniu wyjechałam wraz z kolegami oraz koleżankami w moim wieku na tygodniową wycieczkę w Tatry Polskie i Słowackie. Nasza podróż rozpoczęła się już o drugiej nad ranem, gdy wyjechaliśmy autokarem w stronę Zakopanego. Gdy po dość męczącej podróży dotarliśmy na miejsce, zaczęliśmy zwiedzać wspaniałe widoki wąwozu Homole w Pieninach, gdzie szliśmy wytyczonym szlakiem. Następnie ruszyliśmy w dalszą podróż. Po dotarciu do Zakopanego poszliśmy na wjazd kolejką krzesełkową na Gubałówkę, skąd mogliśmy podziwiać przepiękną panoramę Tatr. Wielu z nas robiło zdjęcia, niektórzy kupowali pamiątki, byli też tacy, którzy pozwolili sobie na zjazd torem saneczkowym. Po zwiedzeniu zjechaliśmy kolejką terenową z Gubałówki.
 Gdy zbliżał się wieczór, nasza grupa zakwaterowała się w pensjonacie "Stochowie". Myślę, że kwatera każdemu się spodobała, gdyż mieliśmy tam bardzo dobre warunki. Gdy nastał ranek, wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie i wyjechaliśmy na Słowację. Najpierw zaczęliśmy od zwiedzenia Jaskini Bielskiej, w której panowała wilgoć i chłód, mimo że było lato. Na początku usłyszeliśmy historię jaskini, następnie weszliśmy w głąb, każdego z nas zachwycały niesamowite stalaktyty i stalagmity. Ich kształty przypominały baśniowe postacie. Jaskinia dzieliła się na mnóstwo przepięknych sal, z których największą i najwspanialszą wydawała się sala koncertowa. Wchodząc do tej sali, przewodnik poprosił nas o zaśpiewanie piosenki. Nikt się nie odważył wystąpić solo, więc ksiądz, który był opiekunem, zanucił pieśń kościelną. Następnie wysłuchiwaliśmy słowackich artystów, którzy wykonali arie operowe. Większość z nas nie lubi tego typu muzyki, ale stwierdziliśmy zgodnie, że śpiewali oni przecudnie. 
 Po wyjściu z jaskini zjechaliśmy kolejką linową. Podczas tej przejażdżki mieliśmy wiele przygód. Niektórzy dowiedzieli się, że mają lęk wysokości. Kiedy wstałam, by zrobić zdjęcie, koleżanka przeraźliwie wrzasnęła i szarpnęła mnie za ramię, tak że z powrotem opadłam na siedzenie. Jednak najbardziej emocjonującą chwilą była ta, kiedy kolejka stanęła. Byliśmy uwięzieni w wagonie, zawieszonym ok. 50 m nad ziemią. Część z nas wpadła w panikę, chwytaliśmy za telefony i sprawdzaliśmy, czy mamy zasięg. Nie minęło kilka minut i kolejka znów ruszyła. Wysiedliśmy na stacji w połowie trasy, resztę trasy pokonaliśmy pieszo. Trwało to kilka godzin, ale po drodze podziwialiśmy fascynujące widoki Parku Narodowego. Do najciekawszych z pewnością należały wodospady. 
 Na dole czekały na nas stoiska z pamiątkami. Po upływie wolnego czasu wsiedliśmy do autobusu i wróciliśmy do Polski. Wieczorem wybraliśmy się do Aqua Parku. Trzeciego dnia wybraliśmy się do Tatrzańskiego Parku Narodowego, po którym chodziliśmy wiele godzin. Mieliśmy bardzo miłego i doświadczonego przewodnika. Przez całą drogę opowiadał nam o Tatrach. Droga była dość niebezpieczna, szlak był stromy, w dodatku padał deszcz i było ślisko. W wyższych partiach gór jedyną roślinnością, jaką mogliśmy podziwiać, była kosodrzewina. Gdy po paru godzinach się rozpogodziło, mieliśmy okazję usłyszeć świstaka. Gdy wreszcie zeszliśmy nad Morskie Oko, wszyscy odetchnęli z ulgą, bo byliśmy bardzo zmęczeni mozolną wędrówką. Przed nami rozciągał się wspaniały widok. Obok Morskiego Oka znajdowało się schronisko, w którym można było coś zjeść lub uzyskać pomoc medyczną. 
 Po godzinnym odpoczynku ruszyliśmy w dalszą drogę. Po dwóch godzinach doszliśmy do autokaru, gdzie tam nasza opiekunka sprawdziła obecność i ruszyliśmy do pensjonatu. Zbliżał się wieczór, cała nasza grupa trochę się nudziła, więc pani opiekunka zorganizowała ognisko, na którym każdy mógł trochę potańczyć oraz pośpiewać. Około godziny 23.00 poszliśmy spać.
 Kolejne dni spędziliśmy w Zakopanem na zwiedzaniu innych miejsc. Myślę, że te kilka dni wakacji były bardzo mile spędzone. Polecam każdemu zwiedzenie polskich oraz słowackich gór. Bardzo serdecznie pozdrawiam redakcję "Gońca". 
 Wasza czytelniczka
Patrycja Kwiatkowska

 Od redakcji: Dziękujemy za relację.

 Moskwa tłumaczy  mordy katyńskie
 W 1940 r. w katyńskich lasach, niedaleko od miasta Smoleńska, została popełniona tak straszna zbrodnia, że jest to niemożliwe do zrozumienia dla normalnego, ucywilizowanego, europejskiego człowieka. W wyniku tej zbrodni, 25.700 polskich jeńców wojennych, w tym 4250 polskich oficerów zostało zamordowanych w lasach katyńskich. Ludzie ci byli skarbem narodu polskiego i zostali tylko dlatego wymordowani, bo komunistom chodziło o wyeliminowanie polskiej inteligencji. A to, że byli oni pod opieką "Konwencji genewskiej", dla NKWD, Sowieckiego Biura Bezpieczeństwa, to nic nie znaczyło. 
 To ludobójstwo było popełnione na rozkaz sowieckiego rządu, a agentem było NKWD, oficjalny instrument sowieckiego prawa i bezpieczeństwa. Ci przedstawiciele Moskwy ustawiali polskich jeńców jeden za drugim nad wielkim dołem i mordowali ich jednym strzałem z nagana w tył głowy. 
 Niemcy znaleźli masowe groby zamordowanych Polaków i powołali szwajcarską komisję badawczą złożoną z przedstawicieli neutralnych narodów. Po rozmowach z ludźmi z pobliskich wsi i miasteczek, przestudiowaniu i zbadaniu ofiar, ta niezależna komisja doszła do wniosku, że ta straszna zbrodnia została popełniona przez Sowietów. Przez wiele lat Rosjanie nie przyznawali się do tej zbrodni, ale teraz wychodzi nowa książka "historyczna", w której już przyznają się do tej zbrodni, ale twierdzą, że to była zemsta na Polakach za mordowanie ruskich jeńców w 1920 r. To oskarżenie jest tak głupie i tak łatwe do udowodnienia, że jest fałszywe, że nawet nie jest warte obrony.
 Ważne jest to, że  książka ta ma być podręcznikiem historii w szkołach dla rosyjskich dzieci. Tym razem to nowe NKWD pod dowództwem płk. Putina zrobiło bardzo poważną pomyłkę. Dzisiaj żyjemy w świecie Internetu, młodzi Rosjanie uczą się angielskiego, każdy z nich może znaleźć w Internecie "Polish-Soviet War (Feb 1919 - March 1921)" i dowie się prawdy. Przykre to będzie dla każdego Rosjanina i dla całej Rosji, gdy ludzie staną się świadomi, że jeszcze raz zostali oszukani. 
 W bitwie o Warszawę bolszewickie wojska liczyły około 800.000. Polska Armia była mniejsza i składała się w 90 proc. z Polaków, Ukraińców pod dowództwem Petlury i nawet rosyjskich niewolników wojennych, którzy woleli raczej bić się z bolszewikami niż z Polakami. Tutaj trzeba wspomnieć, dlaczego w 1920 r. Czerwona Armia znalazła się przed bramami Warszawy.
 Otóż w 1919 r. Włodzimierz Lenin był bardzo zadowolony ze zwycięstw Armii Czerwonej w walkach z "białymi" antykomunistami, zaczął widzieć potencjał w dyktaturze "proletariatu" początkowo w Europie, a w przyszłości na całym świecie. Lenin określał Polskę jako "most" do Niemiec i Francji i święcie wierzył, że gdy Armia Czerwona wejdzie do Europy Zachodniej, tam natychmiast dojdzie do rewolucji. 
 W bitwie, którą nazywamy "Cudem nad Wisłą", bolszewicy stracili około 200.000 zabitych, a Polacy 47.571. Rosjanie, demokratyczni czy komunistyczni, do dzisiejszego dnia nie mogą nam zapomnieć i wybaczyć tej bolszewickiej klęski na polu walki i może dlatego ta nowa "historia" została napisana. Ale bez wątpienia powstaje ta rosyjska fałszywa historia, by uczyć ich dzieci nienawiści do Polaków za zbrodnie przez nich niepopełnione. Rosja dalej stwarza fałszywą historię jak za dawnych komunistycznych czasów. 
 Bohdan Prażmowski

 Od redakcji: Szanowny Panie Bogdanie, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość, a kto kontroluje przeszłość, ten kontroluje przyszłość - Orwell doskonale to opisał wiele lat temu. Nie zmienimy historii, jakiej uczą się Rosjanie, dbajmy więc choć o to, by nasze dzieci były doskonale poinformowane; wiedziały, jak było naprawdę i nie pozwalały robić sobie wody z mózgu.

 Redakcja Tygodnika 
 "Goniec", Mississauga
 W ubiegłym tygodniu zamieszczono na łamach "Gońca" mój komentarz nt. felietonu p. prof. Pogonowskiego w sprawie instalacji tarczy antyrakietowej w Polsce, do którego to ustosunkowałem się w sposób dość krytyczny, co spotkało się, jak wynika z wypowiedzi Redakcji, z dość dziwnym komentarzem.
 Celem moim było zwrócenie uwagi czytelników na problem bardzo kosztownej instalacji tarczy antyrakietowej oraz konsekwencji wynikającej z tego faktu dla Polski.
 Jak wiemy, w wyniku szeregu negocjacji wstępne porozumienie w tej sprawie z USA zostało zaakceptowane przez polski parlament, mimo że do chwili obecnej nie było istotnej analizy powstania takiej instalacji w Polsce zarówno pod względem  poparcia, jak również jej odrzucenia. Odczucia społeczne były bardzo podzielone. Felieton prof. Pogonowskiego zamieszczony na łamach tego samego wydania "Gońca" zdecydowanie odrzuca sugestie instalacji tego typu z uwagi nie tylko na gigantyczne koszty, w których ma również partycypować Naród Polski, ale również wątpliwość skuteczności tej instalacji w strefie obronnej dla naszego kraju (sic!). Równocześnie prof. Pogonowski jako doradca w sprawach politycznych z dużym pesymizmem wypowiada się w sprawie rekompensaty ze strony USA o zaopatrzeniu Polski w wyrzutnie rakietowe typu "Patriot" wraz z niewielką ilością mało skutecznych pocisków obronnych, co w żadnym stopniu nie bilansuje nakładów na tego typu instalację na terenie Polski i wymagać będzie ogromnych nakładów na jej powstanie.
 Powstaje zatem pytanie, czy Polska powinna się zgodzić na zaproponowane warunki...
 Moje dywagacje w tej materii odnoszą się przede wszystkim do tego, dlaczego Polska nie przeprowadziła znaczącej analizy w tej materii, bilansując straty i zyski, skoro nastąpiła akceptacja z obu stron sceny politycznej  na aprobatę tak nieopłacalnej instalacji obronnej, skoro korzyści mają być osiągalne tylko dla ochrony terytoriów USA - bo "wystrzelone rakiety z Radzikowa nie wybiją nawet szyby wobec ewentualnej agresji ze strony Armii Czerwonej". 
 Z obecnych doniesień prasowych wynika, że opinie głoszone w tej sprawie były fałszywe, bowiem wydano oświadczenie przez z-cę sekretarza stanu panią C. Gallen Gaffy, że tarcza, która ma być zainstalowana  na terytorium Polski, jest zaprojektowana, żeby chronić całą Europę przed atakiem nuklearnym "osi zła".
 Pani Gallen, jak można się domyślać, jest podobnie do p. Condolizy Rice odpowiedzialną osobą do przekazywania ważnych informacji z ramienia rządu USA.
 Zmienia się w ten sposób całkowicie wątpliwość nie tylko moja co do znaczenia tego typu instalacji wbrew opinii głoszonej przez p. prof. Pogonowskiego oraz inne osoby głoszące, że tarcza nie chroni Polski i Europy przed pociskami nuklearnymi, stąd zamieszczony komentarz Redakcji "Gońca" pod poruszonym przeze mnie tematem jest nieprawdziwy. 
 A swoją drogą, wydaje mi się, że coś tu jest niedopowiedziane do końca, skoro felieton, o którym mowa, ukazał się w "Gońcu" dopiero w ub. tygodniu... obrazując odpowiedni stan rzeczy. Czyżby p. prof. Pogonowski jakiej dziedziny ma profesurę, skoro jego wypowiedzi publiczne nie są oparte na wiedzy tematycznie związanej z tymi zagadnieniami... (sic). Po dzisiejszej wypowiedzi z-cy sekretarza stanu pani C. Gaffy jest już zapewne zrozumiałe dla każdego, dlaczego "oś zła" w wyniku ogłoszonej decyzji niepokoi się, że nie będzie mogła, strasząc swoim arsenałem nuklearnym, odzyskać łatwo dawnych terenów przywłaszczonych z okresu II w.św. w roli byłego okupanta. 
 Przyznaję, że temat ten był dla mnie, i chyba nie tylko dla mnie, niezbyt zrozumiały. Nie chodziło o to, czy instalacja ta będzie tarczą obronną przeciw agresorowi ze wschodu czy z innego kierunku, ale o ogromne nakłady finansowe, bez wymiernych w tym względzie korzyści obronnych. 
 Pozdrawiam.
Hubert W. Abramowicz

 Od redakcji: Szanowny Panie, w przypadku Rosji posiadającej kilka tysięcy głowic  istnienie wyrzutni antyrakiet w Polsce nie zmienia rachunku militarnego, natomiast politycznie oznacza dużo, bowiem w byłym kraju bloku sowieckiego budowane są amerykańskie instalacje wojskowe, wbrew wcześniejszym ustaleniom - polecam wywiad z p. Michalkiewiczem odnośnie do tzw. opcji amerykańskiej - Andrzej Kumor.
 
 

GONIEC NR 36/2008 (244) (5-11 września 2008)
 ***
 Artykuł "Dlaczego matematyka" zamieszczony w najnowszym numerze pobudził mnie do refleksji.  Pierwsza z nich to taka, że matematyka w powojennej Polsce stała na bardzo wysokim poziomie i można by się pokusić o zadanie pytania: dlaczego?  Jak to się stało, że przy ogólnym marazmie PRL-u znalazła się dość duża grupa naukowców, która była w stanie dotrzymywać kroku nauce światowej? Jedna z przyczyn jest taka, że badania matematyczne nie wymagają wielkich nakładów finansowych. Ale moim zdaniem, jest jeszcze jedna, bardziej istotna przyczyna - otóż komuniści (czy aparatczycy, czy jak ich tam nazwać) nawet nie próbowali udawać, że cokolwiek z matematyki rozumieją. Dzięki temu nie wtrącali się w prace matematyków.  Nie próbowali na siłę wplatać ideologii do tej nauki; nie ingerowali w matematyczne badania naukowe.  Wyszło to polskiej matematyce na dobre, co udowadnia moje przekonanie, że wystarczy, żeby rząd nie przeszkadzał, a ludzie sami sobie poradzą.
 Przypomniało mi się, jak kiedyś próbowałem nauczyć się fizyki z podręcznika wydanego w Związku Sowieckim. Co kilka stron były wplecione odnośniki do marksizmu-leninizmu, co powodowało, że nie szło tego czytać. To był niesamowity kontrast z książkami matematycznymi wydawanymi w krajach "obozu socjalistycznego" - książki te były przeważnie na bardzo wysokim poziomie i nigdy nie miały żadnych ideologicznych wtrętów.
 Gdy już mowa o matematyce, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że tutaj, w Kanadzie, poziom jej nauczania jest z roku na rok obniżany.  Potwierdzają to zresztą nauczyciele, z którymi rozmawiałem na ten temat, przyznając, że z roku na rok program jest coraz "mniej stresujący dla dzieci".  Mój wniosek jest taki: musimy sami dbać o edukację naszych dzieci, bo inaczej rządowi specjaliści od edukacji zrobią z nich matołów.
Dariusz Dziewiałtowski-Gintowt 

 Od redakcji: Owszem, matematyka była "czysta", a matematycy hołubieni, w końcu bez nich nie byłoby rakiet i innego sprzętu.

 Tygodnik Goniec 
 p. red. A. Kumor 
 Z zainteresowaniem i zarazem zdziwieniem przeczytałem w bieżącym numerze "Gońca" felieton o tarczy antyrakietowej pióra prof. Iwo Pogonowskiego. Ze zdziwieniem, ponieważ jak dotąd opinie profesora Pogonowskiego budziły moje zainteresowanie zarówno pod względem historycznym, jak i merytorycznym. Uważam go i cenię za wiele celnych opinii, jak i obserwacji na tematy nie tylko polskie, ale również wyważone opinie polityczne j.w. poruszające tematykę  międzynarodową.
 Obecny felieton  pisany z Blacksburga o tym, jak Kanada odrzuciła zaangażowanie się w budowę tarczy wykrywającej pociski nuklearne, budzą znaczne wątpliwości zarówno do strony zastosowań obronnych, jak i z uwagi na olbrzymie koszty nie tylko wybudowania, ale  i eksploatacji takiego arsenału obronnego. Prof. Pogonowski, jako znawca problematyki obronnej, zapewne musiał się tym nieco dokładniej przyjrzeć, by w swym obecnym felietonie stanowczo zdeprecjonować powstanie takiej instalacji, jak również negatywnie określić instalowanie pocisków obronnych typu "Patriot" jako działające jedynie w 80 proc. skutecznie, zwłaszcza przeciwko pociskom krótkiego zasięgu przy uwzględnieniu olbrzymich nakładów finansowych na tego typu instalacje.
 Przyznam, że felieton obrazujący pozytywne strony takiego systemu jest wyraźnie zaskakujący opinię publiczną, w chwili kiedy akceptacja zbudowania tarczy służącej celom obronnym ze strony dalekiego Iranu przeciwko rakietom wysyłanym w celu obrony USA jest szokujące, tym bardziej że opinia ta powstała wprawdzie już po wstępnych negocjacjach ze stroną USA, ale została już akceptowana przez obecny rząd polski po wielu dyskusjach sejmowych i wielu sprzecznych stanowiskach polskich ugrupowań partyjnych.
 Czyżby prof. Pogonowski nie wiedział o tym wcześniej, żeby swoje wątpliwości ujawnić choćby na łamach prasy polskiej zarówno pod kątem zabezpieczenia interesów polskich, jak również ujawnienia szczegółów podanych w obecnym felietonie, żeby jawnie ostrzec Polskę przed podejmowaniem nawet wstępnej decyzji...? 
 Wiadomą powszechnie sprawą jest, że Polska, podobnie jak inne kraje graniczące z Rosją, w pierwszym rzędzie szuka i próbuje zabezpieczyć się przed naszym stałym wrogiem Rosją, a nie Iranem, Izraelem czy innym "mocarstwem" próbującym dokonać agresji na nasz kraj.
 Ponadto zastanawia mnie fakt, że jeśli ta forma zabezpieczenia nuklearnego jest tak mało sensowna i niedopracowana, dlaczego w tak drastyczny sposób oburza naszego wschodniego sąsiada, że odgraża się  dokonaniem szeregu nie tylko taktycznych zabezpieczeń, ale nakierowaniem swych rakiet z ładunkami nuklearnym przeciwko Polsce w celu zagrożenia integralności naszego kraju i wywoływania nastroju lęku i strachu przed inwazją stałego agresora, któremu nie udało się utrzymać naszego  kraju pod swą nie tak odległą okupacją.
 Z wyrazami szacunku do "Gońca", 
Hubert W. Abramowicz

 Od redakcji: Wie Pan, tarcza oburza Moskwę, ponieważ jest to amerykańska instalacja w "bliskiej zagranicy", a więc z powodów politycznych, a nie militarnych. Militarnie rakiety w Redzikowie Armii Czerwonej okien nawet nie wybiją.

 Szanowny Panie Redaktorze,
 1) "Od redakcji: To prawda, grozi nam powtórka pewnej postaci Księstwa Warszawskiego lub Królestwa Polskiego" (koniec cytatu).
 Ja uważam, że nie grozi, tylko że tak będzie, za jakieś 15-20 lat  (a może i wcześniej).
 2) Kilka tygodni temu ktoś po powrocie z Polski pisał, że: "... polska młodzież jest wspaniała, inteligentna, ona uratuje i przebuduje Polskę..."  (cytuję z pamięci, więc może nie dosłownie, ale oddaje sens wypowiedzi...).
 Guzik prawda - jak "jynteligentna" jest polska młodzież, można było się przekonać rok temu podczas wyborów w Polsce - 70 proc. głosowało na PO - plus robienie sobie jaj z wyborów w postaci wysyłania SMS-ów: zabierz babci dowód (po to żeby babcia czasami nie zagłosowała na PiS).
 Taaaak... polska młodzież jest bardzo "jynteligientna" i "yewropejska"...  tak "jynteligientna", że aż zatyka...
 Z poważaniem,
 J.K.

 Od redakcji: Ale jest też młodzież, narodowa, katolicka, a nawet - proszę pana - Wszechpolska...

 Punktacja olimpijska
 Od wielu już lat biedzą się rozliczni fachowcy nad tym, który kraj jest lepszy na olimpiadzie czy mistrzostwach świata. Czy ten, co zdobył najwięcej złotych medali? Czy ten, co zdobył najwięcej medali? Czy może ten, co zdobył najwięcej punktów, biorąc pod uwagę punktowane miejsca od 1 do 6?
 Wydaje mi się, że w takich zawodach najwyższej rangi, jak olimpiady czy mistrzostwa świata, gdzie bierze udział ogromna liczba państw i ogromna liczba zawodników, wszystkie powyższe "obrachunki" nie oddają pełnej prawdy o wartościach sportowych poszczególnych krajów. Medali mamy tylko 3. Punktowanych miejsc tylko 6. A często w poszczególnych konkurencjach liczba uczestników przekracza 100. 
 Oczywiście medale i punktowane miejsca, tradycyjnie od 1. do 6., wymagają wyższego uznania. Ale miejsce 13. też jest coś warte i różni się też istotnie od miejsca 33. czy 133. 
 Aby uhonorować każdego zawodnika, który ukończył daną konkurencję, można przyjąć zasadę, że ostatni zawodnik otrzymuje 1 pkt, potem licząc od tyłu, każdy zawodnik otrzymuje 1 pkt więcej. Ale taka klasyfikacja nie jest sprawiedliwa, bo 1  pkt może uzyskać zawodnik, który zajmie 100. miejsce w swojej konkurencji, i 1 pkt może uzyskać zawodnik, który w innej konkurencji zajmie miejsce 50., bo tylko tylu zawodników ukończy tę konkurencję. A przede wszystkim trudno będzie określić tę klasyfikację odnośnie do pierwszych miejsc. Dlatego wydaje mi się, że trzeba ograniczyć liczbę "punktowanych miejsc" do powiedzmy 50, a przede wszystkim trzeba odstąpić od punktowanych miejsc tylko od 1. do 6. Na ogół w większości konkurencji olimpijskich czy na mistrzostwach świata występuje więcej niż 50 zawodników. A jeśli nawet w jakiejś konkurencji występuje mniej niż 50 zawodników, to obliczamy wszystko tak, jakby startowało 50 zawodników. Tzn. jeśli daną konkurencję ukończyło tylko 20 zawodników, to ostatni 20. otrzymuje zgodnie z naszą punktacją, 34 pkt (zob. diagram niżej). To będzie prosta mobilizacja dla popularyzacji danej dyscypliny sportu w wielu krajach.
 Można by więc zaproponować następującą klasyfikację punktową. Zawodnik, który ukończył konkurencję na 50. miejscu otrzymuje 1 pkt. A kolejni zawodnicy, licząc od tyłu, dostają po jednym punkcie więcej, czyli zawodnik 49. dostaje 2 pkt, a 48. 3 pkt itd. Zawodnik, który zajął 41. miejsce, otrzymuje 10 pkt. Teraz wprowadzamy rozróżnienia pomiędzy grupami po 10 zawodników. Tzn. zawodnicy, którzy zajęli miejsca od 31. do 40., dostają 2 pkt więcej. Czyli zawodnik z 40. miejsca otrzymuje 12 pkt, z 39. dostaje 13 pkt itd. Czyli zawodnik za miejsce 31. otrzymuje 21 pkt. Dalsze reguły przedstawimy niżej.
 Najlepiej widać to na diagramie.

50. miejsce 1 pkt
49. miejsce 2 pkt
...
41. miejsce 10 pkt
następnie

40. miejsce 12 pkt
39. miejsce 13 pkt
...
31. miejsce 21 pkt
następnie

30. miejsce 23 pkt
29. miejsce 24 pkt
...
21. miejsce 32 pkt
następnie

20. miejsce 34 pkt
19. miejsce 35 pkt
...
11. miejsce 43 pkt
następnie

10. miejsce 45 pkt
9. miejsce 47 pkt
8. miejsce 49 pkt
7. miejsce 51 pkt

6. miejsce 55 pkt
5. miejsce 60 pkt
4. miejsce 65 pkt

3. miejsce 80 pkt
2. miejsce 90 pkt
1. miejsce 100 pkt 

 Oczywiście, jest to propozycja do dyskusji. Wydaje mi się, nieskromnie, że jest ona lepsza od wymienionych na wstępie punktacji. Ale sam widzę jej pewne braki. Np. dwa 7. miejsca dają krajowi więcej punktów niż 1 złoty medal. Czy to jest prawidłowe rozwiązanie? Mam wątpliwości. Być może trzeba zmodyfikować punkty za pozycje medalowe, aby podnieść ich wartość. Np. przyjąć, że za
3. miejsce 100 pkt
2. miejsce 200 pkt
1. miejsce 300 pkt.
 Zapraszam do dyskusji. A może znajdzie się ktoś chętny i w oparciu o tą punktację wyliczy Letnią Olimpiadę w Pekinie. To byłby najlepszy sprawdzian tego, czy ta punktacja ma sens.
 Emanuel  Czyżo

 Od redakcji: Za bardzo skomplikowane, dbajmy o tradycję.

 ***
 Najnowsza akcja usuwania butelkowej wody z maszyn pachnie zmową koncernów Pepsi i Coca-Coli. Ciekawe, czy usuną  pepsi i coca-colę w plastikowych butelkach. Około 10 lat temu wybuchł skandal o stanie wody w kranach. Okazało się, że woda jest niesmaczna, chlorowana, zawiera większość pierwiastków z tablicy Mendelejewa i dodatkowo dodaje się do niej substancje do konserwacji rur. Dla wierzących w oficjalną wersję polecam zwykły prostacki test. Nalejmy wody z kranu do dzbanka i część przefiltrujmy przez byle filtr typu Brita i porównajmy kolor i smak. Na zdrowie.
 Swoją drogą -  z tym plastikiem to wielki problem. 
G.K. 

 Od redakcji: Test dobry, ale nie bierze Pan pod uwagę, że gros wody butelkowanej to również "produkcja" koncernów Pepsico czy Coca-Cola, niech Pan sprawdzi na butelkach.
 
 
 
 
 

GONIEC NR 35/2008 (243) (29 sierpnia - 4 września 2008)

 Szanowna Redakcjo!
  W czasie kiedy inspektorzy natrętnie wręcz prześladują małe firmy masarskie - niektóre przestały istnieć dzięki nowej  i "wspaniałej" legislacji,  mamy dowód, że higieny nie możemy zastąpić paragrafem ani wymogami architektonicznymi narzuconymi przez ustawodawcę.
  Proszę zapytać tradycyjnie produkujących wędliny małych producentów o te kontrole, a liczba ich oraz częstotliwość okaże się nadal zaskakująca.
 "Karl's Bucher..." przez blisko 50-lecie istnienia w Toronto nie miał problemu ani z listerią, ani salmonellą etc.,  a naciski inspektorów na zmiany architektoniczne doprowadziły do zamknięcia tej firmy.  Również inne wędliniarnie zniknęły, a wiele pozostałych boryka się z tymi samymi bardzo podobnymi naciskami co onegdaj Pan Karol.
  Maple Leafs odpowiada wszystkim wymogom legislacyjnym...  i  co z tego?  Czytałam nawet w "Starze", że możliwe jest, iż bakteria listerii uodporniła się na środki używane do mycia (?) itd. (czasem mazanie szmatą nazywa się myciem - widać to jawnie w różnych jadłodajniach)  oraz że kontrole inspektorów były... co 3 miesiące! 
 Kiedy przed paroma miesiącami pisałam w obronie europejskich wędliniarni, spotkałam się z tym, że kontrolerzy kwestionowali używane mydło do rąk, jako że tylko jednej i tylko jedynej firmy było dozwolone!!! Zakrawa to raczej na kumoterstwo i preferowanie niektórych przedsiębiorstw.  Prócz tego w ciasnych lokalach inspektorzy zalecali dzielenie na sekcje przez budowanie murków - a więc gdzie murki, to i zakamarki do szorowania (temu zgodnie ze zdrowym rozsądkiem oponował każdy masarz, woląc raczej zamknąć firmę niż stwarzać kosztowny problem).
 Myślę, że w dobrych, rodzinnych masarniach pilnuje się higieny oraz że była i jest szybka rotacja wyrobów, tak że nie ma czasu na zaleganie półek i udawanie świeżego czy zdrowego.
 Wrząca woda, mydło, javex i dokładnie pilnowana sekwencja czynności z zachowaniem higieny są chyba ważniejsze dla zdrowia niż paragraf i "nowoczesna linia produkcyjna".
 Pamiętam, że w Polsce obowiązywały okresowe badania pracowników na nosicielstwo, jeśli pracowali przy żywności itd. - a tego w Kanadzie się nie stosuje i nie wymaga (parę dni temu w USA odsunięto od pracy przy noworodkach osobę z TB!!).
 Zachęcam do sprawdzenia olbrzymiej listy odbiorców Maple Leafs, gdyż produkty tej firmy występują również pod różnymi nazwami, np. Shopsy, Schneiders, Compliments itd., a sprzedawane są nie tylko w Ontario. 
 Skoro okres inkubacji listerii rozciąga się aż do 90 dni (!!!), to można wyobrazić sobie spustoszenie, jakiego może dokonać, zwłaszcza że dużo osób pozbawionych jest naturalnej ochrony, jakim jest kwas żołądkowy,  jako że aplikuje się konieczne "neutralizatory" cierpiącym na "heart burn" itp. Tymczasem myjmy ręce, prażmy, gotujmy dobrze:  tak jak to czyniły nasze babki i prababki.
Z poważaniem i bez paniki
Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Ma Pani rację!

 Dotyczy felietonu "Dryfujemy w ciemnościach" - "Goniec" nr 34
***
 Dobry i odważny felieton. Zgadzam się z panem Kumorem, że "ÉTymczasem trzeba pamiętać, że w takiej sytuacji my, Polacy, możemy nie być w stanie odbudować własnej narodowej elity, narodowego kapitału, przez co sojusz taki - obojętnie czy sformalizowany, czy niepisany - zakończy się dla nas rolą ?izraelskich Arabów=É.".
 We wrześniu zajedzie do Toronto redaktor Stanisław Michalkiewicz. Prawdopodobnie odwiedzi redakcję GOŃCA. Proszę zapytać go, co rozumie pod słowem "razwiedka". Używa tego słowa na określenie tajnych służb, które faktycznie kontrolują polską scenę polityczną. Słowo "razwiedka lub rozwiedka" pochodzi z języka rosyjskiego. Pan Michalkiewicz sugeruje nam więc, że rosyjskie tajne służby kontrolują polską scenę polityczną. Jak widzimy, przy okazji konfliktu Rosji z Gruzją i instalacji amerykańskiej tarczy w Polsce, że Rosjanie nie mają u nas aż takich wpływów. Czy nie pora, aby redaktor Michalkiewicz zamienił słowo "razwiedka" na podobne, ale z języka jidysz czy hebrajskiego, to byłoby bliższe prawdy. Używanie przez redaktora Michalkiewicza słowa "razwiedka" jest rodzajem manipulacji. Jest to klasyczny przykład zastosowania socjotechniki.
 Gdyby Pan Kumor odsyłał mnie na spotkanie z red. Michalkiewiczem, to spieszę donieść, że się na takowe nie wybieram. (...)
 Konrad
 Od redakcji: Szkoda, na pewno będzie ciekawie.

 ***
 Doskonały tekst - panie Andrzeju - dokładnie tak się dzieje. Każdy okupant wprowadzał do Polski jakoweś zabezpieczenie na wypadek, gdyby Polacy podskakiwali. Takim była cytadela w Krakowie wokół kopca Kościuszki... skąd Austriacy bombardowali miastoÉ taka była Cytadela w Warszawie obsadzona przez Rosjan. Dziś taką gwarancję Puławianom skupionym w kamarylach POPiSu daje tarcza.
 Co zrobią polskie elity?É Najważniejsze, że jak widać po znakomitym analitycznym tekście pana Andrzeja, te polskie elity widzą rzeczywistość taką, jaka jest!
 TO najważniejsze... reszta przyjdzie wraz z odzyskiwaniem świadomości.
 Roman K.

 Od redakcji: To odzyskiwanie świadomości jest jak roślinka - bez podlewania uschnie.

 Komentarze do tekstu A. Kumora "Nigdy więcej  Powstania Warszawskiego" - "Goniec" nr 33.
***

***
 Podobny (do A. Kumora) stosunek do Powstania Warszawskiego zajmuje w swojej książce "BYŁ TAKI CZAS" dr Roman Buczek w 1980 roku. Był on redaktorem wydawanej w Toronto gazety ZWIĄZKOWIEC. Autor zauważa, że gen. Bór-Komorowski doskonale wiedział o postanowieniach konferencji w Jałcie i Poczdamie, a mimo to dał rozkaz do rozpoczęcia powstania. Wiedział o tym też gen. W. Anders, a mimo to zgodził się posłać tych, których wyratował, na śmierć. I tu ma rację pan A. Kumor, że nie tylko nasi wrogowie wyniszczyli naszą inteligencję ale nieodpowiedzialni politycy mają w tym swój udział.
Stefan Szumnarski

 Od redakcji: Wrogów nie zmienimy, polityków możemy.

 ***
 Do artykułu dorzuciłbym jeszcze, że powstanie narodowe powinno być traktowane jako jeden ze środków do osiągania celów narodowych i oczywiście tylko wtedy wszczynane, gdy są szanse na zwycięstwo. Egzemplum jedyne zwycięskie ogólnonarodowe powstanie w naszych dziejach: powstanie w czasie potopu szwedzkiego, także powstania dzielnicowe: lwowskie, śląskie, poznańskie. Niestety, nie czcimy zwycięskich powstań, tylko klęskowe . Są też wyraźne ślady, że powstania klęskowe wybuchały z obcej inspiracji i w interesie wrogów. W przypadku powstania warszawskiego zwracam uwagę, że w przeddzień powstania przyleciał do Polski międzynarodowy agent masonerii - Józef Rettinger. W rezultacie, zginęło kilkadziesiąt tysięcy najdzielniejszej młodzieży, co osłabiło opór przeciwko sowietyzacji Kraju.
Marian Barański
 PS Czy to prawda Panie Kumor, że współpracuje Pan z tworzącą się partią krajową tzw. EWO i, choć jej nieoficjalny przywódca Pan Jan Szczepankiewicz jest wielbicielem powstania warszawskiego, a sceptyków wyzywa od chamów?

 Od redakcji: Nieprawda.

 Jak sądzę, za sprawą przywołania Pragi, Pan Andrzej uległ wpływowi artykułu z innego portalu. Cenię Pana Andrzeja Kumora i wypowiedzi zawarte w artykule do mnie przemawiają. Problem jednak można dostrzec w czymś innym. To co w Polsce wielu polityków nazywa myśleniem racjonalnym, jest skrywaną filozofią oportunizmu i cwaniactwa. Czasami mam wrażenie, że ci cwaniacy, racjonalizujący swoje postępowanie i uczestnictwo w rozkradaniu Polski, obawiają się bardzo jakiegoś zrywu narodowego za lata bezprawia i zniewolenia. Tylko dlatego tak gorliwie nakłaniają do oportunizmu, postawy bierności, ośmieszając i dyskredytując Powstanie Warszawskie i inne Powstania.
 Pytanie do Pana Kumora: W jakim stopniu został już sprzedany np. Wrocław? To, co dostrzegam fragmentarycznie, już wprowadza mnie w trwogę. Chciałbym, aby ktoś przedstawił tę informację całościowo.
 Drugie pytanie: dlaczego nie było wielkiej dyskusji poruszającej umysły i serca, kiedy swojego czasu minister Kaczmarek oświadczył publicznie, że naturalną sprawą jest pobieranie procentów przez polityka od kwoty, za jaką sprzedaje państwowe przedsiębiorstwa. Czy tylko przedsiębiorstwa?
 Do jakiego stopnia zaakceptowaliśmy już korupcję i złodziejstwo?
 Panie Andrzeju, zza oceanu wiele słów i poglądów może zawierać w sobie inne treści niż w Polsce. To co Pan nazywa racjonalnym myśleniem, w Polsce może uwiarygadniać tępe cwaniactwo i oportunizm. Może jedyna droga to zryw Narodu do samostanowienia i potrzeby praworządności, zanim zostaniemy sprzedani do końca. Mam niejasne przeczucie, że powtarza się sytuacja okresu przedrozbiorowego. Potem powstania narodowe mogą, faktycznie, kosztować zbyt dużo przelanej krwi.
 Antoni

 Od redakcji: To prawda, grozi nam powtórka pewnej postaci Księstwa Warszawskiego lub Królestwa Polskiego.

 ***
 Dyskredytowanie wszelkich zrywów zbrojnych narodu, które i spokój mącą uzurpatorom, to również kradzież dóbr narodowych. Z jakiego powodu zrywy te by nie były organizowane, dzisiaj nie ma większego znaczenia. Sednem zagadnienia jest fakt, iż stać Nasz Naród na takie, niechaj będzie samobójcze (!) walki, i to musi być akcentowane z punktu widzenia interesu Polaka, a nie dyskredytowane.
 Chociażby tylko do czasu, aż znajdzie się właściwy gospodarz kraju, za którym wyglądam, jak Żyd za Mesjaszem, i jak Żyd Mesjasza, a ja jaj, nie mogę doczekać się Gospodarza.
 Nie stać naszej polskiej nacji na gospodarzenie we własnym kraju i od wielu wieków nam się gospodarzyć nie chciało. Kraj właściwie zarządzany, to kraj suwerenny w pełnym słowa tego znaczeniu. Do którego jak do atrakcyjnej panny sąsiedzi smalą cholewki. To nic, że ci sąsiedzi czasami pozwalają sobie na rapt. Tak w życiu bywa. Ale ten rapt nie może w żadnym wypadku pozostać bezkarny.
 Kiedy już właściwy Gospodarz zacznie rządzić zgodnie z naszym polskim interesem i będziemy stanowili suwerenne państwo, możemy rozpatrzyć sens dawnych zrywów zbrojnych obywatelstwa. Ale wówczas dyskusja na temat okaże się ewidentnie zbędna. Dzisiaj Nasz Kraj nie posiada niezależnej suwerenności i od wielu wieków nie posiadał.
 Co zmienia nasza polityczna sympatia; prozachodnia albo pro-wschodnia. Taka metoda do niczego nie prowadzi, bo zawsze będziemy od innych uzależnieni i spełniać będziemy musieli decydujących o nas, ich, coraz dalej posunięte zachciewajki. Na teraz życzą sobie, byśmy z ewentualnych zrywów zrezygnowali. Bo już przed nimi wojna na dwa fronty, a "rebelia" w faktoriach to dla nich dodatkowy kłopot. Uff.
 Lach

 Od redakcji: Nie chodzi o dyskredytowanie zrywów, lecz o wyciąganie z nich nauki.
 
 
 
 
 
 

ARCHIWUM nr 21
ARCHIWUM nr 20
ARCHIWUM nr 19
ARCHIWUM nr 18
ARCHIWUM nr 17
ARCHIWUM nr 16
ARCHIWUM nr 15
ARCHIWUM nr 14
ARCHIWUM nr 13
ARCHIWUM nr 12
ARCHIWUM nr 11
ARCHIWUM nr 10
ARCHIWUM nr 9
ARCHIWUM nr 8
ARCHIWUM nr 7
ARCHIWUM nr 6
ARCHIWUM nr 5
ARCHIWUM nr 4
ARCHIWUM nr 3
ARCHIWUM nr 2
ARCHIWUM nr 1
ARCHIWUM nr 0
 
 

***


KONTAKT: 
tel. 905-629- 9738
fax 905-629-9764 
 e-mail: redakcja@goniec.net



.. .
webmaster