POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
LISTY DO REDAKCJI
Toronto - Canada
Zamieszczamy listy mądre/głupie, poważne/niepoważne, chwalące/karcące i potępiające nas w czambuł. Nie publikujemy listów obscenicznych, pornograficznych i takich, które zaprowadzą nas wprost do sądu. 
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść publikowanych listów.
 
GONIEC NR 34/2009.

 Kąty
 Szanowny Panie Redaktorze. Otrzymałem skan artykułu opatrzonego moim nazwiskiem. Chcę sprostować. Kościół w Kątach został systematycznie rozbierany przez Ukraińców wkrótce po rozwiązaniu samoobrony (sądzę lato,  jesień 1943), zdjęcie zamieszczone w "Gońcu" dotyczy innego obiektu. Na miejscu kościoła Ukraińcy postawili krzyż. Nie są mi znane zdjęcia kościoła ukończonego w 1929 roku. Załączam nieudane ujęcie krzyża z charakterystycznymi ręcznikami, stojącego od lat na rozdrożu, które tam w międzyczasie powstało. 
 Jeszcze jedna uwaga. Ktoś w "Gońcu" napisał (Dziemiańczuk?), że napad na samoobronę w Kątach miał miejsce w 1942 roku. Nacjonaliści ukraińscy oczekują na tego rodzaju przeinaczanie dat.  Napad rozpoczął się ok. godz. 23.00;  3 maja 1943 roku i zakończył ok. godz. 3.30  (rankiem) następnego dnia.
 Przesyłam pozdrowienia 
Jerzy Jeleńkowski

 Od redakcji: Dziękujemy za  sprostowania, zdjęcie krzyża publikujemy na 19 stronie "Gońca".
 
 Wywołany do tablicy 
 W poprzednim wydaniu "Gońca" (nr 33, 14-20 sierpnia 2009) w kąciku dla "krzykaczy" (Trybuna) ukazał się mój tekst pt. "Prywatna szkoła jak najbardziej, ale...", a traktujący o szkołach Waldorfa. Wydawało mi się, że przedstawiłem ów system dość jasno, jako nie mający zbyt wiele wspólnego z oświatą, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni. Tym bardziej, że już w 1919 r. Ojciec Święty Benedykt XV zatwierdził decyzję Kongregacji św. Oficjum, która stanowczo zabroniła katolikom przynależności do towarzystw antropozoficznych.
 Dlaczego? "Zarówno duchowość, jak i światopogląd panujące w szkołach waldorfskich, gdzie nauczanie jest w dużej mierze praktyczną i bardzo głęboką inicjacją w ?religię= Steinera, nie są do pogodzenia z nauką chrześcijańską" (ks. Aleksander Posacki, Encyklopedia białych plam, Radom 2000, s.106).
 Rodzice posyłają dzieci do różnych szkół i biorą na swe barki odpowiedzialność za ich przyszłość i np. niżej podpisanemu nic do tego. Mogę się tylko dziwić, mogę wyrazić swą opinię zadumany nad np. przekonaniem steinerowskich wyznawców, że dzieci można uczyć sztuki czytania dopiero około 8-9 roku życia... muszą najpierw utracić mleczne zęby. Ale trzeba byłoby znów sięgnąć po antropozofię, ale tej celną i jednoznaczną opinię dał red. Andrzej Kumor, pisząc, iż "to bzdury i szarlataneria". 
 Część protestantów naucza np. dzieci w domach, i to w duchu zupełnie humorystycznym, np. że świat liczy zaledwie kilka tysięcy lat, bo tak wynika z "Biblii".
 Są inne przykłady, które zdumiewają. Grzebiąc kiedyś w starych książkach, a właściwie nawet nie starych, a wyrzuconych do jakiegoś sklepu św. Wincentego, a może Salvation Army, natrafiłem na dzieło, które napisał rabin Pesach Eliyahu Falk: "Modesty An Adorment for Life" (Gateshead, England, 1998, czyli Nissan 5758). Jest to obszerna księga omawiająca chyba wszystkie aspekty codziennego życia żydowskiego dziecka. I przyznam, że tylu wskazówek, czy też nakazów-zakazów nie wymyśliłbym, nawet będąc pod wpływem... Ale do rzeczy, na stronie 132 autor omawia dobrą literaturę, tj. odpowiednią, czyli koszerną (kosher reading-material). Jeżeli w domu jest np. dziecięca encyklopedia, w niej nieodpowiednie ilustracje, najpierw musi ją przejrzeć matka i podjąć odpowiednie decyzje, jakie? Można posłużyć się czarnym flamastrem i zamazać zbereźne zdjęcia, można strony skleić, ale dziecko może je rozerwać i będzie narażone na zgorszenie. Najlepszą zatem metodą jest usunięcie trefnych stron, aby małolat nie dowiedział się, że świat jest znacznie starszy, niż to mówi Tora.
 Przykłady można mnożyć, ale nie o to chodzi, twierdzi bowiem mój adwersarz, iż nic nie wynika z faktu, że twórcą systemu waldorfskiego był Steiner (dodam, że jest twórcą m.in. biorolnictwa i nowego rodzaju lecznictwa, w którym np. potrząsanie fiolką z lekiem powoduje, że Z"lek" absorbuje siły kosmiczne i przez to wzmacnia się).
 Pozwolę sobie mieć odmienne zdanie i chodzi mi w tym przypadku o dwie sprawy: poziom nauczania i samą ideę antropozoficzną.
 Jeśli przyjrzymy się systemowi kształcenia nauczycieli, okaże się, że jest on bardzo daleki od standardów akademickich. Pisałem o Szwecji, gdzie University of Stoccholm odrzucił kursy steinerowskie. Prywatnie możecie się zajmować legendami, mitami, ale aby otrzymać dyplom uczelni - trzeba wykazać się także odpowiednią wiedzą.
 I w tym momencie wspomniałem o wynikach badań w szwedzkich szkołach, jako ciekawostce, z których wynika, że w szkołach waldorfskich przeszło 90 proc. uczniów odrzuca antysemityzm i rasizm. W szkołach publicznych odsetek sięga 70 proc. Tak więc, Panie Redaktorze, za tym stwierdzeniem nic się nie kryje, żaden "argument", którego Pan nie zrozumiał. To tak, jak opinią jednego z nauczycieli, który chwalił ucznia szkoły waldorfskiej, że - mówiąc prosto - miał tzw. gadane, ale jeśli przyszło do konkretnej wiedzy, wówczas zaczynały się schody...
 Ponieważ p. Kumor uważa, że szkoły waldorfskie w żaden sposób nie realizują filozofii Steinera, są zwyczajnymi szkołami, gdzie uczy się praktycznie, bez napięć, na większym luzie, chciałbym zapytać, dlaczego np. szkoła kształcąca przyszłych nauczycieli w Kolumbii Brytyjskiej nazywa się: West Coast Institute for Studies in Antroposophy, natomiast w Toronto Rudolf Steiner Center? Przecież to nie przypadek, prawda? No i jeszcze jedno, pierwszy rok nauki to zgłębianie antropozofii. Co jest wykładane na drugim i ostatnim zarazem - nie udało mi się znaleźć.
 Inna szkoła przyszłych nauczycieli, tym razem z USA, The Bay Area Center for Waldorf Teacher Training, podaje wyraźnie, że opiera się na studiach nad antropozofią. Dwie szkoły waldorfskie w Michigan mają w swych nazwach nazwisko filozofa: Oakland Steiner School, Rudolf Steiner School od Ann Arbor.
 Wydaje się rzeczą nieprawdopodobną, aby mimo tego antropozofia w takiej czy innej postaci nie była częścią nauczania. Zresztą sami zwolennicy tego systemu udzielają odpowiedzi, oto Eugene Schwartz, człowiek, który przygotowywał przyszłych nauczycieli, w wykładzie z dnia 13 listopada 1999 r. powiedział bez owijania w bawełnę: ..."jest naszym obowiązkiem podzielić się z rodzicami tymi elementami antropozofii, które pomogą im lepiej poznać dzieci... tak dajemy dzieciom cząstkę antropozofii w szkole". Wykład miał miejsce w Sunbridge College w Spring Valley, New York. Dodam, że wkrótce stracił pracę za zbytnią, jak się domyślam, szczerość.
 Roy Wilkinson związany jest z antropozofią od przeszło 60 lat, jako uczeń, nauczyciel, pisarz. W książce "The Spiritual Basis of Steiner Education: The Waldorf School Approach" pisze, że "szkoły waldorfskie nie mogłyby istnieć, gdyby nie były przywiązane do tych idei (antropozoficznych)"; dodaje, że szkoły waldorfskie i "szalone" idee antropozoficzne są nierozdzielne.
 Organizację People for Legal and Nonsectarian Schools (PLANS) założyli ludzie mający złe doświadczenia ze szkołami waldorfskimi, prezes organizacji, Debra Snell, uważa, że właśnie szkoły waldorfskie są najlepszym przykładem aktywności antropozofów.
 Tak więc powtórzę, że dobrze jest wiedzieć, w czyje ręce oddaje się dziecko i jakie jest np. stanowisko Kościoła (jeżeli pewne sprawy traktujemy na serio, a nie doraźnie ze względu na aktualną koniunkturę). I nie jest moim celem walka z tymi szkołami, raczej próba uchylenia rąbka tajemnicy.
 Co do uwagi Pana Kumora o masonach, którzy tworzyli szkolne programy w Polsce i które nie były masońskie  - w świetle tego, co przytoczyłem na temat szkół waldorfskich - jest to ( z całym szacunkiem dla Pana Andrzeja ) przysłowiowa kula w płot.
   Jeżeli państwo Mielżyńscy, a zwłaszcza ich dzieci, są zadowoleni ze szkoły Waldorfa? To ich prywatna sprawa, ich pieniądze, ich wolna wola.
 A czy ja wysłałbym dziecko do takiej szkoły? Chyba nie muszę odpowiadać na to pytanie.
 Leszek Wyrzykowski

 Od redakcji: Szanowny Panie, aby łatwiej było Panu uderzyć, ustawił mnie Pan sobie na pozycji obrońcy edukacji walfdorskiej, a nim nie jestem, to po pierwsze; po drugie,  zgadzam się z Panem w stu procentach, że kształcenie naszych dzieci to sprawa rodziców, ich pieniędzy i wolnej woli, dlatego każdy rodzic podejmuje tę ważną decyzję w oparciu o swą najlepszą wiedzę, zazwyczaj uzyskaną z rozmów z nauczycielami szkolnymi, rodzicami uczniów dzieci chodzących do danej szkoły i wreszcie dziećmi. Samo czytanie Wikipedii w takiej sytuacji to za mało. Zapewne zwrócił Pan również uwagę, że w tekście o szkole, nasi rozmówcy zapewniają nas, iż szkoła nie propaguje antropozofii...
 Pozdrawiam serdecznie. 
 Andrzej Kumor
 

 
GONIEC NR 33/2009.

 Szanowni Państwo!
  Na stanowisko ambasadora USA w Polsce został mianowany przez panią Hillary Clinton Lee Feinstein. Głównym zadaniem nowego ambasadora będzie nałożenie kontrybucji na Polskę w wysokości 65 miliardów dolarów w ramach odszkodowań za utracone mienie podczas II wojny światowej i okresu komunizmu w Polsce. Prezydent Obama chciał mianować na to stanowiska Marka Brzezińskiego, syna profesora Brzezińskiego. Pozwolę więc się zwrócić z apelem do Amerykanów polskiego pochodzenia o wysyłanie listów albo o telefony z protestami do Białego Domu 1-202-456-1111 (comment line), do Departamentu Stanu 1-202-647-9572 (sekretariat Clintonowej) oraz do senatorów będących członkami Komisji Spraw Zagranicznych Senatu USA. Nominacja ta musi być jeszcze zatwierdzona przez Senat USA. Istnieje więc szansa, by zablokować tę antypolską nominację.
Jacek Marczyński
Waszyngton, USA

 Od redakcji: Walczmy z wszystkimi przejawami antypolskości. 

 Absurdalny atak na p. Milczyna
 Droga Redakcjo!
 Autor listu (notabene o chlubnej przeszłości w Polsce) sam sobie zaprzecza, mówiąc o demokracji i prawie do strajków.  Nie zauważa mianowicie, że właśnie decyzja Pana Burmistrza była zaprzeczeniem demokracji i obowiązujących reguł w Kanadzie, a co więcej, zawoalowaniem w kłamstwo, a więc bardziej podobna do podejmowanych "za PRL".   Zapomina również, jak to Pan Burmistrz, który finalnie w niewybredny sposób "strofował" (!?) opozycjonistów, uprzednio wykrzykiwał na strajkujących i nie kwapił się przy tym do prowadzenia non stop obrad. 
 Po co było przedłużać obustronne frustracje... chyba by grać rolę wodza/wybawiciela mającego problem jedynie z radnymi (?? - "niegłośność"), skoro podatnik/wyborca nie był ważny? 
 Nikt mnie nie przekona, że sprowadzenie ekstra płatności za dnie chorobowe... zdrowym (!) do mniejszej grupy uprawnionych jest poprawne i sprawiedliwe.  Prędzej kumulacja dni i prawo do wykorzystania ich w razie choroby udokumentowanej przez lekarza wydaje mi się właściwszym rozwiązaniem, choć nadal kosztownym. 
 Wymęczeni mieszkańcy/podatnicy niesolidaryzujący się w większości ze strajkującymi, uzyskali nic innego jak perspektywę wzrostu podatków (tu nie ma cudów), do dziś snujących się "woni", rojów much, hord szczurów etc. oraz użycia ich pieniędzy na defraudację - bo jak inaczej nazwać danie zdrowym pieniędzy za chorobę?
 Absurdalny jest też atak na panów Milczyna i Forda, którzy byli w grupie reprezentujących zdrowy rozsądek i wyborców.  Kontrakt został przegłosowany niezbyt dużą większością głosów - należy tu pamiętać o odsuniętych przez Pana Burmistrza radnych pod pretekstem "conflict of interest", którzy reprezentowali słuchane głosy wyborców, a nie swoje "widzimisię". 
 Autor listu krzywdzi pana Milczyna i nie widzi faktu, że to właśnie grupa "niepoprawnej opozycji", w której się on znajduje, sprzeciwiała się również podwyżkom podatków i pensji radnych. Wielokrotnie pan Milczyn pokazał swą wysoką klasę w skali etyki i demokracji.  Żałuję, że nie jest on w mym dystrykcie wyborczym, gdyż nie pożałowałabym mu  mego głosu, skrótowo mówiąc, nie ma On problemu z odpowiedzią, "czy tabakiera jest dla nosa czy nos dla tabakiery". 
 Warto przyjrzeć się kandydatom w następnych magistrackich wyborach, bo mają być oni raczej "echem" wyborców aniżeli osoby o dyktatorskich tendencjach... i to jest demokratyczne. 
 Z poważaniem
 Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Aktywnie wybierajmy swoich posłów, ale później uważnie ich rozliczajmy... 

 ***
 Szanowny Panie Redaktorze.    Cieszę się, że moje wspomnienia, z częstym powoływaniem się na tekst Maksyma Skorupśkoho, najpierw melnykowca, a potem upowca, notabene kolegę moich już nieżyjących braci stryjecznych, są drukowane w "Gońcu". Miałem wówczas lat osiem i powołując się na wysokiej rangi upowca, uwiarygodniałem niejako swoje wspomnienia. Pisałem to już dość dawno do "Panoramy Kresowej", o czym wie Pan Redaktor. Ostatnio o zagładzie parafii Kąty (Kuty) napisałem do "Życia Krzemienieckiego" i pierwsza część właśnie się ukazała. Przesłałem ten numer "Życia" do mojej Kuzynki Maryli Bosniak-Pluta w Toronto, od której dowiedziałem się o druku w "Gońcu" moich wspomnień. Pan Redaktor wie, że powracając do wcześniejszej "twórczości", poprawiłoby się to i owo. Jeśli zorientuję się, w jakim miejscu są moje wspomnienia, mogę dosłać zdjęcia ze sztabu UPA Wołyń Piwdeń z Antonowiec (kolorowe), które to miejsce "z duszą na ramieniu" odwiedziłem dwa razy. Serdecznie pozdrawiam całą Redakcję, odwiedzam Was w Internecie. 
Jerzy Jeleńkowski 
od wielu lat już 
tytularny prof. dr hab. inż. 
(to tak na marginesie, jeśli macie mnie zamiar tytułować).

 Od redakcji: Dziękujemy.

 Szanowny Panie Kumor,
 Jestem osobą niepełnosprawną po dwóch operacjach wymiany zastawki serca i bardzo poważnym wylewie krwi do mózgu (aneurysm burst in Dec. 2002 followed by the stroke and an emergency brain surgery - trepanacja czaszki).   Przez trzy lata moje symptomy były lekceważone i zdiagnozowane jako problem ucha środkowego.  Mimo że miałam on and off wszystkie oznaki zbliżającego się udaru  czy wylewu. Po czterech latach po operacji mózgu znalazłam stronę internetową dla osób chorych podobnie jak ja (Support Group). I to właśnie wówczas zorientowałam się, że to dwaj lekarze neurolodzy, których widziałam na przełomie 1999 i 2002, nie zrobili wszystkiego, żeby zapobiec, a przynajmniej potraktować moje neurologiczne problemy poważnie.  Miałam nawet problemy z uzyskaniem skierowania na CT scan (mówiono mi, że jest to bardzo drogie badanie i że nie każdy może je dostać). 
 W roku 2007 zgłosiłam skargę do College of Physicians and Surgeon of Ontario, gdzie otrzymałam ostateczną decyzję, że ci lekarze oferowali mi standard care i że nie są winni żadnego zaniedbania. Moim zamiarem było tylko zapobiec w przyszłości takiemu lekceważeniu ludzi, jakie przytrafiło się mnie samej. Tam nie było żadnej finansowej rekompensaty w przypadku wygrania tej skargi. Gdybym wiedziała, że będę później odsunięta od specjalistycznej pomocy medycznej, na pewno nigdy nie wysłałabym takiej skargi.    Do 2007 mam problemy znaleźć neurologa w Toronto i w Mississaudze, który mógłby mnie przyjąć jako pacjentkę.  Mimo moich nowych problemów (double vision, drętwienie lewej strony twarzy, nóg i rąk, chroniczny ból głowy i utrata orientacji), żaden lekarz nie chce mnie widzieć. Powiedziano mi, że zostało mi tylko ER.   Mój  MP nie reaguje na moją prośbę, listy do polityków z prośbą o pomoc pozostają bez odpowiedzi albo z banalnym zwrotem "... Jest nam bardzo przykro, ale nie możemy pomóc".   Minister zdrowia p. David C. w odpowiedzi na mój list sugeruje pójście do walk-in clinic. 
 Panie Redaktorze, nigdy nie przypuszczałam, że może mnie taka dyskryminacja spotkać w Kanadzie. Jestem osobą bardzo chorą i potrzebuję medycznej pomocy neurologicznej.   Nie mam pojęcia, gdzie i kto wpisał mnie "na czarną listę"?  Proszę o jakąkolwiek informację. Będę bardzo wdzięczna.  Uciekłam już raz spod komunistycznego rządu i wydawałoby się, że nie będę już dyskryminowana.   Boję się o zdrowie! Czy, pańskim zdaniem, jest ktoś, kto może mi pomóc?     Jestem karana za to, że ośmieliłam się poskarżyć na lekarza.  Wysłałam e-mail do Kongresu Polonii, bez żadnego rezultatu. Moja historia jest opisana na: Google/AVM Aneurysm/AVM My symptoms got worse.
 Łączę wyrazy szacunku i pozdrowienia
 Anna C. Różycki (Śliz)
 e-mail: OlimpiaSliz@rogers.com

 Od redakcji: Szanowna Pani, z pewnością może Pani pomóc Pan Bóg.
 
 

GONIEC NR 32/2009.

 ***
 Dziękuję za ułatwienie odnalezienia kontaktu ze mną. Jestem w kontakcie z p. Prażmowskim, za co jestem redakcji "Gońca" niezmiernie wdzięczna...
 Katarzyna Niszcz

 Od redakcji: Proszę uprzejmie, nic nas to nie kosztowało.

 Strajk i po strajku
 Jestem jednym z 6200 członków unii 416 reprezentującej pracowników, którzy bezpośrednio wykonują pracę dla miasta Toronto, żeby funkcjonowało normalnie, a mieszkańcy byli w miarę zadowoleni. Jako uczestnik pikiety w Etobicoke, w miarę moich możliwości śledziłem i analizowałem przebieg strajku, który trwał 39 dni. Nieprawdą jest twierdzenie, że mieszkańcy Toronto nie popierali strajkujących. Często słyszałem klaksony mijających samochodów, co było dowodem solidarności z nami.
 39 lat temu byłem uczestnikiem strajku w Gdańsku pierwszy raz, to były inne czasy i inny przebieg miał tamten strajk. W tutejszej darmowej reklamówce "Wiadomości" w artykule "Przestanie śmierdzieć" znalazłem stwierdzenie "... czy służby publiczne w ogóle powinny mieć prawo do strajku". Piszący zapewne zapomniał, gdzie mieszka i że Kanada to nie obecne Chiny. Takie poglądy głosili ludzie zniewoleni w peerelu, jak widać, nie brakuje ich tu też.
 Nie piszę o sprawach, które były nagłaśniane, tylko o sprawach, których nie mógł zauważyć reporter albo celowo je pomijał. Każdy strajk ma swoje podłoże polityczne albo ekonomiczne. W peerelu strajki były spontaniczne i były tłumione za pomocą milicji i wojska, każdy dobrze wie, czym to się kończyło. Tutejsze strajki to nie te z peerelu albo z Chin. W Kanadzie każdy ma prawo do strajku, tylko musi to być zgodne z obowiązującymi tu przepisami, które też pozostawiają dużo do życzenia. W Gdańsku w 1980 roku, jak uzgodniono postulaty strajkujących i były ratyfikowane przez obie strony, to nie musiały być poddawane do zaopiniowania członkom partyjnym z miejskiej rady PZPR.
 W Toronto radni musieli zaakceptować umowę, którą ktoś inny już zatwierdził. W takim przypadku nigdy nie ma zgodności, dlatego że każdy ma inny punkt widzenia. Temperament niektórych radnych doprowadził do rozłamu w Radzie Miasta Toronto. Rozsądek radnych, którzy popierali burmistrza, wziął górę nad zniewolonymi radnymi i po burzliwej debacie głosami 21 do 17 zakończono strajk. Urywki z przebiegu debaty były przekazywane na bieżąco przez różnego rodzaju przekaźniki, które informowały zainteresowane strony. I tak, przedstawiciel Ward 2 Etobicoke Rob Ford, główny oponent burmistrza w legalizacji umowy ze związkami zawodowymi, krzyczał, że każdego strajkującego trzeba zwolnić, a zatrudnić bezrobotnych. Również jednym z oponentów burmistrza w legalizacji umowy był nasz polonijny jedynak Peter Milczyn. Pokazywane na żywo w mediach jego zachowanie było poniżej krytyki. Trzeba byłoby się zapytać go, jaką podwyżkę - premię za grzanie stołka w ratuszu otrzymał w tym roku. Jeżeli pracownik opuści samowolnie bez opowiedzenia się miejsce pracy, automatycznie ma potrącone jednodniowe wynagrodzenie. Czy nasz radny, który w piątek, 31 lipca, samowolnie opuścił swoje miejsce pracy, będzie miał zapłacone?
 Wracając do strajku, który był monitorowany przez różnego rodzaju służby. Przebiegał w miarę spokojnie - sprawnie. Dużą zasługą, że tak się stało, była nieugięta postawa lidera związku 416 Marka Fergusona, który reprezentował 6200 członków unii zawodowej. Nie udały się różnego rodzaju próby rozbicia strajku na dwie grupy i poróżnienia ich, dzięki mądrym działaniom naszego lidera, który twierdził, że w jedności jest zwycięstwo, jeżeli razem zaczęliśmy strajk, to razem powinniśmy go zakończyć. 
 Często się słyszy, że trzeba być Kanadyjczykiem i przestać myśleć po polsku. Podczas różnego rodzaju sytuacji, każdy z nas czegoś doświadcza. Zobaczyłem, jak to stwierdzenie ma zastosowanie w praktyce. Na 30 tysięcy pracowników służb miejskich tylko około 3 tysięcy pokazało się na pikietach, a gdzie reszta? Większość tych, którzy byli na pikietach, to emigranci z Polski i Włoch, miejscowi woleli odpoczywać w domu i śledzić przebieg strajku poprzez media. Nie mają oni nic w sobie, co by ich obligowało do jakiegoś obowiązku. Tylko bez żadnych skrupułów są pierwsi do różnego rodzaju nagród.
Władysław Dziemiańczuk
Toronto 416

 Od redakcji: Szanowny Panie, niestety, ujmując rzecz po marksistowsku, w tym wypadku punkt widzenia bardzo zależy od punktu siedzenia...

 Szanowny Panie Redaktorze.
 Na portalu internetowym Frondy ukazał się następujący apel:
 "Wzywamy, jako obywatele RP, do niezwłocznego podjęcia obowiązków ochrony suwerenności i interesów państwa polskiego w UE oraz przestrzegania Konstytucji. 
 Czy niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny pogrzebał Traktat lizboński? Raczej nie. Z pewnością swoim wyrokiem z 30 czerwca przypomniał jednak wielu europejskim politykom o czymś, o czym w zapale pogłębiania integracji europejskiej wydawali się zapominać: że to nie międzynarodowe instytucje, ale suwerenne państwa mają wyłączne prawo decydować o tym, w jakim tempie i na jakich zasadach może przebiegać integracja. Wynika to jasno z konstytucji Niemiec - państwa najżywotniej zainteresowanego zacieśnianiem unijnych więzi. Stąd wyrok z Karlsruhe, nakazujący uchwalenie specjalnej ustawy wzmacniającej rolę niemieckiego parlamentu w podejmowaniu decyzji na szczeblu unijnym. Bez nowego prawa, gwarantującego suwerenność Niemiec, Traktat lizboński nie będzie mógł być ratyfikowany.
 Zdaniem wielu prawników, wyrok z Karlsruhe otwiera nowe możliwości także przed Polską. Bo nie ma powodu sądzić, że tylko Niemcom przysługuje w Unii prawo do ochrony swojej suwerenności.
 O tym wszystkim opowiedział portalowi Fronda.pl Stefan Hambura, znany mecenas specjalizujący się w prawie wspólnotowym. Po publikacji wywiadu z nim, czytelnicy Fronda.pl wyrazili potrzebę publikacji przez nas listu do polskich polityków. Listu przypominającego im o ich podstawowych obowiązkach: dbaniu o suwerenność i podmiotowość Polski na arenie międzynarodowej. I wzywającego naszych przedstawicieli do podjęcia konkretnych kroków, aby ten cel zrealizować: wzmocnienia roli instytucji polskiego państwa w unijnych procesach decyzyjnych.
 Wychodzimy naprzeciw zapotrzebowaniu naszych czytelników. Publikujemy list otwarty, który w prosty i jasny sposób przypomina naszym politykom o ich powinnościach i wzywa do zabezpieczenia polskich interesów w Unii Europejskiej.
 Jeśli licznie poprzecie Państwo ten list - na co liczymy - będzie miał on szansę stać się mocnym, obywatelskim głosem w polskiej debacie publicznej i jasnym wezwaniem naszych reprezentantów do liczenia się z wolą narodu.
 Prosimy więc nie tylko naszych stałych czytelników, ale też wszystkich polskich patriotów podzielających przekonanie, że dotychczasowe wysiłki naszych polityków w zabieganiu o polskie interesy na forum UE były niewystarczające, o poparcie poniższego listu. Podpisy będziemy zbierać do końca września. Po tym terminie przekażemy go wraz z listą sygnatariuszy na ręce polityków predestynowanych do podjęcia wyzwania wzmocnienia polskiej suwerenności. List otrzymają: marszałkowie Sejmu i Senatu oraz szefowie klubów parlamentarnych.
 List można poprzeć wysyłając e-maila pt. ?popieram= na adres: info@fronda.pl lub analogiczny list na adres: Stowarzyszenie Kulturalne ?Fronda=, ul. Marszałkowska 55/73 lok. 168, 00-676 Warszawa, podając w jego treści swoje imię i nazwisko oraz zawód. Sygnatariusze będą sukcesywnie dopisywani pod treścią listu otwartego na portalu Fronda.pl.". 
 Pomimo tego, że zamieszkujemy w Kanadzie, wciąż jesteśmy Polakami i, w mojej opinii, powinniśmy wszyscy, którzy czują się patriotami, wesprzeć tę niezmiernie ważną inicjatywę. Czy mógłby pan wspomnieć na łamach swojej gazety o tym apelu?
 Z poważaniem,
Beata Żuławska
Montreal 
 PS Jestem stałym czytelnikiem "Gońca" i podziwiam pana i całego zespołu pracę i wytrwałość w głoszeniu poglądów politycznie niepoprawnych. Dziękuję.

 Od redakcji: Szanowna Pani, moim skromnym zdaniem, do "naszych polityków" nie należy pisać listów, lecz trzeba ich wymienić. Pisanie listów tego rodzaju daje pozory działania, zapewniając jedynie lepsze samopoczucie piszącym. Zamiast epistolografii radzimy wspólną pracę nad wyborczym kopem dla adresatów.

 W tych wojnach jeńców 
 się nie bierze...
 Wcale nie byłem zaskoczony kolejnym materiałem autorstwa pani Krystyny Starczak-Kozłowskiej pt. "Ojciec  bez prawa do syna",  "Goniec" nr 31/2009. No i gdzie jesteśmy, kochana Polonio? Stabilizację językową generalnie osiągnęliśmy, stabilizację biznesowo-zawodową generalnie posiadamy... A co ze stabilizacją prawną? Nie, tego nie posiadamy i nie ma za dużo czasu, by ją osiągnąć... Kiedyś, może 15 lat temu, zapytałem znanego ze swej charyzmy adwokata polonijnego o poradę w konflikcie rodzinnym, oto co usłyszałem:  Panie Andrzeju, ja specjalizuję się tylko w prawie karnym, prawo rodzinne to gÉno, które zarzuciłem 10 lat temu, ja się w tym nie będę grzebałÉ Jazda po pijanemu, kradzieżeÉ tak,  ale w gÉnie rodzinnym nie będę się więcej babrał!... Obojętnie czym to pachnie, prowincyjne prawo rodzinne jest  obowiązującym prawem i dziesiątki tysięcy rodaków będących w sytuacji podobnej do p. Tadeusza musi przez to przejść... Dlaczego p. Tadeusz, który łącznie wydał na rodzinną kotłowaninę 150 tys. dolarów, nie potrafił znaleźć adwokata, który za jedyne 2 tys. dol. zakończyłby sprawę po jego myśli?     Spróbujmy na to kluczowe pytanie komprehensywnie odpowiedzieć, od tego zależy nie tylko stabilizacja rozwiedzionych osób, a jest ich ok. 40 proc. w naszej grupie etnicznej, od tego zależy także egzystencja tej grupy osób... Wróćmy do przykładu dobrze znanego w Polonii, słynnego PASSING OF ACCOUNTS, gdzie adwokat korporacji składającej zastrzeżenia wobec rozliczeń oświadczył sądowi: Wysoki Sądzie! Ja mogę ten proces prowadzić trzy dni, trzy tygodnie, trzy miesiące lub trzy lata!  W tym przypadku adwokat ten dobrze prowadził sprawę swoim klientom, była to raczej odpowiedź na tasiemcowe przedłużanie sprawy przez stronę przeciwną... I tu jest cały problem, problem braku stabilizacji prawnej naszej grupy etnicznej. Zapominamy o najważniejszym:  kto to jest adwokat i czym się zajmuje?  Jest to bowiem zwykły usługodawca, który projektuje całą konstrukcję naszych problemów prawnych, podpiera to regułami prawa cywilnego i w przypadku p. Tadeusza, regułami prawa rodzinnego oraz tzw. cases, czyli podobnymi wyrokami w innych sprawach rodzinnych, jako że w prawodawstwie brytyjskim wyrok sądu jest obowiazującym prawem.
 A sprawa p. Tadeusza jest szalenie prosta, oczywiście znamy  relację tylko jednej ze stron, ale obraz jest dość czytelny, nawet gdy przyjmiemy, że pani Barbara ma też jakieś pozytywne cechy, nie ma żadnych wątpliwości, że to p. Tadeusz powinien był wygrać sprawę w 100 proc., to pani Barbara powinna była płacić p. Tadeuszowi wysokie odszkodowania, a nie odwrotnieÉ I to, proszę  Drogich Czytelników "Gońca", potwierdzi każdy adwokat zajmujący się prawem rodzinnym. Gdzie był błąd?  Nie środki finansowe, bo te p. Tadeusz posiadał, nie niedobór adwokatów, bo tych w metropolii jest pod dostatkiem, to p. Tadeusz nie potrafił dokonać selekcji adwokata specjalizującego się w prawie rodzinnym, adwokata przestrzegającego etyki zawodowej i realizującego najkrótszą i najprostszą drogą interes klienta. Drugi błąd, może istotniejszy, to to, że p. Tadeusz, nawet gdyby miał od początku adwokata, nie potrafił mu dać instrukcji, stąd jego zagubienie i cały bałagan.
 Jak powinno wszystko przebiegać od początku?
 1.  Istotny fakt, który pan Tadeusz pomija: jego żona Barbara nostryfikowała dyplom lekarza w Kanadzie, a to nie przez romans z profesorem X, który z pewnością był i co pan Tadeusz powinien był zostawić w spokoju. Sądów to nie obchodzi, kto, z kim, gdzie, kiedy, ile razy i w jakiej pozycji. Sądy rodzinne zajmują się: custody dzieci, support dzieci i współmałżonków, visiting rights, i w części rozwodowej, już prowadzonej przez inny sąd: podziałem majątku. Wypominanie żonie romansu z profesorem X absolutnie panu Tadeuszowi nic nie dało, pochodząca z rodziny chłoporobotników pani Barbara musiała się jakoś tłumaczyć w konserwatywnym miasteczku swego pochodzenia, stąd jej agresja i dorabianie ideologii molestowanej kobiety. 
 2. To nie jest tak, że pani Barbara tylko  spała do południa, imprezowała, plotkowała z sąsiadką i romansowała z profesorem. Oprócz tego uczyła się angielskiego i nostryfikowała dyplom lekarza, a to oznacza zdawanie w oryginale ciężkich egzaminów z biofizyki, biochemii, anatomii, farmakologii, patofizjologii, pediatrii i wiele innych, z angielskim nazewnictwem. Potem jednoroczna praktyka, bezpłatna, w szpitalu... Potem dopiero p. Barbara może myśleć o zarabianiu, w tym czasie mąż już nie był potrzebnyÉ.
 Gdyby p. Tadeusz, zamiast bezsensownego zaglądania pod kołdrę  byłej żony, zajął się stabilizacją prawną, dzisiaj jego sytuacja byłaby zupełnie inna: to pani Barbara była beneficjantem małżeństwa, meldunek w Warszawie i dostęp do stołecznego rynku pracy to jedno. Drugie to to, że to pan Tadeusz zrezygnował z kariery, by utrzymywać rodzinę, w tym żonę, finansować jej karierę... Prawo rodzinne nie zna pojęcia wife support, tylko istnieje pojęcie spouse support . W tym przypadku pan Tadeusz powinien za 100 dolarów złożyć proste zeznanie i dostałby spouse support od żony, na początku niskie, które teraz można by swobodnie podwyższyć. Po roku czasu od uprawomocnienia się rozwodu  pan Tadeusz nie może zrobić absolutnie nic i najlepszy adwokat również nie zrobi nic...
 3.  Co to znaczy "support  w wysokości 1760 dolarów przy zarobkach 2500 dolarów na podstawie kłamliwego, ustnego oświadczenia Barbary...". Kłania się brak stabilizacji prawnej w Polonii... Sąd przyjął oświadczenie Barbary, bo nie było sprzeciwu Tadeusza, gdyby taki sprzeciw był, sąd automatycznie nakazuje przedstawienie zeznań podatkowych obu stron z trzech latÉ Pan Tadeusz powinien był złożyć proste zeznanie, każdy adwokat by to zrobił za 150 dolarów i wygrałby spouse support dla siebie... A na syna, w tym czasie, sąd przyznałby ok. 250 dolarów... To nie jest tak, że ojcowie muszą płacić na dzieci, to jest pojęcie błędne... Oboje rodzice muszą płacić na dzieci, przecież jak dzieci są z matką, to matka też ponosi niemałe koszty...
 4. Sprawa widzenia syna też się zagmatwała z powodu braku stabilizacji prawnej pana Tadeusza... Im głębiej zaglądał on pod kołdrę żony  i  komentował jej figle z profesorem,  tym kontakty z dzieckiem trudniejsze... Konflikt tych dwojga ludzi przerodził się w wojnę, w której jeńców się nie bierze... W żadnym prawie rodzinnym  nie ma  specjalnych praw dla kobiet, w przypadku konfliktów rodzinnych sąd przyznaje opiekę nad dzieckiem temu rodzicowi, który jest bliżej z dziećmi, ale jest to tzw. interim order, czyli orzeczenie tymczasowe... Chodzi o to, by ogłupiałe dzieci nie zgłupiały do reszty, droga do custody była dla p. Tadeusza otwarta... Tu, przy trudnościach z widzeniem syna stwarzanych przez p. Barbarę, należało szukać nie pomocy jakiegoś kolegi Karola, tylko żądać full custody na syna, wniosek o takie orzeczenie sądowe to tylko kilkaset dolarów, ale na miły Bóg, nie 150 tys. dolarów... Taki assessment i Raport Family Court Clinic, gdzie sprawdzane są wszystkie zarzuty, a i dzieci są dyskretnie przesłuchiwane, ostudziłby temperament pani Barbary do końca życia...
 Smutny to przypadek, gdzie pokrzywdzone są wszystkie trzy strony, a najbardziej syn Barbary i Tadeusza... Tu już nic nie można pomóc, niech ta historia będzie przestrogą i nauką dla innych...
Andrzej  T. Chronowski
Mississauga
 Od redakcji: Niech będzie. 
 
 
 

GONIEC NR 31/2009.

 ***
 Pisze Pan: UE się rozpadnie, bo wyzbyła się chrześcijańskiego spoiwa, zaś paradoksalnie, uprawnienia stanów konfederacji amerykańskiej są większe niż państw w Unii.
 Czy to dzięki "chrześcijańskiemu spoiwu" największe w dziejach znanego cywilizowanego świata ludobójstwo miało miejsce w samym centrum chrześcijańskiej Europy? W dwie wojny światowe uwikłane były przecież głównie narody chrześcijańskie. O losie narodów tubylczych nie wspomnę.
 Pozdrawiam
 Maria

 Od redakcji: Szanowna Pani, zarzut ów jest stary i obgadany, pozwolę więc sobie tylko przypomnieć, że "największe ludobójstwo w centrum cywilizowanej, chrześcijańskiej Europy" było rezultatem antychrześcijańskiego szaleństwa pewnej quasi-religijnej sekty politycznej odwołującej się do mitologii pogańskiej, której wyższa kadra szukała natchnienia w Tybecie. 
 Pozwolę sobie również zauważyć, że największe ludobójstwo w dziejach świata dokonało się na przepastnych terenach Rosji sowieckiej i ZSRS przez blisko stuletni okres i również ono prowadzone było przez antychrześcijańską sektę polityczną, której siepacze palili cerkwie i burzyli kościoły, w imię złotego cielca "nowego człowieka". 
 Podsumowując, chrześcijaństwo nie wprowadza zła w nasz świat, lecz z tym złem podejmuje walkę - o czym świadczą liczne przykłady tych, którzy w imię Chrystusa bronili ludzkiej godności za cenę doczesnego życia. A że chrześcijanie są grzeszni... Droga Pani, a kto nie jest?

 Do redakcji "Gońca"
 Na koniec lutego 2009, w dniu urodzin Baden-Powella, twórcy skautingu, miałem okazję i honor opowiedzieć polskiej harcerskiej młodzieży o Armii Krajowej i o Orężu Polskim w czasie drugiej wojny światowej.
 Jedna z harcerek, Pani Katarzyna Niszcz, napisała artykuł o tym harcerskim spotkaniu, a ja posłałem ten artykuł do Biuletynu AK, gdzie został opublikowany. Teraz otrzymałem dodatkową kopię Biuletynu, by posłać ją Pani Niszcz. Niestety, moje próby znalezienia kontaktu nie udały się, a więc bardzo bym prosił redakcję "Gońca" o pomoc w znalezieniu kontaktu z Panią Niszcz.
 Z poważaniem
 Bohdan D. Prażmowski

 Od redakcji: xxx

 Szanowny Panie Redaktorze,
 W pańskim ostatnim felietonie pisze Pan: "W wolnej Polsce obchody rocznicy 22 lipca powinny być zakazane, a komu się nie podoba, temu w pysk".
 Święta prawda, chciałbym dodać, że niektórym wypowiadającym się w tym samym numerze w minisondzie na temat 22 lipca również wypadałoby dać w pysk!
 Na kilka dni przed 22 lipca wyczytałem w Internecie, że w Krakowie 22 lipca będą jeździć stare tramwaje (jak za PRL-u), a na tablicach rozkładzie jazdy będą dawne "komunistyczne" nazwy ulic. Że to niby taki "happening".
 Za kilka tygodni będzie okrągła 70. rocznica, jak Niemcy wkroczyli do Krakowa. Z tej okazji przyszło mi do głowy, aby zaproponować włodarzom miasta Kraków, aby w Krakowie znowu jeździły stare tramwaje z 1939 roku, z nazwami ulic jak za Adolfa (zdaje się, że jeden plac w Krakowie nazywał się Adolf Hitler Platz). Aha, krakowiacy, nie zapomnijcie na drzwiach pierwszego tramwaju umieścić tabliczki: "Nur fur Deutsche". Miłej zabawy, krakowiacy!
 Z poważaniem,
Jerzy Kisielewski

 Od redakcji: Zgadzamy się.

 Droga Redakcjo!
 W Windsor 101-dniowy strajk zakończony, w Toronto trochę krótszy, bo "tylko" 36-dniowy, też. Słuchając wychodzących powoli tajemnych uzgodnień ze związkami zawodowymi i Panem Burmistrzem, zatyka mnie bardziej niż przechodzenie obok stosów niewywiezionych śmieci... dosłownie brak słów. 
 Na pierwszych stronach gazet  triumfujący Pan Burmistrz Toronto,  sprzyjający do tego stopnia związkom zawodowym, że odrzucił już w nie tak dalekiej przeszłości żądania mieszkańców, aby służby miejskie (TTC włączając) uznać za essential, czyli podstawowe, a więc niemogące paraliżować wielomilionowego miasta oraz narażać zdrowia i bezpieczeństwa mieszkańców. 
 Notabene pośpiech w rokowaniach był przypuszczalnie dyktowany "altruizmem" rozumianym tak, aby strajkujący mogli jeszcze zakosztować sutego wynagrodzenia za nadchodzący "długi weekend". Jutro, tj. w środę, związkowcy będą głosować, a w piątek Radni Miasta, mimo małej grupki opozycjonistów, zapewne przyklasną Panu Burmistrzowi ratyfikacją.
 W gazetach pojawiały się głosy prawników z wersjami rozwiązania tego "kryzysu" zgodnie z prawem i  interesami podatników oraz obu stron konfliktu.  Niestety, były to przysłowiowe wołania na puszczy - i "Miasto" z nich nie skorzystało, choć nie proponowano tak radykalnych środków, jakie zastosował burmistrz Chicago.
 O ile dobrze pamiętam z historii:   związki zawodowe miały bronić interesów ludzi pracujących, pokrzywdzonych i wykorzystywanych oraz dbać o optymalne warunki pracy i płacy, a u podstaw zakodowana była  uczciwość.
 Jak to się ma dzisiaj w świecie pochłoniętym kryzysem gospodarczym, przyprawiającym co najmniej o zawrót głowy wobec niknących miejsc pracy, rosnących cen i wszelkich kosztów etc.? 
 Oto w Toronto pracownicy Miasta ze stażem, którzy są już opłacani za wykonywaną pracę, mogą jako bonus inkasować "chorobowe" jako dodatkowe wynagrodzenie, jeśli nie chorują???!!! 
 Chyba związek zawodowy powinien być samokrytyczny, a zdobycznej płatności tzw. sick days przeznaczonych faktycznie dla chorego, nie powinien  zamieniać na szwindle/szachrajstwa. 
 Przecież to sprzeniewierzenie pieniędzy podatników (którzy niejednokrotnie nie tylko, że nie mają gwarancji pracy, a więc i dochodów, ale w ogóle "sick days" etc.). .. - a co na to chorzy... może ogłoszą, że to dyskryminacja, bo nie dostają dodatkowej płacy, a co dopiero nowo zatrudnieni nie objęci tą klauzulą? 
 Jak widać, nie potrzeba nawet orzeczenia lekarskiego, tylko staż pracy (kumoterstwo poniekąd), aby zainkasować niebagatelną kwotę z tytułu choroby, bo... było i jest się zdrowym... 
 Do tego dochodzi 6-proc. podwyżka uposażenia w ciągu 3 lat i Pan Burmistrz cudotwórczo twierdzi, że nie zmieni wysokości podatków. 
 Uhm, radny w mym rejonie był wyśmiany przez parę dzienników za to, iż twierdził, że jego tegoroczna podwyżka  to nie podwyżka, tylko... "wyrównanie kosztów życia".... 
 Per analogia podatnicy mogą się spodziewać "tylko" wyrównania do kosztów "usług", a nie wzrostu podatków. 
 Kazuistyka pachnąca jak od komunistycznych prominentów. 
 Tegoroczne opłaty wzrosły już nie, jak głoszono, o 4 proc. w skali rocznej, ale z pewnością w półrocznej o ok. 8 proc. (przed strajkiem szacowano 13-proc. faktyczną zwyżkę do końca roku).  Papier cierpliwy i wszystko zniesie - te 4 proc. również.
 Chciałam tu też dodać, że bardzo żałuję, iż Pan Milczyn nie jest radnym w moim rejonie, jako że z mniejszością odważnie oponuje wszystkim nonsensom i widać, że chce jak najlepiej dla wyborców. 
 Prawdę mówiąc, strajk ten wymierzony był głównie przeciw dzieciom, uczniom, starcom, potrzebującym pomocy, drobnym ciułaczom, torontońskim firmom etc.... przez "wierchowkę" związku powołującego się na reprezentowanie pracowników nie najgorzej już uposażonych - wielu strajkujących chciało wrócić do pracy, ale nie mogło złamać nakazu związku.
***
 Pan Miller skłamał  - po środowej konferencji prasowej mogę tylko dodać, że Pan Burmistrz Toronto wprowadził w błąd podatników, czyli nie bawiąc się w grzecznościowe zwroty... kłamał, informując, że tzw. bank dni chorobowych "został wyeliminowany".  Pomijając inne aspekty sprawy, chciałam zwrócić uwagę, że zwracanie się do dziennikarzy i mieszkańców jak do bandy idiotów jest co najmniej niestosowne.  Warto zajrzeć do czwartkowego "National Post", aby przeczytać, ile osób nadal będzie korzystać z haraczu narzuconego na miasto - o 10-proc. bezrobociu w tym momencie. Jeszcze inne "kwiatki" umowy pozostają w cieniu - np. walka o nadgodziny przy oczyszczaniu postrajkowego Toronto, a zlecenie tej pracy prywatnym kontraktorom.  Pan Miller już oświadczył, że oponowanie ratyfikacji "kontraktu" nie powinno mieć miejsca, bo... bla, bla, bla.
 Mamy tu obraz "pełnej demokracji" reprezentowanej przez osobę o prawniczym wykształceniu. 
 Notabene, czy nie lepiej było dać prawo do zachowania  dni na wypadek choroby (konieczne lekarskie orzeczenie) bez możliwości zamiany ich na gotówkę?
 Z poważaniem
Małgorzata Kossowska
Toronto

 Od redakcji: Pani Małgorzato -proponujemy ze swej strony zorganizowanie teraz strajku podatników - ciekawe, czy również wtedy władze byłyby tak ojcowsko wyrozumiałe  i cierpliwe...
 
 
 

GONIEC NR 30/2009.

 ***
 Czytając Pana Krzysztofa Ligęzę, zastanawiam się, czy Europa przez duże E ma jakiekolwiek szanse, w UK sceptycznie, nadal się trzyma funta, podobne głosy we Francji, że się wkrótce rozpadnie, i w Polsce krytycznie. Pytanie jednak samo przychodzi: co później, co innego, czy status quo da się utrzymać bez silniejszego związku politycznego? A jeśli się wskutek kryzysu rozpadnie, czy gospodarcze związki przetrwają? Czy nie wróci znów wpływ Wschodu i to taki, jaki był? Na czym nam i Europejczykom zależy? Czy na drobnym indywidualizmie narodowym, czy też na stworzeniu organizmu korzystającego właśnie z indywidualizmu, żeby stworzyć wspólną siłę w świecie. Przecież Europa coraz słabiej się liczy. Na największe mocarstwo mogą wyrosnąć Chiny, potem Indie. Jaką siłą będzie dysponować polska gospodarka albo nawet niemiecka w porównaniu? Czas nie pracuje dla Europy takiej, jaka jest, znaczy nie pracuje dla poszczególnych krajów z osobna. Jeśli takimi zostaną, będą za ileś lat nowoczesnymi koloniami Chin lub Indii. Tylko gospodarka wspólna może stworzyć przeciwwagę, co jak na razie się udaje. Ale to tylko przedsionek, żeby dobrze działała, winna mieć moc polityczną. Może Lizbona tego nie daje, ale bez politycznego, demokratycznego, wolnego wyboru nigdy nie stanie się narodem. Ślązacy czy Kaszubi, górale... też mogliby powiedzieć Polsce, że właściwie to sami sobie lepiej poradzą... tak na swoim podwórku, ale w odniesieniu do innych - nie. Kim np. mogliby być Kaszubi jako niezależny kraj dla Niemiec... tylko propagandowo, ale np. górale już nic by nie mieli do powiedzenia, byliby zależni na każdym kroku. Podobnie się to odnosi do narodów. Wydaje się niemożliwe stworzenie Stanów w Europie, ale to emigranci z Europy stworzyli Stany na początku, więc mym zdaniem, możemy w Europie stworzyć takie, jakimi by ludzie wolni rządzili. 
Jacek Lelito

 Od redakcji: UE się rozpadnie, bo wyzbyła się chrześcijańskiego spoiwa, zaś paradoksalnie, uprawnienia stanów konfederacji amerykańskiej są większe niż państw w Unii.

 Szanowny Panie Redaktorze!
 W zasadzie do czytania w Kanadzie został mi już tylko "Goniec", aczkolwiek do czytania (kiedyś za dobrych młodzieńczych czasów kupowało się w soboty 6-10 gazet, dla żony, dla dzieci, dla babci itp.) nie ma już za dużo (bo o gazetkach rozdawanych za darmo, zresztą to nie gazety). Na przykład serwis informacyjny nie zawsze jest dla mnie aktualny, gdyż codziennie ekspresowo przeglądam wiadomości z Polski na Internecie. Ale, Pana artykuły czytam zawsze, nie zawsze od dechy do dechy, ale przelecieć okiem, bankowo muszę. Dzięki Bogu, tyle czasu jeszcze człowiek  w tym zagonionym świecie ma. Często-gęsto wykłada nam Pan kawę na ławę (albo i pod) i w sposób taki czy inny zwraca Pan uwagę na pewne zagrożenia dla Polski, Polonii, Polaków ze strony czy to tego, czy owego sąsiada ze wschodu, z zachodu, czy z południa. I wszystko pięknie gra i buczy, bo jeszcze czytać między wierszami żeśmy nie odwykli, przynajmniej większość tych co "Gońca" czytają. 
 Od dłuższego jednak czasu chodzi mi taka myśl po głowie, by do Pana napisać i po prostu zastanowić się, czy zawsze mamy rację w obwinianiu wroga zewnętrznego (w tym cyklistów i masonów też) za wszystkie nieszczęścia, które nas tu i ówdzie dotykają. I tutaj chcę zwrócić Pańską uwagę na skrajne zjawiska patologiczne królujące w Hamilton. Oto niektóre z nich. I niech mi Pan nie odpowiada, że to moja fantazja, ale... niestety z przykrością muszę napisać, że  miały one miejsce. 
 1. Często spotykane zjawisko straszenia policją i  straszenie wyrzuceniem z zebrania (dlatego, że ma się inne zdanie!). 
 2. Wyzywania, bezpodstawnego, od zdrajców narodu! 
 3. Straszenia sądami za niesubordynację! 
 4. Wzywanie policji kanadyjskiej do ochrony zebrania (PRZED KIM?). 
 5. Okradania dzieci z napiwków! (tak, tak, to z Hamilton patologia, nie z Korei Płn. czy Chin Ludowych).
 Na razie tyle. Chyba jak na jeden list wystarczy. A czy to robią patrioci, prawdziwi Polacy, ludzie uczciwi, reprezentujący pewien poziom intelektualny,  dbający o dobre imię Polski, Kanady i Polonii, czy też  tzw. postkomunistyczne żule i menele (lumpenproletariat), którzy stali na straży ubeko-bolszewizmu w PRL-u za dodatkowy talon na telewizor kolorowy marki "Rubin" i kartki do sklepy komercyjnego za schabem, to każdy kto ma trochę pod deklem, niech sam sobie odpowie. Najśmieszniejsze, a może najtragiczniejsze w tym jest to, że przed zebraniem "owi straszący" idą do kościoła, często zgięci w pół zbierają na tacę, a później skuleni idą do Komunii św. I tak powstaje obraz, dający atuty do ręki tym, którzy walczą już nie tyle z Polską, a przede wszystkim z Kościołem. Obraz Polaka-katolika  o dwóch twarzach (przepraszam, ale nie wiem, czy użycie słowa twarz jest adekwatne, ale inaczej nie mogę, wiadomo dlaczego).
 Szanowny Panie Redaktorze! Jak dalej tak pójdzie, to wszyscy ci, żyjący tu, którzy walczyli z komuną w PRL-u, będą chyba jeszcze musieli przepraszać obecnych w Kanadzie towarzyszy za to, że żyją. Ja idę nawet i na to, byleby taka uroczystość odbyła się w kościele przed ołtarzem podczas głównej Mszy św. W innym przypadku z pewnością do tego nie dojdzie i jestem w 100 proc. przekonany, że żaden żul postkomunistyczny nie doprowadzi do tego, byśmy bali się mówić o tym, co nas boli i co nam się nie podoba. A uzbierała się już w Hamilton spora grupka takich, co myślą podobnie jak ja. I zastraszyć się nie damy. 
 Przepraszam za zajęcie cennego czasu. Ale, niestety, uważam, że milczenie w poruszonych przeze mnie sprawach jest jeszcze gorszym bandytyzmem jak to, co napisałem w liście.
 Z wyrazami szacunku 
Aleksander Siwiak

 Od redakcji: Szanowny Panie słusznie Pan mówi, najpierw szukajmy belek we własnym oku.
 
 

GONIEC NR 29/2009.

 Witam serdecznie
 Bardzo przykro, że nie ma darmowych satelitarnych polskich programów w Australii. Jakaś grupa ludzi zebrała się, łapią sygnał i nie puszczają go dalej, tylko za opłatą. Mamy greckie, rosyjskie, włoskie za darmo, a polskie?
 Z poważaniem
 Grażyna Wiśniowska

 Od redakcji: Może pocieszy Panią fakt, że w Kanadzie jest tak samo... 

 Jeślibym zapomniał o moich braciach 
 niech mój język przyschnie do    podniebienia
 Pseudodemokratyczni politycy tu i w kraju i tak z historii powszechnej niczego się nie uczą, nasze zasługi pozostają więc nieznane.
 Dzieje się tak we wszystkich dziedzinach naszego życia, stąd wydarzenia historyczne są traktowane przez globalistów marginalnie.
 Kiedy posłucha się wypowiedzi któregokolwiek z obecnych "liderów" w Polonii, to bez trudu można dostrzec ich nieprofesjonalność, szczególnie jeśli się jest obytym co nieco z polską historią. Jest to sytuacja porównywalna z powierzeniem kierownicy wyścigowego bolidu furmanowi.
 Ale do rzeczy. W 66. rocznicę Rzezi Wołyńskiej, 12 lipca, odprawiona została Msza św. w kościele Chrystusa Króla w Etobicoke. Mimo ogłoszeń w prasie "liderzy" polonijni zlekceważyli to wydarzenie, tłumacząc się tym, że to jest okres urlopów i nigdy nie słyszeli o krwawej niedzieli 11 lipca na Wołyniu, tylko o pogromie 4 lipca w Kielcach.
 Mało kto wie, co było w roku 1410, i nikt wcale nie wspomina tak ważnej daty dla narodu polskiego.
 W samo południe w angielskim kościele, ale z polskim duchem, ksiądz Eugeniusz podczas kazania przypomniał "Jeżeli ja zapomnę o nich, Boże, ty zapomnij o mnie". Kontynuował w swojej homilii, że na zadane Piłatowi w Wielki Piątek pytanie, co to jest prawda, nie mógł odpowiedzieć zgromadzonemu tłumowi. Nie mógł tej prawdy zrozumieć, kiedy grób Chrystusa był pusty. Wierni, którzy byli obecni na Mszy Świętej, nie słyszeli przedtem tak patriotycznego kazania w tej intencji. Ksiądz Eugeniusz był wychowany w wolnej Polsce, dla niego miłość do Ojczyzny, Boga nie są hasłem czy frazesem, ale sensem jego powołania kapłańskiego, czego dowodzi swoją posługą kapłańską. 
 Polityka wychowanków socjalizmu doprowadziła do tego, że Polacy nie mają odwagi upominać się o utracone mienie na ziemiach zdradziecko zrabowanych, żądać wyjaśnienia ludobójstwa i potępienia sprawców haniebnych czynów, ale sami zacierają pamięć o tych tragicznych wydarzeniach. Musimy zrozumieć, że to my, spadkobiercy walk o Kresy, ludzie jeszcze normalni, jesteśmy atakowani przez kongresy amerykańskie do płacenia wielkich odszkodowań za zbrodnie, których dokonał ktoś inny.
 Każdy zdrowo myślący dobrze wie, że puste gadanie nie ma większego sensu, że pora już przejść do poważnych działań, żeby nie było za późno.
Władysław Dziemiańczuk
Toronto

 Od redakcji:   Na początek propagujmy spuściznę i dziedzictwo kulturowe Kresów. 

 Szanowni redaktorzy,
 W związku z bardzo ciekawym listem p. Stanisława Basiukiewicza z 3 lipca roku tegoż, wszystko się zgadza, nawet komentarz redakcji, ale jest jedno ale... kto te ogólnie dostępne fakty ma nagłaśniać, wykorzystywać, przypominać światu, kto ma walczyć w polskiej sprawie???
 Rząd Jarosława Kaczyńskiego z prezydentem Lechem Kaczyńskim zrobili konkretną wycenę strat Warszawy i głośno mówili w bardzo wielu sprawach, byli nielubiani, liczono się z nimi. Ale propaganda dała radę przerobić społeczeństwo, wybrało politykę miłości PO i Tuska z gromadą TW... to właśnie ci "europejczycy" mają bronić polskich spraw (???), nikt o tym nie wspomina, a to jest główny problem, tu jest piesek pogrzebany, ten "polski rząd" pracuje tylko dla siebie i jakichś innych, ale na pewno nie myśli o Polsce. 
 Bardzo dziękuję redakcji "Gońca" za nieopublikowanie moich ostatnich listów, nie znam powodów, widocznie były niewygodne.
 Warto wiele spraw przemyśleć, zastanowić się... Znam kraj sięgający od oceanu do oceanu, z wielkimi równinami wykorzystywanymi do wielkoprzemysłowych upraw z dużą ilością słodkiej wody, z dużymi i gotowymi do zasiedlenia miastami. Po wojnie religijnej i zniszczeniu atomem tamtych ziem "obiecanych", ta właśnie ziemia może być celem... O tym, panie redaktorze, warto pomyśleć, a wszystko w wielkiej tajemnicy do tego zmierza.
 Bardzo dobrze rozumiem, dlaczego dzieła prof. Feliksa Konecznego od lat są na indeksie, on dokładnie wiedział, co się dzieje, i potrafił to wyjaśnić, a ten tok rozumowania wcale się nie zmienił... zmieniły się tylko tereny, a właściwie kontynenty.
Janusz Sierzputowski 
Cambridge

 Od redakcji : Szanowny Panie, myślimy o tym.

 Szanowna Redakcjo,
 Bardzo zainteresowała mnie książka "Wybaczyć nie znaczy zapomnieć", opracowana przez Władysława Dziemiańczuka, a wydana przez Związek Ziem Wschodnich Koło Toronto. Cieszy mnie, że są ludzie pamiętający te okrutne czasy.
 Ja też jestem z Wołynia. Mieszkałem w strefie granicznej w miejscowości Bykowce, gmina Dederkały Wielkie, powiat Krzemieniec. Dederkały Wielkie były też naszą parafią. W tej wiosce w budynku po zakonie oo. franciszkanów znajdowały się koszary Korpusu Ochrony Pogranicza - KOP. Tu stał pułk piechoty, a w odległości około 1 km był szwadron z 12. Pułku Kawalerii Podolskiej, przynależny do 12. Pułku Ułanów Podolskich w Białokrynicy. Tuż niedaleko od Dederkał Wielkich były Dederkały Małe, gdzie kwaterowała w pałacu hrabiego Czosnkowskiego kompania piechoty, a w mojej wiosce, to jest w Bykowcach, stała druga kompania piechoty w folwarku hrabiego Czosnkowskiego. Podczas wojny większość załogi była wysłana na zachód, a tylko mała załoga została na straży granicy. 17 września i ta załoga została rozwiązana - nikt nie został, by bronić granicy przed bolszewikami. Żołnierze pojedynczo z bronią powracali do domów, przeważnie w nocy. Ta ukryta broń bardzo się przydała w roku 1943.
 Już w roku 1942 na jesieni zdarzały się morderstwa pojedynczych osób, przeważnie byłych żołnierzy, a na wiosnę 43 roku to już całe rodziny były mordowane przez szowinistów ukraińskich. Myśmy mieszkali w małej kolonii w Michałówce, należącej do dużej wsi Bykowce. W naszej kolonii mieszkało 9 rodzin polskich i 5 ukraińskich. Żyliśmy dobrze z sobą. Wiosną sąsiadka Ukrainka uprzedziła nas, że szykuje się napad na naszą kolonię, ale nie podała dnia, w którym to ma nastąpić. Na drugi dzień załadowaliśmy co można z żywności na wóz i wyjechaliśmy do Szumska. A nasi sąsiedzi Polacy wyjechali do Krzemieńca. W Szumsku było już dużo Polaków zamieszkałych w pożydowskich domach, bo w 42 roku ukraińska policja wraz z Niemcami wymordowała wszystkich Żydów (około 3600 osób). W Szumsku, gdy przyjechaliśmy, było tylko 3 Niemców i oni zaproponowali nam, żeby stworzyć samoobronę, a oni dadzą nam broń. Otóż dostaliśmy karabiny sowieckie i musieliśmy patrolować miasto w dzień i w nocy, i bronić Niemców. W miasteczku mieszkało około 3000 Polaków i gdy w czasie żniw głód zapanował, dostaliśmy pozwolenie od Niemców, że możemy konwojować ludzi, którzy chcą zbierać zboże. Wyjeżdżaliśmy około  godz. 9 rano, ale to nie wszystkim odpowiadało. Pewnego ranka grupa pojechała bez naszej opieki. Około godz. 8 rano usłyszeliśmy strzelaninę. Pojechaliśmy na pomoc, ale już było za późno - odział OUN-UPA zamordował 32 osoby w pobliżu wioski Rachmanów. Zamiast snopków przywieźliśmy pomordowanych naszych rodaków, pochowaliśmy ich we wspólnym grobie.
 Tak że z naszej kolonii ocaleliśmy my, będący w Szumsku, oraz ci, którzy przebywali w Krzemieńcu. W tym czasie w wiosce Bykowce Ukraińcy zamordowali 6 rodzin - razem około 24 osób. Mogę podać nazwiska tych rodzin. Znam też Kąty koło Szumska bardzo dobrze, bo tam mieszkał mój wujek Kucharski, a zresztą to ta cała wioska składała się z Kucharskich i Jasińskich. To była liczna wioska, w której był duży kościół i świetlica murowana, i to właśnie w niej bronili się Polacy. Co do daty podanej w książce to jest rozbieżność. Według mnie - napad i spalenie nastąpiło w 43 w lecie, a nie w 42 roku. Pamiętam, jak oni przejeżdżali przez Szumsk w drodze do Krzemieńca konwojowani przez obrońców Kątów. Udało im się dojechać do Krzemieńca, a stamtąd zostali wysłani do Prus Wschodnich na roboty w gospodarstwach rolnych. Wieś została spalona, tylko 12 gospodarstw ukraińskich zostało.
 Przed zbliżaniem się frontu Niemcy nas chcieli rozbroić, ale i to się im nie udało, bo większość naszych chłopców ukryła broń i sami się ukryli. Po odejściu Niemców przyszła Armia Węgierska i dozbroiła Polaków. Ja zostałem złapany i zabrany wraz ze zrabowanymi końmi przez Niemców aż do Regensburga w Bawarii.
 Odnaleźliśmy się z moim bratem teraz po 42 latach; z dwóch moich braci jeden zaginął, a może po wojnie chciał wrócić na Wołyń, nie wiem, co się z nim stało. Ojciec nasz zmarł na tyfus i został pochowany w Szumsku. A mama umarła w Opolu po repatriacji na Ziemie Odzyskane. Brat mój Wacław należy do Związku Ziem Wschodnich, jest w Szczecinie. On może więcej i dokładniej opisać, co się działo na Wołyniu po moim wyjeździe do Niemiec. Ja zostałem wywieziony w 43 roku jesienią, a on był z rodzicami aż do 47 roku.
 Brat mój jeździł w 1995 roku na Wołyń i odwiedził naszą kolonię, ale tam nic nie zastał, nawet ukraińskie gospodarstwa zostały zniszczone.
 Dziękuję Autorowi za napisanie tej historycznej książki.
Stanisław Stankiewicz

 Od redakcji: xxx
 
 

GONIEC NR 28/2009.

 Redakcja Gońca
 Red. A. Kumor
  Śledząc obecne wydanie "Gońca", napotkałem dość znamienny artykuł z pierwszej strony pt. "Żydowskie organizacje atakują"... a bo atakują - szczególnie Polskę.
 Zjawisko to z całą intensywnością występuje coraz powszechniej, a zwłaszcza  na terenie USA i Kanady z ogromnym poparciem Izraela, USA i Kanady.
 Jak do tego doszło? Główną przyczyną jest tworzenie przez Żydów  nowej historii na podłożu tragedii holokaustu  i męczeństwa dokonanego przez Niemców.
 (...)
 Wiadomo, że morderstwa Żydów dokonali w czasie ostatniej wojny Niemcy. I oni są głównie odpowiedzialni za ludobójstwo tak ogromnej liczby różnych narodów, a zwłaszcza  Żydów!
 Dlaczego więc ostrze nienawiści i zamierzone żądania odszkodowawcze zawsze kierują się w stronę Polski, obojętnie jaka ona w tej chwili jest. Liczy się dla nich pieniądz. 
 W tradycjach Polski wielu z nas przywiązało się do środowisk żydowskich na terenie kraju. Ceniliśmy wielu z nich za  ich nieprzeciętność i szerzenie kultury polskiej,  do rozwoju której w wielkim stopniu przyczynili się: J. Tuwim, M. Hemar, A. Słonimski, J. Wodnicki, Lechoń, Jastrun i wielu, wielu  innych...
 Wielu z nich jako godni obrońcy Polski walczyli ofiarnie w czasach wojny z Niemcami, ponosząc ofiary swego życia. Historia im tego nie zapomni.
 Dlaczego więc ta stała nagonka na Polskę ze strony żydowskiej, popierana głównie przez media będące  w dużej mierze ich własnością, oskarżają nas powszechnie o antysemityzm, jako wymanipulowany przez nich schemat działania?!
 Warto więc wiedzieć, co się kryje za oszczerstwami przeciwko Polsce,  gdzie przez tyle wieków Żydzi żyli wśród nas i tworzyli wspólną kulturę i bogactwo. Nie było drugiego takiego kraju, w którym mieli tyle swobód i uznania.
 Otóż dość znamiennym faktem jest, że na świecie żyje ok. 20 mln Żydów, z czego, jak wynika ze źródeł ogólnie dostępnych, ok. 20 proc. ma korzenie polskie...
 W USA ludność żydowskiego pochodzenia określa się na ok. 3 proc. Natomiast liczba żydowskiego pochodzenia wykładowców wyższych uczelni USA i Kanady określa się na 20 proc. (sic!).
 Należy pamiętać, że od dawnych czasów Żydzi w Polsce, podobnie jak i w innych krajach, nawet najbardziej ubodzy Żydzi, posyłali swoje dzieci do renomowanych szkół, osiągając w ten sposób tak wysoki procent w zawodach wymagających szczególnego wykształcenia. 
 Szczególnie ważna jest liczba wykładowców uniwersyteckich, którzy przez następne lata mogli wpływać na kształtowanie się dogodnej  świadomości w nowej generacji pokoleniowej innych narodowości.
 Stąd powstają w obecnej rzeczywistości nie w pełni prawdziwe i oszczercze książki wielonakładowe przeciwko narodowi polskiemu; np. J. Grossa czy nieudowodnione zbrodnie w Jedwabnem, gdzie Polacy mordowali Żydów, a Niemcy z dala jedynie fotografowali... 
 Jest to perfidne sianie propagandy antypolskiej wobec całego świata, niezgodne z prawdą. 
 (...)
 Wieloletni dialog religijny prowadzony był przez wybitnego uczonego  ks. prof. W. Chrostowskiego w końcu lat 70.-80., znającego świetnie Stary Testament pisany w języku hebrajskim, będącego również świetnie przygotowanym naukowcem w sprawach żydowskich. 
 Po wielu latach wspólnych rozmów dialog  został zaniechany, ponieważ jak wynikało z oceny końcowej, Żydom nie chodzi o spory religijne. 
 Żydów wierzących w Stary Testament w Izraelu jest ok. 50 proc., reszta wierzy w "pieniądz" i holokaust, który pomaga im domagać się odszkodowań i grabiąc dawne majątki pozostawione przez ich rodziny na innych terytoriach ich działania.
 Będą walczyć dotąd, póki nie osiągną swych niecnych celów, stosując swoją odwieczną propagandę  żądań odszkodowawczych. 
 Uważają, że dialog z Kościołem chrześcijańskim jest im niepotrzebny, bo nie widzą w nim korzyści materialnych dla siebie, a duchowe ich nie zaspokajają i nie interesują, bowiem są niewierzący.
 Jeśli natomiast chodzi o przedstawiany antysemityzm, to trudno się temu dziwić. Całe lata mówili nam w Polsce,  że "nasze są  kamienice, a wasze ulice"... Były oczywiście niezaprzeczalne odruchy antysemickie, ale to głównie oni wytwarzali wrogość wobec ludności polskiej,  głosząc publicznie, że "nasze są ulice, a ich kamienice".
 Głównie sami Żydzi tworzą antysemityzm, uważając, że każda prawdziwa  wypowiedź przeciwko Żydom, jeśli jest niezgodna z ich zapatrywaniem, to jest przejaw antysemityzmu i jest zabroniony ustanowionym prawem.
 Arogancja i bezczelność góruje w ich światowym traktowaniu nie- Żydów...
 Gdzie w innym kraju takim jak Polska dochodziło do zbrodni holokaustu, gdzie uratowano tysiące Żydów, biorąc pod uwagę fakt, że za ratowanie Żyda groziła kara śmierci dla całej rodziny. Który z Żydów byłby skłonny na bohaterstwo ukrywania Polaka?! 
 Gdzie w innym kraju były takie restrykcje zagrożeniem karą śmierci dla całej rodziny?! 
 Żydzi, którzy przybyli do naszego kraju głównie z Rosji, zajmowali najwyższe stanowiska państwowe w organach policji i służb bezpieczeństwa i rządu, podobnie było w ZSRS. Czy w większości służby bezpieczeństwa obsadzane zarówno w Polsce, jak i w ZSRS elementem żydowskim, próbowały ratować Polaków od haniebnych, często śmiertelnych zsyłek, gdzie zesłańcy  umierali z głodu i wyczerpania? 
 Nie słyszałem o takim przypadku...
Hubert W. Abramowicz

 Od redakcji: Szanowny Panie. Po pierwsze, nie demonizujmy Żydów, bo to tylko ludzie, a po drugie, wiara w pieniądz - czyli po naszemu chciwość, ma krótkie nogi, przede wszystkim dlatego, że nie wszystko można kupić za pieniądze, przede wszystkim nie da się dokupić czasu własnego życia.
 

GONIEC NR 27/2009.

 Panie Andrzeju!
 Jako stałego czytelnika tygodnika "Goniec" cieszy mnie powolna rozbudowa działu kulturalnego. Z uznaniem witam comiesięczne sprawozdania z poniedziałkowych spotkań Klubu Miłośników Książek przy bibliotece Brentwood pióra pani Anny Czyżo. Autorka interesująco omawia dorobek pisarzy współczesnej literatury polskiej. Analizuje dokładnie  treść dzieł poszczególnych twórców. Wiernie oddaje atmosferę tych spotkań. Klub działa od czterech lat i zyskuje coraz  większą liczbę sympatyków.
 W imieniu pewnej grupy czytelników proszę o obszerniejsze doniesienia z Salonu Poezji pani Marii Nowotarskiej, naszych dyrygentów, lokalnych plastyków i niektórych fundacji.
 Bez echa w prasie polonijnej minęła wystawa autorstwa Karty pod tytułem Dekada Solidarności zorganizowana przez Konsulat  RP. Niestety, wystawa zaplanowana na osiem dni została zamknięta z powodu strajku CUPE trzeciego dnia.
   Miejmy nadzieję, że po przerwie wakacyjnej wystawa zostanie powtórnie otwarta. 
 Z wyrazami szacunku 
 Roman St. Grabski
 North York

 Od redakcji: Szanowny Panie, ta piękna wystawa została storpedowana przez strajk, należy ją powtórzyć po wakacjach, kiedy też ludzi w ratuszu więcej. O obszerniejsze doniesienia ze wspomnianego Salonu proszę się zwrócić tam właśnie, nie jesteśmy w stanie wszystkiego sami obsłużyć.

 Szanowny Panie 
 Redaktorze Kumor 
 Popieram starania "Gońca" naświetlające sytuację w zakresie prowokacji o  odzyskanie swych dóbr po holokauście dokonanym w Polsce przez Niemców  z prośbą o zapoznanie czytelników "Gońca" w tej sprawie z szerszym aspektem sprawy. Jest nam "po drodze" w temacie. (...)    Wyrazy uznania i szacunku,
Hubert W.

 Od redakcji: Z szerszym aspektem też staramy się zapoznawać naszych Czytelników (oraz nas samych), systematycznie i małymi krokami.

 Szanowny Panie Redaktorze 
 W nawiązaniu do artykułu pana Bogdana Musiała z ubiegłego 26 numeru Gońca i w jego uzupełnieniu trzeba przytoczyć oczywiste aspekty roszczeń  niemieckich. 
 Wobec niemieckich dążeń roszczeniowych warto przypomnieć pani Eryce Steinbach olbrzymie straty materialne i ludzkie, jakie poniosła Polska w wyniku drugiej wojny światowej wywołanej przez Niemcy hitlerowskie. Polska straciła ponad 20 proc. swoich obywateli, 12 milionów - w ostatnich latach przedwojnia Polska liczyła około 36 milionów obywateli, a pierwszy rocznik statystyczny z 1946 roku ustalał 24 miliony Polaków, i poniosła olbrzymie straty materialne - profesor Alfons Klafkowski oszacował nasze straty wojenne na około 530 mld złotych przedwojennych, to musimy pamiętać, iż jest to zaledwie część polskich strat. 
 Trzeba Niemcom wystawić rachunki za mniej więcej sześć milionów Polaków wymordowanych w obozach koncentracyjnych, rozstrzelanych w masowych egzekucjach. Przypominać o milionach przymusowych niewolników polskich. O dziesiątkach tysięcy dzieci zniemczonych na zawsze. Trzeba Niemcom przypominać ich sprawstwo w depopulacji narodu polskiego.
 Trzeba Niemcom wystawić konkretne rachunki, aby płacili za swoje zbrodnie i rabunki. Należy im w pierwszej kolejności wykazać, że "polskie" zrzeczenie się roszczeń, załatwienie ich w ramach całego wschodniego sowłagru, nie było żadnym odszkodowaniem, tylko kontynuowaniem grabieży tego, co zagrabione. 
 Trzeba przypomnieć Niemcom i żądać zwrotu w naturze lub finansowych ekwiwalentach tego, co zagrabili, i tego, co barbarzyńsko zniszczyli w Polsce. 
 Roszczeniowcy niemieccy spod znaku pruskich "ziomkostw" i "powiernictw" żądają od Polski zwrotu ziem zachodnich, zwrotu rzekomo zagrabionych przez nas dóbr niemieckich, zwłaszcza dóbr kultury, przepraszania za "ludobójcze wypędzenia".
 W uzupełnieniu artykułu pana Bogdana Musiała " Fakty wypaczone przez Erikę Steinbach", chciałbym przybliżyć czytelnikom Gońca mniej znany aspekt tzw. wypędzenia. 
 Opracowanie Stowarzyszenia Ofiar Wojny (w jakiś przedziwny sposób trudno dostępne w Internecie) 
 KRYPTONIM "NERO".  Hasło: "Regen und Hagel":
 O tym jak zbrodnicza, nazistowska Trzecia Rzesza Niemiecka wypędzała Niemców z ziem położonych na wschód od rzek Odra i Nysa, wykonując zbrodniczy niemiecki Rozkaz o Spalonej Ziemi.
 Pod koniec 1943 roku, władze nazistowskiej, zbrodniczej Trzeciej Rzeszy Niemieckiej miały przygotowane ustawy i generalne plany ewakuacyjne dla obszarów położonych na wschód od rzek Odry i Nysy, w tym dla obszarów Trzeciej Rzeszy niemieckiej w granicach z 1937 roku, czyli tak zwanych wschodnich prowincji. Dwustopniowe tajne hasło "Regen und Hagel" "Deszcz i Grad") stanowiło znak do rozpoczęcia ewakuacji, do natychmiastowego opuszczenia siedzib.
 Ewakuacja zaczęła się w sposób uporządkowany już w 1943 roku, a następnie przerodziła się w żywiołową ucieczkę niemieckiej ludności, rozhisteryzowanej przez niemiecką propagandę i poganianej terrorem niemieckich służb mundurowych. Pierwszy okres niemieckiej ewakuacji i ucieczki Niemców zamyka dzień styczniowej ofensywy wojsk sowieckich w 1945 roku. Do tego czasu z Prus Wschodnich uciekło ponad 3.000.000 ludzi. Podpisany przez Hitlera niemiecki "rozkaz o spalonej ziemi", nakazujący władzom niemieckim i Niemcom zamienienie w pustynie okupowanych przez zbrodniczą, nazistowską Trzecią Rzeszę Niemiecką obszarów Polski i Związku Sowieckiego, Niemcy zastosowali następnie na obszarach Trzeciej Rzeszy niemieckiej, które miały zostać zajęte przez wojska polskie i sowieckie. 
 W wyniku alianckich nalotów na Szczecin i okolice, Niemcy ewakuowali z tego miasta urzędy i szkoły. 
W latach 1939-1944 ludność Szczecina zmniejszyła się o około 40 procent. Już w tamtym okresie, dość liczne grupy ludzi samorzutnie uciekały w głąb Niemiec. 
 W 1944 roku po czerwcowej ofensywie wojsk sowieckich, niemieckie generalne plany ewakuacyjne zostały zastosowane przez władze niemieckie w jeszcze szerszym wymiarze. 1 sierpnia 1944 roku, wojska sowieckie 1. Frontu Bałtyckiego dotarły nad Zatokę Ryską, a oddziały 2. i 3. Frontu Białoruskiego osiągnęły rzekę Niemen i zatrzymały się na granicy Prus Wschodnich. Jesienią tego roku wojska sowieckie wkroczyły do Prus Wschodnich i lądowe działania zbrojne drugiej wojny światowej (1939-1945) dotknęły obszaru zbrodniczej, nazistowskiej Trzeciej Rzeszy Niemieckiej. Właśnie wtedy Erich Koch, niemiecki nazistowski gauleiter Prus, polecił rozpoczęcie ewakuacji. W wyniku tego, zaludnienie Prus Wschodnich, które w marcu 1944 roku wynosiło około 2. 346.000 osób spadło do około 1.754.000.
 Początkowo ewakuacja przebiegała w sposób uporządkowany, była podzielona na etapy. Uwzględniała nawet przydział samochodów dla poszczególnych rodzin według numerów rejestracyjnych, obejmowała nie tylko ludzi, ale także żywy dobytek i urządzenia. Plan ewakuacji Malborka zawierał 36 stron załączników i instrukcji. Ewakuację przeprowadzały komórki partyjne nazistowskiej NSDAP (Nazistowsko-Socjalistycznej Partii Robotników Niemieckich) - do nich należało między innymi uszkadzanie maszyn i urządzeń (maschinenlahmung), których nie dało się całkowicie ewakuować. Były to początki wprowadzania w czyn niemieckiego "rozkazu o spalonej ziemi", rozkazu oznaczonego kryptonimem "Nero", rozkazu, który nakazywał całkowitą ewakuację i wyniszczenie ziem wschodnich. Już w tym początkowym okresie, nadzwyczajna gorliwość ludności niemieckiej w wykonywaniu rozporządzeń ewakuacyjnych nazistowskich władz niemieckich przyczyniła się do powstawania i powiększenia szkód i cierpień powodowanych wykonywaniem tego zbrodniczego niemieckiego rozkazu.
 Oto opis ewakuacji ludności z Darłowa pochodzący z wydawanych w Republice Federalnej Niemiec tak zwanych "Pamiętników wygnańców":
 Środek ulicy wypełniony był podwójnym rzędem różnego rodzaju pojazdów ciągnących się całymi kilometrami. Na furach siedziały kobiety, dzieci i chorzy z dobytkiem takim udało się pochwycić w ostatniej chwili. Szpitale i szkoły wypełniły się chorymi i rannymi. Wojna zaczęła się szerzyć coraz bezwzględniej. Wśród stałego zamieszania, krzyków i nawoływania, ryku bydła i rżenia koni - nieprawdopodobieństwem było utrzymać czystość ulic i rynku. Ledwie jakaś kolumna wozów ciągnąca się kilometrami została wchłonięta przez okalające Darłowo wsie, już od Koszalina czy Kołobrzegu zbliżała się nowa fala uciekinierów. "Uciekinierów" - właśnie to określenie jest właściwe, a jeżeli używa się określenia "wypędzonych", to zgodnie z prawdą należy dodać; przez nazistowską, zbrodniczą Trzecią Rzeszę Niemiecką. 
 Oto wypowiedź podoficera niemieckiego H. Stobbego z 1141. Pułku 8. Kompanii 561. Dywizji Piechoty: 
 "Byłem świadkiem, jak Gestapo rozstrzeliwało wszystkie osoby, które wzbraniały się opuścić Prusy Wschodnie. Dotyczyło to przede wszystkim obywateli sowieckich z okolic Leningradu, z Estonii, Litwy i Łotwy. Zwłokom pomordowanych kobiet i starców robiono zdjęcia. Te zdjęcia robiono do znanego w Prusach Wschodnich niemieckiego filmu propagandowego o nazwie ?Okrucieństwo oddziałów sowieckich w Prusach Wschodnich= (Greueltaten der russischen Truppen in Ostpreussen)". Według świadectwa P. Fonberga, nazistowskiego podoficera niemieckiego z 43. Pułku Wschodniopruskiej Dywizji Piechoty, sceny z tego filmu odgrywane były przez Niemców przebranych w sowieckie mundury - niszczyli zabudowania, podpalali domy, zabijali bydło. 
 Tak więc, już na rok przed zakończeniem działań zbrojnych drugiej wojny światowej w Europie (1939-1945), jeżeli niemiecki mieszkaniec Prus Wschodnich nie uciekał samorzutnie, to zmuszał go do ucieczki odpowiedzialny za przeprowadzenie ewakuacji niemiecki SS-man, przy pomocy twórczości filmowej nazistowskiego, niemieckiego ministra propagandy Goebbelsa, a jeżeli to nie pomagało, niemiecki gestapowiec rozwiązywał sprawę z broni palnej. Takie były początki nakazanej i przeprowadzonej przez nazistowskie władze Trzeciej Rzeszy Niemieckiej, ucieczki i ewakuacji Niemców w 1944 roku z obszarów położonych na wschód od rzek Odry i Nysy. 
 Pomimo tych zbrodniczych okoliczności, niemiecki, nazistowski gauleiter Pomorza, Schwede-Coburg, pisał w nowoczesnej (na rok 1945) depeszy do Hitlera, zbrodniczego, nazistowskiego, niemieckiego wodza (Fuehrera) zbrodniczej, nazistowskiej Trzeciej Rzeszy Niemieckiej: 
 "Pomorze pozdrawia Fuehrera. Jakakolwiek ofiara nie będzie zbyt wielka, jakikolwiek wysiłek nie będzie zbyt uciążliwy. Na wierności Pomorza może pan Mein Feuhrer, dalej budować swe plany".
 Niemiecki gauleiter Pomorza, Schwede-Coburg, nie zawiadamiał swego Fuehrera o tym, że w zeszłym roku (1944) zwaliło mu się na głowę około 3.500.000 uchodźców z Prus Wschodnich oraz bardziej na wschód wysuniętych okolic Pomorza. Wspomnienia dobrego noworocznego nastroju miała zepsuć zbrodniczemu, nazistowskiemu wodzowi niemieckiemu, dopiero ofensywa wojsk sowieckich, rozpoczęta 12 stycznia 1945 roku (É) 
 12 stycznia 1944 roku niemiecki gauleiter Pomorza, Schwede-Coburg, ogłosił hasło "Regen" ("Deszcz" - co oznaczało osiągnięcie pełnej gotowości do ewakuacji) dla południowo-wschodnich powiatów Pomorza. Następnie 22 stycznia 1945 roku, na odprawie w Złocieńcu, Schwede-Coburg nakazał wykonanie hasła "Hegel" ("Grad" - co oznaczało całkowitą ewakuację). W wyniku tego Niemcy ewakuowali całkowicie "niemieckie" wtedy powiaty, które obecnie znajdują się w granicach Rzeczpospolitej Polskiej i w języku polskim nazywają się Choszczno, Strzelce Krajeńskie, Trzcianka, Piła, Wałcz, Szczecinek i Zlotów, a do końca 1945 ewakuowano następne powiaty: Gryfino, Pyrzyce, Szczecin, Stargard, Drawsko i Miasteczko. Niemiecka "Pommersche Zeitung" pisała o tej ewakuacji następująco: 
 Wielkość transportów jest różna. Od kilku wozów w jednej kolumnie do wielokolumnowych ciągów złożonych z niesamowitej wprost ilości środków przewozu, ciągnących się przez 30, 40, a nawet 50 i 60 kilometrów, przewyższających wszelkie dotychczasowe pojęcia wielkości. Określające te wielkości liczby wskazują, że jest to zadanie naprawdę godne sztabu generalnegoÉ. Nie jest łatwo przemierzać setki kilometrów przestrzeni, opiekując się kobietami, starcami i dziećmi, podczas gdy wicher pędzi po oblodzonych drogach tumany śniegu, a zmęczeni ludzie mogą tylko nieco odpocząć i tylko nocąÉ od granicy okręgu poczynając, konwoje przekazywane są przez kierowników politycznych, przez ludzi SA (niemieckie, nazistowskie Sturms Abteilungs) i żandarmów z miejsca do miejsca, od skrzyżowania do skrzyżowania, od mostu do mostu. 
 Sławiony w tym urywku "sztab generalny" dość dokładnie policzył niemiecką ludność, pędzoną przez urzędników władz niemieckich, niejednokrotnie pod groźbą użycia broni palnej. Według danych nazistowskiego, niemieckiego Wehrmachtu (lądowe siły zbrojne zbrodniczej, nazistowskiej Trzeciej Rzeszy Niemieckiej), liczba ewakuowanej ludności niemieckiej wzrosła w okresie czasu od 28 stycznia 1945 roku do 28 lutego 1945 roku, z 3.500.000 do 8.350.000 osób. Krigsmarine (marynarka wojenna zbrodniczej, nazistowskiej Trzeciej Rzeszy Niemieckiej) podawała w sprawozdaniach, ze pomiędzy 23 stycznia 1945 roku a zakończeniem działań zbrojnych drugiej wojny światowej w Europie (8 maj 1945), drogą morską władze niemieckie wywiozły z Prus Wschodnich i Pomorza dokładnie 2.206.407 osób.
 Niemiecka "Pommersche Zeitung"  miała swoje własne zasługi w dokonywanej przez władze niemieckie ewakuacji Niemców z tak zwanych wschodnich prowincji zbrodniczej, nazistowskiej Trzeciej Rzeszy Niemieckiej - ogłaszała na swoich lamach, że każdy, kto będzie wzbraniał się opuścić ewakuowany obszar, zostanie rozstrzelany. Taka wiadomość ukazała się w ostatnim, sobotnio-niedzielnym 17/18 marca 1945 roku wydaniu "Pommersche Zeitung", nr 254/255 - po czym redakcja tego niemieckiego dziennika, wykonując niemiecki "rozkaz o spalonej ziemi", a więc spełniając swój niemiecki obowiązek, uciekła w kierunku zachodnim. 
 O wiele gorszy był los ewakuowanych przez władze niemieckie, głównie polskich i innych robotników przymusowych oraz jeńców wojennych. Przez Szczecin przeciągały konwoje jeńców i robotników przymusowych, pędzonych przez Niemców uderzeniami kolb karabinowych. Polaków, Rosjan, Francuzów, Belgów i innych narodowości. 
 Z niemieckiego Oflagu, 31 stycznia 1945, Niemcy "ewakuowali" pieszo ponad 5000 jeńców. Część z nich przeszła do innego niemieckiego obozu pod miastem Brema, po przemierzeniu pieszo ponad 800 km. Władze niemieckie "ewakuowały" w podobny sposób setki takich niemieckich obozów z obszaru Prus Wschodnich i Pomorza. W samym Szczecinie było takich obozów ponad 100. 
 Tak przedstawiał się drugi etap "ewakuacji" ludności niemieckiej, "ewakuacji" przeprowadzonej przez niemieckie władze nazistowskiej, zbrodniczej Trzeciej Rzeszy Niemieckiej w styczniu i lutym 1945 roku - jako wykonanie zarządzenia Hitlera, które nakazywało, aby opuszczane obszary Trzeciej Rzeszy Niemieckiej pozostawić "ziemią martwą i spaloną" (tote oder verbramte Erde). 
Sławomir Basiukiewicz

 Od redakcji: To smutne, że tyle lat po wojnie trzeba walczyć o prawdę o niej.

GONIEC NR 26/2009.

 Air Canada w Warszawie
 2 lata temu, kiedy wracałem z Warszawy do Toronto, musiałem zgłosić się przed odlotem do biura Air Canada, aby "potwierdzić" swój odlot. W żadnym informatorze nie znalazłem żadnego adresu tego biura, więc zgłosiłem się do biura LOT-u, bo samolot był obsługiwany przez LOT. Pani miała niejakie problemy ze znalezieniem adresu  biura Air Canada, ale po "konsultacjach" z koleżankami podała mi adres: ul. Grzybowska 2. 
 Kiedy odnalazłem wreszcie ten budynek, zacząłem szukać biura Air Canada w nim. Niestety, nie udało mi się znaleźć żadnego szyldu, żadnej informacji o tym biurze. Po jakimś czasie pojawił się ktoś, kto wyglądał na tubylca, więc podbiegłem do niego i zapytałem, czy nie wie, gdzie znajduje się biuro Air Canada w tym budynku. Nic nie wiedział na ten temat, ale zaprowadził mnie do "stróża", czyli dozorcy, który "wie wszystko". Ten człowiek powiedział mi, że i owszem, było tutaj biuro Air Canada, ale kilka miesięcy temu się wyprowadzili. Nie wie gdzie, bo nie zostawili mu żadnej informacji, ale słyszał, że podobno na ul. Marszałkowską nr 28.
 Pojechałem pod wskazany adres, obszedłem ten budynek, kilka razy wzdłuż ul. Marszałkowskiej, w tę i z powrotem, ale nie znalazłem nic. Wróciłem więc do biura LOT-u i wtedy pani powiedziała, żeby się nie denerwować, bo miejsce w samolocie na pewno będzie, ktoś tam sobie tak wymyślił, żeby "potwierdzać lot", ale to nie jest potrzebne. 
 W tym roku historia się powtórzyła a nawet była jeszcze "ciekawsza". Kupowaliśmy bilety z żoną poprzez Internet, bo to i taniej, i wygodniej, siedzisz sobie w domu, analizujesz, wybierasz co chcesz, wybierasz sobie miejsca i potem płacisz VISĄ i... No właśnie. Przyjechaliśmy na lotnisko w Toronto o określonej porze, zgłaszamy się do odprawy, a tu pan informuje nas, że i owszem, żona ma zarezerwowane miejsce w samolocie, ale ja nie. Pokazujemy Panu wydruk z komputera, ale pana to nie obchodzi, bo on na swoim komputerze nie ma zarezerwowanego miejsca dla mnie. Informuje nas grzecznie, że tylko jedna osoba z nas może polecieć i pyta, kto decyduje się lecieć dzisiaj, a kto ewentualnie doleci przy najbliższej okazji. Widząc nasze oburzone miny, dodaje uprzejmie, żeby się nie denerwować, iść dalej, bo może są jakieś wolne miejsca w samolocie i może jeszcze polecimy oboje dzisiaj, ale trzeba się spieszyć, bo kto pierwszy ten lepszy.
 Pędzimy więc z żoną do odprawy końcowej, a pani każe nam jeszcze chwilę poczekać, bo musi zadzwonić i dowiedzieć się. Po kilku minutach kiwa na nas i okazuje się, że lecimy razem i dzisiaj. Skoro tylko odeszliśmy, kierując się do wejścia do samolotu, widzimy, że do tej pani ustawiła się już kolejka z podobnymi do naszej żółtymi kartkami. A więc takich szczęśliwców jest więcej. Dodam jeszcze, że pani zarezerwowała miejsce dla mojej żony na powrót, ale dla mnie już nie mogła tego zrobić - to musi pan zrobić w Warszawie, najlepiej zaraz po wylądowaniu.
Jestem już w Warszawie i zabieram się do zarezerwowania sobie miejsca w samolocie na powrót do Toronto. Znowu nie mogę znaleźć biura Air Canada. W Internecie znajduję, że biuro Air Canada w Warszawie znajduje się na... ul. Grzybowskiej nr 2. Oczywiście tam już nie idę, tylko jadę do biura LOT-u, bo samolot mój jest obsługiwany przez LOT. Pani uprzejmie mi tłumaczy, że nie może mi nic pomóc, bo lot mój należy do Air Canada, LOT tylko obsługuje ten samolot, ale nie ma dostępu do bazy danych. Muszę udać się na... ul. Marszałkowską 28. Próbuję tej pani jeszcze wyjaśnić, że już w zeszłym roku chodziłem tymi ścieżkami i niczego nie znalazłem. Ale pani jest uprzejma i oprócz adresu podaje mi jeszcze numer telefonu do tego biura. Oczywiście nie jadę na ul. Marszałkowską 28, tylko wracam do domu i próbuję się tam dodzwonić. Niestety, nie udaje mi się, bo za każdym razem słyszę z automatu głos, że jest nam bardzo przykro, ale wszystkie "wejścia" są zajęte, prosimy zadzwonić później. Dzwonię później, to samo. Dzwonię następnego dnia, to samo. Kilka dni później jestem blisko tego miejsca, więc podchodzę i szukam, czy jest jakaś informacja o tym, że w tym budynku znajduje się biuro Air Canada. Ale żadnego śladu nie znajduję. 
 Kilka dni później znowu jestem w pobliżu tego miejsca. Jest nas kilka osób i szukamy. Nic nie znajdujemy. Nagle przychodzi mi do głowy pomysł - a może to jest w tym budynku, tylko wejście jest z innej strony. Biorą nas za... ale my z teściem zachodzimy ten budynek od strony ulicy, aż ciężko to napisać, że taka ulica jest jeszcze w Warszawie, Armii Ludowej. Dochodzimy razem do końca tego budynku od Armii Ludowej i nie widzimy nic. Ale wracając do ul. Marszałkowskiej, podnosimy do góry głowy i widzimy napis "Agent Air Canada". Opuszczamy głowy i w witrynie też widzimy ten sam napis. A w dodatku jeszcze jedną informację, że biuro będzie nieczynne w dniach od ... do. To była niedziela, więc w poniedziałek rano dzwonię, łączę się bez problemu i tłumaczę tej pani, o  co mi chodzi. Kiedy otrzymałem już potwierdzenie, że mam miejsce 25-E w samolocie do Toronto, wtedy naprawdę spokojnie zwracam się do tej pani i proszę ją, aby zadzwoniła do biura LOT-u i podała im właściwy adres swojego biura: 28 Marszałkowska, wejście od Armii Ludowej.
 Czy ta pani już to zrobiła, tego nie wiem. Czy ta pani zmieni również adres, który pojawia się w Internecie, tego też nie wiem. 
 Ale te osoby, które będą poszukiwać biura Air Canada w Warszawie, niech zapamiętają, że znajduje się ono na ul. Marszałkowskiej nr 28, wejście od Armii Ludowej, tel. 022-6968-520. 
 I jeszcze jedno - lecąc do Toronto lub z Toronto, weźcie ze sobą kilka kanapek, bo ceny biletów lotniczych rosną, a poziom usług lotniczych mizernieje i serwują w samolotach coraz gorsze jedzenie.
Emanuel Czyżo
Toronto

 Od redakcji: Panie Emanuelu, LOT jest w wielkich tarapatach, więc może dobrze, że jeszcze się ktoś tam stara, bo niedługo pozostanie Panu psioczenie na Lufthansę.
 

GONIEC NR 25/2009.

 Droga Redakcjo!
  Ochrona środowiska jest ważna dla wszystkich, toteż podejmując decyzje w JEJ imię, nie powinno się
kierować "owczym pędem".
 Farmy wiatraków, które mogą powstać wg ontaryjskiego ustawodawcy w odległości 550 m od domu (?!), nie rozwiążą problemów energetycznych, a co więcej, mogą stworzyć dodatkowe a zgubne dla środowiska i ludzi.
 Po pierwsze, odległość ta jest wzięta z tzw. sufitu, bo nawet nie było w tej mierze badań etc.
 Po drugie, pomijając już "wspaniały widok" wpisany w krajobraz, należy zwrócić uwagę na szereg zagrożeń dla samego środowiska i ludzi. Giną bowiem ptaki i pszczoły,  ludzie nie mogą spać i chorują, chorują zwierzęta na farmach (rak wiedzie tu prym), krowy przestają być dojne... to nie tak daleki od Ontario obrazek, bo na południu w Wisconsin mają już takie negatywne skutki "w imię ochrony środowiska".
 Do tego należy dodać hałas i migotanie światła słonecznego przysłanianego przez skrzydła lasu monstrualnych wiatraków. 
 Nawet uczeń dopiero wprowadzany w arkana fizyki wie, że pole elektryczne ma związek i z magnetycznym, a wpływ obu na organizm może okazać się wysoce zgubny - czasem więc skórka niewarta wyprawki.
 W dziejach Ziemi było parę epok glacjalnych; następowało ocieplanie i oziębianie klimatu. Raz ginęły mamuty, innym dinozaury. Powoływanie się tylko na cieplarniany efekt wywołany gospodarką człowieka jest tu nieadekwatny. Czyż w tej sytuacji nie lepiej inwestować w technologie oczyszczania powietrza, wody i wszelkich odpadów???
 Ze spalania śmieci też można uzyskać energię elektryczną, tylko że nieliczne takie elektrownie są kosztowne, tak jak wszystko jeśli niemasowe i gdzie potrzeba odpowiedniej technologii z superfiltrami.
 W Toronto szykuje się znów strajk i można sobie wyobrazić góry śmieci przypominające dnie z WYD 2002, kiedy sterroryzowane przez służby komunalne miasto, pełne przybyłej młodzieży z całego świata, całą piersią wdychało odór i oglądało harce szczurów.
 Ziemia robi się mniejsza i coraz mniej miejsca na śmieci etc., więc czy przy jednym ogniu nie można byłoby mieć dwóch pieczeni: energii ze śmieci i czystego środowiska?
 Finalny koszt okazać się może opłacalny, i to pod każdym względem.
 Z poważaniem
Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: W pełni podzielamy Pani obawy - ze swej strony dodamy, że od wiatraków można jeszcze dostać oczopląsu...

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Chciałbym poinformować czytelników pańskiego pisma, że w czwartek, 16 lipca, o 19.30 będzie wyświetlony, na dużym ekranie, film po raz pierwszy odsłaniający tajemnice układów przywódców wielkich mocarstw z czasów II wojny światowej, które sprzedały Polskę Sowietom. Układów, które były zdradą Polski przez naszych sojuszników; układów, które pozbawiły polski naród wolności na 50 lat i uniemożliwiły dziesiątkom tysięcy Polakom, którzy służyli w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, powrót po wojnie do Ojczyzny.
 Film został nakręcony w Wielkiej Brytanii. Długość filmu wynosi 6 godzin, tak że będzie wyświetlony w trzech odcinkach.
 Sugeruję czytelnikom, żeby przyjechali do SPK w Toronto o godzinie 18.00 i zjedli kolację w restauracji SPK, która jest na parterze. Film będzie w dużej sali na 1. piętrze.
 Do zobaczenia na filmie
Henryk A. Raston

 Od redakcji: Do zobaczenia.

 Poganiacze mułów i brak pamięci
 Tu i tam są środowiska, dla których myślenie i tematy trudne są bardzo niewygodne, wzorem Urbana i jego klakierów uważają, że z tych tematów można się śmiać, ostatecznie po co się zmuszać do myślenia, jeśli jest ono bardzo stresujące, głowa boli, a próba wykombinowania czegokolwiek uświadamia intelektualną niemoc... poganiacze mułów zawsze mieli problemy podobne, nawet Internet zmianami nie zaowocował, właściwie wzmógł tylko propagandową indoktrynację.
 Pierwszy od wielu lat cały maj przebywałem w Polsce, przypomniałem sobie smak truskawek, ale Polacy odmiennie niż 1,5 roku wstecz, stracili jakoś chęć dyskusji, kiedyś za PiS nie było problemu z wymianą poglądów, teraz znowu zeszli do podziemia, boją się polityki miłości.
 Znowu nie można mieć poglądów odbiegających od poprawnych, o pracę łatwo nie jest, a stracić za gadulstwo "się nie opłaca". Młodzi zwolennicy Tuska wiedzą o tym, a że "głupi nie są", bronią swojego korytka. W "Gońcu" z 5 maja Rafał Ziemkiewicz opublikował "Wolność na folwarku"... Nie zawsze się z autorem zgadzałem, ale tym razem w bardzo ładnym stylu przekazał moje spostrzeżenia. Wśród gówniarzerii i klientów koryta, prawda i pamięć o niej jest bardzo niewiele warta, nic sobie nie robią z powojennej bandyckiej nacjonalizacji, a temat nowych komuszych właścicieli Polski jest niebezpieczny i dlatego zakazany i pomijany milczeniem... patriotyzm jest niemodny, prawda też, czas na robienie geszeftów i karierę, a że podążają tropem komunistycznych "autorytetów"... (???).
 "Nocna zmiana" wyraźnie pokazuje winnych degrengolady ostatnich 20 lat, ci sami ludzie w rządowych ławach, w TV i innych przekaziorach... ale jest coraz lepiej, dla TW i "autorytetów" stworzonych za komuny, rączkami służb. W 1992 Jan Maria Rokita tłumaczył, że lustracja skazuje niewinnych na infamię, a tymczasem to on, wierny sługa Wałęsy, przyjaciel Tuska, Kwaśniewskiego i Pawlaka poszedł w odstawkę... sam sobie wykrakał, a podobno kruk krukowi... Może w Polsce byłoby inaczej, może byłoby się z czego cieszyć, ale Rokita, Wałęsa, Tusk, Mazowiecki, Geremek... Warto zobaczyć i porównać ich poczynania z postawą Olszewskiego i Macierewicza... "polityka" tych poganiaczy popierana przez zaplutego ze strachu Kuronia i podobnych sieczkobrzęków, do tej pory odbija się Polsce czkawką niestrawności, ale propaganda potrafi niedorajdom wmówić i głosują na niezastąpionych.
 "Autorytety" różne robiące karierę TW, kładą się i budzą ze strachem, nie ma czego im zazdrościć, sami sobie ten sznurek wybrali, tak im widocznie dobrze. Jest na tym kontynencie środowisko mające o sobie zdanie wspaniałe, ale mimo to zupełnie nie kojarzą się ze stereotypem Polaka kawalerzysty lub podobnym, wprost przeciwnie, ale bardzo dużo osób reprezentantów tej profesji bardziej łączy się z poganiaczami mułów... na szczęście w każdej nacji i profesji są wyjątki.
 Ostatnie wiadomości są powtórką z przeszłości, ale nawet wielu Polaków wierzy, iż to Polska rozpętała II wojnę światową, że Niemcy są poszkodowani przez Polaków właśnie, a Żydzi mają prawo do jakichś odszkodowań z Polski... (???). Rząd Tuska nie protestuje, a nowocześni poganiacze mułów nie widzą powodu do reakcji na idiotyczne pomówienia i roszczenia.
 Ciekawe, ale kraje islamu nie mają do Polski pretensji, nie domagają się odszkodowań, ale są głównym naszym wrogiem... tak twierdzi rząd i "autorytety". Reprezentanci kahałów i srulonów, usteczkami bardzo posłusznych mediów starają się nam narobić, bardzo często im się to udaje, ale nadejdzie dzień, gdy nawet "pożyteczni idioci" zrozumieją i może być skuteczniej niż za pierwszej Solidarności. Oby szybko.
Janusz Sierzputowski
Cambridge

 Od redakcji: Wie Pan, problem w tym, że wiele osób nawet jak myśli, to się własnych myśli boi, siada cichutko w kąciku i czeka, aż im przejdzie. Z taką postawą trudno wygrać.

 Zapytanie, prośba
 Witam Pana - ponieważ poszukuję pomocy i odwiedzam różne strony, pozwoliłem sobie na zamieszczenie swojego apelu w formie maila. Niestety, wielokrotnie istnienie nas lub byt zależy niejednokrotnie od pomocy innych. Pozwalam sobie zatem również Pana  poprosić jako przedstawiciela, że być może z Waszą pomocą dotrę do ludzi, którzy będą mi w stanie pomóc.
 Poszukuję drobnych zleceń za drobne pieniądze. Przyznam się, że nie umiem prosić o wsparcie, jednak chciałbym je uzyskać w inny sposób. Mianowicie proponuję zapoznać się ze stroną www.dkdruk.krakow.pl, to moja firma, która po prostu upadła po rozwodzie. Po prostu mam maszyny, mogę pracować, a zleceń brak, bo poprzez zawirowania życia od 8 miesięcy pracuję wręcz dorywczo, a z pojedynczych zleceń trudno mi żyć. Na domiar mojego nieszczęścia finansowego od czerwca 2009 prawomocnym wyrokiem Sądu w Krakowie mam dodatkowo na wychowaniu 13-letniego syna, bo matce odebrano prawa rodzicielskie. Wszystko by było super, ale niestety do szczęścia brakuje jedynie pieniędzy. Dokąd mieszkałem w centrum Krakowa, to jeszcze jakoś żyło się w miarę dobrze. Odkąd opuściłem miasto, zamieszkałem i przeniosłem maszyny na wieś, z miesiąca na miesiąc jest gorzej. Lokalnie zabiegałem o klienta, pomoc, ale niestety z racji, że nie pracuję i jestem chory na serce -nadciśnienie, nie mogę się podźwignąć finansowo. Żyję za 200 dol. miesięcznie. Sprzedałem auto, pozostały mi jedynie maszyny. Może przez to ogłoszenie i kontakt z Panem coś uda mi się  wykonać za pomoc. Proszę o odpowiedź i podpowiedź, jak można dotrzeć do ludzi, by być może móc wykonać taką nietypową pracę? - Poligraficzną reprodukcję obrazu, pamiątkowe zdjęcie itp. Praca typowo hand made, jednostkowa. Nie chcę nic za darmo - nie  żebrzę - jedynie proszę o drobne prace, no chyba że znajdą się i tacy, których po prostu stać na wsparcie drobną kwotą. Ja nie oczekuję kokosów i zysków łatwym kosztem - po prostu próbuję zaoferować się w formie usługi. Odległość nie ma granic. Poczta lotnicza działa, więc mogę spokojnie prace wysłać z Polski. Tylko abym zarobił cokolwiek. Proszę może spróbować. Nietypowy wydruk, naklejka, to co jeszcze posiadam i chcę wykorzystać do celów zarobkowych. Mam 52 lata, jestem wykształconym człowiekiem, ale nigdy nie przypuszczałem, że rodzinne potyczki i chciwość drugiej strony doprowadzić może do upadku drugiej osoby. Jeszcze jednym złem to to, że nie liczą się nasze dzieci, i to najbardziej boli. Gdyby nie mój syn i jego potrzeby i gimnazjum od września br., tobym nigdy nie zrobił tego, co robię obecnie. Niemniej jednak wiem, że można odbierać takie e-maile w różny sposób - jedno jest pewne, że jeśli ktoś komuś nie zaufa, to już po nim. Zatem jeśli to możliwe, proszę o pomoc. Ja zaś zapewniam, że wykonam zlecenie, jeśli tylko będzie to możliwe w zakresie moich maszyn. Pozdrawiam  Pana, czekam na odpowiedź, a mojego listu proszę o potraktowanie naprawdę poważnie. 
 Z poważaniem 
Janusz Czopik z Krakowa dkdruk@dkdruk.krakow.pl 
 PS Odpowiem na każdy e-mail i ewentualne zlecenie, podając ewentualne koszty. Obecnie robiłem prace do Irlandii za 150 euro, ale to kropelka w morzu potrzeb. Jeśliby było kilka następnych zleceń, to już jakoś można żyć. Podaję ewentualne konto, jeśli ktoś by się znalazł, że mnie może wspomóc: KOD BIC/SWIFT RCBWPLPW 67 1750 1048 0000 0000 0878 5333  Janusz Czopik. Jeszcze raz pozdrawiam i dziękuję. 

 Od redakcji: List potraktowany został naprawdę poważnie.
 

GONIEC NR 24/2009 (283) (12-18 czerwca 2009)

 Wielmożny Pan Ambasador  Rzeczpospolitej Polskiej w Ottawie
 Wiedząc o tym, że Wielmożny Pan jest osobą wielce zajętą, ograniczę się do zadania pytania, a mianowicie: Dlaczego za potwierdzenie jednego podpisu pobieracie, w tym od rencistów  i emerytów - niebagatelną kwotę 51 dol., podczas gdy kanadyjski adwokat - notariusz za tę samą czynność pobiera, za pierwszy podpis 30 dol., za następne jedynie 10, a niekiedy, kiedy dokumentów jest kilka, za każdy, bez wyjątku - jedynie 5 dol.? Wysokość pobieranych przez Konsulat opłat - "woła o pomstę do nieba".
 Bym nie był gołosłowny, tym adwokatem, który posługuje się polskimi pieczęciami, jest m.in. mecenas - notariusz Pan Mamak (w Toronto).
 Podejrzewam, że młody wicekonsul Pan Dzięgel (może zniekształciłem nazwisko), nie jest mecenasem - zaprzysiężonym notariuszem, tak jak Pan Mamak - mecenas - notariusz, wykonujący swe usługi w języku polskim.  Wstyd!!! Jak można żądać od biednych tak wygórowanych opłat?!
 Napiszę o tym do Ministra Spraw Zagranicznych i wszystkich gazet, z którymi współpracuję. Serdecznie pozdrawiam Wielmożnego Pana, jak i zespół Polskiej Ambasady.
 Bogumił Grabowski Bednarek

 PS W niniejszej sprawie - oczekuję wyjaśnienia, broniąc portfela ludzi biednych i ubogich, którzy niestety zamieszkują w Kanadzie.

 Od redakcji: Pan urzędnik musi się cenić, bo inaczej chłop nie miałby doń szacunku - czasy pańszczyźniane bis...

 Katastrofa  A330, Flight 447.   Czy i kto zawinił?
 Pragnę poruszyć smutną sprawę, katastrofę, w której zginęło wielu ludzi, m.in. dwóch Polaków i jeden Kanadyjczyk... Temat jak najbardziej aktualny, a mianowicie ostatnia katastrofa lotnicza Airbus A330, Air France Flight 447. 
 Każdy z Państwa, czytelników GOŃCA,  a przecież prawie wszyscy często podróżujemy samolotami, zadaje sobie pytanie: czy i kto zawinił? Oczywiście chyba nikt z Państwa nie uwierzył, że przyczyną wypadku było uderzenie pioruna (w jaki sposób w nieuziemiony samolot?), poza tym, gdyby tak było, to setki samolotów dziennie musiałoby ulegać podobnym wypadkom...
 Turbulencja powietrza też nie może być bezpośrednią przyczyną wypadku, każdym samolotem przelatującym z jednej strefy temperatury i ciśnienia do drugiej, rzuca jak piłka, pilot każe odpowiednio wcześniej zapiąć pasy...
 Z pierwszych fachowych komunikatów wynika, że dochodzenie idzie w kierunku, by ustalić, czy zainstalowany w tym typie airbusa prędkościomierz - Pitot's Tube - może łatwo ulec oblodzeniu, a tym samym zmylić komputer. Prędkość samolotu w czasie turbulencji nie może być ani za duża, ani za mała, bo to potencjalnie prowadzi do śmiertelnego błędu... (Toronto SUN, June/7/2009). 
 Francuska agencja ds. wypadków lotniczych (BEA) oznajmiła, że samolot otrzymał sprzeczne wyniki prędkości samolotu z różnych instrumentów... 
 Air France także wydał komunikat, że airbus zarekomendował użytkownikom wymianę instrumentów pomiaru prędkości, w tym rurki Pitota w modelach A330, rozpoczęto ją  27 kwietnia, tj. od czasu, kiedy zmodyfikowany sprzęt był dostępny... 
 Także komunikat Air France zawiera "furtkę uniknięcia odpowiedzialności", a mianowicie, że "Rekomendacja zmiany monitorów pozwala operatorom na pełną wolność (allows operator full freedom) do zastosowania się całkowicie, częściowo lub do niezastosowania się w ogóle do rekomendacji...". 
 Relacja, mimo fachowej precyzji, jest nieścisła. Rurki Pitota  to szalenie proste urządzenia, najbardziej precyzyjne i niezawodne do określania prędkości powietrza, lub w przypadku samolotu, określania prędkości obiektu... tam się nic nie może popsuć z wyjątkiem zapchania otworków pomiarowych... Rurki te są używane w każdym samolocie do rejestracji prędkości, ale sama rurka mierzy tylko różnicę ciśnienia totalnego i statycznego, różnica jest ciśnieniem dynamicznym lub, znanym  pod nazwą ciśnieniem prędkościowym, które to ciśnienie komputer przelicza na prędkość samolotu.... Tutaj raczej może chodzić  o oblodzenie otworków rurki Pitota, monitor niewiele ma z tym wspólnego. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że inżynierowie airbusa  wiedzieli   o defekcie i tu zaczynają się schody....
 Dlaczego nie wstrzymano lotów tego modelu do czasu wymiany urządzeń pomiaru prędkości...? Czy głos inżynierów był za słaby w stosunku do komercyjnych decydentów, czy też inżynierowie protestowali za słabo? 
 Wynika, że to drugie, bo zdanie o "full freedom..." jest bardzo pokrętne... No bo jeśli nie trzeba wymieniać, to po co mówić o rekomendacji wymiany...?  Łamanie etyki inżynierskiej powinno być surowo oceniane,  szczególnie w przypadku inżynierów Airbusa, którzy nie protestowali skutecznie, a wiedzieli, że życie pasażerów może być zagrożone...
 Andrzej T. Chronowski

 Od redakcji: xxx

 ***
 Wasze wiadomości są nieaktualne. Pokazujecie ŁKS, że jest na ostatnim miejscu i to on spada jako pierwszy, a  przez to Cracovia gra w barażach o utrzymanie. Przecież to jest wiadomo od dłuższego czasu.
 Hubert

 Od redakcji: Decyzja o ponownym odmówieniu wydania licencji na grę w piłkarskiej ekstraklasie klubowi ŁKS zapadła 4 czerwca 2009 r. i od tej pory oficjalnie ŁKS znajduje się na końcu tabeli rozgrywek.  (JR)
 

 ***
 Marian Stefaniak kłania się powtórnie z dawnym problemem.
 Pisałem do waszej redakcji w zeszłym roku, wraz z żoną i córką   przebywam w   Polsce od listopada 2007  roku z powodów rodzinnych. Otóż opisywałem w liście do redakcji  problemy, jakie mi stwarzał RBC, pisałem listy z tego powodu do wielu instytucji i osób w Kanadzie, wreszcie po ogromnych problemach zdołałem załatwić pozytywnie, że RBC przysłał mi należne moje pieniądze, ale to jeszcze nie koniec problemów związanych z RBC - otóż pozostała tam pewna suma pieniędzy na naszym koncie w RBC - z którymi ów bank robi te same problemy - ignorują mnie, wysłałem znowu wymagane przez RBC listy z moim i mojej   żony podpisami oraz wymaganą sumą  pieniędzy, którą my, tj. ja i żona, chcemy, żeby nam przesłano do Polski - wiem, że jest kryzys  światowy, a w tym i w Kanadzie, banki głównie mają głębokie problemy i ogromne straty finansowe, ale za to bank nie może winić swoich klientów, za błędy banków ktoś inny powinien odpowiadać, a nie klienci tamtych banków. 
 Czytałem, że pośród krajów G-7 Kanada ma najlepszy system bankowy na dzisiaj - a ciekawe, ilu ludzi, tj. klientów banków kanadyjskich, ma takie same lub podobne problemy, no cóż, banki nie mają uprawnień policji, ażeby postępować z nieokiełzanymi i nieposłusznymi klientami - jak to postąpiono z Robertem Dziekańskim, gdzie do tej pory kanadyjski SS nie został uznany za winnego morderstwa na nim. 
 Pozdrawiam rodaków i znajomych oraz redakcję gazety.
Marian Stefaniak

 Od redakcji: Zapraszamy do  komentarzy.
 

GONIEC NR 23/2009 (282) (5-11 czerwca 2009)

 Droga Redakcjo!
  Właśnie wróciłam z Polski i hiobowa wieść o locie 447 do Paryża wstrząsnęła mną niezmiernie. Dziś radio podało, że airbus z nieudokumentowanej jeszcze przyczyny rozerwał się w powietrzu. 
 Cokolwiek było przyczyną tragedii i nie chcąc na ten temat spekulować, piszę dziś tylko o pseudokontrolach na lotniskach, jakimi zostałam objęta.
 Na Pearson wszystko poszło składnie i ręcznym czujnikiem zeskanowano mnie, nie żądając nawet zdjęcia  widocznego zegarka i biżuterii. Kontrola ta była sprawnie przeprowadzona. Zaskoczeniem tylko było, że do samolotu można wsiadać z butelkami wody zakupionej w strefie wolnej od podatku, kiedy zakupioną w mieście wcześniej odbierano. No, ale tłumaczę to tym, iż nie wiadomo, co ktoś mógł mieć w butelce.
 W Warszawie nastąpił szok, bo informacja niedostateczna i aby przesiąść się na następny, krajowy lot, polecono mi wyjść na zewnątrz, by potem  jeszcze raz wrócić przez kontrolę osobistą, przeprowadzoną w taki sposób, iż zamierzam poskarżyć się w ambasadzie i konsulacie Polski.  Paru innych podróżnych z mego lotu również doznało szoku, gdyż byliśmy w obrzydliwy sposób obmacywani przez pracownice "ochrony". 
 Tak jak na Pearson wskazałam  metalowe elementy w mej garderobie i zapytałam o czujnik, gdyż parę razy musiałam coś zdejmować i przechodzić bramkę i obmacywanie.  Podróżny, płócienny pas z plastikowym zamkiem i takąż klamerką musiałam zdjąć, a ochroniarka rzuciła go jak śmieć na taśmociąg z podręcznym bagażem i kurtką, choć krzyknęłam, że mam tam pieniądze i dokumenty.  Obmacywanie trwało i obok mego dobytku na taśmie przechodzili różni ludzie (!). Ręcznego czujnika nie użyto i wreszcie w szoku mogłam odejść na mój krajowy lot.  Ochroniarka miała rękawiczki, których nie zmieniała, obmacując nimi wszystkich "delikwentów" - tak że nie ma tu mowy o higienie, ale raczej przenoszeniu brudów i bakterii z osoby na osobę etc. 
 Tak jak lądując, miałam w oczach łzy wzruszenia, oczekując na mój krajowy lot, walczyłam ze łzami oburzenia i poniżenia... żałując, że w ogóle przyleciałam. Nie było to tylko me odczucie, bo podróżny  lecący z Toronto również do Poznania oświadczył, że nie zamierza już więcej podróżować do Polski, zaszokowany poniżającym sposobem obmacywania.  Notabene powiedział mi o inwalidce na wózku z naszego lotu, która miała implant tak "capnięty" przy obmacywaniu, że aż krzyknęła.
 W powrotnej drodze kontrola w Poznaniu była w normie, a w Warszawie, gdzie wyszłam z "tranzytu", by spotkać się z bratem, znośna, tzn. do zaakceptowania i już z ręcznym czujnikiem.
 Dziwi mnie, że nie ma  limitu (i depozytu) i pozwala się na przewożenie w podręcznym bagażu aparatów fotograficznych, telefonów komórkowych, komputerów itd., w których jakiś zbrodniczy zwyrodnialec może "coś" ukryć (chyba łatwiej niż w bucie), a po latach odwiedzających kraj prawie napastuje, lubieżnie obmacując.
 Dobrze, że LOT, który wybrałam z wielu opcji, nie zawiódł i szczęśliwie z DOBRĄ obsługą przemierzyłam ocean w obie strony.
 Z poważaniem
 Małgorzata Kossowska

 Od redakcji: Gratulujemy powrotu!

 Szanowni Redaktorzy,
 Komu i czemu mają służyć te wszystkie spekulacje, odnośnie do winy narodów europejskich za martyrologię Żydów? Czy jest sens łamać sobie nimi głowę teraz, po 64 latach, jakie upłynęły od czasu zakończenia drugiej wojny światowej? 
 Uważam, że opublikowany na łamach "Der Spiegel" artykuł "Hitler's European Holocaust Helpers" jest dość interesujący, ale nieobiektywny. Jego autorzy nie przedstawiają Polaków w tak złym świetle jak na przykład Ukraińców czy Holendrów, niemniej zbyt mocno winią narody, które w okresie okupacji niemieckiej same miały topór nad głową, czyli dokładnie tyle samo do powiedzenia co przysłowiowy Żyd w getcie. Autorzy zapewniają, że nie chcą rozgrzeszać Niemców za Zagładę, ale chcąc nie chcąc, dokładnie to robią; rozmywają winę Niemców i rozciągają ją na całą Europę. Niezorientowany w temacie czytelnik może wysnuć wniosek po takiej lekturze, że właściwie cała Europa brała udział w Zagładzie. W tekście tym pada bowiem bardzo śmiałe oskarżenie: "Oczywiście Hitler ze swoją ekipą i armią mógł w pewnym momencie przerwać proces Zagłady. Ale to nie zbija argumentu, że gdyby nie miał tylu pomocników w innych krajach, to niezliczone tysiące, a nawet miliony Żydów zostałoby ocalonych, spośród tej okołosześciomilionowej liczby ofiar".
 Z tysiącami uratowanych w ten sposób Żydów można by się jeszcze zgodzić, ale pisanie o milionach jest czymś absurdalnym i oburzającym. Polacy też mają wiele powodów do narzekań, bo nie tylko europejscy antypoloniści, lecz nawet alianci nie przyszli im z pomocą we wrześniu 1939 roku. A jednak nie robią z tego powodu takiego szumu jak Żydzi wokół swojej martyrologii. Można by więc spekulować, ilu Polaków, Żydów i innych narodowości zostałoby ocalonych, gdyby nasi alianci nie spali przez pierwszych kilka lat wojny.
 Artykuł stwierdza, że antysemityzm był zjawiskiem powszechnym w Europie. Nasuwa się pytanie, dlaczego? Czy przypadkiem nie byli winni temu w pewnym stopniu sami Żydzi? Człowiek, który w miejscu pracy ma prawie samych wrogów, zyskuje sobie przydomek konflikciarz (po angielsku troublemaker). 
 Poza tym, czy Polacy istotnie nie mieli powodów, aby bać się Żydów? Artykuł sugeruje, że jednak mieli. Czytamy w nim: "Pogromy antyżydowskie, jakie miały miejsce w Polsce w 1941 roku, były skutkiem obaw, że Żydzi stanowią pewnego rodzaju zaplecze dla władz sowieckich, jako że liczba komunistów żydowskiego pochodzenia była w niektórych filiach sowieckiej administracji przez pewien czas zbyt duża. Winą za zbrodnie popełnione podczas sowieckiej okupacji wschodniej części Polski w latach 1939-41, wielu ludzi obarczało Żydów".
 Nie jest tajemnicą, że nie tylko w latach 1939-41, lecz także w okresie powojennym, Żydzi stanowili nadreprezentację w stalinowskim aparacie represji. Zatem znów można by zastanawiać się głośno, ilu Polaków ocalałoby po wojnie, gdyby w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego było mniej żydowskich oprawców?
 Antysemityzm ma różne oblicza i odcienie. Co w ogóle oznacza to słowo? Słownik języka polskiego podaje definicję: "Wrogi stosunek do Żydów oparty na przesadach rasowych". Dlaczego więc antysemitami nazywa się tych, którzy żywią wobec Żydów niechęć (nie mylić z wrogością), i to z powodów bynajmniej nie rasowych, lecz czysto osobistych? Najwyższy czas, aby tych, którzy nadużywają tego słowa i zbyt pochopnie oskarżają innych o antysemityzm, pociągnąć do odpowiedzialności karnej. Nazywanie złodziejem żebraka, który ukradł jabłko lub bułkę w sklepie, i stawianie go w jednym rzędzie z kimś, kto obrabował bank, jest czymś karygodnym, czyż nie tak?
 Pan Liliental, który skomentował ten artykuł na łamach "Gazety", zrobił to w sposób powierzchowny, pomijając, podobnie jak autorzy redakcji "Der Spiegel", kilka ważnych aspektów sprawy. Pisze: "Co do Polski, artykuł stwierdza, że szmalcownictwo było częste", i że "(artykuł) ani jednym słowem nie szkaluje Polaków jako narodu". 
 Spójrzmy więc na niektóre jego fragmenty:
 "Motłoch w Polsce zabił co najmniej 600, a może nawet tysiące, ocalałych z Zagłady Żydów, co świadczy o tym, jak wielki był stopień nienawiści do nich po zakończeniu wojny w 1945 roku".
 "Denuncjowanie Żydów było w Polsce zjawiskiem tak powszechnym, że ukuto nawet nazwę ?szmalcownicy= dla płatnych donosicieli. Donosiciele znali często swoje ofiary. Francuzi, Holendrzy i Belgowie mogli łudzić się, że Żydzi deportowani z Paryża, Rotterdamu lub Brukseli na wschód, ocaleją w końcu, lecz ludność wschodniej Europy dobrze wiedziała, co czeka ich w Auschwitz lub Treblince, bo wieści o tym, co dzieje się w tych obozach, przechodziły tam szybko z ust do ust." 
 "We wschodniej Europie przypadki robienia z Żydów kozłów ofiarnych, wyrzucania ich z pracy były powszechneÉ W Polsce wiele uniwersytetów ograniczało liczbę studentów narodowości żydowskiej."
 Uważam, że te niekończące się oskarżenia, spekulacje i gdybania odnośnie do Zagłady są szkodliwe, bo zawsze okazują się, w najlepszym razie, rozdrapywaniem ran, a w najgorszym - wsadzaniem kija w mrowisko i otwieraniem puszki Pandory.   Jak wspomniałem na wstępie, wnioski autorów uważam za zbyt pochopne, daleko idące, zbyt dużą część winy za Zagładę próbują zrzucić na narody europejskie. Z pewnością nie należą do kategorii ekstremistów, propagandzistów, nacjonalistów lub demagogów, niemniej wydają się być niewrażliwi na realia życia w okupowanych przez Niemców krajach, co rzuca cień na ich obiektywizm i rzetelność dziennikarską. Szkoda, bo podane przez nich fakty są w znacznej części prawdziwe, ukazujące smutną prawdę historyczną, jakże niewygodną dla polskich nacjonalistów. Szczerze dziwię się, że artykuł ten wywołał tyle zamieszania w polskich mediach.
Roman Cichowski

 Od redakcji: Szanowny Panie, niech Pana nie dziwi, że toczy się walka o pamięć, bo od jej rezultatu zależy m.in. przyszła pozycja naszych dzieci w świecie.

 ***
 Jesteście bardzo dobrą gazetą, nie tylko polskojęzyczną, ale prawdziwie polską. Z gościnnego komputera na Tasmanii, Szymek z Hoor, Szwecja.

 Od redakcji: xxx
 

GONIEC NR 22/2009 (281) (29 maja - 4 czerwca 2009)

 Szanowna Redakcjo
 W internetowej wersji Waszego pisma, wysoko przeze mnie cenionego, znalazła się wypowiedź o. Adama Filasa, że rasizm jest grzechem obrażającym Boga. Otóż przewielebny Autor powołał się na autorytet SWII i JPII. Jednakowoż ludzie dzielą się na rasy (i to z woli Boga), o czym o. Adam może się przekonać, wychodząc na ulice (zdaje się, że posoborowa reguła na to zezwala. O! Albo włączając telewizor, też chyba ułatwiający życie posoborowych zakonników). (...)
 Z poważaniem
 Maksymilian Zamm

 Od redakcji: Szanowny Panie, niepotrzebne złośliwości i chybiony argument - wszyscy ludzie są równi przed Bogiem bez względu na rasę. Tylko tyle i aż tyle. Nikt nie przeczy, że  rasy istnieją.

 Witam, 
 Dziękuję Panu Załęskiemu za odpowiedź, ale nie zgadzam się z jego opiniami.
 Chcąc dowieść, że członkostwo w UE jest wielce szkodliwe dla Polski, Pan Załęski pisze: "Banki jako krwiobieg państwa przeszły w obce ręce". 
Niezorientowany w temacie czytelnik może wywnioskować z tego, że proces prywatyzacji banków, wyprzedaży ich w "obce" ręce, rozpoczął się po wejściu Polski do UE. Kompromitująca gafa. Rozpoczął się on o wiele wcześniej, w latach 90.
 Następnie Pan Załęski sugeruje, że polskie media mówią o UE jednym głosem. Pisze do mnie: "Zawierzył Pan mediom polskojęzycznym". Niby którym mediom? Okres członkostwa Polski w UE podsumowywany jest przez polskojęzyczne media w przeróżny sposób - skrajnie sceptyczny, nieco sceptyczny, umiarkowany, entuzjastyczny, skrajnie entuzjastyczny itd. Niemniej, Goniec należy do bardzo nielicznej grupy mediów uważających wejście do UE za katastrofę.
 Dalej polemista pisze: "Rząd nie ma prawa pomagać własnym stoczniom i fabrykom oraz innym inwestycjom służącym rozwojowi kraju. Czy to nic Panu nie mówi?
 Odpowiem na to pytaniem: A to, że ostatnia ankieta wykazała, iż 52 procent Polaków, w większości młodych, uważa wejście Polski do UE za największe osiągnięcie 20-lecia demokracji w Polsce, nic Panu nie mówi?
 Nawet największy eurosceptyk, o ile jest uczciwy, powinien wymienić wszystkie aspekty sprawy, nie tylko te, które pasują mu do z góry przyjętej tezy. Polecam wam artykuł opublikowany przez Onet "Pięć lat Polski w UE - plusy nie przesłonią nam minusów:
http://wiadomosci.onet..pl/1961356,135,item.html
 Szkoda, że merytorycznie dyskutować się z wami nie da, bo nie dość, że piszecie rzeczy nieprawdziwe, to jeszcze nie chcieliście przysłać mi e-mailem waszego artykułu "Polska dopłaca do Unii", o który prosiłem was dwukrotnie. 
Paweł Winiarek

 Od redakcji: Polska rozbroiła się przed wejściem do Unii poprzez okres "stowarzyszeniowy". Polecamy tekst zamieszczony na stronie 12. Zapraszamy do prenumeraty naszego pisma.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

GONIEC NR 21/2009 (280) (22-28 maja 2009)

 Szanowny Panie Redaktorze! 
 Odpowiadając na mój ostatni list zachęcał mnie Pan, jak również panią Zofię Kata do działania. Otóż, ja próbowałem to robić gdzieś dwa lata temu, ale z jakim skutkiem, jak mnie przyjęto w Grupie 2 ZPwK, to temat na osobny list, do którego z chęcią wkrótce  powrócę (mam nadzieję, że jeszcze przed wakacjami). Natomiast parę dni temu wysłałem list do hamiltońskiego oddziału KPK. Oto jego treść:
 KPK oddział w Hamilton
 W związku z opublikowaniem na łamach redakcji tygodnika "Goniec" dwóch listów (pani Zofii Kata i mojego AS)  na temat Polonii, uważam, że KPK oddział Hamilton powinien wystąpić z propozycją otwartego spotkania i zorganizowania dyskusji na temat norm moralnych i etycznych, którymi winni kierować się przedstawiciele naszej społeczności.
 Jestem głęboko zaniepokojony, że w organizacji współpracującej z KPK w Hamilton, Polaków, którzy przychodzą dyskutować o Polonii... straszy się policją, a nawet wzywa policję do ochrony polonijnych zebrań. Uważam, że policja kanadyjska powinna bronić spokojnego przebiegu zebrań (jeżeli takie zagrożenie istnieje, a według mnie to totalna bzdura), ale także ma takie samo prawo chronić i powinna umożliwić zgodnie z konstytucją, prawo obywateli żyjących w wolnym kraju do wypowiadania swoich opinii.
 Byłbym niezmiernie usatysfakcjonowany, by do dyskusji zaprosić (...) Stanisława Iwanickiego, a także panią Stanisławę Dojnikowską, by zechciała potwierdzić niektóre dosyć istotne wiadomości, które posiada, a których wyjaśnienie byłoby bardzo pożyteczne dla Polonii, jej przyszłości, a także dla Kanady. Uważam też, że obowiązkiem KPK powinno być powiadamianie organów ścigania o wszelkich naruszeniach norm demokratycznych przez niektórych "pseudodziałaczy", którzy próbują wyeliminować z życia publicznego osoby, które mają nie tylko inne jak oni zdanie, ale też byli w opozycji do promoskiewskiego, komunistycznego reżimu w PRL-u.
 Osobiście uważam, że brak umożliwienia wypowiedzi oponentom, wzywanie policji, straszenie wezwaniem policji przypomina mi działalność w PRL-u antypolskiej, komunistycznej ubeko-bolszewii, w skrócie: komunistycznego bydła. Brakuje tylko ZOMO i ORMO!!! Przepraszam za wyrażenie, ale tak to odczuwam. Stosowanie takich metod dla normalnego, zwykłego zjadacza chleba jest niestety szokiem. Dlatego wyjaśnienie, dlaczego i za czyją sprawą tak się dzieje, jest dla mnie, a myślę, że również dla Polonii w Hamilton, niezwykle istotne.
 Z poważaniem i wyrazami szacunku, 
Aleksander Siwiak
Hamilton
 PS I jeszcze jedna prośba, jeśli jest to możliwe, by do dyskusji zaprosić chociaż kilku hamiltońskich działaczy, np. z Grupy 2 ZPwK, którzy walczyli o wolną i niekomunistyczną Polskę, np. w stanie wojennym, lub byli w opozycji do panującego wówczas reżimu. Serdecznie dziękuję.
 Otrzymują:
 KPK oddział w Hamilton
 Redakcja tygodnika "Goniec"

 Od redakcji: Szanowny Panie, proszę się nie zrażać, gdy się wchodzi do kuchni, nie można narzekać, że jest gorąco.

 Niezła kaczka!
 Od kiedy to Mike Harris jest prime ministrem? Cha cha! Pozdrawiam i życzę miłego weekendu!
 Jerry

 Od redakcji: Wzajemnie! Rzeczywiście niezła! Może podświadome myślenie życzeniowe. Dziękujemy i sprostujemy. Wzajemnie miłego weekendu. Pozdrawiamy serdecznie.
 

 Szanowny Panie Redaktorze
 W nawiązaniu do zamieszczonych w "Gońcu" (maj 15-21) informacji o pojawieniu się w zachodniej prasie znów niestety zwrotu "polskie obozy koncentracyjne", podaję do wiadomości, że "wirus" ten nie ominął i kanadyjskich mediów. 12 maja "podzielił się był nim" Global TV w kontekście też sprawy deportacji J. Demjaniuka w swoim dzienniku "Global National" o 5.30. Swój sprzeciw wyraziłem zaraz po usłyszeniu tej bredni, telefonując do Global Television. Nazajutrz wysłałem jeszcze e-mail. Nie wiem jednak, czy dano zadość wyrażonemu przeze mnie oczekiwaniu sprostowania i przeprosin za to "przejęzyczenie" w tego dnia nowej edycji G.N. 
 Łączę pozdrowienia,
 Henryk Radecki

 Od redakcji: Protestujmy natychmiast. Obrona Polski jest obowiązkiem każdego z nas.

 Panie Pawle Winiarek
 (Goniec 8-14 maja)
 Zawierzył Pan mediom polskojęzycznym. Czas zacząć poszukiwać prawdziwych informacji oraz używać własnego rozumu. Przyznanie miliardów nie jest równoznaczne z ich otrzymaniem. Żeby je otrzymać, państwo musi spełnić odpowiednie warunki ustalone przez Unię. Pieniądze muszą być użyte na rozbudowę infrastruktury, a nie na budowę przemysłu. Rząd nie ma prawa pomagać własnym stoczniom i fabrykom  oraz innym inwestycjom służącym rozwojowi kraju. Czy to nic Panu nie mówi? Upadają potężne, przeważnie dobrze prosperujące przedsiębiorstwa i kluczowe gałęzie przemysłu. Banki jako krwiobieg państwa przeszły w obce ręce. Kolejne rządy, a zwłaszcza obecna koalicja rządząca dokonuje końcowego rozbioru państwa. Czy naprawdę nie dostrzega Pan kolejnej inwazji na Polskę?
 Dzisiaj niepotrzebne są czołgi, wystarczy zawładnąć przemysłem i pracą, a cały kraj będzie pracował dla okupanta. Jeszcze Internet jest w miarę wolny. Rzetelna wiedza jest potrzebna do egzaminu końcowego, jaki nas czeka, a nie podpowiedzi prasy zagranicznej. Proszę się zastanowić, skąd Unia ma środki na utrzymanie tak potężnej administracji. Sądzi Pan, że w Brukseli pieniądze rosną na drzewach? Proszę nie wspominać o poziomie intelektualnym i zacząć studiować.
S. Zalewski - eurosceptyk
 PS Czy szanowna redakcja potrzebuje dowodów do moich wypowiedzi?

 Od redakcji: "Szanowna redakcja" nie potrzebuje takich dowodów, bo je zna.

 Redakcja tygodnika 
 kanadyjskiego "Goniec"
 W obecnym numerze Trybuny ukazał się znamienny artykuł p. E Czyżo na temat sprzeciwu w sprawie generalnej lustracji osobników, którzy ulegli w jakiś sposób aparatowi bezpieczeństwa publicznego i przeszli dobrowolnie na stronę okupanta siłą Polsce narzuconego. 
 W wypowiedzi p. Czyżo wynika, że chodzi to głównie o grupę donosicieli, którzy byli ludźmi miernymi i rozgrywali sprawę o jakieś tam mało znaczące wartości, nie zdawali sobie sprawy, jak ważna jest moralność, bo nikt ich tego nie uczył.
 Lustracja powinna dotyczyć osobników powszechnie znanych, jak były prez. Wałęsa - mędrzec narodów, czy były prez. A. Kwaśniewski, red. Maleszka czy też innych, włączając w ten szereg również wielu księży nieudaczników, hierarchów kościelnych, sędziów, prokuratorów, wysokich urzędników państwowych, którzy pełniąc swoje funkcje społeczne, polityczne czy partyjne, przyczyniali się skutecznie do coraz to większego zacofania i degrengolady Kraju.
 Zaniechanie lustracji już doprowadziło nasz Kraj do upadku nie tylko moralnego, ale również katastrofy gospodarczej, z której wydostanie się będzie niezwykle trudne i rozłożone w bardzo długim czasie.
 W pełni sprzeciwiam się zaniechaniu lustracji, dzięki której moglibyśmy odzyskać większą niepodległość i godność narodową, czego w przypadku zaniechania tej formy oczyszczenia kraju z elementów wrogich, nazywając ich drobnymi kapusiami, nie wpłynie na mentalność społeczną, poprawiając obraz całej zbiorowości narodowej.
 Nie zapominać należy, że w czasie rozbiorów w epoce rewolucji 1791 r. po przejęciu władzy przez Polaków zaczęto stawiać szubienice na ulicach Warszawy, wieszać zdrajców zarówno wielu biskupów i księży katolickich, którzy w zmowie byli z zaborcami.
 Cudem uniknął takiego losu nasz ostatni król Stanisław August, który jak wielu innych zdrajców zasługi swoje wnosił carycy Katarzynie, będąc jej płatnym kochankiem, uciekając z Polski do Rosji.
 Należy pamiętać, że Polska na przestrzeni historii składała się po części z Narodu Polskiego, który w wielu przypadkach kierował się wygodą własną, a nie prawami budowy ojczyzny. 
 My byliśmy w skali wieków przyzwyczajani do współpracy z rosyjskim okupantem i zaszczepiono to nam wbrew naszej woli. Wieloletnia niewola, korupcjogenność i powszechne kumoterstwo.
 Powinniśmy wyciągnąć z tego odpowiednie wnioski. Niestety, i tym razem lekceważymy to, a narzucona nam opozycja  forsuje na siłę takie zachowania  dla uzyskania wysokich stanowisk, tworząc elitarne grupy antyspołeczne milionerów poprzez kradzież i degradację majątku społecznego.
 Obecnie ma to miejsce ze  znaczną liczbą obywateli, również i tym razem liczyła na łatwy chleb i wygodne życie bez względu na to, komu to donosicielstwo służyło i w jakich sprawach.
 Przeciwny jestem ułatwieniom zdobycia wierzytelności spośród tych, którzy służyli okupantom. Oni powinni odpowiadać za swe niegodne czyny  w zależności od wyrządzonych szkód!
 Książka ks. Isakowicza ujawnia szereg duchownych katolickiego Kościoła, którzy również służyli obcemu okupantowi. Dlaczego więc ma nie być upowszechniana?! Czy katoliccy duchowni i hierarchowie mogą być wolni od oskarżeń, które na nich spoczywają, czy oni się wyspowiadali ze swych czynów i czy odpuszczono im przewinienia wobec wspólnej Ojczyzny...?
 Właśnie oni przede wszystkim powinni być publicznie zlustrowani i napiętnowani i skazani w przypadku, jeśli winy współpracy będą im udowodnione  w wyniku rzetelnie przeprowadzonej lustracji.
 Czekać na boską sprawiedliwość możemy, ale to nie przyniesie zamierzonego skutku. Prawo powinno obejmować wszystkich bez względu na zajmowaną funkcję społeczną czy kościelną.
 Powodem obecnego stanu Polski było uniemożliwienie lustracji w czasie, kiedy rozmowy toczyły się przy "okrągłym stole". Ci, którzy brali w nim udział, najbardziej obawiali się lustracji powszechnej, ale po wprowadzeniu wielu z tych, którzy obecnie stoją u władzy, obronili swoje priorytety i przyszłe przywileje zamierzone od chwili forsowania totalnych przekrętów - zostawiając kraj w pełnym upokorzeniu.
 Większość Narodu cierpi z tego powodu i tendencje zaniechania lustracji są cechą narzucającą nam dalszą  podległość grupie aspołecznej opartej na tendencjach sterowanych przez dawnego okupanta naszego kraju i nierzadko zwyrodniałych aparatczyków. 
Hubert W. Abramowicz
Toronto, 19.05.09

Od redakcji: No, niestety ma Pan rację.
 
 

GONIEC NR 20/2009 (279) (15-21 maja 2009)
 

 Nowy oblat się ujawnił
 Po przeczytaniu artykułu z 8-14 maja o budowie kościoła, mną zatelepało. Ja mieszkam w Brampton dwadzieścia lat. Ale jak ten Pan nie zna i nie wie, co się tu dzieje, to najpierw proszę się zapisać do tej parafii. To wszystkiego się dowie. A co za różnica w tym kraju, kto buduje.  Chorwat i Polak to dwa bratanki. Mnie to wcale nie razi w oczy. Gdyby nawet budował czarny czy żółty. Jeżeli ktoś ma doświadczenie w budowaniu kościołów, to chwała mu za to. A ja bym Panu szanownemu proponowała iść na rekolekcje. A Pan naszego Proboszcza zostawi w spokoju. Bo nie myślę, że Proboszcz z Brampton wchodzi do Pana gara, a od naszej parafii to wara. Każdy chce mieszać i kłody podkładać, na jakiej ziemi pan żyjesz, to jest Kanada.
 Jan Paweł II świętej pamięci nie wybierał tylko Polaków, wybierał cały świat i każdy kolor skóry. Właśnie my jesteśmy tym całym światem.
 Stanisława Jaskulska

 Od redakcji: Rekolekcje nikomu jeszcze nie zaszkodziły.

 Witam ponownie,
 W odpowiedzi na mój list polemiczny odpisał Pan na łamach "Gońca": "Odsyłamy do lektury tekstu ?Polska dopłaca do UE= na stronie 23. I wie Pan, nie o poziom nam chodzi, lecz o prawdę". Ciekawy jestem, do jakiej prawdy dotarliście w tej materii. Czy byłby Pan uprzejmy przesłać mi e-mailem ten wasz artykuł "Polska dopłaca do UE"? 
 W mieście Quebec, gdzie mieszkam, "Goniec" jest dostępny tylko w sieci www. W polskich sklepach nie ma go w sprzedaży.
 Z góry dziękuję
 Paweł Winiarek

 Od redakcji: Postaramy się zorganizować sprzedaż w mieście Quebec.

 Szanowny Panie Redaktorze,
 Piszę tych kilka zdań z uczuciem wielkiego niesmaku, żalu, a nawet goryczy. Liczyłem po wygnaniu z kraju, że tu na obczyźnie znajdę się wśród patriotów, pięknych postaci. Nawet na początku tak było, weterani zaprawieni w bojach wojennych i pracach społecznych byli motorem napędzającym wszystkie inicjatywy.
 Pomagano emigracji lat osiemdziesiątych, organizowano akcje, takie jak: mleko dla dzieci po Czarnobylu, lekarstwa do szpitali w kraju, obuwie dla dzieci w stanie wojennym czy pomoc dla Solidarności, wyjazdy na demonstracje pod konsulat PRL, pomoc dla powodzian itp.
 Ubódł mnie wtedy artykuł w "Echu" Grażyny Farmus pod tytułem "Polonijne zadupie". Dzisiaj po latach, gdybym spotkał Panią Farmus, przeprosiłbym ją, uznając, że ma rację. Ludzie czynu odeszli na wieczną wartę, a w ich miejsce weszli młodzi, pożal się Boże weterani z milicji, ORMO, sekretarze partii i byli donosiciele do konsulatu PRL, którym przy bramie konsulatu Pani Grażyna życzyła, żeby kością się udławili na bankiecie z okazji 22 lipca. Piękny ośrodek stał się biznesem, a nie ośrodkiem polonijnym, jak było za dobrych czasów.
 Polonia tłoczy się w malutkiej salce pod kościołem, bo pseudoweterani robią interes na serwowaniu obiadów nie-Polakom na sali z dużą sceną.
 Tak było 3 maja, tak było na Dzień Matki, no i tak chyba będzie zawsze, bo inne organizacje polonijne nie mogą się z tym towarzystwem dogadać.
 Niestety, tak w przeważającej części wygląda życie polonijne, albo żrą się o budynki, wydając cały społeczny majątek na adwokatów wiadomego pochodzenia, albo opanowują ośrodki grupy można by nazwać przestępcze.
Nazwisko i adres znane redakcji

 Od redakcji:  Szanowny Panie, rzeczywistość nie jest idealna,  nie idealizujemy ani jednej, ani drugiej fali emigracji, to prawda, że ludzie wychowani w wolności II RP byli jakby z innej gliny, z kolei również i w tym pokoleniu znajdzie Pan miernoty, konformistów i całą kompanię tych, co się wałęsali po salonach konsulatów bolszewickiej Polski. Zamiast biadolić, lepiej jest działać. Kontestowanie życia polonijnego niczemu nie służy i oddaje pole byłym agentom, miernotom, hochsztaplerom i złodziejom. 
 
 

ARCHIWUM nr 24
ARCHIWUM nr 23
ARCHIWUM nr 22
ARCHIWUM nr 21
ARCHIWUM nr 20
ARCHIWUM nr 19
ARCHIWUM nr 18
ARCHIWUM nr 17
ARCHIWUM nr 16
ARCHIWUM nr 15
ARCHIWUM nr 14
ARCHIWUM nr 13
ARCHIWUM nr 12
ARCHIWUM nr 11
ARCHIWUM nr 10
ARCHIWUM nr 9
ARCHIWUM nr 8
ARCHIWUM nr 7
ARCHIWUM nr 6
ARCHIWUM nr 5
ARCHIWUM nr 4
ARCHIWUM nr 3
ARCHIWUM nr 2
ARCHIWUM nr 1
ARCHIWUM nr 0
 
 

***


KONTAKT: 
tel. 905-629- 9738
fax 905-629-9764 
 e-mail: redakcja@goniec.net



.. .
webmaster