Goniec

Switch to desktop Register Login

piątek, 28 październik 2016 15:28

Dezercja z konsulatu PRL w Toronto

Kontynuujemy publikację materiałów złożonych w Instytucie Pamięci Narodowej, a dotyczących Kanady, dzisiaj rozpoczynamy druk materiałów związanych z dezercją wicekonsula i jego żony (na zdjęciu) z Konsulatu Generalnego PRL w Toronto w 1981 roku, tuż przed wprowadzeniem stanu wojennego. Są to materiały zgromadzone przez służby PRL podczas prowadzonego śledztwa i postępowania sądowego.

WARSZAWA,
dnia 12 listopada 1981 roku

N O T A T K A

Służba Bezpieczeństwa Ministerstwa Spraw Wewnętrznych uzyskała potwierdzoną informację z której wynika, że:
Marek OSTASZEWICZ s. Włodzimierza i Anny, ur. 4.6.1950 r. w Warszawie, wykształcenie wyższe – studia doktoranckie na Uniwersytecie Warszawskim ukończył w 1980 r., zamieszkały na stałe w Warszawie przy ul. Witolińskiej 4, pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych

oraz jego małżonka:

Krystyna KRUCZEK-OSTASZEWICZ c. Jakuba i Zofii, ur. 12.5.1943 r. w m. Szczyk, wykształcenie wyższe – ekonomiczne, zatrudniona w Ministerstwie Spraw Zagranicznych od 1961 r. ostatnio na stanowisku naczelnika wydziału w Departamencie Administracji, Finansów i Inwestycji,
zdezerterowali opuszczając miejsce pracy w Konsulacie Generalnym PRL w Toronto.
Marek OSTASZEWICZ pełnił funkcję attache konsularnego zaś jego małżonka Krystyna KRUCZEK-OSTASZEWICZ zajmowała się w Konsulacie sprawami administracyjnymi i finansowymi.
Marek Ostaszewicz powiadomił Konsulat, iż postanowili oni odmówić powrotu do kraju.
Według posiadanych wiarygodnych informacji Marek Ostaszewicz i Krystyna Kruczek-Ostaszewicz w latach 1974–1975 pracowali w delegacji polskiej do Międzynarodowej Komisji Kontroli i Nadzoru w Laosie /Vientiane/, gdzie prawdopodobnie nawiązali kontakt ze służbami specjalnymi Kanady i USA.

Opublikowano w Teksty

        Plan likwidacji stolicy Polski powstał jeszcze przed napaścią Niemiec na Polskę. 20 czerwca 1939 roku Adolf Hitler zwiedzał pracownię architektoniczną w Wuerzburgu nad Menem.

        Uwagę jego przykuł wówczas projekt przyszłego niemieckiego miasta Warschau, leżącego na trasie Berlin – Moskwa. Chodzi tu o stolicę Polski, liczącą w chwili zwiedzania Wuerzburga przez Hitlera około 1,3 miliona mieszkańców.

        Plan ten przewidywał całkowitą likwidację stolicy Polski w zakresie urbanistycznym i ludzkim. Po wybuchu działań wojennych i zajęciu Warszawy prace aktualizowano, uwzględniając zniszczenia miasta w czasie jego obrony we wrześniu 1939 r.

        Już 6 lutego 1940 r. niemiecki prezydent miasta Warszawy, dr Rudolf Dengel, ofiarował generalnemu gubernatorowi dr. Hansowi Frankowi niecodzienny prezent: komplet dokumentacji „nowego niemieckiego miasta Warszawy” (Die neue Deutsche Stadt Warschau).

        Cały projekt składał się z 15 plansz i fotografii i miał stwarzać wrażenie solidnego opracowania.

        Wśród wszystkich plansz najważniejszy jest kolorowy plan przyszłego miasta, granice obejmują tu 6 km kw. zabudowanej powierzchni plus 1 km kw. Pragi, co daje 7 km kw. zabudowy. Te 7 km kw. zabudowy stanowi zaledwie dwudziestą część obszaru Warszawy z 1939 r. Miało to być całkowicie nowe, prowincjonalne miasto leżące na skrzyżowaniu autostrad relacji wschód-zachód i północ-południe...

        Dr hab. Andrzej Leszek Szczęśniak z książki „Plan zagłady Warszawy, KL Warschau”.

***

        Może wydawać się to dziwne, ale znany polski pistolet Vis z 1935 r. jest ostatnią bronią palną zaprojektowaną z myślą o potrzebie kawalerzysty walczącego na koniu.

        Wielu historyków wojskowości doskonale udokumentowało tragiczne w skutkach użycie kawalerii w czasie pierwszej wojny światowej, opisując szarże poprzez zasieki z drutów kolczastych oraz ziemię przeoraną lejami po bombach. Jednakże podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku, na olbrzymich obszarach wschodniej Rzeczypospolitej kawaleria sprawdziła się doskonale i, jak wiemy, z dobrym skutkiem.

        Po odzyskaniu niepodległości druga Rzeczpospolita odziedziczyła kolekcję różnorodnej broni, często nadającej się bardziej do muzeum niż na pole walki. Powstała pilna potrzeba ujednolicenia oraz unowocześnienia uzbrojenia.

        Początkowo armia zastanawiała się nad pistoletem CZ wz 24 o słabiutkim kalibrze 380ACP. Pistolet ten okazał się zawodny w testach na poligonie, a kaliber dużo za słaby dla kawalerzysty. Dwóch polskich inżynierów, Piotr Wilniewczyc oraz Andrzej Dowkontt, niezależnie od prac wojskowych postanowiło zaprojektować polską konstrukcję bez żadnych kosztów związanych z wykupywaniem patentów.

        Inżynierowie stwierdzili, że colt model M1911 lub FN (fabrica nationale) model 1903 stanowią dobrą podstawę wyjściową do zaprojektowania nowoczesnego pistoletu na potrzeby armii. Oba pistolety były zaprojektowane przez geniusza rusznikarstwa Johna Mosesa Browninga i w obu przypadkach prawa patentowe wygasły.

        Do zespołu dołączył Jan Skrzypiński, dyrektor państwowej fabryki karabinów w Warszawie, i zaczęto prace nad udoskonaleniem colta wz. 1911. Jak się później okazało, był to jeden z rzadkich przypadków w historii, kiedy to udoskonalono wytwór geniuszu Johna Browninga.

        Jak dobry był to wybór, niech świadczy historia pistoletu Colt wz. 1911 kal. 45ACP (automatic colt pistol), czyli o średnicy pocisku 11.43mm. Pistolet ten, zaadaptowany do wyposażenia armii amerykańskiej, służył w wielu wojnach, włączając dwie wojny światowe, aż do roku 1981... Czyli przez 75 lat, aż do czasu, kiedy to Stany Zjednoczone zmuszone układami w NATO (rzadkość) musiały zaadaptować najbardziej popularny kaliber pistoletowy na świecie 9mm – Parabellum. Zmiana kalibru spowodowała przyjęcie do wyposażenia armii amerykańskiej włoskiego pistoletu marki Beretta 92, pod warunkiem że będzie produkowany w USA; armia amerykańska robi zakupy tylko u siebie.

        Przez długi czas podręczniki wojskowości wielu krajów uczyły strzelać z broni krótkiej w pozycji „olimpijskiej“; pistolet był trzymany w jednej wyciągniętej ręce; pozycja wyprostowana, stojąca.

        Wielu entuzjastów strzelectwa zdawało sobie jednak sprawę, że taki trening nie oddaje realiów prawdziwej walki na pistolety.

        W 1976 r. powstała w Ameryce organizacja skupiająca entuzjastów nowej dyscypliny strzeleckiej, Internantional Practical Shooting Competition IPSIC. W dyscyplinie tej wymagana jest umiejętność strzelania z różnych pozycji do wielu celów, liczy się szybkość oddawania strzałów i celność. Pistolet jest trzymany, jeśli tylko dana sytuacja pozwala, oburącz.

        Lata siedemdziesiąte były to czasy, kiedy to Dirty Harry królował na ekranie ze swoim 44 magnum rewolwerem, a każdy departament policji w Stanach Zjednoczonych uważał rewolwer za najbardziej praktyczną, skuteczną oraz niezawodną broń krótką. Pierwsi uczestnicy IPSIC uznali rewolwer za najlepszą opcję do wygrania zawodów, lecz szybko okazało się, że pistolet Colt wz. 1911 i jego klony jest dużo bardziej skutecznym narzędziem pozwalającym wygrywać zawody.

        Dzisiaj nie zanosi się, żeby supremacja pistoletu Colt 1911 oraz jego klonów w konkurencji sportowej, jaką jest IPSIC, została przełamana przez jakiś inny rodzaj broni krótkiej

        Wracając do historii powstania pistoletu Vis, najbardziej znaczącą różnicą w sensie użytkowym jest brak bezpiecznika kciukowego. John Browning uważał taki bezpiecznik za zbędny i zaprojektował pistolet bez niego, bezpiecznik kciukowy został zamontowany do pistoletu Colt 1911 później, na wyraźne żądanie armii amerykańskiej.

        Polscy inżynierowie, tak jak i John Browning uważali, że pistolet jest całkowicie bezpieczny z bezpiecznikiem zamontowanym w tylnej części uchwytu. Bezpiecznik ten powoduje, że mechanizm spustowy jest rozłączony z iglicą do czasu prawidłowego uchwycenia broni przez strzelca. Czyli upuszczenie załadowanej broni nie może doprowadzić do wystrzału.

        W miejsce bezpiecznika kciukowego w visie zastosowano zaczep zamka, dźwignię, która wygląda bardzo podobnie do bezpiecznika kciukowego, ale pełni zupełnie inną rolę.

        Nowością było zainstalowanie w tylnej części suwadła/zamka zwalniacza kurka, co było pierwszym tego rodzaju rozwiązaniem w broni wojskowej.

        W colcie wz. 1911, jeśli nabój został wprowadzony do komory nabojowej, a strzelec nie oddał strzału, jedyną „bezpieczną” metodą na spuszczenie kurka jest włożenie kciuka drugiej ręki między suwadło a kurek, naciskając spust, kurek spada, więc na paznokieć kciuka, a nie na iglicę, i nie dochodzi do strzału, pistolet jest nadal gotowy do walki.

        Wykonanie takiej czynności na grzbiecie pędzącego konia może być niewykonalne, zwalniacz kurka pozwalał żołnierzowi wykonanie tej czynności jedną ręką, a właściwie kciukiem, w dodatku nie dotykając spustu.

        Zwalniacz kurka znacznie podnosi więc bezpieczeństwo broni.

        Kolejną rzeczą, jakiej Polacy się pozbyli, był ruchomy łącznik lufy. Zastąpiono go specjalną brodą, co uprościło zarówno ryglowanie lufy, jak i produkcję pistoletu. Wprowadzono żerdź urządzenia powrotnego, jak i sprężynę taką samą jak długość lufy, no i oczywiście nowy pistolet był zaprojektowany do kalibru 9mm parabellum, który szybko stawał się europejskim i światowym standardem.

        Pistolet Vis był bronią bardzo nowoczesną zarówno pod względem użytkowym, jak i technologii produkcji. Jedyny zarzut, jaki współcześni stawiają, to słabe i małe przyrządy celownicze, muszka i szczerbinka.

        Od zarania broni palnej wiele podręczników strzelectwa przykłada dużą wagę do (pointability) strzelania instynktownego, inaczej mówiąc, broń, zwłaszcza broń krótka, powinna być tak zaprojektowana, żeby być przedłużeniem ręki i automatycznie celować w miejsce, w które ręka strzelca jest wyciągnięta.

        Dla kawalerzysty prawidłowe ustawienie muszki i szczerbinki na pędzącym koniu jest praktycznie niemożliwe, strzelanie instynktowne jest niezmiernie ważne, jeśli nie jedyne.

        Inżynierowie znają dwie drogi projektowania pistoletu w celu zwiększenia pointability. Jedna to zaprojektowanie pistoletu, którego uchwyt jest zbudowany pod dość ostrym kątem w stosunku do suwadła/zamka lufy, tak jak w sławnym niemieckim pistolecie Luger. Druga metoda to zrobienie uchwytu, który się zwęża w górnej części w stosunku do dolnej, i tę drogę obrali Wilniewczyc i Dowkontt.

Porównując visa z coltem wz. 1911, wyraźnie widać, że rękojeść visa jest węższa w górnej części i rozszerza się w dole, a colta jest tak samo szeroka na całej długości. Taki chwyt dużo lepiej leży w dłoni oraz poprawia celność.

        Co ciekawe, sam John Browning w swoim kolejnym projekcie, Browningu Hi power, zaprojektował podobny rodzaj uchwytu.

        Porównując dalej obydwa pistolety, w miejscu, gdzie colt 1911 ma bezpiecznik kciukowy, w visie znajduje się podobnie wyglądająca dźwignia, która służy do zatrzymana suwadła w tylnej pozycji.

        Demontaż pistoletu jest niezwykle prosty. Trzeba odciągnąć suwadło do tyłu, zablokować w tej pozycji przy pomocy dźwigni opisanej powyżej, następnie pociągnąć do przodu żerdź urządzenia powrotnego, zwalnia to nacisk sprężyny na zatrzask zamka, po wyjęciu zatrzasku możemy oddzielić suwadło od zamka, przesuwając suwadło do przodu, resztę lufę i urządzenie powrotne wyjmujemy tak jak w colcie 1911. Nie potrzeba narzędzi, natomiast w colcie potrzebny jest specjalny klucz do wyjęcia łożyska lufy (bushing), dalszy demontaż jest taki sam jak w visie.

        Pistolet Vis został wprowadzony do produkcji w 1935 r. w fabryce w Radomiu pod nazwa „pistolet wojskowy wzór Vis 1935”, jednakże w Ameryce Północnej pistolet jest znany pod nazwa Radom i jest nadal najlepszą reklamą Fabryki Broni Łucznik w Radomiu.  Czasami Vis w Ameryce jest nazywany także Polish Browning.

        Około osiemnastu tysięcy pistoletów Vis zostało wyprodukowanych pomiędzy rokiem 1935 a 1939, zanim fabryka broni w Radomiu została opanowana przez Niemców. Niemcy zajęli Radom 8 września.

        Okupanci szybko docenili zalety pistoletu Vis, który był bardziej niezawodny niż niemiecki Luger P-08 oraz Walther P38. Vis staje się pistoletem wysyłanym na potrzeby żołnierzy walczących w śniegu i błocie frontu wschodniego.

        Vis staje się pierwszym obcym pistoletem, który Wehrmacht Waffenamt zatwierdził na potrzeby armii niemieckiej.

        Fabryka w Radomiu weszła w skład austriackiego koncernu Steyer-Daymler-Pooch AG jako Gewehrfabrik Radom. Szacuje się, że od 1939 roku do 1944 Niemcy wyprodukowali 310 tys. pistoletów głównie w fabryce Steyer-Daimler-Puch. Produkcja visa była tak duża, że do roku 1945 vis stał się trzecią co do liczby bronią krótką w siłach zbrojnych faszystowskich Niemiec, zaraz za wymienionymi Luger P-08 i Walther P38.

        Pierwsze trzy tysiące pistoletów wyprodukowanych przez Niemców w Radomiu są identyczne z visami polskiej przedwojennej produkcji. Części pistoletu były polerowane, dzięki czemu jego powierzchnia jest niezwykle gładka, a oksyda miała piękny ciemnogranatowy kolor. Okładki uchwytu wykonane były z czarnego ebonitu nacinanego w kratkę. Lewa okładka miała symbol „FB” wpisany w odwrócony trójkąt, a na prawej okładce znajdowała się nazwa broni „VIS”. Różnicą był brak polskiego orła, w zamian wybito na lewej części zamka znak kontrolny Wehrmachtu.

        Miłośnicy i kolekcjonerzy militariów zaliczają tę wersję visa do Grade 1 pistols.

        W miarę wzrastającego wysiłku wojennego machiny niemieckiej, co jak widzimy występuje bardzo szybko, bo już po trzech tysiącach egzemplarzy w pistolety Vis, które i tak w znacznej części zostały złożone z elementów z polskiej produkcji przedwojennej, Niemcy zaczynają wprowadzać uproszczenia w celu potanienia i przyspieszenia produkcji.  

        Austriacy inżynierowie w celu przyspieszenia produkcji usuwają nacięcia w tylnej części uchwytu służące do mocowania kolbokabury. Wykończenie pistoletu staje się niestaranne, z licznymi śladami freza.          

        Tę partię visów zalicza się do Grade II pistol (wariant).

        Dalszy wysiłek wojenny Niemiec, brak materiałów i wykwalifikowanej siły roboczej doprowadzają do powstania pistoletu kategorii III.

        W pistoletach tych usunięto dźwignię zatrzasku zamka. Okładziny uchwytu zrobione są z surowego drewna nacinanego w poprzek. Zamiast oksydowania zabezpieczenie przed korozją w procesie fosforanowania nadaje broni matowy zielonkawy kolor.

        W dalszej kolejności sworznie zrobione z solidnego kawałka metalowego pręta zastąpione zostały sworzniami z kawałka zwijanej blachy. Podobnie spust, w oryginalnym visie robiony był z jednego kawałka metalu, natomiast w kolejnych wersjach niemieckich robiony był z kilku zgrzewanych kawałków blachy.

        Pistolety kategorii III wyglądają jak wojskowy złom, ale nadal jest to dobrze strzelająca niezawodna broń i każdy egzemplarz posiada znak kontroli Wehrmachtu.

        Powstanie Warszawskie wybucha 1 sierpnia 1945 roku, natomiast jak podają źródła, już latem 1944 roku Niemcy muszą ewakuować fabrykę w Radomiu. Transporty z Radomia miały zostać skierowane na wschód Austrii, do zakładów produkujących silniki do heinkli, Flugzeugmotorenwerke FLUMO wchodzących w skład koncernu Steyer, jednak ze względu na naloty alianckie, nigdy tam nie dotarły. Pociągi z częściami i wyposażeniem skierowano do austriackiego miasta Molln oddalonego kilkadziesiąt kilometrów od Steyer. Akcja ta została zakończona w końcu lipca 1944 roku, czyli przed wybuchem Powstania Warszawskiego.

        W Molln okazało się, że nie ma miejsca na zamontowanie linii produkcyjnej visa i ostatecznie linię montażową zdecydowano się skierować do czeskiego Znojma oddalonego od Steyer o przeszło 200 km.

        W Znojme powstały ostatnie serie visów. Należy jeszcze wspomnieć, że zachował się projekt „oszczędnościowego” visa, czyli pistoletu wykonanego w technologii tłoczenia i zgrzewania części, ale mimo wysiłków nie zdążono uruchomić jego produkcji.

***

        Jak widać z historii produkcji visa, 1 sierpnia 1944 roku, w momencie wybuchu Powstania Warszawskiego, Niemcom brakuje wszystkiego, nawet drutu i blachy; przegrywają na wszystkich frontach, przewaga Związku Sowieckiego jest miażdżąca.

        Najbardziej brakuje żołnierzy, Hitler, podobnie jak wcześniej Stalin, zakazywał cofania się armii niemieckiej, był także opętany ideą miast-twierdz. W miastach tych załoga miała rozkaz walczyć do ostatniego żołnierza w okrążeniu.

        Wszystko to powodowało, że liczba jeńców niemieckich dostających się do niewoli sowieckiej była przytłaczająca.

        Rosyjska ofensywa Pierwszego Frontu Białoruskiego na Mińsk z czerwca 1944 roku, czyli na niecałe dwa miesiące przed wybuchem Powstania Warszawskiego, była tak olbrzymim sukcesem, że wywołała niedowierzanie na Zachodzie. W odpowiedzi Stalin uruchamia operację Grand Waltz i 17 lipca organizuje w Moskwie słynną paradę jeńców, na czele której defilowało dziewiętnastu generałów niemieckich.

        Tak jak przegrana Niemców pod Kurskiem pozbawiła armię niemiecką możliwości ofensywnych na froncie wschodnim, tak ofensywa pod Mińskiem znana jako operacja Bagration pozbawiła Niemców możliwości skutecznej obrony.

        Tak przynajmniej pokazuje późniejsza historia. Armia Czerwona posuwa się na Zachód prawie bez przeszkód, a większe ośrodki niemieckiego oporu jest w stanie otoczyć i pozbawić wpływu na losy wojny, przykładem są wschodnie Prusy i Kurlandia. Okrążony Wehr-macht poddał się w tych miejscach już po upadku Berlina.

        Pierwszą i ostatnią przeszkodą przed atakiem na Berlin, która na długo zatrzymała Rosjan, jest Warszawa.

        Przejdźmy teraz do kalendarium wydarzeń: 1 sierpnia wybucha Powstanie Warszawskie, 2 października przedstawiciele gen. Komorowskiego „Bora” w Ożarowie w siedzibie gen. SS Ericha von dem Bacha podpisują kapitulację. Układ kapitulacyjny zapewniał powstańcom prawa kombatanckie. Niemcy nie zgodzili się na pozostawienie w Warszawie ludności cywilnej, której wysiedlanie rozpoczęto jeszcze w czasie trwania walk.

        Dlaczego? Co było motywem tej decyzji?

        Wiemy, że Warszawa miała być zniszczona, ale czy to nie jest kolejny prezent Niemców dla Stalina?

        Niemal nazajutrz po kapitulacji Niemcy, używając deficytowych materiałów wybuchowych, przystępują do realizacji planu zrównania Warszawy z ziemią; Warszawy, która i tak była zniszczona walkami i bombardowaniem.

        Rosjanie, którzy zatrzymali ofensywę, ponieważ woleli, żeby to Niemcy rozprawili się z powstaniem, przynajmniej tak nam się to tłumaczy, czekają kolejne dwa miesiące, aż Niemcy wyburzą Warszawę, dlaczego? Na początku stycznia 1945 roku Armia Czerwona liczy 6 milionów, z jakichś względów współzawodnictwo pomiędzy generalicją sowiecką, które narzucił Stalin, w wyścigu na Berlin się nie liczy, a dla Stalina nie liczy się szerzenie rewolucji na Zachodzie Europy. Dlaczego?

        Dopiero 12 stycznia 1945 roku w okolicach Sandomierza Pierwszy Front Ukraiński pod dowództwem marszałka Koniewa przekracza Wisłę, Rosjanie zatrzymują się na Odrze 14 dni później, czyli 25 stycznia 1945 r., natomiast Żukow i Pierwszy Front Białoruski 14 stycznia wchodzą do Warszawy, a do Odry docierają 31 stycznia, czyli w 17 dni.

        Wniosek nasuwa się sam – przez pięć miesięcy, od 1 sierpnia 1944 r. do stycznia 1946, Niemcy nie byli w stanie przygotować i przeprowadzić jakiejkolwiek skutecznej obrony. Dlaczego więc w obliczu takiej klęski wszelkimi możliwymi środkami i z całą zaciętością niszczyli Powstanie Warszawskie? Niemcy, którzy wymyślili Blitzkrieg, gdyż już przed wojną wiedzieli, że nie są w stanie prowadzić długotrwałej wojny na wyniszczenie?

      Panzerwurfmine  Obłęd był opanował Niemców, a nie powstańców, a przykład visa nie jest tu jedyny. W końcowej fazie wojny Niemcy produkują takie „cacka”, jak jednostrzałowy karabin Steyr Volkssturmgewehr VK 98 kalibru 7.92X57mm czy pistolet maszynowy Erma EMP 44 cal. 9mm, który wygląda, jakby był zrobiony przez hydraulika z kilku rurek. No i największe „cacko” Panzerwurfmine, czyli pancerfaust wyrzucany ręcznie.

        Polacy w połowie 1944 r. nie mieli do wyboru dobrych rozwiązań, złe skutki miała tak decyzja o powstaniu, jak i powstrzymania się od walki, natomiast wygląda, jakby Niemcy działali na własną szkodę, a Rosjanie, tak jakby na 5 miesięcy zrezygnowali z własnych planów.

        Polscy historycy zajmują się tylko logiką polskiego dowództwa i najczęściej wychodzi im, że to powstańcy nie mieli racji, tak jakby mordowanie ludności cywilnej czy wyburzanie całego miasta było normalną sprawą i zbójeckim prawem naszych oprawców.

        Może najbliżej prawdy jest amerykańska historyczka Alexandra Richie, która w książce „Warszawa 1944 tragiczne powstanie” szuka wytłumaczenia postępowania Niemców, którzy walcząc na dwóch frontach, tak wiele sił zaangażowali w doszczętne zniszczenie miasta, które i tak już w dużym stopniu było morzem ruin, a dowództwo nie mogło nie wiedzieć, że Niemcy przegrywają wojnę.

        Pani Richie sugeruje, że Niemcy myśleli długofalowo o spadku, jaki po tej wojnie zostanie. Trzecia Rzesza przegra, ale zostanie państwo niemieckie i jemu Hitler chciał zostawić spuściznę po sobie: Europę bez Żydów i Cyganów oraz Polskę bez największego ośrodka buntowniczego – Warszawy.

        Powołuje się ona na wypowiedź Himmlera: „Stolica, mózg i inteligencja narodu polskiego zostanie starta. Tego narodu, który od siedmiuset lat blokuje nam Wschód i od bitwy pod Grunwaldem ciągle nam stoi na drodze. Wtedy ten historyczny problem dla naszych dzieci i dla nas wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet już dla nas – nie będzie dłużej istniał”.

        Richie cytuje rozmowę, którą Himmler i Hitler przeprowadzili po otrzymaniu informacji o wybuchu powstania. Himmler twierdził, że WBREW POZOROM? Jest ono Niemcom bardzo na rękę.

        Kim byli ci panowie? I czy nie było prawdziwych wojskowych w ich otoczeniu?

        Himmler, druga osoba po Hitlerze w państwie niemieckim, naczelny ideolog nazizmu oraz nieudany farmer z wykształceniem rolniczym, bez edukacji w wojskowości. Zgodnie z ideologią, jaką głosili naziści, a której „papieżem” był Himmler, ludzkość ewoluowała przez różne etapy, a na każdym etapie dominowała inna rasa.

        Były różne cywilizacje, które ginęły w taki czy inny sposób, najczęściej zatopione przez ocean. Ostatnia, Atlantyda, dołączyła do innych zatopionych, ale nie wszystko zostało stracone. Elita wydostała się z tonącego kontynentu i znalazła schronienie w także zaginionym później królestwie Tybetu o nazwie Shambala. Z Shambali wiedza Atlantów wraz z nową już rasą Aryjczyków rozprzestrzeniła się w kierunku zachodnim.

        Oczywiście większość tej nowej rasy potomków Atlantów znalazła się na terenie III Rzeszy, ale nie tylko. Naziści wierzyli, że ta „dobra krew” jest rozproszona i, jako najeźdźcy, mieli rozkaz tę „dobrą krew” w podbitych krajach pozyskać albo zniszczyć.

        Tak więc możliwe, że podtruty gazem musztardowym kapral wraz z nieudanym farmerem zdecydowali się na eksterminację ludności Warszawy tylko po to, żeby zniszczyć tę „dobrą krew”, której nie dało się pozyskać, ale nadal nie wiemy, dlaczego zdecydowali się niszczyć już i tak zniszczone miasto, no i dlaczego Stalin dał im na to czas?

        Ostatecznie Niemcy to dziwny naród, i to nie tylko jeśli mówimy o czasach wojny, komunizm upadł w Niemczech Wschodnich jako ostatni, i to przy wydatnej pomocy Gorbaczowa.

        Analiza Powstania Warszawskiego tylko i wyłącznie z punktu widzenia polskiego ruchu oporu nie bardzo ma sens, a głębsza analiza może wykazać, że jedyna racjonalna logika była po stronie polskiej.

        I ostatnie pytanie, czy istniały odpowiedniki planu Pabsta dla innych miast europejskich? Jest to w sumie najważniejsze pytanie, bo jak wiemy, geopolityka nigdy się nie zmienia.

Jerzy Rostkowski

        – Większość informacji o pistolecie Vis autor czerpał z bardzo dobrej książki pt. „Pistolet Vis wz.35”, Michał Mackiewicz i Marcin Ochman, kupionej w Warszawie w Muzeum Wojska Polskiego podczas Marszu Niepodległości 2015 r.

Opublikowano w Teksty
piątek, 02 wrzesień 2016 14:18

Niemiecki obóz dla polskich dzieci w Lubawie

wasniewski        Pierwsza wzmianka źródłowa na temat ziemi lubawskiej, o istnieniu grodu w Lubawie, pochodzi z 1216 r. Wzmianka ta jest w dokumencie papieża Innocentego III z 18 I 1216 r., w którym biskupowi pruskiemu Chrystianowi papież potwierdził posiadanie ziemi lubawskiej jako darowizny od nowo nawróconego Prusa o imieniu Suwabuno. W 1257 r. Lubawa i okolice zostały własnością biskupów chełmińskich, co spowodowało rozkwit miasta. Biskupi wybudowali zamek, będący ich rezydencją, co podniosło Lubawę, jako centrum o charakterze miejskim i obronnym.

        W 1440 r. Lubawa przystąpiła do Związku Pruskiego walczącego przeciw zakonowi krzyżackiemu. Pokój toruński w 1446 r. Lubawę i okolice włącza do Polski, ten stan polityczny trwa do I rozbioru Polski 1772 r., w wyniku którego Lubawę i okolice zajmują Prusy. Traktaty tylżyckie z 7 II 1807 r. włączają ziemie lubawskie do Księstwa Warszawskiego. Mimo napływu ludności niemieckiej i ciągłej germanizacji, ziemia lubawska zachowała swój specyficzny charakter polski. Ziemia lubawska w czasie powstania 1863 r. utworzyła tzw. kompanię lubawską. Lubawa przeżywa ponowny rozkwit w drugiej połowie XIX wieku. Powstają polskie instytucje gospodarcze, jak: Towarzystwo Rolnicze, Bank Ludowy, oraz społeczno-kulturalne Stowarzyszenie „Wiara” i Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”, następuje silny rozwój szkolnictwa. Koniec I wojny światowej oraz traktat wersalski przyłącza powiat lubawski do Polski. 19 I 1920 r. oddziały polskie z armii generała Józefa Hallera wkraczają do Lubawy. Lubawiacy entuzjastycznie witają żołnierzy polskich. Następuje nowy etap w rozwoju gospodarczym, kulturowym i politycznym powiatu lubawskiego.

Opublikowano w Teksty

NiemczykJanusz        Sierżant Tadeusz Międzybrodzki był serdecznym przyjacielem mojego ojca. To było ponad 40 lat temu. Wspólnie mieli małą spółkę. Hodowali owce. Ziemię dzierżawili od aeroklubu w Jeleniej Górze. Ziemia nie była dzierżawiona na głównym lotnisku, lecz na tak zwanej Górze Szybowcowej. Ja czasem też pasałem te owce i pomagałem przy sianokosach. Kiedy padał deszcz, był czas na rozmowy. Czasami, żeby się rozgrzać, wyciągali butelkę i wypijali na rozgrzewkę po kieliszku. Pamiętam, jak pan Tadeusz siadał skulony na taborecie z papierosem w ręku i mówił jakby do siebie: panie Michale, a to było tak...

        Na trzeźwo często zaczął coś opowiadać, odpowiadał na taty pytania, a później się jakby zacinał i nie kończył opowieści. Pan Tadeusz często opowiadał o swoich przeżyciach, a najwięcej o czasach drugiej wojny światowej, kiedy był żołnierzem kompanii fizylierów w 1. Pułku Piechoty 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki.

        Urodził się w wielodzietnej rodzinie chłopskiej w wiosce gdzieś koło Stanisławowa w 1926 roku. Ojciec był bogatym chłopem. Stało się tak dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Tuż przed zapanowaniem w Polsce hiperinflacji, zdaje się w roku 1923, ojciec pan Międzybrodzkiego pojechał na targ do Stanisławowa, by kupić krowy. Tam dowiedział się, że hrabina z pobliskiego majątku chce sprzedać 10 hektarów ziemi. On zebrał oszczędności i kupił tę ziemie. Hrabina została niedługo potem z setkami tysięcy bezwartościowych marek polskich, a ojciec pana Tadeusza stał się bogatym jak na owe czasy chłopem. Dokupował stale ziemię. Podobno w 1939 roku miał już jej około 20 hektarów. Najstarszy syn i jednocześnie brat pana Tadeusza w międzyczasie skończył prawo na Uniwersytecie we Lwowie, ale również w międzyczasie związał się z Komunistyczną Partią Polski.

        17 września 1939 roku Związek Sowiecki zaatakował Polskę w ramach układu o rozbiorze Polski, nazywanego układem Ribbentrop-Mołotow od nazwisk ministrów spraw zagranicznych obu najeźdźców. Kilka dni później oddziały rosyjskie podeszły pod wioskę, gdzie mieszkał pan Międzybrodzki. Niedaleko przechodziła droga na Zaleszczyki do Rumunii. Cały dzień trwały walki między Rosjanami a osłaniającymi drogę oddziałami polskimi. Pan Tadeusz Międzybrodzki, który wtedy pasł krowy, obserwował z daleka, jak samotny polski samolot bombardował Rosjan. Następnego dnia Rosjanie zajęli drogę. Wściekli z powodu poniesionych strat, rozstrzelali wziętych do niewoli polskich żołnierzy.

        Zimą 1940 roku do domu Międzybrodzkich przyszło NKWD. Nie miało znaczenia to, że członek rodziny, brat pana Tadeusza, był komunistą i przebywał wówczas w Moskwie. Dali 30 minut na zabranie rzeczy, wsadzili do bydlęcych wagonów całą rodzinę i wywieźli na Sybir do tajgi do wyrębu lasu.

        W tajdze kazali im zbudować sobie ziemianki. Panował głód. Cały czas były kontrole NKWD. Jeśli w nocy został włączony traktor, to oznaczało, że NKWD rozstrzeliwało ludzi. Pewnego wieczora w zimie ojciec pana Tadeusza poszedł do sąsiedniej ziemianki do kolegi na papierosa. Akurat przyszła kontrola NKWD. Za złamanie dyscypliny NKWD skazało go na śmierć. Wyrok wykonano tak, że oblali ojca pana Tadeusza zimną wodą, po czym potrzymali go na siarczystym mrozie przez pół godziny. W ciągu tygodnia ojciec pana Tadeusza zmarł na zapalenie płuc.

        W czerwcu 1941 roku Niemcy zaatakowały Związek Sowiecki. W 1941 i w 1942 roku Rosjanie ponosili olbrzymie straty w żołnierzach. W roku 1942 rodzina Międzybrodzkich została przeniesiona do jakiegoś kołchozu na Syberii. Praktycznie wszyscy mężczyźni z tego kołchozu zostali powołani do wojska i wysłani na front. Jedynymi mężczyznami w kołchozie byli polscy więźniowie. Był głód. Pan Tadeusz pamięta, że ciągle chodził niedożywiony, głodny. Pamięta także, jak w czasie żniw w 1942 roku złapały go dwie Rosjanki, przewróciły na słomę i próbowały go zgwałcić. Ale nic z tego nie wyszło. Był głodny i słaby.

        Wczesną wiosną 1943 roku on i jego bracia dowiedzieli się, że jest tworzona armia polska, czyli tak zwana armia generała Andersa. Dostali zwolnienie z kołchozu-więzienia. Wyruszyli do Kazachstanu, do Buzułuku, ale kiedy dotarli już na teren, gdzie były wcześniej oddziały armii Andersa, dowiedzieli się, że opuściły już one Związek Sowiecki. Z Kazachstanu, z Buzułuku, zostali skierowani przez Rosjan do Sielc nad Oką, do miejsca formowania się 1. Dywizji Piechoty Ludowego Wojska Polskiego. Z tego, co pamiętam, to pan Tadeusz powiedział mi że był albo 33. albo 35.  żołnierzem, który zgłosił się do 1. Pułku Pierwszej Dywizji Piechoty LWP, tak zwanych berlingowców. Był w tym samym plutonie, w którym był generał Franciszek Siwicki, późniejszy szef sztabu LWP. Z okresu rekruckiego w 1. Dywizji pamięta, jak zapoznał się z późniejszym generałem pilotem Julianem Paździorem, późniejszym komendantem Wyższej Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej w Jeleniej Górze.

        Pan Tadeusz nie został skierowany do szkoły oficerskiej, bo był za młody i miał skończone 6 klas ówczesnej szkoły podstawowej. Został skierowany do kompanii fizylierów 1. Pułku Piechoty.

        Z okresu szkolenia poprzedzającego bitwę pod Lenino wspominał, że w czasie szkolenia politycznego zdarzały się wypadki, że żołnierze wstawali i pytali się oficerów politycznych, czy w wolnej Polsce będą kołchozy? Mówili również, że jeśli mają w wolnej Polsce być kołchozy, to oni wolą być rozstrzelani tu na miejscu, niż mieliby walczyć o taką wolną Polskę z kołchozami. Pamięta również przybycie do dywizji jej kapelana, Wilhelma Kubsza. Wilhelm Kubsz został na polecenie Stalina ściągnięty zza linii frontu, by został właśnie kapelanem 1. Dywizji Piechoty. Od tego momentu odbywały się msze polowe, w których mogli uczestniczyć żołnierze dywizji. Później, już w Jeleniej Górze, ksiądz Wilhelm Kubsz dawał ślub synowi pana Tadeusza Międzybrodzkiego.

        Do dywizji przyjeżdżała również Wanda Wasilewska, która przemawiała bardzo patriotycznie.

        Z okresu bitwy pod Lenino opowiadał takie zdarzenie, że 30 kilometrów przed frontem rozdano im amunicję. Mieli przejść marszem ponad 30 kilometrów w pełnym rynsztunku i obciążeni bronią i amunicją. Niedaleko niego szedł żołnierz, któremu było ciężko i zostawał z tyłu za swoim oddziałem. Tego żołnierza popychał i poganiał ciągle jakiś podporucznik. W pewnej chwili ten żołnierz odwrócił się, odbezpieczył karabin i zastrzelił tego podporucznika. Zaraz potem odbył się sąd polowy i ten żołnierz został rozstrzelany.

        Potem była bitwa pod Lenino, gdzie 1. Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki poniosła bardzo duże straty. Po bitwie pod Lenino aż do kwietnia dywizja nie brała udziału w walkach. Później razem z pozostałymi jednostkami 1. Armii Ludowego Wojska Polskiego dywizja została włączona do 1. Frontu Białoruskiego. Najpierw w drugim rzucie, a później już w końcu lipca w pierwszym rzucie po przekroczeniu rzeki Bug, czyli granicy dzisiejszej Polski. Widocznie Stalin celowo nie chciał użyć oddziałów polskich w wyzwalaniu terenów na wschód od aktualnej granicy Polski, terenów dzisiejszej Litwy, Białorusi, Ukrainy. Do czasu przekroczenia rzeki Bug odziały polskie wykonywały działania osłonowe.

        Po przekroczeniu rzeki Bug dywizja brała już bezpośrednio udział w walkach z Niemcami. Z tego okresu pan Tadeusz opowiedział mi taką historię, mianowicie, że oni widzieli z daleka palącą się Warszawę. W Warszawie trwało powstanie. I oni, szeregowi żołnierze, rozmawiali z dowódcami swoich oddziałów, żeby udzielić pomocy Warszawie. I nic się nie działo. Dopiero ktoś z żołnierzy dał pomysł, żeby dokonać aktu rzucania odznaczeń bojowych grupowo „za Warszawę”. Pan Tadeusz miał za bitwę pod Lenino Krzyż Walecznych. I wówczas miał miejsce taki akt, że całymi kompaniami zbierali się żołnierze i rzucali swoje odznaczenia na kupkę „za Warszawę”. On brał w tym wydarzeniu udział. Odpiął swój Krzyż Walecznych i rzucił wraz z innymi żołnierzami na pałatkę. Uzbierała się sterta odznaczeń.

        I tutaj moje wtrącenie. Później czytając książki i rozmawiając z różnymi świadkami tamtego wydarzenia, natknąłem się raz w książce wydanej jeszcze w PRL na jedną krótką wzmiankę o tym rzucaniu odznaczeń bojowych „za Warszawę”. Jeszcze jedna osoba mi o tym fakcie opowiedziała. Myślę, że komunistyczna cenzura przyczyniła się do zapomnienia tego wydarzenia i tego nieformalnego buntu żołnierzy. Dziś nikt nie pamięta o tym. Ja osobiście wiążę ten fakt rzucania odznaczeń „za Warszawę”, tego nieformalnego buntu, z decyzją generała Zygmunta Berlinga, dowódcy 1. Armii Wojska Polskiego, o udzieleniu pomocy powstańcom. Generał Berling zrobił to bez zgody i porozumienia z dowódcą 1. Frontu Białoruskiego, generałem Malininem. Za to został 30 września 1944 roku zdjęty ze stanowiska dowódcy 1. Armii LWP i skierowany na trzeciorzędne stanowisko. Już nigdy nie odegrał w PRL żadnej roli. Rosyjscy generałowie i historycy, w tym generał Rokossowski, zaprzeczają pamiętnikom generała Berlinga i twierdzą, że o wszystkim wiedzieli. Zdanie generałów rosyjskich i rosyjskich historyków kłóci się jednak z faktami. Kłóci się z tym, że Warszawa otrzymała bardzo ograniczoną pomoc ze strony rosyjskiej, że rosyjskie samoloty zostały znad Warszawy w czasie trwania Powstania Warszawskiego wycofana, co umożliwiło Niemcom bezkarne bombardowanie lewobrzeżnej stolicy.

        W każdym razie komunistyczna cenzura przyczyniła się skutecznie do zapomnienia postawy szeregowych żołnierzy 1. Armii Wojska Polskiego.

        Z okresu stacjonowania w okolicach Pragi pan Tadeusz opowiedział mi takie zdarzenie: jego kompania fizylierów biwakowała niedaleko Pragi. Jednak żywność nie była podwieziona. On i kilku żołnierzy wymyślili, że pójdą ukopać ziemniaków kilkaset metrów od miejsca postoju. Tak też zrobili mimo ścisłego zakazu oddalania się od jednostki. Kopią ziemniaki, a tu drogą wiejską idzie oficer w mundurze podpułkownika z kobietą. Na jego widok pan Międzybrodzki położył się i schował między ziemniakami. Podpułkownik stanął i przywołał dwu żołnierzy, którzy kopali ziemniaki. Zaczął się o coś ich wypytywać. W pewnej chwili wyciągnął pistolet z kabury i zastrzelił tych dwu żołnierzy, tak jak stali, przy drodze. Stało się to w obecności tej kobiety.  I ten podpułkownik poszedł sobie dalej, jakby nigdy nic.

        Sądów polowych, skazywania na karę śmierci czy za karę do kompanii karnej, co też równało się wyrokowi śmierci, było w Ludowym Wojsku Polskim bardzo dużo.

        Z tym rozstrzeliwaniem żołnierzy za byle co łączy się i inne wydarzenie, o którym mi opowiedział pan Tadeusz. Otóż w okopach w czasie służby nie wolno było spać. Za zaśnięcie na posterunku groziła kompania karna. Nie wiem, w którym miejscu w Polsce to było, ale mniej więcej pan Tadeusz opowiedział mi to tak, że był taki major, który kiedy pełnił funkcję oficera inspekcyjnego, to przyłapanych na spaniu żołnierzy zabijał. Jak złapał, że żołnierz śpi na służbie, w okopie, to niby odprowadzał tego żołnierza na tyły do żandarmerii, żeby czekał na sąd polowy, ale do żandarmerii ci żołnierze nie dochodzili, tylko znajdowano później ich trupy. Rozeszła się zła sława tego majora. Dowódcą drużyny pana Tadeusza był kapral, który był ślązakiem i był wcześniej w wojsku niemieckim, został wzięty przez Rosjan do niewoli, gdzie powiedział, że jest Polakiem, i później, kiedy już tworzyły się oddziały 1. Armii został zwolniony i wcielony do 1. Dywizji Piechoty. Ten ślązak miał niemiecki pistolet maszynowy, tak zwanego schmeissera, którym się posługiwał, o ile znalazł do niego amunicję. Zresztą pan Tadeusz mówił mi, że posługiwanie się bronią niemiecką było powszechne, ponieważ była ona lepsza od broni sowieckiej, od tak zwanych pepesz. Kiedy pepesza się nagrzała po paru seriach, pociski z niej wystrzelone były bardzo niecelne. Pan Tadeusz widział, jak jakieś 70 metrów przed sobą te wystrzelone z pepeszy pociski lądowały w ziemi i wzbijały kurz. Trzeba było strzelać pojedynczym ogniem lub krótkimi seriami. Ale to było trudne w zdenerwowaniu. Pepesze nie miały przełączenia na ogień pojedynczy.

        Więc ten kapral pewnego dnia mówi: Słuchajcie, nic nie mówcie, ja się na niego przyczaję, tylko musimy razem się umówić i jak tylko ten major będzie na inspekcji, to dajmy sobie znać i ja udam śpiącego.

        No i tak się stało. Pewnej nocy ten major wpada do okopu na inspekcję. Już podali do przodu i szepnęli kapralowi, że nadchodzi major, że ma inspekcję. ślązak niby to udał śpiącego. Major podszedł do niego i mówi: Co, śpicie żołnierzu? Idziecie ze mną. I poszli na tyły. Po ponad godzinie ślązak wrócił i mówił później, że miał wielkie szczęście, bo ledwo zdążył. Kiedy ten major wyciągał pistolet z kabury, zahaczył pistoletem o metalową sprzączkę od pasa i ślązak to usłyszał. Miał już odbezpieczonego schmeissera i obracając się, pociągnął po majorze serią. Później zakopał broń i wrócił do plutonu. Tylko żołnierze w drużynie wiedzieli o tym, co się stało, i może jeszcze wiedział ktoś w plutonie z szeregowych żołnierzy. Było potem krótkie dochodzenie, ale stwierdzili, że jakiś nocny patrol zwiadu niemieckiego natknął się na majora, bo znaleźli łuski i pociski po schmeisserze i na tym się dochodzenie skończyło. Zabijanie śpiących żołnierzy na służbie również się skończyło.

        Ta brutalna dyscyplina miała też swoje skutki. Były częste dezercje. I tu kolejna opowieść. Pan Tadeusz kilka razy opowiadał o dezercji z wojska członka jego rodziny i raz mówił, że to był jego brat, innym razem, że to był jego kuzyn. To już było na ziemiach polskich, zdaje się w zimie 1945 roku. Kiedyś mówi do mojego taty: Michał, będę jechał na wesele do swojego brata, i podał miejscowość. Mnie parę dni nie będzie. A ja tak stoję obok i słucham, bo to ta miejscowość, gdzie miał mieszkać jego kuzyn.

        I mówię: Panie Tadziu, to pan jedzie do swojego brata, czy do swojego kuzyna?

        Pan Tadziu popatrzył na mnie i nic nie odpowiedział. Kiedy o tym mówił, to już było dobrze ponad 30 lat po zakończeniu wojny.

        Z dezercjami w Ludowym Wojsku Polskim łączy się i inna historia, którą słyszałem przy okazji rozmowy mojego taty z innym byłym żołnierzem, który walczył w Ludowym Wojsku Polskim w czasie drugiej wojny. Otóż na pytanie mojego taty, czy wiedział o tym, że na stronę amerykańską zdezerterował i przeszedł cały pułk, ten były żołnierz fakt potwierdził. Nigdzie w książkach czy artykułach na tę informację później nie natrafiłem, ale kilkanaście lat temu, tu, w Toronto, spotkałem Ukraińca, który pochodził spod Krosna i którego ojciec został wcielony do Ludowego Wojska Polskiego i walczył na wojnie. Powiedział mi, że właśnie jego ojciec wraz z całym pułkiem przeszedł na stronę amerykańską. W latach pięćdziesiątych udało się jego ojcu ściągnąć jego matkę, a swoją żonę do Kanady. Więc takie zdarzenia masowej dezercji miały miejsce. Cenzura znowu skutecznie zatarła ślady. Może nie zdezerterował cały pułk, może ta historia została wyolbrzymiona przez żołnierzy, ale oprócz pojedynczych dezercji, zdaje się, że miała miejsce jakaś większa masowa dezercja żołnierzy mających w pamięci brutalną dyscyplinę w LWP i pamięć Syberii.

        Myślę, że Instytut Pamięci Narodowej mógłby potwierdzić takie wypadki, śledząc raporty stanu pułków i jednostek LWP pod koniec drugiej wojny światowej. Komunistyczna cenzura zatarła w skuteczny sposób prawdę o sytuacji, jaka panowała wówczas w czasie wojny w Ludowym Wojsku Polskim.

        Później pan Tadeusz walczył na tak zwanym Wale Pomorskim. Tymczasem część oddziałów 1. Armii Wojska Polskiego brała udział w wyzwalaniu Pomorza i Gdańska. Ten najstarszy brat pana Tadeusza Międzybrodzkiego był kapitanem i dowódcą samodzielnej kompanii chemicznej, która wchodziła w skład 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. W trakcie przemarszu na Pomorzu, w kierunku Gdańska, kompania chemiczna natknęła się na oddział niemiecki, który wyrwał się z okrążenia na półwyspie Sambia i starał się dogonić wycofujące się inne oddziały niemieckie. Żołnierze kompanii chemicznej nie byli ostrzelani, a się Niemcom poddali. Niemcy rozstrzelali na miejscu oficerów, w tym i kapitana Międzybrodzkiego, a resztę szeregowych żołnierzy puścili wolno. Pamiętam, że pan Tadeusz kilka razy mówił: jak można było się tak od razu poddać?

        Pan Tadeusz Międzybrodzki razem z 1. Dywizją wziął udział w walkach na tak zwanym Wale Pomorskim. Został ranny. Obie łydki zostały przestrzelone. O ile dobrze pamiętam, to powiedział mi, że stało się to w okolicach Mirosławca.

        Zapytałem pana Tadeusza, gdzie było najciężej w czasie jego drogi bojowej? Odpowiedział, że pod Lenino i na Wale Pomorskim. Pod Lenino, bo Niemcy byli silni, a na Wale Pomorskim, ponieważ wydano żołnierzom po 3 magazynki amunicji i kazano atakować praktycznie bez wsparcia artylerii, samolotów i czołgów.

        Z Wałem Pomorskim łączy się i inne jego świadectwo. Wycofujący się Niemcy zostawili olbrzymie stogi siana. Wojsko przyjechało zabrać je dla koni. W stogach znaleziono 30 ukrywających się żołnierzy niemieckich. Pan Tadeusz był świadkiem ich rozstrzelania. Nie wiadomo, dlaczego taka decyzja została podjęta. Czy w odwecie za wcześniejsze spalenie żywcem 32 polskich żołnierzy wziętych do niewoli przez Niemców w Podgajach, czy też dlatego, że przy jednym z żołnierzy niemieckich znaleziono karabin strzelca wyborowego? Na tym karabinie było kilkadziesiąt nacięć na kolbie. Te nacięcia oznaczały zabitych, których zastrzelił ten niemiecki strzelec. Niemieckich żołnierzy zastrzelił, o ile dobrze pamiętałem jego nazwisko, chorąży Szweps albo Szwec.

        Pan Tadeusz kilka razy wracał do tego wydarzenia. Nie zgadzał się na rozstrzeliwanie jeńców. Mówił też, że na ogół Niemcy chętniej poddawali się Polakom, natomiast z Rosjanami walczyli do końca.

        Później, po wyjściu ze szpitala, pan Tadeusz już nie wrócił do piechoty. Lekarze orzekli, że będzie miał kłopoty z bieganiem i chodzeniem, i został skierowany na szkolenie na kierowcę. Później przewoził ciężarówką amunicję. Opowiadał, że nakrywał maskę samochodu kocami, na koła zakładał dodatkowe specjalne nakładki i w ten sposób na jedynce po cichu, w nocy podwoził amunicję na pierwszą linię frontu.

        Pan Międzybrodzki brał udział w szturmie Berlina, ale już jako kierowca. Opowiadał mi, że żołnierze polscy mówili, iż na Bramie Brandenburskiej pierwszy flagę, biało-czerwoną, zawiesił żołnierz polski. Później została ona ściągnięta przez Rosjan i Rosjanie na filmie pokazali, że to ich flaga była pierwsza.

        Pan Tadeusz awansował do stopnia plutonowego. Z pobytu w Niemczech pamięta takie zdarzenie. Było w zwyczaju, że żołnierze nosili na mundurach bojowe odznaczenia. Jeszcze w czasie pobytu w Niemczech jego ciężarówka została zatrzymana przez wojskową kontrolę drogową. Sierżant, Rosjanin, który był pijany, mówiąc do niego, kto dał ci te medale, zerwał je. Doszło do bijatyki. To było o tyle groźne, że mogło skończyć się sądem polowym i rozstrzelaniem.

        Kiedy oddziały polskie wycofywały się z Niemiec, na moście na Odrze stała kontrola wojska rosyjskiego i odbierała tak zwane trofiejne rzeczy żołnierzom polskim. Doszło do strzelaniny między Rosjanami a Polakami. Kilku Rosjan zginęło, ale później kilku polskich żołnierzy zostało również rozstrzelanych w wyniku decyzji sądu polowego.

        Po wojnie, po powrocie do Polski, pan Tadeusz został jeszcze przez prawie rok na służbie. Nie został zdemobilizowany. Brał udział w ściganiu żołnierzy WiN. Opowiedział mi, że kompania, której pluton żołnierzy przewoził, została otoczona. Praktycznie bez walki kompania poddała się żołnierzom WiN. Żołnierze zostali rozbrojeni i po rozbrojeniu i zabraniu butów oraz mundurów puszczeni wolno.

        To zdarzenie i niechęć do walki z tak zwanymi leśnymi tłumaczyłoby, dlaczego zaraz po wojnie z Ludowego Wojska Polskiego zostały wydzielone jednostki i stworzono oddziały  Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Jednostki KBW podlegały Ministerstwu Bezpieczeństwa Publicznego, a nie Ministerstwu Obrony Narodowej.

        Odchodząc z wojska, pan Tadeusz otrzymał stopień sierżanta. Jako były żołnierz, dostał na wsi koło Jeleniej Góry dom i ziemię. Ożenił się. Jego żona, która była zza Buga, na zebraniu wiejskim wypowiedziała się publicznie na temat Katynia. Powiedziała między innymi tak: To kto w końcu rozstrzelał polskich oficerów w Katyniu? Bo Rosjanie mówią, że Niemcy, a Niemcy mówili że Rosjanie?

        Parę dni później przyszli do domu państwa Międzybrodzkich oficerowie Urzędu Bezpieczeństwa i żona pana Tadeusza została aresztowana. Nie pomogło to, że pan Tadeusz przeszedł cały szlak bojowy 1. Dywizji LWP od Lenino do Berlina, że był odznaczony. Siedziała w więzieniu, a była w szóstym miesiącu ciąży. Pan Tadeusz sprzedał dom i gospodarkę, żeby zapłacić adwokatom i mieć pieniądze na łapówki dla oficerów UB, żeby żona wyszła. Dzięki temu udało się ją wyciągnąć z więzienia. O ile dobrze pamiętam, to pan Tadeusz wymienił kwotę 180.000 złotych, za którą sprzedał dom i ziemię. To było już po wymianie pieniędzy w 1950 roku. Wówczas średnia pensja wynosiła 400 złotych. Pan Tadeusz znalazł małe poniemieckie mieszkanko. Pracował później jako mechanik samochodowy. Kierowcą nie mógł być, ponieważ po tym, jak zostały mu przestrzelone łydki, drętwiały mu nogi i nie mógł w ówczesnych samochodach ciężarowych wciskać sprzęgła.

        Jako mechanik był autorem pomysłu na tłoczek hamulcowy w ciężarówce. Te tłoczki, które były używane w ciężarówkach, ciągle ciekły i bez przerwy trzeba je było naprawiać. Na pomysł wpadł z kolegą z pracy. Po zamontowaniu nowych tłoczków hamulcowych i po sprawdzeniu ich działania pokazał te nowe rozwiązanie komuś z dyrekcji w zakładzie, gdzie pracował. Z Warszawy przyjechała później jakaś delegacja, obejrzeli pomysł. Powiedzieli, że nie można go zastosować, i dyrektor zakazał im obu mówić o tym pomyśle. Później pan Tadeusz widział, że w ciężarówkach polskich (Lublin) i sowieckich montowano usprawnione tłoczki hamulcowe właśnie takie, jakie  zrobił ze swoim kolega. Oczywiście nikt im nie powiedział, że to jest zrobione według ich pomysłu.

        Pan Tadeusz Międzybrodzki nowe mieszkanie otrzymał dopiero w połowie lat siedemdziesiątych.

        Później, w 1981 roku, syn pana Tadeusza wyjechał do Austrii, a z Austrii do Australii.

        Pan Tadeusz Międzybrodzki zmarł w latach dziewięćdziesiątych w Jeleniej Górze.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Teksty
czwartek, 18 sierpień 2016 23:09

Rosja biała czy czerwona?

        Bój z naszymi wadami narodowymi i zdobywanie cnót nazwaliśmy bojem najświętszym i najcięższym. Bo to jest bój z samym sobą.

        Nie trzeba szukać zbyt daleko pola walki: jest ono w naszym sercu, myślach i woli.

        Łatwo jest zwalczać nieprzyjaciół, ale siebie pokonać? A przecież największym bohaterem jest ten, kto siebie, a nie innych zwalczył.

        Zwycięstwo nad innymi może być często początkiem klęski. Zwycięstwo nad sobą jest zawsze początkiem chwały. Na ziemi i w niebie!

        Potrzeba nam tu szczególnie pomocy Boga i Kościoła świętego. Bóg ukazuje swego Syna, który zwyciężył grzech i śmierć. A Kościół głosi nam chwałę Tej, która starła głowę węża.

        „Podnieście więc głowy wasze, albowiem już zbliża się zbawienie wasze.”

        Przyłóżmy rękę do pługa i wołajmy o wielkie zmartwychwstanie Narodu z jego wad i nałogów.

Ks. Stefan kardynał Wyszyński

 

        W listopadzie 1918 roku po przeszło 120 latach niewoli Polska wraca na mapę Europy. Proces uzyskania niepodległości był wyjątkowo krwawy i wyczerpujący naród polski. W listopadzie 1918 r. Rada Regencyjna wyznacza na Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Roman Dmowski, Ignacy Paderewski, gen. Józef Haller i cała armia nieznanych lub bezimiennych polskich patriotów, z kraju i spoza kraju, walczy i zwycięża.

Opublikowano w Teksty

wasniewski        12 maja 2016 r. przypada 81. rocznica śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego. Jest to również 80. rocznica złożenia serca Marszałka w Wilnie, na czym się głównie skupię. Jest to rocznica jednego z najważniejszych wydarzeń w życiu społeczno-politycznym II Rzeczypospolitej – śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego. W związku  ze zgonem Komendanta I Brygady Legionów Polskich, Naczelnika odrodzonego państwa i twórcy Wojska Polskiego, została ogłoszona przez prezydenta RP Ignacego Mościckiego powszechna 6-dniowa żałoba narodowa. Społeczeństwo w kraju i zagranicą wyrażało swój ból przez wysyłanie kondolencji i organizowanie uroczystości żałobnych.

      Prasa  w kraju i za granicą obszernie opisywała przebieg uroczystości żałobnych.

     W nocy z 12 na 13 maja zabalsamowano ciało zmarłego. Ubrano Marszałka w błękitny mundur marszałkowski przepasany Wielką Wstęgą Orderu Virtuti Militari. W jego rękach umieszczono wizerunek Matki Boskiej Ostrobramskiej, z którym się nigdy nie rozstawał. Serce Marszałka złożono w szklanym słoju, opatrzonym pieczęcią Prezydenta Ignacego Mościckiego. Serce według testamentu Marszałka złożone będzie w Wilnie na Rossie w grobowcu Matki w otoczeniu żołnierzy poległych w marszu do niepodległości. Zadecydowano, że w przeciągu roku zostanie zrealizowana ostatnia wola Marszałka.

Opublikowano w Teksty

Tadeusz Marek Płużański (ur. 21 marca 1971) – polski dziennikarz, historyk i publicysta. Syn prof. Tadeusza Płużańskiego, naukowca, więźnia stalinowskiego, członka WiN. Ukończył studia historyczne. Specjalizuje się w powojennej historii Polski. Współpracuje ze Światowym Związkiem Żołnierzy Armii Krajowej. Jest m.in. autorem wydanej w 2011 książki „Bestie”, zawierającej zapis reporterskiego śledztwa dotyczącego funkcjonariuszy stalinowskich. Pod koniec 2013 został prezesem Fundacji „Łączka”, sprawującej opiekę i działalność wspierającą wobec Kwatery na Łączce. Zasiadł w Radzie Fundacji Reduta Dobrego Imienia – Polska Liga przeciw Zniesławieniom.

        Andrzej Kumor: Zacznijmy od tego, że chciałbym się z panem pokłócić, a chciałbym się z panem pokłócić o to, czy powinniśmy do Żołnierzy tzw. Wyklętych podchodzić jako po prostu rozdziału martyrologii narodu polskiego, czy też jest to wzór do naśladowania? W Polsce teraz, zwłaszcza w środowiskach młodzieżowych, mówi się – bierzmy z nich przykład. Dlaczego powinniśmy brać przykład z Żołnierzy Wyklętych? Bo pan mówi, że oni zwyciężyli, zwyciężyli moralnie.

        Tadeusz Płużański: Zwyciężyli moralnie, zwyciężyli też, jeśli chodzi o ich przesłanie, myśl, która za tym stała. Polska jednak, przynajmniej w części, odzyskała wolność i niepodległość. Wiemy, że to jest jeszcze proces, który wymaga dużej pracy, korekt, tej pełnej suwerenności jeszcze nie mamy. Natomiast twierdzę, że bez nich tego by nie było. To jest ten ważny element polskiego kręgosłupa, który został nam wyrwany, odebrany, natomiast dzięki właśnie przywracaniu pamięci oni nie zginęli. Oczywiście w sensie fizycznym tak, ale w sensie naszej historii jednak żyją i ich przesłanie zwyciężyło. Jak widać, to jest właśnie dzisiaj ten podstawowy moment, do którego się odwołują Polacy, szczególnie młodzi. Proszę zauważyć, że mniej się dzisiaj mówi o walce z Niemcami, o pokoleniu, które wtedy biło się o Polskę, czy o Szarych Szeregach nawet, ale Żołnierze Wyklęci są tym wzorcem.

Opublikowano w Wywiady

    Kiedyś była sekretarka pracująca w pułku piechoty opowiedziała mi taką historię.

    – To był prawdopodobnie rok 1952. Wówczas pracowałam w budynku sztabu 30. Pułku Piechoty w Rzeszowie. W budynku sztabu również mieściły się pokoje, w których pracowali oficerowie Informacji Wojskowej. Pewnego dnia musiałam pójść po coś do magazynku przyborów biurowych. Magazynek był w piwnicy. Weszłam do pomieszczenia i słyszę, że do piwnicy zszedł znany mi kapitan Informacji Wojskowej i drugi też mi znany podporucznik Informacji Wojskowej. Kapitan opieprzał podporucznika za słabe wyniki i bił go po twarzy. Kapitan był Rosjaninem, który później, po 1953 roku, wrócił do Związku Sowieckiego.

Opublikowano w Życie polonijne

    Setki osób obejrzało w niedzielę, 28 lutego 2016 r., poświęconą Żołnierzom Niezłomnym i członkom II Konspiracji wystawę "Tropem Wilczym" przedstawiona przez Klub Gazety Polskiej w Toronto w sali parafialnej największego polskiego kościoła w Kanadzie – św. Maksymiliana Kolbego w Mississaudze.

    Tak olbrzymia frekwencja zwiedzających przeszła najśmielsze oczekiwania organizatorów, zwłaszcza że Klub prezentował wystawę Polonii w Toronto już uprzednio, 1 marca ubiegłego roku, a później również w Burlington, London, Calgary, Vancouverze oraz innych dużych ośrodkach polonijnych Kanady i USA.

    Cieszy także, że tak wielu zwiedzających poświęciło ponad godzinę na wnikliwe studiowanie wszystkich przedstawionych zdjęć i materiałów, a na ich twarzach widać było ogromne wzruszenie.

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 28 sierpień 2015 16:47

Bajki, mity, narracje o II wojnie światowej

wasniewskiII wojna światowa dla Polski przebiegała maksymalnie niekorzystnie. Marszałek Józef Piłsudski często mówił, że siedzimy na dwóch stołkach i że z jednego w końcu spadniemy. Spadliśmy z obydwóch.

Układ zawarty z Anglią i Francją w kwietniu 1939 r. był tylko i wyłącznie układem obłudnym, ponieważ oba te kraje nie były w stanie ani nie miały najmniejszej chęci wywiązać się z tych zobowiązań. Pamiętajmy, że Hitler do końca marca 1939 r. widział nas w pakcie antykominternowskim. W jego planach Francja miała być następnym łupem, a Anglia miała być zmuszona do wycofania się z wojny. Plan napaści na Polskę był opracowywany dopiero od kwietnia 1939 r. Hitler wyraził się, że Francji nie pokona z Polakami na karku. To pokazuje, jak poważnym partnerem byliśmy dla Anglii i Francji. W tej sytuacji Hitler z pozycji względnie tolerancyjnej do Polski przyjął opcję wrogą, wręcz eksterminacji Narodu Polskiego. Niemcy zdawały sobie sprawę, że wkraczają na ścieżkę realnej wojny, tak więc wciągnęły do rozbioru Polski "największego ludojada wszech czasów" – Stalina.

Opublikowano w Teksty