Goniec

Switch to desktop Register Login

sobota, 16 listopad 2013 22:39

Wojna i sezon [51]

– Może by panowie odstąpili nam nieco benzyny?

– Niemożliwe. Ta pompa jest już na wyczerpaniu, a mamy jeszcze jeden zbiornik do napełnienia. Jednak radzimy panom zrobić to, co myśmy zrobili z naszą pompą: rozbić kłódkę drugiej pompy. Jest pełna.

Wahali się przez chwilę, pytając, gdzie jest właściciel stacji. Okazało się, że uciekł. Skrupuły odpadły. Ktoś z usłużnej gawiedzi przyniósł łom żelazny.

Kłódka odpadła. Przyjemnie było słyszeć bulgot pompowanej benzyny. W serce auta, któremu groziła śmierć na drodze na skutek ostrej anemii, wstępowało życie. Zaopatrzeni w cenny płyn ewakuacyjny ruszyli na Kozienice, Zwoleń, Puławy i Lublin. Przez most na Wiśle przejechali ostrożnie: gdzieniegdzie na chodnikach i jezdni widniały nieduże leje, a żelazne spojenia były zerwane i pokręcone.

W Puławach – znany już widok: rozwalony bombami rynek, leje w kocich łbach, stygnące zgliszcza domków parterowych. Droga z Puław do Lublina pozostawiła w Tadeuszu wrażenie czegoś niezwykłego, choć wcale nieprzerażającego. Luźnym, lecz nieprzerwanym sznurem sunęły w jednym kierunku – Lublina – eleganckie limuzyny, autobusy z całego niemal kraju, motocykle. Motoryzacja... Choć rozumiał dokładnie, że przyczyną tego niezwykłego ruchu motorowego jest pospolite "wianie", miał jednak wrażenie jakiegoś corsa samochodowego: Rzekłbyś, że pojazdy mechaniczne z całego kraju umówiły się na rendezvous na tej szosie Puławy-Lublin. Lśniły lakiery czasem tylko osłonięte gałęziami lub wymazane gliną – przed okiem samolotów. Było to bez wątpienia "wianie", ale wianie pozbawione ponurej rozpaczy i nędzy pieszej i rowerowej ciżby uchodźców. W Lublinie bowiem, tej Mekce ewakuacyjnej, był zjazd gwiaździsty samochodów z Polski zachodniej i centralnej. Na pryncypalnej arterii Lublina, Krakowskim Przedmieściu, towarzysz Tadeusza raz po raz wymieniał znane nazwisko, gdy wymijali wspaniałe limuzyny. W urzędzie wojewódzkim Tadeusz spotkał pana Jerzego de Tramecourta, ongi starostę w Wileńszczyźnie, a obecnie wojewodę lubelskiego, oraz ewakuowanego z Poznania pana Ludwika Bociańskiego, który z nosem spuszczonym na kwintę robił wrażenie nie dygnitarza przyzwyczajonego do rozkazywania, ale jakiegoś smętnego Pierrota. Tylko pan Władysław Raczkiewicz, wyprostowany, elegancki i spokojny, trzymał się "pistoletem". Oznajmił Tadeuszowi, że ponieważ województwo jego jest okupowane przez Niemców, więc w charakterze prezesa Światowego Związku Polaków wyjeżdża za granicę, aby tam bronić interesów Polski.

W Lublinie spotkała Tadeusza niemiła przygoda. Gdy po ogoleniu i ostrzyżeniu wyszedł od fryzjera, szofer oznajmił mu z przerażeniem, że jakiś pułkownik zarekwirował ich samochód.

– Jaki pułkownik? Jakie nazwisko? – pytał Tadeusz.

– Nie powiedział nazwiska. Powiedział tylko, że rekwiruje samochód dla obrony Warszawy, tak jak w roku 1914 zarekwirowano taksówki paryskie dla obrony Paryża.

– Jakże mógł pan oddać mu tak samochód?! – oburzał się Tadeusz.

Teraz szofer się rozzłościł:

– Cóż miałem robić? Groził mi rewolwerem. Musi mi pan dziękować, że uratowałem pana płaszcz, walizkę i strzelbę, bo i to chciał zabrać.

Po chwili dodał:

– I pojechał wcale nie do Warszawy, ale na Tarnopol... Z dwiema babami... (Stare to dzieje... Może ten pułkownik trafił w ręce bolszewików i zginął w Katyniu. Tedy Tadeusz chętnie puszcza w niepamięć kradzież samochodu. Jeżeli jednak pułkownik ten dorobił się w Londynie domu, Tadeusz posyła mu – za moim pośrednictwem – kilka słów błogosławieństwa w języku rosyjskim).

Wczesnym rankiem 8 września Tadeusz dobił pociągiem do planowanego miasta ewakuacji – Kowla.

 

Rozdział XXIX
OSTATNI

Po przyjeździe do Kowla Tadeusz przeżywał jeszcze jedno złudzenie świadczące, że pokolenie, które pamiętało wojnę 1914–1920 i które miało rutynę 19 lat pokojowych, jest pozbawione żywszej wyobraźni. Wydawało mu się, że skoro Kowel został mu wyznaczony jako docelowy punkt ewakuacji, zgodnie z opracowanymi latami w ciszy gabinetów planami "wycofania", tedy czterodniowy exodus wśród pożarów i zgliszcz już jest skończony.

Wyobrażał sobie, że Kowel będzie dla niego na długie miesiące wojny jakimś Mińskiem Litewskim z lat 1914–1917. Że stanie się "głębokim tyłem", gdzie się będzie oczekiwało końca wojny.

Siedem dni pobytu w Kowlu miało doszczętnie rozwiać tę iluzję. Na razie jednak Tadeusz w całej naiwności napisał kilkanaście kartek do krewnych i przyjaciół i wrzucił je do skrzynki pocztowej. Nie wiedział, że nie tylko kartki te nie dojdą do rąk adresatów, lecz że prawdopodobnie nikt już skrzynki nie opróżni: był ósmy dzień wojny i poczta nie funkcjonowała.

Ucieszył się bardzo spotkawszy kolegę z Torunia inżyniera Klonowskiego, który był z żoną i pasierbem. Wszyscy troje byli sympatyczni i "swoi" i – co najważniejsze – mieli własny samochód z pewnym zapasem benzyny. Sami zaofiarowali się zabrać Tadeusza, "gdyby zaszła potrzeba". Już pierwszy spacer po mieścinie wołyńskiej podważył mocno iluzję Tadeusza, że się znajduje w "głębokim tyle". Przede wszystkim dowiedział się, że Kowel był od pierwszego dnia wojny regularnie wizytowany przez samoloty niemieckie, które bombardowały dzielnicę kolejową. Po drugie – zastanowił go zewnętrzny widok miasta. Na ulicach panowało ożywienie. Krążyły i wypoczywały samochody i motocykle. Wałęsało się sporo różnych wojskowych i policjantów. Był to widok w warunkach wojennych normalny, gdyby nie to, że ci wojskowi i policjanci zwracali się nieraz do niego o kawałek chleba.

Autochtonów kowelskich jakoś nie było. Niemal każdy przechodzień zapytany o adres odpowiadał, że jest "przyjezdny". Z nielicznymi wyjątkami sklepy w całym mieście były zamknięte na cztery spusty. Przy nielicznych otwartych stały długie kolejki. Wkrótce dowiedział się o przyczynie tego zjawiska.

Oto codziennie przed świtem przerażona nalotami ludność Kowla masowo emigrowała za miasto do lasów i tam, korzystając z ciepłych dni, biwakowała na świeżym powietrzu do późnego wieczora. Po zachodzie słońca tłumy te, obładowane tobołkami i betami, wracały do miasta – wyłącznie na nocleg.

W ten sposób Kowel w dzień był prawie zupełnie wyludniony z autochtonów. Po mieście krążyły tylko tłumy uchodźców pukających do zamkniętych sklepów i jadłodajni. Naloty bombowe sparaliżowały normalne życie miasta.

Z jednej strony, bomby niemieckie mogły napędzić strachu całkiem "obiektywnego": w jednym Krzemieńcu bombowce zrobiły w dzień rynkowy prawdziwą masakrę, zabijając kilkadziesiąt ludzi, w tym dużo kobiet i dzieci, co stwierdziło pismo bawiącego wtedy w Krzemieńcu nuncjusza apostolskiego. Z drugiej jednak strony, przyczyna sparaliżowania życia miasta tkwiła w wadliwym nastawieniu tzw. biernej obrony przeciwlotniczej.

Według tego systemu, ludność na sygnał alarmowy miała obowiązek porzucenia normalnych zajęć i chowania się do schronów i rowów. A zdawałoby się, że chowanie się do schronu powinno być tylko prawem obywatela, który urastałby na bohatera, jeżeli w czasie bombardowania trwał na posterunku – chociażby – za ladą sklepową.

Spacerując z inż. Klonowskim po mieście, Tadeusz był świadkiem stopniowej, ale wyraźnej i przyśpieszonej dezorganizacji życia "tyłów". Wieści z "frontu" nie było: radio polskie albo nadawało mętne komunikaty, albo milczało, a radia moskiewskiego dlaczegoś nie słuchano. Karmiono się plotkami.

"Ekipa", która 4 września opuściła Toruń – Podgórz całą "motorkadą", spadła do liczby jednego prywatnego auta. Wałęsając się po Kowlu, widzieli postępy europeizacji tego miasteczka. Chodniki z krawężnikami, estetyczne szyldy, dokładnie "rozszczelnione" i pięknie malowane płoty. Słowem program gen. Składkowskiego na lato 1939 został wykonany w 100 procentach. Pogłoski – czuły jak zwykle barometr niepowodzeń wojennych – trwały. Trudno było nabrać otuchy, gdy obok oficjalnego komunikatu o rozbiciu dwóch dywizji niemieckich i obok fantastycznych wieści o bombardowaniu Berlina, odbywał się pośpieszny przejazd najwyższych władz państwowych w stronę granicy południowej i rosło całkowite rozprzężenie życia "tyłów".

Tadeusz z inż. Klonowskim niemal co dzień zaglądali do starostwa. Niewiele z tych wizyt skorzystali. Starosta chodził milczący i ponury. Pani starościna natomiast z przejęciem czytała im z kopii bibułowej słynne strofy Przepowiedni Tęgoborskiej.

"O Boże – myślał Tadeusz – na niebie krążą samoloty niemieckie, Polska płonie i wali się w gruzy, a tu baba, jak gdyby nigdy nic, deklamuje z płomieniem w oku o lewku zdradzonym przez wyzwoleńca... A niech cię licho porwie!"

– Cóż to za idiotka! – irytował się inż. Klonowski, gdy wracali do domu.

Tadeusz kiwnął głową, rozmyślając, że w godzinę trwogi jedni idą do Ossowieckiego, drudzy do wróżek, trzeci kręcą stoliki (z Guzikiem lub bez Guzika), inni pocieszają się lekturą przepowiedni, inni wreszcie – bardzo nieliczni – idą do kościoła.

Tegoż dnia wieczorem dowiedzieli się, że starosta "wyewakuował się", nic nikomu nie mówiąc. Dla pp. Klonowskich i Tadeusza był to ostatni dzwonek.

– Jutro o świcie wyjeżdżamy – oznajmił inżynier.

Był to człowiek z dużym poczuciem humoru. W okolicznościach, w jakich się znaleźli, humor jego nabrał jednak akcentów wisielczych. Od czasu do czasu zaczynał śpiewać słynny szlagier modny latem 1939:

Marszałek Śmigły-Rydz, nasz mężny, dzielny wódz...

Potem przerywał śpiew, mówiąc:

– A niech go wszyscy diabli porwą!

Pasierb jego nie odznaczał się wesołością. Z powagą czternastolatka zapytywał Tadeusza:

– Jak pan myśli: chyba marszałek Śmigły-Rydz popełni samobójstwo?

Tadeusz miał na końcu języka odpowiedź "licz pan na to!" – ale zmilczał, nie chcąc mącić czystych iluzji młodzieńczych. A o świcie już jechali w kierunku Łucka. Drogę, ongi zapewne dobrą, ale jak większość polskich szos nieasfaltowaną, "rozessały" setki tysięcy opon. Musieli jechać ostrożnie, gdyż co krok były wyboje, a nawet większe dziury w nawierzchni. Co kilka kilometrów widniały na zboczu drogi "trupy" samochodowe.

W Łucku zabawili krótko, bo nie było czego popasać: województwo wycofało się już kilka dni przedtem, benzyny nie było. W Dubnie spędzili dwie godziny, latając po mieście za obiecaną benzyną. Z tego krótkiego popasu w Dubnie Tadeuszowi utkwiła w pamięci – jak to podobno często się zdarza – drobnostka bez znaczenia. Gdy pili herbatę na werandzie kawiarni, rój żółtych os krążył koło ich głów i szklanek. Nie wiedzieć czemu na widok tych "pokojowych" os zrobiło się Tadeuszowi bardzo smutno.

Na szosie Dubno-Krzemieniec panował wielki ruch. W tumanach kurzu pędziły limuzyny, ciężarówki, autobusy, motocykle – wszystko w kierunku południowym. Wczesnym zmierzchem dnia 15 września zbliżali się do Krzemieńca. Z nimi razem posuwało się "corso". Ale nie było to już eleganckie, połyskujące lakierami luksusowych limuzyn "corso lubelskie". Sunęły auta zakurzone, podziurawione kulami, bez błotników i zderzaków, z wybitymi szybami. Raz dostrzegli w rowie przydrożnym wywróconą do góry nogami tankietkę. Obok – mocno poharatane drzewo. Odbyła się tu widać niedawno katastrofa.

Mrok już gęstniał, gdy wjeżdżali do Krzemieńca. Tadeusza ogarnęło dziwne uczucie. W Krzemieńcu nie był od 20 lat, a uważał go za jedno z najpiękniejszych miasteczek na naszych "kresach". Nieraz w czasach pokojowych projektował krajoznawczą wycieczkę do Krzemieńca. I oto znów był w Krzemieńcu... Na ciemniejącym niebie groźnie i władczo czarniała góra Bony z ruinami zamku. I dawniej góra ta – olbrzymia w porównaniu z wijącym się u jej stóp miasteczkiem – sprawiała wrażenie czegoś przytłaczającego. Dziś wiało od niej czarnym mrokiem i grozą. Nie spuszczał z niej wzroku, nie zwracając uwagi na mijane domki – typowe krzemienieckie domki z facjatkami.

Zaraz po przyjeździe Tadeusza spotkał zawód. Inż. Klonowski oświadczył, że dalej nie jedzie, zarówno ze względu na trudność zdobycia benzyny, jak i na dawne stosunki w Krzemieńcu. Miał nadzieję znaleźć tu zajęcie zarobkowe. Jednak szczęście – względne – zdawało się nie opuszczać Tadeusza.

Spacerując nazajutrz po mieście w poszukiwaniu papierosów, natknął się na Jurka Widackiego, dawnego przyjaciela z Petersburga, którego nie widział kilkanaście lat. Okazało się że Jurek jest urzędnikiem wołyńskiego urzędu wojewódzkiego i że "bawi" w Krzemieńcu z całą "ekipą" samochodową z wicewojewodą Strzemińskim na czele.

– A wojewoda?

– Wojewoda zwiał już dawno.

Pana Strzemińskiego Tadeusz dobrze znał z Wilna. Bez chwili wahania postanowił przyłączyć się do nich. Przyjęto go bardzo serdecznie i dano mu pokój w gmachu liceum krzemienieckiego, w którym cała ekipa wojewódzka była rozlokowana.

Spacerując z Jurkiem po mieście, raz po raz zwracał oczy na górę Bony mającą widać jakieś właściwości magnetyczne... Wieczorem dnia 16 września otarła się o nich limuzyna, w której obok kierowcy siedział Melchior Wańkowicz.

– Mel! – zawołał Tadeusz ucieszony, że z ust tak ustosunkowanego dziennikarz a dowie się ciekawych nowin. Okazało się jednak, że Mel jest zaabsorbowany "wianiem" oraz poszukiwaniem pana ministra propagandy Grażyńskiego i że de publicis wie tyleż, co i Tadeusz.

"Niech cię diabli porwą razem z twym ministrem propagandy" – pomyślał Tadeusz w ślad za oddalającym się autem Melchiora Wańkowicza.

Nazajutrz z rana Tadeusza zaprosił na ranne śniadanie wicewojewoda Strzemiński. Przy śniadaniu podzielił się z obecnymi elektryzującą wiadomością, otrzymaną telefonicznie: wojska sowieckie przekroczyły granicę w Korcu, Białozorce i Ostrogu.

– Co panowie myślą – spytał pan Strzemiński – co by to mogło znaczyć?

Milczenie. Jak się później okazało, nikt z kilkunastoosobowej ekipy wicewojewody nie słuchał radia moskiewskiego.

– Ja myślę – zaczął pan Strzemiński po dłuższym milczeniu – że Sowiety mające z nami pakt o nieagresji nie przekroczyły granicy w zamiarach wrogich. Myślę, że przekroczyły granicę po to tylko, by jej bronić przed cofającymi się wojskami polskimi.

Tadeusz słuchał w osłupieniu, inni milczeli.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 01 listopad 2013 16:19

Wojna i sezon [50]

– Co to za mister Hyde? – spytał swego towarzysza.

– O kim mówisz?

– O tym w miękkim kapeluszu. Stoi obok Grabowskiego.

– Cicho. To minister Poniatowski.

Przed końcem uroczystości pan Bociański przywołał Tadeusza:

– Weźmie pan Forda i pojedzie pan z powrotem do Wilna. Po drodze zatrzyma się pan w każdej wsi i każe sołtysowi, aby przy przejeździe prezydenta ludność wyległa na ulicę i spontanicznie go witała.

Jak wiadomo, ratio legis każdego przepisu jest uwarunkowane częstotliwością pewnych stanów faktycznych. Tymczasem wkrótce po pobiciu i zasądzeniu profesora Cywińskiego wydano ustawę karną "O ochronie imienia Józefa Piłsudskiego". Czy autorzy tej ustawy rozumieli, że przez sam fakt wprowadzenia "ochrony imienia" wyrządzili ciężką krzywdę pamięci tego, którego imię pragnęli chronić? Chyba nie, bo zresztą logiczne myślenie nie było cechą ludzi będących u steru w tym schyłkowym okresie.

Zresztą nie wszyscy tę schyłkowość dostrzegali. "Soldates" nie wszystkich raziła. Kobiety – "dzikie baby" z roku 1920, ich córki – wciąż rozpływały się na widok munduru i ułana z lancą. Zachwyty trochę ochłodły po bestialskim pobiciu profesora Cywińskiego, ale potem się wznowiły.

Dla wykazania, że się idzie z duchem czasu, urządzano ćwiczenia Ligi Obrony Powietrznej państwa. Raz na takie ćwiczenia zjechał do powiatowego miasta Głębokiego minister Składkowski. Ćwiczeniami miał kierować ex officio referent Wiktorek Korsak, dawny kolega Tadeusza z Petersburga.

Niestety upił się i leżał w domu nieprzytomny. Premier zainteresował się, gdzie jest kierownik ćwiczeń. Na to koledzy Wiktorka odparli, że w tej chwili kieruje ćwiczeniami za miastem. (Były to jeszcze dobre czasy, gdy wprowadzony przez pana Bociańskiego system donosów nie doszedł na prowincję).

"A to dobrze" – powiedział premier i kazał gorliwego kierownika ćwiczeń przedstawić do srebrnego krzyża zasługi.

W tym samym mniej więcej czasie odbyły się w Dokszycach wybory rabina. Ludność żydowska była podzielona na dwa skłócone obozy – misnagidów i chasydów. Obie strony wysunęły swych kandydatów i obie podejrzewały, że przeciwna strona ucieknie się do przekupstwa i innych fałszerstw wyborczych. Toteż oba stronnictwa prosiły starostę o delegowanie do Dokszyc urzędnika, który by asystował przy wyborach i pilnował ich czystości.

Starosta dziśnieński wysłał naszego Wiktorka, jako swego delegata. Wiktorek wyruszył w drogę bryczką starościńską w zimny poranek jesienny i po drodze zmarzł porządnie. Po przyjeździe wstąpił do swego przyjaciela – starego emeryta – na rozgrzewkę. Minęło parę godzin.

Minęła godzina wyznaczona na początek wyborów. Członkowie komisji wyborczej zaczynają się niepokoić, gdzie jest delegat starosty? Telefonują do starostwa, skąd im odpowiadają, że delegat wyjechał wczesnym rankiem i musi być od dawna w Dokszycach. Na prośbę komisji policja dokszycka zaczyna poszukiwania i odnajduje Wiktorka w mieszkaniu emeryta. Niestety, Wiktorek, jak gogolowski Prochorow z "Rewizora", jest pijany jak bela i "nie może być użyty do służby". Tak to w 100 lat później życie naśladowało literaturę: wypadek, który mógł się zdarzyć w Rosji za Mikołaja I, zdarzył się w Polsce za Sławoja.

Życie naśladowało literaturę rosyjską jeszcze inaczej. Sto lat temu pewien pisarz rosyjski skarżył się na naznaczanie byłych wojskowych, "którzy pół życia spędzili w stajniach kawaleryjskich, gdzie ich uczono, jak należy koniom podwiązywać ogony" – na stanowiska dygnitarzy cywilnych. Tacy właśnie ludzie – od wójtów do ministrów – rządzili niepodległą Polską w okresie, który nazwałem "schyłkowym". Wypada żałować, że Polacy tak słabo znali i znają literaturę rosyjską. Znaleźliby w niej sporo materiału do rozmyślań, sporo gotowych typów "arcypolskich" i sporo ostrzeżeń.

Każdy reżym, choćby najbardziej niemądry i "schyłkowy", musi mieć swego barda. Miał go więc system panujący w Polsce w latach 1935–1939.

Bardem tym był Melchior Wańkowicz... W okresie "schyłkowym" miał on kilka dojnych krów: spółkę wydawniczą "Rój", ministerium poczt i telegrafów, monopol cukrowy ("cukier krzepi"), felietony w "Kurierze Porannym". W tych felietonach uwziął się kpić w sposób dość tani i mało dowcipny z kresowego ziemiaństwa, które na ogół nie miało zbyt słodkiego żywota. Wzorki do swych felietonów zbierał, podróżując okrężnie samochodami starościńskimi i wojewódzkimi. ("Oczywiście sam płacę za benzynę" – podkreślał, nie troszcząc się o to, czy samochód służbowy nie może być potrzebny dla innej podróży naprawdę służbowej, ani o to, kto płaci pobory szoferowi). M.in. sfabrykował kilka załganych felietonów o "Hrabi Palatynu" (rozdz. XXV). W związku z tym Tadeusz nawymyślał mu kilka razy w "Słowie", podpisując swe felietony pseudonimem "Fin".

– Ach czemuż nie mogę uchylić pseudonimu p. Fina! – wzdychał kochany Mel Wańkowicz w "Kurierze Porannym". (A więc od kogoś – bo nie ode mnie i nie od Tadeusza – dowiedział się, kto się kryje pod pseudonimem "Fina"!). Z felietonami Wańkowicza ostro polemizował też Józef Godlewski, kończąc jeden ze swych artykułów słowami: "Chłopskie przysłowie mówi «nie budzie pana z Iwana», ale nie powiada, że odwrotna kombinacja nie jest możliwa".

Pod koniec 1938 roku panu Bociańskiemu udało się wreszcie wygryźć Tadeusza z Wilna. Tadeusza wziął pod swe skrzydło opiekuńcze zacny pan Władysław Raczkiewicz, który był wtedy wojewodą pomorskim w Toruniu.

W połowie listopada Tadeusz pojechał na trzydniowe polowanie do hr. Benedykta Tyszkiewicza w Wiałej. Nie przewidywał, że było to jego ostatnie polowanie na Litwie. W końcu listopada był już w Toruniu.

 

Rozdział XXVIII
TORUŃ I CORSO LUBELSKIE

Tak się złożyło, że Tadeusz znał dotąd północno-zachodnią Polskę tylko z opowiadań. Wkrótce po przyjeździe do Torunia przekonał się, że wszystkie anegdotyczne śmiesznostki poznańsko-pomorskie znikły prawie bez śladu. W rozmowie nie słychać już było powtarzającego się po każdym zdaniu pytania "nie". Z okien sklepów znikły napisy w rodzaju "poszukuje się chłopiec z kołem". Wesołego gawędziarza nie nazywano już "pierdołą".

Młodzież uniwersytecka mówiła językiem niczym się nieróżniącym od języka tejże młodzieży w Krakowie i w Warszawie. Z dawnych tradycji pozostała tylko "świńska noga", jako potrawa narodowa, no i przeczulona wrażliwość Pomorzan na wszelkie, choćby najbardziej niewinne żarty lub aluzje związane z ich krajem rodzinnym. Pod tym względem Pomorzanie byli przeciwieństwem "wileńczuków", którzy wszelkie żarty z ich sposobu mówienia lub zwyczajów przyjmowali z humorem.

O tej drażliwości Pomorzan Tadeusz miał się przekonać wkrótce po przyjeździe. Urzędnik wydziału rolnictwa rodem z Ukrainy nazwał w ogniu dyskusji kolegę Pomorzanina, z którym był na ty, "świnią pomorską". Pomorzanin aż przybladł posłyszawszy tę straszliwą obelgę. "Ukrainiec" zaraz się spostrzegł, że poszedł za daleko, i zaczął kolegę gorąco przepraszać, mówiąc, że cofa wypowiedziane słowa. Ale Pomorzanin był twardy:

– Osobiście przyjmuję przeprosiny i nie czuję się obrażony – odpowiedział – i uważam, że gdybyś mnie był nazwał po prostu "świnią", uznałbym sprawę za zlikwidowaną. Ale nazwałeś mnie "świnią pomorską", czyli że obraziłeś całe Pomorze. Wobec tego pozostaje mi tylko donieść o tym moim władzom przełożonym. Doniesienie zostało złożone i sprawa otrzymała bieg urzędowy. Pan Raczkiewicz wyznaczył Tadeusza do przeprowadzenia dochodzenia dyscyplinarnego. Badany "Ukrainiec" bardzo się pocił i tłumaczył w sposób mało przekonujący, że dnia krytycznego czytał w czasopiśmie hodowlanym artykuł o gatunku świń pomorskich i że słowa "świnia pomorska" wyrwały mu się pod wpływem lektury tego artykułu. Obrażony Pomorzanin stał twardo na stanowisku, że choć osobiście przebaczył obrażającemu, to jednak uważa, że powinien on odpowiadać za obrazę całego Pomorza.

Tadeusz zakończył prędko dochodzenie i sprawę przekazał rzecznikowi dyscyplinarnemu. Czy i jak zakończyła się sprawa "świni pomorskiej", nigdy się o tym nie dowiedział, bo wkrótce nastał rok 1939 i umysły były zajęte czym innym.

Tadeusz obracał się zarówno z tytułu swych funkcji, jak i na polowaniach – z elitą pomorską: panami Ślaskim, Donimirskim, Komierowskim.

Zaprzyjaźnił się też z Pomorzaninem doktorem leśnictwa i łowiectwa (tak!) Leonem Ossowskim, u którego polował w końcu lipca 1939 na kaczki w nadleśnictwie Suleczyno w uroczej "Szwajcarii kaszubskiej". Było to – jak dotąd – ostatnie polowanie Tadeusza.

Prócz "elity" zdarzało mu się polować u zamożnych "gburów" pomorskich. Językiem i manierami mało się różnili od inteligencji. Ale po jednym z takich polowań towarzysz Tadeusza opowiadał mu historię, która się przed kilku laty zdarzyła właśnie w domu tego "gbura", u którego polowali.

– Wieczorem do kolacji, prócz myśliwych, do stołu siadły dwie córki "gbura", studentki uniwersytetu poznańskiego. Po szeregu kieliszków, gdy już się wszystkim dobrze z łbów kurzyło, "gbur" uniósł nad krzesłem tylną część ciała, wydał grzmot "nie z ust pochodzący" i oświadczył: "Dobry piard talara wart". Odpowiedział mu śmiech powszechny, a studentki nawet się nie zarumieniły i tylko jedna z nich powiedziała: "Tatka trzymają się jeszcze tego rodzaju kawały".

Se non e vero... Anegdotę podaję, aby podkreślić, że w roku 1939 takie maniery "gburów" należały już do przeszłości.

Tadeusz wyrwany z korzeniami ze swej "przybranej ojczyzny" czuł się jednak na Pomorzu dobrze. Po ciężkiej atmosferze systemu szpiegostwa i donosicielstwa zainstalowanego w Wilnie przez pana Ludwika Bociańskiego oddychał swobodnie. Zresztą więzy z Wilnem trwały: otrzymywał regularnie "Słowo" (skonfiskowane numery w osobnych kopertach), pisywał do "Słowa" felietony, redagował miesięczny dodatek łowiecki. Poza tym czuł do pracy w administracji rosnącą niechęć. Mając zdany przed dziewięciu laty w Wilnie egzamin sędziowski, postanowił przejść na emeryturę i wróciwszy do Wilna zapisać się do adwokatury. Sympatyczny naczelnik wydziału zdrowia dr Krippendorff obiecał mu, że komisja lekarska ustali u niego odpowiedni stopień inwalidztwa, skutkiem czego pensja emerytalna będzie wyglądała całkiem przyzwoicie. Słowem pobyt w Toruniu pod łaskawymi rządami pana Raczkiewicza uważał za stan przejściowy i za ostatni etap pracy w administracji państwowej.

Ostatnie pół roku było tak obfite w zdarzenia osobiste, że o polityce, zwłaszcza o wielkiej polityce, nie miał czasu myśleć. Toteż pamiętnego poranka marcowego, gdy mu pan Raczkiewicz oznajmił przy rannym raporcie o zajęciu przez Niemców Czechosłowacji, doznał prawdziwego wstrząsu. Tego poranka zakończył się okres pomorskiego błogostanu.

Nerwowość otoczenia i jemu się udzieliła. Dotąd obojętnie przechodził przez Bydgoskie Przedmieście obok konsulatu niemieckiego i ledwie rzucał okiem na swastykę. Teraz nagle ta swastyka nabrała złowrogiej symboliki.

Ale powoli wszystko wracało do "normy". Niewiedza o tym, co naprawdę dzieje się w świecie i co grozi Polsce, a przede wszystkim Pomorzu, była również udziałem Pomorzan. Miesiące letnie mijały spokojnie. Emocjonalnie nikt w wojnę nie wierzył. W czerwcu czy lipcu Tadeusza odwiedził Stanisław Mackiewicz, który po odsiedzeniu Berezy zażywał wytchnienia, podróżując samochodem po Polsce. Przy "lampce" wina w restauracji Dwór Artusa Tadeusz zapytał:

– Będzie wojna czy nie?

– Chociaż emocjonalnie nikt w wojnę nie wierzy, wojna będzie.

A potem patrząc w stronę i jakby mówiąc do siebie, Mackiewicz dodał:

– Skończy się na tym, że w najlepszym razie stracimy ziemie wschodnie.

Ale był to epizod znany tylko Tadeuszowi. Pomorze święciło 700-lecie miasta Golubia, gdzie były ruiny zamku krzyżackiego. Organizowało z rozmachem i pomorską precyzją Tydzień Borów Tucholskich, połączony z wielką fetą i defiladą wojskową. Defiladę przyjmował generał Grzmot-Skotnicki. Grzmiała orkiestra, megafony roznosiły po błoniach tucholskich słowa piękne, wzniosłe, mocne. Odbyła się pierwsza ogólnopomorska konferencja gospodarcza. Radio rozniosło po całej Polsce silne akcenty mowy wicepremiera Kwiatkowskiego:

– Czas i miejsce rozpoczęcia wojny są zawsze napastnikowi wiadome.

Ale nie znacie dnia ani miejsca, gdzie ją zakończycie.

Prezydent Bydgoszczy Barciszewski zabierał się do realizacji swej umiłowanej idei – urządzenia w roku 1941 w Bydgoszczy pierwszej wystawy pomorskiej. Słowem Pomorze, na które były zwrócone oczy całego świata, świętowało i pracowało.

Opublikowano w Lektura Gońca

wyrzykowskiGraf Pruszyński w ostatnim numerze "Gońca" (Błędy Becka, 18-24 października, s. 14) odnosi się do tekstu Krzysztofa Mazura, który ukazał się na łamach tygodnika "Najwyższy Czas". Może przypomnę tylko, że K. Mazur w swej publicystyce przypomina nieco inne obszary przedwojennej rzeczywistości niż te, które oficjalnie pojawiają się w mediach. Pisał o Korfantym, wspominał gen. Rozwadowskiego itd. Jednym słowem nie mieści się w nurcie piłsudczykowskim, który z prawdziwą historią często-gęsto niewiele ma wspólnego.

Ale to tak na marginesie, chodzi bowiem o bardzo ważny moment w naszej najnowszej historii, a mianowicie o zajęcie Zaolzia w roku 1938, co traktowane jest przez wielu jako współdziałanie z Hitlerem w rozbiorze Czechosłowacji.

Opublikowano w Teksty
piątek, 25 październik 2013 23:03

Wojna i sezon [49]

Pan Bociański w sposób obleśny podlizywał się wojsku. W rozmowie telefonicznej z inspektorem armii gen. Dąb-Biernackim mówił z przymilnym uśmiechem do słuchawki: "Tu melduje się posłusznie Bociański".

I zachował życzliwą neutralność, gdy chuligani w mundurach oficerów

polskich z rozkazu Biernackiego pobili – w oczach żony i dziecka – bezbronnego profesora Cywińskiego. Podlizywał się też dowódcy odcinka korpusu ochrony pogranicza pułkownikowi Gaładykowi, który się szarogęsił w powiecie wilejskim, jak we własnym podwórku. (A tenże pułkownik Gaładyk wsławił się tym, że w roku 1939–40, internowany w Kownie na 6. forcie, rzucił się w celach homoseksualnych na żołnierza litewskiego, który sobie przykucnął w latrynie obnażywszy pośladki). Podlizywał się również Bociański generałowi Skwarczyńskiemu, chyba najbardziej ograniczonemu spośród wszystkich piłsudczyków, a którego zrobiono zamiast płk. Koca szefem Ozonu.

Pan Bociański był pułkownikiem "dyplomowanym", a więc tumanem ex definitione. "Dzielny" zdaniem niektórych głupich ziemian, był najgorszą kombinacją – chytrej tępoty z energią. Zresztą, jeśli o politykę chodzi, był na terenie Wileńszczyzny miniaturą i wiernym wykonawcą generała Sławoja Składkowskiego. Nie uznawał Litwinów i Białorusinów. W stosunku do Litwinów stosował różne chwyty skarbowo-policyjne. Białorusinów w ogóle nie uznawał za naród. Rozwrzeszczał się na nauczyciela w powiecie dziśnieńskim, na którego mu doniesiono, że poza szkołą rozmawia po białorusku z rodzicami uczniów. Był w najlepszej komitywie z arcybiskupem Jałbrzykowskim i – kto wie – czy nie z namowy księcia Kościoła wprowadził do wileńskiej cerkwi garnizonowej język polski zamiast cerkiewno-słowiańskiego. Szkoda, że słabo znał historię i zapewne nie wiedział, że naśladuje Murawjowa, który np. litewskie książki do nabożeństwa kazał drukować "grażdanką".

Tadeusz nieraz wyjeżdżał "w teren" w charakterze przewodniczącego komisji wywłaszczeniowej, odbywając sesje z udziałem stron, tj. władzy wywłaszczającej np. przedstawiciela kolei i właścicieli gruntów, które miały być wywłaszczone. Ruch w tej dziedzinie był dość ożywiony, gdyż chociaż nowych kolei nie budowano, koleje państwowe przeprowadzały "wyprostowanie" krętych, ongi strategicznych linii Podbrodzie-Królewszczyzna, lub Brasław-Druja. Nieraz się zdarzało, że właściciele gruntów wywłaszczanych, najczęściej chłopi Białorusini, nic nie rozumieli z urzędowych wywodów stron i sprzeciwiali się wywłaszczeniu, jakkolwiek ofiarowane wynagrodzenie było zupełnie wystarczające. Nieufni, jak wszyscy chłopi na świecie, podejrzewali jakiś podstęp. Wtedy Tadeusz zarządzał przerwę i w przerwie wyjaśniał chłopom po białorusku, o co chodzi.

Widocznie nikt nie zrobił Bociańskiemu donosu, bo te "antypolskie" praktyki Tadeusza uszły mu bezkarnie.

Za panowania Bociańskiego prokuratura wileńska uległa sprostytuowaniu. Oczywiście stało się to nie bez dyrektyw ministra sprawiedliwości.

Prokurator sądu okręgowego co dzień składał meldunki naczelnikowi wydziału społeczno-politycznego i od tegoż naczelnika dostawał wskazówki. I za Bociańskiego nastąpił słynny wyrok skazujący nieszczęśliwego Cywińskiego za "lżenie pamięci Józefa Piłsudskiego". A więc nie tylko z prokuraturą, ale i z "niezawisłym" sądem nie było lepiej...

Niezależne i buntownicze "Słowo" Stanisława Mackiewicza było solą w oku Bociańskiego. Zaczęło się od głupstw. Bociański, który jak każdy dygnitarz lubił przemawiać, miał jakąś mowę publiczną, w której wspomniał o "wianuszku serc" składanych w hołdzie komuś czy czemuś. Jerzy Wyszomirski zaraz przyczepił się w "Słowie" do tego "wianuszka", powiadając, że serca to nie serdelki i nie kiełbaski, by je w wianuszek na sznurku nizać. Zaczęły się konfiskaty "Słowa". Najpierw co tydzień, później co drugi dzień.

Wspomniałem naczelnika wydziału społeczno-politycznego (dawniej zwanego po prostu wydziałem bezpieczeństwa). Był nim niejaki pan Jasiński. Pan Bociański z nim się nie rozstawał ani na chwilę. Odbywał z nim długie spacery po mieście w towarzystwie szpicla, który szedł o parę kroków z tyłu za nimi. Asysta tego szpicla była jak najbardziej oficjalna, bo gdy znajomi kłaniali się pp. Bociańskiemu i Jasińskiemu, szpicel też odkłaniał się grzecznie. Przed kim czy przed czym miał bronić Bociańskiego – nie było jasne.

Razu pewnego Jerzy Wyszomirski machnął w "Słowie" artykuł, podając, że jest to przekład opowiadania Sałtykowa-Szczedrina o "mieście Głupocie".

Dla każdego obeznanego jako tako z językiem rosyjskim jasne było, że przekład z rzekomego Szczedrina jest zaktualizowanym falsyfikatem.

Bohaterami opowiadania byli gubernator Aistow (aist po rosyjsku – bocian) i naczelnik Waniuszkin (Wania, Waniuszka jest rosyjskim odpowiednikiem Jasia). Nie trzeba było zbytniej domyślności, by zgadnąć, że Aistow to Bociański, a Waniuszkin – Jasiński. I trzeba, że właśnie ten numer "Słowa" nie został skonfiskowany! Nazajutrz "Słowo" zagrzmiało diatrybą pod adresem cenzorów zaczynającą się słowami: "Więcej inteligencji, panowie!".

Ten numer "naturalnie" (choć w sposób trochę nie fair) skonfiskowano. Tu nadmienię, że zarówno gen. Sławoj Składkowski, jak pan Bociański byli obaj jak żywcem wycięci ze złośliwych karykatur Sałtykowa-Szczedrina, co było tym zabawniejsze, że obaj nienawidzili Rosjan.

Tak tedy nienawiść pana Bociańskiego do "Słowa" rosła. Gnębił "Słowo" wszelkimi sposobami. Skoro konfiskaty nie pomagały, starał się – co mu się nie udało – przekonać Bank Ziemski, aby cofnął "Słowu" subsydia w formie ogłoszeń licytacyjnych. W niedalekiej przyszłości – już po przeniesieniu się Tadeusza do Torunia – nienawiść miała doprowadzić do zesłania Stanisława Mackiewicza do Berezy, którą Bociański groził mu od dawna. Zesłanie Cata-Mackiewicza do Berezy było – może podświadomą zemstą gen. Składkowskiego za te czasy, gdy Piłsudski godzinami rozmawiał z Mackiewiczem w Druskiennikach, a Sławojowi groził, że go za drzwi wyrzuci. Bociański coraz krzywiej patrzał na Tadeusza z powodu jego współpracy ze "Słowem", chociaż Tadeusz przezornie redagował oficjalnie tylko dodatek łowiecki, podpisując inne artykuły różnymi pseudonimami.

Ludzie stojący z boku widzieli pana Bociańskiego jako energicznego wykonawcę superenergicznej polityki pana Składkowskiego. Ludzie patrzący
na rządy "Aistowa" z wewnątrz oglądali drugą stronę medalu. Pan Bociański, "dwójkarz" z powołania, był tchórzem podszyty i nie tylko wychodził na miasto w towarzystwie szpicla, ale trzymał tego szpicla w sekretariacie w czasie urzędowania. Trochę zabawne było, jak pan Bociański codziennie z rana modlił się pod figurą w kościele Bonifratrów i jak mu przy tych modłach też wiernie szpicel asystował. Pan Bociański nie rozstawał się z maleńką książeczką, do której wciągał różne informacje i donosy.

Bo donosy, dotąd nieznane w Wilnie, stały się za pana Bociańskiego regułą urzędowania. Za krótkiego okresu "miesięcy miodowych" pana Bociańskiego z Tadeuszem zdarzyło się, że ten przedstawił wojewodzie wniosek o nadanie krzyża zasługi radcy Dzenajewiczowi. (Był to okres, gdy gen. Składkowski spuścił na Polskę całą ulewę odznaczeń i wyznaczył obowiązkowy kontyngent orderów dla każdego województwa, każdego powiatu i każdej gminy). Na dźwięk nazwiska Dzenajewicza pan Bociański sięgnął do kieszeni i wydobył słynną książeczkę:

– Niech pan odłoży ten wniosek i zbada, czy ten pan Dzenajewicz nie był zamieszany kilka lat temu w defraudację funduszów publicznych. Tadeusz zbadał sprawę. Okazało się, że przed kilku laty pani Dzenajewiczowa była skarbniczką jakiejś instytucji społecznej. Z biurka jej skradziono kilkaset złotych stanowiących własność tej instytucji, po czym pani Dzenajewiczowa niezwłocznie sumę tę pokryła z własnej kieszeni. Tak więc donos na pana Dzenajewicza był wedle klasycznej formułki: "Albo on ukradł, albo jego okradli".

Urzędowanie odbywało się dziarsko. Zjazdy starostów zostały nazwane twardo, po żołniersku "odprawami" i na tych odprawach starostowie mieli obowiązek donosić, w jakim tempie płacone są podatki w powiecie. Starostowie, u których potworzyły się zaległości podatkowe, dostawali ostrą naganę.

Skoro mowa była o orderach, warto wiedzieć, że na urzędowych przyjęciach pan wojewoda Bociański występował w pułkownikowskim mundurze obwieszonym jak choinka orderami. Tej ilości orderów, z których większość nie była oczywiście odznaczeniami bojowymi, mógł panu Bociańskiemu pozazdrościć łowca orderów Bohdan Zalutyński (rozdz. XXV). I również dobrze wiedzieć, że w okresie "deszczu orderów" zgłosił się do starosty dziśnieńskiego pana Wiktora Suszyńskiego chłop z prośbą, aby mu dać order. Na zapytanie starosty, za jakie zasługi chce dostać order odpowiedział, że chciałby wymienić na order polski odznakę, którą ojciec jego dostał od rządu rosyjskiego. To mówiąc, pokazał srebrny medal z napisem "Za usmirienije polskogo miatieża".

Pan Suszyński powiedział chytrze, że postara się o order polski, ale że musi mieć w ręku order rosyjski, by go pokazać komu należy. Chłop jednak coś zmiarkował, bo odszedł nie oddawszy medalu.

Innym razem pan Bociański polecił Tadeuszowi zbadać pochodzenie doktora Turuty z wydziału zdrowia, gdyż doniesiono mu, że Turuto jest Rosjaninem. Tadeusz miał gotową odpowiedź:

– Tak się złożyło, panie wojewodo, że doktor Turuto zwrócił się do mnie przed kilku dniami o poradę prawną w sprawie nadziału kawałka ziemi w powiecie święciańskim. Ziemię tę odziedziczył po rodzicach, którzy byli włościanami, i nadział ten dostali w czasie uwłaszczenia chłopów.

Tu Bociański jakby się trochę zawstydził, bo sam lubił się chwalić, że jest chłopskiego pochodzenia i że za młodu "żarł kartofle"... (Tu, zdaje mi się, z lekka przesadzał).

Tak się urzędowało przy panu Bociańskim. Naczelnik Jasiński dawał do zrozumienia Tadeuszowi, że wkrótce będzie sojusz z Niemcami, że pójdą na Sowiety i że Tadeusz wróci do Baćkowa... A wojewoda Bociański wtrącał się w wyroki komisji dyscyplinarnej, a nawet w sądowe sprawy cywilne.

Na kilkanaście lat przed "socrealizmem", "polrealizmem" i mętniactwem pana Mękarskiego pouczał Tadeusza, że powinien poświęcać swe zdolności literackie "dla Polski"! (Tu bił się w piersi).

Czy trzeba się dziwić wojewodzie Bociańskiemu? Pomijając wady osobiste (a kto z nas jest bez wad?), szedł on tylko za przykładem z góry.

A na górze odbywała się, jak się rzekło, dekompozycja. Kto puścił ten wyraz "dekompozycja" – nie wiadomo, ale był on w powszechnym użyciu zarówno w Warszawie, jak na prowincji. "Jaka jest różnica między rządem i samorządem?" – pytano. "Taka jaka między gwałtem i samogwałtem" – brzmiała odpowiedź. Za wzorem milionów pocztówek, które ongi posyłano Piłsudskiemu na Maderę, zarządzono "spontaniczne", nakazane z góry posyłanie powinszowań na św. Edwarda gen. Rydzowi-Śmigłemu, którego w międzyczasie zrobiono marszałkiem. A ci wójtowie, podobnie jak większość prezydentów miast i burmistrzów, byli nie z wyboru, lecz z nominacji.

Powoli zatracało się poczucie wszelkiej miary. Żyło się w świecie gombrowiczowskim. Rozumni zostali brutalnie odtrąceni, a naprzód cisnęły
się miernoty. Nie było głupstwa, którego by nie wymyślono u góry, a które natychmiast znajdowało rezonans u dołu. Generał Sławoj Składkowski burzył cerkwie prawosławne, wprowadzał język polski do liturgii prawosławnej, pochował cichaczem za Bugiem sprowadzone z Petersburga zwłoki ostatniego króla, tworzył surrealistyczną ordynację wyborczą, malował płoty, rozdawał rzęsiście ordery, ulepszał przy pomocy sadysty Kostka-Biernackiego Berezę, zabraniał urzędnikom polować u ziemian.

Surrealizm schyłkowy przybierał czasem postać tragiczną. Tak np. do-prowadzono do samobójstwa, czyli po prostu zamordowano przez podłą nagonkę wielkiego Polaka, któremu "naganiacze" do pięt nie dorośli – pana Aleksandra Lednickiego. Tragizm tego wypadku tkwił również w tym, że nagonkę prowadził człowiek uchodzący za porządnego i niegłupiego pan Ignacy Matuszewski. Uległ on jednak temu obłędowi państwowotwórczemu, któremu dałem nazwę surrealizmu.

Zapewne w imię tegoż surrealizmu posłano w marcu 1938 ultimatum Kownu, żądając... nawiązania stosunków dyplomatycznych. Zanim to dziwne ultimatum zostało przyjęte, Wilno przeżywało chwile wielkiego podniecenia. Gdy Tadeusz szedł w towarzystwie kilku przyjaciół po ulicy Mickiewicza, wyprzedziło ich biegiem dwóch uliczników, z których jeden spytał drugiego:

– Antuk, co teraz będziem robić?

– Będziem Litwinów za dupa brać.

I też w imię surrealizmu marszałek Rydz wydał rozkaz "maszerować" i zajął Śląsk Cieszyński.

U dołu działy się rzeczy jeszcze bardziej surrealistyczne. Obszar miasta Wilna oplątano siecią szos "strategicznych" i poddano, jako "obóz warowny", specjalnym przepisom, które gdyby ściśle stosowane – uniemożliwiłyby wszelką inicjatywę prywatną. Obrót nieruchomościami, otwarcie apteki czy założenie budki z wodą sodową – wszystko wymagało pozwolenia dowódcy obozu warownego. Można sobie wyobrazić, do czego by doszły nadużycia, a przede wszystkim łapownictwo, gdyby te przepisy potrwały dłużej. Wybuchła jednak wojna...

Gdy Tadeusz rozmawiał o tych anomaliach z sympatycznym pułkownikiem Aleksandrowiczem z Obozu Warownego, ten wzruszył ramionami:

– Trudno. Jesteśmy w Alkazarze.

Odpowiedź była nawiana analogiami z toczącą się wojną domową w Hiszpanii. (A zacny obrońca wileńskiego Alkazaru płk Aleksandrowicz popełnił samobójstwo dnia 18 września 1939 roku).

W Zułowie postanowiono dokonać uroczystego poświęcenia fundamentów domu, w którym urodził się Piłsudski. Stary dom dawno się spalił,
a na wystawienie nowego nie zdobyto kredytów. Postanowiono więc – na razie – poświęcić uroczyście ładnie odbudowane fundamenty. Na uroczystość przybył pan prezydent Mościcki i wszyscy ministrowie. Prezydent i ministrowie byli w cylindrach, prócz jednego. Ten miał na głowie homburg, spod którego latały czarne złe oczki. Tadeuszowi przypomniał się niedawno widziany film na tle powieści Stevensona.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 18 październik 2013 15:23

Wojna i sezon [48]

W okresie sobotniej i niedzielnej prohibicji Rudy siedział w Europejskim po sutej kolacji. Nagle zjawił się nalot urzędu walki z lichwą i spekulacją, celem sprawdzenia, czy nie odbywa się nielegalny wyszynk alkoholu. Przy stoliku Rudego pito uczciwą kawę. Widząc zbliżających się urzędników, Rudy pośpiesznie nakrył swą filiżankę serwetką. Urzędnik skoczył jak pantera, chwycił filiżankę Rudego i podniósł do nosa. Rozczarowany i zirytowany odstawił filiżankę i krzyknął na Rudego: "Po co pan przykrywał filiżankę serwetką?!". Wtedy i Rudy podniósł głos: "A czy jest prawo zabraniające nakrywania filiżanki serwetką?! Czy chce pan, abym się poskarżył pańskim przełożonym za podnoszenie głosu i nadużycie władzy?!".
Niefortunny urzędnik zrejterował się jak niepyszny.

Czasem dowcipy Rudego bywały niezamierzone. Razu jednego podpili sobie z Tadeuszem w towarzystwie pewnego abstynenta, który nie tylko nie pił, ale się ironicznie uśmiechał, patrząc na pijących. Jak wiadomo, pijacy i wariaci są podejrzliwi i mają dobre oko. Rudy zauważył uśmieszki abstynenta i po libacji skarżył się Tadeuszowi z goryczą: "Jakże świetnie rozumiem psychologię trzeźwych. Siedzi sobie taki pan, uważa siebie za coś lepszego i myśli: my trzeźwi...".

Rudy miał dar dosadnej a dyskretnej konstatacji. Bawili raz na wsi z Tadeuszem w dworku, gdzie Tadeusz uciął sobie romansik z gospodynią domu. Spali z Rudym w jednym pokoju. Wracając z nocnej schadzki, Tadeusz miał nadzieję, że zastanie Rudego śpiącego. Ten jednak nie spał i czytał w łóżku. Na pozór nie zwrócił uwagi na Tadeusza i tylko po pewnym czasie powiedział półgłosem, jakby do siebie: "Kochasz i jesteś kochany".

Miał też dar trafnych fizjonomistycznych określeń. Idąc z Tadeuszem w Wilnie ulicą Mickiewicza, spotkali ówczesnego szefa Tadeusza wojewodę Bociańskiego. Rudy nigdy przedtem nie widział Bociańskiego i nie wiedział, kim jest niewielkiego wzrostu człowieczek, któremu się Tadeusz ukłonił.

Powiedział jednak zaraz: "Temu panu musi się odbijać zgniłym jajkiem". Określenie było bardzo trafne, gdyż wojewoda Bociański cierpiał na opuszczenie żołądka, czy inną tego rodzaju dolegliwość, co było jedną z przyczyn jego złych humorów.

Pan Irteński, kierowany zwykłą u ojców ambicją, chciałby widzieć syna w towarzystwie ludzi statecznych, poważnych, zrównoważonych. Patrzał więc z ukosa na przyjaźń syna z Rudym. Powiedział raz z przekąsem:

"Dowcipy twego Rudominy są moczopłciowe". A Józiolo Haller z Mianocic żachnął się kiedyś na Rudego: "Dowcipy twoje i Irteńskiego polegają na dwóch słowach: .... i ....". Tutaj Józiolo użył wyrazów, które w literaturze polskiej nie znalazły jeszcze szerszego obiegu, a które do literatury anglosaskiej wprowadził Henry Miller. Powiedzenie Józiola wprowadziło Rudego w zachwyt. Zaraz napisał do Tadeusza orędzie wierszem, w którym końcowa zwrotka brzmiała:

Lecz jeden smutek u nas ot:
Nasz dowcip nieudany.
Zrozumiał Haller, pojął w lot:
Rozrodcze dwa organy.

W naganie pana Irteńskiego i Józiola Hallera była tylko cząstka prawdy.

Rudy używał wyrazów niecenzuralnych oszczędnie i w miarę – ani mniej, ani więcej niż używają ich polskie samce rodzaju ludzkiego.

Wiadomo, jak trudno jest zatamować strumień elokwencji jakiegoś nudziarza. Rudemu zdarzyło się wpaść na skuteczny, choć bardzo niewonny sposób. W upalny dzień szli z sąsiadem Adasiem Buszem kąpać się w rzece. Ponieważ byli w domu kawalerskim, więc kroczyli zupełnie nago z ręcznikami w ręku. Adasia Busza rzuciła niedawno żona, zanudzał więc wszystkich opowiadaniem, jak do tego doszło, z czyjej winy, jak to naprawić itd. Rudy powiedział tonem delikatnym: "Ten temat bardzo cię podnieca i denerwuje, Adasiu. Może będziemy mówili o czym innym". Adaś Busz nie słuchał i mówił dalej. "Poczekajże – pomyślał Rudy – zaraz zmienisz temat rozmowy". Zbliżali się właśnie do rzeki. Rudy, który już od pewnego czasu odczuwał żywo naturalną potrzebę, pomyślał, że zaraz bystry prąd rzeki usunie wszelki brud i – nie zwalniając kroku – załatwił się wzdłuż kończyn dolnych. "Świnia!" – wrzasnął Adaś – jak można robić coś podobnie obrzydliwego!" – "Ale ty zmieniłeś temat rozmowy" – odparł Rudy z jadem w głosie.

Portret psychologiczny Rudominy byłby niezupełny, gdybym cytował jego wiersze pisane dla szczupłego grona wybranych, lub przypominał jego dowcipy, które nie dla wszystkich będą dowcipne. Czy wielu np. z dzisiejszego pokolenia zrozumie urok takiego powiedzenia: "Jedyny wyraz grecki, który pamiętam z czasów szkolnych, to madapolam...".

Dla dziesiątków, czy może nawet setek ludzi Rudy był wesołkiem, dla wielu "trefnisiem", ale naprawdę nie był człowiekiem zbyt szczęśliwym. Po godzinach zabawy i żartów przychodziły godziny, czasem nawet całe dni czarnej depresji. W okresach depresji Rudy nie uśmiechał się, nie żartował, nie reagował na niezłe żarty przyjaciół. Co było powodem tych okresów przygnębienia? Różnie o tym mówiono. Czasem załatwiano sprawę wzruszeniem ramion i nic nieobjaśniającym słowem "neurastenia". Czasem mówiono, że wobec niesłychanych ilości alkoholu pochłanianych przez Rudego, owe okresy depresji były po prostu okresami katzenjammeru. Inni mówili o nieudanym życiu erotycznym Rudego.

To rozwiązanie sam Rudy im podsunął, mówiąc raz ze złością:

– Już to muszę przyznać, że nie mam powodzenia u kobiet, j... ich mać!

To objaśnienie też nie było murowane. Wszyscy wiedzieli, że pewna urodziwa panna całe życie kochała się w Rudym. Zerwanie nastąpiło z woli Rudego i zawiedziona panna wyszła za mąż za innego – niezbyt szczęśliwie. A w okresie największej nędzy, w roku 1919, gdy wszelkie źródła dochodu miał odcięte, wpadł w oko pewnej damie dość powabnej, choć nie najpierwszej młodości. Rudy tak opowiadał o scenie erotycznej między nimi:

– Mówi do mnie: "Niech się chłopczyk rozbierze"... A u chłopczyka gacie dziurawe i w piernikach.

Wkrótce po pożegnaniu Mianocic i przeniesieniu się na własne śmiecie pod Głębokiem, Rudy dostał ataku sercowego. Atak tak go przeraził, że przestał pić. Ale drogą starych nawyków trzymał kompanię z pijakami, w szczególności z panem Bohdanem Kijakowskim z Kijakowa. I tu los spłatał mu złośliwego figla. Jechał bryczką jak zawsze trzeźwy, w towarzystwie pijanego pana Kijakowskiego i z pijanym furmanem na koźle. Furman wywrócił bryczkę, która wywracając się, przygniotła i złamała Rudemu nogę w kostce. Partaccy lekarze w Głębokiem nastawili mu nogę krzywo. Okulał.

Nie słuchał rad Tadeusza, by się poddać nowej operacji nastawienia nogi w Wilnie. Pozostał kulawy do końca.

Ostatni głos Rudego przyszedł do Torunia – ostatniego miejsca zamieszkania Tadeusza – przed drugą wojną. W drugiej połowie sierpnia 1939 przy- szedł list, w którym Rudy zapytywał: "A co myślisz de bello Gallico?"...

Gdy 17 września 1939 roku bolszewicy przekroczyli granicę, Rudy z braćmi Wackiem i Frankiem uciekli z majątku do Głębokiego. Wprawdzie mowa była o dalszej i bezpieczniejszej ucieczce do Wilna, ale właśnie kulawa noga Rudego stanęła na przeszkodzie.

Głębokie było małym miasteczkiem, gdzie każde dziecko znało braci Rudominów. Toteż po kilku dniach zaaresztowano ich jako wrogów ludu i osadzono w więzieniu.

Odtąd dalsze losy braci Rudominów nie są znane dokładnie. Ktoś dzielący z nimi celę w więzieniu w Głębokiem mówił, że bracia wciąż się kłócili
– o szczyptę machorki lub o skorynkę suchego chleba.

Jakaś pani widziała Rudego, jak ciężko utykając, szedł w grupie więźniów eskortowany przez krasnoarmiejców. Dojrzał tę panią w tłumie i na jej nieme pytanie skrzywił się i machnął ręką w kierunku wschodnim. Jeszcze inna pani jechała w bydlęcym wagonie z jakimś zawszonym i przymierającym głodem Rudominą w głębi Rosji, jesienią 1941 roku, w kilka miesięcy po słynnej "amnestii".

Czy to był nasz Rudy – nie wiadomo, prócz bowiem trzech naszych braci Rudominów byli inni Rudominowie w dziśnieńskim. Istnieje też wersja, czy
może tylko przypuszczenie, że Rudy został – jak wielu innych – zastrzelony na trakcie połockim, gdy wskutek kulawej nogi nie mógł dotrzymać kroku pędzonym na wschód więźniom. Nie ulega jednak wątpliwości, że Rudy zginął gdzieś w Rosji i że koniec tego "wesołka" na pewno nie był wesoły.

 

Rozdział XXVII
KONANIE STAREGO WILNA

Po panu Beczkowiczu, "nudnym wojewodzie", jak go miał nazwać Piłsudski, przyszedł pan Władysław Jaszczołt, najlepszy, najrozumniejszy wojewoda, jakiego widziało Wilno, a może i Polska. Trudno powiedzieć, czym zdobył sobie serca Wilnian. Nie był piękny i gładki, jak pan Raczkiewicz, nie był z mongolska "egzotyczny", jak pan Kirtiklis. Nadto był obcy Wilnu i urodzeniem, i tradycjami. A jednak pokochano go od razu, a po dwóch i pół latach żegnano go z żalem i trwogą, kto będzie jego następcą. Jedno w nim budziło z miejsca szacunek i zaufanie: był wzrostu słusznego, raczej tęgi i mówił pięknym głębokim basem, który przypominał Tadeuszowi bas nieodżałowanego Kamila Mackiewicza. Był też pierwszorzędnym mówcą.

Tadeusz nieraz podziwiał, jak w przemówieniach ex promptu bas jego budował proste, mądre, a jednocześnie – nieskazitelne pod względem składni zdania, które można było bez szkody dla efektu lub gramatyki zastenografować słowo w słowo lub utrwalić na taśmie czy płycie. Wprowadził też do urzędowania dwie mądre zasady. Po pierwsze, zniósł idiotyczny obowiązek "pracy społecznej": od urzędników wymagał tylko rzetelnego wykonywania obowiązków służbowych. Po drugie, zarzucił zadawniony w polskiej administracji zwyczaj "przejmowania się": nigdy nie bywał w biurze po godzinach służbowych i unikał wszelkich zjazdów i konferencji.

A równocześnie wprawiał w zdumienie Tadeusza i bardziej rutynowanych urzędników zdolnością "chwytania byka za rogi", to znaczy umiał z błyskawiczną szybkością zorientować się w najbardziej zawiłej sprawie, którą mu referowano, i postawić trafną "diagnozę". Tadeusz nieraz myślał, jak mocnym i groźnym przeciwnikiem byłby w roli obrońcy lub prokuratora,

zwłaszcza wobec wielkiego daru krasomówstwa, i dziwił się, czemu pan Jaszczołt obrał sobie za zawód biurko administratora.

– Bo jest strasznym leniem – wyjaśnił Tadeuszowi pewien urzędnik z gatunku tych, którym niezałatwiona sprawa administracyjna spędza sen z powiek i prowadzi do wrzodów w żołądku.

Tadeusz westchnął i pomyślał, jak bardzo życie byłoby szczęśliwsze, gdyby wszyscy dygnitarze byli "leniami" typu pana Władysława Jaszczołta.

Po śmierci Piłsudskiego wszystko szło na razie prawem bezwładu. "Duch" jego panował w czasie paru lat ciężkiej choroby i duch ten trwał czas jakiś po jego śmierci. Ale później zaczęła się dziać w Warszawie tzw. dekompozycja. Zresztą zwiastuny tej dekompozycji zjawiły się znacznie wcześniej.

Np. wprowadzono egzaminy z języka polskiego dla rabinów, co było dla Tadeusza i radcy Wiktora Piotrowicza źródłem niewyczerpanym anegdot, lecz dla rabinów było tylko źródłem udręki.

Wprowadzono też niemądry przepis, że starostą granicznym może być tylko eksoficer. W wyniku odwołano z powiatów granicznych energicznych cywilów, np. pana Wiktora Niedźwieckiego z powiatu wileńsko-trockiego, a na ich miejsce posadzono fajtłapowatych byłych oficerów. A więc w Wilejce powiatowej urzędował pan Neugebauer, a w Małodecznie pan Jerzy de Tramecourt. W związku z tymi dwiema nominacjami Białorusini dziwowali się:

– Jakich tolki starastau nie naznaczajuć! Niejebajer i Kradziekur! Adin nie jabie, a druhij kur kradzie...

W Święcianach zamiast kulturalnego pana Żurawskiego naznaczono pana Mydlarza, który był tzw. naprawiaczem. Miał opinię lewicowca i antyziemianina. W związku z tą nominacją opowiadano taką anegdotę. Pociągiem jechał pan Hieronim Mohl. W przedziale siedziała zażywna, ale o dość miłej powierzchowności blondynka. Pan Mohl, który pomimo posiadania siwych włosów oraz wnuków miał jeszcze krew gorącą, zaczął flirtować z nieznajomą. Blondynka, która pana Mohla znała z widzenia, powiedziała:

– Nie rozmawiałby pan ze mną, gdyby pan wiedział, kim jestem.

– Nie rozumiem.

– Jestem Mydlarzowa.

– Ach, droga pani! Czasy są demokratyczne. Kto teraz na takie rzeczy zwraca uwagę! Ja na przykład jestem – hrabią, a zajmuję się handlem. Cóż to mnie może obchodzić, że mąż pani wyrabia mydło.

W końcu roku 1935 na wojewodę wileńskiego naznaczono pułkownika Ludwika Bociańskiego. Powitano go raczej przychylnie, pamiętając jego akcję "polonizacyjną" w okresie, gdy był dowódcą pułku w Mołodecznie.

Pewien gatunek ziemian uważał tę akcję za wielką zasługę. Był bardzo niskiego wzrostu i szczupły. Zoszczenko powiedział kiedyś, że całe zło na świecie pochodzi od ludzi małego wzrostu i szczupłych. Czy Zoszczenko miał rację, czy nie, o tym można by dyskutować. W każdym razie do pana
Bociańskiego pasował wiersz ze starego poloneza "Nie tak in illo tempore bywało": "Naprawiacz" – najgorsza odmiana "sanatora".

Nikt go nie pozna – szewc czy wojewoda: Każdy z laseczką, bo dziś taka moda. Pan Bociański chodził zresztą bez laseczki i siedział cicho aż do czasu,
gdy premierem i ministrem spraw wewnętrznych stał się pan Sławoj Składkowski. Wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa "soldateska", którą premier przypieczętował słynnym okólnikiem o "drugiej osobie w państwie": miał być nią – po prezydencie – generał Śmigły-Rydz, jako następca Piłsudskiego.

Zaczął się smutny okres "Piłsudczyzny bez Piłsudskiego". Jeżeli okres żywego Piłsudskiego był daleki od ideału, to "Piłsudczyzna bez Piłsudskiego"
była tragikomedią, tym tragiczniejszą, że większość Polaków nie zdawała sobie sprawy z idiotycznego impasu, w który Polskę wpędzili trzymający się kurczowo posad i posadek piłsudczycy.

Widocznie mimo legendy o warcholstwie i liberum veto, Polacy byli spragnieni posłuszeństwa "wodzowi". Nie mieli widać wyobraźni politycznej. Skoro Piłsudskiego zabrakło, to niech będzie Rydz. Byle był wódz.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 18 październik 2013 14:34

Historyk się tłumaczy

BB-autorNa łamach olsztyńskiego miesięcznika "Debata", w którego nagłówku tudzież widnieje motto Józefa Mackiewicza "tylko prawda jest ciekawa", ukazał się artykuł naświetlający życiorys Władysława Ogrodzińskiego, historyka, prozaika i "działacza społecznego".

Paweł Warot, młody historyk IPN, postanowił przyjrzeć się owej "działalności społecznej" Ogrodzińskiego. Prześladowany w czasie II wojny światowej przez okupanta niemieckiego, pisarz po wojnie bardzo dobrze zadomowił się w nowej rzeczywistości okupacyjnej.

Opublikowano w Teksty
piątek, 11 październik 2013 22:37

Wojna i sezon [47]

Innym razem napisał wiersz poświęcony znanym ongi w Mińsku osobistościom pt. "Ludzie Mińska".
W wierszu tym była strofa o prezydencie miasta Mińska Stanisławie Chrząstowskim i jego szwagrze Rudolfie Porzeckim:

Chrząstowski, Mińska mer,
A z nim Porzecki, dzielny mąż.
A imię ich czterdzieści czter,
Wkluczając gąbkę – patrz epohge.

Bohdan Wańkowicz mieszkający z Rudolfem Porzeckim w Postawach miał nieostrożność pokazać ten wiersz panu Rudolfowi, zwanemu Rudźką. Rudźka rozgniewał się nie na żarty.

– Ależ to idiotyczne! – ryknął.

– Idiotyczne – przyznał Bohdan.

– A jednak ty, Bohdanie, uważasz to za dowcipne?

– Dowcipne... Nie wiem. Dowcip to rzecz względna. Uważam, że wiersz jest zabawny.

– A ja uważam, że nie jest ani zabawny, ani dowcipny, a po prostu głupi!

Ot, kiedyś w Mińsku stary Legatowicz pisywał dowcipne wiersze...

(Legenda o dowcipnych wierszach starego Legatowicza, ojca adwokata, była legendą martwą, gdyż ani na piśmie, ani w pamięci ludzkiej nie zachował się ani jeden wiersz tego satyryka mińskiego drugiej połowy XIX wieku).

Rudy pisywał też z rzadka satyry zrozumiałe nawet dla niewtajemniczonych. Miał on – na szczęście nie on jeden! - wstręt do histerycznego patriotyzmu polegającego na westchnieniach, wykrzyknikach, frazesach, smarkaniu się, wierszyku "Kto ty jesteś? – Polak mały", rymach "ojczyzny-blizny" i – "Rocie" Konopnickiej. Napisał więc parodię "Roty". Uznał, że zapowiedź poetki "nie będzie Niemiec pluł nam w twarz" jest za słaba
i zamienił ją wierszem "nie będzie Niemiec na nas s...".

Dziesięcioletni pobyt w powiecie miechowskim, którego ziemiaństwo było zatrute toksynami endecji, natchnął Rudego do napisania szeregu rymowanych paszkwilów skierowanych przeciwko Józefowi Piłsudskiemu.

Było to jednak raczej uprawianie sztuki dla sztuki. Rudego bowiem polityka mało interesowała. Tyle tylko, że jako ultrakonserwatysta nie znosił socjalistów.

Pisywał też utwory "dla dzieci". Ułożył m.in. elementarz, w którym np. literę "U" ilustrowały takie przykłady: "Tu dwa ule, a tu dwie dupy"... "upławy u Urszuli". Poza tym układał zagadki. Jedna z nich zaczynała się tak:

Wyłazi ze mnie czasem kiełbaska, Ciemnobrązowa cynamon-laska...

I kończyła:

Któż taka jestem? Zgadnij że dziecię!

Znaleźli się niegodziwcy, a w ich liczbie autor tej kroniki (bije się mocno w piersi!), którzy tych wierszyków uczyli swych sześcioletnich siostrzeńców ku zachwytowi latorośli, a ku wielkiemu – i słusznemu – oburzeniu matek. Popisowym numerem Rudego był wykład o literaturze białoruskiej.

Polegał na recytowaniu i komentowaniu sprośnych wierszyków zaczerpniętych z autentycznego folkloru białoruskiego. Wykład miał ogromne powodzenie – po pierwsze dlatego, że komentarze były absurdalne, a po drugie – że przed recytacją każdego kawałka prelegent zapowiadał: "A teraz powiem państwu wiersz pióra pani Ludwiki Życkiej", albo: "A teraz posłyszą państwo utwór Zdzisława Kleszczyńskiego, który dostał niedawno pierwszą nagrodę na konkursie welocypedowym".

Ta druga zapowiedź była aluzją do pierwszej nagrody "Tygodnika Ilustrowanego" zdobytej przez Kleszczyńskiego w roku 1913 za wiersze o ks. Józefie Poniatowskim pt. "Książę".

Łatka "rezydenta" uczepiła się Rudego między innymi z takiego powodu.

pędził szereg lat w Mianocicach powiatu miechowskiego u państwa Józiolostwa Hallerów. Gdy spytano panią Hallerową, czy Rudomina jest ich krewnym, bo stale mieszka w Mianocicach, zapytana odpowiedziała:

– Nie, nie jest krewnym, a tylko przyjacielem. A po chwili dodała:

– Wyszło trochę zabawnie, bo przyjechał do nas na trzy dni, a siedzi trzynaście lat.

Złośliwość – zapewne mimowolna – pani Hallerowej nie była ścisła. Po pierwsze Rudy przemieszkał w Mianocicach nie trzynaście, a tylko dziewięć lat, po drugie zaś co kilka miesięcy chciał wracać do siebie i za każdym razem zatrzymywano go dosłownie gwałtem. Rudy bowiem miał własny dom, do którego koniec końców wrócił około roku 1930. Był razem z braćmi Wackiem i Franiem właścicielem ładnych folwarków Soroki i Januszew w powiecie dziśnieńskim.

Długi pobyt Rudego w Kieleckiem stanowił bujną kartę w jego życiu. Popijał tam, jeździł konno, polował, grywał w brydża.

Kwaterą główną były wspomniane Mianocice, ale dużo czasu spędzał w Olesznie Kundzia Niemojewskiego, syna i spadkobiercy słynnego dziwaka Sergiusza. Rudy opowiadał Tadeuszowi dziwy o tym Olesznie. Tadeusz słuchał opowiadań Rudego z niedowierzaniem, zanim się osobiście nie przekonał, będąc latem 1923 na polowaniu na kaczki w Olesznie, jakim anachronizmem był ten dwór położony niemal w sercu Mazowsza.

Pamięć o Karolu Radziwille Panie Kochanku i innych oryginałach litewskich sprawiła, że starym nawykiem myślenia właśnie okrojoną do obszaru "Ziem Wschodnich" Litwę uważano wciąż za rezerwat dziwactwa i "feudalnych" (proszę mi darować wyraz utarty, lecz błędny!) obyczajów. Tymczasem wszelkie dziwactwa i "feudalizmy" znikły na Litwie niemal bez śladu po rewolucji i wojnie 1917–1920, natomiast w Olesznie powiatu włoszczowskiego "przedrozbiorowe" fantazje szlacheckie kwitły bujnym kwieciem. (Mówię o czasach kawalerskich Kundzia, bo po poślubieniu panny "Kropki" Morawskiej z Miławczyc podobno się ustatkował).

Gość w Olesznie dostawał osobny pokój z przybitą kartką ze swym nazwiskiem i miał przydzielonego kozaczka w liberii – zresztą przykładnie mazurzącego – który go na krok nie odstępował. W pewnych chwilach życia było to nawet krępujące. Wódka i szampan – zresztą węgierski Palugay – płynęły strumieniem.

Nad ranem szczuto gończymi i chartami hodowanego lisa, albo strzelano do domowych kaczek na stawie. Wszystko to zresztą było niewinne i mniej lub więcej normalne.

Gorzej, że Kundzia trzymały się od czasu do czasu nieobliczalne szusy. A więc np. doniesiono mu, że jakiś urzędniczyna wydziału powiatowego we Włoszczowej rozpuszcza o nim plotki, że trzyma w Olesznie harem (co poniekąd było prawdą).

Kundzio podstępnie zwabił tego urzędniczynę do Oleszna i kazał "kozaczkom" wsypać mu na ganku tuzin nahajów.

– Wiesz za coś dostał? – spytał Kundzio po egzekucji.

– Nie wiem.

– Za to, żeś kurwa. Powtórz!

– Za to, żem kurwa.

Incydent nie miał dla Kundzia przykrych następstw, bo biedny urzędnik po powrocie do Włoszczowej nikomu się ze wstydu nie skarżył.

Wspomniałem o szczuciu hodowanego lisa. Odbywało się na terenie olbrzymiego – długości chyba 500 kroków – czworoboku otoczonego z trzech
stron budynkami. Czwartą stroną był płot, a za nim łan zboża. Lisa wypuszczono z klatki i poszczuto gończymi. Był na pół oswojony i nie bardzo chciał uciekać. Dopiero gdy go gończe zaczęły skubać, puścił się galopem i od razu odsadził od piesków na pół długości czworoboku. Tymczasem dwa charty stały wyprężone na smyczy, wpatrzone w umykającego lisa.

Gdy lisa dzieliło od zbawczego łanu zaledwie 100 kroków, dopiero wtedy puszczono charty ze smyczy. Tadeusz nie mający doświadczenia w polowaniu z chartami, przekonał się o szybkości tych psów. Jak strzały z cięciwy poleciały przez dziedziniec, przeskoczyły przez głowy gończych i dopadły lisa w chwili, gdy już-już miał się skryć w łanie pszenicy.

Odbiegłem jednak od tematu, bo rozdział jest poświęcony Rudemu, a nie Kundziowi Niemojewskiemu. Aby nie wracać już do kieleckiego okresu jego życia, dodam tylko, że nie wyniósł z tamtego okresu żadnych zdobyczy duchowych. O ziemiaństwie kieleckim był zdecydowanie ujemnego zdania:

– Zacni, lecz dziwni to ludzie – mówił nieraz Tadeuszowi – jedynym tematem ich rozmów są albo kłopoty gospodarcze, co samo przez się jest nudne, albo – koń. Koń, który jest koniec końców bydlęciem pociągowym lub pod siodło, stanowi w ich rozmowach jedyny surogat poezji.

Na spisanie wszystkich kawałów Rudego trzeba by grubego tomu. Przytoczę więc tu kilka, nie tyle najcelniejszych, ile takich, które zapamiętałem. Nie znosił utworów Gabryeli Zapolskiej. "To histeria, a nie literatura – powiadał – kobieta rodzi dziecko: zdawałoby się rzecz zwykła, ale u Zapolskiej «Gloria in excelsis Deo»".

Gdy w roku 1920 ukończyli z Tadeuszem służbę ochotniczą w lotnictwie,

ofiarował przyjacielowi fotografię w mundurze z napisem: "Na pamiątkę wspólnej kampanii tureckiej".

Czasem bawił się w trawestację znanych przysłów, np.: "Gdyby ciocia nie miała menstruacji, to byłaby co miesiąc zdrowa".

Gdy latem 1917 roku bawił u Marylki Słotwińskiej w Rawaniczach i podkochiwał się w tej młodej wówczas i niebrzydkiej wdówce, ktoś z gości rawanickich spytał go: "Cóż pan porabia, panie Witoldzie?" – "A nic. Chodzę po polu i liczę kroki: raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, moje... Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, moje"... (Chodzi o to, że wedle cywilnych praw rosyjskich wdowie przysługiwała siódma część majątku męża, czyli w interpretacji Rudominy dostałby w posagu każdy siódmy krok).

Pewnego razu zadziwił obecnych szczególną rachubą czasu: "Trzy już przeżyłem Konklawe"...

Opowiadanie o Janie Oskierce, znanym magnacie wileńskim, tak zaczął:

"Gdy Oskierka skończył 21 lat, no bo nic innego nie skończył"...

Kiedyś w rozmowie z Tadeuszem zachwalał urodę jakiejś przyjezdnej panienki, której Tadeusz nie znał. "Co to za typ urody?" – spytał Tadeusz. "No, jak by ci powiedzieć; taka przystojna kurewska twarz"...

O panu S.W. nie odznaczającym się większą inteligencją mówił, że "razem z kupcami fenickimi wymyślił szkło".

Raz szli z Tadeuszem ulicą. Rudy ukłonił się jakiemuś panu przejeżdżającemu dorożką. "Kto to był?" – spytał Tadeusz. "Przeciszewski". – "Nic podobnego. To nie był Przeciszewski". – "Racja", ale mi było wygodniej powiedzieć "Przeciszewski"...

Potrafił doprowadzić ludzi do rozpaczy powtarzaniem jednego i tego samego kawału. Przez czas dłuższy ofiarą tego rodzaju prześladowań był zacny ziemianin pan Antoni Grzegorzewski, starszy pan, który mógłby być ojcem Rudego. Spotykając go codziennie w klubie w Mińsku, Rudy zwracał się do niego z emfazą: "Witam pana, panie Grzegorzu!". Na to pan Grzegorzewski: "Po pierwsze mam Antoni na imię, a po wtóre nic pana nie upoważnia do zwracania się do mnie po imieniu". Ten krótki dialog trwał każdego wieczoru przez kilka miesięcy i – rzecz dziwna – nie znudził ani Rudego, ani pana Grzegorzewskiego.

Innym razem Rudy jadł obiad u Langnera w Warszawie z Bodziem Zalutyńskim. Przy sąsiednim stoliku siedział pan Grzegorzewski w towarzystwie Witulka Wagnera. Zalutyński podsunął myśl, że warto by zrobić jakiś kawał Grzegorzewskiemu. Rudy kazał sobie podać arkusik papieru i wystosował urzędowy list po rosyjsku – z kancelarii gubernatora wileńskiego do isprawnika powiatu dziśnieńskiego. List był podpisany przez p.o. gubernatora Zalutyńskiego, a kontrasygnowany podpisem "za naczelnika kancelarii A. Grżegorżewskij". List włożono do koperty i przez kelnera doręczono Witulkowi.

Witulek oczywiście zaraz pokazał list Grzegorzewskiemu. Zacny pan Antoni aż podskoczył na krześle z oburzenia, przy czym – jak opowiadał potem Witulek – oburzył się nie tyle na użycie jego nazwiska, ile na to, że podpis brzmiał nawet nie "naczelnik kancelarii", a tylko "za" naczelnika kancelarii.
W czasie podróży pociągiem w Kielecczyźnie spotkał go niemiły wypadek: skradziono mu walizkę. Meldując o tym na posterunku żandarmerii na stacji Przysieka (było to zaraz po wojnie, gdy posterunków żandarmerii na kolei jeszcze nie zlikwidowano), oznajmił: "Zrobiono mi reformę rolną z walizką". – "Nie rozumiem" – odparł wachmistrz żandarmerii. "No – skradziono mi walizkę". Wachmistrz zmarszczył brew: "Za takie dowcipy będzie pan odpowiadał. Czy chce pan, abym zaprotokołował pańskie słowa o reformie rolnej?" – "Proszę bardzo".

Poczciwy żandarm zaprotokołował i Rudomina podpisał protokół. (Było to na wiele lat przed wprowadzeniem ustawy o "lżeniu narodu polskiego" i kawał nie miał przykrych dla Rudego następstw).

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 04 październik 2013 22:53

Wojna i sezon [46]

Odpowiedź kardynała bardzo imponowała proboszczowi duchowlańskiemu, który nieraz odwiedzał Bodzia jako kolatora dobrodzieja. W czasie jednych z tych odwiedzin przy kawie i kieliszku nalewki Bodzio powiedział:

– Księże proboszczu, chciałbyś zostać honorowym kanonikiem?

– Chciałbym – westchnął proboszcz.

– Otóż mam propozycję. Ty dla mnie wystarasz się o hrabiostwo papieskie, a ja dla ciebie o honorową kanonię.

I tu wyłożył księdzu prosty i genialny plan. Stanisław Mackiewicz powiedział, że hrabiostwo papieskie było "tanne", a Melchior Wańkowicz, że kosztowało 5 funtów. Nic mi nie wiadomo o cenie rynkowej tego hrabiostwa, ale wiem, że Bodzia Zalutyńskiego nie kosztowało ani grosza.

Jako właściciel dużego majątku musiał oddać część ziemi ornej na reformę rolną. Otóż ułożył się jakoś z komisarzem ziemskim, że kilkanaście hektarów skazanego na reformę gruntu przydzielono małosolnej parafii.

Proboszcz wystosował zaraz pismo do kurii, wychwalając pod niebiosa hojnego kolatora, wielkiego dobrodzieja, najprzykładniejszą owieczkę w swej parafii. Udał się z pismem osobiście do biskupa, wskazując, że za taki bezprzykładny uczynek dla Kościoła należy się dobroczyńcy jakiś zaszczyt nadany przez stolicę apostolską. W tym samym czasie Bodzio objeżdżał sąsiednie dwory, dworki i zaścianki, zbierając podpisy pod petycją do biskupa o nadanie jakiegokolwiek zaszczytnego wyróżnienia zacnemu i zasłużonemu proboszczowi. Zebrał kilkaset podpisów i osobiście doręczył petycję biskupowi. W kilka miesięcy później proboszcz dostał tytuł kanonika honorowego, a Bodzio – tytuł Hrabiego Palatynu, kawalera Wielkiego Krzyża Korony Cierniowej i Kawalera Zakonu Grobu Świętego. Bodzio sprawił sobie natychmiast strój przepisany: kapelusz trójgraniasty z pióropuszem, biały płaszcz do kostek i szpadę. Obstalował też sobie bilety wizytowe:

Bohdan Zalutyński
Hrabia Palatynu
Kawaler Wielkiego Krzyża Korony Cierniowej
Kawaler Zakonu Grobu Świętego
Obywatel Ziemi Grodzieńskiej.

Zrobił też i rozesłał przyjaciołom i znajomym podobiznę swoją w tym stroju rycerskim. Jeździł też w nim w niedzielę do kościoła. Gdy jechał w otwartym powozie lub szedł w nim z powozu do świątyni, pobożne chłopki klękały w przekonaniu, że spotykają wysokiego dostojnika kościelnego.

Melchior Wańkowicz w jednym ze swych wspomnień o Bodziu Zalutyńskim, którego nazywa "Bubą" – choć jako żywo nikt nigdy tak hrabiego Palatynu nie nazywał – opowiada o jakimś kawale Bodzia polegającym na tym, że śpiącemu chłopkowi czy Żydkowi odprzągł konia, przełożył hołoble przez płot, a konia zaprzągł z drugiej strony płotu. Moje zapiski nie odnotowały tego kawału. Nie przeczę, że mógł go zrobić, naśladując zresztą jakiegoś tulskiego, czy orłowskiego Rosjanina "samodura" z pierwszej połowy XIX wieku. Nawet geniusz nie zawsze bywa oryginalny i dopuszcza się po cichu plagiatu.

Inny natomiast kawał "drogowy" Bodzia jest oryginalny i autentyczny. Jechał samochodem z braćmi Eynarowiczami. Szkapa chłopska wystraszyła się i wywróciła wóz z chłopem i babą. Wściekły chłop cisnął kamieniem w samochód. Automobiliści zatrzymali maszynę, złapali chłopa i posadzili do auta.

– Widzisz – powiedział Zalutyński – ty w nas kamieniem, a my ciebie powozimy autem dla przyjemności. Rozmawiając przyjaźnie z chłopem, odjechali tak ze trzydzieści kilometrów, przy czym chłop jadąc pierwszy raz w życiu autem, nie orientował się ani w czasie, ani w przejechanej przestrzeni. Gdy co najmniej sześć godzin drogi piechotą dzieliło ich od miejsca wypadku, wysadzili chłopa, dając mu parę złotych na wódkę.

Rudy bywał nieraz gościem w Złobowszczyźnie. Urządzali wtedy wspólne kawały. Raz chodziło o odpowiedź na list jakiejś panienki powiatowej, która się oświadczyła Bodziowi w miłości. Rudy w charakterze sekretarza osobistego Bodzia wystukał odpowiedź na maszynie z nagłówkiem:

Zarząd Dóbr Duchowlany i Złobowszczyna
Wydział spraw mniejszej wagi

Żeby zakończyć część "wiejską" legendy o Bohdanie Zalutyńskim, zaznaczę, że nigdy nie sprzedawał tego samego zboża kilku Żydom naraz, aby potem urządzić wyścig, że zboże dostanie się temu z kupców, który pierwszy dobiegnie do spichrza. Tego rodzaju kawał urządził nie Bodzio, ale Franio Czapski z Nowosiółek pod Oszmianą.

Warszawskich kawałów Bodzia nie spisać na wołowej skórze. Do najcelniejszych należy przyjęcie, które urządził na cześć państwa Hallerów z Mianocic pod Miechowem – z udziałem generała Józefa Hallera. Jak już wspomniałem, Bodzio był rozrzutny tylko gdy chodziło o głupstwa – poza tym nie lubił wydatków ekstra w rodzaju "fund" i pożyczek. Podejmowany gościnnie i wystawnie przez Hallerów w Mianocicach – na balach i polowaniach – poczuwał się do obowiązku rewanżu. Ponieważ przyjęcie w restauracji byłoby zbyt kosztowne, więc urządził je w "kurwim dołku" na Sewerynowie, o którym już była mowa w tej kronice. Jadła dostarczyła pobliska restauracja "Lija", napoje alkoholowe kupiono w sklepie wódczanym.

Aby specjalnie uczcić generała Hallera, Bodzio kupił kolorową podobiznę generała, ustawił ją u szczytu stołu między oknami, ozdobił gałązkami zieleni i zapalił przed nią parę świeczek, jak przed obrazkiem świętym. Gdy generała wprowadzono z honorami do pokoju, zmieszał się na tak niespodziewany widok, zarumienił się z lekka i nie wiedział, co powiedzieć. Wreszcie ochłonąwszy wybąkał pierwsze zapewne słowa, które mu przyszły do głowy:

– Nie jestem bardzo podobny do siebie na tej fotografii.

Na to Bodzio położył rękę na piersi i rzekł z deklamacją:

– Podobieństwo, panie generale, nosimy w sercu!

A potem dodał ciszej, ale tak, że wszyscy słyszeli:

– Jesteśmy kolegami, panie generale. Ja – rosyjski pułkownik, pan – polski generał. To mniej więcej to samo...

(Mówiąc o rosyjskim pułkownikostwie miał na myśli swą służbę w "gwardii sanitarnej" wielkiej księżny Marii Pawłówny).

Uczta udała się. Było gwarno i wesoło. Opowiadano kawały myśliwskie i niemyśliwskie. Pito na umór. Wznoszono toasty.

Był tylko jeden drobny zgrzyt. Oprócz generała Hallera był jeszcze drugi gość honorowy – major Jaworski, słynny zagończyk, który w parę lat później miał zginąć w okolicznościach szczególnie tragicznych. Był nałogowym pijakiem i przyszedł na przyjęcie już dobrze napompowany.

Był blady i milczący. Upijał się zawsze na ponuro. Posadzono go obok żony Bodzia, pani Lali. Zacna pani Lala, zaszczycona sąsiedztwem bohatera na-
rodowego, postanowiła go bawić – nie bacząc, że milczał, patrząc w talerz i wychylając kieliszek po kieliszku. Aż w pewnej chwili Jaworski nie mógł wytrzymać tej damskiej paplaniny i powiedział głośno:

– Co mi pani zawraca głowę! Pani w życiu tyle nie na...ła, ile ja przeżyłem.

Wkrótce po tym odezwaniu się był już tak pijany, że go odprowadzono do sąsiedniego pokoju i położono do łóżka. Nazajutrz, gdy mu powiedziano,
jak się zachował, pośpieszył do Zalutyńskich do hotelu – z przeprosinami.

Naturalnie "w szaserach".

Na Sewerynowie na tym samym korytarzu mieszkał niejaki pan Bober. W czasie jednej z licznych wizyt Bodzia libacja była tak hałaśliwa, że pan Bober nie mógł wytrzymać i wyszedł w szlafroku na korytarz prosząc o ciszę.

– A pan kto? – spytał Bodzio.

– Bober jestem.

– Ach tak! No to ja do pana pif-paf!

(Tu nadmienię, że do generała Zająca Bodzio nigdy nie "strzelał". Ani telefonicznie, ani w inny sposób. Strzelał może kto inny, ale nie Bodzio).
Zachęcony otrzymaniem błogosławieństw, wysokich tytułów i honorów rzymskich Bodzio rozpoczął kolekcjonowanie orderów cudzoziemskich.

Czyhał więc pilnie, czy się coś nie przydarzyło, czy to komuś z panujących, czy dyktatorowi lub premierowi. Odpowiednio do okoliczności posyłał
albo depeszę kondolencyjną, albo gratulacyjną. Czy była to śmierć Aleksandra greckiego pogryzionego przez małpę, czy nieudany (zmyślony?) zamach na Mussoliniego, czy tragiczna śmierć królowej Astrid belgijskiej, czy zamordowanie Aleksandra jugosłowiańskiego, prezydenta Doumera lub kanclerza Dollfussa, czy inne wypadki w okresie między dwiema wojnami, o których dziś mało kto pamięta, zaraz Bodzio wysyłał depeszę.

Wysłał też rzecz jasna depeszę do generała Franco po zakończeniu wojny domowej w Hiszpanii.

– Cóż ty myślisz -– mówił nieraz Tadeuszowi – za kilka lat będę miał odznaczenia wszystkich krajów europejskich. A potem zabiorę się do Azji i do Ameryki Południowej.

Niestety, wybuchła wojna 1939, dużo odznaczeń utknęło gdzieś po drodze i kolekcja Bodzia urwała się nie osiągnąwszy nawet połowy krajów europejskich.

Bodzio puszczał się nieraz na kawały ryzykowne. Tak np. było to na premierze jakiejś sztuki "futurystycznej" w Reducie, w okresie, gdy się mieściła w gmachu Teatru Wielkiego. Na scenie snuły się jakieś niesamowite zjawy i rozlegały się nieartykułowane wycia. W pierwszym rzędzie siedział Bodzio w towarzystwie Rudego, Tadeusza, Janka Bochwica, Tosia Januszkowskiego, Wiktora Piotrowskiego i jeszcze paru innych "darmozjadów" litewskich obijających wtedy bruki warszawskie. Zanim futurystyczną szmirę dociągnięto do połowy pierwszego aktu, Bodzio wstał i oznajmił głosem tubalnym:
– Dość tego skandalu! Chodźmy na kolację! Nigdy by za czasów Skałona nie ośmielono się wystawić takiej bzdury na scenie cesarskiej. No ale cóż – wszystko dziś jest możliwe w tych nowych republikach – litewskiej, łotewskiej... cygańskiej...

Przyjaciele powstali z miejsc z hałasem i podążyli za Bodziem. Żegnały ich sykania, ale i głosy aprobaty: "Mają rację!". Bodzio był mistrzem riposty, może niezbyt subtelnej, ale błyskawicznej i dobitnej. A więc kiedyś przy stoliku w tymże Bristolu pan Mieczysław Bohdanowicz, potentat wileński, omawiał świeżą nominację adwokata pana Rogalewicza na starostę grodzieńskiego.

– To mój przyjaciel – oznajmił Bodzio z dumą.

– O tym szczególe nie wiedzieliśmy – zauważył pan Bohdanowicz, uśmiechając się sarkastycznie pod staropolskim wąsem. Bodzio poczerwieniał i krzyknął:

– A więc ja panu mówię, bo widzę, że pan nic nie rozumie!

Dużo kawałów Bodzia nie nadaje się do druku nawet w dzisiejszym okresie rozluźnienia obyczajów literackich. Wszystkie te kawały niecenzuralne obracają się zresztą dokoła jego niezwykłej siły męskiej, która wprawiała w podziw i trwogę nawet kobiety uprawiające miłość zawodowo. Zapytany raz przez Tadeusza o sekret tej rekordowej wytrwałości męskiej wyjaśnił, że w chwilach, gdy inni poddają się uczuciu wzrastającej ekstazy miłosnej, on myśli o terminach płatności weksli i o podatkach.

Bohdan Zalutyński, Kawaler Wielkiego Krzyża Korony Cierniowej, Kawaler Zakonu Grobu Świętego i Hrabia Palatynu, zmarł w Polsce w roku 1959 w wieku lat 74. Zmarł w odorze legendy ostatniego facecjonisty litewskiego.

 

Rozdział XXVI
PIEŚŃ O RUDOMINIE

Rudego nazywano czasem "rezydentem", czasem "trefnisiem". Dalej pokażę, że przezwiska te były zarówno bezpodstawne, jak krzywdzące. Tutaj warto zanotować, że takimi epitetami obdarzali Rudego ludzie zwani na Litwie "prymakami", o których pisałem w rozdziale XVIII. Stanowisko prymaka nie cieszyło się szczególną estymą i budziło uśmieszki lub drwiny. Prymaty widzieli to lub czuli i w celu psychicznej kompensacji szukali bliźnich, którym by mogli przypiąć jakąś łatkę. Stąd – nazywanie Rudego, któremu na ogół do pięt nie dorośli, "rezydentem" albo "trefnisiem".

Rudy był przede wszystkim naturą barwną i bogatą. Już za życia był legendą, a po drugiej wojnie kilku autorów ulokowało go swoich wspomnieniach. Niestety, wszystkie znane mi opowiadania o Rudym są najczęściej z drugiej ręki, przekręcają znane kawały Rudego lub przypisują mu kawały od 200 lat przypisywane tym lub innym oryginałom litewskim. Legenda więc o Rudym została, jak zresztą przystoi każdej legendzie, mocno łgarstwem podbarwiona.

Rudomina był przede wszystkim poetą. Utwory jego rozsyłane przyjaciołom w listach nigdy nie ukazały się w druku. Zapadną też w przepaść niepamięci razem ze śmiercią ostatniego z przyjaciół Rudego. Zresztą poezje Rudego były pisane przeważnie szczególnym polsko-rosyjsko-białoruskim żargonem i mogą być zrozumiane tylko przez kogoś, kto zna dobrze te trzy języki. Czy jednak mogą być "zrozumiane"? Chodzi o to, że Rudy pisał bez sensu. Sheer nonsense zbliża jego utwory do poezji współczesnej, wątpić jednak należy, czy poeci dnia dzisiejszego przyjęliby go do swego cechu. Z ich punktu widzenia wiersze Rudego mają wadę całkowicie dyskwalifikującą: pisząc głupstwa, Rudy bardzo skrupulatnie przestrzegał rymu i rytmu, czyli że z punktu widzenia poetyki nowoczesnej popełniał grzech śmiertelny.

Byłoby bezcelowe rozwodzić się dalej nad poezją Rudego. Dam tylko parę przykładów, aby czytelnik miał choć przybliżone o niej pojęcie. Przyjaźnił się ze starszym od siebie o pół pokolenia malarzem Stanisławem Bohusz Siestrzeńcewiczem, twórcą słynnych szkiców piórkiem z dziedziny folkloru litewsko-białoruskiego. Pewnego razu Rudy zwraca się do pana Siestrzeńcewicza:

– Napisałem wiersz, w którym użyłem terminu malarskiego. Rzuć okiem i powiedz, co o tym myślisz.

Wiersz brzmiał:

To jeszcze dobrze w maju,
Co robić w czerwcu, pytam,
Do tego w naszym kraju
I z takim drzeworytem?...

Siestrzeńcewicz wpadł w pasję:

– Jesteś bałwan i dureń! Wypraszam sobie na przyszłość zwracanie się do mnie z takimi idiotyzmami.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 04 październik 2013 22:37

Pomnik ofiar ludobójstwa na Wołyniu

Po wielu latach starań i nacisków organizacji Polaków pochodzących z Kresów 11 lipca 2013, w 70. rocznicę tzw. Krwawej Niedzieli, kulminacji masakry Polaków na Wołyniu i w innych regionach południowo-wschodniej Polski, odsłonięto w Warszawie pomnik ofiar tych nieludzkich morderstw. Pomnik postawiono na Żoliborzu na skwerze Wołyńskim naprzeciwko pomnika 27. Brygady Piechoty Wołyńskiej AK. 

Monument robi imponujące wrażenie. Główną część stanowi 7- metrowy krzyż z białego granitu, na którym wisi Chrystus. Chrystus ma odrąbane ręce. Jest to symbol, w jaki sposób Polacy byli mordowani przez członków OUN-UPA w latach 1939–1945. Pod krzyżem umieszczono osiemnaście prostokątnych białych tablic z nazwami miejscowości z siedmiu przedwojennych województw II Rzeczypospolitej, gdzie miały miejsce morderstwa: wołyńskiego, poleskiego, stanisławowskiego, tarnopolskiego, lwowskiego oraz częściowo lubelskiego i krakowskiego. Bezpośrednio między krzyżem i tablicami umieszczony jest sarkofag przeznaczony na ampułki z grudkami ziemi z tych miejscowości. Autorem pomnika jest utalentowany rzeźbiarz Marek Moderau, znany między innymi z projektu pomnika ofiar katastrofy smoleńskiej na cmentarzu Wojskowym na Powązkach.

Opublikowano w Teksty
niedziela, 29 wrzesień 2013 17:53

Wojna i sezon [45]

Witulek, właściciel historycznego Pawłowa, również wielki myśliwy i znakomity strzelec, niestety rozpił się. Tadeusz był u niego dwa czy trzy razy na polowaniu, ale przestał przyjmować zaproszenia przekonawszy się, że Witulek ma wskutek alkoholizmu halucynacje, w których czasie zdradza niebezpieczne tendencje chwytania za rewolwer i strzelania do urojonych widm. Opowiadano, że żona go opuściła, nie mogła bowiem wytrzymać: zdarzało się, że w nocy Witulek widział stado olbrzymich szczurów przebiegających spod jego łóżka pod łóżko żony i otwierał ogień z rewolweru do tych wyimaginowanych szczurów. Otóż raz odbyło się zimą w Pawłowie polowanie zbiorowe, na które przybył z Wilna pan Ronczewski, właściciel sklepu z bronią i amunicją, przedstawiciel znanej firmy Warszawska Spółka Myśliwska. W czasie jednego z miotów posłyszano ze stanowiska pana Ronczewskiego dwa strzały – błyskawicznie jeden po drugim. Gdy się miot skończył, ujrzano pana Ronczewskiego leżącego na śniegu w kałuży krwi z raną w plecy poniżej prawego płuca. Gdy go podnoszono, był przez chwilę przytomny i zdołał wyszeptać: "To nieszczęśliwy wypadek".

Mimo tego oświadczenia obecni, a również policja i lekarze dziwowali się, w jaki sposób pan Ronczewski mógł się sam postrzelić w plecy? Dopiero po przyjściu do zdrowia dowiedziano się szczegółów. Był mroźny dzień i pan Ronczewski stał z rękami w kieszeniach kurtki, trzymając odbezpieczoną dubeltówkę pod prawym ramieniem. Od zimna poruszał się. Cyngiel dubeltówki zaczepił o jakieś rzemienie u pasa. Nastąpił strzał. Siła odrzutu wyrwała dubeltówkę, która poleciała w tył i uderzyła kolbą o zmarzniętą ziemię. Nastąpił drugi strzał i cały nabój śrutu nr.1 ugodził pana Ronczewskiego w plecy. Niezwykły wypadek zakończył się szczęśliwie. Ale można sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby pan Ronczewski umarł nie odzyskawszy przytomności, zwłaszcza że Pawłów i jego właściciel mieli pod względem "alkoholowych" strzałów opinię wyrobioną.

Druga anegdota. W roku 1924 Tadeusz jechał pociągiem w stronę Baranowicz. Miał ze sobą strzelbę w futerale. W korytarzu spotkał Aleksandra Wiertinskiego. Ten jechał do Baranowicz na koncert. Zamienili kilka słów serdecznego powitania, po czym Wiertinski spojrzał na strzelbę Tadeusza i westchnął:

– A więc jedzie pan na polowanie – powiedział smutnym głosem.

Tadeusza zdziwił ton Wiertinskiego.

– Czyżby pan lubił polowanie? – zapytał.

– Uwielbiam (obożaju)! – odpowiedział Wiertinski i raz jeszcze westchnął głęboko.

Tadeusz bardzo się zdziwił, gdyż nie mógł sobie wyobrazić "smętnego Pierrota" łażącego z wyżłem po mszarach.

 

Rozdział XXV

HRABIA PALATYNU

Rewolucja pożera nie tylko własne dzieci, ale przede wszystkim cudze. Pożarła też, zostawiwszy tylko małą resztę, zdobycze wojenne Bohdana Zalutyńskiego. Przepadły miliony, które dostał w roku 1915 tytułem odszkodowania za zniszczenia wojenne. Przepadły razem z krachem giełdy petersburskiej. Po traktacie ryskim dodatkowy cios spotkał Bodzia.

W czasie wojny ożenił się w Mińsku z jedną z najbogatszych panienek na Litwie, córką Stanisława Swidy, właściciela pięknych dóbr Hlewin pod Borysowem. Hlewin znalazł się po złej stronie granicy wyznaczonej przez traktat ryski. Bodziowi została żona, zresztą przystojna i miła osoba, ale przepadł posag.

Na szczęście własny majątek Bodzia Duchowlany powiatu grodzieńskiego był po dobrej stronie granicy ryskiej. Ponieważ dwór w Duchowlanach był przez wojnę zniszczony, więc Bodzio osiadł w sąsiednim majątku – Złobowszczyźnie, który wydzierżawił od siostry, Bodzio przestał być milionerem, ale był jednym z zamożniejszych ziemian w powiecie. Mógł więc sobie żyć dla własnej przyjemności.

W tym miejscu pozwolę sobie na maleńką dygresję natury filozoficznej. Wszyscy żyją dla własnej przyjemności, a różnica między ludźmi polega tylko na tym, że nie wszystkim to samo sprawia przyjemność. Jednym sprawia przyjemność zbawianie ludzkości – doczesne lub pozagrobowe – przy czym ci, co pragną zapewnić ludzkości szczęśliwość doczesną, mało się różnią od gwarantujących zbawienie po śmierci, bowiem osiągnięcie szczęśliwości doczesnej rozkładają na szereg pokoleń.

Drugich pociąga, łudzi i upaja urok "władzy".

Inni – zbierają znaczki pocztowe, albo hodują psy, albo piszą wiersze, albo miewają i ogłaszają wizje polityczne. Jeszcze innym sprawia przyjemność pisanie reportaży, albo prac naukowych, albo przyczynków, albo memuarów. Wyjątek stanowi autor niniejszej kroniki, pisanie jej bowiem nie sprawia mu najmniejszej przyjemności. Kreśli dzieje rewolucyjnej epoki, której był świadkiem, wyłącznie z dobrze zrozumianego obowiązku wobec potomności.
Bodzio nie gardził powszechnie uznanymi rozrywkami, a więc pieśnią, winem i dziewczynkami, ale największą przyjemność sprawiało mu robienie tzw. głupstw. Ludzie przeciętni zwykle wstydzą się swych głupstw. Bodzio –inaczej. Z zajęcia robienia głupstw stworzył sobie główne źródło przyjemności i zajęcie to usystematyzował. I prawdopodobnie przypadł mu najszczęśliwszy udział w życiu.

Zaczęło się od rzeczy drobnych jeszcze przed pierwszą wojną, gdy zaczął w Warszawie prześladować telefonicznie jakiegoś biednego pana Feldsztejna. Inna rzecz, że prześladowanie to wznowił po wojnie i zajęciem tym "zaraził" szereg przyjaciół, znajomych, a nawet nieznajomych, z których jeden – ku uciesze jednego z czerwoniaków warszawskich – wpadł w ręce policji złapany na gorącym uczynku telefonowania do pana Feldsztejna.

W czasie wojny wsławił się w Mińsku tym, że wraz z przyjaciółmi braćmi Eynarowiczami rozrzucał pieniądze na ulicę z balkonu restauracji Europejskiej.

Oczywiście prasa polska bardzo ostro skarciła za to rozrzutników. Potem poszło parę kawałów nieco makabrycznych. Popularny wówczas w Rosji tygodnik "Sinij żurnal" umieszczał w każdym numerze po kilkadziesiąt miniaturowych fotografii bohaterów "wojny ojczyźnianej" zarówno poległych na polu walki, jak i żywych, ale odznaczonych krzyżami lub medalami.

Otóż Bodzio posłał "Siniemu żurnalowi" fotografię Stasia Eynarowicza, dekującego się w Czerwonym Krzyżu, z napisem: "Nagrodzony medalem św. Jerzego, poległ". Jedna z sąsiadek Stasia natychmiast po zobaczeniu tej fotografii dała na Mszę Świętą za jego duszę oraz posłała depeszę kondolencyjną matce. Staś ani myślał umierać i przetrwał w dobrym zdrowiu jeszcze ćwierć wieku, aż w latach 1939–1940 wykończyła go deportacja bolszewicka.

Staś miał brata Wincentego, młodzieńca przystojnego a postawnego, który jednak zbytnią odwagą nie grzeszył. W szczególności bał się piekielnie
nie tylko śmierci, ale wszystkiego, co śmierć przypominało, a więc trumien, pogrzebów itp. Jemu więc posłał Bodzio trumnę, którą numerowi za odpowiedni napiwek należycie ustawili w numerze hotelu Paryskiego, gdzie mieszkał Wicio. Wróciwszy po kolacji do numeru i ujrzawszy trumnę, Wicio podobno zemdlał.

W czasie wojny Bodzio urządził szereg innych kawałów, a więc np. brał udział w igraszkach swawolnych na pensji pani Witwińskiej w Mińsku (rozdz. X).
Zamieszkawszy po wojnie w Złobowszczyźnie, Bodzio przede wszystkim polował. Był świetnym strzelcem. Do zajęcy i lisów strzelał kulą. Gdy raz
lis wyszedł na jego stanowisko i zatrzymał się, Bodzio uznał strzał do celu nieruchomego za niegodny honoru myśliwskiego i krzyknął: "Zdrastwujtie, fuks!". Lis prysnął jak strzała i Bodzio go wtedy ubił kulą.

Był raczej oszczędny, nie lubił wydatków ekstra, z zasady nikomu nie pożyczał, ale na głupstwa nie żałował pieniędzy.

A więc zapłacił 25 złotych parobkowi za naukę plucia przez zęby cienkim i długim strumieniem – sztuka, w której tylko chłopi celują.

Również za grube pieniądze wynalazł gdzieś – przy pomocy faktora pana Wolikowa, o którym będzie jeszcze mowa – pasiastą biało-czarną budkę.
Za czasów rosyjskich w takiej budce siadywali wartownicy. Nie żałował też pieniędzy na wynalezienie i kupno budzika z portrecikami Mikołaja II i carowej na cyferblacie. Budziki takie były za czasów carskich pospolite, kosztowały grosze i były w posiadaniu każdego zamożniejszego chłopa, drobnego urzędnika, rzemieślnika, ale po rewolucji znikły. Bodzio postanowił więc zdobyć taki antyk i w końcu go zdobył.

Raz u fotografa w Grodnie oglądając stosy zakurzonych zdjęć przedwojennych, natrafił na fotografię cara Mikołaja II w Białowieży na tle pałacyku myśliwskiego. Jeden go szczegół zastanowił na tym zdjęciu. Cesarz siedział na koniu z głową z lekka pochyloną, a przed nim na trawniku pozostawała dość duża pusta przestrzeń. Bodziowi od razu zaświtał pomysł, aby tę pustkę zapełnić. Wygrzebał u fotografa zdjęcie – swoje i Wicia Eynarowicza – i kazał sporządzić fotomontaż. Fotomontaż kosztował go słono, ale się udał: cesarz z lekka pochylony na siodle zdawał się rozmawiać ze stojącymi przed nim na trawniku Bodziem i Wiciem. Bodzio kazał wyryć na negatywie napis po rosyjsku: "Jego cesarska mość cesarz pan najmiłościwiej rozmawia z wybitnymi ziemianami guberni grodzieńskiej Wincentym Eynarowiczem i Bohdanem Zalutyńskim". Fotografia – oszklona i w ładnych ramkach – wisiała do ostatka w gabinecie Bodzia w Złobowszczyźnie.

Oficjalnym zawodem wspomnianego Wolikowa był handel końmi, naprawdę jednak był tzw. faktorem. W okresie międzywojnia zawód ten już wygasał, ale faktorów spotykano jeszcze – tu i ówdzie na ziemiach Polski i Litwy. Przez Wolikowa Bodzio zdobył wspomnianą pasiastą budkę wartowniczą, która weszła do legendy o ostatnim facecjoniście litewskim z następującego powodu. Bodzio urządził zimą polowanie zbiorowe, na które zaprosił m.in. starostę grodzieńskiego pana Rogalewicza, b. adwokata mińskiego, komisarza ziemskiego i komendanta powiatowego policji państwowej. Gdy zaproszeni podjeżdżali saniami przed ganek, oczom ich prezentował się widok niezwykły. U stóp ganku stała budka w białe i czarne pasy, a przed nią Wolikow w mundurze szlacheckim dziada Bodzia – we fraku z czerwonym kołnierzem i złotymi guzikami i w kapeluszu trójgraniastym. W ręku trzymał półmuzealną jednorurkę pistonówkę, którą prezentował wchodzącym na ganek gościom. Gdy zbliżył się starosta, Wolikow wykrzyknął:

– Zdrawija żełaju, wasze wysokorodje!

Na powitanie komisarza ziemskiego:

– Zdrawija żełaju, wasze wysokobłagorodje!

Na powitanie komendanta policji:

– Zdrawija żełaju, wasze błagorodje!

A gdy sam Bodzio zbliżył się do budki:

– Zdrawija żełaju, wasze impieratorskoje wysoczestwo!

(Proszę zwrócić uwagę na gradację tytulatury: tytuł "wysokorodja" odpowiadał stopniowi majora i pułkownika; tytuł "wysokobłagorodja" – stopniowi kapitana; tytuł "błagorodja" – oficerom najniższych stopni; no a tytuł "impieratorskiego wysoczestwa" przysługiwał wielkim książętom krwi cesarskiej.)
Stosunek Bodzia do Wolikowa był patriarchalny. Gdy chodził z Wolikowem po ulicach Grodna, kazał mu trzymać się o ćwierć kroku z tyłu i od czasu do czasu – nie odwracając głowy – podsuwał mu pod nos kciuk ze słowami:

– Possij dziedzicowi paluszek (pososi barinu palczik).

Wolikow nie gniewał się i ssał posłusznie. Zresztą Bodzio miał zwyczaj podawać chłopom-petentom do pocałowania nie rękę, a tylko koniec "paluszka". (W tym miejscu autor chce podkreślić, że zwyczaj całowania ręki męskiej przez chłopów był zupełnie zarzucony w okolicach Baćkowa już w końcu XIX wieku, Tadeusz Irteński spotykał się z tym zwyczajem po pierwszej wojnie na Polesiu i w powiatach miechowskim i włoszczowskim województwa kieleckiego).

Razu pewnego Bodzio kazał Wolikowowi podpisać papier, w którego treści biedny faktor się nie zorientował. Papier brzmiał: "Do Pana Wojewody w Białymstoku. Nazywam się Wolikow. Nazwisko moje końcówką swoją przypomina nienawistne czasy zaborcze. Poza tym nie odpowiada mojemu zawodowi, handluję bowiem nie wołami, ale końmi. Wobec tego mam zaszczyt prosić Pana Wojewodę o łaskawe zezwolenie na zmianę mego rodowego nazwiska Wolikow na nazwisko Ogier".

Podanie trafiło w tryby maszyny administracyjnej i otrzymało bieg urzędowy. Nikogo treść jego nie dziwiła, był to bowiem okres epidemii zmiany nazwisk, gdy w Monitorze Polskim można było przeczytać, że Mucha chce zmienić nazwisko na Potocki, Muttermilch na Matecki, Hirschklau na Jedlewski, Jeba na Jebasiński, Goldwasser na Wodziński. Gdy jednak przyszło wezwanie urzędowe o zapłacenie dość znacznej sumki na koszta ogłoszenia w Monitorze (Monitor zdzierał za drobne ogłoszenia 20 razy więcej niż normalna gazeta), Wolikow zaprotestował: nigdy podania o zmianę nazwiska nie składał! Wszczęto dochodzenie i Bodziowi groziłyby może tzw. grube nieprzyjemności, gdyby nie zacny starosta Rogalewicz, który sprawę zatuszował, wyjaśniając, że zaszło nieporozumienie.

Jak Bodzio stał się hrabią Palatynu? Paru pisarzy, którzy słyszeli coś piąte przez dziesiąte, pociągnęła barwna sylwetka Bodzia i paru z nich opowiadało o jego kawałach, a w szczególności o jego papieskim hrabiostwie. Niestety, w opowieściach tych pisarzy dużo było może dobrych chęci, ale i dużo informacji z drugiej i dalszej ręki i bardzo dużo nieścisłości.

A najwięcej historii przekręconych, brodatych anegdot przypisywanych od 150 lat bądź oficerom rosyjskim, bądź kupcom moskiewskim. Na autora więc kroniki niniejszej spada zaszczyt skreślenia pierwszej i jedynie autentycznej wersji legendy o Bohdanie Zalutyńskim.

Pierwsze ziarnko idei zostania hrabią papieskim zapadło w głowie Bodzia w pierwszych latach niepodległości po sutym obiedzie w Bristolu w Warszawie. Kazał sobie podać blankiet telegraficzny i napisał telegram tej treści: "Vatican – Saint Pere – priere benediction – Zalutynski Hotel Bristol Varsovie". Nie wiadomo, czy Bodzio liczył nawet na odpowiedź na tę depeszę. Ale nazajutrz odpowiedź przyszła. Była podpisana przez kardynała Gaspariego i zaczynała się słowami "Sancta padre implorata benedictione"... Odpowiedź poszła natychmiast pod szkło i w złote ramki i zawisła w Złobowszczyźnie na ścianie obok fotografii cara Mikołaja II najmiłościwiej rozmawiającego z Bodziem Zalutyńskim i Wiciem Eynarowiczem.

Opublikowano w Lektura Gońca