Goniec

Switch to desktop Register Login

piątek, 01 marzec 2013 15:24

Sankami na ryby

boruckidoglowkiNo kto by pomyślał, że podstarzały, łysiejący chłop z brzuszkiem będzie się bawił sankami. A jednak! Przez cały tydzień moje myśli uciekały do weekendu i sanek.  Na marginesie dygresja-pytanie: jak po polsku powiedzieć weekend? Nie pamiętam tego terminu z dzieciństwa, bo gdy byłem szczeniakiem, mieliśmy tak zwane pracujące (czyli po polsku "robocze") soboty i wolne niedziele. 

"Praca" w soboty polegała na noszeniu kwiatków pod pomnik patrona szkoły – jakiegoś bohatera, co to się "kulom nie kłaniał", ale za to miał problem z alkoholem. Fajna praca – spacer przez park i odstanie kilku chwil w pełnej powagi ciszy.
Wkrótce jednak tych roboczych sobót było coraz mniej i przez pewien czas miałem wolne i soboty, i niedziele. Musiało mi podświadomie brakować tej atmosfery podniosłości towarzyszącej składaniu kwiatów przed pomnikiem Świerczewskiego, bo zostałem ministrantem, więc miałem wolne tylko soboty – niedziele wypełniły się nowymi obowiązkami. Chyba już bliższe mi "Wochenende" niż "weekend". Zabawne, w jaki sposób słowo zakradło się niepostrzeżenie do języka i raczej na dobre w nim już zostanie.


Tak czy inaczej, cały tydzień wyczekiwałem czasu, kiedy znów będę mógł pohasać na sankach. Sanki to nie zwyczajne sanki, ale skuter śnieżny Yamaha Bravo 250 i jakoś tak się składa, że co tydzień mam okazję poszaleć nim (w granicach rozsądku) na zamarzniętym jeziorze.
Tutejsza szkoła ma widać rozsądniejszych kierowników niż dwie poprzednie, skoro ktoś pomyślał o tym, by zapewnić nauczycielom dostęp do tego rodzaju sprzętu.
Pisałem już, że najgorszym wrogiem na północy nie są trudności w uczeniu indiańskich dzieci przyzwyczajonych do swobody i robienia, co im się podoba.


Nie jest nim brak materiałów i pomocy szkolnych ani chłód i wysokie ceny żywności, tylko najzwyczajniejsza w świecie nuda.
W tym roku naprawdę nie szczędziłem wydatków, by zapewnić sobie tutaj atrakcyjny pobyt – przytargałem tu łyżwy, narty biegowe, rakiety śnieżne, x-box i dziesiątki gier, telewizor i zewnętrzny dysk twardy, na którym jest ponad dwa tysiące filmów. Mam karabin, książki, gry planszowe, dostęp do Internetu.


Gotuję co dwa, trzy dni, sprzątam co tydzień, robię kursy doskonalenia zawodowego przez Internet, pisuję do "Gońca", planuję lekcje i sprawdzam prace uczniów. Słucham muzyki, medytuję, ćwiczę ciało i ducha. Słowem, staram się być zajęty cały czas, ale i tak są chwile, gdy jest bardzo ciężko, jak na przykład w zeszły tydzień.
Po całym tygodniu bardzo ciężkiej pracy – uczyłem codziennie, po czym miałem szkolenie od 18. do 21., a potem jeszcze musiałem zrobić zadania na mój internetowy kurs – przyszedł w końcu wyczekiwany piątek. Też wypełniony zajęciami, bo i szkoła, i pchli targ zaraz po lekcjach (czyli noszenie stołów tam i z powrotem), a potem siatkówka aż do 22. Wróciłem do domu, usiadłem przy stole i ogarnął mnie smutek, że chciałoby się jakoś ciekawie zmarnować trochę czasu, a tu nie ma jak. Sklepy pozamykane, restauracji nie ma, no bida.
Na szczęście nazajutrz wybrałem się "na sanki".
Pojechaliśmy sankami we trójkę na ryby. Prócz mnie wybrał się jeszcze jeden biały nauczyciel i miejscowa nauczycielka, Indianka. Zawsze to dobrze mieć miejscowego przewodnika, który zna dobre miejsce na łowienie ryb. Znajomy z pobliskiego rezerwatu narzekał niedawno, że gdy udał się z synami w swoje ulubione miejsce, to "ryby nie chciały brać" – w czterdzieści minut złowili zaledwie 32 sztuki.
Pokrzepiony tą opowieścią radośnie sunąłem swoimi sankami za naszą indiańską przewodniczką. A to się będzie działo! – myślałem.
Istotnie – najpierw zgubiłem rękawiczkę, próbując nakręcić film z jazdy sankami, potem mój kolega zgubił okulary, następnie przez prawie pół godziny nie mogliśmy uruchomić świdra (auger), potem we trójkę musieliśmy na nim "wisieć", bo lód gruby jak co złe i bardzo ciężko się wierciło, a na koniec złapaliśmy tylko jedną rybę. Na dodatek był to szczupak, i to dosyć mały. Aż mi żal było boczku, którego użyłem jako przynęty.
Na szczęście ludzie w tutejszym rezerwacie są mniej rozpieszczeni niż ci w poprzednich i zgodnie ze słowami towarzyszącej nam Indianki "wszystkie ryby jedzą".
Pamiętam swój tekst z pierwszego rezerwatu, w którym opisywałem łowienie ryb spod lodu przy pomocy sieci. Dziwiłem się wtedy, że z kilkudziesięciu złowionych ryb większość została z pogardą wyrzucona – w tym szczupaki i miętusy (burbot). Można sobie o tym poczytać w tekście sprzed dwóch lat w cyklu "Dwa światy" – odcinek 10.
http://www.goniec.net/goniec/inne-dzialy/goniec-u-indian/goniec-nr-5-2011.html
Tym razem jednak "jobeesh" (miejscowa nazwa szczupaka) znalazł amatora. Koleżanka z pracy ponoć go uwielbia.
Cieszyłem się, że mogłem jej dać tę rybę, bo wcześniej dostałem od niej całkiem spory kawałek mięsa z łosia (łosiny?). Co prawda jakieś takie ciemne, ale i tak się zjadło. Wrzuciłem z boczkiem, cebulą i czosnkiem w brytfankę, dodałem nieco musztardy, podusiłem osiem godzin i jest potrawka jak się patrzy.
Z resztą boczku próbowaliśmy się zasadzić właśnie na miętusa. Co prawda Indianka przewidziała, że nic z tego nie będzie, bo i pora roku, i dnia za wczesna i miejsce nie to, co trzeba, ale co tam – piękna, słoneczna pogoda, cisza i spokój. Można siedzieć godzinami i machać wędziskiem.
Czas "umilały" nam opowieści Indianki, głównie o jej burzliwym życiu osobistym. Mój kolega nie wiedział, gdzie oczy podziać, widać było, że doświadczył kulturowego szoku. Ja też zamilkłem, bo nijak było to skomentować, a własnymi historiami nie chciałem się dzielić, wiedząc, że ludzie tu bywają mało dyskretni i z opowiedzianej dla żartu historii potrafią zrobić nie lada sensację.


Indianka musiała się zreflektować, że coś jest nie tak, bo rzuciła na zakończenie "Dużo w tym dramatyzmu, czyż nie?" co łatwo było skwitować pełnym zrozumienia mruknięciem, po czym rozmowa przeszła na bardziej neutralny grunt – polowanie.
Indianka zaczęła opowiadać niestworzone historie, próbując zrobić na nas wrażenie, ale biedaczka nie wiedziała, że primo: w dzieciństwie jednym z moich ulubionych bohaterów literackich był mości Zagłoba – łgarz jakich mało, a secundo (jak kto woli "po drugie primo"): nie jest to mój pierwszy rok w rezerwacie i że się już podobnych (i lepszych) historii nasłuchałem.


W związku z tym każdą jej historię komentowałem stwierdzeniem "no tak, oczywiście w to wierzę, bo mojemu znajomemu też się to wydarzyło, tyle że na dodatek..." i tu dorzucałem swoją jeszcze bardziej nieprawdopodobną historię. Przypominało to nieco licytację, w której powoli zaczynałem brać górę, co zaczynało Indiankę denerwować, więc zakończyłem sprawę, mówiąc, że wspaniale byłoby się od niej nauczyć sztuki polowania, tropienia zwierząt i szukania leczniczych roślin. Było, nie było jej pokolenie jest ostatnim, które mieszkało "w lesie". Dopiero z rozpoczęciem szkoły zamieszkała w wiosce – wcześniej przemieszczała się z rodzicami lub dziadkami od szałasu do szałasu, zastawiając sidła i wnyki i sprawdzając wcześniej zastawione. Dopiero na lato, lub po upolowaniu łosia, wracało się do wioski.


Spojrzałem na rozpościerające się przede mną wielkie jezioro. Pomyślałem o tych wszystkich niezbadanych zatoczkach, wyspach, rzekach łączących jedno jezioro z drugim. Pomyślałem o niezmierzonym ogromie otaczającego mnie lasu, o bogactwie zamieszkującej go zwierzyny. O leczniczych roślinach, o których zachodnia medycyna ciągle nie ma pojęcia i o których wiedza przepada z każdym dniem. O tym, jak swobodnie można oddychać, mając rozpostarte nad sobą gwiaździste niebo, wokół siebie dziewiczy las i czyste jeziora. Owszem, również ciężka, mozolna praca, a czasami głód i chłód. Potem pomyślałem, ile "dobrego" przyniosło Indiance cywilizowane życie – agresywni partnerzy nadużywający alkoholu, pobicia, nałogi, choroba nowotworowa, marnowanie życia nad głupotami z Internetu... Może byłoby lepiej zostać w tym lesie.


Aleksander Borucki
Północ Ontario

Opublikowano w U Indian
piątek, 15 luty 2013 08:47

Refleksje u wodopoju

skrot przez jezioro

Skrót przez jezioro

boruckidoglowkiSiedziałem w tym jednym jedynym barze w Sioux Lookout jako jego jeden jedyny klient i popijałem piwo Corona. Miałem ochotę na coś innego niż meksykańska lemoniadka, ale wybór był raczej skromny – wbrew zapewnieniom barmanki, która w odpowiedzi na moje pytanie "Jaki macie piwa?" z uroczym, rozbrajającym uśmiechem odpowiedziała "Wszystkie". Po czym szeroko otworzyła drzwi lodówki. Jej wnętrze zmroziło moje serce piwosza. Oczy zaszły mi łzami prawdziwej rozpaczy, bo jedyne, co zobaczyłem, to miejscowe wyroby piwopodobne i nędzny cienkusz, co to go importujemy ze Stanów (chyba tylko po to, by mieć niepodważalny argument, że są na świecie jeszcze gorsze "piwa"). Z ust wyrwało mi się słabe "oj", co barmanka musiała wziąć za wyraz uznania, bo powiedziała "Nieźle, co?" i dorzuciła do tego wymowny gest dłonią, jakby prezentowała jakiegoś pokaźnego bakłażana albo brokuły, co to dostały Złoty Medal na Międzynarodowych Targach Wyrobów Spożywczych Polagra Food w Poznaniu.

Opublikowano w U Indian
piątek, 08 luty 2013 13:40

W celach poznawczych...

boruckidoglowkiWitam z Sioux Lookout – niewielkiej mieściny położonej około 350 kilometrów na północny-północny zachód (NNW) od Thunder Bay. Nazwa "Sioux Lookout" wzięła się od miejscowej góry, na której Odżibuejowie mieli czatownię, z której wyglądali Siuksów, którzy mogliby napaść ich wioskę. Miasteczko liczy niewiele ponad pięć tysięcy mieszkańców, ale jego znaczenia nie przeceni nikt, kto wybiera się w podróż do jednego z rezerwatów północnego-zachodniego Ontario – po prostu nie da się go ominąć. Chcąc, nie chcąc, stało się ważnym węzłem komunikacyjnym dla podróżnych udających się, bądź wracających z Fort Severn, Wapekeka, Poplar Hill, Pikangikum, Big Trout Lake, Wunnumin Lake, Kingfisher Lake, Summer Beaver, Kasabonika, Long Dog (Wawakapewin), Lansdown House, Bearskin Lake, Round Lake, North Spirit Lake, Sachigo Lake, Sandy Lake, Keewaywin, Slate Falls, Muskrat Dam, Cat Lake, Deer Lake, Webequie itd.


Specjalnie wymieniam te wszystkie nazwy rezerwatów. Czynię to z pełną perfidią, wiedząc, że nic nie powiedzą większości czytelników "Gońca". Pamiętam czasy, gdy Ontario "kończyło się" dla mnie na Parry Sound, na północ od którego zaczynała się pusta, niezamieszkana (jak mi się wydawało) północ. Nic bardziej mylnego! Północ nie jest niezamieszkana, chociaż zagęszczenie ludności do najwyższych nie należy. Dość wspomnieć, że na przykład Meno Ya Win – centrum zdrowia otwarte niedawno w Sioux Lookout i mogące pomieścić na swych szpitalnych łóżkach 60 pacjentów, obsługuje obszar zbliżony wielkością do terytorium Francji.


Wracając jednak do Sioux Lookout – jestem tu na trzydniowej konferencji wraz z siedemdziesięcioma nauczycielami, którzy przyjechali z różnych rezerwatów północnego Ontario. Konferencja jest nader przydatna, bo nie dość, że pozwala mi zapoznać się z nowymi materiałami, które są niezbędne w mojej pracy, to jeszcze daje mi możliwość nawiązania nowych zawodowych znajomości i wymiany doświadczeń z kolegami i koleżankami po fachu. Miło było spotkać ludzi pracujących w moich poprzednich rezerwatach i wymienić się z nimi nowinami i plotkami. Zabawne, jak mała jest ta moja branża (nauczycieli pracujących na północy) i jak po pewnym czasie każdy o każdym słyszał. Niesie to ze sobą spore ryzyko – jak się narozrabia w jednym z rezerwatów, to pewnie szybko się to rozniesie, tym bardziej teraz, w dobie rozwiniętych technologii informacyjnych, w dobie Facebooka i telefonów komórkowych w rezerwatach.


Kto nie jest nauczycielem lub kto nie ma nauczyciela w rodzinie, może nie wiedzieć, że szkolenia są dla nauczycieli obowiązkiem zawodowym i że właściwie nie mają oni wyboru – po prostu muszą w nich uczestniczyć. Zgodnie z wytycznymi Ministerstwa Oświaty kuratoria muszą poświęcić dwa dni w roku na "czynności zawodowe" inne niż nauczanie. Zwykle przekłada się to na narady albo szkolenia. Oprócz tych dwóch wymaganych dni, szkoły mogą poświęcić dodatkowe cztery dni na szkolenia, czyli w sumie sześć.


Pod względem szkoleń, północne szkoły zwykle przebijają atrakcyjnością to, co oferują swoim pracownikom kuratoria na południu. W szczególności po wprowadzeniu szkodliwej i nieprzemyślanej (postanowiłem napisać "nieprzemyślanej", ale tak naprawdę chciałem użyć słowa "idiotycznej") ustawy 115 (Bill 115), która postanawia, że trzy z owych sześciu dni nie będą płatne. W praktyce oznacza to 1,5-proc. obniżkę rocznych zarobków. Na północy nikt się ustawą zbytnio nie przejmuje, bo szkoły nie mają statusu szkół publicznych.
Tak więc nie dość, że za każdy dzień konferencji będę miał zapłacone jak za każdy dzień pracy, to jeszcze opłacono mi przelot (bilet powrotny z mojego rezerwatu do Sioux Lookout kosztował 750 dolarów), zakwaterowanie w hotelu (4 noce), a na dodatek dostałem czek na 240 dolarów – "na wyżywienie i taksówki". Biorąc pod uwagę to, że śniadania i drugie śniadania (lunch) są zapewnione przez organizatorów konferencji, i to, że z hotelu do siedziby Royal Canadian Legion, gdzie odbywają się nasze szkolenia, jest nie dalej niż 15 minut piechotą, pewnie uda mi się zaoszczędzić większość z owych 240 dolarów. To znaczy udałoby się, gdybym "w celach poznawczych" nie odwiedził miejscowego baru, zresztą jedynego w mieście.
No ale o tym, za tydzień.


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Opublikowano w U Indian

Ociepliło się na tyle (–11°C), że poszedłem do lokalnego sklepu w szortach. Miejscowi patrzyli na mnie jak na wariata, ale co mi tam, nikt mnie tu nie zna... Co do sklepów, to wypatrzyłem do tej pory trzy – samo to świadczy o tym, że rezerwat jest dużo większy niż dwa poprzednie, w których byłem. Dużo też rozleglejszy. O ile poprzednie mogłem przejechać wzdłuż i wszerz na swoim rowerze w nie dłużej niż 20 – 30 minut, tutaj potrzebowałbym pewnie ze 2 – 3 godzin. Ale to wszystko tylko teoria, bo droga jest na tyle zła – wyboista itd., że póki co ochota na jazdę na rowerze mi przeszła. Nie można powiedzieć, że nie próbowałem. Na razie korzystam z uroków zimy i łażę w tę i we w tę po zamarzniętym jeziorze ku przerażeniu innych nauczycieli, którzy też patrzą na mnie jak na wariata. Cóż, chyba już taka moja dola – rozdarty pomiędzy dwoma światami, odrzucony przez oba. No ale jak to śpiewa "Paktofonika" w "Ja to ja":


Ja to ja, więc jako ja chcę być znany
Prawdziwym jak prawdziwek, nie jak sweter z anilany
Jedną zasadą wciąż motywowany
Bądź własną osobą
Bądź co bądź sobą
Niech twa osoba będzie Ci ozdobą
Nie jednorazowo, lecz całodobowo...


Nasłuchałem się właśnie niedawno dobrych rad i przestróg od kolegów i koleżanek po fachu. A to że wilki mnie zjedzą, a to że się zgubię i zamarznę, a to że lód się pode mną załamie i tyle będzie. Trudno było mi zachować powagę na twarzy, słuchając tych wszystkich mądrości, a jednocześnie wiedząc, że ludzie mówią z przekonaniem o rzeczach, o których nie mają bladego pojęcia. Wysłuchałem jednak z pokorą, co każdy miał do powiedzenia, bo wiem, że nauczyciele lubią się czasem (?) wymądrzać i że będę dalej robił swoje, czyli dalej będę łaził po tych jeziorach i lasach. Dużo łatwiej stracić życie, jeżdżąc codziennie do pracy 401, niż idąc raz – dwa razy w tygodniu na kilkugodzinny spacer po zamarzniętym jeziorze. Najważniejsze to zachować zdrowy rozsądek: nie chodzę sam, nie planuję wypraw ponad siły, nie idę bez przygotowania (innymi słowy taszczę ze sobą podstawowy sprzęt potrzebny do przeżycia w dziczy).


Wracając do tematu sklepów: zdziwiłem się, nie widząc tu typowego dla północy sklepu "Northern" (jak już wielokrotnie pisałem – sieć sklepów "Northern" jest pozostałością po faktoriach handlowych North-West Company i Hudson's Bay Company: historia obu korporacji przeplata się na przestrzeni dziejów). Początkowo przeraziło mnie to, bo kilka pierwszych wizyt w lokalnych sklepach nie zakończyło się pomyślnie: nie było niczego, czego potrzebowałem lub co chciałbym kupić. Zmartwiłem się niepomiernie, bo od czasu do czasu lubię coś zjeść. Kto mnie zna lepiej, wie, że nawet dosyć często. W Wunnumin Lake (gdzie byłem dwa lata temu) był "Northern" i zawsze coś tam miał na półkach. W Gull Bay (gdzie byłem w zeszłym roku) nie było żadnego sklepu (poza jednym sprzedającym chipsy i colę w puszkach), ale można było stamtąd pojechać do Thunder Bay co 2 – 3 tygodnie i zrobić większe zakupy. Tymczasem tu... bida.


Z czasem okazało się jednak, że po prostu byłem w sklepach w złym momencie, bo w parę dni po tym jak przyszedł towar. A z zaopatrzeniem jest tu troszkę tak jak w Polsce za komuny – trzeba wiedzieć, kiedy jest dostawa, i WTEDY niezwłocznie iść do sklepu. Nigdy nie wiadomo, co "rzucą", ale zawsze się coś do domu przyniesie. A to chleb, a to kawałek mięsa, a to pomidora. Przez to, że miejscowe sklepy nie kupują "na zapas", tylko tyle ile trzeba – mało jedzenia się marnuje. To z kolei sprawia, że strat nie trzeba amortyzować, podnosząc ceny towarów.


Wszystkie trzy sklepy to rodzinne biznesy, więc nie ciąży na nich koszt utrzymywania rozbudowanej struktury administracyjnej – kadrowych, CEO, działu reklamy etc. Wszystko to przekłada się na to, że ceny w tutejszych sklepach są rozsądne. Owszem, wyższe niż w Thunder Bay czy Toronto, ale nie tak niebotyczne jak w "Northern" w innych rezerwatach, nawet tych, które są na południe stąd. Nauczycielka, którą niedawno tu poznałem i która podobnie jak ja przyjechała z rezerwatu, gdzie był tylko "Northern", powiedziała, że wydaje tu ze swoim chłopakiem na jedzenie około 500 dolarów mniej niż wydawali miesięcznie w zeszłym roku. Było nie było – spora różnica. A przy tym wszystkim zarobione przez sklepy pieniądze pozostają "w rodzinie", czyli w rezerwacie, a nie są wysysane zeń przez jakąś korporację tylko po to, by jej CEO brylował na Karaibach większym jachtem. Nie wspomnę już o zyskach pośrednich, czyli tym, że dzięki temu, że większa liczba miejscowych ma zatrudnienie, mniej z nich obciąża budżet, pobierając zasiłki. Ponadto prowadzenie własnego sklepu wymaga i uczy dyscypliny, zorganizowania, przedsiębiorczości, czyli nader pożądanych cech charakteru. Osoby potrafiące je zademonstrować stają się cennymi członkami każdej społeczności.


Skoro już piszę o sklepach, chciałbym wspomnieć o sklepie, który co prawda nie jest położony na terenie rezerwatu i z Indianami ma mało wspólnego, ale gdyby nie jego serdeczni i życzliwi właściciele, to pewnie nie przetrwałbym zeszłego roku. No może nie w sensie dosłownym, bo człowiek jak się uprze, to przetrwać może wiele, ale z pewnością nie byłbym w stanie wytrzymać w swej starej szkole całego roku szkolnego. Sklep ma swoją siedzibę w Thunder Bay, przy 320 Balsam Street, i nazywa się London Variety – European Deli i wbrew nazwie oferuje polskie wiktuały: przepyszną podwójnie wędzoną kiełbasę, rewelacyjny sernik, domowego wyrobu bigos, sałatkę jarzynową, pierogi (w tym również pierogi z jagodami i z truskawkami), pyzy z mięsem (najlepsze jakie w życiu jadłem) i wiele innych pyszności. Słowem wszystko, co porządny polski sklep na emigracji mieć powinien.
Nie o jedzeniu jednak chcę pisać (chociaż warte jest najwyższych pochwał), ale o ludziach, którzy będąc sami bardzo zapracowani (prowadzenie sklepu to nie piknik), nigdy nie pożałowali czasu na szczery uśmiech i parę chwil rozmowy. Ilekroć byłem w Thunder Bay, starałem się odwiedzić sklep Pani Oli i Pana Romana, by się wyżalić i wypłakać na ich ramieniu. Odwiedzając ich w tym roku – w drodze do nowego rezerwatu, nawet zażartowałem, że do moich zakupów powinni doliczyć opłatę za "usługi psychoterapeutyczne". Żarty żartami, ale czasami spotkanie odpowiedniej osoby, życzliwej duszy, która potrafi się wsłuchać w nasze problemy, pomaga bardziej niż sami moglibyśmy się tego spodziewać. Szczególnie to istotne na emigracji, gdzie niestety nie zawsze widać narodową solidarność. Stąd wielkie podziękowania z mojej strony dla właścicieli sklepu London Variety za ich cierpliwość w wysłuchiwaniu moich narzekań i słowa otuchy, jakimi mnie zawsze raczyli. 


Wracając do mojego rezerwatu – jeden ze sklepów jest na samym "końcu drogi", czyli około 10 kilometrów od mojego domu. Raczej za daleko na "spacer", szczególnie przy temperaturach rzędu –30°C. Od czego jednak 3- kilometrowy skrót przez zamarznięte jezioro? Niby też daleko, ale to też jedyny sklep otwarty w niedzielę, więc można się czasami przejść.


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Opublikowano w U Indian
sobota, 26 styczeń 2013 17:57

U Indian: Oswajanie nowej rzeczywistości

Zmiany przyszły i mój poprzedni rezerwat ma nowego wodza. No może nie takiego całkiem "nowego". Wilfred King był już wodzem Gull Bay przez osiem lat, aż do 2010 roku, kiedy to Miles Nowegijick – jeden z radnych rady plemienia – doszedł do wniosku, że będzie lepszym wodzem. Sprawiedliwszym. Bardziej sumiennym. Oddanym wszystkim członkom plemienia, a nie tylko najbliższej rodzinie – o co zaczęto oskarżać starego wodza. Miles zebrał wystarczająco duże poparcie, by w 2010 wygrać wybory na wodza. Szykowały się zmiany.
Dziś, po dwóch latach rządów Nowegijicka, rezerwat jest uboższy o półtora miliona dolarów (które zostały zaoszczędzone za kadencji Kinga) i został praktycznie bez środków finansowych. "Nowy-stary" wódz musiał zamknąć (do odwołania) szkołę, przychodnię, urząd plemienia, remizę, czyli właściwie wszystko, co do funkcjonowania potrzebuje pieniędzy. Jedyne, co w rezerwacie jeszcze funkcjonuje, to policja, bo ta utrzymywana jest z budżetu prowincji (właśnie na wypadek sytuacji, w której rezerwat "bankrutuje").


Zgodnie z informacjami przekazanymi przez Kinga – poprzedni wódz i członkowie rady plemienia wypisywali czeki, wiedząc, że rezerwat nie ma już pieniędzy. Z innych relacji można wywnioskować, że ze szkoły, z urzędu plemienia, z przychodni "poznikało" wiele rzeczy, w tym sprzęt komputerowy. King twierdzi, że nie ma żadnej dokumentacji księgowej pozwalającej wyjaśnić losy "znikniętych" (niczym parówki – w filmie "Miś") pieniędzy. A stary wódz tradycyjnie nie odpowiada na e-maile i telefony.


Piszę o tym wszystkim otwarcie, z użyciem nazwisk, bo nie jest to żadną tajemnicą i gazety w Thunder Bay trąbią o tym od tygodnia, czyli momentu, gdy wyniki wyborów były już znane i gdy nowy wódz wydał komunikat prasowy o fatalnej sytuacji finansowej rezerwatu. Oczywiście środowiska związane z poprzednim wodzem zaciekle go bronią, mówiąc, że jest to nadzwyczaj uczciwy człowiek i że wina spoczywa na radnych plemienia, którzy wykorzystali jego naiwność i dobre serce... Może, może... Jednak skoro tak, to czemuż nie wypowie się publicznie i odrzucając oskarżenia raz na zawsze, nie przedstawi dokumentacji finansowej wydatków plemienia? Czemu przynajmniej nie odda książeczek czekowych plemienia nowemu wodzowi? Dlaczego też przez ostatnie dwa lata nie odbyło się ani jedno spotkanie rady plemienia?
Póki co rząd stanął na wysokości zadania i obiecał pomoc finansową rezerwatowi-bankrutowi. Rząd, czy raczej jego przedstawiciele byli nawet na tyle wyrozumiali, że postanowili nie wymagać sprawozdań finansowych za ostatnie dwa lata! Wódz King zobowiązał się jednak do przeprowadzenia kontroli finansowej, za co należą mu się słowa uznania. Coś mi mówi, że jeszcze o Gull Bay usłyszę. Teraz jednak pozostaje mi zadowolenie z wyników wyborów.


Przenieśmy się jednak do mojego nowego rezerwatu. Uczę już trzeci tydzień i jakoś nikt się nie kwapi, by podpisywać ze mną jakąś umowę, a i do płacenia nikt się nie wyrywa, co mnie nieco stresuje, szczególnie po moich doświadczeniach z Gull Bay. Uspokajają mnie nieco zapewnienia innych nauczycieli, że rezerwat płaci. Może nie zawsze na czas, ale płaci. No pożyjemy, zobaczymy. Póki co czuję się "Amerykaninem" (nie w sensie obywatela USA, ale mieszkańca Ameryki Północnej) pełną gębą – linia i karty kredytowe "wymaksowane", pożyczki nabrane tu i ówdzie, czyli życie na kredyt jak się patrzy.


Sytuację komplikuje fakt, że by dostać wypłatę, muszę mieć konto w CIBC. Inaczej dostanę do ręki czek i tyle. Mogę się głowić, co dalej z nim robić. Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to go sobie wsadzić w du...żą kopertę i wysłać do swojego banku w Toronto. Oczywiście wiązałoby się to z dodatkowymi 2-3 tygodniami opóźnienia. Nie rozumiem, dlaczego rezerwat nie może mi zapłacić przelewem na konto w TD czy w BMO, ale o zrozumienie pewnych rzeczy w rezerwatach lepiej nie zabiegać, bo to próżny trud. Szkoda też, że nikt mnie wcześniej o tym nie poinformował – poszedłbym w Toronto do oddziału CIBC i otworzył sobie konto w ciągu pół godziny.
Tutejszy rezerwat jest na tyle rozwinięty, że ma placówkę CIBC, gdzie się udałem tak szybko, jak tylko usłyszałem te nowiny. Placówka przypomniała mi dzieciństwo i punkt skupu butelek po piwie, który miał siedzibę się w obskurnym kantorku miejscowego "blaszaka". Plusem było to, że nie było kolejki. Przy punkcie skupu butelek zawsze była. Pozwalając sobie na dygresję – chyba właśnie tam zaszczepiono we mnie bakcyla filozoficznych dociekań nad naturą świata. Stałem sobie w kolejce, by oddać butelki, które jakieś żule zostawiły na miejscowym boisku, i zastanawiałem nad kwestiami szeroko pojętej aksjologii (jak to możliwe, że dla kogoś pusta butelka jest bez wartości, gdy tymczasem można za nią dostać 20 złotych?), estetyki (które butelki ładniejsze: zielone czy brązowe?), epistemologii (czy pani w skupie pozna się, że jedna z butelek jest wyszczerbiona, jeśli schowam ją pod innymi?) i ontologii (czymże byłby świat bez pustych butelek?).
Koniec dygresji. Wracamy do zasypanego śniegiem rezerwatu i obskurnego kantorka. Podpisałem dwa papiery i z nadzieją w głosie zapytałem panią w okienku, czy mogę przyjść pod koniec tygodnia po odbiór czeków itd. Spojrzała na mnie, jakbym się z choinki urwał (a było przed 6 stycznia, czyli w zasadzie jeszcze okres świąteczny), rzuciła okiem na wiszący na ścianie kalendarz, przewróciła kartkę (w tym momencie kolana się pode mną ugięły), machnęła niedbale ręką w okolicach końca lutego i powiedziała, że może wtedy. "Może". Pozostał mi uśmiech i triumfalny powrót do domu. Kolejna przeszkoda pokonana.


Właściwie sam sobie jestem winny, bo drugi raz w życiu znajduję się w tej sytuacji. Wunnumin Lake (mój pierwszy rezerwat) wymagał od pracowników założenia konta w BMO. Mogłem się przed przyjazdem dobrze dopytać, co i jak. No ale jak to mówią – mądry Polak po szkodzie. Swoją drogą te banki to straszne złodziejstwo. Będę miał teraz trzy konta, ale żadnych pieniędzy na żadnym z nich. Za każde będę płacił – wyjdzie w sumie około 25 dolarów miesięcznie (o ile nie więcej). Uzbiera się tych opłat na 300 dolarów rocznie, czyli trzy dni w tym roku przepracuję tylko po to, by utrzymywać banki.


Dosyć narzekania (przynajmniej na ten temat). Póki co nowy rezerwat mi się podoba – większość ludzi, których spotykam, jest sympatyczna i, co najważniejsze, szkoła wydaje się być w miarę zadbana. Spora w tym zasługa dyrektorki – byłej miejscowej nauczycielki. Kobieta wydaje się mieć jasną wizję tego, co chce osiągnąć (a to już połowa sukcesu), i zna lokalne realia, innymi słowy nie oczekuje cudów. W zeszłym roku rezerwat miał dyrektora z południa – z wszelkimi tytułami i kursami wymaganymi przez Ministerstwo Oświaty. Na nic się to zdało. Po kilku miesiącach dyrektor podziękował za współpracę i czmychnął z rezerwatu. Po prostu nie da się tutaj funkcjonować, tak jak widziałoby to ministerstwo. Dyrektorka nie dość, że odebrała mnie z lotniska, to jeszcze obwiozła po okolicy, pokazując, co gdzie jest. Niby mała rzecz, ale pozwala się szybciej odnaleźć w nowym, obcym miejscu.


Jeśli chodzi o samą szkołę, to wyraźnie po niej widać problemy wynikające z chronicznego niedoinwestowania, o którym już pisałem w zeszłym tygodniu. Zaczyna się od rzeczy tak podstawowych, jak stare krzesła i biurka – pewnie pamiętające czasy, gdy sam chodziłem do szkoły w zeszłym tysiącleciu, po brak personelu innego niż podstawowy. Jest z tym trochę tak jak z papierem toaletowym (bez urazy) – nie widzi się, jak jest ważny, póki go nie zabraknie.


Taka na przykład bibliotekarka. W większości "normalnych" szkół w GTA wziąłbym dzieci do biblioteki raz – dwa razy w tygodniu, gdzie pani bibliotekarka przeczytałaby im bajeczkę (większość dzieci by słuchała – tylko dlatego, że byłaby to dla nich jakaś odmiana), po tym wypożyczylibyśmy książki do czytania w klasie i w ten sposób miałbym dwie lekcje "z głowy". Bynajmniej nie chodzi mi o to, że nie chce mi się planować lekcji i że chcę zarobić na chleb przy jak najmniejszym wkładzie pracy, lecz o to, że pozbawiony jestem możliwości uatrakcyjnienia moim uczniom nauki poprzez "wyprawę" do biblioteki. Czyli czegoś, co zapewnia prawie każda szkoła w południowym Ontario.
Nauczyciel-bibliotekarz, któremu nie brakuje fantazji i ochoty, potrafi zdziałać cuda, nakłaniając nawet najbardziej opornego ucznia do czytania. A chociażby nawet nie miał fantazji ani ochoty na robienie czegoś ekstra, to przynajmniej zadba o to, że biblioteka ma nowe książki i że są one łatwo dostępne zarówno dla uczniów, jak i dla nauczycieli. Nasza szkoła dostała niedawno książki – ponad 70 ogromnych pudeł książek przysłanych szkole za darmo przez Klub Bobra (http://www.clubamick.ca/), no ale co z tego, jeśli nie ma komu ich posegregować, skatalogować, poukładać na półkach? Bibliotekarz (nawet na pół etatu) rozwiązałby sprawę, no ale szkoła nie ma pieniędzy na dodatkowy etat. Nie ma co narzekać – narzekanie jest – jak to mówią Kanadyjczycy – "like rocking in a rocking chair... gives you something to do, doesn't get you anywhere".


Skoro mowa o narzekaniu – z rozbawieniem czytam na fejsbuku opisy przerażającego mrozu, jaki skuł Toronto. Ludziska biadolą, że termometr pokazuje minus 14 stopni Celsjusza (minus 20 temperatury odczuwalnej, czyli po naszemu: wind chill). My mamy tu minus 35 dzień w dzień (co z wind chill daje nam około minus 45 – 50). Ziąb taki, że aż dech zatyka, jak się wyjdzie na zewnątrz.
Parę dni temu popełniłem błąd i popędziłem do szkoły bez rękawiczek. Byłem spóźniony, spieszyłem się, a że nie jest daleko (może ze 20 metrów), to pomyślałem, że rękawiczki mi w sumie niepotrzebne. Zwykle nie są mi potrzebne, bo i do czego? Złapałem za klamkę, a ta... złapała mnie! Dłoń przymarzła mi do metalu. Właściwie to mogłem się tego spodziewać, bo wstając rano, widziałem, że moje okna pokryte są dwucentymetrową warstwą lodu. Od wewnątrz... Wszystko to sprawia, że "przeprosiłem się" z kolejnym wspomnieniem z dzieciństwa: szlafmycą. Jakby kto nie wiedział co to, to służę definicją: "dawne nakrycie głowy, które było zakładane do snu, zazwyczaj przez ludzi starszych, łysych lub przez osoby odczuwające dotkliwy chłód w nocy". Innymi słowy, mam aż trzy powody, by zakładać na noc szlafmycę.


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Opublikowano w U Indian
piątek, 18 styczeń 2013 13:47

Przyjdą zmiany?


Troszkę będzie w tym tekście podróżowania w czasie i przestrzeni, bo o nowym rezerwacie póki co niewiele mogę napisać. Ludzie wydają się mili, uczniowie w szkole sympatyczni i w miarę grzeczni. Pod tym względem to kolosalna różnica w porównaniu do poprzedniego rezerwatu, gdzie każdy uczeń klął jak szewc i w ciągu pierwszego tygodnia w szkole miało miejsce kilka bójek, w tym jedna na tyle poważna, że trzeba było wzywać pogotowie i policję. Taka już chyba specyfika tego poprzedniego rezerwatu, bo na przykład w trakcie noworocznej zabawy Indianie pobili się tam siekierami, niczym nasi górale ciupagami. Nie bardzo w te góralskie historie o laniu się ciupagami wierzę, a tu i owszem, bijatyka była i "podatnik" pewnie znów zabulił za przylot helikoptera z Thunder Bay. Teraz "podatnik" będzie musiał zapłacić jeszcze za nowy radiowóz, bo miejscowi skradli stary. Cieszę się, że już tam nie jestem, chociaż ciekawią mnie dalsze losy wspólnoty (jak na przykład, moich uczniów i ludzi, których tam poznałem).


Na przykład z niecierpliwością oczekuję wieści na temat wyników wyborów nowego wodza i członków rady plemiennej. Gdy kreślę te słowa (sobota, po 20.00) w wiosce właśnie zamknięto lokal wyborczy i odbywa się liczenie głosów. Mam nadzieję, że wybory przyniosą zmiany i że zarówno nieudolny i nieuczciwy wódz, jak i jego równie nieudolni radni stracą stanowiska. Z drugiej strony, wiem, że system jest po ich stronie.
Jedną z bolączek rezerwatów jest chory system rządów, w którym grupa sprawująca władzę ma tak dużą (o ile nie całkowitą) kontrolę nad finansami i wszystkimi innymi aspektami organizacji życia społecznego, że zupełnie nie jest w jej interesie zmiana status quo. Za dużo przywilejów do stracenia... No i co ze sobą zrobić w wyniku utraty posady? O pracę w rezerwacie raczej trudno, a i wątpliwe, by dla starego wodza znalazło się miejsce wśród urzędników nowej administracji. Nie dziwota, że wodzowie trzymają się stołków rękami i nogami. Z kolei ludzie, którzy mogliby pragnąć zmian, zwykle mają za mało środków, by je przeforsować. Chyba że zaczną werbować sojuszników, obiecując im przyszłe korzyści (stanowiska, zamianę domu na większy lub jego remont itd.). W ten sposób niezdrowa sytuacja się powtarza. Pożyjemy, zobaczymy. Te wybory mogą być inne, bo zamieszanie wokół ustawy C-45, głodówka Theresy Spence i manifestacje Idle No More pobudziły większą niż zwykle liczbę Indian do głosowania.


Mówiąc o Idle No More – to, co pokazują media, to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Prawdziwe wrzenie widzi się, wchodząc na grupy internetowe rezerwatów, czy też czytając uaktualnienia na Facebooku. Na początku miałem bardzo pozytywne nastawienie do "ruchu". Pobiegłem nawet na demonstrację w Toronto, gdzie protestujący na skrzyżowaniu Yonge i Dundas zablokowali ruch na 20 minut. Teraz mój entuzjazm znacznie osłabł. Co ciekawe, stało się to na samej manifestacji. Po prostu zdałem sobie sprawę, że (znowu!) jestem wśród niepoprawnych romantyków.
Podstarzali hipisi, młodociani hipsterzy, oczywiście całkiem spora grupa Indian, spragnieni czynu "działacze", ekolodzy z zamiłowania i wszelkiej maści kontestatorzy. Za wiele wątków, za dużo spraw na raz, jednym słowem, ideowy kociokwik. Gdybym w tym wszystkim trochę nie siedział, bez wątpienia pogubiłbym się, czytając transparenty. Głosiły one wszystko: od walki o "treaty rights" (prawa przyznane Indianom na mocy traktatów), przez sprzeciw wobec ustawy C-45, obrzucanie inwektywami premiera Harpera, informowanie o nierównościach w finansowaniu indiańskich szkół, nawoływanie do "Indiańskiego powstania", dopytywanie się o zaginione Indianki (to temat na zupełnie inny artykuł), do przypominania o szkołach rezydencjalnych i Sixties Scoop (to też zupełnie osobny temat) i walki o wodę i czystą, ekologiczną energię.
Zdałem sobie sprawę, że inicjatywa Idle No More, jakkolwiek chwalebna, bo nawołująca do (politycznej) aktywności, raczej marne ma szanse na zdziałanie czegokolwiek. Nie tylko przez tę oszałamiającą różnorodność problemów, z jakimi się stykamy, mówiąc o sytuacji Indian, lecz również przez brak "dobrej woli" ogółu społeczeństwa, a co za tym idzie – nastawienia polityków.


Większość mieszkańców Kanady widzi Indian w bardzo negatywnym świetle. Komentarze, jakie czyta się na internetowych forach, czy nawet to, co czasami słyszę od ludzi, przyprawia o zawrót głowy. Z tych czy innych względów łatwo było nam przypiąć Indianom łatkę leniwych darmozjadów i nierobów, co to tylko czekają na kolejną zapomogę od rządu, ale prawda – jak zwykle – leży pośrodku.
Dla przypomnienia: powstała w 1991 roku RCAP (Royal Commission on Aboriginal Peoples – pisałem już o niej, gdy poruszałem sprawę szkół rezydencjalnych) po pięciu latach wgłębiania się w zagadnienia związane z sytuacją Indian w Kanadzie opublikowała specjalny raport, którego opasłe pięć tomów próbuje wyjaśnić, co na linii Indianie-Kanada poszło źle i jak temu zaradzić. Ostatni piąty tom raportu przedstawia 20-letni plan naprawy sytuacji i ponad cztery setki sugestii, jak to uczynić.


Dziesięć lat po opublikowaniu raportu, AFN (Assembly of First Nations) wystawiło Kanadzie "świadectwo" z ocenami za wdrażanie jego postanowień. Większość ocen jest negatywna. Rząd po prostu zrobił bardzo mało, by polepszyć sytuację Indian. Widzę to na własnym, szkolnym podwórku. Trudno mi zrozumieć, dlaczego indiańskie szkoły, w których potrzeby są tak wielkie, dostają mniej pieniędzy od prowincyjnych. Znacznie mniej – i to od lat.
Formuła finansowania indiańskich szkół nie zmieniła się od prawie 20 lat. Można mówić o chronicznym niedoinwestowaniu. Polecam artykuł "MacLeans" z sierpnia zeszłego roku, który opisuje sytuację dwóch sąsiadujących ze sobą szkół. Indiańska dostawała 3200 dolarów mniej na ucznia na rok. Łatwo obliczyć, że przy zaledwie setce uczniów (a szkoła liczy ponad trzystu) wychodzi 320 tysięcy rocznie (pensje dla sześciu dodatkowych nauczycieli albo od groma ołówków i kredek). Przez 20 lat można by uzbierać prawie sześć i pół miliona. Nie wspominając już o tym, że koszty operacyjne szkół (i wszystkiego innego) na północy są dużo, dużo wyższe niż tych na południu.
Łatwo Indian ganić i posądzać o lenistwo, trudniej przyznać się do faktu, że sytuacja, w której się znaleźli, została spowodowana w znacznej mierze przez nas samych (czyli "kolonizatorów" bądź "osadników"). Trochę to tak, jakby przetrącić komuś nogi, wrzucić go do studni, a potem narzekać, że tam siedzi, sam nie wychodzi i tylko biadoli, by go wyciągnąć. Zresztą z tym "wrzucaniem" różnie było. Czasami było to nie tyle "wrzucenie", ile "przywabienie".


Na przykład Indianie z Attawapiskat, tego Attawapiskat, o którym ciągle tak głośno i którego wódz Theresa Spence głoduje w Ottawie, znaleźli się tam, gdzie teraz są, przez katolickich misjonarzy, tych samych, których znamy z Mississaugi – oblatów. Nie zarzucam oblatom żadnej złej woli, gorąco wierzę, że chcieli pomóc Indianom przez uczenie ich pisania, czytania, dostęp do nowoczesnych lekarstw i technologii itd., ale koniec końców wyszło, jak wyszło.


Indianie docenili poświęcenie księży i osiedli w pobliżu misji. Oblaci założyli w Attawapiskat pierwszy ogród, zbudowali tartak, szkołę, kościół (zresztą dalej tam stoi), szpital... Stopniowo niewielka osada rozrosła się na tyle, że tradycyjne łowienie ryb i polowanie na karibu nie wystarczało, by wszystkich wyżywić, ani nie było gdzie ich wszystkich pomieścić. Indianie z biegiem lat odeszli od tradycyjnych zajęć i okazało się, że nie bardzo mają co robić i że nikt nie ma pomysłu na zapewnienie im godnej egzystencji. W poprawie warunków życia z pewnością nie pomogły katastrofy, jakie stały się ich udziałem – wyciek dziesiątek tysięcy litrów paliwa, który zniszczył nową szkołę, kolejne powodzie i awaria systemu kanalizacyjnego, w wyniku której ścieki zalały kilkanaście domów, pozostawiając ponad 90 osób bez dachu nad głową. Tymczasem na ich tradycyjnych terytoriach powstała jedna z największych na świecie kopalni diamentów, przynosząca kolosalne zyski korporacji De Beers i odprowadzająca pieniądze bezpośrednio do prowincji Ontario z pominięciem Attawapiskat (De Beers odprowadza do prowincji 13 proc. dochodów, a Attawapiskat dostaje 1 proc.). W osadzie działa też sklep – The Northern – powstały z faktorii handlowej Kompanii Północno-Zachodniej (North West Company), która wcześniej za grosze skupowała od Indian futra i skóry, a teraz ze skór łupi ich samych. Pojemnik soku kosztuje tam ponad 10 dolarów i mało kogo nań stać, a korporacja zanotowała w zeszłym roku zyski rzędu kilkudziesięciu milionów dolarów. Trudno się dziwić Indianom z Attawapiskat, że czują się oszukani, wykorzystani, zepchnięci na bok, gdy reszta kraju czerpie z ich bogactwa i tuczy się na ich krzywdzie i biedzie. W tym wszystkim zachowali wdzięczność do sędziwego, 80-letniego księdza służącego w miejscowej parafii od 1975 roku i nazwali jedną ze szkół jego imieniem.
Podobne odczucia są w innych rezerwatach. Pierwszy z rezerwatów, w których uczyłem, miał na swoich terenach kopalnię złota, drugi (ten gdzie właśnie odbyły się wybory) kopalnię palladu. Każda z kopalni jakoś tam próbuje zjednać sobie przychylność Indian, organizując bezpłatne szkolenia, dając im możliwość zatrudnienia, finansując imprezy czy młodzieżowe drużyny hokejowe, ale w obliczu przerażającej biedy w rezerwatach wynikającej z chronicznego niedofinansowania – wszystko to ciągle wydaje się być za mało, stąd popularność Idle No More wśród Indian.


Gdy rzeczywistość jest szara, przygnębiająca i w sumie bez perspektyw na poprawę sytuacji – łatwo uciec w marzenia i sny o wielkiej przeszłości. Łatwo być internetowym wojownikiem wymachującym szabelką Facebooka i kryjącym się za tarczą komputerowego ekranu. Łatwo dać się złapać na górnolotne hasła "suwerenności", o byciu "obrońcą natury", o "niezbywalnych prawach". Dużo trudniej wziąć się do roboty i dzień po dniu kreować lepszą rzeczywistość dla siebie i swojego plemienia czy też narodu. Szczególnie jest to trudne, gdy – jak to śpiewa Kazik – "roboty tutaj nie ma, i co ty na to powiesz?" i gdy ma się kręgosłup przetrącony przez brak wiary w siebie, paraliżujące poczucie krzywdy i do tego nastawienie "bo mi się należy" (to ostatnie w przypadku Indian o tyle usprawiedliwione, że istotnie naobiecywano im ile wlezie, byleby tylko dobrać się do ich ziemi).
Nie jest to aż tak odległe od tego, co możemy zobaczyć w Polsce w postpegeerowskich wsiach, czy też śląskich miastach, gdzie pozamykano huty i kopalnie i gdzie ludzie nie mają do roboty nic innego niż stanie w kolejce po zasiłek i topienie smutków w butelce gorzały. Jakoś trudno sobie wyobrazić, by z czystym sumieniem móc określić tych ludzi mianem nieudaczników i nierobów żerujących na państwowych zapomogach. Czasami po prostu bywa tak, że jakaś grupa ludzi zostaje wyrzucona z pędzącego ekspresu "postępu" przy okazji kolejnego zakrętu historii.


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Opublikowano w U Indian
piątek, 11 styczeń 2013 19:06

Znów na północy...


Przede wszystkim: do siego roku! Mimo iż mam pełną świadomość, że tekst ten najprawdopodobniej nie trafi na łamy noworocznego numeru "Gońca", chciałbym złożyć wszystkim szanownym Czytelnikom jak najserdeczniejsze życzenia na nowy rok, czy właśnie po prostu "do siego roku"! Do siego, czyli do następnego. 

Z umiłowaniem zacząłem znów używać tej archaicznej, na poły zapomnianej, dziwacznej formy noworocznych życzeń. Zauważyłem, że pomaga mi się ona samemu określić, nawiązać do moich korzeni, a ponadto jest w tych staropolskich życzeniach pewna mądrość, a mianowicie skupienie się na tym, co najbardziej istotne, czyli samej egzystencji. Bogactwo, szczęśliwość, pomyślność wszelkiego rodzaju byłyby bez znaczenia, gdyby nas samych zabrakło. Zatem do siego roku – abyśmy się mogli spotkać w tym samym gronie za rok.

Może "na starość" robię się coraz bardziej nostalgiczny, a może po prostu powinienem następne wakacje spędzić w Polsce, bo coraz bardziej czuję pragnienie określenia się, zdefiniowania kim jestem.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to swoiste rozbicie jaźni bierze się z mojego nomadycznego trybu życia, który sprawia, że nigdzie nie mogę zapuścić korzeni. Jest to po prostu dodatkowy koszt, jaki przychodzi mi płacić za bycie nauczycielem na północy Kanady. Przez ostatnie cztery lata co rok mieszkałem w innym miejscu. Nie dalej jak wczoraj rano (2 stycznia) ruszyłem w ostatni etap mojej kolejnej podróży na północ i od wieczora jestem w nowym rezerwacie.

Piszę "kolejny etap", bo siłą rzeczy podróż musi odbywać się etapami. Najpierw pakowanie najistotniejszych rzeczy w Toronto, wysyłanie czego się da miejscowym Pekaesem (Greyhound Curier Express) na północ, po czym przelot do Thunder Bay (dobrze, że Porter znowu ogłosił promocyjne ceny biletów, dzięki czemu mogłem tam polecieć za zaledwie 130 dol.), wypożyczenie samochodu, odebranie pakunków z dworca i z magazynu (storage unit), przepakowywanie pudeł, opisanie ich na nowo, przewiezienie ich do biura spedycyjnego Wasaya Airways, przesłanie ich na północ (robiąc z samym sobą zakłady, co dojdzie zniszczone, a co dopiero po kilku tygodniach), no i już prawie, prawie wszystko...
Pozostaje lot dwoma maleńkimi samolotami o siedzeniach tak małych i ciasnych, że ledwie się w nie wcisnąłem w swej zimowej kurtce. Byle tylko pogoda była dobra, bo inaczej można utknąć w takim Sioux Lookout na kilka dni.
Dość powiedzieć, że jest to logistyczny koszmar, który na dodatek wiąże się z poważnymi wydatkami. W tym roku wydałem już na tę podróż (właściwie przeprowadzkę) 1681 dolarów – nie licząc paliwa zużytego na wożenie rzeczy to tu, to tam. Oczywiście band (plemię) zwróci mi za bilet lub jego część, a resztę będę próbował odpisać od podatku, co zaowocuje (jak zwykle) burzliwą wymianą "listów miłosnych" pomiędzy mną i urzędem skarbowym (Revenue Canada). Czas, stres, pieniądze na wysłanie listów. Cóż... kolejny "dodatkowy koszt" uczenia na północy.

Prawda jest taka, że w tym roku nieco przesadziłem, wysyłając sobie sporo "zabawek" – narty, rakiety śnieżne, sprzęt hokejowy (łyżwy, ochraniacze, kask etc.), rower z dodatkowym zapasem dętek i opon, sprzęt kuchenny, telewizor. Mógłbym przyjąć postawę minimalisty i pojechać z jednym małym bagażem mieszczącym bieliznę i kilka ubrań na zmianę. Ale będę tu przez sześć miesięcy, z czego cztery w śniegu po pas, więc głupio byłoby nie skorzystać z tego. Poza tym nie ma tu żadnych możliwości rekreacji – nie ma kina, siłowni, basenu, centrum handlowego, restauracji, baru, mój apartament nie ma kablówki czy Internetu, więc siłą rzeczy – trzeba sobie samemu zapewniać rozrywki.

Mimo oczywistych niedogodności związanych z przenosinami – miło było odwiedzić Thunder Bay. Miasto to żyje zupełnie innym rytmem niż Toronto. Ludzie wydają się bardziej zrelaksowani, bardziej ze sobą zżyci. Kilka razy trafiło mi się, że osoba stojąca przede mną w kolejce do kasy ucięła sobie z kasjerką pogawędkę – a to o problemach rodzinnych, a to o planach na Nowy Rok, a to o czym innym.
Nie ma tego tłumu ludzi – tłoczących się z przodu, napierających na nas z tyłu. Zupełnie inaczej się też jeździ... Jakie korki? Gdzie? Chciałem pojechać do kina na seans o 20.00, było już pięć po, kino na drugim końcu miasta... Pojechałem. O 20.22 siedziałem w fotelu, właśnie się kończyły reklamy. Wszystko jakieś takie "normalniejsze".

 

Opisy zdjęć

0326 – lot nad północnym Ontario.

0337 – jeden z samolotów firmy Wasaya (Wasaya znaczy „Wschód Słońca”). Pilatus PC-12 zabiera na
pokład do 9 pasażerów.

8056 – powrót z przejażdżki rowerem. -33 stopnie Celsjusza, śnieg i wiatr sprawiły, że była ona krótka.
Ot do sklepu i z powrotem. 20 minut. Nie jeździłem już jakiś czas w takich mrozach i zapomniałem jak to
jest... Największym problemem jest nie to że łańcuch chodzi dosyć topornie, ale to że albo gogle parują i
nic się przez nie nie widzi albo – po ich ściągnięciu – rzęsy górnej powieki przymarzają do dolnej podczas
mrugania, więc... również niczego się nie widzi.

8090 – zima na całego. Dom raczej mało szczelny skoro takie sople.

8060 – przed szkołą wataha bezpańskich psów: stały powód zatargów między nauczycielami i
miejscowymi. Nauczyciele (gdy miejscowi nie patrzą) dokarmiają pieski, miejscowi do nich strzelają.
Dostałem właśnie od wodza pismo zakazujące karmienia psów. Zbierające się w pobliżu szkoły
bezpańskie (i głodne) psy mogą stanowić zagrożenie dla dzieci.

8061 – na prawo szkoła, na lewo moja „piramida mieszkalna”, pośrodku stadko bezpańskich psów.

8067 – samochód sobie tak „przezimuje” aż do wiosny.

8072 – jeden ze znaków w rezerwacie nakłaniający do trzeźwości i nie używania narkotyków.


Po lataniu z Toronto, czy to na lotnisku Pearsona, czy na wyspie, gdzie ochrona mnie zawsze przetrzepie, każe ściągać buty, opróżniać kieszenie do ostatniego centa, wylewać wodę z butelki etc., lot z Thunder Bay na północ to betka.
Na przykład przyniosłem z sobą na lotnisko karabin – nikt mnie nie powalił na podłogę i nie potraktował taserem niczym naszego rodaka w Vancouverze. Nikt nie chciał nawet na ów karabin spojrzeć – ważne jedynie było, bym nie miał przy sobie więcej niż pięć funtów amunicji. Miałem dwa.
Co prawda karabin gdzieś teraz zaginął i będę musiał dzwonić do przewoźnika i się dopytywać, ale wiem, że prędzej czy później się znajdzie. Od świtu (jest 9 rano, gdy piszę te słowa) wylądowały już tu dwa samoloty – słyszę je, bo mieszkam blisko lotniska, dziś będą jeszcze dwa, więc jest spora szansa, że do wieczora karabin tu dotrze.

Skoro mowa o tym, gdzie mieszkam – po raz pierwszy będę zakwaterowany w kompleksie mieszkalnym. Do tej pory zwykle miałem osobny dom, więc cieszę się na coś nowego. Może będę mieszkał z fajnymi ludźmi, czas pokaże. Co do samego lokum, daleki jestem od zachwytu: apartament czekał na mnie brudny, zagracony i stary, niczym opuszczony hotel robotniczy z lat osiemdziesiątych.
Kuchnia i łazienka tak zapuszczone, że aż strach czegoś dotknąć. Zlew w kuchni zatkany. Sedes bez klapy. Dziury w ścianach. Okna zakryte jakąś szmatą. Meble skompletowane jakby z pięciu różnych zestawów, nic do niczego nie pasuje. No i jeszcze będę musiał za te "luksusy" płacić 400 dolarów miesięcznie.
Cóż, życie na północy nie rozpieszcza. W godzinę przeorganizowałem lokum i już wygląda dużo lepiej, na weekend wybiorę się do sklepu – może będą mieli co mi potrzeba, by uczynić to miejsce piękniejszym: nieco szpachlówki, wiadro farby i będzie się jakoś żyło. Może się uda przekonać miejscowych, by mi odpuścili miesiąc czynszu w zamian za "remont".

Sporym plusem jest to, że mieszkam TUŻ przy szkole. Okno swojej klasy widzę z okna mojego apartamentu. Szkoła jest nie dalej niż 20 metrów od budynku, w którym mieszkam. Jak przypominam sobie czasy, gdy z Mississaugi dojeżdżałem do pracy w Scarborough, spędzając po półtorej godziny dziennie (gdy nie było korków) na 401, to czuję się szczęśliwcem.
Oszczędność rzędu 8-10 godzin tygodniowo na samych dojazdach. Około 30 godzin w miesiącu, czyli jakieś 300 w ciągu roku szkolnego. 12 pełnych dób, które spędzę tak, jak na to będę miał ochotę, a nie za kierownicą samochodu, stresując się, że się spóźnię do pracy, albo że jestem zbyt zmęczony, by w ogóle prowadzić. To oczywisty plus mieszkania i pracowania na północy. Jeden z niewielu.

Zdaje mi się, że życie północnego nomada, planowane przez mnie jako coś tymczasowego, może stać się moim udziałem na dłużej, niżbym chciał. Wprowadzony niedawno przez liberałów Bill 115 "Putting Students First Act" reorganizujący szkolnictwo w Ontario dotyczy i mnie, mimo że nie pracuję w żadnym z większych publicznych kuratoriów oświaty (school board). Ustawa 115 nakazuje kuratoriom zatrudnianie na stałe tylko takich nauczycieli, którzy już mają tam staż jako nauczyciele zastępczy. Innymi słowy: wracając z północy z 4-letnim doświadczeniem, mam mniejsze szanse na pracę w Toronto niż ktoś, kto przepracował tam tylko pół roku (po dzień – dwa na raz w różnych szkołach – jako nauczyciel zastępczy). Mam nadzieję, że głupia ustawa zostanie zniesiona, chociaż wiem, że marne są na to szanse. Patrząc przez pryzmat swoich doświadczeń i biorąc pod uwagę nowe prawodawstwo, każdemu nowemu absolwentowi studium nauczycielskiego radziłbym raczej starać się o pracę w miejscu docelowym (Toronto, Mississauga, Thunder Bay etc.), niż iść w moje ślady i tułać się po północy.
Północ może być wspaniałą przygodą, ale przygoda ta jest niesłychanie wyczerpująca pod wieloma względami.
Jeśli dodatkowo wiąże się ona z utrudnieniem znalezienia zatrudnienia na południu – to chyba po prostu nie warto w nią inwestować ni czasu, ni sił.

Opublikowano w U Indian
sobota, 22 grudzień 2012 11:18

Wrzenie w indiańskim świecie

boruckiMamy w Polsce legendę o rycerzach śpiących w tatrzańskich jaskiniach pod Giewontem. Mają się oni obudzić, gdy kraj będzie w wielkim zagrożeniu, by przyjść z pomocą w potrzebie. Mamy wiersz Gałczyńskiego "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte", gdzie czytamy:

Lecz gdy wiatr zimny będzie dął
i smutek krążył światem,
w środek Warszawy spłyniemy w dół,
żołnierze z Westerplatte.

Mnóstwo podobnych legend krąży po całym świecie, mają swoją i Indianie. Dotyczy ona Śpiącego Giganta (Sleeping Giant) – formacji skalnej na Jeziorze Górnym, dobrze widocznej z Thunder Bay. Wedle legendy Odżibuejów (Ojibway), jest to Nanabusz (Nanabozho), który zamienił się w skałę, po tym jak Indianie wyjawili białym tajemnicę lokalizacji kopalni srebra na Silver Islet. Niektórzy twierdzą, że przyjdzie czas, gdy Nanabusz się obudzi. Niektórzy twierdzą, że już się to stało – za sprawą premiera Harpera.

Zanim jednak wgłębię się bardziej w tłumaczenia, dlaczego kanadyjskie środowisko Indian zawrzało, powinienem skreślić parę zdań o moich własnych losach, by (dla pewnego rodzaju elementarnej uczciwości) wyjaśnić, dlaczego ten tekst powinno czytać się z pewnego rodzaju dystansem. Nie mam zamiaru udawać obiektywności i pisać pod dyktando politycznej poprawności.
To, co napiszę, będzie mocno nacechowane moimi własnymi doświadczeniami i subiektywną oceną sytuacji. Owszem, staram się zapoznawać z różnymi źródłami i opiniami odmiennymi od moich i trzymać emocje na wodzy, czasami jednak nie do końca się to udaje.

Czasami tych emocji (szczególnie negatywnych) nazbiera się tyle, że najlepiej wziąć sobie na wstrzymanie, ochłonąć, przemyśleć sprawy – co zresztą zrobiłem, nie pisząc do "Gońca" przez ostatnie pół roku, pomimo zachęt ze strony redakcji pisma, jak i wiernych czytelników moich tekstów. Nie, nie zabrakło mi tematów, wprost przeciwnie – o wielu ekscytujących sprawach pewnie jeszcze napiszę. Problem leżał raczej w głębokiej niechęci do powrotu – choćby myślą – do rezerwatu, w którym spędziłem ostatni rok szkolny. Dziś, gdy już nabrałem dystansu, mogę się przyznać – przed sobą i przed Państwem, że zapadłem na PTSB – zespół stresu pourazowego. Odpowiedzialna praca w niezwykle ciężkich warunkach, ogromny stres i stałe obciążenie psychicznie, w końcu też osamotnienie dały mi się poważnie we znaki i sprawiły, że musiałem się poważnie zastanowić, czy kariera nauczyciela jest tym czymś dla mnie właściwym. Doszedłem do wniosku, że problem jest nie tyle w samej pracy i wyborze kariery, ale w niesłychanie dysfunkcyjnej społeczności, w której przyszło mi funkcjonować. Było tam tak "ciekawie", że pod koniec zeszłego roku szkolnego myślałem o składaniu podań o pracę do miejsc takich jak Afganistan, Somalia czy Irak – byleby tylko dalej od miejsca, w którym byłem.

Koszmar ciągnął się przez długi czas – nawet już po zakończeniu roku szkolnego. Troszkę z mojej własnej winy, bo miast pogodzić się z faktem, że mnie wykorzystano i oszukano, zaangażowałem się w walkę o swoje prawa (czyli między innymi o to by otrzymać zapłatę) i zacząłem pisać listy do wodza plemienia i do INAC (Indian and Northern Affairs Canada), a więc do "Ministerstwa do spraw Indian". Wódz nigdy nie odpowiedział, ale tego się spodziewałem, po tym jak parę miesięcy wcześniej moje zapytanie o kontrakt zbył, mówiąc, że "jego ludzie (czytaj: Indianie) nie potrzebują kontraktów, bo większe znaczenie przypisują tradycji ustnej". INAC odpowiedział po kilku miesiącach, że nic im do tego, co się w rezerwacie wyprawia, i że wszystkie kwestie sporne między mną i administracją rezerwatu powinien wyjaśniać kontrakt...

Nawet dziś, gdy piszę te słowa (w pół roku po opuszczeniu rezerwatu), czuję wzbierający gniew powodowany poczuciem niesprawiedliwości. Potęgowane jest to świadomością, że wódz i radni plemienia, którzy (nie ma co owijać w bawełnę) mnie oszukali i okradli z zapłaty za ciężką pracę, najprawdopodobniej pozostaną na swoich stołkach na następną kadencję. I to dzięki moim (między innymi) pieniądzom. Dodatkowe środki finansowe, które INAC wysłał do rezerwatu z przeznaczeniem "na szkołę" i pensje nauczycieli, nigdy do nas (lub do szkoły) nie trafiły i pewnie zostały użyte w zgoła innych celach. Jakich? Na przykład przez całe lato rezerwat urządzał zabawy i festiwale, a teraz wydaje świąteczne bożonarodzeniowe bale.

Powiem wprost: popieram ideę festiwali i zabaw, bo sprzyja to integracji skłóconej wspólnoty i wprowadza iskierkę radości w raczej smutne życie biedujących Indian i nieszczególnie przeszkadza mi, że to "z pieniędzy szkoły". Chociaż może powinno. Bo fajnie byłoby, gdybym nie musiał kupować kredy albo ołówków za własne. Fajnie byłoby też mieć w szkole Internet i jakiś działający komputer (poza moim) i drukarkę. Albo jakąś nową książkę. Łatwiej by się uczyło. Dobrze byłoby też wymienić wybite szyby. Albo kupić mydło, by uczniowie mogli umyć ręce po skorzystaniu z toalety. Byłoby przyjemniej. Uczniom, mnie, wszystkim.

O ile wcześniej z wodzem było się ciężko skontaktować – nie przyjeżdżał do rezerwatu za często, nie odpowiadał na telefony czy e-maile, w szkole przez cały rok pojawił się tylko za cztery razy i to zawsze tylko na chwilkę, to teraz nie można mu odmówić inicjatywy – widać go na zdjęciach z każdego kolejnego balu. Stoi w progu w rozchełstanej koszuli lowelasa i ostentacyjnie wita gości, robiąc sobie zdjęcia z kim się da. To nic, że w tym roku szkołę w rezerwacie otworzono dopiero pod koniec października. Ważne, że bal się udał. To nic, że niedawno musiano ją znowu zamknąć, bo zabrakło pieniędzy na olej opałowy, by ją ogrzewać. Dzieci straciły kolejnych parę dni nauki, zanim zażegnano kryzys, ale to nic, to nic... Ważne, że każdy, kto przyszedł na bal, otrzymał bon towarowy Walmartu wartości pięćdziesięciu dolarów. Niedługo wybory i ważne, by pamiętać o tym, co istotne. Dzieci i tak nie głosują, a poza tym wydają się cieszyć swobodą, jaką daje im brak szkoły.

Tyle tytułem narzekań na sytuację w moim ostatnim rezerwacie. Można by jeszcze sporo pisać, ale dosyć o tym, bo ważniejsze się dzieją rzeczy w "indiańskim świecie". Innymi słowy, wracamy do tematu z początku – do premiera Harpera i jego starcia (bo tak trzeba to określić) z Indianami. Tematy zgoła nieświąteczne, ciężkie, niewygodne, ale ważne, bo dotyczące przyszłości Kanady i roli, jaką Indianie mają w niej do zagrania. Mam nadzieję, że czytelnicy skuszą się, by poświęcić tematowi nieco czasu. Ale po kolei...

Przez cały rok rząd krok po kroku wprowadzał propozycje nowych ustaw dotyczących Indian (Bill C-45, Bill C-27, Bill S-2, Bill S-6, Bill S-8, Bill C-428, Bill S-212, Bill S-207) – bez konsultacji z nimi, co – wedle samych Indian – stanowi pogwałcenie artykułów 18-20. Deklaracji Praw Ludów Tubylczych Organizacji Narodów Zjednoczonych (United Nations Declaration on the Rights of Indigenous Peoples). Sama deklaracja jest – jak wskazuje nazwa – zaledwie "deklaracją" i bynajmniej nie ma obowiązującej mocy prawnej prawa międzynarodowego czy to w Kanadzie, czy w jakimkolwiek innym państwie – poza Boliwią, która jest pierwszym krajem, gdzie zapisy Deklaracji zostały uwzględnione w swoim wewnętrznym prawodawstwie. Poza Kanadą, przeciw przyjęciu Deklaracji na forum ONZ (w 2007) głosowały USA, Australia i Nowa Zelandia. Każdy z tych krajów ma spory odsetek ludności tubylczej. W 2010 roku Kanada wyraziła oficjalną aprobatę dla Deklaracji, co jednak nie przełożyło się na przyjęcie kursu szczególnej uległości wobec ludności tubylczej.

Na początku grudnia tego roku The Assembly of First Nations (AFN) – Zgromadzenie Pierwszych Narodów, które zrzesza wodzów 639 uznawanych formalnie przez Kanadę grup tubylczych, zorganizowało specjalne spotkanie wodzów w Ottawie. Mieli oni wspólnie wypracować strategię działania wobec coraz bardziej agresywnej polityki rządu. Przy okazji kąśliwa uwaga z mojej strony: znając upodobanie niektórych Indian do hazardu, nie dziwię się, że na miejsce spotkania wybrano hotel z kasynem... Część wodzów zdecydowała się opuścić pielesze ciepłych hotelowych pokoi i udała się pod parlament, domagając się spotkania z premierem Harperem. Interweniowała ochrona, doszło do krótkiej konfrontacji, w trakcie której sfrustrowani wodzowie wyrazili swoje poglądy w raczej nieparlamentarny sposób.
Rozumiem ich rozgoryczenie, jednak samym incydentem byłem raczej zniesmaczony: przekleństwa (łagodne, ale zawsze), przepychanki, groźby raczej nie przysporzą wodzom zwolenników. Przebieg incydentu można sobie obejrzeć na stronie APTN (Aboriginal Peoples Television Network):
http://aptn.ca/pages/news/2012/12/04/chiefs-take-fight-to-house-of-commons-doorstep/
Słychać tam wyraźnie wodzów odgrażających się tym, że zablokują wstęp na terytoria rezerwatów. Widać, że ich frustracja sięgnęła poziomu, w którym układne słowa już nie są w stanie wyrazić ogromu nagromadzonych emocji. Z drugiej strony – szczególnie w perspektywie moich własnych doświadczeń – trudno mi odrzucić bez zastanowienia tezę, że to właśnie skorumpowani lub niekompetentni wodzowie są główną przyczyną tego, że w rezerwatach źle się dzieje. Moje dotychczasowe doświadczenia z administracją rezerwatów nie zawsze były dobre, co w naturalny sposób skłania mnie ku tego rodzaju refleksji. Nie jestem wielkim sympatykiem "Sun News", ale muszę przyznać rację części zarzutów padających pod adresem wodzów w tym krótkim reportażu:
http://www.sunnewsnetwork.ca/video/featured/prime-time/867432237001/band-leaders-protest-budget-for-their-chief-interest/2014106582001
W materiale tym Jerry Agar (reporter "Sun News") w dosyć emocjonalnym wystąpieniu wypowiada się przeciwko mentalności "my przeciw wam" zaprezentowanej przez wodzów. Agar powołuje się na przypadki braku przejrzystości gospodarowania finansami w rezerwatach i przytacza słowa Colina Craiga z Canadian Taxpayers Federation: "Wyobraź sobie, że ktoś ci grozi śmiercią, bo zadzwoniłeś do biura burmistrza i zapytałeś, ile zarobił w zeszłym roku. Wyobraź sobie przez moment, że w dalszym ciągu zadajesz tego rodzaju zasadne pytania i dostajesz więcej gróźb. Nie wspominając o reperkusjach tego rodzaju, że burmistrz pozbawia cię dochodów, zatrzymuje remont twojego domu i wstrzymuje finansowanie edukacji twoich dzieci".

Osobiście nie mam najmniejszych problemów z wyobrażeniem sobie tego rodzaju sytuacji, bo doświadczyłem tej "wszechmocy" lokalnej administracji na własnej skórze. W obu rezerwatach, w których byłem do tej pory wiele miejscowych osób skarżyło mi się na nierówne traktowanie członków plemienia przez wodza i radę plemienną. Pierwszy z rezerwatów nie był jeszcze taki zły, chociaż wiadomo było, kto jest równy, a kto równiejszy. W drugim nepotyzm i kumoterstwo były tak otwarcie deklarowane przez miejscowych, że było to wręcz rażące.

Reportaż wspomina przypadek Attawapiskat, rezerwatu w północnym Ontario, o którym było głośno w zeszłym roku, z uwagi na kryzys mieszkaniowy, jaki tam zaistniał.
Stacje telewizyjne z upodobaniem pokazywały ludzi żyjących w warunkach Trzeciego Świata, podnosząc larum, że to nie slumsy Ameryki Południowej czy Afryki, ale nasze własne kanadyjskie podwórko. Zgodnie z wyliczeniami "Sun News", Attawapiskat (społeczność licząca 1500 osób) w 2010 roku otrzymał od rządu 34 miliony dolarów, z których aż 32 proc. (czyli 11,2 miliona) zostało przeznaczone na pensje i różnego rodzaju benefity miejscowej administracji.

Nie wiem, na ile te wyliczenia są rzetelne. Cyframi można bardzo łatwo manipulować. Wiem jednak, że Attawapiskat publikuje swoje finanse w Internecie. Zaglądnąłem tam i sam się zdziwiłem, widząc, ilu rezerwat zatrudnia radnych i urzędników. I ile niektórzy z nich zarabiają. W końcu indiańska wioska licząca półtora tysiąca mieszkańców to nie wielka metropolia i może nie potrzeba tam aż 12 radnych, wodza, zastępcy wodza, menedżera urzędu plemienia (fucha za 80 tysięcy rocznie!) i tak dalej. A może właśnie potrzeba tych etatów – by ludzie mogli w jakiś sposób zarabiać pieniądze w miejscu, które oferuje bardzo mało możliwości znalezienia zatrudnienia. Z doświadczenia wiem, że czasami z jednej pensji w rezerwacie utrzymują się całe wielodzietne rodziny. Attawapiskat zyskuje w moich oczach przez sam fakt publikowania tych informacji. Nie wszyscy wodzowie i radni są na tyle otwarci, by wyznać, ile zarabiają. Jedno z nowych praw (Bill C-27) zajmuje się finansami indiańskich rezerwatów i nakazuje im publikowanie dochodów wodzów i radnych (a Attawapiskat robi to już od szeregu lat).
Skoro mowa o Attawapiskat: jego wódz, Theresa Spence, podjęła (11 grudnia) strajk głodowy, domagając się spotkania z premierem Kanady i ponownego negocjowania traktatów między Indianami i Kanadą. W gruncie rzeczy jest to kontynuacja protestu wodzów z czwartego grudnia. Wódz Spence przyrzekła, że "umrze", ale podtrzyma swój protest tak długo, ile trzeba, by rząd zaczął traktować Indian poważnie. "The treaty’s been violated [for] so many years and it’s time for the prime minister to honour it and respect our leaders". Gdy piszę te słowa, wódz Attawapiskat głoduje już ósmy dzień – w tipi na Wyspie Wiktorii na rzece Ottawa nieopodal budynku parlamentu. W całym kraju różne organizacje (w tym dwa największe w Kanadzie związki zawodowe: The Canadian Auto Workers Union i the Communications, Energy and Paperworkers Union) deklarują wsparcie dla wodza Attawapiskat i ślą listy do kanadyjskiego premiera i rządu, co dotychczas spotyka się z brakiem odpowiedzi. Budzi to coraz większą niechęć ze strony Indian. W minioną niedzielę Wielki Wódz Zgromadzenia Wodzów Manitoby, Derek Nepinak, ogłosił, że "od dawna milczące wojenne bębny głośno zadźwięczą w uszach wszystkich" – jeżeli wódz Spence umrze wskutek swojej głodówki.
Abstrahując od moich negatywnych doświadczeń z zeszłego roku, muszę przyznać, że Indianie są słusznie rozżaleni i wzburzeni, że "nie mają z kim rozmawiać". Trudno odmówić im racji, gdy uważają, że traktaty, na mocy których oddali Kanadzie ogromne połacie ziemi pod osadnictwo – nie są traktowane przez kanadyjski rząd na serio. Z drugiej strony, kanadyjskiemu rządowi z pewnością trudno odnieść się do traktatów podpisywanych w imieniu kolejnych brytyjskich monarchów: królowej Wiktorii, Edwarda II i króla Grzegorza V. W większości spornych przypadków Indianom przychodzi rozmawiać z mniej znaczącymi biurokratami, którzy zasłaniają się "brakiem kompetencji (możliwości) podjęcia decyzji w tej czy innej sprawie". Okazuje się jasne, że system sprzed stu lat (ostatni traktat – Traktat 11, został podpisany w 1921 roku) nie zdaje już egzaminu. Spędzenie ludzi niczym bydła i zamknięcie ich w obozach koncentracyjnych (rezerwatach), przyznając im 4 dol. rocznie za to, że nie będą stamtąd zbyt często wychodzić, nie sprawdza się w dobie rozwiniętych technologii komunikacyjnych. Indianie mają telewizję, telefony, Internet, korzystają z Google, Facebooka i Twittera i coraz mniej podoba im się to, w jakich warunkach żyją – w porównaniu do reszty Kanady, jak i to, że czują się oszukiwani przez kolejne jej rządy. Część z nich postanowiła "Dość bierności!" i zainicjowała rewolucyjny ruch "Idle No More".

http://idlenomore1.blogspot.ca/

W ciągu kilku tygodni ruch (głównie za pośrednictwem Internetu: Twittera, Facebooka, YouTube) dramatycznie się rozrósł i z dnia na dzień skupia coraz większą liczbę Indian (i nie tylko) pragnących zmian. A wszystko zaczęło się od zaledwie czterech pań (Nina Wilson, Sylvia McAdam, Jessica Gordon i Sheelah McLean). W trakcie krótkiego czasu ten oddolny ruch społeczny był w stanie zgromadzić spory kapitał społeczny i zainicjować wiele protestów w wielu miastach Kanady.

"Manifest" ruchu dobrze oddaje, to co gra w duszy wielu Indianom:

We contend that:

The Treaties are nation to nation agreements between First Nations and the Crown who are sovereign nations. The Treaties are agreements that cannot be altered or broken by one side of the two Nations. The spirit and intent of the Treaty agreements meant that First Nations peoples would share the land, but retain their inherent rights to lands and resources. Instead, First Nations have experienced a history of colonization which has resulted in outstanding land claims, lack of resources and unequal funding for services such as education and housing.

We contend that:

Canada has become one of the wealthiest countries in the world by using the land and resources. Canadian mining, logging, oil and fishing companies are the most powerful in the world due to land and resources. Some of the poorest First Nations communities (such as Attawapiskat) have mines or other developments on their land but do not get a share of the profit. The taking of resources has left many lands and waters poisoned – the animals and plants are dying in many areas in Canada. We cannot live without the land and water. We have laws older than this colonial government about how to live with the land.

We contend that:

Currently, this government is trying to pass many laws so that reserve lands can also be bought and sold by big companies to get profit from resources. They are promising to share this time…Why would these promises be different from past promises? We will be left with nothing but poisoned water, land and air. This is an attempt to take away sovereignty and the inherent right to land and resources from First Nations peoples.

We contend that:

There are many examples of other countries moving towards sustainability, and we must demand sustainable development as well. We believe in healthy, just, equitable and sustainable communities and have a vision and plan of how to build them.

Please join us in creating this vision.

W kilku zdaniach:

(...)

Kanada stała się jednym z najbogatszych krajów na świecie, czyniąc użytek z ziemi Indian i jej surowców. (...) Niektóre z najbiedniejszych społeczności indiańskich (na przykład Attawapiskat) mają na swoich terytoriach kopalnie i inny przemysł, ale nie otrzymują części zysków. Wydobycie surowców zatruło wiele terenów i zbiorników wodnych – rośliny i zwierzęta giną w wielu miejscach Kanady. Nie możemy żyć bez ziemi i wody.

Obecnie rząd próbuje przeforsować wiele praw, które pozwolą dużym korporacjom na zakup i sprzedaż indiańskiej ziemi. Rząd obiecuje nam, że tym razem koncerny podzielą się zyskami. Czemu te obietnice miałyby być lepsze niż poprzednie (w domyśle: niespełnione)? Zostaniemy z niczym innym niż zatruta woda, ziemia i powietrze. (...)

Idle no More skoordynowało już moc protestów, ale nie widzimy tego w telewizji. Główne kanadyjskie media wolały się zająć sprawą małpki biegającej po IKEI. Na szczęście jest Internet – wystarczy wejść na YouTube i wpisać "Idle No More", by zobaczyć manifestacje w Edmonton, Winnipegu czy Toronto. Materiały z manifestacji pokazują też wspomniana już APTN i telewizja al-Dżazira.

Bill C-45 mimo protestów ze strony Indian został przyjęty przez Senat. Idle No More postanowiło jednak działać dalej i szykuje następną dużą manifestację na 21 grudnia w Ottawie. Będzie to jedenasty dzień głodówki Theresy Spence – o ile wytrwa ona w niej tak długo i o ile urząd premiera wcześniej nie zgodzi się na rozmowę. Tak czy inaczej – w ciekawych czasach żyjemy. Zaryzykowałbym tezę, że możemy powoli mówić o kanadyjskim panindiańskim odrodzeniu narodowym. Czas pokaże, co to wszystko przyniesie. Wydaje się, że rząd obrał taktykę przetrzymania przeciwnika, licząc, że protesty rozejdą się "po kościach" przez czas świąt. Tym razem może tak nie być. Owszem, większość Indian – odizolowana od reszty świata i otumaniona przez kolonialny system wyzysku, z którego przecież korzystamy i my jako imigranci do Kanady – pewnie będzie obojętnie patrzeć na to, jak są im odbierane ostatnie ziemie ich przodków, po to by międzynarodowa korporacja pomnożyła swój majątek. Część jednak budzi się z letargu i zaczyna coraz bardziej aktywnie walczyć o swoje przetrwanie. Pytanie, jaka nasza w tym wszystkim rola? Anishinaabe (czyli Indianie, z którymi pracuję) mają legendę o siedmiu ogniach. Zgodnie z nią, gdy nadejdzie czas siódmego ognia, "jasnoskóra" rasa (light skinned race) stanie przed wyborem jednej z dwóch dróg. Jeśli wybierze dobrą drogę, to doprowadzi to do powstania wielkiego narodu, który będzie żył w wiecznym pokoju, harmonii i braterstwie. Jeśli wybierze złą, to doprowadzi do zagłady siebie i całą ludzkość.

Życzę wszystkim Czytelnikom "Gońca" (jak również i sobie) zdrowych, pogodnych, radosnych i rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, a w Nowym Roku: dokonywania dobrych wyborów.

Opublikowano w U Indian
piątek, 29 czerwiec 2012 17:18

Dwa światy (6)

Korespondencja własna z indiańskiego rezerwatu w Ontario (6)

Po dziwacznie wysokich temperaturach (jeszcze 2 dni temu, na Nowy Rok, mieliśmy w Toronto +11°C) w końcu spadło trochę śniegu. Przezornie zostałem w domu, bo zima przecież zawsze zaskakuje – o ile nie drogowców, to przynajmniej innych kierowców. Zostać w domu na szczęście mogłem, bo z okazji świąt Bożego Narodzenia szkoła daje nam trzy tygodnie "wolnego", które tak naprawdę wolnym nie jest, a to dlatego, że zajęcia szkolne w tym roku rozpoczęliśmy już 26 sierpnia, w przeciwieństwie do szkół w GTA, które otworzyły swe podwoje dopiero 7 września. Tak czy inaczej – mając nieco czasu, postanowiłem sprawdzić, jak się żyje moim Indianom. Najlepiej to zrobić przy okazji Internetu, czyli YouTube i Facebooka, który stał się odpowiednikiem "sygnałów dymnych" XXI wieku. Oczywiście, w Wunnumin Lake żadna sieć telefonii komórkowej nie ma zasięgu, a że miejscowi mają potrzebę nieustannego pozostawania w kontakcie ze sobą, Facebook jest w ciągłym użyciu, wszędzie i przez wszystkich. Facebook jest czasami najlepszą metodą na znalezienie kogoś, jak na przykład... rodzica któregoś z moich uczniów. W zeszłym roku musiałem pilnie skontaktować się z rodzicami mojego ucznia. Telefon domowy pozostawał głuchy, w pracy też ich nie było. Wydawałoby się: problem... Tymczasem wystarczyło użyć Facebooka, by "rozesłać wici" (zawsze ktoś jest on-line), by w try miga znaleźć rzeczonych rodziców. W innym przypadku uczeń, który podobno był chory, został złapany przez koleżków na korzystaniu z Facebooka. Właściwie to i oni nie powinni na nim być podczas zajęć w pracowni komputerowej, no ale jak tego upilnować? Nauczyciel skrzętnie wykorzystał okazję i kategorycznie nakazał uczniowi przyjście do szkoły, co ten wkrótce uczynił. Stąd też pracownicy szkoły podnieśli larum, gdy nowy dyrektor zdecydował się zablokować Facebook. "Podnoszenie larum" wygląda inaczej po indiańsku niż po naszemu. Właściwie jest to wprost przeciwne do tego, co nasuwa się na myśl, mówiąc o "larum". Nie było żadnych skarg czy kłótni z podniesionymi głosami. Były słabo skrywane wrogie spojrzenia i nachalne niechętne milczenie. Dyrektor po tygodniu się poddał i Facebook wrócił pod dach szkoły. I dobrze! Czy się komuś to podoba, czy nie, Facebook stał się nieodłączną częścią kultury w moim rezerwacie, do stopnia, który na południu wydawałby się niezrozumiały. No bo jak tu zrozumieć fakt, że ktoś włącza Facebook tylko po to, by powiedzieć "dzień dobry"? I "dobry wieczór", i "dobranoc"... Tym razem to ja włączyłem Facebook, żeby zobaczyć, co się dzieje na dalekiej północy, dokąd za parę dni będę wracać. Okazuje się, że od dwóch tygodni sypie śniegiem i temperatura nie rośnie powyżej -15°. Poza tym co drugi dzień organizowane są huczne zabawy taneczne, podczas których można wygrać atrakcyjne nagrody: a to bilet lotniczy do Sioux Lookout za najbardziej "wyszukany" taniec, a to dwieście dolarów za bieg dookoła osady – w samych gatkach, a to "meat pack" hojnie podarowany przez miejscowy sklep – Northern. Skoro już mowa o Northern, to co ciekawe – należy on do działającej od końca osiemnastego wieku (jej początki datują się na rok 1770) korporacji North West Company. Korporacja ma więc sporo doświadczenia w dostarczaniu towarów na północ i, co tu wiele mówić, wykorzystywaniu Indian. Ceny towarów są nieziemskie, a ich wybór znacznie ograniczony, choć są i towary, których obecność mnie zaskoczyła niepomiernie. Ale po kolei: ceny. Wiadomo, że muszą być wysokie, bo w końcu wszystko trzeba dowieźć drogą lotniczą, zatem co tylko większe, cięższe, mniej trwałe, czyli trudniejsze w transporcie i w przechowywaniu – jest o wiele droższe niż na południu, w Kraju Dróg (czyli w miejscach, gdzie towary można dowieźć ciężarówką, pociągiem etc). I tak, za 10 lbs ziemniaków zdarzyło mi się zapłacić $25 (2.99-3.99 na południu), za sok pomarańczowy Tropicana (1 l), $10 (max $4.49 na południu), kawałek sera: $18 ($6.99 za taki sam ser w Shoppers przy moim bloku w Toronto), arbuz (jak jest, bo czasami jest): $25-$40 w zależności od wagi i tego, czy to "nowalijka" i tak dalej. Przy takim postawieniu sprawy (waga, wymiary, czas przydatności do spożycia), jedynym towarem, jaki jest w cenie zbliżonej do normalności, są chipsy. Tych istotnie w sklepie nie brakuje, do wyboru, do koloru, miejscowi mogą się nimi truć ile wlezie. Jeśli zaś chodzi o wybór innych towarów. Wybór... Jaki wybór? Mieszkając w GTA, nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo jestem rozpieszczony. W zależności od sklepu można przebierać w mięsiwach wszelakich, serach, a i warzyw i owoców w bród. Północ zaś nie rozpieszcza nic a nic. Jeden rodzaj sera, chleb – dwa rodzaje, z czego jeden niejadalny (coś, taki, co się nie psuje przez 2 – 3 miesiące), mięso tylko mrożone i raczej stare, warzyw i owoców co kot napłakał i oczywiście drogie jak diabli. Z warzyw (i jarzyn) dostępne jest niezbędne minimum: ziemniaki, cebula, sałata, marchew i pietruszka, pomidory, przy czym pomidory są... dziwne. Po rozkrojeniu w środku zupełnie białe, choć na zewnątrz niby czerwone. Nie dojrzewają, za to gniją w taki zastanawiający sposób. Wygląda to tak, jakby pleśń, która na nie jakoś zawędrowała, walczyła o swoje przetrwanie, przy czym walka ta nierówna i z góry przesądzona – pomidor uprze się i zeschnie, ale nie spleśnieje. Kiedyś nawet zrobiłem zdjęcie takiemu pomidorowi, co to go z premedytacją zostawiłem na 3 tygodnie na kuchennym stole, ale było tak straszliwe, że je skasowałem, zresztą aparat zaraz po tym się popsuł. Rozpisuję się o tych pomidorach, bo po miesiącach pobytu na północy najbardziej zaczyna doskwierać brak rzeczy prostych i znanych z dzieciństwa, takich właśnie jak na przykład pomidory. Pod koniec czerwca w zeszłego roku nie mogłem się doczekać chwili powrotu, kiedy będę mógł w końcu pójść do Eddie's, Starsky'ego czy gdzieś indziej i napchać się pomidorami. Czasami jednak w niewytłumaczony sposób do sklepu trafia coś dziwnego, czego miejscowi nie są w stanie nazwać, a tym bardziej już spożytkować. W zeszłym roku sklep regularnie otrzymywał dostawę porów. Trzy pory, po $4 za sztukę ($1.99 za trzy na południu), pyszniły się swoim jakże odmiennym wyglądem wśród... właśnie, wśród czego? Wśród braku innych warzyw. Nikt tego nie kupował, no bo co niby z tym zrobić? Odganiać komary, czy pobić małżonka? Poczułem więź duchową z biednym porem, bo taki mi się wydał obcy, w sensie "out of place", i niezrozumiany jak ja, więc zacząłem go kupować, ku uciesze obsługi sklepu i swojej. Jaka niby może być uciecha w kupowaniu pora? Wytłumaczę, zanim zaczną się niezdrowe domysły. Otóż wchodząc do sklepu, oznajmiałem obsłudze zupełnie niewinnym głosem i celowo niezbyt gramatyczną angielszczyzną, że ja tu tylko po pora – "I am here just to take a leek"... Angielskie "leek" brzmi identycznie jak "leak", a obywatel, który w swojej prostocie i naiwności mówi, że przyszedł do sklepu "to take a leak", to już powód do śmiechu, a przynajmniej skrytego chichotu. Oczywiście, można mi zarzucić, że tego rodzaju skatologiczny w końcu humor nie licuje może z moim profesjonalnym wizerunkiem jako "ważnego-pana-nauczyciela-co-to-z-wielkiego-miasta-przyjechał-dzieci-uczyć". No nie licuje, ale jakże pomaga w kontaktach z miejscowymi! Indianie, jak już pisałem, śmieją się dużo, rubasznie i otwarcie, i to pomimo tego, że życie ich nie rozpieszcza. Zresztą może właśnie dlatego tyle się śmieją. Prócz wspomnianego pora w sklepie można kupić kilka produktów, które pozwalają mi poczuć się trochę bardziej swojsko: gołąbki, pierogi i "Polskie ogórki", które co prawda nie smakują jak typowe polskie kiszone, ale przecież złe nie są i zawsze cieszą mnie widokiem etykiety w języku polskim. Na Northern można narzekać, ale koniec końców to biznes, a nie filantropia, i bez niego byłoby jeszcze gorzej, bo dostępność towarów i ich wybór byłby pewnie jeszcze mniejszy, a do tego kilkunastu miejscowych nie miałoby zatrudnienia. Jedyne alternatywne rozwiązanie to wziąć w garść czy to wędkę, czy to strzelbę i spróbować zdobyć pożywienie w tradycyjny sposób albo skorzystać z oferty z jednego ze sklepów z Sioux Lookout, które wysyłają jedzenie na północ. Trzeba się nieco dodatkowo szarpać z przewoźnikiem, ale i to się da załatwić. Jak się to mówi: chcący szuka sposobu, niechętny szuka powodu. Aleksander Borucki Wunnumin Lake, Ontario Fot. Aleksander Borucki

Opublikowano w U Indian
piątek, 29 czerwiec 2012 16:12

Indiański horror (6)

Przeczytałem (już po wydrukowaniu), co napisałem w zeszłym tygodniu, i przyznam, że zrobiło mi się nieco głupio, bo to jednak chyba nieładnie nazywać ludzi "dwunożnymi bestiami". Z drugiej strony... ciągle jestem zły, gdy myślę o niedźwiedziach, które musiały zginąć przez ludzką głupotę i zwykłe lenistwo. Po rozmowach z miejscowymi okazało się, że nie dwa, lecz cztery niedźwiedzie padły ofiarą strzelaniny. Złapane w potrzask pomiędzy rzeką, jeziorem i osadą, wygłodzone brakiem pożywienia w lesie, musiały czuć kuszącą woń rozkładających się śmieci. W pewnym momencie głód i pokusa nasycenia się były już silniejsze od strachu przed człowiekiem. Musiały zginąć.


Wracając jednak do wspomnianego epitetu, jakim obdarzyłem moich gospodarzy... Oczywiście każda generalizacja jest krzywdząca. Spotkałem w rezerwacie mnóstwo wspaniałych, gościnnych, ambitnych i pracowitych ludzi, którzy pomimo krańcowej biedy potrafią cieszyć się życiem i czerpać radość z rzeczy tak małych jak błysk, jaki wschodzące słońce nadaje kroplom porannej rosy na trawniku przed domem (by się z takich rzeczy cieszyć, nie trzeba być Indianinem!). Niestety, spotkałem też sporo ludzi zagubionych, którzy sami tego nie widząc, powoli staczają się po spirali różnych nałogów i zamieniają się w bestie.


Stara (i dobrze znana) legenda Czirokezów (Cherokee) przedstawia taką sytuację: Mishomis (Grandfather) usiadł przy ognisku z dwoma wnukami, pouczając ich o różnicy pomiędzy dobrem i złem. "W każdym z nas jest zły i dobry wilk. Dobry wilk to miłość, współczucie, odwaga, hojność, dyscyplina, radość i wszystkie pozytywne, zalety charakteru, do których człowiek jest zdolny. Zły wilk to gniew, nienawiść, lenistwo, zazdrość, chciwość, nieporządność i wszystkie wady charakteru, do których człowiek jest zdolny. W każdym z nas bez wyjątku wre zażarta walka obu wilków." "A który wilk zwycięży?" – zapytał jeden z wnuków wyraźnie podekscytowany opowieścią. "Ten, którego karmisz" – odpowiedział Mishomis – "ten, którego karmisz."


W rezerwacie jak we szkle powiększającym widzi się ludzi, którzy karmią nie tego wilka, co trzeba. Stąd też spotkałem tam dzieci, które wymyśliły sobie całkiem zaawansowany system ucieczek z domu działający na takiej zasadzie (mniej więcej): jak moja mama pije i sprowadza do domu "złych ludzi", to ja idę do ciebie, jak twoja to robi, to ty idziesz do mnie, jak piją razem, to idziemy do twojej babci, jak babcia jest na Oxy (na prochach), to idziemy do mojego wujka, i tak dalej. Spotkałem dzieci, które miały siedem konsol do gier (X-box, Wii, PSP3) – oczywiście nie na raz, ale po kolei: co im rodzice kupili zabawkę, to zaraz po tygodniu – dwóch sprzedawali w lombardzie. Do moich drzwi co i rusz pukali ludzie chcący sprzedać a to jakieś podkoszulki, a to płyty DVD, a to telewizor...


Najgorsze jest to, że wydaje się, iż zamiast prewencji, zamiast sensownych alternatyw [rząd?] skupia się na leczeniu ludzi, którzy już ulegli nałogowi. Leczeniu bardzo mało skutecznym, skoro ci, którym uda się dostać do programu odwykowego i jakoś go ukończyć, wracają do tych samych toksycznych środowisk, z których zostali wyrwani. To tak jakby zamiast uczyć ludzi pływać, ktoś budował molo, z którego będzie mógł wyławiać z jeziora niedoszłych topielców, zresztą tylko po to, by wysuszyć na nich ubranie i następnie wepchnąć ich z powrotem do wody, by "ratowali" innych. Przerażenie człowieka ogarnia, jak zda sobie sprawę, ile pieniędzy, które są teoretycznie przeznaczane "na pomoc Indianom", po drodze od podatnika do rezerwatu jest pożartych przez biurokratyczne struktury rządowe, i nie mniej biurokratyczne a dodatkowo pewnie jeszcze skorumpowane struktury władzy plemiennej.


Wydawać by się komuś mogło, że nie mam co narzekać, bo pracując na północy, zarabiam jakieś krocie i mam – przynajmniej pod względem finansowym – wspaniałe warunki pracy. Słyszałem plotki mówiące o stu – stu dwudziestu tysiącach dolarów rocznie. Owszem, to się zdarza, ale nie gdzie ja pracuję, nie w północnym Ontario. Gdyby chodziło tylko o pieniądze, w okamgnieniu zamieniłbym się z nauczycielem z Mississaugi czy Toronto, czy nawet Thunder Bay. Czemu to tak? Ano, nauczyciele w Ontario podzieleni są według kategorii A0, A1, A2, A3, A4, A0 będąc kategorią najniższą i prawie już niespotykaną, A4 zaś najwyższą. Moje wykształcenie (studia, studia podyplomowe, kursy doskonalenia zawodowego) plasują mnie w kategorii A3, co zresztą nie jest żadnego rodzaju osiągnięciem, bo większość nowych absolwentów Studiów Nauczycielskich ląduje w tej właśnie kategorii.


Najniższe stawki dla nauczyciela kategorii A3 (w zależności od regionu Ontario) wahają się pomiędzy 49 a 56 tysięcy. Wystarczy wpisać w Google "Where to Work in Ontario", by bez trudu znaleźć dokument OSSTF (Ontario Secondary School Teachers' Federation), a w nim dane o tym, ile które kuratorium (schoolboard) płaci. Ja pracuję w północnym Ontario, więc nie przysługują mi miłe dodatki w postaci "northern allowance" etc., a moja pensja jest niższa od pensji nauczyciela w Peel o około 6 tysięcy. Przy tym nie mam ubezpieczenia zdrowotnego, które jest normą w większych kuratoriach oświaty. Nie mam planu emerytalnego, nie mam też dni chorobowych... Ba! Zachorowanie w rezerwacie wiąże się z ryzykiem niedostania wypłaty za dni nieobecności w pracy. A często pomimo choroby i tak trzeba przyjść do szkoły, bo nie ma nikogo, kto mógłby przyjść na zastępstwo.
Rząd stara się te dysproporcje wysokości płacy jakoś wyrównywać i przysyła do rezerwatów tzw. "salary enhancement", tyle że pieniądze dla nauczycieli mojej szkoły (w tym i dla mnie) gdzieś tam zaginęły w ogólnym biurokratycznym nieładzie, jaki panuje w urzędzie plemienia. Jest szansa, że po następnej kontroli finansowej (za rok czy dwa) rząd te pieniądze "odzyska", z tym że mnie już w rezerwacie nie będzie, więc nie będzie mi dane ich otrzymać. Trudno o dobre nastawienie do pracodawcy i w ogóle do swojej pracy, gdy się wie, że przez czyjeś lenistwo, tumiwisizm, czy też totalny brak kompetencji – nasze zarobki będą niższe o około 5 tysięcy niż mogłyby być.


A to w sytuacji, gdy wyjazd do pracy na północ wiąże się z dodatkowymi kosztami, takimi jak podróż, czy też transport lub zakup materiałów i pomocy szkolnych (w tym roku płacąc z własnej kieszeni, kupiłem ponad 30 książek, jakie były mi pomocne w szkole, bo materiały, które tam zastałem, były stare i niekompletne). Podobnie rzecz się miała z garnkami, zastawą stołową, patelniami i prawie kompletnym wyposażeniem kuchni, łazienki etc. Gdy w tym roku przyjechałem na miejsce, to zastałem w kuchni kilkanaście talerzy, ale nic poza tym – nie było żadnych misek, garnka, noży, żadnych środków czystości, w domu nie było firan, zasłon, prześcieradeł, poduszek... Dobrze, że w tym roku było przynajmniej łóżko. Albo się człowiek zdecyduje na zakrycie okien starą gazetą i ekstremalnym minimalizmem w kuchni, gotując wszystko przy pomocy czajnika i jednego widelca, albo to wszystkie rzeczy trzeba skądś przewieźć, przesłać, czy też po prostu kupić na miejscu. Gdy się ma mieszkanie i rodzinę w Toronto, a mieszka i pracuje na północy, siłą rzeczy trzeba utrzymywać dwa domostwa, a to kosztuje. Sporo.


Gwoli sprawiedliwości: owszem, można w Kanadzie zarobić jako nauczyciel 10 czy też nawet 12 tysięcy miesięcznie. Niektórzy z moich znajomych tyle zarabiają. Ale... pracują albo w Nunavucie, albo w NWT. Wydawałoby się: wspaniale! Czemu by nie pojechać na 2 – 3 lata i zarobić na townhouse? Każdy medal ma dwie strony i trzeba pamiętać o kosztach utrzymania na dalekiej północy. Znajomy dyrektor pracujący w NWT za wynajęcie pokoju płacił miesięcznie 1100 dol.


A ceny żywności? Nie z tej ziemi! (Zdjęcia pochodzą ze strony "Feeding my Family" założonej w geście protestu wobec cen żywności w Nunavucie).


Aleksander Borucki
Północne Ontario

Opublikowano w U Indian