Goniec

Register Login

piątek, 08 marzec 2013 12:49

Z Ost Frontu: Dreamlinery

pruszynskiDreamlinery
Wiemy, mają kłopoty, nie tylko wytwórca Boeing, ale linie, jak LOT, które się pospieszyły z ich kupnem. Zasadniczo amerykańskie władze przesadziły, bo powinny były zakazać ich lotu tylko na długich trasach, np. plus 4 godziny, bo wtedy nagrzewają się zanadto ich baterie.
Jednak wedle stewardes, które nimi latały i obsługiwały pasażerów, komfort jest nieporównywalnie lepszy niż B767. Polecałbym firmie modlitwę do patrona spraw bardzo ciężkich św. Tadeusza Judy.

sobota, 02 marzec 2013 09:09

Wojna i sezon (17)

– Dlaczego Kazia nie mają puścić? – pocieszał żonę pan Irteński – przecie jest prostym ułanem...
Odtąd na każdy dzwonek pani Irteńska biegła do przedpokoju w nadziei, że to może Kazio wrócił.
Tak trwało do pewnego mroźnego wieczoru w końcu lutego. Gruchnęła wieść, że się zbliża jakaś odmiana. Co to miała być za odmiana – nikt dobrze nie wiedział. Jedni mówili, że po zerwaniu rokowań pokojowych niemiecko-sowieckich w Brześciu do Mińska wejdą Niemcy (co okazało się prawdą). Inni, że Niemcy postanowili oddać Mińsk legionom polskim i że do Mińska wkroczy Piłsudski. Ta druga wersja była o tyle charakterystyczna, że dowodziła, jak dalece i jak długo Mińsk był odcięty od świata. Prócz garstki wtajemniczonych nikt nie wiedział, że w owym czasie Legiony już nie istniały, a Piłsudski był więźniem w Magdeburgu. Tak czy inaczej wersja o wkroczeniu Polaków napędziła wielkiego strachu bolszewikom.
Po zapadnięciu zmierzchu ucieczka bolszewików nabrała cech paniki. Od tamtych czasów zdarzało się autorowi tej kroniki oglądać szereg "pośpiesznych" ewakuacji, ale żadnej z nich nie można porównać z tym, co się działo w Mińsku w ten mroźny zmierzch lutowy. Ulica Zacharzewska, będąca szlakiem do dworca Brzeskiego – jako jedynej wolnej drogi na Borysów, bo drogę na Bobrujsk zagradzał Dowbór – była zapchana uciekającymi na złamanie karku bolszewikami. Tę panikę wyzyskał pan Szunejko, pozbawiony prawej ręki, skutkiem nieszczęśliwego wypadku w młodości. Stanął na ulicy Zacharzewskiej i grożąc rewolwerem, trzymanym w lewej ręce, z pustym rękawem prawej ręki wetkniętym w kieszeń bekieszy, żądał od zbiegów przybranych w skórzane kurtki komisarskie oddawania posiadanej gotówki. Żądał przy tym wyłącznie rubli carskich, gardząc tzw. "kierunkami". Oddawali potulnie, bez cienia oporu, byle tylko prędzej wydostać się z Mińska. W ten sposób pan Szunejko miał zarobić coś około ćwierć miliona rubli – sumę wtedy jeszcze bardzo znaczną.


Nazajutrz Mińsk był wolny. Polskie "podziemie" ujawniło się. Na ulicach rozlepiono ogłoszenia kapitana Topora (Ignacego Matuszewskiego) wzywające do utrzymania spokoju i porządku. Pośpiesznie organizowano samoobronę polską. Rudy, Tadeusz i Jerzyk Świda udali się do "arsenału" na ulicy Magazynowej – do lokalu gimnastycznego towarzystwa "Sokół" – gdzie dostali karabiny i opaski biało-czerwone. Ruszyli z własnej inicjatywy kierować ruchem ulicznym w śródmieściu. Wkrótce rola ta ich znudziła, więc wrócili na Magazynową, gdzie im dano hasło i kazano zluzować wartę przy garbarni pana Imrotha na Lachówce. Po paru godzinach – a było to już późne popołudnie – zluzowała ich zmiana, po czym znów wrócili do regulowania ruchu ulicznego. Wtedy to nadjechała ciężarówka, w której stali uzbrojeni po zęby czterej bojowcy: dwaj kuzyni Tadeusza bracia Eynarowicze z Grodzieńszczyzny, jakiś wojskowy, którego nazwiska nie wiedziano ani wtenczas, ani potem, i wreszcie znany na gruncie mińskim pirotechnik puszczający fajerwerki na zabawach "monstre" na Treku, pan Żyźniewski. Ta czwórka zaproponowała naszej trójce wspólny wypad na dworzec Brzeski.


Chodzi o to, że Mińsk był wolny, ale niezupełnie. Kilkanaście tysięcy żołdactwa bolszewickiego, częściowo uzbrojonego, wciąż jeszcze zatykało i oblepiało sale, perony, wagony, dachy, stopnie i sprzęgi wagonów i lokomotywy na dworcu Brzeskim. Pociągi odchodziły, lecz bardzo nieregularnie, wskutek zrozumiałego zamętu. Byłoby szaleństwem "brać do niewoli" tę masę opanowanego paniką motłochu, lub nawet tylko utrudniać mu ucieczkę z Mińska. Toteż cel wypadu mężnej siódemki, przedsięwziętego – trzeba to podkreślić – zupełnie samorzutnie, bez żadnego rozkazu z "ośrodka dyspozycyjnego" przy ulicy Magazynowej, był zupełnie inny. Antybolszewicko nastrojony kolejarz doniósł panu Żyźniewskiemu, że na dworcu Brzeskim stoi pod parą pociąg z ładunkiem jednego samolotu, trzech armat i kilka wagonów karabinów maszynowych z amunicją. Trzeba było nie dać bolszewikom wywieźć tego ładunku. Trzeba go było zdobyć i oddać... Komu? Oczywiście zbliżającym się legionom Piłsudskiego.
Wyprawa udała się. Gdy dzielni wojacy wkroczyli w siedmiu na dworzec, zawszone żołdactwo bojaźliwie rozstępowało się i dawało drogę. Komendant pociągu z samolotem, armatami i amunicją nie tylko "poddał się", lecz zwracając się do Tadeusza per "barin" (wziął go widocznie za dowódcę oddziałku, choć właściwie żadnego dowódcy wśród nich nie było) prosił z pokorą, aby pozwolić – jemu i załodze – odjechać na odczepionej lokomotywie. Prosił też, jak o wielką łaskę, o pozwolenie na zabranie ze sobą dubeltówki myśliwskiej. W Tadeuszu zbudziła się solidarność łowiecka do kolegi po fachu i – zgodził się wspaniałomyślnie.


Na tym skończyła się wyprawa. Gdy późnym wieczorem po powrocie z dworca Brzeskiego Tadeusz z Rudym zastukali do drzwi mieszkania, głos pani Irteńskiej spytał poprzez szczelinę drzwi przytrzymaną łańcuchem:
– Kto tam?
Duch Trylogii wciąż był nad nimi i odpowiedzieli bez namysłu:
– Swoi! Od królewskiego wojska!
Nazajutrz przy rannym śniadaniu Rudy barwnie i z kolorowymi dodatkami opowiadał państwu Irteńskim, jak to w siódemkę "zdobyli pociąg pancerny", tak bowiem Rudomina określał wtedy bohaterską wyprawę na dworzec Brzeski. Pan Irteński wysłuchał opowiadania, a potem powiedział z żalem w głosie:
– I po co było Kaziowi jechać do tego Dowbora! Zabawę w wojsko miałby dziś na miejscu...
Zamilkł, widząc, że pani Irteńska odwróciła głowę i wyszła z pokoju, by ukryć łzy.
A na drugi dzień wiedziano już w całym mieście, że do Mińska zbliżają się nie żadne legiony polskie, ale Niemcy. Wiedziano już, że rokowania brzeskie zostały zerwane. Wtedy to Trocki wyskrobał ołówkiem na tynku jednej z sal twierdzy brzeskiej pamiętne słowa "Ni wojny, ni mira – Leon Trockij". Na Zacharzewską wyległy tłumy, aby obejrzeć wkraczających "zwycięzców". Wchodzili przy dźwiękach piszczałek i bębnów. Byli to przeważnie landszturmiści o wyglądzie podtatusiałym i dość pokojowym.


Członkowie samoobrony polskiej odpięli z rękawów kożuszków i bekiesz opaski biało-czerwone, a broń złożyli w "arsenale" na Magazynowej. Zdobyty "pociąg pancerny" dostał się rzecz jasna w ręce Niemców. Tylko panu Szunejce udało się uratować ruble carskie.
Nieraz później wspominając to "zdobycie pociągu pancernego", Tadeusz myślał, że jednak wyprawa była dość ryzykowna. W siódemkę, w kilkunastotysięcznym mrowisku wrogiego żołdactwa, grali rolę zwycięzców, mając za sprzymierzeńca tylko wszechwładną panikę, którą to żołdactwo było ogarnięte. Takie rozmyślania doprowadzały go do ciekawych wniosków z dziedziny psychologii terroru i bohaterstwa.
Przeszło jeszcze kilka dni. Pewnego popołudnia Tadeusz posłyszał straszny rozdzierający krzyk w przedpokoju. Nie mógł zrozumieć, czyj to był głos, ale jednocześnie wydało mu się, że ten krzyk – straszny nieludzki krzyk – znał z literatury. Hrabina Rostowa z "Wojny i pokoju" tak krzyczała na wieść o śmierci Pietii. Tadeusz zrozumiał.


We wsi Blizniecy koło Rohaczewa podjazd 3 pułku ułanów znalazł w płytkiej mogile nagie zwłoki Kazia. Mieszkańcy wsi byli rozmowni i opowiedzieli wszystko ze szczegółami. Kazia i wziętego tegoż dnia do niewoli rotmistrza Boufałła odarto z butów, ubrania i bielizny i pędzono nago po śniegu przez wieś, tłukąc kolbami. Później skłuto ich bagnetami i wreszcie dobito z karabinów. Nagie zwłoki ułożono w płytkim dole w taki sposób, "cztoby odin drugogo w ż... cełował".


Zobaczywszy fotografię zwłok Kazia pan Irteński i Tadeusz – wbrew protestom pani Irteńskiej, która fotografii nigdy nie miała zobaczyć – nie pozwolili na otwarcie zalutowanej trumny. Złożono ją tymczasowo w podziemiach nowego kościoła na Zacharzewskiej, aby potem pochować albo w Baćkowie, albo w grobach rodzinnych w Kalwarii pod Mińskiem – na cmentarzu kościoła ufundowanego w XVIII wieku przez Michała Irteńskiego, podkomorzego bobrujskiego. Losy zrządziły inaczej. Po roku 1920 bolszewicy przerobili nowy kościół – fundacji Edwarda Woyniłłowicza – na "pałac kultury i odpoczynku". Trumnę z ciałem Kazia wyrzucono prawdopodobnie do jakiegoś wspólnego dołu, tym bardziej że do trumny była przybita tabliczka z nazwiskiem i dodatkiem że "poległ w walce z bolszewikami".


Kazio był wyjątkowo pięknym chłopcem. Kazimierz Leczycki w swej powieści z życia mińskiego "Państewko" porównał go do Doriana Greya. A z fotografii pośmiertnej patrzały wytrzeszczone w śmiertelnej męce oczy, krzywiły się w grymasie agonii, odsłaniając rząd równych zębów, spuchnięte wargi, widniała na szyi tuż pod podbródkiem dziura od pchnięcia bagnetem. A zdawało się tak niedawno ten Kazio bawił się jeszcze – ku zgorszeniu i drwinom kolegów gimnazjalnych – w koniki.


– Tak, wojenka, psiakrew – myślał Tadeusz, zaciskając zęby i pięście.
Śmierć Kazia była rodzinną tragedią Irteńskich – tragedią zazdrośnie ukrywaną przed ciekawością obcych (zwaną współczuciem). Ale z biegiem lat śmierć ta nabierała innego aspektu. Była po roku 1863 jednym z pierwszych wypadków wysłania wyrostka na nikomu niepotrzebną śmierć – wysłania przez jazgot bab-patriotek i naszepty ramolejących obrońców ojczyzny przybranych w mundury oficerskie, lecz przezornie bardzo dbających o własną skórę.

 

Rozdział X
LEGENDA O DOBRYCH
NIEMCACH


Porzucając zagrzane w ciągu dwóch i pół lat okopy "wielkiej wojny", Niemcy przekroczyli w końcu lutego 1918 r. granicę tzw. Ober-Ostu, tj. obszaru położonego między ziemiami Królestwa Polskiego a linią frontu, i zajęli wschodnią część Wielkiego Księstwa Litewskiego aż po Dniepr. Zatrzymali się przeto mniej więcej na granicy Rzeczypospolitej przedrozbiorowej.
Gdy w sześć lat później Tadeusz Irteński osiadł w Wilnie, zdarzało się, że rozmowa z którymś z rdzennych wilnian schodziła na temat wspomnień z okupacji niemieckiej. Tadeusz ogromnie się dziwił, bo zdawało mu się, że mówili o zupełnie odrębnych gatunkach Niemców. W ustach wilnianina, który przeżył trzyletnią okupację Ober-Ostu, Niemiec był owym legendarnym złodziejem dzwonów, samowarów i klamek mosiężnych, brutalem i wstrętnym Hunem, głodzicielem matek i dzieci, niemal że napastnikiem panienek Bogu poświęconych, Hunem, który ponadto – jak głosiła lokalna legenda wileńska – zamknął w naczelnej szopie około tysiąca chorych na choroby weneryczne prostytutek i wytruł je gazem. Słowem – Hun.
W listach Tadeusza tenże Niemiec był przede wszystkim wyzwolicielem z bolszewizmu, a po wtóre – typem najidealniejszego okupanta, jakiego mogła stworzyć najidealniejsza konwencja haska. Ponieważ w Polsce nawet w okresie trwania polsko-niemieckiego paktu o nieagresji nie wypadało mówić dobrze o Niemcach, jako że byli odwiecznymi wrogami narodu, więc na zakończenie Tadeusz "ustępował" i nawet starał się odgrzebać w pamięci parę wypadków brutalnego lub w ogóle paskudnego zachowania się Niemców na obszarze nowej okupacji. Zapominał przy tym, że odosobnione wybryki niczego nie dowodzą, gdyż mogą nas spotkać – i niestety nieraz spotykają – ze strony najbardziej rodzimej armii. Tak czy inaczej, rozmowa kończyła się pojednawczo: i wilnianin, i Tadeusz dochodzili do wniosku, że ostatecznie każdy Niemiec to świnia, po czym

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 01 marzec 2013 15:40

Z OST FRONT-u; Próba i....

pruszynskiPróba i....
W Mińsku odbywają się mistrzostwa w halowych wyścigach kolarskich na niedawno wybudowanym welodromie. Nasz miłościwy prezydent traktuje to jako przygotowanie do mistrzostw świata w hokeju, jakie mają się odbyć w Mińsku za rok.
Na to przygotowano sporą liczbę nowych hoteli, które z oczywistych względów teraz stoją puste. Dalej, wyrzucono studentów z kilku internatów, gdzie robią teraz remont, by w nich też nocowali sportowcy i turyści.

sobota, 23 luty 2013 07:45

Wojna i sezon (16)

Z chłodami i słotami październikowymi romantyzm rewolucyjny wyparował do reszty. Znikły uśmiechy. Dowcipy w rodzaju: "Jak wiadomo marzec jest miesiącem rewolucji, tak np. Bastylię zdobyto 14 lipca" – dawno się przejadły. A żart na temat "wojny do zwycięskiego końca... z burżuazją" witano albo bez uśmiechu, albo z bardzo cierpkim uśmiechem. Sączyły się głuche pogłoski o jakichś walkach w Petersburgu, ale gazety o tym milczały.


Aż pewnego popołudnia przyszła wieść urzędowa o dokonanym w stolicy przewrocie i o utworzeniu rządu komisarzy ludowych z Leninem i Trockim na czele. Mińsk przyjął wieść w nastroju tępej rezygnacji. O żadnych protestach lub tym bardziej walkach nie było mowy. Jak się wkrótce miało okazać, Mińsk był jednym z nielicznych w imperium okręgów, w którym partia bolszewików zdobyła absolutną większość głosów w wyborach do konstytuanty. Nic dziwnego: w samym Mińsku stacjonowało około 150 tysięcy rozagitowanych żołnierzy. Zagarnięcie władzy przez bolszewików odbyło się więc spokojnie, bez zajść i tarć. Kwaterą główną bolszewików był "nowoczesny" gmach szkoły handlowej. Szkoła handlowa była więc w Mińsku tym, czym w stolicy był słynny "Smolny Instytut".


Życie polskie toczyło się po staremu. W restauracjach upijano się i od czasu do czasu zdarzały się mordobicia. Wtedy "zastępcy stron obu" spędzali długie wieczory na naradach honorowych i w końcu spisywali protokół orzekający, że w czasach, gdy życie Polaka nie należy do niego, lecz do ojczyzny, i nie ma on prawa nim dysponować, pojedynek zostaje odłożony aż do nastania "zupełnie normalnych warunków". Takie warunki widocznie nigdy nie nastały. Tadeusz bowiem nie pamięta, aby któryś z odłożonych w latach 1914–1918 pojedynków odbył się kiedykolwiek.
Wychodził "Dziennik Miński" pod redakcją pana Jaworskiego i nie był nawet cenzurowany. W Bobrujsku rozłożył się kwaterą główną dowódca 1 korpusu polskiego gen. Dowbór-Muśnicki, w Dukorze o kilkanaście wiorst od Mińska stał 1 pułk ułanów, a w samym Mińsku stacjonował jeden szwadron tego pułku. Wszystko to dawało Polakom poczucie pewnego bezpieczeństwa, zwłaszcza że w Mińsku, jak i gdzie indziej, panowała opinia, że bolszewicy nie przetrwają dłużej niż parę tygodni ("parę miesięcy" – korygowali niepoprawni pesymiści).
Któregoś ranka Tadeusza obudziły dźwięki orkiestry. Podbiegł do okna i uchylił rolety. Przez siatkę drobnego deszczu ujrzał wracający z ćwiczeń, czy jadący na ćwiczenia – a może patrolujący – szwadron ułanów. Trębacze grali piosenkę: "Hej – hej, ułani".
U wuja Obiezierskiego odbyło się przyjęcie dla przybyłego z Bobrujska generała Dowbora oraz dla oficerów 1 pułku ułanów. Oprócz wojskowych do stołów zasiadła cała śmietanka polskiego Mińska. Przyjęcie było sute: przekąski z klubu obywatelskiego, starka, burgund, szampan. Były mowy.
Generał Dowbór, zapewne trochę zgorszony szczególnym afektem, który mińczucy, a zwłaszcza panie mińskie, okazywali ułanom, zaapelował dość rozsądnie do społeczeństwa polskiego, aby kochało nie tylko ułanów, ale i piechotę. Na tę mowę Henryk Weyssenhoff zaprotestował, wykrzykując gorąco i niezbyt dorzecznie, że Krechowce okryły oręż polski wielką chwałą, jak ongi Somosierra, i że przeto malowanym dzieciom należy się miłość specjalna. Dowbór już nie replikował. Zresztą zgrzytu nie było. Panie, rozgorączkowane i zarumienione, topniały pod zabójczymi spojrzeniami ułanów. Panom kurzyło się z łysin i czupryn. Było bardzo, bardzo wesoło. A wszystko to w czasie, gdy nad krajem panowali już bolszewicy.
Tadeusz wychodził z przyjęcia razem z Rudym. Byli jedynymi cywilami spośród zaproszonej młodzieży. Rudemu, podobnie jak Dowborowi, nie podobało się powodzenie, które ułani mieli u pań.


– A wisz – mówił Tadeuszowi – ten szyk kawaleryjski jest trochę pocztowo–telegraficzny: dzyń–braś, dzyń–braś... Tadeusz wzruszył ramionami:
– Cóż – powiedział – to jak w piosence o ostatnim mazurze:


Ułan czule szepce w uszko,
Ostrogami dzwoni.
Pannie bije się serduszko
I liczko się płoni...


Rudy mruknął pod nosem przekleństwo w języku rosyjskim. W Mińsku więc panowała na razie cisza. Na wsi było inaczej. Zaraz po przewrocie bolszewickim wyszedł leninowski "Dekret o ziemi". Przez cały obszar byłego imperium przeszła fala pogromów. Gromiono dwory ziemiańskie.
Najstraszniejsze pogromy szalały w Rosji i na Ukrainie. Ziemian, którzy nie zdążyli uciec do miast, mordowano. Nieraz torturowano przed zamordowaniem. Dwory palono. W dworach, z których właściciele uciekli, gniew ludu wyładowywano na "pańskich" zwierzętach: w guberni orłowskiej wykłuwano oczy zarodowym ogierom i buhajom, pawie oskubywano żywcem "do naga". Tak się działo w Rosji centralnej, gdzie i ziemianie, i chłopi mówili tym samym językiem. Na Białorusi, gdzie większość ziemian była polska, pogromy odbywały się bez morderstw, albo wcale się nie odbywały, jak np. w Baćkowie i w okolicach Baćkowa. Na Białorusi pogrom polegał na tym, że tłum chłopów okolicznych pod wodzą "komitetu" (często jednoosobowego) nachodził dwór, dzieląc między sobą dobro burżujskie. Rabowano i dzielono rzeczy podzielne, a więc konie, bydło, drób, zapasy żywności, odzież. Rzeczy niepodzielne, np. fortepiany, często – choć nie zawsze – niszczono, przy czym grał tam rolę nie tyle instynkt niszczycielski, ile zawistna obawa, że przedmiot niepodzielny dostanie się sąsiadowi. Właścicielowi z rodziną pozwalano nadal mieszkać we dworze, albo też przenieść się do miasta z takim dobytkiem, jaki zdążył zgarnąć w pośpiechu.


Choć w Mohylowszczyźnie gromiono dwory na potęgę, w Judzieniczach pana Floriana Wańkowicza pogromu nie było. Widocznie popularność "bojara białoruskiego" była wśród Białorusinów zbyt wielka. Oświadczyli nawet, że będą pilnowali, aby "cudze" wioski nie odważyły się gromić Judzienicz. Stała się jednak rzecz inna: służba domowa, czy to w obawie represji ze strony biedoty wiejskiej, czy może pragnąc brać udział w pogromach okolicznych – rozbiegła się. W domu pozostali – obok starej niedołężnej niani – pani Florianowa i pan Florian konający po ataku apopleksji. Gdy umarł, dwie stare i słabe kobiety musiały dźwigać olbrzymie zwłoki, aby je ubrać i ułożyć na katafalku. W parę dni później, gdy wieść o jego śmierci rozeszła się po okolicy, przybyła pomoc kilku ludzi z księdzem na czele. Pogrzebano go po chrześcijańsku.


– "Wsi spokojna, wsi wesoła" – mówił Zbinio Czechowicz, który dość pośpiesznie uciekł ze swego majątku do Mińska (Wyniki mordowania ziemian na Białorusi, np. zabicie braci Sielawów w majątku Paule powiatu lepelskiego guberni witebskiej, zdarzyły się w rok później, już pod okupacją niemiecką, i były przypisywane nie chłopom miejscowym, lecz dywersantom zza kordonu. Wtedy też odnotowano szereg wypadków grabieży (pogromów) dworów ziemiańskich, przeważnie w guberni mohylowskiej, a również koło Borysowa – pogrom majątku Hlewin państwa Świdów).
W końcu 1917 roku stosunki w Mińsku zaczęły się psuć. Szwadron ułanów stacjonujący w mieście ściągnięto do Dukory, a wkrótce cały pułk przeniósł się w okolice Bobrujska, gdzie – jak później pisał Florian Czarnyszewicz – "Dowbór Polskę ustanowił". W styczniu 1918 śrubę bolszewizmu zaczęto dokręcać. Nie było wprawdzie jeszcze aresztowań na większą skalę, nie aresztowano chyba nikogo z Polaków w tym okresie. Ale nienawiść bolszewików do Polaków, których nie bez podstaw uważano za przedstawicieli czarnej reakcji, rosła z dnia na dzień.


W Mińsku prosperowało "podziemie" polskie. W mieszkaniu państwa Irteńskich w pokoju, który dwa lata temu rekwirował kapitan kontrwywiadu Kleigels, mieszkali dwaj ukrywający się oficerowie Polacy we frenczach bez odznak. Kazio Irteński, osiemnastoletni uczeń gimnazjum Zubakina i Falkowicza, często przesiadywał z nimi, prowadząc do późna tajemnicze narady. Tadeusz na razie nie bardzo interesował się tymi wizytami młodszego brata, był bowiem zaręczony i spędzał wieczory w domu narzeczonej. Nie bardzo więc wiedział, o czym brat ośmioklasista mógł rozmawiać z dwoma podtatusiałymi oficerami. Zdziwił się niemile, gdy pewnego dnia Kazio mu powiedział, że się postanowił przekraść do Dowbora i tam wstąpić do 3 pułku ułanów, w którym adiutantem był kuzyn Gienio Falkowski.


Pana Irteńskiego też bardzo zmartwiła decyzja Kazia. Radził skończyć gimnazjum, a potem iść do wojska. Pani Irteńska była zmartwiona, ale wiedząc, że łagodny Kazio potrafi być uparty, nie protestowała. Wybrał się więc Kazio w przebraniu "czubaryckim" koleją do Hradzianki, stamtąd furmanką do Baćkowa. Z Baćkowa, bez przeszkód ze strony chłopów baćkowskich, ruszył konno do Bobrujska.
Wkrótce potem wojna pomiędzy bolszewikami a 1 korpusem Dowbora, dotąd "zimna", teraz rozgorzała na dobre. Walki toczyły się pod Bobrujskim i Rohaczewem. Mińsk był całkowicie pod władzą bolszewików. Śrubę dokręcano coraz mocniej. Ówczesnemu uciskowi bolszewickiemu daleko było jeszcze do później osiągniętej perfekcji. Tyle tylko, że wprowadzono godzinę policyjną i grożono uszczelnieniem mieszkań burżujskich.
Polskie życie kulturalno-społeczne nie ustawało ani na chwilę. "Dziennik Miński" niemal otwarcie nawoływał przebywającą w Mińsku młodzież do przekradania się do Bobrujska i wstępowania do oddziałów Dowbora. Prócz Kazia Irteńskiego wezwania tego usłuchali m.in. Zbiś Święcicki, Kazio Malkiewicz, Janusz Krupski – wszyscy uczniowie gimnazjalni lub maturzyści. Z nieco starszych roczników poszli wojować Aryk Krasowski i Janek Bochwic.


Wtedy to Seweryn Odyniec, przebywający w Mińsku w charakterze "bieżeńca" z Wileńszczyzny, napisał, a "Dziennik Miński" wydrukował wiersz pt. "Suplikacje". Wiersz ten zarówno tytułem, jak napięciem patetycznej grozy przypominał Chorał Ujejskiego:


Prysnął sen złoty. Zaczęty się jawy.
Zbrodnicza ręka przeznaczeń nić mota.
Pomrukiem armat bój skarży się krwawy.
Za miastem wolność, a w mieście sromota,
Tęsknota orłów wtrąconych do lochu,
Bluźnierstwa wrogów, szyderstwa motłochu.
Ojczyzno moja! Rozdarty na szmaty
Dwubarwny sztandar twój zrósł się na nowo.
Nad szeregami mknie orzeł skrzydlaty
Zamierzchłych legend uchylił czas rąbki,
Do boju grają ułańskie znów trąbki.
W dalszym ciągu wiersza były jeszcze wyraźniejsze akcenty Chorału:
Rękę każ, Panie, każ rękę, co wpuści
Szpony drapieżne w pierś żywą ojczyzny...


Wiersz Odyńca oddawał sugestywnie, jak tylko dobry wiersz potrafi to zrobić, nastroje społeczeństwa polskiego w Mińsku.
W pewien poranek lutowy do mieszkania państwa Irteńskich przyszedł przez schody kuchenne jakiś osobnik zarośnięty, brudny, w zaszmelcowanym szynelu. Był to w "czubaryckim" przebraniu emisariusz z korpusu Dowbora. Przyniósł Irteńskim groźną wiadomość: Kazio jest w niewoli bolszewickiej. Zapytany o szczegóły, powiedział, że Kazio razem z Arykiem Krasowskim i Zbisiem Święcickim zgłosili się na ochotnika, aby wysadzić w powietrze most gdzieś pod Rohaczewem. Zadania nie wykonali, bo trafili pod ogień karabinów maszynowych w chwili, gdy zsiedli z koni, aby zapalić papierosa. Aryk i Zbiś skoczyli na konie i cało wrócili do szwadronu. Kazio nie zdążył dosiąść pod obstrzałem przerażonego i znarowionego konia.
W domu Irteńskich zapanował nastrój trwogi i niepewności. Promyk nadziei błysnął, gdy do domu do Mińska wrócił oberwany i zarośnięty – Janusz Krupski. Też trafił do niewoli bolszewickiej. Bito go i znęcano się nad nim, ale w końcu puszczono go wolno jako prostego szeregowca, który nie z własnej woli poszedł bić się w "pańskim" wojsku. W przebraniu "czubaryckim" wrócił do Mińska.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 22 luty 2013 20:30

Z OST FRONT-u: Zima trzyma

pruszynskiDawno tak nie było, śniegu pełno i co dzień jeszcze trochę prószy, więc jest biało, a nie szaro. Temperatura kilka stopni poniżej zera i tylko nie ma szans na jazdę sankami ciągnionymi przez konia.

Zły znak
Meteory i komety od dawna były zwiastunami tragedii. Ten, co spadł w Rosji, może nie być wyjątkiem, a wśród komentarzy nie brakuje takich, co mówią o ewentualnych katastrofach. Ocenia się, że w mieście Czelabińsku od różnych wypadków zrobionych przez meteor ucierpiało do tysiąca osób, a do 200 opatrywano w szpitalach. Na jeziorze kilkadziesiąt kilometrów od miasta, gdzie ostatecznie spadł meteoryt, jest dziura średnicy 8 metrów, ale nie zauważono tam elementów radioaktywnych.

piątek, 15 luty 2013 20:55

Wojna i sezon (15)

Tęsknota do kraju lat dziecinnych – do ścisłej ojczyzny – jest godna pochwały, ale – czy ci Polacy "uciekinierzy" czują choćby w drobnej mierze jakąś więź wewnętrzną, jakąś choćby cząstkową przynależność do tego Mińska i Mińszczyzny, gdzie przyjęto ich przed dwoma laty z otwartymi ramionami, gdzie cackano się z nimi, gdzie ich karmiono, pojono, opierano? Chyba nie... Toteż rdzenni mińczucy chmurzą czoła i z rozterką w duszy słuchają miodopłynnych frazesów o ojczyźnie, o 3 maja, a hufcach narodowych, o tym że nie rzucim ziemi skąd nasz ród...


Jak wieś przyjęła rewolucję? W guberniach wielkoruskich i na Ukrainie gromiono, rabowano i palono dwory. "Nad popieliskami, nad gniazdami ziemiańskimi, nad Rusią ziemiańską wił się dym czarny". Na Białorusi było zupełnie inaczej. Wieś przyjęła postawę spokojną i wyczekującą. Aż do późnej jesieni, czyli do przewrotu bolszewickiego, nie było na Białorusi ani jednego "pogromu". Parobcy i robotnicy dniówkowi pracowali normalnie, słuchając rozkazów właściciela, rządcy i ekonoma. Powstały wprawdzie w każdej wsi komitety, ale te komitety obserwowały tylko i kontrolowały, nie wtrącając się do cyklicznych prac na polach i łąkach. Gorzej było z lasem: kradzieże leśne odbywały się jawnie. Las baćkowski stanowiący samotną wyspę w promieniu kilku wiorst był zawsze pokusą dla sąsiednich wiosek, a teraz cierpiał straszliwie. Kraść budulec lub opał przyjeżdżały "kolosy" z wiosek bardzo odległych. Pani Irteńska nakazała leśnikom, aby tylko upominali chłopów, że rozkradają "dobro publiczne". Upomnienia były rzecz prosta grochem o ścianę. Ale sielanka trwała: gdy Tadeusz spacerując po lesie ze strzelbą, spotykał chłopa wywożącego drzewo, ten po staremu czapkował paniczowi i nawet robił minę zawstydzoną. Tadeusz chodził jednak do lasu coraz rzadziej: spotkanie ze złodziejem leśnym, lub nawet tylko daleki odgłos siekiery nie należały do przyjemności.


Sielanka trwała, choć nikt – poza wierzącymi w cuda, nie łudził się. Chłopi byli święcie przekonani, że niebawem zagarną całe "pańskie" dobro, ziemianie zastanawiali się, czy i co uda im się unieść ze zbliżającej się zagłady. Najskromniejsze bowiem programy ówczesnych partii politycznych przewidywały nie wykup, ale odebranie całej ziemi "obywatelskiej" bez żadnego odszkodowania. W Petersburgu toczyło się wesołe przelicytowanie się w radykalizmie społecznym. Była moda na "polewienie", tj. równanie na lewo całej myśli politycznej. Tyle tylko, że partie skrajnie lewe chciały wszystkiego zaraz, a partie prawe troszkę potem.


Sielanki nie było w majątkach położonych blisko frontu. Tam panoszyli się żołnierze, a oficerowie byli bezsilni. Żołnierze kradli więc wszystko, co się dało: taszczyli z lasu drzewo na opał, łamali na opał parkany, kradli drób i statki domowe, otrząsali zielone jabłka z drzew. Zresztą przed rewolucją działo się w majątkach przyfrontowych to samo. Gdy Zbynio Czechowicz powiedział starej na pół głuchej babie dworskiej.


– A słyszałaś babka? Nasi wzięli Erzerum.
Na to odpowiedziała smutno kiwając głową:
– Oni wszystko zabierają, paniczu. Miałam stare wiaderko i to mi zabrali.
Dużo kłopotu z żołnierzami frontowymi miała pani Tadeuszowa Bochwicowa z majątku Florianów pod Baranowiczami. (Majątek ten przeszedł do historii literatury polskiej, jako miejsce "wczasów" Elizy Orzeszkowej i Władysława Stanisława Reymonta). Florianów nie miał lasu i miał niedużo ziemi ornej. Jego ozdobą i głównym źródłem dochodu był wspaniały sad owocowy z 6 tysiącami drzew na obszarze 20 dziesięcin. Stacjonujący we Florianowie żołnierze biwakowali w sadzie pod jabłoniami, rozkładali ogniska, nad którymi wytrząsali wszy z koszul, śpiewali pieśni, grali na harmonii, obżerali się zielonymi jabłkami. Pani Bochwicowa błagała ich, aby nie otrząsali jabłek, wskazując na szkodliwość niedojrzałych owoców dla zdrowia, no i powołując się też na niedopuszczalność marnowania "dobra publicznego". Żołnierze słuchali upomnień z dobrodusznym humorem i żuli zielone jabłka z głośnym mlaskaniem. W pewnej chwili jeden z nich zirytował się jednak i krzyknął na kolegę harmonistę:
– A cóż to stara nie daje nam spokoju! Dimka, a zagraj no jej Ojrę!


Pani Bochwicowa opowiadała później w Mińsku:
– Cóż miałam zrobić? Oni grali Ojrę, a ja poszłam do domu. Starałam się tylko nie iść w takt.
Pani Bochwicowa opowiadała z humorem i słuchacze się śmieli. A jednak amatorzy symbolów mogliby dojrzeć coś głębszego w tym widoku zacnej pani Bochwicowej starającej się nie iść w takt sołdackiej Ojry. Owego lata 1917 usiłowanie, by nie kroczyć w takt zwycięskiego marsza rewolucyjnego, usiłowanie nieśmiałe, naiwne, zabawne – było właściwie jedynym wyrazem protestu ze strony klasy, którą wkrótce miano ochrzcić pogardliwym mianem "wystraszonej inteligencji i niedorżniętych burżujów".
Petersburg obradował, rządził, wydawał odezwy. Rada delegatów żołnierskich i robotniczych też obradowała, rządziła, wydawała odezwy.
Gadano. Na garstkę bolszewików patrzano z lekceważeniem, tym bardziej, że ich "putsch" lipcowy z łatwością stłumiono, a Lenin skrył się gdzieś bez śladu. Czy go zresztą szukano? Partie zasiadające w Rządzie Tymczasowym i w radzie delegatów uważały bolszewików za błądzących, ale miłych sercu socjalistycznemu braci. Bano się piekielnie nie ponownego powstania bolszewików, ale "czarnej reakcji". Bolszewików potępiono za "putsch" lipcowy nie dlatego, że byli bolszewikami, ale dlatego, że swym zamachem mogli utorować drogę reakcji z restauracją monarchii włącznie. Zamykano oczy na fakt, że bolszewicy, choć pobici w lipcu w czasie powstania, de facto już zwyciężyli. Front był na razie biernie, ale wyraźnie probolszewicki. Żołnierze nie chcieli się bić. Myśleli o pokoju i o tym, aby zdążyć do rodzinnych wiosek, zanim cała ziemia nie zostanie podzielona. Nie było jeszcze masowych dezercji, ale zarządzona w czerwcu przez Kiereńskiego ofensywa zakończyła się fiaskiem. Znikł wszelki cień dyscypliny wojennej. Nad "propozycją" dowództwa, aby zaatakować okopy niemieckie, komitet pułkowy naradzał się całą dobę i albo uchwalał atak, albo go nie uchwalał. Jeżeli uchwalał atak, to zdarzało się, że pułk sąsiedni uchwały nie uznawał i nie ruszał się z miejsca.
Zjawiły się bataliony szturmowe, tj. bataliony złożone z żołnierzy, którzy chcieli się bić z Niemcami. Nazywano je też batalionami śmierci. Żołnierze tych batalionów mieli na ramieniu czarne opaski z trupią główką. Z batalionów śmierci nic nie wyszło. Miały służyć do zawstydzania zwykłych batalionów, które nie chciały się bić, i porywać te bataliony do ataku bohaterskim przykładem. Przykłady nie znalazły naśladowców. Batalion śmierci wracał z ataku zdziesiątkowany, bo bataliony sąsiednie zwykłe – nie ruszały się z okopów.
Były też baterie śmierci. Do jednej z nich należał praporszczyk Jaś (Icek) Święcicki. Przyjeżdżał do Mińska na parę dni urlopu, paradując z opaską z trupią główką na ramieniu.


Zjawiły się wreszcie bataliony kobiece. Miały one do reszty zawstydzić tchórzliwe serca męskie. Niestety kobiety szły do ataku z wielkim wrzaskiem, ginęły – a mężczyźni w okopach śmieli się z tego "dziurawego wojska" i ani im się śniło atakować Niemców.
Gdzieś w końcu lata dreszcz nadziei przebiegł przez klasę "wystraszonej inteligencji i niedorżniętych burżujów". Andrzej Węcławowicz, podporucznik (kornet), który wtedy pracował w Mińsku w oddziale radiotelegraficznym frontu zachodniego, aż się zarumienił, gdy przeczytał rozszyfrowaną przez podoficera depeszę: "Generał Korniłow ruszył na Piotrogród". Pochód wodza naczelnego Korniłowa z Mohylowa na stolicę stanowi jedną z niejasnych kart rewolucji rosyjskiej. Jedni twierdzą, że Korniłow działał na własną rękę, aby zrobić porządek w stolicy, a przede wszystkim rozpędzić radę delegatów żołnierskich, usunąć rząd Kiereńskiego i przywrócić dyscyplinę wojskową. Inni powiadają, że pochód Korniłowa był ukartowany wspólnie z Kiereńskim, lecz że Kiereński w ostatniej chwili zląkł się, zdradził generała i obwołał go buntownikiem. Czy było tak czy owak – jest zupełnie nieważne, bo pochód Korniłowa, choćby poparty przez Kiereńskiego, musiał się skończyć fiaskiem. Był spóźniony o kilka miesięcy. Gdyby nawet dzielnemu generałowi udało się zrobić porządek w stolicy, należy wątpić, czy wpłynęłoby to na zmianę nastrojów doszczętnie zdemoralizowanego i rozbałwanionego frontu ciągnącego się na przestrzeni paru tysięcy wiorst.


Zaczęła się jesień. Z chłodami znikły ostatnie powiewy rewolucyjnej wiosny. Zaczęły się dezercje z frontu. Pociągi były zapchane żołnierzami, którzy albo wracali do domu "dzielić ziemię", albo spekulowali tym lub innym towarem dźwiganym w workach. Nazywano ich "mieszocznikami". Wagony śmierdziały machorką, suknem sołdackim i niemytymi ciałami. Pasażerów obłaziły wszy. Miasta, miasteczka i wsie gotowały się do wyborów do konstytuanty.


"W nocy czarnej, we krwi, w męce; z lat zamieci, wojny, tuszy, krzywd, nadziei; z bankietów, więzień, wyborów, toastów – chmurą śnieżnej krupy przedzimowej niesiony – wstawał Październik" (Słowa przytoczone w tym rozdziale kursywą i w cudzysłowie są wzięte z noweli Władimira Lidina "Powiest' o mnogich dniach").

 

Rozdział IX
"ZA MIASTEM WOLNOŚĆ"...


Doszukiwanie się przyczyn wypadków zwanych dziejowymi, tj. wypadków wstrząsających życiem całego roju ludzkiego, jest – jak już wspomniałem parę razy – bezcelowe i nawet szkodliwe. Bezcelowe – jedynym bowiem, dość względnym celem takich rozrywek umysłowych jest utrzymanie na kuli ziemskiej kilku tysięcy katedr historii. Szkodliwe – bo "nauka" o związku przyczynowym zdarzeń historycznych kieruje myśl ludzką na fałszywą drogę, ogłupia maluczkich i wbija im w umysły zniekształcony obraz tego, co nazywamy historią. Związek przyczynowy to łańcuch logiczny, a historią rządzi wszystko prócz logiki i sensu. Co rządzi historią? – Nie wiem. Może Opatrzność, może "prawa historyczne" (które Lew Tołstoj "namacywał", ale których nie odkrył, ale które oczywiście "odkryli" marksiści), może przeznaczenie, może – co najprawdopodobniejsze – przypadek lub mówiąc ściślej – wypadkowa przypadków. Wszystko – tylko nie rozum i nie logika.
Nauka historii zbliży się może kiedyś do zrozumienia "przyczynowości" zjawisk historycznych, jeżeli narodzi się jakiś Freud czy Jung "historyczny" i nauczy nas psychoanalizy podświadomości zbiorowej, badając mroki psyche roju ludzkiego i kreśląc "prawa" rządzące snami (na jawie) ludzkiej gromady (Już po napisaniu tego rozdziału przeczytałem w "Kulturze" paryskiej (lipiec–sierpień 1962) uwagi Pawła Hostowca o "mechanizmie zbiorowych zaburzeń równowagi psychicznej". Badanie tego "mechanizmu" jest chyba równoznaczne z psychoanalizą podświadomości zbiorowej?). Wykrycie takich "praw" nastąpi nieprędko i chwała Bogu, że nieprędko. Szczęście jednostek i narodów polega na tym, że nie znają dnia ani godziny. Gdy dowiemy się o dniu i godzinie, życie straci dla nas wszelki urok i sens.
Brak logicznego związku przyczynowego nie znaczy jednak, że w pewnych okolicznościach i na pewien dystans nie możemy – przewidywać. Jeżeli wybuch rewolucji lutowej był dla wszystkich – nie wyłączając Włodzimierza Iljicza Lenina – niespodzianką, to zagarnięcie władzy przez bolszewików powinno było być do przewidzenia już w pierwszych tygodniach po wybuchu rewolucji lutowej. Nie chodzi tu o żadne "przyczyny"! Jeżeli siedzę w wątłym kajaku bez wioseł i prąd Niagary niesie mnie ku wodospadowi, nie potrzebuję snuć wątku przyczynowego, aby wiedzieć, że tylko cud może mnie uratować od runięcia w otchłań wodną.
Rosja kierowana przez Rząd Tymczasowy była właśnie takim kajakiem unoszonym ku przepaści. Rząd był tak rozgadany i tak własnym gadaniem otumaniony, że albo nie wiedział, co się dzieje, albo czekał cudu. No i wyrażając się kolokwialnie – doczekał się.

cdn

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 15 luty 2013 17:02

Z OST FRONTU: Ustąpienie Benedykta XVI

pruszynskiWiadomość zaskoczyła wielu. Ponoć papież konsultował się przed podjęciem tej decyzji tylko ze swym bratem, księdzem, nim wygłosił po łacinie dość krótkie przesłanie do kardynałów informujące, że 28 lutego ustępuje.
Czy jednak tylko zdrowie jest tego powodem, bo nie od wczoraj mówi wielu, że był w Watykanie konflikt między Nim a zbyt licznymi masonami. Teraz jeszcze pytanie, co przed odejściem zrobi Benedykt, czy jakoś ureguluje stosunek Kościoła z Bractwem Piusa IX? Dalej, kto po Nim?

piątek, 08 luty 2013 20:47

Wojna i sezon [14]

Tadeusza zarzucano pytaniami – w domu, na ulicy, w kawiarni "Selekt". Nie miał ani daru opowiadania, ani daru blagi, więc odpowiadał półsłówkami. Czasem wręcz prosił, aby się od niego odczepiono. Bo o czym miał opowiadać? Że słyszał w nocy serie karabinu maszynowego, a w dzień widział ciężarówki naładowane marynarzami, którym wstążeczki u czapek furkotały na mroźnym wietrze? Lub o tym, że po każdym strzale na wiwat gołębie chmurą wzbijały się pod niebo? Pan Irteński nie był z syna zadowolony:


– Jak to? – pytał – przeżyłeś w Petersburgu kilka dni historycznych i nie masz o czym opowiadać?
W parę dni później Mińsk był już zalany gazetami, proklamacjami, czasopismami humorystycznymi. Powódź papieru zadrukowanego była rokiem 1905 w dziesiątej potędze. Rosja odbijała sobie dwanaście lat reakcji i trzy lata cenzury. Przyszedł rozkaz numer 1 znoszący obowiązek salutowania oficerów. Przyszła jakaś "Deklaracja praw żołnierza i robotnika". Szeregowcy zaczęli tytułować oficerów "towarzyszami". Na dworcu brzeskim żołnierz zwrócił się do starego generała:


– Towarzyszu, czy nie moglibyście poczęstować mnie papierosem?


Generałowi łzy zakręciły się w oczach:


– Zabieraj całą papierośnicę, ale powiedz mi, w jaki u diabła sposób jestem twoim towarzyszem?


Żołnierz na pytanie nie odpowiedział, ale uradowany zagarnął papierośnicę i znikł w tłumie szarych szyneli.
Na św. Kazimierza pan Irteński urządził przyjęcie imieninowe. Zjawili się wszyscy notable mińscy i sporo ziemian przyjezdnych z panem Edwardem Woyniłłowiczem na czele, bo odbywało się właśnie w Mińsku walne zebranie Towarzystwa Rolniczego – pierwsze od niepamiętnych czasów, na którym obrady toczyły się po polsku.


Piwnica pana Irteńskiego jeszcze nie ucierpiała, toteż po kolejkach starki krążyły kielichy z dobrym winem. Za stołem rej wodził pan Ludwik Uniechowski, który dni rewolucji przebył w Moskwie. W przeciwieństwie do Tadeusza miał dar opowiadania i wszyscy słuchali go w skupieniu, choć właściwie nic szczególnego nie widział prócz manifestujących na ulicy tłumów, w Moskwie bowiem nie było ani strzelaniny, ani w ogóle "nieporządków". Na Tadeusza, naocznego świadka "prawdziwej" rewolucji, nikt nie zwraca uwagi, siedział więc zawstydzony i wstyd zapijał burgundem. Przejść miało szereg lat, zanim się dowiedział, że dobre opowiadanie polega na tym, jak się opowiada, a nie na tym, co się opowiada.
Po panu Uniechowskim głos zabrał pan Edward Woyniłłowicz. Mowa tego wodza konserwatystów mińskich miała charakter historiozoficznopolityczny. Porównał rewolucję petersburską z wielką rewolucją francuską i znalazł pewne analogie. Wielki książę Michał Aleksandrowicz odmawiający korony, której na jego rzecz zrzekł się Mikołaj II, przypomniał panu Edwardowi Filipa Egalité. Porównanie jak porównanie: nie było zbyt trafne, ale w dalszej części przemówienia zabrzmiały akcenty prorocze:


– To, co się teraz dzieje, to dopiero początek. Czekają nas dni ciężkie i groźne...
Tak czy inaczej bez mała tysiącletni system rosyjski rozsypał się. Rozsypał się dosłownie jak domek z kart. Oprócz stójkowych ustawionych (podobno) z kulomiotami na strychach petersburskich przez ministra Protopopowa i prócz gołowąsych junkrów – nie wszystkich i nie wszędzie – nikt monarchii nie bronił. Zapanowała dezorientacja i owczy pęd. Tadeusz, który wtedy przez parę tygodni prowadził dziennik, zapisał pewnego dnia:
"Była u nas wczoraj ciocia Paulina. Rzuciła się mamie na szyję z okrzykiem:
– A więc mamy wolność! Mama ją odsunęła, mówiąc: – Zasmakujesz jeszcze w tej wolności, gdy chłopi wam odbiorą wasze tysiąc dziesięcin ziemi ornej".


Następnego dnia Tadeusz dopisał w dzienniku: "Nie myślałem, że z cioci Pauliny taka idiotka".
(Pani Irteńska nie przewidziała, że bolszewicy odbiorą cioci Paulinie 1000 dziesięcin ziemi ornej i drugie tyle lasu dopiero w 22 lata później). W domu Irteńskich rewolucja nie budziła entuzjazmu. Od razu – pierwszego dnia, gdy gazety podały pierwsze enuncjacje Rządu Tymczasowego, pan Irteński nachmurzył się:
– Rozumiem: rząd tymczasowy. Ale dlaczego ten rząd tymczasowy wydaje wszystkie swe zarządzenia w porozumieniu z jakimś Sowietem Delegatów Żołnierskich i Robotniczych? Przecie to wyraźny dualizm władzy!


A w Petersburgu pogłębiano zdobycze rewolucyjne, cackano się z jakąś "babką rewolucji rosyjskiej". "Adwokaci rządzili, naradzali się, wydawali odezwy". Rząd tymczasowy ogłosił deklarację proklamującą niepodległość Polski. Był to pod względem formalnym wielki krok naprzód od czasu odezwy wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza sprzed trzech lat, ale mimo to deklaracja nie wywołała wielkiego zachwytu. Może dlatego, że wszystko było płynne, niepewne. Dopiero w wiele lat później niektórzy "politycy" przypomnieli sobie tę odezwę, upatrując w niej "tytuł prawny" do niepodległości Polski. Jak gdyby niepodległość wymagała tytułu prawnego?! Ci politycy byli fetyszami litery prawa, niczym powiatowi referenci weterynarii, którzy uważali, że wystarczy wydać przepis nakazujący nakładanie psom kagańca, aby wyleczyć powiat z plagi wścieklizny.
W Mińsku też naradzano się, meetingowano, urządzano pochody. Woniejąc benzyną toczyły się na pierwszych biegach ciężarówki z czerwonymi sztandarami i orkiestrą. Orkiestra grała "francuską" Marsyliankę, żołnierze ryczeli pod jej dźwięki uproszczoną "rosyjską", której rytm nie odpowiadał rytmowi "francuskiej". Wychodziła mała kakofonia, nie psuło to jednak podniosłego nastroju rewolucyjnego.


Towarzystwo Rolnicze obradowało ad infinitum. Gdy przy stoliku w "Selekcie", przy którym zasiadali Tadeusz i Rudy, ktoś zapytał, co będzie dnia tego tematem obrad, Rudy odpowiedział:
– Głos zabierze Władek Korkozowicz i w kilku słowach wyjaśni sedno sprawy.
Dowcip polegał na tym, że Władek miał umysł powolny i jak najmniej nadawał się do wyjaśnienia sedna jakiejkolwiek sprawy, a zwłaszcza sprawy tak zagmatwanej jak rewolucja.
Oficerowie krążyli po ulicach w epoletach i udawali, że nie widzą przechodzących szeregowych, którzy im naturalnie nie salutowali. Na Treku orkiestra po staremu grała walca "Dwie sobaczki" albo potpourri z "Fausta". Oficerowie grali w tenisa w białych koszulach, na których były wyhaftowane złoto-czarne orły dwugłowe – już z wyprutą koroną.


Meetingi były duże i małe. Na jednym z dużych meetingów na placu przed dworcem wileńskim miał przemawiać sam Aleksander Kiereński, który wtedy objeżdżał front i płomiennymi mowami zachęcał oddziały do ofensywy. Na placu był olbrzymi tłum. Kordon wojska i milicji bronił dostępu na plac i wpuszczał tylko tych, którzy mieli jakieś "mandaty".
Tadeusz i Rudy nie mieli mandatów i straż nie chciała ich wpuścić. Wtedy Rudy krzyknął z miną groźną:
– Musicie nas puścić! Jesteśmy delegatami komitetu ciekawych (komitieta lubopytnych)!
Groźny głos zrobił wrażenie i skonfundowany milicjant przepuścił przyjaciół. Niewiele jednak skorzystali. Tłum był tak zwarty, że się nie mogli przecisnąć bliżej do trybuny. W owe czasy nie było megafonów, słyszeli więc tylko pojedyncze, cienkie, tłumione odległością wykrzykniki i widzieli gestykulującego niewielkiego człowieczka w szarym frenczu.


Małe meetingi – najczęściej improwizowane – odbywały się wszędzie. A więc raz ciepłym wieczorem letnim Tadeusz otarł się o sporą gromadkę żołnierzy słuchających mówcy – też żołnierza – przemawiającego ze schodów kapliczki prawosławnej na skwerze. Mówca walił pięścią w pierś i krzyczał w kółko:
– Towarzysze! Ja cierpiałem w okopach! Towarzysze, ja was nie namawiam, abyście szli rozbijać składy Związku ziemstw... Towarzysze, ja cierpiałem na froncie...
Mówca mówił poważnie, ale chwilami z histerycznym "nadrywem". Żołnierze słuchali go poważnie i tępo. Wszystko wtedy było szare, śmierdzące kwaśnym suknem szyneli, poważne, tępe. Na razie spokojne. Pod stopami szeleściła warstwa wyplutych łusek siemienia słonecznikowego i arbuzowego. Szelest gryzionego siemienia był melodią rewolucji.
W przeciwieństwie do tego szarego i tępego spokoju "mas" inteligencja "wyżywała się": obradowała, gadała, pisała. Liberalny "Minskij gołos" powtarzał: "Obok hasła (łozung): Wszystko dla utrzymania zdobyczy rewolucyjnych! powinno zabrzmieć zawołanie (klicz): "Wojna do zwycięskiego zakończenia!". Na to zwycięskie zakończenie jakoś się nie zanosiło, bo na frontach zaczynano się bratać. Żołnierze rosyjscy i niemieccy wyłazili z okopów, spotykali się w pół drogi na "ziemi niczyjej", częstowali się papierosami, rozmawiali na migi. Powstały rady i komitety żołnierskie – dywizyjne, pułkowe, batalionowe. One to powoli stawały się władzą deliberującą i wykonawczą.
Zasługę przeprowadzenia rewolucji, "wielkiej i bezkrwawej", jak ją wtedy nazywano, przypisywali sobie eserzy i esdecy, tj. socjal-rewolucjoniści i socjal-demokraci, ale zaczęto też mówić o jakichś bolszewikach. Ale mówiono o nich mało, była to bowiem garstka "maksymalistów" (niewielu wiedziało wtedy o prawdziwym pochodzeniu nazwy "bolszewicy"), na której czele stoją jacyś Lenin i Trocki. Mówiono i pisano, że Lenina Niemcy przepuścili przez granicę w zaplombowanym wagonie. Dziwiono się, w jaki sposób ten zaplombowany wagon mógł przejść front rosyjsko-niemiecki: czyżby w tym celu otwarto front i uruchomiono przerwaną od trzech lat komunikację kolejową? Wielu dopiero w szereg lat później dowiedziało się, że wagon zaplombowany szedł nie przez front, ale z Szwajcarii przez terytorium niemieckie, a potem promem do Szwecji... Lenin i Trocki przyjechali do Petersburga przez Szwecję i Finlandię i prawem kaduka usadowili się w pięknym pałacyku primabaleriny Krzesińskiej.


(Interludium. A biedny cesarz z pięknymi szafirowymi oczami i równym przedziałkiem siedział pod strażą w Carskim Siole, razem z żoną, synkiem i córkami. Osłupienie i odrętwienie, w które wpadli ludzie dotąd "wierni tronowi", trwało. Żałowano słabowitego fatalisty. Żałowano ładnego synka. Zwłaszcza cztery śliczne księżniczki budziły gorące współczucie.


Ale nawet ludzie najwierniejsi tronowi zaciskali szczęki, myśląc o carowej, którą uważano (nie bez pewnej racji) za sprawczynię wszelkiego zła. Tej długo nie mogli przebaczyć i nie oburzała ich powódź obrzydliwych broszurek i ulotek opisujących ze sprośnymi szczegółami rzekome stosunki erotyczne między carową i Rasputinem. W opisach tych nie było ani słowa prawdy, ale wydawcy paskudnych broszurek zbijali pieniądze, a ludzie czytali.


Niektórzy nawet wierzyli. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że carowa odkupiła winy nie tylko śmiercią męczeńską, lecz godnym i mężnym zachowaniem się w ciągu bez mała półtorarocznego więzienia – wśród niedostatku, szyderstw i upokorzeń.
W Mińsku w teatrze miejskim, w tym samym teatrze, gdzie jeszcze tak niedawno odbywały się eleganckie bazary dobroczynne, a piękne i ubrylantowane panie sprzedawały notablom i "obszarnikom" szampana, dostając czasem po sto rubli za kieliszek, odbywa się teraz zjazd wojskowych Polaków frontu zachodniego. Obradom przewodniczy podporucznik Władysław Raczkiewicz. Przewodniczy on właśnie, a nie inny starszy rangą.
Jego to czeka za miesiąc sukces zjazdu wojskowych Polaków w Petersburgu, gdzie mimo trudności ze strony rosyjskiej i mimo opozycji ze strony grupy Polaków, doszło do stworzenia "Naczpolu", tj. Naczelnego Komitetu Polskiego i uchwalono utworzenie osobnej armii polskiej mającej wyłowić wszystkich Polaków z morza rewolucji rosyjskiej. W teatrze mińskim zjazd trwa krótko. Wobec zbliżającego się dnia 3 maja Raczkiewicz wzywa do gremialnego udziału w pochodzie święta narodowego. Odtąd "Naczpol" zostaje przezwany przez żartownisiów "Raczpolem".


Pochód 3 maja wypada bardzo pięknie. Olbrzymi wąż ze sztandarami rusza z placyku przed kościołem na Złotej Górce w górę po ulicy Zacharzewskiej. "Niech żyje wojsko polskie!" – wołają z balkonów panie. ocierając łzy. Oprócz wojska suną szkoły polskie: gimnaziści z gimnazjum profesora Mariana Massoniusa i gimnazistki z gimnazjów im. Emilii Plater i pani Witwińskiej. Suną najrozmaitsze organizacje, jak np. Towarzystwo Ochrony Zabytków, zwane krótko "Zabytkami". Sunie świeżo utworzony oddział skautów, których jeszcze nie nazywano harcerzami. Choć powstali zaledwie parę tygodni temu, już złośliwcy nie należący do skautingu drażnią ich dwuwierszem:
Oto znani polscy skauci: Czterech trzyma, jeden gwałci.
Życie polskie płynie w Mińsku wartko. Szkoły, towarzystwa, teatr, dwie gazety. Rada Polska Ziemi Mińskiej – nieoficjalny parlament i nieoficjalna "egzekutywa" polskości w Mińszczyźnie – urzęduje, kieruje, udziela wskazówek, zasiada. Na czele tej Rady stoją panowie Czesław Krupski, ziemianin spod Stołpców, i Jerzy Osmołowski, ziemianin spod Pińska. Pan Osmołowski był pierwej w Mińsku nieznany i zresztą wtedy był w ogóle mało znany. Miał stać się sławny dopiero w dwa lata później.
Panowie Krupski i Osmołowski są obaj "kresowymi" autochtonami i stanowią wyjątek, bo we wszystkich innych organizacjach polskich rządzą przybysze – "uciekinierzy". Większość wojskowych Polaków to też ludzie pochodzący z ziem położonych na zachód od Bugu, lub co najmniej na zachód od linii frontu.
Dla tej większości Mińsk i Mińszczyzna to przejściowe etapy i miejsce wygnania wojennego. Wszyscy oni – i cywile, i wojskowi – marzą o końcu wojny i o powrocie do gniazd rodzinnych.

CDN

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 01 luty 2013 22:48

Wojna i sezon [13]

W przewidywaniu ogłoszenia przez cesarzy niemieckiego i austriackiego odezwy o utworzeniu Królestwa Polskiego Mikołaj II pod naciskiem ministra Sazonowa postanowił ogłosić manifest nadający Królestwu Polskiemu autonomię. Manifest był bodaj już podpisany, bo cesarz przy świadkach winszował koniuszemu dworu hr. Wielopolskiemu i prosił go o przekazanie dobrej nowiny rodakom. Ale – pisze naczelny kapelan rosyjskich sił zbrojnych Szawielski – nazajutrz carowa "przygalopowała" do Mohylowa i manifest wstrzymała. A Sazonow wyleciał z posady ministra spraw zagranicznych.


Bodzio Zalutyński grał na giełdzie. Pan Maciej Kończa z Kowieńszczyzny – młody jeszcze stosunkowo człowiek z dużą brodą, co było wtedy rzadkością wśród Polaków – kupował i sprzedawał samochody. Były to wszystko nie interesy, ale zaledwie interesiki. Prawdziwe interesy robił król spekulantów petersburskich Mit'ka Rubinsztejn. Hulał z Rasputinem, zwanym pospolicie "Griszką", i wypraszał od niego kartki do rozmaitych ministrów. Na kartkach tych Rasputin gryzmolił niegramatyczne prośby,które miały moc rozkazów carskich. Prośby były spełniane błyskawicznie i Mit'ka dostawał zamówienia na wielomilionowe dostawy wojenne.

Astronomiczne spekulacje Mit'ki nie dawały spać panu Józefowi Bohdanowiczowi z Wileńszczyzny, bratu wspomnianego przez nas "chersońskiego pomieszczyka" – szczęśliwego handlarza "martwymi duszami" krów. Od spółki zajętej dostawą owsa dla kilkuset tysięcy petersburskich koni dorożkarskich dowiedział się przypadkowo, że dorożkarze odczuwają ostry brak owsa, ale ministerstwo nie daje spółce pozwolenia na wwóz odpowiedniej ilości owsa do Petersburga, zasłaniając się potrzebami frontu, który ma pierwszeństwo. Pan Józef postanowił spróbować szczęścia.
Zaczął obijać progi ministerstwa, ale bez skutku. Wtedy zmienił taktykę. Po zwąchaniu się z kilku ciemnymi figurami zdołał trafić do "starca" i otrzymać od niego brudny skrawek papieru z gryzmołami tej treści:
"Kochany! Uwzględnij prośbę, bo biedni dorożkarze cierpią. – Grigorij".


Z tą kartką poszedł do ministerstwa. Dyrektor departamentu, do którego się zwrócił, na razie gadać z nim nie chciał.
– Przecie mówiłem już panu, że owies potrzebny jest dla frontu, który ma pierwszeństwo.
Pan Józef pokazał wtedy kartkę Rasputina. Dyrektor zmienił się na twarzy i pobiegł do ministra. Po kilku minutach wrócił, oznajmiając, że podanie spółki zostanie uwzględnione i że odpowiednie pozwolenie będzie do odebrania nazajutrz rano. Pan Józef zasnął tej nocy w różowym obłoku, snując plany, w jaki sposób zużytkuje te kilkadziesiąt tysięcy komisowego, które miał przyrzeczone za wydobycie kartki od "Griszki".
Nazajutrz czytając gazetę przy rannej herbacie ledwie zwrócił uwagę na dość tajemniczą wiadomość o kaloszu znalezionym przez policję koło przerębli na jednej z odnóg Newy. Z przerębli tej wyciągnięto bosakami trupa, przy czym zapewne nie ustalono jego tożsamości, bo pisano dość dziwnie, że jest to trup "osoby".


– Cóż to za fantastyczne brednie drukują w gazetach – pomyślał.
("Czy mogłem się domyślić – opowiadał później – że o ten kalosz rozbija się mój złoty interes?").
Zaraz po śniadaniu pojechał do jednego z członków spółki, dla której wystarał się o magiczną kartkę "Griszki". Zawiadomił go o pomyślnym wyniku starań, po czym obaj pojechali do ministerstwa po odbiór pozwolenia. Sekretarz dyrektora departamentu spotkał ich jakimś dziwnym spojrzeniem. Powiedział, że dyrektor jest zajęty i odesłał ich do naczelnika wydziału. Naczelnik wydziału też ich nie przyjął i kazał zawiadomić przez urzędnika, że podanie o pozwolenie na wwóz owsa zostało załatwione odmownie.
– Jak to? – zapytał pan Józef czując, że blednie – przecie wczoraj pan dyrektor obiecał... To chyba jakieś nieporozumienie.
– Nie ma żadnego nieporozumienia – odparł urzędnik mrużąc oczy – wczoraj było wczoraj, a dzisiaj jest dzisiaj...
A potem, jakby litując się nad smutnymi minami petentów, schylił się i szepnął:
– To panowie nie wiedzą, że Griszka został zabity?


Zima 1916–1917 zaczęła się miękko i puszyście. Ale na Boże Narodzenie spadły wielkie śniegi, a potem przyszły mrozy siarczyste. Tadeusz w Baćkowie polował z gończakami. Po odejściu parku artyleryjskiego żaden oddział bojowy nie stacjonował już w Baćkowie. Front się ustabilizował.
Przed rokiem bawił tylko w ciągu paru miesięcy jakiś oddział intendentury. Dowódca tego oddziału był uprzejmy i kulturalny. Pani Irteńska zapraszała go na posiłki. Raz w czasie obiadu prosił panią Irteńską o radę. Zajęty był skupowaniem świń na mięso dla wojska, a teraz musi złożyć władzom zwierzchnim wyrachowanie się z sum przeznaczonych na karmienie świń. Otóż – czy pani Irteńska nie mogłaby mu wyjaśnić, ile mniej więcej siana zjada świnia dziennie? Bardzo się zmartwił dowiedziawszy się, że świń sianem się nie karmi.
Ale wracam do stycznia 1917. Śniegi były głębokie i miękkie. Gon odbywał się bardzo powoli, bo pieski zapadały w śnieg po brzuchy. A biedne szaraki, nie mogąc się utrzymać na powierzchni, tonęły niemal w śniegu i dlatego zaraz po ruszeniu przez pieski starały się wydostać na wyślizganą i twardą drogę lub na wydeptaną ścieżkę. Ułatwiało to ogromnie łowy, bo nie trzeba było szukać przesmyków: wystarczało pilnować szaraka na drodze.


Później przyszło parę dni odwilży, a potem znów mrozy. Śnieg pokrył się skorupą. W takie dni lis czatuje na myszy, które nieopatrznie – czy to dla zaczerpnięcia powietrza, czy dla słońca – przebijają się przez skorupę i wyłażą na powierzchnię. Lis tak jest zaabsorbowany tym polowaniem, że daje się łatwo podjechać. Toteż nieraz, skoro tylko leśnik, ekonom lub któryś z parobków oznajmił Tadeuszowi, że – jak w "Ojczyźnie naszej" Fredry –"liszka na słońcu czerni się z daleka", Tadeusz co prędzej siadał w rozwałki i próbował polowania z podjazdu – z rozmaitym rezultatem.
W pierwszych dniach lutego ruszył do Mińska, a stamtąd do Petersburga. W Petersburgu zatrzymał się u Władka Krecza i Wiktora Korsaka, którzy mieli duży pokój na parterze przy zaułku Maksymilianowskim, niedaleko placu Teatralnego z jednej strony i willi Jusupowa, gdzie zabito Rasputina, z drugiej strony.


Petersburg był jakby przyczajony. (Może zresztą jest to tylko złudzenie pamięci zrozumiałe we wspomnieniach pisanych w czterdzieści kilka lat post factum). "Gniew ludu" trwał już od szeregu miesięcy, więc uważano go za zjawisko raczej chroniczne. Nikt nie czuł zbliżającej się burzy. Zabójstwo Rasputina ani nie uspokoiło umysłów, ani nie złagodziło uporu "Carskiego Sioła". Prawdopodobnie przyszło za późno. W Kuchni na Zabałkańskim krążyły zapisane pismem maszynowym świstki z wiadomościami, których nie było w ocenzurowanych gazetach. Czytano więc o zsyłce wielkiego księcia Dmitrija Pawłowicza na Kaukaz za udział w zabójstwie Rasputina i treść rezolucji carskiej zawierającej skądinąd słuszną sentencję, że "nikomu nie wolno zabijać"... Jednocześnie wszyscy wiedzieli, że ks. Jusupow i Puryszkiewicz nawet nie zostali aresztowani.
– Dziwne – mówił Władek Krecz – Carskie Sioło od dwóch miesięcy jest bez przerwy w żałobie i odprawia panichidy po Griszce, a mimo to jego zabójców nie pociągnięto do odpowiedzialności.


A jednak, choć Rasputin nie żył, a zabójcy jego przechadzali się na wolności, duch rasputinowski trwał w Carskim Siole. Wprawdzie usunięto obskurnego premiera Sturmera i na jego miejsce posadzono miękkiego, słabo orientującego się w sytuacji, Bogu ducha winnego ks. Golicyna, ale minister spraw wewnętrznych Protopopow, najbardziej znienawidzona kreatura Rasputina, a poza tym człowiek chory umysłowo, mocno siedział na fotelu ministerialnym. Wtedy to "kamienie zaczęły krzyczeć": sędziwi członkowie Rady państwa oraz zjazd zjednoczonej szlachty zwrócili się do tronu z błaganiem o powołanie rządu złożonego z ludzi posiadających zaufanie społeczeństwa. Apel ten pozostał bez odpowiedzi.
Pewnego ranka, mroźnego i słonecznego, Tadeusz z Kreczem postanowili udać się do uniwersytetu. Gdy wyszli na plac Teatralny, nie mogli na razie zrozumieć dziwnej ciszy panującej w mieście. Dopiero po chwili zorientowali się, co było przyczyną tej ciszy. Na ulicach nie było ani dorożek, ani tramwajów. (Może to właśnie tego ranka legendarne baby wywróciły legendarny tramwaj?). Na chodnikach krążyło sporo pieszych. Niektórzy z nich łączyli się w ożywione grupki. Wszyscy mieli podniecone lub zaniepokojone twarze. Mówili, że coś się dzieje na Newskim prospekcie. Przyjaciele odbyli więc długi spacer w tym kierunku. Na Newskim z wolna poruszał się zwarty tłum. Tłum ten robił wrażenie gapiów, a nie manifestantów. Policji nie było widać. A kozacy na koniach jechali stępa albo zatrzymywali się, przyjaźnie rozmawiając z tłumem. Nikt dobrze nie wiedział, co się stało i co się dzieje. Podobno Pułk Preobrażeński strzelał do Pułku Pawłowskiego, czy też odwrotnie – Pułk Pawłowski strzelał do Pułku Preobrażeńskiego. Tadeusz i Krecz ruszyli więc do Kuchni. W ciszy wolnej od gwaru ulicznego dolatywały skądoś strzały – salwami i pojedyncze.
W Kuchni było tłoczno i gwarno. Ale i tam nikt nic dokładnie nie wiedział. Znów krążyły papierki z wydrukowanymi na maszynie wieściami – często sprzecznymi. W Kuchni było kilku oficerów. Jeden z nich przyniósł wiadomość, że żołnierze zdzierają oficerom epolety. Praporszczyk Pułku Narwskich Huzarów Dziewicki, przystojny tęgi blondyn, bardzo się denerwował:
– Przecie ja nie mogę pozwolić, aby mi zdzierano epolety! Będę się bronił szablą!
Historia nie zanotowała, jak się zachował praporszczyk Dziewicki, wiadomo natomiast, że wielu oficerów przezornie zdjęło epolety z płaszczów, aby nie drażnić bestii. Gdy pierwsza gorączka rewolucji "lutowej" minęła, przyczepili sobie epolety z powrotem.


Noc minęła niespokojnie. Słychać było strzały i krótkie serie z karabinów maszynowych. Jeden karabin maszynowy trajkotał gdzieś bardzo blisko – zapewne na placu Teatralnym. Tak minęły dwa dni.


A gdy na trzeci dzień przyjaciele wyszli na miasto, ulice wyglądały już inaczej. Maszerowały oddziały piechoty z czerwonymi sztandarami. Raz po raz przejeżdżała z hukiem ciężarówka z platformą pełną marynarzy. Marynarze mieli rozradowane i zwycięskie twarze i też powiewali czerwonymi sztandarami. Gdzieś z daleka dochodziły dźwięki Marsylianki. Od czasu do czasu padały strzały: to piechota strzelała na wiwat. W powietrzu krążyły stada gołębi spłoszonych strzałami.
Tu i ówdzie wiatr powiewał wiszącymi na ścianach obwieszczeniami dowódcy petersburskiego okręgu wojennego generała Chabałowa głoszące, że w stolicy zdarzyły się "nieporządki" (tj. rozruchy) i że winni tych nieporządków będą karani z całą surowością prawa wojennego.
– Nieporządki! – wykrzyknął Krecz z przekąsem. – Nieporządki to znaczy, że niegrzeczni chłopcy nasypali popiołu i niedopałków na dywan, poplamili obrus i zanieczyścili wychodek...


W Kuchni dowiedziano się dalszych wiadomości. Wszystkie zapasowe bataliony pułków gwardii – Wołyńskiego, Pawłowskiego, Preobrażeńskiego, Litewskiego, Moskiewskiego, Keksholmskiego, Izmajłowskiego – przeszły na stronę rewolucji. Strzelanie z karabinów maszynowych do rewolucjonistów było podobno pomysłem ministra Protopopowa, który posadził na strychach policjantów uzbrojonych w karabiny maszynowe. Pomysł był głupi. Rewolucjoniści posuwali się wzdłuż ścian, gdzie ich strzały z dachu nie mogły dosięgnąć, włazili na strych, ściągali stamtąd znienawidzonych policjantów zwanych "faraonami", a tłum masakrował ich na ulicy. Duma państwowa obradowała dzień i noc i wysłała delegację do kwatery głównej w Mohylowie.


Tadeusz postanowił zaraz wracać do Mińska. Nazajutrz Krecz pomógł mu zanieść walizkę na Dworzec Carskosielski – dorożek i tramwajów wciąż nie było. Na dworcu panował spokój. Tylko przed dworcem na prospekcie Zagorodnym defilowały pułki rewolucyjne z Marsylianką i czerwonymi sztandarami. Pociąg odszedł według rozkładu i nie był przepełniony. W wagonie restauracyjnym mówiło się o wszystkim, tylko nie o tym, co się działo w Petersburgu.


Na dworcu w Orszy nie było już żandarma na peronie, ale byli policjanci. Na dworcu w Mińsku był jeszcze żandarm i policjant. Najbardziej godny zaufania historyk rewolucji, bo nie bawiący się w syntezy i specjalista od obalania ustalonych legend, Siergiej Mielgunow w książce "Martowskije dni 1917 goda" twierdzi, że żadnych kulomiotów protopopowskich nie było. Jeśli tak, to pozostaje kwestią otwartą, czyje karabiny maszynowe słyszał Tadeusz Irteński.

 

Rozdział VIII
CHMURĄ ŚNIEŻNEJ KRUPY PRZEDZIMOWEJ NIESIONY...


Gdy w Petersburgu trwała rewolucja, którą później przezwano "lutową", pociągi ze wszystkich dworców kolejowych stolicy odchodziły normalnie. Ludzie wyjeżdżający z Petersburga rozwozili po całym kraju wieści o toczących się w stolicy „nieporządkach”. Wiedziano więc o nich w Mińsku przed przyjazdem Tadeusza. Ale nie wiedziano ani szczegółów, ani przebiegu, ani wyniku. Sztab frontu zachodniego miał jak najściślejsze depesze z Petersburga i Mohylowa, wystukiwane co kilka godzin na taśmie aparatu Hughesa, ale gen. Ewert nakazał cenzurze wojennej nie puszczać tych wiadomości do miejscowej prasy. Stąd też w dniu przyjazdu Tadeusza rewolucji w Mińsku oficjalnie nie było, na rogach ulic stali policjanci, a na dworcu przechadzał się żandarm. Dopiero wieczorem przyszła wieść o abdykacji cesarza. Gen. Ewert zniósł cenzurę i nazajutrz gazety zaczerniły się szczegółami – prawdziwymi i nieprawdziwymi – o rewolucji.

Opublikowano w Lektura Gońca

pruszynskiNa kilka lat przed swą zagadkową śmiercią były premier PRL z czasów Gierka dał wywiad dziennikarzowi Bohdanowi Rolińskiemu, który wcześniej opublikował podobny wywiad z Edwardem Gierkiem. Tego nauczyciela z zawodu, późniejszego możnowładcę Polski Ludowej okupacja sowiecka zastała na Kresach. Uciekając przed Niemcami z żoną i trzymiesięczną córeczką, schronił się u matki, która mieszkała pod Łuckiem.
Tam najpierw został kierownikiem szkoły już białoruskiej i miał szczęście, że nie pojechał oglądać białych niedźwiedzi podczas pierwszej wywózki Polaków z Kresów, a dopiero podczas trzeciej wywózki, latem 1940 r. Był w łagrze do lipca 1941 r., ale nie został przyjęty do wojska polskiego, które potem zwano armią Andersa, bo w pierwszej kolejności przyjmowano ludzi z wojskowym wyszkoleniem. Opisuje beznamiętnie tragedię Polaków na nieludzkiej ziemi, śmierć swej córeczki i wreszcie przyjęcie do armii gen. Berlinga, z którą odbył znany szlak "od Lenino do Berlino", na którym "wyrośli" późniejsi inni możnowładcy PRL, zaczynając od gen. Zawadzkiego, Siwickiego, Ochaba czy Jaruzelskiego, choć właściwie żaden z nich pod Lenino nie walczył.
Pan Jaroszewicz został oficerem politycznym, walczył o Wał Pomorski, Kołobrzeg i szybko awansował, by zostać w 1945 r. zastępcą gen. Spychalskiego, głównego politruka powojennej polskiej armii. Dalej przeniesiono go do szefostwa kwatermistrzostwa WP, gdzie objął je po oficerze Armii Czerwonej i był w randze generała III wiceministrem obrony narodowej.
Wreszcie przeniesiono go do Komisji Planowania Gospodarczego, gdzie był odpowiedzialny za uzbrojenie armii polskiej. Odbywało się to kosztem obywateli i rozbudowano niemiłosiernie przemysł ciężki, a zaniedbano produkcję dóbr konsumpcyjnych.
Były premier wspomniał o denominacji złotego w 1950 r. Bo właśnie podległe mu wojsko rozwoziło nowe banknoty i bilon po kraju. Nie wspomina jednak, ile ludność na tym straciła, bo sto ówczesnych złotych przeliczano na trzy nowe złote, ale obywatelom za sto złotych, jakie mieli w kieszeni, dawano tylko JEDNEGO nowego złotego.
Wspomina o wojnie w Korei jako początku już nie tak zimnej wojny, ale nie dodaje, że ona została wywołana za namową komunistów koreańskich przez ZSRS. Dopiero Stalin po dwóch latach bezskutecznych walk, widząc, że nie ma szans na zwycięstwo, kilka miesięcy przed śmiercią zaprosił korespondenta amerykańskiego do siebie i dał do zrozumienia, że gotów jest ją zakończyć. Po pertraktacjach 5 lipca podpisano w Panmundżonie rozejm trwający praktycznie do dziś. Ale praktycznie zaraz zaczęto dozbrajać komunistycznych Wietnamczyków i znów Polska wysyłała tam nie tylko uzbrojenie.
Niestety, pan Roliński nie zapytał byłego premiera, ile Polska do obu tych wojen dołożyła, a przecież kto jak kto, ale on to musiał wiedzieć.
Ba, tu warto przytoczyć kawał z dawnych lat:
– Z kogo składa się polska rodzina?
– Z taty, mamy, dwojga dzieci, jednego Wietnamczyka i jednego Murzynka, bo później ładowano sporo w ruch narodowowyzwoleńczy w Afryce.
Kolejną "dziurą" jest rok 1956, nie pisze nic o walce między "puławianami", czyli głównie Żydami, a natolińczykami, czyli Polakami zajmującymi niższe stanowiska w aparacie partyjnym.
Jego interpretacja Marca jest, najgrzeczniej mówiąc, antymoczarowska i prożydowska. Twierdzi, że to Moczar chciał obalić Gomułkę, a nie, jak twierdzili doradca Prymasa Wyszyńskiego profesor Kukułowicz i Albin Siwak, że wywołali go rewizjoniści, czyli Żydzi z wysokiego szczebla partyjnego, których na początku poparł Moczar, a potem zostawił ich na lodzie. Mimo wielkich demonstracji, nie tylko studenckich, po trzech dniach z poparciem Moczara Gomułka opanował sytuację, a swym żydowskim przeciwnikom dał możność opuszczenia Polski z dobrami, w czasie gdy normalny Polak nie mógł dostać paszportu.
Bardziej rzeczowy jest pan Jaroszewicz, mówiąc o Grudniu, który był z kolei próbą obalenia Gomułki przez Moczara i jego ekipę.
Oni to zorganizowali demonstracje po podwyżce cen żywności w Gdańsku i Gdyni, a potem w Szczecinie. Okazuje się, że Rosjanie ustami premiera Kosygina wyrazili sprzeciw przeciwko kandydaturze Moczara na I sekretarza oraz powiedzieli Jaroszewiczowi, że nie chcą powtarzać w Polsce "Czechosłowacji", która bardzo wiele ich "kosztowała". Tak bez oporów Edward Gierek, członek politbiura i I sekretarz KW z Katowic, objął fotel I sekretarza KC PZPR, a wicepremier Piotr Jaroszewicz został premierem.
Wspólnie musieli uspokajać społeczeństwo, najpierw dając podwyżki najmniej zarabiającym, a ostatecznie po strajkach włókniarek w lutym 1971 roku powrócić do cen z przed 13 grudnia.
W tej książce kolejną "dziurą" jest "niezauważenie", że problemy energetyczne Polski, jakie za Jaroszewicza zaczęły się pokazywać, to między innymi energetyczny koszt zagłuszania Radia Wolna Europa, co pochłaniało tyle energii elektrycznej co drugie po Warszawie miasto Łódź i nie było bardzo skuteczne.
Nic nie ma w tej książce o próbie obalenia Gierka przez Moczara w lutym 1971 r., kiedy zorganizował on spotkanie aktywu w Olsztynie, o którym poinformowali Sowieci Gierka, który tam się niespodziewanie zjawił i spacyfikował zamach.
Bez wątpienia Polska Gierka była już innym krajem. Otwarta na Zachód, było coraz więcej dóbr konsumpcyjnych i dużo łatwiej było dostać paszport.
Podczas zjazdu PZPR w 1980 r. wpłynięto na Gierka, by Jaroszewicz nie wszedł do Biura Politycznego i przestał być premierem. Ze strony ekipy Kani i Jaruzelskiego był to cios w samego Gierka, którego potem nie poinformowano o napięciach na Wybrzeżu i spokojnie siedział w Jałcie, gdy najpierw w Gdańsku, a potem na całym Wybrzeżu wrzało.
Po powrocie Gierka do Warszawy nastąpiło podpisanie porozumienia i nagle I sekretarz zaniemógł, co umożliwiło jego przeciwnikom odsunięcie go od władzy i wywindowało Kanię na I sekretarza.
Pan Jaroszewicz twierdzi, że nie trzeba było iść na udry z klasą robotniczą i narodem, który protestował przeciw wielu przejawom nadużycia władzy, i była szansa wprowadzenia jakiejś demokracji, której potem nie wykorzystano, wprowadzając stan wojenny.
Niewątpliwie chamsko zachował się Jaruzelski i jego generałowie, osadzając w więzieniach nie tylko opozycję, ale będących poza układem władzy ludzi, jak Gierek, Jaroszewicz i inni notable z poprzednich lat.
Bardzo ciekawe jest porównanie dziesięciolecia Gierka i Jaroszewicza z tym, czego "dokonał" gen. Jaruzelski i jego ekipa.
Okazuje się, że po 1981 r. nie tylko obniżyła się konsumpcja towarów spożywczych, ale siadła produkcja. Polska w wielu dziedzinach cofnęła się nawet o 15 lat. Blisko milion rodaków wyjechało za granicę, w tym z 90 tysięcy ludzi z wyższym wykształceniem. Zamiast pracować w kraju i go wzbogacać, poszli wzbogacać inne narody.
Jeśli jednak okres Jaruzelskiego był degrengoladą Polski, to jeszcze gorzej przedstawia się kolejne dwudziestolecie, bo ile wielkich fabryk poszło na dno, a Polska z 11. miejsca wśród państw świata spadła pod względem produkcji na 40. miejsce.
Kończąc, muszę przyznać, że nie jestem wielkim specem od historii PRL-u, ale zauważyłem tylko kilka ważnych luk w tej książce, a ile ciekawych spraw pan Piotr "zapomniał" dodać?

Co z tego?
Byłem w biurze u sympatycznego Aleksandra Milinkiewicza w Mińsku, który próbował zostać prezydentem Białorusi kilka lat temu. Biuro w dobrym miejscu, cztery pokoje, z 12 osób się kręci, i co z tego? Podobne biuro ma jeszcze pan Nieklajew i też niewiele widać rezultatu jego działalności. Oczywiście ktoś funduje "działanie", ale co z tego?

Seminarium
W lokalu Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie odbyła się sesja poświęcona Lidze Narodowo-Demokratycznej, która była spadkobierczynią przedwojennej endecji i dawni jej członkowie prowadzili dla młodych szkolenia.
Stworzyło ją dwóch młodych ludzi w 1957 r. – Stefan Kosecki, ówczesny asystent na politechnice w Katowicach, i Przemek Górny, student prawa z Warszawy, a przedtem mój kolega z gimnazjum w Płocku. Była to pierwsza po Związku Młodych Demokratów organizacja niepodległościowa, która działała do 1960 r., kiedy w maju na jej zebranie naszła ubecja.
W trakcie seminarium wynikło coś bardzo ciekawego – jednemu z twórców Ligi Prymas Wyszyński powiedział, że do niego przybyli wysłannicy krajowi jak i sowieccy. Obiecywali, co mogli, jeśli na forum Soboru poprze "teologię wyzwolenia", bardzo modną w pogrążonej biedą Ameryce Łacińskiej. Oczywiście Prymas tego nie zrobił, ale dowiedział się, kto stoi za tą "teologią".

Kto walczy w USA z bronią
Po kolejnym ekscesie z bronią nastąpiła eskalacja walki z jej legalnym posiadaniem. Co najciekawsze, powstała panika, że będzie jeszcze trudniej ją posiadać, więc kto chciał ją mieć, szybko sobie jakąś broń kupił.
Okazuje się, że walkę z bronią, a raczej kampanię rozbrojenia obywateli prowadzą głównie liberalne wielkomiejskie koła... żydowskie. Bo właśnie oni jej mają najmniej, a ich przeciwnicy, Anglosasi z reszty USA, mają jej najwięcej.

Koniec wieńczy dzieło
Dowiedziałem się, że w organie Urbana jest ciekawy tekst o Powstaniu Styczniowym, gdzie autor sporo cytuje mego Ojca Ksawerego, który napisał książkę pt. "Margrabia Wielopolski" pokazującą, ile udało się temu arystokracie zrobić dla Polski, co potem zniweczyło powstanie. Kupiłem więc "NIE" i przeczytałem bardzo rzeczowy tekst. W przeciwieństwie do wielu pisze, że margrabia zrealizował to, co potem po klęsce w wojnie z Prusami dali Austriacy Polakom w Galicji. Różnica była tylko w tym, że nie zginęło 10 tysięcy ludzi z elity i kilka razy więcej nie poszło na Sybir, na emigrację oraz Polacy nie stracili majątków, które przejęli Moskale i Żydzi.
Oczywiście przeglądnąłem "NIE", które jest teraz znacznie mniej wulgarne niż 19 lat temu, gdy korespondent z Moskwy napisał o mnie bardzo rzeczowy tekst.

Istotne pytanie
Dowiadujemy się, że LOT ma deficyt rzędu miliarda złotych, w czasie gdy paliwo nagle NIE zdrożało i tragedii na rynku przewozów nie ma. Czemu to się stało i czemu np. PiS nie robi na ten temat rabanu w Sejmie?
Ktoś z LOT-u powiedział mi, że jest on tak zarządzany, by BYŁ wielki deficyt i trzeba było go za psi pieniądz sprzedać. Podobnie zresztą jest ponoć z pocztą i kolejami.

Pogrzeb Prymasa
Tydzień po śmierci kardynała Glempa odbył się Jego pogrzeb w Warszawie, na który przybyło 80 kardynałów i cała świta polityczna Polski z prezydentem i Jarosławem Kaczyńskim. Przez ponad dzień trumna ze zwłokami Prymasa była wystawiona w kościele Sióstr Wizytek, do którego stała kilkusetmetrowa kolejka nie tylko warszawiaków, ale też wielu rodaków z innych miast.
Do samej katedry nie dostało się na mszę pogrzebową co najmniej drugie tyle, ile było w katedrze, a potem zwłoki zostały złożone w podziemiach katedry, gdzie też pochowany jest Prymas Wyszyński.
Rzetelny inaczej "New York Times" też pisał o pogrzebie, ale nie omieszkał kopnąć Polaków, przypominając o tym, że ponoć w Jedwabnem zginęło 1600 Żydów. W odpowiedzi warto im przypomnieć, że w maju 1988 r. Żydzi pobili Prymasa w Nowym Jorku i korzystając z zamieszania, bohater tego znikł.


Aleksander graf Pruszyński