Goniec

Register Login

niedziela, 28 kwiecień 2013 10:59

Wojna i sezon (24)

TraktatRyski

Spod Słonima ruszono do Baranowicz. Tam pewnego wieczoru porucznik Mroczkowski wpadł do pokoju, w którym siedział Tadeusz, z wyciągniętą ręką:

– Winszuję! Nasze wojska zajęły Mińsk.

Radość trwała krótko. Już nazajutrz wiedziano, że oddziały, które zajęły Mińsk, dostały rozkaz wycofania się i że zawarto rozejm. Tegoż dnia, czy może następnego przyszedł rozkaz bezterminowego urlopowania roczników Rudego i Tadeusza. Spakowali manatki i poszli do dowództwa odmeldować się.

Oficerowie eskadry polubili mężnych ochotników i żegnali ich z żalem. Porucznik Mroczkowski starał się skusić Tadeusza do pozostania w wojsku:

– Niech pan nie odjeżdża. Dam panu rangę starszego szeregowca.

Tadeusz podziękował jednak. Miał dość wszy, pleśniejącego na różowo chleba, gulaszu w konserwach, wojenki. Tęsknił do gorącej wanny i cywilnego ubrania. O niczym innym nie myślał, czy też starał się nie myśleć.

Dopiero w wiele dni później przyszła refleksja, że tym zawarciem rozejmu po wycofaniu się ze zdobytego po raz drugi Mińska Rzeczpospolita Polska już postawiła krzyżyk na Mińszczyźnie, na Wielkim Księstwie Litewskim i na własnej historii.

Wojna się skończyła. Tylko kilka babuleniek mińskich i kilka osób mających "wizje" myślało, że rozejm jest tylko rozejmem i że "byle do wiosny", a zdobędziemy Mińsk, Witebsk, Mohylów, a może i Smoleńsk. Tadeusz ani nie zajmował się wizjonerstwem, ani nie obciążał umysłu spekulacjami politycznymi. Po prostu czuł, że się wojna skończyła. Stefan Irteński przywiózł z Paryża piosenkę "Madelon de la Victorie":
Nous avons gagné la guerre...

Polacy uznali, że też wygrali wojnę, i spoczęli na laurach. Jeszcze wtedy formuły o "przegranym pokoju" nie znano.

Straty wojenne Cempścia i ludzi z nim zaprzyjaźnionych nie były duże.

W roku 1919 zginął Henio Roztropowicz. Cudowne ocalenie z masakry we wsi Ławrynowicze nad Dnieprem w maju 1918 nie stało się, niestety, asekuracją na przyszłość. W szarży konnej pod Tarnopolem dostał kulą w brzuch i umarł w męczarniach. Legenda przypisywała mu, że przed śmiercią zwierzył się koledze z miłości do pewnej panienki. Naprawdę jednak ostatnie jego słowa były:

– Dowojowałem się, jebać mać!

O śmierci bohaterskiej Ryszarda Downar-Zapolskiego już pisałem.

W Warszawie Tadeusz dowiedział się o stracie jeszcze jednego przyjaciela. W czasie kontrofensywy polskiej został ciężko ranny Aryk (Apolinary) Krasowski. W kilka dni później umarł w szpitalu w Słonimie. Aryk Krasowski był postacią zasługującą na dłuższe wspomnienie.

W "Dzieciństwie i młodości Tadeusza Irteńskiego" powiedziałem, że było w nim coś z Doriana Greya i coś ze Stawrogina. Taki skrócony "portret psychologiczny" byłby jednak zbyt wielkim uproszczeniem. Miał w sobie niewątpliwie doriangreyowski głód wrażeń, ale na tym się podobieństwo
kończyło: Dorian Grey był wzorem doskonałej urody męskiej – Aryk był zaledwie przystojny. Porównanie ze Stawroginem zawiodłoby nas zbyt daleko: Aryk nie miał w sobie żadnych cech "demonicznych", choć nie ulega wątpliwości, że był amoralny i cyniczny.

Przymiotniki "amoralny" i "cyniczny" są bardzo nadużywane, bardzo elastyczne i dlatego wymagają omówienia. Aryk był amoralny, bo jako ateista nie wierzył w żadne "absolutne" hamulce etyczne – prócz może podyktowanych estetyką – no i uważał, że z inteligencji, urodzenia i środowiska należy do elity, której nie obowiązują kanony moralności pisane dla pospólstwa. Był cyniczny, ale nie w sensie w jakim ciotki mego pokolenia rozumiały cynizm. (Jak wiemy, ciotki te nazywały cynikiem każdego, kto lubił posługiwać się czteroliterowymi wyrazami). 

Był cyniczny o tyle, o ile się zgodzimy na definicję, że cynizm jest naiwnością mądrości. Miał naturę bardzo wrażliwą, a jednocześnie posiadał rzadko spotykane panowanie nad nerwami.

W kronikach Cempścia zapisano ciekawą historię tej arykowej zdolności opanowania nerwów. Zimą 1915–1916 w Petersburgu, w ciągu paru miesięcy symulował paraliż nóg w celu wyłudzenia od rodziców większej sumy pieniężnej. Symulacja udała się znakomicie, pomimo że był pod obserwacją kilku znanych lekarzy, którzy go niemal co dzień badali, kłując, szczypiąc i przypiekając "sparaliżowane" nogi. Ponieważ męstwo i odwaga nie są niczym innym jak tylko posuniętym do najwyższych granic opanowaniem nerwów, był więc niezwykle odważny. Odznaczał się odwagą wojenną i – co nie zawsze, jak wiemy, idzie w parze – odwagą cywilną.

Odwagę cywilną doprowadzał zresztą nieraz do stopnia arogancji, wprowadzając w rozpacz zacnych pogrobowców XIX wieku, którzy narzekali że "dla Aryka nie ma nic świętego".

Po rozbrojeniu korpusu Dowbora nie powrócił do Mińska. Znikł. Zjawił się dopiero w Warszawie pod koniec 1919 roku. Wtedy okazało się, że w ciągu półtora roku zdążył być za granicą. Był w Kijowie pod hetmanem Skoropadzkim i tam kontaktował się z ultrakonserwatywnymi Rosjanami. A później pojechał w jakiejś nikomu nieznanej misji do Anglii, gdzie spędził kilka miesięcy. O tym pobycie w Kijowie rozmawiał z przyjaciółmi bardzo ogólnikowo. Tajemnicę tego okresu swego życia zabrał ze sobą do grobu.

Po przyjeździe do niepodległej Polski wstąpił zaraz do wojska w zdobytym jeszcze przed rewolucją stopniu podporucznika. Z punktu zaczął wygłaszać wśród kolegów oficerów jakieś "niekonformistyczne", podobno nawet antypatriotyczne powiedzenia i żarty, i miał na tym tle kilka spraw honorowych, które z uwagi na toczącą się wojnę zawieszono według znanej już formuły: "aż do powrotu kraju do zupełnie normalnych warunków". Zginął wskutek odniesionych ran na kilka dni przed zawarciem rozejmu. W końcu zimy 1920–1921 Tadeusz przyjął ofiarowane mu stanowisko urzędnika w 8., a później 7. stopniu służbowym – w tworzącym się urzędzie wojewódzkim poleskim i przeniósł się do zrujnowanego, zbiedzonego, odrapanego Brześcia Litewskiego, którego nazwę z pomysłu jakiegoś ultrapatriotycznego półgłówka przefałszowano na "Brześć nad Bugiem".

W Brześciu przemieszkał cały rok. Rok ten nie był ani ciekawy, ani wesoły, zaważył jednak na przyszłej karierze Tadeusza, poznał tam bowiem dwóch naprawdę rozumnych i zdolnych administratorów polskich (a jak wiemy, Opatrzność nas na ogół pokarała "przywódcami"): pierwszego wojewodę poleskiego pana Walerego Romana i naczelnika wydziału pana Włodzimierza Dworakowskiego.

Z długich miesięcy ciężkiej i nudnej pracy w Brześciu Tadeuszowi pozo-stało w pamięci kilka oderwanych epizodów. A więc polowanie na kaczki wzdłuż szuwarów Muchawca. A więc strażnik sowiecki w kożuchu z długim karabinem po drugiej stronie granicznej Słuczy koło wsi o dźwięcznej a pradawnej nazwie Lenin. "Niech pan na niego nie patrzy – złościł się na Tadeusza wojewódzki komendant policji Władysław Władysławowicz Galle – ten drań gotów wystrzelić"... (Był to ten sam Galle, który ongi jako policmajster Wyspy Wasiljewskiej, tzw. Bazylówki, w Petersburgu zyskał szacunek studentów za taktowne "uśmierzanie" rozruchów studenckich; tenże Galle mówił Tadeuszowi w Brześciu, że tylko o rok wcześniej był jakimś dygnitarzem przy armii Wrangla na południu Rosji. "O jak przeklinaliśmy was Polaków za przedwczesne zawarcie rozejmu z bolszewikami" – powiadał). Zapamiętał też Tadeusz napisy na stacjach kolejowych "Brudne ręce to cholera", no i nie mógł zapomnieć oczekiwanej wprawdzie, nie mniej ponurej wiadomości o ratyfikacji zawartego w Rydze traktatu.

Są wśród nas tacy, co twierdzą, że wszelkie rozmyślania nad faktami, które już się dokonały, są marnowaniem czasu. Że są zajęciem nie tylko bezpłodnym, lecz i szkodliwym, bo zaciemniają trzeźwe spojrzenie w przyszłość i rozjątrzają rany, które muszą być zabliźnione i zapomniane. Tego rodzaju nieskomplikowana filozofia jest może słuszna, gdy chodzi o świat psychiczny jednostki – słuszna oczywiście tylko częściowo, jednostka bowiem nie może być wolna od wspomnień: wspomnienie w życiu psychicznym jednostki jest faktem realnym, podobnie jak oddech, trawienie, krążenie krwi są faktami realnymi w jej życiu fizycznym.

Ale w życiu społeczeństw i narodów filozofia oderwania się od przeszłości jest z gruntu błędna. Historia, zwana mistrzynią życia, chociaż jak dotąd nigdy nią nie była, jest tym dla narodu, czym jest wspomnienie dla jednostki. Nie ze zwycięstw, ale z porażek czerpiemy naukę na przyszłość. W życiu narodu, to znaczy w życiu wielu pokoleń – w przeciwieństwie może do życia jednostki – nie istnieją rzeczy, które by były nie do odrobienia. Toteż gdy w porywach "imperializmu sentymentalnego" wybiegamy z Tadeuszem Irteńskim myślą i wspomnieniem nie tylko nad Wilię, Niemen, Szczarę i Słucz, lecz i nad Ptycz, Dźwinę, Berezynę, Druć i Dniepr, rozmyślamy nad traktatem ryskim, jako nad jednym ze źródeł wszelkiego zła, które nas dotknęło i dotyka.

Po wojnie 1920 spotkała nas "szalona okazja". Spotkał nas cud, choć nie był to jakiś "cud nad Wisłą", lecz cud, że po upływie stuleci trzy sąsiednie potęgi zostały pobite lub osłabione. Na taką okazję państwa i narody czekają nieraz na próżno, przez długie i mroczne stulecia swych dziejów.
Nie wyzyskaliśmy tej okazji. Dobrowolnie zrzekliśmy się spuścizny jagiellońskiej. Dobrowolnie oddaliśmy wrogowi wschodniemu ćwierć miliona kilometrów kwadratowych ziemi i kilka milionów mieszkańców. Nie oskarżajmy jednostek, były one bowiem tylko marionetkami, choć im się zapewne zdawało, że tworzą historię. Kukiełki te poruszały się na scenie historycznej targane mocnymi, choć niewidzialnymi sznurkami nastrojów społeczeństwa. Nie oskarżajmy kukiełek, bo zawiniliśmy wszyscy.

Zgrzeszyliśmy – wszyscy razem i każdy z osobna – krótkowzrocznością, małodusznością, tchórzliwym milczeniem, brakiem wyobraźni politycznej. Nasi statyści ówcześni w Warszawie i w Rydze zgrzeszyli od nas o tyle więcej, że postawieni w niemiłą rolę kozłów ofiarnych stworzyli całą doktrynę ratowania czół zhańbionych w Rydze.

Apologetycy ryscy chełpili się racją stanu i "wstrzemięźliwością". Oddanie bez walki wielkiego terytorium z kilku milionami mieszkańców poczytane zostało za wielką mądrość polityczną. A wszak każde cofnięcie się jest porażką! To tylko w prozie artystycznej istnieje figura poetycka o lwie, który się cofa dla nabrania przestrzeni do skoku. Przede wszystkim w życiu żaden lew się nie cofa: po prostu skacze i dzierży zdobycz, chyba że mu ktoś mocniejszy odbierze tę zdobycz siłą. Po drugie nikt z nas nie zamierzał "skoczyć". A jednak obłudny i płaczliwy mit o naszej "wstrzemięźliwości" nie tylko pokutował w okresie dwudziestolecia, lecz ostał się – a nawet rozwinął – do naszych czasów. Ostał się bowiem z tragiczną poprawką, że z linii traktatu ryskiego cofamy się już na "linię Curzona".

Drugi argument apologetyków hańby ryskiej wygląda na pierwszy rzut oka solidniej. Argument ten głosi, że postąpiliśmy mądrze, oddając bolszewikom ziemie między Słuczą a Dnieprem, gdyż nasz młody organizm nie zdołałby "przetrawić" tego obszaru. Ten argument zapożyczony z dziedziny funkcjonowania przewodów pokarmowych i organów trawienia byłby słuszny, gdybyśmy mieli zamiar (a kto wie, ilu z nas go nie miało!) obszary te anektować i polonizować. Istotnie bowiem żarłoczne aneksje mogą stać się przyczyną śmierci państwa z przejedzenia.

Ale czy naród polski, sam przez sto kilkadziesiąt lat walcząc z niewolą, nie był tym narodem, który rzucił hasło "Z waszą i naszą"? Czy nie było innego sposobu współżycia z Białorusinami prócz inkorporacji i polonizacji?... I tak – w nawiasie – czy pomyśleliśmy o tych, których nie trzeba było polonizować, bo byli już od wieków spolonizowani, o tej dzielnej, twardej, pracowitej szlachcie zagrodowej i zaściankowej, o tym milionie Michniewiczów, Tumiłowiczów, Huszczów, Kandybów, Szpilewskich, Czarnyszewiczów i tylu, tylu innych, którzy w pierwszej kolejce poszli pod nóż lub na tułaczkę do tundr Karelii lub kopalń Uralu? Bez echa i rozgłosu, bez rozdzierania szat przez obłudną prasę, bez łezek współczucia ze strony różnych obrońców praw człowieka, bez opieki UNRR-y czy UNO powędrowały setki tysięcy tych pierwszych w dziejach współczesnego świata "displaced persons" na śmierć i poniewierkę. Opustoszały zagrody, zaścianki i "okolice" – zrównane z ziemią lub zmienione w kołchozy.

Nie oskarżajmy naszych ówczesnych dyplomatów ryskich. Zawiniliśmy wszyscy, bo wszyscy milczeliśmy. Głupsi spośród nas przyjęli traktat ryski
jak gołębicę trwałego pokoju. Mądrzejsi – jako dopust Boży, który jednak zsyłał czasową "pieredyszkę". Ale i mądrzejsi milczeli. Milczała prasa, milczał sejm. A gdy w dniu ratyfikacji traktatu padło w sejmie – nie z trybuny, lecz z galerii! – straszne słowo "Kain", zbyto je drwiną lub gorszym od drwiny milczeniem.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 26 kwiecień 2013 19:21

Nowe pismo

pruszynskiOd kilku miesięcy ukazuje się nowy prawicowy dwutygodnik pt. "Prawda jest ciekawa" – Gazeta Obywatelska – wydawany przez Kornela Morawieckiego we Wrocławiu. Ma przyjemną szatę graficzną i 24 strony. Sprzedaje się głównie na Dolnym Śląsku, gdzie jak wiadomo, była baza Solidarności Walczącej. Niestety, wiele przedruków w tym w numerze wielkanocnym, wywiad z panią Jadwigą Staniszkis, która mocno krytykuje Tuska, pisząc, że nie ma wizji strategicznej Polski, nie ma pomysłu na walkę z bezrobociem, biedą, niedożywieniem dzieci czy katastrofą demograficzną. Swym gabinetem, dodaje pani profesor, zarządza przez strach.

niedziela, 21 kwiecień 2013 00:21

Wojna i sezon [23]

W Wilnie panowie Osmołowski i Iwaszkiewicz wydawali ustawy. W okręgu mińskim stosował je pan Władysław Raczkiewicz, "kochany pan Władek", lubiany przez podwładnych i ludność, umiejący dyplomatycznie współistnieć z najtęższą administracją pod słońcem – z administracją wojskową.

Na Treku orkiestra wojskowa gra nie tylko walce i potpourri z oper i operetek, ale i Pierwszą Brygadę. Uroczej blondynce Rozie Czornej i jej przyjaciółce rudowłosej Fani Perelman asystują oficerowie i urzędnicy.

Wieczorem kartograjstwo i pijaństwo w Klubie Obywatelskim. Miodowe miesiące polskiego panowania w Mińszczyźnie płyną. Tadeusz i inni mińczucy mający swe strony rodzinne za lewem brzegiem Berezyny wierzą, że wcześniej czy później wojska polskie rozpoczną dalszą ofensywę i oswobodzą od bolszewików całą Białoruś – do Dniepru. Zresztą na odcinku Jakszy linia frontu bolszewickiego nie przebiega nad samą rzeką, lecz gdzieś głębiej na wschodzie. Szlachta borsuczyńska swobodnie przechodzi na stronę polską i z powrotem. Od jednego z szlachciców Irteńscy dowiadują się, że dwór w Baćkowie stoi cały. A Tadeusz słucha ze wzruszeniem, że szlachcic ten widział gończego Zagraja, którego ktoś musi karmić – może furman Józef albo leśnik Aleksander? – bo wygląda dobrze.

(Nie wiedzieliśmy wtedy, że spokój a właściwie zastój na froncie berezyńskim był skutkiem przerzucenia przez bolszewików niemal wszystkich sił na
fronty wewnętrzne – na walkę z Kołczakiem, Denikinem i Wranglem. Stało się to podobno nie bez cichej zgody naczelnego dowództwa polskiego).

Gdy w maju przychodzi wieść o zdobyciu Kijowa, istny szał ogarnia społeczeństwo mińskie. Na placu Katedralnym biskup Łoziński celebruje dziękczynną mszę polową...

Każdy sen ma jednak to do siebie, że jest krótki. Już w końcu maja bębni pierwszy dzwonek: rajd bolszewicki na Głębokie. A w lipcu zaczyna się panika. Pułkownik Szemet uspokaja Irteńskich, że nie ma powodu do paniki, skoro on – dowódca okręgu etapowego – ani myśli z Mińska wyjeżdżać. Jednak w kilka godzin później służąca przybiega do pani Irteńskiej z wiadomością, że pułkownik z ordynansem spakowali walizki i wynieśli się cichaczem. Pan Irteński ma obiecany wagon i pakuje skrzynie z obrazami, meblami, brązami, porcelaną. Skrzynie są opakowane fachowo przy pomocy antykwariusza pana Rapaporta.

Na każdej z nich szerokie pasy papieru z drukowanym napisem "Zbiory Kazimierza Ipohorskiego-Irteńskiego". Wszystkie te skrzynie pozostały na peronie dworca, bo żadnego wagonu nie było. Po ulicach natomiast ciągnęły w kierunku zachodnim sznury ciężarówek, wozów i furmanek naładowanych z czubem stołami i stołkami kuchennymi. Pan Irteński dziękował Panu Bogu, że mu się udało wcisnąć samemu do jakiegoś przepełnionego wagonu towarowego, pozostawiając bezcenne skrzynie na pastwę bolszewików lub ognia.

Mińsk bowiem płonął. Z lipcowego nieba bez jednej chmurki spływał na miasto żar. A tu i ówdzie w dzielnicach domów drewnianych ku niebu wiły się czarne dymy. Czasem widać było niedalekie języki pomarańczowego ognia. Ewakuacja odbywała się w upale i wśród pożarów. Białorusko-sowieccy historiografowie Mińska napiszą później, że to "białopolacy" pod-palili miasto rozmyślnie. Nonsens oczywisty. W środku wysuszonego na pieprz lata, wśród paniki, rozgardiaszu i tłoku na ulicach, gdy straż ogniowa nie mogła się przepchać przez zatłoczone ulice, byłoby raczej dziwne, gdyby nie było pożarów. Zresztą autor tej kroniki wie od ludzi, którzy mieszkali w Mińsku w latach 1921–1922 pracując w komisji granicznej, że Mińsk bardzo mało ucierpiał w czasie tych pożarów ewakuacyjnych: spłonęło kilkanaście domków drewnianych i kilka składów.

Ale w atmosferze popłochu i ucieczki, pod palącym niebem lipcowym te czarne dymy i czerwone języki ognia robiły wrażenie trochę niesamowite.
Z tych dni ewakuacyjnych Tadeuszowi utkwiły w pamięci dwa epizody.

Po ulicy Zacharzewskiej trąbiąc i wymijając wozy i furmanki, pędzi samochód Raczkiewicza. A na rogu stoi jakiś starszy prosty człowiek, jakiś właściciel domku na Lachówce czy Komarówce. Patrzy na oddalający się samochód Raczkiewicza, a po twarzy płyną mu łzy.

Drugi epizod. Nie bez trudu znalazł Tadeusz miejsce w wagonie towarowym. (Tu trzeba nadmienić, że każdy z członków rodziny Irteńskich uciekał indywidualnie, nie wiedząc o losach pozostałych). Jechał na czczo, nie miał ze sobą żadnej żywności, ale w nieszczęściu zdarzyło się szczęście – dostał krwawej biegunki i w ciągu trzech dni miał wstręt do wszelkiego jadła. A stacje, które mijali, były oczywiście doszczętnie ogołocone ze środków żywności.

Spod kół wagonu wznosił się kurz, kłęby kurzu wisiały nad wijącym się wzdłuż toru traktem, po którym nieprzerwanym łańcuchem posuwał się exodus: piękne powozy i wolanty zaprzężone w czwórkę koni, zwykłe bryczki, furmanki, wozy drabiniaste...

Tadeusz osłabiony nieustannym oddawaniem stolca złożonego przeważnie ze śluzu i krwi półleżał na jakimś twardym worku i był na wszystko zobojętniały.
W sąsiednim wagonie jechało kilkunastu żołnierzy z pułku poznańskiego – wojska zapewne bardzo dzielnego w boju, ale niesfornego poza służbą, słynnego z grabieży, nękania ludności cywilnej, bicia Żydów. Zachowywali się krzykliwie i po chuligańsku. Do wagonu ich trafił żołnierz Żyd z jakiegoś innego pułku. Zaczęli się nad nim znęcać: śmieli się z niego, nasuwali mu rogatywkę na oczy, szczypali go, udawali, że go chcą zakłuć bagnetem. Żyd znosił to wszystko w milczeniu, ale z biegających oczu można było zgadnąć, że jest bliski obłędu. W czasie jakiegoś postoju w polu przed zamkniętym semaforem jeden z Poznańczyków chlusnął na Żyda z bańki z benzyną, a drugi sięgnął po zapałki mówiąc, że go podpali. Tego już biedak nie mógł wytrzymać. Wyskoczył z wagonu i zaczął biec na oślep w kierunku łanu zieleniejącego żyta.

– Dezerter! Zdrajca! Szpieg bolszewicki! – zaczęli wrzeszczeć Poznańczycy.

Szczęknęły zamki karabinów i huknęło kilka strzałów. Żyd nie zdążył dobiec do łanu żyta i upadł kopiąc murawę nogami. W minutę później rozległ się gwizd parowozu i pociąg ruszył dalej.

 

Rozdział XIII
CUD NAD WISŁĄ

Gdy Tuchaczewski rozpoczął swą ofensywę, zarówno wojska cofające się znad rzeki Auty i Berezyny, jak cywile opuszczający okłębiony czarnymi dymami Mińsk nie przypuszczali, że fala odwrotu dopłynie do Warszawy. A jednak tak było. Poeta Słoński, autor w r. 1914 "Tej co nie zginęła", wołał teraz trochę płaczliwie: "O ludzie, już nie o Wilno, lecz o Warszawę się bijem!". Poeta trafił w sedno: o Warszawę należało się bić. A o Wilno?

O Wilno to już babka na dwoje wróżyła. A o Mińsk babka nie stawiała nawet kabały.

W ciepłej nocy sierpniowej, gdy gwar uliczny milknął, słychać było na Smolnej głuchy, bardzo daleki pomruk od strony Pragi. Na chodnikach zjawiły się napisy "Idź na front!". Kamil Mackiewicz malował plakaty.

Na jednym z nich żołnierz z twarzą Kamila pochylał karabin, a napis wołał:

"Hej, kto Polak, na bagnety!". Tadeusz z Rudym wstąpili na ochotnika do 19. eskadry lotniczej myśliwskiej, paradowali w mundurach z żółtymi kołnierzami, jeździli urzędować do koszar na Mokotowie, mieszkali prywatnie w mieście, jadali kolacje w "Asturii" na Nowym Świecie, gdzie wtedy przy stoliku pisarsko-dziennikarskim prezydował Kornel Makuszyński, jeden z filarów endeckiej "Rzeczpospolitej". O nim to śpiewano na nutę Rozmaryny w jednym z kabaretów:

Rzeczypospolito rozwijaj się (bis)!
Pójdę do Astorii,
Tam usiądę w glorii...

Razu pewnego do sali, która była na piętrze, doleciał z dołu łomot i wielki wrzask kilkudziesięciu głosów kobiecych. Na sali powstało zamieszanie. Kelnerzy biegali zaaferowani. Goście w ubraniach cywilnych wyraźnie pobledli. Co się stało? Tłum kobiet dobija się, bo chcą się rozprawić z cywilami, którzy nie idą na front. Ochotnicy umundurowani, lub tacy co przynajmniej mieli wpiętą w klapę marynarki czerwono-białą kokardkę ochotniczą, siedzieli sztywni i pozornie obojętni, choć też czuli się nieswojo. A jeden z bladych cywilów wstał i przygarbiony zaczął krążyć między stolikami, jakby szukając wyjścia pod ziemię.

Wreszcie tumult ucichł.

Właściciel "Asturii" potrafił jakoś przekonać wojownicze kobiety, że na sali nie ma tchórzów, a tylko dzielni obrońcy ojczyzny. Kto wie – może owego wieczoru wśród gości na sali był gdzieś Julian Tuwim i może ten wrzask kobiet szturmujących "Asturię" natchnął go w 9 lat później do użycia zwrotu o "stadzie dzikich bab"?

W Warszawie robiło się coraz goręcej. Wieczorami pomruk artylerii za Pragą był zupełnie wyraźny. Pod Radzyminem, prowadząc swój batalion po raz dwudziesty do kontrataku, poległ przyjaciel Tadeusza i dokooptowany członek Cempścia kapitan Ryszard Downar-Zapolski, z którym jeszcze tak
niedawno popijało się w restauracji Europejskiej w Mińsku. Ryszard wstąpił praporszczykiem do armii rosyjskiej w roku 1914 i trzy lata bez przerwy przesłużył w pierwszej linii okopów. W roku 1917 miał już na piersi dwa biało emaliowane oficerskie krzyżyki św. Jerzego. Potem był u Dowbora.

W ciągu sześciu lat omijały go kule i nie był nawet draśnięty. Był szczupły, suchy, odznaczał się niesłychaną siłą fizyczną i ogromną łagodnością charakteru.
Wieczorem po na pół pustych Alejach Ujazdowskich szły tramwaje z rannymi i migał otwarty samochód, a w nim szarobłękitna kurtka zasępionego Piłsudskiego.

A potem nadszedł Cud Wisły. Mam wrażenie, że te słowa "cud Wisły" czy też "cud nad Wisłą" powstały niejako automatycznie i bez żadnej ukrytej myśli. Były po prostu naśladowaniem będącego wciąż w świeżej pamięci Cudu Marny. Skoro Paryż ocalał dzięki cudowi nad Marną, to dlaczego Warszawa – ten "mały Paryż" – nie może być ocalona dzięki cudowi nad ukochaną szarą Wisełką? Zaledwie jednak słowa "cud Wisły" zostały wypowiedziane, już podstępne myśli rozpoczęły gorączkową pracę. Chodziło o odebranie laurów zwycięstwa Piłsudskiemu. Próbowano zwalić zwycięstwo na generała Weyganda, ale generał nie zechciał grać roli nadwiślańskiego cudotwórcy. Tedy puszczono wersję, że zwycięstwo sierpniowe nad bolszewikami było dziełem Boskiej interwencji. Wersja ta bardzo odpowiadała nastrojowi Polaków skłonnych do tego, co p. Jan Kowalik nazwał "szamanizmem narodowym". Szamanizm ten nie opuścił nas na emigracji: na łamach pewnego czasopisma wydawanego w Londynie pewien b. oficer wysokiej rangi wskrzesił go w artykule "Cud nad Wisłą" w czterdzieści lat po bitwie warszawskiej.

19. eskadrę lotniczą myśliwską zwano "cyrkiem Mroczkowskiego", gdyż dowodził nią porucznik nazwiskiem Mroczkowski, a w Warszawie był ongi cyrk Mroczkowskiego. Eskadrę przeznaczono dla obrony stolicy.

Po cudzie nad Wisłą, gdy fala bolszewików została odrzucona daleko na wschód, eskadra powinna była ruszyć z Warszawy w ślad za oddalającym się frontem. Porucznik Mroczkowski zwlekał jednak i dopiero w początku września eskadrę załadowano na pociąg. Pobyt eskadry na froncie nazwany przez Rudego "kampanią turecką" obfitował w szereg zabawnych epizodów, których opisywanie zajęłoby zbyt dużo miejsca. Tu wspomnę tylko, że Tadeusz i Rudy zaprzyjaźnili się z sierżantem Taszarkiem z Poznańskiego.

Z inicjatywy Taszarka odbyła się w okolicach Brześcia w łozach nadbużańskich obława na "zdziczałą" krowę. Mięso tej krowy było cennym nabytkiem dla eskadry karmionej w ciągu wielu dni obrzydliwymi konserwami i jeszcze obrzydliwszym chlebem.

W Brześciu eskadra zmotoryzowała się i ruszyła w stronę Prużan trakcją samochodową. Nawet kuchnia była zmotoryzowana i pewnego wieczoru wiadomość "kuchnia puściła" ogromnie zelektryzowała całą eskadrę.

Najdłuższy postój był w pięknym, lecz zapaskudzonym i zawszonym przez bolszewików dworze Drewiańczyce pod Słonimem, własności pp. Ordów. Tam łażąc po zaśmieconych pokojach, oglądając kupy odchodów sołdackich nie tylko na posadzkach, lecz nawet na klawiaturze fortepianu,Tadeusz z Rudym znaleźli kilka porzuconych gazet i tygodników sowieckich. W jednym z nich była karykatura Piłsudskiego z obwiązaną spuchniętą twarzą i napisem: "Józef I Piłsudski, król polski, granice roku 1772 wypisała mu na gębie czerwona armia". A w drugim wierszyk, z którego Tadeusz zapamiętał urywki:

Pust' Padierewskżj złobno łaja
Na pomoszcz Klemanso zowiot.
No włast' sowietow trudowaja
I etich psow s ziemli smietiot.
Wojska sowieckije kak ława
Smietut wsio nieczist' nawsiegda.
I budiet krasnoju Warszawa
1 wsie ziemnyje goroda.

Opublikowano w Lektura Gońca
sobota, 20 kwiecień 2013 19:57

Rajd na Jasną Górę

pruszynskiWiktor Węgrzyn, który 15 lat temu powrócił z Chicago do Warszawy, organizuje od 13 lat Międzynarodowy Rajd Motocyklowy do Katynia i innych miejsc kaźni Polaków na wschodzie, w dniach 13-14 kwietnia zorganizował 19. zlot motocyklowy w Częstochowie.

Przybyło do 20 000 motocyklistów z całej Polski, w tym kilka pań – amazonek i kilku Węgrów, którzy wyróżniali się flagami narodowymi, a jeden strojem węgierskich bojowników z X wieku.

Pierwszym punktem programu było spotkanie w sali Ojca Kordeckiego na Jasnej Górze, na którym było kilkuset motocyklistów. Przybył sam prezydent miasta Częstochowy, tłumacząc się za zeszłoroczny skandal polegający na zezwoleniu dwóm grupom zjechania się na raz, co spowodowało, że motocykliści pod wodzą Wiktora pojechali do sanktuarium Matki Boskiej na Mazurach. Na zakończenie podzieliliśmy się jajkami i życzyli sobie szerokiej drogi.

sobota, 13 kwiecień 2013 00:15

Wojna i sezon [22]

Opowiadano też o innych sprawkach tych panów. Otóż raz zjawili się u pani Wandy Eynarowiczowej, ciotki Tadeusza, z wekslem jej syna Stanisława na sumę 500 rubli wystawionym za dług karciany. Pani Wanda była osobą oszczędną, więc oświadczyła, że długów karcianych syna nie płaci. Wtedy pan Kawka:

– A więc robię pani prezent z tych głupich 500 rubli!

To mówiąc podarł weksel na strzępy. Pani Wanda, Dederkówna z domu, była ostrożna i oszczędna, ale posiadała też odziedziczoną dumę rodową.
Spłonąwszy rumieńcem gniewu rzuciła w twarz panu Kawce "głupią" sumę 500 rubli. Pan Kawka pieniądze przyjął, ale w parę tygodni potem weksel na sumę 500 rubli z podpisem Stanisława Eynarowicza – tym razem weksel autentyczny – został odesłany do protestu.

Tadeusz był świadkiem historii świadczącej, że opowiadanie o zawodowym szulerstwie panów Kawki i Węgłowskiego miało podstawy. Pan Kazimierz Wołodkowicz z Iwańska uchylił się od podania ręki panom Kawce i Węgłowskiemu. Wielce oburzeni posłali mu sekundantów. Pan Kazimierz
oświadczył sekundantom:

– To znani żulicy i szulerzy i sprawy honorowej z nimi mieć nie mogę. Sekundanci złożyli swe mandaty i sprawa honorowa na tym utknęła. Mimo to jednak dawni znajomi utrzymywali nadal przyjazne stosunki z panami Kawką i Węgłowskim – może z racji ich pięknych i miłych żon?

– A pan Kazimierz Wołodkowicz chodził po Warszawie z aparatem fotograficznym, ponieważ, jak powiadał:

– Lubię fotografować pięknych istot.

Życie Cempścia na Sewerynowie nie polegało wyłącznie na rozpuście lub na ciemnych, a w najlepszym razie niejasnych interesach. Spragnieni pożywienia dla duszy chodzili pilnie do teatru. Wystawiona w "Rozmaitościach" sztuka Stefana Biedrzyńskiego "Pocałunek wojny" szczególnie ich poruszyła. Sztuka ta miała swe dzieje nieznane nie tylko przeciętnym bywalcom teatralnym, ale i zawodowym teatrologom. Aby te dzieje zrozumieć, trzeba jak się w klasycznych powieściach pisało, cofnąć się wspomnieniem o kilka lat wstecz.

Na całą Litwę słynęła Bielica guberni mohylowskiej, należąca do pana Karola Świackiego. Sława tego dworu przekraczała zresztą granice zaborów, zwłaszcza że żona pana Karola, Donimirska z domu, była rodem z Pomorza. Dobra Bielica – Krupka – Hurzec z wielu folwarkami słynęły przede wszystkim ze wzorowego gospodarstwa rolnego, z hodowli krów rasowych, z wielkiego na owe czasy uprzemysłowienia. W dobrach tych były gorzelnie, młyny, tartaki, mleczarnie, fabryka drewienek do zapałek.

Niektóre z tych zakładów były nawet zelektryfikowane! Dziesiątki praktykantów, tj. studentów lub absolwentów wyższych uczelni rolniczych, przeszło przez Bielicę, kształcąc się pod kierownictwem pana Karola i jego administratorów. Ale Bielica zasłynęła jako najdalej na wschód położone "centrum polszczyzny" – ognisko kultury zachodniej usadowione niby fortalicja niedaleko ściany smoleńskiej. Pan Karol założył u siebie szpitale, ochronki, szkółki – najpierw tajne, a od wojny 1914 jawne.

Korespondencja z Bielicy wychodziła na papierze listowym ozdobionym secesyjną winietką z napisem: "Mohylowska oświata – światło niosę mojemu ludowi".

Każdego lata dwór huczał od zjazdu młodzieży płci obojga – krewnych, powinowatych, przyjaciół oraz niezamożnych studentów, pisarzy i artystów potrzebujących odpoczynku na wsi. Odbywały się bale, baliki, zawody sportowe, wieczory wokalno-literackie, teatry amatorskie. Przed wojną zbierała się w Bielicy młodzież nie tylko z okolicy, nie tylko z całej Litwy, ale również z Królestwa, Pomorza, Poznańskiego i Galicji. Po wybuchu wojny 1914, a zwłaszcza po porażce rosyjskiej latem 1915 i napływie fali wygnańców, Bielica i przyległe folwarki pęczniały od "uciekinierów", którzy w gościnnych progach pana Karola znaleźli schron, wikt i opierunek.

W gronie uchodźców z Królestwa znalazł się pan Stefan Kiedrzyński, średniej miary autor paru książek i sztuk scenicznych. Zamieszkał w Bielicy, która już była zapełniona do ostatecznych granic pojemności. Zdarzyło się, że do Bielicy zawitali krewni pana Karola i to krewni nie byle jacy: staruszka ciotka pana Karola Maria Górecka, z domu Mickiewiczówna (córka Adama), i Teodor Dydyński, ostatni żyjący profesor warszawskiej Szkoły Głównej, z żoną. Nie wiedząc, gdzie i jak ich rozlokować, zwrócił się do kilku młodych gości z uprzejmą prośbą, czy by nie byli łaskawi przenieść się – choćby czasowo – do jednego z folwarków i w ten sposób oswobodzić pomieszczenie dla przybyłych krewnych. Młodzi ludzie zgodzili się bez szemrania – z wyjątkiem pana Kiedrzyńskiego. Ten uznał propozycję pana Karola za osobisty afront, obraził się i opuścił Bielicę "z trzaskiem".

Pan Karol wzruszył ramionami. Może by jednak nie wzruszał ramionami, gdyby był czytał powieść "Sławny człowiek" Włodzimierza Perzyńskiego i wiedział, że życie lubi czasem naśladować literaturę, no i że nie zawsze bezpiecznie jest żegnać ludzi pióra wzruszeniem ramion. 

W powieści Perzyńskiego autor sztuki teatralnej dostaje dyskretną łapówkę w kwocie 500 rubli za cenę zaprzestania pisania felietonów mogących skompromitować panienkę z dworu ziemiańskiego, który parę miesięcy przedtem podejmował gościnnie "sławnego człowieka".

W wypadku pana Kiedrzyńskiego analogia z literaturą nie jest ani pełna, ani zakończona. Pan Kiedrzyński nie był sławny – był zaledwie "znany" – żadnej panienki nie skompromitował i, co najważniejsze, ani 500 rubli, ani żadnej innej sumy nie dostał. Ale w trzy lata później napisał sztukę "Pocałunek wojny". Akcja dzieje się w bogatym dworze kresowym w okresie rewolucji bolszewickiej. Dwór żyje jak na wulkanie, czekając lada chwila wtargnięcia zbolszewiczałego motłochu i pogromu. Właściciel majątku (Owerło), dusigrosz rozprawiający o zarobkach ze sprzedaży "tuczonych kabanów", snob przechwalający się pokrewieństwem z Radziwiłłami, myśli tylko o groźbie strat materialnych i o własnej skórze. Jest ojcem pięknej córki (Szylinżanka), która się podkochuje w bawiącym we dworze uchodźcy z Warszawy (Węgrzyn).

Dwór jest oblegany przez wzburzony motłoch. Wymowny Węgrzyn umie jednak jakoś uspokoić zbuntowane chłopstwo (przez okno), ale zostaje śmiertelnie ranny strzałem z tłumu. Umiera bardzo powoli opłakiwany przez piękną dziedziczkę. Sztuka kończy się efektownie: w blaskach świtu ukazuje się w środkowym oknie sylwetka żołnierza niemieckiego w hełmie stalowym. Na scenę, na której umiera Węgrzyn, wchodzi właściciel z okrzykiem: "Bardzo dobra wiadomość: otrzymaliśmy przepustkę do Warszawy".

Pomijając takie błędy, jak np. że żaden ziemianin na Litwie nawet nie myślał o przepustce do Warszawy zaraz po przepędzeniu bolszewików przez wojska niemieckie i wiele innych drobnych usterek, trzeba przyznać, że sztuka została przez Kiedrzyńskiego pomyślana chytrze. Pan Karol nie mógł mieć osobiście pretensji, bo nie miał córki, ale tylko syna jedynaka i ponieważ jako purysta polski nie mógł mówić o "kabanach". Ale ta chytrość była wyjątkowo podła, bo rzucała cień na całe ziemiaństwo litewskie.

Możliwe, że na wielkim obszarze między linią frontu a Dnieprem mógł się znaleźć wśród tysięcy dworów taki lub inny dwór, w którym "uciekinierów" przyjęto niezbyt gościnnie. Na ogół jednak dwory litewskie po prostu przesadzały w gościnności. Z gościnności tej korzystała nie tylko inteligencja, ale i chłopi-wygnańcy, którzy dostawali pracę, dach nad głową i szkołę polską dla dzieci.

Cempść wysłuchał sztuki spokojnie i tylko ryknął chóralnym śmiechem, gdy Owerło grający ziemianina-kułaka oświadczył:

– Wszak przez Świętorzeckich jesteśmy krewni Radziwiłłów.

W antrakcie członkowie Cempścia kolejno winszowali paranteli Tadeuszowi, którego matka była Świętorzecka z domu. W pierwszych dniach
sierpnia wojska polskie zajęły Mińsk.

Mińczuków ogarnął szał radości. Biegali po przepustki, pakowali walizki. Tylko Irteńscy chodzili zatroskani. Na parę dni przed opuszczeniem Mińska bolszewicy aresztowali i wywieźli na wschód kilkadziesiąt Polaków i Polek jako "zakładników". W liczbie tych zakładników znalazła się pani Irteńska. Znajomi Żydzi ostrzegali ją, że może być zaaresztowana, więc za mieszkała na przedmieściu w domku dawnego lokaja. Ale dowiedziawszy się, że Jadwinia nie daje sobie rady z ciężko chorym na dyzenterię synkiem, przyszła do domu późnym wieczorem i trafiła w ręce patrolu bolszewickiego. Jadwini z umierającym synkiem i 90-letniej babuni Irteńskiej bolszewicy nie ruszyli. Dopiero w 21 i 22 lata później nabrali odpowiedniej wprawy w deportowaniu i wywozili w bydlęcych wagonach bez różnicy – zarówno starców osiemdziesięcioletnich jak i niemowlęta. Panią Irteńską w towarzystwie pań Zenaidy Brzostowskiej z córką Eugenią, Józefowej Święcickiej z trzema córkami i Jadwigi z Kaszyców Januszkiewiczowej oraz panów Adama Żabę, Maksymiliana Malińskiego, Włodzimierza Dworzaczka i profesora Mariana Massoniusa wsadzono "z komfortem" do wagonu trzeciej klasy i powieziono do Smoleńska. Na jednej ze stacji za Borysowem żołnierz wywołał z wagonu pana Adama Żabę, znanego mińskiego działacza społecznego i politycznego. Pani Irteńska widziała przez okno, jak pana Żabę dwaj żołnierze wyprowadzili za budynki stacyjne. Rozległ się strzał.

Wkrótce pociąg ruszył dalej – już bez pana Żaby.

W Smoleńsku zakładników osadzono w więzieniu. Pani Irteńska zachorowała na tyfus plamisty. Wyżyła dzięki oddanej i serdecznej opiece dr. Erdmanowej. A już toczyły się w Borysowie pertraktacje o wymianę zakładników. W styczniu powracające z niewoli smoleńskiej ofiary deportacji witano uroczyście na dworcu.

Tadeusza znudziły "interesy", skorzystał z oferty złożonej mu przez pana Jana Dynowskiego, wuja Koka Proszyńskiego, i przeniósł się do Mińska,
aby rozpocząć służbę w Zarządzie Cywilnym Ziem Wschodnich. Dostał posadę sekretarza poufnego, pana Dynowskiego, który był komisarzem miasta Mińska. Otrzymał 9. stopień służbowy, parę tysięcy marek poborów i "deputat", w którego skład wchodziło m.in. kilka funtów białej jak śnieg mąki amerykańskiej. Wkrótce wprowadzono nieoczekiwany system wypłaty poborów. Pobory – zasadniczo miesięczne – wypłacano nie co miesiąc, ale co 20 dni: 1., 20., 10., 1. itd.

Naczelnikiem okręgu mińskiego, czyli wojewodą, jest pan Władysław Raczkiewicz – pierwszy wojewoda miński od stu kilkudziesięciu lat. Robi fantastyczną karierę. Jeszcze niedawno nosił mundur podporucznika i dzięki protekcji zacnego generała Gawriłowa nie poszedł na front, lecz urzędował w biurze wojskowego naczelnika. Dziś miga po ulicy Zacharzewskiej, przemianowanej zresztą na ulicę Mickiewicza, w otwartym aucie w kapiącym od złota mundurze. Jego to w "Myśli Niepodległej" złośliwy Andrzej Niemojewski nazwie "złotym generałem". A gdy Tadeusz złoży mu wizytę w jego siedzibie prywatnej – uroczym spowitym zielenią dworku pana Parfinowicza, na jednej z bocznych ulic śródmieścia – zobaczy na stole w saloniku czyjąś fotografię z napisem: "Kochanemu Władkowi – przyszłemu ministrowi". Napis ten miał stać się proroctwem trzykrotnym: po raz pierwszy już w roku następnym.

Szef Tadeusza pan Dynowski jest człowiekiem trochę "stukniętym", ale miłym. Praca o tyle ciekawa, że nowa. Na stole papierki, które trzeba jakoś załatwić. Zadziwiają zwroty "ad pismo tamtejsze" lub "w związku z pismem tutejszym" – kopiowane z galicyjskich wzorów.

Ale wszystko odbywa się, jak w śnie złotym. Wolny Mińsk przeżywa miesiące miodowe oswobodzenia. Frontem dowodzi generał Szeptycki. W zarekwirowanym w mieszkaniu Irteńskich pokoju mieszka pułkownik Szemet, dowódca okręgu etapowego. Do funkcji jego należy m.in. zatwierdzanie wyroków śmierci wydanych przez sądy polowe. W sądzie polowym oskarża kapitan Januszkowski, dorpatczyk o przezwisku "Bibesco".

Dzięki jego pozwoleniu i komendanta policji pana Drożyńskiego, drobnego obywatela powiatu ihumeńskiego, Tadeusz w towarzystwie paru innych cywilów jedzie za miasto do sosnowego lasu majątku Lepianka, pana Piotra Wańkowicza, aby asystować przy rozstrzelaniu czterech bandytów. Stoją skuci kajdankami nad wykopanym rowem z górką żółtego pasku. Ograbili i zamordowali kilkunastu ludzi. Najgorszym z nich jest niejaki Jajeczko – morderca całej rodziny z niemowlętami włącznie. Gdy huknęła salwa i skazańcy jak wichrem zdmuchnięci upadli na piasek, Tadeusz poczuł lekkie mdłości. Pożałował, że dał się skusić "niezdrowej ciekawości" i przyglądał się krwawemu widowisku.

Już miał siadać do powozu, by wracać do miasta, gdy zatrzymał go komendant policji.

– Mam list do pana – powiedział pan Drożyński z ironicznym uśmiechem – w ubraniu jednego z bandytów znaleziono tę oto kartkę.

Tadeusz bierze z niedowierzaniem do ręki brudną i zatłuszczoną kartkę pokratkowanego papieru. Na jednej stronie adres: "JWPan Tadeusz Ipohorski Irteński w Mińsku Litewskim", a na drugiej:

"Kochany Tadziu – okaziciel niniejszego Michał Jajeczko był u nas w Mietliczycach leśnikiem. Jest bardzo porządnym i uczciwym człowiekiem. Może mógłbyś urządzić mu posadę w milicji albo woźnego w urzędzie.

Twój Jan Święcicki"

Tadeusz obraca kartkę w ręku i uśmiecha się krzywo. Tymczasem od
strony wykopanego rowu słychać jeden strzał, potem drugi. Okazuje się, że pluton egzekucyjny złożony z młodych chłopców denerwował się i nie strzelał celnie. Michał Jajeczko rzucał się jeszcze na piasku i sierżant dobił go z pistoletu. Sierżant też się denerwował, ręka mu się trzęsła i musiał strzelać dwukrotnie.

– Polska czerezwyczajka – mruczy pod nosem pan Drożyński – obrzucając niechętnym wzrokiem cywilne ubrania Tadeusza i jego towarzyszy.

Nerwowa, improwizowana praca zarządu cywilnego ziem wschodnich nad budową administracji "Białorusi wschodniej" idzie w parze z orgią zabaw. Była to "radosna twórczość" w pierwszym i chyba najlepszym wydaniu.

Opublikowano w Lektura Gońca
niedziela, 14 kwiecień 2013 20:40

Z Warszawy

pruszynskiZ Warszawy

Tutaj jeszcze śniegu moc, ale cieplej i słonecznie. W niedzielę wyszedłem tylko w swetrze i nie zmarzłem. Odwiedziłem też targ na Woli i znalazłem moc ładnych talerzy Włocławek, które na drugim targu, na Kole, są dwa razy droższe.

 

Kiedy koniec II wojny światowej?

Każda wojna do niedawna kończyła się traktatem pokojowym między walczącymi stronami. Takiego traktatu między Polską a Niemcami oraz Polską i Rosją dotąd brak i jakoś nikt tematu nie podnosi.
Ostatnio Grecy zaczynają się domagać odszkodowań od Niemców. Pytanie, czemu Polska odszkodowań nie żąda? Zwłaszcza za zniszczenie Warszawy po powstaniu. Warto przypomnieć, że w akcie kapitulacji Niemcy obiecali chronić od zniszczeń zabytki, a właśnie potem to na chama robili.

sobota, 06 kwiecień 2013 00:05

Wojna i sezon [21]

Papiery "kresowców" znów poszły w górę. Tłumno było w kawiarence "Kresy". Tłumno, gwarno i pracowicie na Długiej, gdzie się mieściły liczne instytucje kresowe, a między nimi wspomniany Komitet Obrony Kresów.

Tłumno było w restauracyjce na Marszałkowskiej założonej przez pana Sielawę z majątku Paule powiatu lepelskiego. Zacny pan Sielawa rychło jednak zbankrutował, bo mając gest szeroki i duszę otwartą, trwonił wszystkie wpływy kasowe na fundy gościom.

Wrzało życie towarzyskie. W roku 1919 nie wytworzono jeszcze nowego stylu powojennego, toteż wznowiono tak modne przed rokiem 1914 "żurki". Salony i saloniki otworzyły swe podwoje. Gospodynie prześcigały się, by ściągnąć na swój żurek jakąś osobliwość, przede wszystkim wojskową, w ostateczności polityczną, a już w najgorszym razie artystyczną. Polowano na generałów. W braku generała bojowego – ściągano sanitarnego, zacnego generała-lekarza Bernatowicza. Na jednym z żurków w salonie dość arystokratycznym, lwem był poseł ludowy w białej sukmanie.

Najmilsze, naprawdę wesołe żurki odbywały się w oficynie na Nowym Świecie w mieszkaniu sióstr: pani Luni Hartinghowej i pani Róży Reliszko.
Mąż pani Luni był oficerem i jednym z organizatorów pułku jazdy tatarskiej. Pułk ten wystartował z wielką "publicity", spotęgowaną przez posmak egzotyki, ale skończył swój żywot dość niesławnie. Zresztą pani Lunia od początku matkowała Dąmbrowszczakom. Pani Róża była żoną dowódcy szwadronu w pułku ułańskim już mającym swe dzieje bojowe w korpusie Dowbora. Mąż pani Róży major Reliszko miał małą przygodę "polityczną", która wprawdzie zdarzyła się w dwa lata później, ale opowiem ją tutaj, by już do osoby zacnego majora nie wracać.

Gdy premier Witos objeżdżał autem granicę ryską, asystował mu m.in. starosta nieświecki Czarnocki i major Reliszko, jako dowódca szwadronu stacjonującego wtedy nad granicą.

– Bardzo dziwnie wytyczono tę granicę – bawił major rozmową premiera – tak na przykład, panie premierze, majątek mojej żony pozostał po stronie
bolszewickiej i tylko mały skrawek przypadł Polsce.

Witos uśmiechnął się i pogroził palcem:
– Widzę, że wy, panowie oficerowie, walczyliście z bolszewikami głównie dla majątków.

Reliszko nic nie odpowiedział, ale zataił urazę. Wkrótce nadarzyła się sposobność do zemsty. Przejeżdżali przez zaścianek szlachecki. Starosta Czarnocki wyjaśnił premierowi starodawne pochodzenie zaścianków, dodając, że ekonomicznie szlachta zaściankowa nie była w lepszym położeniu od chłopów, a różniła się od nich mową, wyznaniem, ubiorem i obyczajami.

Witos bardzo się zainteresował, kazał zatrzymać auto i gawędził jakiś czas z zaściankowiczami. Gdy ruszono dalej, Witos mówił:

– Nie rozumiem, czemu ta szlachta jest taka dumna i czemu się wyróżnia od otaczającego chłopstwa. Przecież jest równie biedna jak okoliczni chłopi.
Major Reliszko pośpieszył z odpowiedzią:

– Nie wiem, panie premierze, jak jest teraz, bo nie znam praw polskich, ale za czasów rosyjskich taka była różnica, że szlachcic, choćby najbiedniejszy, nie podlegał karze cielesnej, a chłopu, gdy coś przeskrobał, dawano w dupę.

Tym razem Witos nic nie odpowiedział.

Wracam jednak do żurków na Nowym Świecie. Salon pań Hartinghowej i Reliszkowej, ziemianek z Nowogródczyzny, gromadził co środę całą śmietankę "emigracji" kresowej. Bywały tam czarujące mężatki, przeważnie bez mężów, i pełne najsłodszych obietnic panienki. Z cywilów bywali tam: Tadeusz Irteński, Rudy i Rosjanin – oczywiście "biały" – Szingarew. Poza tym – same mundury. W okresie mody na Francuzów pani Lunia ściągnęła ich na żurek aż pięciu. Czterej z nich byli małego wzrostu, czarniawi, hałaśliwi, gadatliwi – ot tacy sobie "Francuziki z Bordo" wedle komedii Gribojedowa. Piąty odbijał od tamtej czwórki: był długi, miał blond włosy i brzydką twarz. Tadeusza uderzyły jego głęboko osadzone oczy, odstające uszy i potężny nos. Byłoby w nim coś z Podbipięty i coś z Donkiszota, gdyby nie to, że tamtych kojarzymy z wyrazem poczciwości, a ten nie wyglądał sympatycznie. Uderzała też jego mowa francuska, niepodobna do szybkiej paplaniny jego towarzyszy. Rudy też zwrócił uwagę na dziwnego Francuza.

Właśnie mijała go pani Lunia z koszykiem herbatników.

– Pani Luniu, skąd pani wytrzasnęła tego kłapoucha?

– Jakiego kłapoucha?

– Tego tam... Rozmawia w tej chwili z Kawą Koźmińską i wachluje uszami.

– Cicho. Jest pan nieznośny. To bardzo ważny major francuski. Pochodzi z bardzo dobrej rodziny z północnej Francji. Nazywa się de Gaulle.

– Francuz?

– Naturalnie, że Francuz. Co za pytanie!

– Bo mówi jakoś inaczej, niż tamci...

Wkrótce towarzystwo zaczęło się rozchodzić. Rudy, Szingarew i Tadeusz wychodzili razem. Szingarew, który fundował kompanom kilka kolacji z rzędu w swoim numerze w hotelu Royal na Chmielnej – na kredyt zresztą – zwrócił się do Rudego:

– Teraz twoja kolej zaprosić nas na kolację.

– Owszem, zapraszam, ale jutro. W południe.

– W południe? Na śniadanie?

– Nie. Na rozbiórkę soboru na placu Saskim.

– Bałwan.

Takie były zabawy w owym 1919 i takie było pierwsze i ostatnie spotkanie Tadeusza Ipohorskiego-Irteńskiego z de Gaulle'em.

Na Wielkanoc Piłsudski zdobył Wilno. Powstał w Wilnie Zarząd Cywilny Ziem Wschodnich z Jerzym Osmołowskim na czele. W Warszawie na Kredytowej mieściła się ekspozytura, gdzie dyktatorem aprowizacyjnym był pan Olgierd Gordziałkowski, powinowaty Osmołowskiego. Zaczęły się interesy – legalne i mniej legalne. Osmołowskiego i Gordziałkowskiego pomawiano o nepotyzm i różne afery "na boczku". Ile w tym było prawdy, a ile zawistnej plotki – nie wiadomo. W każdym razie, gdy Andrzej Niemojewski w swej "Myśli Niepodległej" zaatakował Osmołowskiego i Gordziałkowskiego, nikt go nie oskarżył o oszczerstwo, a sprawa skończyła się na jakichś sprostowaniach i broszurkach. Do Wilna szmuglowano sacharynę. Szmugiel był finansowany przez Żydów, a uskuteczniany przy pomocy oficerów, którym żandarmi w Lidzie nie śmieli rewidować walizek.
(Jeżdżono do Wilna przez Lidę, bo most na Niemnie w Grodnie był zerwany czy zepsuty).

Skrystalizował się Cempść warszawski. Do przybyłych z Mińska Rudego, Tadeusza Irteńskiego, Wiktora Piotrowskiego (zwanego Piotrem lub Starym, bo był najstarszy z grona), Koka (Konstantego) Proszyńskiego – doszlusowali z Wilna Janek Bochwic, zwany Iwonem, i Toś (Antoni) Januszkowski. Z wyjątkiem Tadeusza i Januszkowskiego pozostali rozlokowali się w kilku pokojach umeblowanych na wysokim parterze na Sewerynowie w domu dr. Przyborowskiego, gdzie ongi mieściła się lecznica chirurgiczna i gdzie Tadeusz był operowany. Prócz Cempścia w pokojach mieszkał jakiś wiceminister przemysłu czy handlu i niejaki pan Bober. Ton jednak całemu lokalowi nadawał Cempść i wkrótce pokoje umeblowane uzyskały pospolitą nazwę "kurwiego dołku". Nie były tylko mieszkaniem Rudego, "Piotra" i Koka; stały się czymś w rodzaju klubu czy stacji etapowej dla wszystkich bardzo licznych przyjaciół i znajomych – zarówno mieszkających w Warszawie, jak przyjezdnych.

Odbywały się tam kartograjstwa, pijaństwa i inne "orgie". Normalnymi gośćmi w porze wieczornej i nocnej były prostytutki, ale nieraz ktoś z Cempścia lub jego przyjaciół zamawiał sobie pokój na randkę z kobietą z towarzystwa. Nie było to jednak bezpieczne, bo z reguły tożsamość damy bywała – tymi lub innymi drogami – wykryta i święta zasada dyskrecji pogwałcona. Trudno wyliczyć wszystkich, którzy "kurwi dołek" na Sewerynowie odwiedzali. Z przyjezdnych stawał tam Bohdan Zalutyński. Z miejscowych bywali literalnie "wszyscy", a wśród nich ludzie należący nieraz do starszego pokolenia, jak np. hr. Henryk Plater zwany Abą (On bat), gdyż poprzednie jego przezwisko Malwa (Mal va) wyszło już wtedy z użycia.

Pokoje na Sewerynowie miały jedną niepospolitą zaletę: nie wymagały opalania, bo w suterenach pod nimi mieściła się łaźnia parowa. Bohdan Zalutyński chodził do tej łaźni w bogatej dasze do pięt ubranej na gołe ciało. Jeżeli spotykał po drodze kobietę, rozchylał poły dachy, wywołując słuszne wrzaski strachu i oburzenia.

Służącą, a jednocześnie zarządczynią pokojów umeblowanych była Feliksowa, kobieta w średnim wieku ze śladami dawnej urody. Wykłócała się
z niesfornymi lokatorami, urządzała awantury o komorne, ale w gruncie ich lubiła. Zresztą po okresach chudych przychodziły dni tłuste (interesy!), a wtedy Feliksowa nie tylko inkasowała komorne, ale była hojnie wynagradzana. Nie lubiła oczywiście częstych wizyt "kobiet uprawiających nierząd zawodowo". Gdy ją posyłano po piwo i wódkę, lub po przekąski do pobliskiego "Lija", zwracała się z błagalną prośbą: – Proszę tylko nie sprowadzać kurwów.

Z góry wiedząc, że te błagania nic nie pomogą, dodawała:

– Przynajmniej proszę nie krzykać.

Zresztą specjalistą od krzykania był głównie mąż Feliksowej pan Feliks. Był szewcem z zawodu, toteż w ciągu sześciu dni powszednich nie było go słychać. Był maleńkiego wzrostu, szczupły, przygarbiony i robił wrażenie, że jest pod pantoflem u dorodnej Feliksowej. Ale w soboty wieczorem i w niedziele upijał się i urządzał dzikie wrzaski. Zresztą Feliksowa nie bardzo się tych wrzasków bała. Pan Feliks nie był prawdopodobnie nigdy "bohaterem jej powieści". Pewnego dnia, gdy Tadeusz przyszedł na Sewerynów i nie zastawszy nikogo wdał się w pogawędkę z Feliksową, przez ulicę przechodził oddziałek wojska, śpiewając coś w rodzaju:

My siądziemy na koników,
Pabijemy bolszewików.

– Cóż, pani Feliksowo – spytał Tadeusz – ładne wojsko?

– Iii... Jakie tam ładne! I śpiewać nie umieją.

Zamyśliła się, a potem dodała:

– O jak Ruskie były, te umiały śpiewać. Oj, jak ładnie śpiewały. I były takie ładne, takie przystojne.

Wzrok jej się zamglił i pobiegła myślą do swych młodych lat, gdy po ulicach Warszawy chodzili dorodni lejb-gwardii huzarzy grodzieńscy, lejb-gwardii ułani Jego Cesarskiej Mości, albo lejb-gwardziści pułku Keksholmskiego.

 

Rozdział XII

Pocałunek wojny

O czym Warszawa mówiła w tym roku tysiąc dziewięćset dziewiętnastym? Generał Czerwin, ziemianin spod Dokszyc, którego majątek miał później pozostać po złej stronie traktatu ryskiego, tak mówił znalazłszy się w towarzystwie jednego z braci-zagończyków Dąmbrowskich:

– Mieliśmy w Warszawie tylko dwa tematy rozmów: przyjście wojsk generała Hallera i ot – tu zrobił uprzejmy gest ręką – bracia Dąmbrowscy.
Rzecz jasna, że zacny generał Czerwin mocno zwęził temat rozmów warszawskich. W stolicy huczało jak w ulu. Kilkanaście stronnictw politycznych skakało sobie do oczu. W sejmie uchwalono reformę rolną. Uchwalono też przymusowy odpoczynek niedzielny, co wywołało straszne oburzenie wśród Żydów. Zendeciałe od czasu powstania Dwugroszówki mieszczaństwo warszawskie pomstowało na Piłsudskiego i opowiadało o nim niestworzone historie. Postępowcy – odwrotnie – wynosili go pod niebiosa. Skamandryci, którzy wtedy byli jeszcze "pikadorczykami", i futuryści pisali wiersze. W teatrzykach kpiono z suwerenów sejmowych, z urzędników państwowych, z pani Heleny Paderewskiej.

Prywatnie układano nazwiska posłów i posłanek w zabawny szereg: Nader, Płocha, Moczydłowska, Targała, Kotas, Kędziora. Zalewano się lepkimi likierami.

Z wojskiem Hallera przyjechał do Warszawy młody as lotnictwa myśliwskiego Stefan Irteński, syn Władysława, ongi właściciela pięknych dóbr Łohoza pod Mińskiem, które poszły z młotka. Tadeusz poprosił Stefana, aby go powoził samolotem. Siedli na polu Mokotowskim na starego Bregueta i w ciągu 10 minut krążyli nad Warszawą. Było bardzo przyjemnie, choć troszeczkę straszno. W owych czasach samolot składał się przeważnie z płótna, deszczułek i drutów. Nieraz się zdarzało, że się skrzydło ni z tego, ni z owego obrywało. Toteż każdy lot był połączony z ryzykiem.

Tworzyło się wojsko. Mówiono o dalszej ofensywie na wschodzie. Kresowcy z biciem serca słuchali tych rozmów. Kiedy wojska ruszą na Mińsk?
Sztabowcy robili tajemnicze miny. Gdy Tadeusz zapytał jednego z nich, gdzie urzęduje, ten odpowiedział:

– W tym małym domku koło zamku. Nazywają go tak zabawnie: "Pod blachą".

"No, ten się nie trudził studiowaniem walk narodu polskiego" – pomyślał Tadeusz.

Robiono w dalszym ciągu "interesa". Miejscem spotkań był albo hall w Bristolu, albo podziemie cukierni Lourse'a, gdzie godzinami grał w bilard pisarz rosyjski Arcybaszew przybrany w czarną jedwabną rubaszkę przepasaną sznurem z frędzlami.

Na Sewerynowie życie płynęło falami, tj. miało kolejne wzloty i upadki w zależności od wyniku "interesu", czy też rezultatu gry w pokera lub "szmena". Seniorem Cempścia na Sewerynowie był, jak już wspomniałem, Wiktor Piotrowski – o dobre kilka lat starszy od najstarszego z pozostałych członków. Gdy był na wozie, sprawiał sobie nowy garnitur. Gdy był pod wozem, garnitur szedł do lombardu, a "Piotr", by nie świecić wytartym starym ubraniem, chodził w dni upalne w jesionce.

– Jak możesz chodzić w jesionce w taki upał? – dziwił się Tadeusz.

– Dżentelmenowi nigdy nie jest ani za zimno, ani za gorąco – odpowiadał "Piotr".

Cempść utrzymywał też bliskie stosunki z panami, których nazwiemy tutaj panem Kawką i panem Węgłowskim. Była to nierozłączna para. Obaj mieli piękne i miłe żony Rosjanki, które też stanowiły atrakcję. Panowie Kawka i Węgłowski pochodzili z porządnych rodzin kresowych, ale przeszłość mieli ciemną. Wtajemniczeni twierdzili, że obaj byli zawodowymi szulerami i że za czasów carskich mieli jako szulerzy zakazany policyjnie wjazd do "obu stolic", tj. Petersburga i Moskwy.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 05 kwiecień 2013 16:29

Wielki Tydzień w Mińsku

pruszynskiPierwsza wielka uroczystość to msza w rocznicę ustanowienia kapłaństwa w wielki czwartek. Prowadził ją nuncjusz apostolski w towarzystwie abp. Tadeusza Kondrusiewicza i było na niej z 90 księży. Niestety, wszystko po białorusku. Potem można było tę uroczystość oglądać na wszystkich kanałach TV. W sobotę, choć była pieska pogoda, tłumy przyszły święcić pokarmy i znów TV tam była i pytała ludzi o tradycje katolickie.

Siedziałem, jak zwykle w jednej z pierwszych ławek, i nagle w przejściu pod ołtarzem pojawiło się dwoje dzieci. Potem okazało się, że nawet starsze z nich, mające 8 lat, nie potrafiło się przeżegnać.

Gdyby ktoś zadał sobie fatygę oszacowania, ilu przyszło do kościołów święcić pokarmy, to wiedzielibyśmy, ile jest katolików. Szacują ich bodaj na 16 proc. Podobnie warto by oszacować prawosławnych po liczbie, jaka przyjdzie święcić pokarm za miesiąc, bo ich Wielkanoc w tym roku będzie 5 maja. W sobotę wieczór była rezurekcja w katedrze pokazana w całości przez naszą TV. Podobnie rezurekcja rano w niedzielę w moim kościele, czyli kościele Czerwonym, była też pokazana. Ba, nawet na mszę polską celebrowaną przez abp. Kondrusiewicza przyszła też TV.

Jaki z tego morał? Prezydent boi się białoruskich katolików i chce ich udobruchać, pokazując uroczystości.

czwartek, 28 marzec 2013 18:52

Zima nadal trzyma

pruszynskiW Polsce nadal mroźno i śnieżnie, a na Białorusi podobnie. Nawet gorzej, bo śniegu spadło moc, ładnie to wygląda, a te zwały śniegu to woda, która dla rolnictwa jest wiosną tak ważna. Gorzej jednak jest na Ukrainie, gdzie zawieje zmusiły koleje do odwołania kilkudziesięciu pociągów.
Takiej Niedzieli Palmowej, tu zwanej Niedzielą Wierzbową, nie pamiętam, były tłumy ludzi i nie mieścili się w naszych kościołach oraz tłumy sprzedających palmy i choć są one coraz ładniejsze, to nadal daleko im do tych w Wilnie.

Wielki Piątek
Lata temu Pan Jezus powiedział św. Faustynie, że najskuteczniejsze są modlitwy w każdy piątek między 3 a 4, czyli wtedy gdy cierpiał za Nas na krzyżu.
Ale najskuteczniejsze są modlitwy o tej porze w sam Wielki Piątek, więc jeśli Goniec dotrze do mych Czytelników w porę, naprawdę, naprawdę proszę Was o modlitwy za Polskę i za swe rodziny właśnie między 3 a 4.

piątek, 22 marzec 2013 22:06

Wojna i sezon [20]

Rozdział XI 

1919


Iwan Bunin w jednym ze swych opowiadań nazwał rok 1917 "strasznym rokiem". W Mińsku i w Mińszczyźnie strasznym rokiem był rok 1918.
I początek, i koniec tego roku były straszne. W połowie grudnia wojska bolszewickie zbliżały się do przedmieść mińskich. Wojska niemieckie wycofywały się coraz śpieszniej. Nieraz później wielu mińczuków opowiadało w Warszawie, jak to udało im się uciec z Mińska "ostatnim pociągiem".
Irteńscy – ojciec i syn – wyjechali chyba jednak naprawdę ostatnim po-
ciągiem. Bolszewicy byli nie tylko na przedmieściach: jakieś podejrzane typy z czerwonymi opaskami na ramieniu kręciły się w centrum miasta.
Tylko dworce kolejowe były jeszcze całkowicie pod władzą Niemców.
A w mieszkaniu Irteńskich Tadeusz osłabiony trzytygodniową hiszpanką, ledwie włóczył nogami. Jadwinia leżała na hiszpankę z czterdziestostopniową gorączką. Postanowiono więc, że uciekać – na razie do Wilna – będzie tylko pan Irteński z Tadeuszem. Babunia Irteńska, pani Irteńska i Jadwinia z synkiem pozostały w Mińsku. Ponieważ podróż na dworzec nie uchodziła za bezpieczną, więc walizki odesłano na kolej pod opieką lokaja, a ojciec z synem poszli na dworzec piechotą – bocznymi ulicami.
Jazda w niemieckich wagonach z drzwiami na przestrzał, nieopalanych
i bez świateł, trwała nieznośnie długo. W Mołodecznie trzeba było dlaczegoś zmieniać pociąg. Po peronie kręcili się oberwańcy z błędnym wzrokiem i żółtą opaską na ramieniu: wypuszczeni przez Niemców jeńcy wojenni.


Wilno powitało ich ciepłem, obfitością wszelkich dóbr doczesnych, nawet wesołością. Zdawałoby się, że nie było ani wojny, ani trzyletniej głodówki okupacyjnej. O zbliżającej się ze wschodu rewolucji nikt jakoś nie myślał. Wszyscy mińczucy, którzy nie uważali za bezpieczne pozostawać w Mińsku, byli już na miejscu, wyjechawszy wcześniej, niż Irteńscy, z czego by wynikało, że uciekli z Mińska nie ostatnim, lecz co najmniej przedostatnim pociągiem. Wszyscy mieli pugilaresy tęgo wypchane rublami carskimi, kierenkami, ost-rublami i markami. Hotele, restauracje i kluby były zatłoczone.
Bracia Ciundziewiccy, ci sami, o których puszczono ongi fałszywą plotkę, że powiesili popa prawosławnego, stanęli w hotelu Sokołowskiego, gdzie zaczynali dzień od rannego śniadania w łóżku. Kelner przynosił im na tacy sporą karafkę wódki z przekąskami: śledziem, rydzami marynowanymi, zimnym mięsem. Tacę stawiano na nocnym stoliku i bracia spożywali posiłek, nie wstając z łóżek. A wieczorem w gabinecie w Bristolu Ciundziewiccy bawili się w powiększonym gronie. Pito na umór, wznoszono toasty. Ktoś zaproponował, aby jednego z Ciundziewickich obrać na króla białoruskiego. Kandydaturę przyjęto przez aklamację, po czym nowo obrany król wygłosił mowę tronową, zagajając ją słowami:
– Ogłaszam, że stolicą Białorusi będzie miasto Lepel. Odtąd – i aż do śmierci obu braci – jednego nazywano "królem białoruskim" a drugiego "wielkim księciem".
Sielanka wileńska nie trwała długo. Po dziesięciu dniach powiało trwogą: bolszewicy już są w Mołodecznie i idą na Oszmianę. Trzeba więc było uciekać dalej na zachód. Do Warszawy. Krążyły wprawdzie gawędy o jakiejś samoobronie wileńskiej, ale Irteńscy, pomni, czym się skończyła samoobrona mińska, słuchali jednym uchem. Ruszono więc koleją do Białegostoku.
Z jazdy koleją z Wilna do Białegostoku Tadeusz zapamiętał tylko jedną scenę. Jechał z ojcem w przedziale szczelnie zapchanym mińską elitą. Byli
więc tam: głowa, czyli prezydent miasta Chrząstowski, szwagier jego Rudźka Porzecki, Adziuś Węcławowicz, pani T. z synem, młodym adwokatem. Pani
T. mimo swych lat pięćdziesięciu była ognistą z lekka tylko siwiejącą brunetką, słynną z przygód miłosnych. W przedziale panował nastrój wesoły.
Obiadowano, rozkładając na rozesłanym na kolanach papierze podróżne zapasy żywności. Częstowano się wzajemnie. Krążyła manierka z wódką.
Po skończonym posiłku wszystkich ogarnęła senność. Pierwsza zasnęła pani T. Syn jej trzymał w ręku pozostały po uczcie solony ogórek i pytał:
– Ca mam z tym zrobić?
Na to Rudźka Porzecki:
– Obudź mamę. Daj jej. Niech się pobawi.


Do Białegostoku przyjechano w dzień Wilii. Zaimprowizowaną wieczerzę wigilijną spożyto u białostockiego Ritza (bo i Białystok miał swego Ritza), gdzie też przenocowano. Nazajutrz wczesnym rankiem ruszono w kilkoro sań do granicy polskiej w Łapach. W Łapach badanie dokumentów odbyło się bez przeszkód. Tyle tylko że porucznik Jelski, rodzony brat słynnego wodzireja Taśka Jelskiego, dowódca posterunku żandarmerii w Łapach, odebrał Tadeuszowi bez pokwitowania pistolet parabellum, sztucer i dubeltówkę. Prawdopodobnie na cele obrony młodego państwa polskiego.
Do Warszawy przyjechano o zmierzchu. Z odrapanego dworca ongi
Petersburskiego, a który się jeszcze nie nazywał Wschodnim czy Wileńskim, ruszono dorożką. Na ulicach nie było śniegu, ale gdzieniegdzie koń się ślizgał na gołoledzi. Koń – przeraźliwie chudy, o którym Perzyński ongi napisał, że warszawski koń dorożkarski musi być sztuczny, bo tylko sztuczny koń składający się ze szkieletu obciągniętego skórą może nie tylko utrzymać się na nogach, ale ciągnąć dorożkę. Dorożkarz miał, jak cztery lata temu, blachę z numerem na plecach. W ogóle Warszawa nic się chyba nie zmieniła. Była może trochę więcej odrapana, zamiast stójkowych w czarnych szynelach stali na rogach milicjanci w płaszczach koloru nieokreślonego (policja państwowa miała się zjawić później), a na murach widniały gdzieniegdzie napisy "Niech żyje Piłsudski".
Warszawa fermentowała. Nie było dnia bez jakiegoś strajku. Strajkowali introligatorzy i kelnerzy. Strajkowali fryzjerzy. W Bristolu panowie Białobłoccy własnoręcznie golili czekających cierpliwie w długiej kolejce klientów. Tramwaje jednak chodziły. Tadeusza mającego w świeżej pamięci wybuch rewolucji w Petersburgu, która się zaczęła od tramwajów, napełniało to otuchą.
Mówiono o obronie Lwowa. Tworzono wojsko. Mówiono o Wilnie, a nawet Mińsku. Powstał Komitet Obrony Kresów Wschodnich z biurami na Długiej. W Komitecie zasiadali panowie Władysław Pusłowski, Michał i Mirosław Obiezierscy, Olgierd Gordziałkowski, Ignacy Witkiewicz, Mieczysław Bohuszewski, Władysław Raczkiewicz, Michał Stanisław Kossakowski, Czesław Krasicki, Antoni Jundziłł, Emanuel Obrąpalski, Piotr Wańkowicz. Komitet Obrony tworzył dywizję litewsko-białoruską. W powozie zaprzężonym w ładne siwki beselerowskie przejeżdżał naczelnik państwa Piłsudski. Porucznik Tok (Otton) Węcławowicz stawał przed nim frontem.
Prosperowały domy gry: na piętrze w Oazie i w klubach o dziwnych nazwach – Numizmatyków i Filatelistów. Były zasadniczo zakazane, lecz istniały prawem bezwładu od czasów niemieckich.


Wkrótce policja miała je zamknąć. Wtedy panowie Kaczanowscy, ojciec
zwany Kuką i syn zwany Kukin-synem, uchodźcy z Kijowszczyzny, wpadli na pomysł utworzenia lotnych domów gry, funkcjonujących każdej nocy w innym lokalu prywatnym. Również w lokalach prywatnych wąchano eter i kokainę lub uprawiano igraszki erotyczne. Odwiedzano też domy publiczne.
Pensjonarka w jednym z nich zwierzała się Tadeuszowi:
– Wczoraj był u mnie oficer francuski. I wiesz – jakoś nie to. Ze swoim przyjemniej.
"Patriotka" – pomyślał Tadeusz.


Uchodźcy z Wielkiego Księstwa Litewskiego, kręcąc się wśród gruntownie zendeciałego od czasów Dwugroszówki mieszczaństwa warszawskiego, nie bardzo wiedzieli, co myśleć o sytuacji politycznej. Piłsudskiego nazywano socjalistą, a Litwini wiedzieli, do czego socjalizm doprowadził w Rosji. Patrzyli więc na Piłsudskiego w najlepszym razie nieufnie. Z radością powitali
przyjazd Paderewskiego. Pan Irteński z Tadeuszem widzieli z okien hotelu Europejskiego, jak przed Bristolem stanął samochód, z którego wysiadł pan ze strzechą rudych włosów.


A u Lourse'a krążył dowcip: "Czy wiecie, że Ignacy Paderewski jest potomkiem świętego Antoniego Paderewskiego?".
"Wybuch" niepodległości odurzał. Czasem wydawał się nieprawdopodobny. Nie wierzono, że można wysyłać depesze, a gdy uwierzono, zaczynano starym zwyczajem układać je w języku rosyjskim. Z nieufnością podchodzono do telefonów, które w Mińsku i Wilnie były już od dawna zlikwidowane przez zarządy wojskowe lub rewolucyjne. Panie uchodźczynie zorganizowały restaurację "Kresy" na rogu Nowego Świata i Wareckiej, gdzie były współwłaścicielkami i kelnerkami.


Za przykładem "Kresów" powstały później tzw. "Patelnia" w Ujazdowskich
i "Wiry" na Mazowieckiej. Restauracje, w których gościom usługiwały panie i panienki z towarzystwa, stanowiły w owych czasach coś niezwykłego i miały wielkie powodzenie. W jednym z pism humorystycznych ukazał się wiersz porównujący kelnerki kresowe do świtezianek. W wierszu tym były takie strofy:

Gdy pocałunków chciał wajdelota,
Uciekła z krzykiem do mamy.
Dziś świtezianka tańczy fokstrota
I chce jedwabnej piżamy.
Nie dasz piżamy? Ha, trudna rada!
Lecz kto przysięgę naruszy.
Ach biada jemu, za życia biada!
I biada jego złej duszy!

Wiersz był zabawny, ale trochę krzywdzący. Wśród kilkudziesięciu pań kelnerek znalazła się może jedna, która chciała naciągnąć pewnego przedstawiciela zacnej warszawskiej rodziny kupieckiej na jedwabną piżamę czy inny artykuł bielizny damskiej, ale pozostałe pracowały ciężko, przestrzegały zasad staroświeckich obyczajów i ani im się śniło kogokolwiek naciągać.
Rozpisano wybory do sejmu, który dla uniknięcia nieporozumień nazwano "ustawodawczym". Chytry system proporcjonalny faworyzował wielkie partie, toteż poczciwi konserwatyści z "kresów" nie mieli większego wyboru. Głosować na socjalistów zabraniał instynkt samozachowawczy "posesjonatów". To samo – na ludowców. Wszelkie próby stworzenia stronnictwa umiarkowanego, jakiejś Demokratycznej Unii Państwowej (w skrócie DUP), były z góry skazane na fiasko. Toteż kresowcy z bólem serca głosowali na listę endecką.
Na ulicach, w restauracjach, kawiarniach, kinach – wszędzie pełno było oficerów z epoletami w kształcie trefli. Wśród nich zwracali uwagę ci, co mieli wężyki na kołnierzach, bo w owych czasach wężyki przysługiwały jeszcze tylko legionistom.
Czasy nie były wesołe. Od wschodniej ściany, bardzo bliskiej, bo rozpoczynającej się już za stacją Łapy, czaiła się wielka niewiadoma rewolucji rosyjskiej.


Lwów krwawił się.
W Poznańskiem trwały utarczki. Była wprawdzie stolica, było państwo, był jego naczelnik, były ministeria, nazwane ku zgrozie normalnych uszu "ministerstwami", ale nie było granic. Ale Warszawa, zawsze wierna sobie, bawiła się.
W Nowościach, gdzie bez przerwy dawano "Księżnę czardaszkę" z Orleńską, w Teatrze Małym, gdzie wystawiano "Politykę" Perzyńskiego z Milą Kamińską, w teatrzykach, gdzie satyra polityczna dworowała sobie z ministrów i "galileuszów" – tłumy.
Uchodźcy ze wschodu - Wileńszczyzny, Mińszczyzny, Mohylowszczyzny, Inflant – byli modni. Przede wszystkim byli to "swoi" – Litwini, którzy podobnie jak warszawiacy byli razem "pod Ruskiem". Po wtóre stanowili dość skuteczną przeciwwagę "Galileuszom", którzy wtedy byli specjalnie niepopularni. Po trzecie, razem z nimi przyszła spotęgowana tysiącgębną famą legenda czynów bohaterskich braci Dąmbrowskich. Po czwarte, byli "stamtąd", tj. przeżyli grozę bolszewicką na własnych skórach. Uważano więc ich za ekspertów, którzy oglądali na własne oczy żywych bolszewików. Wreszcie, pomimo utraty mienia i ziemi ojczystej, mieli rozmach, zapał, humor, no i pieniądze. A pieniądze mieli nawet tacy z nich, którzy zasadniczo nie powinni byli ich mieć.


Sarkano na nich po trosze że podbijają ceny i psują kelnerów napiwkami. Słowem, byli modni jak nie przymierzając Polacy w Anglii i Szkocji w roku 1940.


Dopiero po dłuższym czasie warszawiacy się zorientowali, że nie wszyscy uchodźcy z "kresów" byli Rurykowiczami i nie wszyscy posiadali dobra, którymi się przechwalali. Wtedy to – i trochę poniewczasie – puszczono w obieg złośliwy dowcip, że co drugi wilnianin lub mińszczanin jest Rurykowiczem.


Był jednak okres, zresztą bardzo krótki, gdy zdawało się kresowcom, że wyjdą z mody. Stało się to wtedy, gdy do Warszawy zawitali pierwsi Francuzi z misją wojskową. Francuzów tych noszono literalnie na rękach. I salony, i domy publiczne wydzierały ich sobie nawzajem. I kokota, i dama z towarzystwa uważały się za szczególnie upośledzone, jeśli się choć raz jeden nie pokazały w miejscu publicznym z Francuzem. Moda na Francuzów trwała jednak krótko, bo rychło się przekonano, że przysłana do nas przez zachodnią "siostrzycę" ekipa wojskowa stanowiła mieszaninę.
Obok garstki fachowców wojskowych, ludzi kulturalnych i przyzwoitych, była bandą kupczyków, którzy wyzyskiwali swą eksterytorialność dla szmuglowania perfum i prezerwatyw. W zaprzyjaźnionej Warszawie zachowywali się mało lepiej, niż w kraju nieprzyjacielskim. Byli hałaśliwi, agresywni i brudni. Kelnerów i kokoty, tj. profesje, które są dobrym miernikiem wartości każdego "gościa", zdegustowali od razu złymi manierami, skąpstwem i targowaniem się.

Opublikowano w Lektura Gońca