Goniec

Register Login

piątek, 18 styczeń 2013 14:12

Z OST Frontu: 10 stycznia

pruszynski10 stycznia
Jak co miesiąc tego dnia była w katedrze w stolicy msza za ofiary Smoleńska i choć pogoda była pod psem, niewiele mniej osób na nią przyszło. Pod katedrą jakaś pani rozdawała ulotki zachęcające do przyjmowania komunii na klęcząco, co podobnie jak przyjmowania JEJ tylko do ust, NIE na rękę jest dowodem należytego szacunku do Pana Jezusa. Do tego nie potrzeba żadnej wysokiej decyzji episkopatu, a tylko dobra wola wiernego, który komunię przyjmuje. Inna pani protestowała, że pod kościołem handluję mymi książkami o stosunkach polsko-żydowskich, ale o dziwo nie protestowała, że robią to tego dnia aż trzy inne osoby. Więc kto to był? Po mszy uformował się pochód i pomaszerowaliśmy ze śpiewem pod Pałac Namiestnikowski, czyli siedzibę imć Komorowskiego na Krakowskim Przedmieściu.

Niezły numer
Gdy tylko wracam z Polski, wiozę na Białoruś moc prasy, zwykle "Przyjaciółkę", "Niedzielę" czy pismo Wołomińskiej Unii Kredytowej "Dobry Znak" i rozdaję w kościele po mszy w Mińsku. Ostatnio gdy zapakowałem się do niewygodnego wagonu, jadąc do Warszawy, podszedł do mnie młodzian z sąsiedniego przedziału i przywitał się. Nic w tym specjalnego, bo stale spotykam ludzi, których gdzieś poznałem lub którzy po prostu mnie rozpoznają. Ale w tym przypadku sprawa okazała się niecodzienna. Kilka tygodni temu dostał w kościele ode mnie jakieś pismo. Była tam kartka reklamowa i po zdrapaniu zasłoniętych napisów okazało się, że wygrał TV i właśnie jechał go odebrać.

Aberracja Unii
Jest niezła książka redaktora Tomasza Sommera pt. "Absurdy Unii Europejskiej", gdzie opisuje on np., że dopuszczenie do sprzedaży na terenie Unii owoców kiwi uzależnione jest nie od ich smaku, a od ich obwodów. Jeśli obwód jest o 4 mm większy, to nie wolno ich tam sprzedawać.
Ostatnio klnę, nie tylko ja, UE za zmuszenie kolei białoruskich do wprowadzenia na trasie Mińsk-Warszawa wagonów "europejskich", czyli węższych niż szersze "ruskie". Jedzie się w nich dużo gorzej, a przecież perony i tory od polskiej granicy do Magdeburga, gdzie kończyła się sowiecka strefa okupacyjna, są przystosowane do szerokości wagonów "ruskich".
Unia mogła zrobić coś mądrzejszego, zmusić koleje białoruskie do wprowadzenia wózków pod wagonami, które przy prędkości 15 km/h rozszerzają lub zwężają rozstaw kół na tych wózkach i wagonów nie trzeba na granicy z Białorusią podnosić i zmieniać wózków. To skróciłoby podróż do Mińska o dwie godziny. Niestety tego nie zrobiono, bo biurokratom w Brukseli nie zależało na wygodzie pasażerów.

Cisza przed burzą
Dziwnie mało "Nasz Dziennik" i TV Trwam piszą o przyznaniu tej telewizji miejsca na multipleksie. Z jednej strony, oznacza to, że jakieś obietnice ojciec Rydzyk dostał, a z drugiej strony, że szykuje się, by z wiosną pójść do szturmu, bo słusznie uważa, że więcej ludzi wyjdzie na ulice, gdy będzie cieplej.

Proporcje
Robiłem porządek w książkach i część dałem znajomemu antykwariatowi. Przy okazji wpadła mi w rękę książka o Katyniu. Wydano ich z 20, jeśli nie więcej, i stale się ten temat wałkuje. Niewątpliwie to była wielka
polska strata, ale pytam, gdzie są książki o polskich sukcesach? Nie widziałem książki o wielkim polskim inżynierze Kierbedziu, który na terenie Rosji carskiej w XIX wieku pobudował 49, tak 49, mostów. Kto wie, że na terenie Ameryki Południowej działało kilkunastu wybitnych polskich inżynierów, jak Domeyko czy Malinowski, który zbudował najwyżej położoną linię kolejową na świecie. Kto pisze w Polsce o Gzowskim, Sędzimirze czy Modrzejewskim, którzy byli w XIX największymi budowniczymi mostów w USA? Kto z młodszych czytelników wie, że w czasie okupacji polscy inżynierowie w Warszawie zaprojektowali ciężarówkę STAR, która była konstrukcyjnie na poziomie światowym, a potem była podstawą polskiego transportu drogowego? Czy książki o nich byłyby mniej poczytne niż książki o Katyniu?
Kolejny sygnał
Mówił mi taksówkarz, że jeszcze dwa lata temu, by zarejestrować samochód, trzeba było w stolicy stracić kilka godzin w kolejce, a tydzień temu, gdy tam był, czekało słownie dwoje ludzi. Ludzie nie rejestrują nowych aut, więc świadczy to, że jest w kraju bryndza.

A jak w Kanadzie?
W tygodniku "Najwyższy Czas" ukazał się tekst pana Pawła Lepkowskiego, gdzie roi się od ciekawych informacji. Pisze, że choć "czarni" w USA stanowią 18 proc. obywateli, to w więzieniach federalnych stanowią aż 62 proc. W "poprawnej" Kanadzie niestety takich danych się nie podaje, a podejrzewam, że jest nie lepiej. Moc morderstw dokonywanych jest "gołymi rękami", nie mówiąc już o tych, do których służą noże kuchenne, siekiery czy podobne narzędzia. Większość morderstw dokonywana jest przy użyciu "nielegalnie" posiadanej broni i mniej jest morderstw z jej użyciem w tych miastach, gdzie nie ma zakazu posiadania broni krótkiej, czyli pistoletów, niż w miastach, gdzie są takie zakazy.
W USA co najmniej 100 milionów obywateli ma broń i gdy było słychać ostatnio o różnych projektach zakazu jej posiadania, moc ludzi ją kupiło. Więc czy imć Obama jest tak głupi, że nie zdaje sobie sprawy z tego, że obywatele staną okoniem? Będą bronić drugiej poprawki do konstytucji, która zabrania rządowi zakazywania obywatelom posiadania broni palnej.

Kto rządzi Francją
Paryski korespondent "Najwyższego Czasu" pisze ostatnio o tym, że po wyborach prezydenta zwiększyła się liczba masonów we władzach. Co najmniej połowa ministrów jest w tej tajnej organizacji, która w sumie posiada do 200 tys. członków, a ci stoją na wysokich stanowiskach w polityce, gospodarce, sądownictwie i wojsku.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 11 styczeń 2013 19:25

Wojna i sezon (10)

Rozdział VI
URWANY RAPSOD MYŚLIWSKI

Na Wielkanoc 1916 Tadeusz Irteński nie pojechał do domu i pozostał w Petersburgu. Oficjalną racją takiego zrzeczenia się ferii świątecznych były zbliżające się egzaminy, bardzo poważne, bo konieczne dla przejścia na czwarty – ostatni rok prawa. Naprawdę jednak Tadeuszowi nie chciało się opuszczać Petersburga, nikt bowiem z jego paczki nie jechał do domu, gdyż przeważnie nie miał dokąd jechać: tak się złożyło, że strony rodzinne większości jego przyjaciół leżały tuż koło linii frontu, albo nawet po drugiej stronie frontu.

Czas zresztą płynął bardzo przyjemnie. Po paru godzinach studiowania prawa administracyjnego (zwanego prawem "policyjnym"), historii filozofii prawa i prawa państwowego, szły rozrywki: biega, czyli wyścigi kłusaków, wycieczki na "Wyspy", gdzie ostatni odcinek podróży odbywał się tramwajem konnym ze staroświeckim imperiałem na dachu, gra w loteryjkę w mieszkaniu Jurka Widackiego i Stefana Pudłowskiego. W loteryjkę grano sposobem zmodernizowanym i bardzo ekscytującym. Pełną pulę zabierał tylko ten, kto miał zapełnione numery górnego z trzech rzędów kartki. Ten, kto wygrywał drugi rząd, brał połowę puli. Ten, kto wygrywał trzeci rząd – trzecią. Toteż, choć stawki były skromne, jeżeli trzeci rząd wygrywał kilka razy z rzędu, w puli narastała spora suma.
Przed Wielkanocą pani Irteńska przysłała Tadeuszowi sporą paczkę z kiełbasami, szynką i mazurkami. Postanowił urządzić u siebie kawalerskie święcone. Alkoholu – koniaku po 6 rubli butelka – dostarczył ukradkiem rodak mający sklep na ulicy Borodińskiej. Po nocy spędzonej na włóczeniu się po mieście i słuchaniu wspaniałego koncertu tysiąca dzwonów dzwoniących w świątyniach prawosławnych, święcone przeszło bardzo wesoło. Tadeusz mieszkał wtedy na Fontance u stryjenki Kamci, wdowy po dr. Emilu Irteńskim, i miał bardzo wygodny pokój z osobnym wejściem. Dla pewności uprzedził jednak stryjenkę, że w pierwszy dzień świąt odbędą się u niego "dzikie wrzaski". Uprzedzona stryjenka wybrała się tego wieczoru z całą rodziną do znajomych z wizytą wielkanocną...
Petersburg zmienił się. Nastroje w stolicy były ponure. Coraz uporczywiej
mówiono o "ciemnych siłach" rządzących państwem, o zdradzie, o szpiegach, o germanofilstwie cesarzowej dążącej do zawarcia odrębnego pokoju z Niemcami. W tramwajach zjawiły się pierwsze konduktorki zamiast konduktorów. Ceny rosły. Srebrne pieniądze znikły z obiegu i zamiast nich zjawiły się znaczki pocztowe mające nadruk na odwrocie: "Mają prawo obiegu na równi ze srebrną monetą zdawkową". "Ciemne siły" wyprawiały jakieś kontredanse na stanowiskach premiera i gniew inteligencji – rósł z tygodnia na tydzień. A jednocześnie mówiono, że duch na froncie jest wspaniały i że wojska są doskonale zaopatrzone. Czekano wielkiej ofensywy letniej.
Przyszły egzaminy. Wicio Rudomina (Rudy) zdał, podobnie jak Tadeusz
dwa lata temu, jeden egzamin ze statystyki, wystarczający dla przejścia na drugi rok. Natychmiast napisał do ciotki, która mu obiecała większy zasiłek pieniężny w razie pomyślnego wyniku egzaminów. "Kochana ciociu! Zdałem wszystkie egzaminy potrzebne do przejścia na drugi rok prawa". Radość Rudego nie długo trwała, bo niebawem spadł piorun: wyszło zarządzenie, że studenci – z wyjątkiem ostatniego roku studiów – będą powołani do wojska. Tadeusz i Toluś Rusiecki, którzy właśnie zdali przepisaną liczbę egzaminów i przeszli na czwarty rok, byli spokojni, ale na innych padł blady strach.
Nieliczni z rezygnacją szli do szkół oficerskich, reszta na gwałt starała się "urządzić". Olbrzymi korytarz uniwersytecki huczał jak ul. Wśród studentów krążyły hektografowane proklamacje takiej treści: "Towarzysze! Władze carskie odrywają was od studiów i każą wam przelewać krew w wojnie imperialistycznej rozpętanej przez kapitalistów i feudałów. Otwierają się przed wami nowe drogi i nowe obowiązki! Niech każdy z was przyjęty do szkoły oficerskiej stworzy w niej komórkę (jaczejkę) rewolucyjną, niech uświadamia kolegów, a po skończeniu szkoły niech prowadzi agitację wśród szeregowych"...
Proklamację tę omawiano szeroko w Kuchni studenckiej na Zabałkańskim.
– Co o tym myślisz? – pytał Tadeusz starego studenta Władka Krecza.
– Nic nie myślę. Rewolucji dziś nie będzie. Rewolucja może wybuchnie, ale po skończonej wojnie.
Pewnego popołudnia Tadeusz wracał z Kuchni w towarzystwie Tolusia i Rudego. Szli po nadbrzeżnej Fontanki. Uderzyło ich, że policja pozwalała iść tylko po chodniku koło domów, a nie wzdłuż balustrady rzeki, że co piętnaście kroków stał stróż domowy z numerowaną blachą na piersi, a co sto kroków policjant. Zrozumieli, że będzie przejeżdżać ktoś "ważny" i postanowili zaczekać. Ponieważ policja nikomu nie pozwalała zatrzymywać się, więc spacerowali. Po upływie kwadransa ukazał się sznur samochodów.
W trzecim czy czwartym siedział cesarz w towarzystwie kilku generałów.
Tadeusz, Toluś i Rudy uchylili kapeluszy. Gdy samochody minęły i ulica
przybrała wygląd normalny, Toluś powiedział tonem jak gdyby usprawiedliwienia:
– Właściwie to był król, a ja nic nie mam przeciwko królowi...
Prawie całe lato, jesień i początek zimy 1916 Tadeusz spędził u siostry w majątku Sokorów powiatu lepelskiego. Tylko na początku jesieni odbył krótką podróż do Petersburga dla załatwienia formalności uniwersyteckich.
Podróż ta miała utkwić mu w pamięci. W Witebsku przesiadał się i miał czekać około godziny na połączenie kolejowe. Poszedł więc do bufetu. Zdziwił się, że choć sala była na pół pusta, dwaj bufetowi nie zwrócili na niego uwagi zajęci zawijaniem jakiegoś jadła dla stojącej koło lady siostry miłosierdzia. Usługiwali jej z niezwykłą gorliwością. Tadeusz zaczął się jej przypatrywać. W pewnej chwili odwróciła głowę i przelotnie spojrzała na Tadeusza. Ujrzał śliczną twarz: piękne ciemne oczy i z lekka wystające kości policzkowe. "Ja ją skądciś znam" myślał. Dopiero gdy siostra miłosierdzia odeszła w towarzystwie jednego z bufetowych, który niósł zawinięte w szary papier pakunki, Tadeusza olśniło przypomnienie, skąd ją "znał". "Ależ to wielka księżniczka Tatiana Mikołajówna"... Zapytany bufetowy potwierdził domysł Tadeusza, dodając, że właśnie tego dnia pociąg sanitarny cesarzowej zatrzymał się w Witebsku.
Na wsi brak męskich rąk do pracy był bardziej widoczny niż w mieście. Nawet z okna wagonu można było widzieć kobiety chodzące za pługiem lub za broną. Takich rzeczy nie widziano na Białorusi chyba od czasu najazdów tatarskich. Również z okna wagonu oglądało się całe zastępy dziewcząt zajętych przy reperacji toru kolejowego lub przy budowie szosy. Wszystkie miały twarze zasłonięte chustkami: opalanie się nie było jeszcze modne na Białorusi w roku 1916.
A jakby symbol tego świata opanowanego przez kobiety Tadeusz znalazł w gazecie, którą czytał w wagonie, sensacyjną wiadomość o zgwałceniu przez sześć kobiet szesnastoletniego chłopca gdzieś w Rosji południowej. Szczegółów tego wypadku gazety rzecz jasna nie podały, mówiąc tylko, że amazonki zawlokły chłopca do wąwozu.


•••


Tadeusz spędził nad brzegami jeziora Poło, nad którym był położony dwór sokorowski, kilka szczęśliwych miesięcy swego życia. Powiedziałbym
bez przesady, że pokochał to jezioro całą potęgą romantycznej miłości.
W miłości tej nie było jednak nic z zaściankowego patriotyzmu. Urodził się i wyrósł wśród nizinnych starzyn i borów powiatu ihumeńskiego, czyli o jakieś 250 wiorst na południe od jeziora Poło. Urodził się i wyrósł na równinach, a jezioro leżało wśród pagórków leśnych i pól gliniastych. Pokochał więc Poło nie miłością młodziana do panny za miedzą, lecz raczej do panny z dalekiego sąsiedztwa. Była więc w tej miłości egzotyka długich wiorst kolein błotnistych lub zasp śnieżnych – egzotyka krainy dalekiej. Było w tym trochę i perwersji niewinnej: kochając Poło, "zdradzał" żyzne, lecz pozbawione malowniczości równiny ihumeńskie. Ale w tej romantycznej miłości do najpiękniejszego jeziora Witebszczyzny pulsowała, jak to często bywa z uczuciami wczesnej młodości, szczera i głęboka wdzięczność. Miłością swoją spłacał jakby dług wdzięczności zaciągnięty u jeziora.
"Ileż ci winienem, o domowe jezioro" – mógłby parafrazować z "Pana Tadeusza". Poło bowiem dało mu bardzo wiele. I codzienne kąpiele w czystej toni aż do pierwszych przymrozków jesiennych. I bliższe, i dalsze wycieczki łodzią zwykłą i żaglową po siwozielonych falach jeziora. I włóczęgi z wyżłem Neptusiem wzdłuż zachodnich mszarno-bagnistych, obfitych w kaczki i pardwy brzegów. I dumania nad urwiskiem pod brzozą płaczącą w złoty przedwieczerz letni lub w noce gwiaździste. I wsłuchiwanie się w muzykę jeziora, bo Poło, jak każda wielka przestrzeń wodna, zawsze śpiewa – nawet wtedy, gdy najlżejsza fala nie liże piaszczystych brzegów.
A jeśli wyraz "śpiewa" uznać za hiperbolę, tedy można powiedzieć, że jezioro Poło zawsze jest. Tadeusz czuł jego obecność i w ciche, ciemne jak atrament noce pochmurne, i w zawleczone siatką deszczu dni jesienne, gdy chłostane wichrem jezioro syczało z dala jak kocioł olbrzymi. Czuł nawet przez grube ściany domu, gdy siedział w fotelu przed trzaskającym kominem.
A same widoki czegoż nie były warte!
Co dnia – nie, o każdej porze dnia,
nawet o każdej godzinie coraz to inne i coraz piękniejsze. Oto co sam Tadeusz pisał o jeziorze w przypływie poetyckiego natchnienia:
"Piękne jest jezioro Poło w gorący lecz wietrzny dzień, gdy po niebie pędzą »codzienne« chmurki litewskie, gdy na ciemnym, wpadającym w siną stal szafirze wody wełnią się białe baranki fal i gdy wały tych fal rozbijają się o piasek lub o sterczące z wody granity narzutowe z nieustannym rytmicznym szumem. Piękne i groźne jest na chwilę przed mającą się rozpętać burzą, gdy czarne od nawisłej nad nim czarnej chmury rozwidni się nagle wielką jasnością błyskawicy, gdy ozłocą się na sekundę oślepiającą pozłotą obwódki chmur, a zygzak piorunowy odbije się w czarnej toni, że nie wiadomo, czy piorun uderzył w jezioro, czy też jezioro strzeliło w niebo fioletowozłotym pociskiem. Piękne i słodkie jest w cichy wieczór letni, gdy słońce zachodzi na morelowo za odległe wzgórza przeciwległego brzegu, gdy najlżejsza zmarszczka nie mąci olbrzymiego lustra, jakby zaciągniętego oleistą warstwą pozłacanego srebra".
Gdy mi Tadeusz pokazał ten utwór, pochwaliłem go za gładką prozę, ale zauważyłem, że przypomina on opis Dniepru w "Strasznej zemście" Gogola. Tadeusz nie był zdaje się zadowolony z mojej uwagi.
Ale wracam do opowiadania. Otóż Tadeusz pokochał jezioro Poło i był niemile zdziwiony, gdy pan Bohdanowicz z Zachowa, sąsiad Sokorowa, zapytał:
– A czy widział pan jezioro Krzywe?
– A cóż to za jezioro Krzywe? – przerwał Tadeusz takim tonem, jakimby średniowieczny rycerz odezwał się, gdyby ktoś w jego obecności śmiał wspomnieć o innej kobiecie, niż o jego wybranej.
– Niech pan zobaczy i sam się przekona.
Haczyk został rzucony. Tadeusz długo bronił się przed jego połknięciem, było to bowiem w okresie jego najsilniejszej miłości do jeziora Poło.
W tym okresie zamyślił nawet napisać balladę na wzór mickiewiczowskiej "Świtezi". Ale dla ballady potrzeba legendy. Tej szukał na próżno.
"Ballada o jeziorze Poło" nigdy nie została napisana. Powstał tylko wyżej
cytowany urywek prozą.
Tymczasem haczyk z tajemniczym jeziorem Krzywym działał. Tadeusz był zainteresowany. Zaczął wypytywać ludzi miejscowych, gdzie leży to jezioro Krzywe (co za dziwna nazwa!) i jak się tam dostać. Okazało się, że jezioro Krzywe leży tuż za przeciwległym brzegiem jeziora Poło, za owymi dalekimi wzgórzami, za którymi co wieczór kładło się słońce. Któregoś popołudnia wybrał się tam konno w towarzystwie furmana Mikołaja, człowieka trzeźwego i praktycznego, który nie mógł zrozumieć, a tym bardziej aprobować celu tej wycieczki krajoznawczej.
– A po co tam jedziemy? – zapytał.
– Zobaczyć jezioro Krzywe.
– Czy panicz myśli kupować to jezioro?
– Nie. Chcę po prostu popatrzeć.
– Aha, jedziemy oglądać "pozycje" – powiedział z przekąsem i poprawił popręg przy siodle Tadeusza z taką siłą, że aż koń stęknął.
Trudno wyjawić czytelnikowi sekret jeziora Krzywego metodą prozy opisowej, choćby najbardziej poetyckiej. Spróbuję innej metody. Rzućmy okiem na mapę tzw. sztabową. Zobaczymy grupę licznych jezior, z których największe, właśnie jezioro Poło, ciągnie się podłużnym owalem z południo-wschodu na północo-zachód. Tuż za tym jeziorem wije się wśród lasów długi, poskręcany w esy i floresy wąż. Miejscami cienki jak nitka, miejscami grubszy. W najszerszym miejscu ma szerokość Dźwiny w jej średnim biegu. Wąż ten jest poskręcany w sposób tak fantastyczny, że miejscami skręty jego biegną niemal równolegle, jakby się chciały połączyć. Przy pierwszym rzucie oka na mapę sądzimy, że to kręta rzeka. Lecz nie – to jezioro nazwane "Krzywym" właśnie z powodu swego dziwnego kształtu. Skręty tego jeziora-węża spoczywają na obszarze jakichś sześciu wiorst kwadratowych.


Ciąg dalszy za tydzień

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 11 styczeń 2013 14:32

Z Ost Frontu: Podróże cieszą

pruszynskiWracając z Warszawy, w pociągu spotkałem sympatyczną parę z Moskwy. Byli trzy tygodnie w Europie, w tym Polsce. Ona prawniczka, pracuje w Dumie i zarabia ponad tysiąc zielonych, on w biurze tłumaczeń, gdzie wyciąga do pięciu tysięcy. Mieszkają w jednopokojowym mieszkaniu na przedmieściu, 50 minut metrem od pracy, które kosztuje ich 1000 buksów.
Być może pojadę do nich na prawosławny Nowy Rok, który jest tam hucznie obchodzony, który przypada w nadchodzącą niedzielę.

Prezent noworoczny
Powróciłem do śnieżnego i zimniejszego od Warszawy Mińska, by się dowiedzieć, że od pierwszego stycznia podrożała na Białorusi komunikacja miejska o 15 proc., opłaty komunalne o 40 proc., wódka, papierosy, benzyna, mleko i sporo innych rzeczy, ale nie nastąpiła dewaluacja naszego rubla.
7 stycznia przypadało prawosławne Boże Narodzenie. Wielu wiernych przybyło na pasterkę w nocy z niedzieli na poniedziałek. Prezydent ze swym małym synem odwiedzili jedną z cerkwi, gdzie zapalili świeczki i powitał ich metropolita Filaret, oraz wysłuchał śpiewów młodzieżowego chóru. W samo Boże Narodzenie było w wielu miastach mrowie ludzi i otwarte bazary oraz tu i tam kąpali się ludzie w przeręblach lub tylko w siedmiostopniowym mrozie oblewali zimną wodą.

W śródmieściu ponownie otwarto lodowisko i sporo ludzi jeździło na łyżwach.

Kiedy wojna?
Od ponad roku w takich pismach, jak "Nasz Dziennik" czy "Niedziela", ukazują się stale ogłoszenia Kasy im. Stefczyka, która działa podobnie lub może dokładnie na wzór kanadyjskich unii kredytowych. Oczywiście jest to nie po myśli rządzącej PO, bo wsparcie niemainstreamowych mediów jest dla nich groźne, więc lada chwila pójdzie na nią atak.

Nowy sport
Na Kasprowym w restauracji był malunek przedstawiający jazdę na nartach, gdy narciarz ciągnięty jest przez konia. Prawdę powiedziawszy, nigdy tego w rzeczywistości nie widziałem, a teraz rosyjska TV pokazała w programie dla dzieci nową podobną rozrywkę, jazdę narciarza ciągniętego przez psy.

Noc i podwieczorek z Niną Andrycz
U mej siostry wśród mrowia książek, jakie ona zakupiła w Warszawie, znalazłem wspomnienia dziś 96-letniej wielkiej aktorki, wieloletniej żony "długodystansowego pływaka", wieloletniego premiera PRL, czyli Józefa Cyrankiewicza. Mówiono dawniej dowcipnie, że jeśli nawet gen. Anders wjedzie do Warszawy na białym koniu i zostanie prezydentem, to Cyrankiewicz będzie jego premierem.
Książkę tej wielkiej aktorki czytałem pół nocy i dobrą część następnego wieczora, więc tej recenzji dałem taki tytuł.
Pani Nina jest Kresowiaczką. Urodziła się w Brześciu nad Bugiem, a podczas rewolucji wyjechała na kilka tygodni do Kijowa i mieszkała tam lat 10. Nie ewakuowała się, jak to zrobiło wielu Polaków w 1920 r., i biwakowała tam do 1927 r., więc poznała rozkosze bolszewii oraz teatr i operę, co spowodowało, że podjęła decyzję zostania aktorką. Ba, tam zaczęła pisać wiersze i różne wspomnienia. Wreszcie odnalazł ją ojciec i wróciła do Polski. Skończyła Państwową Szkołę Teatralną w Warszawie w 1934, a pierwsze występy miała w Wilnie. Ale już w sezonie 1935 zaangażowała się do Teatru Polskiego, z którym związana była 60 lat. Krok po kroku stawała się gwiazdą polskiej sceny, ba, nawet amerykański impresario zapowiedział jej, że jeśli nauczy się angielskiego, to ściągnie ją do USA.


Wojna przerwała jej karierę, podczas której pracowała jako kelnerka i przechowywała Żydówkę Zulę Dywicką, za co jak setki tysięcy Polaków nie dostała dotąd medalu z Yad Vashem, które skąpo Polakom za ratowanie Żydów przyznaje ta mało uczciwa instytucja. Po wojnie znów grała w Teatrze Polskim i zaczęła dostawać kwiaty od nieznajomego J.C. W końcu została zaproszona do mieszkania urzędującego premiera na kolację, który od razu powiedział jej, że chce się z nią żenić. 21 lipca 1947 r., w pałacu Rady Ministrów, dziś pałacu prezydenta, na Krakowskim Przedmieściu, zawarli związek, który trwał 16 lat. Świadkiem ślubu był dyrektor teatru Adolf Szyfman oraz szef PPR imć Gomułka, który zapytał panią Ninę, ile godzin pracuje, i gdy dowiedział się, że łącznie z próbami i występami 12, to się ucieszył, bo jak powiedział, małżonek pracuje do 16 godzin. Przed ślubem pani Andrycz zapowiedziała mężowi, że nie urodzi mu dzieci. Obietnicę, mimo jego perswazji, spełniła, robiąc co najmniej dwie skrobanki, choć ówcześnie były one przestępstwem karanym więzieniem.


Ze smutkiem stwierdzam, że mało znalazłem w tych wspomnieniach najciekawszych dla mnie spraw, czyli tego co się działo w "kuchni władzy", a przecież co najmniej okruchy tego, co się tam działo, musiały do niej docierać. Wspomina to, że fuzja PPS z PPR była wielkim ciosem dla męża, który po niej zaczął pić. Prócz Gomułki występuje w jej wspomnieniach tylko jedna postać wczesnej komuny, wielkorządca PRL-u Żyd Jakub Berman, którego zięć imć Śpiewak jest teraz dyrektorem Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie i za pieniądze polskiego podatnika szkaluje Polaków, między innymi robiąc promocje paszkwilantowi Grossowi. Berman, kat polskiej kultury, między innymi usunął Artura Szyfmana z posady dyrektora Teatru Polskiego, który przed wojną był jego własnością.
Niestety, okazuje się, że pani Nina niebacznie obiecała swemu dawnemu mężowi, że o tych czasach nie będzie pisać. Teraz pytanie, jak jej wytłumaczyć, by nie dotrzymała tej obietnicy.


Pani Nina była pracoholiczką i zapewne to też przyczyniło się do rozkładu małżeństwa. Po latach nagle znalazła notes męża i tam nazwiska jego kochanek. Nastąpiła ostra scena. Mąż zaczął ją przepraszać, ale małżeństwo nie trwało długo. Dowiedziała się wreszcie od kolegów, że stale spotyka się z pewną dzieciatą lekarką, i kiedyś wracając do domu, dowiedziała się od swej wiernej gosposi, że mąż przeniósł się z domu numer 8 w alei Róż do domu nr 7, a potem już nie osobiście, ale przez kogoś poprosił o rozwód, który bez orzeczenia winy dostali.
Ciekawe są przeżycia uczuciowe pani Niny przed i po małżeństwie z premierem oraz spotkanie z diabłem, który ją nieraz nawiedzał. Obecnie jest ona bardzo krytyczna w stosunku do tego, co pokazują teatry nie tylko Polski. Stwierdza, że za komuny panowała nieznośna nowomowa trawa i propaganda ustroju, dziś w nowokapitalizmie panuje mowa trawa i propaganda zakupów.
Jej kariera aktorki wielu zasłoniła jej zdobycze literackie i teraz spróbuję przeczytać jej trzy powieści, a po przeczytaniu postaram się ją jeszcze raz na obiad zaprosić. Może uda mi się jej wytłumaczyć, że powinna kuchnię PRL nam przedstawić, bo kto jak kto, ona najbliżej jej stała.
Dalej zapytam, co należy zrobić, jeśli Pan Bóg mi zezwoli stanąć na czele Białorusi, by jej teatr był taki, jaki ona chciałaby, by był.

Aleksander graf Pruszyński

piątek, 11 styczeń 2013 13:41

Gród nad Olszanką…

1ruinyzamku

To niewielka dziś miejscowość na Białorusi, w obwodzie grodzieńskim, w rejonie oszmiańskim, która do roku 1945 należała do Polski. Holszany to dawne miasteczko, położone nad rzeką Olszanką, będące gniazdem rodowym Holszańskich, w którym urodziła się królowa Zofia Holszańska.
Jego założycielem według legendy był Holsza, jeden z synów Romunta (kniazia litewskiego). Po śmierci zaś Pawła Algimuntowicza Holszańskiego (biskupa łuckiego, a później wileńskiego), miasteczko odziedziczyła Helena Dubrowicka. Po jej zaślubinach (w roku 1525) z Pawłem Sapiehą, miasto przeszło w ręce rodziny męża. Ostatnimi dziedzicami majątku Olszańskiego, z rodu Sapiehów, byli Kazimierz: (zm. w 1639) i Tomasz (zm. w 1646). Majątek obciążony znacznymi długami powoli zmieniał właścicieli i podupadał.


View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/Kresy/Page-30.html#sigProIde407b43e29
Tamtejszy zamek wybudowano w roku 1610 na zlecenie Pawła Stefana Sapiehy, wicekanclerza Wielkiego Księstwa Litewskiego. Zamek uważano za jeden z piękniejszych zamków na Wileńszczyźnie. Wznosił się na brzegu rzeki Olszanki. Był dwupiętrowy, w kształcie czworoboku z ośmiościennymi wieżami po bokach. Budynek posiadał system ocieplający, wodociągi i kanalizację. Pokoje gościnne oraz galerie zdobiły freski i bogata sztukateria, podłogi wyłożone były terakotą. Wokół zamku zbudowano trzy sztuczne jeziora, których dno wyłożono kafelkami. W rezydencji Sapiehy mieściła się okazała biblioteka i galeria obrazów. W ciągu wieków zamek kilkakrotnie przebudowywano. Zaczął też popadać w ruinę. Później został ograbiony i zniszczony. W XIX wieku zamek należał do rodziny Wołowiczów, Mosiewiczów i Żabów. W 1880, kolejny właściciel rozebrał wieże i część ścian pod budowę karczmy.


View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/Kresy/Page-30.html#sigProIde94ea47054
Kościół i klasztor (dawniej franciszkanów) to inne zabytki Holszan. Zostały ufundowane w roku 1618 przez Pawła Stefana Sapiehę. Wdowa po nim dobudowała do kościoła rotundę, w której umieściła marmurowy nagrobek męża oraz nagrobki jego trzech poprzednich żon. Nagrobki te pozostawały w świątyni do ok. 1970, kiedy to wywieziono je do Muzeum Starożytnej Historii i Kultury Białoruskiej w Mińsku. Wnętrze świątyni pokryte zostało pastelową dekoracją malarską w II połowie XVIII wieku.


View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/Kresy/Page-30.html#sigProIda2cefd79d6
Parafia w Holszanach została założona już w XV wieku przez księcia Algimuntowicza Holszańskiego. Niektóre źródła podają, że w XVI wieku nowi właściciele Holszan, protestanccy Sapiehowie, zamienili kościół na zbór kalwiński.
W końcu XVI wieku drewniana świątynia w centrum miasteczka została zamieniona na kamienny kościół, który w 1596 r. biskup wileński Eustachy Wołowicz konsekrował pod historycznym wezwaniem. Była to świątynia trzynawowa z dwiema wieżami z rozwiniętym transeptem i półokrągłą apsydą orientowaną na wschód. Podłoga była wysłana cegłą, dach pokrywała płaska dachówka.
W roku 1618 Paweł Sapieha, stajenny Wielkiego Księstwa Litewskiego i starosta oszmiański, ówczesny właściciel zamku i miasteczka, zaprosił do Holszan ojców franciszkanów konwentualnych, którym przy kościele ufundował klasztor. Kościół został całkowicie przebudowany i poświęcony 6 sierpnia tego samego roku.


W roku 1637 było w nim 15 zakonników, a w studium zakonnym 6 uczniów uczyło się retoryki i logiki. Początkowo klasztor należał do polskiej prowincji zakonu, a po roku 1686 – do litewskiej.


W Holszanach, w latach 1742, 1787 i 1829, odbywały się kapituły prowincji. Franciszkanie holszańscy mieli rezydencję przy kościele w Bogdanowie. W XVIII wieku przy klasztorze czynna była szkoła parafialna. Parafia w Holszanach zawsze wchodziła w skład dekanatu oszmiańskiego. W roku 1659 podczas potopu szwedzkiego, wojska moskiewskie zajęły i zniszczyły klasztor. 

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/Kresy/Page-30.html#sigProId9da452cf60
Klasztor franciszkanów został zlikwidowany zgodnie z carskim rozporządzeniem 19 lipca 1832 roku. W jego zaś korpusach mieściły się koszary wojskowe, nieco później – szkoła parafialna, a od roku 1915 – niemiecki szpital wojskowy.
Kościół był cały czas czynny jako parafialny. Przed II wojną światową parafia holszańska liczyła ponad 7000 wiernych. W parafialnej szkole przy kościele uczył się Adam Stankiewicz (1891–1949), przyszły kapłan, znany teolog i pisarz. W czasach sowieckich kościół był zamknięty i nawet status pomnika architektury o republikańskim szczeblu nie uratował świątyni przed zaniedbaniem. W naszych czasach parafia holszańska odrodziła się 2 sierpnia 1990 roku, kiedy wrócili tam franciszkanie konwentualni.

 

zdjęcia:
Holszany – ruiny zamku
Holszany - tak wyglądają obecne wnętrza ruin zamkowych
Holszany – kościół parafialny franciszkanów
Grób ks. Piotra Orańskiego zamordowanego w roku 1942 przez NKWD


Tekst i zdjęcia
Leszek Wątróbski
Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 21 grudzień 2012 18:31

Z OSt FRONTU: Dobra rada

pruszynskiPodobnież co ósma osoba w USA pracowała u McDonald'sa. Ciekawy jestem, czy są oni lepszymi pracownikami niż ci, co nie pracowali tam? W każdym razie rząd Rumunii zatrudnia ich chętnie, a Wera Kowaliowa, była minister ekonomii Gruzji, bardzo sobie chwaliła trening, jaki tam otrzymała.

Moda na turystykę
Wreszcie ruszył ktoś głową, że można zarabiać sporo na przyjeździe gości i między innymi porządkuje się znów twierdzę Brześć. Na ale jak zwykle u nas, wszystko oparte jest na półprawdzie. Tak, twierdza była nie broniona przez sowieckich żołnierzy, co była oblegana. Natomiast trzy dni broniła się tam załoga polska i zrobienie o tym ekspozycji by zainteresowało Polaków. Niestety, nie tylko w ten sposób ukrywa się historię. Nie wiem tylko, czy turyści z Polski przy okazji pobytu będą pytać się o upamiętnienie wspólnej sowieckiej i niemieckiej defilady, której fotografie są do obejrzenia w licznych albumach.

Wspaniała książka
Redakcja wychodzącego w Brześciu nad Bugiem kwartalnika "Echa Polesia" wydała bardzo ciekawą książkę pt. "Szlakiem nieposłusznych" pióra mieszkającego w USA Leonarda Kosikiewicza, opisującą dolę rodaków pod jarzmem niemieckim i sowieckim oraz działanie niewojskowej organizacji Związek Obrońców Wolności, która zawiązała się po 1945 r. i działała w Brześciu i kilkunastu innych miastach Białorusi.
Autor, który trafił do łagrów, wspomina, że odwilż w ZSRS zaczęła się nie z dobrej woli Chruszczowa, ale w wyniku kłopotów ekonomicznych, bo praca łagierników była w sumie mało wydajna i kosztowna. Dalej było najpierw kilka buntów łagierników już w1953 r., ale później w 1956 r. było ich wiele więcej i one doprowadziły do praktycznego ich rozwiązania.

Czy można dogonić
Co tu dużo mówić, Korea Południowa zadziwia świat. Produkty firm takich jak Samsung czy Hyundai biją się na rynkach świata na równi z produktami z USA czy Europy Zachodniej, a przecież w 1953 roku, gdy zakończyła się tam wojna, było w sumie 50 inżynierów.

Smutna rocznica
90 lat temu malarz Eligiusz Niewiadomski w Zachęcie w Warszawie zastrzelił pierwszego prezydenta Odrodzonej Polski, światowej sławy konstruktora elektrowni wodnych pochodzącego ze Żmudzi Gabriela Narutowicza, który większość swego twórczego życia spędził w Szwajcarii i dorobił się znacznej fortuny.
W czasie I wojny światowej działał wspólnie z Henrykiem Sienkiewiczem i Ignacym Paderewskim w Komitecie Pomocy Polskim Ofiarom Wojny i był po Paderewskim głównym sponsorem tego Komitetu.
W 1919 r. powrócił do Polski, był ministrem robót publicznych i ministrem spraw zagranicznych. Wyboru miało dokonać zgromadzenie narodowe i po kolejnych głosowaniach odpadali kandydaci, którzy otrzymali najmniej głosów. Wreszcie w finale zostali On i również zasłużony dla Polski ordynat hr. Maurycy Zamoyski. Ten podobnie wiele łożył na Polski Komitet Narodowy w Paryżu i był w przyjaźni z wodzem endecji Romanem Dmowskim.
O zwycięstwie Gabriela Narutowicza zdecydowały głosy mniejszości narodowych i ludowców, dla których patriota, ale "magnat", był mało strawny.
Po wyborze prasa endecka rozpoczęła niesamowitą nagonkę na Niego. Głosiła, że to nie polski prezydent, że jest masonem i niewierzącym, ta prasa zresztą od czci i wiary też odsądzała Marszałka Piłsudskiego.
Zarzucano Mu między innymi, że współpracował z Niemcami, a przecież to samo i nawet dłużej robił ukochany przez endecję gen. Haller. Jadącego na zaprzysiężenie do Sejmu młodzi endecy obrzucali śnieżkami i próbowali uniemożliwić dojazd do Sejmu, tak że musiała interweniować polska kawaleria. Ludzie, którzy żyli wówczas, mówili, że zrobiono taką nagonka na Narutowicza, że MUSIAŁ się znaleźć "ktoś", kto do niego strzeli.
Opowiadano mi, że Ignacy Paderewski wysłał do przedstawiciela endecji w Zurychu telegram kategorycznie żądający, by spotkał się z przedstawicielem piłsudczyków i ustalił wspólny program.
Chcąc, nie chcąc, człowiek ten to zrobił, po kilku godzinach dyskusji z przedstawicielem piłsudczyków wysłał do Paderewskiego telegram, gdzie napisał:
uzgodniliśmy nasze stanowiska jesteśmy z nimi w zgodzie, my i oni chcą wolnej i Niepodległej Polski.
Nie dodał, że w innych sprawach mieli nadal odrębne stanowiska.
Kończąc te słowa, zapytam, czemu NIKT nie zamówił Mszy św. za tego wielkiego patriotę? Oczywiście to zrobię sam na... Białorusi. Dodać trzeba, że podobna nagonka na PiS prowadzona przez "Gazetę Wyborczą" i inne wielkie media miała też swój podobny epilog w Łodzi, gdzie zabito pracownika Klubu PiS.
W niedzielę lewica chciała zrobić demonstrację pod Zachętą, która miała być skierowana przeciw "narodowcom" i "faszystom". Okazał się niewypał – mimo nagłośnień przyszło na nią może 300 osób.

Z Krakowa
Znów byłem w dawnej stolicy, Trochę śniegu, zimniej i mniej turystów niż kilka tygodni temu, ale zawsze coś dla nich i samych Krakusów jest.
Na Rynku Głównym dekoracje bożonarodzeniowe i przedświąteczny kiermasz, trochę wyrobów rzemieślniczych, trochę świecidełek na choinkę. Trochę kiosków ze smakowitymi pieczywami, wędlinami oraz kilka wielkich beczek, z których sprzedawali "galicyjski grzaniec", czyli grzane wino z dodatkiem różnych przypraw, jak goździki, majeranek, miód itd.
Całkiem smaczny trunek. Była też scena przy jednym z wyjść z Sukiennic, na której występowały różne zespoły ludowe i dziecięce.
Podobny kiermasz i estrada była przed dworcem kolejowym i też sporo odwiedzających.
Potem odwiedziłem ulice Szeroką, gdzie jest sporo postżydowskich kamienic, żydowskich restauracji oraz cmentarz żydowski.
Tam też mieści się mały hotel w domu, gdzie urodziła się sławna Helena Rubinstein, która stworzyła wielką firmę kosmetyczną, a na dodatek była bardzo propolska i hojnie łożyła na polskie cele.
Dzięki niej odbywały się wielkie polskie bale Polonais Ball w Nowym Jorku. Na nich często bywałem i pamiętam nie tylko jej córkę, ale drugiego wybitnego propolskiego Żyda, pianistę, łodzianina Artura Rubinstei-na, który pięknie na dwa lata przed śmiercią poloneza tam wodził.
W domu Heleny Rubinstein jest dziś sympatyczny hotel i restauracja, ale właśnie tam powinien stanąć jej pomnik. Bardziej niż powinno powstać w Warszawie Muzeum Żydów Polskich...


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 14 grudzień 2012 16:42

Wojna i sezon [7]

Już wprowadzono przyśpieszone kursy w tych szkołach i junkrzy dostawali stopień praporszczyka (chorążego) po trzech miesiącach. Wśród tych amatorów wojenki rej wodził dawny kolega Rudego Pławski, syn urzędnika akcyzy z Lepla guberni witebskiej, któremu rok przedtem groziło pozostanie na drugi rok w ósmej klasie, porzucił więc studia gimnazjalne i wstąpił na ochotnika do jednego z pułków kawalerii. Teraz był na urlopie i w mundurze z naszywkami ochotnika i z krzyżykiem św. Jerzego na piersi paradował po Cielętniku i Świętojerskim z czapką zuchowato przechyloną na jedno ucho i z puklem blond włosów sterczących po kozacku nad drugim uchem. Otoczony gromadą wpatrzonych w niego jak w tęczę gołowąsych gimnazistów opowiadał im cuda o swych wyczynach bojowych.
– Szliśmy na Niemca ławą – opowiadał o jakiejś bitwie, której prawdopodobnie nigdy nie było. – Rozumiecie? Szliśmy ławą...
A gimnaziści słuchali z dreszczem i z otwartymi ustami zafascynowani nieznanym a pięknym słowem "ława".
Pławski mówił przesadnie głośno, aby go słyszeli nie tylko towarzyszący mu chłopcy, ale i dziewczęta zażywające przechadzki po Świętojerskim przy niedzieli i ciepłej pogodzie. Od czasu do czasu rzucał na te dziewczęta spojrzenia zabójcze z ukosa, przy czym lewą ręką brał się za temblak szabli, a prawą podczesywał do góry zawadiacki "czubczyk" kozacki. Rudomina też nie odstępował Pławskiego dowiedziawszy się, że ten przywiózł z zaprzyjaźnionego oddziału sanitarnego cztery garnce spirytusu. Treścią przechwałek ekskolegi nie bardzo się przejmował, ale słuchał i obserwował ruchy Pławskiego uważnie. Odtąd wszelkie objawy kokieterii męskiej polegające na wymownych spojrzeniach, uśmiechach, mrużeniach oczu itp. "popisywaniu się" nazywał "robieniem Pławskiego". W wiele lat później zdarzało się, że gdy Tadeusz rozpoczynał flirt z jakąś panią czy panienką i mimo woli przybierał te lub inne tokujące pozy, Rudy obcinał go syczącym szeptem:
– Nie rób Pławskiego!
Egzaminy maturalne odbywały się w podnieceniu i gorączce. I ciało pedagogiczne, i uczniowie byli pewni, że wszyscy ośmioklasiści dostaną matury. Szeptano nawet, że przyszło z Petersburga zarządzenie, aby egzaminów w ogóle nie było i aby matury wydawać maturzystom na podstawie stopni rocznych. Pogłoska nie sprawdziła się jednak i do egzaminów przystąpiono. Rudomina przejmował się egzaminami mniej od innych. Nieraz przychodził na egzamin z nieznośnym "katzem" po wieczorze spędzonym z Pławskim i po wypiciu niezliczonych kolejek sanitarnego spirytusu rozcieńczonego "szpanką" bezalkoholową Szustowa. (W owym okresie prohibicji wszystkie rosyjskie browary i wytwórnie wódek przeszły na wyrób różnych kwasów, np. żurawinowych zwanych "klukwą" i cytrynowych zwanych "sitro", oraz bezalkoholowych "likierów").
Każdy egzamin Rudego miał jednakowy przebieg. Ponieważ gimnazjum Winogradowa było prywatne, więc obok pięcioosobowej komisji egzaminacyjnej zasiadał przedstawiciel kuratorium okręgu szkolnego. Skoro tylko wezwano Rudego, dyrektor pan Prawosudowicz zwracał się do urzędnika kuratorium i coś mu mówił szeptem. Należy domyśleć się, że informował go, że egzaminowany jest protegowanym ministra Kasso. Przedstawiciel kuratorium kiwał głową, odwracał się na krześle półbokiem do stołu i zagłębiał się w gazetę. W odpowiedzi na pytania egzaminatorów Rudy plótł mniej lub więcej bez sensu, aż przewodniczący komisji, tj. dyrektor gimnazjum, uznał, że zadano tyle pytań, ile nakazywała przyzwoitość, i mówił sakramentalne: Sadities. Tylko egzamin z geografii porównawczej miał trochę inny przebieg.
– Jakie znacie wyznania religijne w Rosji? – pyta dyrektor.
– Są prawosławni. Również katolicy. Żydzi też...
Dyrektor zmarszczył się:
– Żydzi są narodowością, a nie religią. Trzeba mówić: wyznania mojżeszowego.
Rudomina kiwnął głową na znak zgody.
– Jakie znacie jeszcze wyznania? – pytał dalej dyrektor. – Turcy.
– Turcy są narodowością, a nie wyznaniem. Mówi się: wyznania muzułmańskiego.
Rudomin znów kiwnął głową.
– Gdzie głównie mieszkają muzułmanie? – W piekarniach.
(W wielu miastach imperium rosyjskiego piekarnie i ciastkarnie były prowadzone przez Turków w fezach, byłych jeńców wojennych lub ich potomków).
W tym miejscu dyrektor nie mógł się wstrzymać od uśmiechu, a przedstawiciel kuratorium odłożył gazetę i zaczął się z ciekawością przysłuchiwać egzaminowi.
Dyrektor obiegł wzrokiem członków komisji, jakby pytając, czy można uznać egzamin za skończony, czy też może któryś z panów członków chciałby zadać pytanie. Nauczyciel geografii, który uchodził za czarnosecińca i lubił złośliwe kawały, podniósł palec wskazujący na znak, że chce pytać.
– Mówiliście, Rudomina, o religiach – powiedział – może więc nam wyjaśnicie, jaka jest różnica między prawosławiem a katolicyzmem?
– Katolicy wierzą w papieża, a prawosławni nie wierzą w papieża.
– A więc wy, Rudomina, jako katolik, wierzycie w papieża?
– Tak jest. Wierzę, Aleksandrze Sawiczu.
– Wspomnieliście też o muzułmanach. Może nam powiecie, co jest istotą religii muzułmańskiej?
– Nie wolno im pić wina.
– Wobec tego prawdopodobnie nie chcielibyście być muzułmaninem?
– Istotnie nie chciałbym, Aleksandrze Sawiczu.
Egzamin został zakończony wesoło i ku ogólnemu zadowoleniu.

Rozdział V
NA FRONCIE ZACHODNIM
Jak się okazało trwoga jesienna, która pchnęła Tadeusza Irteńskiego w podróż z Baćkowa do Petersburga przez Stary Bychów, nie była uzasadniona. Front zastygł pod Baranowiczami o 150 wiorst na zachód od Mińska i miał tak trwać przez bez mała dwa i pół roku. Koleje chodziły normalnie. Tyle tylko, że teraz "wagon miński" szedł z Petersburga nie przez Wilno i Nowowilejkę, ale przez Orszę, no i że znikł wagon z tabliczką "Pietrograd-Lwow". W początku grudnia Tadeusz wracał do Mińska z uczuciem niepokoju, roztrwonił bowiem w ciągu czterech miesięcy większą kwotę, którą był dostał na wypadek dłuższego odcięcia od ogniska rodzicielskiego, tj. źródeł pieniężnych. Trwoga pierzchła jednak, gdyż pan Irteński wzruszył tylko ramionami i powiedział z przekąsem:
– Widzę, że w ciągu tych czterech miesięcy studiowałeś bardzo intensywnie.
Mińsk zmienił się bardzo. Wprawdzie po dawnemu wracającego ze stolicy młodzieńca raziły pokrzywione chałupy przedmieść i brzydkie kamienice śródmieścia, ale znikła "konka", czyli tramwaj konny, aby dać więcej wolnej przestrzeni skaczącym po kocich łbach wojskowym autom i ciężarówkom. Jeśli nie liczyć starszych panów i dzieci, na ulicach prawie nie było cywilnych. Cywilny strój Tadeusza zwracał uwagę i nieraz był zapraszany do bramy przez patrol żandarmerii dla obejrzenia dowodów osobistych.
Gimnazjum rządowe ewakuowano w głąb Rosji. Szesnastoletni Kazio chodził teraz do prywatnego gimnazjum Zubakina i Falkowicza. Gmach gimnazjum rządowego przy ulicy Gubernatorskiej został zajęty pod kwaterę sztabu generała Ewerta, dowódcy frontu zachodniego. Niemal we wszystkich większych mieszkaniach zarekwirowano pokoje dla oficerów.
W jednym z pokojów mieszkania państwa Irteńskich zainstalował się kapitan kontrwywiadu Kleigels, syn osławionego Kleigelsa warszawskiego. Poza tym mieszkania prywatne i hotele pęczniały od "uciekinierów": z Królestwa, z Grodzieńszczyzny, z Wileńszczyzny. Znikło – "ewakuowało się" – "Akwarium" i lokal jego zajęto pod biura wojskowe. Znikł więc przybytek luksusowej prostytucji. Popyt na nią zwiększony wskutek niemal dwukrotnego powiększenia się ilości męskich mieszkańców miasta Mińska – był zaspokajany przez rozluźnienie obyczajów oraz instytucję sióstr miłosierdzia.
Mińsk robił wrażenie miasta okupowanego, przy czym była to okupacja zarówno wojskowa, jak cywilna. Autochtoni – odsunięci na dalszy plan – znikli w masie nowych twarzy i mundurów. Bo mundury panowały wszędzie: w restauracjach, w klubie, w kawiarniach, na "żurkach" prywatnych.
Oczywiście przeważały mundury oficerów "nieprawdziwych", tj. noszących epolety pracowników różnych organizacji "paramilitarnych": Czerwonego Krzyża, Oddziałów Drogowych, Związku Ziemstw i Miast, i wielu, wielu innych. Wszystkich tych pseudooficerów ochrzczono wkrótce mianem "ziemhuzarów", co było tym trafniejsze, że wielu z nich przyczepiało sobie ostrogi do butów i nosiło kupowane za drogie pieniądze okrutne szable z kaukaskimi klingami. Tadeusz był świadkiem, jak na jakimś "żurku" kilku ziemhuzarów narodowości polskiej chwaliło się posiadanymi klingami, chełpiąc się giętkością stali.


Do rozmawiających podszedł Staś Eynarowicz z Grodzieńszczyzny, kuzyn Tadeusza. Pracował też w jakiejś organizacji pomocniczej i nosił szablę przy boku.
– Wasze klingi to tandeta – powiedział – popatrzcie na moją.
Wyjął szablę z pochwy i oburącz zgiął klingę w pałąk, aż koniec ostrza dotknął rękojeści. Wszyscy wstrzymali oddech z podziwu. A Staś opuścił jedną rękę a drugą podniósł szablę do góry. Pałąk pozostał.
Staś Eynarowicz, brat jego Wincenty, dwaj bracia Sieheniowie i Bohdan Zalutyński, o którym będzie jeszcze mowa w tej opowieści – wszyscy ziemianie z Grodzieńszczyzny – należeli do "elity" wygnańców, gdyż udało się im nabrać skarb rosyjski na milionowe sumy tytułem odszkodowania za zniszczenia wojenne.
Jak już wspomniałem, w.ks. Mikołaj Mikołajewicz wydał w końcu lata 1915 roku rozkaz przymusowej ewakuacji ludności i niszczenia wszystkiego, czego nie można było wywieźć na wschód. "Akty", czyli protokóły intendenckie, sporządzano naprędce przy kieliszku i z wręczeniem intendentowi łapówki. W ten sposób do protokółu wpisywano np. sumę kilkunastu tysięcy rubli (jeszcze dobrych!) za zniszczenie studni artezyjskiej, której w ogóle nie było, lub za spalenie budynku, który albo nie istniał, albo nie był spalony. W rezultacie każdy z wyżej wymienionych ziemian dostał gotówką z intendentury po parę milionów rubli. Z polskiego punktu widzenia nabranie skarbu rosyjskiego mogło ostatecznie ujść nawet za czyn patriotyczny.
Niestety, była inna strona medalu. Władze rosyjskie po wypłaceniu odszkodowania tym pięciu osobom zorientowały się, że dalsza wypłata tak olbrzymich sum może poważnie nadwerężyć budżet państwowy. Przyszedł więc rozkaz wstrzymania dalszych wypłat. Tysiące ludzi gorzej sytuowanych i bardziej przez zniszczenia pokrzywdzonych, niż owa piątka, nie otrzymało ani grosza odszkodowania i musieli albo ciężko pracować, albo iść do wojska (lub organizacji "paramilitarnej"), albo żyć z pomocy społecznej. A wielka piątka ciskała sturublówkami, grała na giełdzie petersburskiej, kupowała sztabki złota, funty lub dolary, no i pędziła życie bardzo szerokie i wesołe.


Takie Życie w ciężkim okresie wojennym było oczywiście czymś bardzo "aspołecznym" i tkwiło solą w oku uspołecznionych patriotów zgrupowanych dokoła Towarzystwa Rolniczego, Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny i tworzącej się – zrazu nieoficjalnie – Polskiej Rady Ziemi Mińskiej. O pięciu szczęśliwych dżentelmenach mówiono bardzo źle. Ponieważ jednak ludzie są ludźmi a miliony są milionami, więc mówiono o nich źle tylko za oczy, w oczy natomiast podlizywano się im w sposób bezwstydny i bezinteresowny. Bezinteresowny, gdyż tak się zdarzyło, że wszyscy ci panowie mieli z natury węża w kieszeni i – hojni, gdy chodziło o ich własne potrzeby lub rozrywki – niechętnie rozstawali się z pieniędzmi.
Front zastygł pod Baranowiczami. Wojna z manewrowej stała się pozycyjną. W Mińsku zaczęła się nuda tyłów. Rozrywki były bardzo nieurozmaicone: "żurki", gra w karty, rzadziej pijaństwo. "Żurki" były z natury rzeczy nudne jak flaki z olejem. Sztuka kinematograficzna stała wtedy na dość niskim poziomie i kino było rozrywką dla gustów prymitywnych. Do kina chodziło się normalnie z panią lub panienką, aby ją po ciemku poszczypać. Za to w karty – prawie wyłącznie w gry hazardowe – grano zawzięcie, niemal od wczesnego rana, w klubie, w numerach hotelowych, w domach prywatnych. Urzędnicy intendentury lub oficerowie związani z tymi lub innymi kasami wojskowymi wprowadzili modę bardzo grubej gry: nieraz minimalną stawką była "katarzynka" tj. sturublówka z wizerunkiem Katarzyny II, a nawet "Piotruś" tj. pięćsetrublówka z wizerunkiem Piotra I. Ponieważ szczęście w kartach nie zawsze dopisywało, a pieniądze były bardzo potrzebne, więc zdarzało się, że ten lub ów gracz z gatunku zdeterminowanych uciekał się do "nakładki", tj. trzymając bank w grze w chemin de fera lub bakarata nakładał na talię zawczasu przygotowaną serię odpowiednio ułożonych kart. Czasem szulera łapano na nakładce.


Dziewiętnastowieczny zwyczaj bicia szulerów wyszedł już był z mody, ponieważ zaś przyłapany na oszustwie był zwykle w mundurze, więc sprawę tuszowano i tylko unikano gry z szulerem. Zwykle taki szuler starał się o przeniesienie do innego miasta – Witebska, Kijowa lub Mohylowa i tam próbował szczęścia.


Pijaństwo było utrudnione z powodu obowiązującej prohibicji. Wypitki jednak zdarzały się, gdyż w wielu ziemiańskich domach były jeszcze zapasy starki i win, można było również dostać garniec lub dwa spirytusu od zaprzyjaźnionego personelu szpitalnego lub sanitarnego, a w ostateczności dostawało się od przyjaciela lekarza receptę na 100 gr. winnego spirytusu – na kompres.
Jak wspomniałem ludność miasta Mińska wzrosła niemal podwójnie, przy czym olbrzymią część przyrostu stanowili mężczyźni. Kobiety więc były na wagę złota. Powodzenie miały nawet straszydła, które normalnie skazane były na staropanieństwo albo pisanie wierszy lub powieści.
Na początku jesieni 1915, gdy Tadeusz był w Petersburgu, nad Mińskiem zjawił się zeppelin. Nie zrzucił żadnej bomby, ale napędził strachu. Wprowadzono więc przepisy "blackoutowe". Zaciemnieniu mińskiemu daleko było do szczelności "blackoutu" obowiązującego w czasie ostatniej wojny w Londynie. Czarny "kumacz" na oknach przeświecał tu i ówdzie. Ale za to latarń ulicznych w ogóle nie zapalano, co było na rękę oszczędnej gospodarce miejskiej. Nadto obowiązywał przepis, że w razie alarmu światła wewnętrzne muszą być gaszone – bez względu na to, czy są czy nie są zasłonięte. Były to więc przepisy dość swoiste, a czy celowe – tj. czy wytrzymałyby próbę prawdziwego ataku powietrznego? – tego właściwie nikt nie wiedział. A nie wiedział, bo przez cały okres wojny nie było ani jednego nalotu na Mińsk w porze nocnej.
Tadeusz przeżył jeden alarm lotniczy, jak się okazało fałszywy. Było to na początku zimy 1916 późnym wieczorem w zatłoczonej, jak zwykle, kawiarni "Selekt". Nagle zjawił się policjant i rozkazał: "Gasić światła!" Zrobiło się ciemno i bardzo nieprzyjemnie, zwłaszcza że niezależnie od urzędowego "kumacza" okna były zasłonięte ciężkimi kotarami. Po kilku minutach takiego siedzenia w egipskich ciemnościach, ktoś błysnął za–pałką i zapalił papierosa. Trudno opisać chór groźnych wrzasków, które się rozległy dokoła: "Zgasić, natychmiast zgasić!" Skonfundowany śmiałek zgasił nie tylko zapałkę, ale i zdusił na spodku zapalonego papierosa. Jak gdyby ta czerwona centka kurzącego się papierosa mogła być dojrzana z zeppelina – przez grube zasłony okienne...


Miał być wszakże jeden – jedyny w ciągu całej wojny – atak lotniczy na Mińsk. Odbył się nie w nocy, lecz w pełnym blasku wschodzącego słońca, gdzieś w końcu lata 1916. Samolot niemiecki zjawił się nad Mińskiem w wyraźnym celu zaatakowania gmachu gimnazjum, w którym się mieścił sztab frontu generała Ewerta, położonego w obszernym czworokącie, gdzie się, prócz gimnazjum, mieściły – kościół ewangelicki zwany popularnie "kirchą", gmach deputacji szlacheckiej i Hotel Paryski. Padły trzy bomby. Były to bombki mało większe od granatu ręcznego, prawdziwe zabawki w porównaniu z bombami drugiej wojny. Pierwsza bomba wybuchła na jezdni przed wejściem do sztabu i zabiła stojącego na warcie żołnierza. Druga bomba wybuchła w ogrodzie gimnazjum nie robiąc nikomu żadnej szkody. Trzecia... Historia trzeciej bomby była nie tylko tragiczna, ale dla miłośników rozmyślań nad zagadką przeznaczenia – czy może przypadku? – pouczająca

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 07 grudzień 2012 14:00

Ost Front: Czwarta doba w Gruzji

pruszynskiNa śniadaniu spotkałem interesującego Kanadyjczyka z Toronto. Pisze doktorat z finansów i wiele razy był w tutejszym Ministerstwie Skarbu. Okazuje się, że za prezydentury Miszy wiele zrobiono, by ułatwić życie przedsiębiorcom. Zmniejszyli z 50 do 8 liczba podatków i już na niskim poziomie urzędniczym nie ma korupcji. Problemy jednak są na wyższym poziomie, gdy się chce wygrać z urzędem podatkowym w sądzie. Tam jest niewiele szans, by to zrobić. Gdy mu powiedziałem, że na Białorusi są tylko cztery podatki i trzy akcyzy powiedział, że tak powinno być.
Później byłem na targu staroci. Czego tam nie było... Ordery i odznaki Armii Czerwonej, porcelana, platery, nawet komplet do herbat warszawskiego Norblina z XIX wieku za 1000 dolarów. Sporo starych miedzianych naczyń, w tym nawet całe urządzenia do pędzenia samogonu. Różne pozłacane i srebrne świecidełka dla pań, kilimy. Trochę kryształów i tutejsze typowe suweniry, jak ikony, kielichy z rogów czy kindżały, a wreszcie obrazy, znacznie ciekawsze niż te, które można oglądać na rynku suwenirów w Mińsku.


Ale było siedem razy tyle sprzedających co kupujących, wśród których spotkałem ludzi z Północnej Osetii, która jest częścią Rosji. Od dwóch lat ludzie z rosyjskimi paszportami mogą jeździć bez wiz do Gruzji, ale Gruzini muszą nadal mieć wizę, jadąc do Rosji. Spotkałem ich znów przy stoisku z obrazami, gdzie pan bez ceregieli wyjął spory zwitek studolarówek i kupił dwa obrazy. Okazało się, że jadą do Messcheta, odległej o 20 km pierwszej stolicy Gruzji, gdzie urzędował ich chrześcijański król już w IV wieku, i wprosiłem się na tą wycieczkę.
Po drodze dowiedziałem się, że jego ojciec dostał się do niewoli niemieckiej, był w różnych obozach, a na koniec w Holandii. Po wyzwoleniu wrócił do ZSRS i jeszcze osiem lat był w łagrze wcale nie lepszym niż niemieckie. Jechaliśmy jego drogą japońską terenówką doliną rzeki Mittari. Po obu stronach drogi były góry porosłe trawą i krzakami, a koło drogi widać nowe wysokie domy. Gdy wyjechaliśmy z miasta, była niska zabudowa.
Starożytna stolica Gruzji była w znacznym stopniu odbudowana, a może nawet pobudowana, bo rozebrano stare domy wokół monasteru i podobne do siebie nowe. Wszystko na koszt UNESCO, które, jak wiadomo, nic na Białorusi nie finansowało.
Weszliśmy do wielkiego kościoła bez ławek i klęczników, gdzie kapłan udzielał ślubu i było koło młodych z osiem osób. Przeciwieństwie do ślubów katolickich, kapłan długo się modlił, zaś młodzi tylko dwa razy powiedzieli tak i z kapłanem obeszli z trzy razy centralny drewniany mebel, na którym była rozłożona księga, z której kapłan czytał modlitwę, i wypili wspólnie wino z kubeczka, jaki im podał kapłan. Okazuje się, że ten monaster jest modnym miejscem brania ślubów. W ciągu niecałych dwóch godzin widzieliśmy z siedem par, a wychodząc na parking, aż trzy przedłużone amerykańskie limuzyny, którymi przyjechali młodzi i ich goście. Potem dowiedziałem się, czemu dwie pierwsze pary były tylko z garścią gości. Byli tutejsi, a na huczne wesele jechali do odległych miejsc, gdzie żyją rodzice i krewni. Panny młode były w uroczych białych ślubnych sukniach, kosztujących z 300 dolarów, zaś panowie w byle jakich czarnych ubraniach prócz jednego, który występował w tradycyjnym męskim stroju Gruzina.
Wieczorem byłem na kolacji u tutejszego Polaka, z którym mnie spiknęła pani Maria spotkana w Tbilisi na lotnisku. Okazało się, że jesteśmy tego samego herbu Rawicz, który przyszedł do Polski z Czech. Podano podobne do polskich pierogi i zapijaliśmy je doskonałym tutejszym winem oraz wódką robioną z pozostałego po wytłoczeniu z winogron soku. Przy okazji dowiedziałem się, że aby z winogron dostać słodkie wino, trzeba wstrzymać się z ich zerwaniem i wyciskaniem nawet do... grudnia.
Tam poznałem panią profesor Tamarę Kilendadze z tutejszego międzynarodowego prywatnego uniwersytetu. Okazało się, że oboje jesteśmy sceptykami co do zalet Unii Europejskiej. Niestety, takich jak ona jest mało, bo "wszyscy", podobnie jak lata temu w Polsce, nie bardzo znają szczegóły działania Unii, ale są zaślepieni jej zaletami. Pani Tamara, widząc we mnie bratnią duszę, zaprosiła mnie do swego uniwersytetu, bym miał dla studentów wykład o Polsce i Białorusi.
Niedziela
Po śniadaniu bez kłopotu taksówką dotarłem do kościoła katolickiego. Przed nim sporo brązowawych ludzi, ksiądz i zakonnice hinduskie oraz jedna Polka. Kościół pobudowany w XIX w. przez Polaków już nie jest tak polski i tylko raz w miesiącu są polskie msze, choć proboszcz jest Polakiem i nawet uczy dzieci po polsku. Kiedyś nawet w Tbilisi była ulica polska i jest jeszcze polski cmentarz i boleję, że go nie odwiedziłem.
W niedziele są msze: rosyjska, gruzińska i po południu łacińska. Po mszy spotkałem ciekawego rodaka, pana Kamińskiego, którego dziad z Kiejdan na Litwie został zesłany do Gruzji. W Tbilisi pracował na kolei, która zresztą została zbudowana przez Polaków i na wyższych stanowiskach, podobnie jak na Kolei Transsyberyjskiej byli sami Polacy.
Jego dziad ożenił się potem z siostrą innego Polaka, która przyjechała odwiedzić brata. W 1920 roku z dziećmi chcieli przez Baku dostać się do Polski, ale to okazało się niemożliwe i wrócili do Tbilisi, gdzie już zostali. Mój rozmówca skończył miejscową politechnikę i pracował jako metrolog. Mimo że nie było polskiej szkoły, nauczył się sam dobrze po polsku, a w Polsce był tylko raz, odwożąc na wakacje grupę tutejszych dzieci kilka lat temu. Teraz zbiera materiały historyczne o tutejszych Polakach, ale ma kłopoty z ich wydaniem. Choć jest dobrze wykształcony, nie miał pojęcia o tym, że w 1919 r. kapitan Kozłowski złamał szyfr Armii Czerwonej, co pomogło Polakom pobić Sowietów w 1920 r., oraz nie wiedział, że była Enigma, czyli złamanie przez Polaków, a potem Francuzów i Anglików szyfru niemieckiego, a informacje uzyskane przekazywano też Sowietom. To też walnie przyczyniło się do zwycięstwa aliantów nad Hitlerem.

Ostatnia doba
W niedzielę wieczorem wpadłem do mej ulubionej kafejki Encore i zaprosiłem menedżerkę, która właśnie kończyła służbę, na kawę. Okazało się, że była dawniej dziennikarką w TV, ale jej stacja splajtowała i chcąc, nie chcąc została kelnerką, a po dwóch latach menedżerką w tej kafejce. Zarabia niecałe 400 zielonych i zasadniczo nie widzi żadnej przyszłości w tej pracy. Więc zasugerowałem jej, że jeśli uda mi się kogoś namówić w Polsce na wejście na tutejszy rynek z bursztynami, to mogłaby mieć przy tym pracę. Ale nie miała wielkiego pojęcia, co to jest bursztyn, więc zrobiłem jej wykład na ten temat i szans sprzedawania go. Potem zaproponowałem, by zwróciła się do starszej pani siedzącej przy drugim stoliku i zapytała ją, czy wie, co to bursztyn i czy by sobie coś z bursztynu kupiła. Dziewczyna to zrobiła. Panie rozgadały się, a potem dosiedliśmy się do nich i okazało się, że jej towarzysz jest wydawcą tutejszego tygodnika. Zaproponował mi, że następnego dnia zrobią z mną wywiad.
W poniedziałek po południu pani profesor zawiozła mnie do Międzynarodowego Uniwersytetu, który ma studentów zarówno z Azerbejdżanu, jak i Gruzji. Mówiłem po angielsku do ponad dwudziestu młodych. Powiedziałem wiele o Białorusi i sporo o Polsce, a szczególnie o wadach UE. O tym, że polscy rolnicy dostają po latach nadal dopłaty niższe niż ich konkurenci w zachodniej Europie.
Później przyjechała dziennikarka z tygodnika "Tbilisi" i zrobiła z mną wywiad, gdzie sporo znów mówiłem o wadach UE. Mam nadzieję, że koś poważniejszy to przeczyta i zastanowi się, w co się oni pchają, a robią dokładnie to, co Polska, mówiąc, że muszą gwałtem wstąpić do UE.
Z rodakami z mego hoteliku pojechaliśmy na lotnisko autobusem miejskim za jednego lari, a nie za 20 dolców. Niestety, trzeba było biwakować do 5 rano. Jedyna pociecha, że spotkałem tu rodaków, w tym tych, co przyjechali tym samym rejsem co ja. Byli w górach. Dużo zwiedzili, spotkali moc serdecznych ludzi, są gotowi przyjechać jeszcze raz i szczęśliwi czekali na odlot. Potem spotkałem grupę polskich "nafciarzy", którzy wiercą tu za ropą. Ponoć ma być na głębokości 2500 metrów, czyli dość płytko. Oni mieszkali na prowincji, po wsiach. Dwa tygodnie pracują, potem dwa tygodnie urlopu. Spotkali się z wielką biedą, emerytury są poniżej 100 dolarów, a mieszkania w blokach kosztują niewiele mniej, więc ludzie się z nich wyprowadzają do pustostanów, których jest sporo.


Miło było tam być, choć z wielkimi tego kraju się nie widziałem, ale sporo się dowiedziałem i może wiosną tam jeszcze wpadnę, jeśli dokopię LOT-owi i wydębię bilet za moje mile.


Aleksander graf Pruszyński
Warszawa/Mińsk

piątek, 30 listopad 2012 20:52

Wojna i sezon (5)

Wśród Polaków najpopularniejsze były "Oddziały (czy też drużyny) drogowe". Z biegiem tygodni ilość tych organizacji rosła i stały się one wreszcie jakąś bachanalią. Mieliśmy więc "Organizację wielkiej księżny Marii Pawłówny" (organizację tę zwano żartobliwie gwardią sanitarną, gdyż jej członkowie nosili epolety niczym się nie różniące od epoletów oficerskich i mające nadto cyfrę "M.P." z mitrą wielkoksiążęcą); mieliśmy organizacje opieki nad tzw. hurtami, tj. stadami krów, które również były przymusowo ewakuowane razem z ludnością; mieliśmy Związek Miast i Związek Ziemstw (przetłumaczony przez Leo Belmonta w powieści Ałdanowa na "związek ziemian"!); mieliśmy wreszcie organizację rozciągającą pieczę nad wygnańcami, których nazywano "bieżeńcami", a po polsku "uciekinierami". Nazwa była błędna, drobna bowiem część tych ludzi uszła dobrowolnie: w istocie byli to wygnańcy, a nie uchodźcy. Organizacja nosiła długą nazwę "Północo-pomoc dla organizacji uchodźców frontu zachodniego". Rosjanie, których zmysł humoru nie ustępował wtedy zmysłowi humoru u Polaków, przekręcili nazwę tej organizacji na "Północo-niemoc dla dezorganizacji uchodźców frontu zachodniego". Wyliczyłem tylko kilka typowych organizacji, naprawdę było ich znacznie więcej. Odnotuję jedno jeszcze curiosum. Ktoś wymyślił, że szlachta pracująca w jakiejkolwiek z owych organizacji ma prawo noszenia specjalnych złotoczerwonych naramienników. Trwały te mundury "szlacheckie" w Mińsku dość długo, zanim nie zjawił się groźny i krewki pułkownik, komendant placu miasta Mińska, który bezprawnie umundurowanych szlachciców zapraszał do bramy i tam bez ceremonii zdzierał z nich epolety.


Sierpień. Tadeusz Irteński przeżywał w Baćkowie chwile trwogi. Co będzie, jeżeli Niemcy zajmą Mińsk i Baćków? Może Tadeuszowi, jako będącemu w wieku poborowym, grozi internowanie przez Niemców? Wieści z zachodu były coraz groźniejsze. Żydzi w Sielibie wiedzieli o wzięciu Wilna na kilka dni przed oficjalną wiadomością i szeptem dawali do zrozumienia, że z dnia na dzień czekają oddania Niemcom Mińska. Przez Baćków, który przez rok cały leżał w strefie, gdzie o wojnie niemal zapomniano, nagle powiało groźnym "tchnieniem Bellony". Do wsi i dworu zajechał z ciężkimi wozami "park artyleryjski". Po drodze sunęły obozy. Poczciwa dobra "gruntowa" droga koło Małego Lasku, po której jechało się lekko, a bez kamiennego stuku, teraz była przemielona kołami armat, jaszczów i ciężkich wozów, konie grzęzły w niej po kostki, a koła po osie. Oficerowie parku artyleryjskiego byli mili i kulturalni. Z jednym z nich, porucznikiem Pawłowem, zawarł Tadeusz krótką przyjaźń opartą na obustronnej pasji łowieckiej. Choć do sezonu jesiennego brakowało paru tygodni, zaproponował nowemu przyjacielowi zapolować z gończymi. Gdy stali na wyschłej na pieprz, a zwykle błotnistej drodze przez Sterczynę – sierpień był suchy tego lata – i słuchali dalekiego gonu sześciu ogarów – nadciągnął mały oddział piechoty eskortującej jakieś wozy. Żołnierze wlekli się, miętosząc ciężkimi buciskami rozmieloną drogę i z tępą ciekawością przyglądali się cywilowi i oficerowi z dubeltówkami w rękach. Jeden z żołnierzy spojrzał z ukosa na epolety Pawłowa i powiedział głośno, patrząc w inną stronę:
– Panowie oficerowie z artylerii zabawiają się (batujutsa), a piechota za wszystko odpowiada.
Był to pierwszy zauważony przez Tadeusza przykład niesubordynacji. Rok temu podobne odezwanie się szeregowca wobec oficera było nie do pomyślenia.
"Tchnienie Bellony" miało również aspekt akustyczny. Wystarczyło zejść z alei z miejsca, gdzie był grób stryja Ludomira, i po przejściu dwustu kroków stanąć między drzewami lasu uroczyska Makowje, aby od czasu do czasu usłyszeć, jak leciutki wietrzyk z zachodu przynosi wyraźny pomruk armat.


Gdy Tadeusz słuchał tej muzyki wojennej razem z Pawłowem, zauważył, że na twarzy artylerzysty odbił się niepokój.
– Jak daleko dochodzi odgłos strzałów armatnich? – spytał Tadeusz.
– Strzałów najcięższej artylerii przy najbardziej sprzyjających warunkach atmosferycznych nie słychać dalej niż 30-40 wiorst – odparł rzeczoznawca.
(Jak się później okazało, rzeczoznawca się mylił i Tadeusz był świadkiem niezwykłego fenomenu akustycznego: strzały grzmiały gdzieś pod Baranowiczami, czyli w linii powietrznej o jakieś 200 wiorst od Baćkowa).
Tymczasem z Mińska przyjechał pan Irteński. Przyniósł groźną wiadomość o załamaniu się frontu pod Nowo-Święcianami i ukazaniu się oddziałów niemieckich na wschód od Mińska, bo aż pod Borysowem. Dopiero później się dowiedziano, że nie było to przerwanie frontu, a tylko słynny "nowoswiencianskij proryw" – rajd kawalerii dokonanej przez niemieckich "huzarów śmierci". Husarzy ci narobili porządnego popłochu, zjawiając się istotnie w okolicach Borysowa, po czym wycofali się z powrotem na zachód.
Na razie jednak rodzina Irteńskich była mocno zaalarmowana. Po naradzie familijnej, w której uprzejmi oficerowie parku artyleryjskiego brali udział z głosem doradczym, postanowiono zaopatrzyć Tadeusza w odpowiedni zapas gotówki – na wypadek dłuższego odcięcia od ogniska rodzinnego – i wysłać go końmi na wschód do stacji Stary Bychów (100 wiorst!), aby stamtąd koleją jechał do Petersburga. Wybrano taką niezwykłą marszrutę, gdyż koleje na Mińsk były zatłoczone.


Życie gospodarcze i towarzyskie Baćkowa ciążyło ku zachodowi, północy i południowi. Wschód był stroną świata, gdzie słońce wschodziło – i niczym więcej. Z czasów najwcześniejszego dzieciństwa i pierwszej młodości Tadeusza utrwaliło się w nim przekonanie, że na wschodzie – za ciemnosinym pasem starzyn i borów – nic już nie ma i że się tam świat kończy. Los zrządził, że teraz miał poznać ten "koniec świata".
Droga, przeważnie leśna, biegła przez Kliczew, Olsę, Czeczewicze i Horodziec. W Horodźcu był nocleg w jakimś starym zajeździe. Były prześliczne dni babiego lata. Bory, nagrzane za dnia, pachniały wieczorem żywicą, grzybami i nieuchwytnym aromatem wczesnej jesieni. Po niebie bez chmurki ciągnęły na południo-zachód, ozłocone skośnymi promieniami słońca, kliny żurawi. Ich klangor podobny do jękliwych kurantów biegł przez czyste powietrze to zamierając, to dźwięcząc na nowo jak mickiewiczowska harmoniki sfera. A "południując" w cieniu sosen rosochatych na mchu i wrzosach przysłuchiwano się głuchym, jakby podziemnym pomrukom dalekich armat. Ten odgłos nieprzyjemny przypominał, że jest wojna i że podróż przez te bory prześliczne odbywa się nie w celach krajoznawczych, a dlatego że "wojenka" (co za pieszczotliwy eufemizm!) wypruwa ludzi z nagrzanych, pachnących myszką i suszonymi jabłkami kątów.


A las dokoła żył własnym życiem. "Obojętna przyroda jaśniała wiecznym pięknem". Telegrafista boru dzięcioł wystukiwał w próchnie osiny odwieczny, niosący dobre nowiny alfabet leśny. Jękliwie skarżył się krążący nad borem koniuch myszołów. Gdzieś bardzo daleko dźwięczał jak dzwonek gon ogarów goniących lisa czy zająca. Późnym popołudniem pierwszego dnia podróży odbyła się przeprawa przez rzekę Druć.
Rzeka Druć... Dla dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu Polaków "Druć" zabrzmi tylko, jak nic nie mówiąca nazwa geograficzna. A szkoda. Druć jest właśnie dla Polaków rzeką godną zapamiętania. Linią bowiem tej rzeki biegła granica pierwszego rozbioru (1772). Dalej na zachód nie śmiały jeszcze wedrzeć się szpony Katarzyny II. Zabrała tylko spory szmat tych ziem między Drucią i Dnieprem. Zabrała oczywiście nie w celach imperialistycznych, lecz dla oswobodzenia ludności nękanej przez "jarzmo polskie", no i dla celów strategicznych. Była więc Druć pierwszym cofnięciem się Rzeczypospolitej Obojga Narodów z reduty dnieprowskiej na zachód. I była Druć pierwszą w dziejach Polski – osiemnastowieczną – "linią Curzona".

 

Rozdział IV


PIERWSZE ZJAWIENIE SIĘ

WITOLDA DUSIACKIEGO-RUDOMINY


Gdyby historią rządziła logika, lub – ściślej – gdyby istniał, jak nas uczą historycy, których historia niczego nie nauczyła, logiczny związek przyczynowy między zdarzeniami historycznymi, rewolucja rosyjska powinna była wybuchnąć o półtora roku wcześniej, tj. w końcu lata lub na początku jesieni roku 1915. Może zresztą działała tu jakaś delayed action, jak mina wybuchająca w wiele godzin lub nawet dni po jej założeniu.
W każdym razie dynamit pod rewolucję 1917 został założony 1 sierpnia 1914 roku, a lont podpalony jesienią 1915 po niepowodzeniach oręża rosyjskiego latem tego roku. Cóż z tego, że pomimo niezdarów na wyższych stanowiskach wojskowych żołnierze bili się dzielnie i że się cofnęli o kilkaset kilometrów na wschód nie tylko bez paniki, ale we wzorowym porządku? Porażka spowodowana bądź niedołęstwem, bądź "zdradą" była oczywista. Z ław poselskich Dumy państwowej, od czasów Stołypina tak ugodowej i potulnej, i z foteli, w których zasiadali, wierni tronowi starcy w Radzie państwa, zagrzmiały głosy krytyki i oburzenia. Po raz pierwszy od dnia wybuchu wojny rozległ się i roztaczał coraz szersze kręgi pomruk o "ciemnych siłach". A tymi "ciemnymi siłami" byli: Rasputin, o którym głucho było w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy wojny, i różni "nieodpowiedzialni" zausznicy przy dworze.


Krytykowano nie armię, nawet nie pechowego w. ks. Mikołaja Mikołajewicza, lecz rząd i dwór. Plotka węszyła szpiegów na najwyższych stanowiskach – i nie w armii, lecz w Petersburgu i Carskim Siole. Cesarz, lub raczej jego doradcy skanalizowali "gniew ludu" (właściwie był to gniew inteligencji) w sposób dość prosty. Przepędzono ministra wojny Suchomlinowa za zaniedbanie zaopatrzenia armii w broń i amunicję. A jeszcze wcześniej znaleziono kozła ofiarnego w osobie pułkownika Miasojedowa, którego sądzono za zdradę i powieszono w cytadeli warszawskiej. Wreszcie usunięto Mikołaja Mikołajewicza ze stanowiska wodza naczelnego i wysłano go na dowódcę frontu kaukaskiego. Usunięcie Mikołaja Mikołajewicza, popularnego pomimo niepowodzeń wojennych w armii i kraju, było zresztą robotą carowej (Rasputina), która bała się, że Mikołaj Mikołajewicz dokona przewrotu pałacowego i wsadzi ją do klasztoru.


Naczelne dowództwo objął sam cesarz. O ile powieszenie "zdrajcy" Miasojedowa i dymisja Suchomlinowa trochę uspokoiły opinię publiczną, o tyle objęcie naczelnego dowództwa przez cesarza, który oczywiście miał jeszcze mniej od stryja kwalifikacji na wodza, wywołało powszechną konsternację. Czy dobrze czyni cesarz, biorąc na swe barki nie tylko ciężki trud, ale i odpowiedzialność za dalszy przebieg wojny, a więc za możliwe porażki? – pytali ludzie jak najwierniejsi tronowi. Ale i pesymiści nie przeczuwali wtedy najgorszego: że stały pobyt cesarza w "namiocie" naczelnego wodza w Mohylowie odda rządy stolicą i państwem w ręce nieoficjalnej "regentki" cesarzowej Aleksandry Fiedorówny osoby bardzo ograniczonej, histeryczki, otoczonej w Carskim Siole bandą karierowiczów, mistyków, łobuzów lub niedołęgów.
Petersburg mało się zmienił. Tyle tylko, że na ulicach spotykało się dużo "bieżeńców" i język polski słychać było wszędzie. Gdy przyszły dni chłodne i Polacy ubrali się w bekiesze, nie goniły ich już okrzyki "futuryści", jak przed wojną, a tylko pełne współczucia szepty: "bieżeńcy". Patriotyzm pierwszego roku wojny, nazwany później przez poetkę Marinę Cwietajewą "wołowym patriotyzmem", przygasł. Koledzy Tadeusza – Rosjanie, którzy rok przedtem zapowiadali solennie, że wstąpią do wojska jako ochotnicy, jakoś pa dawnemu nosili mundury studenckie. "Romantyzm" wojenny ulotnił się bez reszty. I jaki tam mógł być romantyzm, skoro się widziało rekrutów Izmajłowskiego pułku ćwiczących publicznie na Rotach z pałkami w ręku zamiast karabinów.


– No, mogliby przynajmniej dla oka wytrzasnąć kilkaset starych berdanek; a nie kompromitować się na oczach stolicy, wymachując tymi kijami – mówił Toluś Rusiecki, gdy szli z Tadeuszem do Kuchni studenckiej.
W Kuchni było tłoczniej i gwarniej niż zwykle. Przy tych lub innych stolikach zbawiano Polskę po dawnemu, ale dyskusje strategiczno-wojenne wyszły z mody. Wojna najwyraźniej zaczynała wszystkich nudzić. Zjawiło się sporo nowych twarzy, świeżo upieczeni studenci, a wśród nich ci, co w trybie ułatwionym i przyśpieszonym ukończyli gimnazja wileńskie.


Wtedy to Tadeusz Irteński spotkał się po raz pierwszy z Witoldem Dusiackim-Rudominą.
Zjawienie się Wicia Rudominy przezwanego Rudym, choć włosy i oczy miał ciemne, poprzedziła legenda. Zdolny, bystry i dowcipny miał wstręt do nauki, pracę uważał za najcięższą karę Boską i już w latach bardzo młodych lubił karty, miał pociąg do kieliszka i lgnął do towarzystwa starszych od siebie. Lubiano go powszechnie, na giełdzie bowiem walorów ludzkich wesołe usposobienie i dowcip są bardzo poszukiwane.
Na wiosnę 1913 roku pozostał na drugi rok w 8 klasie gimnazjum Winogradowa w Wilnie.

ciąg dalszy za tydzień

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 30 listopad 2012 14:27

Z OST FRONTU: Byli i będą

Byli i będą
pruszynskiBardzo dawno temu czytałem książkę Marii Rodziewiczówny pt. "Devajtis". Ostatnio na stosiku ze starymi książkami znalazłem inną jej powieść pt. "Byli i będą", której akcja zaczyna się po Powstaniu Styczniowym na dzisiejszej Białorusi.
Jest tam opowieść o represjach wobec Polaków i katolików, jakie im serwował carat. Gdy księdzu nie wolno było dać parafianinowi polskiej książki do nabożeństwa. Gdy nie wolno było uczyć po polsku. Gdy Polacy płacili dwukrotnie wyższe podatki niż prawosławni itd. O czasach, gdy unici, by nie zawierać ślubów we wrogich sobie cerkwiach, jechali do Krakowa, bo władze carskie uznawały śluby tam zawarte. Ba podobnie robili małżonkowie, gdy prawosławna szła za katolika i by mąż nie musiał zdradzać swej wiary brał narzeczoną do tego miasta.

Cenna gazeta
Oprócz Kas Spółdzielczych Stefczyka jest jeszcze bardzo prężna Kasa Spółdzielcza SKOK w Wołominie, która wydaje darmowy dwutygodnik pt. "Dobry Znak". Ma doskonałe pióra i naprawdę patriotyczny charakter, więc teraz, jak jadę do Mińska, z przyjemnością ją tu wożę.

Kawał
Donald Tusk odwiedza z roboczą wizytą szkołę podstawową. Po oficjalnej akademii pani mówi do uczniów: – Kochane dzieci, jeśli macie jakieś pytania, to możecie zadać je teraz panu premierowi.
Zgłasza się Jasiu: – Panie premierze, mam do pana dwa pytania. Pierwsze: – Skąd wziął się trotyl na skrzydłach tupolewa? Drugie: – Czy śmierć nawigatora Jaka-40 ma coś wspólnego z katastrofą w Smoleńsku?
Premier zastanawia się nad odpowiedzią i nagle dzwoni dzwonek na przerwę... Po przerwie dzieci wracają do klasy, a pani mówi: – Kochane dzieci, jeśli ktoś ma jeszcze jakieś pytania do Pana premiera, to pytajcie.
Zgłasza się Małgosia: – Panie premierze, mam do pana cztery pytania. Pierwsze: – Skąd wziął się trotyl na skrzydłach tupolewa? Drugie: – Czy śmierć nawigatora Jaka-40 ma coś wspólnego z katastrofą w Smoleńsku? Trzecie: – Dlaczego dzwonek na przerwę zadzwonił 20 minut przed czasem? Czwarte: – Gdzie zniknął Jasiu?

Rocznice
W zeszłym tygodniu minęła 200. rocznica przejścia resztek wojsk Napoleona przez Berezynę. Był to wielki wyczyn polskich i francuskich saperów, którzy zbudowali dwa mosty. Jeden dla piechoty i drugi dla konnicy i artylerii. Dzięki nim w ciągu jednej doby przeszły na drugi brzeg rzeki w przyzwoitym szyku wojska francuskie i polskie, dopiero potem nadeszli maruderzy i były dantejskie sceny, jak walczyli, by się dostać na drugi brzeg. Gdyby wojska Napoleona nie przeszły, toby było to jego ostateczna klęska, a tam mógł jeszcze walczyć rok. Równocześnie prasa podała, że właśnie w listopadzie 1940 r. otworzono w Mińsku fabrykę radioodbiorników, ale nie dodała, że była to fabryka zagrabiona w Wilnie kilka miesięcy przedtem.

Wizyta w Gruzji: trzecia doba
Zjadłem smaczne śniadanie we wspomnianej francusko-gruzińskiej firmie, gdzie spotkałem młodych Australijczyków i Niemców, a potem odwiedziłem polską ambasadę, gdzie przyjął mnie attache handlowy, pan Chrzanowski. Przede wszystkim jest pytanie, czy mimo nie tylko oficjalnej przyjaźni polsko-gruzińskiej stosunki handlowe rozwijają się należycie. Polskie firmy, mówił mi, wchodzą dość dobrze na tutejszy rynek głównie towarów spożywczych, np. czekolad i cukierków. Czasami towary polskie trafiają tu poprzez firmy ukraińskie. Dalej jest sporo turystów, zwłaszcza latem, bo przecież kraj ten ma wspaniałe wybrzeże morskie i dość wysokie góry oraz sporo zabytków.
Chodząc po głównej alei miasta, gdzie jest moc sklepów z tanią i drogą biżuterią, zauważyłem zupełny brak bursztynów. Potem powiedziano mi, że za czasów sowieckich było ich sporo, bo przywożono je z Kaliningradu, ale od czasu rozpadu ZSRS, a zwłaszcza pogorszenia stosunków Gruzji z Rosją, już ich brakuje.


Inna dziwna sprawa wymagająca interwencji zarówno polskich, jak i gruzińskich władz to ceny międzynarodowych rozmów telefonicznych. Do USA i Kanady kosztują po 30 lokalnych centów, do Polski i Europy 3 razy tyle.
Byłem też na sesji w Instytucie Studiów Strategicznych poświęconej ważnym zagadnieniom przedstawianym przez rozczochraną i podle ubraną babę – nowego wiceministra spraw zagranicznych. Mówiła długo, a priorytetową sprawą jest kwestia oderwanej od Gruzji Abchazji i Południowej Osetii. Abchazja to prowincja na zachodnim końcu Gruzji zajmująca do 1988 r. około 20 procent kraju. Ma piękne wybrzeże Morza Czarnego, a dalej góry. Po konflikcie do Gruzji przybyło stamtąd ponad 200 tysięcy uchodźców, którzy już się częściowo zintegrowali. Są zasadniczo dwa problemy. Władze Abchazji, które zależą w znacznej mierze od Rosji, nie chcą powrotu uchodźców oraz Gruzja nie chce uznać tamtejszej władzy.
Kilka miesięcy temu Rosja przystąpiła do Światowej Organizacji Handlu WTO. W wyniku tego będzie musiała znieść blokadę na gruzińskie towary spożywcze, w tym wino. To może jednak być obosieczne. Po 2008 r. po dużym wysiłku gruzińskie wina znalazły nowe rynki zbytu w Europie, a nawet w USA, co wiązało się z koniecznością poprawy ich jakości. Obecnie dochód z eksportu win dochodzi do poziomu sprzed embarga. Otworzenie rynków rosyjskich spowoduje obniżenie jakości win. Rosjanie, którzy do wojny konsumowali 85 proc. win gruzińskich, są mniej wymagający niż zachodni importerzy. To znów uzależni Gruzję od widzimisię Rosji.


W dyskusji zwróciłem uwagę zebranych na to, że UE ma też wady. Warto, by się zapoznali z licznymi publikacjami, jakie na ten temat ukazały się w Polsce. To nie bardzo dotarło do zebranych, bo w Gruzji jest moda na UE. Na większości budynków państwowych powiewają obok flagi Gruzji błękitne flagi Zjednoczonej Europy, choć jeszcze do niej Gruzja nie należy.
Po dwóch godzinach nasiadówki poszedłem na obiad i w kafejce przysiadłem się do sympatycznej Gruzinki, nauczycielki angielskiego. Uczy w szkole, gdzie źle płacą, ale dorabia prywatnymi lekcjami po 8 dolarów za godzinę. Ma dzieci w wieku 4 i 8 lat. Mąż lepiej zarabia jako ekonomista w banku, ale potrzebowali pomocy rodziców, by rok temu kupić 38-metrowe mieszkanie za 40.000 dolarów. Mimo apeli Cerkwi aborcje są nadal powszechnie dostępne i, o dziwo, moja rozmówczyni przyznała się, że miała już ich dwie. Jest propaganda środków antykoncepcyjnych i nawet można je dostać za darmo, ale jak widać, nie bardzo to skutkuje.


Za wskazaniem nauczycielki poszedłem na ulicę, gdzie miało być sporo sklepów z suwenirami – była tylko moc sklepów z dewocjonaliami. Dalej, dzięki sugestii napotkanych Niemców, poszedłem przez piękny, nowoczesny wiszący most z przezroczystym dachem do stacji kolejki linowej. Ten most to jeden z obiektów dumy prezydenta, a niedaleko jest budowany podobnej konstrukcji teatr. Oba kosztowne obiekty spotkały się z krytyką przeciwników Miszy, który ponoć woli budować nowe obiekty niż remontować zabytki.
Wielowagonową kolejką z Japończykami i Koreańczykami dostałem się na górę ze świątynią i ruinami zamku. Stąd był przepiękny widok na całe miasto, gdzie widać wiele cerkwi, które nie mają cebulastych kopuł, jak moskiewskie, ale stożkowate. Najpiękniejszy widok z tej góry jest po zmroku, gdy miasto zabłyśnie różnymi światłami.


Schodząc z góry, trafiłem na ładny nowy hotelik Citadel, z którego pokoi jest wspaniały widok na miasto. Odpoczywając przy kawie, rozgadałem się z menedżerką, która co dopiero wróciła z Miami, gdzie pięć lat studiowała hotelarstwo. Zarabia niby dobrze – 500 dolarów miesięcznie – ale nie była zachwycona, gdy się dowiedziała, że niańka w Moskwie zarabia trzy razy tyle za dwa tygodnie pracy miesięcznie. Mówiła, że wielu młodych po studiach na Zachodzie, wraca do kraju.


Poniżej tego hotelu był niedawno odnowiony Envoy Hostel, czyli dom turysty, gdzie łóżko w pokoju 10-osobowym ze śniadaniem kosztowało 26 lari, czyli więcej niż tam gdzie nocowałem, ale komfort lepszy. Oba polecam i ich adresy można znaleźć w Internecie. Innym obiektem, skąd jest wspaniały widok na miasto, jest 19-piętrowy hotel Radison, gdzie na 18. piętrze jest kawiarnia i basen, a w hotelu można dostać prawie wszystkie miejscowe angielskie gazety, które dają dobry obraz tego, co się w Gruzji dzieje, i widać, jak my na Białorusi jesteśmy w ślepym zaułku. Ba, nie u nas, ale właśnie w Tbilisi zakończył się światowy kongres małych firm. Zresztą w Tbilisi są jeszcze dwa Marriotty i buduje się jeden Intercontinental.
Na kolację zjadłem smakowitą tutejszą potrawę przypominającą południowoamerykańskie chili, która jest uważana za typową gruzińską potrawę chłopską. Przyrządza się ją prosto. Najpierw przebiera się czerwoną fasolę, myje i najlepiej zostawić ją w wodzie na noc. Rano wylewa się pierwszą wodę i w drugiej gotuje się do momentu, gdy woda zacznie bulgotać. Jeszcze raz się gotuje w nowej wodzie, by fasola była miękka. Teraz bierze się dużo cebuli, trochę czosnku, kraje to i zrumienia na oleju na patelni oraz dodaje przyprawy, takie jak pietruszka, oraz pokrajaną na drobne kostki wieprzowinę. Potem łączy się to z fasolą i jeszcze niektóre panie dodają pastę pomidorową. W dobrych restauracjach końcowe gotowanie jest w garnczkach glinianych. W gorszych gotową potrawę wlewają w gliniane garnczki i podają.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 23 listopad 2012 18:22

Wojna i sezon [4]

"Goniec" dziekuje wydawnictwu "Czas" z Litwy

Wydawnictwo „Czas”, Wilno 2008. 

 



Smutny był dla Tadeusza powrót do Łohojska. Wóz drabiniasty trząsł po grudzie niemiłosiernie. Drugi wóz za myśliwymi szedł pusty. A jakby pięknie było, gdyby na tym drugim wozie leżało bure cielsko łosia ze zwisającą w dół głową z rosochami. Jak na obrazku... (Nie – pomyślał Tadeusz – na obrazku łeb łosia zwisa z sanek, a nie z wozu).


Obiad po łowach był smutny. Humorów nie było, choć przy stole krążyły kielichy z tak cenną w epoce prohibicji "młodą starką". ("Młoda starka" nie jest pojęciem sprzecznym z logiką, lecz oznacza po prostu siedmio- lub dziesięcioletnią starkę). Wprawdzie większość gości udobruchała się nieco po piątej czy szóstej kolejce – zwłaszcza zacny amfitrion pan Cybulski spoglądał na Tadeusza z życzliwym współczuciem – lecz okrutny i sangwiniczny pan Staroniewicz nie uspokajał się. Z peror jego wynikało, że wyprawa Tadeusza na łosia była w samym zarodku skazana na niepowodzenie. Że musiał mieć sztucer (sam pan Staroniewicz miał dubeltówkę). Że w ostateczności wziąwszy dubeltówkę, należało wziąć nie "żakany", które są do niczego, lecz "breneki". Że nie wolno było w ogóle strzelać na sztych, lecz poczekać, aż łoś będzie mijał stanowisko, i wtedy strzelać na komorę. Że w ostateczności, skoro się zdecydowało strzelać na sztych, trzeba było mierzyć w pierś, bo kula z gładkiej lufy często od łba odskakuje. Że...
Po dalszej kolejce pan Cybulski rozkrochmalił się ostatecznie i w porę przypomniał sobie, że wszak dnia tego nie jeden Tadeusz spudłował:
– Napadacie wszyscy na pana Tadeusza, a przecie to młody myśliwy. Po raz pierwszy w życiu strzelał do łosia i miał prawo pogorączkować się. Ale pan, panie Kandyba, stary myśliwy i żeby tak haniebnie spudłować...


Pan Kandyba mruknął coś niewyraźnie i milczkiem wychylił kieliszek. Tadeusz mógł więc przestać być figurą centralną i kozłem ofiarnym, mógł zupełnie uniknąć drwin i peror, gdyby nie palnął głupstwa, pytając ni z tego, ni z owego:
– Łoś szedł wprost na mnie. A co by się stało, gdybym nie strzelił? Czy w ogóle łoś rzuca się na ludzi?
– Łoś nigdy nie rzuca się na ludzi, lecz nigdy nie zbacza z drogi: zdeptałby pana jak amen w pacierzu.
Tadeusz spojrzał niedowierzająco na obecnych. Odpowiedział mu grzmot śmiechu. Najgłośniej śmiał się pan Kandyba. Na razie Tadeusz nie rozumiał, o co chodzi. Wyjaśnił mu to pan Staroniewicz, mówiąc tonem znaczącym:
– Ach, więc to dlatego pan spudłowałeś...


Była to w tym dniu chwila może straszniejsza niż pudło do łosia. Tadeusz zrozumiał, że prócz opinii pudlarza doczepiono mu opinię tchórza. Łoś spudłowany przez Tadeusza był w światku mińskim tematem rozmów i plotek w ciągu pół roku. Krążyły najrozmaitsze wersje. Najbardziej rozpowszechniona z nich brzmiała: "Zobaczył łosia po raz pierwszy w życiu, przeraził się i spudłował, choć strzelał jak do kopy siana". Potem jednak potoczyły się zdarzenia wielkiej i ogólnej wagi. Zdarzenia te sprawiły, że o łosiu zapomniano.
A w dwadzieścia jeden lat później Tadeusz Ipohorski-Irteński pisał: "Wspomnienia myśliwskie są czyste, jak pierwsza porosza, mocne jak woń bahunu, słodkie jak leśne maliny. Nie są one ani złe, ani dobre, ani miłe. Są one tylko myśliwskie. I cóż że wtedy spudłowałem do łosia? Gdybym nie spudłował, dostałbym piękne rogi, które prawdopodobnie przepadłyby w latach 1917–1920 z tylu innymi rzeczami – cennymi i pamiątkowymi.
Dziś zamiast martwego trofeum na ścianie mam w duszy jedno z najmilszych wspomnień myśliwskich. Dziś przymykam oczy i widzę ów »obrazek weyssenhoffowski« – łosia migającego białymi nogami ku stanowisku pana Kandyby. Mój łoś żyje. I może żyje nie tylko we wspomnieniu. Bo – kto wie – co się później stało z jego fizyczną powłoką? Może ustrzelił go kłusownik. Może niezwykle śnieżną i ostrą zimą 1916–1917 otoczyły go i pożarły wilki. Może w okresie »swobody« padł pod ciosami chłopskich wideł. Może zginął w czasie rykowiska w pojedynku z silniejszym rywalem. Może żyje jednak – sędziwy i groźny samotnik –- i nosząc na łbie potwornym jakiejś potwornej wielkości łopaty snuje się po dziś dzień po borach łohojskich – kto wie...".

 

Rozdział III
DRUĆ


Na parę lat przed wybuchem wojny tygodnik petersburski "Nowyj satirikon", zasilany najtęższymi piórami satyrycznymi ówczesnej Rosji z Teffi i Awierczenką na czele, wydał numer poświęcony wojnie przyszłości. "Wojna trwała jedną godzinę, trzydzieści sześć minut i jedenaście sekund" – tak mniej więcej zaczynał się jeden z artykułów w tym numerze. Wojna japońska wyjawiła bowiem niesłychane a mrożące krew w żyłach środki zniszczenia współczesnej wojny: karabiny maszynowe zwane z rosyjska kulomiotami, daleko i szybkostrzelne działa, olbrzymie pociski naładowane jakimiś "szimozami". Bąkano też, choć nieśmiało, o łodziach podwodnych a nawet o przyszłości wojennej aparatów latających – zarówno cięższych od powietrza, jak i zeppelinów (które chyba nie wszystkie rozbiły się nad Jeziorem Bodeńskim?). Pytano więc: czy wojna – jeżeli w ogóle wybuchnie – prowadzona przy pomocy tak okropnych broni, może potrwać długo?


A jednak wojna trwała. Trwała już przeszło pół roku. I jak można było sądzić z samarytańskich wizyt w szpitalach wojennych, dokąd miłosierne panie nosiły żołnierzykom papierosy i słowa pociechy, bardzo duży procent rannych miał kłute rany od bagnetu, jak za czasów Suworowa.
Raz jeden Tadeusz asystował pani Irteńskiej przy wizycie w szpitalu etapowym na dworcu, gdzie leżeli ranni i chorzy mający być odesłani dalej w głąb Rosji. W dość dużej i jasnej sali damy rosyjskie opiekowały się rosyjskimi dziwo-bohaterami. Pani Irteńska wstąpiła do zatłoczonej łóżkami salki, do której nie zaglądały samarytanki rosyjskie. Leżeli tam jeńcy austriaccy, przeważnie nie ranni, lecz chorzy na dyzenterię czy biegunkę. Zaduch był straszny. Chorzy gorączkujący wykrzykiwali słowa bez związku po niemiecku, węgiersku, polsku i czesku. Jakiś Węgier wrzeszczał co kilka sekund potężnym tenorem: "Sanitater, srać!". Ale ani sanitariuszy, ani sióstr miłosierdzia nie było. Pani Irteńska szybko rozdała papierosy, zamieniła kilka słów z pierwszym z brzegu Austriakiem i wyszła z zapowietrzonej sali. Gdy mijała grupę pań rosyjskich, jedna z nich zmrużyła oczy i powiedziała:
– A więc opiekuje się pani rannymi wrogami?


Trzeba było widzieć, co się stało z panią Irteńską. Kalecząc niemiłosiernie język rosyjski, zaczęła wymyślać Rosjance:
– Widzę, że pani miłosierdzie chrześcijańskie nie rozciąga się na cierpiących tylko dlatego, że noszą mundur nieprzyjacielski! Chyba jest pani poganką! Jestem pewna, że nawet Żydzi (Tadeusz pociągnął panią Irteńską za rękaw)... Jestem pewna, że nawet Turcy odnoszą się z miłosierdziem do rannych nieprzyjaciół. A zresztą wśród tych rannych, którym zaniosłam papierosy, jest dużo Słowian, dla których podobno prowadzicie tę wojnę...
Tadeusz mocniej pociągnął panią Irteńską za rękaw. Machnęła ręką i zamilkła zwłaszcza, że panie rosyjskie milczały ponuro. Wojny na godziny nikt nie obliczał. Ale obliczano na tygodnie, później na miesiące. Gdy generał brytyjski Earl Kitchener of Khartoum powiedział, że wojna może potrwać trzy lata, pomyślano, że dzielny staruszek w piętkę goni.


Pewne podniecenie wywołał pierwszy dzień wiosny, 9 marca starego stylu 1915, gdy przyszła wiadomość, że "nasze waleczne wojska zdobyły Przemyśl". Gazety podały niesłychane cyfry zdobytych armat, sprzętu wojennego, zapasów i jeńców z generałem o czeskim nazwisku na czele. Wojska rosyjskie biły się w Karpatach. Tylko na froncie niemieckim zwycięstw nie było. Warszawa była wprawdzie wciąż w ręku rosyjskim, ale Prusy Wschodnie zostały prawie całkowicie z Rosjan oczyszczone.
Optymizm nie gasł jednak. Gdyby nawet Warszawę ocalono ("ze względów strategicznych"), pozostaje linia trzech fortec: Iwangorod (Dęblin), Nowogieorgijewsk (Modlin) i Osowiec. Zdaniem strategów zajętych szpilkowaniem map twierdze te były "nowoczesne". A gdyby jakimś cudem ta linia została przełamana, pozostaje druga linia obronna: forteca Kowno, Grodno i Brześć Litewski.
Wojna trwała. Życie na tyłach biegło normalnie. Złote ruble znikły z obiegu zaraz po wybuchu wojny, ale rubel papierowy stał mocno. Ceny na produkty pierwszej potrzeby nie drgnęły. A kawior – ziarnisty i prasowany – spadł w cenie równo o połowę, gdyż przerwany został jego eksport za granicę. Przyszła wiosna. Tadeusz pojechał do Petersburga i zdał tam przepisową ilość egzaminów dla przejścia na trzeci rok prawa: z ekonomii politycznej i z historii prawa rzymskiego.


W środku maja coś się zaczęło psuć na froncie. Komunikaty kwatery głównej, czyli tzw. stawki (namiotu) wodza naczelnego w Baranowiczach, były po dawnemu pogodne i uspokajające. Ale poczta pantoflowa, lub raczej podziemna poczta iskrowa prowadzona od wieków przez Żydów miejskich i miasteczkowych, zaczęła szeptać o cofaniu się z Galicji, a później – latem – o oddaniu Niemcom Warszawy. Po kilku dniach przyszło oficjalne potwierdzenie tej wieści. Armia rosyjska cofała się na całym froncie. Jeszcze wcześniej oddano Przemyśl, którego zdobycie tak reklamowano przed kilku miesiącami. Oddano Lwów razem z "rewindykowanymi" unitami.
Nie oparła się też nowoczesna linia fortec: Iwangorod, Nowogieorgijewsk i Osowiec. Zresztą nikt tej linii bronić nie zamierzał. Żydowska poczta iskrowa coraz głośniej mówiła o braku broni i amunicji w wojsku rosyjskim. Brakło pocisków artyleryjskich i ładunków karabinowych. Brakło armat i karabinów. Po raz pierwszy przez całe społeczeństwo przebiegło syczące słowo "zdrada". Ktoś musiał zdradzić, bo jakże inaczej mogło zabraknąć amunicji dla krwawiącej się na froncie armii? Armia rosyjska cofała się jednak w porządku i bez popłochu. W porządku opuszczono linię Iwangorod-Nowogieorgijewsk-Osowiec. W porządku porzucono linię Brześć Litewski-Grodno-Kowno. Zresztą już w roku 1812 Rosjanie pokazali, że potrafią, gdy zechcą, cofać się w porządku.


W tym czasie w. ks. Mikołaj Mikołajewicz wydał rozkaz, który mu odebrał resztki sympatii u Polaków. Według tego rozkazu cofające się wojska miały niszczyć wszystko, co pozostawiały za sobą, i jednocześnie uprowadzać przymusowo całą ludność cywilną. Setki tysięcy wygnańców zwanych "bieżeńcami", Polaków, Litwinów i Białorusinów, ruszyło na wschód. Dziesiątki tysięcy grobów, przeważnie dziecięcych, wyrosło na zboczach szlaków wygnańczych. Gdy w rok później Tadeusz jechał traktem ihumeńskim, oglądał na własne oczy co pół wiorsty po kilka skromnych zarosłych trawą mogiłek z prymitywnymi krzyżami w cieniu starych brzóz, którymi trakt był wysadzony. Ponieważ był wtedy w trakcie pisania wierszy, więc napisał na temat tych skromnych krzyżyków elegię pt. "Wiosna 1916 roku". Elegię później wydrukowała jednodniówka mińska "Siew Bellony", ozdobioną rysunkami i winietkami Henryka Weyssenhoffa.


Rozkaz Mikołaja Mikołajewicza wprawił Polaków w stan niesłychanego oburzenia. Ponieważ zarówno w złej, jak dobrej godzinie psychika polska jest nastrojona według tonacji "Polska jest pępkiem świata", więc znalazło się wielu bardzo nawet poważnych Polaków, którzy twierdzili, że rozkaz wysiedlania ludności i palenia wsi i dworów był wydany rozmyślnie w celu biologicznego, jak byśmy dziś powiedzieli, wyniszczenia narodu polskiego. Rzecz jasna autorzy rozkazu nic podobnego nie mieli na myśli. Była to po prostu pierwsza próba zastosowania scorched-earth policy, tak konsekwentnie stosowanej w 26 lat później. Zresztą i w roku 1915 skutki tej polityki były opłakane: tysiące wsi i dworów poszło z dymem, a nawet jedno miasto, Brześć Litewski, zostało niemal doszczętnie "rozstrzelane", ogniem cofającej się artylerii rosyjskiej. Na to pocisków nie zabrakło.
Armie rosyjskie cofały się w porządku, ale nikt nie mógł zgadnąć, gdzie się zatrzymają. Kopano pośpiesznie okopy wzdłuż lewego brzegu Berezyny, co by oznaczało, że tamtędy przyszły front będzie przebiegał i że Baćków znajdzie się po stronie rosyjskiej i o trzy wiorsty od frontu. Mówiono jednak o jeszcze dalej na wschód położonej linii obronnej – o Dnieprze. Wilno zostało oddane Niemcom jakby bez boju, chociaż w trzy lata później Tadeusz spotykał w Mińsku oficerów niemieckich, którzy mówili, że dostali krzyże żelazne "fur die Schlacht von Wilno".
Wydano jeszcze jeden rozkaz barbarzyński – spalenia zapasów spirytusu w gorzelniach. Spirytus wylewano do stawów i na łąki i tam podpalano. Przed podpaleniem chłopi i chłopki starali się uratować trochę spirytusu i nabierali cennego płynu zmieszanego z mułem i błotem do czego się dało – do wiader, butelek, niecułek, nawet do czapek.


Na posiadaczy niebieskich i białych biletów padł blady strach. Niebieskie bilety, tj. jedynaków, zaczęto powoływać do wojska bez względu na to, że byli "jedynymi żywicielami rodziny", a białym biletom groziła ponowna i drobiazgowa rewizja lekarska. Pomysłowość ludzka nie zna jednak granic. Zanim nowe zarządzenia przybrały formę prawną, już tysiące niebieskich i białych biletów wstąpiło do pomocniczych "paramilitarnych" organizacji, w których udział zwalniał od obowiązku normalnej służby wojskowej.


Wśród Polaków najpopularniejsze były "Oddziały (czy też drużyny) drogowe". Z biegiem tygodni ilość tych organizacji rosła i stały się one wreszcie jakąś bachanalią. Mieliśmy więc "Organizację wielkiej księżny Marii Pawłówny" (organizację tę zwano żartobliwie gwardią sanitarną, gdyż jej członkowie nosili epolety niczym się nie różniące od epoletów oficerskich i mające nadto cyfrę "M.P." z mitrą wielkoksiążęcą); mieliśmy organizacje opieki nad tzw. hurtami, tj. stadami krów, które również były przymusowo ewakuowane razem z ludnością; mieliśmy Związek Miast i Związek Ziemstw (przetłumaczony przez Leo Belmonta w powieści Ałdanowa na "związek ziemian"!); mieliśmy wreszcie organizację rozciągającą pieczę nad wygnańcami, których nazywano "bieżeńcami", a po polsku "uciekinierami". Nazwa była błędna, drobna bowiem część tych ludzi uszła dobrowolnie: w istocie byli to wygnańcy a nie uchodźcy. Organizacja nosiła długą nazwę "Północo-pomoc dla organizacji uchodźców frontu zachodniego". Rosjanie, których zmysł humoru nie ustępował wtedy zmysłowi humoru u Polaków, przekręcili nazwę tej organizacji na "Północo-niemoc dla dezorganizacji uchodźców frontu zachodniego". Wyliczyłem tylko kilka typowych organizacji, naprawdę było ich znacznie więcej. Odnotuję jedno jeszcze curiosum. Ktoś wymyślił, że szlachta pracująca w jakiejkolwiek z owych organizacji ma prawo noszenia specjalnych złotoczerwonych naramienników. Trwały te mundury "szlacheckie" w Mińsku dość długo, zanim nie zjawił się groźny i krewki pułkownik, komendant placu miasta Mińska, który bezprawnie umundurowanych szlachciców zapraszał do bramy i tam bez ceremonii zdzierał z nich epolety.


Sierpień. Tadeusz Irteński przeżywał w Baćkowie chwile trwogi. Co będzie, jeżeli Niemcy zajmą Mińsk i Baćków? Może Tadeuszowi, jako będącemu w wieku poborowym, grozi internowanie przez Niemców? Wieści z zachodu były coraz groźniejsze. Żydzi w Sielibie wiedzieli o wzięciu Wilna na kilka dni przed oficjalną wiadomością i szeptem dawali do zrozumienia, że z dnia na dzień czekają oddania Niemcom Mińska. Przez Baćków, który przez rok cały leżał w strefie, gdzie o wojnie niemal zapomniano, nagle powiało groźnym "tchnieniem Bellony". Do wsi i dworu zajechał z ciężkimi wozami "park artyleryjski" Po drodze sunęły obozy. Poczciwa dobra "gruntowa" droga koło Małego Lasku, po której jechało się lekko a bez kamiennego stuku, teraz była przemielona kołami armat, jaszczów i ciężkich wozów, konie grzęzły w niej po kostki, a koła po osie. Oficerowie parku artyleryjskiego byli mili i kulturalni. Z jednym z nich, porucznikiem Pawłowem, zawarł Tadeusz krótką przyjaźń opartą na obustronnej pasji łowieckiej. Choć do sezonu jesiennego i brakowało paru tygodni, zaproponował nowemu przyjacielowi zapolować z gończymi. Gdy stali na wyschłej na pieprz, a zwykle błotnistej drodze przez Sterczynę - sierpień był suchy tego lata - i słuchali dalekiego gonu sześciu ogarów - nadciągnął mały oddział piechoty eskortującej jakieś wozy. Żołnierze wlekli się miętosząc ciężkimi buciskami rozmieloną drogę i z tępą ciekawością przyglądali się cywilowi i oficerowi z dubeltówkami w rękach. Jeden z żołnierzy spojrzał z ukosa na epolety Pawłowa i powiedział głośno patrząc w inną stronę:
– Panowie oficerowie z artylerii zabawiają się (batujutsa), a piechota za wszystko odpowiada.


Był to pierwszy zauważony przez Tadeusza przykład nie subordynacji. Rok temu podobne odezwanie się szeregowca wobec oficera było nie do pomyślenia.
"Tchnienie Bellony" miało również aspekt akustyczny. Wystarczyło zejść z alei z miejsca, gdzie był grób stryja Ludomira, i po przejściu dwustu kroków stanąć między drzewami lasu uroczyska Makowje, aby od czasu do czasu usłyszeć jak leciutki wietrzyk z zachodu przynosi wyraźny pomruk armat.
Gdy Tadeusz słuchał tej muzyki wojennej razem z Pawłowem, zauważył, że na twarzy artylerzysty odbił się niepokój.
– Jak daleko dochodzi odgłos strzałów armatnich? – spytał Tadeusz.
– Strzałów najcięższej artylerii przy najbardziej sprzyjacych warunkach atmosferycznych nie słychać dalej niż 30-40 wiorst – odparł rzeczoznawca.
(Jak się później okazało, rzeczoznawca się mylił i Tadeusz był świadkiem niezwykłego fenomenu akustycznego: strzały grzmiały gdzieś pod Baranowiczami, czyli w linii powietrznej o jakieś 200 wiorst od Baćkowa).
Tymczasem z Mińska przyjechał pan Irteński. Przyniósł groźną wiadomość o załamaniu się frontu pod Nowo-Święcianami i ukazaniu się oddziałów niemieckich na wschód od Mińska, bo aż pod Borysowem. Dopiero później się dowiedziano, że nie było to przerwanie frontu, a tylko słynny "nowoswiencianskij proryw" - raid kawalerii dokonanej przez niemieckich "huzarów śmierci". Husarzy ci narobili porządnego popłochu zjawiając się istotnie w okolicach Borysowa, po czym wycofali się z powrotem na zachód.
Na ranie jednak rodzina Irteńskich była mocno zaalarmowana. Po naradzie familijnej, w której uprzejmi oficerowie parku artyleryjskiego brali udział z głosem doradczym, postanowiono zaopatrzyć Tadeusza w odpowiedni zapas gotówki - na wypadek dłuższego odcięcia od ogniska rodzinnego - i wysłać go końmi na wschód do stacji Stary Bychów (100 wiorst!), aby stamtąd koleją jechał do Petersburga. Wybrano taką niezwy-kłą marszrutę, gdyż koleje na Mińsk były zatłoczone.


Życie gospodarcze i towarzyskie Baćkowa ciążyło ku zachodowi, północy i południowi. Wschód był stroną świata, gdzie słońce wschodziło - i niczym więcej. Z czasów najwcześniejszego dzieciństwa i pierwszej młodości Tadeusza utrwaliło się w nim przekonanie, że na wschodzie - za ciemnosinym pasem starzyn i borów - nic już nie ma i że się tam świat kończy. Los zrządził, że teraz miał poznać ten "koniec świata".
Droga, przeważnie leśna, biegła przez Kliczew, Olsę, Czeczewicze i Horodziec. W Horodźcu był nocleg w jakimś starym zajeździe. Były prześliczne dni babiego lata. Bory, nagrzane za dnia, pachniały wieczorem żywicą, grzybami i nieuchwytnym aromatem wczesnej jesieni. Po niebie bez chmurki ciągnęły na południo-zachód, ozłocone skośnymi promieniami słońca, kliny żurawi. Ich klangor podobny do jękliwych kurantów biegł przez czyste powietrze to zamierając, to dźwięcząc na nowo jak mickiewiczowska harmoniki sfera. A "południując" w cieniu sosen rosochatych na mchu i wrzosach przysłuchiwano się głuchym, jakby podziemnym pomrukom dalekich armat. Ten odgłos nieprzyjemny przypominał, że jest wojna i że podróż przez te bory prześliczne odbywa się nie w celach krajoznawczych, a dlatego że "wojenka" (co za pieszczotliwy eufemizm!) wypruwa ludzi z nagrzanych, pachnących myszką i suszonymi jabłkami kątów.


A las dokoła żył własnym życiem. "Obojętna przyroda jaśniała wiecznym pięknem". Telegrafista boru dzięcioł wystukiwał w próchnie osiny odwieczny, niosący dobre nowiny alfabet leśny. Jękliwie skarżył się krążący nad borem koniuch myszołów. Gdzieś bardzo daleko dźwięczał jak dzwonek gon ogarów goniących lisa czy zająca. Późnym popołudniem pierwszego dnia podróży odbyła się przeprawa przez rzekę Druć.
Rzeka Druć... Dla dziewięćdziesięciu dziewięciu na stu Polaków "Druć" zabrzmi tylko, jak nic nie mówiąca nazwa geograficzna. A szkoda. Druć jest właśnie dla Polaków rzeką godną zapamiętania. Linią bowiem tej rzeki biegła granica pierwszego rozbioru (1772). Dalej na zachód nie śmiały jeszcze wedrzeć się szpony Katarzyny II. Zabrała tylko spory szmat tych ziem między Drucią i Dnieprem. Zabrała oczywiście nie w celach imperialistycznych, lecz dla oswobodzenia ludności nękanej przez "jarzmo polskie", no i dla celów strategicznych. Była więc Druć pierwszym cofnięciem się Rzeczypospolitej Obojga Narodów z reduty dnieprowskiej na zachód. I była Druć pierwszą w dziejach Polski - osiemnastowieczną - "linią Curzona".

Opublikowano w Lektura Gońca