Goniec

Switch to desktop Register Login

piątek, 16 listopad 2012 17:01

Wojna i sezon (3)

Czasopisma drukowały wiersze patriotyczne. Nawet hedonista i "egofuturysta" Igor Sjewierianin pisał: Kto ruszit Giermaniju skoreje na stanciju; Tam pojezd za pojezdom stremitsa wpieriod... albo gromił Wilhelma II: Winiu tiebia za to, czto ty, nachmuriw browi; Wozdwig w swojej stranie gonienije na sławian...
W teatrach i teatrzykach obowiązywał też repertuar podniosły. Stawiano więc sztukę Leonida Andrejewa "Król, prawo i wolność" na tle bohaterskiej postawy Belgii. Tytuł wzięto z refrenu Brabansony. Publiczność tłumnie waliła na tę sztukę, ale Tadeusz nie poszedł instynktownie przeczuwając szmirę. O repertuarze teatrzyków wspomniałem w rozdziale poprzednim.
Gazety i tygodniki pitrasiły opowiadania na temat bohaterstwa "szarych żołnierzyków" oraz reportaże, również w bohaterskim tonie utrzymane, własnych korespondentów z frontu. Ci właśni korespondenci z frontu oraz właśni korespondenci "z Kopenhagi" z reguły nie ruszali się od swych biurek w redakcjach petersburskich. Pisma humorystyczne kpiły z Wilhelma, z Franciszka Józefa, z Turków. Niektóre kawały były niezłe. Warto przypomnieć jeden.
Instruktor niemiecki ogląda twierdzę turecką i wytyka dowództwu tureckiemu jej braki. W pewnej chwili widzi z przerażeniem, że armaty jednej z baterii są drewniane.
– Ależ z tych armat strzelać nie można! – wykrzykuje.
– Istotnie – przyznaje Turek – te armaty nie nadają się do strzelania.
– A więc po co w ogóle tu stoją?!
– O, my mamy na to cały regulamin – objaśnia Turek – do każdej armaty jest przydzielona załoga złożona z trzech żołnierzy. Jeden z nich zaciąga się papierosem i wypuszcza kłąb dymu. Drugi mówi "bum". A trzeci bierze do ręki pocisk i rzuca go wprost w mordę nieprzyjacielowi.
Poza tym humor wojenny kręcił się wkoło prostego przepisu, że Rosjanin jest dzielny i sprytny, Niemiec głupi i okrutny, Austriak – tchórz. O Turku w ogóle szkoda mówić. Głupota niemiecka była najczęstszym tematem dowcipów. Czy można było się temu dziwić, skoro pisarz tej miary co Adolf Nowaczyński pisał w "Świecie" Krzywoszewskiego: "Niemiec prochu nie wymyślił i nigdy go nie wymyśli; on tylko filozoficznie istnienie jego udowodni".
"Okrucieństwa niemieckie" stanowiły szczególny temat zarówno artykułów prasowych, jak i gotowanych przez kancelarie dyplomatyczne ksiąg tego lub innego koloru. Polacy ze zgrozą czytali o spaleniu Kalisza przez majora czy pułkownika Preuskera. Ku końcowi wojny i w czasie rewolucji, a zwłaszcza w obliczu rodzimych – słowiańskich – okrucieństw, o "okrucieństwach (zwierstwach) niemieckich" zapomniano. Dopiero w okresie bolszewizmu, który coraz bardziej dawał się we znaki "niedorżniętej burżuazji", puszczono w Petersburgu taki dowcip: "Słyszeliście o ostatnim okrucieństwie niemieckim? Nie chcą zająć Petersburga!".
Tak jesienią 1914 roku wyglądał Petersburg – do niedawna Sankt-Petersburg. Życie toczyłoby się zupełnie normalnie, gdyby nie zakaz sprzedaży alkoholu. W soboty, niedziele i święta na ulicach nie było już pijanych. A jeżeli zdarzył się pijany, to przechodnie patrzyli na niego z sympatią i zazdrością pytając się w duchu, a czasem i głośno: "I gdzie się on tak nalizał?". Bo o zdobycie alkoholu było bardzo trudno. Z narażeniem na ślepotę pito "oczyszczony" denaturat. Pito politurę i wodę kolońską. Pito mydło spirytusowe do włosów. Opowiadano nawet – może zresztą był to ponury żart – że pito "niemowlak", czyli spirytus skradziony w gabinetach anatomicznych z preparatów, w których konserwowano zdeformowane zwłoki martwo urodzonych niemowląt. Od tych wszystkich koktajli prohibicyjnych ludzie chorowali na oczy. Przed klinikami oftalmologicznymi stały kolejki. Alkoholicy, którzy nie mogli lub nie chcieli zadowolić się niemowlakiem lub politurą i byli skazani na przymusową abstynencję, dostawali przewlekłych bólów mięśni i byli leczeni masażem.
W Polskiej Kuchni Studenckiej na Zabałkańskim nr 20 po staremu przystojna kuchareczka zaróżowiona pod białym czepkiem rzucała na skwierczącą patelnię befsztyk, który po staremu kosztował 30 kopiejek. Jak zawsze było gwarno. Może trochę gwarniej niż przed wojną, gdyż wszystkie stoliki, przy których – jak mawiał wieczny student Krasowski – na różny sposób "zbawiano Polskę", huczały, jak gniazda szerszeni od dyskusji strategicznych i politycznych. Dyskusje odbywały się ze śmiertelną powagą.
Gdy raz Franek Szystowski z Mińszczyzny, świeżo upieczony student Instytutu Dróg Komunikacji, odważył się wtrącić do dyskusji mówiąc z miną poważną, że "według pogłosek Niemcy chcą zwyciężyć Francję" spotkał się z niezadowolonym wzruszeniem ramion. Spokojnie tylko zachowywał się stolik Litwinów, czyli ludzi nie przejmujących się sprawą zbawiania Polski. Czytali w milczeniu swoje gazety, na których na pierwszej stronie widniał tłustymi literami wyraz "karas", co po litewsku znaczy "wojna". Odtąd paczka przyjaciół Tadeusza nazywała Litwinów "karasiami".
Zabawy alkoholowe uległy na razie przerwie. Za to pilnie uczęszczano na "biega", tj. wyścigi kłusaków, a wieczorami grano w karty. Do kompanii Tadeusza, do której wkrótce przylgnęła importowana z Mińska nazwa "Cempść", należeli po dawnemu: Toluś Rusiecki, Wiktor i Wojciech Korsakowie, Sewerek Odyniec, Władek Krecz, Mietek Goryniewski.
Ze świeżo upieczonych studentów przyłączył się do nich Henio Węcławowicz o przezwisku Buton oraz wspomniany Franek Szystowski. W miarę potrzeby odwiedzano na ulicy Sadowej na wprost Biblioteki publicznej kawiarnię "Empire", gdzie się zbierała giełda "dziennych" a więc dobrych prostytutek. Krecz wprowadził ich też do zacisznego i przytulnego domku publicznego na ulicy Oficerskiej, w którym panował nastrój familijny, gdzie gospodynią i pensjonarkami były Estonki i gdzie można się było napić – za dość drogie pieniądze – koniaku. Aby nie ugrząźć po uszy w "złotomłodzieżowej" rozpuście i w celu otrzymania posiłku dla ducha Tadeusz, Toluś i Buton chodzili mniej więcej raz na tydzień do Muzykalnej dramy, gdzie w "Eugeniuszu Onieginie" śmiertelnie ranny w pojedynku Lenski padał na watowany pagórek imitujący śnieg i gdzie w "Pikowej damie" partię starej hrabiny grała pani Dawydowa – ta sama, która potrafiła być młodą, giętką i płomienną Carmen i ta sama, która w 50 lat później grała rolę starej hrabiny w Paryżu w fantazji wokalno-tanecznej Lifara pt. "Pikowa dama".
W końcu listopada Tadeusz wyruszył z powrotem do Mińska. Na dworcu warszawskim zwracał uwagę wagon sypialny z tabliczką "Pietrograd-Lwow".
Wspomnienia myśliwskie to album magiczny, do którego powraca się z dreszczem poprzedzającym pierwszą schadzkę miłosną. Dla myśliwego nie ma wspomnień niemiłych. "Haniebne" pudła i tym podobne czarne karty dziennika myśliwskiego sprawiają przykrość chwilową: nie unikniesz "szyderstw towarzyszy", jak oni nie unikną twoich szyderstw jutro lub pojutrze. Nie unikniesz ironicznego uśmiechu siostry, żony, ciotki, córki lub zgoła kucharki, gdy z pustymi rękami powrócisz z łowów. Czy będziesz tłumaczył tym przedstawicielkom "niemyśliwego narodu", że dusza pełna wrażeń droższą jest od torby pełnej zwierzyny? Machniesz tylko ręką, pomyślisz: co mnie i tobie, niewiasto – z apetytem wilczym zabierzesz się do posiłku, a gdy sen ukoi chwilową gorycz niepowodzenia i ześle odpoczynek strudzonym mięśniom – zerwiesz się wesoły jak dziecko i zaczniesz układać plan jutrzejszych łowów.
– Jedziemy na łosie do Łohojska!
Z takim okrzykiem wpadł wieczorem do Tadeusza Henio Roztropowicz. Tadeusz nie pytał, co i jak. Kożuszek, decha, dubeltówka w futerale, kilka ładunków "żakanowskich" do kieszeni – i już siedział z Heniem w bryczce niemiłosiernie trzęsącej się po kocich łbach. Wkrótce miasto i kocie łby skończyły się, ale zaczęła się męka straszliwej grudy: listopad był mroźny i bezśnieżny w owym roku. Po wielu godzinach, wytrzęsieni i głodni, ujrzeli czarną masę parku łohojskiego, a z tej masy tu i ówdzie gościnnie i przytulnie błyszczały światełka.
Nazajutrz powitał ich prześliczny poranek. Niebo bez chmurki, słońce, lekki mróz, cisza. Kompania myśliwska składała się z sześciu osób: dwaj panowie z administracji łohojskiej, z których jeden nadleśny pan Cybulski, szlachcic zagrodowy pan Kandyba, przemysłowiec miński pan Staronie-wicz ("karciarz"), Henio Roztropowicz i Tadeusz. Pociągnięto numerki.
Pierwszy stanął Henio, potem Tadeusz, potem pan Kandyba i inni. Knieję stanowiła "półmszaryna", gdzie prócz łóz i karłowatej sośniny, rosły pojedynczo większe sosny i brzozy. Pierwszy stanął Henio, Tadeusz zaś ruszył dalej za grupą myśliwych, starając się iść możliwie cicho, wybierając kępy mchu, których powłoka zmarznięta łamała się, ukazując czarne błoto. Po ujściu kilkudziesięciu kroków myśliwi zatrzymali się. Pan Staroniewicz naradzał się po cichu z panem Cybulskim, który mu pokazywał coś na mchu. Wreszcie pan Cybulski zbliżył się do Tadeusza i spytał szeptem:
– Pachnie panu łoś?
– Pachnie.
– A nie spudłujesz pan?
– Postaram się.
– No to stawaj pan tutaj.
Trzask kroków oddalających się myśliwych ucichał powoli. Tadeusz widział, jak pan Kandyba sadowił się za krzakiem łozy. Spojrzawszy na lewo dojrzał Henia opartego o pień sosny. A gdy przypadkowo skierował wzrok na ziemię, zrozumiał, co pan Cybulski pokazywał panu Staroniewiczowi i zrozumiał, dlaczego właśnie w tym miejscu miał mu "pachnąć" łoś. Na posrebrzonym od szronu szarozielonym kobiercu wyraźnie widniały wejściowe tropy łosia.
Chwile płynęły. Ścięta mrozem mszaryna jak gdyby drzemała w przedzimowym letargu i skośne promienie listopadowego słońca nie rozgrzewały jej. Cisza była tak wielka i powietrze tak czyste, że wyraźnie słychać było szczekanie psów w dalekiej wiosce. Nagle – zabrzmiało to jak trąbka... nie – jak dzwonek. Gdzieś z głębi mchów rozległo się raz i drugi jękliwe doławianie się. Ciepła fala uderzyła Tadeuszowi do skroni i na chwilę odebrała mu słuch. A gdy odzyskał słuch już wyraźnie słyszał urywany, wysoki, trochę zachrypnięty gon pojedynczego psa. Gon zbliżał się wyraźnie. Nie było to melodyjne granie rasowego gończaka: raczej zajadły dyszkant kundla, który oszczekuje kota.
Ujrzał wreszcie to, o czym nieraz marzył, a co dotychczas znał tylko z obrazów Weyssenhoffa. Na prawo od jego stanowiska, wprost na pana Kandybę sunął łoś. W ogromnym wzruszeniu, które ogarnęło Tadeusza, znalazło się miejsce na refleks, jak gdyby rozczarowania, że wszystko wygląda właśnie tak, jak na obrazku. Równym, posuwistym kłusem szedł łoś przez najrzadszą partię mszaryny, jakby łączką. Brakowało tylko stogu siana, a byłby żywy plagiat "Tęsknoty" Weyssenhoffa.
Pan Kandyba musiał się poruszyć, bo nagle łoś skręcił prawie pod prostym kątem i ruszył na sztych na Tadeusza. Z Kandybowego krzaka wykwitł jeden, potem drugi pióropusz błękitnego dymu i zagrzmiały dwa strzały. Łoś szedł dalej na Tadeusza.
Tadeusz zełgałby ordynarnie, gdyby powiedział, że nie pamiętał, co było dalej. Owszem, pamiętał wszystko jak najdokładniej. Pierwszy raz strzelił na sztych o jakieś piętnaście kroków celując (o wstydzie!) nie w pierś, lecz w ogromny łeb z rosochami. Gdy dym się rozwiał, ujrzał łosia defilującego spokojnym kłusem już na lewo od niego. Strzelił drugi raz na kroków dziesięć na łopatkę. Łoś nie zmienił tempa równego kłusa i migając białymi nogami oddalał się spokojnie, aż znikł w gęstwie łóz i bośniaków. Po chwili szczekając jękliwie i z trudem przeskakując przez kępy i zwały zjawił się gończak, którym był zwykły pokurcz wielkości foksteriera z zakręconym w obwarzanek, jak u świni, ogonkiem. Ten dziwny okaz białoruskiej łajki przebiegł obok Tadeusza nie zwróciwszy na strzelca uwagi i pogonił dalej tropem spudłowanego łosia.
Wściekły, bezsilny, bardzo bliski płaczu żal chwycił Tadeusza za gardło. A przecież to był dopiero początek udręki, bo oto od stanowiska pana Kandyby zbliżali się do niego ożywioną i gwarną czeredą – bracia myśliwi!
– Panie! – krzyczał czerwony jak burak pan Staroniewicz – a wiesz pan, co dawniej robiono myśliwemu, który zwierza wypuścił z ostępu? Nie wiesz pan?
– Trudno. Spudłowałem – mruknął Tadeusz bez przekonania.
– Że spudłowałeś pan, to widzimy. Ale nie w tym rzecz, że pan spudłowałeś. Pudła zdarzają się najlepszym strzelcom. Rzecz jest w tym, że wypuściłeś pan zwierza z ostępu!
– A cóż miałem robić?
– Jak to: "cóż miałem robić"? Musiałeś pan krzyczeć, machać rękami, słowem zawrócić zwierza do ostępu...
Po raz pierwszy w życiu zrozumiał Tadeusz, ile jest groźnej przestrogi w słowach wieszcza o myśliwcu, który zwierza wypuścił z obławy. A pan Staroniewicz perorował dalej:
– Panie! Ciesz się pan, że minęły dawne czasy, gdy za takie rzeczy dostawało się stęflem w dupę.
Henio, któremu żal się zrobiło Tadeusza, rzucił hipotezę:
– A może łoś dostał?
Milczący dotąd pan Cybulski zainteresował się i zwrócił do Tadeusza:
– A co łoś zrobił po strzale?
– Jak to – co? Nic.
– Ja się pytam, czy biegł dalej kłusem, czy zagalopował.
– Biegł kłusem.
– No to nie dostał, bo ranny łoś zawsze zagalopuje.

ciąg dalszy za tydzień

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 09 listopad 2012 19:12

Wojna i sezon (2)

"Goniec" dziekuje wydawnictwu "Czas" z Litwy


Wydawnictwo „Czas”, Wilno 2008. 



"Akwarium" bez alkoholu było nudne i na pół puste. Popisy śpiewaczek, zarówno "operowych", jak "kaskadowych", brzmiały dla trzeźwych uszu bardzo nędznie. Tłusty "reżyser" pan Pinter i szczupły "dyrektor" pan Bielat krążyli smutno po wyludnionej sali. Nastrój podniosły i bojowy trzymał się. Nic nie wiedzieliśmy o galicyjskich organizacjach "sokolskich", tj. o legionach Piłsudskiego, zjawili się natomiast w czamarkach legioniści Gorczyńskiego. Do legionu Gorczyńskiego wstąpił młodszy kolega Tadeusza Marianek Bielma-Bielinowicz. Niewielu znalazł naśladowców. Trzeźwi "mińczucy" osądzili, że w wielkiej wojnie, w której giną Polacy w trzech obcych armiach, nie ma sensu przebierać się w jakieś niezgrabne czamarki i w nich ginąć bez wyraźnego celu.

"I do polskiego serca niemiecką kulą strzel" deklamowała wiersz Słońskiego przymilna Rommówna na patriotycznych wieczorach. (W rok później po drugiej stronie frontu kula niemiecka zmieniła się w kulę "moskiewską"). Orzeczono więc, że byłoby szaleństwem ryzykować dla czamarki, że się dostanie kulę niemiecką lub austriacką, albo że się będzie strzelać kulą moskiewską do Polaków w mundurach niemieckich lub austriackich. Wojna 1914 miała tę dobrą stronę, że wykręcanie się od służby frontowej było nie tylko dopuszczalne, lecz nawet patriotycznie zalecane: "Bić się za Moskali wierząc w piękne słówka Mikołaja Mikołajewicza? Nie, dziękuję!" (Co trzeźwiejsi już powątpiewali w moc prawną pięknej literacko odezwy cesarskiego stryja). Tadeusz Irteński raz jeden widział Gorczyńskiego w kawiarni "Selekt". Nieduży wzrost nadrabiał czamarą i olbrzymimi wąsiskami. I tylko z tymi wąsami przeszedł do historii. Legenda Gorczyńskiego nie powstała.
Na razie trwał miodowy miesiąc wojny (o ile można tak mówić o wojnie). Przyszło zaćmienie słońca. Pełne. Mińsk leżał w samym centrum pasa zaciemnienia. Na dobre dwie minuty słońce stało się czarną tarczą w delikatnej aureoli bladozielonej poświaty. Na chwilę zabłysły tu i ówdzie gwiazdy i w skwarze południa powiało chłodkiem.
W tym pierwszym okresie wojny Tadeusz był świadkiem pogrzebu wojskowego, który zrobił na nim niezapomniane wrażenie, chociaż później oglądał wiele pięknych pogrzebów. W czasie ofensywy rosyjskiej w Prusach Wschodnich poległ książę Mikołaj Radziwiłł związany z Mińszczyzną przez ożenek z supermagnacką fortuną hr. Magdaleny z Zawiszów Krasińskiej. Był to wielki awanturnik – w szlachetnym tego słowa znaczeniu – weteran wojny boerskiej, japońskiej, bałkańskiej. Odznaczał się nieludzką odwagą i szukał guza wszędzie, gdzie się tylko bito. Był niezwykle piękny: nigdy ani przedtem, ani potem nie spotkał Tadeusz mężczyzny o tak doskonałej urodzie. Pogrzeb lub raczej eksportacja z dworca do katedry, a potem znów na dworzec odbyła się w nocy, przy blaskach pochodni i dźwiękach marsza żałobnego Beethovena. Tadeusz nigdy nie zapomniał tych dźwięków, jakby wydobywających się z podziemi piekielnych, ani tego nieba wygwieżdżonego, ani tych żółtych pochodni kołysanych lekkim wietrzykiem nocnym.
Miodowe miesiące wojny kończyły się. Razem z radosną wieścią o porażce Niemców pod Paryżem przyszła wieść o strasznej klęsce rosyjskiego generała Rennenkampfa w Prusach Wschodnich i o samobójstwie generała Samsonowa. (A jeszcze tak niedawno kuplecista w "Akwarium" śpiewał: "A Rennenkampf wsio wpieriod letit"...). Dotąd panuje wśród Rosjan przekonanie, że porażka pod Tannenbergiem była straszliwą ceną, którą zapłacili Rosjanie za wykonanie obowiązku sojuszniczego wobec Francji, gdyż Niemcy odciągnęły dwa korpusy z frontu zachodniego i rzuciły na wschód – ratując Prusy, lecz przegrywając bitwę o Paryż. Zdaje się jednak, że winy za zniszczenie armii Samsonowa i paniczną ucieczkę pozostałej armii należy raczej szukać w niedołęstwie Rennenkampfa, zwłaszcza że te dwa korpusy ściągnięte spod Namur przyszły na wschód już po rozstrzygającej bitwie pod Tannenbergiem.
Coraz gorsze wieści przychodziły z okupowanej przez Rosjan Galicji: unitów przymusowo nawracano na prawosławie, Polaków ze Lwowa wywożono na wschód. Nadchodziły chłody i słoty jesienne. Dość słabym echem powitano zwycięstwo pułków syberyjskich pod Warszawą. Gdyby nie wspaniała opowiastka Perzyńskiego o kłótni między starym małżeństwem w Warszawie ("Strzelają, słyszysz? strzelają, stary durniu?!" – "Duszko, czy to ja strzelam?") krwawe boje pod Sochaczewem i Piasecznem nie zrobiłyby w Mińsku większego wrażenia.
Pod koniec jesieni ocknęło się życie towarzyskie. O tańcach nie było mowy, bo wojnę uważano wtedy za rodzaj żałoby narodowej. Zresztą Rosjanie nie tańczyli i publiczne zabawy taneczne były w ogóle zakazane. Ale odbywały się koncerty i rauty na rzecz Towarzystwa Pomocy Ofiarom Wojny, które miało swe biuro w gmachu Towarzystwa Rolniczego. Ponadto z inicjatywy Henryka Weyssenhoffa i pod jego dyrekcją urządzono w teatrze miejskim szereg żywych obrazów. Był więc Kazimierz Wielki przyjmujący Żydów. Był Jan Sobieski dający audiencję posłowi cesarskiemu. Był wreszcie Hołd pruski ściśle wedle obrazu Matejki skomponowany. W braku starszego pana, który zgodziłby się być królem – proszono pana Emanuela Obrąpalskiego, ale odmówił – Tadeusz zasiadł na tronie za Zygmunta Starego, a przed nim klęczał baron Dangel (żonaty z Wańkowiczówną). Boną była wiecznie młoda belle femme doktorowa Dziekońska. Icek Święcicki był Stańczykiem... Przed obrazem z Kazimierzem Wielkim Henryk Weyssenhoff miał chwilę irytacji:
– Co to za tron? – spytał ostro zarządcę rekwizytorni teatru miejskiego.
– To tron aidzki.
– Boże drogi! Król polski na tronie egipskim! A innego tronu nie macie?
– Nie mamy.
– Merde.
Skończyło się więc, że Kazimierz Wielki, a później Jan Sobieski siedzieli na tronie "aidzkim".
Jak długo potrwa wojna? Na początku, zanim zabawa w szpilkowanie map nie znudziła, obliczano trwanie wojny na tygodnie. Później na miesiące. Ku końcowi 1914 czekano nadzwyczajnych zdarzeń na wiosnę. "Głęboki tył", w którym tkwił Mińsk, dawał poczucie bezpieczeństwa. Front leżał o kilka setek kilometrów na zachód, Niemcy dostali w skórę pod Łodzią i pod Warszawą, Austriacy w ogóle byli bici jak w bęben – nie ma się więc czym przejmować. Przyjeżdżający na krótki urlop z frontu znajomi przywozili w upominku zdobyczne pikelhauby, które można było też kupić za parę rubli u szeregowych. Pokazywali zdobyczne pistolety Parabellum z ładunkami dum-dum w magazynie.
Ci, co powracali z prawdziwego frontu, mówili mało i niechętnie. Czuło się w ich głosie ciche i nienazwane panowanie nad nerwami w przeciwieństwie do hałaśliwej histerii zwanej bohaterstwem. Za to ci ze sztabów, z oddziałów przyfrontowych i z frontów "nieprawdziwych" gadali i łgali niemiłosiernie, chełpili się posiadaniem nieprzepisowych szabel kaukaskich, nosili na piersiach nadmiar rzemieni z gwizdkami itp. przyborami wojennymi.
Każda wojna jest kombinacją nudów, krwi, łez, potu, wszy, brudu i smrodu. Ponieważ jednak w roku 1914 nie mordowano jeszcze masowo jeńców; nie mordowano i nie wywożono masowo ludności cywilnej; gwałcono i rabowano w miarę; obtłukiwano jeszcze tyłki o siodła ("Ułani, ułani") – przeto niektórzy dziś nazywają tamtą wojnę (Boże odpuść im, bo nie wiedzą, co mówią!) wojną romantyczną.

 

Rozdział II
"PIOTROGRÓD" I ŁOŚ
Wojna wojną, ale przed wyjazdem do Petersburga na tak zwane studia Tadeusz chciał jeszcze zapolować w Baćkowie. Pojechał na wieś w spokoju ducha, gdyż sprawa odroczenia służby wojskowej została załatwiona pomyślnie i w biurze wojskowego naczelnika nikt nawet nie słyszał, aby studentów miano powołać do wojska.
Na wsi wojny nie czuło się zupełnie. Wzięto po kilku rezerwistów i rekrutów z każdej wsi, po czym życie wiejskie potoczyło się spokojnie. Nie tylko studenci byli wolni od służby wojskowej. Nie brano również do wojska tych, którzy mieli "niebieskie bilety" (jedynaków) i tych, którzy będąc zupełnie niezdolni do służby wojskowej, mieli "białe bilety". Nie, ruszano też starszych roczników, do których należeli towarzysze łowów Tadeusza – leśnik Aleksander Klimowicz i furman Józef.


Józef był ciekawym okazem. Nic mu nigdy nie imponowało i niczym nie można go było zadziwić. Na każdą nowość, na każde odkrycie miał gotową odpowiedź: "Wiem, słyszałem" albo "Znam, widziałem". Sam lubił natomiast zaimponować innym. Tym razem pokazywał Tadeuszowi z dumą jednorurkę, którą za bezcen kupił u odjeżdżającego na front kłusownika-rezerwisty. Jednorurka była, jak mówił, przerobiona z francuskiego "antyleryjskiego" karabinu. Nie chcąc go martwić, Tadeusz nie powiedział, że na lufie tej broni wyczytał napis "Iwanowi-Tuła". Zresztą Józef był zacnym człowiekiem i doskonałym, kochającym konie furmanem. I nie był wcale głupi, choć miał wiecznie na twarzy zastygły wyraz podobny do głupawego uśmiechu.


Przyjemnie było wstać o świcie, gdy jutrzenka różowiła się na posrebrzonych rosą pajęczynach, gdy w lesie pachniało kwaśnym winem gnijących liści i gdy na tle soczystej zieleni świerków klony płonęły, jak krzaki gorejące. I przyjemnie było słuchać gonu sześciu ogarów: para Zagraj i Lutnia powiększyła się o dalsze cztery pieski – Dunaja (młodszego), Hałasa, Wierną i Zaliwaja. Przyjemnie było wracać z polowania wzdłuż tylnych opłotków wioski. Szczególny urok miała ta rzadko używana, porosła trawą "boczna ulica" przytykająca do chłopskich sadów i odryn. Na takiej drodze prawie nikogo się nie spotykało. Od pola pachniało nacią kartoflaną, od sadów – konopiami.


Petersburg nazywał się już "Piotrogrodem". Mimo bardzo młodego wieku, Tadeusz odniósł się bez entuzjazmu do zmiany nazwy stolicy imperium. Nie potrafił sformułować swych myśli, ale czuł, że jest coś niepoważnego w kasowaniu nazwy mającej za sobą dwóchsetletnią tradycję. Nie przeczuwał, że w tej zmianie była również jakaś siła fatalna: "Piotrogród" miał przetrwać tylko 10 lat, aby stać się "Leningradem". ("Nie trzeba ruszać starych nazw" – mówił sobie po wielu latach. Dlaczego starożytna ulica Zacharzewska w Mińsku stała się Sowiecką, później – na 11 miesięcy – Mickiewicza, później aleją Stalina, by po destalinizacji jeszcze raz zmienić nazwę? Dlaczego pięknie brzmiące nazwisko Sachsen-Coburg-Gotha zmieniono na neutralne Windsor? Dlaczego plac Saski przerobiono najpierw na Piłsudskiego, a potem na plac Zwycięstwa?).
Były i inne zmiany – mniej ważne. W pierwszym dniu wojny ściągnięto sznurami z dachu ambasady niemieckiej czwórkę koni "brandenburskich". Potem zdziczały tłum wiwatował najpierw przed Pałacem Zimowym, a potem – porwany patriotyzmem – ruszył demolować niemiecką kawiarnię Reinera. Ze szczytu olbrzymiego domu towarowego na Newskim prospekcie znikł świetlny szyld "Gebrüder Jeliseyeff" zastąpiony przez "Jeliseyeff Bros". Na ulicy Gogola restauracja "Wiena" stała się po prostu restauracją Sokołowa. Petersburżanie opowiadali Tadeuszowi, jak manifestanci po splądrowaniu ambasady niemieckiej i kawiarni Reinera mieli wielką ochotę zdemolować "Wienę", ale pan Sokołow przebłagał ich na klęczkach, przysięgając, że z Wiedniem i nienawistnymi Austriakami nie ma nic wspólnego.


W urzędach i innych miejscach publicznych zjawiły się napisy "Zabrania się mówić po niemiecku". Rafio legis tego dziwnego zakazu nie było nigdy jasne. Zapewne chodziło o niedrażnienie uczuć patriotycznych. Bo zakaz nie miał chyba na celu względów bezpieczeństwa i tajemnicy wojskowej? Polacy starszej daty podnosili brwi, widząc te napisy, gdyż przypominały im inne napisy, które znikły zaledwie kilkanaście lat przedtem: "Zabrania się mówić po polsku". Nieco później wprowadzono w myśl hasła "szpieg podsłuchuje" nakaz używania tylko języka rosyjskiego w rozmowach telefonicznych. Za naruszenie tego przepisu groziły surowe kary. Zresztą poczciwe telefonistki zwykle ostrzegały, wtrącając się do rozmowy, którą przez zapomnienie zaczynano np. po polsku. Gazety podały wiadomość o jakiejś krewkiej Włoszce, która mimo ostrzeżenia telefonistki rozmawiała dalej po włosku. Ukarano ją dla przykładu, ale bardzo łagodnie, bo właśnie Włochy przystąpiły do wojny po stronie sprzymierzonych i do obowiązkowego repertuaru hymnów sojuszniczych dołączono hymn włoski.


W teatrach operowych bowiem – a Petersburg miał aż trzy opery – nikogo nie znudził jeszcze zwyczaj, że zaraz po zgaśnięciu świateł i zjawieniu się dyrygenta z galerii padały okrzyki: "Gimn! gimn!". Kurtyna szła do góry i ugrupowani na scenie aktorzy i chórzyści – w kostiumach – śpiewali "Boże caria chrani". Potem zasłona spadała i orkiestra grała kolejno – już bez udziału chóru – Brabansonę, Marsyliankę, God save the King, hymny serbski, japoński, włoski... (Odegranie Braban sony przed Marsylianką i hymnem angielskim było oznaką kurtuazji dla małej i bohaterskiej Belgii).

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 09 listopad 2012 17:39

O Kościele i Kresach (2)

Z księdzem Isakowiczem-Zaleskim rozmawia Andrzej Kumor.

O Kościele


– Proszę Księdza, Ksiądz występuje często w mediach, kiedy się mówi o problemach, które występują w Kościele katolickim Ostatnia książka-wywiad "Chodzi tylko o prawdę" porusza te tematy, często uważane za takie, których nie powinno się poruszać poza Kościołem.
Jak by Ksiądz ocenił sytuację współczesnego Kościoła?


– Zacznijmy od tego, że środowisko duchownych w Polsce jest ogromne, 30 tys. osób. Trzeba powiedzieć, że Polska cieszy się naprawdę wielką liczbą powołań. To zaczęło się jeszcze przed wyborem Karola Wojtyły. Tak jak mój rocznik, gdy w 75 roku wstąpiłem do seminarium, to nas rzeczywiście było bardzo dużo. I później taki boom w najlepszym tego słowa znaczeniu powołań spowodował, że oczywiście to jest wielki skarb. Polscy księża w tej chwili pracują po całym świecie i jadą do tych krajów, gdzie już nie ma tych powołań. To dzięki polskim księżom to funkcjonuje.
Natomiast jest ten drugi problem, że w czasach komunizmu Kościół przyjął taką postawę oblężonej twierdzy i każda, jakakolwiek krytyka Kościoła to jest atak. No bo rzeczywiście komuniści różnymi metodami starali się ten Kościół rozbić, i z zewnątrz, i od wewnątrz – tu jest ten problem tajnych współpracowników.
Później, po odzyskaniu ponownym niepodległości, po 89 roku, zaczęły się gwałtowne zmiany społeczne. Nie ma co ukrywać, w Polsce jest tak szalone tempo tych zmian, że Kościół trochę stanął jakby w tyle.
Dopóki żył Papież Jan Paweł II, to był ten jednoznaczny sternik, który był absolutnym autorytetem w Polsce, nie tylko dla wierzących, również dla niewierzących. I to co ja napisałem w tej książce, że po 2005 roku wyraźnie zabrakło w Kościele polskim sternika, nie pojawiła się taka postać na miarę na przykład Stefana Wyszyńskiego, Prymasa Tysiąclecia, czy takiej osoby jaką był kardynał Macharski w Krakowie czy arcybiskup Tokarczuk w Przemyślu, czy na przykład Herbert Bednorz w Katowicach czy kardynał Gulbinowicz we Wrocławiu.
To były rzeczywiście ogromne indywidualności, które bardzo dobrze współpracują z papieżem. Oni rzeczywiście przeprowadzili Kościół przez komunizm i te pierwsze lata zmian. Dzisiaj, gdyby zapytać przeciętnego licealistę, kto jest prymasem w Polsce, to on nie ma pojęcia zielonego. Zresztą już kiedyś takie badania były prowadzone. Bo jest w sumie trzech prymasów, dwóch emerytowanych, jeden były nuncjusz papieski, kim innym jest prymas, kim innym przewodniczący Episkopatu. I w trudnych sprawach zabrakło jednoznacznego głosu.
Takim przykładem był rok 2010, czyli sprawa krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Pięć lat wcześniej był problem otwarcia akt IPN-u, lustracji, gdzie ja dawałem, jak tylko mogłem, informacje i sygnały, że jest pole minowe. Jeśli jest pole minowe, to trzeba wysłać "saperów" i to pole minowe rozbroić. Niestety, okazuje się, że w tym ogromnym środowisku kościelnym – ja tu ciągle mówię o duchownych, odróżniam to od reszty – są jeszcze inne pewne patologie, które zawsze w takim środowisku będą. I teraz są dwie metody, albo udawać, że się nie wie, że cokolwiek jest, czyli takie symboliczne zamiatanie pod dywan, albo próbować to – druga metoda – jakoś uzdrowić. I teraz w tych dniach jesteśmy świadkami wydarzenia, które jest kuriozalne, które jest efektem jednak jakiegoś głębszego problemu, to jest sprawa biskupa Piotra Jareckiego, który po pijanemu – był dość pijany, miał dwa i pół promila alkoholu – rozbił samochód w centrum miasta, zresztą na oczach policji. I co się stało? Okazało się, że ten człowiek już od dłuższego czasu był nałogowym alkoholikiem, tylko to ukrywano, tuszowano. W końcu doszło do skandalicznego wydarzenia i okazało się, że to nie on jeden jedyny jest w takiej sytuacji, że pełni pewne funkcje w Kościele.
Jakie jest moje podejście? Mnie nie dziwi, nie gorszy fakt, że w tak ogromnej społeczności znajdą się właśnie alkoholicy, ludzie o jakichś chorych skłonnościach na tle seksualnym, nieraz ludzie z przeszłością negatywną z czasów komunistycznych. Tylko Kościół powinien być taką instytucją, która sama się oczyszcza, czyli nie czeka, aż biskup po pijanemu rozwali samochód, tylko pomoże komuś. No trudno, to są ludzkie sprawy, zdarzyło się, to trzeba leczyć. Trzeba przede wszystkim nie dopuścić do takiej sytuacji, żeby on dalej pełnił funkcje. To jest jak z lekarzem, dobry lekarz nie mówi pacjentowi, że jest wszystko różowo, co innego mówi mu w oczy, a co innego za plecami, do rodziny, że tam jest trudna sytuacja. W zeszłym roku leżałem w szpitalu na kardiologii i zauważyłem, że pacjenci jednak najbardziej cenią tych szczerych lekarzy, tych którzy jednak mówią wprost, co trzeba robić, nieraz bardzo radykalnie mówią, żeby rzucić palenie czy inne rzeczy.
Niestety, w Kościele okazuje się, że ten brak sternika – bo według mnie to jest główny powód, że po śmierci Jana Pawła II, tu nie chodzi nawet o jedną osobę, ale grupę, mówię tu o Kościele polskim – nie ma tego sternika. Wyraźnie ta odpowiedzialność jest rozmywana. Kościół też milczy w wielu sprawach, powinien zabrać głos, a milczy jakoś, bokiem obchodzi te sprawy. I brakuje tego sternika. Druga sprawa, że trzeba pewne rzeczy czyścić. To znaczy, trudno, są problemy takie, owakie, to nie dziwi, tylko ukrywanie tych problemów jest rzeczą szalenie trudną.
Tu jeszcze chciałbym powiedzieć a propos homoseksualizmu. Jesteśmy świadkami, że następca Papieża Polaka, Jana Pawła II, czyli Benedykt XVI, mimo swego zaawansowanego wieku, ma już 86 lat – co wszyscy wiedzą, podjął bardzo ostre wyzwanie. W ciągu ostatnich lat udzielił dymisji kilkudziesięciu biskupom, między innymi na tle skłonności homoseksualnych albo jeżeli odchodzili od doktryny katolickiej. I teraz ten proces bardzo radykalny Benedykta XVI, między innymi Benedykt XVI w 2005 i 2008 roku, a więc tuż po swoim wyborze, wydał instrukcję zabraniającą przyjmowania ludzi o skłonnościach homoseksualnych do seminariów. No, spotyka się ze sprzeciwem. W Kościele polskim jak w soczewce te wszystkie problemy są.
Oczywiście, dotyczy to pewnego marginesu duchownych, ale niestety skandale, które wybuchają co jakiś czas na tle homoseksualizmu, powodują, że jednak nie rozwiązuje się dobrze tego problemu. Taka była moja intencja tej książki, żeby zasygnalizować pewne sprawy, nie po to, żeby atakować Kościół – przecież ja jestem księdzem nadal w obrębie Kościoła – tylko żeby jednak podjęto pewne działania.


– A czy nie wydaje się Księdzu, że Kościół nadal jest oblężoną twierdzą? Czy te ataki na Kościół wychodzące ze środowisk liberalnych nie są teraz o wiele bardziej skuteczne, eksponując problemy Kościoła i używając ich do ataku na Kościół jako instytucję; przeciwko celibatowi, przeciwko przykazaniom itd. itd.? Czy to nie daje amunicji wrogom Kościoła?


– Trzeba powiedzieć, że Kościół był atakowany od początku istnienia, bo przecież wszyscy apostołowie za wyjątkiem św. Jana Ewangelisty zginęli śmiercią męczeńską. Każdy, kto czytał "Quo vadis", wie o tym, że chrześcijanie przez pierwszych trzysta lat byli prześladowani.


– Bo im chodzi o sprowadzenie Kościoła do funkcji, jaką miała Cerkiew za komunizmu, tzn. do realizacji polityki państwowej, jak to się mówi na odcinku...


– Tak. W Warszawie mówiono nieraz odcinek watykański (śmiech)...


– ... żeby Kościół się nie mieszał, żeby nie mówił silnym głosem w sprawach społecznych czy moralności społecznej itd.


– Tak, trzeba właśnie tu powiedzieć, że Kościół był atakowany, jest atakowany i będzie atakowany. Są oczywiście okresy, kiedy ten atak jest wzmożony. W komunizmie był to bardzo systematyczny atak, tylko na różnych etapach był różnie prowadzony, raz kijem, raz marchewką próbowano ten Kościół spacyfikować. Na pewno obecnie Kościół jest bardzo niewygodny dla wielu środowisk, absolutnie.
W Unii Europejskiej, i w samej Polsce wielu stara się Kościół rozbić. No ale kiedy Kościół jest silny? Wtedy kiedy sam się oczyszcza. Przepraszam że powrócę do tego przypadku z biskupem Jareckim, ale przecież Kościół w sprawie alkoholizmu i tego, żeby nie siadać za kierownicą po pijanemu, naprawdę bardzo dużo zrobił. I nawet wielu niewierzących też docenia, że taka była jednoznaczna linia, że sierpień miesiącem trzeźwości, święcenie samochodów w dniu świętego Krzysztofa, cały czas się mówiło. Ileś akcji prowadzonych, policjanci wspólnie z księżmi je prowadzili – policjant dawał mandat, a ksiądz wręczał święty obrazek, żeby pokazać, jak to jest ważny problem.
I co się okazało? Że jeżeli Kościół nie zacznie od siebie, to wystarczy jeden przypadek z pijanym biskupem, i to niweczy wszystko. Więc chodzi właśnie o to, że jeżeli Kościół podejmuje akcję, zmaga się choćby z promowaniem homoseksualizmu jako alternatywnego stylu życia, to niech sam rozwiąże problem u siebie. I o to właśnie chodzi, że brak wiarygodności może zniweczyć wiele akcji. Ludzi nie dziwią pojedyncze przypadki, tylko ludzi nieraz dziwi – mam to w listach od czytelników – dlaczego to się ukrywa. Ksiądz wychodzi na ambonę, ale sam się nie chce do tego dostosować.

O Kresach


– Mówiliśmy o Kościele, porozmawiajmy na koniec o Kresach.


– Chciałbym skomentować bardzo ciekawą sprawę, bo właśnie były wybory na Ukrainie.


– My jesteśmy, mówię o Polakach, między Scyllą a Charybdą. Z jednej strony jest Rosja, z drugiej strony nacjonaliści, więc nie ma pola manewru.


– Gdy mam spotkania w liceach, zadaję klasyczne pytanie, ilu mieliśmy sąsiadów 20 lat temu, a ilu mamy teraz. Najczęściej młodzi do końca nie umieją odpowiedzieć, bo myśmy mieli trzech sąsiadów, czyli Związek Sowiecki, Czechosłowację i NRD. I takie też pytanie zadaję młodzieży: A który z tych sąsiadów istnieje? No więc żaden nie istnieje. Związek Radziecki się rozpadł, Czechosłowacja się rozpadła, NRD się połączyło z RFN. Okazuje się, że dzisiaj mamy siedmioro sąsiadów i naszym największym sąsiadem na wschodzie nie jest Rosja – chociaż tam jest oczywiście ten okręg królewiecki, symboliczna granica jest – ale naszym największym sąsiadem jest Ukraina, dlatego trzeba bardzo wnikliwie obserwować to, co się dzieje na Ukrainie, bo my jesteśmy też dla tej Ukrainy, jak i dla tych państw pomostem do Europy. Polska spełnia w tej chwili rolę już nie przedmurza chrześcijaństwa, tylko takiego mostu. Widać to nawet po falach emigracyjnych, że przez Polskę te fale emigracji ze Wschodu, Związku Radzieckiego przechodzą do Europy Zachodniej.
I co się stało na Ukrainie? Niestety, używając słynnego powiedzenia Korwin-Mikkego, że tam dokonano wyboru między dżumą a cholerą, czyli mamy beton postkomunistyczny, prorosyjski w postaci Partii Regionów, która zwyciężyła, bo zdobyła największą liczbę głosów, z tym że nie ma przewagi na szczęście. To jest Partia Regionów Wiktora Janukowycza. Umocnili się komuniści, a oprócz tego istnieją tacy klasyczni komuniści, więc dwie silne partie komunistyczne. A z drugiej strony do parlamentu po raz pierwszy weszła partia nacjonalistyczna, o silnych tendencjach antysemickich i antypolskich. To jest Partia Swoboda, opierająca swoją ideologię na gruncie zbrodniarzy spod znaku Stepana Bandery i UPA.
I dzisiaj mamy te okropne skrajności. I najsmutniejsze jest to, że te partie środka są w mniejszości. Szkoda, dlatego że Ukraina to jest wielki kraj, historycznie, kulturowo i w wielu innych sprawach związany z Polską. Zresztą Ukraińcy są chrześcijanami i to jest jednak przecież ta sama grupa etniczna z Polakami, Słowianie. A tam dochodzi do procesów niebezpiecznych, bo to może w ogóle wróżyć rozpadem Ukrainy.


– Podziałem na wschodnią i zachodnią?


– Tak, ten podział jest już w tej chwili. Czym innym jest Krym, czym innym jest Wołyń, czym innym jest Lwów, a jeszcze tam gdzie siostra mojej matki mieszka, Żytomierz, gdzie jest taka bardzo przyjazna atmosfera wobec Polaków. To może rzeczywiście grozić tym, co jest w Jugosławii. Przecież Jugosławia się rozleciała w wyniku takich konfliktów, chociaż teoretycznie mówią tym samym językiem, serbochorwackim.


– Ale czy Rosja na to pozwoli?


– No właśnie. Teraz co się okazuje? Że ten niedźwiedź rosyjski umocnił się na Ukrainie. On może nie zdobędzie takiej jednoznacznej przewagi, ale jest mocny. Druga sprawa, tam rządzą oligarchowie. Tu się wydaje, że rządzą władcy partii. Często przewodniczący tych partii to są marionetki. Rządzą gigantyczne pieniądze, oligarchowie oparci na przemyśle zbrojeniowym, ropie, gazie i dziesiątkach układów. To jest "właściciel" Ukrainy. A trzecia rzecz, że na fali tego bezrobocia, biedy, strasznej biedy – widzę to choćby po swojej rodzinie, jaka to niesamowita bieda.
Przepaść między Polską a Ukrainą jest ogromna, jeżeli chodzi o sprawy ekonomiczne. Jest to pożywką dla różnych nacjonalistów. Przecież kiedy się Hitler narodził w Niemczech, też się narodził na bazie tych ruchów.


– A czy nie jest tak, że polska polityka historyczna, kresowa, to przywracanie pamięci o Kresach, które powinno w Polsce mieć miejsce, bo przecież Kresy to część polskiej tożsamości, nie pada ofiarą właśnie prób kształtowania bieżącej polityki, smalenia cholewek do pewnych środowisk na Ukrainie czy na Białorusi? Boimy się pewnych polskich tematów dotykać, żeby nas czasem nie oskarżono, że jesteśmy rewanżystami?


– Tak, oczywiście, ma pan absolutną rację. Ja nawet napisałem teraz taki komentarz do jednej z gazet. Zresztą nie jestem odosobniony, bo gdy czytam dzisiaj komentarze, to one są podobne, że wybory na Ukrainie de facto dobiły tę słynną teorię Giedroycia i Mieroszewskiego, to byli ludzie związani z "Kulturą Paryską", którzy uważali, że rozpad Związku Radzieckiego powinien zaowocować powstaniem pasa państw buforowych...


– A B C...


– Tak, który oddziela Polskę od Rosji. To był też taki sen Józefa Piłsudskiego, który wierzył, liczył na to, że ta wyprawa na Kijów to nie po to, żeby Kijów włączyć do Polski, tylko żeby powstało państwo ukraińskie.


– To obietnice dla Petlury.


– Tak, oczywiście. I co się okazało, że rzeczywiście rok 1991 spowodował, że ten sen Piłsudskiego się spełnił, no bo, jak wspomniałem, graniczymy tylko w sposób symboliczny z tym okręgiem królewieckiem. Ale teoria Giedroycia szła dalej, że należy ustępować różnym tym państwom, nacjonalizmom, i nie przejmować się Polakami tam mieszkającymi, że te ustępstwa, te dobre relacje z tymi nowymi państwami są ważniejsze i że zapomnieć można o Kresach, o historii, o ludobójstwie tam dokonanym i w ogóle o Polakach, którzy tam mieszkają, bo oni są dalej Polakami.
Tu tak na marginesie powiem, że Polaków tam mieszkających strasznie denerwuje, jak mówi się o nich Polonia – bo u nas w języku polskim Polonia oznacza emigrantów. A oni mówią, że oni nigdy nie wyemigrowali z tych terenów, bo oni są tam od wieków, tylko Polska od nich wyemigrowała, bo przeniesiono granicę. Więc się denerwują, jak są zapraszani na zjazdy Polonii, ale to też jest ciekawa sprawa.
I dzisiaj te tezy na Ukrainie pokazały, że ta cała teoria Giedroycia wzięła w łeb. Przecież nie tak dawno jeszcze nadskakiwano tym różnym nacjonalistom z Litwy. Prześladowanie ludności polskiej na Litwie jest rzeczą skandaliczną. Litwa jest w NATO i w Unii Europejskiej, a postępuje w straszny sposób z Polakami.


– No właśnie, czy ci Polacy nie czują się zostawieni?


– Mają żal ogromny. I tu mi jest przykro mówić, ale mają ten żal do wielu polityków, między innymi do śp. Lecha Kaczyńskiego, który się tak bardzo fraternizował z Wiktorem Juszczenką, prezydentem Ukrainy. Wiktor Juszczenko gloryfikował Stepana Banderę i to, że Lech Kaczyński nie chciał wziąć udziału w obchodach rocznicy Krwawej Niedzieli na Wołyniu, to było w 2008 roku, i wiele innych rzeczy, powoduje, że dzisiaj chyba żadne ugrupowanie polskie tam na Wschodzie nie cieszy się poważaniem – mówię o partiach politycznych. Ale obecna polityka jest tak samo straszna. Czy postawa Komorowskiego, którego rodzina przecież z Litwy pochodzi, choćby ze względu na korzenie powinien stanąć w obronie Polaków tam na Litwie.


– Przynajmniej na zasadzie bilateralnych, egzekwowania tych samych praw, które mają Litwini mieszkający w Polsce.


– Na przykład też sprawa takich polityków, jak Radosław Sikorski, który już kompletnie przyjął metodę zapomnieć o Kresach, czy choćby Paweł Kowal, który do niedawna był w PiS-ie, teraz jest w takim ugrupowaniu marionetkowym, kanapowym, PJN – Polska jest Najważniejsza, niemniej ci ludzie zrobili dużo zła w tych sprawach, w tych relacjach Polaków tam mieszkających z Macierzą, że dzisiaj Polacy tam mieszkający – słyszę to zresztą na własne uszy – mają ogromny żal do Macierzy; oni tak zawsze piszą, Macierz przez duże M, i w takim staropolskim określeniu mówią o Polsce Matka Polska – i mają żal.
Myślę, że ta teoria Giedroycia wzięła dzisiaj rzeczywiście w łeb, bo trzeba, oczywiście, dobrze współpracować z tymi narodami, ale trzeba bronić swoich interesów. Bronić przede wszystkim mniejszości polskiej. To są jednak liczby idące w miliony. Bronić choćby i wspierać działalność edukacyjną, szkoły polskie, domy kultury, gazety i w ogóle interesować się na bieżąco i interweniować, jak się dzieje krzywda. To niestety się nie dzieje.


– Na koniec zapytam, czy Ksiądz nie odnosi takiego wrażenia, że nie ma komu bronić Polski, że to jest ułomność całego pokolenia ludzi, którzy przez dwadzieścia lat tę Polskę mają w bardzo korzystnej sytuacji historycznej, być może niepowtarzalnej w dziejach, i jak gdyby nie potrafią stworzyć silnego ośrodka politycznego, silnego kraju, nie potrafią obronić polskiego interesu?


– No tak, oczywiście. Myślę, że tu się powtarza sytuacja, jaka była przed zamachem majowym w Polsce okresu międzywojennego, że do 1926 roku skłócenie polityków i pewna małostkowość niesamowita, i partyjniactwo też ogromne, czyli postawienie partii ponad interes narodowy, spowodowało, że Piłsudski już nie miał innego wyjścia, jak dokonać rzeczy może bardzo trudnej – bo tam zginęli wtedy polscy żołnierze w zamachu majowym – ale że to była jakaś tama przeciwko trwonieniu tej pięknej idei, jaką była niepodległość, bo Polska odzyskała niepodległość.
Oczywiście, dzisiaj trudno mówić o zamachu kolejnym, bo nie ma Józefa Piłsudskiego i nie ma osób, natomiast myślę, że taki renesans idei niepodległościowej w Polsce musi nastąpić. Idei niepodległościowej, która jest ponad interesem poszczególnych partii, która jednak broni państwa polskiego i broni też Polaków mieszkających na wschód od Polski.
Ale przecież trzeba pamiętać, że ogromna liczba Polaków jest poza granicami, w tym czasie ostatnim dwa miliony ludzi wyemigrowało do Europy Zachodniej. To są nieprawdopodobne liczby. I dzisiaj Polacy muszą
powiedzieć, że tak jak Papież mówił pozdrawiam Polaków w kraju i na emigracji – zawsze to Jan Paweł II podkreślał – to dzisiaj to jest bardzo aktualne. Natomiast brakuje tej polityki, bo i wobec Polonii tej zarobkowej, która z biedy w tej chwili wypływa na Zachód, i wobec Polaków tam pozostałych. Ja się trochę martwię tym, bo nie za bardzo widzę takie osoby, które by temu podołały. Na razie jest ostry konflikt polityczny, bij zabij, między dwoma ugrupowaniami, natomiast nie ma jakiejś koncepcji takiej jasnej w tej sprawie.
Jeszcze powiem na koniec, że chciałbym podziękować wszystkim organizatorom wystawy i kwesty organizowanej na terenie Kanady. Jak wspomniałem, jestem po raz piąty, rzeczywiście było świetnie, i te wystawy...
Trudno tu wymieniać wszystkie osoby, ale te które pomogły nam w Montrealu, Ottawie, w Guelph, Hamilton, Toronto, w Burlington, chciałem wszystkim serdecznie podziękować i wszystkie zebrane fundusze, również ze sprzedaży moich książek, kalendarzy idą na trzy nasze ośrodki, w tym dwa to są Dom Stałego Pobytu Chorzeszów pod Łodzią, Warsztaty Terapii Zajęciowej w Sosnowcu na Górnym Śląsku, i właśnie ciekawa rzecz, Dom dla Niepełnosprawnych im. Dzieci Kresów, dla upamiętnienia tych dzieci, które zginęły na Kresach, w Lubinie koło Legnicy na Dolnym Śląsku. I w imieniu podopiecznych tych trzech ośrodków chciałem wszystkim serdecznie podziękować.


– Ja dziękuję bardzo za wywiad i za wszystko, co Ksiądz robi. I powiem na koniec tylko, że może to jest taka drobna rzecz dla odbudowy tej solidarności narodowej, która jest Polakom tak niesamowicie potrzebna, żeby odbudować naród, potrzebna jest solidarność między ludźmi biednymi, bogatymi, między ludźmi mieszkającymi w Polsce, mieszkającymi za granicą, itd. Wtedy będziemy silni.


– Oczywiście. To daj Boże. Amen.

Opublikowano w Wywiady
piątek, 09 listopad 2012 13:37

Z Ost Frontu: Wspaniała książka

Ost Front
Wspaniała książka
pruszynskiPan Piotr Zychowicz, redaktor tygodnika "Uważam Rze", napisał książkę pt. "Pakt Ribbentrop-Beck", o której tydzień temu pisałem. Kupiłem ją i okazuje się, że w 90 proc. używając więcej słów, pisze to, co ja napisałem 10 lat temu, że trzeba było dogadać się z Niemcami. W przeciwieństwie do mnie jednak twierdzi, że Hitler najpierw w 1940 roku uderzyłby na Francję, a dopiero w 1941 na Sowiety, oraz wierzył w zwycięstwo Anglii, Francji i USA, w co ja nie wierzę i co dość dobrze ukazuję. Ponadto ja dużo więcej miejsca poświęciłem samej kampanii wojskowej i udowodniałem, że Sowieci byli dużo gorzej przygotowani do wojny w 1940 r. niż w 1941, oraz zapomina, że Japonia uderzyłaby równocześnie z Hitlerem na Sowiety i tym znacznie utrudniła obronę.
Pan Zychowicz świetnie obala tezę, że pójście w sojuszu na Sowiety wcale nie było hańbiące, bo przecież nikt nie twierdzi, że hańbiące było podpisanie przez gen. Sikorskiego umowy ze Stalinem, po tym jak on już tylu Polaków zgładził.

Z Krakowa
Z zimnej Warszawy zjechałem na kilka dni do dawnej stolicy. Tu ciepło a na ulicach samego Starego Miasta moc ludzi, głównie cudzoziemców, którzy stadami spacerują i zapełniają liczne restauracje, bo większość ogródków na Rynku Głównym nadal była otwarta. Choć już po Zaduszkach, na cmentarzu Rakowickim, gdzie pochowany jest mój Ojciec, harcerze kwestowali na odnowienie starych pomników, a nieumundurowane dzieci zbierały na Dom Dziecka w Sieciechowicach – majątku Zakrzeńskich, gdzie spędziłem rok okupacji. Było sporo ludzi, a na grobach jeszcze często paliły się znicze, czyli ktoś je niedawno jeszcze odwiedzał.
W Krakowie w nowo otwartym Muzeum AK odbyła się we wtorek konferencja poświęcona ukraińskim mordom na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943–1944, gdzie do 1939 r. było do 30 procent małżeństw mieszanych, czyli Polacy i Ukraińcy żyli dość zgodnie. W trakcie tych rzezi Ukraińcy bestialsko mordowali Polaków, bo wedle ich przywódców, miały te tereny być oczyszczone z innych nacji. W wyniku przez lata prowadzonej agitacji dość ciemne masy ukraińskie, które opanowały szowinistyczne doktryny Doncowa, wymordowały do 200.000 Polaków w tym nowo narodzone dzieci. Poruszano też sprawę po macoszemu traktowania tychże zarówno przez władze państwa, jak i Kościół katolicki, który na tych terenach stracił 180 księży.
Tymczasem na Ukrainie rezuni UPA są traktowani jak bohaterowie. We Lwowie jest pomnik bohatera, który rozkazał mordować Polaków. Ciekawy jestem, czy ktoś pomaluje mu ręce na czerwono, jak to zrobił ktoś w Warszawie bodaj w 1954 r. Felusiowi Dzierżyńskiemu. Na konferencji tej było sporo młodzieży z okolic Krakowa, dla której przekazane informacje były całkiem nieznane.
Z innej beczki sprawa. Nowa Huta to już nie to co dawniej. Człowiek, który tam pracuje, mówił mi, że z dawnych siedmiu wielkich pieców działa tylko jeden, a w Katowicach jest podobnie, czyli polskie stalownie upadają.
Niepodległość – czyja zasługa?
W nadchodzącą niedzielę będzie wielki marsz w Warszawie, by uczcić odzyskanie przez Polskę Niepodległości. Głównym organizatorem jest Młodzież Wszechpolska, czyli endecka młodzieżówka, a ona jak zwykle czci Romana Dmowskiego.
Jaką jednak miał on rolę w dniach przełomowych, czyli między 10 a 14 listopada w Warszawie? Niewielką, by nie powiedzieć – żadną, choć miał tu sporo zwolenników, był bowiem w Paryżu ponad 1000 km od Warszawy.
W stolicy działała Rada Regencyjna powołana przez Niemców, która nie była bardzo popularna, a na dodatek mało aktywna. Niemcy zaś, znając sytuację, przywieźli więzionego od ponad 14 miesięcy w twierdzy magdeburskiej twórcę legionów brygadiera Józefa Piłsudskiego, który, jak wiedzieli dobrze, ma spory mir w kraju i co nie mniej ważne – mocną organizację zwaną Polską Organizacją Wojskową, która wspólnie z niezrzeszoną młodzieżą zaczęła rozbrajać okupantów.
Pierwszym krokiem brygadiera było porozumienie się z Rewolucyjną Radą Żołnierską, którą zapewnił, że Polacy nie będą ich mordować, a mając to porozumienie w ręku, pertraktował z oficjalnym gubernatorem Besselerem. Dalej Rada Regencyjna przekazała Mu dowództwo zorganizowanych przez Niemców sił zbrojnych zwanych Polnische Wehrmacht, gdzie było sporo jego oficerów.
Mając tę armię i oddane sobie POW, zaczął tworzyć polskie wojsko i bez ceregieli przejął całą władzę od Rady Regencyjnej. Dalej kazał rozwiązać się Rządowi Ludowemu, który powstał kilka dni przedtem w Lublinie i przesłał notę informującą rządy krajów antyniemieckiej koalicji, że pod jego kierunkiem odrodziło się państwo polskie. Więc On, a nie Dmowski, stanął na czele odrodzonej Polski, co nie zmienia faktu, że Dmowski, mając we Francji armię zwaną potem armią błękitną lub armią Hallera, występował jako formalny sojusznik Francji, Anglii i USA i brał udział w konferencji w Wersalu.

Słaba promocja
Porozumienie linii lotniczych zwane Star Alliance, gdzie główne skrzypce gra Lufthansa, posiada system promocji zwany Miles and More, który premiuje ludzi za częste latanie liniami tego porozumienia w tym oczywiście też LOT-em. Przez lata zebrałem ich ponad 70 tysięcy, ale dotąd nigdy ich nie wykorzystałem. Przygotowując się do lotu do Tbilisi, udałem się do biura LOT-u, by dowiedzieć się, czy nie będę tam mógł dolecieć za zebrane mile. Okazało się, że mogę, a dopłaty wyniosą 300 złotych, ale za mile do Nowego Roku na ten rejs biletów nie ma, więc musiałem zapłacić 1400 złotych za normalny bilet i kolejny raz z zebranych mil nie mogłem skorzystać. Teraz zastanawiam się, jak LOT-owi podziękować. Czy kartę Miles and More odesłać prezesowi LOT-u i następny raz LOT-em przez Atlantyk nie lecieć, czy podać LOT do sądu, by mi różnicę między tym, co za bilet normalny zapłaciłem, a tym, za ile bym go miał za me mile, czyli prawie 1100 zł, oddał.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

wtorek, 06 listopad 2012 09:25

Wojna i sezon (1)

Wojna i sezon

wojnaisezon"Wojna i sezon", druga świetna książka M. K. Pawlikowskiego, jest niby dalszym ciągiem powieści "Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego". Kwestionowano powieściowość tamtej, wskazując, że zarówno z formy jak treści jest raczej pamiętnikiem; że autor niepotrzebnie wprowadził bohatera "Tadeusza", a powinien był pisać w pierwszej osobie itd. Może w większym stopniu te uwagi dałyby się odnieść do "Wojny i sezonu", gdzie rzekomy bohater gra jeszcze mniejszą rolę. Ale czy "powieść", czy "pamiętnik", czy "gawęda", ważna jest sama książka. Pewien utalentowany krytyk rosyjski, Eichenwald, powiedział kiedyś trafnie: "Tam gdzie mamy przed sobą kwalifikację, traci znaczenie klasyfikacja".

Nowa książka obejmuje zdarzenia od początku pierwszej wojny światowej, przekracza ten wysoki próg dziejów, i prowadzi do wybuchu drugiej wojny światowej. Stąd tytuł: "Wojna i sezon", między wojnami. Terenem czasu są przeważnie ziemie b. W. Ks. Litewskiego; oczami które patrzą na te czasy są oczy symbolicznego Tadeusza, rodem z rozgromionego dziś stanu szlacheckiego. - Przeczytałem ją jednym tchem, może z większym jeszcze zachłyśnięciem niż pierwszą książkę. Byłem miejscami oczarowany, miejscami rozdrażniony, olśniony, sceptyczny; i znów zachwycony, i z kolei skłonny do niejednej złośliwej uwagi. Tak bywa, gdy się czyta książkę oddającą pewną prawdę, czy to literacką czy historyczną. Gdy przerzucam książki wydawane dziś w Warszawie, załgane od stóp do głów, nie wzbudzają innej chęci poza ziewnięciem i odłożeniem na bok. Książka Pawlikowskiego jest ponadto tym, co się nazywa przyczynkiem do historii.(...)

Józef Mackiewicz

"Goniec" dziekuje wydawnictwu "Czas" z Litwy


Wydawnictwo „Czas”, Wilno 2008.  

Rozdział I
WOJNA ROMANTYCZNA

Historyk z meteorologicznym nastawieniem mógłby snuć ciekawe rozważania na temat wpływu wielkich wydarzeń historycznych na stan pogody, czy też odwrotnie – wpływu stanu pogody na wielkie zdarzenia historyczne. O pamiętnej wiośnie urodzaju, kwitnącej zbożami i trawami, wiemy z księgi XI "Pana Tadeusza". Kto nie pamięta pożogi słonecznej, lub przynajmniej nie słyszał o niej, w lipcu i sierpniu 1920, gdy bolszewicy szli na Warszawę? Albo – jak po lipcowemu prażył wrzesień 1939 roku? Lato 1914 roku było – od czerwca do późnej jesieni gorące, upalne, prawie bez deszczu.
Tadeusza Ipohorskiego-Irteńskiego, który przed dwoma miesiącami przeszedł na drugi rok prawa w uniwersytecie petersburskim, wojna zastała u Bohdana Wańkowicza w dworku Zajezierze powiatu sieńskiego guberni mohylowskiej. Postanowił zaraz wracać do Mińska. Bohdan go nie zatrzymywał. Rozumiał, że w takich niezwykłych okolicznościach każdy woli być w domu z rodziną. Tadeusza popychał też do Mińska niepokój o sprawy wojskowe. Jesienią kończył 21. rok życia. Sekretarz pana Irteńskiego, pan Pawłowski, miał załatwić u wojskowego naczelnika sprawę odroczenia służby wojskowej dla ukończenia uniwersytetu. Pan Pawłowski upijał się codziennie i mógł zapomnieć. A zresztą – czy w ogóle w czasie wojny odroczenia będą udzielane? (Któż w trzecim dniu wojny mógł się domyśleć, że Rosja będzie jedynym krajem wojującym, który w ciągu dwóch pierwszych lat wojny nie powoła do wojska studentów wyższych uczelni?). Tak czy inaczej – była wojna i lepiej było być w domu.
Bohdan odwiózł przyjaciela na stację Bohuszewska. Na stacji nie byłoby nic niezwykłego, gdyby nie dwóch poborowych z drewnianymi kuferkami w towarzystwie dwóch płaczących bab. Pociąg przyszedł bez opóźnienia. Wagon nie był przepełniony. Oficerów nie więcej w nim, niż zwykle. Gdzież ta wojna? Tadeusz nie od razu się zorientował, że linia kolejowa Witebsk-Orsza-Żłobin nie miała kierunku "strategicznego". Wyjechał z Zajezierza po bardzo lekkim śniadaniu i teraz łykał ślinę na myśl, że w Orszy, gdzie musiał się przesiąść na pociąg do Mińska, napije się herbaty, wcinając kilka smakowitych, słynnych na całe imperium, pierożków z mięsem lub kapustą. Niestety, marzenia, jak to często bywa, zawiodły.
W Orszy był ścisk i bezład. Roiło się od mundurów wojskowych. Jeszcze nie było "europejskich" frenczów, które się miały zjawić dopiero za rok czy dwa, ale mundury były zgrabne – z talią na właściwym miejscu, nie zaś spadającą na tyłek, jak w mundurach niemieckich, austriackich i legionowych. Ludzie w mundurach ogołocili, jak szaraficza, orszański bufet ze wszystkiego. Nawet samowar gigantycznych rozmiarów był zimny, a bufetowi za ladą bezradnie rozkładali ręce i mieli wzrok niezupełnie przytomny. Zamiast pierożków Tadeusz musiał się pocieszyć ostatnim numerem jakiejś gazety rosyjskiej, w której na pierwszym miejscu był wydrukowany manifest cesarski z 21 lipca (starego stylu): "Pomna swej historycznej misji Rosja, jednej krwi i wiary ze słowiańskimi narodami, nigdy nie była obojętna na ich losy"...
– No no – myślał Tadeusz, szukając w gazecie wieści z pola walki, których jeszcze nie było.
Pociąg ze Smoleńska przyszedł z dwugodzinnym opóźnieniem. Był zapchany wojskowymi i cywilami. Tadeusz z trudem zdobył sobie odchylany taboret w korytarzu. Pociąg podwójnej długości z dwiema lokomotywami szedł powoli. Na następnej stacji weszła panienka z okrągłą twarzą. Ani ładna, ani brzydka. Ostatnim echem kurtuazji zapadającego w nicość XIX wieku Tadeusz ustąpił jej taboretu. Jakże gorzko miał tego żałować! Pociąg szedł z Orszy do Mińska dziesięć godzin zamiast przepisowych czterech, zatrzymując się nie tylko na każdej stacji, lecz i przed każdym semaforem. Jak złowrogo wyglądało czerwone oko semaforu i z jaką ulgą się wzdychało, gdy wreszcie błysło zielone światełko, lokomotywy zasapały przeraźliwie i targnęły pociągiem.
W Mińsku, który teraz leżał wedle terminologii wojennej w "głębokim tyle" i gdzie urzędował naczelnik okręgu wojennego generał Rausch von Traubenberg, panował nastrój podniosły, z lekka tylko podniecony. Mobilizacja odbywała się w tumanach kurzu, ale gładko i sprawnie. Fala nienawiści do Niemców rozlała się szeroko i głęboko poprzez wszystkie stany i narody imperium rosyjskiego.
"Wojna jest popularna" – powiadali znawcy, czyniąc porównania z będącą w świeżej pamięci a wielce niepopularną wojną japońską. Szał patriotyzmu rosyjskiego ogarnął wszystkich: od ziemiaństwa polskiego i polskiego mieszczaństwa do dziennikarzy żydowsko-liberalnej gazety "Minskij gołos". Gazetka ta robiła świetne interesy, wypuszczając co dzień dodatki nadzwyczajne z nieprawdopodobnymi i bezczelnymi łgarstwami, jak np. "Flota brytyjska rozbiła flotę niemiecką" albo "Wojska francuskie idą na Berlin" – a to wszystko w czasie, gdy Niemcy miażdżyli Belgię, a udział w wojnie Wielkiej Brytanii był raczej platoniczny. Cenzura wojenna pobłażliwie puszczała te łgarstwa, jak również puszczała przesadne historie o "okrucieństwach niemieckich" (niemieckije zwierstwa), uważając, że tego rodzaju łgarstwa dodają ducha ludności.
Mobilizacja szła więc gładko i sprawnie. A że tam wielotysięczny tłum "manifestantów" rozgromił niemiecką ambasadę i niemiecką kawiarnię Reinera w Petersburgu; że parotysięczny tłum rezerwistów rozbił najpierw gorzelnię pod Ihumeniem, a potem – po drodze do Mińska – napadł i mocno uszkodził pałac pp. Leonostwa Wańkowiczów w Śmiłowiczach – tłumaczono to zawadiactwem (udalstwem) przyszłych wojaków, których komunikaty kwatery głównej miały wkrótce nazywać zuchami (mołodcy) lub dziwo-bohaterami (czjudo-bogatyri). Histeryczki modliły się nawet do "szarych szyneli", nie przewidując, że za trzy lata ci sami dziwo-bohaterowie staną się w ich ustach nienawistnymi "czubarykami".
Pogrom Śmiłowicz bardzo poruszył społeczeństwo polskie w Mińsku. Jak się później okazało, skończyło się na zapaskudzeniu salonów, połamaniu kilku cennych mebli, wybiciu kilku szyb i przebiciu końcem buta czy pałką "Mickiewicza na Judahu skale" Walentego Wańkowicza. Pogrom jednak był pogromem i pani Leonowa Wańkowiczowa (z domu hr. Broel-Plater) mówiła głośno przy obiedzie w lokalu klubu obywatelskiego, nie bacząc, że przy sąsiednim stole siedzi sam gen. Rausch von Traubenberg ze świtą:
– Takiego barbarzyństwa Niemcy nigdy by nie popełnili. Zresztą pani Leonowa nie cieszyła się wielką popularnością i dr Marian Obiezierski mówił szeptem przy innym stoliku:
– Istotnie, wielkie barbarzyństwo. Podobno potłukli moc słoików z konfiturami.
Tymczasem deputacje szlacheckie wszystkich guberni Cesarstwa słały hołdownicze depesze do cesarza. Deputacja szlachty mińskiej nie pozostała w tyle. Każda depesza otrzymała osobną odpowiedź podpisaną przez monarchę. Odpowiedź na depeszę deputacji mińskiej szczególnie poruszyła wszystkich i była szeroko komentowana w kuluarach i ogrodzie letnim klubu obywatelskiego. W odpowiedzi tej cesarz dziękował za wyrazy hołdu i zapewniał że "wierzy w przyszłość świetlaną wszystkich narodów zamieszkujących gubernię mińską". (Czy dowiemy się kiedykolwiek, kto zredagował i podsunął carowi do podpisu taką co najmniej dziwną depeszę?).
Ledwie zdążono przetrawić ten niespodziany a słodki kąsek, gdy spadła nowa wieść – tak radosna, że Polacy dostali prawdziwego delirium. "Polacy, wybiła godzina" – krzyczały tłustym drukiem słowa odezwy wielkiego księcia Mikołaja Mikołajewicza" – "...marzenia ojców i dziadów"... "...nie zardzewiał miecz, co raził wroga pod Grunwaldem"... "Od brzegów Bałtyku do mórz północnych idą hufce rosyjskie"... "...jutrzenka nowego życia świta dla was"... Lekko i strawnie łykali Polacy jedno z największych "nabierań" w dziejach Polski. Nie pierwsze i nie ostatnie. W. ks. Mikołaj Mikołajewicz stał się w ciągu jednej nocy nieomal świętym patronem Polski. Opowiadano cuda o jego talentach strategicznych dodając szeptem, że jest to wódz, który dla przeprowadzenia operacji wojennej nie liczy się ze stratami w ludziach.
Nie wiedzieliśmy, że hr. Witte pokazał go w swych wspomnieniach jako tchórza i mistyka z "zajączkiem" w głowie. Nie wiedzieliśmy o słowach jednego z wielkich książąt, że Polacy są naiwniakami, jeżeli wierzą odezwie Mikołaja Mikołajewicza. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że w okupowanej przez wojska rosyjskie Galicji rozpoczną się brewerie czarnosecinne z przymusową "rewindykacją unitów" pod batutą generał-gubernatora hr. Bobrinskiego i biskupa Eulogiusza. Nie wiedzieliśmy, że Mikołaj Mikołajewicz wydał rozkaz, aby galicyjsko-polskich organizacji "sokolskich" (tj. strzeleckich) nie uznawać za stronę wojującą. Nie wiedzieliśmy, że Mikołaj Mikołajewicz żadnym strategiem nie był, a tylko podpisywał dyspozycje opracowane przez miernej zdolności generałów, i że otoczenie wielkiego księcia w Baranowiczach zabijało nudy pędzaniem gołębi lub tresowaniem młodego lisa. No i nie mogliśmy wiedzieć, że za rok ten uwielbiany Mikołaj Mikołajewicz wyda potworny rozkaz przymusowego wysiedlania ludności polskiej, litewskiej i białoruskiej razem z cofającą się armią rosyjską. Nie wiedzieliśmy. Nawet taki trzeźwy polityk jak Aleksander Lednicki powiedział, że od czasów Napoleona nikt takim językiem, jak Mikołaj Mikołajewicz, nie mówił do Polaków.
Zaczęła się sielanka przyjaźni polsko-rosyjskiej. – Zapewne jedyny raz w historii Polski i Rosji zapanował krótki okres, gdy wszyscy Rosjanie od socjalistów do "czarnosecińca" Puryszkiewicza zapałali szczerą miłością do Polaków. W Petersburgu przemianowanym na poczekaniu na Piotrogród stawiano w teatrzykach idiotyczne patriotyczno-sentymentalne skecze, w których Polacy występowali w roli rosyjskich patriotów. Stolica cesarstwa urządzała olbrzymią zbiórkę pod hasłem "Piotrogród – Polsce". Wielu Rosjan uczyło się na gwałt języka polskiego. Słowem – Polska i Polacy byli modni.
W mieszkaniach miejskich, we dworach i dworkach zapanowała moda na mapy, na których szpilkami oznaczano posunięcia walczących armii. Rozważano ze znawstwem przedmiotu możliwości strategiczne. Mówiono o okrążeniach, odcięciach i "workach". Tłumaczono niewtajemniczonym, co to są przesmyki i Dardanele. Z nabożeństwem słuchano niedomówień praporszczyków sztabowych robiących mądre miny i udających, że znają nikomu nie znane tajemnice wojskowe. Czasem puszczano się w dyskusje z dziedziny historiozofii gimnazjalnej: co było przyczyną wojny, a co "powodem" do niej? Korepetytor Kazia ośmioklasista Rosjanin pouczał, że powodem było morderstwo w Sarajewie, a przyczyną współzawodnictwo gospodarcze Niemiec z – kim? Tutaj trochę się jąkał, bo niezupełnie był pewien, czy Niemcy rozpętały wojnę współzawodnicząc gospodarczo z Anglią, czy z Rosją, czy może z Francją. Państwo Irteńscy bardzo poważnie dyskutowali z ośmioklasistą, wytykając mu te lub inne błędy, ale zgadzając się bez zastrzeżeń, że to Niemcy rozpętały wojnę.
Był to dogmat, w który nie śmiano wątpić. A przecie wojny 1914 nikt nie przewidywał! Przypisywanie post factum jakichś "przyczyn" i "powodów" było takim samym nonsensem, jak gadki o przeczuciach, wizjach lub znakach na niebie. Wprawdzie w czasie trwania wojny zjawiły się z obu stron szumne deklaracje o "celach wojny" – celach nieraz bardzo zaborczych. Ale przerzucanie tych deklaracji na okres sprzed wojny byłoby oczywistym głupstwem. Ciekawe, że te i inne nonsensy wciąż są powtarzane przez ludzi skądinąd nie głupich. Wojny nikt nie przewidywał i nikt jej nie chciał. Nie chcieli jej nawet tacy zhisteryzowani "podpalacze" jak Wilhelm II lub austriacki hr. Berchtold. Wojny chciała może garstka Polaków w Galicji mająca jednak taki wpływ na wybuch i przebieg wojny, jaki na lot pocisku ma mucha siedząca na lufie armaty. No i chciał wojny Włodzimierz Uljanow-Lenin.
Poza szpilkowaniem map i dyskusjami strategicznymi pilnie przeglądano stronice "Kuriera Warszawskiego" usiane ogłoszeniami o poszukiwaniu osób, które wojna zastała w uzdrowiskach za granicą. Z jednego z takich ogłoszeń dowiedzieliśmy się szczegółu nawet nie wszystkim warszawiakom znanego: że prawdziwe nazwisko panny Lucyny Messal, która latem 1914 przeprowadzała w Niemczech kurację odtłuszczającą, jest Mishal i że jest Żydówką z pochodzenia.
Tymczasem wprowadzono prohibicję i – jak na administracyjne bezhołowie rosyjskie – przestrzegano jej z żelazną konsekwencją. Na wsi pozostawało coraz mniej rąk do robót polnych. To samo w miejskich fabrykach. Toteż nie było komu pędzić samogonu, względnie jeszcze nie nabrano wprawy w jego pędzeniu. Żołnierze, chłopi, robotnicy – pozbawieni wódki – zaczynali myśleć. Na ponuro. I słuchać. Też na ponuro. I w tym tkwi jedna z "przyczyn", że w dwa i pół roku później rewolucja wybuchła tak gładko i tak spontanicznie. Lecz nawet wtedy nie wszyscy się zorientowali, że Wielka Rewolucja Światowa wybuchła nie w marcu 1917, lecz w sierpniu 1914 – wybuchła przez sam fakt mobilizacji, tj. skupienia w zwartych i uzbrojonych szeregach milionowych mrowi istot, które wedle słów Iwana Bunina jeszcze się niezupełnie nauczyły chodzić mocno na tylnych nogach, a które w dodatku pozbawiono jedynej przyjemności – wódki.
Głaskano nie tylko Polaków, lecz i Żydów. Nikt wprawdzie nie wzywał Żydów, aby dobyli miecza i razili wroga, ale antysemityzm schował rogi. Przynajmniej oficjalnie. O haniebnej a tak niedawnej sprawie Bejlisa zapomniano. Obok bohaterskiego Kozaka Koźmy Kriuczkowa (którego legenda nie wytrzymała zresztą, o ile wiem, próby historycznej) zjawił się również bohaterski Kac, awansowany z szeregowego na praporszczyka. Kac z ręką na temblaku i błyszczącymi epoletami z jedną gwiazdką krążył jakiś czas po Mińsku i chętnie opowiadał o swych czynach bojowych, przyjmując fundy w kafeszantanie "Akwarium" przy ulicy Jurewskiej lub w kawiarni "Selekt" przy ulicy Zacharzewskiej. Fundy były zresztą suche, bo prohibicja była ściśle przestrzegana i nie robiła wyjątków. Nawet dla bohaterów narodowych.

ciąg dalszy za tydzień

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 28 wrzesień 2012 11:06

Z OST FRONTU: Podróże kształcą

Podróże kształcą
pruszynskiJak zawsze jadę z Wołkowyska do Mińska autostopem. Pierwsza podwiozła mnie dama z Zelwy, która kilka lat z rzędu zbierała truskawki w Polsce, a teraz nie mogła dostać wizy. Wiozła kartofle własnym minibusem. Dalej miałem wyjątkowego kierowcę, kapłana prawosławnego ze Słonimia, który już kilka lat temu mnie podwiózł. Był bardzo rozmowny i okazało się, że w Olszanach gospodarze uprawiają na wielką skalę warzywa, które wysyłają do Moskwy, a jednocześnie twierdził, że Białoruś – niby potentat kartoflany – sprowadza je z wielu krajów podobnie jak jabłka, które przed wojną z Kresów jechały do Warszawy. Nie tylko odwiózł mnie za miasto, ale jeszcze przewiózł przez miasto, pokazując ciekawsze budynki.

Zbieranie podpisów
Jak już chyba pisałem, wziąłem się do zbierania podpisów, by w Wołkowysku utworzono polski konsulat, uruchomiono pociąg osobowy z Białegostoku przez Wołkowysk do Baranowicz oraz otworzono nowe przejścia graniczne. W sobotę pojechałem z pomocnikiem do powiatowego miasta Brzostowica już nad granicą z Polską, gdzie tego dnia była feta na 100. rocznicę poświęcenia kościoła zbudowanego staraniem mego dalekiego krewnego hr. Kossakowskiego. Na uroczystość przybyło dwoje prawnuków fundatora, Marysia Lubieńska z New Jersey i jej brat Leszek z Londynu. W lutym 1940 r. zjechali do nich bolszewicy, kazali się spakować w 30 minut i zawieźli na stację. Jednak ich wychowanica, miejscowa nauczycielka, poprosiła matkę Marysi, by nie brała z sobą swego 4-miesięcznego dziecka, i tak Leszek został na miejscu.
Całą rodzinę zesłano na Sybir, gdzie był głód, ale dotrwali do wojny sowiecko-niemieckiej i jak tysiące dołączyli do armii gen. Andersa, z którą przez Iran, Irak, Palestynę dotarli do Anglii. Zaś Leszek w 1956 r. mógł dojechać do rodziców. Leszka w szkole koledzy przedrzeźniali i wołali graf, był przyzwoicie karmiony i ma prawie dwa metry, zaś jego siostra wygłodzona na Syberii nie ma nawet 165 centymetrów.
Przed i po mszy celebrowanej przez abp. Kondrusiewicza z Mińska w otoczeniu coś 24 księży i jego wspaniałym wygłoszonym po polsku kazaniu wzięliśmy się do zbierania podpisów i szło całkiem dobrze. Dodam, że po mszy jakoś na wystawny obiad potomków fundatorów "zapomniano" zaprosić.

Wybory
Już po słabym cyrku wyborczym o 20 zamknięto lokale i tylko Pan Bóg wie, ilu obywateli głosowało. W Wołkowysku do lokalu wyborczego koło mego domu poszedłem z mym lokalnym pomocnikiem, by on głosował. Nie tylko on głosował, ale dano mu jeszcze głosować za... żonę, a mnie udało się zwędzić biuletyn do głosowania. Wedle mej oceny, do 13.00 w tym lokalu nie głosowało więcej niż 30 proc. uprawnionych, a przecież były cztery dni do głosowania. Przed samym zamknięciem lokalu wyborczego koło mego domu w Mińsku nie było lepiej. Czy te wyniki są wyjątkowe?
Po 20 poszedłem zebrać trochę plakatów wyborczych. Było ich jak na lekarstwo i na dodatek tak dokładnie przylepione, że oderwać bez ich zniszczenia nie było można.


Okazało się jednak, że plakatów strzeże jakiś "dżentelmen", który do mnie podszedł i zapytał, co robię. Pokazałem mu, że już jest po i zbieram plakaty do swej kolekcji, ale ten sfilmował mnie.
Zresztą tak jak w PRL-u szedłem na wybory, brałem biuletyn i zamiast do urny wsadzałem do kieszeni.
Chodziłem po mieście i pytałem, jak ludzie głosowali. Na jakieś 10 osób tylko jedna twierdziła, że głosowała, a reszta, że imprezę olali. Pewien starszy pan chodził po domu i pytał wszystkich, czy głosowali. Wszyscy powiedzieli, że nie, więc moje oszacowanie, że nie głosowało w kraju więcej niż 25 proc., jest trafne.


Równocześnie ludzie mówią, że stale coś idzie w górę. Telefony za granicę poszły w górę 30 proc., ale cena rozmowy do USA jest praktycznie taka jak do Polski i reszty krajów europejskich.
Na dodatek przedtem taryfa ulgowa była od 21 do 9 rano oraz w soboty, niedziele i dni wolne od pracy, np. 7 października. Teraz tylko od 23 do 6 rano. Telefon do Kanady, USA i Polski w normalnych godzinach kosztuje na szczęście tylko 6 centów, po 23 tylko 3, więc wtedy można hulać.
Podniesiono cenę opłat komunalnych i elektryczności i, co gorsza, jak ktoś w porę nie zapłaci, to wyłączają mu wszystko.
Jest coraz większe niezadowolenie, ale pytanie, co będzie skórką banana, na której nasz Cygański Baron się poślizgnie. Zasadniczo była już taka okazja rok temu, ale opozycja jej nie wykorzystała, czy teraz ją wykorzysta...
Jak zawsze mają być pochody opozycji na Zaduszki, czyli Dziady, jak będą liczne, to się okaże.

Wstyd
Jak podają statystyki Banku Światowego za rok 2011, najlepiej się robi biznes w Hongkongu, potem w Singapurze i w Nowej Zelandii. Norwegia i Dania są trochę dalej. Gruzja na 16., zaś Litwa jest na 21. miejscu, Estonia na 24., a Łotwa na 27. Polska na 62. miejscu bije nieco Białoruś, która jest na 69.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

Z Mołdawii do Naddniestrza czyli Naddniestrzańskiej Republiki Mołdawskiej(!) najczęściej wjeżdża się przez przejście "graniczne" w Benderach. Co ciekawe, w ostatnim czasie z nazwy "państwa" zniknął przymiotnik, "socjalistyczna". Inną – chyba nawet ciekawszą – opcją jest przekroczenie naddniestrzańskiej "granicy" pomiędzy miastami Rezina i Rybnica. Można tu dodać, że dodatkową atrakcją jest możliwość odwiedzenia prawosławnego sanktuarium w Sacharna czy bardziej po mołdawsku (lub jak kto woli. rumuńsku) w Saharna, kilka kilometrów od Reziny. Sam " checkpoint" to dwa baraki, w których naddniestrzańscy pogranicznicy cierpliwie wpisują do księgi wjazdów nazwiska wszystkich, którym przyszło do głowy odwiedzić to nieco nierealne, miejsce. Każdy podróżny dostaje też przy wjeździe wydrukowaną, tylko po rosyjsku, "bumagę", w której należy podać cel wizyty oraz adres osoby, której będzie składana wizyta. Co ciekawe, nikt tego nawet nie czyta, nie mówiąc już o sprawdzaniu. Mimo to Rosjanka z Tweru pracowicie wypełnia otrzymaną karteczkę, a w pewnej chwili dzwoni do siostry, którą przyjechała odwiedzić, by upewnić się. czy podany przez nią numer mieszkania jest właściwy! Dwa obiekty, które natychmiast rzucają się w oczy, to sąsiadujące ze sobą: kościół katolicki i cerkiew prawosławna. Oba obiekty stosunkowo nowe, przy czym starszy jest... kościół! Gdy rozpadał się Związek Sowiecki. do Naddniestrza, które wszak nawet nie istniało jako odrębny twór "państwowy". dotarli polscy księża sercanie i to oni jako pierwsi rozpoczęli działalność misyjną w tym skrajnie zateizowanym regionie imperium sowieckiego. Budowniczym kościoła w Rybnicy jest ks. Marek Magierowski. do dziś będący tam proboszczem. Kościół został konsekrowany w 2003 roku, a dokonał tego Józef kard. Glemp! Dopiero później pojawiła się po sąsiedzku parafia prawosławna, mająca być najwyraźniej "przeciwwagą" dla wpływu "papistów"?

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/Kresy/Page-30.html#sigProId5f99146add

    Transport publiczny w Naddniestrzu nie poraża może nowoczesnością, ale trzeba przyznać, że jest zorganizowany dość sprawnie. Podróż z Rybnicy do Raszkowa jest więc chyba nawet łatwiejsza niż podróż pomiędzy odległymi dzielnicami jednego polskiego miasta? Do celu wiezie nas poczciwy, węgierski ikarus w wersji "dalekobieżnej". Oczywiście każdy cudzoziemiec jest tu traktowany jako swoista "ciekawostka przyrodnicza", co oznacza, że pasażerowie bardzo chętnie nawiązują rozmowę. Nie oznacza to wcale zwykłego dialogu, gdyż do dwójki rozmówców szybko dołączają kolejne osoby, a to dopytując o różne interesujące JE kwestie, a to prostując nieprawdziwe w ich mniemaniu, informacje przekazywane podróżnemu. Taki zresztą los był udziałem podróżującego ze mną kolegi, który wdał się w pogawędkę ze swoim współpasażerem, jak się okazało, byłym oficerem armii sowieckiej, który miał za sobą "internacjonalistyczną" misję w Czechosłowacji w 1968 roku. Jego gorące zapewnienia, że wcale nie chciał tam jechać, że wykonywał tylko rozkazy, że lubił Czechów i Słowaków, przerywane były szyderczymi komentarzami innych pasażerów i wybuchami gromkiego śmiechu. Poza rozmową podróż umila muzyka; głównie rosyjskie i ukraińskie przeboje popowe, rockowe, a nawet lekko jazzowe...Tu po raz pierwszy przyszło mi usłyszeć folk-rockowy utwór "Pijtie wkusnyj czaj". Cel tej części podróży, Raszków, wita przyjezdnych pomnikiem Ilicza i rozwieszonym nad drogą transparentem w czerwonym kolorze z białym napisem. Ponieważ na dniach będzie tu obchodzone święto 1 Maja, skojarzenie jest oczywiste i... całkowicie mylne! Napis bowiem głosi "Christos woskriesien! Woistino woskriesien!"! Synkretyzm kulturowy, który może być wyzwaniem dla niejednego antropologa, socjologa czy politologa; komunistyczna forma i religijna treść! Raszków to biedna wieś; bezrobocie jest tu ogromne, po likwidacji kołchozu pracę zapewniają chyba tylko nieliczne sklepy. Wokół jest czysto i bardzo schludnie. Cieszy, widoczny zresztą i po drugiej stronie Dniestru, brak wszechobecnych w Polsce graffiti. Prawdopodobnie jest on podyktowany biedą, a co za tym idzie, brakiem środków na zakup farb, ale i tak efekt końcowy (czy może raczej brak jakichkolwiek efektów?) jest godny naśladownictwa. Idąc przez wieś, widać, że młodych jest tu mało, a nawet bardzo mało. Dominują ludzie starsi, jest trochę dzieci, ale praktycznie nie widać młodzieży i ludzi w średnim wieku. Wystarczy chwila rozmowy, by potwierdziły się przypuszczenia: wyjechali... Do pracy, po naukę, w poszukiwaniu lepszego życia.


    Kilka minut drogi od przystanku położony jest kościół katolicki. Dokładnie ten sam, w którym autor Trylogii umieścił ślub Michała Wołodyjowskiego z Hajduczkiem! Odbudowany, z zewnątrz niewiele różni się od tego sprzed kilku wieków i dopiero wnętrze przypomina, że mamy XXI wiek, a historia obchodziła się z tym miejscem wyjątkowo brutalnie. Ponieważ trafiamy akurat na wieczorną mszę, bez problemu dostajemy się do wnętrza. Niestety, nie ma tu niczego "historycznego". Surowe ściany, prosty ołtarz, "nowoczesne" ławki bardziej przypominają wnętrze świątyni któregoś z wyznań protestanckich niż kresowy kościół. Do mszy służy... ministrantka! Jak się okaże, "braki kadrowe" wymuszają tu rozwiązania, które w niejednej polskiej, szczególnie wiejskiej parafii nie zostałyby przyjęte z uznaniem. Ksiądz proboszcz jest Polakiem, ale... miejscowym! Kilka kilometrów od Raszkowa leży bowiem Słobodzia Raszkowska, jedyna wieś w Naddniestrzu, gdzie przetrwali Polacy. Inna sprawa, że – jak mówi ksiądz Marcin – i w samym Raszkowie nie brakuje ludzi z polskimi korzeniami, tyle tylko, że lata - wpierw rusyfikacji, a później sowietyzacji – zrobiły swoje i nikt tu nie uważa się za Polaka.


    Nie zachował się nawet najmniejszy ślad stanicy, której komendantem "był" płk Wołodyjowski. Natomiast to, co zachwyca dziś, a zapewne zachwycało i w czasach I Rzeczypospolitej, to widok na Dniestr. Rzeka płynie tu w zakolu, a kościół i spora część wsi położone są na wysokim i dość stromym brzegu. Widok płynącego w dole Dniestru i wsi na drugim brzegu zapiera dech w piersiach. Nieco wyżej niż kościół są za to skalne ściany, zupełnie niepodobne do tych znanych z mołdawskich krajobrazów. Bez wątpienia dla tych widoków warto ponieść trudy podróży z Polski. W pobliżu jest więcej "literackich" miejsc; wszak to tu, na terenie Naddniestrza znajduje się jar Horpyny, w którym wiedźma strzegła kniaziewiczówny, to również w Naddniestrzu na pal został nawleczony Azja Tuhajbejowicz! Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że całe to "państwo" można przejechać w parę godzin, to atrakcji jest tu niemało. Północne Naddniestrze jest zresztą zdecydowanie bardziej malownicze niż – bardziej zaludnione – południe. Oczywiście tutejsze pagórki to nie szczyty Karpat czy chociażby Krymu, niemniej jednak nadają okolicy bardzo malowniczy charakter.


    Mimo iż jest ciepłe, wiosenne, sobotnie popołudnie, we wsi trudno spotkać kogokolwiek. Nieliczni napotkani mieszkańcy pielą grządki w przydomowych ogródkach. Praktycznie wszyscy to osoby starsze i tylko czasami widać krzątające się przy nich dzieci. Kilku nastolatków spotykamy dopiero w sklepie "wielobranżowym". Nic nie kupują, a jedynie wpadli pogadać ze sprzedawcą. Chętnie służą radą przy wyborze wina, polecając "naddniestrzańskie porto", jak się wkrótce okaże, wyjątkowo obrzydliwe i bodaj najgorsze z mołdawskich win, jakie miałem okazję pić!


    Następnego dnia na przystanku czekamy wraz z grupą "tubylców" na przyjazd autobusu. Polszczyzna niemal natychmiast wzbudza zainteresowanie. Po raz kolejny potwierdza się teza o wyludnianiu się Naddniestrza. Ludzie z przystanku to – z jednym wyjątkiem – osoby starsze. Tym wyjątkiem zaś jest kilkuletnia dziewczynka, która wybiera się z babcią w odwiedziny do... rodziców. Ci wyjechali do Rybnicy "za chlebem", ale warunki mieszkaniowe nie pozwalają im mieszkać z córką, więc zostawili ją pod opieką dziadków. Z rozmowy łatwo wywnioskować, że ludzie są tu przygnębieni i zrezygnowani. Lata młodości minęły, a zamiast szczęśliwej starości jest bieda i walka o byt. W pewnym sensie można zrozumieć ich tęsknotę za władzą sowiecką, która wszak "dawała" dom, pracę, a na starość emeryturę, o wiele więcej wartą od tej otrzymywanej dziś. Co więcej, dla ludzi od pokoleń żyjących na wsi osobistą tragedią jest fakt, że dzieci nie mogły zostać na miejscu, by pomagać starym rodzicom, ale muszą "tułać się" po świecie w poszukiwaniu pracy i zarobku. Stary raszkowianin niemal przez łzy opowiada o tym, jak kiedyś tętniło tu życie, pokazując przy tym kolejne opuszczone domy, w których – po śmierci staruszków – nie ma kto zamieszkać. No cóż, miejsce malownicze, ceny niskie, nawet kościół katolicki na miejscu, więc może polscy emeryci skorzystają z okazji? Skoro emerytowani Niemcy mogą mieszkać w Hiszpanii, a Brytyjczycy w południowej Francji...


    Tym razem na przystanek autobusowy podjeżdża niemiecka setra. Co prawda ząb czasu dość wyraźnie ją nadgryzł, ale znając dbałość tutejszych kierowców o pojazdy, można założyć, że pojeździ tu jeszcze z kilkanaście lat. Brak rubli naddniestrzańskich okazuje się nie być przeszkodą w kupieniu biletów. Mimo antymołdawskiej propagandy oficjalnych czynników, kierowca chętnie przyjmuje zapłatę w mołdawskich lejach. Mimo że teoretycznie tutejszy rubel jest nieco mocniejszy od leja, w praktyce wszyscy przeliczają 1/1. Oczywiście z wyjątkiem banków i kantorów, które wszak muszą na czymś zarabiać. Droga powrotna wiedzie ponownie przez Rybnicę. Miasto jest dość odświętnie przystrojone, a podejrzenia, że przyczyną jest nadchodzący 1 maja, okazują się fałszywe! Dzień wcześniej brał tu bowiem ślub Jewgienij Szewczuk, nowy prezydent Naddniestrza, który po wielu latach zastąpił na tym stanowisku Igora Smirnowa. Szewczuk pochodzi z Rybnicy i w tutejszym urzędzie stanu cywilnego, powiedział "tak" swojej wybrance. No właśnie...Czy rzeczywiście swojej? Niemal każdy mieszkaniec Naddniestrza opowiada, jak to wysłannik Putina do Naddniestrza, Dimitrij Rogozin, KAZAŁ ożenić się Szewczukowi, uzasadniając polecenie stwierdzeniem, że "prezidentu bez żieny, zit' nie lzia"! I "niezawisły" prezydent w te pędy polecenie wykonał... Co więcej, niemal wiernie kopiując zwyczaje panujące w pewnej sycylijskiej niejawnej organizacji, tuż po wygranych wyborach nowy prezydent zabrał się za czystkę w administracji, "wycinając" gdzie tylko się da ludzi swojego poprzednika. Tyraspolski taksówkarz z wypiekami na twarzy opowiadał, jak to milicja "w ostatniej chwili" zatrzymała na granicy żonę byłego ministra spraw wewnętrznych z walizkami wyładowanym "jewro"... Oczywiście zupełnie "przypadkiem" akurat przejeżdżała obok ekipa miejscowej telewizji, która wszystko udokumentowała dla potomnych. Ciekawostką Rybnicy może być również to, że czwartą co do wielkości grupę narodowościową stanowią tu Polacy, wyprzedzając nawet Białorusinów. Niestety, poza wspomnianym już kościołem, w Rybnicy niewiele jest do oglądania; "stara" Rybnica położona tuż nad brzegami Dniestru "odpłynęła" wraz z powodzią w latach 50. ubiegłego wieku. "Nową" wybudowano na wysokiej skarpie, tak by kolejna powódź już jej nie zagroziła. Blokowiska prezentują się obrzydliwie, za to można sobie wyobrazić widok z ich okien, o ile wychodzą na rzekę... No cóż, zawsze to odrobina koloru w szarej rzeczywistości. Dla miłośników starych autobusów niewątpliwą gratką są stojące na rybnickim dworcu autobusowym PAZ 652, ŁAZ 695, które produkowano w czasach gdy sowieccy kosmonauci rozpoczynali "podbój kosmosu",czy "nowszy", bo z lat 80., PAZ 3205. Inna sprawa, że wszystkie mają instalację gazową, o czym świadczą rzędy butli gazowych, dumnie dźwiganych na dachach! Cóż, przy spalaniu benzyny w ilości ~30 litrów na 100 kilometrów rozwiązanie ma niewątpliwie uzasadnienie ekonomiczne.


    Najwyraźniej kierowcy autobusów słuchają tu jednej płyty, bowiem z głośników płyną te same melodie, które płynęły w drodze do Raszkowa? Nie da się przy tym ukryć, że dobrze świadczy to o gustach muzycznych tutejszych kierowców autobusów, gdyż utwory prezentują poziom o kilka klas wyższy, niż – jakże popularne u nas – disco polo. Oczywiście i w autobusie, i na ulicach dominuje język rosyjski. Rosjanie nie są tu aż tak dominującą grupą narodowościową, jak mogłaby na to wskazywać używalność języka, niemniej jednak rosyjski zdominował Naddniestrze bezdyskusyjnie. Nawet mieszkający tu w dużej liczbie Ukraińcy, mimo bliskości Ukrainy, całkowicie się zrusyfikowali. Wszelkie szyldy, reklamy, tablice informacyjne są tu po rosyjsku. Mimo że – w myśl prawa międzynarodowego – jesteśmy w Mołdawii, trudno tu znaleźć jakikolwiek na to dowód. Co więcej, Mołdawia jest tu cały czas przedstawiana jako agresor i zagrożenie, które powstrzymać może tylko "bratnia Rosja". Można oczywiście zapytać, czy w tej sytuacji jest szansa na "repolonizację" tutejszych Polaków? Patrząc na Słobodzię Raszkowską, wydaje się, że tak! W sytuacji konfliktu mołdawsko-rosyjskiego, ukraińskiej biedy i beznadziei panującej w Naddniestrzu, polskość mogłaby być ciekawą i atrakcyjną alternatywą dla "zgubionych polskich owieczek". Co więcej, przywrócenie ich na łono Narodu Polskiego mogłoby dokonać się stosunkowo szybko i nakładem bardzo małych środków. Trudno jednak wyobrazić sobie, by było to możliwe przy tym prezydencie, przy tym premierze, przy tym ministrze spraw zagranicznych...


    Wyjeżdżając z Rybnicy na południe, niemal natychmiast zauważymy zmianę krajobrazu. Podróż ponownie umila nieśmiertelny przebój " Pijtie wkusnyj czaj", niezidentyfikowanego rosyjskojęzycznego zespołu. Za oknami autobusu szybko znikają pagórki, a zamiast nich pojawia się gładka niczym stół równina. Dawniej step, dziś częściowo uprawiana, częściowo zaś powróciła do pierwotnego stanu i uległa wtórnemu stepowieniu. Pasażerowie autobusu, którzy dosiedli się w Rybnicy, z pewnym zaciekawieniem przyglądają się, rzadkim tu, cudzoziemcom. Standardowe pytania: do kogo, po co, co tu oglądać i oczywiście narzekania, na biedę, brak pracy, brak perspektyw...
    Bendery witają nas brzydkim, choć czystym dworcem autobusowym. Jak wszędzie w Mołdawii, tak i tu trawniki, nagrzane promieniami słonecznymi betonowe chodniki okupowane są przez watahy bezdomnych psów i pojedyncze egzemplarze kotów. Mimo przysłowiowej wrogości przedstawiciele obu gatunków bez problemu się tolerują. Lata życia w półdzikim stanie i krzyżowanie się wielu ras dały dość ciekawy efekt: wszystkie psy zaczęły nosić cechy czegoś w rodzaju nowej rasy! Są średniej wielkości, "mysio" umaszczone, z obwisłymi uszami... Cóż, może za kilka lat do dobrego tonu będzie należało hodowanie psa rasy mołdawskiej nizinnej? W każdym razie, gdyby tak się stało, to roszczę sobie prawo pierwszeństwa jeśli chodzi o opis i nazwę nowej rasy!


    Kilkanaście minut drogi od dworca znajduje się twierdza Bendery, czyli cel naszego przyjazdu. Po drodze mijamy posterunek "graniczny" blokujący drogę z Mołdawii. Transporter opancerzony BTR, gniazdo karabinów maszynowych i siatka maskująca robią dość komiczne wrażenie. Tym bardziej, że siatka, zamiast maskować, wręcz "stygmatyzuje" posterunek. Oczywiście trudno przepuścić okazję i nie zrobić paru zdjęć... Nie tylko zresztą posterunkowi; brama koszar z czerwonymi gwiazdami, bojowy wóz piechoty – pomnik na chwałę "obrońców Bender przed faszystowską agresją Mołdawii" (w 1990 roku) czy wszechobecne pomniki armii rosyjskiej i sowieckiej są wyjątkowo wdzięcznymi "modelami". Najwyraźniej jednak ktoś z posterunku lub z koszar miał inne zdanie na ten temat, bo już kilkanaście minut później, kilkadziesiąt metrów od nas pojawia się terenowy samochód z ciemnymi szybami. Nikt z niego nie wychodzi, ale będzie nam towarzyszył przez kilka najbliższych godzin.


    Sama twierdza, czyli kriepost', położona jest na terenie koszar i można ją oglądać przy okazji świąt: pracy, zwycięstwa oraz w dniu armii rosyjskiej. Niestety, 29 kwietnia nie jest żadnym z tych dni, wobec czego możemy obejrzeć twierdzę jedynie zza płotu... Szkoda! Ciekawostką w przypadku Bender jest fakt, że leżą one po "mołdawskiej" stronie Dniestru, a więc – w przeciwieństwie do reszty Naddniestrza – na jego zachodnim brzegu. Kolejny etap naszej podróży to stolica Naddniestrza, Tyraspol. By się tam dostać, można wybrać autobus lub trolejbus. Oczywiście wybieramy trolejbus, a więc środek transportu dla nas "egzotyczny". Bodaj najciekawszą budowlą po drodze jest stadion piłkarski Szeryfa (Sheriffa) Tyraspol, na przedmieściach stolicy. Nie jest to może Camp Nou czy Maracana, ale i tak robi wrażenie. W każdym razie na tle szarej i biednej architektury Tyraspola wyraźnie się wyróżnia. Miasto, jak wszystkie tutaj, jest bardzo czyste. Niestety, nie ma w nim chyba niczego, co mogłoby stanowić jego atrakcję. Co więcej, dla kogoś niezorientowanego jest to typowe prowincjonalne miasto rosyjskie! W przeciwieństwie do Bielc, Sorok, a nawet Rybnicy nie ma w nim nic, co mogłoby uchodzić za mołdawskie. Kto wie, czy nie jedyną "atrakcją" miasta jest sklep firmowy miejscowych zakładów alkoholowych Kvint? Bo rzeczywiście, w przeciwieństwie do przaśno-sowieckich sklepów spożywczych, czy nawet "supermarketu" Sheriff – podobnie jak klub sportowy i sieć stacji paliw o tej samej nazwie, należących do rodziny byłego prezydenta Igora Smirnowa – sklep zakładów Kvint robi absolutnie "zachodnie" wrażenie. Wykończony ciemnym drewnem, z podświetlanymi wnękami, w których "pysznią się" wytwory gorzelni i winnic należących do Kvinta. Samych koniaków jest tu z kilkanaście gatunków. Co ciekawe, nikt nie przejmuje się tu faktem, iż według Francuzów tylko ich produkty, i to jedynie z regionu Cognac, mogą nosić taką nazwę. (...) Trzeba zresztą przyznać, że miejscowe w niczym nie ustępują mołdawskim, a francuskie zostawiają w tyle o kilka długości!
    Ostatnim, i być może najciekawszym akcentem pobytu w Naddniestrzu była rozmowa z miejscowym taksówkarzem, który wiózł nas do Odessy. Stiepan, bo tak miał na imię, to człowiek około czterdziestoparoletni, a więc ktoś, komu przyszło żyć zarówno w Związku Sowieckim, jak i w "niepodległym" Naddniestrzu. O tej niepodległości ma on zresztą jak najgorsze zdanie. Dla Stiepana czas sowiecki to najlepsza część jego życia i historii tego miejsca. Co ciekawe, jak sam się pochwalił, legitymuje się on aż trzema paszportami: naddniestrzańskim, mołdawskim i rosyjskim. Ten pierwszy jest ciekawym eksponatem kolekcjonerskim, bo nikt na świecie go nie honoruje, drugi to chęć pokazania przez Mołdawię, że nadal jest suwerenem na tym terenie. A rosyjski? No cóż, w przeciwieństwie do asekuranckiej polityki Polski, Rosja nie przejmuje się opinią międzynarodową i wszędzie tam, gdzie znajdzie Rosjan albo i "Rosjan", hojną ręką rozdaje swoje paszporty. Najbardziej jaskrawe przykłady tej polityki faktów dokonanych to Krym i właśnie Naddniestrze. Z jednej strony, ma to utwierdzić miejscową ludność w ich rosyjskości, z drugiej zaś, jest kartą przetargową w negocjacjach z Mołdawią i... Ukrainą. Ukraina bowiem ma własny pomysł na Naddniestrze, który przewiduje przyłączenie go do Ukrainy... Mołdawia otrzymałaby w zamian Besarabię. Oczywiście Stiepan wie o tych pomysłach i budzą one w nim wrogość.
    – Tu ma być Rosja! Bo my jesteśmy Rosji potrzebni... My tu stoimy NATO, Turcji, Ameryce, Rumunii i Ukrainie jak kość w gardle! Co nam taka Ukraina zaoferuje? A Rosja? Proszę bardzo, oni już na Syberii dają każdemu chętnemu dom z meblami, samochodem w garażu i 40 hektarów ziemi! Za darmo!
    Na uwagę, że póki co, to Syberię kolonizują Chińczycy, Stiepan wścieka się:
    – Jacy Chińczycy? My ich możemy kijami pogonić i co? Kto nam zabroni?
    – Chiny?
    – A co oni tam mogą?
    Gdy wyjeżdżamy z Tyraspola, Stiepan z dumą pokazuje na kwitnące przy drodze drzewa owocowe:
    – Patrz! Wiśnie, śliwy, jabłonie, grusze, morele, brzoskwinie, czereśnie... Tu były największe sady w Europie! 10 tysięcy hektarów!
    – To dlaczego zdziczały? Dlaczego nikt się tym nie zajmuje?
    – Rosja jakby chciała, to już by nas przyłączyła! Rogozin był niedawno i tak mówił...
    Cóż, najwyraźniej zadałem nie to pytanie co trzeba albo nasz kierowca go "nie zrozumiał"?
    Już całkowicie ostatnim akcentem jest odprawa paszportowa. Oczywiście okazuje się, że brakuje nam pieczątki i jest to – ojojoj – straszne wykroczenie... Tak straszne, że kosztuje 60 dol. kary! Płatnej oczywiście w banku... Chwilowo nieczynnym! No cóż, "wyrozumiały" major bezpieczeństwa przymknie oko na tę straszną zbrodnię... Za 30 dol. możemy jechać dalej...
    Już po ukraińskiej stronie Stiepan włącza radio, a z głośników dobiega piosenka "Pijtie wkusnyj czaj"...


Bogdan Pliszka
Polska

 

Opublikowano w Reportaże
piątek, 07 wrzesień 2012 10:37

Z Ost Frontu: Wpadka

pruszynskiWpadka
    W zeszły czwartek dostałem nagle e-mail od przyjaciela Wiktora Węgrzyna, który stworzył Rajdy Katyńskie, które już 12 razy wyruszyły uczcić pomordowanych przez Stalina rodaków na Wschodzie. Wiktor pisał, że go okradziono w Madrycie, że jest bez pieniędzy – ratuj.
    Oczywiście ruszyłem i wysłałem mu 400 dolców i zaoferowałem kartą kredytową zapłacić za hotel, ale ten mi odpisał, że hotel takiej zapłaty nie przyjmie. Później okazało się, że to nie był Wiktor, a jakiś łobuz, który się pod niego podszył.
    Dalej okazało się, że takie numery stale się powtarzają i trzeba bardzo uważać, a najlepiej od domniemanego przyjaciela żądać podania jakiejś informacji, która zidentyfikuje go.

    Wybory
    Próbuję obalić mych dwóch przeciwników zarejestrowanych w Wołkowysku. Jednemu zbierali urzędnicy starostwa podpisy w godzinach urzędowania i chodzili po zakładach pracy, gdzie pod groźbą zwolnienia pracownicy nie tylko musieli podpisać wnioski o jego rejestrację, ale jeszcze obiecać, że będą na niego głosować.
    Drugi kandydat nie mieszkający w Wołkowysku pojawił się też nagle i nie wiadomo na podstawie czego został zarejestrowany.
    Na Białorusi jest jeszcze inne wyjście, bo jest zawsze rubryka "żaden z kandydatów mi nie odpowiada" i jeśli ją zakreśli dużo głosujących, to też komisja wyborcza powinna ogłosić nowe wybory. Teraz jest problem, jak nakłonić sporo rodaków, by tak zagłosowali.

    Kto winien
    W środę była w Mińsku sesja Najwyższego Sądu Białorusi. Okazało się, że już 11 kandydatów odwołało się od wyroku niezarejestrowania ich przez Obwodowe Komisje Wyborcze. Z tego jednemu Sąd Najwyższy przyznał rację, a dziesięciu padło. Tego dnia była rozpatrywana skarga byłego kandydata na prezydenta pana Milinkiewicza. Okazało się, że po dwóch kontrolach dwa razy Obwodowa Komisja znalazła 30 proc. jego podpisów nie odpowiadających przepisom prawa wyborczego.
    Niektóre pretensje były śmieszne, ale istotne, bo kodeks nakazywał, by np. daty składania podpisu wypełniał ten, co podpisywał wniosek o rejestrację, dalej było kilka, gdzie były złe numery paszportów itd. W sumie uznano, że 30 proc. podpisów było wadliwych, a jeśli tylko 15 proc. podpisów jest złe, to kandydata odrzucają.
    U mnie było z podobnych przyczyn tylko 20 proc. "złych" podpisów i na tej podstawie odrzucono mą kandydaturę.
    Trzeba powiedzieć sobie prawdę. Opozycja nie przygotowywała się do wyborów, a trzeba było zacząć już w maju. Po pierwsze, każda zarejestrowana partia mogła bez kłopotu wystawić ile chciała kandydatów bez zbierania podpisów, więc trzeba było wstąpić do jednej z bodaj czterech partii i sprawa byłaby załatwiona. Np. Partia Obywatelska w naszym okręgu wystawiła pana Kruka, który pochodzi z Ostrowca i nikt go w Wołkowysku nie zna.
    Dalej trzeba było dokładnie przestudiować kodeks wyborczy i nie robić potem prostych błędów, jakie ja też robiłem, bo choć wszystkie rubryki wypełniali u mnie wnioskujący, to dla ułatwienia wypisywaliśmy daty sami.
    Gdybyśmy zrobili, jak piszę, to walka byłaby dopiero na etapie wyborów i na tę walkę też trzeba było się przygotować.


 A. graf Pruszyński
 Warszawa/Mińsk  

piątek, 24 sierpień 2012 16:39

OST FRONT: Po wizycie

pruszynskiPo wizycie
Przy niespotykanej pompie i paradzie nastąpiła pierwsza w dziejach RP wizyta metropolity Moskwy i całej Rusi w Polsce. Tu trzeba powiedzieć, że wiele lat temu oskarżano metropolitę Cyryla o współpracę z KGB. Kto zna stosunki w Moskwie, ten nie ma cienia wątpliwości, że przyjechał On na polecenie prezydenta Putina.


Ta wizyta oznacza jakiś krok z Moskwy w kierunku polepszenia stosunków z Polską i to jest najbardziej pocieszające. Ale nie trzeba wpadać w cielęcy zachwyt i wątpię, czy Polska wykorzysta ją należycie.
Metropolita nie przywiózł Polakom żadnego gościńca i, co gorsza udaje, że w konflikcie Polska – Rosja Cerkiew była neutralna, a nie wiernym wykonawcą woli władców Kremla w prześladowaniu Polaków i ich Kościoła. Przecież Moskale moc kościołów katolickich skonfiskowali i przekazali Cerkwi, np. obecna katedra prawosławna w Mińsku to do 1833 r. kościół Bernardynów.
W Rosji nie zwrócono po rozpadzie katolikom 64 kościołów, w tym olbrzymiego kościoła w samym Smoleńsku, ongiś diecezji obecnego patriarchy. Nawet niedawno na Białorusi Cerkwi oddano kilka dawnych kościołów katolickich.
Zwierzchnik Cerkwi w RP nie raz potrafił Polakom dawać "pstryczka w nos". W 2005 roku w rocznicę wymarszu I Kadrowej w Krakowie odbyła się przysięga żołnierzy nowego rocznika. Był katolicki biskup polowy, byli kapelani wojskowi innych wyznań, ale zabrakło tam władyki Sawy, a żaden z jego zastępców też nie zjawił się, choć była to uroczystość wojska i jako płatni urzędnicy wojskowi mieli obowiązek tam być.
Dalej, po katastrofie w Smoleńsku sugerowałem, by w Warszawie zbudować cerkiew pojednania i podobnie w Moskwie kościół pojednania.
Obecnie na Polach Mokotowskich w Warszawie buduje się cerkiew. Mam wątpliwości, czy co niedziela będzie pełna wiernych, ale nie słyszałem, by w Moskwie nawet mówiono o budowie kościoła dla katolików.


Przy okazji tego gestu, oby za nim poszły dalsze, jak np. zaproszenie delegacji polskiego Episkopatu do Moskwy. Warto przypomnieć, że choć wiadomo, w czasach komunizmu wymordowano miliony Rosjan, to nie ma ich pomnika.
Dla Polaków Tuchaczewski to nie bohater, ale był bohaterem Sowietów. KGB wie dokładnie, gdzie na północ od Moswy leżą jego szczątki, ale nie ma on "grobu", by przynajmniej jego bliscy mogli oddać mu hołd.
Podobnie w Katyniu na sowieckiej części cmentarza, gdzie leży do siedmiu tysięcy ich obywateli, nie ma ani jednej tabliczki z nazwiskiem tu zamordowanego, a znów KGB wie, kto tam leży.


Rosja nadal bardzo cienkim głosem wspomina swych synów, których zgładził Stalin, i Rosjanie dziwią się Polakom, że tyle się zajmują swymi zamordowanymi w dobie komunizmu, o których też nie zapominają Węgrzy.
Na zakończenie dodam, że wizyta moskiewskiego patriarchy nie była na pierwszym miejscu w rosyjskich mediach, czyli władze tego kraju nie traktują nadal Polaków tak poważnie, jak być powinno.

Nowe lotnisko
Miesiąc temu otworzono na terenie dawnej porosyjskiej fortecy Modlin lotnisko, które ma obsługiwać głównie nowe tanie linie lotnicze. Do niego jest dość wygodny dojazd. Można dojechać za 32 złote autobusem ze stacji metra Młociny oraz nowoczesnymi pociągami z dworca Centralnego i Gdańskiego do stacji Modlin. Wybrałem się tą trasą i w Modlinie przesiadłem na autobus, który za darmo zawiózł nas na lotnisko. Ze śródmieścia byłem na lotnisku w niecałą godzinę.
Dworzec przypomina beczkę, z jednej strony jest pomieszczenie dla odlotów, z drugiej strony obsługiwani są przylatujący, gdzie moc ludzi czeka na swych bliskich.
Jak mi powiedziała sympatyczna pani z administracji lotniska, w ciągu miesiąca lotnisko obsłużyło ponad 140 tysięcy pasażerów, którzy odwiedzili 26 miast, a w tej chwili lotnisko obsługują głównie linie Wizzar i Raynair, które latają do miast europejskich, ale w przyszłości mają być loty do Maroka, Algierii, Tunisu i Egiptu.
Podróże wspomnianymi liniami są tanie, ale za bagaż, poza bagażem podręcznym, trzeba dopłacać. Jadąca ze mną panienka przyjechała z Oslo do Warszawy i wracała z suknią ślubną. Jej bilet kupiony ze sporym wyprzedzeniem kosztował 150 złotych, zaś para jadąca do Rzymu zapłaciła za bilety w obie strony po 700 złotych.
Jak na razie nieplanowane są z tego lotniska loty przez Atlantyk, ale dla rodaków z Kanady może być wygodnie i tanio polecieć nimi na bliski wschód.W tej chwili jeszcze nie były otwarte sklepy wolnocłowe i kawiarnia, ale reszta była na 102.
Dziwna pobłażliwość
Padł bank Amber Gold, który okazał się "piramidą finansową", i sporo Polaków straci swe oszczędności, a przy tym jest jedna pikantna sprawa, że jego reklamą zajmował się syn premiera Tuska, który pracuje w gdańskim oddziale Gazety Koszernej.
Twórcy i właścicielowi banku, 28-letniemu panu Marcinowi Plichcie, postawiono 4 zarzuty i grozi mu tylko 5 lat więzienia, a okazuje się, że przedtem nie raz był karany. Co do tej sprawy jest moc pytań, np. jak doszedł do tego, że miał tyle pieniędzy, by otworzyć bank. O dziwo nie poszedł do aresztu i nie zażądano od niego jakiegoś zabezpieczenia finansowego, a tylko zakazano opuszczać kraj.
Kilka lat temu, mimo że zarzuty względem twórcy firmy Optimus pana Kluski były mniejsze, pana Kluskę aresztowano i zażądano zabezpieczenia w wysokości 5 milionów złotych. Widać, że ktoś mocny stoi za przestępcą.

piątek, 15 czerwiec 2012 11:59

Wspomnienia Kresowian (66)

 Tam był nasz dom

Brasław był wiecznie palony, wiecznie niszczony, wiecznie odbudowywany. W dwudziestoleciu międzywojennym rzeczywiście bardzo dużo zrobiono. Lecz tam nie było dwudziestolecia. Tam było tylko osiemnastolecie, bo przecież wybuchła wojna polsko-bolszewicka i między rokiem 1918 a 1922 ciągle trwały jakieś walki i dopiero w 1922 roku ustalono administrację polską na tych ziemiach.

      - Rodzina Pana nie pochodziła, zdaje się, z samego Brasławia?

      - Gniazdem rodzinnym mojego ojca, Antoniego, była pobliska Słobódka. W Brasławiu pracował w urzędzie skarbowym. Matka moja, Regina Uniatycka, przybyła wraz z rodzicami z Kamieńca Podolskiego, skąd musieli uciekać po rewolucji październikowej. Dziadek Uniatycki otrzymał pracę w starostwie powiatowym w Brasławiu, na stanowisku wicestarosty.

      - Doświadczeni urzędnicy byli tam bardzo potrzebni.  

      - Tak, z zaniedbania gospodarczego miasto i powiat zaczęły wydobywać się za czasów trzeciego starosty – Zelisława Januszkiewicza. Ten energiczny, pracowity oraz ustosunkowany człowiek zasłużył się powiatowi jak nikt inny. Dziesięciolecie jego mądrych rządów od 1923 do 1932 roku obfitowało w wiele istotnych dokonań. Niemniej całe osiemnastolecie międzywojenne było okresem awansu powiatu, a szczególnie miasta Brasławia.

      - Spróbujmy o najważniejszych z nich opowiedzieć.

      - Na początku lat 20. zorganizowano Spółdzielnię Rolniczo-Handlową "Rolnik", która w kilka lat opanowała handel hurtowy artykułami spożywczymi i rolniczymi. Wybudowała kilka sklepów, piekarnię mechaniczną i olejarnię. Otworzyła filie w innych miasteczkach powiatu. Powstała Spółdzielnia Mleczarska oraz Stolarsko-Budowlana, również z filiami. Nowo powstała cegielnia i betoniarnia zaczęły dostarczać na rynek niezbędne do budowy materiały.

      Już w latach dwudziestych w Brasławiu, Drui, Dreyświatach, Miorach, Turmoncie i Widzach uruchomiono elektrownie. Główne ulice miasta Brasławia otrzymały brukowane nawierzchnie i chodniki z płyt betonowych.

      - To musiały być szokujące zmiany dla mieszkańców.

      - To nie wszystko. Trudne warunki mieszkaniowe pracowników państwowych i samorządowych rozwiązano dzięki wybudowaniu w 1924 roku Kolonii Urzędniczej.

      Kolonia, powszechnie zwana "Domki", składała się z ośmiu domów drewnianych i trzech murowanych, w których było łącznie 26 mieszkań. W jednym z nich zamieszkali dziadkowie Uniatyccy, a z nimi moi rodzice. Przyszła tam na świat moja siostra Joanna.

      W osiedlu wzniesiono też willę starosty, budynek sądu oraz Dom Sportowy z dużą salą gimnastyczną i widowiskową, w której odbywały się akademie, zabawy, widowiska teatralne, bywało też kino objazdowe. Dom Sportowy mieścił na piętrze także świetlicę Związku Strzeleckiego oraz biura Przysposobienia Wojskowego. Całość zaprojektował Juliusz Kłos – profesor Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie.

      Dzielnica została zaopatrzona w wodociąg i kanalizację, co w Brasławiu było nieznaną dotychczas cywilizacyjną nowością.

      Osiedle prezentowało się pięknie. W widoku od strony jeziora Drywiaty, na zboczu łagodnie opadającym ku wschodowi, świeciły bielą ściany domów nakryte czerwienią dachów. Do wewnątrz, na osiedlowe uliczki, starannie wybrukowane i zaopatrzone w chodniki, wiodły ozdobne, spowite pnącymi różami, drewniane bramki. Pośrodku usytuowano studnię osłoniętą gontowym daszkiem o pięknej konstrukcji ciesielskiej. Przed Domem Sportowym był plac apelowy, a obok kort tenisowy.

      - ...imponujące jak na tak nieduże miasteczko położone na Kresach.

      - W latach 1928-1929 wybudowano okazały, murowany gmach starostwa powiatowego w stylu neoklasycystycznym. Przypominał pałac magnacki. Zaprojektował go inż. Giryn. Prócz biur starostwa, gmach mieścił inspektorat szkolny, powiatową komendę policji, zarząd drogowy, archiwa i magazyny, a także dwa mieszkania służbowe i pokój gościnny. W pobliżu starostwa powstał oddzielny budynek sejmiku powiatowego i bank. Wybudowanie gmachu starostwa umożliwiło ponowne otwarcie szpitala w jego dawnym budynku przy ul. 3 Maja. Nieopodal szpitala postawiono niewielką kasę PKO. W latach 20. we wschodnim krańcu miasta zlokalizowano nową, siedmioklasową szkołę powszechną. Drugą szkołę i gimnazjum wybudowano w latach 1936-1937.

      - Musiały to doceniać władze wyższe...

      - W latach 20. odwiedzili Brasław: Felicjan Sławoj-Składkowski, ówczesny minister spraw wewnętrznych, oraz Władysław Raczkiewicz, marszałek senatu i wojewoda nowogródzko-wileński. W roku 1932 przyjechał z wizytacją Zygmunt Beczkowicz, wojewoda wileński. Wizyty te nie pozostawały bez wpływu na rozwój powiatu, gdyż na ogół w ich wyniku otrzymywano dotacje finansowe i pożyczki. Latem 1930 roku wielkim wydarzeniem była wizyta prezydenta Ignacego Mościckiego. Uroczyste powitanie odbyło się u wjazdu do miasta. Przy specjalnie na tę okazję wybudowanej bramie triumfalnej dostojnego gościa witali chlebem i solą: wójt, przedstawiciele duchowieństwa wszystkich wyznań oraz młodzież szkolna. Urzędnicy powiatu powitali prezydenta przed gmachem starostwa. Prezydent brał również udział w połowie ryb na jeziorze Nieśpisz. Oczywiście obfitość tego połowu została wcześniej przygotowana.

      - W Brasławiu mieszkali nie tylko Polacy.

      - Powiat brasławski, jako wielowyznaniowy, posiadał 30 parafii rzymskokatolickich, 11 cerkwi prawosławnych, bożnice żydowskie ze szkołami rabinackimi, molenny staroobrzędowe, a nawet meczety. Znamienne, że tolerancja religijna uzewnętrzniała się wzajemnym szacunkiem publicznie okazywanym przez duchownych różnych wyznań. Nierzadko widywało się na ulicy proboszcza spacerującego w miłej rozmowie z popem, a czasami dołączał do nich rabin.... W niedziele młodzież szkolna miała obowiązek zbierania się w szkołach, skąd w szeregach udawała się do kościoła na nabożeństwa. Przed kościołem odłączali się prawosławni, udając się do cerkwi. Obowiązek ten nie dotyczył uczniów wyznania mojżeszowego.

      - Słyszałem, że Brasław był odwiedzany latem przez warszawiaków.

      - Z każdym rokiem był coraz popularniejszą miejscowością letniskową. Bodaj najbardziej przyczynił się do spopularyzowania miasta Centralny Instytut Wychowania Fizycznego, rozsławiając w Warszawie i poza nią walory Brasławszczyzny. Z inicjatywy tej organizacji postawiono w 1936 roku pomnik Marszałka Piłsudskiego, autorstwa znanego rzeźbiarza Alfonsa Karnego, bywalca obozów CIWF.

      - Największą atrakcją były jeziora.

      - W latach trzydziestych szybko zaczęły się rozwijać sporty wodne, przede wszystkim na jeziorze Drywiaty. Wybudowano tam trzy przystanie: żydowską, Klubu Policyjnego oraz Ligi Morskiej i Kolonialnej. Ta ostatnia, położona naprzeciwko Kolonii Urzędniczej, była najokazalsza. Składała się z dużej, drewnianej platformy, do której brzegu wiodła długa kładka. Na platformie stały dwie wieże widokowe, wykorzystywane także do opalania się. Były też kabiny – przebieralnie, kiosk z napojami i słodyczami, magazyny sprzętu sportowego oraz wieża do skoków z trampoliny. Przy przystani cumowano liczne żaglówki, łodzie wiosłowe i kajaki. Corocznie odbywały się regaty. Przystań była nie tylko miejscem uprawiania sportów wodnych, ale także spotkań towarzyskich inteligencji brasławskiej. Boisko nad jeziorem stwarzało doskonałe warunki do uprawiania różnych dyscyplin lekkoatletycznych i gier zespołowych, z których najpopularniejsza była siatkówka. W pobliżu przystani usypano strzelnicę, na której ćwiczono strzelanie z broni małokalibrowej.

      Rozwinął się też sport szybowcowy. Szkoła szybowcowa w Brasławiu dysponowała kilkoma szybowcami szkoleniowymi typu "Wrona", "Salamandra" i "Komar". Do szkoleń podstawowych i do lądowania znakomicie służyło twarde dno po obniżonym poziomie jeziora, a do startów – położona naprzeciw Góra Piaskowa.

      - A zimą?

- Brasław miał doskonałe warunki do uprawiania sportów zimowych. Wczesne zamarzanie jezior umożliwiało jazdę na łyżwach i bojerach. Gdy spadł śnieg, na jeziorach urządzano ślizgawki. Jeżdżono także na nartach. Do zjazdów doskonale nadawała się Góra Piaskowa. Instruktażem sportowym zajmowały się szkoły, harcerstwo, Związek Strzelecki, a latem także obozujący tu Centralny Instytut Wychowania Fizycznego z Warszawy i Korpus Ochrony Pogranicza, stacjonujący z obozami przysposobienia wojskowego w Rackim Borze. Organizacje te uczestniczyły też w życiu kulturalnym miasta, urządzały niezapomniane ogniska. Oprócz nich kulturą, a także działalnością charytatywną zajmowały się: Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet i Związek Młodzieży Katolickiej, który dysponował obszernym Domem Parafialnym w pobliżu kościoła.

      - Czy rodzina mieszkała we własnym domu?

      - Wybudował go ojciec w 1929 roku u zbiegu ulic 3 Maja i Cmentarnej. W nim przyszedłem na świat. Dom stoi do dziś w dużym ogrodzie wyniesionym ponad poziom ulic. Pokryty dachówką na ogromnym dachu, oszalowany i pomalowany na kolor błękitno-popielaty z białymi opaskami okiennymi. W narożniku frontowym posiadał głęboki podcień porośnięty dzikim winem. Dom mieścił cztery pokoje, przedpokój, sionkę, kuchnię i spiżarnię. Komfortem na brasławskie warunki był ustęp pod tym samym dachem. Łazienki, niestety, nie mieliśmy. Dom był efektowny, ładnie i wygodnie zlokalizowany. Toteż w czasie wojny rekwirowano nam frontowy salonik na kwaterę a to majora NKWD, a to generała Wehrmachtu.

      Ojciec przed wojną był pracownikiem Urzędu Skarbowego, dobrze zarabiał.

      Ponure czasy obu okupacji udało się nam jakoś przeżyć, unikając wywiezienia do Kazachstanu. Ojciec zmarł na zawał w roku 1942, za okupacji niemieckiej. Mama musiała na siebie wziąć ciężar utrzymania rodziny i domu. Dzielnie się spisała; pomagała nawet innym.

      - Kiedy opuściliście Państwo Brasław?

      - Wyjechaliśmy w czterdziestym piątym roku piętnastego czerwca.

      - Jakie nastroje panowały?

      - O, nastroje były przygnębiające. To było opuszczenie domu rodzinnego, w którym się urodziłem. To był cały mój świat. Ja sobie innego nie wyobrażałem. Raz byliśmy w Wilnie na wycieczce z rodzicami, a poza tym to się obracałem na rowerze w kręgu, powiedzmy, trzydziestu kilometrów wokół Brasławia.

      - To była ojczyzna.

      - To była moja ojczyzna. To była Polska w naszym głębokim przekonaniu. Byliśmy przekonani, że z pomocą Andersa kiedyś tam wrócimy. W oczach mam ten dzień – popołudnie, gdzieś około godziny siedemnastej, furmankami odwożono nas do Głębokiego – dziewięćdziesiąt kilometrów do kolei szerokotorowej, bo Brasław miał tylko kolej wąskotorową, a więc dziewięćdziesiąt kilometrów trzeba było jechać po fatalnych drogach ze swoim dobytkiem, jaki się dało na tych kilka furmanek zabrać. Pamiętam, jak wyjeżdżały te furmanki i myśmy szli. Szedłem tyłem, żeby cały czas patrzeć na widok Naszego Domu, aż skrył mi się za zakrętem, za kępą bzu. I proszę sobie wyobrazić, że ta kępa bzu do dnia dzisiejszego tam rośnie.

      Wzięliśmy jakieś meble. Pamiętam, jak taszczyliśmy szafę trzydrzwiową babci, duże biurko dziadka, jakiś tam secesyjny stolik mam w oczach. No, oczywiście zabraliśmy ubrania, a przede wszystkim zapas żywności, bo jednak jechaliśmy dosyć długo. Tułaliśmy się, bodajże, ze trzy tygodnie.

Opublikowano w Lektura Gońca