Goniec

Register Login

niedziela, 05 sierpień 2012 11:23

Nowy ordynariusz diecezji odesko-symferopolskiej

 

Pierwszym ordynariuszem nowej diecezji, utworzonej w roku 2002, został ks. bp Bronisław Bernacki, urodzony w roku 1944 w Murafie w regionie winnickim. Polak ukończył wcześniej seminarium duchowne w Rydze, gdzie otrzymał też świecenia kapłańskie w roku 1972 z rąk kardynała Julijansa Vaivodsa. Później duszpasterzował w Barze i sąsiednich parafiach. W roku 1995 został proboszczem w Murafie. Od tego czasu był także wikariuszem generalnym diecezji kamieniecko-podolskiej.
    Jego konsekracja biskupia odbyła się w lipcu 2002 roku w Kamieńcu Podolskim, a ingres do katedry w Odessie miał miejsce kilka dni później. Sakrę biskupią przyjął ks. Bernacki z rąk kard. Mariana Jaworskiego, metropolity lwowskiego obrządku łacińskiego, a za swoje motto biskupiej posługi ks. bp. Bernacki wybrał słowa przez Maryję do Jezusa.
    Warto tu przypomnieć, że na Ukrainę przybyło w tym czasie wielu księży diecezjalnych, zakonników oraz sióstr zakonnych z Polski i innych krajów zachodnich. Skorzystali oni z możliwości podjęcia posługi duszpasterskiej na terenie nowo powstałego państwa i nowej diecezji. W morzu olbrzymich potrzeb lokalnego Kościoła, wydatnie wpłynęli oni na proces odtwarzania istniejących niegdyś ośrodków duszpasterskich i powstawania nowych placówek.
    Szybkie postępy w pracy duszpasterskiej na terenie południowej Ukrainy są w dużej mierze zasługą ks. prałata T. Hoppego SDB. Dziś z perspektywy czasu bez wahania można powiedzieć, że był to prawdziwy mąż opatrznościowy, dzięki któremu Kościół przetrwał i mógł w niedługim czasie odrodzić się oraz stworzyć podwaliny pod przyszłą jednostkę administracyjną Kościoła rzymskokatolickiego – diecezję odesko-symferopolską. Uważa się, że gdyby nie prowadzone w Odessie w czasach ZSRS duszpasterstwo, nie byłoby szans na odbudowę tamtejszego Kościoła do rangi odrębnej diecezji.


    odessaJednym z wielu przykładów jest parafia p.w. Wniebowzięcia NMP w Odessie, gdzie po odzyskaniu świątyni i jej wyremontowaniu znacznie zwiększyła się liczba wiernych, biorących czynny udział w życiu religijnym. Po kilku latach świątynia gromadziła już tłumy katolików.
    Obserwując wszystkie pozytywne zmiany, hierarchowie odradzającego się na Ukrainie Kościoła katolickiego doszli, na początku XXI wieku, do przekonania, że istniejące struktury administracyjne są niewystarczające. Rozległość i wielkość diecezji kamieniecko-podolskiej czyniły administrowanie mało skutecznym. Niedomagania te miały duży wpływ na obniżający się prestiż wspólnot katolickich w oczach innych grup religijnych, zwłaszcza niechętnie nastawionej Cerkwi prawosławnej Patriarchatu Moskiewskiego.
    Widząc i rozumiejąc te trudności, Stolica Apostolska zdecydowała się na zmiany w dotychczasowej strukturze Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie. I tak, 4 maja 2002 roku powstały dwie nowe diecezje: odesko-symferopolska i charkowsko-zaporoska, które wydzielono z terenów dotychczasowej diecezji kamieniecko-podolskiej.
    Pierwsza z wymienionych jednostek administracyjnych Kościoła, znajdująca się w centrum naszych zainteresowań, podzielona została na pięć dekanatów, pokrywających się terytorialnie z okręgami administracji państwowej. Są to zatem: dekanat odeski, kirowogradzki, mikołajowski, chersoński i krymski.
    W roku 2010 powstały kolejne dekanaty ze stolicą w Bałcie, wykrojony z części dekanatów odesskiego i mikołajowskiego i ze stolicą w Biłgorod Dniestrowskim wykrojony w całości z dekanatu odeskiego, obejmujący swym zasięgiem ukraińską część Besarabii (zwany też dekanatem besarabskim). Wówczas to również zmieniono nazwę dekanatu krymskiego na wikariat krymski.


    Nowa diecezja obejmuje obszar 138 tys. km kw., zamieszkany przez około 8 mln ludzi. Katolicy stanowią na tym terenie niewielki ułamek procentu mieszańców, co daje łącznie kilkanaście tysięcy dusz. Za patronów nowo powstałej diecezji obrano papieży męczenników – świętych Klemensa I i Marcina I.
    Erygując diecezję odesko-symferopolską, bł. Jan Paweł II nawiązał do dawnej diecezji tyraspolskiej. I choć stolica dawnego biskupstwa Saratów nie znalazła się w granicach nowej jednostki, to jednak objęła swym zasięgiem sporą część obszarów pozostających dawniej pod jurysdykcją biskupów tyraspolskich. Nowa diecezja przejęła po poprzedniczce swą specyfikę, związaną z kulturową i religijną odmiennością ziem u północnych wybrzeży Morza Czarnego i Półwyspu Krymskiego od pozostałych obszarów państwa ukraińskiego.


    1. Ks. bp Bronisław BernackiKatedrą biskupią nowej diecezji ustanowiono dawną prokatedrę diecezji tyraspolskiej p.w. Wniebowzięcia NMP w Odessie. Wraz z biskupem-nominatem ordynariuszem diecezji charkowsko-zaporoskiej Stanisławem Padewskim (ur. 1932) wszedł on w skład Konferencji Episkopatu Kościoła rzymskokatolickiego na Ukrainie.
    Zadanie, jakie spoczęło na barkach ordynariusza odesko-symferopolskiego, nie było łatwe. Mimo pozytywnych symptomów pozostawało nadal wiele nierozwiązanych problemów, w tym był brak odpowiedniego mieszkania dla ordynariusza diecezji. Wszystkie budynki należące niegdyś do parafii p.w. Wniebowzięcia NMP, jak również gmach seminarium duchownego diecezji tyraspolskiej zajęte były przez różnego rodzaju instytucje państwowe. Dopiero z czasem udało się wykupić lokal w przyległej kamienicy, w którym urządzono kurię biskupią oraz mieszkania dla księży i posługujących przy parafii sióstr. Podczas prac remontowych przy katedrze, w pomieszczeniach usytuowanych po lewej stronie od prezbiterium, nad zakrystią, urządzono mieszkanie dla pasterza diecezji, w którym mieszka on do dzisiaj.                                                                                                                                           

W Odessie są też liczne pamiątki polskie. W ciągu tygodnia odprawiana jest tam codziennie Msza św. w języku polskim, a w każdą niedzielę jedna z trzech, w której uczestniczy ponad 100 osób. W czasach carskich mieszkało w Odessie ok. 40 tys. Polaków, którzy mieli tam swój kościół. W parku miejskim stoi dziś pomnik Adama Mickiewicza, a w centrum miasta jego popiersie. Sama zaś katedra była budowana przez polskiego architekta, a projektowaniem wnętrza, przy odbudowie świątyni, zajmował się architekt krakowski Marek Cholewka.
    Na frontonie katedry stoi pomnik Papieża Polaka Jana Pawła II, wykonany przez artystów z Chorągwicy koło Wieliczki. Jego uroczystego poświęcenia dokonał kard. Stanisław Dziwisz. Nie można też zapomnieć o bogatej i owocnej pracy charytatywno-wychowawczej polskich sióstr franciszkanek Rodziny Maryi, działających w konspiracji.
Tekst i zdjęcia
Leszek Wątróbski
Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 27 lipiec 2012 11:41

Spisy ludności

 

    Polacy, którzy w XIX wieku zjawili się w Nowej Zelandii, bardzo rzadko uważani byli za Polaków. Nie mieli przecież ani polskich paszportów ani żadnych innych oficjalnych polskich dokumentów. Legitymowali się dokumentami krajów zaborczych, a więc głównie Prus, i za takich zazwyczaj byli uważani.
    Trudno jest dziś dokładnie określić liczbę polskich emigrantów z tego okresu. Spis ludności przeprowadzony w Nowej Zelandii w roku 1874 wykazał liczbę zaledwie 60 Polaków, w tym 8 kobiet. Dane te trudno uznać za wiarygodne. Na pokładach bowiem sześciu pierwszych statków, które w latach 1872-1873 przypłynęło blisko 200 Polaków. Takie dane znaleźć można na listach pasażerów statkowych.
    Niewiarygodne dane wykazał również kolejny spis ludności z roku 1878, kiedy to narodowość polską podały zaledwie 132 osoby. Według tego spisu, najwięcej Polaków mieszkało: w prowincjach Westland: w Hokitika, Greymouth i Jackson's Bay – razem 44 osoby, kolejnych 30 Polaków mieszkało w prowincji Otago: w Greytown/Allanton i Warhola, a reszta w okolicy Auckland.
    Następny spis ludności z roku 1896 wykazał liczbę 101 Polaków, a w roku 1921 – 339 Polaków mieszkających w: Wellingtonie i prowincji – 109 osób oraz w prowincjach: Taranaki – 82, Auckland – 79, Otago – 53, Canterbury – 30, Westland – 15, Hawke's Bay 12 i Nelson – 4 osoby. Spis z roku 1921 wykazał 339 Polaków urodzonych w Polsce oraz 1620 osób z polskich rodziców: 947 mężczyzn i 673 kobiet.
    Spór o narodowość polskich emigrantów, uważanych często za Prusaków lub Niemców, jest bezprzedmiotowy. Oni sami uważali się bowiem za Polaków, którzy musieli uciekać z kraju przed zaborcami. Innego zdania jest jednak nauka niemiecka, która stawia tezę, jakoby nasi rodacy z zaboru pruskiego byli Niemcami. Takie poglądy można znaleźć w pracy dr. Jamesa N. Bade czy dr Brigitte Boniach-Brednich.
    W pracach tych autorzy przedstawiają wielu badaczy i emigrantów w Nowej Zelandii jako Niemców, nie biorąc pod uwagę ich polskiego pochodzenia. Tak czynią autorzy: z Janem Rajnoldem i Janem Jerzym Forsterami z Gdańska, Gustawem von Tempskym, rodziną Subritzkich oraz polskimi osadnikami z Taranki, Christchurch, Otago, Jackson's Bay i Wairarapa, których potomkowie po dziś dzień demonstrują swoje polskie pochodzenie.
    Nowozelandzcy Polacy byli przedstawieni jako Niemcy tylko dlatego, że pochodzili z ziem polskich znajdujących się pod zaborem niemieckim. Niemieccy badacze stawiali obywatelstwo wyżej niż narodowość, bez postawienia pytania o tożsamość badanych.
    W wielu też miejscowościach zamieszkiwanych przez Polaków, np.: w Allanton na Wyspie Południowej, Polacy nazywani byli powszechnie "niemieckimi Polakami". Bernard Fabisch, urodzony w Inglewood na Wyspie Północnej w roku 1889 i mieszkający tam do roku 1975, wspominał, jak jego ojciec często mówił, że w domu byliśmy prześladowani przez Niemców, a tutaj, w Nowej Zelandii, uważają nas za Niemców.
    Nowozelandzcy urzędnicy zasadniczo też uznawali polskich emigrantów za obywateli Niemiec albo Prus, bo na listach statkowych przedstawiani byli zazwyczaj jako Niemcy albo Prusacy.
    Dodatkowym argumentem dla urzędników nowozelandzkich w uznawaniu Polaków za Niemców lub Prusaków była ich znajomość języka niemieckiego. Dziś na internetowej stronie miasteczka Inglewood na Wyspie Północnej, budowanego przez polskich emigrantów, które przez lata było i nadal jest ważnym ośrodkiem tradycji polskich w Taranaki, czytamy m.in., że w Inglewood i okolicy osiedlali się imigranci z Anglii i Polski i zaraz za nazwą naszego kraju, w nawiasie, że… niektórzy z nich mówili po niemiecku, co mogło być rozumiane przez niektórych, że mogli to być Niemcy z Polski.


    Także język nie zawsze może być wykładnikiem narodowości. Pochodząca z Carterton na Wyspie Północnej Cecylia M. Cudby, w rozmowie z dr. J.W. Pobóg-Jaworowskim powiedziała, że jej matka Lucy (Łucja) miała 17 lat, kiedy przyjechała do Nowej Zelandii, i znała bardzo dobrze język niemiecki. Ze swoją rodziną porozumiewała się jednak głównie po polsku i w tym języku modliła się do końca życia w roku 1943, kiedy to skończyła 78 lat. Jej zaś ojciec Michał Hoffman korespondował po polsku z rodziną w Polsce.
    Wśród polskich emigrantów w Nowej Zelandii byli też i tacy, którzy języka niemieckiego nie znali. Pamiętając zaś doznane od Niemców krzywdy, nie lubiło ich i uczyć się ich języka nie chciało. Ich potomkowie, nadal mieszkający w Nowej Zelandii, opowiadali o swoim polskim pochodzeniu, zachowując nadal swe polsko-kaszubskie tradycje.
    Innego zdania od badaczy niemieckich jest wielu naukowców nowozelandzkich. Dr R.A. Lochore uważa np., że: podczas gdy zdecydowana większość imigrantów z Niemiec była pochodzenia germańskiego, to Leopold Hartman zauważył w prowincjach Taranaki, Wairapa i Canterbury przypadki tzw. Prusaków, których językiem ojczystym był polski i którzy bez wątpienia uważali się za Polaków. Nieokreślona liczba tzw. pruskich emigrantów z ubiegłego wieku była w rzeczywistości Polakami z Prus Zachodnich i Poznańskiego.
    Polskości emigrantów nie może też podważyć niemiecka pisownia ich nazwisk. Tak było np. z ks. Michaelem Uhlenbergiem ze Stratford w prowincji Taranaki, który w rozmowie z dr. J.W. Pobóg-Jaworowskim powiedział mu: pewno, że my Polaki.
    Za Polaków uważali się również Baumgartowie, noszący także niemieckie nazwisko, podobnie jak wielu innych rdzennych Kaszubów. Polskie tradycje w Nowej Zelandii zachowywali też: Bachman, Bucholtz, Gehrke, Hese, Hoffman, Klempfeld, Laugher, Max, Mueller, Osten, Peter, Rader, Rimmerman, Schielke, Schmitz, Schroeder, Stiller, Teike, Treder, Weilman, Wattembach, Zimmerman.
    Wielu emigrantów polskich w Nowej Zelandii nosiło też nazwiska zniemczone. Tak je zapisano w gminach pruskich, gdzie przyszli na świat, albo zniekształcono, zapisując fonetycznie na listach statkowych, tworzonych przez niemieckich przewoźników. Byli wśród nich: Bischewski, Polaschek, Bonish, Marschlan, Plechalosch, Jacubowitz, Lukaschewski, Ninsky, Scholkowski, Wischnowski czy Burzutzki.
    Spisami ludności polskiej w Nowej Zelandii zajmowało się wiele tamtejszych organizacji polonijnych – m.in. Polish Heritage of Otago and Southland w Dunedin oraz Polish Genealogical Society of New Zealand w New Plymouth ze swoimi prezesami Paulem Klimkiem i Rayem Watemburgiem.


Tekst i zdjęcia:
 Leszek Wątróbski
Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 20 lipiec 2012 13:21

Białynicze - białoruska Częstochowa

1. MB BiałynickaNajstarszy znany dziś wizerunek Matki Bożej Białynickiej, z połowy XVII wieku, pochodzi ze wsi Snów znajdującej się koło Baranowicz. Oryginał łaskami słynącego obrazu został ukryty przez katolików w końcu XIX wieku i już na początku następnego stulecia nikt nie wiedział, gdzie się znajduje. W kwietniu roku 1876 władze carskie zwieńczyły sukcesem swe prawie półwieczne starania o zamknięcie białynickiego kościoła katolickiego, od czego, zdaniem rosyjskiego cara, zależał sukces rusyfikacji całej Białorusi. Łaskami słynący obraz Matki Bożej Białynickiej jest drugim na Białorusi, po obrazie Matki Bożej Żyrowickiej, który koronowany był papieskimi koronami. Dopiero 234 lata po tym wydarzeniu odbyła się koronacja Matki Bożej Budsławskiej – patronki Białorusi.


W roku 1993 parafia w Białyniczach (przy granicy z Litwą) odrodziła się i zaczęli przyjeżdżać tam księża z Mohylewa, a następnie ze Szkłowa. Od roku 1998 jest tam własny proboszcz – pierwszy od 132 lat. Od 1994 r. przybywają tam również pielgrzymi, którzy marzą o pięknym nowym kościele.


Terytorium dzisiejszej parafii obejmuje obszar rejonu białynickiego obwodu mohylewskiego. Ponadto obsługiwane są: rejon kruhlański (parafia św. Józefa w Kruhłym) i drybiński (wakująca parafia św. Kazimierza w Riasnie). Obecny kościół p.w. Ofiarowania NMP zbudowano w II połowie XIX wieku. Dawniej znajdował się na wzgórzu obok cerkwi. Dziś na miejscu kościoła wznosi się niewielka cerkiewka, a dla kościoła póki co, miejsca nie ma.
Pierwsze wspomnienie o kościele katolickim na ziemi białynickiej, w samych Białyniczach lub w pobliskim Ciecierynie, pochodzi z roku 1579. W kolejnych latach prawdopodobnie przeszedł on w ręce kalwinów. Lew Sapieha, kanclerz wielki litewski, ufundował w miasteczku Białyniczach klasztor karmelitów w roku 1624. Łaskami słynący obraz Matki Bożej był tam czczony od roku 1634 i znajdował się w nowo zbudowanym drewnianym kościele.


W czasie wojny z Rosją w latach 1654–1667 obraz był przewieziony przez Sapiehę do jego twierdzy w Lachowiczach. Do Białynicz powrócił dopiero w roku 1761. Specjalnie też dla niego wzniesiono tam murowany kościół. Koronacji obrazu, szesnastej w Rzeczpospolitej, dokonał 20 września roku 1761 biskup smoleński Jerzy Hylzen.


W miejsce kościoła zamkniętego w roku 1876 katolicy wybudowali w oddalonych o 10 kilometrów Świaciłowicach, w roku 1903, nową świątynię p.w. św. Ludwika, która została im odebrana przez władze sowieckie w roku 1928, a w latach sześćdziesiątych została wysadzona w powietrze.
Obraz Matki Bożej Białynickiej jest w pewnym stopniu tajemniczy. Od drugiej połowy XIX stulecia rozpoczyna się niemal detektywistyczna, bardzo kontrowersyjna historia o jego istnieniu w białynickim kościele karmelitów. Ten kościół, po powstaniu 1863 roku, został zamknięty i przeinstalowany na cerkiew, a we wczesnych latach władzy sowieckiej został zniszczony przez ateistów. Według niektórych raportów, po zamknięciu kościoła obraz przechowywano w muzeum mohylewskim razem z krzyżem Eufrozyny Połockiej, skąd razem tajemniczo zniknęły.


Problemowi historii pochodzenia, cudów i zniknięcia koronowanego obrazu, historii Zakonu Karmelitów na Białorusi, konserwacji rzymskokatolickich zabytków historii i kultury, poświęcona była konferencja, zorganizowana przez Białoruskie Towarzystwo Dobrowolnej Ochrony Zabytków Historii i Kultury, krajową kampanię "Budźma Białorusinami", parafię Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Stanisława w Mohylewie, Mohylewskie Obwodowe Muzeum Sztuki. Podczas tej konferencji wystąpili przedstawiciele Towarzystwa Ochrony Zabytków z Mińska i Mohylewa, naukowcy, parafianie. Sprawozdania wyróżniały się sugestiami dla przyszłych badań i współpracy. Pod koniec konferencji uczestnicy zwiedzili wystawę odrestaurowanych fresków z klasztoru białynickiego, przekazanych przez Zmitra Jackiewicza z jego znalezisk i badań archeologicznych w Mohylewie. Wystawa została zorganizowana w Mohylewskim Obwodowym Muzeum Sztuki. Białynicze nazywano kiedyś "białoruską Częstochową".
Do obrazu Matki Bożej, który znajdował się w tutejszym kościele karmelitów w XVIII-XIX stuleciu, przychodziły ogromne tłumy pielgrzymów wszystkich wyznań i narodowości. W roku 1660 zakonnicy postanowili wywieźć obraz do Krakowa, lecz mijając fortecę lachowicką "nieznaną siłą" byli zatrzymani. Wiadomość o takim cudzie dotarła do Stanisława Michała Judzickiego, generała fortecy. Razem z duchownymi przyjął obraz i przeniósł do fortecy, a podczas jej oblężenia duchowni i mieszkańcy w modlitwie błagali Matkę Bożą o pomoc. Modlitwy zostały wysłuchane. Matka Boża zjawiła się i dodała sił obrońcom Lachowicz. W roku 1760 obraz wrócił z Lachowicz do Białynicz i w tym samym roku był koronowany przez papieża. Uroczystość koronacji odbyła się 8 września 1761 w nowym murowanym kościele Wniebowzięcia Matki Bożej. Fundatorami uroczystości byli Ignacy, Tadeusz oraz Helena Ogińscy, również Radziwiłłowie. Obraz znajdował się w głównym ołtarzu w niszy, podobne jak w ostrobramskiej kaplicy. Możemy przypuszczać, że w latach trzydziestych XX wieku, kiedy została zamknięta cerkiew prawosławna, obraz trafił do Muzeum Obwodowego w Mohylewie, z którego zniknął podczas II wojny światowej.


Z opisów kościelnych wynika, że obraz był malowany na desce. Najbardziej prawdopodobnymi kopiami białynickiego obrazu są dwie jego kopie wykonane w drugiej połowie XVII wieku: obraz pochodzący z Nieświeża i namalowany na desce w kościele w Nowej Myszy oraz wykonany na płótnie w cerkwi prawosławnej w Tarejkach.
Leszek Wątróbski
Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne
wtorek, 17 lipiec 2012 16:04

Polacy w Serbii

2. Stowarzyszenie Przyjaźni Serbsko-Polskiej  YU-Polonia  1Pierwsze ślady polskie w Serbii prowadzą do tzw. Pierwszego Powstania Serbskiego, które miało miejsce w latach 1804-1813. Brali w nim udział polscy oficerowie. W drugiej połowie XIX wieku, zaraz po upadku Powstania Styczniowego, przybyło do Serbii szereg polskich lekarzy, którzy osiedliwszy się tam, odegrali poważną rolę w rozwoju kultury medycznej tego młodego państwa.
    Później, w okresie międzywojennym, działała tam Liga Jugosławia-Polska, która miała na celu organizowanie kontaktów gospodarczych i kulturalnych z Polską. Nie była to organizacja polonijna, ale z okazji polskich świąt państwowych i kościelnych w pomieszczeniach Ligi spotykali się również nieliczni miejscowi Polacy. Liga udzieliła ogromnej pomocy polskiemu wojsku i cywilom, którzy przez Jugosławię przedostawali się na Zachód.
    Po II wojnie światowej zamieszkało w Serbii szereg Polek, które poznały swoich mężów Serbów na pracach przymusowych lub obozach w Niemczech. Zdecydowana jednak większość dzisiejszej Polonii to Polki, które w latach sześćdziesiątych-osiemdziesiątych wyszły za mąż w ówczesnej Jugosławii. W okresie wojny towarzyszącej rozpadowi byłej Jugosławii, w latach 1991-1995, sankcji gospodarczych i bombardowań Serbii w roku 1999 wiele rodzin polonijnych wyjechało i osiedliło się w Polsce lub na zachodzie Europy. Obecnie, według naszych danych, liczba obywateli polskich zamieszkujących Serbię wynosi około tysiąca osób. Są to osoby urodzone w Polsce oraz ich potomstwo z małżeństw mieszanych. Stara natomiast emigracja zarobkowa, z połowy XIX wieku, pochodzenia wiślańskiego, przetrwała jedynie w Wojwodinie – we wsi Ostojiciewo, gmina Czurug.
    W Serbii istnieją dziś i działają dwie organizacje polonijne: Centrum Edukacyjno-Kulturalno-Oświatowe "Centrum Poloniusz-Pegaz" oraz Stowarzyszenie Przyjaźni Serbsko-Polskiej "YU-Polonia".
    Pierwsze z nich, czyli Centrum Edukacyjno-Kulturalno-Oświatowe "Centrum Poloniusz-Pegaz", posiada swoją siedzibę w stolicy kraju, Belgradzie, przy ul. Kneza Miloša 25. "Centrum Poloniusz-Pegaz" powstało we wrześniu 2000 roku i wyrosło w wyniku naturalnego rozwoju i rozszerzenia działalności Szkoły Polonijnej w Belgradzie. Szkoła Polonijna jest obecnie najważniejszym z filarów działalności tej organizacji. Jej celem jest budowanie sieci współpracowników propagujących proeuropejskie treści, odczuwających potrzebę budowania silnego i wiarygodnego społeczeństwa obywatelskiego wolnego od ksenofobii i kompleksów, kierującego się zasadą tolerancji i poszanowania godności ludzkiej oraz chęcią zdobywania nowej wiedzy i doświadczeń. Misję swoją "Centrum Poloniusz-Pegaz" realizuje poprzez upowszechnianie wiedzy dotyczącej podstaw funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego opierającego się  na zasadzie samorządności, tolerancji i odpowiedzialności społecznej oraz wymiana doświadczeń i wzmacnianie wzajemnych więzi naukowych, oświatowych, kulturalnych i międzyludzkich.
    Centrum wydaje kwartalnik "Bałkańska Mozaika" dofinansowywany ze środków Senatu RP dzięki pomocy Fundacji "Pomoc Polakom na Wschodzie". Pierwszy jego numer ukazał się w roku 2008. Pismo jest  projektem Centrum, czasopismem informującym o Bałkanach, tamtejszych zwyczajach, uwarunkowaniach społeczno-politycznych i kulturalnych, które wplata w to wszystko Polonia bałkańska.
    Druga organizacja polonijna w Belgradzie to Stowarzyszenie Przyjaźni Serbsko-Polskiej "YU-Polonia" (serbskie: Udruženje srpsko-poljskog prijateljstva "YU-Polonia"). Stowarzyszenie działa przy ambasadzie RP, gdzie odbywają się spotkania członków w każdą drugą sobotę miesiąca (z wyjątkiem miesięcy wakacyjnych).
    Stowarzyszenie Przyjaźni Serbsko-Polskiej "YU-Polonia" zaczęło się organizować w latach 1988/89 dzięki inicjatywie miejscowych Polaków i wsparciu wydziału konsularnego ambasady RP. Rozpoczęły się wówczas regularne spotkania i działać zaczęła szkółka dla dzieci polonijnych. Tzw. środowisko polonijne rozwinęło m.in. działalność kulturalną, pedagogiczną, towarzyską i wzajemnej pomocy. W roku 1999 rozpoczęto wydawanie własnego czasopisma "Słowo YU Polonii". Stowarzyszenie została zarejestrowana jako pozarządowa organizacja pod nazwą "Stowarzyszenie Przyjaźni Serbsko-Polskiej YU-Polonia" w marcu 2003 roku. Od roku 2008 w ramach Stowarzyszenia działa grupa młodzieżowa "YU-Polonia Junior". Polonia w Serbii jest członkiem Europejskiej Unii Wspólnot Polonijnych.
    Stowarzyszenie wydaje kwartalnik "Słowo YU Polonii". Pierwszy jego numer ukazał się w lipcu 1999 roku, dzięki pomocy serbskich sponsorów. Od numeru 2. finansowanie publikacji przejęła Fundacja Pomoc Polakom na Wschodzie. Pismo porusza sprawy związane z życiem Polonii w Serbii, w regionie i w świecie. Pisze też o losach Polaków w Serbii i na Bałkanach i prezentuje polsko-serbskie kontakty kulturalne w aspekcie współczesnym i historycznym. Promuje też Polskę w Serbii i Serbię w Polsce, informując ponadto swoich czytelników o miejscach polskiej pamięci narodowej w Serbii. Prezentuje wreszcie kulinaria polskie i serbskie. Teksty w "Słowo YU Polonii" są publikowane po polsku i po serbsku.

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 06 lipiec 2012 19:25

Bośnia i Hercegowina

Polskie ślady na Bałkanach prowadzą do czasów Imperium Osmańskiego. Znaczący jednak napływ żywiołu polskiego rozpoczął się tam dopiero pod koniec XIX wieku, po zajęciu Bośni i Hercegowiny przez Cesarstwo Austro-Węgierskie. Pierwsi Polacy przybyli na tereny obecnej Bośni i Hercegowiny w szeregach cesarskiej armii okupacyjnej. Po nich zjawili się tam urzędnicy i lekarze z Galicji (często absolwenci prestiżowych uniwersytetów) oraz chłopscy osadnicy z terenów dzisiejszej Rzeszowszczyzny, Lubelszczyzny i Bukowiny. Wg spisu ludności z roku 1910, w Bośni i Hercegowinie żyło ponad 11 tys. osób deklarujących język polski jako język ojczysty. 

Polacy osiedlali się w Sarajewie, Trawniku, Bosanskiej Nowej Gradiszce, Prnjaworze i Banja Luce. W tej ostatniej powstał w okresie międzywojennym urząd konsula honorowego RP. W połowie lat dwudziestych XX wieku liczba Polaków w Bośni szacowana była na 12 tys., a w latach 30. już na 15 tys. Podczas II wojny światowej, w szeregach partyzantki jugosłowiańskiej walczyło ok. 3 tys. Polaków, a mogiły części z nich można odnaleźć na cmentarzach wojskowych w Prnjaworze i Srbacu. Po wojnie powróciło do Polski ok. 18 tys. osób, osiedlając się głównie w okolicach Bolesławca. Na terenie dzisiejszej Bośni i Hercegowiny znajduje się siedem cmentarzy, na których zlokalizowane są polskie mogiły (Sarajewo, Banja Luka, Prnjavor, Srbac, Lukawac i Cjelinowac). Aktualnie największe skupiska Polonii w Bośni i Hercegowinie znajdują się w Tuzli, Sarajewie, Mostarze i Banja Luce. Mniejsze siedliska to okolice Bosanskiej Gradiszki, Prnjaworu, Srebrenicy, Prijedoru i Bijeliny. Według danych szacunkowych polskiej placówki dyplomatycznej w Sarajewie (stolica Bośni i Hercegowiny), aktualna liczba Polonii wynosi tam ponad 300 osób.
W Bośni i Hercegowinie działają obecnie cztery organizacje polonijne: Wspólnota Obywateli Polskiego Pochodzenia w Tuzli (187 członków, z czego 6 posiada polskie korzenie), Stowarzyszenie Obywateli POLSA w Sarajewie (55 osób), Stowarzyszenie Polaków w Banja Luce (ok. 40 osób) oraz najnowsze, zarejestrowane w czerwcu 2005 roku, Polskie Towarzystwo Kulturalne "Mieszko I" w Mostarze (38 członków). Wszystkie te organizacje zmagają się z podobnymi problemami, z których największym jest trudna sytuacja finansowa ich członków, bezrobocie, niewielki odsetek dzieci i młodzieży. Polski urząd konsularny w Sarajewie podejmuje wszelkie możliwe działania w celu niesienia pomocy najbardziej potrzebującym, zapewniając im skromne środki finansowe w formie zapomóg oraz pomoc rzeczową, taką jak opał, lekarstwa, ubrania i paczki żywnościowe.
Ze względu na specyfikę tamtejszej Polonii, słabą jeszcze znajomość języka polskiego, trudną sytuację materialną oraz wysoką średnią wieku, działalność tych organizacji podlega pewnym ograniczeniom, eliminując np. projekty adresowane do dzieci i młodzieży (brak chętnych na wyjazdy kolonijne) czy działania wymagające wysokiego nakładu środków, tj. prasa polonijna, zakładanie bibliotek i polonijnych centrów informacyjnych. Wyjątkowego znaczenia nabiera w tej sytuacji konieczność intensyfikacji nauki języka polskiego, co od kilku lat stanowi jeden z priorytetów.

Czarnogóra
Na terenie Czarnogóry działa organizacja Polaków o nazwie Stowarzyszenie Polaków Zamieszkałych w Czarnogórze. Pierwsze ich spotkanie odbyło się jeszcze w listopadzie 2003 roku w miejscowości Sutomore. Na spotkaniu obecny był konsul z Ambasady RP w Belgradzie Józef Kamiński, który poparł inicjatywę zmierzającą do integracji tamtejszej Polonii, do podtrzymywania narodowych zwyczajów, tradycji i kultury polskiej oraz nauki języka ojczystego. Na tym pierwszym spotkaniu zdecydowano też o nazwie Stowarzyszenia.
W listopadowym spotkaniu wzięło udział 36 osób wraz ze swoimi rodzinami. Obecnie Stowarzyszenie liczy sporo ponad 100 członków. Stowarzyszenie zostało oficjalnie zarejestrowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości Czarnogóry w 2004 roku. W przyszłym roku obchodzić będzie jubileusz swego 10-lecia. Funkcję prezesa Stowarzyszenia pełni pani Wanda Vujisić. Stowarzyszenie wydaje od roku 2008 gazetę polonijną pn. "Głos Polonii".
Leszek Wątróbski
Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne

Podobno Napoleon Bonaparte tak zachwycił się wileńskim kościołem św. Anny, iż żałował, że nie może go zabrać do Paryża.

Nawet jeśli nie jest to prawda, to kościół św. Anny bezapelacyjnie zasłużył na taką legendę. Kościół usytuowany jest przy ulicy Maironio (św. Anny) 8, tuż przy brzegu rzeki Wilejki. Historia jego budowy jest prawie nieznana. Nieznane są również nazwiska mistrzów, którzy go wznosili. To, co dziś wiemy, to że powstał na przełomie XV i XVI i jest jedną z nielicznych gotyckich budowli na Litwie. W różnych źródłach gotyk ten zwie się płomienistym, niderlandzkim bądź wileńskim. O niezwykłości stosunkowo niewielkiego ceglanego kościoła, o wymiarach 22 na 10 metrów, decyduje oryginalna fasada zdobiona wieloma łukami oraz ażurowe wieżyczki. Wzmianki o pierwszym kościele, który stał na miejscu obecnego, pochodzi z roku 1501. Ówczesna świątynia była już murowana z, prawdopodobnie, drewnianymi stropami. Niektórzy badacze budowę tego kościoła przypisują Michałowi Enkingerowi, budowniczemu murów obronnych w Gdańsku oraz kościoła Brygidek w Elblągu.

Kościół św. Anny, położony w tzw. bernardyńskim zakątku, to niezwykłej urody przykład gotyku płomienistego. Maleńki, jednonawowy kościół, z wyodrębnionym prezbiterium, stojący w jednym z zakoli Wilejki, uważany jest słusznie za perłę późnego gotyku w Europie Środkowej. Szczególnie fasada, wykonana w cegle, zachwyca bogactwem formy częstym w ostatniej fazie gotyku. Efekt osiągnięto m.in. poprzez użycie 30 rodzajów specjalnie wykonanych ceglanych kształtek. Kościół powstał w końcu XV wieku za rządów wielkiego księcia Aleksandra Jagiellończyka, być może jako kaplica dworska. W roku 1554 został czasowo przejęty przez wyznawców luteranizmu. Następnie, w roku 1564, świątynię zniszczył pożar. Już jednak kilkanaście lat później kościół został odbudowany staraniem abp. lwowskiego Jana Dymitra Solikowskiego z funduszy wojewody wileńskiego Mikołaja Radziwiłła i kardynała Jerzego Radziwiłła. W okresie rozbiorów, w roku 1812, na kilka lat, kościół zamieniono na magazyn wojskowy.

Przebudowywany kilkakrotnie. Najpierw, w roku 1871, pod kierunkiem architektów rosyjskich: Mikołaja Czagina i Iwana Lewickiego. Następnie, w latach 1902-1909, pod kierunkiem polskich architektów: Józefa Piusa Dziekanowskiego i Sławomira Odrzywolskiego.


Wnętrze kościoła św. Anny niczym szczególnym się nie wyróżnia. Świątynia składa się z jednej nawy wysokości ponad 12 metrów, którą od prezbiterium oddziela wysoki, ostry łuk gotycki. Nawa ma zaledwie 19 metrów długości oraz prawie 9 metrów szerokości. W północnej części świątyni znajduje się zakrystia z roku 1613 oraz galeria łącząca kościół św. Anny z pobliskim kościołem Bernardynów. W kościele znajdują się trzy barokowe ołtarze i tablica ścienna poświęcona pamięci Jakuba i Anny Naporkowskich z roku 1625.


Kościół jest obecnie czynny i nabożeństwa odbywają się w nim codziennie w języku litewskim. Obok kościoła stoi neogotycka dzwonnica z roku 1874 zaprojektowana przez architekta Nikołaja Czagina, nawiązująca stylem do późnego gotyku. Tuż obok kościoła znajduje się pomnik Adama Mickiewicza.
Tekst i zdjęcia


Leszek Wątróbski
Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne

Dzieje katedry wileńskiej związane są ściśle z losami Wilna. Dla historyka sztuki i architekta katedra jest pomnikiem znacznie mniej interesującym niż wiele innych kościołów wileńskich – takich jak: św. Anny, św. Jana, św. Michała czy św. Ducha. Świątynia zbudowana jest z cegły o jasnych tynkach. Ma formę wydłużonego czworoboku o wymiarach 53 na 26 metrów. Jej fronton zdobi okazały portyk oparty na 6 doryckich kolumnach. Na rogach świątyni znajdują się przybudówki kaplic i zakrystii.

     

Pierwszy drewniany kościół, który stał na miejscu obecnej katedry, ufundował król Władysław Jagiełło w XIV wieku (1387-88), na miejscu pogańskiego gaju i świątyni. Po pożarze świątyni, w roku 1419, wzniesiono tam kościół murowany. Jego budowniczym i fundatorem był wielki książę litewski Witold. Rozbudowa katedry trwała latami. Dobudowywano do niej liczne kaplice, fundowane przez książąt i magnatów litewskich – takich jak: Wojciech Moniwid, Marcin Gasztołd, Michał Kieżgajł czy wreszcie król Kazimierz Jagiellończyk. Po kolejnym pożarze, w roku 1610, przystąpiono do kolejnej, trzeciej odbudowy świątyni, trwającej dwadzieścia kilka lat. W tym też czasie dobudowano tam największą kaplicę p.w. św. Kazimierza, kanonizowanego w roku 1603. Prace adaptacyjne kaplicy trwały do roku 1636. W latach 1655-1660 Wilno zajęte zostało przez wojska rosyjskie. Z katedry wywieziono wówczas relikwie św. Kazimierza. Rosjanie splądrowali doszczętnie świątynię i zniszczyli wiele grobów. Po odejściu Rosjan z Wilna musiano ją ponownie, już po raz czwarty, odbudować. Kolejna przebudowa nadała świątyni wyraźnie barokowy styl. Pracami kierował i je prowadził Jan Salvator. Następna gruntowna, piąta już przebudowa świątyni, miała miejsce w roku 1777. Kierował nią wileński architekt Wawrzyniec Gucewicz, a po jego śmierci prof. Michał Szulc. W roku 1931 katedrę wraz z podziemiami zalały wody Wilii i Wilenki. Powódź spowodowała zapadnięcie się płyt marmurowych w kaplicy św. Kazimierza. Po zajęciu Litwy przez Armie Czerwoną, w roku 1944, katedrę zamieniono na Muzeum Sztuki (1956) z galerią obrazów. Tak było do roku 1989, kiedy to świątynię zwrócono wiernym Kościoła katolickiego.

      Wnętrze katedry, nie licząc kaplic, posiada tylko dwa ołtarze: kanoniczny i wikariacki i jest wypełnione licznymi obrazami. Wieniec 11 kaplic, które znajdują się w katedrze, zawiera liczne cenne pomniki, obrazy i rzeźby. Najwięcej jest ich w kaplicy św. Kazimierza, zbudowanej z polecenia króla Zygmunta III, a dokończonej przez Władysława IV. Na ołtarzu, pod trumną świętego, znajduje się niewielki obraz św. Kazimierza o trzech rękach, namalowany w roku 1520. Podanie mówi, że ręka zamalowywana przez malarza kilkakrotnie wydobywała się spod farby, co uznano za cud.

      Pozostałe kaplice posiadają zdecydowanie uboższy wystrój. I tak, kaplica św. Marii Magdaleny, zwana Biskupią oraz dawniej Januszewską, została ufundowana przez biskupa wileńskiego Jana, pochowanego tam w roku 1536. Pochowani tam są również inni biskupi wileńscy.

      W następnej kaplicy, św. Ignacego Loyoli, znajduje się kilka cennych dzieł sztuki oraz nagrobki: Jana Radziwiłła i Zofii Wiśniowieckiej. Kolejną kaplicę, św. Pawła, zwaną inaczej Montwidowską, przerobiono z dawnej kruchty. Obok niej znajduje się kaplica następna, Ukrzyżowanego Zbawiciela, zwana też Gasztołdowską, ponieważ została ufundowana przez Marcina Gasztołda, wojewodę trockiego. Na jej ścianach znajdują się dwa najstarsze i najcenniejsze nagrobki: biskupa Holszańskiego i Wojciecha Alberta Gasztołda – wielkiego kanclerza litewskiego. Ostatnia kaplica po prawej stronie katedry – św. Jana Nepomucena, zwana jest obecnie kaplicą Zesłańców, a dawniej Czarną lub Częstochowską.

      W lewej części świątyni, najbliżej chóru, znajduje się kaplica św. Władysława, zwana inaczej Woyniańska. Zbudowano ją na miejscu dawnej zakrystii kaplicy królewskiej. Obok kaplica Niepokalanego Poczęcia NMP, zwana często Królewską, ufundowana przez króla Kazimierza Jagiellończyka. Kolejna kaplica, NMP, nazywana Kieżgajłłowską, ufundowana w roku 1436 przez Michała Kieżgajłłę – wojewodę wileńskiego. I dwie następne: kaplica św. Piotra, w której pochowano kapelana Legionów Polskich biskupa Władysława Bandurskiego, i kaplica Grobu Pańskiego, otwierana tylko w Wielki Piątek i Wielką Sobotę.

      Obok katedry stoi 57 metrowa wieża dzwonnicza, zbudowana w XVII wieku, z 18 różnej wielkości dzwonami.

      Tekst i zdjęcia

Leszek Wątróbski

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 15 czerwiec 2012 11:57

Polacy z Aotearoa

Rozmowa z Jackiem Śliwińskim - wieloletnim prezesem Stowarzyszenia Polaków w Nowej Zelandii.

- Polonia nowozelandzka należy nadal do najmniej znanych na świecie...

    - Jej dzieje doczekały się kilku publikacji. Wspomnę tu m.in. prace napisane w NZ przez: dr Teresę Sawicką z Uniwersytetu Victoria w Wellingtonie oraz Jerzego Pobóg-Jaworoskiego. Są też monografie napisane poza NZ – m.in. w Polsce.

    - Emigracja polska do Nowej Zelandii rozpoczęła się jeszcze w XIX wieku...

    - Byli to głównie mieszkańcy Polski północnej znajdującej się wówczas pod zaborem pruskim. Na takich też paszportach przybywali do Nowej Zelandii. Przyjmuje się, że do końca XIX wieku osiedliło się tu 700-800 rodaków.

      - Byli też Żydzi z Polski...

      - W latach dwudziestych i trzydziestych oraz kilka lat po zakończeniu II wojny światowej przybyło do Nowej Zelandii ponad ośmiuset Żydów urodzonych na ziemiach polskich.

      - Potem były ofiary II wojny światowej...

      - W roku 1944 dotarły tutaj tzw. "dzieci perskie". Były to sieroty, których rodzice i krewni zginęli w łagrach i więzieniach sowieckich, a które dzięki działaniom rządu emigracyjnego w Londynie i rządu Nowej Zelandii zostały tu zaproszone. Potem przybyli żołnierze Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie oraz ich rodziny.

    - Kolejną grupę przybyłą do Nowej Zelandii stanowili ludzie okresu Solidarności i stanu wojennego...

      - W latach 1981-1983 przybyło tu 297 Polaków. Na stałe zostali jednak tylko nieliczni. Większość, już na paszportach nowozelandzkich, wyjechała do Australii w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Byli i tacy, którzy wrócili do ojczyzny.

      Emigracja z Polski do Nowej Zelandii trwa nadal, choć już na zdecydowanie mniejszą skalę. Polska stała się krajem demokratycznym, w którym nie prześladuje się ludzi ze względów na poglądy polityczne.

      - Był Pan wielokrotnie wybierany na stanowisko prezesa Stowarzyszenia Polaków w Nowej Zelandii. Takie zaufanie daje satysfakcję ale też zobowiązuje...

      - Wybierano mnie, nie dlatego że jestem taki dobry, lecz dlatego iż brakuje ludzi chcących pełnić społecznie funkcje organizacyjne. Nasza Polonia to dziś przeważnie ludzie starsi, którzy mają za sobą wiele lat działalności organizacyjnej i ze względu na swoje lata - wolą siedzieć w domu, choć nadal chętnie uczestniczą w spotkaniach klubowych z okazji świąt i rocznic narodowych.

      - Stowarzyszenie, któremu Pan przewodniczył przez wiele lat obejmuje swym zasięgiem znaczny, ale nie cały obszar Nowej Zelandii...

      - Obejmowało dawniej swym zasięgiem całą Wyspę Południową - oraz południową i środkową część Wyspy Północnej - a więc ponad 3/4 powierzchni naszego kraju. Pozostała część wyspy należała dawniej do drugiego Stowarzyszenia Polaków w Nowej Zelandii mającego siedzibę w Auckland. Dziś jest zupełnie inaczej. Na terenie NZ działa wiele stowarzyszeń polonijnych.

      - Jakie zadania stoją dziś przed Waszym Stowarzyszeniem?

      - Moim zadaniem była koordynacja działalności polonijnej i reprezentowanie naszych interesów na zewnątrz. Szczególnie ważne było i jest nadal utrzymanie Domu Polskiego, który zakupiony został ze składek Polonii. Dziś natomiast działają przy nim liczne ogniwa Stowarzyszenia.

      - A co z troską o dalszy rozwój Stowarzyszenia?

      - Z wielką przykrością muszę stwierdzić, że naszym zadaniem jest utrzymywanie tego co posiadamy. Działamy bowiem ciągle w tej prawie samej społeczności. Nowych emigrantów jest coraz mniej.

      - Ilu Polaków mieszka w stolicy i okolicznych miastach?

      - Liczbę tę oceniam na około 1,5 - 2,5 tys. W naszym zaś Stowarzyszeniu jest dziś 350 członków. Pamiętać przy tym jednak warto, że każdy prawie nasz członek ma rodzinę i dzięki temu nasz krąg oddziaływania jest odpowiednio większy.

      - W jakich więc agendach i kołach pracują członkowie Stowarzyszenia?

   

 - Przy Stowarzyszeniu działa aktywnie Stowarzyszenie Polskich Kombatantów skupiające żołnierzy należących dawniej do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Aktywne jest też Koło Polek liczące około 70 pań. Dobrze prowadzony jest również chór “Polonez" i zespół taneczny "Lublin", który osobiście założyłem i prowadzę - propagujący folklor polski. Godne uwagi jest także Koło Polskiego Video. Koło prezentuje wszystkie najnowsze filmy polskie, które docierają do Nowej Zelandii.

      Jest wreszcie Klub Brydżowy i biblioteka polska oraz trzy szkoły sobotnie i radiowa audycja polska. Nie zapominamy też o chorych i starszych członkach Stowarzyszenia. Nasza Sekcja Charytatywna opiekuje się wszystkimi będącymi w potrzebie. Odwiedzamy ich w szpitalach i domach starców.

     - Jest też duszpasterstwo polskie...

      -Jest polski ksiądz i dwa kościoły polskie - jeden w Wellington, drugi w Lower Hutt. Ksiądz po odprawieniu mszy w Wellington jedzie szybko do Lower Hutt. Mamy też Komitet Pomocy Duszpasterskiej. Polski ksiądz jest dla nas wszystkich osobą bardzo ważną. Kościół skupia bowiem nadal wszystkich rodaków - bez względu na ich polityczne poglądy.

      - Czy wszyscy Polacy chodzą dziś do kościoła?

      - Praktykowanie jest tu w Nowej Zelandii, od dawna, sprawą indywidualną. My w to ingerować nie możemy i nie chcemy.

      - Czy między Polakami zamieszkującymi Wellington i sąsiednie miasta wyczuwa się rywalizację?

      - Współzawodnictwo między Wellington a Lower czy Uper Hutt istniało zawsze. Nie zawsze jednak miało zdrowy charakter. Zapominaliśmy czasami, że wszyscy jesteśmy Polakami i powinniśmy ze sobą współpracować - a nie współzawodniczyć.

    Spór dotyczył m.in. siedziby naszego Stowarzyszenia. Byli ludzie, którzy chcieli ją przenieść poza stolicę. Dom Polski w Wellington ma jednak dużą salę koncertową, bibliotekę, inne pomieszczenia, kuchnię, w której można przygotować okolicznościowy posiłek.

      - Przyjechał Pan do Nowej Zelandii w okresie Solidarności...

      - Moja historia jest trochę nietypowa. W Polsce bowiem poznałem swoja obecną żonę urodzoną w Nowej Zelandii w polskiej rodzinie. Ania przyjechała do kraju na kurs tańca, na którym byłem choreografem. Uczyłem ją tańców polskich - tak dobrze, że została moją żoną. Potem wyjechaliśmy w roku 1981 z kraju.

      - Czy rząd Nowej Zelandii pomaga w utrzymaniu Domu Polskiego lub w działalności organizacyjnej?

      - Żadnych dotacji na działalność Stowarzyszenia nie otrzymujemy. Inaczej jest w sąsiedniej Australii, gdzie nauczyciele w szkołach polskich opłacani są przez państwo. Nowa Zelandia jest jednak biedniejszym krajem i na coś podobnego pozwolić sobie nie może.

      - Czy oznacza to, że macie złe kontakty z rządem Nowej Zelandii?

      - Nie. Tego tak rozumieć nie można. Prawo tego kraju nie przewiduje takiej pomocy. Tylko organizacje maoryskie są finansowane przez państwo. Gościmy natomiast często przedstawicieli rządu czy parlamentu na naszych imprezach w Domu Polskim. Niedawno też, kiedy obchodziliśmy w Pahiatua jubileusz przyjazdu polskich dzieci do Nowej Zelandii, wśród zaproszonych gości znalazł się premier kraju, kilku ministrów, przedstawiciele opozycji oraz ks. kard. Thomas Williams - katolicki arcybiskup Wellington.

      - A jak widzi Pan przyszłość Polonii w Nowej Zelandii?

      - Niezbyt optymistycznie. Polonia starzeje się. Mamy coraz mniej ludzi do pracy społecznej. W Auckland jest trochę inaczej. Tam w ostatnich latach zamieszkało sporo Polaków.

      - Czy Pana dzieci rozmawiają po polsku?

      - Oczywiście wszyscy rozmawiamy w domu po polsku. Teraz, gdy dzieci chodzą do szkoły, ich pierwszym językiem staje się angielski. Do mnie jednak zawsze odzywają się po polsku. Tak ich nauczyliśmy z żoną.

      - Dziękuję za rozmowę.

      Leszek Wątróbski


Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 08 czerwiec 2012 11:30

JESTEŚMY AMERYKANAMI POLSKIEGO POCHODZENIA

 Rozmowa z prof. dr Zbigniewem Antonim KRUSZEWSKIM wykładowcą Uniwersytetu Stanowego Texas w El Paso oraz wieloletnim wiceprezesem Kongresu Polonii Amerykańskiej

      - Kongres Polonii Amerykańskiej to federacja organizacji polonijnych...

      - Kongres jest federacją 3 tysięcy organizacji polonijnych z 36 stanów. Dzieli się na wydziały i zrzesza Amerykanów polskiego pochodzenia wywodzących się z 3 fal emigracyjnych: starej wielopokoleniowej; wojennej, którą reprezentuję we władzach Kongresu osobiście oraz ostatniej tzw. solidarnościowej, którą stanowią jeszcze w większości obywatele polscy.

      - Pan Profesor przewodził w Kongresie Komisji d/s Polskich...

      - Z urzędu zajmowałem się koordynacją spraw polskich. Musiałem więc być ze wszystkim na bieżąco. Musiałem spotykać się i rozmawiać z przedstawicielami władz polskich, aby nieustannie poznawać Waszą krajową argumentację.                       

Równie ważną sprawą było przygotowanie naszego przyszłego pokolenia polonijnego do jeszcze większego udziału w życiu społecznym USA, aby mogło ono stale podwyższać swój udział we wszelkich władzach rejonowych, w lokalnych, sądowniczych czy wreszcie w dyplomacji amerykańskiej. Zależy nam, aby nowe pokolenie polonijne było coraz bardziej reprezentowane w środowisku amerykańskim.

      Kongres Polonii Amerykańskiej, przypominam raz jeszcze, był przez minione lata jednym z nielicznych głosów prawdziwie niepodległej Polski. Tym chlubnym wyjątkiem był m. in. Artur Rubinstein, który na pierwszym - po II wojnie światowej - walnym zebraniu ONZ odegrał hymn Polski nieobecnej tam wówczas. Nieobecnej, bo rząd emigracyjny w Londynie przestał już być uznawany, a nowy komunistyczny nie był jeszcze zaproszony.

      - Jaka jest dziś rola Kongresu Polonii Amerykańskiej w podejmowaniu decyzji politycznych w Stanach Zjednoczonych...

      - Kongres musiał przekonać amerykańską opinię publiczną oraz senatorów, że wejście Polski do NATO jest w interesie USA oraz Rzeczpospolitej. My jako obywatele Stanów Zjednoczonych, lojalni obywatele, występujemy podobnie jak wiele innych grup etnicznych, starając się wytłumaczyć, iż pewne interesy krajów pochodzenia nakładają się na nasze interesy amerykańskie.

      - Wszystko o czym wcześniej rozmawialiśmy było działaniami dla kraju. A co udało się Kongresowi zrobić, aby w USA - w jeszcze lepszym świetle ukazać obraz Polonii amerykańskiej?

      - Obraz Polonii amerykańskiej zmienia się nieustannie. Dziś 90% naszej Polonii to już nie żadni Polacy tylko Amerykanie polskiego pochodzenia, którzy są coraz bardziej dumni ze swojej amerykańskości i jednocześnie swoich korzeni - szczególnie jednak od czasów papieża Jana Pawła II i Solidarności.

      - Jak liczna jest dziś Polonia amerykańska?

      - W USA co 10 lat przeprowadzany jest spis ludności. W roku 1970 spis taki wykazał 6,5 mln Amerykanów polskiego pochodzenia. W kolejnym spisie, kiedy na Stolicy Apostolskiej zasiadał już nasz rodak Jan Pawel II - a w Polsce powstała Solidarność było już 8 mln Amerykanów polskiego pochodzenia. Nie oznacza to wcale jednak, że urodziło się prawie 2 mln nowych Amerykanów polskiego pochodzenia, lecz że wielu z nich stało się ponownie dumnymi ze swego europejskiego pochodzenia.

      Ostatni wreszcie spis wykazał dalszy wzrost polskiego lobby i sumę 9,5 mln Amerykanów polskiego pochodzenia. Co będzie dalej? Zobaczymy. Zależeć to także będzie od utrzymania w spisie pytania o swoje korzenie. Każde takie bowiem pytanie w spisie pociąga za sobą dodatkowa pracę i dodatkowe wydatki.

      Ci Amerykanie polskiego pochodzenia to ludzie, którzy nie znają języka polskiego i nie mają na co dzień żadnych związków ze sprawami polskimi. Są natomiast dobrymi sędziami, wykładowcami na wyższych uczelniach, cenionymi inżynierami, chemikami czy wreszcie doskonałymi lotnikami i pracownikami firm i towarzystw lotniczych.

      - Śmiało więc twierdzenie o polskim gettcie w USA odłożyć możemy do starych bajek?

      - Mówienie dziś o polskim gettcie - Greenpoincie w Nowym Jorku czy Jackowie w Chicago jest bardzo szkodliwe. Dziś Amerykanie polskiego pochodzenia pracują na wielu odpowiedzialnych stanowiskach we wszystkich stanach USA.

      Pamiętam kiedy byłem prezesem Polskiego Związku Akademików zebraliśmy na samym środkowym wschodzie Stanów Zjednoczonych 800 nazwisk polskiego pochodzenia. Listę tę przesłaliśmy do Nowego Jorku, gdzie powiększono ją o kolejne nazwiska z innych regionów USA. Łącznie na nowej liście znalazło się wówczas około 2000 nazwisk. Dziś liczba ta wynosić może nawet i 5000 osób. Nie ma niestety nowego spisu.

      Mamy tu w USA 1,5 tys. naukowców polskich - członków Instytutu Naukowego - płacących 75 dolarów składki. Jeśli więc dodamy tych, którzy składek nie płacą to z pewnością otrzymamy liczbę znacznie większą.

      - Cieszymy się z tego, także w kraju...

      - Tego my raczej nie widzimy i nie czujemy. Do tego nawet stopnia, że w jednej z nie tak dawnych edycji Nauki Polskiej w V tomie pt. „Nauka polska na obczyźnie” nie zamieszczono podstawowych nazwisk emigracyjnych - np. prof. Wandycza największego historyka polskiego - ograniczając się zbyt często do nazwisk osób, które żadnymi naukowcami wcale nie są. To jest tragiczne nieporozumienie.

      Jeśli się publikuje pracę typu „Who is who?” to wszelkie prace redakcyjne należy zacząć od kraju, w którym oni mieszkają i pracują. Z tych też krajów należy zrobić listy i ogłaszać je, czekając kto jeszcze odezwie się.

      Z myślą też uniknięcia w przyszłości podobnych błędów przywiozłem do Polski listę 1,5 tys. naukowców polskich oraz polskiego pochodzenia - członków naszego Instytutu Naukowego.

      - Zwiększające się nieustannie zainteresowanie swoimi korzeniami wśród Amerykanów polskiego pochodzenia prowadzi nieuchronnie do zwiększenia się kontaktów codziennych z Polską oraz częstszych niż w przeszłości przyjazdów do kraju...

      - Dziś nie ma już żadnych ograniczeń, z wyjątkiem finansowych, w odwiedzaniu kraju. Do Polski przyjeżdża więc coraz więcej Amerykanów polskiego pochodzenia - nawet do 200 tys. rocznie.

      Ciekawe jest ponadto, że do Polski coraz liczniej zaczyna zaglądać także intelektualiści amerykańscy oraz twórcy i ludzie ze środowisk opiniotwórczych.

      Podam przykład. Amerykańskie Muzeum Narodowe prowadzi od lat tury naukowo-turystyczne po wielu krajach świata. Od 1996 roku w trasy wyjazdowe wpisano także Polskę, Czechy i Węgry. Jednocześnie Muzeum Narodowe zwróciło się do mnie w El Paso abym był przewodnikiem naukowym nowej trasy.

      - I wyraził Pan zgodę...

      - Przyjechałem na dwa tygodnie i prowadziłem zajęcia dla uczestników grupy. Musiałem zaprezentować im wszystko, co dotyczy historii, teraźniejszości oraz gospodarki i polityki Rzeczypospolitej.

      Rok później miałem już dwa razy więcej chętnych - 32 osoby. Wśród zainteresowanych Polską przeważali emeryci. Miałem jednak wśród nich m. in. członka gabinetu prezydenta Nixona. Miałem też chirurgów z najlepszych uczelni amerykańskich z małżonkami.

      W grupie zaledwie 5 osób było polskiego pochodzenia oraz 3 żydowsko-polskiego. Każdy z nich otrzymał wcześniej książki nt. odwiedzanych krajów. Byli więc dosyć dobrze przygotowani i pytali się mnie o sprawy naprawdę ważne. Musiałem się trzymać mocno ziemi, aby po Pradze i Budapeszcie Polska wypadła równie dobrze. Nie było to jednak wcale takie łatwe. Dwie osoby z naszej grupy zostały w Krakowie okradzione z pieniędzy i dokumentów.

      - Myślę, że nie miał Pan żadnych problemów z pytaniami stawianymi przez gości z USA w czasie pobytu w Polsce?

      - Takie zajęcia to mój żywioł. Jestem przecież politologiem od lat pracującym na Uniwersytecie stanowym Texas w El Paso. Od ponad 30 lat interesuje się też pograniczem polsko-niemieckim.

      - Problemy naszego polsko-niemieckiego pogranicza podobne są chyba do problemów panujących w Texasie - na pograniczu amerykańsko-meksykańskim?

      -Tak i nie. Amerykanie, moim zdaniem, mają podobny - a nawet identyczny stosunek do Meksykanów jak Niemcy do Polaków. Powiem więcej - Amerykanie uważają, że byłoby najlepiej, aby Meksykanie przejęli ich wszystkie wzory.

      Na naszym uniwersytecie jest na szczęście trochę inaczej. U nas działa Instytut Etniczny - podobnie jak na 4 innych uczelniach amerykańskich. Zajęcia prowadzimy tu w 2 językach: angielskim i hiszpańskim

      Uważam się za ojca chrzestnego naszego Instytutu. Powstał on jako inicjatywa prywatna, która zyskała aprobatę i poparcie rządu i która została zrealizowana prawie od ręki. Dostałem wówczas grant w wysokości 300 tys. dolarów od rządu federalnego i w 10 wydziałach naszego uniwersytetu zaczęliśmy uczyć po hiszpańsku i angielsku.

      - Jakie wspólne problemy występują na naszych dwu pograniczach: amerykańsko-meksykańskim i polsko-niemieckim?

      - Wspólny jest przemyt, pranie brudnych pieniędzy i prostytucja. Podobna jest również przeszłość terenów nadgranicznych. Duży np. procent ziem dzisiejszej Polski był w przeszłości pod władzą prusko-austriacką. W Stanach Zjednoczonych zaś dzisiejsza Arizona, Kalifornia, czy Teksas należały wcześniej do Meksyku. Zaszłości historyczne są więc bardzo podobne.

      - Zmiany jakie zachodzą dziś w Polsce są bacznie obserwowane przez naszych przyjaciół i sąsiadów. Co Pana zdaniem - jako bacznego obserwatora życia w kraju - zmieniło się u nas w ostatnich latach na lepsze?

      - Polska jawi się dziś jako kraj stabilny. Postęp jest duży. Nastąpiło natomiast spowolnienie prywatyzacji. Mimo to Amerykanom polskiego pochodzenia kraj jawi się już nie jako błędny rycerz, który w przeciwieństwie do sąsiednich Czech okazuje się naprawdę coraz stabilniejszy.

      W tych i wszystkich innych nie wymienionych przykładach potrzebne jest wielostronne przemyślenie sprawy i trochę więcej dyplomacji. Myślę, że moje uwagi przyjęte zostaną życzliwie przez zainteresowanych. Taki właśnie miałem cel przy ich wypowiadaniu.

      - Tak też traktujemy Pana Profesora przemyślenia. Dziękujemy więc za nie i za całą rozmowę.

Leszek Wątróbski

Szczecin

Opublikowano w Wywiady

   Czerniachowsk – to ponad 40-tys. miasto w obwodzie kaliningradzkim, położone 100 km na wschód od Kaliningradu. Miejscowość położona jest u ujścia rzeki Instrucz (Wystruć) do Pregoły, na trasie kolejowej Kaliningrad-Moskwa.

      W roku 1336 Krzyżacy, na miejscu zdobytej pruskiej warowni Unsatrapis, wznieśli zamek nazwany Insterburg, z którego prowadzono dalsze akcje zbrojne przeciwko Litwie. Zamek był siedzibą komturii, a od roku 1347 prokuratora.                   

W czasie wojny trzynastoletniej w roku 1457 zamek zdobyli Polacy. U stóp zamku rozwinęła się osada, która w 1541 uzyskała prawo targu, a w roku 1583 prawa miejskie. W XVII wieku miasto podupadło (za sprawą licznych przemarszów wojsk i najazdów: szwedzkich, rosyjskich i tatarskich). W celu jego ożywienia, sprowadzono tam osadników z Litwy i Szwajcarii. W czasie wojny siedmioletniej, w latach 1758-1762, miasto było okupowane przez Rosjan, a po reformie administracyjnej Prus, w roku 1815, Insterburg stał się siedzibą powiatu. W drugiej połowie XIX wieku miasto stało się ważnym węzłem kolejowym. Krzyżowały się tam linie kolejowe Królewiec-Kowno i Tylża-Toruń oraz linia do Ełku. Dzięki dobrym połączeniom komunikacyjnym w mieście rozwinął się przemysł maszynowy, tekstylny i hutniczy. W roku 1885 miasto liczyło 20.914 mieszkańców, a w 1939 prawie 50.000.

      W czasie I wojny światowej Insterburg był krótko pod okupacją rosyjską, lecz nie doznał większych zniszczeń. Po wojnie otwarto hipodrom, na którym odbywały się liczne zawody jeździeckie, również międzynarodowe. Na hipodromie tym trenowała m.in. niemiecka reprezentacja na igrzyska olimpijskie w Berlinie. W 1927 w mieście uruchomiono komunikację trolejbusową.

      W czasie II wojny światowej, 27 lipca 1944, miasto stało się celem brytyjskiego nalotu bombowego, który wyrządził znaczne szkody. W styczniu roku 1945 miasto zostało zdobyte przez oddziały 3. Frontu Białoruskiego i włączone do obwodu kaliningradzkiego ZSRS.                        

W roku 1946 zmieniono nazwę miasta na Czerniachowsk, na cześć generała Iwana Czerniachowskiego, dowódcy sowieckiej ofensywy na Prusy Wschodnie, który zginął pod Pieniężnem/Melzakiem. Po wojnie do miasta napłynęli osadnicy, głównie z obwodu kurskiego w Rosji.

      Początek Kościoła katolickiego na terenie obwodu kaliningradzkiego sięga historią ponad 1000 lat i jest związany z misją św. Wojciecha, który tam zginął, w roku 997, śmiercią męczeńską we wsi Święty Gaj, niedaleko dzisiejszego Pasłęka.

      Na obszarze Czerniachowska chrześcijaństwo miało swój początek już w XIV wieku.

      Obecny kościół św. Brunona, zbudowany w stylu gotyckim, wzniesiono w latach 1900-1902. Jego architektem był Fric Hajtman, który powtórzył projekt kościoła św. Katarzyny znajdujący się w Kętrzynie w Polsce. Kościół budował i pierwszym jego proboszczem był ks. Józef Woelk (1870-1936).

      Konsekracja nowej świątyni odbyła się w roku 1912. Parafia szybko się rozwijała. W roku 1927 liczyła już ok. 1800 wiernych. Byli to głównie Niemcy i Polacy – żołnierze ówczesnej czynnej służby.

      Kościół służył katolikom aż do końca drugiej wojny światowej. Ostatni proboszcz opuścił ją w roku 1944. W końcowym czasie wojny kościół służył jako wojskowy sanitariat, w którym pracowali kapłani jako sanitariusze. Po wojnie zamieniono kościół na magazyn sprzętu wojskowego, głównie odzieży i obuwia. W latach osiemdziesiątych kościół przekazano Cerkwi prawosławnej. Na przełomie lat 1991/1992 świątynia stała się salą koncertową i wystawienniczą. Kiedy w roku 1992 zarejestrowano oficjalnie wspólnotę katolicką w Czerniachowsku jako parafię św. Brunona, wierni rozpoczęli starania o zwrot kościoła, co stało się rok później.             

W tym samym czasie abp Tadeusz Kondrusiewicz zaprosił ojców franciszkanów do pracy w nowej parafii. Od tego momentu – do dziś, trwa tam ciężka praca nad odnawianiem kościoła. Franciszkanie obsługują również parafię Zwiastowania Pańskiego w pobliskim Oziorsku. W każdą niedzielę i święta jest tam odprawiana Msza św. w języku polskim w "Domu Polskim" Wspólnoty Kultury Polskiej im. J. Kochanowskiego. Parafia składa się głównie z Polaków, którzy przyjechali tam z Kazachstanu.

      Na parterze klasztoru w Czerniachowsku znajduje się "Franciszkańskie Centrum Charytatywne – Socjalna Pomoc Dzieciom". Przychodzi tam do 30 dzieci po szkole, głównie z biednych i rozbitych rodzin. Mogą tam zjeść spokojnie posiłek, którego w swoim domu nie mają, i spędzić swój wolny czas.

Leszek Wątróbski

Szczecin

Opublikowano w Życie polonijne
Strona 1 z 2