Goniec

Register Login

        W miniony wtorek polski konsulat w Toronto zorganizował sesję informacyjną na temat środków finansowych dla organizacji polonijnych  dostępnych z Warszawy.

        Jak to zwykle bywa, rozdawanie pieniędzy wzbudziło olbrzymie zainteresowanie. Przybyło blisko sto osób; zebranych podzielono na dwie grupy, tak aby pomieścić ich w dostępnych salach.

        Oprócz możliwych dotacji z Warszawy, zaproszona prelegentka, p. Szacon, uczyła pisania podań o dofinansowanie i granty dostępne w Kanadzie.

        Jeśli chodzi o środki polskie, to już przyznano dotacje wielu tutejszym organizacjom i inicjatywom medialnym, co oczywiście wzbudziło nasze zainteresowanie... Jak poinformował konsul Szydło, w 2018 r. na tym terenie jest to kwota ponad 100 tys. dol. kanadyjskich.

        Ogółem polskie dofinansowanie ma dwa filary; pierwszy to pieniądze rozdawane przez MSZ, a drugi przez Senat. O środkach MSZ decyduje konsulat, ale tutaj wysokość jest ograniczona do około 60.000 dol., z czego 20.000 musi być przeznaczone na oświatę.

        Środki krajowe  z Senatu są o wiele większe, jednak aby je uzyskać, trzeba pozyskać partnera krajowego, który otrzymuje je w Polsce i po potrąceniu 7 do 11 proc. (a czasem więcej) przekazuje je do Kanady. Z partnerami różnie bywa, co potwierdzają doświadczenia tych, którzy te środki już uzyskali, jak na przykład Związku Nauczycielstwa Polskiego, który dostał dotację drugi raz w tym roku, czy Polsko-Kanadyjskiej Izby Handlowej. Na uwagę, że pośrednictwo partnerów krajowych praktycznie niczemu nie służy, konsul Andrzej Szydło wyjaśnił, że jest ono bardzo pomocne przy właściwym wypełnianiu podania, a poza tym ten w właśnie sposób odbywa się przydzielanie środków unijnych w samej Polsce.

        Podczas prezentacji poinformował o istniejących zasadach przydzielania oraz ostatecznych datach składania podań. Generalnie rzecz biorąc, aby uzyskać dotację na rok przyszły, należy zacząć całe przedsięwzięcie już dzisiaj. Podań jest bardzo dużo, w roku ubiegłym złożono podania na kwotę 300 mln zł, a przydzielona kwota jest 3 razy mniejsza. Wszystkie złożone wnioski są opiniowane przez konsulat, z tym że opinia ta nie jest wiążąca i jak zaznaczył konsul Szydło, zdarzały się przypadki, że opinia konsulatu była negatywna, a dany projekt  otrzymywał dotację i vice versa.

        Jak się okazuje, ze środków Senatu dotacje mogą otrzymać również media polonijne. Konsul nie poinformował, czy jakieś tutejsze media otrzymują pieniądze z kraju. Odbywa się to poprzez tak zwanych partnerów krajowych i siłą rzeczy powoduje „ręczne sterowanie” rynkiem polonijnych mediów. Otwierając sesję, konsul generalny Krzysztof Grzelczyk wyjaśnił właśnie, że celem spotkania jest „umożliwienie wszystkim równych szans w ubieganiu się o dotacje z Rzeczpospolitej Polskiej”.

        Po więcej informacji należy zwracać się do konsulatu. Więcej informacji jest też na stronach: www.senat.gov.pl/senat-i-polonia/zlecanie-zadan/.

(ak)

Opublikowano w Życie polonijne

Nie zapominać o prawdzie, ale wybaczać – powiedział ksiądz Dworek. Musimy też pamiętać o tym, że w Polsce mieszka na stałe już ponad półtora miliona Ukraińców.

W niedzielę, 15 lipca, w siedemdziesiątą piątą rocznicę Rzezi Wołyńskiej, w kościele św. Kazimierza w Toronto została odprawiona Msza Święta za ofiary. Msza była zamówiona przez Konsulat RP w Toronto. W kościele znakomitą większość obecnych stanowiły kobiety. Niektóre osoby przyszły ubrane na czarno. Te przyszły modlić się za ludzi im bezpośrednio bliskich, za członków rodzin, i była to dla nich msza żałobna.

        Może dobrze się stało, że większość obecnych na mszy to były kobiety, jako że kobiety są na ogół bardziej uczuciowe niż mężczyźni i ich modlitwy są bardziej szczere. Nikt tak nie rozumie swojego dziecka i nikt tak mu przecież nie wybacza jak matka. Mszę rozpoczął ksiądz proboszcz Wojciech Kurzydło, który zapowiedział, że msza jest w intencji ofiar, ale również prosi o modlitwę za sprawców rzezi.

        Kazanie wygłosił ksiądz Sławomir Dworek. Ksiądz Dworek przyjechał do nas, do Toronto, na parę miesięcy z Poznania. Nawiązał on w swoim kazaniu do księży, którzy ginęli tam, na tych ziemiach, często w męczarniach. Nie pozostawiali oni swoich wiernych, mimo że mieli taka możliwość. Często spodziewali się nadchodzących napadów. Umierali razem ze swoimi wiernymi. A jednak musimy wybaczać. Nie zapominać o prawdzie, ale wybaczać – powiedział ksiądz Dworek. Musimy też pamiętać o tym, że w Polsce mieszka na stałe już ponad półtora miliona Ukraińców. Często żyją oni w małżeństwach mieszanych polsko-ukraińskich. Refleksja z tego pięknego kazania? Jakże wymowne są słowa księdza Sławomira Dworka dzisiaj, kiedy wiele osób przestaje uczęszczać do kościoła, argumentując to tym, że księża ich zawiedli.

        Powstały w Instytucie Pamięci Narodowej zespół badaczy aktualnie stara się sporządzić listę osób duchownych różnych wyznań, które zginęły w latach 1939–1947 z rąk tak zwanych pobratymców. Na obecnym etapie badań szacuje się, że z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło przynajmniej 180 osób duchownych i zakonnych obrządku łacińskiego i bizantyjsko-słowiańskiego.

        Biorąc pod uwagę postawę księży i osób duchownych w czasie Rzezi Wołyńskiej i w Galicji Wschodniej, to nie księża zawiedli, to my nie spłacamy wobec nich pewnego rodzaju długu wdzięczności za to, że nas nie zostawili w potrzebie. To było jedno z lepszych kazań, jakie ostatnio słyszałem.

        I znowu, inna refleksja, wiele razy słyszałem wykłady profesorów, ludzi utytułowanych, wykłady w dziedzinie nauk humanistycznych, a więc dotyczące moralności, prawdy, prawa. Jeszcze do ubiegłego roku studia w Ontario były płatne. Tutaj mamy co niedziela możliwość usłyszenia dobrego wykładu, rozważań o życiu, w kościele, który często położony jest bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania. I jakże często nie chce nam się w nim uczestniczyć. To tak już nawet dla tych niewierzących, a jednocześnie szukających uzasadnienia na prowadzenie moralnego życia, wykład księdza Sławomira Dworka to darmowy intelektualny prezent.

***

        Na zakończenie mszy ksiądz proboszcz Wojciech Kurzydło poinformował przybyłych, że w przyległej sali parafialnej jest wystawa. Została przygotowana przez Instytut Pamięci Narodowej w Szczecinie i przez nasz lokalny Klub Gazety Polskiej. Większość osób, które były na mszy, przyszła obejrzeć wystawę, na której było wiele drastycznych zdjęć. Ale wstrząsające wrażenie robiły plansze z nazwami wsi, które w większości przypadków zniknęły z powierzchni ziemi. Nazwy tych wsi są wypisane białymi literami na czarnym tle. To kilkaset nazw wsi, osad i miasteczek. Wydaje mi się, że nie ma tam wszystkich miejsc, w których ginęli Polacy. Nie widziałem tam nazw wsi z dzisiejszego powiatu jarosławskiego i leżajskiego. Ale i tak te plansze z nazwami miejscowości, gdzie ginęli Polacy, robią przygnębiające wrażenie. Plansze zajęły jedną czwartą powierzchni wystawy.

        Czytając nazwy tych miejscowości, można sobie wyobrazić te 250.000 osób, które w większości zmarły w cierpieniach. Można się przestraszyć na samą myśl. Nie o śmierci, ale o cierpieniach, które ci ludzie przeżyli. Nie na darmo w modlitwie różańcowej w części tajemnicy chwalebnej jest prośba o łaskę szczęśliwej śmierci. Człowiek nie boi się śmierci. Boi się cierpienia. Kiedy przestaniemy się bać, będziemy wybaczać. Ale strach jest częścią naszego życia.

        Dodatkowe wyjaśnienie dotyczące liczby pomordowanych. Media i politycy, chcący z jakichś powodów (nie wiem jakich?) zaniżyć rozmiar polskiej tragedii, podają liczbę 100.000 osób, które zostały zabite. Te 100.000 to osoby zabite na terenie samego dawnego województwa wołyńskiego. Na terenie dawnych województw, które dziś w większości należą do Ukrainy, zginęło ponad 250.000. Zaprawdę, komuniści bliżej byli prawdy. Do czasu upadku komuny byli stali w tym, co podawali do wiadomości. Podawali liczbę 250.000 osób zabitych na terenach dawnej Rzeczpospolitej, terenach przyznanych po wojnie Ukrainie. Jak ponuro wyglądają liczby osób, które zostały niepotrzebnie zabite, możemy sobie przedstawić, jeśli popatrzymy na dzisiejszą mapę Polski. Średnio licząc, po drugiej wojnie światowej dawne granice Polski zostały przesunięte o 150 km na zachód. Litwa i Białoruś otrzymały swoje granice w wyniku porozumienia między Churchillem, Rooseveltem i Stalinem. Na terenach, które otrzymała Litwa i Białoruś, zginął z rąk Białorusinów i Litwinów tylko procent Polaków w porównaniu do tych, którzy zostali zabici przez Ukraińców. Ukraina i tak otrzymałaby te ziemie. Otrzymałaby bez tych strasznych mordów, bez tego strachu, który wzbudzili u Polaków. Polacy musieliby opuścić te ziemie.

        Jakże głośno brzmią słowa umierającego na krzyżu Chrystusa, które dziś brzmiałyby: Boże, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią! Kiedy modlimy się za dusze zmarłych i za sprawców ich śmierci, powinniśmy jednocześnie pomodlić się za Białorusinów i Litwinów, podziękować im za bierność w chwili, kiedy mogli pokazać swoją nadarzającą się ku temu przewagę. Tego wymaga sprawiedliwość.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 20 lipiec 2018 10:34

Byłem w Polsce (15)

Braniecki1918 01W żadnym wypadku nie chcę tu być zbyt sentymentalny i łzawy. Te wspomnienia mają być raczej wesołe, bo przecież mówią o prawdziwie pięknym i dostatnim Kraju, w którym przyszło mi się urodzić i wychować. Opisuję go takim, jakim go widziałem w czasie moich pięciu wizyt – na przełomie 2017 i 2018.

        Jasne, że od czasu do czasu wychodzi trochę melancholijnie, ale tak to z tymi powrotami do przeszłości bywa. Jeśli w związku z tym zdarzy się, że w jakimś momencie będę zbyt subiektywny, to proszę mnie mieć za wytłumaczonego. Po prostu czasami bywa tak, że nasze emocjonalne spojrzenie na rzeczywistość nie pozwala na obiektywizm.

        No więc byłem w moim rodzinnym miasteczku. Zmiany były ogromne i w gruncie rzeczy nie widziałem jednego miejsca, które nie wyglądałoby inaczej. Może tylko groby na stareńkim cmentarzu, ale nawet i one w paru miejscach zostały odnowione, poprawione i wyglądały nawet trochę za świeżo.

        Obejście mojego rodzinnego domu zmieniono na miejski park. Tam, gdzie kiedyś pohukiwały sowy i kicały zające, stały teraz latarnie, ścieżki były czyste, równe i nawet gdybym się bardzo starał, to nie znalazłbym dawnych krzaków dzikich róż, starych kasztanów i lip.

        Najmniejszego śladu nie zostało po tenisowym korcie, ani po oranżerii, ani po kuźni, stajni, spichlerzu czy wielkiej studni z drewnianym ocembrowaniem, z której czerpano wodę dla bydła.

        To było już inne miejsce. Nie znaczy lepsze czy gorsze. Po prostu inne.

        Dom, który tak teraz zmieniony, służył sierocym dzieciom, nazywany był w naszej rodzinie „nowym domem”, bo stary został zniszczony przez wycofujących się Niemców w lipcu 1944.

        O ile ten „nowy” dom przy swoich przeszło stu pięćdziesięciu latach wcale nowym nie był, o tyle stary dom – ten, który już nie istniał – był naprawdę stary i swoimi początkami sięgał połowy osiemnastego wieku.

        W czasie odwrotu z Rosji Niemcy zwieźli na gazon koło starego domu ogromne ilości amunicji i nie chcąc, aby wpadła w bolszewickie ręce, postanowili ją zniszczyć.

        Eksplozja zmiotła stary dom z powierzchni ziemi, zostawiając jedynie parę stopni wejściowych schodów. Jak to się stało, że „nowy” dom, który od starego oddalony był zaledwie o kilkadziesiąt metrów, ocalał, trudno powiedzieć! To prawda, że stracił wszystkie szyby, a dachówki z dachu znajdowano porozrzucane po całym ogrodzie, ale sam budynek wytrzymał i mógł dać schronienie tym, którzy ocaleli.

        Całe szczęście, że przed dokonaniem tego gigantycznego wybuchu Niemcy wysiedlili mieszkańców do sąsiedniej wioski, ale ich powrót do zgliszcz był okropny. Palące się szczątki domu, swąd po wybuchu i niezliczone pociski, które nie eksplodowały i ciągle jeszcze zalegały cały teren, przedstawiały apokaliptyczny widok. Mój pradziadek, który tak jak jego przodkowie wychował się w tym miejscu, stał bez ruchu jak biblijny Hiob nad ruiną swojego mienia. Żył jeszcze parę lat, ale strata domu i niesłychana zmiana sytuacji w kraju wyczerpała jego siły.

        Niewypały były wszędzie i w czasie naszych zabaw co i rusz natykaliśmy się na wielkie pociski artyleryjskie, drobne do broni maszynowej, jakieś granaty i w ogóle cały wojenny szmelc, który co krok groził eksplozją, śmiercią lub w najlepszym razie kalectwem. To, że w tych warunkach uchroniłem się od nieszczęścia, przypisuję tylko i wyłącznie Bożej Opatrzności.

        Ale nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Wielu moich ówczesnych kolegów potraciło palce, nogi, a w paru przypadkach życie. O wybuchających, zardzewiałych pociskach, o wypadkach śmierci i kalectwa słyszało się w radio prawie co dzień.

        Naturalnie tak było wszędzie jak kraj długi i szeroki, ale u nas ilość porozrzucanej wszędzie amunicji była monstrualna. Wszędzie też znajdowano puste już łuski, których potem, przez lata, używano do najrozmaitszych celów w gospodarstwach. Najbardziej popularne i zarazem użyteczne były tak zwane giebirki. Ta nazwa była karykaturalnym zniekształceniem niemieckiego słowa Flugabwehrkanone, czyli działo przeciwlotnicze. Chodziło o amunicję do tych dział.

        W ciągu paru powojennych lat, a także i później wojsko wywiozło kilkanaście ciężarówek tego śmiercionośnego złomu i jak pamiętam, nikt wtedy nie zachowywał jakichś nadzwyczajnych środków ostrożności. Myślę, że dziś wysiedlono by całe miasteczko. Wtedy saperzy rzucali wszystko dość bezceremonialnie do skrzyni ciężarówki, a potem wywozili gdzieś pod las i wysadzali.

        Nigdy nie mogłem pojąć, jak to się stało, że z tej wielkiej niemieckiej eksplozji pozostało tyle niewypałów.

        Z biegiem lat sprawy się wygładziły i uspokoiły, ale cały czas nie było takiego śmiałka, który wbiłby szpadel na gazonie, albo tym bardziej zapuścił tam lemiesz pługa. Były co do tego jakieś zakusy, ktoś coś proponował, co babcia szybko ucięła, mówiąc:

        – Proszę bardzo, ale co będzie jeśli pług natrafi na tkwiący w ziemi pocisk?

        Sprawa upadła i nigdy już jej nie poruszano, a gazon pozostał nienaruszony.

        Babcia wcale nie koloryzowała. Teren naszpikowany był niewypałami jak świąteczna babka rodzynkami.

        Muszę się tutaj przyznać, że w czasach mojej wczesnej młodości miałem jakąś obsesję na punkcie kopania lochów. Brało to się naturalnie z opowieści o zbójnickich lochach, szukaniu skarbów itp. Normalne rzeczy znane prawie wszystkim chłopakom na całym świecie.

        Otóż u mnie ta obsesja przybrała dość niebezpieczne rozmiary. Ogromne, skomplikowanie zbudowane lochy śniły mi się po nocach. Chciałem mieć własny loch wykopany przez samego siebie, oczywiście z tajemnym wejściem, o którym będę wiedział tylko ja sam.

        W tajemnicy przed wszystkimi wstawałem przed świtaniem i ryłem w jakichś krzakach dziury, planując, że wykopię głęboką sztolnię, z której następnie wykopię korytarze, komory i cały system. Myślałem też o szalunku, ściągałem deski i gałęzie. Sprawa wykrywała się dość szybko, krzyczano na mnie, że „szukam sobie kulki”, że igram ze śmiercią, żebym się zastanowił, bo z takiego „kopacza dziur” to nic dobrego nie wyrośnie itd. itp.

        Najciekawsze, że mimo tych problemów po jakimś czasie znowu wracałem do mojego kopania, z tym tylko, że w innym miejscu.

        Mówię o tym dlatego, że do dziś nie mogę wyjść z podziwu nad własną głupotą, która pchała mnie w niebezpieczeństwo. Przecież dobrze wiedziałem o niewypałach... a jednak!

        Pod koniec lat sześćdziesiątych zabrano się wreszcie profesjonalnie do oczyszczenia terenu. Znowu saperzy, ale tym razem wyposażeni w dobry sprzęt. Nikt się nie śpieszył. Wojsko rozbiło namioty i czesało teren centymetr po centymetrze.

        Mimo tej dużej i starannie wykonanej roboty nawet w wiele lat potem zdarzały się przypadki znalezienia „zardzewiałej śmierci”, która przypominała o wojnie.

        W tym jednak czasie wszelkie kopanie lochów miałem już bardzo daleko za sobą.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 13 lipiec 2018 14:04

Byłem w Polsce (14)

Braniecki1918 01Każde miejsce w tych okolicach przywoływało jakieś wspomnienia i prawdę mówiąc, czułem się nimi przytłoczony, bo jakże w ciągu paru chwil wszystko ogarnąć, opanować falę odczuć i wzruszeń?

        Tu było to, a tu tamto, a jeszcze dalej paliłem ognisko, piekłem ziemniaki itd., itd. Chciałem też spotkać dawnych kolegów, zobaczyć, jak wyglądają, ale zaraz potem przyszła do mnie myśl, że może nie żyją, może wyjechali tak jak ja i w szerokim świecie ślad po nich zaginął.

        Trochę na chybił trafił zapytałem o jednego z nich. To było, jeszcze zanim dojechaliśmy do miasteczka. Niedaleko stąd mieszkał Stasio, z którym znałem się od najwcześniejszych lat. Nazywałem go wtedy Stasio Przyjemniasio. W gruncie rzeczy to były tylko takie wczesnodziecięce zabawy – coś jak znajomość z piaskownicy, tyle tylko, że w naszym przypadku piaskownicy nie było. On tego „Przyjemniasia” nie lubił i rzucał się do bitki, a ja, prawdę mówiąc, ani wtedy, ani potem nie wiedziałem, skąd się to przezwisko wzięło.

        Zobaczyłem chłopca, który naprawiał motor na skraju drogi. Koło siebie miał rozrzucone narzędzia. Zatrzymałem się i spytałem, gdzie mieszka Stasio.

        – To pan pyta o Stanisława S.?

        – No tak, oczywiście – poprawiłem się – bo bezwiednie zapytałem o Stasia, a przecież dla tego młodego chłopca to nie był żaden Stasio, tylko Stanisław!

        – A to tam – ten biały dom pod górą – pokazał ręką.

        Dom stał u stóp zbocza zwieńczonego linią lasu. Przed domem siedziała starsza kobieta i obierała jabłka na kompot. Kury dziobały rzucane im od czasu do czasu skórki. Na ścianach domu zwieszało się kapryfolium, a trochę dalej rosły rzędy winorośli z pięknymi gronami białych winogron.

        Dom wyglądał na zasobny. Wszędzie widać było gospodarską rękę, ład i porządek. Po drugiej stronie obszernego podwórza zobaczyłem dwie wielkie stodoły, a w ich otwartych wierzejach... sylwetkę jakiegoś trucka!

        – Dzień dobry – przywitałem starszą kobietę – nazywam się Marcin Baraniecki i chciałem się zobaczyć...

        – Panno Przenajświętsza! Czy to możliwe? Pan Marcin?

        – Jaki tam pan – proszę do mnie mówić tak jak kiedyś...

        – A co też mówi?! Co mówi? Ale pewnie do Stasia, co?

        – No tak, jeśli jest w domu...

        – W domu to nie... ale niech popatrzy – on tam na polu robi – o tam, tam...

        Na rozległym stoku widać było postać, która z odległości domu wyglądała jak mały, czarny żuk. Wielkie pole i mały Staś!

        – On zara zejdzie na obiad... Niech poczeka, usiądzie, może co podać? Kompotu słodkiego?

        Było w tych pytaniach tyle ciepła i serdeczności, że poczułem ściśnięcie gardła.

        Koło południa, gdy z odległego kościoła rozległ się głos dzwonu na Anioł Pański, Staś zszedł z pola. Niski był i zgarbiony i prawie nie do poznania, tylko oczy miał te same, takie jakieś „milusie”. Pewnie stąd się wziął ten „Przyjemniasio”. Ale nawet nie pomyślałem, żeby tak się do niego odezwać.

        Gadaliśmy i gadali, bo przecież sześćdziesiąt lat było do przegadania, powspominania i roztrząsania. Jedno tylko mnie zdenerwowało, ale akurat na to nie było rady. Otóż zwracał się do mnie tak jak jego mama w trzeciej osobie i chociaż parę razy go napominałem, żeby się nie wygłupiał i mówił do mnie po imieniu, to on śmiał się tylko „przymilnie” i mówił:

        – A Marcin to zawdy taki jak wprzódy! Każdą razą cosik do śmichu powi!

        I co było gadać?

        A tymczasem mama postawiła na stole obiad.

        Staś przeżegnał się szeroko, ja naturalnie za jego przykładem także i zaczęliśmy jeść spokojnie, nieśpiesznie i w ciszy, bo w tych stronach posiłek to prawie tak jak modlitwa.

        Mama – jak to z kobietami u nas zawsze bywało – krzątała się koło kuchni. A to barszcz przesunęła dalej od ognia, a to kapustę pomieszała, a to pierogi czymś polała, ale usiąść, nie siadała... Uśmiechała się tylko i cały czas tłumaczyła, że gdyby wiedziała, że taki gość, toby jaką kaczkę zabiła i rosołu nagotowała i ciastek napiekła, a tak to co – ino taki bidny obiad z pierogami, dobry dla Stasia przy robocie, ale dla gościa to zdałoby się cosik lepszego, jakieś mięso i tak dalej, i tak dalej!

        Staś mieszkał z mamą. Wspomniał, że jest żonaty, ale niedużo o tym mówił, a ja nie chciałem pytać, bo przecież wiadomo, że każdy ma jakieś miejsce, które boli i tykać go nie lubi. Gospodarka była wzorowa, bo oprócz pola i wielkiego kawału lasu był i staw z rybkami, para koni plus ładny wałach pod wierzch, krów chyba z osiem, świnek, kur, kaczek i różnego drobiazgu pełno. Po podwórku przechadzał się bocian, który utykał, więc nie odleciał z innymi i został u Stasia na łaskawym chlebie.

        Co dla mnie było najważniejsze, to ten stojący w stodole truck.

        – Stasiu, a co to za ciężarówka stoi w stodole? Może byś ją pokazał, co? Wiesz – przez tyle lat kierowcą byłem, to zawsze mnie ciągnie.

        – A pójdźmy.

        Nie mogłem oderwać oczu. Star 244 z dwoma napędami. Przeszło dwudziestoletni, ale zdrowy jeszcze jak rydz i jak Staś mówił, nieoceniony w gospodarce i w ogóle na wsi.

        – Ile ja materiałów ludziom na budowy nawiózł! Ile pustaków, cementu, cegły, papy... A drzewo z lasu, a żwir z Sanu, a deski, a tregry stalowe... Star wszystko przetrzyma!

        Widać było, że kocha swój wóz.

        – No to po co konie? – pytałem.

        – Ta co takiego? A czy to starem zaorze, albo zabronuje?

        Wyjechaliśmy obładowani winogronami.

        Jak się okazało, parę lat wcześniej Staś był na robocie w Niemczech, potem pojechał jeszcze do Holandii, wrócił, był na pielgrzymce w Rzymie, a nawet z modlitewną grupą w Fatimie. Jednym słowem, przetarł się trochę po świecie. Mówił, że prawie z każdego domu w okolicy ktoś gdzieś jechał, pracował na budowie czy na holenderskim albo francuskim polu, uciułał trochę pieniędzy, a potem wracał do siebie i stawiał dom.

        To już nie były czasy starego stolarza Jakuba, który w ciągu całego życia raz tylko jeden, jedyny wyjechał w daleką podróż do Przeworska!

        To była cały czas ta sama wieś, ale jakżeż inna, otwarta na świat, prężna, młoda, a przede wszystkim zamożna.

        A przecież to były jedne z najbiedniejszych regionów Kraju. To była Polska B! A jednak! Zaraz też przyszła mi do głowy myśl, że skoro tu jest tak zasobnie, to jak musi być, powiedzmy, w Poznańskiem, gdzie zawsze było bogaciej, tłuściej i syciej!

        Byłem zachwycony.

        I z tym zachwytem w głowie i słodkimi winogronami w brzuchu dojechaliśmy do mojego domu, który nie był już moim domem, a obejście moim obejściem, a gazon moim gazonem.

        Tylko stary, odwieczny dąb szumiał tak samo jak za moich dziecinnych lat. Świadek tylu pokoleń, wydarzeń, zmian, wojen, buntów i dziejowych zawieruch. Pod tym dębem bawiłem się jako dziecko, potem witałem go, ile razy przyjeżdżałem na wakacje, a jeszcze później chodziłem z moim najstarszym synem, gdy pod koniec lat siedemdziesiątych przyjechaliśmy z krótką wizytą.

        Sam dom przeznaczony był teraz na dom opieki dla dzieci pochodzących z rodzin pozbawionych władzy rodzicielskiej. Odnowiony i wzorowo prowadzony, pełnił teraz funkcje opiekuńcze.

Opublikowano w Lektura Gońca

W dniach 30 czerwca – 2 lipca  Rodzina Radia  Maryja  uczestniczyła w  20. polonijnej  pielgrzymce do amerykańskiej Częstochowy w Doylestown w Pensylwanii.

        Pielgrzymka  przebiegała pod  hasłem „Polska miłością wskrzeszona“ – dziękując  Panu Bogu za 100. rocznicę odzyskania  niepodległości przez Polskę.

        Na tę specjalną uroczystość z Polski przybyli  abp Wacław Depo z Częstochowy, o. dyrektor Tadeusz Rydzyk, o. Jan Król, byli obecni o. Zbigniew Pieńkos  z Chicago i o. Jacek Cydzik z Toronto.  Przeor sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej w amerykańskiej Częstochowie przywitał bardzo serdecznie przybyłych gości. Eucharystia była celebrowana przez 14 kapłanów – pod przewodnictwem abp. Wacława Depo, który wygłosił piękne patriotyczne kazanie. Pielgrzymi z Ameryki i Kanady słuchali w wielkiej zadumie. Przed Mszą św. odbył się uroczysty koncert patriotyczno-religijny w wykonaniu chóru i zespołu muzycznego pod dyrekcją Zbigniewa Blicharza z sanktuarium św. Jana Pawła II w Lombard.

        W tym specjalnym dniu została poświęcona pamiątkowa tablica w przedsionku kościoła, dedykowana o. Lucjanowi Królikowskiemu OFM. –  obecnemu wśród nas. Ojciec Lucjan, liczący już 99 lat, uratował życie polskim dzieciom, które ucierpiały w czasie II wojny światowej – przeprowadzając 150 dzieci do Kanady.

        Wielką radością była obecność Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka, który serdecznie pozdrowił całą Polonię, dziękując za wszelkie wsparcie, i zapowiedział  już nowe dzieło, Muzeum Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

        Była to wspaniała, podniosła uczta duchowa. Po uroczystości udaliśmy się na obiad do pobliskiej „kafeterii”, gdzie pielgrzymi mogli się spotkać z rodziną i  przyjaciółmi.

        Następnego dnia w drodze powrotnej nawiedziliśmy piękną gotycką katedrę św. Szczepana w Perth Amboy – gdzie uczestniczyliśmy we Mszy św., którą sprawował nasz opiekun o. Jacek Cydzik.

        W czasie „niekrótkiej“ podróży odbyliśmy swoiste rekolekcje. Dziękuję o. Jackowi  za prowadzenie modlitw, za przypomnienie nam historii Polski, przepiękne katechezy, za śpiewanie pieśni patriotycznych, filmy, za to że z nami był.

        Był również czas na podziwianie ślicznego – górzystego krajobrazu w Pensylwanii. Myślę, że wszyscy pielgrzymi wrócili  wzmocnieni duchowo  i zadowoleni. Pozdrawiam wszystkich serdecznie  i zapraszam już na pielgrzymkę w 2019 r.

Joanna Strzeżek

Opublikowano w Życie polonijne
niedziela, 15 lipiec 2018 07:46

FESTIVAL VILLAGES W BRANTFORD A.D. 2018

To już 45 lat, jak w tej Polskiej Hali prezentujemy Polskę, polską organizację i polską kulturę. Z tej okazji dziękujemy przybranej ojczyźnie, Kanadzie, za przyjęcie nas do mozaikowej wspólnoty narodowościowej.

        Polska, która obchodziła 1050. rocznicę chrztu, nadal istnieje i w tym roku obchodzi 100. rocznicę odzyskania niepodległości. Village Polonaise to nie tylko nazwa, to organizacja, która w mieście Brantford od 85 lat jest zauważalna i czynna, przyczyniając się do rozwoju kanadyjskiego życia w zakresie kulturowym, gospodarczym i edukacyjnym. Polskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy utrzymuje dziedzictwo naszej kultury narodowej, prowadzi Zespół „Hejnał”, Klub Seniora, Koło Pań, Klub Sportowy oraz Szkółkę Polską.

        Polskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy liczy ponad 300 członków, a prezesem w 2018 roku jest Ed Chrzanowski.

        W tym roku zaprezentowano wszystko, co jest zaszczytne dla organizacji, Polonii i Kanady. Szczególnym akcentem były występy artystyczne zespołów polonijnych, wystawa oraz kuchnia polska prowadzona przez mistrzynie kulinarne. Dzieliliśmy się z gośćmi naszymi osiągnięciami w tych dniach, ale zapraszamy wszystkich do naszej Hali przez cały rok na imprezy oraz kuchnię polską. I zachęcamy wszystkich – zostań członkiem naszej organizacji! A jak przebiegało to wielokulturowe święto w tym roku, można przeczytać i zobaczyć poniżej.

        4 lipca nastąpiło uroczyste otwarcie Polskich Dni na festiwalu Villages w Brantford z udziałem mera miasta Chrisa Friela, posła do parlamentu Phila McColemana oraz nowego MPP Willa Boumy. W krótkich przemówieniach wychwalali naszą Halę i podkreślali stały rozwój organizacji.

        Był to pracowity okres przygotowawczy dla czterech dni festiwalu. Village chairman Teresa Percival wykazała kunszt organizacyjny, tak jak co-chairman John Styś i John Król. Village mayor Frank Wdowczyk idealnie wywiązał się ze swojej roli. Od 45 lat wita w progach PTWP gości i nie myśli przejść na emeryturę. Ambasador Jessica Paczkowski to urocza studentka, która angażuje się w życie polonijne. Funkcję MC tradycyjnie pełnił John Wdowczyk i Jordan Percival, również dobrze zapowiadający się działacz i członek organizacji. Jej historię przedstawił wszystkim John Król. Program artystyczny przedstawiła Dianne Wdowczyk-Meade – będąc członkiem zespołu tanecznego od urodzenia, nadal z sukcesem prowadzi zespoły artystyczne, które są dumą organizacji, szczególnie najmłodsi, w wieku od 3 lat, którzy z pasją prezentowali swe walory artystyczne. Przy pełnej Hali codziennie podziwiano występy Zespołu „Hejnał” i „Polonez” z Hamilton. Specjalne zasługi położyła Jadwiga Kędzior z Polish Ladies Club, mistrzyni kulinarna, wraz z zespołem wolontariuszek, bez których nie byłoby sukcesu.

        Wszystkim gościom i sympatykom dziękujemy za przybycie, poparcie i sponsorstwo.

        Opr. i foto John Król

Opublikowano w Życie polonijne

Nasza „solidarnościowa” emigracja z lat 80. powoli przechodzi na emeryturę, niedawno aktywną pracę zawodową zakończył w zakładach Bombardiera Andrzej Wierus i stąd poniższa rozmowa…

Andrzej Kumor: Panie Andrzeju, można gratulować emerytury?

Andrzej Wierus: Myślę, że tak, bo wyszedłem o własnych siłach z tego zakładu (śmiech) i mam marzenia na kolejnych kilkanaście lub kilkadziesiąt lat do spełnienia.

– Szybko minęło, te czterdzieści lat, które Pan tu pracował?

– Bardzo szybko, choć w Bombardierze pracowałem tylko 13 lat. Zacząłem swoją karierę w tym sektorze gospodarki, czyli budowaniu samolotów, w 86 roku, ale z McDonnell Douglas, który później został kupiony przez Boeinga, więc u nich byłem 13 lat i 13 lat w Bombardierze.

– Proszę powiedzieć jak się Pan znalazł w Kanadzie i dlaczego?

– Znalazłem się w Kanadzie, bo opuściłem kraj w 81 roku, 5 października, i poprzez Austrię, bo taka była możliwość, przez Waldhausen, przyjechałem do Kanady na zaproszenie swojego wujka, Jurka Burskiego i cioci Krysi. Dotarłem do Kanady 5 maja 1982 roku.

– Ile miał Pan lat wtedy?

– Miałem 28 lat i byłem w piku swoich możliwości, ale jakoś nie zwrócono na mnie uwagi w Kanadzie i niestety, moje pierwsze prace nie były związane z moim zawodem.

– To proszę zacząć od tego, dlaczego Pan wyjechał i jaki ma Pan zawód.

– Jestem inżynierem górnictwa, kończyłem Akademię Górniczo-Hutniczą. Wielu moich kolegów też zawitało tu, do Kanady, między innymi Władek Lizoń i jeszcze kilku innych, wszyscy jakoś znaleźli swoje miejsce, są bardzo „successful” w swoich biznesach. Ja natomiast szukałem pracy w górnictwie, bo tylko to umiałem i przede wszystkim kochałem tę pracę, kochałem ludzi, którzy pracują w górnictwie.

– Myślał Pan o górnictwie węglowym?

– Myślałem o górnictwie węglowym w Kanadzie. Miałem już nawet pracę zapewnioną w Falconbridge – to zupełnie niewęglowe górnictwo – ale w 82, jak tutaj dojechaliśmy, to ci ludzie, którzy mogli mi coś pomóc, sami byli bez pracy. I górnictwo praktycznie w Kanadzie nie stanęło na nogi od tamtego okresu. Więc pracowałem w różnych zawodach, jako elektryk, jako hydraulik, jako ustawiacz maszyn, aż dostałem się do McDonnell Douglas w 86 roku.

– Dlatego że Pan chciał, że była taka okazja?

– Tak. Wykształcenie i znajomość techniczna im bardzo odpowiadały, natomiast mój język angielski nie był, powiedzmy, „up to par” i również „transferable skills”, takie jak „human skills”, współpraca z ludźmi itd., też im nie odpowiadały, więc nie dostałem pracy jako „supervisor”, dostałem pracę po prostu „na podłodze produkcyjnej”, na produkcji. I stamtąd krok po kroku starałem się i dostałem do biura inżynieryjnego McDonnell Douglas, później zakład został przejęty przez Boeinga i dla Boeinga pracowałem kolejne dwa lata, do roku 2000.
Od 2000 do 2006 robiłem różne rzeczy, żeby przetrwać. Jeździłem nawet truckami, bo to legendarne, marzenia młodzieńcze były u mnie też, i dopiero w 2006 Bombardier się odezwał i zaprosił mnie na „interview”. I tak się zaczęła przygoda z Bombardierem. Byłem bardzo zadowolony, że mogłem pracować w zakładzie, który wypuszcza konkretny, już gotowy produkt.

– Tu się składa samoloty?

– Tu się składa i one stąd odlatują.

– Jakie modele samolotów Pan budował?

– Od początku tutaj byłem związany z Globalem, to jest duży, prywatny jet, samoloty odrzutowe, które mieszczą od 8 do 16 osób w zależności od konfiguracji i są perłą Bombardiera. Obecnie najnowszy, 7000, ma cztery strefy, tzw. living areas, ma bedroom, ma dining room, ma salon i gabinet operacyjny.

– To są takie samoloty, których my nie znamy, to są samoloty dla ludzi szczególnych?

– Tak, dokładnie. Dla tych ludzi, których stać na 80 mln plus zabawkę tego typu.

– Co pan robił teraz, przed emeryturą, na jakim stanowisku Pan pracował?

– Pracowałem „na podłodze” jako „assembler”, operator robota. W tej chwili wszystkie linie są skomputeryzowane i wymagają pewnych „skills”, które miałem, „transferable skills”, kiedyś również kończyłem George Brown College, „computer repair and installation”.

– Czyli Pan, praktycznie rzecz biorąc, jest człowiekiem wielu profesji i z tego, co wiem, również wielu zainteresowań, bo także Pan występuje w zespołach artystycznych, to znaczy teraz w kolejnym już zespole?

– Tak. Jeśli chodzi o życie polonijne, to właściwie tylko i wyłącznie działalność w zespołach śpiewaczych, takich jak „Harfa”, „Agnus Dei”, „Art-bis”, a ostatnio nawet założony przeze mnie i Teresę Klimuszko zespół „Polskie Klimaty”.

– Jak Pan ocenia nasze życie polonijne tutaj, bo jedni narzekają, inni chwalą, jedni mówią, że tutaj jest to życie polskie intelektualne rozwinięte w porównaniu z innymi skupiskami polonijnymi, jak Pan ocenia to nasze środowisko z perspektywy właśnie tych kilkudziesięciu lat mieszkania w Kanadzie?

– Panie Andrzeju, myślę, że mamy ogromny potencjał, choćby z tego powodu, że 180 czy 200 tys. Polaków mieszka w rejonie GTA. I prawdę mówiąc, nie samą pracą człowiek żyje i sutym kontem w banku. Co przynosi radość w życiu, to właśnie dawanie. I jeśli mógłbym dać taką radę Polakom tutaj – proszę być zaangażowanym, proszę wybrać sobie jakąkolwiek dziedzinę, w każdej dziedzinie można pomóc, można coś zrobić, i będzie nam się o wiele lepiej żyło.

– A stosunek do Polski, to znaczy do tego kraju, który przecież wszyscy gdzieś tam mamy w sercu, nawet ci, którzy na tę Polskę niesamowicie narzekają, to jednak robią to w większości przypadków z miłości? Jak to jest z tą Polską u Pana?

– U mnie? Ja kocham Polskę, kocham ten naród. Zostałem wychowany w duchu patriotycznym i jeśli istnieje możliwość podparcia stanowiska obecnego rządu, to zawsze popieram. Może nie całkowicie, bezmyślnie, ale niestety, nie ma innej siły, która mogłaby pomóc nam przetrwać.

– Mówi Pan o powrocie do polityki historycznej polskiej, do tego, że wreszcie Polacy poczuli się dumni, do tego, że ten rząd jak gdyby zaczął stawiać na pierwszym miejscu patriotyzm, tak?

– To prawda, a sprawiła to Beata Szydło, nasza pani premier, która w końcu poderwała nas wszystkich z kolan, powiedziała, co myśli o zachodniej liberalnej społeczności.

– W jej przemówieniu w Brukseli, które było transmitowane?

– Tak, o jej słynnej wypowiedzi, że będziecie opłakiwać własne dzieci, jeśli nie będziecie nas słuchać. No i proszę bardzo, nie ma przydziału na imigrantów, na każdy kraj.

– Pan myśli teraz o planach na emeryturę, czy one są związane z Polską, nie zastanawia się Pan nad przeprowadzaniem do Polski, jak wielu ludzi z naszego tutaj środowiska i z naszego pokolenia?

– Pewnie tak, gdybym nie miał tutaj rodziny – mam dwie córki, które już wyszły z domu, są ustabilizowane i pracują zawodowo; jedna jest w Montrealu, pracuje w Canadian Space Agency jako inżynier, a druga pracuje dla Region of Peel w Human Resources. Kontaktu z Polską nie chciałbym zerwać, dlatego między innymi mam jakąś tam dziuplę w okolicach Częstochowy i będę jeździł – mam nadzieję – na trzy miesiące w roku. A resztę będę z przyjemnością spędzał w Kanadzie, z rodziną, z wnukami, ponieważ ktoś musi im dać przykład.

– No właśnie, nieoceniona rola babci i dziadka zawsze w wychowaniu tego najmłodszego pokolenia. Bardzo wielu młodych uczestników konkursów w szkołach polonijnych mówi, że to babcia przepytuje, babcia dopinguje do tego, żeby się uczyć, więc to jest coś niesamowitego. Ale oprócz tych planów Pan teraz poczuł wolność, więc co z tą wolnością Pan będzie robił?

– Tak, poczułem wiatr pod skrzydłami. Najbliższe dwa miesiące spędzę na cottage’u, kolejne dwa miesiące to „cruise” po Pacyfiku. Jestem troszkę przerażony, bo to jednak 60 dni, ale miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Kiedyś chciałem być marynarzem, więc mam okazję sprawdzić siebie (śmiech).

– „Cruise”, to znaczy jak Pan się będzie sprawdzał?

– Będę się sprawdzał, czy wytrzymam na statku te dwa miesiące.

– Gratuluję tej emerytury, ale gratuluję też utrzymania polskości, tej działalności na niwie polonijnej, bo Pan od czasu do czasu jest widoczny i nas wszystkich rozbawia. Z mojej perspektywy, myślę, że gdyby takich ludzi jak Pan było więcej i tu, i w Polsce, to Polska byłaby mocarstwem.

– Wezmę te słowa ze sobą, dziękuję bardzo.

Opublikowano w Wywiady
piątek, 29 czerwiec 2018 16:35

Byłem w Polsce (12)

Pomimo tego małego potknięcia nasz rajd przez Beskid Sądecki i Niski przebiegł jak po maśle i dość szybko znaleźliśmy się u wrót Bieszczad – w Komańczy!

Muszę jednak na małą chwilkę wrócić do Krynicy, bo ostatecznie pojechaliśmy tam, żeby pooddychać prawdziwie galicyjskim powietrzem. Tym dawnym, kiedy to jeździło się „do wód”. Zresztą miałem tu do wypełnienia kolejny punkt z mojej „bucket list” – wizytę w „Patrii” – willi Kiepury!

Rzecz w tym, że „Patria” jest miejscem, gdzie powinno się czuć „przedwojenny luksus”. Jasne, że na dzisiejsze wymagania budynek daleki jest od luksusu, ale marmury, mosiądze, posadzki i boazerie dają ten przedwojenny posmaczek. Wszystko to trąci myszką, bo to co kiedyś było komfortem, dzisiaj jest podstawowym wyposażeniem, no ale chodzi raczej o ducha Kiepury, „Brunetki blondynki” itd., itp.

Dla Galicji Krynica była taką samą wakacyjną świętością jak osławiony Truskawiec, albo w trochę dalszym rzucie – Karlsbad – i chociaż to już było daleko poza Galicją, to jednak cały czas nasze i swojskie, bo ciągle jeszcze cesarsko-królewskie – owiane duchem Najjaśniejszego Pana (oczywiście Franciszka Józefa).
W Karlsbadzie czy raczej Karlowych Warach byliśmy przy okazji naszych wcześniejszych wizyt w Polsce. Piękne, stare uzdrowisko –dziś pełniuteńkie Rosjan, z paroma rosyjskimi kanałami telewizyjnymi, rosyjskojęzycznymi gazetami, sklepami, cerkwiami i wszechobecnym językiem rosyjskim. Za młodych lat nasłuchałem się o wspaniałości i wytworności tego kurortu wielu historyjek i opowiadań.

Coś mi z tego w głowie zostało, więc właśnie dlatego pozwoliłem sobie stamtąd na niewinny żart w przedwojennym stylu. Wyglądał tak:

Zadzwoniłem do mojej dziewięćdziesięcioletniej cioci i gdy podniosła słuchawkę, powiedziałem grzecznie:

– Moje uszanowanie drogiej cioteczce...

Ale ona wpadła mi w słowo:

– Marcin! A skąd ty dzwonisz?

A mnie o to właśne chodziło, więc odpowiedziałem „z przedwojennym akcentem”:

– Ależ ciotuniu, ja bawię w Karlsbadzie!

Ciocia miała fantastyczne poczucie humoru, więc z udanym zdumieniem krzyknęła:

– W Karlsbadzie?! A cóż ty tam chłopcze robisz? Czyżbyś się zgrywał w kasynie?

Byłem naprawdę zaskoczony, że tak dobrze wczuła się w żart.

Krynica nie miała tak „wielkopańskiej” opinii jak Karlsbad, ale była blisko, była nasza, a przede wszystkim miała wspaniałe wody!

Zaraz też po obejrzeniu „Patrii” poszliśmy na krynicki deptak do wielkiej pijalni wód na zubera, jana i józefa! Wszystkie te wody to było świństwo do obrzydliwości, ale miały być jakoby zdrowe i pomocne na jakieś tam dolegliwości, więc zabraliśmy się do roboty! Kubek, szklana rurka i wolny, dostojny spacerek w górę i w dół deptaku. Wieczorem obowiązkowy koncert w pijalni.

Trzy kryniczne filary: deptak, pijalnia i koncert Orkiestry Zdrojowej, zostały zaliczone, a więc nie pozostawało nic innego, tylko ruszyć w drogę.

Za Łabową miałem to szczęśliwie zakończone spotkanie z patrolem milicyjnym, a jeszcze dalej nocleg w Dukli.

Ile razy piszę albo opowiadam o Beskidzie Niskim, zawsze mówię, że przez bardzo długi czas to były najdziksze górskie tereny w Polsce. Nie Bieszczady, ale właśnie Beskid Niski, który wyludnił się po niesławnej akcji „Wisła” w latach od 1947 do prawie 1950 i jakoś nie mógł po tym exodusie przyjść do siebie.

Jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy chodziłem tam z plecakiem, spotykałem zupełnie puste wioski, jakieś przysiółki i osady, tonące w zdziczałych sadach.

Tam też, w 1972 roku, czasie mojego samotnego rajdu po górach zatrułem się w straszny sposób jadem kiełbasianym i z pomocą zupełnie obcych, ale absolutnie świętych ludzi, wyszedłem z tego obronną ręką.

Te i wiele innych myśli przychodziło mi do głowy, gdy zatrzymaliśmy się na nocleg w Dukli, a potem – już na drugi dzień – wjeżdżaliśmy do Komańczy.

Komańcza kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Jedna to uwięzienie tu prymasa Wyszyńskiego, a druga koedukacyjne baraki robotnicze zbudowane kiedyś dla młodzieżowych brygad zatrudnionych przy budowie drogi.

Co do prymasa to zawsze się dziwiłem, dlaczego zrobiono z niego prawie męczennika. Klasztor cichy i spokojny, chodził na spacery, okolica piękna... Być może jednak dla tego niezwykle czynnego człowieka ten rok odosobnienia był jakąś męką. Kto wie?

Natomiast tego co w robotniczych barakach wyprawiało się w dniach i nocach po wypłacie, tego nie jest w stanie opisać najzdolniejsze pióro. Mniejsza z tym! Co było, to było!

W każdym razie to były dawne dzieje i o barakach nie ma dziś ani słychu, ani widu. Co innego z klasztorem Sióstr Nazaretanek, gdzie przebywał Stefan Wyszyński, bo ten ma się dobrze a może nawet lepiej niż kiedyś. Jest tam też podobno izba pamięci, ale nie poszliśmy.

O moich Bieszczadach opowiem nieco później, bo prawdę mówiąc, gdy zobaczyłem budki, w których żądano opłat za wejście na połoniny, doznałem takiego szoku, że chciałem natychmiast zbierać się, jechać do Warszawy i nie zwracając uwagi na konsekwencje, wracać do Kanady.

Na szczęście wyciszyłem się trochę, coś mi wytłumaczono i zostałem, ale nie miałem już do tego serca... Zatrzymaliśmy się jedynie w Ustrzykach Górnych, żeby skosztować pstrąga i fuczek. O tych fuczkach – jakoby bieszczadzkiej specjalności – nigdy w życiu nie słyszałem. Placki kartoflane z kapustą czy coś w tym rodzaju... jadłem „przez grzeczność”, bo cały czas siedziały mi w głowie bilety na połoniny i na turystyczne szlaki w ogóle! Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby teraz chodzić po górach??? Przecież to powinna być rozrywka dla biedaków! Dla biednych studentów! Parę konserw do plecaka i hajda w góry!

Gdzie się podziało słynne „rzucę wszystko i pojadę w Bieszczady”??? Hola, hola – nie tak prędko! A pieniądze masz?

Jasne, rozumiałem, że trzeba utrzymywać szlaki, poprawiać ścieżki, malować je na drzewach i skałach i ktoś to musi robić, ale w mojej PRL-owskiej głowie cały czas tkwiło przekonanie, że to jest sprawa „państwa”!

„Państwo” zrobi to i tamto i w ogóle prawie wszystko, a do tego powinno wyleczyć mi zęby, dać lekarstwa, zapłacić za szkołę, wakacje, przejazdy kolejowe itd., itp.

Taki sposób myślenia jest niesłychanie trudny do wykorzenienia! I tak właśnie było ze mną!

Ale pomimo tego, że wszystko to sobie jasno tłumaczyłem, było mi jakoś żal! Po raz nie wiadomo który dochodził do mnie oczywisty fakt, że to są nowe czasy! Inne czasy!

Jednym ze znaków, które świadczyły o tym aż nadto dobrze, był obrazek, który widzieliśmy po drodze. Otóż jakiś czas później jechaliśmy małą, wiejską drogą z Sanoka do Ulucza. Piękna trasa wijąca się wzdłuż Sanu, wśród pachnących pól, wolno człapiących furmanek i rzadko rozrzuconych gospodarstw. I tam wzdłuż drogi szła dziewczyna z ogromną, piękną torbą Michael Kors! Była boso, bo szła poboczem, wśród traw, po miękkiej, miłej, ciepłej ziemi. Była boso, ale na ramieniu wisiała jej wielka, modna torba! Gdyby nie moja Żona – nigdy bym na to nie zwrócił uwagi – ale faktycznie - wyglądało na to, że ta torba Korsa była symbolem zmian!

Trochę później miałem się o tym przekonać jeszcze wyraźniej.

W Uluczu jest przepiękna cerkiew, ale wieś ma krwawą przeszłość, o której za moich młodych lat nikt nie mówił. Wszystko było wtedy zbyt świeże i nowe i niezabliźnione rany ciągle jeszcze krwawiły. Wydarzenia 1946 roku wbiły się w pamięć ludzką i bez żadnej przesady „nienawiść zatruła krew pobratymczą”.

Ale tak jak powiedziałem – nikt wtedy nic nie mówił ani nie wspominał. Jeszcze w pięćdziesiątych latach, a pewnie i później wszędzie było pełno broni. Po sąsiekach, studniach, stajniach i drewutniach trzymano zachowaną wojenną broń, bo „może się przyda”. Nigdy nic nie wiadomo!

Mężczyźni w długich butach, bryczesach i skórzanych kurtkach stali pod kościołem, gospodą czy na rynku i palili. Wszyscy się znali.

Jeśli ktoś coś wiedział, to trzymał dla siebie.

Tak było wszędzie na Podkarpaciu.

Właśnie jechaliśmy przez ten Kraj. Mój Kraj. Tu wszędzie czułem się dobrze, bo wszyscy mówili tym samym, śpiewnym językiem i oddychali tym samym powietrzem.

Opublikowano w Teksty

„Ja jestem dobrym pasterzem – dobry pasterz daje życie swoje... za owce.”

25 lat minęło, odkąd z łaski Boga ustala się przed Tobą, Ojcze Mirosławie OMI – ta święta, ale piękna droga, a na niej Twe mozolne i trudne kroki i ten cel wspaniały – tak podniosły i wysoki, dar i tajemnica – z Bogiem wszystko jest możliwe. Każdy jubileusz jest źródłem wdzięczności za otrzymane łaski, hojność darów Bożych, a kapłaństwo – to dar szczególny, gdzie błogosławieństwa, którymi jest obdarowywany kapłan, są niezliczone. Nie ma większego sposobu, by podziękować Bogu – jak sprawowanie św. Eucharystii.

W niedzielę, 17 czerwca 2018 r., w parafii św. Apostołów Piotra i Pawła w Welland w Ontario, w czasie uroczystej, dziękczynnej św. Eucharystii swój srebrny jubileusz 25 lat święceń kapłańskich celebrował o. Mirosław Olszewski OMI wraz z ogromną rzeszą wiernych parafian, znajomych, przyjaciół – tłumnie przybyłych z Welland, Toronto, Mississaugi, St. Catharines i polskich Kaszub (Wilno) na tę niecodzienną uroczystość. Nie zapomnieli o swoim byłym proboszczu w dniu srebrnego jubileuszu 25 lat święceń kapłańskich i parafianie z Toronto i licznie dopisali. Po raz już trzeci z kolei do Welland przybył w niedzielę autobus wypełniony wiernymi z parafii św. Stanisława Kostki na Denison w Toronto, gdzie w latach 2012–2014 o. Mirosław posługiwał jako proboszcz tej parafii. W latach 2005–2011 o. Mirek był proboszczem w parafii Matki Bożej w Wilnie na Kaszubach, później przez rok (2011–2012) w parafii św. Kazimierza w Toronto, skąd został przeniesiony do parafii św. Stanisława Kostki na Denison.

Niedzielna św. Eucharystia została zainicjowana pieśnią „Barka” śpiewaną w jęz. angielskim i uroczystym wejściem do ołtarza 12 kapłanów w asyście Rycerzy Kolumba, którzy włączyli się wraz z o. Mirosławem w hymn wdzięczności Bogu za 25 lat jego kapłaństwa. Byli to ci współbracia, którym niedzielne obowiązki w parafiach nie przeszkodziły w przybyciu i pozwoliły na uczestnictwo i celebrację św. Eucharystii: biskup diecezji Saint Catharines – Gerard Paul Bergie; o. prowincjał Alfred Grzempa OMI, o. Jacek Nosowicz OMI (współkursanci o. Mirosława z czasów spędzonych w Obrze); o. Antoni Degutis OMI, o. Janusz Błażejak OMI, o. Wojciech Kurzydło OMI, o. Christopher Pulchny OMI, o. Adam Filas OMI, o. Paweł Ratajczak, o. Rudy Nowakowski OMI, ks. Mervin Coulasa oraz brat Tadeusz Orzechowski.

Liturgii dziękczynnej przewodniczył sam jubilat – o. Mirosław Olszewski OMI, wraz z biskupem G. Bergie i o. prowincjałem Alfredem Grzempą i o. Jackiem Nosowiczem oraz dziewięcioma pozostałymi kapłanami. Dwujęzyczną homilię – w języku polskim i angielskim – pochwałę sakramentu kapłaństwa Chrystusa i prawdziwej... przyjaźni, za którą otrzymał owację na stojąco, wygłosił o. Jacek Nosowicz OMI. Kazanie o. Jacka skierowane było w dużej mierze do ojca jubilata i współbraci kapłanów obecnych na tej Eucharystii. O. Jacek podkreślił, czym jest służba kapłańska – dar i tajemnica – dla tych wybranych i posłanych do winnicy Pańskiej, w najpiękniejszym i najważniejszym dziele – zbawienia dusz, i czym jest sam fakt, że kapłan zakonnik nie żyje tylko dla siebie, tylko nieustannie służy Bogu i ludziom, prowadząc wiernych za Chrystusem.

– Powołałeś nas, Panie, bo sprawy boskie splatają się z ludzkimi, trudna będzie moja droga, oby się na niej nie przestraszyć, nie zwątpić i nie uciec, na tej drodze jako kapłan nie jestem sam – prowadzi mnie kochający Bóg Ojciec, a obok są przyjaciele – współbracia, zakonnicy oblaci i dobrzy ludzie, których nie brakuje, gdziekolwiek jestem!

Dziś dziękujemy dobremu miłosiernemu Bogu, za to że Najwyższy Kapłan – Jezus Chrystus, i najlepsza z matek – Maryja Niepokalana, prowadzą nas tu obecnych wspólnymi ścieżkami kapłańskiej wędrówki misjonarza, przez Afrykę, Polskę, Kanadę, i nam błogosławią w tej apostolskiej działalności, i jest dla każdego z nas źródłem radości i spełnienia – słowa o. Jacka. – W kapłaństwie tkwi ciągłe odniesienie do Chrystusa. A w Nim jest wszystko. Co zrobić, by wytrwać w kapłaństwie? Żyć w stanie łaski uświęcającej, żarliwie modlić się, mieć żywą relację z Chrystusem i miłość do każdego człowieka, utrzymywać wspólnotę i przyjaźń z innymi kapłanami współbraćmi. Naszym szczęściem jest naśladowanie Chrystusa i radość zjednoczenia z Nim. I nasza prawdziwa przyjaźń – to nam daje radość życia. Tylko Bóg jest źródłem radości i nadziei człowieka.

Ojciec Jacek, zwracając się bezpośrednio do o. Mirka, przywołał słowa św. Jana Pawła II z książki „Dar i tajemnica” o powołaniu kapłańskim, które jest wielkim darem i nieskończenie przerasta człowieka – „Kapłaństwo jest darem wielkości, który czujemy, jak bardzo do niego dorastamy”.

Mocno zabrzmiały też w czasie tej Eucharystii słowa św. Jana Vianneya – niezrównanego wzoru kapłańskiej gorliwości i pracowitości, oraz ks. Jana Twardowskiego i jego wiersz podany przez o. Jacka Nosowicza OMI w języku angielskim. „Własnego kapłaństwa się boję / Własnego kapłaństwa się lękam / I przed kapłaństwem w proch padam / I przed kapłaństwem klękam.” Tę św. dziękczynną liturgię uświetnił też swą obecności chór parafialny z parafii św. Apostołów Piotra i Pawła, gdzie obecnie od prawie czterech już lat o. Mirosław posługuje, oraz obecność Rycerzy Kolumba.

Po Eucharystii odbył się bankiet w wyremontowanej kompletnie przez o. Mirka sali parafialnej. Parafianie z Welland i wszyscy tu obecni włożyli wiele serca, by ten dzień był szczególnie uroczysty. Pięknie przybrane stoły, wspólna modlitwa zainicjowana przez ks. biskupa Bergie na początku bankietu, liczne słowa życzliwości, wspólne oglądanie na ekranie zdjęć z życia o. Mirka, gdzie zachwycały szczególnie te z czterech ostatnich lat, chwile spędzone w odnowionej i wyremontowanej sali parafialnej, plebanii i obejściu kościoła w Welland (różany ogród o. Mirka, założone ogrzewanie w kościele oraz klimatyzacja, naprawiony dach), i zdjęć z przeszłości – tej z misji w Kamerunie, pośród Pigmejów w diecezji Yokadouma, i fotografii ze stażu pastoralnego odbytego w RPA, w diecezji Durban. Zdjęcia oraz towarzysząca im narracja pokazały raz jeszcze ogromny dorobek i dziedzictwo tego niestrudzonego, pokornego, cierpliwego, obdarzonego wieloma charyzmatami kapłana-misjonarza oblata, pełnego wciąż nowych pomysłów na misjonarzowanie.

Niech Jego ofiarna praca całym swym życiem, dbałość i troska o parafie będzie inspiracją dla innych.

Ojcze Mirosławie, dziś cieszymy się razem z Tobą i życzymy dalszych sukcesów na niwie głoszenia Dobrej Nowiny. Wszyscy kochamy Cię – szczęść Boże, z pamięcią w modlitwie.

Bożena S.-Z., parafia św. Kazimierza w Toronto

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 29 czerwiec 2018 16:19

Jak to robią Włosi…

NiemczykJanuszNiemalże każda społeczność etniczna mieszkająca w Ontario organizuje z okazji swojego święta wciągnięcie na maszt swojej narodowej flagi przy parlamencie prowincji Ontario. W tym roku pierwszego czerwca odbyło się przy budynku parlamentu Ontario wciągnięcie flagi włoskiej.

Ta uroczystość jest tego samego dnia co roku organizowana w celu upamiętnienia zjednoczenia Włoch i utworzenia republiki. Te dwie daty nakładają się na siebie. Zjednoczenie Włoch nastąpiło w 1861 roku, a więc 157 lat temu, a utworzenie republiki w maju 1946 roku, 72 lata temu. Od 1961 roku do 1946 roku Włochy były monarchią, w której formalnie władzę sprawował król.

Poszedłem na tę uroczystość powodowany tym, że chciałem zobaczyć, jak organizują to Włosi, żeby móc porównać naszą uroczystość wciągnięcia flagi przy budynku parlamentu Ontario, organizowaną przez Polonię, z tą organizowaną przez Włochów. Drugi powód, dla którego tam poszedłem, był związany z ostatnimi wyborami do sejmu Włoch, które miały miejsce w kwietniu br., a w których najwięcej głosów zdobyły dwie partie, które są przeciwko przyjmowaniu imigrantów, oraz partia sceptycznie nastawiona do utrzymania Włoch w systemie walutowym euro. We Włoszech jest wiele partii i każde wybory kończą się powołaniem rządu koalicyjnego. Z kolei ten rząd koalicyjny jest akceptowany i powoływany przez prezydenta kraju. Takie rozmowy koalicyjne i akceptacja nowego rządu przez prezydenta trwały nieraz w przeszłości powojennych Włoch po kilka miesięcy. W tym roku, po tych wyborach, większościowy udział miały właśnie te dwie względnie nowe partie, z których jedna jest bardziej eurosceptyczna, a druga bardziej antyimigracyjna.

Kluczem do powołania rządu jest prezydent Włoch. Na prezydenta Włoch, żeby tego eurosceptycznego i antyimigracyjnego rządu nie powołać, naciskali komisarze Unii Europejskiej, czyli faktycznie Niemcy, dlatego powołanie rządu Włoch przez prezydenta się przeciągało. Do soboty rano, czyli do dnia uroczystości wciągnięcia flagi przed parlamentem Ontario, rząd Włoch nie został powołany. Wychodząc z domu, nie wiedziałem jeszcze o tym, bo nie sprawdziłem tych informacji w Internecie, więc poszedłem z oczekiwaniem, że w czasie przemówień może usłyszę coś ciekawego na temat powołania nowego rządu. Okazało się, że z wyjątkiem jednej z kilku przemawiających osób nikt nie wypowiedział się na temat nacisków zagranicznych i problemów związanych z powołaniem nowego rządu. Zresztą ta osoba, która się wypowiedziała na ten temat, powiedziała tylko jedno zdanie: „Jaką wielką przeprawę miały Włochy w ciągu ostatnich paru tygodni z powołaniem nowego rządu”. Próbowałem później, po przemówieniach, zagadnąć Włochów na temat powołania nowego rządu, mówiąc im, że w Polsce dużo się na ten temat mówi i pisze i że wiele osób w Polsce jest zaskoczonych tym, że Niemcy pozwolili sobie na ingerowanie w sprawy trzeciej co do wielkości gospodarki w Unii Europejskiej, ale Włosi nie reagowali na moje wypowiedzi. Nie ciągnęli dyskusji. Wyrażali jedynie zaskoczenie, że w Polsce się o tych sprawach pisze i mówi.

Jeśli chodzi o samą organizację imprezy, to było około 200 osób. Biorąc pod uwagę, że społeczność włoska w Ontario jest kilkakrotnie większa od społeczności polskiej, to nie można powiedzieć, że przyjechała proporcjonalna liczba osób, bo na polskiej uroczystości było w tym roku ponad sto osób. Na uroczystości wciągnięcia flagi Włoch było kilkunastu mężczyzn przebranych w mundury Republiki Włoskiej, włoskich policjantów, włoskich żołnierzy. Pełnili oni straż honorową przy maszcie. Na uroczystości polskiej byli harcerze i panie z Koła „Nadzieja”.

Włosi, przewidując chyba, że większość osób na tej uroczystości to będą ludzie starsi, wypożyczyli krzesła, które zostały przywiezione ciężarówką. Większość osób mogła sobie więc usiąść i wysłuchać przemówień oraz hymnu włoskiego. Wszystko to trwało nie dłużej niż uroczystość wciągnięcia polskiej flagi, jakieś 45 minut.

To, co było miłe u Włochów, to że zamówili oni catering i każdy z obecnych mógł się pożywić. Catering miał rozbity namiot, z którego serwowano fasolkę z grochem, tort, lody, no i wodę butelkową. Włosi, jak usłyszałem z prowadzonych rozmów, mieli tego samego dnia kilka podobnych imprez w kilku innych miejscach w celu uświetnienia rocznicy ustanowienia republiki. Część osób spod parlamentu wsiadła w samochody i udała się na te inne uroczystości.
W trakcie spożywania posiłku podszedłem do obecnego konsula generalnego Włoch w Toronto i pokazałem mu „Gońca” ze zdjęciem pani minister Anders. Zapytałem konsula, czy nazwisko Anders coś mu mówi. Odpowiedział, że nie. Powiedziałem mu, że ojciec pani Anders był dowódcą polskiego korpusu, który zdobył Monte Cassino i który wyzwalał Włochy. Pan konsul od razu skojarzył nazwisko, osobę i wydarzenie. Zapytał ze zdziwieniem: „Więc pani Anders jest córką generała Andersa?”. Powiedziałem, że tak, i że jest odpowiedzialna za stosunki międzynarodowe w rządzie polskim. Pan konsul chętnie zrobił sobie ze mną zdjęcie, co było bardzo miłym elementem dla mnie kończącym tę uroczystość.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Teksty