Goniec

Register Login

piątek, 13 lipiec 2018 14:04

Byłem w Polsce (14)

Braniecki1918 01Każde miejsce w tych okolicach przywoływało jakieś wspomnienia i prawdę mówiąc, czułem się nimi przytłoczony, bo jakże w ciągu paru chwil wszystko ogarnąć, opanować falę odczuć i wzruszeń?

        Tu było to, a tu tamto, a jeszcze dalej paliłem ognisko, piekłem ziemniaki itd., itd. Chciałem też spotkać dawnych kolegów, zobaczyć, jak wyglądają, ale zaraz potem przyszła do mnie myśl, że może nie żyją, może wyjechali tak jak ja i w szerokim świecie ślad po nich zaginął.

        Trochę na chybił trafił zapytałem o jednego z nich. To było, jeszcze zanim dojechaliśmy do miasteczka. Niedaleko stąd mieszkał Stasio, z którym znałem się od najwcześniejszych lat. Nazywałem go wtedy Stasio Przyjemniasio. W gruncie rzeczy to były tylko takie wczesnodziecięce zabawy – coś jak znajomość z piaskownicy, tyle tylko, że w naszym przypadku piaskownicy nie było. On tego „Przyjemniasia” nie lubił i rzucał się do bitki, a ja, prawdę mówiąc, ani wtedy, ani potem nie wiedziałem, skąd się to przezwisko wzięło.

        Zobaczyłem chłopca, który naprawiał motor na skraju drogi. Koło siebie miał rozrzucone narzędzia. Zatrzymałem się i spytałem, gdzie mieszka Stasio.

        – To pan pyta o Stanisława S.?

        – No tak, oczywiście – poprawiłem się – bo bezwiednie zapytałem o Stasia, a przecież dla tego młodego chłopca to nie był żaden Stasio, tylko Stanisław!

        – A to tam – ten biały dom pod górą – pokazał ręką.

        Dom stał u stóp zbocza zwieńczonego linią lasu. Przed domem siedziała starsza kobieta i obierała jabłka na kompot. Kury dziobały rzucane im od czasu do czasu skórki. Na ścianach domu zwieszało się kapryfolium, a trochę dalej rosły rzędy winorośli z pięknymi gronami białych winogron.

        Dom wyglądał na zasobny. Wszędzie widać było gospodarską rękę, ład i porządek. Po drugiej stronie obszernego podwórza zobaczyłem dwie wielkie stodoły, a w ich otwartych wierzejach... sylwetkę jakiegoś trucka!

        – Dzień dobry – przywitałem starszą kobietę – nazywam się Marcin Baraniecki i chciałem się zobaczyć...

        – Panno Przenajświętsza! Czy to możliwe? Pan Marcin?

        – Jaki tam pan – proszę do mnie mówić tak jak kiedyś...

        – A co też mówi?! Co mówi? Ale pewnie do Stasia, co?

        – No tak, jeśli jest w domu...

        – W domu to nie... ale niech popatrzy – on tam na polu robi – o tam, tam...

        Na rozległym stoku widać było postać, która z odległości domu wyglądała jak mały, czarny żuk. Wielkie pole i mały Staś!

        – On zara zejdzie na obiad... Niech poczeka, usiądzie, może co podać? Kompotu słodkiego?

        Było w tych pytaniach tyle ciepła i serdeczności, że poczułem ściśnięcie gardła.

        Koło południa, gdy z odległego kościoła rozległ się głos dzwonu na Anioł Pański, Staś zszedł z pola. Niski był i zgarbiony i prawie nie do poznania, tylko oczy miał te same, takie jakieś „milusie”. Pewnie stąd się wziął ten „Przyjemniasio”. Ale nawet nie pomyślałem, żeby tak się do niego odezwać.

        Gadaliśmy i gadali, bo przecież sześćdziesiąt lat było do przegadania, powspominania i roztrząsania. Jedno tylko mnie zdenerwowało, ale akurat na to nie było rady. Otóż zwracał się do mnie tak jak jego mama w trzeciej osobie i chociaż parę razy go napominałem, żeby się nie wygłupiał i mówił do mnie po imieniu, to on śmiał się tylko „przymilnie” i mówił:

        – A Marcin to zawdy taki jak wprzódy! Każdą razą cosik do śmichu powi!

        I co było gadać?

        A tymczasem mama postawiła na stole obiad.

        Staś przeżegnał się szeroko, ja naturalnie za jego przykładem także i zaczęliśmy jeść spokojnie, nieśpiesznie i w ciszy, bo w tych stronach posiłek to prawie tak jak modlitwa.

        Mama – jak to z kobietami u nas zawsze bywało – krzątała się koło kuchni. A to barszcz przesunęła dalej od ognia, a to kapustę pomieszała, a to pierogi czymś polała, ale usiąść, nie siadała... Uśmiechała się tylko i cały czas tłumaczyła, że gdyby wiedziała, że taki gość, toby jaką kaczkę zabiła i rosołu nagotowała i ciastek napiekła, a tak to co – ino taki bidny obiad z pierogami, dobry dla Stasia przy robocie, ale dla gościa to zdałoby się cosik lepszego, jakieś mięso i tak dalej, i tak dalej!

        Staś mieszkał z mamą. Wspomniał, że jest żonaty, ale niedużo o tym mówił, a ja nie chciałem pytać, bo przecież wiadomo, że każdy ma jakieś miejsce, które boli i tykać go nie lubi. Gospodarka była wzorowa, bo oprócz pola i wielkiego kawału lasu był i staw z rybkami, para koni plus ładny wałach pod wierzch, krów chyba z osiem, świnek, kur, kaczek i różnego drobiazgu pełno. Po podwórku przechadzał się bocian, który utykał, więc nie odleciał z innymi i został u Stasia na łaskawym chlebie.

        Co dla mnie było najważniejsze, to ten stojący w stodole truck.

        – Stasiu, a co to za ciężarówka stoi w stodole? Może byś ją pokazał, co? Wiesz – przez tyle lat kierowcą byłem, to zawsze mnie ciągnie.

        – A pójdźmy.

        Nie mogłem oderwać oczu. Star 244 z dwoma napędami. Przeszło dwudziestoletni, ale zdrowy jeszcze jak rydz i jak Staś mówił, nieoceniony w gospodarce i w ogóle na wsi.

        – Ile ja materiałów ludziom na budowy nawiózł! Ile pustaków, cementu, cegły, papy... A drzewo z lasu, a żwir z Sanu, a deski, a tregry stalowe... Star wszystko przetrzyma!

        Widać było, że kocha swój wóz.

        – No to po co konie? – pytałem.

        – Ta co takiego? A czy to starem zaorze, albo zabronuje?

        Wyjechaliśmy obładowani winogronami.

        Jak się okazało, parę lat wcześniej Staś był na robocie w Niemczech, potem pojechał jeszcze do Holandii, wrócił, był na pielgrzymce w Rzymie, a nawet z modlitewną grupą w Fatimie. Jednym słowem, przetarł się trochę po świecie. Mówił, że prawie z każdego domu w okolicy ktoś gdzieś jechał, pracował na budowie czy na holenderskim albo francuskim polu, uciułał trochę pieniędzy, a potem wracał do siebie i stawiał dom.

        To już nie były czasy starego stolarza Jakuba, który w ciągu całego życia raz tylko jeden, jedyny wyjechał w daleką podróż do Przeworska!

        To była cały czas ta sama wieś, ale jakżeż inna, otwarta na świat, prężna, młoda, a przede wszystkim zamożna.

        A przecież to były jedne z najbiedniejszych regionów Kraju. To była Polska B! A jednak! Zaraz też przyszła mi do głowy myśl, że skoro tu jest tak zasobnie, to jak musi być, powiedzmy, w Poznańskiem, gdzie zawsze było bogaciej, tłuściej i syciej!

        Byłem zachwycony.

        I z tym zachwytem w głowie i słodkimi winogronami w brzuchu dojechaliśmy do mojego domu, który nie był już moim domem, a obejście moim obejściem, a gazon moim gazonem.

        Tylko stary, odwieczny dąb szumiał tak samo jak za moich dziecinnych lat. Świadek tylu pokoleń, wydarzeń, zmian, wojen, buntów i dziejowych zawieruch. Pod tym dębem bawiłem się jako dziecko, potem witałem go, ile razy przyjeżdżałem na wakacje, a jeszcze później chodziłem z moim najstarszym synem, gdy pod koniec lat siedemdziesiątych przyjechaliśmy z krótką wizytą.

        Sam dom przeznaczony był teraz na dom opieki dla dzieci pochodzących z rodzin pozbawionych władzy rodzicielskiej. Odnowiony i wzorowo prowadzony, pełnił teraz funkcje opiekuńcze.

Opublikowano w Lektura Gońca

W dniach 30 czerwca – 2 lipca  Rodzina Radia  Maryja  uczestniczyła w  20. polonijnej  pielgrzymce do amerykańskiej Częstochowy w Doylestown w Pensylwanii.

        Pielgrzymka  przebiegała pod  hasłem „Polska miłością wskrzeszona“ – dziękując  Panu Bogu za 100. rocznicę odzyskania  niepodległości przez Polskę.

        Na tę specjalną uroczystość z Polski przybyli  abp Wacław Depo z Częstochowy, o. dyrektor Tadeusz Rydzyk, o. Jan Król, byli obecni o. Zbigniew Pieńkos  z Chicago i o. Jacek Cydzik z Toronto.  Przeor sanktuarium Matki Boskiej Częstochowskiej w amerykańskiej Częstochowie przywitał bardzo serdecznie przybyłych gości. Eucharystia była celebrowana przez 14 kapłanów – pod przewodnictwem abp. Wacława Depo, który wygłosił piękne patriotyczne kazanie. Pielgrzymi z Ameryki i Kanady słuchali w wielkiej zadumie. Przed Mszą św. odbył się uroczysty koncert patriotyczno-religijny w wykonaniu chóru i zespołu muzycznego pod dyrekcją Zbigniewa Blicharza z sanktuarium św. Jana Pawła II w Lombard.

        W tym specjalnym dniu została poświęcona pamiątkowa tablica w przedsionku kościoła, dedykowana o. Lucjanowi Królikowskiemu OFM. –  obecnemu wśród nas. Ojciec Lucjan, liczący już 99 lat, uratował życie polskim dzieciom, które ucierpiały w czasie II wojny światowej – przeprowadzając 150 dzieci do Kanady.

        Wielką radością była obecność Ojca Dyrektora Tadeusza Rydzyka, który serdecznie pozdrowił całą Polonię, dziękując za wszelkie wsparcie, i zapowiedział  już nowe dzieło, Muzeum Pamięć i Tożsamość im. św. Jana Pawła II.

        Była to wspaniała, podniosła uczta duchowa. Po uroczystości udaliśmy się na obiad do pobliskiej „kafeterii”, gdzie pielgrzymi mogli się spotkać z rodziną i  przyjaciółmi.

        Następnego dnia w drodze powrotnej nawiedziliśmy piękną gotycką katedrę św. Szczepana w Perth Amboy – gdzie uczestniczyliśmy we Mszy św., którą sprawował nasz opiekun o. Jacek Cydzik.

        W czasie „niekrótkiej“ podróży odbyliśmy swoiste rekolekcje. Dziękuję o. Jackowi  za prowadzenie modlitw, za przypomnienie nam historii Polski, przepiękne katechezy, za śpiewanie pieśni patriotycznych, filmy, za to że z nami był.

        Był również czas na podziwianie ślicznego – górzystego krajobrazu w Pensylwanii. Myślę, że wszyscy pielgrzymi wrócili  wzmocnieni duchowo  i zadowoleni. Pozdrawiam wszystkich serdecznie  i zapraszam już na pielgrzymkę w 2019 r.

Joanna Strzeżek

Opublikowano w Życie polonijne
niedziela, 15 lipiec 2018 07:46

FESTIVAL VILLAGES W BRANTFORD A.D. 2018

To już 45 lat, jak w tej Polskiej Hali prezentujemy Polskę, polską organizację i polską kulturę. Z tej okazji dziękujemy przybranej ojczyźnie, Kanadzie, za przyjęcie nas do mozaikowej wspólnoty narodowościowej.

        Polska, która obchodziła 1050. rocznicę chrztu, nadal istnieje i w tym roku obchodzi 100. rocznicę odzyskania niepodległości. Village Polonaise to nie tylko nazwa, to organizacja, która w mieście Brantford od 85 lat jest zauważalna i czynna, przyczyniając się do rozwoju kanadyjskiego życia w zakresie kulturowym, gospodarczym i edukacyjnym. Polskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy utrzymuje dziedzictwo naszej kultury narodowej, prowadzi Zespół „Hejnał”, Klub Seniora, Koło Pań, Klub Sportowy oraz Szkółkę Polską.

        Polskie Towarzystwo Wzajemnej Pomocy liczy ponad 300 członków, a prezesem w 2018 roku jest Ed Chrzanowski.

        W tym roku zaprezentowano wszystko, co jest zaszczytne dla organizacji, Polonii i Kanady. Szczególnym akcentem były występy artystyczne zespołów polonijnych, wystawa oraz kuchnia polska prowadzona przez mistrzynie kulinarne. Dzieliliśmy się z gośćmi naszymi osiągnięciami w tych dniach, ale zapraszamy wszystkich do naszej Hali przez cały rok na imprezy oraz kuchnię polską. I zachęcamy wszystkich – zostań członkiem naszej organizacji! A jak przebiegało to wielokulturowe święto w tym roku, można przeczytać i zobaczyć poniżej.

        4 lipca nastąpiło uroczyste otwarcie Polskich Dni na festiwalu Villages w Brantford z udziałem mera miasta Chrisa Friela, posła do parlamentu Phila McColemana oraz nowego MPP Willa Boumy. W krótkich przemówieniach wychwalali naszą Halę i podkreślali stały rozwój organizacji.

        Był to pracowity okres przygotowawczy dla czterech dni festiwalu. Village chairman Teresa Percival wykazała kunszt organizacyjny, tak jak co-chairman John Styś i John Król. Village mayor Frank Wdowczyk idealnie wywiązał się ze swojej roli. Od 45 lat wita w progach PTWP gości i nie myśli przejść na emeryturę. Ambasador Jessica Paczkowski to urocza studentka, która angażuje się w życie polonijne. Funkcję MC tradycyjnie pełnił John Wdowczyk i Jordan Percival, również dobrze zapowiadający się działacz i członek organizacji. Jej historię przedstawił wszystkim John Król. Program artystyczny przedstawiła Dianne Wdowczyk-Meade – będąc członkiem zespołu tanecznego od urodzenia, nadal z sukcesem prowadzi zespoły artystyczne, które są dumą organizacji, szczególnie najmłodsi, w wieku od 3 lat, którzy z pasją prezentowali swe walory artystyczne. Przy pełnej Hali codziennie podziwiano występy Zespołu „Hejnał” i „Polonez” z Hamilton. Specjalne zasługi położyła Jadwiga Kędzior z Polish Ladies Club, mistrzyni kulinarna, wraz z zespołem wolontariuszek, bez których nie byłoby sukcesu.

        Wszystkim gościom i sympatykom dziękujemy za przybycie, poparcie i sponsorstwo.

        Opr. i foto John Król

Opublikowano w Życie polonijne

Nasza „solidarnościowa” emigracja z lat 80. powoli przechodzi na emeryturę, niedawno aktywną pracę zawodową zakończył w zakładach Bombardiera Andrzej Wierus i stąd poniższa rozmowa…

Andrzej Kumor: Panie Andrzeju, można gratulować emerytury?

Andrzej Wierus: Myślę, że tak, bo wyszedłem o własnych siłach z tego zakładu (śmiech) i mam marzenia na kolejnych kilkanaście lub kilkadziesiąt lat do spełnienia.

– Szybko minęło, te czterdzieści lat, które Pan tu pracował?

– Bardzo szybko, choć w Bombardierze pracowałem tylko 13 lat. Zacząłem swoją karierę w tym sektorze gospodarki, czyli budowaniu samolotów, w 86 roku, ale z McDonnell Douglas, który później został kupiony przez Boeinga, więc u nich byłem 13 lat i 13 lat w Bombardierze.

– Proszę powiedzieć jak się Pan znalazł w Kanadzie i dlaczego?

– Znalazłem się w Kanadzie, bo opuściłem kraj w 81 roku, 5 października, i poprzez Austrię, bo taka była możliwość, przez Waldhausen, przyjechałem do Kanady na zaproszenie swojego wujka, Jurka Burskiego i cioci Krysi. Dotarłem do Kanady 5 maja 1982 roku.

– Ile miał Pan lat wtedy?

– Miałem 28 lat i byłem w piku swoich możliwości, ale jakoś nie zwrócono na mnie uwagi w Kanadzie i niestety, moje pierwsze prace nie były związane z moim zawodem.

– To proszę zacząć od tego, dlaczego Pan wyjechał i jaki ma Pan zawód.

– Jestem inżynierem górnictwa, kończyłem Akademię Górniczo-Hutniczą. Wielu moich kolegów też zawitało tu, do Kanady, między innymi Władek Lizoń i jeszcze kilku innych, wszyscy jakoś znaleźli swoje miejsce, są bardzo „successful” w swoich biznesach. Ja natomiast szukałem pracy w górnictwie, bo tylko to umiałem i przede wszystkim kochałem tę pracę, kochałem ludzi, którzy pracują w górnictwie.

– Myślał Pan o górnictwie węglowym?

– Myślałem o górnictwie węglowym w Kanadzie. Miałem już nawet pracę zapewnioną w Falconbridge – to zupełnie niewęglowe górnictwo – ale w 82, jak tutaj dojechaliśmy, to ci ludzie, którzy mogli mi coś pomóc, sami byli bez pracy. I górnictwo praktycznie w Kanadzie nie stanęło na nogi od tamtego okresu. Więc pracowałem w różnych zawodach, jako elektryk, jako hydraulik, jako ustawiacz maszyn, aż dostałem się do McDonnell Douglas w 86 roku.

– Dlatego że Pan chciał, że była taka okazja?

– Tak. Wykształcenie i znajomość techniczna im bardzo odpowiadały, natomiast mój język angielski nie był, powiedzmy, „up to par” i również „transferable skills”, takie jak „human skills”, współpraca z ludźmi itd., też im nie odpowiadały, więc nie dostałem pracy jako „supervisor”, dostałem pracę po prostu „na podłodze produkcyjnej”, na produkcji. I stamtąd krok po kroku starałem się i dostałem do biura inżynieryjnego McDonnell Douglas, później zakład został przejęty przez Boeinga i dla Boeinga pracowałem kolejne dwa lata, do roku 2000.
Od 2000 do 2006 robiłem różne rzeczy, żeby przetrwać. Jeździłem nawet truckami, bo to legendarne, marzenia młodzieńcze były u mnie też, i dopiero w 2006 Bombardier się odezwał i zaprosił mnie na „interview”. I tak się zaczęła przygoda z Bombardierem. Byłem bardzo zadowolony, że mogłem pracować w zakładzie, który wypuszcza konkretny, już gotowy produkt.

– Tu się składa samoloty?

– Tu się składa i one stąd odlatują.

– Jakie modele samolotów Pan budował?

– Od początku tutaj byłem związany z Globalem, to jest duży, prywatny jet, samoloty odrzutowe, które mieszczą od 8 do 16 osób w zależności od konfiguracji i są perłą Bombardiera. Obecnie najnowszy, 7000, ma cztery strefy, tzw. living areas, ma bedroom, ma dining room, ma salon i gabinet operacyjny.

– To są takie samoloty, których my nie znamy, to są samoloty dla ludzi szczególnych?

– Tak, dokładnie. Dla tych ludzi, których stać na 80 mln plus zabawkę tego typu.

– Co pan robił teraz, przed emeryturą, na jakim stanowisku Pan pracował?

– Pracowałem „na podłodze” jako „assembler”, operator robota. W tej chwili wszystkie linie są skomputeryzowane i wymagają pewnych „skills”, które miałem, „transferable skills”, kiedyś również kończyłem George Brown College, „computer repair and installation”.

– Czyli Pan, praktycznie rzecz biorąc, jest człowiekiem wielu profesji i z tego, co wiem, również wielu zainteresowań, bo także Pan występuje w zespołach artystycznych, to znaczy teraz w kolejnym już zespole?

– Tak. Jeśli chodzi o życie polonijne, to właściwie tylko i wyłącznie działalność w zespołach śpiewaczych, takich jak „Harfa”, „Agnus Dei”, „Art-bis”, a ostatnio nawet założony przeze mnie i Teresę Klimuszko zespół „Polskie Klimaty”.

– Jak Pan ocenia nasze życie polonijne tutaj, bo jedni narzekają, inni chwalą, jedni mówią, że tutaj jest to życie polskie intelektualne rozwinięte w porównaniu z innymi skupiskami polonijnymi, jak Pan ocenia to nasze środowisko z perspektywy właśnie tych kilkudziesięciu lat mieszkania w Kanadzie?

– Panie Andrzeju, myślę, że mamy ogromny potencjał, choćby z tego powodu, że 180 czy 200 tys. Polaków mieszka w rejonie GTA. I prawdę mówiąc, nie samą pracą człowiek żyje i sutym kontem w banku. Co przynosi radość w życiu, to właśnie dawanie. I jeśli mógłbym dać taką radę Polakom tutaj – proszę być zaangażowanym, proszę wybrać sobie jakąkolwiek dziedzinę, w każdej dziedzinie można pomóc, można coś zrobić, i będzie nam się o wiele lepiej żyło.

– A stosunek do Polski, to znaczy do tego kraju, który przecież wszyscy gdzieś tam mamy w sercu, nawet ci, którzy na tę Polskę niesamowicie narzekają, to jednak robią to w większości przypadków z miłości? Jak to jest z tą Polską u Pana?

– U mnie? Ja kocham Polskę, kocham ten naród. Zostałem wychowany w duchu patriotycznym i jeśli istnieje możliwość podparcia stanowiska obecnego rządu, to zawsze popieram. Może nie całkowicie, bezmyślnie, ale niestety, nie ma innej siły, która mogłaby pomóc nam przetrwać.

– Mówi Pan o powrocie do polityki historycznej polskiej, do tego, że wreszcie Polacy poczuli się dumni, do tego, że ten rząd jak gdyby zaczął stawiać na pierwszym miejscu patriotyzm, tak?

– To prawda, a sprawiła to Beata Szydło, nasza pani premier, która w końcu poderwała nas wszystkich z kolan, powiedziała, co myśli o zachodniej liberalnej społeczności.

– W jej przemówieniu w Brukseli, które było transmitowane?

– Tak, o jej słynnej wypowiedzi, że będziecie opłakiwać własne dzieci, jeśli nie będziecie nas słuchać. No i proszę bardzo, nie ma przydziału na imigrantów, na każdy kraj.

– Pan myśli teraz o planach na emeryturę, czy one są związane z Polską, nie zastanawia się Pan nad przeprowadzaniem do Polski, jak wielu ludzi z naszego tutaj środowiska i z naszego pokolenia?

– Pewnie tak, gdybym nie miał tutaj rodziny – mam dwie córki, które już wyszły z domu, są ustabilizowane i pracują zawodowo; jedna jest w Montrealu, pracuje w Canadian Space Agency jako inżynier, a druga pracuje dla Region of Peel w Human Resources. Kontaktu z Polską nie chciałbym zerwać, dlatego między innymi mam jakąś tam dziuplę w okolicach Częstochowy i będę jeździł – mam nadzieję – na trzy miesiące w roku. A resztę będę z przyjemnością spędzał w Kanadzie, z rodziną, z wnukami, ponieważ ktoś musi im dać przykład.

– No właśnie, nieoceniona rola babci i dziadka zawsze w wychowaniu tego najmłodszego pokolenia. Bardzo wielu młodych uczestników konkursów w szkołach polonijnych mówi, że to babcia przepytuje, babcia dopinguje do tego, żeby się uczyć, więc to jest coś niesamowitego. Ale oprócz tych planów Pan teraz poczuł wolność, więc co z tą wolnością Pan będzie robił?

– Tak, poczułem wiatr pod skrzydłami. Najbliższe dwa miesiące spędzę na cottage’u, kolejne dwa miesiące to „cruise” po Pacyfiku. Jestem troszkę przerażony, bo to jednak 60 dni, ale miejmy nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Kiedyś chciałem być marynarzem, więc mam okazję sprawdzić siebie (śmiech).

– „Cruise”, to znaczy jak Pan się będzie sprawdzał?

– Będę się sprawdzał, czy wytrzymam na statku te dwa miesiące.

– Gratuluję tej emerytury, ale gratuluję też utrzymania polskości, tej działalności na niwie polonijnej, bo Pan od czasu do czasu jest widoczny i nas wszystkich rozbawia. Z mojej perspektywy, myślę, że gdyby takich ludzi jak Pan było więcej i tu, i w Polsce, to Polska byłaby mocarstwem.

– Wezmę te słowa ze sobą, dziękuję bardzo.

Opublikowano w Wywiady
piątek, 29 czerwiec 2018 16:35

Byłem w Polsce (12)

Pomimo tego małego potknięcia nasz rajd przez Beskid Sądecki i Niski przebiegł jak po maśle i dość szybko znaleźliśmy się u wrót Bieszczad – w Komańczy!

Muszę jednak na małą chwilkę wrócić do Krynicy, bo ostatecznie pojechaliśmy tam, żeby pooddychać prawdziwie galicyjskim powietrzem. Tym dawnym, kiedy to jeździło się „do wód”. Zresztą miałem tu do wypełnienia kolejny punkt z mojej „bucket list” – wizytę w „Patrii” – willi Kiepury!

Rzecz w tym, że „Patria” jest miejscem, gdzie powinno się czuć „przedwojenny luksus”. Jasne, że na dzisiejsze wymagania budynek daleki jest od luksusu, ale marmury, mosiądze, posadzki i boazerie dają ten przedwojenny posmaczek. Wszystko to trąci myszką, bo to co kiedyś było komfortem, dzisiaj jest podstawowym wyposażeniem, no ale chodzi raczej o ducha Kiepury, „Brunetki blondynki” itd., itp.

Dla Galicji Krynica była taką samą wakacyjną świętością jak osławiony Truskawiec, albo w trochę dalszym rzucie – Karlsbad – i chociaż to już było daleko poza Galicją, to jednak cały czas nasze i swojskie, bo ciągle jeszcze cesarsko-królewskie – owiane duchem Najjaśniejszego Pana (oczywiście Franciszka Józefa).
W Karlsbadzie czy raczej Karlowych Warach byliśmy przy okazji naszych wcześniejszych wizyt w Polsce. Piękne, stare uzdrowisko –dziś pełniuteńkie Rosjan, z paroma rosyjskimi kanałami telewizyjnymi, rosyjskojęzycznymi gazetami, sklepami, cerkwiami i wszechobecnym językiem rosyjskim. Za młodych lat nasłuchałem się o wspaniałości i wytworności tego kurortu wielu historyjek i opowiadań.

Coś mi z tego w głowie zostało, więc właśnie dlatego pozwoliłem sobie stamtąd na niewinny żart w przedwojennym stylu. Wyglądał tak:

Zadzwoniłem do mojej dziewięćdziesięcioletniej cioci i gdy podniosła słuchawkę, powiedziałem grzecznie:

– Moje uszanowanie drogiej cioteczce...

Ale ona wpadła mi w słowo:

– Marcin! A skąd ty dzwonisz?

A mnie o to właśne chodziło, więc odpowiedziałem „z przedwojennym akcentem”:

– Ależ ciotuniu, ja bawię w Karlsbadzie!

Ciocia miała fantastyczne poczucie humoru, więc z udanym zdumieniem krzyknęła:

– W Karlsbadzie?! A cóż ty tam chłopcze robisz? Czyżbyś się zgrywał w kasynie?

Byłem naprawdę zaskoczony, że tak dobrze wczuła się w żart.

Krynica nie miała tak „wielkopańskiej” opinii jak Karlsbad, ale była blisko, była nasza, a przede wszystkim miała wspaniałe wody!

Zaraz też po obejrzeniu „Patrii” poszliśmy na krynicki deptak do wielkiej pijalni wód na zubera, jana i józefa! Wszystkie te wody to było świństwo do obrzydliwości, ale miały być jakoby zdrowe i pomocne na jakieś tam dolegliwości, więc zabraliśmy się do roboty! Kubek, szklana rurka i wolny, dostojny spacerek w górę i w dół deptaku. Wieczorem obowiązkowy koncert w pijalni.

Trzy kryniczne filary: deptak, pijalnia i koncert Orkiestry Zdrojowej, zostały zaliczone, a więc nie pozostawało nic innego, tylko ruszyć w drogę.

Za Łabową miałem to szczęśliwie zakończone spotkanie z patrolem milicyjnym, a jeszcze dalej nocleg w Dukli.

Ile razy piszę albo opowiadam o Beskidzie Niskim, zawsze mówię, że przez bardzo długi czas to były najdziksze górskie tereny w Polsce. Nie Bieszczady, ale właśnie Beskid Niski, który wyludnił się po niesławnej akcji „Wisła” w latach od 1947 do prawie 1950 i jakoś nie mógł po tym exodusie przyjść do siebie.

Jeszcze pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy chodziłem tam z plecakiem, spotykałem zupełnie puste wioski, jakieś przysiółki i osady, tonące w zdziczałych sadach.

Tam też, w 1972 roku, czasie mojego samotnego rajdu po górach zatrułem się w straszny sposób jadem kiełbasianym i z pomocą zupełnie obcych, ale absolutnie świętych ludzi, wyszedłem z tego obronną ręką.

Te i wiele innych myśli przychodziło mi do głowy, gdy zatrzymaliśmy się na nocleg w Dukli, a potem – już na drugi dzień – wjeżdżaliśmy do Komańczy.

Komańcza kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Jedna to uwięzienie tu prymasa Wyszyńskiego, a druga koedukacyjne baraki robotnicze zbudowane kiedyś dla młodzieżowych brygad zatrudnionych przy budowie drogi.

Co do prymasa to zawsze się dziwiłem, dlaczego zrobiono z niego prawie męczennika. Klasztor cichy i spokojny, chodził na spacery, okolica piękna... Być może jednak dla tego niezwykle czynnego człowieka ten rok odosobnienia był jakąś męką. Kto wie?

Natomiast tego co w robotniczych barakach wyprawiało się w dniach i nocach po wypłacie, tego nie jest w stanie opisać najzdolniejsze pióro. Mniejsza z tym! Co było, to było!

W każdym razie to były dawne dzieje i o barakach nie ma dziś ani słychu, ani widu. Co innego z klasztorem Sióstr Nazaretanek, gdzie przebywał Stefan Wyszyński, bo ten ma się dobrze a może nawet lepiej niż kiedyś. Jest tam też podobno izba pamięci, ale nie poszliśmy.

O moich Bieszczadach opowiem nieco później, bo prawdę mówiąc, gdy zobaczyłem budki, w których żądano opłat za wejście na połoniny, doznałem takiego szoku, że chciałem natychmiast zbierać się, jechać do Warszawy i nie zwracając uwagi na konsekwencje, wracać do Kanady.

Na szczęście wyciszyłem się trochę, coś mi wytłumaczono i zostałem, ale nie miałem już do tego serca... Zatrzymaliśmy się jedynie w Ustrzykach Górnych, żeby skosztować pstrąga i fuczek. O tych fuczkach – jakoby bieszczadzkiej specjalności – nigdy w życiu nie słyszałem. Placki kartoflane z kapustą czy coś w tym rodzaju... jadłem „przez grzeczność”, bo cały czas siedziały mi w głowie bilety na połoniny i na turystyczne szlaki w ogóle! Ile trzeba mieć pieniędzy, żeby teraz chodzić po górach??? Przecież to powinna być rozrywka dla biedaków! Dla biednych studentów! Parę konserw do plecaka i hajda w góry!

Gdzie się podziało słynne „rzucę wszystko i pojadę w Bieszczady”??? Hola, hola – nie tak prędko! A pieniądze masz?

Jasne, rozumiałem, że trzeba utrzymywać szlaki, poprawiać ścieżki, malować je na drzewach i skałach i ktoś to musi robić, ale w mojej PRL-owskiej głowie cały czas tkwiło przekonanie, że to jest sprawa „państwa”!

„Państwo” zrobi to i tamto i w ogóle prawie wszystko, a do tego powinno wyleczyć mi zęby, dać lekarstwa, zapłacić za szkołę, wakacje, przejazdy kolejowe itd., itp.

Taki sposób myślenia jest niesłychanie trudny do wykorzenienia! I tak właśnie było ze mną!

Ale pomimo tego, że wszystko to sobie jasno tłumaczyłem, było mi jakoś żal! Po raz nie wiadomo który dochodził do mnie oczywisty fakt, że to są nowe czasy! Inne czasy!

Jednym ze znaków, które świadczyły o tym aż nadto dobrze, był obrazek, który widzieliśmy po drodze. Otóż jakiś czas później jechaliśmy małą, wiejską drogą z Sanoka do Ulucza. Piękna trasa wijąca się wzdłuż Sanu, wśród pachnących pól, wolno człapiących furmanek i rzadko rozrzuconych gospodarstw. I tam wzdłuż drogi szła dziewczyna z ogromną, piękną torbą Michael Kors! Była boso, bo szła poboczem, wśród traw, po miękkiej, miłej, ciepłej ziemi. Była boso, ale na ramieniu wisiała jej wielka, modna torba! Gdyby nie moja Żona – nigdy bym na to nie zwrócił uwagi – ale faktycznie - wyglądało na to, że ta torba Korsa była symbolem zmian!

Trochę później miałem się o tym przekonać jeszcze wyraźniej.

W Uluczu jest przepiękna cerkiew, ale wieś ma krwawą przeszłość, o której za moich młodych lat nikt nie mówił. Wszystko było wtedy zbyt świeże i nowe i niezabliźnione rany ciągle jeszcze krwawiły. Wydarzenia 1946 roku wbiły się w pamięć ludzką i bez żadnej przesady „nienawiść zatruła krew pobratymczą”.

Ale tak jak powiedziałem – nikt wtedy nic nie mówił ani nie wspominał. Jeszcze w pięćdziesiątych latach, a pewnie i później wszędzie było pełno broni. Po sąsiekach, studniach, stajniach i drewutniach trzymano zachowaną wojenną broń, bo „może się przyda”. Nigdy nic nie wiadomo!

Mężczyźni w długich butach, bryczesach i skórzanych kurtkach stali pod kościołem, gospodą czy na rynku i palili. Wszyscy się znali.

Jeśli ktoś coś wiedział, to trzymał dla siebie.

Tak było wszędzie na Podkarpaciu.

Właśnie jechaliśmy przez ten Kraj. Mój Kraj. Tu wszędzie czułem się dobrze, bo wszyscy mówili tym samym, śpiewnym językiem i oddychali tym samym powietrzem.

Opublikowano w Teksty

„Ja jestem dobrym pasterzem – dobry pasterz daje życie swoje... za owce.”

25 lat minęło, odkąd z łaski Boga ustala się przed Tobą, Ojcze Mirosławie OMI – ta święta, ale piękna droga, a na niej Twe mozolne i trudne kroki i ten cel wspaniały – tak podniosły i wysoki, dar i tajemnica – z Bogiem wszystko jest możliwe. Każdy jubileusz jest źródłem wdzięczności za otrzymane łaski, hojność darów Bożych, a kapłaństwo – to dar szczególny, gdzie błogosławieństwa, którymi jest obdarowywany kapłan, są niezliczone. Nie ma większego sposobu, by podziękować Bogu – jak sprawowanie św. Eucharystii.

W niedzielę, 17 czerwca 2018 r., w parafii św. Apostołów Piotra i Pawła w Welland w Ontario, w czasie uroczystej, dziękczynnej św. Eucharystii swój srebrny jubileusz 25 lat święceń kapłańskich celebrował o. Mirosław Olszewski OMI wraz z ogromną rzeszą wiernych parafian, znajomych, przyjaciół – tłumnie przybyłych z Welland, Toronto, Mississaugi, St. Catharines i polskich Kaszub (Wilno) na tę niecodzienną uroczystość. Nie zapomnieli o swoim byłym proboszczu w dniu srebrnego jubileuszu 25 lat święceń kapłańskich i parafianie z Toronto i licznie dopisali. Po raz już trzeci z kolei do Welland przybył w niedzielę autobus wypełniony wiernymi z parafii św. Stanisława Kostki na Denison w Toronto, gdzie w latach 2012–2014 o. Mirosław posługiwał jako proboszcz tej parafii. W latach 2005–2011 o. Mirek był proboszczem w parafii Matki Bożej w Wilnie na Kaszubach, później przez rok (2011–2012) w parafii św. Kazimierza w Toronto, skąd został przeniesiony do parafii św. Stanisława Kostki na Denison.

Niedzielna św. Eucharystia została zainicjowana pieśnią „Barka” śpiewaną w jęz. angielskim i uroczystym wejściem do ołtarza 12 kapłanów w asyście Rycerzy Kolumba, którzy włączyli się wraz z o. Mirosławem w hymn wdzięczności Bogu za 25 lat jego kapłaństwa. Byli to ci współbracia, którym niedzielne obowiązki w parafiach nie przeszkodziły w przybyciu i pozwoliły na uczestnictwo i celebrację św. Eucharystii: biskup diecezji Saint Catharines – Gerard Paul Bergie; o. prowincjał Alfred Grzempa OMI, o. Jacek Nosowicz OMI (współkursanci o. Mirosława z czasów spędzonych w Obrze); o. Antoni Degutis OMI, o. Janusz Błażejak OMI, o. Wojciech Kurzydło OMI, o. Christopher Pulchny OMI, o. Adam Filas OMI, o. Paweł Ratajczak, o. Rudy Nowakowski OMI, ks. Mervin Coulasa oraz brat Tadeusz Orzechowski.

Liturgii dziękczynnej przewodniczył sam jubilat – o. Mirosław Olszewski OMI, wraz z biskupem G. Bergie i o. prowincjałem Alfredem Grzempą i o. Jackiem Nosowiczem oraz dziewięcioma pozostałymi kapłanami. Dwujęzyczną homilię – w języku polskim i angielskim – pochwałę sakramentu kapłaństwa Chrystusa i prawdziwej... przyjaźni, za którą otrzymał owację na stojąco, wygłosił o. Jacek Nosowicz OMI. Kazanie o. Jacka skierowane było w dużej mierze do ojca jubilata i współbraci kapłanów obecnych na tej Eucharystii. O. Jacek podkreślił, czym jest służba kapłańska – dar i tajemnica – dla tych wybranych i posłanych do winnicy Pańskiej, w najpiękniejszym i najważniejszym dziele – zbawienia dusz, i czym jest sam fakt, że kapłan zakonnik nie żyje tylko dla siebie, tylko nieustannie służy Bogu i ludziom, prowadząc wiernych za Chrystusem.

– Powołałeś nas, Panie, bo sprawy boskie splatają się z ludzkimi, trudna będzie moja droga, oby się na niej nie przestraszyć, nie zwątpić i nie uciec, na tej drodze jako kapłan nie jestem sam – prowadzi mnie kochający Bóg Ojciec, a obok są przyjaciele – współbracia, zakonnicy oblaci i dobrzy ludzie, których nie brakuje, gdziekolwiek jestem!

Dziś dziękujemy dobremu miłosiernemu Bogu, za to że Najwyższy Kapłan – Jezus Chrystus, i najlepsza z matek – Maryja Niepokalana, prowadzą nas tu obecnych wspólnymi ścieżkami kapłańskiej wędrówki misjonarza, przez Afrykę, Polskę, Kanadę, i nam błogosławią w tej apostolskiej działalności, i jest dla każdego z nas źródłem radości i spełnienia – słowa o. Jacka. – W kapłaństwie tkwi ciągłe odniesienie do Chrystusa. A w Nim jest wszystko. Co zrobić, by wytrwać w kapłaństwie? Żyć w stanie łaski uświęcającej, żarliwie modlić się, mieć żywą relację z Chrystusem i miłość do każdego człowieka, utrzymywać wspólnotę i przyjaźń z innymi kapłanami współbraćmi. Naszym szczęściem jest naśladowanie Chrystusa i radość zjednoczenia z Nim. I nasza prawdziwa przyjaźń – to nam daje radość życia. Tylko Bóg jest źródłem radości i nadziei człowieka.

Ojciec Jacek, zwracając się bezpośrednio do o. Mirka, przywołał słowa św. Jana Pawła II z książki „Dar i tajemnica” o powołaniu kapłańskim, które jest wielkim darem i nieskończenie przerasta człowieka – „Kapłaństwo jest darem wielkości, który czujemy, jak bardzo do niego dorastamy”.

Mocno zabrzmiały też w czasie tej Eucharystii słowa św. Jana Vianneya – niezrównanego wzoru kapłańskiej gorliwości i pracowitości, oraz ks. Jana Twardowskiego i jego wiersz podany przez o. Jacka Nosowicza OMI w języku angielskim. „Własnego kapłaństwa się boję / Własnego kapłaństwa się lękam / I przed kapłaństwem w proch padam / I przed kapłaństwem klękam.” Tę św. dziękczynną liturgię uświetnił też swą obecności chór parafialny z parafii św. Apostołów Piotra i Pawła, gdzie obecnie od prawie czterech już lat o. Mirosław posługuje, oraz obecność Rycerzy Kolumba.

Po Eucharystii odbył się bankiet w wyremontowanej kompletnie przez o. Mirka sali parafialnej. Parafianie z Welland i wszyscy tu obecni włożyli wiele serca, by ten dzień był szczególnie uroczysty. Pięknie przybrane stoły, wspólna modlitwa zainicjowana przez ks. biskupa Bergie na początku bankietu, liczne słowa życzliwości, wspólne oglądanie na ekranie zdjęć z życia o. Mirka, gdzie zachwycały szczególnie te z czterech ostatnich lat, chwile spędzone w odnowionej i wyremontowanej sali parafialnej, plebanii i obejściu kościoła w Welland (różany ogród o. Mirka, założone ogrzewanie w kościele oraz klimatyzacja, naprawiony dach), i zdjęć z przeszłości – tej z misji w Kamerunie, pośród Pigmejów w diecezji Yokadouma, i fotografii ze stażu pastoralnego odbytego w RPA, w diecezji Durban. Zdjęcia oraz towarzysząca im narracja pokazały raz jeszcze ogromny dorobek i dziedzictwo tego niestrudzonego, pokornego, cierpliwego, obdarzonego wieloma charyzmatami kapłana-misjonarza oblata, pełnego wciąż nowych pomysłów na misjonarzowanie.

Niech Jego ofiarna praca całym swym życiem, dbałość i troska o parafie będzie inspiracją dla innych.

Ojcze Mirosławie, dziś cieszymy się razem z Tobą i życzymy dalszych sukcesów na niwie głoszenia Dobrej Nowiny. Wszyscy kochamy Cię – szczęść Boże, z pamięcią w modlitwie.

Bożena S.-Z., parafia św. Kazimierza w Toronto

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 29 czerwiec 2018 16:19

Jak to robią Włosi…

NiemczykJanuszNiemalże każda społeczność etniczna mieszkająca w Ontario organizuje z okazji swojego święta wciągnięcie na maszt swojej narodowej flagi przy parlamencie prowincji Ontario. W tym roku pierwszego czerwca odbyło się przy budynku parlamentu Ontario wciągnięcie flagi włoskiej.

Ta uroczystość jest tego samego dnia co roku organizowana w celu upamiętnienia zjednoczenia Włoch i utworzenia republiki. Te dwie daty nakładają się na siebie. Zjednoczenie Włoch nastąpiło w 1861 roku, a więc 157 lat temu, a utworzenie republiki w maju 1946 roku, 72 lata temu. Od 1961 roku do 1946 roku Włochy były monarchią, w której formalnie władzę sprawował król.

Poszedłem na tę uroczystość powodowany tym, że chciałem zobaczyć, jak organizują to Włosi, żeby móc porównać naszą uroczystość wciągnięcia flagi przy budynku parlamentu Ontario, organizowaną przez Polonię, z tą organizowaną przez Włochów. Drugi powód, dla którego tam poszedłem, był związany z ostatnimi wyborami do sejmu Włoch, które miały miejsce w kwietniu br., a w których najwięcej głosów zdobyły dwie partie, które są przeciwko przyjmowaniu imigrantów, oraz partia sceptycznie nastawiona do utrzymania Włoch w systemie walutowym euro. We Włoszech jest wiele partii i każde wybory kończą się powołaniem rządu koalicyjnego. Z kolei ten rząd koalicyjny jest akceptowany i powoływany przez prezydenta kraju. Takie rozmowy koalicyjne i akceptacja nowego rządu przez prezydenta trwały nieraz w przeszłości powojennych Włoch po kilka miesięcy. W tym roku, po tych wyborach, większościowy udział miały właśnie te dwie względnie nowe partie, z których jedna jest bardziej eurosceptyczna, a druga bardziej antyimigracyjna.

Kluczem do powołania rządu jest prezydent Włoch. Na prezydenta Włoch, żeby tego eurosceptycznego i antyimigracyjnego rządu nie powołać, naciskali komisarze Unii Europejskiej, czyli faktycznie Niemcy, dlatego powołanie rządu Włoch przez prezydenta się przeciągało. Do soboty rano, czyli do dnia uroczystości wciągnięcia flagi przed parlamentem Ontario, rząd Włoch nie został powołany. Wychodząc z domu, nie wiedziałem jeszcze o tym, bo nie sprawdziłem tych informacji w Internecie, więc poszedłem z oczekiwaniem, że w czasie przemówień może usłyszę coś ciekawego na temat powołania nowego rządu. Okazało się, że z wyjątkiem jednej z kilku przemawiających osób nikt nie wypowiedział się na temat nacisków zagranicznych i problemów związanych z powołaniem nowego rządu. Zresztą ta osoba, która się wypowiedziała na ten temat, powiedziała tylko jedno zdanie: „Jaką wielką przeprawę miały Włochy w ciągu ostatnich paru tygodni z powołaniem nowego rządu”. Próbowałem później, po przemówieniach, zagadnąć Włochów na temat powołania nowego rządu, mówiąc im, że w Polsce dużo się na ten temat mówi i pisze i że wiele osób w Polsce jest zaskoczonych tym, że Niemcy pozwolili sobie na ingerowanie w sprawy trzeciej co do wielkości gospodarki w Unii Europejskiej, ale Włosi nie reagowali na moje wypowiedzi. Nie ciągnęli dyskusji. Wyrażali jedynie zaskoczenie, że w Polsce się o tych sprawach pisze i mówi.

Jeśli chodzi o samą organizację imprezy, to było około 200 osób. Biorąc pod uwagę, że społeczność włoska w Ontario jest kilkakrotnie większa od społeczności polskiej, to nie można powiedzieć, że przyjechała proporcjonalna liczba osób, bo na polskiej uroczystości było w tym roku ponad sto osób. Na uroczystości wciągnięcia flagi Włoch było kilkunastu mężczyzn przebranych w mundury Republiki Włoskiej, włoskich policjantów, włoskich żołnierzy. Pełnili oni straż honorową przy maszcie. Na uroczystości polskiej byli harcerze i panie z Koła „Nadzieja”.

Włosi, przewidując chyba, że większość osób na tej uroczystości to będą ludzie starsi, wypożyczyli krzesła, które zostały przywiezione ciężarówką. Większość osób mogła sobie więc usiąść i wysłuchać przemówień oraz hymnu włoskiego. Wszystko to trwało nie dłużej niż uroczystość wciągnięcia polskiej flagi, jakieś 45 minut.

To, co było miłe u Włochów, to że zamówili oni catering i każdy z obecnych mógł się pożywić. Catering miał rozbity namiot, z którego serwowano fasolkę z grochem, tort, lody, no i wodę butelkową. Włosi, jak usłyszałem z prowadzonych rozmów, mieli tego samego dnia kilka podobnych imprez w kilku innych miejscach w celu uświetnienia rocznicy ustanowienia republiki. Część osób spod parlamentu wsiadła w samochody i udała się na te inne uroczystości.
W trakcie spożywania posiłku podszedłem do obecnego konsula generalnego Włoch w Toronto i pokazałem mu „Gońca” ze zdjęciem pani minister Anders. Zapytałem konsula, czy nazwisko Anders coś mu mówi. Odpowiedział, że nie. Powiedziałem mu, że ojciec pani Anders był dowódcą polskiego korpusu, który zdobył Monte Cassino i który wyzwalał Włochy. Pan konsul od razu skojarzył nazwisko, osobę i wydarzenie. Zapytał ze zdziwieniem: „Więc pani Anders jest córką generała Andersa?”. Powiedziałem, że tak, i że jest odpowiedzialna za stosunki międzynarodowe w rządzie polskim. Pan konsul chętnie zrobił sobie ze mną zdjęcie, co było bardzo miłym elementem dla mnie kończącym tę uroczystość.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Teksty

W minioną sobotę odbyły się w Centrum Kultury Polskiej im. Jana Pawła II w Mississaudze finały Olimpiady Wiedzy o Polsce organizowanej przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w Kanadzie. Byliśmy tam z kamerą i relację filmową można obejrzeć na stronach YT GoniecTv Toronto, przeprowadziliśmy również rozmowy z uczniami i nauczycielami biorącymi udział w tym wydarzeniu.

Maria Baran, dyrektor Polskiej Szkoły im. Trójcy Świętej w Chicago: W aglomeracji chicagowskiej mamy około 50 polskich szkół.

Andrzej Kumor: Ile dzieci łącznie?

– Myślę, że około 16 tysięcy. Jako nauczyciele działamy w Zrzeszeniu Nauczycieli Polskich w Ameryce. Braliśmy też udział w poprzedniej edycji konkursu, zajęliśmy 3. miejsce, więc teraz też mamy nadzieję, że nam dobrze pójdzie. Jesteśmy bardzo dobrze przygotowani. Przedstawię naszą drużynę Chicago: Wiktoria Trojanowska, Julia Kobulski, Michał Kolanko, i pani Aneta Wesołowska, która jest wychowawczynią i główną opiekunką, przygotowywała dzieci.

– A dzieci gdzie się urodziły?

– Wszystkie w Chicago, ale pięknie mówią po polsku. Nasza szkoła jest przy dużej polskiej parafii, na Trójcowie, taki duży polonijny ośrodek. I dla rodziców, i dla nauczycieli, i dla dzieci polskość jest bardzo ważna. I mimo że urodziły się tutaj, to taki duch polskości jest w nas wszystkich.

– Chicago to chyba taka druga Warszawa.

– Tak, to prawda.

Aneta Wesołowska, wychowawczyni: Myślę, że jako patrioci to jesteśmy na pierwszym miejscu.

– ...przed Warszawą...

– ...tak, i wszystkie ośrodki polonijne tutejsze są bardziej patriotycznie nastawione niż cała Polska razem wzięta, bo my tęsknimy.

Maria Baran: Chciałam jeszcze pogratulować organizatorom, podziękować za przyjęcie, za inicjatywę. Bo naprawdę młodzież tutaj ma okazję jeszcze bardziej pogłębić wiedzę o polskiej kulturze, historii, tradycjach...

– A przede wszystkim mamy okazję spotkać się ponad granicami, my, Polacy i z Kanady, i ze Stanów Zjednoczonych.

– Tak, młodzież się integruje. Tak że jest tutaj pewnie duch rywalizacji, ale też takiego zjednoczenia, że to my jesteśmy Polonią. Nieważne, gdzie mieszkamy, ale jak poza granicami Polski, to jesteśmy Polonią. I wczoraj to było widać, bo młodzież nawet na basenie wieczorem miała okazję spotkać się.

– Powodzenia.

Aneta Wesołowska: Nie dziękujemy, żeby nie zapeszyć, polskim zwyczajem.

***

Andrzej Kumor: Może Pani powiedzieć, jakie są szkoły i ile dzieci bierze udział w konkursie?

Organizatorka Dorota Wilk: Mamy pięć drużyn ze szkoły średniej i cztery drużyny ze szkoły podstawowej. Dzieci przyjechały z Chicago, z Nowego Jorku, Edmonton i Montrealu. I oczywiście są dzieci z Toronto i Mississaugi. To są drużyny, które wygrały półfinały, i dzisiaj będą reprezentować swoje szkoły na finałach.

– Jaką strukturę ma cały konkurs, czy to są testy, czy odpowiedzi ustne?

– Szkoła podstawowa będzie od razu przygotowywała się do głównej gry, czyli do gry na światełka, jak Jeopardy, a ze względu na to, że mamy pięć ośrodków ze szkoły średniej, więc na początku będziemy musiały przeprowadzić testy i wybrać trzy ośrodki, które będą rywalizować w finale.

***

Andrzej Kumor: To finały, czy już wiadomo, jaka jest tematyka?

Ewa Woźniak: Literatura, geografia, historia, tradycje, wszystko razem. I to będzie naprawdę bardzo ciekawe.

– Testy czy...?

– Testy na zasadzie quiz. To dzieci będą wybierały sobie, z jakiej dziedziny chcą mówić, za ile punktów. Będzie się działo, będzie super. Dzieci są bardzo fajnie przygotowane. Wczoraj mieliśmy spotkanie w hotelu, pokazały, że są bardzo dobrze przygotowane, aż miło patrzeć. To są dzieci nasze, urodzone tutaj.

– To najbardziej cieszy.

– To naprawdę trzeba cenić. Oj tak, nas, jako nauczycieli

– To jest już drugie czy trzecie pokolenie.

– Tak. Ja już jestem w tej szkole tyle lat, że czasami patrzę, że rodzeństwo się uczy coraz młodsze, a nawet moje uczennice już mają swoje dzieci w tej szkole.

– Czyli jest nadzieja, polskość jest atrakcyjna?

– Tak, i dzieci są naprawdę chętne i są odważne. To się liczy, są bardzo odważne i nie boją się. Mamy się z czego cieszyć.

– Dziękuję bardzo.

***

Andrzej Kumor: Ile jest szkół polskich w Montrealu?

Nauczycielka z Montrealu: Mamy trzy szkoły społeczne i jedną szkołę przy konsulacie tak zwaną, SPK.

– Płaci się za te szkoły?

– Tak, w prowincji Quebec szkoły są płatne. To są szkoły prywatne, utrzymywane przez rodziców i przez dotacje z organizacji polskich.

– Tak z ciekawości, ile kosztuje, żeby wysłać dziecko do takiej szkoły?

– Przeciętnie za dziecko do 300 dolarów na rok szkolny.

– To nie tak dużo w porównaniu z tym, co się płaci w Ameryce.

– Tak, ale to jest tylko opłata – ponad połowę czynszu płaci Polska Rada Szkolna i dużo dotacji jeszcze jest z organizacji polskich, polonijnych. Dzięki temu te opłaty są bardzo zaniżone. Staramy się trzymać je na najniższym poziomie, jaki można.

– Ile dzieci się uczy?

– Ja odpowiadam tylko za szkoły społeczne, te trzy szkoły, które mamy. Uczy się w nich około 300.

– W podstawowych i średnich?

– Tak.

***

Andrzej Kumor: Proszę powiedzieć, skąd pomysł na ten konkurs, bo to już jest drugi?

Teresa Szramek, wiceprezes ZNPwK: Tak naprawdę, pomysł zrodził się w Hamilton w Związku Nauczycielstwa Polskiego w Kanadzie. Oddział Hamilton przygotował dla swoich uczniów – prezesem była wtedy pani Monika Karpińska – konkurs wiedzy o Polsce. Myśmy pomyślały, że skoro jest taki piękny konkurs wiedzy o Polsce, to może rozszerzyć ten pomysł na inne szkoły i zrobić olimpiadę. Rozmawiałyśmy ze Zrzeszeniem Nauczycieli Polskich w Ameryce, rozmawiałyśmy z Zespołem Szkół Dokształcających w Nowym Jorku, i oni ten pomysł też podchwycili. Mówią, to może my do was przyjedziemy. Złożyłyśmy wniosek, prośbę do Senatu Rzeczpospolitej Polskiej o dofinansowanie. Na początku było tak, że trzeba było sobie znaleźć partnera w Polsce, znalazłyśmy partnera, który się nazywał Fundacja „Zatrzymać Czas”. I zaczęłyśmy z nimi współpracować. Wysłałyśmy kosztorys, obliczyłyśmy, ile to może kosztować, półfinały, finały. Wymyśliłyśmy, że stworzymy pięć ośrodków półfinałowych, dwa ośrodki w Stanach, w Chicago i w Nowym Jorku, i trzy ośrodki w Kanadzie, Montreal, Edmonton i Toronto. Tam się odbędą półfinały, a wszyscy spotkamy się w Polskim Centrum Kultury im. Jana Pawła II.

– Wszyscy się na to zgodzili?

– Tak, z wielką przyjemnością i z wielkim entuzjazmem przywitali ten pomysł, żeby mogą przyjechać. Przyjechali tutaj już finaliści. Tak to się zaczęło. Podobało nam się to wszystko, podobał nam się sposób przeprowadzenia tej olimpiady.

– A kto od strony technicznej to wszystko przygotował?

– Na pierwszej olimpiadzie przygotowywała to Monika Karpińska z mężem Januszem. On obsługiwał stronę techniczną. W drugiej edycji oni się wycofali z tego pomysłu, może za dużo obowiązków, za dużo pracy. Wypożyczyli nam część sprzętu, część musiałyśmy dokupić. Ta młoda dziewczynka, Wiktoria Wilk, wyszukała w Internecie zasady, jak to pracuje. Potem pytania, to już była moja działka, poprawianie pytań, uściślanie. Sama szukałam pytań, podpowiadali mi niektórzy, co ewentualnie, jak; punktację. Bazowałyśmy też na pierwszej olimpiadzie, bo to wszystko nam się podobało, tak że zmieniałyśmy tylko charakter pytań, skalę trudności, tak żeby było wszystko dobrze, mam nadzieję.

– Gratuluję i czekamy na następny konkurs. Będzie w przyszłym roku?

– Za dwa lata, bo co dwa lata sobie wymyśliłyśmy, dlatego że jest tak dużo pracy. To jest takie przedsięwzięcie ogromne... Ale jest to fajne i porównując na przykład wiedzę przeciętnego ucznia... Czasami oglądam program „Matura to Bzdura” – porównując, co wiedzą dzieci w Polsce i co wiedzą nasze dzieci tutaj, to naprawdę czuję się dumna, że jestem nauczycielką tutaj i że tyle dzieci o tylu rzeczach wie. Dla mnie to jest największa nagroda, że te dzieci są i tak jak powiedziały dziewczyny z Montrealu, że w momencie, kiedy dowiedziały się, że w tym roku będzie olimpiada, od razu zgłosiły się, że będą się przygotowywać. Dwie nawet wyrażały żal, że nie mogły przyjechać, bo ich czas się skończył, bo skończyły szkołę średnią. To jest największa nagroda i największa satysfakcja z tego, co robimy.

– Że dzieci lgną do Polski?

– Tak, to jest najważniejsze, że chcą się uczyć, że chodzą do tej szkoły. Mogłabym książkę napisać z historii mojego uczenia w szkole tutaj, 22 lata. Akurat w szkole średniej pracowałam, z 10. i 11. klasą, tak że wiem, że oni naprawdę tego bakcyla polskości mają w sobie i na pewno będą mieć.

– Dziękuję bardzo.

***

A oto oficjalne wyniki konkursu:

Szkoły podstawowe:

I miejsce: Polska Szkoła im M. Kopernika
w Mississaudze

II miejsce: Polska Szkoła
im. M. Chrzanowskiej w Edmonton

dwa III miejsca: Polska Szkoła im. Jana Pawła II w Montrealu i Polska Sobotnia Szkoła im. A. Mickiewicza w Stamford, CT (USA)

Szkoły średnie:

I miejsce: Polska Szkoła
im. Jana Pawła II w Montrealu

II miejsce: Polska Szkoła im. H. Sienkiewicza w Edmonton

dwa III miejsca: Polska Szkoła im. św. Trójcy w Chicago
i Szkolny Punkt Konsultacyjny w Toronto

Wyróżnienie: Polska Sobotnia Szkoła im. A. Mickiewicza w Stamford, CT.

***

Cóż można dodać? A to, że może była to trochę niewykorzystana okazja – formuła olimpiady jest bardzo nośna i przypomina grę telewizyjną. Jest to więc konkurs bardzo atrakcyjny, który z pewnością – gdyby został nagłośniony – wcześniej zgromadziłby szeroką publiczność – nie tylko dzieci i ich rodziców, bo też każdy z nas sprawdzał swoją wiedzę o Polsce, odpowiadając sobie po cichu na pytania konkursowe. A więc może w przyszłości udałoby się z tej olimpiady uczynić publiczne wydarzenie kulturalne. Wiedzę o Polsce dobrze jest sprawdzać jak najczęściej...

Gratulujemy organizatorom.

Andrzej Kumor

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 29 czerwiec 2018 13:40

Canada Day 2018 w Wawel Villa

We wtorkowe popołudnie w Wavel Villa urządzono obchody Canada Day połączone z uroczystym otwarciem nowej przestrzeni rekreacyjnej, czyli ogrodu z miejscami do siedzenia, gdzie będzie można urządzać pikniki. Do tej pory wykorzystywano w tym celu część parkingu. Spotkania tego rodzaju odbywały się, można powiedzieć, „przy śmietniku”.

Piękny zielony teren służyć będzie do spotkań, gier zespołowych i zajęć grupowych – powiedział nam dyrektor Wawel Villa Jon Grayson. Wtorkowa uroczystość połączona była z prezentacją piosenek z lat młodości pensjonariuszy oraz grillowaniem kiełbas, hamburgerów i kurczaków.

Korzystając z okazji, rozmawialiśmy z panią Alfredą Gorłow, która od 2000 roku jest wolontariuszem, przychodzi tam, aby rozmawiać z pensjonariuszami i pomagać w prostych czynnościach. Zapytana, dlaczego to robi, pani Alfreda stwierdziła, że nie lubi siedzieć w domu i patrzeć w okno i po prostu kocha ludzi. Ona sama ma prawdziwie polską historię rodzinną, bo jej brat walczył pod Monte Cassino, a ją z rodzicami wywieziono na Syberię, gdzie spędziła 6 lat. Brat pozostał na Zachodzie, a rodzina z Syberii przedostała się do Polski.

Swój przyjazd do Kanady wspominał pan Ladislav Michniczek, pensjonariusz, który imigrował w 49 roku, po trzyletnim pobycie w Niemczech, w obozach. Twierdzi, że dzisiaj nowi imigranci mają w Kanadzie prawdziwy raj, on po przyjeździe do Halifaxu od razu został zagnany do ciężkiej pracy, w lasach, w śniegu po pachy, za 2 centy na godzinę. Dopiero po jakimś czasie mógł się swobodnie osiedlić i większość lat życia czynnego zawodowo pracował dla Chryslera. Dziś w Wawel Villa przeżywa jesień życia. Do obejrzenia reportażu filmowego zapraszamy na kanał Gońca w YouTube, Goniec TV Toronto. Happy Canada Day i podziękowania dla tych wszystkich naszych Czytelników, którzy budowali i budują ten kraj. (ak)

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 22 czerwiec 2018 15:09

Wieczorek kombatancki

W skrócie przedstawiam program, którego ważnymi punktami było wystąpienie Władysława Lizonia, prezeska KPK, oraz dekoracja Srebrną Odznaką KPK kol. Adama Sikory oraz Brązowymi: Zdzisława Brzóski i Antoniego Mroza. Prezes KPK wyraził nadzieję, że wkrótce zostanie odtworzony okręg Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Brantford.

Przedstawiciel Zarządu Głównego Stowarzyszenia Polskich Kombatantów Henryk Sokołowski po przemówieniu wręczył sześć Krzyży Kombatanckich, trzy brązowe, dwa srebrne i jeden złoty (Frank Wdowczyk).

Część oficjalną prowadził prezes Koła A. Sikora, który po przywitaniu gości poprosił Johna Króla o okolicznościowy referat na temat tragicznych losów Polaków podczas II wojny światowej, inwazji 17 września oraz aresztowania ludności oraz oficerów Wojska Polskiego i wywózki na Sybir. Następnym tematem byli Żołnierze Wyklęci i armia podziemna oraz znany temat Katynia. Mówiono również o Smoleńsku i zagładzie rządu polskiego, do dziś niewyjaśnionej. Ostatnim tematem były przygotowania do obchodów 100. rocznicy niepodległości Polski, które już się rozpoczęły.

Następne spotkanie odbędzie się 19 września podczas Święta Żołnierza w Park Oakland w Ontario.

Prezes A. Sikora przedstawił weteranów Koła, którzy wzięli udział w uroczystościach rocznicy na Monte Cassino na zaproszenie Urzędu ds. Weteranów Ministerstwa Obrony Narodowej. Weterani Paweł Lojko w asyście wiceprezesa Koła Zdzisława Brzóski i Edwarda Moczulskiego z małżonką wzięli udział w uroczystościach w Rzymie i Monte Cassino w dniach 15-20 maja. Po przybyciu do Rzymu, byli w specjalnym sektorze na pl. św. Piotra, gdzie po zakończonych celebracjach Ojciec św. Franciszek podszedł do grupy weteranów, witając się z każdym. Ed Moczulski otrzymał z rąk Ojca św. różaniec.

IMG 0117

Dalsze uroczystości odbyły się na cmentarzu polskim w Monte Cassino i na cmentarzu alianckim. Delegacji polskiej przewodniczył minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak, który wręczył odznaczenia naszym weteranom. Delegacja naszego Koła została zauważona przez redaktora „Globe and Mail” i krótka notatka została umieszczona w gazecie.

Wieczorek przyczynił się do zacieśnienia kontaktów wszystkich biorących w nim udział organizacji i osób:
ZG SPK – repr. Henryk Sokołowski i Edward Chrzanowski; Kongres Polonii Kanadyjskiej – Władysław Lizoń z małżonką; ZG Związku Polaków w Kanadzie – Grzegorz Dorożyński; ZG Kół Polek ZPwK – Elżbieta Gazda; Klub Seniora – Czesław i Zofia Lewandowscy; Koło nr 2 London – Stanisław Straszewski; Grupa 11 ZPwK Guelph – Krystyna Szczęsny; Zespół „Hejnał” – Frank Wdowczyk, Zespół „Biesiadnicy” – Jan Sitko z małżonką, oraz Zarząd Koła nr 4 – prezes Adam Sikora, wiceprezes Zdzisław Brzóska, sekretarz John Król i sekretarz finansowy Jarek Dąbrowski.

Wieczorek został zakończony przez MC, który podziękował za uczestnictwo i zaprosił wszystkich na Dzień Żołnierza 19 sierpnia w Oakland w Ontario.

Opr. J. Król

Opublikowano w Życie polonijne