Goniec

Register Login

piątek, 18 styczeń 2013 20:14

Ocalone dziecko

wielodzietniJan: "Mam 53 lata. Jestem rzeźbiarzem. Gdy miałem 19 lat, dowiedziałem się, że jestem adoptowany. Gdy odnalazłem swą biologiczną matkę, powiedziała mi, że chciała mnie usunąć, ale ponieważ była to ciąża bliźniacza, o czym nikt wtedy nie wiedział, pozbyli się tylko jednego dziecka. I tak urodziłem się przez pomyłkę. Zaraz po porodzie matka i tak mnie porzuciła. Zaopiekował się mną ojciec, ale potem się ożenił i oddał mnie do adopcji. W młodości dużo przeżyłem, piłem, handlowałem narkotykami. Obecnie jestem trzeźwym alkoholikiem. Dziś wszyscy mi mówią, że jestem świetnym artystą, a ja mam wewnętrzne uczucie, że moja praca jest nic niewarta. Czasem mam wrażenie, że mój brat bliźniak miał więcej szczęścia niż ja, bo przecież byłoby lepiej, gdybym się nie urodził. Żyję jakby na kredyt, bo tak naprawdę nikt mnie nie chciał. Jestem bardzo nieszczęśliwy. Jak długo to jeszcze potrwa?"


Gosia: "Dowiedziałam się od siostry, że przyszłam na świat przez przypadek. Różnica wieku między mną a rodzeństwem wynosi 18 i 12 lat, a ja – jestem przypadkiem, bo mama wcześniej kilka razy usuwała ciąże. Jestem wpadką i też miałam być usunięta, tylko było już za późno. (...) Nienawidzę siebie, wiem, że jestem niepotrzebna, nikomu na mnie nie zależy i nie ma różnicy, czy jestem, czy mnie nie ma. Po tym, co usłyszałam o mojej mamie, nie mogę na nią patrzeć ani z nią rozmawiać. Nie mogę się uczyć. W zeszłym roku próbowałam popełnić samobójstwo, ale niestety mnie odratowali. (...) Nie jestem w stanie tak dłużej żyć..."


Karol, lat 18: "Dwa lata temu, podczas 3. urodzin mojego brata byłem świadkiem opowieści mojej matki. Powiedziała wtedy mniej więcej tak: »Na szczęście mogłam skorzystać ze specjalistycznych badań i kiedy okazało się, że dziecko jest zdrowe, zdecydowałam, że je urodzę«. Ta opowieść była dla mnie wstrząsem. Nigdy nie podejrzewałem matki o to, że mój ukochany brat mógłby się nie urodzić, gdyby badania prenatalne wypadły niepomyślnie. Coś we mnie pękło. Od tamtego czasu trudno mi kochać matkę, bo ciągle nachodzą mnie myśli, że mnie też by nie urodziła, gdyby okazało się, że jestem na coś chory. Modlę się, żeby przestać się zadręczać tymi myślami, ale nie mogę. Potrzebuję pomocy..."

Każdej osobie na świecie jak powietrze potrzebna jest pewność, że jest kimś ważnym i bezwarunkowo kochanym przez najbliższych. Wiadomość, że najdroższa matka usunęłaby mnie ze swej drogi, gdybym pojawił się w nieodpowiednim dla niej czasie, jest straszna i porażająca. I właśnie nieumiejętność poradzenia sobie ze świadomością, że na skutek aborcji (także in vitro, kiedy wyrzuca się niepotrzebne zarodki) nie żyje mój brat lub siostra, że mnie też miało/mogło nie być, czy nawet z samą tylko wiedzą, że rodzice w jakiejś sytuacji nie wykluczali aborcji, psychologowie nazywają syndromem ocaleńca (Post Abortion Survivor Syndrome – PASS).
Może też on pojawić się u osób, które od swoich rodziców usłyszały: "lepiej, żebyś się w ogóle nie urodził", "żałuję, że ciebie urodziłam", "wolałbym nowy samochód niż ciebie", "gdybym wcześniej wiedziała, że jestem w ciąży..." itp. oraz u tych, które rodząc się, zawiodły oczekiwania swoich rodziców, gdyż np. są dotknięte niepełnosprawnością czy są innej płci niż chcieli rodzice.


Przyczyn tego syndromu jest wiele. Badania pokazują, że między matką a dzieckiem w jej łonie zachodzi większa łączność psychiczna niż dotychczas sądzono. Nienarodzony człowiek rejestruje i zapamiętuje uczucia oraz wrogość, które pochodzą od jego matki. To, czego wtedy doświadcza, zostaje wyparte do podświadomości i ma później wpływ na całe jego życie. Inną i chyba najbardziej poważną przyczyną PASS, jest syndrom postaborcyjny u matki. Kobiety wtedy albo czują wstręt, niechęć i odrzucają żyjące dzieci, albo stają się lękowo nadopiekuńcze, panicznie bojąc się je utracić.
Dziecko, które w jakiś sposób przeżyło aborcję, bardzo cierpi fizycznie i psychicznie. Głównym tego objawem jest świadomość: "mogłem nie istnieć". Ocaleńcy przeżywają bardzo głęboki konflikt, sięgający aż do instynktu życia. Sprowadza się on do pytania: żyć czy nie żyć? To rzutuje na całe ich życie, uniemożliwia im prawidłowy rozwój i jest powodem podejmowanych prób samobójczych. Osoby te mają obsesyjne poczucie winy za to, że istnieją.


Osoby z syndromem PASS odczuwają także:


– nieufność wobec rodziców i samego siebie,
– wszechogarniający niepokój,
– przekonanie o zagrażającej zagładzie,
– wrażenie, że ktoś inny powinien być na ich miejscu,
– poczucie bezwartościowości swojego życia,
– chroniczne niezadowolenie,
– nieumiejętność nawiązywania relacji międzyludzkich,
– brak umiejętności kierowania samym sobą,
– apatię i zniechęcenie,
– w przypadku kobiet niechęć do samej siebie i do własnego ciała (stąd anoreksja i bulimia),
– w przypadku mężczyzn agresję, zaburzenia seksualne, cynizm.


Osoby te najczęściej nie wiedzą, jakie są prawdziwe przyczyny tego, co się z nimi dzieje. Nie mogąc odkryć prawdy, próbują sobie jakoś z tym wszystkim poradzić. Nikomu nie ufają, uciekają w używki, uzależnienia, używają przemocy, częściej maltretują swoje dzieci. Dlatego tak ważne jest, aby każde dziecko, chciane czy niechciane, planowane czy nie, było przez najbliższych przyjęte i powitane.
Osobą ocaloną jest się przez całe życie. Można być zniewolonym i zniszczonym albo świadomym swoich zranień, lecz wolnym i uzdrowionym. W Kanadzie prekursorem w dziedzinie pomocy osobom dotkniętym PAS i PASS jest psychiatra – dr Philip G. Ney.


B. Drozd – psycholog
Mississauga

Opublikowano w Zdrowie i inne porady

wielodzietniBłagam o poradę, bo w moim małżeństwie przeżywam coś, czego po prostu nie mogę dłużej znieść. Chce mi się uciekać od tego, co się dzieje. Pobraliśmy się z żoną jeszcze jako studenci. Byliśmy młodzi, zakochani, mieliśmy wielkie plany i nadzieję na emigrację. Gdy wszystko było już gotowe do wyjazdu, okazało się, że żona jest w ciąży. Podjęliśmy wspólnie trudną decyzję. Ona naprawdę nie mogła wtedy urodzić tego dziecka, bo pokrzyżowałoby to nam cały plan. I tak 20 lat temu przyjechaliśmy tutaj. Życie jakoś nam się poukładało, mamy 13-letniego syna, pracę, dom. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie to, że od mniej więcej kilku lat coś złego dzieje się z moją żoną. Jak nakrywa do stołu, zawsze ustawia talerze dla czterech osób. Ten czwarty to – jak mówi – dla "naszej córki", którą nazwała Iza. Płacze, ma dziwne nastroje i co jakiś czas zadaje pytania typu: "Jak myślisz, jakie Iza ma włosy? Czy jest podobna do ciebie, czy do mnie?" itp. W dzień, kiedy to dziecko miało się urodzić, chodzi po sklepach i wybiera prezenty urodzinowe (!). Moje życie z żoną jest straszne. Przestała mnie szanować, zachowuje się, jakbym był kimś najgorszym w jej życiu. Zaczynamy mieć też poważne problemy z synem. Ja już dłużej tego nie wytrzymam. Myślę, że żona potrzebuje pomocy. (...) Co ja mam z tym wszystkim zrobić? Jarosław M.

Normalną reakcją dla nas wszystkich jest to, że zaraz po stracie bliskiego dla nas człowieka, a czasem nawet ważnej rzeczy, odczuwamy ból, czyli przeżywamy żałobę. Nie można jej dobrze zakończyć i wrócić do normalnego życia, bez zmierzenia się z własnym cierpieniem i smutkiem. Jeśli uciekamy od bólu, negujemy stratę, udajemy, że nic się nie stało, to oszukujemy samych siebie. Skutki takiego postępowania w późniejszym życiu okazują się katastrofalne. Nagle "znikąd" pojawiają się problemy zdrowotne, depresja, poczucie winy, choroby psychiczne.

Dokładnie w ten sam sposób reagują kobiety, które przerwały ciążę. Możliwe są ich dwie reakcje:

1. rozpacz – Około 30 proc. kobiet, przez rok od śmierci dziecka przeżywa świadomą rozpacz. Odczuwają one bolesną stratę, pustkę, poczucie winy. Bardzo często przeżywają ogromne pragnienie wynagrodzenia popełnionego zła. To one często angażują się w ruchy pro-life, przyznają się do tego, że zrobiły coś, czego strasznie żałują. Robią to po to, aby przestrzec inne kobiety przed popełnieniem tego samego czynu. Ratując życie innych dzieci, same odczuwają ogromną ulgę.


2. odsunięcie bólu fizycznego i psychicznego na dalszy plan – Większość kobiet niestety udaje, że nic się tak naprawdę nie stało. Mówią np. "usunęłam i nie ma problemu", "to nie był dla mnie jeszcze człowiek". Nie dochodzi u nich do rozładowania emocji, które to, zepchnięte do podświadomości, sterują ich działaniem. To te kobiety najczęściej stają się tzw. apostołkami przerywania ciąży. Aktywnie przekonują inne kobiety, że mają do niej prawo, walczą o legalizację, zaprzeczają jakimkolwiek konsekwencjom. Działa w nich prosty mechanizm psychologiczny, tzw. dowód słuszności społecznej. Jest to zasada, według której człowiek, jeśli nie wie, czy postąpił dobrze, patrzy, ile osób zachowuje się w ten sam sposób. Im więcej, tym bardziej upewnia się, że zachował się poprawnie. W ten sposób kobiety te podświadomie odczuwają ulgę, widząc, że inni robią to samo co one. Niestety, gwałtowne przerwanie przemian zachodzących w organizmie matki od momentu poczęcia zawsze ma swoje skutki. Oprócz konsekwencji fizycznych (niepłodność, nowotwory, infekcje), w ich życiu prędzej czy później pojawia się zaburzenie, które nosi nazwę syndromu postaborcyjnego (PAS). Zaczyna się on kilka lub kilkanaście lat po zabiegu, najczęściej w okresie klimakterium. Może go wywołać wszystko: samotność, niemożność zajścia w upragnioną ciążę, widok małego dziecka, urodzenie następnego dziecka, sny, daty, wspomnienia (kolor, zapach) itd. Nie zależy on od światopoglądu, wyznania, wrażliwości moralnej kobiety. Obserwuje się go na całym świecie od Ameryki po Japonię.

Niektóre objawy PAS to:
– nieufność i wycofywanie się z relacji z ludźmi, niezdolność przeżywania miłości i czułości
– nawracające, uporczywe wspomnienia dotyczące zabiegu – sny, złudzenia i halucynacje, które dotyczą utraconego dziecka lub sprawiają, że kobieta ma wrażenie powtórnego przeżywania aborcji
– reakcje rocznicowe, czyli głęboki żal i depresja przy kolejnych rocznicach aborcji lub terminu spodziewanego porodu utraconego dziecka
– trudności w zasypianiu i śnie
– drażliwość, wybuchy złości, trudności w skupieniu uwagi
– depresja, myśli samobójcze, poczucie bezsilności i beznadziejności
– poczucie winy, poniżanie siebie, niezdolność do wybaczenia sobie
– nadużywanie środków zmieniających nastrój, np. alkoholu i środków uspokajających
– zaburzenia seksualne
– rozpad związku z ojcem dziecka
– zaburzenia łaknienia (bulimia, jadłowstręt)
– obrzydzenie do samej siebie
– złośliwość i cynizm


Syndrom PAS – podobnie jak inne zaburzenia psychiczne – wraca i o ile kobieta nie podda się terapii – powraca aż do śmierci.
Podsumowując, należy stwierdzić, że nie ma ani jednego przykładu, który mówiłby o zaletach usuwania ciąży. Przeciwnie, jest wiele badań (np. dr. Philipa & Marii Ney), które dowodzą szkodliwości tego zabiegu dla każdej dziedziny życia rodziny.

B. Drozd - psycholog

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
sobota, 05 styczeń 2013 10:27

Jak rozmawiać z dziećmi o seksie

wielodzietniMoja 16-letnia córka w czerwcu urodzi dziecko. Tak, ta mała dziewczynka, która jeszcze przed chwilą bawiła się lalkami, sama będzie matką. (...) Córka już jako 11-latka zaczęła się dość wyzywająco ubierać i malować. Próbowałam jej wielu rzeczy zabraniać, ale mąż uważał, że właśnie zakazany owoc lepiej smakuje i jeśli będę zbyt surowa, córka będzie się buntować. Wtedy też zaczęły się randki. Mąż uspokajał mnie i mówił, że to normalne, że teraz 12-latki umawiają się z chłopakami, ale to tylko takie dziecinne zabawy. Wierzyłam mu... Cały czas łudziłam się, że to jeszcze dziecko i to niemożliwe, żeby ona już z kimś sypiała. Wtedy też po raz pierwszy wzięłam córkę na rozmowę o seksie. Ona jednak nie chciała rozmawiać i przysięgła mi, że sama wszystko wie i nie potrzebuje moich, zacofanych rad. Teraz wiem, że na to było po prostu już za późno. Na razie ciąża nie jest widoczna, ale boję się myśleć, co będzie za miesiąc, dwa… Nie wiem, jak będzie wyglądało nasze życie, ale wiem, że to my popełniliśmy gdzieś błąd. Nie piszę tego wszystkiego po to, aby się wyżalić, ale po to, aby przestrzec wszystkich przed złymi decyzjami i błędami wychowawczymi, które my popełniliśmy… Iza, 42 lata

Żyjemy w kulturze przesyconej seksem i czy nam się to podoba, czy nie, nasze dzieci będą otrzymywały informacje na ten temat z wielu źródeł, i to od swych najmłodszych lat. W wychowaniu naszych pociech musimy brać to pod uwagę i dlatego za wszelką cenę starajmy się być ich pierwszymi nauczycielami. Badania pokazują, że wtedy, gdy rodzice są głównym, wartościowym i dobrym źródłem informacji na temat seksu, dzieci o wiele rzadziej podejmują przedwczesne współżycie seksualne.


Seks zawsze powinien być przedstawiany dziecku jako normalna, zdrowa, dobra, wartościowa część życia, ale której nigdy nie powinno się oddzielać od miłości, troski i oddania się sobie wzajemnie w małżeństwie. Powtarzajmy to dzieciom tak często jak się da!
Od kiedy zacząć edukację seksualną? Od najmłodszych lat. Mniejsze dzieci są na rodziców otwarte i chcą słuchać o wszystkim, co ich może spotkać w przyszłości. To pragnienie dzieci należy już wtedy wykorzystać. Wtedy to powinniśmy przekazać dziecku, że ciało jest cudownym darem Stwórcy, że wszystkie jego funkcje i części są dobre i normalne. To, czego dziecko wtedy uczymy, musi być dostosowane do jego wieku i pytań, które zadaje. Generalna zasada polega na tym, że na swoje drobne pytania dzieci powinny uzyskiwać drobne odpowiedzi, a na pytania dużej rangi, odpowiedzi szczere i wyczerpujące.


Gdy rozmawiamy z dzieckiem na ten temat po raz pierwszy, nie powinniśmy tego robić w sposób sztuczny i oficjalny. Wykorzystujmy raczej naturalne, nadarzające się ku temu okazje. Np. porozmawiajmy, jak zobaczymy kobietę w ciąży, obejrzymy bajkę, w której jest mama i maleństwo i dziecko pyta, skąd się wziął mały dzidziuś itp. Dzieci stawiają wiele pytań, na które zawsze, bez zakłopotania powinniśmy udzielać wcześniej przemyślanych odpowiedzi.


Dziecku trochę starszemu należy powiedzieć o Bożym celu dla seksu, jakim jest przekazywanie życia i okazywanie sobie miłości przez męża i żonę, o jego pięknie, a także o tym, że wielu ludzi wypaczyło zupełnie swoje życie seksualne, co jest powodem ich wielu życiowych tragedii (porzucone dzieci, rozwody, zdrady małżeńskie, uzależnienia, choroby itp.). Warto wszystko to, o czym mówimy, podpierać historiami osób, które znamy. Niestety, najprawdopodobniej nie uda nam się tego zrobić, jeśli sami nie jesteśmy dobrym przykładem do naśladowania i w ten sposób nie myślimy. Wtedy, zanim przekażemy dzieciom zdrowy pogląd na seks, musimy sami w swoim życiu intymnym dokonać pewnych zmian.
Ucząc dzieci, powinniśmy używać odpowiedniego języka, który przekaże im szacunek dla seksu i małżeństwa. Uczmy właściwych nazw, aby dzieci wiedziały, co one oznaczają. Jeśli chcemy, aby dzieci myślały, że seks jest cudownym wyrazem miłości małżeńskiej, a nie czymś tanim i wulgarnym, to mówiąc o nim, nie wolno nam używać slangu i przekleństw! Powiedzmy dziecku, że jeśli słyszy kogoś mówiącego o seksie w sposób wulgarny po to, aby kogoś poniżyć, to pokazuje, że uważa seks za coś godnego pogardy. Należy przestrzec dziecko przed umawianiem się z osobami, które z jednej strony mówią, że seks jest fantastyczny, a z drugiej używają wulgarnego języka seksualnego. Poślubienie takiego człowieka, gwarantuje traktowanie współmałżonka bez szacunku przy współżyciu!


W miarę jak dziecko dorasta, powinniśmy nauczyć go patrzenia w przyszłość, myślenia nie tylko o chwili przyjemności, ale też o możliwych konsekwencjach tego, co powie i zrobi. Z takim dzieckiem zawsze powinno się rozmawiać o seksie w kontekście wartości. Powiedzmy, że każdy człowiek ma wielką godność, powinien być traktowany z szacunkiem i nie wolno go wykorzystywać dla własnej przyjemności. Pokażmy wartość czekania i cierpliwości. Na wszystko w życiu jest właściwy czas i miejsce, a miejscem na intymność seksualną jest łoże małżeńskie.
Jeśli nasze dzieci posłuchają nas i będą zawierały związki małżeńskie, będąc wolnymi od poczucia winy, problemów emocjonalnych, dawnych seksualnych doświadczeń, do których będą porównywały męża/żonę, to w pełni zjednoczą się z partnerem na całe życie. I to jest właśnie jedyny sposób doświadczania w naszym życiu maksymalnej przyjemności.

B. Drozd - psycholog

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
czwartek, 22 luty 2018 09:22

Moc wspólnych posiłków

wielodzietni"Piszę do pani, bo czuję, że coś złego dzieje się w mojej rodzinie. Niby wszystko jest w porządku, ale ja wiem, że to tylko tzw. cisza przed burzą. Trzy lata temu kupiliśmy wymarzony, piękny dom. Cena jego była dosyć wysoka, więc postanowiliśmy z mężem trochę szybciej go nadpłacić. Chcieliśmy też go jakoś lepiej urządzić, dlatego też rzuciliśmy się w wir pracy. Taka sytuacja trwa do dziś. Dom udało się urządzić, tylko atmosfera między nami staje się nie do zniesienia (mamy dwoje dzieci w wieku 13 i 16 lat). Nie rozmawiamy ze sobą, mijamy się tylko, nic wspólnie nie robimy i tak naprawdę robimy się dla siebie obcy. Próbowałam coś zmienić, uzgodnić. Nic z tego, bo wszyscy żyją swoim życiem, mówią, że jest im tak dobrze, i twierdzą, że się czepiam. Tak naprawdę to myślę, że w naszym poprzednim, małym domu byliśmy bardziej razem niż teraz. Boję się, że jak tak dłużej będziemy żyć, to rozsypiemy się jako rodzina, bo nie mamy nic, co nas łączy. Co robić?" Grażyna

Aby rodzina była silna, musi robić razem coś, co ją łączy. Niekoniecznie muszą to być wielkie rzeczy, można zacząć od czegoś prostego, ale ważne, aby robić to regularnie i razem, np. od wspólnego spożywania posiłków. Dzisiaj nie przywiązujemy już do nich dużej uwagi, a szkoda, bo wspólny stół to magiczne miejsce, służące cementowaniu rodziny. Dzięki niemu wytwarza się niewidzialna nić, która nas łączy, daje poczucie bezpieczeństwa i szczęścia. To dlatego tak często wspominamy te chwile, gdy jesteśmy dorośli.
Istnieje wiele argumentów przemawiających za tym, że powinniśmy jeść posiłki razem z całą rodziną, i to w miarę możliwości codziennie. Poniżej przedstawiam niektóre z nich:

* Okazja, by rzeczywiście być razem. Przez wspólne przygotowywanie jedzenia, nakrywanie do stołu, jedzenie, sprzątanie posiłek staje się wspólnym zadaniem. Siedzimy obok siebie, patrzymy na siebie, rozmawiamy, czujemy się dla siebie ważni, bo dajemy sobie to, co najcenniejsze – czas i zainteresowanie.


* Lepsze porozumienie, poznanie i rozumienie siebie. Siedząc wokół stołu, możemy dzielić się tym, co przyniósł dany dzień, rozmawiać o tym, co planujemy jutro, na bieżąco dzielić się ze wszystkimi drobnymi sukcesami, czy opowiedzieć o swych niepowodzeniach. Czasem zwykłe wyżalenie się rodzinie, że "był wielki korek na autostradzie i prawie spóźniliśmy się do pracy", powoduje oczyszczenie. Dzięki temu nie nagromadzają się małe przykrości, a to zapobiega późniejszym wielkim wybuchom i awanturom nie wiadomo o co.


* Mniej problemów z dziećmi. Jeśli nasze dzieci każdego dnia czują zainteresowanie własnym życiem i przy wspólnym posiłku mogą wyżalić się na dokuczliwego kolegę lub wymagającego nauczyciela, spytać o radę, pochwalić dobrą oceną lub umiejętnością, powiedzieć, o czym marzą itd., to wzrasta ich stabilność emocjonalna i odporność psychiczna. Są przez to mniej skłonne do bójek, palenia, picia, zażywania narkotyków czy podejmowania przedwczesnego współżycia seksualnego. A w razie czego rodzice zyskują też możliwość wcześniejszego reagowania na pojawiające się problemy.


* Lepsze wyniki w nauce u dzieci. Codzienne, wspólne posiłki, dzięki rozmowom z rodzicami i rodzeństwem – pomagają dzieciom poprawić swoje zdolności językowe, co przekłada się na lepsze wyniki w szkole. Wspólne jedzenie prowadzi też do poprawy umiejętności komunikacyjnych, takich jak: cierpliwe słuchanie drugiej strony, czekanie na swoją kolej w rozmowie, wyrażanie opinii bez urażania rozmówcy.


* Lepsze zdrowie. Okazuje się, że wspólne jedzenie może zmniejszać ryzyko zaburzeń odżywiania, takich jak anoreksja, bulimia i niekontrolowane objadanie się. Gdy jedzenie ma miejsce w sympatycznej atmosferze, często znika też problem tzw. dzieci – niejadków. Okazuje się, że posiłki, które przygotowujemy w domu, są zazwyczaj dla nas zdrowsze, a przez to zmniejszają ryzyko chorób i otyłości. Są też tańsze, co oznacza spore oszczędności w budżecie domowym.


Nie sposób wyliczyć wszystkich zalet posiłków rodzinnych, ale pamiętajmy, że rodzina, która jada razem, tęskni za sobą i wraca do siebie.
Aby posiłki rodzinne przyniosły dobry efekt, trzeba zadbać o to, aby przebiegały one w sympatycznej (nie napiętej) atmosferze. W przeciwnym wypadku przyniosą one odwrotny skutek. Nie korygujmy wtedy siebie nawzajem, nie strofujmy bez końca dzieci, nie spieszmy się, nie poganiajmy, zasiadajmy do stołu, zostawiając z boku wszystko to, co nie dotyczy rodziny. Telewizor, telefony komórkowe, komputer powinny wtedy poczekać.
Warto także postarać się o ciekawe tematy do rozmowy, miłe wspomnienia, sympatyczne żarty, tak aby wszyscy pragnęli tych spotkań. Jeśli niektórym to wszystko wydaje się zbyt trudne, proponuję zacząć od regularnej, wspólnej herbatki z ciasteczkiem, potem może pojawi się obiad w niedzielę, a z biegiem czasu rodzinne śniadanko lub kolacja.
Trzeba pamiętać też o jeszcze jednej zasadzie: im częściej jemy wspólnie posiłki, tym bardziej jesteśmy z nich zadowoleni.
Choć jesteśmy ciągle w pędzie, choć czas nas goni, przeorganizujmy nasze plany tak, by móc być razem choć przez moment. Starajmy się wykroić choć odrobinę czasu na wspólne posiłki. Wiadomo, że nie jest to proste, ale naprawdę warto.

B. Drozd

Psycholog

Opublikowano w Zdrowie i inne porady

wielodzietniMam na imię Patrycja. W przyszłym roku, w lecie, biorę ślub. Mój narzeczony jest bardzo dobrym człowiekiem i pochodzi z polskiej, kochającej się rodziny. Ze mną niestety jest inaczej. Moi rodzice po 8 latach małżeństwa (ja miałam wtedy 5 lat) rozeszli się, bo jak mi mówiła mama, "po prostu nie dobrali się". Tak więc nigdy nie byli dla mnie dobrym przykładem. Ale z dzieciństwa pamiętam moich dziadków, którzy do końca życia byli nierozłączni i nie opuszczali się na krok. Przypominam sobie też słowa babci, która zawsze mówiła, że dziadziuś był jej jedynym, prawdziwym przyjacielem. Gdy babcia umarła, dziadziuś nie mógł bez niej żyć, rozchorował się i po kilku miesiącach także zmarł. Małżeństwem byli 55 lat. Do dziś nie wiem, jaki był sekret ich szczęścia małżeńskiego, a tak bardzo chciałabym, żeby i mnie się udało. (...)

Chyba wszyscy małżonkowie, gdy sięgną pamięcią wstecz, zgodzą się z tym, że powodem, dla którego pobrali się, nie było gotowanie, pranie, sprzątanie itp., ale pragnienie, aby kochać i być kochanym, pragnienie bycia razem i wiara, że wspólne życie będzie głębsze i wspanialsze od życia w pojedynkę. I trzeba to głośno powiedzieć, że przy dobrej woli obydwojga, małżeństwo naprawdę może być najcudowniejszą przygodą życia. Aby tak się stało, małżonkowie od samego początku muszą być fizycznie, psychicznie i duchowo jak najbliżej siebie po to, aby siebie jak najlepiej rozumieć, czyli stworzyć w swoim związku tzw. jedność małżeńską. Jedność ta ma kilka aspektów, które postaram się pokrótce scharakteryzować:
1. Jedność intelektualna – Jeśli chcemy po latach powiedzieć, że mój mąż/moja żona był/a moim najlepszym przyjacielem, to musimy nauczyć się odkrywać przed współmałżonkiem nasze myśli i pragnienia (oczywiście nie wszystkie!). Powinniśmy każdego dnia znaleźć czas na to, aby podzielić się z nim tym, co nas dzisiaj spotkało, opowiedzieć o swoich opiniach, przemyśleniach dotyczących różnych sfer życia, np. polityki, finansów, zdrowia, urody, filmu, przeczytanej książki, pracy itd. Jeśli wnikniemy w umysł najbliższej nam osoby i jednocześnie pozwolimy jej wejść do naszego świata myśli, to możemy powiedzieć, że jako małżonkowie osiągnęliśmy jedność intelektualną.
2. Jedność emocjonalna – Uczucia/emocje to np. radość, smutek, złość, miłość, onieśmielenie, zdenerwowanie, przygnębienie itp. Nie można o nich powiedzieć, że są dobre czy złe, one po prostu w każdym z nas są. Oceniać można tylko to, co robimy z emocjami, czyli nasze zachowanie. Jedną z najbardziej przydatnych umiejętności w życiu jest mówienie o uczuciach. Ale aby móc szczerze o nich powiedzieć, trzeba czuć, że nie zostanie się za to skrytykowanym. Mówiąc np. "Boję się o...", "Jestem dziś bardzo szczęśliwy...", "Czuję się zraniony...", "Boli mnie gdy...", "Wczoraj było mi wstyd, gdy...", "Jestem podekscytowana, bo...", otwieramy się przed drugą osobą, wpuszczamy ją do swojego, wewnętrznego, intymnego świata emocji. I właśnie rozmawianie o uczuciach buduje między małżonkami jedność emocjonalną.
3. Jedność duchowa – Wiara jest najintymniejszą sferą życia człowieka i mimo, że ma ona ogromny wpływ na małżeństwo, często dzielimy się nią ze współmałżonkiem bardzo niechętnie. A prawda jest taka, że po to, aby jak najlepiej móc się poznać i zrozumieć, powinniśmy chcieć mężowi/żonie przekazać to, co się dzieje w naszym wnętrzu, i chcieć wiedzieć, co się dzieje w jego/jej duszy. A więc mówmy sobie o naszych przemyśleniach, odkryciach duchowych, módlmy się razem na głos lub w ciszy, trzymając się za ręce, dyskutujmy o tym, co usłyszeliśmy w kościele, przeżywajmy razem jak najgłębiej święta religijne. W ten sposób nasze serca zbliżą się do siebie i odczujemy wspaniałą, duchową jedność.
4. Jedność seksualna – Mężczyźni i kobiety są bardzo zróżnicowani w sferze pragnień seksualnych. Mąż zwykle kładzie nacisk na fizyczną przyjemność, żona zaś na emocjonalną, czyli poczucie bycia kochaną, podziwianą, docenianą. Jedność seksualna wymaga zrozumienia i koncentracji na drugiej osobie. A więc mąż powinien skoncentrować się na zaspokojeniu potrzeb emocjonalnych żony, ona zaś na fizycznej stronie aktu, tak by zaspokoić potrzeby męża. "Jeśli małżonkowie będą chcieli przez akt seksualny okazać sobie nawzajem miłość i poświęcą czas, by poznać, co sprawia przyjemność drugiej osobie, odnajdą jedność seksualną. Jeśli jednak będą robili tylko to, czego chce ich natura, odnajdą jedynie frustrację" (G. Chapman). Jak widać, nie można osiągnąć jedności seksualnej bez pogłębiania jedności emocjonalnej, duchowej czy intelektualnej, bez tego seks się jedynie "uprawia".
5. Jedność w wychowaniu dzieci – Trzeba pamiętać, że jedność między mężem i żoną daje wielką satysfakcję im samym, ale też wpływa na całą rodzinę. Jeśli małżonkowie działają wspólnie, mają ten sam pogląd w sprawie najważniejszych zasad wychowania swojego potomstwa, to dają swoim pociechom poczucie bezpieczeństwa i przewidywalności. Nie powinny mieć miejsca sytuacje, w których jeden rodzic zabrania czegoś, a drugi w tym samym czasie na to pozwala. Takie zachowanie podważa autorytet rodzicielski i jest powodem wielu problemów wychowawczych. Tworzy to w psychice dziecka chaos, ono czuje się zagubione, a poza tym uczy się manipulowania rodzicami. Dziecko powinno wiedzieć, że rodzice trzymają wspólny front i zdanie każdego jest tak samo ważne. Nie chodzi tu o to, że mamy się we wszystkim zgadzać, ale jeśli w jakichś sprawach mamy odmienne zdanie, to pod nieobecność dzieci powinniśmy wszystko przedyskutować, wspólnie ustalić zasady i reguły obowiązujące w domu. Jest to ważne dla dobra dziecka i... dla nas samych.

B. Drozd

Psycholog

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
piątek, 07 grudzień 2012 19:20

Jak przekazać dzieciom wiarę

wielodzietniJesteśmy małżeństwem z 20-letnim stażem. Mamy dwóch synów: 8- i 17-letniego. Oboje z mężem jesteśmy wierzący i staraliśmy się jak najlepiej przekazać wiarę naszym dzieciom. Było to ważne szczególnie dla mnie jako matki. Mąż co prawda stał trochę z boku, ale nigdy mi w tym nie przeszkadzał. Dzisiaj nasz starszy syn ma 17 lat i rok temu powiedział nam, że jest niewierzący, że nie będzie robić "cyrku" i do kościoła więcej nie pójdzie. Na pytanie dlaczego, odpowiada tylko, że jest to dla niego głupie i nudne. Zaczął też podważać podstawy naszej wiary. Najgorsze jednak jest to, że młodszy syn jest w niego wpatrzony i we wszystkim bierze z niego przykład. Boję się, że niedługo powie to samo co starszy brat. (...) Jestem zrozpaczona. Wiem, że zrobiliśmy trochę błędów, ale kto ich nie popełnia. Jak postępować z młodszym synem, żeby nie doszło do tego, co nas spotkało ze starszym dzieckiem. Mirka

Rodzice są zawsze pierwszymi opiekunami, wychowawcami i nauczycielami dziecka, i to na nich spoczywa przywilej i obowiązek kierowania jego rozwojem religijnym. Nie jest to łatwe zadanie i jak wszystko, co jest wartościowe, wymaga wielkiego zaangażowania i pracy. Wielką pomocą w przekazywaniu wiary dzieciom są:
Własny przykład:
– Nikt nikomu nie da czegoś, czego sam nie posiada. Podobnie jest z wiarą. Jeśli rodzice chcą ją przekazać dzieciom, powinni najpierw sami zadbać o własną więź z Bogiem. Muszą ją stale pogłębiać, dbać o nią, żyć w zgodzie z jej zasadami. Dobrze jest, gdy dziecko chodzi z rodzicami na Mszę, widzi, jak się modlą, jak swoją postawą wyrażają szacunek, jak zachowują milczenie, wykonują określone gesty. Dziecko, mając taki przykład, w sposób naturalny uczestniczy w tym, co jest ważne dla jego rodziców i ich wiarę przyjmuje jako coś oczywistego. Pamiętajmy, że w przekazywaniu wiary nikt i nic nie zastąpi osobistego świadectwa rodziców.


Przykład ojca:
– Dla młodych chłopców najważniejsza jest postawa ojca. Jest taka zasada: mężczyzna będzie się modlił wtedy, gdy zobaczy modlącego się innego mężczyznę. A więc jeśli ojciec modli się i głęboko przeżywa swoją wiarę, to jego syn prawdopodobnie też się będzie modlił, i nawet jeśli kiedyś będzie przechodził kryzys wiary, to prędzej czy później do niej powróci. Nie ma takiej możliwości, żeby wspaniały przykład ojca nie promieniował na syna. Bardzo dobrze widać to w historii nawrócenia świętego Augustyna. Miał wierzącą, świętą matkę i niewierzącego ojca. Matka przez całe życie modliła się o jego nawrócenie. Augustyn był świadkiem jej wiary, ale nawrócił się dopiero wtedy, kiedy spotkał modlącego się mężczyznę – ówczesnego biskupa Mediolanu. Zachwycił się tym, co zobaczył, i dzięki temu mamy dziś wielkiego doktora Kościoła.


Klimat domu pełen bezpieczeństwa i miłości:
– Ponieważ rozwój wiary zależy też od warunków, w jakich żyje dziecko, dlatego ważna jest atmosfera panująca w domu, bliskość, szczerość i zaufanie w rodzinie. Ważne jest, w jaki sposób rodzice odnoszą się do siebie, czy się szanują i kochają, bo to oni jako pierwsi pokazują dziecku, jaki jest Bóg. Jeśli zależy ci na tym, żeby przekazać dzieciom, że Bóg jest miłością, to pokaż im, jak Jego miłość płynie przez ciebie!


Modlitwa jako codzienny, wieczorny rytuał:
– Dzieci modlących się rodziców raczej też w przyszłości będą się modliły. Dlatego regularna modlitwa w specjalnym, przeznaczonym do tego miejscu jest bardzo ważna. Powinna ona odbywać się w miłej atmosferze, a po niej powinny mieć miejsce: znak krzyża zrobiony przez mamę i tatę, buziaki i przytulanie na dobranoc. Takie wieczorne spotkania na modlitwie są bardzo ważne. Oczyszczają relacje rodzinne, jednają pokłóconych. A wspólna modlitwa ocaliła już niejedną rodzinę. Amerykańska socjolog M. Wilson przeprowadziła badania na temat trwałości różnych związków małżeńskich. Oto jej wyniki: związek cywilny – rozchodzi się jedna para na dwie (50 proc.), po ślubie kościelnym, bez praktyk religijnych – jedna para na trzy (33 proc.), po ślubie kościelnym i przy coniedzielnej Mszy świętej – jedna na pięćdziesiąt (2 proc.), po ślubie kościelnym, coniedzielnej Mszy świętej i codziennej modlitwie małżonków zaledwie jedna na 1429 par, a więc 0,7 promila!

Czego unikać:
– Przekazywania dziecku własnych wątpliwości dotyczących wiary. Jeżeli nosimy w sobie jakieś rozterki, to nie zagłuszajmy ich, tylko sami poszukujmy odpowiedzi na dręczące nas pytania.
– Niekonsekwencji, bo wiara to nie przymus i źle jest, jeśli rodzic każe dziecku chodzić na Mszę, a sam zostaje w domu. Takie zachowanie spowoduje, że wszystko co chcemy dziecku przekazać, stanie się dla niego nieautentyczne.
– Używania infantylnych zwrotów typu: "bozia". Od początku mówmy o Panu Bogu,Jezusie, Aniele Stróżu itd.
– Straszenia dzieci Bogiem, diabłem itp. mówiąc np. "Uważaj, bo Pan Bóg widzi wszystko, co robisz! Ukarze cię, jak będziesz niegrzeczny!"
– Szantażu typu: "Jeśli nie pójdziesz do kościoła, to...", "Idź, bo inaczej...". Pamiętajmy, że naprawdę lepszy skutek przyniosą komunikaty w stylu: "Chodźmy do kościoła", niż "Idź do kościoła", czy: "Pomódlmy się" niż: "Pomódl się".
Pamiętajmy, że dzieci mają tajemniczy instynkt otwierania się na to, co w ich rodzicach jest prawdziwe, i odrzucania tego wszystkiego, co jest w nich fałszywe. Jeżeli chcemy dzieciom przekazać wiarę, musimy sami starać się naprawdę nią żyć.


B. Drozd - psycholog
Mississauga

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
poniedziałek, 25 wrzesień 2017 08:58

Kryzys ekonomiczny w rodzinie

wielodzietni"Już nie wiem, co robić. Moja żona jest strasznie rozrzutna i nasze zadłużenie rośnie z dnia na dzień. Nic do niej nie dociera, ani wyliczenia, ani uzgodnienia na początku miesiąca – i tak zrobi, jak zechce. Jak kategorycznie mówię, że na coś nie możemy sobie pozwolić, to straszy, że odejdzie z dzieckiem. Ma jakąś psychiczną blokadę: na słowo »nie stać« reaguje furią. Lepszej pracy w mojej miejscowości nie znajdę. Do innych miejsc nie mogę się przenieść, bo przecież nie zostawię rodziny samej. Poza tym o przeniesieniu się całą rodziną żona też nie chce słyszeć. Rozrzutność to oczywiście nie jedyna przyczyna niesnasek, ale wydaje mi się, że to już nas może doprowadzić do katastrofy...

Proszę o pomoc, bo naprawdę nie wiem, jak znaleźć sposób na poskromienie rozrzutności żony". Zbyszek

W dzisiejszych czasach temat pieniędzy nabiera szczególnego charakteru. Półki w sklepach uginają się od kolorowych towarów, reklamy kuszą i nakłaniają do zakupów. Co krok spotykamy promocję, obniżkę, wyjątkową ofertę. A co jeśli na te wszystkie dobra nie mamy pieniędzy? Wtedy wystarczy przecież użyć karty kredytowej lub kupić na raty. I tak uczestniczymy w pięknym, kolorowym świecie, dla którego przedstawiamy wartość dopóty, dopóki mamy pieniądze i jesteśmy potencjalnymi klientami. Jaki jest tego skutek? Kilkadziesiąt procent małżeństw w USA kończy się rozwodem. Osiemdziesiąt procent z nich twierdzi, że trudności finansowe były jedną z głównych przyczyn problemów małżeńskich. Tak jak rozwód jest konsekwencją wielu wcześniejszych problemów (braku komunikacji, egoizmu itd.), podobnie problemy finansowe mogą być rezultatem innych problemów osobistych i rodzinnych. Wśród nich są często: brak cierpliwości, niedojrzałość, niewłaściwa postawa wobec życia, niewiedza, niskie poczucie własnej wartości (kompleksy) czy niewłaściwe priorytety. Niektórzy psychologowie twierdzą nawet, że sposób traktowania pieniędzy i zarządzania nimi jest wskaźnikiem naszego stanu duchowego – naszych zasad i wartości, które wyznajemy.


Kultura konsumpcjonizmu wywołuje w nas niepotrzebny stres, kreuje fałszywe potrzeby. Wielu z nas nie może oprzeć się pokusie porównywania się z innymi, nie godzi się na swój ekonomiczny status quo. Jesteśmy gotowi popaść w długi, aby mieć najmodniejsze ubrania, najlepszy samochód lub duży dom w najbardziej prestiżowej dzielnicy miasta i dopiero wtedy wydaje się nam, że jesteśmy szczęśliwi. Dla niektórych jest to droga donikąd, bo kredyt trzeba będzie tak czy inaczej spłacić, a czasem jest on już tak wysoki, że małżeństwo nie ma na to środków. Szczęście pryska, zaczynają się problemy. Takich sytuacji na pewno byłoby mniej, gdybyśmy nauczyli się cieszyć się z tego, co mamy. Nikt nie rodzi się zadowolonym z natury; wszyscy musimy nauczyć się być zadowolonymi. Doktryna zadowolenia mówi, że musimy nauczyć się czerpać radość z każdych, nawet małych rzeczy, z sytuacji w jakich przyszło nam żyć tu i teraz. Nie oznacza to oczywiście, że należy zrezygnować z właściwie umotywowanej ambicji, aby poprawiać byt swój i swojej rodziny. Wręcz przeciwnie. Jednakże radość z tego, co mamy, wyrobienie sobie właściwej postawy wobec rzeczy materialnych, mogą uwolnić nas od wielu rozterek i pozwolić czerpać radość z wolności, szczególnie tej finansowej.
Jeśli popadliśmy w trudności ekonomiczne lub boimy się w nie popaść, powinniśmy uważnie przypatrzeć się naszym wydatkom i sprawdzić, które wynikają z uzasadnionych potrzeb, a które z próżności, zachcianek, chęci "pokazania się".
Wszyscy mamy podstawowe potrzeby, które musimy zaspokoić, takie jak jedzenie, ubranie, czyli rzeczy absolutnie konieczne. O pragnieniach mówimy wtedy, gdy chcemy kupić coś, co zalicza się do podstawowych potrzeb, ale jest lepszej jakości. Jeśli nas na to stać, realizujmy je pamiętając, aby nie udawać kogoś, kim nie jesteśmy, aby nie żyć ponad stan i wydawać więcej niż zarabiamy. Wszystko, co nie jest podstawową potrzebą lub pragnieniem, jest sprawianiem sobie przyjemności – zachcianką (lepszy samochód, dom, elektroniczne gadżety, biżuteria itd). Niekoniecznie są to złe rzeczy, ale ulegajmy im dopiero wtedy, gdy mamy pewność, że nasz budżet na to pozwala. W ten sposób być może uda nam się ominąć pułapkę ekonomiczną.
Gdy naszą rodzinę dotknął już kryzys, to pamiętajmy, aby przeżyć go w godności i wzajemnej miłości, aby jego ciężar nosić we dwoje, nie odejść w tym czasie od siebie (bo kryzysy zawsze po jakimś czasie się kończą), by siebie nie ranić i nie rozciągać go na "nowe terytoria". Szczególnie bolesne wtedy bywa oskarżanie. Oskarżając się wzajemnie, cierpimy dodatkowo, słabniemy, przestajemy kochać, zaczynamy nienawidzić. Oskarżanie prowadzi do śmierci. Do śmierci jedności małżeńskiej. Gdy jednak wtedy uda się nam przebaczyć sobie nawzajem, doznamy tak wielkiej ulgi, radości i pokoju, jakby wydarzył się cud.

 

B. Drozd

psycholog

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
piątek, 23 listopad 2012 22:02

Kłótnie między rodzeństwem

wielodzietniMój 13-letni syn i 11-letnia córka bez końca się kłócą. I to nie są zwykłe kłótnie, jakie zdarzają się w każdej rodzinie. Oni wyzywają się, krzyczą na siebie, grożą sobie, rzucają w siebie przedmiotami, wystawiają do siebie środkowy palec. Ostatnio te ich kłótnie zamieniają się już w bójki. Wczoraj na przykład córka rzuciła się na syna i zaczęła go drapać. Nasze upomnienia nie dają żadnego skutku. Próbowaliśmy już chyba wszystkiego, żeby dzieci się uspokoiły, ale one nas nie słuchają. To znaczy za każdym razem obiecują poprawę, ale my z góry wiemy, że jak przyjdzie co do czego, to i tak zrobią swoje.

Ja jako matka czuję się z tym strasznie. Zawsze pragnęłam, żeby dzieci kochały się i wspierały, a jest inaczej. One nie zachowują się jak rodzeństwo, ale jak najgorsi wrogowie. Chciałabym jakoś to zmienić, ale nie wiem jak... Iwona

Podstawową wartością w każdej rodzinie powinno być odnoszenie się do siebie z dobrocią i czułością. Niestety, wiele rodzin boryka się z problemami podobnymi do tych opisanych w liście. Nie zawsze, w wydawałoby się wspaniałych rodzinach, między dziećmi gości harmonia i miłość. Ale my, rodzice, musimy dokonać wszelkich starań, aby stosunki między naszymi dziećmi były jak najlepsze. Jest to ważne nie tylko teraz, ale ma też wielki wpływ na przyszłość. Niektóre dzieci bowiem po latach kłótni i wyzwisk na zawsze oddalają się od rodzeństwa. Aby temu zapobiec, rodzice powinni zrobić wszystko, aby ich dzieci były sobie bliskie i wspierały się wzajemnie. Jak to zrobić? Poniżej trochę podpowiedzi.


1. Bądź przykładem
Aby nauczyć dzieci wzajemnego szacunku, musisz całkowicie się w to zaangażować. Nie wystarczy sporadycznie przypominać dzieciom, jak mają się zachowywać, albo powiedzieć: "Prosiłem/łam, żebyś był grzeczny dla brata/siostry". Musisz odwoływać się do waszych wartości i wyjaśnić, że w waszej rodzinie najważniejsza jest miłość, dobre traktowanie wszystkich członków rodziny i że nie pozwolisz nikomu krzywdzić się nawzajem.
Aby wpoić tę wartość dzieciom, musisz być dla nich przykładem. Bądź dla nich wzorem do naśladowania i pokaż, jak powinny się do siebie odnosić. Pamiętaj, że jeśli ty sam/a krzyczysz na dzieci, wyzywasz je, jeśli twoje słowa lub czyny ranią je, to nigdy nie uda cię nauczyć je szacunku.
Ale kiedy już popełnisz błąd i powiesz lub zrobisz coś niedobrego, to przyznaj się do tego i przeproś. Nie usprawiedliwiaj się, że właśnie byłeś/łaś sfrustrowany/a. Pokaż dzieciom, że umiesz przyznać się do błędu i nie zrzucasz winy na innych. To ty własnym przykładem masz pokazać dzieciom, jak mają się zachowywać.


2. Brak tolerancji dla złego zachowania
Za każdym razem, kiedy jesteś świadkiem wzajemnego upokarzania się, niemiłych komentarzy, wyzywania się czy bójek, musisz zareagować. Nie należy wtedy wygłaszać kazań, wystarczy stwierdzenie: "Jest to zachowanie niedozwolone, które rani drugiego człowieka".
Staraj się nie angażować w kłótnie między rodzeństwem, nie staraj się dociekać, kto jest winny, tylko spokojnie przerwij konflikt.
Jak interweniować? Możesz powiedzieć coś w rodzaju: "To było niegrzeczne. Zabraniam ci odzywać się w ten sposób do brata/siostry". Taka wypowiedź od razu daje wsparcie dziecku krzywdzonemu, a ponieważ dość łagodnie upomina autora obraźliwej wypowiedzi, to także i odwet z jego strony nie powinien później wchodzić w grę.


3. Wyznaczaj granice
Jeśli dochodzi do poważniejszych konfliktów niż słowne potyczki, konieczna będzie mocniejsza interwencja. Co możesz zrobić, kiedy widzisz, że konflikt pomiędzy dziećmi wymyka się spod kontroli?
• rozdzielić je – możesz powiedzieć, że nie mogą przebywać w tym samym pokoju, póki nie będą dla siebie miłe;
• ukarać – kara zawsze powinna być jak najkrótsza i najłagodniejsza, adekwatna i do wieku i do winy, możesz np. przerwać wykonywanie przyjemnej czynności, wyłączyć tego dnia telewizję. Pamiętaj, że zbyt częste i surowe kary mogą tylko pogorszyć sytuację, bo wyzwalają w dziecku bunt. W przypadku nastolatków kary należy wymierzać tylko w ostateczności (znacznie lepiej wtedy rozmawiać i odwoływać się do wartości).


4. Opracujcie nowe sposoby poprawy relacji miedzy rodzeństwem:
• jeśli dzieci dobrze się traktują, zorganizuj jakąś przyjemność dla całej rodziny,
• nagradzaj je (chociaż zauważ i pochwal), jak widzisz, że zachowują się jak przyjaciele,
• zawsze pomagaj im na sytuację konfliktową spojrzeć z punktu widzenia brata/siostry,
• powiedz dziecku, że zamiast mścić się na rodzeństwie, zawsze może przyjść do ciebie i porozmawiać,
• zorganizuj im zabawy, wspólne zadania, które umocnią więź między nimi, bo im lepiej będą się ze sobą czuły, tym rzadziej będą się ranić,
• jeśli widzisz, że spędzają ze sobą dobrze czas, nie przeszkadzaj im,
• nie porównuj ich ze sobą (które jest lepsze, szybsze, mądrzejsze), staraj się, aby ze sobą nie rywalizowały,
• naucz dzieci, jak wyrażać gniew, aby nie ranić innych – pokaż im, jak to robić, i przećwicz to z nimi. Jeśli dziecko czuje złość, to lepiej, żeby wypowiedziało to wprost, np.: "Jestem na ciebie wściekła, nie chcę z tobą przebywać, jesteś dla mnie bardzo niedobry".


5. Nie poddawaj się, aż osiągniesz sukces


Pamiętaj, że stawka jest tu wielka, bo jest nią przyszłość twojej rodziny. A kiedy już odniesiesz sukces, to zobaczysz, że rodzicielstwo może być wielką przyjemnością.

 

B. Drozd - psycholog

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
piątek, 16 listopad 2012 17:56

Przyczyny złości u dzieci

wielodzietniMoja córka od dzieciństwa zachowuje się skandalicznie. Gdy była mała, ciągle miała napady złości. Jak w sklepie nie dostała tego, co chciała, kładła się na ziemię i krzyczała. Pamiętam, jak mi było wtedy wstyd przed ludźmi. W rezultacie przestałam ją zabierać na zakupy. W domu też zawsze wszystko starała się wymuszać złością i krzykiem. Zepsuła w ten sposób wiele zabawek, a raz nawet rozbiła lampę. Ale jak była mniejsza, to jakoś to się dało wytrzymać, ale teraz ma już 16 lat i to, co wyrabia, przechodzi ludzkie pojęcie. Jak czegoś jej zabraniamy czy coś od niej chcemy, to najczęściej wrzeszczy, krzyczy na wszystkich, mówi, że nas nienawidzi, wali drzwiami, rzuca wszystkim, co ma pod ręką. Po prostu jak ją ponoszą nerwy, staje się przerażająca. Kiedy najmniejsza rzecz nie idzie po jej myśli, traci nad sobą kontrolę. Jesteśmy przez nią zupełnie zastraszeni. Boimy się jej kolejnych napadów. Co robić? Jak to zmienić? Beata

Niekontrolowane wybuchy gniewu niszczą relacje między ludźmi i psują atmosferę w rodzinie. Należy zrobić wszystko, aby do nich nie dopuszczać. A jak to się dzieje, że w wielu domach są na porządku dziennym, powodując cierpienie wszystkich wokół? Przyczyn niekontrolowanej wściekłości może być co najmniej kilka, na przykład:


1. Wybuchy gniewu rodziców
Wielu rodziców wpada w tak zwane błędne koło. Polega ono na tym, że nie potrafią oni kontrolować złości dziecka inaczej, niż złoszcząc się sami. A wygląda to tak: kiedy dziecko jest niegrzeczne, mama lub tata krzyczy i dziecko uspokaja się. Rodzice więc natychmiast otrzymują oczekiwane rezultaty i widzą, że kiedy nie krzyczą, dziecko jest niegrzeczne, kiedy krzyczą, dziecko jest grzeczne. Takie zachowanie dorosłych, mimo że przynosi krótkotrwałe efekty, ma jedną wielką wadę: uczy dziecko, że krzyk to dobry sposób na radzenie sobie z frustracją i że złość jest skuteczna i akceptowana przez starszych. Więc gdy przyjdzie moment, że same się zezłoszczą, postąpią tak samo jak rodzice: będą wrzeszczeć i bić.
A pierwszy krok do nauczenia dziecka, jak sobie radzić z emocjami, to danie mu dobrego przykładu. Dzieci patrzą, jak odnosimy się do siebie nawzajem, jak rozstrzygamy problemy, szczególnie te, kiedy dochodzi do różnicy zdań. Jeśli wpadamy w gniew, grozimy, podnosimy głos – możemy wkrótce od dziecka oczekiwać tego samego. Natomiast jeśli pokażemy, że umiemy kontrolować złość, że można sobie z nią skutecznie w każdej sytuacji radzić, to takie postępowanie siłą rzeczy wpoimy też swojemu dziecku.


2. Złość się opłaca
Z jednej strony nasze dzieci bardzo szybko orientują się, że nie wszystko im wolno, że nie mogą robić tego, co chcą, kupić tego, czego akurat bardzo pragną, czy iść tam, gdzie mają ochotę. Z drugiej, zauważają też, że rodzice boją się gniewu i po to, żeby kogoś uspokoić, spełniają jego prośby. Dzieci widząc to, próbują zastraszyć swoim wybuchem mamę czy tatę i jeśli uda im się wtedy uzyskać to, czego pragną, to raczej na pewno takie zachowanie powtórzą w przyszłości. Jest to charakterystyczne szczególnie dla maluchów. Chyba każdy z nas był świadkiem histerii dziecka, któremu rodzice odmówili czegoś w sklepie.
Niektóre dzieci wyrastają z napadów wściekłości, u innych natomiast złość przybiera na sile, a wybuchy stają się jeszcze gwałtowniejsze, a czasem wręcz niebezpieczne. Przyczyną tego jest uleganie i nagradzanie złego zachowania.
Dlatego nie powinniśmy ulegać rozzłoszczonemu dziecku, które gniewem próbuje coś od nas wymusić. Nie pozwalajmy na to, żeby jego złe zachowanie kiedykolwiek wpłynęło na naszą decyzję. Dawajmy dziecku to, o co prosi, kiedy jest to dla niego dobre lub kiedy na coś zasłużyło, a nie wtedy, kiedy nas próbuje do czegoś zmusić.


3. Lepsze samopoczucie dziecka po rozładowaniu gniewu
Niektórzy rodzice, mimo że nie dają dziecku złego przykładu i nie nagradzają złego zachowania, mają problem z niekontrolowaną złością u dzieci. Przyczyna tego może być prozaiczna. Otóż kiedy dorosły człowiek czuje wzbierającą się w nim złość, to odczuwa wielki dyskomfort psychiczny. Tłumiony gniew powoduje w nim wzrost napięcia i zaczyna szukać sposobu zlikwidowania tego przykrego uczucia. Często wtedy daje niekontrolowany upust swojej złości, po czym czuje się znacznie lepiej. Tak samo jest z dziećmi. Jeśli one zauważą, że po wybuchu wściekłości odczuwają ulgę, oczyszczenie, to następnym razem, gdy będą w podobnej sytuacji, powtórzą to zachowanie. Jest to naprawdę bardzo niebezpieczna strategia radzenia sobie z gniewem.
Więc co wtedy robić? Należy pomóc dziecku znaleźć inne metody radzenia sobie z emocjami. Mogą to być np. wyjście z pokoju, głębokie oddechy połączone z liczeniem do dziesięciu, kontrolowanie swojego toku myślowego przez mówienie do siebie, uspokajanie się słowami, zmianę tematu, o którym się myśli, itp. Osoby wybuchowe postępują odwrotnie: one same siebie prowokują i napędzają swoją złość.
Praca nad samym sobą nie jest łatwa. Przygotujcie więc dziecko na ciężki wysiłek, a za każdym razem, kiedy uda mu się powstrzymać od wybuchu gniewu, pochwalcie je i powiedzcie, że jesteście z niego dumni.
A na koniec, o tym, czego na pewno NIE powinniśmy robić, gdy dziecko się złości:
• radzić, by sobie ulżyło, uderzając w poduszkę lub inny przedmiot,
• bić dziecka, żeby je ukarać,
• mówić, że może uderzyć kolegę, brata lub siostrę, jeśli zostało zaczepione, ponieważ dziecko nigdy nie powinno postrzegać bicia jako właściwego zachowania.


B. Drozd - psycholog
Mississauga

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
piątek, 09 listopad 2012 22:24

Psycholog radzi: Wartości to podstawa

wielodzietniOd początku mieliśmy problemy córką. Już jako dziecko była marudna i nieposłuszna. Gdy miała 12 lat, urodził się nasz młodszy syn. Przyznaję, że byliśmy nim bardzo zaabsorbowani i zaniedbaliśmy ją wtedy trochę. Córka opuściła się w lekcjach, wagarowała, wracała późno do domu, przebywała w złym towarzystwie, a my jakoś nie byliśmy w stanie ogarnąć tej całej, zagmatwanej sytuacji. Jak córka miała 17 lat, w grę zaczął wchodzić alkohol i narkotyki. Zaczęły się awantury o wszystko, znikanie na noce, a z domu zaczęły ginąć te przedmioty, które mogła sprzedać. Wtedy dopiero dotarło do nas, że przegraliśmy i zawiedliśmy na całej linii. Patrycja jakimś cudem skończyła szkołę średnią, ale tylko dzięki pchaniu na siłę i korepetycjom. Po jakimś czasie jednak wyprowadziła się od nas i zamieszkała z jakimś podejrzanym, dużo starszym od niej mężczyzną. Od znajomych wiemy, że spróbowała wtedy wszystkiego, nawet prostytucji. Córka teraz ma 21 lat i dobrowolnie poddała się leczeniu odwykowemu. Wychodzi powolutku na prostą i próbuje nadrobić to, co straciła. My jako rodzice już zrozumieliśmy, że przegapiliśmy ten okres, gdy nasze dziecko głośno wołało o pomoc. Czasu już nie wrócimy, żałujemy tego bardzo, ale mamy też młodszego syna i chcielibyśmy uniknąć z nim tego, co przeżyliśmy z naszą córką. Tylko tak naprawdę to nie za bardzo wiemy, co powinniśmy w sobie zmienić. (...) Zatroskana matka

Niełatwa jest dzisiaj rola i rodziców, i dzieci. Otaczający nas świat bardzo się zmienił. Dzieci najczęściej w domu słyszą coś innego, niż pokazuje telewizja, radio czy Internet. Z jednej strony, są one zanurzone w kulturze gloryfikującej seks i przemoc, z drugiej, odczuwają presję, żeby być lubianymi przez kolegów i odnosić sukcesy w szkole. Rola rodziców też jest trudna. Nie wystarczy kochać dzieci, żeby wyrosły na osoby zrównoważone i odpowiedzialne. Oczywiście wszystkie dzieci potrzebują miłości, jednak muszą też nauczyć się, jak radzić sobie ze sprzecznymi informacjami, które docierają do nich poza domem rodzinnym. Dzisiejsze dzieci bardziej niż kiedykolwiek wcześniej potrzebują jasnego systemu wartości, które nauczą je samokontroli i pozwolą dokonywać właściwych wyborów. Muszą przede wszystkim nauczyć się odróżniać dobro od zła.


Każde dziecko musi wiedzieć dokładnie, kim jest i w co wierzy. Kiedy nas nie będzie w pobliżu, to wartości będą dla niego mapą, do której będzie mogło zajrzeć, żeby wiedzieć, jaką pójść drogą. Im silniejsze będzie miało zasady, tym lepiej będzie sobie radzić w każdej sytuacji. Będzie pewne siebie, będzie mogło samo ocenić swoje zachowanie czy dokonywane wybory. Kiedy uda mu się postąpić zgodnie z wpojonymi mu przekonaniami, będzie z siebie dumne. Kiedy pogwałci swój system wartości, będzie wiedzieć, że zrobiło błąd i będzie umiało go naprawić.


Aby przekazać dzieciom jakiś system dobrych wartości, to najpierw trzeba go samemu mieć. Niektórzy rodzice są świadomi zasad, jakimi kierują się w życiu, inni, sami zagubieni, nie wiedzą, co mają przekazać swoim pociechom. Brak wyraźnie określonych zasad to błąd, który naprawdę należy naprawić.
A co ty byś chciał przekazać swoim dzieciom? Czy może najbardziej cenisz sobie wykształcenie, pracowitość, grzeczność i uczciwość? A może traktowanie innych ludzi z szacunkiem, dobrocią i czułością? A może po prostu najważniejsza wg ciebie jest wiara i zasady moralne, które za nią idą? Pomyśl, jakie wartości chcesz wpoić swoim dzieciom, i reaguj, gdy ich zachowanie jest z nimi sprzeczne. Ale pamiętaj też, że najlepszym sposobem, aby nauczyć dziecko, co jest dobre, a co złe, jest dawanie mu dobrego przykładu. Ono czuje się zgubione, jeśli np. prawisz kazania o uczciwości, a sam nieuczciwie postępujesz, czy jeśli przeklinasz, ale oczekujesz, że ono nie będzie używać tzw. brzydkich słów. Jeśli jesteś rodzicem, kontroluj swoje postępowanie. Bądź przykładem życia zgodnego z zasadami. Dzieci naśladują rodziców. Jeśli nie podoba ci się coś w zachowaniu dziecka, to najpierw uczciwie zastanów się, czy nie nauczyło się tego od ciebie.
Zainteresowania, zajęcia i idole twojego dziecka powiedzą ci najwięcej o systemie jego wartości dziecka. A więc zastanów się:
* jakie programy telewizyjne ogląda,
* jakiej słucha muzyki,
* jakie plakaty wiszą w jego pokoju,
* jakie ogląda filmy,
* jak się ubiera, maluje, a może tatuuje,
* jacy są jego: ulubieni aktorzy, piosenkarze, sportowcy, przyjaciele,
* co robi poza szkołą,
* co kolekcjonuje.
Odpowiedzi na te pytania odzwierciedlają wartości twojego dziecka. Pomyśl, czy są one zgodne z tymi, jakie ty wyznajesz?
Kiedy twoje dziecko boryka się z jakimś problemem, to nie wystarczy go pocieszyć, pokazać mu, jak rozwiązać tę konkretną sytuację. Ono musi rozumieć, dlaczego jako rodzic chcesz, żeby postępowało w taki, a nie inny sposób. Trzeba mu to zawsze wyraźnie wytłumaczyć. W ten sposób, kiedy szuka rozwiązania swoich problemów, nauczy się kierować wartościami. Jeśli nie posiądzie tej umiejętności, będzie kierować się w życiu w oparciu o to, co np. jest przyjemne czy zapewni mu nagrodę lub pozwoli uniknąć kary. A to czasem może sprowadzić je na manowce. Oczywiście kary i nagrody są nieodłączną częścią naszego życia, ale naprawdę nie zastąpią wartości. Dziecko musi chcieć postępować właściwie nawet wtedy, gdy nie otrzyma za to nagrody i nawet jeśli sądzi, że nieposłuszeństwo się mu upiecze.
Pamiętajmy, jeżeli jako rodzice, przekażemy dzieciom dobre moralne drogowskazy, to przeprowadzą je one bezpiecznie przez życie.

 

B. Drozd - psycholog

Opublikowano w Zdrowie i inne porady
Strona 1 z 2