Goniec

Register Login

piątek, 23 październik 2015 13:41

700 kilometrów do jesieni

W tym roku jesieni szukaliśmy dość daleko, bo w Parku Prowincyjnym Aiguebelle w Quebecu. Park znajduje się w regionie Abitibi-Temiscamingue, 700 kilometrów od Toronto, praktycznie w linii prostej na północ. Najbliższe miasta to Rouyn-Noranda, Amos i Val d'Or. Ma prawie 270 kilometrów kwadratowych, jego obszar obejmuje wzgórza Abijevis z najwyższym szczytem Mont Dominant (570 m n.p.m.).

Przez Aiguebelle przebiega wododział (rozdziela wody spływające do Zatoki Hudsona i do Oceanu Atlantyckiego przez Rzekę Św. Wawrzyńca). Znajduje się tu ponad 80 jezior. Na terenie parku występują prekambryjskie formacje skalne, których wiek szacuje się na 2,7 miliarda lat. Kiedyś w większości bazaltowe skały stanowiły dno prehistorycznego oceanu.

Dla nas w Aiguebelle jest wszystko, czego potrzebujemy: niewielkie wzniesienia, dużo widokowych szlaków pieszych długości 2-3 kilometrów (czyli w sam raz dla Jacka, żeby wybrać się na jeden rano, a na drugi po południu), i do tego jeziora z możliwością pływania na canoe. Niestety, popływać nam się nie udało.

Opublikowano w Turystyka
piątek, 27 marzec 2015 16:17

Tylko droga, mróz i śnieg (2)

W środę zaczynamy od obfitego śniadania – jajecznicy z kiełbaskami. Okazuje się, że o. Gerard nie umie robić jajecznicy. Nie wie też, jak rozpalić piec (typu koza na drewno, takie piece stoją we wszystkich domach, również tam, gdzie my śpimy), dlatego korzysta tylko z ogrzewania elektrycznego. O. Marcin tłumaczy, że misjonarze z Afryki często nie znają rzeczy, które nam wydają się oczywiste, i potrzebują, żeby ktoś im to pokazał.

O. Gerard opowiada o życiu w rezerwacie. Przede wszystkim tłumaczy nam, że ludność rdzenna na tych terenach to Innu (spolszczona nazwa Innuici), a nie Inuici (ang. Inuit). Innu to Indianie leśni żyjący we wschodnim Quebecu i na Labradorze, Inuici – rdzenni mieszkańcy obszarów arktycznych. Nauczył się języka Innu i w nim odprawia Mszę św. Niestety częstym problemem w wiosce są narkotyki i alkohol. Rzeczywiście stoi tu kilka tablic z hasłami w rodzaju "Z miłości do swoich dzieci, nie dawajcie im narkotyków". Mówi o korupcji i podaje przykład hali, która miała mieścić lodowisko. Wioska dostała na ten cel 2 miliony dolarów. Wystarczyło na postawienie ścian i szkieletu dachu. Teraz budynek niszczeje, a jak zapytać rady plemienia, czy będzie kończyć budowę, gdy przyjdą kolejne fundusze, jej członkowie odpowiadają, że nie – hala będzie zburzona i zbuduje się nową, lepszą.

Opublikowano w Turystyka
czwartek, 16 październik 2014 22:37

Pod parasolem kolorowych liści

Kolejny raz w poszukiwaniu gór udaliśmy się do Quebecu. Tym razem wybraliśmy park narodowy rzeki Jacques Cartier (Parc National de la Jacques-Cartier) położony 50 kilometrów na północ od Quebec City w Górach Laurentyńskich. Rzeka ma 177 kilometrów długości. Przecina teren parku, płynąc z północy na południe i żłobiąc dolinę głębokości 550 metrów.

W XVII wieku teren ten zamieszkiwali Indianie – Huroni i Ilnuatsh. Huroni często byli przewodnikami jezuitów, którzy podążali z Quebec City nad jezioro Sain-Jean (położone kawałek na północ od parku). Gdy na teren obecnej Kanady zaczęli przybywać Europejczycy, Indianie Ilnuatsh spływali rzeką Jacques Cartier do miejscowości Stadacona (Quebec City), by sprzedawać futra i skóry, a nabywać takie europejskie dobra, jak strzelby, siekiery czy lusterka. W 1895 roku po naciskach został tu utworzony obszar ochronny. Po II wojnie światowej znacznie wzrosła liczba turystów, nie bez znaczenia pozostał w tym wypadku rozwój dróg. Jednak w 1972 roku Hydro-Québec wystąpiło z projektem budowy tamy na rzece i zalania całej doliny. Po trzech latach protestów pomysł zarzucono i powstał Parc National de la Jacques-Cartier.

Opublikowano w Turystyka
poniedziałek, 21 grudzień 2015 12:56

W poszukiwaniu zimy - Quebec, Cantons-de-l'est

W piątek przed długim weekendem około 2 po południu na Don Valley Parkway zaczyna się robić ciasno. Na tablicy wyświetla się komunikat, że przed York Mills ruch jest spowolniony. Rzeczywiście robi się ciasno. Nagle samochód przede mną hamuje. Ja też wciskam pedał hamulca, jednocześnie patrząc w lusterko wsteczne, czy ten za mną zdąży. Wydawałoby się, że spokojnie zdąży, nie jedziemy szybko. Nie zdążył.

Jacek nawet się nie obudził, gdy stuknęło. Każdy z nas – ja, Rafał i Szymon, który wybrał się z nami – mamy w głowie inną wizję rozbitego zderzaka. I oczywiście wizję powrotu do domu i użerania się z Budgetem. Tamten kierowca też jest zdenerwowany – pojazd, który prowadzi, również jest z wypożyczalni.

Opublikowano w Turystyka
piątek, 20 wrzesień 2013 14:10

Skoro Indianie mogą...


kumorZapraszam do przeczytania wywiadu z Marianem Kowalskim w dzisiejszym numerze "Gońca" i jeszcze raz z serca dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do sukcesu, jakim była wizyta naszego gościa w Kanadzie.
Firmie Krzyśka Sapińskiego Bellmount Signs za piękną planszę Ruchu, Markowi Grycowi z LG Interiors za wsparcie finansowe, Romanowi Dornie za zasugerowanie sali, która okazała się być reprezentacyjna i niedroga, p. Edwardowi Kamińskiemu za wsparcie finansowe, Andrzejowie Jasińskiemu i Joannie Wasilewskiej za wsparcie finansowe i wkład pracy, Robertowi Szelążkowi za udostępnienie fal radiowych. Wszystkim koleżankom i kolegom z polonijnych środków przekazu, którzy nieodpłatnie ogłosili i informowali o wizycie.

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 22 luty 2013 12:35

Prawie jak alpiniści

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/Quebec.html#sigProId9fcf9d9b9c

Wychodząc z domu w piątek po południu, nie mieliśmy do końca pewności, czy zaraz nie będziemy wracać z powrotem. Biorąc pod uwagę nasze europejskie doświadczenie w wypożyczaniu samochodów, zastanawialiśmy się, czy i tutaj nie będą chcieli odprawić nas z kwitkiem. Na szczęście jednak polskie dokumenty nie wzbudziły żadnych podejrzeń i niedługo potem siedziałam za kierownicą samochodu marki kia model Rondo.

Jednym z uroków długich weekendów są niestety korki na wyjeździe z miast. My też musieliśmy swoje odstać. Ale potem już jechało się dobrze. Przyznam, że było to moje pierwsze doświadczenie na kanadyjskich autostradach i byłam nieco zaskoczona. Zaskoczona zdyscyplinowaniem kierowców. Ograniczenie do 100 km/h, wszyscy jak jeden mąż jadą 110–120 i żadnego wariata pędzącego 150! W Polsce to jednak było nie do pomyślenia. Chociaż później dowiedziałam się, że jak ktoś za mocno szarżuje, to inni kierowcy potrafią zadzwonić na policję i na niego donieść, że stwarza zagrożenie.


Hotel w Montrealu zarezerwowaliśmy tuż przed wyjściem z domu. Należał raczej do tańszych i mieścił się w wąskiej kamienicy, nawet niedaleko centrum. Dojechaliśmy parę minut po północy, zadzwoniliśmy domofonem, wpuszczono nas... W głębi korytarza usłyszeliśmy szuranie i po paru chwilach na korytarzu pojawił się zaspany Azjata. Mój mąż przywitał go po francusku i wyjaśnił, że mamy rezerwację, podał, na jakie nazwisko. Pan, niespecjalnie na nas zwracając uwagę, otworzył swój kantorek i bez słowa podał nam do wypełnienia kartę meldunkową. Odezwał się dopiero dając nam klucz do pokoju – po angielsku. Zapytaliśmy jeszcze, gdzie można zostawić samochód, po czym wnieśliśmy rzeczy na górę. Pokój był nieduży, wyposażenie może nie pierwszej młodości, ale, co jest dla mnie sprawą zasadniczą, wszystko było utrzymane w należytej czystości.


Naszym celem w sobotę był Mont-Megantic, położony 190 kilometrów na wschód od Montrealu. Masyw bardzo ciekawie wygląda na zdjęciu satelitarnym – jak idealny rogal otwarty od strony zachodniej, a najwyższy szczyt z położonym na nim obserwatorium astronomicznym znajduje się pośrodku. Wcześniej jednak udaliśmy się jeszcze do jednego z montrealskich centrów handlowych, żeby nabyć rakiety śnieżne. Znaleźliśmy, że w jednym sklepie są właśnie przeceny na tego rodzaju sprzęt, i to nie byle jakie – o 40 proc. Więc za rakiety, które wcześniej kosztowały 200 dol., zapłaciliśmy 120.


Mieliśmy przy tym okazję przejechać przez Montreal w dzień, a tym samym popatrzeć na miasto. Oglądane z perspektywy drogi wygląda raczej szaro. Wiadukty i tunele są wylane z betonu, co jakiś czas trafiają się roboty drogowe i tym podobne wykopy. Natomiast centrum handlowe, w którym byliśmy, znajdowało się w sąsiedztwie... hałdy po wysypisku śmieci.

Z tego wszystkiego najbardziej podobał mi się mierzący 3,4 kilometra most Champlain, który spina brzegi Rzeki Św. Wawrzyńca. Większą jego część stanowi wiadukt, ostatni odcinek w stronę Stanów Zjednoczonych to ładna klasyczna konstrukcja kratownicowa.
Jedziemy autostradą, która kończy się parę kilometrów za miejscowością Sherbrooke. Widoki ciekawe, z początku teren jest równinny i tylko co jakiś czas wyskakuje jakaś góra. Później robi się bardziej pagórkowato. Za autostradą jedziemy przez malownicze wioski. Mamy akurat szczęście, bo pogoda dopisuje, jest słonecznie, chociaż na horyzoncie widać chmury. Ostatnia miejscowość, w której skręcamy na parking u stóp Mont-Megantic, to Notre-Dame-des-Bois (śmieję się, że to miejscowość "Matki Boskiej Drzewnej").


Dojeżdżamy około 3 po południu, meldujemy się w informacji turystycznej. Nocleg na terenie parku narodowego w namiocie kosztuje nas niecałe 35 dolarów. Zimą jest tu wytyczonych całkiem sporo tras na rakiety śnieżne. Osobne są dla narciarzy biegowych. Na szczyt natomiast prowadzi droga, ze względu właśnie na obserwatorium. Ale teraz nie da się tam wjechać samochodem. Ruch turystyczny jest całkiem spory, niektórzy korzystają z wypożyczalni rakiet.


Droga na szczyt podzielona jest jakby na trzy odcinki. Pierwszy – od punktu informacyjnego do miejsca biwakowego "Mała Niedźwiedzica" ma długość 900 metrów. W "Małej Niedźwiedzicy" stoi chata, w której można się ogrzać i przenocować po wcześniejszej rezerwacji. Dalej 2,2 km od punktu wyjścia mamy "Wielką Niedźwiedzicę". Tutaj też znajduje się podobna chata, poza tym kilka bardziej prowizorycznych kabin i platformy pod namiot. My wybieramy się na nocleg właśnie w to miejsce. Od "Wielkiej Niedźwiedzicy" do szczytu jest jeszcze 2,8 km i ten odcinek zostawimy sobie na niedzielę.
Zarzucamy plecaki i ruszamy w drogę. Idzie się dobrze, ścieżką przechodzi wiele osób, więc jest dobrze udeptana. Na rakietach idzie się lekko. Ani się obejrzeliśmy, a już mijaliśmy "Małą Niedźwiedzicę". Gdy dotarliśmy do miejsca naszego biwaku, musieliśmy trochę poszukać właściwej platformy. W informacji polecono nam nocleg na platformie numer 7, jako że jest położona nieco z boku.


Rzeczywiście była w raczej ustronnym miejscu i widać, że od ostatnich poważniejszych opadów śniegu nikt z niej nie korzystał. Ścieżkę od tabliczki z numerem platformy do samej platformy wydeptaliśmy sami. Warstwa śniegu na platformie i stoliku obok też wynosiła co najmniej 30 centymetrów. Co było do przewidzenia, szpilki od namiotu nie trzymały się podłoża, posłużyliśmy się więc kijkami trekkingowymi i kawałkami drewna na opał przyniesionymi z pobliskiej szopy.


Nie ma co ukrywać, że w namiocie było zimno. Ale mimo wszystko znośnie. Od razu rozwinęliśmy nasze kochane puchowe śpiwory i przykryliśmy nogi. Ja nawet zdjęłam kurtkę. Zabraliśmy się za przygotowanie obiadu. Przepis na posiłki górskie mamy prosty i sprawdzony. Najpierw należy pokroić pół cebuli w kostkę i udusić z odrobiną wody, ewentualnie na maśle. Do tego dolewa się ok. 300–400 ml wody (jeden z garnków w mojej menażce ma podziałkę) i wsypuje sos w proszku (nam najlepiej smakuje sos myśliwski knorr – tutaj znaleźliśmy nawet kanadyjski odpowiednik tego samego producenta, ale o nieco innym smaku).


Taki sosik z cebulką zagotowujemy mieszając, bo jednak lubi przywierać do dna menażki, a trzeba mieć na uwadze, że potem czeka nas mycie wszystkich utensyliów. Ostatnim etapem jest dodanie mielonki z puszki. Zdaję sobie sprawę, że u wielu osób jedzenie mielonki z puszki wywołuje obrzydzenie, ja jednak nauczyłam się owe mielonki kupować. Zwracam przy tym uwagę na zawartość mięsa w puszce mięsnej oraz na obecność w składzie "skórek wieprzowych" (ten składnik najbardziej przemawia do mojej wyobraźni). W Polsce największe delikatesy robiła firma "Krakus". Mielonki nie wyjmujemy z puszki, tylko kroimy ją w plasterki, a potem w kratkę i przy pomocy łyżki nakładamy do menażki tak jakby wybierając kolejne warstwy. Do tego mieliśmy kaszę kuskus, w wersji od wiosny do jesieni może być makaron, ryż albo inne kasze, które się dłużej gotuje).


Potem jeszcze herbata i czujemy błogość w brzuszkach. Zastanawiam się, jak to będzie w nocy, czy często będziemy się budzić z zimna. Zapalamy świeczkę z nadzieją, że trochę nas ogrzeje, ale nie przynosi to spodziewanego efektu. Spać idziemy około 9:30. I noc przesypiamy całkiem nieźle. Budzę się może 3 razy po to, by zmienić bok. Pamiętam, jak w środku nocy mój mąż w przypływie świadomości przypomina sobie o wodzie. Akurat trafia na moment, kiedy zawartość butelki zmienia stan skupienia. To ostatnia chwila, żeby przelać jej zawartość do menażki. Dzięki temu będziemy mieć rano herbatę (łatwiej ogrzać lód w menażce niż wyłupywać go z plastikowej butelki przekrojonej nożem).


Ostatecznie wstajemy o 8:30. Wychodzi więc na to, że przespaliśmy 11 godzin! Nieźle! O 6:30 zamarzła bateria w zegarku mojego męża. Robimy śniadanie (kanapki z serem żółtym i paprykarzem szczecińskim) i wyciągamy przy tym kolejny wniosek na zimowe wyprawy. Otóż śpiąc w namiocie należy brać rzeczy tłuste (jak paprykarz) albo suche (jak chleb). Mieliśmy też paprykę, która jednak charakteryzując się znaczną zawartością wody nie dotrwała do rana w formie miękkiej. Czyli zimą wszelkie warzywa-umilacze można sobie darować.
Pakujemy rzeczy, ale zostawiamy je w namiocie. Zabieramy tylko aparat fotograficzny i jeden plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami. Idziemy na Mont-Megantic (2,8 km). Jest pochmurno, niebo szare. A las cały pod śniegiem, wszędzie płaska biel, bo przecież bez słońca nawet nie ma porządnych cieni. "Wielka Niedźwiedzica" znajduje się na wysokości 780 m npm, wierzchołek ma 1105 m, więc różnica nie jest duża. Dzień wcześniej z parkingu startowaliśmy z jakiś 570 m. Na odkrytą przestrzeń wychodzi się dopiero przed samym szczytem. Wieje mocno. Okrążamy obserwatorium, robimy kilka zdjęć.


Idziemy kawałek drogą do chatki "Droga Mleczna". Tutaj wreszcie możemy się ogrzać przy kominku, zjeść coś słodkiego i skorzystać z czystej toalety. Z powrotem do namiotu idziemy inną drogą, trochę dłuższą, mierzącą 3,5 km opisaną jako "Sentier du Col". Nasz namiot stoi tak, jak go zostawiliśmy. Pakujemy rzeczy do plecaków i zwijamy obóz. Do samochodu zastał nam krótki kawałek, ale okazuje się, że chyba ten krótki kawałek najbardziej daje się nam we znaki. Powodem tego jest wiatr. Czuć zimno na twarzy i nogach. Nie zatrzymujemy się. Wiatr strąca też śnieg z drzew, na szczęście żadne z nas nie obrywa większym kawałkiem.


Na parkingu oprócz naszego stoi zaledwie kilka samochodów. Informacja turystyczna jest zamknięta. Rozgrzewamy silnik i pakujemy rzeczy. Wracamy tą samą drogą. Zatrzymujemy się na obiad w wiosce La Patrie, to zaraz następna po Notre-Dame-des-Bois. Wybieramy restaurację, która mieści się przy głównym skrzyżowaniu po prawej stronie. Lokal składa się z dwóch sal – jedna to bar, druga – restauracja. Na początek zamawiamy herbatę, żeby się ogrzać. Potem decydujemy się na zupę z kaszą i wołowiną. Jako danie główne ja biorę szaszłyk z piersi kurczaka, a mój mąż stek. Jedzenie jest bardzo smaczne. Mąż tylko kręci nosem, że dostał stek z ryżem a nie z frytkami, że w Ontario to jednak nie do pomyślenia. Ale mięso ma upieczone dokładnie tak, jak lubi, więc można powiedzieć, że ten ryż jest jakoś zrekompensowany.
W Montrealu śpimy tym razem w innym miejscu, też w okolicy centrum. Pokój większy, ale standard czystości jakby niższy (chociaż w dalszym ciągu jest przyzwoicie). Na wyposażeniu znajduje się ekspres do kawy i zastanawiam się, czy da się w nim zagotować wodę na herbatę. Mój mąż nie zawraca sobie tym jednak głowy, po prostu montuje palnik. Czerwone oko czujnika dymu mruga złowrogo, ale alarm milczy.
W poniedziałek przed powrotem chcieliśmy jeszcze zrobić szybką rundę po starówce. Była bardzo szybka ze względu na temperaturę. Do domu wróciliśmy prawie bez problemu – zamknięty był jedynie krótki odcinek autostrady 150 km od Toronto. W wypożyczalni samochodów stawiliśmy się 5 minut przed ustaloną godziną.


Katarzyna Nowosielska-Augustyniak
Toronto

Opublikowano w Turystyka

In the 1997 federal election, the BQ won 44 seats, but the Reform Party became the Official Opposition, with 60 seats (all its seats won in Western Canada). In the 2000 federal election, the BQ won 38 seats, with the Canadian Alliance (which had emerged out of the broadening of the Reform Party) winning 66 seats (64 in Western Canada, and two in Ontario). In 2003, the Parti Quebecois government was decisively defeated by the Liberal Party in Quebec, which gave the impression that separatism was ebbing.


However, the fortunes of the Bloc Quebecois revived in time for the federal election of June 28, 2004, partly in reaction to the federal sponsorship scandal, where at least 100 million dollars (Canadian) had gone to Quebec Liberal Party cronies. The Bloc Quebecois won 54 seats. The rest of Quebec’s 75 seats went to the Liberals. The Conservative Party – which was reconstituted in December 2003 out of the merger of the Canadian Alliance and the “ultra-moderate” federal Progressive Conservatives – at that time had a minimal presence in Quebec. However, in the 2006 and 2008 federal elections, the Conservative Party was able to win 10 seats in Quebec – while the BQ continued to hold most Quebec seats. However, the federal election of May 2, 2011 marked major change. While the Conservatives managed to win five seats in Quebec, the BQ was annihilated down to four seats, with 59 seats won by the NDP! Quebec, which has a bit of a reputation for doing the unexpected, had pulled off another surprise.
Quebec today is largely defined by its modern Quebecois nationalism, an outlook that mixes traditionalism and progressivism. It is especially “progressive” in its secularism, in its virtual repudiation of the Roman Catholic traditions of Quebec, which had been considered almost definitional of Quebecois identity for most of Quebec’s history. Today, Québec separatism to some extent appears to be waning. One of the reasons for the apparent waning of separatism is that Québec is simply being flooded with all kinds of economic benefits to persuade it to remain in Canada, a process that has been ongoing for at least four decades. At least some “non-separatist nationalists” feel that the Québécois are already maitres chez nous ("masters in our own house").


In late 2011, there arose a new political grouping on the Quebec provincial scene. This was the Coalition for the Future of Quebec (Coalition pour l’avenir du Quebec) (CAQ), led by Francois Legault and Charles Sirois (a prominent businessman). It polled surprisingly well for a new party. It said that the issue of sovereignty should be downplayed. Rather, the CAQ offered efficient management of the economy – calling itself “le gauche efficace” – the “efficient Left”. The ADQ (Action democratique du Quebec) which had been reduced down to 7 seats in the Quebec provincial election of December 8, 2008, readily dissolved itself, in favour of joining the CAQ. In the prior 2007 provincial election, the ADQ had become the Official Opposition to the Liberals, winning 41 seats, while the PQ had come in third. The ADQ was a smaller, centre-right party, that had arisen only in the 1990s.


In the September 4, 2012 election, the PQ won 54 seats, the Liberals, 50, and the CAQ, 19. The very left-wing as well as separatist Quebec solidaire won 2 seats. A minority PQ government has been formed, but an election could occur relatively soon, should the government be defeated on a major bill, or if they feel calling an election could be opportune.


One of today's ironies is the fact that secularization and modernization have given Québec one of Canada's lowest birthrates and highest abortion rates -- creating a demographic crisis in a society once known for its very large families, and for its so-called "revenge of the cradle" against the English. It could be argued that Québécois nationalists will have to re-evaluate their relationships to what is called “the rest of Canada” (TROC), to their own traditionalist past, and to the massive inflow of Third World immigration into Québec, if they are indeed seriously interested in their survival as a nation and people over the coming centuries.


Mark Wegierski
Partially based on an English-language text that appeared in Polish translation under the title, “Tendencje separatystyczne w Kanadzie.” (Separatist tendencies in Canada) trans. Olaf Swolkien, Nowe Sprawy Polityczne (Wolomin, Poland) no. 30 (2004-2005), pp. 77-81

Opublikowano w Teksty

While Trudeau claimed to have successfully resisted the threat of Quebec separatism, he had his own, left-liberal agenda to promote. With the continued assurance of federal Liberal supremacy in Quebec, Trudeau obtained what he (possibly vaguely inspired by the Maoist theory of building up a “provincial stronghold” for the eventual conquest of China) considered a “regional base for socialism.” Indeed, Trudeau won the majority of seats in English-speaking Canada only in the 1968 election, when “Trudeaumania” swept the country. Nevertheless, Trudeau remained in power from 1968-1984 (except for nine months in 1979-1980). He realized that in the Canadian system as it existed at that time, a Prime Minister who continued to win majority governments could do virtually anything he wanted. Trudeau was also assisted by the federal New Democratic Party (Canada’s extremely ideologically-energetic social democrats) – a party he himself had earlier belonged to. Trudeau was extremely conscious of using all the instruments and powers at the disposal of a government and state to strongly shape society.


In Quebec itself, Trudeau battled against the separatist Parti Quebecois, which had arisen as a new focus for Quebec aspirations. In 1980, the Parti Quebecois (under the leadership of Premier Rene Levesque), which had won the 1976 election in Quebec, held a referendum on “sovereignty-association” – which was defeated by a ratio of about 60-40. In 1982, Trudeau brought the Charter of Rights and Freedoms into the Canadian Constitution, which was opposed by Rene Levesque and the PQ – who saw it as diluting Quebec’s “collective rights.”
The Charter of Rights and Freedoms essentially enshrined nearly all of Trudeau’s agenda – including bilingualism, multiculturalism, feminism, affirmative-action policies (called employment equity in Canada), transfer payments from richer to poorer provinces – as the highest law of the land.
In 1984, many Quebecois nationalists, now disgusted with Trudeau, aligned themselves with the Progressive Conservative party of Brian Mulroney, who was himself a fluently bilingual Quebecker. Mulroney won one of the largest parliamentary majorities in Canadian history. However, in the aftermath of sixteen years of Trudeau, enormous drive and energy would have been required to initiate a process of recovery from what has been called “the Trudeau revolution.” Though he had allowed the aura of a right-winger to settle on him in 1983-1984, Mulroney was himself mostly driven by liberal sentiments, and – once in power – he brutally kept down “small-c conservative” elements and ideas within the Progressive Conservative party.


In 1987, Mulroney reached the Meech Lake Accord with the provincial premiers. Quebec, under Liberal Premier Robert Bourassa, agreed to accede to the Charter of Rights and Freedoms, in exchange for further modifications to the Constitution, which would – among other provisions – recognize Quebec as a “distinct society.” The Meech Lake Accord was well on its way to acceptance, but a disparate coalition of Trudeau Liberals and right-wing English-Canadians disdainful of Quebec managed to torpedo the Accord, when two smaller English-Canadian provinces withheld their approval. In 1992, Mulroney tried again with the Charlottetown Agreements, which were put to a countrywide referendum. Ironically, the Quebecois nationalists rejected the Charlottetown Agreements because they felt they gave them “too little,” whereas English Canada felt the agreements gave Quebec “too much.”


It was virtually as a direct consequence of the failure of the Charlottetown Agreements that the Bloc Quebecois – under the leadership of Lucien Bouchard, Mulroney’s former Quebec lieutenant – arose to contest the federal election of 1993 (running candidates only in Quebec), and the Parti Quebecois won the Quebec provincial election of 1994. Jacques Parizeau's Parti Québécois won the September 1994 provincial election with about two-thirds of the seats (but with only a fraction more of the popular vote, with the "first-past-the-post" system of geographically-based ridings). In 1995, there was the second referendum on Quebec sovereignty, which failed by a razor-thin margin. Jacques Parizeau’s bitter concession speech, blaming the defeat on “money and the ethnic vote” was slapped down – even by some prominent members of his own party – as virtually symptomatic of “Nazism” – and he was forced to resign from the PQ leadership.
The Bloc Quebecois won 54 seats in the federal election of 1993, thus becoming the Official Opposition (the second-largest party) in the federal Parliament. Preston Manning’s Reform Party – which had arisen in 1987 as a Western Canadian regionalist and “small-c conservative” alternative – won 52 seats, whereas the Progressive Conservatives (under the leadership of Kim Campbell) were reduced to 2 (two) seats!


Mark  Wegierski


Partially based on an English-language text that appeared in Polish translation under the title, “Tendencje separatystyczne w Kanadzie.” (Separatist tendencies in Canada) trans. Olaf Swolkien, Nowe Sprawy Polityczne (New Political Affairs) (Wolomin, Poland) no. 30 (2004-2005),
pp. 77-81

Opublikowano w Teksty