Goniec

Register Login

niedziela, 07 grudzień 2014 00:51

Generator poczucia wyższości - Dodge RAM 1500

Jakoś nigdy nie miałem serca do pick-upów, a przecież co jak co, ale Ameryka pick-upem stoi. Nikt nie robi lepszych. Tu jest ojczyzna tego gatunku, tutaj te auta zyskały największą liczbę zwolenników. 

Są regiony USA i Kanady, gdzie właściwie trudno jeździć czym innym. Są regiony amerykańskiego kontynentu, gdzie jedynie posiadanie pick-upa zapewni brak politowania na twarzy spotykanych ludzi.
Oczywiście, my tutaj, w jakiejś Mississaudze czy Toronto, takiego wrażenia nie odnosimy, no ale wielkie metropolie to jeszcze nie wszystko i jest jeszcze "prawdziwa Kanada".
Tam właśnie króluje auto, o którym dzisiaj – klasyk nad klasykami – dodge RAM 1500.
Pełnowymiarowy pick-up produkowany od 1981 roku. Jeden z najsłynniejszych i najlepiej sprzedających się samochodów w swojej klasie. Wprowadzony do sprzedaży jako zastępstwo dla wysłużonego modelu D Series, szybko zdobył mocną pozycję na amerykańskim rynku. Od 2009 roku dostępna jest czwarta generacja rama. Oprócz wersji podstawowej z krótką lub przedłużoną kabiną, auto oferowane jest również w zabudowanej, typowo dostawczej odmianie cargo van. Ram trzykrotnie sięgał po tytuł Truck of the Year w plebiscycie magazynu "Motor Trend".
Ośmiobiegowa automatyczna skrzynia biegów i "ciężarówkowy" diesel zapewniają pojazdowi nie tylko mnóstwo mocy w kołach, ale także całkiem znośne spalanie.

dodge2
Wygodę zagwarantują sprężyny z tyłu i zawieszenie pneumatyczne, gdzie sprężone powietrze zastępuje metal, przez co jazda jest supermiękka.
Sylwetka pick-upa również jest klasyczna – w ubiegłym roku zwiększono jedynie nieco wysokość grilla, Do dyspozycji mamy też lampy LED i wspaniale wyposażoną kabinę z kontrolą temperatury i systemem multimedialnym, do tego skóra i mahoń – słowem, niezły luksus na polnej drodze.
W wersji benzynowej ram oferuje 3,6-litrowy sześciocylindrowy motor w układzie V o 305 koniach mechanicznych mocy i 269 funtostopach momentu obrotowego. Można sobie do tego dodać technologię stop/start, która wyłącza silnik przy krótkich momentach postoju.
Skrzynia biegów pracuje gładko, z tym że do obrotowego przełącznika biegów na automacie trzeba się przyzwyczaić. Jedyną słabszą stroną w porównaniu do konkurencji jest zdolność holowania – o kilkaset funtów mniejsza niż ford F-150, GMC sierra czy chevy silverado.
Jeśli zaś potrzebujemy więcej mocy, możemy zamówić do rama ósemkę HEMI, o mocy 395 KM i 407 funtów momentu obrotowego. Oczywiście óśmiocylindrowy motor pali zdecydowanie więcej niż szóstka. Pozawala za to rozpędzać się do 60 mil na godzinę w czasie poniżej 7 sekund.
Ram ma też świetną niespodziankę w zanadrzu w postaci 3-litrowego silnika EcoDiesel z turbodoładowaniem. Jest to pierwszy w Ameryce pickup light duty, który można zamówić z silnikiem wysokoprężnym. To, w połączeniu z napędem na cztery koła (opcja), czyni z tego pojazdu lekki czołg.
Wspomniałem o zawieszeniu powietrznym – jeśli wybierzemy tę moż-liwość, za jednym naciśnięciem na pilocie będziemy mogli np. obniżyć tył w celu ułatwienia załadunku. Można też nieco podnieść zawieszenie, żeby na coś nie wpaść podwoziem. Pożyteczna jest też automatyczna wyrównywarka poziomu.
Co więcej?
No, worek różnych gadżetów znanych z innych samochodów Chryslera.
Pojazd dostępny jest w pełnej gamie submodeli, od najprostszego tradesmana do superluksusowego laramie longhorn. Podobnie jak w innych markach, tak i tu submodele mają nieco inny wygląd zewnętrzny.
We wszystkich wersjach możemy zamawiać napęd na cztery koła.
Jak się to prowadzi? Oczywiście, z poczuciem wyższości, którego trudno się wyzbyć zwłaszcza zimą, zwłaszcza na wsi, na błocie, szutrze czy wybojach. To jest auto stworzone na bezdroża.
Dobrze więc poznać limity tego wozu, choćby po to, by przy pierwszej lepszej gołoledzi nie przeszarżować...
Na co uczula


Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 12 wrzesień 2014 12:38

Miata, czyli czar we dwoje

Tak się złożyło, że w miniony weekend miałem okazję przejechać się spacerową arterią Mississaugi, czyli Mississauga Rd., na odcinku od Burnhamthorpe do Lakeshore. Piękna pogoda, nie za ciepło, nie za chłodno, sprawiła, że po drodze minąłem chyba z 10 kabrioletów. Lato chyli się ku końcowi, więc póki jeszcze można, pora zająć się jedną z najciekawszych maszyn tego rodzaju – obchodzącym 25-lecie roadsterem Mazdy miata. No właśnie roadsterem, a nie kabrioletem, bo jak chce słownik, roadster to specjalna odmiana tego pierwszego: dwumiejscowe auto o sportowym charakterze, bez stałego dachu. Współczesnego roadstera poznać można po tym, że jego dach (miękki lub sztywny) przypinany jest do karoserii, a więc nie jest integralną częścią nadwozia.

Inna definicja mówi, że samochód typu roadster ma trzy charakterystyczne cechy: składany dach, dwa miejsca, napęd wyłącznie na tylną oś.

Roadsterów starej daty mamy multum, jak chociażby opisywany kiedyś na tych łamach kultowy MGB. Nie są to auta praktyczne, bo poza parą przednich siedzeń nie ma ją z tyłu nawet "ławeczki dla teściowej". Po prostu, roadsterem mogł Państwo jechać tylko on i ona – żadnych dodatkowych komplikacji w trójkątach ten rodzaj samochodów nie przewiduje.

Tak się składa, że niedawno Mazda Motor Corp., po raz pierwszy od 9 lat, pokazała nowy, przeprojektowany model mazdy MX-5. Zrobiono to równocześnie w USA, Hiszpanii i Japonii. Czwartej generacji roadster miata jest chyba najbardziej kompaktowy ze wszystkich dotychczasowych i o całe 100 kg lżejszy od poprzedniego modelu. Mimo praktycznych ograniczeń mazda miata zaskarbiła sobie dozgonną miłość wielu narkomanów prowadzenia – auto jest lekkie, doskonale wyważone i bezwzględnie posłuszne kierowcy.

Nowy model wyposażony został w technologię Mazdy SkyActive, dzięki czemu mimo ograniczenia spalania paliwa rośnie moc jednostki napędzającej.

Nowa miata jest autem, którego jakość gwarantuje metalowa tabliczka z napisem Made in Japan – samochód produkowany jest w zakładach Mazdy w Hiroszimie. Według prognoz, roadster ma powstawać w liczbie 77 tys. egzemplarzy rocznie. Co ciekawe, liczba miat wyprodukowanych do tej pory powoli zbliża się do miliona.

Zdaniem wszystkich kierowców, którym dane było zaliczyć jazdę próbną mazdą, miata rocznik 2015 jest dzisiaj jednym z samochodów dających największą przyjemność prowadzenia, a to dzięki sportowemu stylowi zgrania elementów zawieszenia i napędu oraz superdokładnej ręcznej skrzyni biegów. Mimo że roadstera napędza zaledwie 4-cylindrowy silnik, przyspieszenia są na równi lub lepsze, jak u porównywalnej konkurencji. Auto ma "tylko" 167 KM. 6-biegowa ręczna skrzynia biegów to standard. Przekładnia automatyczna jest dostępna, choć oczywiście, przez nikogo o zdrowych zmysłach niezalecana. Mimo ograniczonego miejsca w kabinie miatą wygodnie podróżują nawet wysokie osoby, zaś bagażnik starcza na kilka toreb z zakupami ze sklepu spożywczego.

Trudno rekomendować jakiegokolwiek roadstera jako samochód rodzinny, ale jeśli tylko kogoś stać na drugie auto, powinien nad mazdą miata poważnie pomyśleć -– zresztą, nie ma co myśleć, trzeba się przejechać – potem będziemy już tylko kombinować, skąd na miatę wziąć pieniądze. I tu znów czeka nas niespodzianka, bo miata jest jednym z najbardziej przystępnych cenowo samochodów sportowych. Jak Japończycy byli w stanie zrobić coś, co Niemcy mają w cenie porsche'a? Samurajska tajemnica!

Rozkoszą dla uszu jest też układ wydechowy miaty, który gra głośno unisono, co potęguje wrażenia jazdy. "Bardzo niska pozycja za kierownicą, świetnie wyprofilowane fotele, skórzana, twarda jak kamień i lepiąca się do rąk sportowa, wielofunkcyjna kierownica sprawiają, że z auta nie chce się wysiadać" – tak samochód ten scharakteryzował jeden z polskich recenzentów, ja dodam tylko przy okazji, że poczynając od BMW, coraz częściej jesteśmy świadkami puszczania brzmienia silnika zdejmowanego przez mikrofony pod maską do wielogłośnikowego systemu audio pojazdu. W ten sposób, gdy mamy nastrój poszaleć podkręcamy głośniki, a gdy chcemy się tylko poturlać, możliwe jest całkowite wyciszenie. Jak można się domyślić, tego rodzaju fanaberii nie ma w maździe miata, która jest zbudowana z myślą o prawdziwych kierowcach

o czym zapewnia Państwa Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 05 wrzesień 2014 14:50

GMC Terrain - czyli tak wygląda Amerykanin

Z internetem w kabinie

Kiedyś, kiedy na naszym torontońskim podwórku pojawiła się pierwsza codzienna internetowa rozgłośnia radiowa, wyraziłem skromnie opinię, że jest to inwestycja dalekiego rzutu – dopóki radio internetowe nie trafi pod strzechy naszych samochodów, dopóty skazane jest na syzyfowe prace.

Rozgłośnia wkrótce zawiesiła działalność, a tymczasem langsam aber sicher nadchodzi moto-internetowa rewolucja – coraz więcej samochodów wyposażanych jest w łatwy dostęp do szybkich sieci LTE i 4G, co przynajmniej w obrębie naszych metropolii (bo przecież na północy trzeba słuchać szumu drzew, a nie wygłupiać się z fejsbukiem), pozwala na swobodne korzystanie z netu, czyli podpięcie do sieci różnych swojskich urządzeń – tabletu, netbooka czy co tam nam się zamani.

Coraz więcej modeli ma fabrycznie zainstalowaną możliwość wytwarzania hot-spotu wi-fi – czyli nasz gadżet możemy połączyć szybką siecią wi-fi z samochodowym odbiornikiem LTE czy 4G, pozwala to na oglądanie filmów YouTube, no i oczywiście słuchanie radia via Internet. Zatem jadąc do pracy możemy sobie słuchać w aucie np. Radia Maryja czy jakiejkolwiek innej polskiej rozgłośni – no bo wszystkie nadają w sieci Internet. To jest nowa jakość – co tu dużo mówić.

I takie właśnie mecyje mamy do dyspozycji w wersji standardowej modelu rocznik 2015, GMC terrain – kompaktowego SUV-a, który od kilku lat jeździ po kanadyjskich drogach. Co prawda GM cierpi na wyjątkowo wysoką liczbę zbiorczych napraw gwarancyjnych, ale szczęśliwie nie są to jakieś straszne historie. W ubiegłym tygodniu odprowadziłem swego HHR-a do dilera na wymianę stacyjki i muszę powiedzieć, że doświadczenie było miłe – samochód zrobiono w kilka godzin, odwieziono mnie i przywieziono – naprawdę było bezboleśnie.

Jak zwykle, w modelach GMC możemy przebierać w licznych wersjach SLT-1, SLE-2, SLT-1, SLT-2 i denali. Ta ostatnia ma wszystkie wodotryski i reklamowana jest jako luksusowa. Już na poziomie SLE-2, czyli o jeden szczebel ponad podstawowym, mamy obciągniętą skórą kierownicę i elektrycznie ustawiany w 8 położeniach fotel kierowcy, także automatyczną kontrolę temperatury i szyny bagażnikowe na dachu. Od SLT-1 firma oferuje skórzane siedzenia, elektrycznie otwieraną tylną klapę, szyberdach i 18-calowe koła oraz zdalne uruchamianie silnika.

Oczywiście, modele z wyższej półki mają instalowane wszystkie współczesne gadżety bezpieczeństwa – jak ostrzeżenie przed zderzeniem czołowym czy wyjeżdżaniem z pasa ruchu. Jeśli jesteśmy wielkimi snobami – w końcu co to szkodzi – możemy sobie zaordynować do naszego terraina drewnianą kierownicę. Oczywiście za luksus trzeba płacić, przez co cena rośnie o kilka ładnych tysięcy w stosunku do wyjściowych dwudziestu ośmiu.

Co pod maską?

Dwa silniki do wyboru. Standardowy ma 182 KM i oszczędne cztery cylindry o łącznej pojemności 2,4 litra. Osoby z cięższą stopą powinny zastanowić się nad opcją w postaci 301-konnego sześciocylindrowego motoru o pojemności 3,6 litra. Oczywiście różnica w spalaniu jest zasadnicza. Obydwa silniki obejmuje darmowy program serwisowania przez dwa lata lub 40 tys. km.

W wersji podstawowej mamy 6-biegową automatyczną przekładnię, napędzającą przednie koła. Możemy jednak zamówić napęd na cztery koła, przy tak dużym aucie jest to rzecz, którą trudno uznać za zbyteczną – zwłaszcza zimą. Oczywiście – znów – napęd na cztery koła oznacza pogorszenie spalania.

Wspomniany serwis 4G LTE WiFi jest darmowy przez pierwsze trzy miesiące lub 3 gigabajty transferu danych. Tu, rada partyzancka, w każdym samochodzie możemy sobie uruchomić hot-spot wi-fi z dowolnego smartfonu – trzeba się jednak liczyć z ograniczeniami danego konta telefonii komórkowej, bo korzystanie z radia czy telewizji via telefoniczny hot-spot to transfer dość dużych pakietów danych. Na wszystko jest jednak rada...

W ramach systemu GMC IntelliLink montowanego w terrainach dostaniemy możliwość skorzystania z internetowego radia czy poradnika głosowego Siri Eyes Free.

Tak więc, do wyboru do koloru – terrain jest całkiem ciekawą alternatywą do popularnych SUV-ów z importu i warto wybrać się do salonu GM, by przynajmniej popatrzeć i pooglądać, a ewentualnie przejechać się na próbę, o czym zapewnia

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
poniedziałek, 07 lipiec 2014 21:27

Made in Canada

Canada Day postawił nam przed oczami wszystko co kanadyjskie, warto więc zastanowić się nad "kanadyjskością" naszych samochodów.
Nie widać tego na ulicy gołym okiem, no bo żadne z aut nie ma na masce napisane Made in Canada, ale liczba takich modeli jest dosyć spora. A więc jakby się kto pytał o to, co się u nas składa, oto ona:


Buick Regal
Cadillac XTS
Chevrolet Camaro
Chevrolet Equinox
Chevrolet Impala
Chrysler 300
Chrysler Cargo Van
Chrysler Town & Country
Dodge Charger
Dodge Challenger
Dodge Grand Caravan
Fiat Lancia Thema
Ford Edge
Ford Flex
GMC Terrain
Honda Civic
Honda CR-V
Lexus RX 350
Lexus RX 450h (Hybrid)
Lincoln MKT
Lincoln MKX
Toyota Corolla
Toyota Matrix
Toyota RAV4 and RAV4 EV


Tak przynajmniej wygląda stan na rok 2014.
Kanadyjski przemysł motoryzacyjny to jednak głównie montownie zagranicznych koncernów – Kanada nie dopracowała się własnej marki. Mimo to zajmuje poczesne miejsce na globalnym rynku motoryzacyjnym choćby przez fakt produkcji części zamiennych – patrz Magna Corporation – trzeci na świecie producent części zamiennych.
Kanada zajmuje obecnie miejsce dziesiąte w światowym rankingu produkcji samochodów z liczbą 2,1 mln rocznie. Jeszcze pięć lat temu byliśmy na siódmym miejscu z liczbą 3 milionów aut. Obecnie jednak prześcignęły nas po raz pierwszy Chiny, Hiszpania, Indie, Brazylia i Meksyk.
Dla właściwej perspektywy warto dodać, że w latach 1918–1923 byliśmy drugim producentem aut na świecie, a po II wojnie światowej, trzecim. Pierwsze zakłady produkcji samochodów produkujące na dużą skalę powstały w Walkerville w pobliżu Windsor w 1904 roku.
Brooks, Redpath, Tudhope, McKay, Gray-Dort to tylko kilka z nieistniejących dzisiaj marek. W 1918 roku zakłady General Motors kupiły montownię McLaughlin, stając się General Motors of Canada
Jednym z epokowych wydarzeń było podpisanie w 1964 roku porozumienia kanadyjsko-amerykańskiego, tzw. auto paktu, który zapewniał Kanadzie produkcję co najmniej tylu samochodów, ile koncerny amerykańskie zamierzają tu sprzedawać. Zatem kanadyjskie zakłady musiały wyprodukować co najmniej tyle samochodów, ile Kanadyjczycy byli w stanie kupić.
A oto pełna lista dzisiejszych zakładów kanadyjskich związanych z produkcją motoryzacyjną:
ZENN – auta elektryczne
Dynasty EV – takoż
Canadian Electric Vehicles
Bombardier Recreational Products
Bombardier Inc.
Terradyne Armored Vehicles Inc
New Flyer Industries
Intermeccanica
Nova Bus
Dupont Industries
HTT Automobile
Allard Motor Works
Conquest Canada
Magnum Cars
Prevost Car
Foremost Vehicles

Ponadto swe montownie mają w Kanadzie:
General Motors Canada
CAMI Automotive (General Motors i Suzuki)
Ford Motor Company of Canada
Chrysler Canada
Hino Canada
Toyota Canada
Honda Canada
Tudhope Carriage Company

– Czy przy dzisiejszym tempie globalizacji uda się utrzymać udział kanadyjskich producentów w rynku? Brutalnie mówiąc – jest to wątpliwe.
Wciąż jednak produkowane tutaj auta cieszą się popularnością na rynku krajowym.

I tak, niewątpliwym liderem jest od lata honda civic wytwarzana od 1988 roku w zakładach w Allistown w Ontario.


Drugie miejsce zajmuje bezsprzecznie najlepszy rodzinny minivan dodge grand caravan – szwajcarski scyzoryk – auto, które podwiezie wielodzietną rodzinę do kościoła i zabierze nas nad wodę razem z budą dla psa.


Miejsce trzecie dzierży toyota corolla – największy rywal hondy civic, piąte toyota RAVa, piąte honda CR-V touring, szóste chevrolet equinox, siódme ford edge, ósme matrix, dziewiąte GMC terrain i dziesiąte chrysler townand country.


Powtarzam, wszystko to są auta zmontowane w Kanadzie – przeważnie w Ontario.


Jeśli więc myślimy w miarę patriotycznie o wydawaniu własnych pieniędzy – w dzisiejszym globalnym świecie jest o to coraz trudniej, warto jednak zastanowić się nad rodzimą produkcją. Zawsze jakiś tam mały kawałek z tego zostaje na naszym podwórku.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 czerwiec 2014 23:02

Pakowny, mocny, tani

Idzie lato, a więc wkrótce rozgrzany asfalt czekać będzie na koła naszych aut. Czym jeździć na wakacje, czym jeździć po przepastnych ostępach kanadyjskich dróg? Cóż, jeśli jesteśmy singlem, możemy to robić nawet autostopem, mamy do wyboru całą gamę pojazdów, jednak jeśli jesteśmy przyzwoitą cztero- i więcej osobową rodziną, strzelimy w dziesiątkę, wybierając klasyka, czyli minivana grand caravan. Nigdzie nie dostaniemy więcej auta za te same pieniądze.

Model 2014 tego kanadyjskiego transportowego konia roboczego ma pod maską sześciocylindrowy motor Chryslera Pentastar dostarczający 283 KM mocy i 260 stopofuntów momentu zamachowego.

Pakiet podstawowy możemy kupić już w bardzo przyzwoitej cenie, od mniej niż 20 tys. dol., ale opcje są drogie i jak zaczniemy dodawać luksusy, to wyjdziemy uszczupleni o 40 tys. dol. Warto więc dać sobie na wstrzymanie i przed wejściem do salonu jasno określić, co zupełnie nie będzie nam potrzebne, aby później nie pluć sobie w brodę, że przepłaciliśmy dwa razy.

Nowy minivan Chryslera niektórzy przyrównują do scyzoryka swiss army; tyle w nim konfiguracji i możliwości. Jest to wspaniały środek do wożenia dziecka na hokej, rodziny do kościoła, holowania łodzi czy pomocy w przeprowadzce. Dodge caravan ma ponoć 81 możliwych konfiguracji wnętrza kabiny pasażerskiej. Na dodatek wszystko to w systemie StownGo, czyli siedzenia składają się nam w samochodzie i nie musimy ich taszczyć z auta, by w okamgnieniu zamienić minibusa na półciężarówkę.

Wszyscy zachwalają ergonomiczne ułożenie kabiny i atrakcyjne wykończenia.

Jeśli zaś chodzi o wyposażenie – znajdziemy w dodge'u wszystko, o czym można zamarzyć w samochodzie, no może za wyjątkiem ubikacji i prysznica.

Zaś moc silnika wystarcza do zbornej jazdy bez względu na obciążenie i liczbę pasażerów. Caravan wcale też nie jest jakoś szczególnie spragniony paliwa – w jeździe mieszanej bierze ok. 11,3 litra na sto. Efektywnemu wykorzystaniu mocy sprzyja sześciobiegowa automatyczna skrzynia biegów. To m.in. dzięki niej caravan jest w stanie przyspieszyć poniżej 6 sekund w krytycznym przedziale od 80 do 120 km/h.

Nie da się ukryć, że caravan szybko traci na wartości – to nie jest honda odyssey czy nissan – dlatego rzeczą całkiem rozsądną może być pokuszenie się o kupno modelu starszego. Na kijiji znalazłem doposażony rocznik 2014 z przebiegiem 5 tys. km za 16 tys. dol. To naprawdę przyzwoita cena, zważywszy na gwarancje. Jeszcze "lepiej" jest, gdy cofniemy się o dwa czy trzy lata w rocznikach.

Jeśli zaś ktoś jeździ naprawdę dużo – np. ma cottage w odległości 250 km, do którego co tydzień "kursuje", albo dojeżdża daleko do pracy, rzeczą sensowną będzie przestawienie vana na gaz. Propan obecnie można dostać po 50 centów za litr, co nawet przy większym przepale gazu daje jazdę za pół ceny. Oczywiście do przeróbek gazowych polecamy zaprzyjaźnioną firmę PHD Group (tel. 905-855-9600) Roberta Jękosza.

Pakujemy kajak, canoe, psa i dzieci i naprawdę nie czujemy trudów podróży. Klimatyzowane wnętrze i dostępny system audiowizualny zapewniają nam spokój z dziećmi. I choć na wygląd nie jest to jakaś szczególna krasawica, to jednak sprawia wrażenie solidnej budowy ciała. I o to chodzi.

Bądźmy praktyczni i ten minivan z pewnością nam w tym pomoże. I nie dajmy się skusić na jakiegoś modnego cross-overa, który będzie i tak w środku minivanem.

Jedyne, co może nie wszystkim się spodoba w caravanie, to umieszczenie dźwigni zmiany biegów w desce rozdzielczej obok konsoli. No ale w ten sposób projektanci zyskali kupę miejsca z przodu między przednimi siedzeniami.

Podsumowanie: idealny samochód na piknik, na kemping, auto, w którym możemy nawet wygodnie się przespać i przewieźć szafę, a że nie jest to przedmiot wzbudzający zawiść sąsiada…

Tym lepiej dla nas i dla sąsiada

o czym zapewnia wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 07 czerwiec 2014 11:42

Z kalkulatorem

No to dzisiaj będzie króciutko o handlu. Jak już kiedyś pisałem, jednym z najczęściej pomijanych elementów składowych kosztów samochodu jest jego utrata wartości. Rzadko liczymy, ile auto będzie nas łącznie kosztować, biorąc pod uwagę, ile zapłacimy za nie po odsprzedaży.

Jak wiadomo, jedne samochody trzymają cenę, inne nie. I różne są tego przyczyny – nie tylko niezawodność czy koszty serwisowania.

To właśnie sprawia, że czasem za naprawdę małe pieniądze możemy kupić bardzo duży kawał samochodu. Najbardziej ciekawe są zestawienia spadku ceny w przypadku samochodów bardzo drogich – luksusowych.

I tak na przykład, za to, aby wyjechać od dilera nowiutkim jaguarem XJL supersport, zapłacimy 119 975 dol., tymczasem jeśli po roku sprzedamy auto, stracimy z tej ceny ok. 50 tys. Jeszcze większą kwotę straci właściciel nowego mercedesa CL 65 AMG – bo ok. 95 tys. dolarów w pierwszym roku, przy wyjściowej cenie 216 tys.

Powód jest prosty – rynek samochodów używanych kieruje się zupełnie innymi priorytetami niż rynek nowych aut. – Jak tłumaczy Eric Lyman z ALG, samochody "prestiżowe" są najbardziej prestiżowe w swym najnowszym wydaniu – i takie wrażenie chcą właśnie podtrzymywać ludzie, którzy wydają na nie te bajońskie kwoty.

Tak czy owak, jeśli interesuje nas samochód luksusowy, a myślimy rozsądnie o pieniądzach, warto zastanowić się nad autem trzy- czy czteroletnim zapłacimy o wiele, wiele mniej, a dostaniemy wszystko to, co było w nowym aucie.

Oczywiście, na drugim końcu skali są samochody starsze, w granicach 3 – 5 tysięcy dolarów, tu rządzi bowiem stan pojazdu, no i opinia o marce. I tutaj deprecjacja powoli zaczyna zanikać jako istotny składnik kosztów.

Niedawno zhandlowałem własne auto kupione 6 lat wcześniej za 3900 i sprzedane za 3500 – deprecjacja była mniejsza niż sto dolarów rocznie. Jak to się przekłada na koszt posiadania pojazdu? Powiem, że ma to olbrzymie znaczenie.

Dlatego wszelkie przymiarki do zakupu nowych kółek radzę zacząć właśnie od tego – zastanowienia się, na jak długo kupujemy auto i czy czasem wydając dzisiaj trochę więcej, nie odbierzemy sobie jeszcze więcej tego "więcej" po tych kilku latach, gdy samochód będziemy sprzedawać.

Moja prywatna rada jest taka, by wybrać pasujący nam model z automatyczną skrzynią biegów i klimatyzacją do dłuższej eksploatacji, najlepiej 2 -4-letni.

Wówczas dostaniemy prawie nowe auto, często jeszcze na gwarancji, zaś koszt deprecjacji nie będzie wysoki i ogólnie koszty posiadania takiego wozu będą w bardzo umiarkowanych zakresach.

Jeśli zaś mamy auto luksusowe i chcemy, by zachowało wartość – dbajmy nie tylko o serwisowanie, ale również o dokumentację tego serwisowania oraz wszystkich napraw. Taka dokumentacja to skarb bezcenny pozwalający później, z jednej strony, szybciej sprzedać, a z drugiej, wziąć wiele więcej.

Najważniejsza w handlu jest wiarygodność, a w tym wypadku mamy wiarygodność popartą dokumentami. Wiele osób zdecyduje się na zakup starszego auta, gdy będzie miało napisane czarno na białym, co ile był wymieniany olej i na jaki; i kiedy były robione zabezpieczenia antykorozyjne itp. Są to wiadomości, które pozwalają szybko ocenić, czy samochód wart jest kupna, czy też nie.

Zachowanie papierów drogo nie kosztuje – wystarczy kupić w Dollarstorze teczkę i tam to wszystko wkładać – potraktujmy to jako skarbonkę. Bo też na koniec naszego okresu posiadania przyniesie nam to żywe pieniądze – jeśli nie kilka tysięcy, to na pewno kilka setek dolarów.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 16 maj 2014 13:47

Cruze - Amerykanin z niemieckim sercem

Pisałem już o tutejszych dieslach wielokrotnie. Rozmawialiśmy też wiele razy o samochodach z takim napędem z Sylwestrem Chylińskim z Marino's Autogroup na Lakeshore. Generalnie problemem Ameryki jest gorsza niż w Europie jakość oleju napędowego. Stąd też wiele gimnastyki w silnikach niemieckich samochodów – w zasadzie jedynych sprzedawanych na wielką skalę na tym rynku.

Amerykańskie koncerny kilkakrotnie próbowały małżeństwa z napędem wysokoprężnym, jednak za każdym razem był to mariaż niezbyt udany. W latach 70. i 80. z dieslem można było kupić małą chevetkę czy oldsmobile'a. Pozostał po nich jedynie zły zapach z rury. Rynek zdominowali zaś Niemcy z jeżdżącymi dosłownie na kroplach paliwa golfami i jettami. Oczywiście ktoś może sobie kupić również dieslowego mercedesa, ale w tym segmencie koszt paliwa raczej nie odgrywa roli przy decyzji kupna. A więc też i popularność modeli jest mniejsza. Dzisiaj różnica w cenie benzyny i diesla nie jest duża, czasem wręcz diesel jest droższy, zwłaszcza ten czysty, jednak silnik dieslowy potrafi mieć spalanie na poziomie 4 litrów na sto, no i to jednak stanowi o dużej różnicy eksploatacyjnej i wygodzie – skoro na baku potrafimy jeździć po mieście powyżej 1000 km. Właściciele diesli często zapominają, że samochód w ogóle wymaga tankowania.

Piszę o tym, bo oto na rynku pojawia się "europejski" diesel w postaci chevroleta cruze – General Motors od dawna miał dość technologii, by przygotować się do wprowadzenia na rynek samochodu zdolnego konkurować z niemiecką watahą.

Ameryka – wbrew pozorom – to nie jest kraj łatwy dla samochodu. Jedno i to samo auto jeżdżąc po tutejszych drogach, musi wytrzymać temperatury plus 50 stopni Celsjusza w Dolinie Śmierci, wspinaczkę na przełęcze Gór Skalistych na wysokości 4000 metrów, czy też minus czterdzieści w zimowe noce. Tutaj często samochód jeździ w warunkach ekstremalnych. Na dodatek coraz więcej stanów wprowadza "kalifornijskie" standardy emisji, co stanowi dodatkowe wyzwanie dla inżynierów.

Czym więc można konkurować z niemiecką technologią? Oczywiście inną niemiecką technologią! Czterocylindrowy turbodiesel chevroleta to zmodernizowany dwulitrowy silnik od lat napędzający opla astrę, o żeliwnym bloku z aluminiową głowicą i stalową miską, produkowany w RFN. 250 stopofuntów momentu zamachowego dostępne jest już w zakresie obrotów od 1750 do 3000, a wdepnięcie pedału gazu daje 10-sekundowy boost do 280 stopofuntów, co poważnie poprawia bezpieczeństwo wyprzedzania. By sprostać normom emisji – podobnie jak auta niemieckie – cruze ma filtr mikrocząsteczkowy i skruber z 4,5-galonowym zbiornikiem na mocznik wtryskiwany w gazy wydechowe dla wiązania dwutlenku azotu. Taka pojemność pozwala tankować mocznik właściwie dopiero przy wymianie oleju.

Dzięki zastosowaniu dodatkowego wytłumiania w kabinie praca silnika jest nie do odróżnienia od wersji benzynowej, choć niektórzy mówią, że jednak jetta jeździ ciszej.

A jak spalanie? Bosko! Przy 90 km na godzinę cruze pali niczym prius – 4 litry na setkę, przy 116 km na godzinę zużycie to podnosi się do 4,36 litra na sto, a w mieście do 5,4. Przy czym są to wielkości z testów praktycznych, a nie liczby podawane przez producenta. Wszystko to sprawia, że – teoretycznie – na jednym baku cruze przejeżdża 1150 km. Silnik cruze'a jest silniejszy od porównywalnego z jetty i dostarcza 151 KM mocy. Cena również wyregulowana jest na bezpośrednią konkurencję z jettą.

Jazda naprawdę daje dużo satysfakcji, a podpięta pod silnik 6-biegowa automatyczna skrzynia sprawia, że moc nigdy nas nie opuszcza.

Ile zapłacimy za te wrażenia – no nieco więcej niż za wersję benzynową – bo ciut powyżej 25 tys. dol.

Dla tych wszystkich, którzy w samochodzie szukają nie tylko silnika, powiem, że w tej cenie dostaniemy kamerkę wsteczną, bluetooth, podgrzewane skórzane fotele i wiele innych wygód.

Jeśli chcemy nieco dołożyć, to oczywiście możemy zamówić co dusza zapragnie – szyberdach, monitor blindspotu, nawigację czy lepszy system dźwiękowy.

Jeśli ktoś już jeździ dieslowym cruze'em, proszą o kontakt i opinie z eksploatacji. Patrząc na to, z czym mamy do czynienia w Europie, można śmiało wskazać na napęd dieslowy i gazowy jako przyszłość bardzo ekonomicznych i czystych silników spalinowych.

O czym z nutką eurodumy w głosie informuje Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 05 kwiecień 2014 23:07

Moje BMW

Tak się złożyło, że miałem okazję kupić stare BMW z 2000 roku i mimo ostrzeżeń płynących z wnętrza rozsądnej części mojego motoryzacyjnego rozumu jednak rzuciłem się na głęboką wodę.

Wiem, wiem, stare BMW to może być urwanie głowy, stare BMW to może być dren założony wprost do naszego portfela, mimo to jest to samochód, który daje kierowcy uczucie bliskie pełnego scalenia z maszyną. Słowem, można być do BMW uprzedzonym przez dresiarski stereotyp i wiele horror-historii zazwyczaj spowodowanych przez szpanujące dzieci z górnych klas licealnych, ale w sumie jest to bardzo dobrze ułożone auto.

Jak już kiedyś pisałem, zazwyczaj kupuję stare samochody "po ludziach", a nie po modelach. Jak to działa? Po pierwsze, sprawdzam – o ile to możliwe – gdzie kto mieszka i gdzie pracuje. – Jeśli ktoś jest chirurgiem – małe prawdopodobieństwo, że właśnie będzie nam chciał ożenić jakiegoś lemona, jeśli ktoś przez długie lata trzymał samochód w rodzinie – zwłaszcza samochód luksusowy – jak BMW – jest duże prawdopodobieństwo, że o niego dbał. To dbanie można prosto sprawdzić u dilera lub mechanika. Zresztą wiele BMW jest dobrze serwisowanych, bo od lat przy kupnie nowego auta dostaje się pakiet darmowego serwisowania – niekiedy do 60 tys. km – a więc do tego przebiegu auto z pewnością było zadbane – o ile tylko właściciel był osobą normalnie myślącą. Tak więc jeśli ktoś dba o auto, nie jest profesjonalnym handlarzem samochodów, trzymał samochód przez długie lata, ma dokumentację napraw i serwisowania – z miejsca staje się dobrym partnerem do rozmów.

O czym rozmawiać? Moje BMW zachowywało się bardzo poprawnie podczas jazdy, więc prócz informacji o dacie wymiany płynu w automatycznej skrzyni biegów i dyferencjale, opisach poszczególnych małych usterek lakieru oraz kilku innych, zaczęło mi się zapalać zielone światło. W ramach negocjacji zażyczyłem sobie i dostałem jeszcze e-test, no bo podłączenie do komputera powinno wykazać ewentualne usterki czujników – a ponieważ wszystko było OK i żadne Diagnostic Trouble Codes nie wyskoczyły, ja sam z duszą na ramieniu wyskoczyłem ze stosownej liczby studolarówek, za które dostałem kluczyki do kieszonkowej rakiety drogowej, zbornej i nieroztelepanej, plus zestaw opon zimowych na felgach.

Mankamentem tego niemieckiego samochodu jest niestety łatwość zwiększania prędkości – utrzymanie się w ryzach 120 km/h na autostradzie bez ulegania pokusom, by krótkim zrywem zmieścić się w przerwę daleko z przodu, dochodząc do 160...

Piszę o tym, ponieważ wielu z nas nie stać na nowe samochody, a stare potrafią służyć całkiem nieźle przez długie lata. Jak to mówią po angielsku, śmieci jednego człowieka mogą być skarbem drugiego.

Przechodzone BMW z niskim przebiegiem, zadbane, kupione od kogoś, kto tym autem się nie ścigał ani go nie modyfikował, może dać wiele satysfakcji, za jedną dziesiątą kosztów nówki.

 

A teraz z innej beczki

Z niejakim zdziwieniem zauważyłem opracowanie własnego tekstu w naszym miłym lokalnym konglomeracie prasowym "Związkowcu-Fakcie-Angorze"; wywiadu na temat syrenki meluzyny p. Arkadiusza Kamińskiego, do tego zilustrowanego konkurencyjną i "nielegalną" syrenką z Kutna. Redaktor naczelny "Związkowca" Staszek Stolarczyk wyjaśnił naszemu naczelnemu, że to strona z polskiej Angory, co wprawiło mnie w jeszcze większe zdziwienie, no bo do Angory nie piszę. A więc jeśli już ktoś przedrukowuje, to ładnie byłoby zaznaczyć skąd. Ja tam nadmiernych ambicji nie mam, Sienkiewiczem nie jestem, ale jakaś przyzwoitość musi być, tym bardziej że wszystkie swoje teksty odstępuję za "Bóg zapłać". To tyle na dzisiaj.

Sobiesław Kwaśnicki

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 15 luty 2014 16:40

Wystawa samochodowa w Toronto

Kilka ciekawych rodzynków

Zainteresowanie samochodami jest jak zainteresowanie sportem – jednoczy ludzi ponad podziałami, polityką, religią, a nawet statusem majątkowym.

Tegoroczna wystawa motoryzacyjna w Toronto pod względem organizacji nie zaskakiwała – natomiast z pewnością pojawiło się na niej kilka ciekawych modeli, które warto było zobaczyć dokładniej, zanim jeszcze opadało na nas normalne w takiej sytuacji znużenie. Serce zaczęło mi szybciej pikać już przy samym wejściu, gdzie Volkswagen eksponował rabbita z 1979 roku, czyli nieco przerobionego pod Amerykę poczciwego golfa mk1. Dlaczego się rozmazałem? No bo proszę Państwa golfem mk1 jeżdżę na co dzień i to właśnie ten model przywiózł mnie na wystawę...

Co robiło wrażenie w tym roku? Oczywiście micra Nissana, bo jest to auto całą gębą, w którym nawet osobnik wielkogabarytowy (sprawdziłem na sobie) siedzi za kierownicą wygodnie.

Jest to pojazd tani jak barszcz w eksploatacji, którego 1,6-litrowy silnik daje 109 KM mocy i pozwala przejechać na baku 700 km; samochód, w którym wygodnie podróżować mogą cztery osoby, kosztuje wyjściowo 10 tysięcy bez dwóch dolarów. Nieźle. Pamiętam wieki temu, jak Kia wprowadzała model rio, wielki billboard przy Gardinerze, z taką właśnie ceną tego auta, szybko jednak okazało się, że był to zabieg bardziej reklamowy. Jak będzie w tym przypadku, zobaczymy za moment, bo auto wchodzi do sprzedaży od wiosny.

Jak zwykle nie zawiódł Volkswagen, którego modele, choć trudno określić jako ekstrawaganckie w stylistyce, oferują pod maską same mecyje "Hergestellt in Deutschland". Z pewnością, volkswagen garbus (beetle) kabriolet pozwoli dojrzałym panom ścigać się z szybko uciekającą młodością, golf gti da młodzieży poczucie boskiego panowania nad przyrodą, zaś jetta tdi zadowoli Niemca w każdym z nas, czyli kogoś, kto chce jeździć niemal bez paliwa i mieć samochód będący triumfalnym połączeniem użyteczności i formy.

Volkswagen to popularna marka wśród Polaków, również, kanadyjskich, tutaj, choć jak mi niedawno uświadomił p. Arkadiusz Kamiński, który usiłuje ożywić markę polskiej syreny, volkswagen to jedna z niewielu marek niemieckich stworzona przez hitlerowców i od kołyski związana ideologicznie z III Rzeszą. Fakt, że lubią te samochody największe ofiary II wojny, czyli my, Polacy, stanowi swoisty chichot historii.

Powiem, że bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie oferta Forda. Trudno przejść obojętnie obok forda transit connect, czyli samochodu o wielu wcieleniach; od całkiem pojemnej furgonetki za nieco ponad 20 tys. dol. po superuniwersalnego minivana, dla młodej rodziny, zdolnego zabrać na pokład siedem osób.

Ciekawy samochód wprowadza na kanadyjski rynek GM – chevroleta cruze diesel, który o dziwo ma parametry silnika lepsze od wspomnianej jetty, lekko mocniejszy, lekko bardziej oszczędny na trasie – 4,2 litra oleju napędowego na sto kilometrów, i lekko bardziej zrywny. Jednak niemiecka technologia wygrywa pod względem cichej pracy – przyznać trzeba, że o ile na wolnych obrotach można to odróżnić, to przy prędkościach szosowych zapominamy, że pod maską mamy ropniaka. A zatem wreszcie Niemcy mają jakąś konkurencję w tym bardzo ciekawym technologicznie segmencie.

W wersji "ecodiesel" będziemy też wreszcie mogli dostać jeepa grand cherokee, tym razem napędzanego pochodzącą z pracowni Fiata 3-litrową wysokoprężną szóstką. Podobno pali toto jedynie 7 litrów, a w testach zimowych w rzeczywistych warunkach wychodziło coś nieco ponad 9 – jak na SUV-a jest to wielkość zbijająca z nóg.

Nie wiem dlaczego, ale producenci miłych małych aut mają tendencję do zwiększania w kolejnych wersjach ich gabarytów. Honda fit wydaje mi się jakaś taka większa, podobnie największy z dotychczasowych jest mini countryman cooper, na dodatek w tym kultowym wozie można obecnie zaordynować sobie napęd na cztery koła i pięciodrzwiowe nadwozie. Przypomina to razem małego crossovera, w którym być może zmieściłyby się dwa minimorrisy Jasia Fasoli. Czy to dobry kierunek? Moim zdaniem nie. Szczęśliwie mini jest do nabycia w wielu odmianach, w tym usportowionej mini coupe cooper i mini roadster cooper, gdzie sześciobiegowa skrzynka ręczna plus turbodoładowany motor o mocy 208 KM pozwalają czuć się na drodze jak na dopalaczach.

Każdy z prezentowanych na wystawie samochodów zasługiwałby na historyjkę. Ogólnie mówiąc, motoryzacją, jak każdą inną dziedziną masowej produkcji, rządzą mody. Jedną z głównych ich zasad jest tworzenie pozorów indywidualizmu w morzu tego samego. I niestety to morze tego samego jest coraz szersze, głównie za sprawą globalizacji produkcji części zamiennych (które takie same są w wielu markach) i stylistycznej urawniłowce – jak się dobrze przyjrzeć, to okaże się, że 60 proc. sprzedawanych aut ma niemal taki sam kształt maski. No takie mamy czasy, dlatego z łezką w oku, wychodząc z pawilonu południowego Convention Center, patrzyłem na oldbojów z lat 60. – auta wyprodukowane w czasach amerykańskiej dominacji tego rynku i tej technologii. Tak więc na odchodne również łezka w oku mi się pokręciła, a gdy na parkingu usłyszałem głęboki pomruk cylindrów mojego golfa, pomyślałem, czegóż więcej człowiekowi do szczęścia potrzeba, czy rzeczywiście możliwość posiadania radarowego tempotaktu, czy też urządzenia do samoparkowania samochodu to taki wielki postęp? Czy przypadkiem nie pozbawiają nas one tej bardzo podstawowej przyjemności samodzielnej obsługi urządzenia mechanicznego?

Ach, no i zapomniałbym wspomnieć teslę – ten najsprawniejszy jak do tej pory samochód elektryczny świata – okazuje się za sprawą tegorocznej zimy – ma poważną wadę. Trzeba się doń bardzo ciepło ubierać, a także kupić specjalne rękawiczki pozwalające sterować dotykowym ekranem, a jednocześnie chronić ręce przed przymarzaniem do kierownicy. Niestety w dzisiejszych czasach samochody na baterie stawiają nas przed dylematem – jechać na większą odległość w zimnie, czy podgrzać się, narażając na niedociągnięcie do kontaktu.

O czym z rozgrzanego do krótkich rękawków 25-letniego golfa informuje

Wasz Sobiesław

Wystawa ciekawa, dużo nowości no i bomba w postaci nissana Micra wycenionego poniżej 10 tys. do. Co prawda takie ceny zdarzały się już np pierwszemu modelowi KIA, ale to było o kilka inflacyjnych numerków temu... A więc być może już wkrótce na naszym rynku większa gama modeli Made in India i Made in China. Co to oznacza? Proszę zapytać w Oshawie... (SK)

 

Opublikowano w Moto-Goniec
wtorek, 11 luty 2014 22:38

Autoshow 2014 - zapraszam!

Grzech byłoby pisać dzisiaj o czymś innym niż zaczynająca się w ten weekend torontońska doroczna wystawa motoryzacyjna, 2014 Canadian International AutoShow (wszystkie informacje na stronach http://www.autoshow.ca/). Oczywiście obiecuję fotorelację, więc do zobaczenia na wystawie, a przy okazji słów kilka o tendencji, która mnie osobiście przejmuje wielkim smutkiem.

Samochód i motocykl były w wieku dwudziestym symbolem indywidualnej wolności. Podkreślały ten obraz różne amerykańskie "filmy drogi", utrwalał wizerunek bajkerów na harleyach, umacniał widok marynarzy szos, trakerów za kierownicami olbrzymich ciężarówek.

Lejesz do baku i wio na trasę, połykać wstęgi szos… Powoli systemowe szczęki jednak się zaciskają, samochód jest w coraz mniejszym stopniu maszyną dającą człowiekowi poczucie wolności, a w coraz większym "elementem systemu transportowego", zaś jego ruch po drodze jest coraz bardziej zautomatyzowany i kontrolowany. Nie chciałbym dożyć dni, kiedy mój własny pojazd kontrolował będzie mój styl jazdy, niczym zrzędząca żona mówił, jak mam jechać, a w razie odmowy podporządkowania korygował moje wyskoki, np. nie pozwalając przekroczyć dopuszczalnej prędkości czy na zakazie skręcić w prawo.

A przecież już dzisiaj o tym się mówi, by auta na drodze "porozumiewały się ze sobą", ustalały bezpieczną prędkość, być może ustawiały się w radarowo regulowane sznury w bliskiej odległości jeden od drugiego, dla ograniczenia zajmowanej przestrzeni, automatycznie hamowały przed przeszkodą, same utrzymywały się w pasie ruchu i informowały o wszystkim stosowne władze; od liczby przejeżdżanych kilometrów poczynając, a na nawykach prowadzenia kończąc. Słowem – ma to być sterowana z zewnątrz i zaprogramowana przez system maszyna, a nie żaden ekwiwalent wiernego wierzchowca. Po prostu wymiotować się chce... Dlatego być może dzisiejsze wystawy motoryzacyjne obrazują końcówkę starej ery, gdzie liczą się jeszcze konie pod maską i kopyto pod butem.

Na tegorocznej wystawie sporo jest do zobaczenia i będzie trochę kanadyjskich premier nowych aut. Będziemy mogli zobaczyć m.in. chryslera 200 model 2015 – pisałem już o nim na tych łamach, jest też nowa pięćsetka Fiata, nowy ford F-150, honda fit 2015 i wiele, wiele innych.

Podam kilka przykładów:

Kia provo – supernowoczesna technologia i nowatorski design łączący elementy sportowego coupe z opływowym hatchbackiem. Muskularne auto o luksusowym wnętrzu.

Ludzi, dla których mercedes kojarzy się z noszonym na co dzień garniturem, z pewnością zainteresuje nowa seria C-klasy – przeprojektowana karoseria i cała plejada pomocnych gadżetów, a to wszystko na perfekcyjnym, zegarmistrzowsko złożonym niemieckim zespole napędowym. Oszczędny na paliwie, na wskroś luksusowy, jednocześnie wydzielający wokół męskie feromony i zdolny do drogowych szaleństw – oto mercedes benz klasy C – tak można w skrócie scharakteryzować najnowszą produkcję marki, która przeszła zwycięsko przez wszystkie wojny i dżumy XX wieku, by dzisiaj nadal świadczyć, co znaczy kultura techniczna produkujących ją ludzi.

Dla osób, którym bardziej odpowiada minimalistyczne nastawienie w wyścigu po życiowe osiągi, z pewnością większym przeżyciem będzie nowe porsche 911 GT3 cup – siódme już pokolenie tych kultowych wyścigówek. Tym razem napędzane płaską szóstką o mocy 460 KM i połączoną z kołami sześciobiegową skrzynką zaprojektowaną specjalnie przez Porsche Motorsport, a obsługiwaną – pierwszy raz w tym modelu – przez skrzydełka na kierownicy. System ten, dostępny w coraz szerszej gamie sportowych samochodów, przyszedł, jak wiadomo, z Formuły 1.

Osobom, które również lubią dynamiczną jazdę, a nie mają przy sobie grubych tysięcy, z pewnością bardziej przypadnie do gustu model 2015 subaru WRX STI. Ten flagowy produkt Subaru debiutuje w nowym kroju karoserii z dobrze doposażonym wnętrzem i legendarnym już dzisiaj 2,5-litrowym silnikiem w układzie boxer z turbodoładowaniem. Jeśli powiem, że pod tym motorem mamy doskonałe twardo zestrojone zawieszenie oraz reagujący na pieszczoty dłoni układ kierowniczy, wówczas będziemy mogli sobie naprawdę wyobrazić, do czego zdolne jest na drodze 305 koni mechanicznych, jakie wyczarowuje ten silnik. Na marginesie dodam, że jeśli kogoś kusi ta marka, to na zakupy powinien podjechać do p. Izabeli Kosmowskiej z Marinos Auto Group (reklama na tej stronie), która doskonale czuje ostrą jazdę, jako że rajdy samochodowe od młodości ma we krewi.

Tym, którzy na drogach raczej szukają czegoś ekonomicznego i przyjemnego w prowadzeniu, z pewnością dogodzi nowy golf 2015 – całkowicie przeprojektowany i odmłodzony z całą serią nowych silników, które piją paliwo z baku, dosłownie, przez zagryzioną rurkę.

Czy coś pominąłem? Oczywiście! Setki innych modeli. Wiele bardzo nowatorskich, jak choćby audi A3 sportback e-tron. Sportowe cudo z silnikiem o pojemności… 1,4 litra i mocy 150 KM z dodatkowym 75 kW motorem elektrycznym. W złożeniu kombo to daje 204 KM mocy i 258 stopofuntów momentu obrotowego, osiągając prędkość maksymalną 222 km/h przy przeciętnym zużyciu paliwa 1,5 litra na sto kilometrów. Zasięg na silniku elektrycznym wynosi 50 km, ale całość na jednym baku i jednym ładowaniu przejedzie 940 km.

Można by tak jeszcze długo, no ale o czym bym wtedy pisał po wystawie. Zatem do zobaczenia.

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec