Goniec

Switch to desktop Register Login

sobota, 08 luty 2014 13:49

Dojrzały wiek hondy civic

W związku z materiałami, jakie opublikowaliśmy o syrence meluzynie, dostałem pytania, co sądzę o syrence z Kutna skombinowanej przez tamtejsze zakłady współpracujące z wojskiem. Powiem tyle, że nic nie sądzę, ponieważ syrenka z Kutna jest tylko zgrabnie wykonaną "nakładką" z włókien szklanych na ramę. Po to zaś, by uruchomić markę, a nie tylko strugać auta na podstawione platformy, potrzebna jest CAŁOŚĆ, czyli uruchomienie produkcji na poważnej taśmie z poważnych części i wsparcie tego poważnym marketingiem. Podczas gdy panowie z Kutna chcą robić niskoseryjne auto dla kolekcjonerów, p. Kamiński planuje opracować samochód, którego produkcja mogłaby wskrzesić markę i wypromować ją na rynkach poza Polską.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 18 styczeń 2014 22:03

Powrót mocnych i szybkich - Detroit 2014

detroit2014

Salon samochodowy w Detroit to motoryzacyjny odpowiednik balu sylwestrowego. W dniach 13-26 stycznia 2014 r. odbywa się impreza wszystkich tych, którzy kochają zapach benzyny w powietrzu i chcą zobaczyć kreacje na nowy rok.

Jeszcze 2 – 3 lata temu nie wiadomo było, czy amerykańska wielka trójka będzie żyć, dzisiaj amerykańskie wozy wracają do łask i zaczynają ponownie fascynować, wyraźnie widać odbicie się od dna. W 2013 roku kupiono w USA 18 mln aut. GM zwiększył sprzedaż o 7 proc. w porównaniu z 2012 rokiem, Ford o 10 procent, Toyota o 7,5 proc., a Chrysler 9-proc.

Opublikowano w Moto-Goniec
niedziela, 12 styczeń 2014 10:36

Stare i jare

mustang97Fajnie jest mieć nowy pachnący plastikami samochód, ale większość z nas ma na cztery kółka dość ograniczony budżet, pomijając już sam fakt, że nowe auto bardzo szybko traci na wartości i więcej sensu ma kupowanie aut dwu- czy trzyletnich. Ale dzisiaj nie będzie o takich względnie nowych samochodach; dzisiaj za Kelly Blue Book, gdzie można znaleźć szacunkowe ceny samochodów używanych, popatrzymy, co dobrego można kupić za... 5 tys. dol.

Za taką właśnie kwotę można trafić całkiem porządne auto, do tego dające wielką przyjemność prowadzenia. Jeśli zatem planujemy kupno auta dla np. wypełzającej z domu na studia latorośli, to proszę, oto lista zakupów: skompilowana na podstawie AOL.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 21 grudzień 2013 19:46

Zelektryzowany prezent pod choinkę

Hej idą Święta, choinki już się palą... 
(– Mamo, mamo choinka się pali!
– Nie mówi się, "pali", tylko "świeci".
– Mamo, mamo zasłona też się już świeci!).

    A zatem pora się zastanowić, co pod choinkę dla drogiej sercu osoby. Jak pewnie państwo wiedzą, jestem zwolennikiem samochodów praktycznych i ciekawych w prowadzeniu. A więc gdybyśmy nie mieli ograniczeń "kasowych", radzę spróbować zrobić prezent z samochodu elektrycznego. Jestem wrogiem wszelkich hybryd, ale czysto elektryczne zrywne auto – no sam bym był ciekaw popróbować. A jeśli elektryczny, no to tylko któraś z tesli produkowanych przez Tesla Motors.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 07 grudzień 2013 11:05

Zgermanizowany symbol brytyjskiej motoryzacji

Od kiedy za kierownicą mini (morrisa) siedział Jaś Fasola, minęły pokolenia, a pomysł na ten samochód wyewoluował od uproszczonej maksymalnie puszki na czterech kółkach dla przysłowiowego Kowalskiego w wycyzelowany przez inżynierów BMW napakowany luksusową elektroniką gadżet dla szybkich kobiet i lubiących zwięzłą formę męskich singli.

Oczywiście można się upierać, że do mini wsiądzie też cała rodzina, zwłaszcza europejska lub amerykańska, ale po co? Jest więc mini samochodem zrywnym i silnym z pięknym zawieszeniem, dającym poczucie chłopięcej radości na drodze. Niektórzy przekonują, że można go używać w charakterze afrodyzjaku.

Opublikowano w Moto-Goniec

Już za minutkę, już za momencik... – chciałoby się zaśpiewać, parafrazując słowa pewnej piosenki dla dzieci – zaczną lać sól na drogi i nasze choćby nie wiem jak wypieszczone cztery kółka narażone zostaną na postępujący proces degeneracji starczej – rdzę.

Jak się przed tym uchronić? Całkowicie nie da rady. Są w każdym razie różne szkoły. Osobiście wierzę w:

a. normalne użytkowanie samochodu zimą,

b. częste mycie – zwłaszcza zimą,

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 14 listopad 2013 19:53

Trochę o tym i o owym

Idzie zima, pora porozmawiać o bezpieczeństwie, a to w pierwszej kolejności zależy od wyboru samochodu. Część z nas mniej lub bardziej świadomie jeździ zimą czymś, co można zakwalifikować do kategorii pułapek śmierci. Taka mazda cabriolet w gwałtownym zetknięciu z tru-ckiem stawia bardzo duże wymagania naszemu Aniołowi Stróżowi, są jednak samochody, które praktycznie bronią nas same, bez konieczności Boskiej interwencji. Do takich należy większość dobrych "japończyków". Dlatego wielkim zaskoczeniem były ogłoszone niedawno przez kanadyjski instytut bezpieczeństwa drogowego wyniki testów na zderzenia z przeszkodą (w rodzaju słupa, lub na zakładkę z drugim autem). W rezultacie tych testów z listy rekomendowanych modeli wypadły takie tuzy, jak camry, RAV4 i prius. Jest to tym bardziej zaskakujące, że RAV4 to nowy, przeprojektowany i niezwykle popularny model. 

Co nie zmienia faktu, że auta Toyoty, zwłaszcza hybrydowe, należą do najbardziej niezawodnych – 8 na 15 modeli zaklasyfikowanych powyżej przeciętnej niezawodności to produkcja Toyoty lub Lexusa. Dość drastycznie kontrastuje to z oceną modeli hybrydowych Forda pod tym kątem. Ciekawe, że po raz pierwszy na listę Consumers Record pojazdów rekomendowanych pod względem niezawodności dostała się tesla. Ta na prąd...
A teraz z zupełnie innej beczki, bo oto wczoraj miałem okazję trochę pojeździć "europejskim" hyundaiem. Tak mikrym, że tutaj go nie ma. Jest to popularny w wypożyczalniach model podstawowy hyundaia i10 – auto ma zgrabny wygląd – choć nie odbiega od standardów tej klasy, niewielki i bardzo ekonomiczny silnik, jest bardzo przestronne i posiada wielką powierzchnię bagażową. No i przede wszystkim jest dosyć tanie, bo wytwarzane w Indiach. Powiem szczerze, że pierwszy raz miałem okazję przejechać się hinduską produkcją, a przecież wiele wskazuje, że nie ostatni, ponieważ panowie Hindusi chcą konkurować nie tylko w usługach, ale i w produkcji.
Auto z silnikiem 1100 cm pojemności ma 65 KM, a mimo to potrafi rozpędzić się do 165 km/h. Szczerze mówiąc, jeżdżąc po polskich drogach, gdzie istotnym elementem kierowania jest wyprzedzanie, trochę brakowało mocy. Żeby rozpędzić się do setki, trzeba poczekać ponad 15 sekund. Mimo to, jest to auto nadające się do przeciętnego jeżdżenia i bardzo pakowne. Nie poszalejemy nim po autostradzie, ale wygodnie przewieziemy siebie i trzy dorosłe osoby.
Hyundai i10 to zgrabny miejski samochód. Tak można w najprostszych słowach opisać tego najmniejszego przedstawiciela koreańskiej marki. Nie odnajdziemy w nim zapierających dech w piersiach osiągów ani nadmiaru luksusu, ale przecież nie o to chodzi w tego typu samochodzie. Mamy do dyspozycji dwa czterocylindrowe silniki benzynowe z wtryskiem wielopunktowym i jeden trzycylindrowy, napędzany olejem napędowym z układem paliwowym typu common rail. Spalanie na poziomie 5,3 l/100 km w cyklu miejskim i 3,8 l/100 km w cyklu pozamiejskim. Samochód jest zwrotny, co w europejskich miastach ma niebagatelne znaczenie. Projektanci zadbali o ergonomię, dźwignia do zmiany biegów jest na odpowiedniej wysokości, obsługa radia nie sprawia problemów, a deska rozdzielcza jest bardzo czytelna z centralnie umieszczonym białym prędkościomierzem. Jeśli o mnie chodzi, wolę dźwignię biegów tradycyjnie wyprowadzoną z podłogi, a nie z deski rozdzielczej, jak to dyktuje obecna moda. Po jakiejś godzinie przyzwyczaiłem się jednak, że dźwignię zmiany biegów mam przy kolanie, a nie przy udzie.
Zawieszenie z przodu to tak zwane kolumny McPhersona, a z tyłu belka skrętna. Dobre zestrojenie zawieszenia, nawet przy małych kołach, na jakich jeździ i10, pozwala na całkiem niezły komfort jazdy – i to nawet po drogach, na które nie dotarły jeszcze "unijne pieniądze".
Tak więc jeśli ktoś tylko potrafi jeździć biegówką, wypożyczenie czegoś takiego w Polsce jest rozsądną decyzją
Do czego namawia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec

Zacznijmy od odrobiny historii... Podobno pierwszym minivanem był minibus VW typu ogórek – symbol amerykańskiej rewolty hipisowskiej lat 60.; w nowoczesnej wersji pomysł ten został jednak wskrzeszony przez jednego z magików motoryzacji, kultowego CEO Chryslera (i nie tylko), Lee Iacocca. 

Projekt pierwotnie powstał dla Ford Motor Company pod nazwą maxivan, jednak Ford nie wykazał nim zainteresowania. Plymouth voyager wywołał niespodziewaną sensację i spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem na rynku, w roku 1985 znalazł się na liście Ten Best magazynu "Car&Driver".

Do roku 1987 modele z oznaczeniem SE oraz LE dostępne były także w wersji siedmioosobowej: dwa pojedyncze fotele z przodu, w drugim rzędzie kanapa dwuosobowa, a z tyłu trzyosobowa. Taki układ pozostał standardem w skromniejszych wersjach wyposażeniowych aż do roku 2001. Przez krótki okres przed 1986 rokiem istniała ponadto wersja ośmioosobowa (2+3+3), jednak ze względu na utrudnione zajmowanie miejsc w ostatnim rzędzie szybko zaprzestano jej produkcji.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 25 październik 2013 23:26

Mocne i amerykańskie - Chrysler 200

Lata temu pożyczonym sebringiem cabriolet zjeździliśmy z żoną kilka tysięcy kilometrów Utah, Nowego Meksyku, Newady i Kalifornii, szczerze powiem, nie zapamiętałem tego samochodu jakoś szczególnie, być może wrażenia wokółdrogowe były zbyt duże… W końcu jest to chyba najlepsza okolica na ziemi do jeżdżenia odkrytym autem. 

Tak czy owak, gdy redakcyjna koleżanka, która od czasu do czasu pożycza auta na wycieczki, powiedziała coś dobrze i głośno o chryslerze 200, postanowiłem przyjrzeć się bliżej tym sebringowym zstępnym.

•••

Czasy są bowiem inne i powoli, powoli amerykańskie koncerny uczą się konkurować z azjatyckim towarem na własnym rynku. Nie jest wciąż łatwo, bo rynek zatłoczony i jest to segment sedanów, gdzie sprzedaje się najwięcej i co rusz ktoś usiłuje na nowo wymyślić coś, co przyciągnie ziewających konsumentów.

200, mimo że nie jest żadnym cudownym dzieckiem, zaskakuje ciekawą sylwetką, dobrą ergonomiką i całkiem sporym silnikiem. No i oczywiście jest to jeden z niewielu modeli na rynku, który możemy kupić w wersji cabrio.

Będziemy z tego auta zadowoleni, zwłaszcza jeśli weźmiemy je z silnikiem sześciocylindrowym 3,6 litra Pentastar i sześciobiegową automatyczną skrzynią biegów. Co ciekawe, jeśli kogoś trzepie nostalgia za starymi "amerykanami", to deska rozdzielcza naszego minikrążownika może ją nieco uspokoić – w niewielu autach dzisiaj spotyka się analogowy elipsoidalny zegar. Pamiętam, że w którymś z moich starych buicków urządzenie to zajmowało poczesne miejsce zaraz obok licznika prędkości i wskaźnika poziomu paliwa…

Te wszystkie "luksusy" dostaniemy, "startując" już nieco powyżej 20 tys. Jak powiedziałem, jest to segment zatłoczony i wielu 200-tkę pominie, wybierając np. jakiegoś nissana altima, hyundaia czy hondę, a czy nawet forda fusion. Ale było nie było, 200 daje uczucie amerykańskiej jazdy, gdzie silnik ma wystarczająco dużo mocy i momentu zamachowego na spełnienie każdej naszej zachcianki (mówię o szóstce) – 283 KM. Mniejsza, 2,4-litrowa czwórka daje nam "tylko" 173 KM. Co ciekawe, jeśli chodzi o paliwożerność, szóstka od czwórki niewiele się różnią.

No i oczywiście jest to model, którego popularność w segmencie top-less będzie o wiele większa, bo też nie ma tam aż tak wielu propozycji. Kabriolet możemy kupić w trzech wersjach touring, limited i S, w podstawowej mamy do dyspozycji automatycznie składany dach "szmaciany" (ok. 30 sekund), w dwóch wyższych kosztem miejsca w bagażniku możemy kupić dach z elementów metalowych w kolorze karoserii. W porównaniu z tkaniną takie rozwiązanie znacznie redukuje hałas jazdy. Koła 17-calowe są standardowe, a możemy sobie zamówić 18-tki.

Reszta wyposażenia jest podobna do spotykanego w większości aut segmentu. Konkludując, nie jest to auto ekstrawaganckie, ale wygodne i muskularne. Prawie trzysta koni pozwala bezpiecznie wyprzedzać bez konieczności duszenia pedału.

O czym z zadowoleniem zapewnia Wasz Sobiesław

•••

A oto wrażenia Katarzyny Nowosielskiej-Augustyniak

Chryslerem 200 miałam okazję jeździć przez dwa dni. Gdy do niego wsiadłam, miał przejechane 55 kilometrów, więc "nówka sztuka". Ja dorzuciłam do tego przebiegu 550 km. Na początku jakieś 200 kilometrów po autostradzie – spalanie 7,6-7,8 l/100 km – potem trochę jazdy po mieście – tu już około 9,5 l/100 km – i na koniec znów trasa podobnej długości co początkowo.

Jeździ się przyjemnie – w dużej mierze dlatego, że nie brakuje mocy. Na wzniesieniach może 2 – 3 razy było czuć, że samochód już nie może. Aż zajrzałam pod maskę, żeby zobaczyć, jaki silnik się tam kryje – dość spory – 3,6-litrowy. To też tłumaczy spalanie. A że auto stosunkowo lekkie, to i przyspiesza dynamicznie. Do tego jest niskie, opływowe, więc dobrze trzyma się drogi, także na zakrętach. Silnik chodzi cichutko, prędkości praktycznie nie czuć.

W środku od razu zwraca uwagę zegar – ze wskazówkami! Taki akcent w stylu retro. Sporo jest elementów chromowanych, również na zewnątrz. To akurat mniej mi się podoba, ale taki mam gust, że nie lubię, jak się samochód na srebrno świeci. Zdziwiłam się, że z tyłu za oparciem fotela pasażera nie ma kieszeni – chyba żeby kierowca podczas jazdy po nic nie sięgał.

Widać, że styliści nad chryslerem pracowali, jednak moim zdaniem przegapili kierownicę, która zupełnie nie pasuje. Wszędzie chrom, a na kierownicy – matowy srebrny plastik... Do tego jak dla mnie jest nieprzyjemna w dotyku, taka sucha, a jednak lubię, jak się ręce kierownicy dobrze trzymają.

Największym mankamentem jeśli chodzi o ergonomię jest moim zdaniem widoczność zegarów. Mam 174 cm wzrostu, w samochodzie lubię siedzieć nisko, nisko ustawiam też kierownicę. I tu niespodzianka, bo w takiej konfiguracji zupełnie nie widać wskazań prędkościomierza.

Na koniec śmieszny akcent – w bagażniku na klapie koło zamka znajduje się dźwignia do otwierania od środka. A na niej ciekawy obrazek pokazujący sylwetkę auta z otwartym bagażnikiem i uciekającego ludzika. Ale to może tylko ja mam gangsterskie skojarzenia...

(zdjęcia K. Nowosielska-Aug.)

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 18 październik 2013 15:34

Akcent, czyli auto familijne

Zostawmy na moment interesujące dywagacje o nowych paliwach i powróćmy do nowych samochodów. Dopóki bowiem nowe technologie nie zejdą bardziej na ziemię, będziemy skazani na rozsądne cztery koła. Jak pewnie Państwo zauważyli, jestem zwolennikiem jeżdżenia przyjemnego, ale nie na pokaz. Auto jako symbol objętości portfela czy przejaw pokazywania miejsca zajmowanego w hierarchii społecznej to zjawisko chore i smutne. 

Niestety w naszej prowincji właściwie, prócz torów wyścigowych, nie da się nigdzie bezpiecznie pojeździć, nie łamiąc prawa. Kupowanie samochodu, którego prawdziwą klasę widać przy prędkościach przekraczających 200 km/h, przypomina nieskonsumowane małżeństwo – ręce co prawda możemy na nim położyć, ale żeby rozkosz zawładnęła, to już nie.

Amatorom prawdziwego jeżdżenia pozostają jakieś drobne szaleństwa na leśnym szutrze, no i prężenie muskułów w postaci szybkiego ruszania sprzed świateł lub hałasowania motorem po nocy. Cóż zrobić, nie żyjemy w ojczyźnie autobahnów i niewiele osób ma tu zrozumienie dla inżynieryjnego dopracowania samochodu.

A więc samochód to raczej rozsądnie wyceniona platforma przemieszczania się z punktu "a" do "b". Jedną z najlepszych takich platform jest hyundai accent.

Samochód, który od czasu pogardliwych spojrzeń przeszedł bardzo długą drogę i obecnie wraz z elantrą jest jedną z najlepszych ofert na rynku wśród pojazdów subkompakt i kompakt. Powiem szczerze, że w dzisiejszych czasach, kiedy samochodem jeździmy raczej blisko miasta, jest to auto, które zapewni nam wszystko. No, ewentualnie jeśli jesteśmy wygodni i kilka razy do roku chcemy mieć wygodne podróże na dalsze odległości, możemy sobie pożyczyć – coś obszerniejszego.

Podliczywszy wszystkie koszty eksploatacji, jest to rozwiązanie o wiele bardziej ekonomiczne niż kupowanie jednego "rodzinnego" suva i jednego małego auta. Radziłbym więc spróbować żyć przez rok z dwoma małymi autkami w rodzaju accenta i zobaczyć, że nie jest to optymalne rozwiązanie nawet dla młodej rodziny z dziećmi.

A jeśli już bierzemy pod uwagę kupno "autka", to hyundai accent powinien być na samej górze listy. Hyundai accent 2013 (wersja 2014 wkrótce, choć nie należy oczekiwać dużych zmian) uznawany jest za króla subkompaktów. Jego 1,6-litrowy silnik z bezpośrednim wtryskiem został zaliczony do pierwszej dziesiątki najlepszych silników roku 2012. Wokół tego silnika hyundai zabudowuje obszerną kabinę pasażerską i całą gamę najnowocześniejszych rozwiązań w dziedzinie bezpieczeństwa. 6-biegowa automatyczna skrzynia biegów sprawia wrażenie całkowicie płynnej jazdy. Umożliwia też bardzo ekonomiczną jazdę i dlatego nikogo nie dziwi, że auto pali na sto 7 litrów w jeździe mieszanej.

I nie jest to auto leniwe. Hyundai accent zwłaszcza z ręczną przekładnią dał się poznać jako całkiem agresywne "coś", i to tak w wersji hatchback jak sedan. Powiem szczerze, że w wersji sedan przypomina trochę taką nieco pomniejszoną elantrę. Co nie wszystkim się podoba, to że w accencie czuć jednak drogę i auto nie tyle płynie nad powierzchnią asfaltu, co trzyma się go sztywnymi kołami. Dla mnie akurat to raczej plus.

Cena – nie jest rekordowo niska. Rozmowa zaczyna się od 15 tys. Hyundai po raz kolejny pokazuje, ile w samochodzie – wydawałoby się bardzo dobrym – można jeszcze poprawić.

Koreański koncern pokazał też przez minione 20 lat, że szefowie Wielkiej Trójki jednak zasypiali gruszki w popiele za nic brali krociowe pieniądze. Dopiero teraz po zimnym prysznicu 2008 roku wzięli się do roboty.

Tak więc jeśli chcemy mieć samochód, który zapewni nam wszystkie potrzeby motoryzacyjne na poziomie więcej niż średnim, możemy kupić dwa accenty na rodzinę i mieć sprawę z głowy na lata. A przy takim zakupie dobra cena jest murowana.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec