Goniec

Register Login

        Marek Księżarczyk jest rodowitym oświęcimianinem i prezesem Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem w Oświęcimiu. Jego dziadek był więźniem KL Auschwitz, który wprawdzie przeżył obozowy koszmar, lecz schorowany zmarł wkrótce po wojnie.

        Oświęcimski historyk – amator od ponad dwudziestu pięciu lat wraz z rodziną mieszka w jednym z budynków, które w latach wojny stanowiły tzw. „Gemeinschaftslager”, czyli obóz dla robotników cywilnych zatrudnionych przymusowo przy budowie KL Auschwitz. Ma wielu znajomych w Oświęcimiu i okolicy.

Opublikowano w Teksty
czwartek, 06 grudzień 2018 10:20

Butler – a part of Canadian heritage

NiemczykJanusz        A recent beautiful and romantic Polish movie also relates to Canadian history. The title “Kamerdyner”  translated into English means  “Butler”. 

        In the middle of XIX century, the first large group of Poles emigrated to Canada from the Kaszuby region of northern Poland. This first group were allowed to settle on  poor quality land in the vicinity of the towns of Barry’s Bay and Wilno in Renfrew County, Ontario. It is now estimated that about 50,000 of descendants of these first Polish emigrants live in Canada. 

Opublikowano w Teksty

5873459e1f282smulskijp srrwnaeJan Franciszek Smulski chicagowianin, wybitny patriota, rzecznik sprawy polskiej wobec prezydenta USA Wilsona, bliski współpracownik Jana Ignacego Paderewskiego i Romana Dmowskiego, organizator pomocy finansowej dla odradzającej się Polski, emigracyjny inicjator kluczowych dla Niepodległej przedsięwzięć. Pamiętajmy o nim nie tylko w 100 rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości.

        Polscy emigranci zapisali piękna kartę w historii obu narodów. O wybitnie utalentowanych żołnierzach takich jak Kościuszko czy Pułaski wszyscy doskonale wiedzą. O wybitnych artystach takich jak I.J. Paderewski czy Helena Modrzejewska wiedza jest szeroka i powszechna. Sukcesy bardzo często wspomagane lub warunkowane są przez wielkie pieniądze. Tak było w latach walki o odzyskanie niepodległości i tak jest obecnie. Jako, że za kilka dni nastąpi kulminacja obchodów stulecia polskiej niepodległości, warto przybliżyć rodakom w kraju postać wybitnego działacza Polonii w USA, bez którego nie byłoby sukcesu Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera i sukcesów dyplomatycznych J.I.Paderewskiego i Romana Dmowskiego,  postać prawnika, dziennikarza, wydawcy, polityka i co bardzo ważne bankiera JANA FRANCISZKA SMULSKIEGO.

        Urodził się 4 lutego 1867 roku w Trzemesznie, niewielkim miasteczku na Kujawach, pod zaborem pruskim. Właściwie nazywał się Jakiński i pod tym nazwiskiem rozpoczął naukę w Polsce. W 1881 roku wyemigrował do Stanów, w których już przebywał jego ojciec Władysław. Ojciec zmienił nazwisko na Smulski, więc i Jan zaczął używać tego nazwiska i tak już zostało do końca jego życia i pod tym nazwiskiem zapisał się w historii Polonii. W r. 1884 został wraz z ojcem współwłaścicielem „Gazety Katolickiej” w Chicago. Odbył studia prawnicze, na opłacenie których pracował jako subiekt w sklepie. Po ich ukończeniu w r. 1890 otworzył własną praktykę adwokacką w Chicago. 

Polscy emigranci pracowali bardzo ciężko, po 10 -12 godzin dziennie. Śmiertelność wśród robotników była duża. Często rodzina nie miała za co pochować zmarłego. Nie istniały tanie ubezpieczenia ani zapomogi dla bezrobotnych. Żeby złagodzić trudne momenty ekonomiczne w lutym 1880 roku polscy światli przedsiębiorcy powołali do życia Związek Narodowy Polski, który w pierwszym rzędzie stał się tanią organizacją ubezpieczeniową wspierającą rodziny zmarłych. Obok tanich ubezpieczeń z dochodów z oprocentowania polis członkowskich powstał spory kapitał, który był przeznaczony na cele społeczne. ZNP powołał do życia szereg instytucji wydawniczych i oświatowych. Dzięki niezależności finansowej (od końca XIX wieku majątek ZNP jest obliczany na ponad 0,5 mld dolarów), Polacy zaczęli stawać się licząca się siłę polityczną.  Władzę prawodawczą w ZNP do dziś sprawuje Sejm Związkowy, który zbiera się na obrady co cztery lata. 

        Jan F. Smulski od wczesnej młodości uczestniczył w działalności organizacji polonijnych. Był członkiem Związku Narodowego Polskiego w Ameryce (ZNP) i Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego (ZPRK) publikował w „Gazecie Katolickiej”. W r. 1892 wszedł w skład Komitetu Budowy Pomnika Tadeusza Kościuszki w Chicago zainicjowanego przez ZNP.  W 1893r. uczestniczył po raz pierwszy w sejmie ZNP w Chicago i został na nim wybrany na jednego z tzw. opiekunów kasy ZNP. Od 1894 roku czynnie działał w Związku Sokolstwa Polskiego w Ameryce. 

        Jeszcze za życia ojca przejął kierownictwo jego biznesów i sam podjął liczne własne inicjatywy ekonomiczne.

        W maju 1903 roku uzyskał licencję na prowadzenie działalności bankowej i wraz z innymi przedsiębiorcami polonijnymi założył bank stanowy zwany popularnie bankiem Smulskiego, z siedzibą w samym sercu dzielnicy polonijnej w Chicago z siedzibą na skrzyżowaniu ulic Division, Ashland i Milwaukee. Było to pierwsze tego typu przedsięwzięcie polonijne; jego zarząd i większość personelu były polskie, zaś akcje rozprowadzone pomiędzy Polakami. Bank utworzył też spółkę górniczą do eksploatacji złota nad rzeką Sacramento w Kalifornii. Zyski z tej działalności zapewniły wielkie dochody i podniosły prestiż jego właścicieli.  11 listopada 1904 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika Kościuszki w Chicago, Smulski. przemawiał jako pierwszy mówca i odczytał list od prezydenta T. Roosevelta do Polonii.  Zarabianie pieniędzy łączył z działalnością patriotyczną. 28 kwietnia 1908 na czele Polonii chicagowskiej protestował przeciw niemieckiej polityce wobec Polaków. 

        Po wybuchu pierwszej wojny światowej Smulski był jednym z twórców Polskiego Centralnego Komitetu Ratunkowego (PCKR) i współorganizował pomoc materialną dla ludności polskiej. Równocześnie prowadził działalność dyplomatyczną. Był w składzie delegacji Polonii przyjętej przez prezydenta W. Wilsona w Waszyngtonie i wręczył mu memoriał o potrzebie pomocy dla Polski., przygotowywał utworzenie nowej organizacji politycznej Polonii., która ukonstytuowała się jako Wydział Narodowy Polski. (WNP)

        Jako przedstawiciel tego Wydziału Jan Smulski uczestniczył w rozmowach z przedstawicielem Francji w sprawie Armii Polskiej. Nie byłoby możliwym utworzenia tej armii bez finansów zabezpieczających jej utrzymanie i wyposażenie. Smulski. był jednym z głównych inicjatorów zwołania Sejmu Wychodźstwa Polskiego w Detroit (26–30 VIII 1918), na który przybyli Paderewski i Dmowski, przewodniczył temu Sejmowi i w dramatycznym przemówieniu poparł apel Paderewskiego do Polonii o utworzenie dziesięciomilionowego Funduszu Narodowego, przeznaczonego na działania polityczne i charytatywne. Fundusz uchwalono i w następnych miesiącach Smulski w imieniu WNP firmował przesyłanie do KNP w Paryżu dużych sum pieniędzy (100 tys. dol. w listopadzie 1918, 250 tys. dol. w grudniu 1918 i styczniu 1919).

        WNP przekazał też w r. 1919 do Polski ok. 100 tys. dol. na cele charytatywne (w tym 40 tys. do dyspozycji Paderewskiego na Polski Biały Krzyż. Fundusze te mogły być wykorzystane na działania polityczne. Przez bank Smulskiego Polonia przesyłała też indywidualnie środki finansowe do kraju (ok. 6 mln dol.). Sukcesem zakończyły się jego starania w kwestii pomocy żywnościowej i materiałowej. W lutym 1919 r. WNP wysłał do Polski statek z żywnością wartości 1 mln dol. Współpracował w tym zakresie z kolejnymi instytucjami pomocowymi kierowanymi przez Hoovera: American Relief Administration (luty-lipiec 1919) i American Relief Administration European Children’s Fund. 

        Zabiegał o udzielenie Polsce przez Stany Zjednoczone pożyczki na rozwój gospodarczy i sprzedania części zasobów wojennych Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych w Europie, oraz poparcie prezydenta Stanów Zjednoczonych dla postulatu przekazania Polsce Gdańska. Dzięki staraniom Smulskiego Polonia wsparła polską akcję na Górnym Śląsku finansowo i poprzez ułatwienie wyjazdu z USA Polakom, chcącym wziąć udział w plebiscycie. 10 stycznia 1920 roku udał się do Polski 1920 przywożąc upoważnienie WNP do wypłacenia 25 tys. dol. na rzecz Funduszu Plebiscytowego.

W sierpniu 1920 roku Smulski. wezwał prezydenta Wilsona do «moralnego poparcia» Polski walczącej z Rosją sowiecką.  W roku 1921 zaangażował się w sprawę poparcia powstania na Śląsku. Zawsze blisko współpracował z Romanem Dmowskim; osobiście wsparł finansowo powstanie dziennika „Rzeczpospolita”. Wielkie znaczenie miała jego pomoc finansowa dla powracających do Ameryki żołnierzy Błękitnej Armii. Po odejściu z rządu J.I.Paderewskiego ciągle jeszcze wspierał różne społeczne i charytatywne akcje, Nadal przekazywał niewielkie sumy środowiskom krajowym zbliżonym do Paderewskiego; ale jego bank, mimo wkładów szacowanych na 20,5 mil ówczesnych  dolarów przeżywał trudności związane w dużej mierze z oszczerczymi wystąpieniami środowisk żydowskich z Nowego Yorku.

        Bardzo trudną sprawą z jaką przyszło zmagać się Smulskiemu, był narastający konflikt polsko-żydowski, wywołany różnymi sprawami natury gospodarczej, politycznej i obawami organizacji żydowskich w Ameryce o status ludności żydowskiej w odrodzonej Polsce. Na łamach prasy i drogami dyplomatycznymi doprowadzał do porozumienia, ocalając w ten sposób wizerunek Polski i Polaków w przededniu konferencji pokojowej w Paryżu. 

        Zabiegi o finanse i mediacje między zwolennikami różnych wizerunków i różnych dróg do niepodległej Polski wyczerpały Smulskiego. Poważna choroba serca i seria wyczerpujących operacji chirurgicznych załamała go psychicznie. 18 marca 1928 roku popełnił samobójstwo. Jego grób znajduje się na cmentarzu Św. Wojciecha w Chicago. Jan Ignacy Paderewski w r. 1939 apelował do Polonii, by zagościł w niej „dawny, wielki duch Smulskich”. Historyk polonijny Karol Wachtl, nazwał go „bezsprzecznie wybitnym, może najwybitniejszym typem dobrym Polaka-Amerykanina, umiejącego godnie godzić ideologię polską z amerykańską”.

        Jan F. Smulski został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta w 1923 roku i francuską Legią Honorową.

Katarzyna Murawska, Wisconsin

Waldemar Biniecki, Kansas 

Opublikowano w Teksty
piątek, 21 wrzesień 2018 05:09

Trabant 601 - mały pracuś

Tym razem trochę historii, bo byłem na festiwalu polskim na ulicy Roncesvalles, gdzie tradycyjnie już, obok kościoła świętego Kazimierza prezentowane są nasze samochody z lat młodości, czyli czasów PRL. Nie wszystkie polskie, zdarzała się tam i Skoda, były tam o ile dobrze pamiętam Fiat 127, a tym razem uwagę zwrócił trabant, którego przyprowadził Jiri. Właściciel jest Czechem, ożenionym z Bułgarką, ale mówi świetnie po polsku „bo lubi”; ma firmę malującą no i kocha samochody tamtych lat.


Jeśli możesz wesprzyj nas


Trabant Jirego to ostatni rocznik w oryginalnej wersji czyli jeszcze z silnikiem dwusuwowym - niewiele osób pamięta że po zjednoczeniu Niemiec trabanty chyba przez rok były produkowane z silnikiem volkswagena polo, a to z uwagi na przepisy czystości powietrza w RFN.

Trabant to naprawdę bardzo ciekawe i w 1957 roku nowoczesne auto. Oczywiście, także niebezpieczne; podobnie jak volkswageny garbusy, trabant miał zbiornik benzyny przed pasażerem z przodu, a więc w przypadku czołowego zderzenia, można powiedzieć, że była to swego rodzaju palna i wybuchowa „poduszka powietrzna”. Niestety palna była cała karoseria bo wykonano ją z nasączonej plastykiem tektury - jak niosła wieść gminna - a faktycznie trabant zrobiony jest z Duroplastu, produkowanego z recyklingowanej bawełny pozyskiwanej ze Związku Radzieckiego, do której mieszano żywice fenolowe - to tak w skrócie. Zaletą rozwiązania jest to, że trabant co najwyżej gnije, ale nigdy nie rdzewieje. I rzecz niebywała był to samochód wykonany z materiałów recyklingowych i to w tamtych czasach!

silniktrabanta

Trabant Jiriego jest w bardzo dobrym stanie, ma na liczniku zaledwie 20 000 km, a właściciel nie jeździ więcej niż 1000 km rocznie; zapewnia, że auto zachowuje się doskonale i odpala natychmiast nawet zimą. Jiri ma też Škodę 120 GL i ta ma czasem swoje humory, trabant nigdy! Jiri twierdzi, że to był taki pracuś, jeśli do niego jeszcze podpiąć przyczepkę to praktycznie obywatel Krajów Demokracji Ludowej uzyskiwał pełnię motoryzacyjnego szczęścia. Trabant pali mieszankę z olejem no bo jest to silnik dwusuwowy - w granicach 6,5 do 10 l na 100 km, prędkość maksymalna... Jiri twierdzi że może w porywach uzyskać 120 na godzinę a 110 jest osiągalne cały czas, natomiast prędkość przelotowa na autostradzie 100 km/h jest jak najbardziej do uzyskania w dłuższym czasie.

Trabant to przykład Bauhausu na kółkach; wszystko tu jest proste, nie ma, na przykład, wskaźnika poziomu paliwa w kabinie, ale jest za to „patyk” do mierzenia - wkłada się go do baku (bak jest w komorze silnika, więc wszystko jest bardzo proste) i widzimy na podziałce ile litrów mamy. Jeśli benzyna nam się kończy to wtedy niewielkim kranikiem przełączamy na rezerwę, na której pojedziemy jeszcze 60 km. Podobnie proste rozwiązanie dotyczy ogrzewania - rurę zasysającą przekręca się o 180° i powietrze zasysane jest znad wydechu ogrzane, a na lato bierze się je tuż spod maski.

Wciąż do trabanta można kupić w Europie bardzo wiele części bardzo tanio. Jest to samochód, który ma status kultowy i wiele osób używa go do reklamy, nadal jest go trochę jeszcze na drogach. Większość użytkowników zwraca też uwagę na specyficzną zmianę biegów przy kierownicy, drążek przypomina klamkę.
Trabant był samochodem bardzo prostym nie tylko technicznie, ale prostym w obsłudze i przyjemnym w prowadzeniu. Oczywiście miał charakterystyczny dźwięk i jeśli dało się za dużo oleju no to niestety pozostawiał za sobą biały tuman. To głównie z tego powodu silniki dwusuwowe pomimo że tak proste, nie stały się najbardziej popularne.

jiri

Jiri twierdzi że o wiele lepszy był trabant kombi, bardziej pojemny, bardziej użyteczny; no ale czasem po prostu nie można było przebierać, bo na trabanta czekało się latami, były talony, była przedsprzedaż. Produkowany w latach 1957 -1990 praktycznie stał się volkswagenem Wschodu; miał wiele ciekawych rozwiązań, napęd na przednie koła i niezależne zawieszenie, co w 57. roku było nowatorskie. Wyprodukowano 3 100 000 trabantów, praktycznie z niewielkimi zmianami w podstawowym projekcie.

Jednostką napędową był dwusuwowy silnik dwucylindrowy o pojemności 600 ccm dostarczający aż 25 KM mocy. Trabant od 0 do 100 km/h rozpędzał się w 21 sekund, a więc dawał sobie radę. Proste rozwiązania oznaczały brak pompy paliwowej i brak pompy olejowej wszystko działało grawitacyjnie; paliwo spływało po prostu ze zbiornika umieszczonego nieco wyżej od silnika. Trabant nie posiada też chłodnicy ponieważ silnik chłodzony jest powietrzem. Niektórzy z oglądających na ulicy Roncesvalles po otworzeniu maski samochodu, pytali gdzie jest silnik, bo jest tam tyle miejsca.

Dodać jeszcze wypada że trabant Jiriego pochodzi z Bułgarii, stamtąd importował go do Kanady pewien Bułgar, a od niego Jiri odkupił auto już na rejestracji.

Wiem że trabanta ma pewien harcerz polski, był nim kilka lat temu na Kaszubach, ale to już jest wersja z silnikiem polo czyli mocniejszym, mniej trującym no i przede wszystkim czterosuwowym, a więc pozbawionym tego charakterystycznego trabanciego dźwięku.

O czym z nostalgią donosi
Wasz Sobiesław

goniec.net
Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 07 wrzesień 2018 09:04

Podziękujmy

NiemczykJanusz2018 to dla Polski i Polaków rok rocznicowy, w którym powinno przypominać się ten szczęśliwy i boski zbieg okoliczności, kiedy to w wyniku przegranej pierwszej wojny światowej jedno mocarstwo, jakim były Austro-Węgry, przestało istnieć, a dwa inne uległy dezorganizacji i chwilowemu osłabieniu. Tu chodzi o Niemcy i Rosję. Ten moment, te kilka lat, które stworzyły możliwość zorganizowania się państwa i zajęcia stanowiska do obrony państwowości polskiej.

Żeby ponownie mogło dojść do rozbiorów Polski, oba państwa, a więc Niemcy i Rosja, przepoczwarzona w Związek Sowiecki, musiały doprowadzić do zawieruchy już nie na poziomie jednego kraju, czyli na poziomie Polski, Finlandii i Czechosłowacji, ale na poziomie wojny światowej. Mieliśmy więc upadającą Rosję, która już dwa lata później odtworzyła się w kraj, który miał ambicję rozszerzyć rewolucję bolszewicką na inne państwa Europy, w tym Niemcy. Polska została zaatakowana. Polska powołuje do wojska praktycznie wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Tylko że broni i amunicji nie ma. Związki zawodowe, zdominowane przez partię komunistyczną, nie załadowują ani nie rozładowują statków wiozących uzbrojenie dla Polski. Tak dzieje się w portach we Francji, Wielkiej Brytanii, w Niemczech. Wojska bolszewickie zbliżają się do Warszawy. Rząd Węgier wysyła do Polski koleją transporty amunicji. Rząd Czechosłowacji blokuje przejazd transportów z amunicją przez terytorium Czechosłowacji. Na przejazd transportu z bronią zgadza się rząd Rumunii i w ten sposób drogą okrężną, przez teren Rumunii, przez dawne województwo stanisławowskie, pociągi z amunicją dostają się tuż przed rozstrzygającą bitwą warszawską do polskiego wojska.
Bitwa warszawska zostaje wygrana. Wojska bolszewickie rozbite, odrzucone i droga do wówczas będących w nastroju rewolucyjnym Niemiec zostaje im odcięta. Skutkiem przegranej dla bolszewickiej Rosji wojny został podpisany w 1921 roku traktat pokojowy w Rydze. Traktat ten został zawarty między rządami Rosji sowieckiej, sowieckiej Ukrainy i Polski. Traktat ten dał Polsce 18 lat pokoju.

W sierpniu 1939 roku zostaje podpisany między Niemcami a Związkiem Sowieckim traktat pokojowy z tajną klauzulą decydującą o rozbiorze Polski, nazywaną paktem Ribbentrop-Mołotow od nazwisk ministrów spraw zagranicznych obu krajów. 1 września 1939 roku Niemcy atakują Polskę. 17 września Związek Sowiecki przyłącza się do Niemiec, wypełnia zawartą umowę, również atakuje Polskę i wojska sowieckie zajmują połowę terenów ówczesnej Polski. Część wojsk polskich udaje się do Rumunii. Przy czym na przykład oficerowie i żołnierze lotnictwa, broni pancernej, artylerii i innych specjalności wojskowych mieli polecenie przekroczenia granicy Rumunii i udania się do Francji. Z obozów internowania w Rumunii z kolei ci polscy wojskowi przedostawali się na Węgry, gdzie znowu byli tolerowani i niezauważani przez policję i przez Węgry przedostawali się do Jugosławii i stamtąd już różnymi drogami, w tym i przez neutralne jeszcze wówczas Włochy, do Francji, gdzie tworzyły się jednostki Wojska Polskiego. Przy czym tutaj trzeba wyjaśnić, że oba kraje, czyli Rumunia i Węgry, były w sojuszu z Niemcami i dyplomacja niemiecka naciskała na rządy Rumunii i Węgier, by internowały polskich żołnierzy i cywilów, by uniemożliwić im przedostanie się do Francji. I tu osoby tak na najwyższych stanowiskach rządowych w Rumunii, jak i na Węgrzech, jak również zwykli ludzie udzielali polskim żołnierzom, uchodźcom pomocy w przedostawaniu się dalej do Francji. Czyli w obu krajach była prowadzona oficjalna polityka proniemiecka, która szła swoim własnym nurtem, i była również nieoficjalna, szeroko popierana przez ludność fala pomocy dla Polaków. Bez tego stanowiska indywidualnych osób nie byłoby później polskich jednostek we Francji i Anglii, nie byłoby polskiego lotnictwa w Wielkiej Brytanii i nie byłoby ich udziału w bitwie o Anglię. Podobne zjawisko spontanicznego udzielania pomocy Polakom przez osoby indywidualne występowało na terenie ówczesnej Jugosławii. I nie było ono jednorazowe. Wystąpiło dwa razy, w chwili kiedy Polska i Polacy byli w sytuacji bardzo trudnej. Przy czym jeśli chodzi o Jugosławię, a bardziej dokładnie o Serbów, to tu warto przypomnieć ich stanowisko wobec Polaków w czasie pierwszej wojny światowej. Otóż Serbowie nie brali do niewoli jeńców. To znaczy rozstrzeliwali na miejscu wziętych do niewoli Niemców, Austriaków i Węgrów, natomiast Polaków, Czechów, Słowaków, Ukraińców puszczali wolno. W ten sposób mój dziadek Marcin Niemczyk był brany do niewoli przez Serbów trzy razy i trzy razy był puszczany wolno. Następnie jego jednostka za karę za niebojową postawę na froncie serbskim została przerzucona na front rosyjski.
W 1939 i w 1940 roku Jugosłowianie przypuszczali, że zostaną zaatakowani przez Niemców, i postawa ich rządu była przychylna dla przybywających tam uchodźców z Polski, to jednak ponownie na poziomie indywidualnym, na poziomie zachowań indywidualnych rodzin i na poziomie zachowań poszczególnych osób spotykali się oni ze spontaniczną pomocą.

Innym zjawiskiem, które miało miejsce w czasie okupacji niemieckiej na terenach dzisiejszej Białorusi, była pewna bierność ze strony Białorusinów. Była współpraca, bo były utworzone oddziały policyjne przez Niemców składające się z Białorusinów, które współpracowały z władzami niemieckimi, ale poziom agresywności w stosunku do Polaków ze strony Białorusinów w porównaniu z postawami innych narodowości był mniejszy. Można powiedzieć, że Białorusini byli bierni. Nie pomagali Polakom, ale też im w jakiś duży zorganizowany sposób nie szkodzili. Tu znany jest przykład masowych mordów na Polakach, które miały miejsce na terenie województwa wołyńskiego, przez połączone siły Ukraińców cywilów oraz oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Dawne województwo wołyńskie przylega do ziem należących do Białorusi.

I co ciekawe, tam niedaleko przecież, bo już parędziesiąt kilometrów na północ, gdzie również często Polacy byli mniejszością, nie doszło do pogromów na Polakach. A więc ta możliwość odegrania się na Polakach nie znalazła poparcia wśród Białorusinów. Mogli, bo była ku temu sposobność, a wojna demoralizuje bo stwarza ku temu warunki. Człowiek czuje się bezkarny. Białorusini nie wystąpili przeciw mniejszości polskiej w tak brutalny sposób, jak zrobili to Ukraińcy.
Chciałoby się napisać o następnym kraju, gdzie ludność w czasie drugiej wojny światowej nie szkodziła Polakom, czyli o Litwie, gdyby nie masowe mordy w Ponarach koło Wilna, gdzie Niemcy i policja litewska współpracująca z Niemcami rozstrzelali około 100.000 Polaków i Żydów. W tej liczbie zabitych było około 30.000 Polaków. Poza Ponarami jednak, z wyjątkiem może kilku innych miejsc o mniejszej skali, nie było masowych akcji przeciw Polakom na Litwie. Przede wszystkim nie było pogromów robionych na Polakach. Litwini, mimo niechęci do Polaków, zachowali się w większości przypadków w sposób, który moglibyśmy określić jako bierny. Mieli możliwość wyrządzenia dużo większych szkód, ale tego nie zrobili.

Piszę tu o tych pięciu narodach w kontekście obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, ale również w kontekście pewnej polskiej przypadłości, zbiorowego przekonania, takiej zbiorowej mitologii, polegającej na tym, że generalnie przyjmujemy, że skoro my jesteśmy dobrzy i w naszym mniemaniu innym robimy dobrze, to oczekujemy takiej samej postawy wobec nas ze strony innych, co się łączy z tym, że często nie okazujemy wdzięczności innym narodom. Myślę, że to jest taka nasza polska przywara, którą jakoś trzeba naprawić.

Okres wojny jest straszny. Żeby użyć słów reżysera Filipa Bajona z filmu „Przedwiośnie”, wojna to „klęska żywiołowa”. Czyli coś, czym nie można kierować. Ludzie zachowują się w sposób niekontrolowany. Wyzwalają się w nich pierwotne instynkty. Tak się dzieje, ponieważ człowiek nie czuje, że za swoje złe uczynki spotka go kara. Mamy więc i tych, którzy ryzykowali stanowiska, często nawet życie. Tak się stało w przypadku paru oficerów i urzędników węgierskich, którzy zostali pod koniec wojny przez Niemców aresztowani między innymi również za pomoc Polakom. Inni ludzie, tacy jak np. Białorusini, w większości przypadków byli bierni. Nam, Polakom, często wydaje się, że to było mało. Ja uważam, że to nie było mało jak na warunki wojny. Myślę, że ci ludzie, ich postawy, Węgrzy, Rumuni, narody Jugosławii, ale również Białorusini, zasługują na pewną wdzięczność w postaci przypomnienia ich postaw w tych dniach obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Tym narodom należy się wdzięczność, nawet za ich bierność, ponieważ ich postawy świadczą o tym, że w domach, przy rodzinnych stołach mówi się tam o Polakach dobrze, a przynajmniej nie mówi się źle, i te postawy wyniesione z rodzinnych domów, w sytuacjach trudnych pozwalają na to, że można na te narody liczyć niezależnie od tego, co często mówią oficjalnie przywódcy tych krajów. Bo niestety zmieniają oni swoje nastawienie często w zależności od panującej koniunktury, natomiast przekaz rodzinny pozostaje zwykle niezmienny.

Właśnie budowanie międzynarodowych sojuszy należałoby opierać na tym przekazie domowym, bardziej na tym, o czym mówi się w domach, niż na tym to co mówią politycy, szefowie rządów, bo to może zależeć od aktualnej sytuacji, od aktualnych układów międzynarodowych.

Z tym też, co potocznie nazywa się duszą narodu, łączyłbym podział na narody i społeczności, które w sposób niewymuszony są przyjacielem Polski i Polaków, bo tak to się na przestrzeni lat ukształtowało, i na te, które mają duszę ukształtowaną w sposób inny. W jakiś uproszczony sposób można powiedzieć, że narody z tej drugiej grupy zwracają się do Polski w ten sposób: jak nas nie pokochacie, to zrobimy wam coś złego, choćby nawet miałoby być to zrobione rękami innych. I tu najlepszym przykładem jest Izrael, który za pomocą USA, NATO i mediów wymusza na Polsce i Polakach miłość do siebie, ale również daniny.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Teksty

Żyjemy w czasach rewizjonizmu historycznego, w Kanadzie coraz częściej podkreśla się „wielokulturowość” i pomija europejskie korzenie instytucji tego kraju; instytucji budowanych przez Francuzów i Brytyjczyków; pomija się również olbrzymią rolę misjonarzy w cywilizowaniu tych ziem, a także poznawaniu i otwieraniu szlaków handlowych. 

        Dlatego właśnie postanowiliśmy w kilku odcinkach przedstawić historię Toronto; europejską historię Toronto. 

        Pierwsze siedliska indiańskie istniały tutaj tysiące lat temu, u ujścia rzek Humber i Credit. Pierwsi nad Zatokę Torontońską (w tamtych czasach Wyspy Torontońskie były połączone w półwysep z lądem stałym, tworząc zatokę. Półwysep ten został przerwany przez sztormy w 1856 roku), doskonale nadającą się na budowę portu, dotarli Francuzi. Założyli tutaj w 1750  roku niewielki fort pod nazwą Rouillé. Służył on jako miejsce wymiany handlowej z Indianami, ale po tym jak Brytyjczycy podbili Francuską Amerykę Północną, został opuszczony. 

        Historia Toronto zaczyna się więc w roku 1786, kiedy do Quebec City przybył lord Dorchester, gubernator Brytyjskiej Północnej Ameryki. Jego głównym zadaniem było rozwiązanie problemów nowych osadników napływających ze Stanów Zjednoczonych – lojalistów, którzy uciekli przed buntownikami walczącymi o niepodległość Stanów Zjednoczonych, osiedlając się na słabo zaludnionych wówczas brzegach jeziora Erie i Ontario. 

        Dorchester początkowo myślał o utworzeniu nowego dystryktu włączonego pod rządy Quebecu, ale w Wielkiej Brytanii postanowiono o podzieleniu Kanady na Dolną i Górną, w związku z tym lord Dorchester zaczął organizować nową prowincję Górnej Kanady i szukać dla niej stolicy. 

        Początkowo wybór padł na Kingston, to właśnie w okolicy Bay of Quinte osiedliła się największa liczba lojalistów, ale było ich też sporo w rejonie Niagary, ostatecznie gubernator postanowił założyć stolicę nowej prowincji w pół drogi, na północnych brzegach Zatoki Torontońskiej, gdzie rząd brytyjski kupił grunt od Indian Mississauga. 

        Tymczasowy rząd Górnej Kanady został utworzony w miejscowości Newark, która obecnie nazywa się Niagara-on-the-Lake, w roku 1791, a w roku 1793 nowy gubernator Górnej Kanady John Graves Simcoe, przeniósł stolicę do Toronto, którego nazwę zmienił na York, gdyż nie chciał, by była to nazwa pochodzenia indiańskiego. 

        Simcoe pierwotnie zakładał, że York będzie tylko bazą wojskową i miastem portowym, a stolica obszaru założona zostanie w London, ale wkrótce zrezygnował z tych planów ze względu na trudności z budową drogi do London. W 1796 r. York stał się stałą stolicą Górnej Kanady, Indianie Mississauga przenieśli się zaś do rezerwatu na zachód od tej miejscowości, w okolice obecnego Port Credit, a ostatecznie jeszcze dalej na zachód. Co ciekawe, traktat z Mississauganami został odrzucony przez ludność rdzenną. Chodziło tutaj o zakup obszaru około 1000 kilometrów kwadratowych, podpisano kolejny w 1805 r., ale ten również był przez niektórych Indian kwestionowany i ostatecznie zakup tej ziemi rząd kanadyjski uregulował prawnie dwa wieki później, w roku 2010,  płacąc Indianom Mississauga 145 mln dol. kanadyjskich.

        Simcoe mieszkał w Jorku tylko trzy lata, ale to pod jego kierownictwem rozpoczęto budowę miasta na planie prostokątnym, w pobliżu ujścia rzeki Don. W 1793 roku u wejścia do torontońskiego portu powstał Fort York, gdzie mieścił się brytyjski garnizon. Podczas rządów Simcoe powstały budynki rządowe oraz wytyczono dwa główne ulice, Dundas Street, która uzyskała nazwę od sir Henry’ego Dundasa i Yonge Street, nazwaną po sir George’u Yonge’u, brytyjskim sekretarzu wojny. 

        Rangersi królowej oraz wcieleni do wojska osadnicy niemieccy wykarczowali szeroką na jeden wóz ścieżkę Yonge na północ do Holland River. Simcoe miał ambicje założenia w York uniwersytetu, ale ostatecznie udało mu się jedynie założyć sądy. Ze względu na zły stan zdrowia, w 1796 roku powrócił do Anglii, a w 1799 ustąpił ze stanowiska. W tym czasie, jak się szacuje, miejscowość zamieszkiwało 240 osób. Administratorem Yorku po Simcoe został Peter Russell. Za jego kadencji do 1800 roku wybudowano drogę na wschód od Toronto do ujścia rzeki Trent, dzisiejszą Kingston Road. Peter Russell  założył też pierwsze więzienie i poszerzył miasto na zachód i północ. W 1803 r. wybudowano pierwszy Lawrence Market, a także w 1807 r. pierwszy kościół, który dzisiaj jest katedrą świętego Jacka. Gdy Russell umierał w 1808, populacja miasta liczyła 500 osób.  

        Napięcie między Brytyjczykami a Amerykanami doprowadziło do wybuchu wojny w 1812 r. W 1813 r. Fort York został zaatakowany przez Amerykanów, którzy zmusili Brytyjczyków do odwrotu. Zanim to jednak nastąpiło, Brytyjczycy wysadzili w powietrze składy amunicji i prochu, aby nie wpadły w ręce nieprzyjaciela. Wybuch był tak potężny, że wielu żołnierzy amerykańskich miało krwawienie z płuc i przebite bębenki uszne, a w oddalonej o 50 km Niagarze wyleciały szyby z okien. Eksplozja zabiła również dowódcę oddziałów amerykańskich, które następnie dokonały grabieży i spaliły York. Nie zajęły go jednak. Dwa lata później podpisany został pokój, który zakończył pat do jakiego doszło w działaniach wojskowych. Fort York został odbudowany kilkaset metrów na zachód od pierwotnej pozycji, gdzie istnieje do dzisiaj. Tam, w 1814 r., atak Amerykanów został odparty.

        W czasach pokoju systematycznie rosła populacja Yorku, choć podobnie jak dzisiaj, infrastruktura za tym nie nadążała, co nadało miastu przydomek Błotnistego Yorku. 

        Po wojnach napoleońskich do miasta napłynęli nowi biedni imigranci z Wielkiej Brytanii, gdzie trwała depresja; obszar na północny wschód od St. James był zamieszkiwany właśnie przez tę biedotę. Na ulicy Lombard pojawiły się „czerwone latarnie”, a wokół St. Lawrence Market liczne tawerny.

        Wraz z rozwojem osady narastały napięcia między klasą panującą a robotnikami i handlarzami, którzy domagali się reform. W 1834 r. York został inkorporowany i odzyskał starą nazwę Toronto. Przeprowadzono również pierwsze wybory, a burmistrzem został William Lyon Mackenzie – reformator, który domagał się zmian w prowincji, co doprowadziło go ostatecznie do zorganizowania buntu. W 1837 r. siły brytyjskie Górnej Kanady rozbiły jednak rebeliantów i Mackenzie zmuszony był uciekać do Stanów Zjednoczonych. 

        Pokój powrócił do Toronto, a miasto rozwijało się, skupiając coraz to nowe biznesy. Jednym z prominentnych były rzeźnie i paczkowanie mięsa, przez co Toronto zyskało przydomek Hogtown – wieprzowe miasto.

Tłum. Goniec

Opublikowano w Teksty
piątek, 29 czerwiec 2018 16:08

Najmłodszy kawaler Orderu Virtuti Militari!

Antoni Petrykiewicz jest najmłodszym kawalerem Orderu Virtuti Militari. Był uczestnikiem walk w obronie Lwowa z roku 1918. Umarł, mając zaledwie 13 lat z powodu ran odniesionych w walce. Jest przykładem wielkiego męstwa i patriotyzmu. W pamięci następnych pokoleń pozostanie prawdziwym, choć do niedawna mało znanym narodowym bohaterem.

Na jego nagrobku widnieje napis: „szer. Petrykiewicz Antoni, lat 13, uczeń II klasy gimnazjum V, z odcinka III Góra Stracenia, ranny 23 XII na Persekówce.+16 I 1919 r. 1., kawaler Virtuti, 3 krzyż walecz. odznaką rycerzy śmierci, odz. III odc. Orlęta”.

Urodził się w 1905 roku. Pochodził z wielodzietniej rodziny. Miał trzy siostry i czterech braci. Jego ojcem był wójt jednej z dzielnic Lwowa. Antoś był uczniem II klasy V Gimnazjum Lwowskiego, kiedy to Polska poderwała się w listopadzie 1918 roku do walki o niepodległość. Austriacy pozostawili miasto w rękach Ukraińców. Gdy polska ludność zobaczyła na Ratuszu i innych budynkach flagi ukraińskie, ruszyła do odbicia władzy. Rozpoczęły się walki o Lwów. Ponieważ w mieście nie było polskiego wojska, ludność cywilna chwyciła za broń. Dla Antosia i wielu rówieśników był to moment wielkiej próby. Miasta zaczęła bronić młodzież i dzieci, by zachować je dla odradzającej się Polski. „Lwowskie Orlęta” poświęcały swoje młode życie dla Ojczyzny.

Mając 13 lat, Antoś wstąpił do oddziału „Straceńców” porucznika Romana Abrahama, późniejszego generała Wojska Polskiego. Od początku listopada 1918 roku brał udział w walkach o Lwów. Przeciwnikiem Polaków były elitarne oddziały Strzelców Siczowych, które poprzez pozycje polskich żołnierzy chciały się wedrzeć do Lwowa. Najbardziej zacięte walki trwały w nocy z 28 na 29 grudnia. Noc tę nazwano szatańską. Polacy obronili swoje pozycje kosztem wielkich strat. Po bitwie po stronie polskiej doliczono się tylko 3 oficerów i 25 szeregowców z przeszło 100-150 żołnierzy broniących dworku, będącego bastionem walczących, a zwanego redutą śmierci. Na zbiórce nie stawił się również Antoś, który został ranny pod Persenkówką 23 grudnia 1918 roku. Jak mówił major Czesław Mączyński – dowódca obrony Lwowa – obrońcy Persenkówki spełnili rozkaz walki do ostatniej kropli krwi. A generał Abraham tak pisał o najmłodszym obrońcy Lwowa:
„…ś.p. Antoni Petrykiewicz, w wieku lat trzynastu w walce był nieustępliwy. Ciężko ranny, zmarł w wyniku odniesionych podczas boju ran 16 stycznia 1919 roku w szpitalu na Politechnice”. Bohaterski chłopiec pochowany został na cmentarzu Orląt Lwowskich w katakumbach. Za osobistą odwagę został odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari. Był to (i jest do dziś) najmłodszy w całej armii kawaler tego najwyższego odznaczenia wojennego, uroczyście nadanego poległemu 22 stycznia 1920 roku w rocznicę Powstania Styczniowego. Uhonorowano go również pośmiertnie Krzyżem Walecznych.

virtuti2

Zwłoki młodocianego bohatera złożono na cmentarzu Obrońców Lwowa w katakumbach. Były otoczone należną czcią i opieką polskiej ludności aż do końca drugiej wojny światowej. Sprofanowali je dopiero Sowieci. Za ich sprawą katakumby wymieciono z prochów pocho-wanych tutaj bohaterów, a pomieszczenia zaaranżowano na zakład kamieniarski. Dopiero po 1989 r. rozpoczęto odbudowę katakumb i samego cmentarza, który uroczyście otwarto
w 2005 roku.

Postać 13-letniego chłopca ze Lwowa może być wzorem dla kolejnych pokoleń. Skąd w tak młodym Polaku wzięła się taka ofiarna potrzeba służenia Ojczyźnie? Na to pytanie odpowiedź jest jedna. Rodzina Petrykiewiczów odznaczała się gorącym patriotyzmem. Wszyscy bliscy Antosia (ojciec, trzy siostry, czterech braci oraz stryj) brali udział w obronie Lwowa. Czterech z tej rodziny poświęciło na ołtarzu Ojczyzny życie. Spoczęli na cmentarzu Orląt (prócz Antoniego, jego ojciec Kasper, stryj Michał i brat Zygmunt). Przy życiu pozostali Maria, Janina, Julia, Józef i Roman oraz Tadeusz. Julia działała w Straży Mogił Polskich Bohaterów aż do wybuchu II wojny światowej.

W obronie Lwowa walczyło pięciu ochotników niesłyszących, m.in. Roman Petrykiewicz (niesłyszący ur. 1901 – zm. 1986) – starszy brat Antosia, późniejszy prezes Zarządu Głównego Polskiego Związku Głuchych, aktywny działacz społeczny z dużą charyzmą.

Jestem zafascynowana szlachetnością i ofiarnością rodziny Antosia Petrykiewicza i postawą 13-letniego bojownika o wolność ukochanego miasta. Chociaż daleko mieszkam od Polski, ale czuję wielką dumę, że należę do narodu, który wychował takich wspaniałych Synów, jak generał Haller, a także jak Antoś. Będę starała się tutaj, w Kanadzie, propagować wiedzę na ich temat i uświadamiać młodą Polonię, do jakiego niezwykłego narodu należy.

Ewa Elżbieta Deoniziak
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty

pokorski-andrzejW 1982 wysadził pomnik ku czci ZSRS.

        W Wodzisławiu organizował struktury Konfederacji Polski Niepodległej i uczestniczył w wysadzeniu postumentu z sowieckim godłem. W grudniu 1981 r. strajkował z innymi górnikami w kopalniach ZMP i Borynia. Wyemigrował do Australii, gdzie 7 kwietnia zginął w wypadku samochodowym.

        Andrzej Pokorski (1960–2018) był niewątpliwie jedną z legend podziemia antykomunistycznego. Jak podał portal Pikio.pl, zginął 7 kwietnia w strasznym wypadku w Australii, gdzie wyemigrował w 1987 roku. Do tragedii doszło podczas rajdu motocyklowo-samochodowego „Smoleńsk Katyń Pamiętamy”. 

        Pokorski urodził się 12 listopada 1960 roku w Podgrodziu koło Elbląga. Ukończył Zasadniczą Szkołę Górniczą w Wodzisławiu (1978). W latach 1978–1980 pracował w KWK 1 Maja, w latach 1980–1981 w KWK ZMP w Żorach, a następnie krótko w Przedsiębiorstwie Wdrożeniowo-Produkcyjnym Prodryn w Wodzisławiu. 

        W latach 1980–1982 organizował wodzisławskie struktury Konfederacji Polski Niepodległej i był przewodniczącym. Od października 1980 roku w Solidarności. W grudniu 1981 roku uczestnik strajku w KWK ZMP, członek komitetu strajkowego, a następnie w KWK Borynia w Jastrzębiu-Zdroju. 20 grudnia 1981 zwolniony z pracy. 

        Następnie działał (w stanie wojennym) w grupie podziemnej Legion Polski, redaktor i autor w piśmie organizacji „Bagnet”. Uczestniczył w jego druku w żorskim mieszkaniu Ryszarda i Wandy Papierzańskich oraz kolportował w Żorach i Wodzisławiu. Przeprowadzał zbiórki pieniędzy na rzecz represjonowanych. 

        29 kwietnia 1982 roku wziął udział w akcji wysadzenia postumentu z godłem ZSRS w Wodzisławiu. W tym samym dniu został zatrzymany oraz internowany w areszcie KW MO w Katowicach, 23 września aresztowany, a 11 maja 1983 skazany w trybie doraźnym wyrokiem Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach na 3,5 roku więzienia i 2 lata pozbawienia praw publicznych. 

        Trafił do zakładu karnego w Strzelinie. Uczestniczył w 54-dniowej głodówce, której celem było uzyskanie statusu więźnia politycznego i poprawy warunków bytowych w więzieniu. Zwolniony 23 marca 1986 roku. W latach 1986–1987 był bezrobotny. Prowadził w mieszkaniu punkt kolportażu prasy podziemnej: „Wolnego Związkowca”, „RIS-u” oraz przywożonych z Warszawy „Tygodnika Mazowsze”, „Woli”, książek i druków okolicznościowych. W stolicy pomagał także przy emisji audycji Radia „Solidarność”. Kilkakrotnie zatrzymywany, przesłuchiwany, skazywany przez kolegium ds. wykroczeń na grzywnę za uchylanie się od ustawowego obowiązku pracy. 

        Od 1987 roku na emigracji w Australii. W latach 1987–1989 pracownik fabryki aluminium Alcan w Sydney, 1989–1999 firmy budowlanej, od 1999 właściciel firmy remontowej w Sydney. W latach 1987–1988 pomagał w organizowanym przez Biuro Informacyjne „Solidarności” w Sydney transporcie leków do Polski. Od stycznia 2008 członek Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego Oddział w Australii. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. 

Źródło „Encyklopedia Solidarności“, IPN Katowice

Opublikowano w Teksty

Obchody 74. rocznicy zwycięskiej Bitwy o Monte Cassino zorganizowane zostały przez Placówkę 114 Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce i Organizację Weteranów 2 Korpusu 8. Armii Brytyjskiej. 

        Pośród flag i sztandarów, wieńców, kwiatów i błyszczącego złota orkiestry „Polonia Bras Band”, w południe aleją dębów katyńskich przeszedł pochód, by w końcu zatrzymać się przed rzędami krzeseł, gdzie miejsca zajęli zgromadzeni uczestnicy. W pochodzie szły organizacje weterańskie i polonijne, reprezentacje wojsk polskich i kanadyjskich, panie w błękitnych pelerynach z Korpusu Pomocniczego Pań przy Pl. 114 SWAP, w biało-czerwonych szalach Fundusz Dziedzictwa Polek w Kanadzie i w zielonych chustach Koło Pań „Nadzieja”. 

        Przeglądu sztandarów dokonał attache obrony RP w Kanadzie, komandor Krzysztof Książek. Odegrane zostały hymny narodowe Kanady i Polski. Minutą ciszy uczczono żołnierzy poległych na wszystkich frontach świata. Apel poległych, przy dźwięku werbla, odczytał druh Andrzej Kawka. „Last Post” na trąbce odegrał Andrzej Pękul. 

        Uroczystość prowadził komendant Placówki 114 SWAP Krzysztof Tomczak. Po powitaniu zebranych, komendant przedstawił rys historyczny Bitwy o Monte Cassino. Powstały na miejscu bitwy polski cmentarz wojskowy jest jednym z najważniejszych miejsc pamięci narodowej. Chyląc głowę, poprosił o powstanie żyjących jeszcze uczestników – bohaterów tej bitwy, która zmieniła losy wojny na Półwyspie Apenińskim. Przywitani gorącymi oklaskami, powstali: Stefan Podsiadło, Bolesław Chamot i Kawaler Orderu Krzyża Virtuti Militari Zbigniew Gondek. Następnie przedstawieni zostali goście oficjalni, prezesi licznych organizacji, wojskowi i media polonijne.

        Pierwszy przemawiał prezes organizacji 2. Korpusu 8. Armii Stefan Podsiadło, współorganizator uroczystości. Na wstępie wyraził wdzięczność Placówce 114 SWAP za to, że żołnierze najbardziej zażartej bitwy Polaków w dziejach II wojny światowej mogą obchodzić swoją rocznicę w tym przepięknym parku, pełnym drzew i zieleni, z przepływającym małym strumykiem. Wzruszony, wspominał czas walki, w której żołnierze 2. Korpusu, pod wodzą gen. Władysława Andersa, dla którego mentorem był marszałek Józef Piłsudski, byli wyrazicielami dążeń i myśli powrotu do Polski. Wspominał natarcia na górę klasztorną i zwycięstwo 18 maja 1944 r. Z dumą wymienił, obok swojego, nazwiska pozostałych dwóch kolegów, obecnych w tym dniu, jako ostatnich, żyjących w Kanadzie świadków tej bitwy. Jej słuszność została doceniona dopiero kilkadziesiąt lat później. Pełnym emocji głosem odśpiewał pieśń „Czerwone maki”. Pieśń ta była śpiewana jeszcze wiele razy tego popołudnia. Jej legendarny twórca Feliks Konarski i fragmenty zawartych w niej słów były przytaczane w następnych wystąpieniach. 

        Z kolejnymi przemówieniami wystąpił komandor Krzysztof Książek, konsul generalny Krzysztof Grzelczyk, przewodnicząca Rady Polonii Świata Teresa Berezowska, prezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej Władysław Lizoń, prezes Okręgu Toronto KPK Juliusz Kirejczyk, mjr Lucjan Grela i były poseł federalny Ted Opitz.

        Niespodzianką po przemówieniach było odtworzenie życzeń prezydenta RP Andrzeja Dudy, nagranych specjalnie na tę uroczystość, podczas jego ostatniej wizyty w Chicago.

         Mszę św. odprawił o. Jacek Cydzik. Celebracji towarzyszyła muzyka i śpiew zespołu „Impuls”. 

        Następnie pod pomnikiem Bohaterów Bitwy o Monte Cassino zostały złożone wieńce i kwiaty m.in. od: rządu RP, Placówki 621 Royal Canadian Legion im. Władysława Andersa, Placówki 114 SWAP, Funduszu Dziedzictwa Polek, Związku Narodowego Polskiego Gm. 1, Okręgu Niagara KPK, Związku Polaków w Kanadzie, Polonia-Canadian Institute for Historical Studies, Koła Pań „Nadzieja”. 

        Zrobiono kilka pamiątkowych zdjęć i zaproszeni goście udali się na obiad do sali hetmańskiej.

        Zaproszony na tę uroczystość przez Pl. 114 SWAP zespół  „Lustro” z Polski zaprezentował patriotyczne pieśni i utwory. Do tańca grał zespół „Impuls”. 

        Uroczystość przebiegała w atmosferze wspomnień i wielu serdecznych życzeń w parku, który z roku na rok wzbogaca swój wystrój i wiernie służy całej Polonii. 

Krystyna Sroczyńska

Komisja Informacji KPK OT

        Dodać jedynie wypada, że Stefan Podsiadło przypomniał postać innego weterana, śp. Mieczysława Lutczyka, który przy tej okazji zawsze wspominał zdradę Aliantów. O smutnym położeniu walczących żołnierzy mówił też konsul generalny Krzysztof Grzelczyk, który wskazał, że większość z nich pochodziła z ziem przez Polskę utraconych w rezultacie Teheranu i mieli już świadomość zdrady, a mimo to zwyciężyli.

        W płomiennym przemówieniu prezes Kirejczyk z KPK OT uznał, że obecnie my też musimy bronić Polski, atakowanej propagandowo przez wrogów m.in. w związku z ustawą IPN, że dzisiaj też musimy być żołnierzami broniącymi polskiej godności i wolności.

        Wystąpienia zakłócił incydent z młodym człowiekiem, który zaczął wykrzykiwać pod adresem zebranych niezrozumiałe słowa. Jak się okazało, był to były żołnierz polski z Afganistanu i Iraku cierpiący – ponoć na PTSD. Sytuację zręcznie opanował komendant SWAP Krzysztof Tomczyk. (ak)

        A oto wspomnienie bitewne, jakie przedstawił podczas uroczystego obiadu Stefan Podsiadło:


Wspomnienie

        Noc 17 maja 1944 roku, godzina 23.30. Pamiętam jak dziś. Jako łącznościowiec 5. Batalionu CKM (moździerzy) 4,5-calowych – 5. Dywizji Żubrów – zostałem wysłany naprawiać kable przerwane nawałnicą ognia w stronę bunkra obserwacyjnego, który znajdował się w odległości około kilometra, na samym cyplu wzgórza – naprzeciwko wzgórza klasztornego Monte Cassino. 

        Nagle tysiące dział otworzyło ogień na niemieckie pozycje, rozpoczynając natarcie, a ja, samotny, zostałem obnażony w świetle wybuchów artyleryjskich. Padłem, by nie dać się zauważyć niemieckim strzelcom wyborowym. Z tego wzgórza widziałem jak na dłoni naszych braci, podrywających się, to znów padających, atakujących pozycje wroga na Monte Cassino. Trwało to kilka godzin. Gdy zaczęło widnieć, wróciłem do swego bunkra, ale o zgrozo (!), bunkier się palił od amunicji pozostawionej w śmietnisku po poprzednikach. Wkoło pełno rannych. 

        Nie zważając na niebezpieczeństwo, szczęśliwie zaczołgałem się do bunkra, wyniosłem centralę i natychmiast Agrafką połączyłem się z moim dowódcą, por. Marciniakiem, u którego była już obsługa centrali. Nakazał podłączenie kabli do centrali, co było niemożliwe. „Anyway” – łączenie było zbyteczne, bo nasi żołnierze już zdobyli Monte Cassino, 18 maja 1944 roku o godz. 9.00. Ja za mój wysiłek – otrzymałem Krzyż Zasługi.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/historia.html#sigProIdc2461b6274

Opublikowano w Życie polonijne
poniedziałek, 07 maj 2018 08:57

Ostatni raz w mundurze

106-letni weteran drugiej wojny światowej, Łukasz Kulczycki, parę tygodni przed śmiercią mógł jeszcze raz założyć swój mundur. Buty z brązowej skór i zielona kurtka z kieszeniami pełnymi fotografii i zapisków zostały przekazane Ogniwo Polish Museum Society w Winnipegu na początku tego roku jako darowizna. Archiwistka muzeum Marta Dabros postanowiła odszukać właściciela munduru. Zaczęła od oglądania zdjęć i ustaliła, że mężczyzna mieszkał w Bostonie i Waszyngtonie, i był pediatrą specjalizującym się w leczeniu mukowiscydozy. W końcu zidentyfikowała weterana. Był nim Łukasz Kulczycki, który w wojsku był lekarzem i potem pracował w tym zawodzie. W latach 50. przeprowadził się do Manitoby do Swan River. Właśnie tam jego mundur był przechorowywany przez przyjaciela, później odnaleziony przez dalekich krewnych i ostatecznie przekazany muzeum.

Dabros zaczęła szukać Kulczyckiego. Okazało się, że mieszka w Virginii, w domu spokojnej starości. Chciała mu odesłać mundur. Udało jej się skontaktować z córką weterana, Dorthy Kulczycki Schilder.


Kulczycki Schilder odebrała mundur i fotografie i zawiozła je ojcu. Powiedziała mu, że ma dla niego szczególną niespodziankę. Kulczycki był bardzo wzruszony, gdy mógł przymierzyć swój mundur po 70 latach. Rozpoznawał niektóre rzeczy i zdjęcia.


Łukasz Kulczyciki zmarł 3 maja 2018 roku. Jego córka postanowiła oddać mundur i pamiątki z powrotem do polskiego muzeum w Winnipegu przy 1417 Main Street. Powiedziała, że tam będą lepiej eksponowane i więcej osób będzie mogło poznać historię jej ojca.

Opublikowano w Wiadomości kanadyjskie
Strona 1 z 10