Goniec

Register Login

piątek, 21 wrzesień 2018 05:09

Trabant 601 - mały pracuś

Tym razem trochę historii, bo byłem na festiwalu polskim na ulicy Roncesvalles, gdzie tradycyjnie już, obok kościoła świętego Kazimierza prezentowane są nasze samochody z lat młodości, czyli czasów PRL. Nie wszystkie polskie, zdarzała się tam i Skoda, były tam o ile dobrze pamiętam Fiat 127, a tym razem uwagę zwrócił trabant, którego przyprowadził Jiri. Właściciel jest Czechem, ożenionym z Bułgarką, ale mówi świetnie po polsku „bo lubi”; ma firmę malującą no i kocha samochody tamtych lat.

Trabant Jirego to ostatni rocznik w oryginalnej wersji czyli jeszcze z silnikiem dwusuwowym - niewiele osób pamięta że po zjednoczeniu Niemiec trabanty chyba przez rok były produkowane z silnikiem volkswagena polo, a to z uwagi na przepisy czystości powietrza w RFN.

Trabant to naprawdę bardzo ciekawe i w 1957 roku nowoczesne auto. Oczywiście, także niebezpieczne; podobnie jak volkswageny garbusy, trabant miał zbiornik benzyny przed pasażerem z przodu, a więc w przypadku czołowego zderzenia, można powiedzieć, że była to swego rodzaju palna i wybuchowa „poduszka powietrzna”. Niestety palna była cała karoseria bo wykonano ją z nasączonej plastykiem tektury - jak niosła wieść gminna - a faktycznie trabant zrobiony jest z Duroplastu, produkowanego z recyklingowanej bawełny pozyskiwanej ze Związku Radzieckiego, do której mieszano żywice fenolowe - to tak w skrócie. Zaletą rozwiązania jest to, że trabant co najwyżej gnije, ale nigdy nie rdzewieje. I rzecz niebywała był to samochód wykonany z materiałów recyklingowych i to w tamtych czasach!

Trabant Jiriego jest w bardzo dobrym stanie, ma na liczniku zaledwie 20 000 km, a właściciel nie jeździ więcej niż 1000 km rocznie; zapewnia, że auto zachowuje się doskonale i odpala natychmiast nawet zimą. Jiri ma też Škodę 120 GL i ta ma czasem swoje humory, trabant nigdy! Jiri twierdzi, że to był taki pracuś, jeśli do niego jeszcze podpiąć przyczepkę to praktycznie obywatel Krajów Demokracji Ludowej uzyskiwał pełnię motoryzacyjnego szczęścia. Trabant pali mieszankę z olejem no bo jest to silnik dwusuwowy - w granicach 6,5 do 10 l na 100 km, prędkość maksymalna... Jiri twierdzi że może w porywach uzyskać 120 na godzinę a 110 jest osiągalne cały czas, natomiast prędkość przelotowa na autostradzie 100 km/h jest jak najbardziej do uzyskania w dłuższym czasie.

Trabant to przykład Bauhausu na kółkach; wszystko tu jest proste, nie ma, na przykład, wskaźnika poziomu paliwa w kabinie, ale jest za to „patyk” do mierzenia - wkłada się go do baku (bak jest w komorze silnika, więc wszystko jest bardzo proste) i widzimy na podziałce ile litrów mamy. Jeśli benzyna nam się kończy to wtedy niewielkim kranikiem przełączamy na rezerwę, na której pojedziemy jeszcze 60 km. Podobnie proste rozwiązanie dotyczy ogrzewania - rurę zasysającą przekręca się o 180° i powietrze zasysane jest znad wydechu ogrzane, a na lato bierze się je tuż spod maski.

Wciąż do trabanta można kupić w Europie bardzo wiele części bardzo tanio. Jest to samochód, który ma status kultowy i wiele osób używa go do reklamy, nadal jest go trochę jeszcze na drogach. Większość użytkowników zwraca też uwagę na specyficzną zmianę biegów przy kierownicy, drążek przypomina klamkę.
Trabant był samochodem bardzo prostym nie tylko technicznie, ale prostym w obsłudze i przyjemnym w prowadzeniu. Oczywiście miał charakterystyczny dźwięk i jeśli dało się za dużo oleju no to niestety pozostawiał za sobą biały tuman. To głównie z tego powodu silniki dwusuwowe pomimo że tak proste, nie stały się najbardziej popularne.

Jiri twierdzi że o wiele lepszy był trabant kombi, bardziej pojemny, bardziej użyteczny; no ale czasem po prostu nie można było przebierać, bo na trabanta czekało się latami, były talony, była przedsprzedaż. Produkowany w latach 1957 -1990 praktycznie stał się volkswagenem Wschodu; miał wiele ciekawych rozwiązań, napęd na przednie koła i niezależne zawieszenie, co w 57. roku było nowatorskie. Wyprodukowano 3 100 000 trabantów, praktycznie z niewielkimi zmianami w podstawowym projekcie.

Jednostką napędową był dwusuwowy silnik dwucylindrowy o pojemności 600 ccm dostarczający aż 25 KM mocy. Trabant od 0 do 100 km/h rozpędzał się w 21 sekund, a więc dawał sobie radę. Proste rozwiązania oznaczały brak pompy paliwowej i brak pompy olejowej wszystko działało grawitacyjnie; paliwo spływało po prostu ze zbiornika umieszczonego nieco wyżej od silnika. Trabant nie posiada też chłodnicy ponieważ silnik chłodzony jest powietrzem. Niektórzy z oglądających na ulicy Roncesvalles po otworzeniu maski samochodu, pytali gdzie jest silnik, bo jest tam tyle miejsca.

Dodać jeszcze wypada że trabant Jiriego pochodzi z Bułgarii, stamtąd importował go do Kanady pewien Bułgar, a od niego Jiri odkupił auto już na rejestracji.

Wiem że trabanta ma pewien harcerz polski, był nim kilka lat temu na Kaszubach, ale to już jest wersja z silnikiem polo czyli mocniejszym, mniej trującym no i przede wszystkim czterosuwowym, a więc pozbawionym tego charakterystycznego trabanciego dźwięku.

O czym z nostalgią donosi
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 07 wrzesień 2018 09:04

Podziękujmy

NiemczykJanusz2018 to dla Polski i Polaków rok rocznicowy, w którym powinno przypominać się ten szczęśliwy i boski zbieg okoliczności, kiedy to w wyniku przegranej pierwszej wojny światowej jedno mocarstwo, jakim były Austro-Węgry, przestało istnieć, a dwa inne uległy dezorganizacji i chwilowemu osłabieniu. Tu chodzi o Niemcy i Rosję. Ten moment, te kilka lat, które stworzyły możliwość zorganizowania się państwa i zajęcia stanowiska do obrony państwowości polskiej.

Żeby ponownie mogło dojść do rozbiorów Polski, oba państwa, a więc Niemcy i Rosja, przepoczwarzona w Związek Sowiecki, musiały doprowadzić do zawieruchy już nie na poziomie jednego kraju, czyli na poziomie Polski, Finlandii i Czechosłowacji, ale na poziomie wojny światowej. Mieliśmy więc upadającą Rosję, która już dwa lata później odtworzyła się w kraj, który miał ambicję rozszerzyć rewolucję bolszewicką na inne państwa Europy, w tym Niemcy. Polska została zaatakowana. Polska powołuje do wojska praktycznie wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Tylko że broni i amunicji nie ma. Związki zawodowe, zdominowane przez partię komunistyczną, nie załadowują ani nie rozładowują statków wiozących uzbrojenie dla Polski. Tak dzieje się w portach we Francji, Wielkiej Brytanii, w Niemczech. Wojska bolszewickie zbliżają się do Warszawy. Rząd Węgier wysyła do Polski koleją transporty amunicji. Rząd Czechosłowacji blokuje przejazd transportów z amunicją przez terytorium Czechosłowacji. Na przejazd transportu z bronią zgadza się rząd Rumunii i w ten sposób drogą okrężną, przez teren Rumunii, przez dawne województwo stanisławowskie, pociągi z amunicją dostają się tuż przed rozstrzygającą bitwą warszawską do polskiego wojska.
Bitwa warszawska zostaje wygrana. Wojska bolszewickie rozbite, odrzucone i droga do wówczas będących w nastroju rewolucyjnym Niemiec zostaje im odcięta. Skutkiem przegranej dla bolszewickiej Rosji wojny został podpisany w 1921 roku traktat pokojowy w Rydze. Traktat ten został zawarty między rządami Rosji sowieckiej, sowieckiej Ukrainy i Polski. Traktat ten dał Polsce 18 lat pokoju.

W sierpniu 1939 roku zostaje podpisany między Niemcami a Związkiem Sowieckim traktat pokojowy z tajną klauzulą decydującą o rozbiorze Polski, nazywaną paktem Ribbentrop-Mołotow od nazwisk ministrów spraw zagranicznych obu krajów. 1 września 1939 roku Niemcy atakują Polskę. 17 września Związek Sowiecki przyłącza się do Niemiec, wypełnia zawartą umowę, również atakuje Polskę i wojska sowieckie zajmują połowę terenów ówczesnej Polski. Część wojsk polskich udaje się do Rumunii. Przy czym na przykład oficerowie i żołnierze lotnictwa, broni pancernej, artylerii i innych specjalności wojskowych mieli polecenie przekroczenia granicy Rumunii i udania się do Francji. Z obozów internowania w Rumunii z kolei ci polscy wojskowi przedostawali się na Węgry, gdzie znowu byli tolerowani i niezauważani przez policję i przez Węgry przedostawali się do Jugosławii i stamtąd już różnymi drogami, w tym i przez neutralne jeszcze wówczas Włochy, do Francji, gdzie tworzyły się jednostki Wojska Polskiego. Przy czym tutaj trzeba wyjaśnić, że oba kraje, czyli Rumunia i Węgry, były w sojuszu z Niemcami i dyplomacja niemiecka naciskała na rządy Rumunii i Węgier, by internowały polskich żołnierzy i cywilów, by uniemożliwić im przedostanie się do Francji. I tu osoby tak na najwyższych stanowiskach rządowych w Rumunii, jak i na Węgrzech, jak również zwykli ludzie udzielali polskim żołnierzom, uchodźcom pomocy w przedostawaniu się dalej do Francji. Czyli w obu krajach była prowadzona oficjalna polityka proniemiecka, która szła swoim własnym nurtem, i była również nieoficjalna, szeroko popierana przez ludność fala pomocy dla Polaków. Bez tego stanowiska indywidualnych osób nie byłoby później polskich jednostek we Francji i Anglii, nie byłoby polskiego lotnictwa w Wielkiej Brytanii i nie byłoby ich udziału w bitwie o Anglię. Podobne zjawisko spontanicznego udzielania pomocy Polakom przez osoby indywidualne występowało na terenie ówczesnej Jugosławii. I nie było ono jednorazowe. Wystąpiło dwa razy, w chwili kiedy Polska i Polacy byli w sytuacji bardzo trudnej. Przy czym jeśli chodzi o Jugosławię, a bardziej dokładnie o Serbów, to tu warto przypomnieć ich stanowisko wobec Polaków w czasie pierwszej wojny światowej. Otóż Serbowie nie brali do niewoli jeńców. To znaczy rozstrzeliwali na miejscu wziętych do niewoli Niemców, Austriaków i Węgrów, natomiast Polaków, Czechów, Słowaków, Ukraińców puszczali wolno. W ten sposób mój dziadek Marcin Niemczyk był brany do niewoli przez Serbów trzy razy i trzy razy był puszczany wolno. Następnie jego jednostka za karę za niebojową postawę na froncie serbskim została przerzucona na front rosyjski.
W 1939 i w 1940 roku Jugosłowianie przypuszczali, że zostaną zaatakowani przez Niemców, i postawa ich rządu była przychylna dla przybywających tam uchodźców z Polski, to jednak ponownie na poziomie indywidualnym, na poziomie zachowań indywidualnych rodzin i na poziomie zachowań poszczególnych osób spotykali się oni ze spontaniczną pomocą.

Innym zjawiskiem, które miało miejsce w czasie okupacji niemieckiej na terenach dzisiejszej Białorusi, była pewna bierność ze strony Białorusinów. Była współpraca, bo były utworzone oddziały policyjne przez Niemców składające się z Białorusinów, które współpracowały z władzami niemieckimi, ale poziom agresywności w stosunku do Polaków ze strony Białorusinów w porównaniu z postawami innych narodowości był mniejszy. Można powiedzieć, że Białorusini byli bierni. Nie pomagali Polakom, ale też im w jakiś duży zorganizowany sposób nie szkodzili. Tu znany jest przykład masowych mordów na Polakach, które miały miejsce na terenie województwa wołyńskiego, przez połączone siły Ukraińców cywilów oraz oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Dawne województwo wołyńskie przylega do ziem należących do Białorusi.

I co ciekawe, tam niedaleko przecież, bo już parędziesiąt kilometrów na północ, gdzie również często Polacy byli mniejszością, nie doszło do pogromów na Polakach. A więc ta możliwość odegrania się na Polakach nie znalazła poparcia wśród Białorusinów. Mogli, bo była ku temu sposobność, a wojna demoralizuje bo stwarza ku temu warunki. Człowiek czuje się bezkarny. Białorusini nie wystąpili przeciw mniejszości polskiej w tak brutalny sposób, jak zrobili to Ukraińcy.
Chciałoby się napisać o następnym kraju, gdzie ludność w czasie drugiej wojny światowej nie szkodziła Polakom, czyli o Litwie, gdyby nie masowe mordy w Ponarach koło Wilna, gdzie Niemcy i policja litewska współpracująca z Niemcami rozstrzelali około 100.000 Polaków i Żydów. W tej liczbie zabitych było około 30.000 Polaków. Poza Ponarami jednak, z wyjątkiem może kilku innych miejsc o mniejszej skali, nie było masowych akcji przeciw Polakom na Litwie. Przede wszystkim nie było pogromów robionych na Polakach. Litwini, mimo niechęci do Polaków, zachowali się w większości przypadków w sposób, który moglibyśmy określić jako bierny. Mieli możliwość wyrządzenia dużo większych szkód, ale tego nie zrobili.

Piszę tu o tych pięciu narodach w kontekście obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, ale również w kontekście pewnej polskiej przypadłości, zbiorowego przekonania, takiej zbiorowej mitologii, polegającej na tym, że generalnie przyjmujemy, że skoro my jesteśmy dobrzy i w naszym mniemaniu innym robimy dobrze, to oczekujemy takiej samej postawy wobec nas ze strony innych, co się łączy z tym, że często nie okazujemy wdzięczności innym narodom. Myślę, że to jest taka nasza polska przywara, którą jakoś trzeba naprawić.

Okres wojny jest straszny. Żeby użyć słów reżysera Filipa Bajona z filmu „Przedwiośnie”, wojna to „klęska żywiołowa”. Czyli coś, czym nie można kierować. Ludzie zachowują się w sposób niekontrolowany. Wyzwalają się w nich pierwotne instynkty. Tak się dzieje, ponieważ człowiek nie czuje, że za swoje złe uczynki spotka go kara. Mamy więc i tych, którzy ryzykowali stanowiska, często nawet życie. Tak się stało w przypadku paru oficerów i urzędników węgierskich, którzy zostali pod koniec wojny przez Niemców aresztowani między innymi również za pomoc Polakom. Inni ludzie, tacy jak np. Białorusini, w większości przypadków byli bierni. Nam, Polakom, często wydaje się, że to było mało. Ja uważam, że to nie było mało jak na warunki wojny. Myślę, że ci ludzie, ich postawy, Węgrzy, Rumuni, narody Jugosławii, ale również Białorusini, zasługują na pewną wdzięczność w postaci przypomnienia ich postaw w tych dniach obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Tym narodom należy się wdzięczność, nawet za ich bierność, ponieważ ich postawy świadczą o tym, że w domach, przy rodzinnych stołach mówi się tam o Polakach dobrze, a przynajmniej nie mówi się źle, i te postawy wyniesione z rodzinnych domów, w sytuacjach trudnych pozwalają na to, że można na te narody liczyć niezależnie od tego, co często mówią oficjalnie przywódcy tych krajów. Bo niestety zmieniają oni swoje nastawienie często w zależności od panującej koniunktury, natomiast przekaz rodzinny pozostaje zwykle niezmienny.

Właśnie budowanie międzynarodowych sojuszy należałoby opierać na tym przekazie domowym, bardziej na tym, o czym mówi się w domach, niż na tym to co mówią politycy, szefowie rządów, bo to może zależeć od aktualnej sytuacji, od aktualnych układów międzynarodowych.

Z tym też, co potocznie nazywa się duszą narodu, łączyłbym podział na narody i społeczności, które w sposób niewymuszony są przyjacielem Polski i Polaków, bo tak to się na przestrzeni lat ukształtowało, i na te, które mają duszę ukształtowaną w sposób inny. W jakiś uproszczony sposób można powiedzieć, że narody z tej drugiej grupy zwracają się do Polski w ten sposób: jak nas nie pokochacie, to zrobimy wam coś złego, choćby nawet miałoby być to zrobione rękami innych. I tu najlepszym przykładem jest Izrael, który za pomocą USA, NATO i mediów wymusza na Polsce i Polakach miłość do siebie, ale również daniny.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Teksty

Żyjemy w czasach rewizjonizmu historycznego, w Kanadzie coraz częściej podkreśla się „wielokulturowość” i pomija europejskie korzenie instytucji tego kraju; instytucji budowanych przez Francuzów i Brytyjczyków; pomija się również olbrzymią rolę misjonarzy w cywilizowaniu tych ziem, a także poznawaniu i otwieraniu szlaków handlowych. 

        Dlatego właśnie postanowiliśmy w kilku odcinkach przedstawić historię Toronto; europejską historię Toronto. 

        Pierwsze siedliska indiańskie istniały tutaj tysiące lat temu, u ujścia rzek Humber i Credit. Pierwsi nad Zatokę Torontońską (w tamtych czasach Wyspy Torontońskie były połączone w półwysep z lądem stałym, tworząc zatokę. Półwysep ten został przerwany przez sztormy w 1856 roku), doskonale nadającą się na budowę portu, dotarli Francuzi. Założyli tutaj w 1750  roku niewielki fort pod nazwą Rouillé. Służył on jako miejsce wymiany handlowej z Indianami, ale po tym jak Brytyjczycy podbili Francuską Amerykę Północną, został opuszczony. 

        Historia Toronto zaczyna się więc w roku 1786, kiedy do Quebec City przybył lord Dorchester, gubernator Brytyjskiej Północnej Ameryki. Jego głównym zadaniem było rozwiązanie problemów nowych osadników napływających ze Stanów Zjednoczonych – lojalistów, którzy uciekli przed buntownikami walczącymi o niepodległość Stanów Zjednoczonych, osiedlając się na słabo zaludnionych wówczas brzegach jeziora Erie i Ontario. 

        Dorchester początkowo myślał o utworzeniu nowego dystryktu włączonego pod rządy Quebecu, ale w Wielkiej Brytanii postanowiono o podzieleniu Kanady na Dolną i Górną, w związku z tym lord Dorchester zaczął organizować nową prowincję Górnej Kanady i szukać dla niej stolicy. 

        Początkowo wybór padł na Kingston, to właśnie w okolicy Bay of Quinte osiedliła się największa liczba lojalistów, ale było ich też sporo w rejonie Niagary, ostatecznie gubernator postanowił założyć stolicę nowej prowincji w pół drogi, na północnych brzegach Zatoki Torontońskiej, gdzie rząd brytyjski kupił grunt od Indian Mississauga. 

        Tymczasowy rząd Górnej Kanady został utworzony w miejscowości Newark, która obecnie nazywa się Niagara-on-the-Lake, w roku 1791, a w roku 1793 nowy gubernator Górnej Kanady John Graves Simcoe, przeniósł stolicę do Toronto, którego nazwę zmienił na York, gdyż nie chciał, by była to nazwa pochodzenia indiańskiego. 

        Simcoe pierwotnie zakładał, że York będzie tylko bazą wojskową i miastem portowym, a stolica obszaru założona zostanie w London, ale wkrótce zrezygnował z tych planów ze względu na trudności z budową drogi do London. W 1796 r. York stał się stałą stolicą Górnej Kanady, Indianie Mississauga przenieśli się zaś do rezerwatu na zachód od tej miejscowości, w okolice obecnego Port Credit, a ostatecznie jeszcze dalej na zachód. Co ciekawe, traktat z Mississauganami został odrzucony przez ludność rdzenną. Chodziło tutaj o zakup obszaru około 1000 kilometrów kwadratowych, podpisano kolejny w 1805 r., ale ten również był przez niektórych Indian kwestionowany i ostatecznie zakup tej ziemi rząd kanadyjski uregulował prawnie dwa wieki później, w roku 2010,  płacąc Indianom Mississauga 145 mln dol. kanadyjskich.

        Simcoe mieszkał w Jorku tylko trzy lata, ale to pod jego kierownictwem rozpoczęto budowę miasta na planie prostokątnym, w pobliżu ujścia rzeki Don. W 1793 roku u wejścia do torontońskiego portu powstał Fort York, gdzie mieścił się brytyjski garnizon. Podczas rządów Simcoe powstały budynki rządowe oraz wytyczono dwa główne ulice, Dundas Street, która uzyskała nazwę od sir Henry’ego Dundasa i Yonge Street, nazwaną po sir George’u Yonge’u, brytyjskim sekretarzu wojny. 

        Rangersi królowej oraz wcieleni do wojska osadnicy niemieccy wykarczowali szeroką na jeden wóz ścieżkę Yonge na północ do Holland River. Simcoe miał ambicje założenia w York uniwersytetu, ale ostatecznie udało mu się jedynie założyć sądy. Ze względu na zły stan zdrowia, w 1796 roku powrócił do Anglii, a w 1799 ustąpił ze stanowiska. W tym czasie, jak się szacuje, miejscowość zamieszkiwało 240 osób. Administratorem Yorku po Simcoe został Peter Russell. Za jego kadencji do 1800 roku wybudowano drogę na wschód od Toronto do ujścia rzeki Trent, dzisiejszą Kingston Road. Peter Russell  założył też pierwsze więzienie i poszerzył miasto na zachód i północ. W 1803 r. wybudowano pierwszy Lawrence Market, a także w 1807 r. pierwszy kościół, który dzisiaj jest katedrą świętego Jacka. Gdy Russell umierał w 1808, populacja miasta liczyła 500 osób.  

        Napięcie między Brytyjczykami a Amerykanami doprowadziło do wybuchu wojny w 1812 r. W 1813 r. Fort York został zaatakowany przez Amerykanów, którzy zmusili Brytyjczyków do odwrotu. Zanim to jednak nastąpiło, Brytyjczycy wysadzili w powietrze składy amunicji i prochu, aby nie wpadły w ręce nieprzyjaciela. Wybuch był tak potężny, że wielu żołnierzy amerykańskich miało krwawienie z płuc i przebite bębenki uszne, a w oddalonej o 50 km Niagarze wyleciały szyby z okien. Eksplozja zabiła również dowódcę oddziałów amerykańskich, które następnie dokonały grabieży i spaliły York. Nie zajęły go jednak. Dwa lata później podpisany został pokój, który zakończył pat do jakiego doszło w działaniach wojskowych. Fort York został odbudowany kilkaset metrów na zachód od pierwotnej pozycji, gdzie istnieje do dzisiaj. Tam, w 1814 r., atak Amerykanów został odparty.

        W czasach pokoju systematycznie rosła populacja Yorku, choć podobnie jak dzisiaj, infrastruktura za tym nie nadążała, co nadało miastu przydomek Błotnistego Yorku. 

        Po wojnach napoleońskich do miasta napłynęli nowi biedni imigranci z Wielkiej Brytanii, gdzie trwała depresja; obszar na północny wschód od St. James był zamieszkiwany właśnie przez tę biedotę. Na ulicy Lombard pojawiły się „czerwone latarnie”, a wokół St. Lawrence Market liczne tawerny.

        Wraz z rozwojem osady narastały napięcia między klasą panującą a robotnikami i handlarzami, którzy domagali się reform. W 1834 r. York został inkorporowany i odzyskał starą nazwę Toronto. Przeprowadzono również pierwsze wybory, a burmistrzem został William Lyon Mackenzie – reformator, który domagał się zmian w prowincji, co doprowadziło go ostatecznie do zorganizowania buntu. W 1837 r. siły brytyjskie Górnej Kanady rozbiły jednak rebeliantów i Mackenzie zmuszony był uciekać do Stanów Zjednoczonych. 

        Pokój powrócił do Toronto, a miasto rozwijało się, skupiając coraz to nowe biznesy. Jednym z prominentnych były rzeźnie i paczkowanie mięsa, przez co Toronto zyskało przydomek Hogtown – wieprzowe miasto.

Tłum. Goniec

Opublikowano w Teksty
piątek, 29 czerwiec 2018 16:08

Najmłodszy kawaler Orderu Virtuti Militari!

Antoni Petrykiewicz jest najmłodszym kawalerem Orderu Virtuti Militari. Był uczestnikiem walk w obronie Lwowa z roku 1918. Umarł, mając zaledwie 13 lat z powodu ran odniesionych w walce. Jest przykładem wielkiego męstwa i patriotyzmu. W pamięci następnych pokoleń pozostanie prawdziwym, choć do niedawna mało znanym narodowym bohaterem.

Na jego nagrobku widnieje napis: „szer. Petrykiewicz Antoni, lat 13, uczeń II klasy gimnazjum V, z odcinka III Góra Stracenia, ranny 23 XII na Persekówce.+16 I 1919 r. 1., kawaler Virtuti, 3 krzyż walecz. odznaką rycerzy śmierci, odz. III odc. Orlęta”.

Urodził się w 1905 roku. Pochodził z wielodzietniej rodziny. Miał trzy siostry i czterech braci. Jego ojcem był wójt jednej z dzielnic Lwowa. Antoś był uczniem II klasy V Gimnazjum Lwowskiego, kiedy to Polska poderwała się w listopadzie 1918 roku do walki o niepodległość. Austriacy pozostawili miasto w rękach Ukraińców. Gdy polska ludność zobaczyła na Ratuszu i innych budynkach flagi ukraińskie, ruszyła do odbicia władzy. Rozpoczęły się walki o Lwów. Ponieważ w mieście nie było polskiego wojska, ludność cywilna chwyciła za broń. Dla Antosia i wielu rówieśników był to moment wielkiej próby. Miasta zaczęła bronić młodzież i dzieci, by zachować je dla odradzającej się Polski. „Lwowskie Orlęta” poświęcały swoje młode życie dla Ojczyzny.

Mając 13 lat, Antoś wstąpił do oddziału „Straceńców” porucznika Romana Abrahama, późniejszego generała Wojska Polskiego. Od początku listopada 1918 roku brał udział w walkach o Lwów. Przeciwnikiem Polaków były elitarne oddziały Strzelców Siczowych, które poprzez pozycje polskich żołnierzy chciały się wedrzeć do Lwowa. Najbardziej zacięte walki trwały w nocy z 28 na 29 grudnia. Noc tę nazwano szatańską. Polacy obronili swoje pozycje kosztem wielkich strat. Po bitwie po stronie polskiej doliczono się tylko 3 oficerów i 25 szeregowców z przeszło 100-150 żołnierzy broniących dworku, będącego bastionem walczących, a zwanego redutą śmierci. Na zbiórce nie stawił się również Antoś, który został ranny pod Persenkówką 23 grudnia 1918 roku. Jak mówił major Czesław Mączyński – dowódca obrony Lwowa – obrońcy Persenkówki spełnili rozkaz walki do ostatniej kropli krwi. A generał Abraham tak pisał o najmłodszym obrońcy Lwowa:
„…ś.p. Antoni Petrykiewicz, w wieku lat trzynastu w walce był nieustępliwy. Ciężko ranny, zmarł w wyniku odniesionych podczas boju ran 16 stycznia 1919 roku w szpitalu na Politechnice”. Bohaterski chłopiec pochowany został na cmentarzu Orląt Lwowskich w katakumbach. Za osobistą odwagę został odznaczony Srebrnym Krzyżem Virtuti Militari. Był to (i jest do dziś) najmłodszy w całej armii kawaler tego najwyższego odznaczenia wojennego, uroczyście nadanego poległemu 22 stycznia 1920 roku w rocznicę Powstania Styczniowego. Uhonorowano go również pośmiertnie Krzyżem Walecznych.

virtuti2

Zwłoki młodocianego bohatera złożono na cmentarzu Obrońców Lwowa w katakumbach. Były otoczone należną czcią i opieką polskiej ludności aż do końca drugiej wojny światowej. Sprofanowali je dopiero Sowieci. Za ich sprawą katakumby wymieciono z prochów pocho-wanych tutaj bohaterów, a pomieszczenia zaaranżowano na zakład kamieniarski. Dopiero po 1989 r. rozpoczęto odbudowę katakumb i samego cmentarza, który uroczyście otwarto
w 2005 roku.

Postać 13-letniego chłopca ze Lwowa może być wzorem dla kolejnych pokoleń. Skąd w tak młodym Polaku wzięła się taka ofiarna potrzeba służenia Ojczyźnie? Na to pytanie odpowiedź jest jedna. Rodzina Petrykiewiczów odznaczała się gorącym patriotyzmem. Wszyscy bliscy Antosia (ojciec, trzy siostry, czterech braci oraz stryj) brali udział w obronie Lwowa. Czterech z tej rodziny poświęciło na ołtarzu Ojczyzny życie. Spoczęli na cmentarzu Orląt (prócz Antoniego, jego ojciec Kasper, stryj Michał i brat Zygmunt). Przy życiu pozostali Maria, Janina, Julia, Józef i Roman oraz Tadeusz. Julia działała w Straży Mogił Polskich Bohaterów aż do wybuchu II wojny światowej.

W obronie Lwowa walczyło pięciu ochotników niesłyszących, m.in. Roman Petrykiewicz (niesłyszący ur. 1901 – zm. 1986) – starszy brat Antosia, późniejszy prezes Zarządu Głównego Polskiego Związku Głuchych, aktywny działacz społeczny z dużą charyzmą.

Jestem zafascynowana szlachetnością i ofiarnością rodziny Antosia Petrykiewicza i postawą 13-letniego bojownika o wolność ukochanego miasta. Chociaż daleko mieszkam od Polski, ale czuję wielką dumę, że należę do narodu, który wychował takich wspaniałych Synów, jak generał Haller, a także jak Antoś. Będę starała się tutaj, w Kanadzie, propagować wiedzę na ich temat i uświadamiać młodą Polonię, do jakiego niezwykłego narodu należy.

Ewa Elżbieta Deoniziak
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty

pokorski-andrzejW 1982 wysadził pomnik ku czci ZSRS.

        W Wodzisławiu organizował struktury Konfederacji Polski Niepodległej i uczestniczył w wysadzeniu postumentu z sowieckim godłem. W grudniu 1981 r. strajkował z innymi górnikami w kopalniach ZMP i Borynia. Wyemigrował do Australii, gdzie 7 kwietnia zginął w wypadku samochodowym.

        Andrzej Pokorski (1960–2018) był niewątpliwie jedną z legend podziemia antykomunistycznego. Jak podał portal Pikio.pl, zginął 7 kwietnia w strasznym wypadku w Australii, gdzie wyemigrował w 1987 roku. Do tragedii doszło podczas rajdu motocyklowo-samochodowego „Smoleńsk Katyń Pamiętamy”. 

        Pokorski urodził się 12 listopada 1960 roku w Podgrodziu koło Elbląga. Ukończył Zasadniczą Szkołę Górniczą w Wodzisławiu (1978). W latach 1978–1980 pracował w KWK 1 Maja, w latach 1980–1981 w KWK ZMP w Żorach, a następnie krótko w Przedsiębiorstwie Wdrożeniowo-Produkcyjnym Prodryn w Wodzisławiu. 

        W latach 1980–1982 organizował wodzisławskie struktury Konfederacji Polski Niepodległej i był przewodniczącym. Od października 1980 roku w Solidarności. W grudniu 1981 roku uczestnik strajku w KWK ZMP, członek komitetu strajkowego, a następnie w KWK Borynia w Jastrzębiu-Zdroju. 20 grudnia 1981 zwolniony z pracy. 

        Następnie działał (w stanie wojennym) w grupie podziemnej Legion Polski, redaktor i autor w piśmie organizacji „Bagnet”. Uczestniczył w jego druku w żorskim mieszkaniu Ryszarda i Wandy Papierzańskich oraz kolportował w Żorach i Wodzisławiu. Przeprowadzał zbiórki pieniędzy na rzecz represjonowanych. 

        29 kwietnia 1982 roku wziął udział w akcji wysadzenia postumentu z godłem ZSRS w Wodzisławiu. W tym samym dniu został zatrzymany oraz internowany w areszcie KW MO w Katowicach, 23 września aresztowany, a 11 maja 1983 skazany w trybie doraźnym wyrokiem Sądu Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu na sesji wyjazdowej w Katowicach na 3,5 roku więzienia i 2 lata pozbawienia praw publicznych. 

        Trafił do zakładu karnego w Strzelinie. Uczestniczył w 54-dniowej głodówce, której celem było uzyskanie statusu więźnia politycznego i poprawy warunków bytowych w więzieniu. Zwolniony 23 marca 1986 roku. W latach 1986–1987 był bezrobotny. Prowadził w mieszkaniu punkt kolportażu prasy podziemnej: „Wolnego Związkowca”, „RIS-u” oraz przywożonych z Warszawy „Tygodnika Mazowsze”, „Woli”, książek i druków okolicznościowych. W stolicy pomagał także przy emisji audycji Radia „Solidarność”. Kilkakrotnie zatrzymywany, przesłuchiwany, skazywany przez kolegium ds. wykroczeń na grzywnę za uchylanie się od ustawowego obowiązku pracy. 

        Od 1987 roku na emigracji w Australii. W latach 1987–1989 pracownik fabryki aluminium Alcan w Sydney, 1989–1999 firmy budowlanej, od 1999 właściciel firmy remontowej w Sydney. W latach 1987–1988 pomagał w organizowanym przez Biuro Informacyjne „Solidarności” w Sydney transporcie leków do Polski. Od stycznia 2008 członek Związku Więźniów Politycznych Okresu Stanu Wojennego Oddział w Australii. Odznaczony Krzyżem Wolności i Solidarności. 

Źródło „Encyklopedia Solidarności“, IPN Katowice

Opublikowano w Teksty

Obchody 74. rocznicy zwycięskiej Bitwy o Monte Cassino zorganizowane zostały przez Placówkę 114 Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce i Organizację Weteranów 2 Korpusu 8. Armii Brytyjskiej. 

        Pośród flag i sztandarów, wieńców, kwiatów i błyszczącego złota orkiestry „Polonia Bras Band”, w południe aleją dębów katyńskich przeszedł pochód, by w końcu zatrzymać się przed rzędami krzeseł, gdzie miejsca zajęli zgromadzeni uczestnicy. W pochodzie szły organizacje weterańskie i polonijne, reprezentacje wojsk polskich i kanadyjskich, panie w błękitnych pelerynach z Korpusu Pomocniczego Pań przy Pl. 114 SWAP, w biało-czerwonych szalach Fundusz Dziedzictwa Polek w Kanadzie i w zielonych chustach Koło Pań „Nadzieja”. 

        Przeglądu sztandarów dokonał attache obrony RP w Kanadzie, komandor Krzysztof Książek. Odegrane zostały hymny narodowe Kanady i Polski. Minutą ciszy uczczono żołnierzy poległych na wszystkich frontach świata. Apel poległych, przy dźwięku werbla, odczytał druh Andrzej Kawka. „Last Post” na trąbce odegrał Andrzej Pękul. 

        Uroczystość prowadził komendant Placówki 114 SWAP Krzysztof Tomczak. Po powitaniu zebranych, komendant przedstawił rys historyczny Bitwy o Monte Cassino. Powstały na miejscu bitwy polski cmentarz wojskowy jest jednym z najważniejszych miejsc pamięci narodowej. Chyląc głowę, poprosił o powstanie żyjących jeszcze uczestników – bohaterów tej bitwy, która zmieniła losy wojny na Półwyspie Apenińskim. Przywitani gorącymi oklaskami, powstali: Stefan Podsiadło, Bolesław Chamot i Kawaler Orderu Krzyża Virtuti Militari Zbigniew Gondek. Następnie przedstawieni zostali goście oficjalni, prezesi licznych organizacji, wojskowi i media polonijne.

        Pierwszy przemawiał prezes organizacji 2. Korpusu 8. Armii Stefan Podsiadło, współorganizator uroczystości. Na wstępie wyraził wdzięczność Placówce 114 SWAP za to, że żołnierze najbardziej zażartej bitwy Polaków w dziejach II wojny światowej mogą obchodzić swoją rocznicę w tym przepięknym parku, pełnym drzew i zieleni, z przepływającym małym strumykiem. Wzruszony, wspominał czas walki, w której żołnierze 2. Korpusu, pod wodzą gen. Władysława Andersa, dla którego mentorem był marszałek Józef Piłsudski, byli wyrazicielami dążeń i myśli powrotu do Polski. Wspominał natarcia na górę klasztorną i zwycięstwo 18 maja 1944 r. Z dumą wymienił, obok swojego, nazwiska pozostałych dwóch kolegów, obecnych w tym dniu, jako ostatnich, żyjących w Kanadzie świadków tej bitwy. Jej słuszność została doceniona dopiero kilkadziesiąt lat później. Pełnym emocji głosem odśpiewał pieśń „Czerwone maki”. Pieśń ta była śpiewana jeszcze wiele razy tego popołudnia. Jej legendarny twórca Feliks Konarski i fragmenty zawartych w niej słów były przytaczane w następnych wystąpieniach. 

        Z kolejnymi przemówieniami wystąpił komandor Krzysztof Książek, konsul generalny Krzysztof Grzelczyk, przewodnicząca Rady Polonii Świata Teresa Berezowska, prezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej Władysław Lizoń, prezes Okręgu Toronto KPK Juliusz Kirejczyk, mjr Lucjan Grela i były poseł federalny Ted Opitz.

        Niespodzianką po przemówieniach było odtworzenie życzeń prezydenta RP Andrzeja Dudy, nagranych specjalnie na tę uroczystość, podczas jego ostatniej wizyty w Chicago.

         Mszę św. odprawił o. Jacek Cydzik. Celebracji towarzyszyła muzyka i śpiew zespołu „Impuls”. 

        Następnie pod pomnikiem Bohaterów Bitwy o Monte Cassino zostały złożone wieńce i kwiaty m.in. od: rządu RP, Placówki 621 Royal Canadian Legion im. Władysława Andersa, Placówki 114 SWAP, Funduszu Dziedzictwa Polek, Związku Narodowego Polskiego Gm. 1, Okręgu Niagara KPK, Związku Polaków w Kanadzie, Polonia-Canadian Institute for Historical Studies, Koła Pań „Nadzieja”. 

        Zrobiono kilka pamiątkowych zdjęć i zaproszeni goście udali się na obiad do sali hetmańskiej.

        Zaproszony na tę uroczystość przez Pl. 114 SWAP zespół  „Lustro” z Polski zaprezentował patriotyczne pieśni i utwory. Do tańca grał zespół „Impuls”. 

        Uroczystość przebiegała w atmosferze wspomnień i wielu serdecznych życzeń w parku, który z roku na rok wzbogaca swój wystrój i wiernie służy całej Polonii. 

Krystyna Sroczyńska

Komisja Informacji KPK OT

        Dodać jedynie wypada, że Stefan Podsiadło przypomniał postać innego weterana, śp. Mieczysława Lutczyka, który przy tej okazji zawsze wspominał zdradę Aliantów. O smutnym położeniu walczących żołnierzy mówił też konsul generalny Krzysztof Grzelczyk, który wskazał, że większość z nich pochodziła z ziem przez Polskę utraconych w rezultacie Teheranu i mieli już świadomość zdrady, a mimo to zwyciężyli.

        W płomiennym przemówieniu prezes Kirejczyk z KPK OT uznał, że obecnie my też musimy bronić Polski, atakowanej propagandowo przez wrogów m.in. w związku z ustawą IPN, że dzisiaj też musimy być żołnierzami broniącymi polskiej godności i wolności.

        Wystąpienia zakłócił incydent z młodym człowiekiem, który zaczął wykrzykiwać pod adresem zebranych niezrozumiałe słowa. Jak się okazało, był to były żołnierz polski z Afganistanu i Iraku cierpiący – ponoć na PTSD. Sytuację zręcznie opanował komendant SWAP Krzysztof Tomczyk. (ak)

        A oto wspomnienie bitewne, jakie przedstawił podczas uroczystego obiadu Stefan Podsiadło:


Wspomnienie

        Noc 17 maja 1944 roku, godzina 23.30. Pamiętam jak dziś. Jako łącznościowiec 5. Batalionu CKM (moździerzy) 4,5-calowych – 5. Dywizji Żubrów – zostałem wysłany naprawiać kable przerwane nawałnicą ognia w stronę bunkra obserwacyjnego, który znajdował się w odległości około kilometra, na samym cyplu wzgórza – naprzeciwko wzgórza klasztornego Monte Cassino. 

        Nagle tysiące dział otworzyło ogień na niemieckie pozycje, rozpoczynając natarcie, a ja, samotny, zostałem obnażony w świetle wybuchów artyleryjskich. Padłem, by nie dać się zauważyć niemieckim strzelcom wyborowym. Z tego wzgórza widziałem jak na dłoni naszych braci, podrywających się, to znów padających, atakujących pozycje wroga na Monte Cassino. Trwało to kilka godzin. Gdy zaczęło widnieć, wróciłem do swego bunkra, ale o zgrozo (!), bunkier się palił od amunicji pozostawionej w śmietnisku po poprzednikach. Wkoło pełno rannych. 

        Nie zważając na niebezpieczeństwo, szczęśliwie zaczołgałem się do bunkra, wyniosłem centralę i natychmiast Agrafką połączyłem się z moim dowódcą, por. Marciniakiem, u którego była już obsługa centrali. Nakazał podłączenie kabli do centrali, co było niemożliwe. „Anyway” – łączenie było zbyteczne, bo nasi żołnierze już zdobyli Monte Cassino, 18 maja 1944 roku o godz. 9.00. Ja za mój wysiłek – otrzymałem Krzyż Zasługi.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/historia.html#sigProIdc2461b6274

Opublikowano w Życie polonijne
poniedziałek, 07 maj 2018 08:57

Ostatni raz w mundurze

106-letni weteran drugiej wojny światowej, Łukasz Kulczycki, parę tygodni przed śmiercią mógł jeszcze raz założyć swój mundur. Buty z brązowej skór i zielona kurtka z kieszeniami pełnymi fotografii i zapisków zostały przekazane Ogniwo Polish Museum Society w Winnipegu na początku tego roku jako darowizna. Archiwistka muzeum Marta Dabros postanowiła odszukać właściciela munduru. Zaczęła od oglądania zdjęć i ustaliła, że mężczyzna mieszkał w Bostonie i Waszyngtonie, i był pediatrą specjalizującym się w leczeniu mukowiscydozy. W końcu zidentyfikowała weterana. Był nim Łukasz Kulczycki, który w wojsku był lekarzem i potem pracował w tym zawodzie. W latach 50. przeprowadził się do Manitoby do Swan River. Właśnie tam jego mundur był przechorowywany przez przyjaciela, później odnaleziony przez dalekich krewnych i ostatecznie przekazany muzeum.

Dabros zaczęła szukać Kulczyckiego. Okazało się, że mieszka w Virginii, w domu spokojnej starości. Chciała mu odesłać mundur. Udało jej się skontaktować z córką weterana, Dorthy Kulczycki Schilder.


Kulczycki Schilder odebrała mundur i fotografie i zawiozła je ojcu. Powiedziała mu, że ma dla niego szczególną niespodziankę. Kulczycki był bardzo wzruszony, gdy mógł przymierzyć swój mundur po 70 latach. Rozpoznawał niektóre rzeczy i zdjęcia.


Łukasz Kulczyciki zmarł 3 maja 2018 roku. Jego córka postanowiła oddać mundur i pamiątki z powrotem do polskiego muzeum w Winnipegu przy 1417 Main Street. Powiedziała, że tam będą lepiej eksponowane i więcej osób będzie mogło poznać historię jej ojca.

Opublikowano w Wiadomości kanadyjskie

RatajewskaAkuratnie była Wielkanoc roku 1943, kiedy usłyszeliśmy detonacje w śródmieściu Warszawy. Mój brat powiedział – „To Żydzi nareszcie nie chcą umierać jak barany prowadzone na rzeź”. AK-owcy już wiedzieli wcześniej o zamiarach bojowników żydowskich, a nawet przerzucali im broń.

Przypomniałam sobie wówczas mroźną zimę i dwóch małych chłopców żydowskich pod murem, oddzielającym getto od strony aryjskiej. Któregoś zimowego dnia wracałam z Żoliborza – naturalnie na piechotę dla bezpieczeństwa, chociaż nie niosłam nic zakazanego.            

       Przechodząc koło tego wysokiego muru, ujrzałam dwóch małych chłopców – w wieku 6 i 8 lat. Mróz i śnieg,  a oni w łachmanach i tenisówkach na bosych nogach. Obaj uśmiechnięci i nieświadomi zagrożenia – przytupywali nogami i obracali się w kółko,  niby tańcząc, co chwila wyciągając zmarznięte rączęta – po jałmużnę od przechodniów. Gdyby było lato – nie byłoby tego kontrastu – wprost krzyczącego ze zgrozy na widok tych dzieci. Ludzie dawali ukradkiem w te zmarznięte rączyny, co mogli, bo przecież za pomoc Żydom groziła śmierć. Jakaś kobieta szepnęła: „Gdzie jest Bóg?”. Nawet ujrzałam dwóch oficerów niemieckich, którzy odwrócili głowy, rozmawiając ze sobą, udając, że nic nie widzą. 

        Z tajnych gazet drukowanych w podziemiu dowiadywaliśmy się o zaciętych  walkach w getcie – skazanych na przegraną. Straszne to były opisy – codziennego dnia w getcie. Zrozpaczone matki żydowskie wyrzucały zawinięte w szmaty czy pierzyny swoje niemowlęta przez okna z płonących domów. Polskie organizacje pomagały powstańcom żydowskim – dostarczając broń i środki opatrunkowe różnymi kanałami, ale Zachód, nawet Ameryka, gdzie żyło tylu bogatych Żydów, milczały. 

        Samotni straceńcy ulegli po trzech czy czterech tygodniach i nastąpiła całkowita likwidacja getta żydowskiego. Straszliwy nalot bombowy na Warszawę przydałby się w kwietniu, gdy wybuchło powstanie żydowskie. Spóźniony był o cały miesiąc prawie, 13 maja 1943 roku samoloty sowieckie chyba całą godzinę rzucały race oświetlające nocne ciemności, a bomby spadały bez przerwy. Te race zaczepione były na małych kolorowych spadochronach, więc wyglądały na fajerwerki. Śliczny to był widok – jak na pokazach samolotowych, więc mój brat nie chciał skryć się przed bombardowaniem i cały czas stał zaciekawiony w ogródku. A tymczasem bomby padały z hukiem. Następnego dnia gazety niemieckie pisały o zniszczeniach – naturalnie zatajając prawdę. Niestety. dużo domów runęło tej nocy, grzebiąc polskich mieszkańców, a getto żydowskie też dogorywało.

        Po nalotach 13 maja 43 roku, ludzie brali motyki, grabie. Biegli wydobywać spod gruzów poranionych ludzi. Januszek tez pobiegł, nasz  ojciec również. Niemcy nie chcieli pożyczać sprzętu do podnoszenia gruzów.  

        To koniec tekstu mojej mamy. Mama ma 95 lat, a w czasie wojny była młodą dziewczyną.

        Tego widoku dwóch małych chłopców  żydowskich mama nie może zapomnieć. Tym bardziej że nie miała nic, aby im dać w te zmarznięte rączki.

        Mama dopowiada, prawie płacząc, że po zamachu na Kutscherę, złapano grupę jej brata Januszka i rozstrzelano ich w murach zniszczonego getta.   Tam było małe krematorium... Do tej pory mówiła, że jej brat został zabity na Pawiaku. Tam był więziony, ale... Od lutego 44, od zamachu na Kutscherę, Niemcy zabijali już nie na ulicy, dla postrachu. Zabijali ich na terenie ruin getta, skrycie. 

        – Po wojnie chciałam tam pójść, ale teren był zaminowany. Chciałam zobaczyć miejsce, gdzie został rozstrzelany Januszek – mówi mama. 

        – Mamo, ale jak urodził się twój syn, a babci wnuk, to ona przestała  już chyba rozpaczać po Januszku.

        – Tak. Ona chyba wierzyła w reinkarnację. Tym bardziej że Janek też interesował się historią. Lubił robić zdjęcia, jak Januszek. 

        Czytamy w Internecie, że w nalotach sowieckich zginęło mało Niemców, a dużo Polaków...  że bomby miały trafić w lotnisko, w węzeł kolejowy. A tymczasem zniszczyły wiele kamienic warszawskich i dlatego bomby, których użyto, nazwano niszczycielami kamienic. Bomby trafiły też w dogorywające getto. 

Napisane przez: wandarat

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Polska, 

24 kwietnia 2018

Opublikowano w Teksty
piątek, 20 kwiecień 2018 07:55

Włoska legenda

Szanowni Państwo, dzisiaj przedstawiam tekst historyczny nadesłany przez p. Janusza Binkiewicza z Montrealu w związku z rocznicą urodzin twórcy marki Ferrari.  Wasz Sobiesław

Właśnie w kwietniu mija 120 lat od dnia, kiedy urodził się Enzo Ferrari. Na dalekiej prowincji na północy Włoch, 18 kwietnia 1898 roku, miejscowość Modena niedaleko Bolonii. 

        W tym ciekawym roku dla historii aut na świecie, w Paryżu odbyła się wystawa samochodów takich zacnych marek, jak Peugeot, Panhard i Levassor, Benz i Daimler. Przedstawione były tam 223 modele. Warunkiem dopuszczenie do wystawy było przejechanie 40 km z Paryża do Wersalu i z powrotem. W tym samym czasie, kiedy rodzi się nowy bohater marki Ferrari, Louis Renault, buduje swój pierwszy samochód Typ A z 1,5 K.M. i prędkością maksymalną 50 km/h. Kiedy Enzo miał roczek, Belg C. Jenattzy pobija rekord prędkości, osiągając 100 km/h samochodem o napędzie elektrycznym. W tym samym roku powstają tak znane firmy, jak Buick czy Audi. Dalsze znane firmy to 1900 rok powstanie Dodge Brothers Company, Cadillac dwa lata później, w następnym rodzi się kolejna potęga założona przez Henry’ego Forda, a w dziesiątą rocznicę urodzin Enzo, rodzą się Rolls Royce czy General Motors. Można łatwo znaleźć cel na całe życie w tym czasie. 

        Jego ojciec Alfredo Ferrari był właścicielem wytwórni elementów metalowych, dokonując równolegle napraw aut. Syn Enzo to drugie z dzieci. Ojciec Alfredo Ferrari od wczesnej młodości zabierał Enzo na wyścigi, sam pasjonując się wyścigami samochodowymi. W wieku 10 lat, jako dziecko urodzone w epoce najintensywniejszego podboju pojazdami mechanicznymi dróg świata, zapalił się do wyścigów samochodowych, oglądając w 1908 roku Cricuit di Bologna, wówczas też narodziło się w nim pragnienie zastania kierowcą wyścigowym.

        We wczesnej młodości, dzięki pracy w warsztacie ojca lub u innych prywatnych warsztatach, a następnie nauce w technikum, zdobywał solidną wiedzę praktyczną i teoretyczną o pojazdach mechanicznych. Mimo że we wczesnej młodości - przyszły wielki Ferrari miał zaledwie 18 lat - ojciec jego zmarł, zdążył wzbudzić miłość syna do świata samochodów. Po zakończeniu I wojny światowej pierwszą pracą, jaką dostał dwudziestoletni Ferrari, było transportowanie i przewożenie wojskowych pojazdów zdemilitaryzowanych. Doświadczenia z tej pracy okazały się w przyszłości bardzo użyteczne dla poszerzenia umiejętności przyszłego Enzo. Przede wszystkim dzięki zdobytym umiejętnościom szofera, czasem w bardzo trudnych warunkach terenowych, przy złym stanie tego sprzętu, często uszkodzonego, a więc trudnego do prowadzenia, nauczył się sporo. Zamiłowanie do pojazdów, wiedza praktyczna przy remontach i teoretyczna ze szkoły, zaowocowały pierwszym udanym startem w wyścigu aut w 1919 roku, a w następnym znalezieniem się w wyścigowej ekipie Alfa Romeo (rok założenia 1910). Tak zaczął się zawodowo fascynujący etap w życiu młodego Ferrari - kierowcy szybkich pojazdów wyścigowych.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/historia.html#sigProId1f915fad5b

        Ten zdeterminowany, uparty, przedsiębiorczy i bardzo dynamiczny człowiek w latach dwudziestych ub. wieku zaczął karierę pilota samochodów wyścigowych, i to w firmie z renomą międzynarodową, Alfa Romeo. Mógł więc w każdym detalu, ze strony praktycznej, poznać w działaniu pojawiające się zalety i wady aut wyścigowych. Przebywając w tym przeciekawym środowisku i posiadając wrodzony talent zjednywania sobie ludzi, na tym niezwykle intensywnym etapie swojej bogatej kariery życiowej, powoli przechodził do roli lidera. Jeździł wówczas samochodami marki Alfa Romeo. 

        Mając wrodzony talent do mobilizującego kierowania i współdziałania w ekipie, współpracy ludźmi, w 1929 roku (prawie 90 lat temu) skupił wokół siebie grupę zapaleńców i założył, w młodej trzydziestce, swoją własną stajnię wyścigową pod nazwą Scuderia Ferrari, która istnieje i osiąga sukcesy do dziś.

        To właśnie w tej epoce przez swoich podwładnych Enzo nazywany był Il Commendatore (słynny pseudonim E. Ferrariego). Na marginesie trzeba dodać, że logo firmy, ożywiony czarny rumak na żółtym tle, pochodzi od emblematu, jakiego używał włoski lotnik Baracca w czasie udanych lotów w trakcie I wojny światowej, a który zafascynował Ferrariego.  

        Równolegle do uprawiania sportu wyścigowego, pracuje na etacie dla Alfa Romeo. Brał udział w około 50 wyścigach, z których jedną czwartą zakończył na pierwszym miejscu. Niespodziewanie dla wszystkich w 1931 roku kończy definitywnie karierę jako pilot samochodowy. Aż do końca międzywojnia pracował na etacie dla tej firmy. Wciąż dając się poznać jako wspaniały lider, koordynator, organizator i administrator zespołów wyścigowych, dochodząc do stanowiska dyrektora sportowego.

        W 1938, następnym i najowocniejszym etapie swojego życia, w pełni sił twórczych, posiadając niezbędne środki finansowe, podjął się roli konstruktora i stworzył podwaliny pod przyszłą fabrykę Ferrari. Na skutek bombardowań alianckich w drugiej wojnie światowej, z Modeny przeniósł się do pobliskiego Maranello w 1943 roku, gdzie był właścicielem ziemi niezbędnej do zbudowania fabryki,

        Przez nadchodzące pół wieku swojego aktywnego życia, kierował, rozwijał i wsławił na całym świecie założoną przez siebie firmę. Równolegle do produkcji do celów obronnych w czasie wojny, zmontował pierwszy samochód wyścigowy z własnej fabryki; wyprodukował najpierw prototypy, a później auto pod nazwą AAC 815.  

        Tam też wytworzył w 1947 roku, mając prawie pięćdziesiąt lat, słynne Ferrari 125 S, w ten sposób narodziła się ta jego niezależna marka samochodów (zobacz niżej).  Był to pierwszy prawdziwy samochód wyścigowy tej firmy (dwunastocylindrowy V12, pojemność cylindrów 1497 cm3, o ciężarze 750 kg i mocy maks. 118 KM). 

        Koniec lat czterdziestych i lata pięćdziesiąte to stałe sukcesy tej wybitnej wytwórni samochodów w różnorodnych prestiżowych wyścigach na całym świecie. Przypomnijmy chociaż sukces ww. samochodu prowadzonego przez José Gonzaleza w 1951 roku we właśnie co rozpoczętej wielkiej imprezie wyścigowej mistrzostw świata, Formule 1 w Londynie. W tej formule wyścigowej, jak dotychczas, wytwórnia ta pobiła absolutny rekord świata - 16 razy samochody tej marki zdobyły mistrzostwo świata, a drugiemu na liście Williams F1 Team udało się to tylko dziewięć razy.  Przedsiębiorstwo przyjęło oryginalną zasadę znakowania swoich kolejnych modeli w funkcji liczby lat, np. 60 czy 70 w n-tą rocznicę założenia firmy - stąd najnowszy model wyścigowego bolida oznaczony jest - Ferrari SF 71SH.

        Projektując kolejne, wciąż doskonalsze pojazdy, marka ta stawiała na, jako najważniejsze, silne i niezawodne silniki, nie zajmując się projektowaniem karoserii. Stylistykę pojazdów przekazała, w ramach kooperacji, do renomowanych domów stylistów kształtów samochodów, jak Carroseria Pininfarina z Trofarello koło Turynu czy Scagliettini Bertone, Vignale. Ta integracja procesu projektowania przyniosła wyśmienite rezultaty.

        Dzięki współpracy z najznakomitszymi stylistami karoserii tej epoki powstał jeden z piękniejszych w swym stylu, Ferrari 166 GT (po włosku GT grand turismo), samochód sportowy produkowany w małych seriach.  

        Narodziła się również dzięki temu nieznana dotąd kategoria aut klasy (po angielsku Grand tourer - GT), charakteryzująca się zazwyczaj większym ciężarem niż ich odpowiedniki wyścigowe, za to zapewniająca, na długich dystansach, komfortowe warunki podróży. Klasa samochodów, produkowanych z wielką dbałością i precyzją wykonania, niespotykaną dotychczas wygodą, trwałością i wytrzymałością. Silnik montowany z przodu pojazdu, miękkie zawieszenie, moc przekazywana na tylne koła. Na co dzień kojarzonych z dwudrzwiowym kabrioletem/Coupé (popularnym odpowiednikiem tej kategorii jest Ford Mustang), pierwszym samochodem ogólnodostępnym tej firmy.  

        Po przedwczesnej śmierci syna Dino w 1956 - Il Commendatore załamuje się na krótko, ale konieczność zakończenia rozpoczętego przez syna wspaniałego projektu auta z silnikiem sześciocylindrowym, zmobilizowała go do nowego twórczego wysiłku przez następnych trzydzieści lat. 

        W latach sześćdziesiątych firma przechodzi poważne kłopoty finansowe. W konsekwencji w 1969 roku Fiat wykupuje pakiet większościowy jej akcji. Niemniej jednak fundator i twórca firmy, Enzo Ferrari, pracował w niej aż do śmierci. Ten prawdziwy przedsiębiorca z krwi i kości, który dożył sędziwego wieku 90 lat, zmarł w 1988 roku w pobliskiej, jak zawsze mówił, prowincjonalnej Modenie, tej samej, w której się urodził.

        Ten wybitny twórca najszybszych aut na świecie wspominał, że w początku swojej kariery nigdy nie myślał o zbudowaniu własnego, tym bardziej wyścigowego pojazdu. Nadmieniając, że pojawienie się samochodu na świecie stworzyło szanse człowiekowi stać się jeszcze bardziej wolnym.   

        Twórca tej wspaniałej, legendarnej marki, z pewnością zakładając swoją firmę prawie 70 lat temu, nie spodziewał się jej tak długotrwałego i wielkiego sukcesu.    

        Pamiętajmy również, że 10 czerwca tego roku w Montrealu odbędzie się siódmy wyścig tej serii F1. 

        Dziś ponad 3000 pracowników szczyci się tym, że pracują w tej firmie. A metody organizacji pracy i zarządzania w niej uważane są za przykład właściwego traktowania podwładnych przez przełożonych w przedsiębiorstwie w Europie (2007 rok). Obecnie produkuje się około 8000 samochodów rocznie, przy 3000 pracujących. Sama miejscowość liczy 17 tys. mieszkańców.  

        Z ciekawostek, obecny prezydent szef tej firmy Sergio Marcionne jest włosko-kanadyjskim przedsiębiorcą (ur. 1952 roku). 

        W trakcie procesu projektowania, na przestrzeni lat działania fabryki, w miejscowym biurze projektowym pojawiło się, od chwili założenia, ponad 35 modeli, nie mówiąc o tuzinie prototypów. 

        Dziś najlepiej sprzedające się samochody tej marki (znaki rozpoznawcze komfort jazdy, wysokie osiągi i specyficzne brzmienie): Ferrari 488 - ośmiocylindrowy silnik V8, 3,9 l Turbo, 661 KM, proporcja masa konie mechaniczne 2,2 kg/KM, 

Ferrari California T - ośmiocylindrowy silnik V8, 3,9 l DACT Turbo, 552 KM, proporcja masa konie mechaniczne 3,1 kg/KM 

        Ferrari Superfast - dwunastocylindrowy silnik V12, 6,5 l DACT 789 KM, proporcja masa konie mechaniczne 1,9 kg/KM

        Ferrari GTC 4 Lusso - dwunastocylindrowy silnik V12, 6,3 l 680 KM, proporcja masa konie mechaniczne 2,6 kg/KM.

Janusz Binkiewicz

Opublikowano w Moto-Goniec

        97-letni Jan Gregalis, harcerz, zesłaniec, żołnierz gen. Andersa, walczący pod Monte Cassino, odznaczony dwukrotnie Krzyżem Walecznych, jeden z założycieli SPK w Kanadzie, działacz polonijny, opowiada o swym życiu. Pan Gregalis przeznaczył ostatnio 200 tys. dol. na fundusz na rzecz Zakładu dla Ociemniałych w Laskach, katedrę języka polskiego na UofT, polskie harcerstwo w Kanadzie oraz Muzeum Orlińskiego w Wawel Villa. Cześć i Chwała Bohaterom.  Dzisiaj mieszka w Wawel Villa.

        Andrzej Kumor: Panie Janie, ma Pan nieprawdopodobny życiorys, należy Pan do pokolenia, które tak dużo dla Polski zrobiło, przeszedł Pan przez cały szlak umęczenia narodu polskiego, od Syberii, a następnie przez szlak wojskowy razem z Andersem, Włochy, bitwa pod Monte Cassino. Skąd Pan pochodzi, gdzie są Pana rodzinne strony?

        – Urodziłem się właściwie w województwie warszawskim, w Warszawicach, to mała miejscowość, ale ojciec dostał posadę na Kresach, na Polesiu – jak miałem niecałe dwa lata, to przyjechaliśmy na Polesie, ojciec tam pracował cały czas. I od tego czasu aż do wojny wychowywałem się na Polesiu.       

        - Przeżył Pan inwazję armii sowieckiej. Jak to wyglądało i jak Pan się dostał w ich ręce?

        – To było 17 września.   Gdy oni przyszli, to jeszcze z początku zachowywali się zupełnie w porządku, uważam, jeszcze nic takiego nie było. Źle się zachowywali Żydzi. Żydzi od razu tworzyli swoje organizacje i „sypali”.

        – Donosili?

        – Tak, donosili. Ojciec pracował w sądzie, to wiadomo.

        – Administracja państwowa.

        – Tak że był socjalnie „niebezopasny” element. Ojca aresztowali po paru miesiącach. Aresztowali całą rodzinę, wywieźli razem do Kazachstanu, tzn. ojca, mamę, trzy siostry i jednego brata, najmłodszego, żona miała trzech braci, którzy byli w obozie jenieckim i po umowie Sikorski-Majski znaleźli się w II Korpusie.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/historia.html#sigProId366ab86838

        – Jak to się stało, że Pan znalazł się na zesłaniu?

        – Polesie należało, według Rosjan, bo Białorusi. Chodziły takie słuchy, i ponoć potwierdzone faktami, że oni zaczęli brać do wojska, a ja byłem w tym wieku, że akurat się nadawałem, bo miałem już skończone 18 lat. Więc sobie pomyślałem, że do wojska sowieckiego nie pójdę. No i po rozmowie z rodzicami postanowiłem uciekać. Miałem kolegę za przyjaciela, który miał brata starszego w Brześciu. I tak było, że wyjechałem, dostałem się do Brześcia, byłem tam, ale ten kolega, jego brat, oni już należeli do jakiejś organizacji niepodległościowej. I pewnego dnia przyszli i aresztowali tego mego kolegę, brata i mnie. Dali mnie do więzienia, które nazywało się Czerwoniak, dlatego że było z czerwonej cegły zbudowane i było czerwone, więc wszyscy nazywali go Czerwoniak. Zaraz po miesiącu czy dwóch – nie pamiętam już dokładnie – odbył się sąd i dali nam po pięć lat.

        – Pięć lat łagru?

        – Łagru. Jak jeszcze siedziałem na Czerwoniaku, ale przyszedł Lelewel, wnuk Lelewela tego wielkiego, jak go nazywam. Wnuka też zamknęli. I on siedział razem w tej celi, gdzie ja siedziałem, a to była cela na pięć – sześć osób, ale tam siedziało prawie trzydzieści. No i on siedział i opowiadał nam oczywiście o swoim dziadku.  

        Ale mnie potem wywieźli, a Lelewel jeszcze został, wywieźli do Kotlasu.

        – Gdzie to jest, jaki to rejon?

        – Przed Uralem na północy. Oni tam budowali kolej. Przedtem jeszcze,  wybudowali Kanał Białomorski. Tam bardzo dużo ludzi zginęło. W każdym razie nas tam dali, do Kotlasu, potem nad rzekę Peczorę, bo tam jedyne środki przemieszczania się to była woda, nie było dróg jeszcze ani kolei, myśmy dopiero zaczynali budować tę kolej. Wywieźli nas do tajgi, tam gdzie mieli ten odcinek kolei budować, bo kolej już dochodziła już z południa i z zachodu. Dali nam siekiery, piłki – nazywały się „łuczok” – powiedzieli, tu wasz dom. 

        – I trzeba było go wybudować?

        – Najpierw zaczęliśmy budować szałasy z gałęzi. W każdym razie jakoś żeśmy się koło siebie zrobili, i wycinaliśmy drzewa, tam gdzie miała kolej iść. Piękne modrzewie tam rosły, piękne lasy. Myśmy to wycinali wszystko, potem jak już wycięliśmy pewien odcinek, to trzeba było wyrzucić z ziemi wszystek torf, bo szyn nie można kłaść na torfie, bo się ugina itd. Tak że myśmy z początku wycięli, potem wyrzucaliśmy ten torf. W niektórych miejscach było tego torfu mało, a w niektórych był on głębiej, tak że trzeba było wyrzucać. Ci na górze mieli jeszcze znośnie, ale ci coraz niżej... Robili takie tarasy, że się stało na tarasie i wyrzucało się ziemię do góry. I niektórzy, co tu dużo mówić, byli w wodzie po kolana, ci na dole. No i potem stamtąd załadowali nas na rzekę Peczorę. Zładowali nas na barki na tej rzece i wieźli nas w stronę Morza Białego. Nie wiem, co myśmy mieli tam robić, ale te barki zamarzły i już żeśmy stali ładnych parę dni chyba. I wtenczas – to był już rok 1942 – umowa Sikorski – Majski była.

        – Czyli ile lat był Pan w tajdze?

        – Posłali mnie tam pod koniec 40 roku.

        – Czyli od tego czasu do amnestii tam Pan pracował?

        – Potem, jak stamtąd jechałem, to jechałem trzy miesiące, bo to północ Rosji aż prawie do granicy perskiej, to kawał drogi.  Tam jak żeśmy zamarzli, już jak była umowa Sikorski – Majski, to mówili, że my już nie jesteśmy „zakluczeni”, tylko jesteśmy „towariszczy”. I jakoś barki ruszyły i myśmy z powrotem płynęli do Kotlasu. 

        – Po trzech miesiącach dotarł Pan do Kujbyszewa?

        – Tak, tam się rząd polski tworzył, przedstawicielstwo rządu polskiego z Londynu. No ale jak to wszędzie w początkach i w Rosji, był straszny bałagan. Różne słuchy chodziły, każdy co innego mówił. Poradzili nam, żebyśmy szli na południe dalej. No i myśmy szli z Kujbyszewa dalej na południe. Ja doszedłem do Samarkandy, Samarkanda, nie wiem, w jakim stanie była, już nie pamiętam.

         Wiedzieliśmy, że armia się tworzy, i szukaliśmy sposobu, żeby dalej się dostać, więc pojechaliśmy do Buzułuku. W Buzułuku miejsca nie było, bo już wszystko było zapełnione, bo wszyscy Polacy z całej Rosji sunęli na południe, żeby do wojska się dostać. Ale nam poradzili, że w Guzarze tworzyła się 11. Dywizja Piechoty, że tam może. Więc ja miałem kolegę, razem wyruszyliśmy do Guzaru. Kiedy żeśmy tam dotarli, wybuchła epidemia tyfusu plamistego, wszy. Bo w Rosji, jako że to kulturalny kraj, w każdym większym mieście na stacji była „woszobojka” i woda, „kipiatok”. 

        – Jak działała „woszobojka”?

        – To był specjalny budynek i oni tam gotowali wodę i robili parę. Ubrania się zdejmowało i dawało do pary, i to miało zabijać wszy. Ale to nie zabijało, tylko rozjuszało je jeszcze bardziej i były bardziej agresywne potem.

        – Czyli przyjął się Pan tam do wojska, do tej dywizji piechoty Pana zapisali?

        –  Nie. Ja zachorowałem na tyfus, ale że wszystkie szpitale były pełne, wszystkie budynki, które można było wykorzystać dla tych chorych z epidemii, były zajęte, to nas na dworze dali, pod murem, pod ścianą nas poukładali i tak żeśmy leżeli. Nie było ani termometru, o żadnych lekarstwach nie było mowy.

        – Czyli czym leczono? Niczym nie leczono, tylko Pan leżał?

        – Tak, leżałem tylko. No ale byłem młody i jakoś wytrzymałem to. Wytrzymałem, przeszedłem.

        – Jak Pan wyzdrowiał, to wzięli Pana do wojska, czy już wojska nie było?

        – Jak wyzdrowiałem, to tam się tworzyła szkoła podchorążych, więc poszedłem do szkoły, pamiętam 28 marca, bo to moje urodziny akurat, 43 roku.

        – Pan został podoficerem?

        – Nie. Wyjechaliśmy do Krasnowodska, to port nad Morzem Kaspijskim, tam załadowali nas na barki i popłynęliśmy do Persji, miejscowość nazywała się Ahwaz. 

        – Przeszedł Pan cały szlak bojowy II Korpusu, z 3. Dywizją Strzelców Karpackich?

        – Tak. 

        – Walczył Pan o Monte Cassino, Ankonę, ale co Panu najbardziej utkwiło z tego szlaku bojowego?

        – Najbardziej, jak zostałem ciężko ranny.

        – W jakich okolicznościach?

        – Wtenczas już byłem podporucznikiem, miałem pluton w Brisigiela w Apeninach we Włoszech. Była straszna pogoda, śnieg i deszcz padał, takie nie wiadomo co. Rozmieściłem pluton po natarciu – zdobyliśmy wtedy Brisigielę. Szedłem do chłopców, których porozmieszczałem wszędzie, bo myśmy byli pierwsza linia, tzw. czujki, najdalej wysunięty w stronę nieprzyjaciela oddział. Usiadłem i rozmawiałem sobie z chłopcem, który był w moim wieku albo młodszy nawet. I wtedy trafił mnie artyleryjski pocisk. Widzi Pan? Tu jest dziura. Straciłem kompletnie prawe oko. 

        – Jak Pana ewakuowano?

        – Od razu z linii sanitariusze wzięli na nosze i do pierwszego punktu opatrunkowego prowadzą. Mnie prowadzili, któryś się poślizgnął i wyleciałem z noszy. Wtedy mówię do nich, weźcie mnie jeden pod rękę, drugi z drugiej strony pod rękę i ja pójdę lepiej, bo to w górach, Apeninach, ślisko, pogoda. A potem na punkcie opatrunkowym, gdzie już dostałem pierwszą pomoc, to lekarz zdecydował, że może da się uratować oko. Zadzwonił i przyleciał „Kubuś”, a „Kubuś” to był mały samolot, nawet nie pamiętam, jakiej marki, który latał na rozpoznania. Niemcy do niego nawet nie strzelali, bo bali się zdradzić swoje miejsca stanowisk ogniowych. „Kubuś” mnie przewiózł do Ankony do szpitala. Tam nie dało się nic zrobić z okiem. Angielski szpital, pytali mnie się – widzi, widzi? Mówię, nie widzę, to już tak zostało i właściwie dla mnie wojna się skończyła.

        – Już Pan nie wrócił do oddziału?

        – Wróciłem do oddziału, ale już po wojnie, dlatego że w szpitalu byłem, a to już był koniec wojny, 1945 rok. Tak że wróciłem do oddziału i byłem w nim do końca, aż wyjechałem potem do Anglii.

        – Cały czas z II Korpusem?

        – Tak. Myśleliśmy, że wrócimy do Polski, ale Poczdam był, no i sny się skończyły o Polsce. Ja wiedziałem, że do Polski już nie wrócę, bo już byłem w Rosji i nie chciałem drugi raz się dostać.

        – Pojechał Pan z Korpusem do Anglii, co Pan tam robił?

        – W Anglii oni sformowali Polski Korpus Rozmieszczenia i to było coś w rodzaju przygotowania do pracy. Były organizowane najróżniejsze kursy rzemieślnicze, jak krawiectwo i inne, ale ja Anglików też nie lubiłem po Poczdamie, więc powiedziałem sobie, że przy pierwszej okazji, jaka będzie, to ja z Anglii wyjadę. I Kanada zaoferowała pracę na farmie. Zgłosiłem się na farmę, kontrakt podpisałem na dwa lata. W Kanadzie pracowałem dwa lata i w czasie sianokosów zaprószyłem to dobre oko.

        – Miał Pan tylko jedno?

        – Miałem tylko jedno i byłem już kompletnie niewidomy. Farmer oczywiście musiał mnie odwieźć do szpitala i do lekarza. Lekarz ten porozmawiał ze mną i pyta, co ty robisz na farmie? A ja mówię, kontrakt podpisałem, bo chciałem z Anglii wyjechać. A on mówi, chcesz, żebym ci pomógł, żebyś już więcej na farmie nie pracował? Ja mówię, jak najbardziej.

         Tak że on to zrobił, że już więcej nie wróciłem na farmę. On to zrobił, dlatego że, jak powiedział, nasza dywizja we Włoszech była z waszą dywizją. Dlatego on się zainteresował mną. 

        Potem zacząłem szukać pracy i znalazłem w De Havillandzie.

        – Budował Pan samoloty?

        – Byłem inspektorem. Z początku byłem składaczem, tzw. assembler, a potem De Havilland sam zaproponował mi, że mnie wyśle na kurs inspektora i że będę inspektorem. Zgodziłem się i zostałem inspektorem, i nawet dość wysoko doszedłem w inspekcji. A po 30 latach poszedłem na emeryturę.

        – Pan się cały czas udzielał w naszej społeczności polskiej, bo działał Pan w SPK, budował siedzibę przy Beverley...

        – Należę do 20 pierwszych, którzy zakładali SPK w Kanadzie, Władek Turzański był, inni. Tak że właściwie byłem z tymi, którzy zakładali SPK, i w SPK pracowałem dwadzieścia parę lat prawie.

        – Tutaj widzę Krzyż Harcerski wśród odznaczeń, był Pan harcerzem w Polsce?

        – Byłem w harcerstwie. Tutaj też się udzielałem, ale jako przyjaciel harcerstwa.

        – Wtedy, kiedy harcerstwo się na Kaszubach rozwijało?

        – Tak, na Kaszubach. Budowałem tam kaplicę, tam był ksiądz Grzondziel, który już nie żyje, bardzo się udzielałem, ale serduszko mi nawaliło znowuż, tak że już musiałem uważać. Z De Havillanda się z tego powodu zwolniłem, jeszcze mogłem pracować, ale po trzydziestu latach i w tej kondycji ja i lekarze powiedzieli, idź pan na emeryturę, dosyć już tego.

        – Czy Pan wtedy myślał, że Polska się w ogóle odrodzi, że będzie Polska, czy miał Pan nadzieję, czy Pan myślał, że to będą Sowiety zawsze?

        – Ja wtedy wiedziałem, że coś powstanie, ale ja i dzisiaj nie wierzę za bardzo. To, co się dzieje obecnie, to przekracza wyobrażenie dosłownie. 

        – Panie Janie, Pan bardzo hojny dar poczynił ostatnio, przeznaczając wielką sumę pieniędzy na fundusz, który ma służyć między innymi harcerzom.

        – Tak.

        – Dlaczego takie postanowienie?

        – Dlatego że lubię harcerstwo. Sam kiedyś byłem harcerzem i po przybyciu tu też się bardzo udzielałem.

        – Co daje harcerstwo?

        – Daje życie między ludźmi, że się razem trzymają, i wyrabia charakter też. 

        – To wielki zaszczyt, że Pan zgodził się z nami rozmawiać, bo jest Pan przedstawicielem tego pokolenia, które dla Polski wszystko oddało.

        – O tak, i to na wszystkich frontach, wszędzie.

        – Czy Pan nie uważa, że ta ofiara była nadaremnie, że trzeba było inaczej jakoś, że tyle zdrady było w tym?

        – Ja uważam, że nami manipulowano. Tak samo Ameryka. Roosevelt powiedział, że Polska natchnieniem narodów, a potem ją sprzedał.

        – My jesteśmy czuli na ładne słówka. Nawet jak prezydent Trump pojechał do Warszawy, to wszystkim się bardzo podobało, jak mówił.

        – No tak, właśnie o to chodzi, że nas takie słówka biorą i najgorzej, że my wierzymy w te słówka, bo realność pokazuje zupełnie inaczej, jak realnie na to patrzeć. 

        Z mojej rodziny ja jestem ostatni Mohikanin. Jakoś mi Pan Bóg daje. Rodzice żony umarli w Polsce jeszcze, trzy siostry umarły tu, w Kanadzie, i leżą pochowane w Wilnie w Ontario, na Kaszubach. Ja tam też będę pochowany, mam już grób zapłacony, już nawet jest kamień.

        – Tam Panu się podoba, tam pachnie Polską?

        – O tak, zawsze. Ja Kaszubów lubię, z Kaszubami miałem cottage przez trzydzieści lat, tak że dobrze z nimi żyłem i uważam, że to są dobrzy, uczciwi ludzie. Tak że jak umrę, jak żona umrze, to już mamy zapewniony budynek tam, na cmentarzu.

        – W takim razie zapytam Pana jeszcze, co cennego jest w Polsce i w Polakach? Dlaczego warto być Polakiem?

        – Jedna bardzo ładna i dobra rzecz, że my wtedy, kiedy z nami jest już bardzo źle, potrafimy się zjednoczyć i coś zrobić.

        – Ale dopiero wtedy.

        – Dopiero wtedy.

        – Bardzo dziękuję za to, co Pan zrobił dla Polski przez wszystkie te lata, przez swoją młodość, bo mimo że wtedy wydawało się, że jest na marne, to nie jest na marne, to zostaje właśnie z młodszymi ludźmi, właśnie z tymi harcerzami, właśnie z tymi ludźmi, wśród których działa Fundusz Milenium, z młodzieżą, że Polska się przenosi dalej dzięki takim ludziom jak Pan.

        – Pewnie że tak, ale ja nie wiem... Może to się wyprostuje jeszcze.

        – Póki my żyjemy, tak jest w naszym hymnie, więc miejmy nadzieję. Dziękuję bardzo rozmowę.

Opublikowano w Wywiady
Strona 1 z 10