Goniec

Register Login

piątek, 21 wrzesień 2018 05:25

Historia naszych przeżyć (3)

aksamitTej nocy około tysiąca osób z naszej okolicy dzieliło także nasz los. W naszym wagonie było około 50 osób. W tym wagonie był mały piec i wiadro do zaspokojenia własnych potrzeb. Ktoś miał koc i tym zasłonięto ten róg z kubłem dla większej prywatności. Aby mieć wodę, musieliśmy topić śnieg. Tylko na niektórych stacjach można było dostać kubek gorącej wody, ale pociąg zatrzymywał się zbyt krótko, żeby można było tej wody dostać. Zdarzały się wypadki, że ludzie, czekając w ogonku, nie zdążyli wrócić do wagonu i tam już pozostali. O nich potem nie było nic wiadomo.

Jeśli możesz wspomóż nasze wydawnictwo

Nasza podróż na Ural trwała przeszło miesiąc, w bydlęcych wagonach, a temperatura utrzymywała się na poziomie 30-40 stopni Celsjusza. Po naszym odjeździe nasza babcia poszła z kuzynem do naszego domu i chcieli jakoś zabezpieczyć to, co pozostawiliśmy. Mój brat Tadzio nie był wtedy w domu, był w szkole w odległym mieście. Po zajęciu wschodnich terenów, Sowieci pozamykali wszystkie szkoły i dlatego mój brat wrócił do domu piechotą i zaczął z pomocą babci i wujka prowadzić gospodarkę. Niestety, nie było to możliwe, bo wszystkie narzędzia rolnicze zostały rozkradzione.

Kiedy Niemcy rozpoczęli wojnę ze Związkiem Radzieckim, doszli w nasze strony bardzo szybko i zaraz zaczęli łapać wszystkich młodych ludzi i wysyłać do Niemiec na roboty. W Niemczech wszyscy zdolni do noszenia broni byli w wojsku i dlatego ludzie z Polski, Rosji i innych okupowanych krajów musieli zająć ich miejsce i pracować na roli albo w fabrykach. Tadzio nie chciał jechać do Niemiec, więc przyłączył się do miejscowej armii podziemnej. Początkowo Niemcy mieli wielką przewagę nad Armią Czerwoną, dlatego Stalin zdecydował użyć polskich wysiedleńców, którzy pozostali przy życiu, do pomocy w wojnie z Niemcami.
Jak już pisałam, po przeszło miesiącu podróży zmęczeni, głodni i wymarznięci przyjechaliśmy na Ural w okręgu Czelabińsk w północnych górach Uralu. Każda rodzina dostała jeden pokój w baraku, w którym świeciły jedynie puste ściany. Był tylko jeden piec na drzewo, który służył do gotowania i ogrzewania. Nie było łóżek, wszyscy dorośli i dzieci musieli spać na lodowatej ziemi. Można sobie wyobrazić spanie na gołej ziemi bez pościeli i ubrania dostosowanego do tych warunków.

Ten obóz, gdzie my mieszkaliśmy był kiedyś więzieniem. Nie było tu nawet urządzeń higienicznych. W tym rejonie nie było dróg a jedynym połączeniem ze światem to podróż po torach kolejowych piechotą do najbliższego miasteczka. Dzisiaj nie mogę się nadziwić, jak mimo wszystko mogliśmy tam żyć i przetrzymać.
Zaraz po przyjeździe do tego obozu ojciec, mama i starszy brat Staszek musieli iść do pracy w kopalni rudy żelaza. Mama nigdy poprzednio nie pracowała, a zwłaszcza w takich warunkach, mdlała w windzie ze strachu. Na szczęście zarządca kopalni wziął ją do sprzątania biura i zastępowania go w czasie jego nieobecności. Brat Mietek miał pod opieką konia zarządcy. Woził go, kiedy zaszła jakaś potrzeba. Ja musiałam chodzić do szkoły. Wieczorami, a nawet bardzo wcześnie rano, wystawałam w kolejce mając nadzieję, że może uda mi się coś kupić do zjedzenia, kiedy przywieźli do miejscowego sklepu. Podobnie było z wypłatą za pracę dla ojca i brata. Czasem udało mi się otrzymać kilka rubli, nigdy całej zapłaty. O kupieniu mleka czy mięsa, nie było mowy. Czasami udało mi się kupić soloną lub wędzoną rybę, albo na pół zmarzniętych ziemniaków, ale też nie za każdym razem.

Wspomniałam wcześniej, że od urodzenia byłam cichym, potulnym dzieckiem, a tutaj w tych warunkach, bardzo szybko się zmieniłam. Nie było mi dziwne wystawanie w kolejkach, czy pokonywanie odległości w czasie tych okropnych mrozów do miasta w nadziei, że może sprzedam jedną z sukienek mamy. Sprzedając, musiałam trzymać sukienkę aż dostałam do ręki pieniądze. Zazwyczaj udawało mi się kupić ziemniaków, ogórków albo zmarzniętej kapusty. Tylko raz udało mi się kupić małych ciasteczek. Jaka to była wtedy radość! Gdyby nie te sukienki mamy, które ten żołnierz wrzucił wtedy na sanie, na pewno pomarlibyśmy z głodu. Nie mogę sobie teraz wyobrazić, jak ja wtedy jako dziecko mogłam stać w kolejce pół nocy by coś kupić, a często nie kupiłam nic.

Jak już wszystko wysprzedaliśmy, pozostał jedynie ojca piękny zegarek kieszonkowy. W tamtych czasach mężczyźni nosili takie zegarki na złotych łańcuszkach, przypiętych do pętelki w kamizelce, żeby tego zegarka nie upuścić, bo wtedy mógłby się uszkodzić. Ofiarowałam się pójść i sprzedać ten zegarek, ale ojciec myślał, że jestem za mała i mogą mnie oszukać. Poszedł sam. Po jakimś czasie przychodzi ze spuszczoną głową. Ktoś chciał ten zegarek zobaczyć, więc ojciec dał mu do ręki, a ten z zegarkiem uciekł.

Ten spryciarz tak szybko się ulotnił z tym zegarkiem, a była to dla nas ostatnia rzecz do spieniężenia. Od tego czasu pozostały nam jedynie zarobione ruble, ale aby je otrzymać musiałam stać w kolejkach. Żaden z robotników nigdy nie otrzymał pełnej, należnej zapłaty. Było dobrze, jeśli dostał połowę. Jak przyszłam ze szkoły, to musiałam szybko biegnąć i stać przy okienku w nadziei, że może dostanę kilka rubli. Górnicy zazwyczaj po skończonej zmianie pchali się do tego okienka. Byłam mała i zazwyczaj wciskałam się między nogami tych ludzi i w ten sposób byłam bliżej okienka. Pewnego razu już wsadziłam rękę do okienka, a kasjerka zamykając okienko przytrzasnęła mi rękę. Krzyknęłam z bólu a kasjerka ponownie otwarła okienko i widząc mnie płaczącą dała mi kilka rubli więcej. Tych pieniędzy było zawsze za mało na kupno czegoś, ale żywności w sklepie też było niewiele. Pomimo tych wszystkich trudności jakoś radziliśmy sobie. Na szczęście nasz ojciec był zawsze zaradnym i czasami przynosił nam kawałek chleba albo solonej ryby. Ja musiałam chodzić do szkoły, i to dosyć oddalonej, często głodna. Zawsze lubiłam szkołę, nawet teraz, pomimo tak ciężkich warunków, uczęszczałam, a nawet bardzo szybko nauczyłam się języka rosyjskiego. Dawniej zawsze lubiłam czytać książki, ale teraz nie było książek ani czasu na czytanie. Pracowaliśmy wszyscy ponad siły i często kładliśmy się spać głodni. W kopalni nie było ustalonych godzin i ludzie musieli pracować aż „stójka” zadecydował, czy czas iść do domu. Zima dawała się wszystkim we znaki. Minus 40 stopni Celsjusza było normą; nie mieliśmy odpowiedniego ubrania dostosowanego do tak surowego klimatu. Po wodę trzeba było iść przeszło kilometr z wiaderkiem, by przynieść tej zamarzniętej wody, a nawet czasem ręce przymarzały do wiaderka. Brakowało ciepłych butów, skarpet i rękawic. Pierwszej zimy w tym ”raju” zachorowałam na zapalenie płuc. Nie było doktora ani żadnych lekarstw.

goniec.net

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 21 wrzesień 2018 05:23

Byłem w Polsce (24)

Braniecki1918 01Ale przepraszam, bo daleko odbiegłem od tematu! Jak zwykle gubię się w dygresjach, ale czasami nie mogę sobie odmówić trochę szerszego spojrzenia na fakty.
A fakty były takie, że byliśmy zachwyceni Wybrzeżem!

Kiedyś sądziłem, że najlepiej podróżować późnym listopadem, albo na przełomie lutego i marca, ale wygląda na to, że wielu myśli podobnie i na przykład Trójmiasto o każdej porze roku jest pełne ludzi. Nie ma czasu na nudę.

Cóż z tego skoro znowu musieliśmy pędzić z powrotem do Warszawy, bo sprawy wołały.

A wołały dlatego, że z mamą nie tylko nie było lepiej, ale wręcz gorzej bo gips na ramieniu ciążył jej jak kajdany i pogłębiał depresję i tęsknotę do śmierci.
Co można zrobić? Znowu próbowałem rozmawiać z lekarzem, ale wynik był taki jak poprzednio.

-Czy ma pan postanowienie o ubezwłasnowolnieniu mamy?

-Nic podobnego.

-No widzi pan. Mama decyduje o sobie.

-Naturalnie, ale widzi pan, że nie może mówić, a gips jest dla niej niepotrzebną torturą. Czy nie można by założyć bardziej ludzkiego usztywnienia?

Coś mi się przypominało, że widziałem takie usztywniające rękawy w Kanadzie, ale nie byłem pewny. Chodziło nam głównie o ulżenie starej osobie.

Lekarz zareagował tak jak poprzednio.

-Z medycznego punktu widzenia gips jest niezbędny!

A mama cierpiała.

Przypomniała mi się w związku z tym pewna historia.

Miałem kiedyś kolegę, który był dobrym kardiologiem i miał ojca - nałogowego palacza. Ojciec miał już blisko dziewięćdziesiątki, ale palił jak smok - jeden od drugiego.

Jego domowy lekarz wywarł na niego presję, żeby rzucił palenie, ale ten, chociaż starał się iść za tym wskazaniem, męczył się przeokropnie. Syn -kardiolog przyjechał na święta, zbadał ojca, popatrzył na jego mękę, podał mu paczkę papierosów i powiedział:

-Niech sobie tatuś zapali!

-Synku, ale mój lekarz powiedział, że...

-Proszę o tym nie myśleć! Proszę sobie spokojnie zapalić!

Ojciec zapalił i był najszczęśliwszym człowiekiem na świecie! Umarł w parę lat potem na uwiąd starczy. Umierając kazał sobie zapalić papierosa i syn-kardiolog zrobił to spokojnie i bez wahania.

-Dziękuję Bogu, że dał mi takiego synka!

To były jedne z ostatnich słów szczęśliwego staruszka.

Zakazy, nakazy, kilogramy wmuszanych lekarstw i całe to “pastwienie się” nad starymi ludźmi zawsze było dla mnie zagadką!

Piszę te moje polskie refleksje na bieżąco i często gęsto nie sprawdzam tego co napisałem parę dni wcześniej. Wiem, że czasami obiecuję “wrócić do tego później”. Dziś chcę nawiązać do jednej z tych obietnic.

Zanim to jednak zrobię jeszcze dwa słowa o gipsach, lekarstwach i lekarskim podejściu do starych ludzi. Niezależnie od moich opinii, trzeba przyznać, że w ogromnej większości lekarze są wspaniałymi ludźmi. Zrozumiałe jest, że mają swoje przepisy i muszą się ich trzymać a moje opinie są w tej materii bardzo subiektywne. Ale taki już jestem.

Mnie się wydaje, że z mlekiem matki wyssałem pewną awersję wobec lekarzy. Moja mama nigdy nie chodziła do lekarza, troje dzieci urodziła w domu i nie pamiętam żeby się na coś skarżyła. Jasne, że zdarzało się jej chorować, ale jakoś sama dawała sobie z tym radę.

Chyba podobnie jest ze mną, jakkolwiek wiele razy spotkałem się z zarzutami, że “mówię jak ciemny chłop ze wsi”, albo że jestem “hipokrytą”, bo chodzę na przykład do dentysty itp.

Wszystko to prawda, niemniej moja niechęć do lekarzy pozostaje niezmieniona. Co ja na to poradzę? Proszę mnie mieć za wytłumaczonego!

A teraz wracam do rzeczy.

Szczerze powiem, że prędzej bym się wywozu na Sybir spodziewał niż tego, że będę “zagranicznym” turystą we własnym kraju.

W gruncie rzeczy nie planowałem żadnej emigracji. Tak się po prostu ułożyło. Co prawda miałem kiedyś małe ciągotki wyjazdowe, ale jakoś minęły. To było w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych kiedy przy jakiejś okazji znalazłem się na Zachodzie i sprawy zaczęły zmierzać w kierunku pozostania tam na stałe. Coś tam zaczęło kiełkować. Szybko to jednak porzuciłem, wróciłem do domu i z przyjemnością zanurzyłem się w entuzjazm nowego. To nowe to był głęboki oddech po gomułkowskiej szarości.

Gierek przynosił świeżość spojrzenia. Tak to wtedy widziałem i czułem.

Przypominają mi się tutaj wspomnienia dość znanego, po wojnie, działacza gospodarczego Henryka Różańskiego, który w pierwszych powojennych latach był rewindykatorem polskiego mienia zagrabionego przez Sowietów. A była tego nieprzeliczona ilość.

Całe fabryki, parki maszynowe, tabory kolejowe i wszystko co mogło mieć wartość było wywożone do Związku Sowieckiego.

Sowieci argumentowali, że biorą mienie poniemieckie, które należy się im jak psu kość, ale w wielu przypadkach kradli nasze, polskie, bez oglądania się na racje. Różański walczył o to zębami i pazurami. Oczywiście na tyle na ile mu pozwolono.

W swoich wspomnieniach pisze tak:

“Przedstawiam wydarzenia tak, jak je odbierałem, przeżyłem i zapamiętałem... Odzwierciedlają więc one mój punkt widzenia i to taki, jakim był wtedy gdy się rozgrywały. Nie poddaję ich żadnej korekcie z punktu mojego dzisiejszego widzenia pewnych spraw”.

I ja też - podobnie jak on - piszę o pierwszej połowie dekady lat siedemdziesiątych tak jak ją wtedy widziałem, a widziałem ją jako dobrą. Dobrą i obiecującą.
Tak dla Polski jak i dla mojego pokolenia.

Mało tego. Byłem dumny z tego, że buduje się Trasę Łazienkowską, Zamek Królewski, Hutę Katowice i tyle innych. Zresztą nie tylko to. W sumie wszyscy, którzy wchodziliśmy wtedy na rynek pracy byliśmy pełni energii i zapału. Chcieliśmy robić kariery, urządzać się i po prostu dobrze żyć. A czy mogło być inaczej?
Jednak w drugiej połowie dekady, a dokładniej po czerwcu 1976 zrozumiałem, że jestem jak biedny, otumaniony chomik, który w swoim obłąkańczym biegu w plastikowym kółku, nie dociera do żadnego celu.

Spotykałem się wtedy z moimi kolegami i rozmowom i dyskusjom nie było końca, ale czuło się, że wielu z nas opadły skrzydła i “świeżość poranka” należy do przeszłości. Wtedy też zaczęło się mówić “ten kraj”.

“Ja w tym kraju na pewno nie będę sobie życia marnował!” - słyszało się tu i tam.

Inna rzecz, że to już było parę lat po skończeniu studiów i ten i ów zdążył się jakoś urządzić, mieszkanko umeblować, fiacika kupić, a co najważniejsze miał żonkę jeśli nie w pierwszej, to w drugiej ciąży.

Niektórzy złapali wiatr kariery w żagle i parli do przodu.

I to był czas życiowych decyzji. Jechać, nie jechać.

No więc wyjechaliśmy. Chcieliśmy zacząć inny etap. W nowym środowisku, nowym kraju i nowym systemie.

Pierwszy raz przyjechałem na małą wizytkę do Polski po długim, prawie dwudziestoletnim okresie, ale ten czas był dla mnie bez porównania dłuższy niż ilość lat! To było tak jakbym przekroczył całą epokę! Ostatecznie wracałem do kompletnie innego kraju, który teraz należał do NATO a nie Paktu Warszawskiego, do Unii Europejskiej, a nie RWPG, gdzie obowiązującym systemem była gospodarka wolnorynkowa, a nie scentralizowana planowa i tak dalej!

To był przeskok, który zatykał dech w piersiach!

Moje ostatnie przyjazdy były już łagodniejsze, bo wiedziałem czego się trzymać i oczekiwać, ale ten pierwszy był prawdziwym wstrząsem.

Dlatego moje polskie wspomnienia muszą objąć także i tę pierwszą wizytę, która trwała zaledwie pięć dni, ale chyba najbardziej utkwiła mi w pamięci.

Chodziłem wtedy warszawskimi ulicami jak szalony, bo w ciągu tych krótkich dni chciałem zobaczyć jak najwięcej. I właśnie wtedy - najzupełniej przypadkowo - natknąłem się na Stanisława Manturzewskiego, którego poznałem wiele lat wcześniej, prowadziłem z nim podówczas ożywione rozmowy i dyskusje.

Ten Manturzewski był interesującym człowiekiem, dużo starszym ode mnie. Wspominałem go trochę wcześniej przy okazji opisywania mojej wędrówki po Starówce. Obiecałem, że napiszę jeszcze o nim. No więc mimo różnicy wieku byliśmy na ty. Trochę socjolog, trochę reżyser, scenarzysta, pisarz. Nakręcił parę filmów.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 14 wrzesień 2018 08:30

Byłem w Polsce (23)

Braniecki1918 01Prawdę mówiąc, mieszkałem wtedy nie w Sopocie, lecz we Władysławowie, i do Sopotu dojeżdżałem kolejką, ale w czasie weekendów zostawałem aż do poniedziałku rano i najwcześniejszym pociągiem wracałem do Władysławowa. 

        Uczestniczyłem wtedy w kursie językowym zorganizowanym przez Szkołę Nauki Języków Obcych „Lingwista”, którą prowadziła pani Zofia Bastgen. W tamtym czasie była dość znaną tłumaczką, pisarką i felietonistką. Zapisałem się na trzy kursy, w wyniku czego spędziłem tam wtedy sześć tygodni i, szczerze mówiąc, nie żałowałem. Atrakcji było co niemiara, bo kursy były koedukacyjne, czasu było sporo, plaża całkiem ładna, no i mieliśmy zupełną swobodę wyjazdów do Trójmiasta. Był tylko jeden warunek, a mianowicie taki, że nawet poza codziennymi lekcjami trzeba było, między sobą, mówić w obcym języku. Kto był na francuskim, to po francusku, a kto był na angielskim, to po angielsku. 

        Może bym nawet na te wakacyjne kursy nie pojechał, bo ostatecznie kto sobie chce rujnować wakacje, ale uległem namowom ojca i raz jeszcze powtórzę – nie żałowałem! Ani przez sekundę! 

        Nie ulega kwestii, że obecność dziewczyn była najważniejsza. Nauka i owszem, ale wszystko to rozmywało się jakoś na wieczornych potańcówkach, wyjazdach do Non-Stopu i na plaży. 

        Tuż obok był sportowy ośrodek Cetniewo, gdzie akurat nagrywano film „Bokser” z Danielem Olbrychskim, Leszkiem Drogoszem, Lutkiewiczem i całą plejadą ówczesnych aktorów. Chodziliśmy więc tam wieczorami trochę popatrzeć, a trochę dla samych spacerów, bo przecież wiadomo, że nie ma nic piękniejszego niż „morza szum, ptaków śpiew...”.

        Jednym z naszych nauczycieli, który uczył nas angielskiego, był przeciekawy człowiek – Karol Mortimer – poliglota. To był starszy mężczyzna, który miał niebywałe zdolności językowe, bo biegle mówił coś sześcioma językami – z tym że angielskim lepiej niż polskim. Urodzony w Anglii – z matki Polki i ojca Anglika – na naszym kursie zastępował nauczyciela, który akurat zachorował. On sam nie miał nic wspólnego z nauczaniem, tyle tylko, że doskonale mówił po angielsku. Czasem trudno w ostatniej chwili znaleźć zastępstwo, więc wzięto go trochę „z przypadku”. Pani Bastgen nie chciała czy nie mogła odwoływać zaplanowanych kursów, więc postarała się o takie zastępstwo. 

        I ten przypadek okazał się czystym błogosławieństwem, bo pan Karol był niesłychanie ciekawym człowiekiem, a przede wszystkim doskonałym lektorem. Nie można było sobie wyobrazić lepszego! Miał chyba wrodzoną kapitalną zdolność uczenia i nawet największe nudziarstwo, jakim jest gramatyka, w jego wydaniu wydawało się interesujące. Wiele razy powtarzał, że znajomość języków była jego największym kapitałem, a nawet zdarzyło się, że parę razy uratowała mu życie. Przytaczał różne przykłady, głównie z czasów wojny, nie tylko tej wielkiej, światowej, w czasie której walczył w Afryce, ale także z czasów późniejszych, bo jak się okazało, brał udział w zapomnianych konfliktach, w których zaangażowana była Wielka Brytania, a gdzie on był potrzebny jako tłumacz. 

        Jego opowiadania mogły stanowić kanwę dla filmu lub książki, a przedstawiał je piękną angielszczyzną, akcentując to, co z punktu widzenia nauki języka było istotne. 

        W pewnym sensie przypominał mi mojego dziadzia, który zawsze powtarzał, że znajomość języków jest jednym z najważniejszych elementów edukacji dziecka. Tak był zresztą sam wychowany.

        Właśnie dzięki tej znajomości języków, po katastrofie 1939, kiedy to niezwyciężona Armia Czerwona wkroczyła na teren jego podolskiego gospodarstwa i pozbawiła wszystkiego, co posiadał, utrzymał jakoś głowę na powierzchni wody, a po wojnie mógł zarobić na utrzymanie rodziny.

        Wakacje we Władysławowie miały jednak jedną dość przykrą wadę, a mianowicie tę, że nad całym miasteczkiem unosił się paskudny zapach produkowanej gdzieś w pobliżu mączki rybnej. Gdy jechało się w kierunku Helu, zapach mijał.

        Teraz, w czasie naszego ekspresowego wypadu z Warszawy, nie mogłem nie pojechać w te strony. Ku mojemu ogromnemu zadowoleniu fetor mączki rybnej zginął, ale wraz z nim zginęło także wiele znajomych miejsc, bo wszystko zarosło, nowe domy zmieniły wygląd ulic i nawet plaże wyglądały inaczej. Zupełnie inaczej niż w Sopocie.

        Jechaliśmy z moją Żoną wzdłuż półwyspu, aż na sam „koniec Polski”, gdzie wokół cypla wody otwartego Bałtyku wlewają się do Zatoki. Mimo mojego „południowego” pochodzenia morze zawsze miało dla mnie ogromnie dużo czaru, który wzmagał się, gdy czułem zapach nasączonego smołą drewna. Ten zapach kojarzył mi się z portem, zacumowanymi statkami, dalekimi rejsami i czarem wyrwania się w daleki świat!  W takich momentach stawałem się jednym z bohaterów mojej ukochanej książki Stevensona „Wyspa skarbów”. Byłem więc Billym Bonesem albo Długim Johnem Silverem czy Israelem Handsem, walczyłem na noże na skwarnych Wyspach Żółwich, piłem rum i w ogóle byłem piratem szukającym skarbów.

        Jakby na moje specjalne zamówienie właśnie na Helu zdarzyło mi się usłyszeć zapomnianą historię, która w swoim czasie elektryzowała prawie cały świat. W czasie dobrego lunchu w restauracji – nomen omen – „Captain Morgan” rozmawialiśmy z jednym ze stałych bywalców, który opowiadał o gdyńskim porcie. Wśród wielu wspomnień przypomniał całkiem niedawną wizytę wycieczkowego statku MV „Aurora”, który wcześniej nazywał się „Stockholm” i był jednym z uczestników głośnego zatonięcia statku „Andrea Doria”. Statku wyładowanego dziełami sztuki. I oto dowiedziałem się, że zatonięcie „Andrea Dorii” miało miejsce właśnie po zderzeniu ze „Stockholmem”! A do tego wszystkiego ta słynna katastrofa miała miejsce dokładnie w czasie mojego pierwszego pobytu w Sopocie w 1956 roku, co ostatecznie nic nie znaczyło, ale miło zagrało w mojej wyobraźni.

        Jeśli przyjąć, że miarą cywilizacyjnego rozwoju są ubikacje, to Hel z całą pewnością zmieściłby się w czołówce. Tam bowiem ubikacje są super i wydaje się, że stanowią ważną część miejscowej gospodarki. To jest znakomity biznes, panuje zdrowa konkurencja, reklamy i ogłoszenia są kuszące, ale jednocześnie łagodne, delikatne, a nawet wytworne. 

        „Zapraszamy na chwilkę relaksu! Nasze ubikacje lśnią czystością!”

        Albo:

        „Tu zrobisz tanio!”.

        Albo:

        „Posiedź z nami!”.

        Idąc ulicą, czyta się je z przyjemnością i ogromnym poczuciem bezpieczeństwa. Zresztą żadna z tych reklam nie jest przesadzona. Ubikacje są czyściuteńkie, przytulne i nieustannie odświeżane.

        Jakaż niebotyczna różnica pomiędzy nimi a tą nieszczęsną kloaką na jarmarku w Białej Podlaskiej w 1968 roku, o której pisałem przy okazji wspominania mojej pielgrzymki do Kodnia.

        Ale co ja tu mówię o Białej sprzed pięćdziesięciu lat? Weźmy na przykład rzymską Bazylikę Santa Maria Maggiore! Jakkolwiek by było Bazylikę Większą!  Tamtejsza ubikacja doprowadziła mnie swego czasu do łez! Wyrywam się z tłumu wiernych, bo muszę! Biegnę w panice do kruchty, pytam o ubikację – nikt nic nie wie! Wreszcie ktoś pokazuje – o tak – to tu – w dole. Zbiegam schodami prawie do katakumb, a tu jedna ubikacyjka i długa, koedukacyjna kolejka! A po wejściu? Otwór w posadzce!!! I to nie było przed wiekami, tylko raptem parę lat temu!

        I jeszcze inny kwiatuszek. Studencki akademik w Leningradzie w 1970 r., gdzie zdarzyło mi się być na miesięcznej praktyce. O, tam stanąłem twarzą w twarz z czymś zupełnie nieznanym! Otwarte kabiny! Nie ma drzwi! Co? Jak? Dlaczego? Przecież fundamentem naszej kultury są zamknięte drzwi ubikacji!!! A jednak! A do tego – zamiast toaletowego papieru – na wbitym w ściankę gwoździu parę kartoników lub kawałków grubej gazety, która przy dotknięciu brudziła farbą drukarską. 

        Szło się wzdłuż tych otwartych kabin, dyskretnie odwracając wzrok od siedzących tam ludzi. Czasem coś się jednak widziało. Jedni wczytywali się w zawieszone skrawki gazet z takim skupieniem, jakby czytali najciekawszy romans, a nie fragment sprawozdania z partyjnego posiedzenia komitetu obwodowego, inni machali ręką – niby to z pozdrowieniem, a jeszcze inni mówili wesoło „Zdrawstwujtie! Kak dieła?”.

        Jak higienicznie zakończyć posiedzenie kartonikiem? Albo ociekającą drukarską farbą gazetą? Oto jest pytanie na miarę rozwoju światowego mocarstwa!

        I jeszcze coś smaczniejszego. Ciemna ubikacja! Bywają takie, szczególnie wtedy, gdy zepsuje się jakiś włącznik, stycznik czy coś innego, co powoduje, że światło włącza się dopiero po zamknięciu za sobą drzwi. Wchodzi się, a tu kompletna ciemnia, w której nie widać własnej ręki. 

        Miałem parę takich zwariowanych sytuacji w życiu i każda z nich doprowadzała mnie do klaustrofobicznej paniki! Jeszcze gdy – nie daj Boże – tych zamkniętych drzwi nie można otworzyć, bo w ciemności nie można wymacać zamka, albo ręce trzęsą się ze zdenerwowania, to po prostu wpadam w szaleństwo. W takich chwilach tracę zdolność racjonalnego rozumowania i zdarzyło mi się kiedyś wyłamać całe drzwi z futryną! Ile człowiek ma siły w momencie panicznego lęku, to wyobrażenie przechodzi. Kosztowało mnie to wtedy ładną sumkę i nie pomogły protesty! Drzwi trzeba było wymienić. 

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 07 wrzesień 2018 09:18

Byłem w Polsce (22)

Braniecki1918 01Dobrze się stało, że śpieszyliśmy do Warszawy, bo mama złamała rękę i była w szpitalu na badaniu i założeniu gipsu. Jak można złamać rękę, leżąc w łóżku?

Okazuje się, że można, i to dość łatwo. Wystarczy uderzać przedramieniem w poręcz łóżka. W nocy, podczas jakichś gwałtownych, niekontrolowanych ruchów rękami wystarczył moment i kość, a raczej kosteczka krrrak i koniec!

Zdążyliśmy przyjechać do szpitala.

– Gips? Po co gips? Czy nie wystarczy jakieś usztywnienie?

– Nie, nie wystarczy!

– A może jednak, przecież to jest chudzielinka, kosteczki jak zapałki! I na to wszystko ciężki gips?

– Proszę pana, czy ma pan medyczne wykształcenie?

– Nie, jestem emerytowanym kierowcą.

– Emerytowanym?

– No, tak...

– Proszę pana, czy ja panu mówię, jak prowadzić ciężarówkę? No właśnie!

Ile ja takich rozmów odbyłem w życiu??? Milion? Dwa Miliony? Zawsze dochodzi do tego pytania! Czy jest pan lekarzem?

Ale mama była spokojna. Co prawda nie mówiła, ale widać było, że godzi się z losem. I o dziwo – w parę dni po powrocie ze szpitala zauważyliśmy, że jest w trochę lepszej formie i chce coś powiedzieć. To nie było tak od razu, ale po dłuższej chwili, z ruchu ust zrozumieliśmy:

– Chcę umrzeć...

Tego dnia wracaliśmy z Domu Opieki naprawdę przygnębieni. Likwidowany dom był pusty i zimny. Coraz więcej rzeczy, mebli, ubrań i całego domowego sprzętu oddawaliśmy sąsiadom, znajomym, albo wręcz wyrzucaliśmy do kontenerów przeznaczonych na używaną odzież i dom coraz szerzej odsłaniał swoją starość.

Miejsca po zdjętych obrazach, zepsute zamki, futryny, zacieki na ścianach... Siedzieliśmy w kuchni, pijąc herbatę, żeby chociaż trochę poczuć się przytulniej, ale to nic nie pomagało.

Niemniej na razie trzeba było siedzieć na miejscu i zobaczyć, jak się sprawy rozwiną.

I w czasie tych dość smutnych i ponurych dni przyszło mi do głowy, czy nie wyskoczyć by na małą chwilę do Sopotu!

A Sopot miał dla mnie zawsze ogromnie dużo uroku! Zresztą dla kogo nie miał?

Dla kogo nie miał?! Ileż „historii jednej znajomości”? Ileż wspaniałych wakacyjnych wspomnień, przeżyć i zakochań?

„Złota plaża pośród drzew...”.

Mając to wszystko na uwadze, jakiś czas po naszych eskapadach na południe, tym razem wybraliśmy się na północ – nad Bałtyk! Pojechaliśmy do Sopotu piękną drogą przez Płońsk, Sierpc aż prawie do Torunia, a potem już wielką autostradą A1, po której prowadzić auto było czystą rozkoszą. Jeszcze raz przekonywałem się, że w którąkolwiek by stronę w Polsce pojechać, to wszędzie jest pięknie. Być może o każdym kraju można tak powiedzieć, ale mimo to zawsze będę powtarzał, że polskie krajobrazy mają coś miłego i domowego. I trzeba być Polakiem, żeby to czuć i tak to odbierać. Jednym słowem, Polska to piękny kraj! Tout court!

A teraz Sopot! Byłem tam kilka razy i z każdego pobytu wyniosłem mnóstwo wspaniałych wspomnień.

Pierwszy raz w lecie 1956. Naturalnie z rodzicami. Młody chłopak, który zaniósł nam dość ciężkie walizki z kolejowego dworca do naszego letniego mieszkania na Morskiej 7, wziął za to papierowe 2 złote. Bo dwa złote były wtedy w banknocie. Na ulicy stały wtedy gazowe latarnie, które wieczorami zapalał pracownik gazowni. Chodził z długą fajką i zapalał je jedna po drugiej. Włos mi się jeży, gdy to piszę! Czuję się jak jakiś dinozaur, który opowiada o epoce kamienia łupanego! Co najważniejsze jednak, to to, że akurat wtedy otwarto słynne lody „u Włocha”, a prócz tego cały czas tłumnie spacerowano po nieśmiertelnym deptaku Monte Cassino i wszędzie widać było piękne dziewczyny, które co prawda jeszcze mnie aż tak bardzo nie interesowały, ale z całą pewnością zauważałem ich istnienie. Może dlatego, że fascynowały mnie wtedy (zupełnie nie wiem dlaczego) szerokie spódnice z plastikowymi pasami i wszechobecne rybaczki. Miałem wrażenie, że cały czas widzę tylko te dwa ubiory. Moja mama też chodziła w takiej spódnicy.

Wszędzie słychać było piosenki Chóru Czejanda i „Kukurydzę”, którą cały czas grano na plaży. Kto śpiewał tę „Kukurydzę”, nie pamiętam, ale piosenka łatwo wchodziła w ucho i wszyscy ją nucili. Ojciec zabrał mnie dwa czy trzy razy na treningowe gry jakichś wielkich tenisistów, którzy akurat wtedy zjechali do Sopotu, ale to było bardziej przeżycie dla niego niż dla mnie. Co jednak było dużo ważniejsze i dobrze to pamiętam, to echa czerwcowych wydarzeń w Poznaniu. Otóż w tym samym domu gdzie my, mieszkała miła pani, która z dorastającym synem przyjechała tu na wakacje z Poznania, i była tak roztrzęsiona i znerwicowana, że cały czas musiała się uspokajać kawą i papierosami. W rozmowach z moją mamą opowiadała o dramacie Poznania, samowoli milicji, rozruchach i zabitych.

Siadała z papierosem i kawą, zakładała noga na nogę, poprawiała szeroką spódnicę i niesłychanie ekspresyjnie opowiadała. Co jakiś czas patrzyła w swoje odbicie w lustrze, żeby sprawdzić, jak wygląda, trochę dziwnie wydymała wargi i mówiła dalej.

– Ależ proszę pani! Jak oni mogli??? Jak mogli? Do czego to podobne? Strzelać do ludzi, proszę pani? Jak do zwierząt? Co to będzie?

Zaciągała się głęboko, wypuszczała do góry dym i znowu spoglądała w lustro. Pamiętam – miała na imię Lidia i muszę powiedzieć, że trochę mi się podobała. Nie żeby to czy tamto – ostatecznie miałem tylko siedem lat, ale faktem jest, że było w niej coś, co zwracało męską uwagę. Gdy chodziliśmy razem na plażę albo na molo, wielu spotykanych mężczyzn mówiło:

– Dzień dobry pani Lidko!

– Cześć Lidka!

– Kłaniam, kłaniam pani Lidio!

Widać było, że jest lubiana i przede wszystkim dawała się lubić.

Jej opowiadania o Poznaniu dawały dużo do myślenia. Nawet dla takiego smarkacza jak ja. Czuło się idące zmiany, chociaż mój ojciec był bardzo sceptyczny. Co innego pani Lidia.

– Och, żeby tylko przyjęli z powrotem Gomułkę! Tylko on może coś zrobić! – entuzjazmowała się.

A z Gomułką było już wtedy dużo lepiej, bo podobno został zrehabilitowany i czekał na przyjęcie do partii. Akurat to pamiętam z rozmów z ojcem, któremu nieustannie zadawałem jakieś pytania. Podziwiam jego cierpliwość dla mnie, która, jak myślę, brała się z tego, że był ode mnie starszy o czterdzieści lat i miał więcej pobłażliwości, niż gdyby był bardzo młodym ojcem.

Woda w zatoce pełna była kolorowych, cudownych meduz, które wyciągane z wody, traciły swój wspaniały wygląd, a wrzucane z powrotem natychmiast go odzyskiwały. Pamiętam też, jak w czasie kąpieli jednej pani urwało się w kostiumie ramiączko od stanika. Bez skrępowania stała z obnażonym biustem, naprawiając, co było do naprawienia, i korzystając przy tym z pomocy jakiegoś przygodnego pana, który bardzo gorliwie w tym uczestniczył. Dziwna rzecz, że nikt nie robił z tego sensacji i prawdę mówiąc, plażowicze zachowywali dużą delikatność. Co innego ja. Gapiłem się jak urzeczony, bo nagość była dla mnie kompletną nowością! Inna rzecz, że o ile pamiętam, kobieta miała bardzo ładny biust. To były wspaniałe dwa miesiące. Pojechaliśmy też statkiem spacerowym „Mazowsze” na Hel, do Jastarni, i nie wiem już gdzie jeszcze, ale w sumie „to były piękne dni!”

Do Sopotu przyjeżdżałem jeszcze w 1966 i 1976. Co dziesięć lat. I każdy przyjazd niósł nowe wrażenia i jakby oddzielał jeden etap od drugiego. Ten pierwszy, w ‘56, pokazywał mi inny świat – jakżeż różny od tego prowincjonalnego, sielsko-anielskiego zamkniętego w dość ciasnych ramach małego miasteczka.

Ciekawa rzecz, że nasz przyjazd do Sopotu – chociaż o całą epokę oddalony od poprzednich – był do nich niesłychanie podobny. Nigdy nie odczułem czegoś takiego tak wyraźnie. Tak jakbym stamtąd nie wyjeżdżał. Teraz – w 2017 roku – szedłem dokładnie tymi samymi ulicami, widziałem te same domy, balkony, sklepy, a nawet drzewa. Poznawałem wejścia na plaże, oczywiście molo, stare, drewniane wille tonące w ogrodach, deptak Monte Cassino, Grand Hotel i wreszcie lodziarnię „U Włocha”. Doprawdy nie wiem, dlaczego akurat tu – w Sopocie – odczułem to tak wyraźnie. Chyba jednak dlatego, że każdy pobyt był naładowany emocjami, przeżyciami i wrażeniami, które ryły w sercu i głowie trwały obraz. Nie do usunięcia.

Ludzie też byli podobni. Nie było już co prawda szerokich spódnic i kocich okularów słonecznych, a na plaży w miejsce jednoczęściowych kostiumów królowało bikini, ale na Monte Cassino ciągle spacerowały piękne dziewczyny, lody smakowały wybornie, a Grand Hotel górował nad wybrzeżem.

Widziałem ten sam Orbis, pod którym w 1966 stałem całą noc w kolejce po bilety na samolot z Gdańska via Warszawa do Rzeszowa. Inna rzecz, że nie była to znowu wtedy taka wielka ofiara, bo byłem po tańcach w Non-Stopie, piłem piwo i czekałem w wesołym gronie. W osławionym Non-Stopie grały „Czerwone Gitary”. To był ich pierwszy sezon w tym klubie i młodzieży było mnóstwo.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 31 sierpień 2018 10:50

Byłem w Polsce (21)

Braniecki1918 01W Polsce czcimy wiele Matek Boskich. Taka to już nasza tradycja i taki katolicyzm. Tacy jesteśmy. Częstochowska, Ostrobramska, Fatimska, Kozielska, Jazłowiecka... Kto by je zliczył?! Jeśli chodzi o mnie, to od tego pamiętnego świtu nad Bugiem moją Matką Boską została właśnie ta – Kodeńska. 

Kodeń nad Bugiem dotyka nieomal granicy państwa. Wtedy, w 1968, za rzeką rozciągał się Związek Radziecki. „Kumunizm i bezbożny ateizm”, jak mówił Władysław Gomułka. Teraz jest tam Białoruś, czy raczej jak pisał Konwicki, Dobroruś – kraj dobrych ludzi...

        PKS z Białej wlókł się jak ślimak, robił długie przystanki, a raz nawet złapał gumę i to naprawianie zabrało przeszło godzinę. Na miejsce dojechaliśmy dopiero pod wieczór. Nie wiem, jak jest teraz, ale wtedy Kodeń to była wieś z kościołem. To wszystko. Żadnego hotelu czy schroniska. Kierowca autobusu poradził mi pójść do sołtysa, więc poszedłem. Sołtys mieszkał w zwykłej chałupie, gdzie za ścianą słychać było przeżuwającą krowę, a mieszkanie składało się z kuchni i izby sypialnej. Powiedziałem mu, że przyjechałem zobaczyć obraz. 

        – Obraz jest, a jakże, ale gdzie ty teraz po nocy znajdziesz mieszkanie? 

        Musiałem zrobić trochę głupio-bezradną minę, bo chwilę się zastanowił i powiedział:

        – Przenocuj u mnie. 

        No więc zostałem, bo w rzeczywistości nie miałem wyboru. Zastanawiałem się tylko, gdzie będę spać, bo oprócz stołu, paru zydli i wielkiego pieca nie widziałem żadnego łóżka. 

        – To gdzie się mogę położyć? – spytałem grzecznie.

        – A właź na piec. Babka się posunie. A tam przy drzwiach wisi kożuch, to go weź, żebyś nie zmarzł. 

        Babka ma się posunąć? Jaka babka? Nic jednak nie powiedziałem. Nie rozbierałem się. Zdjąłem tylko buty i sięgnąłem po kożuch, ale prawie od razu dałem sobie spokój. Kożuszysko było przesiąknięte zapachem obory i kurzego łajna tak głęboko i intensywnie, że aż mnie zatkało. Na piecu spała babka, to znaczy staruszka zakutana w jakieś chusty i przykryta pierzyną. Zajmowała prawie cały piec, ale popchnąłem ją trochę i przycupnąłem na wolnym skrawku. Babka zamruczała coś, chrapnęła i to w zasadzie wyczerpało nasze wzajemne kontakty. Dobrze, że nie wziąłem tego śmierdzącego kożucha, bo na piecu był cieplarniany mikroklimat. Wary uderzyły we mnie z taką siłą, że przez moment zlękłem się, czy krew nie tryśnie mi oczami! Zdaje mi się, że tak właśnie czują się kobiety w czasie menopauzy, ale ostatecznie co ja wiem?!  W każdym razie płonąłem! Leżałem na bardzo ciepłej, żeby nie powiedzieć gorącej powierzchni pieca, babka grzała mnie z jednej strony, a niskość powały sprawiała wrażenie, że siedzę w piekarniku!  Pomimo to zasnąłem. Zbudziłem się o czarnym świcie. Mogła być trzecia, może trochę wcześniej, ale zdecydowałem, że muszę wyjść. Mroźne powietrze ocuciło mnie tak skutecznie, że wspomnienie upalnej nocy ze staruszką przy boku odpłynęło jak senna mara. 

        Kościół był naturalnie jeszcze zamknięty, więc poszedłem nad Bug. To był wspaniały czas. Parę godzin fantastycznej ciszy i spokoju. Właśnie tego szukałem. Jeszcze przed wyjazdem myślałem o Tyńcu, Częstochowie czy Kalwarii Zebrzydowskiej, ale potem „Błogosławiona wina” zaszła mi tak głęboko w serce, że zdecydowałem o Kodniu. Tak jak ogromna większość Polaków byłem przecież wychowany po katolicku. Mogę nawet powiedzieć, że mój rodzinny dom był ultrakatolicki! Nie mieściło mi się w głowie, że ktoś może być niewierzący. Nie zapomnę, gdy jako czternastoletni chłopak usłyszałem, że jeden z moich kolegów jest ateistą, po prostu zaniemówiłem! To był dla mnie szok, który pamiętam do dziś. 

        Wrócę do tego, ale na razie chcę powiedzieć, że przełom 1967 i 68 roku był dla mnie dość dziwny i stąd wzięła się myśl, żeby oderwać się od wszystkiego i spędzić parę dni w „oderwaniu od świata”. Jak się potem okazało, nie byłem jedyny. Mój dobry przyjaciel ze studiów zamknął się w jakimś klasztorze na pół roku. Wziął urlop dziekański i zniknął. W rzeczywistości sprawa była i jest banalnie prosta. Po prostu zdarza się, że przychodzi moment, kiedy ma się dość picia, wariactwa, nocnego życia, spania do wieczora, przypadkowych znajomości, totalnego bałaganu i chce się odpocząć. Chce się poukładać, wyczyścić, odetchnąć, odpokutować i jak to się czasem mówi, „odrodzić na nowo!”. Kodeń miał być dla mnie taką właśnie ekspiacją. I ten lodowaty, marcowy świt nad Bugiem stał się nią dla mnie! 

Nie było mi zimno, nie czułem żadnego zmęczenia, moje myśli toczyły się spokojnie, równo i niesłychanie klarownie. Patrzyłem na ciemną wodę i szarzejące niebo. Zimny wiatr chłodził mnie w jakiś dziwny, niezwykle odświeżający sposób. Miałem wrażenie, że Matka Boska Kodeńska gładzi mnie delikatnie i oczyszcza z niepokojów. 

        W Polsce czcimy wiele Matek Boskich. Taka to już nasza tradycja i taki katolicyzm. Tacy jesteśmy. Częstochowska, Ostrobramska, Fatimska, Kozielska, Jazłowiecka... Kto by je zliczył?! Jeśli chodzi o mnie, to od tego pamiętnego świtu nad Bugiem moją Matką Boską została właśnie ta – Kodeńska. 

        A potem spędziłem długi, spokojny czas przed obrazem, a po wyjściu z kościoła zostałem zatrzymany przez uzbrojony patrol Wojsk Ochrony Pogranicza. Przewieziono mnie na placówkę WOP-u i poddano dość szczegółowej rewizji. Kto, co, dlaczego tutaj, skąd jadę, jaki jest mój „prawdziwy” cel pobytu w strefie przygranicznej itd. Pytania, pytania i wreszcie długi protokół i długie godziny oczekiwania na jakiś telefon czy telegram – tego akurat nie wiedziałem, bo pozwalano mi tylko i wyłącznie odpowiadać na pytania. W każdym razie po kilku godzinach zostałem wypuszczony z poleceniem niezbliżania się do rzeki, bo rzeka stanowi obszar graniczny. 

        Wróciłem jeszcze na chwilę do Kodnia, wszedłem na parę chwil do kościoła, żeby popatrzeć na moją Matkę Kodeńską, i poszedłem na przystanek PKS. Spokojnie poczekałem na autobus i wsiadłem w pierwszy, który nadjechał. 

        – Dokąd pan jedzie? – spytałem kierowcy.

        – Na Radzyń!

        Pojechałem więc do Radzynia, a stamtąd do Dęblina i Warszawy. To była dokładnie ta droga, którą jechaliśmy teraz z Lublina do Warszawy. W parę tygodni po tym zdarzeniu dostałem list od mojego ojca, który informował mnie, że milicja wypytywała go o mnie. Chodziło o wyjaśnienie faktu, czy przypadkiem nie jestem szpiegiem. 

        – Powiedziałem im, że nie jesteś – napisał w zakończeniu listu mój ojciec.

        Zgodnie z zapowiedzią, wrócę jeszcze na chwilę do mojego ultrakatolickiego wychowania i szoku, jakiego doznałem, w chwili gdy jeden z moich kolegów powiedział mi, że jest niewierzący. Ten kolega był ode mnie parę lat starszy i w gruncie rzeczy nie mógł się spodziewać mojej reakcji. Jego stwierdzenie padło w potocznej rozmowie – chyba nawet nie na tematy religijne. Mniejsza z tym. W każdym razie siedziało to we mnie. Przede wszystkim nurtowało mnie pytanie, jak to się w ogóle może dziać, że ktoś nie wierzy w Boga. A mieliśmy podówczas bardzo dobrego katechetę, czy może raczej kapelana szkoły. Miał na imię Robert. Oczywiście mówiliśmy do niego „proszę ojca”. Franciszkanin. Znał dość dobrze historię Kościoła i jego lekcje bywały interesujące. Na którejś z nich – a było to w 1966 roku – w jakimś szerszym kontekście powiedział, że nestorem polskich ateistów jest Tadeusz Kotarbiński. Ten rok pamiętam tak dobrze, dlatego że Kotarbiński, o którym jeszcze wtedy nie wiedziałem kompletnie nic, kończył dokładnie 80 lat. Oczywiście tego też nie wiedziałem, ale zaraz po lekcji poszedłem do ojca Roberta na rozmowę i powoli, powoli zacząłem zbierać informacje. Jednocześnie owładnęła mną przemożna myśl, żeby porozmawiać z Kotarbińskim i zapytać go, dlaczego nie wierzy!

        Po jakimś czasie znalazłem w książce telefonicznej adres profesora i poszedłem. Mieszkał na Karowej, trochę poniżej hotelu Bristol. Piękna, przedwojenna kamienica z przestronną klatką schodową. Profesor mieszkał bodaj na pierwszym piętrze. Tuż pod nim – na parterze – zauważyłem na drzwiach tabliczkę „Jan Marcin Szancer”. No, tego to znałem. Lubiłem jego delikatne rysunki, znałem je z wielu książek i bajek dla dzieci. Podszedłem do drzwi profesora i zadzwoniłem. Otworzyła mi służąca i zaraz potem wyszedł profesor. Miałem wtedy siedemnaście lat, ale ku mojemu przeogromnemu zadowoleniu stary profesor potraktował mnie jak równego sobie partnera i powiedział:

        – Rozumiem, że chodzi panu o filozoficzną rozmowę, czy tak?

        – Właśnie tak – odpowiedziałem – gdyby pan profesor zechciał poświęcić mi parę chwil, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 

        I mówiąc to, nie byłem daleki od prawdy. Moja ciekawość była tak paląca, że po prostu nie mogłem sobie wyobrazić, że mogę jej nie zaspokoić!

        – W takim razie zapraszam w środę.

        Byłem w siódmym niebie! Nic jeszcze wtedy nikomu nie powiedziałem, a w środę, cały podniecony, wybrałem się na Karową.

        I ta pierwsza wizyta u profesora Tadeusza Kotarbińskiego rozpoczęła serię naszych spotkań. Raz przychodziłem do niego do domu, innym razem do Pałacu Staszica, gdzie miał swój gabinet, a jeszcze innym razem rozmawialiśmy na ławce w parku. Wszystko to działo się na przestrzeni około dwóch miesięcy i do dziś zachodzę w głowę, jak to się stało, że stary profesor nie znudził się moimi pytaniami i dociekaniami. W każdym razie to były dla mnie przeciekawe spotkania, w czasie których nauczyłem się wielu ważnych rzeczy. Na wiele spraw spojrzałem inaczej. To były wspaniałe lekcje, których nigdy nie zapomnę!

        Profesor już dawno nie żyje. Kolega, który powiedział mi o swoim braku wiary także. Spoczywa gdzieś na dnie Morza Północnego, w którym utonął przy okazji awarii statku rybołówczego. Był oficerem PŻM. Sprawy dawne, ale w mojej pamięci ciągle żywe i świeże, tak jakby się wydarzyły przed paroma dniami.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 24 sierpień 2018 10:36

Byłem w Polsce (20)

Braniecki1918 01Naprawdę żałowałem, że w Lublinie nie mogliśmy zrobić dłuższej przerwy. I nie dlatego, żebym jakoś specjalnie chciał kontemplować mury koszar mojej dawnej jednostki.       

         Mury jak mury – wyglądały mniej więcej tak samo jak przed półwiekiem, ale podobnie jak miejsca w moim rodzinnym miasteczku, też nie wycisnęły łez „z ócz moich”. Chciałem po prostu zostać troszeczkę dłużej i pooglądać przepiękne miasto, pójść na dobry obiad i może spędzić cały dzień, ale cóż – gonił nas czas. 

        Według GPS drogę do Warszawy można niby było zrobić w niecałe trzy godziny, ale od czasu gdy ta globalna nawigacja wpędziła mnie kiedyś do jeziora, bardziej ufałem własnemu nosowi i czułem, że może nam zejść dłużej. 

        Ruszyliśmy, nie zwlekając.

        W Moszczance skręciliśmy na Dęblin, żeby potem kierować się na Otwock, Falenicę i tak dalej, aż do Anina. 

        Ta droga przez Dęblin znowu przypomniała mi dawne czasy, a konkretnie ten sam pamiętny rok 1968 – rok pełny wydarzeń, dramatów i zmian. Inwazja w Czechosłowacji, tragedia polskiego Marca, zabójstwa Martina Luthera Kinga, Roberta Kennedy’ego, wietnamska wojna i w ogóle powszechna kontestacja. 

        To był rok paryskiego maja, krwawych starć w Ameryce, hipisów, wolnej miłości, minispódniczek i długich włosów. To był prawdziwie czas zmian. 

        W tym kontekście historia, którą opowiem, była prawie niczym, ale z drugiej strony, wszystko ma swoją skalę i perspektywę.

        To było pod koniec marca 1968, a dokładnie po mojej pierwszej sesji egzaminacyjnej. Koniec pierwszego semestru! Wtedy to, mając przed sobą prawie dwa tygodnie przerwy międzysemestralnej, postanowiłem pojechać na „pielgrzymkę” do Kodnia. Czułem, że powinienem. Ująłem to słowo w cudzysłów, bo w gruncie rzeczy nie chodziło o to, co się zwykle pod tym słowem rozumie. 

        Byłem wtedy pod wrażeniem pięknej książki Zofii Kossak-Szczuckiej pod tytułem „Beatum Scelus”, czyli „Błogosławiona wina”, o porwaniu obrazu Matki Boskiej Gregoriańskiej przez Mikołaja Sapiehę. 

        Sapieha ukradł obraz z papieskiej kaplicy, przemierzył w szaleńczym tempie pół Europy i dowiózł go do swoich włości na Podlasiu. Obraz słynął cudami i w rzeczy samej zbliżył do wiary wielu ludzi. Sprawa działa się w siedemnastym wieku i rozpętała podówczas ogromną burzę, w wyniku której senator Rzeczpospolitej Mikołaj Sapieha został ekskomunikowany!

        Opis tej ekskomuniki zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zresztą robi do dziś.

        Kossak-Szczucka pisze tak:

        „Z rozkazu kurii rzymskiej obwołano tedy po wszystkich metropoliach, arcybiskupstwach, kapitułach, dziekaniach i najdrobniejszych nawet parafiach wioskowych, że książę litewski Mikołaj Sapieha, przezwiska Pius, herbu Pogoń, Kolumna, Lelija i Lis, comes na Kodniu, wojewoda brzeski etc., jest obłożony klątwą wieczystą i przez Kościół za umarłego uznany. Że wzbronione jest mu Imię Boga, Sakramenty Święte, wstęp do kościoła i obcowanie z wiernymi, a po śmierci w poświęconej ziemi odpoczynek. Nieużyteczne modlitwy niczyje, niedostępna łaska Boża. Że wyłączony jest po wieki ze społeczności chrześcijańskiej – zaś żona jego ma być rozumiana jako wdowa, dzieci jako sieroty, a dom jako pusty!”. 

        To było coś, co się w tamtejszych czasach w głowach ludziom nie mieściło. 

        A jednak Sapieha przetrwał i na koniec wszystko było dobrze. W każdym razie obraz Matki Boskiej wisi do dziś w sanktuarium w Kodniu nad Bugiem i oczywiście wisiał wtedy w 1968, kiedy to pod koniec marca wybrałem się, żeby go zobaczyć.

        Droga przez Dęblin przypomniała mi moją drogę powrotną z Kodnia. Jechałem wtedy przez Radzyń Podlaski, Kock i właśnie Dęblin. 

        W tamtą stronę było jednak inaczej, bo postanowiłem jechać pociągiem z Dworca Wileńskiego. Tak, wiem, że teraz to jest wspaniały dworzec, ale wtedy – przed pięćdziesięcioma laty – należał do najbiedniejszych. Pociągi, które odchodziły stąd w kierunku Hajnówki, Białej Podlaskiej i Terespola, składane były z obskurnych wagonów z wąskimi oknami i twardymi, drewnianymi ławkami. Brudne i zaniedbane. To było coś takiego jak Przemyśl czy Zagórz, o których moja mama mówiła „Azja”!

        – Wiesz – mówiła – na przemyskim dworcu czuje się Azję!

        W osobowym pociągu trasy Warszawa-Hajnówka definitywnie można było mieć takie samo wrażenie. 

        Wyjeżdżałem pod koniec marca. Ponure przedwiośnie, brudny śnieg, przenikliwie zimny wiatr i szum gołych gałęzi drzew sprawiał, że wszystko wyglądało jeszcze gorzej, jeszcze smutniej i beznadziejniej. Jakby tego nie było dosyć, wyjeżdżałem z monstrualnym kacem spotęgowanym paleniem amerykańskich papierosów „Pall Mall”, które dostałem na ciuchach na Skaryszewskiej na Pradze, w ramach rozliczenia za sprzedaną kurtkę. Kiedyś, jak będzie okazja, wrócę do tego pożal się Boże handlowania na Skaryszewskiej, chociaż w istocie rzeczy nie ma co o tym mówić, bo po prostu jak mi brakowało pieniędzy, to wynosiłem na bazar coś z ubrania. W ulicznych bramach w okolicy Skaryszewskiej zawsze było wielu, którzy kupowali i sprzedawali. 

        Potem – w miarę wzbogacania się społeczeństwa – handle ustały, ale wtedy jeszcze miały się znakomicie. Za dość dobrą, amerykańską kurtkę dostałem osiemdziesiąt złotych i paczkę fajek, co nie było tak źle, ale nie było i dobrze, więc zaraz po transakcji poszliśmy z moim przyjacielem Antkiem na późne śniadanie i zeszło nam do wieczora. 

        Wyjeżdżałem na drugi dzień. 

        Z Wileńskiego pociąg jechał przez Łosice do Białej Podlaskiej. Trząsł przepotwornie. Wagony tłukły się na boki, twarde ławki torturowały plecy i w ogóle chciało się wyć, bo tłok był nieopisany i zapachy dalekie od – dajmy na to – francuskich perfum. Straszna beznadzieja związana z powódczanym pragnieniem i niewygodą podróży sprawiały, że dosłownie modliłem się o jakąś stację, na której mógłbym wysiąść, napić się czegoś, zrobić siusiu i po prostu odpocząć. Oczywiście przysięgałem sobie solennie nigdy więcej nie pić! Nigdy! Ani kropli! 

        Na całe szczęście dotarliśmy do Łosic i to się naprawdę bardzo dobrze składało, bo w Łosicach miałem dobrego kolegę ze szkoły. 

        Te odwiedziny spotęgowały mojego kaca tak dramatycznie, że zląkłem się jakiejś spirali śmierci, więc po pożegnaniach i odwiezieniu mnie motorem na przystanek PKS wypiliśmy w sklepie tuż obok po dwa piwa marki „Piwo”. I to był koniec. Przespałem cały odcinek do Białej Podlaskiej. W Białej był jarmark. Czekając na autobus do Kodnia, włóczyłem się trochę tu i ówdzie, jednocześnie gwałtownie szukając ubikacji, która zaczynała być paląco potrzebna. 

        Byłem w wielu publicznych ubikacjach na świecie, ale to, co zobaczyłem wtedy na targowym placu w Białej, przeszło wszelkie moje oczekiwania. Do dziś nie wiem, kto i jak mógł z niej korzystać. Nazwać ją kloaką byłoby dla niej pochlebstwem!

        Na całe szczęście udało mi się uzyskać zgodę fryzjera, który po strzyżeniu-goleniu i położeniu na twarzy zmoczonego gorącą wodą ręcznika, pozwolił mi skorzystać z jego prywatnej ubikacji. Odetchnąłem. Odświeżony i z trochę lepszym nastawieniem ruszyłem do Kodnia. 

        Chciałbym to jeszcze raz powtórzyć: to był 1968 rok i będąc pod wrażeniem różnych wydarzeń, odczuwałem potrzebę tej „pielgrzymko-wycieczki”. 

        Nie umiem tego inaczej wyrazić. Po prostu chciałem się oderwać od codzienności i przeżyć coś głębszego. 

        Innymi słowy, miałem przekonanie, że Kodeń może mi w tym pomóc

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 17 sierpień 2018 08:41

Byłem w Polsce (19)

Braniecki1918 01Ciocia Ela była, jak już powiedziałem, przyrodnią siostrą mojego dziadzia i za czasów mojego dzieciństwa bardzo już stareńka. Mieszkała w przeuroczej willi tonącej w zieleni do tego stopnia, że z ulicy widać było jedynie dach domu. Posesja otoczona była murkiem całkowicie zarośniętym jakimś bluszczem czy powojem. W nigdy nieuprawianym ogrodzie wszystko rosło bez składu i ładu, pleniąc się we wszystkie strony. Ściany domu pokrywało dzikie wino, które wchodziło nie tylko na rynny i dach, ale nawet na komin.

        Wszystko to było stare, zniszczone i w rzeczy samej dochodzące dni swoich. Podobnie było z ciocią Elą i jej współmieszkanką, niejaką panną von Todt, która prawie niewidoma mieszkała z ciocią od wielu lat.

        Historię tych dwóch pań opowiem może kiedyś przy jakiejś okazji, ale na razie muszę powiedzieć o kotach.

        Otóż jako siedmioletni może chłopak znalazłem kiedyś w zimie zamarzającego kotka. Wziąłem go do domu, odchuchałem, nakarmiłem i wywalczyłem dla niego prawo stałego mieszkańca. Nie przyszło mi to tak łatwo, bo spotkałem się z pewnymi oporami ze strony starszych, ale jakoś sprawę przeforsowałem i kotek został. Nazwałem go Kitek. Karmiłem go tak dobrze, że już w lecie tego samego roku Kitek wyglądał jak nie przymierzając czarna pantera z amazońskiej dżungli. Przeciągał się leniwie, rozwalał na dywanie, grzał koło pieca i ze wszystkich jego ruchów i zachowania widać było, że docenia posiadanie obywatelstwa w naszym domu. Zawsze jednak, powtarzam zawsze, był z pewną rezerwą, tak jakby nie czuł się całkiem u siebie, jakby był gościem. Czuło się w nim pewną delikatność, a może nawet elegancję. Ale przyszedł zły czas i Kitek przeniósł się dość nagle do kociego nieba, pozostawiając mnie w takich łzach, że zaczęto się obawiać, czy się czasem w nich nie utopię.

        Z pomocą przyszła właśnie ciocia Ela, która była kociarą co się zowie i wraz z panną von Todt mogły być uważane za kocie papieżyce.

        Łańcucka willa obu pań była bowiem prawdziwym kocim rajem. Panie trzymały ich kilkanaście i co najważniejsze, wszystko o nich wiedziały. Ciocia Ela – potworny krótkowidz – brała koci łeb w obie dłonie, przysuwała do oczu i mówiła:

        – No, kto ty jesteś? Czy to Balcio, czy Kapi?

        Trzeba bowiem wiedzieć, że koci ród mieszkający z paniami był dokładnie zarejestrowany i przedstawiał się tak:

        Protoplastą, którego nie pamiętam, był Saba. Ten Saba wraz z Famą zrodził Mikiego. Miki – stary, ogromny kocur o siwych wąsach – „ożenił się” z Kokunichą i miał trzech synów: Kapiego, Mela i Balcia. Ciocia mówiła, że to są zdrobnienia od Kacper, Melchior i Baltazar, ale jako katoliczka, krępowała się używać pełnych imion. W rzeczywistości koty nazwała tak panna von Todt, która była zatwardziałą luteranką i trochę na bakier z trzema królami.

        Otóż po śmierci mojego Kitka – żeby choć trochę utulić mnie w żalu, ciocia Ela przyjechała do nas z koszykiem, a w koszyku był malutki Jojo – syn Kapiego! Jojo – prawnuk legendarnego Saby, wnuk Mikiego i syn Kapiego, nie miał za grosz tej delikatności, żeby nie powiedzieć elegancji co znaleziony w śniegach Kitek. Nic a nic. Był bezczelny, strasznie samolubny i prawie niesympatyczny. Miał jednak fantastyczną zaletę – fenomenalnie łapał myszy!

        O tym Jojo, a później o trzecim, którego nazwałem Kitek Drugi, mógłbym naprawdę napisać grubą książkę, ale nie o nie tu chodzi, tylko o starą, zarośniętą zielenią willę cioci Eli. I ku mojemu żalowi nie znaleźliśmy jej, bo cała uliczka była zupełnie inna i w pewnej chwili nie byłem nawet pewien, czy to ta. Zatrzymałem się więc trochę na chybił trafił, trochę bez sensu i pomyślunku i patrzyłem na coś, co widziałem jedynie w mojej wyobraźni. A widziałem siebie jako małego chłopca podchodzącego z mamą do furtki i pociągającego z całych sił za mosiężną rączkę dzwonka. A potem (ciągle jeszcze w wyobraźni) słyszałem wolne człapanie i stary głos pytający:

        – A kto tam?

        – Małgosia z Marcinem, ciociu – odpowiadała moja mama.

        Człapanie stawało się coraz bliższe i pojawiała się ciocia Ela z Kokunichą na rękach.

        Ale to wszystko było tylko dalekim, minionym obrazem, który po chwili rozpłynął się, tak jakby go nigdy nie było, a my ruszyliśmy w dalszą drogę do Warszawy, gdzie w Domu Opieki Jodła czekała na nas schorowana i zupełnie niedołężna mama mojej Żony.

***

        Z Łańcuta ruszyliśmy na Sokołów i Nisko, ale zamiast jechać – jak pierwotnie chciałem – przez Sandomierz, wybraliśmy trasę przez Lublin. Zdecydowaliśmy się na tę zmianę, bo trasa wyglądała na nieco krótszą, a co ważniejsze, w dalszym etapie omijała przejazd przez Warszawę i prowadziła nas bezpośrednio do Anina.

        Co było także ważne – ale nie aż tak bardzo – to to, że w Lublinie... W Lublinie „byłem w wojsku”!

        Takie powiedzenie wystrasza zwykle wszystkich słuchających, bo wiadomo, że teraz „zacznie się o wojsku”, o tym jak to było i jak „kapral mnie, a ja kaprala”, ale mimo wszystko zaryzykuję.

        Moje „wojsko” to było studenckie wojsko. Po prostu podczas całego pobytu na uczelni jeden dzień w tygodniu przeznaczano na szkolenie. Poza tym obowiązywały dwa czy trzy wakacyjne obozy wojskowe w prawdziwych jednostkach. Po studiach nie było żadnej rocznej szkoły oficerów rezerwy, tylko od razu przystępowało się do egzaminu oficerskiego. Jasne, że później – już w czasie pracy zawodowej – można było być w każdej chwili powołanym na parotygodniowe przeszkolenie, ale to z mojego punktu widzenia było samą radością i w rzeczy samej dobrym urlopem!! Miało się już przecież wtedy dwie gwiazdki i przysługiwały „przywileje”. W każdym razie nie było się już mięsem armatnim narażonym na ciągłe „przeczołgiwanie po tretuarze”. Proszę mi to wybaczyć, ale tak właśnie wtedy mówiono. Chodziło o karną komendę „czołganiem przez pełzanie naprzód marsz!”. Jeśli chodzi o „tretuar”, to tak mówiono o trotuarze, czyli chodniku.

        No więc w sierpniu 1968 byłem na obozie wojskowym w Lublinie.

        Wracając teraz do Warszawy, chciałem przejechać koło wielkich budynków z czerwonej cegły, w których pięćdziesiąt lat temu „ku chwale Ojczyzny” dostawałem surowo w skórę.

        Dla młodego człowieka pierwsze chwile w każdej armii świata są prawie takie same. Jakby wycięte według tego samego szablonu.

        Najpierw fryzjer i zaraz potem przerażająco inne odbicie w lustrze – odstające uszy, blada buzia, okrągłe przestraszone oczy i... następny! Potem chłodny, żeby nie powiedzieć zimny prysznic wśród innych, gołych ciał, ciasna kolejka do lekarza, który przyciska drewienkiem język, rozszerza orbity oczu, jakby na odczepnego puka w plecy i... następny! Trochę później, ciągle jeszcze goła, kolejka po sorty mundurowe. Kolejka nie idzie zbyt szybko, więc jest czas na „męskie” żarty dotyczące budowy przyszłych żołnierzy, umięśnienia itd. – wiemy, o co chodzi! Sorty mundurowe, za duże, za małe, piekące buty i wreszcie – ósmy cud świata – nieistniejące już dziś onuce! Kto nie wie i nie słyszał o wojskowych onucach, ten doprawdy nie zna życia, nie zna świata i można podejrzewać, że nic nie zna, bo onuce przez całe dziesięciolecia były najważniejszą częścią wojskowej garderoby.

        Nie będę się rozwodził nad ich zaletami, bo akurat to zrobiły za mnie całe pokolenia podoficerów, ale powiem tylko tyle, że ten przedpotopowy anachronizm był bodajże ostatnim reliktem dawnej rosyjskiej „sztuki wojennej”, który w niezmienionej postaci przetrwał carów, rewolucje, wojny i dotrwał do moich czasów. Myślę – chociaż może się mylę – że moje pokolenie było ostatnie, które uczyło się w wojsku wiązać onuce.

        Dalej było jeszcze bardziej wojskowo. O szóstej rano śniadanie! A na śniadanie zupa! Podawana w aluminiowych, oślizgłych – bo niespecjalnie starannie umytych – miskach. Gorąca, pożywna zupa! Kapuśniak z pływającymi – na okrasę – kawałkami wieprzowej skóry pokrytej z jednej strony szczecinką. Naturalnie wszystko gorące, rozgotowane i na gęsto. Reakcje były różne. Niektórzy – widać trochę słabszego serca – trzymając ręce przy buzi – wybiegali na zewnątrz, ale akurat to spotykało się z dezaprobatą podoficera dyżurnego, który zapędzał ich z powrotem do stołu. A przecież rzecz była dziecinnie łatwa. Trzeba było wziąć kawałek pływającej w zupie skórki i trzymając szczecinką na zewnątrz, wyssać i wygryźć miąższ słoninki i żyłek. Tak mniej więcej jak to się robi z pomarańczą! Nikt nikomu nie kazał jeść szczecinki. Tą pozostałością skórki można sobie było namaścić buty, bo po poligonowych ćwiczeniach w błocie najpierw zmoczone, a potem suszone, stawały się twarde jak drewno. Potrzebowały więc tłuszczu na zmiękczenie.

        Sierpień 1968 to była oczywiście Czechosłowacja, Dubczek, inwazja, początek doktryny Breżniewa i nasze wojska z wizytą w bratnim kraju. Całą noc, leżąc na pryczach, słuchaliśmy jednostajnego huku wielkich samolotów sowieckich lecących w kierunku południowo-zachodnim. No więc stan gotowości, jakieś pogadanki, wzmożona aktywność oficerów politycznych i wreszcie trochę surowsze ćwiczenia i trochę mocniej w skórkę, żeby nie było za dużo czasu na myślenie.

        To była zresztą stara wojskowa zasada. Młody żołnierz powinien być cały czas zajęty, bo jak ma chwilę wolnego czasu, to zaczyna myśleć, a w armii nie ma nic gorszego niż myślący żołnierz!

        Ten poinwazyjny kac wymagał jakiegoś klina, więc na koniec miesięcznego obozu dowództwo zorganizowało nam fantastyczne występy młodego zespołu, który śpiewał miłe piosenki. Było parę dziewczyn ubranych w króciutkie szorty, perkusista, dwóch gitarzystów, piękna, sierpniowa pogoda, no i my – żołnierze – przyszli oficerowie!

        Widok tańczących na estradzie dziewczyn spowodował entuzjazm, w czasie którego zaczęło dochodzić do wspólnych tańców, zrywania mundurów, ogłuszających wrzasków i takiego szaleństwa, że w pewnym momencie musiała interweniować kompania wartownicza. Ale nie za surowo! Nie za surowo! Niech się żołnierze trochę pośmieją! Po występach, ku nieopisanemu żalowi całego batalionu, dziewczyny odjechały ciężarówką. Stały jeszcze, machając nam rękami i posyłając całusy. Ogólny szał doszedł do zenitu! 

        A potem był wspólny, pożegnalny apel wszystkich pododdziałów! Wielki, gruby dowódca pułku stał w otoczeniu oficerów jednostki i tubalnym głosem przemawiał z taką mocą, że słychać go było daleko, aż po najdalsze szeregi żołnierzy, którzy patrzyli w niego „jak w tęczę!”. Pot lał mu się po twarzy, a on, nie bacząc na to, krzyczał: – Żołnierze!!!

        A echo odbijało się od murów koszar i wracało do nas wspaniałym pogłosem: „...erze, erze, erze!!!”.

        – Spełniliście swój obowiązek! Wracajcie do waszych domów i do waszych kobiet i niech wasze życie będzie usłane różami, a nie tak jak droga poligonowa kurzem i błotem!!!

        I wtedy pułkowa orkiestra zagrała znaną piosenkę „Szli na zachód osadnicy...”, a my – kompania po kompanii przemaszerowaliśmy w jej rytm dumnie i z przytupem przed frontem kadry! Podniosłość chwili udzieliła się wszystkim do tego stopnia, że wiwatom i hurrra nie było końca!

        Takie mniej więcej były moje wrażenia z tamtych sierpniowych dni 1968 roku w lubelskiej jednostce wojskowej.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 10 sierpień 2018 14:58

Byłem w Polsce (18)

Braniecki1918 01I gdy jadąc nuciłem sobie pod nosem te stare szlagiery, moja Krysia przypomniała mi o trochę późniejszym zdarzeniu, które wydarzyło się dokładnie na drodze, którą teraz jechaliśmy, a które jeszcze dziś wywołuje u mnie czasem dreszcz, ale częściej poczucie winy.

        Otóż w 1978 roku jechaliśmy właśnie tędy, z tym tylko, że w drugą stronę, a Krysia była w super zaawansowanej ciąży.

        Droga była półpieklem, bo roiła się od dziur i wertepów. Żadnego asfaltu! Na długich odcinkach nie było jednego metra płaskiej nawierzchni. Mieliśmy wówczas małego fiacika, który podskakiwał na tych diabelskich wybojach, jęczał w spojeniach i płakał ludzkim głosem.

        Wybierając tę drogę nie wiedziałem, że będzie aż tak źle. Najpierw było jeszcze-jeszcze, ale potem zaczął się horror i im dalej tym droga stawała się gorsza.

        Wracać, nie wracać , jak jechać - byłem niezdecydowany i niepewny. Postanowiliśmy jechać dalej, ale warunki były tak okropne, że w którymś momencie oboje zaczęliśmy się bać. Ostatecznie to był przedostatni etap ciąży!

        Paraliżujący strach ogarnął mnie jak nagły przypływ gorączki!

        Co będzie jeśli to, a co jeśli tamto i w ogóle - Matko Przenajświętsza - co ja wyprawiam, na co narażam Żonę i nienarodzone dziecko! Co za głupota kazała mi jechać tą trasą - zresztą co to w ogóle za “trasa” - toż to zdeklarowana dziadownia!

        Panika nie jest dobrym doradcą, ale Krysia wyciszyła mnie trochę mówiąc:

        -Wysiądę i pójdę spacerkiem wzdłuż drogi... tak będzie bezpieczniej!

        I rzeczywiście wysiadła i szła energicznym krokiem po trawie, a ja tuż obok tłukłem się po “drodze” jadąc jak żółw. Cały czas bałem się, że lada moment urwie mi się silnik.

        Szliśmy-jechali równo, głowa w głowę, noga w nogę, bo nasze tempa były takie same.

        Potem, przez następne czterdzieści lat też szliśmy głowa w głowę i nasze tempa w większości przypadków były takie same lub podobne, ale wtedy - w 1978 - byliśmy na początku wspólnej drogi i wszystko było świeże i nowe.

        W dwa i pół miesiąca po tej katorżniczej drodze urodził się nasz pierworodny, który na całe szczęście nie odziedziczył ojcowskiej głupoty, która wtedy na łańcuckiej drodze mogła się dla nas trojga źle skończyć.

        Z perspektywy lat widzi się rzeczy bez emocji, napięć i nerwów, ale z drugiej strony zachodzę w głowę jak można było być tak nierozsądnym i nawet teraz o niektórych moich decyzjach i “przygodach” nie mogę myśleć spokojnie.

        Jeszcze raz muszę zrobić małą dygresję, ale obiecuję, że nie zgubię wątku i dojedziemy do Łańcuta!

        Rzecz w tym, że zapomniałem powiedzieć o czymś ogromnie ważnym, co w dużej mierze regulowało tamtym rytmem pracy, odpoczynku i życia w ogóle. Mówię o kościele. Jasne, że ten wpływ - szczególnie w moich stronach - pozostał i trwa, bo tamte regiony /jak każde “Południe”/ są wyjątkowo zachowawcze - ale z całą pewnością nie jest już taki jak przed kilkudziesięciu czy więcej laty.

        Chcę o tym powiedzieć, bo religia przenikała i przenika prawie wszystkie polskie wspomnienia. Szczególnie te moje “podkarpackie”, gdzie liturgiczny rok wyjątkowo silnie oplatał codzienne życie.

        Kościelne dzwony przypominały o prymarii wczesnym rankiem, o Aniele Pańskim w południe, o czasie na odpoczynek wieczorem... Życie kołysało się od świąt do świąt! Od wigilijnego opłatka poprzez zapusty, Gromniczną, sypanie głów popiołem, post, Wielkanoc, a potem ustrajanie stacji procesji Bożego Ciała i dalej przez cały korowód świąt maryjnych aż do Wszystkich Świętych, palenia świeczek na grobach, świętego Huberta, Marcina, Andrzeja, Mikołaja i w końcu po adwent żeby znowu wrócić do wigilijnego stołu, choinki, kolęd i pasterki.

        Msze święte, procesje, nieszpory, gorzkie żale, drogi krzyżowe, adoracje i tyle innych wspaniałych chwil, dla bardzo wielu były wspaniałym oderwaniem się od kołowrotu codzienności, okazją do wyprostowania zgiętego grzbietu, ubrania czystej koszuli i przyczesania skołtunionej czupryny.

        Gdybym się nawet bardzo starał, to nie potrafiłbym opisać tego jak bardzo byliśmy - i w wielu przypadkach - ciągle jeszcze jesteśmy nasiąknięci religijną tradycją. Powinienem może powiedzieć polską tradycją!

        Kobiety śpiewały przy domowych pracach godzinki, ludzie powszechnie żegnali się przed posiłkami, zjedzenie mięsa w piątek było nie do pomyślenia, a przed wielkanocną spowiedzią przepraszano się i godzono.

        Modlono się o deszcz, o pogodę, o możliwość zwiezienia użątku z pól i w ogóle o wszystko.

        Każdy wierzył tak jak umiał i jak czuł - często gęsto niekoniecznie tak jak mu kazano czy od niego wymagano, bo każdy swoją więź z Bogiem rozumiał trochę inaczej.

        Ten temat jest niewyczerpany, ale dotykam go w kontekście moich wspomnień i doświadczeń, które zachowałem w pamięci.

        Dlatego też opowiem tu w paru słowach historię, która przez pewien czas zelektryzowała opinię mojego miasteczka, a która dobrze ilustruje tamte dawne, powojenne stosunki, a w szczególności wzajemne relacje pomiędzy tak zwanymi “pasterzami i trzódką”.

        Otóż, gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych, ksiądz proboszcz zamówił dla naszego kościoła nowe dzwony. Nazwano je Maria, Wawrzyniec i Antoni. Na ich zewnętrznych ścianach, czy jak to się fachowo mówi na płaszczach, odlane były ich imiona oraz - co najważniejsze - imiona i nazwiska darczyńców, ofiarodawców i dobrodziei naszej parafii. Dzwony miały bogate ornamenty, lśniły nowością. Zaraz po ich przywiezieniu zawieszono je tymczasowo w obrębie murów kościelnych na ogromnej belce zawieszonej pomiędzy dwoma lipami. Dzwony miały czekać na poświęcenie, a potem na wciągnięcie na wieżę.

        Następnego ranka po ich przywiezieniu i zawieszeniu koło kościoła zgroza ogarnęła wszystkich przybyłych na uroczystość poświęcenia!

        Nazwiska dobroczyńców i darczyńców odlane na dzwonach zostały brutalnie skute i odrąbane. Potwornie pokiereszowane powierzchnie dzwonów mogły być nieodwracalnym zniszczeniem. Mogły uszkodzić dźwięk dzwonów i odjąć im głos na zawsze. Wiadomą jest przecież rzeczą, że czasami nawet mała rysa na dzwonie może go okaleczyć do tego stopnia, że stanie się nic niewartym złomem.

        Ludzka zawiść? Stare porachunki? Złość?

        A że to się działo u nas, na Podkarpaciu to znowu nikt nic nie powiedział. I nawet żadnego śledztwo nie podejmowano, bo wiadomo, że w tej społeczności cały czas panowała stara zasada, że “ten kto nie był ten nie wie, a kto był ten nie powie”.

        Ksiądz proboszcz popatrzył, pokiwał głową i nic nie powiedział. To był mądry człowiek, który w naszej parafii przepracował pięćdziesiąt lat i znał ludzi i ich serca, ale tego ranka nauczył się czegoś jeszcze i zrozumiał, że chcąc podkreślić zasługi wybranych popełnił niewybaczalny błąd.

        Zmówił więc cichą modlitwę, a potem kazał wezwać ludwisarza i ponaprawiać co mogło być do naprawienia.

        I dzięki Bogu naprawione dzwony zadzwoniły czystym głosem i myślę, że dzwonią do dzisiaj.

        A życie miasteczka wróciło do zwykłego rytmu, w którym wiara, miłość i przebaczenie jakoś dziwnie współgrały z dawnymi urazami, zawiścią i złością.

        Drogę przez Łańcut wybraliśmy żeby ominąć Rzeszów i jechać raczej na Sokołów, a potem w kierunku Sandomierza. Zresztą nie tylko to. Chciałem tu przyjechać, bo pomijając wspaniały zamek Potockich, ogromny park i unikalną wozownię - w Łańcucie mieszkała kiedyś przyrodnia siostra mojego dziadzia - słynna ciocia Ela!

        Odsunięcie zamku i wozowni na drugi plan nie jest przypadkowe. Dla mnie ciocia Ela była ważniejsza! A może nawet dużo ważniejsza! Zaraz to wyjaśnię.

        Z drugiej jednak strony chciałem mojej Krysi pokazać wspaniałe muzeum zamkowe. Byłem tam parę razy. W różnych okresach mojego życia. Do Łańcuta jeździłem z mamą, potem parę razy sam, także z wycieczką ze szkoły podstawowej, z liceum i jeszcze przy paru innych okazjach.

        Kompleks zamkowo-parkowy jest faktycznie imponujący, ale osobiście nie lubię muzeów.

        W zamku łańcuckim cały czas panuje stary obowiązek zakładania kapci. Te kapcie leżą całymi stosami w przebieralni i każdy kto przychodzi - a mówię tu o setkach zwiedzających - musi znaleźć choć trochę pasujące dla siebie kapcie i dopiero po ich założeniu może wejść „na pokoje”. Szukanie kapci w stosach innych, przepychanie się przez ludzi, a potem zakładanie i paradowanie w nich wydaje mi się jakieś upokarzające. Kapcie są zresztą bardzo nieświeże i widać, że przeszły przez tysiące różnych stóp. Rzadko kiedy udaje się znaleźć parę kapci tego samego numeru i trzeba chodzić w jednym małym, a drugim dużo większym, a to potęguje tylko poczucie niedostosowania do pałacowych wnętrz. Mniejsza z tym, bo rzecz nie jest aż tak ważna.

        W każdym razie poszliśmy zwiedzać i szczerze powiem nie rozczarowaliśmy się, jakkolwiek moje wrażenia ze szkolnych wycieczek były bez porównania silniejsze.

        Chodziliśmy po parku, zwiedzali powozownię, storczykarnię i oranżerię i „dobrze się nam działo”, ale w głowie cały czas siedziała mi myśl żeby podjechać pod dom cioci Eli. Oczywiście o ile jeszcze istniał.

        Z tą ciocią bowiem wiązał się bardzo ważny epizod mojego życia, a mianowicie z moimi kotami.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 03 sierpień 2018 18:39

Byłem w Polsce (17)

Braniecki1918 01Wyjeżdżałem z głową pełną myśli. Tyle razy byłem świadkiem różnych odjazdów i pożegnań, a teraz sam wyjeżdżałem i byłem jednym z wielu, którzy żegnali to małe, podkarpackie miasteczko na zawsze. Bo jakbym się sam nie mamił i nie oszukiwał to i tak miałem prawie pewność, że tu nie wrócę.

I nie dlatego żebym nie chciał, albo na siłę bronił przed ponowną wizytą! Nic podobnego! Po prostu czułem, że taka okazja raczej się już nie zdarzy. Może się zresztą mylę - kto to wie?

W każdym razie wyjeżdżałem. Z tej okolicy ludzie wyjeżdżali od niepamiętnych czasów. Uciekali od biedy, jechali żeby sobie warunki życia poprawić i wyjeżdżali, bo wyganiały ich jakieś nienawiści, kłopoty czy inne życiowe zawirowania.

Głównie do Ameryki, ale również do Francji, Niemiec, Belgii a nawet całkiem daleko bo do Australii czy Argentyny. Niektórzy z nich wracali, inni wyjeżdżali na zawsze a jeszcze inni przyjeżdżali z wizytami - ot coś tak jak ja z tymi moimi odwiedzinami - z tą tylko różnicą, że oni wracali do rodzin, a ja do grobów.

Gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych przyjechał z taką wakacyjną wizytą niejaki Zenek P. - syn jednego z gospodarzy, który po 1945 nie wrócił z robót w Niemczech i wylądował w Stanach. Jak się szybko okazało Zenek nazywał się teraz Ziggy i podobno miał w Chicago sklep jubilerski!

Wieść rozeszła się szybko i szeroko i wzbogaciła o stugębną plotkę.

„Sklep ma! I to jubilerski!”

„A co to takiego? Jaki sklep?”

„A to taki gdzie złoto sprzedają!”

„Złoto?!? Boże jedyny - toż jak on złoto w Hameryce sprzedaje to musi na dularach spać!”

I trzeba przyznać, że Ziggy wszystko robił, żeby tę plotkę utrzymać a nawet ją wzbogacić.

Przede wszystkim kaleczył polski język przeokropnie. W każdym zdaniu wtrącał angielskie słowa i cały czas powtarzał „sure”. Gdy ktoś się go o coś pytał odpowiadał dopiero po długim „Sooo...”. Ubrany był “po amerykańsku”, palił amerykańskie papierosy, a na palcach miał złote sygnety. Czysty Amerykanin. A jak jeszcze włożył swoją kraciastą marynarkę i żółte spodnie to nic tylko podziwiać jaki to autentyczny Jankes do nas zawitał.

Przede wszystkim zaś przywiózł prezenty! A to kupon materiału, a to zegarek, a to bluzkę, jakąś chusteczkę, skórzany portfel, nakręcanego misia, układankę i wiele innych. Wielkie walizy ledwo się zmieściły do taksówki, która przywiozła go wprost z warszawskiego Okęcia. Całe trzysta osiemdziesiąt kilometrów, ale co to było dla Ziggy’ego? Małe piwko!

Po przyjeździe i namaszczonym rozdaniu prezentów zaczęła się uczta, która trwała cały tydzień! Nawet obcy ludzie tłoczyli się w drzwiach i oknach żeby choć trochę, choć przez chwilę popatrzeć na “Amerykanina”!

“Złoto sprzedaje! W Ameryce!” - rozlegało się od czasu do czasu.

A inni dziwili się jakby zobaczyli ducha:

“Przecież to Zenek! Zwykły Zenek, Frankowy chłopak! Nicpoń był za sanacji a teraz patrzajcie się ludziska - toż to panisko całą gębą!”

A Ziggy balował jakby nie było jutra. Pieniądze nie grały roli, wódka lała się wartkim strumieniem i to nie jakaś czyściocha, ale najlepsze trunki jakie można było kupić w Spożywczym. VAT69, brandy, koniaki - wszystko to co na półkach sklepu stało zakurzone od niepamiętnych dni - wszystko to teraz było wykupywane przez Zenka-Ziggy. Nikt tego u nas nigdy nie kupował, bo piło się czystą, a tylko od święta jarzębiak, albo - ale to już bardzo rzadko - Soplicę. Nikt nigdy nie miał w domu żadnego “barku”, bo kupowało się do wypicia a nie na zapas - no chyba, że na wesele - ale Ziggy zaraz po przyjeździe powiedział, że
“u nas w Ameryce każdy ma barek, więc w ojcowej chałupie też musi być”.

-Barek - powtarzano z nabożeństwem - barek - słyszane to rzeczy? A czegój on teraz nie Zenek, tak jak go ochrzcili tylko jakowyś Zigi???

Dolar na czarnym rynku kosztował wtedy 100 złotych a zarabiało się powiedzmy dwa tysiące na miesiąc.

Liczono, przeliczano i wychodziło na to, że Ziggy przywiózł tyle pieniędzy, że całą wieś by kupił i jeszcze by mu na dobrą wódkę zostało! Tak mówiono.

Ale po dziesięciu dniach wizyta dobiegła końca. Ziggy zmarnowany jak nieboskie stworzenie, z kacem przekraczającym ludzkie wyobrażenie, szykował się do wyjazdu. Wezwana taksówka czekała a zebrany tłum żegnał swojego dobroczyńcę. I trzeba powiedzieć, że nie był w tym zbytniej przesady, bo Ziggy kupował ludziom pralki, radia, buty i co tam ktoś potrzebował. Paru krewniakom dał pieniądze na cement do budowy, paru innym kupił jakieś gospodarskie narzędzia, jednym słowem wyjeżdżał syt sławy i chwały, żegnany ludzką wdzięcznością i ojcowym błogosławieństwem, bo ojciec chociaż sędziwy ciągle jeszcze trzymał wszystko krzepką ręką i nawet od Ziggy’ego wymagał szacunku i posłuszeństwa.

-Jedź Zenuś do tej swojej Hameryki, złoto przedawaj i o rodzinie w kraju ojczystym nie zapominaj!

Z takimi słowami wyjeżdżał.

I opowiadano mi, że wtedy gdy już miał wsiąść do taksówki z tłumu żegnających wyrwała się nagle jakaś młoda dziewczyna z rozpaczliwym, histerycznym wrzaskiem:

-Wujku, wujku ja wujka nie puszczę, nie puszczę!!!

I tak krzycząc rzuciła mu się na szyję i kurczowo przywarła do niego całym ciałem. Ziggy trochę się bronił, ale będąc skacowanym jak “południowo-amerykański żuk piaskowy” nie miał siły! Ktoś rzucił się odrywać dziewczynę, ktoś krzyknął żeby Ziggy wziął ją ze sobą, ale chwila przedłużała się prawie niepokojąco.

Wreszcie Ziggy uwolnił jakoś rękę, wyciągnął 50 dolarów i dał dziewczynie.

Płacz i wrzask ustał jak nożem uciął. Dziewczyna popatrzyła na banknot i szybko cofnęła się poza tłum. I co najciekawsze - jak się potem okazało - nie była dla Zenka żadną krewną! Ot, obca dziewczyna - gdzieś chyba nawet z innej wsi.

Ale ta kolorowa wizyta Ziggy’ego nie była jedyną. Prawie co roku gdzieś, ktoś gościł “wujka z Ameryki”.

Na co dzień “wujkowie” przysyłali paczki i listy. Czasem gdy były pisane po angielsku czy francusku, odbiorcy zjawiali się u moich dziadków z prośbą o tłumaczenie czy napisanie odpowiedzi i nigdy nie spotkali się z odmową. Babcie mówiły płynnie po francusku, niemiecku i całkiem dobrze po angielsku. Zdarzyło się nawet, że zjawił się ktoś z listem pisanym po hiszpańsku, bo “wujek” wyjechał do Argentyny i moja babcia też sobie z nim poradziła.

Co do paczek, to “wujowie” przysyłali, trochę bez pojęcia, różne delikatesy, których chłopi nie jadali. Figi, daktyle, wanilia, czekoladę Sucharda w proszku i w tabliczkach, kakao i inne. Od tych smakołyków woleli gotówkę, więc przynosili je do sprzedaży. Niektóre z nich moja mama kupowała do wypieków, albo na rozdawanie po rodzinie - nie pamiętam. Myślę jednak, że raczej chodziło o zwykłą pomoc.

Najlepsze co otrzymywali to były listy z załącznikami. Przychodziły jednodolarówki, dwójki, a na święta trafiała się czasem dziesiątka i to była realna pomoc, na którą podkarpacka wieś czekała.

Wszystko to - jak się szybko zorientowałem - należało teraz do zamierzchłej przeszłości, bo nikt już “amerykańskim wujostwem” nie mógł zaimponować. Zresztą starzy powymierali, a młodzi wyjeżdżali za granicę tak łatwo i często jak kiedyś jeździło się na ten przykład do Przemyśla czy Sanoka. Dolar ma inną wartość, a polskie sklepy są lepiej zaopatrzone niż amerykańskie.

A zresztą co tu dużo gadać - wystarczy przypomnieć tę piękną dziewczynę z torbą Michaela Kors na wiejskiej drodze koło Ulucza. Wystarczyło też przyjrzeć się napotykanym samochodom, motocyklom czy kombajnom rolniczym, żeby powiedzieć, że to jest inny świat!

Prawie zaraz za miasteczkiem zatrzymaliśmy się przy kapitalnej, przydrożnej restauracji “Pod Semaforem” na pierogi. To już były rogatki miasta i definitywnie ostatnia szansa popatrzenia na znajome pogórze.

Od tego momentu nasza droga skręcała w kierunku Łańcuta.

Zaczęliśmy się zatem oddalać od Sanu, znajomych wzgórz i moich rodzinnych stron.

Przez pewien czas widać jeszcze było wznoszącą się po drugiej stronie Sanu górę Winnicę, ale po pewnym czasie zniknęła i ona.

Droga do Łańcuta ciągnie się przez Szklary, Dylągówkę i urocze Hyżne, które w czasach okupacji i powojnia miało opinię najlepszego miejsca do ukrycia się.

Dlaczego tak było - trudno powiedzieć - ale lesiste wzgórza poprzecinane głębokimi parowami, zagubione w lasach ścieżki i oddalenie od głównej drogi rzeczywiście sprawiało wrażenie bezpieczeństwa.

Miejscowa młodzież garnęła się wtedy do różnych formacji, które przyjmowano raz lepiej raz gorzej i w rzeczy samej nikt już nie wiedział kto i dlaczego jest dobry, a kto i dlaczego zły. Było więc rzeczą poniekąd naturalną, że ktoś czuł potrzebę ucieczki, kogoś szukano, komuś grożono, a jeszcze ktoś czuł się zagrożony.

Wiemy o co chodzi - ostatecznie to są nasze, polskie sprawy, które nie wymagają analiz i tłumaczeń, bo każdy ma o nich swoje zdanie.

Jako mały chłopak widywałem uczestników tamtych wojennych wydarzeń, słuchałem co mówili i nie ukrywam, że w wielu przypadkach bardzo mi imponowali. Tak jak wspominałem, niektórzy z nich nigdy nie zarzucili swojego „leśnego” stylu - nosili oficerki i bryczesy, a w dni świąteczne marynarki czy skórzane kurtki.

Do dziś pamiętam jednego z nich, którego szalone konne jazdy i wygląd “watażki” był przedmiotem mojego podziwu i zazdrości. W duchu marzyłem o oficerkach, bryczesach, rozchełstanej na piersiach koszuli i szalonym galopie po okolicznych polach!

Wielu z nich było kolegami i koleżankami mojej mamy, która jeszcze jako panna też udzielała się w różnych akcjach, a w szczególności przy przejmowaniu lotniczych zrzutów, które miały wspomagać partyzantów.

No więc przy paru okazjach słyszałem, że jeśli się ukryć to tylko w Hyżnem! Pojęcia nie mam dlaczego tak mi to utkwiło w głowie.

Teraz, gdy w październiku 2017 jechaliśmy do Łańcuta, po tamtych odległych czasach wszelki słuch już dawno zaginął, ale jesienny las, wzgórza i senne wioski coś mi przypominały, coś przywoływały i nie wiedzieć czemu zacząłem nucić dawne piosenki, które za czasów mojego dzieciństwa moja mama śpiewała tak często:

“Nie srebro, nie złoto...”, “Ajajaj”, “Pomnę dzieciństwa sny niewysłowne...” i inne.

Zadziwiające jak piosenki czy w ogóle melodie przywołują wspomnienia!

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 27 lipiec 2018 11:10

Byłem w Polsce (16)

Braniecki1918 01Powoli rozglądałem się dookoła, próbując umiejscowić ogród, drzewa owocowe, rabatki z kwiatami, różane alejki, ale coś mi to opornie szło, bo obecny park urządzony był według nowego planu. Jedynym punktem orientacyjnym był stary dąb. Od niego zacząłem i po jakimś czasie zacząłem odkrywać dawne obrazy.

Ogród za czasów mojego dzieciństwa był ogromny i mieszał się trochę z sadem, gdzie rosły moje ukochane koksy pomarańczowe, a także małe, czerwone jabłka, które nazywaliśmy buraczkami, gruszki klapsy i parę innych. Właściwy sad był w pewnym oddaleniu. Oprócz jabłek było tam parę drzew-krzaków dereniu, z owoców którego mój ojciec robił nalewkę. Zresztą z czego nie robił?! Wielkie słoje z fermentującymi owocami stały w oknach i na stołach w spiżarni prawie cały czas. Ojciec stale coś koło nich robił – a to wstrząsał, a to obracał, a to przechylał. Potem zlewał to wszystko do butelek i miał gotowe prezenty dla znajomych i tych, którzy zwykle tego oczekiwali, bo w czasie świąt przychodzili do nas z świątecznymi życzeniami różni ludzie – tak jak to się dzieje w wielu regionach. Strażak, listonosz, kościelny, kominiarz, organista i inni, a wśród nich pan Worek – dostawca miodu.

Z tym dostawcą miodu wiązała się dość ciekawa historia, która mogła się dla mnie bardzo nieciekawie skończyć.

Pan Worek miał ogromną i starą pasiekę, a co najważniejsze, znał się na pszczołach jak nikt. Mój ojciec też próbował trzymać pszczoły, ale jakoś mu nie szło. Może nie miał do tego ręki – kto wie? Dość na tym, że po paru próbach dał spokój i miód zaczęliśmy kupować od pana Worka.

Otóż któregoś dnia panu Workowi uciekł rój. Jak to się stało, nikt nie wiedział, bo pan Worek kochał pszczoły i umiał się z nimi obchodzić, niemniej rój uciekł i ślad po nim zaginął! Trzeba przy tym wiedzieć, że taki rój to nie było byle co – w każdym razie nie w tamtych czasach. Sprawa była powszechnie znana i mówiło się, że pan Worek jest gotowy dać nawet jakąś nagrodę za jego znalezienie.

Miałem już wtedy 11-12 lat i znalezienie tego roju wziąłem sobie za punkt honoru. Może zresztą nie tyle chodziło o „honor”, co o tę nagrodę, bo już wtedy zaczynałem potrzebować jakichś pieniędzy – głównie na gumę do żucia, która nie wiadomo skąd pojawiła się u nas w spożywczej budce. Kosztowała 90 groszy za małą kosteczkę i wśród dzieciarni szybko stała się najbardziej pożądaną rzeczą. Pieniędzy nie miałem, bo jak dotąd nigdy ich do niczego nie potrzebowałem, ale z chwilą pojawienia się tej gumy zacząłem o nich myśleć.

Swoim zwyczajem tłukłem się po okolicy i w końcu, ku mojej niesłychanej radości, znalazłem uciekiniera. Ogromna „bomba” pszczół wisiała na gałęzi drzewa.

Prawie każdy z nas ma swojego demona. Jedni boją się pająków, inni nietoperzy czy węży, a ja – od czasu niemiłej przygody z nerwowym kundlem – bałem się psów. Bałem się również klasówek z matematyki, ale to już inna rzecz, jakkolwiek chyba najtrwalsza, bo akurat to śni mi się do dziś!

W każdym razie pszczoły to nie było coś, czego bym się bał. Pomyślałem, że najlepiej będzie, jak sam złapię ten rój i zaniosę panu Workowi. Wynalazłem stary, parciany worek, wziąłem świerkową gałązkę do pokropienia i bańkę z wodą. Wiedziałem od ojca, że tak to się robi. Nikomu ani słowa i wczesnym rankiem – jeszcze przed szkołą – do dzieła!

Rój znalazłem w tym samym miejscu, ale bardzo szybko się zorientowałem, że mój worek może być o wiele za mały. Rój był ogromny. Mimo to wycofywać się nie chciałem. Spróbuję – pomyślałem. No i spróbowałem, ale prawie natychmiast posłyszałem wzmożony ruch i coraz głośniejszy, niesłychanie szybko przybierający na sile, szum!

Zacząłem uciekać w ostatniej chwili i może by mnie i dopadły, gdybym nie przeciął drogi, po której akurat przejeżdżał konny wóz. Pszczoły chyba zawróciły albo rój się rozproszył, dość na tym, że zziajany jak pies dotarłem do domu i nic nikomu nie mówiąc, porwałem teczkę i pobiegłem do szkoły.
Nie pamiętam, co tam dalej z tym rojem było, ale zdaje się, że wrócił do ula.

Trochę później opowiedziałem o tej miniprzygodzie ojcu, a on roześmiał się wesoło, wyjaśniając jednak, czym ryzykowałem. Rozdrażniony rój mógł być prawie tak samo niebezpieczny jak wojenny niewypał.

Chodziłem po miasteczku i wspomnienia uderzyły mnie jak lawina.

Tu było to, a tu tamto, tu spotkałem tą, a tam biłem się z Józkiem... Wiele razy powtarzałem sobie, że „pamiętam tylko chwile szczęśliwe”, ale gdzie tam! Te niedobre pchały się pierwsze!

Chciałem dowiedzieć się o kolegach, koleżankach, w ogóle ludziach z tamtych lat, ale czasu było mało, bo przecież Warszawa wołała i trudno było egoistycznie pławić się we wspomnieniach, gdy w Domu Opieki czekała chora.

Na szczęście spotkałem kolegę, który cały czas tu mieszkał, tu się ożenił, tu spłodził czwórkę dzieci, a przede wszystkim był powszechnie znany i lubiany. Boguś był (i ciągle jeszcze jest) znanym rzeźbiarzem, absolwentem słynnej szkoły Kenara w Zakopanem. Pokazał mi swoje imponujące atelier, a potem przysiedliśmy na ławce i zaczęliśmy gadać kto, co i jak.

– A co się stało z Jankiem – pytałem Bogusia.

– Umarł.

– A z Alą?

– Umarła.

– A Magda?

– Ooo, będzie już dziesięć lat, jak nie żyje...

I tak dalej, i tak dalej. Lista ciągnęła się tak niepokojąco długo, że aż zapytałem:

– Boguś – na miły Bóg – czy tylko my dwaj żyjemy?

Zabrzmiało to tak, jakbyśmy byli rozbitkami po zatonięciu okrętu i leżeli wyrzuceni przez fale na plaży jakiejś wyspy.

– Ta gdzie! – odpowiedział Boguś. – Krzysiek żyje, chodzi po mleko, Rysiu jeszcze kuśtyka, ale nogi stracił, bo po pijaku spał w zimie na sztrece... Ledwie go odratowali, ale jeździ na wózku. Jeszcze wypije...

– I kto jeszcze?

Okazało się, że oczywiście wielu żyje, a niektórzy żyją, że ho, ho! Taki Roman – bogacz, że nie pytaj, a Lusia – gospodyni na takim majątku, że myślą ferrari kupić, bo sami nie wiedzą, na co pieniądze wydawać, a ten w Ameryce, a ten w Australii, a ten jest dyrektorem banku w Johannesburgu itd.

Jeszcze potem okazało się, że jest też paru na miejscu i można było gadać i gadać, ale jak powiedziałem, z czasem byliśmy już naprawdę cieniutko.

A potem poszliśmy na mały spacer i dopiero wtedy, gdy byłem w towarzystwie Bogusia, poznawań, pogaduszek i głośnych krzyków radości i zdziwienia nie było końca.

– Marcin! To ty?!? Gdzie się obracasz? Na jak długo przyjechałeś?

Te i podobne wykrzykniki towarzyszyły nam na ulicach. A wokół sklepy kipiały dobrem, gustownie urządzona galeria zapraszała reklamami, kantor wymiany proponował jakąś obniżkę kursów... Poszliśmy do kościoła – to samo – wspaniały, nowy wystrój, kwiaty, wszystko na tip-top.

Chodziłem, oglądałem, wspominałem, ale co dla mnie było zdumiewające, to to, że nie mogłem wycisnąć ani jednej łzy z oczu moich! Nie mogłem! I nie to, żebym się nie starał! Zatrzymywałem się w miejscach, które powinny wywołać moje wzruszenie. Nawet przystawałem tam trochę dłużej. Wszystko na nic. Moje oczy pozostawały suche, a serce biło równo, bez żadnych emocjonalnych fikołków.

Szczerze mówiąc, byłem na siebie zły, bo co to ze mnie za zimny gad, ale co miałem robić?

Poszliśmy więc na cmentarz, na którym – jak już wspomniałem – niektóre groby były odnowione i przez to wyglądały nawet zbyt świeżo. Pozbawiono je przez to patyny wieku, zielonkawej narośli obrastającej stary kamień i szacownej sędziwości.

Ale na szczęście nie wszystkie. Oto Karolina Baraniecka – moja prapra... – zmarła 1863. Litery na kamieniu prawie zatarte, ale na płycie suchutka wiązanka, może jeszcze z zeszłorocznych Wszystkich Świętych. Trochę dalej grobowiec przodków mojej mamy, a jeszcze dalej – jakoś nie wiedzieć czemu – osobny grobowiec pradziadka Augusta. Wszystkie te miejsca znane mi od najmłodszych lat, z biegiem czasów wypełniane kolejnymi zmarłymi.

Na końcu cmentarza zaś, nad samą skarpą, widać było, tak jak przed laty, ogromną postać anioła patrzącego w dal na zakole Sanu.

Ktoś kiedyś nazwał go naszą Nike!

Opublikowano w Lektura Gońca