Goniec

Register Login

piątek, 10 sierpień 2018 14:58

Byłem w Polsce (18)

Braniecki1918 01I gdy jadąc nuciłem sobie pod nosem te stare szlagiery, moja Krysia przypomniała mi o trochę późniejszym zdarzeniu, które wydarzyło się dokładnie na drodze, którą teraz jechaliśmy, a które jeszcze dziś wywołuje u mnie czasem dreszcz, ale częściej poczucie winy.

        Otóż w 1978 roku jechaliśmy właśnie tędy, z tym tylko, że w drugą stronę, a Krysia była w super zaawansowanej ciąży.

        Droga była półpieklem, bo roiła się od dziur i wertepów. Żadnego asfaltu! Na długich odcinkach nie było jednego metra płaskiej nawierzchni. Mieliśmy wówczas małego fiacika, który podskakiwał na tych diabelskich wybojach, jęczał w spojeniach i płakał ludzkim głosem.

        Wybierając tę drogę nie wiedziałem, że będzie aż tak źle. Najpierw było jeszcze-jeszcze, ale potem zaczął się horror i im dalej tym droga stawała się gorsza.

        Wracać, nie wracać , jak jechać - byłem niezdecydowany i niepewny. Postanowiliśmy jechać dalej, ale warunki były tak okropne, że w którymś momencie oboje zaczęliśmy się bać. Ostatecznie to był przedostatni etap ciąży!

        Paraliżujący strach ogarnął mnie jak nagły przypływ gorączki!

        Co będzie jeśli to, a co jeśli tamto i w ogóle - Matko Przenajświętsza - co ja wyprawiam, na co narażam Żonę i nienarodzone dziecko! Co za głupota kazała mi jechać tą trasą - zresztą co to w ogóle za “trasa” - toż to zdeklarowana dziadownia!

        Panika nie jest dobrym doradcą, ale Krysia wyciszyła mnie trochę mówiąc:

        -Wysiądę i pójdę spacerkiem wzdłuż drogi... tak będzie bezpieczniej!

        I rzeczywiście wysiadła i szła energicznym krokiem po trawie, a ja tuż obok tłukłem się po “drodze” jadąc jak żółw. Cały czas bałem się, że lada moment urwie mi się silnik.

        Szliśmy-jechali równo, głowa w głowę, noga w nogę, bo nasze tempa były takie same.

        Potem, przez następne czterdzieści lat też szliśmy głowa w głowę i nasze tempa w większości przypadków były takie same lub podobne, ale wtedy - w 1978 - byliśmy na początku wspólnej drogi i wszystko było świeże i nowe.

        W dwa i pół miesiąca po tej katorżniczej drodze urodził się nasz pierworodny, który na całe szczęście nie odziedziczył ojcowskiej głupoty, która wtedy na łańcuckiej drodze mogła się dla nas trojga źle skończyć.

        Z perspektywy lat widzi się rzeczy bez emocji, napięć i nerwów, ale z drugiej strony zachodzę w głowę jak można było być tak nierozsądnym i nawet teraz o niektórych moich decyzjach i “przygodach” nie mogę myśleć spokojnie.

        Jeszcze raz muszę zrobić małą dygresję, ale obiecuję, że nie zgubię wątku i dojedziemy do Łańcuta!

        Rzecz w tym, że zapomniałem powiedzieć o czymś ogromnie ważnym, co w dużej mierze regulowało tamtym rytmem pracy, odpoczynku i życia w ogóle. Mówię o kościele. Jasne, że ten wpływ - szczególnie w moich stronach - pozostał i trwa, bo tamte regiony /jak każde “Południe”/ są wyjątkowo zachowawcze - ale z całą pewnością nie jest już taki jak przed kilkudziesięciu czy więcej laty.

        Chcę o tym powiedzieć, bo religia przenikała i przenika prawie wszystkie polskie wspomnienia. Szczególnie te moje “podkarpackie”, gdzie liturgiczny rok wyjątkowo silnie oplatał codzienne życie.

        Kościelne dzwony przypominały o prymarii wczesnym rankiem, o Aniele Pańskim w południe, o czasie na odpoczynek wieczorem... Życie kołysało się od świąt do świąt! Od wigilijnego opłatka poprzez zapusty, Gromniczną, sypanie głów popiołem, post, Wielkanoc, a potem ustrajanie stacji procesji Bożego Ciała i dalej przez cały korowód świąt maryjnych aż do Wszystkich Świętych, palenia świeczek na grobach, świętego Huberta, Marcina, Andrzeja, Mikołaja i w końcu po adwent żeby znowu wrócić do wigilijnego stołu, choinki, kolęd i pasterki.

        Msze święte, procesje, nieszpory, gorzkie żale, drogi krzyżowe, adoracje i tyle innych wspaniałych chwil, dla bardzo wielu były wspaniałym oderwaniem się od kołowrotu codzienności, okazją do wyprostowania zgiętego grzbietu, ubrania czystej koszuli i przyczesania skołtunionej czupryny.

        Gdybym się nawet bardzo starał, to nie potrafiłbym opisać tego jak bardzo byliśmy - i w wielu przypadkach - ciągle jeszcze jesteśmy nasiąknięci religijną tradycją. Powinienem może powiedzieć polską tradycją!

        Kobiety śpiewały przy domowych pracach godzinki, ludzie powszechnie żegnali się przed posiłkami, zjedzenie mięsa w piątek było nie do pomyślenia, a przed wielkanocną spowiedzią przepraszano się i godzono.

        Modlono się o deszcz, o pogodę, o możliwość zwiezienia użątku z pól i w ogóle o wszystko.

        Każdy wierzył tak jak umiał i jak czuł - często gęsto niekoniecznie tak jak mu kazano czy od niego wymagano, bo każdy swoją więź z Bogiem rozumiał trochę inaczej.

        Ten temat jest niewyczerpany, ale dotykam go w kontekście moich wspomnień i doświadczeń, które zachowałem w pamięci.

        Dlatego też opowiem tu w paru słowach historię, która przez pewien czas zelektryzowała opinię mojego miasteczka, a która dobrze ilustruje tamte dawne, powojenne stosunki, a w szczególności wzajemne relacje pomiędzy tak zwanymi “pasterzami i trzódką”.

        Otóż, gdzieś w połowie lat pięćdziesiątych, ksiądz proboszcz zamówił dla naszego kościoła nowe dzwony. Nazwano je Maria, Wawrzyniec i Antoni. Na ich zewnętrznych ścianach, czy jak to się fachowo mówi na płaszczach, odlane były ich imiona oraz - co najważniejsze - imiona i nazwiska darczyńców, ofiarodawców i dobrodziei naszej parafii. Dzwony miały bogate ornamenty, lśniły nowością. Zaraz po ich przywiezieniu zawieszono je tymczasowo w obrębie murów kościelnych na ogromnej belce zawieszonej pomiędzy dwoma lipami. Dzwony miały czekać na poświęcenie, a potem na wciągnięcie na wieżę.

        Następnego ranka po ich przywiezieniu i zawieszeniu koło kościoła zgroza ogarnęła wszystkich przybyłych na uroczystość poświęcenia!

        Nazwiska dobroczyńców i darczyńców odlane na dzwonach zostały brutalnie skute i odrąbane. Potwornie pokiereszowane powierzchnie dzwonów mogły być nieodwracalnym zniszczeniem. Mogły uszkodzić dźwięk dzwonów i odjąć im głos na zawsze. Wiadomą jest przecież rzeczą, że czasami nawet mała rysa na dzwonie może go okaleczyć do tego stopnia, że stanie się nic niewartym złomem.

        Ludzka zawiść? Stare porachunki? Złość?

        A że to się działo u nas, na Podkarpaciu to znowu nikt nic nie powiedział. I nawet żadnego śledztwo nie podejmowano, bo wiadomo, że w tej społeczności cały czas panowała stara zasada, że “ten kto nie był ten nie wie, a kto był ten nie powie”.

        Ksiądz proboszcz popatrzył, pokiwał głową i nic nie powiedział. To był mądry człowiek, który w naszej parafii przepracował pięćdziesiąt lat i znał ludzi i ich serca, ale tego ranka nauczył się czegoś jeszcze i zrozumiał, że chcąc podkreślić zasługi wybranych popełnił niewybaczalny błąd.

        Zmówił więc cichą modlitwę, a potem kazał wezwać ludwisarza i ponaprawiać co mogło być do naprawienia.

        I dzięki Bogu naprawione dzwony zadzwoniły czystym głosem i myślę, że dzwonią do dzisiaj.

        A życie miasteczka wróciło do zwykłego rytmu, w którym wiara, miłość i przebaczenie jakoś dziwnie współgrały z dawnymi urazami, zawiścią i złością.

        Drogę przez Łańcut wybraliśmy żeby ominąć Rzeszów i jechać raczej na Sokołów, a potem w kierunku Sandomierza. Zresztą nie tylko to. Chciałem tu przyjechać, bo pomijając wspaniały zamek Potockich, ogromny park i unikalną wozownię - w Łańcucie mieszkała kiedyś przyrodnia siostra mojego dziadzia - słynna ciocia Ela!

        Odsunięcie zamku i wozowni na drugi plan nie jest przypadkowe. Dla mnie ciocia Ela była ważniejsza! A może nawet dużo ważniejsza! Zaraz to wyjaśnię.

        Z drugiej jednak strony chciałem mojej Krysi pokazać wspaniałe muzeum zamkowe. Byłem tam parę razy. W różnych okresach mojego życia. Do Łańcuta jeździłem z mamą, potem parę razy sam, także z wycieczką ze szkoły podstawowej, z liceum i jeszcze przy paru innych okazjach.

        Kompleks zamkowo-parkowy jest faktycznie imponujący, ale osobiście nie lubię muzeów.

        W zamku łańcuckim cały czas panuje stary obowiązek zakładania kapci. Te kapcie leżą całymi stosami w przebieralni i każdy kto przychodzi - a mówię tu o setkach zwiedzających - musi znaleźć choć trochę pasujące dla siebie kapcie i dopiero po ich założeniu może wejść „na pokoje”. Szukanie kapci w stosach innych, przepychanie się przez ludzi, a potem zakładanie i paradowanie w nich wydaje mi się jakieś upokarzające. Kapcie są zresztą bardzo nieświeże i widać, że przeszły przez tysiące różnych stóp. Rzadko kiedy udaje się znaleźć parę kapci tego samego numeru i trzeba chodzić w jednym małym, a drugim dużo większym, a to potęguje tylko poczucie niedostosowania do pałacowych wnętrz. Mniejsza z tym, bo rzecz nie jest aż tak ważna.

        W każdym razie poszliśmy zwiedzać i szczerze powiem nie rozczarowaliśmy się, jakkolwiek moje wrażenia ze szkolnych wycieczek były bez porównania silniejsze.

        Chodziliśmy po parku, zwiedzali powozownię, storczykarnię i oranżerię i „dobrze się nam działo”, ale w głowie cały czas siedziała mi myśl żeby podjechać pod dom cioci Eli. Oczywiście o ile jeszcze istniał.

        Z tą ciocią bowiem wiązał się bardzo ważny epizod mojego życia, a mianowicie z moimi kotami.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 03 sierpień 2018 18:39

Byłem w Polsce (17)

Braniecki1918 01Wyjeżdżałem z głową pełną myśli. Tyle razy byłem świadkiem różnych odjazdów i pożegnań, a teraz sam wyjeżdżałem i byłem jednym z wielu, którzy żegnali to małe, podkarpackie miasteczko na zawsze. Bo jakbym się sam nie mamił i nie oszukiwał to i tak miałem prawie pewność, że tu nie wrócę.

I nie dlatego żebym nie chciał, albo na siłę bronił przed ponowną wizytą! Nic podobnego! Po prostu czułem, że taka okazja raczej się już nie zdarzy. Może się zresztą mylę - kto to wie?

W każdym razie wyjeżdżałem. Z tej okolicy ludzie wyjeżdżali od niepamiętnych czasów. Uciekali od biedy, jechali żeby sobie warunki życia poprawić i wyjeżdżali, bo wyganiały ich jakieś nienawiści, kłopoty czy inne życiowe zawirowania.

Głównie do Ameryki, ale również do Francji, Niemiec, Belgii a nawet całkiem daleko bo do Australii czy Argentyny. Niektórzy z nich wracali, inni wyjeżdżali na zawsze a jeszcze inni przyjeżdżali z wizytami - ot coś tak jak ja z tymi moimi odwiedzinami - z tą tylko różnicą, że oni wracali do rodzin, a ja do grobów.

Gdzieś w połowie lat sześćdziesiątych przyjechał z taką wakacyjną wizytą niejaki Zenek P. - syn jednego z gospodarzy, który po 1945 nie wrócił z robót w Niemczech i wylądował w Stanach. Jak się szybko okazało Zenek nazywał się teraz Ziggy i podobno miał w Chicago sklep jubilerski!

Wieść rozeszła się szybko i szeroko i wzbogaciła o stugębną plotkę.

„Sklep ma! I to jubilerski!”

„A co to takiego? Jaki sklep?”

„A to taki gdzie złoto sprzedają!”

„Złoto?!? Boże jedyny - toż jak on złoto w Hameryce sprzedaje to musi na dularach spać!”

I trzeba przyznać, że Ziggy wszystko robił, żeby tę plotkę utrzymać a nawet ją wzbogacić.

Przede wszystkim kaleczył polski język przeokropnie. W każdym zdaniu wtrącał angielskie słowa i cały czas powtarzał „sure”. Gdy ktoś się go o coś pytał odpowiadał dopiero po długim „Sooo...”. Ubrany był “po amerykańsku”, palił amerykańskie papierosy, a na palcach miał złote sygnety. Czysty Amerykanin. A jak jeszcze włożył swoją kraciastą marynarkę i żółte spodnie to nic tylko podziwiać jaki to autentyczny Jankes do nas zawitał.

Przede wszystkim zaś przywiózł prezenty! A to kupon materiału, a to zegarek, a to bluzkę, jakąś chusteczkę, skórzany portfel, nakręcanego misia, układankę i wiele innych. Wielkie walizy ledwo się zmieściły do taksówki, która przywiozła go wprost z warszawskiego Okęcia. Całe trzysta osiemdziesiąt kilometrów, ale co to było dla Ziggy’ego? Małe piwko!

Po przyjeździe i namaszczonym rozdaniu prezentów zaczęła się uczta, która trwała cały tydzień! Nawet obcy ludzie tłoczyli się w drzwiach i oknach żeby choć trochę, choć przez chwilę popatrzeć na “Amerykanina”!

“Złoto sprzedaje! W Ameryce!” - rozlegało się od czasu do czasu.

A inni dziwili się jakby zobaczyli ducha:

“Przecież to Zenek! Zwykły Zenek, Frankowy chłopak! Nicpoń był za sanacji a teraz patrzajcie się ludziska - toż to panisko całą gębą!”

A Ziggy balował jakby nie było jutra. Pieniądze nie grały roli, wódka lała się wartkim strumieniem i to nie jakaś czyściocha, ale najlepsze trunki jakie można było kupić w Spożywczym. VAT69, brandy, koniaki - wszystko to co na półkach sklepu stało zakurzone od niepamiętnych dni - wszystko to teraz było wykupywane przez Zenka-Ziggy. Nikt tego u nas nigdy nie kupował, bo piło się czystą, a tylko od święta jarzębiak, albo - ale to już bardzo rzadko - Soplicę. Nikt nigdy nie miał w domu żadnego “barku”, bo kupowało się do wypicia a nie na zapas - no chyba, że na wesele - ale Ziggy zaraz po przyjeździe powiedział, że
“u nas w Ameryce każdy ma barek, więc w ojcowej chałupie też musi być”.

-Barek - powtarzano z nabożeństwem - barek - słyszane to rzeczy? A czegój on teraz nie Zenek, tak jak go ochrzcili tylko jakowyś Zigi???

Dolar na czarnym rynku kosztował wtedy 100 złotych a zarabiało się powiedzmy dwa tysiące na miesiąc.

Liczono, przeliczano i wychodziło na to, że Ziggy przywiózł tyle pieniędzy, że całą wieś by kupił i jeszcze by mu na dobrą wódkę zostało! Tak mówiono.

Ale po dziesięciu dniach wizyta dobiegła końca. Ziggy zmarnowany jak nieboskie stworzenie, z kacem przekraczającym ludzkie wyobrażenie, szykował się do wyjazdu. Wezwana taksówka czekała a zebrany tłum żegnał swojego dobroczyńcę. I trzeba powiedzieć, że nie był w tym zbytniej przesady, bo Ziggy kupował ludziom pralki, radia, buty i co tam ktoś potrzebował. Paru krewniakom dał pieniądze na cement do budowy, paru innym kupił jakieś gospodarskie narzędzia, jednym słowem wyjeżdżał syt sławy i chwały, żegnany ludzką wdzięcznością i ojcowym błogosławieństwem, bo ojciec chociaż sędziwy ciągle jeszcze trzymał wszystko krzepką ręką i nawet od Ziggy’ego wymagał szacunku i posłuszeństwa.

-Jedź Zenuś do tej swojej Hameryki, złoto przedawaj i o rodzinie w kraju ojczystym nie zapominaj!

Z takimi słowami wyjeżdżał.

I opowiadano mi, że wtedy gdy już miał wsiąść do taksówki z tłumu żegnających wyrwała się nagle jakaś młoda dziewczyna z rozpaczliwym, histerycznym wrzaskiem:

-Wujku, wujku ja wujka nie puszczę, nie puszczę!!!

I tak krzycząc rzuciła mu się na szyję i kurczowo przywarła do niego całym ciałem. Ziggy trochę się bronił, ale będąc skacowanym jak “południowo-amerykański żuk piaskowy” nie miał siły! Ktoś rzucił się odrywać dziewczynę, ktoś krzyknął żeby Ziggy wziął ją ze sobą, ale chwila przedłużała się prawie niepokojąco.

Wreszcie Ziggy uwolnił jakoś rękę, wyciągnął 50 dolarów i dał dziewczynie.

Płacz i wrzask ustał jak nożem uciął. Dziewczyna popatrzyła na banknot i szybko cofnęła się poza tłum. I co najciekawsze - jak się potem okazało - nie była dla Zenka żadną krewną! Ot, obca dziewczyna - gdzieś chyba nawet z innej wsi.

Ale ta kolorowa wizyta Ziggy’ego nie była jedyną. Prawie co roku gdzieś, ktoś gościł “wujka z Ameryki”.

Na co dzień “wujkowie” przysyłali paczki i listy. Czasem gdy były pisane po angielsku czy francusku, odbiorcy zjawiali się u moich dziadków z prośbą o tłumaczenie czy napisanie odpowiedzi i nigdy nie spotkali się z odmową. Babcie mówiły płynnie po francusku, niemiecku i całkiem dobrze po angielsku. Zdarzyło się nawet, że zjawił się ktoś z listem pisanym po hiszpańsku, bo “wujek” wyjechał do Argentyny i moja babcia też sobie z nim poradziła.

Co do paczek, to “wujowie” przysyłali, trochę bez pojęcia, różne delikatesy, których chłopi nie jadali. Figi, daktyle, wanilia, czekoladę Sucharda w proszku i w tabliczkach, kakao i inne. Od tych smakołyków woleli gotówkę, więc przynosili je do sprzedaży. Niektóre z nich moja mama kupowała do wypieków, albo na rozdawanie po rodzinie - nie pamiętam. Myślę jednak, że raczej chodziło o zwykłą pomoc.

Najlepsze co otrzymywali to były listy z załącznikami. Przychodziły jednodolarówki, dwójki, a na święta trafiała się czasem dziesiątka i to była realna pomoc, na którą podkarpacka wieś czekała.

Wszystko to - jak się szybko zorientowałem - należało teraz do zamierzchłej przeszłości, bo nikt już “amerykańskim wujostwem” nie mógł zaimponować. Zresztą starzy powymierali, a młodzi wyjeżdżali za granicę tak łatwo i często jak kiedyś jeździło się na ten przykład do Przemyśla czy Sanoka. Dolar ma inną wartość, a polskie sklepy są lepiej zaopatrzone niż amerykańskie.

A zresztą co tu dużo gadać - wystarczy przypomnieć tę piękną dziewczynę z torbą Michaela Kors na wiejskiej drodze koło Ulucza. Wystarczyło też przyjrzeć się napotykanym samochodom, motocyklom czy kombajnom rolniczym, żeby powiedzieć, że to jest inny świat!

Prawie zaraz za miasteczkiem zatrzymaliśmy się przy kapitalnej, przydrożnej restauracji “Pod Semaforem” na pierogi. To już były rogatki miasta i definitywnie ostatnia szansa popatrzenia na znajome pogórze.

Od tego momentu nasza droga skręcała w kierunku Łańcuta.

Zaczęliśmy się zatem oddalać od Sanu, znajomych wzgórz i moich rodzinnych stron.

Przez pewien czas widać jeszcze było wznoszącą się po drugiej stronie Sanu górę Winnicę, ale po pewnym czasie zniknęła i ona.

Droga do Łańcuta ciągnie się przez Szklary, Dylągówkę i urocze Hyżne, które w czasach okupacji i powojnia miało opinię najlepszego miejsca do ukrycia się.

Dlaczego tak było - trudno powiedzieć - ale lesiste wzgórza poprzecinane głębokimi parowami, zagubione w lasach ścieżki i oddalenie od głównej drogi rzeczywiście sprawiało wrażenie bezpieczeństwa.

Miejscowa młodzież garnęła się wtedy do różnych formacji, które przyjmowano raz lepiej raz gorzej i w rzeczy samej nikt już nie wiedział kto i dlaczego jest dobry, a kto i dlaczego zły. Było więc rzeczą poniekąd naturalną, że ktoś czuł potrzebę ucieczki, kogoś szukano, komuś grożono, a jeszcze ktoś czuł się zagrożony.

Wiemy o co chodzi - ostatecznie to są nasze, polskie sprawy, które nie wymagają analiz i tłumaczeń, bo każdy ma o nich swoje zdanie.

Jako mały chłopak widywałem uczestników tamtych wojennych wydarzeń, słuchałem co mówili i nie ukrywam, że w wielu przypadkach bardzo mi imponowali. Tak jak wspominałem, niektórzy z nich nigdy nie zarzucili swojego „leśnego” stylu - nosili oficerki i bryczesy, a w dni świąteczne marynarki czy skórzane kurtki.

Do dziś pamiętam jednego z nich, którego szalone konne jazdy i wygląd “watażki” był przedmiotem mojego podziwu i zazdrości. W duchu marzyłem o oficerkach, bryczesach, rozchełstanej na piersiach koszuli i szalonym galopie po okolicznych polach!

Wielu z nich było kolegami i koleżankami mojej mamy, która jeszcze jako panna też udzielała się w różnych akcjach, a w szczególności przy przejmowaniu lotniczych zrzutów, które miały wspomagać partyzantów.

No więc przy paru okazjach słyszałem, że jeśli się ukryć to tylko w Hyżnem! Pojęcia nie mam dlaczego tak mi to utkwiło w głowie.

Teraz, gdy w październiku 2017 jechaliśmy do Łańcuta, po tamtych odległych czasach wszelki słuch już dawno zaginął, ale jesienny las, wzgórza i senne wioski coś mi przypominały, coś przywoływały i nie wiedzieć czemu zacząłem nucić dawne piosenki, które za czasów mojego dzieciństwa moja mama śpiewała tak często:

“Nie srebro, nie złoto...”, “Ajajaj”, “Pomnę dzieciństwa sny niewysłowne...” i inne.

Zadziwiające jak piosenki czy w ogóle melodie przywołują wspomnienia!

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 27 lipiec 2018 11:10

Byłem w Polsce (16)

Braniecki1918 01Powoli rozglądałem się dookoła, próbując umiejscowić ogród, drzewa owocowe, rabatki z kwiatami, różane alejki, ale coś mi to opornie szło, bo obecny park urządzony był według nowego planu. Jedynym punktem orientacyjnym był stary dąb. Od niego zacząłem i po jakimś czasie zacząłem odkrywać dawne obrazy.

Ogród za czasów mojego dzieciństwa był ogromny i mieszał się trochę z sadem, gdzie rosły moje ukochane koksy pomarańczowe, a także małe, czerwone jabłka, które nazywaliśmy buraczkami, gruszki klapsy i parę innych. Właściwy sad był w pewnym oddaleniu. Oprócz jabłek było tam parę drzew-krzaków dereniu, z owoców którego mój ojciec robił nalewkę. Zresztą z czego nie robił?! Wielkie słoje z fermentującymi owocami stały w oknach i na stołach w spiżarni prawie cały czas. Ojciec stale coś koło nich robił – a to wstrząsał, a to obracał, a to przechylał. Potem zlewał to wszystko do butelek i miał gotowe prezenty dla znajomych i tych, którzy zwykle tego oczekiwali, bo w czasie świąt przychodzili do nas z świątecznymi życzeniami różni ludzie – tak jak to się dzieje w wielu regionach. Strażak, listonosz, kościelny, kominiarz, organista i inni, a wśród nich pan Worek – dostawca miodu.

Z tym dostawcą miodu wiązała się dość ciekawa historia, która mogła się dla mnie bardzo nieciekawie skończyć.

Pan Worek miał ogromną i starą pasiekę, a co najważniejsze, znał się na pszczołach jak nikt. Mój ojciec też próbował trzymać pszczoły, ale jakoś mu nie szło. Może nie miał do tego ręki – kto wie? Dość na tym, że po paru próbach dał spokój i miód zaczęliśmy kupować od pana Worka.

Otóż któregoś dnia panu Workowi uciekł rój. Jak to się stało, nikt nie wiedział, bo pan Worek kochał pszczoły i umiał się z nimi obchodzić, niemniej rój uciekł i ślad po nim zaginął! Trzeba przy tym wiedzieć, że taki rój to nie było byle co – w każdym razie nie w tamtych czasach. Sprawa była powszechnie znana i mówiło się, że pan Worek jest gotowy dać nawet jakąś nagrodę za jego znalezienie.

Miałem już wtedy 11-12 lat i znalezienie tego roju wziąłem sobie za punkt honoru. Może zresztą nie tyle chodziło o „honor”, co o tę nagrodę, bo już wtedy zaczynałem potrzebować jakichś pieniędzy – głównie na gumę do żucia, która nie wiadomo skąd pojawiła się u nas w spożywczej budce. Kosztowała 90 groszy za małą kosteczkę i wśród dzieciarni szybko stała się najbardziej pożądaną rzeczą. Pieniędzy nie miałem, bo jak dotąd nigdy ich do niczego nie potrzebowałem, ale z chwilą pojawienia się tej gumy zacząłem o nich myśleć.

Swoim zwyczajem tłukłem się po okolicy i w końcu, ku mojej niesłychanej radości, znalazłem uciekiniera. Ogromna „bomba” pszczół wisiała na gałęzi drzewa.

Prawie każdy z nas ma swojego demona. Jedni boją się pająków, inni nietoperzy czy węży, a ja – od czasu niemiłej przygody z nerwowym kundlem – bałem się psów. Bałem się również klasówek z matematyki, ale to już inna rzecz, jakkolwiek chyba najtrwalsza, bo akurat to śni mi się do dziś!

W każdym razie pszczoły to nie było coś, czego bym się bał. Pomyślałem, że najlepiej będzie, jak sam złapię ten rój i zaniosę panu Workowi. Wynalazłem stary, parciany worek, wziąłem świerkową gałązkę do pokropienia i bańkę z wodą. Wiedziałem od ojca, że tak to się robi. Nikomu ani słowa i wczesnym rankiem – jeszcze przed szkołą – do dzieła!

Rój znalazłem w tym samym miejscu, ale bardzo szybko się zorientowałem, że mój worek może być o wiele za mały. Rój był ogromny. Mimo to wycofywać się nie chciałem. Spróbuję – pomyślałem. No i spróbowałem, ale prawie natychmiast posłyszałem wzmożony ruch i coraz głośniejszy, niesłychanie szybko przybierający na sile, szum!

Zacząłem uciekać w ostatniej chwili i może by mnie i dopadły, gdybym nie przeciął drogi, po której akurat przejeżdżał konny wóz. Pszczoły chyba zawróciły albo rój się rozproszył, dość na tym, że zziajany jak pies dotarłem do domu i nic nikomu nie mówiąc, porwałem teczkę i pobiegłem do szkoły.
Nie pamiętam, co tam dalej z tym rojem było, ale zdaje się, że wrócił do ula.

Trochę później opowiedziałem o tej miniprzygodzie ojcu, a on roześmiał się wesoło, wyjaśniając jednak, czym ryzykowałem. Rozdrażniony rój mógł być prawie tak samo niebezpieczny jak wojenny niewypał.

Chodziłem po miasteczku i wspomnienia uderzyły mnie jak lawina.

Tu było to, a tu tamto, tu spotkałem tą, a tam biłem się z Józkiem... Wiele razy powtarzałem sobie, że „pamiętam tylko chwile szczęśliwe”, ale gdzie tam! Te niedobre pchały się pierwsze!

Chciałem dowiedzieć się o kolegach, koleżankach, w ogóle ludziach z tamtych lat, ale czasu było mało, bo przecież Warszawa wołała i trudno było egoistycznie pławić się we wspomnieniach, gdy w Domu Opieki czekała chora.

Na szczęście spotkałem kolegę, który cały czas tu mieszkał, tu się ożenił, tu spłodził czwórkę dzieci, a przede wszystkim był powszechnie znany i lubiany. Boguś był (i ciągle jeszcze jest) znanym rzeźbiarzem, absolwentem słynnej szkoły Kenara w Zakopanem. Pokazał mi swoje imponujące atelier, a potem przysiedliśmy na ławce i zaczęliśmy gadać kto, co i jak.

– A co się stało z Jankiem – pytałem Bogusia.

– Umarł.

– A z Alą?

– Umarła.

– A Magda?

– Ooo, będzie już dziesięć lat, jak nie żyje...

I tak dalej, i tak dalej. Lista ciągnęła się tak niepokojąco długo, że aż zapytałem:

– Boguś – na miły Bóg – czy tylko my dwaj żyjemy?

Zabrzmiało to tak, jakbyśmy byli rozbitkami po zatonięciu okrętu i leżeli wyrzuceni przez fale na plaży jakiejś wyspy.

– Ta gdzie! – odpowiedział Boguś. – Krzysiek żyje, chodzi po mleko, Rysiu jeszcze kuśtyka, ale nogi stracił, bo po pijaku spał w zimie na sztrece... Ledwie go odratowali, ale jeździ na wózku. Jeszcze wypije...

– I kto jeszcze?

Okazało się, że oczywiście wielu żyje, a niektórzy żyją, że ho, ho! Taki Roman – bogacz, że nie pytaj, a Lusia – gospodyni na takim majątku, że myślą ferrari kupić, bo sami nie wiedzą, na co pieniądze wydawać, a ten w Ameryce, a ten w Australii, a ten jest dyrektorem banku w Johannesburgu itd.

Jeszcze potem okazało się, że jest też paru na miejscu i można było gadać i gadać, ale jak powiedziałem, z czasem byliśmy już naprawdę cieniutko.

A potem poszliśmy na mały spacer i dopiero wtedy, gdy byłem w towarzystwie Bogusia, poznawań, pogaduszek i głośnych krzyków radości i zdziwienia nie było końca.

– Marcin! To ty?!? Gdzie się obracasz? Na jak długo przyjechałeś?

Te i podobne wykrzykniki towarzyszyły nam na ulicach. A wokół sklepy kipiały dobrem, gustownie urządzona galeria zapraszała reklamami, kantor wymiany proponował jakąś obniżkę kursów... Poszliśmy do kościoła – to samo – wspaniały, nowy wystrój, kwiaty, wszystko na tip-top.

Chodziłem, oglądałem, wspominałem, ale co dla mnie było zdumiewające, to to, że nie mogłem wycisnąć ani jednej łzy z oczu moich! Nie mogłem! I nie to, żebym się nie starał! Zatrzymywałem się w miejscach, które powinny wywołać moje wzruszenie. Nawet przystawałem tam trochę dłużej. Wszystko na nic. Moje oczy pozostawały suche, a serce biło równo, bez żadnych emocjonalnych fikołków.

Szczerze mówiąc, byłem na siebie zły, bo co to ze mnie za zimny gad, ale co miałem robić?

Poszliśmy więc na cmentarz, na którym – jak już wspomniałem – niektóre groby były odnowione i przez to wyglądały nawet zbyt świeżo. Pozbawiono je przez to patyny wieku, zielonkawej narośli obrastającej stary kamień i szacownej sędziwości.

Ale na szczęście nie wszystkie. Oto Karolina Baraniecka – moja prapra... – zmarła 1863. Litery na kamieniu prawie zatarte, ale na płycie suchutka wiązanka, może jeszcze z zeszłorocznych Wszystkich Świętych. Trochę dalej grobowiec przodków mojej mamy, a jeszcze dalej – jakoś nie wiedzieć czemu – osobny grobowiec pradziadka Augusta. Wszystkie te miejsca znane mi od najmłodszych lat, z biegiem czasów wypełniane kolejnymi zmarłymi.

Na końcu cmentarza zaś, nad samą skarpą, widać było, tak jak przed laty, ogromną postać anioła patrzącego w dal na zakole Sanu.

Ktoś kiedyś nazwał go naszą Nike!

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 16 marzec 2018 13:19

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (55)

AntczakWojciech        Najpierw stanęła przed nim ta dziewczyna z bukietem polnych kwiatów przyglądająca mu się bardzo uważnie, jakby to nie ona, ale on nagle wtargnął w jej świat, zakłócił jej spokój, a jednocześnie zafascynował ją swoim niezwykłym wyglądem. On, niewiele od niej starszy, w zszarganym ubraniu, cały mokry i utytłany szlamem z sadzawki... Przyglądała się mu najpierw z ciekawością, a potem z coraz większym strachem i kiedy chciał jej powiedzieć, żeby uciekała stąd czym prędzej, dziewczyna, odrzucając kwiaty, odwróciła się od niego i powoli zaczęła sunąć tuż nad tą breją, przenikając przez idących przed nim uciekinierów, jakby była tylko bezcielesną zjawą, a potem odwróciła się jeszcze i pokazała mu język, a on w końcu pojął, że to jest dusza tamtej dziewczynki, tylko starszej o dziesięć lat Marysieńki ze Śródmieścia... A w chwilę potem pojawił się on, Restun (co za dziwne imię!). Młodzian, który patrząc na niego z jakąś ni to pogardą, ni szyderstwem, a może po prostu ze współczuciem, że jest ciągle jeszcze tak naiwny i wciąż nie przestaje wierzyć temu Zwodzicielowi podającemu się za samego Boga Miłości. I cóż z tego ma, same cierpienia! Bo gdyby Miłościwy Bóg tak naprawdę istniał, to nie pozwoliłby na to wszystko, jak choćby śmierć tej dziewczynki i tych tysięcy zabitych, umierających z wycieńczenia, ran i głodu... On żeruje na waszej naiwności! Szczególnie na waszej polskiej łatwowierności! On chce was wszystkich wyniszczyć... no, może nie tak wszystkich do końca! Zostawi sobie was jeszcze trochę na później, aż zrozumiecie, wy uparci naiwniacy, że on nie jest żadnym Bogiem Miłosiernym, ale najzwyklejszym sadystą, któremu wasze cierpienie, i nie tylko wasze, ale całej przyrody stworzonej niby to przez siebie, sprawia wręcz boską rozkosz! A całe to tłumaczenie o grzechu pierworodnym można sobie włożyć między bajki! Rozumiesz teraz, Wiciu Kawecki, ty maminsynku, wciąż niedowartościowany chłoptysiu, co sobie ubrdałeś, że najwygodniej się w życiu urządzisz, jak zostaniesz katabasem, ty żałosny kutasino... ty... szalony „Orkanie”, a właściwie bezużyteczny... organie! Co się mi tak przyglądasz, że co, że na odchodne nie śmieję się strasznym, szyderczym, szatańskim śmiechem, z jakim przedstawia się mnie w tych wszystkich szmatławych powieścidłach, a ostatnio nawet w filmach?... Zdziwiony jesteś, aż tak bardzo zdziwiony, że jednak istnieję i mówię teraz do ciebie, Witoldzie – „Organie”? Wiem, że nigdy, tak ostatecznie nie traktowałeś mnie serio, a teraz już wiesz, że jestem naprawdę! Jak chcesz, możesz mnie nawet dotknąć... Nie bój się, nie zjem cię! No, śmiało, bohaterze posrany!! Aha, zapomniałem ci się przedstawić prawdziwym swoim imieniem, bo Restun to tylko na użytek pospólstwa, mało inteligentnych osobników. Tobie, jako mimo wszystko w miarę rozgarniętemu chłoptasiowi, wyjawię: „A imię moje jest Czterdzieści I Cztery” – powiedział, zbliżywszy się do „Orkana”, i chuchnął mu w twarz smrodem jeszcze gorszym niż ten panujący tu, w kanale.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 09 marzec 2018 08:03

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (54)

AntczakWojciech        – Ta jest! – zameldował ten o imieniu Franek. 

        – Pan starszy strzelec... ten, zapomniałem... 

        – Starszy strzelec „Waligóra”. 

        – No właśnie, więc pan starszy... ten, strzelec przyszedł tutaj w sprawie zrabowanego, jakoby przez was szmajsera. I czego tam jeszcze?

        – Chlebaka. 

        – Właśnie tak, chlebaka, podwładnego starszego strzelca. Co wy na to?                           

        – My? 

        – My? – powtórzył jak echo „Albinos”. – A w życiu, panie chorąży! To chiba jakaś bardzo gruba pomyłka tu zaszła, mi sie widzi!

        – Sami właśnie słyszycie, strzelec „Paligóra”, że oni nie mają z tym nic wspólnego... A kiedy to niby miałoby się stać i gdzie, uważacie?

        – Jakieś niecałe godzine temu, niedaleko Miodowy, a w bok od Długi ulicy, panie ten, choronży.

        – Nie, to niemożliwe, bo oni obaj na wyraźny mój rozkaz byli zupełnie gdzie indziej – powiedział, odwracając się do niego bokiem.

        – W porządelu, ty podcięta kometo!         

        – A ty, licz się ze słowami, bandziorze jeden! Wynocha! Wont mi stąd! – krzyczał chorąży i chwiejąc się na nogach, wskazywał, „Waligórze” wyjście.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 02 marzec 2018 07:56

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (53)

AntczakWojciechXL 

        Na „ziemi niczyjej” pojawiło się nagle, nie wiadomo skąd, jakichś trzech w niemieckich kompletnych mundurach, ale z wyraźnie odcinającymi się od czerni ich mundurów, biało-czerwonymi opaskami. A „ziemią niczyją” nazywano kilkunastometrowy pas przestrzeni między powstańczymi a niemieckimi posterunkami. Ci trzej szli sobie powoli, zupełnie się nie kryjąc przed Niemcami, i to od razu wydało się „Virtusowi” podejrzane. Czekał wraz z kilkoma innymi, najbliżej niemieckich pozycji bardzo dobrze zamaskowanych, a powodujących co jakiś czas spustoszenie wśród cywilów przychodzących niedaleko stąd po wodę, ciągle jeszcze tryskającą z pękniętej rury wodociągowej, a tamci paradowali, najwyraźniej udając niezorientowanych. Tymi „powstańcami” zjawiającymi się w neutralnym pasie między stanowiskami obu walczących stron byli najczęściej Ukraińcy. Dlatego Dowództwo zalecało powstańcom zachować czujność wobec nieznajomych z biało-czerwonymi opaskami.

        „Virtus”, mimo wydania wyraźnego rozkazu zachowania całkowitej ciszy, nagle, wraz z innymi, usłyszał głośno wołającego do nich strzelca „Matuszewskiego” i zaraz zobaczyli go, jak wybiega na przedpole:

        – Tutaj, chłopaki! Tu... – nie dokończył, padając rażony krótką serią. 

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 23 luty 2018 08:18

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (52)

AntczakWojciech        Jakaś siła nie pozwalała mi zrobić nawet kroku, a on stał i patrząc na mnie, uśmiechał się nieznacznie, czekał na mnie, a ja nie mogłem zrobić najmniejszego gestu, nawet żadnego ruchu ani wydobyć z siebie choćby jednego słowa, żeby powiedzieć mu... coś bardzo ważnego. Ale co?! Nie wiem...

        – Bzdura! – skwitował to jednym słowem Chyliński, wstając raptownie z krzesła. I to było jego ostatnie słowo skierowane do ojca. O świcie Jan Chyliński został zawiadomiony o zgonie Bolesława Bieruta i szybko przewieziony do willi. Co do czasu śmierci Przewodniczącego jest kilka wersji, te dwie, podane przez żonę i syna, i kolejna podana przez Jana Nowaka-Jeziorańskiego w jego „Wojnie w eterze”, gdzie autor pisze, że Bierut jakoby miał się wybrać na spacer w asyście ochroniarzy. Nagle poprosił ich o pozostawienie go samego. W pół godziny potem, kiedy go odnaleziono siedzącego na ławce, już nie żył. Sugerowano, że mogła to być śmierć samobójcza na wieść o naradzie Biura Politycznego PZPR-u w dniu 3 marca, na której potępiono politykę stalinizacji, za którą odpowiedzialny był bezpośrednio sam Bolesław Bierut. Mówiło się także o zabójstwie dokonanym przez sowieckiego agenta na polecenie tajnych służb polskich lub sowieckich. W Polsce krążyła dość szeroko rozpowszechniana pogłoska, że Bierut został rzekomo zlikwidowany przez Rosjan, gdyż mógł być przeszkodą w przeprowadzeniu destalinizacji w Polsce, rzekomo...

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 16 luty 2018 08:13

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (51)

AntczakWojciech         A jakie rodzyństwo ma?

        - Mam. Starszą siostrę, bo brata w łapance chwycili szkopy i nie wiadomo, co z nim... 

        - Oj, to niedobrze... A nie myślisz ty wrócić do rodzicieli, żeby im podporą na stare lata być? Bo jakby nie daj Bóg i ty i brat nie wrócili do dom, to siostra sama nie wydoli. No chiba, żeb, sie jej jaki dobry chłop trafił, a i broń Boże, nie jedynak, ta może by i wydolili na stare lata... No, ta mówi mi tu prawde, ile mu wiosen mineno? Dwanaście, a może aż trzynaście, drogie dziecko?

        - Siedemnaście, siedemnaście skończę na świętego Marcina. 

        - A na któren to rok będzie? 

        - W tym. 

        - A nie breszy mi tu? 

        - Jakże ja bym śmiał panu kłamać... 

        - Napiwszy sie jeszcze wody? - Gdyby pan był tak uprzejmy, to bym jeszcze z pół kubeczka poprosił i co nieco do obmycia się...

        - Ho! Ho! Widze żeś ta kawalir rezorutny, nie powiem... Dam, czemu i miałbym nie dać ty wody do obmycia... Ale dam ty drugi, ty z balii, co to już z jaki tydzień stoi. A nikomu nie mówi, bo by mnie tu straszna rujnacja dotkła... Jak już tak idzie, to dam też kawalirowi troszku na ząb, niewiele tego, ale dam! Tylko – zawiesił głos i spoglądając w prześwit nieba w wąskim podwórzu-studni i unosząc wskazujący palec przypominał teraz „Orkanowi” apostoła, tylko nie wiedział jeszcze którego, Piotra czy Pawła, a może i Jana, ale nie, na Jana ten dozorca nie mógł w żaden sposób wyglądać, za stary był. W grę mógł wchodzić tylko Piotr albo Paweł, bo ich najlepiej zapamiętał z lekcji religii, jeszcze z tej szkoły na Wyścigach, a może już z tej nowszej przy Wałbrzyskiej, kiedy to przeprowadzili się z Wyścigów Konnych, gdzie ojciec był czas jakiś ważną osobą, bo panem administratorem, jak się Wyścigi Konne przeniosły już na dobre z Pola Mokotowskiego aż tam daleko, na sam koniec Warszawy, na Służewiec, aż za pętlę dziewiętnastki. Później tata najął się był do hrabiostwa Ciołków z roczną pensją niczym minister jaki albo i nawet sam prezydent – jak zapamiętał z dzieciństwa, kiedy mówiono o jego ojcu. – A ten dozorca, czego on może chcieć ode mnie? I nie musiał czekać zbyt długo na odpowiedź.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 09 luty 2018 08:13

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (50)

AntczakWojciech        Początkowo Francuzi nazywali tę wojnę drole de querre [dziwną wojną], bo niby wypowiedzieli ją Niemcom, ale obie strony unikały ataku. Zarówno Francja jak i Anglia nie dotrzymały umów zawartych z Polską, umów, które miały zagwarantować Polsce odciążenie Jej, najwyżej w przeciągu dwóch tygodni, kiedy to Polska samotnie odpierała niemieckie na Nią ataki, a potem, dodatkowo jeszcze padła ofiarą sowieckiej napaści. Była to typowa felonia – zdrada sojusznika na polu bitwy jak pisze Leszek Moczulski w „WOJNIE POLSKIEJ” (Wyd.III Lublin 1990 s.422). A teraz tu, w Warszawie, stojący za Wisłą Rosjanie najwyraźniej czekali aż obie strony wyrżną się nawzajem i dopiero wtedy, przy minimalnych swoich stratach, zajmą miasto. Ich pomoc dla Powstania ograniczała się do sporadycznego dostarczania amunicji, broni i żywności zrzucanych z samolotów lecących, co prawda na niskim pułapie, ale zrzuty te dokonywane były bez... spadochronów. Cała ta „pomoc” rozbijała się na bruku lub o gruzy i tym samym była, jak na ironię, czymś zupełnie bezużytecznym.

        Jakąż straszną gorycz (nie po raz pierwszy w tej wojnie) przeżywali Polacy na wieść o wyzwoleniu, niemal bezbolesnym wyzwoleniu Paryża czy w dziewięć miesięcy później, Pragi czeskiej, kiedy oni tu, tak strasznie doświadczeni, łudzili się myślą wyzwolenia ich od Niemców, jeśli już nie przez zachodnich aliantów, to chociaż przez wojsko polskie walczące u boku tychże aliantów, albo choćby i przez „Czerwoną Zarazę” – Sowietów stojących tuż za Wisłą.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 02 luty 2018 08:05

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (49)

AntczakWojciech        - Ale teraz są inne czasy. Teraz nikt nie pozwoli im spokojnie żyć za te ich wszystkie zbrodnie, za ten cały świat, który stworzyli, niby w dobrej wierze zamieniając tyle państw w jedno wielkie więzienie, w jakąś gigantyczną kolonię karną... I to w imię czego? Szczęścia przyszłych pokoleń, jak sami twierdzą. Tego jeszcze nie było, jak świat światem!

        - Było, było... Wszystko już było – powiedział z goryczą Bohuszewicz.

        - Może, może rzeczywiście masz rację – zreflektował się Kaszycki dodając po namyśle. Ale, chciałem ci powiedzięć o czymś, czego z pewnością, nie wiesz jeszcze. Otóż, był tu taki starszy , bardzo miły pan, przedwojenny „pepeesiak”. Nazywał się Pużak, Kazimierz Pużak, był przecież nie byle kim, bo sekretarzem generalnym PPS-u - Wolność, Równość, Niepodległość i wiesz, co oni zrobili z nim tu, w tym więzieniu, niemal na moich oczach... oni go najpierw zagłodzili, a jeszcze wcześniej tak mu wyziębili celę, że biedny dziadek każdej nocy prawie zamarzał, przykryty lekkim kocykiem pełnym dziur, a na koniec został zepchnięty ze schodów przez jednego z tych psychopatycznych zbirów, a dokładnie przez klawisza o ksywie „Gruby Janek”. Dopiero, kiedy to się jakimś cudem rozniosło na zewnątrz, po Polsce, a z Polski po świecie, to te bandziory zaczęły go na siłę przywracać do zdrowia, odżywiać wysokokalorycznym jedzeniem... Ogrzali mu celę wstawiając wygodne łóżko z czystą, wykrochmaloną pościelą... I wszystko na nic! Dziadek, znaczy się pan Kazimierz gasł, gasł w oczach, a oni, te sowieckie hieny – mówił podekscytowany, ze łzami w oczach – żeby tylko jakoś usankcjonować, chyba tylko przed sobą samymi, jego i tak już niechybną śmierć, bydlaki kazali go jeszcze zepchnąć ze schodów, jego człowieka-legendę, schorowanego, starszego pana... Kazimierza. Zrobili to tylko dlatego, żeby za wszelką cenę zniszczyć pamięć, że mogło istnieć jakieś inne, niekomunistyczne ugrupowanie... Zmarł cicho w nocy, niezauważalnie. I kiedy wreszcie się im wywinął zrobili mu tu, w więziennej stolarni, bardzo okazałą trumnę i zabili wieko gęsto gwoździami, a gdy jego rodzina przysłała trumnę metalową, to oni wstawili tę drewnianą do tej przysłanej, metalowej i zalutowali ją nie pozwalając do niej zajrzeć. Kiedy wyprowadzali jego ciało, nam zabronili wyglądać przez okna, a i tak nikt by nie wyglądał, bo wszyscy staliśmy przy ścianie w naszych celach, staliśmy na baczność oddając hołd temu wielkiemu Polakowi, którego wcześniej, w czterdziestym piątym Sowieci zwabili na rozmowy wraz z innymi, z całą polską elitą i zrobili im w Moskwie ten słynny „proces szesnastu” – jak wiesz. Jego zwolnili po niecałym pół roku, ale generała Okulickiego, najprawdopodobniej zamordowali, w rok później, akurat w Wigilię... A jego, po darowaniu mu kary, bodajże półtora roku, zwrócili tym niby polskim władzom, tym swoim pachołkom – kontynuował Kaszycki pełen złości, bezsilnej nienawiści. – Pamiętam jeszcze, jak tylko go tu przywieźli. Spotkałem go pierwszy raz na spacerniku, starszego, dostojnego, siwego pana... A każdy się pytał: „Kim jest ten pan?” Dopiero któryś go tam rozpoznał i powiedział kim naprawdę jest i dodał, że poznał go w czasie okupacji, kiedy to Kazimierz Pużak pełnił funkcję przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Wtedy ten ktoś krzyknął do nas: ”Baczność! Czapki z głów!” Popatrzył na nas i spokojnym głosem powiedział do klawisza pilnującego tam na spacerniku:” Odpowiecie kiedyś za tę młodzież, za nich wszystkich, gnębionych, poniewieranych, mordowanych... To są najlepsi synowie naszej Ojczyzny!” I zrobiło się cicho, bardzo cicho i zaraz po tym klawisz zawołał „Grubego Janka”, a ten najpierw przyjrzał się nam wszystkim, a potem bez słowa zamachnął się na pana Kazimierza, a my jak jeden mąż stanęliśmy murem i „Gruby” strefił... – Andrzej skończył i schował twarz w dłoniach, a po chwili dodał:

Opublikowano w Lektura Gońca