Goniec

Register Login

piątek, 02 luty 2018 08:05

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (49)

AntczakWojciech        - Ale teraz są inne czasy. Teraz nikt nie pozwoli im spokojnie żyć za te ich wszystkie zbrodnie, za ten cały świat, który stworzyli, niby w dobrej wierze zamieniając tyle państw w jedno wielkie więzienie, w jakąś gigantyczną kolonię karną... I to w imię czego? Szczęścia przyszłych pokoleń, jak sami twierdzą. Tego jeszcze nie było, jak świat światem!

        - Było, było... Wszystko już było – powiedział z goryczą Bohuszewicz.

        - Może, może rzeczywiście masz rację – zreflektował się Kaszycki dodając po namyśle. Ale, chciałem ci powiedzięć o czymś, czego z pewnością, nie wiesz jeszcze. Otóż, był tu taki starszy , bardzo miły pan, przedwojenny „pepeesiak”. Nazywał się Pużak, Kazimierz Pużak, był przecież nie byle kim, bo sekretarzem generalnym PPS-u - Wolność, Równość, Niepodległość i wiesz, co oni zrobili z nim tu, w tym więzieniu, niemal na moich oczach... oni go najpierw zagłodzili, a jeszcze wcześniej tak mu wyziębili celę, że biedny dziadek każdej nocy prawie zamarzał, przykryty lekkim kocykiem pełnym dziur, a na koniec został zepchnięty ze schodów przez jednego z tych psychopatycznych zbirów, a dokładnie przez klawisza o ksywie „Gruby Janek”. Dopiero, kiedy to się jakimś cudem rozniosło na zewnątrz, po Polsce, a z Polski po świecie, to te bandziory zaczęły go na siłę przywracać do zdrowia, odżywiać wysokokalorycznym jedzeniem... Ogrzali mu celę wstawiając wygodne łóżko z czystą, wykrochmaloną pościelą... I wszystko na nic! Dziadek, znaczy się pan Kazimierz gasł, gasł w oczach, a oni, te sowieckie hieny – mówił podekscytowany, ze łzami w oczach – żeby tylko jakoś usankcjonować, chyba tylko przed sobą samymi, jego i tak już niechybną śmierć, bydlaki kazali go jeszcze zepchnąć ze schodów, jego człowieka-legendę, schorowanego, starszego pana... Kazimierza. Zrobili to tylko dlatego, żeby za wszelką cenę zniszczyć pamięć, że mogło istnieć jakieś inne, niekomunistyczne ugrupowanie... Zmarł cicho w nocy, niezauważalnie. I kiedy wreszcie się im wywinął zrobili mu tu, w więziennej stolarni, bardzo okazałą trumnę i zabili wieko gęsto gwoździami, a gdy jego rodzina przysłała trumnę metalową, to oni wstawili tę drewnianą do tej przysłanej, metalowej i zalutowali ją nie pozwalając do niej zajrzeć. Kiedy wyprowadzali jego ciało, nam zabronili wyglądać przez okna, a i tak nikt by nie wyglądał, bo wszyscy staliśmy przy ścianie w naszych celach, staliśmy na baczność oddając hołd temu wielkiemu Polakowi, którego wcześniej, w czterdziestym piątym Sowieci zwabili na rozmowy wraz z innymi, z całą polską elitą i zrobili im w Moskwie ten słynny „proces szesnastu” – jak wiesz. Jego zwolnili po niecałym pół roku, ale generała Okulickiego, najprawdopodobniej zamordowali, w rok później, akurat w Wigilię... A jego, po darowaniu mu kary, bodajże półtora roku, zwrócili tym niby polskim władzom, tym swoim pachołkom – kontynuował Kaszycki pełen złości, bezsilnej nienawiści. – Pamiętam jeszcze, jak tylko go tu przywieźli. Spotkałem go pierwszy raz na spacerniku, starszego, dostojnego, siwego pana... A każdy się pytał: „Kim jest ten pan?” Dopiero któryś go tam rozpoznał i powiedział kim naprawdę jest i dodał, że poznał go w czasie okupacji, kiedy to Kazimierz Pużak pełnił funkcję przewodniczącego Rady Jedności Narodowej. Wtedy ten ktoś krzyknął do nas: ”Baczność! Czapki z głów!” Popatrzył na nas i spokojnym głosem powiedział do klawisza pilnującego tam na spacerniku:” Odpowiecie kiedyś za tę młodzież, za nich wszystkich, gnębionych, poniewieranych, mordowanych... To są najlepsi synowie naszej Ojczyzny!” I zrobiło się cicho, bardzo cicho i zaraz po tym klawisz zawołał „Grubego Janka”, a ten najpierw przyjrzał się nam wszystkim, a potem bez słowa zamachnął się na pana Kazimierza, a my jak jeden mąż stanęliśmy murem i „Gruby” strefił... – Andrzej skończył i schował twarz w dłoniach, a po chwili dodał:

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 26 styczeń 2018 13:34

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (48)

AntczakWojciech        Pociąg w tumanach pary i śnieżnego pyłu minął z hukiem Dworzec Wschodni i dalej mknął chyżo ku granicy Kraju Rad, Kraju-Przodownika, kraju wciąż jeszcze Świetlanej Idei, pierwszego kraju przeprowadzającego eksperyment na żywym organizmie narodu rosyjskiego i innych narodów budujących socjalizm, a na budowli którego pojawiła się pierwsza rysa od czasu, kiedy do władzy doszedł kołchoźnik przekwalifikowany na ślusarza, Nikita Siergiejewicz Chruszczow, mający wielu, bardzo wielu prześmiewców nierzadko odsiadujących za opowiadanie kawałów długoletnie wyroki w sowieckich łagrach, a którzy mimo to wciąż rozpowszechniają ten stary kawał o zdjęciu zamieszczonym w komsomolskiej „Prawdzie” z podpisem: „Towarzysz Chruszczow wśród świń (trzeci od lewej)”. Bo tylko tam (w Kraju Rad – Raju Krat), „gdzie tak swobodnie oddycha człowiek” – jak powtarzali inni kawalarze, powstawały tego rodzaju dowcipy.

        Towarzysz „Tomasz”, jako sowiecki namiestnik batiuszki [ojczulka] Stalina w Priwisljanskoj Stranie [Przywiślańskim kraju], po raz pierwszy jechał tam niezbyt chętnie z poczuciem jakiegoś wewnętrznego, moralnego kaca. Jechał na spotkanie z tym, który wkrótce ośmieli się tak wyraźnie, publicznie podważyć kierowniczą rolę, ba, nawet całą istotę działalności tego, niezaprzeczalnie największego – jak Bierut święcie wierzył – przywódcy wszech czasów, Wielkiego Towarzysza Stalina, bez wątpienia jednego z Olbrzymów, jakiego w ogóle wydała Ludzkość. – A teraz ten pękaty gnom na krótkich nóżkach, ten wsiowy błazen, któremu wydaje się, że jest kimś, że może, ot tak, stanąć bez obaw na czele całego niezwyciężonego Sowieckowo Sajuza [Związku Sowieckiego], że dorównuje, a może i nawet przewyższa w swej nieokiełzanej megalomanii Wielkiego „Soso”... Do czego zmierza ten łysy tłuścioch o kartoflowatym nosie, ten żałosny krasnal?

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 19 styczeń 2018 10:08

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (47)

AntczakWojciech        Buchnął płomieniem i brunatno-czarnym dymem. Najbardziej kopciła się tylna część tego kolosa. Sparaliżowany, buchając gęstym, gryzącym dymem, uniemożliwił dalsze natarcie piechoty. Kilku Niemców położono natychmiast trupem, a reszta wycofała się w pośpiechu daleko za linię ulicy Konwiktorskiej. Po chwili z płonącej maszyny zaczęła wychodzić załoga, machając białą szmatą i krzycząc histerycznie: „Nicht schissen!” [Nie strzelać!]. Czołgiści, ściągnąwszy hełmy, z podniesionymi rękoma stanęli karnie w szeregu, przerażeni, bo jeszcze przed chwilą nie spodziewali się, że tak skutecznie oberwą, czekali cierpliwie na reakcję powstańców, a ci, trzymając ich w niepewności z wycelowaną bronią, także czekali... na rozkaz swojego dowódcy. Dopiero kiedy „Virtus” wyznaczył dwóch do odprowadzenia jeńców do dowództwa kompanii, dopiero wtedy rozkazał piątce szkopów podejść bliżej. Popędzani przez eskortę okrzykami: „Schneller, schneller!!” [Szybciej...], zniknęli za załomem muru.

        Tymczasowe i krótkotrwałe zwycięstwo dość znacznie poprawiło nastroje w plutonie „Virtusa”.

        – Panie poruczniku, po jaką cholerę się było tak z nimi patyczkować. Ja to bym ich, o tak! – powiedział jeden z jego podwładnych, przeciągając palcem po gardle.

        Ale wcześniej, kiedy tylko pojawił się ten czołg, to on był jednym z pierwszych kryjących się za wyłomem muru w sporej odległości od barykady. „Virtus” nic nie odpowiedział, spojrzał tylko na „bohatera” znacząco i zwrócił się do pozostałych:

        – Chłopcy, pamiętajcie, że przy następnym ataku macie dopuścić piechotę jak najbliżej. Bez paniki! Pamiętajcie! – ostrzegał. – Kończy się nam amunicja, kończy się... – przerwał nagle, nie chcąc psuć ich dobrego nastroju po tym ich „zwycięstwie”.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 12 styczeń 2018 08:06

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (46)

AntczakWojciech        – Psiakrew! – zaklął „Mały Franek”. – Nawet nie zauważyłem naszego domu! A byliśmy tak blisko, tuż koło Wyścigów...

        – A ja widziałem! Wyraźnie widziałem twój dom na Gorzkiewkach... duży, biały dom kryty czerwoną dachówką, stojący najbliżej Torów Służewieckich...

        – Nie mów! Naprawdę widziałeś?! 

        – Oczywiście, że widziałem na własne oczy! Niech ja skonam, niech ja... skonam, panie „warsiawiak”... jak pragne fiknońć! – śmiał się kapitan Witczak, a na koniec zmrużył szelmowsko oko.

        A na to „Mały Franek” poczuł się bardzo, ale to baardzo obrażony! 

Opublikowano w Lektura Gońca
czwartek, 04 styczeń 2018 23:05

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (45)

AntczakWojciech        – Pamiętaj Franek, że nawet na największego „kozaka” przychodzi kiedyś kryska... – jak na „Matyska”... A pamiętasz w Anglii, pamiętasz tego Czecha, jak mu tam było, zapomniałem... Chodził jak struty i chlał na umór, płacząc, że zginie nad Kanałem. I co?! I wykukał sobie!... Grunt to nie pękać! „Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś to nie było!” – „Mały Franek” zakończył tym dziwacznym powiedzonkiem zasłyszanym jeszcze gdzieś we wczesnej młodości.

        Lada moment wydany zostanie rozkaz zajęcia swoich miejsc w maszynach. Zahuczą włączone silniki i zacznie się ich rozgrzewanie. Załoga kapitana „Dablju-Dablju” [„W-W” – od Wiesław Witczak, nie do wymówienia poprawnie przez Anglików] czekała na rozkaz zajęcia miejsc w swoim halifaksie. Brakowało tylko nawigatora, plutonowego Skotnickiego.

        – Czy któryś z was nie widział Janusza? 

        – Był przed chwilą koło kantyny, panie kapitanie – odpowiedział mechanik pokładowy Walendowski.

        – Jasna cholera! – zaklął kapitan Witczak i ruszył w stronę baraków. 

        Skotnicki, jak gdyby nigdy nic, siedział przy jednym ze stolików, na którym stała szklanka do połowy wypełniona alkoholem o barwie miodu. Siedział nieruchomo wpatrzony nieprzytomnym wzrokiem w blat, a słońce wpadające przez okno rozświetlało tę szklankę. Wokół głowy plutonowego była jakaś taka, jakby nadnaturalna poświata.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 22 grudzień 2017 09:37

Cykl życia imperium

Nasz upadek nie jest wynikiem zewnętrznych sił, nad którymi nie mamy kontroli, lecz naszej własnej chciwości, egoizmu i niemoralności, a także utraty odwagi i energii…

Cykl życia imperium

        Zamieszczamy poniżej fragment książki „Cykl życia imperium”, obowiązkowej lektury każdego rozgarniętego Polaka. Autor sir John Bagot Glubb (ur. 16 kwietnia 1897, zm. 17 marca 1986) – to brytyjski wojskowy, generał broni, w latach 1939–1956 dowodził Legionem Arabskim w Królestwie Transjordanii.  W 1930 otrzymał przeniesienie do Emiratu Transjordanii, gdzie we współpracy z emirem Abdullahem I utworzył rok później pierwszą jednostkę Beduinów, którzy patrolowali południową pustynną część kraju zwalczając przemyt i bandy rabusiów. W ciągu kilku lat zdołał przekonać Beduinów do porzucenia swoich przyzwyczajeń do najazdów na sąsiednie plemiona. Zdołano w ten sposób zaprowadzić porządek i spokój w Transjordanii.

         Podczas I wojny izraelsko-arabskiej Glubb dowodził Legionem Arabskim, zajmując Zachodni Brzeg i Wschodnią Jerozolimę. Po zakończeniu wojny dowodził działaniami Legionu na terenach okupowanych. W dniu 1 marca 1956 został odwołany przez króla Husajna I, który chciał w ten sposób zdystansować się od Wielkiej Brytanii i obalić twierdzenie arabskich nacjonalistów, że w rzeczywistości to Glubb sprawuje władzę w Jordanii. Pomimo odwołania pozostał on bliskim przyjacielem króla Husajna. Pozostałe lata swojego życia Glubb spędził na pisaniu książek i artykułów o swoich doświadczeniach na Bliskim Wschodzie i historii Arabów.

Książka ukazała się dzięki fundacji PAFERE i tam można ją nabyć


Nasze bezcenne dziedzictwo
(...)

Utrata witalności
        Europejczycy odwiedzający Londyn na początku XIX wieku byli pod wrażeniem dużej aktywności. Pośpiech w Londynie był wszechobecny. Jednak w drugiej połowie stulecia to zjawisko przeniosło się do Nowego Jorku, gdzie mówiło się, że tempo życia i ciśnienie były niemal nie do zniesienia.
        Ale w numerze „Blackwood’s” z lutego 1977 roku Jean Gimpel (1918–1996) mówi nam, że w 1956 roku mężczyźni i kobiety na ulicach Stanów Zjednoczonych „chodzili do pracy i z pracy tak spokojnie, jak gdyby byli w Rzymie; i, jak ich koledzy po fachu w Paryżu, wielu menedżerów jadło lunch przez dwie godziny lub dłużej”.
        Czemu możemy przypisywać ten regularny spadek energii w starych narodach? Czy jest to zjawisko fizyczne, rezultat komfortu i przejedzenia? Czy może jest to umysłowy lub moralny upadek idealizmu i ducha?

        Zobaczymy, że w wielu dziedzinach nie możemy rozwiązać naszych problemów, bo nigdy nie myśleliśmy w kategoriach długofalowego wzrostu i upadku narodów i kultur. Mam głęboką nadzieję, że obecna debata może doprowadzić do zmian w naszych badaniach historycznych, a także do dokładniejszych badań nad powstawaniem i upadaniem narodów na przestrzeni dziejów. Takie badania mogą nam pomóc odkryć przyczyny upadku narodów i umożliwić odpowiednie skorygowanie naszych działań.

Opublikowano w Lektura Gońca
czwartek, 21 grudzień 2017 23:14

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (44)

AntczakWojciech        Zaniepokojenie Księdza Prymasa wzbudziło kolejne powtórzenie tej samej uwagi, znowu powiedzianej niby to mimochodem. Na co odpowiedział jej, że „miejsce biskupa polskiego jest albo przy Katedrze, albo w więzieniu, ale nie za granicą”. Później siostra zaproponowała Księdzu Kardynałowi wystosowanie pisma do rządu, z prośbą o zwolnienie Go do domu... I to wzbudziło w Księdzu Prymasie przekonanie, że usiłowano użyć siostry Leonii do zakulisowego wywiadu. Cóż jednak zamierzali osiągnąć owi „ONI”, zawsze „smutni”, uzurpujący sobie prawo do „kierowania” całym, bez wyjątku polskim narodem! Był przekonany, że siostra Leonia nie dała się im użyć, choć w odruchu swej wrodzonej szczerości mogła „IM” udzielić „niejednej cennej informacji”, ale nigdy nie ze złej woli. A poglądy swoje Ksiądz Prymas odsłonił już nie raz w czasie konferencji z przedstawicielami partii i rządu. „ONI” dobrze wiedzieli, co myśli i na co liczyć n i e  m o g ą!

        Ksiądz prymas Wyszyński wątpił także w „dobranie” księdza Stanisława Skorodeckiego i siostry Marii Leonii Graczyk przez Urząd Bezpieczeństwa, że będą „użyteczni”. Bardzo w to wątpił!

        „Obraz jest ‘prześwietlony’ jak na biało-czarnym filmie. Obaj spowici są w tę wielką nieprzeniknioną, oniryczną ciszę. Żegnają się w hallu ogromnego gmaszyska po bardzo uciążliwej konferencji. Ksiądz Prymas kieruje się ku oszklonym drzwiom, przez które widać w dole ulicę. W dalekiej perspektywie widoczne są sunące bezgłośnie trolejbusy i tłum, niczym mrówki chodzące w różnych kierunkach.

Opublikowano w Lektura Gońca
czwartek, 14 grudzień 2017 22:58

SpaleNI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (43)

AntczakWojciech        – Oczywiście, ja wszystko r o z u m i ę. A, jeszcze jedno. Nie dalej jak wczoraj ksiądz i ten drugi ksiądz osobno, obaj panowie zbliżaliście się do ogrodzenia. Jeszcze na początku izolowania księdza w Rywałdzie wydano zarządzenie, żeby nie zbliżać się na co najmniej, dziesięć metrów do ogrodzenia. Mam na myśli wydane wcześniej, właśnie to zarządzenie!

        – Rozumiem, że to nie jest bezpośrednio pański wymysł, ale polecenie otrzymane, jak się domyślam, od pańskich zwierzchników. Niech mi pan wyjaśni, dlaczego nie wolno nam zbliżać się do ogrodzenia?

        – No, bo chodzi, przede wszystkim, o bezpieczeństwo. 

        – Czyje bezpieczeństwo? 

        – No, księdza! Bo jakby co, jakby któryś z panów znalazł się za blisko płotu, a wartownik nie rozpoznał i oddał strzał w stronę księdza! To co wtedy?! – „Komendant” zawiesił głos po zadaniu tego bardzo zagadkowego pytania.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 08 grudzień 2017 07:23

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (42)

AntczakWojciech        Na widok najświętszej figury ludzie klękali. Z wielu piersi wydzierał się żałosny jęk i szloch. Do pochodu, na czele którego szedł ksiądz Karłowicz, dołączało coraz więcej osób. Niosący na swoich barkach postać Syna Bożego szli bardzo ostrożnie, jakby w obawie sprawienia Umęczonemu Ciału Chrystusa Pana najmniejszej choćby boleści.

        Ten niecodzienny widok niosących postać Pana Jezusa Ukrzyżowanego z cierpieniem na Jego obliczu, z wykrzywionymi ustami w bolesnym grymasie, a także ciężkie, jakby nabrzmiałe, przymknięte powieki i Jego długie włosy zlepione potem i krwią okalane koroną uwitą z ciernia; cała ta relikwia była teraz egzemplifikacją cierpiącej coraz bardziej Starówki, dającą asumpt do bezgranicznego zaufania Panu Bogu, do zawierzenia Mu swojego losu i losu całego Starego Miasta.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 01 grudzień 2017 07:40

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (41)

AntczakWojciech        Po dokonaniu zrzutów nad Warszawą natychmiast wracali do swoich włoskich baz, a gdy zrzut nie dochodził do skutku, lecieli na północ, za miasto i tam po uwolnieniu ładunku nad Puszczą Kampinoską, skręcali na zachód w stronę Pruszkowa i lecąc wzdłuż linii kolejowej, w pewnym momencie odskakiwali na południowy zachód ku Niemcom i Austrii. Po pokonaniu Alp w porannym słońcu docierali do Adriatyku, kierując się ku wschodniemu wybrzeżu Włoch, by około siódmej rano na resztkach paliwa wylądować w swej macierzystej bazie w Brindisi.

        Porucznik Franciszek Białek nie mógł się już doczekać, kiedy zostanie wyznaczony do upragnionego lotu nad swoją ukochaną Warszawę, którą był opuścił przed prawie pięciu laty, a której miał zaszczyt bronić przed niemiecką Luftwaffe we wrześniu trzydziestego dziewiątego. To jemu jako drugiemu udało się z pilotowanego przez siebie samolotu PZL P 11 bardzo poważnie uszkodzić niemieckiego dorniera (Do 17) nad Torami Wyścigów Konnych, niedaleko swojego domu, z czego, oczywiście, przez dłuższy czas był bardzo dumny. Ale prawdziwy powód do dumy z pewnością powinien mieć porucznik pilot Aleksander Gabszewicz ze 113. Eskadry Myśliwskiej, z Brygady Pościgowej, gdy pierwszego września około godziny siódmej rano jako pierwszy zestrzelił niemieckiego heinkla (He 111).

Opublikowano w Lektura Gońca