Goniec

Switch to desktop Register Login

piątek, 03 luty 2017 15:20

Wspomnienia z mojego życia (49)

BycsPo południu z okien gabinetu dyr. Niemca obserwowałem obronę ratusza przed ponownym atakiem piechoty i czołgów. W pewnym momencie widzę, jak z bramy prowadzącej na wieżę wynoszą powstańca ze zmasakrowaną głową. Na wieżę z peemem w ręku biegnie drugi chłopiec. Śledzę jego bieg po schodach – okna z futrynami już wczoraj wyleciały, wieża jest ażurowa, widać wszystko, co się w niej dzieje. Dobiegłszy na stanowisko obserwacyjne, chłopiec pada. Biegnę szybko na dół, by ratować innych przed tym samym. Wstrzymuję następnego i pouczam go, jak powinien się zachować, gdy dobiegnie do otworu, z którego prowadzi się obserwację, że nie można wystawiać głowy i rozglądać się w sytuacji, szukać stanowiska, z którego strzela przeciwnik, lecz wystawić trzeba hełm czy czapkę na kiju i czekać, aż padnie strzał, i wtedy z kierunku trafienia ustalić kierunek, skąd lecą pociski. Odszukuję dowódcę drużyny, by go pouczyć. Okazuje się, że to właśnie on był tym drugim, który otrzymał strzał w głowę i leży w ambulatorium. Kazałem więc natychmiast przerwać tę bezmyślną bieganinę na wieżę. Okazało się, że tym drugim jest Krzysztof Baczyński, poeta, dowódca małej grupki chłopców – harcerzy z Batalionu „Parasol”.

        Wieczorem, gdy pierwsze gwiazdy wyszły na wyblakłe niebo, wyniesiono ciało „Kamila” na dziedziniec ratusza. Świeżo wykopana ziemia jaśniała w blasku świec. Gromadka powstańców i przyjaciół, wśród nich dyr. Niemiec, intendent Dawidowski i ja, otoczyło z desek zbitą trumnę, a por. Nałęcz, nowy dowódca oddziału Korpusu Bezpieczeństwa w ratuszu, pożegnał poległego kilkoma zdaniami i złożono trumnę do grobu. Ktoś zaintonował „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 03 luty 2017 14:37

Pamiątki Soplicy (43)

pamiatki-soplicyDopiero czasem puszczał, a jak najczęściej zamordowywał, i bez końca pomnażał rozmaite okrucieństwa, przed nim niesłychane. Rozjątrzony Pawlik do niego się udał i pierwsza była jego wyprawa na zamek trojanowski, który do szczętu zrabowawszy, komisarza powiesił do góry nogami, że go krew zalała. Kiedy w Żytomierzu porwano Burczaka, biesiadującego u kochanki, która podobno sama ostrzegła gród o jego przybyciu, rozumie się, że nie tracąc czasu, urząd ćwiertować go kazał. Ale już Pawlik odwagą i sprytem do takiej był wziętości przyszedł u rozbójników, iż go ten motłoch na wodza jednomyślnie obrał. Równie śmiały jak poprzednik, a daleko bystrzejszy, nie plamił się podobnymi okrucieństwy, poprzestawał na łupieniu, a bezbronnym śmierci nie zadawał. Znacznie swoją komendę powiększył, bo do niego hultajstwo ze wszech stron się garnęło, aż na końcu robił trudności w przyjmowaniu, jakby jaki rotmistrz kawalerii narodowej. A była w nim jakaś żyłka uczciwości. Pewnego majętnego obywatela syn, już pod wąsem, do szkół jezuickich w Żytomierzu chodzący, za jakąś psotę w szkole obatożony, tak silnie to uczuł, że pałając zemstą, do niego chciał przystać. Ale on nie chciał korzystać z uniesienia rozpaczy, owszem, zreflektował go, przekładając, że mu, będącemu szlachcicem, a zatem ze stanu wyłącznie poważanego w kraju, nie przystoi zostać wywołańcem jak oni, co gdyby nawet i poczciwie chcieli się prowadzić, dla ich urodzenia żadnego dobra spodziewać się nie mogą. I tak ukojony chłopiec do ojca powrócił. Pawlik do takiej zuchwałości przyszedł, że otwarcie z ekonomiami w umowy wchodził i one mu się opłacały. Niektóre corocznie mu haracz dawały, jakby jakiemu krymskiemu chanowi, lękając się napaści. Kahał piatecki płacił mu pięćset złotych na rok, które pobierał w jego imieniu garncarz miejscowy, jego kum; a z tego nic mu się złego nie stało, bo ekonomia piatecka nie śmiała go o to napastować.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 27 styczeń 2017 15:31

Pamięć (29)

braunfotoSTARE FOTOGRAFIE RODZINNE

Zosia – dzielna żona

        Wszystkie maźnięcia ciemności w Lublinie – jak błoto rozpryskujące się pod kołem samochodu prowadzonego przez nieuważnego kierowcę, który obryzguje przechodniów czekających na przejściu dla pieszych – wyłaziły co trochę na wierzch, określały moją sytuację teatralną i naszą sytuację rodzinną. Ale w ciemności były też mocne strumienie światła.

        Pracę wraz ze mną podjęła w teatrze Zosia jako sekretarz literacki. Była do tego doskonale przygotowana: studiowała polonistykę, napisała magisterium u Jana Kotta. Pracowała w Państwowym Wydawnictwie Naukowym w Warszawie w redakcji encyklopedii teatralnej kierowanej przez Zbigniewa Raszewskiego. Rozpoczęła pisanie doktoratu o dramacie francuskim na scenach polskich (znała świetnie francuski). Gromadziła do niej materiały już w Warszawie, a potem w Toruniu. Niewiele jej brakowało, aby doktorat zdobyła. Gdy Zosia wychodziła do pracy, dziećmi zajmowała się nasza sąsiadka, pani Aniela Dębińska, często wraz ze swoją córką Tereską.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 27 styczeń 2017 14:57

Pamiątki Soplicy (42)

pamiatki-soplicy– Teraz do waćpana, panie poruczniku!

        Pan łowczy przerwał z pośpiechem:

        – Co waćpan chcesz, panie Pawliku, znaleźć u żołnierza? Jeżeli ma kilka tynfów, czy i te już mu zabierzesz? Nie godzi się!

        – Wielmożny pan już za sobą mówił, a panu porucznikowi Pan Bóg dał język – i do mnie obracając się:         

        – Czy pan masz pieniądze?

        – Mam kilka złotych i oto one.

        – A więcej nie masz przy sobie?

        – Więcej nic.

        – Niechże pan da na to słowo szlacheckie i żołnierskie, a ja wierzę – i podał mi rękę.

        – Otoś mnie zagadł, panie Pawliku! To darmo. Bądź co bądź, a honoru nie splamię – i dobywszy trzosa: – Masz go waćpan; ale piekielną wyrządzasz mi krzywdę! To nie moje pieniądze: Rzeczypospolitej; a jakie ich było przeznaczenie, wszystko diabli porwali.

        – Wybaczaj, panie poruczniku – powiedział Pawlik – każdy żyje ze swego: szlachcic z pańszczyzny, żołnierz z żołdu, Żyd z łokcia i kwaterki, a rozbójnik z tego, co mu Pan Bóg w cudzej kieszeni przyniesie. Bądź, panie, weselszej myśli, bo smutek szkody nie wróci. A wielmożny pan komisarz niech z Bogiem rusza nazad i moich ludzi tu odeszle. Tu, na tym samym miejscu, będzie ich czekał mój namiestnik; a jak była między nami przyjaźń, tak i będzie, póki mnie wielmożny pan znowu nie zaczepi, bo ja pewnie nie zacznę. Pana porucznika sam do Szyjeckiej Budy odprowadzę.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 20 styczeń 2017 14:54

Pamięć (28)

braunfotoW LUBLINIE: RÓŻEWICZ, KAJZAR, CYNKUTIS, AUTORZY LUBELSCY

        W repertuarze współczesnym na scenie lubelskiej pojawiły się nazwiska najwybitniejszych polskich dramatopisarzy: Abramow, Bryll, Mrożek, Różewicz, Szaniawski. Ważny okazał się cykl sztuk Różewicza: „Akt przerywany” (1970), „Śmieszny staruszek” (1970), „Przenikanie”, montaż oparty głównie na jego poezji (1971), „Kartoteka” (1972), „Stara kobieta wysiaduje” (1973). „Akt” został zagrany w ogóle po raz pierwszy na scenie teatru zawodowego. „Kartoteka” – po raz pierwszy w oparciu o cały dostępny tekst.

        Wprowadzenie „Aktu przerywanego” do repertuaru było trudne, bo to sztuka jakby nieskończona, a władze, w tym cenzura, aby wydać w ogóle zezwolenie na wprowadzenie takiej pozycji do repertuaru, domagały się pełnego, konkretnego dramatu. Musiałem przedstawić moje opracowanie dramaturgiczne tekstu, tłumaczyć, że pewne sceny zostaną dookreślone dopiero w czasie prób. Ostatecznie zezwolenie udało się uzyskać.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 20 styczeń 2017 14:51

Wspomnienia z mojego życia (48)

BycsNie mogłem jednak robić dywersji i nie przyjąć tej „nagrody”. Po podpisaniu listy wypłat poprosiłem do siebie prezesa nieistniejącego formalnie związku naszej grupy i poprosiłem, żeby tę kwotę przyjął jako pomoc dla najbiedniejszych dwóch – trzech osób, zachowując w tajemnicy źródło, skąd ona pochodzi. Niestety, jakąś drogą dotarło to do moich kolegów. Nasze stosunki służbowe i koleżeńskie z Ivanką uległy od tego czasu oziębieniu. Pretensje o to mieli koledzy Zawadzki i Niemiec (po wojnie zmienił nazwisko na Niemski), uważając, iż przede wszystkim nam się należała ta pomoc. Nawet Fribolin przy okazji złośliwie zauważył, że „Pan nie przyjął zapomogi dlatego, że od Niemców, prawda? Powinienem się obrazić na Pana”. Ale się jednak nie obraził.

        Natomiast prezydent Kulski, który wymagał bezwzględnej dyscypliny służbowej, w tym przypadku pochwalił moje postąpienie. Z rozmowy wy- wnioskowałem, że musiał porządnie natrzeć uszu Ivance, skoro zaznaczył, że każde działanie poza jego plecami, które wprowadza poczucie niesprawiedliwości w aparacie pracowniczym, musi go zmusić, chociażby z największym żalem, do posunięć aż do zdjęcia ze stanowiska.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 20 styczeń 2017 14:07

Pamiątki Soplicy (41)

pamiatki-soplicyOpowiadał mi pan łowczy, że w puszczy cudnowskiej ma swoje siedlisko zgraja Pawlika, sławnego zbójcy, który jest postrachem szczególnie Żydów, gdyż niejedne miasteczko złupił.

        Jakoż przed dwoma tygodniami, zapewne dla wywiadów, Gontar, jego namiestnik, z dwoma hultajami pokazali się na targu cudnowskim z furą półdrabków, niby zwyczajnie pobereżniki. Ale szynkarz jeden, który już raz był w ręku Gontara i niezawodnie by wisiał, bo już miał stryczek na szyi, jeno że na jego szczęście Pawlik trafem nadszedł i kazał go z duszą puścić, obdarłszy do koszuli – poznał go i zaraz pobiegł dać znać dworowi.

        – Jakem się o tym dowiedział – dodał pan łowczy – ruszam czym prędzej na targ z Kozakami. Udało mi się złapać dwóch hultajów, ale Gontar jak w wodę wpadł. Całe miasteczko do góry nogami przewróciłem, ani sposobu było go znaleźć. Mając przecie podkomendnych, kazałem ich w dyby zabić: cały dzień wały mi kopią około zamku, a w furdydze nocują.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 13 styczeń 2017 15:15

Wspomnienia z mojego życia (47)

BycsWkrótce Hahn przeniesiony został do Warszawy, na takie samo stanowisko. Wtedy Albinowski wykorzystał przyrzeczenie i przypomniał się Hahnowi. Hahn dotrzymał słowa i według życzenia Albinowskiego przydzielił mu lokal przy ul. Marszałkowskiej, między Świętokrzyską a Królewską, gdzie dzisiaj prywatne pawilony, oraz drugi lokal przy ul. Tłomackie. Oba te lokale należały przed wojną do Hirschfelda. Jeszcze przed utworzeniem getta doszło do spotkania Albinowskiego z Hirschfeldem, który zaproponował Albinowskiemu, żeby się starał o przydział tych lokali, wtedy Hirschfeld sfinansuje remonty, adaptacje i urządzenia. Inicjatorką tych powiązań była przystojna łodzianka, Żydówka, kochanka Albinowskiego. Tak dokładnie przedstawił mi to wszystko Hirschfeld.

        Ale w jakim charakterze mam ja w tym gronie występować? Hirschfeld na to: ma pan „żelazną” przepustkę do getta i za pana pośrednictwem chciałem się kontaktować ze światem po tamtej stronie. Mam do pana pełne zaufanie. Zgodziłem się, jednak pod warunkiem, że to będzie korespondencja wyłącznie ustna. W tej chwili chodziło jedynie o skontaktowanie się z Albinowskim.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 13 styczeń 2017 15:21

Pamięć (27)

braunfotoLATA 1970. W LUBLINIE I NIE TYLKO...

        Wracam w lata siedemdziesiąte. Wspaniałym czasem był dla mnie i Zosi letni wyjazd do Francji w 1971 r. Dostałem stypendium Alliance Française. Postanowiliśmy pojechać oboje z Zosią. Będzie biednie, ale będzie pięknie. Chodziliśmy razem po Paryżu, który poprzednio przemierzaliśmy sami, osobno. Teatry, muzea, kafejki. Pojechaliśmy wspólnie na Festiwal do Avignon. Tam, korzystając z zaproszenia poznanego tam małżeństwa Francuzów, jeździliśmy wiele z nimi, ich samochodem, po Prowansji. Z Avignion pojechaliśmy do Grenoble, aby odwiedzić Irenę Reklewską. Mieczysław, jej mąż, a brat przyrodni Zosi, był w podróży służbowej; miałem go poznać dopiero za parę lat, gdy zatrzymaliśmy się z Zosią w Grenoble w drodze powrotnej do Polski z Festiwalu Teatralnego w Sitges w Hiszpanii. Będąc w 1971 r. u Ireny, wjechaliśmy kolejką linową na Mont Blanc. Potem przejechaliśmy autobusem przez góry – zachodnie wzniesienia Alp – na Lazurowe Wybrzeże, gdzie zatrzymaliśmy się w Lavandoux, w gościnnym domu państwa Aspar i ich córki Solange, znanej nam z Polski, malarki, koleżanki Teresy, siostry Zosi. Pan Aspar zaprosił nas na rejs swą dużą żaglówką na wyspę Porcroles. Jedliśmy tam najlepszą na świecie zupę bouillabaisse.

Opublikowano w Lektura Gońca
piątek, 13 styczeń 2017 14:35

Pamiątki Soplicy (40)

pamiatki-soplicyMiędzy fraczkowymi to, między tymi, co po polsku z musu tylko i z biedy mówili, a po zagranicach ciągle wędrowali i pudrowali czupryny, można je było znaleźć stosami; wszak to oni przy sterze rządowym siedzieli.

        A czy to kontuszowi sprowadzili Moskali przy schyłku Augusta III?

        Czy kontuszowi nas poddali pod gwarancją carowej? Czy kontuszowi podnieśli konfederacją słucką, toruńską lub zawiązali targowicką? Czy to kontuszowi marszałkowali na sejmach podziałowych? Wszystkie spiski na ojczyznę w języku francuskim się knowały; a jeśli uwikłał się w paskudztwo jaki nieobaczny kontuszowy szlachcic, zawsze go do tego namówił fraczkowy dworak, pełen poloru i oświaty. Wszakże nawet te zabójcze wyrazy w nasz język wprowadzone, którymi sejmy podziałowe szafowały, a które my, nie rozumiejąc, powtarzali, nie ze szkół jezuickich, ale z akademii zagranicznych do nas przywędrowały.

        Kiedy to my nie znali tego przebrzydłego zagranicznego rozumu, konfederacja barska sześć lat się trzymała. Bo kiedy marszałek jeneralny ogłosił pospolite ruszenie, szlachcic nie brał na rozum, czy to się uda lub nie, ale słuchał powinności, nie oglądał się na majątek ani na żonę i dzieci: siadał na konia i tam ruszał, gdzie prawo krajowe iść kazało. A kiedy nastała Konstytucja 3 maja, za którą każdy z nas był gotów dać się umęczyć, że bardzo oświeceni ludzie rządzili, ani pomyślili ogłaszać pospolitego ruszenia: „To stara ustawa – mówili – trzeba naśladować ukształcone ludy i tylko wojsku poruczyć obronę narodu”. Toteż po kilku tygodniach wszystko się skończyło.

Opublikowano w Lektura Gońca