Goniec

Register Login

piątek, 20 lipiec 2018 10:43

Samochodowe eliksiry młodości

Samochodu nam nie naprawią, ale w wielu wypadkach pomogą, cudów nie można oczekiwać.

Przechodząc przez Canadian Tire, trudno nie zauważyć całej „ściany” z różnego rodzaju dodatkami do oleju i paliwa, które mają czyścić silnik, przewody paliwowe, łatać dziury w chłodnicy; odnawiać, przywracać moc, poprawiać osiągi, regenerować. Jest tego bardzo dużo i mają one konkurować z profesjonalnymi naprawami w zakładach samochodowych.

        Czy takie chemiczne naprawianie coś daje? Czy warto wydać 10 – 15 czy więcej dolarów na kupno buteleczki, której zawartość wlejemy do baku albo dodamy do zbiornika z olejem samochodowym?

        Należy być ostrożnym; producenci wielu tych specyfików informują na etykietach, że działają cuda, jednak wlanie dodatku do baku nie spowoduje, że nasz silnik o przebiegu 300 tys. nagle będzie pracował jak ten o przebiegu 50 tys.

        Ponadto współczesne paliwa również zawierają dodatki, które mają powodować podobne efekt, pomagać usunąć osady węglowe z systemu paliwowego. Dodatki mogą mieć znaczenie np. przy używaniu na co dzień benzyn gorszej jakości – przeczyszczą wtryski, ich działanie jest praktycznie takie samo jak dodatków, które są już w lepszych benzynach. Nie ufajmy jednak przesadnym reklamom i jeśli mamy starszy samochód, spróbujmy czegoś „zwykłego”.

        Oczywiście, jeśli używamy dobrej benzyny, jak shell V-power, która zawiera już tego rodzaju komponenty, i nadal mamy kłopoty, to prawdopodobnie prostym dolaniem buteleczki do paliwa sprawy nie rozwiążemy. Nie bądźmy też zdziwieni, gdy efekt będzie mizerny i tymczasowy. Raczej działają środki czyszczące niż uszczelniające (te mogą nam sprawić kolejne kłopoty), czy też lubrykujące, gdzie w większości przypadków mamy jednak do czynienia z mechanicznym zużyciem i koniecznością wymiany części. Dolewając płynu do chłodnicy, nie naprawimy padającej pompy wodnej i nie wymienimy uszczelek czy rozerwanego przewodu. Czytajmy też uważnie to, co jest napisane na etykiecie, dlatego że często te dodatki po prostu nie są do naszego samochodu, np. ze względu na typ silnika.

        Można to wszystko podsumować tym co zawsze: bądźmy rozsądni i nie oczekujmy rzeczy niemożliwych, przeczyszczenie systemu paliwowego owszem, pomaga, ale nie naprawimy skrzyni biegów, dodając do niej lubrykantu w buteleczce za 10 dol.

        Jest jednak wiele rzeczy, które możemy poprawić w ten sposób; na przykład wielu użytkowników BMW, w przypadku gdy wskaźnik poziomu paliwa zaczyna szwankować i pokazuje zbyt dużo, co jest – przyznać trzeba – bardzo mylące, zaleca dodanie płynu czyszczącego elementy systemu paliwowego, który spowoduje oczyszczenie czujnika. Jednym z najbardziej popularnych jest Techron  firmy Chevron.

O czym informuje Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 lipiec 2018 13:49

Dobijanie klimatyzacji w USA

Dzisiaj jeszcze dokończę temat nabijania klimatyzacji samochodowej.

        Jeśli chcemy to zrobić samodzielnie, prawdopodobnie będziemy musieli nieco pokombinować.

        Dlaczego? Na przeszkodzie prostego dopełnienia stają nam bowiem kanadyjskie przepisy federalne.

        Na początek, powtórzę, że nawet jeżeli nasza klimatyzacja chłodzi, ale wydaje, na przykład, dziwne dźwięki, jakby siedziały w niej jakieś duchy – albo nam się wydaje, że nie działa tak, jak należy, powinniśmy ją dobić.

        Mała ilość gazu chłodzącego powoduje szybkie zużywanie się kompresora, który nie jest należycie smarowany. Oczywiście, jeżeli nasz samochód jest nowy, to powinniśmy z tym jechać do dilera, jeżeli nasz samochód jest „nowszy”, to możemy pokusić się iść z tym do zakładu, który najpierw sprawdzi szczelność całego układu, potem nam ten układ naprawi, a następnie dopełni go chłodzącym płynem – freonem R134a.

        Większość nowych samochodów ma właśnie ten gaz w systemie chłodzenia i tym właśnie gazem powinniśmy go dopełniać. Problem pojawia się wówczas, jeśli chcemy to zrobić samodzielnie. Bo choć R134a został wprowadzony, by zastąpić 12a, który miał rzekomo prowadzić świat do dziury ozonowej, to wkrótce okazało się, że jest to gaz o właściwościach gazu cieplarnianego, i to jeszcze większych niż straszne CO2, więc jego stosowanie zamieni nam planetę w pustynię – Al Gore coś wie na ten temat.

        Dlatego też Kanada postanowiła ograniczyć stosowanie tej substancji wyłącznie do grona ludzi zaufanych, którzy mają stosowną licencję. W detalu nie można kupić pojemników z  R134a o pojemności mniejszej niż 10 kg tego specyfiku.

        Zatem to, co dostaniemy w Canadian Tire, nie nadaje się do naszego samochodu, który potrzebuje R134a (proszę sprawdzić odnośnie do własnego modelu). Co więc robić, skoro cała operacja dobijania klimatyzacji jest całkiem prosta? Wystarczy w aucie zlokalizować zawory niskiego ciśnienia systemu klimatyzacyjnego, zdjąć zabezpieczający kapturek, nałożyć odpowiedni przewód ciśnieniowy, nacisnąć przycisk w butli i patrząc na manometr, cieszyć się, jak płynie gaz skroplony. Zabiera to około 10 min, w tym czasie trzeba włączyć klimatyzację na full, na najwyższe możliwe obroty – czyli najniższą temperaturę i najwyższe ustawienie wentylatora.

        No, ale skąd wziąć taką czarodziejską butlę, skoro w Canadian Tire nie sprzedają?

        Różne przepisy obowiązują w różnych krajach. Na przykład, w Kanadzie nie możemy nosić przy sobie broni palnej, a w wielu stanach Stanów Zjednoczonych – jak najbardziej. Jeśli komuś nie przeszkadza sam fakt, że R134 podgrzewa planetę, a dla ułatwienia decyzji dodam, że jest on szeroko stosowany również w Kanadzie do nabijania ciśnieniem aerozoli, a także takich urządzeń, jak klaksony morskie, czy nawet zwykłe pufery dla astmatyków – idzie tego w powietrze co niemiara. Trudno więc zrozumieć, dlaczego zwykły obywatel nie może używać tego ustrojstwa, by sobie nabić AC w aucie...

        To znaczy, nie może tu, w Kanadzie, bo już na przykład w stanie Nowy Jork, czyli w pobliskim Buffalo, może. Postanowiłem więc, że całej operacji dobijania mojej klimatyzacji dokonam na gościnnej ziemi amerykańskiej, nie łamiąc tym samym żadnego prawa kanadyjskiego.

        Walmart Supercenter w Buffalo przy ulicy Military Rd. znajduje się 10 min jazdy od przejścia granicznego na moście Lewiston, zaledwie 117 km od Mississaugi. Ponadto w samym Walmarcie można się nieźle obkupić. Jest tam też cały dział motoryzacyjny, gdzie bez problemu kupimy nie tylko wspomniany freon R134a, ale tak jak to było w moim przypadku, również freon z dodatkami smarującymi i uszczelniającymi, co pozwoli domowym sposobem poprawić funkcjonowanie klimatyzacji.

        Dojazd zabrał mi 1,15 godziny, a cała operacja przeprowadzona na parkingu przed Walmartem 10 min. Po godzinie byłem z powrotem na przejściu granicznym, gdzie wyjaśniłem w prostych słowach celnikom, po co i dlaczego wjechałem do USA.

        W końcu wciąż jest tak, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. O czym z pewnym przekąsem informuje Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 06 lipiec 2018 13:56

Kiedy samochód nie może oddychać...

Jazda latem to prawdziwa przyjemność nie zapominajmy jednak o tym, że Pan Bóg dał nam rozum.

Fala upałów daje się we znaki nie tylko ludziom, ale również samochodom. Rozgrzane blachy, rozgrzane wnętrze, rozgrzane gumy i plastyki – wszystko to powoduje, że w czasie wysokich temperatur powinniśmy zwrócić większą uwagę na nasze auto, i to nie tylko na klimatyzację.

Po pierwsze, naprawdę warto zaopatrzyć się w jasne, odbijające światło kurtyny, które można położyć pod przednią i tylną szybą; to wydatnie obniży temperaturę wnętrza kabiny podczas parkowania. Są bardzo przydatne, kiedy musimy zostawić samochód na długi czas na parkingu. Oczywiście, możemy też poszukać różnych gadżetów, takich jak wentylatorki napędzane na baterie słoneczne, które podczas parkowania schłodzą nieco wnętrze, wypychając gorące, nagrzane powietrze na zewnątrz. Dobrą radą jest też skręcenie kierownicy, tak abyśmy później nie musieli się parzyć, trzymając ją w najbardziej nagrzanym miejscu.
Zakładam, że wszyscy jesteśmy przygotowani na lato, to znaczy sprawdziliśmy ciśnienie w oponach, płyny i stan klimatyzacji; kiedy czujemy, że pracuje gorzej, możemy na własną rękę postarać się ją dobić, często daje to dobre rezultaty, a na dodatek możemy kupić również uszczelniacz, który pozwoli zalepić niewielkie wycieki, nawilżając uszczelki.

Silnik, nawet w wysokich temperaturach, nie powinien się przegrzewać; jeżeli się przegrzewa, to znaczy, że system chłodzący nie pracuje, jak powinien.

Zastanówmy się, kiedy ostatni raz zrobiliśmy mu flush, i sprawdźmy poziom. Gdy widzimy, że temperatura rośnie i bliska jest krytycznej, trzeba zjechać na pobocze, poczekać przynajmniej 0,5 h, aż samochód trochę się ochłodzi. Nie wyłączać silnika, za to wyłączyć klimatyzację, ustawić ogrzewanie kabiny na maksimum, włączyć najszybszy bieg dmuchawy wnętrza i otworzyć drzwi. Ważne jest też sprawdzenie termostatu, czy wentylator chłodnicy włącza się, gdy trzeba, bo to bardzo ważne w wysokich temperaturach przy jeździe w korkach.

Wyjazdy latem powodują większe ryzyko przebicia opony i dlatego zawsze przed dłuższą podróżą powinniśmy sprawdzić ciśnienie w kole zapasowym, tak aby nie okazało się później, że mieliśmy koło, ale i tak nie pojedziemy.

Generalnie rzecz biorąc, mimo upału posługujmy się zdrowym rozsądkiem i uważajmy na siebie. Właśnie latem łatwo jest przeszarżować; łatwo o poplażowe zmęczenie i senność, które są tak samo niebezpieczne jak jazda po pijanemu. Nie zapominajmy też o okularach słonecznych (w dowolnej Dollaramie są po dolarze) i zapasie wody w samochodzie.

I jeszcze jedno – jeśli nam życie miłe, nie prowadźmy na bosaka i nie pozwalajmy nawet najbardziej miłym pasażerom – zwłaszcza tym z pięknymi nogami – wykładać stóp na deskę. To wygląda bardzo cool, ale z chwilą wybuchu poduszki powietrznej – nawet przy niezbyt groźnym zderzeniu, te nogi będą do niczego, bo połamią się w kilku miejscach.

O czym przestrzega, życząc udanych wakacji, Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 29 czerwiec 2018 16:12

Psychologia kupowania auta

Bardzo ucieszył mnie list od pana Dimitra (czytaj na str. 29). Proszę Państwa piszcie, do mnie listy; rozmawiajmy o samochodach. Przecież nie ma nic przyjemniejszego dla mężczyzny (nie tylko). Pan Dymitr pisze o kupowaniu starych samochodów, takich dobrze przechodzonych, no bo 200.000 km to już jest niezły stan licznika.

Niestety, błędnie zakłada, że samochody tak zwane luksusowe, z wyższej półki, mają lepsze części, niż te budowane dla nas wszystkich, całej reszty świata. Nic bardziej błędnego, w dobie globalizacji samochody buduje się na platformach, a te platformy są podobne czy wręcz te same dla całej palety modeli; nie łudźmy się, że kupując audi, będziemy mieli w nim dużo lepsze części niż w volkswagenie, a kupując lexusa, będzie w nim co innego niż w toyocie. Druga rzecz związana z listem, to że niestety, niech nas nie dziwią serie psucia się części. Tak się składa, że – używając lotniczego języka – wiele części ma podobny resurs i psuje się po podobnym okresie lub podobnej liczbie przejechanych kilometrów. Pompa wodna czy alternator mogą nam się zepsuć w podobnym czasie.

Jak więc kupować stary samochód? Oczywiście sprawdzać go u mechanika, oczywiście pytać, które części były wymieniane, poprosić o dowód serwisowania. To wszystko ma duże znaczenie i przesądzi o tym, czy samochód będzie nam służył, czy też będziemy musieli do niego dokładać.

Jedno jest pewne – kupowanie starszych samochodów ma sens, ponieważ tracą one na wartości o wiele wolniej i mniej, niż to ma miejsce w przypadku samochodów nowych, których już po wyjeździe z placu dilera ubywa o 20 proc.

Kupując samochód stary, dobrze jest zabrać ze sobą kogoś kto potrafi wiele rzeczy ocenić na oko. Jak już pisałem, o stanie zużycia często świadczą drobiazgi, takie jak zużyte nakładki na pedał hamulca, co – jeśli nie koreluje ze stanem licznika – może nasuwać podejrzenia, iż właśnie licznik został podkręcony.

Kupując stary samochód, ograniczmy się do kilku modeli i wyznaczmy sobie kwotę, powyżej której nie wychodzimy. Zarezerwujmy sobie też na to dłuższy czas; kilka ładnych tygodni, no bo wiadomo, że co nagle to po diable.

Ja kupuję samochody nie u dilera, lecz prywatnie, nie tylko dlatego, że w ten sposób można zaoszczędzić, ale również dlatego, że poznajemy w ten sposób różnych ludzi i zdarzają się ciekawe sytuacje.

Kilka razy udało mi się kupić samochód bardzo dobrze, ale też dwa razy popełniłem poważny błąd i gdybym kupował u zwykłego dilera, to pewnie bym lepiej na tym wyszedł.

W dzisiejszych czasach możemy mieć bardzo wiele informacji o samochodzie i też polecam żeby sprawdzać wszystkie te informacje właśnie przez Carfax czy inne takie agencje.

Dla mnie prywatnie kupowanie samochodu to duża przyjemność, ograniczam się do osób prywatnych i usiłuję przede wszystkim je rozeznać; czy jest to autentyczny sprzedający prywatnie, czy tylko podstawiony gość, który ma jedynie markować sprzedaż prywatną dla „przychodnikowego” dilera (zdarzyła mi się bowiem też i taka przygoda).

Jeśli widzimy, że – na przykład – nasz sprzedający to lekarz młody, pracujący w szpitalu, który właśnie – jak tłumaczy – musi wyjechać na kilkuletnie stypendium i pozbyć się w ciągu dwóch miesięcy swojego całkiem dobrego trzyletniego samochodu, no to możemy domniemywać, że właśnie nadarza się okazja.
Tak więc badajmy sprzedającego, jego sytuację; zadajmy kilka pytań kontrolnych, by właśnie ustalić, dlaczego sprzedaje. Jeżeli osoba sprzedająca jest stateczna, jest to na przykład kobieta, która używa samochodu na własne potrzeby i jest to drugi samochód w rodzinie, to bardzo prawdopodobne, że jest on dobrze utrzymany i zadbany. Jeśli natomiast kupujemy samochód od młodziana, który ma iskierki w oczach, to możemy domniemywać, że lubi szybką jazdę i samochód był używany do oporu.

Kupowanie starego samochodu prywatnie to po prostu rodzaj psychologii i zanim skupimy się na samym pojeździe, naprawdę warto rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać z osobą, która auto sprzedaje.

Gdy zaś skupimy się na samym samochodzie, dobrze jest popatrzeć w Googlu na ten konkretny model, jakie ma pięty Achillesowe, na co zwracać w nim uwagę, czy był naprawiany i tak dalej, i tak dalej.

Z Carfaksu będziemy mieli odpowiedź, czy samochód był w wypadku, choć nie zawsze jest to pewne, bo część osób decyduje się nie iść przez ubezpieczenie i za gotówkę na własną rękę naprawia szkody powypadkowe, zwłaszcza wtedy kiedy rozbija samochód w pojedynkę.

Rzeczą zasadniczą jest nie napalać się, oglądać, rozmawiać, sprawdzać w Internecie, obejrzeć samochód z osobą, która się na autach zna, odpalić na zimno, przejechać się kawałek, ocenić opony, czy równo się ścierają, popatrzyć, kiedy były wymieniane płyny, i utargować trochę z ceny.

Kupując stary samochód, trzeba też zdawać sobie sprawę, że będzie on wymagał napraw, ale tak jak już to wielokrotnie mówiłem, jeżeli dobrze kupimy, to koszt tych napraw absolutnie nie będzie dochodził do tego, co byśmy stracili z powodu deprecjacji przy kupnie auta nowego na gwarancjach, a kupując auto używane, możemy sobie pozwolić na samochód bardziej luksusowy, bardziej doposażony, właśnie z górnej półki.

Mamy też do wyboru, czy kupić auto starsze nieco drożej, ale takie, które wolno traci wartość, jak na przykład corolla, czy też kupić auto, które dużo traciło na wartości, bo jeżeli jesteśmy w stanie dobrze ocenić jego stan techniczny, możemy zrobić niezły interes.

Tak więc kupowanie samochodu to rzecz, którą trzeba polubić, wówczas można sobie sporo zaoszczędzić pieniędzy i czasu, a przy okazji mieć trochę przyjemności również ze spotykania i rozmów z ludźmi,

o czym zapewnia wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 22 czerwiec 2018 15:36

Podkręcanie licznika

Znajomy zwrócił się do mnie z prośbą, żebym napisał coś o podkręcaniu licznika, bo jego synową spotkała smutna niespodzianka – wyeksploatowany SUV o niskim przebiegu, które to auto radośnie kupiła w dobrej wierze.

Wiadomo, że jest to temat stary jak świat, bo większość z nas, kupując auto z drugiej ręki, zwraca przede wszystkim uwagę na to, ile kilometrów przejechało, co powinno być tożsame z tym, jak bardzo jest zużyte.

Teoretycznie rzecz biorąc, stan licznika powinien nam mówić większość rzeczy o stanie samochodu. Niestety, rzeczą niezwykle kuszącą jest jego podkręcanie. Od czasów sławetnych wiertarek podłączonych do linki do licznika, kiedy to symulowano ruch kół, tylko w stronę przeciwną, minęło bardzo dużo czasu, ale mimo wielu zabezpieczeń liczniki nadal da się podkręcać.

Oczywiście, trzeba zdawać sobie sprawę, że jest to przestępstwo kryminalne, surowo karane – nachalne oszustwo.

Samochód o niskim przebiegu od tego z wysokim różnić może cena kilku tysięcy dolarów. Nagminne jest też podkręcanie licznika w przypadku samochodów leasowanych, które mają ograniczenie rocznego przebiegu zapisane w kontrakcie i dość wysoką cenę za przejechanie dodatkowych kilometrów.

Jak się tego ustrzec?

Na początek musimy sobie zdawać sprawę z tego, że ustawienie odpowiedniego stanu licznika nie przedstawia zbyt wielkich trudności – możemy na YouTubie znaleźć filmiki, na których pokazane jest, który czip klastera trzeba wyjąć, w jaki sposób podłączyć go do komputera i jak bardzo prosto go przeprogramować na zadany stan liczbowy. Jest to operacja, która nawet przy małej wprawie zabierze nam być może godzinę lub dwie, a wystarczą do niej naprawdę proste urządzenia i powszechnie dostępne oprogramowanie. Oczywiście musimy wykazać trochę zręczności, czyli potrafić, na przykład, posługiwać się lutownicą.

Na dodatek operacja ta dotyczy praktycznie wszystkich typów samochodów oprócz jakichś luksusowych, szczególnie zabezpieczonych. Po prostu, odłączamy z deski jeden mały czip, wkładamy go do czytnika czipów i w prosty sposób przeprogramowujemy.

Jest to czynność, którą można zrobić jak najbardziej legalnie, bo przecież wiele razy mamy do czynienia z sytuacją, kiedy stary licznik, który przekładamy do naszego samochodu – bo nasz był na przykład zepsuty – trzeba przeprogramować.

Jeśli nie chce nam się bawić lutownicą i programowaniem procesora, możemy znaleźć licznik z mniejszą liczbą kilometrów z naszego typu samochodu i po prostu przełożyć sam czip lub układ, do którego jest przylutowany.

Tak więc aby się ustrzec przed tego rodzaju oszustwami, powinniśmy zawsze przy kupnie starego samochodu zaopatrzyć się w jego historię z takich firm, jak Carfax; popatrzeć w pakiet zakupowy, na którym widać, ile kilometrów było przy poszczególnych rejestracjach.

Z tym że też zdajmy sobie sprawę z tego, iż przedłużając rejestrację auta, po prostu deklarujemy stan licznika, możemy więc spokojnie deklarować mniej, bo nikt nas za rękę nie złapie. Nie jest to więc zabezpieczenie na 100 proc.

Zatem prócz odczytu licznika, najważniejsze to ocena stanu kupowanego auta; po wielu częściach widać zużycie. Widać przejechane kilometry na przykład po dywanikach czy nakładkach na pedały. Od kilku lat badanie spalin odbywa się poprzez odczytywanie danych z komputera samochodowego. Jedną z tych danych jest właśnie przebieg i to znów utrudnia oszukiwanie, ale nie uniemożliwia. Badanie to nie dotyczy wszystkich modeli samochodów, a ponadto przeprowadzane jest co 2 lata. Przez 2 lata agresywnie eksploatowany samochód przejechać może spokojnie 200 tys., po odpowiedniej kosmetyce i podkręceniu licznika właśnie o 150 tys. jego cena będzie znacząco odbiegała od realnej wartości.

Bądźmy więc mądrzy przed szkodą i kupując stare auto miejmy się na baczności

Do czego namawia Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 15 czerwiec 2018 13:31

Kody warto czytać

Dzisiaj znowu pozwolę sobie kontynuować „zrób to sam”. A to dlatego, że miałem kolejną „przygodę motoryzacyjną” z moim „pełnoletnim” BMW E46. Stało się to na autostradzie Gardiner, samochód nagle stracił moc, to znaczy „ja mu gaz, a on nie całkiem zgasł”, ale jechał tak, jakby nie mógł, to znaczy dodawanie gazu nie bardzo skutkowało zwiększaniem obrotów silnika czy mocy. No, ale jechał i w ten sposób dojechał do celu oddalonego o kilka kilometrów. Poszedłem zrobić, co miałem zrobić, jak wróciłem, to w zasadzie samochód pracował normalnie... Zapomniałem dodać, że wtedy, „jak nie jechał”, włączyły mu się 3 kontrolki: komputera pokładowego, check engine i przyczepności.

Tak więc, albo miałem do czynienia z bardzo poważną usterką, albo z jakimiś głupimi błędami sensorów. Szczęśliwie dojechałem do domu i „dr Google” pozwolił mi ustalić, że prawdopodobnie mam do czynienia z brudną przepustnicą, throttle body, A można ją wyczyścić samemu i generalnie jest to proste.

Zastanowiłem się, co takiego robiłem wcześniej, co mogłoby spowodować tak dziwną reakcję silnika. Wyszło na to, że czyściłem filtr powietrza, mam bowiem KN przeznaczony do mycia. Popatrzyłem uważnie na wszystko wokół filtra, okazało się, że źle go zamknąłem, w pudełku była szpara, nie wcisnąłem go tak, jak należy, a zatem do przepustnicy dostawało się niefiltrowane powietrze z brudem. Zamknąłem pudełko i wszystko wróciło do normy oprócz kontrolki check engine.

Pisałem już o tym, że check engine, to jedna z tych rzeczy, których boimy się niepotrzebnie, i choć zwiastuje, że samochód nie przejdzie testu czystości spalin, to może to być bardzo prosta sprawa, jak na przykład niedokręcony korek wlewu paliwa. Oczywiście może być też taka, która kosztować nas będzie tysiące dolarów.

Pomyślałem, że nie będę czekać, by check engine mi się zresetował, i zresetuję rzecz samemu. Jest bowiem „chłopski” sposób polegający na tym, że odpinamy klemy od akumulatora i stykamy je razem – w ten sposób resetujemy komputer. Ma to tę złą stronę, że jeżeli będziemy jechać do badania spalin, to może okazać się, że nasz komputer nie ma w pamięci rzeczy, które są konieczne do określenia, czy silnik prawidłowo pracuje, a co za tym idzie, do zaliczenia testu.

O wiele lepiej jest więc zaopatrzyć się w urządzenie, które pozwala, po pierwsze, czytać kody, a po drugie, zresetować je. Urządzenia te, czyli czytnik komputera pokładowego OBD2 standardowego w amerykańskich samochodach, są dostępne po śmiesznie niskich cenach. Sam kupiłem własne za 10 dolarów. Wetknięte w kontakt komputerowy w samochodzie, przy pomocy Bluetooth albo WiFi pozwala skomunikować się z aplikacją na tablet czy smartfon i odczytać główne dane z czujników silnika, systemu wydechowego i inne. Naprawdę bardzo pożyteczne urządzenie. Ten gadżet za 10 dolarów pozwala skasować kod check engine. Oczywiście, jeżeli usterka nie została naprawiona, to kod nam znowu wyskoczy, ale w ten sposób nie kasujemy wszystkich danych z urządzenia komputerowego w naszym samochodzie.

Poza tym OBD2 pozwala nam zobaczyć, czy dobrze działa czujnik tlenu, czujnik wolumenu powietrza, czy nasz samochód przejdzie test spalin.

Proste rzeczy możemy spróbować naprawiać samemu, oszczędzając sobie częstokroć setki dolarów. Komputer taki pozwala na czytanie danych z większości samochodów. Wystarczy więc zobaczyć, gdzie mamy wtyk, włączyć urządzenie i czasem – tak jak w tym, o którym mówię, za 10 dol. – można te rzeczy śledzić na bieżąco – znaczy włączyć sobie tablet czy smartfon, przypiąć do szyby i mieć dane z silnika na bieżąco wyświetlane. Mała rzecz, a cieszy.

Tak więc zaliczyłem kolejną przygodę motoryzacyjną, która szczęśliwie skończyła się bezkosztowo, obeszło się na strachu, no bo tak to już jest w przypadku pełnoletnich samochodów, że czasem usterka oznacza złomowisko.

O czym z pewnym smutkiem informuje Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 01 czerwiec 2018 07:52

Jak ograniczyć koszty paliwa

W związku z - eufemistycznie mówiąc - niezbyt tanią benzyną wiele osób pyta mnie czy dużo się stanie jeśli zrezygnują w swoim „usportowionym” aucie z lania benzyny wysokooktanowej i poprzestaną na regularnej.

Cóż, wszystko zależy od samochodu - trzeba po prostu odświeżyć sobie książeczkę „instrukcja obsługi”, którą otrzymaliśmy razem z autem, a jeśli nie mamy to można sobie taką ściągnąć z Internetu odpowiednią do modelu. Tam jest napisane jaka benzyna jest wymagana, a jaka zalecana. Oczywiście jeśli mamy wyżyłowany M3 no to niestety skazani jesteśmy na benzynę o najwyższej liczbie oktanowej, jeśli natomiast benzyna wysokooktonowa jest jedynie „zalecana”, to komputer samochodu dobierze nam taki zapłon byśmy mogli jechać również na tej normalnej. O wszystkim tym jest napisane w instrukcji. Z drugiej strony trzeba się liczyć, że przy benzynie o niższej liczbie oktanowej możemy mieć gorsze wyniki jeśli chodzi o spalanie, ale silnikowi nie powinno to szkodzić.

Z trzeciej strony, trzeba sobie też zdawać sprawę że benzyna regularna ma dodawany spirytus, a to nieco pogarsza jej właściwości jeśli chodzi o żywotność silnika.

Warto też wiedzeć, o czym już kiedyś pisałem, że nasze oktany amerykańskie są inaczej liczone niż europejskie i jeżeli na przykład w RFN, gdzie podaje się na dystrybutorze tak zwaną liczbę RON (Research Octane Number) benzyna ma 95 oktanów no to odpowiada naszej 90-oktanowej, dlatego że w Ameryce i Kanadzie podaje się tak zwaną Road Octane Number czyli liczbę praktyczną uzyskiwaną w warunkach obciążonej pracy silnika. Pisałem już o tym i odsyłam do tekstu który nadal wisi na internetowej stronie Gońca.

Jak poza tym można ograniczyć koszty paliwa? Można kupować paliwo w Costco, jeśli mamy tam kartę, jest trochę tańsze; można też ściągnąć aplikację Gas Buddy czy podobną, która wskaże nam stacje, gdzie jest akurat trochę tańsza benzyna, warto też kupować wtedy kiedy benzyna jest w tygodniu najtańsza; wiadomo że przed weekendem, zwłaszcza długim zawsze cena wzrasta.

Oczywiście, nie polecam trzymania benzyny u siebie w domu, kupowania na zapas. Zresztą trzeba być albo z Krakowa albo z Poznania żeby coś takiego przyszło nam do głowy.

W każdym razie ktoś kiedyś powiedział, jak cię nie stać na benzynę, to znaczy nie stać cię na samochód. Jest w tym trochę prawdy, można więc częściej wsiadać na rower, ograniczać liczbę krótkich wyjazdów „do Chińczyka”, kiedy spalanie jest bardzo wysokie na nie rozgrzanym silniku, chodzić pieszo, czy kupić elektryczną motorynkę.

Można w nadchodzących wyborach zagłosować na Douga Forda, który obiecuje że zdejmie podatek węglowy, który jest nałożony jest na benzynę i powoduje, że pomimo nie tak drogiej ropy naftowej benzyna w dystrybutorze to towar luksusowy.

Do czego namawia Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 18 maj 2018 13:21

Guma jest najważniejsza!!!

Koledzy mówią mi, że dzisiaj mam mało miejsca, bo Goniec ma specjalne wydanie, więc będę się streszczał. 

        Sprawa dotyczy rzeczy najbardziej poważnej – jak podkreśla to zawsze inż. Ludomir Zakrzewski z Ludex Auto (ogłasza się u nas na ostatniej stronie), opona to jest jedyne miejsce, w którym samochód kontaktuje się z drogą. Dlatego tak ważne jest, ażebyśmy opon sobie nie odpuszczali i  jeździli na napompowanych kołach. Jest to dodatkowo ważne we współczesnych samochodach, w których systemy trakcyjne zależą od elektronicznych czujników. Zawsze warto więc przy tankowaniu sprawdzić ciśnienie w oponach. Nawet jeśli mamy czujniki w kołach, dobrze jest „ręcznie” sprawdzić ile tego powietrza rzeczywiście w oponie jest.

        Jest to ważne w sytuacjach awaryjnych, gdy chodzi o życie i śmierć. Źle napompowana opona przy nagłym skręcie zaczyna się wykoślawiać i dotykać boczną ścianką asfaltu, przez co łatwiej o poślizg. Jeśli słyszymy, że coś nam na zakrętach koła za bardzo piszczą przy niedużych prędkościach, to niechybny znak, że mamy niedopompowane koła. 

        Sprawdźmy opony po zimie, zobaczmy, czy nie są uszkodzone, i dopompujmy, czasem trudno zauważyć ubytek ciśnienia gołym okiem. Sprawdźmy również ciśnienie w kole zapasowym, te małe kółka wymagają o wiele większego ciśnienia niż zwykłe koła, a zazwyczaj zapominamy o tym, do momentu aż coś się dzieje. Po 5 czy 6 latach leżakowania w raz gorącym, raz zimnym bagażniku ciśnienie w tym kole może spaść nawet o połowę.

        A zatem w trosce o własne bezpieczeństwo przed długim weekendem Victoria Day, przy tankowaniu sprawdzimy ciśnienie w naszych kołach. Jeśli ktoś nie wie, jakie ma być, a  jest różne w różnych samochodach, czasem inne w kołach przednich i w kołach tylnych, to informacje na ten temat są na tabliczce, która zazwyczaj umieszczona jest we wnęce drzwi kierowcy i widać ją po otwarciu drzwi 

Happy Victoria Day – udanych weekendowych wojaży Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 11 maj 2018 08:20

Samochody odżywają na propanie…

– Sądzę, że wszyscy, którzy myślą nad tym, żeby zaoszczędzić połowę pieniędzy, powinni zastanowić się nad przestawieniem samochodu na propan. Jeżeli ktoś wydaje 10 tysięcy dolarów na paliwo w ciągu roku, to będzie wtedy wydawał 5 tysięcy... Z Robertem Jękoszem z firmy LGP Pro Experts rozmawia Andrzej Kumor.


Andrzej Kumor: Proste pytanie, dlaczego nie jeździmy na propanie? Przecież system ten jest bardzo czysty, tzn. jeżeli mówimy o środowisku naturalnym itd., to spalanie propanu jest o wiele czystsze niż spalanie benzyny, nawet tej tzw. czystej. 

        Dlaczego nie ma programu rządowego, który by zachęcał do przestawiania samochodów na propan, czy nawet produkcji samochodów już z możliwością wykorzystywania propanu, przecież Kanada ma gaz?

        Robert Jękosz: Nie uwierzy Pan, w Kanadzie latem spala się tyle propanu, że miasto Barrie, wszyscy mieszkańcy mogliby jeździć cały rok za darmo.

        Palimy to znaczy?

        Wypalamy do atmosfery. Propan jest produktem ubocznym petrochemii. Czyli jeżeli robimy benzynę, to im więcej oktanów benzyna ma, tym więcej propanu nam zostaje ubocznie. I w zimie to jest dobre, bo ogrzewamy tym domy, wszyscy są zadowoleni, jest sezon kukurydziany, kiedy jest kukurydza wyparzana. Natomiast w lecie jest problem ze składowaniem propanu. No i jeżeli nie mamy tego gdzie trzymać, to musimy to wypalać.

        Nas się tutaj obciąża jakimiś podatkami węglowymi, nie wiadomo czym, a potem „pali się gazowe ognisko”.

        Tak, płonie ognisko przez całe lato, bo jest tak mało samochodów propanowych, że nie są w stanie spalić tego propanu, który jest nadwyżką w produkcji. 

        Kiedyś mieliśmy 750 dolarów upustu, które dawał rząd, żeby przełożyć samochód na propan. Zostało to wycofane w momencie, kiedy HST powstało. Dwa podatki połączyli i stwierdzili, że ani federalny rząd nie chciał dawać tych 750 dolarów, ani ontaryjski rząd nie chciał dawać, więc że najlepiej to zlikwidować. I zlikwidowali.

        Ile kosztuje przestawienie samochodu na propan?

        Przestawienie kosztuje między cztery a pięć tysięcy dolarów. 

        To jest pokaźna kwota.

        Tak, to jest pokaźna kwota. Dla normalnego człowieka, niezarabiającego na jeździe samochodem, to są duże pieniądze. Teraz na przykład trzeba przejechać 20 tysięcy kilometrów, żeby się w jeden rok zwróciła ta inwestycja. Ale w wypadku taksówki zwraca się to w niecały miesiąc, na przykład taksówki wożące ludzi na lotnisku robią 25 tysięcy kilometrów miesięcznie.

        Gdy ktoś często jeździ latem na cottage, to też wyrabia kilometry...

        To jest właśnie te 20 tysięcy. Po 20 tysiącach już jest system spłacony.

        Dzisiaj jechałem samochodem, benzyna jest po 1,36 – 1,40 dolara.

        Prawda. A propan jest po 50 centów.

        On jest trochę mniej kaloryczny, więcej się go wypala?

        Tak. Traci się około 15 do 10 procent na dystansie, czyli jeżeli, dajmy na to, cena propanu wynosi 50 centów, dokładamy do tego 10 procent, 20 procent dołóżmy, czyli to będzie 10 centów, czyli w sumie 60 centów.

        To jest mniej niż połowa ceny benzyny.

        Przejeżdża Pan tyle samo za 60 centów co za 1,37 dolara. Propan jest lepszy dla silnika, ma więcej oktanów. Samochody naprawdę „żyją” na propanie, chcą jeździć. 

        Mamy teraz problem z nowymi samochodami, bo mają direct injection...

        Firmy w Europie pracują nad tym, żeby to pokonać. Tam są wtryski włożone w komorę spalania. Jeżeli nie przepuścimy przez to paliwa, to się po prostu spalą, bo one są w temperaturze 1200 stopni. Systemy, które są zrobione do tych samochodów, wtryskują również małe ilości benzyny, żeby ochładzać injectory. 

        Są samochody, które można zamówić w fabryce, na przykład fordy. W Fordzie za 280 dolarów można zamówić silnik, który jest przygotowany do spalania propanu, czyli robią specjalne „siedzenia” pod zawory, które są wzmacniane, przez co silnik dłużej jeździ na propanie.

        Czyli nie tylko mogą się nad tym zastanawiać ludzie, którzy zarabiają samochodem, ale również tacy, którzy po prostu dużo jeżdżą; których samochody mają duże przebiegi, bo wtedy to naprawdę eksploatacja samochodu kosztuje pół ceny.

        To jest troszkę więcej niż pół ceny. Sądzę, że wszyscy, którzy myślą nad tym, żeby zaoszczędzić połowę pieniędzy, powinni zastanowić się nad przestawieniem samochodu na propan. Jeżeli ktoś wydaje 10 tysięcy dolarów na paliwo w ciągu roku, to będzie wtedy wydawał 5 tysięcy.

        To jest poważna kwota, można nowy samochód za to spłacać.

        Ci, co jeżdżą taksówkami, w ciągu trzech lat oszczędzają na nowe samochody. Przez trzy lata mają pieniądze oszczędzone z propanu.

        Nie wiem, czy Pan zauważył, że wszyscy taksówkarze, kierowcy limuzyn, oni wszyscy jeżdżą na propanie. Nie robią tego zwykli ludzie.

        No właśnie, dlaczego?

        Jest tego kilka powodów. 

        To przejdźmy do tego, co jest złego. Co się dzieje, jak jest wypadek? Jak to jest, jeśli chodzi o kwestię ubezpieczenia? Czy jest wtedy inna stawka, jak to wygląda?

        Według mnie, są tylko dwie złe rzeczy związane z propanem. Po pierwsze, trzeba zapłacić za conversion, a po drugie, trzeba znaleźć miejsce na zbiornik. Wszystko inne to są same plusy, ale przede wszystkim oszczędzamy pieniądze.

        Jeździmy i na benzynie, i propanie? Bo zbiornik benzynowy zostaje?

        Tak, zostaje, i trzeba zamontować drugi zbiornik na propan. To są dual systems, czyli jeżeli propan się skończy, system się automatycznie przełącza na benzynę. 

        Jest jeszcze jedna rzecz, nie ma dużo stacji. One powstają, tylko to nie jest jak w Europie, że co 500 metrów jest stacja propanowa. Jeżeli się zacznie jeździć na propanie, to się wie, gdzie są te stacje – po prostu widzi się, przejeżdżam 500 km, jest tu i tu stacja i tam jadę zatankować.

        Nie ma takiej sytuacji, że staniemy, bo nie ma propanu, dlatego że mamy benzynę, możemy zatankować benzynę i jechać dalej na benzynie, zasięg takiego samochodu się wydłuża.

        Oczywiście, przeważnie się podwaja. Następna sprawa, bezpieczeństwo. Wszystko jest zaaprobowane przez kanadyjski rząd. Zbiorniki mają wszystkie DofT proof, czyli Department of Transportation, one przeszły testy wytrzymałościowe na zderzenie, na wybuchowość. Te zbiorniki nie wybuchają. Te samochody się palą, benzyna się pali, ale nie wybuchają. Nie ma czegoś takiego, że jedzie Pan, zapali papierosa i samochód Panu wybuchnie, nie ma takich rzeczy. 

        Co do ubezpieczeń, jest kilka firm, które nie lubią propanu, ale na przykład w State Farm nie ma żadnego problemu z ubezpieczeniem. TD jest jedyny, który robi problemy. Nie znamy powodu, ale mieliśmy parę przypadków, kiedy TD odmówiło ubezpieczenia samochodu na propan. W pozostałych firmach nie ma najmniejszego problemu, jeżeli coś się stanie z samochodem, wypłacają co do grosza za całą instalację.

        Czyli ta instalacja jest traktowana też jako wartość samochodu?

        Tak, podnosi wartość samochodu o tę sumę, na którą jest rachunek wystawiony.

        Przejdźmy do kolejnej rzeczy. Jeśli ktoś postanowi sprzedać samochód, ile kosztuje przełożenie instalacji do kolejnego? I jak długo ten system będzie służył oraz co trzeba w nim wymieniać, jaki jest czas żywotności?

        To tak jak z samochodem, trzeba robić serwis. Trzeba przyjeżdżać, wymieniać filtry – co 50 tysięcy wymieniamy dwa filtry, co 100 tysięcy trzy filtry. Jeżeli się to robi systematycznie, to w zasadzie taki samochód jest na całe życie. Kanadyjska pogoda nie pomaga nam w utrzymywaniu tego systemu przez wiele lat. Myślę, że po sześciu – ośmiu latach trzeba wymieniać wiązkę elektryczną, ale to są koszty rzędu 400 – 500 dolarów. I ten system może jeździć całe życie z tym samochodem.

        Koszt przełożenia systemu z samochodu do samochodu wynosi między 1500 a 2000 dolarów, czyli mniej więcej połowa tego, co kosztuje.

        Jak jest z temperaturami, czy trzeba się obawiać upałów czy bardzo niskich temperatur? Czy przy bardzo niskich samochód startuje bez żadnego problemu?

        Nie trzeba się obawiać. Samochody zawsze startują na benzynie, dopiero jak temperatura silnika osiągnie 35 stopni, wtedy samochód się automatycznie przełącza na propan, tak że te wymogi kanadyjskie, które powstały w 50. latach, że samochody muszą przechodzić testy na minus 40 stopni, to jest totalna bzdura, bo takich samochodów już nie ma. Startujemy w zimie, w lecie, nieważne, czy jest gorąco, czy jest ciepło – wiadomo, w lecie się bardzo szybko przełączy na propan, nawet czasami  w ciągu 2 sekund czy sekundy, w zimie to trwa około 1,5 - 2 minut.

        Czy to jest bezpieczne, jeśli zostawiamy samochód, a on się nagrzewa? Można oparzyć się od dotykania, czy dalej ten zbiornik jest bezpieczny?

        Zbiorniki mają specjalne zawory. Jeżeli wzrośnie ciśnienie, to te zawory upuszczają propan. To nie jest tak, że spuszczają cały propan, tylko upuszczają trochę, żeby zmniejszyć ciśnienie. Ciśnienie spuszczone, wszystko jest w porządku i bezpieczne.

        Panie Robercie, wracam do pierwszego pytania. Może to jest teoria spiskowa, ale dlaczego nie jeździmy na propanie, skoro mieszkamy w Kanadzie, kraju zasobnym w gaz, w ropę, i mamy do dyspozycji paliwo, które jest o wiele lepsze, czystsze od zwykłej benzyny?  Jaka jest Pana teoria?

        Nie wiem. Ja mam dwa wytłumaczenia. Pierwsze, jesteśmy bogaci, nasze społeczeństwo tutaj, dobre pieniądze zarabiamy i ludzie często zmieniają samochody. W Europie samochód jeździ 8 – 10 lat z tym samym właścicielem, tutaj wszyscy chcą leasy 3 lata, 2 lata. To się opłaca. 

        Naprawdę opłaca się zmienić samochód na propan, ale ta inwestycja, te 4 czy 5 tysięcy dolarów, wszyscy, których na to stać, pytają, a kiedy mi się to zwróci? Są sceptyczni, bo mają doświadczenia z tymi systemami, które były lata temu.

        W których lało się do gaźnika?

        Tak, to były gaźnikowe systemy. Kanadyjczycy naprawdę się sparzyli. Naszymi klientami są oczywiście Polacy, ale głównie Europejczycy, którzy mieli już doświadczenie z instalacjami gazowymi, albo taksówkarze, którzy robią tych kilometrów tyle, że dla nich nie jest ważne jaki system, oni muszą oszczędzać pieniądze, a to jest sto dolarów oszczędności więcej każdego dnia.

        Jeżeli ktoś ma samochód, który pije tę benzynę, jak właśnie jakiś SUV.

        Wszystkie samochody piją benzynę.

        Ale mówię o takich, które spalają 14-15-16 litrów, bo jak jeździmy dużym SUV-em, to tyle nam pali, to tutaj oszczędność jest olbrzymia.

        To są kolosalne pieniądze, które naprawdę mogą nam zostać w kieszeni. Z drugiej strony, rząd nie pomaga.

        Jaka jest Pana teoria, dlaczego nie pomaga?

        Dlaczego nie pomaga? Wiadomo, podatki! Od propanu jest tylko może 3 procent podatków plus podatek drogowy, carbon tax i HST. Nie ma tych narzutów 60 czy 70 procent jak w benzynie, tylko mały podatek.

        Rządowi w ogóle się nie opłaca propagować tego czystego paliwa. Jedyna instytucja, którą znam, a która jeździ samochodami na propan, to jest policja w London. To jest jedyna policja – mają pięć czy sześć cruiserów – w całej Kanadzie, która używa propanu. Są zadowoleni, ale „po cichu”. 

        Na przykład teraz w Stanach Zjednoczonych policja zaczyna jeździć na propanie. Bardzo dużo jest na Florydzie policyjnych samochodów, które jeżdżą na propanie. U nas – my jesteśmy po prostu za bogaci. 

        Czyli jeśli ktoś jest nie za bogaty, to przestawienie samochodu na propan ma naprawdę sens, bo zostaną mu w kieszeni grube tysiące dolarów.

        Musimy policzyć, że w ciągu 3 lat to się zwróci, zależy oczywiście, ile kto jeździ. Jeśli jeździ 20 tysięcy, to jest 5 tysięcy dolarów na rok oszczędności.

        Czyli przez pierwszy rok ma spłacony system, a potem to już tylko oszczędności.

        Nie ma ludzi w Kanadzie, którzy robią 20 tysięcy kilometrów rocznie, przeważnie to jest 40 tysięcy. Nawet wyjazd na Kaszuby to jest 400 kilometrów w jedną stronę, czyli 800 w jeden weekend, do Montrealu wyskoczyć to jest 500, czyli 1000 już.

        To są jednak przebiegi i posiadanie takiego taniego paliwa zaczyna powodować, że się zastanawiamy, jak zaoszczędzić.

        My jesteśmy w Ontario, to jest 1,37 dolara, a w Kolumbii Brytyjskiej to już jest 1,60 dol. I wszyscy straszą, że to przyjdzie do nas. Jeżeli przyjdzie... Nawet jeżeli propan to jest połowa ceny benzyny, to z dolara to jest tylko 50 centów, z 1,60 dolara to jest już 80 centów oszczędności.

        Panie Robercie, to miejmy nadzieję, że to przyjdzie do nas i klienci przyjdą do Pana.

        Nie, ja wszystkim życzę dobrego życia. My mamy bardzo dużo klientów tutaj, około 3 tysięcy, i ja życzę wszystkim dobrego życia. Ci, co przyjdą do nas, to są ludzie, którzy myślą o swoich portfelach, a zaoszczędzone pieniądze mogą wykorzystać na coś innego.

        Chodzi też o środowisko naturalne, bo ten propan się czyściej spala.

        Tak. Nasz rząd nie myśli o tym, ale my musimy myśleć za rząd.

        Dziękuję bardzo.

       

Osoby zainteresowane założeniem instalacji gazowej w samochodzie mogą się kontaktować z 

LPG Pro Experts 

tel. 9058559600

email Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

2568 Royal Windsor Dr, 

Mississauga, 

ON L5J 1K7

Opublikowano w Wywiady
piątek, 11 maj 2018 07:53

Wolność na osiemnastu kołach

Jako mały chłopak widziałem film, w którym amerykański żołnierz jedzie ciężarowym studebakerem po zbombardowanej, niemieckiej autostradzie z ładunkiem szampana. Rok 1945. I był tam taki moment, kiedy mu się ten studebaker psuje, a on nie dbając o awarię, wyciąga butelkę szampana i odbija szyjkę o zderzak. Mnie się to tak spodobało, że postanowiłem – o ile tylko nadarzy się w życiu okazja – zostać właśnie takim kierowcą!

Andrzej Kumor: Przez kilkadziesiąt lat jeździłeś dużymi ciężarówkami. To ciężka praca, ale ma chyba też niesamowity urok. Pokonywanie przestrzeni, zmiana krajobrazów, klimatów... Patrząc teraz, z pozycji człowieka, który już tego nie robi, już ma to za sobą, czy zrobiłbyś to drugi raz, wybrałbyś po raz drugi tę ścieżkę?

        Marcin Baraniecki: Prawdopodobnie tak, ale właściwie bardzo trudno wczuć się w tamtą sytuację z początku lat 80., kiedy zaczynałem. Inna rzecz, że chyba zawsze chciałem być kierowcą. Po szkole średniej nie bardzo wiedziałem, co właściwie chcę studiować.

        Jednocześnie siedziała we mnie dość dziecinna myśl, że najbardziej to chciałbym być kierowcą dalekobieżnej ciężarówki. Jako mały chłopak widziałem film, w którym amerykański żołnierz jedzie ciężarowym studebakerem po zbombardowanej, niemieckiej autostradzie z ładunkiem szampana. Rok 1945. I był tam taki moment, kiedy mu się ten studebaker psuje, a on nie dbając o awarię, wyciąga butelkę szampana i odbija szyjkę o zderzak. Mnie się to tak spodobało, że postanowiłem – o ile tylko nadarzy się w życiu okazja – zostać właśnie takim kierowcą!

        Taka magia wizerunku.

        Tak. Potem szukałem w ojcowym atlasie i znalazłem najdłuższą możliwą trasę. Z Lizbony do Władywostoku. Tak to sobie wymyśliłem. I także to, że będę jechał z ładunkiem korka. Ładunek szampana wydawał mi się trochę za bardzo tłukący. Korek był bezpieczny! Ten obraz został mi w głowie na całe lata, niemniej jednak trzeba go było na razie zawiesić na kołku... 

        W każdym razie w momencie przyjazdu do Kanady wiedziałem, że teraz przyszedł czas na realizację tego dawnego marzenia. Miałem to szczęście, że trafiłem na niejakiego Hansa Strohackera, który w Surrey, BC prowadził małą firmę transportową. On mnie zatrudnił i u niego zdobywałem pierwsze szlify. Później, po dwóch miesiącach przeniosłem się do Toronto.

        Jakie rzeczy najbardziej pamiętasz? Bo ludzie mówią, że to jest monotonia.

        Tak bym tego nie nazwał. A jeśli chodzi o wspomnienia, to pamiętam bardzo dużo – nawet z tych odległych już dziś lat. Żeby nie zapomnieć, napisałem o tych początkach książkę pt. „Książęta highwayu”, potem dwie inne...

        Jeździłeś jako singel?

        Tak, ale zdarzały się na samym początku sytuacje, że musiałem jeździć z pomocnikiem. Dowoziliśmy wtedy szafki kuchenne na rozmaite budowy, głównie po Ontario, ale także do północnego Quebecu i innych prowincji. Byliśmy nawet w Hay River na Terytoriach Północno-Zachodnich.

        W wielu przypadkach jeździło się po zabłoconych budowach. Warunki były prawie „poligonowe”.

        Lubisz jeździć sam? Być sam ze sobą?

        Wtedy, podczas pierwszych kroków w truckingu, nigdy nie byłem sam, ale z chwilą gdy skończyłem z tymi szafkami i znalazłem się na dalekiej trasie, ogarnęła mnie ogromna ulga, która brała się stąd, że chyba pierwszy raz w życiu miałem czas na spokojne myślenie. Wiem, że to brzmi trochę śmiesznie, ale tak było. Pamiętam chwile, gdy wychodziłem z trucka, żeby go zatankować, i o niczym innym nie marzyłem, tylko o tym żeby być z powrotem na drodze. Nawet ta krótka chwila na stacji benzynowej wytrącała mnie z równowagi, bo przerywała moją samotność. Pamiętam dokładnie ten moment, kiedy uświadomiłem sobie, że mam czas dla siebie samego. I ten moment pamiętam do dzisiaj!

        Medytacja na drodze.

        Powiedzmy. Ostatecznie krajobrazy, które widzi się wzdłuż dróg, często gęsto nie są ani ciekawe, ani nawet ładne... Na przykład Radisson Highway w Quebecu. Las, las i jeszcze raz las, wypalone sosny, żwirowa droga i w sumie nie ma gdzie oka zawiesić. To samo jest w Manitobie czy w ogóle w interiorze, w Saskatchewanie. Jasne, że to jest ogromny, wspaniały kraj i mówienie o tym, że nie jest ładny, zakrawa na bluźnierstwo, ale jestem szczery. Pewnie, że jest wiele wspaniałych scenerii, piękne krajobrazy w Rocky Mountains, drogi nad Pacyfikiem i inne, ale są też bardzo nijakie – powiedzmy nudne.

        Czyli trzeba potrafić być samemu ze sobą, bo są ludzie, którzy tego nie lubią, którzy szukają towarzystwa?

        Do pewnego stopnia. Mam przyjaciela, który jest wielkim samotnikiem i bardzo lubi być sam, ale jeździ z psami. Mówi, że doskonale się rozumieją.

        Powiedz, jak się zmienił trucking na przestrzeni tych trzydziestu iluś lat, bo dzisiaj są GPS-y, ograniczenia, logbooki elektroniczne itd.

        Ogromnie się zmienił. Przede wszystkim jest bardzo dużo regulacji, które odzierają trucking z kolorytu. Po prostu nie ma już tego powabu, który był dawniej, kiedy trucker był panem sam dla siebie.

        To nie są już ci książęta highwayu?

        Nie są. Tamte lata minęły bezpowrotnie. Tak samo jak te, w których ja sam zaczynałem. Lata 80. nijak się miały do tego, co było w latach 60. – 70. Tamtą epokę najlepiej obrazuje film „Konwój”. Trochę humorystycznie, ale duch został przekazany. Spotykałem wielu kierowców, którzy jeździli w tamtych latach, nawet jeszcze wcześniej, i opisywali różne stare zwyczaje i wymagania, które wtedy obowiązywały. Nie było Trans-Canada Highway i nie było 401. Do Montrealu jeździło się Hwy 2. To był zupełnie inny trucking. 

        Trochę humorystyczny przykład. Przewóz świeżej żywności wyglądał w ten sposób, że w naczepie zamontowana była nad przewożoną żywnością krata posypana lodem i co jakiś czas trzeba się było zatrzymywać i ten lód przecierać, żeby opadał na towar i go chłodził. Wszystko to przeszłość. Wydaje się, że prawie nierealna.

        Czyli więcej było uroku, więcej było wolności?

        Bez porównania.

        A czy było też więcej pieniędzy?

        Nic podobnego. Tak wtedy, jak i dziś w transporcie nie ma żadnych kokosów. Bardzo wielu ludzi idzie do transportu dla pieniędzy, ale też wielu gorzko się rozczarowuje. Oczywiście, jeśli buduje się firmę transportową, to jest inna kwestia, ale jeżeli jeździ się dla kogoś lub jest się owner-operatorem jednej ciężarówki, to w moim przekonaniu trudno zostać milionerem.

        Godziwe życie, tak?

        Godziwe życie? Tak, ale jednocześnie życie pochłaniające ogromnie dużo czasu. Nieproporcjonalnie dużo w stosunku do zarobków. W domu jest się gościem.

        No właśnie, jak to jest z rodziną?

        Trzeba mieć bardzo wyrozumiałą żonę albo się nie żenić! Można też jeździć z żoną, ale to pod warunkiem, że nie ma się dzieci.

        Wyrozumiała żona to skarb. Zawsze mówię, że najważniejszym zadaniem mężczyzny jest znalezienie dobrej, mądrej, wyrozumiałej żony. Jeżeli ma się szczęście i znajdzie się taką, to wszystko inne przyjdzie samo. Jeżeli ma się taką osobę, która cię popiera i rozumie, to jest się wygranym. Tak właśnie było i jest ze mną.

        I te długie nieobecności w domu odbijają się też na wychowaniu dzieci?

        Z całą pewnością. No, chyba że robi się to, co ja później robiłem, to jest jeździ się na krótkich dystansach, czyli na mieście. Pewnie, że ciągle jeszcze to jest jakieś 300 – 400 km dziennie, ale jest się codziennie w domu. Bo co jest ważne, nie tylko dla kierowców, ale dla wszystkich, to to, żeby być codziennie w domu. Ja nie mówię, żeby być non stop i gotować z żoną obiad, ale żeby przyjść chociaż na parę godzin do domu, wziąć prysznic, pocałować żonę, zobaczyć dzieci... Mówię to z perspektywy 70 lat życia! (śmiech).

        Zmieniła się też technologia, wspomniałem o GPS-ach, jest Skype, ludzie mogą słuchać tej samej stacji radiowej przez cały kontynent. Jak to było w tych starych czasach, miałeś mapy?

        Tak, oczywiście.

        Jak się znajdowało klienta?

        Używało się mapy, bardzo często wyrysowanej przez dyspozytora na kawałku kartki. Nie było w tym nic złego. Ja bardzo lubię mapy i do dnia dzisiejszego ich używam, nie używam GPS-u. Ale pytasz mnie o te wszystkie nowe rzeczy. Oczywiście to jest zupełnie nowy świat. I trzeba docenić ten postęp. Przecież nie można siedzieć cały czas w przeszłości, jak mój sąsiad, jeszcze w Polsce, który twierdził, że miotła jest lepsza od odkurzacza. Albo na przykład mówił, że trawę skosi lepiej kosą niż kosiarką!

        Miałeś swojego trucka?

        Tak. Zacząłem od czterech, ale to było wtedy trochę za szybko i za odważnie. Zatrudniałem czterech kierowców i czterech pomocników, bo jak już wspomniałem, rozwoziliśmy szafki kuchenne, które wymagały ręcznego rozładunku. Ale okazało się, że to było dla mnie odrobinę za dużo i musiałem zwinąć interes i zostać z jednym truckiem.

        Czy trudno było znaleźć kierowców?

        I tak, i nie. To była trudna i niewdzięczna praca. Ręczny rozładunek mebli kuchennych. Proszę to sobie wyobrazić. Na budowach, często po śliskiej desce, którą kładliśmy pomiędzy naczepą a nowo budowanym domem. I wszystko przenoszone na plecach!

        Nie było ramp?

        Nic nie było. Pamiętam, jak przyjechaliśmy do osiedla Manitouwadge w północnym Ontario. Błoto do kolan! Ledwo wjechałem. Dobrze, że przy wyjeździe pomogli nam tamtejsi Indianie, ale to, że się wtedy z tej błotnej topieli wyrwałem, graniczyło z cudem. To był prymityw i ciężka praca. I do takiej pracy trudno było znaleźć kierowców.

        To bardzo szeroki temat.

        Cały czas jest droga przed Tobą?

        Zawsze coś się dzieje. Dajmy na to przyjeżdża się na jakieś zakazane przez Boga i ludzi odludzie, żeby wziąć przygotowany do drogi trailer. Ciemna, zimowa noc, zamarznięty trailer, nie możesz się zaczepić, bo jest ślisko, wreszcie się zaczepiasz, ale nie możesz podnieść łap naczepy, bo wszystko jest zamarznięte, więc szarpiesz się, pot spływa po plecach... To są chwile, gdy ma się wątpliwości, czy się dobrze wybrało.

        Cały czas mówię o tych pierwszych latach. Wtedy były logbooki, trzeba było je wypełniać, ale dużo ludzi oszukiwało, czy były wypadki, że ludzie zasypiali?

        Naturalnie, takie sytuacje były zawsze, nie tylko w Ameryce i Kanadzie, ale w Europie tak samo.

        Czy spedycja wymagała, żeby tak jeździć, tzn. żeby jeździć ostro?

        Bywały takie sytuacje. Aż nazbyt często. Każdy z nas, który jeździł, ma w życiorysie sytuacje, o których nie chce wspominać. Zdarzało się, że dyspozytor wydawał nieludzkie polecenia, bez liczenia się z jakimikolwiek przepisami. Wyrażało to się na przykład w takim postawieniu sprawy: albo jedziesz, albo możesz zaparkować i już nie wracać do tej pracy. W sytuacji, kiedy się miało mortgage, troje dzieci i niezarabiającą żonę, trzeba się było dobrze zastanowić, czy zaparkować tego trucka. Więc jechało się. Czasem bez odpoczynku po dwudziestu godzinach przebytej już drogi.

        Z jaką prędkością? Czy były wtedy ograniczenia tak jak teraz do 104 km na godzinę?

        W Ontario ograniczniki szybkości wprowadzono bardzo niedawno. Trucki nie mogą jechać szybciej niż 104 kilometry na godzinę. W Europie chyba 90. 

        Zacząłeś pisać książki o tym. Czy dlatego, żeby choć trochę zachować klimat tamtych czasów, tamtej rzeczywistości, który może się rozpłynąć i nikt nie będzie o nim pamiętał?

        W dużej mierze tak. Z pisaniem zawsze byłem bardzo blisko, nawet jeszcze w Polsce. Wzięło się to z mojego hobby, jakim jest genealogia, którą interesuję się od przeszło 50 lat. Robiłem opracowania genealogiczne głównie na potrzeby rodziny i stąd chyba wzięły się późniejsze próby esejów, opowiadań. Tu, w Kanadzie, najpierw zacząłem pisać do miesięcznika „W drodze”, a potem od 1999 roku dla prowadzonego przez Marzenę i Romana Wiktorowiczów truckerskiego magazynu „Truck and Roll”.

        A czy w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie jest miejsce dla kobiet?

        Kobiety w truckingu to wdzięczny i bardzo szeroki temat.

        Ludzie opowiadają o jakichś legendarnych wyjazdach do Meksyku...

        Ja bym powiedział, że to jest margines, nie ma o czym mówić. Mało ciekawy, raczej, powiedziałbym, smutny margines.

        Właśnie miałem użyć tego słowa.

        Inna rzecz, że nikogo nie można sądzić! Różnie bywa i różne są ludzkie losy. 

        No właśnie, życie jest niesamowicie bujne i bogate, człowiek by nie przewidział, pisząc scenariusze. Zapytam więc o jakąś jedną historię związaną z truckingiem. Coś niezwykłego, niesamowitego?

        Było ich tak wiele! Pisałem o nich w moich książkach. „Książęta highwayu”, „Łoś z Pagwa River”, „Pretorianie” czy „Bulldog”. Wszystkie one pełne są najprzeróżniejszych, często fascynujących truckerskich przygód! Zapraszam do czytania!

        Cieszę się, że piszesz dla „Gońca”. Dziękuję za rozmowę.

        Cała przyjemność po mojej stronie.

Z Marcinem Baranieckim 

rozmawiał Andrzej Kumor


Książkę 

"Kasa, Kobiety i inne opowiadania". można kupić od Autora
Tel. 905 464 04 09
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Wywiady
Strona 1 z 15