Goniec

Register Login

niedziela, 08 wrzesień 2013 08:43

Odzyskiwanie czci

impala1

Przyzwyczailiśmy się już, że jeśli dobrze mówimy o jakimś samochodzie, to musi to być importowana marka, jakiś japończyk czy niemiec, okazuje się jednak, że przyciśnięte do deski koncerny amerykańskie (trochę już wymieszane własnościowo) potrafią się odbić i wyprodukować coś, co nadaje się do naszego garażu. Coraz częściej też są w stanie zaproponować konkurencyjną cenę – ale to niestety głównie za sprawą coraz większego wkładu robocizny spoza Ameryki – choćby w instalowanych częściach. Dlatego dzisiaj postanowiłem zerknąć na markę, która u wielu osób lubiących samochody wywołuje wzruszenie ramion lub mdłości – chevrolet impala. W latach 60., w jurajskiej erze motoryzacji, kiedy rynek tego kontynentu był całkowicie zdominowany przez dinozaury rodzimej produkcji – jeśli ktoś jeździł importem, był dziwakiem. Importowane auto to był garbus albo jakiś brytyjski kabriolet, albo… no może rolls-royce.


Poza tym królowało lśniące Detroit, narzucając styl tego, co ma cztery koła. Wówczas to impala sprzedawała się w liczbie ok. miliona egzemplarzy rocznie i sprawiała wrażenie dużego tapczanu na kołach. Kryzys naftowy i moda na nowe rodzaje aut zakończyły epokę ogromnych aut osobowych, pozostawiając impalę w rękach policji, wypożyczalni i flot wielkich korporacji.


Teraz to ma się zmienić i impala ma być samochodem dla zwykłych ludzi, którzy lubią odrobinę luksusu, ale też chcą mieć coś, co poprawnie zachowuje się na drodze; coś co da się lubić. Aby więc skusić klientelę, która jeszcze ma trochę lat do emerytury, GM przeprojektował swego krążownika, mając na uwadze nie tylko komfort. Do samochodu włożono mnóstwo systemów poprawiających bezpieczeństwo jazdy i wspomagających kierowcę w codziennych zadaniach – mamy więc na przykład radar utrzymujący odległość do auta przed nami, ostrzeżenie przed wyjeżdżaniem z pasa jazdy bez włączonego kierunkowskazu, monitoring przestrzeni niewidocznej w lusterkach czy ostrzeganie przed zderzeniem. Funkcje te od lat były dostępne w niemieckich czy japońskich samochodach luksusowych, ale w chevroletach jest to nowość. Oczywiście, mamy też wiele systemów antywibracyjnych i uszczelniających dźwiękowo kabinę, no ale to w amerykańskich wozach zawsze jest oczkiem w głowie. Jakość wyposażenia kabiny bardzo zależy od wersji modelu – LS, LT lub LTZ. Od tego też będzie zależało, ile będziemy mieli mocy pod butem. Rodzina dostępnych silników nie zaskakuje i jest używana w wielu innych geemach. Zalecany, 303-konna szóstka, pracuje też w wielu cadillacach CTS i XTS. Biorąc pod uwagę ciężar samochodu – 1700 kg jest to całkiem rozsądny wybór, dla kogoś kto nie chce czekać, aż mu się auto pozbiera przy naciskaniu gazu. Inne wersje silnika mają cztery cylindry. Z kim Chevrolet chce konkurować – toyota avalon ford taurus – tego rodzaju wozy i wszystko wskazuje na to, że nowa impala ma do tej walki wszystko, czego potrzeba.

impala2
Tym bardziej, że w bieżącym roku została jako pierwszy krajowy pojazd od 20 lat wpisana do pierwszej dziesiątki samochodów osobowych w rankingu Consumers Report. Była to długa droga, bo jeszcze kilka lat temu impale rejestrowały się w dolnych stanach stanów niskich, czyli na samym dnie.
To wskrzeszanie z popiołów nie dotyczy zresztą wyłącznie samochodów GM. Jak zapewnia Jake Fisher, dyrektor wydziału testów samochodowych w Consumer Reports, jest cała grupa przeprojektowanych aut amerykańskich, jak chrysler 300, ford escape i fusion czy jeep grand cherokee, które zapewniają kierowcy światowej klasy wrażenia z jazdy.
Oprócz tych wrażeń znajdziemy w impali to, co w amerykańskich autach było od zawsze – potężny bagażnik, wspaniały komfort i rozłożystość tylnych siedzeń, dobrą jakość wykończenia tapicerek, a także całkiem niezłą ekonomię zużycia paliwa.
Eksperci CR konkludują, że amerykański produkt może śmiało konkurować z samochodami wycenianymi o 20 tys. dolarów wyżej jak audi A6 czy lexus ls460L, a nawet acurą RLX czy jaguarem XF.


Czy takie porównania nie idą zbyt daleko? Cóż, trudno powiedzieć, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z sytuacją odbudowywania utraconego zaufania i czci. Tu nie można jedynie dorównywać, tu trzeba być najlepszym, i to przez wiele lat. Podobnie jak to ma miejsce w przypadku ludzi, na reputację pracuje się latami, a stracić można ją przez jeden zły krok.
Większość amerykańskich aut właśnie przeszła ten proces. Utracona część amerykańskich samochodów doprowadziła do bankructwa nie tylko koncerny, ale i miasta, gdzie były produkowane. Tego nie da się odbudować w jeden dzień, tego nie zrobi jeden model, na to trzeba pracować latami. O czym zapewnia Państwa, oddając kluczyki od impali


Wasz Sobiesław

PS Wszystkich entuzjastów motocykli i samochodów zapraszam w najbliższą niedzielę, 8 września, do parku Paderewskiego, gdzie nie tylko będziemy mogli pogadać, ale również być może podziwiać kilka kultowych modeli.

Za tydzień zaś w naszej rubryce rozmowa z inżynierem Ludomirem Zakrzewskim o najczęściej ignorowanej części samochodu – ogumieniu.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 30 sierpień 2013 18:10

Pełny kontakt czyli żywy willys

Pana Marka poznałem w sklepie Kingsway Meat zaraz przy naszej redakcji. A było to tak, że stoję na parkingu przed sklepem, patrzę i widzę willysa z amerykańską gwiazdą na masce i małym polskim znaczkiem przy szybie. Drogą dedukcji ustaliłem, że G.I. musi być w środku. Wszedłem do sklepu krzyknąłem czyj ten jeeeep, no i tak to się zaczęło…

Pan Marek Stecki okazał się współwłaścicielem zakładu mechaniki pojazdowej TRANS-MOT przy 3 Algie Ave. w Etobicoke i tam też rozmawiamy o jego cacku.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 09 sierpień 2013 18:02

Mazda 5 - Praktyczne, ekonomiczne, przyjemne

Mazda oferuje na kanadyjskim rynku ciekawą paletę modeli zdolną zaspokoić najbardziej wybrednych kierowców. Są to auta, które dają dużą przyjemność z obcowania z nimi i mazda 5 nie należy do wyjątków. Mały van jednocześnie na tyle zwinny, by nim jeździć bez poczucia mułowatości i rozlazłości.

6-miejscowe auto dla młodej i nie tak młodej rodziny, w które włożysz rower, deskę czy narty. Na dodatek, co bardzo, bardzo miłe, mazda 5 oferowana jest w wariancie z manualną skrzynią biegów.

mazda5wnetrze

Dla dwojga rodziców z dwójką dzieci i psem jest to rozwiązanie idealne; ekonomiczne i przyjemne. Dlatego nie ma też się co dziwić, że samochód ten był i jest niezwykle popularny w Kanadzie (jesteśmy jednak bardziej praktyczni od ogarniętych manią "wielkiego" Amerykanów). Był taki moment, kiedy ten produkowany od 1998 roku minivan w przeliczeniu na głowę sprzedawał się w Kanadzie 10 razy lepiej niż w USA.

Od 2012 roku mazda 5 została znacząco odmłodzona – nowa deska rozdzielcza i nowy 2,5-litrowy silnik, który daje 157 KM mocy, znacznie podniosły atrakcyjność modelu. Zwiększono liczbę biegów w ręcznej przekładni z 5 do 6, co wyraźnie poprawiło zużycie paliwa, zwłaszcza przy dalekich wojażach, obniżając obroty przy większych prędkościach. Liczbę biegów automatu też podniesiono do 5, do klimatyzacji dodano automatyczną kontrolę warunków, doszły też elektroniczne ulepszenia systemu hamulcowego, dodano boczne poduszki powietrzne.

Oczywiście, jak w każdym samochodzie, w maździe można też dostać wszystkie współczesne wygody w rodzaju podgrzewanych skórzanych siedzeń czy szyberdachu. Oczywiste jest również, że za wyposażenie dodatkowe będziemy musieli o kilka tysięcy powiększyć cenę modelu podstawowego.

Z doświadczeń dziennikarzy testujących model wnosić można, że mimo całkiem sporych rozmiarów ten mały van pali niewiele, bo realnie ok. 10,5 litra w jeździe mieszanej (inni schodzili do 8,2) – fabryka podaje 9,5 litra w mieście i 6,7 litra po drodze, ale jak wszyscy wiemy, dane te w zetknięciu z rzeczywistością mają się jak pięść do nosa.

W zestawieniu magazynu "Carguide" z USA powołującego się na analizę danych z 17 raportów jazdy próbnej mazdę 5 zaklasyfikowano na 4. pozycji wśród sześciu najlepszych minivanów.

Samochód otrzymał też w roku 2013 nagrodę najlepszego minivana pod względem stosunku ceny do wartości.

Malkontenci narzekają, że jak na vana mazda 5 nie jest dość pojemna (jedynie 6 osób) oraz że trzeci rząd foteli nie pozwala na wygodną jazdę. W wielu wypadkach trzeci rząd foteli wykorzystywany jest raczej jako przestrzeń bagażowa niż miejsce przewożenia pasażerów.

Widoczność z miejsca kierowcy jest dobra, zaś 2,5-litrowa czwórka, mimo że nie pozwala czuć się jak Mr. Strangelove na rakiecie, to jednak zapewnia płynną jazdę. Silnik wyposażono w zmienne ustawienie zaworów. Auto ma 163 stopo-funty momentu obrotowego już przy 4 tys. obrotów, a nawet wcześniej.

Miłym "dodatkiem" całości jest fakt, że nie trzeba lać do tego jakiejś specjalnej benzyny, wystarczy najtańsza, "regular".

Jeśli chodzi o stabilność na zakrętach, to wiele osób uważa, że mazda 5 powinno się bardziej zakwalifikować jako usportowiony, nieco wyższy sedan niż minivan, bo nie kolebie się i dobrze trzyma się drogi. Tym bardziej, że jest to auto całkiem zwrotne.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 03 sierpień 2013 14:54

Obywatelu, pedałuj sam

Już miałem pisać o kolejnym samochodzie, kiedy wpadła mi w oko notatka prasowa o kolejnej akcji naszych dzielnych policjantów, którzy w sierpniu wzięli sobie na tapetę posiadaczy e-bajków, czyli elektrycznych rowerów.

e-bike

Jak już pisałem na tych łamach, jest to ostatnio bardzo atrakcyjny środek transportu, tani i wygodny, godny większego upowszechnienia.

Dlatego bez sensu jest akcja policji w sytuacji, kiedy na dobrą sprawę nie wiadomo do końca, jakie przepisy obowiązują i jak podchodzić do różnych rodzajów tych pojazdów – jedni jeżdżą z przypominającymi klasyczne skutery pojazdami, a inni kupują na ebeju koło z motorem do zwykłego roweru.

W tym drugim przypadku stwierdzenie, że ktoś akurat używa napędu elektrycznego, jest dość trudne, a to właśnie od tego zależy, jak przepisy traktują taki pojazd.

I tak, na przykład, w Toronto przepisy zabraniają jazdy elektrycznymi rowerami po ścieżkach rowerowych jak Martin Goodman Trail, i zlekceważenie tego zarządzenia może kosztować nas mandat w wysokości 395 dol.

Jeśli chodzi o korzystanie z wydzielonych pasów rowerowych na ulicach, to właściciele e-bajków mogą w Toronto po nich jeździć, ale tylko wtedy gdy używają siły własnych mięśni (więc drogi rowerzysto, niech cię nie korci, żeby pod górkę dotknąć manetki gazu). Ciekawym, jak inspektorzy miejscy będą sprawdzać takich delikwentów, być może po stanie zapocenia – jeśli ktoś będzie spocony – to OK, jechał, kręcąc nogami.

– Tu też nie ma przelewek, bo przychwyconych na używaniu elektrycznego wspomagania czeka kara w wysokości 80 dol. Cóż więc ma zrobić posiadacz roweru elektrycznego? Otóż, jeśli ulica jest wystarczająco szeroka, ma jechać po prawej stronie samochodów i lewej rowerów jadących wydzielonym pasem rowerowym, a jeśli nie jest, "powinien wybrać inną ulicę bez wydzielonych pasów ruchu dla rowerów".

Inne istotne przepisy miasta Toronto stanowią, że jeździć na elektrycznym rowerze mogą jedynie osoby powyżej 16. roku życia; że wszystkich obowiązują kaski rowerowe (w tym pasażerów); że ze skuterów, które pro forma nadal wyposażane są w pedały, nie wolno ich zdejmować, ponieważ taki pojazd będzie uznany za nielegalny w myśl przepisów kodeksu drogowego, że nie można tak modyfikować motoru, by przekroczyć górny limit prędkości 32 km/h – co jest o tyle śmieszne, że przeciętny rowerzysta szosowy z palcem w kieszeni ten pułap przekracza, a więc legalnie ze wspomaganiem elektrycznym może jechać tylko do 32 km/h, a następnie powinien już pedałować samodzielnie.

Co z tego wszystkiego wynika? Ano to, że prawo regulujące ten rodzaj transportu nie nadąża za rzeczywistością, a fakt, że policja będzie w ramach jakiejś akcji to prawo egzekwować, dodaje kolorytu temu przepisowemu wariactwu. Wynika z tego również, że urzędnicy miejscy poruszają się w obszarach lingwistycznych godnych oddziału schizofreników szpitala psychiatrycznego i że dopóki nie musimy z tego powodu wybulić kilkuset dolarów, to jest to śmieszne, gdy jednak nas dopadną grzywny, staje się smutne.

Konkluzja zaś jest taka, że rowery elektryczne to dzisiaj główny "pojazd-deklaracja" ludzi wolnych, anarchizujący rynek motoryzacyjny.

Dlaczego? No bo, Drogie Koleżanki i Koledzy, jeżdżąc e-bajkiem, nie płacimy podatków, jakimi obciążone jest w tym kraju prawie każde poruszanie się, a jeżeli jeszcze skombinujemy w domu jakiś mały wiatraczek, baterie słoneczne czy inne ustrojstwo, to będziemy szusowali po szosach zupełnie darmo. Czyli tak jak Pan Bóg przykazał, stwarzając dla nas ten świat.

I to jest ta straszna perspektywa, od której żerującej na nas bandzie urzędasów blednie ze złości lico. No bo jakże tak można poza kontrolą i poza podatkiem?!

Jeśli zaś kogoś interesują możliwości e-bajkowe, polecam ebay, no i oczywiście swój poprzedni artykuł rowerowy – który wciąż przeczytać można na stronach internetowych.

No i tak wyszedł mi tekst o rowerach, a miał być o maździe 5. Co się odwlecze nie uciecze – zapraszam za tydzień.

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
niedziela, 21 lipiec 2013 11:01

Upał w samochodzie

Lato zaczęło dawać się we znaki, więc dzisiaj porozmawiajmy nieco o jeżdżeniu w upałach. Zacznę od rzeczy podstawowych, czyli od tego, byśmy zawsze pamiętali o dowodnieniu siebie i bliskich, a w samochodzie wozili galonowy baniaczek z czystą wodą. Po co?

Na wypadek, gdy zdarzy nam się coś nieprzewidzianego – choćby stanie w korku na autostradzie, albo gdy zepsuje się klimatyzacja. Zresztą pamiętam – wożenie galona wody na osobę jest zalecane np. przy wjeżdżaniu na amerykańskie pustynie, gdzie upał walczy z nami od świtu do nocy.
Tak czy owak galon nie zaszkodzi.

Druga bardzo ważna sprawa to by nigdy nie zostawiać w samochodzie nie tylko dzieci, ale żadnych zwierząt domowych. Wyłączając klimatyzowany samochód i wyskakując po jakiś drobiazg na plazie, łatwo odnieść wrażenie, że ta klimatyzowana kubatura jakoś tam utrzyma się do naszego powrotu, tymczasem temperatura wewnątrz samochodu zostawionego na słońcu szybko wzrasta czasem nawet do 90 stopni Celsjusza. Na dodatek małe stworzenia – dzieci nie wykluczając – mają gorszy od naszego stosunek powierzchni do masy ciała i ulegają szybszemu wychłodzeniu i przegrzaniu.

Jeśli widzimy, że w zostawionym na słońcu samochodzie jest dziecko albo miłe sercu stworzenie, bierzemy klucz do opon lub blokadę kierownicy albo co tam kto ma pod ręką i wybijamy szybę – proszę pamiętać, by było to zawsze jak najdalej od miejsca, gdzie jest ratowana osoba czy stworzenie – a następnie wzywamy policję, dzwoniąc na 911, i udzielamy pierwszej pomocy.

W upały, podobnie jak przy wielkich mrozach, trzeba pamiętać o wczesnym tankowaniu, nie zostawiajmy 1/10 baku w nadziei, że jutro dotankujemy – możemy utknąć w korku pozbawieni nagle klimatyzacji i to będzie kanał.

Tak więc generalna zasada jest taka, aby myśleć zawczasu i zdawać sobie sprawę, że upał podobnie jak mróz, może nas zabić.

Niebezpieczne jest zwłaszcza przegrzanie, które prowadzi do błędnej oceny sytuacji, majaków i w konsekwencji wypadku.

A co, jeśli nasze auto nie ma klimatyzacji, a na zewnątrz temperatura sięga 35 stopni?

Pierwsza zdroworozsądkowa zasada mówi – nie jedź! Po co narażać się na niebezpieczeństwo dla błahych powodów. Druga – jeśli musisz jechać – zaopatrz się w wodę, dobrze działa zmoczona chustka z lodem na głowę – generalnie wszystko, co pozwoli nam się nieco schłodzić.

Jeśli zostawiamy auto na nasłonecznionym parkingu, dobrze też jest mieć zasłony odbijające promienie tak na tylną, jak przednią szybę, gdy wrócimy, będziemy mogli mieć nadzieję, że temperatura jednak nie zetnie nam białka. Kupić te zasłonki można nawet w Dollaramie. Jest to pomysł prosty i skuteczny.

Co jeszcze?

Kolejna rzecz to polaryzowane okulary przeciwsłoneczne, które ochronią nas przed nadpowierzchniową fatamorganą drogową, kiedy to nagrzane powietrze nad asfaltem powoduje, że wydaje się nam, iż jest to tafla jeziora.

Spolaryzowane szkła usuwają ten problem, a co za tym idzie, zmniejszają zmęczenie długotrwałą jazdą w upałach.

W Ameryce problemem może być też usytuowanie słońca. Może to nie brzmi zbyt mądrze, ale chodzi mi o to, że wiele autostrad biegnie po prostej na wschód lub zachód. Wówczas to możemy mieć przed sobą lampion słońca na wprost oczu, i to nie przez 5 minut, a na przykład przez trzy godziny jazdy. Powoduje to majaki i prowadzi do zmęczenia. Na dodatek nie zawsze problem da się zlikwidować samochodową przesłoną przeciwsłoneczną.

Lepszym rozwiązaniem jest czapka z długim daszkiem – jest to rozwiązanie stosowane często przez pilotów mniejszych samolotów, którzy podobny problem mają o wiele częściej niż kierowcy.

Inne niebezpieczeństwo letniej jazdy to zmęczenie poplażowe. Jesteśmy cały dzień na plaży lub w jakichkolwiek innych okolicznościach "przyrodniczych", a potem czas do domu, i to często w dużym ruchu i korkach. Na dodatek poprzedniego dnia jeszcze nieco zabalowaliśmy. Już po pół godziny drogi wiemy, że będzie ciężko, głowa nam się kiwa, i najchętniej byśmy się położyli na leżance.

Znów, Drogi Kierowco, zacznij myśleć zawczasu, i myśl nie o tym, jaki jesteś chojrak i zawadiaka, tylko o tym, jak sobie Twoje dzieci poradzą bez ojca lub matki, lub o tym, jak sobie poradzisz w dalszym życiu ze świadomością, że zabiłeś własne dzieci, bezrozumnie prowadząc auto. Te myśli zawsze powinny nam towarzyszyć, gdy sięgamy po szklankę piwa albo uznajemy, że zostaniemy na plaży do zachodu słońca i wrócimy nocą (co wszystkie opisane problemy zmęczeniowe jeszcze potęguje).

Oczywiście, podczas jazdy w upały, jak i w czasie jazdy w mrozy dobrze jest się często zatrzymywać, robić sobie odpoczynek dla rozprostowania kości i schłodzenia w jakimś przydrożnym wodopoju.

To tyle, jeśli chodzi o ludzi.

Jeśli chodzi o nasze auto, ważne są właściwie napompowane opony, sprawdzone – a najlepiej wymienione paski klinowe – sprawdzona i nabita klimatyzacja; sprawdzone przewody z chłodnicy. Czasem w upały da nam znać rzecz, którą zaniedbywaliśmy wcześniej, jak na przykład włącznik wentylatora chłodnicy. W każdym razie, gdy nasz silnik zaczyna się gotować, stajemy na poboczu, trzymamy na wolnych obrotach i patrzymy, co się dzieje – te wolne obroty powodują, że motor nadal jest chłodzony – chyba że poszła cała chłodnica lub jakiś przewód do niej – wówczas dobrze jest mieć nieocenioną duct tape, którą każdą gumę idzie zreperować – wodę w miarę czystą możemy dolać skądkolwiek. – Oczywiście, z otwarciem korka chłodnicy czekamy do całkowitego wychłodzenia, bo to naprawdę może nas mocno poparzyć.

Lato to najprzyjemniejsza pora roku, przyjemności nie zwalniają nas jednak od używania szarych komórek, do czego Państwa szczerze zachęcam, życząc wspaniałych wojaży po drogach Ontario i nie tylko.

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec

Samochod-zalany-po-dach

Pozwoliłem sobie zacząć cytatem z nieśmiertelnego "Rejsu", bo ostatnie wypadki w Toronto pokazały, że żywioł ten czasem zastaje nas w samochodzie. Dlatego warto wiedzieć, co robić, gdy – na przykład – utkniemy w wielkiej kałuży przekształcającej się z minuty na minutę w rwący potok. 

Po pierwsze, bądźmy mądrzy przed szkodą, czyli jeśli widzimy, że pod wiaduktem czy w jakimkolwiek innym miejscu zbiera się woda, nie wjeżdżajmy – pierwsza zasada każdej samoobrony, również tej przed przyrodą, mówi, unikaj starcia, a więc jeśli to możliwe, unikajmy starcia z siłami natury, no bo niestety na nie nie ma mocnych. Nie zachowujmy się jak dziecko z highschoolu i nie pokazujmy, że nasz suv, to – jak go panie dobrze rozpędzić – przejedzie na drugą stroną jeziora Ontario – zazwyczaj nie przejedzie, bo dzisiejsze suvy to w większości wypadków "kulturyści" z wkładkami silikonowymi zamiast mięśni, a nie poważne auta terenowe. Tak więc zdajmy sobie zawczasu sprawę, że silnik, aby pracować, potrzebuje powietrza, i musi mieć gdzie wydalać spaliny. Jeśli któraś z tych dróg zostanie zablokowana, to nam zdechnie – być może na środku tworzącego się jeziorka, i będziemy musieli się zmoczyć. Oczywiście, mieszka w wielkich miastach garstka ludzi, którzy znają off-roadowe właściwości swoich aut, gustują w dobrze wyposażonych terenówkach ze snorkelem przy motorze. Wówczas rzeczywiście, takim autem są w stanie przejechać zanurzeni po szyję w wodzie. Ale to jest margines. Większość ofiar nagłych powodzi to panie i panowie, którzy wyjechawszy z biura, za wszelką cenę chcą dotrzeć do domu na kolejny odcinek sitcomu, zupełnie odizolowani w kabinie samochodu od tego, co dzieje się na Bożym świecie, zdziwieni, że muszą się podporządkować jakimś głupim siłom przyrody.

Po drugie, jak w każdej sytuacji "awaryjnej", musimy zachować spokój; panika zazwyczaj wyprowadza nas wprost na sąd Boży. Trzeba szybko reagować na zmieniającą się sytuację i po kolei stosować znane nam metody ratunku.

Pierwsza metoda dostępna jest niestety jedynie dla kierujących samochodami wyposażonymi w standardową skrzynię biegów. Otóż, gdy z powodu zalania rury wydechowej zgasł nam silnik, nie chce zapalić, to możemy próbować wyjechać z wody "elektrycznie" – wrzucamy bieg i startujemy, to nas kopnie trochę do przodu, manewr powtarzamy aż do całkowitego zdechnięcia akumulatora – co następuje dosyć szybko – lub gdy sytuacja się pogarsza i wody przybywa. Kolejna sprawa – trzeba sobie uświadomić, że nasz samochód jest wiele lżejszy z tyłu i pierwsze, co woda będzie podnosić, to kuper, dlatego jeśli dajemy radę, trzeba przejść do tyłu i usiłować – zapierając się o fotele wypchnąć tylną szybę – jej wybicie jest dosyć trudne. W ten sposób możemy wydostać się na samochód, co pozwala na lepszą ocenę sytuacji i możliwość dalszego ratowania się. Otwieranie drzwi z przodu podnoszonego tyłem do góry samochodu spowoduje natychmiastowe zalanie kabiny. Jest to również o tyle nieprzyjemne, że woda waży i może nami rzucić.

I jeszcze jedna rzecz ważna, zobaczmy, czy coś w naszym aucie nie pływa; może akurat mamy jakiś baniak, kanister, szczelny duży pojemnik, z którego można wylać te 10 litrów i użyć w charakterze pomocy pływającej. To podłożone pod pachy zawsze nam pomoże utrzymać się na powierzchni, zwłaszcza w sytuacji wartkiego nurtu.

No i oczywiście – chyba tego nie trzeba powtarzać nikomu, zawsze ratujemy z samochodu w pierwszej kolejności to, co mamy najcenniejszego – dzieci, osoby słabsze.

Jeśli nie spanikujemy, jest duża szansa, że nam się uda ocalić cztery litery.

•••

To było na wypadek nagłej powodzi, a co, gdy nasz samochód idzie na dno? Gdy wypadliśmy z zakrętu wprost do jeziora, gdy spadliśmy z mostu czy nasypu i nagle okazuje się, że nasze auto, sycząc i stękając, zaczyna raptownie nabierać wody? Tu, w Ontario, krainie tysięcy jezior, nie są to wcale sytuacje bardzo wyimaginowane. To nam się może serio przytrafić. Jak się ratować z tonącego samochodu – znów rzeczą podstawową jest zachowanie przytomnego umysłu i niepanikowanie. Dlatego po przeczytaniu tego tekstu proszę sobie wdrukować w mózg, że tylko spokój może nas uratować.

A oto kilka rad fachowców:

Samochód, który wpadnie do wody, znika pod jej powierzchnią w ciągu około 60 sekund, przy założeniu, że drzwi pozostają zamknięte. Zachowanie spokoju i trzymanie się kilku prostych zasad umożliwia wydostanie się z pojazdu. Wszystko wymaga opanowania emocji i skupienia się na kolejnych krokach. Bardzo prawdopodobne, że uderzenie o powierzchnię wody spowoduje włączenie się systemu poduszek powietrznych, więc w przypadku tonięcia samochodu wyjątkowo ważna jest odpowiednia pozycja, która sprawi, że poduszki nas nie ogłuszą i nie zranią. Nie wolno tracić czasu na próby wezwania pomocy przez telefon – kiedy samochód tonie, liczy się każda sekunda. Następnym krokiem jest więc odpięcie pasów. Rozpinamy je najpierw sobie, a potem dzieciom, zaczynając od najstarszego, które może pomóc innym. Okno to droga ucieczki. Trzeba otworzyć je tak szybko, jak to tylko możliwe – póki jeszcze działają elektroniczne systemy, ponieważ wybicie okna może okazać się trudne i czasochłonne. Otwarcie okien, a nie drzwi, daje więcej czasu na bezpieczne opuszczenie auta.

Po otwarciu drzwi samochód przestaje unosić się na wodzie i zaczyna szybko tonąć. Poza tym otwarcie drzwi pod wodą na skutek różnicy ciśnień zwykle jest niemożliwe do czasu, aż kabina nie wypełni się wodą. Jeśli nie możemy otworzyć okna – trzeba je wybić, używając ciężkiego przedmiotu, np. klucza lub gaśnicy lub wyjętych zagłówków – zazwyczaj mają dwie "nogi", którymi możemy "atakować" szybę. Wypływajmy na powierzchnię spokojnie, jeśli stracimy orientację, należy spojrzeć, w którą stronę uciekają pęcherzyki powietrza. Zawsze wznoszą się w kierunku, w którym powinniśmy podążyć. Jednak tą wskazówką nie możemy się posłużyć, gdy wpadliśmy do rzeki lub mamy do czynienia z silnym prądem – dodają trenerzy ze Szkoły Jazdy Renault w Polsce.

A więc, jeśli woda jest już powyżej dolnej linii okna, drzwi nie da się otworzyć, wybij boczne okno. Zaprzyj się o fotel pasażera i mocno piętą uderzaj w środek szyby. Gdy auto wypełni się wodą, będzie Ci łatwiej otworzyć drzwi. Otwórz je, zaczerpnij powietrza, jeśli pod dachem nie ma jeszcze wody, i płyń do góry, zawsze w stronę światła...

O czym informuje Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec

Dzisiaj będzie o samochodzie, w którym nagromadzenie powszedniości jest tak wielkie, że przechodzi w nową jakość; samochodzie marki samochód, urządzeniu, które sprawnie i tanio przeniesie nas z punktu A do punktu B. Znam wiele osób w nim zakochanych. Podobnie jak wiele osób kochało się w małym fiacie czy garbusie. Zresztą jeden z moich znajomych na ekscytacje samochodami odpowiada zawsze – wiesz, niezależnie od tego czym jadę, to samo widać przez przednią szybę.

corolla27

Z takim podejściem toyotą corollą zajedziemy bardzo daleko. Nie jest to auto zrywne czy zwrotne, nie jest to może auto piękne, ale jest ekonomiczne i niezawodne. Inny mój kolega eksploatuje w swej karierze kierowcy drugą corollę. Z pierwszą postanowił rozstać się po 16 latach. Niby od nowości nic się nie popsuło, ale ileż można jeździć tym samym autem – kupił więc nowy model tego samego.

Toyota corolla to samochód, w którym użyteczność bierze górę nad wszystkim innym; jest jak rękawiczka – można łatwo zapomnieć, że ją włożyliśmy.
Mówiąc zaś bez przesady, corolla 2013 to auto całkiem ładne, wygodne, ciche i pojemne – wszystko czego potrzebuje przeciętna rodzina, która nie musi się chwalić statusem przy pomocy jakiegoś importowanego behemota, a której przyświecają zasady chrześcijańskiego ubóstwa, aby brać ze świata tylko tyle, ile potrzeba.

Toyota corolla to jest właśnie takie branie w sam raz. I żeby było jasne – podobnie jak można powiedzieć – mam dobrą pralkę, mam dobry piec gazowy, podobnie o corolli można stwierdzić: mam dobre auto.

Za to najbardziej doładowane trzeba zapłacić prawie 25 tys. – ale kupujemy tu przede wszystkim niezawodność, a dopakowane elantra czy focus SE nie są wcale wiele tańsze. Wersję podstawową toyoty corolli dostaniemy za nieco poniżej 19 tys. i w tym będziemy mieli pięciobiegową standardową przekładnię i czterocylindrowy 1,8-litrowy silnik, który daje 132 konie mocy. Dużo to nie jest, ale motor pracuje bardzo równo, cicho i płynnie. To uczucie to nie tylko zasługa silnika, ale również wyciszenia kabiny i wysterowania zawieszenia. Gdy dojedziemy na miejsce, szybko zapomnimy, że w ogóle jechaliśmy. Wiele osób narzeka na układ kierowniczy, że mało reagujący, ale to "zasługa" takiego ustawienia przełożenia, żeby nasze być może nerwowe ruchy nieco tonować.

Wewnątrz kabiny też nie ma się czym ekscytować, ale wszystko jest na swoim miejscu, tam gdzie powinno – funkcjonalna i czytelna deska rozdzielcza, a jeśli wydamy trochę więcej, to – jak wszędzie – dostaniemy podgrzewane przednie fotele, guziki od radia na kierownicy, cruise control czy nawigację na 6-calowym ekraniku. Pojemność bagażnika jest taka sama jak w civic – 348 litrów. Osoby wysokie mogą mieć uczucie, że sufit wisi im nad głową, bo też nie ma tam za bardzo miejsca na kapelusz.

Od kiedy corolla weszła na rynek 40 lat temu pod tą marką, sprzedano 33 mln samochodów. Dzisiaj trudno jest jej bronić pozycji, w której stała się klasykiem, inaczej jak poprzez swoją kultowość – tak, Hyundai, Chevrolet czy Ford być może produkują w tej klasie bardziej ekscytujące pojazdy, być może za podobne pieniądze w elantrze dostaniemy "więcej samochodu", jednak corolla to jest kwintesencja pojazdu masowego – bez żadnych wodotrysków, bez niepotrzebnego chromowania, po prostu auto marki auto. I właśnie jako taka doczekała się licznego grona adoratorów.

Wracając do walorów, to jako wyposażenie podstawowe otrzymujemy kontrolę przyczepności i stabilizacji, ABS w hamulcach, poduszki z przodu i boków. W rządowych testach wypadkowych corolla dostała cztery gwiazdki na pięć możliwych.

No i co? Można zachęcić do szarości i przeciętności? Chyba tak, zwłaszcza jeśli ta przeciętność została przez tę właśnie markę podniesiona do nowej rangi.

Z pewnością jest to samochód, dla ludzi, którzy myślenie o samochodach chcą mieć z głowy. Ja do takich nie należę, ale jestem w stanie zrozumieć to podejście. Ba, jestem w stanie nawet przyznać, że wśród takich osób jest wielu bardzo dobrych kierowców – ostrożnych i spokojnych. Kierowców, którzy kochają swoje corolle miłością znaną każdemu dobremu małżeństwu z rozsądku.

A nie bez znaczenia jest też to, że samochód ten daje nam pracę – montowany jest w Kanadzie – o czym Państwa zapewnia.

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 29 czerwiec 2013 12:20

Veloster - dobra mieszanka

Dawno już odeszły czasy, kiedy Hyundaia można było uważać za podrzędną markę, dzisiaj są to auta idące na pojedynek z Toyotą czy Hondą. Na dodatek huyndai cały czas jest na pozycjach atakujących czego przykładem ostatnio jest świetna elantra. Pozytywnie zaskakuje również ścięty z tyłu na kropelkę hyundai veloster. Auto to ma się plasować w grupie usportowionych hatchbacków, zdolnych konkurować nawet z golfem gti. Nadwozie dalekie od konwencjonalnych rozwiązań jest asymetryczne – duże jedne drzwi od strony kierowcy i dwoje drzwi po stronie pasażera.

moto26

Samochód choć jest wyposażony jedynie w czterocylindrowy motor o pojemności 1,6 litra, jest w stanie wykrzesać z tego litrażu aż 201 koni, oczywiście z turbodoładowaniem. Brzmi to ładnie i gardłowo, a jeśli lubimy szpanować możemy do tego zamówić nawet 18 calowe kółka.

Solidnie przeszklona kabina, niski środek ciężkości i standardowa 6-biegowa przekładnia dają kierowcy poczucie kontroli ruchu. Skrzynia robi "niemieckie" wrażenie, biegi przekładają się krótkimi ruchami. Doskonały system nawigacyjny z dużym ekranem, który wyświetla obraz z kamery cofania, jest łatwy i intuicyjny w obsłudze.

Oczywiście do każdego samochodu można się przyczepić, a to że za twardy i roztrzepany na wybojach, a to że moc czuć wyraźnie dopiero na wyższych obrotach powyżej 3500 rpm, a to że kierownica zbyt oddala od nawierzchni. Można. Tylko że w przypadku velostera, za przyzwoicie rozsądną cenę uzyskujemy naprawdę praktyczny i oszczędny pojazd, z bardzo dobrymi gwarancjami i całym zestawem opcji na życzenie.

Veloster poza miastem pali jedynie 5,7 l/100, a w mieście 8,3 litra. Rozmowa o pieniądzach zaczyna się zaś już od niecałych 20 tys. dol., i to w tej cenie mamy już te 6 biegów (za automat musimy dorzucić 1000) czy boczne poduszki powietrzne.

Zaskoczenie nie będzie nas odstępować, gdy przy porównywaniu lewej i prawej strony zauważymy różną liczbę drzwi! Co ciekawe, projektanci po obu stronach zastosowali niemal identyczne linie szyb, a klamkę tylnych drzwi ukryli w słupku, przez co różnicę "w drzwiach" dostrzega się z pewnym opóźnieniem.

Jak można się domyślać z kształtu karoserii, kanapa z tyłu musi być "głęboka", by człowiek nie wybijał w suficie dziury. W ogóle w velosterze siedzi się raczej blisko jezdni. Auto ma pojemny bagażnik, choć z pokaźnym progiem utrudniającym czasem załadunek.

Jak na sportowy (w założeniu) pojazd przystało veloster, ma metalowe nakładki na pedały. Wnętrze nie sprawia zaś wrażenia taniego, co przy wspomnianej cenie trzeba zaliczyć na wielki plus.

Auto dobrze trzyma się drogi nie tylko za sprawą zawieszenia zestrojonego, do szybkiej jazdy po zakrętach ale również dzięki niskiemu środkowi ciężkości. Przy wysterowaniu zawieszenia nie uniknięto jednak kompromisów – veloster to w końcu auto do codziennego użytku a nie porsche tuningowany na rajdy. Chodzi o to, byśmy trasę do Montrealu pokonali bez uczucia wytrzepania na pozimowych wybojach 401.

Tak czy owak, za rozsądne pieniądze jest to auto dla osób, które lubią być inne. No i szukają przyjemności w prowadzeniu samochodu.

Oczywiście jak zwykle po velostera zapraszam do salonu naszych reklamodawców Lakeshore Auto Mart.

---

A na koniec pozwolę sobie przytoczyć ciekawe porównanie, które umieścił na łamach wheels.ca Ian Law. Jak łatwo siłą domyślić jestem zwolennikiem jeżdżenia "z wajchą" choćby dlatego, że mieszając biegami trudniej oderwać umysł i uciec myślą od prowadzenia pojazdu. Od dawna też było wiadomo że automat więcej pali, choć z uwagi na postęp techniczny, różnica ta jest coraz mniejsza.

Ian Law wziął zwykłą elantrę 2012, pojeździł z ręczną przekładnią, a następnie z automatyczną. Oczywiście bardzo wiele zależy od tego, jak jeździmy, ale w tym wypadku - osoba testująca była ta sama, a modele samochodu identyczne za wyjątkiem właśnie przekładni.

Co się okazało? Okazało się, że technika, owszem, poszła bardzo daleko do przodu, ale nadal jeżdżenie z ręczną przekładnią w jeździe mieszanej wiejsko-miejskiej pozwala sporo zaoszczędzić. W przypadku elantry standardowej Ian był w stanie w cieplejszych miesiącach uzyskać wynik od 4,8 do 5,2 litra na sto, a od 5,5 do 5,8 litra w zimowych. Automatik, choćby nie wiem jak się starać, dawał mu od 6,4 litra do 6,8. Biorąc pod uwagę ceny benzyny w wypadku średniego jeżdżenia, dawało to rocznie oszczędności ok. 400 dol. na paliwie. W okresie 5 lat posiadania samochodu koszt ten rośnie do 2000, plus 1250 dopłaty za automat, czyli ponad 3 tys. dol. Różnica może być jeszcze większa w przypadku jazdy bardziej miejskiej niż wiejskiej.

Wniosek: umiejętność jazdy ze sprzęgłem nie tylko daje przyjemność, ale jeszcze przynosi całkiem spore oszczędności. No bo zastanówmy się, co takiego możemy sobie kupić w prezencie za 3 tys. dol. Ja sam mam kilka pomysłów.

Sobiesław Kwaśnicki

Opublikowano w Moto-Goniec
niedziela, 16 czerwiec 2013 14:04

Maluch, czyli motoryzacyjna solidarność

Wzięło mi się na wspomnienia, bo przeczytałem właśnie, że to już 40 lat od rozpoczęcia produkcji polskiego malucha – samochodu, który zmotoryzował Polaków. Fabryka Samochodów Małolitrażowych w Bielsku-Białej zmontowała do 2000 r. 2,4 mln tych aut na rynek polski.

maluch

 

Przez wiele lat fiat 126p był najczęściej spotykanym samochodem na polskich drogach. 40 lat temu kosztował 69 ówczesnych tysięcy złotych, czyli mniej więcej 20 średnich pensji, a na samochodowych giełdach płacono za niego 110 000 zł. Żeby kupić malucha, trzeba było mieć nie tylko pieniądze, ale też talon.

We Włoszech zakończono produkcję w 1980 r. Nasz produkowany był 25 lat. Ostatni zjechał z linii produkcyjnej 22 września 2000 r. Pierwszego zmontowano 6 czerwca 1973 r. z oryginalnych włoskich części. Było to auto względnie nowe, którego seryjna produkcja trwała w Cassino zaledwie od roku. W październiku 1972 r. nastąpiła premiera w Turynie.

Zgodnie z jego zapisami, fiat 126p to samochód z tylnym napędem, dwucylindrowym silnikiem o pojemności 594 ccm, maksymalnej mocy 23 KM oraz samonośnym, czteroosobowym i dwudrzwiowym nadwoziem typu Berlina. Jego sylwetka pozostała do końca jednym z najbardziej charakterystycznych elementów polskich dróg. Wg opublikowanego w 1976 roku rankingu w niemieckiej gazecie "Auto Motor und Sport – Fiat 126" był wówczas najtańszym w zakupie i eksploatacji samochodem w Europie w klasie aut małych.

Tyle można wyczytać, maluch stał się synonimem gierkowskiej klasy średniej, uosobionej filmowo w serialu "Czterdziestolatek". Oczywiście każdy z nas zna morze anegdot. Pamiętam, że wielu kierowców zabierało zimą akumulatory do domu, aby hołubić w cieple, podładować, bo do pewnego momentu ładowanie akumulatora przy włączonych światłach nie starczało na doładowanie, a więc zimą można było się obudzić bez możliwości elektrycznego odpalania wajchą umieszczoną obok hamulca ręcznego.

Było wiele pomysłów ręcznego odpalania – niektórzy montowali kółko z linką podobne do tych, jakimi startuje się silniki do łodzi. Przy odpowiedniej wprawie, można było zastartować jednym szarpnięciem. Samochód był lekki, więc można też- było odpalić na pych. Zresztą łatwo dało się go przestawić; pamiętam, jak w gimnazjum jeden z dowcipów primaaprilisowych dla naszego wychowawcy polegał na wniesieniu malucha między dwa drzewa, tak że auto trzeba było wynosić, nie dało się wyjechać – wynosili "panu psorowi" po zajęciach przymuszeni koledzy z innej klasy.

Polacy rozjeździli się maluchami po całej Europie, wielu nabijało wiele tysięcy kilometrów, docierając nawet na Bliski Wschód, do Iraku czy Syrii. Nowiutki maluch ładnie pachniał zapachem nowego samochodu; zapachem czegoś lepszego i zagranicznego.

Kiedyś jadąc autostopem na Mazurach z kolegą, zostaliśmy zabrani na łebka – mój plecak został położony na dachu malucha – musiałem go trzymać ręką przez otwarte okno.

Innym razem wracając stopem przez RFN, niedaleko Wurzburga natknąłem się na stacji benzynowej na faceta w marmurkowym dżinsie i białych mokasynach, który tłumaczył parce Niemców, że nie może ich zabrać per Anhalter, bo ma kleines Auto. Mnie zabrał – wtedy rodak dla rodaka był za granicą miły. Obładowanym po dach maluchem jechaliśmy poboczem, 60 km/h, żeby mogły nas mijać ciężarówki. Podróż maluchem przez noc pustymi enerdowskimi autostradami z zasypiającym kierowcą – priceless.

Powiem szczerze, nie dorobiłem się malucha (i niczego innego). A można było. Krzysiek Sarnecki, kolega z równoległej klasy, kupił auto za pieniądze uskładane ze spekulacyjnej sprzedaży książek na giełdzie...

Wracając do samego pojazdu, to: produkowano go w kilku wersjach; Standard (650 E), Special 650 ES, Komfort 650 EK oraz dla inwalidów 650 El. Od listopada 1982 roku zdołano o 7 procent ograniczyć zużycie paliwa, podnosząc stopień sprężania i instalując nową głowicę.

Samochód do 80 km/h rozpędzał się w 21,5 sekundy, a do stu w nieco poniżej minuty. Prędkość maksymalna wynosiła115 km/h.

Maluchy były zimne i dlatego w niektórych montowano niezależne ogrzewanie benzynowe.

W 1994 roku dokonano kolejnej większej modernizacji, tym razem z wykorzystaniem podzespołów cinquecento.

22 września 2000 roku zakończono produkcję wypuszczając limitowaną 1000-sztukową wersję Happy End w kolorach żółtym i czerwonym.

Był jednym z najszerzej eksportowanych aut polskich – do dzisiaj wiele jeździ na Kubie, ale polskie maluchy spotkamy też w Jugosławii, RFN, na Cyprze, w Chinach czy Wielkiej Brytanii.

Mimo słabiutkich osiągów dzisiaj wielu z nas wspomina malucha z sentymentem. Nie tylko dlatego, że był w większości wypadków pierwszym i jedynym samochodem. Jego masowa produkcja i upowszechnienie tworzyły też wrażenie pewnej motoryzacyjnej solidarności i zgody, którą zburzyła dopiero era dynamicznego importu zachodnich samochodów używanych, jaka nastała po roku 1989.

Patrząc z perspektywy, maluch okazał się jak na tamte czasy pojazdem trafionym.

Sobiesław Kwaśnicki

Opublikowano w Moto-Goniec
niedziela, 19 maj 2013 17:11

"On the road again..."

Dzisiaj mniej o samochodach, a więcej o jeżdżeniu, tak się składa, że właśnie w miniony weekend bujałem się długodystansowo po amerykańskich hajwejach – i tych płatnych i międzystanowych, i tych mniejszych i tych większych.

Droga Toronto – Filadelfia jest nawet do wytrzymania. Od amerykańskich lotnych patroli drogowych stronię jak od ognia, więc zazwyczaj nastawiam sobie cruise control (po naszemu autotakt) circa 9 mil powyżej ograniczenia, żeby za bardzo nie tamować ruchu, i spokojnie łykam kilometry.

moto20

Kilka obserwacji ogólnych:

1. Wszyscy dzisiaj jeździmy (ja też, niestety) na GPS-y. Jest to bardzo pomocne urządzenie, ale na razie jeszcze nie zastępuje rozumu. Dlatego radzę – zanim przejdziemy do najbardziej popularnego sposobu gepeesowania w 3D, kiedy to maszynka traktuje nas jak półdebila i pilnuje, by za 300 m skręcić w prawo – popatrzyli na mapę w trybie 2D i mniej więcej sprawdzili, czy satelity będą nas prowadziły tam, gdzie chcemy dojechać. O pomyłkę, czasem głupią, nietrudno, nie tylko przy wpisywaniu adresu albo wywoływaniu zapisanych już wcześniejszych celów podróży. Może się więc okazać np., że zamiast na Nowy Jork, jedziemy na Waszyngton, bo dwa lata temu byliśmy tam u cioci i mamy to wpisane w pamięć jako jeden z "ulubionych". Warto jest też mieć przy sobie zwykłą mapę i nie rezygnować z czytania znaków drogowych.

Odradzałbym również korzystanie z licznika prędkości i podawanego przez GPS obowiązującego w danym miejscu ograniczenia prędkości. Nawet jeśli aktualizujemy regularnie mapy, to jednak zdarza się często, że na autostradzie akurat kopią czy betonują i jest nowe ograniczenie z powodu robót drogowych. GPS nie rozgrzesza z odpowiedzialności za kierowanie.

Kolejna rzecz z GPS-em jest taka, że jest to obecnie urządzenie powszechne. Większość map dostarcza Garmin lub Tom Tom (z przewagą tego pierwszego). Większość tych urządzeń pracuje też w oparciu o jednakowe algorytmy oprogramowań zamówionych przez te firmy. Co to oznacza?
No na przykład to, że wszystkie osoby jadące z kierunku Nowego Jorku i Rochester do Kanady GPS kieruje na jeden i ten sam most graniczny – owszem, najbliższy i najwygodniejszy – Lewistona. W moim przypadku było jednak tak – najprawdopodobniej – właśnie z tego powodu, że czas oczekiwania na odprawę na tym moście wynosił 30 minut, a na dwóch pozostałych zero.

Czas oczekiwania na przejściach jest podawany na tablicach świetlnych – więc ponownie uczulam – warto zwracać uwagę na znaki. Polecam ściągnięcie sobie appsa na iPhone czy Android, gdzie można w rzeczywistym czasie uzyskać tę informację – przy nadrobieniu kilkunastu kilometrów możemy się uchronić od granicznego korka. To samo zresztą dotyczy wszystkich innych rozwiązań komunikacyjnych. – GPS-y pchają miliony ludzi po tych samych drogach, warto więc czasem zamiast bez mrugnięcia szeptać jawohl na polecenia z małego puzderka przy szybie, wziąć do ręki staroświecką mapę i popatrzeć, jak wygodnie, a może i romantycznie ominąć korki.

Tym bardziej że na amerykańskich drogach wyraźnie dzisiaj widać działanie waszyngtońskiego "stimulusa". Na mojej prostej trasie chyba ze trzy razy przeciskałem się między poważnymi przebudowami, remontami i modernizacjami. Oczywiście za każdym razem był korek. Dlatego wcale nie jest głupio poszukać sobie może nieco dłuższej trasy alternatywnej. Być może pojedziemy nieco dalej, ale za to bezboleśnie po pustej szosie. W moim przypadku zamiast jechać z Binghampton 81. międzystanową do New York Thruway w Syracuse, skręciłem na puściuteńką I390 na Rochester. Trochę więcej kilometrów, za to piękne okoliczności przyrody, no i nie zapłaciłem tyle za Thruway co z Syracuse. Warto poszukać sobie jakiejś wygodnej zwykłej drogi, nie autostrady – ograniczenia prędkości są na nich zwykle zbliżone do autostradowych – 55 mil/h. Mniej się człowiek zmęczy psychicznie i wewnętrznie odpocznie.

2. Kolejna obserwacja dotyczy wyprzedzania. Niestety wiele osób jeździ lewym pasem, zamiast zostawić wolną drogę dla wyprzedzających i przekraczających dopuszczalną prędkość. Denerwujące też jest to, że ludzie wyprzedzają tak, jakby mieli coś w gaciach, czyli zamiast przyspieszyć zdecydowanie i zjechać na prawy pas, wyprzedzają przy różnicy prędości 3 km/h, tamując ruch lewego pasa na kilka ładnych minut. No a przecież gdyby tylko depnęli...

3. Coraz więcej odcinków drogowych patrolowanych jest z powietrza. To będzie się nasilało z oczywistych powodów. Skąd to wiem? Proszę sobie popatrzeć na ebay, ile firm sprzedaje drony.Drony już dzisiaj patrolują drogi w Kanadzie w ramach pilotażowych programów OPP.

Przy okazji, coraz bardziej rozwija się ruch cywilnych pilotów dronów, którzy latają w trybie fpv (fly per video lub First Person View) Już za 1000 dol. możemy sobie kupić chiński zestaw np. oparty na platformie styropianowego samolotu elektrycznego skywalker, który pozwala na zainstalowanie kamery wideo w kokpicie modelu i latanie w rzeczywistym czasie – obraz z kamery przekazywany jest bezpośrednio albo na ekran naszego komputera, albo też wprost do specjalnych gogli pozwalających widzieć krajobraz okiem kamery. W ten sposób możemy sobie latać tuż nad progiem wodospadu Niagara, czy też między kominami elektrowni. Niektórzy wyczynowcy – mimo zakazów: latają na tak wielkie odległości i wysokości rzędu 4 kilometry w promieniu 30 kilometrów od nadajnika.

Policja ma do dyspozycji nie tylko modele samolotów co quadkoptery – najpopularniejszy dzisiaj rodzaj elektrycznych dronów, dzięki którym można zawiesić się z oczami w powietrzu i czatować – m.in na kierowców, którym wydaje się, że nikogo nie ma na drodze.

Przed czym przestrzega
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec