Goniec

Switch to desktop Register Login

piątek, 03 sierpień 2012 19:24

A gdy przyjdzie ochota na nowe auto...

Mówiliśmy już o kupowaniu auta z drugiej ręki, są jednak sytuacje – przyznaję to bez bicia – kiedy nowe auto ma sens.
Jeśli dojdziemy do takiego wniosku, sporo pieniędzy może nam zaoszczędzić dobre przygotowanie się do całego procesu zakupu. Niebawem też zaczniemy przedstawiać w Moto-Gońcu nowości na placach dealerowskich w tym roku...
A zatem zanim wejdziemy do pachnącego nowymi autami, lśniącego szkłem i aluminium salonu samochodowego, warto poczytać na ten temat. Pamiętajmy że w starciu o samochód sprzedawca ma nad nami wielką przewagę wynikającą z doświadczenia – on o wiele częściej sprzedaje samochody niż my kupujemy. Stąd też szanse są nierówne, co nie znaczy, że nie możemy własnym wysiłkiem nieco wyrównać pole gry.

Po pierwsze, zdecydujmy się na model, zanim jeszcze wejdziemy do salonu dealera – jedną z popularnych metod stosowanych przez sprzedawców samochodowych jest sprzedawanie nam tego, co chcą nam sprzedać.
W dobie Internetu możemy o naszym marzeniu motoryzacyjnym dowiedzieć się niemal wszystkiego – łącznie z ceną dealerowską, którą poznamy, zaglądając np. do carcostcanada.com.

Po drugie, jedną z podstawowych metod stosowanych przez sprzedawców (nie tylko samochodów) jest "zaprzyjaźnienie się" z nami, ergo zdobycie naszego zaufania.
Niestety, w tym biznesie trzeba patrzeć cały czas na ręce i liczyć, a nie opowiadać, gdzie ostatnio byliśmy na wakacjach i jaki nasz poprzedni samochód był zły czy dobry.
Dobry sprzedawca ocenia nas na wygląd, dobrze więc go zaskoczyć i trochę się z nim psychicznie pobawić.
Tak więc nie dajmy się zwieść i nie szukajmy przyjaciół ani powierników w salonie samochodowym.

Po trzecie, oddzielmy negocjowanie ceny samochodu od negocjowania pożyczki.
Standardowym pierwszym pytaniem sprzedawcy samochodów jest "na ile możemy sobie pozwolić miesięcznie na spłacanie auta?". Sprzedawcy nie powinien interesować nasz stan majątkowy, zaś nas interesuje przede wszystkim cena samochodu. Jeśli damy się wpuścić tę uliczkę, zazwyczaj sprzedawca samochodu będzie nas chciał przekonać do lekkiego podniesienia poprzeczki – np. o 20 dol. miesięcznie – postępujmy ostrożnie – z kalkulatorem w ręku liczmy całkowity koszt pojazdu.
Generalnie jednak dobrze jest powiedzieć "płacę gotówką" – wówczas wszystkie rzeczy ulegają uproszczeniu i widzimy czarno na białym, jaka jest cena tego, co kupujemy.

Po czwarte – bądźmy zawsze gotowi wstać ode stolika i iść do domu. Jedną z metod sprzedawców samochodowych jest wymęczenie klienta.
Wielokrotnie sam byłem poddawany negocjacjom "z trzecią osobą w tle" – kiedy to mój sprzedawca w czasie prowadzenia rozmowy co chwila wychodził, by uzyskać "zatwierdzenie" na moją kontrpropozycję i po pół godzinie przychodził z ze swoją kontrofertą...
Czymś takim może nas doprowadzić do stanu, kiedy będziemy chcieli mieć za sobą ten przykry proces i podpiszemy coś na odczepnego. Jest to najgorsze, co możemy zrobić.
Na początku lat 90. negocjowałem leasing forda taurusa u Rudiego w niestniejącym już dealershipie przy Weston Rd. i dokładnie tak się to odbywało – straciłem na niego całe popołudnie.
Nie dajmy się "zamknąć w biurze" – wyjdźmy na plac się porozglądać.

Po piąte, trade-in – zawczasu dowiedzmy się, ile możemy dostać, żebyśmy czasem wartego 3 tys. dol. auta nie oddawali za 500 dol. – no chyba że komuś 2500 dol. chodzi piechotą...

Po szóste – nie dajmy się zaskoczyć propozycjami dodatkowych gwarancji czy opcji – lepiej te rzeczy przemyśleć zawczasu – zazwyczaj gwarancje takie są niepotrzebne i służą poprawie opłacalności transakcji dla sprzedającego.

Po siódme, zapytajmy, czy to jest najlepsza cena, i "idźmy się z nią przespać".

Po ósme – jeśli jesteśmy we dwójkę – zgódźmy się co do warunków – nie negocjujmy między sobą vis-a-vis negocjowania ze sprzedawcą.

Po dziewiąte, żadnych depozytów na stół – w momencie rozpoczynania rozmów.

I po dziesiąte…
Poszukajmy – czy to przez znajomych, czy rodzinę, sprzedawcy, do którego możemy mieć zaufanie, który ma dobrą opinię, który się nie raz sprawdził etc.
6797 lakeshore honda dealer imageOczywiście my w "Gońcu" polecamy polski zespół z Lakeshore Honda, zwłaszcza zaś tych, którzy czytają tam "Gońca"...
Na koniec zaś jedna zasadnicza uwaga – więcej luzu, unikajmy spięć i nerwów.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 27 lipiec 2012 17:21

Stare auto

Pisanie o starociach na tym kontynencie jest jak wiosłowanie pod prąd. Wiadomo, że cała komercyjna kanonada bombarduje nasze głowy jednym podstawowym przesłaniem: kup sobie nowsze, bo najnowsze jest najładniejsze, najbardziej pachnące i najbardziej błyszczące...
Czasem tak, ale nie do końca... Samochodu z pewnością nie powinniśmy wymieniać raz na trzy lata, zaś jeśli naprawdę lubimy jeździć i kochamy cztery kółka, to powinniśmy mieć coś, co pogłaskane odrobiną miłości odwzajemni się nam stokrotnie tak w przyjemności prowadzenia, jak i... oszczędnościami.


Tydzień temu mówiłem o tym, że największym kosztem posiadania samochodu jest jego deprecjacja. Dlatego, jeżeli odrobinę pogłówkujemy, to okaże się, że możemy mieć auto niezbyt drogie w utrzymaniu, bardzo przyjemne dla kierowcy, a do tego trzymające wartość niczym sztabka złota.
Przedstawiony na zdjęciu obok u góry mercedes z 1965 roku można kupić w London za 3400 dol. (cena wywoławcza) i przy niedużym wkładzie pracy zrobić z niego cukierek, który przyciągał będzie uwagę bardziej niż najnowszy model tej marki (jeśli nam zależy na zawracaniu cudzych głów); który nie będzie w ogóle tracił na wartości; w którym – jeśli ktoś akurat ma hyzia na punkcie osobistej wolności – nie trzeba zapinać pasów bezpieczeństwa; który – uwaga, uwaga – jesteśmy w stanie ubezpieczyć za 100 – 200 dol. ROCZNIE, jako samochód historyczny. Co prawda, aby dostać takie ubezpieczenie, trzeba mieć jeszcze jeden "normalnie" ubezpieczony samochód, ale można to wszystko bez problemu załatwić.
Tu dodam, że nie wierzę w odstawianie samochodów do przechowalni na zimę – samochód jest po to, aby nim jeździć, a nie na niego patrzeć, ponadto, jak każda maszyna – proszę zapytać mechaników lotniczych – odpowiednio utrzymywany samochód jest w stanie – mimo soli na drogach – jeździć całymi latami. Wystarczy tylko lekko o niego dbać, myć zimą – zabezpieczać antykorozyjnie – w porę usuwać pierwsze ogniska rdzy...
W dobie Internetu nie ma też zupełnie problemu z częściami zamiennymi, przez wyspecjalizowane firmy czy kluby właścicieli dostaniemy wszystko – części wymontowane ze złomu albo dorabiane.


Kupując auto z lat 60., 70. czy nawet z pierwszej połowy 80., wiemy, że ktoś o nie musiał dbać, inaczej nie dożyłoby naszych czasów; trzeba więc zwrócić uwagę na to, co było robione, czy części są oryginalne, jak i gdzie samochód był eksploatowany.
Dobrze jest kupować uznaną markę. Stare auta produkowane były według innej filozofii niż dzisiejsze – zakładano, że kierowca będzie chciał wiele rzeczy sam robić – a więc, jeśli tylko nam się odrobinę chce przy aucie pogrzebać, to nie jest to trudne i zazwyczaj nie wymaga specjalistycznych narzędzi – a dostęp do większości elementów silnika czy zespołu pędnego jest łatwy.


Stare auto to również kawał europejskiej czy amerykańskiej historii – świadectwo czasów, w których Europa była symbolem najnowocześniejszej myśli technicznej, produkcji i najlepszej jakości. W tych autach nie znajdziemy chińskich czy koreańskich części.
Jeśli zaś nie chcemy pracować przy samochodzie, jest wiele warsztatów, które tanio naprawiają starocie.
Wybierając model warto zastanowić się, do czego będziemy go potrzebować, czy będziemy jeździć zimą etc.


Radziłbym kupić samochód jak najprostszy, bez żadnych "wodotrysków" i sterowanych elektrycznie podzespołów. W wypadku starego auta plusem są na przykład ręcznie otwierane okna. Mercedes, bmw, volkswagen – królują na tym rynku m.in. dlatego, że auta amerykańskie są – łagodnie mówiąc, dość paliwożerne, a poza tym, zostały jednak bardziej niechlujnie wykonane, choć oczywiście są odstępstwa od reguły.
Jeśli kupujemy samochód do jeżdżenia, a nie pokazywania i pieszczenia, unikajmy modeli "kultowych". Kiedyś bardzo się napaliłem na toyotę landcruiser, produkowaną do roku 1984 – auto niezawodne i proste w konstrukcji, którego miliony egzemplarzy pomagało przeprawiać się różnym śmiałkom i zbójom przez ostępy Afryki czy Ameryki Południowej i Australii.
Jednak dzisiaj to, co można kupić na rynku, to w większości wypadków złom, zaś pięknie odrestaurowany diesel landcruiser – kosztuje nawet i 40 tys. No a takim autem szkoda codzienne jeździć do pracy.
Toyota landcruiser produkowana była od lat 50. z myślą o wojsku i zaskarbiła sobie opinię pojazdu nie do zdarcia. Jeśli dodamy jej snorkel i przerobimy "petro" diesel na olej rzepakowy – dojedziemy w dowolne ostępy północnego Ontario.
Zatem gdy nam przyjdzie ochota na samochód dla prawdziwego mężczyzny, który wydaje się niewielki, a mieści 6 osób (w razie potrzeby z karabinami – z tyłu siedzi się na ławkach bokiem do kierunku jazdy) – to możemy poszukać w USA lub w Albercie firmy, która nam go zrobi pod klucz.

Photo Hilltop Cruisers
Hilltop Cruisers z Alberty mają na parkingu całą gamę gratów, z których gotowi są wyczarować odrestaurowany model według naszej specyfikacji.
Latem landcruisera przepoczwarzyć można w gazik, opuszczając do przodu przednią szybę i zdejmując aluminiową górę. Toyota landcruiser jeździ absolutnie po wszystkim, a tam gdzie nie dojedzie, to się wciągnie na wciągarce napędzanej głównym silnikiem wprost ze skrzyni biegów.
Samochód ma stały napęd na cztery koła, ale koła przednie można "zwolnić" przy pomocy specjalnej nastawy na osiach.
Tak więc posiadanie starego samochodu może nam dostarczyć o wiele więcej nieustających przyjemności – gdy nowe auta szybko się nudzą – stare odkrywać będziemy co pewien czas na nowo.
Jeśli zaś podliczymy wszystkie koszty, to okaże się, że w okresie – powiedzmy – 10 lat przyzwoity hyundai drożej nam wyjdzie niż taki staroć, który naprawdę bardzo da się lubić.
Nie dość więc, że za małe pieniądze, to jeszcze mamy coś, czym pokazujemy dzisiejszej młodzieży świetną kulturę techniczną naszej blednącej cywilizacji zachodniej.
Samochód taki pełni w ten sposób nie tylko rolę transportową, ale też edukacyjną i rodzinną – zacieśniając więzi międzypokoleniowe. Nic tak bowiem nie intryguje juniora, niż tata z samochodem, którego mogą mu pozazdrościć koledzy (i koleżanki) z high-schoolu – o czym Państwa zapewnia.
Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 20 lipiec 2012 20:56

Moto-GONIEC: Auto z kijiji

kijiji
Jedni lubią czas kupowania samochodu, inni traktują to jak mordęgę psychiczną.

Jedni kupują nowe, lśniące, pachnące plastykiem, inni wybierają te już przez kogoś ujeżdżone i poplamione. Dzisiaj będzie właśnie o tych ostatnich, bo jeśli ktoś ma geny z okolic Poznania czy Krakowa, za Boga nowego auta nie kupi. Bo i po co?


Największym kosztem posiadania samochodu nie jest cena benzyny czy ubezpieczenia, lecz... deprecjacja. W przeciwieństwie do nieruchomości, które nawet kiedy zamieniają się w ruderę, nabierają (zazwyczaj) wartości, auto starym winem nie jest i zaraz po opuszczeniu parkingu dilera traci kilka ładnych setek. Jeśli jest nowe – to w wielu przypadkach przez trzy lata straci połowę ceny – czyli grube tysiące dolarów.
Myśląc rozsądnie o samochodach, trudno nie zgodzić się z opinią, że najlepiej kupić auto z drugiej ręki, w zależności od budżetu i oczekiwań – 2-3- lub 5-7-letnie.


Można u dilera, czemu nie, ale można też na własną rękę. Kiedyś kupowało się gazetę czy AutoTradera i szło po ogłoszeniach. Sam swego czasu kupiłem od pewnego polskiego oszusta (niebieski, ty wiesz kto) składaną toyotę tercel po wypadku (on to wiedział, ja nie) i straciłem 3 tys. dolarów.
Z innego ogłoszenia w gazecie kupiłem natomiast w miarę przyzwoitego 6-letniego cavaliera, co prawda była to transakcja od nielicencjonowanego dilera, który wstawiał auta pod adres zaprzyjaźnionych rodzin, aby okoliczności udawały prywatną sprzedaż, ale ostatecznie skończyło się dobrze – autem sporo pojeździłem i sprzedałem, a deprecjacja była znikoma.


Jednak moje największe "osiągnięcia" w dziedzinie kupowania samochodu mam za sprawą portalu internetowego kupno-sprzedaż, kijiji.ca.
Można tam kupić wszystko, od bzdety za dolara po domy i jachty oceaniczne.
Powiem od razu, że przedstawiana poniżej strategia nie jest dla każdego. Przede wszystkim dobrze jest wiedzieć, co chcemy kupić: jaki model nam pasuje, jaki samochód odpowiada potrzebom naszej rodziny. To powinniśmy wiedzieć przy każdej strategii, również idąc do dilera, gdzie jednym z podstawowych chwytów jest "wie pan, dokładnie tego co Pan chce, akurat nie ma, ale akurat jest tu superokazja". Ta superokazja to oczywiście to, co diler chce nam wepchnąć.


Druga rzecz to czas. Okazje nie zdarzają się na co dzień, ale w przypadku sprzedaży prywatnej można na nie trafić – ludzie są w różnych sytuacjach życiowych, czasem na musiku, i muszą sprzedać.
Dlatego dobrze jest zacząć kupowanie auta wcześnie, dać sobie dużo czasu i nie napalać się.
Ot tak, przed zaśnięciem sprawdzamy, jakież to nowe auta w naszym obszarze zainteresowania zostały wystawione. I tak po miesiącu będziemy wiedzieć, kto wstawia stale, a kto okazyjnie. W przypadku kijiji.ca warto też zobaczyć, czy dana osoba sprzedająca nie sprzedaje jeszcze innych rzeczy, a jeśli tak, to jakie.


Mówię o tym z własnego doświadczenia, ponieważ przez kijiji.ca kupiłem dwa udane auta – za każdym razem po bardzo dobrej cenie.
Wiedząc, co chcemy mieć w garażu, patrzymy przede wszystkim na to, kto sprzedaje.
W moim przypadku szukałem 2-4-letniego chevroleta HHR. Przeglądając od czasu do czasu zestaw hhhr-ów w Ontario – tu znów rada, aby nastawić sobie wyszukiwanie tak, by patrzeć na modele z całej prowincji - bardzo często prawdziwe okazje są bowiem za miastem – trafiłem na auto powiedzmy w cenie średniej, bo 1,5-roczne za 15,5 tys. dol. (dopakowana "nówka" kosztowała wówczas 29 tys.), a uwagę zwrócił adres mejlowy właściciela – e-mail UofT.
Co jak co, ale ktoś, kto ma uniwersytecki e-mail, autami zawodowo nie handluje... przeszło mi przez głowę, a więc miałem do czynienia z autentyczną sprzedażą prywatną.
Zacząłem mejlować, umówiłem się, sprzedawca dał mi adres do swojego domu w centrum Toronto w dobrej dzielnicy. Samochód – przeszedł moje oczekiwania – skóry, boczne poduszki powietrzne, absolutnie fully loaded, 1,6 roku, przebieg 23 tys. km.
Sprzedającym okazał się świeżo upieczony lekarz, którego rodzice pracowali w Oshawie dla GM, a on właśnie wyjeżdżał na roczne stypendium do Brukseli... Miał miesiąc, by sprzedać auto. Powiedziałem pierwszą cenę 14 tys., a on... przystał na nią bez targu. Do dzisiaj nie wiem, czy nie powinienem był powiedzieć 12 tys....
W ten sposób wszedłem w posiadanie samochodu z pełną gwarancją o bardzo niskim przebiegu, którego deprecjacja nie była już (od tych 14 tys.) duża, bardzo ekonomicznego, pojemnego i bezpiecznego. Nawet za bardzo nie sprawdzałem, czy to może odrobione auto po powodzi czy jakiś inny przekręt; nie badałem stanu technicznego i nie kopałem w opony, bo samochód miał pełną gwarancję od zderzaka do zderzaka.
Słowem, "bingo!".


Oczywiście kupując samochód z ogłoszenia, warto zapoznać się z podstawowymi zasadami bezpieczeństwa – nie dźwigać przy sobie gotówki, nie umawiać się w podejrzanych miejscach, czyli generalnie wykazywać się zdrowym rozsądkiem.
Bardzo się liczy, kim jest sprzedający, co robi zawodowo i gdzie mieszka, do tego żadnych zaliczek – pieniądze zmieniają ręce w momencie podpisania dokumentów – auto musi mieć swoją książeczkę z ministerstwa, test spalin (zawsze niezależnie ile ma lat) i (radziłbym) świadectwo zdatności do jazdy.
No i podstawowa zasada – nie napalać się – pełny luz, jak powiedziałem, okazje zdarzają się częściej niż myślimy, stracimy jedną, będzie druga, gorzej natomiast, jeśli wydamy pieniądze i zostaniemy z lemonem – czyli autem mogącym wywołać wrzody na żołądku. Jeśli coś nam przejdzie koło nosa – trzeba sobie powiedzieć, że tak miało być, i szukać dalej.
W ten sposób zaoszczędzimy sobie kilka tysięcy dolarów.


Drugą dobrą rzeczą przy kupowaniu starych samochodów (i nie tylko samochodów) jest karta kredytowa Driver's Edge (dawniej CityBanku, a obecnie CIBC.) – daje na zakup auta czyste i proste 2 proc. z każdej transakcji; jeżeli skomasujemy wydatki rodzinne na jedną kartę, to w przypadku normalnego życia w ciągu 5 – 6 lat uzbieramy w ten sposób na karcie trzy, a może i więcej tysięcy. Z niczego – tylko za to, że przepuszczaliśmy przez kartę swoje pieniądze. Za 3 tys. dol. to można kupić całkiem niezłe auto, które jeździ.
Możemy w ten sposób mieć auto za nic, co wywołuje bardzo ciepłe uczucie zwłaszcza u ludzi z genami z okolic Poznania czy Krakowa.
Podobnie jak przy inwestowaniu pieniędzy dobrze jest przez jakiś czas kupować samochód przez kijiji.ca "na sucho", a dopiero, gdy będziemy mieli jako takie rozeznanie w cenach i ofertach, iść na całość i sfinalizować zabawę.
Oczywiście są ludzie, którzy na takie harce nie mają czasu ani ochoty, i ja to świetnie rozumiem. Dla nich pozostaje dobry diler – godny zaufania, który od lat ma wyrobioną klientelę, jest fachowcem (a jeszcze lepiej, gdy też jest Polakiem).
Takiego dilera znajdziecie Państwo właśnie na stronie obok.


A na koniec mała anegdota właśnie z kupowania przez kijiji. Samochód wyglądał świetnie – w sam raz dla mnie, niedrogo, podejrzane właśnie było to, że zbyt niedrogo. Była niedziela po południu, zadzwoniłem, umówiłem się, podjechałem pod dom, zapytałem siedzącego na ganku młodego człowieka, czy to jego auto, powiedział, że nie, ale brata. Brat aktualnie śpi, ale pójdzie go obudzić. Auto było z USA – licznik w milach – no OK, czasem może być gdzieś ze "słonecznego południa", jeśli do tego jeszcze "suchego" jak np. Arizona, no to bez rdzy.
Przyszedł brat, odpalił motor – wszystko OK. Pytam, czy coś trzeba naprawiać – nie, nic nie trzeba – dają kluczyki, żebym się przejechał.
Już prawie odjeżdżam, brat tylko na koniec nachyla się do okna i mówi: "uważaj tylko, żebyś nie musiał cofać, bo nie ma wstecznego...".
Tak więc można sprzedawać auto bez wszystkich biegów, no ale żeby takie auto kupić, trzeba nie mieć wszystkich klepek – o czym zapewnia

Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
Strona 13 z 13