Goniec

Register Login

piątek, 15 grudzień 2017 07:50

Zimą myjemy częściej niż latem

        Częste mycie skraca życie, mówi przedszkolne przysłowie. Być może jest to prawdziwe w oczach młodych ludzi, którzy nie lubią wody za uszami, ale w przypadku naszych samochodów jest to stwierdzenie zdecydowanie fałszywe. 

        Częste mycie potrzebne jest zwłaszcza zimą, kiedy na podwoziu, i nie tylko, mamy pokaźną warstwę soli i innych środków solopodobnych używanych do odśnieżania, odladzania i odmrażania. 

        Paradoksalnie to właśnie zimą powinniśmy myć samochód przynajmniej raz na dwa tygodnie, i nie tylko z wierzchu, ale właśnie: nadkola i podwozie, zwłaszcza jeśli ten samochód trzymamy w cieple: domu, garażu podgrzewanym, gdzie lód, śnieg odtaje w ciągu nocy. Wtedy to właśnie sól ma najlepsze możliwości działania. 

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 01 grudzień 2017 07:53

Idzie kanadyjska zima

        To jest temat stary jak świat i dawno już go omawiałem; wiadomo, że przed zimą trzeba trochę popatrzeć na samochód,  warto wymienić to i owo, np. wycieraczki; to niedużo kosztuje, a nie będziemy mieć tych nacieków; trzeba się też upewnić że nie mamy w spryskiwaczu jakiegoś śmiesznego płynu na komary czy inne insekty, które latem się rozbijają na szybie, a który zimą zamarznie i zrobi dużo kłopotu; należy w ogóle popatrzyć na płyny, czy wszystkie poziomy są w porządku, czy nie mamy jakiegoś wycieku z chłodnicy... 

        Są to wszystko rzeczy, które niewiele kosztują, które można zrobić samemu. Po prostu popatrzmy przed zimą gospodarskim okiem na samochód, trochę go posprzątajmy, włóżmy skrobaczkę do lodu, zmiotkę do śniegu, takie rzeczy... 

        Jak ktoś jeździ tylko po mieście, to nie musi się aż tak bardzo przejmować, ale nawet wtedy w samochodzie warto wozić cieplejsze ubranie, jakiś sweter, jakieś grube robocze rękawice, bo bardzo często jak coś nam się stanie, nawet taka głupia guma, i człowiek wyjdzie na mróz, a właśnie miał za 10 minut być już w domu, to może z samego zdenerwowania się rozchorować. Dlatego warto mieć w samochodzie czapkę, komin, rękawice, sweter, dla spokoju wozić parasol.

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 09 listopad 2017 21:31

Rekonfiguracja korzystania z samochodu

        W ubiegłym tygodniu pisałem o zmianach w samochodach w związku z coraz bardziej rozpowszechnionymi systemami poprawiania reakcji kierowcy i korygowania błędów kierowcy. 

        Systemy te de facto przedefiniowują rolę, jaką w samochodzie odgrywa prowadzący. Postęp w stronę autonomicznej jazdy jest nie do zatrzymania. Tak więc wkrótce nasze możliwości manewrowania za kółkiem będą poważnie ograniczone. 

        Co może mieć konsekwencje dla swobody naszych decyzji, choćby przez to że nie będziemy już w stanie rozjechać człowieka, który stanie nam na drodze, choćbyśmy chcieli to zrobić z pełną premedytacją i było to konieczne do obrony naszego własnego życia. 

        Pozostańmy dzisiaj przy temacie autofuturologii, a więc zmian nie tylko w technologii samochodu i unowocześniania jego podzespołów, ale również rekonfiguracji całego transportu drogowego. Obecnie już w wielu miastach świata istnieją nie tylko tradycyjne wypożyczalnie, ale również takie, gdzie po okazaniu karty i załadowaniu aplikacji do smartfona można samochód wypożyczyć na minuty. Ponadto samochód można zostawić w miejscu, do którego się przyjechało, a wsiąść do najbliższego zostawionego w okolicy przez kogoś innego. 

        Tak więc posiadanie własnych czterech kółek ma coraz mniej sensu. Co z kolei zmienia horyzont przyszłości  dla sieci sprzedaży, salonów motoryzacyjnych czy ubezpieczalni. W wielu europejskich i polskich miastach już dzisiaj można skorzystać z takiej usługi. 

        Oczywiście, prekursorem wykorzystania sieci komputerowych i aplikacji na smartfony był i jest Uber. Tu, w Kanadzie, od jakiegoś czasu można korzystać z opcji UBER Pool, co oznacza, że za mniejszą kwotę niż w przypadku indywidualnego podwiezienia można jechać wspólnie z innymi pasażerami, którym jest po drodze. Są oni kojarzeni przez oprogramowanie UBER. Dzięki temu można uzyskać prawdziwie publiczny transport bez konieczności wsiadania do autobusu czy tramwaju. W wielu autobusach w Mississaudze poza godzinami szczytu nie jedzie więcej niż 5 – 7 osób; a więc duży van Ubera, który zabiera na pokład właśnie tyle, nie dość że za niewiele więcej pieniędzy niż autobus, to jeszcze odbierze, podwiezie pod dom albo wskazane miejsce. 

        W krajach europejskich i azjatyckich, w tym w Polsce, coraz bardziej rozwinięty jest system „Ubera” dalekodystansowego, czyli założonej przez Francuzów ponad 10 lat temu firmy BlaBlaCar. 

        Jadąc z Warszawy do Gdańska, z Krakowa do Lwowa, czy nawet między małymi miejscowościami, warto sprawdzić, za ile możemy to zrobić wspólnie z kimś, kto ogłasza, że akurat tam już jedzie. Jest to po prostu nowoczesna wersja podwożenia na łebka. 

        W dawnych czasach trzeba było po prostu wyjść za miasto na stójkę i złapać jakiegoś żuka. Jechało się za to co łaska albo jakąś drobną opłatę. Dzisiaj wystarczy zainstalować aplikację blablacar, by pojechać na przykład z Krakowa do Warszawy za 35 zł, a nie jak pociągiem za 120 złotych; można wybrać sobie czas, można wybrać sobie, ile osób będzie siedziało na tylnym siedzeniu (niektórzy zapewniają, że tylko dwie). Można również wybrać kierowcę „starszego i doświadczonego”. 

        Oczywiście, zawsze wiąże się to z ryzykiem spotykania nieznajomych osób. Ale to ryzyko istnieje dwustronnie i dotyczy tak tych, którzy podwożą, jak i osób podwożonych. Ceny zaś są bardzo konkurencyjne, no bo również z Krakowa do Lwowa można właśnie jechać za 40 czy 50 zł, a jest to cena nie do pobicia przez pociąg czy regularny autobus. 

        W ten sposób od czasu do czasu posiadany przez nas samochód zarabia jak publiczny środek komunikacji. Jest to rewolucja w modelu transportu i wielu przeciwko niej protestuje; są problemy z ubezpieczalniami etc. 

        Tego rodzaju nowinki zagrażają całym zawodom, ale też służą one nam wszystkim i ograniczają zanieczyszczenie powietrza. 

        Wygodne podwożenie na żądanie to przyszłość i nie da się jej uniknąć. Miejmy nadzieję, że takie firmy jak BlaBlaCar zawitają również do nas i że jadąc do Montrealu, będziemy mogli o dowolnej porze wybrać sobie samochód, który za pół ceny podwiezie nas na miejsce.  

        Jak w takiej sytuacji będzie wyglądała własność samochodu, jak będzie wyglądało ubezpieczenie motoryzacyjne? A w końcu obecnie są to wydatki stanowiące znaczną część przeciętnego budżetu domowego. Nie wątpię, że nasi „kierownicy” znajdą sposób, aby wyrównać sobie ewentualne różnice w dochodach. A my będziemy korzystać z usług transportowych na zasadzie pay as you go, ale prawdopodobnie płacić będziemy tyle samo co dziś. Tak przynajmniej wynika z mojego życiowego doświadczenia 

o czym Państwa zapewnia 

Wasz Sobiesław 

        PS Na koniec anegdota zasłyszana od kolegi z Polski, który regularnie bierze łebków w ramach BlaBlaCar. Otóż jadąc z Warszawy, wziął dwóch Ukraińców, a ponieważ jest człowiekiem zainteresowanym sytuacją na Wschodzie, wypytywał o to i owo; o prezydenta, o polityków. Na co jego pasażerowie odpowiadali, że to wszystko są złodzieje. Narzekali, jak to ich tam okradają. Już w domu kolega sprawdził aplikację i stwierdził, że jego pasażerowie wpisali, iż kierowca nie zgłosił się na umówione miejsce, w związku z czym mu nie zapłacili; innym słowem, okradli go, czyli okazali się złodziejami, no i jak można wymagać od innych czegoś, czego nie wymaga się od siebie?

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 26 październik 2017 19:48

Przeszczep motoryzacyjny nie przyjął się

        Obiecywałem dwa tygodnie temu, że napiszę na temat instalacji przekładni do wycieraczek (wiper linkage), jaką zamówiłem wysyłkowo, i którą zamierzałem samodzielnie wymienić w moim BMW E 46. 

        Okazało się, że zamiast instalować nową przekładnię, naprawiłem starą. Ale po kolei...

        Zamówiona na e-bayu część przyszła tak, jak miała, czyli po 2 tygodniach; była dobrze zapakowana i w sumie w całkiem niezłym stanie. Jak już pisałem, zamawiałem część odzyskaną ze złomowanego samochodu, swego rodzaju „przeszczep motoryzacyjny”. 

        Mój samochód dawca to BMW z 2003 roku. Moje BMW jest z 2000. Tak więc uzyskiwałem część o 3 lata młodszą. Po dokładnym obejrzeniu okazało się, że ta nowa przekładnia ma wiele elementów plastikowych, tam gdzie moja stara ma elementy aluminiowe bądź mosiężne. 

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 28 wrzesień 2017 22:26

Cena zwykłej niewiedzy

        Dzisiaj wracamy do tematu dobrego mechanika. 

        Od czasu do czasu każdy z nas ma jakiś problem. Nawet w samochodach, które uchodzą za prawie niezniszczalne, jak toyota corolla czy różne hondy, mamy do czynienia z rzeczami, które jeśli nie są wymieniane na czas, no to będą dawały znać o sobie. 

        Gdybyśmy brali przykład z podejścia lotniczego do wymiany części, które się zużywają, to musielibyśmy założyć tzw. resurs, czyli wymieniać klocki hamulcowe, pompę paliwową, wodną, alternator i tym podobne podzespoły po określonej liczbie przejechanych kilometrów, bez względu na ocenę stanu zużycia. 

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 02 wrzesień 2017 19:54

Wehikuły czasu

Wychodziłem właśnie z Canadian Tire na Queensway, kiedy usłyszałem charakterystyczny odgłos starych silników, dużych i niewyżyłowanych, który znam z młodości; bo też jak po dzieciach, po samochodach również człowiek poznaje, jaki jest stary. Niektóre z tych aut mogłem przecież kupić, może nie u dilera, ale na pewno z drugiej ręki, i to bardzo tanio.
W sobotę przed długim weekendem zebrali się miłośnicy starych samochodów na jednej z wielu imprez, po to żeby pogadać, zjeść kiełbaskę, pokazać, co jest nowego, a co się zepsuło, z czym jest problem, podyskutować o tym, a może auto sprzedać czy wymienić na inne.
Stare samochody wiozą ze sobą czar starych czasów, zwłaszcza te z lat pięćdziesiątych czy początku sześćdziesiątych, w których można było jeździć bez pasów, wiele z nich nie ma poduszek powietrznych, nie ma nowoczesnych, wspomaganych hamulców.
I wśród tych wszystkich aut mniej lub bardziej rzadkich prawdziwa perełka, delorean DMC – 12, z właścicielem, z którym podyskutowałem o upadku obyczajów oraz jak to części samochodowe sprowadzane ze Stanów Zjednoczonych nadal są pierońsko oclone – jak stwierdził mój rozmówca, NAFTA jest dobra dla tych, którzy zarabiają krocie, a dla zwykłych ludzi tak sobie, no bo zdaje się, że z upływem każdego roku coraz więcej płacimy, a coraz mniej dostajemy z powrotem.
Delorean to cała historia, próba stworzenia samochodu, który nie musiałby być zmieniany jak rękawiczka co 6 lat, samochodu z karoserią z aluminium, na której do dzisiaj nie ma rdzy, choć co prawda – jak wyjaśnił właściciel – rama to jest zwykła stal pokryta epoxy i w momencie kiedy ta epoxy gdzieś tam się odłupuje, to mamy do czynienia z tą samą korozją co w każdym innym aucie, szczęśliwie jeszcze są części, cały rynek części, bo pewien pomysłowy przedsiębiorca wykupił całą zbankrutowaną fabrykę. To właśnie ten samochód wykorzystany został wizerunkowo w filmie „Back to the future”.
Tak czy owak, jeżeli ktoś lubi prowadzić samochód, jeżeli ktoś lubi samochody, z pewnością posiadanie starego samochodu da wiele satysfakcji oraz możliwości poznania nieprzeciętnych ludzi; ludzi, którzy postanowili z wehikułu, który większości z nas służy do poruszania się w trójwymiarowej przestrzeni, zrobić wehikuł czasu, zachować jak w skarbonce czar dawnych lat. Dlatego pokazom takim zazwyczaj towarzyszy muzyka z lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych, stare przeboje.
Chętnie też rozmawiamy o tym, co mogłoby być inaczej, co poszło źle, jak świat by wyglądał, gdyby Ameryka nadal była stolicą motoryzacji.
Oczywiście są nieśmiertelne mustangi z lat 60. – popularne zwłaszcza w wersji kabrio, oczywiście stare cadillaki itp. Liczy się oryginalność – a zatem brak przeróbek i oryginalne części. Jeden z miłośników przyjechał nawet pick-upem, z oryginalną farbą – auto nie było odmalowane, no ale większość żywota spędziło w Kolumbii Brytyjskiej. Inna sprawa, to że czasem z powodów praktycznych warto coś unowocześnić – choćby zawieszenie – jak tłumaczył mi posiadacz packarda – przy autostradowej prędkości oryginalne pływało na prawo i lewo, podmienił więc na bardziej nowoczesne zawieszenie z nowszego modelu.
A zatem, jeśli mamy trochę miejsca w garażu – warto kupić stary samochód w średnim stanie i nieco podrobić – na tym można naprawdę zarobić.
O czym zapewnia
Wasz Sobiesław.


Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 31 sierpień 2017 21:05

Ubezpieczenia, czyli igranie z ogniem

Koniec wakacji, a więc koniec euforii, wracamy do szarych dni, dzieci idą do szkoły, autobusy szkolne zapychają ulice, łatwiej o wypadek, więcej nerwowości.
Pora więc zobaczyć, jak to wygląda pod kątem ubezpieczenia motoryzacyjnego.
Cytuję tutaj za „Toronto”. Sun Deb Arnold z Sound Insurance Services Inc. podaje 8 najbardziej powszechnych powodów, dla których możemy być skazani na niemiłą niespodziankę. Jaką niespodziankę? No taką, że ubezpieczenie nie wypłaci świadczenia za wypadek.
Pierwszą rzeczą jest jazda pod wpływem alkoholu lub narkotyków. Jeśli spowodujemy wypadek po pijanemu, Liability and Accident Benefits wciąż zadziałają, ale ubezpieczalnia nie pokryje kosztów naprawy ani ewentualnego zastąpienia nowym naszego własnego samochodu. I nie trzeba być nawet skazanym za spowodowanie wypadku po pijanemu, wystarczy, że jesteśmy o to oskarżeni. Nasze roszczenia zostaną odrzucone.
Druga rzecz, zezwolenie kierowcy, który nie posiada właściwych uprawnień do prowadzenia samochodu, aby zasiadł za naszym kółkiem. Jeśli okaże się, że jego prawo jazdy jest nieważne albo jechał po pijanemu, nie będziemy mogli nawet zgłosić roszczenia, zaś wszystkie wypadki, które spowodował, obciążą nasze własne konto.
Kolejna sprawa to zezwolenie kierowcy, który nie jest zgłoszony ubezpieczalni, na prowadzenie naszego samochodu; możliwe, że firma nam wypłaci, ale dokona reewaluacji polisy i prawdopodobnie ją skasuje. Prosto mówiąc, ubezpieczenie obejmuje tylko tych kierowców, którzy są zgłoszeni jako kierujący naszym samochodem. Jeśli więc nie zgłosimy, że każdego weekendu ktoś inny prowadzi albo że regularnie używa naszego samochodu nowy członek gospodarstwa domowego, możemy być w kłopocie.
Kolejna rzecz; marzyło nam się dorobić samochodem, zapisaliśmy auto do Ubera albo Liftu. Większość firm ubezpieczeniowych oferuje stosowne ubezpieczenia i nasz samochód będzie dobrze ubezpieczony, oczywiście kosztuje to nieco więcej. Jednak jeśli tego nie zrobimy, a kilka godzin tygodniowo będziemy jeździć dla Ubera, no to powinniśmy się liczyć z odmową wypłaty świadczeń.
I następna sprawa, niezgłoszone komercyjne użycie naszego samochodu. Jeżeli mówimy ubezpieczalni, że samochód jest do naszego prywatnego użytku, a na przykład pracujemy jako kurier, dostarczamy pizzę, kwiaty, jeździmy na kontrakty, to wszystko jest biznes i ubezpieczalni może się to nie spodobać.
Wielu z nas wydaje się, że jeśli córka mieszka w Yellowknife, to możemy ubezpieczyć tam nasz samochód na jej adres, a jeździć w Ontario. Zapłacimy wówczas rocznie 10 proc. tego co tutaj. Pokusa jest więc duża, jeśli jednak ubezpieczenie wykaże nam, że to zrobiliśmy w celu oszustwa, może odmówić wypłacenia odszkodowania.
Rzecz błaha, opony zimowe, jeżeli zmieniamy na zimę opony i z tego tytułu dostajemy niewielki upust przy ubezpieczeniu, a tego nie robimy, to oszukując, narażamy się na ryzyko odmowy wypłacenia odszkodowania
Inne małe oszustwo to zarejestrowanie samochodu pod jakimś nazwiskiem na kogo innego i nieujawnienie, kto rzeczywiście prowadzi. Ludzie, którzy mają zły rekord prawa jazdy, zrobią wszystko, żeby zapłacić niższe składki, ale w przypadku kolizji nasze ubezpieczenie może się okazać nieważne z powodu nieujawnienia tego faktu.
Jeśli ktoś nie może otrzymać ubezpieczenia na własne konto, nie bądźmy aż tak przyjacielscy, żeby użyczać naszego własnego nazwiska.
Ubezpieczalnie mają całodobowe działy zwalczania nadużyć, oszustw i defraudacji. Wykorzystują prywatnych detektywów oraz dane z wielu różnych baz; więc jeśli wydaje nam się, że prostym małym kłamstewkiem zaoszczędzimy kilkaset dolarów rocznie, uważajmy, bo możemy się zdrowo przejechać.
Zatem moja rada jest prosta; jeśli chodzi o ubezpieczenia, warto poszukać najtańszej oferty; warto często zmieniać polisy i szukać najtańszej oferty, ale nie warto przy tym oszukiwać i kłamać. To skórka niewarta wyprawki


– o czym zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec

Dzisiaj ponownie będzie o starych, używanych samochodach – tym razem o czymś dla prawdziwego mężczyzny, któremu marzy się stara Ameryka. Jak wiadomo, w świecie turbosprężarek i paliwowych oszczędności coraz trudniaej znaleźć coś o dużych garach i wielkoprzestrzennych kabinach – ale wciąż są. A więc dzisiaj namawiam na dziesięcioletniego chryslera 300. – Duży, pojemny, obszerny w środku, wygodny i mocny.
Wybierzmy rocznik 2008, Chrysler proponował wówczas sześć różnych wersji, od najsłabszej LX z napędem na tylne koła, napędzanej 2,7-litrową szóstką o mocy 178 KM (jak na takie auto to jednak trochę mało), poprzez edycje touring oraz limited, również z szóstką, ale już 3,5-litrową, dającą 250 KM mocy i z opcją napędu na wszystkie koła (70 proc. tył i 30 proc. przód), po 300C z 5,7-litrową ósemką Hemi o mocy 340 KM, i również opcją napędu na cztery koła. Do tego touring i 300C można było kupić w wersji walter P. chrysler executive, która miała o 6 cali poszerzony rozstaw kół. Jeśli poszukamy jeszcze bardziej, to być może trafimy na prawdziwego mięśniaka 300C SRT8, wyposażonego w ponad sześciolitrową ósemkę o mocy 425 KM.
Chrysler 300 osiągnął komercyjny sukces, ponieważ wszystko w nim było takie, jak w amerykańskim samochodzie być powinno – moc, agresywna CHRYSLER-300C-SRT8-2167 16stylistyka i superprzyjemne wrażenia z prowadzenia. Dzisiaj, po latach, różnice w cenach między wersjami znacznie się zniwelowały, dlatego warto poszukać coś z wyższych półek. Bo też pod tą samą maską siedzą często bardzo różne wnętrzności. W przypadku tej najbardziej usportowionej oferty dostaniemy hamulce Brembo, sportowe zawieszenie i 20-calowe koła, a czasem i adaptacyjny tempomat. Tak, tak, w tamtych czasach w samochodach uważanych za luksusowe, można było już dostać wiele gadżetów, które dzisiaj na co dzień widzimy w hondzie civic. Jest więc nawigacja, satelitarne radio itp. Oczywiście, kupując stary samochód, nie patrzymy na takie bzdety, lecz na ogólny stan, ale jak mówię, można się pokusić o wybranie czegoś luksusowego za tanie pieniądze.
Trzysetka to duży, dobrze zbudowany sedan, który w testach na zderzenie z przodu ma najwyższą pięciogwiazdkową ocenę. Za wypieszczoną rakietę 300C zapłacimy dzisiaj od 6 do 10 tys. dolarów.
Owszem, nie jest to modny SUV, ani CUV, nie jest to auto, które będzie oszczędnie, małymi łyczkami pić benzynę, ale jest to samochód bezpieczny, pakowny (jeśli nam mało miejsca, możemy zapolować na kombi) i przyjemny w prowadzeniu. ósemka po mieście z napędem na cztery koła spali nam 16 litrów na sto, a na autostradzie nieco ponad 10. W przypadku SRT8 i napędu na tył wskaźniki te zredukowane zostaną do 15 i 9 litrów, w jeździe mieszanej – trzeba liczyć około 12 litrów, a więc nie tak źle. Oczywiście w środku wiele luksusowego wyposażenia – skóry, podgrzewane fotele etc. Nie jest to propozycja dla każdego, jak mówię, co człowiek, to samochód, a raczej motoryzacyjny gust, z pewnością jednak chrysler 300 z ośmiocylindrowym silnikiem to limuzyna posłuszna każdemu drgnięciu stopy na pedale, przypominająca o dawnych dobrych amerykańskich czasach, kiedy na światłach trzeba uważać, żeby nie palić gumy.
A o tym, że to amerykański samochód, przypominają nam choćby… kompas czy analogowy zegar w wyposażeniu.


O czym zapewnia Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 17 sierpień 2017 23:12

Używana CR-V

        Wiele osób nie wierzy w kupno nowego samochodu. Częściowo można przyznać im rację; nowy samochód w pierwszych 2 – 3 latach straci bardzo dużo na wartości, więc tak na dobrą sprawę, jeśli chcemy mieć coś dobrego, co może ma jeszcze jakieś gwarancje, warto jest kupić samochód kilkuletni i tu oferta wyboru jest bardzo bogata.

        A więc może honda CR-V? Na przykład rocznik 2012. Trzeba powiedzieć, że hondy cenę trzymają, jak zresztą wiele innych „japończyków” – akurat tak się składa że honda CR-V jest produkowana u nas, w Ontario, więc mimo że samochód ma te kilka lat, to zapłacimy za niego całkiem sporo, w tym przypadku za model z 2012 r. musimy się liczyć z kosztem około 18,5 tys. dolarów. Kupimy jednak samochód naprawdę dobry i niewyglądający tanio. 

        CR-V wybudowano na platformie z napędem na przednie koła, którą dzieli z hondą civic; samochód dobrze się prowadzi, dobrze wygląda, jest wygodny – 5 osób jeździ  nim bez stłoczenia – pojazd jest pakowny... 

        Jest to taki CUV, który nam będzie służył wiele lat. W sumie można przestronność tego samochodu porównywać z niejednym minivanem. Tylne siedzenia składają się na płasko, a wnętrze sprawia wrażenie bogate, większość modeli w tych latach miało 2 ekrany wyświetlające. Powiedzieć trzeba, że model CR–V jest bardzo popularny od momentu jego wprowadzenia w 1997 roku. Honda sprzedała ponad 4 mln egzemplarzy tych samochodów. 

        Wracając do wnętrza, niektórym nie podoba się, że fotele są zbyt twarde i niewygodnie się siedzi, ponoć zagłówki zbytnio przesuwają głowę do przodu i nie jest to zbyt wygodne, zwłaszcza przy dłuższych podróżach. Oczywiście projektanci mieli na uwadze dobrą ochronę przed urazami przy zderzeniach z tyłu, ale coś tutaj im nie wyszło. 

        CR-V napędzana jest 2,4-litrowym czterocylindrowym silnikiem DOHC. Silnik ten jest standardem w milionach różnych hond, ma moc 185 KM. W tym wypadku nie ma opcji silnika 6-cylindrowego, co jest dostępne u konkurencji. Pięciobiegowa, automatyczna skrzynia biegów jest podstawowa. Wprowadzony w 2012 roku wariant został bardzo dobrze odebrany na rynku i cieszył się dużą popularnością. Honda praktycznie sprzedawała go bez zmian aż do roku 2015. 

        Samochód w 2012 r. uzyskał lepszy, bogatszy wygląd w modelach z roku 2015. Układ napędowy został przeniesione z hondy accord, co oznaczało, że nowy silnik 2,4 l z bezpośrednim wtryskiem, który miał co prawda tę samą moc – 185 KM co poprzednik, ale moment zamachowy wzrastał o 11 proc. i był przesunięty w stronę niższych obrotów, co z kolei oferowało większą zrywność przy tej samej pojemności silnika, choć z przekładnią – tak jak w innych modelach hondy CVT. Niektórzy uważają że ta bezbiegowa przekładnia pozbawia samochód rączości i ma wahnięcie przy starcie. Honda montuje własnej produkcji przekładnie stożkowe. 

        Wielu użytkowników wskazuje, że CR-V bardzo dobrze się prowadzi i przypomina w jeździe samochód osobowy; o ile można na coś narzekać, to na elektryczny system kierowniczy, którego reakcja pozostawia trochę do życzenia.

         Brak opcji silnika mocniejszego, sześciocylindrowego, nie oznacza, że honda CR-V jest mułowata, auto wszędzie radzi sobie bardzo dobrze, choć nie jest to samochód za bardzo zrywny; od 0 do 97 km/h rozpędza się w 8,6 dziesiątych sekundy, co w modelach z bezpośrednim wtryskiem poprawia się do 8,2 s. Ale modele te weszły do sprzedaży w 2015. Są też i tacy, którzy skarżą się na wibracje, że jak się stoi na światłach, to jednak czuć silnik, co potrafi wiele osób odstraszyć od kupna tego samochodu.

        CR-V jest bardzo oszczędna, jeśli chodzi o paliwo. Można oczekiwać, że przeciętnie ten niemały przecież samochód będzie palił około 9 l na 100 km przy tak zwanej jeździe mieszanej. A więc, podsumowując, dobre maniery drogowe, obszerne wnętrze, niepozostawiający wiele do życzenia układ pędny, całkiem komfortowa, cicha jazda – wszystko to sprawia, że ten używany samochód ten – nawet pięcioletni – jest bardzo dobrym zakupem i wiele osób nań się decyduje, co właśnie sprawia, że tak zwana deprecjacja czyli spadek ceny, nie jest aż tak wielka. Oczywiście do tego przyczynia się też legenda niezawodności samochodów marki Honda czy Toyota.

o czym zapewnia Wasz Sobiesław 

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 11 sierpień 2017 08:00

Letnie pułapki

        Tak się dziwnie składa, że najpiękniejszy miesiąc roku, sierpień, należy do najbardziej tragicznych na drogach. W trudnych warunkach drogowych grudnia czy lutego ginie mniej ludzi niż właśnie teraz, kiedy nawierzchnia sucha, a widoczność doskonała. Dlaczego? 

        Oprócz letniego rozkojarzenia składa się na to wiele przyczyn. 

        Myślałem o tym wszystkim, bo właśnie miniony weekend różnymi drogami, od autostrad po małe wiejskie quebeckie dróżki, przejechałem 1300 km. Już wyjeżdżając z Toronto, miałbym ze dwa wypadki; autostrada właśnie się odkorkowywała, co chwila przyspieszaliśmy i wszyscy dodawali gazu, by po chwili znów stawać. Problem w tym, że gdy nie jedziemy ze stałą prędkością, nie wiemy, czy auto, które hamuje przed nami, będzie się zatrzymywało, czy tylko zwalnia. Często zanim cała prawda dojdzie do naszego mózgu, musimy bardzo gwałtownie hamować. 

        Oczywiście, sytuację tutaj mogłyby poprawić automaty; gdyby wszystkie auta były wyposażone w system automatycznego jeżdżenia w korku czy unikania kolizji, z pewnością dałoby się uniknąć wielu ofiar. Problem polega na tym, że system taki powinien być we wszystkich samochodach, bo jeśli auto z przodu byłoby w stanie gwałtownie hamować, a to z tyłu nie... 

        W moim przypadku, szczęśliwie, osoba, która dużym trakiem o mały włos rozkwasiłaby mi tył, zdołała zjechać na pobocze.

Opublikowano w Moto-Goniec