Goniec

Register Login

piątek, 05 październik 2018 15:47

Kilka wątpliwości

Powiem szczerze, że jeżdżąc tutaj od 30 lat po Ontario czasem znajduję się w sytuacjach, w których nie wiem jak się zachować. Jednym z takich pytań jest to, czy mogę skręcić w prawo na czerwonym świetle, jeśli w prawo skręcają dwa pasy, a ja jestem na tym środkowym? Tak na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że na czerwonym świetle można w prawo skręcać tylko na tym pasie, który jest najbliżej krawężnika, ale okazuje się że nie; mianowicie, jeżeli pasy są oznaczone do skrętu w prawo, tak jak na przykład mamy taką sytuację zjeżdżając z QEW na Hurontario w kierunku północnym, to wówczas, jeżeli zatrzymamy się do stopu możemy wjechać w prawo na czerwonym świetle, o ile jest to bezpieczne i nie zabrania nam tego żaden znak.

Ale co ciekawe, mamy też prawo zaczekać do zielonego światła zanim uczynimy ten skręt - jak wyjaśnia konstabl Stippe z drogówki torontońskiej; nikt nie może nas zmusić do skręcenia w prawo na czerwonym świetle, jeżeli ktoś czeka na zielone to nie grozi mu żaden mandat. Artykuły 141.3,144.1 ontaryjskiej ustawy o ruchu drogowym stwierdzają, że ktokolwiek jest na pasie desygnowanym do skrętu w prawo oznakowanym przez znaki na nawierzchni może skręcić na czerwonym świetle po zatrzymaniu się. Oczywiście, skręt w prawo często wyklucza stosowny znak drogowy, mówiący że nie można skręcać w prawo na czerwonym świetle wówczas zlekceważenie go oznacza dwa punkty karne z prawa jazdy i mandat w wysokości $110.

Kolejna sprawa - jedzenie podczas jazdy. Tyle się ostatnio mówi o tym, żeby uważać podczas prowadzenia, być skoncentrowanym, nie używać urządzeń elektronicznych, a jeśli już, to sterować je głosem. A co z jedzeniem za kierownicą? Przecież wiele razy mieliśmy okazję zobaczyć, jak ludzie zamawiają w drive-in MacDonalda czy Tima Hortonsa całe obiady, kładą na siedzeniu obok, no i raczą się tymi hamburgerami i frytkami popijając colą nierzadko przy prędkości 100 km/h. Czy popełniają wykroczenie? Okazuje się, że nie zawsze; przepisy o tak zwanym „rozproszonym” jeżdżeniu, dotyczą generalnie wyłącznie urządzeń elektronicznych. Natomiast jeżeli policja uzna, widząc kogoś takiego, że zagrożone jest bezpieczeństwo ruchu drogowego, to może wlepić całkiem pokaźny mandat, zarzucając careless driving, a to jest obciążone utratą 6 punktów z prawa jazdy i mandatem do 2000 dol. Tak więc, trzeba uważać. Osobiście zalecam nie mieszać tych rzeczy, wiem że wielu z nas lubi popijać sobie kawkę na długich dystansach, ale właśnie czasem ta gorąca kawa może doprowadzić do wypadku. Po co ryzykować swoje i cudze bezpieczeństwo, lepiej się zatrzymać, wyprostować nogi, napić, zjeść coś, jechać dalej. Sytuacja jest tutaj nie do końca jednoznaczna, ale lepiej dmuchać na zimne.

Jeszcze jedna rzecz, wyprzedzanie z prawej strony Wszyscy to robimy; ale jakoś, może to takie europejskie przyzwyczajenie, nie znoszę ludzi, którzy jadą wolno lewym pasem i myślę że dobrze by było, gdyby nie wolno było wyprzedzać po prawej stronie, a na wszystkich drogach szybkiego ruchu i autostradach to lewy pas służył do wyprzedzania i był pozostawiony wolny. Oczywiście w naszych warunkach tutejszych, jest to marzenie ściętej głowy, ale proszę uważać z tym wyprzedzeniem po prawej stronie. Choć jest dopuszczone w Ontario kodeks drogowy mówi, że jest „bardziej niebezpieczne”. W niektórych stanach USA jest zaś zakazane; stany, w których dopuszczalne jest jedynie wyprzedzanie lewym pasem to m.in. Arkansas, Illinois,. Kentucky, Luizjana, Maine, Massachusetts, New Jersey, a więc niektóre, niedaleko od nas.

Bądźmy więc uważni i szerokiej drogi! Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 29 wrzesień 2018 16:59

Koniec z Drive Clean

Premier Doug Ford ogłosił, że 1 kwietnia program Drive Clean przestanie być zmorą kierowców samochodów osobowych i małych ciężarówek. Ford nazwał program przestarzałym, a testy - niepotrzebnymi. Podsumował, że rząd zaoszczędzi w ten sposób 40 milionów dolarów rocznie. W ubiegłym roku rząd Kathleen Wynne zniósł opłaty za badanie spalin, które wynosiły 30 dola-rów. Opłaty zostały zniesione dla kierowców, ale ktoś musiał je płacić, czyli płacił Queen's Park. Teraz zamiast sprawdzania prywatnych kierowców, rząd skupi się na ściganiu tych, którzy gene-rują najwięcej zanieczyszczeń. Zaostrzy badania spalin dużych ciężarówek transportowych i in-nych pojazdów przemysłowych. Minister transportu John Yakabuski zapowiedział, że nowe przepisy zostaną opublikowane w najbliższych miesiącach. Proponowane zmiany będą przed-miotem 30-dniowych konsultacji społecznych.

Prosimy o wsparcie

Program Drive Clean został zainicjowany przez premiera Mike'a Harrisa w 1999 roku. Testy wy-konywane co dwa lata musiały przechodzić pojazdy, które miały więcej niż 7 lat. Minister transportu Rod Phillips zauważył, że z roku na rok coraz mniej samochodów nie przechodziło ich. Badaniu poddawano około 2 milionów pojazdów rocznie. W zeszłym roku nie przeszło go 5 proc. Kolejne rządy nie rezygnowały z programu, ponieważ mimo wszystko przeciwdziałał emi-sji 335 ton zanieczyszczeń do atmosfery rocznie. Samochody i ciężarówki emitują jedną trzecią gazów cieplarnianych, które przyczyniają się do zmian klimatycznych.

Lider Zielonych Mike Schreiner przyznał, że program Drive Clean nie ma już takiego znaczenia, jak miał kiedyś, ale konserwatyści od chwili przejęcia władzy nic nie robią dla środowiska. Wi-dzimy same cięcia - systemu opłat za emisję węgla, kontraktów na generowanie czystej ener-gii, programów na proekologiczne renowacje i rabatów na samochody elektryczne, wymienił Schreiner.

Opublikowano w Wiadomości kanadyjskie
piątek, 07 wrzesień 2018 09:04

Automatyzacja jazdy

Wiele razy pisząc o różnych modelach samochodów, pomijałem suchym stwierdzeniem, że „mają elektroniczne gadżety”, urządzenia, które w zasadzie pojawiają się obecnie w każdym, nawet podstawowym modelu, a które mają poprawiać bezpieczeństwo jazdy i w pewnym sensie wyręczyć kierowcę.

Jednym z liderów tego trendu jest Toyota. Koncern ten wprowadził w swoich modelach sprzedawanych w roku 2018 nową, drugą już generację systemu TSS, czyli Toyota Safety Sense. System ten składa się z kilku elementów dostępnych również w modelach bazowych koncernu. Pakiet TSS w Kanadzie dzieli się na następujące: TSS-C, który obejmuje system ostrzegający przed zderzeniem i, jeśli nie ma reakcji, uruchamiający hamulce samochodu; ostrzeżenie przed opuszczeniem pasa jazdy oraz system automatycznego włączania i wyłączania świateł długich. Co ciekawe, włączenie i wyłączanie świateł długich jest ważne dla wszystkich innych systemów bezpieczeństwa, ponieważ wiele z nich opartych jest na kamerach, które w przypadku brudnej przedniej szyby albo złej widoczności przestają dobrze działać. A więc włączanie świateł długich pozwala na lepsze funkcjonowanie wszystkich pozostałych systemów bezpieczeństwa elektronicznego.

Kolejna opcja elektronicznego bezpieczeństwa to TSS-P, który obejmuje system ostrzeżenia przed wypadkami oraz korektę toru jazdy razem z funkcją wykrywania pieszych, jak również alarm przed opuszczeniem pasa jazdy, z dostępną w niektórych modelach asystą systemu sterowania, co oznacza, że samochód sam jedzie nam w środku pasa ruchu. Do tego wspomniany już system automatycznych świateł długich, a także adaptacyjny tempomat, czyli cruise control, używający technologii radarowej albo laserowej, w niektórych modelach obejmujący również jazdę w korku, co pozwala nam praktycznie nie uważać przy jeździe na zatłoczonych drogach; samochód „sam się prowadzi”.

Od połowy 2018 dostępny jest system TSS, który obejmuje właśnie wykrywanie pieszych oraz rowerzystów, i to zarówno w dzień, jak i w nocy. Toyota uważa, że oferowanie tych wszystkich elektronicznych zabezpieczeń, które zwalniają kierowcę z reakcji w sytuacjach nagłych, poprawia bezpieczeństwo jazdy, a także pozwala zmniejszyć zatłoczenie na ulicach – choćby poprzez prosty fakt utrzymywania samochodu w niewielkiej odległości za autem jadącym z przodu i natychmiastowe reagowanie na zmiany jego prędkości. Samochody na autostradzie mogą tworzyć coś na kształt pociągu samochodowego, w którym tworzenie się korków będzie o wiele bardziej ograniczone, niż to ma miejsce w przypadku gdy reagują poszczególni kierowcy.

Oczywiście, można mieć wiele zastrzeżeń do tego rodzaju systemów; na ile są one bezpieczne; na ile ich działanie nie powoduje zmniejszenia uwagi kierowcy w sytuacjach, kiedy systemy przestają działać lub napotykają znaczne ograniczenia możliwości działania, jak chociażby wspomniane już zmniejszenie widoczności.
Innymi ciekawymi kontrowersyjnymi przypadkami są sytuacje nieprzewidziane przez programistów. Wyobraźmy sobie, na przykład, że znajdujemy się w tłumie wrogo nastawionych ludzi, którzy chcą nam zrobić krzywdę. Gdy usiłujemy naszym samochodem wyrwać się z tego zbiegowiska, potrącając napastników, system bezpieczeństwa Toyoty, wbrew naszej woli, nie pozwoli nam tego uczynić i nasz samochód będzie hamował, uniemożliwiając tratowanie ludzi.

Opisałem tutaj systemy Toyoty, ponieważ są one bardzo zaawansowane i dostępne w bardzo podstawowych modelach. Trzeba sobie też zdać sprawę, że cała ta elektronika samochodowa zmierza w stronę automatyzacji jazdy. Z pewnością na początku nie wyeliminuje nas, kierowców, całkowicie, podobnie jak ma to miejsce dzisiaj w przypadku pilotów komercyjnych samolotów – „starty” i „lądowania” będą się odbywały nadal ręcznie z udziałem człowieka. Natomiast „przeloty”, czyli jazda po autostradzie na długich dystansach, zostaną całkowicie zautomatyzowane już w bardzo nieodległej przyszłości. Będzie to dotyczyło nie tylko samochodów osobowych, ale przede wszystkim transportu komercyjnego. Tak więc być może pisanie o samochodach straci już wówczas całkowicie sens,
o czym ze smutkiem powiadamia

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 24 sierpień 2018 10:48

Kilka porad nie tylko na lato

Ostatnio pisałem o modelach samochodów, dlatego dzisiaj trochę porad praktycznych. Na początek może trochę śmieszna; mieliśmy niedawno dużo opadów... Nie ma to jak myć samochód deszczówką; niektórzy mówią, że deszczówka jest dobra na włosy, ale na karoserię też nie zaszkodzi. Jak to robić? Wystarczy po dużym deszczu wytrzeć mokry samochód do sucha. Jak się komuś chce, może go jeszcze nawoskować. Oszczędzimy sobie w ten sposób co najmniej 4 dolary i trochę się pogimnastykujemy – same dobre rzeczy. 

        Pisanie o samochodach w dzisiejszych czasach jest dosyć trudne, dlatego że większość z nich składa się z podobnych części produkowanych przez tych samych gigantycznych poddostawców. Do tego coraz więcej koncernów używa jednakowych platform dla różnych modeli. A jeśli uwzględnimy jeszcze oczywisty fakt mód wzornictwa przemysłowego (projektanci też pracują globalnie), który skutkuje mniej więcej podobnym wyglądem samochodów większości producentów, zrozumiemy trudność całej sprawy. 

        Ale dzisiaj chciałbym napisać o czym innym, mianowicie o samym podejściu do całego zagadnienia kupowania samochodu. W naszych tutejszych warunkach rodzina zazwyczaj ma dwa auta. Jak je kupić rozsądnie? Jak eksploatować najmniejszym kosztem? 

        Myślę, że najważniejszą sprawą jest potraktowanie naszych potrzeb transportowych całościowo, a samochody rozpatrywać razem. Chodzi o to, byśmy mieli jeden mniejszy do jeżdżenia lokalnego, a drugi większy do przewożenia dużych rzeczy i rodzinnych wyjazdów za miasto. Gdyby do tego problemu podejść w najbardziej racjonalny sposób, myślę, że najrozsądniej byłoby kupić dwu – trzyletniego vana i przerobić go na propan z zamiarem trzymania przez co najmniej 10 – 15 lat, a do jazdy miejskiej kupić elektrycznego bolta, również zamiarem trzymania przez 10 – 15 lat. Myślę, że taka opcja to najtańsze rozwiązanie, gdy chodzi o zabezpieczenie pełnej palety potrzeb transportowych. Oczywiście dodge caravan czy inny rodzinny van to nie jest nic „seksownego”, ale pomimo narzekań na skrzynię biegów, to najwięcej samochodu za najmniejszą cenę; jeżeli lubimy jeździć na ryby za miasto czy na cottage, nie ma nic lepszego, a jeszcze jeśli przestawimy go na propan, to jego koszt eksploatacji obniży się o połowę. 

        Elektryczny bolt nie dość, że zapewni nam bardzo tanią jazdę na prąd, to jeszcze pozwoli na korzystanie z wydzielonych pasów na autostradach, co wydatnie skróci czas naszej komunikacji do i z pracy. Zalet wymienionych modeli nie będę tutaj ponownie przytaczał, pisałem już o caravanie, pisałem i o bolcie, więc proszę sobie odszukać te rzeczy, a najlepiej zapytać po prostu w salonie. Z tym że,  jak powiedziałem, caravana kupowałbym raczej z drugiej ręki, a bolta od dealera. 

        Na koniec zaś rada na długie wyjazdy; letnie zmęczenie za kierownicą to naprawdę poważna przyczyna groźnych wypadków, tak zwanych wypadków poplażowych, kiedy to po opalaniu się albo po całym dniu na wodzie wsiadamy za kierownicę i usiłujemy wracać do domu. Jeśli jeszcze na tej wodzie wypiliśmy sobie jedno albo dwa piwka, problem może być zasadniczy. 

        Moja rada jest oczywista; nie forsujmy się, to, że wrócimy godzinę czy dwie później, nie ma żadnego znaczenia w porównaniu z wypadkiem i problemami, jakie nam zrobi. Druga rzecz to cukier. Kofeina pomaga jedynie na krótko, natomiast poważny zastrzyk cukru w żyłę naprawdę ożywia, a więc nie żałujmy sobie – duże lody, milkshake i wszystkie inne słodkości. To daje bezpośrednio energię w krew. 

        A zatem, szerokiej drogi, zwłaszcza że przed nami niedługo ostatni długi weekend lata.

Wasz Sobiesław 

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 20 lipiec 2018 10:43

Samochodowe eliksiry młodości

Samochodu nam nie naprawią, ale w wielu wypadkach pomogą, cudów nie można oczekiwać.

Przechodząc przez Canadian Tire, trudno nie zauważyć całej „ściany” z różnego rodzaju dodatkami do oleju i paliwa, które mają czyścić silnik, przewody paliwowe, łatać dziury w chłodnicy; odnawiać, przywracać moc, poprawiać osiągi, regenerować. Jest tego bardzo dużo i mają one konkurować z profesjonalnymi naprawami w zakładach samochodowych.

        Czy takie chemiczne naprawianie coś daje? Czy warto wydać 10 – 15 czy więcej dolarów na kupno buteleczki, której zawartość wlejemy do baku albo dodamy do zbiornika z olejem samochodowym?

        Należy być ostrożnym; producenci wielu tych specyfików informują na etykietach, że działają cuda, jednak wlanie dodatku do baku nie spowoduje, że nasz silnik o przebiegu 300 tys. nagle będzie pracował jak ten o przebiegu 50 tys.

        Ponadto współczesne paliwa również zawierają dodatki, które mają powodować podobne efekt, pomagać usunąć osady węglowe z systemu paliwowego. Dodatki mogą mieć znaczenie np. przy używaniu na co dzień benzyn gorszej jakości – przeczyszczą wtryski, ich działanie jest praktycznie takie samo jak dodatków, które są już w lepszych benzynach. Nie ufajmy jednak przesadnym reklamom i jeśli mamy starszy samochód, spróbujmy czegoś „zwykłego”.

        Oczywiście, jeśli używamy dobrej benzyny, jak shell V-power, która zawiera już tego rodzaju komponenty, i nadal mamy kłopoty, to prawdopodobnie prostym dolaniem buteleczki do paliwa sprawy nie rozwiążemy. Nie bądźmy też zdziwieni, gdy efekt będzie mizerny i tymczasowy. Raczej działają środki czyszczące niż uszczelniające (te mogą nam sprawić kolejne kłopoty), czy też lubrykujące, gdzie w większości przypadków mamy jednak do czynienia z mechanicznym zużyciem i koniecznością wymiany części. Dolewając płynu do chłodnicy, nie naprawimy padającej pompy wodnej i nie wymienimy uszczelek czy rozerwanego przewodu. Czytajmy też uważnie to, co jest napisane na etykiecie, dlatego że często te dodatki po prostu nie są do naszego samochodu, np. ze względu na typ silnika.

        Można to wszystko podsumować tym co zawsze: bądźmy rozsądni i nie oczekujmy rzeczy niemożliwych, przeczyszczenie systemu paliwowego owszem, pomaga, ale nie naprawimy skrzyni biegów, dodając do niej lubrykantu w buteleczce za 10 dol.

        Jest jednak wiele rzeczy, które możemy poprawić w ten sposób; na przykład wielu użytkowników BMW, w przypadku gdy wskaźnik poziomu paliwa zaczyna szwankować i pokazuje zbyt dużo, co jest – przyznać trzeba – bardzo mylące, zaleca dodanie płynu czyszczącego elementy systemu paliwowego, który spowoduje oczyszczenie czujnika. Jednym z najbardziej popularnych jest Techron  firmy Chevron.

O czym informuje Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 lipiec 2018 13:49

Dobijanie klimatyzacji w USA

Dzisiaj jeszcze dokończę temat nabijania klimatyzacji samochodowej.

        Jeśli chcemy to zrobić samodzielnie, prawdopodobnie będziemy musieli nieco pokombinować.

        Dlaczego? Na przeszkodzie prostego dopełnienia stają nam bowiem kanadyjskie przepisy federalne.

        Na początek, powtórzę, że nawet jeżeli nasza klimatyzacja chłodzi, ale wydaje, na przykład, dziwne dźwięki, jakby siedziały w niej jakieś duchy – albo nam się wydaje, że nie działa tak, jak należy, powinniśmy ją dobić.

        Mała ilość gazu chłodzącego powoduje szybkie zużywanie się kompresora, który nie jest należycie smarowany. Oczywiście, jeżeli nasz samochód jest nowy, to powinniśmy z tym jechać do dilera, jeżeli nasz samochód jest „nowszy”, to możemy pokusić się iść z tym do zakładu, który najpierw sprawdzi szczelność całego układu, potem nam ten układ naprawi, a następnie dopełni go chłodzącym płynem – freonem R134a.

        Większość nowych samochodów ma właśnie ten gaz w systemie chłodzenia i tym właśnie gazem powinniśmy go dopełniać. Problem pojawia się wówczas, jeśli chcemy to zrobić samodzielnie. Bo choć R134a został wprowadzony, by zastąpić 12a, który miał rzekomo prowadzić świat do dziury ozonowej, to wkrótce okazało się, że jest to gaz o właściwościach gazu cieplarnianego, i to jeszcze większych niż straszne CO2, więc jego stosowanie zamieni nam planetę w pustynię – Al Gore coś wie na ten temat.

        Dlatego też Kanada postanowiła ograniczyć stosowanie tej substancji wyłącznie do grona ludzi zaufanych, którzy mają stosowną licencję. W detalu nie można kupić pojemników z  R134a o pojemności mniejszej niż 10 kg tego specyfiku.

        Zatem to, co dostaniemy w Canadian Tire, nie nadaje się do naszego samochodu, który potrzebuje R134a (proszę sprawdzić odnośnie do własnego modelu). Co więc robić, skoro cała operacja dobijania klimatyzacji jest całkiem prosta? Wystarczy w aucie zlokalizować zawory niskiego ciśnienia systemu klimatyzacyjnego, zdjąć zabezpieczający kapturek, nałożyć odpowiedni przewód ciśnieniowy, nacisnąć przycisk w butli i patrząc na manometr, cieszyć się, jak płynie gaz skroplony. Zabiera to około 10 min, w tym czasie trzeba włączyć klimatyzację na full, na najwyższe możliwe obroty – czyli najniższą temperaturę i najwyższe ustawienie wentylatora.

        No, ale skąd wziąć taką czarodziejską butlę, skoro w Canadian Tire nie sprzedają?

        Różne przepisy obowiązują w różnych krajach. Na przykład, w Kanadzie nie możemy nosić przy sobie broni palnej, a w wielu stanach Stanów Zjednoczonych – jak najbardziej. Jeśli komuś nie przeszkadza sam fakt, że R134 podgrzewa planetę, a dla ułatwienia decyzji dodam, że jest on szeroko stosowany również w Kanadzie do nabijania ciśnieniem aerozoli, a także takich urządzeń, jak klaksony morskie, czy nawet zwykłe pufery dla astmatyków – idzie tego w powietrze co niemiara. Trudno więc zrozumieć, dlaczego zwykły obywatel nie może używać tego ustrojstwa, by sobie nabić AC w aucie...

        To znaczy, nie może tu, w Kanadzie, bo już na przykład w stanie Nowy Jork, czyli w pobliskim Buffalo, może. Postanowiłem więc, że całej operacji dobijania mojej klimatyzacji dokonam na gościnnej ziemi amerykańskiej, nie łamiąc tym samym żadnego prawa kanadyjskiego.

        Walmart Supercenter w Buffalo przy ulicy Military Rd. znajduje się 10 min jazdy od przejścia granicznego na moście Lewiston, zaledwie 117 km od Mississaugi. Ponadto w samym Walmarcie można się nieźle obkupić. Jest tam też cały dział motoryzacyjny, gdzie bez problemu kupimy nie tylko wspomniany freon R134a, ale tak jak to było w moim przypadku, również freon z dodatkami smarującymi i uszczelniającymi, co pozwoli domowym sposobem poprawić funkcjonowanie klimatyzacji.

        Dojazd zabrał mi 1,15 godziny, a cała operacja przeprowadzona na parkingu przed Walmartem 10 min. Po godzinie byłem z powrotem na przejściu granicznym, gdzie wyjaśniłem w prostych słowach celnikom, po co i dlaczego wjechałem do USA.

        W końcu wciąż jest tak, że co nie jest zabronione, jest dozwolone. O czym z pewnym przekąsem informuje Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 06 lipiec 2018 13:56

Kiedy samochód nie może oddychać...

Jazda latem to prawdziwa przyjemność nie zapominajmy jednak o tym, że Pan Bóg dał nam rozum.

Fala upałów daje się we znaki nie tylko ludziom, ale również samochodom. Rozgrzane blachy, rozgrzane wnętrze, rozgrzane gumy i plastyki – wszystko to powoduje, że w czasie wysokich temperatur powinniśmy zwrócić większą uwagę na nasze auto, i to nie tylko na klimatyzację.

Po pierwsze, naprawdę warto zaopatrzyć się w jasne, odbijające światło kurtyny, które można położyć pod przednią i tylną szybą; to wydatnie obniży temperaturę wnętrza kabiny podczas parkowania. Są bardzo przydatne, kiedy musimy zostawić samochód na długi czas na parkingu. Oczywiście, możemy też poszukać różnych gadżetów, takich jak wentylatorki napędzane na baterie słoneczne, które podczas parkowania schłodzą nieco wnętrze, wypychając gorące, nagrzane powietrze na zewnątrz. Dobrą radą jest też skręcenie kierownicy, tak abyśmy później nie musieli się parzyć, trzymając ją w najbardziej nagrzanym miejscu.
Zakładam, że wszyscy jesteśmy przygotowani na lato, to znaczy sprawdziliśmy ciśnienie w oponach, płyny i stan klimatyzacji; kiedy czujemy, że pracuje gorzej, możemy na własną rękę postarać się ją dobić, często daje to dobre rezultaty, a na dodatek możemy kupić również uszczelniacz, który pozwoli zalepić niewielkie wycieki, nawilżając uszczelki.

Silnik, nawet w wysokich temperaturach, nie powinien się przegrzewać; jeżeli się przegrzewa, to znaczy, że system chłodzący nie pracuje, jak powinien.

Zastanówmy się, kiedy ostatni raz zrobiliśmy mu flush, i sprawdźmy poziom. Gdy widzimy, że temperatura rośnie i bliska jest krytycznej, trzeba zjechać na pobocze, poczekać przynajmniej 0,5 h, aż samochód trochę się ochłodzi. Nie wyłączać silnika, za to wyłączyć klimatyzację, ustawić ogrzewanie kabiny na maksimum, włączyć najszybszy bieg dmuchawy wnętrza i otworzyć drzwi. Ważne jest też sprawdzenie termostatu, czy wentylator chłodnicy włącza się, gdy trzeba, bo to bardzo ważne w wysokich temperaturach przy jeździe w korkach.

Wyjazdy latem powodują większe ryzyko przebicia opony i dlatego zawsze przed dłuższą podróżą powinniśmy sprawdzić ciśnienie w kole zapasowym, tak aby nie okazało się później, że mieliśmy koło, ale i tak nie pojedziemy.

Generalnie rzecz biorąc, mimo upału posługujmy się zdrowym rozsądkiem i uważajmy na siebie. Właśnie latem łatwo jest przeszarżować; łatwo o poplażowe zmęczenie i senność, które są tak samo niebezpieczne jak jazda po pijanemu. Nie zapominajmy też o okularach słonecznych (w dowolnej Dollaramie są po dolarze) i zapasie wody w samochodzie.

I jeszcze jedno – jeśli nam życie miłe, nie prowadźmy na bosaka i nie pozwalajmy nawet najbardziej miłym pasażerom – zwłaszcza tym z pięknymi nogami – wykładać stóp na deskę. To wygląda bardzo cool, ale z chwilą wybuchu poduszki powietrznej – nawet przy niezbyt groźnym zderzeniu, te nogi będą do niczego, bo połamią się w kilku miejscach.

O czym przestrzega, życząc udanych wakacji, Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 29 czerwiec 2018 16:12

Psychologia kupowania auta

Bardzo ucieszył mnie list od pana Dimitra (czytaj na str. 29). Proszę Państwa piszcie, do mnie listy; rozmawiajmy o samochodach. Przecież nie ma nic przyjemniejszego dla mężczyzny (nie tylko). Pan Dymitr pisze o kupowaniu starych samochodów, takich dobrze przechodzonych, no bo 200.000 km to już jest niezły stan licznika.

Niestety, błędnie zakłada, że samochody tak zwane luksusowe, z wyższej półki, mają lepsze części, niż te budowane dla nas wszystkich, całej reszty świata. Nic bardziej błędnego, w dobie globalizacji samochody buduje się na platformach, a te platformy są podobne czy wręcz te same dla całej palety modeli; nie łudźmy się, że kupując audi, będziemy mieli w nim dużo lepsze części niż w volkswagenie, a kupując lexusa, będzie w nim co innego niż w toyocie. Druga rzecz związana z listem, to że niestety, niech nas nie dziwią serie psucia się części. Tak się składa, że – używając lotniczego języka – wiele części ma podobny resurs i psuje się po podobnym okresie lub podobnej liczbie przejechanych kilometrów. Pompa wodna czy alternator mogą nam się zepsuć w podobnym czasie.

Jak więc kupować stary samochód? Oczywiście sprawdzać go u mechanika, oczywiście pytać, które części były wymieniane, poprosić o dowód serwisowania. To wszystko ma duże znaczenie i przesądzi o tym, czy samochód będzie nam służył, czy też będziemy musieli do niego dokładać.

Jedno jest pewne – kupowanie starszych samochodów ma sens, ponieważ tracą one na wartości o wiele wolniej i mniej, niż to ma miejsce w przypadku samochodów nowych, których już po wyjeździe z placu dilera ubywa o 20 proc.

Kupując samochód stary, dobrze jest zabrać ze sobą kogoś kto potrafi wiele rzeczy ocenić na oko. Jak już pisałem, o stanie zużycia często świadczą drobiazgi, takie jak zużyte nakładki na pedał hamulca, co – jeśli nie koreluje ze stanem licznika – może nasuwać podejrzenia, iż właśnie licznik został podkręcony.

Kupując stary samochód, ograniczmy się do kilku modeli i wyznaczmy sobie kwotę, powyżej której nie wychodzimy. Zarezerwujmy sobie też na to dłuższy czas; kilka ładnych tygodni, no bo wiadomo, że co nagle to po diable.

Ja kupuję samochody nie u dilera, lecz prywatnie, nie tylko dlatego, że w ten sposób można zaoszczędzić, ale również dlatego, że poznajemy w ten sposób różnych ludzi i zdarzają się ciekawe sytuacje.

Kilka razy udało mi się kupić samochód bardzo dobrze, ale też dwa razy popełniłem poważny błąd i gdybym kupował u zwykłego dilera, to pewnie bym lepiej na tym wyszedł.

W dzisiejszych czasach możemy mieć bardzo wiele informacji o samochodzie i też polecam żeby sprawdzać wszystkie te informacje właśnie przez Carfax czy inne takie agencje.

Dla mnie prywatnie kupowanie samochodu to duża przyjemność, ograniczam się do osób prywatnych i usiłuję przede wszystkim je rozeznać; czy jest to autentyczny sprzedający prywatnie, czy tylko podstawiony gość, który ma jedynie markować sprzedaż prywatną dla „przychodnikowego” dilera (zdarzyła mi się bowiem też i taka przygoda).

Jeśli widzimy, że – na przykład – nasz sprzedający to lekarz młody, pracujący w szpitalu, który właśnie – jak tłumaczy – musi wyjechać na kilkuletnie stypendium i pozbyć się w ciągu dwóch miesięcy swojego całkiem dobrego trzyletniego samochodu, no to możemy domniemywać, że właśnie nadarza się okazja.
Tak więc badajmy sprzedającego, jego sytuację; zadajmy kilka pytań kontrolnych, by właśnie ustalić, dlaczego sprzedaje. Jeżeli osoba sprzedająca jest stateczna, jest to na przykład kobieta, która używa samochodu na własne potrzeby i jest to drugi samochód w rodzinie, to bardzo prawdopodobne, że jest on dobrze utrzymany i zadbany. Jeśli natomiast kupujemy samochód od młodziana, który ma iskierki w oczach, to możemy domniemywać, że lubi szybką jazdę i samochód był używany do oporu.

Kupowanie starego samochodu prywatnie to po prostu rodzaj psychologii i zanim skupimy się na samym pojeździe, naprawdę warto rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać z osobą, która auto sprzedaje.

Gdy zaś skupimy się na samym samochodzie, dobrze jest popatrzeć w Googlu na ten konkretny model, jakie ma pięty Achillesowe, na co zwracać w nim uwagę, czy był naprawiany i tak dalej, i tak dalej.

Z Carfaksu będziemy mieli odpowiedź, czy samochód był w wypadku, choć nie zawsze jest to pewne, bo część osób decyduje się nie iść przez ubezpieczenie i za gotówkę na własną rękę naprawia szkody powypadkowe, zwłaszcza wtedy kiedy rozbija samochód w pojedynkę.

Rzeczą zasadniczą jest nie napalać się, oglądać, rozmawiać, sprawdzać w Internecie, obejrzeć samochód z osobą, która się na autach zna, odpalić na zimno, przejechać się kawałek, ocenić opony, czy równo się ścierają, popatrzyć, kiedy były wymieniane płyny, i utargować trochę z ceny.

Kupując stary samochód, trzeba też zdawać sobie sprawę, że będzie on wymagał napraw, ale tak jak już to wielokrotnie mówiłem, jeżeli dobrze kupimy, to koszt tych napraw absolutnie nie będzie dochodził do tego, co byśmy stracili z powodu deprecjacji przy kupnie auta nowego na gwarancjach, a kupując auto używane, możemy sobie pozwolić na samochód bardziej luksusowy, bardziej doposażony, właśnie z górnej półki.

Mamy też do wyboru, czy kupić auto starsze nieco drożej, ale takie, które wolno traci wartość, jak na przykład corolla, czy też kupić auto, które dużo traciło na wartości, bo jeżeli jesteśmy w stanie dobrze ocenić jego stan techniczny, możemy zrobić niezły interes.

Tak więc kupowanie samochodu to rzecz, którą trzeba polubić, wówczas można sobie sporo zaoszczędzić pieniędzy i czasu, a przy okazji mieć trochę przyjemności również ze spotykania i rozmów z ludźmi,

o czym zapewnia wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 22 czerwiec 2018 15:36

Podkręcanie licznika

Znajomy zwrócił się do mnie z prośbą, żebym napisał coś o podkręcaniu licznika, bo jego synową spotkała smutna niespodzianka – wyeksploatowany SUV o niskim przebiegu, które to auto radośnie kupiła w dobrej wierze.

Wiadomo, że jest to temat stary jak świat, bo większość z nas, kupując auto z drugiej ręki, zwraca przede wszystkim uwagę na to, ile kilometrów przejechało, co powinno być tożsame z tym, jak bardzo jest zużyte.

Teoretycznie rzecz biorąc, stan licznika powinien nam mówić większość rzeczy o stanie samochodu. Niestety, rzeczą niezwykle kuszącą jest jego podkręcanie. Od czasów sławetnych wiertarek podłączonych do linki do licznika, kiedy to symulowano ruch kół, tylko w stronę przeciwną, minęło bardzo dużo czasu, ale mimo wielu zabezpieczeń liczniki nadal da się podkręcać.

Oczywiście, trzeba zdawać sobie sprawę, że jest to przestępstwo kryminalne, surowo karane – nachalne oszustwo.

Samochód o niskim przebiegu od tego z wysokim różnić może cena kilku tysięcy dolarów. Nagminne jest też podkręcanie licznika w przypadku samochodów leasowanych, które mają ograniczenie rocznego przebiegu zapisane w kontrakcie i dość wysoką cenę za przejechanie dodatkowych kilometrów.

Jak się tego ustrzec?

Na początek musimy sobie zdawać sprawę z tego, że ustawienie odpowiedniego stanu licznika nie przedstawia zbyt wielkich trudności – możemy na YouTubie znaleźć filmiki, na których pokazane jest, który czip klastera trzeba wyjąć, w jaki sposób podłączyć go do komputera i jak bardzo prosto go przeprogramować na zadany stan liczbowy. Jest to operacja, która nawet przy małej wprawie zabierze nam być może godzinę lub dwie, a wystarczą do niej naprawdę proste urządzenia i powszechnie dostępne oprogramowanie. Oczywiście musimy wykazać trochę zręczności, czyli potrafić, na przykład, posługiwać się lutownicą.

Na dodatek operacja ta dotyczy praktycznie wszystkich typów samochodów oprócz jakichś luksusowych, szczególnie zabezpieczonych. Po prostu, odłączamy z deski jeden mały czip, wkładamy go do czytnika czipów i w prosty sposób przeprogramowujemy.

Jest to czynność, którą można zrobić jak najbardziej legalnie, bo przecież wiele razy mamy do czynienia z sytuacją, kiedy stary licznik, który przekładamy do naszego samochodu – bo nasz był na przykład zepsuty – trzeba przeprogramować.

Jeśli nie chce nam się bawić lutownicą i programowaniem procesora, możemy znaleźć licznik z mniejszą liczbą kilometrów z naszego typu samochodu i po prostu przełożyć sam czip lub układ, do którego jest przylutowany.

Tak więc aby się ustrzec przed tego rodzaju oszustwami, powinniśmy zawsze przy kupnie starego samochodu zaopatrzyć się w jego historię z takich firm, jak Carfax; popatrzeć w pakiet zakupowy, na którym widać, ile kilometrów było przy poszczególnych rejestracjach.

Z tym że też zdajmy sobie sprawę z tego, iż przedłużając rejestrację auta, po prostu deklarujemy stan licznika, możemy więc spokojnie deklarować mniej, bo nikt nas za rękę nie złapie. Nie jest to więc zabezpieczenie na 100 proc.

Zatem prócz odczytu licznika, najważniejsze to ocena stanu kupowanego auta; po wielu częściach widać zużycie. Widać przejechane kilometry na przykład po dywanikach czy nakładkach na pedały. Od kilku lat badanie spalin odbywa się poprzez odczytywanie danych z komputera samochodowego. Jedną z tych danych jest właśnie przebieg i to znów utrudnia oszukiwanie, ale nie uniemożliwia. Badanie to nie dotyczy wszystkich modeli samochodów, a ponadto przeprowadzane jest co 2 lata. Przez 2 lata agresywnie eksploatowany samochód przejechać może spokojnie 200 tys., po odpowiedniej kosmetyce i podkręceniu licznika właśnie o 150 tys. jego cena będzie znacząco odbiegała od realnej wartości.

Bądźmy więc mądrzy przed szkodą i kupując stare auto miejmy się na baczności

Do czego namawia Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 15 czerwiec 2018 13:31

Kody warto czytać

Dzisiaj znowu pozwolę sobie kontynuować „zrób to sam”. A to dlatego, że miałem kolejną „przygodę motoryzacyjną” z moim „pełnoletnim” BMW E46. Stało się to na autostradzie Gardiner, samochód nagle stracił moc, to znaczy „ja mu gaz, a on nie całkiem zgasł”, ale jechał tak, jakby nie mógł, to znaczy dodawanie gazu nie bardzo skutkowało zwiększaniem obrotów silnika czy mocy. No, ale jechał i w ten sposób dojechał do celu oddalonego o kilka kilometrów. Poszedłem zrobić, co miałem zrobić, jak wróciłem, to w zasadzie samochód pracował normalnie... Zapomniałem dodać, że wtedy, „jak nie jechał”, włączyły mu się 3 kontrolki: komputera pokładowego, check engine i przyczepności.

Tak więc, albo miałem do czynienia z bardzo poważną usterką, albo z jakimiś głupimi błędami sensorów. Szczęśliwie dojechałem do domu i „dr Google” pozwolił mi ustalić, że prawdopodobnie mam do czynienia z brudną przepustnicą, throttle body, A można ją wyczyścić samemu i generalnie jest to proste.

Zastanowiłem się, co takiego robiłem wcześniej, co mogłoby spowodować tak dziwną reakcję silnika. Wyszło na to, że czyściłem filtr powietrza, mam bowiem KN przeznaczony do mycia. Popatrzyłem uważnie na wszystko wokół filtra, okazało się, że źle go zamknąłem, w pudełku była szpara, nie wcisnąłem go tak, jak należy, a zatem do przepustnicy dostawało się niefiltrowane powietrze z brudem. Zamknąłem pudełko i wszystko wróciło do normy oprócz kontrolki check engine.

Pisałem już o tym, że check engine, to jedna z tych rzeczy, których boimy się niepotrzebnie, i choć zwiastuje, że samochód nie przejdzie testu czystości spalin, to może to być bardzo prosta sprawa, jak na przykład niedokręcony korek wlewu paliwa. Oczywiście może być też taka, która kosztować nas będzie tysiące dolarów.

Pomyślałem, że nie będę czekać, by check engine mi się zresetował, i zresetuję rzecz samemu. Jest bowiem „chłopski” sposób polegający na tym, że odpinamy klemy od akumulatora i stykamy je razem – w ten sposób resetujemy komputer. Ma to tę złą stronę, że jeżeli będziemy jechać do badania spalin, to może okazać się, że nasz komputer nie ma w pamięci rzeczy, które są konieczne do określenia, czy silnik prawidłowo pracuje, a co za tym idzie, do zaliczenia testu.

O wiele lepiej jest więc zaopatrzyć się w urządzenie, które pozwala, po pierwsze, czytać kody, a po drugie, zresetować je. Urządzenia te, czyli czytnik komputera pokładowego OBD2 standardowego w amerykańskich samochodach, są dostępne po śmiesznie niskich cenach. Sam kupiłem własne za 10 dolarów. Wetknięte w kontakt komputerowy w samochodzie, przy pomocy Bluetooth albo WiFi pozwala skomunikować się z aplikacją na tablet czy smartfon i odczytać główne dane z czujników silnika, systemu wydechowego i inne. Naprawdę bardzo pożyteczne urządzenie. Ten gadżet za 10 dolarów pozwala skasować kod check engine. Oczywiście, jeżeli usterka nie została naprawiona, to kod nam znowu wyskoczy, ale w ten sposób nie kasujemy wszystkich danych z urządzenia komputerowego w naszym samochodzie.

Poza tym OBD2 pozwala nam zobaczyć, czy dobrze działa czujnik tlenu, czujnik wolumenu powietrza, czy nasz samochód przejdzie test spalin.

Proste rzeczy możemy spróbować naprawiać samemu, oszczędzając sobie częstokroć setki dolarów. Komputer taki pozwala na czytanie danych z większości samochodów. Wystarczy więc zobaczyć, gdzie mamy wtyk, włączyć urządzenie i czasem – tak jak w tym, o którym mówię, za 10 dol. – można te rzeczy śledzić na bieżąco – znaczy włączyć sobie tablet czy smartfon, przypiąć do szyby i mieć dane z silnika na bieżąco wyświetlane. Mała rzecz, a cieszy.

Tak więc zaliczyłem kolejną przygodę motoryzacyjną, która szczęśliwie skończyła się bezkosztowo, obeszło się na strachu, no bo tak to już jest w przypadku pełnoletnich samochodów, że czasem usterka oznacza złomowisko.

O czym z pewnym smutkiem informuje Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec