Goniec

Register Login

piątek, 03 marzec 2017 15:16

Wybuchowe szyberdachy

        Postanowiłem dzisiaj omówić ciekawy tekst z wheels.ca o zagadce, która nie tylko mnie nie daje spokoju – chodzi o eksplodujące szyberdachy. Mimo że zazwyczaj twierdzi się, iż powodem są kamienie, to jednak coraz więcej przypadków wskazuje, że szkło po prostu pęka samo z siebie. Jest to oczywiście szkło hartowane, które od lat używane jest w samochodach – pamiętam jeszcze czasy, kiedy z takiego szkła były robione przednie szyby (zanim były klejone) i w wypadkach rozpadały się na tysiące małych kawałeczków.

        Dlaczego więc podczas jazdy ni z tego, ni z owego rozsypuje się nam szyberdach? Oczywiście zwykłym powodem byłoby uderzenie nawet niewielkiego kamyka. Jak wiemy, hartowane szkło puknięte w odpowiednie miejsce całe się sypie.

        Autorzy artykułu cytują jednak przypadek samoistnej „eksplozji” szyberdachu w BMW X3. – W jednym i tym samym modelu właścicielka najpierw doświadczyła czegoś takiego, gdy samochód stał zaparkowany na słońcu, a następnie po wymianie, podczas jazdy w temperaturze plus 20 stopni. Prawda jest taka, że rozpad szyby może być spowodowany przez defekt  szkła. Co ciekawe, przypadki te występują czasem częściej w niektórych modelach.

        Producenci starają się dzisiaj zapobiec niebezpieczeństwom wywołanym przez rozpadające się szyberdachy np. poprzez klejenie warstwowe – zwłaszcza gdy chodzi o stosowane w wielu modelach dachy panoramiczne w o wiele większych wymiarach niż tradycyjne sunroof. Inne rozwiązanie, nad którym pracuje francuska firma Saint Gobain, polega na wdrożeniu do motoryzacji tzw. gorilla glass, czyli superutwardzonego szkła używanego obecnie do ekranów smartfonów i tabletów.  W 2006 r. Steve Jobs poszukiwał szkła do swoich iPhonów, które byłoby bardziej odporne na zniszczenia, zarysowania i pęknięcia.

        Firma Corning Glass zajmowała się wzmacnianiem szkła do różnych celów już od 1960 r. Wówczas to, w latach 60., odkryto supertwarde szkło, ale nie wiedziano, do czego można je stosować. Gorilla glass polega na hartowaniu szkła poprzez wymianę jonową: mniejsze jony potasu opuszczają powierzchnię, tworząc miejsce dla większych jonów sodu, podczas zanurzania w roztopionej soli potasu, w temperaturze około 400°C. Efekt końcowy tworzy powierzchnię o bardzo wysokiej sprężystości, przez co warstwa jest bardziej odporna na uszkodzenia wynikające z codziennego użytku, jak noszenie w kieszeni z innymi przedmiotami, zarysowania, upadki itd.

        Czy gorilla glass to przyszłość motoryzacji? – Pewnie tak, do tego dojdzie zamiana takich powierzchni w ekrany zdolne do wyświetlania informacji oraz obrazów. Przyszłość jest przecież już dzisiaj, jak mówi stare angielskie porzekadło.

        Co robić, gdy rozsypie się nam szyberdach? Cóż, w wielu starych samochodach pozostaje oddać auto na złom albo szukać na złomie szyby z odzysku. Nówka jest bowiem bardzo droga – często cena idzie w tysiące dolarów. Producenci zwalają winę na kamienie – odsyłając do ubezpieczalni, a ubezpieczalnie zazwyczaj każą nam płacić frycowe w postaci wkładu własnego. Zmuszenie producenta do uznania wady wymaga sporo zachodu. W cytowanym tekście autorzy zalecają korzystanie z pomocy CAMVAP, czyli Canadian Motor Vehicle Arbitration Plan, która to organizacja zajmuje się mediacją między posiadaczami aut a producentami.

        Zaleca się jak najobszerniejsze udokumentowanie całego incydentu wraz z zapisaniem warunków zewnętrznych, a także zgromadzenie wszystkich rachunków napraw oraz rejestrację rozmów przeprowadzonych z dilerami.

        Słowem, jak się postawimy, to często jesteśmy w stanie coś ugrać, o czym informuje Państwa

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 17 luty 2017 15:12

Patrz, ile stracisz!

        Wystawa motoryzacyjna tuż-tuż, a tymczasem dzisiaj wracamy do mojego ulubionego tematu – utraty wartości przez posiadany przez nas pojazd. Tak się składa, że jest to bardzo istotny koszt samochodu, zwłaszcza jeśli kupujemy auto nowe i sprzedajemy je po 3 – 4 latach. W tym bowiem pierwszym okresie spadek wartości jest największy i zazwyczaj przekracza połowę wstępnej ceny.

        Co zatem robić, żeby ustrzec się frycowego?

        Cóż, jeśli chcemy naprawdę mieć nowe auto, kupmy takie, które bardzo powoli traci na wartości, jeśli zaś chcemy deprecjację całkowicie wziąć w nawias, kupmy samochód tak stary, by nie miała ona już żadnego znaczenia; jeśli kupimy dziesięcioletniego dodge’a caravana, a sprzedamy trzynastoletniego, to gdy tylko będzie dobrze zadbany, różnica w cenie nie będzie znaczna. To samo dotyczy innych wiekowych aut, kiedy to decydują zupełnie inne czynniki.

        Czy tak stare auto może być niezawodne – oczywiście, jeśli tylko jest dobrze utrzymane. Często latamy 16-letnimi samolotami i jakoś nam to nie przeszkadza. Jeśli chcemy w nowo kupiony stary samochód od razu zainwestować, warto sprawdzić choćby w Internecie, co w danym modelu wymienić od ręki – co najczęściej się psuje etc. W dzisiejszych czasach znajdziemy w sieci naprawdę
bardzo wielu mechaników, którzy służą radą. Wiadomo, które części są czipne i z jakimi usterkami się liczyć, a wiele prostych rzeczy możemy robić na zasadzie DIY (zrób-to-sam) – i znów, jak to się robi, można krok po kroku zobaczyć choćby na YouTube.

        Jeśli natomiast chcemy mieć auto nowe, kupmy takie, które odsprzedamy za niezłe pieniądze.

        Jak donosi „The Globe and Mail”, z raportu J.D. Power wynika, że więcej niż połowa pożyczek na finansowanie zakupu samochodu w Kanadzie rozłożona jest na 84 miesiące, a niektóre nawet na 96 miesięcy. 46 proc. wszystkich zakupów nowych modeli w Kanadzie obejmuje trade-in, z których 29 proc. ma negatywną wartość w stosunku do pożyczki, za którą zostały kupione – tzn. oddajemy auta w trade-in i mamy jeszcze część kwoty pożyczki do zapłaty! W przypadku pożyczek rozłożonych na siedem czy więcej lat nie jest to wcale takie rzadkie i w przypadku aut w cenie ok. 35 tys. wynosi ok. 7 tys. dol.

        Jak więc wybrać samochód, który trzyma cenę niczym skarbonka?

        Nie ma reguły, bo decyduje kaprys mody i opinia o niezawodności – nie zawsze zasłużona.

        W rankingu Canadian Black Book, który obejmuje utratę wartości po 4 latach od momentu kupna, przoduje  SUV toyota FJ cruiser – choć od 2014 roku niesprzedawany w Kanadzie, to jednak posiadający kultowy status. Po czterech latach za taką toyotę trzeba zapłacić aż 83 proc. pierwotnej ceny! Również „kultowy” jeep wrangler  uplasował się niedaleko w tyle z wynikiem 82 proc. początkowej ceny, a tuż za nim toyota tacoma, która wypadła najlepiej na tle innych pick-up trucków.

        W kategorii sub-compactów zaskakującym zwycięzcą jest toyota prius c – hybryda, która wyprzedziła dotychczasowego faworyta – hondę fit. Najlepiej trzymającym cenę compactem okazał się subaru XV crosstrek, a w klasie średnich osobówek  toyota camry. Wśród sportowych aut luksusowych najlepiej wypadło porsche.

        Co ciekawe, kategoria sub-compactów w tym roku  wypadła najgorzej – przeciętnie auta tej klasy warte są jedynie 37 proc. wyjściowej ceny w porównaniu ze średnią – 50 proc. To, zdaniem ekspertów, odzwierciedla ponowną „ucieczkę” kanadyjskiej klienteli  w stronę crossoverów  i SUV-ów. Ciekawe, że dobrze pod tym względem wyglądają pick-upy, przeciętnie zachowując po 4 latach 73 proc. wartości. Tak więc przed kupnem nowego auta dobrze jest rozpatrzyć również i ten aspekt jego posiadania. A tymczasem do zobaczenia na naszej międzynarodowej wystawie samochodowej!

Wasz Sobiesław Kwaśnicki.

Opublikowano w Moto-Goniec

        To już za tydzień, od 17 do 26 lutego będziemy mogli popatrzeć w Toronto na najnowocześniejsze samochody wszystkich największych koncernów świata (za wyjątkiem chińskich gigantów, które na razie dopiero obwąchują nasz rynek). Warto się przejechać do centrum miasta – Metro Toronto Convention Centre – nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy na kupnie, ale choćby po to, by ocenić na własny rozum, dokąd przemysł motoryzacyjny nas prowadzi. W końcu wszyscy z samochodów korzystamy...

        A jeśli już się wybieramy, to zaoszczędzimy sobie czasu i pieniędzy, kupując bilety w Internecie (autoshaw.ca/tickets/). Nie będziemy musieli stać w kolejce do kasy, a cena będzie 10 proc. niższa. Warto też zawczasu poznać plan rozkładu wszystkich marek i zaplanować marszrutę od aut, które nas najbardziej interesują.

        Wystawy motoryzacyjne pozwalają porównać modele  konkurencyjnych koncernów, bez konieczności przeskakiwania od dealershipu do dealershipu – tu mamy wszystko pod jednym dachem. No i też nie mamy wiszących nad głową sprzedawców, możemy sobie te auta oglądać, ile dusza zapragnie. Tak więc bez pośpiechu, na spokojnie, dobrze odżywieni i nawodnieni, możemy w jednym miejscu zobaczyć ponad 1000 pojazdów. Dla uświetnienia obchodów 150-lecia kraju, w tym roku na Canadian International AutoShaw zobaczymy też samochody kanadyjskich kolekcjonerów.

        Tak więc do zobaczenia!

***

        Tymczasem dzisiaj o ciekawej rzeczy, która mi się niedawno wydarzyła. Jeżdżę przedpotopowym BMW, ale moje auto ma już gaz „elektryczny” – czyli między pedałem gazu a silnikiem nie ma fizycznego połączenia (dawniej była dźwignia gazu), dzisiaj wszystko jest fly-by-wire; wciskanie pedału gazu to tylko wciskanie czujnika, który przekazuje informację do komputera pokładowego samochodu, to m.in. umożliwia zmianę dynamiki jazdy w zależności od stylu jazdy kierowcy – prosty komputer uczy się rozpoznawać nerwowych kierowców i odpowiednio z nimi współpracować. Nawiasem mówiąc, można sobie na rynku wtórnym kupić elektroniczne gizmo do jeszcze bardziej dynamicznej jazdy; nastawić tryb sportowy i przy lekkim naciśnięciu pedału gazu mieć pełne otwarcie przepustnicy, bez żadnego oglądania się na oszczędne spalanie.

        Proszę sobie wyobrazić, że w zapalniczkowy kontakt, gdzie mam podwójne ładowanie na USB, włożyłem oprócz zasilania kamery drogowej, kabel do ładowania tabletu.  Przez dobre kilkanaście minut myślałem, że mam problem ze skrzynią biegów; gaz reagował z opóźnieniem, samochód lekko szarpał, aż w końcu po kilkunastu minutach zgasł mi podczas jazdy! Czegoś takiego nigdy nie robił! Po prostu, ja mu gaz, a on mi zgasł.

        Gdy wyłączyłem wszystkie gadżety, odpalił poprawnie – wszystko wróciło do normy! Moja wstępna diagnoza jest taka, że ładowanie zaczęło za bardzo drenować układ elektryczny i zakłóciło pracę engine management. Zanim wszystko się samo uporządkowało, jeszcze przez pół dnia miałem zapalone światełko check engine. Szczęśliwie, było, minęło.

        Wracając zaś jeszcze na moment do wystawy – polecam obejrzeć stoisko Volkswagena z nowym sportwagenem robionym na bazie golfa. Jeśli ktoś lubi niedrogą użyteczność, auta wielozadaniowe, które pozwalają na normalne zgrabne jeżdżenie, a prócz tego dają dużo możliwości ładunkowych, to sportwagen jest jak najbardziej modelem, do którego trzeba wsiąść.  Można sobie w nim zamówić – inteligentny napęd na cztery koła 4MOTION. W normalnych warunkach dla zaoszczędzenia paliwa, silnik napędza przednie koła, gdy warunki drogowe uzasadniają przełożenie napędu na tył, system kalkuluje najbardziej optymalny moment zamachowy i stosownie przekłada napęd na tylną oś – słowem, cacko; o czym więcej w następnych odcinkach.

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec

        Czekając na naszą własną wystawę motoryzacyjną, która już za kilka tygodni otworzy swe podwoje w Convention Centre w Toronto, warto podpatrzyć, co tam warczy na największej motowystawie kontynentu, za miedzą w Detroit, która odbywa się w dniach 8 – 22 stycznia tego roku.

        Przede wszystkim zmienił się nastrój w amerykańskim przemyśle motoryzacyjnym, bo od piątku prezydent Trump grozi na prawo i lewo wprowadzeniem taryf importowych, groził już Toyocie, groził Niemcom, na razie jeszcze wprost nie pogroził Kanadyjczykom. Kanadyjski przemysł motoryzacyjny stworzony przez amerykańskie koncerny na mocy sławetnego „autopaktu” z lat 60. (Wielka Trójka zobowiązała się do budowy w Kanadzie przynajmniej tylu aut, ile sprzedaje w tym kraju), przez wiele lat za sprawą niższego kursu dolara stwarzał okazję do ograniczania kosztów produkcji. No w konsekwencji budowano w Kanadzie o wiele więcej samochodów, niż kupowali Kanadyjczycy. To jednak jest dzisiaj jak wspomnienie niegdysiejszego śniegu, bo sytuacja przestała być grą w badmintona przez granicę i na rynku pojawili się poważni gracze z Azji i Niemiec.

        Przyznać też trzeba, że amerykańska motoryzacja – obiekt zazdrości całego świata jeszcze w latach 60., po prostu przegrała  z lepszym importem i zaczęła gonić w piętkę. Czy Trump poprawi jej sytuację? Zobaczymy, na mój gust trzeba było pozwolić upaść GM, kiedy upadał – zapobiec nieuczciwym praktykom importowym i tym samym wymusić lepszą jakość i innowacje.

        Tymczasem grube związkowe koty ramię w ramię z grubymi kotami korporacyjnymi wymusiły na nas wszystkich dolewanie podatkowych pieniędzy do koryta.

        W Ameryce wciąż można tworzyć fajne rzeczy, czego przykładem Tesla, ale coraz częściej przedsiębiorca pracuje z zawiązanymi do tyłu rękami. Liczba regulacji dorównuje tej europejskiej, a lobbyści nadal pilnują swego.

        Tak więc chronić trzeba rynek przed nieuczciwą konkurencją – tak ze strony zagranicznych gangsterów gospodarczych, jak też mafii rodzimego chowu. Jest to zadanie praktycznie niewykonalne, ale warto się starać.

        Wracając zaś do Detroit, to kilka debiutów pokazało Audi – m.in. audi SQ5 3.0 ze zwiększonym momentem zamachowym, odchudzone, powiększone, o bardziej agresywnym wyglądzie, z 3-litrowym turbodoładowanym motorem, który daje  354 KM mocy;

        BMW zaprezentowało hybrydowego usportowionego 530e, najwyraźniej starając się odciągnąć od Tesli ludzi z grubym portfelem i apetytem na nowinki techniczne. BMW pracuje nad tym, by do roku 2010 oferować każdy ze swoich modeli w wersji z napędem elektrycznym. Niestety, w 530e  jedyną oferowaną skrzynią biegów jest sześciobiegowy automatik. Niestety też, po włączeniu opcji wyłącznie elektrycznej – zasięg samochodu wynosi dwadzieścia kilka kilometrów...

        Innym ciekawym debiutem jest kia stinger. Koreańczyk mierzy wysoko, bo chce konkurować z niemieckimi usportowionymi sedanami – zwłaszcza z BMW – 365 KM mocy i napęd na tylne koła zdecydowanie o tym świadczą. Do wyboru będą dwa silniki – szóstka o wymienionej mocy i czwórka o mocy 255 KM. Będzie można też wybrać opcję z napędem na cztery koła. Projekt pochodzi z europejskiego studia KIA we... Frankfurcie.

        Z bardziej ułożonych i spokojnych aut w Detroit pokazano całkowicie przeprojektowaną camry 2018, ale ten samochód zasługuje na nieco więcej uwagi, a zatem do następnego odcinka.

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 22 grudzień 2016 15:37

Samochody będą mówić!

        „Co to będzie, co to będzie, pytają mnie wszędzie?” – że zacznę od słów poety, bo o czym  tu mówić u progu nowego roku, jak nie o prognozach i wróżbach?

        Samochody, jak zawsze podkreślam, to część systemu, trudno więc je traktować autonomicznie. A jak będzie ewoluował system? Sądząc po tym, co widzimy w wojsku, podstawą jest komunikacja międzyobiektowa. W armii chodzi o to, że poszczególne elementy systemów broni – np. haubice, wyrzutnie rakiet, o dronach powietrznych i morskich nie wspominając, tworzą siatkę informacyjną, podając, sobie nawzajem i do centrum dane potrzebne do skutecznego działania od tych o pogodzie do tych o położeniu celu i jego aktywności.

        To samo mają robić współczesne samochody „rozmawiając” nie tylko z sygnalizacją świetlną i informując o swym położeniu, prędkości i liczbie, ale też jedne z drugimi, przez co samochód „dowie się”, że auto jadące z przodu zaczęło hamować, zanim nasz mózg spostrzeże czerwone światło stopu. Samochody mogą też informować centrum o marszrutach zaplanowanych w nawigacjach, po to by efektywnie wykorzystywać dostępne połączenia drogowe i być kierowanym na najmniej obciążone trasy. To wszystko jest możliwe już dzisiaj i powoli zaczyna być wbudowywane w system komunikacyjny.

        Nie są to dobre informacje, bo nasze cztery kółka przestają być „nasze”, a stają się mniej lub bardziej anonimowym narzędziem kontroli. O ile droga do prawdziwie autonomicznych pojazdów, które wozić nas będą na każde skinienie, jest na razie dość daleka, to poszczególne elementy autonomizacji jazdy są już wmontowywane w prawie każdy produkowany obecnie pojazd – autonomiczne parkowanie, cruise control pozwalający na utrzymanie stałej odległości od samochodu z przodu, automatyczne hamowanie awaryjne. Czy nam się to podoba czy nie, w nowych autach mamy coraz większe wyświetlacze, coraz więcej czynności zautomatyzowanych lub uruchamianych głosem czy gestem i coraz więcej informacji przekazywanych zwrotnie do producenta lub dilera.

        Technologie IT umieszczane w autach pozwalają również na zmianę struktury opłat – dzisiaj część zysku producenta może pochodzić z upgrejdów samochodowego oprogramowania. Na razie słynie z tego tesla, ale możliwe, że ten wariant przyjmie się w innych markach. Będziemy mogli sobie zaordynować bardziej lub mniej dynamiczne ustawianie pracy skrzyni biegów, silnika, a następnie w trakcie posiadania auta otrzymywać kilka upgrejdów poprawiających np. zużycie paliwa czy bezpieczeństwo. W każdym razie, przyszłość to technologia intuicyjna wyczuwająca nasze życzenia, oparta na gestach lub komendach głosowych – nikt nie ma ochoty godzinami studiować instrukcji przed odpaleniem silnika. Najnowsza technologia ma być przezroczysta.

        Elektryka jako paliwo wchodzić będzie powoli, na razie nic masowo nie zastąpi silnika benzynowego – poza tym samochody elektryczne zmuszałyby do transformacji systemu podatkowego, tak aby w jakiś sposób zastąpić wpływy uzyskiwane przez państwo ze sprzedaży paliw płynnych.

        A materiały?  Więcej aluminiopodobnych lekkich stopów, więcej lekkich wytrzymałych tworzyw sztucznych – słowem odchudzanie.

        Pod względem wyglądu czeka nas dalsza unifikacja i upodobnianie, crossovery będą podobne do siebie, hatchbacki prawie takie same... etc. –To jest konieczność wynikająca z unifikacji produkcji i żyłowania kosztów. Auto to dzisiaj klocki lego, składane na kilka wariantów.

        A na co można się cieszyć? Może na teslę 3 (ale raczej pod koniec roku), może na, nowego i przeprojektowanego wranglera...

        O tym wszystkim pisać będziemy już jednak w przyszłym roku i miejmy nadzieję, że rosnące stopy procentowe nie przygniotą rynku.

        A zatem, zdrowia i pieniędzy życzy na Nowy Rok

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 15 grudzień 2016 22:31

Masz pierwszeństwo? - jedź!

        Zacznę od publicystyki, bo coraz częściej chodzą wokół samochodów złe prądy. Historia kołem się toczy, wracamy więc do punktu wyjścia, kiedy to u zarania motoryzacji ograniczano prędkość ówczesnych automobili przepisami prawa, po to by nie płoszyły koni i ludzi. 5 lipca 1865 roku wprowadzono w Wielkiej Brytanii pierwsze na świecie ograniczenie prędkości do 4 mil/h (6,4 km/h) na terenie wsi i 2 mil/h (3,2 km/h) w miastach. Jest to bardzo sensowne, dlatego że przy takich prędkościach trudno o to, by samochód pieszego rozjechał, co najwyżej trochę mu potowarzyszy w wędrówce.

        Możliwe, że do tego właśnie zmierzają torontońscy radni, którzy ubolewają nad znaczną liczbą ofiar śmiertelnych wypadków potrącenia pieszych czy rowerzystów. Na razie mowa jest o zmniejszeniu limitów prędkości o 10 km/h... Tymczasem gros odpowiedzialności za tragedie tkwi po stronie pieszych i rowerzystów. Ci pierwsi łażą jak chcą ze słuchawkami na uszach w stanie kompletnego odrealnienia, ci drudzy jeżdżą raz w ruchu kołowym ulicznym, to znów każą się traktować jako urowerowieni piesi, korzystając z nadarzających się okazji skrócenia czy przyspieszenia drogi. Zamiast jednych i drugich łapać i karać, wiesza się psy na kierowcach, gdy dojdzie do wypadku. Tu ponownie namawiam do instalowania kamer samochodowych – właśnie na okoliczność jak jeden z drugim wyjdzie nam na maskę.

        Problem można rozwiązać, rozdzielając ruch rowerowy od samochodowego, puszczając go po chodnikach, problem można też rozwiązać, nagłaśniając przypadki bezsensownych śmierci pieszych spowodowanych przez brak uwagi i chodzenie w słuchawkach. Znajomy darwinista twierdzi co prawda, że jest to współczesna forma selekcji naturalnej, ja jednak nie szedłbym tak daleko, a jeśli już jesteśmy przy darwinizmie, to jednym z przykazań drogowych jest przestrzeganie przepisów i w sposób jednakowy powinniśmy karać tych, co nie przestrzegają prawa z powodu chamstwa i brawury, jak tych, którzy ich nie przestrzegają z grzeczności. Słowem, jak masz pierwszeństwo, to jedź! A nie baw się w dżentelmena, przepuszczając staruszki. Od tego jest kodeks drogowy, określający, kto powinien jechać pierwszy, by nie dochodziło do niebezpiecznych sytuacji. Na drodze najgorsza jest bowiem niepewność I BRAK REGUŁ, a ci, którzy zastępują reguły uprzejmością, łamią prawo.

        Proszę sobie wyobrazić, że policja na Wyspie Księcia Edwarda ostrzegła niedawno kierowców, aby przestali być dla siebie tak mili. W minionym tygodniu doszło do co najmniej dwóch wypadków na ruchliwej arterii Charlottetown, ponieważ uprzejmy kierowca zatrzymał się, aby wpuścić kogoś z podporządkowanej drogi. Szef tamtejszej policji Paul Smith ostrzega, że bycie „dobrym Samarytaninem” może mieć opłakane konsekwencje. Uprzejmość na drodze stwarza problemy dla wszystkich, dlatego – po prostu – powinniśmy jeździć według przepisów, bo od tego są!

        Zacząłem od złych prądów; można się zastanawiać, dlaczego rządząca lewica nie lubi kierowców.

        Odpowiedzi nie trzeba długo szukać, lewicowcy to w większości wypadków ludzie, którzy zawsze żyli na państwowym i nie musieli – eufemistycznie mówiąc – uwijać się w życiu. Większość z nas nie jeździ po centrach miast dla przyjemności i nie przekracza dozwolonej prędkości w sensownych granicach dla dziwnej satysfakcji. Zmusza nas do tego życie, zabieganie, praca na kilka etatów czy usiłowanie godzenia opieki nad potomstwem z karierą. Każdy by chciał spokojnie na rowerku od 9 do 5 z przerwą na lunch, z pełnymi benefitami, emeryturą i tygodniami chorobowego do dyspozycji. Niestety, większość z nas tyra. I do tego tyrania auto jest niezbędnie potrzebne, a opodatkowanie poruszania się nim tak pod pozorem mandatów za prędkość, jak opłat za autostrady jest po prostu opodatkowaniem pracy.

 Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 08 grudzień 2016 22:23

Trzeba się kimnąć

        Idą święta, więc na początek prezent pod choinkę. Rzadko coś tam reklamuję, ale tym razem postanowiłem się przełamać. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu znalazł się w sytuacji, gdy mu się rozładował akumulator, bo zapomniał czegoś tam wyłączyć albo zwlekał z kupieniem nowego do momentu, aż ten nie wziął i nie padł. Dobrze, jeśli wozimy ze sobą przewody; dobrze, jeśli złapiemy kogoś, kto nam da boost.  Czasem jednak jest to spory kłopot.

        Tymczasem na kanadyjskim amazonie za jedyne czterdzieści kilka dolarów kupić sobie możemy jumpstarter Ankera. Niewielkie urządzenie, które mieści się w schowku na rękawiczki, pozwala na odpalenie nawet 3-litrowego motoru benzynowego i 2,5-litrowego diesla. I to nie raz, a do 15 razy, dając prąd o natężeniu 400 amperów. Wewnętrzna bateria o pojemności 10000 mAh ładuje się w ciągu 3 godzin do pełna. Do tego, urządzenie ma wbudowaną latarkę i kontakty USB, z których bez problemu naładujemy komórkę czy laptopa.

        W każdym razie warto mieć pod ręką coś, co daje gwarancję, że nie zostaniemy na lodzie. Jest to ważne zwłaszcza tutaj, u nas w Kanadzie, gdzie od czasu do czasu na jakichś rybach lub w drodze na cottage możemy być zdani tylko na siebie, wówczas taki naładowany odpalacz naprawdę może dużo pomóc, o uratowaniu życia nie wspomnę.

***

        Przy okazji, gdy zaś mówimy o bezpieczeństwie, warto przypomnieć: – z badań amerykańskiego CAA, czyli AAA, wynika, że niedospani kierowcy są tak samo niebezpieczni jak ci pijani. Spanie mniej niż 7 godzin dziennie prawie podwaja ryzyko wypadku drogowego, ci zaś, którzy spali mniej niż cztery godziny, są 11,5 RAZY bardziej narażeni na wypadek niż wyspani kierowcy.

        Ponadto, co pewnie nie dziwi, niewyspanych kierowców jest na drogach o wiele więcej niż pijanych; jedna trzecia ankietowanych przyznała, że w okresie badanego miesiąca przynajmniej raz zamykały im się oczy podczas prowadzenia.

        Co robić? Oczywiście poza tym, aby się wysypiać?

        Po pierwsze, jeździć bardzo ostrożnie – o ile już jedziemy, bo jechać musimy – trzeba zdawać sobie sprawę,  że nie jesteśmy królem szos, mamy ograniczone reakcje, jedziemy więc bardzo przepisowo i ostrożnie. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy np. mieliśmy jakieś zdarzenia losowe (pogrzeb), mamy małe dzieci, musimy wstawać w nocy do starego człowieka albo dziecka – nawet jeśli zaliczyliśmy godzinowo trochę snu, to poprzez jego poszatkowanie nie jesteśmy wypoczęci.

        Po drugie, starajmy się przespać. – 15-20-minutowa drzemka działa cuda. Jeśli jesteśmy w dłuższej podróży, zatrzymujmy się co 160 km „na sikanie”.

        Po trzecie, przy pierwszej nadarzającej się okazji trzeba się odespać. Jak ognia unikamy godzin nadrannych, kiedy zazwyczaj mamy głęboką fazę snu.

        Jak rozpoznać, że musimy się zatrzymać? Pierwszy sygnał: brak uwagi, dekoncentracja, odpływanie myślą; drugi, gdy nam głowa opada. Przy pierwszym sygnale szukamy parkingu i idziemy spać. Zasada jest taka, że drugiego sygnału może już nie być, dlatego niezależnie od tego, co mamy na głowie i jak bardzo się spieszymy, kiedy wstaniemy po drzemce, świat nadal będzie się kręcił, kiedy zaś pojedziemy bez drzemki, może się dla nas i być może kilku innych osób przestać kręcić.

        Kawa, kofeina, to tylko działa chwilowo, trzeba po prostu dać się zresetować wewnętrznej chemii organizmu, i nic tego lepiej nie zrobi niż drzemka. Na własny użytek odkryłem kiedyś spanie w bagażniku – to znaczy złożyłem w osobówce tylne siedzenia, rozwinąłem kocyk i na skos byłem w stanie rozłożyć nogi do końca bagażnika – spanie na płasko jest o wiele lepsze niż w fotelu, ale każde kimanie jest dobre. Nie lekceważmy tego, bo tu chodzi o życie.
 

       Na co uczula Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 25 listopad 2016 14:56

Zimowa, ale jaka?

        Wszyscy nas tu straszą, że idzie mroźna zima, że będzie wreszcie po kanadyjsku, czyli śnieżnie i mroźno, po raz kolejny więc przypomnę, żeby przy pierwszej lepszej okazji oswoić się ze ślizganiem na jakimś placyku, przypomnę też, żeby zawsze odśnieżać cały samochód – po to, by widzieć i nikomu śniegiem z naszego auta nie sypać, a także żeby wozić coś ciepłego do ubrania i opaski lub łańcuchy na koła. Aha, i jeszcze jedno, gdyby nas zasypało w zaspie, to trzeba wyłączyć traction control, bo inaczej nic z naszego wygramolania się nie będzie.

        To tak w skrócie, niedawno zaś w wheels.ca znalazłem zestawienie najlepszych opon zimowych...

        Powiem tak, w normalnych warunkach opony wielosezonowe całkowicie wystarczają, zwłaszcza jeśli mieszkamy w mieście, gdzie ulice są często odśnieżane. Jeśli wiemy, jak jeździć, mamy sporo bieżnika na całorocznych oponach, no to nic nam nie będzie. Oczywiście, opony zimowe są lepsze na zimę, bo robione ze specjalnej gumy, która nie twardnieje tak łatwo w niskich temperaturach, przez co mają większą przyczepność, ale nie przesadzajmy...

        Aby być uczciwym, powiem, że owszem, jeżdżę na zimowych, ale tak się akurat złożyło. Jeśli lubimy jeździć dynamicznie i musimy jeździć w każdych warunkach, bo np. pracujemy samochodem, opony zimowe to konieczność, jeśli w trudnych warunkach stać nas na to, aby nie wyjeżdżać, no to możemy się zastanawiać.

        Kiedy stare opony zimowe wymienić na nowe? Jeśli do opony włożymy quartera nosem karibu do dołu i będziemy widzieć nos, to opona jest do wymiany – to tak na oko. Nie zapominajmy też o przekładaniu opon przód – tył dla równego zdzierania się – chyba że ktoś ma inne na przodzie i inne na tyle.

        Jakie zatem opony kupić, by wiedzieć, że mamy coś, co na rynku jest najlepsze? Oto propozycja dla samochodów osobowych i vanów (dla SUV-ów jest nieco inna).

1. Michelin X-Ice Xi3

        Te opony osiągały najlepsze rezultaty w testach przeprowadzanych przez Canadian Tire. Flex-Ice – składnik opatentowany przez Michelina, zachowuje nieprawdopodobną elastyczność w niskich temperaturach. Michelin jest pionierem rozwoju opon zimowych i jego opony mają też dobre inne charakterystyki, jak komfort czy zdzieranie.

2. Barum Polaris 3

        Tańsza od michelinów, trwała, o niskich oporach toczenia, gwarantuje niższe zużycie paliwa, doskonałe właściwości hamowania.

3. Glislaved Nord Frost 100

        Superopona na śnieg – fabryczna opona zimowa Volvo, a więc marki ze śnieżnej Szwecji. Made in Sweden gwarantuje bardzo dobrą charakterystykę przyczepności w każdych warunkach i komfortową, cichą jazdę.

4. Bridgestone Blizzak WS80

        Doskonała stabilizacja podczas jazdy, dobra charakterystyka pracy opony w każdych warunkach zalecana do codziennych dojazdów w zróżnicowanych warunkach, na suchej, mokrej, lodowej czy śnieżnej nawierzchni. Zalecana opona zimowa Bridgestone.

5. Pirelli Ice Zero FR

        Doskonała na autostrady, cicha, oferuje doskonałą kontrolę również przy większych prędkościach.

No to mniej więcej jest z czego wybrać, o czym informuje

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
poniedziałek, 21 listopad 2016 22:05

Moja polska panda

        Pisałem już jakiś czas temu o pożyczaniu samochodu w Europie, tym razem będzie praktyka.

        Po pierwsze, zastanówmy się, czy my rzeczywiście potrzebujemy mieć samochód. W wielu polskich miastach działa sprawna komunikacja miejska, w tym ekspresy. Gdy zaś potrzebujemy dojechać do czegoś mniejszego, to praktycznie wszędzie możemy to zrobić busem.

        Jeśli jednak uznamy, że auto jest  nam niezbędne, to wówczas pozostaje do ustalenia kilka priorytetów, typu na jak długo i jakiej pojemności.

        W moim przypadku zdecydowałem się na coś absolutnie najmniejszego i był to fiat panda. Ceny rzeczywiście są przystępne, zwłaszcza jeśli robimy rezerwację zza oceanu. Niekoniecznie też musimy odbierać samochód na lotnisku, w wielu wypadkach możemy go mieć tam, gdzie chcemy.

        Sprawy formalne – to konieczność posiadania międzynarodowego prawa jazdy (tak, tak, proszę nie zapomnieć, bo wyrabia się u nas na miejscu, w Kanadzie), a także kwestia rozszerzonego ubezpieczenia. Tu proszę zobaczyć, czy czasem jakaś posiadana karta kredytowa nie daje nam tej możliwości. Warto zadzwonić i upewnić się, abyśmy wiedzieli dokładnie, co mamy w razie nieszczęśliwego zdarzenia robić.

        Kolejna historia to zaopatrzenie się w GPS. W moim przypadku był to kanadyjski smartfone z wyłączoną funkcją „data” i aplikacją HERE We Go. Sprawdzało się to znakomicie. Na dodatek, aplikacja ta pozwala na zładowanie mapy Polski na kartę SD telefonu i prócz głosowej nawigacji samochodowej oferuje nawigację per pedes, czyli komunikacją miejską – mówi, jakimi tramwajami i autobusami dojechać. Z Toronto wziąłem więc sobie zasilanie telefonu kablem z zapalniczki oraz uchwyt na szybę i cała Polska stanęła przede mną otworem. Jedna uwaga, trzeba uważać na ograniczenia prędkości, ponieważ nie wszystkie są wprogramowane w HERE i zdarzało się, że GPS sądził, iż jest 50 km/h, a było 70 km/h lub odwrotnie. To jednak drobiazg.

        Moja panda – co było niejakim zaskoczeniem – okazała się być samochodem 7-letnim z wysokim przebiegiem. Mimo to była czysta i zadbana. Mankamenty? No cóż, jest to typowy mały europejski samochód miejski, przy którym, aby normalnie dynamicznie jeździć, trzeba namachać się biegami – panda od 0 do 100 km/h rozpędza się w... 20 sekund. Nie są to osiągi pozwalające na bezpieczne wyprzedzanie w wielu sytuacjach. Ale jeśli damy sobie na uspokojenie i pogodzimy, że na polskiej autostradzie trudno będzie nam tym wozem przekroczyć maksymalną prędkość, to wszystko będzie OK. W klasie najtańszych samochodów taka jest bowiem reguła. Poza tym, do takiej pandy wejdą cztery osoby i trochę bagażu – nie ma co narzekać.

        Inna rzecz, uważajmy na fotoradary oraz przejrzyjmy choć raz polskie przepisy, aby wiedzieć, jak zachować się na wszechobecnych rondach oraz czy na czerwonym świetle można skręcać w prawo.

        Oczywiście, piszę tutaj o samochodzie z ręczną skrzynią biegów. Zakładam, że my, ludzie starej daty, to potrafimy, a naprawdę warto zachęcić juniora czy żonę, by umiejętność zmiany biegów posiedli w stopniu co najmniej dostatecznym. Ameryka przestaje być pępkiem świata, a „zwykłe” „standardy” to norma na wszystkich innych kontynentach. Jakoś tak się składa, że wypożyczalni samochodów namnożyło się nam w Polsce jak grzybów po deszczu i konkurencja jest spora. Proszę zresztą zobaczyć reklamy na stronach „Gońca”. Każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, odbierając auto, trzeba zrobić obchód, wskazując na wszystkie problematyczne elementy, jak otarcia czy odpryski. Całkiem niezłym rozwiązaniem jest sfilmowanie całego obchodu na komórkę, po to by nikt nam nie wmawiał później dziecka w brzuch. Standardowo też oddając auto, tankujemy do pełna, bo w przeciwnym razie doliczą nam za tankowanie nie tylko cenę samej benzyny.

        Podsumowując, wypożyczenie auta nie jest drogie, ale warto się zastanowić, czy potrzebny nam taki zawrót tylnego siedzenia, tym bardziej że jednak polskie jeżdżenie jest nieco inne od naszego, co dodatkowo powoduje stres. Jeśli więc chcemy odwiedzać kraj na luzie, a przy tym od czasu do czasu raczyć się wspaniałymi wiktuałami podlanymi równie wspaniałymi polskimi trunkami, to po co nam ten czterokołowy ból głowy.

O czym szczerze powiadamia
Wasz Sobiesław
       

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 04 listopad 2016 17:11

Radość z auta zimą

        OK. Idzie zima. To widać, słychać i czuć. Zazwyczaj jest to czas, kiedy dużo mówi się o przygotowaniu samochodu. No bo – wiadomo, opony zimowe, wycieraczki – dobrze też wymienić filtry, ustawić zbieżność kół. Najważniejsze jednak, abyśmy do zimowego jeżdżenia przestawili się mentalnie. Zimą nie ma się po co i gdzie spieszyć, czas zimowy to przede wszystkim czas wyluzowania się; najważniejsze, żebyśmy szczęśliwie dojechali z punktu A do B.

        Prócz przygotowania auta warto też pamiętać o kilku prostych zasadach – wyjeżdżać wcześniej, dawać sobie trochę więcej czasu, trochę rozgrzewać silnik (tak, tak, wiem, że zaraz na mnie ktoś za to naskoczy, ale ja rozgrzewam, po to m.in., aby z nawiewów zaczęło lecieć deczko ciepłe powietrze i zeszło zamglenie z szyb, żeby człowiek przyjemniej mógł się w samochodzie rozsiąść i rozkutać z jakichś szalików, czapek, rękawiczek). O usuwaniu śniegu nie wspominam, bo już o tym kiedyś pisałem. Ważne też, aby mieć benzynę w baku, czyli tankować, gdy mamy ok. 1/3 baku, Dlaczego? Bo gdy zimą gdzieś utkniemy a będzie minus trzydzieści, to będziemy bardzo niepocieszeni, jeśli skończy nam się paliwo.

        Warto też wozić zimą łańcuchy na koła albo plastykowe paski na opony, które pozwolą nam wydobyć się z zaspy czy rowu. Dobrze też wozić ze sobą zwykłą linę, która pomoże nam samemu wykaraskać się z opresji. Zasada działania jest bardzo prosta – uczyli tego na lekcjach fizyki w polskiej szkole podstawowej. Działa to tak, że przywiązujemy linę do samochodu, następnie okręcamy wokół drzewa, betonowego słupa czy bariery i napinamy z całych sił. Gdy lina jest napięta ciągniemy lub pchamy ją w bok (jak cięciwę łuku). To zwielokrotnia naszą siłę i samochód nieco nam podjedzie – blokujemy go w nowym miejscu, ponownie naciągamy linę na słupie czy drzewie i powtarzamy manewr. Jeśli mamy do pomocy drugą osobę, możemy próbować użyć silnika, aby koła przy naszym podciąganiu się ślizgały czy buksowały. Pracując w ten sposób systematycznie, możemy wciągnąć auto z powrotem na drogę czy wykopać się z zaspy.

lina auto

        To za miastem, gdy nie będzie miał kto nam pomóc. Ale o taką sytuację wcale nietrudno.

        Natomiast rzeczą NAJWAŻNIEJSZą jest zabranie do samochodu jakiejś ciepłej kufai, szalika albo komina, grubych i ciepłych rękawic, starych butów zimowych. Często zdarza się bowiem tak, że zimą jeździmy lekko ubrani. Ot, wskakujemy do samochodu, żeby gdzieś tam podjechać, na zasadzie „zaraz wracam”. I dlatego, kiedy nagle będziemy mieć choćby stłuczkę, to możemy jak ten palant stać w kusym sweterku podczas zamieci. Widziałem takie sytuacje na drodze. Dlatego rzecz pierwsza – wozimy zawsze ze sobą ciepłe łachy  i buty. Wystarczy, że otworzymy bagażnik przez tylne siedzenie,  założymy czapkę, rękawiczki  i jakąś kurtkę, a już życie wyda się nam nie takie straszne. W Canadian Tire czy w amazonie można też kupić wiele chemicznych rozgrzewaczy, które stanowić będą świetne uzupełnienie naszego zapasowego ubranka. Można nimi rozgrzewać dłonie albo wsadzić do butów. W zwykłych wypadkach uratują nas od choroby, w niezwykłych od śmierci.

        I kolejna sprawa – gumowe dywany heavy duty – uchronią wykładzinę podłogową przed permanentnym zimowym zawilgoceniem, a przy okazji podłożone pod koła napędowe mogą pomóc wykopać się ze śniegu.

        Pamiętajmy, jest zima, ma być zimno. Z tym się da żyć, tylko nie można tego lekceważyć, zwłaszcza na drodze. Przy pierwszym śniegu zobaczmy zaś, jak nasze cztery koła zachowują się w poślizgu, aby przy pierwszym lepszym uślizgnięciu się koła nie reagować jak jakiś kicaj w światłach reflektorów, lecz potrafić zgrabnie wykręcić się z poślizgu. Mała rzecz, a być może uratuje życie.

        O czym zapewnia radośnie, czekając na pierwszy śnieg

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec