Goniec

Switch to desktop Register Login

    Jest to rzecz, która często zaprząta głowę; jak to jest z wypadkami, stłuczkami na terenie prywatnym, jak to jest z punktu widzenia przepisów o ruchu drogowym?

    Niedawno na własnym parkingu blokowym miałem do czynienia z pewnym namolnym kierowcą, wyraźnie niemiłym i niekooperującym, przez co o mały włos nie stuknęliśmy się autami.

    No więc, jak to jest? Tak się złożyło, że czytałem niedawno odpowiedzi na listy bodajże w "Globe and Mail" na ten właśnie temat. Zacytuję pytanie:

    – Moja rodzina urządzała przyjęcie weselne w sali miejskiej, wynajęliśmy autobus, aby nikt nie musiał prowadzić, ale w trakcie manewrowania kierowca autobusu uderzył dwa zaparkowane samochody. Wezwana na miejsce policja OPP spisała zeznania świadków i oświadczyła, że nie jest władna postawić zarzutów kierowcy, ponieważ zdarzenie miało miejsce na terenie prywatnym (miejskim). Funkcjonariusz wyjaśnił, że o ile kierowca nie jest pijany, lub też nie zostało popełnione przestępstwo kryminalne, nie wolno mu postawić zarzutów. Nie poddał też kierującego badaniem alkomatem na trzeźwość. Czy własność komunalna to nie jest miejsce publiczne, a ponadto dlaczego  prawo drogowe nie stosuje się na terenie prywatnym? – pytał To.

    Co się okazuje, gdyby podobne zdarzenie miało miejsce na terenie jakiejkolwiek innej prowincji, kierowca byłby oskarżony. Ontario jest jedyną prowincją Kanady, gdzie przepisy drogowe mają zastosowanie tylko na drogach i ulicach publicznych.

    – Highway Traffic Act nie ma zastosowania na terenie prywatnym – mówi sierżant Peter Leon - HTA stosuje się wyłącznie do dróg  definiowanych jako wspólna publiczna droga, ulica, aleja, podjazd, plac, most, wiadukt czy estakada, której jakaś część jest przeznaczona do publicznego przejazdu samochodów.

    To nie obejmuje parkingów – nawet tych, będących własnością państwa, a więc ponieważ w Ontario parkingi nie są uznawane za publiczne drogi, nie można być na nich oskarżonym o naruszenie przepisów kodeksu drogowego HTA.

    Oznacza to również, że na TERENIE PRYWATNYM możemy prowadzić samochód bez tablic rejestracyjnych, nie posiadając prawa jazdy ani ubezpieczenia motoryzacyjnego.

    Osoby mieszkające na farmie często mają takie pojazdy nieubezpieczone i niezarejestrowane i dopóki jeżdżą nimi w obrębie majątku wszystko jest legalne – wyjaśnia Leon. – Jeśli tylko wjadą, nawet przekraczając z jednej strony na drugą, na drogę publiczną – wówczas od razu zaczyna obowiązywać całe prawo drogowe.

    Teoretycznie więc na terenie prywatnym możemy prowadzić, co nam się zamarzy – autobus szkolny albo osiemnastokołową ciężarówkę.

    Ontario jest jedyną taką prowincją, gdzie cała ustawa o ruchu drogowym nie ma zastosowania na terenie prywatnym, w Quebecu na terenie prywatnym obowiązuje część tamtejszych przepisów ruchu drogowego, inne nie, jak na przykład o używaniu urządzeń rozpraszających kierowcę podczas jazdy – nie mają zastosowania.

    Czy zatem oznacza to, że możemy na parkingach czynić bezeceństwa drogowe, które ujdą nam na sucho?

    Co to, to nie.

    Jeśli jadąc nieostrożnie, wjedziemy na parkingu w zaparkowane auto, HTA nie ma zastosowania, ale Kodeks karny, jak najbardziej. Można nam wówczas postawić zarzut niebezpiecznego prowadzenia pojazdu mechanicznego z artykułu 249 federalnego Kodeksu karnego, co zagrożone jest maksymalną karą pięciu lat więzienia. Nie jest to zarzut, który policja często stawia – aby "zasłużyć" sobie na coś takiego, trzeba narazić innych na duże ryzyko – wyjaśnia Leon. Inne zarzuty kryminalne, które mogą się stosować w takim przypadku, to ucieczka z miejsca wypadku oraz prowadzenie w stanie nietrzeźwym – obydwa w oparciu o Kodeks karny. Jeśli ktoś wjedzie w nasz samochód na parkingu, wypadek taki musi być zgłoszony, albo dzwoniąc na policję, albo do biura zgłoszeń wypadków, o ile szacowana szkoda nie przekracza 1000 dolarów.

    Należy również bezzwłocznie alarmować policję, jeśli ktoś odniósł obrażenia, uciekł z miejsca zdarzenia lub wydaje się prowadzić pod wpływem alkoholu czy narkotyków. Leon ostrzega, aby w przypadku takiego podejrzenia nie jechać za sprawcą, lecz zapisać numery i podać policji.

    Powiem szczerze, że wielu z tych rzeczy nie wiedziałem, i dlatego ochoczo o nich informuję.

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 29 styczeń 2016 14:22

Jeszcze o przejściach dla pieszych

    Kilka osób pytało mnie, jak to jest w końcu z tym przepuszczaniem pieszych na pasach – czy skręcając w prawo na zielonym świetle, trzeba czekać, aż pieszy opuści jezdnię i wejdzie na chodnik, przechodząc przez sześć pasów? Na zdrowy rozum jest to idiotyzm, który doprowadziłby do całkowitego paraliżu komunikacyjnego.

    Cóż, szczęśliwie sytuacja nie jest aż tak zła... Kiedy nowe przepisy podano po raz pierwszy do wiadomości publicznej, ludzie zaczęli łapać się za głowy, sądząc, że dotyczą każdego przejścia dla pieszych ze światłami;  że niezależnie od tego, ile jest pasów ruchu, kierowca, aby przejechać, musi poczekać, aż przez pasy przejdą wszyscy piesi.

    Tymczasem prawo, które obowiązuje od początku stycznia, stanowi jedynie, że kierowcy (i rowerzyści) muszą się zatrzymać i poczekać, aż piesi całkowicie opuszczą jedynie przejście oznaczone jako crossover, czyli to z migającymi światłami uruchamianymi przez przechodnia, albo też zwykłe przejście (crosswalk), jeśli jest na nim obecny strażnik szkolny ze "stopem".

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 14 styczeń 2016 22:04

Motoryzacyjny patriotyzm

    Świat się zmienia, również ten motoryzacyjny. Może to kwestia wieku, ale wydaje mi się, jakby te zmiany przyspieszały. Zmieniają się nie tylko samochody, zmienia się technologia i my – ludzie – się zmieniamy.

    Jedną z oznak takich zmian jest rola panien zatrudnianych na wystawach motoryzacyjnych. No bo czemu nie? Do tej pory te atrakcyjne stworzenia uważane były za optycznie przyjemną wisienkę na torcie nowego modelu. Okazuje się, że coraz częściej za powabną powłoką kryje się wyspecjalizowane narzędzie informacyjno-analityczne.

    Panie stojące przy samochodach szkolone są bowiem do tego, by

    a) inteligentnie informować o samochodzie oraz

    b) wypytywać potencjalnych klientów, co im się podoba, a  co nie, co chcieliby mieć w aucie, a co im doskwiera.

    Zanim więc Japończycy wymyślą podobnie powabne roboty do tej roli, ta wydawałoby się zupełnie zbyteczna samochodowa marionetka jest skutecznym narzędziem marketingowym i pijarowym.

    Zatem Panowie, więcej szacunku w kontaktach z wystawowym moto-bimbo, no i oczywiście proszę bez seksistowskich uwag, typu "ile ten samochód kosztuje razem z panią"...

•••

    Winien jestem wyjaśnienie. Otóż do redakcji zadzwonił pan Lucjan i zarzucił mi brak patriotyzmu. Piszę zbyt często o autach niemieckich, a tymczasem samochody produkowane na miejscu to są właśnie te, którymi powinniśmy jeździć; one przecież tworzą lokalnie miejsca pracy, napędzają gospodarkę.

    Odpowiadam: jestem patriotą i  kibicuję, ile mogę, panu Arkadiuszowi Kamińskiemu, który w Polsce z pasją walczy o uruchomienie produkcji syreny. Taką polską marką chciałbym jeździć.

    Przepraszam bardzo, czy są jakieś kanadyjskie marki? Nie widzę, nie słyszę. Są tylko amerykańskie samochody, produkowane w Kanadzie. Zatem, nasz jest tutaj wkład.

    Można równie dobrze argumentować, że dopóki nie pojawi się na rynku poważna polska marka, to nie pozostaje nam nic innego, jak kupować modele z polską zawartością. A tego jest trochę, bo Polska jest największym w Europie producentem części zamiennych. W kraju działa 900 producentów części motoryzacyjnych, z czego 300 stanowią firmy z kapitałem obcym, a reszta jest polska. Produkują głównie dla Niemców, ale nie tylko. Jest więc baza, by zacząć rozwijać rodzime marki; może uda się z syrenką, może uda się z żukiem opartym na starym volkswagenie transporterze. Od czegoś trzeba zacząć.

    A Kanada?

    W Kanadzie wielkie koncerny zachowują się bez sentymentów. Proszę zapytać wszystkich tych, których zwolniły z pracy. Nie ma przeproś – produkcja jest transferowana bez żadnych skrupułów do Meksyku; części kupuje się z Korei Południowej czy z Chin.

    Na dodatek, gangsterzy z wielkich korporacji wymuszają na władzach dofinansowanie w postaci pieniędzy podatników. Ot, jakieś tam 20 mln na zmianę osprzętu taśmy czy szkolenie załogi. Są to korporacyjne zapomogi, wymuszane przez polityczny nacisk, groźbę wyprowadzki i wyrzucenia kilkutysięcznej załogi.

    No taki jest świat, tak został skrojony,  proszę więc nie mieć do pretensji, że nie będę z miłością pisał o kanadyjskich modelach tylko dlatego, że są montowane w Kanadzie. Piszę o samochodach, które jakoś tam odstają z szeregu czy przyciągają oko. I nie mam absolutnie żadnych oporów przed kupowaniem, na przykład, starego audi czy bmw, bo w końcu samochód taki już został tu raz zapłacony i daję tylko zarobić Kanadyjczykowi, który akurat go w danej chwili odsprzedaje.

    Podsumowując, byłbym większym patriotą lokalnym, gdyby "patriotyczne" nastawienie miały również GM Chrysler czy Ford. Skoro zaś kierują się zyskiem i małymi kosztami własnymi, to nic nie przeszkadza, byśmy również kierowali się tego rodzaju filozofią prywatnie.

    Tak to rozumiem, panie Lucjanie.

    Patriotyzm zaś powinien dotyczyć marek, bo to właściciele marek spijają samą śmietankę. To oni, mówiąc za Marksem, dostają do kieszeni wartość dodatkową. Kanada, mimo tylu lat motoryzacji, żadnej marki nie wytworzyła.

    Może więc przyszedł czas, aby uczyniła to Polska, bo być może idzie w historii nasz czas, polski czas. Przynajmniej w tamtym zakątku Europy. Nie trzeba ograniczać marzeń.

    A zatem niech żyje syrena! I zapewniam, że gdy tylko będzie dostępna w wersji dla ludzi, a nie na rajdy, to kupuję to auto – z wielkim orłem na dachu.

    Do czego też Państwa namawiam

Sobiesław Kwaśnicki

Opublikowano w Moto-Goniec
niedziela, 03 styczeń 2016 23:00

Centaur

    Nowy rok, nowe wystawy, nowe trendy, motoryzacja, korzystając z rozwoju elektronicznych układów kontroli i sterowania, rozwija się ostatnimi laty nadzwyczaj  dynamicznie.

    Jedną z tendencji, która będzie coraz bardziej widoczna na drogach, jest półautomatyzacja jazdy. Do pełnego autonomicznego kierowania samochodem przez komputer, czyli de facto robotyzacji samochodu, mamy jeszcze trochę czasu, ale sądząc po systemach zastosowanych ostatnio w Tesli, półautoamtyzacja jest na wyciągnięcie ręki.

    Co to oznacza? To że z całą pewnością w niektórych sytuacjach, w dobrych warunkach atmosferycznych i na dobrze oznakowanych drogach auto będzie w stanie jechać nawet  i kilka godzin bez ingerencji kierowcy, korzystając z istniejących i wypróbowanych już systemów utrzymywania się w pasie ruchu, zachowania odległości od pojazdu jadącego z przodu czy "czytania" znaków drogowych.

Opublikowano w Moto-Goniec
niedziela, 13 grudzień 2015 18:03

Zgrzytam zębami

Wiedziałem, po prostu wiedziałem (i pisałem o tym), że tak będzie. Gdy zobaczyłem w czasie igrzysk panamerykańskich wydzielone pasy ruchu na autostradzie Gardiner, z napisem "temporary", tknęło mnie, że na pewno będzie to już na stałe.

Nie ulega wątpliwości, że wybrano nam (a przynajmniej mnie, bo ja na nich w życiu nie głosowałem) rząd wrogi wobec samochodu i nienawidzący normalnych ludzi z rodzinami. Wszystkich nas, którzy codziennie musimy tego samochodu używać.

Fajnie jest przesiąść się do metra, gdy się pracuje od 9 do 5 na państwowej posadzie i nie trzeba odbierać dzieci ze szkoły, przedszkola tudzież robić uzupełniających zakupów po drodze. Jeszcze fajniej jest, gdy mamy robotę w legislaturze czy na ratuszu i wożą nas limuzyną, wtedy możemy postulować, by – kiedy jest ładna pogoda – przesiadać się na rower...

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 04 grudzień 2015 14:39

Zamiast BMW? Hyundai genesis

Czy można w ogóle zastanawiać się, czy zamiast BMW kupić hyundaia?! Dożyliśmy takich czasów, że jednak można.

Pewnie, że w BMW znajdziemy europejskie wyrafinowanie, a hyundai w wielu aspektach może wydawać się nouveau-riche, na przykład gdy chodzi o plastikowy wystrój kabiny, ale sześciobiegowa ręczna skrzynia biegów sprzęgnięta z 348-konnym (sic!) sześciocylindrowym motorem o bezpośrednim wtrysku pozwala szczerzyć zęby w radosnych przeciążeniach.

Na dodatek, za tę kieszonkową rakietę o wadze 1628 kg z napędem na tylne koła zapłacimy mniej niż... 30 tys. dolarów.

Hyundai słynie z podbijania stawki we wszystkich segmentach samochodów, a wyścigowa opcja Hyundaia genesis R-Spec jest klasą dla siebie i na kanadyjskim rynku nie znajdziemy niczego równie potężnego poniżej 30 tys.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 27 listopad 2015 14:44

Czego warto się trzymać?

Na początek coś małego, co cieszy. Otóż wróciłem niedawno z Polski, gdzie od czasu do czasu zdarza mi się podróżować po obcych miejscach i przydałby się GPS.

Niby można wziąć stąd i ładować tamtejsze mapy, niby mapa jest w każdej komórce, ale zabierając tutejszego smartfona, ze względu na drakońskie opłaty wyłączam w nim funkcję "data", a przy takim ustawieniu mapy ładują się wyłącznie przy podłączeniu do sieci wi-fi. Chyba że...

Chyba że przed wyjazdem władujemy sobie aplikację od niedawna udostępnianą przez Nokię – HERE Maps. Wówczas możemy załadować dowolny kraj, stan lub prowincję, zanim ruszymy w drogę, a HERE przekształci nasz smartfon (iPhone lub android) w funkcjonalny GPS, bez konieczności podłączenia do jakiejkolwiek sieci, wystarczy, że będzie zasiąg satelitów. – Oczywiście nasz telefon musi mieć w środku moduł GPS, ale obecnie większość ma.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 listopad 2015 14:33

All-weather to nie all-season

Akurat jestem jeszcze przed przekręcaniem kół, a co się człowiek nakręci tych śrub w kołach, to jego. Zabawę tę traktuję jako zaprawę fizyczną między porami roku i zastanawiam się, czy na pewno tak musi być i czy nie można w zamian robić czegoś przyjemniejszego.

Czy w świecie supertechnologii, rzeczywiście jesteśmy skazani na posiadanie dwóch zestawów opon? Czy nasz przemysł, który prześciga się w produktach lateksowych i gumowych, nie jest w stanie wyprodukować jednego rodzaju dobrych opon, i na zimę, i na lato?

Otóż jest taka możliwość! Specjaliści tropem Kubusia Puchatka poszli jednak po rozum do głowy i zastanowili się co też muszą uczynić, aby opona zimowa, tak fantastycznie reagująca na zimne ośnieżone nawierzchnie, nie traciła swych właściwości na rozgrzanym asfalcie i nie "pociła się" w zetknięciu z 50-stopniowym asfaltem.

Rezultatem tego myślenia jest opona na każdą pogodę all-weather tire, nie mylić z all-season tire. Jest to po prostu opona zimowa, która może być pozostawiona na kołach na lato. To tak w skrócie. Jakie są minusy takiego rozwiązania? (No bo chyba jakieś muszą być?) Tylko takie, że zimowa guma latem jest nieco twardsza, a więc jazda wydaje się nieco bardziej sztywna i odrobinę głośna. Jednak pod względem charakterystyk zachowania, trzymania się nawierzchni i drogi hamowania, opona wielopogodowa jest "mucha nie siada".

A zatem adios jesienne i wiosenne przykręcanie i odkręcanie, wreszcie mamy jedną oponę do zdarcia na cały rok.

Zwykłe opony wielosezonowe są gorsze zimą nie tylko ze względu na rysunek bieżnika, ale przede wszystkim dlatego – tak nam się głównie tłumaczy – że ich guma traci swe dobre właściwości poniżej 7 stopni Celsjusza. Opony wielopogodowej ten problem nie dotyczy. Jest ona bardzo mocno zbudowana, przez co większość nadaje się do szybszej jazdy i ma oznaczenie prędkości "H", czyli do 210 km/h. Ich bieżnik jest też nieco bardziej rozsunięty i ma większe przerwy niż w oponach wielosezonowych, dlatego łatwiej im wyciskać spod siebie śnieg i śnieżną breję, ale to na suchym daje nieco więcej hałasu.

W testach, jakim poddano kilka rodzajów opon zimowych, kilka wielosezonowych i trzy all-weather, wyszło na to, że przy hamowaniu na lodzie te ostatnie pozwalały się zatrzymać na dystansie o 20 proc. krótszym niż wielosezonowe, a opony zimowe skracały ten dystans o dalsze 15 proc. w stosunku do wielopogodowych. Jednak przy nawierzchni mokrej albo suchej – zmrożonej, te ostatnie wygrywały z zimowymi, a na śnieżnej brei wszystkie rodzaje zachowywały się podobnie.

Czy zatem warto spróbować? No pewnie, że tak, zwłaszcza że dla większości z nas zimowa jazda oznacza poruszanie się bo mniej lub bardziej odśnieżonych ulicach, i rzadko jeździmy w prawdziwie kopnym śniegu. Jeśli zaś nas to złapie, wówczas z tarapatów łatwo wyciągną nas łańcuchy na koła, które zawsze warto mieć zimą ze sobą na wszelki wypadek. Opon all-weather nie ma wiele, ale w Canadian Tire możemy dostać np. Hankook Optima 4S, a w Kal Tire Nokian Nordman czy Vredestein Quatrac.

Oto kilka opinii użytkowników tych ostatnich opon:

– Czytałem na ich temat wiele, bardzo różnych wypowiedzi i powiem, że mało miarodajnych. Postanowiłem zaryzykować... Opony "odpłaciły się" w jakości ich użytkowania!!! Jeżdżę dynamicznie i mogę na oponach polegać. Na suchej nawierzchni sprawują się cichutko i bardzo komfortowo, nie uginają się zbyt mocno na zakrętach, a to dla mnie istotna cecha. Mokra nawierzchnia też nie jest problemem, samochód prawidłowo się prowadzi nawet powyżej 150 km/h, wiadomo, że jak wjadę w głęboką kałużę, to będzie odczuwalny spadek przyczepności, ale jest on niewielki. Quatrac świetnie dają sobie radę na zaśnieżonej drodze, zarówno na świeżym i głębokim śniegu, jak i na ubitym i bardziej śliskim...

– Przejechałem na tych oponach około 20 000 km. Opony w każdych warunkach zachowują się bardzo dobrze. Jeździłem w większości w mieście, ale były też długie trasy po autostradach z dużymi prędkościami, jak i w terenie, a nawet w lesie po piachu i w błocie.

– Vredestein Quatrac 3 to nie jest opona dla ludzi pędzących 200 km/h lewym pasem, ale spokojnie 130 km/h prawym. Troszkę głośna przy ponad 100 km/h, ale nie jest to aż tak odczuwalne, żeby denerwowało. Dobrze amortyzuje nierówności na drodze. Latem da się odczuć miękkość mieszanki, ale w niczym to nie przeszkadza, w zakrętach jest stabilna. Jeszcze nigdy nie włączył mi się ABS, a nieraz trzeba było ostro hamować.

Tyle wypowiedzi kierowców, którzy recenzowali quatraki na stronach www.oponeo.pl.

Oczywiście, żadna opona nie zapewni nam stuprocentowej przyczepności w każdych warunkach i każda ma takie warunki, w których wpada w poślizg, zatem zimą po prostu musimy to wiedzieć i dostosować prędkość do warunków. Przy zakupie kolejnego zestawu ogumienia warto jednak wziąć pod uwagę świetne w każdej pogodzie opony, i na zimę, i na lato, do czego szczerze namawia

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 30 październik 2015 14:20

Jazda bez trzymanki

"Przyszłość jest dzisiaj" – hasło to znajduje potwierdzenie w faktach na ulicy.

Nie tak dawno temu Ministerstwo Komunikacji Ontario podało informację, że od stycznia dopuszczono możliwość testowania samochodów "bezzałogowych" na prowincyjnych drogach, a tu czytam w gazetach, że takie auta jeżdżą już wokół nas. I to wcale nie na zasadzie jakichś wyszukanych eksperymentów prowadzonych przez powołane do tego zespoły R&D, lecz kierowane przez zwykłego Kowalskiego.

Poprzeczkę ponownie przesuwa Tesla, o której pisaliśmy niedawno na tych łamach.

Na początku października Tesla zaoferowała posiadaczom modeli S zbudowanym w tym roku upgrade oprogramowania – za 3000 dol. otrzymać można funkcję "autopilot". Nowe oprogramowanie pozwala złączyć do kupy programy: • automatycznej kontroli utrzymywania pojazdu w środku pasa (dostępne w wielu samochodach), • adaptacyjnego tempotaktu, czyli cruise control, • automatycznej zmiany pasa ruchu (hands-free lane changes), • 360-stopniowego systemu ostrzegania przed zderzeniem, oraz • automatycznego parkowania, w trakcie którego samochód sam szuka miejsca do zaparkowania, a następnie parkuje się sam bez udziału kierowcy.

System wykorzystuje zamontowane w samochodzie sensory oraz dane uzyskane z innych samochodów tesla i pozwala na samoczynną jazdę – zapewnia menedżer Tesla Canada, Martin Paquet, który opowiada, jak jego auto samodzielnie przejechało z Toronto do Montrealu przy dużym natężeniu ruchu.

Aby zmienić pas, kierowca włącza jedynie sygnał kierunkowskazu, a samochód patrzy, czy droga jest wolna, i wykonuje manewr. Co jakiś czas sygnał dźwiękowy przypomina kierowcy o konieczności dotknięcia kierownicy, i jeśli tego nie uczyni, samochód samodzielnie zatrzyma się na poboczu. Ma to być zabezpieczenie przed zaśnięciem i rozkojarzeniem.

Wielu nowych właścicieli bawi się jednak jak dzikie mopsy i wbrew ostrzeżeniom producenta używa autopilota nie tak, jak to założono – czytając w aucie gazety, książki, czy też myjąc zęby, a filmiki z tych "wyczynów" puszcza na YouTube.

Tesla zapewnia, że jej system jest zaprojektowany z myślą o jeździe po autostradzie. Oczywiście system ma ograniczenia, np. kiedy śnieg zasypie pasy malowane na jezdni – może się pogubić.

Czy to jest legalne?

Podobno tak. W Ministerstwie Komunikacji twierdzą, że poziom automatyzacji, jaki prezentuje Autopilot Tesli, jest wystarczająco uregulowany przez istniejące przepisy. Jest również oczywiste, że nadal kierowca jest odpowiedzialny za całość poczynań samochodu.

Niedawno jednak Volvo ogłosiło, że przyjmie odpowiedzialność za wypadki, które w niekwestionowany sposób będą zawinione przez awarię systemów samochodu. Czekają nas więc jeszcze ciekawe batalie sądowe, i tłumaczenia, "to nie ja, to samochód sam z siebie przekroczył dopuszczalną prędkość, jaką mu nastawiłem"...

Są to problemy, z którymi bardzo szybko przyjdzie się zmierzyć.

Problemy bardzo różnorodnej natury. No bo kto by przypuszczał, że programiści, opracowujący software motoryzacyjny kierujący autonomicznymi pojazdami, będą musieli rozstrzygać sprawy życia i śmierci?

Problem w tym, co się na przykład dzieje, kiedy nagle na jezdnię wchodzi w nieprzepisowy sposób grupa przedszkolaków. Czy nasz samochód ma wówczas uznać, że bezpieczeństwo nas samych i naszych pasażerów jest ważniejsze i bez zmrużenia – przepisowo rozjechać te dzieci (skoro gwałtowne hamowanie nic nie da), czy też powinien raczej narazić na szwank nasze cztery litery, gwałtownie skręcając w bok na ścianę wiaduktu czy słup oświetleniowy? Jako kierowcy decyzje takie podejmujemy podświadomie. Ale nasz automatyczny samochód nie ma podświadomości, tylko słupki komend programu. Co wybrać?

Czy samochód chronić ma nasze życie i zdrowie kosztem innych, nawet wówczas, kiedy zmuszamy go do nieprzepisowej na przykład przekraczania prędkości o 15 km/h jazdy?

To są już dzisiaj całkiem istotne zagadnienia, które nie powinny być rozstrzygane na poziomie jakiegoś Ziutka programisty, lecz powinny stać się przedmiotem debaty społecznej.

Jak mówię, są to w końcu sprawy życia i śmierci, o czym z pewnym niepokojem zawiadamia

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 23 październik 2015 14:00

Rdza, czyli samochodowa siwizna

Jesień zadomowiła się na dobre, i póki jeszcze nie leją solanką po nogawkach, warto się zastanowić, czy czasem nie zabezpieczyć antykorozyjnie samochodu.

Pierwsze pytanie, ale po co?

Otóż, dla ochrony naszej atmosfery i w ogóle planety.

Warto sobie uświadomić prostą prawdę, że im dłużej używamy danej rzeczy i bardziej przedłużamy trwanie materialnych produktów, im częściej kupujemy rzeczy używane, z drugiej ręki – samochody, rowery, komputery, tym bardziej ZMNIEJSZAMY na nie zapotrzebowanie.

Spada popyt, a co za tym idzie, mniej się ich wyprodukuje. A produkcja artykułów przemysłowych stanowi główną przyczynę emisji szkodliwych gazów do atmosfery!

Weźmy taki samochód, trzeba przecież wydobyć rudę żelaza i innych metali, wytopić, wywalcować, pogiąć na dobry kształt, trzeba wyprodukować plastyki, gumy, oleje, gdy to podliczymy razem do kupy, to wyjdzie nam, że to właśnie ta produkcja jest odpowiedzialna za 80 proc. emisji, zaś to co tam ujdzie z rury wydechowej, to jedynie 18 proc.

Jeśli więc ratuję artykuły przemysłowe przed śmiercią na złomowiskach i wysypiskach, przed przetapianiem w hutach (znów idzie w powietrze smród i gaz), no to zachowuję się niezwykle ekologicznie. Stąd też wbrew ekopropagandzie, różnych ideologów zielonego, namawiających do kupowania coraz to nowszych hybryd, największymi przyjaciółmi planety są użytkownicy różnych dżanków. To dzięki nim planeta jeszcze ma czym oddychać...

Wcale nie żartuję.

Jest to dodatkowy powód, dla którego powinniśmy kupować starsze samochody z drugiej ręki, ale jest to także powód, dla którego powinniśmy dbać o te, które mamy, stąd impuls do zabezpieczenia antykorozyjnego.

Przyjemność ta kosztuje od 120 do 140 dol. rocznie. Najbardziej popularne jest zabezpieczenie olejem skapującym, a więc przez dwa dni musimy się liczyć z poplamioną podłogą w miejscu parkowania. Takie zabezpieczenie pozwala jednak na lepszą penetrację płynu antykorozyjnego w karoserii.

Jeśli zaś gdzieś nam już rdza dała znać o sobie, trzeba to jak najwcześniej "wypalić żelazem", czyli wyciąć, wyszlifować, naprawić i zabezpieczyć antykorozyjnie.

Żyjemy w świecie konsumpcyjnego szaleństwa i wszyscy usiłują skłonić nas do poświęcania czasu życia na harowanie na nowe fanty. Tymczasem używając starszych, możemy mieć więcej przyjemności i możliwości.

Tak to jest skonstruowane. Przyznam się bez bicia, że jest to główna przyczyna, dla której jeżdżę 15-letnim BMW nadal cudownie zachowującym się na drodze. I właśnie drogą licytacji nabyłem niedawno 5-letni laptop, który pomimo upływu czasu nie zestarzał się technologicznie. Oczywiście, wszystko to za jedną dziesiątą ceny nowego.

Polecam!

•••

A gdy już jesteśmy przy jakości aut, to właśnie Consumers Report opublikował ranking za rok 2015 Most Reliable Car Brands.

Pewnym zaskoczeniem jest usunięcie z pierwszego miejsca tesli model S. Stało się tak za sprawą sondowania opinii 1400 właścicieli. Tesla cierpi na mrożenie się ekranu, przecieki z szyberdachu czy konieczność wymiany silników elektrycznych. Oczywiście nie zdarza się to nagminnie i nadal jest to auto bardzo niezawodne.

Na pierwsze wjechał jednak lexus, a zaraz potem toyota, na trzecim jest audi, na kolejnych znalazły się subaru, kia i mazda. Honda oraz acura przesunęły się w dół. Głównie za sprawą przekładni CVT, na którą narzeka wielu posiadaczy najnowszych hond. Acura również ma kłopoty z przekładnią oraz z systemem infotainment AcuraLink. Mini, BMW, volkswagen i porsche uplasowały się w środkowej części tabeli, zaś mercedes benz gdzieś nieco powyżej jednej trzeciej od dołu.

Buick, jako jedyna marka amerykańska, wymieniony został w pierwszej dziesiątce. Zaś takie marki, jak jeep, fiat i ram, zaklasyfikowano poniżej przeciętnej.

Skrzynie biegów pozostają największym problemem w grupie Fiat Chrysler.

Doroczny Consumers Report sporządzany jest na podstawie "zeznań" 740 tys. respondentów.

Paradoksalnie powiem, że jest to kolejny powód, dla którego warto kupować auta z drugiej ręki, w których, co miało się popsuć, to już się popsuło.

O czym przekonuje
Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec