Goniec

Register Login

czwartek, 15 grudzień 2016 22:31

Masz pierwszeństwo? - jedź!

        Zacznę od publicystyki, bo coraz częściej chodzą wokół samochodów złe prądy. Historia kołem się toczy, wracamy więc do punktu wyjścia, kiedy to u zarania motoryzacji ograniczano prędkość ówczesnych automobili przepisami prawa, po to by nie płoszyły koni i ludzi. 5 lipca 1865 roku wprowadzono w Wielkiej Brytanii pierwsze na świecie ograniczenie prędkości do 4 mil/h (6,4 km/h) na terenie wsi i 2 mil/h (3,2 km/h) w miastach. Jest to bardzo sensowne, dlatego że przy takich prędkościach trudno o to, by samochód pieszego rozjechał, co najwyżej trochę mu potowarzyszy w wędrówce.

        Możliwe, że do tego właśnie zmierzają torontońscy radni, którzy ubolewają nad znaczną liczbą ofiar śmiertelnych wypadków potrącenia pieszych czy rowerzystów. Na razie mowa jest o zmniejszeniu limitów prędkości o 10 km/h... Tymczasem gros odpowiedzialności za tragedie tkwi po stronie pieszych i rowerzystów. Ci pierwsi łażą jak chcą ze słuchawkami na uszach w stanie kompletnego odrealnienia, ci drudzy jeżdżą raz w ruchu kołowym ulicznym, to znów każą się traktować jako urowerowieni piesi, korzystając z nadarzających się okazji skrócenia czy przyspieszenia drogi. Zamiast jednych i drugich łapać i karać, wiesza się psy na kierowcach, gdy dojdzie do wypadku. Tu ponownie namawiam do instalowania kamer samochodowych – właśnie na okoliczność jak jeden z drugim wyjdzie nam na maskę.

        Problem można rozwiązać, rozdzielając ruch rowerowy od samochodowego, puszczając go po chodnikach, problem można też rozwiązać, nagłaśniając przypadki bezsensownych śmierci pieszych spowodowanych przez brak uwagi i chodzenie w słuchawkach. Znajomy darwinista twierdzi co prawda, że jest to współczesna forma selekcji naturalnej, ja jednak nie szedłbym tak daleko, a jeśli już jesteśmy przy darwinizmie, to jednym z przykazań drogowych jest przestrzeganie przepisów i w sposób jednakowy powinniśmy karać tych, co nie przestrzegają prawa z powodu chamstwa i brawury, jak tych, którzy ich nie przestrzegają z grzeczności. Słowem, jak masz pierwszeństwo, to jedź! A nie baw się w dżentelmena, przepuszczając staruszki. Od tego jest kodeks drogowy, określający, kto powinien jechać pierwszy, by nie dochodziło do niebezpiecznych sytuacji. Na drodze najgorsza jest bowiem niepewność I BRAK REGUŁ, a ci, którzy zastępują reguły uprzejmością, łamią prawo.

        Proszę sobie wyobrazić, że policja na Wyspie Księcia Edwarda ostrzegła niedawno kierowców, aby przestali być dla siebie tak mili. W minionym tygodniu doszło do co najmniej dwóch wypadków na ruchliwej arterii Charlottetown, ponieważ uprzejmy kierowca zatrzymał się, aby wpuścić kogoś z podporządkowanej drogi. Szef tamtejszej policji Paul Smith ostrzega, że bycie „dobrym Samarytaninem” może mieć opłakane konsekwencje. Uprzejmość na drodze stwarza problemy dla wszystkich, dlatego – po prostu – powinniśmy jeździć według przepisów, bo od tego są!

        Zacząłem od złych prądów; można się zastanawiać, dlaczego rządząca lewica nie lubi kierowców.

        Odpowiedzi nie trzeba długo szukać, lewicowcy to w większości wypadków ludzie, którzy zawsze żyli na państwowym i nie musieli – eufemistycznie mówiąc – uwijać się w życiu. Większość z nas nie jeździ po centrach miast dla przyjemności i nie przekracza dozwolonej prędkości w sensownych granicach dla dziwnej satysfakcji. Zmusza nas do tego życie, zabieganie, praca na kilka etatów czy usiłowanie godzenia opieki nad potomstwem z karierą. Każdy by chciał spokojnie na rowerku od 9 do 5 z przerwą na lunch, z pełnymi benefitami, emeryturą i tygodniami chorobowego do dyspozycji. Niestety, większość z nas tyra. I do tego tyrania auto jest niezbędnie potrzebne, a opodatkowanie poruszania się nim tak pod pozorem mandatów za prędkość, jak opłat za autostrady jest po prostu opodatkowaniem pracy.

 Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 08 grudzień 2016 22:23

Trzeba się kimnąć

        Idą święta, więc na początek prezent pod choinkę. Rzadko coś tam reklamuję, ale tym razem postanowiłem się przełamać. Każdy z nas przynajmniej raz w życiu znalazł się w sytuacji, gdy mu się rozładował akumulator, bo zapomniał czegoś tam wyłączyć albo zwlekał z kupieniem nowego do momentu, aż ten nie wziął i nie padł. Dobrze, jeśli wozimy ze sobą przewody; dobrze, jeśli złapiemy kogoś, kto nam da boost.  Czasem jednak jest to spory kłopot.

        Tymczasem na kanadyjskim amazonie za jedyne czterdzieści kilka dolarów kupić sobie możemy jumpstarter Ankera. Niewielkie urządzenie, które mieści się w schowku na rękawiczki, pozwala na odpalenie nawet 3-litrowego motoru benzynowego i 2,5-litrowego diesla. I to nie raz, a do 15 razy, dając prąd o natężeniu 400 amperów. Wewnętrzna bateria o pojemności 10000 mAh ładuje się w ciągu 3 godzin do pełna. Do tego, urządzenie ma wbudowaną latarkę i kontakty USB, z których bez problemu naładujemy komórkę czy laptopa.

        W każdym razie warto mieć pod ręką coś, co daje gwarancję, że nie zostaniemy na lodzie. Jest to ważne zwłaszcza tutaj, u nas w Kanadzie, gdzie od czasu do czasu na jakichś rybach lub w drodze na cottage możemy być zdani tylko na siebie, wówczas taki naładowany odpalacz naprawdę może dużo pomóc, o uratowaniu życia nie wspomnę.

***

        Przy okazji, gdy zaś mówimy o bezpieczeństwie, warto przypomnieć: – z badań amerykańskiego CAA, czyli AAA, wynika, że niedospani kierowcy są tak samo niebezpieczni jak ci pijani. Spanie mniej niż 7 godzin dziennie prawie podwaja ryzyko wypadku drogowego, ci zaś, którzy spali mniej niż cztery godziny, są 11,5 RAZY bardziej narażeni na wypadek niż wyspani kierowcy.

        Ponadto, co pewnie nie dziwi, niewyspanych kierowców jest na drogach o wiele więcej niż pijanych; jedna trzecia ankietowanych przyznała, że w okresie badanego miesiąca przynajmniej raz zamykały im się oczy podczas prowadzenia.

        Co robić? Oczywiście poza tym, aby się wysypiać?

        Po pierwsze, jeździć bardzo ostrożnie – o ile już jedziemy, bo jechać musimy – trzeba zdawać sobie sprawę,  że nie jesteśmy królem szos, mamy ograniczone reakcje, jedziemy więc bardzo przepisowo i ostrożnie. Dotyczy to zwłaszcza sytuacji, kiedy np. mieliśmy jakieś zdarzenia losowe (pogrzeb), mamy małe dzieci, musimy wstawać w nocy do starego człowieka albo dziecka – nawet jeśli zaliczyliśmy godzinowo trochę snu, to poprzez jego poszatkowanie nie jesteśmy wypoczęci.

        Po drugie, starajmy się przespać. – 15-20-minutowa drzemka działa cuda. Jeśli jesteśmy w dłuższej podróży, zatrzymujmy się co 160 km „na sikanie”.

        Po trzecie, przy pierwszej nadarzającej się okazji trzeba się odespać. Jak ognia unikamy godzin nadrannych, kiedy zazwyczaj mamy głęboką fazę snu.

        Jak rozpoznać, że musimy się zatrzymać? Pierwszy sygnał: brak uwagi, dekoncentracja, odpływanie myślą; drugi, gdy nam głowa opada. Przy pierwszym sygnale szukamy parkingu i idziemy spać. Zasada jest taka, że drugiego sygnału może już nie być, dlatego niezależnie od tego, co mamy na głowie i jak bardzo się spieszymy, kiedy wstaniemy po drzemce, świat nadal będzie się kręcił, kiedy zaś pojedziemy bez drzemki, może się dla nas i być może kilku innych osób przestać kręcić.

        Kawa, kofeina, to tylko działa chwilowo, trzeba po prostu dać się zresetować wewnętrznej chemii organizmu, i nic tego lepiej nie zrobi niż drzemka. Na własny użytek odkryłem kiedyś spanie w bagażniku – to znaczy złożyłem w osobówce tylne siedzenia, rozwinąłem kocyk i na skos byłem w stanie rozłożyć nogi do końca bagażnika – spanie na płasko jest o wiele lepsze niż w fotelu, ale każde kimanie jest dobre. Nie lekceważmy tego, bo tu chodzi o życie.
 

       Na co uczula Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 25 listopad 2016 14:56

Zimowa, ale jaka?

        Wszyscy nas tu straszą, że idzie mroźna zima, że będzie wreszcie po kanadyjsku, czyli śnieżnie i mroźno, po raz kolejny więc przypomnę, żeby przy pierwszej lepszej okazji oswoić się ze ślizganiem na jakimś placyku, przypomnę też, żeby zawsze odśnieżać cały samochód – po to, by widzieć i nikomu śniegiem z naszego auta nie sypać, a także żeby wozić coś ciepłego do ubrania i opaski lub łańcuchy na koła. Aha, i jeszcze jedno, gdyby nas zasypało w zaspie, to trzeba wyłączyć traction control, bo inaczej nic z naszego wygramolania się nie będzie.

        To tak w skrócie, niedawno zaś w wheels.ca znalazłem zestawienie najlepszych opon zimowych...

        Powiem tak, w normalnych warunkach opony wielosezonowe całkowicie wystarczają, zwłaszcza jeśli mieszkamy w mieście, gdzie ulice są często odśnieżane. Jeśli wiemy, jak jeździć, mamy sporo bieżnika na całorocznych oponach, no to nic nam nie będzie. Oczywiście, opony zimowe są lepsze na zimę, bo robione ze specjalnej gumy, która nie twardnieje tak łatwo w niskich temperaturach, przez co mają większą przyczepność, ale nie przesadzajmy...

        Aby być uczciwym, powiem, że owszem, jeżdżę na zimowych, ale tak się akurat złożyło. Jeśli lubimy jeździć dynamicznie i musimy jeździć w każdych warunkach, bo np. pracujemy samochodem, opony zimowe to konieczność, jeśli w trudnych warunkach stać nas na to, aby nie wyjeżdżać, no to możemy się zastanawiać.

        Kiedy stare opony zimowe wymienić na nowe? Jeśli do opony włożymy quartera nosem karibu do dołu i będziemy widzieć nos, to opona jest do wymiany – to tak na oko. Nie zapominajmy też o przekładaniu opon przód – tył dla równego zdzierania się – chyba że ktoś ma inne na przodzie i inne na tyle.

        Jakie zatem opony kupić, by wiedzieć, że mamy coś, co na rynku jest najlepsze? Oto propozycja dla samochodów osobowych i vanów (dla SUV-ów jest nieco inna).

1. Michelin X-Ice Xi3

        Te opony osiągały najlepsze rezultaty w testach przeprowadzanych przez Canadian Tire. Flex-Ice – składnik opatentowany przez Michelina, zachowuje nieprawdopodobną elastyczność w niskich temperaturach. Michelin jest pionierem rozwoju opon zimowych i jego opony mają też dobre inne charakterystyki, jak komfort czy zdzieranie.

2. Barum Polaris 3

        Tańsza od michelinów, trwała, o niskich oporach toczenia, gwarantuje niższe zużycie paliwa, doskonałe właściwości hamowania.

3. Glislaved Nord Frost 100

        Superopona na śnieg – fabryczna opona zimowa Volvo, a więc marki ze śnieżnej Szwecji. Made in Sweden gwarantuje bardzo dobrą charakterystykę przyczepności w każdych warunkach i komfortową, cichą jazdę.

4. Bridgestone Blizzak WS80

        Doskonała stabilizacja podczas jazdy, dobra charakterystyka pracy opony w każdych warunkach zalecana do codziennych dojazdów w zróżnicowanych warunkach, na suchej, mokrej, lodowej czy śnieżnej nawierzchni. Zalecana opona zimowa Bridgestone.

5. Pirelli Ice Zero FR

        Doskonała na autostrady, cicha, oferuje doskonałą kontrolę również przy większych prędkościach.

No to mniej więcej jest z czego wybrać, o czym informuje

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
poniedziałek, 21 listopad 2016 22:05

Moja polska panda

        Pisałem już jakiś czas temu o pożyczaniu samochodu w Europie, tym razem będzie praktyka.

        Po pierwsze, zastanówmy się, czy my rzeczywiście potrzebujemy mieć samochód. W wielu polskich miastach działa sprawna komunikacja miejska, w tym ekspresy. Gdy zaś potrzebujemy dojechać do czegoś mniejszego, to praktycznie wszędzie możemy to zrobić busem.

        Jeśli jednak uznamy, że auto jest  nam niezbędne, to wówczas pozostaje do ustalenia kilka priorytetów, typu na jak długo i jakiej pojemności.

        W moim przypadku zdecydowałem się na coś absolutnie najmniejszego i był to fiat panda. Ceny rzeczywiście są przystępne, zwłaszcza jeśli robimy rezerwację zza oceanu. Niekoniecznie też musimy odbierać samochód na lotnisku, w wielu wypadkach możemy go mieć tam, gdzie chcemy.

        Sprawy formalne – to konieczność posiadania międzynarodowego prawa jazdy (tak, tak, proszę nie zapomnieć, bo wyrabia się u nas na miejscu, w Kanadzie), a także kwestia rozszerzonego ubezpieczenia. Tu proszę zobaczyć, czy czasem jakaś posiadana karta kredytowa nie daje nam tej możliwości. Warto zadzwonić i upewnić się, abyśmy wiedzieli dokładnie, co mamy w razie nieszczęśliwego zdarzenia robić.

        Kolejna historia to zaopatrzenie się w GPS. W moim przypadku był to kanadyjski smartfone z wyłączoną funkcją „data” i aplikacją HERE We Go. Sprawdzało się to znakomicie. Na dodatek, aplikacja ta pozwala na zładowanie mapy Polski na kartę SD telefonu i prócz głosowej nawigacji samochodowej oferuje nawigację per pedes, czyli komunikacją miejską – mówi, jakimi tramwajami i autobusami dojechać. Z Toronto wziąłem więc sobie zasilanie telefonu kablem z zapalniczki oraz uchwyt na szybę i cała Polska stanęła przede mną otworem. Jedna uwaga, trzeba uważać na ograniczenia prędkości, ponieważ nie wszystkie są wprogramowane w HERE i zdarzało się, że GPS sądził, iż jest 50 km/h, a było 70 km/h lub odwrotnie. To jednak drobiazg.

        Moja panda – co było niejakim zaskoczeniem – okazała się być samochodem 7-letnim z wysokim przebiegiem. Mimo to była czysta i zadbana. Mankamenty? No cóż, jest to typowy mały europejski samochód miejski, przy którym, aby normalnie dynamicznie jeździć, trzeba namachać się biegami – panda od 0 do 100 km/h rozpędza się w... 20 sekund. Nie są to osiągi pozwalające na bezpieczne wyprzedzanie w wielu sytuacjach. Ale jeśli damy sobie na uspokojenie i pogodzimy, że na polskiej autostradzie trudno będzie nam tym wozem przekroczyć maksymalną prędkość, to wszystko będzie OK. W klasie najtańszych samochodów taka jest bowiem reguła. Poza tym, do takiej pandy wejdą cztery osoby i trochę bagażu – nie ma co narzekać.

        Inna rzecz, uważajmy na fotoradary oraz przejrzyjmy choć raz polskie przepisy, aby wiedzieć, jak zachować się na wszechobecnych rondach oraz czy na czerwonym świetle można skręcać w prawo.

        Oczywiście, piszę tutaj o samochodzie z ręczną skrzynią biegów. Zakładam, że my, ludzie starej daty, to potrafimy, a naprawdę warto zachęcić juniora czy żonę, by umiejętność zmiany biegów posiedli w stopniu co najmniej dostatecznym. Ameryka przestaje być pępkiem świata, a „zwykłe” „standardy” to norma na wszystkich innych kontynentach. Jakoś tak się składa, że wypożyczalni samochodów namnożyło się nam w Polsce jak grzybów po deszczu i konkurencja jest spora. Proszę zresztą zobaczyć reklamy na stronach „Gońca”. Każdy z pewnością znajdzie coś dla siebie. Oczywiście, odbierając auto, trzeba zrobić obchód, wskazując na wszystkie problematyczne elementy, jak otarcia czy odpryski. Całkiem niezłym rozwiązaniem jest sfilmowanie całego obchodu na komórkę, po to by nikt nam nie wmawiał później dziecka w brzuch. Standardowo też oddając auto, tankujemy do pełna, bo w przeciwnym razie doliczą nam za tankowanie nie tylko cenę samej benzyny.

        Podsumowując, wypożyczenie auta nie jest drogie, ale warto się zastanowić, czy potrzebny nam taki zawrót tylnego siedzenia, tym bardziej że jednak polskie jeżdżenie jest nieco inne od naszego, co dodatkowo powoduje stres. Jeśli więc chcemy odwiedzać kraj na luzie, a przy tym od czasu do czasu raczyć się wspaniałymi wiktuałami podlanymi równie wspaniałymi polskimi trunkami, to po co nam ten czterokołowy ból głowy.

O czym szczerze powiadamia
Wasz Sobiesław
       

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 04 listopad 2016 17:11

Radość z auta zimą

        OK. Idzie zima. To widać, słychać i czuć. Zazwyczaj jest to czas, kiedy dużo mówi się o przygotowaniu samochodu. No bo – wiadomo, opony zimowe, wycieraczki – dobrze też wymienić filtry, ustawić zbieżność kół. Najważniejsze jednak, abyśmy do zimowego jeżdżenia przestawili się mentalnie. Zimą nie ma się po co i gdzie spieszyć, czas zimowy to przede wszystkim czas wyluzowania się; najważniejsze, żebyśmy szczęśliwie dojechali z punktu A do B.

        Prócz przygotowania auta warto też pamiętać o kilku prostych zasadach – wyjeżdżać wcześniej, dawać sobie trochę więcej czasu, trochę rozgrzewać silnik (tak, tak, wiem, że zaraz na mnie ktoś za to naskoczy, ale ja rozgrzewam, po to m.in., aby z nawiewów zaczęło lecieć deczko ciepłe powietrze i zeszło zamglenie z szyb, żeby człowiek przyjemniej mógł się w samochodzie rozsiąść i rozkutać z jakichś szalików, czapek, rękawiczek). O usuwaniu śniegu nie wspominam, bo już o tym kiedyś pisałem. Ważne też, aby mieć benzynę w baku, czyli tankować, gdy mamy ok. 1/3 baku, Dlaczego? Bo gdy zimą gdzieś utkniemy a będzie minus trzydzieści, to będziemy bardzo niepocieszeni, jeśli skończy nam się paliwo.

        Warto też wozić zimą łańcuchy na koła albo plastykowe paski na opony, które pozwolą nam wydobyć się z zaspy czy rowu. Dobrze też wozić ze sobą zwykłą linę, która pomoże nam samemu wykaraskać się z opresji. Zasada działania jest bardzo prosta – uczyli tego na lekcjach fizyki w polskiej szkole podstawowej. Działa to tak, że przywiązujemy linę do samochodu, następnie okręcamy wokół drzewa, betonowego słupa czy bariery i napinamy z całych sił. Gdy lina jest napięta ciągniemy lub pchamy ją w bok (jak cięciwę łuku). To zwielokrotnia naszą siłę i samochód nieco nam podjedzie – blokujemy go w nowym miejscu, ponownie naciągamy linę na słupie czy drzewie i powtarzamy manewr. Jeśli mamy do pomocy drugą osobę, możemy próbować użyć silnika, aby koła przy naszym podciąganiu się ślizgały czy buksowały. Pracując w ten sposób systematycznie, możemy wciągnąć auto z powrotem na drogę czy wykopać się z zaspy.

lina auto

        To za miastem, gdy nie będzie miał kto nam pomóc. Ale o taką sytuację wcale nietrudno.

        Natomiast rzeczą NAJWAŻNIEJSZą jest zabranie do samochodu jakiejś ciepłej kufai, szalika albo komina, grubych i ciepłych rękawic, starych butów zimowych. Często zdarza się bowiem tak, że zimą jeździmy lekko ubrani. Ot, wskakujemy do samochodu, żeby gdzieś tam podjechać, na zasadzie „zaraz wracam”. I dlatego, kiedy nagle będziemy mieć choćby stłuczkę, to możemy jak ten palant stać w kusym sweterku podczas zamieci. Widziałem takie sytuacje na drodze. Dlatego rzecz pierwsza – wozimy zawsze ze sobą ciepłe łachy  i buty. Wystarczy, że otworzymy bagażnik przez tylne siedzenie,  założymy czapkę, rękawiczki  i jakąś kurtkę, a już życie wyda się nam nie takie straszne. W Canadian Tire czy w amazonie można też kupić wiele chemicznych rozgrzewaczy, które stanowić będą świetne uzupełnienie naszego zapasowego ubranka. Można nimi rozgrzewać dłonie albo wsadzić do butów. W zwykłych wypadkach uratują nas od choroby, w niezwykłych od śmierci.

        I kolejna sprawa – gumowe dywany heavy duty – uchronią wykładzinę podłogową przed permanentnym zimowym zawilgoceniem, a przy okazji podłożone pod koła napędowe mogą pomóc wykopać się ze śniegu.

        Pamiętajmy, jest zima, ma być zimno. Z tym się da żyć, tylko nie można tego lekceważyć, zwłaszcza na drodze. Przy pierwszym śniegu zobaczmy zaś, jak nasze cztery koła zachowują się w poślizgu, aby przy pierwszym lepszym uślizgnięciu się koła nie reagować jak jakiś kicaj w światłach reflektorów, lecz potrafić zgrabnie wykręcić się z poślizgu. Mała rzecz, a być może uratuje życie.

        O czym zapewnia radośnie, czekając na pierwszy śnieg

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 08 wrzesień 2016 23:34

Kamera na stałe

        Pisałem w ubiegłym tygodniu o kamerach do samochodów. Dzisiaj tylko małe uzupełnienie, że większość tych urządzeń ma być podłączana do gniazda zapalniczki, czym je skutecznie blokuje, uniemożliwiając na przykład jednoczesne ładowanie telefonu komórkowego czy tabletu.

        Na dodatek, część samochodów ma prąd w tym gnieździe niezależnie od pozycji kluczyka, co oznacza, że kamerka pracuje nam cały czas na okrągło i może wydatnie „pomóc” w rozładowaniu akumulatora.  Z drugiej strony, niektóre kamery mają pracować na okrągło, by na przykład rejestrować parkingowych wandali – kamery włączane są przez obecność ruchu w kadrze, a więc stały dopływ prądu byłby wskazany.

        Jest więc o czym pomyśleć.

        Rozwiązaniem najbardziej wygodnym jest podłączenie zasilania kamery na stałe do systemu elektrycznego samochodu. Możemy to zrobić na własną rękę, ale powinniśmy uważać, bo w niektórych modelach takie grzebanie przy elektryce może się zakończyć pomieszaniem w głowie samochodowej elektronice pokładowej.

        Jednym z najprostszych sposób podłączenia na stałe jest podłączenie do puszki z bezpiecznikami. Wtykamy w bezpiecznik odpowiedniego obwodu – np. radia – specjalny adapter – do kupienia za grosze na amazonie – i stamtąd ciągniemy kabelek do reduktora napięcia – większość kamer jest zasilana prądem 5 V na wtyku USB, a więc musimy zredukować napięcie z 12 woltów do 5 i do tego służy zestaw, jaki również na amazonie możemy sobie kupić za ok. 10 dol. Oczywiście umieszczenie kamerki i droga poprowadzenia kabla zależą od typu samochodu. Są ludzie, którzy prowadzą od razu kable od dwóch kamer; jednej z przodu, drugiej z tyłu. Idea jest tutaj taka, aby o tych urządzeniach „zapomnieć”, a były one uruchamiane na zasadzie samochodowej czarnej skrzynki (bo wiele kamer posiada moduł GPS i rejestruje także prędkość oraz pozycję) w momencie włączenia kluczyka i wyłączane w momencie unieruchomienia silnika.

        Możemy podpiąć nasz nowy obwód albo pod bezpiecznik obwodu, który cały czas jest pod prądem, jak na przykład zamki, albo jak wspomniane radio dostaje prąd po przekręceniu kluczyka w stacyjce.

        Można to więc tak ładnie przeprowadzić, że kamera będzie nam działać cały czas, a przypomnimy sobie o niej, gdy stanie się potrzebna. Filmy nagrywane zaś będą na okrągło.

        Na rynku jest coraz więcej bardzo dobrej jakości kamer i coraz więcej kierowców ich używa. Paradoksalnie, spotkałem się z opinią, że w rezultacie ich użycia mogą wzrosnąć... składki ubezpieczeniowe.

        Powód? Obecnie w wielu wypadkach niepewnych ubezpieczalnie nie rozstrzygają o winie i ubezpieczenie ubezpieczyciela A płaci za szkody A, a B za szkody B. Efekt jest taki, że ludzie często nie zgłaszają do ubezpieczenia swych szkód, aby nie podnieśli im składek.

        Tymczasem kamerki pozwalają na wskazanie winnego również np. w przypadku stłuczek na parkingach – możliwe jest odczytanie tablicy rejestracyjnej – i wówczas  płaci ubezpieczenie winnego, a więc osoba poszkodowana nie ma żadnych oporów, aby zgłaszać szkodę – co za tym idzie, takich zgłoszeń może być więcej niż dzisiaj.

        Tak czy owak, kamerki podłączone do GPS wyposażone w mikrofony zmieniają atmosferę na sali sądowej, bo sędziowie coraz częściej uznają nakręcony materiał – zwłaszcza gdy jest opatrzony wszystkimi sygnaturami – jak czas wzięty z GPS i lokalizacja – jako dowód.

        Jest to jeszcze jeden powód, byśmy sobie taki wihajster jednak zamontowali na stałe w naszym aucie.

        Do czego z ciężkim sercem namawia Wasz Sobiesław.
       

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 02 wrzesień 2016 14:47

Bez kamery ani rusz

        Jak już wielokrotnie pisałem, od 1 września weszły w życie w Ontario nowe przepisy drogowe. Dotyczą pięciu rzeczy:
        – nieuważnego prowadzenia spowodowanego obsługiwaniem podczas jazdy różnych gadżetów (distracted driving); mandat wzrasta  z 200 dol. do 1000 dol., rośnie też liczba punktów, jakie utracimy z prawa jazdy. Posiadacze praw jazdy G1 i G2 mogą mieć od ręki zatrzymany dokument;        

        – rowerzystów; kierowcy muszą mijać rower co najmniej w odległości metra, wzrasta również mandat za otwarcie drzwi wprost przed nadjeżdżającym rowerzystą – z 300 dol. do 1000 dol. i 3 pkt z prawa jazdy;

        – mijania pojazdów uprzywilejowanych. Prawo, które do tej pory dotyczyło jedynie wozów policji, od 1 września obejmuje wszystkich „kogutowców” włącznie z pojazdami pomocy drogowej z włączonymi żółtymi migającymi światłami. Musimy im zostawić wolny cały jeden pas ruchu, albo – jeśli to niemożliwe, zwolnić do bezpiecznej prędkości. Za niesubordynację zapłacimy w tym wypadku 490 dol. i utracimy 3 pkt z prawa jazdy;

        – oznakowanych światłami przejść dla pieszych, a także przejść „przyszkolnych” – będziemy musieli czekać, aż pieszy zejdzie z jezdni – do tej pory mogliśmy jechać już wówczas, gdy przekroczył oś jezdni;

        – narkotyków; osoby podkręcające się za kółkiem przy pomocy farmakologicznej będą tak samo traktowane jak pijani kierowcy – z zatrzymaniem samochodu na tydzień włącznie.

        To tylko tak dla przypomnienia. Najważniejsze jest w tym to, że nowe przepisy coraz częściej są nieprecyzyjne i uznaniowe. No bo kto to pomierzy, czy między nami a rowerzystą było metr dwadzieścia, czy 90 cm? Kto sprawdzi, czy ruszyliśmy na przejściu, gdy przechodzień dotykał tylko chodnika, czy też gdy był na nim całą stopą. Dlatego jednym z najważniejszych urządzeń motoryzacyjnych, o jakich powinniśmy dzisiaj pomyśleć, jest dashboard camera – czyli niewielka kamerka przyczepiana do przedniej szyby, która pozwala w systemie zamkniętym filmować drogę. Jest to bardzo dobre ubezpieczenie, bo w większości sytuacji jesteśmy w samochodzie sami, a o świadków trudno. Wystarczy, że druga strona, zdarzenia drogowego, mimo że winna, ma kłamcę świadka (o co nietrudno), a już jesteśmy ugotowani.

        Chyba że mamy materiał dowodowy w postaci wysokiej jakości nagrania wideo...

        Oczywiście, że każdy film wideo można kłamliwie wyedytować, ale zawsze jest to bardzo poważna pomoc w sądzie.

        Kilka przykładów.

        Nie tak dawno zorganizowani gangsterzy wyłudzali wielkie pieniądze od ubezpieczeń za uszkodzenie kręgów szyjnych, aranżując wypadki na autostradach. Polegało to na tym, że niczego nie podejrzewając, zatrzymywaliśmy się w korku za samochodem, w którym siedziało dwóch niespokrewnionych facetów. A ten nagle pełnym gazem ruszał do tyłu i walił nas w maskę. Kierowca i pasażer twierdzili zgodnie, że to my w nich wjechaliśmy, gdyż nie zdążyliśmy wyhamować. Dalsza część oszustwa wyglądała tak, że zaprzyjaźnieni z przestępcami medycy wystawiali fałszywe zaświadczenia o urazie, a nasze ubezpieczenie płaciło na leczenie u różnych podstawionych kręgarzy i zabiegowców.

        Sprawa została nagłośniona, gdy jedna z ofiar umieściła na YouTube film z kamerki – policja wreszcie się zainteresowała.

        W innym przypadku, ewidentnie niewinny facet oskarżony został o wjechanie na czerwonym świetle i spowodowanie wypadku. Gdyby nie miał filmiku z kamery, na którym widać, jak skręcająca w lewo kobieta wjeżdża w niego z dużą prędkością, pewnie by nieźle popłynął.

        Na marginesie można dodać, że jeśli na żywo uchwycimy na kamerkę jakiś niezwykły moment drogowy, to możemy na tym sporo zarobić, udostępniając go na YouTube.

        Ale tak naprawdę najważniejsze jest nasze bezpieczeństwo (finansowe), żeby nikt nas w biały dzień nie wyzyskiwał, oszukiwał i doił jak mleczną krowę.

        Dlatego Drogi Czytelniku – kamerka w dzisiejszych czasach oszustw i kłamstw to rzecz bezcenna.

        A jaką kupić?

        Dobrą – nie oszczędzajmy na tym, bo chodzi tu o sprawę poważną, a więc przede wszystkim wysokiej rozdzielczości i posiadającą dobre możliwości nagrywania w nocy. Dobra rozdzielczość pozwoli choćby odczytać tablice rejestracyjne – druga rzecz, duża liczba FPS, czyli klatek na sekundę, to ważne przy rejestracji ruchu – im lepsza jakość obrazu, tym lepiej.

        Druga sprawa to pole widzenia, w większości sytuacji nie mamy, dzięki Bogu, do czynienia z czołowym zderzeniem, tylko ktoś nam coś robi z boku, dlatego dobrze jest mieć 170-stopniowe pole widzenia – albo nawet dwie kamerki, jedną do przodu, drugą do tyłu – można takie kupić zmontowane w jednym urządzeniu.

        Powinny też włączać się bez naszego udziału, tak byśmy o całej rzeczy po prostu zapomnieli. Pamiętać natomiast powinniśmy o częstym myciu szyby, zwłaszcza zimą, zwłaszcza od środka.        

        Nie będę polecał konkretnych modeli – pozostawię Państwu przyjemność zrobienia kwerendy googlowej na hasło „the best dashboard cameras 2016”.

        No i bądźmy mądrzy przed szkodą. Jeśli ktoś nam wmówi winę za niepopełnione wykroczenie drogowe lub wypadek, będziemy to latami spłacać w postaci wyższych składek ubezpieczeniowych, o nerwach nie wspominając.

– o czym Państwa zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 19 sierpień 2016 15:24

Demon prędkości

        W ubiegłym tygodniu, pisząc o samochodowych wojażach po Europie, wspomniałem o braku ograniczenia prędkości na niemieckich autobahnach. Okazuje się, że nie tylko w Niemczech można jeździć szybko, a – co ciekawe – w grupie krajów, gdzie na autostradach można nieco depnąć gazu, znajdują się również Polska i Bułgaria z limitem 140 km/h.

        Brak ograniczenia prędkości na drodze nie oznacza, że można jeździć z prędkością maksymalną samochodu. Nie wprowadzając limitu, prawodawca wierzył po prostu w ludzki zdrowy rozsądek i uznawał, że czegoś takiego jak bezpieczeństwa nie można zapewnić przepisami. Dlatego niemiecki kodeks drogowy stwierdza we wstępie, że prędkość powinna być dostosowana do warunków drogowych i możliwości zachowania  pełnej kontroli nad pojazdem, uwzględniając jego ładunek, charakterystykę etc. Podobna klauzula jest w amerykańskim prawie drogowym, określana jako „basic rule”.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 12 sierpień 2016 15:12

Ahoj przygodo! Urlop w Europie

        Lato co prawda powoli chyli się ku jesieni, zagraniczne wojaże wielu z nas ma już za sobą, ale nie zawadzi przypomnieć rzeczy ważne, o których należy pamiętać, wyjeżdżając do krajów mniej lub bardziej obcych i pożyczając tam samochody.

        Tak się bowiem składa, że nie należy dać się zwieść pozorom i zakładać, że wszystko wygląda tak samo lub podobnie jak na tutejszym kontynencie.

        1. Pierwsza sprawa to prawo jazdy. Do Europy, w tym do Polski, trzeba jechać z wykupionym międzynarodowym prawem jazdy (o ile nie posiadamy polskiego). Jest to dokument wydawany od ręki na podstawie naszego prawa jazdy w biurach CAA i kosztuje 25 dol., o ile mamy dwa zdjęcia paszportowe, jakie należy dołączyć. Jeśli ich nie mamy, zrobią je nam na miejscu za opłatą.  Sprawa jest o tyle ważna, że jeśli takiego dokumentu nie posiadamy, a legitymujemy się wyłącznie kanadyjskim prawem jazdy, miejscowa policja może uznać, że prowadzimy pojazd, nie posiadając uprawnień, co wiąże się z wieloma kłopotami.

Opublikowano w Moto-Goniec

        Dzisiaj coś o holowaniu czy też mówiąc „po naszemu” tołowaniu. Latem - ale nie tylko - przychodzi ochota, by podwieźć coś na cottage w przyczepce bagażowej, podczepić przyczepę kempingową albo namiotową, czy choćby podpiąć wózek ze skuterem wodnym.

        Wszystko to wymaga haka, ale zanim zabierzemy się za kupowanie i montowanie czegokolwiek warto dowiedzieć się ile możemy wziąć na hol. To zaś zależy od tonażu naszego pojazdu oraz mocy silnika.

        Jeśli rzeczywiście, myślimy o czymś dużym i mamy sporego pick-pa warto dowiedzieć się, ile wynosi jego rating GVWR - czyli Gross Vehicke Weight Rating; jaka jest jego maksymalna dopuszczalna ładowność - licząc w tym ładunek w samym aucie oraz obciążenie na haku. A to różni się nawet w tej samej grupie modeli. Inny wskaźnik to GAWR Gross Axle Weight Rating - czyli, ile wynosi dopuszczalne obciążenie na oś, a wszystko to razem pozwoli ustalić GCWR czyli Gross Combined Weight Rating, a to określa, ile mogą maksymalnie ważyć pojazd plus pasażerowie, plus ładunek. Przeciążenie może bardzo znacząco utrudnić kierowani, powodować kłopoty z hamowaniem i w konsekwencji prowadzić do wypadku. Być może nawet opłaca się z naszym składem zajechać na wagę, aby mieć pewność, że wszystko jest w granicach limitów, a my sami mamy uprawnienia, by tym powozić.

Opublikowano w Moto-Goniec