Goniec

Register Login

czwartek, 08 wrzesień 2016 23:34

Kamera na stałe

        Pisałem w ubiegłym tygodniu o kamerach do samochodów. Dzisiaj tylko małe uzupełnienie, że większość tych urządzeń ma być podłączana do gniazda zapalniczki, czym je skutecznie blokuje, uniemożliwiając na przykład jednoczesne ładowanie telefonu komórkowego czy tabletu.

        Na dodatek, część samochodów ma prąd w tym gnieździe niezależnie od pozycji kluczyka, co oznacza, że kamerka pracuje nam cały czas na okrągło i może wydatnie „pomóc” w rozładowaniu akumulatora.  Z drugiej strony, niektóre kamery mają pracować na okrągło, by na przykład rejestrować parkingowych wandali – kamery włączane są przez obecność ruchu w kadrze, a więc stały dopływ prądu byłby wskazany.

        Jest więc o czym pomyśleć.

        Rozwiązaniem najbardziej wygodnym jest podłączenie zasilania kamery na stałe do systemu elektrycznego samochodu. Możemy to zrobić na własną rękę, ale powinniśmy uważać, bo w niektórych modelach takie grzebanie przy elektryce może się zakończyć pomieszaniem w głowie samochodowej elektronice pokładowej.

        Jednym z najprostszych sposób podłączenia na stałe jest podłączenie do puszki z bezpiecznikami. Wtykamy w bezpiecznik odpowiedniego obwodu – np. radia – specjalny adapter – do kupienia za grosze na amazonie – i stamtąd ciągniemy kabelek do reduktora napięcia – większość kamer jest zasilana prądem 5 V na wtyku USB, a więc musimy zredukować napięcie z 12 woltów do 5 i do tego służy zestaw, jaki również na amazonie możemy sobie kupić za ok. 10 dol. Oczywiście umieszczenie kamerki i droga poprowadzenia kabla zależą od typu samochodu. Są ludzie, którzy prowadzą od razu kable od dwóch kamer; jednej z przodu, drugiej z tyłu. Idea jest tutaj taka, aby o tych urządzeniach „zapomnieć”, a były one uruchamiane na zasadzie samochodowej czarnej skrzynki (bo wiele kamer posiada moduł GPS i rejestruje także prędkość oraz pozycję) w momencie włączenia kluczyka i wyłączane w momencie unieruchomienia silnika.

        Możemy podpiąć nasz nowy obwód albo pod bezpiecznik obwodu, który cały czas jest pod prądem, jak na przykład zamki, albo jak wspomniane radio dostaje prąd po przekręceniu kluczyka w stacyjce.

        Można to więc tak ładnie przeprowadzić, że kamera będzie nam działać cały czas, a przypomnimy sobie o niej, gdy stanie się potrzebna. Filmy nagrywane zaś będą na okrągło.

        Na rynku jest coraz więcej bardzo dobrej jakości kamer i coraz więcej kierowców ich używa. Paradoksalnie, spotkałem się z opinią, że w rezultacie ich użycia mogą wzrosnąć... składki ubezpieczeniowe.

        Powód? Obecnie w wielu wypadkach niepewnych ubezpieczalnie nie rozstrzygają o winie i ubezpieczenie ubezpieczyciela A płaci za szkody A, a B za szkody B. Efekt jest taki, że ludzie często nie zgłaszają do ubezpieczenia swych szkód, aby nie podnieśli im składek.

        Tymczasem kamerki pozwalają na wskazanie winnego również np. w przypadku stłuczek na parkingach – możliwe jest odczytanie tablicy rejestracyjnej – i wówczas  płaci ubezpieczenie winnego, a więc osoba poszkodowana nie ma żadnych oporów, aby zgłaszać szkodę – co za tym idzie, takich zgłoszeń może być więcej niż dzisiaj.

        Tak czy owak, kamerki podłączone do GPS wyposażone w mikrofony zmieniają atmosferę na sali sądowej, bo sędziowie coraz częściej uznają nakręcony materiał – zwłaszcza gdy jest opatrzony wszystkimi sygnaturami – jak czas wzięty z GPS i lokalizacja – jako dowód.

        Jest to jeszcze jeden powód, byśmy sobie taki wihajster jednak zamontowali na stałe w naszym aucie.

        Do czego z ciężkim sercem namawia Wasz Sobiesław.
       

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 02 wrzesień 2016 14:47

Bez kamery ani rusz

        Jak już wielokrotnie pisałem, od 1 września weszły w życie w Ontario nowe przepisy drogowe. Dotyczą pięciu rzeczy:
        – nieuważnego prowadzenia spowodowanego obsługiwaniem podczas jazdy różnych gadżetów (distracted driving); mandat wzrasta  z 200 dol. do 1000 dol., rośnie też liczba punktów, jakie utracimy z prawa jazdy. Posiadacze praw jazdy G1 i G2 mogą mieć od ręki zatrzymany dokument;        

        – rowerzystów; kierowcy muszą mijać rower co najmniej w odległości metra, wzrasta również mandat za otwarcie drzwi wprost przed nadjeżdżającym rowerzystą – z 300 dol. do 1000 dol. i 3 pkt z prawa jazdy;

        – mijania pojazdów uprzywilejowanych. Prawo, które do tej pory dotyczyło jedynie wozów policji, od 1 września obejmuje wszystkich „kogutowców” włącznie z pojazdami pomocy drogowej z włączonymi żółtymi migającymi światłami. Musimy im zostawić wolny cały jeden pas ruchu, albo – jeśli to niemożliwe, zwolnić do bezpiecznej prędkości. Za niesubordynację zapłacimy w tym wypadku 490 dol. i utracimy 3 pkt z prawa jazdy;

        – oznakowanych światłami przejść dla pieszych, a także przejść „przyszkolnych” – będziemy musieli czekać, aż pieszy zejdzie z jezdni – do tej pory mogliśmy jechać już wówczas, gdy przekroczył oś jezdni;

        – narkotyków; osoby podkręcające się za kółkiem przy pomocy farmakologicznej będą tak samo traktowane jak pijani kierowcy – z zatrzymaniem samochodu na tydzień włącznie.

        To tylko tak dla przypomnienia. Najważniejsze jest w tym to, że nowe przepisy coraz częściej są nieprecyzyjne i uznaniowe. No bo kto to pomierzy, czy między nami a rowerzystą było metr dwadzieścia, czy 90 cm? Kto sprawdzi, czy ruszyliśmy na przejściu, gdy przechodzień dotykał tylko chodnika, czy też gdy był na nim całą stopą. Dlatego jednym z najważniejszych urządzeń motoryzacyjnych, o jakich powinniśmy dzisiaj pomyśleć, jest dashboard camera – czyli niewielka kamerka przyczepiana do przedniej szyby, która pozwala w systemie zamkniętym filmować drogę. Jest to bardzo dobre ubezpieczenie, bo w większości sytuacji jesteśmy w samochodzie sami, a o świadków trudno. Wystarczy, że druga strona, zdarzenia drogowego, mimo że winna, ma kłamcę świadka (o co nietrudno), a już jesteśmy ugotowani.

        Chyba że mamy materiał dowodowy w postaci wysokiej jakości nagrania wideo...

        Oczywiście, że każdy film wideo można kłamliwie wyedytować, ale zawsze jest to bardzo poważna pomoc w sądzie.

        Kilka przykładów.

        Nie tak dawno zorganizowani gangsterzy wyłudzali wielkie pieniądze od ubezpieczeń za uszkodzenie kręgów szyjnych, aranżując wypadki na autostradach. Polegało to na tym, że niczego nie podejrzewając, zatrzymywaliśmy się w korku za samochodem, w którym siedziało dwóch niespokrewnionych facetów. A ten nagle pełnym gazem ruszał do tyłu i walił nas w maskę. Kierowca i pasażer twierdzili zgodnie, że to my w nich wjechaliśmy, gdyż nie zdążyliśmy wyhamować. Dalsza część oszustwa wyglądała tak, że zaprzyjaźnieni z przestępcami medycy wystawiali fałszywe zaświadczenia o urazie, a nasze ubezpieczenie płaciło na leczenie u różnych podstawionych kręgarzy i zabiegowców.

        Sprawa została nagłośniona, gdy jedna z ofiar umieściła na YouTube film z kamerki – policja wreszcie się zainteresowała.

        W innym przypadku, ewidentnie niewinny facet oskarżony został o wjechanie na czerwonym świetle i spowodowanie wypadku. Gdyby nie miał filmiku z kamery, na którym widać, jak skręcająca w lewo kobieta wjeżdża w niego z dużą prędkością, pewnie by nieźle popłynął.

        Na marginesie można dodać, że jeśli na żywo uchwycimy na kamerkę jakiś niezwykły moment drogowy, to możemy na tym sporo zarobić, udostępniając go na YouTube.

        Ale tak naprawdę najważniejsze jest nasze bezpieczeństwo (finansowe), żeby nikt nas w biały dzień nie wyzyskiwał, oszukiwał i doił jak mleczną krowę.

        Dlatego Drogi Czytelniku – kamerka w dzisiejszych czasach oszustw i kłamstw to rzecz bezcenna.

        A jaką kupić?

        Dobrą – nie oszczędzajmy na tym, bo chodzi tu o sprawę poważną, a więc przede wszystkim wysokiej rozdzielczości i posiadającą dobre możliwości nagrywania w nocy. Dobra rozdzielczość pozwoli choćby odczytać tablice rejestracyjne – druga rzecz, duża liczba FPS, czyli klatek na sekundę, to ważne przy rejestracji ruchu – im lepsza jakość obrazu, tym lepiej.

        Druga sprawa to pole widzenia, w większości sytuacji nie mamy, dzięki Bogu, do czynienia z czołowym zderzeniem, tylko ktoś nam coś robi z boku, dlatego dobrze jest mieć 170-stopniowe pole widzenia – albo nawet dwie kamerki, jedną do przodu, drugą do tyłu – można takie kupić zmontowane w jednym urządzeniu.

        Powinny też włączać się bez naszego udziału, tak byśmy o całej rzeczy po prostu zapomnieli. Pamiętać natomiast powinniśmy o częstym myciu szyby, zwłaszcza zimą, zwłaszcza od środka.        

        Nie będę polecał konkretnych modeli – pozostawię Państwu przyjemność zrobienia kwerendy googlowej na hasło „the best dashboard cameras 2016”.

        No i bądźmy mądrzy przed szkodą. Jeśli ktoś nam wmówi winę za niepopełnione wykroczenie drogowe lub wypadek, będziemy to latami spłacać w postaci wyższych składek ubezpieczeniowych, o nerwach nie wspominając.

– o czym Państwa zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 19 sierpień 2016 15:24

Demon prędkości

        W ubiegłym tygodniu, pisząc o samochodowych wojażach po Europie, wspomniałem o braku ograniczenia prędkości na niemieckich autobahnach. Okazuje się, że nie tylko w Niemczech można jeździć szybko, a – co ciekawe – w grupie krajów, gdzie na autostradach można nieco depnąć gazu, znajdują się również Polska i Bułgaria z limitem 140 km/h.

        Brak ograniczenia prędkości na drodze nie oznacza, że można jeździć z prędkością maksymalną samochodu. Nie wprowadzając limitu, prawodawca wierzył po prostu w ludzki zdrowy rozsądek i uznawał, że czegoś takiego jak bezpieczeństwa nie można zapewnić przepisami. Dlatego niemiecki kodeks drogowy stwierdza we wstępie, że prędkość powinna być dostosowana do warunków drogowych i możliwości zachowania  pełnej kontroli nad pojazdem, uwzględniając jego ładunek, charakterystykę etc. Podobna klauzula jest w amerykańskim prawie drogowym, określana jako „basic rule”.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 12 sierpień 2016 15:12

Ahoj przygodo! Urlop w Europie

        Lato co prawda powoli chyli się ku jesieni, zagraniczne wojaże wielu z nas ma już za sobą, ale nie zawadzi przypomnieć rzeczy ważne, o których należy pamiętać, wyjeżdżając do krajów mniej lub bardziej obcych i pożyczając tam samochody.

        Tak się bowiem składa, że nie należy dać się zwieść pozorom i zakładać, że wszystko wygląda tak samo lub podobnie jak na tutejszym kontynencie.

        1. Pierwsza sprawa to prawo jazdy. Do Europy, w tym do Polski, trzeba jechać z wykupionym międzynarodowym prawem jazdy (o ile nie posiadamy polskiego). Jest to dokument wydawany od ręki na podstawie naszego prawa jazdy w biurach CAA i kosztuje 25 dol., o ile mamy dwa zdjęcia paszportowe, jakie należy dołączyć. Jeśli ich nie mamy, zrobią je nam na miejscu za opłatą.  Sprawa jest o tyle ważna, że jeśli takiego dokumentu nie posiadamy, a legitymujemy się wyłącznie kanadyjskim prawem jazdy, miejscowa policja może uznać, że prowadzimy pojazd, nie posiadając uprawnień, co wiąże się z wieloma kłopotami.

Opublikowano w Moto-Goniec

        Dzisiaj coś o holowaniu czy też mówiąc „po naszemu” tołowaniu. Latem - ale nie tylko - przychodzi ochota, by podwieźć coś na cottage w przyczepce bagażowej, podczepić przyczepę kempingową albo namiotową, czy choćby podpiąć wózek ze skuterem wodnym.

        Wszystko to wymaga haka, ale zanim zabierzemy się za kupowanie i montowanie czegokolwiek warto dowiedzieć się ile możemy wziąć na hol. To zaś zależy od tonażu naszego pojazdu oraz mocy silnika.

        Jeśli rzeczywiście, myślimy o czymś dużym i mamy sporego pick-pa warto dowiedzieć się, ile wynosi jego rating GVWR - czyli Gross Vehicke Weight Rating; jaka jest jego maksymalna dopuszczalna ładowność - licząc w tym ładunek w samym aucie oraz obciążenie na haku. A to różni się nawet w tej samej grupie modeli. Inny wskaźnik to GAWR Gross Axle Weight Rating - czyli, ile wynosi dopuszczalne obciążenie na oś, a wszystko to razem pozwoli ustalić GCWR czyli Gross Combined Weight Rating, a to określa, ile mogą maksymalnie ważyć pojazd plus pasażerowie, plus ładunek. Przeciążenie może bardzo znacząco utrudnić kierowani, powodować kłopoty z hamowaniem i w konsekwencji prowadzić do wypadku. Być może nawet opłaca się z naszym składem zajechać na wagę, aby mieć pewność, że wszystko jest w granicach limitów, a my sami mamy uprawnienia, by tym powozić.

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 07 lipiec 2016 20:59

Autka

Wiele razy pisałem już, że jak tak człowiek dobrze pomyśli, to za mniej niż 10 tys. może mieć całkiem porządne używane auto, komfortowe, a czasem nawet luksusowe; jeśli jednak upieramy się – nie przeczę, że czasem słusznie – by jeździć nowym samochodem z całą furą gwarancji na lata, to mamy też do wyboru całkiem przyjemne samochody w granicach 10 tys. dol. Trzeba tu jednak uważać, bo ceny są tak skonstruowane, że jeśli będziemy wybredni i dodawali opcje, to zamiast 10 zapłacimy 16 tysięcy. To dziesięć to jest raczej na wabia, bo jak się podliczy wszystkie podatki i opłaty, to ostatecznie wychodzi coś na kształt 13 tys. I tak jest to bardzo tanio.
Jednym z takich przyjemnych małych i tanich samochodów jest nissan micra wyposażony w 1,6-litrowy rzędowy silnik czterocylindrowy i pięciobiegową ręczną skrzynię biegów. Oczywiście, jest to auto „podstawowe”, bez elektrycznie otwieranych okien czy innych udogodnień. Gdy chcemy je mieć, musimy dopłacić – w wersji S dostaniemy klimatyzację, cruise control, w SV podgrzewane lusterka boczne, otwieranie na pilota i właśnie elektrycznie otwierane okna. Najdroższa, usportowiona micra SR ma dodatkowo światła przeciwmgielne, spoiler z tyłu, monitor tylnej jazdy i wtyk USB. No, ale wtedy cena podskakuje do ok. 15 tys.

Opublikowano w Moto-Goniec

        Jeżdżenie w klapkach, boso, wykładanie przez pasażera nóg pod przednią szybę, wszystko to są uroki lata w samochodzie. Problem w tym, że uroki bardzo niebezpieczne.

        Tak, to prawda, że dzisiejsze samochody prawie same się prowadzą, że w mroki ludzkiej niepamięci odeszły złowrogie pojęcia typu „pięta-gaz” czy męcząca jazda standardem w wielokilometrowych korkach nad morze. Dzisiaj nawet standardy nie uciekają do tyłu przy ruszaniu pod górkę, a wiele samochodów w korkach o prędkości do 40 km/h jeździ samoczynnie.

        Tak czy owak, auto to duże i ciężkie urządzenie, które niejednemu może wyrządzić krzywdę.

        Nie trzymajmy nóg pod szybą, bo w razie eksplozji poduszki powietrznej (do jakiej może dojść nawet na dużym „bumpie”) połamie nam te nogi w kilku miejscach lub urwie; szanujmy samochodowe pedały, bo w niektórych sytuacjach będziemy je musieli z całych sił wcisnąć i noga w klapku, który może się ześlizgnąć, nie bardzo do tego się nadaje. Nie prowadźmy samochodu boso, bo w razie stłuczki czy wypadku będziemy musieli bawić się w fakira, chodząc po szkle, rozlanym oleju i rozrzuconych plastykowych i metalowych odłamkach.

        Lato, oprócz tego, że to czas najprzyjemniejszej jazdy, jest również okresem największej liczby śmiertelnych wypadków, między innymi dlatego, że upał, odwodnienie i zmęczenie wzroku prowadzą do błędnych decyzji. Nie lekceważmy tych czynników, bo czasem nie warto ryzykować życia własnego i rodziny nocnym powrotem po całodziennym brykaniu na słońcu.

        Inne uwagi?

        1. Zachowujmy się zgodnie z przepisami i korzystajmy z przysługującego pierwszeństwa, grzeczni wbrew przepisom, stanowią zagrożenie, ponieważ ich działania są nieprzewidywalne – masz pierwszeństwo – to jedź!

        2. Kierunkowskaz misiu, kierunkowskaz – jedno z najważniejszych „światełek” w samochodzie; sygnalizujmy swe zamiary na długo wcześniej – zwłaszcza zamiar zmiany pasa ruchu.

        3. Włączanie się do ruchu. Kocham ludzi, którzy rozpędzają się do zawrotnej prędkości 60 km/h, po to by wjechać na autostradę, gdzie większość samochodów ma na liczniku dwa razy tyle. Jest to szczególnie widowiskowe, gdy, na przykład, uda im się w ten sposób wjechać przed rozpędzoną cysternę z naczepą.

        Włączając się z taką prędkością, uniemożliwiają bezpieczny wjazd na autostradę wszystkim jadącym za nimi. A więc Panie, Panowie, gdy zrównamy się z kierunkiem pasów autostrady, to „rura”, pokazujemy, ile koni siedzi w motorze, i nie ważmy się wjeżdżać, gdy mamy mniej niż 100 na liczniku.

        4. Blokowanie lewego pasa – wyprzedziłeś, to zjeżdżaj! Nawet jeśli wydaje ci się, że 120 km/h to maksymalna prędkość, z jaką powinno się jechać. Lewy pas powinien być do wyprzedzania. Koniec, kropka. Od wyłapywania demonów szybkości jest policja. Blokowanie lewego pasa prowadzi do groźnych sytuacji i nie jest ważne, kto ponosi winę, ważne jest, aby ich unikać.

        Żyj i daj żyć innym. Widzisz, że ktoś się spieszy – daj mu jechać – może ma powody, może go coś boli, chce mu się sikać albo gna seksualne oszołomienie. W każdym z tych wypadków trzeba mu zrobić miejsce. Jeśli zaś rzeczywiście jedzie dużo za szybko, stwarzając zagrożenie – można z samochodu zadzwonić na policję. To jej sprawa.

        To samo dotyczy idiotów, którzy „siadają nam na tyłku” – przy pierwszej lepszej okazji dajmy im jechać.

        Wszystkie powyższe wskazówki, to nic innego jak zdrowy rozsądek w działaniu. Pan Bóg daje nam lato – korzystajmy z niego jak ludzie – do czego namawia

Wasz Sobiesław.
        Udanych wakacji!

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 10 czerwiec 2016 15:14

Spanie w aucie

        Pisałem już o przerabianiu vana na camper, czas na inny interesujący temat letni.

        Jeżdżąc na weekend na północ, mamy ograniczone możliwości noclegu. Biwakowanie w parkach prowincyjnych w odległości mniejszej niż 300 km od Toronto jest bardzo niepewne – wielu ludzi rezerwuje miejsca jeszcze zimą i wyjeżdża tam na wakacje całymi rodzinami. Motele są taką sobie alternatywą, i również bywają obłożone.

        Co w takim razie ze spaniem we własnym samochodzie? Wiele aut doskonale się do tego nadaje, siedzenia składają się na płasko i dwie osoby wyśpią się całkiem dobrze.

        Nie mówiąc już o całej gamie namiotów na dach, choć są one trochę drogie (ponad 1000 dol.). Urządzenia te rozkładają się w pięć minut, zapewniając wygodne spanie na wysokościach.

        No więc, jak to jest z tym spaniem w aucie? Można w Ontario, czy nie można?

        Można! Wszędzie tam, gdzie wolno parkować na noc, możemy także spać; na rest stopach albo na przykład na jakichś spokojnych parkingach koło Walmartu czy dużych stacji benzynowych.

        Te ostatnie przybytki są o tyle ważne, że można w nich skorzystać z ubikacji, łazienki i coś sobie kupić.  Walmart jest zresztą przyjaźnie nastawiony do użytkowników camperów, jest co prawda jakieś 10 proc. sklepów, gdzie na całonocny parking się nie zezwala, ale to są wyjątki – warto więc zapytać w sklepie, czy można się zatrzymać. No i parkować z głową, nie na przejściu, tylko w oddalonym miejscu, na uboczu – najlepiej w sąsiedztwie stojących już tam domów na kółkach. Niepisana zasada mówi, żeby nie nadużywać gościnności i spać w takim miejscu tylko jedną noc.

        Oczywiście, mieszkanie w samochodzie przez tydzień jest dość uciążliwe, ale kiedy właśnie wyskoczyliśmy na rybki, to jest to prowizoryczny sposób przeflancowania się z jednego dnia na drugi.

        Trzeba też pamiętać, aby mieć jak najmniejszą sygnaturę „radarową” i swoją obecnością nie drażnić gospodarzy miejsca. Warto popatrzeć i ustalić miejsce noclegu zawczasu, tak by później podjechać wieczorem, a zwinąć się wczesnym ranem. Skoro i tak spędzamy cały dzień na wodzie lub nad wodą, jest to rozwiązanie zupełnie niezłe. Trzeba przy tym kierować się zdrowym rozsądkiem, jak to w życiu.

        Czy jest to niebezpieczne – raczej nie – wszystko zależy od miejsca.

        Pamiętajmy też o jednej bardzo ważnej rzeczy. Otóż w samochodzie trzeba być trzeźwym – niezależnie od tego czy prowadzimy, czy w nim śpimy. Gdy idziemy do auta po cd, śpimy w nim, tankujemy, kiedy kierujący jest w ubikacji – wszystkie te sytuacje podpadają pod care and control. Jeśli policjant uzna, że „opiekujemy się” lub jesteśmy w stanie „kontrolować” samochód, będąc w stanie nietrzeźwym, możemy być oskarżeni o przestępstwo kryminalne, co w konsekwencji może nas nawet zaprowadzić do więzienia, o mandacie nie wspominając.

        Czy zatem możemy pijani spać we własnym samochodzie? Tak, jeśli nie mamy dostępu do kluczyków (są zamknięte w domu) lub pozostawione w innym niedostępnym miejscu. W pewnym cytowanym szeroko przypadku kierowca zostawił kluczyki w krzakach poza samochodem, ale i tak dostał mandat, ponieważ przyznał się, że cały czas wiedział, gdzie są...

        Spanie w samochodzie po piciu to jest ostateczność i trzeba tu być bardzo ostrożnym, bo można się nabawić nieprzyjemności. Oczywiście, o wiele większych nieprzyjemności nabawimy się, prowadząc auto po pijanemu...

        Tak więc weekendowy wypad – zwłaszcza bez rodziny – możemy przeprowadzić z uwzględnieniem noclegu w aucie – może nie najprzyjemniejszego, ale całkiem wygodnego.

                O czym zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 maj 2016 15:02

DUI

        W dzisiejszym świecie na wszystko mamy „appsy”, czyli aplikacje na tablety i smartfony; mamy więc, a jakże, całą gamę „appsów” związanych z prowadzeniem samochodów po wypiciu, w tym i takie, które mówią, czy powinniśmy siąść za kółkiem, czy też nie.

        Jak już wiele razy podkreślałem, jestem wielkim zwolennikiem zrelaksowanego picia, dlatego uważam łączenie picia i prowadzenia samochodu za psucie picia. Jeśli chcemy się wprowadzić w stan radosny i błogi, nie może nad nami wisieć konieczność nagłej koncentracji i tankowania kaw i wody... Jak pić to pić, jak jeździć to jeździć - Mości Panowie.

        Tak czy owak, jeśli już pijemy i chcemy wiedzieć, czy aby jeszcze zdolni jesteśmy prowadzić, możemy sobie zobaczyć, ile mamy promili. Dokładnie powie nam to programik BACtrack - niestety wymaga również aparatu mierzącego (125 dol.), który za pośrednictwem łącza Bluetooth wyświetla nam, ile mamy miligramów alkoholu na 100 mililitrów, czyli ile promili biega nam w żyle.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 29 kwiecień 2016 14:47

Mieszać biegami każdy może…

        Różne można mieć opinie na temat uczciwości sprzedawców samochodów, ale jest rzeczą raczej czy udowodnioną, że oszustw mniejszych większych  jest całkiem sporo.

        No bo jakże inaczej nazywać powszechne oszukiwanie na danych o spalaniu, o aferze Volkswagena nie wspominając.

        Wszyscy podkręcali dane, tak by wydawało się, że auta jeżdżą dosłownie na kropelkach, a jeśli nie były to dane brane wprost z księżyca, to uzyskiwane w superidealnych warunkach nijak mających się do prawdziwej eksploatacji.

        Borykał się z tym Hyundai, a obecnie o to samo oskarżany jest Mitsubishi. W tym przypadku sytuacja jest o tyle skomplikowana, że w takiej na przykład Japonii samochody o niskim spalaniu mają ulgi podatkowe, a więc nie chodzi jedynie o nabicie w butelkę kupującego, ale też tamtejszego fiskusa.

Opublikowano w Moto-Goniec