Goniec

Switch to desktop Register Login

No to co z tymi dieslami, trują czy nie trują? Czy diesel to nadal dobry silnik? Afera Volkswagena daje wielu ludziom do myślenia, a tymczasem rzecz jest prosta.

Silnik wysokoprężny jest bardzo dobrym motorem, bardzo sprawnym (sprawniejszym od benzynowego) i dającym większe momenty zamachowe. Do tego spala o wiele mniej i mniej truje. Tak, emisja spalin z diesla jest mniejsza niż z silników benzynowych. Zwłaszcza z tych nowoczesnych diesli wyposażonych w dobre filtry cząstek stałych oraz skrubery tlenków azotu.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 21 sierpień 2015 15:19

Smartfon w samochodzie

Wiadoma rzecz, że nie wolno używać smartfonu w trakcie jazdy, nie znaczy to jednak, że posiadanie takiego urządzenia jest dla kierowcy bezużyteczne. Przeciwnie, istnieje cała gama aplikacji, tak na androida, jak na iPhone, które dostarczają potrzebnych informacji o warunkach drogowych i nie tylko.

Kiedyś znajomy wyjeżdżał w odległe zakątki prowincji atlantyckich. Chciał pożyczyć GPS, pytam, czy ma smartfona, i okazuje się, że ma całkiem niezłe galaxy, co jest równoznaczne z posiadaniem świetnego GPS-u. Moduł GPS montowany jest od dawna we wszystkich telefonach komórkowych, o smartfonach nawet nie wspominając. Ludzie sądzą, że jak nie ma zasięgu, to GPS-u nie da się używać. Owszem, jest trudno, gdy chodzi o mapy Google'a, które ściągają kolejne sektory po łączu data, jednak są takie aplikacje, jak navmii, które za darmo dają możliwość ściągnięcia na telefon map – trzeba się liczyć z zajęciem nawet z 2 GB pamięci – i wykorzystywaniem również tam, gdzie nie ma żadnego zasięgu! Do tego dochodzi głosowe udzielanie wskazań jazdy.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 08 sierpień 2015 14:50

Kiedy jedzie za nami "dyskoteka"

W ciągu tych kilkudziesięciu lat moich doświadczeń z kanadyjską policją zaszła poważna zmiana obyczajowa. 

W dawnych czasach policjanci byli mili, uprzejmi i nie zatrzymywali bez powodu; dzisiaj są zazwyczaj zjeżeni, a w dodatku zadają niestosowne pytania w rodzaju "dokąd jedziesz?" (A co ciebie to obchodzi?).

W zetknięciu z policją człowiek zazwyczaj jest podenerwowany i nie do końca zdaje sobie sprawę co policjant może, a co jest bezprawne.

Jak wyjaśniał niedawno w "Globe and Mail" prawnik Reid Rusonik, będąc zatrzymanym przez policję mamy obowiązek okazać trzy dokumenty: prawo jazdy, tytuł własności pojazdu (ownership) oraz odcinek z ubezpieczenia. Nie mamy obowiązku udzielania odpowiedzi na żadne pytanie poza okazaniem tych dokumentów, ale - jak dodaje Rusonik - ponieważ mamy do czynienia z osobnikiem, który jest uzbrojony, a poza tym mógł mieć zły dzień, więc nasze nastawienie do niego może mieć w przypadku takiego spotkania większe znaczenia niż konstytucyjne prawa.

Chodzi o to, że przepisy ruchu drogowego dają policjantowi wiele swobody w określaniu wysokości kary.

Moja atrakcyjna znajoma potwierdza tę opinię tajemniczym uśmiechem. Od nastawienia policjanta i do policjanta wiele zależy, czasem można wywinąć się ostrzeżeniem, czasem mandat zostaje zredukowany.

Kiedyś złapali mnie na Lakeshore koło Ontario Place wyszło na radarze 95 w strefie 60. Rosły Murzyn poszedł z dokumentami do radiowozu, wrócił, oddał papiery i powiedział: "widzę, że pracujesz samochodem, redukuję ci do 75 i proszę nie idź z tym do sądu". Uratował mi punkty, machnąłem ręką.

Generalnie chodzi więc o to, że jeśli potraktujemy policjanta jak człowieka, on nas też czasem lepiej potraktuje.

Kiedy policja może nas zatrzymać?

W dawnych czasach było tak, że dopiero wtedy gdy popełniliśmy wykroczenie drogowe. Ale to było kiedyś. Kolega z Chicago opowiadał, jak kop odprowadził go autem pod sam dom. Było to w nocy, znajomy jechał przepisowo, ale za wolno, jak na zwyczaje, kop stwierdził, że być może jest pijany i jechał za nim, jak pies w nadziei, że gdzieś się, na jakimś stopie wyłoży i będzie go mógł zatrzymać.

Jak jest dzisiaj w Kanadzie?

- Policja może nas zatrzymać kiedykolwiek, "aby określić, czy kierowca nie jest pod wpływem alkoholu, sprawdzić stan techniczny pojazdu, sprawdzić, czy kierowca ma ważne prawo jazdy i czy pojazd jest właściwie ubezpieczony" - wyjaśnia Laura Berger z Canadian Civil Liberties Association, no i oczywiście, policja może nas zatrzymać jeśli "podejrzewa", że popełniliśmy wykroczenie drogowe.

W Ontario, na wezwanie policji musimy się zatrzymać natychmiast, ale "w bezpieczny sposób", jeśli tego nie zrobimy grozi nam mandat w wysokości od 1000 do 10 tys. dol. i możliwość kary 6 miesięcy więzienia, jeśli będziemy uciekać, grzywna rośnie do 25 tys. dol. Z tym zatrzymywaniem wcale nie jest to takie proste.

Moja żona jadąc kiedyś do pracy przez kilka przecznic nie zauważyła, że z tyłu jedzie za nią radiowóz. Dopiero kierowcy jadący z przeciwka pokazali jej go palcem... Szczęśliwie oprócz mandatu za przejechanie na czerwonym świetle, ucieczki jej nie zarzucili.

- Jak się zachować w trakcie zatrzymania?

Generalna zasada mówi, trzymać ręce na kierownicy, spuścić szybę, włączyć oświetlenie kabiny - tłumaczy Kerry Schmidt z OPP.

Zatrzymanie samochodu, to nerwowa sytuacja również dla policjanta. Nie wie w końcu kto siedzi w środku, a ludzie zdarzają się różni, czasem nawet są uzbrojeni. Stąd te ręce na kierownicy. I nie wybiegajmy przed szereg - dokumenty okazujemy na żądanie. Nie grzebiemy też nerwowo w ich poszukiwaniu w glove compartment, bo policjant wie, że gangsterzy tam mają broń i może się zrobić jeszcze bardziej nerwowy. Jeśli nie mamy przy sobie prawa jazdy (mandat 110 dol. za nie okazanie) policja może nas zatrzymać do czasu, aż nas zidentyfikuje.

Jeśli zaś chodzi o pasażera nie musi on ani odpowiadać na pytania policji ani okazywać dokumentów tożsamości.

Czy policja może nas poprosić o wyjście z samochodu? Jedynie wówczas gdy policjant obawia się o własne bezpieczeństwo - wyjaśnia Rusonik, ale dodaje że lepiej "kooperować", aby uniknąć eskalacji, zaś sprawy ewentualnych zażaleń odłożyć na potem.

No i oczywiście - last but not least możemy policjanta filmować - zwłaszcza jeśli mamy zamontowaną w aucie kamerkę - wystarczy ją odwrócić w odpowiednią stronę...

Do czego zachęca
Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 31 lipiec 2015 22:23

D L A C Z E G O?!

Gaz, gaz, gaz na ulicach – śpiewał pewien zbuntowany zespół popularny w czasach mojej młodości, czym zarabiał sobie na opinię "antysystemowości".

A właśnie gazu na ulicach powinniśmy mieć dużo, nawet bardzo dużo. Dlaczego? Bo jest dobry, czystszy i o niebo tańszy od benzyny (33 centy za litr). Niestety, nadal ma złą prasę...

Dlaczego nie mogę dzisiaj kupić w Kanadzie samochodu na propan, a tony tego niezłego paliwa, puszcza się do atmosfery?

Dlaczego w ofercie koncernów nie ma gazowych SUV-ów czy pick-upów? Wydawałoby się czymś naturalnym, że w sytuacji, kiedy cena litra benzyny oscyluje wokół 1,20 dol., rynek wymusi korzystanie z tańszego paliwa.

Propan jest produktem ubocznym procesów otrzymywania tzw. gazu ziemnego oraz rafinacji ropy. We współczesnych silnikach spalinowych, w których o mieszance decyduje elektronika doskonale nadaje się na paliwo.

Owszem, są kłopoty z zaprojektowaniem aparatury wtryskującej w motorach tzw. direct injection, ale wszystko da się zrobić, zwłaszcza przy zaangażowaniu środków na poziomie koncernów. Zrobiła to już jedna firma w Polsce.

Dlaczego zatem gaz nie jest popularny? Bo jest tani. A tu nie ma być tanio, ma być drogo!

Samochód to nie pojedynczy pojazd, lecz cały system komunikacyjny. Ten system ma przynieść państwu znaczne dochody. Z propanem jest to o wiele trudniejsze niż z benzyną, której do niewielu innych rzeczy poza napędem się używa.

Mamy dzisiaj takich kierowników systemu, którzy nie rozumieją, że tania energia jest warunkiem koniecznym do rozwoju gospodarczego i sprzyja rozruszaniu wszystkiego – od wycieczek na północ na ryby, po zwykły handel. Jeśli więc jest coś, co pozwala jeździć za 1/3 ceny, to powinno to być promowane przez państwo, a jest tymczasem niechętnie tolerowane.

No taki mamy klimat...

Tymczasem gazem można napędzać nie tylko silniki benzynowe, ale również diesle. I tu jest dopiero rewolucja! Prostą przystawką można przestawić na propan ziejące chmurami węglowodorów autobusy czy sprzęt budowlany.

Polska firma jako jedna z pierwszych na świecie rozpoczęła właśnie sprzedaż na masową skalę instalacji LPG do aut z silnikami Diesla.

W długodystansowym teście jazdy po 100 tysiącach kilometrów, oszczędności na paliwie wyniosły 20 procent, a przy tym odnotowano ten sam poziom sprężania, żadnych wycieków, klekotania, uszkodzeń wtryskiwaczy, innych oznak wskazujących na szybsze zużycie. Następuje poprawa elastyczności pracy silnika przy oszczędnościach paliwa i przyroście mocy.

W samochodach z napędem benzynowym instalacja potrafi przełączyć zasilanie na 100 procent gazu, w dieslu wygląda to trochę inaczej. Instalacja powoduje jedynie "dotrysk gazu". LPG jest katalizatorem, dzięki któremu mieszanka spala się wydajniej.

Diesel LPG to nie pierwsza rewolucja białostockiej firmy STAG, pisze Tomasz Molga w natemat.pl. Kilka lat temu opracowano tam instalację do silników z wtryskiem bezpośrednim, przeznaczoną do aut z grupy Volkswagena. Instalacje gazodiesel przeznaczone głównie do aut ciężarowych, gdzie roczne przebiegi sięgają 100 tys. kilometrów.

Gazu mamy tutaj w bród, dlaczego nasz rząd tak nie ułoży spraw, byśmy mogli jeździć o niebo taniej niż dzisiaj? Czy Kanadzie nie zależy na tym? Wydaje się to bardzo dziwne, bo przecież tani dojazd pozwala rozwijać tereny leżące dalej na północy z dala od granicy USA.

Na dodatek propan ma status czystego, zielonego paliwa. I gdyby np. rząd Ontario premier Wynne serio mówił o ograniczeniu szkodliwych emisji z komunikacji, to już dawałby ulgi na przestawianie aut na gaz. Tymczasem suto dofinansowuje się różne hybrydy elektryczno-benzynowe... Tymczasem mogłyby to być hybrydy elektryczno-propanowe. Sam propan jest nietoksyczny, i w przeciwieństwie do benzyny posiada śladowe ilości siarki, a spalając się, zostawia zero sadzy.

Samochody napędzane propanem emitują 26 proc. mniej gazów cieplarnianych i do 60 proc. mniej tlenku węgla.

Cały czas ciśnie się więc na usta pytanie "dlaczego?"; komu zależy na wyrzucaniu do kosza superczystego taniego paliwa, którego w Kanadzie po prostu mamy zatrzęsienie? Komu zależy na tym, aby nikt w żadnym dealershipie nie oferował samochodów na gaz? Co to za spisek?

pyta zaniepokojony Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec

Człowiek uczy się całe życie. Niedawno pisałem na tych stronach o różnicach w przepisach drogowych między kanadyjskimi prowincjami, a uszła mi ważna sprawa – ciągła linia.

Otóż z niejakim zdziwieniem przeczytałem niedawno w "Globe and Mail", że na ciągłej w Ontario można wyprzedzać...

Zacznijmy po kolei. Chodzi o malowania linii na zwykłych drogach. Do tej pory, jak pijany latarni trzymałem się zasady, że zaczynam manewr wyprzedzania dopiero wówczas, kiedy mam obok linię przerywaną, i to nawet w takich sytuacjach, kiedy już od pewnego czasu widzę, że jest okazja i powinienem zjechać na lewy pas. Jakoś podświadomie wstrzymywała mnie ciągła linia. Teraz okazuje się, że niepotrzebnie.

W prowincji Ontario znaki linii na drodze mają jedynie charakter pomocniczy, a nie kategoryczny, i policja nie może dać mandatu za przekroczenie ciągłej linii (choć może za wiele innych rzeczy z tego wynikających).

Rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji wyjaśnia, że ciągła linia ma jedynie funkcję ostrzegawczą. Ontario Highway Traffic Act, jest jedyną prowincyjną ustawą o ruchu drogowym, która nie zabrania explicite przekraczania nawet podwójnej ciągłej linii. Choć w danej sytuacji może nie być to dobry pomysł, z pewnością nie jest to nielegalne.

– Linia ciągła – mówi rzecznik Nichols – ostrzega jedynie kierowcę, że w tym miejscu jej przekraczanie nie jest bezpieczne, a więc że może występować kilka czynników – jak na przykład zbyt mała widoczność czy ukryte skrzyżowanie, którego jeszcze nie widzimy. Wyprzedzanie jest w Ontario nielegalne, jeśli mówi tak znak drogowy – zakaz wyprzedzania.

Abyśmy jednak nie byli zbyt rozpasani, ontaryjskie prawo ma jeden trik. Otóż niezależnie od tego, czy linia była ciągła, czy nie, możemy dostać mandat w oparciu o art. 148 wspomnianej ustawy, który zabrania wyprzedzania, "kiedy nie jest to bezpieczne".

Do tego dochodzi art. 149, który zabrania wyprzedzania i generalnie przekraczania linii środka jezdni, kiedy podjeżdżamy pod wzgórze, zakręt, most lub do tunelu, czy też gdy nie jesteśmy w stanie zobaczyć pojazdów jadących z przeciwka. Słowem, wszystko zależy od tego, na jakiego policjanta trafimy.

Tak się rzeczy mają w Ontario, wszędzie indziej, ciągła linia jest jak Cerber – nie wolno jej przekraczać i już!

Lato sprzyja wyprzedzaniu, zwłaszcza na dobrych ontaryjskich drogach. Zazwyczaj łamiemy przy tym przepisy, ponieważ ruch na drogach z ograniczeniem 80 km/h odbywa się z prędkością pod 100 km/h. Jeśli zatem ktoś jedzie 80, to musi się liczyć z tym, że co rusz ktoś będzie się go starał wyprzedzić. Taki mamy tutaj klimat.

Aby był bezpieczny, manewr wyprzedzania powinien być przeprowadzony w dobrych warunkach widoczności i jak najszybciej. Sam łapię się na tym, że po wyprzedzeniu, zjeżdżając z lewego pasa na prawy, mam na liczniku 120 km/h, czyli prędkość nadającą się na spory mandat. No ale inaczej nie można tego bezpiecznie zrobić!

Stąd prośba do wszystkich: kochani, używajmy podczas jeżdżenia zdrowego rozsądku i stosujmy się do głównego przepisu drogowego: keep the traffic flow, czyli mniej więcej – jedziemy tak jak wszyscy.

A gdy już jesteśmy przy bezpieczeństwie, to kolejna rada "wujka dobra rada"; latem łatwo jest zasnąć za kierownicą – i to nie nocą, ale na przykład o 4 po południu; po dniu spędzonym na plaży czy łódce. Bądźmy tego świadomi, i dbajmy o siebie oraz naszych kierowców – podstawa to nawodnienie siebie i schłodzenie kabiny auta. Nie żałujmy sobie klimatyzacji. Wiem, że wiele osób – mnie samego nie wyłączając – woli jeździć przy otwartych oknach, ale akurat w tym przypadku szum drogi i ciepłe powietrze o wiele szybciej męczą niż schłodzona klimatyzowana kabina.

Kolejna rzecz – róbmy sobie przerwy! I znów poradzę, by zatrzymywać się w pięknych okolicznościach przyrody, czyli w miejscach oznakowanych na odpoczynek, a nie w mcdonaldach i innych kawopojach.

Wychodki w takich picnic area co prawda pozostawiają czasem trochę do życzenia, ale głód zaspokoimy luksusowo, wożąc ze sobą mały palnik gazowy i jakiś polski "gorący kubek" czy inne jedzenie "instant". Do tego zgrzewka wody i mamy naprawdę miłą przerwę na łonie natury, nieporównywalną ze staniem w tasiemcowej kolejce po kawę.

O czym z własnego doświadczenia zapewnia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 10 lipiec 2015 23:10

Wożenie rzeczy na dachu

Byle ostrożnie...

Lato już prawie w pełni i coraz więcej mamy okazji do wakacyjnych wyjazdów. Jak się zabrać, kiedy czasem nawet przepastne czeluście naszego SUV-a wydają się nie zaspokajać apetytu małżonki na bambetle, "koniecznie potrzebne" na cottage'u czy kempingu? Co zrobić, jeśli przychodzi nam do głowy pożyczyć kajak czy canoe – jak to bezpiecznie przewieźć?
Oczywiście, rozwiązaniem, które narzuca się samo, jest dach... Czasem traktujemy je zresztą zbyt nonszalancko, czego efektem są nasze graty porozrzucane po autostradzie lub kajak w rowie.
Zacznijmy więc od początku.
Po pierwsze, dobrze jest wyposażyć się w bagażnik na dach. Nie byle jaki, tylko pasujący do naszego modelu samochodu – musimy też zwrócić uwagę na jego dopuszczalne obciążenie (samochodu i bagażnika) i zdawać sobie sprawę, że auto w bagażowym kapeluszu ma przesunięty w górę środek ciężkości, inaczej się prowadzi i łatwiej wywraca – o większych obciążeniach aerodynamicznych nie wspominając.
A więc, generalnie musimy uważać; uważać też powinniśmy przy przejeżdżaniu przez różne bramki, wjeżdżając na parkingi lub do drive-thru – łatwo jest zapomnieć, że "nad czołem" wisi nam czasem i dobre półtora metra dodatkowo.
Wiele bagażników jest dostosowanych do naszego modelu i w odpowiednich miejscach dachu dysponujemy punktami do ich zaczepienia.
Kolejna sprawa – pakując bagażnik na dachu, trzeba wykazać odrobinę zdrowego rozsądku i rzeczy cięższe pakować na spód, a lżejsze wyżej. No i oczywiście wiązać to wszystko stabilnie, najlepiej przy pomocy profesjonalnych load-straps (do wyboru, do koloru w Canadian Tire – od ca 7 dol., do ponad 40 dol.).
Musimy sobie też zdawać sprawę, że z bagażnikiem na dachu zużycie paliwa wzrośnie nam nawet o ok. 2 litrów na sto kilometrów. Liczyć się też wypada z większym hałasem w kabinie.
Jeśli chodzi o przewożenie kajaka czy canoe, w większości wypadków wystarczą podkładki, styropianowe czy gumowe, pozwalające uniknąć porysowania lakieru.
Niedawno na pytanie o przepisy ruchu drogowego regulujące przewożenie takich przedmiotów na dachu odpowiadał rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji Bob Nichols.
Pytanie: – Jakie przepisy regulują przewożenie kajaka na dachu, czy wymagane jest pozwolenie, czy jest określona przepisami liczba i sposób mocowań?

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 10 lipiec 2015 23:10

Wożenie rzeczy na dachu

Byle ostrożnie...

Lato już prawie w pełni i coraz więcej mamy okazji do wakacyjnych wyjazdów. Jak się zabrać, kiedy czasem nawet przepastne czeluście naszego SUV-a wydają się nie zaspokajać apetytu małżonki na bambetle, "koniecznie potrzebne" na cottage'u czy kempingu? Co zrobić, jeśli przychodzi nam do głowy pożyczyć kajak czy canoe – jak to bezpiecznie przewieźć?
Oczywiście, rozwiązaniem, które narzuca się samo, jest dach... Czasem traktujemy je zresztą zbyt nonszalancko, czego efektem są nasze graty porozrzucane po autostradzie lub kajak w rowie.
Zacznijmy więc od początku.
Po pierwsze, dobrze jest wyposażyć się w bagażnik na dach. Nie byle jaki, tylko pasujący do naszego modelu samochodu – musimy też zwrócić uwagę na jego dopuszczalne obciążenie (samochodu i bagażnika) i zdawać sobie sprawę, że auto w bagażowym kapeluszu ma przesunięty w górę środek ciężkości, inaczej się prowadzi i łatwiej wywraca – o większych obciążeniach aerodynamicznych nie wspominając.
A więc, generalnie musimy uważać; uważać też powinniśmy przy przejeżdżaniu przez różne bramki, wjeżdżając na parkingi lub do drive-thru – łatwo jest zapomnieć, że "nad czołem" wisi nam czasem i dobre półtora metra dodatkowo.
Wiele bagażników jest dostosowanych do naszego modelu i w odpowiednich miejscach dachu dysponujemy punktami do ich zaczepienia.
Kolejna sprawa – pakując bagażnik na dachu, trzeba wykazać odrobinę zdrowego rozsądku i rzeczy cięższe pakować na spód, a lżejsze wyżej. No i oczywiście wiązać to wszystko stabilnie, najlepiej przy pomocy profesjonalnych load-straps (do wyboru, do koloru w Canadian Tire – od ca 7 dol., do ponad 40 dol.).
Musimy sobie też zdawać sprawę, że z bagażnikiem na dachu zużycie paliwa wzrośnie nam nawet o ok. 2 litrów na sto kilometrów. Liczyć się też wypada z większym hałasem w kabinie.
Jeśli chodzi o przewożenie kajaka czy canoe, w większości wypadków wystarczą podkładki, styropianowe czy gumowe, pozwalające uniknąć porysowania lakieru.
Niedawno na pytanie o przepisy ruchu drogowego regulujące przewożenie takich przedmiotów na dachu odpowiadał rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji Bob Nichols.
Pytanie: – Jakie przepisy regulują przewożenie kajaka na dachu, czy wymagane jest pozwolenie, czy jest określona przepisami liczba i sposób mocowań?

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 27 czerwiec 2015 23:31

Drgania, klekoty i wizgi

Nic tak mi nie działa w aucie na nerwy, jak jakaś wibracja; jakieś rozedrgane dygotanie; jakieś stuki-puki.

Można te samochodowe dźwięki podzielić na kilka kategorii, przyczyny jednych możemy zidentyfikować w miarę prosto, inne niestety wymagają drogi kosztownej eliminacji poszczególnych problemów.

Generalnie powinniśmy na samym początku ustalić, kiedy dana przypadłość się pojawia, a kiedy ustępuje, i czy jest związana z obrotami silnika, obracaniem się kół, czy drganiami wynikającymi z wybojów na drodze.

Podam przykład:

Zwichrowane tarcze hamulcowe – to powszechna sprawa. Możemy się tego nabawić przy byle okazji, kiedy rozgrzane tarcze nagle się schłodzą w jakiejś zaspie śniegu czy kałuży, możemy też dostać to z wiekiem samochodu.

Nagłe schłodzenie prowadzi do lekkiej deformacji tarczy, co z kolei powoduje pulsowanie pedału hamulca podczas hamowania. Jest to szczególnie denerwujące, kiedy mamy w miarę nowe klocki, bo na dobrą sprawę powinniśmy w takiej sytuacji wymienić i tarcze, i klocki, co daje łączny wydatek kilkuset dolarów. Możemy też tarcze oszlifować do równego specjalną maszyną, ale wówczas jest prawdopodobne, że problem wróci, ponieważ oszlifowana tarcza ma różną grubość w różnych miejscach, przez co nagrzewa się nierównomiernie i nierównomiernie oddaje ciepło, a to sprzyja wyginaniu.

Jeśli problem zostawimy nieleczony, możemy sobie uszkodzić całe przednie zawieszenie – wyleje się olej z amortyzatorów, rozwalą łożyska, gdzie karoseria jest zawieszona na amortyzatorze, co z kolei do naszego pulsowania doda charakterystyczne klekotanie na nierównościach. Wylane amortyzatory mogą nam z kolei doprowadzić (pomijając pogorszenie trzymania się drogi, a co zatem idzie, bezpieczeństwa jazdy) do złej zbieżności i nierównomiernego ścierania się opon.

Jeśli więc coś nam w aucie drga, wibruje, czy stuka, warto się zastanowić, co to może być, i poddać pojazd leczeniu – zwłaszcza gdy planujemy nim trochę pojeździć. W większości przypadków problem lubi się nawarstwiać i spiętrzać.

Innym męczącym problemem jest złe wyważenie opon. Nietrudno o to, bo wystarczy, że wjedziemy w jakąś dziurę, by ołowiany odważnik na feldze przesunął się lub odpadł. Osobna sprawa to zwichrowanie samej felgi – też warto podczas sprawdzania koła przyjrzeć się jej geometrii.

Problem w tym jest taki, jak stwierdzić, o które koło chodzi. Wiadomo, że jeśli wibrację bardzo czuć na kierownicy, a ponadto wydaje się mieć pik przy pewnej prędkości, dajmy na to 90 km/h, a potem przechodzi, no to mamy niewyważone koło przednie (raczej).

Warto jednak dokładnie sprawdzać wszystkie koła. Ostatnio miałem taki przypadek, że nagle samochód zaczął mi lekko ściągać do lewego i wibrować powyżej 120 km/h. Przeświadczony, że to niewyważone koło przednie, dałem do balansowania dwa przednie koła. Wydawało mi się, że wibracja przeszła, jednak przy dużych prędkościach ponownie było coś nie tak...

Pomyślałem, że źle mi wyważyli koła. I gdy tak psy wieszałem na mechanikach, sprawdziłem ciśnienie powietrza we wszystkich oponach... Okazało się, że tylna od strony kierowcy to... prawie flak. Dopompowałem i wszystko ustało. Auto pięknie płynęło 140 km/h, jak po szynach. Mam prawdopodobnie mały wyciek przy aluminiowej feldze lub na wentylu i stąd problem.

Warto też tak raz na miesiąc sprawdzać ciśnienie w oponach. Niedopompowana opona to nie tylko gorsze bezpieczeństwo, ale również większe spalanie i krótsza żywotność ogumienia.

Dlatego, o ile nasze informacje mogą bardzo pomóc mechanikowi w zrozumieniu problemu, o tyle nie jedźmy do warsztatu z gotową diagnozą, jeśli nie posprawdzaliśmy wszystkich rzeczy.

A sprawdzać warto, dlatego trzeba samochodu słuchać. Problemy zazwyczaj słychać o wiele wcześniej, niż się coś dzieje, i choć nie polecam kupna samochodowego stetoskopu (wielu mechaników używa tego przyrządu), to jednak słuchanie silnika ma duże znaczenie. Różne rzegotania i wizgi mogą nas naprowadzić np. na rozpadające się łożysko. Te dają o sobie znać m.n. coraz głośniejszym wizgiem.

To samo dotyczy pompy wodnej czy łożysk urządzeń spiętych paskiem klinowym. Jeśli mamy łatwy dostęp, to psykanie jakimś płynnym smarem pozwoli nam zlokalizować problem.

Samochód to fajna maszyna, warto o nią dbać, a zaoszczędzi nam hektolitrów pieniędzy. Wbrew przysłowiu, że częste mycie skraca życie, w przypadku samochodów jestem zwolennikiem jak najczęstszego mycia i czyszczenia. To pozwala wcześniej dostrzec problemy, o unikaniu rdzy nie wspominając.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 19 czerwiec 2015 23:23

Je me souviens...

Kiedy pierwszy raz pojechałem do Quebecu, czułem się, jakbym przekroczył granicę obcego państwa. Światła uliczne ustawione poziomo, wiele znaków drogowych pisanych po francusku... Było to zresztą w czasach, kiedy i u nas, w Toronto, o tym, że – na przykład – nie ma możliwości skrętu w prawo na czerwonym informowała po prostu tablica z tekstem "No turn on red". W dodatku często trzeba było być na tyle zorientowanym, by ją wypatrzyć na skrzyżowaniu w gąszczu podwieszonych przewodów energetycznych i innych. Dzisiaj z uwagi na powszedniejący analfabetyzm przeszliśmy na piktogramy – żartuję oczywiście.

Tak czy owak, jadąc do Buffalo, miałem mniej zagraniczne wrażenie niż u kolegów frankofonów. Inna architektura, inaczej ubrani ludzie na ulicach, ba, nawet inne samochody. No i te tablice rejestracyjne – wyłącznie z tyłu, co pozwala od przodu wykorzystać powierzchnię tabliczną do jakiegoś chwytliwego hasełka, w rodzaju: "kocham Anię".

Ponieważ wielu z nas lubi czasem pozwolić sobie na weekendowy wypad do Montrealu, warto przypomnieć – jak to uczynił niedawno "Globe and Mail" – co takiego w przepisach drogowych Quebecu mamy inaczej. Po cóż nam później ślęczeć ze słownikiem nad quebeckim mandatem?

Ku mojemu zdziwieniu – a uważałem się za osobę dobrze poinformowaną – w Quebecu od roku 2003 nie obowiązuje już osławiony zakaz skrętu w prawo na czerwonym. Został on jednak utrzymany… w części Montrealu. Trzeba nam więc pamiętać, czy czasem nie jedziemy właśnie po ulicy w Ile de Montreal, bo tam za skręt w prawo na czerwonym dostaniemy mandat i stracimy trzy punkty z prawa jazdy.

Tu uwaga; niestety Quebec posiada umowę z Ontario w sprawie punktów i informacja o naszych wykroczeniach jest przekazywana do rodzimej bazy danych w prowincji.

Druga rzecz istotna – nie możemy poprawiać sobie szans na skrzyżowaniu – przejeżdżając przez stację benzynową czy parking – u nas, w Ontario, jest to brzydkie, ale nic nie kosztuje, w Quebecu może nas kosztować mandat 100 dol. plus grzywnę. Mówi o tym art. 312 ichniejszego Kodeksu drogowego, który stwierdza, że nie można przejeżdżać przez teren prywatny w celu uniknięcia przestrzegania znaku drogowego lub świateł.

Trzecia sprawa. Całkiem sensowna, o której również nie wiedziałem – mea culpa – na quebeckich drogach wielopasmowych, gdzie ograniczenie prędkości jest 80 km/h lub więcej, lewy pas jest wyłącznie do wyprzedzania i nie wolno wyprzedzać prawym. Owszem, w większości prowincji obowiązuje zasada, żeby jechać prawym pasem, a wyprzedzać lewym, jednak nieprzestrzeganie jej nie niesie ze sobą żadnej sankcji karnej. Inaczej w Quebecu, gdzie art. 321 Kodeksu drogowego mówi, że lewego pasa można używać wyłącznie do wyprzedzania lub gdy skręcamy w lewo. Mandat wynosi 60 dol. plus opłaty. Przestrzeganie lub nieprzestrzeganie ograniczenia prędkości nie ma tu nic do rzeczy. Innymi słowy, nawet jeśli jedziemy po lewym pasie szybko i nikogo nie ma za nami, to i tak łamiemy przepisy drogowe. Jest to o wiele ostrzejsze prawo niż w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie niedawno nowy minister komunikacji zdobył się na wprowadzenie przepisu, który karze mandatem 167 dolarów kierowcę samochodu nieustępującego z lewego pasa przed szybciej jadącym pojazdem. W Quebecu nie jest ważne, czy ktoś za nami jedzie, czy nie – mamy jechać po prawym.

I do tego mamy jechać w miarę szybko – art. 331 Kodeksu drogowego stwierdza, że nikt nie może jechać z prędkością ograniczającą czy przeszkadzającą w płynnym ruchu, co oznacza, że jeśli jedziemy wolniej niż wszyscy, to powinniśmy włączyć światła awaryjne. W przeciwnym wypadku mandat – 100 dol. plus opłaty. W większości prowincji obowiązują przepisy określające minimalną prędkość na autostradach, ale tylko w Quebecu samochody jadące wolniej od przeciętnej powinny używać świateł awaryjnych.

Inna ciekawa sprawa dotyczy motocyklistów i rowerzystów.

Ci pierwsi nie mogą jechać obok siebie na jednym pasie. Art. 483 stwierdza, że grupa dwóch lub więcej motorów musi jechać w formacji zygzakowej, art. 486 stanowi zaś, że w jednej grupie może podróżować maksymalnie 15 rowerzystów, którzy muszą jechać wężykiem jeden za drugim, nigdy obok siebie. Mandat wynosi jedynie 15 dol. plus grzywny, no ale po co mieć ten kłopot?

Tak czy owak, frankofoni chcą na każdym kroku podkreślać swoją odrębność i powinniśmy to uszanować. Przecież świat bogaty jest różnorodnością, a że czasem przesadzają, tresując psy do szczekania po francusku, to inna sprawa.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy i my na starość nauczyli się nieco francuskiego, bo to ładnie brzmiący język.

Z całą pewnością zaś dla własnego bezpieczeństwa, jadąc do Quebecu, warto nauczyć się znaczenia słowa ARRET, a i również Sud, Nord, Est, Ouest, Centre-ville czy Sortie byłyby pomocne...

Do czego Państwa zachęca –
Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 12 czerwiec 2015 16:38

Mechanik z YouTuba

Dzisiaj porozmawiajmy o czymś przyziemnym. Powiem szczerze, lubię grzebać przy samochodzie.

Może naprawiać to zbyt górnolotne słowo, ale mimo całego "unowocześnienia" aut, jest nadal sporo rzeczy, które możemy zrobić sami. Zwłaszcza gdy mamy kawałek garażu, czy choćby podjazdu przed domem.

Tym bardziej że obecnie skorzystać możemy ze wspaniałego narzędzia, jakim jest YouTube i zasoby internetowe.

Podam przykład. W HHR mojej żony, od jakiegoś czasu zapalała się lampka check engine poprzedzona chwilę wcześniej ostrzeżeniem o wyłączeniu traction control. Na dodatek, gdy to się włączało, skrzynia szarpała, przerzucając biegi.

Opublikowano w Moto-Goniec