Goniec

Switch to desktop Register Login

piątek, 17 kwiecień 2015 16:42

Maciory lewego pasa

Wracam jeszcze do tematu prędkości na autostradach, bo wraz z wiosenną pogodą wypełzają stare problemy. Jednym z nich jest obecność tzw. wieprzy i macior lewego pasa, czyli ludzi, którym wydaje się, że gdy jadą nieco powyżej obowiązującego ograniczenia prędkości, blokując lewy pas, to tym samym poprawiają bezpieczeństwo ruchu.

Jest – jak wiadomo – wprost przeciwnie. Zazwyczaj idioci tacy powodują zagrożenie śmiertelne, za nimi gromadzi się bowiem cały wianuszek aut, które usiłują ich jakoś wyprzedzić.

Problem ten dostrzega nawet policja i w takiej Kolumbii Brytyjskiej ma za to grozić mandat studolarowy.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 27 marzec 2015 16:42

Co ja mam zrobić? Opony - ważna rzecz!

Dzisiaj będzie o oponach, a to dlatego, że – jak podkreśla inżynier Ludomir Zakrzewski, właściciel zakładu Ludex – jest to jedyna część pojazdu, która łączy nas z drogą, a często bywa zaniedbywana. Więcej przywiązujemy wagi do wymiany oleju niż do wymiany opon. Tymczasem stary olej raczej nas nie zabije, a stare opony mogą.

Przyznam się bez bicia, że w tym roku zrobiłem falstart, i kilka dni temu przełożyłem opony na letnie. Przy tej okazji coś mnie tknęło i wyjąłem zapasowe koło z mojego nastoletniego stareńkiego BMW. Dlaczego? No bo wielu z nas – w tym ja też – zaniedbuje dopompowywanie koła zapasowego. Niezależnie od tego, czy mamy kółko w pełnym wymiarze, czy tylko żałosny ogryzek (w przypadku tego ostatniego jest to nawet ważniejsze), musimy od czasu do czasu je dopompować, aby później nie obudzić się z ręką w nocniku, kiedy po założeniu zapasówki auto ponownie usiądzie na feldze... Warto więc przy wymianie opon na letnie albo ot tak, przy okazji brania paliwa, zadbać o właściwe nadmuchanie koła zapasowego.

We wspomnianych "ogryzkach" jest o wiele wyższe ciśnienie niż w normalnej oponie, dlatego łatwo o wyciek.

Dlaczego na oponach bym nie oszczędzał?

Opublikowano w Moto-Goniec

Zima nas nie rozpieszcza, dlatego dzisiaj znowu powrócę do jazdy w śniegu i po lodzie, do kontroli przyczepności, czyli traction control. Znam osoby, które jeżdżą w błogiej niewiedzy, że mają takie ustrojstwo, a jeszcze mniej osób wie, że można je wyłączyć, zupełna zaś garstka rozumie po co. Tymczasem to zima skłania do tego, by nasze supernowoczesne systemy DSC, ASC czy co tam jeszcze po prostu czasem unieruchomić.

Zacznijmy po kolei.

Kontrola przyczepności wykorzystuje ABS hamulców do inteligentnego i zróżnicowanego spowalniania obrotu poszczególnych kół, tak by nie dopuścić do ich "buksowania". Czujniki pozwalają również automatycznie spowalniać koła na zakręcie, żeby zapobiec zarzucaniu tyłu czy przodu i utrzymać nas mniej więcej w kierunku zamierzonej jazdy.

Dla większości kierowców jest to bardzo dobre urządzenie, które reagując w nagłej sytuacji, pozwala uniknąć lądowania w rowie czy innego wypadku.

Są oczywiście tacy, którzy tego nie lubią, bo zakłóca ich wyczucie zespolenia z pojazdem, pogarsza moment odczucia poślizgu i generalnie uniemożliwia czy utrudnia np. dryft, czyli branie zakrętów w ślizgu bocznym. Dodać trzeba, że traction control to nie jest czarodziejska różdżka, i nie ma co oczekiwać, że podhamowywanie kołami pozwoli nam bezpiecznie brać każdy zakręt przy każdej prędkości i skręcać pod kątem prostym przy 100 km/h. To pomaga tylko w określonych sytuacjach, gdy zaś przekroczymy zakres urządzenia, to i tak wylądujemy w rowie. Niektóre samochody mają też przestawienie skrzyni biegów na jazdę zimową. Warto z tego skorzystać w śniegu. Dotyczy to automatycznych przekładni i symuluje to, co każdy kierowca robi zimą z ręczną skrzynią, czyli ruszanie ze słabszego, wyższego biegu, przez co koła nie tracą kontaktu.

Automat traction control wyhamowuje koła, które podczas gwałtownego dodania gazu na prostej zaczynają kręcić się szybciej niż prędkość jazdy, co znów pozwala szybciej doszukać się przyczepności. Z drugiej jednak strony, wszystko ma swoje plusy i minusy.

Minusem traction control jest to, że w niektórych wypadkach utrudnia lub wręcz uniemożliwia wyjechanie z zaspy, powstrzymując obrót kół w miejscu, w innych uniemożliwia wybujanie się samochodem z opresji poprzez huśtanie nim raz w przód raz w tył, co jest przecież jedną z najpopularniejszych i najskuteczniejszych technik "odkopywania się". Po prostu, czasem, zimą, koła muszą nam trochę "buksować". Oczywiście nie za wiele. O wszystkim decyduje wyczucie, bo też bez sensu jest wciskać gaz do dechy kręcić kołami w miejscu i sądzić, że nas to wyprowadzi na twardy grunt – najczęściej pogarszamy w ten sposób położenie, bo koła obracając się w miejscu, wyślizgują pod sobą szklankę.

W każdym razie, kiedy się zakopiemy, poszukajmy wyłącznika traction control i polegajmy na własnym czuciu gazu i zdrowym rozsądku. Automat za nas z zaspy nie wyjedzie. Musimy sami pokombinować.

Dobrze wozić ze sobą trochę piasku czy szuflę do śniegu – niejednemu uratowało to życie, a już na pewno zaoszczędziło kupę czasu. Dobrze też mieć w aucie zimą ciepłe ubranie na wypadek, gdybyśmy przez kilkadziesiąt minut musieli pracować wokół wkopanego samochodu.

Jeśli nie mamy piasku czy innej zasypki pod koła do poprawienia przyczepności, możemy próbować podłożyć chodniczki z własnego auta. Wiele z nich ma gumowe kolce z jednej strony, co wbija je w śnieg i czasem pozwala kołom trochę na nich podjechać. Inny domowy sposób to wożenie naręcza plastikowych zasuwek plastic zip ties, których kilka możemy zasunąć na oponie i kole, a tym samym zrobić plastikowe "łańcuchy".

I jeszcze jedna rzecz. Gdy się zakopiemy, nie panikujmy, ale działajmy w miarę szybko – auto w kopnym śniegu lubi "opadać", a to nie ułatwi naszego zadania.

No i wreszcie szufla, przez lata woziłem w bagażniku miniaturową zabawkową szuflę do śniegu z Toy r us i kilka razy ratowałem nią skórę. Najlepsza technika to właśnie wspomniane "kołysanie" autem raz w przód raz w tył, a jeszcze lepiej, jeśli damy kołom nieco miejsca na podjechanie, podkopując je od zamierzonej strony, wtedy auto przed uderzeniem w śnieg deczko się rozpędzi, no i w wielu wypadkach ma ten moment, by pojechać dalej. Tak więc jak wjechaliśmy w zaspę, dobrze jest odkopać nieco z tyłu, cofnąć do kiedy się da, a następnie podjechać z impetem do przodu i znów cofnąć…

I do tego właśnie, byśmy jednak trochę tego impetu mieli, służy wyłączenie traction control. Nigdy bujania nie robimy przy włączonej kontroli przyczepności, bo brutalnie mówiąc, będzie ona działać nam wbrew.

I na koniec ta sama rada co zawsze. Panie, Panowie, poćwiczcie sobie jazdę po śniegu. Po pierwsze dlatego, że zabawa w śniegu daje dużo radości, po drugie, aby nie bać się reakcji własnego auta, znać te reakcje i widzieć, jakie są efekty naszych własnych działań – kręcenia kierownicą czy dodawania gazu. Utrata przyczepności to jeszcze nie koniec świata, można się jej nauczyć, a co najważniejsze, wyrobić sobie poprawne odruchy.

O czym zapewnia i do czego namawia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 luty 2015 22:21

Canadian International Autoshow 2015

Do 22 lutego czynna jest największa w Kanadzie i jedna z największych na świecie wystawa motoryzacyjna Canadian International Autoshow.

45 modeli ma na niej swą kanadyjską premierę, a obejrzeć można ponad 1000 samochodów osobowych, SUV-ów i furgonów. Wystawa mieści się w Metro Toronto Convention Centre, zajmując obie części, północną i południową.

W piątek otwarcia dokonali federalny minister finansów Joe Oliver oraz burmistrz Toronto John Tory. Urzędnicy obeszli następnie tereny wystawowe, spotykając się z przedstawicielami różnych producentów.

Rok 2014 był dobry dla kanadyjskiej motoryzacji, sprzedano łącznie 1,85 mln pojazdów, o 6,1 proc. więcej niż w roku 2013.

Wystawa robi wrażenie, coraz więcej prezentowanych samochodów łączy różne rodzaje napędu i zawiera pełną gamę elektronicznych gadżetów poprawiających bezpieczeństwo oraz komfort jazdy. Coraz częściej są one sterowane przez Internet lub wi-fi. Można na przykład za pomocą smartfonu uruchomić w samochodzie ogrzewanie bądź klimatyzację.

Dla bywalców wystawa nie stanowi zaskoczenia, te same marki pokazywane są mniej więcej w tych samych miejscach, wiadomo więc, jak się poruszać. Oczywiście po pewnym czasie ogarnia człowieka zmęczenie i wszystko wydaje się takie samo...

To, co zawsze interesujące, to nie tylko możliwość zobaczenia czy dotknięcia poszczególnych modeli, ale też okazja, by wpasować swoje cielsko w dane auto, rozejrzeć się po wnętrzu, poczuć, jak co w ręku leży.

Oglądanie aut to trochę taki konkurs piękności za szybą. Trudno przecież zobaczyć, co i jak, bez uruchomienia silnika czy jazdy próbnej. Organizatorzy starają się uatrakcyjnić ekspozycję nie tylko przez to, że zapraszają młode i miłe hostessy, ale również pokazując, jak co działa. Tu bardzo miłym zaskoczeniem było subaru przecięte na pół, tak by każdy mógł sobie zobaczyć, jak wygląda "boksujący się" silnik, jak zamontowana jest deska rozdzielcza i ile centymetrów dzieli dół fotela od podłoża.

Inne wrażenie, to że jakby producenci zrezygnowali z epatowania nas minimalizacją spalania. Wiele sensownych nowych dużych aut osobowych (patrz ford taurus) miało po mieście spalanie rzędu 13 – 14 litrów na sto. Hmm.

Wystawa motoryzacyjna to największe przedsięwzięcie wystawowe w Kanadzie.

Zastanawiam się tylko, kiedy pojawią się na niej chińskie modele. Tegoroczną wystawę odwiedził wicekonsul ChRL w Toronto, co pozwoliło zorganizować przy tej okazji obchody nowego chińskiego roku na wystawie.

Chińczycy zaczynają w motoryzacji stanowić poważną konkurencję, bezpardonowo wchodząc na rynki Trzeciego Świata, gdzie po przystępnych cenach oferują auta żywcem zerżnięte z naszych. Dlatego pewnie nie ma ich jeszcze tutaj, choć coraz więcej tutejszych samochodów ma w sobie chińskie części.

Wystawę zwiedzałem w piątek przed południem, niedługo po oficjalnym otwarciu (w czwartek był dzień prasowy), i muszę przyznać, że już wtedy było sporo ludzi. Zainteresowanie motoryzacją nie słabnie, mimo że wyraźnie słabnie kanadyjski przemysł motoryzacyjny, tracąc montownie na rzecz Meksyku, produkcję części zamiennych na rzecz Korei Południowej czy wspomnianych Chin.

Oczywiście nie sposób opisać wszystkich pokazywanych aut. Wracając w piątkowym korku do domu, przyszły mi do głowy dwie refleksje. Po pierwsze, że w każdym samochodzie to samo widać przez przednią szybę i możemy mieć najpiękniejszą i najszybszą maszynę, a mimo to będziemy nią tak samo tkwić w korkach, jak posiadacze żałośnie zdezelowanych wraków. Bez infrastruktury drogowej daleko nie zajedziemy, a zdaje się, że coraz więcej polityków najchętniej poprzesadzałoby nas do komunikacji publicznej, ewentualnie na rowery.

Druga myśl była zaś taka, że przydałby mi się w moim aucie jeden z gadżetów prezentowanych w tesli – automat utrzymujący stały dystans od samochodu z przodu, który pozwala również razem się zatrzymać i razem ruszyć – cudowna rzecz, do automatycznego poruszania się po zakorkowanych autostradach. Kupiłbym od ręki.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław

Bilet dla czterosobowej rodziny to jedynie 45 dol. Parking w pobliżu - 10 dol. Więcej informacji na stronach: http://www.autoshow.ca/


Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 06 luty 2015 16:33

Nie tylko kwestia komfortu...

Przy takiej zimie, jak w minionym tygodniu, wrócił bumerangiem odwieczny problem, czy grzać auto, czy też wsiadać i ruszać z kopyta.

Ekoszantażyści wymusili jakiś czas temu przepisy municypalne zabraniające pracy silnika na wolnych obrotach dłużej niż ileś tam, ale przepisy te – szczęśliwie – jeszcze nie obowiązują w mrozach czy ekstremalnych upałach. Mimo to zachęca się nas, byśmy nie grzali aut, bo to oszczędza środowisko, energię i... samochody.

Ponoć rozgrzewanie było OK przy silnikach gaźnikowych, zaś dzisiaj w dobie elektronicznych wtrysków i całej gamy oprogramowania elektronicznego różnych funkcji samochodu, nasza maszyna łatwo przystosuje się do każdych warunków otoczenia. Jedyne, czego trzeba, to żeby olej zaczął krążyć w żyłach naszego silnika, a to – ponoć – stanie się już po 30 sekundach i można ruszać.

Również, jeśli chodzi o naszą wygodę, to ponoć rozgrzejemy kabinę szybciej, gdy będziemy spokojnie jechali. Ponoć też praca na wolnych obrotach ma przyspieszać zużycie silnika, ale tak do końca nie wiadomo dlaczego – jest kilka szkół. Ponadto uruchamianie silnika w samochodzie stojącym w domowym garażu może się źle skończyć z powodu zatrucia i tak niezdrowymi spalinami.

Tak czy owak, jeśli chcemy rano z domu szybko ruszać, dobrze jest mieć auto wyposażone w grzałkę bloku – tego rodzaju ustrojstwo daje rano pewność odpalenia motoru i względnie szybkiego uzyskania temperatury roboczej.

No dobrze, a co na to mój zdrowy rozum?

No właśnie, grunt to rozsądek. Nie bądźmy purystami i w sytuacji, gdy na zewnątrz jest minus 30, nie ruszajmy po minucie autem z miejsca.

Rozgrzewanie auta oprócz ustabilizowania pracy silnika benzynowego pozwala też nieco nagrzać kabinę kierowcy, tak by nam odtajały szyby.

Owszem, jeśli auto stoi nam przy domu w garażu, no to możemy nim szybko jechać, jednak kiedy wsiadamy do pojazdu, który nocował na dworze, pierwsze powinniśmy go odpalić, drugie oczyścić ze śniegu, a po trzecie odskrobać z lodu. Wszystkie te kilkuminutowe czynności pozwolą na tyle rozgrzać się samochodowi, by bezpiecznie odjechać i włączyć się do ruchu.

Rozgrzewanie to nie tylko kwestia komfortu jazdy, ale również bezpieczeństwa. Podobnie jak przed startem samolotu, dobrze jest spokojnie uruchomić silnik i przejść przez wszystkie wymagane punkty check-listy, tak również przy jeździe samochodem nie ma się co spieszyć. Odśnieżmy auto, odskrobmy, niech sobie trochę popracuje silnik, posiedźmy trochę, żeby szyby przestały nam zachodzić, posprawdzajmy to i owo, aby ruszyć w zimową drogę spokojnie z pełnym zbiornikiem płynu do spryskiwacza. Ja stosuję zasadę, że wskazówka temperatury musi iść w górę, dopiero wtedy ruszam.

A co zrobić, jeśli silnik odmawia posłuszeństwa i starter stać tylko na kilka obrotów?

Wiele razy przypominałem, by troszczyć się o akumulator. Niektórzy sądzą nawet, że trzeba prewencyjnie wymieniać go co cztery lata.

Jeśli akumulator nie jest najlepszy, to: gdy uruchamiamy starter, wyłączamy wcześniej wszystko, co bierze prąd w aucie – od dmuchawy po światła.

Uruchamiając starter, pamiętajmy, by nie kręcić dłużej niż 10 sekund i po 3 – 4 razach dać odetchnąć starterowi, który się nagrzewa, na mniej więcej minutę. Warto też sprawdzić w instrukcji, co producent zaleca przy konkretnym modelu... ja zazwyczaj lekko jednak naciskam na pedał gazu.

Jeśli zaś musimy poprosić o boost – no to przede wszystkim uważajmy, by podłączając przewody, nie spowodować zwarcia. Akumulator przeważnie jest w komorze silnika, a jeśli go tam nie ma, to są tam wyprowadzone punkty do przyłączania.

Najpierw podłączamy plus przewodu do akumulatora "dawcy", a następnie przyczepiamy do plusa akumulatora "biorcy", następnie to samo robimy z minusem – najpierw do dawcy, potem do biorcy. Jeśli auto po kilku próbach, mimo kręcenia silnikiem, nie zaskakuje, to znaczy, że nie ma co się wysilać i problem jest poważniejszy. I znów kręcąc silnikiem, robimy przerwy, żeby nie zajeździć startera w aucie "biorcy".

Podsumowując, jeśli jedziemy zimą, ubierajmy się do samochodu ciepło i nie podgrzewajmy silnika do momentu, kiedy będzie tak ciepły, że pozwoli nam to jechać w podkoszulku. Z drugiej strony, nie wyrywajmy na drogę skamieniałym i zlodowaciałym autem, które szroni nam się od środka, a ręce mróz przyspawuje do kierownicy, bo po prostu jest to niebezpieczne.

Przed czym przestrzega Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 19 grudzień 2014 15:36

Noworoczne wróżby

Nowy rok przyniesie nam wiele nowych modeli, ale chyba ważniejsza od nowych samochodów jest coraz głębsza przemiana samego rynku motoryzacyjnego. Pokuśmy się więc o nieco prognoz. Do czego to wszystko prowadzi.

Nasza kochana władza, według zgłaszanych już explicite postulatów, ma nas zagęszczać w wielkich miastach. Wot prikaz taki dostali, a więc w większym stopniu będziemy zmuszani do przesiadki w komunikację miejską, z pewnością też więcej będzie ideologicznego wciskania takich usług, jak miejskie rowery czy komuny samochodowe – czyli coś na kształt spółdzielni wypożyczających auta. Przed tym wszystkim człowiek nawykły do własności prywatnej w naturalny sposób się opiera, no bo każdy lubi "co je moje".

Szykuje się jednak inna rewolucja. Zaczęło się od ubezpieczeń motoryzacyjnych. Już dzisiaj CAA proponuje nam znaczne obniżenie stawki ubezpieczeniowej, jeśli założymy sobie na szyję obróżkę w postaci monitorowania stylu jazdy. Czyli wsadzają nam do samochodu na naszą własną prośbę takie gizmo – a wiele nowoczesnych aut ma tyle danych w pokładowych komputerach, że naprawdę jest w czym przebierać – i będą poznawać nasz styl jazdy; czy jesteśmy raczej ludźmi spokojnego serca, czy też zapuszczamy się w rejony podwyższonego ryzyka i lubimy docisnąć pedał gazu.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 12 grudzień 2014 20:06

Małe serduszko wielkiej mocy

Ford od czasu do czasu proponuje ciekawe samochody, zwłaszcza w dziale subcompact. Tak się stało, że wśród amerykańskiej Trójki Ford został liderem tego właśnie segmentu.

Fiesta rocznik 2015 daje możliwość wyboru dwóch różnych silników i trzech przekładni.
Z punktu widzenia kierowcy, najbardziej pożądana wersja ST posiada 197-konną, 1,6-litrową, czterocylindrową turbodoładowaną jednostkę napędową zestrojoną z sześciobiegową standardową skrzynią biegów.
Zestaw ten tworzy razem szybkie, a do tego bardzo oszczędne auto, jeśli chodzi o zużycie paliwa. Pozostałe modele mają pod maską 120-konną, 16-zaworową czwórkę napędzającą przednie koła za pośrednictwem standardowej pięciobiegowej skrzyni, lub też wysoko zaawansowanej technologicznie sześciobiegowej przekładni automatycznej, PowerShift.
Taki zestaw zupełnie wystarcza przeciętnemu kierowcy, który używa samochodu na co dzień do pracy, sklepu i kościoła i nie szuka mocnych wrażeń.
Doładowaną wersję SE możemy kupić już za 18 tys. dol., czyli poniżej cen tzw. przeciętnych aut. Za 16 tys. możemy mieć całkiem niezły sedan lub hatchback. Doposażenie oczywiście wyciągnie nam z kieszeni kolejne tysiące, a zamówić dodatkowo możemy praktycznie wszystkie luksusy, jakie dostępne są w samochodach tej klasy, od podgrzewanych siedzeń po szyberdach.
Już model podstawowy ma całkiem dużo do zaoferowania, jak zamki elektryczne, sześciogłośnikowy systemem stereo, hamulce z ABS i wspomaganie ruszania pod górę (dla nieobytych ze standardową skrzynią biegów przypomnę, że chodzi o to, iż auto nie "ucieka" nam do tyłu).
Monitorowanie ciśnienia powietrza w oponach, jak również zwykły zestaw poduszek powietrznych łącznie z chroniącą kolana kierującego.
W najbardziej dopakowanej wersji titanium dostaniemy jeszcze 16-calowe koła z aluminiowymi szprychami, koło zapasowe na aluminiowej feldze, światła przeciwmgielne, otwieranie zbliżeniowe, starter na guzik i skórzaną tapicerkę.
Mówiliśmy o benzynie; z 1,6-litrowym silnikiem, fiesta hatchback jest oceniana przez Transport Canada na 7,4 litra na sto kilometrów w mieście i 5,2 litra po autostradzie – niezależnie od tego jakiej przekładni użyjemy. Jest to oczywiście teoria, ale kierowcy mówią, że w jeździe mieszanej można liczyć na 7,4 litra.

Opublikowano w Moto-Goniec
niedziela, 30 listopad 2014 09:24

Pijmy na zdrowie

Rozpoczęta właśnie akcja RAID każe wrócić do tematu picia.

Proszę wybaczyć, że się powtarzam, ale jestem zdecydowanym przeciwnikiem picia i prowadzenia, głównie ze względu na to, jak bardzo cenię sobie picie, a także jeżdżenie.


Jedno i drugie jest wielką przyjemnością, jeśli potraktować je osobno.
Jeśli lubimy prowadzić, to tylko – proszę Państwa na trzeźwo – jazda na cyku odbiera olbrzymią dozę przyjemności, rozmywa całe doświadczenie, każe się, po prostu, trzymać kierownicy i marzyć o szczęśliwym dotrwaniu do końca, czyli dojechaniu do domu. Zamiast panować nad urządzeniem mechanicznym i inteligentnie dostosowywać jazdę do warunków drogowych, jesteśmy rozmamłani, i tak na dobrą sprawę chce nam się robić coś zupełnie innego.


Zachęcam więc Państwa, by na rzecz spojrzeć trzeźwo, zdroworozsądkowo i nie oszczędzać na własnym piciu.
Picie alkoholu może dać dużo radości, jest to rzecz bardzo przyjemna, zwłaszcza jeśli odbywa się w doborowym gronie przyjaciół lub też ludzi kulturalnych i potrafiących się sobą nacieszyć. Po cóż więc zakłócać tę przyjemność świadomością konieczności prowadzenia samochodu, bezustannym kontrolowaniem własnego zachowania i baczeniem, czy to już, czy jeszcze możemy sobie strzelić małe piwko.
W naszym środowisku niestety pokutuje zasada "mocnej głowy" – udowadniania, że "ja to mogę pić litrami i nic mnie nie rusza", no i oczywiście tego, że mimo tego picia litrami "kontroluję się znakomicie" i mogę siadać za kierownicę.
Jest to potwornie nielogiczna postawa będąca efektem głupoty naszych praszczurów i pokutowania obyczajowości upadającej szlachty, która niestety powiesiła na haku swe rycerskie cnoty. No bo proszę Państwa, rycerstwo jak pije, to pije, a jak kruszy kopie, to kruszy kopie...
Zatem planujmy swoje picie, a gdy zdarza się niezaplanowane, nie wahajmy się zadzwonić po kolegę, koleżankę, czy choćby taksówkę; nie zaszkodzi rozeznać się w ofercie Uber.


Życie jest krótkie, mamy w nim wystarczająco dużo nerwowych sytuacji, zrezygnujmy więc z nerwów podczas picia.
A zatem Drogie Koleżanki i Drodzy Koledzy, w tym sezonie "grzewczym" wyluzujmy się i zróbmy sobie prezent w postaci taksówki z imprezy do domu. Wrócimy do siebie szczęśliwi i dopici, no bo w końcu jaki sens odmawiać kolejki, gdy i tak "dzisiaj nie kieruję"?


Na zdrowie!
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 22 listopad 2014 13:35

Zimą samochód potrzebuje miłości

Spadł śnieg i temat narzuca się sam. Niestety, wielu z nas zima zaskakuje; wiemy, że przyjdzie, ale gdy przychodzi, okazuje się, że jesteśmy nią zdziwieni, nie tylko nie będąc mentalnie gotowi, ale również "sprzętowo", bez szufli czy skrobaczki.

Tak więc w najbliższy weekend zachęcam, by usiąść na sekundkę i popatrzeć, czy wszystko w aucie jest OK.

Tak na zdrowy rozsądek, chodzi o to, by nie było w spryskiwaczu wody, która zamarza, byśmy zapakowali zmiotkę do śniegu i skrobaczkę do lodu, byśmy sobie sprawdzili powietrze w oponach, bo w zimie ciśnienie zazwyczaj spada, byśmy sobie sprawili łańcuchy na koła, bo stanowią jedną z najbardziej skutecznych form wydobywania się z zaspy, albo kupili do bagażnika niewielką szuflę.

Przede wszystkim zaś – warto do bagażnika zapakować czapkę, sweter i rękawice – nic nie zaszkodzi wozić to w samochodzie; bardzo często zdarza się tak, że wyskakujemy gdzieś autem na minutkę, nie jesteśmy odpowiednio ubrani, a tu masz ci los, poślizg albo zakopka – i wówczas dodatkowe ubranie jest jak znalazł.

Kolejna sprawa superważna to widoczność – często gdy zostajemy gdzieś na noc, warto sobie na szybie przedniej włożyć folię pod wycieraczki, unikniemy później skrobania, dobrze też jest sprawdzić, czy działa nam odmrażanie tylnej szyby.

Kolejna "rada dobrego wujka", to żeby jednak dotankowywać auto zawsze, gdy spadnie nam poziom poniżej jednej trzeciej. Nigdy nie wiemy, czy gdzieś nie utkniemy i wówczas silnik dostarczać będzie zbawiennego ogrzewania – ważne, by mógł to czynić przez dłuższą chwilę, czyli byśmy mieli paliwo w baku.

Kolejna rzecz, odczyszczajmy auto z lodu i śniegu, po pierwsze po to, żeby dobrze widzieć, po drugie żeby nie sypać śniegiem ludziom po oczach, a po trzecie żeby też zaoszczędzić trochę benzyny.

Zima to przyjemna pora roku, pod warunkiem że nie ma się do niej "letnich" oczekiwań. Wystarczy tylko nieco zdrowego rozsądku, byśmy również zimą poruszali się bezpiecznie i bezwypadkowo.

Dobrze też przećwiczyć sobie zachowanie samochodu na lodzie, by nas taka sytuacja nie paraliżowała i byśmy wiedzieli, w którą stronę kręcić kierownicą i jak dodawać czy odejmować gazu. Wielu kierowców zimą w sytuacji niewielkiego nawet poślizgu całkowicie truchleje, sztywno trzyma kierownicę w niezmiennym położeniu i wciska do dechy hamulce. Tymczasem pomóc można sobie w wielu wypadkach czymś odwrotnym, np. lekkim dodaniem gazu.

– Czy zmieniać opony na zimowe? – Powiem prosto, rzecz gustu, jeśli mamy opony całoroczne z dobrą głębokością bieżnika, to w warunkach miejskich i przy ostrożnej uważnej jeździe jest to opcja zupełnie wystarczająca. Wspomniane łańcuchy pomogą zaś nam uratować się, gdyby nas całkiem zasypało.

Ministerstwo Komunikacji zaleca też wożenie w samochodzie świecy –gdybyśmy gdzieś utknęli na odludziu świeca daje tyle ciepła w kabinie, by człowiek nie zamarzł.

Słowem, jest zima i trzeba myśleć.

Wielu Kanadyjczyków zimą kieruje się na południe. Jeśli jedziemy autem, warto kupić poręczny bedeker "Along Interstate 75", w którym David Hunter rokrocznie, od 1992 roku, publikuje aktualne informacje o różnych przydatnych rzeczach, jak na przykład to, że w stanie Georgia od niedawna obowiązuje "niemiecki" przepis, iż lewy pas jest na autostradzie wyłącznie do wyprzedzania i można zostać ukaranym mandatem za – nawet szybkie – jechanie lewą stroną, kiedy prawa jest wolna.

Dobrą wiadomością jest natomiast to, że większość stacji benzynowych wzdłuż I-75 przechodzi obecnie na karty kredytowe z czipem, podczas gdy jeszcze nie tak dawno użycie karty wymagało tam adresu domowego z ZIP-em. Książka zawiera również wiele pożytecznych informacji na temat noclegu i restauracji.

•••

W polskich interiach natrafiłem na ciekawy tekst o tym, co człowiek może złego robić własnemu autu najczęściej nieświadomie. Nic tak nie boli jak to, gdy psujemy własnoręcznie, dlatego warto przeczytać choć trochę przykładów

Dolewanie oleju do rozgrzanego silnika

Gdy silnik jest silnie rozgrzany i nalejemy olej o temperaturze otoczenia, dochodzi do miejscowego skurczu metalu głowicy. Jeżeli głowica jest duża (np. rzędowe silniki 6-cylindrowe czy wysokiej pojemności silniki aut terenowych), bardzo często dochodzi do jej pęknięcia. W efekcie silnik zaczyna zużywać ciecz chłodzącą, grzeje się i zaczyna dymić na biało. Dlatego należy zawsze po jeździe odczekać mniej więcej pół godziny przed nalaniem oleju.

Częsta jazda na rezerwie Prawie w każdym zbiorniku samochodowym po pewnym czasie na dnie gromadzą się osady oraz kondensaty. Jeżeli jeździmy notorycznie na "oparach paliwa", to ryzyko zassania ich do układu wtryskowego rośnie.

Nagłe gaszenie silnika bezpośrednio po forsownej jeździe Uwaga dotyczy wszystkich silników, ale w szczególności tych turbodoładowanych. W dolnej części silnika nie ma płaszcza wodnego i za odprowadzanie ciepła odpowiada olej. Jeżeli wyłączamy bardzo rozgrzaną jednostkę (np. po jeździe autostradowej), to obieg oleju się zatrzymuje i jego temperatura wzrasta. W ułożyskowaniu turbosprężarki może dojść do zwęglenia oleju i zakoksowania kanałów. Warto schłodzić silnik, pozostawiając go pracującym na biegu jałowym na czas od pół do dwóch minut. To pozwoli schłodzić wszystkie elementy.

Dynamiczna jazda na zimnym silniku Na zimno współczynnik tarcia ruchomych części silnika i skrzyni biegów jest wysoki, a lepkość oleju pogarsza smarowanie. Ponadto wzbogacona mieszanka zmywa film olejowy z cylindrów. Dlatego należy unikać wykorzystywania pełnej mocy, dopóki silnik nie osiągnie temperatury ok. 80 C. Silniki traktowane ostro na zimno mają zwykle poprzycierane płaszcze tłoków i stają się głośniejsze.

Jazda na zbyt niskich obrotach Przy niewielkim wciśnięciu pedału gazu nawet obroty rzędu 1300 obr./min nie muszą być dla silnika szkodliwe. Ale jeżeli obciążenie jest spore (podjazd pod górę, przyspieszanie, wysoki bieg i mocno wciśnięty pedał gazu), to zbyt niskie obroty szkodzą silnikowi. Występują wtedy przeciążenia w układzie korbowo-tłokowym. Niszczą się panewki, wał korbowy, koło dwumasowe oraz tłoki. Zmiana biegu na niższy rozwiązuje problem.

Jazda na krótkich dystansach Praca na nierozgrzanym oleju to gorsze smarowanie i przyspieszone zużycie. Badania stanowiskowe wielu producentów wskazują na to, iż jeden cykl rozruchu i rozgrzewania silnika odpowiada zużyciu, jakie generuje 300-500 km jazdy szosowej. To daje pojęcie, jak ogromne jest zużycie silnika na zimno.

Jazda na bardzo wysokich obrotach Sporadyczne wkręcanie silnika na obroty nieprzekraczające maksymalnych nie uszkodzi silnika. Jednak częste dokręcanie do tzw. czerwonej kreski nie jest dobre. Pierwszymi objawami takiej techniki jazdy będą podwyższone zużycie oleju, a po pewnym czasie może do tego dojść podniesiona głośność. Efekt szybszego zużycia pierścieni, tłoków, panewek, krzywek rozrządu, popychaczy itp. będzie widoczny dopiero po kilku latach takiej eksploatacji.

Szybka jazda przez wodę Istnieje ryzyko zassania wody do silnika, co kończy się jego zniszczeniem. Ponieważ woda jest nieściśliwa, jeżeli dostanie się do cylindrów, to któryś element będzie musiał się poddać. Najczęściej dochodzi do zgięcia korbowodów. Dlatego głębsze kałuże należy pokonywać powoli (np. 20 km/h), utrzymując stałą prędkość jazdy.

Nerwowe ruchy pedałem gazu Naprzemienne dodawanie i odejmowanie gazu powoduje zmianę kierunku działania reakcji silnika na gumowo-metalowe poduszki mocujące zespół napędowy.

Przeciąganie wymiany oleju W trakcie użytkowania z oleju wyparowują lżejsze frakcje, a jednocześnie dostają się skropliny wody oraz paliwo. Zużyciu ulegają dodatki uszlachetniające. Najlepsza jest wymiana co 10-15 tys. km.

•••

A na koniec informacja z ostatniej chwili, Volkswagen postanowił wycofać do naprawy 126 tys. pojazdów w Kanadzie z powodu usterki tylnego zawieszenia, dotyczy to jett z lat 2011–2013 i beetli z lat 2012–2013.

Firma zapewnia, że do tej pory nie było żadnych wypadków z tym związanych.

A zatem oby do lata
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 01 listopad 2014 13:29

Ta okropna deprecjacja

Od dawna jestem zwolennikiem "twórczego" podejścia do posiadania samochodów, twórczego, czyli uwzględniającego nasze potrzeby i upodobania. Samochód to kupa blachy, a nie żadna inwestycja finansowa, więc jeśli można na zaspokojeniu naszych potrzeb transportowych zaoszczędzić, to grzech tego nie zrobić.

Głównym kluczem jest tutaj analiza tego, jak samochód wykorzystujemy i kiedy. Największym kosztem posiadania czterech kółek nie jest, wbrew pozorom, koszt benzyny czy napraw, lecz DEPRECJACJA, czyli to, ile nasza "inwestycja" czterokołowa straci na wartości w procesie eksploatacji. Stąd często nie opłaca się kupować samochodów całkiem nowych, a te 3-4-letnie jak najbardziej. Ich cena to zazwyczaj połowa wyjściowej, jaką zapłacimy za samochód wprost z placu.

Druga sprawa to oczywisty fakt, iż w przypadku samochodów "miejskich" koszty eksploatacji są o wiele niższe niż w przypadku vana czy SUV-a. Jeśli więc potrzebujemy wielkiego auta kilka razy do roku na jakieś wypady urlopowe czy wyjazdy do rodziny etc., może pomyśleć, czy nie warto po prostu w takich sytuacjach pożyczyć samochód. Wbrew pozorom może to być całkiem rozsądna kalkulacja, tym bardziej jeśli mamy już na stanie inny, za który płacimy ubezpieczenie.

Warto też przed wypożyczeniem zadzwonić do swojej firmy ubezpieczeniowej i poznać dokładne warunki – choćby po to, by nie okazało się, że mamy ubezpieczenie w jedną stronę i jak sami coś zrobimy naszemu pięknemu wypożyczonemu autu jakieś przykrości, to będziemy potem płacić z własnej kieszeni.

Trzeba też o ubezpieczeniach porozmawiać spokojnie i rozsądnie (fine print) w wypożyczalni; niektóre kasują na przykład również za wypożyczenie w przypadku, gdy samochód jest naprawiany w zakładzie – a powiedzmy szczerze – nikomu poza nami w takiej sytuacji się nie spieszy. Słowem, jeśli nosimy się z zamiarem wliczenia do rocznego budżetu transportowego licznych wypożyczeń – trzeba to zrobić mądrze i z ołówkiem w ręku.

Samochód jest jednym z większych wydatków w budżecie domowym i trzeba do tego podejść tak jak do innych wydatków stałych; czyli "rozpisać" sobie koszt samochodu na wszystkie lata posiadania. Wiele rzeczy może nas bowiem wtedy zadziwić.

Różne są pomysły. Są ludzie, którzy uważają, że kilkuletni mercedes, BMW czy lexus taniej wychodzi niż nowy amerykański samochód średniej klasy, za który zapłacimy 30 tys., po to by po 6 latach sprzedać go za 5 tys. – czyli nie licząc różnych wydatków dodatkowych, auto kosztować nas będzie, na samej tylko deprecjacji, 25 tys. dolarów przez 6 lat, czyli 350 dol. miesięcznie – i to gdy nie pożyczyliśmy pieniędzy! Kwota ta jest jeszcze wyższa, ponieważ nasze pieniądze – gdybyśmy je oszczędzali – przynosiłyby procent.

Jeśli natomiast kupimy za 15 tys. 6-letnie BMW (patrz zdjęcia), to po kolejnych sześciu latach sprzedamy je za 6 tys. dol., czyli przez sześć lat eksploatacji zapłacimy za nie 9 tys. dol. – ok. 125 dol. miesięcznie. Rocznie różnica między wspomnianym amerykaninem a naszym BMW wyniesie 2700 dol.!

Co to oznacza? Ano to, że nawet jeśli nasze 6-letnie BMW będzie się psuło, to w porównaniu do czystych wydatków związanych z posiadaniem nowego auta mamy na naprawy budżet 2700 dol. rocznie! Nawet zakładając, że trafimy na coś, co przypomina lemona, założę się, że przez 6 lat tyle nie wydamy. A gdy trafimy dobrze i w nasze ręce trafi auto dobrze utrzymane, no to chyba nie muszę tłumaczyć. Jeździmy tanio dobrym, przyjemnym samochodem.

Piszę o tym, by unaocznić prosty fakt, iż samochody powinniśmy kupować, licząc przede wszystkim to, ile za nie zapłacimy przez cały okres posiadania. Specjalnie dałem przykład auta luksusowego versus auto przeciętne, ponieważ przyjemność posiadania 6-letniego wypasionego BMW jest porównywalna z przyjemnością zakupu – powiedzmy nowego cruze'a czy innego samochodu średniej klasy. W przypadku starych aut dodatkowe opcje nie podnoszą już tak niebotycznie ceny, jak to ma miejsce przy nowym aucie, gdzie wszyscy każą sobie płacić jak za woły za byle gadżet.

A jeśli już mowa o gadżetach, to właśnie przeczytałem niedawno o nowym środku chroniącym lakier przed odpryskami. Niestety, moje auto przez częste jeżdżenie po autostradach całe jest postrzelane z przodu (niedawno musiałem wymienić rozbitą przez kamień przednią szybę – z czystym sercem polecam Stanley Autoglass www.stanautoglass.ca).

Znany korporacyjny gigant chemiczny 3M oferuje sprej w puszkach o nazwie PaintDefender, który tworzy na lakierze szczególnie zagrożonych elementów – maska, zderzaki – tam gdzie odpryskuje nam najczęściej – niewidoczną błonę ochronną. Działa skutecznie przez rok, po czym można ją łatwo usunąć.

Być może jest to warte zachodu – zwłaszcza na zimę, kiedy będzie na nas sypało nie tylko zwykłymi kamykami, ale grudami soli i błota.

Jeśli zaś odprysk się pojawi, to można go (i trzeba) – jak najszybciej usunąć – stosowne instrukcje łatwo znajdziemy na YouTube

o czym zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec