Goniec

Switch to desktop Register Login

sobota, 01 listopad 2014 13:29

Ta okropna deprecjacja

Od dawna jestem zwolennikiem "twórczego" podejścia do posiadania samochodów, twórczego, czyli uwzględniającego nasze potrzeby i upodobania. Samochód to kupa blachy, a nie żadna inwestycja finansowa, więc jeśli można na zaspokojeniu naszych potrzeb transportowych zaoszczędzić, to grzech tego nie zrobić.

Głównym kluczem jest tutaj analiza tego, jak samochód wykorzystujemy i kiedy. Największym kosztem posiadania czterech kółek nie jest, wbrew pozorom, koszt benzyny czy napraw, lecz DEPRECJACJA, czyli to, ile nasza "inwestycja" czterokołowa straci na wartości w procesie eksploatacji. Stąd często nie opłaca się kupować samochodów całkiem nowych, a te 3-4-letnie jak najbardziej. Ich cena to zazwyczaj połowa wyjściowej, jaką zapłacimy za samochód wprost z placu.

Druga sprawa to oczywisty fakt, iż w przypadku samochodów "miejskich" koszty eksploatacji są o wiele niższe niż w przypadku vana czy SUV-a. Jeśli więc potrzebujemy wielkiego auta kilka razy do roku na jakieś wypady urlopowe czy wyjazdy do rodziny etc., może pomyśleć, czy nie warto po prostu w takich sytuacjach pożyczyć samochód. Wbrew pozorom może to być całkiem rozsądna kalkulacja, tym bardziej jeśli mamy już na stanie inny, za który płacimy ubezpieczenie.

Warto też przed wypożyczeniem zadzwonić do swojej firmy ubezpieczeniowej i poznać dokładne warunki – choćby po to, by nie okazało się, że mamy ubezpieczenie w jedną stronę i jak sami coś zrobimy naszemu pięknemu wypożyczonemu autu jakieś przykrości, to będziemy potem płacić z własnej kieszeni.

Trzeba też o ubezpieczeniach porozmawiać spokojnie i rozsądnie (fine print) w wypożyczalni; niektóre kasują na przykład również za wypożyczenie w przypadku, gdy samochód jest naprawiany w zakładzie – a powiedzmy szczerze – nikomu poza nami w takiej sytuacji się nie spieszy. Słowem, jeśli nosimy się z zamiarem wliczenia do rocznego budżetu transportowego licznych wypożyczeń – trzeba to zrobić mądrze i z ołówkiem w ręku.

Samochód jest jednym z większych wydatków w budżecie domowym i trzeba do tego podejść tak jak do innych wydatków stałych; czyli "rozpisać" sobie koszt samochodu na wszystkie lata posiadania. Wiele rzeczy może nas bowiem wtedy zadziwić.

Różne są pomysły. Są ludzie, którzy uważają, że kilkuletni mercedes, BMW czy lexus taniej wychodzi niż nowy amerykański samochód średniej klasy, za który zapłacimy 30 tys., po to by po 6 latach sprzedać go za 5 tys. – czyli nie licząc różnych wydatków dodatkowych, auto kosztować nas będzie, na samej tylko deprecjacji, 25 tys. dolarów przez 6 lat, czyli 350 dol. miesięcznie – i to gdy nie pożyczyliśmy pieniędzy! Kwota ta jest jeszcze wyższa, ponieważ nasze pieniądze – gdybyśmy je oszczędzali – przynosiłyby procent.

Jeśli natomiast kupimy za 15 tys. 6-letnie BMW (patrz zdjęcia), to po kolejnych sześciu latach sprzedamy je za 6 tys. dol., czyli przez sześć lat eksploatacji zapłacimy za nie 9 tys. dol. – ok. 125 dol. miesięcznie. Rocznie różnica między wspomnianym amerykaninem a naszym BMW wyniesie 2700 dol.!

Co to oznacza? Ano to, że nawet jeśli nasze 6-letnie BMW będzie się psuło, to w porównaniu do czystych wydatków związanych z posiadaniem nowego auta mamy na naprawy budżet 2700 dol. rocznie! Nawet zakładając, że trafimy na coś, co przypomina lemona, założę się, że przez 6 lat tyle nie wydamy. A gdy trafimy dobrze i w nasze ręce trafi auto dobrze utrzymane, no to chyba nie muszę tłumaczyć. Jeździmy tanio dobrym, przyjemnym samochodem.

Piszę o tym, by unaocznić prosty fakt, iż samochody powinniśmy kupować, licząc przede wszystkim to, ile za nie zapłacimy przez cały okres posiadania. Specjalnie dałem przykład auta luksusowego versus auto przeciętne, ponieważ przyjemność posiadania 6-letniego wypasionego BMW jest porównywalna z przyjemnością zakupu – powiedzmy nowego cruze'a czy innego samochodu średniej klasy. W przypadku starych aut dodatkowe opcje nie podnoszą już tak niebotycznie ceny, jak to ma miejsce przy nowym aucie, gdzie wszyscy każą sobie płacić jak za woły za byle gadżet.

A jeśli już mowa o gadżetach, to właśnie przeczytałem niedawno o nowym środku chroniącym lakier przed odpryskami. Niestety, moje auto przez częste jeżdżenie po autostradach całe jest postrzelane z przodu (niedawno musiałem wymienić rozbitą przez kamień przednią szybę – z czystym sercem polecam Stanley Autoglass www.stanautoglass.ca).

Znany korporacyjny gigant chemiczny 3M oferuje sprej w puszkach o nazwie PaintDefender, który tworzy na lakierze szczególnie zagrożonych elementów – maska, zderzaki – tam gdzie odpryskuje nam najczęściej – niewidoczną błonę ochronną. Działa skutecznie przez rok, po czym można ją łatwo usunąć.

Być może jest to warte zachodu – zwłaszcza na zimę, kiedy będzie na nas sypało nie tylko zwykłymi kamykami, ale grudami soli i błota.

Jeśli zaś odprysk się pojawi, to można go (i trzeba) – jak najszybciej usunąć – stosowne instrukcje łatwo znajdziemy na YouTube

o czym zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 24 październik 2014 14:59

Szukanie pieniędzy w kodeksie

Szanowni Państwo, niestety nadprodukcja przepisów oraz wprowadzanie przepisów trudno egzekwowalnych, przez co niszczących prawo – ma miejsce również w regulacji ruchu drogowego.

Nie wiem czemu, ale mam jakieś takie podskórne wrażenie, że rządzący nami politycy nie lubią prywatnych samochodów osobowych i usiłują zohydzić kierowcom życie.

Jakiś czas temu pisałem o przepisach zakazujących trzymania włączonego silnika samochodu na wolnych obrotach przez okres – o ile dobrze pamiętam nie dłuższy niż 3 minuty w okresie 5-minutowym – niech mnie ktoś poprawi, jeśli się mylę – o ile temperatura na zewnątrz nie jest niższa niż ileś tam stopni i nie wyższa niż ileś. Jest to prawna bzdura, a na domiar złego w związku z próbą jej egzekwowania stworzono ileś tam etatów inspektorów miejskich, którzy rzecz sprawdzają, węsząc po ulicach.

Gwoli ścisłości dodam, że rzecz dotyczy przepisów miejskich, a nie Kodeksu drogowego.

Tymczasem mamy właśnie na tapecie Kodeks drogowy, jego nowelizacja – zważywszy na absolutną większość liberałów w legislaturze – zostanie przyjęta.

Oczywiście, rząd – który zdążył już utopić w błocie kilka miliardów – potrzebuje naszych pieniędzy i dlatego szuka ich tam gdzie zawsze – podnosząc wysokość mandatów – wiadomo, że tu nikt nie będzie krzyczał, bo przecież "chodzi o dobro nas wszystkich" – no nie?

Wyższe mają być mandaty za otwarcie drzwi na drodze nadjeżdżającego rowerzysty – od 300 do 1000 dol., jak również wprowadzony zostanie przepis, że rowerzystę trzeba omijać w odległości nie mniejszej niż metr – jak to wymierzyć, drogi kolego kierowco? No na oko, bo jak inaczej. Żeby było śmieszniej, to prawo to będzie obowiązywać "tam, gdzie jest to możliwe". Po co taki przepis? – Po nic! Wyłącznie po to, by na każdego był hak.

Do tego dochodzi jeszcze jedna bardzo ważna rzecz, na którą już zawczasu uczulam. Otóż, jeśli znowelizowany kodeks wejdzie w życie, kierowcy na mocy prawa będą musieli czekać, aż pieszy przejdzie do końca przez przejście. Czy oznacza to, że na cztero- czy sześciopasmowej ulicy będziemy musieli cierpliwie czekać, aż pieszy ukończy przeprawę pięciu pasów od nas?

Słowem, coraz mniej rzeczy zostawianych jest na żywioł, coraz mniej mamy mieć zdrowego rozsądku, a coraz więcej odruchów Pawłowa. W gąszczu przepisów coraz więcej też będzie zależało od interpretacji i zdrowego rozsądku pana policjanta. Pytają Państwo, czy mi to czegoś nie przypomina?

Oczywiście, że tak!

Rząd Ontario jednocześnie chce jakoś ugryźć sprawę kierowców jeżdżących pod wpływem narkotyków. Problem w tym, że narkotyki narkotykom nierówne, są takie, które pogarszają percepcję, jak marihuana, a są takie, które wyostrzają zmysły, jak amfetamina – notabene podawana przez lekarzy pilotom wojskowym podczas długich lotów.

Umówmy się, jestem zagorzałym wrogiem narkotyzowania się i wprowadzania w odmienne stany świadomości przy pomocy zmieniania chemii mózgu.

Jestem sto procent za przyjemnością skoncentrowanego, trzeźwego prowadzenia samochodu. Obawiam się jednak, że kolejny raz stworzony zostanie moloch, który narazi policjantów na turbulencje, a nas wszystkich na idiotyczne kontrole przy pomocy testów –których jeszcze nie ma. Wszystko bowiem wskazuje na to, że najpierw będą przepisy, a potem dopiero trafią do policji drogowe testy antynarkotykowe.

Mają również wzrosnąć mandaty za rozpraszanie się podczas jazdy, czyli używanie telefonów komórkowych czy innych gadżetów. Równocześnie – jak na to wskazała Andrea Horwath z NDP – rząd postawi ileś tam nowych elektronicznych tablic reklamowych przy autostradach serii 400. Jeśli to nie jest rozpraszanie kierowcy, to, przepraszam, co to jest?

Przy tym przypomnę o moim koniku – chcecie poprawy bezpieczeństwa drogowego – poprawmy kulturę jazdy i zwiększmy prędkość na niektórych odcinkach autostrad serii 400 do 130 km/h, jak to obowiązuje np. w Unii Europejskiej. Jakoś można tam z tym żyć.

Podniesienie przeciętnej prędkości na autostradach ZNACZNIE poprawi sytuację gospodarczą miast i miasteczek na północ od Toronto. Oczywiście, wówczas konieczne byłoby wprowadzenie przepisu, że lewy pas jest li tylko do wyprzedzania.

Żadne przepisy nie zastąpią zaś uważnej jazdy.

O czym z pewnym smutkiem zapewnia Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 11 październik 2014 13:43

W deszczu bez cruise control

Zbliża się słota, więc kontynuujemy dzisiaj temat bezpieczeństwa jazdy. Znajomy podesłał mi niedawno krążące po Internecie "odkrywcze" zalecenia. 

Jedno, aby w nocy i w deszczu jeździć w okularach słonecznych, bo ponoć lepiej wtedy widać; drugie, aby broń Panie Boże w deszczu nie włączać tempomatu, czyli po naszemu cruise control, bo jak auto wpadnie w hydroplaning, to stracimy kontrolę i będziemy przyspieszać.

Zacznę od okularów, bo to prostsze. Owszem, jazda w okularach słonecznych – ale nie takich znów całkiem zaciemniających – nocą ma sens jedynie wtedy, gdy są to okulary polaryzujące. Pomagają wówczas likwidować efekt halo i różne dziwne poblaski i odblaski od jezdni. Z drugiej strony, trudno nocą przeceniać znaczenie czystej przedniej szyby – chodzi o to, by była tak czysta, aby na niej nic się nie rozmazywało i nie zaciągało – to podstawa.

Druga rzecz, którą akurat warto przed zimą zrobić, to wyczyścić dokładnie przednią szybę od środka – tak się składa, że na nią właśnie często włączony jest nawiew i mimo różnych świetnych filtrów jednak kurz się zbiera; nie mówiąc już o sytuacji, gdy wozimy palaczy lub sami nimi jesteśmy.

Jeśli chodzi o cruise control, rozsyłana po sieci historyjka mówi mniej więcej tak: 36-letnia kobieta prowadziła (w jednych wersjach w Australii, w innych w USA), padał deszcz, choć nie aż tak ulewny, i w pewnym momencie auto zaczęło się ślizgać po płaszczu wodnym na powierzchni drogi, co skończyło się w rowie. Gdy na miejscu pojawił się policjant, zapytał, czy używała cruise control, i wyjaśnił, że każdy kierowca powinien wiedzieć, aby nigdy nie jeździć w deszczu na cruise control – kiedy dochodzi do zjawiska hydroplaning i opony tracą kontakt z podłożem, komputer przyspiesza obroty kół i pojazd wyrywa nam do przodu niczym mała rakieta. Zdaniem rzeczonego policjanta, ostrzeżenie przed tym powinno znajdować się w kabinie każdego samochodu wyposażonego w cruise control.

Prawda to, czy nie?

Hydroplaning może zdarzyć się w każdej sytuacji, niezależnie od tego czy mamy włączony cruise control, czy nie – tu trudno przecenić znaczenie dobrych opon. Oczywiście, nie powinniśmy jeździć na tempomacie tam, gdzie wymagana jest pogłębiona świadomość sytuacyjna kierowcy – czyli nie w deszczu czy na lodzie – ale tylko dlatego, aby natychmiast wyczuć, gdy auto zaczyna nam iść swoją drogą, czyli gdy tracimy nad nim kontrolę – bardzo ważna jest przecież ta początkowa reakcja na poślizg, a wczesne reagowanie daje nam więcej miejsca i czasu na działanie.

Zwykły cruise control (nie radarowy) współdziała z szybkościomierzem i tak reguluje gaz, aby utrzymać ustawioną, stałą prędkość, obecnie proces ten ma wiele mechanizmów bezpieczeństwa i sterowany jest komputerowo.

Cruise control wymyślił ociemniały inżynier Ralph Teetor, który jadąc samochodem ze swoim "szczebiocącym" non stop adwokatem, był zdenerwowany, że ten co chwila przyspiesza i zwalnia. Dlatego opatentował w 1945 roku urządzenie utrzymujące stałą prędkość, a w 1958 po raz pierwszy zamontował je w niektórych modelach Chryslera.

Czy cruise control może nam nagle przyspieszyć auto? No chyba że jedziemy z góry – to znaczy w prostych wersjach cruise control nie hamuje silnikiem ani nie włącza hamulców. W nowoczesnych urządzeniach przy automatycznej skrzyni biegów cruise control jest jednak w stanie redukować biegi i hamować silnikiem.

Dlaczego sam z siebie tempomat nie przyspiesza? Bo odczytuje prędkość kół ze skrzyni biegów, w przypadku hydroplaning, gdyby tracąc przyczepność koła zaczęły się szybciej się obracać – cruise control będzie próbował je zwolnić do zadanej prędkości, a nie przyspieszyć.

Tak czy owak, w takiej sytuacji nie powinniśmy używać tego urządzenia, ale wyłącznie dlatego, by bardziej wyczuwać samochód i być w stanie szybciej zareagować na poślizg.

Wracając do opon, współczesne samochody mają o wiele szersze koła i opony niż dawniej to bywało, a zatem opony takie są bardziej narażone na zjawisko hydroplaning, które bierze się głównie z nie dość szybkiego odprowadzania wody rowkami bieżnika – ponawiam więc apel o niezwlekanie z wymianą opon. To jest sprawa życia i śmierci.

Dobre opony, uważna jazda i nieużywanie cruise control to podstawa bezpieczeństwa w każdych trudnych warunkach czy to w deszczu, czy na lodzie.
Druga ważna uwaga, to gdy już zdarzy nam się być w takich warunkach z włączonym cruise control, nie wyłączajmy urządzenia poprzez naciśnięcie na pedał gazu czy hamulca – zróbmy to "na guzikach", przyciskając "cancel". Naciśnięcie w takiej sytuacji gazu lub hamulca bez wyczucia może spowodować poślizg.

To tyle! Bezpiecznej jazdy!
Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 22 sierpień 2014 15:34

Spark - iskrzy w mieście

Koleżanka z pracy niedawno wróciła z urlopu – objechała całe Stany Zjednoczone i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że z dwoma kotami...

No właśnie, jak to jest z tym naszym czworonogiem – zabierać go na wakacje do USA, czy szukać opieki, ewentualnie oddawać do hotelu dla zwierząt?

Podróż z wiernym zwierzęciem może być bardzo przyjemnym przeżyciem, pod warunkiem, że odpowiednio się do niej przygotujemy. No i oczywiście, jeśli wiemy, że nasz pies czy kot lubi podróżować i od tego nie choruje – psy dostają tak samo choroby lokomocyjnej jak ludzie i podobnie jak ludzie mogą na to brać tabletki.

Druga sprawa, to przygotowanie miejsc do noclegów – nie wszędzie pozwolą nam ulokować się z kotem czy psem; no i trzecia sprawa – przygotowanie się do przekroczenia granicy. Podczas wyjazdu do USA powinniśmy zaopatrzyć psa w świadectwo szczepienia przeciwko wściekliźnie, i to takie, które pokazuje, że nasz piesek został zaszczepiony na 30 dni przed przekraczaniem granicy. Dobrze mieć zwierzę zaczipowane. Powinniśmy też sprawdzić, czy czasem rasa naszego pieska nie znajduje się na czarnej liście ras objętych ograniczeniami – takich "terrorystów" do USA nie wpuszczają, i nie chodzi tylko o przekraczanie granicy, bowiem takie obostrzenia mogą obowiązywać w poszczególnych stanach!

Podczas powrotu podobnych dokumentów mogą zażądać kanadyjscy celnicy – między innymi po to by stwierdzić, że pies jest lokalny, kanadyjski, i nie został kupiony lub w inny sposób pozyskany w USA.

Tak więc przy odrobinie dodatkowego wysiłku możemy całkiem spokojnie przemierzać USA w towarzystwie nie tylko ulubionych ludzi, ale również zwierząt.

•••

Rozważając kupno samochodu, warto zastanowić się nad kilkoma opcjami, w tym czy kupić, czy wynająć. Wszystko zależy od tego, jak często wyjeżdżamy poza miasto, czy chodzi nam o drugi samochód w rodzinie, czy pierwszy, i jakie są nasze konkretne potrzeby transportowe.

Może się bowiem okazać, że tanie przy zakupie i w eksploatacji auto pozwoli nam na większą elastyczność przy zaspokajaniu poszczególnych potrzeb wyjazdowych i używane na co dzień da nam możliwość przy wyjeździe na wakacje w dzicz, wziąć sobie z wypożyczalni SUV-a, a przy wyjeździe do rodziny mieszkającej daleko stąd, jakiegoś wygodnego minivana. Wszystko to łącznie licząc, może okazać się tańsze niż posiadanie jednego lub dwóch dużych aut. Tak więc, decyzje te powinniśmy podejmować z ołówkiem w ręku, nie bojąc się kwestionować obiegowych opinii.

Jeśli zaś mielibyśmy decydować się na coś małego, to warto zastanowić się nad chevroletem spark, rocznik 2015. Jest to niedrogie auto miejskie, z 84-konnym czterocylindrowym silnikiem i pięciobiegówką ręczną lub też stożkową, automatyczną przekładnią. Spark na trasie powinien nam palić ok. 6 litrów, a po mieście 8. Może nie są to jakieś strasznie rekordowe wskaźniki, ale spark budowany jest z myślą o ludziach młodych i ma wiele udogodnień telekomunikacyjnych i "rozrywkowych", w tym MyLink, system infotainment chevroleta, siedmiocalowy dotykowy ekran, Bluetooth, kompatybilność z radiem internetowym Pandora czy czytaczem ludzkiego głosu Siri i "appsem" nawigacyjnym.

Spark nie jest też taki mikry jak inne miejskie auta i może wygodnie przewozić cztery dorosłe osoby. Ponadto mamy do dyspozycji 11,4 stopy kubicznej przestrzeni bagażowej. Z pewnością dobrą stroną tego niewielkiego samochodu jest 10-poduszkowy system bezpieczeństwa wypadkowego. I to wszystko zaczyna się w negocjacjach grubo poniżej 15 tys. dol. (11 945 dol.).

Jeśli dodam, że auto już w wersji podstawowej ma traction control i elektrycznie wspomagany układ kierowniczy, okaże się, że za bardzo niewielkie pieniądze możemy mieć całkiem zborną miejską nówkę z całym dobrodziejstwem gwarancji.

Tak więc myśląc o naszych potrzebach transportowych, warto czasem pokombinować, czy w danej sytuacji np. elektryczny rower lub moped, plus taki spark, plus wypożyczanie samochodów na weekendy, razem do kupy nie będzie tańszym i bardziej przyjemnym rozwiązaniem niż jeżdżenie cały czas jakimś wielkogabarytowym yukonem czy innym pilotem. A przy tym naprawdę można mieć wiele radości w prowadzeniu wspomnianych pojazdów.

O czym Państwa zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 19 lipiec 2014 05:54

W obiektywie Moto-Gońca

Jeden z uczestników harcerskiej akcji letniej harcerz orli Marcin Misztal przyjechał na kanadyjskie Kaszuby trabantem. Jest to auto z 1991 roku, czyli z końcowych lat produkcji - już z czterosuwowym silnikiem od vw polo. Samochód wygląda świetnie, ale niestety nie ma tego charakterystycznego brzmienia, jakie nieodłącznie kojarzy się z popularnym trabim. 

Silnik od polo pozwala poruszać się po drogach Ontario bez ograniczeń. Oryginalne trabanty nie mogą wjeżdżać na autostrady serii 400 z powodu zbyt małego przyspieszenia.


Nic dodać, nic ująć

Po różnych wypadach w sfery motoryzacji - nazwijmy ją - hobbystycznej, pora wracać "na ziemię", czyli do aut sensownych, niedrogich, w miarę przyjemnych dla kierowcy.

I do takich niewątpliwie należy przeprojektowana na rok 2015 nowa sonata hyundaia. Nowy kształt jest elegancki, modny i nie odbiega zbytnio od obowiązującego trendu.

Zacznijmy od krótkiej charakterystyki: oczywiście jest to średniowymiarowy sedan z silnikiem z przodu i napędem na przednie koła. Napęd ten zapewnia 16-zaworowy czterocylindrowy silnik o pojemności 2,4 litra z wtryskiem bezpośrednim GDI, dostarczający 185 KM mocy i 178 funto-stóp momentu obrotowego. Można sobie też zamówić mocniejszą jednostkę, o dziwo, o mniejszej, bo tylko dwulitrowej pojemności dostarczającą 245 KM.

Ile to pali? No, tak średnio - jak na dzisiejsze czasy, choć oczywiście, bardzo mało w porównaniu do aut sprzed kilku lat - po mieście 9.8 l., na trasie 6,7l. - Są to dane producenta więc nasze doświadczenia mogą być odrobinę odmienne, bo nikt nie jeździ idealnie.

Ceny zaczynają się od 24 tysięcy i dochodzą do 31, a nawet 34 w przypadku wersji z turbodoładowaniem.

Nowa sonata jest dłuższa i szersza od poprzedniej, sprawia też wrażenie "grubszej".

W zależności od ceny możemy ją postawić na 16-, a nawet 18-calowych felgach - w przypadku wspomnianego turba, jak również wyposażyć w poczwórny wydech.

Tak więc, Hyundai chce tu konkurować również o bardziej wymagających kierowców, którzy lubią poczuć gdzieś na pustej drodze moc pod maską.

Producent oferuje w wersji wyższej wszystkie luksusy - jak podwójną strefę klimatyzowania i grzania, podgrzewaną kierownicę, podgrzewane tylne siedzenia i schładzane przednie, dobrą nawigację, 9-głośnikowy system audio.

Do tego dodać trzeba wszystkie elektroniczne gadżety poprawiające bezpieczeństwo i automatyzujące jazdę - jak, ostrzeżenie przed zmianą pasa, ostrzeżenie przed kolizją, adaptacyjny tempomat itd.

Hyundai przyzwyczaił nas już do tego, że za stosunkowo niewielkie pieniądze kupujemy "bardzo dużo samochodu", tak jest i tym razem. I to nie tylko w "wyższych" modelach.

Wspomniany GL dostępny za 24 tys. dolarów, ma automatyczne zdalne otwieranie zamków, elektrycznie opuszczane okna, podgrzewane siedzenia, Bluetooth, pięciocalowy ekran nawigacyjny z kamerą wsteczną, monitorowanie martwego punktu, automatyczne ustawianie świateł i wiele, wiele innych udogodnień.

Hyundai zrezygnował (jak wiele innych producentów) w przypadku sonaty z oferowania sześciocylindrowego silnika - moda dzisiaj jest taka, że wydobywamy więcej mocy z mniejszego litrażu, stosując turba - zazwyczaj podwójne przez co zmniejszamy spalanie. Jazda sonatą jest przyjemna i wyciszona, jak na samochód półtoratonowy silnik zapewnia bardzo dobre przyspieszenia. Pomaga temu wszystkiemu zmniejszenie współczynnika oporu powietrza przez co - znów - jazda jest bardziej wyciszona. Po raz kolejny wypada więc powtórzyć - że Hyundai to dzisiaj bardzo szanowana marka. A jeśli pytać o sonatę, to oczywiście, u naszych zaprzyjaźnionych polskich sprzedawców z Marino' Auto Group - reklama na tej stronie.

Do czego Państwa zachęca
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
poniedziałek, 07 lipiec 2014 21:27

Made in Canada

Canada Day postawił nam przed oczami wszystko co kanadyjskie, warto więc zastanowić się nad "kanadyjskością" naszych samochodów.
Nie widać tego na ulicy gołym okiem, no bo żadne z aut nie ma na masce napisane Made in Canada, ale liczba takich modeli jest dosyć spora. A więc jakby się kto pytał o to, co się u nas składa, oto ona:


Buick Regal
Cadillac XTS
Chevrolet Camaro
Chevrolet Equinox
Chevrolet Impala
Chrysler 300
Chrysler Cargo Van
Chrysler Town & Country
Dodge Charger
Dodge Challenger
Dodge Grand Caravan
Fiat Lancia Thema
Ford Edge
Ford Flex
GMC Terrain
Honda Civic
Honda CR-V
Lexus RX 350
Lexus RX 450h (Hybrid)
Lincoln MKT
Lincoln MKX
Toyota Corolla
Toyota Matrix
Toyota RAV4 and RAV4 EV


Tak przynajmniej wygląda stan na rok 2014.
Kanadyjski przemysł motoryzacyjny to jednak głównie montownie zagranicznych koncernów – Kanada nie dopracowała się własnej marki. Mimo to zajmuje poczesne miejsce na globalnym rynku motoryzacyjnym choćby przez fakt produkcji części zamiennych – patrz Magna Corporation – trzeci na świecie producent części zamiennych.
Kanada zajmuje obecnie miejsce dziesiąte w światowym rankingu produkcji samochodów z liczbą 2,1 mln rocznie. Jeszcze pięć lat temu byliśmy na siódmym miejscu z liczbą 3 milionów aut. Obecnie jednak prześcignęły nas po raz pierwszy Chiny, Hiszpania, Indie, Brazylia i Meksyk.
Dla właściwej perspektywy warto dodać, że w latach 1918–1923 byliśmy drugim producentem aut na świecie, a po II wojnie światowej, trzecim. Pierwsze zakłady produkcji samochodów produkujące na dużą skalę powstały w Walkerville w pobliżu Windsor w 1904 roku.
Brooks, Redpath, Tudhope, McKay, Gray-Dort to tylko kilka z nieistniejących dzisiaj marek. W 1918 roku zakłady General Motors kupiły montownię McLaughlin, stając się General Motors of Canada
Jednym z epokowych wydarzeń było podpisanie w 1964 roku porozumienia kanadyjsko-amerykańskiego, tzw. auto paktu, który zapewniał Kanadzie produkcję co najmniej tylu samochodów, ile koncerny amerykańskie zamierzają tu sprzedawać. Zatem kanadyjskie zakłady musiały wyprodukować co najmniej tyle samochodów, ile Kanadyjczycy byli w stanie kupić.
A oto pełna lista dzisiejszych zakładów kanadyjskich związanych z produkcją motoryzacyjną:
ZENN – auta elektryczne
Dynasty EV – takoż
Canadian Electric Vehicles
Bombardier Recreational Products
Bombardier Inc.
Terradyne Armored Vehicles Inc
New Flyer Industries
Intermeccanica
Nova Bus
Dupont Industries
HTT Automobile
Allard Motor Works
Conquest Canada
Magnum Cars
Prevost Car
Foremost Vehicles

Ponadto swe montownie mają w Kanadzie:
General Motors Canada
CAMI Automotive (General Motors i Suzuki)
Ford Motor Company of Canada
Chrysler Canada
Hino Canada
Toyota Canada
Honda Canada
Tudhope Carriage Company

– Czy przy dzisiejszym tempie globalizacji uda się utrzymać udział kanadyjskich producentów w rynku? Brutalnie mówiąc – jest to wątpliwe.
Wciąż jednak produkowane tutaj auta cieszą się popularnością na rynku krajowym.

I tak, niewątpliwym liderem jest od lata honda civic wytwarzana od 1988 roku w zakładach w Allistown w Ontario.


Drugie miejsce zajmuje bezsprzecznie najlepszy rodzinny minivan dodge grand caravan – szwajcarski scyzoryk – auto, które podwiezie wielodzietną rodzinę do kościoła i zabierze nas nad wodę razem z budą dla psa.


Miejsce trzecie dzierży toyota corolla – największy rywal hondy civic, piąte toyota RAVa, piąte honda CR-V touring, szóste chevrolet equinox, siódme ford edge, ósme matrix, dziewiąte GMC terrain i dziesiąte chrysler townand country.


Powtarzam, wszystko to są auta zmontowane w Kanadzie – przeważnie w Ontario.


Jeśli więc myślimy w miarę patriotycznie o wydawaniu własnych pieniędzy – w dzisiejszym globalnym świecie jest o to coraz trudniej, warto jednak zastanowić się nad rodzimą produkcją. Zawsze jakiś tam mały kawałek z tego zostaje na naszym podwórku.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 09 maj 2014 21:13

Wiosna - czas drogowych idiotów

Idzie wiosna, powoli robi się ciepło, krew zaczyna szybciej krążyć, łatwiej bezwiednie dociskać gaz, coraz więcej młodych (ale nie tylko) ludzi doznaje wiosennego oszołomienia motoryzacyjnego, które przejawia się na przykład ruszaniem z piskiem opon spod świateł. W sytuacji wiosennego nabuzowania łatwo nie tylko o wypadek, ale również o niezbyt przyjemne kontakty z innymi użytkownikami naszych szos.

Jak się zachować, gdy ktoś nam wygraża, gdy zaczyna agresywnie stroszyć pióra – jedzie zbyt blisko, zajeżdża drogę, zaczyna za nami jechać czy w jakikolwiek inny sposób nam grozi?

Opowiem dzisiaj o przypadku, który właściwie zastał mnie jak sarenkę w światłach reflektora, bo nie wiedziałem, jak się zachować, i zachowałem się głupio.

Była niedziela po Mszy św. w centrum Toronto, ruszyłem, skręciłem w prawo na zielonym i po jakichś 50 metrach od skrzyżowania zahamowałem przed człowiekiem przechodzącym ulicę w miejscu niedozwolonym. Stanąłem. Ponieważ wyjechałem zza zakrętu, gość się przestraszył, przyspieszył, następnie zreflektował się, zaczął mnie wyzywać, podbiegł do auta i z całej siły buta kopnął w drzwi.

Mój błąd? Że stałem jak kołek. Może to było jeszcze takie pokościelne rozanielenie, bo widząc, co się dzieje, powinienem mieć refleks, wcisnąć gaz i tyle by mnie widział. Nie zrobiłem tego. W pierwszej chwili chciałem po prostu wysiąść i – jak to się mówi na podwórku – mu jeb...ć. Swoją wagę mam, "sprawca" był zaś podskakującym w złości młodym wymoczkiem, wyraźnie na dragach. Odruch ustąpił jednak miejsca konstatacji, że mogę mieć za to kłopoty. Musiałbym udowodnić, że gada uderzyłem w obronie własnej, no a ja przecież "bronię" jakiejś blachy. On mi nic nie zrobił, on "tylko" zwandalizował moją własność. Wyjdzie na to, że fizycznie napadłem na niewinnego człowieka. Gdybym miał czas, powinienem był zamknąć się w samochodzie, zadzwonić na policję, zaalarmować, że czuję się zagrożony bo jakiś menel kopie mi w auto i grozi, a w ręce trzyma jakiś przedmiot, co w centrum Toronto, w pobliżu katedry św. Michała, z pewnością zaowocowałoby szybką akcją znudzonej policji. Jak mówię – gdybym miał czas -– a, że nie miałem, opuściłem ogon i odjechałem, zostawiając za sobą wygrażającego i podskakującego facecika. Oczywiście całe przedstawione tu rozumowanie zabrało mi nie więcej niż 2 sekundy.

Co robić, gdy ktoś zachowuje się wobec nas agresywnie? Cóż, trzeba sobie przypomnieć ogólne zasady angażowania się w konflikty. Jak uczą w Krav Maga, pierwsze – jeśli to możliwe – oddalić się, odejść, uciec, odjechać; drugie – starać się nie eskalować sytuacji, nie dodawać do pieca, milczeć, obserwować przeciwnika, ocenić jego zachowanie, potencjał, ruchy, wycofywać się. Jeśli zada pierwszy cios i "zacznie" – być przygotowanym na sparowanie, unik i… natychmiast ruszyć do obrony z wykorzystaniem wszystkich posiadanych atutów, kopnąć w krocze, wbić palce w oczy itd. Jeśli ktoś nas fizycznie atakuje, musimy zakładać, że chce nas zabić.

Jak to się przekłada na sytuację w ruchu drogowym? Pierwsze, dać sobie na wstrzymanie, a więc nie "oddajemy" gestów, nie zachowujemy się jak idiota, robiąc to samo, co nam robią, staramy się zwolnić lub przyspieszyć – odsunąć się, zgubić agresora, niech sobie jedzie. Jeśli to niemożliwe, czujemy się zagrożeni – chwytamy za telefon i dzwonimy na policję – możemy to zrobić bez żadnego zestawu głośnomówiącego, telefon na numer 911 usprawiedliwia. Dobrze jest zapamiętać okoliczności i wygląd agresora, jego samochodu – jeśli to możliwe numer rejestracyjny. Gdy taki człowiek nadal usiłuje "nam pokazać", jedzie z nami etc., udajemy się pod najbliższy komisariat…

W dzisiejszych czasach rzeczą na drodze bardzo pomocną jest kamera zamontowana na masce samochodu, która kręci automatycznie np. ostatnie 40 minut jazdy. Jest to trudna do przecenienia pomoc w sytuacjach konfliktowych, zwłaszcza dlatego, że w większości z nich jesteśmy w aucie sami i wystarczy, że po drugiej stronie będziemy mieli dwóch mafiosów, i będziemy ugotowani, bo nasze słowo przeciwko ich słowu będzie blado brzmiało.

Kolejna ważna zasada, jak to wielokrotnie już pisałem na tych łamach – podczas jeżdżenia wyluzujmy się – nie do nas należy ściganie piratów drogowych i napominanie przysypiających staruszek. Jeśli podejrzewamy, że ktoś jedzie pijany lub pod wpływem narkotyków, jeśli ktoś nam śmignął 200 na godz. tuż przed maską – trzeba uruchomić ludzi, którym za to płacimy z własnych podatków, czyli policję – niech się zajmą. Oni zrobią to tym chętniej, im większa skala i zagrożenie wynikające z takiego wykroczenia.

Ja zaś, gdy widzę jakiegoś drogowego idiotę, zawsze tłumaczę sobie, że przecież każdy może mieć zły dzień (miałem takie) i każdemu może się spieszyć (spieszyło mi się nie raz). Nie znam przecież tego człowieka i z uśmiechem schodzę mu z drogi – nic mnie to nie kosztuje – przeciwnie, lepiej się po tym czuję, no bo – jak mówiła babcia, rozdzielając nas z kuzynem – mądrzejszy ustępuje (zasada ta ma oczywiście swoje odstępstwa).

Wracając zaś do wspomnianego incydentu. W sumie nic się nie stało, blacha się wgięła, odskoczyła – zero kosztów.

O czym z zadowoleniem
powiadamia Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 02 maj 2014 12:52

Na długiej trasie

Na początek aktualizacja z trasy wyprawy dookoła Polski syreną 105L, którą z Krakowa wojażują panowie Grzegorz Sroka i Artur Samborski. W czwartek rozmawiałem telefonicznie z p. Sroką. Syrena ciągnąca przyczepę kempingową N-126 znajdowała się pod rosyjską granicą nieopodal Elbląga, przejechawszy 2100 kilometrów BEZAWARYJNIE.

Obaj śmiałkowie mieli nadzieję dotrzeć z powrotem do Krakowa, z którego zaczęli rajd, w niedzielę.

Jechali z prędkością 60-65 km/h i syrenka – wyprodukowana w warszawskiej FSO w 1976 roku, radziła sobie bez problemu.

Pytałem, czy łatwo dzisiaj o paliwo do dwusuwów. Kierowcy leją litr mixolu na 30 litrów benzyny, ale p. Sroka twierdzi, że nie ma problemu, bo ludzie wciąż mają różne wynalazki, dwusuwowe kosiarki, piły i inne. Rozpoczęta 29 kwietnia wyprawa odbywa się zgodnie z planem.

Oczywiście, wszędzie na trasie syrena wzbudza zainteresowanie i podziw. Przy okazji dziękuję p. Arkadiuszowi Kamińskiemu – właścicielowi marki "Syrena" i projektantowi nowej syreny meluzyna, za numery do Polski.

Notabene, jak już pisałem, byłem niedawno w USA i trochę pojeździłem, bo aż na granice mojego dobowego zasięgu jazdy, do Północnej Karoliny. Zgadałem się tam o syrenie z kolegą Amerykaninem, pokazałem na iPhonie, a on mówi "beautiful".

No i proszę mi powiedzieć, czy to nie paradoks i rechot historii, że ta nasza poczciwa syrenka zaprojektowana oszczędną ręką w trudnych powojennych czasach dzisiaj daje tyle radości.

Dlatego trzymam kciuki za powodzenie projektu Arkadiusza Kamińskiego.

Wracając zaś do długich wojaży. – Jak mówię, 1300 km dziennie to limit mojej dziennej jazdy. Szczęśliwie droga na południe na wielu odcinkach pozwala na 70 mil na godzinę, co oznacza, że wszyscy jeżdżą 80. Moje 14-letnie BMW spisywało się doskonale, tym bardziej że ma założone letnie opony przeciwdeszczowe. (Jak twierdzi inż. Zakrzewski z Ludexa – nigdy za mało przypominania, że opony są bardzo ważne, bo opona to jedyne miejsce, w którym nasze auto styka się z drogą) – A w deszczu było ok. 600 km – przy prędkości 130 kilometrów na godzinę można troszkę nadgonić czas, choć oczywiście człowiek ma strach ze względu na polujących na inostrańców miejscowych "zastępców szeryfa".

Dwie rzeczy drażnią – podobnie jak u nas w Kanadzie, w wielu stanach można spotkać ludzi, którzy uważają, że mają prawo jechać z obowiązującą prędkością maksymalną lewym pasem. Jest to niebezpieczne dla innych użytkowników, którzy chcą jechać szybciej, i prowadzi do karkołomnych sytuacji drogowych.

Przydałoby się, aby od małego wpajać dzieciom, że lewy pas jest do wyprzedzania!

W tym przypadku poważnie odbiegamy od niemieckiej kultury drogowej – w RFN, wiadomo, że jeździmy prawym pasem. W USA niestety nie.

Druga rzecz to wspomniane kiedyś fartuchy na koła. Jak mówię, kilkaset kilometrów jechałem w deszczu (szczęśliwie bez tornad) i za każdym autem ciągnął się warkocz wody niczym za kometą Halleya. Przy wyprzedzaniu wycieraczki machały jak opętane, a i tak mało było widać.

Naprawdę fartuchy to prosty pomysł!

Jak pokonywać długą drogę bezpiecznie?

Po pierwsze, krótkie, ale częste przerwy, po drugie, zainteresowanie jazdą – wyprzedzanie, zmiana pasów – słowem – jestem obecny myślami na drodze i koncentruję się na tym, co robię, a nie siedzę rozwalony i znudzony, błądząc myślami po przyjemnych kształtach, przy włączonym cruise control.

Druga sprawa, częste zmiany pozycji, raz półleżąca, potem znów do pionu – to – podobnie jak przerwy – poprawia krążenie.

Trzecia sprawa – dobre jedzenie. Nie, nie mam na myśli wykwintnych restauracji, lecz pogryzanie czegoś sensownego. Moim odkryciem są kawałki grapefruita – przed drogą obieram i kawałkuję 6 grapefruitów, a potem często jem, grapefruit pozwala nieco niwelować uczucie głodu, a dodatkowo nawadnia.

No i oczywiście woda pitna. – Unikam odwadniającej kawy i tłustego jedzenia.

Taka mniej kaloryczna dieta dobrze działa na rozjaśnianie szarych komórek i pozwala zachować przytomność umysłu. Wiadomo, że człowiek jest trochę drapieżnikiem, i jak jest nieco przegłodzony, to lepiej myśli, zaś jak zje, to od razu ma ochotę położyć się na gałęzi ze spuszczonym ogonem.

Podsumowując. Mimo zrobienia tam i z powrotem blisko 3 tys. kilometrów, jechało się znakomicie i nienudno. A to znaczy, że bezpiecznie.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 25 kwiecień 2014 14:07

"Check engine" to nie koniec świata

Witam po krótkiej przerwie świątecznej spowodowanej koniecznością dłuższej podróży – jeżdżenie po kontynencie amerykańskim ma wiele dobrych stron, ale może zmęczyć. Tak czy owak, dzisiaj nie będziemy mówić o nowych modelach samochodów, a zajmiemy się pewnym niepozornym światełkiem na tablicy rozdzielczej, które – wydawałoby się – istnieje jedynie po to, by spędzać nam sen z oczu. Mówię oczywiście o "check engine".

Zapala się toto czasem, gaśnie, a czasem zostaje z nami na dłużej. Jak głosi dowcip, pewna pani zaniepokojona dzwoniła do dilera z pretensją, bo sprawdziła, że silnik jest na miejscu, a światełko nadal się świeci! Kierowcy starej daty radzą sobie z tym utrapieniem przy pomocy przylepca, którym zaklejają wredne światełko.

Opublikowano w Moto-Goniec