Goniec

Register Login

piątek, 11 styczeń 2013 20:22

Gigageszeft

zaleski250.000 tys. hektarów ziemi państwowa Agencja Nieruchomości Rolnych wystawiła do sprzedaży na Pomorzu zachodnim i centralnym. Z tego sprzedano 80.000 ha w cenie 60 tys. za hektar. Do przetargu zgłoszono 20 pałaców i dworów i 32.000 podmiotów gospodarczych, takich jak drobne przetwórnie, przedsiębiorstwa rolne, farmy hodowlane itp.


Mimo blokujących przepisów o zakazie sprzedaży inwestorom zagranicznym; przez podstawionych (za odpowiednim wynagrodzeniem) pośredników, dobra te sprzedaje się głównie Niemcom, w mniejszości Holendrom i Duńczykom. Od sześciu miesięcy rolnicy Pomorza protestują, ponieważ nie mogą uzyskać zgody na kupno tej ziemi. "Solidarność" rolnicza rozwija czynne protesty z blokowaniem urzędów państwowych, dróg publicznych na obszar całego Pomorza i Wielkopolski. Tak Niemcy bez wojny i żądań odzyskują ziemie zdobyte uprzednio przez kanclerza Bismarcka. Na czele tego przekrętu stoi szef ANR Tomasz Nawrocki. Dlaczego przekrętu? Bo każda wpłata dokonana w banku musi mieć dokumentację pochodzenia pieniędzy. Tym bardziej jak wpłaca ją podstawiony chłoptyś, którego całym poręczeniem majątkowym jest kurna chata i zdezelowany rower, a nazywa się to "Spółką z zagranicznym kapitałem". Wiele podmiotów zostało już sprzedanych za granicami kraju, bez zapisów prawnych i wpisów do ksiąg hipotecznych. Rząd Tuska kosztem majątku narodowego, kosztem rolników usiłuje pokryć dziurę w budżecie i suma 2,5 mld zł ma wpłynąć w wyniku dokonanego "geszeftu". Ten złodziejski proceder jest absolutnie sponsorowany przez rząd Donalda Tuska. Jeszcze nie ostygły emocje po Amber Gold i już rodzi się następna afera.


Oczywiście wraże przekaziory nie informują społeczeństwa na bieżąco o bardzo poważnym konflikcie. To nic, że od listopada straciło pracę 82.000 ludzi, to nic, że sytuacja finansowa zapożyczającego się kraju obciążonego wysokimi odsetkami od długu jest dramatyczna. To nic dla władz nie znaczy, że bez pracy jest 2,1 mln ludzi! Propagandziści grają na "surmach bojowych "pieśń sukcesu i zwycięstwa! Polska najlepiej w Unii rozwijającym się krajem! Zielona wyspa byłych państw demoludu! A naród łyka te bzdury i dalej wyraża 42-proc. poparcie PO według "sondaży". Na rynku międzynarodowym rząd Tuska "wystawił" 1500 przedsiębiorstw do przetargu. Na razie nie ma chętnych. Rolnicy Szczecina, Pomorza, Gdańska, Wielkopolski powiedzieli dość! Zaczynają wołać hasło "Żywią i bronią", twierdząc, że obronią to, co należy do Polaków. Ich własną ziemię. Protest ten, jeżeli władza nie ustąpi, a jak na razie nie zamierza się dogadać, rozwinie się na cały kraj! Nie popuścimy, twierdzą w programie interwencyjnym TV Trwam. Koniec wyprzedaży polskiej ziemi, na której ginęli nasi przodkowie, walcząc właśnie o nią!


* * *


Tutaj, z Kanady i USA, jak z tarasu widokowego obserwujemy wydarzenia w Europie i w Polsce.
Wielu z nas rozumie mechanizmy propagandy i działania wstrząsające społeczeństwami Europy. Potrafimy zidentyfikować metody manipulacji narodami czy danym społeczeństwem na przykładzie Polski. Zbierając po cegiełce zaistniałe już fakty, potrafimy złożyć całość. Tą całością jest świadome i sukcesywne wynaradawianie Polaków, dewaluacja ich historii i martyrologii. A wszystko po to, żeby przygotować grunt pod nowych zaborców. Czwarty rozbiór Polski już się rozpoczął w sposób wielce perfidny, wyrafinowany, bez prowadzenia działań wojennych. Czwarty rozbiór Polski jest prowadzony przez służby specjalne państw ościennych z zastosowaniem wszystkich środków propagandowych i umieszczaniem swoich ludzi na kluczowych stanowiskach. A patriotyczne elity kraju za cichym przyzwoleniem Brukseli po prostu służby wyeliminowały. Z początku myślałem, że naród oślepiony propagandą "Wyborczej" i telewizyjnych mediów, zafascynowany "sukcesami" Tuska daje sprzedajnemu rządowi carte blanche, gdyż pozbawiony rzetelnej informacji, z nałożoną cenzurą na wydawnictwa niezależne, ma łatwą przyswajalność "fałszywek". Nie mając punktów odniesienia, naród nie ma możliwości przeprowadzenia retrospekcji poczynań rządu i analizy informacji. Pomyliłem się!
Te 38 czy 42 proc. poparcia dla PO to plemienna wizja życia w "szklanych domach". To plemię ma głęboko w "życi" martyrologię, bitwy polskie, historię Polski. Jest to grupa plemienna na wskroś przeżarta konsumpcjonizmem, wytresowana przez obecną nomenklaturę jak pies Pawłowa, godząca się z rządem Tuska i popierająca jego działania.


Do tej tłuszczy dochodzi 400.000 urzędników, 300.000 byłych milicjantów, pracowników SB i innych służb z rodzinami, byli wojskowi LWP, około 2,5 mln byłych członków partii i reszta kruków zbierająca okruchy z koryta. A po drugiej stronie stoją patrioci: Młodzież Wszechpolska nazywana "faszystami", PiS, harcerze, wierni Kościoła katolickiego nazwani przez samego Tuska moherowymi beretami, wreszcie ogrom młodzieży patriotycznej, dającej dowód na przynależność do wspaniałego niegdyś narodu polskiego. Nie można zapomnieć o związkach rycerskich, których członkowie ubarwiają wiele parad, wskrzeszając pamięć o wielkości Polski. Nie można zapomnieć o ogromnej rzeszy młodzieży katolickiej maszerującej zawsze wiernie na corocznej pielgrzymce na Jasną Górę i aktywnie uczestniczącej w rocznicach smoleńskich. Od wyborów w 1989 r. rozpoczął się proces rozkładu państwa i jego apogeum przypadło na 10 kwietnia 2010 roku. Rząd Tuska, otoczony zawodowymi manipulatorami i kłamcami, posiada potężną siłę i perfekcyjność we wciskaniu totalnego kitu pod pozorem prawdy rzeczywistej. Kompletne ignorowanie oczekiwań społeczeństwa, petycji, próśb lub żądań jest wstrętnym brakiem okazywania ludowi szacunku. A sądy wydały już 1000 wyroków eksmisji rolników z domów poniemieckich na Mazurach i Pomorzu... Polacy się cieszą, mówiąc: zobacz, jaka piękna jest Polska, miasta odnowione, czyste, centra handlowe, Warszawa wygląda jak Chicago z pięknymi drapaczami chmur i wspaniałymi parkami. To prawda, mówię. Tylko za czyje pieniądze ta Polska tak rozkwitła? Za pieniądze z Unii i zagranicznych inwestorów. A dlaczego tak zainwestowano w kraj, który się totalnie wali?... Bo nowi przybysze i zaborcy mają wizję, tworząc swoją nową europejską stolicę. Im nie chodzi o naród polski. Oni widzą realną przyszłość dla siebie i swoich dzieci na rozszerzonym terytorium. A ludność tubylcza? Niech jadą na saksy, tam im damy zatrudnienie. Za biurkiem... posprzątać.


Andrzej Załęski
Toronto

Opublikowano w Teksty
piątek, 11 styczeń 2013 15:25

Wojna, którą właśnie przegraliśmy (2)


Jednym z problemów polskiej debaty politycznej jest brak programu reform; dlatego z prawdziwą przyjemnością przedstawiamy Państwu propozycję programową człowieka czynu i praktyki, Jana Kowalskiego, stałym Czytelnikom znanego z publicystyki kilka lat temu zamieszczanej na naszych łamach.
Nie bójmy się myśleć o Polsce radykalnie i do końca. Przyszłość, nawet ta najbliższa, może bowiem nieść wielkie zmiany dla Europy i świata. Zapraszamy więc do wspólnego myślenia z troską o Polsce. (red.)

 



kowalskiglowkaOstatnim słowem kluczem do zrozumienia dokonujących się zmian społecznych w obrębie naszej cywilizacji jest globalizacja. Przez polityków i media reprezentujących interesy wielkich korporacji słowo to oznaczało niemal zbawienie dla całego świata. A przynajmniej rozszerzenie demokracji i wolności na zniewolone narody. W rzeczywistości, podobnie jak fałszywe pieniądze i rozkwit korporacji, zjawisko to jeszcze bardziej rozwarło nożyce dochodowe. Doprowadziło do dużego zubożenia klasy średniej, upadku wielu małych firm i, co za tym idzie, ogromnego wzrostu bezrobocia. Ale za to wielkie pieniądze stały się jeszcze większe. To dlatego rzekomo reprezentujący wyborców politycy nie tylko nie zablokowali zjawiska globalizacji, a wręcz przeciwnie, dopomogli do jego zwycięstwa.

Zaczęło się niewinnie, od współpracy Chińczyków z Hongkongu z Chińczykami z Chin kontynentalnych. Duże pieniądze i duża sieć odbiorców plus praca za garstkę ryżu pod kontrolą bagnetów zapewniły niespotykaną rentę kapitałową, którą podzielili się Chińczycy z Wolnego Świata z chińskimi komunistami, władcami miliarda niewolników. Przykład ten natychmiast natchnął zachodnie korporacje. Po co narażać się na strajki, żądania coraz krótszego czasu pracy, negocjacje płacowe, skoro można wszystko wielokrotnie taniej wyprodukować w Chinach. Najpierw zamawiając tam tylko produkcję, a potem przenosząc do Chin całe fabryki. Nawet tłumaczono to korzyściami dla zwykłych konsumentów. I rzeczywiście ceny dóbr konsumpcyjnych, produkowanych w Chinach i sprowadzanych na Zachód, takich jak buty i ubrania, obniżyły się, wywołując chwilowy entuzjazm konsumentów. A ponieważ w przypadku utraty pracy państwo gwarantowało wysoki zasiłek, obyło się bez oporu przeciwko takiemu rozwiązaniu. Korporacje poradziły sobie doskonale, już nieobciążone wysokimi społecznymi kosztami pracy. Zarabiając dodatkowe 10 dolarów na każdej parze butów sportowych przy cenie sprzedaży 20 dolarów. Wielki biznes chroniony przez struktury państwowe i prawnie, i fizycznie uniezależnił się od dotychczasowego otoczenia społecznego. Co więcej, dzięki udanej współpracy z politykami w ciągu krótkiego czasu zniknęła większość ceł i ograniczeń kwotowych w handlu z Chinami. Efekt jest wiadomy i widoczny gołym okiem. Ogromne jawne i ukryte bezrobocie finansowane przez zadłużone po uszy państwa, które ponoszą koszty eksportu miejsc pracy do Chin. I ogromne nadwyżki finansowe wielkich korporacji. Tym większe, że mogące w każdej chwili przenieść swoje siedziby i miejsce płacenia podatków do miejsc dla siebie najkorzystniejszych.
Bez kupienia polityków takie rozwiązania gwarantowane prawnie nie mogłyby mieć miejsca. Jednak emancypacja warstwy politycznej, uniezależnienie jej od powodzenia i oczekiwań własnych wyborców, czyli zwykłych zjadaczy chleba, tylko pozornie jest wieczna. W sytuacji gdy tego chleba zabraknie, zostanie zmieciona ze sceny szybciej niż się wydaje. I nie pomogą wielkie pieniądze zainwestowane w mass media, bo braku chleba nie da się przykryć najbarwniejszym nawet wirtualnym rajem. A co więcej, buntujący się przeciwko władzom młodzi ludzie nie będą mieli niczego do stracenia. Z prostego powodu, niczego nie mają i żyją dzięki rodzicom. Mają natomiast po dwadzieścia kilka lat i głowy nabite frazesami, że im się należy. Namiastki buntów społecznych z ich udziałem przetoczyły się przez place i ulice Zachodu przed rokiem. Od Stanów Zjednoczonych po Izrael. Namiastki, bo ich rodzice jeszcze mają za co ich utrzymywać. Co będzie, gdy i rodzicom skończą się pieniądze?

II. 2. Oburzeni mają rację
I oczywiście jej nie mają. Ale po kolei. W chwili gdy cały świat pasjonował się arabską wiosną, miało miejsce jeszcze jedno zjawisko społeczne. Od Stanów Zjednoczonych, poprzez Wielką Brytanię, Hiszpanię, Grecję, dotarło nawet do Izraela. Na ulice i place miast wyszli oburzeni, wkurzeni, wściekli – różnie ich się nazywa. Młodzi ludzie protestujący przeciwko systemowi społecznemu, który nie gwarantuje pracy, a jeśli to na poziomie wykluczającym normalne życie, czyli choćby kupno mieszkania. W Polsce zjawisko to spotkało się z życzliwym pukaniem w czoło ze strony prawicowych publicystów i ideowym wsparciem ze strony lewicowych. Odczytane zostało jednoznacznie jako bunt przeciwko kapitalizmowi i wolnemu rynkowi. Powtórzę zatem jeszcze raz: oburzeni mają rację. Mają rację, protestując przeciwko choremu systemowi, który finansuje polityków i media, również tych polityków, którzy wycierają swoje tłuste gęby frazesami o wolności i wolnym rynku. Za pieniądze tego chorego systemu bronią nie wolnego rynku, ale odejścia od niego na skalę, jaka jeszcze nigdy nie miała miejsca. Jako zarzut przeciwko oburzonym podaje się fakt, że są zdemoralizowani. Zadam zatem pytanie. No dobrze, a kto ich zdemoralizował? Kto z normalnych młodych ludzi, dzieci Bożych stworzonych do wartościowego i odpowiedzialnego życia, uczynił niewolników o ambicji nie sięgającej wyżej brzucha? Ludzi o mentalności plebsu w starożytnym Rzymie, żądających chleba, igrzysk i seksu? Odpowiedź jest jedna. Uczynili to współcześni władcy tego świata w swoim odwiecznym dążeniu do uczynienia z człowieka obdarowanego wolnością przez Pana Boga swojego niewolnika. Obserwujemy jedynie prostą konsekwencję wcześniejszych celowych działań. Benjamin Spock, guru bezstresowego wychowania dzieci, na kilka lat przed zakończeniem swojego długiego życia zdążył się nawrócić. Na judaizm, dobre i to. I już po swoim nawróceniu przeprosił wszystkich za biblię bezstresowego wychowania, za "Dziecko", swoje sztandarowe dzieło. Według jego ówczesnych wskazań zostały wychowane kolejne pokolenia Amerykanów i Europejczyków. Jako młody rodzic również zostałem obdarowany tą lekturą przez moich liberalnych znajomych. Po pobieżnym przejrzeniu odrzuciłem ją ze wstrętem. Benjamin Spock wyznał, że gdyby spodziewał się takich efektów społecznych, nigdy by tej książki nie napisał. Ale napisał i z jej skutkami musimy się teraz zmagać.

Dlatego w sytuacji, w jakiej się teraz znajdują, oburzeni mają rację. Chcą jedynie tego, do czego mają prawo. Do beztroskiego i bezstresowego życia na w miarę wysokim poziomie materialnym. Ponieważ tego już nie dostają i nie dostaną, mają prawo czuć się oszukani. Bo w końcu jakkolwiek by na to patrzeć, zostali oszukani. Czy oburzeni potrafią zdiagnozować swoją własną chorobę i zastosować jedynie możliwą kurację, jaką byłoby obalenie obecnego porządku i nawrócenie się na chrześcijaństwo, po to by na nowo zgodnie z duchem naszej łacińskiej cywilizacji odbudować życie społeczne. Czas pokaże. Jeśli wpadną na inne pomysły, a wielu szaleńców już im doradza, nasz świat czekają straszne rzeczy, przy których potworności nazizmu i komunizmu wydawać się będą niewinną igraszką.

A wszystko przez rodziców i rodziców ich rodziców. To oni odrzucili wiarę w Boga, wyrzucili go ze szkół, z urzędów, z przestrzeni publicznej, z gospodarki. A dokładniej pozwolili na to, żeby ludzie ich reprezentujący bez większego oporu z ich strony mogli to przeprowadzić. Ludzi takich jak Benjamin Spock było wielu. Przywołajmy chociażby sylwetkę Bena Kinseya i jego słynny raport o seksualności Amerykanów. I Spock, i Kinsey trafili, jak to się zwykło mówić, w zapotrzebowanie społeczne. Dlatego odnieśli sukces. Chyba jest to jednak zbyt proste wytłumaczenie ich sukcesu i tego, co się z tym wiąże – demoralizacji kolejnych wchodzących w życie pokoleń. Mówiąc językiem rynku, byłoby to czysto popytowe wytłumaczenie ich sukcesu. Istnieje jednak również równoległa teoria rynkowa, podażowa teoria sprzedaży. Mówiąca o tym, że potrzebę można wykreować. Wystarczy jedynie przeznaczyć na działania marketingowe odpowiednie środki finansowe. Tak było w przypadku Spocka, Kinseya i wielu, wielu innych idoli młodzieżowej kontestacji. Komuś ich sukces był bardzo na rękę. Finansując walkę z tradycyjną rodziną i tradycyjnym modelem życia, osiągnięto model idealnego konsumenta, człowieka żyjącego jedynie tu i teraz. Stare cnoty umacniane dotychczas przez tradycyjną rodzinę, takie jak powściągliwość, oszczędność, pracowitość, dorabianie się krok po kroku, nagle straciły siłę przekazu. Szczęśliwszym i mądrzejszym okazywał się teraz człowiek potrafiący korzystać z życia, czyli kupujący na kredyt kolejny gadżet. Idealny członek nowego idealnego społeczeństwa. Społeczeństwa, którego rytm życia nie miały już wyznaczać Wiara i rodzina, ale prześcigające się w stwarzaniu kolejnych niezbędnych człowiekowi dóbr korporacje. Zatem nie twierdzę nawet, wbrew wszelkim teoriom spiskowym, że przeprowadzono świadomy zamach na dotychczasową konstytucję człowieka, niszcząc rodzinę i religię. Po prostu, gdzie drwa rąbią tam wióry lecą. Zniszczenie rodziny i religii dokonało się przy okazji tworzenia idealnego człowieka – konsumenta i idealnego społeczeństwa – społeczeństwa konsumentów.
Oczywiście religia i rodzina przeszkadzały, dlatego należało je zniszczyć. Nic bardziej nie niszczy instytucji jak ich ośmieszenie. Cały Hollywood wziął udział w walce propagandowej ośmieszającej religię (oprócz judaizmu). W kolejnych filmach ksiądz (katolicki rzecz jasna) okazywał się zboczonym świntuchem. A prowincja, ostoja tradycyjnego amerykańskiego życia, gdy tylko reżyser trochę bardziej poszperał, okazywała się okolicą zamieszkaną przez zwyrodniałych zboczeńców.
W zniszczeniu tradycyjnej amerykańskiej rodziny pomógł kryzys lat 30. Kryzys wywołany w dużej mierze przez spekulacyjną hossę na nowojorskiej giełdzie. Oszałamiający wzrost wartości akcji spowodowany był głównie możliwością zakupu akcji na kredyt przy wkładzie własnym w wysokości jedynie 10 proc. Gdy bańka pękła, okazało się jednak, że mnóstwo zwykłych ludzi straciło swoje rzeczywiste oszczędności. W miastach wystąpiło ogromne bezrobocie, sięgające 30 proc. Na wsi w wyniku skumulowania suszy i powodzi (oczywiście na różnych terenach) i spadku cen produktów rolnych o 70 proc. nastąpił upadek tradycyjnej gospodarki farmerskiej. Szacuje się, że w czasie Wielkiego Kryzysu upadła połowa farm. Z czasem zostały one przejęte przez wielkie korporacje i przekształcone w wielkie fabryki żywności. Bezrobocie tak miejskie, jak i wiejskie dotknęło w przeważającej mierze mężczyzn sprawujących dotychczas tradycyjną rolę głowy domu. Z zarobkami wystarczającymi do utrzymania całej rodziny była to rola niejako oczywista. Teraz w sposób równie oczywisty rola ta została co najmniej zakwestionowana. Pokolenie później z tak osłabioną rodziną i wychodzącymi z niej w świat dziećmi można już było zrobić wszystko, nawet dzieci-kwiaty. Tym bardziej że ostatni szlif odbierały na opanowanych przez marksizm uniwersytetach.
Wielki Kryzys przelał się wkrótce przez Ocean, pogrążając Europę. Na szczęście o 10 lat rozminął się z rewolucją bolszewicką. Gdyby nie to, nie pomógłby nawet Cud nad Wisłą i zaraza bolszewicka zalałaby Europę po Atlantyk. Spowodował dojście do władzy w Niemczech Hitlera, którego plan budowy wspólnej Europy pod przewodnictwem Niemiec na szczęście spalił na panewce. Hitlera prawie do końca popierali zwykli Niemcy, a już w szczególności Niemki, które do rąk własnych dostawały żołd walczących poza granicami mężów.
Ostatni kryzys gospodarczy, który rozpoczął się podobnie jak Wielki Kryzys od Stanów Zjednoczonych i wkrótce przeniósł się do Europy, ma swoje źródła w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia. Wtedy właśnie definitywnie przestałem uważać siebie za liberała czy też zgodnie z nazewnictwem amerykańskim neokonserwatystę. Stało się tak po lekturze jednej książki.
Książką, która otworzyła mi oczy był Wolny Wybór Miltona Friedmana – ulubiona pozycja wszystkich konserwatywnych liberałów. Jej sens w części amerykańskiej sprowadzał się bowiem do konkluzji, że skoro cały świat chce dolarów amerykańskich, a Stany Zjednoczone dysponują drukarką tychże, to nic prostszego jak zwiększyć moce produkcyjne druku. Oficjalnie, zaledwie 15 lat wcześniej, w roku 1971 prezydent Nixon zamknął erę Breton Woods, która przetrwała 25 lat. Stany Zjednoczone przestały gwarantować wymianę każdego dolara papierowego na złotą dolarówkę . Teraz, nie oglądając się na żadne teorie towarowo-pieniężne dotyczące ilości pieniędzy w obiegu i nie mając związanych rąk jakimikolwiek umowami, Stany Zjednoczone zaczęły produkować zielone banknoty. W ilości, które same uznały za stosowne. Czy sam Milton Friedman może zostać uznany winnym kryzysu, który wybuchł 25 lat później? Nie w większym, ale i nie mniejszym stopniu jak Jan Jakub Rousseau i encyklopedyści za zbrodnie rewolucji francuskiej.

Skoro raz oderwano się w myśleniu o pieniądzach od otaczającej nas rzeczywistości i odpowiedzialności za nią, można było zacząć kreować wirtualny świat finansów. Tak się niebawem stało pod nazwą Nowych Produktów Bankowych. Kiedyś bank miał pieniądze jeżeli klient przyniósł do banku swoje pieniądze czyli mówiąc mądrze je zdeponował. Ktoś inny za pośrednictwem banku je pożyczył. Zysk banku stanowiła różnica w oprocentowaniu depozytów i kredytów, dwa do trzech procent. Jeśli Stany Zjednoczone nie oglądając się na nic zaczęły drukować pieniądze, dlaczego nie miałyby tego samego powtórzyć banki. Oczywiście nie miały drukarki, ale jej nie potrzebowały. Wystarczyło że w banku pojawił się klient, który wziął pożyczkę hipoteczną na zakup domu wartości 50 000 dolarów. Bank udzielał tej pożyczki, traktował jako pewnik, że klient w ciągu najbliższych 20 lat te pieniądze wraz z odsetkami spłaci, dodawał spodziewany wzrost wartości nieruchomości i podliczał, że dysponuje środkami własnymi w wysokości 100 000 dolarów zabezpieczonymi nieruchomością, na który przed chwilą udzielił kredytu. To tylko nam się wydaje, że to szaleństwo. Dziesiątki tysięcy młodych zdolnych absolwentów najbardziej renomowanych uczelni pracowało po kilkanaście godzin na dobę nad tworzeniem Nowych Produktów. Już ten fakt pokazuje jak rozeszły się normy moralne z tak zwaną normalną działalnością gospodarczą gwarantowaną prawem. Każdy z tych młodych zdolnych musiał przecież powiedzieć OK. wchodzę w to, przy akceptacji własnego sumienia.

Już po pęknięciu bańki spekulacyjnej, gdy straszne słowo kryzys we wszelkich językach przetoczyło się przez cały świat, w Stanach Zjednoczonych dokonano podsumowania ich pracy. Jeden dolar rzeczywisty przyniesiony do banku zyskiwał wartość trzydziestu dolarów. Przez kilka lat myślano nawet, że to są prawdziwe dolary. A potem okazało się, że większość tych banków jest za duża żeby upaść i muszą być uratowane prawdziwymi dolarami z kieszeni amerykańskich podatników. Bo do tego sprowadzała się polityczna decyzja wpompowania w system bankowy półtora biliona dolarów ustalona przez Waszyngton. Jaką pierwszą decyzję podjęły uratowane banki? Czy może postanowiły zrewidować swoją filozofię albo zredukować premie dla zarządów? Co to, to nie. Postanowiły odrobić straty grając na rynku ogromnymi kwotami. Chory system finansowy, który opanował świat rzeczywistej gospodarki niszcząc i plądrując tradycyjne rynki, pozostał nietknięty. Nie zdając sobie z tego sprawy wszyscy płacimy za to z własnej kieszeni, nalewając na przykład benzynę do baku za prawie sześć złotych, albo płacąc dwukrotnie drożej za jedzenie. Ten chory system dotknął również w wielkiej mierze państwa po latach komunizmu wracające do Wolnego Świata i wydawałoby się wolnej gospodarki. (Opiszę to w części polskiej.)

ciąg dalszy w następnym numerze

Opublikowano w Teksty
piątek, 11 styczeń 2013 15:04

Premia za niedorozwój

ligezaMożna gderać do upadłego, że świat to nie jest pokój dziecinny czy piaskownica. Ale ani świata, ani tym bardziej ludzi nie zmienia samo gderanie, to po pierwsze.
Po drugie zaś, na tle europejskiego kryzysu Polska i tak wypada znakomicie. Oto dowód: kto głodny, nad Wisłą może sobie wyszperać ten czy inny rarytas ze śmietnika, zlokalizowanego przy tym czy innym supermarkecie. W paru innych krajach Starego Kontynentu, nie mówiąc o tym, że śmietniki przy supermarketach zamyka się na kłódki, by nikt postronny nie miał do nich dostępu, to jeszcze przeterminowany towar po wyrzuceniu posypuje się wapnem. Z czego płynie przecież dość oczywisty wniosek, że dobrze jest w Polsce, a kto powie, że nie, tego w mordę.

 

Postać świata
Ostatnio niczym bumerang wraca do mnie pytanie sprzed lat, mianowicie czemu należy zaprzątać sobie głowę (i innym czas zabierać) sprawami, które możemy zmienić w symbolicznym zakresie, bądź takimi, na które nie mamy żadnego wpływu. Wszelako mimo upływu czasu, nie znajduję innej odpowiedzi niż ta: należy, ponieważ nasze człowieczeństwo warte jest co najwyżej tyle, ile warte są problemy, które decydujemy się roztrząsać, nie godząc się z zastanym. Albo inaczej: człowiek tak długo pozostaje człowiekiem, dopóki potrafi odróżnić to, co ludzkie, od tego, co tylko z pozoru ludzkim się wydaje, albo co inni za ludzkie każą mu uważać. Jeśli przestaniemy to weryfikować, wówczas przestaniemy także przejmować się "sprawami, na które nie mamy żadnego wpływu", nieodwołalnie zmieniając się w marionetki, sterowane z drugiej strony szklanego ekranu. Spoza kulis teatru świata.
Owszem, w chwili narodzin otrzymujemy rzeczywistość w darze, ale to nie oznacza, że powinna ona stwarzać nas bez reszty. Albowiem postać świata i jego obraz, podobnie jak porządkujące świat idee, wszystko to kształtują ludzie. Tak więc rzeczywistość może nas co najwyżej dopełniać. Zaś w pierwszym rzędzie – inspirować.
O, właśnie. Ludzie. W ubiegłym tygodniu zmarła "wielka polska dziennikarka". Mówią, że umiała rozmawiać z każdym, zwłaszcza ze zbrodniarzami. Z tymi ostatnimi rozmawiała podobno jak mało kto, a jej rozmowy, opublikowane w wielotysięcznych nakładach i tłumaczone na kilkanaście języków, pomagają nam "lepiej rozumieć świat". Cóż można do powyższego dodać? Media non stop napychają ludzi oszustwem, wpychając im do głów kłamstwa jak w gęsie przełyki wpycha się mieloną kukurydzę, ale takich łgarstw dawno nie słyszałem. Łgarstw głoszonych w dobrej wierze, z jaśniejącymi oczyma, różowymi policzkami oraz dobrotliwym uśmiechem na wargach.

 

W charakterze deseru
Powiadają owi mędrcy, że prawdziwy dziennikarz rozmawia ze wszystkimi, albowiem opisuje rzeczywistość taką, jaką ona jest, w tym również prezentując ciemne strony świata i ludzi. Otóż tego rodzaju wyjaśnieniom nie należy dawać wiary. Tego rodzaju wyjaśnienia należy odrzucać ze wstrętem. Albowiem to nie są wyjaśnienia, to są brednie zakłamujące rzeczywistość i kaleczące prawdę śmiertelnie.
Po pierwsze, żaden opis "ciemnych stron świata" nie jest możliwy bez apriorycznego dokonania oceny rozmówcy, do którego przychodzimy, oraz jego czynów, które wszak znamy. A po drugie, natychmiast po dokonaniu takiej oceny, rozmowa ze zbrodniarzem z perspektywy poznawczej staje się bezwartościowa. Innymi słowy, nie zrozumiemy ani świata, ani ludzi, dowiadując się, jak rzeczywistość postrzegają zbrodniarze. Zbrodniarzy należy tępić, zaś zwyrodniałe perspektywy piętnować i eliminować, a nie rozpowszechniać.
O, właśnie. Perspektywy. Wtłaczana do głów gawiedzi narracja pichcona w okolicach Czerskiej i Wiertniczej, skutkuje między innymi przekonaniem mocno zakorzenionym w głowach Polaków zbudowanych z telewizji, że fani Jarosława Kaczyńskiego skupieni pod sztandarami Prawa i Sprawiedliwości mają w zwyczaju pożerać swoich przeciwników żywcem.
Ponieważ jest to zarzut szczególnie paskudny i wyjątkowo nienawistny, dla zachowania elementarnej równowagi warto byłoby przypominać, że swoich przeciwników fani Platformy Obywatelskiej przed pożarciem pieką na wolnym ogniu. Można powiedzieć: oko za oko, ząb za ząb i kuksaniec w charakterze deseru, czyli każdemu, co mu się faktycznie należy. Plus premia za niedorozwój.

 

***


Przed nami złowróżbny czas, w którym aż do dnia eksplozji prawdziwe problemy Polski i Polaków maskowane będą czczą gadaniną politykierów oraz wojującą palikocizną, próbującą skierować naszą uwagę na manowce. Jeszcze przez jakiś czas nie znajdziemy na to rady. To nader gorzkie przypomnienie, jak na pierwszy miesiąc nowego roku, wiem. Dlatego przypominam.

Krzysztof Ligęza
www.myslozbrodnik.pl

Opublikowano w Krzysztof Ligęza
piątek, 11 styczeń 2013 13:34

Nie ma szczęścia bez eutanazji

michalkiewiczJakby mało było dymisji generała Krzysztofa Bondaryka, który osierocił Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego, jakby nie dość było dymisji Adama Maruszczaka, zdjętego ze stanowiska szefa Centralnego Biura Śledczego, to znowu dał znać o sobie seryjny samobójca. Wydawało się, że już nie da o sobie znać zwłaszcza po ogłoszeniu przez niezależną prokuraturę "ostatecznego" wyjaśnienia śmierci Andrzeja Leppera. 

Prokuratura oświadczyła, że Andrzej Lepper powiesił się, bo miał... 150 tys. złotych długu! Nie śmiał się z tego pewnie tylko ten, co miał zajady, a może śmiali się przez łzy nawet i tacy, bo prawie jednocześnie wyszły na jaw śmierdzące dmuchy, że w owej łazience, w której przygnębiony długiem w wysokości 150 tys. złotych Andrzej Lepper "bez udziału osób trzecich" rozstawał się z życiem, znajdują się ślady stóp jakichś niezidentyfikowanych osób drugich.


Najwyraźniej bezpieczniackie watahy podsrywają jedna drugą, dzięki czemu co jeden człowiek pragnie zakryć, to drugi zaraz odkryje i – jak mówi poeta – "każdy grzech palcem wytknie, zademonstruje, święte pieczęcie złamie, powyskrobuje" – dzięki czemu i my możemy dowiedzieć się o naszym nieszczęśliwym kraju trochę więcej, niż okupująca Polskę soldateska chciałaby nam przekazać do wiadomości za pośrednictwem poprzebieranych za dziennikarzy funkcjonariuszy niezależnych mediów pracujących w służbie ciszy.
Tymczasem seryjny samobójca znów dał o sobie znać, i to nie w sobotę, tylko niemal w środku tygodnia. W swoim mieszkaniu w Garwolinie powiesił się był – oczywiście bez udziału osób trzecich – pan Marek Jerzy Adamczyk, prokurator Prokuratury Generalnej.
Na razie nie można o tym nic powiedzieć, poza może drobiazgiem, że z dokumentów IPN wynika, iż pan Marek Jerzy Adamczyk 4 marca 1988 roku został zarejestrowany pod numerem GC 00393/54 przez Wojskową Służbę Wewnętrzną jako oficer rezerwy kontrwywiadu WSW z przydziału mobilizacyjnego, a następnie zarejestrowany w sekcji "C" WZO WUSW w Siedlcach.


Nie musi to oczywiście niczego konkretnego oznaczać, poza tym, że WSW przekształcona została w Wojskowe Służby Informacyjne, których jak wiadomo, "nie ma", dzięki czemu mikrocefale święcie wierzą, że nasza młoda demokracja, to pełny spontan i odlot i skwapliwie potępiają teorie spiskowe, według których soldateska okupuje nasz nieszczęśliwy kraj, za pomocą rozbudowanej agentury kontrolując nie tylko kluczowe segmenty gospodarki z sektorem finansowym, paliwowym i energetycznym na czele, ale i scenę polityczną, media oraz przemysł rozrywkowy. Okoliczność, że pan Adamczyk, któremu objawił się zbiorowy samobójca, trafił aż do Prokuratury Generalnej w charakterze prokuratora, może być uznana za poszlakę wskazującą, że ta teoria spiskowa ma jednak ręce i nogi. Jak zresztą w inny sposób wyjaśnić ponowne ujawnienie się zbiorowego samobójcy?


Zbiegło się ono w dodatku z salomonowym wyrokiem wydanym przez sędziego Igora Tuleyę w sprawie "doktora G." – kardiologa ze szpitala MSW przy ul. Wołoskiej w Warszawie. "Doktor G." upolowany został przez CBA jeszcze za poprzedniego kierownictwa i oskarżony o wszelkie możliwe do popełnienia czyny, wśród których korupcja walczyła o palmę pierwszeństwa z tzw. mobingiem.


Słowem – jak oskarżać, to oskarżać. Kiedy jednak w roku 2007 zmienił się rząd, "doktor G." zaczął w wielu środowiskach uchodzić za męczennika straszliwego reżymu Kaczyńskich, pierwszą ofiarę IV Rzeczypospolitej, która wyspecjalizowała się w preparowaniu fałszywych dowodów na ludzi niewinnych. To znaczy – za ofiarę drugą, bo pierwszą ofiarą IV Rzeczypospolitej już pewnie pozostanie pani Barbara Blida, która po przybyciu do niej ekipy ABW, co to miała ją aresztować, zastrzeliła się w przekonaniu, że wszystko wykryte. Więc chociaż CBA za czasów Kaczyńskiego dopuszczało się sprośnych błędów Niebu obrzydłych, to skoro już powstało, to i zostało – oczywiście po gruntownej wymianie kadr z niesłusznych na słuszne.
Te słuszne kadry rozpoczęły walkę z powyrzucanymi kadrami niesłusznymi, zgodnie ze wskazówką Klucznika Gerwazego: "gdy wielki wielkiego dusi, my duśmy mniejszych – każdy swego". Kiedy w efekcie walki buldogów pod dywanem stanowiska utracili szefowie ABW i CBŚ, nie mogło zabraknąć jakiegoś akcentu w sprawie CBA. A tak się złożyło, iż właśnie przed niezawisłym sądem dobiegł końca proces "doktora G.". Spreparowane dowody w sprawie korupcji musiały okazać się mocne, bo sędzia Igor Tuleya, który na dobry porządek w "tych okolicznościach przyrody" powinien "doktora G." uniewinnić, a nawet jakoś wynagrodzić mu zelżywości i zniewagi, jednak trochę go skazał, a uniewinnił też tylko trochę, zauważając przy okazji, że prokuratura stosowała "metody stalinowskie". Na to zawrzały oburzeniem dwa ugrupowania parlamentarne; PiS oraz Solidarna Polska, domagając się pociągnięcia sędziego Tulei do odpowiedzialności za wygłaszanie deklaracji politycznych. Aliści Krajowa Rada Sądownictwa stanęła murem za sędzią, który skierował do niezależnej prokuratury zawiadomienie o owych "stalinowskich metodach". Chodziło głównie o nocne przesłuchania, które – jak zauważył prokurator w stanie spoczynku pan Święczkowski – bywały "skuteczniejsze" od dziennych. Jeśli wzajemne wyduszanie się tajniaków jeszcze trochę potrwa, to wymiar sprawiedliwości szalenie się wzbogaci – również o interesujące doktryny i orzecznictwo – a już towarzyszą temu mimowolne efekty komiczne w postaci ostentacyjnego oburzenia na "stalinowskie metody" przywódcy SLD Leszka Millera. Wystąpił on jednocześnie z inicjatywą ustanowienia rozpoczynającego się właśnie roku "rokiem Edwarda Gierka", za rządów którego od czerwca 1976 roku upowszechniła się w milicyjnych komisariatach metoda "ścieżek zdrowia". Rekord efektów komicznych pobiła jednak "Gazeta Wyborcza", informując swoich mikrocefali, że "Polacy są szczęśliwi", i nawet wyjaśniając – dlaczego. Okazuje się, że nie posiadamy się ze szczęścia, bo w społeczeństwie rośnie poparcie dla eutanazji. Dlaczego żydowskiej gazecie dla Polaków tak bardzo zależy na wmówieniu tubylcom, że nie ma prawdziwego szczęścia bez eutanazji? Pewnej wskazówki może dostarczyć okoliczność, że w związku z nieustającym przyrastaniem długu publicznego, w roku bieżącym koszty obsługi tego długu mogą sięgnąć nawet 50 miliardów. Nie da się ukryć, że leczenie starców-wampirów, z których nasi okupanci nie mają już przecież żadnej korzyści, a tylko same straty – tym większe, że wyleczonym trzeba będzie przez Bóg wie ile lat wypłacać emeryturę! – że to leczenie pozostaje w całkowitej i nieusuwalnej sprzeczności zarówno z celami okupacji ("Szmaciak chce władzy nie dla śmichu lecz dla bogactwa, dla przepychu! Chce mieć tytuły, forsę, włości i w nosie przyszłość na ludzkości!"), jak i z nadziejami lichwiarskiej międzynarodówki na profity z 35 milionów tubylczych niewolników polskich.


W tej sytuacji eutanazja objawia się jako jedyne wyjście i zapewne dlatego "Jurek Owsiak" przetestował właśnie reakcję opinii publicznej na propozycję jej legalizacji, a przodująca w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym pani red. Katarzyna Wiśniewska z najweselszego w całej "Gazecie Wyborczej" działu religijnego, sztorcuje Episkopat za unikanie udziału w dyskusji nad legalizacją eutanazji. Najwyraźniej Cadykowi chodzi nie tylko o samą eutanazję, ale również i o to, by odbywała się "po Bożemu".


Stanisław Michalkiewicz
Warszawa

Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz
piątek, 11 styczeń 2013 13:30

Rosja - największa grabież XX wieku

tyminskiNiektórzy ekonomiści oceniają, że w czasie zmiany ustroju, skutkiem gospodarczej terapii szokowej, nasz naród stracił co najmniej 85 miliardów dolarów. Jest to dwa razy więcej niż zagraniczny dług Polski w 1989 roku. Skutkiem tego jest rosnące bezrobocie, śmieciowe umowy o pracę i masowa ucieczka kapitału oraz młodych ludzi z Polski.
Na samym początku wyborów prezydenckich w 1990 roku, spotkałem się w kawiarni hotelu Marriott w Warszawie z sekretarzem politycznym ambasady Stanów Zjednoczonych Danielem Friedem. Na jego własna prośbę. Był to Amerykanin etnicznie żydowski. Kiedy usiedliśmy na kawę przy stoliku, zapytałem, czy sprawdził moje referencje w Kanadzie. Odpowiedział, że sprawdził też moje referencje w Peru i zapytał, co chciałbym zrobić jako prezydent RP. Powiedziałem mu o dwóch najważniejszych rzeczach – "chcę tę samą konstytucję jaką ma USA i wolny dostęp do rynków międzynarodowych". Po moich słowach zapadło milczenie i wyczułem, że moja odpowiedź nie była po jego myśli. Nie wiedziałem wtedy, jakie miał on niecne plany wobec Polski. Kilka lat później D. Fried został ambasadorem USA w Polsce, a jeszcze potem podsekretarzem stanu przy Condoleezzie Rice, odpowiedzialnym za politykę amerykańskiego imperium w całej Europie Środkowowschodniej i Rosji.
Reforma ustrojowa zwana "planem Balcerowicza" w rzeczywistości była planem rządu USA i urodzonego na Węgrzech żydowskiego spekulanta finansowego (Georgy Schwartz), znanego jako George Soros. G. Soros, przy pomocy ekonomisty Stanisława Gomułki, przekonał prezydenta PRL generała Wojciecha Jaruzelskiego do swego planu gospodarczego. Przekonał W. Jaruzelskiego, że jego plan, który wymagał "terapii szokowej" i szybkiej prywatyzacji przedsiębiorstw państwowych, był najbardziej optymalnym planem reformy gospodarczej Polski. Był to jedyny plan akceptowany przez ambasadora USA, Bank Światowy oraz Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Pod taką presją zatwardziały komunista generał Wojciech Jaruzelski się ugiął. I oddał Polskę w brudne ręce bezwzględnych kapitalistów. A Polska miała być dla Rosji przykładem wzbogacenia się komunistycznej nomenklatury.


G. Soros zatrudnił sobie do pomocy ekonomicznego "cudaka" – młodego profesora ekonomii z Uniwersytetu Harvarda w USA, Jeffreya Sachsa. J. Sachs wyróżnił się wcześniej prywatyzacją w Boliwii, która wbrew opinii lansowanej przez media zakończyła się fiaskiem i po serii zamieszek społecznych, spowodowała przejęcie władzy przez lewicowego prezydenta Evo Moralesa.
J. Sachs, etnicznie białoruski Żyd, jeszcze przed 1990 rokiem przyjechał do Polski kilkadziesiąt razy, aby rozeznać się w sytuacji, ocenić stan polskiej gospodarki i przygotować ją do prywatyzacji. Dopuszczenie reprezentanta G. Sorosa, który za złodziejskie spekulanctwo był z wielu krajów wyrzucany, do takich tajnych informacji rządowych, to tak jakby wpuścić lisa do kurnika. Po tych wizytach J. Sachs dobrze wiedział, które części gospodarki są najbardziej rentowne. Był on dopuszczony do niejawnych informacji na temat gospodarczego stanu państwa, a w dzisiejszych czasach taka wewnętrzna, niejawna informacja pozwala zarobić olbrzymie pieniądze. Dlatego wszelki handel wewnętrzny taką uprzywilejowaną i niejawną informacją jest w krajach rozwiniętych ostro karany przez prawo. Taki konflikt interesów nie jest bowiem tolerowany. A gdzie J. Sachs, tam i G. Soros ze swoim spekulacyjnym kapitałem finansowym.
Dowiedziałem się o działaniach J. Sachsa już na początku prezydenckiej kampanii wyborczej w 1990 roku i byłem tym porażony. Zderzyłem się z nim ostro w programie "na żywo" Nightline transmitowanym z Polski, przy oglądalności ponad 10 milionów Amerykanów. Podważyłem wtedy jego metody uzdrowienia gospodarki Polski. Zareagował na to nader krzykliwie i nawet powtórzył kłamstwo za "Gazetą Wyborczą", że bywałem w Libii i z tego powodu nie można było mnie traktować na serio.


Dlatego, kiedy pod koniec pierwszej tury wyborów prezydenckich udało mi się otrzymać tajne dyrektywy rządu Tadeusza Mazowieckiego, mające na celu sprywatyzowanie za bezcen pierwszych czterech przedsiębiorstw państwowych, na czele z ówczesną hutą "Warszawa", użyłem tego do ostrego ataku na niego i jego rząd. Publicznie nazwałem premiera T. Mazowieckiego zdrajcą narodu.
Myślałem wtedy, że przez moją ostrą i nieustanną krytykę tzw. planu Balcerowicza i obalenie rządu T. Mazowieckiego, w którym Leszek Balcerowicz był wicepremierem i ministrem finansów, L. Balcerowicz także odejdzie w niebyt z jego perfidnym planem grabieży majątku narodowego Polski. Przecież to głównie dzięki skutkom jego okrutnej reformy wprowadzone w styczniu 1990 roku, udało się obalić rząd premiera T. Mazowieckiego w wyniku jego przegranej w I turze wyborów prezydenckich. Niestety stało się inaczej. Byłem ogromnie zdumiony, kiedy zaraz po wyborach Lech Wałęsa zapowiedział, że L. Balcerowicz i jego plan muszą zostać. Jak to niedawno ujawnił bliski współpracownik L. Wałęsy, było to wynikiem żądań ambasady USA. L. Wałęsa szybko powołał nowy rząd premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego, znowu z L. Balcerowiczem jako ministrem finansów. A premierem polskiego rządu został człowiek, który powiedział publicznie, że pierwszy milion trzeba ukraść. J.K. Bielecki błyskawicznie i po cichu rozprzedał za bezcen 1256 przedsiębiorstw państwowych, z których wiele było na wysokim poziomie rentowności i miało bogate inwentarze surowcowe.


Do dzisiaj nie wiemy, w czyje ręce te przedsiębiorstwa były oddane.
Nie byłem nawet zaskoczony, kiedy się dowiedziałem dwa lata później, w 1992 roku, że ten "cudowny" ekonomista J. Sachs wraz ze swoimi kolegami z Uniwersytetu Harvarda, jako faktyczni najemnicy George'a Sorosa, zmontowali amerykańsko-żydowski zespół doradczy dla prezydenta Rosji Borysa Jelcyna. A B. Jelcyn ich kolejny plan "terapii szokowej", wprowadził w życie dekretami prezydenckimi. I wbrew protestom rosyjskiego parlamentu. Dodam, że opór rosyjskiej Rady Najwyższej wobec "terapii szokowej" skończył się w 1993 roku jej rozwiązaniem przez B. Jelcyna. Doszło do krwawej rozprawy wojska z protestującymi deputowanymi, w której zginęło oficjalnie 156 osób, a nieoficjalnie 700 do 800. Po raz pierwszy w historii i Rosji, i Europy, parlament ostrzeliwały czołgi.


Tym razem J. Sachs był bardzo ostrożny. Sam pozostał w cieniu jako profesor Uniwersytetu Harvarda. A do brudnej roboty ekonomicznej w Rosji znalazł "słupa" – młodego amerykańskiego ekonomistę Jonathana Haya, który nauczył się języka rosyjskiego w instytucie lingwistycznym w Petersburgu. Młody J. Hay szybko został osobistym doradcą premiera Rosji Jegora Gajdara i ministra prywatyzacji Anatolija Czubajsa. Dzięki tajnym informacjom na temat prywatyzacji dziewczyna J. Haya, Beth Herbert, założyła pierwszy w Rosji licencjonowany fundusz akcji giełdowych. Kilka lat później oboje wzięli ślub, a ich fundusz Pallada Assets sprzedali z dużym zyskiem. Plan znany jako "500 dni" był taki sam jak w Polsce – najpierw terapia szokowa dla Rosjan, dla ich całkowitej dezorientacji, a potem pośpieszna prywatyzacja w celu maksymalnej grabieży majątku narodowego. Ten plan miał finansowe wsparcie amerykańskiej agencji rządowej USAID na sumę ponad 350 milionów dolarów. Cieszył się ten plan także najwyższą rekomendacją Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Wiceprezydent USA Al Gore osobiście nadzorował, aby ten plan był wykonany w całości.


Kiedy Rosjanie obudzili się kilka lat później i pozbyli się G. Sorosa i ludzi J. Sachsa, z ich kraju wyciekło już ponad 500 miliardów dolarów gotówki, która została "wyprana" głównie w bankach Nowego Yorku. Całkowicie został zniszczony rynek finansowy i Rosja przestała spłacać zagraniczne pożyczki, ponieważ nagle stała się bankrutem. 66% majątku narodowego znalazło się w rękach sześciu rosyjskich oligarchów, z których pięciu jest pochodzenia żydowskiego. Ponad 15 milionów Rosjan z powodu nagłej biedy i chorób straciło życie.
Można powiedzieć, że spustoszenia były porównywalne do zrzucenia kilkunastu bomb atomowych na Rosję. Spekulant G. Soros w jednym ze swoich wywiadów prasowych powiedział, że byłe Imperium Sowieckie stało się Imperium Sorosa. Wykupił on po cichu za bezcen perły rosyjskiej gospodarki. Kraj, który przeżył krwawą rewolucję bolszewicką i kosztem ogromnych ofiar ludzkich faktycznie wygrał z Hitlerem II wojnę światową, został zdradziecko uderzony nożem w plecy i wił się w konwulsjach. Do czasu kiedy Władimir Putin został premierem Rosji i zatrzymał krwotok nielegalnie wywożonych pieniędzy.


Wielu komentatorów tej niewyobrażalnej afery uważa, że cała akcja bezprzykładnego zubożenia Rosji była zaplanowana, aby raz na zawsze zniszczyć jej potęgę wojskową. Nie bardzo zresztą to się udało, ponieważ zaraz potem ceny ropy i gazu poszły nagle do góry i Rosja tym sposobem zbilansowała swój budżet i uniknęła pułapki zadłużenia zagranicznego, która byłaby wymuszona pożyczkami z Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Polska natomiast gazu i ropy nie miała.


Cały mechanizm tej potwornej grabieży majątku narodowego Rosji szczegółowo opisała amerykańska dziennikarka Anne Williamson w swojej książce "Plaga – jak Ameryka zdradziła Rosję". Tej książki nigdy nie chciał wydrukować żaden wydawca w USA, a sama A. Williamson od roku 2009 tajemniczo zniknęła z publicznego pola widzenia. Jej arcyciekawa książka, a czyta się ją jak najlepszy kryminał, zawiera ostrą krytykę niemoralnej polityki zagranicznej USA. Udało mi się dostać jej rozdziały poświęcone szczegółom tej manipulacji. Moi znajomi Rosjanie mówią dzisiaj, że wtedy wierzyli w piękne słowa o reformach i dali się oszukać szalbierczym spekulantom. Ale w końcu Rosjanie skorzystali z okazji, gdyż koledzy J. Sachsa z Harvardu na boku kręcili sobie lody z pieniędzy amerykańskiego rządu, czyli amerykańskich podatników. Między innymi inwestowali oni rządowe pieniądze USA w rosyjskie firmy, które pomagali potem prywatyzować z zyskiem dla siebie rzędu 500 proc. Rosjanie to nagłośnili i na podstawie dowodów licznych przestępstw finansowych grupa "cudownych" ekonomistów z Harvardu została zlikwidowana. Cała afera znalazła się w amerykańskim sądzie, ale za tę grabież stulecia nikt nie poszedł do więzienia. Prestiżowy Uniwersytet Harvarda zgodził się wypłacić ponad 26,5 miliona dolarów kary. Ale kariery zawodowe "cudownych" ekonomistów miały się lepiej niż kiedykolwiek. Bill i Hilary Clintonowie ukręcili całej sprawie łeb i nie dopuścili do senackich przesłuchań, jak to proponowali niektórzy republikańscy senatorowie. Tylko Larry Summers, prezydent Uniwersytetu Harvarda, a politycznie zaciekły promotor Izraela, został zmuszony do dymisji.


A więc Polacy nie są jedynym umęczonym narodem, który został bezlitośnie ograbiony. Ci sami ludzie i w taki sam sposób, a stosując te same metody, ograbili wielką Rosję, podobnie jak i Polskę i wiele innych krajów. Chiny, Malezja czy też sąsiednia Białoruś w ogóle nie wpuściły ludzi Sorosa. I tym samym miały o wiele więcej kapitału na swój rozwój i na potrzeby społeczne swoich obywateli. Propaganda demokracji i neoliberalizmu okazała się być tylko przygotowaniem kraju do terapii szokowej i grabieży. I wpędzeniem kraju w zależność od zagranicznych pożyczek bankowych.
Tzw. plan Balcerowicza w Polsce i tzw. plan Czubajsa w Rosji niezmiernie wzbogaciły Sorosa i małą grupę oligarchów oraz komunistycznej nomenklatury przez brutalne pogwałcenie dwóch podstawowych warunków do rozwoju: poszanowania własności, tak prywatnej, jak państwowej, oraz tępienia wszelkiego rodzaju grabieży. Przed zmianą ustroju gospodarki Polski i Rosji były samowystarczalne – brakowało tylko bananów i kawy. Można było wybrać inne plany. Takie na przykład, jakie wybrały Brazylia czy Chiny, które mogą być dzisiaj dumne ze swoich gospodarczych osiągnięć.


Morał jest taki, że nigdy nie można ufać zagranicznym doradcom. Polsce i Rosji w czasie zmiany ustroju doradzali ludzie, którzy nigdy nie zbudowali żadnego zakładu pracy, tylko potrafili je niszczyć. W odpowiedzi na pytanie, jak się w przyszłości uchronić przed taką grabieżą, powiem tylko, że do obrony i rozwoju kraju potrzebny jest rząd patriotów, a nie zdrajców i matołów. Tylko państwo narodowe może uchronić swoich obywateli od zewnętrznych manipulacji i zapewnić wzrost gospodarki kraju, a co tym idzie, zwiększyć liczbę miejsc pracy i stale tworzyć lepsze możliwości rozwoju dla swoich obywateli. Aby nasza Ojczyzna była matką, a nie okrutną macochą. Dodam jeszcze, że lepszy domek ciasny, ale własny. Amen.


Stanisław Tymiński
4 stycznia 2013, Acton, Kanada
www.rzeczpospolita.com

Opublikowano w Teksty
piątek, 11 styczeń 2013 13:27

Doktor G. – Mengele czy ofiara systemu?

kowalskiglowkaPo pięciu latach przerwy, na wokandę sądową i forum publiczne powróciła sprawa doktora G. Po przegranym przez Zbigniewa Ziobrę procesie cywilnym, wytoczonym przez doktora G. za nazwanie go mordercą ("nikt więcej przez tego pana pozbawionym życia nie będzie"), tym razem doktor G. odpowiedział wreszcie za korupcję. Dla przypomnienia, postawiono mu 50 zarzutów korupcyjnych na kwotę, uwaga!, 47.000 złotych (słownie: czterdzieści siedem tysięcy). Skazano go w końcu na jeden rok więzienia w zawieszenia na dwa lata i grzywnę w wysokości 72.000 złotych za siedemnaście tysięcy złotych przyjętych łapówek, wliczając w to egzemplarze szkockiej whisky i francuskiej brandy. Sprawa precedensowa w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości, ponieważ oskarżony doktor G. w roku 2007 nie tylko został skuty przez agentów CBA w blasku kamer, a nagrane wcześniej zamontowaną w jego gabinecie ukrytą kamerą odwiedziny wdzięcznych pacjentów zaowocowały zarzutami również wobec nich samych. Wobec pacjentów sąd na szczęście umorzył postępowanie, odetchnąłem głęboko, o czym za chwilę. Aresztowanie to dokonało się w ostatnim roku panowania w mediach i polityce postrachu przestępców, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednej osobie, nieustraszonego Zbigniewa Ziobry. Było to zarazem w ostatnim roku trwania rządu Jarosława Kaczyńskiego, o czym wspominam nie bez przyczyny, a wyjaśnię w dalszej części tekstu.


Najpierw jednak muszę się do czegoś po tylu latach publicznie przyznać. Skorumpowałem kiedyś lekarza, tak. I chyba tylko dlatego, że ukryte kamery nie były jeszcze w powszechnym użyciu, a sam fakt był społecznie akceptowany, nie gniję do tej pory w więzieniu i cieszę się pełnią praw obywatelskich, uff. Był rok 1989. To był francuski koniak za 19 amerykańskich dolarów w Peweksie (wódka kosztowała 1 dol.), egzemplarz trzeci, bo poprzednie dwa zdążyłem opróżnić razem z gratulującymi mi potomka kolegami. Ale żeby tylko lekarza. Ponieważ moja była żona źle się czuła w ciąży i dwa ostatnie tygodnie spędziła w szpitalu, musiałem korumpować również szpitalnego portiera. Najpierw po 1 tysiąc złotych za niedozwolone w owych czasach widzenie, a po tygodniu, gdy zdążyło mi się na moją wybrankę nakrzyczeć, już za 2 tysiące. Zresztą słusznie, bo na kobietę w ciąży nie powinno się krzyczeć.


Cała moja rodzina, włączając w to moją świętej pamięci matkę, wszyscy bliżsi i dalsi znajomi korumpowali lekarzy, chociaż wtedy jeszcze się to tak nie nazywało. A nie nazywało z prostego powodu. Każdy normalny człowiek wiedział, że lekarz zarabia za mało, i chciał w ten właśnie sposób wynagrodzić krzywdę, jaka spotkała lekarzy po wprowadzeniu w Polsce komunizmu. Powiecie demagogia? Szczęśliwi ludzie bez pamięci o czasach komunizmu.


W ramach niszczenia narodu polskiego, zniszczenie wolnych zawodów, do jakich niewątpliwie zaliczają się lekarze, stało się jednym z bolszewickich priorytetów. Wracając do współczesności, w Pierwszym Świecie doktor G., lokujący się w pierwszej trójce specjalistów transplantologii w Polsce, zarabiałby co najmniej 50.000 złotych miesięcznie, powtarzam co najmniej. Czyli tyle samo ile wynoszą zarzuty korupcyjne w liczbie 47. W Trzecim Świecie, również w najczarniejszej Afryce, doktor G. zarabiałby może nominalnie trochę mniej niż w Pierwszym, ale jego standard życia byłby wyższy ze względu na niedogodności klimatyczne. Łukasz, syn moich bardzo PiS-owskich znajomych po roku stażu w szpitalu psychiatrycznym wyjechał do Norwegii. Z dwóch powodów, a nawet trzech. Po pierwsze, zarabiał psie pieniądze, niecałe 1500 złotych na rękę. Po drugie, nie chciał zarabiać więcej, wystawiając żółte papiery przestępcom (proceder kwitnie). I po trzecie, żeby normalnie żyć, co udało mu się bardzo szybko, bo po fundowanym przez rząd norweski przeszkoleniu z języka od razu dostał wynagrodzenie w wysokości prawie 30.000 polskich złotych. Dlaczego zatem w Drugim Świecie, w państwach komunistycznych to pacjenci musieli dopłacać lekarzom? Z prostej bolszewickiej przyczyny – komunistyczne państwo zostało tak zaprogramowane, żeby każdy obywatel, niezależnie od zajmowanego stanowiska, był formalnie przestępcą. Dzięki temu, w razie wyższej konieczności (gdyby ktoś próbował podskoczyć), można było go w pokazowym procesie oskarżyć o przestępstwo przeciwko socjalistycznemu państwu i społeczeństwu i rzecz jasna skazać.


Wykorzystanie tego bolszewickiego prawa przez Zbigniewa Ziobrę, gwiazdę Prawa i Sprawiedliwości, zamiast oczekiwanego przez rzesze wyborców z roku 2005 obalenia postkomunistycznego systemu okrągłego stołu, zaowocowało porażką partii Jarosława Kaczyńskiego w wyborach roku 2007. Czy stały za aferą z doktorem G. tajne służby, a zwłaszcza rozwiązywane WSI, jak twierdzi Krzysztof Kotowski w książce "Obława" gloryfikującej tę rzekomo najbardziej patriotyczną formację, nie wiem i dla własnego zdrowia – skoro mowa o lekarzu – sprawdzał nie będę. Czy stały te służby również za aferą Samoobrony, jak twierdzi wyżej przytoczony autor, również nie wiem. Wiem jedno, to zachowanie Zbigniewa Ziobry i zachowanie wiceprezesa PiS Adama Lipińskiego w pokoju posłanki Beger, i wreszcie zachowanie Ludwika "Saby" Dorna zadecydowało o porażce Prawa i Sprawiedliwości w roku 2007. Wyborcy odrzucili hunwejbinów (=Ziobro), hipokrytów (=Lipiński) i impertynentów (=Dorn). A dramatem dla Polski jest to, że rzeczywista oferta zmiany systemu do tej pory się nie pojawiła. Dzięki temu politycy dalej będą walczyć, emeryci dalej będą podniecać się ich medialnymi wrzutkami typu doktor G., a młodzi wykształceni Polacy będą emigrować.


Niestety, proces od samego początku naznaczony był wielką polityczną rozgrywką i zaperzeniem publiki. Gdyby nie brnięcie w swojej głupocie rzekomych zwolenników IV RP, którzy posunęli się do rozgrzebania życia prywatnego Doktora, i obrzydliwa "pomoc" całego salonu III RP, zwłaszcza spadkobierców UB, pewnie by został po cichu uniewinniony. Doktorowi Garlickiemu życzę na koniec rychłego powrotu do wykonywania zawodu za wynagrodzenie wystarczające do wyrzucania pacjentów z kopertami za drzwi. Będzie to oznaczało również dla nas wszystkich ostateczne pożegnanie z komunizmem. Jeśli chodzi o koniaki, sam nie wiem.


Jan Kowalski
Czarna


PS Tekst ten powinienem był napisać już w roku 2007, zaraz po zatrzymaniu doktora Garlickiego. Nie zrobiłem tego z przyczyn osobistych, czego obecnie się wstydzę. Przodkowie doktora Mirosława Garlickiego i moi leżą w tym samym grobowcu. (jk)

Opublikowano w Teksty
piątek, 04 styczeń 2013 14:21

Wojna, którą właśnie przegraliśmy

Jednym z problemów polskiej debaty politycznej jest brak programu reform; dlatego z prawdziwą przyjemnością przedstawiamy Państwu propozycję programową człowieka czynu i praktyki, Jana Kowalskiego, stałym, Czytelnikom znanego z publicystyki kilka lat temu zamieszczanej na naszych łamach. 

Nie bójmy się myśleć o Polsce radykalnie i do końca. Przyszłość, nawet ta najbliższa, może bowiem nieść wielkie zmiany dla Europy i świata. Zapraszamy więc do wspólnego myślenia z troską o Polsce. (red.)


WSTĘP
kowalskiglowkaW książce "Dziury w mózgu" opisałem rewolucję roku '89 w Polsce jako zwycięską rewolucję komunistów, uwłaszczających się na majątku narodowym, którym dotychczas jedynie zarządzali.
Przedstawiłem przyczyny, dla których rewolucja komunistów musiała zwyciężyć, nie spotykając na swojej drodze żadnego istotnego oporu społecznego. I opisałem system okrągłego stołu. System, który zapanował nad Polakami dla ochrony interesów dotychczasowych komunistów, a od momentu uwłaszczenia posiadaczy, właścicieli, towarzyszy-biznesmenów, słowem elity III RP.
Rewolucja komunistów nie udałaby się bez dopuszczenia "świeżej krwi", tych wybranych przez komunistów ludzi opozycji, którzy dla własnych korzyści nie zawahali się podpisać cyrografu. A firmując przemiany, stali się zasłoną dymną dla dokonywanych przez komunistów zmian. Przed dwudziestu laty szacowałem liczbę komunistycznych agentów w łonie koncesjonowanej opozycji na 50 proc. Oddając sprawiedliwość dostępnym po latach dokumentom, należy liczbę tę zwiększyć co najmniej do 85 proc. Co się okaże, jeśli kiedyś odtajniony zostanie zbiór zastrzeżony dotyczący najważniejszych ludzi w państwie i odtajnione zostaną archiwa agentów wojskowych? Wolę nie podejrzewać.
Jednorazowe wpuszczenie "świeżej krwi" (= swoich agentów) pomogło komunistom z zarządców państwa w imieniu Związku Sowieckiego stać się jego właścicielami. Jednak, żeby jakikolwiek system sprawnie funkcjonował, musi gwarantować stały dopływ "świeżej krwi", stałą możliwość awansu w jego ramach. Po dwudziestu paru latach widać wyraźnie, że kanały awansu są zablokowane, a system postkomunistyczny jest kompletnie niewydolny. Niezdolny do funkcjonowania bez dopływu pieniędzy z zewnątrz, a co więcej większość tych środków marnujący.
Na pięćdziesiąt lat przewidywałem czas trwania systemu Okrągłego Stołu. Mija właśnie mniejsza połowa tego okresu. Nie chciałbym, żeby moja przepowiednia się sprawdziła, bo jeśli miałoby tak być, przestaniemy istnieć jako państwo ze szkodą dla narodu.
Zastanówmy się zatem jak pokonać system okrągłego stołu. Żeby nie było wątpliwości, nie będę namawiał do walki wprost z III RP. Bo nie ma z czym walczyć. III RP z całą swoją organizacją jest klasyczną wydmuszką. Jeśli zbudujemy własne państwo, z Polaków, którzy tu i teraz, a nie w Anglii na zmywaku, chcą budować swoją przyszłość, wydmuszka pod nazwą III RP sama się zapadnie.
W roku 1989 świat dopiero do nas wkraczał, dlatego sprawom międzynarodowym poświęciłem jeden, ostatni rozdział. Dlatego "Dziury w mózgu" były parafialną książeczką. Dwadzieścia lat później nie sposób niczego wyjaśnić na naszym polskim podwórku, bez zrozumienia tego, co dokonuje się w świecie. I w tym sensie obecna lektura będzie pozycją niemalże światową.

II. 1 Zdrada elit Zachodu
Bez wiary w jedynego Boga, który nam się objawił w Jezusie Chrystusie, nasza cywilizacja nie ma sensu. Dla jej trwania, rozprzestrzeniania w świecie i obrony, nie da się znaleźć innego uzasadnienia jak tylko przełożenie Bożych Przykazań na świecki język prawa osoby ludzkiej (= dziecka Bożego) do życia w wolności. Wolności gwarantowanej każdemu w Bożym akcie stworzenia. Jeśli zatracimy wiarę w Boga, odrzucimy jego zakazy i nakazy, przyjdzie nam przyjąć w zamian którąś z szalonych ideologii współczesnego świata. Komunizm i nazizm już zbankrutowały. Ale przecież mamy feminizm, konsumpcjonizm, New Age, który wdziera się w serca pozbawione prawdziwej wiary. Może przyjmiemy za swoją masońską gnozę dzielącą ludzi na wtajemniczonych i bydło, którym się pogardza. Albo rozwydrzony seksualizm i będziemy traktować innych ludzi jedynie jako byty seksualne. Albo transseksualizm, gdzie będziemy sami określać, czy jesteśmy kobietą czy mężczyzną. A może będziemy się określać w zależności od dnia i nastroju?


Bez wiary w Boga, który nam się objawił w Jezusie Chrystusie, w zbawienie i życie wieczne, nasza perspektywa zostaje ograniczona jedynie do tu i teraz. A skoro tak, to po co martwić się o słabszych, o starych rodziców i nienarodzone lub już narodzone dzieci, ale kalekie. Przecież tylko ograniczają możliwość przyjemnego spędzania przez nas czasu, rozwoju zawodowego i na dodatek kosztują. Nie lepiej ich zabić, o przepraszam, uwolnić od cierpienia dla ich dobra – tak się przecież męczą, a my jesteśmy tacy współczujący.
Przez długi czas wydawało się większości z nas, że wcale nie musimy wierzyć, by być dobrymi ludźmi. Zamieniliśmy Boże Przykazania na Prawa Naturalne i zasnęliśmy zadowoleni. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że po upływie zaledwie ośmiu pokoleń od zwycięstwa rewolucji francuskiej, Prawa Naturalne wcale już nie będą tożsame z Bożymi Przykazaniami. Co to jest osiem pokoleń? 200 lat? Dostatecznie długo żyjąca osoba ma styczność z pięcioma pokoleniami, dwoma wcześniejszymi i dwoma późniejszymi. Dlatego nie przerażajmy się – to wcale nie musi być upadek naszej cywilizacji. Z perspektywy 2000 lat chrześcijaństwa, które przeżywało nieraz bardzo ciężkie chwile, 200 lat to tyle samo co dziesiąta część roku. Z perspektywy życia wiecznego, którego obietnicę dostaliśmy od samego Boga, to mniej niż pstryk.
Przypomnijmy najpierw, skąd wzięły się elity polityczne sprawujące obecnie władzę w krajach zachodniej Europy. Otóż, niezależnie od tego czy są to partie konserwatywne, czy socjalistyczne, wszystkie one biorą początek w rewolucji społecznej, jaka przetoczyła się przez Europę Zachodnią w drugiej połowie XIX stulecia. Masowe protesty robotników przeciwko wyzyskowi drapieżnego kapitalizmu zaowocowały powstaniem reprezentacji ich dążeń, masowych partii politycznych. Zdemolowały one dotychczasową scenę polityczną, politykę uprawianą w zaciszu gabinetów. Kilkadziesiąt lat walki o prawa obywatelskie, wyrażane przez nowe partie polityczne, zaowocowały niespotykanym w dziejach ludzkości dobrobytem zwykłych zjadaczy chleba. Rozkwit wolności gospodarczej w postaci wielu milionów firm uruchomił energię setek milionów pracowników. Doświadczyliśmy niespotykanego rozwoju technologicznego. Od przymusowej pracy dzieci z początku rewolucji przemysłowej i ciężkiej pracy kobiet i mężczyzn wylądowaliśmy w czasach ośmiogodzinnego dnia pracy i dodatkowym dniu wolnym poza niedzielą. Na dobrą sprawę jedna pensja robotnika wystarczała do utrzymania rodziny. A oszczędzając, mógł on uzbierać pieniądze na własny dom i samochód. Pod warunkiem dobrego i rozsądnego życia.


W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wszystko się jednak zmieniło. Zmieniło się wskutek odrzucenia i zapomnienia Dziesięciu Przykazań. Kompletna sekularyzacji Europy Zachodniej i prywatyzacja Wiary w Ameryce zaowocowały nowym podejściem do człowieka. Już nie jest naszym bliźnim. Jest konsumentem, kontrahentem ewentualnie partnerem. Bytem jedynie fizycznym. A w co wierzy i czy w ogóle, to jego prywatna sprawa. Czy aby na pewno?


Wśród ludzi żyjących w każdych czasach i pod każdą szerokością geograficzną oprócz skromnych, pracowitych, rozsądnych, możemy spotkać także próżnych, leniwych i lekkomyślnych. Możemy spotkać również takich, którzy przy dużym potencjale inteligencji wcale nie zamierzają żyć skromnie i pracowicie. Ich ideą jest beztroskie życie na koszt tych pierwszych. Bezpośrednie przekonanie skromnych, pracowitych i rozsądnych, żeby wzięli ich na swoje utrzymanie, byłoby oczywiście bezcelowe. Należało zatem dla własnego celu = beztroskiego życia na koszt innych wykorzystać tych drugich. Kluczem do sukcesu okazał się kredyt. Po co oszczędzać kosztem wyrzeczeń, żeby coś kupić w odległej przyszłości, skoro można mieć wszystko już teraz od ręki? Nowy samochód, nowe mieszkanie, nowy dom, nowy telewizor. Wszystko nowe. Bezpośrednim skutkiem wprowadzenia na szeroką skalę kredytu konsumpcyjnego stało się zadłużenie większości ludzi i niebywały wzrost potęgi korporacji zdolnych natychmiast kredytowane dobra dostarczyć. Skutkiem nie wprost był upadek etyki pracy i dotychczasowego rozsądnego życia. Dokonało się ogromne przewartościowanie społeczne. Wielkie korporacje odkrywszy swoje eldorado, ani myślały z niego zrezygnować. Część ogromnych nadwyżek finansowych zaczęły przeznaczać na wychowywanie ludzi, to znaczy na przekształcanie dzieci Bożych w konsumentów. Od kołyski aż po grób. Żeby zawładnąć człowiekiem i uczynić z człowieka wolnego niewolnika, posłużono się mediami. Wielkie pieniądze wiele mogą. Wielkie pieniądze zaangażowane w ogólnokrajowe kampanie reklamowe posłużyły budowie imperiów medialnych służących budowie nowego ładu. Niszcząc zarazem lokalne i niezależne inicjatywy. Nawet nie sposób sobie wyobrazić, jak wielkie kwoty są przeznaczane na produkcję prymitywnych reklam. Ale te reklamy, prymitywne w swojej treści, są zazwyczaj częścią totalnej kampanii propagandowej obliczonej na hodowlę nowego człowieka, homo consumentus. Homo consumentus nie będzie wybierał niezależnych mediów. Może jeszcze miałby za nie płacić? Skoro ładne i kolorowe może mieć jeśli nie za darmo, to za półdarmo.


Wielkie pieniądze bardzo szybko dogadały się z wielką polityką, po prostu kupując polityków. Niezależnie od ich deklarowanych poglądów, prawicowych, lewicowych czy centrowych. Wielcy politycy też mieli coś do zaproponowania, możliwość tworzenia przepisów prawa mogących ograniczać lub mnożyć przywileje dla wielkich pieniędzy. Nastąpił długi czas symbiozy. Jej początek wyznacza zgoda polityków amerykańskich na powstanie i rozwój wielkich korporacji, wbrew prawu antytrustowemu. A kryzys finansowy 2008 roku wynikający ze zgody na kreowanie pieniędzy przez wielkie banki oznacza czasu tego nieuchronny koniec.


Dla zwykłych Amerykanów, przedstawicieli klasy średniej, bilans tej współpracy przedstawia się zdecydowanie niekorzystnie. A trzeba tu wspomnieć, że klasa średnia to nie tylko wizytówka sukcesu amerykańskiego stylu życia, ale również 50 proc. obywateli kraju i wyborców. Jej dochody spadły do poziomu sprzed 40 lat. A w ciągu tylko ostatnich 10 lat jej majątek zmniejszył się o 30 proc. I co szczególnie istotne dla zrozumienia istoty problemu, łączne dochody klasy średniej w roku 2010 były niższe niż skumulowane dochody klasy wyższej. W roku 1970 na klasę średnią przypadało 62 proc. wszystkich dochodów, a na klasę wyższą (10 proc. społeczeństwa) – 29 proc. W roku 2010 klasa średnia zarobiła już tylko 46 proc., za to wyższa 47 proc. Natomiast najbogatsze 1 proc. Amerykanów, z dochodami powyżej 380 tysięcy dolarów rocznie, powiększyło swój majątek o 33 proc.
Czy zatem którakolwiek z dwóch wielkich partii reprezentuje interesy 50-procentowego elektoratu? Fakty temu w sposób oczywisty przeczą.

Jan Kowalski


Ciąg dalszy w następnym numerze

Opublikowano w Teksty
piątek, 04 styczeń 2013 14:17

Wyjść z Labiryntu

ligezaCzłowiek coraz częściej odzywa się nie wtedy, gdy ma coś do powiedzenia, lecz wówczas, gdy współczesna technika pozwala mu powiedzieć cokolwiek. Za to wtedy już usta gadule się nie zamykają.
Odrobinę uogólniając, można zaryzykować stwierdzenie, że prawdziwy dramat ludzi, których słuszne racje nigdy nie zostaną wysłuchane, zawiera się w gadulstwie tych, którzy wciąż do nas mówią i mówią, choć w zasadzie nigdy niczego ważnego nam do powiedzenia nie mają. Stąd też jedną z fundamentalnych powinności ludzi przyzwoitych jest przynajmniej starać się ów szkodliwy łańcuch przerywać, a tam gdzie tylko to możliwe, dopuszczać do głosu ludzi prawych, mądrych i odpowiedzialnych.

W CO WIERZYSZ?
Weźmy Andrzeja Gwiazdę, który w rozmowie z Wojciechem Sumlińskim powiada tak: "Pod wieloma względami jesteśmy w sytuacji gorszej niż pod zaborami. Wówczas zaborca był jawny, dziś działa podstępnie, niszczy podstawy najważniejszych wartości, na których opiera się naród: poczucie wspólnoty, tożsamości". Refleksja jak znalazł na początek roku.
A oto refleksja druga: chrześcijaństwo daje ludzkości nadzieję, zaś marksizm kulturowy spycha ludzkość w czeluście barbarii. Zaś wszystko to, ponieważ człowiek staje się tym, w co wierzy – a wierzy zwykle w jakąś ideę. "Myśli i idee, to mnie interesuje!" – tak widzi kontekst Meryl Streep, odtwarzająca postać Margaret Thatcher w filmie Phyllida Lloyda "Żelazna Dama". Po czym wyjaśnia: "Uważaj na myśli, bo stają się słowami. Uważaj na słowa, bo stają się działaniem. Uważaj na działania, bo stają się zwyczajami. Uważaj na zwyczaje, bo stanowią o charakterze. I uważaj na charakter, bo staje się twoim przeznaczeniem. Stajemy się tym, co myślimy".
W powyższym kontekście warto i należy przypominać, że życie jest przestrzenią, w której dokonujemy wyborów moralnych, a w naszym kręgu kulturowym wyłącznie przyzwoitość wyrastająca z moralności chrześcijańskiej (w Polsce: z katolicyzmu) pozwala określić relacje między tym, jak postępujemy, a tym, jak postępować powinniśmy. I że taka miara to rzecz bezcenna, ponieważ bez poczucia miary, czyli bez moralnych punktów odniesienia, człowiek ślepnie moralnie i takie również – ślepe moralnie – stają się wówczas ludzkie wybory i czyny.

CELOFAN PIJARU
Powtórzmy: wolność jest przywilejem człowieka, ale jest również zadaniem stojącym przed człowiekiem. To nieodmiennie oznacza czyn, a ten bezwzględnie sprzeciwia się rezygnacji czy obojętności. Bo niezwalczane zło najpierw bezczelnieje, potem nadyma się i krzepnie, by na koniec skoczyć do gardeł ludziom, którzy z powodu głupoty wdrukowywanej im przez media oraz za przyczyną nabytego deficytu odpowiedzialności, postanowili zło ignorować.
Historyk Feliks Koneczny zauważył, że zło byłoby niczym i rozsypałoby się w proch, gdyby nie ludzie dobrej woli, którzy popierają zło, święcie wierząc, że popierają dobro. Z powyższego wynika, że jeśli dogadujesz się z diabłem, wcześniej czy później przegrywasz. W każdym obszarze i niezależnie od zaoferowanych warunków. Albowiem diabeł nie negocjuje. On tylko wmawia swoim ofiarom, że te sprytnie negocjują z nim. Jak by to ująć: ludzka pycha to rzecz straszna.
Oczywiście Rzeczpospolitą można naprawić i należy naprawić ją czym prędzej. Wszelako będzie to możliwe nie wcześniej niż po uprzednim uzdrowieniu postaw moralnych ludzi, uważających się za Polaków. To w sumie oczywiste i proste jak sztylet: jeśli nie restytuujemy przyzwoitości w Polakach, ogarniająca naród demoralizacja będzie się pogłębiać, zaś kryzys etyczny, w jakim tkwimy po uszy Urbana, w końcu pochłonie i Polskę, i Polskość. W takich okolicznościach każda próba naprawy, i w każdym obszarze egzystencji Polaków, będzie tylko kolejnym złodziejstwem publicznych pieniędzy. Skokiem na kasę, nieco staranniej niż przy budowie autostrad czy "Inwestycji Polskich" owiniętym w pustosłowie. W szeleszczący celofan pijaru.


***


I jeszcze na koniec tegorocznego początku, czyli o wiedzy, która wpierw upokarza nas, potem oczyszcza, wreszcie wyzwala: otóż pierwszym i zarazem najtrudniejszym krokiem wiodącym ku wyjściu z Labiryntu jest uzyskanie świadomości naszego uwikłania w Labirynt. To w sumie naprawdę bardzo proste: wszak oszusta możemy zidentyfikować i pokonać dopiero wtedy, gdy zrozumiemy, że jesteśmy oszukiwani.
Podsumowując, Panie i Panowie: z Nowym Rokiem nowym krokiem. I niech nikt nie odejdzie skrzywdzony.


Krzysztof Ligęza
www.myslozbrodnik.pl

Opublikowano w Krzysztof Ligęza
piątek, 04 styczeń 2013 14:09

Odpowiedzi na talerzu nikt nie poda


kumorANa początek kilka punktów wyjściowych.

1. W Szwajcarii wszyscy dorośli mężczyźni mają broń wojskową w domu – normalne karabiny automatyczne strzelające seriami, plus amunicję. Obowiązek nakazuje przechowywać to wszystko w stalowych szafkach zamykanych na klucz. W tradycyjnych europejskich wielopokoleniowych rodzinach zdarza się tak, że w domu są karabiny dziadka, ojca i syna – trzy automatyczne odpowiedniki broni podobnej do kałasznikowa...


2. W Izraelu broń mają wszyscy, którzy chcą, osadnicy paradują z M16 przewieszonym przez ramię. W dodatku bardzo często jest to M16 dofinansowane przez podatników innych państw.


3. Niejaki Breivik zmasakrował ludzi przy pomocy zmajstrowanej przez siebie bomby dużej mocy, a następnie strzelał do dzieci jak do kaczek, bo w promieniu kilku kilometrów nie było żadnego faceta, zdolnego wpakować mu kulę do głowy, ergo uzbrojonego.


4. W Chinach kilka lat temu doszło do trzech ataków pod rząd na przedszkola, napastnicy za każdym razem byli uzbrojeni w noże, w wyniku tylko jednego pięcioro dzieci było w stanie krytycznym.


To tak w skrócie, byśmy sobie dali do myślenia, o co chodzi w debatach nad zakazaniem dostępu do broni palnej. Bo rzeczą naprawdę bardzo zastanawiającą jest w nich to, że wszystkie koncentrują się na narzędziu zbrodni z niemal całkowitym pominięciem jej przyczyn.
A przyczyny, prócz czegoś co ogólnie można by było określić jako upadek obyczajów, rozpad rodzin, zanik wychowania ku odpowiedzialności, sprowadzają się do wszechobecnej kultury przemocy w mediach – głównie w grach komputerowych, a te wielu młodym ludziom konstruują rzeczywistość. Tam wirtualna krew leje się rzęsiście. Co więcej, jest wiele ogólnie dostępnych gier, które przypominają bardzo realnie sytuację współczesnego pola walki, zwłaszcza miejskiej. Armia amerykańska uważa je za dobre narzędzie przygotowania młodzieży do ochotniczego zaciągu. Jednym z głównych celów współczesnego szkolenia wojskowego jest od strony psychologicznej "odczulenie" żołnierza, tak by wroga nie traktował jako człowieka, lecz obiekt czy zadanie.


To są rzeczy oczywiste i zamiast dyskutować nad ograniczeniem swobody wypowiedzi (tak jak to ma miejsce w przypadku pornografii), by tego rodzaju materiały nie dostawały się w ręce młodych ludzi, rozmawia się o zakazie dostępu do broni palnej. Broń palna setki tysięcy Amerykanów nauczyła odpowiedzialności i dała szacunek dla własnej wolności. Wbrew pozorom, tam, gdzie ludzie są uzbrojeni, nie ma więcej przestępstw – patrz wspomniana Szwajcaria. Problem masakr w USA to problem społeczny, i postulowane coraz bardziej powszechnie odebranie nam prawa do posiadania sztucerów czy karabinów myśliwskich problemów społecznych nie rozwiąże.
Interesujące jest natomiast to, że kiedy mówi się o ograniczeniu przemocy w grach wideo czy filmach, natychmiast podnoszą się głosy "obrońców" wolności – tych samych, którzy chwilę potem są w stanie przekonywać, że wszyscy powinniśmy natychmiast stracić prawo do posiadania jakiejkolwiek broni palnej – w imię... a jakże, bezpieczeństwa.


Tak więc drogi Obywatelu zanim zaczniesz ferować wyroki i wyrabiać sobie opinię na podstawie wrzuconych Ci na oczy brutalnych i krwawych obrazów, zastanów się przez chwilę, komu i dlaczego zależy na takim, a nie innym ukształtowaniu Twojego myślenia.
Społeczeństwo może być wolne, jeśli ludzie, którzy je tworzą, będą odpowiedzialni. Obrona wolności nie polega na tym, byśmy mogli pokazać na ulicy każdą niegodziwość, lecz na tym, byśmy w szkole i w domu wychowali odpowiedzialnych ludzi, zdolnych samodzielnie podejmować decyzje, będąc jednocześnie świadomymi kosztów swego postępowania.


Różni idioci mogą na masową skalę zabijać w najprzeróżniejszy sposób – trując żywność, wjeżdżając cysterną na korytarz szkoły podstawowej, czy chociażby tak jak w owych Chinach, masakrując maczetą czy samurajskim mieczem przedszkolne klasy. Ludzkość przeżyła już tyle mordów, i to tak przeróżnych, że w miarę inteligentny idiota chcący mordować ma w czym przebierać. Niestety my, obywatele, szerokiej gamy wyboru nie mamy – broń palna pozostaje od wieku XIX najskuteczniejszym narzędziem osobistej obrony, zwłaszcza ta o dużej sile rażenia, wojskowa. Dzięki takiemu uzbrojeniu możemy nie tylko obronić siebie, ale też i domostwo czy kwartał ulicy – jak to wspaniale pokazali właściciele sklepów w koreańskiej dzielnicy Los Angeles objętej murzyńskimi zamieszkami w 1992 roku. Nic lepszego nie wymyślono. I dzisiaj, pod pretekstem obrony najbardziej bezbronnych, usiłuje się pozbawić Amerykanów prawa, które od zamierzchłych czasów przysługiwało ludziom wolnym; prawa, które legło u podstaw politycznego ustroju Stanów Zjednoczonych, gwarantując równoważenie militarnej siły federacji zdolnością stanów do wystawiania pospolitego ruszenia.


Oczywiście takich rzeczy nie robi się od razu; takie rzeczy robi się przez dwa – trzy pokolenia, krok po kroku... Po co? Odpowiedzi nikt nam na talerzu nie poda.


Andrzej Kumor
Mississauga

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 04 styczeń 2013 13:34

Żerowiska zostały rozgraniczone?

michalkiewicz"Niech ryczy z bólu ranny łoś, zwierz zdrów przebiega knieje. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje" – twierdzi poeta. I słusznie – bo na przykład na fasadzie agencji detektywistycznej Allana Pinkertona napis głosił: "my nigdy nie śpimy!". Warto to zapamiętać, bo kiedy jeszcze za głębokiej komuny Janusz Głowacki ogłosił ludowy konkurs czytelniczy, w ramach którego czytelnicy mieli wskazać, która odpowiedź na pytanie jest jedynie słuszna, która – tylko słuszna, która – niesłuszna i która głęboko niesłuszna – większość uczestników wyłożyła się na odpowiedzi głoszącej, że "wróg śpi, bo ma mieszkanie" – uznając ją za jedynie słuszną lub słuszną.


Tymczasem był to błąd, bo niezależnie od takiej czy innej sytuacji mieszkaniowej wiadomo przecież, że wróg w ogóle nie śpi! A skoro wróg nie śpi, to symetrycznie zachowywać musi się również żołnierz – bo w przeciwnym razie powstałby niesłychany dysonans poznawczy. Przewidział to poeta, oczywiście nie ten sam, tylko inny, informując w popularnej piosence "raz dwa lewa" , że żołnierz musi "czuwać" – by nie przeszkodził wróg.
Dlatego właśnie, kiedy cały nasz mniej wartościowy naród tubylczy jak gdyby nigdy nic świętował sobie Boże Narodzenie, puszczał sylwestrowe fajerwerki i w ogóle – pod dywanem ani na chwilę nie ustawała walka buldogów. W rezultacie już pierwszego dnia po Nowym Roku okazało się, że do dymisji podał się pan generał Krzysztof Bondaryk, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Już od dawna krążyły między ludem głuche wieści o tajnych pracach nad reformą służb specjalnych. Jest to oczywiście tylko pewien skrót myślowy, bo nie tyle o jakąś reformę tu chodzi, co o ustalenie nowych zasad okupacji naszego nieszczęśliwego kraju przez poszczególne bezpieczniackie watahy, ustanowienie i rozgraniczenie żerowisk, a przede wszystkim – kolejności dziobania. Przez gęstą zasłonę tajemnicy przedostawały się strzępy informacji, jak to Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ma zostać pozbawiona kompetencji prowadzenia śledztw w sprawach gospodarczych, chociaż nadal miała nadzorować spółki z udziałem Skarbu Państwa.


Czy wszystkie, czy tylko niektóre – tego jeszcze pewnie nikt nie wie, bo rozgraniczenie żerowisk jest sprawą poważną, zwłaszcza w obliczu nadchodzącego kryzysu. Weźmy na przykład takie Polskie Linie Lotnicze "LOT", uchodzące w powszechnej opinii za żerowisko bezpieki wojskowej – właśnie poprosiły aż o miliard złotych pomocy publicznej. Ministerstwo Skarbu Państwa, ma się rozumieć, w podskokach wniosek poparło – ale to pokazuje, że sytuacja jest poważna i słodkich pierniczków dla wszystkich zaczyna brakować.
Zatem rozgraniczenie żerowisk i przede wszystkim – ustalenie kolejności dziobania, staje się dla naszej młodej demokracji sprawą zasadniczą, od której zależą jej losy. W jakim kierunku może ukształtować się hierarchia – na to wskazuje nie tylko zatrzymanie w listopadzie 2011 roku generała Gromosława Czempińskiego, który, mówiąc nawiasem, wyraził "zaniepokojenie" dymisją generała Bondaryka – ale również utracenie życia "bez udziału osób trzecich" przez generała Sławomira Petelickiego, który po katastrofie smoleńskiej chyba coś tam musiał wiedzieć, skoro w bardzo mocarstwowym tonie kierował listy otwarte do premiera Tuska w sprawie zrobienia porządku w wojsku. Najwyraźniej jednak "znalazły się w partii siły, co kres tej orgii położyły" i razwiedka odzyskała nie tylko kontenans, ale przede wszystkim – inicjatywę. Oczywiście wróg, jak wiadomo, nie śpi i stąd naszym nieszczęśliwym krajem wstrząsnęła afera Amber Gold, a potem trotylowa – ale wygląda na to, że generalnie sytuacja znowu jest pod kontrolą i najtwardszym jądrem naszej młodej demokracji nadal pozostaje razwiedka wojskowa, zgodnie z ustanowieniem generała Kiszczaka w porozumieniu z towarzyszami radzieckimi. W tej sytuacji dymisja generała Bondaryka stanowi jedynie kropkę nad "i". Oznaczałoby to, że z Nowym Rokiem wchodzimy w okres spokojnego słońca, kiedy zarówno żerowiska, jak i kolejność dziobania zostały ponownie ustalone i tylko patrzeć, jak osiągnięty między bezpieczniackimi watahy kompromis zostanie przedstawiony premieru Tusku do podpisania. Wskazywałoby na to również uruchomienie zapowiadanej już w wiekopomnym expose premiera Tuska spółki "Inwestycje Polskie", na którą będą musiały składać się wszystkie spółki z udziałem Skarbu Państwa. Jest to nie tylko dodatkowy instrument kontrolowania kluczowych segmentów gospodarki, ale i wskazówka, kto stoi na samym szczycie hierarchii. Czy ten kompromis obejmuje również reorganizację politycznej sceny – tego wkrótce się dowiemy – bo dotychczasowe pogłoski, jakoby naszą duszeńką miał zostać minister Sikorski z Romanem Giertychem i Michałem Kamińskim, czy pogróżki nowego prezesa PSL Janusza Piechocińskiego, że razem z Polską, co to Jest Najważniejsza i Polską Solidarną Zbigniewa Ziobry, PSL będzie budował "polityczne centrum", wydają się tylko odgłosami fermentacji w głowach Umiłowanych Przywódców, spowodowanej wspomnianą walką pełnomocnych buldogów pod dywanem. Jedno wydaje się prawdopodobne – że po uporządkowaniu sytuacji w gronie bezpieczniackich watah, razwiedka przystąpi również do porządkowania politycznej sceny, a w szczególności – do zdecydowania o przyszłości ruchu politycznego, który objawił się podczas Marszu Niepodległości 11 listopada. Wydaje się, że możliwości są dwie; albo razwiedka utnie temu ruchowi głowę w ramach walki z "faszyzmem" i "językiem nienawiści", albo przy pomocy chirurgicznej gry operacyjnej dotychczasową głowę amputuje i przyprawi swoją, zawczasu przygotowaną. Wygląda na to, że tego rodzaju operacja spotka się z cichym poparciem wszystkich ugrupowań parlamentarnych, które nie życzą sobie żadnych nowych politycznych inicjatyw, zakłócających spokojne eksploatowanie przetrenowanego emploi i dziobanie według kolejności.


Dodatkowej pikanterii sytuacji dodają zawirowania wokół Nagrody im. Adama Włodka, której pierwotnie patronować miał Państwowy Instytut Książki i Fundacja Wisławy Szymborskiej. Okazało się, że Adam Włodek, będący pierwszym mężem późniejszej noblistki i jej literackim impresario, był konfidentem Urzędu Bezpieczeństwa i podobno "wydał więcej kolegów, niż tomików poetyckich". Jak tam było, tak tam było, dość, że rozległy się protesty, na skutek których prezes Instytutu Książki Grzegorz Gauden wycofał się z inicjatywy, którą Fundacja Wisławy Szymborskiej nadal podtrzymuje. I słusznie – bo któż w nadchodzących latach lepiej nada się na patrona poetyckich debiutów, niż Adam Włodek? Literatura nie może w zbyt drastyczny sposób odstawać od polityki, a skoro u progu Nowego Roku sytuacja powoli się wyjaśnia, to nic dziwnego, że znajduje to przełożenie na życie kulturalne.


Stanisław Michalkiewicz

Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz