Goniec

Register Login

piątek, 09 listopad 2012 12:38

Auxilia i impedimenta

michalkiewiczBogu bym Waszą Książęcą Mość polecił, gdyby nie to, że Wasza Książęca Mość diabelskie auxilia nad boskie przedkładasz – pisał pan Andrzej Kmicic w zakończeniu swego listu do księcia Bogusława Radziwiłła. Czy to boskie, czy diabelskie – trudno zgadnąć – ale niewątpliwie z jakichś auxiliów musi korzystać rząd pana premiera Tuska, skoro – co prawda z coraz większym trudem, niemniej jednak – udaje mu się przetrwać nawałnicę afer. Przypomnijmy tylko te ostatnie: afera taśmowa, dwie, a właściwie trzy afery trumienne, afera parasolowo-stadionowa, no i najcięższa – afera trotylowa. Ta ostatnia zwłaszcza poważnie zachwiała fundamentami III Rzeczypospolitej, ale stało się to tuż przed wyborami w Stanach Zjednoczonych, na które z niebywałą skwapliwością rzucili się funkcjonariusze w niezależnych mediach głównego nurtu, roztaczając przez tubylczą opinią publiczną niebywałe uroki demokracji. 
Właśnie zwycięstwo demokracji było głównym motywem przesłania kierowanego w stronę mniej wartościowego narodu tubylczego – że oto jak to pięknie, kiedy wreszcie prezydent Barack Husejn Obama znowu został prezydentem, a Mitt Romney pogratulował mu zwycięstwa. Od razu pojawiły się retoryczne pytania, czy taki na przykład Jarosław Kaczyński też pogratulowałby zwycięstwa, dajmy na to, Bronisławowi Komorowskiemu – z czego nietrudno wyciągnąć wniosek, iż nie tylko funkcjonariusze, ale i oficerowie prowadzący woleliby takiego przywódcę opozycji, co by swoim przeciwnikom tylko gratulował i gratulował.
Ciekawe, że jakoś nikomu nie przychodzi do głowy, że takie gratulacje to kpina w żywe oczy z wyborców – boć przecież Mitt Romney przekonał ładnych parę milionów ludzi, że ten cały Obama to kretyn i szkodnik, a z kolei Barack Obama przekonał jeszcze więcej wyborców, że ten cały Romney to bałwan, który o polityce, zwłaszcza zagranicznej, nie ma najmniejszego pojęcia. Cóż w takiej sytuacji mogą oznaczać te gratulacje, jeśli nie kpinę z przekonanych? Gdyby Romney na wieść o zwycięstwie prezydenta Obamy rozdarł szaty i posypał głowę popiołem, to rozumiem, to wszystko byłoby w porządku, bo jużci – cóż dobrego może spotkać kraj pod rządami takiego prezydenta? Jeśli jednak otrzepuje rączki i gratuluje, to tym samym potwierdza, że niczego, co wcześniej mówił, nie wolno traktować serio. Najwyraźniej i funkcjonariusze czują fałszywość tej sytuacji, dlatego z lubością nasładzają się zwycięstwem demokracji.


Tak czy owak, jednak amerykańskie wybory przyniosły premieru Tusku trochę dystrakcji, bo co tu ukrywać – nie tylko on, ale i ważniejsze od niego tuzy przeżyły pięć minut strachu. Rzecz w tym, że po to przecież trójce klasowej w osobach premiera Tuska, oraz panów Grasia i Arabskiego polecono zdecydować o zastosowaniu konwencji chicagowskiej, żeby wszystkie dowody rzeczowe pozostały w Rosji i w ten sposób żadna tubylcza, ani nawet zagraniczna Schwein nie będzie miała do nich dostępu. Z jednej strony, to sprytne, ale z drugiej – ruscy szachiści mogą teraz udowodnić każdą hipotezę, z hipotezą zamachu włącznie, kiedy tylko dojdą do wniosku, że opłaca im się wysadzić w powietrze nie tylko premiera Tuska, ale również – bezpieczniacką watahę i dokonać przegrupowania na tubylczej scenie politycznej. I kiedy w "Rzeczpospolitej pojawiły się doniesienia o trotylu znalezionym we wraku, wielu dygnitarzy musiało sobie pomyśleć, że oto czarna godzina nadeszła i "żegnajcie mi na zawsze chłopcy i dziewczęta, żegnajcie druhowie i ty, miłości ma!".


Warto zwrócić uwagę, że nawet, kiedy przyszło opamiętanie i pan pułkownik Szeląg z prokuratury wojskowej, ale po cywilnemu, żeby nie kalać munduru, dawał pierwszy odpór, to nie tylko nie wykluczał możliwości śladów trotylu, które do wraku mogły przedostać się z prastarej ziemi smoleńskiej, kryjącej wszak w sobie "całą tablicę Mendelejewa", ale nawet nie wykluczał możliwości ich potwierdzenia po przebadaniu "kilkuset próbek". Te próbki oczywiście znajdują się w Rosji, co pośrednio już później potwierdził pan Prokurator Generalny, oświadczając z mocą wielką, że "chcemy", by te próbki trafiły do Polski w listopadzie lub na początku grudnia.


Obawiam się jednak, że pan prokurator Seremet nadal będzie "chciał" powrotu tych próbek jeszcze na początku stycznia, a kto wie, czy również nie w maju i później. Czyż nie "chcemy" powrotu do Polski czarnych skrzynek i wraku? Jasne, że "chcemy" – ale im bardziej "chcemy", tym bardziej ich w Polsce nie ma. Cóż dopiero, kiedy w Ameryce Barack Obama został prezydentem na kolejne cztery lata? Rosyjska prasa przyjęła jego zwycięstwo z nieukrywaną radością i satysfakcją, do której Rosjanie zapewne mają ważne powody – ale w takim razie nasz nieszczęśliwy kraj będzie skazany na "chcenie" nie tylko w tej, ale również we wszystkich innych sprawach. Rzecz w tym, że z polskiego punktu widzenia ekipa prezydenta Obamy była dotychczas najgorsza od czasów Franklina Delano Roosevelta, który w Jałcie podarował nas Józefowi Stalinowi. Radość, jaka zapanowała w Rosji po jego ponownym wyborze pokazuje, że możemy się pocieszać już tylko zwycięstwem demokracji.


Więc kiedy minął pierwszy, paraliżujący strach, że oto ruscy szachiści uruchomili detonator, metoda odporu się zradykalizowała. Już nie było mowy o niewypałach, jakich nieprzebrane mnóstwo kryje prastara ziemia smoleńska, ani słowa o "tablicy Mendelejewa" i w ogóle. Idziemy w zaparte, a kto nie wierzy, ten "podpala państwo". Mobilizacja była pełna, czego żywym dowodem był widok mumii Tadeusza Mazowieckiego, który dał wyraz żarliwej wierze w dementi prokuratury. Ta wiara Tadeusza Mazowieckiego w prawdomówność prokuratury świadczy, że mimo wszelkich transformacji ustrojowych, ciągłość jest u nas większa, niż się może wydawać; Tadeusz Mazowiecki zawsze wierzył prokuraturze i kiedy na przykład oskarżyła ona biskupa Czesława Kaczmarka, że był "agentem Watykanu", a za jego pośrednictwem – "imperializmu", to nie tylko od razu uwierzył, ale nawet pryncypialnie zgromił w ówczesnych niezależnych mediach.


Na tym właśnie polega słynna "postawa służebna", która chyba tylko przez czyjeś karygodne niedopatrzenie nie dostała się do Kamasutry – ale co się odwlecze, to nie uciecze! Mało tego! Właściciel "Rzeczpospolitej", pan Hajdarowicz, powyrzucał z redakcji nie tylko autora trotylowych rewelacji, pana redaktora Cezarego Gmyza, ale również red. Bartosza Marczuka, red. Mariusza Staniszewskiego i redaktora naczelnego Tomasza Wróblewskiego. Widać było, że wszyscy nie tylko ochłonęli z pierwszego przerażenia, ale że pałają pragnieniem zemsty: "za strach, za smak upokorzenia zapłaci czelna mu hołota i będzie odtąd gnić w więzieniach, aż z niej zostanie kupa błota!" – rozmarzał się Towarzysz Szmaciak.
A tymczasem na mieście trwają przygotowania do – jakżeby inaczej! – Marszu Niepodległości. Miał on być manifestacją jedności, ale pojawiły się komplikacje. Najpierw przywódcy usunęli z Honorowego Komitetu Janusza Korwin-Mikkego.
Tymczasem doszlusował tam pan Paweł Kukiz, który ogromnie przejął się zignorowaniem obywatelskiej inicjatywy wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych, i pan red. Tomasz Sakiewicz z "Gazety Polskiej", deklarując, że wprawdzie będzie maszerował razem, niemniej jednak osobno, żeby nie padło na niego jakieś podejrzenie.


Początkowo nie wiadomo było, o jakie podejrzenie chodzi, ale wszystko wyjaśniło się za sprawą "Gazety Wyborczej" niezwykle szczwanej w leninowskich sposobach realizowania "organizatorskiej funkcji prasy". Okazało się bowiem, że w Komitecie zasiada również pan Jan Kobylański, którego żydowska gazeta dla Polaków wyjątkowo nienawidzi – no i właśnie podniosła niebywały klangor.
Na widok takiej poważnej zastawki dzielny pan Paweł Kukiz natychmiast podkulił pod siebie ogon i z Komitetu zrejterował, zaś pan red. Sakiewicz zachował się trochę powściągliwiej, bo tylko swój udział w Komitecie "zawiesił". Jak to śpiewał Jacek Kaczmarski? "Szlachta dzika sympatie zmienia wraz z nastrojem raz po raz. Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka. To raczej wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse".
Więc kiedy okazało się, że przy pomocy takich prostych impedimentów można dokonywać selekcji kadrowej obozu niepodległościowego, obóz zdrady i zaprzaństwa postanowił 9 listopada, tuż przed świętem niepodległości, przeprowadzić w Sejmie debatę nad ustawą upoważniającą prezydenta do ratyfikowania tzw. paktu fiskalnego, na podstawie którego władze Unii Europejskiej amputują krajom członkowskim kolejny kawał suwerenności państwowej, tym razem w dziedzinie finansów publicznych. Ponieważ premier Tusk w marcu br. ten pakt podpisał, więc jest bardzo prawdopodobne, iż ustawa przejdzie, a prezydent Komorowski pakt ratyfikuje. I nie przeszkodzi mu to wcale w poprowadzeniu 11 listopada ulicami stolicy marszu pod hasłem "Razem dla Niepodległej" – co jest najlepszym dowodem, iż w opinii zarówno Naszej Złotej Pani Anieli i zimnego rosyjskiego czekisty Włodzimierza Putina, takie marsze zamiast niepodległości nikomu nie szkodzą.

Stanisław Michalkiewicz

Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz

kumorAKiedy człowiek urodził się i wychował w kraju prowokacji, czyli w komunizmie, zdaje sobie sprawę, czym jest spontaniczność sterowana; wie, że scenariusze przygotowuje się na każdą ewentualność.

Czy wykrycie śladów trotylu we wraku prezydenckiego tupolewa to kolejne rozdanie w grze "dużego pałacu" (wpływów rosyjskich) z "małym" (wpływami niemieckimi czy amerykańskimi)?
Niewykluczone.
1. Dlaczego trotyl?! Gdyby to mieli być Rosjanie, to wcześniej w Samarze oni właśnie remontowali samolot; gdyby to oni chcieli go strącić, mogli to zrobić na 20 różnych trudno wykrywalnych sposobów, poczynając od urządzeń nawigacyjnych po detonatory w zbiornikach paliwa. Jak wiemy, do strącenia bombą samolotu pasażerskiego wystarcza czasem kropla. Minowanie tupolewa trotylem to jakaś farsa, no chyba że autor katastrofy jest wielkim oryginałem i chce się pod swym dziełem podpisać.
2. Dlaczego dzisiaj? Dlaczego przez tyle lat nikt tych śladów nie zbadał – nawet po amatorsku? Za pomocą niezbyt skomplikowanej aparatury i kilku dolarowych stówek otwierających bramy do złomu po tupolewie można było sprawę sprawdzić.
A zatem...


•••


Rozważanie przyczyn zjawisk politycznych przypomina próbę opisania życia ryb na podstawie kilku sesji wędkowania. – Mamy na ten temat niewiele prawdziwych informacji, a te, którymi dysponujemy, w wielu wypadkach są rezultatem różnych wrzutek i kłamstw.
Wszystko więc, co możemy zrobić, to pogawędzić sobie trochę o tym, co nam się w głowie układa; ot, poszeregować "wędkarskie" obserwacje.
Idźmy po kolei...


Nie jest wykluczone, że w obliczu słabnącego znaczenia i malejącego potencjału militarnego USA, Żydzi zdecydują się na wojnę na Bliskim Wschodzie.
Jest to dla nich samych dość ryzykowne przedsięwzięcie. Dlatego by zmniejszyć ryzyko, Tel Awiw usiłował "okrążyć" Iran, zmniejszając siłę wsparcia tradycyjnych sojuszników Iranu – Rosji i Chin. Między innymi w tym celu USA "resetowały" stosunki z Moskwą, zaś prezydent Izraela zapewniał prezydenta Putina o dozgonnej wdzięczności dla Armii Czerwonej za "wyzwolenie" i wsparciu medialnym rosyjskiej wersji polityki historycznej, wedle której AC – "wyzwoliła Europę", a nie – jak pamięta się w Polsce – przyniosła gwałty, mordy i nową okupację.
Mimo tych prorosyjskich gestów Rosja nie chce jednak jeść Żydom i Ameryce z ręki – wspiera reżim syryjski i śle uzbrojenie dla Iranu. Kreml gra własną grę. Ta "niesforność" powoli wyczerpuje cierpliwość na Zachodzie, a zwłaszcza u polityków kieszonkowego mocarstwa. Stąd i potrzeba stworzenia punktów zaczepienia, które można wykorzystać przeciwko Rosji.
Wróćmy do Polski, gdzie opcja prożydowska, choć rzadko publicznie artykułowana, zawsze miała silne poparcie większości rządzących elit, od Kwaśniewskiego po śp. Lecha Kaczyńskiego. Ten ostatni podczas wizyty w Izraelu, przemawiając na zamkniętym spotkaniu do byłych żołnierzy Andersa (czytaj "palestyńskich" dezerterów od Andersa), powiedział:


– Niezależnie od tego, czy będzie panował pokój, czy będą leciały rakiety. My w Polsce na ogół szczególnie strachliwi nie jesteśmy. A więc dlatego, żeby pokazać, że nam na stosunkach z Izraelem, na sojuszu, zależy w sposób szczególny.
– Armia polska jest obecna w Iraku w dużym stopniu ze względu na nasze związki z waszym państwem. Nasza armia jest obecna, ale będzie w większej liczbie obecna, w Libanie, z tych samych względów. Nasze odpowiednie służby współpracują na licznych odcinkach z waszymi, też ze względu na to, o czym przed chwilą mówiłem.
Tak jest i mogę państwa zapewnić, że chociaż rządy w Polsce się zmieniają, jak w każdym demokratycznym państwie, raz jedni wygrywają, a raz drudzy, ostatnio wygraliśmy my, ale nie jest wykluczone, że w przyszłości wygra ktoś inny – nie chcielibyśmy tego, oczywiście (śmiech), nie można tego wykluczyć, to polityka wobec Izraela się nie zmieni.


Kontynuatorem tej wizji sojuszu nowej Polski z Ameryką i Izraelem ("Żydzi rządzą Ameryką, a więc dzięki sojuszowi z nimi uzyskamy amerykańskie gwarancje") jest Jarosław Kaczyński. Dlatego m.in. w pismach kojarzonych z PiS-em, typu "Gazeta Polska" czy "Nowe Państwo", nie uświadczysz krytyki Izraela, nie przeczytasz sensownych tekstów geopolitycznych o gasnących Stanach Zjednoczonych.
A więc – wracając do sprawy smoleńskiej – konglomerat interesów silnie obecnych w Polsce stawia w tym momencie na Jarosława i jego drużynę; dlatego nagle zaczęły się poprawiać słupki oficjalnych sondaży i niewykluczone, że na fali antyrosyjskiego zamachowego uniesienia patriotycznego uda się podnieść PiS do władzy.
Być może właśnie po to, by Polacy gładko przełknęli kryzys, a Polska stanęła ramię w ramię z Izraelem "w tym, szczególnym sojuszu".
W powyższym "rozwinięciu" teoria trotylowego zamachu dokonanego na terytorium Rosji przez "wiadomo kogo", może zostać korzystnie wykorzystana.
Wspomniany konglomerat dałby nam na jakiś czas rozwinąć stare proporce, byśmy się łudzili, że w tej wojnie umierać będziemy we własnej sprawie...


Andrzej Kumor
Mississauga

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 02 listopad 2012 15:26

"Dokąd Polsko?" (1)


aby mierzyć drogę przyszłą
trzeba wiedzieć skąd się wyszło
C.K. Norwid


To tytuł książki p. prof. Włodzimierza Bojarskiego. A podtytuł brzmi – Wobec globalizacji i integracji europejskiej. Książka została wydana w r. 2002, jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE. Ale nic nie straciła na aktualności. Wręcz odwrotnie, dzisiaj już gołym okiem widać, że analizy, opinie i prognozy pana profesora spełniły się i to aż nadto.
Od wydania tej książki upłynęło dokładnie 10 lat.


Najlepiej będzie, jeśli każdy z nas przeczyta tę książkę oraz zapozna się z podaną w niej bibliografią. W Internecie można znaleźć wiele tekstów i wystąpień prof. Bojarskiego. Wyszła jeszcze w 2006 r. książka profesora pt. "O przyszłość Polski. Problemy i wyzwania XXI wieku", która jest kontynuacją i rozwinięciem strategicznym myśli zawartych w poprzednich publikacjach z uwzględnieniem szerokiego kontekstu historycznego i europejskiego. Nakładem Klubu Inteligencji Polskiej ukazała się kolejna bardzo cenna praca prof. Włodzimierza Bojarskiego pt. "Jak było i jak jest naprawdę. CO ROBIĆ?", z podtytułem: "Refleksje dotyczące przemian lat 1979–2009". Niestety, nie znam tych książek jeszcze. Książkę "Dokąd Polsko?" zupełnie przypadkiem znalazłem na stoisku przygotowanym przez "Dom Kopernika" na tegorocznym Polskim Festiwalu na Roncesvalles i dzięki temu mogę ją tutaj w wielkim skrócie przedstawić, oczywiście tym, którzy tak jak ja nie znają jeszcze tej książki.
Przytoczę obszerne fragmenty z tej książki. Ale oczywiście będzie to tylko skromny obraz tego, co ona zawiera. Mam jednak nadzieję, że to wystarczy, aby zachęcić do lektury tej książki i do zapoznania się z przemyśleniami pana profesora na temat tego, co dzieje się w Polsce, co się dzieje z Polską i co się dzieje wokół Polski oraz do podjęcia odpowiedzialności za to, żeby Polska nie zginęła. Bo chociaż losy Polski zależą i od UE, i od Rosji Putina, i od "demokratycznie wybranych władz" w Polsce, i od działań partii politycznych, to oprócz tego zależą jeszcze ciągle od narodu i od woli Miłosiernego Boga, Ojca narodów.
Popatrzmy, czego my dokonaliśmy przez te 10 lat od czasu wydania tej książki i co oni zrobili z Polską przez te 10 lat. A rządy ich się jeszcze nie skończyły, więc możemy tylko oczekiwać jeszcze większego spustoszenia, o ile my im na to pozwolimy.


• • •


Pierwszy rozdział tej książki nosi tytuł "Globalizm".
"Trudno zrozumieć dzisiejszy świat, a nawet naszą polską historię i współczesność, powtarzając tylko bliskie nam stwierdzenia o katolickich korzeniach Europy. Do tradycji europejskich należy bowiem również podległość feudalna oraz zaprzeczające chrześcijaństwu niewolnictwo i kolonializm imperialny."
"Polska nigdy nie uczestniczyła w tym obłędzie imperializmu i dlatego ten nurt europejski wydaje się nam odległy, mniej ważny i jest mało znany. Ale przecież to także i my byliśmy parokrotnie w niewoli tych agresywnych sąsiednich państw imperialnych.
Nie tylko zresztą my, ale ponad pół świata!
To trzeba pamiętać i przypominać, choćby w największym skrócie i uproszczeniu."
"Cała prawie Europa Zachodnia rozwijała się i bogaciła przez wieki kosztem wyzysku kolonialnego."
"Carska imperialna Rosja parła nie tylko na Polskę, Finlandię, Turcję i Bałkany.
W XVIII i XIX wieku opanowała i skolonizowała stopniowo niezmierzone obszary Azji Północnej i Środkowej."
"Kolonializm był światowym systemem zniewolenia i wyzysku, degradacji rodzimych kultur, powstrzymania naturalnego rozwoju całych kontynentów. Dostarczał nowych środków technicznych i organizacyjnych trudnych do zasymilowania, powodujących destrukcję społeczną. Utrzymywał setki milionów ludzi w stagnacji i nędzy, czemu towarzyszył analfabetyzm i głód.
Ta spuścizna pozostała i trwać będzie przez pokolenia."
"Globalizm jest rezultatem świadomej polityki i działań podejmowanych w większości dla realizacji partykularnych interesów wąskiej grupy oligarchów światowych, kosztem wolności i warunków życia najszerszych rzesz ludzkości.
Reklamowane znoszenie barier i ograniczeń państwowych, na ogół dobrze służących ochronie krajowych interesów i rodzimych kultur, jest wykorzystywane przez potentatów zagranicznych dla wyzysku i zniewolenia, a nie dla dwustronnie korzystnych programów rozwoju słabszych gospodarczo rejonów świata."


"Z dzisiejszej perspektywy wielkiego kapitału, tradycyjny system kolonialny czy okupacyjny miał szereg wad i był stosunkowo mało efektywny. Wymagał on utrzymywania kosztownych oddziałów wojskowych i policyjnych, drogiej i mało efektywnej administracji kolonialnej, znacznych środków propagandowych i nie wyzwalał wszystkich możliwych korzyści.
Co gorsza – był zbyt czytelny dla wyzyskiwanych narodów.
Dziś groziłoby to wybuchami sprzeciwu społecznego i politycznego, niestabilnością warunków i nadmiernym ryzykiem gospodarczej eksploatacji.
Światowym kapitalistom potrzebny jest system wyzysku bardziej efektywny, tańszy i bardziej zafałszowany, aby nie budził większych sprzeciwów.
Taki system, nowy kolonializm lub neokolonializm, już istnieje i rozwija się."
I tak, krok po kroku, prof. Bojarski obnaża nam prawdę o otaczającej nas rzeczywistości.
"Ten system rosnących nierówności i wyzysku stanowi niewątpliwie odwrotną stronę medalu głośno reklamowanego rzekomo nieuchronnego i postępowego globalizmu.


Ale globalizm oparty na niesprawiedliwości i krzywdzie dziesiątków państw i miliardów ludzi nie ma przyszłości i musi upaść.
Czy uda się tego dokonać drogą pokojową – Pan Bóg to wie. Trzeba o to zabiegać i o to się modlić."
"W jaki sposób bronić się i dążyć do ograniczenia wyzysku neokolonialnego?
Pierwszym krokiem jest zrozumienie tego systemu i jego mechanizmów, a dalej – wyłonienie rządu narodowego, broniącego narodowego interesu.
W tym samym duchu powinni działać krajowi przedsiębiorcy, władze samorządowe, wszystkie instytucje publiczne. Konieczna jest solidarność wyzyskiwanych środowisk i narodów oraz międzynarodowa koalicja takich państw."
"Jak wykazano (W. Bojarski: »Efektywność systemowa przedsięwzięć gospodarczych«, Warszawa 2001), w dzisiejszych czasach każdy kraj, biedny i zacofany, ale suwerenny, zwolniony z obcych zależności, wyzysku i długów, ma szanse, przy niewielkiej autentycznej pomocy bogatych, wypracować i realizować własny program swojego rozwoju, zgodnego z własną kulturą, zasobami i oczekiwaniami narodu."


• • •


Pamiętajmy, że te wszystkie uwagi sformułowane zostały jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE. Książka ukazała się w r. 2002.
Następny rozdział tej książki nosi tytuł "Europa".
"W organach UE i jej poczynaniach dominuje antychrześcijański i antynarodowy duch masoński, kapitalistyczny i kolonialny. Zresztą od początku przy budowie tych struktur nie było mowy o żadnych korzeniach czy wartościach chrześcijańskich, ale o »zastąpieniu odwiecznej rywalizacji połączeniem podstawowych interesów«."
"W 2000 r. podczas nowego historycznego zjazdu gnieźnieńskiego pięciu prezydentów państw europejskich, prezydent Niemiec Johannes Rau stwierdził: »W Europie już prawie żaden kraj nie jest zwolennikiem chrześcijańskiego modelu człowieka. Dlatego też potrzebujemy własnej nowej Europy, nad którą nie ma już żadnego kościelnego parasola«. Stwierdził, że trzeba wytworzyć »nowe wartości europejskie«, takie jak tolerancja, wolność, demokracja i prawa człowieka.
W ten sposób wskazany został kanon nowej ateistyczno-kosmopolitycznej, ideologicznej i despotycznej antyreligii.
W praktyce oznacza ona wolność dla chciwości, zakłamania, manipulacji społecznej, zdziczenia seksualnego i wszelkiej demoralizacji, do wykpiwania i napiętnowania wartości moralnych, narodowych i religijnych.
Praktyka ostatnich lat coraz wyraźniej pokazuje, czym będą »nowe prawa człowieka«.
Z wielkich i pięknych praw człowieka, opartych na wartościach chrześcijańskich, pozostało niewiele. Propaguje się natomiast antywartości: aborcję, małżeństwa homoseksualne, wolne związki i rozwody, eutanazję, legalizację słabych, a później wszelkich narkotyków, manipulacje embrionalne i klonowanie człowieka, samowolę i deprawację dzieci, kontrolowanie przez nich rodziców i nauczycieli."
"Aby się temu wszystkiemu zbytnio nie dziwić, trzeba pamiętać o czterech głównych nurtach czy rodowodach dzisiejszej cywilizacji zachodniej.
Najstarszym jest spuścizna wielkiej kultury antycznej starożytnej Grecji i Rzymu, a w niej podstawowe pojęcia prawdy, dobra i piękna, przyjaźni i wierności, pojęcia obywatelstwa, cnót obywatelskich i republiki, pojęcia ładu, obyczaju i prawa.
Do tego dochodzi starożytna filozofia i religia, wprawdzie pogańska, ale nie bezbożna.
Na tych wartościach antycznych budowało chrześcijaństwo, oczyszczając i niezwykle ubogacając kulturę antyczną o prawdziwe wartości duchowe, rozwijało coraz szerszą oświatę, naukę, kulturę, budownictwo, państwo stanowe i wspólnotę państw chrześcijańskich.
To drugi, podstawowy nurt cywilizacji europejskiej.
Trzeci nurt kształtował się powoli, w opozycji do drugiego, a niekiedy i pierwszego (…). To ten nurt przygotował i zwyciężył w wielkiej rewolucji francuskiej i od tego czasu inspiruje i wspiera rewolucje w wielu krajach świata.
Już w okresie rewolucji francuskiej rozważał możliwość wytrucia gazem, w imię wolności i równości człowieka, całej prowincji Wandei broniącej wiary religijnej. Ostatecznie, z braku gazu, rozprawił się wówczas z przeciwnikami po staremu, ogniem i mieczem.
Dziś jednak stosuje już nowoczesne środki.
Czwarty rodowód krajów UE stanowi, związana głównie z protestantyzmem, tradycja kolonialna państw zachodnich i ich nowsze doświadczenia neokolonializmu."


Emanuel Czyżo
Toronto

Opublikowano w Teksty
piątek, 02 listopad 2012 15:12

Biskupi a polskość

chojeckiJan Pospieszalski drwi dziś z kard. Nycza i na koniec stawia pytanie: "Nie mogę tylko pojąć, dlaczego teraz Kardynał przerywa milczenie?". Nie wierzę, że nie zna na nie odpowiedzi. Ale udzielenie jej wprost, wywraca do góry nogami cały gmach prawicowej wizji polskości. Nasza opozycja jest więc w sytuacji bez wyjścia i miota się w kręgu ironii i aluzji.


Dotychczas obowiązywał model, że katolicyzm jest ostoją polskości, a wsparcie biskupów jest niezbędne w każdym patriotycznym projekcie. Dla człowieka patrzącego chłodno na historię ostatnich kilkuset lat, ten filar myślenia polskich patriotów nie ma mocnego poparcia w faktach. Upadek państwa polskiego skorelowany był ze zdradziecką działalnością polskich biskupów i magnatów. Gdy 17 kwietnia roku 1794 powstańcy kościuszkowscy zdobyli ambasadę Rosji, oniemieli, odkrywając listę zdrajców. Prymas Poniatowski popełnił samobójstwo, a kilku biskupów powieszono. Wtedy Polacy nie zamykali jeszcze oczu na fakty. Historia naszych późniejszych zrywów narodowych niezmiennie była połączona z rozczarowaniem, jakie spotykało patriotów ze strony Rzymu. Jeszcze podczas I wojny światowej Roman Dmowski usłyszał w kurii rzymskiej: "Polska niepodległa? Ależ to marzenie, to cel nieziszczalny...".


O czasach nam bliższych Sławomir Cenckiewicz tak niedawno napisał: "...(Watykan) stanął przed dramatycznym wyborem: jeśli uroczyście potępi ideologię komunizmu, to tym samym pogrzebie ekumeniczny charakter soboru, bo zbojkotują go prawosławni, jeśli zaś zrezygnuje z anatemy i przymknie oko na prześladowanie Kościoła pod rządami bolszewików, to zdradzi swoich wiernych, ale kontrolowani przez Moskwę prawosławni przystąpią do dialogu i wyślą na sobór swoich obserwatorów". "Uważam Rze – Historia" nr 3 ("Sobór w cieniu Kremla").
Co na SW II wybrali purpuraci, wiemy.


Dlaczego więc dziś dziwimy się postawie naszych biskupów? Przecież to dzieci tego soboru i nominaci popierających go papieży!
By uzmysłowić psychologiczną zależność stojącą za ślepotą Polaków na prawdziwe zagrożenia, sięgnę do dwóch przykładów. W roku 1939, a szczególnie po pakcie Ribbentrop-Mołotow, było oczywiste, że szykuje się nowy rozbiór Polski. Ale nasza patriotyczna elita przygotowała się tylko do odparcia zagrożenia z Zachodu i nawet w obliczu sowieckiej agresji nie wypowiedziała Stalinowi wojny. Dlaczego? Bo przyjęcie do wiadomości prawdy oznaczało katastrofę, a my woleliśmy karmić się fałszywą nadzieją. Inne horrendum – po wkroczeniu Sowietów na ziemie polskie w 1944 roku miał miejsce wielokrotnie ćwiczony teatr "rozmów podziemia z Sowietami". Nabierali się nań zarówno dowódcy najwyższego szczebla, jak i poszczególne oddziały partyzanckie. Wynik był za każdym razem identyczny, ale kolejni nasi oficerowie i politycy połykali haczyk. Dlaczego? Jak ujął to przed śmiercią serialowy ("Czas honoru") major Krawiec: dali nam to, w co chcieliśmy uwierzyć (cytuję z pamięci).


Czy polscy patrioci dalej będą z "opadem szczeny" obserwować kolejne przejawy zaprzaństwa swoich biskupów i zadawać bezradne pytania w rodzaju: "Nie mogę tylko pojąć, dlaczego teraz Kardynał przerywa milczenie", czy też po męsku ocenia sytuację? A jest ona dziecinnie prosta – biskupi, jak przystało na elitę słabego narodu, orientują się na silniejszego. Gdy zaprosili ich komisarze z Brukseli przed euroreferendum, gremialnie zaczęli wychwalać nam zalety bezbożnej Unii. Gdy główny komisarz Moskwy tupnął nogą, pobożne zaapelowali, "oby każdy Polak w każdym Rosjaninie i każdy Rosjanin w każdym Polaku widział przyjaciela i brata", doskonale wiedząc, że wchodzą w alians z winowajcami Smoleńska i następcami morderców z Katynia. Być może część hierarchów nie robi tego ze strachu czy osobistego interesu. Może wierzą wzorem konfederatów targowickich, że polskość można uratować tylko w sojuszu z Rosją. Być może dla części miraż katolicyzacji Rosji jest większą wartością niż wierność Polsce. Nie ma to dla nas większego znaczenia – polscy biskupi już wybrali suwerena, pytanie teraz, co wybiorą polscy patrioci?


Paweł Chojecki


Więcej o tych trudnych i przemilczanych sprawach w aktualnym numerze
"idź POD PRĄD"

Opublikowano w Teksty
piątek, 02 listopad 2012 15:03

Podłość postępowa

ligezaJak już kiedyś wspominałem, doprowadzenie kostuchy pod wskazany adres to żadna filozofia. Podobnie żadna to sztuka – zabić. Natomiast poziom mistrzowski osiąga się, obudowując konkretną śmierć potiomkinowską fasadą profesjonalnie przeprowadzonej katastrofy lotniczej. Czy też profesjonalnie popełnionego samobójstwa.
Ktoś żywi jeszcze jakieś wątpliwości, że coś mocno cuchnie? Być może ktoś taki rzeczywiście tu i ówdzie jeszcze się kręci, wszelako ludzie rozsądni dawno przestali się oszukiwać. Cuchnie, nawet jeśli niekoniecznie trotylem. Cuchnie tym bardziej, że nie ma znaczenia, kto zasiada w parlamencie, kto kieruje rządem, kim jest prokurator generalny czy komendant główny policji. Nie ma znaczenia, ponieważ w Polsce pod rządami tuskoidów z Platformy Obywatelskiej to nie parlament i nie rząd, lecz persony składające się na "grupę trzymającą władzę" ustalają reguły gry. Nie przejmując ani "państwem prawa", ani demokracją, ani w ogóle niczym.
Jakże przewidująco w kontekście ostatnich wydarzeń brzmi wyznanie śp. Janusza Kurtyki, poczynione w obecności dziennikarki Anny Pietraszek na cztery dni przed tragicznym lotem do Smoleńska: "Demontaż państwa już się skończył, teraz zaczną znikać ludzie".

Się posprząta
Dlaczego musiał "zniknąć" członek załogi jaka-40, którym 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska lecieli dziennikarze, a który twierdził (i nigdy nie zmienił zdania), że kontroler wieży smoleńskiego lotniska pozwolił załodze rządowego tupolewa zejść na wysokość 50 metrów? Depresja? Kłopoty rodzinne? Hazard? Choroba pradziadka? Nie ma obaw, coś się wybierze, coś się dopasuje. Najważniejszy i tak jest metabolizm. Jak to ujął jeden z blogerów: "należałoby pobrać ze zwłok próbki płynów ustrojowych i tkanek natychmiast po śmierci, i natychmiast badać je metodami spektroskopii masowej. Ale komu by się w Polsce chciało w tym celu specjalnie przychodzić do pracy w weekend".
Ot, kolejny zwariowany wyznawca spiskowej teorii dziejów. Przecież w Polsce nie zdarzają się morderstwa polityczne, gdzieżby. Są tylko wypadki drogowe, zawały serc, udary mózgów, a przede wszystkim są samobójstwa. I są ekipy sprzątające bałagan, jaki po tych wydarzeniach chwilowo powstaje. Wszystko oficjalnie, wszystko zgodnie z procedurami, wszystko lege artis. Się nabałaganiło, się posprząta. Porządek w państwie być musi, więc odpowiednie służby czyszczą, ino furczy.
"Nie mam zamiaru oskarżać Platformy Obywatelskiej o jakieś drugorzędne przestępstwa. Ja oskarżam o to, że współdziała z mafią, która niszczy państwo polskie" – wypalił kiedyś Antoni Macierewicz, człowiek, któremu przestępcza banda przez ostatnie ćwierć wieku usiłuje przykleić łatkę oszołoma. Zaiste, to, co rzekł, rzekł bezceremonialnie. Lecz czy ktokolwiek z grona ludzi przyzwoitych może dziś żywić jakiekolwiek wątpliwości, jak bardzo uzasadnione były to słowa?

Ludzie zniewolenia
"Czarny obraz polskiego państwa przeraża na każdym kroku" – powiada Jerzy Jachowicz. I zaraz dodaje: "Tendencyjne, posłuszne władzy sądownictwo, nieudolna i usłużna wobec polityków prokuratura, amatorska i skorumpowana policja, nieprzychylna szaremu obywatelowi administracja państwowa – oto w telegraficznym skrócie charakterystyka kilku najważniejszych dla funkcjonowania państwa obszarów".
Ale to co najwyżej czcze eufemizmy. W polskich władzach, na każdym ich poziomie: czy to we władzy ustawodawczej, wykonawczej czy sądowniczej, wszędzie tam roi się od ludzi skompromitowanych, a przy tym równie wiarygodnych, co szanowny pan prokurator wojskowy, pułkownik Mikołaj Przybył. Z tym koniecznym dopowiedzeniem, że on "tylko" odegrał rolę przydatnego w danym momencie idioty, przestrzeliwszy sobie policzek, a aktualnie rządzący Polską uparli się przestrzeliwać nam rozsądek, narażając naród na prawdziwą gehennę.
A jednak nadal rządzą. Prawdę powiedziawszy niewiele mówi to o nich, sporo mówiąc o ludziach z deficytem właściwości i charakteru, czyli tych, którzy rządy swoich nadzorców legitymizują własną gnuśnością.
Swoją drogą, tym bardziej należy takim ludziom przypominać, że kiedy w jakimś kraju władzę nazbyt długo sprawują osobnicy przebiegli i uważający się za mądrych, to takie państwo niechybnie skazane jest na zagładę. Zagładę pewną tym bardziej, gdy większość obywateli danego państwa, starannie tresowana grepsem dzień po dniu sączącym się z telewizorów, wbrew faktom pozwala sobie wmawiać przekonanie o świetlanej przyszłości oraz przyzwoitości rządzących. Jak to ujmował Jan Paweł II: największe zagrożenie dla wolności człowieka powstaje wówczas, kiedy się go zniewala, mówiąc jednocześnie, że czyni się go wolnym.


* * *


Każdy naród ma takie elity, na jakie zasługuje poprzez świadome zaniechania w obszarze wartości. Oto prawdziwe źródło narodowej degeneracji i to stąd bierze się zobojętnienie członków tego czy innego narodu w sytuacjach dla danego narodu krytycznych. Jak to ujmuje Roger Scruton: "Ilekroć zezwalasz, by przestępstwo nie zostało właściwie ukarane, stajesz po stronie zła".


Krzysztof Ligęza
www.myslozbrodnik.pl

Opublikowano w Krzysztof Ligęza
piątek, 02 listopad 2012 11:37

Ptasznik z trotylu

michalkiewiczAch, czy jest jeszcze w naszym nieszczęśliwym kraju ktoś, kto potrafiłby napisać operetkę? Bo że opery nikt już nie napisze, to wiadomo. Ustalili to raz na zawsze wymowni Francuzi, tworząc przysłowie, że "chociaż każdy zna nuty, to tylko pan Lully potrafi napisać operę". Inna rzecz, że panu Lully było łatwiej, bo miał mecenasa w osobie króla Francji Ludwika XIV, a któż w naszym nieszczęśliwym kraju dzisiaj sfinansowałby operę? Nikogo takiego nie ma, w związku z czym, niczym "grzyb trujący i pokrzywa", spod piór rozwydrzonych i wulgarnych dziewuch spływa przeraźliwa grafomania, w telewizji – tańce z pi... – to znaczy pardon – oczywiście tańce z gwiazdami – a na estradzie królują kabotyni udający przedstawicieli Belzebuba na Polskę, a w każdym razie – na i tak przecież nieszczęśliwe województwo pomorskie. Zresztą – po co komu opera, po cóż rzucać perły przed wieprze, skoro wieprzkom do kotleta wystarczy "łodirydi" i seta? Więc jasne, że opery nikt już nie napisze, ale operetkę – kto wie?

Bo właśnie w naszym nieszczęśliwym kraju miała miejsce sekwencja wydarzeń, samych w sobie tworzących libretto operetki, dla której aż prosi się tytuł: Ptasznik z trotylu. Nawiasem mówiąc, z czasów studenckich pamiętam historyjki wymyślane przez obdarzonego bujną fantazją kolegę, w których przypisywał on oficerom nauczającym nas sztuki wojennej w Studium Wojskowym UMCS w Lublinie rozmaite przygody. Jedna z nich dotyczyła właśnie operetki; znakomicie parodiując pewnego majora, kolega ów z wieloma pikantnymi szczegółami przedstawiał wrażenia doznawane przez grono oficerów LWP podczas oglądania operetki pod tytułem "Ptasznik z trotylu", która była efektem twórczego przerobienia operetki Karola Zellera "Ptasznik z Tyrolu" dla potrzeb wojska. Nie powiem, żeby owego kolegę wspierały jakieś proroctwa; co to, to nie, ale nie da się ukryć, że sekwencja wspomnianych wydarzeń aż się prosi, by ją opatrzyć takim właśnie tytułem.
Ale incipiam. Zatęchłą atmosferę stolicy naszego nieszczęśliwego kraju, którą Stanisław Cat-Mackiewicz nazywał "małym żydowskim miasteczkiem na niemieckim pograniczu", zelektryzowała, a właściwie – zjonizowała – wiadomość o kolejnym pojawieniu się seryjnego samobójcy. Tym razem seryjny samobójca – oczywiście "bez udziału osób trzecich" – doprowadził do utraty życia wskutek powieszenia w piwinicy własnego domu chorążego Remigiusza Musia, członka załogi Jaka-40, który nie tylko wylądował w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku tuż przed katastrofą prezydenckiego Tu-154, ale w dodatku słyszał przez radio, jak wieża kontrolna lotniska Siewiernyj zezwalała pilotom "prezydenckiego" samolotu na zejście do wysokości 50 metrów, a nawet lekkomyślnie zeznał to niezależnej Prokuraturze Wojskowej.
Zeznania chorążego Musia pozostawały w nieusuwalnej kolizji z zapisami w czarnych skrzynkach "prezydenckiego" tupolewa, według których wieża kontrolna owszem – zezwalała na zejście, ale tylko do wysokości 100 metrów. Ponieważ protokoły ze wspomnianych zapisów "czarnych skrzynek", które notabene nie tylko już ponad dwa lata przetrzymywane są w Rosji, ale w dodatku dostarczają coraz to nowych – uzupełnionych i poprawionych – "wersji" zapisów, więc ponieważ te protokoły stanowią podstawę zatwierdzonej do wierzenia wersji wydarzeń sprokurowanej przez komisję pana ministra Jerzego Millera, trzeba było tę nieusuwalną kolizję jakoś usunąć. Potrzeba jest matką wynalazków, toteż czy to sam chorąży Remigiusz Muś nabrał nieodpartego przekonania, iż najlepszym sposobem przywrócenia wiarygodności wersji ustalonej przez komisję pana ministra Millera będzie pozbawienie się życia "bez udziału osób trzecich" przy pomocy seryjnego samobójcy, czy też był to tylko przypadkowy ("a czy w ogóle są przypadki?") zbieg okoliczności – dość, że żona odnalazła go w piwnicy taktownie powieszonego, zaś niezależna prokuratura natychmiast zasugerowała, że okoliczności wskazują na samobójstwo "bez udziału osób trzecich" – dokładnie tak samo, jak w przypadku generała Sławomira Petelickiego, a wcześniej – w przypadku Andrzeja Leppera.
Nawiasem mówiąc, bystry Czytelnik zwrócił mi uwagę na drugie dno kryjące się w stereotypowym określeniu z upodobaniem używanym ostatnio przez niezależną prokuraturę w odniesieniu do ofiar seryjnego samobójcy. Otóż zdaniem owego Czytelnika, określenie owo może zawierać istotną informację dla "osób drugich", które mogły brać udział w tych dramatycznych wydarzeniach, czyli tzw. kiedyś "nieznanych sprawców" – że prokuratura sprawdziła, iż na miejscu nie było żadnych "osób trzecich", czyli mówiąc zwyczajnie – świadków, którzy ewentualnie mogliby zidentyfikować "osoby drugie". Że – mówiąc krótko – jest bezpiecznie.
Warto dodać, że seryjny samobójca najwyraźniej preferuje soboty, jakby wiedział o nowej świeckiej tradycji, jakiej hołduje niezależna prokuratura, by "energiczne śledztwa" rozpoczynać od poniedziałku, kiedy to wszystkie pavulony na pewno wywietrzeją i lekarze przeprowadzający sekcję będą mogli z czystym sumieniem stwierdzać, że niczego niezwykłego w zwłokach denatów nie wykryli. Jak to mówią gitowcy – "wszystko gra i koliduje", to znaczy – grałoby i kolidowało, gdyby nie jedna, istotna, jak się okazuje, okoliczność.
To znaczy – okazuje się wyłącznie na gruncie teorii spiskowej, która – chociaż potępiona przez mądrych i roztropnych – przecież pozwala prosto wyjaśnić niepojęte inaczej wydarzenia. Teoria spiskowa głosi bowiem, że żyjemy w rzeczywistości podstawionej, to znaczy – że podawane do wierzenia wersje to tylko pozór mający na celu ukrycie rzeczywistego przebiegu zdarzeń.
I rzeczywiście! Jeszcze niezależna prokuratura nie zdążyła oficjalnie potwierdzić trafności intuicji wskazującej na samobójstwo chorążego Remigiusza Musia "bez udziału osób trzecich", a już okazało się, że generalny prokurator Andrzej Seremet był jednym ze źródeł informacji podanych przez "Rzeczpospolitą", iż na wraku samolotu, a zwłaszcza – na fotelach, znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Ładny interes! Trotyl i nitrogliceryna we wraku samolotu, który przecież miał się rozbić na skutek "błędu pilota"!
Nic dziwnego, że zarówno premiera Tuska, jak i cały Salon wprost zamurowało! No dobrze – zamurowało; każdego na ich miejscu by zamurowało – ale skąd aż taki brak koordynacji? "Maleńcy uczeni" ze stajni pana red. Adama Michnika w desperacji odwołali się do... teorii spiskowej, gratulując "Rzeczpospolitej", że "wyciągnęła zawleczkę" z prezesa Kaczyńskiego, stwierdzając u niego nieodwołalnie nieuleczalną infekcję smoleńską, którą ostatnio starał się on ukrywać, prezentując posiadanie przez PiS zdolności koalicyjnej. Najdalej posunął się pan red. Mirosław Czech, oświadczając, że Jarosław Kaczyński wypadł z systemu już "na wieki". Skąd pan Czech wie, że "na wieki" – doprawdy trudno zgadnąć, chyba że dopuścimy myśl, iż mógł powziąć tę informację z zaświatów. No dobrze – ale konkretnie skąd? A skądże by, jeśli nie od samego Stefana Bandery, któremu do łączności ze Związkiem Ukraińców w Polsce Belzebub od czasu do czasu uprzejmie pozwala skorzystać z gorącej czerwonej linii? Żadne lepsze wyjaśnienie nie przychodzi mi do głowy, a zresztą to nie jest aż takie znowu ważne, bo ważniejsze jest co innego. Skoro michnikowszczynie w przypadkach nagłych wolno odwoływać się do teorii spiskowej, to dlaczego ja miałbym sobie odmawiać tej przyjemności?
Odnotujmy tedy sugestie, że "Rzeczpospolita" tylko wyciągnęła zawleczkę z prezesa Kaczyńskiego. Rzeczywiście – wkrótce po ukazaniu się wspomnianych rewelacji prezes Kaczyński już expressis verbis wypowiedział oskarżenie o "morderstwo", w dodatku "niesłychane", co nawet powściągliwego Leszka Millera skłoniło do skrytykowania premiera Tuska za brak "polityki informacyjnej". Przekładając tę skargę na język ludzki, nietrudno dopatrzyć się w niej gorzkiego wyrzutu, że premier Tusk, a ściślej – te Moce, które wystrugały go z banana, nie przygotowały zawczasu wersji "antytrotylowej", w następstwie czego cały Salon na kilka godzin zapomniał języka w gębie.
Bo rzeczywiście, chyba nie przygotowały, ponieważ konferencja pana pułkownika Szeląga z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, chociaż w założeniu miała stanowić popis profesjonalnej precyzji, była demonstracją nieprawdopodobnego bełkotu: występowania trotylu "nie stwierdzono", ale "trwają" badania "kilkuset próbek", na których wykryto "jony wysokoenergetyczne". Na gruncie teorii spiskowej nawet ten bełkot staje się jasny: na razie kryjemy cię, ty frędzlu, ale jak nie będziesz grzeczny, to już wkrótce znajdziemy taki trotyl, że w jednej chwili wylecisz w powietrze razem z tym całym "gdańskim desantem".
No dobrze – ale dlaczego w takim razie w ogóle ten cały trotyl się pojawił? Ano – generała Czempińskiego nie aresztuje się bezkarnie, podobnie jak zemsta, choć leniwa, może w końcu dosięgnąć również mocodawców seryjnego samobójcy generała Petelickiego. Ma swoją kryszę razwiedka w GRU, ale ci z SB też pewnie mają swoją i jak trzeba, to arystokracja pałkarska potrafi się odwinąć również arystokracji tornistrowej.
Krótko mówiąc, nie jest bezpiecznie; wojna buldogów pod dywanem wciąż toczy się ze zmiennym szczęściem, a jak powiadają wymowni Francuzi: a la guerre comme a la guerre – ofiary muszą być. Toteż zaraz po konferencji prasowej pana płk. Szeląga redakcja "Rzeczpospolitej" ogłosiła pokajanie, które następnie ze swojej strony wycofała, zaś pan red. Gmyz nie tylko swoje rewelacje potwierdził, ale nawet zapowiedział konferencję prasową. Czyż nie wskazuje to na jakieś chwilowe wsparcie, obietnicę jakiejś odsieczy? Ale, jak powiadają – fortuna variabilis, toteż już następnego dnia pan Wróblewski, naczelny redaktor "Rzeczpospolitej", oddał się "do dyspozycji Rady Nadzorczej", pan red. Gmyz na konferencji prasowej się nie pojawił, zaś w niezależnych mediach głównego nurtu funkcjonariusze poprzebierani za dziennikarzy z widoczną przyjemnością dają odpór fałszywym pogłoskom o obecności trotylu we wraku samolotu. Uczucie ulgi i zaangażowanie idzie tak daleko, że "Gazeta Wyborcza" wprost nie może nachwalić się nawet pana mec. Romana Giertycha, który, przeszedłszy na jasną stronę Mocy, zapędzał w kozi róg mecenasa Rogalskiego pytaniami, że skoro trotyl, to po co jeszcze sztuczna mgła? Jak to: po co? Wiadomo – po to, co zawsze: żeby patentowani Polacy niczego nie zauważyli! A tak, nawiasem mówiąc, czasy jednak się zmieniają. Kiedyś każdy szlachcic miał własnego Żyda, a teraz każdy Żyd ma swojego narodowca.


Stanisław Michalkiewicz

Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz
piątek, 26 październik 2012 22:29

Widziane od końca: Proszę czytać i płakać

kumorANiedawne pobicie sklepikarza w Warszawie przez firmę ochroniarską pokazuje głębokość rozpadu państwa polskiego przekształcającego się w oddalone od siebie wyspy partykularnych interesów. Ich właściciele broniąc sfer wpływów, sięgają po coraz bardziej drastyczne środki. W sytuacji malejącej skuteczności dochodzenia praw w sądach poszczególne koterie wyposażają się w cały arsenał środków troski o żywotne interesy – od łapówek, wpływów w urzędach i ministerstwach, po quasi-policje, oddziały ochroniarskie i nielegalne zabezpieczenia w środowiskach zorganizowanej przestępczości.


Jest to współczesne wydanie XVIII-wiecznego szarpania państwowego sukna, kiedy to ustosunkowane rody magnackie, wykorzystując obce wpływy i utrzymując prywatne armie, rozwalały Polskę od środka.
Atak ochroniarzy zatrudnionych przez jedną ze stron sporu handlowego, przy biernej postawie policji, daje sygnał, że w dzisiejszej Polsce można liczyć wyłącznie na siebie. I ewentualna sugestia "telefonowania na policję" wygląda tak samo śmiesznie jak w państwie okupowanym – lepiej trzymać obrzyn pod ladą niż szukać pomocy na komisariacie.
Może zresztą chodzi o to, by Polacy przyzwyczaili się i pogodzili z myślą, że ich własne instytucje państwowe to atrapa, a prawdziwy porządek i bezpieczeństwo mogą im zagwarantować wyłącznie agencje ponadnarodowe – europejskie. Może, oprócz rozbuchanej prywaty, w tym szaleństwie jest metoda. Rozkład państwa, zwłaszcza w jego funkcji troski o poszanowanie prawa, to najsilniejszy impuls do stawiania sobie pytania, po co mi Polska? No bo... na co mi takie kabaretowe państwo?!
Paradoksalnie taką sytuację jako naród już kiedyś poznaliśmy. Nasze skaranie Boskie to nieszczęścia wynikające z utraty państwa w wieku XVIII; falujące od tych strasznych grzechów ówczesnych Polaków, którzy w ciągu kilku pokoleń z dumnych katolickich rycerzy przekształcili się w masońskich bawidamków, co to "wyobrażali sobie pod wolnością samowolę nielicznych a nieograniczone poddaństwo wszystkich innych...".
Tamten ciąg wydarzeń odbija się nam czkawką po ścianach Ojczyzny. W wielu polskich miastach pod koniec wieku XVIII i w XIX również panowały "dzisiejsze" nastroje – Polska nawet jako idea przestawała być politycznie nośna, pozostało umiłowanie kultury, szlacheckiego obyczaju i folkloru, na co panujące domy chętnie przystawały.


Krakowianie czy lwowianie, nawet za czasów II RP, z sentymentem wspominali Franza Josefa. Niektórym ówczesnym Polakom wystarczało, że pan był ludzki i dawał trochę pooddychać narodowym powietrzem, powspominać Alte Gute Zeiten, posarmacić przy kuflach miodu pitnego czy węgrzyna, by potem wiernopoddańczo lizać karmiącą rękę Wiednia.
W dowolnym podręczniku przeczytać można, że monarchia austrowęgierska oferowała Polakom "unijne"swobody. "Pod koniec lat 60. i na początku lat 70. XIX wieku Galicja otrzymała autonomię. Powołano do życia m.in. Sejm Krajowy i Radę Krajową. Do szkół, urzędów i sądów wprowadzono język polski. Zasiadający w rządzie minister – Polak – miał prawo opiniowania projektów postanowień mających związek z Galicją. Nie brakowało w rządzie ministrów polskich zajmujących się różnorakimi resortami, dwukrotnie zaś Polacy byli premierami. Również Polak stał na czele prowincjonalnej administracji Galicji. Powstawały liczne polskie organizacje polityczne"...
A to wszystko pod niepolskim protektoratem z niepolskim wojskiem w fortach. No więc jako naród mamy już za sobą powszechną zgodę na taką wersję polskości. Ona podobała się tak licznej zgrai, że gdy z Oleandrów ruszyła Pierwsza Brygada, to zdenerwowani ruchawką mieszczanie krakowscy wylewali na nią nocniki.
A mimo to i wbrew temu Polska powstała...


Czyli da się. Przyzwyczajono nas myśleć "demokratycznie", znaczy, przejmować się opinią większości, tymczasem często zdarza się, że rację mają nieliczni – czasem wręcz tylko pojedyncze osoby. I to one muszą kreślić wizję nowoczesnej Polsk; oczyszczonej z porozbiorowej świadomości, rozumiejącej działanie polityczne. Polska musi być atrakcyjna; to musi być projekt, który porwie młodych ludzi, pokazując im czarno na białym, jak bardzo im się państwo opłaca.
Żebyśmy nigdy nie pisywali już memoriałów, błagając obcych o protekcję.
Proszę czytać i płakać.


•••


Memorjał deputacji galicyjskiej o potrzebach kraju z roku 1790
Memorjał ten, wręczony cesarzowi Leopoldowi II podpisany przez Stanisława ks. Jabłonowskiego, Mikołaja hr. Potockiego, Józefa Maksymiljana hr. Ossolińskiego, Jana hr. Bąkowskiego, Piotra Zabilskiego i Jana Batowskiego.


...Bez przesady można powiedzieć, że Galicja, która dawniej Wisłą, Bugiem i Sanem wywoziła wielką część swoich produktów na targi nad Bałtykiem popadła obecnie w zależność od sąsiadów nawet co do warunków egzystencji a pozbawiona zupełnie handlu wywozowego, sprowadza artykuły żywności z Polski, inne zaś przedmioty potrzebne do codziennego życia z innych prowincji monarchji, wskutek czego znany jej jest tylko najgorszy rodzaj handlu, tj. handel przywozowy. Rolnictwo, ta silna podstawa bogactwa krajowego w państwie, a jedyne źródło bogactwa w kraju rolniczym, zupełnie upadło w Galicji.
Jej ludność zmniejsza się widocznie z dnia na dzień, pieniądz odpływa z niej do zagranicy, odsetki od kapitału idą w górę, wartość dóbr spadła, a z tych co w chwili rewindykacji uchodzili za majętnych, dziś zaledwie niektórzy dobrze się mają. (...) Obywatel, odsunięty od wszelkiej funkcji w administracji, stał się obcym we własnej ojczyźnie, nie może ani dostąpić zaszczytu służenia krajowi, ani znaleźć sposobu dopełnienia najwyższych obowiązków wobec kraju i swojego monarchy.
Stany są tylko cieniem, przedstawiającym faktycznie unicestwiona narodowość, a wskutek błędnej organizacji nie są nawet w stanie u stóp tronu wyrazić żalów i zwątpienia całego narodu...
(...)
Nie mniej smutnem jest to, że zaufanie mające łączyć członków państwa z rządem, zostało od chwili, gdy on nie dopełnił wielu zobowiązań zaciągniętych wobec poszczególnych obywateli, tak zachwiane, iż nawet najkorzystniejsze jego propozycje przyjmowane są z nieufnością. Ustawy dawne pozostają bez mocy, a ponieważ nowe nie są wcale zastosowane do fizycznych i moralnych potrzeb kraju, ani nie zostały dotąd pod innymi względami skrupulatnie ze stosunkami rozważone, gdy za jednym zamachem obalono dawne urządzenia, jak wiele przyczyniać się musi do dowolności niższych organów brak ścisłości w rozporządzeniach, mnogość zakazów rozmaitych i niestałość systemów!
Najlojalniejszy obywatel nie zdoła uniknąć tego, żeby nie stał się winnym jakiego przekroczenia. Władza wykonawcza nie jest wprawdzie dość silną, aby utrzymać w mocy ustawę szkodliwą dla całego kraju, ale aż nadto jest silną, gdy chodzi o jej przeparcie na udręczenie jednostki. Jest to niewątpliwie najsmutniejsze położenie społeczeństwa, jeżeli ustawa, mająca jak tarcza osłaniać spokojnego obywatela, zostaje przeciw niemu skierowana, jakby broń zaczepna, jeżeli urzędnicy, powołani do wykonania najwyższej woli, przez interpretacje ustaw uzurpują dla siebie niejako władze ustawodawczą, gdy wreszcie sami urzędnicy mogą nadto jeszcze zaostrzać surowość rozporządzeń dokuczliwością osobistych charakterów.
Toteż w takiem stanie rzeczy istotnie jesteśmy wystawieni na despotyzm urzędników cyrkularnych i wydani na pastwę tłumu komisarzy. Nawet sądownictwo powiększa brzemię ciężarów. Nie rozwija ono dostatecznej siły, aby zabezpieczyć własność i wolność obywateli, aby osłaniać i bronić niewinnych. Przemożna w kraju juryzdykcja polityczna przygniata powagę sądownictwa. Nasze dolegliwości wzrastają nieustannie, a spraw pańszczyźniana doprowadziła je do szczytu....
Takim jest smutny, ale prawdziwy opis naszego położenia. Tylko mądrość Waszej Cesarskiej Mości może ustrzec wiernych poddanych od ruiny grożącej z anarchji, której na pastwę jesteśmy oddani". 


•••


Tak było 200 lat temu, i coraz bardziej tak jest dzisiaj, kiedy "tylko mądrość Brukseli ustrzec nas może od ruiny grożącej z anarchii... ".
Andrzej Kumor
Mississauga

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 26 październik 2012 15:18

Równia pochyła


ligezaPostęp, nowoczesność, awangarda. Wolność, równość, wszyscy ludzie będą braćmi. I tak dalej, i tak dalej. Czyż można dziwić się, że w tych okolicznościach realia Nowego Wspaniałego Świata wylewają się na nas niczym nieczystości z węża szambiarki, na dodatek pod ciśnieniem?
Fizyki oszukać nie sposób, więc wstąpiwszy na równię pochyłą, można się już tylko staczać. Jeden przykład – Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi opracowało nowelizację ustawy o ochronie zwierząt, a to w zakresie przepisów regulujących zasady uboju. Z projektu wynika, że osoba uśmiercająca zwierzę na potrzeby konsumpcji domowej (powiedzmy: aby hodowaną przy kurniku świnię przerobić na golonkę czy schab), będzie musiała przejść, zakończony egzaminem, specjalistyczny kurs, zapoznając się między innymi ze sposobami krępowania i ogłuszania zwierząt.
Wszystko pięknie, młodsi bracia i te rzeczy, wszelako przy okazji warto, a nawet koniecznie należy podkreślić, że z mordowaniem najmłodszych egzemplarzy naszego własnego gatunku nie ma problemów natury, powiedzmy: biurokratycznej. Prawdę powiedziawszy, nie ma z tym żadnych problemów, wystarczy łyknąć pigułkę.

Komu lody, komu
Jak to dziwnie plecie się na tej nadwiślańskiej ziemi: pigułki wywołujące poronienie dostać u nas łatwo, natomiast o lekarstwa ratujące życie niejednokrotnie walczyć trzeba w sądach. Bywa, szpitale odmawiają pacjentom terapii, i weź człowieku coś z tym zrób, gdy sędziowie w Polsce rozgrzani politycznie, acz nierychliwi społecznie, sprawy sądowe ciągną się miesiącami, a choroba robi swoje i czekać nie chce.
Receptą miała być tak zwana komercjalizacja szpitali. Pierwszą osobą otwarcie informującą o tym Polaków (choć nie z własnej inicjatywy) była posłanka Platformy Obywatelskiej Beata Sawicka (wyrok w pierwszej instancji: trzy lata pozbawienia wolności). Nim z oczu tej kobiety trysnęły fontanny łez, wachlarzem skutecznie udawanej boleści głusząc fakty, Sawicka mówiła tak: "Tyle mam układów teraz wypracowanych i to wszystko w łeb weźmie, bo nie problem byłby, gdybyśmy my wzięli władzę. Tylko problem jest, jak oni jeszcze raz wezmą władzę i na swoich ludzi powymieniają na kolejne władze". O kręceniu lodów dwa proste zdania, nawet jeśli wypowiedziane bez przesadnej troski o język ojczysty.
Tymczasem raport Najwyższej Izby Kontroli na temat komercjalizacji szpitali nie pozostawia złudzeń: "Komercjalizacja większości skontrolowanych szpitali nie przynosi zamierzonego efektu. Kolejki pacjentów nie zmniejszają się, całkowite zadłużenie służby zdrowia nie maleje, a część z poddanych przekształceniom szpitali wpada w kolejne długi".
Z powyższym korespondują wyniki badań pt. "Barometr zdrowia", w których szósty raz z rzędu sprawdzano poziom zadowolenia obywateli z jakości służby zdrowia w dziewięciu państwach Unii Europejskiej, w tym w Polsce. Niestety, i tutaj szydło wychodzi z worka, mocno w paluchy kłując. Oto blisko co piąty Polak musi darować sobie realizację recept, a co dziesiąty z powodu kłopotów finansowych rezygnuje z wizyt u specjalistów czy w ogóle z leczenia (w 2009 r. 13 proc., w roku 2011 aż 41 proc.).

Głupsi niż kałuże
To wszystko przez tę ponadprzeciętną mądrość naszych specjalistów od systemu ochrony zdrowia, nie może być inaczej. A przecież im bardziej człowiek samemu sobie wydaje się sobie mądrzejszy, tym bardziej innym ludziom rzuca się w oczy jego głupota. Najwyraźniej niektórzy najmądrzejsi z mądrych stają się wtedy głupsi niż kałuże.
Weźmy takiego Jana Hartmana, profesora nauk humanistycznych, wykładowcę akademickiego, członka reaktywowanej w Polsce w roku 2007 organizacji B'nai B'rith ("Synowie Przymierza"). Tak, tego osobnika zafascynowanego tolerancją, który przy okazji dyskusji wokół zapłodnienia in vitro otwartym tekstem przyznał, że nie chodzi wcale o "ciężką dolę niepłodnych matek", tylko o to, by "złamać wpływ Kościoła".
Niedawno Hartman wydalił z siebie takie oto słowa: "Chuligani i chamy mają się dobrze na naszych ulicach, w autobusach i szkołach. Społeczeństwo – nawet mocno zbudowani młodzi mężczyźni – milczy. Większość z obawy przed pobiciem udaje, że nie widzi agresji. Jesteśmy sterroryzowani przez łobuzerię (...)".
Prawda, jaki pan profesor Hartman spostrzegawczy? Dłonie same składają się do oklasków. Niestety, tę przemowę kończą deklaracje nader dyrektywne w tonie: "powinniśmy wypracować inne, skuteczne sposoby nauczania w szkole zasad". Jakich mianowicie zasad panie Hartman, przepraszam bardzo?
I teraz proszę wybaczyć mi werbalną dosłowność: to są ocipieńcy. Tak nazywam głupców, którzy jedną ręką nawołują do motywowania nauczycieli, by wpajali młodzieży zasady oraz uczyli odwagi, by tych zasad bronić, a drugą zdzierają ze ścian krzyże i dezawuują odwiecznego depozytariusza zasad, o których mówią.


Krzysztof Ligęza





4 banerek


O TYM, CO NAJWAŻNIEJSZE,
CZYLI
DLACZEGO WARTO PRZECZYTAĆ "MYŚLOZBRODNIK"


  3 okladka  "Non enim possumus quae vidimus et audivimus non loqui" (nie możemy tego, cośmy widzieli i słyszeli, nie mówić) - za apostołami Piotrem i Janem powtarzają publicyści, którym współczesny Sanhedryn, a ujmując rzecz w kontekście szerszym niż symboliczne biblijne przywołanie: którym dzisiejsi nadzorcy myśli owinięci cuchnącymi prześcieradłami marksizmu kulturowego, pragną zamknąć usta oraz skonfiskować klawiatury.
    Którzy publicyści? Stanisław Michalkiewicz, Tomasz Sommer, Rafał Ziemkiewicz, Jerzy Robert Nowak, wreszcie w tak znakomitym towarzystwie nie pierwszy (ale i nie ostatni) autor Myślozbrodnika - a wraz z wymienionymi także wielu, wielu innych.
    To dążenie do spacyfikowania niepokornych poprzez odesłanie w niebyt głoszonych przezeń komentarzy i opinii wydaje się naturalne, skoro zgodnie ze sprytnie narzuconym i obowiązującym powszechnie paradygmatem poprawności politycznej, wypowiedzi tych osób mają "nienawistny, niepokojący charakter", a tym samym "wymagają jeśli nie karnej, to co najmniej społecznej reakcji i napiętnowania".
    Kto konkretnie podnosi podobne zarzuty, wzywając zarazem do karania ludzi przyzwoitych, a przy tym spostrzegawczych? Twierdzą tak choćby autorzy raportu przygotowanego na zlecenie niegdysiejszego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji przez Poznańskie Centrum Praw Człowieka ("Monitorowanie treści rasistowskich, ksenofobicznych i antysemickich w polskiej prasie", Instytut Nauk Prawnych PAN). Po czym dodają, że: "Identyfikacja treści tego typu ma pełnić funkcję "wczesnego ostrzegania", wskazywać które źródła zawierają wypowiedzi "niepokojące" lub wręcz sprzeczne z prawem".
    Na przykład Krzysztof Ligęza w swoich publikacjach "przedstawia ksenofobiczną interpretacją integracji europejskiej; stawiając UE w opozycji do niepodległej Polski", a w jego tekstach "pojawiają się wypowiedzi o charakterze islamofobicznym (...) a także ujęte w cudzysłów, aluzyjne odwołania do konfliktu ras". Żeby już nie wspominać o innych, równie przerażających myślozbrodniach autora Myślozbrodnika.
    I między innymi dlatego tej książki nie można kupić w EMPIK-u, a jej Czytelnik nie znajdzie w środku "ani jednej reklamy ze spółki skarbu państwa, komunikatów administracji państwowej, funduszy promocyjnych Unii i biznesu zarabiającego na życzliwości władzy, którymi watowane są nieustannie protuskowe media" (Rafał Ziemkiewicz). Tym bardziej zamówić tę książkę i przeczytać warto, i nawet koniecznie trzeba.


Opublikowano w Krzysztof Ligęza
piątek, 26 październik 2012 14:20

Drzwi do piekła


kumorAPrzez polski Sejm przetoczyła się debata nad zaostrzeniem przepisów aborcyjnych, tak by zdelegalizować również przerywanie ciąży ze względu na nieuleczalną chorobę lub wadę genetyczną dziecka – słowem, zapobiec eugenice "płodowej".
Ciekawe w niej było to, że jako kontrargument przytaczano przypadki dzieci cierpiących po urodzeniu straszne bóle. Tymczasem obecne zapisy służą przede wszystkim usprawiedliwianiu usuwania dzieci z zespołem Downa. Te zaś – paradoksalnie – w 90 proc. przypadków są szczęśliwe i zadowolone z życia.


Pewna p. posłanka z grupy Palikota uznała nawet, że aborcja jest wskazana przy "leczeniu" chorych na padaczkę – "leczeniu" polegającym na zabijaniu chorych.
Sytuacja ta jest bardzo dobrze widoczna po tej stronie Atlantyku, gdzie ludzi z Downem rodzi się coraz mniej ze względu na postęp w technikach wczesnego wykrywania tej wady. Mongolizm powoli znika nie przez szczepienia czy leczenie genetyczne – co prawdopodobnie jest możliwe, lecz przez prosty i tani zabieg uśmiercania chorych. Zabić jest najłatwiej. "Leczenie" przez zabijanie jest też najtańsze dla systemu opieki medycznej. Gdyby ludzi z Downem przychodziło na świat więcej, byłby nacisk (m.in. finansowy), żeby znaleźć możliwość naprawienia tego schorzenia genetycznego, byłaby też większa możliwość przeznaczenia na takie badania pieniędzy.
Piszę o tym nie tylko dlatego, że jestem ojcem ślicznej i rezolutnej dziewczynki z mongolizmem, ale przede wszystkim dlatego, że mamy do czynienia z pierwszym krokiem na równi pochyłej. Na razie jesteśmy w stanie bardzo wcześnie i z dużą dozą pewności wykrywać Downa i wywierać presję na rodziców, by takie "popsute" dzieci usuwali ze świata, zanim ich zabicie będzie zbyt brutalne i okrutne. Wkrótce tego rodzaju testy płodowe mogą być możliwe np. w przypadku padaczki, ale też podejrzenia o inne choroby – czy te takie "niestuprocentowe" dzieci również będziemy kierowali do ssawki aborcyjnej?


No bo skoro to są tylko "płody", to czemu nie?
Dzisiaj już "dzięki" dostępowi do USG i aborcji na wielkich połaciach kuli ziemskiej ludzie wybierają płeć dzieci, przez co dochodzi do olbrzymiej dysproporcji liczby urodzonych dziewczynek i chłopców.
Chodzi więc o coś więcej niż polska ustawa. Bogiem a prawdą, zbyt wiele ludzi walką o wprowadzenie zakazu aborcji rozgrzesza się z nicnierobienia, z grzechu zaniechania, by od tego morderstwa odwodzić ciężarne matki, by im pomagać.
Dziecko można uratować, oddając w adopcję, matce można pomóc, oferując dom i opiekę. Sam prawny zakaz to za mało – zwłaszcza kiedy aborcję można bez zbędnych ceregieli przeprowadzić w ościennych krajach czy przy pomocy koktajli farmakologicznych, legalnych bądź nie.
Kiedy zaczynamy wybierać tych, którzy zasługują na życie, i oddzielać od tych, którzy są "pomyłką natury", otwieramy drzwi do piekła. Przekonywaliśmy się o tym już wielokrotnie, kąpiąc tę planetę we krwi.
I tak mniej więcej co dwa pokolenia cała ta nauka idzie w las.


•••


Niezależnie od tego czy dajemy dzieciom cukierki na Halloween, czy nie, warto wiedzieć, jakie jest podłoże religijne tego "święta". Otóż w licznych religiach pogańskich składa się ofiarę złym duchom, po to aby się od nas odczepiły. Trick or treat – dokładnie z czegoś takiego się wywodzi – daj mi fanta, bo inaczej zrobię ci bubu. Te ofiary dla różnych szatańskich bożków idą przez wieki naszej cywilizacji. Dopiero chrześcijaństwo całkowicie je odrzuciło, dopiero u nas nie pali się diabłu ogarka.
Przypominam sobie w czas Halloweenu opowieść polskiego misjonarza, który zbiorowo chrzcił wioskę, a gdy doszedł do dwóch sióstr, wypowiadając egzorcyzm chrzcielny, te przewróciły się i zaczęły tarzać, krzycząc do niego po polsku. Okazało się, że były ofiarowane złemu duchowi, by chronić wioskę...
Gesty religijne mają znaczenie niezależnie od tego, czy w nie wierzymy, czy nie, i dobrze o tym pamiętać również w przededniu Wszystkich Świętych.


•••


Kanadyjscy lekarze, zaniepokojeni epidemią otyłości wśród dzieci, chcą nam odchudzić portmonetki, apelując o podatek od złego junk-jedzenia.
Niestety, państwo od dawna nie chroni nas przed korporacjami dorabiającymi się na naszym zdrowiu – proszę spróbować kupić w supermarkecie zdrową żywność bez hormonów, antybiotyków i innej chemii. To nas wykańcza; od bisfenolu w butelkach z jedzeniem dla niemowląt po tuczenie ryb ściekami. Przed tym nie ma kto nas bronić! A powinno to robić państwo. Niestety, polityka jest karmiona pieniędzmi tych samych korporacji, które karmią nas podtrutym jedzeniem.


Andrzej Kumor – Mississauga

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 26 październik 2012 13:57

Sumienie sumieniem – a żyć trzeba!


michalkiewiczKończy się złota polska jesień, więc nic dziwnego, że i nad premierem Tuskiem gromadzą się czarne chmury. Jakby mało było afery taśmowej, afery złotego bursztynu (Amber Gold), afery lotniczej z udziałem uczciwego syna, dwóch afer trumiennych i afery parasolowo-stadionowej, to w kolejce czeka kolejna afera trumienna, bo okazało się że w Świątyni Opatrzności Bożej w Wilanowie pochowany jest nie były prezydent RP na uchodźstwie Ryszard Kaczorowski, tylko ktoś inny. Kto? Tego jeszcze nie wiadomo, bo mówi się na mieście, że prokuratura "nabrała wątpliwości" jeszcze w dwóch przypadkach.


Jak tak dalej pójdzie, to premier Tusk nie tylko wyspecjalizuje się w przepraszaniu, ale kto wie – może będzie osobiście pocieszał rodziny. W przeciwnym razie musiałby delegować do tego swoich urzędników, ale to też nie wydaje się bezpieczne, bo ci urzędnicy, nawet jeśli zostali delegowani do obsługiwania, a ściślej – do obstawiania rządu przez UB, mogą mówić różne rzeczy, oczywiście wszystkiemu zaprzeczając – ale z mnóstwa różnych zaprzeczeń inteligentny słuchacz może bez trudu odtworzyć sobie zupełnie odmienne potwierdzenie.
Tymczasem premier Tusk nie może sobie na takie ryzyko pozwolić, bo – podobnie jak Salon i jego luminarze – jest skazany na kurczowe trzymanie się wersji, którą byłemu ministru Milleru podyktowała generalina Anodina. Tymczasem gdyby tak pozwolił wygadywać się ubekom, to tylko patrzeć, jak wszystko by się wydało, a wtedy – ręka noga mózg na ścianie!


To znaczy – tak pewnie myśli sobie premier Tusk, jako że strach ma wielkie oczy, a on właśnie sprawia ostatnio wrażenie trochę wystraszonego. Może jeszcze nie tak, jak podczas wybuchu afery hazardowej, kiedy to zobaczył, jak spuszczona z łańcucha sfora dziennikarzy mediów głównego nurtu wyrywa z zezwłoku posła Zbigniewa Chlebowskiego kawały żywego mięsa, a ten, na oczach całej Polski, wytapia z siebie tłuszcz – ale zawsze.
W takim stanie ducha człowiekowi nie w głowie żadne figle, toteż, chociaż niezwykle urodziwa ministra Mucha oddała się premieru Tusku w związku z aferą parasolowo-stadionową, to znaczy, żeby było jasne – oddała mu się "do dyspozycji" – premier Tusk ofiary nie przyjął. No i słuszna jego racja, bo po co mnożyć niepotrzebne ofiary, skoro już na samym początku "Stokrotka", przesłuchując wezwanego w trybie nagłym do TVN szefa Narodowego Centrum Sportu Roberta Wojtasa, powiedziała mu, że "gdyby była premierem", toby go "natychmiast zwolniła". Czy w takiej sytuacji pan premier Tusk ośmieliłby się postąpić inaczej? Ależ skądże, wcale nie; przecież jeszcze lepiej od nas wszystkich wie, że skoro "Stokrotka" tak mówi, to znaczy, że odpowiednie rozkazy zostały już wydane, a sprzeciwianie się rozkazom zdecydowanie odradza mu instynkt samozachowawczy.
W takiej sytuacji i ministra Mucha, której daremnej ofiary premier Tusk nie przyjął, wspomniany rozkaz wykona. Bądź co bądź nadchodzi kryzys, a w Narodowym Centrum Sportu dygnitarze zarabiają od 18 do nawet 27 tysięcy złotych na miesiąc. Ani to dużo, ani mało, ale raczej sporo, więc nic dziwnego, że argusowe oczy bezpieczniackich watah obróciły się również na te alimenty.
Kto będzie miał udział w spółce "Inwestycje Polskie", ten już na pewno założy starą rodzinę, bo nawet z kurzu, jaki podnosi się przy przeliczaniu takich pieniędzy, można wykroić kilka niezłych fortun – ale przecież to są alimenty dla wybranych i zasłużonych, obok których są również bezpieczniacy drobniejszego płazu. Oni wprawdzie starych rodzin może sobie i nie założą, ale kryzys, nie kryzys – a żyć trzeba, nieprawdaż? Jak pisze w swoim "Dzienniku 1954" Leopold Tyrmand, zwracając uwagę, że w komunizmie trzeba się tłumaczyć z tego, że się żyje pisze, że "ten głęboki, bogaty półton więcej wyjaśnia, niż mówi".


Skoro tedy "żyć trzeba", to nic dziwnego, że i premieru Tusku udało się pokazać, że panuje nad własną partią. Tak w każdym razie z uznaniem cmokają klakierzy, chociaż 14 posłów PO głosowało wbrew oczekiwaniom premiera Tuska. Chodziło rzecz jasna o głosowanie nad projektem złożonym do tzw. laski przez Solidarną Polskę, w którym była propozycja zakazania aborcji tzw. eugenicznej, to znaczy – zabijania przed urodzeniem dzieci podejrzanych o chorobę.


Trudno oprzeć się wrażeniu, że oprócz tego, co w nim zapisano, projekt ten miał jeszcze i inne cele; na przykład – przelicytowania PiS w zabieganiu o poparcie Kościoła, ale również zmuszenia Episkopatu do poparcia inicjatywy Solidarnej Polski, bo wiadomo, że wobec tak poważnej zastawki Episkopat nie może pozostać obojętny. Widać, że i Zbigniew Ziobro, chociaż zachował fizys cherubina, to przy Jarosławie Kaczyńskim nauczył się intrygi. Ale intryga – intrygą – a zabijanie przed urodzeniem dzieci ze względów eugenicznych to druga sprawa. Zatem o ile podczas pierwszego głosowania nad projektem Solidarnej Polski za skierowaniem projektu do komisji głosowało 40 posłów PO, to teraz – już tylko 14.
Okazało się, że premier Tusk wytłumaczył im, że tu nie chodzi o żadne sumienie – bo podobnież mieli takie wzruszające wątpliwości. Najśmieszniejsze było, że do "sumienia" odwoływała się również pani Joanna Kluzik-Rostkowska, jakby nie wiedziała, że skoro już ktoś politykuje, to jego sumienie politykuje też. Natomiast żadnych wątpliwości natury duchowej nie miał poseł Niesiołowski, który zarzucił nawet obrońcom życia, iż tak naprawdę wspierają... Palikota. Widać, że nazbyt długie przebywanie w Sejmie w końcu każdemu musi paść na mózg tak, że nie jest w stanie postrzegać świata w innych kategoriach niż przepychanki wśród Umiłowanych Przywódców.
A one też obfitują w niespodzianki. Oto w Unii Europejskiej trwa debata nad budżetem na następną siedmiolatkę 2014–2020. Nasza Złota Pani Aniela wraz ze swoim francuskim kolaborantem kombinują, żeby strefa euro miała osobny budżet, a reszta hołoty – osobny. Premier Tusk odgrażał się, że na to nie pozwoli, ale wiadomo, że w poważnych sprawach, ani on, ani inni jemu podobni nic do gadania nie mają, skoro państwa poważne postanowią inaczej. Zresztą – dlaczego miałoby być odwrotnie, skoro taka, dajmy na to, Nasza Złota Pani przecież wie, że nasz nieszczęśliwy kraj w końcu postąpi tak, jak go pokieruje Stronnictwo Pruskie i Stronnictwo Ruskie – bo wskutek stopniowego eliminowania wpływów Stronnictwa Amerykańskiego – te dwa stronnictwa w tubylczej bezpiece dominują. Toteż chociaż premier Tusk twierdził, że żadnego odrębnego budżetu eurolandu nie będzie, a to dzięki jego poważnej zastawce, jaką przedstawił podczas dwóch godzin ostrej kłótni – ale oczywiście plecie jak Piekarski na mękach, bo wiadomo, że "zdolności fiskalne" strefy euro będą ustalane jak najbardziej. Wprawdzie rzeczywiście – nie nazywają się one budżetem – i pewnie to właśnie premieru Tusku udało się załatwić – ale jak zwał, tak zwał...


Teraz tylko wszyscy trwają w niepewności, ileż to Nasza Złota Pani ze swoim francuskim kolabem i Angielczyków rzeszą bladą preliminują dla naszego nieszczęśliwego kraju. Mówi się o 300 miliardach euro; że to niby: 300 miliardów – albo śmierć – ale wydaje się, że przy takim postawieniu sprawy raczej będziemy śmierdzieć, podobnie jak ten napadnięty, od którego w ciemnej ulicy bandyci zażądali: "pieniądze, albo śmierć!". – No a ty co? – pytają już po wszystkim napadniętego przyjaciele. – A co miałem zrobić? Śmierdziałem!
Zanim jednak nastąpi to ostateczne rozwiązanie kwestii budżetowej, nie tylko bezpieczniacy, ale nawet prezes Kaczyński zamierza premieru Tusku odpuścić. Pewnie obawia się, że w przeciwnym razie wszystko byłoby zwalone na niego. Zresztą i tak będzie, bo premier Tusk na widok kłębiących się nad nim czarnych chmur chyba też jest świadom, że egzekucja jest już postanowiona, a tylko odroczona do czasu ostatecznego rozwiązania kwestii budżetowej.


Stanisław Michalkiewicz

Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz