Goniec

Register Login

piątek, 15 czerwiec 2018 13:40

„Oczko misiu się odkleiło”

„Oczko misiu się odkleiło” – tak w filmie Barei komentowano pewien incydent. Tymczasem różne gazety tabloidowe krajowe i zagraniczne używały sobie ostatnio na premierze Kanady Justinie Trudeau w związku z rzekomym odklejeniem brwi podczas konferencji prasowej. Wychodziłoby na to, że premier nasz na pewne okazje wizerunkowe zakłada sobie bardziej krzaczaste brwi „męskie”, a pod nimi ma takie przerzedzone, mało stanowcze, które trudno mu marszczyć. Justin Trudeau nie tyle więc jest premierem Kanady, lecz gra rolę premiera – z lepszym lub gorszym skutkiem, w Indiach na pewno z gorszym...

Podczas konferencji prasowej po szczycie G-7 zdecydował się na stanowczość, co nie przypadło do gustu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Trump stwierdził, że Trudeau jest jak dziecko i przy starszych mówi co innego, a pyskuje, dopiero jak odejdzie na bezpieczną odległość. Wtedy wyżali się i obszczeka.

Nie ma w tym nic dziwnego, po prostu nasz premier raz gra jedną rolę, a raz występuje w innej.

Niestety, nie zawsze dobre aktorstwo szefa kanadyjskiego rządu może nas bezpośrednio dotyczyć. Bo „nielubienie” Kanady w Waszyngtonie przekłada się wprost na gorsze pozycje negocjacyjne. Kanada nie ma wiele możliwości manewru w stosunkach z USA; jesteśmy podpięci do tego misia niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie. Nasz potencjał wojskowy i ekonomiczny w porównaniu z amerykańskim jest nieduży. Trudno nam też pozwolić sobie na lewarowanie amerykańskich wpływów zwracaniem się ku Pacyfikowi, Rosji czy Unii, ponieważ amerykańscy koledzy kontrolują w tym kraju praktycznie wszystko. Możemy ugrać tyle, na ile nam pozwolą z własnej wygody. No, niestety.

A więc, jeśli chce się dla Kanady coś ugrać, to sensownymi negocjacjami, a nie pozami. Bo niestety za groźnymi minami nie stoją konkretne atuty. Wychodzi więc śmiesznie, a nie groźnie. Tymczasem na rynku wewnętrznym owe pozy premiera podpompowały kanadyjskie ego. Z drugiej strony, warto zauważyć, że Trudeau podpadł ostatnio krytyką Izraela, więc możliwe, że ktoś postanowił skrócić mu smyczkę. W maju apelował przecież o przeprowadzenie niezależnego dochodzenia w sprawie użycia przez Izrael „nadmiernej siły” wobec protestujących Palestyńczyków, ostrzeliwanych przez żydowskich snajperów… I to również wbrew amerykańskiemu – zawsze proizraelskiemu – stanowisku.

***

Niebieska fala przeszła przez Ontario i premier Doug Ford będzie mógł pokazać, co potrafi. Szczęśliwie zastosował znany w polityce manewr, który daje mu więcej przestrzeni decyzyjnej; mianowicie zlecił kontrolę finansów prowincji. Podobno są one w o wiele gorszym stanie, niż ujawniali rządzący liberałowie. A więc, w momencie, kiedy okaże się (a z pewnością się okaże), że finanse są tragiczne, wtedy część obietnic nie będzie mogła być spełniona, a przynajmniej nie od razu. Jakoś trzeba sobie z deficytem poradzić, zwłaszcza że nie wygląda na to, byśmy mieli przed sobą jakiś rekordowy wzrost gospodarczy. Będzie więc trzeba „podejmować trudne decyzje”. Na początek Doug Ford mógłby jednak coś dla nas zrobić – na przykład reformę nauczania seksualnego w szkołach. Zobaczymy, czy Ford okaże się politykiem z ikrą, czy też będzie nową fasadą tych samych sił co zawsze. W każdym razie, można się cieszyć, że nie zostaliśmy mięsem armatnim politycznych eksperymentów NDP. A to już plus.

W nowej legislaturze Ontario zasiądą dwie młode Polki z drugiego pokolenia, Kinga Surma i Natalia Kusendova. Gratulujemy i trzymamy kciuki, by nie były tylko figurantami z tylnych ławek.

Andrzej Kumor

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 15 czerwiec 2018 13:11

Zmierzch Amerykańskiego Imperium

czekajewskiDziennikarze i politycy lubią porównywać Stany Zjednoczone do Imperium Rzymskiego, i pokój, jaki na początku naszej ery gwarantował Rzym i jego armie, zwany, po łacinie, Pax Romana. Natomiast dzisiaj pokój, jaki gwarantują Stany Zjednoczone, lubią nazywać, przez analogię, „Pax Americana”. Pokój rzymski trwał tak długo, jak długo trwało Imperium Rzymskie, czyli od roku 27 przed Chrystusem do roku 1453 po urodzeniu Chrystusa, kiedy to Turcy otomańscy podbili Konstantynopol dzisiaj zwany Istambułem. W tym okresie istniały dwa imperia, zachodnie z siedzibą w Rzymie, które istniało do roku 476 po Chrystusie, i Imperium Bizantyjskie z siedzibą w Konstantynopolu, dzisiaj Istambule. W sumie Imperium Rzymskie i Bizantyjskie zarządzały Europą Zachodnią, Afryką Północną i Małą Azją przez około 1500 lat. Wiele książek napisano na temat, dlaczego Imperium Rzymskie i Bizantyjskie upadło, ale jedną wspólną cechą, która spowodowała upadek tego polityczno-wojskowego i kulturalnego tworu, było, że imperium rozrosło się ponad możliwość strawienia rozległych zdobyczy w postaci ludzi o różnych kulturach i językach mieszkających w odległych krajach, których nie było możliwości kontrolowania z centrali. Trzeba się z tym faktem pogodzić i starać się trzeba, aby zmierzch Imperium Amerykańskiego był bezbolesny, czyli nie skutkiem wielkiej wyniszczającej wojny lub domowej rewolucji na skalę Rosji w roku 1917, czy też zdarzeń, jakie miejsce przy upadku Rzymu i Konstantynopola.

Na gruzach Imperium Rzymsko-Bizantyjskiego zaczęły powstawać inne imperia. Ograniczmy się do tych, które przyczyniły się do europejskich wojen, które pamiętają nasi dziadkowie i my sami, czyli do wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Było to Imperium Angielskie, Francuskie, Rosyjskie i Amerykańskie zwane USA. Rozpad Imperium Rosyjskiego zaczął się jeszcze przed pierwszą wojną światową, pogłębił się w czasie wojny, ale na kilkadziesiąt lat jego życie zostało przedłużone przez wynalazek nowej religii zwanej marksizmem-leninizmem i stworzeniem z Rosji carów zlepek zwany ZSRS (Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich). Jak było do przewidzenia, zlepek ten funkcjonował tylko 80 lat i Rosja się skurczyła ponownie, aczkolwiek jej olbrzymie posiadłości azjatyckie i północne (Syberia) zostały nietknięte. Stany Zjednoczone od czasów pierwszej wojny światowej rosły w siłę, a szczególnie dostały zawrotu głowy w momencie załamania się sowieckiego systemu w roku 1989, zapoczątkowanego w Polsce przez ruch Solidarność. Politycy amerykańscy zaczęli wierzyć, że amerykański system zarządzania oparty na dwóch partiach politycznych, zasadniczo niewiele różniących się między sobą, jest powodem wielkości Ameryki, czyli USA. Nie zauważali jednak albo udawali, że nie widzą, że potęga naszego kraju ulega stopniowej erozji.

 

Stopniowa erozja potęgi amerykańskiej

Po drugiej wojnie światowej tylko dwie potęgi zostały warte zainteresowania. USA i ZSRS. Obydwie miały wbudowany w ich systemy polityczno-ekonomiczne bombę zegarową, coś w rodzaju początków nowotworu. W wypadku ZSRS nowotworem tym był system marksistowsko-leninowski, traktowany jako religia sowieckiego systemu. USA natomiast opierały swój system na ekspansji ekonomicznej i militarnej, popieranej od czasu do czasu wojną poprzez pośredników. Do bezpośredniego konfliktu między mocarstwami nie doszło z powodu śmiertelnego zagrożenia bombami jądrowymi, którymi dysponowali obydwaj szermierze, jeden demokratyczny, drugi komunistyczny. W miarę upływu czasu, jak można było przewidzieć, system komunistyczny, a raczej marksistowsko-leninowski, upadł i można powiedzieć, że wycofał się z pola walki, a raczej z konkurencji o władzę nad światem, zostawiając pole bitwy, czyli resztę świata, Amerykanom. Sukcesem tym zachłysnęły się pewne grupy polityczne w Ameryce, tak zwani neo-konserwatyści, którzy zaczęli głosić teorię, że wiek następny, czyli wiek 2100, jest wiekiem amerykańskim. Taka mocarstwowa megalomania podobała się wielu Amerykanom, którzy wolą nie pamiętać o wojnie w Wietnamie i Afganistanie. Czyli dzisiaj mamy taką sytuację, jaką mamy. Na politycznym horyzoncie nie ma człowieka, który by odważyłby się powiedzieć Amerykanom: „Trzeba żyć z pracy, nie z pożyczek, bo jesteśmy bankrutami”. Był jeden taki, nazywał się Ron Paul, który mówił podobnie, kandydował na prezydenta, ale go wyśmiano.

 

Przegrana wojna w Wietnamie i jej konsekwencje

Wedle mnie, USA dały się nabrać na iluzję, jaką roztaczali sowieccy marksiści, o wyższości systemu „socjalistycznego” nad kapitalistycznym. Ta iluzja była przeznaczona do użytku wewnętrznego, do otumanienia sowieckich mas, a nie dla amerykańskich polityków, którzy uwierzyli w „teorię domino”, że gdy raz jakiś kraj zostanie zarażony komunizmem, ten już jest na zawsze stracony dla demokracji. Gdyby USA nie dawały się wciągnąć w wojnę w Wietnamie i kolejne wojny w krajach „Trzeciego Świata”, finanse amerykańskie byłyby dużo zdrowsze niż dzisiaj.

Dla Amerykanów wojna w Wietnamie skończyła się 15 sierpnia 1973 roku, trwała 20 lat i kosztowała około 57 tysięcy zabitych Amerykanów, 2 milionów zabitych cywilnych Wietnamczyków i 1,3 miliona zabitych wietnamskich żołnierzy. Ekonomicznie licząc wedle wartości dolara z roku 2011, wojna w Wietnamie kosztowała USA około 1 tryliona dolarów. USA przegrały tę wojnę na trzech frontach, na froncie wojskowym, domowym i ekonomicznym. Pod koniec wojny społeczeństwo amerykańskie, szczególnie młodzież, było na progu rewolucji z powodu niekończącej się wojny, która nie miała poparcia społecznego. Ludzie przestali wierzyć w „teorię domina”. W końcu prezydent Nixon zrozumiał, że dalsze utrzymanie powszechnego poboru do wojska jest niemożliwe, zakończył obowiązkowy pobór 15 sierpnia 1971 roku. Tego samego dnia prezydent Nixon zakończył wymienialność dolara na złoto, nie będąc w stanie spłacać długów zaciągniętych na prowadzenie wojny w złocie. Od tego momentu dolar stał się tak zwaną walutą opartą na zaufaniu do rządu i systemu amerykańskiego, a nie na rzeczywistej wartości. Powstała możliwość nieskrępowanego druku pieniędzy w celu finansowania braków budżetowych związanych z następnymi wojnami. Ta możliwość stała się powszechna i nawet ubrano ją w nową nazwę: „Financial Easing”, czyli łatwość finansowania.

 

Dolar rezerwowy podtrzymuje imperialne ambicje

Od przegranej wojny w Wietnamie, zapał do dalszych wojen w odległych krajach zniknął na 20 lat, aż do wojny w Afganistanie, która trwa do dzisiaj, czyli 17 lat, i jej koszt jest porównywalny do wojny wietnamskiej, czyli ponad 1 trylion dolarów.

Kontynuacja wojny w Afganistanie jest możliwa z powodu zlikwidowania obowiązkowego poboru do wojska i zastąpienia go lepiej opłacanymi ochotnikami albo bardzo dobrze opłacanymi żołnierzami kontraktowymi. „Wynalazek” dolara jako waluty rezerwowej zezwala na dalsze finansowanie tej wojny, jak i szeregu innych wojen na Bliskim Wschodzie, w Iraku i Libii oraz utrzymanie baz amerykańskich w 140 krajach. Co najważniejsze, „dolar rezerwowy” tak długo, jak nie jest używany w obrocie wewnętrznym w USA, nie powoduje inflacji, jaka miała miejsce w Niemczech po pierwszej wojnie światowej, a dzisiaj w Wenezueli. Trzeba przyznać, że nie wszystkie pożyczone pieniądze idą w USA na wojsko. Z uwagi na pozbycie się miejscowego przemysłu, co spowodowało stały deficyt w handlu zagranicznym USA, od roku 1984, powstało w USA ukryte bezrobocie i wzrost świadczeń socjalnych dla tej grupy ludzi.

Tego rodzaju metoda utrzymania ładu społecznego ma na dłuższą metę skutki uboczne, jakimi są plaga narkotyków i gangów terroryzujących miasta amerykańskie oraz ponad 10 milionów nielegalnych Meksykanów, podejmujących się pracy, jaką pogardzają urodzeni Amerykanie.

 

Dlaczego jednak żyje się nam tak dobrze, kiedy jest tak źle?

Jednym z nas żyje się bardzo dobrze, innym mniej, ale w porównaniu do krajów Ameryki Południowej czy nawet Chin, stopa życiowa Amerykanów jest większa niż mieszkańców wielu innych krajów. To zjawisko ma miejsce z powodu życia za pożyczone pieniądze. Pieniądze pożyczają nam kraje, które kupują nasze obligacje pożyczkowe, tak zwane Federal Bonds, które wypuszcza rząd amerykański, aby pokryć niedostatki budżetowe. Dlaczego inne kraje kupują te obligacje, które nie mają pokrycia w złocie? Dlatego że jak na razie dolar amerykański stanowi tak zwaną walutę rezerwową, za którą inne kraje mogą kupić sobie ropę naftową, która jest wyceniana w dolarach. Mniejsze kraje, jak Libia i Irak, które chciały w przeszłości podważyć sprzedaż ropy za dolary amerykańskie, doświadczyły bolesnej lekcji i zmuszone zostały do zmiany ich poglądów na temat wyceniania ropy. Dzisiaj jednak sytuacja jest poważniejsza, jako że Chiny, Indie i Rosja zamierzają handlować między sobą we własnych walutach, a podobne intencje ma także Iran. Militarna interwencja w stosunku do Chin i Rosji nie wchodzi w rachubę z powodu ich potencjału nuklearnego. Nikt nie chce wojny nuklearnej, w której nie będzie zwycięzców. Natomiast istnieje jasno widoczna tendencja podważania wartości dolara przez Chiny i Rosję i jeśli im się to uda, to Ameryce będzie groził krach finansowy na miarę roku 1929 albo głębszy.

 

Czas na konkluzję

Mam nadzieję, że ktoś w USA zdaje sobie z tego sprawę i że istnieje w USA plan na możliwość takiej katastrofy finansowej, w której nasze oszczędności znikną z dnia na dzień. Zwykle imperia, którym grozi upadek i wewnętrzna rewolta, uciekają się do wojny, jako argumentu scalającego społeczeństwo. Zastanawiam się, kogo dzisiaj USA mogłyby względnie bezpiecznie zaatakować? Może... Iran? Ciekawe jest, że upadek Imperium ZSRS odbył się stosunkowo bezkonfliktowo. Może warto wyciągnąć z tego wnioski?

Jan Czekajewski
8 czerwca 2018 r.

Opublikowano w Teksty
piątek, 15 czerwiec 2018 13:00

A PROPOS

ligezaChciałbym być małym chłopcem, kiedy dorosnę. Rzecz jasna, zabawki musiałyby być wtedy dużo większe. Zresztą większą piaskownicą też bym nie wzgardził.

A propos wzgardy. „Muzeum Historii Żydów Polskich prowadzi działania defamacyjne w stosunku do swego głównego fundatora, spotwarzając Polskę” – polskie ulice wraz z polskimi kamienicami powtarzają tę opinię coraz głośniej, coraz powszechniej i coraz częściej. Nie, żeby zaraz z tego powodu ministrom Glińskiemu czy Gowinowi brwi unosiły się w zaskoczeniu. Co to, to nie. Obaj panowie, zresztą nie wiedzieć czemu, zachowują się jak typowi europoidzi, którzy awarię elektrowni atomowej w Fukushimie opisują eufemizmem „chwilowej przerwy w dostawie prądu”. Albo jak ludzie zamknięci na wybiegu dla stada lwów, a mimo to tryskający optymizmem – bo chociaż pora karmienia stada minęła przed tygodniem, to przecież premier Morawiecki obiecał przynieść zwierzętom plasterek boczku. Czy tam dwa. No, ale do zainicjowania zmiany z dobrej na lepszą nie unoszenie brwi wydaje się niezbędne, a właśnie powtarzanie. Więc.

Więc pobiegałem tu i tam, i wiem już na pewno: polonofobiczne działania wspomnianej instytucji rzeczywiście mają miejsce, przy czym zablokować można od ręki, a figury popierające korektę tej działalności odnaleźć nawet wśród reprezentantów samego Muzeum. W tym kontekście zdecydowanie bardziej frapującym od tego, co wspomniana instytucja czyni, jest to, czemu władze nie czynią z Muzeum tego, co tytułem należytej odpłaty za postawę środowiska związanego z Muzeum, dawno z Muzeum uczynić należałoby w polskim interesie.

I teraz kontekst a propos: czemu coraz większą liczbę Polaków oskarża się o antysemityzm? Ponieważ coraz większa liczba Polaków dowiaduje się, czym jest wrodzona, żydowska polonofobia. Którą część Żydów, znaczy tę wrodzoną polonofobię, wysysa wraz z mlekiem swoich matek. Oczywiście o ile dobrze zapamiętałem, co powtarza polska ulica. Ciekawe przy tym, że o Polakach ulice żydowskie mówią dokładnie to samo, tylko odwrotnie: że to my, z mlekiem naszych matek wysysamy, i że wysysamy nie polonofobię, jak oni, a tylko najgorszy antysemityzm. Tu przyznajmy więc bez ogródek: nie w ciemię Żydzi są bici. Nic przecież nie ustawia relacji między narodami właściwiej, niż stosowanie w praktyce zasady wzajemności. A co do meritum, ktoś ujął je celnie trzema zdaniami: „Nie ma czegoś takiego jak antysemici między Polakami. Między Polakami są tylko ludzie lepiej poinformowani od innych. A dziś chyba wszyscy jesteśmy poinformowani całkiem dobrze”.

Brzdęk i balon pękł. Czy tam pęka. Czy dzban. Czy może ucho mu się urywa, temu dzbanu. Czy jakoś podobnie. To bardzo dobry początek, czyli trzymajmy tę linię. Czy tam linę. Czy ten bat.

Balonów ci u nas dostatek, można powiedzieć, czy dzbanów, ale i baty przydają się w wielu okolicznościach. Te zwłaszcza przy dobrym poinformowaniu stają się niezastąpione. Ktoś pamięta relacje z tzw. Czarnych marszów? Czy tam z protestów? „Chodźcie z nami, kobietami!” – powtarzały rytmicznie dziewczyny ze smartfonami, kobiety z parasolkami, staruszki z siatkami. Posłuchałbym. Poszedłbym. Starczyłoby, aby obiecały, że zmądrzeją. W końcu nie wszystkie wyglądały jak Środa Magdalena. Czy tam jak inna jakaś, powiedzmy Szczuka Kazimiera. „Mamy-prawo-dowy-boru” – powtarzały jednakowoż nieszczęsne. Nie rozumiejąc, że mogą wybierać sobie partnera, miejsce, chwilę. To im wolno. I koniec, przecinek, kropka, bat – bo mordować nie wolno i nie jest to bynajmniej kwestia prawa do wyboru.
A propos prawa. Polska Federacja Producentów Żywności oszacowała niedawno, że nawet co piąty kilogram pożywienia kupowanego przez Polaków jest zafałszowany – zarówno jeśli chodzi o producenta, jak o skład. Inspekcja Handlowa najwięcej nieprawidłowości odnotowała w branżach: mięsnej, garmażeryjnej, piekarniczej i cukierniczej. Wychodzi na to, że Polacy samych siebie oszukują na potęgę.

I kolejny przykład uwiądu etycznego, wynikającego z upadku postaw aksjologicznie poprawnych w anomię: od trzech lat Komitet Praw Dziecka ONZ żąda, by specyficznie polski wynalazek, to jest tak zwane „Okna życia”, czym prędzej pozamykać – a to w trosce o „prawo dziecka do tożsamości”, albowiem znajdywane tam maluchy raczej nie mają nawet teoretycznych szans na poznanie swoich biologicznych rodziców. W Polsce mamy ponad 60 takich miejsc, działają od ponad dwunastu lat i dzięki nim uratowano ponad sto noworodków i niemowląt. Ponad sto ludzkich istnień. O czym świadczy lokowanie prawa do życia wyżej niż prawa do tożsamości? Najwyraźniej teraz trzeba będzie te dzieci wyeliminować – w trosce o ich tożsamość. Zastrzykami z fenolu?

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty
piątek, 15 czerwiec 2018 06:51

Sprawy ważne i błahe

michalkiewiczNie ma przypadków, są tylko znaki – mawiał śp. ksiądz Bronisław Bozowski z kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Toteż wypada – jak wspominał Wojski w „Panu Tadeuszu” – „rozebrać sobie z uwagą” przyczyny, dla których pan prezydent Andrzej Duda ogłosił 15 pytań, na które obywatele mieliby odpowiedzieć w referendum 11 listopada bieżącego roku, akurat w przededniu rozpoczęcia w Rosji rozgrywek o mistrzostwo świata w futbolu? Ponieważ polska drużyna też będzie brała udział w tych rozgrywkach i nawet już wyjechała do Soczi, to w niezależnych mediach, zarówno tych rządowych, jak i tych nierządnych, co to je podejrzewam, iż zostały utworzone przy pomocy pieniędzy ukradzionych przez stare kiejkuty z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, pomstowań na złego ruskiego czekistę Putina, który zagraża miłującemu pokój światu, a zwłaszcza – naszej biednej ojczyźnie – nie ma nawet na lekarstwo. Za to wszyscy się radują, niczym aniołowie w obecności Pana Boga, no i demonstrują niezachwianą pewność ostatecznego zwycięstwa. Bo na czas rozgrywek o mistrzostwo świata w futbolu nastąpiła zmiana kryteriów przy przypisywaniu obywatelom funkcji ruskiego agenta. W normalnych czasach ruskim agentem zostawał każdy, kto z góry nie potępiał zimnego ruskiego czekisty Putina, i sam już nie pamiętam, ile razy zostałem przez rozmaitych tropicieli zdemaskowany – ale teraz jest inaczej. Teraz Putin został odsunięty na dalszy plan, a miarą patriotyzmu, zwłaszcza tego prawdziwego, jest niezachwiana wiara w ostateczne zwycięstwo polskiej reprezentacji i każdy, kto objawia jakieś wątpliwości, od razu popada w stan podejrzenia. Słowem – moralno-polityczna jedność narodu objawiła się przy tej okazji, niczym za czasów Gierka, kiedy to – jak pamiętamy – „Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” – oczywiście do momentu, kiedy wszystko się skawaliło. Taka jedność sama się nie robi, więc jest jasne, że na jej straży muszą stać guwernantki, zarówno te, co pilnują i sztorcują mikrocefali tworzących obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, jak i te, co to pilnują i sztorcują mikrocefali z obozu zdrady i zaprzaństwa. Nawiasem mówiąc, wybitny przedstawiciel obozu zdrady i zaprzaństwa, czyli pan Janusz Lewandowski, w swoim czasie odcięty od stryczka przez niezawisły sąd, pryncypialnie schłostał władze naszego bantustanu za niedostateczne umiłowanie praworządności. Najwyraźniej czuje się w obowiązku zrewanżowania się za ówczesną przysługę, ale najzabawniejsze podczas tego przemówienia było tło. Otóż europoseł Janusz Lewandowski przemawiał na tle dwóch swoich kolegów – byłych tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa – Michała Boniego i Dariusza Rosatiego.

Wracając tedy a nos moutons, okoliczność, że pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował publicznie 15 pytań niemal w przeddzień rozpoczęcia rozgrywek futbolowych, którymi pasjonują się zarówno partyjni, jak i bezpartyjni, wierzący, jak i niewierzący, żywi i u..., no mniejsza z tym – więc ta okoliczność skłania do podejrzeń, że sam pan prezydent już nie wierzy, iż to referendum się odbędzie, a pytania przedstawił, żeby nie stracić twarzy. Dodatkową poszlaką jest to, że wszystkie one sprawiają wrażenie, jakby zostały napisane w ostatniej chwili na kolanie. W rezultacie niektóre wywołują nawet niezamierzony efekt komiczny, na przykład pytanie, czy by nie wpisać do konstytucji uwagi, że Polska jest państwem suwerennym. Oczywiście można to zrobić, ale dlaczego tak skromnie? Skoro już wpisujemy takie rzeczy, to czemuż sobie żałować i czemuż by nie wpisać, że Polska jest mocarstwem światowym? Ale jeszcze zabawniejsze jest, że nie wie prawica, co robi lewica, bo to pytanie sąsiaduje z dwoma innymi – czy nie wpisać do konstytucji, że Polska uczestniczy w Unii Europejskiej i następnie – że uczestniczy w NATO. Jest to bardzo podobne do wpisu wprowadzonego w lutym 1976 roku do konstytucji PRL, że Polska pozostaje w sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Jak pamiętamy, wzbudził on dość szerokie sprzeciwy przede wszystkim dlatego, że taki wpis stwarzał dla Związku Radzieckiego rodzaj roszczenia, by Polska się z nim przyjaźniła, nawet jeśli już tego nie chce, że zerwanie takiego sojuszu byłoby złamaniem konstytucji. Widać wyraźnie na tym przykładzie, że przyzwyczajenie jest drugą naturą, że stare kiejkuty, z którymi pan prezydent Duda zaprzyjaźnił się po felonii, jakiej się był dopuścił wobec swego wynalazcy Jarosława Kaczyńskiego, nie mogą wytrzymać bez podpisania jakiejś Volkslisty, a jakiej – to wynika z aktualnego położenia Związku Radzieckiego, który raz jest na wschodzie, a innym razem – na zachodzie. Jedno z pytań rodzi podejrzenia, że albo pan prezydent, legitymujący się tytułem doktora praw, albo pomagający mu ministrowie, nie wiedzą ważnych rzeczy. Chodzi o pytanie, czy wpisać do konstytucji zasadę, że prawo polskie ma charakter nadrzędny nad prawem unijnym. Rzecz w tym, że Polska ratyfikowała bez zastrzeżeń zarówno traktat akcesyjny, jak i traktat lizboński. Kwestia nadrzędności prawa wspólnotowego nad prawem krajowym została zaś rozstrzygnięta przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu już w roku 1964, w sprawie Flaminio Costa przeciwko E.N.E.L. Trybunał sformułował wtedy zasadę nadrzędności prawa wspólnotowego nad prawem krajowym bez względu na rangę ustawy. Ponieważ zgodnie z traktatem lizbońskim, orzeczenia ETS mają dla państw członkowskich Unii Europejskiej charakter źródeł prawa, kwestia nadrzędności i podrzędności jest rozstrzygnięta już co najmniej od 54 lat! Aż nie chce mi się wierzyć, że pan prezydent Duda takich rzeczy nie wie, więc jeśli publicznie ogłasza takie pytania, to nie dlatego, żeby ktokolwiek na nie odpowiadał i w ogóle – żeby ktokolwiek traktował je poważnie – bo wygląda na to, że żadnego referendum nie będzie. W tej sytuacji któryś z ministrów Kancelarii Prezydenta na poczekaniu napisał byle co na kolanie, żeby nikt nie mówił, że pytania nie zostały napisane – a pan prezydent zaprezentował je niemal w przeddzień rozgrywek o mistrzostwo świata w futbolu, kiedy nikt nie ma głowy do zajmowania się takimi głupstwami, jak konstytucja.

Tymczasem, korzystając z okazji, że wszyscy rajcują się mistrzostwami, Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że również te państwa członkowskie Unii Europejskiej, które nie uznają małżeństw jednopłciowych, muszą uczestników takich związków traktować jak małżeństwa, jeśli umowę o wzajemne świadczenie usług seksualnych (bo o to przecież w takiej umowie chodzi) strony zawarły w takim państwie członkowskim UE, który takie związki za małżeństwa uznaje. Widać wyraźnie, że wprowadzanie zasad forsowanych przez sodomitów będzie odbywać się „od tyłu”, za pośrednictwem orzecznictwa sądowego, z pominięciem tubylczych parlamentów. W tej sytuacji nie trzeba było długo czekać, by Sąd Najwyższy w Polsce odrzucił kasację ministra sprawiedliwości i orzekł, że przedsiębiorca nie ma prawa odmówić zawarcia umowy z sodomitą. W tej konkretnej sprawie chodziło o drukarza, który odmówił wydrukowania plakatu reklamującego jakąś sodomicką i gomorycką imprezę. Okazuje się, że w konfrontacji z potrzebami sodomitów zasada wolności umów nie ma żadnego znaczenia, więc Sąd Najwyższy w Warszawie właśnie ją zlikwidował. Toteż nic dziwnego, że niemiecki owczarek, postawiony przez Naszą Złotą Panią na fasadzie Komisji Europejskiej, czyli Franciszek Timmermans, aż staje na tylnych łapach, żeby zmusić Polskę do wypełnienia wszystkich punktów ultimatum – żeby pani Małgorzata Gersdorf pozostała Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego w naszym bantustanie i żeby sędziowie SN, którzy ukończyli 65 rok życia, nie musieli przechodzić w stan spoczynku. Czyżby wszyscy byli agentami STASI, których, po zlikwidowaniu Niemieckiej Republiki Demokratycznej, przejęła niemiecka BND?

Stanisław Michalkiewicz

Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz

Prezydent Trump nie zdołał przekonać swoich partnerów z Europy podczas spotkania G7 w Quebecu, aby ponownie rozszerzyć formułę i przyjąć do tego grona Rosję. Przeciwni byli m.in. przedstawiciele Unii Europejskiej Donald Tusk, Niemiec,a także również Francji i  Kanady.

Reagując na te doniesienia przebywający z wizytą w Chinach prezydent Rosji Władimir Putin powiedział że Rosja "koncentruje się obecnie na innych formatach niż G7", dając tym samym do zrozumienia że wielobiegunowy świat stał się faktem i hegemonia amerykańska dobiega końca.

Podczas wizyty w Chinach gdzie przyjmowany jest z wielkimi honorami Putin podpisał porozumienie na budowę 4 elektrowni atomowych. Sankcje nałożone przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone na Rosję wydają się nie zdawać egzaminu w obliczu coraz silniej zacieśniającej się współpracy chińsko rosyjskiej.

Opublikowano w Goniec Poleca
wtorek, 05 czerwiec 2018 00:16

Na szybko: Olszewski nic by nie zmienił...

Właśnie minęła kolejna rocznica obalenia rządu Jana Olszewskiego, kiedy to dokonano korekty obsady stanowisk w obliczu braku zaufania kliki władzy  do ówczesnego ułożenia politycznego. Cóż, niektórzy sądzą, że gdyby nie to, to "Polska wyglądałaby inaczej" i dzisiaj "byłaby prawdziwie polska". Jest to sąd całkowicie błędny.
Patrząc z perspektywy, naprawdę jedynie polityczni ignoranci mogą uważać, że wtedy, w tamtych czasach była szansa na przejęcie władzy przez polską elitę narodową.
Po pierwsze, takiej elity narodowej nie było; w PRL-u nie wykrystalizowała się i nie wykluła - nie miała jak. Było za to całe morze gangsterów krajowych i zagranicznych oraz cały ocean pożytecznych idiotów ogłupionych operacyjnym przygotowaniem terenu pod tak zwaną transformację. Proszę sobie przypomnieć co wtedy, w 1992 roku myśleliśmy, jakie było nasze rozeznanie w świecie i wiedza o mechanizmach, które zastosowano w Polsce. Polityka - ta prawdziwa, a nie ta, o której piszą w gazetach, to wypadkowa działań silnych grup interesów krajowych, agentur, międzynarodowych korporacji, wszelkiego rodzaju zakonów pieniądza i innych lóż. W tym wszystkim tzw. proces demokratyczny to dosyć tanie kupowanie legitymacji potrzebnej do zabezpieczenia poparcia społecznego; demokracja zapewnia złudzenie współdecydowania, a co za tym idzie pomaga w akceptacji dyspozycji przekazywanych przez wyłonione "demokratycznie" ośrodki.

Zaplanowanego na zimno procesu przeflancowania strefy Wisły, a potem KDL pod skrzydła USA oraz korupcyjnego zdeflautowania Związku Sowieckiego przy pomocy wypromowanego szabru własnego kraju, nie były w stanie zmienić jakikolwiek oddolne ruchu. Ulica, być może jeszcze wtedy miała  jakieś znaczenie, ale była banalnie łatwa do spacyfikowania; paradoksalnie w niektórych krajach  "socjalistycznych" była tak bierna, że trzeba było ją wręcz szturchać pobudzając do działania - gwizdkami, jak w Pradze czy kulami snajperów, jak w Bukareszcie. Zaś osoby mogące realnie przeszkadzać "transformacji" po prostu znikały ze sceny - pojedynczego człowieka wyeliminować jest bardzo łatwo.
Upodmiotowienie się polskiego narodu, czyli wybicie na niepodległość było niemożliwe. Nie tylko dlatego, że nie było po temu środków materialnych, ale również dlatego, że nie było komu tego zrobić. Dzisiaj nadal jest to niemożliwe, choć może jest już komu, ale nadal nie ma za co i jak…
Andrzej Kumor

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 01 czerwiec 2018 08:13

Wolny świat? Wolne żarty!

W czasach stalinowskich ludzie siedzieli za opowiadanie dowcipów. Tak było. Przez jakiś czas wydawało się, że takie absurdy to odległa przeszłość. Tymczasem właśnie w Stanach Zjednoczonych pewna pani aktorka popularna palnęła sobie na Twiterze w stopę nazywając pewną prominentną panią Murzynkę (byłą doradczynię prezydenta Obamy) skrzyżowaniem Planety Małp z Bractwem muzułmańskim. No i natychmiast otworzyła się pod nią czeluść politycznie poprawnego potępienia, zaczęły dąć trąby medialnego oburzenia i pani aktorka popularna straciła angaż.

Oczywiście za rasizm. Pokrzywdzona pani Murzynka wskazała, że jest to dobra okazja by się dowiedzieć, jak strasznie cierpią ludzie jej koloru skóry. W naszej coraz bardziej orwellowskiej rzeczywistości od dawna już wiemy, że dzielimy się na równych i równiejszych. Gdyby podobny „rasistowski dowcip” dotyczył osoby białej czy choćby żółtej, no to rozszedłby się jako „dość zabawny”. Do tego gdyby jeszcze przez podobne konotacje obśmiewał katolików czy był (pardon za wyrażenie) robieniem sobie jaj z obrońców tradycyjnych wartości czy innych „troglodytów pchających patyki w szprychy kół nieubłaganego postępu ludzkości”, no to wtedy obleciałby kilka razy programy dużych stacji telewizyjnych.

Jeszcze śmieszniejsze jest w tym to, że owa pani aktorka popularna przygnieciona łajnem powszechnej krytyki jęła się tłumaczyć, że swoją myślo-zbrodnię popełniła w stanie pomroczności jasnej będąc pod wpływem prochów nasennych. I tu znów odwołam się do naszych zbiorowych doświadczeń, napominając, że „wódka nikogo z antysocjalistycznej agitacji nie tłumaczy”. Zresztą na słowa winowajczyni natychmiast zareagował producent owych tabletek nasennych zarzekając się, że żadne testy nie wykazały by rasizm był efektem ubocznym zażywania.

Wolny świat? Wolne żarty...

Opublikowano w Andrzej Kumor

Historia stosunków polsko-żydowskich w kontekście kryzysu polsko-izraelskiego wywołanego nowelizacją Ustawy o IPN
Warszawa, 05.05.2018

Ostatnio zaistniały jakby niespodziewanie nowe, choć w gruncie rzeczy stare, problemy stosunków polsko-żydowskich.

Stare problemy odżyły w związku z nowelizacją ustawy o IPN, szczególnie jej części dotyczącej ścigania karnego za powtarzanie w przestrzeni publicznej oczywistych kłamstw na temat polskich obozów śmierci. Szczególnie wroga reakcja Pani ambasador Izraela Anny Azari na tę Ustawę podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, uświadomiła Polakom, że antypolonizm żydowski jest głęboko zakorzeniony w umysłach nie tylko znanych antypolskich środowisk żydowskich, ale także wśród czołowych polityków państwa Izrael, które to państwo próbuje robić wrażenie, że stosunki polsko-izraelskie układają się bardzo dobrze, a rzeczywistości angażuje się w nagonkę na Polskę jako kraj antysemitów i kraj odpowiedzialny za współpracę z Niemcami w holokauście.

W gruncie rzeczy jesteśmy wciąż oskarżani o antysemityzm i udział w holokauście, a sprawa odpowiedzialności Niemiec za ten barbarzyński akt zaczyna być powoli wyciszana, także - i może przede wszystkim - w Izraelu.

Generalnie możemy mówić tylko o pewnego rodzaju tolerancji środowisk żydowskich wrogich Polsce, w stosunku do naszego kraju. Ogromną winę za oskarżanie nas o antysemityzm ponoszą nie tylko wrogie nam środowiska żydowskie w Polsce i poza Polską, ale także środowiska prożydowskie w Polsce, deklarujące się jako polscy patrioci, które wypaczając fakty historyczne i tworzą fałszywy obraz złożonych stosunków polsko-żydowskich.

Z pewnością w Polsce, w pewnych okresach historycznych, antysemityzm był obecny, tak jak był i jest obecny antypolonizm żydowski, a nawet antypolonizm polski.

Problemy w stosunkach polsko-żydowskich ujawniły się szczególnie w okresie rozbiorów Polski. Były to sprawy poniekąd normalne, bo Żydzi polscy nie byli zainteresowani (w zdecydowanej większości) sprawą odzyskania niepodległości przez Polskę będącą wówczas pod zaborami i zbudowaniu silnego państwa polskiego, a Polacy byli z kolei zaniepokojeni osiągnięciami ekonomicznymi i finansowymi bogatych środowisk żydowskich. Ale nie było żadnej nienawiści.
Sprawa miała prawdopodobnie swój zauważalny początek w czasie trwania Powstaniu Styczniowym i po jego zakończeniu, kiedy Rosja likwidując majątki bogatych rodzin polskich popierających powstanie, osiedlała na tych majątkach Żydów (szczególnie na Litwie), którzy w ten sposób stawali sie (nielegalnymi dla Polaków) właścicielami majątków polskich.

Żydzi dzięki przychylnej dla nich polityce Murawiewa („wieszatiela”), słynnego prześladowcę powstańców na Litwie, który stosował najczęściej karę śmierci przez powieszenie za ich udział w powstaniu, wykupywali po bardzo niskich cenach polskie majątki.

Bardziej wyraźne konflikty nastąpiły jednak dopiero na początku 20 wieku, kiedy marksizm i ruchy komunistyczne w Rosji i w Polsce (pod zaborami) kierowane głównie przez Żydów rosyjskich, postawiły sobie za cel obalenie caratu, ale absolutnie nie widziały konieczności odbudowania państwa polskiego. Polska miała być dla nich integralną częścią Rosji, czyli rosyjską republiką.

Z takim stanowiskiem nie mogły się zgodzić polskie środowiska patriotyczne, niezależnie od przynależności do istniejących wówczas opcji czy sił politycznych.

W okresie powstawania państwa polskiego i dyskusji w czasie traktatu wersalskiego, a szczególnie małego traktatu wersalskiego, który gwarantował poszanowanie praw mniejszości narodowych w Polsce, Żydzi wywierając silną presję na Stany Zjednoczone, Anglię i Francję, uzyskali autentycznie wyjątkowo korzystne przywileje.

Nie ziściły się natomiast ich próby utworzenia w czasie I Wojny Światowej, na ziemiach zaboru rosyjskiego, państwa żydowskiego o nazwie Judeopolonia, podporządkowanego Niemcom, ani próby ogłoszenia, (w styczniu 1919 rok) przez Żydów skupionych wokół czasopisma „Gołos Biełostoka”, Białegostoku jako wolnego miasta. W tym czasie populacja żydowska w Białymstoku dominowała liczebnie nad ludnością polską i posiadała w tym mieście ogromną liczbę synagog i domów modlitwy (razem około 100).

Okres międzywojenny, w tym także wojna bolszewicka w 1920 roku, obfitował w różne animozje i spory, chociaż nie było żadnych ostrych konfliktów. Antysemityzm polski dotyczył w tym okresie głównie obaw Polaków o silną dominację ekonomiczną i finansową bogatych Żydów, którzy zagrażali niezależności państwa polskiego poprzez potencjalne rozszerzenie swoich wpływów na politykę.

Ta postawa pewnej części polskiego społeczeństwa nigdy nie miała jednak podłoża rasowego czy wyznaniowego.

Bardzo ważnym argumentem, zwłaszcza elit politycznych w Polsce była też sprawa coraz silniejszego wpływu rosyjskich komunistów żydowskich i komunizujących Żydów w Polsce. Było to realne zagrożenie polskich interesów państwowych. Komunistyczna Partia Polski, Zachodniej Ukrainy, Zachodniej Białorusi czy Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej, w których była tzw. nadreprezentatywność działaczy żydowskich, nie były lojalne Polsce. Popierały one antypolską politykę sowieckiej Rosji. Najlepszym dowodem tych postaw było częste radosne witanie przez te środowiska żydowskie Armii Czerwonej jako wyzwolicieli, w czasie haniebnej agresji sowieckiej Rosji, we wrześniu 1939 roku.

Sytuację dotyczącą stosunków polsko-żydowskich skomplikowała tak naprawdę dopiero II WŚ. Polacy zaczęli być oskarżani o eksterminację, wspólnie z Niemcami, Żydów zamieszkałych na terenie Polski. Ale to nie Polacy są odpowiedzialni za masową eksterminację Żydów przez Niemcy. Holocaust był losem zgotowanym Żydom, nie tylko polskim, przez Niemcy i tylko przez Niemcy, nawet jeśli wiele krajów europejskich oficjalnie kolaborowało z Niemcami. Ciągłe oskarżenia wielu Żydów o udziale Polaków w holokauście, dowodzą jak bardzo ci Żydzi, nienawidzą Polaków i Polski.

Jeśli odwołamy się do historii, to właśnie Polska przyjęła najwięcej Żydów, gdy byli wyganiani w końcu XV wieku z Portugalii, Hiszpanii i w różnych momentach historycznych z innych krajów Europy Zachodniej. Od początków osiedlania się Żydów w Polsce otrzymywali wyjątkowo korzystne warunki pobytu w naszym kraju, a nieco później przywileje i specjalny status społeczny gwarantujący im istnienie odrębnych sądów żydowskich, wolność osobistą, swobodę wyznania oraz swobodę handlu. Przywileje te regulował po raz pierwszy tzw. statut kaliski, czyli 36 punktowy akt prawny nadany Żydom w 1264 roku w Kaliszu przez księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego. Takiego aktu nadającego Żydom częściową autonomię wspólnotową nie otrzymała nigdy żadna inna wspólnota narodowa, osiadła w Polsce. Politykę prożydowską prowadził szczególnie król Kazimierz Wielki oraz królowie Kazimierz Jagiellończyk i Zygmunt Stary, którzy bazowali na tym akcie prawnym.

Jednak stosunki polsko-żydowskie nie są oceniane symetrycznie (głównie w sensie win, odpowiedzialności i wzajemnych konfliktów) w naszych wzajemnych relacjach. Przykładowo, jakże perfidnie sfałszowano w PRL sprawę pogromu kieleckiego i potem za prezydentury Kwaśniewskiego sprawę tragedii żydowskiej w Jedwabnem.

Kielce to dobrze znana sprawa bezpieki. Jedwabne, to bezpodstawne oskarżenie o polskie sprawstwo tej tragedii żydowskiej, zainicjowanej i wykonanej pod nadzorem Niemców.

W badaniach „naukowych” i „historycznych” oparto się między innymi na protokołach śledztwa powojennego prowadzonego pod nadzorem bezpieki kierowanej przez żydowskich komunistów (chodzi o Jedwabne), którzy mieli z góry orzec, że inicjatorami i wykonawcami byli Polacy.

Warto odwołać się jednak do świadków zeznań, kiedy to okrutnymi torturami wymuszano podpisy pod sfałszowanymi protokołami. A później te wymuszone torturami protokoły miały znaczenie (wartość) prawdy historycznej. Te protokóły nie mogą być nigdy materiałem dowodowym.

Później Gross, niestosujący żadnego warsztatu naukowego, perfidnie i haniebnie obwinił za tę tragedię, tylko i wyłącznie Polaków.

Wiele środowisk żydowskich nie wykazało wdzięczności Polsce, która nie tylko gościła Żydów przez wiele wieków, ale przyczyniła się także do powstania państwa izraelskiego na terenie ówczesnej Palestyny.

Polską armię Andersa stacjonującą na terenie Palestyny opuściło ponad trzy tysiące żołnierzy żydowskich, w tym sporo oficerów, jak np. Begin, przyszły premier Izraela i laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Wszyscy czołowi politycy nowo powstałego państwa Izrael w 1948 roku, to bardzo znani Żydzi polskiego pochodzenia. Izrael był przez długie lata rządzony przez Żydów z Polski. W Knesecie zabrakło tylko jednego głosu (niektórzy twierdzą, że dwóch), aby przynajmniej na początku, językiem obrad w żydowskim parlamencie był język polski.

Polska tuż przed wojną – na mocy porozumienia między niepodległościowymi organizacjami żydowskimi a Sławojem Składkowskim i Józefem Beckiem, przeszkoliła kilka tysięcy młodych Żydów w zakresie przysposobienia wojskowego oraz zorganizowała przyśpieszone kursy na stopień oficerski. Tuż przed wojną Polska przerzuciła nielegalnie na teren Palestyny (dla Żydów) sporo broni.

Ale sprawą zasadniczą w dialogu polsko-żydowskim jest stosunek naszych narodów do prawdy. W naszej cywilizacji chrześcijańskiej, a raczej filozofii grecko-rzymskiej, prawda to zgodność naszych ocen, sądów i przeżytych doświadczeń z obiektywną rzeczywistością. Prawda istnieje niezależnie od naszej woli i staramy się ją odkryć.

Jak mawiał nasz wielki rodak Św. Jan Paweł II, prawdy się nie ustala, nie dekretuje, ale do niej się dochodzi w wyniku badań, prawdę się odkrywa.
Dla Żydów prawda to zgodność z ich interesem. Prawdziwe jest to, co jest dla Żyda korzystne, co jest uznane przez niego za słuszne i co jest dla niego dobre.

Dlatego Żyd ratujący swoje życie zabijając innego (goja czy Żyda ) w gettach czy obozach koncentracyjnych nie postępował niemoralnie, czyli że prawdą dla Żyda nie są rzeczywistość i fakty. Dla Żyda kryterium prawdy to dobro Żyda i państwa Izrael.

Dlatego, między Polakami i Żydami, nie może być osiągnięty kompromis w sprawach antysemityzmu i holocaustu czy, jak mówią niektóre środowiska żydowskie „częściowy” udział Polaków w holokauście. Może być tylko „kompromisowa tolerancja”, zresztą trudna do osiągnięcia.

Sprawa jest obecnie jeszcze bardziej utrudniona, bo w Izraelu jest ponad milion Żydów z Rosji, Żydów często skomunizowanych, żywiących nienawiść do Polaków. A waga tych rosyjskich Żydów jest w Izraelu duża, zwłaszcza kiedy zbliżają się wybory.

Często poruszany jest problem szmalcowników. To nie Polacy jako społeczeństwo byli szmalcownikami. To byli polscy bandyci, których istnienia nikt nie neguje. Nigdy to środowisko nie było liczne z uwagi na grożące im kary ze strony polskiego państwa podziemnego.

Niektóre donosy na Żydów były wymuszane przez Niemców i tu trudno nadać tym faktom właściwą ocenę moralną. Podziemne Państwo surowo karało szmalcowników (była to najczęściej kara śmierci). Żydzi powinni też wiedzieć (i dobrze wiedzą), że za ukrywanie Żydów lub za zwykłą ludzką pomoc, jak choćby dostarczenie Żydom żywności, była tylko jedna kara: kara śmierci.

Dlaczego Żydzi milczą o systemowym przekazywaniu Żydów Niemcom przez różne państwa Europy, w celu ich (Żydów) wywózki do obozów śmierci? To robiła nie tylko Francja. Dlaczego milczy się o świadomej zgodzie wielkich mocarstw na eksterminację Żydów (polskie raporty docierały do wielkich mocarstw).

Te fakty muszą być badane przez historyków, aby nie dopuścić do uproszczeń, aby zawiłe stosunki polsko-żydowskie oparte były prawdach historycznych.
W tych stosunkach i w dialogu żydowsko-polskim musi być zachowana symetria, muszą być analizowane zachowania i postawy obu nacji.

Nie było tylko złych Żydów, podobnie jak nie było tylko złych Polaków. Można łatwo znaleźć przykłady wspaniałych Żydów polskich, którzy autentycznie kochali Polskę, którzy się łatwo zintegrowali z Polakami, wnosząc wiele dla polskiej kultury, nauki i gospodarki. Wystarczy poczytać poezję Mariana Hemara, aby zrozumieć, że dla niektórych z nich, Polska była po prostu drugą Ojczyzną, którą naprawdę kochali.

Podobnie można łatwo znaleźć wielu Polaków, którzy w Żydach widzieli przyjaciół, którzy rozumieli rozterkę tego tułaczego narodu bez własnej ojczyzny. W ich tragedii, w czasie wojny, widzieli także tragedię Polski i tragedię całej ludzkości. Byli gotowi nieść im pomoc nawet za cenę śmierci. Wiele polskich rodzin zapłaciło życiem za ukrywanie Żydów.

W pomoc Żydom angażowali się także Polacy poza granicami Polski. Przykładowo, w Ambasadzie Polski w Szwajcarii konsul Rokicki wystawił paszporty dla około 2000 Żydów, którzy posługując się sfabrykowanymi dokumentami, wyjeżdżali najczęściej do krajów Ameryki Południowej. Jako wyjątkowo przykład można przytoczyć wielkiego bohatera powoli uznawanego w skali międzynarodowej, rotmistrza Pileckiego, który dokonał wspaniałego czynu w obronie Żydów, Polaków i wszystkich nacji eksterminowanych przez zbrodniczy reżim niemiecki. Celowo dał się złapać w łapance ulicznej i w ten sposób został więźniem obozu Auschwitz. Jego raporty o sytuacji w obozie przekazywał polskiemu rządowi w Londynie. Raporty te były następnie przekazywane rządom USA i Anglii i przede wszystkim ośrodkom żydowskim w USA. Niestety ani rząd USA, ani rząd angielski nic nie zrobiły aby zmienić tę sytuację. Powstaje pytanie, dlaczego środowiska żydowskie milczały, dlaczego nie nagłaśniały i dalej nie nagłaśniają tych haniebnych zachowań rządów Anglii i USA.

Powstaje też pytanie, dlaczego Żydzi przemilczają wiele ważnych wydarzeń historycznych rzucających cień na ówczesne wielkie mocarstwa oraz na kraje Europy kolaborujące z Niemcami, natomiast z wielką, nieuzasadnioną agresją atakują Polskę, która nigdy nie kolaborowała z Niemcami.

Próba odpowiedzi na to pytanie daje dużo do myślenia. Polska staje się chyba jedynym krajem na świecie atakowanym przez niektóre środowiska żydowskie za udział w holokauście i wszechobecny, niemal ponadczasowy, antysemityzm. A przecież antysemityzm jest obecny przede wszystkim we Francji czy w Niemczech, gdzie są organizowane uliczne manifestacje i akcje terrorystyczne na tle antysemickim. Takich wydarzeń nie ma w Polsce.

˛ W tej sytuacji Polska nie można godzić się na kłamstwa historyczne i na oczernianie Polski za rzekomy udział w holokauście czy za antysemityzm.
Być może w dialogu polsko-żydowskim stosunek naszych narodów do prawdy jest sprawą zasadniczą i nie jest możliwy żaden kompromis. Możemy się tylko tolerować, czyli możemy osiągnąć tylko „kompromis tolerancyjny”.

Podobnie nie ma chyba możliwości kompromisu ekumenicznego pomiędzy katolicyzmem i judaizmem, pomimo że u podstaw obu religii leży Księga Pisma Świętego.

Podzielił nas Nowy Testament. Chrześcijaństwo to religia Jezusa Chrystusa. Wiemy, że w I wieku Żydzi przyjęli Ewangelię. Jak twierdzi ks. prof. W. Chrostowski, radykalna zmiana nastąpiła wraz z nadejściem judaizmu rabinicznego, którego początek wiąże się ze zburzeniem świątyni jerozolimskiej w roku 70.

Mówiąc dużo prościej, ekumenizm ten jest trudny z uwagi na fakt, że Jezus Chrystus dla Żydów (wierzących) nie jest Mesjaszem. Więc jak tu mówić o dialogu ekumenicznym (poza organizowaniem konferencji i różnych spotkań).

Obecnie dialog polsko-żydowski stał się dużo trudniejszy z racji wprowadzenia Ustawy IPN, w której chyba największym problemem dla Żydów jest art. 55a, dotyczący ochrony „dobrego imienia” Polski.

Tu także żaden kompromis nie może być osiągnięty. Może być tylko ogłoszona „kompromisowa tolerancja”. I pewnie kompromis, w tym sensie, zostanie osiągnięty. Ustawa IPN była bezwzględnie potrzebna (być może wymaga ona bardzo drobnych poprawek), aby zahamować falę bezpodstawnych międzynarodowych oszczerstw o udział w holokauście i antysemityzm.

Pozostaje wciąż do rozwiązania sprawa odszkodowań za majątek żydowski pozostawiony w Polsce w czasie II WŚ (w przypadku gdy nie żyją spadkobiercy). Tę sprawę być może należy połączyć z odszkodowaniami niemieckimi. Jednym z możliwych scenariuszy rozwiązanie tego problemu są negocjacje z silnymi ośrodkami żydowskimi w USA, aby te ośrodki wymusiły na rządzie niemieckim wypłacenie Polsce reparacji wojennych za straty poniesione w czasie II WŚ. Polska mogłaby zaproponować tym ośrodkom około 25% sumy uzyskanej od Niemiec jako reparacje wojenne. Te 25% byłyby wypłacone za usługi adwokackie i ostateczne uregulowanie roszczeń mienia żydowskiego w Polsce.

Pomysł ten wiąże się racjonalny dlatego, że tylko silne ośrodki żydowskie w USA są w stanie wymusić na rządzie niemieckim odszkodowania wojenne.
Samą sprawę roszczeń żydowskich można przypuszczalnie rozwiązać także na bazie propozycji min. Jakiego (zwrot 20% majątku) po negocjacjach z organizacjami żydowskimi. Niezależnie od tych dwóch scenariuszy uregulowania sprawy roszczeń finansowych powinny być ujawniane i nagłaśniane w skali światowej, sprawy stosunku mocarstw koalicyjnych do tragedii żydowskiej w czasie wojny (czyli haniebne zignorowanie tragedii żydowskiej przez mocarstwa koalicyjne, głównie przez USA i Anglię).

Tak się dział pomimo ciągłego alarmowania tych mocarstw przez polskie państwo podziemne, o zagładzie Żydów. Zdradą interesów żydowskich było przecież choćby wstrzymanie się od bombardowań infrastruktury kolejowej wykorzystywanej przez Niemców do transportu Żydów do niemieckich obozów śmierci.
Wiedziały o tym też środowiska żydowskie w USA, które były informowane o masowej zagładzie współbraci w obozach śmierci. Dlaczego nic nie zrobiono w interesie eksterminowanych Żydów? Ta sprawa, łącznie z rzekomym udziale Polaków w holokauście wymaga międzynarodowego nagłośnienia poprzez publikacje w językach obcych (głównie angielskim, francuskim i hiszpańskim). Formami publikacji powinny być zwłaszcza książki, artykuły i internet. Muszą być organizowane konferencje naukowe, muszą powstawać na ten temat filmy, dzieła sztuki, itp. W ten proces powinny być zaangażowane silne ośrodki polonijne. Powinny być wykorzystywane wszystkie ważne dla nas dokumenty historyczne, w tym także dokumenty ONZ, świadczące o zaangażowaniu Polski w obronę ludzkości przed reżimami totalitarnymi (niemieckim i sowieckim).

Jeśli chodzi o ujawnienie prawdy o stosunkach polsko-żydowskich, to uczelnie polskie powinny uruchomię sprawę pisania doktoratów i prac magisterskich o zbrodniach i niegodnych zachowaniach Żydów w stosunku do Polski jak i analogicznych zachowaniach Polaków w stosunku do Żydów. Muszą powstać na ten temat doktoraty i prace magisterskie.

Stanisław Brynda

Genewa

Opublikowano w Teksty
poniedziałek, 28 maj 2018 18:25

Abramowicz tropem Bagsika i Gąsiorowskiego

Jeden z najbogatszych Rosjan, Roman Abramowicz wylądował dziś na lotnisku ben Guriona w Tel Awiwie, jak poinformowały izraelskie media.
O przyjeździe Abramowicza do Izraela poinformował między innymi izraelski dziennik „Times of Israel”. Rosyjski oligarcha miał pojawić się w Tel Awiwie w poniedziałek. Jak twierdzi gazeta na miejscu odebrał dokumenty potwierdzające jego izraelskie obywatelstwo. Gazet przypomina też, że brytyjska wiza Abramowicza straciła ważność w zeszłym miesiącu, zaś od 2015 roku obowiązują surowsze zasady legalizowania swojego pobytu na terytorium Wielkiej Brytanii. Ostatnie napięcie między Londynem a Moskwą, związane ze sprawą Siergieja Skripala, znacząco obniżyły szanse Abramowicza na uzyskanie brytyjskiej wizy, twierdzi „Times od Israel”.
Fakt przybycia Abramowicza do Izraela i posiadania przez niego obywatelstwa tego państwa potwierdziło miejscowe Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. „Roman Abramowicz przybył do ambasady Izraela w Moskwie jak każda inna osoba. Wypełnił wniosek o zezwolenie na imigrację, jego dokumenty zostały sprawdzona zgodnie z Prawem Powrotu i faktycznie jest on uprawniony” – powiedział rzecznik izraelskiego MSW, potwierdzając, że Abramowicz uzyskał obywatelstwo Izraela przedstawiając dowody swojego żydowskiego pochodzenia. Abramowicz zamieszkał w posiadłości w dzielnicy Tel Awiwu Neve Tzedek.
51-letni Abramowicz jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie i w Rosji, a obecnie najbogatszym Izraelczykiem. Jego majątek szacowany jest na 12,5 miliarda dolarów. Abramowicz zbił go na współpracy z czołowym niegdyś oligarchą Borysem Bieriezowskim. Był właścicielem firmy naftowej Sibnieft, którą w 2005 roku sprzedał Gazpromowi. Od 2003 roku jest właścicielem klubu piłkarskiego Chelsea Londyn. W latach 2000-2008 był gubernatorem Czukotki. Od lat mieszkał w Wielkiej Brytanii.

timesofisrael.com kresy.pl

Opublikowano w Goniec Poleca

Aleksander Wierzejski: W studiu poranka Wnet pan Krzysztof Bosak, witamy serdecznie. Imigracja do Polski to jest coś, co wybuchło ostatnio. Taka dość oczywista pana konstatacja, że przyjeżdżają do Polski ludzie z całego świata, wywołała gwałtowne reakcje.

        Krzysztof Bosak: Właśnie trudno to zrozumieć, dlatego że chyba wydaje się, że mój wpis na Twitterze wywołał tę reakcję, ze względu na to, że skupiłem się na jednym konkretnym człowieku, który minął mnie, jak to napisałem, pedałując na rowerze w turbanie. 

        I to że turban, że rower, że pedałował oczywiście wywołały tysiące komentarzy, szczególnie wśród liberalnych czy lewicowych dziennikarzy, którzy poczuli się upoważnieni do tego, by serwować moralne pouczenia, że rasizm, że nietolerancja, że „wyszło z tego narodowca”. 

        Natomiast chyba każdy przy zdrowych zmysłach, kto potrafi czytać ze zrozumieniem, pojmie, że chodzi o szerszy problem niż o jednego człowieka, którego minąłem. Mówimy o tysiącach ludzi, którzy pojawili w ciągu ostatnich dwóch lat w Warszawie i na Mazowszu, ale i w całym kraju.

        Wystarczy spojrzeć na dane Urzędu do spraw Cudzoziemców. Każdy może wejść na jego stronę i po prostu pozaznaczać kraje, z których do nas ludzie przyjeżdżają, zaznaczyć pozwolenia na pobyt czasowy, z których z reguły korzystają ci, którzy pracują, są imigrantami zarobkowymi w Polsce, i łatwo się zorientuje, że tylko z takich państw, jak Indie, Nepal, Bangladesz i Pakistan w ciągu ostatnich dwóch lat, czyli za rządów PiS, które jest teoretycznie, jak to piszą w prasie zagranicznej, „nacjonalistyczne, antyimigranckie, populistyczne”, przyjechało ponad 10 tysięcy osób, więc nie mówimy o jednej osobie, mówimy o ponad 10 tysiącach osób z Azji, które pracują.

        Ja oczywiście tego nie kwestionuję, natomiast pytanie, czy potrzeby przedsiębiorców, biznesu i rynku pracy są tym, co ma sterować polską polityką imigracyjną. Skoro takie państwa, jak Czechy czy Litwa, są w stanie wprowadzać pewne ograniczenia dla imigracji zarobkowej, a my ani nie rozwiązaliśmy do końca problemu bezrobocia, ani też nie rozwiązaliśmy tej sprawy, o której była mowa, czyli umożliwienia Polakom powrotu z zagranicy i repatriacji Polaków, to dlaczego rząd właściwie otworzył  granice. 

        Dlatego że w tej chwili wojewodowie nie stosują żadnych kryteriów selekcji imigracji ani jej ograniczania, po prostu wydają te pozwolenia taśmowo.

        To jest oczywiście cała masa problemów zaczynająca się od tego, czy my mamy jakiś sposób na skontrolowanie tego, co ci ludzie robią w Polsce?

        Nie mamy żadnego, rząd zupełnie nad tym nie panuje. (...) Zwróćmy uwagę, już po tym moim kontrowersyjnym wpisie m.in. portal Natemat zrobił wywiad, w którym Hindusi jeżdżący dla firmy Uber i na rowerach odpowiadają mi na mój wpis, i pośród tych odpowiedzi typu: uczciwie pracujemy, Polska jest fajna, jest też taka ciekawostka, że dziennikarz pyta ich, czy myślicie dalej jechać na Zachód, a oni odpowiadają, nieee, tam jest dużo trudniej dostać pozwolenie i wizę.

        Czyli okazuje się, że Polska z tym teoretycznie patriotycznym niby antyimigranckim rządem ma, w mojej opinii, być może najbardziej liberalną w tej chwili politykę imigracyjną w Unii Europejskiej, dlatego że państwa zachodnie przyjęły tych tzw. uchodźców, ale jeżeli chodzi o imigrację zarobkową, prowadzą jakąś politykę. Rząd polski w tej chwili, jeśli chodzi o imigrację zarobkową, nie prowadzi polityki żadnej, poza polityką otwarcia granic. 

        I to trzeba powiedzieć wyraźnie, premier Morawiecki realizuje strategię rządu wypracowaną jeszcze w okresie, kiedy był w zespole doradców premiera Tuska, dlatego że wówczas zespół doradców premiera Tuska pod kierownictwem ministra Boniego wypracował strategię „Polska 2030” i to był pierwszy oficjalny dokument, w którym wprost powiedziano – co myśmy zresztą nagłaśniali, ale nikt tego nie słuchał, PiS się też wtedy tym w ogóle nie zainteresował, dzisiaj już wiemy dlaczego – że luka demograficzna będzie dopełniana imigracją zarobkową z całego świata i że to jest sposób. 

        I dokładnie to w tej chwili robi rząd. Przy czym chcę powiedzieć, że jest to uzasadnienie fałszywe, dlatego że patrząc z punktu widzenia luki demograficznej i nierównowagi w tej piramidzie pokoleń, my powinniśmy sprowadzać dzieci, a nie ludzi w moim wieku, ponieważ ludzi w tym wieku nie brakuje w piramidzie demograficznej w naszym społeczeństwie. Będzie brakować w naszym społeczeństwie ludzi właśnie znacznie młodszych, w wieku dzieci, więc nawet z punktu widzenia dopełniania luki demograficznej, ta polityka jest źle pomyślana.

        Jeszcze na jedną rzecz chcę zwrócić uwagę, nie mamy żadnej gwarancji, że ci imigranci, których w tej chwili ściąga rząd, poza tym że nie było żadnej demokratycznej dyskusji na temat tego, czy oni mają tu być, czy mają tu zostać, czy się na to zgadzamy, do których powiatów i w jakiej liczbie. Na przykład z samego Nepalu, Indii, Pakistanu i Bangladeszu na Mazowszu – mówimy głównie o Warszawie, to nie jest jedna osoba, którą ja minąłem, to jest 8 tysięcy. 8 tysięcy przyjęto w ciągu ostatnich dwóch lat. 

        Ludzie w reszcie kraju nie mają o tym pojęcia, bo ich nie widać. Ich widać w kilku punktach. Na przykład duże korporacje współpracują z agencjami rekrutacyjnymi, i tam gdzie duża korporacja otwiera swój zakład, tam oni ich ściągają, punktowo. Natomiast reszta ludzi nie ma o tym pojęcia. To oczywiście wpływa na rynek pracy, i powiedzmy to – to wpływa na pensje, które nie rosną. Tak jak robotnik ukraiński w tej chwili konkuruje płacowo z robotnikiem polskim na tej samej budowie... Te stawki, na które zgadzają się pracownicy z Ukrainy, bywają często 30 procent niższe niż te, na które gotowi są zgodzić się Polacy, więc w oczywisty sposób to cały czas powoduje wypychanie Polaków na emigrację, utrzymywanie stawek Polaków na niskim poziomie i po prostu konkurencję płacową, jak powiedziałem, robotnika z Mołdawii, Białorusi, Ukrainy z robotnikiem polskim na polskiej budowie – na budowie w Polsce, bo to często są korporacje zagraniczne, które tu wpuściliśmy w radosny sposób, w ogóle się nie przejmując, kto zarabia na robieniu biznesu w Polsce. 

        Natomiast centra na przykład logistyczne, firmy, korporacje międzynarodowe, polski pracownik z okolicznych gmin i powiatów konkuruje z pracownikiem z Nepalu, z Bangladeszu, z Indii.

        I teraz ktoś powie, to są uczciwi ludzie, którzy chcą po prostu pracować, nie łamią prawa. To prawda. Co do zasady to prawda i to dotyczy także pracowników z Ukrainy. To są ludzie spokojni, uczciwi, którzy ciężko pracują. Pytanie, czy to, że ktoś spokojnie, uczciwie i ciężko chce pracować, jest wystarczającym argumentem, żeby przesiedlać go masowo do Polski, bo w ten sposób możemy do Polski przesiedlić 50 milionów ludzi albo 50 tysięcy.

        Indie liczą miliard ludzi, Pakistan 150 milionów, Bangladesz 130.

        Mówimy o ogromnych rzeszach ludzi. Analizowanie tego wyłącznie przez indywidualistyczną perspektywę typu „ja go poznałem, on jest OK, napił się ze mną wódki, mówi dzień dobry, dziękuję, kocham was”, naprawdę, to jest tak infantylny sposób rozumowania. Musimy to rozpatrywać w ogólnych kategoriach, jak to przekształca nasze społeczeństwo. I teraz pytanie, które chcę postawić, jest następujące, jaki odsetek imigrantów na naszym rynku pracy, ci, którzy są tacy liberalni, otwarci i tolerancyjni, dopuszczają? 

        Niech powiedzą to otwarcie. 5 procent, 15, 25 czy 50? Niech po prostu powiedzą to otwarcie i zaczniemy dyskusję o liczbach. Ja na przykład uważam, że dopuszczalny dla mnie i akceptowalny poziom obecności imigrantów – przy ich równomiernym rozproszeniu, bez żadnego skoncentrowania i tworzenia gett, a już w Warszawie zaczyna się gettoizacja zarówno imigrantów muzułmańskich, których wbrew temu, co się mówi, pojawiło się w Warszawie sporo – był o tym film Witolda Gadowskiego, można go obejrzeć na YouTube, polskie służby graniczne nie panują nad granicą. Oczywiście wszyscy są cicho, bo oni głównie chcą przenikać na Zachód, natomiast to jest fakt. 

        Druga sprawa to są ci nowi imigranci z Azji, z Indii czy hinduscy, tak ich umownie nazwijmy. Poza tym jest duża fala cały czas wpuszczana imigracji z Chin, Wietnamu. To jest kolejne ponad 10 tysięcy. 

        Jeżeli do tego dodamy inne państwa, to nam wyjdą dziesiątki tysięcy w ciągu ostatnich dwóch lat za rządów PiS. I teraz jeszcze jedna rzecz bardzo interesująca, którą chcę powiedzieć. 

        Rząd nad tym nie panuje. Co to znaczy? To znaczy rząd dał zgodę wojewodom, odpowiadają za to bezpośrednio właśnie ministrowie spraw wewnętrznych, czyli obecnie minister Brudziński, wcześniej minister Błaszczak, a bezpośrednio za to premier Szydło, premier Morawiecki i prezes Kaczyński. 

        Oni dali zgodę wojewodom, żeby taśmowo wydawać zgody. U wojewodów jest taki departament, który wydaje te zgody, decyzje legalizacyjne. To są zgody czasowe, ktoś powie. To prawda. One upływają. Tylko jak wygląda procedura? Procedura wygląda tak, że jeżeli skończy się zgoda na pobyt czasowy, to można dostać decyzję, że trzeba wyjechać. Natomiast od tej decyzji można się odwołać i tych odwołań jest w tej chwili tak dużo, że Urząd ds. Cudzoziemców, który zgodnie z Kodeksem postępowania administracyjnego takie decyzje powinien rozpatrywać w ciągu miesiąca, nie wyrobił się jeszcze z odwołaniami z 2016 roku. 

        Urząd ds. Cudzoziemców całkowicie stracił kontrolę nad kontrolą odwołań od decyzji o upływającym pobycie czasowym, co oznacza, że żadne media nie zajmują się sprawą, iż my w tej chwili straciliśmy kontrolę nad polityką imigracyjną.        

        Więc jeszcze raz podkreślam, nie chodzi o jednego Hindusa w turbanie, pedałującego na rowerze dla firmy Uber Eats, chodzi o dziesiątki tysięcy osób, które bez żadnej debaty zostały wpuszczone na polski rynek pracy, które płacowo konkurują z polskim pracownikiem. 

        I moim zdaniem, jest to sytuacja, której kapitaliści, liberałowie nie chcą przyjąć do wiadomości, w której interes pracodawców zaczął rozmijać się z interesem narodowym, dlatego że w naszym długoterminowym interesie narodowym jest to, aby, po pierwsze, mniejszości w Polsce nie były zbyt liczne, po to żeby nasze pokojowe współżycie trwało, po to żebyśmy byli narodem gościnnym, tolerancyjnym, a nie żeby wróciły konflikty narodowościowe, jakie mieliśmy w dwudziestoleciu wojennym. 

        A tam gdzie jest dużo mniejszości, duże ich skoncentrowanie, tam zawsze znika asymilacja, znika integracja, pojawiają się konflikty. W szczególności będzie to widać na rynku pracy. 

        Już w tej chwili zawiązują się ukraińskie związki zawodowe i ja im się nie dziwię, to chcę powiedzieć. 

        Więc chcemy pokojowego współżycia. Żeby było pokojowe współżycie, tolerancja, integracja, asymilacja, mniejszości musi być statystycznie mało, one nie mogą stanowić żadnych większości, żadnych skupisk ani w miejscach zamieszkania, ani w szkołach ich dzieci. I poza tym przede wszystkim polska kultura musi być kulturą dominującą. Ta cała wiara w wielokulturowość, w dodatku na tzw. prawicy, to jest jakiś obłęd. Za tym stoi taka koncepcja...

(...)

        Nasi politycy, co gorsza nasi biskupi wydają listy, o tym że wielokulturowość to nasza wielka tradycja Rzeczpospolitej. 

        Jakiś totalny anachronizm. W każdej sprawie chcemy być nowocześni, ale w kwestii wielokulturowości nagle wszyscy stali się miłośnikami I Rzeczpospolitej. A czemu nie są miłośnikami monarchii w takim razie? 

        Zapominają, że ta wielokulturowość szła w parze z monarchią. A czemu nie są miłośnikami feudalizmu, czemu nie są miłośnikami na przykład odrębności sądownictwa dla mniejszości narodowych, tak jak mieli Żydzi? 

        Dlaczego wybierają sobie tylko jeden relikt z przeszłości, a nie wybierają wszystkich? I tak naprawdę sprzedają nam koncepcje, które są na Zachodzie, które totalnie poniosły porażkę. Bo to wszystko, o czym ja mówię, działo się na Zachodzie.

        I na przykład redaktor Memches, którego skądinąd znam, lubię i szanuję, mówi mi, że jeżeli oni przyjeżdżają do pracy, to nie jest multi-kulti. Jak to nie? Przecież ci wszyscy imigranci, którzy stanowią tak liczne społeczności imigranckie na Zachodzie, to są potomkowie tych, i ci, którzy przyjechali do pracy. Ta fala uchodźców to jest zupełnie nowa sprawa. 

        Jeszcze raz podkreślę, nie chodzi wyłącznie o imigrantów muzułmańskich. Oczywiście jest tak, że z imigrantami muzułmańskimi ze względu na pewną ekspansywność religii muzułmańskiej jest może na Zachodzie najciężej, ale to nie znaczy, że inne narodowości nie stanowią problemu. Dam prosty przykład. Niedawno rozmawiałem z dyrektorem szkoły katolickiej w Belgii, w Brukseli konkretnie, w ich stolicy. Ten dyrektor szkoły katolickiej w szkole katolickiej ma zaledwie 4 procent katolickich dzieci, reszta to są dzieci innych wyznań. I to jest zagrożenie.

        Szkoła katolicka jest szkołą dobrą, uczy wartości i bogaci muzułmanie chętnie do takich szkół wysyłają swoje dzieci.

        I bogaci, i biedni. Natomiast pytanie, którego nie zadają sobie z powodu swojego zbyt dobrego samopoczucia liberalnie nastawieni, wielokulturowi, superotwarci Polacy, z prawicy i z lewicy, tutaj różnica zniknęła zupełnie, jest takie – czy my jesteśmy w stanie rozwijać polską kulturę bez Polaków? 

        To znaczy moja opinia i narodowców opinia jest taka, że żeby rozwijać polską kulturę w jej tradycyjnej formie, przy całej wewnętrznej różnorodności, nie tylko w wydaniu endeckim, ale niech tam i w wydaniu piłsudczykowskim, romantycznym, insurekcyjnym, katolickim, laickim, wszystkie nurty polskiej kultury, weźmy te wszystkie nurty razem – czy jesteśmy w stanie rozwijać się w oparciu o Hindusów, mieszkańców Chin, Pakistanu, Indii, Bangladeszu, a nawet Mołdawii, Białorusi czy Ukrainy? 

        W mojej opinii, nie jesteśmy. Co oznacza, że z każdym imigrantem, któremu przyznamy obywatelstwo – a kwestia obywatelstwa stanie, nie w tej chwili, to za dwa – trzy lata, jak władzę przejmie lewica i liberałowie, rząd PiS,  może na razie rząd Morawieckiego tylko się odezwali, żeby szybko nadawać obywatelstwo, szybko, szybko, bo wyjadą. Na zachętę rozdawajmy obywatelstwo polskie... 

        Oczywiście, po PiS-ie przejmie władzę lewica, liberałowie, nie w tych wyborach, to w następnych, ale to niestety nastąpi. I wówczas na stole oczywiście znajdzie się kwestia obywatelstwa. Jeżeli będziemy tu mieli 100 tysięcy obcokrajowców...

        Jak przyjedzie milion Hindusów, to oni tam tego nie zauważą, tam się nie zrobi luźniej w Indiach.

        Tam się nie zrobi, ale tutaj zaraz nas oskarżą, że redaktor Wierzejski sprowadza do absurdu, jaki milion, jak Bosak widział jednego w turbanie, a co mu jeden przeszkadza i w ogóle świetna kuchnia indyjska, ja sobie jadłem u Hindusa i było super. 

        Więc nie mówmy o milionie, mówmy o liczbach, które są w Urzędzie ds. Cudzoziemców. Mówimy w tej chwili o dziesiątkach tysięcy za ostatnie dwa lata i przy utrzymaniu trendu – pracodawcy mówią, że trend trzeba utrzymać, i mówią o milionach – będziemy mówić już o milionach w perspektywie iluś lat. 

        Teraz, jakimi argumentami ta tzw. polska prawica, pożal się Boże, ma zamiar to odpierać w debacie o rozdaniu im obywatelstwa? A jeżeli rozda się obywatelstwo, to polska prawica może już nigdy nie wygrać wyborów w Polsce, dlatego że szeroko pojęta prawica, włączając w to PiS, który jest dla mnie taką fejkową prawicą, wygrywa niewielką większością. Przecież wszyscy to wiemy, że z całej jakby puli Polaków, społeczeństwa, to mniejszość poparła PiS i w wyniku pewnego splotu korzystnych okoliczności PiS ma w tej chwili samodzielną władzę. To się może nigdy nie powtórzyć. 

        A w Wielkiej Brytanii w tej chwili analizy pokazują, że na przykład w Londynie prawdopodobnie konserwatyści nigdy już nie wygrają wyborów, dlatego że są zbyt biali, jak mówią publicyści. Tam wygrał wybory Sadiq Khan, potomek imigrantów z Azji, jako burmistrz Londynu.

        I pytanie, czy chcemy iść w tę stronę, dlatego że to nie jest tak, że potrzeba mieć 50 plus 1 procent obcokrajowców, żeby nie móc wygrać wyborów. 5 czy 10 procent w danym okręgu wyborczym wystarczy. Na przykład rozmawiałem z kolegą z powiatu, narodowcem, który teraz działa w PiS-ie – są, niestety, tacy. On mi powiedział, jak to działa w jego powiecie, gdzie jest silne, dobrze zorganizowane, zwarte skupisko mniejszości ukraińskiej. To ta mniejszość decyduje, kto wygra wybory samorządowe. PiS, żeby wygrywać, musiał się dogadać z mniejszością ukraińską, bo inaczej wygrywała zawsze lewica albo Platforma. I to jest kilka procent, ale to jest kilka procent, które jest języczkiem u wagi. 

        Mam wrażenie, że nikt nie odrobił lekcji z dwudziestolecia wojennego.

        Dlaczego narodowcy byli zablokowani politycznie jeszcze przed zamachem majowym? Między innymi dlatego, że lewica, czyli obóz Piłsudskiego, zawierała sojusze z mniejszościami narodowymi. 

        Możemy powiedzieć narodowcy źli, antysemici, powinni się podogadywać z Żydami, a nie politycznie z nimi konkurować. To jest już temat na inną dyskusję, natomiast faktem jest, że tam, gdzie pojawiają się liczne mniejszości obdarzone prawem obywatelskim, stają się języczkiem u wagi. 

        A jaki takie mniejszości popierają program polityczny? Liberalno-lewicowy, idący w kierunku multikulturowości, wielokulturowości, czy w kierunku umacniania polskości, umacniania katolicyzmu? 

        Niech każdy rozsądny katolik czy Polak sobie na to odpowie i pójdzie po rozsądek do głowy, bo robienie z tego, że ma rosnąć PKB, wyznacznika naszej polityki to jest jakiś absurd. ZUS ma służyć Polakom, a nie Polacy ZUS-owi. Postęp gospodarczy ma służyć Polakom, a nie kompozycja społeczeństwa postępowi gospodarczemu. To jest dla mnie tak oczywiste, że nie rozumiem, dlaczego inni stali się tak kosmopolityczni, że nie robi im już zupełnie różnicy, kto w Polsce będzie mieszkał. 

        To Polacy walczyli choćby z germanizacją w okresie zaborów czy rusyfikacją, żeby teraz dobrowolnie się zazjatyzować, zafrykanizować, zislamizować? 

        Zadajmy sobie te wszystkie pytania, zacznijmy o tym dyskutować. Jeszcze raz to powiem, 10 – 50 czy to Arabów, czy Hindusów nie robi dla mnie żadnego problemu. Mieszkam w Warszawie od kilkunastu lat. Ludzie, którzy prowadzą tu restauracje, są pewnym kolorytem tego miasta. Nikt z nas, narodowców, nie miał z tym problemu. 

        Te obrazki, które krążą w Internecie, żeby demaskować narodowców, że po Marszu Niepodległości zjedli kebaba. No tak, ja też wiele razy w życiu zjadłem kebaba, zjadłem w restauracji hinduskiej, takiej, owakiej. Lubię różnorodność światowej kuchni, ale widzę różnicę pomiędzy jednym prowadzącym restaurację, jednym kucharzem, przedsiębiorcą, nauczycielem, imigrantem, Wietnamczykiem, który uciekał przed komunizmem, czy Koreańczykiem, a pomiędzy zastępowaniem naszej siły na rynku pracy poprzez ściąganie masowej imigracji.

        Przy czym jeszcze raz chcę to powiedzieć, my musimy rozpatrywać wszystkie dyscypliny, dziedziny gospodarki łącznie, dlatego że to nie jest tak, że superwykwalifikowana imigracja w dużej ilości też nam się opłaca, dlatego że jeżeli zezwolimy na przykład firmom, które zatrudniają informatyków, ściągać informatyków z Indii, to Indie są nam w stanie także dostarczyć dowolnie dużą liczbę informatyków. I teraz powstaje pytanie, czy jeżeli my prognozujemy, że na polskim rynku pracy w perspektywie na przykład 10 lat potrzebujemy dodatkowych 10 tysięcy informatyków, to czy my spośród trzydziestokilkumilionowego narodu i młodszej generacji, która liczy ileś tam setek tysięcy, jesteśmy w stanie wykształcić każdego roku plus tysiąc informatyków na naszych wydziałach, co zajmuje powiedzmy te 3 – 4 lata, jak ktoś jest zdolny i sam się uczy, czy my chcemy ich już teraz ściągnąć z Indii? Otóż ja uważam, że my powinniśmy, póki mamy takie możliwości, a mamy, wykształcić swoje kadry.

        Zacznijmy wreszcie o tym dyskutować, bo to że ktoś posiada obywatelstwo, nie czyni go Polakiem, albo że się z nami napije wódki.

        To jest nic, nie ma „polskości instant”, to zawsze będzie jakaś „fake polskość”, to będzie po prostu oszukiwanie. Jesteśmy w stanie uznać kogoś jako cudzoziemca, który uczciwie pracuje. 

        Natomiast jeszcze jedną rzecz chcę powiedzieć na koniec. Ja uważam, że wszyscy ci tolerancyjni, otwarci, superotwarci, lewicowi, prawicowi Polacy są głęboko nieuczciwi względem tych obcokrajowców. 

        Uważam, że oni ich traktują instrumentalnie, nie traktują ich jak chrześcijanie. 

        Uważam, że jak przyjdzie do dyskusji o obywatelstwie, wielu z nich będzie przeciw. Uważam, że jak przyjdzie do dyskusji o przywilejach socjalnych, wielu z n ich będzie przeciw. Uważam, że jak przyjdzie do dyskusji o równych wynagrodzeniach, wielu z nich będzie przeciw. 

        Uważam, że oni mają gdzieś, czy ci ludzie mają ubezpieczenie zdrowotne i czy mieszkają w ośmiu w jednej izbie, czy jeden w jednej izbie.

        Uważam, że oni mają gdzieś to, za jakie stawki ci ludzie są zatrudniani, w jakich warunkach mieszkają. A w poprzednie wakacje podjąłem się prac sezonowych nad polskim wybrzeżem i mieszkałem dokładnie w takich samych warunkach jak imigranci ukraińscy i nie były to dobre warunki, muszę powiedzieć, jeżeli się przyjrzymy, co się proponuje sezonowej imigracji, która pracuje nad polskim morzem na przykład. 

        W związku z tym uważam, że ci wszyscy superotwarci są oderwani od rzeczywistości, mają bardzo mało kontaktu z realnym rynkiem pracy i tak naprawdę nie traktują po chrześcijańsku tych ludzi, traktują ich instrumentalnie. Wielu z nich patrzy na to jak na tabelki w Excelu, żeby tylko mieć takie poczucie wyższości, bo już nagle uważają, że oni będą tą lepszą kastą, która będzie wykonywać tylko prace biurowe, a te proste prace, których rzekomo Polak się nie chce podjąć, co jest kłamstwem, bo wielu Polaków pracuje fizycznie i robi dobrą pracę, to będzie teraz im wykonywał obcokrajowiec. Moim zdaniem, jest to jakaś kolejna odsłona polskiej megalomanii, jakiegoś głupiego polskiego snobizmu.

Krzysztof Bosak

Spisane z taśmy z Radia WNET

Opublikowano w Wywiady
Strona 1 z 98