Goniec

Register Login

piątek, 21 wrzesień 2018 06:38

Wasalstwo mową ciała zapisane

Oczywiście, zdjęcie z oficjalnego Twittera prezydenta USA Donalda Trumpa dało pożywkę polskiej “totalnej opozycji”, więc dla porządku zacznę od tego że jej propozycje polityczne, polityki zagranicznej nie wyłączając, są jeszcze bardziej żenujące od realizowanego obecnie przez Warszawę kursu strategicznego chłopca na posyłki.

Stało się, co się stało; nie wiadomo czy zostało to zrobione umyślnie, ale w polityce nie ma przypadków, zwłaszcza w “oku Saurona”. Język dyplomacji to także gesty, dlatego mamy protokół dyplomatyczny. W takich gestach lubują się Żydzi, którzy jeżeli ktoś im tam zajdzie za skórę, często zachowują się wobec niego jak dzieci w przedszkolu, poniżając w groteskowy sposób. Doświadczyli tego Turcy, których ambasador wezwany na dywanik musiał siedzieć na kanapie 0,5 m niżej od Żydów siedzących po drugiej stronie stołu na krzesłach; w innym przypadku stojący obok Netanjahu bodajże premier Turcji człowiek i tak mikry został postawiony poniżej podestu co powodowało, że sięgał Bibiemu pod pachę, w jeszcze innym ambasadorowi zrobiono na lotnisku rewizję osobistą…

Fakt podpisania strategicznego partnerstwa między Polską a USA na rogu blatu biurka prezydenta USA to po prostu historyczna symbolika, a skomentowanie tego przez szefa MSZ Czaputowicza słowami, że “zaszczytem jest dopuszczenie do biurka, przy którym pracuje przywódca innego państwa” wydaje się być wyjęte ze sztambucha grzecznej pensjonarki.

Patrząc na to wszystko można naprawdę zacząć się bać; bać o Polskę i zadawać sobie pytanie czy ona w ogóle istnieje? Oczywiście, istnieje administracyjny twór o tej nazwie, ale czy istnieje państwo polskie, które realizuje interes narodowy Polaków? Państwo zdolne przeciwstawić się interesom żydowskim, rosyjskim, niemieckim, amerykańskim - a raczej zdolne rozgrywać te interesy dla własnej korzyści?

USA stają się tymczasem głównym egzekutorem żydowskiego interesu na terenie Polski co doskonale obrazuje to, jak po amerykańskim ofuknięciu Polacy w podskokach znowelizowali ustawę o IPN, a następnie mówili, że deszcz pada, gdy Waszyngton stanął murem za roszczeniami żydowskimi wobec mienia bezspadkowego. No i dzisiaj również uważają, że to deszcz. Fakt, że miłość do USA ślepa jest - to wiadomo było od dawna - ale to, że mamy syndrom sztokholmski, to okazuje się dopiero ostatnimi czasy. Zastanawiam się tylko, gdzie podpadł prezydent Duda? No bo przecież na odcinku żydowskim chyba nie można mu niczego zarzucić. Pamiętam, jak w Warszawie ukląkł nawet przed tablicą upamiętniającą na Dworcu Gdańskim pożegnalne  łzy Żydów wyrzuconych przez partię komunistyczną z PRL-u… Czyżby dostał prztyczka za nie swoje grzechy?

Andrzej Kumor

Jeśli możesz, wesprzyj nasze wydawnictwo! Tel. 416-732-2951

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 21 wrzesień 2018 04:46

W pionie i w poziomie

michalkiewicz    Prezydent Trump dał już poznać swoje szorstkie maniery, więc może zapomniał poprosić polskiego prezydenta o zajęcie miejsca w fotelu, ale możliwe jest i to, że pan prezydent Duda usiąść się nie ośmielił. Może cały czas dręczyła do myśl, że jeśli usiądzie, to rozgniewany taką zuchwałością prezydent Trump znowu zamknie przed nim szlaban do Białego Domu i Polska, na oczach całego świata.

Któż nie pamięta pięknej sceny z „Kariery Nikodema Dyzmy”, kiedy to Dyzma, już jako wpływowy prezes Banku Zbożowego, przyjmuje w swoim gabinecie niejakiego Boczka, zredukowanego naczelnika urzędu pocztowego w Łyskowie, gdzie Dyzma był jego podwładnym, który próbuje uzyskać od niego jakąś protekcję i daje do zrozumienia, że w razie czego ucieknie się do szantażu? Dyzma w pierwszej chwili wybucha gniewem i krzyczy do Boczka: „wstać, kiedy ja stoję!” - ale potem się reflektuje i rozmawia z nim spokojnie i uprzejmie, bo już podjął decyzję, że Boczka ukatrupi.

Przypomniała mi się ta scena gdy na fotografii zobaczyłem pana prezydenta Andrzeja Dudę, w towarzystwie prezydenta Donalda Trumpa podpisującego wspólną deklarację. Nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby nie to, że prezydent Duda podpisuje na stojąco, podczas gdy prezydent Trump siedzi.

Czy nie poprosił prezydenta Dudę, by też sobie usiadł, czy też pan prezydent Duda nie ośmielił się usiąść w obecności prezydenta Trumpa – tego pewnie już nigdy się nie dowiemy – ale i jedno i drugie jest możliwe.

Prezydent Trump dał już poznać swoje szorstkie maniery, więc może zapomniał poprosić polskiego prezydenta o zajęcie miejsca w fotelu, ale możliwe jest i to, że pan prezydent Duda usiąść się nie ośmielił. Może cały czas dręczyła do myśl, że jeśli usiądzie, to rozgniewany taką zuchwałością prezydent Trump znowu zamknie przed nim szlaban do Białego Domu i Polska, na oczach całego świata. w ramach ekspiacji, znowu będzie musiała zostać wytarzana w smole i pierzu? Gdyby tak było rzeczywiście, to trzeba docenić poświęcenie pana prezydenta, który dla Polski gotów był nawet stać przez całą audiencję.
Ale mniejsza o to, bo oczywiście ważniejsze są efekty tej wizyty. Prawdę mówiąc, jest ich niewiele, bo z deklaracji wynika, że pan prezydent Duda nie ośmielił się poruszyć w rozmowie tematu ustawy nr 447 JUST, która grozi Polsce i narodowi polskiemu żydowską okupacją.

Utwierdza mnie to w podejrzeniach, że zarówno pan prezydent Duda, jak i pozostali dygnitarze Stronnictwa Amerykańsko-Żydowskiego, już pogodzili się z losem i tylko nie wiedzą jeszcze, jak tu przekazać tę wiadomość polskiej opinii publicznej.

Zresztą nie tylko on i – bo również przedstawiciele Stronnictwa Pruskiego nabrali wody w usta i nawet zabraniają wspominać o tym w telewizjach nierządnych.

Panu prezydentowi Dudzie nie udało się też uzyskać żadnej konkretnej obietnicy nawet w sprawie wiz dla Polaków, ani też żadnej konkretnej odpowiedzi na przymilną ofertę zbudowania przez Polskę na terytorium naszego nieszczęśliwego kraju „Fortu Trumpa”. Odpowiadając na pytanie amerykańskiego dziennikarza, co prezydent Trump mu na to odpowiedział, prezydent Duda dał popis wodolejstwa, z którego jasno wynikało, że również udzielił mu odpowiedzi wymijającej.

Ale bo też o takich sprawach prezydent Trump może rozmawiać z Rosją, z którą w 1997 roku USA podpisały w Paryżu umowę, że na terytoriach nowych członków NATO nie będą zakładane żadne stałe Paktu Północnoatlantyckiego. Z tego właśnie powodu obecność ciężkiej brygady wojsk USA w Europie Środkowej ma charakter „rotacyjny”.

Możliwe tedy, że prezydent Trump, już wie, że „Fort Trump”, albo jeszcze prędzej – Fort Dajan”, będzie już w Polsce budował Izrael, a w tej sytuacji tubylczy prezydent Duda będzie musiał tylko przedstawić to polskiej opinii publicznej jako jeszcze jeden wielki sukces. Toteż ze wspólnej deklaracji można wydedukować tylko dwa konkrety: po pierwsze Polska zobowiązała się do regularnego opłacania się Stanom Zjednoczonym za ochronę nie tylko pokrywając jej rosnące koszty, ale również – po drugie – kupując amerykański gaz, co w nowomowie nazywa się „dywersyfikacją” i „bezpieczeństwem energetycznym”.
Pan prezydent Duda podkreślił w swoim wystąpieniu na konferencji prasowej, że przyjechał do Waszyngtonu prosto z konferencji państw Trójmorza. To prawda – ale tego samego dnia akces do Trójmorza złożyły Niemcy i to nie jako „partner”, tylko jako uczestnik tego projektu. Nawiasem mówiąc, gdyby Niemcy osiągnęły swój cel, to projekt powinien zmienić nazwę na „Czwórmorze”, bo przecież Niemcy leżą nie tylko nad Bałtykiem, ale i nad Morzem Północnym.

Ale nie to jest najważniejsze bo ta niemiecka oferta pokazuje, że Niemcy traktują ten projekt poważnie, znacznie poważniej, niż np. Polska, a po drugie – że zależy im na uczestnictwie w nim by tym łatwiej rozsadzać go od środka.

Projekt Trójmorza zagraża bowiem co najmniej trzem ważnym interesom niemieckim: po pierwsze – podważyć może i to w sposób trwały, niemiecką hegemonię w Europie, po drugie – zablokować projekt budowy IV Rzeszy, w który Niemcy już tyle zainwestowały i po trzecie – stworzyłby państwom Europy Środkowej szansę uwolnienia się od ograniczeń nałożonych na nie przez niemiecki projekt „Mitteleuropa” z roku 1915. „Jak nie możesz ich pokonać – przyłącz się do nich” - radzi indiańskie przysłowie, toteż Niemcy grają na co najmniej dwóch fortepianach: z jednej strony pragną włączyć się do Trójmorza, by rozsadzić je od wewnątrz, a gdyby z jakichś powodów to się nie udało, to eskalują polityczną wojną w Polsce, by doprowadzić tu do przesilenia i zainstalowania rządu, który Polskę z projektu Trójmorza wycofa i w ten sposób położy mu kres. Na taką możliwość wskazuje czasowe wstrzymanie się Komisji Europejskiej od zaskarżenia Polski do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu. Jeśli z Trójmorzem coś pójdzie nie tak, to do ETS zostanie przeciwko Polsce skierowana taka sama skarga, jak przeciwko Węgrom, zaś pretekstu dostarczą nie tylko folksdojcze poprzebierani w „głupie średniowieczne łachy” - jak wyraziła się Oriana Fallaci podczas audiencji u ajatollaha Chomeiniego, ale i przebierańcy z Europejskiej Sieci Rad Sądownictwa, którzy właśnie wykluczyli ze swoich szeregów polską Krajową Radę, a niezależnie od tego, również pani Małgorzata Gersdorf kombinuje z Niemcami na własną rękę.

Sytuacja musi być przez rząd „dobrej zmiany” oceniana jako poważna, bo – po pierwsze – niemiecki owczarek, wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Franciszek Timmermans uznał ostatnie wyjaśnienia pana ministra Konrada Szymańskiego za niezadowalające, a w tej sytuacji premier Morawiecki został przez panią Małgorzatę Gersdorf, na własną prośbę, przyjęty na audiencji i to w gabinecie należących do Pierwszego Prezesa SN. Najwyraźniej również w ocenie rządu amerykańska podróż prezydenta Andrzeja Dudy została uznana za fiasko, a w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak wspólnie z panią Gersdorf, za którą Niemcy stanęły murem, wykombinować jakąś formułę, którą wyznawcom pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego będzie można przedstawić jako kolejny sukces.

Skoro prezydent Donald Trump nie żałował nam komplementów, że jesteśmy „strategicznym partnerem” USA i w ogóle, to dlaczego Niemcy miałyby ułatwić rządowi „dobrej zmiany” pielgrzymki do Canossy?

Stanisław Michalkiewicz

Jeśli możesz wesprzyj nasze wydawnictwo


Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz
piątek, 14 wrzesień 2018 08:41

Doug Ford stanął w naszej obronie

Użycie notwithstanding clause przez premiera prowincji Ontario Douga Forda jest posunięciem bardzo znaczącym – stawia go w pierwszym szeregu obrońców kanadyjskiej demokracji; tych, którzy uważają, że to my – mieszkańcy tego kraju – powinniśmy decydować o tym, co dzieje się w społeczeństwie, w polityce. Nasze prawo decyzji zostało ograniczone przez bardzo inteligentny wytrych.

        Mówił o tym zresztą sam premier podczas konferencji prasowej, gdy uzasadniał odwołanie się do tej bardzo rzadko używanej klauzuli zezwalającej na przeforsowanie ustawy uznanej przez sąd za sprzeczną z konstytucją. Ford podkreślał, że to on został wybrany przez ludzi, a nie sędzia, który zablokował ustawę ograniczającą liczbę radnych w Toronto; zablokował ją na gruncie konstytucyjnym, uznając, że po jej wprowadzeniu zbyt mało radnych reprezentowałoby zbyt dużo osób, a zatem prawo obywateli do ekspresji i bycia reprezentowanym zostałoby naruszone.

        Jest to oczywista bzdura. Bzdurą też naruszającą trójpodział władzy demokratycznego państwa jest to, by sędziowie recenzowali wszystkie ustawy, decydowali o ich kształcie, stając się de facto niewybieranymi ustawodawcami tego kraju.

        I tu właśnie jest pies pogrzebany – od 1982 r. jesteśmy w Kanadzie świadkami upolitycznienia sądów; używania interpretacji zapisanych w konstytucji praw i swobód do uznawania stanowionego przez posłów prawa za dyskryminację tej czy innej grupy i odrzucania lub zmieniania. Sądy stały się narzędziem przekształcającym instytucje tego kraju i zmieniającym społeczeństwo; narzędziem rewolucji, bo przecież to nie kto inny, jak sądy (w tym wypadku Sąd Najwyższy) uraczyły nas aborcją na żądanie, małżeństwami homoseksualnymi, eutanazją, legalnymi domami publicznymi i tym podobnymi wspaniałościami.

        Dochodzi do tego, że sędziowie recenzują nawet, wydawałoby się, zupełnie mało znaczące z powodów konstytucyjnych ustawy, jak ta, którą konserwatyści za premiera Harpera usiłowali ograniczyć zakres darmowych świadczeń medycznych dla osób ubiegających się o azyl w Kanadzie. 

        Tu też na drodze stanął Sąd Najwyższy, uznając, że tego rodzaju ustawa powodowałaby „trudne do zniesienia okrucieństwo”, a tym samym – wywodzono – byłaby niekonstytucyjna.

        Widzimy więc, że jesteśmy świadkami sądokracji – władzy niewybieranych przez nikogo, a mianowanych przez aktualny układ rządzący (premiera kraju w przypadku Sądu Najwyższego, a premierów prowincji w przypadku sędziów prowincyjnych) sędziów, którzy nad naszymi głowami zmienili świat, w którym żyjemy, nie pytając nas o zdanie. Czy to jest demokracja?! Czy to jest władza większości?! Dlaczego nie zapytano nas o to w referendach? Dlaczego te wszystkie sprawy nie były przedmiotem kampanii wyborczych?

        W 1982 r. Kanada, nowelizując swoją konstytucję, wyposażyła nasze lokalne cioty rewolucji, inżynierów „nowego Jeruzalem” w pałkę, którą niczym uliczny chuligan głowy, mogą rozbijać tradycyjne instytucje tego kraju. To pałką rozbito tradycyjne małżeństwo, tą pałką wprowadzono możliwość dobijania osób starych i chorych w szpitalach i wreszcie tą pałką usiłuje się obecnie na tak niskim poziomie jak przepisy prawa prowincyjnego forsować lewicowy program polityczny.

        Premier Doug Ford, odwołując się do notwithstanding clause, stanął na drodze podstępnego lewackiego „marszu przez instytucje”, jak to określał Rudi Dutschke – niemiecki lewak i komuch.

        Pomóżmy Fordowi utrzymać tę linię okopów.

Andrzej Kumor

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 14 wrzesień 2018 08:27

Tekst dla głupków

PanNikt4817Wielu naiwnie nadstawia się pod „odpowiedź”, co może nas uratować z tej politycznej diapauzy, w której tkwimy, no, gdzieś tak od 1648 r. Pomyślałem sobie, że może dla zaspokojenia ich potrzeb przedstawię taki „gotowiec” dla naiwnych gapciów, od razu nadmieniając, tłumaczenia nigdy dość wobec masy czytających „inaczej”, że niniejszy przekaz jest jawną kpiną. Tym niemniej myślę, że emocjonalnie i duchowo odpowie na zapotrzebowanie wielu będących „w potrzebie świetnych rozwiązań”. Utuli ich. Wypełni lukę istniejącą w nich. Jeszcze bardziej co prawda zagłębiając ich w dysfunkcji, ale przynajmniej zaspokoi chwilowo potrzebę bliskości ze swoimi urojeniami. 

        Ach, na początek – oprócz poniższego całego tekstu – mam coś dla tych tęskniących, wypatrujących i pragnących „dobrych podpowiedzi”. Kilka zgrabnych bon motów, dopalaczy emocjonalnych z przeszłości: „Rzymianie trafnie mawiali, że ciosy, które gnuśnym odbierają odwagę, stanowią bodziec dla dzielnych, a  desperacja bywa często źródłem nowej nadziei” – jak pisał ukochany Wespazjan Kochowski o czasach, kiedy Polacy – podobnie jak dziś – znikąd nie mogli oczekiwać pomocy. Ten żołnierz-poeta, symbol ówczesnych świadomych propaństwowych elit,  w   chwili, kiedy Moskwa, Szwecja, Brandenburgia i Siedmiogród razem z Kozakami i zdrajcami dokonali faktycznego rozbioru Polski w  latach 1655–1657, mówił głosem prawdziwie wolnego Polaka: „(...) w mroku, w którym się cały kraj pogrążył, znalazło się wielu takich, co nawet w największych trudnościach nie zwątpili o RZECZYPOSPOLITEJ; oni to byli źródłem dobrej nadziei i natchnieniem dla reszty. (…) Wszyscy, nawet i tacy, co nie dbali o sprawy publiczne, jasno zrozumieli, że starodawny ustrój królestwa jest naruszony, że podcięte zostały jego podstawy, to znaczy religia i wolność. (…) Niespodziewanie opanowani przez wrogów, gdy mała była nadzieja na rychłe posiłki od przyjaciół, musieliśmy polegać, po Bogu, na sobie samych”. 

 

PO DRUGIEJ STRONIE LUSTRA

        Zacznijmy więc tekst dla naiwnych durni. Starać się będę jak mógł, aby wejść w tę stylistykę chromego myślenia… Otóż, mogę zakładać, iż według ich wyobrażeń, tak naprawdę żadnym realnym  rozwiązaniem dla powodzenia, dla zbudowania Nowej Polski (koniecznie wielką literą!) – która będzie miała potencjał wystarczający do prowadzenia samodzielnej gry o wpływy na polu międzynarodowym – nie będzie zbudowanie Nowej Wspólnoty opartej tylko na tych, którzy zdarli już kajdany i wydobyli się z upiornego grobu. Oparcie się tylko na tych, którym udało się wrócić z Hadesu, tylko dlatego, że stali Świadomi (cóż to po prawdzie oznacza? Wielość odcieni i poziomów przecież jest tu istotna…). Nie. To się nie uda. Po pierwsze: jest nas za mało. Owszem, w przeszłości często właśnie mniejszość była motorem zmian, ale myślę, że jednak to za krucha siła, aby dać sobie radę z wrogami zewnętrznymi, jak i z Czcicielami Ciemności, tymi chodzącymi tuż obok nas zombie. Po drugie: prawda jest taka, że jedyną szansą dla nas jest uratowanie nie tylko nas samych, ale również – ich. Niewolnych (prawda, jakież to ckliwe myślenie?). A przynajmniej pewnej  ich części. Za pomocą głębokiej „terapii” musimy pomóc im uwolnić się  z uzależnionego myślenia (zupełna bzdura). 

        Aby lepiej zrozumieć ich tok rozumowania, sposoby argumentacji, przyjrzyjmy się bliżej, jak skonstruowany jest charakterystyczny dla Zniewolonych typ myślenia uzależnionego. Wiem, łatwo powiedzieć: „pomóc im za pomocą »terapii«. Niektórzy z czytelników uśmiechną się z politowaniem: „Mundralek wymyślił se koncept i z zadowoleniem przekonuje, że to da się  zrobić”. Jestem świadomy, że – jak w każdej trudnej terapii – część ze Zniewolonych nie będzie chciała się jej poddać. To normalne.  W końcu jest  to długi i bolesny proces. I dla nas, i dla nich (proszę mi wierzyć, z trudem dotarłem z pisaniem do tego miejsca, już mi niedobrze, ale brnę dalej…).

        Istotną częścią pokrętnego myślenia Niewolnych jest – jak pisał Abraham Twerski – zaprzeczanie, które „w uzależnionym, zniekształconym myśleniu jest w znacznej mierze spowodowane oporem wobec zmian. Jak długo ktoś zaprzecza rzeczywistości, tak długo może trwać przy swoich nawykowych zachowaniach”. Pamiętajmy zatem, że w czasie rozmów z nami o rzeczywistości, o Polsce, o polityce, o Smoleńsku, o szczepionkach, płaskiej ziemi,  chemitrailsach, iluminati, ciapatych, przebiegunowaniu globu, Polin, desancie żydowskim, kondominium, Wielkiej Lechii, szkodliwym wpływie wszechobecnego promieniowania (poproszę o uwagi, o czym jeszcze zapomniałem, o jakiej rzeczy z zasobu postrzegania świata przez „masowego szura” coś mi umknęło?) osoba z uzależnionym myśleniem będzie bronić się na wszystkie sposoby przed uznaniem rzeczywistości za taką, jaka jest w istocie (czyli jaką?), bo to oznaczałoby potrzebę rozpoczęcia  procesu fundamentalnych, trudnych dla tej osoby zmian. Zmian w sobie oraz zmian w postrzeganiu świata zewnętrznego (czym on jest naprawdę? Ale naprawdę?).  A lęk przed takimi  zmianami  może być tak duży, że uzależnieni od matrixa wolą oszukiwać przede wszystkim samych siebie. To nie brak siły woli, ale raczej  choroba woli i niezdolność do jej używania. Twerski zauważa, że „to zaburzenie w myśleniu nie wpływa na inne obszary rozumowania. Zatem osoba, która charakteryzuje się uzależnionym myśleniem, może być inteligentna, mieć intuicję, zdolność przekonywania i wyciągania trafnych wniosków natury filozoficznej  i naukowej. Specyfika uzależnionego sposobu myślenia polega na niezdolności do przekonywania samego siebie”. I nie jest odkrywczym  fakt, że u znacznej części Zniewolonych taka postawa wynika z ich niskiej samooceny, tj. negatywnych uczuć, jakie człowiek żywi wobec siebie samego, a które często nie mają uzasadnienia w faktach. Jeśli my sami – Wolni Polacy (buchachachacha, to dobre, naprawdę dobre…) – chcemy pomóc sobie, to czas przyjąć, że to na nas spoczywa trudny obowiązek pomocy  Niewolnym w zerwaniu ich kajdanów uzależnionego myślenia i wyciągnięciu ich  z Hadesu. Wskazanie im, że – poza tymi, którzy robią to świadomie, dla zysku, cynicznie, z oportunizmu, z  powodu głęboko zinternalizowanej postawy lokajskiej – reakcją większości spośród nich – Niewolnych – na własną niską samoocenę, jest niezauważalne dla nich zaakceptowanie świata „podstawionego” im przez real playerów. Świata skonstruowanego na nieprawdzie, na manipulacji, na fikcji, którego istotną częścią jest kłamstwo. Pustka. „Po prostu jeżeli człowiek czuje się niepewnie i uważa, że nie nadaje się do niczego, staje się bardziej skłonny do ucieczki od rzeczywistości” – pisze Twerski (Twerski to nowojorski Żyd, terapeuta uzależnień, wydaje mi się właściwym partnerem w tejże bajce, ideologiczną i psychologiczną podkładką pod  niniejszy tekst pełen ckliwych pop-bredni). Zatem Zniewoleni uciekają do przygotowanej im przez macherów z zaplecza Krainy Oz, do Matrixa. I ludzie z uzależnionym myśleniem biorą tę „podstawioną rzeczywistość”  za prawdę objawioną. Za swoją prawdę. Według takich osób, np.  III RP jest w pełni wolnym krajem, zieloną wyspą, miejscem o  obowiązujących standardach demokratycznych, któremu „bliżej jest do Paryża niż do Moskwy”, lub wierzą, że np. Warszawa jest celowo napromieniowana wszechobecnymi falami radiowymi albo że bombardują nas z nieba aluminiowym pyłem względnie pra-Polska była mocarstwową Wielką Lechią, i że nieprawdą jest, że Gabriel Maciejewski (ksywa „Gabi-Cycek”) swoim blogiem konkuruje z producentami leków  na sen.   

        Idąc dalej (teraz się zaczyna niezła jazda), warto próbować uświadamiać im, że ich zniekształcone postrzeganie i zaburzone rozumowanie są podyktowane – poza niską samooceną – często także  lękiem, niepewnością, wstydem. Osoby z uzależnionym myśleniem boją się, że jeśli wyrażą jakąkolwiek wątpliwość co do „słusznej linii partii” lub linii „własnego guru”, bo przecież większość z zagospodarujących działki znaczeniowe w Polin ma swoją trzodę wyznawców, niektórzy z nich lubią ich nawet upokarzać, ale to im (wyznawcom) nie przeszkadza, ponieważ ich guru są np.  bardzo mądrymi pisarzami i wydawcami, więc lubią, kiedy guru co dzień zapewnia ich o swej wyższości), to mogą zostać wzięci za wykluczonych, gorszych, uboższych, niedouczonych, niedostatecznie „światłych”, zacofanych, za nienowoczesnych, za mało światowych,  za mało – o, mój Boże! – europejskich lub za bardzo europejskich, patriotycznych albo narodowych, za nienadążających za „mętnym nurtem” info-entertainmentu lub, wręcz przeciwnie, za bardzo w nim tkwiących... Lękają się po prostu  że  nie spełnią wyznaczonych przez matrix (patriotyczny, alternatywny, masoński, narodowy, nowoczesny, postnowoczesny, katolicko-reformowany, judejski, można wymieniać bez liku, w końcu to tekścik pomocny dla duraków ze wszystkich stron…) oczekiwań, że jeśli nie będą myśleć tak, jak nakazuje „nie-Moralna Większość” lub „Moralna Większość”, to  inne upiory, zombie będą się z nich śmiać, wykluczą ich z obszaru szacunku. Nie będą przynależeć do „normalnego świata”. „Dopóki nie zdołamy im wykazać – zauważa Twerski – jak błędny jest ich sposób postrzegania, nie możemy się spodziewać zmiany reakcji i zachowań. Skoro obraz własnej osoby jest dla człowieka uzależnionego tak ważny, największy problem stanowi jego zniekształcone postrzeganie samego siebie.” Warto im zatem za każdym razem uzmysławiać, że niezauważalnie dla nich samych, wskutek zniekształconego obrazu samych siebie – którego podstawą jest lęk i niepewność – przechodzą bezwolnie na drugą stronę lustra: ku nieadekwatnemu postrzeganiu rzeczywistości. Do Krainy Czarów. Do Krainy Kłamstwa.

        „When the truth is found to be lies, And all the joy within you dies.”

        To przerażająco wielki sukces  ostatnich stu lat rządów Zd-Rady Nieustającej (państwo „wewnętrzne” na usługach państw „zewnętrznych”) oraz  zależnej od molocha zewnętrznego (tzw. „Nie-Życie”) machiny info-entertainmentu: miliony ludzi  z uzależnionym, zdewastowanym myśleniem, o obniżonej samoocenie, podatnych na manipulacje. To jest ten dramatyczny aspekt realnej słabości potencjału Polski, braku szans  w rywalizacji na rynku idei, uwstecznienia, wasalizacji, podobieństwa do antyrozwojowego postkolonialnego bantustanu. Całe tabuny albo bezwolnych i zniechęconych, albo mnóstwo takich, którzy – po latach życia w Nierzeczywistości – nawet nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, że to, co myślą i mówią, to tylko wysypujące się z ich ust ścinki  zmanipulowanych treści, pomieszanych pojęć, frazesów, pakuły odwróconych prawd, trociny przeinaczeń, włókna fałszu… Całe pułki zombie dostających spazmów wściekłości, zaczynających kąsać, obrażać i miotać się w przekonaniu, że  ktoś chce im zwalić nieboskłon na głowę, że ktoś chce wywrócić  ich świat do góry nogami, kiedy spokojnie i rzeczowo, opierając się na faktach, bez agresji, tłumaczy się im, że „prawdy”, które biorą za swoje i w które wierzą, są tylko odpadem postprodukcyjnym Molocha Zniewolenia. W rozmowach z nimi (moja ulubiona część się zaczyna, boki zrywałem, pisząc to) pamiętajmy zatem, że prawie wszystkie mechanizmy obronne osoby uzależnionej od matrixa są często nieuświadomione przez nią, a główna funkcja tych mechanizmów sprowadza się do obrony tej osoby przed trudną do zniesienia świadomością. Bolesną dla nich samych świadomością status quo, stanu faktycznego. I dopóki osoba uzależniona, dzięki naszemu wsparciu, pomocy, dzięki własnowolnemu procesowi metanoi, nie uświadomi sobie tych mechanizmów, możemy niewiele zrobić, by je powstrzymać.

        Jeden z tych mechanizmów, tj. zaprzeczanie u kogoś, kto myśli w sposób uzależniony – jak nadmieniłem wyżej – nie jest ani świadome, ani zamierzone, a osoba ta może szczerze wierzyć, że mówi prawdę. Obok zaprzeczania osoby te nieświadomie używają  jeszcze dwóch dodatkowych mechanizmów obronnych: racjonalizacji i projekcji. Wszystkie trzy razem polegają na zniekształcaniu prawdy, ale osoba z uzależnionym myśleniem nie zdaje sobie z tego sprawy! Zrozummy zatem, że konfrontowanie ich zaprzeczania, racjonalizacji i projekcji z faktami świadczącymi o tym,  że  jest odwrotnie, mija się z celem!

        Racjonalizacja i projekcja pełnią co najmniej dwie funkcje: wzmacniają zaprzeczanie i utrzymują status quo. Powtórzę zatem jeszcze raz: bezskuteczne i pozbawione sensu jest mówienie Zniewolonym („ja jestem ten wolny, ja jestem ten wolny, ja jestem ten wolny”, powtarzam sobie notorycznie i wierzę w to, cóż to oznacza? Nie do końca mogę wyjaśnić, ale ja jestem z tych „wolnych” – powtarzaj tę mantrę) we wszelkich dyskusjach i sporach dotyczących naszej rzeczywistości, żeby przestali zaprzeczać, skończyli z racjonalizowaniem czy zaniechali projekcji, skoro nie uświadamiają sobie, że to czynią. Najpierw trzeba im pomóc zyskać świadomość tego, co robią (to my, ci „wiedzący” już, „wolni”, mamy to robić naturalnie, „uwalniając” ich, wprowadzamy do kolejnej niewoli zwanej „wolnością”. Klasyka… niejeden zakrzyknie w tym miejscu, ale co z tą Polską, jak ją ratować?! Toć to paranoja. Dywersja, ja chcę jasnych rozwiązań. Zatem: Głosuj na Ruch Narodowy i na PiS! Na Kukiza i Korwina. Pawła Śpiewaka i Lejba Fogelmana. Na PO, na wszystko głosuj, lub wszystko neguj, gardź demokracją, Radiem Maryja, episkopatem, Kościołem katolickim, bądź za królem lub rabinem, wierz w wielkie miasta i płaską ziemię lub grom pederastów, lub bądź pedałem, słuchaj na necie Bartosiaka, Potockiego, Maciejewskiego, Gadowskiego, Michalkiewicza, Brauna, bądź zwarty i gotowy, świadomy, że hej! Lataj po netach, ufaj, że wiesz już więcej, dużo, wszystko, ba! Więcej niż wszystko! Szukaj wszędzie Żyda, śledź dywersję i podpuchę, postrzegaj wszędzie Londyn i  służby, i złe aluminium, odmawiaj różaniec lub wierz w Gaję, zacznij wydawać książki, bądź grzeczny lub pluj jadem, wkrocz, wkrocz w ten zabawny kociokwik myśli, idei i  pełną piersią zakrzyknij: „Teraz już wiem i rozumiem!”).  

        Jak zauważa Twerski:  ich, tzn. „Zniewolonych”, „racjonalizacja oznacza podawanie »dobrych«, a więc możliwych do przyjęcia przyczyn. To nie oznacza, że wszystkie przywoływane powody są dobre. Niektóre są wręcz głupie, ale mogą być podane tak, że brzmią sensownie. (…) Racjonalizacje odwracają uwagę od prawdziwych przyczyn. Odciągają od prawdy nie tylko uwagę innych ludzi, ale też samej osoby z uzależnionym myśleniem. Zazwyczaj racjonalizacje brzmią sensownie, są więc bardzo zwodnicze i każdy może się na nie nabrać”. Gdyby zapytać taką osobę, dlaczego broni i wspiera obecną rządzącą szajkę, zazwyczaj poda mnóstwo świetnie brzmiących, racjonalnych wg niej powodów: „Popieram Tuska, Kaczyńskiego, bo jego rząd jest ceniony w Europie lub właśnie dlatego, że Europa nim gardzi, niepotrzebne skreślić. Ta partia zapewnia mi spokój i nie czuję się zagrożony ekstremistycznymi zapędami katolsko-prawicowej mniejszości. To rząd, któremu się sporo udało, to rząd licznych sukcesów. Pełen fajnych ludzi.  To w końcu rząd, dzięki któremu nie śmieją się z nas  w świecie. To rząd na skalę naszych możliwości. Nasz rząd. Rząd normalności”. Z badań psychologicznych ogólnie wiadomo, że istnieje dość niezawodna praktyczna zasada, że kiedy ludzie podają więcej niż jeden powód swoich poczynań, to zapewne racjonalizują. Zwykle każde działanie ma tylko jedną prawdziwą przyczynę. Racjonalizacja oczywiście wzmacnia zaprzeczanie. Racjonalizując powody swego działania/myślenia, w konfrontacji z faktami, osoby z uzależnionym od matrixa myśleniem zaprzeczają de facto, że nie myślą w wolny sposób, bo to by zmusiło je do przyznania przede wszystkim przed samym sobą – a to przecież boli jak cholera i przed tym się po prawdzie bronią – że przez tyle lat dawali się manipulować, a to już krok do przyznania, że są słabi albo nierozumni. Racjonalizowanie pozwala także utrzymać status quo: dzięki niemu nie trzeba przeprowadzać koniecznych zmian: „Mamy się świetnie, Polska to oaza spokoju. Kraj radosnych ludzi, kraj »Tańca z Gwiazdami«, kolorowych stadionów, wesołych pochodów z prezydentem na czele. Owszem, mogłoby być więcej dróg i sprawniejszych sądów, ale cóż, takie jest życie. Inaczej się w tym kraju nie da. Takie są warunki”. 

        Kolejny mechanizm obronny osób z uzależnionym myśleniem to projekcja. Oznacza ona przerzucanie winy na innych za to, za co w rzeczywistości jesteśmy odpowiedzialni my sami. Projekcja także wzmacnia zaprzeczanie: „To nieprawda, że nie widzę, co się dzieje w naszym kraju. Ja po prostu uważam, że to wy osłabiacie Polskę swoimi nieodpowiedzialnymi teoriami i zachowaniem. Może i szybciej doszlibyśmy do prawdy o Smoleńsku (choć przecież Putin i Tusk już wszystko dawno wyjaśnili, a prezydent mówił, że nasz kraj zdał egzamin z tej próby!!!!!), gdyby nie to skandaliczne mieszanie w mętnej wodzie tego oszołoma Macierewicza! Jak można! Negować ustalenia niezależnej komisji w wolnym kraju? To jakieś szaleństwo i awanturnictwo!”. Projekcja pomaga również osobom z zależnym myśleniem zachować status quo: „Dlaczego mielibyśmy w Polsce coś zmieniać? Może i nie jest idealnie, ale przecież dobrze o nas piszą w Europie i w Izraelu. Może rząd mógłby lepiej funkcjonować, ale to nie jest możliwe przez obstrukcję opozycji, Kaczyńskiego, Schetyny, Kukiza (niepotrzebne skreślić) i jego skandaliczne działania osłabiające nasz kraj. Ci ponuracy od patriotyzmu i machania szabelkami chcą nam zepsuć dobre samopoczucie. Wariaci. Nieodpowiedzialni ekstremiści. Dlaczego oni to robią? Nie widzą, że kraj rośnie w siłę, a ludzie żyją dostatniej? Przecież w ten sposób niszczą nasz pozytywny obraz w świecie, w świecie ludzi światłych i europejskich lub patriotów”. To oczywiste, że obwinianie kogo innego całkowicie zwalnia osobę z uzależnionym myśleniem od odpowiedzialności za to, że sama nie wprowadza zmian w swoim postrzeganiu i zachowaniu. „Tak długo, jak będziesz mi to robił, nie możesz oczekiwać, że się zmienię” – mówią. Projekcja służy przede wszystkim trwaniu w uzależnionym myśleniu. Wszystkie przedstawione przeze mnie trzy mechanizmy obronne używane nieświadomie – służą jednemu celowi: obronie własnej świadomości przed prawdą, stanem faktycznym. 

        Opisałem pokrótce sposób pokrętnego myślenia Zniewolonych m.in. po to, abyśmy nie tracili zbędnej energii tam, gdzie się to nie opłaca, i używali jej skutecznie i z rozsądkiem tam, gdzie realnie możemy komuś „otworzyć oczy” (niedobrze mi… ale piszę dalej...). Przede wszystkim, żeby Zniewoleni otworzyli oczy na samych  siebie. Na swoje wnętrze. Musimy zatem  – w miarę swoich możliwości i cierpliwości – pomóc przynajmniej części Niewolnym  w osiągnięciu  przemiany umysłu.  Pomóc im w nauczeniu się adekwatnego postrzegania  siebie samych i rzeczywistości (kiepska moralistyka, ale chyba wystarczająco dobra na większość „Wolnych”).

        Takie otwarcie na siebie i na rzeczywistość, byłoby dla nich poważnym krokiem ku przystosowaniu się do otoczenia, zrozumieniu i  polubieniu samych siebie. Byłby to pierwszy poważny krok ku ich wolności, my zaś stalibyśmy się silniejsi ich siłą i samoświadomością. Dlatego warto to robić. Będzie to napotykało naturalnie zaciekły opór, nienawiść, niechęć ze strony – w odruchu manipulanckiej  samoobrony – Zniewolonych, jak i przede wszystkim ze strony chroniących swoje „brudne zasoby” masters of puppets. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo… (Czy „Gazeta Polska” zechciałaby opublikować ten tekst pod nazwiskiem Targalskiego Jerzego lub Tekieli Roberta lub kogoś tam innego?)  

        W chwilach trudnych, niech wsparciem będą dla nas słowa modlitwy: „Boże, użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić; odwagi, abym zmieniał  to, co mogę zmienić, i – mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego”. Niech wsparciem będzie również pamięć o naszych dziadach (to słaba część, ale jakoś nie mogłem tu być bardziej kreatywny), którzy w przeszłości nie z takiej opresji się wydobywali.  Warto też  w dyskusjach z nimi pamiętać o  kilku  prawdach: że Człowiek Wolny musi mieć adekwatną wiedzę o rzeczywistości. Człowiek Wolny musi posiadać system zasad i wartości, który stanowi podstawę dokonywania wyborów, oraz – przede wszystkim – że  Wolny Człowiek ma ukształtowany, niezniekształcony, niezmanipulowany obraz samego siebie.  Zatem, starajmy się na tyle, na ile stać każdego z nas, pomóc swoim Współbraciom wyrwać się spod władzy chocholej muzyki:

        „Zbierajcie się, póki czas,

        byśwa byli radzi z was,

        a nie stali jak te ćmy

        albo kpy;

        Co kto ma, do ręki brać,

        na podwórze wyjść i stać;

        Tam już ludzie som,

        co się sami rwiom”.

 

HERCULES INVICTUS!

        Niektórzy z Wolnych mogą zapytać, dlaczego  w ogóle warto wyrwać spod władzy real playerów tylu, ilu się da spośród Zależnych? Czyż nie lepiej zostawić ich samym sobie? Otóż – jak pisałem – musimy pomóc im, aby uratować siebie. Tylko wspólne wyjście z grobu ocali kraj. Wymaga tego od nas interes narodowy, logika potencjału, wpływów, możliwości etc., ale przede wszystkim, co o wiele ważniejsze, wymaga tego od nas chrześcijańskie miłosierdzie. Po prostu warto hołdować zasadzie: Nobody is left behind. (Uwaga, teraz niezła jazda się zaczyna, pełen bal wampirów…lecę teraz niemal jak wielkanocne wydanie „OdRzeczy” lub inne „Arcana”.)  Jak powiedział Benedykt XVI – „życie chrześcijańskie jest proegzystencją: życiem dla innych, pokornym zaangażowaniem wobec naszych bliźnich: dla dobra wspólnego”. Ojciec Święty w orędziu na Wielki Post z 2012 r. mówił, że dwoma aspektami spośród trzech życia chrześcijańskiego (poza osobistą świętością) są: troska o Bliźniego oraz wzajemność. „Nie należy milczeć w obliczu zła. Mam tu na myśli postawę tych chrześcijan, którzy przez szacunek dla człowieka lub po prostu z wygodnictwa dostosowują się do powszechnie panujących mentalności, zamiast ostrzegać swych braci przed tymi sposobami myślenia i postępowania, które są sprzeczne z prawdą i nie prowadzą do dobra. Upomnienie chrześcijańskie nie jest jednak nigdy formułowane w duchu potępienia czy oskarżenia, wypływa zawsze  z miłości i miłosierdzia i rodzi się z prawdziwej troski o dobro brata. (…) W naszym świecie, przesyconym indywidualizmem, trzeba na nowo odkryć, jak ważne jest upomnienie braterskie, aby razem podążać do świętości. (…) Apostoł Paweł zachęca, by dążyć do tego, co »służy sprawie pokoju i wzajemnemu zbudowaniu« (Rz 14,19), starając się o to, »co dla bliźniego dogodne – dla jego dobra, dla zbudowania« (tamże 15,2), nie szukając własnej korzyści, »Lecz dobra wielu, aby byli zbawieni« (1Kor 10,33). To wzajemne upominanie i zachęcanie w duchu pokory i miłości winno być częścią życia wspólnoty chrześcijańskiej. (…) nasze życie i życie innych są współzależne, zarówno w dobru, jak i w złu; tak grzech, jak i uczynki miłości mają również wymiar społeczny.” 

        Oczywiście, do tego potrzeba anielskiej cierpliwości. To naraża mnie na upokorzenia, cyniczny rechot, pogardę, przemoc, opluwanie i wyzwiska ze strony zombie (potrzeba poświęcenia jako czynnik konstytuujący poczucie lepszości). Zaś ze strony części Świadomych usłyszę, że nie warto tego robić, bo to na nic, że trzeba przetrwać ten podły czas w kokonie, a w ostateczności, w sytuacji wykarczowania resztek godności i niezależności w tym Priwislinskim Kraju – emigrować. Jak w czasach Zaborów. Ratować, co się da. Nie przyjmuję tej optyki. Jeśli chcę współtworzyć Wolną Ojczyznę opartą na Wspólnocie Partycypacyjnej (no, no, no, jestem pod wrażeniem, przeszedłem sam siebie…), to pamiętam o tym, że nie mogę się poddawać, bo „pomyślność dźwiga ludzi w górę, natomiast niepowodzenia są kamieniem probierczym cnoty”. Powtórzę raz jeszcze: według mnie bez wspólnego wyrwania się z Hadesu, spod władzy rządzącej nami szajki (masoni, żydo-pisowcy, Niemcy z PO, pederaści, judeokatolicy, NWO, wybierzcie, co wam się podoba) nie damy rady zbudować silnej, w pełni niepodległej Nowej Polski (lubię te wielkie litery). Nie jestem naiwny, wiem, że podobnie jak w przeszłości, pewna część – z wygody, oportunizmu, strachu, nienawiści do nas i do Polski – nie będzie chciała wyzwolić się i będzie chciała funkcjonować, jako upiory,  zombie. Trudno. To przecież ich wybór. Ale wierzę, że – jak naucza mnie św. Paweł – po prostu warto, abyśmy służyli „(…) niczego nie pragnąc dla niewłaściwego współzawodnictwa, ani dla próżnej chwały, lecz w pokorze oceniając jedni drugich za wyżej stojących od siebie. Niech każdy ma na oku nie tylko swoje własne sprawy, ale też i drugich”.  Zaś Ober-upiorom III RPRL, chcącym pozostać we współtworzonej przez siebie Ułudzie, w Hadesie, w mentalnej Niewoli, tym czującym do nas pogardę  różnym Czesławom Kiszczakom, Jarosławom Kaczyńskim, Aleksandrom i Eugeniuszom Smolarom, Antonim Macierewiczom, Lejbom Fogelmanom, Dodom, Gowinom i Glińskim, Michalom Schudrichom, Tomaszom Lisom i Marcinom Rolom, Wojciechom Jaruzelskim, Jonnym Danielsom, Andrzejom Wajdom, Alikom i Gieniom Smolarom,  Stanisławom Cioskom, Jakubom Wojewódzkim, Kaziom Wóycikim, Jerzym Urbanom i Adamom Michnikom i Witoldom Gadowskim, Markom Dukaczewskim, Jarosławom Sellinom, Kaziom Szczukom, tym wszystkim  Stuhrom, Aleksandrom Kwaśniewskim, Monikom Stokrotkom, Gromosławom Czempińskim, braciom Karnowskim, Andrzejom Dudom, Tomaszom Sakiewiczom, Donaldom Tuskom, Leszkom Piotrowskim, Millerom i Balcerowiczom, Agnieszkom Hollandom, Tomaszom Grossom, Stefanom Michnikom, Lesławom Maleszkom oraz Księżom Bonieckim, biskupom Pieronkom, Tomaszom Turowskim, kardynałom Nyczom i Dziwiszom, i wielu, wielu innym, nie oglądając się na nich, rzeknijmy na „do widzenia”:

        „Pon ino widzisz pchły,

        pchły, świecidła, rosę, ćmy,

        a nie chcesz znać, co som my:

        że w nas dnieje, dusa świci,

        że zarucko kur zapieje,

        że na nas czekają w mieście,

        że nas tu jest ze dwiedzieście,

        z kosom, cepem, żelaziwem

        i że to, to nie som sny.”

        Zatem (uff, jesteś tu jeszcze czytelniku? Jak wiele razy womitowałeś już podczas lektury?): Mój Współbracie, zwracam się do Ciebie pełen dobrej woli. Wiem, że moje ocalenie zależy od Twojego ocalenia. Wiem, że powodzenie nasze zależy od tego, czy uda nam się razem powrócić z otchłani ku Nowemu Wyzwoleniu. Nie ma we mnie pychy, ni obłudy, wsadzam sobie w kieszeń poczucie wyższości, bo ja widzę, a ty jesteś bezwolny, bierny lub jesteś pełen uzależnionego myślenia. Ta świadomość nic mi nie daje. I nas nie uratuje. Bez Ciebie – mimo wszystko – nie dam rady… Słyszysz? Część Uwolnionych woła na mnie z góry, żebym dał sobie spokój, żebym nie był beznadziejnie naiwnym, żebym Cię zostawił w tym grobie, w tej czeluści. Że to na nic. Że z upiorem się nie gada, że się go przecież nie przekona, ale go zostawia w Hadesie, że nie ma dla niego powrotu. Ale ja nie mogę tego zrobić. Nie tylko dlatego, że zabrania mi tego moja wiara. Nie. Ja po prostu zrozumiałem, że czekaliśmy daremnie na naszego Herkulesa, który przyjdzie i uwolni nas z Podziemi, i wywiedzie nas ku powierzchni. Czekaliśmy daremnie, bo tak naprawdę siła i ocalenie tkwią w nas samych. To my sami jesteśmy wyczekiwanym Herkulesem. My wszyscy. Nie z osobna. My wszyscy. Tylko my – świadomi i ci nieświadomi »« stanowimy paradoksalnie jedno. Zrozum, nie mam innego Współbrata. Mam tylko Ciebie (no, bez przesady, z Palestyny nadlatują nowi bracia). Nie mam po prostu nikogo innego. (Zatem, pamiętaj, dajmy szansę PiS-owi, nich rządzą jeszcze jedną kadencję, nie mogli zrobić więcej, choć bardzo się starali, a i tak już, wszyscy to wiedzą, zrobili dużo; tak, są błędy i wypaczenia, ale niech te minusy nie przysłonią nam plusów…)

        Wiem, że chcą, abyśmy sobą gardzili, nie rozmawiali  ze sobą, chcą nas obu trzymać w zniewoleniu, jak dwa psy szczekające na siebie, bo dzięki temu mają nad nami władzę i mogą nas rozgrywać. I nawet gdybym wyszedł tam na powierzchnię, to sumienie i pamięć nie pozwoliłyby mi żyć i funkcjonować, bo ciągle miałbym przed oczyma Twoją postać oddalającą się, niknącą w ciemnościach, znikającą. Ciągle, do końca moich dni pamiętałbym, że jakaś część Polski została tam w mroku, sama i nikomu niepotrzebna… W końcu – mimo wszystko – bez Ciebie ta Polska byłaby także niepełna (hasło PiS w 2019?)… Więc chodź, podaj mi dłoń, wyjdźmy razem ku powierzchni, wyrwijmy się wreszcie z bronowickiej chaty na krakowski gościniec (jak wołał Czepiec: „Tam w Krakowie już wszystko gotowe!” – jakbym słyszał Szczerskiego Krzysztofa lub Nowaka Andrzeja w fartuszkach), w kierunku porannych zórz. Nie bójmy się i pełną piersią razem zakrzyknijmy: Hercules invictus! tak głośno, „aż się mury Jerycha porozwalają jak kłody, serca zmdlałe ocucą, pleśń z oczu zgarną narody” (śpiewa Maciek Maleńczuk).  Zróbmy na początek pierwszy wspólny krok. Możemy razem pójść ku prawdzie (z Macierewiczem Antonim i Gadowskim Witoldem), bo – jak mówi Benedykt XVI: „rzeczywiście prawda jest tęsknotą człowieka, a jej poszukiwanie zawsze zakłada doświadczenie prawdziwej wolności. Jednakże wielu ludzi woli skróty i stara się unikać tego zadania, niektórzy, jak Poncjusz Piłat, ironizując co do możliwości poznania prawdy, głoszą niezdolność człowieka do jej osiągnięcia lub przecząc, że istnieje jedna prawda dla wszystkich. Taka postawa, podobnie jak w przypadku sceptycyzmu i relatywizmu, dokonuje przemiany serca, czyniąc ludzi zimnymi, chwiejnymi, dalekimi od reszty i zamkniętymi w sobie. Osoby, które obmywają sobie ręce jak rzymski namiestnik i pozwalają płynąć rzece dziejów, sami się nie angażując. (…) Bóg stworzył człowieka z wrodzonym powołaniem do prawdy i z tego względu obarczył go rozumem. Tym, co wspiera wiarę chrześcijańską, z pewnością nie jest irracjonalność, lecz głód prawdy. Każda istota ludzka musi poszukiwać prawdy i wybierać ją, kiedy ją znajdzie, nawet jeśli będzie musiała ponosić ofiary. (…) Tylko odrzucając nienawiść oraz ślepotę i zatwardziałość naszych serc, będziemy wolni i zakiełkuje w nas nowe życie”.

        Więc, proszę, chwyć mocno moją dłoń. „Od tej pory żyć zaczniemy – coś wielkiego!” Razem wyjdziemy ku światłu. Uwierz mi, wolność jest tuż…

Pan Nikt

Krasnopol, 9 września 2018

Opublikowano w Teksty
piątek, 07 wrzesień 2018 09:42

Zjazd pro-liferów w Halifaksie

W dniach od czwartku, 23 sierpnia, do soboty, 25 sierpnia, uczestniczyłam jako delegat w krajowym zebraniu konwencyjnym kanadyjskiej Partii Konserwatywnej (Conservative Party of Canada National Convention) w Halifaksie w Nowej Szkocji. Delegatem zostałam podczas zebrania partyjnego okręgu Mississauga East – Cooksville w marcu. Jako członek partii, dostałam zaproszenie na zebranie, gdzie miało być wybranych 10 delegatów plus jeden delegat reprezentujący młodzież na konwencję w Halifaksie. Na spotkanie nie przyszło wiele osób. Wszyscy zostaliśmy delegatami.

Jeszcze przed lokalnym zebraniem okręgowym do zostania delegatem zachęciła mnie w swoich biuletynach kanadyjska organizacja Campaign Life Coalition, troszcząca się o sprawy pro-life i prorodzinne. Organizacja ta zachęcała osoby o poglądach pro-life i prorodzinnych do uzyskania stanowiska delegata, które na CPC National Convention uprawniało do głosowania na temat 43 propozycji zmian w konstytucji partyjnej i 75 uchwał „National Policy”. Był to zjazd typu „Policy Convention”, odbywający się co dwa lata w różnych miejscach w Kanadzie (poprzedni był w Vancouverze, następny w Toronto), gdzie poruszane miały być różne tematy i głosowania za lub przeciw, kształtujące stanowiska i poglądy partii.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/polityka.html#sigProId8c3b1b6d12

 

foto: Paul Lauzon/Campaign Life Coalition

 

Właśnie delegaci byli uprawnieni do brania udziału w głosowaniach. Rzeczywiście, wiele tematów dotyczyło spraw pro-life i prorodzinnych. A na zjazd przyjechały masy, o różnych poglądach i ambicjach. Było bardzo ważne, aby pro-liferzy jako delegaci wzięli udział w tej „National Convention”. To dzięki nam, którzy zebraliśmy się tam z różnych zakątków Kanady, zostały przyjęte takie uchwały, jak „Born Alive Infant Protection Act” (dzieci urodzone żywe, nawet podczas różnych „zabiegów”, mają mieć takie same prawa jak każdy inny człowiek) – uchwała przyjęta 63 proc. głosów delegatów, i „Opposition to extension of euthanasia to minors, people who are not competent and people who live with psychological suffering” (bycie przeciwnym stosowaniu eutanazji wobec osób niepełnoletnich, niekompetentnych, cierpiących psychicznie) – uchwala przyjęta 67 proc. głosów delegatów. Głosowanie nad uchwałą „Delete article 65” (usunięcie stanowiska, gdzie partia nie będzie popierać żadnych ustaw odnoszących się do aborcji, i przyjęcie stanowiska neutralnego) było zaciętą walką. Głos przeciwko przyjęciu tej uchwały zabrała sama Lisa Raitt, posłanka na bardzo wysokim stanowisku, chcąc omijać ten temat. Został on obalony przez 53 proc. delegatów. Jak później stwierdziła Cathay Wagantall, posłanka z okręgu Yorkton-Melville w Saskatchewan, która opowiadała się na rzecz pro-life i przeciwko swojej koleżance partyjnej podczas głosowania, osoby pro-life dały znać elicie partyjnej o sobie, bo 47 proc. delegatów chciało przyjąć stanowisko „Delete article 65”.

Gdyby na „National Convention” było mniej delegatów pro-life i pro-rodzinnych, myślę, że wiele uchwał na te tematy nie byłoby przyjętych, a inne byłyby obalone większą proporcją głosów. Jak widać, Kanadyjska Partia Konserwatywna nie jest partią jednomyślną. Wiele osób, szczególnie młodych, zapisuje się do niej, aby ją zliberalizować. Jest to jednak jedyna z głównych federalnych partii kanadyjskich, gdzie osoby o poglądach pro-life i prorodzinnych mogą dojść do głosu i wyrażać się na te tematy. Można powiedzieć, że wewnątrz zjazdu w Halifaksie był zjazd pro-liferów. Bardzo mocnym i pięknym doświadczeniem było to zrzeszenie Kanadyjczyków z różnych zakątków kraju. Prawie nie mogło się uwierzyć, że tacy ludzie mieszkają w Kanadzie!

Aby zostać delegatem, trzeba być członkiem partii (koszt wynosi 30 dol. rocznie), być wybranym podczas lokalnego zebrania okręgu (czasami nie ma konkurencji), lub zgłosić się jako delegat, jeżeli są wolne miejsca. Później, aby móc głosować, trzeba udać się na „National Convention”. Koszt jest pokaźny (w tym roku wstęp na „National Convention” wynosił 635 dol. „Early Bird”), często z własnej kieszeni. Jednak przeżycie jest niesamowite i niecodzienne. Było to konkretne wpisanie się w historie polityki tego państwa.

Jack Fonseca z Campaign Life Coalition stwierdził już po zjeździe w Halifaksie, że Kanadyjska Partia Konserwatywna jest teraz bardziej pro-life niż była przed „National Convention”. Posłanka Cathay Wagantall podsumowała dzień sobotniego głosowania jako bardzo dobry dzień. Mówiła z radością, że momentum podąża w stronę pro-life i że wydarzenia w Halifaksie to nie jest wierzchołek sukcesu. Jednak przeciwnicy nie śpią. Zachęcam wszystkich ludzi dobrej woli do większej aktywności politycznej i do poważnego rozważenia zostania delegatem za dwa lata, szczególnie że z pewnością wiele osób o poglądach anti-life będzie ubiegać się o stanowisko delegata. Wpływ delegata jako jednostki jest mały, ale konkretny, a gdy wielu z nich się zrzeszy, prawie niewiarygodny. Poczucie, że dało się o sobie znać, że wpisało się w historię kraju, nawet w małym, lecz konkretnym wymiarze, i spotkanie tylu osób o podobnych poglądach, jest niesamowicie radosne.

Monika Kulacz

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 07 wrzesień 2018 09:04

Podziękujmy

NiemczykJanusz2018 to dla Polski i Polaków rok rocznicowy, w którym powinno przypominać się ten szczęśliwy i boski zbieg okoliczności, kiedy to w wyniku przegranej pierwszej wojny światowej jedno mocarstwo, jakim były Austro-Węgry, przestało istnieć, a dwa inne uległy dezorganizacji i chwilowemu osłabieniu. Tu chodzi o Niemcy i Rosję. Ten moment, te kilka lat, które stworzyły możliwość zorganizowania się państwa i zajęcia stanowiska do obrony państwowości polskiej.

Żeby ponownie mogło dojść do rozbiorów Polski, oba państwa, a więc Niemcy i Rosja, przepoczwarzona w Związek Sowiecki, musiały doprowadzić do zawieruchy już nie na poziomie jednego kraju, czyli na poziomie Polski, Finlandii i Czechosłowacji, ale na poziomie wojny światowej. Mieliśmy więc upadającą Rosję, która już dwa lata później odtworzyła się w kraj, który miał ambicję rozszerzyć rewolucję bolszewicką na inne państwa Europy, w tym Niemcy. Polska została zaatakowana. Polska powołuje do wojska praktycznie wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Tylko że broni i amunicji nie ma. Związki zawodowe, zdominowane przez partię komunistyczną, nie załadowują ani nie rozładowują statków wiozących uzbrojenie dla Polski. Tak dzieje się w portach we Francji, Wielkiej Brytanii, w Niemczech. Wojska bolszewickie zbliżają się do Warszawy. Rząd Węgier wysyła do Polski koleją transporty amunicji. Rząd Czechosłowacji blokuje przejazd transportów z amunicją przez terytorium Czechosłowacji. Na przejazd transportu z bronią zgadza się rząd Rumunii i w ten sposób drogą okrężną, przez teren Rumunii, przez dawne województwo stanisławowskie, pociągi z amunicją dostają się tuż przed rozstrzygającą bitwą warszawską do polskiego wojska.
Bitwa warszawska zostaje wygrana. Wojska bolszewickie rozbite, odrzucone i droga do wówczas będących w nastroju rewolucyjnym Niemiec zostaje im odcięta. Skutkiem przegranej dla bolszewickiej Rosji wojny został podpisany w 1921 roku traktat pokojowy w Rydze. Traktat ten został zawarty między rządami Rosji sowieckiej, sowieckiej Ukrainy i Polski. Traktat ten dał Polsce 18 lat pokoju.

W sierpniu 1939 roku zostaje podpisany między Niemcami a Związkiem Sowieckim traktat pokojowy z tajną klauzulą decydującą o rozbiorze Polski, nazywaną paktem Ribbentrop-Mołotow od nazwisk ministrów spraw zagranicznych obu krajów. 1 września 1939 roku Niemcy atakują Polskę. 17 września Związek Sowiecki przyłącza się do Niemiec, wypełnia zawartą umowę, również atakuje Polskę i wojska sowieckie zajmują połowę terenów ówczesnej Polski. Część wojsk polskich udaje się do Rumunii. Przy czym na przykład oficerowie i żołnierze lotnictwa, broni pancernej, artylerii i innych specjalności wojskowych mieli polecenie przekroczenia granicy Rumunii i udania się do Francji. Z obozów internowania w Rumunii z kolei ci polscy wojskowi przedostawali się na Węgry, gdzie znowu byli tolerowani i niezauważani przez policję i przez Węgry przedostawali się do Jugosławii i stamtąd już różnymi drogami, w tym i przez neutralne jeszcze wówczas Włochy, do Francji, gdzie tworzyły się jednostki Wojska Polskiego. Przy czym tutaj trzeba wyjaśnić, że oba kraje, czyli Rumunia i Węgry, były w sojuszu z Niemcami i dyplomacja niemiecka naciskała na rządy Rumunii i Węgier, by internowały polskich żołnierzy i cywilów, by uniemożliwić im przedostanie się do Francji. I tu osoby tak na najwyższych stanowiskach rządowych w Rumunii, jak i na Węgrzech, jak również zwykli ludzie udzielali polskim żołnierzom, uchodźcom pomocy w przedostawaniu się dalej do Francji. Czyli w obu krajach była prowadzona oficjalna polityka proniemiecka, która szła swoim własnym nurtem, i była również nieoficjalna, szeroko popierana przez ludność fala pomocy dla Polaków. Bez tego stanowiska indywidualnych osób nie byłoby później polskich jednostek we Francji i Anglii, nie byłoby polskiego lotnictwa w Wielkiej Brytanii i nie byłoby ich udziału w bitwie o Anglię. Podobne zjawisko spontanicznego udzielania pomocy Polakom przez osoby indywidualne występowało na terenie ówczesnej Jugosławii. I nie było ono jednorazowe. Wystąpiło dwa razy, w chwili kiedy Polska i Polacy byli w sytuacji bardzo trudnej. Przy czym jeśli chodzi o Jugosławię, a bardziej dokładnie o Serbów, to tu warto przypomnieć ich stanowisko wobec Polaków w czasie pierwszej wojny światowej. Otóż Serbowie nie brali do niewoli jeńców. To znaczy rozstrzeliwali na miejscu wziętych do niewoli Niemców, Austriaków i Węgrów, natomiast Polaków, Czechów, Słowaków, Ukraińców puszczali wolno. W ten sposób mój dziadek Marcin Niemczyk był brany do niewoli przez Serbów trzy razy i trzy razy był puszczany wolno. Następnie jego jednostka za karę za niebojową postawę na froncie serbskim została przerzucona na front rosyjski.
W 1939 i w 1940 roku Jugosłowianie przypuszczali, że zostaną zaatakowani przez Niemców, i postawa ich rządu była przychylna dla przybywających tam uchodźców z Polski, to jednak ponownie na poziomie indywidualnym, na poziomie zachowań indywidualnych rodzin i na poziomie zachowań poszczególnych osób spotykali się oni ze spontaniczną pomocą.

Innym zjawiskiem, które miało miejsce w czasie okupacji niemieckiej na terenach dzisiejszej Białorusi, była pewna bierność ze strony Białorusinów. Była współpraca, bo były utworzone oddziały policyjne przez Niemców składające się z Białorusinów, które współpracowały z władzami niemieckimi, ale poziom agresywności w stosunku do Polaków ze strony Białorusinów w porównaniu z postawami innych narodowości był mniejszy. Można powiedzieć, że Białorusini byli bierni. Nie pomagali Polakom, ale też im w jakiś duży zorganizowany sposób nie szkodzili. Tu znany jest przykład masowych mordów na Polakach, które miały miejsce na terenie województwa wołyńskiego, przez połączone siły Ukraińców cywilów oraz oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Dawne województwo wołyńskie przylega do ziem należących do Białorusi.

I co ciekawe, tam niedaleko przecież, bo już parędziesiąt kilometrów na północ, gdzie również często Polacy byli mniejszością, nie doszło do pogromów na Polakach. A więc ta możliwość odegrania się na Polakach nie znalazła poparcia wśród Białorusinów. Mogli, bo była ku temu sposobność, a wojna demoralizuje bo stwarza ku temu warunki. Człowiek czuje się bezkarny. Białorusini nie wystąpili przeciw mniejszości polskiej w tak brutalny sposób, jak zrobili to Ukraińcy.
Chciałoby się napisać o następnym kraju, gdzie ludność w czasie drugiej wojny światowej nie szkodziła Polakom, czyli o Litwie, gdyby nie masowe mordy w Ponarach koło Wilna, gdzie Niemcy i policja litewska współpracująca z Niemcami rozstrzelali około 100.000 Polaków i Żydów. W tej liczbie zabitych było około 30.000 Polaków. Poza Ponarami jednak, z wyjątkiem może kilku innych miejsc o mniejszej skali, nie było masowych akcji przeciw Polakom na Litwie. Przede wszystkim nie było pogromów robionych na Polakach. Litwini, mimo niechęci do Polaków, zachowali się w większości przypadków w sposób, który moglibyśmy określić jako bierny. Mieli możliwość wyrządzenia dużo większych szkód, ale tego nie zrobili.

Piszę tu o tych pięciu narodach w kontekście obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, ale również w kontekście pewnej polskiej przypadłości, zbiorowego przekonania, takiej zbiorowej mitologii, polegającej na tym, że generalnie przyjmujemy, że skoro my jesteśmy dobrzy i w naszym mniemaniu innym robimy dobrze, to oczekujemy takiej samej postawy wobec nas ze strony innych, co się łączy z tym, że często nie okazujemy wdzięczności innym narodom. Myślę, że to jest taka nasza polska przywara, którą jakoś trzeba naprawić.

Okres wojny jest straszny. Żeby użyć słów reżysera Filipa Bajona z filmu „Przedwiośnie”, wojna to „klęska żywiołowa”. Czyli coś, czym nie można kierować. Ludzie zachowują się w sposób niekontrolowany. Wyzwalają się w nich pierwotne instynkty. Tak się dzieje, ponieważ człowiek nie czuje, że za swoje złe uczynki spotka go kara. Mamy więc i tych, którzy ryzykowali stanowiska, często nawet życie. Tak się stało w przypadku paru oficerów i urzędników węgierskich, którzy zostali pod koniec wojny przez Niemców aresztowani między innymi również za pomoc Polakom. Inni ludzie, tacy jak np. Białorusini, w większości przypadków byli bierni. Nam, Polakom, często wydaje się, że to było mało. Ja uważam, że to nie było mało jak na warunki wojny. Myślę, że ci ludzie, ich postawy, Węgrzy, Rumuni, narody Jugosławii, ale również Białorusini, zasługują na pewną wdzięczność w postaci przypomnienia ich postaw w tych dniach obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Tym narodom należy się wdzięczność, nawet za ich bierność, ponieważ ich postawy świadczą o tym, że w domach, przy rodzinnych stołach mówi się tam o Polakach dobrze, a przynajmniej nie mówi się źle, i te postawy wyniesione z rodzinnych domów, w sytuacjach trudnych pozwalają na to, że można na te narody liczyć niezależnie od tego, co często mówią oficjalnie przywódcy tych krajów. Bo niestety zmieniają oni swoje nastawienie często w zależności od panującej koniunktury, natomiast przekaz rodzinny pozostaje zwykle niezmienny.

Właśnie budowanie międzynarodowych sojuszy należałoby opierać na tym przekazie domowym, bardziej na tym, o czym mówi się w domach, niż na tym to co mówią politycy, szefowie rządów, bo to może zależeć od aktualnej sytuacji, od aktualnych układów międzynarodowych.

Z tym też, co potocznie nazywa się duszą narodu, łączyłbym podział na narody i społeczności, które w sposób niewymuszony są przyjacielem Polski i Polaków, bo tak to się na przestrzeni lat ukształtowało, i na te, które mają duszę ukształtowaną w sposób inny. W jakiś uproszczony sposób można powiedzieć, że narody z tej drugiej grupy zwracają się do Polski w ten sposób: jak nas nie pokochacie, to zrobimy wam coś złego, choćby nawet miałoby być to zrobione rękami innych. I tu najlepszym przykładem jest Izrael, który za pomocą USA, NATO i mediów wymusza na Polsce i Polakach miłość do siebie, ale również daniny.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Teksty
piątek, 31 sierpień 2018 10:53

Otwieranie głowy

W czasach siermiężnego komunizmu i autorytarnej władzy legitymizowanej liczbą czołgów mieliśmy do czynienia z czytelną, otwartą cenzurą. Średnio inteligentny człowiek mógł się domyślić, czego władza mu zabrania myśleć, i szybko tę wiedzę uzupełnić. Niektóre gazety w końcowym okresie PRL-u zaznaczały nawet ingerencje urzędu cenzorskiego, wskazując na stosowną ustawę. 

        Dzisiaj nie mamy tak łatwo. Główne platformy przekazu – a wbrew tradycyjnym przekonaniom, nie jest to radio czy telewizja, lecz Facebook, Twitter, YouTube czy Google – najpierw zmonopolizowały kanały przesyłowe, stając się głównym dostawcą  wiadomości tak prywatnych, jak i tych pochodzących od oficjalnych źródeł, a następnie wzięły się za cenzurowanie. Oczywiście nie same z siebie, lecz za „dyskretną namową” starszych i mądrzejszych. Dzisiaj słowa-klucze nowej cenzury to „fake news” oraz „hate propaganda”. Nikt tak dokładnie nie wie, co pojęcia te oznaczają, ale właśnie o to chodzi, aby były nieprecyzyjne, bo wówczas łatwiej można nimi walić po głowie przeciwnika politycznego, lub też oponentów rewolucyjnych zmian społecznych. 

        Na dodatek, większość z nas postrzega współczesną technologię informacyjną na zasadzie magicznej;  wiemy, co jest na wyjściu, widzimy, co jest na wyjściu, wiemy, gdzie nacisnąć czarne pudełeczko, ale jak to działa i dlaczego to już „czarna magia”. Proszę zresztą samemu zapytać dowolną rozgarniętą latorośl o oprogramowanie smartfonu, który trzyma w ręku, i strukturę sieci, z jakiej korzysta. 

        Tak więc, oprócz tego, że sami na siebie donosimy, przeglądając strony internetowe, komentując na Facebooku, używając aplikacji Androida czy Apple’a, to jeszcze jesteśmy odbiorcami spreparowanego, starannie przefiltrowanego przekazu informacyjnego, o którym sądzimy, że jest autentyczny i prawdziwy. Tymczasem nie mamy bladego pojęcia, w którym miejscu i jak zadziałał cenzor. Przekonały się o tym niedawno konserwatywne portale w Stanach Zjednoczonych, które nie tylko wprost wykluczono, jak stronę fejsbukową Infowars Alexa Jonesa, ale przede wszystkim poddano „obróbce” przez algorytmy hamujące rozprzestrzenianie się niepożądanych treści. Media społecznościowe przy pomocy oprogramowania usiłują ograniczyć rozprzestrzenianie się „fake news” poprzez limitowanie propagacji wiadomości nadawanych z portali zidentyfikowanych jako „główne źródła”. Podobnie jest w przypadku treści uznawanych przez niewidzialnych cenzorów za „siejące nienawiść”  (czyli tak dokładnie nie wiadomo co) – krytycznych wobec zmian społecznych narzucanych przez nowe cioty rewolucji. Ogranicza się im albo eliminuje możliwość uzyskiwania dochodów poprzez blokowanie wyświetlania reklam. 

        Prosta zmiana algorytmów rządzących wyświetlaniem wiadomości na tablicach Facebooka doprowadziła do nieraz 90-procentowego spadku poczytności prawicowych portali. W większości wypadków, zastosowania cenzury można się jedynie domyślać, ponieważ używa się tzw. „shadow banning”, czyli blokowania niewidocznego dla użytkownika. Nadawane treści ograniczone zostają do wąskiej grupy odbiorców zidentyfikowanych przez oprogramowanie jako podobnie myślący. 

        Sposobów i możliwości manipulowania treściami i rozprowadzaniem wiadomości jest multum. Można o tym przeczytać w Drudge Report, gdzie opublikowano poufne memorandum, o tym „jak eliminować prawicową propagandę”. Autorzy stwierdzają, że można tego dokonać „z matematyczną precyzją”. Żyjemy więc w świecie, w którym metodycznie i powoli odbiera się nam wolność wypowiedzi, a tworząc wrażenie budowania społecznościowej wspólnoty, szatkuje się nas na grupy mające na celu izolowanie niepoprawnych politycznie, niepożądanych poglądów. Jedną z twarzy współczesnej Łubianki jest George Soros. Co i kto za nim się kryje? Możemy się jedynie domyślać. Zresztą dzisiaj coraz bardziej musimy się domyślać, aby wiedzieć. „Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie” – że pozwolę sobie zacytować klasyka.

        Osobom, które twierdzą, że dzięki dostępowi do Internetu, możliwości załadowania filmów do YouTuba, czy też stworzenia strony fejsbukowej zwiększyła się wolność słowa, a propaganda mainstreamu nie ma już tak dużego znaczenia, radziłbym po prostu popatrzyć, jak to wszystko działa. Wydawca, który nie kontroluje dystrybucji, nigdy nie wie, czy połowy nakładu nie wyrzucają mu do kosza. Najlepsza cenzura to taka, która uchodzi za wolność słowa, a najskuteczniejsze zniewolenie to takie, które narzuca się w imię pełnej wolności. Manipulacja weszła na nowy poziom, a czekiści nowego porządku od dawna wiedzą, że głębokie zmiany trzeba rozłożyć przynajmniej na dwa pokolenia, zaś mordowanie ograniczyć do podanych na tacy praw człowieka dobrowolnej eutanazji i aborcji. Dzięki temu w materiale ludzkim znów możemy rzeźbić  wizję nowej świetlanej przyszłości i lepszego jutra. Avanti popolo, alla riscossa, Bandiera rossa, Bandiera rossa.

Andrzej Kumor

Opublikowano w Andrzej Kumor
piątek, 31 sierpień 2018 10:12

Folksdojcze i Żydzi w pogotowiu

michalkiewiczCo tu ukrywać; cała Polska odetchnęła z ulgą na wieść, że prezydent Wolnego Miasta Gdańska, pan Paweł Adamowicz, zakończył trudne negocjacje z polskim Ministerstwem Obrony Narodowej, dzięki czemu kontyngent Wojska Polskiego będzie  dopuszczony do uroczystości obchodów kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej, jakie mają odbyć się na Westerplatte. Nie wiadomo bowiem, co by się stało, gdyby negocjacje nie doprowadziły do porozumienia. Wojsko Polskie, chociaż przeszło kurację przeczyszczającą, mogłoby nie znieść takiego afrontu i ponownie zająć Westerplatte. W tej sytuacji rząd otworzyłby sobie nowy front; nie tylko na odcinku demokracji, nie tylko na odcinku praworządności, ale również na odcinku samorządności. 

        Jestem pewien, że Nasza Złota Pani nie puściłaby tego płazem, zwłaszcza że i tak sporo się nazbierało, więc pewnie przyspieszyłaby proces anarchizowania naszego bantustanu. Płomienni szermierze demokracji zrzeszeni w organizacji Konfidentów Od Dukaczewskiego (KOD) i Obywatele UB z panem Kasprzakiem dostaliby nowe rozkazy. Już  nie wystarczyłoby podejmowanie prób opanowania gmachów publicznych, jak to miało miejsce w przypadku siedziby Krajowej Rady Sądownictwa, gdzie wtargnęli obywatele masturbujący się konstytucjami, ale bojówki zaczęłyby przejmować władzę w miastach i miasteczkach. ABW, zajęta kręceniem lodów, nie tylko nie potrafiłaby temu zapobiec, ale nawet mogłaby tego czujnie nie zauważyć w nadziei, że synekury zostaną utrzymane również przy folksdojczach, więc nie ma co narażać się bez potrzeby. Podobnie i policja; wobec  folksdojczów zachowuje się z wyszukaną rewerencją, można powiedzieć, że nosi ich na rękach, zamiast zrzucać ze schodów albo przeganiać z publicznych budynków na szpicach butów. Ale jakże ma być inaczej, kiedy zapowiadany jest strajk służb mundurowych? Pretekstem są oczywiście sprawy materialne, ale to tylko pozór, bo gołym okiem widać, że i te całe służby zostały włączone w proces anarchizowania Polski, który musi zakończyć się jakimś przesileniem. Niemcy bowiem nie zrezygnują z odzyskania pełni wpływów politycznych w naszym bantustanie, zwłaszcza teraz, gdy prezydent Donald Trump, Nasza Najważniejsza I Jedyna Duszeńka, coraz bardziej poświęca się ratowaniu własnej skóry. Właśnie Nasza Złota Pani wystąpiła do niego o wzajemne zniesienie restrykcji wprowadzonych przez USA w ramach wojny handlowej i spotkała się z pełnym zrozumieniem. Francuski prezydent Macron poszedł nawet krok dalej, oświadczając, że obronę Europy trzeba oprzeć na własnych siłach. Tylko patrzeć, jak ponownie pojawi się postulat utworzenia europejskich sił zbrojnych niezależnych od NATO, czyli ostatecznego wyprowadzenia Bundeswehry spod amerykańskiej kurateli. Ale nawet Adolf Hitler zadbał o stworzenie pozorów legalności dla uderzenia na Polskę, toteż na tym tle lepiej rozumiemy mobilizację warszawskich przebierańców z Sądu Najwyższego z panią Gersdorf na czele. Jestem przekonany, że zostali pouczeni, co mają robić, kiedy w Berlinie zapadną stosowne decyzje. Toteż i pan Adamowicz zachowuje się wobec polskiego rządu coraz bardziej mocarstwowo, chociaż oczywiście rozumie mądrości etapu, które w tej fazie jeszcze nie przewidują udziału w rocznicowych uroczystościach na Westerplatte przedstawicieli Zjednoczonych Sił Zbrojnych Unii Europejskiej ani członków Hitlerjugend, którzy by się tam fraternizowali z harcerzami z ZHP i młodzieżą żydowską. Na to przyjdzie jeszcze czas, a tymczasem trzeba grać jednocześnie na wielu fortepianach. 

        Toteż Niemcy wystąpili z pomysłem, by we wrześniowej konferencji państw Trójmorza, wzięli udział również oni w charakterze „partnera”. Najwyraźniej projekt ten traktowany jest w Berlinie bardzo poważnie i niezależnie od anarchizowania Polski, by doprowadzić tu do politycznego przesilenia, w następstwie którego nowy rząd wycofałby nasz kraj z tego projektu i w ten sposób go storpedował, tamtejszy rząd próbuje rozsadzać to przedsięwzięcie w zarodku i od środka. Charakterystyczne, że pierwszym i jak dotąd jedynym państwem, które niemiecki wniosek poparło, jest Polska, w imieniu której decyzję podjął pan prezydent Andrzej Duda. Nieomylny to znak, że 45-minutowa rozmowa telefoniczna, jaką w lipcu ub. roku pan prezydent odbył z Naszą Złotą Panią, nie pozostała bezowocna. 

        Jednocześnie z Izraela napływają informacje o masowym przyznawaniu tamtejszym Żydom polskiego obywatelstwa i polskich paszportów. Widać, że pan ambasador Magierowski, ten sam, który, jako wiceminister spraw zagranicznych, odwiedził USA, kiedy ważyły się losy ustawy nr 447 JUST, a po którego wizycie wiele polonijnych osobistości wycofało się z lobbowania przeciwko tej regulacji – że pan ambasador Magierowski powinność swej służby zrozumiał i uwijając się na swoim odcinku, wychodzi naprzeciw realizacji żydowskich pretensji wobec Polski. Więc chociaż z pana prezydenta Dudy został  zdjęty zakaz wstępu do Białego Domu i 18 września zostanie tam przyjęty przez prezydenta Trumpa, a kto wie – jak suponuje znający tamtejsze realia Książę-Małżonek Radosław Sikorski –  może zostanie nawet zaproszony na kolację, to z doniesień na temat przedmiotu rozmów z amerykańskim prezydentem nie wynika, by na porządku dziennym stanęła sprawa żydowskich roszczeń i ustawy nr 447 JUST. Być może to jest cena za ten „full service” w Białym Domu, ale w takim razie, co z tego, że pan prezydent Duda wypije i zakąsi, kiedy Polska będzie musiała za tę kolację beknąć Żydom ponad 300 miliardów dolarów? Najwyraźniej i prezydent Trump, podobnie jak jego konkurentka w wyborach w 2016 roku, Hilaria Clintonowa, traktuje Polskę jako skarbonkę dla Żydów, z której można dodatkowo wycisnąć opłatę za ochronę, skoro ambasadorem USA w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju właśnie została pani Żorżeta Mosbacher, dotychczas znana głównie z tego, że zrobiła majątek na rozwodach. Okoliczność, że Jej Ekscelencja została  skierowana na tę synekurę właśnie do Polski, wskazuje na to, że również z punktu widzenia obecnej administracji nasz bantustan na nic lepszego nie zasługuje. Aż tylu milionerów u nas w końcu nie ma, a i pani Żorżeta najlepsze lata też ma już raczej za sobą, więc, jak to mówią – wedle stawu grobla. Ciekawe, czy USA odważyłyby się na taki gest wobec Francji, Wielkiej Brytanii, czy nawet Niemiec? Skoro jednak tubylczy prezydent mało jaja nie zniesie w związku z odwiedzinami w Białym Domu, to dlaczegóż jego lokator miałby się takimi sprawami przejmować? „Kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku” – powiadał Voltaire – toteż misję dopilnowania, by nasz bantustan zrealizował żydowskie roszczenia do ostatniego centa, można powierzyć choćby i pani Żorżecie.

 Stanisław Michalkiewicz

Opublikowano w Stanisław Michalkiewicz
piątek, 24 sierpień 2018 09:51

Czy Polska jest bezpieczna?

Jarosław Faliński: Witamy w programie „Lustro Świata”. Dzisiaj naszym gościem jest pan doktor Leszek Sykulski, specjalista od spraw geopolityki. Dzień dobry.

        Dr Leszek Sykulski: Dzień dobry panie redaktorze, dzień dobry państwu.

        – Czy Polska jest bezpieczna?

        – Pytanie jest złożone, zależy, jak zdefiniujemy pojęcie bezpieczeństwa.  Ja myślę – jako specjalista od geopolityki, osoba, która zajmuje się geopolityką już ponad 11 lat, w sposób zawodowy zajmowałem się geopolityką jako analityk do spraw bezpieczeństwa międzynarodowego w administracji centralnej, obecnie jestem nauczycielem akademickim, pracownikiem naukowo-dydaktycznym – patrząc z punktu widzenia geopolityki, należy podkreślić, że Polska tak naprawdę bezpieczna nigdy w swojej historii nie była.

        Polska nigdy nie była bezpieczna w swojej historii z uwagi na swoje położenie geograficzne. Polska jest położona na styku Niziny Środkowo- i Wschodnioeuropejskiej. Przez cały okres istnienia niepodległego państwa polskiego Polska leżała na styku, który nazywamy limesem, czyli granicą Europy Środkowej. Rozciągała się na tej wielkiej europejskiej równinie, która przechodzi od dzisiejszych północno-wschodnich wybrzeży Francji, przechodzi i rozwidla się gwałtownie tuż za Bugiem w Nizinę Wschodnioeuropejską i dalej w stronę Wysoczyzny Moskiewskiej. Ten obszar jest obszarem strategicznym, strategicznym nie tylko w środkowej Europie, ale w ogóle całej Eurazji, ponieważ stanowi bardzo istotny, kluczowy, strategiczny korytarz transportowy, jedną z najważniejszych dróg handlowych na świecie. Jeśli popatrzymy, od czasów nowożytnych, na największe ekspansje, które wychodziły zarówno z obszaru bezodpływowego, z serca Eurazji, na zachód, w stronę Europy, jak i na ekspansje, które szły w odwrotnym kierunku, zobaczymy, że zawsze przechodziły przez Nizinę Środkowoeuropejską i Nizinę Wschodnioeuropejską. Natomiast kluczowym obszarem na tej wielkiej równinie europejskiej jest tzw. przesmyk bałtycko-karpacki, nazywany, określany w geografii politycznej mianem Rzeczpospolitej Polskiej, to oczywiście mówię z przymrużeniem oka. 

        Polska rzeczywiście w obecnych granicach leży praktycznie w stu procentach w zlewisku Morza Bałtyckiego. Dosłownie znikoma część naszego kraju leży w zlewisku Morza Czarnego, natomiast przesmyk bałtycko-karpacki jest tym obszarem, który absolutnie kanalizuje transport, kanalizuje także ruch wojsk, jest świetnym obszarem do manewrowania wojskami na tej wielkiej europejskiej równinie, i z tego powodu, z powodu właśnie militarnego, i z powodu czysto handlowego, ponieważ jest to jeden z głównych korytarzy handlowych, terytorium Polski jest tak istotne i stanowi zainteresowanie największych graczy  europejskich, czy nawet największych graczy na świecie, największych mocarstw na świecie, i stanowi to zainteresowanie już od wieluset lat. I nie można powiedzieć, że Polska była kiedykolwiek w stu procentach bezpieczna. Zawsze była krajem narażonym na infiltrację obcych mocarstw, na próbę ingerencji w wewnętrzne sprawy Polski, próbę skłonienia do zmiany polityki zagranicznej naszego kraju przez największych graczy międzynarodowych, była narażona na najazdy. 

        Tutaj należy podkreślić, że geografia nie jest tylko i wyłącznie przekleństwem naszego kraju. Polska przez wiele wieków korzystała gospodarczo na tym świetnym położeniu, ponieważ uważam – to jest moje osobiste zdanie – że trudno mówić w ogóle o determinizmie geograficznym. Geografia nigdy nie determinuje w stu procentach, nie warunkuje na przykład złych wydarzeń historycznych. Geografia stwarza szanse i zagrożenia. Polska w swojej historii potrafiła wykorzystywać położenie na styku Niziny Środkowoeuropejskiej i Wschodnioeuropejskiej, chociażby w XVI wieku. Proszę zauważyć rozkwit państwa polskiego, którego władcy potrafili wykorzystać tranzytowe położenie naszego kraju, czyli to położenie na głównej magistrali handlowej Eurazji, ponieważ jeżeli popatrzymy na największe ekspansje z Eurazji, nawet jeszcze wcześniej, przed epoką nowożytną, chociażby najazd mongolski z XIII wieku, i jeszcze wcześniej na ekspansję Turków, zobaczymy, że mamy dwie drogi, mamy drogę północną i drogę południową ekspansji z serca Eurazji. 

        I Polska jest położona na tej drodze, która jest – można powiedzieć – obecnie, ale w przeszłości również, najkorzystniejszą z punktu widzenia dróg lądowych, takich połączeń handlowych, połączeniem między Chinami a – można powiedzieć – nawet Półwyspem Pirenejskim, czyli między Azją Wschodnią a Europą Zachodnią.  Jest to – jak mówię – takie położenie nasze, czyli na przesmyku bałtycko-karpackim, które kanalizuje ruch w Eurazji. Jest to i szansa, i zagrożenie.  W naturalny sposób stwarza to zagrożenia militarne, zagrożenia polityczne, ale daje także ogromne szanse gospodarcze.

        – Czy daje się w ten sposób zinterpretować naszą historię jako ciąg porażek z terytorium geograficznym i ciąg zwycięstw na zmianę?

        – Myślę, że nasze dzieje to jest, z jednej strony, ciąg poszukiwań strategii dla naszego kraju, ponieważ od właściwie czasów najdawniejszych, od początku państwa polskiego nasi władcy wybierali, starali się wybrać różne strategie. I tak naprawdę, jeśli prześledzimy sobie dzieje Polski, to zobaczymy, że Polska wybierała między takimi dwoma wielkimi, można powiedzieć superstrategiami, czy też po prostu strategiami geopolitycznymi. Z jednej strony, w okresie piastowskim mieliśmy Polskę położoną między Bałtykiem a Karpatami, czyli na przesmyku bałtycko-karpackim. Polska rozwijała się na osi wschód-zachód, czy też zachód-wschód, czyli na osi równoleżnikowej. Natomiast od czasów panowania Kazimierza Wielkiego nastąpiła reorientacja polskiej strategii wraz z aneksją Rusi Czerwonej. Polska weszła na stary, bardzo ważny szlak handlowy, który skierował uwagę strategiczną i w ogóle strategię państwa polskiego, Korony Królestwa Polskiego wówczas, na oś północ-południe, otworzył Polskę na zlewisko Morza Czarnego. I był tutaj wielki dylemat, na jakiej osi Polska powinna się rozwijać, czy powinna ekspandować na zachód, czy powinna ekspandować tylko i wyłącznie na wschód, czy powinna rozwijać się na tej osi właśnie Bałtyk-Morze Czarne.

        Można powiedzieć, że koncepcja Polski od morza do morza, od Bałtyku do Morza Czarnego, została ostatecznie zarzucona, czy też nie udało jej się zrealizować, jeszcze za panowania Jana I Olbrachta. Wyprawa czarnomorska Olbrachta z 1497 roku miała na celu zdobycie portów Kilii i Białogrodu. Często nazywana jest wyprawą mołdawską w historiografii, ale tak naprawdę to był bardzo wielki projekt geopolityczny, który Jan Olbracht próbował realizować, a mianowicie najpierw zdobyć wybrzeża Morza Czarnego, a następnie pokonać zakon krzyżacki i usadowić Polskę właśnie na tej osi wertykalnej, która pozwoliłaby na rozwój handlu morskiego, i na Bałtyku, i na Morzu Czarnym. Ponieważ to się nie powiodło i oczywiście konsekwencją późniejszej unii lubelskiej z XVI w., było skierowanie polskiej ekspansji na wschód, co oczywiście wiązało się z pojawieniem się nowego, potężnego ośrodka siły, czyli Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, które ekspandowało w kierunku zachodnim, było jedną z kolejnych ekspansji z heartlandu, jak mówimy w geopolityce, czyli z serca Eurazji, z tego obszaru bezodpływowego, który stanowi rdzeń Eurazji. I w naturalny sposób skierowało nas na tory konfrontacji z rosyjskim ośrodkiem siły, jak mówimy w geopolityce.

        Te dwie drogi rozwoju, czyli droga rozwoju między Bałtykiem a Karpatami i między Bałtykiem a Morzem Czarnym, aż do dziś ten spór istnieje, w jakim kierunku Polska powinna się rozwijać. W geopolityce mówimy o dwóch wielkich nurtach, czyli o wakaryzmie i o romeryzmie. To skutkuje takimi koncepcjami, jak chociażby Międzymorze, które jest pokłosiem tego rozwoju Polski jagiellońskiej i tego rozwoju w ekspandowaniu na wschód.

        – Zagadnieniem Międzymorza zajmiemy się w jednym z następnych nagrań, bo jest to zagadnienie bardzo obszerne i bardzo interesujące, być może to jest tylko utopia polityczna, ale wracając do bezpieczeństwa Polski, co warte są nasze sojusze i traktaty?

        – Geopolityka, jako dziedzina wiedzy, ma to do siebie, że przechodzi do porządku dziennego nad wszelkiego rodzaju aktami prawnymi, aktami prawa międzynarodowego. Geopolityka, jako dziedzina, która bada wpływ geografii, wpływ przestrzeni geograficznej na procesy polityczne, koncentruje się przede wszystkim na układzie sił i układzie interesów w czasie i przestrzeni. Układ sił i interesów w czasie i przestrzeni to jest to, czym zajmuje się geopolityka, czyli geopolityki nie interesują emocje, nie interesuje dobra czy zła wola, geopolityka nie posługuje się pojęciami przyjaciół, wrogów, geopolityka nie posługuje się pojęciem wdzięczności, długów wdzięczności. Takie pojęcia są obce dla geopolityki, dziedziny wiedzy, która narodziła się w końcu XIX wieku – w przyszłym roku będziemy obchodzić okrągłą 110. rocznicę pojawienia się tego terminu, dokładnie 1899 roku powstał termin geopolityka. Geopolityka, można powiedzieć, bada twarde interesy, bada układ sił i układ interesów. I gdybym miał porównać badania geopolityczne do innych dziedzin wiedzy, do innych dyscyplin naukowych, które zajmują się badaniem stosunków międzynarodowych, polityki międzynarodowej, to mógłbym to porównać do domu czy na przykład do bloku mieszkalnego. Jeżeli sobie wyobrazimy dom czy jakikolwiek budynek, to widzimy fasadę, widzimy firanki w oknach, widzimy wszelkiego rodzaju sztukaterię, widzimy, że zmienia się oczywiście elewacja, zmieniają się mieszkańcy tego domu, i to można porównać do bieżących wydarzeń, do bieżących newsów, że tak powiem, które każdy z nas obserwuje w mediach. Zmieniają się mieszkańcy, lokatorzy, czyli zmieniają się politycy, zmieniają się urzędnicy, zmienia sztukateria, zmienia się fasada, czyli zmieniają się ustroje, zmieniają się systemy polityczne. Natomiast jeśli spojrzymy na fundamenty, jeśli spojrzymy na to, w jakim miejscu jest ulokowany budynek, czy jest ulokowany na terenie podmokłym, czy na terenie sejsmicznym, zagrożonym trzęsieniami ziemi, czy jest usytuowany w kotlinie, czy jest usytuowany na wzgórzu, zagrażają mu, czy też stwarzają szansę rozwoju, wszelkie czynniki, które mają oczywiście to podłoże głębsze. Jeżeli spojrzymy na takie czynniki, jak system kanalizacji, elektryfikacji, czyli to, czego nie widać, co stanowi często nerw funkcjonowania danego budynku, to widzimy te elementy, którymi zajmuje się właśnie geopolityka. Ponieważ geografia jest najbardziej trwałym czynnikiem polityki. Najbardziej trwałym i najbardziej stałym czynnikiem polityki. 

        Państwa powstają i upadają, imperia powstają i upadają, zmieniają się ustroje polityczne, zmieniają się nawet języki danych państw – Irlandczycy na przykład utracili swój język, dzisiaj językiem urzędowym jest język angielski w Irlandii; zmieniają się systemy polityczne, przychodzą jedni politycy i drudzy, ale jak mawiał klasyk, szczyty gór trwają niezmiennie. Morza i oceany odgrywają nadal istotną rolę komunikacyjną i istotną rolę handlową. Oczywiście, technologia ma ogromny wpływ na to, natomiast nadal geografia odgrywa wielką rolę i jest czynnikiem najbardziej stałym. I dlatego mówienie o wszelkiego rodzaju sentymentach, o wszelkiego rodzaju no właśnie takich uczuć w polityce, to jest absolutnie dla geopolityki obce.

        – Czyli papiery nie mają znaczenia?

        – Dokumenty mają znaczenie, ale jeśli prześledzimy historię, tę najnowszą i tę dawniejszą, to zobaczymy, że tak naprawdę w ostatecznym rozrachunku istnieje tylko układ sił i układ interesów. Weźmy wiek XVIII. Polska miała sojusz z Prusami, jak to się skończyło? W polityce nie ma sentymentów. To, że Jan III Sobieski w 1683 roku pod Wiedniem ocalił Austrię, nie spowodowało, że Austriacy mieli jakiekolwiek skrupuły czy kierowali się jakimikolwiek długami wdzięczności w 1772 roku, dokonując pierwszego rozbioru Polski, prawda? Więc to jest kategoria absolutnie obca polityce realnej. A jeżeli mamy przypominać już takie klasyczne traktaty, to weźmy chociażby nasz sojusz z Francją i Wielką Brytanią z 1939 roku, który tak naprawdę był wart mniej niż papier, na którym go podpisano. A z tych najnowszych przykładów mógłbym podać memorandum budapeszteńskie, czyli gwarancje nienaruszalności granic Ukrainy, którą podpisały takie mocarstwa, jak Rosja, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone, które gwarantowały nienaruszalność granic Ukrainy w zamian za zrzeczenie się przez ten kraj broni jądrowej. Na ile warte były te deklaracje, na ile warte było to memorandum, ten papier, to widzieliśmy dokładnie w 2014 roku, w lutym.

        – W takim razie dla kogo te dokumenty są przygotowywane?

        – Dokumenty są oczywiście bardzo istotne z punktu widzenia funkcjonowania życia publicznego, funkcjonowania systemu międzynarodowego. Natomiast w kategoriach długookresowych, wielkoprzestrzennych, w kategoriach głębokich procesów politycznych one schodzą na plan dalszy. One są istotne dla życia międzynarodowego. Trudno, aby życie międzynarodowe w sposób otwarty było oparte na brutalnej przemocy, sile non stop, chociaż oczywiście tak wyglądają stosunki międzynarodowe, tak patrzymy, jako geopolitycy, jako realiści w teorii stosunków międzynarodowych, właśnie na relacje między państwami, czy też – jak to mówimy w geopolityce – ośrodkami siły, ponieważ ośrodek siły to jest pojęcie stricte geopolityczne, ono oznacza rdzeń danego podmiotu politycznego, danego państwa w uproszczeniu mówiąc. 

        Proszę zauważyć, że na przykład dzisiejsza Islamska Republika Iranu w przeszłości to była Persja, to było Imperium Sasanidów, to było mnóstwo różnych podmiotów politycznych, które różniły się i językami, które były używane, i ustrojem, który funkcjonował. Persja za czasów szacha to zupełnie inny pod względem ustroju politycznego kraju niż Islamska Republika Iranu od końca lat 70. Niemniej jednak jest to w geopolityce jeden ośrodek siły, którego rdzeniem jest Wyżyna Irańska otoczona praktycznie ze wszystkich stron pasmami górskimi. I podobnie jest z Rosją. Rosja to w przeszłości było i Wielkie Księstwo Moskiewskie, i oczywiście Imperium Rosyjskie, i Rosja sowiecka, i Związek Sowiecki, a obecnie Federacja Rosyjska, jednakże rdzeniem tego państwa czy rdzeniem rosyjskiego ośrodka siły jest Nadwołże. I podobnie z Polską. Rdzeniem państwa polskiego jest dorzecze Warty i Wisły, a Polska oczywiście poza dorzeczem Warty i Wisły sięgała jeszcze hen, hen, aż po dorzecze Dniepru, a w krótkim okresie mieliśmy także dostęp do dwóch mórz, i Bałtyckiego, i Czarnego.

        – I to jest tak, że w pewnym sensie ów region to jest pewna naga postać, na którą się nakładają tylko różne kostiumy historyczne pod różnymi nazwami. Można tak powiedzieć?

        – Można tak powiedzieć. Każdy ośrodek siły posiada swój rdzeń, swoje jądro geopolityczne, które raz się rozszerza, raz się kurczy, natomiast czynniki geograficzne i czynniki oczywiście także ludzkie powodują to, że takie rdzenie, że takie jądra geopolityczne powstają, które w historii ewoluują. Raz się rozszerzają, raz się kurczą, czasami znikają, chociaż geopolityka nie znosi próżni. Proszę zauważyć, że na przykład po upadku Rusi Kijowskiej następcą w sensie geopolitycznym, w sensie ośrodka siły, wcale nie było Wielkie Księstwo Moskiewskie – o czym mówi historiografia rosyjska – ale było Wielkie Księstwo Litewskie, w sensie, jak powiedziałem, czysto geopolitycznym, biorąc pod uwagę ten rdzeń państwa i ten ośrodek siły. Dawna Ruś Kijowska to było serce, można powiedzieć, też gospodarcze tego tworu geopolitycznego, jakim było Wielkie Księstwo Moskiewskie. A wszelkie inne kwestie związane z językiem używanym, z ustrojem, z władcami, którzy się zmieniali, z zasięgiem terytorialnym, to są już kwestie absolutnie pochodne. Tak naprawdę geografia stwarza różne szanse i różne zagrożenia w zależności od położenia geograficznego.

        Oczywiście istnieją takie państwa, które są w sposób, można powiedzieć, ogromny uwarunkowane geografią, ale taki determinizm jest absolutnym marginesem. Podam taki przykład. Współcześnie państwo Gambia w Afryce, które jest praktycznie uzależnione gospodarczo od rzeki o tej samej nazwie, a w przeszłości ta rzeka stanowiła bardzo ważny element ekspansji do interioru Afryki, toczyły się o nią walki, toczyli te  walki i Hiszpanie, i Holendrzy, a później Francuzi i Brytyjczycy.

        – Rozumiem, że przykładem wykorzystania dobrego uwarunkowania przestrzennego jest Anglia, wyspa, która w swoim czasie wysferzyła się na wielkie mocarstwo?

        – Niekoniecznie. Bardzo często właśnie taki przykład jest podawany, że państwa wyspiarskie mają lepiej, ale jeśli popatrzymy na wieki średnie, to zobaczymy, że Wielka Brytania była dotknięta wielkimi najazdami wikingów, więc nie do końca tak jest.

        – To samo państwo jest owocem inwazji Normanów, prawda?

        – Oczywiście, że tak. Natomiast jeśli popatrzymy na takie uwarunkowania geograficzne, jak na przykład uwarunkowania Stanów Zjednoczonych, które mają słabych sąsiadów, a jednocześnie są izolowane wielkimi obszarami oceanicznymi, to niewątpliwie to państwo jest o wiele bezpieczniejsze z punktu widzenia geopolityki niż państwo, które jest położone w sercu Europy, na tym ciągu komunikacyjnym, na limesie, na tej granicy Europy Środkowej, jak Polska. Jesteśmy położeni na takim obszarze, który stanowił teren jednych z największych ekspansji z Eurazji czy z serca Azji do Europy i z Europy do Azji. Przecież tędy, przesmykiem bałtycko-karpackim, przez niziny polskie przechodziła ekspansja polska na Moskwę w początkach XVII wieku, tędy szła wyprawa Napoleona z 1812 roku, tędy szła ekspansja Hitlera i tędy był realizowany plan Brabarossa i uderzenia na Związek Sowiecki i oczywiście tędy szły wielkie ekspansje z obszaru bezodpływowego, o czym już wspomniałem. Więc ten obszar był praktycznie od średniowiecza obszarem wielkich, wielkich i wędrówek ludów, i ekspansji, ale także wielkiego, absolutnie wielkiego handlu.

        – Zadaję więc ostatnie pytanie Panu Doktorowi teraz. Polska jest przedmiotem polityki, nawet największe mocarstwo jest przedmiotem działań politycznych. Czy Polska może być podmiotem?

        – I o to się właśnie toczy spór, o którym wspomniałem na samym początku. Mamy właściwie do czynienia z wielkim sporem o to, czy Polska może być, może nie tyle czy powinna być, to nie jest kategoria geopolityczna, czy my mamy takie widzimisię. To jest kwestia pewnych uwarunkowań. Oczywiście wola polityczna jest ogromnie ważna. Wola narodu do tego, żeby zajmować odpowiednią pozycję na arenie międzynarodowej, jest bardzo istotna. Ale ważne są także uwarunkowania, uwarunkowania geograficzne i układ sił i interesów, jaki funkcjonuje w danym okresie, w danej koniunkturze gospodarczej i geopolitycznej.

        – Czy teraz jest chwila wielkiej szansy, czy nie jest dla Polski?

        – Moim zdaniem, jesteśmy w okresie wielkiej szansy dla państwa polskiego. Toczy się ogromny spór właściwie między trzema drogami, jaką drogę geopolityczną Polska powinna dzisiaj wybrać, ponieważ ja uważam, że w tej chwili niestety nie mamy kultury strategicznej na odpowiednim poziomie, która korespondowałaby w sposób właściwy, w sposób adekwatny do znaczenia geopolitycznego naszego kraju, do znaczenia geografii naszego kraju. Istnieje ten spór właściwie od XIX wieku. Korzeniami, tak jak wspomniałem, on sięga gdzieś nawet do Piastów. I ten spór toczy się między romeryzmem, wakaryzmem i europejskim federalizmem. To są takie trzy drogi geopolityczne.

        Romeryzm – to pojęcie pochodzi od profesora Eugeniusza Romera, wybitnego geografa, twórcy wielu atlasów, także patrona jednego z wydawnictw kartograficznych, które w przeszłości wydawało bardzo dobre jakościowo mapy. Profesor Eugeniusz Romer uważał, że Polska jest krajem pomostowym, że rozciąga się tak naprawdę na pomoście bałtycko-czarnomorskim, a naturalnymi granicami państwa polskiego jest na północy Morze Bałtyckie, na południu Morze Czarne, na zachodzie Odra i na wschodzie Dniepr, Dźwina. Uważał, że to są naturalne granice państwa polskiego i na tym obszarze Polska powinna funkcjonować jako pomost rozdzielający tak naprawdę dwa wielkie mocarstwa, dwa wielkie ośrodki siły – to pojęcie już wytłumaczyłem – czyli niemiecki i rosyjski ośrodek siły. I romeryzm, ta spuścizna profesora Eugeniusza Romera wpłynęła na stworzenie koncepcji Międzymorza, które ewoluowało, było nazywane przed wojną jeszcze mianem Trzeciej Europy, obecnie okrojone do tzw. koncepcji Trójmorza.

        Druga koncepcja to jest wakaryzm – od Włodzimierza Wakara, polskiego prawnika, który tworzył od początku XX wieku do początku lat 30. Włodzimierz Wakar uważał, że Polska jest przede wszystkim krajem tranzytowym, że to, co warunkuje najlepszy nasz rozwój, to położenie na Nizinie Środkowoeuropejskiej, czy też na tym styku właśnie Niziny Środkowoeuropejskiej i Niziny Wschodnioeuropejskiej. I to na przesmyku bałtycko-karpackim powinniśmy koncentrować swoją uwagę, nie na pomoście bałtycko-czarnomorskim, nie na tej osi wertykalnej, ale na osi horyzontalnej, na osi wschód-zachód, i że Polska powinna być łącznikiem między Wschodem i Zachodem, zwłaszcza, przede wszystkim łącznikiem handlowym. Powinna być, jak to mówimy w geopolityce, sworzniem gospodarczym, czy też sworzniem geoekonomicznym. Sworzniem, czyli osią handlową. Polska, jako kraj tranzytowy, powinna czerpać korzyści właśnie z eurazjatyckiego handlu wschód-zachód.

        I wreszcie trzecia droga – europejski federalizm. Europejscy federaliści mówią tak, że należy oddzielić dzisiaj pojęcie racji stanu od polskiego interesu narodowego, ponieważ racja stanu wiąże się z istnieniem niepodległego podmiotu, samodzielnego podmiotu politycznego, natomiast interes narodowy zakłada to, że naród może żyć w dobrobycie, może być bezpieczny, zrzekając się części, a nawet całej swojej suwerenności na rzecz podmiotu większego. W tym przypadku mówimy o zrzeczeniu się suwerenności na rzecz Europy federalnej, stworzenia jednolitego państwa europejskiego, które przejęłoby kompetencje państwa narodowego, a w zamian za to – jak mówią europejscy federaliści – miałby nastąpić dobrobyt i zapewnienie tego bezpieczeństwa. Oczywiście antenatami, można też powiedzieć prekursorami tego myślenia geopolitycznego był w XIX w. Stefan Buszczyński, a w XX w. znana postać i bardzo kontrowersyjna, Józef Hieronim Rettinger.

        – Bardzo dziękuję za rozmowę.

Program „Lustro Świata” , wRealu24.pl

Opublikowano w Wywiady
piątek, 24 sierpień 2018 10:41

Liżemy bramy przyszłego świata

Rzeczywistość nam przyspiesza. Okazuje się, że dzisiaj samo kwestionowanie nielegalnej imigracji do Kanady poprzez otwartą zieloną granicę jest „niekanadyjskie” i ludzie, którzy to czynią, „nie należą do Kanady”. Oznacza to, że podobnie jak w czasach komunistycznych w Europie, kwestionowanie „linii partii” może się dla kwestionującego źle skończyć.

        Jednocześnie jesteśmy świadkami konstruowania nowej kanadyjskiej tożsamości. Jednym z jej elementów jest rewizjonizm historyczny; wyburza się pomniki kolonizatorów, podkreśla znaczenie marginalnych faktów, po to by stworzyć nową historię kraju. Jak to nam uświadomił George Orwell, kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość, a kto kontroluje przeszłość, ten panuje nad przyszłością. Według promowanej obecnie  „historii multikulti”, Kanadę budowali ludzie „ze wszystkich zakątków globu”. Rozumiem, że w wieku XIX  budowali ten kraj Hindusi, Pakistańczycy, Arabowie i Rosjanie… Nowa przeinaczona historia tego kraju całkowicie pomija rolę i znaczenie misji chrześcijańskich i zapoznaje brytyjski czy francuski charakter instytucji tworzonych na tych ziemiach. Oczywiste, że Kanadę wybudowali imigranci z Niemiec, Irlandii, Polski i wielu innych krajów europejskich. Kanada została skolonizowana przez Europejczyków; podobnie zresztą jak Stany Zjednoczone. Europejczycy stworzyli tutaj instytucje polityczne, system sądownictwa, wprowadzili demokrację, zbudowali drogi, kolej i porty. Owszem, również przy pomocy innych nacji – na przykład sprowadzanych z Chin pracowników fizycznych, jak to miało miejsce na początku XX wieku – nie zmienia to jednak faktu, że Kanada jest krajem ukształtowanym przez wartości zachodnioeuropejskiej cywilizacji.

        Dzisiejsi bolszewicy kulturowi, którzy mają przemożny wpływ na władze tego kraju, usiłują ten fakt przeinaczyć i piszą nową historię, by ukształtować nową kanadyjską tożsamość. Jak zawsze, pierwszą ofiarą rewolucji jest wolność słowa; zamyka się ludziom usta polityczną poprawnością i przestaje się debatować o ważnych dla kraju sprawach.

        Jest to działalność prowadząca do pogłębiania podziałów i radykalizacji części społeczeństwa. Ci, którym odbiera się głos, których stawia się poza debatą publiczną, mogą jedynie działać radykalnie i pozasystemowo.

        Imigracja jest tematem kluczowym, bo właśnie jesteśmy świadkami otwarcia granic kraju dla niekontrolowanej nielegalnej imigracji dokonywanej pod pozorem uchodźstwa. Owi „uchodźcy” przedostają się do Kanady przez granicę ze... Stanami Zjednoczonymi. Jeśli więc – teoretycznie – uznajemy Stany Zjednoczone za kraj „niebezpieczny”, w którym gwałci się prawa człowieka i obywatela, to czemu z nim handlujemy? Czemu nie napominamy Waszyngtonu, jak to miało miejsce, na przykład, wobec Arabii Saudyjskiej?

        Jakie jest więc wytłumaczenie tego szaleństwa? Otóż globaliści, wyznawcy ideologii „zrównoważonego rozwoju” i wszelkiej maści budowniczowie „nowego Jeruzalem”, postrzegają przemieszanie narodów, ras i kultur jako taran, który rozbija stare struktury społeczne, dekonstruuje stary porządek; który pomaga w tworzeniu nowego społeczeństwa postnarodowego (jak to kiedyś powiedział wprost premier Kanady Justin Trudeau), wyrównując napięcia demograficzne.

        Kanada od lat 70. jest poletkiem doświadczalnym starszych i mądrzejszych. Dzisiaj, coraz bardziej wytresowani, liżemy bramy przyszłego świata…

Andrzej Kumor

Opublikowano w Andrzej Kumor
Strona 1 z 102