Goniec

Register Login

piątek, 15 czerwiec 2018 13:22

Byłem w Polsce (10)

Braniecki1918 01Wielu podróżnych miało ze sobą przedziwny bagaż. Jakieś tłumoki związane sznurkiem, czasem walizki, albo co było najpopularniejsze – teczki! A w tych teczkach... Bóg jedyny wiedział!...

– Pani podrzuci mi teczkę – tam stoi!

A teczka stała jak przymurowana. Nawet dwóch rąk było za mało, aby ją ruszyć z miejsca!

– A co pan tam ma, na miłość boską? Kamienie?

– Iiii tam, kamienie! Motor wiozę, ale on lekuchny – jaki tam ciężki?

Ktoś tam pomógł, popchnął i motor w teczce podawano ponad głowami. No więc gdy silnik paki zaskoczył, łańcuchy na kołach trzymały i tylne drzwiczki były zatrzaśnięte, auto ruszało. Drogi odśnieżano we własnym zakresie, ale większość mijanych wiosek nie miała żadnego sprzętu, więc PKS-owska paka przebijała się przez zasypaną drogę „par force”.

W środku, ciaśniuteńko stłoczeni ludzie rozluźniali się po emocjach wsiadania i startu. Większość wyciągała jakoś papierosy i zaczynała przypalanie.

Wyciąganie zmiętej paczki żeglarzy, sportów czy giewontów to była operacja, która wymagała zespołowego działania.

– Pan wyjmie mi cygara – mówił ktoś, kogo pozycja nie pozwalała na sięgnięcie do własnej kieszeni. „Cygara” to były papierosy.

Podawano sobie zapalonego już papierosa prosto z ust, żuto prymki, spluwano w zagłębienie dłoni, czasem ktoś wpychał pół papierosa w lufkę. Zdarzało się, że palący wydmuchiwał dym prosto w twarz przyciśniętego do niego, a ten, nie mogąc z powodu ścisku ruszyć głową, wdychiwał go i czuł się tak, jakby sam palił. Można powiedzieć, że tanio mu wychodziło, bo nie musiał kupować, a mógł się napalić do syta!

Paka parła do przodu, osuwając się czasem na jakiejś większej zaspie, przechylając raz w jedną, a raz w drugą, co powodowało przesuwanie się ludzkiego ładunku, który zachowywał się jak jedna, zwarta bryła. Siły prące tej bryły powodowały, że ludzie czuli miażdżenie i wyciskanie powietrza z płuc. Zdarzały się też przyduszone krzyki lub piski kobiet, które bały się wręcz o swoje życie.

Niby żartowano, niby coś tam przepraszano, ale i tak nikt nic nie mógł zrobić i pod tym względem było bezpieczniej niż, powiedzmy, w warszawskim tramwaju w letni dzień, gdy w ścisku dochodziło do rzeczy, o których dziewczyny wstydziły się wtedy mówić, bo tak były wychowywane, żeby „o tym nie mówić, bo to na pewno twoja wina!”. Ej, nawet teraz trudno mi o tym spokojnie pisać!

W każdym razie, w tamtych zamierzchłych czasach – chociaż daleko nie „świętych” – może trochę bardziej szanowano kobiety. Na dowód tego, nie gubiąc przy tym toku opowiadania, powiem tylko tyle, że w czasie jednego letniego kursu zdarzył się pewien przypadek. Po metalowej drabince wchodziła do środka samochodu-paki młoda, wiejska dziewczyna w szerokiej spódnicy. Wiatr zawiał, ktoś coś zauważył i w czekający tłumek poszła elektryzująca wieść, że dziewczyna jest bez majtek. Docinki i kąśliwe żarty wywołały u dziewczyny płacz. W tym momencie konduktor wrzasnął na tłum z taką wściekłością, że żarty umilkły jak nożem uciął.

– Bydło! Żeby ktoś czasem waszych córek tak nie sponiewierał!!!

To pamiętam. Pamiętam słowa, które padły, i pamiętam ciszę. Jakaś starsza kobieta objęła dziewczynę ramieniem, a chłopi siedzieli cicho i udawali, że patrzą w inną stronę.

Wracam do tej zimowej jazdy PKS-em. Otóż kurs był do Przemyśla przez Dubiecko, Nienadową i Krzywczę.

Jak to się mówiło, „lecieliśmy” na Przemyśl.

Do Dubiecka jeździliśmy, albo chodziliśmy, od czasu do czasu, bo moja mama miała tam dwie dobre znajome, a właściwie kuzynki, które jako niedobitki przedwojennej klasy posiadającej, cierpiały w zrujnowanym pałacu piszczącą biedę. Owdowiałe siostry. Mężowie zginęli w czasie wojny, a one zostały same.

Władza ludowa wydzieliła im tam skromniuteńkie mieszkanko i żyły z ogródka i wyprzedaży dawnych bibelotów. Resztę pałacu przydzielono jakiejś fabryce.

Mama jeździła do nich na pogadanie, powspominanie, trochę popłakanie, ale głównie przywoziła jakąś pomoc, bo wszystkim wtedy było ciężko i ludzie wspierali się jak mogli i czym mogli.

Tak więc drogę do Dubiecka znałem i jak do tej pory wszystko było dobrze, ale jeśli chodzi o tę dalszą, w kierunku Krasiczyna i w końcu upragnionego Przemyśla, to rzecz się komplikowała, bo „paka” musiała pokonać niebywałą przeszkodę, która zimową porą mogła być naprawdę śmiertelna.

Oto tuż koło wsi Krzywcza droga wspinała się trzema stromymi zakrętami na szczyt wzniesienia. To była Góra Krzywiecka. Nawet w lecie ciężarówki wyły tam jak torturowane. Silniki grzały się „do czerwoności”, spotniały kierowca zaciskał ręce do białości, a w pace panowała taka cisza jak w kościele w czasie podniesienia. Zdarzało się, że dochodziło tam do dramatycznych chwil, które w kilku przypadkach skończyły się tragediami. Tak było w lecie. W zimie zaś horror łączył się z thrillerem i nie wiadomo czym jeszcze, bo naprawdę ryzyko było ogromne. Mówię o tym nawet dziś, z perspektywy wielu lat za kierownicą.

„Paka” była przeładowana, droga zawalona śniegiem, stromizna straszna, a już najgorsze były zakręty. Pamiętam tę drogę do dziś. To było tylko raz, ale pamiętam.

Truck trzeszczał, wył, łańcuchy orały śnieg, a ludzie mówili głośno „Pod Twoją obronę”. Czasem, ale tylko czasem dawał się słyszeć jakiś przyduszony jęk czy szloch, ale poza słowami modlitwy słychać tylko było ciężkie oddechy. Co się działo w szoferce, nie wiedzieliśmy, bo paka była odgrodzona, ale oczyma wyobraźni widziałem skuloną nad kierownicą postać kierowcy w kożuchu, który zaciska ręce na kółku i wdeptuje gaz do oporu. Dużo później dowiedziałem się, że te trucki miały blokadę tylnej osi, która mogła być dużą pomocą, ale wtedy ani o tym nie wiedziałem, a nawet gdybym wiedział, to nie wiem, czyby mnie to uspokoiło. Drżałem jak osikowy liść.

W końcu wjechaliśmy. Uważałem to za kompletny cud i wynik modlitw, co chyba nie było dalekie od prawdy, bo wszyscy czuliśmy, że śmierć musnęła nas swoim oddechem.

Strasznie odbiegłem od toku mojego opowiadania o Polsce 2017/18 roku i naszych wycieczek z Warszawy w różne rejony Polski! Już wracam!

Właściwie cały czas podczas naszych wizyt w Polsce mieliśmy dobre warunki jazdy. Pogoda była ładna, drogi suche i nawet w zimie wyszliśmy jakoś obronną ręką. Ale było zimno, a w Krakowie i Zakopanem wręcz przenikliwie. Podobnie było w Sudetach i przy minusowej temperaturze nie zdecydowaliśmy się wchodzić na Śnieżkę. Mówię naturalnie o naszych jesienno-zimowych pobytach, podczas których cały czas walczyliśmy przy porządkowaniu i opróżnianiu domu, wizytowaliśmy mamę i od czasu do czasu wyjeżdżaliśmy w krótkie trasy, żeby oczyścić głowy z myśli i niepokojów.

W czasie tych rajdów widzieliśmy – szczególnie na Mazurach – ludzi z koszykami, którzy sprzedawali grzyby. Było ich tak wielu, że zaczynałem się o nich martwić, czy je sprzedadzą. Jak się okazało, całkiem niepotrzebnie, bo przejeżdżające samochody zatrzymywały się i widziałem, że biznes kwitnie.

Oprócz grzybiarzy były jeszcze dziewczyny i na jednym odcinku w Poznańskiem stało ich tyle, że w tym przypadku faktycznie byłem poważnie zaniepokojony, czy wszystkie znajdą chętnych. Mimo pozornego zastoju w interesie wyglądały na odprężone, w miarę świeże i w dobrych humorach.

Niektóre rozmawiały przez telefony, niektóre machały do przejeżdżających, a jeszcze inne na widok zbliżającego się trucka obracały się do niego tyłem i pochylały głęboko, poprawiając coś przy szpilkach. Przypomniały mi się widoki z kanadyjskich i amerykańskich truck stopów, na których widywało się tlenione blondyny siedzące w oświetlonych wnętrzach aut albo przechadzające się rozkołysanym krokiem po parkingu. Były takie, które pukały do trucków z pytaniem, czy nie potrzeba „towarzystwa”. Słyszało się je też na CB, gdy próbowały umówić klienta. Zastanawiałem się czasami, jak bardzo trzeba być zdesperowanym, żeby korzystać z ich usług, no ale każdy ma swój pogląd na te sprawy i nie mnie o tym sądzić.

A prócz tego przy polskich drogach stoją zajazdy! I jest ich wiele! Zajazdy, gospody, karczmy, „obiady jak u mamy”, hotele itd. I wszędzie dają dobrze zjeść. Inna rzecz, że jadłospisy pełne są niebotycznie udziwnionych nazw najzwyklejszych dań, ale taka jest moda w wielu krajach. Nic nie może być nazwane normalnie. Tak jakby egzotycznie brzmiąca nazwa miała przyciągnąć większą liczbę gości. I może tak właśnie jest!

Inna rzecz, że czasami zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi, jakkolwiek podziwiałem pomysłowość w wymyślaniu nazw.

„Polędwiczki z daniela, marynowane w zalewie z leśnych borówek z miodem podbite rozetą ziemniaków i ogórków na sosie”... itd., itp.

Trudno było wyczuć bluesa, ale sprawa i tak mnie nie dotyczyła, bo ja zawsze brałem flaki albo kapuśniak plus obowiązkowy schabowy z kartoflami i zasmażaną kapustą. To było moje pożywienie i tym się syciłem! Koniec kropka!

To, że z tym polskim jedzeniem trzeba uważać, przekonałem się bardzo szybko wtedy, gdy stanąłem na wagę. Zapewniano mnie jednak, że to normalne i absolutnie nie ma się czym przejmować (!). Z wielką przyjemnością i ulgą poszedłem za tą radą.

Zatrzymywaliśmy się więc w tych przydrożnych przybytkach jedzeniowych na lunche i obiady i nigdy nie byłem rozczarowany!

Wypad do Krakowa przedłużył się o wycieczkę do Zakopanego i jeszcze dalej, przez Łysą Polanę i kawałek Słowacji do Krynicy! Droga prowadziła wśród gór, zawsze pięknych i czystych – takich jak wtedy, gdy jako młody człowiek chodziłem po nich z plecakiem. Mówię tu nie tyle o Tatrach, bo żadnym taternikiem nie byłem, ale raczej o Beskidzie Sądeckim czy Beskidach w ogóle, które znałem dość dobrze.

Inna rzecz, że każde beskidzkie pasmo ma swój niepowtarzalny charakter i urok. Nawet ktoś, kto po nich nigdy nie chodził, prawie od razu zauważy różnicę pomiędzy różnymi pasmami. Beskid Sądecki, Niski, Śląski, Gorce czy Bieszczady – każde z nich jest inne.

Jeszcze będąc w Zakopanem, nie sądziliśmy, że pojedziemy dalej. Wszystko przez brak czasu, bo przecież nie przyjechaliśmy do Polski dla jakichś turystycznych przyjemności, tylko do chorej mamy i likwidacji domu. Miałem więc pewne wyrzuty sumienia, że każda chwila spędzona poza Warszawą i naszymi obowiązkami jest jakimś nadużyciem czy egoizmem, ale dzwoniliśmy do Domu Opieki i w ten, trochę pokrętny i hipokrytyczny sposób uspokajaliśmy poczucie winy.

Marcin Braniecki

Opublikowano w Teksty

800px-POL Warsaw Pomnik czynu poloniiPolonia na całym świecie dysponuje potencjałem, który może nie tylko pomóc wspierać strategicznie polskie interesy, ale również zmienić dotychczasowy obraz Polski. Najwięcej mówiono i pisano o tym w trakcie polskich wyborów prezydenckich i parlamentarnych w roku 2015, a najpopularniejsza wówczas fraza brzmiała: „potencjał Polonii”.

Co wiemy o Polonii amerykańskiej jako największej grupie polskiej diaspory?

(Ponieważ dysponujemy tylko badaniami na temat Polonii amerykańskiej, nie omawiamy innych części polskiej diaspory. Konieczne jest przeprowadzenie takich badań). Otóż amerykańskie wybory prezydenckie 2016 zburzyły mit o tym, że Polonia nie głosuje. To właśnie głosy Polonii w stanach: Wisconsin (9,3 proc. Amerykanów polskiego pochodzenia), Michigan (8,6) i Pensylwanii (7,28 proc.) jako „swing states” miały istotny wpływ na wynik wyborów prezydenckich. Przy liczbie 9.569.207 co stanowi 3,2 proc. populacji USA (Źródło: U.S. Census Bureau, 2010 American Community Survey). Amerykanie polskiego pochodzenia są bogatsi niż przeciętny Amerykanin (79 tys. dol. wobec średniej 63 tys., jeśli chodzi o dochód na rodzinę) oraz są lepiej wykształceni (36 proc. wobec 28 proc. ukończyło studia). Większość (71 proc.) deklaruje przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego (Piast Institute. Studium „Polish Americans Today: A Survey of Modern Polonia Leadership” 2013).

Dobrze wykształcony Amerykanin polskiego pochodzenia z doktoratem już na samym początku wart jest około 250.000 dol. Na uniwersytetach istnieją i powstają polskie kluby studenckie, od wschodniego wybrzeża do zachodniego po Alaskę i Hawaje. Sporą, ciągle powiększającą się grupę stanowią studenci z Polski. Potrzebują oni jakiegoś planu, wizji jednoczących ich wokół wspólnych celów. Jednym z takich narzędzi mogłaby być idea stworzenia transparentnego systemu stypendialnego. Poza Fundacją Kościuszkowską żadna inna organizacja polonijna nie dopracowała się jeszcze naprawdę czytelnego, dostępnego i stabilnego systemu stypendialnego. Tymczasem stypendia odgrywają istotną rolę, jeśli myśli się poważnie o stworzeniu propolskiego lobbingu w Ameryce.

Czekamy również na projekty i programy badawcze dla naszych studentów i naukowców adresowane z Polski. Bez zaplecza intelektualnego nie można budować polskiego lobby. Istotną rolę w tym procesie odgrywają polscy naukowcy pracujący w USA, amerykańscy naukowcy polskiego pochodzenia i inni, którzy zajmują się polską problematyką. Wstępne szacunki mówią, że w samych Stanach Zjednoczonych jest ponad 800 naukowców na poziomie „tenure”, czyli amerykańskiej habilitacji. Naukowców ze stopniem doktora jest znacznie więcej. Jest to więc poważna grupa ludzi, z istotnym potencjałem intelektualnym, której nie można lekceważyć. Polscy naukowcy pracują na setkach uniwersytetów na całym świecie i grupa ta powinna również być motorem rozwoju w Polsce i to o nich powinny zabiegać polskie uniwersytety, ośrodki badawczo-rozwojowe oraz różnego szczebla ośrodki władzy. Dokładnie tak jak robiła to II Rzeczpospolita. Rząd Ignacego Paderewskiego potrafił transparentnie tworzyć polską elitę i integrować Polonię z odtwarzającymi się strukturami społecznymi i państwowymi II Rzeczpospolitej. Dlaczego dotąd nie robiły tego rządy III RP?

Długo i naiwnie Polonia na całym świecie oczekiwała otwarcia i działań kolejnych rządów III RP, w celu włączenia Polonii w proces zmian struktury politycznej i społecznej III Rzeczpospolitej. Po 1989 roku w wyniku ustaleń „okrągłego stołu”: Polacy żyjący na emigracji jako pierwsi zostali odepchnięci i zablokowani od udziału w polskim życiu społecznym i politycznym z jednym zastrzeżeniem: pieniądze od rodaków spoza kraju powinny nadal płynąć do Polski wartkim strumieniem. Według danych Banku Światowego z 2015 roku, Polonia amerykańska co roku wysyła do Polski przeszło 900 milionów dolarów; z relacji Polskiego Radia wynika, że Polacy z Wielkiej Brytanii każdego roku transferują do kraju ok. 3 mld funtów.

 

Przyjrzyjmy się faktom

Fakty wyraźnie potwierdzają, że wierne ustaleniom „okrągłego stołu” w tym aspekcie są również rządy dobrej zmiany, na które Polonia głosowała i wspiera je w dalszym ciągu. W ciągu ostatnich lat trwania rządów III RP nie powstał żaden transparentny program, który by potrafił włączać Polonię w struktury społeczne i polityczne państwa. Obawiamy się, że również rządy dobrej zmiany nie zamierzają nic zrobić w aspekcie integracji Polonii z Polską. Doskonałym przykładem ilustrującym ten proces jest zawieszenie pani Marii Szonert-Biniedy w funkcji konsula honorowego w Ohio. Nie znamy w USA osoby bardziej zaangażowanej w działalność polonijną niż Pani Maria. Niestety, rządy dobrej zmiany zawiesiły Ją w obowiązkach konsula honorowego, pozostawiając tę sprawę „profesjonalnej niemocy”. Zjawisko to polega między innymi na tym, że nikomu nie przeszkadza fakt, że niektórzy polscy dyplomaci to byli współpracownicy służb specjalnych, a najbardziej zaangażowana w sprawy polskie w USA Pani Maria jest ciągle blokowana w swoich patriotycznych działaniach. Widocznie Pani Maria komuś bardzo przeszkadza.

Proces lekceważenia i blokowania Polonii doskonale widać w trakcie odbywających się konferencji na tematy polonijne. W 2016 roku w Warszawie pan Adam Bąk z Nowego Jorku jako pierwszy zadał pytanie: dlaczego nowo wybrane w demokratycznych wyborach władze nie podejmą współpracy z Polonią?

Przedstawicieli rządu RP zabrakło jednak na tej konferencji. Mimo że konferencja była sponsorowana przez MSZ, nikt z osób odpowiedzialnych za Polonię się tam nie pojawił z wyjątkiem pani poseł Pawłowicz i pana posła Rzymkowskiego. Pani z departamentu MSZ d/s Polonii i Pan z Senatu odczytali nudne kwestie, po czym pojechali do domu na obiad, nie przejawiając zainteresowania tymi, którzy przemierzyli tysiące mil dla dobra ojczyzny. W Krynicy na forum polonijnym w 2017 o mediach polonijnych mówiły osoby z TV Polonia, która od lat nie zajmuje się problemami Polonii. Dlaczego zabrakło dziennikarzy polonijnych? Na tematy biznesowo- finansowe mówili, a raczej dzielili się swoimi kosmicznymi wizjami szefowie polskich spółek, a prezes największej polonijnej firmy finansowej z Nowego Jorku siedział na widowni. Na innych konferencjach zaczyna dochodzić do coraz ostrzejszej wymiany poglądów.

W Toruniu w 2018 pani Renata Cytacka z Wilna głośno powtórzyła zarzuty, że dobra zmiana nie ma żadnej wizji współpracy z Polonią. Została za to w mało dyplomatyczny sposób skarcona przez Pana Marszałka Senatu. Adam Bąk, działacz polonijny, filantrop i milioner z Nowego Jorku, zrezygnował z dalszego udziału w pracach Rady Konsultacyjnej Polonii przy Marszałku Senatu RP. Zasada jest ciągle taka sama, tj. główni paneliści i osoby wypowiadające się w imieniu Polonii, nigdy nie mieszkali za granicą, a miarodajnym źródłem informacji o Polonii jest przysłowiowy szwagier z Chicago. Nie istnieją żadne aktualne badania na temat Polonii, a ostatnie zostały przeprowadzone przez rząd PO w ramach badania Piast Institute z Michigan. A miało być partnerskie traktowanie Polonii. Historia znów się powtarza. Sprawa historycznych relacji pomiędzy Rzeczpospolitą a Polonią nie wygląda różowo. Od momentu fatalnego za sprawą rządu II RP, powrotu Błękitnej Armii do USA, do zmuszania Polonii do realizacji polityki zagranicznej rządu II RP, inwigilacji Polonii w okresie komunizmu i czarnych list dla niektórych działaczy Polonii po 1989 roku, rząd dobrej zmiany chyba też realizuje błędy poprzedników, starając się narzucać Polonii swoją politykę. Różne ośrodki władzy RP i różni politycy realizują wśród Polonii swoje priorytety, które często są sprzeczne z priorytetami Polonii. Lansowanie przez frakcje dobrej zmiany różnych ludzi wśród Polonii wpływa tylko na dalszą destrukcję Polonii. A jeśli nic nie wychodzi, pozostaje winą obarczyć... Polonię.

 

Nowy, sposób rozumienia Polonii w Warszawie

W trakcie wspomnianych konferencji lansuje się ostatnio bardzo modną wersję o skłóconej Polonii i niemożności dogadania się z nią. Podkreśla się brak liderów Polonii. Można ją usłyszeć w słowach czołowych liderów dobrej zmiany i dyplomatów. A co dobra zmiana zrobiła w aspekcie zmiany tej sytuacji? Wyciąga kolejne „króliki z kapelusza”, nikomu nieznanych w świecie polonijnym ludzi z kategorii miernych, ale wiernych, i to właśnie oni mają być nowymi mężami opatrznościowymi Polonii. Bardzo ciekawa jest ta nowa próba zamiecenia indolencji osób odpowiedzialnych za współpracę z Polonią pod przysłowiowy dywan.


Czego domaga się Polonia?

Polonia już od dawna informuje, że najważniejszymi priorytetami dla niej jest jej profesjonalna lustracja (przeprowadzona przez IPN, a nie samozwańczych ekspertów), zaprzestanie dofinansowywania projektów dla organizacji, które są przeciwne patriotycznej wizji Polonii. W tej chwili projekty patriotyczne nie otrzymują żadnego dofinansowania ze źródeł senackich. Sytuacja jest podobna do sytuacji w Polsce, gdzie polski rząd dobrej zmiany finansuje opozycyjne, wrogie polskiej racji stanu organizacje i osoby. Jeżeli chcemy bronić dobrego imienia Polski i Polaków, nie możemy finansować wrogów, musimy finansować tych, którzy chcą bronić Polski!!! Polonia na całym świecie musi także posiadać długofalowy program na przetrwanie. Ewentualna wygrana marksizmu kulturowego spowoduje błyskawiczną asymilację polskiej diaspory i utratę dla państwa polskiego możliwości posiadania efektywnego lobbingu polityczno-ekonomicznego. Na taką ewentualność Polonia powinna mieć konkretny plan działania.

Po płomiennych apelach marszałka Senatu Karczewskiego i ministra MSZ Dziedziczaka do Polonii: „o reagowanie na przejawy antypolonizmu”, na Wawelu obył się swoisty hołd lenny w postaci podpisania przez przedstawicieli największych organizacji polonijnych apelu: o wzmacnianie więzi ze wspólnotą budującą Polskę taką, jaką wymarzyli sobie jej przodkowie – wolną, podmiotową, sprawiedliwą i bezpieczną, wyrastającą z chrześcijańskich fundamentów Europy. Hołd lenny miał tylko znaczenie dyplomatyczne, albowiem w licznych listach beneficjentów senackich grantów powiedziano Panu Marszałkowi: „Polskę zawsze wspieraliśmy i wspierać będziemy, ALE ODMAWIAMY wsparcia działań obecnych polskich władz w tej dziedzinie” – to odpowiedź niektórych polonijnych organizacji, zwłaszcza tych, które ze swoich misji wykreśliły hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Flagowe polonijne projekty w Ameryce i w Europie milczą w momencie, gdy polska racja stanu potrzebuje ich wsparcia.

Jako Polonia patriotyczna, głosowaliśmy na idee reformy państwa polskiego w postaci programu wyborczego prezydenta Dudy i programu dobrej zmiany. Czekamy już dwa lata na jakiekolwiek wspólne przedsięwzięcia, ale albo w wyniku „profesjonalnej niemocy”, albo braku woli politycznej lub ciągłej akceptacji doktryny okrągłego stołu – trzymania Polonii z dala od wpływu na polską politykę, Polonia pozostaje na marginesie polskiego życia społecznego i politycznego. Proces ten było widać jak na dłoni podczas trwającej akcji Stop Act H.R 1226, gdzie warszawskie elity zastosowały wobec Polonii popularną zabawę dla dzieci, „stary niedźwiedź mocno śpi”. Udając, że żydowskie roszczenia bezspadkowe nie istnieją i Polonia też w tej zabawie nie istnieje i wszystko z nadejściem kolejnej wiosny przeminie i będzie pięknie. Akcja Stop Act H.R 1226 obudziła Polonię. Jest to również widoczne podczas dramatycznej obrony pomnika katyńskiego w Jersey City. Propolski lobbing Polonii amerykańskiej, przy propolskim przywództwie, dał pozytywny skutek. Polonia amerykańska zrobiła pierwszy krok do utworzenia propolskiego lobbingu w USA, teraz wszystko zależy od Warszawy, czy zechce ten krok zauważyć i podjąć wspólne działania chociażby w reagowaniu na przejawy antypolonizmu. Tym razem nie chodzi nam o puste deklaracje, ale o wspólne budowanie narzędzi aktywnie reagujących na antypolonizm. Naturalnym sprzymierzeńcem w tym zakresie jest integralna część narodu polskiego, jakim jest Polonia.

W tym celu jednak trzeba sobie odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czy w Warszawie są dziś liderzy i politycy diagnozujący tę sytuację jako problem i chcący podjąć efektywne działania dla jego rozwiązania? To impuls niezbędny do wykonania kroków następnych, tj. wytyczenia celów, strategii i narzędzi realizacji tego, co określamy jako „Pax Polonica” – „polskiej racji stanu”, której trwałym i ważnym elementem jest Polonia.

Napiszcie do nas:
Waldemar Biniecki, USA,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Agnieszka Wolska, Niemcy,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Katarzyna Murawska, USA,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty
poniedziałek, 21 maj 2018 08:04

Prezydent Duda utknął w Chicago

W związku z odwołaniem przez przewoźnika lotu z Chicago do Warszawy, którym miała wracać polska delegacja z prezydentem Andrzejem Dudą, powrót nastąpi we wtorek - poinformował PAP rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński.

Z nieoficjalnych informacji PAP wynika, że samolot, który miał wylądować na Lotnisku Chopina w poniedziałek po godz. 13, został odwołany z powodu usterki technicznej.

Prezydent przebywał w Stanach Zjednoczonych z pięciodniową wizytą. 

pap

Opublikowano w Goniec Poleca
piątek, 18 maj 2018 13:34

Byłem w Polsce (6)

Z Nowolipek wróciliśmy na Edelmana po nasze auto. Korciło mnie, żeby podjechać jeszcze parę ulic dalej na Chłodną, gdzie wiele lat wcześniej poznaliśmy się z moją Żoną, ale było już późno i odłożyliśmy ten romantyczny powrót na kiedy indziej.

Generalnie rzecz biorąc Krysia jest ode mnie lepszym kierowcą. I w takim stwierdzeniu nie ma żadnej mojej fałszywej kokieterii. Po prostu jest spokojniejsza i ma lepszy refleks. Ale ma też niewzruszone zasady, których prawie nigdy nie łamie, albo przynajmniej wtedy, gdy jestem pod ręką. 

        Otóż chodzi o to, że nie prowadzi samochodu w nocy, w czasie deszczu i wtedy gdy śnieg pada, w górach, na wiaduktach i na mostach i wtedy gdy boli ją głowa. Jest jeszcze parę innych, ale poprzestanę na wymienionych. Bywa jednak, że nawet przy najbardziej sprzyjających warunkach także nie godzi się na przejęcie kierownicy. Pamiętam, gdy kiedyś w słoneczny dzień jechaliśmy nieprzytomnie prostym i nudnym highwayem w Południowej Dakocie i zapytałem Ją, czy nie chciałaby mnie zmienić za kierownicą, usłyszałem, że nie, bo akurat „nie czuje się najlepiej”. 

        W konsekwencji gdy gdzieś razem jedziemy, zawsze jestem „wyznaczonym kierowcą”! 

        W czasie naszych polskich wizyt parę razy prosiłem o to, żeby mnie zastąpiła, ale ku mojemu zaskoczeniu dowiedziałem się o jeszcze jednym warunku:

        – Nie prowadzę w Polsce!

        Próbowałem protestować, że przecież jest sucho i słonecznie i nie jesteśmy w górach, ale na próżno!

        – W Polsce nie prowadzę! 

        Taka była ostateczna odpowiedź. I od tej decyzji „nie służyło odwołanie”.

        Piszę o tym dlatego, ponieważ akurat wtedy – w czasie powrotu z Muranowa – zagapiłem się na jakimś skrzyżowaniu, trochę za późno ruszyłem spod świateł, ktoś zaczął trąbić, potem wyprzedził mnie z piskiem opon i nagle ujrzałem wyciągniętą przez okno rękę z wyprostowanym środkowym palcem!

        Wszystko w porządku, moja wina, ale dlaczego od razu „palec”? I zaraz potem uświadomiłem sobie, że ten „palec” – podobnie jak Santa Klaus – też jest importem z Zachodu. 

        Gdzie kiedyś ktoś w Polsce słyszał o jakimś palcu?!?

        „Za moich czasów” taki gest byłby co najmniej niezrozumiały. Owszem – stukano się w głowę, robiono „gest Kozakiewicza”, wygrażano pięścią, a czasem stukano się tą zaciśniętą pięścią w podbródek, ale żeby jakiś palec??? Co to to nie! Muszę przyznać, że z biegiem czasu dostawałem tych palców więcej. Tak od mężczyzn, jak i od kobiet, a nawet młodych dziewczyn. Tu – na polskich drogach – nikt nikomu nie dawał taryfy ulgowej! I muszę powiedzieć, że to nie było miłe. Odpuściłem więc mojej Żonie ten dodatkowy warunek o nieprowadzeniu w Polsce, bo po co narażać Kobietę na stres. 

        Do mamy jeździliśmy regularnie, ale z biegiem czasu nie było lepiej, a wręcz gorzej. Umarła też – całkiem nieoczekiwanie – moja „podopieczna” pani Bożenka – eksmajor milicji obywatelskiej, ekskierownik działu do zwalczania przestępstw gospodarczych i obecna współmieszkanka mojej teściowej. 

        Śmierć tej siedemdziesięciopięcioletniej kobiety była dla nas pewnym szokiem. Dopiero co dowcipkowała i dopominała się o swoje przedobiednie ciastko, a tu masz! 

        Ostatnimi dniami dostawała coraz więcej krwawych odleżyn na piętach, kolanach i wychudzonych do niemożliwości nogach. Jadła, bo jadła, ale nie ruszała się prawie w ogóle. Tyle tylko, że otwierała buzię. Leżała w jednej pozycji, a jakikolwiek ruch – czy to przy przewijaniu, czy myciu – sprawiał jej ból. Jęczała wtedy tak okropnie, że aż serce w nas zamierało, bo przecież działo się to tuż obok nas, a my nie mogliśmy jej pomóc. Moja teściowa patrzyła na nią smutnymi oczami, ale nic nie mówiła, bo przecież nie mogła. 

        Tak więc pani Bożenka umarła i wokół jej łóżka zaciągnięto parawan, ale to tylko na małą chwilę, bo potem wywieziono ją specjalnym samochodem do zakładu pogrzebowego. Miejsce po pani major zostało puste, ale nie na długo. W tydzień później zajęła je niesłychanej dobroci i klasy osoba – dziewięćdziesięciotrzyletnia pani Zofia. 

        Jej przyjście bardzo pozytywnie wpłynęło nie tylko na naszą mamę, ale także i na nas, bo pani Zofia była niezwykle interesującym rozmówcą, umysł miała jasny i klarowny jak źródlana woda, a przede wszystkim była bardzo pogodnym człowiekiem. Wiadomo – z pogodnym zawsze łatwiej! Pani Zofia przyszła do Domu z własnej woli. W pewnym momencie doszła do wniosku, że nie może dalej sama mieszkać, dochodząca pomoc jest dalece niewystarczająca, a ponadto fizycznie czuje się coraz gorzej. Czymś się zatruła, były jakieś powikłania, potem złamane biodro i coś tam jeszcze. Z rodziny miała tylko jednego syna, który od lat mieszkał za granicą, rzadko był w Kraju, a ponadto miał żonę, z którą pani Zofii nie było jakoś „po drodze”. 

        – A nie chciałaby pani mieszkać z synem? – pytałem trochę naiwnie.

        A ona odpowiadała z energią:

        – W żadnym razie! Wystarczy, że dzwoni. 

        Takie sytuacje bywają aż nadto częste. Każdy to wie i rozumie. 

        Do niebywałych rzadkości należy związek jednego z moich dawnych kolegów, który przez ładnych parę lat mieszkał z młodą żoną w jednym pokoju z teściową. I przetrwali! Przetrwali! Pamiętam, że nikt nie dawał im cienia szans! Trudno to sobie wyobrazić! W jednym kącie maleńkiej kawalerki w bloku łóżko z nowożeńcami, a w drugim kącie niestara, świeżo rozwiedziona teściowa. Kawalerka miała siedemnaście metrów kwadratowych. Z wnęką kuchenną. 

        Z dwojga złego chyba bardziej współczułem tej teściowej, bo jakżeż mogła spokojnie spać, gdy tuż obok córka kochała się ze swoim mężem! Trudno sobie nawet wyobrazić wieloznaczność takiej sytuacji!

        Wiele razy pytałem mojego kolegę, jak w takich warunkach udało im się przemieszkać pięć czy sześć lat – do chwili znalezienia własnego lokum – ale nigdy nie dostałem jasnej odpowiedzi. Inna rzecz, że moje pytanie było głupie i nawet niedelikatne, ale to był dobry kumpel i mogliśmy sobie wiele powiedzieć. Kolega uśmiechał się tylko tajemniczo...

        Z panią Zofią rzecz się miała zupełnie inaczej i na kontakty ze swoją synową kładła stanowcze weto! Tak więc z wyboru była sama i z wyboru zainstalowała się w Domu, w którym – według jej słów – miała sobie spokojnie poczekać na śmierć. Na razie śmierć nie przychodziła, pani Zofia tryskała humorem i od razu szczerze polubiła naszą mamę. A przecież nie było między nimi żadnych rozmów, bo przecież mama nie mówiła, a jednak od samego początku obie panie nawiązały kontakt. Ten kontakt polegał na tym, że pani Zofia opowiadała coś naszej mamie, a ona patrzyła na nią i w jakiś sposób dawała znać, że rozumie. Czasami, ale bardzo rzadko, przez mamy usta przemykał delikatny uśmiech i chociaż to były tylko małe chwilki, to właśnie one sprawiały, że kobiety lubiły się coraz bardziej. 

        O ile mamę trzeba było karmić – i to zmiksowanymi papkami, czasami nawet specjalną strzykawką – o tyle pani Zofia jadała sama przy stoliku. W żadnym razie nie pozwalała się przewozić wózkiem do jadalni. 

        – Będę jadała tu, w pokoju, razem z panią Ziutą! 

        Inna rzecz, że widok karmienia naszej mamy przez szprycę denerwował ją okropnie. 

        – Jak tak można? – mówiła wzburzona – przecież to tak jak się karmi gęsi! Okrucieństwo!

        Ale w istocie rzeczy takie karmienie było znakomitym rozwiązaniem – tak dla karmionej, jak i karmiącej. Łyżeczka nie zdawała egzaminu. Było dużo wychlapywania i w konsekwencji mama zjadała za mało. 

        Tak to mniej więcej wyglądało i widzieliśmy, że z chwilą przybycia pani Zofii mama była jakby odrobinę lepiej. Wyjeżdżaliśmy więc od niej w trochę lepszym nastroju, jakkolwiek tak to się tylko pisze...

Ciąg dalszy za tydzień

Opublikowano w Teksty

polonia congress logo4 kwietnia 2018

        Nasza strona internetowa StopActHR1226.org stała się w zeszłym tygodniu obiektem kilkukrotnych ataków DDoS (Distributed-Denial-of-Service). Wskutek tego nie mogliście Państwo z niej korzystać. Atak DDoS polega na przeciążeniu w krótkim czasie zaatakowanego serwera niezliczoną liczbą komend, prowadzącego w efekcie do awarii strony internetowej. Wszystkie ataki nastąpiły poprzez polskie serwery. Najsiliniejszy atak, 29.03.2018, był przeprowadzony w tak prymitywny sposób, że doprowadził on nie tylko do awarii naszej strony, ale też do zaprzestania funkcjonowania dziesiątek innych stron internetowych z różnych krajów, nie mających nic wspólnego z naszą stroną, poza tym że korzystały one z tego samego serwera co my. Tego rodzaju atak, będący niemal aktem cyberterroryzmu, jest pogwałceniem wszelkich praw własności, prywatności i prawa do wolności słowa. Oznaczał on konkretne straty komercyjne dla wielu firm. Atak ten został przeprowadzony poprzez serwery Interia.pl, portalu należącego do niemieckiego koncernu Bauer Media Group.

        W Polsce zgodnie z art. 268 § 2 k.k. (Kodeksu Karnego) w przypadku ataków typu DoS czy DDoS sprawca podlega karze pozbawienia wolności do lat 3, zaś zgodnie z art. 268 § 3 k. k. sprawca wyrządzający znaczną szkodę majątkowa podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5. Również w USA ataki hakerskie podlegają wieloletniej karze więzienia (na podstawie Computer Fraud and Abuse Act).

        Poczyniliśmy wszelkie starania, aby zapobiec dalszej ingerencji w funkcjonowanie naszej strony.

        Liczymy na dalsze wsparcie Państwa dla naszej inicjatywy.

Edward Wojciech Jeśman

President & National Director

Polish American Congress of Southern California

310-291-2681 (cell); Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty
piątek, 16 marzec 2018 13:32

Ukradziona sukienka

Ratajewska        Słońce zaświeciło solidnie, jak pięknie jest. Pierwsza niedziela według zmiany w Polsce, niedziela wolna od handlu. Wczoraj pędziła znajoma do pracy w markecie, pracuje na kasie. Pędziła na popołudnie, ale aż do 22. Cieszyła się jednak z wolnej niedzieli, bo zapytałam, już z oddali. 

        Niech ona ma tę niedzielę, nadającą się na spacer z dziećmi. W Niemczech to już normalne, że w niedziele markety są pozamykane. Nie byłam z tego zadowolona, bo rodzina niemiecka, której babcią czy dziadkiem się opiekowałam, z chęcią by dała mi wolne godziny właśnie w niedzielę, bo wtedy nie pracowali. Opiekunka polska w niedzielę, gdy sklepy pozamykane w Niemczech – nie ma gdzie się podziać, gdy ma czas wolny. W zimie, gdy zimno, najlepiej odpocząć w sklepach, pobyć między ludźmi, kupić swoim dzieciom jakiś prezencik. Byłam kiedyś na wsi niemieckiej, gdy szłam na spacer po wsi, ludzie niemieccy się przyglądali, bo u nich w gazetach przestrzegali akurat przed osobami tak spacerującymi, a obcymi. To mogli być przyszli złodzieje domów. 

        Do lasu bałam się sama iść. Potem zaprzyjaźniłam się z Niemką, która po mnie przychodziła, a lubiła spacerować. Po kawiarniach też nie chadzam. Żona pana starszego niemieckiego codziennie szła na kawę do kawiarni i na rogala. Mnie też to polecała. Jak mogłam iść, ja, matka pięciorga dzieci, zostawionych głodnych w Polsce, i do tego mężatka? Nie w głowie mi były kawiarnie, ja musiałam zarobić na chleb.

        Wracam do tego, co teraz. Jestem w Polsce, mąż mój zawiózł samochód do mechanika. Kupiliśmy go z zaleceniem zmiany hamulców tylnych. Mało co jeździmy, lubimy chodzić, spacerować, a przy okazji coś tam zawsze kupimy. Zastanawialiśmy się, do którego mechanika dać. Ten nasz pan dotychczasowy zestarzał się, ma już inną pracę i niechętnie przyjmuje do naprawy, nie wszystko może zrobić, bo było to raczej jego hobby.

        Myśleliśmy o tym, który zakład wybrać. Pierwszy, to zakłada głównie opony, ale i hamulcami się zajmuje. Drugi robi wszystko, a kiedyś, gdy mój tata dostał malucha… tak się kiedyś mówiło, że się dostaje, a kupuje się samochód na giełdzie. Tata miał wpłacone na dużego fiata i doczekał się go wreszcie, był to początek lat 80. Jego brat chciał zamienić tacie tego fiata na dwa małe fiaty, 126 p. Tata się zamienił, ale jeden fiat mały nowy był dobry, ale drugi był jakiś słaby. Dlatego to pewnie wujek wolał mieć dużego fiata. Tym słabym jeździliśmy trochę my, gdy nasz był w naprawie. Ledwo ciągnął pod górkę. I właśnie ten mechanik, a nie miał jeszcze wtedy dużego zakładu, wypatrzył, że silnik fabrycznie był zły –  niedokładnie wywiercono w nim jakiś otwór, nie w tym miejscu co trzeba. Po jego naprawie, taty maluch jeździł sobie szybko, był wspaniały. No, oczywiście teraz wszyscy odwracają głowy, gdy widzą malucha, ale to były lata 90. 

        Mąż zapamiętał nazwisko tego pana mechanika i okazało się, że ma on duży zakład. Szkoda, że mąż do niego nie dał samochodu, zadzwonił do tego drugiego. W sumie, to nie wiadomo, gdzie dać. Może będzie dobrze. 

        Zauważyłam, że Niemcy zawsze piszą, ile kto ma lat, na przykład w prasie, o wypadku samochodowym. W Polsce się nie pisze, a czasami brakuje mi tego. 

        A oto tekst mojej 95-letniej mamy. Tak, 95-letniej. 

        Tytuł: Co się komu podoba?

        Gdy byłam już w drugiej klasie szkoły klasztornej ss. Nazaretanek w Warszawie – to przybyła do nas już po półroczu nowa koleżanka. Rok 1942, wojna szalała na świecie, ale pod przykrywką Trzyletniej Szkoły Krawieckiej (gdzie szyto koszule dla niemieckich żołnierzy) odbywały się normalne lekcje. Nowa koleżanka pochodziła spod Zakopanego i była starsza od nas o dwa czy trzy lata. Widocznie wojna przerwała jej możność dalszej nauki. Nazywała się Hanka i była wysoka, silnie zbudowana, o brzydkiej twarzy. Tylko oczy miała ładne, szaro-zielone, bystre i mieniące się jak górskie potoki. 

        Od siostry dyrektorki dowiedziałyśmy się, że Hanka straciła niedawno matkę i brata i dlatego jest zamknięta w sobie, milcząca, nietowarzyska. Hanka mieszkała w klasztorze i tylko od czasu do czasu odwiedzał ją stary ojciec – prawdziwy góral. Mimo opóźnień w nauce Hanka swą pilnością i wytrwałością była wkrótce najlepszą uczennicą w klasie. Tylko góralski akcent pozostał jej przy odpowiedziach, a czasem jakieś słowo z gwary podhalańskiej. Gdy nastał maj i egzaminy maturalne – to Hanka uzyskała najlepsze wyniki ze wszystkich przedmiotów. Na uroczystość zakończenia przyjechał jej narzeczony, którego przedstawiła siostrze dyrektorce. My – jej koleżanki, z ciekawością i zazdrością przyglądałyśmy się temu wysokiemu i przystojnemu mężczyźnie. Trudno było uwierzyć, że stanowią parę. 

        Przysłowie mówi, że nie to piękne, co świeci, lecz co się, komu podoba. Hanki nie widziałam przez kilka lat – aż skończyła się wojna. Zupełnie przypadkiem – mieszkając już w Łodzi – pojechałam z koleżanką do ogrodu zoologicznego. Stałyśmy przed klatką z małpami i podziwiałyśmy małe małpiątka. Nagle odwróciłam się i zobaczyłam Hankę z kimś niesamowicie odrażającym. Był to ten piękny niegdyś jej narzeczony – obecnie mąż. Teraz cała twarz tego mężczyzny pokryta była bliznami i nasiana czarnym śrutem – jak piegami. W tej odrażającej twarzy świeciły nadal piękne, niebieskie oczy, smutnie spoglądające. Przerażenie moje było tym większe, że swoją miną pewnie sprawiłam mu przykrość. A przecież był on bohaterem, bo do ostatnich dni walczył w powstaniu warszawskim. Złączyły ich podczas wojny wspólne ideały oraz udział w powstaniu. Może i dobrze zrobił wtedy, że wybrał brzydką dziewczynę, – bo pewnie ładna porzuciłaby go teraz. Tak zrobiła inna nasza koleżanka – porzuciła chłopaka, który w powstaniu stracił wzrok. 

        Powojenne panny różniły się bardzo od tych z czasów wojny. Chodziły w modnych rajstopach – ze szwem z tyłu, góralskich kozaczkach – długich aż po kolana. Filc był kremowy, a paski skórzane brązowe. Miałam takie, cieszyłam się nimi, dumna w nich chodziłam, jeszcze jako panna. Rajstopy też zdobyłam, tzn. dostałam je od przyszłego męża, a on je zdobył. Był na zjeździe wojskowych i dano im po parze rajstop. Moja kuzynka z prowincji prosiła mnie o takie rajstopy, ale trudno było je dostać – tylko w typowo komunistycznych sklepach. Miałam tylko jedną letnią sukienkę, nie za ładną. Taką sukienkę założyłam na zabawę – zwykłą, kretonową. Ciotka chciała mi dać, ale brzydką, a jej córka miała ładne sukienki, z materiałów jeszcze sprzed wojny. Po wojnie długie kolejki się ustawiały, materiał na sukienki trzeba było zdobywać. Spodnie? Spodni się nie nosiło. Zbliżają się czasy wielkich zmian, że kobiety będą chodziły w spodniach, a mężczyźni włosy będą sobie fryzowali – tak powiedział nam jakiś socjolog za czasów moich studiów. Nie wierzyłyśmy w te prognozy przyszłości. Ciotka była zazdrosna, że odbijam jej córce potencjalnych kandydatów na męża. 

        Płaszcz zimowy po wojnie uszyty miałam z szarego koca. Koc był z Unry, była to krótka amerykańska pomoc po wojnie. Krótko, bo potem komuniści zabronili. Płaszcz był ładny, bo była to stuprocentowa wełna. Kuzynka, z którą razem mieszkaliśmy – w dwie rodziny, w Łodzi, miała futro. Przedwojenne, niezbyt ładne, ale ciepłe. Koleżanka Bożenka miała uszyty płaszcz z przefarbowanego płaszcza wojskowego jej ojca – z zielonego na brąz. 

        Innego razu dwie godziny stania w kolekcje i zdobyłyśmy kupony na sukienki. Był to materiał coś w rodzaju krempliny, nieprzewiewny, latem nie mogłam go nosić. Może to też było z Unry. A to kakao, a to kawa, ale się zaraz urwało, bo przecież komuniści łaski nie potrzebują. Czapkę zrobiłam sobie na szydełku, ale nosiło się czapki studenckie. Trzeba było nosić i uczniowskie tez

        Z Unry zdobyłam jeszcze plusz brązowy wełniany dla matki, a dla ojca w loterii wygrałam całe ubranie. Była to komunistyczna loteria, zbierano pieniądze dla dzieci z Afryki. To był największy fant, jeden jedyny. Ubranie nie było nowe, ale z paczki zagranicznej Unry. Bardzo dobry gatunek. Ojciec długo w nim chodził, nawet został w nim pochowany. Było to całe ubranie – spodnie, marynarka, kamizelka. Jedna, jedyna najdroższa wygrana i właśnie ja ją zdobyłam. Koszule mój tata miał – ciotka mu dała po swoim mężu. 

        Nie lubię tych czasów wspominać, bo rodzice czekali na powrót Januszka, mojego brata, a ja wiedziałam, że on nie żyje. 

        Co dobrego jadłam po wojnie? Księża urządzali obozy – pamiętam grube czekolady, kakao, mleko skondensowane, jak śmietana, pyszne... szynki. W domu się tego nie miało. Po dwóch latach zabroniono i obozów, i łaski, jałmużny. Polska nie chce jałmużny i skończyło się. Po byle co kolejki. Miałam jednak ładną sukienkę, kretonową, szafirową w kropeczki- groszki białe, przypomniałam sobie. Pierwsza zdobycz po wojnie, dzięki księdzu ją zdobyłam, bo Kościół też otrzymywał paczki z Unry. Ksiądz wybrał dla mnie i dla Bożeny materiał na sukienki, bo razem uczyliśmy w szkole. Dla mnie szafirowy, a dla Bożeny zielony – ja bym wolała na odwrót. Krawcowa uszyła mi piękną sukienkę, chyba ani razu jej na sobie nie miałam. 

        Wybrałyśmy się do Łodzi, zanocować miałyśmy u ciotki, mama dała nam słoik miodu i osełkę masła dla ciotki. Pożyczyłam plecak wojskowy od sąsiadki nauczycielki. Mąż zaginął gdzieś, plecak został. Dojechałyśmy z Bożeną – z przesiadką w Rawie, do Rogowa – tam przesiadka i do Łodzi. Bożena, jako wielka dama, usiadła, a ty stań w kolejce i kup bilet. Plecak postawiłam obok niej. Nie wzięła go na kolana, boby brzydko wyglądała. Postawiła go koło nóg. Plecak ukradli i mi tę sukienkę. Bożenie jeszcze sukienkę szyli, a moją ukradziono. Ciotce figę zawiozłam, czyli nic, i jeszcze obie się zwaliłyśmy. Takie to były po wojnie kradzieże. Człowiek się nie obrócił, a już ukradli. 

        Nigdy nie lubiłam granatu ani szafiru, wolałabym zielony. Gdy powiedziałam księdzu, że straciłam tę sukienkę, bardzo był zmartwiony. Ani razu nie miałam jej na sobie. Krawcowa mi ją przybrała szyfonem białym, ale nie miałam szczęścia. Bożena też nie nosiła tej sukienki, dała matce, bo jej się zielony nie podobał. Wtedy straciłyśmy też pieniądze, dokumenty. Pieniędzy trochę, niedużo, bo jechałyśmy do Łodzi, aby coś sobie kupić. 

        Czy potem, mamo, miałaś zieloną sukienkę? Pamiętam taką twoją w kwiaty, mamo. 

        I naraz przypomniałam sobie mnie w zielonej sukience – opowiadam mamie o tym, jak zostaliśmy zaproszeni przez kolegę mojego chłopaka na tzw. parapetówkę. Moja koleżanka z akademika miała rodzinę we Francji. Pożyczyła mi ciemnozieloną sukienkę. Wtedy modne było mini, a sukienka była do kolan. Pamiętam, że sukienka zrobiła furorę, wszystkim się w niej podobałam. Jednak sukienka to sukienka – myślę sobie. Kobieca figura jest właściwa dla sukienek, a nie dla spodni obcisłych, tzw. rurek, które nawet już u nas i starsze, i grubsze zakładają… Ja też, bo wygodniej i w zimie cieplej. Rajstopy, to zawsze był kłopot z nimi. Świat zmierza więc ku wygodzie, chociaż rajstopy zaczynają nosić niektórzy mężczyźni. Wcześniej się kryli z tym, że chcą rajstopy nosić…

        Świat zaczyna być tolerancyjny, wymuszają to ci bogatsi. Pieniądz rządzi światem. Rodzina z kilkorgiem dzieci nie wymusi ustaw korzystnych dla niej, jak rodzina bezdzietna – niemogąca mieć dzieci w sposób naturalny, w sposób boski.

        Czytam jeszcze w Internecie na temat Unry. Powinno się pisać UNRRA. Organizacja założona w roku 1943 przez USA, Anglię, Chiny, ZSRS, w celu pomocy wyzwolonym obszarom po wojnie, w Europie i w Azji. Siedziba firmy – Waszyngton. Idę mamie poczytać na ten temat… 

wandarat

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

14 marca 2018, Polska 

Opublikowano w Teksty

 

VI Londyńskie Obchody Dnia Żołnierzy Wyklętych - Patriae Fidelis 25/2/2018

W niedzielę 25 lutego o 13.30 spotkaliśmy się na terenie pubu The Orchard, Ruislip, pod modelem samolotu Supermarine Spitfire, gdzie podczas wojny spotykali się polscy lotnicy. Uroczystość zagaił Jurek Byczyński. Modlitwę NSZ prowadziła pani Agata z Leeds. Odśpiewano Rotę. Po złożeniu wieńców przemawiał Marcin Stanisławski, przewodniczący Patriae Fidelis, potem Stefan Tompson, znany z filmów. Glos także zabrał książę Shwebomin z Birmy, po angielsku, prześladowany przez komunistów. Przemówienie wygłosiła Pani Magda Ions, prezes Polskiego Ośrodka w Leeds.

Apel Poleglych poprowadził Marcin Stanisławski i odśpiewaliśmy Hymn Narodowy. Uroczystość zakończył Jurek Byczyński, oddając tradycyjny hołd weteranom – cześć i chwała bohaterom. Obecni weterani, ostatni Żołnierz Wyklęty na Wyspach Mjr. Sergiusz Papliński z oddziału “Szarego” Armii Krajowej, St. Strzelec Antoni Grudzień walczący m.in pod Bolonią i Ankoną, i Stanisław Guścin, prezes Royal British Legion Polish Branch, zostali zawiezieni pod Pomnik Lotników, by złożyć wieńce pod bramą, bo po miesiącach rokowań z lokalną gminą, dzień przed Obchodami Hillingdon Council złośliwie zamknął teren na kłódkę by nie dopuścić do VI Marszu Żołnierzy Wyklętych, który corocznie odbywał się ze stacji South Ruislip do Pomnika. Szykany angielskiej gminy zmusiły organizatorów do ogłoszenia nowego miejsca w ostatniej chwili.

Relacja o nękaniu organizatorów (i link do skarg) http://wmeritum.pl/polskim-weteranom-patriotom-zabroniono-zlozenia-wiencow-londynskim-pomnikiem-ku-czci-polskich-zolnierzy/225007

PWWB Wystawa „Inka" 3-9 Marca 2018 w POSK-u

W sobotę 3 Marca 2018 o 14: 00 rozpoczęła się dwujęzyczna Wystawa „Inka", poświęcona Danucie Siedzikównej - bohaterskiej sanitariuszce 5 Brygady Wileńskiej. Organizatorzy wystawy to PWWB - Polska Wspólnota w Wielkiej Brytanii, POSK i Ambasada RP w Londynie, we współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej, Oddział w Gdańsku.

Marek Laskiewicz i Sylwia Kosiec otworzyli wystawę w Galerii POSK-u. Materiały IPN-u przedstawił Krzysztof Drażba, Naczelnik Oddziałowego Biura Edukacji Narodowej. Parę osób na sali popłakało się ze wzruszenia.

W niedzielę 4 Marca o 13: 00 odbyła się prelekcja Tadeusza Płużańskiego, znanego historyka i publicysty. Wspominał o Rotmistrzu Pileckim i o kacie Inki, którego nagradzano awansami.

Po 9 Marca Wystawa będzie przedstawiana w polskich szkołach sobotnich w Anglii.

Filmik z otwarcia: https://www.facebook.com/KraszewskiProjects/videos/1702841606440281/

SKOBTWwL 4 Marca 2018 Bieg Tropem Wilczym w Slough

W niedziele 4 Marca odbył się Bieg Tropem Wilczym w Klubie Gryf w Slough pod Londynem, zorganizowany w tym roku przez Społeczny Komitet Organizacyjny Biegu Tropem Wilczym w Londynie. Po Mszy Świętej w sali klubowej powitano gości- Zaporczykow ppłk. Stanisława Gajewskiego ps. ”Staś”, mjr. Mariana Chmielewskiego ps. ”Pomidor”, Ambasadora RP, panią dr. Ewę Kurek i mjr. Sergiusza Paplińskiego ps. ”Kawka”. Ambasador RP Arkady Rzegocki otworzył Bieg Tropem Wilczym, zwycięzcom rozdano nagrody, potem otwarcie wystawy „Polska Walcząca”.

Po obiedzie miał miejsce koncert pieśni patriotycznych Andrzeja Kołakowskiego p.t. “A kto chce wolnym być”.

3 pieśni nagrane z Sali:

https://www.youtube.com/watch?v=lGVAP1LPT9c

https://www.youtube.com/watch?v=9fOPysZp-NM

https://www.youtube.com/watch?v=uDcBfDlPjeE

Następnie przemawiała dr. Ewa Kurek i Zaporczycy. Na zakończenie wyświetlono premierę filmu „Gurgacz Kapelan Wyklętych” w reżyserii Dariusza Walusiaka. Ksiądz Władysław Gurgacz, jezuita, był kapelanem Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej.

Zwiastun filmu:

https://youtu.be/4k1SHqv7bBM

Krzysztof Jastrzembski, Londyn

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 09 marzec 2018 07:57

Czasy kierowców i opiekunek z Polski

Ratajewska        Najpierw tekst mojej mamy, bo napisała o Dniu Kobiet, a przecież to aktualne było i aktualne chyba jest. Mama ma 95 lat. Lubi pisać, a wczoraj kupiłam jej książeczkę, która zawiera 500 krzyżówek panoramicznych. Mama jest wiecznie zajęta, a jej życie jest ciekawe, pomimo tego, że nie może wyjść z domu, a kiedyś była wielką podróżniczką i często nas brała ze sobą w te podróże i czasem i tata dał się namówić. Poniżej mamy tekst, a potem będzie moje pisanie.

        Tytuł: Dzień Kobiet – 8 marca 

        W drugiej połowie XIX wieku – po upadku powstania 1863 roku, dużo arystokratycznych rodzin popadło w biedę, gdy skonfiskowano im majątki. Wówczas to kobiety musiały czasem, jako jedyne w rodzinie, podjąć pracę zarobkową. Mężczyźni mieli jednak nadal pierwszeństwo do obejmowania różnych stanowisk, bo twierdzili, że kobiety są niedouczone, niepewne siebie, bezradne. Stopniowo kobiety zdobywały równouprawnienie, a ja gdzieś znalazłam i przepisałam sobie humorystyczny wiersz na temat tego uprawnienia. Kawałek jego przytoczę tutaj: 

        „Teraz od rana jesteś zdenerwowana, 

        Od świtu pracujesz niewyspana.

        Bo dzisiaj wszystkich zachwyca, 

        Kobieta przodownica…

        To jest męska robota – męskie nasienie,

        Wymyśliło dla was równouprawnienie”.

        W latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy jeszcze był w Polsce komunizm, to spotkała mnie śmieszna przygoda 8 marca. Pracowałam wtedy w szkole zawodowej i technikum mechanicznym, wśród 28 mężczyzn – nauczycieli. Nas kobiet było tylko siedem ze względu na typ szkoły. 8 marca, jak co roku, lekcje były skrócone, a o godzinie 12. w dużej sali skromne przyjęcie dla pracujących w szkole kobiet, a więc dwóch sprzątaczek, woźnej, dwóch pań z księgowości, sekretarki oraz trzech nauczycielek. Od dyrektora dostałyśmy po tulipanie i po parze rajstop. Na stołach postawiono ciasta i pączki – do picia herbatę w szklankach oraz oranżadę w butelkach. Siedziałam przy stole ze starszą nauczycielką języka rosyjskiego oraz będącą już na emeryturze bibliotekarką. Młodzi nasi sąsiedzi usługiwali nam, jak prawdziwi gentlemani, podawali nam tace z ciastkami oraz dolewali oranżady do pustych szklanek po herbacie. Nie wiedziałyśmy, że do oranżady dolewali nam wódki. Nieświadome podstępu, upiłyśmy się wszystkie trzy i zleciałyśmy z siedmiu kamiennych schodków wyjściowych. Przeraziło to młodych dowcipnisiów i w geście przeprosin opłacili taksówkę, żeby nas rozwiozła do domów. Mój mąż przywitał mnie słowami. – To nie mogłaś już przejść tego kilometra, tylko wynajmujesz taksówkę? Ja powiedziałam, że to święto kobiet i nasi koledzy zrobili nam taki prezent. 

        To koniec tekstu mojej mamy. 

  Jestem już w domu, w Polsce. Przyjechałam z Niemiec wczoraj rano, a jechałam całą noc. 

        Przedwczoraj przyjechała nowa opiekunka, pani z Koszalina, rocznik 1947. Była nauczycielką w-f w szkole podstawowej w Polsce. Pani wyglądała całkiem młodo, zaraz po przyjeździe założyła czarne legginsy, wysoka, sportowo wyglądająca, przyjechała na miesiąc. Za miesiąc przyjedzie jej siostra, na dwa miesiące. Ja wskoczyłam tam tylko awaryjnie, ale zapowiedziałam, że jak będzie trzeba, to mogę tam znów przyjechać, na dwa tygodnie do miesiąca. Na krócej nie, bo za trudna jazda, na dłużej też nie. Opiekunka ma na imię Renata, jechała 17 godzin, czekałyśmy na nią z panią starszą niemiecką od godziny 15. do 22. Okazało się, że ja już tego dnia nie mogę wyjechać, bo pani starsza nie może zostać sama, więc musiałam pogodzić się z tym, że pojadę następnego dnia. Cały dzień więc spędziłyśmy razem i widziałam różnicę w naszym podejściu do pani starszej. Ona już na luzie, widać, że przyjeżdża tu z przyjemnością i że jest to osoba, która ceni sobie spokój. Pięknie nakrywała do stołu, wykorzystując pani filiżaneczki do herbaty. I też, jak pani starsza niemiecka, piła herbatę i też lubiła z nią przysiąść, oglądając telewizję i pijąc następną herbatę. Jako starsza ode mnie, nie zdążyła wskoczyć w komputer. Mnie było szkoda czasu na telewizję, nie umiem nic nie robić.

        Dowiedziałam się od niej, że kot ma jeszcze i suchy pokarm, którego nie zauważyłam, a jak zrobiło się mroźno, to jego pokarm z puszki zamarzł. Wzięłam więc następną puszkę do domu, a jemu dałam pokarm odmarznięty, ale prościej było dać mu pokarm suchy. Ten nie zamarza. 

        Pani starsza postanowiła na nią czekać, nie chciała iść spać. Po godzinie 22. poszłam do niej, aby ją poprosić, aby chociaż dała się umyć i ubrać w piżamę, bo ja przecież też muszę się wyspać, bo następnego dnia będę jechać całą noc. Pani starsza nadal chciała czekać, co, z jednej strony, dobrze o niej świadczyło, że tak lubi swoją jedną z dwóch opiekunek polskich, jednak było to przekroczenie punktualności niemieckiej, na moją niekorzyść wychodzące. Pomyślałam sobie, że równie dobrze Renata może przyjechać i o 1. w nocy i dlaczego ja mam też na nią czekać i nie spać? Na szczęście przed 23. Renata przyjechała, rzeczona z panią starszą nawet nie gadała. Widziała, że wtedy dotarło do niej, że powinna była iść spać. Renata podziękowała mi, że przyjechałam, zastąpiłam jej siostrę, która musiała jechać na pogrzeb. Pani starszej podobało się, że wszystko szybko chwyciłam i już po dwóch dniach wiedziałam, co jak robić. Byłoby na pewno trudniej, gdybym znała słabiej język niemiecki. Miałam przyjechać dzień wcześniej i patrzeć, jak opiekować się panią starszą. Przyjechałam jednak dzień później i tylko 15 minut słuchałam szybkiej relacji siostry, przed jej wyjazdem, ale dałam radę. Wyjechałam też dzień później. Dwa dni ostatnie były więc wyjazdowe, bo najpierw czekałyśmy z panią starszą niemiecką na jej przyjazd, a potem one dwie czekały na mój wyjazd, a był on też wieczorem. 

        Kierowca busika, busika na osiem osób, zawsze dzwoni wcześniej, potem wysyła smsa, że już będzie za 10 minut. Zauważyłam światła, wyszłam przed dom, ale busik odjechał. Ciemno, zimno, my na uboczu. Zostawiłam kufer i pobiegłam na sąsiednią ulicę, a tam on już zakręcał. Wskazałam nasz dom, że trzeba tam wjechać, kawałkiem polnej drogi. 

        Pani starsza niemiecka zafundowała mi na pożegnanie czekoladę, a mojemu mężowi kawałek sera holenderskiego, który tam, w tym rejonie blisko Holandii, jest bardzo popularny. Nie jadam sera żółtego, ale ten spróbowałam i miał on smak. Zazwyczaj sery nie mają smaku. Ten był pikantny. Pani starsza ma specjalny nożyk do krojenia, dzięki czemu uzyskuje cieniutkie kawałki. My będziemy kroić nożem. Taki ser musi poleżeć dobę w szafce, aby dojrzał, bo ja kupiłam jung, czyli młody. 

        Teraz już będę kupować taki ser i wieźć do Polski. Kosztował 2 euro... idę zobaczyć, jaką ma wagę… ma 450 gramów, a kupiony był w markecie wcale nietanim. Więc taki ser kosztuje miej niż ser w Polsce, tani jest. Tak samo masło w Niemczech podrożało, ale bardzo mało podrożało, mniej niż w Polsce. Kostka 250 gramów kosztuje 1,20 euro. 

        Żałuję, że nie przywiozłam jeszcze powideł śliwkowych i dżemu borówkowego i że kupiłam kurtkę dla syna, która okazała się za mała. Może ją sprzedam w Internecie, na Allegro. 

        Mamie mojej bardzo smakuje dżem borówkowy – a może to są żurawiny. Kosztował tylko 1 euro za 400 gramów. Mogłam kupić więcej, ale skupiłam się na kurtce i na nią wydałam ostatnie pieniądze. Kurtkę najpierw przeceniono o 50 proc., a potem znów o 50 proc. Kurtek było dużo, a ja miałam mało czasu. Przymierzałam je na siebie, w przymierzalni, wybrałam M-kę a powinnam kupić L-kę. Gdyby nie przecena kurtki, poszłabym dalej i bym kupiła może jeszcze następne kawałki serów… holenderskich. 

        W tym rejonie też pije się dużo herbaty. W mieście tym produkuje się herbatę, a ja już zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy ten nadmiar herbaty, pity całe jej życie, dwa razy dziennie, nie jest przyczyną jej choroby. W miejsce herbaty mogłaby pić czasem jakiś sok czy kompot, czy kawy trochę, czy rumianek, albo miętę, albo dziurawiec. Ona jednak tylko herbatę, i to z wielkim pietyzmem, a w szafce ma same płytkie i pękate herbaciane filiżaneczki. 

        Porównałam ten dom z domem pani niemieckiej, u której byłam w Duesseldorfie, w roku 2010. 

        Tamta miała taki gust, że każda rzecz w tamtym domu była piękna. Gdy mi w sklepie wybrała buty, to nosiłam je, aż się zdarły, ze trzy lata. Na wybór ich potrzebowała chwili. Każdy ręczniczek, ściereczka, torba, obraz na ścianie – wszystko było piękne. Tutaj – przeciwnie. Wszystko bure, jednakowe, nawet te filiżaneczki i serwisy, i talerze... wszystko było w jednym nudnym stylu. I był to pierwszy dom, gdzie dużo się psuło. Niemcy zazwyczaj wszystko mają solidne. Zaczęło się od roweru. Zjechałam nim z niskiego krawężnika i już koło potem zaczęło piszczeć i obcierać się. Potem lampkę chciałam zapalić. Nie mogłam, uznałam więc, że żarówka spalona, ale to okazało się, że tam nie było dopływu prądu. Duże, szerokie łóżko, dwie szafki po bokach. Z jednej strony lampka i z drugiej strony lampka. Z tej drugiej strony nie mogłam jej zapalić, co było denerwujące, bo akurat ta strona była bardziej potrzebna. Potem odkurzam, a tu listwa odpada przy podłodze, to też rzadko się w Niemczech spotyka. Potem kran zaczął cieknąć, a jak go zakręcałam, to całkiem odpadł kurek – w łazience, nad umywalką. Na drugi dzień przyszedł mechanik, obejrzał, pojechał po wszystko nowe – i kran, armaturę nową.

        Jednak wszystkie maszyny pomocne w tym domu były firmy Miele. Niemcy najbardziej ją cenią, więc jak zmywarka nie chciała zmywać, wiedziałam, że to na pewno nasza wina, bo zmywarka tej firmy by się nie zepsuła. Rzeczywiście, za wcześnie ją wyłączyłam poprzedniego dnia  i musiała dokończyć swój program. Chciałam kupić w Polsce używaną pralkę tej firmy, jednak pan sprzedawca mi odradził, gdy dowiedział się, że windy nie ma, a ja mieszkam na którymś tam piętrze. Ta pralka waży dużo, ona jest ciężka. 

        A teraz opiszę powrót do domu – z Niemiec do Polski. Polskę się kocha, nieważne, że domy na wsi to domki, w porównaniu z Niemcami.

        Pan kierowca mówi, że nie chce wyjeżdżać z kraju, jednak tutaj może być tylko kierowcą. Chciałby być pilotem, ale ma lęk wysokości. Zauważył go, gdy jeździł plandekami do Włoch, jechał przez Alpy. Z góry widok przepiękny, ale on się bał i już nie może tam jeździć. Dlatego próbuje wozić teraz ludzi, zamienił się z kolegą. Plus jeżdżenia busikami to taki, że ma się kontakt z ludźmi. Jednak nie wszyscy są tacy rozmowni jak ja – dwie panie tylko słuchały. Jednak jadąc, wystarczy, że ma się świadomość, że ludzie są, a nie tylko plandeka. Kierowca mówi, że 80 procent kierowców Europy to Polacy. Dalsze 10 procent to Rumuni. I inni, a tylko 10 procent to obywatele danego kraju Europy Zachodniej. Trzeba by było to gdzieś sprawdzić. 

        Spotkałam koleżankę dawną, szkolną. Poczułam się naraz jak w dawnych czasach. Tylko problemy nasze inne. Nasze mamy prawie nie chodzą, a ojcowie poumierali. Moja akceptuje swój stan, jej mama go nie akceptuje, przez to cierpi. Nasze jedyne córeczki mają to samo imię. 

        A my? Czy nadal te same? Nie, ja czuję się inna, silniejsza. Ona straciła męża, a w szkole zawsze sypała kawałami i tak śmiesznie naśladowała moją babcię, co mi się wtedy podobało i nie podobało. Sąsiad z góry też naśladował moją babcię. Babcia była podziwiana przez inne babcie, bo i czytała gazetę – „Problemy”, i była bardzo mądra, jednak czasem przeganiała młodzież z naszego domu. A nasz dom to był dom pełen zawsze ludzi, bo za bratem ciągnął się zawsze ogon kolegów. On szybko chodził, więc szedł jako pierwszy. Ledwo się mieścili w jego pokoiku. Ja miałam dwie koleżanki i siostry też. Kiedyś przyszło do mnie pół klasy, aby ściągnąć wypracowanie, którego w żaden sposób nie można było napisać. Nie dało się, myślę, że nauczyciel musiał się pomylić. W końcu ja siadłam, napisałam na trzy czwarte strony w tak ogólnikowy sposób, że równie dobrze temat mógł być inny. Nauczyciel stopniowo oddawał zeszyty i każdy z nas dostał czwórkę. To wysoki stopień jak na tego nauczyciela, a poza tym wszyscy mieli tak samo napisane, bo zwalili ode mnie. Coś tu nie pasowało – żadnego dochodzenia nie prowadził. Ja wtedy byłam matematyczką i fizyczką, tylko na lekcji języka polskiego zawsze wiedziałam, co poeta miał na myśli. Zazwyczaj połowa wiersza była jasna, a połowa jakaś wymuszona, zwichrowana i trzeba było się domyślać. Widać było, że poeta, co miał przekazać, to już przekazał, a wydłużał wiersz na siłę, aby jakoś wyglądał, aby nie był za krótki. Im lepszy poeta, tym mniej zwrotek potrzebuje. Poeta to trochę jak matematyk – mało słów, dużo treści. Jednak słowa i tak zawierają emocje, a liczby są czystą prawdą – bez emocji. 

        Na przykład matematyczne 2 + 2 = 4, w słowach naszych ujmiemy, że dodajemy jabłka albo koguty. Jabłko – jeden sobie wyobrazi jako zielone, inny jako czerwone, duże, małe, robaczywe, z ogonkiem albo bez. 

        Życie dodaje barw liczbom, ale liczba to sama prawda, kryształowa prawda.

wandarat

Polska, 7 marca 2018

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty
piątek, 02 marzec 2018 07:48

Niemcy lubią swoją kartoflankę

Ratajewska        Na obiad kartoflanka, niemiecka kartoflanka. Nie odcedza się od ziemniaków wody, gniecie się je, dodaje trochę mrożonego pokrojonego pora, trochę masła, śmietanki i łyżeczkę bulionu ze słoika. 

        Niemki mają łatwą kuchnię, i w gotowaniu, i w sprzątaniu po obiedzie. Zaproponowałam dzisiaj, że zamiast bulionu podsmażę cebulę, ale pani się oburzyła na takie traktowanie kartoflanki. Zamilkłam więc, zła na siebie za tę niepotrzebną propozycję, ale po obiedzie opowiedziałam jej, jakie ja zupy robię, np. ogórkowa z ukiszonych ogórków. Tu pani się skrzywiła, jak można coś takiego jeść. Dodajemy do niej warzywa i ziemniaki, i śmietanę kwaśną – dodałam szybko, ale to już pani nie obchodziło. Robię też pomidorową, dodaję warzywa i ryż. Ryż? – pani zdziwiona. Albo taki krupnik – na kaszy jęczmiennej, grzyba wrzucam suszonego, a wcześniej namoczonego, dużo warzyw i ziół. Jem na obiad i czasem na kolację. 

        – Kto gotuje mojej mamie, gdy ja tu jestem? – Mój mąż, on lubi gotować –  odpowiadam. – O której moja mama wstaje? Odpowiadam, że śpi, ile chce. Czasami wstaje o 8. rano, czasami o 11. Czasami ma ciekawy program telewizyjny i on jest ważniejszy od jedzenia. 

 Przed chwilą, w czasie kolacji, opowiadałam pani starszej niemieckiej, której brakuje tlenu, opowiadałam jej o rodzinie niemieckiej, u której miało być dobrze, a nie było dobrze. Byłam u niej kilka lat temu jako opieka całodobowa. Rodzice – starsi ludzie, sprzedali dom w Berlinie i przeprowadzili się do miasta na zachodzie Niemiec. Kupili tam trzy mieszkania w sąsiedztwie – jedno dla nich na parterze i dwa dla dwóch córek z rodzinami swoimi. Zamieszkali więc blisko siebie. Jednak między tymi córkami wywiązała się wrogość, a chodziło o niesprawiedliwie podzielony majątek po rodzicach. Koniec końców, jedna z córek przestała rodziców odwiedzać i im pomagać, a mieszkała piętro wyżej. Rodzice o wszystkim pomyśleli. Mieszkanie ich było dostosowane do ludzi starszych, było bez progów. Niedaleko park, kościół, przystanek autobusowy, market i przychodnia. Nie pomyśleli jednaj o równym podziale majątku. Biedniejszej dali więcej, bogatszej mniej. 

        Byłam chora, cztery dni chora i w robocie. Co prawda, do pracy nie musiałam dojeżdżać,  bo jestem wciąż w pracy, bo nocuję w pracy, bo moją pracą jest dom pani starszej niemieckiej, więc niemiecki dom, tym razem na zachodzie Niemiec. 

        Mam nadzieję, że nie zarażę po powrocie do domu w Polsce mojej rodziny. Żyliśmy sobie bez chorób i nawet katarów i gdybym wiedziała, że podłapię grypę, tobym nie wyjeżdżała. Nie było pilnego powodu, tylko że nadarzyła się okoliczność krótkiej pracy, bo dwutygodniowej. To wystarczy nam na razie, trochę zasili domowy budżet.

        Dodatkowo, nie wiem, czy to grypa, czy przeziębienie było, czy może pani starszej choroba, którą ma od dwóch lat i musi być wciąż na tlenie. 

        Popijam herbatkę na przeziębienie, taką specjalną, i siedzę w pościeli. Jestem na górze domu, nikt mi tu nie wejdzie. 

        Następnego dnia. Wydaje mi się, że jestem tu wieczność, a przynajmniej dwa miesiące, tymczasem jest to dopiero 12 stycznia. Dzisiaj zauważyłam błąd na kartce, którą zostawiła mi opiekunka, która tutaj jest na stałe i zmienia się ze swoją siostrą. Pierwsza uwaga to taka, że powinna wyszczególnić mi leki, które pani starszej trzeba dawać – ważna jest także godzina. Ona mi wszystko napisała na jednej kartce, leki między krojeniem jabłka i cebuli i sprzątaniem itd. Ominęła dawkowanie jednego leku, wieczorem. Pani starsza się czasem upominała się o ten lek, myślałam, że po prostu potrzebuje go tego dnia. Dzisiaj się dogadałyśmy i muszę napisać porządnie, na osobnej kartce, jaki lek i kiedy ona bierze. Dzisiaj mnie taka głupota spotkała – bo tak muszę napisać. Pani ma leków dużo, różne wziewne inhalacje, a do tego tabletki. Są one ważne, inaczej kaszle, bo ona ma chyba ze trzy choroby, w tym jedna istotna – chroniczne zapalenie oskrzeli, podobno niezaraźliwe – o tym zapewnił jej syn. 

        W tamtym roku pani starsza upadła przez kota, który kręcił się jej pod nogami, i kot nie jest już teraz wpuszczany do domu. Druga jego zima naokoło domu. Niby w garażu ma swój kocyk, ale tam zimno. Chodzę tam dawać mu dwa razy dziennie jeść z puszki. Nie wygląda on zdrowo, a domaga się głaskania. 

        Dzisiaj nie mam chyba wolnego, ale jutro mam, więc zamienię zioła, które kupiłam. Chciałam Gingko, a kupiłam Gingko z dodatkami. Jutro późnym wieczorem przyjeżdża busik i przywozi nową opiekunkę, a bierze mnie, z moim kufrem, i zawozi mnie do domu. Boję się tej jazdy, jak zawsze. Żeby tylko nie było ślisko i żeby śnieg nie padał. W tę stronę, gdy jechałam, było prawie wiosennie. Jazda taka trwa ponad 12 godzin, bo jedzie się zygzakiem, od domu do domu. Moja znajoma mówiła, że jechała przez Polskę w ten sposób 24 godziny. Ona zawsze jeździła tylko busikiem, bo kupowała w Niemczech różne pachnidła – pachnące płyny czy proszki do prania. W Polsce woda jest twardsza, musiała ona więcej dodać takiego płynu, potem wietrzyła te uprane ciuchy przez dwa tygodnie, bo za mocno pachniały.

        Kot złapał mysz, pochwalił się nam nią, ale tylko ja go podziwiam. 

        Jutro stąd wyjeżdżam. Kupiłam trochę ziołowych tabletek. Myślę, jak wszystko spakować, bo kupiłam też orzechy włoskie, batony marcepanowe w kształcie jajek wielkanocnych, orzechy laskowe – dla tych domowników moich, którzy nie lubią włoskich. Kilka czekolad i to wszystko. 

        Oby ta druga przyjechała mnie zmienić, oby szczęśliwie tutaj dojechała, bo ja już chcę do domu. 

        Jutro będę sprzątać, pakować się, czekać i myśleć. Ostatni dzień tutaj, a noc w podróży. Jutro już nie będę miała czasu pisać, więc kończę i wysyłam. 

        Mama moja też napisała tekst, ale bardzo smutny. Luty kojarzy jej się zawsze z rozstrzelanym na Pawiaku bratem, młodym chłopakiem, za młodym. Mama rozmyśla, co by było gdyby… Może on by przeżył, gdyby nie to i gdyby nie tamto. Mama nadal nie pogodziła się z jego śmiercią, chociaż od wojny minęło już tyyyle lat. Nigdy nie powiedziała swoim rodzicom o tym, że wie, że on nie żyje. Oni czekali na wiadomość od niego – jeszcze gdy ja byłam mała. Jak mama moja to znosiła? Powinna była im to powiedzieć, ale było to dla niej za trudne. Za to była sama, dźwigała tę prawdę o Januszku sama. To byłby mój wujek 

        Poniżej lutowy tekst mojej mamy, ona ma 95 lat. 

        Tytuł: Co by było gdyby?

        Mój brat i kilku jego kolegów AK-owców zostali aresztowani po zabójstwie Kutschery 2 lutego 1944 roku. Po dwóch tygodniach ich wyprowadzili z Pawiaka i rozstrzelali już nie w ulicznych egzekucjach, lecz podstępnie – w ruinach getta. 

        Po 64 latach najmłodsza moja córka przypadkowo natrafiła na nazwisko jednego z tej grupy w książce telefonicznej Warszawy. Okazało się, że tylko dwóch chłopców przeżyło aresztowania 1944 roku i egzekucje zakładników i powstańców. Ten wtedy 80-letni już kolega mego brata opowiedział mi, że nawet mieszkał trzy ulice dalej i często bywał w naszym mieszkaniu. Już teraz nie obowiązywały tajemnice wojskowe, więc włosy mi się jeżyły, słuchając jego opowieści. 

        W kilka lat później zadzwoniła do mnie kuzynka, którą ostatnio widziałam latem 1939 roku. Teraz już, jako 90-latki, rozmawiamy tylko przez telefon. Od Zosi dowiedziałam się po tylu latach, że 1 lutego 1944 roku w dniu zamachu na Kutscherę – Januszek przyszedł późno wieczorem na Solec. Prosił też ciocię Zosię, żeby pozwoliła mu przenocować. Niestety, ciotka odmówiła, obawiając się o bezpieczeństwo swojej rodziny. Januszek kilka kilometrów biegł na Czerniaków i zjawił się w domu już po godzinie policyjnej. 

        Już ciotka dawno nie żyje, ale myślę często, co by było, gdyby mój brat ocalał z aresztowania o świcie 2 lutego. Może walczyłby później w powstaniu i przeżył jak ci dwaj wspomniani koledzy. A może spotkałby go los Witka wziętego z domu kilka lat później. A może jeszcze gorszy los Jacka, który miał pracę nocną na kolei w dniu 1 lutego. Niestety, ujęty po paru miesiącach na ulicy i przewieziony na Szucha, nie wytrzymał tortur i zdradził. Kryjówkę Witka. Tutaj wycierpieć jeszcze musiał obelgi – wykrzykiwane przez szesnastoletnią narzeczoną Witka. Jak bolesne dla tego biednego dziewiętnastolatka były hańbiące słowa tej dziewczyny, że jest tchórzem i zdrajcą. Tymczasem i starszy spiskowcy nie wytrzymywali tortur gestapowców i zdradzali swych towarzyszy. Tylko Witek nie okazywał koledze potępienia, bo rozumiał sytuację. A może mój brat zginąłby w walkach powstańców na Woli i zostałby bestialsko zamordowany przez ukraińskie pułki „Rona” – wspólnie z Niemcami – razem z bezbronnymi mieszkańcami. A może zginąłby bezimiennie jak mój dwudziestodwuletni kuzyn Zbyszek i nigdy rodzina nie odnalazła po wojnie jego grobu w Warszawie. 

        Wiele lat łudziliśmy się nadzieją, że gdzieś żyje – bo nadzieja umiera ostatnia.

        To koniec tekstu mojej mamy. Widać z niego, jak ciężko było przeżyć wojnę w Warszawie. 

wandarat

Niemcy 27.02.2018

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty

Ratajewska        Są to kilkumetrowe cienkie rureczki, które ona za sobą ciągnie.

        Wczoraj jechałam cały dzień. Dzień był piękny, w Polsce trochę biało było na poboczu, w Niemczech już wyszło słońce. Mały busik, trzy razy po trzy osoby, w pierwszej trójce pan kierowca. 

        Najpierw zbieraliśmy ludzi w Polsce, potem tych ludzi pan kierowca rozwoził po ich domach w Niemczech. Ja byłam jako trzecia zabrana w Polsce, a ostatnia w Niemczech. 

        Przed chwilą moja pani niemiecka się tak rozkaszlała, że aż strach. Ona ma non stop doprowadzany do nosa tlen, do tego różne do inhalacji środki. Mimo to jest źle i może dlatego mam tę pracę, że Lucyna, która tu była dwa lata i zmieniała się co dwa miesiące ze swoją siostrą, może stąd uciekła, jak szczur z tonącego statku. Może tylko wymyśliła pogrzeb w rodzinie. Stan zdrowia tej pani starszej jest ciężki... a poza tym ona chce, abym wciąż przy niej była. Może tak ta Lucyna przy niej siedziała i oglądała z nią telewizję. Mnie szkoda czasu na telewizję, więc siedzę w tej chwili przy niej i piszę. Z jej nosa idą dwa przewody, suną po podłodze, aż do wytwarzacza tlenu, który stoi w przedpokoju. Śpi także z tym tlenem, ale nastawia się na mniejszy numer, czyli mniej tlenu w danym czasie do niej dochodzi. Jak taka osoba miałaby w Polsce? Tutaj jest zadbana. Tlen chyba pozyskuje się z wody, ale co z wodorem? Tlen z rozkładu wody. 

Opublikowano w Teksty
Strona 1 z 44