Goniec

Register Login

Z udziałem przedstawicieli kanadyjskiej polityki szczebla federalnego prowincyjneg oraz przedstawicieli władz polskich w sobotę 12 stycznia 2019 roku w siedzibie SPK przy Beverley w Toronto odbyło się noworoczne opłatkowe spotkanie Kongresu Polonii Kanadyjskiej.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/polonia-w-swiecie.html#sigProId9b435b8863

Fot. Hieronim Teresiński

Opublikowano w Życie polonijne

starzynski-t        Wybuch I wojny światowej wzbudził w Polakach rozsianych na całym świecie wielkie nadzieje na odzyskanie niepodległości. Przygotowywali się do tego wydarzenia historycznego od zawsze, od momentu utraty niepodległości. Każde pokolenie miało swój udział w tej walce, każde popełniało błędy i miało własną wizję przyszłości. Można jednak śmiało stwierdzić, że wykorzystanie sprzyjającego momentu historycznego, było możliwe dzięki współdziałaniu wybitnych przywódców, ich przywódczych talentów, poświęceniu i patriotyzmowi i świadomości wszystkich grup społecznych. O najwybitniejszych liderach tego czasu, Paderewskim, Dmowskim, Smulskim już pisaliśmy. 

Dziś chcielibyśmy przypomnieć sylwetkę Teofila Antoniego Starzyńskiego – twórcę i architekta sokolstwa polskiego w Ameryce, lekarza, żołnierza Błękitnej Armii i Twórcę Stowarzyszenia Weteranów Polskich w Ameryce- SWAP.

        Teofil Antoni Starzyński urodził się  14 kwietnia 1878 w Osówcu, w powiecie mogilnickim na Kujawach w patriotycznej rodzinie zubożałego szlachcica, który po nieudanej próbie  uczestnictwa w powstaniu styczniowym, zajmował się zarządzaniem dóbr ziemskich rodziny Mlickich w Osówcu. Antoni był najmłodszym z siedmiorga rodzeństwa. W 1883 roku jego starszy brat, Andrzej, aby uniknąć służby w wojsku pruskim, uciekł do Ameryki i osiedlił się w Pittsburghu. W jego ślady poszli kolejni bracia – w 1885 r. dołączył do niego Marcin z żoną, w 1886 Ignacy, a za synami wyemigrowała matka z córką Franciszką, Szczepanem i ośmioletnim Teofilem. W 1889 dołączył do nich ostatni z braci – Stanisław.  

        Cała rodzina osiedliła się w Pittsburghu i tutaj rozpoczęła budowę swojej emigracyjnej egzystencji. Teofil rozpoczął naukę w szkole parafialnej, później kontynuował w publicznej. W wieku czternastu lat przerwał naukę i rozpoczął pracę zarobkowa jako goniec i ładowacz, a następnie pracował w polskiej aptece, której właścicielem był Stanisław Szarzyński. Tutaj zetknął się po raz pierwszy z ideami sokolstwa. Warto w tym miejscu przypomnieć te idee, bo z nimi Teofil Starzyński zwiąże swoje życie, im podporządkuje i poświęci wszystko.  

        Idea sokola wyrosła na glebie uczuć narodowych i polskich dążeń niepodległościowych a na jej kształt miały także wpływ wielkie prądy kulturalne i społeczne ówczesnej Europy: romantyzm, pozytywizm i demokratyzm, a nade wszystko umiłowanie wolności i ziemi ojczystej, zespolonej nierozerwalnie z kulturą łacińsko-chrześcijańską. 

        Sokolstwo powstało z potrzeby serca i ducha, w wyniku głębokich przemyśleń i rachunku wszystkich błędów popełnionych w tragicznie zakończonym powstaniu styczniowym.

Tragiczną sytuację rodaków pogorszyło materialne, biologiczne i duchowe wyniszczanie narodu polskiego poprzez konfiskaty majątków ziemskich, masowe zsyłki na Sybir, więzienia i egzekucje niepokornych, niszczenie dorobku narodowego, jego kultury, szkolnictwa i historii.

W takich, groźnych politycznie warunkach – zaledwie w trzy lata po klęsce Powstania Styczniowego – grupa młodych akademików, lwowskich patriotów, wsparta pomocną dłonią byłych powstańców, postanowiła przerwać zaczarowany krąg powszechnie panującej niemocy i przygnębienia, kładąc podwaliny pod przyszłą, szeroko zakrojoną pracę z młodzieżą, aby podnieść jej sprawność fizyczną i poczucie duchowej wartości. Była to zupełnie nowa forma, aczkolwiek czerpiąca wzorce z antycznej tradycji greckich gimnazjonów, w których doceniano wartość harmonijnego rozwoju człowieka. „Mens sana in corpore sano” – „W zdrowym ciele zdrowy duch” było pierwszym hasłem SOKOŁA, powołanego w 1862 roku przez Czechów, a w 5 lat później przystosowanego do rodzimych potrzeb przez Polaków we Lwowie. 

        SOKÓŁ miał być tym uniwersalnym spoiwem, łączącym w czas niewoli zalety umysłu i wolę rodaków w monolit, zdolny we właściwej chwili walczyć o niepodległość a po jej zdobyciu, umieć ją zachować.  Tylko w idealnym zespoleniu myśli i czynu można osiągnąć upragniony cel. Orzeł jako symbol narodowy nie miał prawa istnienia. Dalekowzroczny sokół, w tradycji słowiańskiej był kojarzony z wolnością, sprawnością, wytrwałością i siłą oraz- z niezawodnością ataku. 

        Rycerski etos SOKOŁA rodził się wraz z jego symbolami, oznakami, hasłami i wymogami natury etycznej, zawartymi w statucie, regulaminach jak też w katechizmie i przykazaniach sokolich. Wielkie znaczenie miała wymowa munduru, związana z żołnierską, powstańczą tradycją i pozdrowienie – CZOŁEM i hasło określające dobitnie charakter SOKOŁA: „CZOŁEM OJCZYŹNIE, SZPONEM WROGOWI”. 

        Były to też cnoty rycerskie, jakie wpajano i pielęgnowano w sokolich gniazdach, przyjmujących na swoich duchowych patronów sławnych Polaków – żołnierzy. Bez wątpienia pierwszym wśród nich był naczelnik Tadeusz Kościuszko. Do wielu cnót, obowiązujących w SOKOLE, takich jak: uczciwość, punktualność, odpowiedzialność, wytrwałość, obowiązkowość i odwaga, należy też braterstwo stawiające w karnym, wojskowym szyku sokolich druhów, niezależnie od ich statusu społecznego i majątkowego. 

        Pod sokolim sztandarem, w jednym szeregu zgodnie stawali przedstawiciele inteligencji, rzemieślnicy, arystokraci, robotnicy, oświeceni mieszczanie i włościanie. Wszystkie bez wyjątku stany bezinteresownym zaangażowaniem zaznaczały swą służbę w sokolim zakonie, pomnażając jego zbiorową siłę w dążeniu do wolności. 

        Siłę SOKOŁA tak określił prezes tego związku w zaborze austriackim Tadeusz Romanowicz na zlocie z okazji 25-lecia Sokolstwa Polskiego we Lwowie 12 maja 1892 roku:

        My nie chcemy siły przed prawem ani nad prawem – my chcemy siły na usługę prawa i sprawiedliwości, (…) my jej chcemy ku temu, aby wyższe cele i dążenia ducha narodowego do swego urzeczywistnienia realną znalazły podstawę.

        W tę chwalebną misję zaangażowało się tysiące szlachetnych Polaków i poetów, którzy wypełniali romantyczną rolę przewodników duchowych narodu. Byli wśród nich: Adam Asnyk, Jan Kasprowicz, Mieczysław Romanowski, Maria Konopnicka, Henryk Sienkiewicz, Michał Bałucki, Wacław Gąsiorowski, Karol Bunsch i inni. Warto pamiętać, że to właśnie dla braci sokolej, na obchody 500-lecia bitwy pod Grunwaldem Maria Konopnicka napisała słowa „Roty”. A na zamówienie władz sokolego związku Feliks Nowowiejski skomponował do nich muzykę? 

        Pieśni tej uczono we wszystkich sokolich gniazdach, w kraju i na obczyźnie, tam, gdzie w niestrudzonym locie dotarł SOKÓŁ, by zagarnąć pod swe skrzydła nowe rzesze Polaków.

„Rota” stała się sztandarową pieśnią Grunwaldzkiego Zlotu SOKOŁA, na który przybyli Sokoli w liczbie 8 000 druhen i druhów, dając w dniach 14 i 15 lipca 1910 roku, w Krakowie niewidziany dotąd popis sprawności fizycznej, karności i dyscypliny wojskowej. A „Rota” od tej chwili stała się drugim hymnem narodowym…

        Ale SOKÓŁ – mimo wielu przeszkód – niezmiennie losy swoje łączył z losami narodu. Dlatego zawsze sokolnie, w których zbierała się młodzież na ćwiczenia i inne zajęcia programowe pełne były narodowych pamiątek.  Dla działaczy tego ruchu, ćwiczenia cielesne (dziś kulturą fizyczną zwane) były tylko jednym z wielu, nieodzownych elementów dla osiągnięcia celu ostatecznego. Tym wielkim celem było zmartwychwstanie Polski!

        Dziewiętnastoletni Teofil Starzyński, zafascynowany tak szczytnymi ideami, w 1897 roku z pomocą właściciela sklepu wędliniarskiego założył w Pittsburghu gniazdo Sokoła.  Od tego roku zaczął studiować farmację, którą ukończył w 1901 roku. Otworzył wtedy własną aptekę, a w czasie epidemii ospy (1903 r.) prowadził w polskich dzielnicach szczepienia ochronne. Kontynuował naukę i jako pierwszy Polak w 1904 roku ukończył studia medyczne na uniwersytecie Pittsburghu.  

        Obok pracy zawodowej Teofil Starzyński całym sercem zaangażował się w pracę w Sokolstwie. Rozumiał, że sokolstwo było w stanie walczyć z bronią w ręku i przygotować kadry dla wyzwolonego państwa polskiego. Na pierwszym zebraniu gniazda został jego wiceprezesem. Szybko awansował w strukturach organizacji. Na czwartym Zjeździe Związku Sokolstwa Polskiego w Ameryce, który odbył się w Buffalo w lipcu 1899 roku przewodniczył komisji obrad i został wybrany na wiceprezesa Wydziału Głównego ZSP. W styczniu 1890 roku doprowadził do zakupu dla sokoła w Pittsburghu budynku, który wyposażył w przyrządy gimnastyczne. Był jednym z najaktywniejszych działaczy nurtu niepodległościowego tzw Wolnego Sokolstwa. Na nadzwyczajnym zjeździe sokolstwa w 1912 roku, opowiedział się za zjednoczeniem Sokolstwa w niezależną organizację o charakterze niepodległościowym. Został wybrany na prezesa Zjednoczonego Związku Sokolstwa Polskiego. Sokolstwo jako pierwsza organizacja rozpoczęło przygotowania militarne do walki o wolną Polskę.

        Szkolenia wojskowe – choć prowadzone najczęściej tajnie – od początku istnienia SOKOŁA – przebiegały równolegle do innych zajęć programowych. Do przekazywania informacji między gniazdami rozsianymi po świecie służyły specjalne szyfry wewnątrzorganizacyjne, z pomocą których koordynowano i aktualizowano plan działań. Intensywnym szkoleniem wojskowym objęte zostały wszystkie gniazda sokole. 

        Chwalebnym dziełem Sokołów zza oceanu było powołanie do życia Fundacji Kościuszkowskiej, realizującą do dziś swoją misję, a także organizowanie wielu kursów wojskowych i szkół podoficerskich, szkoleń służb sanitarnych oraz niesienie finansowej pomocy Polsce. 

        Kiedy I wojna światowa zaczęła zbierać śmiertelne żniwo, Sokolstwo Polskie w Ameryce wstrząśnięte losem rodaków zmuszonych przez zaborców do bratobójczej walki jako pierwsze złożyło na ręce prezydenta Wilsona memoriał, domagający się odbudowania Polski. 

        Delegacja SOKOŁA na czele z ówczesnym prezesem – Teofilem Starzyńskim została życzliwie przyjęta i zapewniona przez prezydenta Stanów Zjednoczonych o jego poparciu dla polskich dążeń niepodległościowych. Te prawdziwie braterskie czyny zostały wsparte ogromną daniną życia jaką sokolstwo zza oceanu złożyło swej macierzy dając Armii Polskiej 20 000 znakomicie wyszkolonych, sokolich żołnierzy i oficerów. 

        Armia Polska we Francji swoją potęgę zawdzięcza w dużej mierze sokolstwu dającemu jej liczebną siłę a także kadrę kierowniczo-organizacyjną. Dużą rolę w tym patriotycznym dziele odegrał płk dr Teofil Starzyński, W 1917 roku wraz z innymi działaczami, a szczególnie z wybitnym polskim pisarzem i oficerem Wacławem Gąsiorowskim doprowadził do otwarcia obozu w Niagara on the Lake, szkolącego ochotników do Błękitnej Armii. Wydał specjalny rozkaz do Sokołów o wstępowaniu do Polskiej Armii. Zabiegał o środki na jej wyposażenie i na pomoc głodującym rodakom w Polsce. Spełniwszy swoje obowiązki w komisji rekrutacyjnej sam wstąpił w szeregi Armii gen. Józefa Hallera i w stopniu majora został szefem służby medycznej. W 1919 roku przybył z Błękitną Armią do Polski i wziął udział w walkach na Ukrainie o ustalanie granic polskich na wschodzie.

        To dzięki takim ludziom jak dr T.A Starzyński zaistniała potężna Armia Polska, która utorowała Polsce drogę do równoprawnego uczestniczenia w konferencji zakończonej aktem podpisania Traktatu Wersalskiego. I nie jest przypadkiem, że uczynili to w imieniu niepodległej Polski dwaj wielcy znani i szanowani w świecie sokoli Ignacy Jan Paderewski i Roman Dmowski!? … 

        Sokoły! Wolności ptaki i Polski przednia straż 

        Wierniejszych dzieje nie znały, nie widział Naród nasz. 

        Kiedy stajemy społem przysięga brzmi jak spiżowy dzwon Tobie Ojczyzno – Czołem! Wrogowi – ostry szpon!…?

        Wielu sokołów poległo, wielu wróciło jako inwalidzi i bez środków do życia. I wtedy znowu dr. Starzyński stanął przy nich. W 1920 roku zajął się organizowaniem hallerczyków w Stanach Zjednoczonych. W rok później powstało SWAP, którego pierwszym prezesem był właśnie T. Starzyński. W 1925 roku ponownie zostaje prezesem Sokołów. Sprzeciwia się „amerykanizacji” tej organizacji, zabiega o kontakty z Macierzą. Utrzymuje aż do śmierci Mistrza, kontakt z Ignacym Paderewskim. 

        Podczas II wojny światowej zabiegał u Aliantów o pomoc dla Polski.  Był jednym z twórców i założycieli w 1944 roku Kongresu Polonii Amerykańskiej i jednym z jego wice prezesów. 

        Na Zlocie w Warszawie 15 sierpnia 1925 roku, minister Raczkiewicz udekorował sztandar Sokolstwa Polskiego w Ameryce Orderem Polonia Restituta. Sam Teofil Starzyński otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski w 1925. Wcześniej w 1922 roku rząd francuski udekorował go Legią Honorową. W 1961 roku w Szczecinie nazwano jedną z ulic jego imieniem. W 1962 mianowany pośmiertnie przez władze RP na uchodźstwie do stopnia generała brygady.

        Zmarł 4 kwietnia 1952 roku w Pittsburghu, został pochowany na cmentarzu przy Narodowym Sanktuarium Matki Bożej Częstochowskiej w Doylestown. 

        Przez historyków legionowo-sanacyjnych w okresie II RP nie został właściwie doceniony olbrzymi udział SOKOŁA, jego twórcy i przewodnika w czynie niepodległościowym. 

        Podobna sytuacja ma miejsce w momencie obchodów 100 lecia odzyskania niepodległości. Nie było żadnego pośmiertnego orderu ani wspomnienia architekta naboru 20 tysięcy ochotników do Błękitnej Armii. 

        Istotą tożsamości Polonii Amerykańskiej powinna być szczególna troska o naszą polonijną historię. Trzeba pamiętać, że to nasi dziadowie z Milwaukee, Chicago, Nowego Yorku, Detroit i wielu innych miast pośpieszyli, aby na skinienie oddać krew dla Ojczyzny za ocean. Im należy się pamięć i właściwe miejsce w polskiej historii i ten etap jeszcze nie jest zakończony. Może polskie władze doceniłyby w końcu zapomnianych emigrantów i bohaterów Niepodległej. 

        Nigdy nie jest na to za późno.

Katarzyna Murawska, Waldemar Biniecki

Opublikowano w Teksty
czwartek, 20 grudzień 2018 12:28

To znowu ja…

rat5118 01        Odwiedziliśmy Warszawę. Piękna pogoda jak na grudzień. Wynurzyliśmy się  z jakiegoś rogu ulicy i zobaczyliśmy Pałac Kultury. Naokoło wieżowce – wysokie, a wąskie i ten sympatyczny pałac, bo to pałac jednak. Mi się kojarzy z dzieciństwem, z czasami, gdy nasi rodzice byli młodzi. 

        Ulice szerokie, pomimo dużej ilości ludzi. Wesoło nam tam było. Przeszliśmy koło kamienicy starej, zachowanej  cudem  z czasów wojny. Było ich tam kilka. Weszłam na podwórko, bez słońca. Jakiś pan objaśnił nam, że jest tam kinematograf,  i że kręcono tam film Vabank.

Opublikowano w Teksty
czwartek, 13 grudzień 2018 14:25

Hej do broni

pruszynskiHej do broni

Na portalu Biały Dom, czyli siedzibie prezydenta, jest petycja w sprawie odwołania ambasadorki USA z Warszawy. Konkretnie przeciw bronieniu stacji TV będącej własnością Amerykanów. Ta dama inaczej zapomina, że w USA i Kanadzie obcy nie mają prawa mieć stacji TV.

        Więc Czytelnicy podpisujcie. Ja link do podpisania petycji znalazłem na : wolnosc24.pl

Opublikowano w Teksty
czwartek, 06 grudzień 2018 11:05

O Polsce w naszej parafii

        W ramach obchodów 100 lecia Niepodległości Polski Parafia św. Maksymiliana Kolbe w Mississauga zorganizowała 1 grudnia konferencję: „100-lecie Niepodległości Polski - wzmacnianie poczucia tożsamości narodowej i kształtowanie postaw patriotycznych”.

        Przybyła delegacja z Lublina:

        Prof. Przemysław Czarnek, wojewoda lubelski

        Prof. Mieczysław Ryba, KUL

        Prof. Jacek Gołębiowski, KUL

        Jerzy Sadel, Dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Lublinie

        Ks. dr hab. Jarosław Jęczeń, KUL Dyrektor Szkoły Języka i Kultury Polskiej KUL.

Dr Jarosław Jęczeń z KUL-u powiedział że często mówi się o Polonii amerykańskiej, a pomija kanadyjską - ja wtedy protestuję - zapewnił - bo tak kanadyjska miała niesamowity wpływ, jeśli chodzi o rozbudowę bazy naukowej naszego uniwersytetu i dla studentów i dla naszych pracowników. Przez wiele lat korzystaliśmy z pomocy Polonii, a dzisiaj przyjeżdżamy po to, aby powiedzieć takie proste staropolskie „Bóg zapłać” i dziękuję tym wszystkim, którzy tworzyli 100 lat historii naszego uniwersytetu.

Opublikowano w Życie polonijne
czwartek, 29 listopad 2018 14:34

Kongres partii Korwina-Mikkego

pruszynskiKongres partii Korwina-Mikkego

W Bibliotece Rolniczej na Krakowskim Przedmieściu był w dniach 24 - 25 listopada kongres jego partii, która zwie się teraz Wolność. Na początku było łyso, ale pod koniec soboty cała sala była prawie pełna, choć na Kongresie w Pałacu Kultury było z 7 razy więcej ludzi.

Opublikowano w Teksty

5873459e1f282smulskijp srrwnaeJan Franciszek Smulski chicagowianin, wybitny patriota, rzecznik sprawy polskiej wobec prezydenta USA Wilsona, bliski współpracownik Jana Ignacego Paderewskiego i Romana Dmowskiego, organizator pomocy finansowej dla odradzającej się Polski, emigracyjny inicjator kluczowych dla Niepodległej przedsięwzięć. Pamiętajmy o nim nie tylko w 100 rocznicę odzyskania przez Polskę Niepodległości.

        Polscy emigranci zapisali piękna kartę w historii obu narodów. O wybitnie utalentowanych żołnierzach takich jak Kościuszko czy Pułaski wszyscy doskonale wiedzą. O wybitnych artystach takich jak I.J. Paderewski czy Helena Modrzejewska wiedza jest szeroka i powszechna. Sukcesy bardzo często wspomagane lub warunkowane są przez wielkie pieniądze. Tak było w latach walki o odzyskanie niepodległości i tak jest obecnie. Jako, że za kilka dni nastąpi kulminacja obchodów stulecia polskiej niepodległości, warto przybliżyć rodakom w kraju postać wybitnego działacza Polonii w USA, bez którego nie byłoby sukcesu Błękitnej Armii gen. Józefa Hallera i sukcesów dyplomatycznych J.I.Paderewskiego i Romana Dmowskiego,  postać prawnika, dziennikarza, wydawcy, polityka i co bardzo ważne bankiera JANA FRANCISZKA SMULSKIEGO.

        Urodził się 4 lutego 1867 roku w Trzemesznie, niewielkim miasteczku na Kujawach, pod zaborem pruskim. Właściwie nazywał się Jakiński i pod tym nazwiskiem rozpoczął naukę w Polsce. W 1881 roku wyemigrował do Stanów, w których już przebywał jego ojciec Władysław. Ojciec zmienił nazwisko na Smulski, więc i Jan zaczął używać tego nazwiska i tak już zostało do końca jego życia i pod tym nazwiskiem zapisał się w historii Polonii. W r. 1884 został wraz z ojcem współwłaścicielem „Gazety Katolickiej” w Chicago. Odbył studia prawnicze, na opłacenie których pracował jako subiekt w sklepie. Po ich ukończeniu w r. 1890 otworzył własną praktykę adwokacką w Chicago. 

Polscy emigranci pracowali bardzo ciężko, po 10 -12 godzin dziennie. Śmiertelność wśród robotników była duża. Często rodzina nie miała za co pochować zmarłego. Nie istniały tanie ubezpieczenia ani zapomogi dla bezrobotnych. Żeby złagodzić trudne momenty ekonomiczne w lutym 1880 roku polscy światli przedsiębiorcy powołali do życia Związek Narodowy Polski, który w pierwszym rzędzie stał się tanią organizacją ubezpieczeniową wspierającą rodziny zmarłych. Obok tanich ubezpieczeń z dochodów z oprocentowania polis członkowskich powstał spory kapitał, który był przeznaczony na cele społeczne. ZNP powołał do życia szereg instytucji wydawniczych i oświatowych. Dzięki niezależności finansowej (od końca XIX wieku majątek ZNP jest obliczany na ponad 0,5 mld dolarów), Polacy zaczęli stawać się licząca się siłę polityczną.  Władzę prawodawczą w ZNP do dziś sprawuje Sejm Związkowy, który zbiera się na obrady co cztery lata. 

        Jan F. Smulski od wczesnej młodości uczestniczył w działalności organizacji polonijnych. Był członkiem Związku Narodowego Polskiego w Ameryce (ZNP) i Zjednoczenia Polskiego Rzymsko-Katolickiego (ZPRK) publikował w „Gazecie Katolickiej”. W r. 1892 wszedł w skład Komitetu Budowy Pomnika Tadeusza Kościuszki w Chicago zainicjowanego przez ZNP.  W 1893r. uczestniczył po raz pierwszy w sejmie ZNP w Chicago i został na nim wybrany na jednego z tzw. opiekunów kasy ZNP. Od 1894 roku czynnie działał w Związku Sokolstwa Polskiego w Ameryce. 

        Jeszcze za życia ojca przejął kierownictwo jego biznesów i sam podjął liczne własne inicjatywy ekonomiczne.

        W maju 1903 roku uzyskał licencję na prowadzenie działalności bankowej i wraz z innymi przedsiębiorcami polonijnymi założył bank stanowy zwany popularnie bankiem Smulskiego, z siedzibą w samym sercu dzielnicy polonijnej w Chicago z siedzibą na skrzyżowaniu ulic Division, Ashland i Milwaukee. Było to pierwsze tego typu przedsięwzięcie polonijne; jego zarząd i większość personelu były polskie, zaś akcje rozprowadzone pomiędzy Polakami. Bank utworzył też spółkę górniczą do eksploatacji złota nad rzeką Sacramento w Kalifornii. Zyski z tej działalności zapewniły wielkie dochody i podniosły prestiż jego właścicieli.  11 listopada 1904 podczas uroczystości odsłonięcia pomnika Kościuszki w Chicago, Smulski. przemawiał jako pierwszy mówca i odczytał list od prezydenta T. Roosevelta do Polonii.  Zarabianie pieniędzy łączył z działalnością patriotyczną. 28 kwietnia 1908 na czele Polonii chicagowskiej protestował przeciw niemieckiej polityce wobec Polaków. 

        Po wybuchu pierwszej wojny światowej Smulski był jednym z twórców Polskiego Centralnego Komitetu Ratunkowego (PCKR) i współorganizował pomoc materialną dla ludności polskiej. Równocześnie prowadził działalność dyplomatyczną. Był w składzie delegacji Polonii przyjętej przez prezydenta W. Wilsona w Waszyngtonie i wręczył mu memoriał o potrzebie pomocy dla Polski., przygotowywał utworzenie nowej organizacji politycznej Polonii., która ukonstytuowała się jako Wydział Narodowy Polski. (WNP)

        Jako przedstawiciel tego Wydziału Jan Smulski uczestniczył w rozmowach z przedstawicielem Francji w sprawie Armii Polskiej. Nie byłoby możliwym utworzenia tej armii bez finansów zabezpieczających jej utrzymanie i wyposażenie. Smulski. był jednym z głównych inicjatorów zwołania Sejmu Wychodźstwa Polskiego w Detroit (26–30 VIII 1918), na który przybyli Paderewski i Dmowski, przewodniczył temu Sejmowi i w dramatycznym przemówieniu poparł apel Paderewskiego do Polonii o utworzenie dziesięciomilionowego Funduszu Narodowego, przeznaczonego na działania polityczne i charytatywne. Fundusz uchwalono i w następnych miesiącach Smulski w imieniu WNP firmował przesyłanie do KNP w Paryżu dużych sum pieniędzy (100 tys. dol. w listopadzie 1918, 250 tys. dol. w grudniu 1918 i styczniu 1919).

        WNP przekazał też w r. 1919 do Polski ok. 100 tys. dol. na cele charytatywne (w tym 40 tys. do dyspozycji Paderewskiego na Polski Biały Krzyż. Fundusze te mogły być wykorzystane na działania polityczne. Przez bank Smulskiego Polonia przesyłała też indywidualnie środki finansowe do kraju (ok. 6 mln dol.). Sukcesem zakończyły się jego starania w kwestii pomocy żywnościowej i materiałowej. W lutym 1919 r. WNP wysłał do Polski statek z żywnością wartości 1 mln dol. Współpracował w tym zakresie z kolejnymi instytucjami pomocowymi kierowanymi przez Hoovera: American Relief Administration (luty-lipiec 1919) i American Relief Administration European Children’s Fund. 

        Zabiegał o udzielenie Polsce przez Stany Zjednoczone pożyczki na rozwój gospodarczy i sprzedania części zasobów wojennych Amerykańskich Sił Ekspedycyjnych w Europie, oraz poparcie prezydenta Stanów Zjednoczonych dla postulatu przekazania Polsce Gdańska. Dzięki staraniom Smulskiego Polonia wsparła polską akcję na Górnym Śląsku finansowo i poprzez ułatwienie wyjazdu z USA Polakom, chcącym wziąć udział w plebiscycie. 10 stycznia 1920 roku udał się do Polski 1920 przywożąc upoważnienie WNP do wypłacenia 25 tys. dol. na rzecz Funduszu Plebiscytowego.

W sierpniu 1920 roku Smulski. wezwał prezydenta Wilsona do «moralnego poparcia» Polski walczącej z Rosją sowiecką.  W roku 1921 zaangażował się w sprawę poparcia powstania na Śląsku. Zawsze blisko współpracował z Romanem Dmowskim; osobiście wsparł finansowo powstanie dziennika „Rzeczpospolita”. Wielkie znaczenie miała jego pomoc finansowa dla powracających do Ameryki żołnierzy Błękitnej Armii. Po odejściu z rządu J.I.Paderewskiego ciągle jeszcze wspierał różne społeczne i charytatywne akcje, Nadal przekazywał niewielkie sumy środowiskom krajowym zbliżonym do Paderewskiego; ale jego bank, mimo wkładów szacowanych na 20,5 mil ówczesnych  dolarów przeżywał trudności związane w dużej mierze z oszczerczymi wystąpieniami środowisk żydowskich z Nowego Yorku.

        Bardzo trudną sprawą z jaką przyszło zmagać się Smulskiemu, był narastający konflikt polsko-żydowski, wywołany różnymi sprawami natury gospodarczej, politycznej i obawami organizacji żydowskich w Ameryce o status ludności żydowskiej w odrodzonej Polsce. Na łamach prasy i drogami dyplomatycznymi doprowadzał do porozumienia, ocalając w ten sposób wizerunek Polski i Polaków w przededniu konferencji pokojowej w Paryżu. 

        Zabiegi o finanse i mediacje między zwolennikami różnych wizerunków i różnych dróg do niepodległej Polski wyczerpały Smulskiego. Poważna choroba serca i seria wyczerpujących operacji chirurgicznych załamała go psychicznie. 18 marca 1928 roku popełnił samobójstwo. Jego grób znajduje się na cmentarzu Św. Wojciecha w Chicago. Jan Ignacy Paderewski w r. 1939 apelował do Polonii, by zagościł w niej „dawny, wielki duch Smulskich”. Historyk polonijny Karol Wachtl, nazwał go „bezsprzecznie wybitnym, może najwybitniejszym typem dobrym Polaka-Amerykanina, umiejącego godnie godzić ideologię polską z amerykańską”.

        Jan F. Smulski został odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Polonia Restituta w 1923 roku i francuską Legią Honorową.

Katarzyna Murawska, Wisconsin

Waldemar Biniecki, Kansas 

Opublikowano w Teksty
czwartek, 08 listopad 2018 18:09

1 listopada - ważny to dzień

Ratajewska        Tak, ważny dzień -  dzień Wszystkich  Świętych. 

        Dwa razy byliśmy na grobach – mojego ojca i mojej babci. Wieczorem spodziewałam się łuny, kolorowej ….   łuny migocących światełek. Rozczarowałam się,  było inaczej. 

        Rynek dostosował się do gustu  ludzi, a oni wybierali znicze białe, pomarańczowe i czerwonych trochę. Brakowało mi zieleni świecącej   i niebieskiego  świecącego. Nie migotały światełka, chociaż wiatru nie było. Od czasu do czasu tylko,  jakiś jeden znicz był bez osłony, wtedy było widać żywy ogień. 

        Groby przeładowane. Na każdym z nich około 300 złotych w towarze,  licząc kwiaty i znicze. 

        Widać,  że albo znicze staniały, albo stopa  życiowa ludzi podniosła się. 

        Młodzież wyjechała na początku tego wieku. Co można było zrobić,  jeśli praca była tylko w dużych miastach, a tam na początku drogie życie,  bez mieszkania. Co raz to  było widać dzisiaj samochód z nie polskimi numerami rejestracyjnymi

        Dokupiłam dzisiaj kwiaty i dobrze,  że nie wcześniej,  bo mogłam je dopasować do tych. które już na grobie były. Kilka osób sprzedawało znicze i kwiaty na drodze do cmentarza.Kwiaty stały na ziemi,   przy chodniku,  w cenie od 5 złotych  do 25 złotych. 

        Tańsze  były niż kilka dni temu niż na targu, ale mniejsze. Kupiłam białe. Zarówno babcia. jak i mój tata nie lubili wystawności,  więc zawsze dopasowuję i znicze i kwiaty do ich gustu.  Wszyscy chyba tak robią. 

        Wspomniałam dzisiaj moje dni 1 listopada,  gdy musiałam pracować w Niemczech. Trudno taka pracę nazwać pracą. To było niewolnictwo. Pracowałam wtedy bez dnia wolnego i bez czasu wolnego. Teraz już troszkę się zmieniło. Opiekunka wie,  ze należy jej się czas wolny,  chociaż te 2 godziny dziennie

        Wtedy tego nie miałam i wymagań mieć nie mogłam. Cieszyłam  się, że mnie nie odesłano. bo dowiedziałam się,  że Niemcy mieli na to tydzień. jak im się opiekunka nie spodoba. Oni mówią - jeśli nie ma chemii. 

        W roku 2010 pojechałam z panią starszą niemiecką, na cmentarz. Liczyłam na to, że kupimy kwiaty przed cmentarzem,  a tam nic. Cisza,  nikogo nie było. Dwie kobiety  wybrały się z pieskami na spacer, właśnie na cmentarz. Czekałyśmy przy jakimś kamieniu  który miał zastąpić grób.  Jej mąż został  po śmierci spalony, więc cały grób,  to był nieduży  kamień, jego imię na nim, trochę trawki i kaganek na świeczkę, którą tam można było włożyć. 

        Tak tez zrobiłam i czekałyśmy na rodzinę Dobrze że znalazłam ten grób, bo miał  powierzchnię kwadratu o bokach  pół metra na pół metra. Przybyła rodzina niemiecka, bez żądnego kwiatka, żadnego znicza. To był Duesseldorf.

        Oddaliłam się od nich i się popłakałam. Usiłowałam ukryć moje łzy,  bo rodzina niemiecka nie rozumiała, o co chodzi. Chcieli wiedzieć,  dlaczego płaczę. Trudno było im to wytłumaczyć, bo nawet, jeśli w Polsce jest inaczej niż  w  Niemczech,  to przecież to nie jest powód do płaczu – wg nich. Wg mnie też., sama nie wiedziałam, dlaczego płaczę. 

        Tęskniłam za Polska, za moją rodziną,  za dziećmi. Za tym,  aby razem z moimi bliskimi   podziwiać przystrojone groby. Tak dobrze, gdy ludzie tego samego dnia, to samo robią. To łączy ludzi.

        Więc doceniam to,  że dzisiaj mogłam być w Polsce i wśród swoich. 

        Ważne jest to święto, chociaż młodzi już by woleli obchodzić je na wesoło. Wczoraj zamiast cukierków kupiłam mandarynki i jak przyszła gromada dzieciaków, to im je dałam. Dałam,  bo jeszcze 10 lat temu nasz syn pukał do drzwi, grożąc figielkiem, jeśli nie dadzą cukierka, a figielek  to jajko pod wycieraczką. Mąż dodał teraz, że jajka są drogie, więc by tak nie zrobili teraz.

        Dzisiaj nie wiemy, czy ci,  którzy umarli. mają lepiej od nas, czy gorzej. 

        Mój mąż ostatnio powiedział że piekło,  to jest ziemia.

        Wierzę,  że wszyscy pójdziemy do nieba. Dołączymy do innych, którzy na nas w tym dniu patrzą i widzą, jak mało wiemy. Widzą, jak układamy znicze na ich grobach. Wiedzą. że pamiętamy. 

        Ludzie starają się,  aby ten nasz pobyt na ziemi uczynić znośnym  -  aby było ciepło,  aby nie było głodno. To nam się udaje, ale  o tym, co będzie  po śmierci. nie wiemy nic.  

wandarat

Polska  dn. 1.11.2018

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Opublikowano w Teksty
czwartek, 01 listopad 2018 17:44

Nie chwalimy się, na kogo głosujemy

RatajewskaMiasto moje rozplakatowane. Tak wielkiej reklamy do tej pory nie było.  Reklamowano usługi, towary, a tu dochodzą ludzie, którzy chcą być radnymi, burmistrzami  itd. Tamte reklamy już są mało widoczne, za to patrzą na nas twarze ludzi, którzy na pewno będą umieli mówić. Są znani, bo może przedtem byli nauczycielami,  albo lekarzami.  Są reprezentantami jakiejś grupy ludzi,  partii,  chociaż wielu pisze, że są bezpartyjni, niezależni. Ja w to nie wierzę.

        Jedynie PiS nie wstydzi się być PiS-em, ich plakaty są jakby mniejsze, skromniejsze. Ktoś je w nocy oszpecił  czarną farbą.  Platforma Obywatelska weszła pod Koalicję Obywatelską,  czyli dołączyła do sobie podobnych, ale o innej nazwie.

        Zwykli ludzie nie przyznają się do tego,  na kogo głosują, zwłaszcza, jeśli głosują na PiS. To zachód Polski, tu zawsze było dużo wojska i nastroje lewicowe.

        Pamiętam wprowadzenie stanu wojennego rok 1981, nastrój w zakładzie pracy.   Nie było z kim na ten temat porozmawiać, tylko z bliska rodziną. 

        Dzisiaj weszłam do sklepu mięsnego. Słyszę, jak pan wysoki bardzo zaczyna mówić -  Ja nie idę na wybory. Najlepiej zostać w domu. Na co rozdarła się na niego jedna z klientek sklepu – Co? I za wodę jeszcze więcej będziemy płacić? Trzeba tej kliki się pozbyć!

        Pomyślałam …, mąż też,  ale nic nie powiedzieliśmy- ani ja, ani mąż.

        Ten,  który zaczął dyskusje,  to podejrzany człowiek, tacy ludzie są podejrzani, możliwe, że  robią wywiad.  

        Ludzie patrzą tak – PiS. albo nie PiS. Tak, jakby inne partie zlewały się w jedno, a przecież tak nie jest.

        Na stronie comedywildlifefotos oglądam komiczne zdjęcia. Konkurs odbywa się co roku, można wysyłać zdjęcia. Wyślemy naszego łabędzie na rok 2019.

        Już po wyborach. Byliśmy, głosowaliśmy.  W lokalu wyborczym nie było już tak uroczyście,  jak zawsze było. Członkowie nie byli rozlokowani na długość sali. Stoliki, przy których siedzieli były bliżej siebie, panował jakiś bałagan. Nie zauważyłam plakietek z nazwiskami. Jeden pan wyraźnie spojrzał  na moje złożone kartki. Wpadły w róg, od jego strony. Gdyby chciał, to by mógł wiedzieć, na kogo głosowałam. 

        Mówią o tym, że za mało  było osób chętnych do komisji,  ale nie słyszeliśmy o naborze na nie. Może i byśmy się zgłosili.

        Oglądamy stare odcinki  Awanturę o kasę. Wcześniej tego nie widziałam, bo przecież jeździłam do Niemiec, do pracy.  Program prowadził  Krzysztof Ibisz,  a on jest klasa. Jest uprzejmy, ale zdecydowany. Wczoraj oglądaliśmy odcinek 110 i 111. Każdego dnia 2 odcinki. Kiedyś wydawał mi się ten pogram za hałaśliwy i nie wiedziałam, o co w nim chodzi. Ci ubrani na czarno,  to mistrzowie, czyli grupka 4-rech ludzi, którzy wygrali program i będą walczyć z jedną z trzech grup, które w każdym odcinków są nowe. Każda grupa to 4 osoby - sami się dobierają i sami się zgłaszają. Ludzie są w każdym wieku. Byli i biedni studenci, którzy chcieli, jak najwięcej zachować z 5 tysięcy złotych, przyznawanych na początku przez Ibisza,  każdej z tych trzech drużyn. Jedna z tych trzech wygrywa i będzie walczyć z  drużyną mistrzów.  

        Najciekawiej jest, gdy Ibisz wylosuje kategorię – czarną skrzynkę.  W niej może być  m.in. ogórek kiszony, albo  samochód. Niektóre grupy walczą do  upadłego, czyli za wszystkie ich pieniądze.  Wolą odpaść z programu,  niż oddać tę możliwość wygrania samochodu lub samochodów. Bo raz było ich kilka. Drużyna mistrzów wygrywa  około 10 tysięcy złotych  na odcinek. 

        Za pół godziny mam łyżwiarstwo figurowe - na pewno będę oglądać, bo  zawsze chciałam być taką łyżwiarką. Zawsze marzyłam o łyżwach figurowych nasi znajomi, których poznaliśmy na wyjeździe, na naszym wspólnie wyjeździe/ … to nie był wyjazd do Niemiec. W celu zarobienia trochę pieniędzy, które miały  starczyć rodzinie na ten miesiąc  na połowę następnego, Oni mieszkają pod Warszawą. Ona zbiera grzyby. Ona  robi śliwki i gruszki w occie 

        Myśmy wyjechali wcześniej, a podobno następne dni padało i wiało mocno, ale potem były dni bardzo ciepłe. Pusto były wtedy na plaży i oni opalali się nago. Nago?! Mają ponad 70- tkę, ale czemu nie?

        Oglądałam łyżwiarstwo, bardzo podobała mi się Japonka, ale też chłopak z Doliny Krzemowej, który skacze sobie całkiem łatwo i lekko,  a z  trenerem widzą się przez Internet tylko,  bo chłopak studiuje. 

        Jest środa, pojawiają się nasze regionalne wyniki wyborów. Widzimy głosy na ludzi,  których mały procent znamy, inni są nam nieznani. Większa ilość głosów jest na ludzi, którzy już wcześniej działali politycznie. Myślę, że za 4 lata, postaram się  wejść do polityki. 

        Nasz krewny w Kalifornii opowiadał nam dzisiaj,  a właśnie jechał samochodem.  Samochody wolno się posuwały,  czterema pasami, wyprzedzanie nie ma sensu  Tak to wygląda jego jazda do pracy, w USA. 

        Opowiadał nam, że zbliża się halloween, a Meksykanie,  których jest tu dużo. Oni przygotowują dużo jedzenia dobrego i wierzą w to, że jeśli wystawią w ten dzień zdjęcie zmarłego,  to on do nich przyjdzie, odwiedzi ich i trzeba się cieszyć z tego, i w tym dniu trzeba się cieszyć. 

Te dzieci meksykańskie,  gdy się tam spotkają,  to rozmawiają po hiszpańsku,  podczas gdy dzieci polskie rozmawiają po angielsku ze sobą. Może dlatego,  że są mniejsze,  gdy tu przyjeżdżają. Za to  meksykańskie gorzej sobie radzą w szkole, bo tam wszystko po angielsku. 

        My już znicze mamy kupione. Zawsze wybieram te nie za smutne. Jeszcze kwiaty i będzie normalne polskie Święto Zmarłych,  za którym tak bardzo tęskniłam w Niemczech,  gdy musiałam tam być w tym czasie, tam pracować. Jako pomoc - 24 godziny na dzień,  jako opiekunka ludzi starszych,  zamiast w tym czasie zajmować się moimi dziećmi, jako matka wielodzietnej rodziny. Dlatego uważam, że ostatnie kilka lat polepszyło  byt polskich rodzin i kto tego nie docenia,  to znaczy, że  bardziej był skupiony na kupnie nowych szpilek, albo kupnie rasowego pieska.

        Myślę, że za długo polskie dzieci były głodne,  a bezrobocie w tym rejonie na zachodzie Polski było już  w roku 1990 i to było olbrzymie bezrobocie,  bo zlikwidowano PGR-y  i ludzie ci też przyszli do miasteczka, za pracą.   

        Dlaczego  tak musiało być?  Chodziło może o to,  aby polskie opiekuńcze matki i żony  pomogły starszym ludziom niemieckim. Szkoda tylko dzieci polskich, którym brakowało matki. Niezamężne i bezdzietne kobiety trzymały się swoich miejsc pracy i nie musiały jeździć.

        W tv mówią o tym,  że polskie bociany, który lecą na południe,  w Burgas są rażone prądem elektrycznym, gdyż  nie ma tam potrzebnego zabezpieczenia  słupów wysokiego napięcia. Bociany tam odpoczywały przy wysypisku śmieci,  a porażone bociany zauważyła Polka, tam mieszkająca 

        Moja kolacja,  to daktyle,  pogryzane gorzką czekoladą. Po śniadaniu też to jem. 

        Ufarbowałam sobie dzisiaj włosy. Sama,  a właściwie mąż mi nakładał farbę, tylko na moje siwe odrosty, które nie były za długie,  ale dość miałam już mojego za jasnego blond. W sklepie jest z 10 różnych firm, w cenie za jedna farbkę od 10 złotych do 60 złotych. Te droższe, to te bardziej nowoczesne, co nie znaczy, że lepsze. 

        Koleżanka, która z siostrą zawsze olśniewały swoimi włosami, spotkana niedawno powiedziała,  że maluje swoje włosy Londą. Byłam zdziwiona,  bo Łonda jest najtańsza. Kupiłam więc,  zużyłam tylko połowę. Połowę farbki zostawiłam na potem, za jakieś 6 tygodni.  Po 15 minutach od nałożenia farby. przeczesałam włosy grzebieniem wtedy rozprowadziłam farbę po włosach, ale na końcach są nadal białe.  

        No i fajnie. Fajnie to wygląda. Czasami  sobie myślę, że moja mama sama włosów nie farbowała,  że wracała od fryzjerki -  późno już było,  my w łóżkach, a mama  miała czarne włosy lub  ciemno kasztanowe. Spytałam się jej niedawno,  dlaczego nie farbowała na blond,  bo jej włosy właściwe był ciemno blond. Powiedziała, że tamte kolory fryzjerki polecały,  bo farby lepiej się trzymały, były mocniejsze. Mnie nie stać na fryzjera,  bo kosztuje on około 150 złotych, a za to można kupić  na ryneczku  100 kg jabłek lub 100 kg ziemniaków. W  tym roku warzywa w Polsce są drogie,  a owoce tanie. Warzywa ceną dogoniły owoce,  a nawet je prześcignęły. Lato było bardzo suche i słoneczne i najedliśmy się i truskawek,  potem wiśni i na końcu śliwek. Teraz pozostały nam polskie jabłka,  no i powidła śliwkowe,  których dużo narobiłam i są w szufladach pod łóżkiem.  

        Owoce  marketowe w tym czasie były nieważne - jakieś tam banany, pomarańcze, nawet winogrona, na których był widoczny biały nalot, jakby proszek. Wiadomo było, że polskie owoce na polskiej ziemi są najzdrowsze i właściwe. No i cena była dwukrotnie wyższa. One przyjechały z daleka, więc nie ma co się dziwić. 

        Jednak  nie zawsze polskie lato jest tak ciepłe, jak było w tym roku. To lato było wprost cudowne. Mąż kupił sobie  w szmateksie  całkiem fajną kurtkę za 10 złotych, kurtka używana. Pewnie jakiś Niemiec,  albo Anglik ją nosił.  Nie rozwijamy już wyobraźni, w tym kierunku, coraz więcej ludzi kupuje w szmateksie. Było zimno i wietrznie, a on pod swoją letnia kurtkę nie wziął swetra. Wiec założył tę kurtkę,  jedną na drugą i było mu ciepło.  Kaptur miał z tej kurtki pod spodem 

        Moich dwóch znajomych nie widzę,  na pewno wyjechały do Niemiec. Jedna,  bo musi,  bo mają do spłaty kredyt.  Do tego mąż jej nie pracuje,  ani nie ma emerytury,  ani żadnej renty. 

        Ta druga,  bo wciągnięta jest w to wyjeżdżanie. Zmienia się kilka lat co 6 tygodni  z inną opiekunką i całkiem dużo zarabiają. Z mężem się rozwiodła,  więc nic jej tu nie trzyma. 

        Jeszcze zapomniałam o trzeciej,  którą pchnęłam w ten zawód, nauczyłam podstaw niemieckiego. Jej mąż umarł,  a dwaj synowie pracują i mieszkają za granicą.  

        Już nie pamiętam tego, jak kiedyś zapatrywałam się na noszenie po kimś ubrań, czy butów. Polska jest nimi zarzucona  Przyznaję, że więcej towarów na rynku i to jest luksus. Jednak na porządne ubrania nas nie stać,  przy normalnych emeryturach typu nauczycielskiego, czyli około 1500 złotych.  Zubożeliśmy, jako małomiasteczkowe społeczeństwo i dostosowaliśmy się do tego,  jesteśmy zadowoleni z tego,  co mamy. Aby  na chleb starczyło i na opłaty. Reszta, to pogoda polska,  a więc łagodna -   taka nasza i to powietrze cudowne  i ławeczki nad jeziorem.  Lasy, lasy naokoło. Można być tu szczęśliwym, oby nie trzeba było do Niemiec jeździć,  na zarobek, bo pracy tutaj nie ma dla osoby po 50- tce. 

        Tak,  brak pracy,  to jest duży minus. I tylko brak pieniędzy na podstawowe potrzeby, może wygonić ze swojego ciepłego domu,  w obcy dom niemiecki.

        Długa jazda autobusem, bo 18-godzin w jedną stronę i niewiadoma,  jaką się zastaje. Są to najczęściej trudne przypadki,  bo jak rodzina niemiecka bierze firmę, to już musi być ciężko. Najgorsze są dźwigania lub nieprzespane noce. Dzisiaj dzwoniły dwie firmy,  chciały mnie złowić, jednak zostaję w domu. Oby do maja, bo mąż w maju dostanie emeryturę. Dzięki,  że w wieku 65 lat,  a nie w wieku 67 lat,  jak to było zrobione, zmienione,  dopasowane do Niemiec. Jednak Niemcy mają pracę,  a u nas jest inaczej .

        Tak, nowy rząd  polski zmienił to, wrócił do  lat 60 dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Wiec jakoś doczekamy do maja, nie kupując bananów  nowych butów,  czyli  trzeba  wytrwać.

        Dołączę kilka zdjęć,  z naszych lasów. Cudowna górka. Jest naprawdę cudowna i naprawdę jest to górka,  chociaż samochód na luzie wjeżdża pod nią, jakby zjeżdżał  i my też tak się czujemy. Zamykam oczy,  biegnę pod górę, a wydaje mi się, że zbiegam z góry. Próbowałam tego na okolicznych leśnych górkach i nie ma tego uczucia.

wandarat

23.10.2018, Polska

Opublikowano w Teksty
piątek, 19 październik 2018 08:25

Polska ciepła i słoneczna, przed wyborami 2018

Dzisiaj niedziela, wybraliśmy się na grzyby, syn kierował samochodem i zawiózł nas do rezerwatu, oddalonego od nas 20 km. Piesek zmarł nam 2 m-ce temu, a właśnie z nim syn tam kiedyś przyjeżdżał, nie puszczając go ze smyczy. Padać już chciało, chmury wisiały, ale w końcu nie pada do teraz, a my już wróciliśmy i zjedliśmy obiad i obejrzeliśmy w telewizji Koło Fortuny, które prowadzi bardzo fajnie Rafał Brzozowski. 

Jeśli możesz wesprzyj nas!!!

        W rezerwacie grzybów nie było, za to wisiały tablice z malunkami zwierząt, grzybów, roślin, które tam możemy spotkać. Były tylko wielkie, potężne buki, a grzyb tylko jeden – czerwony od spodu, więc na pewno niejadalny. Zwierzaki poukrywane na pewno w gęstwinie chwastów. Między jednymi drzewami, a drugimi były szerokie zarośla, tam gdzieś musiał płynąć strumyk. Dojść tam nie można było, pojechaliśmy z powrotem i syn zawiózł nas do ruin zamku. 

        Zamek z czerwonej cegły. Chodziłam  tylko z zewnątrz, oglądałam, wyobrażając sobie, co tam mogło kiedyś być. Tutaj zejście do piwnicy, tutaj kominek, bo było wylot do góry… 

        Potem doszło do mnie stado baranów, o kolorze brunatno szarym. Jeden miał nawet podkręcone rogi. Gdy on biegł, to wszystkie szybko za nim biegły - trzymały się zgrają. Za nimi przyszedł starszy pan, prowadząc rower. To jego barany, mięso ich jest bardzo dobre, a na każdego takiego otrzymuje od państwa 100 złotych, więc ma je za darmo - wg niego. Mają swoją stodołę, ale wychodzą z niej, kiedy chcą. 

        Zamek zburzono po wojnie. Rosjanie go spalili. Tam było dużo amunicji, zabranej od chłopów i oni podłożyli ogień. Potem po wojnie Ślązacy chcieli go odbudować, ale rząd na to nie pozwolił. 

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/polonia-w-swiecie.html#sigProIde690a65190

        Nie tylko zamek podpalili. Spłonęły też 3 kobiety, a one nie uciekły z Niemcami, więc może to była jakaś pomoc. Ponieważ nie chciały tego tamtego, to z jednej strony ich domu podłożyli ogień. Ludzie pamiętają to. Przy ruinach zamku rosną piękne wielkie drzewa i te barany przybiegają tutaj, na żołędzie. 

        Ludzie pamiętają też, jak Rosjanie wzięli piec i chcieli go dać na czołg i zawieźć do siebie. Jednak on się im połamał.

        Dużo się od niego dowiedziałam o przeszłości tego rejonu.

        Były tam tez 3 wielkie kasztany, ale wycięto je, aby powstało tam boisko. Boisko jednak było za małe, więc chciano wyciąć jeszcze jednego kasztana, który nie był taki już okazały. Na to się władze nie zgodziły, więc boisko powstało trochę dalej, a to tutaj służy tej zgrai baranów.

Przyjechaliśmy do domu bez jednego grzyba, a przecież na targu ktoś sprzedawał wczoraj kupkę prawdziwków za 26 złotych. Nikt inny grzybów nie miał do sprzedania. Ciekawa jestem, gdzie te prawdziwki nazbierano. Pojechalibyśmy w tamtą stronę, czy w tamte strony.

        Spotkaliśmy dzisiaj dziadka. Tak na niego mówimy, ale dzisiaj przeszliśmy na ty i on ma na imię Jerzy. Przeprowadził się do naszego miasta, bo tu mieszka jego córka z rodziną. Całe życie dziadek mieszkał w Warszawie i trudno mu się odnaleźć w naszym niedużym mieście. Jego żona umarła, a z rodziną córki nie jest za blisko. Garną się do niego piwosze, dziadek im pożycza czasem pieniądze. Teraz wrócił znad morza, córka mu wykupiła tygodniowe wczasy, kosztowały 700 złotych, było mu tam bardzo dobrze. Jedzenia dużo – szwedzki stół i ludzie byli mili. Dowiedzieli się skądś, że ma urodziny i to rozgłosili, wszyscy składali mu życzenia. Dziadek prawie się popłakał, gdy o tym mówił. 

        Za 2 tygodnie znowu jedzie, także nad morze, ale dowiedział się, że jego współtowarzysz w pokoju, żalił się, że on w nocy wciąż wstawał do sikania i go budził. Poza tym, musiałby chyba opiekunkę z sobą wziąć, a za nią też trzeba płacić 700 złotych. Pokój może wziąć sam, wtedy też musi dopłacić prawie 200 złotych. Jeszcze się zastanowi, co robić. Nie chce wydawać za dużo pieniędzy...

        Na lotnisku w Poznaniu poznałam protetyczkę z Poznania. Była z siostrą, która wyglądała, jak jej matka. Zauważyłam wtedy, że włosy kasztanowe, czy rude sporo odmładzają, a wyblakły blond postarza. Ja właśnie taki mam i muszę się w końcu na ten kasztan odważyć. Mąż nie będzie zadowolony, bo on się przyzwyczaja. Nie będzie też mi mógł obiektywnie powiedzieć, jak wyglądam. 

        Obie panie pracują, robiąc protezy. Były bardzo umęczone, miały bardzo dużo zleceń od dentystów. Planowały uciec od tego zawodu, bo lato było takie piękne, a one słońca nie widziały. Dlatego teraz też leciały do Bułgarii. Na tydzień, tak jak my. Z powrotem je znowu spotkałam były niezadowolone, chociaż były w droższym hotelu. niż my. Pełno tam było małych dzieci, wszędzie kolejki jedzenie było paskudne. Nie mogłam uwierzyć, bo u nas jedzenie wspaniałe. Dopiero, gdy mi powiedziały, że owoców u nich nie było, a u nas melony i arbuzy były wciąż, zrozumiałam, że nie przesadzały i że dobrze hotel wybrałam i że nie wszędzie tak dobrze i że nie zależy to od ilości gwiazdek hotelu.

        Od 20 X do 10 XI mam mieć wielkie szczęście - tak mówi horoskop, dla mojego znaku. Czytam sobie czasem takie rzeczy i podobają mi się, jeśli wróżą dobrze.  

        Ojej. jestem jeszcze w szoku. Wyszłam na spacer, taki więczorny. Mój tata zawsze wychodził sam na spacer, około 21-szej. Zostawiłam więc męża, przy telewizorze i zrobiłam rundę przez osiedle. Naraz słyszę wielki krzyk dziecka. Był na takich obrotach, że musiałam zobaczyć kto to taki. Dziewczynka 3 -letnia, na różowo ubrana, siedziała na rowerku, też różowym. Rozejrzałam się naokoło - nikogo blisko nie było. Dalej, trochę dalej, stały dwie kobiety z wózkiem. Najpierw porozmawiałam z dziewczynką, zapewniając ją, że mama jej nie zostawi, że ją kocha. Trochę ucichła, ale iść ze mną do mamy nie chciała. Okazało się, że to uparciuch. Ona chciała iść inną drogą, a szaro już było. Mama ma trójkę dzieci, dwóch chłopców i tę dziewczynkę. Malutki chłopczyk w wózku – chyba roczny i jakoś może 6-letni. Ten mamie pomagał i przyprowadził wrzaskuna, oczywiście we wrzasku. Ponieważ nie widziałam innej możliwości, zaproponowałam, że ja poprowadzę wózek, a pani pójdzie po dziewczynkę. Znów był wrzask, za rękę ja ciągnęła, a w drugiej ręce musiała taszczyć ten rowerek.. Podałam jej mój numer telefonu i udało nam się umówić, że gdy będzie szła z dziećmi na plac zabaw, to po nas zadzwoni, aby dzieci się do nas przyzwyczaiły 

        Czy zaufa, to nie wiem, ale nasze wnuczki daleko, więc z chęcią bym pomogła tej mamie. Mąż jej jest za granicą. Pamiętam, ile dla mnie znaczyła pomoc mojej mamy. Chociaż to, że mogłam zostawić dom na godzinkę, przelecieć się po sklepach – sama, bez dzieci.

        Wczoraj była piękna pogoda – słońce, spokojnie, bez wiatru. Niektórzy w krótkich rękawkach, inni w kurtkach, bo przecież jeszcze kilka dni temu było zimno, poniżej 10 stopni. 

        Zastanawialiśmy się z mężem, czy jechać na grzyby, bo ostatnio na miejskim ryneczku jakaś pani znów sprzedawała kupkę grzybów, tym razem podgrzybków. Powiedziała mi, że nazbierała je w lasach, w kierunku drogi na Szczecin. Niedawno inna pani miała prawdziwki. Ogólnie jednak grzybów nie ma – doszliśmy do takiego wniosku i zrezygnowaliśmy z wycieczki do lasu, gdzie by trzeba było z 10 km dojechać w jedną stronę. Z plecaczkiem poszliśmy wzdłuż miasta, na jego drugą stronę. Tam ulokowały się główne markety i wiele osób z naszego osiedla jeździ samochodami tam na zakupy. My poszliśmy, aby się przejść. Po drodze, idąc wzdłuż brzegu jeziora, siadamy na co najmniej dwóch ławeczkach. Mijamy łabędzie przy kościele, które ludzie tu karmią. Ten na zdjęciu jest jeszcze całkiem młody, zdjęcie zrobił mój syn, o świcie. 

        Miasto nasze wczoraj wyglądało bardzo interesująco. Z plakatów wyglądały na nas wielkie twarze wielu osób. Były też i grupy osób. To ludzie walczą, aby ich wybrano, bo to już niedługo wybory. Będziemy wybierać władze, które będą tutaj rządzić, w tej gminie, w tym mieście, które ma prawie 30 tys. mieszkańców. W poprzednich wyborach aż tak nie było; widać, ze walka jest zacięta. 

        Każdy płot wzdłuż tej głównej ulicy był wykorzystany.  Twarze miały rozmiar najczęściej rozmiar 1,5 metra na 2 metry. Niektóre były na ścianach domów, inne znów - te największe, miały swoje podstawy – metalowe. Nigdy tak nie było, w poprzednich wyborach … Nie było takiej walki. 

Musze zobaczyć, kiedy dokładnie te wybory i zaraz to napiszę. 

W tamtych marketach kupiłam jednego selera, bo był tańszy, dwie czekolady gorzkie, wkłady do mojego pora niemieckiego, bo były po 75 grosze- przecenione. Jest ich 20 - starczy na rok na pewno.

        Wczoraj rano zadzwoniła matka trójki dzieci . Poszliśmy, więc z mężem do nich, a byli na osiedlowym placu zabaw. Patrzyłam, co tu dzieciom wziąć, ale czekoladę miałam tylko gorzką. Starsze dziecko było w szkole, więc była dziewczynka 3- letnia i chłopczyk malutki, ale już dobrze chodzący i bardzo roztropny. Dziewczynka już nie płakała, troszkę nieufna na początku, ale potem już całkiem wesoła Rodzina przyjechała z Anglii, gdzie byli chyba 10 lat. Mąż dobije do niej za kilka m-cy. 

        Na początku wybrali nasze miasteczko, z którego ona pochodzi, ale mieszkanie wynajmują, bo może przeprowadzą się  potem do większego miasta. Mama dzieci ciekawie mówiła - pierwszy raz słyszałam o chemtrails, o smugach na niebie, zostawianych przez samoloty. Są teorie spiskowe na ten temat, o których wczoraj przeczytałam w internecie. Pomyślałam, że ludzie, którzy je tworzą, chyba nie mają innych kłopotów.

        Mama była też postępowa, jeśli chodzi o szczepienia dzieci. Ona uważała, że są szkodliwe. Czytam więc na ten temat w internecie. Coś tam słyszałam, ale się tym nie interesowałam. Nie było potrzeby, gdyż wnuczki moje były normalnie szczepione- nie było tego tematu w rodzinie. 

        Ciężko się pisze, gdy moje pseudo, to już nie pseudo - od końca 2014. Jestem czytana tu i tam. Tutaj też. Szkoda, że nie tylko tam. Wtedy pisałabym na luzie. 

        Wybory 21 X, a potem 4 XI. Dwie niedziele, w odstępie dwutygodniowym. 

wandarat

dn.12.10.2018, Polska 

Opublikowano w Teksty
Strona 1 z 46