Goniec

Register Login

piątek, 05 październik 2018 15:56

Polska jest jedna - Rozmowa z o. Tadeuszem Rydzykiem

Andrzej Kumor: Ojcze Dyrektorze, rozpoczyna się Zjazd Polonii w Warszawie, a Radio Maryja to chyba był pierwszy środek przekazu z Polski, który zaczął Polonię realnie jednoczyć; który pokazał ludziom w Polsce, że nas jest więcej, niż tylko ten naród, który mieszka w granicach państwa polskiego; że jesteśmy i na wschodzie, i w Amerykach, na całym świecie.
Co zdaniem Ojca, trzeba zrobić, żeby naród Polski wykorzystał ten potencjał który w tym tkwi, że to jest 60 mln ludzi, którzy do Polski się przyznają?

O. Tadeusz Rydzyk: Cały czas mówię: wychowanie; wychowanie od dziecka, ale wychowywać też należy i dorosłych, czyli wpływać pozytywnie na wszystkich. Kontynuowanie tego wszystkiego, co daje nam cywilizacja chrześcijańska, a ponieważ pan mówi o Polonii, to nie można przeciwstawiać sobie tej Polski, która jest nad Wisłą i Polski, która jest w ludziach, w świecie, bo to jest jedna Polska. 

- Bo tak nas wielokrotnie przeciwstawiano!

jeśli czytasz nasze teksty regularnie, wesprzyj nas

To jest jedna Polska, a cały czas przypomina mi się to, co mówił Prymas Kardynał Wyszyński, “Polskę kocham bardziej niż własne serce, po Panu Bogu najbardziej kocham Polskę”. Polskę kocham bardziej niż własne serce, a przecież serce ma dwie komory i bez żadnej nie można żyć, jedna komora to jest Polonia i komora druga tam nad Wisłą.

Gdy powstawało Radio Maryja to, o co mi chodziło, żeby radio poszło szybko na zachód, żeby poszło do Polonii - myślałem - po pierwsze, żeby ludzie razem modlili się, ale też żeby ze sobą rozmawiali; żeby ci ludzie poza Polską - oni mają wielkie doświadczenie - mogli przekazać je tym, którzy byli zamknięci przez lata w komunizmie.

- By mogli ich też przestrzec?

- Chodzi o to, żeby się jeden z drugim odezwał; żeby zadzwonił - po to są te rozmowy; zatelefonuj, powiedz coś mądrego, nie to, co ci ślina na język przyniesie, tylko pomyśl i przekaż to doświadczenie innym, żebyśmy się nawzajem uczyli.

Ale jeszcze jedno: jak tak patrzę przez te lata, to Polonia była bardzo dezintegrowana, przychodzili razem z uczciwymi Polakami, przychodzili ludzie, którzy mieli inne, niecne zamiary - zadania, które im zlecił system komunistyczny i dezintegrowali tę Polonię.

Wie pan, nieraz mówię, gdzie dwóch Polaków tam piętnaście partii. Żeby przeżyć, to w czasach zaborów, czy w czasach okupacji i komunizmu Polak musiał się przeciwstawiać; musiał się sprzeciwiać, a teraz chodzi o to, żeby się nie sprzeciwiać, tylko stanąć razem, patrzeć w jednym kierunku i ciągnąć ten wóz, któremu na imię Polska.

Wszyscy razem. Tego w dalszym ciągu nie ma, ta sprawa jest nieuporządkowana systemowo. Nie jest uporządkowana od strony rządu.

Rozumiem, że to nie jest wszystko proste, myślę że wielu w rządzie chce dobrze, ale ta choroba jeszcze nie jest wyleczona, ja myślę o tych wszystkich różnych placówkach polonijnych, nie będę wymieniał, ale dyplomacja - nie wszędzie to jest - ale nie pomaga.

- Mieliśmy przykład ustawy w Stanach Zjednoczonych, która wymaga od rządu USA, żeby monitorował kwestię zwrotu mienia bezspadkowego w Polsce i Polonia amerykańska jakoś tam potrafiła się zjednoczyć, ale ze strony polskiej była cisza, przeciwnie było wytłumianie. Czyli z jednej strony wymaga się od nas żebyśmy bronili dobrego imienia Polski, a później jest jakaś bieżąca polityka i okazuje się, że...

Może bieżące interesy, bo trzeba wszędzie człowieka, szlachetnego, człowieka, tak bym powiedział, świadomego, mądrego i prawego sumienia.

Na jednym z opłatków w pewnym miejscu za oceanem podszedł ktoś i mówi, że w tamtym rejonie, gdy on zdecydował się zostać w tym kraju, Kanada czy Stany Zjednoczone, to nieistotne, służby tego kraju przestrzegły go, by nie chodził do kościoła polskiego; bo było tylu agentów, że jeden był na trzydziestu spośród Polaków. To nie wyparowało.

Żeby to zmienić, to wymaga wielkiej pracy, niestety wiem, że to jeszcze jest. Jak się tak na przykład popatrzy na te instytuty polskie, one miały szerzyć polskość, a one niszczyły wszystko, działały antypolsko.

Nad zjednoczeniem trzeba długo pracować, trzeba wyrabiać cechy. A moglibyśmy bardzo dużo.

Tak marzę, wie pan, marzę, bo jak to było po odzyskaniu niepodległości? Przed 100 laty Polacy przyjeżdżali do Polski i przywozili całe doświadczenie i dorobek i ten fizyczny, i intelektualny i duchowy - Polska szybko się wtedy podniosła , a teraz? Tyle lat byliśmy niszczeni przez totalitaryzmy...

- Był taki okres na początku lat 90., kiedy część ludzi stąd pojechała do Polski, ale bardzo szybko wróciła, bardzo szybko się zraziła.

- Tym jak zostali potraktowani, jak byli okradani, jakie mieli trudności.

- Dokładnie tak. Od jakiegoś czasu rządzi Polską Prawo i Sprawiedliwość, wielu z nas tę partię tutaj popierało, ale wiadomo że władzy zawsze trzeba patrzeć na ręce, jaka jest Ojca ocena tych rządów? Bo z jednej strony, mamy dobre rzeczy, ale z drugiej strony, na przykład, sprowadza się pracowników z krajów azjatyckich, już nie mówiąc o olbrzymiej imigracji ukraińskiej, która zaczyna być bardzo widoczną mniejszością. A Polska była do tej pory krajem jednolitym narodowo i wyznaniowo, czy to nie jest wielkie niebezpieczeństwo, z którym nie będzie można sobie poradzić od tak od ręki, zmienić to z dnia na dzień?

Powiem tak, kiedyś ktoś mi powiedział, proszę ojca, najważniejsza gospodarka; gospodarkę trzeba w Polsce odbudować, a ja odpowiedziałem, proszę pana, ducha, ducha potrzeba. Jak będzie dobry duch to wszystko będzie!

Polska była silna, bo była jedna religia, jeden język, i jedna kultura. To nas integrowało; widzimy, że jeżeli jest multikulti to łatwo o problemy, a o zjednoczenie trudno. Wtedy można bardziej takimi niezjednoczonymi ludźmi sterować. I ja się też bardzo boję. Pytałem nie raz, czy to nie jest realizowanie tego samego programu, który jest w Europie Zachodniej w Polsce, tylko wpuszcza się tylnymi drzwiami; mówi się, że to „potrzeba do pracy”.

A gdzie jest polityka prorodzinna? Gdzie jest taka polityka?! Rozumiem, że wszystkiego nie można dorobić się od razu, ale trzeba dać szansę, dać nadzieję, wychowywać tych ludzi; proszę zobaczyć - przepraszam, ja jestem normalnym obywatelem i tak sobie obserwuję - nawet, jeżeli by potrzeba było rąk do pracy, to proszę pana do roboty to przychodzą tacy, którzy nie muszą mieć jakiś wielkich aspiracji, wykształcenia wielkiego.... A nasi?! Jaki jest drenaż naszych ludzi, chociażby lekarzy, informatyków przez Zachód? I wyjeżdżają!

Nawet zawodówki w Polsce, polikwidowali, teraz trochę odbudowują, ale to było niszczenie, dalekosiężne niszczenie.

Niemcy potrafią dawać stypendia tej młodzieży, która chce się uczyć zawodu i ich zawodówki biorą polską młodzież, dają stypendia, opłaci im się tam być i później kiedyś tam pracować. Biorą naszą siłę roboczą. Teraz są to dobrowolne wyjazdy na roboty do Niemiec, albo może inaczej „przymus dobrowolny”, bo idą za chlebem.

A więc nie tylko takie patrzenie że to „gospodarka”, ale trzeba też popatrzyć, jakie są później konsekwencje.

No i wychowanie prorodzinne. Nie będzie obywateli, jeśli będzie w rodzinach jedno dziecko, dwoje dzieci. Nawet 500 + nie pomoże. Nie wychowywanie do wygodnictwa, ale motywowanie ludzi, motywowanie od najmłodszych lat, od przedszkola. A proszę zobaczyć co media robią, czy to jest wychowywanie prorodzinne?! - Mówimy że telewizja jest „narodowa” i tak dalej, ale jak patrzę, jaki model rodziny w niej widać to, co krok to rozwód, a nawet „małżeństwa”, to znaczy to nie są małżeństwa, ale pokazywanie modelu rodziny tej samej płci. Ja już nie mówię tu o komercyjnych telewizjach, ale tych, na które płaci naród. I szkoła, proszę pana, - wprowadzanie gender - w dalszym ciągu to jest, może nie tak nachalnie, ale jest. To nie zostało wyrugowane, ale trwa oswajanie nas, takie powolne wchodzenie, a powiedziałbym że teraz przyspieszyli, a przy tym atak na Kościół...

- No właśnie, o to chciałem pytać, żyjemy w czasach rewolucji kulturowej, prawie takiej, jak kiedyś w Chinach, trwa atak na nasze wartości, na chrześcijaństwo, na rodzinę, na Kościół, to widać na każdym kroku i wydaje się, że ten atak nie spotyka się z odpowiedzią, że ta druga strona, przyjmuje to cały czas na siebie i nie ma obrony. Kościół w Polsce mówi bardzo cichym głosem na ten temat, już nie mówię o Kościele tutaj, czy Kościele światowym. Człowiek, który wychował się w chrześcijańskiej kulturze czuje się w pewnym sensie zostawiony samemu sobie.
Również, nawet w Polsce, coraz częściej uderza się w patriotyzm; uderza się w patriotyczną młodzież, która usiłuje ten patriotyzm krzewić, mówi się że to jest nienawistne, faszyzm, nacjonalizm, mowa nienawiści... Jakoś nie widać żeby rząd polski zdecydowanie się temu przeciwstawiał. Też nie widać, żeby Kościół przeciwstawiał się tej rewolucji, która jest rewolucją absolutnie antychrześcijańską.

- Co pan ma na myśli mówiąc „rewolucja”?

- Odwrócenie tych wartości, które znamy, rozbicie starych struktur instytucjonalnych, jak rodzina, gdy pod tą nazwą mamy związki mężczyzny z mężczyzną, kobieta z kobietą... Gender, że człowiek nie ma określonej płci, roli i zadań w społeczeństwie tylko wybiera je na każdym kroku...

- Aborcja.

- Aborcja to kolejna rzecz, kontrola populacji - eutanazja, czyli, że żyjemy do pewnego momentu dopóki jesteśmy przydatni, sprawni.

- Lansowanie związków jednopłciowych to też jest jeden ze sposobów kontroli demograficznej, to jest też jeden ze sposobów osłabienia moralnego osobowości.

Zadał pan tak dużo pytań…

Czy Kościół się nie przeciwstawia; myślę że bardzo wielu ludzi w Kościele robi, co może, księży i biskupów. Zwłaszcza w sprawach rodziny, podkreśla się to. Myślę że w niektórych sprawach, jest pewna bezradność, co robić, bo ten atak jest bardzo silny. Jak się ktoś odezwie, to zaraz go atakują.

Przecież widzimy w Polsce, w mediach bezpardonowy sposób, w brutalny sposób, pozbawiony jakichkolwiek hamulców atakuje się tych, którzy coś w kościele robią, jakoś pokazują się. Nawet jak kazanie biskup powie, to zaraz, z miejsca jest atakowany w tych mediach, i tak odbierają dobre imię.

Podobnie, jeżeli komuś zależy na Polsce to jest z miejsca - gdy trochę jest tylko bardziej zauważalny - to od razu się go „zabija”, zwłaszcza przez odbieranie dobrego imienia. Po to, żeby Polak Polaka kamienował przez słowo, przez opinię, przez robienie takiej atmosfery, antykatolickiej, antybożej, antypolskiej.

- To samo robili komuniści, którzy mówili że jest idea postępu…

- Tak, proszę popatrzeć w czyich rękach są teraz media.

- Wydawałoby się że Telewizja Polska jest w polskich, prawda?

- Telewizja Polska, ja to raz po raz mówię, że jest dużo dobra w tej telewizji, ale niektórych rzeczy nie można tolerować. Nie można złych wzorców przedstawiać. Podobnie szkoła, uniwersytety, ile tutaj jest błędów. Odezwałem się kiedyś, pytając dlaczego na uczelniach prywatnych studenci muszą płacić czesne, a na państwowych nie? Czy rodzice tych studentów nie płacą tak samo podatków? Czyli, jedni dostają, a drudzy, jak chcą do iść do dobrej uczelni i ona jest prywatna, to się ich za to karze, bo muszą zapłacić. To jest forma kary. Więc to nie jest wszystko w porządku. Dlaczego za studentem nie idą pieniądze, jako bony edukacyjne?

- Pomysł bonu edukacyjnego to jest pomysł liberałów gospodarczych.

- Ja tego nie znam, ale coś takiego powinno być, bo wszyscy płacą podatki. I jeszcze jedno, pan wspomniał o tych środowiskach patriotycznych. Jak patrzę, jakie na nich są maczugi w tym języku propagandowym; maczuga – nacjonalista, faszysta albo maczuga druga - antysemita.

I tak nas biją, a teraz „pedofil”, „homoseksualista” - a sami chwalą homoseksualistów; papież pojechał do Irlandii i wita go zdecydowany taki i jeszcze naucza papieża co i jak powinno być...

- Pytałem, dlatego że byłem na tym ostatnim Marszu Niepodległości, który był odsądzony od czci i wiary za nacjonalizm, rasizm. A ja tam widziałem normalnych ludzi, rodziny...

- Ja uważam, że to była prowokacja albo po prostu jakiś wygłup, ale to zostało rozdmuchane. No tak, ale młodzież trzeba do tego wychowywać, to że ktoś złe słowo powie, to nie znaczy, że oni wszyscy są źli. Nawet ten człowiek, który to jedno słowo niecenzuralne powiedział.

- Chodzi mi o to, że państwo polskie odwraca się plecami do własnych patriotów.

- No, ale to właśnie państwo, co to jest państwo, ja bym powiedział, naród. Ale mamy tutaj manipulowanie ludźmi, niezwykłą rolę mają media elektroniczne, internet. Dlatego w to powinni wchodzić ludzie rozumiejący. Nie stać z boku. Jeżeli ktoś stoi z boku, to do zwycięstwa zła wystarczy, że ci dobrzy będą bierni i to jest grzech zaniechania.

A Kościół, no cóż też robi co może, ja uważam, że w Polsce mamy jeszcze silny Kościół i wielu, wielu ludzi zatroskanych. Cieszę się też także tym, że jest wiele ruchów; proszę popatrzeć na pielgrzymki; proszę popatrzeć co świeccy robią. Apostolat świeckich, jeżeli to jest w jedności z Kościołem to będzie dobra rzecz, żeby tylko nie wyszły jakieś dziczki, w jedności z kościołem hierarchicznym, a to że atakują teraz...

Wie Pan, na przykład takie smutne to jest, że atakują tak ciągle i teraz wszyscy się boją i wśród duchownych też widzę w Polsce taki lęk, że księży nazywają homoseksualistami, pedofilami. Proszę pana, my homoseksualizmu nie pochwalamy, zło jest złem i trzeba jasno też spojrzeć na to szerzej.

Proszę popatrzeć, jaki jest panseksualizm i to od ilu lat to rozbudzanie człowieka w tej dziedzinie; przesadne rozbudzanie od dziecka, ta dziedzina jest bardzo delikatna. I to teraz trzeba by było uporządkować; wychować człowieka od dziecka, a od dziecka robi się panseksualizm; nawet w reklamie, we wszystkim. I później dzieją się te rzeczy. Oczywiście, to nie usprawiedliwia, ale popatrzmy procentowo. Teraz, na przykład, w Polsce jakaś posłanka robi mapę, gdzie są księża pedofile, to może by zrobiła też, gdzie są posłowie pedofile.

- Czytam gazety żydowskie jest bardzo wiele przypadków pedofilii wśród kantorów czy rabinów.

- Ale wszędzie, bo jeżeli człowiek jest nieuporządkowany to tak jest, a robią to teraz po to żeby obrzydzić Kościół, zohydzić Kościół.

A dlaczego nie mówią, o tym, ile dobra Kościół robi, ile mamy świętych, ilu bohaterów, ile dobra Kościół zrobił chociażby w czasach Solidarności! Ci, którzy byli ratowani przez Kościół, przez duchownych, teraz plują na Kościół i organizują atak na Kościół. Popatrzmy, „Gazeta Wyborcza”; pamiętam, jak mój współbrat, który na samym początku przyszedł, żeby współtworzyć radio, ojciec Mikrut, pokazał mi gdzie robił rekolekcje w górach i pokazał mi dom, w którym był ze studentami i mówi, tutaj na tym tapczanie siedział Michnik i rozmawiał z nami na oazach.

Tak się na to popatrzmy; zauważmy, że Kościół jest Chrystusa, a bez Kościoła, bez Chrystusa co będzie z nami? Tylko jeść, pić i co? Nic więcej! To jest samozagłada. Bez Pana Boga to widzimy co się dzieje z Europą.

- Zapytam jeszcze szybko o „sprawiedliwych” Ukraińców. Chyba jest to jedna z najważniejszych rzeczy ku pojednaniu polsko-ukraińskiemu, żebyśmy podziękowali tym ludziom, którzy mimo wszystko, w tamtych okrutnych czasach rzezi wołyńskiej ratowali Polaków. Jak ta inicjatywa przebiega, ilu Ukraińców jest zgłoszonych?

- Proszę pana, może powiem tak jeszcze troszeczkę szerzej; trzeba pokazywać, bo to znowuż oskarżają nas, że „jesteśmy antysemici”; teraz potrafili gdzieś, w jakieś gazecie w Ameryce napisać, że Polacy, zanim nastał holocaust, wymordowali więcej niż połowę Żydów. To jest coś obrzydliwego, potworne kłamstwo. To tak, jak mówił Lenin, czy Goebbels plujcie, plujcie, obrzucajcie błotem i zawsze coś zostanie i to jest na skalę międzynarodową.

My zaczęliśmy budować wotum wdzięczności za świętego Jana Pawła II, dlaczego ciągle mówią o nas „antysemici”, a gdzie są nazwiska tych, którzy zginęli pomagając Żydom? Założyliśmy instytut Pamięć i Tożsamość, imienia świętego Jana Pawła II; zaczęliśmy szukać, szukamy też pieniędzy, żeby zapłacić chociażby tym, co badają. W tej chwili pracuje cały czas chyba 10 ludzi nad tym.

Następna rzecz, postanowiliśmy zrobić Park Pamięci Narodowej. Mamy taki teren przy świątyni i mamy pewne plany - nie mówię wszystkiego - chcemy te nazwiska, które sprawdziliśmy w jakiś sposób; przynajmniej 40 000 nazwisk tych, którzy pomagali ratować Żydów, mamy prawie 1200 nazwisk w kaplicy pamięci tych, którzy zginęli - sprawdzone. Mamy tysiące godzin nagrań audio i wideo ze świadkami - to chcemy zrobić.

I później, następny etap, nazwiska Ukraińców, którzy za ratowanie Polaków zginęli. Tych nazwisk mamy 411 czy 413. Chcemy po prostu pokazać, jak człowiek wierzący ma się zachować w sytuacjach najbardziej skrajnych.

Na zasadzie „światło wasze niech świeci przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w Niebie”.

A poza tym jest też ta druga zasada verba docent exempla trahunt; słowa pouczają, pociągają przykłady; Dać dobry przykład, wzorce dobre.

Rozpoczęło się to od tego pomnika, który zrobił pan Andrzej Pityński z New Jersey z Nowego Jorku i była propozycja, żeby u nas stanął. Piękny pomnik, bardzo to wyrażający. Zgłaszali się do nas Ukraińcy, różnymi drogami, żeby tego nie robić. Widzieliśmy ten pomnik, on nie pasuje przy tej świątyni, byłby duży dysonans, bo to jest bardzo mocny pomnik, bardzo mocny i bardzo realistyczny, pokazujący tamtą tragedię. Żeby nie robić jakiejś awantury światowej powiedziałem, że ten pomnik powinien stanąć gdzieś w Polsce, bo to jest prawda i niech to nas ostrzega, ale pokażmy też w takim razie dobrych ludzi.

Radio Maryja z różnych stron jest tłuczone, bite i może to być jeden z powodów, żeby nas zamknąć, dlatego mówię, nie, ale trzeba pokazać dobro, prawdę. Nawet teraz, gdy jest trochę inaczej w Polsce, są siły, które cały czas bardzo mocno na różne sposoby pracują przeciwko nam.

- Na koniec chciałem zapytać o biuro w Mississaudze. czy będzie też studio telewizyjne?

- Zaczęło się przecież, ale to wszystko tutaj od szefa zależy, od ojca Jacka Cydzika, jak da radę, jak mu ludzie pomogą, bo my zasadniczo opieramy się na wolontariacie, i za to bardzo dziękujemy, bo jest w Kanadzie tych wolontariuszy dość dużo w różnych miejscach. Mieliśmy tutaj piękne spotkanie, w zwykły dzień przyszło dość dużo ludzi, a przecież to ludzie pracują w środę, w środku tygodnia i też jest życzliwość księży, to jest bardzo cenne.

Na każdym kroku spotykamy się z polskimi księżmi, są bardzo życzliwi, ale nie tylko polscy, nasi współbracia tutejsi, nie Polacy też są życzliwi i jest życzliwość pasterzy tej diecezji. Nie są przeciwko nam. Widzą rolę ewangelizacyjną Radia Maryja i Telewizji Trwam. Teraz byliśmy już w Winnipegu, Vancouver i Calgary - spotkania. W każdym razie tutaj już mamy studio radiowe, a dlaczego nie telewizyjne...

Po prostu, chodzi nam o to, żeby Polacy się łączyli, ale to nie jest tak, że możemy zapłacić, bo nie mamy tych pieniędzy. Ludziom się wydaje że Bóg wie jakie pieniądze mamy, a to są straszne wydatki, żeby to utrzymać. Na przykład, utrzymanie radia i telewizji w eterze kosztuje Koncesję płacimy za telewizję, też za multipleks. Żeby to utrzymać miesięcznie płacimy 2,5 mln zł, skąd wziąć takie pieniądze, jeżeli jeszcze ci propagandyści, nasi przeciwnicy, mówią, że to „imperium”, jeżdżą maybachami i niewiadomo, jakie pieniądze rząd nam daje. Bzdury, kłamstwa totalne. Potrafili jeździć samochodami i rozgłaszać, że ja wziąłem jakieś miliony od rządu. Jak to wziąłem? Co mi rząd dał? - Nic! No, ale co, procesy mam wytaczać!? Gdzie się to wygra?! Gdy jechałem gdzieś na spotkania często otrzymywałem pogróżki, że mnie zabiją. Ja nigdy tego nie dawałem do prokuratury czy do organów ścigania. Ktoś tam dał i dostaję później „do wiadomości” odpowiedź takiej prokuratury, „umarzamy ze względu na niską szkodliwość społeczną”. Tak że zabić kogoś, to „mała szkodliwość społeczna”. Takie mamy sądy, takie mamy prokuratury, to wszystko jeszcze komuna.

Wracam do tego, że to tyle kosztuje - to jest bardzo dużo, ale według badań telewizją „interesuje się” nawet 10,8 mln. To jest bardzo dużo, ale są też tacy, którzy codziennie oglądają - to było blisko 4 mln. Jeszcze radio... Gdyby tylko częściej ludzie złożyli jakąś drobną dotację to byśmy się utrzymali, nie byłoby lęku. Ale ludzie mają takie zapalenie wyobraźni przez propagandę, że my mamy Bóg wie co, a my musimy się bardzo gimnastykować, żeby...

Teraz na przykład, chcemy kupić samochód transmisyjny, bo się kończą samochody; chcemy przynajmniej jeden, ludzie chcą transmisji, a nie wiedzą, ile to kosztuje. A to niemało - samochód transmisyjny będzie nas kosztował 1,2 mln euro. Ktoś powie, że to jest dużo, no to jest duża kwota, ale na tyle milionów ludzi? My, katolicy za bardzo śpimy i to jest problem, bo wielu mówi nam też, a to powinno być, a tamto powinno być... To zróbcie, weź się do roboty tak jak możesz i pytaj siebie, co ja zrobiłem?

I każdą sprawę dobrą, jeżeli jesteśmy Polakami, to każdą sprawę Polską, też każdą sprawę katolicką dobrą, trzeba wspierać. I tyle. I ewangelizację! Te lewackie media -bo to jest neomarksizm - proszę, ile ich jest?! A w Kanadzie czy Kościół katolicki ma media!? Pan też robi media, nie pamiętam od iluś lat i co panu jest łatwo żeby przeżyć? No właśnie, ale to świadczy o naszej kondycji i katolickiej i patriotycznej, że jesteśmy za bardzo obojętni i to jest problem.

- Ojcze Dyrektorze dziękuję bardzo i niech Pan Bóg prowadzi.

- I ja życzę panu błogosławieństwa i całej rodzinie. Dziękuję bardzo.

Opublikowano w Wywiady
piątek, 21 wrzesień 2018 05:04

Spotkanie z egzorcystą

Przez 3 kolejne dni odbywały się w kościele świętego Maksymiliana Kolbego w Mississaudze spotkania konferencyjne z egzorcystą z Polski ojcem Sergiuszem Nizińskim, karmelitą bosym z Poznania. Wzbudziły olbrzymie zainteresowanie w niedzielę kościół pękał w szwach Ojciec Niziński w trzech konferencjach wyjaśnił podstawy działań złego ducha oraz jak można się przed nim bronić.

Po każdym spotkaniu następowała seria pytań, które były nie mniej ciekawe i wiązały się z doświadczeniami zebranych. Ojciec Niziński nie zezwolił na umieszczenie nagrań jego konferencji w Internecie tłumacząc, że wiele przykładów dotyczy osób które znał i są to sprawy bardzo intymne. Poprosił też aby w kościele nie było dzieci, jako że poruszane są bardzo dorosłe tematy.

Zazwyczaj opętanie i różnego rodzaju nękania przez złego ducha takie jak uporczywe, brudne myśli w kościele czy też sny wiążą się z otwieraniem się na niego na jego działanie poprzez nasze uczynki.

Egzorcysta podkreślił jednak że to nie złego ducha mamy się bać, jego działań tak spektakularnie ukazywanych w filmach fabularnych lecz naszego grzechu, bo to grzech jest tym, czym zamykamy się na Boga. Prelegent podkreślał że jednym ze sposobów penetracji nas są nasze wady wady i nałogi, ale również poranienia; fakt że nie potrafimy przebaczyć zła jakie nam wyrządzono. To właśnie tam nakręca nas zły duch.

Łatwo też zaprosić go poprzez grzech przeciwko pierwszemu przykazaniu, przez różnego rodzaju symbolikę satanistyczną albo demoniczną - o paktach z diabłem czy satanizmie nie wspominając - czasami są to również rzeczy przez nas niezawinione jak chociażby miejsca, w których mieszkamy, a w których mogły zadomowić się złe duchy, bo mordowano w nich, albo istniał tam dom publiczny czy też wytwarzane narkotyki. Można też mieć kłopoty za sprawą przekleństwa przez innych, zwłaszcza przekleństwa bliskich kiedy rodzice przeklinając dzieci i wnuki wtedy, jeśli nie broni łaska uświęcająca łatwo dopuścić do siebie demony ...

Opublikowano w Życie polonijne

Andrzej Kumor: Jak długo ksiądz jest na misji?       

         Ks. Henryk Sawarski: Jestem na Madagaskarze od 40 lat. Można powiedzieć 41 od chwili wyjazdu z Polski, bo rok pobytu we Francji i nauka języka francuskiego.

        – Czym Madagaskar zaskoczył? Jak Ksiądz tak marzył, myślał o tym, co okazało się inne?

        – Znałem Madagaskar jako wyspę na Oceanie Indyjskim – to można na mapie ładnie odszukać.

        – Przed wojną to miała być kolonia polska.

        – Tak, wiadomo, to jest historia i królestwo pana Beniowskiego i ojczyzna z wyboru ojca Jana Beyzyma, apostoła trędowatych. I co jeszcze wiedziałem o Madagaskarze? Piosenka „Madagaskar ziemia czarna, ziemia skwarna, tam gdzie drzewa kokosowe...” itd. Ziemia okazała się czerwona, Czerwona Wyspa. Później na Madagaskarze pracowali też właśnie księdza misjonarze Świętej Rodziny ze Szwajcarii, no i właśnie biskup wysyłał do nas, do Polski, prośby, że potrzebuje księży do pracy, do pomocy do posługi, wtedy zadecydowałem. Wyjeżdżałem z Polski jako pierwszy misjonarz Świętej Rodziny na Madagaskar. Po mnie jeszcze kilku dojechało.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/religia.html#sigProId4cdf9ef35b

        Co mnie zaskoczyło? Poza tym wiedziałem, że tam ryż jedzą, maniok, że tam będą kokosy, owoce tropikalne. Wyobrażałem sobie, że zwierzęta takie jak w Afryce, ale takich nie ma. Przede wszystkim, przyjeżdżając na Madagaskar – wylądowałem nad ranem 26 września 1978 roku – kiedy wyszedłem z samolotu, z tego dużego, ogromnego ptaka (nigdy samolotami nie latałem, to była pierwsza podróż samolotowa z Paryża na Madagaskar, 13 godzin lotu, oczywiście z międzylądowaniem, teraz jest bezpośrednio i 10 godzin), uderzyło mnie gorąco, jakby człowiek wszedł do pieca, a to było rano. Później ta czerwona wyspa, to już można było oglądać przez okno, jak samolot się zniżał, czerwona ziemia. I ci ludzie, Malgasze.

        – Jacy ludzie?

        – Malgasze to są najpiękniejsi ludzie na świecie. Zna Pan tę historię o Malgaszach, dlaczego są najpiękniejsi na świecie?

        – Nie.

        – Oni opowiadają o sobie tak. Kiedy Pan Bóg stworzył człowieka, ulepił go z gliny i tego pierwszego glinianego człowieka włożył do pieca i tam w tym piecu go wypiekał, ale za długo go tam przytrzymał i kiedy go wyciągnął, to był taki spieczony, czarny jak węgiel. Malgasze powiadają, to są Murzyni.

        A nawiasem mówiąc, jeśli nazwiesz Malgasza Murzynem, to się obrazi i trzeba będzie nieraz wołami zapłacić za przeprosiny. Oni nie są Murzynami. 

        Po raz drugi Pan Bóg ulepił człowieka z gliny, włożył go do pieca, ale go za krótko w tym piecu trzymał i kiedy go wyciągnął, to był taki niedopieczony, blady, biały jak my. I po raz trzeci Pan Bóg włożył glinianego człowieka do pieca, wypiekał, przypiekał go w miarę, a kiedy go wyciągnął, to był takiego koloru czekoladowego, kawy z mlekiem. I Malgasze powiadają, że to jesteśmy my, najpiękniejsi ludzie na świecie, najbardziej udani Panu Bogu. Niech im tam będzie, ja się z nimi nigdy o to nie kłócę. 

        – Ilu jest katolików na Madagaskarze?

        – Madagaskar liczy w tej chwili, to ci, których policzono, 24 miliony ludności.        

        – Bo część jest niepoliczona?

        – Tak, a Madagaskar jest dwa razy większy niż Polska. Na te 24 miliony ludności połowa to są chrześcijanie, tylko pod mianem chrześcijan musimy rozumieć katolików, protestantów, wszystkie te odłamy protestanckie, nawet te sekty, które się uważają za chrześcijańskie, anglikanie, prawosławni. 

        – Oni wszyscy tam misje prowadzą?

        – Tak. Druga połowa to są tzw. animiści, pierwotna wiara, wiara w jednego Boga, wciąż żywa, w duchy, w przodków. Oni oddają cześć, składają ofiary ze zwierząt, z ludzi nie. To jest ta wiara pierwotna, animizm. Wiara w Boga stwórcę nieba i ziemi. I to jest niesamowite, jak Malgasze mają właśnie tę łączność z Bogiem, Stwórcą. 

        – Czyli ewangelizacja nie jest taka trudna, bo oni już wiedzą.

        – Otóż to. Tam nikt nie powie, że jest ateistą czy nie wierzy, nie, dla Malgaszów to jest coś nienaturalnego. Oni na każdym kroku używają słowa Bóg. Czy to będzie w dyskusjach, zawsze zaczynają od słowa Bóg. 

        – Ksiądz mówił, że uczył się języka francuskiego, ale tam jest język malgaski. Tam na miejscu Ksiądz poznał ten język?

        – Tak, języka malgaskiego uczyłem się na miejscu. Kiedy myśmy przyjeżdżali, ponieważ każdego roku przyjeżdżało dużo misjonarzy, ponad 20, to był zorganizowany kurs języka malgaskiego u sióstr benedyktynek, na miejscu, osiem miesięcy. A później to ćwiczenie. Dlatego że na Madagaskarze jest język malgaski oficjalny, z tego szczepu centralnego, a jest dodatkowo 18 szczepów, tych dialektów. A francuski to jest język kolonizatorów, który obowiązuje do dnia dzisiejszego.

        – To znaczy jest jeden urzędowy czy dwa?

        – Malgaski i francuski, a teraz angielski też, od jakiegoś czasu obowiązkowo angielski, trzeci język.

        – Z czego ci ludzie żyją, z czego się utrzymują na Madagaskarze?

        – Przede wszystkim rolnictwo i hodowla, rybołówstwa. Ale to jest kraj rolniczy, przemysłu jest niewiele. Jest jakiś przemysł drzewny, tekstylny, rybny, owocowy itd., ale fabryk na wielką skalę czy hut nie ma. Z tego właśnie się utrzymują, uprawy ryżu, kukurydzy, manioku, wanilia i owoce tropikalne. I przede wszystkim hodowla wołów – słynne zebu malgaskie, i innych zwierząt. Tak że w większości to jest kraj rolniczy.

        A katolików jest na Madagaskarze około 6 milionów, 22 diecezje, bo to jest kraj duży, więc tereny odległe. 

        – Tereny odległe, to znaczy kłopoty z komunikacją są?

        – Tak, komunikacja, bo to góry czy  odległości, dróg nie ma, to trzeba się przemieszczać, albo wozem na dwóch wielkich kołach ciągnionym przez woły, albo łódką, albo na pieszo, albo samochodem, jeśli można dojechać. Albo góry, no to pieszo.

        – Jacy to są ludzie, jakie problemy duszpasterskie są, czy są życzliwi?

        – Malgasze z natury są ludźmi bardzo radosnymi przede wszystkim. To jest pierwsze wrażenie, uśmiechnięci od ucha do ucha. Czasami się pobiją czy coś, ale przede wszystkim ludzie radośni, uśmiechnięci i mimo że biedni, ale oni się cieszą życiem.

        – Z czego to wynika, że ile razy rozmawiam z kimś, kto mówi o ludziach biednych, o ludziach w tzw. krajach Trzeciego Świata, to mówi radość, radośni są, potrafią się bawić, potrafią się cieszyć. Czego my, tutaj, zapomnieliśmy?

        – Czego myśmy zapomnieli, chyba takiej prostoty i pokory i zadowolenia się tym, co mamy. Nam ciągle czegoś potrzeba.

        – Myślimy, że czegoś nie mamy, i musimy to zdobyć.

        – To jest dobre, bo to jest postęp itd., ale w tym życiu codziennym to jest jakiś fenomen, że człowiek bogaty ciągle będzie potrzebował. Nieraz ten człowiek bogaty nie potrafi się podzielić z biednym, bo mu ciągle za mało, a wręcz odwrotnie, ten człowiek biedny łatwiej mu się dzielić tym, czego nie ma, albo tym, co ma. Wiem, bo przecież jeździłem po tych buszach itd., więc zawsze wracałem z czymś, zawsze dali jakąś kurę, jakiś owoc, trochę manioku czy kukurydzy. Zawsze potrafią się dzielić. Zawsze zapraszają. Oni mają coś z gościnności naszej polskiej.

        – Ta stara gościnność?

        – Tak. Do domu zaprosić. Cieszą się, że mogą się z misjonarzem spotkać itd. I są przede wszystkim ludźmi powolnymi, to chyba klimat chyba też. Ja bym nie powiedział, że leniwi, nie, chociaż klimat trochę rozleniwia, bo jak nie zrobię sjesty poobiedniej też, to jestem do niczego. Ale są ludźmi bardzo powolnymi. Takim powiedzeniem malgaskim jest mura mura, to znaczy spiesz się powoli. Oni to nam przypominają, nam, białym, bo człowiek biały chce szybko wszystko zrobić. A oni nie, mura mura waza, to znaczy spiesz się powoli, biały człowieku. No więc ta powolność, jak nie zrobią dziś, to zrobią jutro, oni mają na wszystko czas. Oni nie mają zegarków, ale mają czas, a my mamy zegarki, ale nie mamy czasu. To jest ten problem. 

        To są ludzie radośni, pokojowi.

        – A są jakieś konflikty etniczne?

        – Bywały, ale nie w takim wydaniu jak afrykańskie i inne.

        – Czyli nie lewicowa partyzantka porywająca dzieci czy...

        – Nie, nie. Teraz żyją w symbiozie, jest teraz duża wymiana, taki kosmopolityzm jak my mówimy. Te plemiona z południa przemieszczają się w poszukiwaniu pracy na północ itd., symbioza. Ja to widzę w kościele. Są różne szczepy. Musiałby ktoś to podsycić, żeby coś takiego było.

        Co jeszcze chcę powiedzieć. Też na Madagaskarze rozwija się islam, też robią swoją misję. I ciekawa rzecz, że coraz więcej. Tak się troszkę obawiamy, bo oni naprawdę robią wspaniałe rzeczy charytatywne, socjalne.

        – Rozdają pieniądze?

        – Tak, to wszystko za darmo. Szkoły za darmo, szpitale, leczenie, młodzież, jedzenie dla starszych itd.

        – Czy to jest wpływ Arabii Saudyjskiej czy to jest wpływ bogatych krajów arabskich.

        – Prawdopodobnie bogatych krajów arabskich, nie wiem, skąd oni przyjeżdżają. W każdym razie ci muzułmanie, którzy mieszkają od dawna, to są pokojowi. Tam nie ma nastawienia wojowniczego, nie. My żyjemy w takiej symbiozie. Przecież mam dużo przyjaciół wśród nich i mi pomagają, jako ksiądz. To jest zupełnie inne wydanie muzułmanów w ich krajach, a co innego jest u nas. Oni żyją w symbiozie, handlują, pracują i żyjemy. To jest to, że nie ma konfliktu – i to dzięki Bogu – na tle religii. Są nieraz te nowe sekty, które przeciw katolikom, ale niech sobie gadają. Ale jeśli się pomaga, to pomagają wszyscy, bez wyjątku. 

        Przykład dam taki, w szpitalu, bo jestem kapelanem też m.in. kapelanem w szpitalu, kapelanem w więzieniu, więc dla mnie wszyscy są równi, jak daję, to daję wszystkim, tak żeby ich uczyć. Ale mówię, słuchajcie, ci, którzy mają, muszą się dzielić, zobaczcie tego biedniejszego od was. Skoro ja wam daję, tak samo i wy musicie nabrać tych cech miłości chrześcijańskiej. Nie ma prozelityzmu, wszyscy głoszą Dobrą Nowinę, ale wszyscy mają swoje miejsce tam.

        – Proszę Księdza, proszę powiedzieć, jak wygląda Księdza parafia? Mówi Ksiądz, że jest kapelanem w szpitalu i w więzieniu. Wiem, że Ksiądz jest orędownikiem kultu Bożego Miłosierdzia, to też jest temat rzeka, dlatego że jest pewne niebezpieczeństwo, dlatego że traktuje się Boże Miłosierdzie jako takie zezwolenie na brak pracy nad sobą, czynienie wszystkiego, bo Pan Bóg jest miłosierny i tak wybaczy.

        – Tak, wybaczy, przebaczy, przez zmrużenie oka popatrzy na to i wszystko będzie OK.

        – Właśnie. A kult Miłosierdzia jest chyba teraz największym kultem w Kościele katolickim, jeżeli tak można powiedzieć, który z Polski wyszedł, ma ten początek nasz, ale teraz jest chyba najbardziej popularny wszędzie, nawet w Azji, co widać na przykład w Krakowie po wycieczkach Hindusów przyjeżdżających do Łagiewnik. 

        – Tak. Miłosierdzie Boże jest bez granic, jest dla wszystkich ludzi, dla każdego człowieka, który chce być miłosiernym i być miłością miłosierną. Tu musimy zwrócić uwagę na to – być miłością miłosierną. Co to znaczy? To trzeba być przede wszystkim pierwszym sprawiedliwym. I nie można sobie, że ja mogą wszystko. Jeśli ja mogę wszystko robić i Pan Bóg popatrzy na mnie okiem miłosiernym? Nie. Sprawiedliwość jest przed miłosierdziem, ja to tak ludziom tłumaczę. Jeśli zawiniłeś, to musisz ponieść konsekwencje za to. To cię czeka więzienie za to – konsekwencja. Pan Bóg jest miłosierny, jeżeli ty zrozumiesz, że zawiniłeś, i chcesz się nawrócić, przebaczyć drugiemu, naprawić ten grzech, to ci wybaczy. Ale jeśli ty pozostaniesz w swoim grzechu, tam o miłosierdziu nie ma co mówić. Czym się różni grzesznik od świętego, proszę mi powiedzieć?

        – No, ja nie śmiem konkurować z Księdzem w teologicznych sprawach.

        – Nie o to chodzi. Ja tłumaczę tak ludziom, czym się różni grzesznik od świętego? Święty, jeśli upadnie nawet – kiedyś chrześcijanie w pierwszej epoce byli nazywani święci, później wprowadzili chrześcijan – to człowiek, który jest słaby, zdaje sobie z tego sprawę, upadający, nawet 77 razy na dzień, ale po każdym upadku ma tyle pokory, że uderzy się w piersi: Panie Boże, Jezu miłosierny, przebacz mi. I dźwiga się, żeby iść dalej. A grzesznik? Jeśli raz upadnie, w tej swojej pysze, w tym grzechu pozostanie i jest stracony. To jest ta różnica. I tu jest właśnie miłosierdzie, żeby tym upadającym, tym ludziom słabym, grzesznikom, nie ma aniołów na ziemi, my wszyscy jesteśmy grzesznikami, zdajemy sobie z tego sprawę. Wiadomo, że stopnie tej świętości czy grzeszności są różne, ale zdajemy sobie z tego sprawę i właśnie dlatego Jezus wysłał do tej obolałej ludzkości, jak mówił do siostry Faustyny, idź i głoś Boże Miłosierdzie, bo ja nie chcę ich zniszczyć, tylko chcę im pomóc zbawić się. To jest właśnie to Miłosierdzie Boże.

        – Ksiądz chce tam wybudować kościół Miłosierdzia Bożego, to jest część misji tutaj. Proszę o tym opowiedzieć.

        – Dobrze. Rozpocząłem głoszenie Bożego Miłosierdzia pod takim natchnieniem, rzeczywiście chyba samego Jezusa Miłosiernego, tam, na Madagaskarze. I to Miłosierdzie głoszę na całej wyspie i nawet jeździłem z grupami Malgaszów do Krakowa na kongresy Miłosierdzia Bożego. Ostatnio, dwa lata temu, byliśmy też na kongresie Miłosierdzia Bożego w Ruandzie.

        – Podatny na to jest grunt na Madagaskarze?

        – Tak, bardzo. My mamy już na tysiące czekoladowych apostołów Miłosierdzia Bożego. Wszędzie można zobaczyć obraz Jezusa Miłosiernego siostry Faustyny. Ludzie odmawiają Koronkę do Miłosierdzia. Wszystkie te modlitwy wydałem w języku malgaskim, różnego rodzaju książki dla propagacji Bożego Miłosierdzia, tak że ten kult naprawdę pięknie się rozwija. Mamy już nowe zgromadzenie misyjne, zatwierdzone tam, na Madagaskarze, w ubiegłym roku, 5 października, w święto Siostry Faustyny. Biskup z diecezji Port-Berge zatwierdził nam to nowe zgromadzenie właśnie dla głoszenia Bożego Miłosierdzia na Madagaskarze. W tej chwili mamy dwóch księży, już Malgaszów, 15 kleryków, no i kandydaci przychodzą. 

        Pracuję w diecezji Port-Berge, to jest  600 km na północ od stolicy kraju, Antananarywy. To jest diecezja młoda, w tym roku obchodzimy zaledwie 25-lecie. Tam właśnie pracuję jako misjonarz przede wszystkim, ale też jako kapelan szpitalny, kapelan więzienny, i tam właśnie rozpoczęliśmy budowę sanktuarium Bożego Miłosierdzia. To będzie jako trzecia parafia, ale przede wszystkim Boże Miłosierdzie, dla głoszenia tego Miłosierdzia w archidiecezji północnej. Rozpoczęliśmy budowę 20 czerwca bieżącego roku. Biskup poświęcił teren. Nawiasem mówiąc, diecezja nam dała gratisowo kilka hektarów ziemi, chyba ponad trzy, na budowę sanktuarium, ale nie tylko sanktuarium. To będzie całe zaplecze Bożego Miłosierdzia, taki kampus Misericordiae, ogród Miłosierdzia. Tam będzie sanktuarium, ponadto dom macierzysty dla nowego zgromadzenia, centrum duchowości siostry Faustyny na przyjmowanie pielgrzymek, rekolekcje, rekolekcje zamknięte, dla ludzi, którzy będą chcieli zgłębić Boże Miłosierdzie; następnie hospicjum na mniej więcej 50 osób i dla niepełnosprawnych szkoła i takie małe centrum. I później w planie jest szpital, żeby głosząc to Miłosierdzie, żebyśmy nie głosili tylko w teorii, ale właśnie byli miłosierni, żyli tym miłosierdziem i względem innych. To są te uczynki miłosierdzia. A poprzez to założenie czy hospicjum, czy szpitala i centrum dla niepełnosprawnych to jest właśnie miłość Miłosierdzia w praktyce, każdego dnia.

        – Dziękuję bardzo i proszę jeszcze powiedzieć, gdzie tutaj można Księdza spotkać.

        – Jest taka książeczka „Iskra z Polski”, którą napisała moja kuzynka Dorota Kozioł z Tarnobrzega. Te artykuły, które tam są wewnątrz, ja zebrałem na Madagaskarze, jak Malgasze przeżywają Boże Miłosierdzie, jak oni przyjęli Boże Miłosierdzie, jak oni żyją Bożym Miłosierdziem. I tam zobaczymy niesamowite rzeczy cudów, uzdrowień, umocnień itd., itd. Tak iskra z Polski, to widzimy na okładce, w barwach narodowych, to też jest symboliczne.

        – Ja zawsze powtarzam, że bardzo wielu ludzi dowiaduje się o Polsce za sprawą misjonarzy i za sprawą też Miłosierdzia Bożego właśnie.

        – Ta iskra dotarła na Madagaskar, proszę zobaczyć, rozpaliła tę wyspę, wyspa płonie na czerwono, a na tle baobabów przechadza się Jezus Miłosierny i szuka, szuka nowych. Ta iskra, która dotarła na Madagaskar, wraca ponownie do Polski, do Kanady, żeby jeszcze bardziej rozpalać nas tutaj, żebyśmy byli apostołami Miłosierdzia, tam gdzie nas stawia obowiązek, praca itd., w rodzinach, w społeczeństwie, w Kościele, bo to jest bardzo ważne.

        – Na te wszystkie dzieła misja na pewno potrzebuje pieniędzy. W dobrym uczynku nie należy się wstydzić po prośbie chodzić.

        – Ja to mówię Malgaszom zawsze, ja nigdy nie wstydzę się jechać i prosić w waszej intencji, bo to co zbiorę czy w Polsce, czy tu, to zabieram ze sobą i mogę im pomóc. Samemu wyżyć, ale jeszcze im pomóc. No bo skąd tej pomocy? To jest kraj biedny, więc gdzie szukać tej pomocy? Mówię, pojedziemy do Kanady. Tutaj właśnie Polonia kanadyjska, Polacy, jak najbardziej się otwarli na to i powiedzieli, że tak, my to sfinansujemy, będziemy pomagać, nie tylko sanktuarium, ale i na zaś, jako dar Polonii kanadyjskiej za stulecie niepodległości naszej Ojczyzny Polski. To jest piękny gest. Czyli wspólnie, razem budujemy to sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Mówię tak, kiedyś była kolonizacja, a teraz, no nie, polonizacja może nie, ale niech coś po polskich misjonarzach na tej wyspie w królestwie pana Beniowskiego, w ojczyźnie z wyboru ojca Jana Beyzyma pozostanie. A Malgasze o Polsce mają dobre wspomnienia, dobrze mówią, przede wszystkim przez papieża Jana Pawła II. To jest niesamowite. Jan Paweł dla nich to był... był na Madagaskarze w 89 roku i to było niesamowite. 

        To, co robimy, to robimy nie dla swojej chwały, nie. Wypełniamy misję Jezusa Chrystusa, idźcie na cały świat nauczajcie wszystkie narody, i trzeba dodać, i czyńcie dobrze. Nie dla własnej chwały, ale właśnie dla chwały Bożej i zbawienia dusz. To jest to.

        – Bóg zapłać, bardzo dziękuję. Szczęść Boże na tę misję całą i niech Bóg błogosławi i prowadzi do końca życia.

        – Ja również, dziękuję bardzo, że mogliśmy się spotkać, porozmawiać, że mogłem się podzielić informacjami o tej mojej pracy, o tym dalekim kraju Madagaskarze. I Bóg zapłać całej Polonii kanadyjskiej za każdą cegiełkę na dzieło Bożego Miłosierdzia na Madagaskarze.

Zapraszamy na Misyjny Obiad z ks. Sawarskim 23 września, szczegóły na plakacie na stronie 15.

Opublikowano w Wywiady
piątek, 07 wrzesień 2018 09:09

Kultura idiotów

ZwolinskiAndrzejKsKultura idiotów to określenie już dawne, z końca lat 60. Bernstein, taki słynny dziennikarz, który opisywał różnego rodzaju nowości, użył tego określenia wobec grup, które pojawiły się wówczas. Ona bez przerwy jest obecna, ta kultura idiotów.

To jest kultura ludzi, którzy nie myślą, ludzi, którzy są po prostu – Biblia używa słowa bardzo prostego – głupi. Biblia mówi czterysta razy o głupocie, wymienia głupotę, św. Tomasz z Akwinu mówi, że nie ma innego grzechu poza głupotą. Tylko głupota, tylko głupi człowiek może grzeszyć, dlatego że nie ma świadomości, kim jest. Kim jest jako stworzenie, do czego zmierza jako dziecko Boże. Tylko głupiec grzeszy, tak twierdził św. Tomasz. To jest jedyny grzech możliwy. Zresztą wszystkie grzechy, które wymieniamy jako tzw. główne, zwane dawniej w Kościele starożytnym demonami, są niczym innym jak odmianami właśnie głupoty.

Czym jest ta kultura idiotów, na czym polega, co to jest, jaki aspekt chce ująć to określenie kultury współczesnej? To jest bezmyślność współczesnego człowieka. Jan Paweł II mówił o tym bardzo pięknie, mówiąc o błędzie antropologicznym człowieka współczesnego, czyli nie chce być człowiekiem. Lepiej mu dożyć i trwać w bezmyślności, w wymóżdżeniu jakimś, zezwierzęceniu nawet. Ja bym tu nawiązał do takiego słynnego mitu o znanym na pewno Państwu Odysie, który wraca z I wojny światowej między Wschodem a Zachodem, spod Troi, walczyli o piękną Helenę – nas to nie dziwi, myśmy się tłukli o brzydkiego bin Ladena, też jednego człowieka. Wraca z tej Troi, wszystko w porządku, do Itaki zmierza, trudna ta droga, ogromna, gdyby nie ta wariatka, idiotka, wiedźma Kirke, która się w nim zabujała. Próbuje go na wszystkie sposoby zatrzymać w tej drodze do domu, do Itaki, do żony, która wiernie, do końca czeka na niego. Muszą się zatrzymać na pewnej z wysp, aby zapełnić zbiorniki z wodą pitną. Człowiek bez jedzenia może wytrzymać czterdzieści dni, bez picia może wytrzymać półtora dnia, nerki wysiadają bez picia. Musi zatrzymać się na tej wyspie, nabrać wody pitnej i wtedy mu Kirke wymieniła wszystkich, całą załogę mu zamieniła w świnie. No i jak tu teraz ze świniami podróżować, jak tym ryjem będą wiosłować, jak będą te świnie naciągać żagle, przecież to głupie jak świnia? Prosi więc Kirke, oszczędzę Państwu szczegółów grzesznych. Kirke wymogła na nim, to co chciała, musiał się z nią przespać, no i wtedy dostał specjalne zielsko czarodziejskie, aby odczarować swoją załogę. No ale jak ich złapać? Rozpierzchli się po całej wyspie, łapie, goni za nimi, wreszcie jedną świnię dopadł. Zamienia ją znowu w człowieka. Okazało się, że to porządny poczciwina, Elpenor, jeden z marynarzy, takich dobrych, spokojnych, przeciętnych marynarzy. I pierwsze, co robi, z wymówkami do Odysa, cóżeś głupcze narobił?! Co?! Znów mnie skazujesz na bycie człowiekiem? Nie masz pojęcia, jak przyjemnie być świnią. Można żreć, co się chce, tarzać się w błocie, srać, gdzie się chce. A ty teraz skazujesz mnie na bycie człowiekiem. Muszę uważać, to pasuje, tamto nie pasuje, to wolno, tamto nie wolno, zastanawiać się, czy się w ogóle do tej głupiej Itaki udawać. Po co mi to?!

I to jest istota kultury idiotów. Człowiek nie chce być człowiekiem. A chrześcijanin w imię niewidzialnej tutaj Itaki mówi jeźdźmy, wyruszmy. Ryzykować? A po co? Lepiej się tarzać w błocie, żreć, co się chce, pić, co się lubi.

To jest bardzo ważne pojęcie, którego teraz użyjemy, pochodzi od młodego Karola Marksa, jedyny termin, który z marksizmu przejął Jan Paweł II. Młody Marks w rękopisach filozoficzno-ekonomicznych – stary całkiem zgłupiał, w „Kapitale” napisał, że wyzyskiem jest tylko to, że komuś pieniędzy nie damy za jego robotę – ale młody Marks był bardziej subtelny i ukuł takie pojęcie alienacja, wyobcowanie. Jeżeli ktoś poprzez swoją robotę czuje się wyobcowany, to już to było wyzyskiem. On to w tym kontekście mówił.

Bardzo interesujące są stopnie alienacji, które Karol Marks analizował, ten młody Karol Marks. Papież to pojęcie – powtarzam – przejął, użył go w „Laborem exercens”. Alienacja z gatunku ludzkiego, najgłębsze możliwe wyobcowanie siebie samego z gatunku ludzkiego. Kiedy następuje? Kiedy człowiek czuje się sobą wtedy, gdy wykonuje czynności wspólne ze zwierzętami, jedzenie, picie, wydalanie, kopulacja to tak. Ale gdy poprosisz go o coś bardzo ludzkiego, no uśmiechnij się, pomyśl, pokochaj – nie wie, o czym mówisz. To dla niego są obce pojęcia, to jest dla niego tak obce i tak nieobecne. Wtedy mamy do czynienia z człowiekiem wyalienowanym z gatunku ludzkiego.

script async src="//pagead2.googlesyndication.com/pagead/js/adsbygoogle.js">

Kultura idiotów to jest kultura, w której nic nie powinno człowieka zaskoczyć. Najgłupsze możliwe zachowanie, akceptowane często przez społeczność równie inteligentną jak ten, który to prowokuje, nie wiadomo po co i dlaczego czynione. Niby oni wiedzą, dlaczego solista zespołu ściąga spodnie i pokazuje zawartość całemu tłumowi przy premierze Polski, jakby miał coś innego w tych gaciach niż inni. Po co to jest? Nikt nie wie. On podobno wiedział. I będą go bronić, kontestacja. To jest kontestacja na poziomie ludzkim? A stwórz grupę polityczną, która będzie silniejsza i wykosi tego premiera. To jest działanie ludzkie, przemyślne. A tego typu protesty są bezsensowne po prostu, uwłaczają temu, który protestuje, i temu, który był oprotestowany.

Ale to wszystko jedno, nie analizujmy tego dalej, tylko chodzi o zachowania pewne. Nic nas nie może dziwić, już żeśmy wszystko widzieli. Szalone, zaskakujące zachowania niby-artystów, zawartość nocnika umieszcza na płótnie i wystawiają w Luwrze. Dosłownie. I podpisują, że to jest sztuka. I to jest specyficzne działanie sztuki, artysta, który pokazuje, że nawet w codzienności może być artyzm zamieszczony. Proszę bardzo. Ale nie tylko chodzi o dzieła sztuki, chodzi o wszelkie zachowania. Człowiek, którego znasz tyle lat, potrafił nosić w sobie zdradę, kłamstwo, gdzie mu dadzą lepsze koryto, tam się zachwyci i zatrzyma. Jak to możliwe w normalnym człowieku?

Gdybyście Państwo czytali protokoły przesłuchań z XVI w., złapany już na złodziejstwie czy na zdradzie człowiek, naprawdę nic nie kamuflował, wszystko ujawniał. W baszcie na Wawelu przesłuchiwali takiego jednego czy drugiego bandytę, to on wszystko dokładnie opowiadał, z kim, gdzie, co. A teraz? Co to znaczy prawda? Czym jest prawda w ustach człowieka?! Cała jego inteligencja jest najęta po to, żeby zakłamywać. Potem się okazuje, biskupi, prałaty, naukowcy, inteligencja, profesory, to wszystko to zdrajcy, hołota, która potrafiła jak prymitywy, bez żadnego poczucia honoru... Co to w ogóle honor jest, nie wiadomo, jak to w ogóle pisać, a co dopiero żyć honorem czy czcią jakąś...

Jednym z przykładów może być sprzedawanie intymności. To jest coś, co szokuje zawsze. Intymność to była sfera wygenerowana z prywatności, do której nie ma nikt dostępu, nawet ty sam nie masz dostępu do własnej intymności. Nie możesz jej sprzedawać za sześć stówek udziału w programie telewizyjnym reality show, gdzie mówią o tym, w jaki sposób pierwszy raz współżyła i gdzie – z wujkiem na strychu przy workach zboża. I to dokładnie opisuje, opowiada, to jest audycja. Intymność na sprzedaż to jest coś nie do pojęcia. Każdy w kulturze ogólnoludzkiej wiedział, że dostęp do intymności jest tylko na dwa sposoby, przez miłość lub przez gwałt. Nie ma innego sposobu. Amerykanie nazywają takich ludzi, którzy idą za parę stówek opowiadać tego rzeczy, media pigs, świnie medialne.

Zezwierzęceni ludzie.

Ale to nie jest tylko kwestia celnej nazwy, to jest rzeczywiście oddanie realnie tego, co się dzieje. To zezwierzęcenie jest. Bo człowiek ma swoją intymność, ona jest ofiarą w miłości, darem w miłości. Kapitalnie to analizował Karol Wojtyła w książce „Miłość i odpowiedzialność”, mówiąc o wstydzie samym. Wstyd jest chroniony w nas, wstyd jest chroniony przez poczucie honoru i przez konwenanse także. Nie pozwalają nam pewne zachowania przyjąć. Ona może, bo to jej ciało. Bzdura. Prawda, że twoje ciało, ale nie możesz. Zresztą prawo to rozumie, gdy na przykład goni jakiegoś golasa na skokach narciarskich wczoraj czy jakiegoś człowieka podpitego, który odkrywał swoją nagość w miejscu publicznym.

Ale nas już nic nie dziwi, bo już wszystko było. Człowiek się stał takim bezmyślnym, bezmózgowym stworzeniem, że zwierzęce zachowania publicznie nas nie zaskakują. Oburzamy się jeszcze na nie, ale na tym poprzestajemy. Co możemy robić? I rozumiemy, że tak jest, że wszystko mogą zrobić. Mogą zabić za dwa złote. Tak zrobili z czekającym na pociąg w Łagiewnikach. Dwóch chłopaków, którzy zabili za dwa złote, tyle miał w kieszeni ten, którego zadźgali, żeby go okraść. Ale te wszystkie czyny są możliwe, w jakąkolwiek dziedzinę wejdziemy, to wszystkie czyny są możliwe.

Kultura idiotów to jest kultura, której nie rozumiemy, to jest kultura, której nie możemy pojąć, która się nie mieści w gatunku ludzkim. To są wszystkie te próby wmówienia człowiekowi, że przecież ci wszystko wolno. Norwid, najbardziej wierzący z polskich literatów i poetów, on nigdy nie był w sekcie jak Adam Mickiewicz, nigdy nie był pod wpływem Hegla jak Słowacki, i swoje idiotyczne tezy nie wysuwał. Zawsze był wierny Kościołowi, zresztą dlatego też papież później tak bardzo się wiązał z Norwidem. Mówiąc o wolności człowieka, mówił: wolność to jest zgodność z wolą Bożą. Oczywiście, nie musi być ktoś wierzący, żeby być zgodny z wolą Bożą. Kościół mówi o zbawieniu możliwym u tych, którzy nie poznali Chrystusa, gdy żyją zgodnie z sumieniem własnym, czyli z wolą Bożą, bo tak się dawniej definiowało sumienie. To jest jakby głos Pana Boga w nas, tak to obrazowo mówiono. Jest to po prostu głos rozumu, o moralności czynów, rozumu, poznania. Ktoś musi całkiem zgłupieć, zaprzeczyć sam sobie, musi stanąć przeciw sobie, własnemu myśleniu, żeby zachować się jak idiota.

Tutaj też nie chodzi oczywiście o chorobę psychiczną, idiotyzm jest poważną chorobą, tu chodzi o to potoczne określenie idioty, czyli niewłaściwe, nielogiczne, bezmyślne zachowanie, obojętnie w jakim kierunku ono idzie i jakiej dziedziny dotyczy. Bezmyślna zdrada, kłamstwo, złodziejstwo bezmyślne, bezmyślna przemoc, jest tego po prostu pełno. Zresztą wiele mechanizmów wspomaga tłuszczę i trzeba by wejść w sztukę manipulacji, inżynierii społecznej, która opowiada o tym, jak zrobić z człowieka wariata. Jak się robiło z nas tłum bezmyślnych idiotów w komunizmie. Przecież ktoś, do cholery, te tłumy zapełniał. Na 1 maja oklaskiwali te idiotyczne trybuny, tych cymbałów, złodziei, bandziorów, którzy wykonywali wyroki śmierci. Ktoś przecież tam był, ktoś tam klaskał. I to można sterować człowiekiem, okazuje się, że jest bardzo plastyczny.

Homo sapiens, często Homo ledwo sapiens, jest człowiekiem niezwykle uplastycznionym, bo wydaje mu się, że resztkami tych szarych komórek, które ma, ogarnia to, co jest wokół niego. Oni sobie po prostu kpią często z człowieka. Wchodzimy w etap nie powiem bardzo niebezpieczny, pewnych decydentów kultury nowoczesnej, którzy chcą kreować tego typu rzeczy. Niektórzy do celów czysto komercyjnych, o tym za chwilę będziemy mówić, przy kulturze wymiany, a niektórzy i do celów teologicznych, ale to już jest całkiem inne zagadnienie.

W każdym razie, co przeciwstawić kulturze idiotów? Normalnie, uruchomienie mózgownicy. „Fides et ratio” Jana Pawła II czy jego encyklika „Veritatis splendor” o blasku prawdy, to jest nic innego, jak wołanie o prawdę. Dajcie sobie spokój, co ty robisz!? Przywołać przykłady, które nas bardziej dotyczą? Proszę bardzo. Milion trzysta tysięcy namacanych w Polsce wierzących katolików przez Clive’a Harrisa, który obiecywał, że ma energię silniejszą od Jezusa Chrystusa. W bazylikach, w katedrach, w kościołach go przyjmowano. Piętnaście milionów Włochów, katolików, którzy łączą w sobie wyznanie wiary chrześcijańskiej chociaż z jednorazowym pobytem u dzisiejszej współczesnej czarownicy. Tak się nazywa kobietę, czy w ogóle człowieka, który twierdzi, że ma kontakt z nadnaturalnymi siłami typu bioenergoterapia, superleczenie, typu dobór dla ciebie szlachetnych kamieni magicznych itd. Największy katolicki kraj świata, Brazylia, 180 mln katolików. Pięćdziesiąt milionów każdej niedzieli po Mszy św. porannej w kościele się dowiaduje, gdzie będzie po południu nabożeństwo candomble, wchodzą w religie opętańcze. Jak to potrafią połączyć, nie mam pojęcia. Próbowałem to analizować, wszystkie odmiany religii opętańczej w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach.

Jedna rzecz jest nieodzowna, gdy się to bada – musisz wyłączyć rozum. Kapłanka voodo, candomble czy szango z Trynidadu i Tobago, czy też makumba w Rio de Janeiro, tam jest centrala makumba, ruchu opętańczego, wszystko to katolicy. Idzie rano do Komunii św. i musi przyjąć Komunię św., bo po południu jest konsekrowana na kapłankę duchów opiekuńczych. Jak to pogodzić, jak to połączyć? Musisz wyłączyć rozum. Oni wszyscy są wierzący. Talizmany, amulety, cudowne środki, macanie, promieniowanie, bioenergie, koncepcje absolutnie niemające nic wspólnego z chrześcijaństwem. Emerytowany biskup, który propaguje radiestezję, książkę napisał już o radiestezji. I po co to zrobił? Co z tym faktem zrobił, po co on to pisze? Po prostu zgłupiał na starość, tyle mogę powiedzieć. Tyle, co mógłbym więcej powiedzieć.

Dowody są bardzo proste, zobacz sobie dokument watykański z ‘43 roku, to była okupacja u nas, dlatego też mało znany w Polsce. Ale argumenty, zespół naukowców poznańskich, którzy dwadzieścia lat pracowali nad radiestezją, dali wyniki tego. Pan Kaszkowski jest tutaj przykładem, był w jednym z zespołów tych naukowców, czy prof. Tomaszewski, który napisał ogromną książkę na temat idiotyzmu – idiotyzmu, dokładnie, kultura idiotów – idiotyzmu bioenergoterapii. I co zrobisz z ludźmi? Jest ich pełno. Drzewko szczęścia na telewizorze w domu, nie? Szczęście zależy od kawałka drutu i wiązki kamieni, prawda? Czy matka chrzestna, która kupuje dziecku na I Komunię św. byka wyciętego w blaszce ze złota. Matkę Bożą dała na chrzest, a teraz byka da, bo dziecko jest spod znaku Byka. Matka Boża za słaba, a byk pomoże dziecku ocalić, uchronić się przed złem. No i z czym mamy do czynienia? Z tym co mówiłem. Przykładów mamy mnóstwo. W domach prywatnych, miejscach publicznych, nawet w uświęconych miejscach. Kiosk w kościele, w Bazylice Mariackiej w Gdańsku, siostra sprzedaje kamyki magiczne potrzebne odpowiednim znakom Zodiaku. Po co to? Co to robi? A próbuj upomnieć, to się dowiesz, jaki głupi jesteś. Konserwatywny albo fundamentalistyczny jesteś. Przywołasz Biblię, że przestrzega przed świętokradztwem w tej materii, no to ci wyjdzie też, że Biblia się myli. Taka jest próba uruchomienia myślenia.

Zostawmy kulturę idiotów. Odtrutką na nią jest prawda. Prawda o człowieczeństwa, prawda o tym, kim jesteśmy, prawda o tym, co znaczy być chrześcijaninem, prawda o naszej kondycji. Kamień ci nic nie pomoże, człowieku, ani energia ściągana z pełni księżyca czy lizanie kory brzozowej – oni nie liżą, oni ściągają energię z brzozy; przykładają czoło do brzozy, obłapiają brzozę, co dwa pnioki to nie jeden.

Kultura idiotów zakreśliła ogromne kręgi. Poniewiera nami, robi zwierzęcych, śmiesznych ludzi. Ośmiesza ich. A wiarę? A wiarę czyni skarlałą i robi z niej dodatek nadzwyczajny do życia. Deklarację jakąś tam, papierkową, podpisaną w kancelarii kiedyś przy chrzcie. Bo wszystko da się pogodzić, da się połączyć.

Ks. prof. Andrzej Zwoliński
Program7 – TV

Opublikowano w Teksty

Andrzej Kumor: Bardzo mi miło, że mogę rozmawiać z polskim misjonarzem, który pracuje w takim kraju, który dla większości z nas jest egzotyczny, w Brazylii. Chciałem na początku zapytać, jaka była droga Ojca Biskupa do kapłaństwa, a drugie pytanie, jak to się stało, że kilkadziesiąt lat temu Ojciec tam pojechał?

        Biskup Jan Kot: Droga do kapłaństwa, jak dzisiaj patrzę z perspektywy lat, to jest właśnie ciągłe szukanie miejsca w życiu. Ja skończyłem technikum budowlane ze specjalizacją drogi i mosty, później chciałem studiować astronomię, ale zrezygnowałem przed egzaminami wstępnymi i poszedłem do pracy w Żorach, w Rybniku, gdzie się wychowałem, na Śląsku. Była taka firma Fadom, oni budowali domy, bloki. Pracowałem tam przez dwa lata i trzy miesiące jako mistrz budowy. Później widziałem, że tam nie mam przyszłości, człowiek się nie czuł w tym. Wtedy zdałem egzaminy na prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim i próbowałem studiować prawo, ale w drugim semestrze znalazłem, wędrując po Krakowie, „Misyjne Drogi” oblackie, jeszcze to dawne wydanie, które wychodziło chyba trzy – cztery razy w roku. Wtedy właśnie ten duch misyjny się we mnie obudził. Nie przystępowałem już do sesji letniej pierwszego roku, złożyłem podanie do oblatów w ‘85 roku i po prenowicjacie zostałem przyjęty do nowicjatu, który zrobiłem w Kodniu nad Bugiem. To było pierwsze wyzwanie, ze Śląska pojechać na wschód, nad Bug. Pamiętam do dzisiaj, jak siostra z mężem mnie odwozili, to mówią: Jasiu, tutaj już nawet polskiego radia nie łapią. W tym maluchu nie łapało innej stacji, tylko jakieś ruskie, sowieckie programy. 

        Mówię, spróbuję wytrzymać, tak że od końca sierpnia ‘85 roku wytrzymuję... 

        Skończyłem nowicjat, później Obrę, jak to u oblatów. Po święceniach prowincjał ówczesny myślał, żebym kontynuował studia, nie wiem, czy w przyszłości w formacji w Obrze, ale tak się losy potoczyły, i dzięki proboszczowi siedleckiemu – bo mnie posłali do Siedlec na wikarego – zostałem jednak wikarym i nie musiałem studiować. I wtedy właśnie po pół roku napisałem jeszcze jeden błagalny list do prowincjała, żeby mnie wysłał na misję i od razu też mu podsunąłem pomysł, żeby to był Kamerun, a jakby można, to Jokaduma. 

        – Ojciec myślał, że to będzie właśnie to?

        – Tak mi się marzyło. Ale później wrócił jeden ze współbraci, który miał jechać do Brazylii, i chyba się rozmyślił, bo prowincjał szukał zapchajdziury i sobie przypomniał o mnie. Tak że po kilku tygodniach zastanawiania się odpowiedziałem mu, że się zgadzam. On mi podziękował i to był koniec rozmowy. To był ‘93 rok. Wziąłem część wakacji w lipcu 93, wróciłem, pomagałem przy pielgrzymce – szliśmy z pielgrzymką z Siedlec do Częstochowy, 14 dni.

        – Chciał się Ojciec zastanowić, przemyśleć?

        – O tym nie myślałem, bo na pielgrzymce na końcu grupy szedłem, żeby spowiadać. Mój współbrat, ojciec Ryszard Lis, to był zapalony pielgrzymkowicz. On o te grupy pielgrzymkowe u św. Teresy w Siedlcach dbał, pieścił, to było jego oczko w głowie, a ja byłem tylko jako wsparcie. Wtedy nas było 400 tylko z samej parafii siedleckiej. Z całej diecezji podlaskiej szło ok. 12 tys. ludzi do Częstochowy w sierpniu. Myśmy wchodzili 14 sierpnia na Jasną Górę.

        No i wróciłem do Siedlec, wziąłem resztę urlopu, zaczął się nowy rok szkolny, znowu zacząłem katechezę w szkole i pod koniec września dostałem list z Recife, czemu się nie odzywam, bo oni na mnie czekają. I zaczęły się przygotowania do wyjazdu. 

        Wraz z jednym współbratem wyjechaliśmy 9 lipca 94 roku i stanęliśmy na ziemi brazylijskiej w Rio de Janeiro. (...)

        Później do końca roku studiowaliśmy portugalski, bo wyjechaliśmy „na zielono”. To co mieliśmy trochę francuskiego, to próbowaliśmy się tym ratować w Brazylii. To nam co nieco pomogło. Mało osób mówi w Brazylii po francusku, angielski to jeszcze gdzieś tam ktoś się znajdzie. My pojechaliśmy do delegatury w Recife, a to była fundacja prowincji centralnej Stanów Zjednoczonych, to tam po angielsku. To żeśmy tam jakoś przeżyli. Mieliśmy intensywny kurs portugalskiego dla misjonarzy, to było trzy i pół miesiąca. I do dzisiaj na tym ciągnę (śmiech). To był intensywny kurs, w małych grupach, kurs ekumeniczny, tak że na naszym kursie byli klerycy, księża, zakonnice, świeccy, katolicy 80 procent, byli baptyści, prezbiterianie, zielonoświątkowcy, luteranie.

        – Żeby nauczyć się języka i rozmawiać z ludźmi.

        – Tu chodziło o język i o kulturę. Przez pierwsze dwa miesiące mieliśmy tylko lekcje portugalskiego, później w okolicach stolicy w parafiach nam załatwili rodziny brazylijskie i na tydzień do tych rodzin nas posłali, każdego ucznia, każdego misjonarza pojedynczo. I musi się człowiek rzucić w ten wir, trzeba z ludźmi rozmawiać. Mają dzieci, mają wnuki, jest babcia, jest dziadek, są małżeństwa i się żyje w tym środowisku. To jest bardzo dobre, bo język uczony w szkole jest bardzo ważny, daje podstawy, tylko właśnie współżycie z ludźmi, to udoskonala język. Ten kurs dał mi podstawy języka portugalskiego i tak jak mówię, ja na tym ciągnę do dzisiaj.

        – A co Ojca zaskoczyło w Brazylii? W czym ten katolicyzm brazylijski był odmienny od polskiego, jacy tam są katolicy?

        – Katolicy tak jak w Polsce. Na Śląsku inaczej przeżywamy katolicyzm, wiem to z doświadczenia, inna jest duchowość w Siedlcach, na Podlasiu, gdzie spędziłem kilka lat i mam wielką sympatię do Podlasia, bo to był Kodeń, praca w Siedlcach, dzisiaj to jest moja baza, bo już nie mam rodziny w Polsce, tak że mam przyjaciół, którzy stali się drugą rodziną, ale to zawsze w Siedlcach. Są różnice, i one są naturalne, normalne, bo my mamy naszą duchowość, nasze przeżywanie wiary uwarunkowane naszą rzeczywistością, w której żyjemy. Teraz się przyglądam tutaj rzeczywistości Polonii. Miałem okazję być na dwóch mszach i właśnie widzę, jak to jest. Jest zawsze trochę inaczej.

        W Brazylii to jest mentalność południowoamerykańska. Brazylijczycy są bardzo gościnnym ludem. Ja byłem jedynym Polakiem w prowincji brazylijskiej, która jest prowincją międzynarodową.

        – W jakim sensie?

        – Z różnych krajów, bo to były misje zakładane na północy w Amazonii przez prowincję francuską, w Recife centralna prowincja Stanów Zjednoczonych zakładała, były próby misji oblatów kanadyjskich w stanie Bahia – to się skończyło szybko, bo nie było powołań, nie było dużo ludzi. Ale jeszcze Kanadyjczycy zostali, dwóch poznałem właśnie.

        – A jak wygląda diecezja, czym się ludzie zajmują?

        –  U mnie w diecezji ludzie się zajmują przede wszystkim rolnictwem i rybołówstwem, bo moja diecezja Ze Doca już należy geograficznie do Amazonii. To jest klimat tropikalny, wilgotny, jest dużo rzek, tak że do niedawna główny transport był rzekami. Na wybrzeżu, bo diecezja ma wybrzeże i ma też lasy, nad Oceanem Atlantyckim. To jest podstawą utrzymania ludzi, rybołówstwo, rolnictwo i handel. 

        – Czy ludzie są biedni?

        – Tak. Większość to są ludzie biedni, ubodzy. Jest też skrajna bieda. To, co się zauważa, i wszystkich, którzy przyjeżdżają z Europy albo z Ameryki Północnej, zaskakuje – duża przepaść między bardzo biednymi i bardzo bogatymi. Tej klasy średniej jest coraz więcej, ale jeszcze nie za dużo. Te poziomy bardzo powoli się wyrównują, ten kontrast. W ostatnich dekadach to nie jest bezpieczny kraj. Rzadko kiedy ktoś by zaryzykował chodzić ulicami po nocy. W Brazylii się idzie do restauracji albo do zamkniętych obiektów, bo jest trochę niebezpiecznie, jest duża przestępczość.

        – Zdaniem Ojca Biskupa, ze względu na biedę jest ta przestępczość?

        – To znaczy to jest złożone, bo jeżeli z powodu biedy jest przestępczość, to jest takie ryzyko, że powiemy, a jak jest biedny, to jest przestępcą, a to nieprawda, nie każdy biedny jest przestępcą, bo wielu ludzi jest biednych, ale to nie znaczy, że teraz oni pójdą w drogę przestępstwa. Zauważa się wielu młodych rozczarowanych życiem, ale to też nie większość idzie w tym kierunku. Bo chcą na łatwiznę. Mamy dzisiaj dzięki Internetowi dostęp do każdego zakątka świata i czasami ludzie się rozczarowują, bo widzą piękny świat, przynajmniej na komputerze, kolorowy, wspaniały, i czasami by tego chcieli, a to jest bardzo daleko, i czasami niektórzy, jak nie mają solidnych podstaw wychowawczych, rodzinnych, no to idą w tym kierunku, żeby łatwo się wzbogacić, żeby sobie użyć. To jest jedną z tych przyczyn. Ale jasne, że bieda nie jest powodem do tego, żeby zostać przestępcą, ale może pomagać, popychać.

        – Ojciec Biskup jest tam już kilkadziesiąt lat, jak to się zmieniało, jak ten pobyt zmieniał Ojca?

        – Jestem 24 lata w Brazylii i miałem przywilej jako oblat Maryi Niepokalanej pracować nie w jednym miejscu, ale w wielu zakątkach Brazylii. Tak że pierwsza moja parafia była w stanie Pernambuco, w strefie uprawy trzciny cukrowej, całkowicie rolnicze tereny. Nie tyle rolnicze, bo mało tam ludzie uprawiali. Uprawy trzciny cukrowej, wielkie posiadłości, wielkie latyfundia. Setki tysięcy hektarów trzciny cukrowej, które należą do cukrowni, gdzie wyciskają tę trzcinę na cukier albo alkohol. Nie były to łatwe tereny, bo ludzie tam mieli okresową pracę, trzy miesiące zbiorów, trzy miesiące bez pracy. Bo jedna część tych plantacji była zbierana w pierwszej połowie roku, druga w drugiej, tak się pracowało.

        – Niełatwe tereny przez to, że ludzie byli biedni?

        – Tak. Właśnie taki przestarzały system latyfundium. Siła robocza, oni byli od tego uzależnieni, od tych cukrowni, od przeróbki trzciny cukrowej. Nie było tam żadnego przemysłu, to nawet nie było miasto, nawet nie była gmina. Tam była parafia oblacka i myśmy tam wśród nich żyli i z nimi pracowali, próbowali ewangelizować.

        – Próbowali, bo co? Trudna jest praca duszpasterska w takim środowisku?

        – Jest trudna, bo jak się próbuje ewangelizować w takim środowisku, gdzie jest wyzysk, brak szacunku dla drugiego człowieka, to jakiekolwiek głoszenie Ewangelii według ducha Chrystusowego, to zawsze jest się narażonym na krytykę i na... nie mówię może prześladowania w tych czasach, ale w dawnych czasach to też. Opowiadali, że jednym z moich poprzedników był belgijski misjonarz, dużo dla tych ludzi zrobił, zostawił wiele wspomnień, do dzisiaj go pamiętają, to go pobili w zakrystii, bo się wyrażał w obronie tych rolników. 

        – Właściciele?

        – Tak. Nasłali i pobili w zakrystii. Ja nie miałem tego typu sytuacji, ale zawsze było ryzyko. Ludzie się bali. Zawsze moich kleryków, którzy przyjeżdżali na staże, prosiłem, uwaga, uważajcie, jak głosicie, bo to jest bardzo fajnie wejść tam – bo klerycy tam wchodzili, odprawiali liturgię Słowa – bardzo fajnie jest głosić, ale trzeba mieć też trochę wyczucia, jakie będą konsekwencje tego. Jedno to jest nasze życie, my się poświęcamy tej sprawie. Ja, jako kapłan, misjonarz, powinienem być na wszystko przygotowany, ale teraz trzeba uważać, jak się głosi. Nie wolno podsycać nienawiści do drugiego człowieka, bo to nieewangeliczne. 

        Wy tutaj dolejecie oliwy do ognia, to się rozpali, wy sobie wrócicie do swojego domu w Recife albo jak będziecie prześladowani, to was przeniosą gdzieś indziej, a gdzie ci ludzie pójdę? A ci ludzie później prześladowani, upodleni, gdzie pójdą? Do slamsów w wielkich miastach. To trzeba umieć wypośrodkować. Nie wiem, czy to jest dobre, bo jak widziałem, jak tam żyją na wsi, jak widziałem, jak żyją w miastach, to zawsze miałem pewną rezerwę. 

        Bo to jest fajnie wyjść na bohatera, ale za moje bohaterstwo drugi będzie płacił, to zawsze się zastanawiałem, czy to jest prawdziwe bohaterstwo.

        – Bohatera w sensie bronienia tych ludzi?

        – Tak. To znaczy będziemy bronić, tylko że czasami chcemy to zrobić z dnia na dzień. Reforma rolna w Brazylii jest zatwierdzona, tak że ziemie, które są nieuprawiane lub mają małe dochody z uprawy, podlegają reformie rolnej, tylko rząd tym za bardzo się nie interesuje, bo musi dać odszkodowanie właścicielowi. To są duże pieniądze. Czyli ludzie czasami się organizują i tym samym zmuszają rząd do reformy, żeby on tę ziemię nieproduktywną wykupił, i wtedy przekazuje, każdy dostaje kawałek ziemi i się tam buduje. 

        Miałem tę okazję, niemalże od pierwszego dnia, w czasie takiej właśnie tzw. okupacji być tam przy nich. To myśmy organizowali datki, potrzebne było mleko w proszku, bo to najlepiej przechować, i mydło w kostce, bo to do prania i do kąpieli, trzeba było tak praktycznie. Pierwszą mszę odprawiałem na ubitej ziemi, bo faceci zrobili z ziemi niby-ołtarz i się rozłożyło trochę obrusy. I to był ołtarz na pierwszą mszę. I klerycy, którzy u mnie byli, zorganizowali kampanię w sąsiednim mieście, dostaliśmy trochę ubrań i zabawki. I 12 października jest Dzień Dziecka; tam nic nie było, no to oni rozpalili duże ognisko, żeby oświetliło cały plac, i te zabawki były rozdawane. I ten dawny właściciel nasłał swoich ludzi. Oni do nas nie strzelali, tylko strzelali w powietrze, żeby nas nastraszyć. To od razu kobiety z dziećmi wystraszone, dzieci zaczęły płakać, no to zgromadziliśmy ich wokół ogniska, a mężczyźni wzięli maczety i poszli za tamtymi. 

        W takiej sytuacji nigdy nikt ode mnie nie usłyszał przyłóżcie im, oddajcie im takim samym. Nie, mówię, musimy przebaczyć, musimy się dogadać. Po jakimś półtora roku, odwiedzając te rodziny, już osiedlone, jedna z pań, która mnie przyjęła u siebie w domu, opowiada mi historię, jak ten właściciel dostał pieniądze za tę ziemię, z którą się w sumie borykał, nie miał żadnego wielkiego zysku, dostał pieniądze, uspokoił się i odwiedzał tych swoich dawnych pracowników.

        – Ten, który ich straszył?

        – Tak. I ona mówi, wiesz co, miałam zaszczyt przyjąć go u mnie. Wiele lat on mnie upokarzał, nie płacił mi za moją pracę, a ja mu nawet sok dałam, już z moich upraw. I do dzisiaj to pamiętam.

        – To jest taka odbudowa godności ludzkiej.

        – Tak. Gdyby tam doszło do konfrontacji, a to tylu zabili, tamtych zabili... Powoli.

        – To by zostało na następne dziesięciolecia.

        – Nie wiem, co by się stało. Faktem jest, że ewangelicznie, to nie byłaby dobra postawa, według mnie. Ja miałem takie doświadczenia. Nie mówię, że to jest reguła na całe życie i dla wszystkich i do wszystkich sytuacji. Ja miałem taką postawę.

        – Czyli Kościół katolicki w Brazylii jest raczej po stronie tych biednych?

        – Jest zaangażowany, tak. Dawniej, jak byłem w Polsce, to się słyszało wiele o teologii wyzwolenia i ona była tak interpretowana w Polsce przez polskich teologów, pastoralistów. Jak tam przyjechałem, to przyjechałem jeszcze w latach i w rejonach, gdzie ona była bardzo silna. Dzisiaj też jeszcze są niektóre takie ostatnie krzyki teologii wyzwolenia. 

        Powiedzmy tak, ja ze wszystkim się nie zgadzam, ale to, co ja widziałem, biedę, jaką widziałem, cierpienie ludzi, jakie widziałem, to ja dzisiaj potrafię zrozumieć, dlaczego ona się narodziła i była w pewnym okresie silna. Gdybyśmy się tak rzeczywiście przyjrzeli na co dzień, co ona przyniosła, to niewiele. Ja mam takie wrażenie. Więcej zamieszania niż skutku pozytywnego, bo nic się nie zmieniło. Jeżeli się zmieniło, to nie dzięki temu. Bo ona z czasem, mam wrażenie, przerodziła się z teologii w ideologię. I to jest stroną słabą stroną niektórych ruchów, niektórych grup w Kościele. Jest więcej ideologii niż duchowości i jest więcej używania Kościoła do spraw ideologicznych niż duszpasterskich i ewangelizacji. Ja to mówię, że to zbankrutowane niektóre ruchy, one jeszcze funkcjonują, bo dostają pieniądze z Kościoła albo pomoc z Zachodu i z tych różnych dawnych instytucji właśnie w tych krajach Europy bogatych czy w Stanach Zjednoczonych. Gdyby przestały wspierać, nie będzie to długo trwało, na pewno obumrze.

        – To jest z zewnątrz interwencja zagraniczna?

        – Nie mówię interwencja, po prostu te ruchy mają wspaniałe ideologiczne podstawy, bronienie biednych, to, tamto. Przyjedźcie nie na dzień – dwa, żeby zobaczyć, bo to jest łatwo. Przyjedźcie, żeby ktoś tam posiedział i od wewnątrz to obejrzał, co to rzeczywiście zmieniło. I są sprawy konkretne, które potrzebują wsparcia.

        – Jakie są główne problemy w Ojca pracy duszpasterskiej?

        – Ja nie mam problemów (śmiech).

        – Chodzi mi o to, z jakimi problemami ludzie przychodzą?

        – Normalne, jak u wszystkich ludzi, tylko w warunkach tamtejszych. Myśmy się zatrzymali, mówiliśmy o tym moim wędrowaniu po Brazylii. Później byłem w centralnej Brazylii, tam są półpustynie, deszcz padał trzy miesiące w roku, później susza. Tam spędziłem siedem wspaniałych lat, tam odżyłem misyjnie, właśnie na takich półpustyniach. Ludzie niesamowici, religijni, zaangażowani, to właśnie mnie odbudowało. Później próbowali ze mnie zrobić formatora, ale Bóg się nade mną zlitował i mnie wysłał na biskupa do Maranhao, właśnie do diecezji Ze Doca. Tak jak mówię, nasze problemy to są takie jak problemy w jakichkolwiek parafiach, w Polsce, mam wrażenie, że tutaj też. 

        Problemy ludzi są podobne, różnią się tylko adresy, imiona. To jest takie samo ludzkie cierpienie, ludzkie radości, ludzkie marzenia, i trzeba przy tym być. W tej sytuacji przed uczeniem wiary trzeba dać przykład wiary. To, co ostatnimi laty mnie nie tyle niepokoi, co rozważam, co tak mnie korci, jak by to można było powiedzieć – słyszałem jednego biskupa z Amazonii, który prosi o to, żebyśmy, ma tę ideę wspaniałą święcenia żonatych mężczyzn, bo Amazonia ma głód Eucharystii.

        – Nie ma kapłanów?

        – Tak. Drugi jego kolega, jak się z tym dzieliłem, drugi biskup, mówi, no, a teraz idź i zapytaj go, co on zrobił, żeby mieć powołania, bo my nie możemy czekać z założonymi rękami, że wszyscy do nas przyjdą, trzeba wyjść do ludzi. Co papież Franciszek mówi? Chcecie mieć powołania, to wyjdźcie z zakrystii. To nie tak, że będziemy sobie siedzieli i będą do nas walili drzwiami i oknami klerycy. Dawniej to tak było. Zmieniają się czasy, my też musimy wyjść do ludzi. I ten drugi biskup mówi, no to Janek zobacz, zapytaj go, co on zrobił, żeby mieć powołania.

        Nie wiem, co on chciał powiedzieć, mogę się tylko domyślać, ale to dla mnie było właśnie taką mobilizacją, żeby zainwestować w diecezję, w pracę duszpasterską z młodzieżą, z powołaniami. I miałem też przykłady z Polski. Ja jestem z takich czasów, kiedy ojciec Paliński i inni ojcowie pracowali latami, jeździli jak zwariowani po Polsce i łapali, co przyszło, później zawsze coś z tego zostanie (śmiech). 

        I to właśnie ten duch powołaniowy, tego nam potrzeba.        

        – Nie chodzi o to, żeby ta służba Bogu była lżejsza, tylko o to, żeby ukazać piękno tej służby.

        – Tak. I to nie, bo są problemy, to nie robimy tego i idziemy na jakąś łatwiznę. Nie mam nic przeciwko, jak są sprawdzeni, żeby ich święcić, bo małżeństwo nie jest przeszkodą do święceń kapłańskich, tylko że w naszej sytuacji Kościoła rytu łacińskiego nie jest to tradycją i mamy już przeszło tysiącletnie tradycje całkowitego oddania się służbie. I to jest właśnie czasami upraszczanie. Ja nie zrobiłem, no to teraz muszę tę dziurę kimś wypełnić. I w tym momencie się nie zgadza. 

        Miałem okazję spotkać jednego kapłana w tym roku w Belem, tak okazyjnie się spotkaliśmy, odwiedziłem nowicjat oblacki i mistrz mnie zaprosił na mszę. Oni mieli spotkanie nowicjuszy ze stanu Para i mówią, odprawiłbyś nam mszę. Przyjechałem dzień wcześniej i przesiedzieliśmy do pierwszej w nocy, rozmawiając. Ten chłop chodzi w habicie, bo to jest nowe zgromadzenie, nowy instytut utworzony, jeszcze używa piuski, taki tradycjonalista. I on mówi, wiesz co, biskup w diecezji posłał nas do takiej parafii, gdzie 70 procent to neopentakostalne kościoły, na każdym rogu jest jakiś kościół, jakiś wymysł ludzki. Katolików się oblicza na jakieś 30 procent. Zastraszeni, wyśmiewani, jakby krzyżyk nosił czy medalik, to na pewno byłby naznaczony i wyśmiewany, już nie mówię o jakiejś religijnej. A ja tak chodzę – mówi – w habicie, od szyi do stóp, do kostek, bo taki mamy zwyczaj, jeszcze piuskę noszę. Ja w tym habicie idę do kościoła, idę do kaplicy, idę do sklepu, do lekarza, wsiadam do łódki, bo muszę płynąć kilometry, żeby odprawiać.

        – W dzisiejszym świecie to jest świadectwo wiary.

        – On mówi, dzisiaj, po roku, to jest już inaczej. Ja mu opowiadałem o tym biskupie, o tym głodzie Eucharystii. I on mi mówi tak: Nie ubliżając Eucharystii, bez wątpienia, tak jak święty Jan Paweł II mówił, Kościół żyje z Eucharystii, Kościół żyje Eucharystią, bez wątpienia, to jest prawda. Tylko że – mówi – dzisiaj Amazonia ma głód Ewangelii. Jak my nie będziemy ewangelizować, katechizować poważnie i odpowiedzialnie, to za chwilę nie będziemy mieć nikogo na Eucharystii, na mszy, bo ci ludzie nie będą wiedzieli, co to jest Eucharystia.

        Ja mam wrażenie, że to się odnosi do wszystkich i do całego Kościoła.

        – To się prawdopodobnie odnosi również do Europy.

        – Właśnie. Jaka jest nasza katecheza? Ona ewangelizuje czy po prostu mamy historyjki o Panu Jezusie, mamy takie ładne historie, o cudach mówimy... Później to rozważanie doprowadziło mnie do takiego zastanowienia się, sam Jezus dał nam tego przykład. On powołał Piotra i Andrzeja, Jana i Jakuba i nie mówił, no to idziemy na mszę, nie. Przez pierwsze trzy lata On z nimi chodził, uczył, katechizował, wyjaśniał, pokazywał, kim jest, a niemalże w ostatniej godzinie to odprawimy Eucharystię. Ja się nad tym zastanawiam, że myśmy wypełnili nasze kalendarze, nasze agendy, tyle mamy mszy i czujemy się dobrze, potrzebni, wykorzystani, tyle mamy spraw. Za chwilę już się widzi, do spowiedzi nie przychodzą, bo nie wiedzą, co to jest spowiedź. Czasami nie są dobrze katechizowani ludzie. Ostatnie namaszczenie, to jest przeżycie, to jest namaszczenie chorych, co to za ostatnie namaszczenie. Jeżeli Sobór Watykański II mówił, że to nie jest ostatnie, to jest namaszczenie dla chorych, wiele razy może się przyjmować. Ludzie się czasami boją, bo mają takie właśnie...

        – Że to już koniec.

        – Tak, że to jest na pożegnanie z tej ziemi. To jest właśnie brak katechezy. Na mszę, ona stała się jakimś wydarzeniem socjalnym, grupowym.

        – Spotkanie z ludźmi.

        – Pan Bóg jest tam dodatkiem do tego spotkania. Ja żadnych opinii dogmatycznych nie wydaję, tylko rozważam to ostatnimi laty. Dzisiaj, jako biskup, z moimi księżmi rozmawiamy od czasu do czasu, żeby zauważyć, że jeżeli my nie będziemy ewangelizować, katechizować, to nie ma się co dziwić, że nam za chwilę kościoły całkowicie będą stały pustkami.

        – Ojcze Biskupie, miejmy nadzieję, że z pomocą Bożą tak nie będzie, że jednak Duch Święty działa w Kościele. Chciałem na koniec zapytać, po raz pierwszy jest Ojciec w Kanadzie, jakie wrażenia z naszych polonijnych domów i z tego kraju?

        – Gdyby mnie Pan zapytał za tydzień, może mógłbym coś więcej powiedzieć. Przyleciałem chyba w poniedziałek, tak że niewiele mam wrażeń.

        – Dlaczego akurat tutaj Ojciec przyjechał?

        – Bo zostałem zaproszony. Po raz pierwszy jestem w Kanadzie. Nie mam warunków na jeżdżenie po świecie, a jeżeli jadę, bo jest jakaś potrzeba albo ktoś mnie zaprosi, tak jak dostałem zaproszenie z Kanady, to mi zafundowali bilet i mam u moich współbraci oblatów nocleg, wyżywienie, transport. Obecny prowincjał to mój kolega kursowy, mam tu ich czterech w Brazylii, tak że jest to okazja. Na turystykę, tak jak mówię, nie ma ani czasu, ani warunków. Jedyny bilet, który płacę z moich pieniędzy, to jest do Polski jak jadę albo do Szkocji do mojej rodziny, bo tam pojechali. A reszta to są jakieś wyjazdy oficjalne i takie jak to, gdy zdarzyło się to zaproszenie przez ojca Janusza Błażejaka, które dostałem. Jako że ja jestem z tego pokolenia w Polsce, gdzie nie było okazji się uczyć angielskiego, mój francuski jest całkowicie już dzisiaj do niczego, to jest tylko na bazie frere jacques, bonjour, merci boque, au revoir, tak że mówię, ja się nie nadaję, po co ja tam pojadę. On mówi, nie, tu jest po polsku, to dla Polonii. No to jak jest dla Polonii i po polsku – mówię – to się poświęcę, będzie okazja poznania. Tak że to jest pierwszy mój pobyt. Jestem bardziej niż pod wrażeniem, byłem w dwóch parafiach, u św. Kazimierza i chyba w Brampton.

        – Tam jest nowy kościół.

        – Tak, taki duży, nowy kościół. Tam miałem okazję odprawiać mszę, spotkać moich współbraci, z nimi trochę porozmawiać. Właśnie wczoraj z ojcem Wojciechem trochę na tarasie posiedzieliśmy, porozmawialiśmy. Dzieliłem się tym, że jestem pod wrażeniem, pozytywnym. To były nieduże spotkania, ale w Brampton było trochę ludzi na mszy i zainteresowani. W czasie tej homilii, kazanie, takie pogawędki, dzielenia się tą Ewangelią i życiem ludzkim, to widać było zaangażowanie. Jestem pod wrażeniem pozytywnym. Tutaj się też pokazuje, jak to właśnie wiara jednoczy ludzi, Kościół jest właśnie tym wsparciem wiary i w tym wypadku polskości, od korzeni nie ma co się odcinać. Jakakolwiek roślina bez korzeni szybciej umrze. Bo ja to przeżywam, ja jestem w Brazylii Polakiem.

        – Pan Bóg nas stworzył Polakami.

        – Czasami to jest ciężko. Zawsze gdy dostaję po tylnej części ciała, to jest z powodu na przykład piłki nożnej (śmiech). Z Brazylii się ze mnie nabijają, bo Polska nie weszła do mundialu, a jak szybko wyjdzie, to jeszcze bardziej się ze mnie nabijają. Jak jestem w Polsce, to mnie traktują jak Polaka i rodzinę, ale po tylu latach w Brazylii mi się dostaje za Brazylię – ale wy tam gracie, znowu żeście nie doszli, znowu żeście odeszli. Brazylia przegrała Copa America, to mi kuzyni dzwonią, tacy zapaleni kibice. To ja mówię tak, w Polsce za Brazylię dostaję, w Brazylii za Polskę, no i takie to jest nasze życie emigrantów. Ale taka jest rzeczywistość i nie ma się co tym stresować i chorobliwie przejmować.

        – Ojcze Biskupie, dziękuję bardzo i życzę siły Bożej i Ducha Świętego w tej pracy niesamowitej i wypełnienia tego powołania, które Ojciec Biskup ma. Niech Pan Bóg prowadzi.

        – Ja dziękuję. Czuję się zaszczycony tą pogawędką, wywiadem. Mam nadzieję, że to może coś...

        – Po to to robimy.

        – Niech wam Bóg błogosławi w tej pracy i pozdrowienia i błogosławieństwa Bożego dla całej Polonii, dla całego ludu Bożego w Kanadzie, i szczególnie dla tych co po polsku jeszcze mówią, modlą się i trochę czują. 

        Niech was Bóg błogosławi, szczęść Boże.

Opublikowano w Wywiady

Nie zapominać o prawdzie, ale wybaczać – powiedział ksiądz Dworek. Musimy też pamiętać o tym, że w Polsce mieszka na stałe już ponad półtora miliona Ukraińców.

W niedzielę, 15 lipca, w siedemdziesiątą piątą rocznicę Rzezi Wołyńskiej, w kościele św. Kazimierza w Toronto została odprawiona Msza Święta za ofiary. Msza była zamówiona przez Konsulat RP w Toronto. W kościele znakomitą większość obecnych stanowiły kobiety. Niektóre osoby przyszły ubrane na czarno. Te przyszły modlić się za ludzi im bezpośrednio bliskich, za członków rodzin, i była to dla nich msza żałobna.

        Może dobrze się stało, że większość obecnych na mszy to były kobiety, jako że kobiety są na ogół bardziej uczuciowe niż mężczyźni i ich modlitwy są bardziej szczere. Nikt tak nie rozumie swojego dziecka i nikt tak mu przecież nie wybacza jak matka. Mszę rozpoczął ksiądz proboszcz Wojciech Kurzydło, który zapowiedział, że msza jest w intencji ofiar, ale również prosi o modlitwę za sprawców rzezi.

        Kazanie wygłosił ksiądz Sławomir Dworek. Ksiądz Dworek przyjechał do nas, do Toronto, na parę miesięcy z Poznania. Nawiązał on w swoim kazaniu do księży, którzy ginęli tam, na tych ziemiach, często w męczarniach. Nie pozostawiali oni swoich wiernych, mimo że mieli taka możliwość. Często spodziewali się nadchodzących napadów. Umierali razem ze swoimi wiernymi. A jednak musimy wybaczać. Nie zapominać o prawdzie, ale wybaczać – powiedział ksiądz Dworek. Musimy też pamiętać o tym, że w Polsce mieszka na stałe już ponad półtora miliona Ukraińców. Często żyją oni w małżeństwach mieszanych polsko-ukraińskich. Refleksja z tego pięknego kazania? Jakże wymowne są słowa księdza Sławomira Dworka dzisiaj, kiedy wiele osób przestaje uczęszczać do kościoła, argumentując to tym, że księża ich zawiedli.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/religia.html#sigProIdc0f4027fcd

        Powstały w Instytucie Pamięci Narodowej zespół badaczy aktualnie stara się sporządzić listę osób duchownych różnych wyznań, które zginęły w latach 1939–1947 z rąk tak zwanych pobratymców. Na obecnym etapie badań szacuje się, że z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło przynajmniej 180 osób duchownych i zakonnych obrządku łacińskiego i bizantyjsko-słowiańskiego.

        Biorąc pod uwagę postawę księży i osób duchownych w czasie Rzezi Wołyńskiej i w Galicji Wschodniej, to nie księża zawiedli, to my nie spłacamy wobec nich pewnego rodzaju długu wdzięczności za to, że nas nie zostawili w potrzebie. To było jedno z lepszych kazań, jakie ostatnio słyszałem.

        I znowu, inna refleksja, wiele razy słyszałem wykłady profesorów, ludzi utytułowanych, wykłady w dziedzinie nauk humanistycznych, a więc dotyczące moralności, prawdy, prawa. Jeszcze do ubiegłego roku studia w Ontario były płatne. Tutaj mamy co niedziela możliwość usłyszenia dobrego wykładu, rozważań o życiu, w kościele, który często położony jest bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania. I jakże często nie chce nam się w nim uczestniczyć. To tak już nawet dla tych niewierzących, a jednocześnie szukających uzasadnienia na prowadzenie moralnego życia, wykład księdza Sławomira Dworka to darmowy intelektualny prezent.

***

        Na zakończenie mszy ksiądz proboszcz Wojciech Kurzydło poinformował przybyłych, że w przyległej sali parafialnej jest wystawa. Została przygotowana przez Instytut Pamięci Narodowej w Szczecinie i przez nasz lokalny Klub Gazety Polskiej. Większość osób, które były na mszy, przyszła obejrzeć wystawę, na której było wiele drastycznych zdjęć. Ale wstrząsające wrażenie robiły plansze z nazwami wsi, które w większości przypadków zniknęły z powierzchni ziemi. Nazwy tych wsi są wypisane białymi literami na czarnym tle. To kilkaset nazw wsi, osad i miasteczek. Wydaje mi się, że nie ma tam wszystkich miejsc, w których ginęli Polacy. Nie widziałem tam nazw wsi z dzisiejszego powiatu jarosławskiego i leżajskiego. Ale i tak te plansze z nazwami miejscowości, gdzie ginęli Polacy, robią przygnębiające wrażenie. Plansze zajęły jedną czwartą powierzchni wystawy.

        Czytając nazwy tych miejscowości, można sobie wyobrazić te 250.000 osób, które w większości zmarły w cierpieniach. Można się przestraszyć na samą myśl. Nie o śmierci, ale o cierpieniach, które ci ludzie przeżyli. Nie na darmo w modlitwie różańcowej w części tajemnicy chwalebnej jest prośba o łaskę szczęśliwej śmierci. Człowiek nie boi się śmierci. Boi się cierpienia. Kiedy przestaniemy się bać, będziemy wybaczać. Ale strach jest częścią naszego życia.

        Dodatkowe wyjaśnienie dotyczące liczby pomordowanych. Media i politycy, chcący z jakichś powodów (nie wiem jakich?) zaniżyć rozmiar polskiej tragedii, podają liczbę 100.000 osób, które zostały zabite. Te 100.000 to osoby zabite na terenie samego dawnego województwa wołyńskiego. Na terenie dawnych województw, które dziś w większości należą do Ukrainy, zginęło ponad 250.000. Zaprawdę, komuniści bliżej byli prawdy. Do czasu upadku komuny byli stali w tym, co podawali do wiadomości. Podawali liczbę 250.000 osób zabitych na terenach dawnej Rzeczpospolitej, terenach przyznanych po wojnie Ukrainie. Jak ponuro wyglądają liczby osób, które zostały niepotrzebnie zabite, możemy sobie przedstawić, jeśli popatrzymy na dzisiejszą mapę Polski. Średnio licząc, po drugiej wojnie światowej dawne granice Polski zostały przesunięte o 150 km na zachód. Litwa i Białoruś otrzymały swoje granice w wyniku porozumienia między Churchillem, Rooseveltem i Stalinem. Na terenach, które otrzymała Litwa i Białoruś, zginął z rąk Białorusinów i Litwinów tylko procent Polaków w porównaniu do tych, którzy zostali zabici przez Ukraińców. Ukraina i tak otrzymałaby te ziemie. Otrzymałaby bez tych strasznych mordów, bez tego strachu, który wzbudzili u Polaków. Polacy musieliby opuścić te ziemie.

        Jakże głośno brzmią słowa umierającego na krzyżu Chrystusa, które dziś brzmiałyby: Boże, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią! Kiedy modlimy się za dusze zmarłych i za sprawców ich śmierci, powinniśmy jednocześnie pomodlić się za Białorusinów i Litwinów, podziękować im za bierność w chwili, kiedy mogli pokazać swoją nadarzającą się ku temu przewagę. Tego wymaga sprawiedliwość.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Życie polonijne

nazarukOMIJedna z nich mówi – Walczcie o niebo, mów o czyśćcu, mów o tym w kazaniach. Jeden z kapłanów przekazał mi, co mam mówić, że on nie mówił o tym, jak zmarnował życie poprzez swoje złe wybory i jak są wdzięczne dusze czyśćcowe za każdą modlitwę. Ale tyle modlitw i tyle Mszy św. im pomoże, na ile Msze i modlitwę cenili za  życia. Jeżeli ktoś za życia nic nie mówił, żadnych różańców, to nasze różańce nic mu nie dają, bo on w to nie wierzył i ich nie odmawiał, więc musi czekać na zmiłowanie Boże w inny sposób. Nawet wielkie modlitwy odmawiane za nich, czy Msze św., to nie jest tak, że cała modlitwa idzie i go wyciągają. Bóg jest dysponentem naszych modlitw. Jeżeli ktoś przez całe życie lekceważył Mszę, Komunię św., odrzucił to, to też te Komunie św. w bardzo małym stopniu pomogą. To jest zależność, ile szanowałeś, ceniłeś Komunie i Msze, i różaniec za życia, tyle będziesz mieć pomocy. Ilu ludziom, duszom czyśćcowym pomogłeś ulżyć w cierpieniach, tego nie można mierzyć tak, na tyle dostaniesz pomocy, na ile sam pomagałeś.

        To jest niesamowite przeżycie. Oni wiedzą, kto za nich się modli, ale sobie nie mogą pomóc. Największą potęgą jest Msza św. Jest ciemność, jest samotność, a potem stopniowo, jak dusza z czyśćca jest bliżej nieba, to coraz więcej światła odczuwa i coraz więcej widzi perspektywy nieba. Tam jest tęsknota straszna, bólem jest tęsknota. Oni na chwilę zobaczyli to światło i piękną miłość Boga, a teraz ten ból to tęsknota. Jest niesamowity ból z powodu utraconych wszystkich okazji, kiedy mogliśmy być na Mszy św., Komunii, modlitwie, kiedy mogliśmy coś dobrego zrobić. Żal utraconych. To jest ból.

        Każdego dnia Matka Boża odwiedza dusze w czyśćcu. Tam nie ma poczucia czasu. Matka Boża je odwiedza i każde odwiedziny Matki Bożej są dla duszy czyśćcowej wielką ulgą. Najwięcej ulgi mają w cierpieniach w święta maryjne. Najwięcej duszy wychodzi z czyśćca do nieba w dzień Bożego Narodzenia. By zbawić, On przychodzi na ziemię, nawet nie w dzień Zmartwychwstania, w dzień Bożego Narodzenia. Taką wiadomość mam. Dzień Wszystkich Świętych jest też wielkim dniem „amnestii”.

        Jest taki moment zakończenia mojego tam pobytu. Cały czas tęsknię, w oddali światło, skrawki życia niebiańskiego, już chciałbym tam wejść. Na koniec ukazuje mi się Pan Jezus w ludzkiej, cielesnej postaci, że widzę Go takim, jakim jest. Jakbym chciał zapytać się Pana Jezusa, no kiedy już tam wejdę? Wiem, że to wszystko jest łaską i ja na to nie zasługuję, ale moje wyznanie wiary, prośba o miłosierdzie, to wszystko ma znaczenie. Jest ta tęsknota, żeby tam wejść, no... Panie, kiedy pójdziemy?

        I wtedy słyszę takie słowa, mówi mi – Posyłam cię z powrotem na ziemię.

        A ja zaczynam się kłócić z Panem Jezusem jak za życia na ziemi. Mówię nie, nie chcę, zostaw mnie tu, tutaj jest mi dobrze, proszę.

        Pan Jezus ma niesamowitą czułość, delikatność, to jest nie do opisania. On mówi – Tak, wiem, że tu chcesz być, bo ja tego też pragnę, żebyś tu był ze mną jak najszybciej. Pragnę, aby każda dusza była ze mną tu szczęśliwa i była ze mną jak najszybciej, ale jeszcze twoja misja na ziemi niewypełniona. Jeszcze musisz wiele cierpieć, wiele modlić się i wiele kochać, aby wiele dusz do mnie jeszcze przyprowadzić. Wróć i mów, co widziałeś. Mów wszystkim, jak bardzo kocham każdą duszę. Mów wszystkim, jak bardzo tęsknię za każdą duszą, aby była szczęśliwa i zatopiona we mnie. Mów wszystkim, że czekam na każdego. Mów wszystkim, że mnie na ziemi możecie spotkać żywego, prawdziwego. Tak jak ty teraz widzisz mnie, tak na ziemi każdy może mnie spotkać w Komunii św. We Mszy św. czekam na was wszystkich. Kiedy kapłan podnosi w konsekracji hostię, nie skłaniajcie głów, nie zamykajcie oczu, patrzcie na mnie, bo ja z tej hostii patrzę na was, patrzę na wasze życie, widzę was, patrzę na was z miłością i z miłością przychodzę do tych, którzy z miłością mnie przyjmują, aby napełnić duszę swoją miłością i mocą do walki ze złem. Mów to.

        I wiele jeszcze słów, ale te były najważniejsze. Teraz końcówka, a zaraz będzie o tym, jak wróciłem do życia, kto mnie uratował, muszę to powiedzieć. Jest taki moment, że po tej rozmowie końcowej z Panem Jezusem, gdzie On mnie odsyła z powrotem, słyszę „Wstań”. Poczułem w tym momencie ziemię, że moje zmysły wróciły, poczucie mojego ciała, że moje stopy stoją na ziemi. A więc czuję, że jestem na dnie wody i zastanawiam się, że jeżeli na dnie oceanu, to jak się teraz dostanę do brzegu? Słyszę „Wyprostuj się”. I się wyprostowałem, a moja głowa wynurzyła się z wody, byłem po szyję w wodzie zanurzony. „Wyjdź z wody” – wyszedłem na brzeg. Wyszedłem dokładnie w tym miejscu, w którym wchodziłem do wody, co jest niemożliwe, bo fizycznie wciąż trwał odpływ. Z tej bańki powietrza wyprostowałem się i wróciłem do życia, bo tak Bóg chciał. Nie miałem ani przez ułamek sekundy uczucia duszenia się, zmęczenia, łapania powietrza, nic. Jakbym się zanurzył i wyszedł. Nic. Wyszedłem. „Usiądź.” Siadłem na piasku, patrzę w stronę wody i się zastanawiam, zmysły wracają, pamięć wraca, co to było? Byłem w wodzie. Błyskawicznie widzę wszystko jakby na obrazie, bo cały czas jest widzenie w dwóch wymiarach. Wymiar taki, że patrzę w niebie, to z jednej strony jakbym uczestniczył, a z drugiej, jakbym to jeszcze obserwował z góry. To jest niesamowite widzieć w dwóch wymiarach wszystko. Widzę teraz z brzegu cały mój proces, jak odpływam, fale, jak zanurzam się. I teraz wychodzę z wody i zastanawiam się, co to było? Czy to jest prawdziwe, czy halucynacja?

        „Spójrz, ktoś idzie do ciebie.” Patrzę, idzie mężczyzna. W średnim wieku, długie włosy, lokowane, jasne, w hawajskiej koszulce, ładne pastelowe kolory, nierozpięty całkiem, spodnie, na boso, książkę niesie. Idzie. Podniósł rękę, pozdrawia, „Witaj”. – Jak się czujesz? – Dobrze. – Na pewno dobrze? – Dobrze – mówię. – Potrzebujesz pomocy? – Nie. On idzie. Spory kawałek, jakieś 30 metrów ode mnie, dobra widoczność, słyszenie. Zbliża się, idzie powoli. – Ale – mówi– przed chwilą byłeś w sytuacji, że potrzebowałeś pomocy.

        Nie wiedziałem, kto to jest, jakiś pracownik, kim jest.

        – Teraz już wiem – mówię – że byłem w tarapatach. – Ale potrzebowałeś pomocy – mówi. – Wszedłeś do wody – wszystko mi opowiada. – Nie wiedziałeś, że jest odpływ.

        Myślę sobie, że jak ty wszystko widziałeś, to dlaczego mnie nie uratowałeś, nie powiedziałeś, nie wchodź, nie ratowałeś, nie organizowałeś pomocy, jak mnie daleko wynosiło? Taka myśl mi przyszła. Pytam – Kim jesteś, że widziałeś i nie ratowałeś? Drugi głos, wewnętrzny, mówi mi – Z aniołem rozmawiasz. Mój anioł przyszedł do ciebie. I on teraz opisuje mi wszystko do momentu, kiedy fala mnie wciągnęła. I mówi – Kilka razy udało ci się wydostać, a za którymś razem nie wyszedłeś i długo cię nie widziałem. Chciałem go zapytać, jak długo, bo tam nie ma poczucia czasu. I od razu usłyszałem słowa, nie od niego, tylko wewnątrz mój głos. – Minęło 20 minut twojego bycia poza ciałem. On mówi – Długo cię nie było, aż zobaczyłem cię na brzegu wynurzającego się spod wody i przyszedłem, aby ci pomóc wrócić do rzeczywistości.

        Doszedł do mnie tak na dwa metry, a ja już nie zadawałem żadnych pytań, a on jak pytał mnie, to nie czekał na odpowiedź. Już wiedziałem, że to anioł, chociaż on mi tego nie powiedział. Nie było żadnych skrzydeł... Kiedy mi wszystko powiedział, na koniec mówi – Na pewno nie potrzebujesz pomocy? – Nie.

        Na koniec jeszcze dopowiedział. – Widziałem, jak pragnąłeś dopłynąć z powrotem do brzegu, ale przy odpływie nie masz szans powrócić, ale ty tego nie wiedziałeś. Żeby się uratować, nie możesz płynąć przy odpływie do brzegu, tylko masz kierować się wzdłuż brzegu. Ty tego nie wiedziałeś. Przy odpływie, widzisz, ta fala nie jest na całym wybrzeżu odpływowa. Ona może mieć sto metrów, może dwieście metrów, może mieć pięćset metrów odpływowa fala. A jak będziesz płynął, przecinając falę, nawet oddalając się od brzegu, płynął w bok, to w którymś momencie fala, nawet odpływowa, doniesie się do fali przypływowej i na grzbiecie fali przypływowej uratujesz się, dopłyniesz do brzegu. Ale ty tego nie wiedziałeś, teraz już wiesz.

        Mówi – Na koniec usłyszałeś słowa, płyń wzdłuż brzegu. – Tak.

        To były ostatnie słowa, kiedy Jezus już mnie posyłał i kiedy na moment przed tym „Wstań”, słyszę głos „Płyń wzdłuż brzegu”. Ale to już jest przekaz mistyczny, co znaczy płyń wzdłuż brzegu, to nie tylko żeby się uratować, to dużo więcej. Dopiero później dostałem wytłumaczenie tych słów.

        Kończy się moje spotkanie z aniołem. On dokończył, co miał powiedzieć, i mówi: – To do zobaczenia, zawsze będę blisko. Kiedy będziesz potrzebował pomocy, wystarczy, że zawołasz, przyjdę z pomocą.

        Nie wiedziałem. Zapamiętałem bardzo dobrze jego wygląd. Zastanawiałem się troszkę nad tym aniołem. Zawsze mnie nurtowała taka myśl, że ta twarz jest mi bardzo dobrze znajoma. Jestem w jednym kościele, patrzę na obraz św. Michała Archanioła. Patrzę, to jest mój anioł. To jest on, ten, który przyszedł na brzeg. I on jest moim Aniołem Stróżem. Ale mówię – Panie, przecież Michał Archanioł to nie jest Anioł Stróż, ma ważniejsze rzeczy do roboty, bo są aniołowie stróże i archaniołowie. – To prawda, że są aniołowie stróżowie, ale niektóre osoby mają archaniołów za swoich aniołów stróżów, ty masz Michała, aby cię strzegł, abyś misję wypełnił.

K O N I E C

Opublikowano w Teksty

nazarukOMIJest taki moment, to pomieszczenie się wydłuża, powiększa. Na końcu tego jakby przedsionka widzę coś w rodzaju katedry. Dochodzą przepiękne światła, kolory i muzyka. Ta katedra wygląda jak gotycka, ale jest ze szkła, kryształu, ze światła, coś nieprzeciętnego. Wiem, że chcę tam wejść, to jest niebo, to jest to, co Pismo Święte opisuje, Nowe Jeruzalem, świątynia w niebie się otworzyła. Widzę świątynię i widzę wejście, i mam pragnienie tam wejść. Ale zanim tam wejdę, choć jest wewnętrzna chęć tam iść, widzę, że są rzeczy, które jeszcze muszę pokonywać, bo tu się coś dzieje.

Coś się dzieje, bo wokół mnie zaczynają gromadzić się ludzie, ubrani w piękne białe szaty, o różnych lekkich kolorach, odcieniach, które też mają symbole, różowy, zielony, niebieski, czysta biel, nie do opisania. Oni stoją w szatach długich, mają ręce złożone i jakby nie patrzą na mnie, chociaż widzę, że jest kontakt. Oni wiedzą, że ja tu jestem, oni mnie widzą, ale jakby nie zwracali na mnie uwagi, że jestem jednym z nich, ale nie jestem najważniejszy. Oni dla jakiejś innej, ważniejszej rzeczy są – tak to odbiera moja dusza. Coś się będzie działo ważnego i oni tutaj są. Pytam się, co się będzie działo, że tu przychodzicie, że tu jesteśmy? Nikt mi nie odpowiada. Znowu próbuję... Ciekawa rzecz, poznaję ludzi wśród nich, to są wszystko zmarli, to są niektórzy z mojej rodziny, znajomi, ludzie, których na ziemi spotkałem, ale w większości to są ludzie mi nieznani. I to nie jest ważne, czy się ich zna, czy nie. Widzę osoby mniej więcej w średnim wieku. Pytam, a oni nie odpowiadają, więc rozumiem, że nie powinienem zadawać pytań, to nie jest czas, bo coś ważnego będzie. Taki odbiór – poczekaj, to zobaczysz.

W tym momencie, kiedy jedno i drugie pytanie zadałem im, to wychodzi mój zmarły ojciec, Piotr Nazaruk, zmarły wiele lat temu. Podchodzi do mnie, staje przy mnie po jednej stronie, po drugiej stronie przy mnie jest słup światła i wiem, że to jest mój Anioł Stróż. Nie jest w kształcie ludzkim, człowieka, tylko to jest światło. Wiem, że to jest anioł. Odbieram to, że to jest mój Anioł Stróż. Nie wiem jeszcze wtedy, jak ma na imię.

Mój ojciec kładzie rękę, jakby mnie obejmował, i mówi, dlaczego pytasz? O nic nie pytaj, przecież już teraz wszystko wiesz. No tak, pomyślałem sobie, wiem przecież. W tym momencie przypomniałem sobie, że jakiś czas wcześniej miałem wizję całego mojego życia, zło i dobro. Moje myśli, słowa, czyny są jak na twardym dysku w komputerze. Jakby Pan Bóg nacisnął gdzieś jakiś guzik i w formie szerokiego ekranu pokazał taki obrazek. Tego się nie opisze, nie mam sposobu, ale tak oczami mojej duszy patrzę i widzę wszystko dobro i zło mojego życia. Całe życie, od urodzenia po ten moment. I doświadczenie zła, jakiego doświadczam, i dobra, jakiego doświadczam.

Kiedy znalazłem się w tym świetle, to od razu przychodzą cytaty z Pisma Świętego na to, co przeżywam. Kiedy światło jest, to od razu słyszę cytat: Jestem światłością świata, kto idzie za mną, nie chodzi w ciemnościach. To światło i miłość to jest Bóg. Wiem, że żyję dzięki temu światłu, że jestem skąpany, tyle mam życia, ile jestem włączony w to światło. Jestem częścią tego światła, stworzeniem Bożym, zaczynam rozumieć, co to znaczy dusza, czym jest dusza, w jaki sposób Bóg moją duszę stworzył, przekazał ciału i dał misję do spełnienia.

Bo takie jest doświadczenie, cokolwiek uczyniliście braciom moim najmniejszym, mnieście uczynili. Wszystko, co robię, jak nie wiem, jak człowieka dzisiaj potraktowałem, to pytam się, jak potraktowałem ludzi, których spotkałem. Cokolwiek uczyniliście ludziom, mnieście uczynili. Jak ja tobie zadam ból słowem czy czynem, to nie wiem, jak cię to boli w duszy twojej. Ty możesz pokazać przez złość, bunt, ale jak cię boli, to tylko ty wiesz. Nie, Jezus wie. W twojej duszy Bóg żyjący zna twój ból, bo to ból Boga w tobie. I teraz, poznając ten czyn mój czy słowa, które powiedziałem w życiu, Bóg mi daje to poznać.

Ten sam Jezus, ten sam Bóg, który jest w duszy twojej, On jest tym samym, który tworzy moją duszę, tak? A więc On mi w tym momencie daje poznać mój ból i znam wartość mojego grzechu, jak to Jezusa bolało. I to jest ból, można powiedzieć, miażdżący, jak tsunami, jakby rozrywający, przerażający ból, grzechy, które nie są odpokutowane, i grzechy niewyspowiadane dobrze. Ciekawa rzecz, takie doświadczenie, że grzech, który został przebaczony i odpokutowany, nie boli, nie czuje się bólu, tylko ma się poznanie, że był, a nie boli, bo został oczyszczony. Nie umiem tego okryć w słowa. Tego bólu, jaki zadałem Bogu przez ludzi, przez moje grzechy, nie byłbym w stanie znieść w tym momencie, gdyby nie skąpanie w świetle i w tej miłości. Ona mnie podtrzymuje.

W tym jednym momencie mam widzenie wszystkich dobrych myśli, słów, czynów i modlitw i cierpienia, które Bogu ofiarowałem, i to przychodzi jako balsam, jako miłość, jako powiew, jako widzenie. To jest nie do opisania. W jednym momencie poznajesz całe swoje życie, kim jesteś w oczach Bożych, ile dobra, ile zła, nic nie ma ukrytego. Więc te słowa mojego ojca, już wszystko wiesz, to on wiedział, że ja już wiem, w jakim stanie stoję przed Bogiem, w którym jestem zanurzony.

W tym momencie, po tych słowach już wszystko wiesz, słyszę słowa Pana Jezusa – Jego nie widzę, ale wiem, że to Jezus mówi – otaczają cię ci, którym pomogłem się zbawić, przyszli na spotkanie z tobą, aby razem z tobą uwielbiać Boga, przed którym stoisz. Otaczają cię ci, którym pomogłeś się zbawić modlitwą, cierpieniem, miłością. To Bóg zbawia, a my tu jesteśmy na ziemi i mamy zadanie nie tylko siebie zbawić, ale wyborami dobrego życia, świadectwa bycia znakiem Boga, innym pomóc Boga poznać, pokochać, zbawić. Wszystkich, którym pomogliśmy się zbawić modlitwą, cierpieniem czy w jakikolwiek sposób, spotkamy. Tak mam to przekazane. Ci, którzy umrą przed nami, wyjdą nam na spotkanie w momencie naszej śmierci. Oni się też modlą stale za nas. Czy oni są w czyśćcu, czy są w niebie, stale się modlą za nas, bo to że się znaleźli w czyśćcu, a nie w piekle, może też nam zawdzięczają. To, że ich czyściec jest krótszy czy ich cierpienia są złagodzone dzięki naszej modlitwie, ofiarom, jakie ofiarujemy, mszy, Komunii Świętej, dobrych uczynków. I oni odwdzięczają się, są bardzo wdzięczni. Kiedy znajdą się w niebie, modlą się nieustannie za nas, aby moment śmierci naszej był właśnie takim wejściem w to światło i doświadczeniem prawdziwej miłości, jaką jest Bóg.

Pada pytanie z sali o śmierć kliniczną. Niektórzy wracają ze śmierci klinicznej bez żadnych wizji. Niektórzy mają wizję zła, zależy. Pamiętamy tyle, ile Bóg chce, żebyśmy zapamiętali. Tyle wiemy, zapamiętamy, ile potrzeba albo ile możemy, i powinniśmy innym przekazać. Nie obudzisz się ze śmierci klinicznej, dlatego że ty chcesz, tylko dlatego, że Bóg chce. Bóg rządzi twoim światem, nie będziesz żył ani jednej sekundy dłużej na ziemi niż Bóg to zaplanował. I jeżeli jest doświadczenie śmierci klinicznej, to jest w planach Bożych. Co zobaczysz, jakie wizje, to nie dusza decyduje. Ja mówię o niektórych moich wizjach, bo wszystkiego nie jestem w stanie powiedzieć.

Po tej wizji zmarłych jest jedna z rzeczy... powiedziałem o doświadczeniu sądu, takiego chwilowego w tym danym momencie, jak to wygląda. I cały czas powraca do mnie muzyka dochodząca, przepiękne widoki z nieba, które jakby przez ten kryształ, przez to światło, do mnie dochodzą, co Bóg pozwolił mi zapamiętać.

Dalej, jest taki moment, że stoję nad morzem, nad brzegiem morza, jest przepiękny zachód słońca i piękna potężna tarcza i słyszę, jakby miało być 20 minut przed zachodem słońca. Czyściutkie niebo, kolory nie z tej ziemi. Patrzę na to słońce, ono mnie wcale nie razi. Otoczony jestem duszami zmarłych, to są już zbawieni, a nie czyśćcowe dusze, tylko dusze, które są już w niebie, dlatego zrozumiałem, że mój ojciec jest też w niebie. Miałem też troszkę wizji czyśćca, na czym to polega, ale to pominiemy.

Jest taki moment, że kiedy patrzę na niebo i światło, nagle na tym niebie, na słońcu, pokazuje się chmurka, która się powiększa, ona jest biała, rośnie, rośnie i przemienia się w czarną chmurę, jak tornado przerażające. Tutaj w Polsce nie ma takich tornad jak amerykańskie, ale zaczynają troszeczkę się pojawiać. I ta chmura pędzi w moją stronę. Czuję, że mam tylko patrzeć. Nie ma we mnie żadnego strachu, lęku, bo jestem otoczony. Teraz czuję, jakbym był sam, ale otoczony światłem, które się zawęziło do mnie, że znajduję się, nie powiem że w klatce, ale w pomieszczeniu nie do pokonania.

Ta chmura formuje się w przerażającą wizję bestii, szatana. To jest ludzko-zwierzęce, przerażające. Znowu nie jest ważne, jak to wygląda. Widziałem różne obrazy malarzy mistyków demona, ale nie widziałem tak przerażającego. Ale nie jest ważne, jak to wygląda, tylko tak jak nie do opisania słowami jest światło i miłość, którą się czuje w tym otoczeniu, tak nie do opisania jest nienawiść, jaka promieniuje od tego ryczącego przekleństwa, przerażające, straszne, tej bestii, szatana, który wyje i zbliża się. Ten anioł stojący przy mnie jakby mówi – tylko patrz. I stoję, nie mam zupełnie strachu, wiem, że on mi nic nie zrobi, ale to jest doświadczenie nienawiści szatana. I wiem, że on nienawidzi i rzuca na mnie przekleństwa, i mówi, że zrobi wszystko, żebym został wyrwany z tego światła do piekła. On mnie tak nienawidzi, że zrobiłby wszystko, żeby mnie wyrwać do piekła. Wiem, że to z dwóch powodów. Raz, że to jest kapłaństwo, a drugie, chce się zemścić za te duszy, które mnie otaczały, a które pomogłem Bogu zbawić. To jest to. Taki mam odbiór. To jest główny powód jego nienawiści.

Jak bardzo szatan nienawidzi kapłanów i nienawidzi, kiedy się modlimy i nasze cierpienia ofiarowujemy za nawrócenie grzeszników, o zbawienie ludzi, bo jest to wyrywanie dusz od szatana i dawanie Bogu. Każda modlitwa za grzeszników, każde cierpienie, każda Komunia to jest zbawcze, kiedy czynione jest ze względu na miłość Bożą. I za to nas szatan nienawidzi i prześladuje i robi wszystko, żeby zniechęcić do modlitwy, oderwać od Boga, byśmy się nie spowiadali, nie chodzili do kościoła, dobrze nie czynili, zanurzyli się w egoizmie, zajęli sobą, żeby nam było ciepełko. I kiedy ta bestia niejako chciała się wbić w tę ścianę światła, którym byłem otoczony, jest taki moment, że słyszę – mów modlitwę. Od razu wiem, jaką modlitwą mam mówić. Na te słowa „mów modlitwę” od razu, w tym momencie największego odczucia nienawiści, mówię „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla mnie”. To jest Koronka do Miłosierdzia, tylko że ja tam już jestem, moja dusza z Bogiem, ja już nie jestem pomiędzy ludźmi, więc w tym wypadku mam słowa „dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla mnie”. I te słowa mówi ze mną mój Anioł Stróż stojący koło mnie. Od razu to mówię, nie zastanawiam się co, bo jest mi to dane. W tym momencie, kiedy powiedziałem te słowa, ta bestia szatan zaryczała, jakby cały świat się rozrywał. To było przeraźliwe wycie, jakby bomba atomowa rozrywała świat, przekleństwa. On się zawinął w taką jakby chmurę, zakołował jak tornado, zawirował, i tak szybko, jak przyszedł, tak wrócił do tej kropki chmurki nad słońcem i zniknął.

Tu mam słowa – Dałem ci poznać moc mojego miłosierdzia. Jedno wezwanie duszy, kiedy dusza wzywa mojego miłosierdzia, szatan staje się bezsilny, taka jest moc mojego miłosierdzia. To zostało wam przekazane w Koronce do Miłosierdzia. Dałem ci poznać Moc. Jedno wezwanie wystarczy, aby szatan odstąpił.

Pytanie z sali o czyściec.

O czyśćcu? Czyściec jest samotnością, jest ciemnością, zależy w jakim stanie grzechów ludzie są; jest wielkim cierpieniem. Niektóre pokłady czyśćca nic się nie różnią od piekła w tym znaczeniu, że z czyśćca jest nadzieja wyjścia. Na końcu czasów, na Sądzie Ostatecznym dusza wyjdzie z czyśćca i będzie zbawiona w niebie, a z piekła już nie ma nadziei wyjścia. Piekło jest wieczne, tak jak niebo. Niektórzy zostali uratowani, weszli do czyśćca dzięki jakiemuś dobremu uczynkowi, jakiejś modlitwie – chrzest, Komunia św. wyciska takie piętno na duszy. Do piekła idzie ten, kto się zaprze w chwili śmierci, odrzuci moc Bożą, bo Bóg do końca, do ostatniego momentu daje propozycje, choćby nie wiem jaki grzesznik był, jakie straszne grzechy były popełnione, może się zbawić. Idzie na potępienie ten, kto odrzuci w tym momencie całkowicie Boga. Dużo by mówić. Miałem możliwość rozmawiania, przekazu, czym jest czyściec i jak cierpią w czyśćcu dwie osoby z mojej rodziny, jakich cierpień doświadczają.

Opublikowano w Teksty

nazarukOMII teraz jestem nad Jeziorem Świętej Anny. Tam są długie zimy i w styczniu jest wręcz nakazane, aby przerwać pracę, i my co roku po Bożym Narodzeniu, kiedy najtańsze są wczasy w wakacje, 10 dni, wyjeżdżamy przeważnie do Meksyku, bo tam mamy oblatów, ale wtedy bilety są najtańsze i te ośrodki, żeby funkcjonować, dają zniżki maksymalne.

I jest taki moment, że z kolegą, drugim kapłanem, który pracuje z oblatami, z Polonią, jedziemy do Meksyku. W tym kurorcie, gdzie jesteśmy, jest dużo, 1800 ludzi w hotelu. Taka rzecz, jest przypływ morza, trudno się kąpać, bo fala wyrzuca. I tak dwa dni jesteśmy, a nie mogę się pokąpać, bo woda wyrzuca. Jest zabawa niezła, ale są silne fale. Trzeci dzień. Lubię wstawać rano, wstałem pół do szóstej. To jest mój normalny czas wstawania codziennie, teraz około szóstej wstaję, bo nie ma potrzeby wstawania tak wcześnie. I mówię do kolegi, obudził się, jest za dziesięć szósta: Wiesz, idę się przejść. – Pójdziesz może nad wodę? Takie zwyczaje tam też są, że tylu ludzi, to zająć sobie jakieś miejsce, ręczniczek położyć, wezmą, to wezmą, ale zająć sobie miejsce. – Będziesz się kąpał? – pyta. – Nie, brewiarz odmówię, pomodlę się, różaniec odmówię i wrócę, o 7 mamy śniadanie.

Zamknąłem drzwi. Nie wiem dlaczego, jakby nie ja, otwieram drzwi jeszcze raz i mówię – No to cześć Sławek, może się już nie zobaczymy więcej. – Nie wygłupiaj się, co to?! Tak powiedziałem, zamknąłem drzwi i poszedłem. Chodzę, dwóch Ukraińców poznałem już, żeśmy się zaprzyjaźnili, pogadaliśmy parę chwil. Pytają się, gdzie idziesz? – A, pochodzę sobie trochę. Oni nie wiedzieli, że jestem księdzem. Pogadaliśmy chwilę, oni wracali do hotelu, do żon, a ja idę. Kawałek uszedłem, odwracam się i mówię – No to cześć, bo się może więcej nie zobaczymy.

Nie wiem do dzisiaj, dlaczego tak, jakby ktoś przeze mnie mówił. Nie zamierzałem wchodzić do wody, absolutnie. Miałem różaniec odmówić. Przeszedłem się kawałek, myślę, wracam do hotelu. Ale jak już miałem wracać, to spojrzałem na wodę, taka fajna, nie ma fali, gładziusieńko przy brzegu, to zobaczę. Bez zamiaru pływania wszedłem kawałeczek, dalej, dalej, fajnie, woda unosi, no to sobie popływam. To wzdłuż troszeczkę popływałem, i sobie myślę, to się położę na plecach, tak poleżę. I tak z parę minut sobie leżę na plecach. Super, woda unosi, unosi... Podniosłem głowę, patrzę, kawałek odpłynąłem od brzegu. Ale to płytko, to zawrócę. To się odwróciłem już z pleców, jeszcze troszeczkę kraulem, wzdłuż. Nic nie czuję, nic nie wiem. Rozejrzałem się, zanurkowałem, no to do brzegu. Ale jakoś tak dziwnie widziałem, że się od tego brzegu oddalam, ale jeszcze mi to nic nie mówiło. Odwróciłem się i płynę teraz do brzegu. Płynę, ale brzeg mi się oddala. O, to trzeba szybciej, bo coś jest! Kurczę, odpływam od brzegu jak na motorówce, to tak szybko idzie. I wtedy dociera do mnie myśl, że jest odpływ. Był odpływ, tylko nie widziałem czerwonych flag, żeby nie wchodzić, bo jest odpływ. Przy brzegu było ładnie, bo jak woda odchodzi, to jest wygładzone.

I odpływam dalej, i dalej, i dalej. Próbuję na różne sposoby – nic. Nie chcę przesadzać, ile to metrów było, ale bardzo już było daleko. I taka myśl mi przyszła. Ciekawa rzecz, że nie żebym był jakimś herosem czy dobrym pływakiem, ale ani przez chwilę nie było we mnie strachu, że się utopię, że się coś złego stanie. Jakiś był taki wewnętrzny pokój, ja po prostu mam zachować siły, oddychać. I takie przekonanie, że jakoś to będzie. Nie takie polskie przekonanie, że jakoś to będzie, tylko że przecież to nie jest, nie będzie moja śmierć. Ktoś mnie zobaczy czy coś... Jestem wewnętrznie, jakby ktoś mi mówił, nie bój się. To jest niewytłumaczalne, bo powinienem się przestraszyć. Nic. To coś w rodzaju takiego wewnętrznego nie bój się. Ale kiedy mnie woda wyniosła już tak daleko, że przychodzą fale, które zawijają się w coraz większe, a potem takie duże, i płynę i coraz większa, otwarta przestrzeń oceanu, to już nie są żarty. To jest kilkaset metrów od brzegu, brzeg daleko. I teraz jest uderzenie fali, fala cię obraca, nie masz powietrza, i wciąga cię pod wodę, bo jest nurt i odpływ ciągnie cię w dół. Jak wychodzę, otwieram oczy. Tak cię zakręci, że nie wiesz, gdzie jest co, i patrzysz, gdzie jest światło. Tam jest powietrze. Więc szybko się wydrapuję, złapać powietrze, uratować się, bo powietrze to jest życie. Raz, drugi, trzeci. Za każdym razem głębiej, trzy razy głębiej, żeby dostać się do powietrza.

I wtedy dochodzi do mnie świadomość, jak mnie wciągnie i nie wrócę, bo na razie jest walka o przetrwanie, do światła. Nie ma myślenia o śmierci. Ale jest jedno z kolejnych uderzeń fali, złapałem powietrza i trzymam jak najdłużej, bo tyle masz życia, ile powietrza. Takie prawo, koniec, skończy się tlen i jest koniec. Już raz się w rzece Bug topiłem, to wiem, jak to wygląda. I jest uderzenie, wciąga mnie i jest ciemność, totalna ciemność, gdzie nie wiesz, gdzie jest która przestrzeń, bo to jest nurt, i nie wiesz, w którym kierunku woda cię wciąga w dół, nie wiesz, jak się ratować, a nie ma powietrza, kończy się.

To jest kilka – kilkanaście sekund. I wtedy się zorientowałem, że za chwilę nastąpi moja śmierć. Skończy się tlen, bo ile wytrzymasz pod wodą, jak nie wiesz, w którym kierunku jest słońce, światło i ratunek? Walczę, ale nie wiem, czy w dobrym kierunku, bo żadne światło słońca już nie przenika tej głębiny, więc to musi być głęboko. Czy to jest taka wizja dla mojego ciała? Bóg tak przygotuje oczywiście.

I jest moment, że już mi się zaciskają płuca, i wiem, że to jest śmierć za chwilę. Nie ma ratunku, nikt mnie nie uratuje, prawo natury, koniec. Amen. Finito. I nie ma w tym momencie myślenia o czymkolwiek, czy mnie znajdą, czy rekiny mnie zjedzą, czy będę miał pogrzeb, co zostawiłem, nic. Jest tylko jedna myśl, jest śmierć, więc zaraz stanę przed Bogiem. Już doświadczenie Boga miałem jakieś, Jezusa miałem jakieś, w tamtej wizji. Więc koniec. Tylko powiedziałem w myśli, Boże, idę do Ciebie. Tak to dokładnie brzmiało, Boże, idę do Ciebie, bądź miłosierny, przyjmij moją duszę. I w tym momencie, kiedy kończy się tlen, ale jeszcze jakiś tlen jest, jeszcze jest ten ostatni oddech, i bez żadnego bólu w tym momencie – oczywiście jest to ucisk kończącego się tlenu, żeby złapać, jak otworzę usta, wciągnę wodę i jest śmierć, nawet nie wyjdę do góry, nurt, który wciąga mnie do dna, wciągnie i gdzieś może kiedyś jakieś kosteczki będą...

W tym momencie, kiedy powiedziałem, Boże, Ojcze, idę do Ciebie, bądź miłosierny, przyjmij moją duszę, w tym momencie światło, takie samo światło jak to Pana Jezusa w sali, to światło Bożej obecności – nie ma żadnych tunelów – tylko widzę, jak ode mnie moje ciało się oddala. Jestem zupełnie świadomy, ostrość widzenia, świadomość zmysłów, nigdy lepiej się nie czułem. Jest takie zdziwienie, ojejku, ale śmierć fajnie wygląda. Taka myśl mojej duszy była, mojego ja, bo cały czas byłem świadomy, że to się kończy życie i za chwilę stanę przed Bogiem, moja dusza odłączy się. A więc to tak jest! Takie myślenie moje było. Patrzę, a moje ciało odpływa ode mnie. Patrzę, słyszę głos – mówię, jak to przeżywałem – nie przejmuj się ciałem, ono jest ci niepotrzebne.

Wiecie, jaką widziałem wizję tego ciała? To żeby zrozumieć potem powrót do mojego życia. Moje ciało zobaczyłem zwinięte jak dziecko w łonie matki. To był płód zwinięty. Moje ciało było zwinięte, Pan Bóg utworzył dla mnie bańkę powietrza, butlę gazową mi dał, tak jak bombka szklana przezroczysta – tak to widziałem. Jak płód, dziecko u matki, taki zwinięty jestem, i widzę to ciało w takiej bombce. I dwa snopy światła, i wiem, że to są aniołowie. Zupełnie inne światło niż to, w którym jestem skąpany. Widzę to ciało, tę bombkę powietrzną i te dwa anioły – tylko nie w kształcie ludzi żadnych, tylko dwa snopy światła niosące to ciało gdzieś. Słyszę, nie zajmuj się tym, to nie jest ci potrzebne teraz. W tych odmętach ciemności to przepiękny widok jest.

W tym momencie odwracam uwagę od ciała, bo widzę światło. Moja dusza mówi, jakie to jest piękne po śmierci! Mam świadomość, śmierć, idę, patrzę, znajduję się najpierw w pomieszczeniu, najpierw prostokątnym, ale potem ono się powiększa. Nie ma sufitu, tylko jakaś przestrzeń, jakbym na niebo przepiękne patrzył. A tutaj ściany, ale ściany ze światła, i jestem skąpany w tym świetle. Ale to światło ma pewne granice, to umownie nazywamy pokój, w którym jestem. To jest coś w rodzaju przedsionka i do tego przedsionka, do tego pokoju, do tego pomieszczenia światła, w którym jestem, mam zupełnie świadomość siebie jako żywej osoby, z rękami, z nogami. W tym momencie nie sprawdzam, nie szczypię się, czy to jest ciało, nie, tylko tak przyjmuję, tak to jest. Tak to jest po śmierci, coś wspaniałego. Uczucie to jest nie do opisania. Nie ma słów na większość rzeczy, które tu opowiadam bardzo skrótowo, nie ma słów, bo nie mamy odniesień. Nie opiszę światła, którego nie ma tu, na ziemi. Można powiedzieć białe światło, ciepło. To światło się zapamiętuje nie tylko dlatego, że kolor czy jak to wyglądało, tylko to światło jest miłością. Z tego światła jestem skąpany w miłości, skąpany w świetle, które jest miłością. Mam świadomość i jestem ciekawy. Ciekawość mojej duszy, zaraz zobaczę Matkę Bożą, Pana Jezusa, świętych, zmarłych różnych. Jak to będzie! Kurczę, sąd. Sąd był...

Jak to mówię, to muszę na nowo przez to przechodzić. Nie wszystko mogę mówić, bo są rzeczy, których nie mogę mówić, a są rzeczy, dla których muszę znaleźć słowa. Chociaż któryś już raz to opowiadam, to jest wysiłek dla mnie, żeby to pozbierać, i co powiedzieć do was w tym momencie.

Opublikowano w Teksty

nazarukOMIAle po dwóch latach miałem wypadek samochodowy i uszkodzony kręgosłup, trzy kręgi strzaskane, dwa mocno. To powinien był być wypadek śmiertelny, ale Pan Bóg to zrobił inaczej, że – tak w skrócie powiem – to było moje pierwsze doświadczenie poza ciałem. Jest taki moment, że jestem położony w szpitalu na stole. Tego dnia miałem zrobić 1000 kilometrów i potem jeszcze prawie 600. Po drodze miałem dać ślub rodzinie indiańskiej. Ujechałem 100 kilometrów i zatrzymało się moje życie, straciłem przytomność i zjechałem na drogę, uderzyłem w drzewo, koziołkowałem w nasyp, przełamał się samochód, spadłem do rowu. Gdyby nie to, toby mnie jeszcze wielki tir amerykański przejechał. Jeden ze znaków przepięknej obecności Boga.

Jest taki moment – leżę w szpitalu, lekarze ratują moje życie. Widzę, co robią, co mówią, a ja jestem pod sufitem i patrzę, i widzę wszystko. W pewnym momencie lekarz ogłasza moją śmierć, „We lost him”. Koniec życia. Przykrywają mnie szmatą, a ja wiem, że nie jest to koniec. Ja jestem taki radosny, tam z góry patrzę i idzie niesamowite wrażenie, ja wiem, że to nie jest koniec. Nie wiem dlaczego. Oni wychodzą z sali – taką mam wizję – a ja przepięknie zjeżdżam z góry, jak na saneczkach, do mojego ciała powracam.

Może to dziwnie brzmi, mówię symbolami, ale tak to było mniej więcej. I chociaż jestem przykryty szmatą, to widzę, co się dzieje, i słyszę, co się dzieje. Po chwili, jak już jestem w ciele z powrotem, mój duch wrócił do ciała, to słyszę kroki. Drzwi się otwierają, bo wiem, że mnie łapiduchy do kostnicy wywieźć mają i będzie koniec. Ja już mam pomysł w ciele, taki mam pomysł, że jak oni mnie będą wieźli, ja się poruszę i dam znać, że ja przecież żyję, no przecież mnie zakopią, a ja jestem w ciele, ja żyję. Takie jest myślenie mojej duszy.

I teraz otwierają się drzwi, moja głowa jest tu, nogi są tutaj, tam są drzwi. Wszystko to w tej chwili widzę. Jak to opowiadam, to wędruję niejako na nowo. Napełnia się sala światłem, tylko że to nie jest elektryczne światło. To jest światło Boże, światło obecności Jezusa Chrystusa, Pan Jezus w tej sali. Ja Go widzę, chociaż jestem przykryty, widzę Go przez tę szmatę. Wchodzi, obchodzi i staje przy mnie. Patrzę na Niego, widzę Go całego, wiem, że to jest Pan Jezus, ale nie mogę nawiązać kontaktu z Nim, nie można mu patrzeć w twarz, w oczy. Tu się rozpływa, ja tylko widzę do brodu, reszta jest dla mnie niewidoczna czy... Trudno powiedzieć, to jest coś takiego, że nie widzę Jego twarzy i wiem, że to nie jest czas, żeby patrzeć na Niego twarzą w twarz. Ale On wyciąga rękę i mówi „Nie bój się. Będziesz żył”. I kończy się ta wizja.

Co to było? W tym momencie, kiedy ten wypadek był, kiedy z połamanym kręgosłupem odzyskuję przytomność, wracam, Pan Bóg mi tutaj pokazał... Budzę się w samochodzie, patrzę, jestem w rowie, przełamany samochód, silnik chodzi, więc szybko wyłączam, żeby nie wybuchnął; silnik chodzi, ale pourywało wszystko. Nie czuję żadnego bólu, próbuję wyjść, przez drzwi jakoś wyciskam się. Na skarpie stoi z wielkiego tira Amerykanin jakiś i mówi, o, to żyjesz, myślałem, że zginąłeś, bo to źle wyglądało. W tym momencie, gdy ten odzywa się, a ja próbuję wyjść z samochodu, nie czuję, że mam połamany kręgosłup.

Z tej drogi, przez którą przeleciałem z samochodem, wyjeżdża policjant. To nie jest czas komórek, to jest 93 rok. Policjant akurat, dwie minuty po moim obudzeniu się. Więc ja wyszedłem z samochodu, a ten jeszcze na highwayu stoi i mówi, nie ruszaj się, może coś ci się stało. Nie, nic mi się nie stało. Ale jakiś głos mi mówi, nie ruszaj się, oprzyj się o drzewo. Oparłem się o drzewo, sprawdziłem dokumenty, wszystko jest. Poruszałem się – nic, patrzę, ręce całe. Już kiedyś miałem w życiu połamane obie ręce, obie nogi, wiem, różne historie, tak że wiem, jak wygląda połamanie, ale wiem też, że jest szok i można nie czuć bólu. Ale wziąłem moją saszetkę z dokumentami, wylazłem, wchodzę, policjant pyta się, co się stało, kierowca mówi ja widziałem, ja wszystko powiem. Policjant pyta, nic ci nie jest? Mówi, wiesz co, masz szczęście. Ja – wiem, że mam szczęście, że przeżyłem. Ten mówi, że za chwilę będzie ambulans albo nawet dwa przejeżdżały przez to miejsce. Do jednej miejscowości 100 kilometrów, do drugiej miejscowości 120 kilometrów. W momencie, kiedy ja mam wypadek, dwa ambulansy przejeżdżają. Kto tym reżyseruje? Policjant mówi, jeden może już przejechał, ale drugi na pewno nie. Pyta się, kogo mam zawiadomić, dałem telefon do oblatów zawiadomić, że tu jest samochód do odebrania i biorą mnie. W tym momencie, kiedy on wykręcił numer do oblatów, zatrzymuje się, bo już dostał wiadomość, jeden ambulans. Jeden wiózł kobietę rodzącą, a drugi kogoś miał przewieźć, to tamten załatwi. Oni wpadają, pytają się policjanta, bo już jeden pielęgniarz poszedł do samochodu i nie widzą kierowcy, drugi pyta się, gdzie jest kierowca? Mówię, to ja jestem kierowca. Ty jesteś kierowca? I ty żyjesz? Jak tu się znalazłeś? Mówię, żyję. Jakim cudem? Nie wolno ci się ruszać! Mówię, nic mi nie jest. To ty tak myślisz. Nie ruszać się. Od razu usztywnienie. Wszystko było zrobione, 3 – 4 minuty od wypadku jestem już w ambulansie, lekarze mnie unieruchamiają, cały czas sprawdzanie, czy mam czucie w nogach, jak się nazywam. Wiozą do szpitala ponad 100 kilometrów, zawożą mnie do szpitala, kładą na stole, żeby prześwietlać, przychodzą pielęgniarki, przychodzi lekarz – ja patrzę, to jest ten szpital, te pielęgniarki i ten lekarz, który miałem, tę wizję, gdzie powiedzieli, że umarłem, a ja jestem podczepiony, a Jezus przychodzi i mówi, nie bój się, będziesz żyć. To mi w tym momencie wszystko przypomniało mi się, bo miałem wizję taką w czasie tej mojej nieprzytomności, gdy straciłem przytomność za kierownicą.

No więc zobaczymy, co będzie. Robią prześwietlenie, szybko, żeby zobaczyć, co się stało. Kiedy mi zaczęli zakładać po wypadku te wszystkie gorsety, to w tym momencie dopiero poczułem drętwienie w plecach, nie ból jeszcze, ale jakby plecy robiły mi się drewnem. Zrobili mi zdjęcia, lekarz przychodzi i jest niesamowite wrażenie, bo lekarz wchodzi przez drzwi, tak jak światło Pana Jezusa, na biało ubrany z kliszami w ręku, podchodzi, powiesił, popatrzył na te zdjęcia jeszcze raz, zostawił na okienku i podchodzi w to miejsce, gdzie był Pan Jezus. Mówi, nie przejmuj się, będzie dobrze, będziesz żył. Bóg prowadzi wszystko, będziesz żył. Trzy kręgi były uszkodzone, dwa strzaskane mocno, każdy ruch groził mi uszkodzeniem, mógł być paraliż, ale ja tego nie wiedziałem. Później od Pana Jezusa usłyszałem, że to był śmiertelny wypadek, że z tego wypadku nie miałem wyjść.

Aha, jest taki moment teraz. Mogę być w gipsie albo bez gipsu. Podpisuję, że bez gipsu. To jest bardziej bolesne, ale szybciej to ustawia się. To jest niesamowite, w nocy nie można spać, bóle, każdy ruch powoduje ból. Nie minął tydzień, kilka dni w nocy próbowałem nie brać żadnej morfiny ani środków przeciwbólowych, spać, ale nie zawsze dawałem radę. Pewnej nocy, jak wcześniej się wyspałem, godzina pierwsza w nocy, jakoś tak się dziwnie czuję, i przyszedł mi pomysł. Ciekawe, jaka moja jest odporność na ból. Jestem podłączony w razie czego, jest cisza, jestem w pokoju z pacjentem, okazało się, że też Polak, spod Monte Cassino, przepiękna historia tego człowieka, i jakby ktoś mi kazał wyjść z tego łóżka. To trwało, nie wiem, z godzinę, ale po milimetrze zacząłem przesuwać nogę. Ból, to ból, ale taki, że mogłem go znosić. W każdej chwili mogłem nacisnąć na klawisz pielęgniarki i jest. Cisza, słyszę, tam gdzieś daleko pielęgniarki sobie szepczą na korytarzu, a ja tak po milimetrze, po centymetrze przesunąłem się. Lekarz mi powiedział na początku, 4 miesiące do 6 miesięcy będę w szpitalu, i potem będziemy się uczyć chodzić. Zobaczymy, powinieneś chodzić, ale jak będzie, zobaczymy. Taka perspektywa.

To jest niecały tydzień, wyszedłem z łóżka, stanąłem na nogi, powoli, po centymetrze doszedłem do drzwi, potem po poręczy poszedłem w stronę pielęgniarek. Bezszelestnie, stoję i tak patrzę. One zobaczyły mnie, myślały, że duch. Aż krzyknęły, jakim cudem, ja nie mam prawa, powinienem w łóżku być i spać. To niemożliwe, żeby wyjść z takim czymś z łóżka. Od razu wózek, dały mi coś nasennego. Na drugi dzień lekarz przychodzi, obchód, w ogóle ze mną nie rozmawia, rozmawia tylko z pielęgniarkami. Mówi, proszę go wziąć na prześwietlenie, rentgen mu zrobić. Przedtem, jak tylko wszedł, powiedział, słyszałem, że tu jakieś spacery nocne były. Wiedziałem od pielęgniarek, że lekarz nie będzie zadowolony, więc tak cicho, grzeczniutko siedzę.

Zawieźli mnie, zrobili prześwietlenie, to miało być błyskawicznie, więc było szybko. Czekam, czekam. Ten lekarz to srogi taki, wcześniej już widziałem go. Wchodzi do sali z tymi kliszami i tak od drzwi – słuchaj, ja już ciebie nie leczę. Ja już nie jestem twoim lekarzem, słyszysz? – Słyszę. – Masz innego lekarza – pokazał do góry, tamten cię leczy wiesz? Znasz Go? – Znam. – Ja nie wiem – mówi – co się dzieje w twoim ciele, jak tamten lekarz cię leczy, ale ja cię nie leczę, to On ciebie leczy. Ja mam tylko pilnować, żebyś sobie krzywdy nie zrobił. Ja nie wiem, co się dzieje z tobą, ale możesz od dzisiaj chodzić, kiedy chcesz, ale nie sam jeszcze.

Zawołaj pielęgniarkę. O to nam chodzi. To miało być za 4 miesiące. Masz lekarza – pokazał do góry.

Potem, już po powrocie do Polski, Pan Jezus przez osobę, którą sobie wybrał, przekazał mi, że wypadek, który miał się zakończyć moją śmiercią, nie skończył się śmiercią, ponieważ Matka Boża Kodeńska wyprosiła dar życia, abyś żył, i szybki powrót do zdrowia Jej zawdzięczasz.

Wiem, że tak jest. Było więcej, ale bym do północy opowiadać nie skończył. Opowiem w skrócie historię drugiego mojego spotkania z Panem Jezusem. To było pierwsze większe, gdzie Go widziałem, ale nie z twarzy, bo to była wizja. Dostałem potem potwierdzenie, że to nie były halucynacje, ale tego już nie opowiadam.

Skrót teraz. Musiałem się z Dalekiej Północy wycofać ze względu na stan zdrowia. Mimo że wyzdrowiałem, ale nie byłem w stanie pracować, bo były problemy, drętwiały mi nogi, różne historie, do dzisiaj to mam. Wiem, że długie kazanie mówię, bo po 15 – 20 minutach zaczyna mi drętwieć noga, to mam już sygnał od Pana Jezusa, że kazanie trzeba kończyć. Proste, nie? Jak siedzę, jak widzicie, to nie dostaję takich sygnałów (śmiech). Widocznie jeszcze mogę mówić.

To, co wam opowiadam, ma być spisane. Tamta historia, w większym poszerzeniu, to co więcej się działo i co usłyszałem. Teraz jest taka historia. Wycofałem się z Dalekiej Północy, potem pracowałem jeszcze w dużej parafii francusko-angielskojęczynej, gdzie było sporo Indian, Indianami się zajmowałem, to było w St. Albert, gdzie przy kościele jest ten cmentarz około 300 oblatów, w tym brat Kowalczyk, mój wspaniały przyjaciel. Po trzech latach zostałem wysłany do pracy wśród Indian Kri nad małym Jeziorem Niewolników, tam półtora roku byłem. Mieli mi odciąć drugą nogę, nieuszkodzoną, ale znowu zadziałały układy z wyższą sferą. Chociaż lekarz powiedział, że maksymalnie 5 lat po artroskopijnych oczyszczeniach, bo miałem zerwane więzadła, one dzisiaj nie funkcjonują, nie powinienem chodzić, a chodzę. Jest taka zasada trzmiela. Znacie zasadę trzmiela? To nie jest ewangeliczne. Jest trzmiel, fajne stworzenie, i naukowcy obliczyli, że on nie ma prawa latać, bo za gruby, za ciężki proporcjonalnie do malutkich skrzydełek, cieniutkich. Te skrzydełka, naukowo obliczając, nie mają prawa go podnieść, żeby fruwał, ale trzmiel nie wie o tym i lata.

Ja na zasadzie trzmiela dużo kilometrów w życiu przeleciałem i tak latam jeszcze, na zasadzie tego, że lekarze mówili, my się dogadujemy z Panem Jezusem na swój sposób, na różne sposoby. Stąd nogą też tak było. Lekarz powiedział maksymalnie 5 lat, utną mi i musi być proteza itd. Już jest 20 lat i chodzę, na zasadzie trzmiela. To się nie trzyma kupy, na nartach w Calgary na stokach olimpijskich zjeżdżałem z takim kolanem, tylko taką objemkę sobie zakładałem i zjeżdżałem.

Raz mało się śmiercią nie skończyło, ale to jeszcze nie był czas. Czas naszej śmierci jest wyznaczony – tak mi to przekazane było w mojej wędrówce po tamtej stronie. Czas naszej śmierci jest wyznaczony w momencie narodzin. Bóg już wyznaczył czas, ile będziemy żyć, i misję, jaką mamy spełnić. Czy ją spełnimy, to od nas zależy, bo jesteśmy wolni. Okoliczności śmierci się zmieniają, do ostatniej chwili, ale data śmierci jest wyznaczona. Może być zmieniona, z różnych powodów.

Jak ktoś popełnia samobójstwo, to jest przekroczenie, ale człowiek jest wolny. Taką wstawkę dołożę, bo w pewnym momencie będzie o tym mowa.

Po roku – półtora u Kri, gdzie też były niesamowite historie też, na jedną książkę można materiału znaleźć – przyjeżdżam nad Jezioro Świętej Anny i przez trzy lata jestem proboszczem Misji św. Anny, to jest najstarsza misja Kościoła katolickiego w zachodniej Kanadzie, 1842 rok. W 41 wylądowali oblaci, a tam pierwszy misjonarz katolicki, nie oblat, przychodzi nad Jezioro Świętej Anny, Kri nazywają go Jeziorem Dobrego Ducha. To jest główne miejsce pielgrzymkowe Indian Kanady i Stanów Zjednoczonych. Ma swoją historię około 120 lat pielgrzymek. Na św. Annę w lipcu przyjeżdża tam 50 do 80 tysięcy Indian. To są cztery rezerwaty, kiedyś miało być tam centrum.

Może kiedyś opowiem o Jeziorze Świętej Anny i nawróceniu szamana czarownika i wizji Pana Jezusa, którą on miał przy mojej obecności; i wizji tańca słońca, w czasie pogrzebu tego nawróconego czarownika, jakie miało miejsce w Fatimie, którego ja byłem świadkiem. 8 osób innych na pogrzebie, na którym było około tysiąca ludzi, na które mam potwierdzenie od Pana Boga i wytłumaczenie wielu rzeczy. Ale to jest inna historia.

Opublikowano w Teksty
Strona 1 z 18