Goniec

Switch to desktop Register Login

niedziela, 22 październik 2017 21:34

Na szybko: Ewangeliczne wsparcie Revenue Canada

Dzisiaj byliśmy w kościele "zwykłym", to znaczy nie etnicznym ani polskim, ani włoskim tylko "kanadyjskim". Akurat czytano Ewangelię znaną i jedną z zasadniczych dla naszej wiary, o tym jak to Pan Jezus był brany pod włos, i jak rozdzielił sprawy ziemskie i boskie biorąc do ręki monetę z podobizną cezara. Sprawa wydawałoby się jasna jak drut, "co cesarskie cesarzowi, co boskie Bogu", czyli że Królestwo wieczne nie jest z tego świata.
Jakież było moje zdziwienie, kiedy bardzo miły ksiądz wytłumaczył podczas kazania co Jezus miał na myśli. Jego zdaniem, chodzi o to abyśmy sumiennie płacili podatki, bo podatki służą nam wszystkim, całej społeczności i dzięki temu część naszej pracy idzie na rzecz dobra wspólnego.
Jest to o tyle dziwne, że w czasach Panajezusowych trudno mówić o jakimś państwie socjalnym; emeryturach czy pomocy społecznej. Cesarz zdzierał z poddanych daninę, bo mógł i miał wojsko.
Jakoś tak nie mogę sobie wyobrazić, by Jezus żądał od współczesnych mu Żydów płacenia Rzymianom podatków na rzecz "dobra wspólnego".
Co ciekawe, podobne przesłanie o konieczności płaceniem podatków zostało przekazane dzieciom w czasie odrębnej liturgii słowa. Na pytanie pani katechetki kto to jest cezar padła natychmiast odpowiedź, że sałata... Pani zadała też pytanie co to są podatki i czemu służą. Okazało się że niektóre dzieci już wiedzą co, i jak, bo jak wyjaśnił pewien chłopczyk ze smutną miną ojciec wszystko mu w sklepie powiedział.
Czyżby nasz Kościół katolicki zaczynał pełnić rolę instytucji quasi państwowej? W Chinach tamtejszy katolicki Kościół państwowy, którego biskupi są mianowani przez sekretarzy jest uważany za dobry dla moralności i etyki pracy. I w takim charakterze tolerowany. Jeśli chodzi o obronę życia poczętego to mamy cicho siedzieć i na 150 metrów odsuwać się z chodnika, jeśli chodzi o płacenie podatków (nota bene finansujących aborcję i inne zło), to jak się okazuje mamy "kierować się Ewangelią".
Co ciekawe, podatki które dzisiaj płacimy to całkiem nowy wynalazek; przypominam że podatek dochodowy wprowadzono w Kanadzie w 1918 r. ze względu na wysiłek wojenny i miało być to przedsięwzięcie tymczasowe, a w tej prowincji podatek od sprzedaży został wprowadzone w roku 1961 (3%) no i jakimś cudem do dzisiaj dorobił się ewangelicznego uzasadnienia...

Opublikowano w Andrzej Kumor

        W rocznicę wyboru Papieża Polaka na Stolicę Piotrową przedstawiamy Państwu przeprowadzoną w 2015 roku rozmowę dziennikarza SalveTV  Mateusza Dzieduszyckiego ze strażnikiem myśli św. Jana Pawła II na temat rodziny i miłości – profesorem Stanisławem Grygielem.

        SalveTV: Witam z Watykanu, gościem SalveTV jest profesor Stanisław Grygiel, przewodniczący Papieskiego Instytutu Studiów nad Małżeństwem im. Jana Pawła II. 

        Prof. Grygiel: Nie pierwszy przewodniczący, bo pierwszym przewodniczącym był obecny kardynał Carlo Caffarra, ja byłem przez parę lat potem, a w tej chwili jestem już emerytowanym profesorem Papieskiego Instytutu, ale pozostaję nadal jako wykładowca tych samych materii – filozofii człowieka. Oprócz tego jestem dyrektorem katedry imieniem Karola Wojtyły, która jest fundacją prywatną, a ufundował ją właściciel Carrefour, Defforey, Francuz. 

        – Jaką rolę instytut spełniał przy synodzie o rodzinie?

         – W zeszłym roku żadnej, ale myśmy pracowali od zewnątrz poprzez publikacje, poprzez konferencje, natomiast nikt z naszych profesorów nie brał udziału w synodzie, co wywołało konsternację wśród wielu ojców synodalnych. Ale to było opatrznościowe, bo to pominięcie nas zrobiło nam nieprawdopodobną reklamę na całym świecie. 

        W tym roku wicedyrektor instytutu rzymskiego, kampusu rzymskiego jest ekspertem na synodzie i członkiem Sekretariatu Synodu, więc już jest pewien postęp w myśleniu o dziedzictwie, o tym, co pozostawił po sobie święty Jan Paweł II. 

        – Jak pan profesor zareagował, kiedy w dokumencie synodalnym ukazał się, można powiedzieć cytat z Jana Pawła II, ale chyba połowiczny z „Familiaris consortio”, jak pan profesor to ocenia?

        – Myślę, że spuścizna Jana Pawła II, jego nauczanie, nie jest znane jeszcze w Kościele. Więcej, myślę, ludzie świeccy się tym przejmują, co święty Jan Paweł II mówił, zwłaszcza na temat małżeństwa, jak wiązał doświadczenia piękna ludzkiego ciała z wcieleniem Chrystusa. Bo to się wiąże. 

        – No właśnie, tutaj mamy książkę „Od początku, na zawsze, miłujmy prawdę małżeństwa”. Już sama ta okładka pokazuje nawiązywanie do aktu stworzenia przez akt małżeństwa. 

        – W tej książce próbuję pokazać, jak małżonkowie swoją miłością uczestniczą w akcie stwarzania, nie stworzenia, tylko stwarzania, ustawicznego stwarzania człowieka, mężczyzną i kobietą. A zatem, małżeństwo jest to taki pierwotny sakrament, ośmielę się powiedzieć, w jakimś sensie przedewangeliczny, niemniej jednak Chrystusowy, dlatego że akcja stwarzania dokonuje się w Synu, w Chrystusie, w słowie, to proroctwo świętego Jana tutaj się kłania. 

        W słowie, w tym Chrystusie, i tam się zawiera małżeństwo; wtedy w tym słowie, kiedy zawiera się go przed ołtarzem w obliczu Eucharystii i w Eucharystii. Otóż, te dwa sakramenty, Eucharystia i Małżeństwo, są nierozłączne. 

        Myślę, że tej więzi nie za bardzo rozumieją niektórzy ojcowie synodu i dlatego tak łatwo się im mówi osobno, Eucharystia to jest to, a małżeństwo to jest to. 

        Rozerwanie tych dwóch sakramentów powoduje zniekształcenie widzenia zarówno Eucharystii, obecności Chrystusa w Eucharystii, jak i małżeństwa. 

        Pochylam głowę przed biskupami z Polski i nie tylko, również przed biskupami polskojęzycznymi, także tymi ze Wschodu, bo oni nie wstydzili się mówić, że Chrystus jest dla nich wszystkim; że jest dla nich alfą i omegą. Nie wstydzili się tego mówić jasno każdemu, kto był obecny na tym synodzie, tam w auli. 

        – Pośrednio, z tego co pan profesor mówi, można by wysnuć taką myśl, że w takim układzie są i tacy biskupi, którzy boją się mówić o Chrystusie, którzy boją się jasno stawiać jego naukę, czy to jest trafny wniosek?

        – Tak, to co mnie bardzo niepokoiło, to był lęk wielu monsignorów i biskupów przed mediami; co o mnie powiedzą? Czy mnie skrytykują, jak ja będę wtedy funkcjonował w społeczeństwie, i jak będzie mój obraz funkcjonował w społeczeństwie? Jest to taki strach, powiedziałbym infantylny, bo człowiek dojrzały nie pyta się, jak ty mnie widzisz? On się pyta, kim ja jestem? To chce pokazać. Otóż, ja nie jestem moim obrazem,  ja jestem mną, sobą jestem. I to musi być obecne, a nie mój obraz. Obraz się zmienia. 

        Otóż myślę, że ten strach przed mediami paraliżuje wielu. 

        Druga rzecz, jest też dużo karierowiczostwa. Otóż jeżeli ktoś tam czuje, że wiatr wieje trochę tak, to żagle stawia pod ten wiatr. Mnie się wydaje, że kto jak kto, ale ksiądz, każdy ksiądz, powinien nastawiać żagle pod jeden wiatr, jakim jest Chrystus. 

        – Skąd teraz wieje wiatr w Watykanie, wiatry w sprawach rodziny? 

        – Niewątpliwie rozsypują się małżeństwa, sakramentalne małżeństwa. To powinno napawać lękiem, ale lękiem Chrystusowym, to znaczy – jak ja mam im pomóc? Tymczasem myślę, że te wiatry są tak przyjmowane, że my musimy teraz trochę się zmienić, bo sytuacja rodzin i małżeństw jest nie taka, jak była, to my musimy się zmienić. 

        To nie jest tak, miłosierdzie Boże nie polega na tym, że Bóg dostosowuje się do świata; miłosierdzie Boże polega na tym, żeby iść z miłością do tych ludzi zranionych, opatrzyć rany. Miłosierdzie Boże polega na tym, żeby umożliwić, pomóc drugiemu zobaczyć siebie w prawdzie, jaką jest Chrystus. A jak ja teraz zobaczyłem siebie w prawdzie, jaką jest Chrystus, to ja od niego usłyszałem, ja cię uzdrawiam, przebaczam ci, ale odtąd nie grzesz więcej; wiem, to cudzołóstwo, zapomnij, ale wyjdź z niego, nie trwaj w tym cudzołóstwie, bo wtedy moje przebaczenie nie ma żadnego sensu i żadnej wartości... Cudzołóstwo zawsze pozostanie cudzołóstwem, a wiatry socjologiczne są takie, a może cudzołóstwo jest jakąś wartością, doszukajmy się jakiejś wartości w tym, tak jak, na przykład, doszukajmy się wartości we współżyciu osób homoseksualnych, bo może uda się z tego zrobić małżeństwo? Może uda się coś zrobić. To są, powiedziałbym, wiatry antychrystusowe. Poddają się im ci, którzy boją się mediów i świata. Chrystus się nie bał świata. Bo cóż ten świat może mi zrobić? Może mnie najwyżej zabić. No i co z tego? Ale mnie nie złamie, dlatego  przypominam, droga miłosierdzia, czyli droga do Eucharystii, prowadzi poprzez konfesjonał. Pierwszym krokiem biskupów i księży powinno być przywrócenie w tym roku miłosierdzia konfesjonałów w kościołach. Nie wiem, co z nimi zrobili, spalili, sprzedali, to trzeba iść do stolarza i zamówić nowe. To będzie duszpasterstwo miłosierdzia. Bo takie gadanie, no wiecie, dobrze, żyjcie sobie, nic złego nie robicie, no to idźcie do Komunii Świętej... To ja się pytam, czy wy, pasterze nasi, wierzycie jeszcze w obecność Chrystusa w Eucharystii? 

        To jest mydlenie ludziom oczu i może być tak, że za jakiś czas, jeżeli jakiś ksiądz pozwoli komuś, kto żyje w drugim, trzecim związku, przystąpić do Komunii Świętej, to może być tak, że po latach, może przed śmiercią, taki człowiek, któremu pozwolono tak przystępować do Komunii Świętej, zwróci się do naszych pasterzy czy Arcypasterzy i powie, oszukaliście nas, bo nie taka jest rzeczywistość Boża. Okłamaliście, albo byliście ignorantami. 

        – Czy moglibyśmy tę rozmowę zakończyć jakimś optymistycznym akcentem? 

        – Optymistyczny akcent… Że jednak mimo tego, że otworzyła się furtka w tym dokumencie, która w jakimś sensie decentralizuje Kościół, powiedzmy, że proboszcz może, rozmawiając z rozwodnikiem, dojść do wniosku, że idź do komunii, w ogóle nie było małżeństwa, jesteś w porządku i tak dalej, że to można w ciągu pół godziny załatwić; jeżeli to się już zostawia w rękach Konferencji Episkopatu, czy biskupów, czy proboszczów, to boję się, że w niedługim czasie już będzie trudno mówić o Fides Católica, będziemy mogli mówić o Fides Teutonica, Fides Anglicana – to przecież też było z okazji rozwodu –  Fides Galiciana, nie wiem; wtedy będzie bardzo źle. 

        Ale ja wierzę, że mimo że wielu znajdzie się przed Kościołem w samotności z wielką walizką rozpaczy; myślę, że może wtedy na dnie prawie że rozpaczy coś w ludziach rozbłyśnie, a musi rozbłysnąć, bo Chrystus jest Bogiem; rozbłyśnie jakieś wielkie światło i zrozumiemy, jak to ma być; zrozumiemy, kim my jesteśmy, a zatem kim mamy być, co Pan Bóg o nas myśli, kiedy nas stwarza, co Chrystus o nas myśli, kiedy nas zbawia, i wtedy zapłaczemy i uśmiechniemy się jednocześnie, radośnie. 

        – To jest optymizm sięgający daleko w przyszłość, ale optymizm, za który bardzo dziękuję.   

Opublikowano w Goniec Poleca

7 października w święto Matki Boskiej Różańcowej członkowie wspólnoty parafialnej św. Kazimierza włączyli się do akcji modlitewnej "Różaniec do Granic". Otoczyli kościół i z różańcami i świecami w dłoniach dawali świadectwo modląc się o łaskę wiary i jedności dla ojczyzny oraz o pokój dla świata. 

Modlitwa różańcowa to odpowiedź na wezwanie Matki Bożej wyrażone 140 lat temu w Gietrzwałdzie i 100 lat temu w Fatimie. 7 października 1571 roku miała miejsce bitwa morska pod Lepanto (nad morzem Jońskim) stoczona pomiędzy Imperium Osmańskim a Ligą Świętą, zakończona zwycięztwem chrześcijan. Papież Pius V przypisał zwycięstwo wstawiennictwu Najświętszej Maryi Panny i ogłosił dzień 7 października świętem Matki Boskiej Zwycięskiej. Jego nastepca Grzegorz XIII zmienił je na święto Matki Bożej Różańcowej.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/religia.html#sigProIdd1754f738e

Opublikowano w Życie polonijne
czwartek, 31 sierpień 2017 21:55

Sukces miłości

Niepozorna kobieta w brązowym habicie i sandałach, siostra Immolacja z Fraternity of the Poor of Jesus, zakonu opartego na franciszkańskiej regule i posługującego wśród tych „najbiedniejszych z biednych”. Poznałem ją na procesach Mary Wagner, broniącej życia nienarodzonych dzieci. Potem dowiedziałem się, że siostra Immolacja pracuje wśród bezdomnych...


– Proszę siostry, a zatem jaka jest siostry historia? Jak to się stało, że siostra spotkała Boga i odnalazła swoje powołanie?
– Moja historia... hm, to zależy, jak bardzo szczegółowo miałabym opowiadać, ale dla mnie moja historia rozpoczęła się, kiedy jako cztero-pięcioletnie dziecko czułam prawdziwą obecność Jezusa, to że jest prawdziwie przy mnie.
W tamtych czasach Msza św. była odprawiana po łacinie, oczywiście nie rozumiałam tego języka, ale rozumiałam tajemniczość, piękno i cudowność Boga. Uwielbiałam uczestniczyć we Mszy Świętej, słuchać pięknych śpiewów, stać wobec tajemnicy Boga.
Dlatego z wielką radością oczekiwałam na moją Pierwszą Komunię, bo wierzyłam, że w ten sposób mogę być najbliżej Jezusa, przyjmując go do mojego ciała.
Miałam 8 lat, kiedy przygotowywałam się do Pierwszej Komunii. To był dla mnie dzień olbrzymiej radości. Pamiętam, że w tym dniu moja mama czesała mi włosy, nie podobało mi się, jak to zrobiła, nie było to tak, jak bym chciała, ale powiedziałam jej, nie podoba mi się, ale to nie ma znaczenia, bo dzisiaj spotkam Jezusa.
Kiedy dzisiaj patrzę na moją Pierwszą Komunię, wydaje mi się, jakby to był dzień moich zaślubin; to było jakby moje wesele, piękny czas, piękny czas z naszym Panem.
Potem, kiedy miałam 10 lat, zostałam zgwałcona. Od tego zaczęła się całkiem inna droga w moim życiu, duchowym życiu. Taka rzecz prawie zabija w człowieku duszę. Od tamtego czasu cierpię na depresję, to wykorzystywanie seksualne trwało długi czas.


– To było w Stanach Zjednoczonych?
– Tak w Stanach, ale to, co jest ważne, to że nigdy nie winiłam Pana Boga za te złe rzeczy, które mi się działy, a usiłowałam pozostać przy zdrowych zmysłach, żeby nie popaść w szaleństwo, bo czułam, że jestem blisko.
Przestałam myśleć o Bogu. Chodziłam jeszcze na Mszę św., ale cały czas towarzyszyły mi myśli o samobójstwie, żeby ze sobą skończyć, depresja była przytłaczająca. Raz mniejsza, raz większa. Nie miałam żadnej motywacji, gdy poszłam do szkoły... Było to dla mnie bardzo trudne chodzić do szkoły, bardzo trudne. Bardzo trudne, żeby robić cokolwiek znaczącego. Więc prawie że nie ukończyłam szkoły średniej, nie byłam się w stanie skoncentrować, musiałam zdać egzamin z jednego przedmiotu, z chemii, a nie miałam zaliczonego laboratorium. Porozmawiałam z nauczycielem, ponieważ wiedziałem, że bez tego nie ukończę szkoły średniej. Nie mówiłam żadnych szczegółów, ale powiedziałam mu, że mam kłopoty życiowe. Był na tyle miły, że pozwolił mi nadrobić to laboratorium i zdałam chemię ledwie, ledwie. Ukończyłam szkołę średnią i dostałem stypendium na uniwersytet, żeby grać w orkiestrze. Bo przez cały czas grałam na skrzypcach – to był dla mnie sposób ucieczki. Nie wiedziałam, czego chcę, nie miałam ochoty studiować muzyki; nie miałam żadnego kierunku w życiu, po prostu szłam tam, gdzie prowadziły mnie emocje.
W tamtym czasie wciąż jeszcze chodziłam na Mszę Świętą, ale stopniowo przestałam, przestałam całkowicie ze względu na grupę znajomych, którzy byli chrześcijanami, ale ewangelikami, i dużo dyskutowali o Kościele, krytykowali Kościół. To nie miało dla mnie znaczenia, nie przestałam przez to wierzyć w to, co Kościół naucza, ale mi to nie przeszkadzało że byli krytyczni wobec Kościoła, słuchałam, bo to byli moi przyjaciele.
A potem miałam innych przyjaciół... i zaczęła się ta część mojego życia, która była bardzo, bardzo daleko od Pana Boga, po prostu życia w grzechu. Zaczęłam dużo pić; zawsze piłam, już w szkole średniej, ale to się zwiększyło.
Mój świat, jako osoby, sprowadzał się do mojego wyglądu, bycia atrakcyjną, myślałam, że do tego sprowadzała się moja wartość.
Robiłam wiele rzeczy, które w oczach Pana Boga były bardzo złe. Wtedy o tym w ogóle nie myślałam. Szłam więc tak przez życie.
Kiedy opowiadam o moim życiu, jakie ono było, do momentu kiedy Go ponownie odnalazłam, zawsze mam przed oczami plastikowe torby, takie jakie ludzie wyrzucają na ulicę po zakupach i wiatr je rozwiewa, roznosi po asfalcie, brudne i podarte, po których przejeżdżają samochody. Takie było moje życie, to byłam ja, taka plastikowa torba niesiona przez wiatr. Szłam tam, gdziekolwiek powiało, nie miałam żadnej własnej motywacji ani kierunku, nie wiedziałam, co chciałabym robić.
Chodziłam na studia, a potem zrezygnowałam; stypendium, które miałam z powodu muzyki, obejmowało trzy lata, a kiedy się skończyło, odeszłam z uniwersytetu, nie uzyskawszy żadnego stopnia.
Może to wszystko pomogło mi zrozumieć, kim jestem jako Indianka; mój ojciec jest Amerykaninem pochodzenia meksykańskiego, moja matka jest Indianką. Wróciłam więc do rezerwatu, żeby mieszkać przez kilka lat razem z moją babcią. To był piękny czas, znowu wróciłam do kościoła, brałam udział w grupach młodzieżowych prowadzonych przez wspaniałego franciszkanina, ojca Matta. Więc to na jakiś czas mi pomogło, ale wciąż piłam.
Po jakimś czasie znowu pojechałam do Albuquerque w Nowym Meksyku, gdzie się urodziłam, gdzie mieszkałam wcześniej, znowu zaczęłam chodzić na studia, zapisałem się na różne kursy, ale znów nie miałam żadnej motywacji. Mój brak motywacji był tak duży, że zapisywałam się na kurs i ani razu nie szłam, co znaczy, że dostaje się „0” jako zaliczenie i ocenę „F”.
Tak więc raz chodziłam do szkoły, potem znowu nie chodziłam, byłam w różnych związkach, potem z nich wychodziłam, dłuższych, krótszych. Jeden trwał pięć lat, a kiedy mnie zmęczył, po prostu odeszłam bez słowa. Drugi związek był bardzo długi, ale był bardzo, bardzo zły. Żaden związek nie może być dobry, jeżeli jest bez Boga, a w tle była zawsze moja depresja; nigdy nie ustąpiła. Przez rok byłam leczona, dostawałam lekarstwa, pomagało mi to doraźnie. Ale nie zlikwidowało bólu. Więc tak wyglądało moje życie przez wiele, wiele lat. Jakoś starczyło mi energii, aby zostać paralegal. Ukończyłam kurs, dostałam świadectwo, a następnie złożyłam podanie o pracę w biurze legal aid. Reprezentowałam różnych klientów ubiegających się o świadczenia rentowe, różnych biednych ludzi z upośledzeniami, dzieci i osoby dorosłe, z zaburzeniami dwubiegunowymi, schizofrenią, uszkodzeniem wątroby z powodu brania narkotyków czy picia alkoholu, dzieci z płodowym syndromem alkoholowym, ludzi z wieloma różnymi problemami, również z silną depresją. Mogłam ich lepiej zrozumieć, ponieważ w czasie gdy byłam na studiach, chciałam studiować psychologię. Potem pomyślałam o medycynie, więc wzięłam biologię, która jest konieczna, aby ubiegać się o przyjęcie do szkoły medycznej. Dostałam nawet stypendium, aby iść na pre-med, program dla studentów native American. To było w Nowym Jorku, a kiedy miałam tam jechać... po prostu nie pojechałam. Tak skończyła się moja szkoła medyczna, moje myślenie o szkole medycznej. Ale to wszystko pomogło mi w reprezentowaniu moich klientów. Pracowałam w tym zawodzie przez pięć lat. Musiałem wtedy występować przed sędzią sądu administracyjnego, aby przedstawiać sprawy moich klientów. Musiałam się przygotować, tak jak w sądzie, do procesu. Trzeba było zadawać pytania ekspertom powoływanym przez stronę rządową, którzy zeznawali, Twój klient jednak jest zdolny do pracy i wyjaśniali dlaczego. Trzeba było obalać ich argumenty, musiałam rozumieć kartoteki medyczne. To wszystko robiłam przez pięć lat. Pewnego razu sędzia, z którym byliśmy zaprzyjaźnieni, zadzwonił do mnie i powiedział: jesteś lepsza niż wielu adwokatów, którzy reprezentowali przede mną swoich klientów, powinnaś pomyśleć o studiowaniu prawa. I zaczęłam o tym myśleć. Ukończyłam moje studia bakałarskie, brakowało mi tylko 14 zaliczeń i wszystkie kursy zdałam na bardzo dobry. Dostałam rekomendację od moich profesorów i dyrektora legal aid, którzy zaświadczali o moich sukcesach w reprezentowaniu klientów, złożyłam podanie na prawo do UNM, ponieważ mieli tam program federalnego prawa w odniesieniu do Indian, jako pierwszy uniwersytet w kraju specjalizował się w prawie między rządem federalnym a plemionami indiańskimi. To chciałam studiować, zdałam więc egzamin wstępny. Chcieli ze mną oczywiście rozmawiać, ponieważ widzieli wszystkie te oceny niedostateczne w moim indeksie, więc to wszystko im wyjaśniłam. Byłam swoim pierwszym klientem, broniąc sama siebie. Zrozumieli to i przyjęli mnie na wydział prawa. Tak więc zajmowałam się prawem między federacją a Indianami. Stałam się też bardzo radykalna, prawie do tego stopni, że zaczęłam nienawidzić Europejczyków, z tego powodu jak traktowali rdzennych mieszkańców Ameryki. W tamtych czasach nie żyłam w Bogu, nie patrzyłam na to oczami Jezusa Chrystusa. Tak więc byłam radykalna, można może nawet powiedzieć, że stałam się feministką, ale co interesujące, to że nawet wówczas nigdy bym nie powiedziała, iż aborcja jest czymś dopuszczalnym. Nigdy!

– Dlaczego?
– Ponieważ wiedziałam, że to jest złe; to było coś we mnie, co mi to mówiło, że nie ma żadnego akceptowalnego powodu dla aborcji. Jest to dla mnie teraz bardzo ciekawe, jak tak patrzę na moje przeszłe życie. Ponieważ było tyle innych nauk Kościoła, które odrzucałam, byłam wtedy kimś, kogo nazywamy „kawiarnianym katolikiem”, kto sobie wybiera z nauczania Chrystusa to, co mu odpowiada. Byłam kimś takim. Pomimo mojego katolickiego wychowania; chodziłem do katolickiej szkoły od I do VIII klasy.
Ukończyłam więc prawo, zdobywając kilka prestiżowych nagród za moje osiągnięcia akademickie. Uzyskałam również prestiżowy grant od bardzo znanej firmy prawniczej w Nowym Jorku, która ma biura na całym świecie, o który ubiegali się absolwenci uniwersytetów Ivy League z Harvardu, Stanforda, a ja po prawie na UNM... Pojechałem na rozmowę do Los Angeles. Przedstawiłam projekt pracy w obronie praw dzieci z alkoholowym zespołem płodowym, reprezentowania ich na różnych forach oświatowych przy składaniu podań o renty, projekt pracy z przedstawicielami resortu sprawiedliwości, by poszerzyć wiedzę policjantów, jakie są różnice w reakcjach ludzi dotkniętych tym syndromem w stosunku do innych. I wybrano mój projekt! Dostałam ten grant.
Dlaczego o tym wszystkim opowiadam? Nie dlatego, że chcę się chwalić, nie ze względu na siebie, ale dlatego, że patrząc z dzisiejszej perspektywy, w każdym momencie mojego życia widzę Bożą rękę. Wiele razy sprowadzałam na siebie niebezpieczne sytuacje, będąc bezmyślna, kiedy mogłam kogoś zabić, na przykład prowadząc po pijanemu. Bóg był zawsze przy mnie, nie pozwolił mi umrzeć. A powiedziałabym, że gdybym wtedy, w którymś momencie mojego ówczesnego życia zginęła, poszłabym do piekła. Oczywiście, wiem, że Bóg jest miłosierny i bierze pod uwagę okoliczności, ale subiektywnie mówiąc, z mojego punktu widzenia to właśnie przychodzi mi na myśl. Fakt, że byłam w stanie ukończyć prawo, że zdobyłam te wszystkie nagrody, ten grant, że później pracowałam dla rządu federalnego w dziedzinie praw dotyczących Indian w czasie negocjowania kontraktów z plemionami przy realizacji programów federalnych – mówię o tym, ponieważ była w tym ręka Boża; widzę to jako Boże błogosławieństwo. Zarabiałam coraz więcej pieniędzy. Nigdy nie było to moim celem, nigdy nie starałam się o jakąś pracę dla pieniędzy. Wciąż jednak depresja mnie nie opuszczała, ostatecznie mój związek się rozpadł; może był zły, ale czułam się rozbita. Przyzwyczajamy się do naszych okoliczności, do rutyny, więc gdy się to zakończyło, nastał dla mnie bardzo trudny, mroczny okres, bardzo mroczny. Ale jeszcze zanim to się stało, zaczęłam ponownie chodzić na Mszę Świętą, znowu poczułam przywiązanie do Boga, czułam, jak byłam blisko Jezusa, gdy byłam dzieckiem, a więc skończył się mój związek, jestem w tym mroku, w desperacji...
I często to jest właśnie czas, kiedy możemy ponownie usłyszeć Boga, to co do nas mówi, bo cały czas był z nami, czekając. Więc, pamiętam, pewnego dnia zaczęłam ponownie chodzić na msze, poszłam do spowiedzi, stałam przed krzyżem, spojrzałam na Chrystusa, zapytałam, Panie, gdzie ja mam iść, oświeć mnie! I od tego momentu zaczęła się ponownie moja droga z Chrystusem. Nie było to łatwe, w ogóle nie było to łatwe, wciąż miałam depresję, ale rozpoczął się okres uzdrowienia, odnalazłam żarliwą miłość do Niego, znów się zakochałam w Bogu. Na zaproszenie mojej siostry Marii i jej męża włączyłam się w grupę modlitewną, katolicką grupę charyzmatyczną. Kiedy mnie zaprosiła i powiedziała, jaka to grupa, o co chodzi, brzmiało to dosyć dziwnie. Poszłam tam i to odmieniło moje życie, nauczyłam się, jak być otwarta na Ducha Świętego, jak pozwolić mu we mnie działać, więc od tego momentu oddałam się całkowicie Bogu, zostałam lektorem, katechetką, pełnię posługę. Archidiecezja ogłaszała możliwości posługi w więzieniach, więc złożyłam podanie, poszłam na interview i czekałam na dokumenty, żeby móc to robić, ale nagle tak się stało, że odnalazłam się przed kliniką aborcyjną, modląc się. Stało się to tak, że federalne ministerstwo do spraw Indian, gdzie pracowałam, było niedaleko kaplicy świętej Tekakwitha, codziennie chodziłam tam na mszę. Pamiętam postać bardzo chudego człowieka z bardzo długą siwą brodą, miał mały czerwony samochód, a na nim wielki obraz Matki Boskiej z Guadalupe. Modliliśmy się wspólnie podczas Mszy Świętej, on nie wiedział, kim ja jestem, ja nie wiedziałam, kim on jest. Ale jakoś poznaliśmy się i dowiedziałam się, że modli się przed kliniką aborcyjną. Zaczęłam więc robić to razem z nim i jest on moim ojcem duchowym w głoszeniu ewangelii życia. Będąc z nim na chodniku, wiele się od niego nauczyłam, wiele się nauczyłam, chodząc razem z nim, by pomagać ludziom. Nazywa się Philipp Legis, piękny człowiek, ma dzisiaj 82 lata i z tego co wiem, nadal jest tam, robi to na chodnikach, był wielokrotnie aresztowany, poturbowany przez policję, trafiał do więzienia. Pracował dla Operation Rescue. On jest moim serdecznym przyjacielem i ojcem. Więc najpierw zaczęłam się modlić, a potem zaczęłam rozmawiać. Jednym z członków naszej grupy modlitewnej była Claudia, kobieta z Brazylii, ożeniona z Amerykaninem, i ona wracała do Brazylii; zaprosiła nas, żebyśmy ją tam odwiedzili. Nigdy mnie to nie interesowało, nigdy przez myśl mi nie przeszło, aby jechać do Brazylii. Po roku ponownie przyjechała do USA na operację. I kiedy się o tym dowiedziałam, poprosiłam moją siostrę Marię, żeby się dowiedziała, czy chce, abyśmy się za nią modliły. Wtedy Bóg stworzył więź duchową między mną a Klaudią i kiedy zaprosiła mnie ponownie, nalegając, przyjedź, przyjedź do Brazylii, wreszcie się zgodziłam i pojechałam. I tam spotkałam siostry Fraternity of the Poor of Jesus Christ. Przyciągnęła mnie ich prostota, ich radość, ich miłość Boga, więc zaczęłam iść w tym kierunku. W zakonie była tylko jedna Amerykanka, siostra Magdalena, zaczęłam z nią korespondować i ona powiedziała, że założyciel o. Gilson chce otworzyć misję w USA i może mogłabym pracować wspólnie z siostrą Magdaleną, aby to się stało.
Poznałyśmy się bliżej z siostrą Magdaleną, poznała moją historię, część mojej historii, więc kiedy o. Gilson w 2010 roku przyjechał do USA, poprosiła mnie, żebym się z nim spotkała. Pojechałam więc do Kalifornii, spotkałam się z nim i opowiedziałam mu o sobie. On tego wysłuchał i powiedział, masz powołanie, chodź do nas. To było sześć lat po tym, jak wróciłam do Kościoła. W październiku 2010 roku pojechałam do São Paulo i zaczęłam iść z Chrystusem.

– Co tam siostra robiła, gdzie pracowała?
– Na początku w São Paulo, mamy też misję Campo Morro w Paranie, gdzie jest kaplica nieustającej adoracji. Tam rozpoczęłam swą pracę misyjną, tam modliłyśmy się 24 godziny na dobę, pracowałyśmy też z młodzieżą w ramach Gethsemane, weekendowych spotkań dla młodzieży, gdzie ewangelizuje się poprzez teatr i muzykę, przez świadectwa. Wcześniej byłam w mieście Cascavel, tam posługiwałam na ulicy wśród biednych, rozdając jedzenie. Nie zostałam tam, bo zachorowałam, więc wróciłam do Campo Morro, a potem wróciłam do Stanów Zjednoczonych i rozpoczęłam pracę misyjną w Kansas.

– Chodzi siostra cały czas w habicie, nie tak wiele zakonnic nadal posługuje w habitach, czy to pomaga?
– Habit świadczy o naszym oddaniu, poświęceniu się Bogu. Niezliczone razy nie tylko katolicy dziękowali mi za to, że chodzę w habicie, że noszę habit. Habit do nas przyciąga, ludzie chcą wiedzieć, co on oznacza, a każda część habitu ma swoje religijne znaczenie. Powiedziałabym więc, że pomaga to przyciągać do nas ludzi i w większości wypadków ludzie bardzo to szanują, to jest siła charyzmatu. Habit to siła Chrystusa w nas, życia konsekrowanego.

– Kiedy przyjechała siostra do Kanady?
– W marcu 2016 roku.

– A jak poznała siostra Mary Wagner?
– W lipcu w kościele świętej Marii zobaczyłam ulotkę z ogłoszeniem. Z powodu zainteresowania obroną życia wraz z siostrą Caritas poszłyśmy na spotkanie. To był pierwszy raz, kiedy słuchałam Mary.

– A teraz jest siostra prawie na każdym procesie i ją wspiera.
– Tak, modlitwą.

– Czym się siostry zajmują?

– Mamy tutaj posługę na ulicach wśród ubogich. Roznosimy jedzenie, przed ratuszem w Kitchener ustawiamy nasze stoły i czekamy, albo idziemy spotkać ludzi. Teraz już nas znają, są naszymi przyjaciółmi, znamy ich imiona, oni wiedzą, kim jesteśmy, jeśli nie ma nas w jakimś dniu, jeśli nie ma nas przez tydzień, pytają, gdzie byliście, gdzie byłaś w ubiegłym tygodniu.

– Czy jest tutaj potrzeba rozdawania jedzenia, jest tyle programów. Kanada jest bogatym krajem, zupełnie odmiennym od Brazylii, na czym polega tutejsza bieda?
– Są ubodzy materialnie, ale są też biedni, bo brakuje im miłości. Ubóstwo materialne to jedno, pragnienie bycia uszanowanym, pragnienie bycia wysłuchanym to drugie. Najważniejsze rzeczy, jakie robimy, to poznanie ich imion, poznawanie ich losów i historii, które chcą z nami dzielić, wsłuchiwanie się w to, co mają do powiedzenia. Ile razy ludzie po prostu podchodzą i zaczynają opowiadać, zaczynają się otwierać, mówić o problemach, jakie mają, zdrowotnych, różnych zmartwieniach, problemach z narkotykami. Nie starają się niczego ukryć, to właśnie, co jest takie zdumiewające, to okazywane zaufanie kiedy z nami rozmawiają. Spotkałam niedawno Indiankę z Manitoby. Ma płodowy syndrom alkoholowy, jesteśmy ze sobą bardzo blisko, używa takiego języka, jakiego używa, nie oceniam jej za to, po prostu słucham. Wiem, że kocha Jezusa Chrystusa, tak to czuję, co tydzień z nią rozmawiam, modlę się za nią każdego dnia, myślę o niej. Pamiętam ich twarze, są bardzo blisko mego serca.
To jest jedna posługa, którą sprawujemy, chodzimy też do więzień; m.in. do więzienia w Milton i Grand Valley w Kitchener. Mam bardzo wiele znaczących spotkań z przebywającymi tam kobietami. Można łatwo wyczuć pragnienie bezpieczeństwa, miłości, wybaczenia. Ileż razy prosiły o modlitwę, mówiły, siostro pomódl się za mnie, ponieważ boję się, że jak wyjdę, wrócę do tego samego, proszę, pomódl się za mnie. Bo one wszystkie chcą innego życia, ale czują, że nie mają środków, żeby to zrobić, więc to co im dajemy, to nasza miłość, nadzieja, Słowo Boże, kazania, to może być w formie Ewangelii, nauki, medytacji, pieśni, czasami to może być coś, co mówi o Bożej miłości; jest wiele sposobów okazywania Bożej miłości, ale myślę, że najbardziej istotny jest fakt, że tam z nimi jesteśmy, nasza obecność. Myślę, że przed nami nie było tam sióstr zakonnych w Vanier, ani nawet w Grand Valley. Pamiętam, jak kapelan w Grand Valley powiedział nam, że modlił się, by Bóg zesłał siostry. I tak się stało.

– Dlaczego siostra wybrała właśnie takie imię, dlaczego Immolacja?
– Nie wybrałam swojego imienia, Pan Bóg je wybrał. Gdy byłam w nowicjacie, powiedziano nam, żebyśmy się modliły o imię i nasz założyciel również się modlił. Znał nas wszystkie, wszystkie swoje duchowe dzieci, naszą duchowość, znał moją własną duchowość. Byliśmy pewnego dnia na Mszy Świętej i zaczął mówić o osobie, która poświęca się, oddaje się, nie pamiętam dokładnie, co powiedział, ale stwierdził, że od tej pory „będziesz znana jako Immolacja”. To jest ciekawe, ponieważ kiedy sama się modliłam, kiedy wiedziałem już, że poświecę się życiu religijnemu, to zawsze objawiało mi się coś związanego z imolacją, z oddaniem się, tak więc nieznane są ścieżki i drogi działania Pana Boga, tajemnicze są działania Boże.

– Jak siostra sądzi, dlaczego nie ma zbyt wielu powołań do życia zakonnego w dzisiejszym społeczeństwie?
– Jest dużo powołań, zależy od tego gdzie, na przykład w Brazylii jest wiele powołań, w Paragwaju bardzo dużo. Myślę, że w krajach dobrobytu trudniej jest ludziom podjąć decyzję, aby porzucić to, co w ich mniemaniu uchodzi za sukces. Nasze oczy, nasze widzenie często spoczywa na świecie materialnym, na rzeczach materialnych, zatraciliśmy przekonanie, że nie jesteśmy tylko cielesnymi istotami, że jesteśmy również duchowymi istotami, że mamy duszę, która jest wieczna, i że winniśmy o naszą wieczność zabiegać. Straciliśmy to z pola widzenia, więc nie patrzymy już na sprawy nadnaturalne, dostrzegamy tylko to, co jest tutaj, tuż przed nami; mamy też tendencję do przedkładania ponad wszystko natychmiastowej gratyfikacji, o czym świat mówi, że jest sukcesem – pieniądze, władza. Miałam pieniądze i mogłam kupić, co chciałam, mogłam pojechać, gdziekolwiek chciałam, i mówię to tylko po to, że wiem, iż to nie zaspokaja ludzkiego serca. Podoba mi się święty Augustyn, kiedy mówi, szukałem Cię, Boże, ale nie wiedziałem, że stoisz zaraz obok, zagubiłem się w twoim stworzeniu, a nie w Tobie. Bo jeśli ostatecznie odnajdujesz Go i poznajesz Jego miłość, odnajdujesz to, za czym twoje serce tak długo tęskniło.

– Jak wiele osób, z którymi miała siostra do czynienia, którym pomagała, uzyskało ten sukces? Jak efektywna jest siostry praca na ulicach? Jaka jest skuteczność takiej posługi?
– Myślę, że skuteczność posługi polega na spotkaniu z drugim człowiekiem, to samo w sobie, kiedy to rozumieją, kiedy doświadczają miłości Bożej przez nas i otrzymujemy od Nich również miłość – to jest sukces! Nie wiemy, jaka zmiana w nich nastąpi, nie wiemy, czy się zmienią, ale to, co możemy zrobić, to przynieść im Jezusa, aby spotkali go, możemy adorować Jezusa w osobie ludzkiej, dawać im do zrozumienia, że są tego warci. Sam fakt, że ich zauważamy, że do nich wychodzimy, że zauważamy ich, to już jest wielkie błogosławieństwo. Niektórzy ludzie w mieście mówią nam, po co tu jesteście; tutaj nie ma ubogich ludzi, a my odpowiadamy otwórz oczy, bo biedni są dookoła nas. To jest sukces, kiedy ludzie czują miłość Bożą, to jest sukces, kiedy czują, że są warci, ponieważ znasz i pamiętasz ich imię. Nie wyobrażasz sobie, jak wiele razy ludzie ze zdziwieniem mówią, to ty pamiętasz, jak się nazywam?! Tak, pamiętam twoje imię, modlę się za ciebie każdego dnia. Sukces jest wtedy, gdy czują w sercu radość miłości Bożej, nawet jeśli to jest tylko moment. I obietnice, jakie sobie składają. Ta Indianka, o której ci wspominałam, powiedziała, siostro, następnym razem się poprawię, a miała otwartą puszkę z piwem, i dodała, jestem taka głodna. Pytam dlaczego? Bo nie jadłam cztery dni. Dlaczego? Bo, siostro, brałam crack. Dałam jej trochę jedzenia i zanim odeszła, przytuliłam, a ona przytuliła się do mnie tak mocno. Powiedziałam jej: kocham cię, a ona: też cię kocham... To jest sukces.


– Siostro Immolacjo, dziękuję bardzo.



Opublikowano w Wywiady

        W dniu 24 czerwca miało miejsce pierwsze sympozjum misyjne zorganizowane przez Prokurę Misyjną w Domu Rekolekcyjnym – Królowej Apostołów w Mississaudze. Dziękować Bogu za cudowną pogodę oraz dobrych ludzi, którzy przyszli, aby wziąć udział w konferencjach na temat „Miłosierdzie a misje”. Jesteśmy wdzięczni o. Loudeger Mazile, Prowincjałowi Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej z Haiti, oraz o. Romanowi Majewskiemu OMI z Madagaskaru za przyjęcie zaproszenia i podzielenie się osobistymi przeżyciami tragicznego w skutkach trzęsienia ziemi na Haiti, jak również dewastujących cyklonów na Madagaskarze. Dzięki tym spotkaniom przekonaliśmy się jeszcze bardziej, że nie ma Misji św. bez Miłosierdzia Bożego, jak również bez miłosierdzia ludzkiego!

        Dzień później, 25 czerwca, miał miejsce drugi już „Bankiet Miłosierdzia” w sali bankietowej Villa Polonia w Brampton. Niech Bóg wynagrodzi wszystkim, którzy przyszli, aby poprzeć tysiące biednych (osieroconych) dzieci na Haiti, i niech obdarzy wieloma łaskami Wasze rodziny. Biorąc pod uwagę trudny na te sprawy okres letni, można powiedzieć, że bankiet był bardzo udany. Wszyscy, którzy z różnych powodów nie mogli wziąć udziału w bankiecie, mogą ciągle złożyć ofiarę na ten cel przez naszą stronę internetową: oblateworldmissions.org lub kontakt z Prokurą Misyjną: 1206 Steeles Ave. W. Brampton, On. L6Y 0A9, Tel: 416-464-1216. 

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/religia.html#sigProId4c4d5f976a

        Serdeczne podziękowania dla naszych wiernych sponsorów:

Polonijne parafie:

św. Eugeniusza de Mazenoda – o. Wojciech Błach OMI; św. Maksymiliana Kolbego – o. Janusz Błażejak OMI; św. Kazimierza w Toronto – o. Jacek Nosowicz OMI; św. Stanisława Kostki – o. Wojciech Kurzydło OMI; Matki Bożej Nieustającej Pomocy w St. Catharines – o. Antoni Degutis OMI; św. Hieronima w Brampton – ks. Jan Kołodyński; św. Piotra i Pawła w Welland – o. Mirosław Olszewski OMI; Dom Rekolekcyjny Królowej Apostołów – o. Chris Pulchny OMI.

Firmy i indywidualni sponsorzy:

Supreme Pierogies – Józef Wilk; Herbst – Andrzej i Joanna Bębnowski; Mega City Linens – Krzysztof Jakubowski; Eden Garden – Michał i Małgorzata Kruppe; The Butcher Shoppe; Sweet Temptations – Stanisław i Danuta Wesierski; Tymeks – Marek Samitrek; Baltic Bakery – Wojtek Urbański; Jasiński Legacy; Catholic Cemetaries; Catering – Jan Gromada; DJ’s – Maciej Stasiowski i Tomasz Maleszewski; Organista – Anna Olszyna; Przyjaciele Misji Oblackich – MAMI; Komitet Kultu Matki Bożej Ludźmierskiej; Towarzystwo Różańcowe; Włodzimierz i Elżbieta Konieczny; Henryk i Marianna Szwajkowski; Ted Konop; Karl Fujarczuk, Bill Fujarczuk; Zygmunt i Irena Zychla; Piotr i Renata Zychla; Ryszard i Marta Barankiewicz; Jan i Teresa Rafacz; Jan i Helena Kołpak; Abigail Bhola; John Ciesielski; Michael i Joanna Luchenski.

Zaproszeni Goście:

Bp. Mateusz Ustrzycki z Hamilton; o. Loudger Mazile – Prowincjał Misjonarzy Oblatów z Haiti; o. Roman Majewski OMI – misjonarz z Madagaskaru; o. Sebastian Chmiel – misjonarz z Chad; Mr. Piere-Michele Menard – artysta rodem z Haiti mieszkający w Quebecu

Media:

Wiadomości; Goniec; Puls; Radio 7; Radio Rodzina; Radio Polonia.

        Niech sam Bóg będzie dla Was nagrodą!

o. Adam J. FILAS OMI

Dyrektor Prokury Misyjnej

Opublikowano w Życie polonijne
piątek, 30 czerwiec 2017 07:44

Boże Ciało w Brantford

        Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, Boże Ciało, jest jednym z głównych świąt obchodzonych w Kościele katolickim. Polska żyła zawsze wartościami uniwersalnymi, które nie są negocjowalne i żadne badania opinii publicznej czy referenda nie są w stanie zmienić czy unieważnić tych wartości, dóbr i wskazań, które są potrzebne człowiekowi, tak jak nam jest potrzebna Eucharystia, która jest naszym pokarmem i napojem, źródłem życia. Ona nas prowadzi do Królestwa Niebieskiego.

        W Polsce jako pierwszy wprowadził święto Bożego Ciała bp Nankier w 1320 roku w diecezji krakowskiej. Natomiast w Kościele unickim – synod zamojski w 1720 roku. Kościół od samego początku głosił wiarę w realną obecność Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Chrystus ustanowił Najświętszy Sakrament przy ostatniej wieczerzy. W Polsce od czasów rozbiorów z udziałem w procesji łączyła się w świadomości wiernych manifestacja przynależności narodowej. Po drugiej wojnie światowej procesje w czasie Bożego Ciała były znakiem jedności narodu i wiary. Z tego powodu ateistyczne władze zakazywały procesji urządzanych ulicami miast.

        W Brantford obchodzimy to święto od 1988 roku, zapoczątkowane przez b. proboszcza, ks. Czesława Chmurzyńskiego. Tegoroczne święto zgromadziło dużo wiernych, procesja prowadzona przez księży z parafii św. Piusa X, św. Bazylego i św. Józefa zatrzymywała się przy ołtarzach polowych; przy polskiej hali Polskiego Towarzystwa Wzajemnej Pomocy oraz Związku Polaków przy Albion St., by zakończyć się w kościele św. Bazylego. Dzieci w komunijnych strojach, poczty sztandarowe, Rycerze Kolumba, prezentowali i dawali świadectwo prestiżu naszej parafii polskiej, z podkreśleniem przywiązania dla naszej wiary, poświęcenia dla Polski i tradycji chrześcijaństwa.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/religia.html#sigProIdb6cbf284c5

***

        25 czerwca parafia radośnie obchodziła swe kolejne święto – piknik parafialny, który urządzono w parku Knigth of Columbus. Po Mszy św. celebrowanej przez ks. Adam Wróblewicza i ks. Czesława Chmurzyńskiego uczestnicy wysłuchali ciekawego repertuaru Chóru „Biesiadnicy” oraz podziwiali występ zespołu młodzieżowego. Komitet parafialny zadbał o bogatą kuchnię polską i rozrywki. Piknik zakończono losowaniem nagród i tańcami.

Tekst i foto John Król

Opublikowano w Życie polonijne
czwartek, 08 czerwiec 2017 23:17

Kronika religijna

        W dniu 6 maja w katedrze Chrystusa Króla w Hamilton ordynariusz diecezji Hamilton Biskup Douglas Crosby udzielił sakramentu kapłaństwa czterem klerykom z diecezji Hamilton. 

 

        Miło nam jest donieść, że jednym z nowo wyświęconych był nasz Rodak pochodzący z Kielc Paweł Jamróz. Urodzony w Polsce po ukończeniu studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim pracował jako nauczyciel i dziennikarz. Pod wpływem księdza Józefa Tischnera charyzmatycznego polskiego filozofa i księdza odkrył w sobie powołanie do Służby Bożej. 

        Po przybyciu do Kanady wstąpił do Seminarium duchownego w London, Ontario, które ukończył w maju 2017 nastego roku. Mszę Świętą prymicyjną odprawił następnego dnia w kanadyjskiej parafii Marii Magdaleny w Hamilton. Na obie uroczystości przybyli z Polski bracia; Krzysztof z żoną Marzeną i Zdzisław z żoną Beatą. 

        W dniu 14 maja w swojej rodzinnej parafii Miłosierdzia Bożego odprawił polską mszę prymicyjną. Ksiądz Paweł skierowany został do parafii Blessed Sacrament do Kitchener jako wikariusz. Polonia życzy mu wiele Łask Bożych w dalszej pracy duszpasterskiej .

Opublikowano w Teksty
piątek, 02 czerwiec 2017 02:03

Moim marzeniem był Madagaskar...

Z ojcem Januszem Błażejakiem OMI, proboszczem parafii św. Maksymiliana Kolbego w Mississaudze, w 30. rocznicę święceń kapłańskich rozmawia Andrzej Kumor

Goniec: Ojcze Januszu, przede wszystkim wielkie gratulacje za tyle lat posługi. Wiem skądinąd, że ta „przygoda” z duszpasterstwem, z Panem Bogiem, zaczęła się w dramatycznych okolicznościach, że Ojciec od najmłodszych lat był poświęcony  Bogu. Jak to się stało? 

        - Można faktycznie powiedzieć, że moje powołanie zostało wymodlone przez moją mamę. Kiedy miałem trzy latka bardzo ciężko zachorowałem, miałem zapalenie wyrostka, ale okazało się, że jak to na wiosce w tamtych czasach, znachorka przyszła wymasowała brzuszek i powiedziała, że nic nie będzie. Ale masując ponieważ było zapalenie wyrostka spowodowała, że  ten wyrostek się rozlał. Bardzo szybko pojawiła się niesamowita gorączka, trzeba było odwieźć mnie do szpitala, odległego o 20 km, odwieźć na furmance, bo w tamtych czasach nie było żadnego innego środka lokomocji. Kiedy przewieziono mnie do Łukowa, do szpitala, kiedy lekarze, zrobili operację, otworzyli mnie i zobaczyli co jest, to wprost tak mamie powiedzieli, że „trupów nie przyjmują”. 

        Oczywiście, moja mama nie dała za wygraną, płaczem, błaganiem, jakoś wyprosiła od lekarza ordynatora, który zgodził się odwieźć mnie już w śpiączce do odległego o 100 km Lublina do kliniki. Tam zrobiono operację, wyczyszczona wszystko całą jamę brzuszną, jelita, ale przez 30 dni byłem nieprzytomny, lekarze powiedzieli, że mam raczej marne szanse, żeby wrócić do życia. Przez ten cały czas, przez cały miesiąc tam była ze mną mama, tylko się ciągle modliła na różańcu, raz w tygodniu tata przyjeżdżał z odległej o 100 km Jedlanki, do szpitala, żeby przywieźć trochę jedzenia i zobaczyć co się dzieje. Tak więc faktycznie moje powołanie – wierzę w to bardzo mocno – zostało wymodlone przez moją mamę. 

Opublikowano w Wywiady

KsChmurzynskiKanada        W jednym ze swoich ostatnich listów do swego ucznia, późniejszego pierwszego biskupa Efezu i świętego, zwanego Tymoteuszem, święty Paweł tak pisał:

        „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem. Na ostatek odłożono dla mnie wieniec sprawiedliwości, który mi w owym dniu odda Pan, sprawiedliwy Sędzia, a nie tylko mnie, ale i wszystkim, którzy umiłowali pojawienie się Jego”.

        Takimi słowami wyraził święty Paweł swoją pewność z właściwego wyboru drogi życia i radość wytrwania w swoim powołaniu. Cieszy się także z dobrze spełnionej pracy ewangelizacyjnej, dzięki której strzeżone przez niego ziarno wiary wzrastało.   

        W tych wymownych słowach świętego Pawła można znaleźć także odbicie sześćdziesięciu lat posługi kapłańskiej księdza Czesława Chmurzyńskiego, człowieka, który w kapłaństwie odnalazł swoje własne powołanie. W tym kapłaństwie wytrwał.  „Zawody”, czyli pracę ewangelizacyjną i oddanie swego życia Bogu, uważał za coś, „po co warto było żyć”.  Służba Bogu dawała mu radość, szczęście i nadzieję.  Ksiądz Czesław Chmurzyński poprzez codzienną posługę kapłańską i pracę duszpasterską strzegł i zasiewał ziarna wiary w naszych sercach. 

Opublikowano w Życie polonijne

Grzempa        W dniu 26 kwietnia 2017, superior generalny o. Louis Lougen OMI wraz z Radą Generalną mianował nowym prowincjałem Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, prowincji Wniebowzięcia – o. Alfreda Grzempę. Wiadomość ta dotarła do nas w tym czasie kiedy o. Alfred uczestniczył w De Mazenod Experience w Aix-en-Provence we Francji. 

        Oficjalne objęcie urzędu nowego prowincjała odbędzie się 16 czerwca 2017 roku podczas dorocznych rekolekcji misjonarzy oblatów w Mississaudze. 

        O. Alfred Grzempa urodził się 31 maja 1964 roku w Chojnicach w południowo-zachodniej części województwa pomorskiego, w pobliżu Jeziora Charzykowskiego i Borów Tucholskich. Rodzinna miejscowość jest jedną z najpiękniejszych oraz największych gmin w Polsce, będąc – w ujęciu historycznym – częścią Pomorza Gdańskiego.

        O. Alfred urodził się jako czwarte i ostatnie dziecko. Ma dwóch braci i jedną siostrę, którzy założyli swoje rodziny i mieszkają w rodzinnym mieście. Rodzice zmarli, zanim został księdzem. 

        W roku 1971 rozpoczął naukę w Szkole Podstawowej w Chojnicach. Po ukończeniu edukacji podstawowej zapragnął być maszynistą pojazdów kolejowych. Marzenie to urzeczywistniło się w momencie rozpoczęcia nauki w rodzinnym mieście w szkole kolejowej. Trzecia klasa to czas, kiedy zaczął odczuwać w głębi swojego serca wołanie: „pójdź za mną”. Zapragnął zostać misjonarzem w krajach Trzeciego Świata. W roku 1982 rozpoczął naukę i formację duchową w Niższym Seminarium Misjonarzy Oblatów w Markowicach na Kujawach, zaś egzamin maturalny zdał w roku 1985. W tym samym roku rozpoczął nowicjat w klasztorze Misjonarzy Oblatów M.N. na Świętym Krzyżu. Rok później złożył pierwsze śluby zakonne i podjął studia teologiczne w Wyższym Seminarium Misjonarzy Oblatów w Obrze. 

        W roku 1992 przyjął święcenia kapłańskie z rąk ks. biskupa Zdzisława Fortuniaka. Zaraz po święceniach kapłańskich przełożeni skierowali go do pracy w Poznaniu, gdzie przez osiem lat sprawował posługę duszpasterską. Przez pierwsze dwa lata był misjonarzem ludowym, zaś przez sześć kolejnych lat pracował dla czasopisma „Misyjne Drogi”. W październiku 2000 roku udał się do Kanady. Pierwsze kroki w Kanadzie oraz nauka języka angielskiego miała miejsce w Surrey blisko Vancouveru oraz w Melville w prowincji Saskatchewan. 

        10 października 2002 roku rozpoczął swoją posługę w parafii św. Eugeniusza De Mazenod w Brampton. 1 sierpnia 2005 roku został proboszczem parafii św. Kazimierza w Toronto i służył tam do 1 sierpnia 2008 roku, kiedy został proboszczem parafii Matki Bożej Nieustającej Pomocy w St. Catharines. Od 1 września 2014 roku posługuje jako proboszcz w parafii św. Ducha w Winnipegu. 

        Wzorem do naśladowania jest dla niego św. Jan Maria Vianney – proboszcz z Ars, który jest przykładem silnej woli dla tych, którzy sprawują posługę kapłańską. 

        Jako hobby, ojciec Alfred lubi wczytywać się w żywoty świętych, geografię i poznawać inne kultury.

Opublikowano w Życie polonijne
Strona 1 z 15