Goniec

Register Login

Nie zapominać o prawdzie, ale wybaczać – powiedział ksiądz Dworek. Musimy też pamiętać o tym, że w Polsce mieszka na stałe już ponad półtora miliona Ukraińców.

W niedzielę, 15 lipca, w siedemdziesiątą piątą rocznicę Rzezi Wołyńskiej, w kościele św. Kazimierza w Toronto została odprawiona Msza Święta za ofiary. Msza była zamówiona przez Konsulat RP w Toronto. W kościele znakomitą większość obecnych stanowiły kobiety. Niektóre osoby przyszły ubrane na czarno. Te przyszły modlić się za ludzi im bezpośrednio bliskich, za członków rodzin, i była to dla nich msza żałobna.

        Może dobrze się stało, że większość obecnych na mszy to były kobiety, jako że kobiety są na ogół bardziej uczuciowe niż mężczyźni i ich modlitwy są bardziej szczere. Nikt tak nie rozumie swojego dziecka i nikt tak mu przecież nie wybacza jak matka. Mszę rozpoczął ksiądz proboszcz Wojciech Kurzydło, który zapowiedział, że msza jest w intencji ofiar, ale również prosi o modlitwę za sprawców rzezi.

        Kazanie wygłosił ksiądz Sławomir Dworek. Ksiądz Dworek przyjechał do nas, do Toronto, na parę miesięcy z Poznania. Nawiązał on w swoim kazaniu do księży, którzy ginęli tam, na tych ziemiach, często w męczarniach. Nie pozostawiali oni swoich wiernych, mimo że mieli taka możliwość. Często spodziewali się nadchodzących napadów. Umierali razem ze swoimi wiernymi. A jednak musimy wybaczać. Nie zapominać o prawdzie, ale wybaczać – powiedział ksiądz Dworek. Musimy też pamiętać o tym, że w Polsce mieszka na stałe już ponad półtora miliona Ukraińców. Często żyją oni w małżeństwach mieszanych polsko-ukraińskich. Refleksja z tego pięknego kazania? Jakże wymowne są słowa księdza Sławomira Dworka dzisiaj, kiedy wiele osób przestaje uczęszczać do kościoła, argumentując to tym, że księża ich zawiedli.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/religia.html#sigProIdc0f4027fcd

        Powstały w Instytucie Pamięci Narodowej zespół badaczy aktualnie stara się sporządzić listę osób duchownych różnych wyznań, które zginęły w latach 1939–1947 z rąk tak zwanych pobratymców. Na obecnym etapie badań szacuje się, że z rąk ukraińskich nacjonalistów zginęło przynajmniej 180 osób duchownych i zakonnych obrządku łacińskiego i bizantyjsko-słowiańskiego.

        Biorąc pod uwagę postawę księży i osób duchownych w czasie Rzezi Wołyńskiej i w Galicji Wschodniej, to nie księża zawiedli, to my nie spłacamy wobec nich pewnego rodzaju długu wdzięczności za to, że nas nie zostawili w potrzebie. To było jedno z lepszych kazań, jakie ostatnio słyszałem.

        I znowu, inna refleksja, wiele razy słyszałem wykłady profesorów, ludzi utytułowanych, wykłady w dziedzinie nauk humanistycznych, a więc dotyczące moralności, prawdy, prawa. Jeszcze do ubiegłego roku studia w Ontario były płatne. Tutaj mamy co niedziela możliwość usłyszenia dobrego wykładu, rozważań o życiu, w kościele, który często położony jest bardzo blisko naszego miejsca zamieszkania. I jakże często nie chce nam się w nim uczestniczyć. To tak już nawet dla tych niewierzących, a jednocześnie szukających uzasadnienia na prowadzenie moralnego życia, wykład księdza Sławomira Dworka to darmowy intelektualny prezent.

***

        Na zakończenie mszy ksiądz proboszcz Wojciech Kurzydło poinformował przybyłych, że w przyległej sali parafialnej jest wystawa. Została przygotowana przez Instytut Pamięci Narodowej w Szczecinie i przez nasz lokalny Klub Gazety Polskiej. Większość osób, które były na mszy, przyszła obejrzeć wystawę, na której było wiele drastycznych zdjęć. Ale wstrząsające wrażenie robiły plansze z nazwami wsi, które w większości przypadków zniknęły z powierzchni ziemi. Nazwy tych wsi są wypisane białymi literami na czarnym tle. To kilkaset nazw wsi, osad i miasteczek. Wydaje mi się, że nie ma tam wszystkich miejsc, w których ginęli Polacy. Nie widziałem tam nazw wsi z dzisiejszego powiatu jarosławskiego i leżajskiego. Ale i tak te plansze z nazwami miejscowości, gdzie ginęli Polacy, robią przygnębiające wrażenie. Plansze zajęły jedną czwartą powierzchni wystawy.

        Czytając nazwy tych miejscowości, można sobie wyobrazić te 250.000 osób, które w większości zmarły w cierpieniach. Można się przestraszyć na samą myśl. Nie o śmierci, ale o cierpieniach, które ci ludzie przeżyli. Nie na darmo w modlitwie różańcowej w części tajemnicy chwalebnej jest prośba o łaskę szczęśliwej śmierci. Człowiek nie boi się śmierci. Boi się cierpienia. Kiedy przestaniemy się bać, będziemy wybaczać. Ale strach jest częścią naszego życia.

        Dodatkowe wyjaśnienie dotyczące liczby pomordowanych. Media i politycy, chcący z jakichś powodów (nie wiem jakich?) zaniżyć rozmiar polskiej tragedii, podają liczbę 100.000 osób, które zostały zabite. Te 100.000 to osoby zabite na terenie samego dawnego województwa wołyńskiego. Na terenie dawnych województw, które dziś w większości należą do Ukrainy, zginęło ponad 250.000. Zaprawdę, komuniści bliżej byli prawdy. Do czasu upadku komuny byli stali w tym, co podawali do wiadomości. Podawali liczbę 250.000 osób zabitych na terenach dawnej Rzeczpospolitej, terenach przyznanych po wojnie Ukrainie. Jak ponuro wyglądają liczby osób, które zostały niepotrzebnie zabite, możemy sobie przedstawić, jeśli popatrzymy na dzisiejszą mapę Polski. Średnio licząc, po drugiej wojnie światowej dawne granice Polski zostały przesunięte o 150 km na zachód. Litwa i Białoruś otrzymały swoje granice w wyniku porozumienia między Churchillem, Rooseveltem i Stalinem. Na terenach, które otrzymała Litwa i Białoruś, zginął z rąk Białorusinów i Litwinów tylko procent Polaków w porównaniu do tych, którzy zostali zabici przez Ukraińców. Ukraina i tak otrzymałaby te ziemie. Otrzymałaby bez tych strasznych mordów, bez tego strachu, który wzbudzili u Polaków. Polacy musieliby opuścić te ziemie.

        Jakże głośno brzmią słowa umierającego na krzyżu Chrystusa, które dziś brzmiałyby: Boże, wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią! Kiedy modlimy się za dusze zmarłych i za sprawców ich śmierci, powinniśmy jednocześnie pomodlić się za Białorusinów i Litwinów, podziękować im za bierność w chwili, kiedy mogli pokazać swoją nadarzającą się ku temu przewagę. Tego wymaga sprawiedliwość.

Janusz Niemczyk

Opublikowano w Życie polonijne

nazarukOMIJedna z nich mówi – Walczcie o niebo, mów o czyśćcu, mów o tym w kazaniach. Jeden z kapłanów przekazał mi, co mam mówić, że on nie mówił o tym, jak zmarnował życie poprzez swoje złe wybory i jak są wdzięczne dusze czyśćcowe za każdą modlitwę. Ale tyle modlitw i tyle Mszy św. im pomoże, na ile Msze i modlitwę cenili za  życia. Jeżeli ktoś za życia nic nie mówił, żadnych różańców, to nasze różańce nic mu nie dają, bo on w to nie wierzył i ich nie odmawiał, więc musi czekać na zmiłowanie Boże w inny sposób. Nawet wielkie modlitwy odmawiane za nich, czy Msze św., to nie jest tak, że cała modlitwa idzie i go wyciągają. Bóg jest dysponentem naszych modlitw. Jeżeli ktoś przez całe życie lekceważył Mszę, Komunię św., odrzucił to, to też te Komunie św. w bardzo małym stopniu pomogą. To jest zależność, ile szanowałeś, ceniłeś Komunie i Msze, i różaniec za życia, tyle będziesz mieć pomocy. Ilu ludziom, duszom czyśćcowym pomogłeś ulżyć w cierpieniach, tego nie można mierzyć tak, na tyle dostaniesz pomocy, na ile sam pomagałeś.

        To jest niesamowite przeżycie. Oni wiedzą, kto za nich się modli, ale sobie nie mogą pomóc. Największą potęgą jest Msza św. Jest ciemność, jest samotność, a potem stopniowo, jak dusza z czyśćca jest bliżej nieba, to coraz więcej światła odczuwa i coraz więcej widzi perspektywy nieba. Tam jest tęsknota straszna, bólem jest tęsknota. Oni na chwilę zobaczyli to światło i piękną miłość Boga, a teraz ten ból to tęsknota. Jest niesamowity ból z powodu utraconych wszystkich okazji, kiedy mogliśmy być na Mszy św., Komunii, modlitwie, kiedy mogliśmy coś dobrego zrobić. Żal utraconych. To jest ból.

        Każdego dnia Matka Boża odwiedza dusze w czyśćcu. Tam nie ma poczucia czasu. Matka Boża je odwiedza i każde odwiedziny Matki Bożej są dla duszy czyśćcowej wielką ulgą. Najwięcej ulgi mają w cierpieniach w święta maryjne. Najwięcej duszy wychodzi z czyśćca do nieba w dzień Bożego Narodzenia. By zbawić, On przychodzi na ziemię, nawet nie w dzień Zmartwychwstania, w dzień Bożego Narodzenia. Taką wiadomość mam. Dzień Wszystkich Świętych jest też wielkim dniem „amnestii”.

        Jest taki moment zakończenia mojego tam pobytu. Cały czas tęsknię, w oddali światło, skrawki życia niebiańskiego, już chciałbym tam wejść. Na koniec ukazuje mi się Pan Jezus w ludzkiej, cielesnej postaci, że widzę Go takim, jakim jest. Jakbym chciał zapytać się Pana Jezusa, no kiedy już tam wejdę? Wiem, że to wszystko jest łaską i ja na to nie zasługuję, ale moje wyznanie wiary, prośba o miłosierdzie, to wszystko ma znaczenie. Jest ta tęsknota, żeby tam wejść, no... Panie, kiedy pójdziemy?

        I wtedy słyszę takie słowa, mówi mi – Posyłam cię z powrotem na ziemię.

        A ja zaczynam się kłócić z Panem Jezusem jak za życia na ziemi. Mówię nie, nie chcę, zostaw mnie tu, tutaj jest mi dobrze, proszę.

        Pan Jezus ma niesamowitą czułość, delikatność, to jest nie do opisania. On mówi – Tak, wiem, że tu chcesz być, bo ja tego też pragnę, żebyś tu był ze mną jak najszybciej. Pragnę, aby każda dusza była ze mną tu szczęśliwa i była ze mną jak najszybciej, ale jeszcze twoja misja na ziemi niewypełniona. Jeszcze musisz wiele cierpieć, wiele modlić się i wiele kochać, aby wiele dusz do mnie jeszcze przyprowadzić. Wróć i mów, co widziałeś. Mów wszystkim, jak bardzo kocham każdą duszę. Mów wszystkim, jak bardzo tęsknię za każdą duszą, aby była szczęśliwa i zatopiona we mnie. Mów wszystkim, że czekam na każdego. Mów wszystkim, że mnie na ziemi możecie spotkać żywego, prawdziwego. Tak jak ty teraz widzisz mnie, tak na ziemi każdy może mnie spotkać w Komunii św. We Mszy św. czekam na was wszystkich. Kiedy kapłan podnosi w konsekracji hostię, nie skłaniajcie głów, nie zamykajcie oczu, patrzcie na mnie, bo ja z tej hostii patrzę na was, patrzę na wasze życie, widzę was, patrzę na was z miłością i z miłością przychodzę do tych, którzy z miłością mnie przyjmują, aby napełnić duszę swoją miłością i mocą do walki ze złem. Mów to.

        I wiele jeszcze słów, ale te były najważniejsze. Teraz końcówka, a zaraz będzie o tym, jak wróciłem do życia, kto mnie uratował, muszę to powiedzieć. Jest taki moment, że po tej rozmowie końcowej z Panem Jezusem, gdzie On mnie odsyła z powrotem, słyszę „Wstań”. Poczułem w tym momencie ziemię, że moje zmysły wróciły, poczucie mojego ciała, że moje stopy stoją na ziemi. A więc czuję, że jestem na dnie wody i zastanawiam się, że jeżeli na dnie oceanu, to jak się teraz dostanę do brzegu? Słyszę „Wyprostuj się”. I się wyprostowałem, a moja głowa wynurzyła się z wody, byłem po szyję w wodzie zanurzony. „Wyjdź z wody” – wyszedłem na brzeg. Wyszedłem dokładnie w tym miejscu, w którym wchodziłem do wody, co jest niemożliwe, bo fizycznie wciąż trwał odpływ. Z tej bańki powietrza wyprostowałem się i wróciłem do życia, bo tak Bóg chciał. Nie miałem ani przez ułamek sekundy uczucia duszenia się, zmęczenia, łapania powietrza, nic. Jakbym się zanurzył i wyszedł. Nic. Wyszedłem. „Usiądź.” Siadłem na piasku, patrzę w stronę wody i się zastanawiam, zmysły wracają, pamięć wraca, co to było? Byłem w wodzie. Błyskawicznie widzę wszystko jakby na obrazie, bo cały czas jest widzenie w dwóch wymiarach. Wymiar taki, że patrzę w niebie, to z jednej strony jakbym uczestniczył, a z drugiej, jakbym to jeszcze obserwował z góry. To jest niesamowite widzieć w dwóch wymiarach wszystko. Widzę teraz z brzegu cały mój proces, jak odpływam, fale, jak zanurzam się. I teraz wychodzę z wody i zastanawiam się, co to było? Czy to jest prawdziwe, czy halucynacja?

        „Spójrz, ktoś idzie do ciebie.” Patrzę, idzie mężczyzna. W średnim wieku, długie włosy, lokowane, jasne, w hawajskiej koszulce, ładne pastelowe kolory, nierozpięty całkiem, spodnie, na boso, książkę niesie. Idzie. Podniósł rękę, pozdrawia, „Witaj”. – Jak się czujesz? – Dobrze. – Na pewno dobrze? – Dobrze – mówię. – Potrzebujesz pomocy? – Nie. On idzie. Spory kawałek, jakieś 30 metrów ode mnie, dobra widoczność, słyszenie. Zbliża się, idzie powoli. – Ale – mówi– przed chwilą byłeś w sytuacji, że potrzebowałeś pomocy.

        Nie wiedziałem, kto to jest, jakiś pracownik, kim jest.

        – Teraz już wiem – mówię – że byłem w tarapatach. – Ale potrzebowałeś pomocy – mówi. – Wszedłeś do wody – wszystko mi opowiada. – Nie wiedziałeś, że jest odpływ.

        Myślę sobie, że jak ty wszystko widziałeś, to dlaczego mnie nie uratowałeś, nie powiedziałeś, nie wchodź, nie ratowałeś, nie organizowałeś pomocy, jak mnie daleko wynosiło? Taka myśl mi przyszła. Pytam – Kim jesteś, że widziałeś i nie ratowałeś? Drugi głos, wewnętrzny, mówi mi – Z aniołem rozmawiasz. Mój anioł przyszedł do ciebie. I on teraz opisuje mi wszystko do momentu, kiedy fala mnie wciągnęła. I mówi – Kilka razy udało ci się wydostać, a za którymś razem nie wyszedłeś i długo cię nie widziałem. Chciałem go zapytać, jak długo, bo tam nie ma poczucia czasu. I od razu usłyszałem słowa, nie od niego, tylko wewnątrz mój głos. – Minęło 20 minut twojego bycia poza ciałem. On mówi – Długo cię nie było, aż zobaczyłem cię na brzegu wynurzającego się spod wody i przyszedłem, aby ci pomóc wrócić do rzeczywistości.

        Doszedł do mnie tak na dwa metry, a ja już nie zadawałem żadnych pytań, a on jak pytał mnie, to nie czekał na odpowiedź. Już wiedziałem, że to anioł, chociaż on mi tego nie powiedział. Nie było żadnych skrzydeł... Kiedy mi wszystko powiedział, na koniec mówi – Na pewno nie potrzebujesz pomocy? – Nie.

        Na koniec jeszcze dopowiedział. – Widziałem, jak pragnąłeś dopłynąć z powrotem do brzegu, ale przy odpływie nie masz szans powrócić, ale ty tego nie wiedziałeś. Żeby się uratować, nie możesz płynąć przy odpływie do brzegu, tylko masz kierować się wzdłuż brzegu. Ty tego nie wiedziałeś. Przy odpływie, widzisz, ta fala nie jest na całym wybrzeżu odpływowa. Ona może mieć sto metrów, może dwieście metrów, może mieć pięćset metrów odpływowa fala. A jak będziesz płynął, przecinając falę, nawet oddalając się od brzegu, płynął w bok, to w którymś momencie fala, nawet odpływowa, doniesie się do fali przypływowej i na grzbiecie fali przypływowej uratujesz się, dopłyniesz do brzegu. Ale ty tego nie wiedziałeś, teraz już wiesz.

        Mówi – Na koniec usłyszałeś słowa, płyń wzdłuż brzegu. – Tak.

        To były ostatnie słowa, kiedy Jezus już mnie posyłał i kiedy na moment przed tym „Wstań”, słyszę głos „Płyń wzdłuż brzegu”. Ale to już jest przekaz mistyczny, co znaczy płyń wzdłuż brzegu, to nie tylko żeby się uratować, to dużo więcej. Dopiero później dostałem wytłumaczenie tych słów.

        Kończy się moje spotkanie z aniołem. On dokończył, co miał powiedzieć, i mówi: – To do zobaczenia, zawsze będę blisko. Kiedy będziesz potrzebował pomocy, wystarczy, że zawołasz, przyjdę z pomocą.

        Nie wiedziałem. Zapamiętałem bardzo dobrze jego wygląd. Zastanawiałem się troszkę nad tym aniołem. Zawsze mnie nurtowała taka myśl, że ta twarz jest mi bardzo dobrze znajoma. Jestem w jednym kościele, patrzę na obraz św. Michała Archanioła. Patrzę, to jest mój anioł. To jest on, ten, który przyszedł na brzeg. I on jest moim Aniołem Stróżem. Ale mówię – Panie, przecież Michał Archanioł to nie jest Anioł Stróż, ma ważniejsze rzeczy do roboty, bo są aniołowie stróże i archaniołowie. – To prawda, że są aniołowie stróżowie, ale niektóre osoby mają archaniołów za swoich aniołów stróżów, ty masz Michała, aby cię strzegł, abyś misję wypełnił.

K O N I E C

Opublikowano w Teksty

nazarukOMIJest taki moment, to pomieszczenie się wydłuża, powiększa. Na końcu tego jakby przedsionka widzę coś w rodzaju katedry. Dochodzą przepiękne światła, kolory i muzyka. Ta katedra wygląda jak gotycka, ale jest ze szkła, kryształu, ze światła, coś nieprzeciętnego. Wiem, że chcę tam wejść, to jest niebo, to jest to, co Pismo Święte opisuje, Nowe Jeruzalem, świątynia w niebie się otworzyła. Widzę świątynię i widzę wejście, i mam pragnienie tam wejść. Ale zanim tam wejdę, choć jest wewnętrzna chęć tam iść, widzę, że są rzeczy, które jeszcze muszę pokonywać, bo tu się coś dzieje.

Coś się dzieje, bo wokół mnie zaczynają gromadzić się ludzie, ubrani w piękne białe szaty, o różnych lekkich kolorach, odcieniach, które też mają symbole, różowy, zielony, niebieski, czysta biel, nie do opisania. Oni stoją w szatach długich, mają ręce złożone i jakby nie patrzą na mnie, chociaż widzę, że jest kontakt. Oni wiedzą, że ja tu jestem, oni mnie widzą, ale jakby nie zwracali na mnie uwagi, że jestem jednym z nich, ale nie jestem najważniejszy. Oni dla jakiejś innej, ważniejszej rzeczy są – tak to odbiera moja dusza. Coś się będzie działo ważnego i oni tutaj są. Pytam się, co się będzie działo, że tu przychodzicie, że tu jesteśmy? Nikt mi nie odpowiada. Znowu próbuję... Ciekawa rzecz, poznaję ludzi wśród nich, to są wszystko zmarli, to są niektórzy z mojej rodziny, znajomi, ludzie, których na ziemi spotkałem, ale w większości to są ludzie mi nieznani. I to nie jest ważne, czy się ich zna, czy nie. Widzę osoby mniej więcej w średnim wieku. Pytam, a oni nie odpowiadają, więc rozumiem, że nie powinienem zadawać pytań, to nie jest czas, bo coś ważnego będzie. Taki odbiór – poczekaj, to zobaczysz.

W tym momencie, kiedy jedno i drugie pytanie zadałem im, to wychodzi mój zmarły ojciec, Piotr Nazaruk, zmarły wiele lat temu. Podchodzi do mnie, staje przy mnie po jednej stronie, po drugiej stronie przy mnie jest słup światła i wiem, że to jest mój Anioł Stróż. Nie jest w kształcie ludzkim, człowieka, tylko to jest światło. Wiem, że to jest anioł. Odbieram to, że to jest mój Anioł Stróż. Nie wiem jeszcze wtedy, jak ma na imię.

Mój ojciec kładzie rękę, jakby mnie obejmował, i mówi, dlaczego pytasz? O nic nie pytaj, przecież już teraz wszystko wiesz. No tak, pomyślałem sobie, wiem przecież. W tym momencie przypomniałem sobie, że jakiś czas wcześniej miałem wizję całego mojego życia, zło i dobro. Moje myśli, słowa, czyny są jak na twardym dysku w komputerze. Jakby Pan Bóg nacisnął gdzieś jakiś guzik i w formie szerokiego ekranu pokazał taki obrazek. Tego się nie opisze, nie mam sposobu, ale tak oczami mojej duszy patrzę i widzę wszystko dobro i zło mojego życia. Całe życie, od urodzenia po ten moment. I doświadczenie zła, jakiego doświadczam, i dobra, jakiego doświadczam.

Kiedy znalazłem się w tym świetle, to od razu przychodzą cytaty z Pisma Świętego na to, co przeżywam. Kiedy światło jest, to od razu słyszę cytat: Jestem światłością świata, kto idzie za mną, nie chodzi w ciemnościach. To światło i miłość to jest Bóg. Wiem, że żyję dzięki temu światłu, że jestem skąpany, tyle mam życia, ile jestem włączony w to światło. Jestem częścią tego światła, stworzeniem Bożym, zaczynam rozumieć, co to znaczy dusza, czym jest dusza, w jaki sposób Bóg moją duszę stworzył, przekazał ciału i dał misję do spełnienia.

Bo takie jest doświadczenie, cokolwiek uczyniliście braciom moim najmniejszym, mnieście uczynili. Wszystko, co robię, jak nie wiem, jak człowieka dzisiaj potraktowałem, to pytam się, jak potraktowałem ludzi, których spotkałem. Cokolwiek uczyniliście ludziom, mnieście uczynili. Jak ja tobie zadam ból słowem czy czynem, to nie wiem, jak cię to boli w duszy twojej. Ty możesz pokazać przez złość, bunt, ale jak cię boli, to tylko ty wiesz. Nie, Jezus wie. W twojej duszy Bóg żyjący zna twój ból, bo to ból Boga w tobie. I teraz, poznając ten czyn mój czy słowa, które powiedziałem w życiu, Bóg mi daje to poznać.

Ten sam Jezus, ten sam Bóg, który jest w duszy twojej, On jest tym samym, który tworzy moją duszę, tak? A więc On mi w tym momencie daje poznać mój ból i znam wartość mojego grzechu, jak to Jezusa bolało. I to jest ból, można powiedzieć, miażdżący, jak tsunami, jakby rozrywający, przerażający ból, grzechy, które nie są odpokutowane, i grzechy niewyspowiadane dobrze. Ciekawa rzecz, takie doświadczenie, że grzech, który został przebaczony i odpokutowany, nie boli, nie czuje się bólu, tylko ma się poznanie, że był, a nie boli, bo został oczyszczony. Nie umiem tego okryć w słowa. Tego bólu, jaki zadałem Bogu przez ludzi, przez moje grzechy, nie byłbym w stanie znieść w tym momencie, gdyby nie skąpanie w świetle i w tej miłości. Ona mnie podtrzymuje.

W tym jednym momencie mam widzenie wszystkich dobrych myśli, słów, czynów i modlitw i cierpienia, które Bogu ofiarowałem, i to przychodzi jako balsam, jako miłość, jako powiew, jako widzenie. To jest nie do opisania. W jednym momencie poznajesz całe swoje życie, kim jesteś w oczach Bożych, ile dobra, ile zła, nic nie ma ukrytego. Więc te słowa mojego ojca, już wszystko wiesz, to on wiedział, że ja już wiem, w jakim stanie stoję przed Bogiem, w którym jestem zanurzony.

W tym momencie, po tych słowach już wszystko wiesz, słyszę słowa Pana Jezusa – Jego nie widzę, ale wiem, że to Jezus mówi – otaczają cię ci, którym pomogłem się zbawić, przyszli na spotkanie z tobą, aby razem z tobą uwielbiać Boga, przed którym stoisz. Otaczają cię ci, którym pomogłeś się zbawić modlitwą, cierpieniem, miłością. To Bóg zbawia, a my tu jesteśmy na ziemi i mamy zadanie nie tylko siebie zbawić, ale wyborami dobrego życia, świadectwa bycia znakiem Boga, innym pomóc Boga poznać, pokochać, zbawić. Wszystkich, którym pomogliśmy się zbawić modlitwą, cierpieniem czy w jakikolwiek sposób, spotkamy. Tak mam to przekazane. Ci, którzy umrą przed nami, wyjdą nam na spotkanie w momencie naszej śmierci. Oni się też modlą stale za nas. Czy oni są w czyśćcu, czy są w niebie, stale się modlą za nas, bo to że się znaleźli w czyśćcu, a nie w piekle, może też nam zawdzięczają. To, że ich czyściec jest krótszy czy ich cierpienia są złagodzone dzięki naszej modlitwie, ofiarom, jakie ofiarujemy, mszy, Komunii Świętej, dobrych uczynków. I oni odwdzięczają się, są bardzo wdzięczni. Kiedy znajdą się w niebie, modlą się nieustannie za nas, aby moment śmierci naszej był właśnie takim wejściem w to światło i doświadczeniem prawdziwej miłości, jaką jest Bóg.

Pada pytanie z sali o śmierć kliniczną. Niektórzy wracają ze śmierci klinicznej bez żadnych wizji. Niektórzy mają wizję zła, zależy. Pamiętamy tyle, ile Bóg chce, żebyśmy zapamiętali. Tyle wiemy, zapamiętamy, ile potrzeba albo ile możemy, i powinniśmy innym przekazać. Nie obudzisz się ze śmierci klinicznej, dlatego że ty chcesz, tylko dlatego, że Bóg chce. Bóg rządzi twoim światem, nie będziesz żył ani jednej sekundy dłużej na ziemi niż Bóg to zaplanował. I jeżeli jest doświadczenie śmierci klinicznej, to jest w planach Bożych. Co zobaczysz, jakie wizje, to nie dusza decyduje. Ja mówię o niektórych moich wizjach, bo wszystkiego nie jestem w stanie powiedzieć.

Po tej wizji zmarłych jest jedna z rzeczy... powiedziałem o doświadczeniu sądu, takiego chwilowego w tym danym momencie, jak to wygląda. I cały czas powraca do mnie muzyka dochodząca, przepiękne widoki z nieba, które jakby przez ten kryształ, przez to światło, do mnie dochodzą, co Bóg pozwolił mi zapamiętać.

Dalej, jest taki moment, że stoję nad morzem, nad brzegiem morza, jest przepiękny zachód słońca i piękna potężna tarcza i słyszę, jakby miało być 20 minut przed zachodem słońca. Czyściutkie niebo, kolory nie z tej ziemi. Patrzę na to słońce, ono mnie wcale nie razi. Otoczony jestem duszami zmarłych, to są już zbawieni, a nie czyśćcowe dusze, tylko dusze, które są już w niebie, dlatego zrozumiałem, że mój ojciec jest też w niebie. Miałem też troszkę wizji czyśćca, na czym to polega, ale to pominiemy.

Jest taki moment, że kiedy patrzę na niebo i światło, nagle na tym niebie, na słońcu, pokazuje się chmurka, która się powiększa, ona jest biała, rośnie, rośnie i przemienia się w czarną chmurę, jak tornado przerażające. Tutaj w Polsce nie ma takich tornad jak amerykańskie, ale zaczynają troszeczkę się pojawiać. I ta chmura pędzi w moją stronę. Czuję, że mam tylko patrzeć. Nie ma we mnie żadnego strachu, lęku, bo jestem otoczony. Teraz czuję, jakbym był sam, ale otoczony światłem, które się zawęziło do mnie, że znajduję się, nie powiem że w klatce, ale w pomieszczeniu nie do pokonania.

Ta chmura formuje się w przerażającą wizję bestii, szatana. To jest ludzko-zwierzęce, przerażające. Znowu nie jest ważne, jak to wygląda. Widziałem różne obrazy malarzy mistyków demona, ale nie widziałem tak przerażającego. Ale nie jest ważne, jak to wygląda, tylko tak jak nie do opisania słowami jest światło i miłość, którą się czuje w tym otoczeniu, tak nie do opisania jest nienawiść, jaka promieniuje od tego ryczącego przekleństwa, przerażające, straszne, tej bestii, szatana, który wyje i zbliża się. Ten anioł stojący przy mnie jakby mówi – tylko patrz. I stoję, nie mam zupełnie strachu, wiem, że on mi nic nie zrobi, ale to jest doświadczenie nienawiści szatana. I wiem, że on nienawidzi i rzuca na mnie przekleństwa, i mówi, że zrobi wszystko, żebym został wyrwany z tego światła do piekła. On mnie tak nienawidzi, że zrobiłby wszystko, żeby mnie wyrwać do piekła. Wiem, że to z dwóch powodów. Raz, że to jest kapłaństwo, a drugie, chce się zemścić za te duszy, które mnie otaczały, a które pomogłem Bogu zbawić. To jest to. Taki mam odbiór. To jest główny powód jego nienawiści.

Jak bardzo szatan nienawidzi kapłanów i nienawidzi, kiedy się modlimy i nasze cierpienia ofiarowujemy za nawrócenie grzeszników, o zbawienie ludzi, bo jest to wyrywanie dusz od szatana i dawanie Bogu. Każda modlitwa za grzeszników, każde cierpienie, każda Komunia to jest zbawcze, kiedy czynione jest ze względu na miłość Bożą. I za to nas szatan nienawidzi i prześladuje i robi wszystko, żeby zniechęcić do modlitwy, oderwać od Boga, byśmy się nie spowiadali, nie chodzili do kościoła, dobrze nie czynili, zanurzyli się w egoizmie, zajęli sobą, żeby nam było ciepełko. I kiedy ta bestia niejako chciała się wbić w tę ścianę światła, którym byłem otoczony, jest taki moment, że słyszę – mów modlitwę. Od razu wiem, jaką modlitwą mam mówić. Na te słowa „mów modlitwę” od razu, w tym momencie największego odczucia nienawiści, mówię „Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla mnie”. To jest Koronka do Miłosierdzia, tylko że ja tam już jestem, moja dusza z Bogiem, ja już nie jestem pomiędzy ludźmi, więc w tym wypadku mam słowa „dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla mnie”. I te słowa mówi ze mną mój Anioł Stróż stojący koło mnie. Od razu to mówię, nie zastanawiam się co, bo jest mi to dane. W tym momencie, kiedy powiedziałem te słowa, ta bestia szatan zaryczała, jakby cały świat się rozrywał. To było przeraźliwe wycie, jakby bomba atomowa rozrywała świat, przekleństwa. On się zawinął w taką jakby chmurę, zakołował jak tornado, zawirował, i tak szybko, jak przyszedł, tak wrócił do tej kropki chmurki nad słońcem i zniknął.

Tu mam słowa – Dałem ci poznać moc mojego miłosierdzia. Jedno wezwanie duszy, kiedy dusza wzywa mojego miłosierdzia, szatan staje się bezsilny, taka jest moc mojego miłosierdzia. To zostało wam przekazane w Koronce do Miłosierdzia. Dałem ci poznać Moc. Jedno wezwanie wystarczy, aby szatan odstąpił.

Pytanie z sali o czyściec.

O czyśćcu? Czyściec jest samotnością, jest ciemnością, zależy w jakim stanie grzechów ludzie są; jest wielkim cierpieniem. Niektóre pokłady czyśćca nic się nie różnią od piekła w tym znaczeniu, że z czyśćca jest nadzieja wyjścia. Na końcu czasów, na Sądzie Ostatecznym dusza wyjdzie z czyśćca i będzie zbawiona w niebie, a z piekła już nie ma nadziei wyjścia. Piekło jest wieczne, tak jak niebo. Niektórzy zostali uratowani, weszli do czyśćca dzięki jakiemuś dobremu uczynkowi, jakiejś modlitwie – chrzest, Komunia św. wyciska takie piętno na duszy. Do piekła idzie ten, kto się zaprze w chwili śmierci, odrzuci moc Bożą, bo Bóg do końca, do ostatniego momentu daje propozycje, choćby nie wiem jaki grzesznik był, jakie straszne grzechy były popełnione, może się zbawić. Idzie na potępienie ten, kto odrzuci w tym momencie całkowicie Boga. Dużo by mówić. Miałem możliwość rozmawiania, przekazu, czym jest czyściec i jak cierpią w czyśćcu dwie osoby z mojej rodziny, jakich cierpień doświadczają.

Opublikowano w Teksty

nazarukOMII teraz jestem nad Jeziorem Świętej Anny. Tam są długie zimy i w styczniu jest wręcz nakazane, aby przerwać pracę, i my co roku po Bożym Narodzeniu, kiedy najtańsze są wczasy w wakacje, 10 dni, wyjeżdżamy przeważnie do Meksyku, bo tam mamy oblatów, ale wtedy bilety są najtańsze i te ośrodki, żeby funkcjonować, dają zniżki maksymalne.

I jest taki moment, że z kolegą, drugim kapłanem, który pracuje z oblatami, z Polonią, jedziemy do Meksyku. W tym kurorcie, gdzie jesteśmy, jest dużo, 1800 ludzi w hotelu. Taka rzecz, jest przypływ morza, trudno się kąpać, bo fala wyrzuca. I tak dwa dni jesteśmy, a nie mogę się pokąpać, bo woda wyrzuca. Jest zabawa niezła, ale są silne fale. Trzeci dzień. Lubię wstawać rano, wstałem pół do szóstej. To jest mój normalny czas wstawania codziennie, teraz około szóstej wstaję, bo nie ma potrzeby wstawania tak wcześnie. I mówię do kolegi, obudził się, jest za dziesięć szósta: Wiesz, idę się przejść. – Pójdziesz może nad wodę? Takie zwyczaje tam też są, że tylu ludzi, to zająć sobie jakieś miejsce, ręczniczek położyć, wezmą, to wezmą, ale zająć sobie miejsce. – Będziesz się kąpał? – pyta. – Nie, brewiarz odmówię, pomodlę się, różaniec odmówię i wrócę, o 7 mamy śniadanie.

Zamknąłem drzwi. Nie wiem dlaczego, jakby nie ja, otwieram drzwi jeszcze raz i mówię – No to cześć Sławek, może się już nie zobaczymy więcej. – Nie wygłupiaj się, co to?! Tak powiedziałem, zamknąłem drzwi i poszedłem. Chodzę, dwóch Ukraińców poznałem już, żeśmy się zaprzyjaźnili, pogadaliśmy parę chwil. Pytają się, gdzie idziesz? – A, pochodzę sobie trochę. Oni nie wiedzieli, że jestem księdzem. Pogadaliśmy chwilę, oni wracali do hotelu, do żon, a ja idę. Kawałek uszedłem, odwracam się i mówię – No to cześć, bo się może więcej nie zobaczymy.

Nie wiem do dzisiaj, dlaczego tak, jakby ktoś przeze mnie mówił. Nie zamierzałem wchodzić do wody, absolutnie. Miałem różaniec odmówić. Przeszedłem się kawałek, myślę, wracam do hotelu. Ale jak już miałem wracać, to spojrzałem na wodę, taka fajna, nie ma fali, gładziusieńko przy brzegu, to zobaczę. Bez zamiaru pływania wszedłem kawałeczek, dalej, dalej, fajnie, woda unosi, no to sobie popływam. To wzdłuż troszeczkę popływałem, i sobie myślę, to się położę na plecach, tak poleżę. I tak z parę minut sobie leżę na plecach. Super, woda unosi, unosi... Podniosłem głowę, patrzę, kawałek odpłynąłem od brzegu. Ale to płytko, to zawrócę. To się odwróciłem już z pleców, jeszcze troszeczkę kraulem, wzdłuż. Nic nie czuję, nic nie wiem. Rozejrzałem się, zanurkowałem, no to do brzegu. Ale jakoś tak dziwnie widziałem, że się od tego brzegu oddalam, ale jeszcze mi to nic nie mówiło. Odwróciłem się i płynę teraz do brzegu. Płynę, ale brzeg mi się oddala. O, to trzeba szybciej, bo coś jest! Kurczę, odpływam od brzegu jak na motorówce, to tak szybko idzie. I wtedy dociera do mnie myśl, że jest odpływ. Był odpływ, tylko nie widziałem czerwonych flag, żeby nie wchodzić, bo jest odpływ. Przy brzegu było ładnie, bo jak woda odchodzi, to jest wygładzone.

I odpływam dalej, i dalej, i dalej. Próbuję na różne sposoby – nic. Nie chcę przesadzać, ile to metrów było, ale bardzo już było daleko. I taka myśl mi przyszła. Ciekawa rzecz, że nie żebym był jakimś herosem czy dobrym pływakiem, ale ani przez chwilę nie było we mnie strachu, że się utopię, że się coś złego stanie. Jakiś był taki wewnętrzny pokój, ja po prostu mam zachować siły, oddychać. I takie przekonanie, że jakoś to będzie. Nie takie polskie przekonanie, że jakoś to będzie, tylko że przecież to nie jest, nie będzie moja śmierć. Ktoś mnie zobaczy czy coś... Jestem wewnętrznie, jakby ktoś mi mówił, nie bój się. To jest niewytłumaczalne, bo powinienem się przestraszyć. Nic. To coś w rodzaju takiego wewnętrznego nie bój się. Ale kiedy mnie woda wyniosła już tak daleko, że przychodzą fale, które zawijają się w coraz większe, a potem takie duże, i płynę i coraz większa, otwarta przestrzeń oceanu, to już nie są żarty. To jest kilkaset metrów od brzegu, brzeg daleko. I teraz jest uderzenie fali, fala cię obraca, nie masz powietrza, i wciąga cię pod wodę, bo jest nurt i odpływ ciągnie cię w dół. Jak wychodzę, otwieram oczy. Tak cię zakręci, że nie wiesz, gdzie jest co, i patrzysz, gdzie jest światło. Tam jest powietrze. Więc szybko się wydrapuję, złapać powietrze, uratować się, bo powietrze to jest życie. Raz, drugi, trzeci. Za każdym razem głębiej, trzy razy głębiej, żeby dostać się do powietrza.

I wtedy dochodzi do mnie świadomość, jak mnie wciągnie i nie wrócę, bo na razie jest walka o przetrwanie, do światła. Nie ma myślenia o śmierci. Ale jest jedno z kolejnych uderzeń fali, złapałem powietrza i trzymam jak najdłużej, bo tyle masz życia, ile powietrza. Takie prawo, koniec, skończy się tlen i jest koniec. Już raz się w rzece Bug topiłem, to wiem, jak to wygląda. I jest uderzenie, wciąga mnie i jest ciemność, totalna ciemność, gdzie nie wiesz, gdzie jest która przestrzeń, bo to jest nurt, i nie wiesz, w którym kierunku woda cię wciąga w dół, nie wiesz, jak się ratować, a nie ma powietrza, kończy się.

To jest kilka – kilkanaście sekund. I wtedy się zorientowałem, że za chwilę nastąpi moja śmierć. Skończy się tlen, bo ile wytrzymasz pod wodą, jak nie wiesz, w którym kierunku jest słońce, światło i ratunek? Walczę, ale nie wiem, czy w dobrym kierunku, bo żadne światło słońca już nie przenika tej głębiny, więc to musi być głęboko. Czy to jest taka wizja dla mojego ciała? Bóg tak przygotuje oczywiście.

I jest moment, że już mi się zaciskają płuca, i wiem, że to jest śmierć za chwilę. Nie ma ratunku, nikt mnie nie uratuje, prawo natury, koniec. Amen. Finito. I nie ma w tym momencie myślenia o czymkolwiek, czy mnie znajdą, czy rekiny mnie zjedzą, czy będę miał pogrzeb, co zostawiłem, nic. Jest tylko jedna myśl, jest śmierć, więc zaraz stanę przed Bogiem. Już doświadczenie Boga miałem jakieś, Jezusa miałem jakieś, w tamtej wizji. Więc koniec. Tylko powiedziałem w myśli, Boże, idę do Ciebie. Tak to dokładnie brzmiało, Boże, idę do Ciebie, bądź miłosierny, przyjmij moją duszę. I w tym momencie, kiedy kończy się tlen, ale jeszcze jakiś tlen jest, jeszcze jest ten ostatni oddech, i bez żadnego bólu w tym momencie – oczywiście jest to ucisk kończącego się tlenu, żeby złapać, jak otworzę usta, wciągnę wodę i jest śmierć, nawet nie wyjdę do góry, nurt, który wciąga mnie do dna, wciągnie i gdzieś może kiedyś jakieś kosteczki będą...

W tym momencie, kiedy powiedziałem, Boże, Ojcze, idę do Ciebie, bądź miłosierny, przyjmij moją duszę, w tym momencie światło, takie samo światło jak to Pana Jezusa w sali, to światło Bożej obecności – nie ma żadnych tunelów – tylko widzę, jak ode mnie moje ciało się oddala. Jestem zupełnie świadomy, ostrość widzenia, świadomość zmysłów, nigdy lepiej się nie czułem. Jest takie zdziwienie, ojejku, ale śmierć fajnie wygląda. Taka myśl mojej duszy była, mojego ja, bo cały czas byłem świadomy, że to się kończy życie i za chwilę stanę przed Bogiem, moja dusza odłączy się. A więc to tak jest! Takie myślenie moje było. Patrzę, a moje ciało odpływa ode mnie. Patrzę, słyszę głos – mówię, jak to przeżywałem – nie przejmuj się ciałem, ono jest ci niepotrzebne.

Wiecie, jaką widziałem wizję tego ciała? To żeby zrozumieć potem powrót do mojego życia. Moje ciało zobaczyłem zwinięte jak dziecko w łonie matki. To był płód zwinięty. Moje ciało było zwinięte, Pan Bóg utworzył dla mnie bańkę powietrza, butlę gazową mi dał, tak jak bombka szklana przezroczysta – tak to widziałem. Jak płód, dziecko u matki, taki zwinięty jestem, i widzę to ciało w takiej bombce. I dwa snopy światła, i wiem, że to są aniołowie. Zupełnie inne światło niż to, w którym jestem skąpany. Widzę to ciało, tę bombkę powietrzną i te dwa anioły – tylko nie w kształcie ludzi żadnych, tylko dwa snopy światła niosące to ciało gdzieś. Słyszę, nie zajmuj się tym, to nie jest ci potrzebne teraz. W tych odmętach ciemności to przepiękny widok jest.

W tym momencie odwracam uwagę od ciała, bo widzę światło. Moja dusza mówi, jakie to jest piękne po śmierci! Mam świadomość, śmierć, idę, patrzę, znajduję się najpierw w pomieszczeniu, najpierw prostokątnym, ale potem ono się powiększa. Nie ma sufitu, tylko jakaś przestrzeń, jakbym na niebo przepiękne patrzył. A tutaj ściany, ale ściany ze światła, i jestem skąpany w tym świetle. Ale to światło ma pewne granice, to umownie nazywamy pokój, w którym jestem. To jest coś w rodzaju przedsionka i do tego przedsionka, do tego pokoju, do tego pomieszczenia światła, w którym jestem, mam zupełnie świadomość siebie jako żywej osoby, z rękami, z nogami. W tym momencie nie sprawdzam, nie szczypię się, czy to jest ciało, nie, tylko tak przyjmuję, tak to jest. Tak to jest po śmierci, coś wspaniałego. Uczucie to jest nie do opisania. Nie ma słów na większość rzeczy, które tu opowiadam bardzo skrótowo, nie ma słów, bo nie mamy odniesień. Nie opiszę światła, którego nie ma tu, na ziemi. Można powiedzieć białe światło, ciepło. To światło się zapamiętuje nie tylko dlatego, że kolor czy jak to wyglądało, tylko to światło jest miłością. Z tego światła jestem skąpany w miłości, skąpany w świetle, które jest miłością. Mam świadomość i jestem ciekawy. Ciekawość mojej duszy, zaraz zobaczę Matkę Bożą, Pana Jezusa, świętych, zmarłych różnych. Jak to będzie! Kurczę, sąd. Sąd był...

Jak to mówię, to muszę na nowo przez to przechodzić. Nie wszystko mogę mówić, bo są rzeczy, których nie mogę mówić, a są rzeczy, dla których muszę znaleźć słowa. Chociaż któryś już raz to opowiadam, to jest wysiłek dla mnie, żeby to pozbierać, i co powiedzieć do was w tym momencie.

Opublikowano w Teksty

nazarukOMIAle po dwóch latach miałem wypadek samochodowy i uszkodzony kręgosłup, trzy kręgi strzaskane, dwa mocno. To powinien był być wypadek śmiertelny, ale Pan Bóg to zrobił inaczej, że – tak w skrócie powiem – to było moje pierwsze doświadczenie poza ciałem. Jest taki moment, że jestem położony w szpitalu na stole. Tego dnia miałem zrobić 1000 kilometrów i potem jeszcze prawie 600. Po drodze miałem dać ślub rodzinie indiańskiej. Ujechałem 100 kilometrów i zatrzymało się moje życie, straciłem przytomność i zjechałem na drogę, uderzyłem w drzewo, koziołkowałem w nasyp, przełamał się samochód, spadłem do rowu. Gdyby nie to, toby mnie jeszcze wielki tir amerykański przejechał. Jeden ze znaków przepięknej obecności Boga.

Jest taki moment – leżę w szpitalu, lekarze ratują moje życie. Widzę, co robią, co mówią, a ja jestem pod sufitem i patrzę, i widzę wszystko. W pewnym momencie lekarz ogłasza moją śmierć, „We lost him”. Koniec życia. Przykrywają mnie szmatą, a ja wiem, że nie jest to koniec. Ja jestem taki radosny, tam z góry patrzę i idzie niesamowite wrażenie, ja wiem, że to nie jest koniec. Nie wiem dlaczego. Oni wychodzą z sali – taką mam wizję – a ja przepięknie zjeżdżam z góry, jak na saneczkach, do mojego ciała powracam.

Może to dziwnie brzmi, mówię symbolami, ale tak to było mniej więcej. I chociaż jestem przykryty szmatą, to widzę, co się dzieje, i słyszę, co się dzieje. Po chwili, jak już jestem w ciele z powrotem, mój duch wrócił do ciała, to słyszę kroki. Drzwi się otwierają, bo wiem, że mnie łapiduchy do kostnicy wywieźć mają i będzie koniec. Ja już mam pomysł w ciele, taki mam pomysł, że jak oni mnie będą wieźli, ja się poruszę i dam znać, że ja przecież żyję, no przecież mnie zakopią, a ja jestem w ciele, ja żyję. Takie jest myślenie mojej duszy.

I teraz otwierają się drzwi, moja głowa jest tu, nogi są tutaj, tam są drzwi. Wszystko to w tej chwili widzę. Jak to opowiadam, to wędruję niejako na nowo. Napełnia się sala światłem, tylko że to nie jest elektryczne światło. To jest światło Boże, światło obecności Jezusa Chrystusa, Pan Jezus w tej sali. Ja Go widzę, chociaż jestem przykryty, widzę Go przez tę szmatę. Wchodzi, obchodzi i staje przy mnie. Patrzę na Niego, widzę Go całego, wiem, że to jest Pan Jezus, ale nie mogę nawiązać kontaktu z Nim, nie można mu patrzeć w twarz, w oczy. Tu się rozpływa, ja tylko widzę do brodu, reszta jest dla mnie niewidoczna czy... Trudno powiedzieć, to jest coś takiego, że nie widzę Jego twarzy i wiem, że to nie jest czas, żeby patrzeć na Niego twarzą w twarz. Ale On wyciąga rękę i mówi „Nie bój się. Będziesz żył”. I kończy się ta wizja.

Co to było? W tym momencie, kiedy ten wypadek był, kiedy z połamanym kręgosłupem odzyskuję przytomność, wracam, Pan Bóg mi tutaj pokazał... Budzę się w samochodzie, patrzę, jestem w rowie, przełamany samochód, silnik chodzi, więc szybko wyłączam, żeby nie wybuchnął; silnik chodzi, ale pourywało wszystko. Nie czuję żadnego bólu, próbuję wyjść, przez drzwi jakoś wyciskam się. Na skarpie stoi z wielkiego tira Amerykanin jakiś i mówi, o, to żyjesz, myślałem, że zginąłeś, bo to źle wyglądało. W tym momencie, gdy ten odzywa się, a ja próbuję wyjść z samochodu, nie czuję, że mam połamany kręgosłup.

Z tej drogi, przez którą przeleciałem z samochodem, wyjeżdża policjant. To nie jest czas komórek, to jest 93 rok. Policjant akurat, dwie minuty po moim obudzeniu się. Więc ja wyszedłem z samochodu, a ten jeszcze na highwayu stoi i mówi, nie ruszaj się, może coś ci się stało. Nie, nic mi się nie stało. Ale jakiś głos mi mówi, nie ruszaj się, oprzyj się o drzewo. Oparłem się o drzewo, sprawdziłem dokumenty, wszystko jest. Poruszałem się – nic, patrzę, ręce całe. Już kiedyś miałem w życiu połamane obie ręce, obie nogi, wiem, różne historie, tak że wiem, jak wygląda połamanie, ale wiem też, że jest szok i można nie czuć bólu. Ale wziąłem moją saszetkę z dokumentami, wylazłem, wchodzę, policjant pyta się, co się stało, kierowca mówi ja widziałem, ja wszystko powiem. Policjant pyta, nic ci nie jest? Mówi, wiesz co, masz szczęście. Ja – wiem, że mam szczęście, że przeżyłem. Ten mówi, że za chwilę będzie ambulans albo nawet dwa przejeżdżały przez to miejsce. Do jednej miejscowości 100 kilometrów, do drugiej miejscowości 120 kilometrów. W momencie, kiedy ja mam wypadek, dwa ambulansy przejeżdżają. Kto tym reżyseruje? Policjant mówi, jeden może już przejechał, ale drugi na pewno nie. Pyta się, kogo mam zawiadomić, dałem telefon do oblatów zawiadomić, że tu jest samochód do odebrania i biorą mnie. W tym momencie, kiedy on wykręcił numer do oblatów, zatrzymuje się, bo już dostał wiadomość, jeden ambulans. Jeden wiózł kobietę rodzącą, a drugi kogoś miał przewieźć, to tamten załatwi. Oni wpadają, pytają się policjanta, bo już jeden pielęgniarz poszedł do samochodu i nie widzą kierowcy, drugi pyta się, gdzie jest kierowca? Mówię, to ja jestem kierowca. Ty jesteś kierowca? I ty żyjesz? Jak tu się znalazłeś? Mówię, żyję. Jakim cudem? Nie wolno ci się ruszać! Mówię, nic mi nie jest. To ty tak myślisz. Nie ruszać się. Od razu usztywnienie. Wszystko było zrobione, 3 – 4 minuty od wypadku jestem już w ambulansie, lekarze mnie unieruchamiają, cały czas sprawdzanie, czy mam czucie w nogach, jak się nazywam. Wiozą do szpitala ponad 100 kilometrów, zawożą mnie do szpitala, kładą na stole, żeby prześwietlać, przychodzą pielęgniarki, przychodzi lekarz – ja patrzę, to jest ten szpital, te pielęgniarki i ten lekarz, który miałem, tę wizję, gdzie powiedzieli, że umarłem, a ja jestem podczepiony, a Jezus przychodzi i mówi, nie bój się, będziesz żyć. To mi w tym momencie wszystko przypomniało mi się, bo miałem wizję taką w czasie tej mojej nieprzytomności, gdy straciłem przytomność za kierownicą.

No więc zobaczymy, co będzie. Robią prześwietlenie, szybko, żeby zobaczyć, co się stało. Kiedy mi zaczęli zakładać po wypadku te wszystkie gorsety, to w tym momencie dopiero poczułem drętwienie w plecach, nie ból jeszcze, ale jakby plecy robiły mi się drewnem. Zrobili mi zdjęcia, lekarz przychodzi i jest niesamowite wrażenie, bo lekarz wchodzi przez drzwi, tak jak światło Pana Jezusa, na biało ubrany z kliszami w ręku, podchodzi, powiesił, popatrzył na te zdjęcia jeszcze raz, zostawił na okienku i podchodzi w to miejsce, gdzie był Pan Jezus. Mówi, nie przejmuj się, będzie dobrze, będziesz żył. Bóg prowadzi wszystko, będziesz żył. Trzy kręgi były uszkodzone, dwa strzaskane mocno, każdy ruch groził mi uszkodzeniem, mógł być paraliż, ale ja tego nie wiedziałem. Później od Pana Jezusa usłyszałem, że to był śmiertelny wypadek, że z tego wypadku nie miałem wyjść.

Aha, jest taki moment teraz. Mogę być w gipsie albo bez gipsu. Podpisuję, że bez gipsu. To jest bardziej bolesne, ale szybciej to ustawia się. To jest niesamowite, w nocy nie można spać, bóle, każdy ruch powoduje ból. Nie minął tydzień, kilka dni w nocy próbowałem nie brać żadnej morfiny ani środków przeciwbólowych, spać, ale nie zawsze dawałem radę. Pewnej nocy, jak wcześniej się wyspałem, godzina pierwsza w nocy, jakoś tak się dziwnie czuję, i przyszedł mi pomysł. Ciekawe, jaka moja jest odporność na ból. Jestem podłączony w razie czego, jest cisza, jestem w pokoju z pacjentem, okazało się, że też Polak, spod Monte Cassino, przepiękna historia tego człowieka, i jakby ktoś mi kazał wyjść z tego łóżka. To trwało, nie wiem, z godzinę, ale po milimetrze zacząłem przesuwać nogę. Ból, to ból, ale taki, że mogłem go znosić. W każdej chwili mogłem nacisnąć na klawisz pielęgniarki i jest. Cisza, słyszę, tam gdzieś daleko pielęgniarki sobie szepczą na korytarzu, a ja tak po milimetrze, po centymetrze przesunąłem się. Lekarz mi powiedział na początku, 4 miesiące do 6 miesięcy będę w szpitalu, i potem będziemy się uczyć chodzić. Zobaczymy, powinieneś chodzić, ale jak będzie, zobaczymy. Taka perspektywa.

To jest niecały tydzień, wyszedłem z łóżka, stanąłem na nogi, powoli, po centymetrze doszedłem do drzwi, potem po poręczy poszedłem w stronę pielęgniarek. Bezszelestnie, stoję i tak patrzę. One zobaczyły mnie, myślały, że duch. Aż krzyknęły, jakim cudem, ja nie mam prawa, powinienem w łóżku być i spać. To niemożliwe, żeby wyjść z takim czymś z łóżka. Od razu wózek, dały mi coś nasennego. Na drugi dzień lekarz przychodzi, obchód, w ogóle ze mną nie rozmawia, rozmawia tylko z pielęgniarkami. Mówi, proszę go wziąć na prześwietlenie, rentgen mu zrobić. Przedtem, jak tylko wszedł, powiedział, słyszałem, że tu jakieś spacery nocne były. Wiedziałem od pielęgniarek, że lekarz nie będzie zadowolony, więc tak cicho, grzeczniutko siedzę.

Zawieźli mnie, zrobili prześwietlenie, to miało być błyskawicznie, więc było szybko. Czekam, czekam. Ten lekarz to srogi taki, wcześniej już widziałem go. Wchodzi do sali z tymi kliszami i tak od drzwi – słuchaj, ja już ciebie nie leczę. Ja już nie jestem twoim lekarzem, słyszysz? – Słyszę. – Masz innego lekarza – pokazał do góry, tamten cię leczy wiesz? Znasz Go? – Znam. – Ja nie wiem – mówi – co się dzieje w twoim ciele, jak tamten lekarz cię leczy, ale ja cię nie leczę, to On ciebie leczy. Ja mam tylko pilnować, żebyś sobie krzywdy nie zrobił. Ja nie wiem, co się dzieje z tobą, ale możesz od dzisiaj chodzić, kiedy chcesz, ale nie sam jeszcze.

Zawołaj pielęgniarkę. O to nam chodzi. To miało być za 4 miesiące. Masz lekarza – pokazał do góry.

Potem, już po powrocie do Polski, Pan Jezus przez osobę, którą sobie wybrał, przekazał mi, że wypadek, który miał się zakończyć moją śmiercią, nie skończył się śmiercią, ponieważ Matka Boża Kodeńska wyprosiła dar życia, abyś żył, i szybki powrót do zdrowia Jej zawdzięczasz.

Wiem, że tak jest. Było więcej, ale bym do północy opowiadać nie skończył. Opowiem w skrócie historię drugiego mojego spotkania z Panem Jezusem. To było pierwsze większe, gdzie Go widziałem, ale nie z twarzy, bo to była wizja. Dostałem potem potwierdzenie, że to nie były halucynacje, ale tego już nie opowiadam.

Skrót teraz. Musiałem się z Dalekiej Północy wycofać ze względu na stan zdrowia. Mimo że wyzdrowiałem, ale nie byłem w stanie pracować, bo były problemy, drętwiały mi nogi, różne historie, do dzisiaj to mam. Wiem, że długie kazanie mówię, bo po 15 – 20 minutach zaczyna mi drętwieć noga, to mam już sygnał od Pana Jezusa, że kazanie trzeba kończyć. Proste, nie? Jak siedzę, jak widzicie, to nie dostaję takich sygnałów (śmiech). Widocznie jeszcze mogę mówić.

To, co wam opowiadam, ma być spisane. Tamta historia, w większym poszerzeniu, to co więcej się działo i co usłyszałem. Teraz jest taka historia. Wycofałem się z Dalekiej Północy, potem pracowałem jeszcze w dużej parafii francusko-angielskojęczynej, gdzie było sporo Indian, Indianami się zajmowałem, to było w St. Albert, gdzie przy kościele jest ten cmentarz około 300 oblatów, w tym brat Kowalczyk, mój wspaniały przyjaciel. Po trzech latach zostałem wysłany do pracy wśród Indian Kri nad małym Jeziorem Niewolników, tam półtora roku byłem. Mieli mi odciąć drugą nogę, nieuszkodzoną, ale znowu zadziałały układy z wyższą sferą. Chociaż lekarz powiedział, że maksymalnie 5 lat po artroskopijnych oczyszczeniach, bo miałem zerwane więzadła, one dzisiaj nie funkcjonują, nie powinienem chodzić, a chodzę. Jest taka zasada trzmiela. Znacie zasadę trzmiela? To nie jest ewangeliczne. Jest trzmiel, fajne stworzenie, i naukowcy obliczyli, że on nie ma prawa latać, bo za gruby, za ciężki proporcjonalnie do malutkich skrzydełek, cieniutkich. Te skrzydełka, naukowo obliczając, nie mają prawa go podnieść, żeby fruwał, ale trzmiel nie wie o tym i lata.

Ja na zasadzie trzmiela dużo kilometrów w życiu przeleciałem i tak latam jeszcze, na zasadzie tego, że lekarze mówili, my się dogadujemy z Panem Jezusem na swój sposób, na różne sposoby. Stąd nogą też tak było. Lekarz powiedział maksymalnie 5 lat, utną mi i musi być proteza itd. Już jest 20 lat i chodzę, na zasadzie trzmiela. To się nie trzyma kupy, na nartach w Calgary na stokach olimpijskich zjeżdżałem z takim kolanem, tylko taką objemkę sobie zakładałem i zjeżdżałem.

Raz mało się śmiercią nie skończyło, ale to jeszcze nie był czas. Czas naszej śmierci jest wyznaczony – tak mi to przekazane było w mojej wędrówce po tamtej stronie. Czas naszej śmierci jest wyznaczony w momencie narodzin. Bóg już wyznaczył czas, ile będziemy żyć, i misję, jaką mamy spełnić. Czy ją spełnimy, to od nas zależy, bo jesteśmy wolni. Okoliczności śmierci się zmieniają, do ostatniej chwili, ale data śmierci jest wyznaczona. Może być zmieniona, z różnych powodów.

Jak ktoś popełnia samobójstwo, to jest przekroczenie, ale człowiek jest wolny. Taką wstawkę dołożę, bo w pewnym momencie będzie o tym mowa.

Po roku – półtora u Kri, gdzie też były niesamowite historie też, na jedną książkę można materiału znaleźć – przyjeżdżam nad Jezioro Świętej Anny i przez trzy lata jestem proboszczem Misji św. Anny, to jest najstarsza misja Kościoła katolickiego w zachodniej Kanadzie, 1842 rok. W 41 wylądowali oblaci, a tam pierwszy misjonarz katolicki, nie oblat, przychodzi nad Jezioro Świętej Anny, Kri nazywają go Jeziorem Dobrego Ducha. To jest główne miejsce pielgrzymkowe Indian Kanady i Stanów Zjednoczonych. Ma swoją historię około 120 lat pielgrzymek. Na św. Annę w lipcu przyjeżdża tam 50 do 80 tysięcy Indian. To są cztery rezerwaty, kiedyś miało być tam centrum.

Może kiedyś opowiem o Jeziorze Świętej Anny i nawróceniu szamana czarownika i wizji Pana Jezusa, którą on miał przy mojej obecności; i wizji tańca słońca, w czasie pogrzebu tego nawróconego czarownika, jakie miało miejsce w Fatimie, którego ja byłem świadkiem. 8 osób innych na pogrzebie, na którym było około tysiąca ludzi, na które mam potwierdzenie od Pana Boga i wytłumaczenie wielu rzeczy. Ale to jest inna historia.

Opublikowano w Teksty

nazarukOMIZ tego pierwszego pobytu taką historię wam powiem, bo ona znowu pokazuje, jak Duch Boży do mnie przemówił. Jest styczeń, to jest dopiero miesiąc mojego pobytu w Kanadzie. Najpierw wylądowałem w Edmonton, tam są dwie polskie parafie. Ja należałem nie do polskiej grupy, tylko francuskojęzycznej, tak zwana Prowincja Grande, ale że nie znałem języka angielskiego na tyle, żeby pracować, to dali mnie tamci oblaci francusko-angielskojęzyczni do polskiej parafii w Edmonton, gdzie miałem się uczyć angielskiego. Obok Edmonton jest miejscowość St. Albert, prawie łącząca się z nim, gdzie jest na cmentarzu około 300 oblatów pochowanych, misjonarzy wielkich, wśród nich ci pionierzy polscy, bracia i księża, którzy już pracowali przed wojną. Między innymi tam leży brat Kowalczyk.

Na drugi dzień po wylądowaniu w Edmonton, styczeń, bardzo zimna pogoda, ja z różami idę na grób brata Kowalczyka, a tam patrzę, pełno kwiatów, nie tylko ja. Zawsze na jego grobie jest pełno kwiatów i świece się świecą. Mówię, bracie, tutaj twój zmiennik przyjechał, weź mnie pod opiekę, bo wiesz, nie wiem, co mnie tu czeka, a ty już wiesz. I jest jednym z moich wspaniałych opiekunów mojej duszy i patronów, do którego codziennie się modlę od tamtego czasu. Byłem dwa tygodnie w polskiej parafii, jedzie przełożony mój prowincjał już tamtejszy, na północ, daleką północ, nad Wielkie Jezioro Niewolników, gdzie już dwóch polskich oblatów pracowało, bo pojechali przede mną młodzi. To jest potężna przestrzeń. Diecezja Mackenzie jest wielkości całej Europy, chyba największa diecezja na świecie. Miejscowość od miejscowości to 300, 400, 500 kilometrów. Tam przed wojną pracował ojciec Leon Mokwa. To ten, o którym mówiłem, że się nie zdziwi już niczym, a się zdziwił w wieku 70 lat. Zdziwił się, kiedy jego kolega, oblat, współbrat, wywinął numerek z odejściem. I on tam pracował, człowiek, który ponad 60 lat pracował na misji, poznał masę języków. Dowiedziałem się, że jestem przeznaczony do pracy wśród Psich Boków, bo radny prowincyjny stamtąd był, bardzo wpływowy, i biskup, też oblat, potrzebował kilku misjonarzy i nasz przełożony powiedział, że tam docelowo będzie 6 oblatów pracowało. Już było dwóch, mieli być następni. Miałem z jeszcze jednym być, ale ten drugi zrezygnował. I on mówi – jedziemy na północ. No to jedziemy na północ. Nie miałem o tym pojęcia, trochę wiedziałem, czytałem, ale nic nie wiedziałem o dalekiej północy. 1300 kilometrów jechaliśmy samochodem, a potem jeszcze 300 kilometrów samolotem.

Zajeżdżamy do miejscowości Rae-Edzo, to jest taka stolica, główna misja, Indian Psich Boków. Jest ciekawa historia ich, ale to pominę. Jedni z najbardziej moralnie wysoko postawionych Indian. Indianie są z natury bardzo religijni i to mogą powiedzieć – nigdy nie spotkałem ani jednego Indianina czy Eskimosa, który by powiedział, że nie wierzy w Boga. Dla nich to jest taki absurd, że nie mieści się w głowie. Mówią, że to jest niemożliwe, że trzeba być wyjątkowo głupim i ślepym, żeby coś takiego powiedzieć, że się nie wierzy w Boga. Jak można nie wierzyć w Boga, coś, co jest najbardziej oczywiste na świecie! O Bogu mówi wszystko, powietrze, słońce, księżyc, każdy ptak. Ta modlitwa, którą czytałem, każdy kamień, każdy liść poruszony mówi o wielkości Boga.

Pojechaliśmy. Tam pracuje taki Francuz, który właśnie się wystarał o nas, o Polaków. On tam nie zawsze bywa. I w niedzielę ogłoszono, że przyjedzie ojciec Johnson, prowincjał, i przyjedzie polski ksiądz. Dlaczego pojechaliśmy na daleką północ do tej misji? Ponieważ jakiś czas wcześniej tam był Jan Paweł II.

Najpierw nie mógł dojechać, bo była mgła, a potem obiecał, że dojedzie, i przyjechał jeszcze raz. I oni prosili o misjonarzy, bo kiedyś był taki czas, kiedy było około 150 oblatów na ten teren diecezji Mackenzie i ze 200 sióstr zakonnych. To wielka historia. Kiedy ja tam dotarłem, było 30 kapłanów i może ze 20 sióstr zakonnych. Zmniejszyło się, a ludzi przybywało, bo na dalekiej północy są złoża złota, ropy wielkie, diamentów ogromne, innych. Tam jadą ludzie, nie tylko Indianie mieszkają, ale biali też. Więc przybywa ludzi, a coraz mniej jest misjonarzy. Nie ma powołań wśród Indian, nie chcą księża jechać nawet tam daleko. Ci starzy weterani wymierają albo już się wycofują, bo nie mogą pracować, dlatego nas proszono, Polaków, żebyśmy przyjechali. Ja tam się znajduję, jest pierwsza msza. Taką długą historię chciałem opowiedzieć, żeby pokazać coś, co mnie dotknęło. Pierwsze spotkanie z Indianami. To jest fajne, bo lądujemy w Yellowknife – nazwa od Indian Żółte Noże – ja sobie wyobrażam, daleka północ, z samolotu wysiądziemy, to Indianie, Eskimosi, futra itd. Otwierają się drzwi, pierwszy człowiek, jakiego zobaczyłem po otwarciu drzwi, to był Murzyn, autentycznie. Ja myślałem, że samolot został uprowadzony (śmiech). Podjechała drabinka i drzwi się otwierają, my z ojcem Johnsonem wychodzimy, patrzę, na dole stoi Murzyn, czarny jakby wszystkie światła zgasły.

Mówię do ojca Johnsona – czy myśmy w Afryce wylądowali? A on mówi nie, to jest kanadyjska północ. Ale żeby śmieszniej było, to ten Murzyn przyjechał po nas. Okazało się, że diakon, który przyjechał z Afryki, Kenijczyk, chciał pracować wśród Eskimosów. I on przyjechał samochodem biskupa po nas. To był dla mnie niesamowity szok spotkania z daleką północą.

Drugie, może nie szokujące, ale bardzo pouczające dotknięcie Ducha Świętego. Msza Święta, jestem przedstawiony ludziom. Wielu ludzi było, bo dowiedzieli się, że Johnson przyjedzie, a znali go, bo był kierownikiem pielgrzymek. Wiedzieli, że przyjedzie z Polski misjonarz, a już mieli dwóch. Psie Boki mieszkają w pięciu miejscowościach w promieniu ponad 400 kilometrów. Oni w niedzielę wsiadają w samolot – bo jest jeden misjonarz i może być tylko w jednej miejscowości – i po 200 – 300 kilometrów lecą, żeby być na mszy. Wyobrażacie sobie to? Tak kochają, żeby być u spowiedzi, u komunii, lecą samolotem.

Czasami zostają potem na kilka dni w tej miejscowości, bo to są powiązania, relacje rodzinne też. Ale żeby na mszy być, lecą samolotami. Dowiedziałem się, że będę z tym Francuzem, we dwójkę będziemy obsługiwali pięć miejscowości w promieniu 400 kilometrów, więc będą mieli w wioskach księdza częściej niż dwa – trzy razy w roku. Zostałem przedstawiony, kończy się Msza Święta, mówi do mnie ten Francuz, który nas tam sprowadził – a teraz będzie szpaler, idź tam, bo wszyscy chcą cię przywitać. To poszedłem. Do kościoła wejdzie jakieś 300 – 400 ludzi, a na mszy było około tysiąca. W tej miejscowości mieszka około 800 ludzi, ale na msze przyjeżdża więcej, jak wiedzą, że będzie ksiądz. To dla nas niespotykane. Wyobraź sobie, że najbliższy ksiądz jest w Szczecinie, pojedziesz w niedzielę, żeby być na mszy? Tak kochasz Jezusa, żeby być u komunii, żeby jechać 300 – 400 kilometrów samochodem czy samolotem? Ja porównuję, ale oczywiście to inne warunki.

Idę, każdy mi podaje rękę, niesamowite wrażenie. Zimno mnie przechodzi, bo podaję rękę, kobiety troszeczkę się uśmiechają, a mężczyźni to kurczę, jakby byli zamarznięci, jakby na K2 weszli i zamarzli. Takie pogody są tam, gdzie pracowałem, jak na tym szczycie, 40, 50, 60 stopni przy powiewie wiatru, taka pogoda, ale to nie szczyty, można żyć – oni żyją i są szczęśliwi. I idę, każdy podaje mi rękę, bo oni skanują, że tak powiem po naszemu. Oni, podając rękę, nie oszukasz ich, sposób, w jaki podajesz rękę, po dotknięciu ręki, sposobie spojrzenia, oni powiedzą wszystko o tobie. Nie pomylą się, czy jesteś uczciwy, po co przyjechałeś. Na samym końcu jest kobieta, o kulach, Indianka, staruszka, pochylona, i stoi. Podchodzę do niej, sporo ludzi na zewnątrz stało, ona ostatnia. Ładna pogoda, 15 – 20 stopni to jest cieplutko, bo to jest inny klimat, jest sucho, więc się nie czuje. Mróz robi swoje, ale się tego nie czuje. Zimno się czuje przez wilgotność, a nie przez temperaturę, co też jest zdradliwe. Indianka chwyciła za rękę, pocałowała mnie, nie dlatego że taki młody i taki przystojny z Polski – to było trochę lat temu, trochę młodszy byłem, to był styczeń 1991 roku – i trzyma mnie za rękę, ktoś to tłumaczy, ja na tyle, ile po angielsku mówiłem, a ona w swoim języku, a ona mówi – tak Bóg do mnie przemówił przez tę Indiankę – dziękujemy, że przyjechałeś, zostań z nami.

Mówię, zostanę, tylko muszę jechać do miasta, a potem wrócę. Nie, nie odjeżdżaj, zostań, bo jak pojedziesz do miasta, to zostaniesz z bogatymi, co mają pieniądze, w mieście. Zobaczyłeś nas biednych, to już do naszej biedy nie wrócisz. Ja mówię, że nie przyjechałem po pieniądze, bo pieniądze i dobre życie były też w Polsce. Przyjechałem Ewangelię głosić, tak myślałem. A ona mówi – już niejeden tu był, co mówił, że przyjechał Ewangelię głosić, ale zobaczył biedę, pojechał i nie wrócił. Mówię, że muszę pojechać do miasta, nauczyć się dobrze języka, trochę podszkolić się, wrócę i będę z wami może do końca życia. A ona mi mówi, my twojej mądrości nie potrzebujemy, bo mamy swoją. My twojego angielskiego nie potrzebujemy, bo mamy swój język, piękny, który nam dał, a mądrość, którą mamy, zostaniesz, to poznasz, nauczymy cię. Bo, jak mówi, z Bogiem rozmawiamy i Boga słuchamy, to jesteśmy wtedy mądrzy i wszystko wiemy. Jak przestajemy z Bogiem rozmawiać i Boga słuchać, wszyscy robimy się głupi. I to jest ta mądrość. Proste? Proste. Zostań, nie mądrości od ciebie oczekujemy i nie języka oczekujemy. Oczekujemy jednego, żebyś nas pokochał i modlił się z nami i za nas. Bo, mówi, jak ksiądz jest, to dobrze się dzieje wśród nas i dobrze żyjemy, bo jak ksiądz jest, to jest komu nam Boże słowo przeczytać i wytłumaczyć. Jak jest ksiądz, to jest msza i jest komu Pana Jezusa dać, jak ksiądz jest, to jest komu grzechy przebaczyć. Wtedy jest ciepło i dobrze żyjemy. Ale jak księdza nie ma, i długo nie ma, to nie ma komunii, nie ma kto nam grzechów przebaczyć i nie ma kto nam słowa Bożego przekazać. I wtedy jest zimno. I jak długo nie jesteśmy u spowiedzi i u komunii, to zaczynamy się żreć jak zwierzęta. Pokochaj nas, żyj z nami, żebyśmy wiedzieli, że Bóg mieszka wśród nas i Bóg troszczy się o nas. Bądź znakiem Boga dla nas.

Mówię do dzisiaj, że nigdy piękniejszego kazania nie usłyszałem, jak to, co ta Indianka powiedziała. Te słowa słyszę codziennie. Bądź znakiem. To, co ona powiedziała do mnie jako o kapłanie, to tyczy się nas wszystkich, jako chrześcijan, żeby być znakiem Boga, uczeń Chrystusa, chrześcijanin, znakiem Boga, żeby drugi człowiek odchodził po spotkaniu lepszy, a nie gorszy z nami. Tego oczekuję. I pięknie streściła Ewangelię, mądrość, jest ciepło, bo jest Jezus. Jak jest ksiądz, to jest msza – wartość mszy, wartość spowiedzi, wartość słowa Bożego jednym zdaniem. My gadamy kazania długie, po tydzień na rekolekcjach, i nie umiemy ująć w jednym zdaniu jak ona. Ale to Duch Święty przemówił przez nią. Widziałem tę mądrość Indian, doświadczyłem. Dużo by opowiadać o tej historii, to jest za dużo. Jest wiele takich historii, dwa lata byłem na północy indiańskiej i myślałem, że więcej czasu tam będę. Język poznałem, lepiej mi się mówiło po indiańsku niż po angielsku, bo codziennie była msza po indiańsku, a angielska tylko raz w tygodniu, którą odprawiałem z tym Francuzem. Potem jeździłem do różnych wiosek, niesamowite doświadczenia, piękne historie poznawania tych ludzi.

Opublikowano w Teksty

Mnie wtedy zafascynowała Kanada, ale nie tak, żeby tam jechać. I raptem, ja tu pracuję jako powołaniowiec i zgłasza się nam nowy superior generalny, że na Kanadę potrzeba misjonarzy. Bo tam potężne przestrzenie, misjonarzy nie ma, nie ma powołań i szukają chętnych. I cyk, cyk, cyk, zapikało mnie. O kurczę, a ja tu jestem powołaniowcem. A, to myślę sobie, że trzeba znowu zapytać Pana Boga. To jest takie dziwne. Nie wiem, jak to jest być zakochanym w dziewczynie, ale mówią, że ma się takie motylki, że nie można spać, myśli się, żeby ją zobaczyć, napisać...

To ja dostałem takich motylków całe stadko, że jak myślałem o Kanadzie, to mi się tu coś takiego dziwnego działo. Autentycznie, takie poruszenie.

Napisałem do przełożonego, a on mówi, że wyrzucili mnie, powiedzieli, że w ogóle nie biorą mnie pod uwagę, są inni, co pojadą. Jeszcze próbowałem, odrzucali mnie. O. Kuc, który był prowincjałem, powiedział, że dopóki ja jestem prowincjałem, to ty z Polski nie wyjedziesz, jesteś nam tu potrzebny, robisz, to co robisz, nie zwolnimy cię. Ja mówię, jak Pan Bóg będzie chciał, to pojadę i tak. – Ty mi się Bogiem nie zastawiaj! – Jak Bogiem się nie zastawiać, no to kim?! I walnąłem tak w niego. No i jak mi przełożony nie pozwala, to znalazłem sposób. Buch. Napisałem list do przełożonego w Kanadzie. Ktoś mi pomógł po francusku uporządkować to, co ja sam byle jak napisałem. I on mi odpisał: Bardzo cieszę się, że jesteś chętny. Właśnie jadę do Rzymu, będzie kapituła, ja się spotkam z generałem, spotkam się z waszym prowincjałem – bo ja napisałem, że oni nie chcą mnie puścić. No i oni się w Rzymie spotkali, dogadali się i prowincjał pozwolił mi tam jechać. I tak się zaczęła moja epopeja.

Nie wiedziałem, dlaczego Pan Bóg chce mnie tam, dlaczego Kanady. I takie były przeciwności, i przełożony mówi nie, i potem był stan wojenny, różne historie. Ambasada kanadyjska mi nic nie odpisuje, nie żadnych odpowiedzi. Zdenerwowałem się, jak tyle przeciwności, to chyba Pan Bóg mówi, że to jest nie moja droga. To dobrze, mówię, Panie Jezu, robimy tak – zresztą nie pierwszy raz tak robiłem z Panem Bogiem – jeżeli to jest Twój pomysł, to rób z tym, co chcesz. A jak to jest mój wymysł, że ja jadę zwiedzić świat, Góry Skaliste, bizony, białe niedźwiedzie, Indianie, różne historie, to jeżeli to jest mój pomysł, to ja rezygnuję, i postaw mi takie przeciwności, żeby to nie wyszło. Ale jak to Ty, to ja chcę od 16 grudnia mieć dowód, że to jest Twój pomysł.

Dlaczego 16 grudnia? Bo tego dnia, kiedy poszedłem w zawody z Panem Jezusem, kiedy miałem takie układy, to już była rozpoczęta Nowenna do Niepokalanego Poczęcia, a ja jej nie rozpocząłem, już byłem spóźniony. Przyszło mi na myśl zrobić Nowennę w intencji poznania woli Bożej. Mówię, Panie Boże, 16 grudnia kończę Nowennę, słyszysz? Do Twojej Matki Niepokalanej. Miało być 9, ale ja 16 skończę. I proszę, 16 grudnia proszę mi dać odpowiedź! I proszę o konkretną odpowiedź! 16 grudnia chcę mieć na moim biurku dokumenty z ambasady kanadyjskiej, a nie, to nie zawracajmy sobie głowy. Koniec! 16 grudnia kończy się moja Nowenna, ja do torebki czekoladę i kawę – wtedy kawa i czekolada były bardzo trudne do zdobycia jeszcze – na pocztę, mnie tam znali. Dzień wcześniej powiedziałem, jutro przychodzę z kawą i czekoladą, takiej wielkości koperta dla mnie będzie żółta, albo jej nie będzie. Jeżeli będzie, będziemy pić kawę, jeżeli nie będzie, to też wypijemy sobie kawę, bo będę miał odpowiedź. Wchodzę z torebką, a pani zza okienka pyta: Ta koperta? Tak. 16 grudnia Pan Bóg dał odpowiedź na moje pytanie. Zawsze działa, 100 procent. Jak pytasz się Boga, co masz zrobić, zawsze będzie odpowiedź i się nie pomylisz. Tego uczę dzieci, ludzi.

Ja trochę tak może barwnie, niebarwnie – nie wiem, jak to wychodzi do tej pory – ale taki mam związek z Panem Jezusem między innymi w rozmowach. I daje zawsze odpowiedź. I to, co mówiłem do tej pory, to nie po to, żeby opowiedzieć jakieś barwne historie mojego życia, tylko w tym celu, jak Bóg kogoś takiego jak ja prowadzi, uczy.

Jak już wróciłem z Kanady po moich wojażach, po różnych historiach, kilka lat tu już byłem, to dałem pytanie Panu Jezusowi. Po coś Ty mnie tam posłał? Jak miałem tam być i resztę życia spędzić i po 13 latach wracam, z różnymi przejściami, nadzwyczajnymi oczywiście, to po co ja tam byłem? Tu mogłem być. Dostałem odpowiedź, przez inną osobę. Są osoby, które dostają przekazy od Ducha Świętego, od Pana Jezusa. Są wśród nas w Polsce mistycy, którzy mają przekazy, gdzie Pan Jezus mówi wprost, czego oczekuje. To są prywatne objawienia. Opiekuję się dwoma takimi duszami mistycznymi w Polsce, takim opiekunem duchowym jestem. I te osoby zapytałem, zapytajcie, dla mnie niepotrzebne, ale z ciekawości, ale jak możecie, zapytajcie, po co ja tam byłem, bo wiedziałem, że Pan Jezus chciał, żebym tam był. Przyszła odpowiedź. Wysłałem cię na naukę – między innymi te słowa usłyszałem. – Co byś wiedział, gdybyś nie przeżył tego, co przeżyłeś, i nie widział tego, co ci pokazałem? Jak inne jest twoje świadectwo do moich ludzi, kiedy mówisz o tym, co pozwoliłem ci przeżyć i zobaczyć. Między innymi jesteś żywym świadkiem życia po śmierci, mojej prawdziwej obecności, jesteś świadkiem piekła, czyśćca i nieba, i szatana, i Mnie, bo byłeś i widziałeś. Chciałem, żebyś to przeżył, abyś był świadkiem żywym i by przez twoje świadectwo otwierały się serca na moje działanie, bo masz jeszcze wiele dusz do mnie przyprowadzić. Byłeś tam na naukę i na ukształtowanie twojego serca, aby w pełni służyło Mi i duszom, do których posyłam. Między innymi takie słowa.

Więc cóż mam dyskutować. Więc może w tym momencie przerwę opowiadanie, bo tylko dojechałem do Kanady.

Byłem przekonany, że Pan Bóg tak chce. No dobrze, niech tak będzie. Byłem przekonany, że to już będzie na całe życie i tam umrę, gdzieś w lodach polarnych mnie niedźwiedzie zjedzą albo w utopię się. Czytałem te wszystkie historie, choćby przepiękna książka „Inuk. Misje na krańce świata”, którą przewertowałem trzy razy i zachwycałem się, nie myśląc, że tam pojadę i będę chodził śladami tych wielkich misjonarzy bohaterów, którzy życie oddali, pomordowani, niepomordowani itd. I jak tutaj opowiadam historię mojego życia w skrawkach, poszarpaną, nieuczesane myśli, to nie chodzi tutaj o to, żeby przez to wygrać, jak czasami mówię, jakiś konkurs na popularnego księdza czy zachwycić się sobą jak narcyz, tylko właśnie kojarzy mi się taka historia...

Już byłem wtedy z Siuksami nad Jeziorem Świętej Anny, gdzie ci Siuksowie przychodzili do mnie z różnymi pomysłami na to, żeby było więcej ludzi, jak to zaangażować i jak to porwać wszystko. Czasami w kazaniach mówiłem rzeczy, które im się nie podobały, bo był rachunek sumienia. Niektórzy przychodzili i mówili, ojcze, uważaj, bo jak tak będziesz mówić mocno, to dużo poodchodzi z Kościoła, bo to nie wszystko jest przyjemne. A ja mówię, nie przyjechałem tu do was, żeby wygrać konkurs na najpopularniejszego księdza w Kanadzie, bo na wygranie konkursu na najpopularniejszego księdza w Kanadzie mam pomysł w tej chwili. Przychodzi mi taki pomysł, wiesz jaki? – Jaki? – Słuchaj, to jest bardzo proste. Wielu Indian ma problem z alkoholem, nie że dużo piją, tylko nie mogą pić w ogóle, bo ich organizm alkoholu nie toleruje, nawet mała ilość powoduje, że wpadają w alkoholizm i to jest wielki problem. Mówię, to jest proste, będzie mnie to kosztowało 16 dolarów na tydzień. Dwie niedziele i cała Kanada będzie mnie znała, wszyscy. – Jak? 16 dolarów?! Mówię, to proste. 16 dolarów kosztuje paczka 20 butelek piwa. To ja kupię skrzynkę piwa i powiem tak: ta skrzynka piwa będzie rozlosowana po Mszy św. w niedzielę. Kto wygra, ten będzie miał skrzynkę piwa. Kochany, toż z kilku rezerwatów będą do mnie przyjeżdżać, kościół będzie pełny. Za 16 dolarów, a co zbiorę, to dużo więcej, zwrócą mi się. W jedną niedzielę będzie cała wioska z tego rezerwatu, za tydzień będą z kilku rezerwatów, za dwa tygodnie to tu będą wszystkie stacje telewizyjne i dziennikarze z całej Kanady i Stanów Zjednoczonych. Losowanie tej skrzynki będzie puszczane w całym świecie. Wygram na popularność? Wygram, wszyscy będą mnie znali, ale czy to o to chodzi w ewangelizowaniu? No nie. No to będziemy tak szli, jak idziemy.

Ale do nich też przemawiają obrazy, obrazy niesamowite. Zgłosiłem się do Kanady i tam był problem braku misjonarzy.

Kanada jest pierwszą placówką misyjną oblatów, 25 stycznia 1816 roku zaczęło się nasze zgromadzenie, Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, oblat znaczy ofiarowany Maryi Niepokalanej, Bogu przez Niepokalaną, jeszcze nie było dogmatu o Niepokalanej. To byli misjonarze, którzy mieli odbudowywać Kościół po rewolucji francuskiej, była ich mała grupa, mieli pomysły.

To byli księża diecezjalni, ale ojciec założyciel de Mazenod w karmelitańskim zniszczonym kościele w Aix-en-Provence ich zebrał. Oni byli misjonarzami rekolekcjonistami. Niesamowite metody stosowali. Był taki moment, że mieli różne pomysły, jak ewangelizować i jak ludzi zebrać do kościoła, jak ten mój Indianin. A ja miałem pomysł z piwem, i zadziałałoby, i popularność by była dobra. Nasz założyciel z piwem nie wyskoczył, tylko z rekolekcjami i z noszeniem krzyża. Kiedyś były jakieś problemy, była mała ich grupa, ze 20, i on ich zabrał do domu z powrotem, rekolekcje, msze. Stanął przy ołtarzu, ołtarz, świecie, i powiedział m.in. takie słowa: Tu trzeba świecić, grzać i płonąć albo odejść. Bo zaczęły być kryzysowe sytuacje, różni ludzie mieli różne pomysły na ewangelizowanie. Tu trzeba świecić, grzać i płonąć albo odejść. Ja w klasztorze nie potrzebuję kopcących knotów. Użył słowa śmierdzących knotów, bo jak zgaśnie, to dymek idzie, albo duży płomień, to też kopciuch się robi i też niedobrze. Jak jest to na chwałę Bożą, to dobrze będzie dawało. Ja nie potrzebuję kopcących knotów, Chrystus w Kościele nie potrzebuje kopcących knotów. Albo pracujesz całym sercem, albo odejdź. To są słowa, jakie do mnie powiedział mój ojciec, kiedy ja się wybierałem, na inny sposób – nie zawracaj sobie głowy, co ty wiesz o życiu, tamten też wiedział, myślał i co? Dzieci bawi!

Opublikowano w Teksty

Zostałem księdzem, dwa lata pracowałem w Siedlcach. Powiedzieli mi, że nadaję się, chociaż bardzo oblaci chcieli mnie wysłać na studia plastyczne. Zaczynałem między innymi „Misyjne Drogi” z ojcem Lubowickim, Marianem Puchałą, ojcem Kupką. Byłem w pierwszym wydaniu i od grafiki z ojcem Kupką. 

        To były czasy, kiedy trzeba było robić szpalty, rysunki, suwmiarką mierzyć, nie to co dzisiaj. Byłem tam od grafiki, wtedy jeszcze nie było komputerów, i byłem od tworzenia Kalendarza Misyjnego, bo to w moim kursie powstały te dwa projekty, które są do dzisiaj. Takim motorem, jeśli chodzi o inteligencję i teksty pisane, był ojciec Kazimierz Lubowicki z kursu, a ja się przyczyniałem do tego graficznie. Dzisiaj to się robi na komputerach. Ale zostawmy to. Było to jedno z dzieł, na które miałem wpływ od początku. 

        Dwa lata Siedlcach. Jest taki wspaniały moment, może to pominę, ale ojciec Kupka, który był kiedyś prowincjałem i był odpowiedzialny za „Misyjne Drogi”, Kalendarz, przez te wszystkie układy, to on mnie strasznie maltretował, żebym studiował coś ze sztuki. Mnie to denerwowało. I raz, przyznam się do kamery, zapisane niech będzie, brzydką rzecz powiedziałem. Ojciec Kupka miał wykształcenie architektoniczne, ale nie miał uprawnień, i chciał, żebym takim był, który ma różne uprawnienia. 

        Jak już nie chciałem tych sztuk pięknych, mówię: Proszę ojca, pójdę na studia, dziewczyny mnie zwiodą, ja chcę być księdzem. On: Nie, nie. A ja mówię, nie chcę ryzykować, nie będę, ja mogę malować, rysować, ale bez studiów, ja tam się nie obronię. No to zaocznie, architekturę. Ja mówię nie, ja słaby jestem z matematyki, nie lubię obliczeń. On na to, że jednak trzeba. 

        Ojciec Kupka nie był u nas popularny za swoje projekty, ponieważ wszystkie były chybione bardzo i do dzisiaj my to cierpimy. Poznań to jest jeden z jego pomysłów. 

        I kiedy my siedzimy nad projektem „Misyjnych Dróg”, robimy i on mi truje, idź na architekturę, zarobisz pieniądze, to się przyda. Ja mówię nie. Ale dlaczego? Mówię – i tu diabeł wstąpił we mnie – bo ja nie chcę, żeby mnie tak przeklinali za moje projekty, jak przeklinają ojca. 

        Nastąpiła cisza, która trwa do dzisiaj. Rozmawialiśmy, nie pogniewał się na mnie, nigdy więcej ojciec Kupka do czasu wyjazdu do Kanady, to jest siedem lat mojego kapłaństwa, spotykałem się z nim regularnie, bo trzeba było robić „Misyjne Drogi”, nigdy więcej nie powiedział studiuj. Że będą mnie tak klęli jak jego, przemówiło to do niego.

        On uparty był. To też jest taki element odczytania. Ja próbowałem odczytywać, czego Bóg ode mnie chce, na tej samej zasadzie jak wtedy chłopak, Panie, co mam robić? Bo przyszedł mi pomysł na misję. 

        Przed święceniami pytają się mnie, gdzie chcesz pracować? Mówią będziesz misjonarzem ludowym, masz zdolności do gadania. Jak szedłem do Markowic, mówiłem tak. No dobrze, chcę być księdzem, bo naprawdę chcę być księdzem, tylko Panie Boże, nie dopuść, żebym ja musiał kazania głosić, bo ja w życiu ich nie powiem. Patrzę, wychodzą na ambonę, mówią pół godziny, czterdzieści minut, godzinę... Ludzie, ja wszystko będę robił, tylko proszę, żeby nie było kazań, coś tam krótko, żebym nie był kaznodzieją. Pan Bóg ma poczucie humoru. I to, o co prosiłem, żebym nie robił, robię najczęściej. 

        Ale właśnie dwa lata po Siedlcach posłali mnie na Święty Krzyż, bo trzeba było misjonarza, i nie miałem kazań gotowych, bo na rekolekcje trzeba mieć, a tam zaczynałem od misji peregrynacyjnych relikwii Krzyża Świętego. Ojciec Wucjusz śp., który uczył nas homilektyki, on mi mówi: zbieraj te homilie niedzielne, pisz, bo ci się przydadzą, bo ty masz być misjonarzem. Ja misjonarzem? Gdzie tam, w życiu! 

        Pierwsze kazanie, które do egzaminu było, miałem napisane, z ojcem Wodzem opracowałem, on mi je trzy razy poprawiał. Pisał, pisał, napisane było super, no i trzeba było nauczyć się na pamięć i stanąć przed całym seminarium i profesorami w niedzielę i je powiedzieć. Miałem dobrą pamięć, kiedyś, przed uszkodzeniem mózgu, stanąłem i mówię. Ale po pierwszym zdaniu mi się zacięło, a tu trzeba kazanie powiedzieć. Wiedziałem, co chcę powiedzieć, tylko już żadne ze zdań wyuczonych mi nie przychodziło. To poszedłem, przestawiając punkty w kazaniu, tylko żeby powiedzieć, to co mam powiedzieć. Pomieszałem, pomieszałem, i wyszło. 

        Skończyłem zadowolony, bo inni mieli kartki, ściągę, jak się zaciął, to wyjął, przeczytał i koniec, trudno, to nie było na egzamin końcowy. A ja wchodzę w fantazję, poszło, skończyłem. 

        Ojciec Wódz mnie potem woła, wiesz, dobrześ przeredagował to kazanie. W tej formie, w której powiedziałeś, jest lepsze niż to, co myśmy opracowali. Masz zapisane? Proszę ojca, teraz już mogą powiedzieć. Ja się nauczyłem na pamięć, tak jak ojciec kazał, ale jak stanąłem i was zobaczyłem, to mnie zacięło i po prostu pojechałem już od serca. On mówi: wiesz co, nie ucz się kazań, jak będziesz kiedyś misjonarzem, a będziesz, powinieneś, nie ucz się kazań na pamięć, napisz, ale mów od serca. 

        I tak do dzisiaj jest. Piszę, ale zawsze jest inaczej, niż napisałem. To też jest w jakiś sposób odkrywanie charyzmatów czy darów, jakie Bóg daje, przez takie wydarzenia. Może to są trochę śmieszne historie. Dla mnie to są znaki Bożego działania, Ducha Świętego, jak prowadzi, jak kształtuje, jak nas przemienia. Kiedy mamy to założenie, Jezu, co Ty o tym myślisz, co mam robić i jak mam robić, to kiedy pytam, to zawsze jest odpowiedź i zawsze Jego odpowiedź jest lepsza czy łatwiejsza niż ta, co ja sobie wymyślę.

        I przyszedł pomysł. Jestem na Świętym Krzyżu już od roku, jeżdżę, dziewięć misji peregrynacyjnych, jeszcze jakieś historie, przyjeżdżają biskupi. Kurczę, taki był Materski ksiądz biskup, postrach księży, zwłaszcza zakonników. Mówią mi, ma gardło chore, powiedz kazanie. Ojciec Pestka, który był starszy, mówi: Wiesiu, ty powiesz kazanie. Ludzie! I to na powitanie. Tam są tysiące ludzi, biskup Materski za mną stanie. Przerażające! 

        Tam jeszcze jest wikary, taki mundry, mundry bardzo, i chciał bardzo się w kazaniu popisać, bo był znany z tego, że kazania bardzo dobrze mówi, i dowiedział się, że biskup nie będzie kazania głosił. Pyta się, przed samą mszą, kto będzie kazanie mówił, bo on gotowy jest. A proboszcz pokazał na mnie, on, misjonarz, będzie mówił. I ten wtedy powiedział takie zdanie, przy mnie – to coś będzie mówić kazanie w miejsce biskupa? Proboszcz mówi tak, będzie głosił. 

        No to ja dodatkowo westchnąłem do Ducha Świętego, żeby mnie uzbroił, żeby dał słowa i wszystko. Nie mówię tego, żeby się chwalić, absolutnie, bo to jest niepotrzebne, ale po tym wszystkim – tam było może ze 40 – 50 księży, biskup podszedł, podał mi rękę i podziękował, Materski, który był postrachem, podziękował mi za kazanie. 

        Ja byłem przerażony, nie chciałem spojrzeć na biskupa, bo myślałem, że to było przerażające. Tylko czekałem, kiedy dokończę to kazanie, żeby mieć to załatwione. Ale kiedy biskup przyszedł mi podziękował za kazanie i ten wikary, który powiedział „to coś” o mnie, więcej się nie pokazał, bo księża przychodzili dziękować i pytali, czy mam to kazanie gdzieś napisane, żeby mieć tekst, bo to było o krzyżu, o cierpieniu, też patriotyczne o Polsce. To też taki był moment, kiedy musiałem się przełamywać. Miałem takich historii kilka. 

        Tam mnie spotkało zaproszenie do pracy do Poznania. Przełożeni mnie wezwali, żebym był powołaniowcem tutaj. Ja mówię, gdzie tam powołaniowcem, absolutnie, ja jestem człowiekiem do ludzi, z ludźmi, a nie jakieś biuro, listy. No ale dwa lata byłem, zaraz się poddałem, bo chciałem wyjechać na misję, ponieważ taka była historia. Jak nas przed święceniami pytają, kim chciałbyś być, pracować, czy chcesz na misję, większość wyjeżdżała wtedy do Kamerunu, na Madagaskar. A ja powiedziałem, że się nie wybieram na misję, że będę w Polsce, ale mam takie założenie, że jeżeli będzie gdzieś wyzwanie Kościoła, czyli Jezusa, do miejsca na świecie, gdzie trzeba kapłana, a nie będzie nikogo chętnego, to ja tam pójdę, czy to będzie Afryka, czy cokolwiek. Tak powiedziałem przełożonym. Czy to mówiłem szczerze? Chyba tak. Tak powiedziałem, to zostało zapisane. 

        I już jestem tym powołaniowcem tu, w Poznaniu, i zaczyna narastać we mnie coś z tymi misjami. Historia taka, że trzeba napisać pracę magisterską, a ja nie mam czasu pisać, bo jestem zajęty grafiką, rysunkami, malowidłami różnymi, „Misyjnymi Drogami”, w „Gitarach Niepokalanej” jeszcze na trąbce troszeczkę „dorabiałem na lewo”. Więc dla mnie magisterka to była strata czasu, ale był obowiązek. Co zrobić, żeby się nie napracować, a napisać magisterkę? 

        A! Wymyśliłem! Jest czasopismo przedwojenne „Oblat Niepokalanej”. Przeglądałem, patrzę – o, fajne, niedużo napisali, o Kanadzie, o pracy misjonarzy oblatów. Epopeja. Wezmę, pozaznaczałem, cyk, cyk, cyk, te artykuły pozbierałem. Ale jak zacząłem czytać, to mnie to zaczęło wciągać. I książki – francuski dosyć dobrze znałem, tak że mogłem czytać – i zacząłem coraz bardziej wchodzić w tematykę misyjną. Czytać książki, ale nie po to żeby napisać magisterkę. 

        Usiadłem i napisałem 180 stron jednym ciurkiem. Siedziałem i pisałem dwa wieczory. I teraz to, co napisałem, musiałem podzielić na rozdziały, posegregować, porobić przypisy itd. Zaniosłem to do o. Rejmoniaka. On przegląda to i mówi: weź to streść i przynieś mi 40 stron. W jeden wieczór streściłem, porobiłem przypisy. 

        Po co to mówię? Nie o to chodzi, że taki jestem, że mogłem to pokonać, tylko to znowu, jak Duch Święty prowadził mnie do tej Kanady. Nie miałem pojęcia, że kiedyś wyjadę do Kanady na misję, ale się zainteresowałem, żeby łatwym tropem napisać magisterkę, żeby mnie ona nic nie kosztowała, siedzenia itd. Wiedziałem, że z tej dziedziny nikt nie pisał magisterki, ja napiszę, nikt tego nie będzie poprawiał, nikt tego nie będzie czytał, ale to mnie wciągnęło. Osobiście, bo na papierze to jest byle jak napisane, ocenili chyba na cztery plus, ale mniejsza o to.

     

Opublikowano w Teksty

W liście wysłanym do Watykanu Amerykański Komitet Żydowski (AJC) wyraża głębokie zastrzeżenia odnośnie komunikatu papieża Franciszka uznającego heroiczność cnót kardynała Augusta Hlonda Prymasa Polski w czasach II wojny światowej. Jest to kolejny krok na drodze do kanonizacji.
Kontynuowanie procesu kanonizacyjnego będzie postrzegane nie tylko przez społeczność żydowską jako wyraz aprobaty dla ekstremalnie negatywnego stosunku kardynała Hlonda do środowiska żydowskiego - pisze rabbi Dawid Rosen dyrektor AJC do spraw międzyreligijnych w liście skierowanym do kardynała Kurta Kocha, prezesa komisji pontyfikalnej ds. religijnych stosunków z Żydami.
Rosen powołuje się na przykład wrogości Hlonda wobec Żydów i jego odmowę, pomimo ponawianych próśb przywódców polskich Żydów, by podjąć działania na rzecz ochrony społeczności żydowskiej.
W swoim liście pasterskim z 1936 r. kardynał Hlond potępia judaizm i Żydów za odrzucenie Jezusa i popiera bojkot żydowskich biznesów. - napisał Rosen, cytując list pasterski, w którym stwierdza się, że dobrze jest robić zakupy u swoich i unikać sklepów i straganów żydowskich. Powinno się również trzymać z dala od szkodliwego moralnie wpływu Żydów i ich antychrześcijańskiej kultury, a zwłaszcza bojkotować żydowską prasę i demoralizujące publikacje żydowskie.
10 lat później - wskazuje Rosen - Hlond odmówił spotkania z polskimi przywódcami żydowskim którzy chcieli z nim przedyskutować swoje memorandum dotyczące nieustannego rozpowszechniania oskarżeń o mord rytualny i niebezpieczeństwa pogromów. W przeddzień paschy 1946 r. liderzy ci, dr David Kahane, główny rabin ludowego wojska polskiego i profesor Michael Ziberberg, główny sekretarz Żydowskiej Społeczności w Polsce prosili kardynała, aby wystosował list pasterski do wszystkich kościołów żądając wstawienia się za Żydami - napisał Rosen - ale kardynał Hlond odpowiedział zwracając im memorandum i odmawiając spotkania. Miesiąc później - kontynuuje Rosen w liście - Joseph Tenenbaum, prezes Światowej Federacji Polskich Żydów spotkał się z kardynałem Hlondem, ale znowuż ten odmówił wydania oświadczenia potępiającego morderstwa na Żydach które miały miejsce od zakończenia wojny. Tenenbaum - pisze Rosen - twierdził w tym czasie, że morderstwa te są jedynie możliwe za sprawą antysemickiej atmosfery, i że usunięcie "trucizny" ze społeczeństwa jest obowiązkiem Kościoła.
Kulminacja antyżydowskiej propagandy nastąpiła 4 lipca 1946 r. kiedy tłum zaatakował budynek Żydowskiego Komitetu w Kielcach mordując 42 Żydów i raniąc 40 innych. 7 dni później kardynał Hlond zwołał konferencję prasową, ale nie potępił podczas niej pogromu, ani nie wezwał Polaków do zaprzestania mordów, a zamiast tego wskazał że Żydzi są komunistami lub popierają komunizm i pogrom wynikał z ich własnej winy - pisze Rosen w liście do Watykanu.

Opublikowano w Goniec Poleca

Arcybiskup Moncton Valéry Vienneau był wielce zaskoczony, gdy dowiedział się, że jedna z rad parafialnych na jego terenie świadomie podpisała proaborcyjne i popierające prawa transseksualistów oświadczenie wymagane przez rząd federalny od wszystkich podmiotów składających wnioski w ramach programu Canada Summer Jobs. W lutym arcybiskup wysłał do wszystkich parafii list, w którym podkreślał, że katolickie parafie nie mogą dostosować się do treści oświadczenia. Teraz wysyła kolejny list, w którym apeluje, by te parafie, którym przyznano finansowanie, nie przyjmowały pieniędzy. Prosi w nim też kapłanów, by wytłumaczyli swoim parafianom, dlaczego przyjęcie pieniędzy byłoby nieetyczne.

Na stronie programu Canada Summer Jobs można znaleźć listę tegorocznych beneficjentów. Wymienionych jest na niej co najmniej 157 grup, stowarzyszeń i organizacji katolickich (tyle przynajmniej można zidentyfikować), które musiały przecież podpisać oświadczenie. Dziennikarze portalu LifeSiteNews próbowali się z nimi skontaktować. W wielu przypadkach osoby, które przygotowywały wnioski, nie zastanawiały się nad treścią oświadczenia i jego konsekwencjami albo miały nadzieję, że rząd zrezygnuje z wymogu składania oświadczenia.

Rada parafialna parafii Notre-Dame-du-Mont Carmel w diecezji Moncton zrobiła to jednak z pełną świadomością. Bertin LeBlanc, członek rady, napisał, że wszyscy wiedzieli, jakie są wymagania, że liberałowie żądają poszanowania „praw reprodukcyjnych”, i jednogłośnie podjęli decyzję o podpisaniu oświadczenia.

Arcybiskup Vienneau zauważa, że parafia nie ma kapłana na stałe u siebie. Rada parafialna bardzo często spotyka się bez księdza i sama podejmuje decyzje. Dodaje, że gdy sam był proboszczem, składał wnioski tak często, jak tylko mógł, bo uczniowie i studenci potrzebują pracy, a ich praca jest potrzebna parafii.

Sąsiednia parafia Sainte-Anne-de-Kent także podpisała oświadczenie i jej reprezentanci mówią, że nie będą zwracać pieniędzy, bo są parafii po prostu potrzebne. Przygotowując aplikację zaznaczyli kwadrat z oświadczeniem nie przykładając do niego wagi, dopiero potem ich ksiądz zwrócił im uwagę. Członkowie rady parafialnej powtarzają, że sytuacja finansowa wspólnoty jest niewesoła, dlatego chcą zatrzymać przyznane środki.

Z kolei o. Louis-Joseph Boudreau, proboszcz parafii Ste-Thérèse d’Avila w Cap-Pelé mówi, że nie przyjmie pieniędzy federalnych. Składając wniosek on i jego asystent nie zwracali szczególnej uwagi na oświadczenie, zaznaczyli je, a potem mieli nadzieję, że rząd zniesie ten wymóg. Tak się jednak nie stało.

Opublikowano w Wiadomości kanadyjskie
Strona 1 z 17