Goniec

Register Login

piątek, 05 czerwiec 2015 17:00

Dla aut, które męczą się na drodze

Współczesne samochody są szybkie, producenci od dawna wiedzą, że moc silnika sprzedaje tak samo jak paliwooszczędność czy bezpieczeństwo. Wokół nas jeździ wiele aut kupowanych "wizerunkowo", dla podkreślenia charakteru i pozycji społecznej właściciela, a uzyskujących niezwykłe osiągi.

W prowincji Ontario maksymalna dopuszczalna prędkość na autostradzie wynosi 100 km/h, jeśli nie chcemy płacić mandatów, możemy ją "popchnąć" jedynie do 120 – 130 km/h. Potem zaczynają się nieprzyjemności. Najgorsze polegają na utracie samochodu na tydzień, zabraniu prawa jazdy i niebotycznych składkach ubezpieczeniowych. Takie kary mogą nas spotkać już wtedy, gdy przekroczymy prędkość o 50 km/h i pojedziemy, raptem, 150 km/h. No a 150 km/h to nawet zwykłe BMW gładko łyka na czwartym biegu, jęcząc błogo o piąty.

Jeśli więc mamy BMW, audi czy mercedesa, corvettę, albo nawet poczciwego mustanga GT (o wyższej półce w postaci maserati, ferrari czy lamborghini nawet nie wspominając), to co robić? Jak żyć?!

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 29 maj 2015 16:16

Wierne cztery koła

Yaris to samochód dla tych, którzy wiedzą, że małe jest piękne. Jako środek komunikacji miejskiej takie auta są doskonałe.

Co prawda, nie jest to najtańsze "małe", bo Nissan przebił niedawno wszystkich, wyceniając swoją micrę poniżej 10 tys. dol. i zmuszając konkurencję z Hyundaia i Mitsubishi do obniżenia cen; Toyota pozostała jednak niewzruszona i najtańszego yarisa, rocznik 2015, dostaniemy dopiero za 14,5 tys. dol.

Jak na segment subcompact to trochę dużo.

Zanim jednak zaczniemy przygryzać wargi – porównajmy modele, bo nawet "podstawowy" yaris ma automatycznie opuszczane okna, wyświetlacz LCD i inne wspaniałości, ponadto Toyota obniżyła jednak ceny wyższych modeli yarisa do 17.665 dol. z 19.225 dol., i nie można narzekać, by auto było niedoposażone.

Mimo że złośliwi widzą yarisa 2015 jako stare ciało w nowych fatałaszkach – bo model w tym roku został jedynie "odświeżony", to jednak wygląd deski rozdzielczej i całego wyposażenia kabiny pasażerskiej zdecydowanie się poprawił – nie wygląda już tak "tanio", jak to miało miejsce w przypadku poprzednich roczników.

Yaris świetnie trzyma się drogi, a to m.in. za sprawą twardo zestrojonego "europejskiego" zawieszenia, co zapewnia mały przechył na zakrętach, choć niektórym ta sztywność podwozia przeszkadza.

Inne zarzuty to niewielka moc silnika. Czterocylindrowy półtoralitrowy motor daje jedynie 106 KM. Do wyboru mamy 5-biegową przekładnię ręczną lub 4-biegową automatyczną.

Cóż, w tym segmencie mamy ofertę wielu nowoczesnych silników w innych maluchach, jak choćby w opisywanym niedawno na tych łamach FIT-cie. Mimo że wielu z nas dąsać się będzie na motor toyotki, to jednak przyznać trzeba, że przy szybszej jeździe na autostradzie jednostka ta zadziwiająco cicho pracuje, co dobrze świadczy o wyciszeniu kabiny. Ponadto nie jest zbytnio wyżyłowany, jako że jadąc z prędkością ok. 100 km na godzinę, mamy poniżej 3000 obrotów na minutę.

Komfort jazdy i poczucie "zborności" auta jest dodatkowo zasługą zwiększenia liczby punktów zgrzewczych nadwozia, zwłaszcza w okolicach kabiny.

Podobnie jak camry, yaris to dzisiaj produkt zamerykanizowany – zaprojektowany na tym kontynencie, choć od kilku lat produkowany nie w Japonii, a we Francji.

Większość yarisów z zakładów w Valenciennes trafia oczywiście na rynek Starego Kontynentu i do Quebecu, jako że w tej kanadyjskiej prowincji gusta nabywców są najbardziej zeuropeizowane. Na rynku japońskim samochód występuje pod nazwą toyota vitz. W USA i w Kanadzie model był oferowany pod nazwą echo, lecz od 2006 roku jest nazywany tak samo jak w Europie i dostępny również w wersji sedan. Samochód ma na swym koncie wiele nagród i tytułów, m.in. samochodu roku 2000. Obecnie produkowana jest trzecia generacja pojazdu po liftingu.

Co Toyota ma takiego w środku, że nie przestaje przyciągać? NIEZAWODNOŚĆ. Echo jest nadal legendarne, jeśli chodzi o niepsucie się. Poświadcza to jeden z właścicieli, którego echo przejechało bez żadnych napraw do momentu odsprzedaży, kiedy licznik stuknął 250 tys. km. Samochód nie miał też na sobie śladu rdzy.

Wymagający kierowcy narzekają na mułowatość yarisa z automatem oraz dość niechętne redukowanie biegów do jedynki przy ostrych podjazdach.

Mimo starej technologii yaris pali niczym motocykl – 7,7 l po mieście i 6,3 na highwayu – lepiej niż nowa micra, która po mieście żłopie jednak 8,6 l.

Na zewnątrz yaris prezentuje się też całkiem nieźle, a to dzięki europejskiej stylistyce. W wersji LE można sobie nawet zażyczyć 16-calowe koła.

Czy yaris to ciekawa propozycja dla motoryzacyjnych minimalistów? Na mój gust wyznawców Toyoty nie trzeba przekonywać, bo to bardzo wierna grupa.

Słyszałem sam tyle pozytywnych opinii o niezawodności corolli czy camry, że przewracałem oczami. Ludzie, którzy kupują samochód po to, by mieć wierne cztery koła do jeżdżenia na co dzień, powinni yarisa poważnie brać pod uwagę, zwłaszcza gdy mieszkają w naszych coraz bardziej zagęszczonych miastach. To oszczędne auto nie da satysfakcji "rajdowcom" z ciężką stopą, ale zapewni nam wieloletnią służbę – tanio, niezawodnie i przy niewielkiej deprecjacji.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec

Nie ma lepszego zwierzęcia w świecie subkompaktów, niż honda fit rocznik 2015. Ten mały, zrywny, mało spalający samochodzik zaprojektowany został w środku niczym mebel z IKEA – da się to tak poskładać, że można przewozić nawet duże kwiatki w donicach.

Honda fit "zaczyna się" też w Kanadzie od 14,5 tys. dol., a więc nie tak znów drogo, zaś jej półtoralitrowy czterocylindrowy silnik daje aż 130 KM mocy.

Do tego dostaniemy w wersji standardowej sześciobiegową ręczną skrzynię biegów, a jeśli upierać się będziemy przy automacie, to całkiem dobrą przekładnię CVT. Po czym poznać, że dobrą? Po redukcji biegów. Wiele CVT ma przy tym moment większego lub mniejszego wahania. W hondzie fit tego nie zaobserwujemy.

Na dodatek fitem z wygodą pojedzie pięć osób, co samo w sobie każe domniemywać, że mamy tu do czynienia z zakrzywieniem czasoprzestrzeni...
Gdy złożymy tylne siedzenia, dostaniemy poważną kubaturę, przestrzeń bagażową o pojemności 53 stóp kubicznych.

No, a przede wszystkim to spalanie... W jeździe mieszanej, 6,4 litra na sto kilometrów, w miejskiej 7, a na autostradzie 5,7, czyli jak duży motocykl...

Ze względu na legendarną niezawodność honda nie miała problemu, by osiem lat temu przekonać klientów do modelu fit – z miejsca stał się ulubieńcem salonów samochodowych.

Fit 2015 to już trzecie wcielenie tego modelu. Projektanci wnętrza uczynili prawdziwe cuda i nawet ludzie powyżej 180 cm wzrostu nie mają problemu z wpasowaniem się na siedzenia, choć przyznać trzeba, że siedzi się dosyć nisko – właśnie po to, by nie obijać głową o sufit.

Honda chwali się nowym "magicznym" siedzeniem tylnym, które można albo położyć na płasko na podłodze, albo złożyć pionowo i odsunąć całkiem do tyłu. Dzięki odpowiedniemu złożeniu krzesła, wstawimy do tyłu dwa rowery ze zdjętymi przednimi kołami. Mamy też sporo miejsca na dużego psa lub dwa koty.

Wyposażenie kabiny i użyte materiały przypominają samochody z wyższej klasy cenowej.

Honda fit 2015 oferowana jest w czterech wersjach LX, EX, EX-L oraz EX-L navi.

W wersji EX mamy 7-calowy ekran wyświetlający w konsoli, a w EX-L – skórzane fotele – rzadkość w samochodach typu subkompakt.

Standardowe wyposażenie wersji LX to 15-calowe koła, automatyczne światła drogowe, cruise control i regulowana wysokość fotela kierowcy, teleskopowa kierownica z nastawianym kątem, automatycznie opuszczane okna, kamera wsteczna, Bluetooth oraz 5-calowy ekran plus czterogłośnikowy system stereo z CD oraz wtykiem USB/iPod.

Model EX to 16-calowe koła, szyberdach, start bez kluczyka, 7-calowy ekran, wyświetlacz martwego punktu lusterka oraz 6-głośnikowy system nagłośnienia z integracją ze smartfonem poprzez aplikację HondaLink. Jedyny zgrzyt jest tu taki, że smartfony na Androidzie nie są kompatybilne z HondaLink, ale w Hondzie zapewniają, że szybko się to zmieni.

Idąc wyżej, do modelu EX-L dostaniemy podgrzewane lusterka boczne i skórzane obicia, zaś jeśli zażyczymy sobie navi, będziemy mogli dodatkowo skorzystać z nawigacji satelitarnej sterowanej ludzką mową.

Podczas testów honda EX-L potrafiła rozpędzić się od zera do 60 mil na godzinę w 8,8 sekundy, co jak na auto klasy subkompakt jest bardzo dobrym rezultatem.

Standardowo każdy fit ma hamulce ABS, kontrolę stabilności i przyczepności, przednie i boczne poduszki powietrzne, jak również reaktywne zagłówki. W testach bezpieczeństwa fit wypada na czwórkę (good). Nieco do życzenia pozostawiają hamulce, bo przy typowym teście hamowania fit potrzebuje 127 stóp, aby zatrzymać się z prędkości 60 mil na godzin – o 5 stóp więcej niż wynosi przeciętna w tej klasie aut.

Dynamika jazdy jest bardzo dobra – lepsza niż w poprzednich modelach fita, zaś silnik z bezpośrednim wtryskiem pracuje ciszej niż poprzednio.

To wszystko oznacza, że FIT to nie tylko auto, którym wygodnie i szybko możemy śmigać po mieście, ale także całkiem niezły wędrownik szosowy na dalekie trasy.

O czym szczerze zapewnia
Wasz Sobiesław
dodając, że jeśli honda, to TYLKO w naszym zaprzyjaźnionym dealershipie Marino's

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 02 maj 2015 14:44

Moto-China

Wiele razy człowiek łapie się na tym, że nie ogarnia; nie ogarnia zmian zachodzących bardzo szybko w otaczającym świecie. Mamy tendencje, by myśleć stereotypami sprzed lat. Tymczasem świat mknie do przodu niczym pies Łajka w "Wostoku".

Dotyczy to również motoryzacji. Większość z nas ma tendencje do traktowania rynku amerykańskiego za pępek świat, a europejskiego za ostoję elegancji. Tymczasem prawda jest taka, że są to rynki gasnące. To, co się liczy, to Chiny i Azja jako całość.

Aby nie być gołosłownym, powiem tylko, że w roku 2014 Chińczycy (kontynentalni – bez Hongkongu) kupili 20 mln nowych samochodów, zaś w latach 2005–2012 sprzedaż nowych modeli w Chinach wzrosła o 221,2 proc. Co takiego kupują Chińczycy? O tym za chwilę...

Największe koncerny, od Forda po Volkswagena, swoje priorytetowe strategie lokują dzisiaj w Chinach, Oczywiście, Chińczycy nie pozwalają na prosty import zagranicznych samochodów. Choć pierwsze 10 najlepiej sprzedających się aut w Chinach to wozy zagraniczne, jednak wszystkie są montowane na miejscu, a Pekin za każdym razem wymaga dokonania pełnego transferu technologii.

Producenci amerykańscy i europejscy swoje plany uzależniają w coraz większym stopniu od smaku i gustu chińskich klientów. Tylko to pozwala im na uzyskanie prawdziwie globalnego statusu. Jak bez krztyny skromności stwierdza "China Daily", "konsumenci na całym świecie muszą sobie uświadomić, że dynamiczny rozwój zapewnia jedynie ustawienie globalnych trendów projektowania samochodów pod kątem chińskich klientów...".
Podoba się? Bo mnie nie bardzo!

Jakie modele najlepiej sprzedawały się w 2014 roku w Państwie Środka?

Oto lista i ceny:

1. Elantra langdong – miejsce 10., sprzedano 252 300 samochodów – cena 17-24 tys. USD – elantra produkowana jest w wersji chińskiej w Bejing Hyundai Motor Co.

2. Chevrolet sail – miejsce 9. – 253 300 sztuk, cena 9-12 tys. dol. US.

3. Chevrolet cruze – miejsce 8. – 266 000 sztuk, cena 16-27 tys. dol.

4. Buick excelle – 293 100 egzemplarzy, cena 15-19 tys. dol.

5. FAW-volkswagen jetta – sprzedaż 297 tys., cena 13-21 tys. dol.

6. Nissan sylphy – miejsce 5. – sprzedaż 300 100 sztuk, cena 16-27 tys.

7. FAW – volkswagen sagitar – sprzedaż 300 100 sztuk, cena 21-29 tys. dol. Wzrost sprzedaży w ostatnim roku – 10 proc.

8. Volkswagen santana, miejsce 4. – sprzedaż 307 300 sztuk, cena 13-22 tys. USD. Volkswagen sprzedał w roku 2014, o 26,3 proc. więcej santan niż w roku 2013.

9. Volkswagen lavida – miejsce 2. w sprzedaży z wynikiem 372 tys. sztuk i ceną od 17 do 26 tys. dol. Budowana w Szanghaju lavida pozostaje jednym z bestsellerów chińskiego rynku i oczekuje się, że w bieżącym roku sprzedaż przekroczy 372 tys. egzemplarzy.

10. Ford focus – miejsce pierwsze w rankingu ze sprzedażą 391 800 egzemplarzy – o 2,9 proc. MNIEJ niż w roku 2013, kiedy to FORD sprzedał 403 600 focusów w ChRL.

Żadne z chińskich aut, które – umówmy się – śmiało uznać można za podróbki europejskich i amerykańskich wozów, nie zmieściło się w pierwszej dziesiątce. Koncerny, jak Geely, który jest właścicielem szwedzkiego Volvo, nie uplasowały żadnego modelu, co skłania miejscowych komentatorów do domagania się zmiany polityki ekonomicznej i wprowadzenia obowiązku ograniczenia rządowych zamówień wyłącznie do aut chińskich. Jak pisze komentator "China Daily", kraj, który stawia na popyt wewnętrzny, nie może osiągnąć pełnego potencjału gospodarczego, jeśli 80 proc. samochodów to "import". Chiński rząd powinien stosować bardziej proaktywną politykę zakupu chińskich towarów – dodaje.

Jest to tylko pół prawdy, bo w rzeczy samej, wszystkie wymienione wozy są produkowane w Chinach przez przedsiębiorstwa joint-venture z koncernami zachodnimi. A więc nie ma tak, by samochód składany w USA trafił na chiński rynek.

Jak wskazują inni komentatorzy, to właśnie takie ustawienie produkcji "pozwala w najtańszy sposób odnosić korzyści z najnowszych technologii motoryzacyjnych".

Jakie z tego wnioski dla nas? Po prostu boję się myśleć. Tym bardziej że zmiany dokonują się bardzo dynamicznie i nabierają tempa. Dlatego być może powinniśmy przyzwyczaić się do wyglądu chińskich marek.

O czym nieco przerażony informuje Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 25 kwiecień 2015 15:35

Taurus, czyli nowoczesność

Powiem z serca, miałem w życiu dwa taurusy, a raczej raz miałem mercury'ego sable'a (kto to jeszcze pamięta?) station wagon, a potem przez dwa lata nowego taurusa.

Bez zbytniego owijania w bawełnę – były to auta landarowate, trochę ze zbyt małą mocą, rdzewiały – zwłaszcza dół klapy tylnej w kombi. Nie mam do nich sentymentu.

Ford nadal produkuje samochody pod tą marką – dzisiaj oczywiście o niebo lepsze – i chyba trochę przesunął taurusa w górę tabeli cenowej, promując zwłaszcza model SHO.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 10 kwiecień 2015 16:14

Accent - dojrzały maluch

Lubię pisać o Hyundaiu, dlatego, że jest to przykład sensownego budowania marki motoryzacyjnej. Pamiętam, niedługo po przyjeździe do Kanady, w1988 roku znajomy kupił nowego hyundaia pony – chyba za coś koło 7 tys. dol. 

Auto przypominało poloneza, głównie tym jak często się psuło, więc człowiek czuł się całkiem swojsko. Równie szybko jak polonez rdzewiało. Cechy te sprawiały, że pony był przedmiotem żartów, a Hyundai na lata utożsamiony został z czterokołowym szajsem.

Potem Hyundai zastąpił swój najtańszy model jakąś taką mydelniczką, też całą plastykową w środku, ale już poważniejszą.

Dzisiaj tamte czasy to zaprzeszła przeszłość, dzisiaj elantra ściga hondę civic jako najbardziej popularny samochód Kanady, a accent jest całkiem sensowną propozycją nie tylko dla studenta czy młodego małżeństwa bez dzieci, ale również dla normalnej rodziny, która nie ma zbyt dużych wymagań i nie jeździ co dzień po 600 km za miasto.

Hyundai accent 2015 to trzecia generacja i nie różni się wiele zewnętrznie od modeli wprowadzonych po 2012 roku. Wygląda całkiem elegancko, a dostępny jest jako hatchback i sedan. Hatchback prezentuje się nadzwyczaj nowocześnie.

Do tego deska rozdzielcza sprawia drogie wrażenie i przypomina materiały grafitowe. Cena od 13 tys. do 19 tys. plasuje auto w dolnych stanach klasy średniej. Notabene cena wyjściowa została w tym roku lekko obniżona.

Auto jest całkiem pojemne i cztery osoby podróżują w nim z wygodą. 137-konny 1,6-litrowy silnik DOHC o bezpośrednim wtrysku z sześciobiegową standardową przekładnią (lub 6-biegową automatyczną, po dopłacie) pozwala uzyskiwać spalanie na poziomie 8,7 litra po mieście, a 7,6 litra na sto w jeździe mieszanej. Koła 14-calowe stalowe, czyli nic specjalnego.

Najbardziej atrakcyjnym modelem jest 5-drzwiowy hatchback, elegancki i czysty wizualnie. Wyższe wersje modelu oczywiście mają pełną paletę współczesnych gadżetów elektronicznych.

Model 2015 jest odświeżony, ma inny grill i inne kołpaki na koła. Z pewnością można o nim powiedzieć, że jak wszystkie modele Hyundaia, jest dobrze doposażony, choć nie luksusowy, nie znajdziemy w nim na przykład skórzanych foteli.

Tak więc accent może śmiało konkurować z hondą fit czy chevroletem sonic, ale fiat 500 to już inna liga. Hyundai accent, jak wiadomo, jest niemal identyczny z kią rio.

Powiem szczerze, że na miejscu lubiącego energiczną jazdę młodzieńca nie odpuszczałbym takiego accenta, bo w wersji sport oferuje wiele młodzieżowych rozwiązań, jak choćby sportowy drążek zmiany biegów, czy 16-calowe koła, czy sportowo ułożone zawieszenie. Oczywiście, accent to nie jest volkswagen golf gti, ale można nim w naszych kanadyjskich warunkach całkiem nieźle pojeździć.

Inna miła rzecz to nowoczesny 172-watowy system audio z sześcioma głośnikami oraz gniazdem na ipod i USB. Jako opcję dodać można bluetooth, co pozwala na odsłuchiwanie muzyki w ciągłym nadawaniu (stream) z iphone czy innego urządzenia.

No i do tego wszystkiego dochodzi bardzo dobra gwarancja – 5 lat albo 100 000 km na zespół napędowy, plus 24/7 roadside assistance.

Bagażnik sedana liczy 13,9 stopy kubicznej pojemności, a tylne siedzenie składane jest w proporcji 60/40.

Mówiłem na początku, że auto jest raczej do jeżdżenia po mieście, tymczasem wiele osób uważa, że accent nawet na długich trasach sprawdza się znakomicie, i nie jest zbytnio męczący, choć wytłumienie wnętrza pozostawia nieco do życzenia.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 02 kwiecień 2015 23:14

Xterra - nissan na błota

Idzie lato, a więc w głowie czają się jakieś marzenia o podróżach. Jedni lubią od hotelu do hotelu, utartym szlakiem z kamerą przewieszoną za pasem i kijem do selfies w ręku – i nie ma w tym nic złego – inni kochają samotne bezdroża. Pustych pięknych przestrzeni w Kanadzie nie brakuje i nie zawsze dojedziemy do nich po asfalcie. Czym zatem wybrać się poza asfalt?

Na północy wiele jest dróg szutrowych, wiele ma brody zamiast mostów. Aut terenowych mamy do wyboru wiele. Niektóre mają kultowy status, o wielu pisaliśmy, dzisiaj pora na samochód, który sprawdzi się w mieście, a na bezdrożach również sobie świetnie poradzi. Nissan xterra w obecnej wersji produkowany jest z niewielkimi zmianami od 2005 roku. Nie jest to z pewnością auto dla ludzi, którzy oszczędzają na benzynie. Prawdziwa przyjemna terenówka z zawieszeniem raczej projektowanym z myślą o bezdrożach niż naszej poczciwej 401. Dlatego jazda po mieście może być troszkę mniej wygodna niż w wozach podobnej klasy i ceny.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 20 marzec 2015 23:23

Crosstour - wakacyjny krążownik

Jadąc niedawno ulicą, zwróciłem uwagę na samochód, który przypominał trochę sylwetką porsche panamera, ale miał na masce duże "H". Taka honda?! – zdziwiłem się. I tak zeszło mi dzisiaj na hondy, a złożyło się też i to, że znajoma kupiła niedawno w zaprzyjaźnionym dealershipie Marinos zgrabną civic, do której przesiadła się z dość złachanego mercedesa, i nie może się nachwalić. W zasadzie nie ma się co dziwić, bo hondy reklamują się same i Kanadyjczycy dzielą się na takich, co kupują hondy, tych co wolą toyoty i całą naszą resztę…

Cóż więc takiego widziałem na mississaudzkiej ulicy? Otóż, hondę crosstour – ciekawe auto na bazie accorda – modelu niezwykle udanego i bardzo dobrze się sprzedającego. Oczywiście, na temat wyglądu można mieć różne zdania – to rzecz gustu, podobnie jak wiele kłótni wzbudza wspomniany porsch panamera. W każdym razie, auto jest superopływowe i ma bardzo dużą przestrzeń bagażnika, zaś jeśli położymy tylne siedzenia, to wprost nie wiadomo, co tam robić. Patrząc zaś do przodu, mamy całego accorda, i ułożenie instrumentów na desce rozdzielczej, i fotele przednie z fantastyczną ergonomią, z której Honda słynie.

Crosstour na rok 2015 w zasadzie nie różni się wiele od modelu 2014 i stanowi coś pośredniego między kombi a SUV-em. Jest to wspaniały samochód na rodzinne wojaże, pojemny, a na autostradzie cichy, bo wyposażony w aktywny system wytłumienia dźwięków – i zborny. Szóstka dająca 278 koni pozwala na normalną, bezpieczną jazdę bez przesadnego wciskania gazu nawet przy wyprzedzaniu pod górkę. W porównaniu z accordem jest to na pewno auto bardziej uniwersalne. W sumie ciekawa propozycja dla młodej rodziny.

Przejdźmy więc do faktów. Podstawowa wersja crosstour EX da nam właśnie ową 3,5-litrową szóstkę o mocy 278 koni i napędem na cztery koła, plus sześciobiegową automatyczną przekładnię, 18-calowe koła, prawie wszystko "power", szyberdach, siedmiogłośnikowy system audio z integracją ze smartfonem i Bluetooth.

W EX dostaniemy również pełen zestaw elektroniki – kamerę biegu wstecznego, system automatycznego unikania kolizji i monitorowania martwej strefy. W EX-L dostaniemy dodatkowo podgrzewane skórzane fotele i system nawigacji. Dzięki opływowej sylwetce w jeździe mieszanej "miejsko-wiejskiej" honda crosstour pali jedynie 9,3 litra na sto. Cena – od trzydziestu kilku do czterdziestu kilku tysięcy.

A teraz trochę z innej beczki. Pisaliśmy jakiś czas temu w "Gońcu" o unikatowym ferrari 365 GTB/4 daytona berlinetta z 1971 roku, który ostatnie 25 lat przestał sobie spokojnie w podziemnym garażu jednego z torontońskich condominiów. W listopadzie ubiegłego roku 77-letni Patrick Sinn, który od 44 lat był właścicielem samochodu, postanowił wystawić wóz na aukcję. We wtorek, kupione w 1971 roku za 18 tys. dol. auto uzyskało u Sotheby's cenę 770 tys. dol.

I jak tu nie kochać starych samochodów? Namawiam do tego bezustannie,

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 marzec 2015 16:17

Niby nic. Samochód na wiosnę

Są samochody, które mylą przypadkowego obserwatora, niepozorne, wydawałoby się, że przeciętne, a jednak...

A jednak są to PRAWDZIWE auta, takie, że jak człowiek wsiądzie, odpali, to nie chce mu się wysiąść, a uśmiech nie chce zejść z twarzy.

Jednym z takich kultowych śpiących rycerzy jest rajdowa wersja mitsubishi lancer – popularnie zwana evo – a oficjalnie evolution.

Piszę to z łezką w oku, bo po kilkunastu latach produkcji, Mitsubishi zrezygnował z modelu i jedynie na naszym kontynencie ukazała się końcówka na rok 2015, zresztą niewiele różniąca się od rocznika 2014, a jeśli już, to raczej na niekorzyść, bo pozbawiona rajdowych siedzeń firmy Recaro (a to z uwagi na nowe wymagania dla poduszek powietrznych w zwykłym lancerze, z którym evolution dzieli platformę). Niestety, w samochodach tej klasy co lancer evolution, siedzenia zdolne minimalizować przeciążenia na zakrętach to podstawa.

Oczywiście, żeby kupić lancera evolution, trzeba bardzo lubić prowadzić. Ceny zaczynają się od ponad 40 tys. (choć rocznik 2015 – co ciekawe – jest nieco tańszy od 2014).

Cóż takiego ma evo do zaoferowania? Miłość drogi.

Zborną niewielką puszkę, w której będziemy się czuli jak na czubku rakiety Saturn V. W modelu GSR (Grand Sport Rally) mamy do dyspozycji 291 KM (przy 6500 obrotów) w rzędowej turbodoładowanej czwórce z międzystopniową chłodnicą. Moc idzie na koła poprzez pięciobiegową ręczną przekładnię, lub też sześciobiegową dwusprzęgłową przekładnię automatyczną Sportronic Shift w (modelu MR), wyposażoną w trzy warianty dynamiki jazdy i skrzydełka na kierownicy. Wariant rajdowy jest niezalecany dla amatorów, którzy nie potrafią okiełznać tej bestii. Tu warto dodać, że evo ma na koncie cztery puchary World Rally Championship.

Dlaczego firma rezygnuje z modelu? Hmm.

Koncern postanowił całkowicie skoncentrować się na pojazdach "przyjaznych środowisku". Evo trudno jest namówić do kochania natury – evo to brutalna moc czterech napędzanych kół.

Wszystkie silniki, jakie montowane są w evo, mają po 2 litry, w zależności od osprzętu mogą rozpędzić to auto osobowe do 100 km/h w czasie od 4,4 sekundy do 6,3 sekundy.

Proszę sobie policzyć do pięciu i wyobrazić, że wskazówka prędkościomierza właśnie płynnie przekroczyła 100km/h. Kto jest w stanie wygrać z czymś takim? A do tego dochodzi legendarna przyczepność.

W Japonii koncern – znany przecież z produkcji słynnych myśliwców zero podczas II wojny światowej – produkuje wersję na rajdy – pozbawioną takich niepotrzebnych detali, jak system audio, wygłuszanie wnętrza, centralny zamek czy zabezpieczenie antykorozyjne. Wszystko po to, by samochód uczynić lekkim jak piórko.

Nie piszę o szczegółach, bo wiadomo, czego spodziewać się w takim samochodzie – koła BBS, sprężyny Eibach, amortyzatory Bilstein – itd. Wszystko z górnej półki.

Owszem, automatyczna przekładnia w wersji MR poważnie ułatwia prowadzenie, ale – zawsze podkreślam, że nie wymyślono jeszcze nic przyjemniejszego niż standardowa "biegówka" – w przypadku evo "standard" jest tańszy i lżejszy, co poprawia osiągi wozu. Dodam tylko, że prędkość maksymalna jest limitowana elektronicznie do 240 km/h, a auto przeciętnie pali w jeździe mieszanej 13 litrów.

Jedno jest pewne – nie jest to samochód dla snobów, nie jest to porsche, bmw, ale mała uśpiona rakieta, którą zaskoczymy niejednego na drodze; która za te jedyne 40 tys. dol. da nam poczucie całkowitego zespolenia z maszyną, a na leśnym szutrze pozwoli jechać 100 km i więcej. Jedno z najlepiej zestrojonych zawieszeń, plus czytający nam w myślach układ kierowniczy pozwoli koncentrować się na rzeczach najistotniejszych.

Jest to samochód, dla prawdziwych purystów, jeżdżenia; jest to samochód rajdowy. Nawet jeśli nie zamierzamy nim jeździć ekstremalnie, to każdemu miłośnikowi samochodów jazda evo gwarantuje cudowne mikrowakacje, podczas których dodanie gazu powoduje przeciążenia porównywalne do uzyskiwanych w startującym promie kosmicznym.

Czy w takim wypadku plastikowe wnętrze nielicujące z autami w tym przedziale cenowym, hałas w kabinie i niewytłumiona jazda mają jakiekolwiek znaczenie? Zapewniam szczerze, że nie!

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec

Wprawdzie zima wciąż wydaje się pysznić całą swą krasą, to jednak widać pierwsze oznaki nadchodzącej zmiany. 

Przede wszystkim znacząco wydłużył się dzień i nawet gdy są mrozy, to operujące ostro słońce potrafi nadtopić to i owo.

Wraz z wiosną nadchodzi czas zdziczenia drogowego. Gdy hormony zagrają, gdy trawka się zieleni i ptaszki zaczynają rzępolić, to człowiekowi chce się żyć, a przez to – paradoksalnie – szybciej i ostrzej jeździć. Paradoksalnie, bo tego rodzaju jazda szybko może nas doprowadzić do grobu. Co poradzić, takie są siły natury. Stąd na wiosnę po raz kolejny powtarzam, niczym Wujek Dobra Rada – obywatelu, wyluzuj się! Jeśli obok Ciebie ktoś ciśnie gaz i obroty – daj mu jechać, daj mu "wygrać", usuń się, zwolnij lub przyspiesz, żeby zachować większy dystans.

Gdy po okresie zimowego kurczowego trzymania kierownicy zaczynamy bardziej dynamicznie prowadzić się na drodze, wracają stare problemy – co zrobić z ludźmi, którzy blokują lewy pas na autostradzie, jak się zachować wobec trąbiących i migających nam światłami za zbytnie ociąganie się na drodze?

Road rage to głównie sprawa wiosny.

Cóż, dobrych obyczajów pewnie różnych debili drogowych nie nauczymy, więc warto sobie dać na wstrzymanie, nie denerwować się...

Jedzie taki 100 km/h lewym pasem po 401 – spokojnie, odpuśćmy mu, nie siadajmy na zderzak, nie ubędzie nas. Zawsze sobie tłumaczę, że każdy ma swój zły dzień, więc nie ma co wymagać, by po drogach śmigali rajdowcy wyostrzeni mentalnie jak Sebastien Ogier, większość jeździ poniżej przeciętnej. Wielu tylko w niedziele.

Ale też, gdy trafi się nam w pobliżu ktoś wypakowany testosteronem, spokojnie puśćmy gościa do przodu.

Pisałem już wielokrotnie, że ubolewam nad tutejszą kulturą jazdy i nadal będę nawracał na niemiecką. Naprawdę, w kraju takim jak Kanada powinno się podnieść maksymalną prędkość na niektórych odcinkach autostrad do 130 km/h, jak w Unii Europejskiej, tak by ludzie mogli spokojnie jechać te 140 – 150 km na godzinę. Współczesne samochody są na tyle sprawne i bezpieczne, by tego rodzaju jazdę znosić bez wysiłku. Przy tym podczas egzaminów na prawo jazdy trzeba pakować do głów fundamentalną prawdę, że lewy pas jest do wyprzedzania i niezależnie od tego czy jedziemy z obowiązującą prędkością maksymalną czy powyżej niej, po dokonaniu manewru wyprzedzenia zjeżdżamy na pas prawy.

Tak jest w Niemczech i to zdaje egzamin, ratuje ludziom życie.

Zwiększenie prędkości przelotowej po autostradach poważnie poprawiłoby dystrybucję dochodów w kraju, ponieważ mieszkańcy aglomeracji mogliby na cottage czy do lasu jeździć dalej w tym samym czasie. Sudbury nagle byłoby bliżej Toronto, Ste Sault-Marie z 8 godzin jazdy byłoby oddalone jedynie o 6 itd. itp.

Ciekawie sytuacja rozwija się w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie tamtejszy minister komunikacji Todd Stone zapowiedział zwiększenie uprawnień policji w karaniu blokujących lewy pas. Minister jest rozsądny, bo wcześniej już na niektórych odcinkach dróg prowincji zwiększył prędkość maksymalną do 120 km/h.

Niestety, w Ontario rządzą nami jacyś smutni ideolodzy liberalizmu infantylnego, którym tego rodzaju fanaberie przez myśl nie przejdą. Oni tutaj woleliby nas wszystkich przesadzić na rowery – najlepiej dziecięce z bocznymi kółkami.

Tymczasem w Kolumbii Brytyjskiej rząd przeprowadzi kampanię informacyjną, że jazda lewym pasem jest dopuszczalna jedynie podczas manewru wyprzedzania, i jeśli ktoś jedzie lewym pasem ot tak, po prostu, to musi się liczyć z mandatem.

•••

Milowymi krokami nadciągają ferie marcowe w ontaryjskich szkołach i pewnie wielu z nas zdecyduje się po raz kolejny na pokonanie trasy ponad 2 tys. km na Florydę, lub też uzna, że dzieci są wystarczająco dorosłe, by je na taką eskapadę wypuścić.

Przed czym przestrzegać, co radzić?

No właśnie, przede wszystkim zdrowy rozsądek i luz – nie przesadzać z jazdą non stop, odpoczywać, nie spieszyć się.

W Stanach jeździmy tylko o 5 do 8 mil ponad przepis, wiele policji traktuje migrujących Kanadyjczyków jak swoistą dojną krowę i pobiera od nas myto w postaci mandatów za przekroczenie przy takich prędkościach, przy których "swoich" jeszcze nie zatrzymują.

Jeśli jedziemy całą rodziną, warto wykorzystać czas do zobaczenia czegoś ciekawego po drodze i przespanie się; jeśli jedziemy z kolegami i koleżankami, warto zrobić sobie grafik i wymieniać się co trzy godziny – zatrzymując dla rozprostowania kości i do toalety.

No i nie zapominajmy o mapach, nasze dzieci zaczynają całkowicie polegać na telefonach komórkowych i sądzą, że jak mają mapy w smartfonie, to wystarczy, potem jednak okazuje się, że data roaming jest cholernie drogi, a potrzebnych map nie załadowaliśmy w domu i nagle nie wiadomo, gdzie jechać, gdy akurat jakiś objazd wyprowadził nas w pole.

Owszem, smartfony czy GPS-y są bardzo przydatne i jak ktoś może tanio używać ich w USA, to fajnie skorzystać z Google Map, aby sprawdzić natężenie ruchu. Ułatwia to podjęcie decyzji o ewentualnej zmianie marszruty, ominięciu jakiejś aglomeracji etc. Słowem, podczas jazdy trzeba trochę myśleć i nie zachowywać się stadnie.

A dla urozmaicenia drogi...

Moja zasada – w podróży rozmawiamy, żadnego skakania kciukiem po ekranach tabletów, rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa, opowiadamy sobie ostatnie zdarzenia po kolei, mogą być nawet zmyślone. A jak nie ma o czym gadać...

No to trzeba się wspólnie na głos pomodlić! Wszystkim dobrze to zrobi, odświeży umysł, poprawi humor, no a przede wszystkim zapewni opiekę św. Krzysztofa, a może nawet samej Matki Boskiej nad drobinką naszego samochodu.

Szczerze polecam!

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec