Goniec

Register Login

sobota, 02 maj 2015 14:44

Moto-China

Wiele razy człowiek łapie się na tym, że nie ogarnia; nie ogarnia zmian zachodzących bardzo szybko w otaczającym świecie. Mamy tendencje, by myśleć stereotypami sprzed lat. Tymczasem świat mknie do przodu niczym pies Łajka w "Wostoku".

Dotyczy to również motoryzacji. Większość z nas ma tendencje do traktowania rynku amerykańskiego za pępek świat, a europejskiego za ostoję elegancji. Tymczasem prawda jest taka, że są to rynki gasnące. To, co się liczy, to Chiny i Azja jako całość.

Aby nie być gołosłownym, powiem tylko, że w roku 2014 Chińczycy (kontynentalni – bez Hongkongu) kupili 20 mln nowych samochodów, zaś w latach 2005–2012 sprzedaż nowych modeli w Chinach wzrosła o 221,2 proc. Co takiego kupują Chińczycy? O tym za chwilę...

Największe koncerny, od Forda po Volkswagena, swoje priorytetowe strategie lokują dzisiaj w Chinach, Oczywiście, Chińczycy nie pozwalają na prosty import zagranicznych samochodów. Choć pierwsze 10 najlepiej sprzedających się aut w Chinach to wozy zagraniczne, jednak wszystkie są montowane na miejscu, a Pekin za każdym razem wymaga dokonania pełnego transferu technologii.

Producenci amerykańscy i europejscy swoje plany uzależniają w coraz większym stopniu od smaku i gustu chińskich klientów. Tylko to pozwala im na uzyskanie prawdziwie globalnego statusu. Jak bez krztyny skromności stwierdza "China Daily", "konsumenci na całym świecie muszą sobie uświadomić, że dynamiczny rozwój zapewnia jedynie ustawienie globalnych trendów projektowania samochodów pod kątem chińskich klientów...".
Podoba się? Bo mnie nie bardzo!

Jakie modele najlepiej sprzedawały się w 2014 roku w Państwie Środka?

Oto lista i ceny:

1. Elantra langdong – miejsce 10., sprzedano 252 300 samochodów – cena 17-24 tys. USD – elantra produkowana jest w wersji chińskiej w Bejing Hyundai Motor Co.

2. Chevrolet sail – miejsce 9. – 253 300 sztuk, cena 9-12 tys. dol. US.

3. Chevrolet cruze – miejsce 8. – 266 000 sztuk, cena 16-27 tys. dol.

4. Buick excelle – 293 100 egzemplarzy, cena 15-19 tys. dol.

5. FAW-volkswagen jetta – sprzedaż 297 tys., cena 13-21 tys. dol.

6. Nissan sylphy – miejsce 5. – sprzedaż 300 100 sztuk, cena 16-27 tys.

7. FAW – volkswagen sagitar – sprzedaż 300 100 sztuk, cena 21-29 tys. dol. Wzrost sprzedaży w ostatnim roku – 10 proc.

8. Volkswagen santana, miejsce 4. – sprzedaż 307 300 sztuk, cena 13-22 tys. USD. Volkswagen sprzedał w roku 2014, o 26,3 proc. więcej santan niż w roku 2013.

9. Volkswagen lavida – miejsce 2. w sprzedaży z wynikiem 372 tys. sztuk i ceną od 17 do 26 tys. dol. Budowana w Szanghaju lavida pozostaje jednym z bestsellerów chińskiego rynku i oczekuje się, że w bieżącym roku sprzedaż przekroczy 372 tys. egzemplarzy.

10. Ford focus – miejsce pierwsze w rankingu ze sprzedażą 391 800 egzemplarzy – o 2,9 proc. MNIEJ niż w roku 2013, kiedy to FORD sprzedał 403 600 focusów w ChRL.

Żadne z chińskich aut, które – umówmy się – śmiało uznać można za podróbki europejskich i amerykańskich wozów, nie zmieściło się w pierwszej dziesiątce. Koncerny, jak Geely, który jest właścicielem szwedzkiego Volvo, nie uplasowały żadnego modelu, co skłania miejscowych komentatorów do domagania się zmiany polityki ekonomicznej i wprowadzenia obowiązku ograniczenia rządowych zamówień wyłącznie do aut chińskich. Jak pisze komentator "China Daily", kraj, który stawia na popyt wewnętrzny, nie może osiągnąć pełnego potencjału gospodarczego, jeśli 80 proc. samochodów to "import". Chiński rząd powinien stosować bardziej proaktywną politykę zakupu chińskich towarów – dodaje.

Jest to tylko pół prawdy, bo w rzeczy samej, wszystkie wymienione wozy są produkowane w Chinach przez przedsiębiorstwa joint-venture z koncernami zachodnimi. A więc nie ma tak, by samochód składany w USA trafił na chiński rynek.

Jak wskazują inni komentatorzy, to właśnie takie ustawienie produkcji "pozwala w najtańszy sposób odnosić korzyści z najnowszych technologii motoryzacyjnych".

Jakie z tego wnioski dla nas? Po prostu boję się myśleć. Tym bardziej że zmiany dokonują się bardzo dynamicznie i nabierają tempa. Dlatego być może powinniśmy przyzwyczaić się do wyglądu chińskich marek.

O czym nieco przerażony informuje Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 25 kwiecień 2015 15:35

Taurus, czyli nowoczesność

Powiem z serca, miałem w życiu dwa taurusy, a raczej raz miałem mercury'ego sable'a (kto to jeszcze pamięta?) station wagon, a potem przez dwa lata nowego taurusa.

Bez zbytniego owijania w bawełnę – były to auta landarowate, trochę ze zbyt małą mocą, rdzewiały – zwłaszcza dół klapy tylnej w kombi. Nie mam do nich sentymentu.

Ford nadal produkuje samochody pod tą marką – dzisiaj oczywiście o niebo lepsze – i chyba trochę przesunął taurusa w górę tabeli cenowej, promując zwłaszcza model SHO.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 10 kwiecień 2015 16:14

Accent - dojrzały maluch

Lubię pisać o Hyundaiu, dlatego, że jest to przykład sensownego budowania marki motoryzacyjnej. Pamiętam, niedługo po przyjeździe do Kanady, w1988 roku znajomy kupił nowego hyundaia pony – chyba za coś koło 7 tys. dol. 

Auto przypominało poloneza, głównie tym jak często się psuło, więc człowiek czuł się całkiem swojsko. Równie szybko jak polonez rdzewiało. Cechy te sprawiały, że pony był przedmiotem żartów, a Hyundai na lata utożsamiony został z czterokołowym szajsem.

Potem Hyundai zastąpił swój najtańszy model jakąś taką mydelniczką, też całą plastykową w środku, ale już poważniejszą.

Dzisiaj tamte czasy to zaprzeszła przeszłość, dzisiaj elantra ściga hondę civic jako najbardziej popularny samochód Kanady, a accent jest całkiem sensowną propozycją nie tylko dla studenta czy młodego małżeństwa bez dzieci, ale również dla normalnej rodziny, która nie ma zbyt dużych wymagań i nie jeździ co dzień po 600 km za miasto.

Hyundai accent 2015 to trzecia generacja i nie różni się wiele zewnętrznie od modeli wprowadzonych po 2012 roku. Wygląda całkiem elegancko, a dostępny jest jako hatchback i sedan. Hatchback prezentuje się nadzwyczaj nowocześnie.

Do tego deska rozdzielcza sprawia drogie wrażenie i przypomina materiały grafitowe. Cena od 13 tys. do 19 tys. plasuje auto w dolnych stanach klasy średniej. Notabene cena wyjściowa została w tym roku lekko obniżona.

Auto jest całkiem pojemne i cztery osoby podróżują w nim z wygodą. 137-konny 1,6-litrowy silnik DOHC o bezpośrednim wtrysku z sześciobiegową standardową przekładnią (lub 6-biegową automatyczną, po dopłacie) pozwala uzyskiwać spalanie na poziomie 8,7 litra po mieście, a 7,6 litra na sto w jeździe mieszanej. Koła 14-calowe stalowe, czyli nic specjalnego.

Najbardziej atrakcyjnym modelem jest 5-drzwiowy hatchback, elegancki i czysty wizualnie. Wyższe wersje modelu oczywiście mają pełną paletę współczesnych gadżetów elektronicznych.

Model 2015 jest odświeżony, ma inny grill i inne kołpaki na koła. Z pewnością można o nim powiedzieć, że jak wszystkie modele Hyundaia, jest dobrze doposażony, choć nie luksusowy, nie znajdziemy w nim na przykład skórzanych foteli.

Tak więc accent może śmiało konkurować z hondą fit czy chevroletem sonic, ale fiat 500 to już inna liga. Hyundai accent, jak wiadomo, jest niemal identyczny z kią rio.

Powiem szczerze, że na miejscu lubiącego energiczną jazdę młodzieńca nie odpuszczałbym takiego accenta, bo w wersji sport oferuje wiele młodzieżowych rozwiązań, jak choćby sportowy drążek zmiany biegów, czy 16-calowe koła, czy sportowo ułożone zawieszenie. Oczywiście, accent to nie jest volkswagen golf gti, ale można nim w naszych kanadyjskich warunkach całkiem nieźle pojeździć.

Inna miła rzecz to nowoczesny 172-watowy system audio z sześcioma głośnikami oraz gniazdem na ipod i USB. Jako opcję dodać można bluetooth, co pozwala na odsłuchiwanie muzyki w ciągłym nadawaniu (stream) z iphone czy innego urządzenia.

No i do tego wszystkiego dochodzi bardzo dobra gwarancja – 5 lat albo 100 000 km na zespół napędowy, plus 24/7 roadside assistance.

Bagażnik sedana liczy 13,9 stopy kubicznej pojemności, a tylne siedzenie składane jest w proporcji 60/40.

Mówiłem na początku, że auto jest raczej do jeżdżenia po mieście, tymczasem wiele osób uważa, że accent nawet na długich trasach sprawdza się znakomicie, i nie jest zbytnio męczący, choć wytłumienie wnętrza pozostawia nieco do życzenia.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
czwartek, 02 kwiecień 2015 23:14

Xterra - nissan na błota

Idzie lato, a więc w głowie czają się jakieś marzenia o podróżach. Jedni lubią od hotelu do hotelu, utartym szlakiem z kamerą przewieszoną za pasem i kijem do selfies w ręku – i nie ma w tym nic złego – inni kochają samotne bezdroża. Pustych pięknych przestrzeni w Kanadzie nie brakuje i nie zawsze dojedziemy do nich po asfalcie. Czym zatem wybrać się poza asfalt?

Na północy wiele jest dróg szutrowych, wiele ma brody zamiast mostów. Aut terenowych mamy do wyboru wiele. Niektóre mają kultowy status, o wielu pisaliśmy, dzisiaj pora na samochód, który sprawdzi się w mieście, a na bezdrożach również sobie świetnie poradzi. Nissan xterra w obecnej wersji produkowany jest z niewielkimi zmianami od 2005 roku. Nie jest to z pewnością auto dla ludzi, którzy oszczędzają na benzynie. Prawdziwa przyjemna terenówka z zawieszeniem raczej projektowanym z myślą o bezdrożach niż naszej poczciwej 401. Dlatego jazda po mieście może być troszkę mniej wygodna niż w wozach podobnej klasy i ceny.

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 20 marzec 2015 23:23

Crosstour - wakacyjny krążownik

Jadąc niedawno ulicą, zwróciłem uwagę na samochód, który przypominał trochę sylwetką porsche panamera, ale miał na masce duże "H". Taka honda?! – zdziwiłem się. I tak zeszło mi dzisiaj na hondy, a złożyło się też i to, że znajoma kupiła niedawno w zaprzyjaźnionym dealershipie Marinos zgrabną civic, do której przesiadła się z dość złachanego mercedesa, i nie może się nachwalić. W zasadzie nie ma się co dziwić, bo hondy reklamują się same i Kanadyjczycy dzielą się na takich, co kupują hondy, tych co wolą toyoty i całą naszą resztę…

Cóż więc takiego widziałem na mississaudzkiej ulicy? Otóż, hondę crosstour – ciekawe auto na bazie accorda – modelu niezwykle udanego i bardzo dobrze się sprzedającego. Oczywiście, na temat wyglądu można mieć różne zdania – to rzecz gustu, podobnie jak wiele kłótni wzbudza wspomniany porsch panamera. W każdym razie, auto jest superopływowe i ma bardzo dużą przestrzeń bagażnika, zaś jeśli położymy tylne siedzenia, to wprost nie wiadomo, co tam robić. Patrząc zaś do przodu, mamy całego accorda, i ułożenie instrumentów na desce rozdzielczej, i fotele przednie z fantastyczną ergonomią, z której Honda słynie.

Crosstour na rok 2015 w zasadzie nie różni się wiele od modelu 2014 i stanowi coś pośredniego między kombi a SUV-em. Jest to wspaniały samochód na rodzinne wojaże, pojemny, a na autostradzie cichy, bo wyposażony w aktywny system wytłumienia dźwięków – i zborny. Szóstka dająca 278 koni pozwala na normalną, bezpieczną jazdę bez przesadnego wciskania gazu nawet przy wyprzedzaniu pod górkę. W porównaniu z accordem jest to na pewno auto bardziej uniwersalne. W sumie ciekawa propozycja dla młodej rodziny.

Przejdźmy więc do faktów. Podstawowa wersja crosstour EX da nam właśnie ową 3,5-litrową szóstkę o mocy 278 koni i napędem na cztery koła, plus sześciobiegową automatyczną przekładnię, 18-calowe koła, prawie wszystko "power", szyberdach, siedmiogłośnikowy system audio z integracją ze smartfonem i Bluetooth.

W EX dostaniemy również pełen zestaw elektroniki – kamerę biegu wstecznego, system automatycznego unikania kolizji i monitorowania martwej strefy. W EX-L dostaniemy dodatkowo podgrzewane skórzane fotele i system nawigacji. Dzięki opływowej sylwetce w jeździe mieszanej "miejsko-wiejskiej" honda crosstour pali jedynie 9,3 litra na sto. Cena – od trzydziestu kilku do czterdziestu kilku tysięcy.

A teraz trochę z innej beczki. Pisaliśmy jakiś czas temu w "Gońcu" o unikatowym ferrari 365 GTB/4 daytona berlinetta z 1971 roku, który ostatnie 25 lat przestał sobie spokojnie w podziemnym garażu jednego z torontońskich condominiów. W listopadzie ubiegłego roku 77-letni Patrick Sinn, który od 44 lat był właścicielem samochodu, postanowił wystawić wóz na aukcję. We wtorek, kupione w 1971 roku za 18 tys. dol. auto uzyskało u Sotheby's cenę 770 tys. dol.

I jak tu nie kochać starych samochodów? Namawiam do tego bezustannie,

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 marzec 2015 16:17

Niby nic. Samochód na wiosnę

Są samochody, które mylą przypadkowego obserwatora, niepozorne, wydawałoby się, że przeciętne, a jednak...

A jednak są to PRAWDZIWE auta, takie, że jak człowiek wsiądzie, odpali, to nie chce mu się wysiąść, a uśmiech nie chce zejść z twarzy.

Jednym z takich kultowych śpiących rycerzy jest rajdowa wersja mitsubishi lancer – popularnie zwana evo – a oficjalnie evolution.

Piszę to z łezką w oku, bo po kilkunastu latach produkcji, Mitsubishi zrezygnował z modelu i jedynie na naszym kontynencie ukazała się końcówka na rok 2015, zresztą niewiele różniąca się od rocznika 2014, a jeśli już, to raczej na niekorzyść, bo pozbawiona rajdowych siedzeń firmy Recaro (a to z uwagi na nowe wymagania dla poduszek powietrznych w zwykłym lancerze, z którym evolution dzieli platformę). Niestety, w samochodach tej klasy co lancer evolution, siedzenia zdolne minimalizować przeciążenia na zakrętach to podstawa.

Oczywiście, żeby kupić lancera evolution, trzeba bardzo lubić prowadzić. Ceny zaczynają się od ponad 40 tys. (choć rocznik 2015 – co ciekawe – jest nieco tańszy od 2014).

Cóż takiego ma evo do zaoferowania? Miłość drogi.

Zborną niewielką puszkę, w której będziemy się czuli jak na czubku rakiety Saturn V. W modelu GSR (Grand Sport Rally) mamy do dyspozycji 291 KM (przy 6500 obrotów) w rzędowej turbodoładowanej czwórce z międzystopniową chłodnicą. Moc idzie na koła poprzez pięciobiegową ręczną przekładnię, lub też sześciobiegową dwusprzęgłową przekładnię automatyczną Sportronic Shift w (modelu MR), wyposażoną w trzy warianty dynamiki jazdy i skrzydełka na kierownicy. Wariant rajdowy jest niezalecany dla amatorów, którzy nie potrafią okiełznać tej bestii. Tu warto dodać, że evo ma na koncie cztery puchary World Rally Championship.

Dlaczego firma rezygnuje z modelu? Hmm.

Koncern postanowił całkowicie skoncentrować się na pojazdach "przyjaznych środowisku". Evo trudno jest namówić do kochania natury – evo to brutalna moc czterech napędzanych kół.

Wszystkie silniki, jakie montowane są w evo, mają po 2 litry, w zależności od osprzętu mogą rozpędzić to auto osobowe do 100 km/h w czasie od 4,4 sekundy do 6,3 sekundy.

Proszę sobie policzyć do pięciu i wyobrazić, że wskazówka prędkościomierza właśnie płynnie przekroczyła 100km/h. Kto jest w stanie wygrać z czymś takim? A do tego dochodzi legendarna przyczepność.

W Japonii koncern – znany przecież z produkcji słynnych myśliwców zero podczas II wojny światowej – produkuje wersję na rajdy – pozbawioną takich niepotrzebnych detali, jak system audio, wygłuszanie wnętrza, centralny zamek czy zabezpieczenie antykorozyjne. Wszystko po to, by samochód uczynić lekkim jak piórko.

Nie piszę o szczegółach, bo wiadomo, czego spodziewać się w takim samochodzie – koła BBS, sprężyny Eibach, amortyzatory Bilstein – itd. Wszystko z górnej półki.

Owszem, automatyczna przekładnia w wersji MR poważnie ułatwia prowadzenie, ale – zawsze podkreślam, że nie wymyślono jeszcze nic przyjemniejszego niż standardowa "biegówka" – w przypadku evo "standard" jest tańszy i lżejszy, co poprawia osiągi wozu. Dodam tylko, że prędkość maksymalna jest limitowana elektronicznie do 240 km/h, a auto przeciętnie pali w jeździe mieszanej 13 litrów.

Jedno jest pewne – nie jest to samochód dla snobów, nie jest to porsche, bmw, ale mała uśpiona rakieta, którą zaskoczymy niejednego na drodze; która za te jedyne 40 tys. dol. da nam poczucie całkowitego zespolenia z maszyną, a na leśnym szutrze pozwoli jechać 100 km i więcej. Jedno z najlepiej zestrojonych zawieszeń, plus czytający nam w myślach układ kierowniczy pozwoli koncentrować się na rzeczach najistotniejszych.

Jest to samochód, dla prawdziwych purystów, jeżdżenia; jest to samochód rajdowy. Nawet jeśli nie zamierzamy nim jeździć ekstremalnie, to każdemu miłośnikowi samochodów jazda evo gwarantuje cudowne mikrowakacje, podczas których dodanie gazu powoduje przeciążenia porównywalne do uzyskiwanych w startującym promie kosmicznym.

Czy w takim wypadku plastikowe wnętrze nielicujące z autami w tym przedziale cenowym, hałas w kabinie i niewytłumiona jazda mają jakiekolwiek znaczenie? Zapewniam szczerze, że nie!

Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec

Wprawdzie zima wciąż wydaje się pysznić całą swą krasą, to jednak widać pierwsze oznaki nadchodzącej zmiany. 

Przede wszystkim znacząco wydłużył się dzień i nawet gdy są mrozy, to operujące ostro słońce potrafi nadtopić to i owo.

Wraz z wiosną nadchodzi czas zdziczenia drogowego. Gdy hormony zagrają, gdy trawka się zieleni i ptaszki zaczynają rzępolić, to człowiekowi chce się żyć, a przez to – paradoksalnie – szybciej i ostrzej jeździć. Paradoksalnie, bo tego rodzaju jazda szybko może nas doprowadzić do grobu. Co poradzić, takie są siły natury. Stąd na wiosnę po raz kolejny powtarzam, niczym Wujek Dobra Rada – obywatelu, wyluzuj się! Jeśli obok Ciebie ktoś ciśnie gaz i obroty – daj mu jechać, daj mu "wygrać", usuń się, zwolnij lub przyspiesz, żeby zachować większy dystans.

Gdy po okresie zimowego kurczowego trzymania kierownicy zaczynamy bardziej dynamicznie prowadzić się na drodze, wracają stare problemy – co zrobić z ludźmi, którzy blokują lewy pas na autostradzie, jak się zachować wobec trąbiących i migających nam światłami za zbytnie ociąganie się na drodze?

Road rage to głównie sprawa wiosny.

Cóż, dobrych obyczajów pewnie różnych debili drogowych nie nauczymy, więc warto sobie dać na wstrzymanie, nie denerwować się...

Jedzie taki 100 km/h lewym pasem po 401 – spokojnie, odpuśćmy mu, nie siadajmy na zderzak, nie ubędzie nas. Zawsze sobie tłumaczę, że każdy ma swój zły dzień, więc nie ma co wymagać, by po drogach śmigali rajdowcy wyostrzeni mentalnie jak Sebastien Ogier, większość jeździ poniżej przeciętnej. Wielu tylko w niedziele.

Ale też, gdy trafi się nam w pobliżu ktoś wypakowany testosteronem, spokojnie puśćmy gościa do przodu.

Pisałem już wielokrotnie, że ubolewam nad tutejszą kulturą jazdy i nadal będę nawracał na niemiecką. Naprawdę, w kraju takim jak Kanada powinno się podnieść maksymalną prędkość na niektórych odcinkach autostrad do 130 km/h, jak w Unii Europejskiej, tak by ludzie mogli spokojnie jechać te 140 – 150 km na godzinę. Współczesne samochody są na tyle sprawne i bezpieczne, by tego rodzaju jazdę znosić bez wysiłku. Przy tym podczas egzaminów na prawo jazdy trzeba pakować do głów fundamentalną prawdę, że lewy pas jest do wyprzedzania i niezależnie od tego czy jedziemy z obowiązującą prędkością maksymalną czy powyżej niej, po dokonaniu manewru wyprzedzenia zjeżdżamy na pas prawy.

Tak jest w Niemczech i to zdaje egzamin, ratuje ludziom życie.

Zwiększenie prędkości przelotowej po autostradach poważnie poprawiłoby dystrybucję dochodów w kraju, ponieważ mieszkańcy aglomeracji mogliby na cottage czy do lasu jeździć dalej w tym samym czasie. Sudbury nagle byłoby bliżej Toronto, Ste Sault-Marie z 8 godzin jazdy byłoby oddalone jedynie o 6 itd. itp.

Ciekawie sytuacja rozwija się w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie tamtejszy minister komunikacji Todd Stone zapowiedział zwiększenie uprawnień policji w karaniu blokujących lewy pas. Minister jest rozsądny, bo wcześniej już na niektórych odcinkach dróg prowincji zwiększył prędkość maksymalną do 120 km/h.

Niestety, w Ontario rządzą nami jacyś smutni ideolodzy liberalizmu infantylnego, którym tego rodzaju fanaberie przez myśl nie przejdą. Oni tutaj woleliby nas wszystkich przesadzić na rowery – najlepiej dziecięce z bocznymi kółkami.

Tymczasem w Kolumbii Brytyjskiej rząd przeprowadzi kampanię informacyjną, że jazda lewym pasem jest dopuszczalna jedynie podczas manewru wyprzedzania, i jeśli ktoś jedzie lewym pasem ot tak, po prostu, to musi się liczyć z mandatem.

•••

Milowymi krokami nadciągają ferie marcowe w ontaryjskich szkołach i pewnie wielu z nas zdecyduje się po raz kolejny na pokonanie trasy ponad 2 tys. km na Florydę, lub też uzna, że dzieci są wystarczająco dorosłe, by je na taką eskapadę wypuścić.

Przed czym przestrzegać, co radzić?

No właśnie, przede wszystkim zdrowy rozsądek i luz – nie przesadzać z jazdą non stop, odpoczywać, nie spieszyć się.

W Stanach jeździmy tylko o 5 do 8 mil ponad przepis, wiele policji traktuje migrujących Kanadyjczyków jak swoistą dojną krowę i pobiera od nas myto w postaci mandatów za przekroczenie przy takich prędkościach, przy których "swoich" jeszcze nie zatrzymują.

Jeśli jedziemy całą rodziną, warto wykorzystać czas do zobaczenia czegoś ciekawego po drodze i przespanie się; jeśli jedziemy z kolegami i koleżankami, warto zrobić sobie grafik i wymieniać się co trzy godziny – zatrzymując dla rozprostowania kości i do toalety.

No i nie zapominajmy o mapach, nasze dzieci zaczynają całkowicie polegać na telefonach komórkowych i sądzą, że jak mają mapy w smartfonie, to wystarczy, potem jednak okazuje się, że data roaming jest cholernie drogi, a potrzebnych map nie załadowaliśmy w domu i nagle nie wiadomo, gdzie jechać, gdy akurat jakiś objazd wyprowadził nas w pole.

Owszem, smartfony czy GPS-y są bardzo przydatne i jak ktoś może tanio używać ich w USA, to fajnie skorzystać z Google Map, aby sprawdzić natężenie ruchu. Ułatwia to podjęcie decyzji o ewentualnej zmianie marszruty, ominięciu jakiejś aglomeracji etc. Słowem, podczas jazdy trzeba trochę myśleć i nie zachowywać się stadnie.

A dla urozmaicenia drogi...

Moja zasada – w podróży rozmawiamy, żadnego skakania kciukiem po ekranach tabletów, rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa, opowiadamy sobie ostatnie zdarzenia po kolei, mogą być nawet zmyślone. A jak nie ma o czym gadać...

No to trzeba się wspólnie na głos pomodlić! Wszystkim dobrze to zrobi, odświeży umysł, poprawi humor, no a przede wszystkim zapewni opiekę św. Krzysztofa, a może nawet samej Matki Boskiej nad drobinką naszego samochodu.

Szczerze polecam!

Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 13 luty 2015 15:53

Hakowanie aut osobowych...

Już za godzinkę, już za minutkę... zaraz się zacznie torontońska wystawa samochodowa, a na niej same piękne auta w towarzystwie pięknych kobiet – jak to kiedyś mówiono – "szybkie kobiety, piękne samochody". Wystawa rozpoczyna się w piątek, 13 lutego, i potrwa do 22 lutego. Wszystko do obejrzenia w budynku Convention Centre. Family pass na rodzinę – dwie osoby dorosłe i dwoje dzieci (można wybrać się ze znajomym kolegą, w końcu nikogo ze względu na płeć nie wolno dyskryminować) – kosztuje 45 dol.

Trendy motoryzacyjne nie są ciekawe, powiem ze smutną łezką w oku. Przede wszystkim dlatego, że nowoczesne auta wpychają kierowcę na siedzenie dla pasażera – coraz więcej czynności jest automatyzowanych, coraz więcej czynności wykonuje za nas maszyna – sama może jechać po autostradzie, utrzymywać odległość, parkować, hamować. Słowem, zabiera nam całą radość kierowania, a pozostawia (na razie) podejmowanie decyzji.

Nie waham się powiedzieć, że czuję się przez to odzierany z człowieczeństwa.

W tym roku na wystawie ma być wiele wozów wyglądających na bardzo wyścigowe, co – powiem szczerze – jest wysoce perwersyjne. Dlaczego? No bo, jaki pożytek z posiadania maszyny zdolnej rozwijać 300 km/h i rozpędzać się w trzy sekundy do setki, kiedy wleczemy się taką rakietą noga za nogą po zatłoczonych ulicach. Potem dochodzi do takich żałosnych incydentów, że łapią faceta w lamborghini, zabierają mu auto na tydzień i zawieszają prawo jazdy, bo w strefie 40 jechał 80 km/h na drugim biegu...

Tu wraca temat prędkości na naszych autostradach, 100 km/h to naprawdę szybkość, przy której większość współczesnych aut, nie tylko tych wyścigowych, męczy się i wzdycha.

Cóż poradzić – Wisły kijem nie zawrócisz – stąd też moje narzekania.

Z drugiej strony, uzależnienie współczesnych samochodów od elektroniki staje się problematyczne nie tylko dlatego, że nie wiemy, od czego samemu zacząć najprostszą naprawę, ale też z powodu nowych machinacji, jakie elektronika w samochodach dopuszcza.

Już dzisiaj większość samochodów gromadzi poufne informacje na nasz temat, rejestrując to, jak i gdzie jeździmy. Problemem jest też brak zabezpieczeń przed atakiem hakerskim. Tak, tak, nie tylko nasze komputery mogą zostać "zhakowane", samochody również, zaś producenci, mimo że pakują pod maskę mnóstwo urządzeń bezprzewodowych, zupełnie nie dbają o ich zabezpieczenie.

Amerykański senator Edward Markey zapytał niedawno oficjalnie główne koncerny o sposoby zabezpieczenia aut przed elektronicznym włamaniem i okazuje się, że prawie żaden producent nie chroni systemów ani przed przejęciem przez hakera, ani przed wykradzeniem informacji osobistej.

Tymczasem udowodniono już, że przy pomocy urządzeń wi-fi można spowodować nagłe przyspieszenie samochodu, włączenie wyłączenia świateł, włączenie sygnału dźwiękowego, zmodyfikowanie pracy prędkościomierza i innych wskaźników...

Nowoczesny samochód przeciętnie zawiera 50 elektronicznych urządzeń kontrolujących – procesorów sterujących czynnościami mechanicznymi. Żaden z wielkich producentów nie zbiera też informacji o przypadkach włamania do systemów samochodu. A można się włamywać choćby za pomocą aplikacji smartfonowych pracujących w Bluetooth. Nie ma też żadnych zabezpieczeń przed implantowaniem wirusa w samochodowych komputerach, co może nawet doprowadzić do niebezpiecznych sytuacji na drodze.

Do tego dochodzi kradzież informacji – samochody już dzisiaj zbierają na nasz temat całe stosy danych m.in. z systemów nawigacyjnych. Wiele wyposażonych jest w urządzenia pozwalające na ich unieruchomienie przez dilera (np. kiedy zalegamy z płatnościami, czy też eksploatujemy samochód w sposób niezgodny z podpisaną umową leasingową).

I proszę sobie wyobrazić, że to wszystko jest za nasze pieniądze, sami za to płacimy!

Jaki stąd wniosek?

•••

Tymczasem opublikowano niedawno zestawienie najlepiej sprzedających się aut w Kanadzie. Trudno się dziwić, że na pierwszym miejscu jest wieloletni faworyt honda civic – po piętach depcze jej hyundai elentra, co jest olbrzymim sukcesem koreańskiego koncernu.

Łącznie w Kanadzie jeździ po drogach 1,8 mln hond civic.

Oto pierwsza piątka:
1. Honda civic 66,057
2. Hyundai elantra 50,420
3. Toyota corolla 48,881
4. Mazda3 40,974
5. Chevrolet cruze 34,421

A to furgony:
1. Ford F-Series 125,277
2. Ram pickup 86,590
3. GMC sierra 48,046
4. Chevrolet silverado 41,959
5. Toyota tacoma 9,973

Osiem z najlepiej sprzedających się w Kanadzie dziesięciu aut sprzedawanych jest za cenę poniżej 20 tys. dol., a dwa za cenę poniżej 25 tys. dol. (ford fusion i honda accord odpowiednio miejsca 9. i 10.).

Jak widać, raczej nie szalejemy z wydatkami na samochody. A jak to się ma do ubezpieczenia? – Oczywiście koszt ubezpieczenia zależy nie tylko od marki, ale gdyby zależał, to najtaniej ubezpieczyć hyundaia accenta, który na liście najpopularniejszych aut znalazł się na miejscu 7., a następnie volksvagena jettę – miejsce 6. na liście najlepiej sprzedających się marek, następnie idą honda accent i ford fusion. Co ciekawe, na końcu listy, czyli tam, gdzie ubezpieczenie jest względnie drogie, plasuje się toyota corolla – druga na liście najchętniej kupowanych aut osobowych.

Warto o tym wszystkim pomyśleć, rozsądnie planując kupno nowego wozu.

No a o ekstrawagancjach to napiszę za tydzień, już po wystawie.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec
piątek, 30 styczeń 2015 23:18

Jeśli masz BMW.... Wyspy dobrej roboty

Znaleźć dobrego mechanika to znaleźć prawdziwy skarb. Porównywalny być może jedynie ze znalezieniem dobrego lekarza. Jeśli jeździmy czymś, na co gwarancje dawno już zgubiło, zły mechanik potrafi nieźle zajrzeć nam do kieszeni. 

Długo zastanawiałem się, czy pisać o moich przygodach z mechanikami i czy reklamować ostatnie odkrycie.

Od jakiegoś czasu jestem bowiem klientem RMP Motors.

Jak do nich dotarłem? -– Po pierwsze gdy kupowałem moje 323, sprzedawca dał mi cały plik rachunków z seriwsowania auta – przez minione 6 lat wystawiane były przez jeden i ten sam zakład – właśnie RMP. Podjechałem, żeby sprawdzić to i owo... Potem przez Internet, szukając zakładów wyspecjalizowanych w serwisie BMW, niezdzierających z ludzi i znających się na rzeczy, znów trafiłem właśnie na RMP Motors.

RMP Motors naprawia i obsługuje głównie BMW, ale też inne "importy". Zakład ma w GTA kultowy status wśród posiadaczy beemek.

Po pierwsze, ekipa Rocco Marciellego to ludzie od BMW; ludzie kochający te auta. Sam Rocco Marcielli ściga się też na torach w BMW
Po drugie, jestem zachwycony ich serwisem. Jakością pracy i słownością.

A. Umawiają się z tobą jak do dentysty, proponując konkretną godzinę.

B. W ciągu godziny naprawiają samochód. Koniec, kropka. Mają na miejscu części, pracują tak jak ekipa mechaników w pit-stopie – bo też mają właśnie takie doświadczenie serwisowe – z wyścigowych pit-stopów. W ciągu godziny klient dostaje z powrotem kluczyki i jedzie do domu.

Żadnego "przyjdź Pan jutro" – żadnego "nie mam tej części, musimy czekać". Żadnego zostawiania samochodu na cały dzień!

Wymiana pompy wodnej, łożysk, amortyzatorów, wszystko w godzinę, jak w zegarku, bez marnowania niczyjego czasu.

C. Pierwszy raz zobaczyłem zakład samochodowy, który ma na podłodze płytki ceramiczne – to raz – a dwa, że są one tak czyste jak moje w kuchni.

Ani plamy oleju, wszystko wysprzątane, umyte. Cała podłoga pod podnośnikami jest taka, że można w skarpetkach chodzić.

D. Ci ludzie mają doświadczenie, oni "robią" po prostu setki BMW w miesiącu. Robią sprawnie i po rozsądnych cenach.

Mankamentem jest to, że daleko od Mississaugi, bo w okolicy Hwy 27 i Steeles. Początkowo się bałem, no bo jak stamtąd wyjechać autobusem, jak im zostawić samochód. Okazało się jednak, że model biznesowy, jaki stosują, pozwala spokojnie czekać na naprawę, podziwiając "akcję".

Rocco Marcielli specjalizuje się też w tuningu BMW i ma wśród klientów wielu samochodowych "wariatów", którym fabryczne BMW nie wystarcza i skorzy są nieco auto podrasować.

Powiem szczerze, że to nie jest tekst reklamowy; nie mam z nimi żadnego układu ani nie mrugnęliśmy do siebie okiem. Po prostu ujął mnie fakt, że w tym kraju, gdzie tyle rzeczy schodzi ostatnio na psy, gdzie – jak powiedziałem na wstępie – dobry mechanik to wymierający gatunek, są jeszcze wyspy "dobrej roboty".

RMP Motors Rocco Marcielli to jedna z nich.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław.

Opublikowano w Moto-Goniec
sobota, 24 styczeń 2015 13:27

Zimowe auto

"Jest zima, a więc musi być zimno" – głosi kultowe powiedzonko z "Misia". A jeśli jest zimno i śnieg, a my na dodatek mamy gdzieś wyjechać, czy to na narty, czy do znajomych, no to dobrze mieć samochód zimowy.

Trudno zaprzeczyć, że jednym z najlepszych takich aut na zimę jest subaru outback.

SUV, to czy nie SUV, może kombi. Jak zwał, tak zwał – silny bokser pod maską, wygodna kabina, napęd na cztery koła i przyczepność konkurująca jedynie z pazurami. Tak w skrócie można określić outbacka rocznik 2015.

Co jeszcze po stronie plusów? Uznana jakość i bardzo dobra widoczność z fotela kierowcy.

Zespół przenoszenia napędu i silnik nie zaskakują wielbicieli marki, a do wyboru mamy dwa "boksujące się" motory: cztero- i sześciocylindrowe. Boksujące, czyli płaskie i krótkie dzięki czemu obniża się środek ciężkości pojazdu i poprawia przyczepność. Mniejszy silnik ma pojemność 2,5 litra, większy 3,6. Model podstawowy 2.5i sprzedawany jest z ręczną przekładnią sześciobiegową – reszta z przekładnią stożkową bezbiegową (CVT).
Ta skrzynia zastąpiła w bieżącym roku modelowym pięciobiegową przekładnię automatyczną.

Subaru outback po prostu tylko czeka, by na nim położyć kajak, narty czy deskę żaglową. Jeśli ktoś planuje częstą jazdę w górach, to oczywiście powinien wybrać mocniejszą, bo 256-konną szóstkę.

Warto dodać, że wszystkie outbacki wyposażone są obecnie w Incline Start Assist oraz Hill Holder System, przez co auto nie ucieka nam do tyłu na wzniesieniach i podjazdach, kiedy musimy się zatrzymać.

W 2015 roku modelowym, producent zadbał o poprawienie spalania, a to m.in. przez zwiększenie aerodynamiki.

Subaru zawsze chciał uchodzić za samochód kontrkulturowy i lekko zbuntowany, tym samym wykończenie kabiny pasażerskiej pozostawiało nieco do życzenia. Tym razem też jest podobnie, choć kabina jest bardzo funkcjonalna.

Nie lubię pisać o luksusowych dodatkach, bo mniej więcej wszędzie są takie same – wszędzie można sobie je zamówić jako opcję.

O to proszę się już samemu zapytać w naszym ulubionym dealershipie Marinos Autogroup.

Wiele przemawia za tym, że subaru outback to idealne rozwiązanie dla młodej rodziny z dziećmi, lubiącej często wypuścić się za miasto.

Ile to wszystko kosztuje? Od 28 tys. do 38 tys. dol. Pali toto 12 litrów po mieście i 8,6 litra na trasie – więc znośnie.

Co mile zaskakuje, jednym ze standardowych elementów wyposażenia jest sterowany głosem system nawigacyjny z 7-calowym ekranem czy kamera patrząca do tyłu.

Jedno jest pewne – auto można z czystym sumieniem polecić każdemu wymagającemu klientowi, teściowej nie wykluczając,

o czym zapewnia
Wasz Sobiesław

Opublikowano w Moto-Goniec