Goniec

Switch to desktop Register Login

Tym razem o południowej części Massasauga Provincial Park nad jeziorem Huron. O wyprawie do części północnej pisałam niedawno. Czym się różni park w części północnej i południowej? Krajobrazowo – właściwie niczym, i tam, i tu są i zalesione płaskie wyspy, i granitowe strome brzegi, i bezdrzewne wysepki w części najbardziej wysuniętej w zatokę, charakterystyczne dla krajobrazu tego odcinka wybrzeża Georgian Bay.

Gdy poziom wody jest niższy, pojawia się ich więcej, wychylają się na światło dzienne, czasami z wyżłobieniami, w których zbiera się woda, tworząc nagrzane stawki. Natomiast część południowa jest bardziej zaludniona, żeby dotrzeć do dzikszych miejsc, trzeba przepłynąć otwarte wody Georgian Bay, ale dostęp do wybrzeża krótki i łatwy, bez przenosek. Mnóstwo tu motorówek i pełnomorskich jachtów z całego świata, wycieczkowych stateczków, korzystających ze stacji benzynowych na wyspach, co wiąże się z niezbyt bezpieczną koniecznością manewrowania między nimi, a widziałam tu pijanych sterników.


Zagrożeniem są też gwałtowne zmiany pogody i duże fale, na które canoe się nie za bardzo nadaje. Lepiej na takich wodach sprawdzają się kajaki.
Wybraliśmy się tu z Andrzejem zupełnie "na głupa", licząc, że a nuż coś będzie wolnego. Niebo nam sprzyjało. Było i wolne miejsce w interiorze, i canoe w punkcie startu. Pogoda na trzy dni brzytwa. Żyć nie umierać. Los obdarzył nas też spotkaniami ze zwierzętami, które mieliśmy zapamiętać na całe życie. Z pierwszym niedługo po starcie.


Z mapy wynika, że wyznaczone nam miejsce jest dosyć blisko, więc nie musimy się spieszyć, płyniemy sobie powolutku, komentując niespodziewany fart, za nami na sznurku w wodzie ciągnie się tabliczka czekolady na wieczorny deser, żeby się od gorąca nie rozpuściła.
Ostrzegam Andrzeja przed dużą, tak na oko minimum dwumetrową kłodą kołyszącą się na falach. W miarę zbliżania się do niej widzę, że coś jest nie tak, kłoda ma łeb, oczy i grzbiet. Wydaje mi się, że śnię, przecież to nie może być krokodyl. Jesteśmy tuż-tuż, oczy wystające tuż nad powierzchnią łypią na nas, wydaje się, że badawczo, ale jakoś strasznie. To muskie, muskie większy od największego z rekordowych, jakie widziałam na zdjęciach. Przecież to niemożliwe, rekord muskie w Ontario to chyba niecałe półtora metra. Przypominają mi się wszystkie wydawałoby się niestworzone historie o atakach muskie na kąpiących się, a poza tym przecież szczupak nie może tak "po ludzku" patrzeć...
Muskie zanurza się powoli i znika, znika z oczu, ale nie z pamięci, jego wzrok zostanie ze mną do końca życia i nigdy już nie wejdę bez jego wspomnienia do wody w Georgian Bay (opowiadałam o tym koledze, zapalonemu wędkarzowi, miał amok w oczach. Przyleciał z mapą z żądaniem dokładnego wskazania miejsca zdarzenia, chi, chi).


Docieramy do kempingu nad wąskim kanałem, taki sobie, trochę tu ciemno, czuć zapach ryb. Gotujemy torebkowy obiad – w kocherze z lat 50., używali go jeszcze moi rodzice. Polski kocher to najlepszy projekt, jaki widziałam. Dzisiaj takich nie ma. Wszystko idealnie pomyślane, garnki wchodzą pięknie jeden w drugi, w środku czajniczek, osłony na palnik, w dawnych czasach maszynka jeszcze na denaturat, i tzw. kurewka – choć nazwa brzydka, wszyscy wiedzieli, o co chodzi, czyli trzymadło, całość zamknięta patelnią. Czy ktoś z Państwa to jeszcze pamięta? Gdyby ktoś teraz skopiował pomysł i wyprodukował taki sam, zrobiłby furorę w sklepach ze sprzętem sportowym. Kiedyś turyści z Niemiec chcieli go nawet ode mnie odkupić.


Nagle pojawiają się rangersi i każą nam się przenieść na inny kemping – podobno nastąpiła pomyłka. Próbujemy dyskutować, ale zdaje się to na nic. Wściekli składamy namiot, pakujemy się i szukamy tego nowego miejsca. Złość nam przechodzi jak ręką odjął. Jest piękne, na wysokiej skale, z widokiem na zatokę, wkoło nie ma żywego człowieka.
Wnosimy namiot i plecaki na górę, idziemy po resztę rzeczy. Wracamy, namiotu nie ma. Andrzej leci z powrotem na dół, może go jednak zostawiliśmy przy canoe. Nie ma. Niemożliwe. Czyżby ktoś zrobił nam głupiego psikusa? Metodą rozwścieczonych szerszeni zataczamy koła w poszukiwaniu zguby. Jest, kilkadziesiąt metrów dalej w krzakach, taszczony w głąb lasu przez wyłysiałego na pupie szopa. Widok komiczny. Biedaczysko myślało, że w środku znajdzie coś do jedzenia. Odbieramy naszą własność, ale to nie koniec użerania się ze złodziejem. Czatuje w zaroślach i gdy tylko wypatrzy moment, kiedy go nie obserwujemy, próbuje ukraść lub zeżreć coś. Okazuje się, że w najeździe towarzyszą mu dwa małe. Prawdopodobnie jest to jego stały proceder, a łysa pupa to efekt spożycia mydła lub jakiejś chemii ukradzionej poprzednim kempingowiczom.
Po kolacji przypominamy sobie o czekoladzie. Na dole przy canoe zastajemy ładnie wlizane w kamień sreberko na sznurku, nienaderwane w żadnym miejscu – prawie ludzkie paluszki elegancko rozpakowały zdobycz. Żeby tylko cholernikowi nie zaszkodziło. Wieszamy jedzenie na drzewie bez pewności, czy będzie tam w całości rano, ale nie mamy wyjścia. Zasnąć też nie jest łatwo, szopy nie odpuszczają, kręcąc się cały czas wokół namiotu. Małe znalazły sobie zabawę, włażą na czubek tropiku i zjeżdżają z piskiem na dół, i tak parę godzin – no ale w końcu to one są tu u siebie, a my tylko gośćmi.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProId8b22f41765

Wczesnym rankiem odpływamy, zostawiając rzeczy. Woda gładziusieńka, ani śladu najmniejszego podmuchu, postanawiamy wobec tego opłynąć całą olbrzymią Moon Island, czego nie odważylibyśmy się zrobić przy nawet niewielkim wietrze, bo to zupełnie otwarta zatoka. Od jej strony jest ładnie, dziko, wielką wyspę otaczają dziesiątki mniejszych wysepek, nagich skał i skałek, na niektórych czaple, na innych kormorany, polują na małe ryby, natomiast mijani wędkarze czatują na potwora życia, którego widzieliśmy wczoraj – może dziś, mówią, uśmiechają się niby żartobliwie, ale widać nadzieję na twarzy. Okazuje się, że nie wzięłam filmu do aparatu, nie mogę tego odżałować do dziś.
Obok nas przepływa statek z wycieczkowiczami, wszyscy z pokładu nam machają, a my ustawiamy się dziobem do fali. Coraz większa, dogania nas i unosi canoe, woda odpływa, a my zostajemy usadowieni w powietrzu na małej skałce, balansując na zaczepionym pośrodku canoe jak na huśtawce – żeby tylko nie pękło. Wycieczkowiczom opadają ręce i z głupim wyrazem twarzy odpływają. Wreszcie ciężar decyduje i canoe opada po stronie Andrzeja. Jakoś udaje się nam nie wywrócić. Zmykamy szybko z otwartej wody.


Opływamy Moon Island, od wschodu przemykamy się między główną wyspą a mniejszymi. W wąskim kanale domek letniskowy na domku, brzydkie, ciemno tu jakoś i ponuro, potem zmiana, wielkie wille ledwie widoczne na wzgórzach prywatnych wysp, z basenami, kortami tenisowymi, lądowiskami i ochroną w garniturach z bronią, na pomostach. Może lepiej było popłynąć w głąb lądu, między zalesione dzikie wyspy.
Z przyjemnością dopływamy pod wieczór do naszego pięknego kempingu, skąd człowieka ni domku żadnego nie widać. Szopy na nas czekają pełne energii, szopicy czekolada widać nie zaszkodziła.


Do tej części parku startuje się z Pete's Access Point nad Blackstone Harbour (można też stąd płynąć motorówką). Z tej zatoki można podpłynąć też do podobno widokowego szlaku Baker Trail, przy którym znajduje się parkowe work centre w XIX-wiecznym cottage'u, gdzie można zasięgnąć informacji. Gdyby ktoś nie za bardzo chciał wypływać na otwarte wody Georgian Bay, jest kilka kempingów w bliskich miejsca startu ukrytych zatokach i jeziorach.


Można się tu też wybrać na jeden dzień, park otwarty jest od godz. 7 rano do 7 wieczorem dla osób bez noclegu, można w jeden dzień zwiedzić Moon Island, płynie się do niej z punktu startu niecałą godzinę canoe, na wyspie jest 4-kilometrowy szlak z punktem widokowym na zatokę, zaczynający się na dziennym miejscu piknikowym na Wood's Bay.


Joanna Wasilewska
Mississauga
Fot. J. Wasilewska/A. Jasiński


Dojazd z Toronto: hwy 400 na północ – zjeżdżamy zjazdem nr 189 (MacTier/Gravenhurst), skręcamy w Muskoka Rd. 11, skręcamy w lewo w Healey Lake Rd., a potem w prawo za znakami na Massasauga Park. Po więcej informacji można dzwonić do parku 705-378-2401.

Opublikowano w Turystyka
piątek, 17 sierpień 2012 12:37

Szlakami Bobra: Massasauga Park

Opisując Państwu prowincyjny park French River i park narodowy Georgian Bay Islands, pominęłam bardzo piękne miejsce położone między nimi, jakim jest Massasauga Provincial Park o powierzchni ponad 13 tys. ha, oprócz charakterystycznych dla zatoki jez. Huron - Georgian Bay - granitowych wysp, obejmujący śródlądowe jeziora o zalesionych brzegach

 

Canoe, a ze względu na zmienną pogodę i duże fale bezpieczniej kajakiem, zwiedzić go można, startując z dwóch punktów, południowego, od razu prowadzącego w otwarte wody Georgian Bay do granitowego krajobrazu Tarczy Kanadyjskiej, i z północnego, który do wód Georgian Bay wiedzie przez malownicze śródlądowe jeziora o dziesiątkach zatok i odnóg. Ten krajobraz wykreowany został przez lodowiec tak jak całe wybrzeże Georgian Bay. Na terenie parku znaleziono ślady działalności różnych indiańskich kultur z okresu 1000 lat przed Chrystusem. Po dotarciu w te rejony białego człowieka, stał się miejscem pierwszego osadnictwa związanego z przemysłem drzewnym i turystyką oraz miejscem działalności kopalń miedzi i złota (te pojawiły się tu na krótko na przełomie XIX i XX w., ślady jednej z nich można zobaczyć na Anthony Island na Spider Lake).
Wymienione wyżej parki powstały wiele lat temu, Massasauga Park utworzono stosunkowo niedawno, bo ok. 20 lat temu. W jego powstaniu mam malusieńki udział, bo pływałam tu w czasach, kiedy te tereny były jeszcze ziemiami Korony. Nie było tu parku, nie było kempingów, nie było rezerwacji, nie było regulacji, namiot stawiało się, gdzie człowiekowi przyszła ochota, a wolność czuło się każdą komórką. Brałam udział w rządowym projekcie tworzenia parku, zaznaczając na mapie najpiękniejsze miejsca do kempingowania w jego zachodniej części, tej najbardziej wysuniętej w zatokę.


Nad naszymi wyprawami do Massasauga Park ciąży jakieś niewytłumaczalne fatum. Dwa lata temu z Andrzejem zorganizowaliśmy wyjazd dla dużej grupy osób. Nic z tego nie wyszło – porywisty wiatr. Rok temu kolejną, już mieliśmy załadowane canoe na samochody, gdy przyszedł ranger i obwieścił, że niestety, wejście do parku zamknięto z powodu sztormu. W tym roku organizatorem był Tomek, mieliśmy nadzieję, że będzie miał szczęśliwszą rękę.


Startujemy z północnego wejścia do parku. Jesteśmy umówieni w osiem osób (w tym dwóch ok. 10-letnich chłopaków) plus dwa koty, o 9 rano w White Squall Paddling Centre, wypożyczalni na Carling Bay Rd., która odchodzi od drogi 559, tej prowadzącej do Killbear Park. Mimo że położona trochę za Massasauga Park, jest bardzo wygodna. Poprzednio wypożyczaliśmy canoe w Oastler Provincial Park, ale tam trzeba je oddać do godz. 14.00 – urzędnicy ontaryjscy myślą. Wypożyczamy canoe, jak wiele razy przedtem, ale tym razem zaczyna się źle. Młody facet informuje nas, że to jest "very, very expensive canoes" i mamy dbać o nie z największą starannością. Informuje nas też, że kosztowało 3,5 tys. dol. Facet gada jak robot, słowa "very, very expensive" powtarzają się z sześć razy, za ostatnim wymieniona cena wzrasta do 4 tysięcy. Facet, myślę w duchu, bierzecie ponad 40 dol. za dzień, w wypożyczalni samochodów biorą tyle samo, a auto kosztuje min. 30 tys. Nie pozwala nam samym zainstalować canoe. Już widzę, że robi to źle. Zwraca Edycie uwagę, żeby nie opierała wiosła o ziemię, bo to "very, very expensive paddle". Facet ogląda canoe i wpisuje ich stan w dokumenty. Wiedzeni jakimś samozachowawczym instynktem, wypatrujemy dwie ryski na nowej łodzi. Wpisuje to do papierów, co – jak się później okaże – nas uratuje. Na koniec jeszcze jedna niespodzianka, dostajemy dużą torbę, w niej gąbki i drewniane belki. Wyjaśnia, że gąbki służą do mycia canoe, jak nie, to zapłacimy 10 dol. ekstra, a belki do wciągania canoe na brzeg, żeby się nie porysowało. Czy on sądzi, że będziemy te belki taszczyć przez przenoski? Z trudem powstrzymujemy się od śmiechu.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProIdc9f4501150

Po straconej godzinie wreszcie ruszamy, na autostradzie zatrzymujemy się dwa razy, Marcie wypadają gąbki, dobrze że to zauważyła, a Tomkowi przesuwa się źle przymocowane canoe. W Oastler Provincial Park bierzemy zezwolenia i na start do Three Legged Lake Access Point, przenoska 365 m, stąd do punktu docelowego na Spider Lake. Płynąć mamy tylko dwie godziny, Tomek przezornie zamówił miejsce kempingowe na śródlądowym jeziorze na wypadek wiatru, żebyśmy mogli wrócić. Na przenosce umawiamy się z sympatycznymi Polakami na odwiedziny, kempingują niedaleko nas, a mają chłopaków w podobnym wieku, chcą się spotkać, żeby dzieciaki miały towarzystwo.
Po wielu latach znowu mijam znane miejsca. Znane, a jednak się tu sporo zmieniło. Dawniej bardziej skaliste, brzegi zarosły teraz, zieleń wciska się w każde możliwe miejsce, w każdą szparkę w skale. Spider Lake rzeczywiście zasługuje na swą nazwę, rozgałęzia się we wszystkie strony jak nogi pająka. Kiedyś na jego północnym brzegu wytyczono piękny szlak, teraz go zlikwidowano. Dlaczego, nie wiem.
Wyciągamy canoe ostrożnie jak zgniłe jajka na brzeg. Tylko Janek wkurzony ciągnie swoje po skale, robiąc głębokie rysy. Miejsca na namioty niewielkie i krzywe, ale rekompensują to widoki. Od razu szukamy odpowiedniego drzewa do zawieszenia plecaków, obok niedźwiedzia kupa. Jest tak potwornie gorąco, że prawie nie wychodzimy z wody, ale i ona nie przynosi ochłody. Jesteśmy zadowoleni, że pech się skończył, jutro wyprawa na otwarte wody Georgian Bay... Nagle Edyta krzyczy, że ją coś ugryzło w rękę, nie wie, co to jest. Ręka puchnie coraz bardziej, puchnie też i reszta Edyty, na skórze pojawiają się czerwone plamy i bąble, Mimo że wzięła tabletkę na alergię, robi się jej słabo. Decydują z Tomkiem, że płyną do chatki rangersów, która jest parę kilometrów stąd. Andrzej zabiera się z nimi.
Mija godzina, czekamy zdenerwowani, tym bardziej że Andrzej w pośpiechu nie wziął GPS-u i latarki, a nie wiemy, czy Tomek wziął. Zbliża się wieczór. Szykujemy plecaki z jedzeniem do powieszenia.


Wreszcie widać canoe. Z Edytą lepiej. Rangersi zajęli się nią troskliwie, dali jej nawet prywatny numer telefonu do siebie. Dobrze wiedzieć, że w razie czego trzeba najpierw do nich dzwonić, to skraca czas oczekiwania, bo z pogotowia i tak się będą z nimi najpierw kontaktować, a wezwana pomoc przyszłaby dopiero po mniej więcej 50 minutach. Uczulenie przeszło. Rangersi przypływają do nas na kemping sprawdzić, jak Edyta się czuje. Jeden dostrzega Pimpka, zdumiony upewnia się, czy to kot (więcej o kotach nie będzie, bo były głosy, że za dużo o nich w moich tekstach).
Idziemy spać wcześnie, bo z powodu suszy w całym południowym Ontario obowiązuje zakaz palenia ognisk. Noc tak gorąca, że nie można spać. Zasłaniają nas tylko siatki. Burze przechodzą jedna za drugą. Zrywa się silny wiatr. Nie taka była prognoza pogody. Liczymy, że do rana przejdzie. Rano, niestety, wiatr coraz silniejszy. Dopływamy do drugiego miejsca kempingowego, jeszcze bardziej urokliwe niż pierwsze. Na niewielkiej zatoczce tworzą się białe bałwanki. Wyobrażam sobie, co się dzieje na otwartych wodach Georgian Bay.
Pech nas nie opuszcza. Plan przepłynięcia Spider Lake, krótkiej 100-metrowej przenoski i penetrowania granitowych skałek na Georgian Bay stoi pod znakiem zapytania. Podejmujemy pierwszą próbę, udaje nam się wypłynąć z zatoczki, ale po kilkuset metrach zawracamy, robi się naprawdę niebezpiecznie. Po paru godzinach kolejna próba, tak samo nieudana.


Wiemy też, że Polacy poznani na przenosce z wizytą nie przypłyną, z dziećmi nie będą ryzykować. Nie ma wyjścia, dzień spędzamy na kempingu, bardzo rozczarowani, że planu nie udało się zrealizować, z nadzieją, że jutro wiatr ucichnie i uda się wrócić. Pozostaje nam pływanie w osłoniętej od wiatru zatoczce w bajecznie ciepłej wodzie i kontemplowanie pięknych widoków w miłym towarzystwie. Czy to mało? To i tak wiele, ale czujemy jakiś niedosyt. Następnego dnia wiatr powoli ucicha i woda staje się gładka, Massasauga kolejny raz robi nam na złość. Oddajemy łodzie, w wypożyczalni starsza kopia młodego robota wodzi palcami po rysach na canoe Janka, ale w końcu akceptuje, w dokumenty wpisane dwie rysy, ale nie wiadomo, które są nowe, a które stare. Tomek z kamienną twarzą informuje, że nigdy więcej od nich nic nie wypożyczymy. Robot starszy powtarza jak mantrę, że przeprasza, ale to "very, very expensive canoe". Bobra nie widzieliśmy.
O pływaniu z południowej strony parku mam nadzieję opowiedzieć Państwu niebawem.


Joanna Wasilewska
Zdjęcia: Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński


Dojazd z Toronto do Massasauga Park, wejścia północnego: Hwy 400 na północ w stronę Parry Sound ok. 220 km, ok. 3 godzin, zjeżdżamy za znakami na Oastler Provincial Park, tam w biurze rejestrujemy się, z parku w lewo w Oastler Drive Park, w prawo w James Bay Junction South ok. 1,5 km, skręcamy w lewo w Blue Lake Rd., jedziemy ok. 5 km do Three Legged Lake Rd., nią do punktu startu na plaży. Wyładowujemy rzeczy, a samochód odstawiamy na parking powyżej, parking przy jeziorze tylko dla właścicieli cottage'ów. Rezerwacja miejsc w interiorze tylko przez telefon w Ontario Parks pod nr 1-888-668-7275, rezerwacja canoe w Oastler Park pod nr 705-378-2401. Na mapie parku z tyłu zaznaczone są koordynaty każdego campsite i przenoski do GPS-u. Z północnego wejścia nie można zwiedzać parku w jeden dzień, trzeba mieć wykupiony campsite przynajmniej na jedną noc. Radzę rezerwację z dużym wyprzedzeniem, park jest ostatnio bardzo oblegany.

Opublikowano w Turystyka
piątek, 25 maj 2012 11:24

Azja pod stopami (1)

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProId8fd7e70dd9

Bezpośredni lot z Toronto do Hongkongu trwa około 15,5 godziny. Nie jest to zachęcające i każdy z naszej grupy z obawą myślał o godzinach, które musimy spędzić w powietrzu. Z drugiej strony, perspektywa życiowej przygody była zbyt kusząca...

Na szczęście linie lotnicze Cathay Pacific znane są ze znakomitego serwisu i pomimo długiego lotu podróż przebiegła w miłej atmosferze. Obecne lotnisko w Hongkongu oddane do użytku w 1998 i wybudowane na sztucznej wyspie zastąpiło poprzednie lotnisko (zwane Kai Tak), które było praktycznie w centrum miasta. Nowe lotnisko nazywane Chek Lap Kok Airport jest jednym z najnowocześniejszych lotnisk na świecie, choć w tej dziedzinie postęp następuje szybko i często dziś "nowoczesne", jutro może być przestarzałe. Lądowanie na "starym" lotnisku, które było zlokalizowane w obrębie miasta zawsze wywoływało dreszczyk emocji. Lądujące na nim samoloty dosłownie dotykały swoimi skrzydłami sąsiadujących z nim wysokich budynków mieszkalnych. Lądowanie takie oprócz dreszczyku emocji, często dla niczego niespodziewających się pasażerów graniczyło z cudem. Ponieważ brakowało miejsca na rozwój lotniska oraz coraz większe samoloty miały coraz mniej miejsca do lądowania, podjęto decyzję o relokacji i budowie nowego portu lotniczego, co w sytuacji tego miasta nie było łatwe. Bo po pierwsze, jest tu mało wolnego terenu, a po drugie, przeważnie jest on górzysty. By wybrnąć z kłopotu, usypano sztuczną wyspę na morzu i tam dziś mieści jedno z najnowocześniejszych lotnisk na świecie. Po przeniesieniu lotniska w nowe miejsce, w obrębie miasta uwolnił się spory obszar terenu, który natychmiast został zapełniony nową tkanką miejską. Relokacja lotniska miała jeszcze jeden zabawny wpływ na architekturę miasta. Otóż przed zmianą schodzące do lądowania samoloty narzucały pewne restrykcje na maksymalną wysokość budynków. Dziś kiedy nie ma już obawy "zahaczenia" podwoziem o budynek, liczba naprawdę wysokich budynków wzrosła znacznie. Wpłynęło to na panoramę miasta sprzed lat. Te budynki, które były mi znane jako niezwykle wysokie i ważne obiekty światowej architektury, dziś wyglądają na małe i zostały wchłonięte przez nowe dynamicznie powstające obiekty.

Hongkong jest byłą kolonią brytyjską przekazaną Chinom na mocy porozumienia po 99 latach dzierżawy w dniu 1 lipca 1997 roku. Kiedy w przeszłości Brytyjczycy zaczynali handel z Chinami i szukali miejsca na bazę, wybrali oni wyspę Hongkong. Ze względu na swoją konfigurację terenu, miejsce to miało dwa benefity. Pierwszym była dobra pitna woda z gór, drugi to dobra osłona portu przed tajfunami. Wydzierżawili oni wówczas tę wyspę na 99 lat. Na początku był to teren nieużytków i głównie pracowali tu rybacy. Bardzo szybko "zmyślni" Chińczycy zaczęli się tu gromadzić, korzystając z okazji pośrednictwa pomiędzy Brytyjczykami a ziomkami z Chin kontynentalnych. Brytyjczycy z kolei sprowadzili tu bardzo dużą liczbę lojalnych sobie Hindusów z kolonii w Indiach. Zostali oni głównie policjantami i urzędnikami. Do dziś widać spore "wpływy" tej mieszanki na populację tego miasta. Sprowadzeni Hindusi mieli dodatkowo sporo przywilejów, które do dziś na mocy traktatu są respektowane przez nowa administrację.

Bardzo szybko okazało się, że dynamicznie rozwijające się terytorium brytyjskie zaczęło pękać w szwach i dlatego rozszerzono je o następne wyspy. Jedną z nich jest wyspa Kowloon. Było to miejsce, w którym był duży port, mnóstwo miejsc do pracy oraz bardzo duża kolonia Chińczyków (Brytyjczycy głównie zasiedlali starą wyspę). Obie wyspy przez lata były ze sobą połączone tylko za pomocą promów. Dziś łączą je tunele podwodne oraz mosty. Zanim powstał pierwszy tunel, często pracujący panowie nie byli w stanie wrócić na noc do swoich rodzin, tłumacząc to złymi warunkami pogodowymi czy spóźnieniem na ostatni prom. Prawdziwym powodem "spóźnienia" czasami była sympatyczna pani do towarzystwa na drugim brzegu kanału. W chwili powstania pierwszego tunelu, taka opcja tłumaczenia się przestała istnieć, dlatego dziś pierwszy mający 2 km długości tunel powszechnie znany jest jako "no excuse tunel".

Wpływy Brytyjczyków są ciągle dobrze widoczne w tym mieście. Zaczynając od ruchu drogowego, który jest lewostronny, licznych kolonialnych budynków; prawa, które bazuje na brytyjskich zasadach, oraz języka, który jest tu dość powszechnie znany. Przez całe dekady, wszystkie firmy światowe, które myślały o ekspansji biznesowej na Chiny, tu tworzyły swój przyczółek. Do dziś jest ich tu bardzo wiele. Od kiedy jednak Chiny zmieniły swoją politykę i stały się bardziej prozachodnie w swoim modelu biznesowym, Hongkong utracił swoje znaczenie a przejęły go takie miasta w Chinach, jak Szanghaj czy Pekin.

Z drugiej strony, zmiany w Chinach oraz wygoda "brytyjskiego kręgosłupa" powoduje, że Hongkong dla wielu biznesmenów jest ciągle miejscem, od którego wolą zacząć. Sami mieszkańcy tego terytorium zresztą uważają się za coś lepszego niż reszta Chińczyków. I trudno im się dziwić. Podróżują swobodnie po świecie, często posługują się angielskim (choć czasami dość słabo), zarabiają lepiej niż typowi kuzyni zza bliskiej granicy oraz są często lepiej wykształceni. Nic dziwnego, że wielu z nich bardzo zgrabnie manewrując i wykorzystując swoje unikalne umiejętności dorobiło się fortun na pośrednictwie w handlu pomiędzy wschodem a zachodem. Zresztą nie tylko na handlu w tym kierunku. Przez lata kiedy Chiny i Tajwan oficjalnie się nie uznawały i nie kooperowały, istniał tu zabawny proceder. Towary z Chin były przepakowywane w opakowania z Hongkong i wysyłane na Tajwan i odwrotnie też - z Tajwanu przez Hongkong do Chin. Tak więc na tym zabawnym pośrednictwie powstawały kolejne fortuny.

W czasie lotu do Hongkongu, kilkakrotnie widziałem reklamę Bank of Hong Kong (BHK), w której podkreślano jakąś horrendalnie wysoką liczbę milionerów mieszkających w tym mieście, których ten bank obsługuje. Nie znaczy to wcale, że wszyscy są tu bardzo bogaci i wszyscy są tu milionerami. Odwrotnie, pomimo że na ogół wszyscy tu dbają o wygląd i schludność, to większość żyje tu tak, by związać koniec z końcem. Ze względu na natłok wszystko jest tu bardzo drogie dla przeciętnego mieszkańca. Średnie zarobki wynoszą około 8000 do 12000 hongkońskich dolarów (przelicznik - 1 CND = 7,5 HKD). Natomiast średnie ceny nieruchomości są na poziomie 2-3-krotnie wyższym niż w Metro Toronto. Większość mieszkań jest bardzo mała (250-300 stóp) i często okupowana przez 2-3 rodziny (2-3 pokolenia). Większość młodych ludzi, z którymi rozmawiałem, próbuje uniezależnić się od rodziny, ale nie jest to łatwe i często powoduje, że na własną rękę nie są w stanie założyć rodziny, bo koszty jej utrzymania są poza ich możliwościami.

Mówiąc o kosztach, to niektóre są naprawdę znaczne i wynikają z podaży i popytu. Otóż by zostać taksówkarzem w Hongkongu, należy mieć licencję, z tym że już od dawna nie wydaje się nowych licencji. W praktyce, by odkupić istniejącą licencję, należy zapłacić za nią 1 milion dolarów (na szczęście w tutejszej walucie), ale fakt jest taki, że nie jest to tanio.

Hongkong oprócz bycia miastem handlu i banków ma oczywiście szereg atrakcji. Samo położenie jest bardzo ciekawe, bo są to góry otoczone oceanem. Dlatego są tu licznie punkty widokowe, z których można obserwować panoramę miasta i ocean. Lata temu jeden z gubernatorów tego terytorium, by uradować swoją żonę i licznych gości, wybudował kolejkę na jeden z otaczających miasto pagórków. Była to kolejka linowa ciągnąca wagony tramwajowe, podobna w zasadzie do tramwajów w San Francisco. Do dziś "The Pick Tram" jest jedną z ważniejszych atrakcji turystycznych, a liczne biznesu, które je otaczają, mają doskonałą lokalizację. Trzeba też przyznać, że widok miasta z tego punktu widokowego jest imponujący. Inną atrakcją jest przejażdżka łodzią rybacką po kanale dzielącym wyspy. Jest to bardzo malownicze, ale szybko uświadamia, że jest tu wielu bardzo biednych ludzi, spędzających całe życie na wodzie i bez wielkich perspektyw na przyszłość.

Brytyjczycy zaszczepili w tym rejonie wiele swoich sposobów spędzania czasu obecnym mieszkańcom tych terenów. Popularne są tu rugby, tenis, golf, żeglowanie i wyścigi konne. Znany bardzo tutaj "Jockeys Club" jest wręcz instytucją socjalną, które co roku przeznacza ogromne kwoty na cele charytatywne (16 proc. z dochodów). Aha, warto jeszcze wspomnieć o tak zwanych bazarach - mieliśmy okazję odwiedzić najbardziej znany "Stanley Market" i, moim zdaniem, jest to strata czasu. Wszystko, co tam można kupić, można kupić taniej w wielu innych miejscach, ale cóż, jest to też atrakcja turystyczna, którą można, ale niekoniecznie trzeba zaliczyć. Dużo lepszym wyborem jest spacer po głównych ulicach handlowych w okolicy nadbrzeża, gdzie przynajmniej mamy szanse pocieszyć oczy nowoczesną architekturą i licznymi restauracjami, które oferują znakomitą kuchnię.

 

Następny etap naszej wycieczki to pobliskie Chiny, a konkretnie miasto Zhuhai. Dostaliśmy się tam drogą wodną - korzystając z szybkiego promu. Godzina drogi "i po strachu". Port wodny i przejście graniczne szybko nam uświadomiły różnicę systemów. O ile strażnicy w Hongkongu są raczej zrelaksowani, to prawdziwi Chińczycy są tacy jak komuna ich do tego wytresowała. Porządek i zero uśmiechu musi być! Z drugiej strony, czy ktoś widział ostatnio uśmiechającego się strażnika na granicy USA? Chyba ta choroba jest zaraźliwa. Pomimo tego powiewu oficjalnego chłodu, "cywilni" Chińczycy są coraz bardziej prozachodni. Była to moja druga wizyta w Chinach i za każdym razem podziwiam rozmach i tempo, z jakim kraj się rozwija. Oczywiście widać gdzieniegdzie jeszcze pewne absurdy i problemy wynikające z nienadążania mentalności za rozwojem, ale to jest tylko kwestia czasu. Na przykład ciągle jest trudno znaleźć ludzi mówiących w innym języku niż chiński, nawet w hotelu. Natomiast ten brak nadrabiają Chińczycy dużą życzliwością i chęcią pomocy.

Miasto, w którym się zatrzymaliśmy, jest "lazurowym wybrzeżem" dla Chin. Ponieważ jest to miejsce położone pomiędzy Hongkongiem i Macao (Makau) oraz dodatkowo ma łagodny klimat, Chińczycy z całego tego wielkiego kraju uwielbiają przyjeżdżać tu na odpoczynek. Jest to też bardzo bogaty rejon, właśnie dzięki temu, że bliskość wspomnianych dwóch terytoriów pozwala czerpać ogromne dochody z handlu. Rejon ten ma wiele atrakcji turystycznych i oczywiście handlowych. Jedną z bardzo ciekawych atrakcji jest wjazd kolejką linową na pobliską górkę, z której można podziwiać panoramę miasta i ocean. Z tym że dużo bardziej zabawny jest zjazd z tej góry, który odbywa się za pomocą specjalnie skonstruowanego skrzyżowania toru bobslejowego z rollercoaster. Szybki zjazd z licznymi zakrętami, gdzie czuje się grawitację w żołądku, powoduje, że niektórzy wolą wybrać spacerek niż szybki zjazd. Jeszcze inną atrakcją tego miejsca jest chyba największy na świecie bazar podziemny, gdzie można kupić każdą możliwą próbkę znanych produktów i najlepszych firm za bardzo dobre pieniądze. Torebki, zegarki, ubrania, okulary itd. Ceny 10-krotnie niższe od oryginałów przy znakomitej jakości. Cóż, niestety czas był zbyt ograniczony, by skorzystać z tych możliwości. Jak wspomniałem wcześniej, miasto to jest położone tuż przy terytorium Macao, które jest mekką dla całych Chin z wielu powodów. Po pierwsze, Macao jest stolicą hazardu. To jest takie azjatyckie Las Vegas, a Chińczycy uwielbiają hazard. W tym mieście jest obecnie 68 kasyn, a wiele nowych jest w budowie.

Innym powodem popularności Macao jest to, że Chińczycy pomimo że mogą kupić u siebie każdą podróbkę, to tak naprawdę ci, co mają pieniądze, wolą z powodów prestiżowych kupować oryginały. Ponadto wielu z nich pracuje w tym miejscu, bo zarobki tez są znacznie wyższe. By dostać się na terytorium Macao, można to zrobić poprzez jedno z licznych pieszych przejść granicznych, które są naprawdę bardzo "busy". Dosłownie rzeka ludzi, niektórzy z produktami rolnymi na wózkach, z nadzieją spieniężenie ich poza granicą.

 

A teraz o Macao od początku. Do niedawna (1999) było to niezależne od Chiny terytorium pod patronatem portugalskim. Portugalczycy wykupili to terytorium od Chin w 16. wieku. Z tej kolonii prowadzili bardzo intensywny handel zarówno produktami, jak i niewolnikami. Tak, wielu Chińczyków zostało stąd wbrew woli wyeksportowanych do Ameryki, Kanady czy innych rejonów świata. Portugalczycy na swoim terytorium spopularyzowali katolicyzm oraz europejski sposób zabudowy. Stare miasto ma bardzo ciasną zabudowę wokół wzgórza, na którym są pozostałości po kościele katolickim, który spłonął. Kamienna fasada jest widoczna z daleka, a plac przed kościołem jest miejscem spotkań licznych turystów i lokalnych mieszkańców. Stare miasto nie jest wielkie, ale robi znakomite wrażenie i tętni życiem. Liczne znakomite sklepy i restauracje oraz tłumy świetnie ubranych ludzi cieszą oczy.

Jak wspomniałem wcześniej, Macao słynie z kasyn. Owszem, terytorium to ma trochę przemysłu i silny sektor bankowy, ale 90 proc. procent dochodu jest z hazardu! Tak, miliardy dolarów pozostawiają tu Chińczycy, którzy, jak wspomniałem wcześniej, tłumnie tu przyjeżdżają. Odwiedziliśmy kilka kasyn, traktując je jako atrakcję turystyczną, i muszę powiedzieć, że byłem pod ogromnym wrażeniem. Jedno z nich nazwane Venezian (powtórzenie z Las Vegas), spowodowało, że czuliśmy się jak w prawdziwej Wenecji. Nie tylko zewnętrzna architektura, ale również sztuczne kanały wewnątrz obiektu, po których pływają gondole i śpiewający gondolierzy, urocze uliczki z masą sklepów i sztucznym niebem, które wygląda jak prawdziwe. Wow! Jest co podziwiać. Oczywiście jest to tylko dodatek do sal hazardu, które są ogromne dla przeciętnych graczy oraz wiele bardzo małych dla VIP graczy, gdzie stawki idą w miliony. To kasyno, które kosztowało pewnie kilka miliardów, jako inwestycja zwróciło się w ciągu 9 miesięcy! Nic dziwnego, że ten rejon tak prosperuje.

Terytorium Macao ma tylko trochę powyżej 500.000 mieszkańców, około 200.000 zagranicznych pracowników (głównie Chińczyków) oraz codziennie około 60.000 turystów. Na każdym kroku widać tu porządek i znakomitą architekturę. Nic dziwnego, przy takim napływie gotówki, rząd i prywatni inwestorzy inwestują w liczne hotele, galerie, sklepy itd. Ale jedną z ciekawszych atrakcji jest wieża telewizyjna, z obrotową restauracją, z której w czasie spożywania posiłku można oglądać piękną panoramę miasta. Jest ona dodatkowo najwyższą na świecie wieżą, z której można wykonywać "banji jumping". Jest to zabawne wrażenie, kiedy jedząc lunch, ma się przed oczami lecącego głową w dół skoczka. Reasumując, Macao jest zdecydowanie bogatym krajem, który potrafił z niczego dzięki umiejętnej polityce i korzystnemu położeniu zbudować solidną gospodarkę, które jest przedmiotem westchnień i zazdrości wielu innych krajów.

 

Następnym etapem podróży był Singapur, do którego dostaliśmy się poprzez Hongkong. Singapur jest kolejnym przykładem, jak można się doskonale "ustawić", nie mając praktycznie żadnych surowców lub przemysłu. To bardzo drobne państwo, które z północy na południe ma około 20 km, a ze wschodu na zachód 70 km. Populacja około pięciu milionów. Współczesna historia tego kraju nie jest taka długa. Kiedy w latach 60., Singapur próbował się dołączyć do Malezji - został odrzucony ze względu na to, że uznano, że jego gospodarka jest zbyt słaba. Dziś można by powiedzieć "big mistake", gdyż dochód narodowy tego małego państwa jest niezwykle wysoki (trzeci najwyższy na świecie) i bardzo by pomógł słabiej rozwiniętej Malezji. Lecąc do Singapuru, wiele słyszałem o niezwykłej czystości i porządku panującym w tym kraju. Stosowane są tu surowe kary administracyjne i cielesne za zaśmiecanie ulic, kradzieże czy inne drobne przewinienia. Efekt jest taki, że rzeczywiście nie widzi się śmieci na ulicach, a środki transportu publicznego są tak czyste, że można jeść z podłogi. Zabawne jest również to, że wcale nie widzi się wszędzie policji czy służb porządkowych - sama świadomość potencjalnych kar wystarczy. Jest to tak mocno zakorzenione, że nawet istniejąca tam dzielnica hinduska (Little India) jest zaskakująco czysta i uporządkowana.

O ile Macao zbudowało swoje bogactwo na kasynach, to Singapur (miasto lwa) zbudował swój dobrobyt na handlu. Korzystne położenie na szlakach transportowych oraz naturalne porty, z których łatwo jest wysyłać towary w głąb kontynentu, strefy wolnocłowe, mądra polityka bycia neutralnym oraz solidny biznes plan spowodowały to, że z małego i biednego kraju, jest to dziś jeden z najbogatszych krajów na świecie. To zresztą widać gołym okiem, zaczynając od lotniska, bardzo dobrych autostrad czy panoramy miasta usianej licznymi drapaczami   chmur, w których mieszczą się liczne banki czy kampanie handlowe. Singapur jest ambitnym krajem i kocha mieć obiekty zaliczane do rekordowych czy unikalnych. Powstają tu bardzo liczne nowe atrakcje, które mają tu ściągać licznych turystów z całego świata, bo okazało się, że turystyka to też może być znakomita gałąź biznesu przynosząca ogromne pieniądze. Zaczynają tu powstawać kasyna - jest ich na razie tylko 6, powstaje ogromny ogród botaniczny (istnieje obecnie wiele mniejszych), powstało miasto atrakcji na małej wyspie w stylu "Universal Studio" z Florydy. Jedno jest wspólne dla wszystkich tych inwestycji. Wszystkie są robione na najwyższym poziomie i z ogromnym rozmachem. Jedną z najnowszych atrakcji jest "Sandy Bay Marina" - zespół obiektów wybudowanych na terenach odzyskanych z morza (sztucznie usypany teren), gdzie jednym z głównych budynków jest zaprojektowany przez architekta Moshe Safdi, który między innymi posiada obywatelstwo Kanady. Trzy ponad 65-piętrowe budynki, zawierające biurowce i hotele, wspierają coś, co być może w założeniu twórcy miało być arką Noego. Ogromna barka zawieszona w niebie robi wrażenie i przykuwa uwagę. Z tarasów widokowych tej barki, rozciąga się znakomity widok na Singapur oraz pobliską redę portowa, na której widać zacumowane setki statków. U podnóża tego budynku jest sztuczny akwen wodny, po którym pływają liczne stateczki wycieczkowe. Jest też ciekawostka - pełnowymiarowe boisko do piłki nożnej na wodzie, które ma tylko trybuny wzdłuż jednej lądowej strony. Otoczone jest ono bardzo wysoką siatką, która ma zapobiegać wpadaniu piłki do wody. W przeszłości Singapur był pod wpływami Brytyjczyków i wzdłuż "Rouge River" ciągle istnieją historyczne obiekty o zupełnie innej skali niż nowa architektura, ale dzięki pieniądzom i dobrej wyobraźni architektów, zostały one zmodyfikowany i zmodernizowane i są siedzibami licznych barów, restauracji czy obiektów administracji. Kiedyś ogromny i budzący grozę gmach policji i więzienie, dziś, dzięki zastosowaniu różnokolorowych okien w bardzo surowej fasadzie, stał się bardzo zapraszający i jest siedzibą Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Jak wspomniałem, budownictwo i architektura jest w Singapurze na bardzo dobrym poziomie i przenosi się to również na budownictwo socjalne.

O ile na przykład w wielu krajach, w których miałem okazję być, ludzie z niskimi dochodami są skazani na slumsy, tutaj rząd buduje zupełnie niezłe mieszkania, które można nabyć za przystępne pieniądze. Pod tym względem rząd jest bardzo aktywny i nawet tych, którzy opierają się przed zamieszkaniem w nowych budynkach, woląc swoją starą posiadłość - przenoszą na siłę.

Kontynuacja za tydzień
Maciek Czapliński
Mississauga


Opublikowano w Reportaże
Strona 19 z 19