Goniec

Register Login

Burns jest idealne na niedzielną niedługą rodzinną wycieczkę z dziećmi, pieszą lub na nartach biegowych. Położony jest tylko 15 minut jazdy samochodem na zachód od granicy Mississaugi. Ponad 30 hektarów powierzchni obejmuje mieszany las, bagna i torfowiska oraz sztucznie utworzone 3-hektarowe jeziorko, cały teren stanowi część Guelph Junction Wetland Complex zarządzanego przez Conservation Halton.


Wytyczono tu kręty dwukilometrowy łagodny, płaski szlak, prowadzący przez miejscami bardzo stary las, a zimą jest on wyjątkowo piękny, bo przeważają tu wiecznie zielone sosny, jodły i białe cedry, choć nie brakuje i klonów. Trasa kilkakrotnie przecina Kilbride Creek, który jest dopływem Bronte Creek, a 400 metrów szlaku to mostki zbudowane nad bagnami utworzonymi przez jego odnogi. Spotkać tu można żółwie, nad jeziorem ptactwo wodne, można tu w lecie łowić ryby, bassy wielkogębowe, sumiki amerykańskie i crappie. Można też zwodować łódź – bez silnika oczywiście, jest pomost i stoły piknikowe. Zimą dobrze oznakowany szlak jest zwykle udeptany, głównie przez okolicznych właścicieli czworonogów, ale szanujących amatorów biegówek. Nikt tu nie robi maszynowo trasy do nart, ale zazwyczaj piesi są kulturalni i nie depczą śladu utworzonego przez narciarzy wzdłuż głównej ścieżki.


Wejście do Burns Conservation Area i parking są darmowe. Kilka lat temu podjęto próbę wprowadzenia opłat za wejście i ustawiono na parkingu parkometry, ale zostały one bardzo szybko kompletnie zniszczone, i chyba nie był to akt wandalizmu, ale obywatelskiego nieposłuszeństwa nagle opodatkowanych i rozeźlonych ludzi, od wielu lat korzystających bezpłatnie z tego terenu i płacących przecież na jego utrzymanie podatki.
Ale jak się nie da tą drogą, to można inaczej ściągnąć od nas haracz – nie sposób się tu powstrzymać od sarkazmu – władza wie najlepiej, jak wydać nasze pieniądze, i wie, że my jak dzieci, możemy się pozabijać bez jej opieki, więc przy wejściu umieszczono nowe tablice (na zdjęciu), ostrzegające nas, mieszkańców Ontario, że na szlaku możemy spodziewać się śniegu i miejsc oblodzonych. Dziękujemy władzy, my, mieszkańcy Ontario, w zimie nigdy nie spodziewalibyśmy się śniegu i oblodzeń na szlakach, to takie nietypowe dla tej strefy klimatycznej, a tak, ostrzeżeni, uchronimy się od niechybnego wypadku.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProIdebc34b4806

A tak poza tym, ciekawe, ile kosztowały nas te tablice, umieszczone zapewne w każdym conservation area w rejonie Halton?
Dojazd: Od strony Mississaugi Hwy 401 za zachód do zjazdu na drogę Guelph Line, następnie jedziemy na północ Guelph Line do drogi nr 10 Sideroad, skręcamy w nią na zachód, potem jedziemy do Twist Road zwanej też Nassegaweya 1st Line, skręcamy na północ w prawo, wejście do Burns Conservation Area i parking po prawej stronie zaraz za zakrętem. Drogowskazy do Burns dobrze widoczne. Koordynaty do GPS N43 29.216 W80 01.834.


Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska
Andrzej Jasiński
Mississauga



Ciekawe wydarzenia w okolicach Toronto

Mountsberg Conservation Area
11 stycznia 2013, Owl Prowl
godz. 19.00-21.00
Popularny program dla dorosłych poznawania ontaryjskich sów jako nieustraszonych drapieżników. Wiele informacji o tym gatunku podczas nocnej wycieczki, oczywiście z odwiedzinami w schronisku dla rannych ptaków przechodzących rehabilitację, prowadzonym przez park Mountsberg, i z niezapomnianym spotkaniem z sową oko w oko. Bilety: dorośli 15 dol., emeryci 10 dol. plus podatek. Wymagana rejestracja, e-mail Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. lub tel. 905-854-2276.
12 stycznia 2013
Godz. 18.30-20.30
Ten sam program, ale przeznaczony dla rodzin z dziećmi. Nocna wycieczka w poszukiwaniu ontaryjskich sów, puppet show specjalnie dla dzieci i wizyta w schronisku u przebywających tam ptaków. Rejestracja jak wyżej.
Adres: Mountsberg Conservation Area, 2259 Millburough Line, Campbellville, ON L0P 1B0.

Crawford Lake Conservation Area
12 stycznia 2013, Moonlight Snowshoe Hike
Godz. 18.30-20.30
Odkrywanie magii zimowej nocy w blasku księżyca i gwiazd. Przewodnik poprowadzi Państwa trasą na rakietach śnieżnych przez przepiękny teren. Wieczorne wycieczki odbywają się w każdą sobotę w styczniu i lutym w tych samych godzinach. Wieczór kończy się ogniskiem i gorącą czekoladą. Ceny: dorośli 15 dol., emeryci i dzieci w wieku 8-15 lat 10 dol., plus podatek. W razie złych warunków pogodowych opłata nie jest zwracana. Wymagana wcześniejsza rezerwacja pod nr tel. 905-854-0234 lub przez Internet na stronie Moonlight Snowshoe Hike. Adres: 3115 Conservation Road (poprzednio Steeles Avenue), Milton, ON L9T 2X3. Koordynaty do GPS: 43.47 -79.951.


Opublikowano w Turystyka

Jest takie powiedzenie, że to, co będziesz robił w pierwszy dzień nowego roku, będziesz robił przez cały rok. Oby się sprawdziło w naszym przypadku. 1 stycznia wybraliśmy się w miłym towarzystwie Edyty i Tomka na narty biegowe, dla nas pierwsze w tym sezonie. Wybór padł na ośrodek w Mansfield, raz z powodu bliskości – po sylwestrowej nocy nie chciało nam się wcześnie wstawać, dwa – nasypało tam wystarczająco dużo śniegu i były przygotowane trasy.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProIda617ce08fb

Do Mansfield jedzie się bardzo przyjemnie Airport Rd., nie ma dużego ruchu, szczególnie widowiskowy jest odcinek przechodzący przez Wyniesienie Niagarskie. Wybraliśmy na początek żółty 12-kilometrowy szlak, nie za trudny. Trasa świetnie przygotowana. Jak zwykle mało ludzi – co jest olbrzymią zaletą Mansfield, i cisza aż kłująca w uszy. Prószył śnieg, narty trochę kleiły się do podłoża. Choć był spory mróz, nam było gorąco, a Edycie zimno i w celu rozgrzewki narzuciła z Tomkiem takie tempo, że po połowie trasy zrezygnowaliśmy z ambicji dotrzymania im kroku. Udało nam się za to zobaczyć stado białoogoniastych jeleni. Spotkaliśmy się dopiero w bazie głównej na kawie.


Mansfield Outdoor Centre jest pięknie położony w dolinie wśród wzgórz, obejmuje obszar 300 akrów prywatnego terenu, dawnej farmy, i 2000 akrów dzierżawionych od Dufferin County Forest. Szlaki prowadzą przez bukowe i sosnowe lasy, pola, wzdłuż strumieni i jeziorek, z wielu miejsc widać okoliczne malownicze wzgórza. Jest tam 40 kilometrów tras do nart biegowych, o różnych stopniach trudności, od tras dla początkujących po bardzo trudne, a także 10-kilometrowa pętla do jazdy krokiem łyżwowym.


Baza główna mieści się w dawnym domu właścicieli farmy z początku dwudziestego wieku, w którym zachowała się nawet pierwotna piękna sosnowa podłoga. W sali jadalnej przez cały czas w żeliwnym piecu pali się ogień, można ogrzać się, posiedzieć, podziwiać wzgórza przez okna, zjeść własny prowiant lub skorzystać z domowych posiłków w postaci chili, zupy lub muffinów. Kuchnia na miejscu serwuje także bardzo dobrą kawę, można ją zamówić w prawdziwych kubkach, miła obsługa zapewnia sympatyczną atmosferę. W bazie głównej są również łazienki i prysznice.
W starej stodole urządzono wypożyczalnię sprzętu – jest tu 150 par nart. Ośrodek jest otwarty siedem dni w tygodni od 9 rano do 5 po południu.
Mansfield oferuje także wiele atrakcji na lato, ale o tym może innym razem.


Ceny:


• cały dzień – 18,50 dol., dzieci poniżej 12 lat 9,50 dol.
• w weekendy po godzinie 13.30 –14 dol., dzieci 7,00 dol.
• bilet rodzinny – 55,00 dol.,
• wypożyczenie sprzętu dla całej rodziny – 65,00 dol.


Można też wynająć instruktora do nauki jazdy.
Dojazd z Toronto: od lotniska Pearsona godzina jazdy na północ Airport Rd. Ośrodek Mansfield znajduje się po prawej stronie szosy, naprzeciwko widocznych z drogi tras zjazdowych prywatnego klubu narciarskiego. Wjazd jest wyraźnie oznaczony. Koordynaty do GPS: N44 12.229 W80 02.158.
Na stronie internetowej Gońca www.goniec.net w dziale turystyka znajdą Państwo zdjęcia z zeszłego roku, kiedy udało nam się zastać w Mansfield bajkowy śnieżny krajobraz.


Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska, Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka
sobota, 08 grudzień 2012 09:03

Świąteczny prezent dla turysty

W Ontario sklepów ze sprzętem turystycznym jest ci dostatek, Sport Check – prowadzący teraz dział górski, Le Baron, Canadian Tire, a do tego wiele sklepów wędkarskich, które prowadzą działy kempingowe, o nich często wspomina Krzysztof Jaśkielewicz na sąsiedniej stronie. Ja chciałabym Państwu polecić mało znaną sieć sklepów z profesjonalnym sprzętem turystycznym, ale w których można kupić ciekawe rzeczy zupełnie nie dla profesjonalisty.


Mountain Equipment Co-op jest sklepem nietypowym, bo ma formę spółdzielni. Wejść do niego może każdy, ale żeby coś kupić, trzeba zostać członkiem. Członkostwo kosztuje 5 dol. raz na całe życie, formalności załatwia się przy kasie. 1 proc. od wydanych przez nas pieniędzy spółdzielnia przeznacza na ochronę środowiska. Będąc członkami, mamy prawo brać listowny udział w wyborach zarządu (co nie jest bez znaczenia, bo od lat toczy się walka o profil sklepu, czy ma być nastawiony głównie na profesjonalny ekwipunek ekspedycyjny, czy na ogólną turystykę), premiowany udziałem w losowaniu atrakcyjnych nagród, np. w postaci canoe czy roweru.
W MEC znajdziemy dział górski (liny, karabinki, wspinaczkowe uprzęże, czekany, buty wysokogórskie i do skałkarstwa), kajaki, canoe i wszystkie gadżety związane z wodniactwem, rowerowy – bardzo rozbudowany, oczywiście oprócz rowerów profesjonalne ubrania, i dział sportów zimowych – narty biegówki, buty narciarskie do biegówek – całkiem przyzwoite ceny i spory wybór, rakiety śnieżne, dział butów sportowych i górskich, a także dział map, poradników i przewodników.


Oprócz tego jest wszystko, co do ogólnie pojętej turystyki jest potrzebne. Świetne namioty (nie są tanie, ale namioty z MEC nie przeciekają, sklepy MEC są obszerne, namioty można obejrzeć rozstawione), śpiwory (wielki wybór śpiworów syntetycznych i puchowych), materace samodmuchające, karimaty, plecaki, kuchenki, garnki, GPS-y, zegarki ekspedycyjne, noże, suszone jedzenie, gorteksowe i puchowe kurtki, nowości rynkowe w postaci np. ultralekkiej pikowanej kurteczki, którą można zwinąć w malutką kulkę, a która utrzymuje ciepło nawet mokra, specjalnie zaprojektowana bielizna turystyczna, wodoszczelne worki różnych rozmiarów, a także wodoszczelne pudełka na aparaty, olbrzymi wybór latarek czołówek i rowerowych. MEC ma także dział dziecięcy. Mnóstwo wszelakiego dobra, i z reguły markowych firm, wielu europejskich, choć pojawił się znak czasu – większość rzeczy jest już produkowana na Dalekim Wschodzie. Kupowaliśmy niedawno karabinki i czekan – ciężko było znaleźć niechińskie, choć cały sprzęt alpinistyczny jest produkcji znanych firm europejskich z atestem Europejskiego Związku Alpinistycznego. Natomiast z ofertą kolorystyczna i wyborem fasonów ubrań jak to w Kanadzie, nie wymagajmy za dużo, to nie Europa i nie Stany Zjednoczone, ale na pewno każdy coś tu znajdzie ciekawego na prezent dla bliskich.


Mamy żonę, która nie chce jeździć z nami wiosną i jesienią na wędkarskie wyprawy, bo jej w nocy zimno w namiocie? Kupmy jej puchowy śpiwór – 300-450 dol. niestety, ale warto. Żaden syntetyczny puchowego nie zastąpi. Przeszłam trzy kolejne śpiwory syntetyczne, wcale nietanie, do -5, -15, -25, nic niewarte, było mi zimno. Teraz mam puchowy do minus 30 i używam go nawet w lecie, no zmarzluch jestem. Mamy starszą panią lub pana w domu, kupmy im rękawiczki z prawdziwym puchem lub elastyczne nakładki na buty z metalowymi wypustkami, nie będą się bali chodzić po oblodzonych chodnikach. Rewelacja, kupiłam takie mojej Mamie. Dla nastolatka uprawiającego narciarstwo – niedrogie cienkie skarpety ze specjalnej, trzymającej ciepło tkaniny, jeżdżącego na rowerze – trzymadło do smartfona na kierownicę lub dodatkowe migające światełko do roweru, żeby na jezdni był bardziej widoczny. Dla męża turysty – przezroczysta wodoszczelna pochewka do smartfonu lub latarka czołówka, na elastycznym pasku, zakładana na głowę – potrzebna nie tylko turyście. Dla cioci – latareczka-breloczek do kluczy, rzecz niedroga, a bardzo przydatna.
Zapraszam do MEC, na pewno znajdą Państwo coś ciekawego dla siebie lub bliskich.
MEC w okolicy Toronto ma trzy lokalizacje:


• Toronto, 400 King St. West, M5V 1K2 – jest podziemny parking płatny.


• Burlington, 1030 Brant Street, L7R 0B2 – z QEW jadąc z Toronto, zjeżdżamy w Brant St., MEC znajduje się za wiaduktem po prawej stronie, taka sama droga jak do IKEA.


• Barrie, 61 Bryne Drive, L4N 8V8, widać go z 400 w Barrie.
MEC prowadzi także sprzedaż wysyłkową, na stronie internetowej www.mec.ca znajdą Państwo wszystkie informacje, a dla ułatwienia zakupów świątecznych ujęto produkty w widełki cenowe, np. od 5 do 15 dol. itd. A jak już zupełnie nie wiemy, czym obdarować bliską osobę, można zakupić gift card od kwoty 25 dol.


Udanych świątecznych zakupów, a poniżej kilka prezentowych propozycji z dolnej półki cenowej!  

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProIdaac03df212


Joanna Wasilewska
Mississauga

Opublikowano w Turystyka
piątek, 16 listopad 2012 10:44

Wycieczki blisko domu: Dalej od cywilizacji

Everton jest niewielką wioską położoną między Acton i Guelph. Wjeżdżając od południa, tuż za tablicą z nazwą miejscowości, znajduje się obiekt o nazwie "Everton Camp". Przez teren obozu przepływa rzeka Eramosa. Po obu jej brzegach, w lesie, znajdują się domki kempingowe, w których panują raczej spartańskie warunki. Takich właśnie warunków w ostatni weekend doświadczała młodzież z parafii św. Kazimierza w Toronto, która zbiera się co tydzień na spotkaniach w piątki wieczorem. Można było też wybrać nocleg w wiatach z bali wyłożonych grubą warstwą siana. Tym razem jednak organizatorzy postanowili oszczędzić młodzieży takiej atrakcji. Inicjatorem wyjazdu był o. Marcin Serwin OMI, a my z mężem zgłosiliśmy się jako tzw. opieka.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProIdd1fcd0ec16

Dla części młodzieży był to na pewno pierwszy wyjazd w miejsce, gdzie nie ma prądu, bieżącej wody i zasięgu telefonów komórkowych. Dlatego, żeby było się łatwiej spakować, przygotowaliśmy listę rzeczy do wzięcia. Największe zdziwienie wśród młodzieży wzbudził fakt, że znalazły się na niej jedynie nóż i łyżka, a nie było widelca. Poza tym było zapowiedziane, że do naszego domku kempingowego nie da się podjechać samochodem. O. Marcin nieco zawyżył odległość do pokonania pieszo – miało to na celu ustrzeżenie młodzieży przed pakowaniem rzeczy do walizek na kółkach. Kilka walizek mimo to się pojawiło. Właściciele musieli je ciągnąć przez las.


Przyznam, że byłam trochę zaniepokojona, gdy wszyscy zbierali się przed kościołem i widziałam ilość pakunków i pakuneczków, które przynosili. No bo i plecak osobno, śpiwór osobno, karimata osobno, torba ze słodyczami osobno, iPad osobno... Tak, tak – jedna osoba wpadła nawet na pomysł zabrania iPada!


Jednak warunki panujące w domku kempingowym nie przeraziły zbytnio młodzieży. Jedyną rzeczą, na którą większość zwróciła uwagę, było zimno. Chociaż nie uważam, żeby w domku było jakoś specjalnie zimno, ale to już zależy, jak kto jest przyzwyczajony. Domek składał się z trzech pomieszczeń. Pośrodku była kuchnia. Od razu rozłożyliśmy w niej stoły i ławki, napaliliśmy też w kominku. Na lewo od kuchni znajdował się mniejszy pokój, który przypadł chłopakom. Z prawej strony spały dziewczyny. Ten pokój był większy i łóżka znajdowały się na trzech poziomach, a nie na dwóch, jak u chłopaków. Byłam jedyną osobą, która spała na samej górze. Sugerowałam się tym, że ciepłe powietrze unosi się do góry. Warunki nie były więc wcale złe, wziąwszy jeszcze pod uwagę, że w obu sypialniach znajdowały się niewielkie grzejniki gazowe i lampy na gaz, gotowaliśmy też normalnie na gazie. A gdy się rozpaliło w kominku, to zaraz robiło się ciepło.


W piątek wieczorem po rozpakowaniu było jeszcze trochę czasu na zabawy integracyjne, po czym poszliśmy spać. Niestety w naszym pokoju wyłączył się grzejnik i tej nocy było zimno. Może przez to trudniej było zasnąć, dziewczyny też chciały wykorzystać okazję do rozmów w łóżkach. U chłopaków też nie było za cicho, na co najlepszym dowodem było upominanie ich po imieniu przez o. Marcina, który spał w kuchni. Budziłam się tej nocy dwa czy trzy razy i za każdym razem słyszałam, jak ktoś wychodzi do łazienki. Biorąc pod uwagę, że łazienka była na zewnątrz, a wychodziło się przez drzwi w kuchni, podziwiam o. Marcina za cierpliwość...


Rano jednak po młodzieży nie było widać oznak niewyspania. To dobrze, bo w perspektywie mieliśmy trekking po śniadaniu. Grupa śniadaniowa musiała wstać o 6:30. Na dworze było już nawet jasno. Podczas przygotowywania kanapek mój mąż musiał co poniektórym uzmysławiać, że przyjemniej się je kanapki nawet minimalnie estetycznie, a nie tylko byle jak posmarowane masłem z niedbale rzuconym na środek plasterkiem sera.
Na trekking wybraliśmy fragment Guelph Radial Trial długości ok. 15 kilometrów. Cały szlak ma długość 25 kilometrów. Zaczyna się w Guelph, a kończy w Limehouse, gdzie dochodzi do Bruce Trail. Zaczynaliśmy w okolicy Blue Springs, do początkowego punktu wycieczki musieliśmy podjechać samochodami. W Blue Springs skręciliśmy w prawo w drogę regionalną nr 7, a z niej następnie w lewo w 6th Line. Tu już należało wypatrywać miejsca, gdzie Guelph Trail przecina szosę.


Szlak nie jest szczególnie trudny, jeśli wziąć pod uwagę różnice wysokości. Wiele odcinków biegnie praktycznie po płaskim. Na początku szliśmy przez las prostą drogą za pomarańczowymi znakami (w ten sposób jest oznakowany cały Guelph Radial Trial). W pewnym momencie odbiliśmy w prawo. Tutaj prowadzi nas także niebieska odnoga szlaku. Idziemy po mostkach, teren jest trochę bardziej podmokły. Niedługo przechodzimy przez teren obozu podobnego do naszego. Kawałek dalej znajduje się tor przeszkód z różnymi drewnianymi urządzeniami do wspinania czy ćwiczenia równowagi. Dzielimy młodzież na dwie grupy i urządzamy zawody. Tak naprawdę to nawet nie pamiętam, która drużyna wygrała, czy to w ogóle zostało ustalone. Ale nie to było najważniejsze. Dobrze, że zawody odbyły się na początku wędrówki, kiedy jeszcze wszyscy byli pełni energii.
Kawałek dalej szlak dochodzi do drogi. Za chwilę z powrotem wchodzimy do lasu. Na tym odcinku czeka nas krótkie podejście. Ze szczytu wzgórza, na które trzeba się wdrapać, rozciąga się widok. Szkoda, że dzień jest mglisty. Z drugiej strony, dzięki temu, że mamy listopad, widać więcej, bo już wszystkie liście pospadały z drzew. Kawałek dalej ścieżka robi się szersza, idziemy czymś w rodzaju grobli. Po lewej stronie jest podmokło, rosną trzciny. Skręcamy i tu nas zwodzi szerokość ścieżki i przestajemy patrzeć na znaki. W efekcie dochodzimy do pola golfowego. Młodzież zaczyna narzekać na zmęczenie. Gdy przystajemy, żeby zastanowić się, jak iść dalej, wszyscy zaczynają wyjmować kanapki.
Wracamy się z mężem kawałek, żeby sprawdzić, jak daleko odeszliśmy od szlaku. Na szczęście niedaleko. Przegapiliśmy, że odbija on w las wąską ścieżką. Wracamy po grupę i dalej już pilnujemy szlaku. Okrążamy pole golfowe, które znajduje się na obrzeżach Acton. Z mapy, którą mamy, wynika, że niebawem dojdziemy do Dublin Line i będzie nas czekał spory kawałek asfaltem. Okazuje się jednak, że szlak został zmieniony, dzięki temu możemy iść lasem – to dobrze, bo droga jest ruchliwa. Młodzież wstaje i rusza dalej raczej niechętnie, ale o. Marcin nie daje czasu na odpoczynek.
Teraz musimy znaleźć strumień, bo o. Marcin ma przygotowana krótką naukę o przebaczaniu i woda jest niezbędna. Na szczęście na tym odcinku płynie kilka strumieni i zatrzymujemy się przy jednym z nich. Na znak przebaczenia każdy obmywa ręce koledze.
Pokazują się łąki, kawałek idziemy przez pole. Musimy przejść po drabince nad ogrodzeniem i znajdujemy się przy skrzyżowaniu Main Street i Sideroad 23. Przecinamy ruchliwą Main Street i idziemy wzdłuż rozległego pola. Ładnie tu musi być w pogodny dzień albo wczesną jesienią. Wchodzimy w las liściasty i ten odcinek bardzo mi się podoba. Teren jest urozmaicony, pofałdowany, co chwila idziemy to w górę, to w dół. Pod nogami mamy dywan szeleszczących liści.


W końcu dochodzimy do torów kolejowych. Tutaj już młodzież głośno mówi, że nie ma siły. Wszyscy siadają, jeden z chłopaków nawet desperacko kładzie się na torach. Nie wygląda jednak na to, żeby jakiś pociąg miał go wybawić od dalszej wędrówki. Od torów idziemy do drogi asfaltowej i skręcamy w prawo. Wypatrujemy odbicia w lewo, jednak nie jest ono oznaczone, pomarańczowe znaki znikają. Wiemy jednak, że przetniemy szlak, skręcając w lewo w 4th Line na najbliższym skrzyżowaniu. Tak też się dzieje.
Tu musimy jednak zakończyć wędrówkę ze względu na ograniczenia czasowe. Busem i vanem wracamy do miejsca noclegu. Przeszliśmy około 12 – 13 kilometrów, do Limehouse zostało może ze 2 km. Trochę szkoda...
Teraz Msza św. i obiad. Odgrzewamy zupę, którą przygotowała jedna z mam. W planach jest jeszcze ognisko. Kilka osób zgłasza się do rozpalania go. Nie idzie to jednak zbyt sprawnie. Nie da się rozpalić ognia, podkładając pod najgrubsze polana pół rolki papieru toaletowego... W końcu ognisko rozpala mój mąż. Chłopaki strugają kije na kiełbaski. Przydaje się też nasza gitara.


Wieczorem jest też czas na konkursy. Ale to już w kuchni, bo na dworze robi się zimno. Po nikim nie widać zmęczenia trasą. Około 23 wszyscy zbierają się do spania. Tym razem grzejnik nie zawodzi. O lepszej jakości snu świadczy też mniejsza liczba wyjść do toalety, jak również to, że mój mąż i o. Marcin, którzy śpią w kuchni, nie utrzymują ognia w kominku.


W niedzielę nie mamy zbyt dużo czasu. Wyjeżdżamy wg planu o 13:30, a wcześniej musimy posprzątać domek i spakować się. Po śniadaniu idziemy do toru przeszkód, który znajduje się na drugim brzegu rzeki Eramosy na terenie naszego obozu. Na grach i zawodach upływa nam czas do 11. Potem Msza św. i obiad. Ani się obejrzymy, a już trzeba odjeżdżać.


No z tym odjazdem to nie do końca jest tak łatwo. Okazuje się, że w busie, który ma prowadzić o. Marcin, przez noc rozładował się akumulator. Próbujemy go uruchomić najpierw od akumulatora w vanie kolegi, ale nic z tego. Z pomocą przychodzi strażnik zajmujący się utrzymaniem obozu. Podłączamy się do jego trucka i akumulator w końcu zaskakuje. Młodzież wraca zmęczona, może nie do końca czysta, ale widać, że zadowolona. Następnym razem można by spróbować zabrać ją w bardziej ekstremalne warunki. I nauczyć, jak rozpalać ognisko.


Tekst i zdjęcia

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Opublikowano w Turystyka
piątek, 09 listopad 2012 19:23

Szlakami bobra: Herbatka z sumaka

Dzisiaj propozycja dla mieszkańców północnej Mississaugi i Milton, propozycja spędzenia pół godziny w pięknym, malowniczym miejscu. Esquesing Conservation Area jest jednym z najmniejszych terenów chronionych w południowym Ontario, ma tylko 37 akrów powierzchni. Ale co się na tej powierzchni znajduje!

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProId804552f5ff


Jeżeli ktoś chce wyrwać się z domu na króciutki spacer niedaleko do lasu z psem, tam gdzie nie ma tłumów i nie trzeba za ten krótki czas płacić, to Esquesing jest do tego idealnym miejscem; od granicy Mississaugi dzieli je ok. 20 min jazdy samochodem na zachód.
Esquesing znajduje się u podnóża klifu Wypiętrzenia Niagarskiego, o rzut kamieniem od Hilton Falls Conservation Area, w przeciwieństwie do niego wejście jest bezpłatne. Porośnięty jest pięknym mieszanym lasem, w dużej części starodrzewem. Rosną tu stare jodły, klony, białe sosny, buki, brzozy i białe cedry. Nadaje się też idealnie na krótką wycieczkę z małymi dziećmi, również edukacyjną, bo na drzewach poprzybijano tabliczki z nazwą angielską i łacińską każdego gatunku (trzeba ich wypatrywać, bo są z drewna i nieco spłowiałe), a także na spacer ze starszą osobą, która chciałaby pochodzić po prawdziwym lesie, ale nie ma siły na dłuższe dystanse.
Przez Esquesing prowadzi krótki szlak w kształcie pętelki, który idealnie doprowadzi nas z powrotem do punktu startu, nie można się tu zgubić. Po kilkudziesięciu metrach od startu pojawia się odnoga szlaku w prawo, która po kilkunastu metrach doprowadzi nas do stawiku utworzonego z jednego z kilku przepływających przez Esquesing strumieni. Bardzo romantyczne miejsce, w dodatku zaopatrzone w ławeczkę do podumania i stół kempingowy idealny na mały piknik. Esquesing położony jest na pofałdowanym terenie i wypływający dość bystro ze stawu strumień sprawia wrażenie prawie górskiego, co potęgują zielone przez cały rok jodły.


Nad stawem rośnie sumak octowiec (Rhus typhina), który teraz zrzucił już liście, a na pokrytych meszkiem gałęziach pozostaną aż do wiosny bordowoczerwone owocostany. Ojczyzną sumaka jest właśnie Ameryka Północna, ale zawędrował on do Polski i jest tam rośliną ozdobną ogrodów. Gatunku tego nie sposób pomylić z żadnym innym drzewem. Krótki pień sumaka octowca przeważnie tuż nad ziemią dzieli się na rzadko rozstawione, widlasto rozgałęzione konary przypominające poroże. Duże, pierzasto-złożone liście latem są błyszcząco ciemnozielone, jesienią zaś niezwykle efektownie się przebarwiają, przybierając całą gamę bardzo jaskrawych kolorów – od żółtego, poprzez pomarańczowy, aż do ognistoczerwonego. Kolejną ozdobę stanowią owocostany sumaka. Mają one postać dużych gęstych, zbitych, stojących na wierzchołkach pędów. Owocostany początkowo przybierają kolor czerwonobordowy, potem stają się rudo-brunatno-czerwone i gęsto owłosione. Niestety, sumak żyje zaledwie 15-25 lat.
Piszemy tyle o sumaku, ponieważ spotkać go można wszędzie, w parkach, przy ulicach, w lasach. Wszyscy traktują go jako roślinę ozdobną, a spełniał on przez setki, czy nawet tysiące lat bardzo ważną rolę w życiu Indian. Sumak octowiec jest źródłem dużej ilości witaminy C. Indianie używali go jako remedium na przeziębienia i szkorbut. I my go piliśmy, a Państwu podajemy dwa przepisy na przyrządzanie herbatki z sumaka (w smaku jak herbata z bardzo dużą ilością cytryny – bardzo smaczne, choć kwaśne).


Przepis 1. Zrywamy bordowe owocostany, od jesieni do zimy, zalewamy wrzątkiem – jedna kolba na szklankę lub dwie. Można pić po 10 minutach zaparzania i po wyjęciu kolby.
Przepis 2. Zalewamy kolbę zimną wodą i zostawiamy na 24 godziny, wyjmujemy ją i zdrowa herbatka z witaminą C gotowa. Uwaga, nie robić naparu z liści, niektóre źródła podają, że liście mogą być toksyczne, inne źródła temu zaprzeczają.
Zapraszamy do Esquesing tym bardziej, że niestety stary las z jakichś powodów powoli umiera – byliśmy tu tydzień temu i jest mnóstwo nowych zwalonych starych drzew, pnie padłych nie są usuwane, stanowiąc ciekawy obiekt fotograficzny – więc warto go zobaczyć jak najszybciej. Ludzi odwiedza go niewielu i prawie nikt nie przestrzega przepisu trzymania psa na smyczy.

Dojazd: Ze skrzyżowania Winston Churchill Blvd. i Hwy 401 do parkingu odległość 17,5 km, czas 16 min. Z autostrady 401 zjeżdżamy zjazdem nr 320 w Regional Road 25 na północ do Sideroad nr 5, skręcamy na zachód (w lewo), jedziemy do Dublin Line, skręcamy na północ (w prawo). Wjazd do Esquesing znajduje się zaraz za drogą dojazdową do kamieniołomu po lewej stronie, naprzeciwko pola golfowego. Koordynaty do GPS N43 32.313 W79 56.604 (można parkować na drodze Dublin Line lub przed wjazdem do Esquesing Conservation Area).


Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński
Mississauga

Opublikowano w Turystyka
piątek, 02 listopad 2012 18:51

Szlakami Bobra: Park Narodowy Bruce Peninsula

Ma długość ok. 100 km, a u podstawy 38. Wzdłuż wschodniego brzegu półwyspu ciągną się kilkudziesięciometrowe wapienno-dolomitowe klify, które pod wpływem erozji przybrały przedziwne formy – właśnie przez nie prowadzi trasa, a po zachodniej stronie olbrzymie piaszczyste, a czasami kamienne plaże. Na półwyspie żyją różne gatunki zwierząt, jelenie białoogoniaste, czarne niedźwiedzie, lisy, puszczyk kreskowany, a także rzadki grzechotnik Massasauga, ostatnio objęty specjalnym programem ochronnym. Bruce Peninsula słynie też z wielu gatunków storczyków, które przyciągają hodowców pasjonatów.


Do XIX wieku właścicielami półwyspu byli Odżibuejowie Saugeen. Przybyli tu już 7500 lat temu. W 1836 r. podpisali układ z Anglikami i od tej daty następuje ekspansja białego człowieka na te tereny, zwabionego lasem i obfitością ryb.
W 1881 r. powstaje tu pierwszy młyn i następuje wielka wycinka, i w ciągu 20 lat pierwotna puszcza całkowicie znika. Półwysep wyludnia się stopniowo aż do 1970 roku, kiedy to staje się atrakcją dla nowego typu osiedleńców – właścicieli domków letniskowych.
W czasach nam współczesnych, chcąc zachować niepowtarzalne formacje skalne półwyspu i jego florę oraz faunę, utworzono tu dwa parki narodowe, Bruce Peninsula National Park i Fathom Five National Marine Park, dostępny tylko statkiem, oraz kilka rezerwatów przyrody i obserwatorium migrujących ptaków.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProId183e7bac36

Bruce Peninsula to bardzo popularne miejsce wypoczynkowo-turystyczne Ontaryjczyków, usiane domkami letniskowymi, przystaniami, motelikami, a sława obu parków narodowych przyciąga też gości z USA i całego świata (w lecie bardzo trudno znaleźć miejsce na parkowym kempingu, rezerwować trzeba z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem). Oprócz wędrówek malowniczymi szlakami po klifach i plażowania, można tu zwiedzać groty i rozpadliny (gdy jakiś rolnik odkryje na polu wejście do rozpadliny, zaraz za parę dolarów sprzedaje wejściówki do dziury), stare latarnie, popłynąć statkiem ze szklanym dnem na oglądanie zatopionych okrętów, które zwabiają tu też amatorów nurkowania, odwiedzić indiański rezerwat i kupić wędzoną przez Indian rybę, lub popłynąć promem z Tobermory na największą na świecie wyspę położoną na słodkowodnym jeziorze – Manitoulin.
Półwysep odwiedzamy często w lecie, trenujemy tu na klifach wspinaczkę z linami, natomiast w listopadzie postanowiliśmy zajrzeć do Parku Narodowego Bruce Peninsula, który obejmuje miejsce najciekawiej uformowanych skał. Dlaczego właśnie jesienią? Odpowiedź bardzo prosta – o tej porze roku jest tu pusto, skały nie są oblężone przez tłum ludzi, można spokojnie sobie kontemplować w samotności przyrodę, i wreszcie zrobić ciekawe zdjęcia klifów bez ludzi. Z tymi zdjęciami to nie bardzo nam wyszło, bo dotarliśmy do parku niedługo przed zmierzchem i wszystko zaczynało się pogrążać w szarości.
Jedzie się tu długo z Mississaugi, nie ma autostrady, za to pięknymi drogami przez pola, małe miasteczka, doliny rzek, i niestety w części przez krajobraz zeszpecony morzem wywołujących oczopląs wiatraków, postawionych tu wbrew rozsądkowi i rachunkowi ekonomicznemu przez rząd Ontario.


Wiatraki zresztą buduje się też na samym półwyspie, co budzi gwałtowne protesty mieszkańców.
Park po Święcie Dziękczynienia jest otwarty, jednak nie ma już pracowników, kemping zamknięty. Trzeba uiścić opłatę 12 dol. za wjazd za samochód w samoobsługowym kiosku – mapa szlaków znajduje się na tablicy przy parkingu. Zimą można tu uprawiać narciarstwo biegowe i biwakować. Na terenie parku znajdują się trzy jeziora, wokół największego Cyprus prowadzi najdłuższy szlak. Nas tym razem interesował 3-kilometrowy Georgian Bay Marr Lake Trail (około 2 godz.) prowadzący na klify. Szlak w miarę łatwy, przez zabagnione tereny prowadzą kładki, potem trudniejszy, trzeba się trochę powspinać.


Rosnące tu brzozy już straciły liście, a wiecznie zielone cedry dawały złudzenie pełni lata. Połaziliśmy sobie po klifach, zajrzeliśmy do wielkiej groty, zjedliśmy kanapki na kamiennej plaży. Oprócz nas nie było nikogo. Trochę żałowaliśmy, że prawie nie widać malachitowego koloru krystalicznie czystej wody, który pojawia się w słońcu. Wracaliśmy już o zachodzie, zajrzeliśmy jeszcze tylko do Tobermory, rzucić okiem na starą latarnię "Big Tube", zaróżowioną od zachodzącego słońca. Tu ciekawostka, w 1885 r. jej budowa kosztowała 675 dol. No i długi powrót do domu, już po ciemku.
Dojazd: ze Square One w Mississaudze do parkingu w Bruce Peninsula Park 267 km – 4,20 godz. Nie podajemy konkretnej trasy, jest kilka alternatywnych dróg.


Tekst i zdjęcia
Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński

Opublikowano w Turystyka
piątek, 26 październik 2012 16:01

Szlakami bobra: Bruce Trail i szlak z kopcem

Od Niagary do Tobermory na Bruce Peninsula, rozciąga się jeden z najpopularniejszych szlaków w Ontario, Bruce Trail, którego długość wynosi aż 840 km – samego szlaku głównego, do tego jeszcze 440 km szlaków bocznych. Biegnie wzdłuż Niagara Escarpment, czyli kuesty Niagary – wypiętrzenia pochodzenia erozyjnego, które rozpoczyna się w stanie Nowy Jork, przecina południowe Ontario, i dalej ciągnie się przez stany Michigan i Wisconsin. Przez ten próg przelewają się wody rzeki Niagara, tworząc wodospad. Kuesta Niagary stanowi rezerwat biosfery UNESCO wpisany na listę w 1990 r. jako jeden z dwunastu rezerwatów biosfery w Kanadzie.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProId80213bec10

Powstanie szlaku, jego oznakowanie i utrzymanie zawdzięczamy pasjonatom z niedochodowego Bruce Trail Association. Wzdłuż niego utworzono park narodowy, kilka parków prowincyjnych, terenów chronionych i zwykłych szlaków bocznych. Co roku zmienia swoje położenie, jako że przechodzi przez tereny prywatne, wyraźnie oznaczone, udostępnione przez właścicieli – tutaj nie można schodzić z trasy. Oznaczony jest białą pionową grubą kreską na drzewach lub słupach przydrożnych, a szlaki boczne kolorem niebieskim. Główny szlak i jego odnogi opisane są (wraz z mapami) w cyklicznie wydawanym i uaktualnianym przewodniku – niestety nietanim, ok. 50 dol., do dostania w każdej księgarni – dochód ze sprzedaży przeznaczony jest na utrzymanie Bruce Trail.


Mieszkańcom Toronto, Mississaugi i okolic latem stwarza niepowtarzalne możliwości dłuższych wypadów, a teraz, jesienią i zimą, sobotnio-niedzielnych niedługich wycieczek. Razem z Joanną chcielibyśmy Państwu zaproponować kilka naszych ulubionych tras, czasami mało znanych. Ciekawe fragmenty Bruce Trail opisała już w ostatnich Gońcach Katarzyna Nowosielska-Augustyniak, a ja tym razem proponuję wycieczkę do parku prowincyjnego Boyne Valley.


Położony jest wzdłuż rzeki Boyne, na północ za Orangeville, ma powierzchnię 431 hektarów. Ludzi tu bardzo niewielu, a widoki piękne. W rzece można łowić ryby, ale obowiązuje zakaz polowań. Długość całego szlaku to 12 km, ale można go skrócić, zależnie od kondycji turystów. Warto natomiast przejść cały, ponieważ wtedy będziemy mogli obejrzeć zróżnicowane tereny i drzewostan, w części liściasty, w części iglasty, sosny, świerki, a wzdłuż rzeki cedrowy. Szlak rozpoczyna się koło parkingu przy rzece, trzeba przejść na drugą stronę szosy i tam lekkim podejściem pod górę. Wygląda to jak początek górskiej wycieczki, ale bez przesady, nie idziemy w Himalaje. Ze wzniesienia można obejrzeć dolinę spływów potoków do rzeki Boyne. Po około 2,5 km trzeba przejść przez tę samą drogę, na której zaparkowaliśmy samochód. Tę dwukilometrową pętelkę po lewej stronie szosy można ominąć i zacząć trasę, idąc szosą kawałeczek na północ do wejścia po prawej stronie. Przeważnie wszyscy zaczynają wędrówkę od tego miejsca, widać to po wydeptanej ścieżce. Początek też pod górę doliną strumienia, trochę jak w Beskidach, ale może nieco łagodniej. W parku Boyne Valley są duże różnice wzniesień, dlatego musimy się przygotować na lekkie podejścia i zejścia, szlak jest zaznaczony w kategorii ontaryjskiej jako dla średnio zaawansowanych.


Wychodzimy na rozległą łąkę z charakterystycznym wzniesieniem, które, jako urodzony krakus, nazwałem kopcem, oficjalnie Murphy's Pinnacle. Jest to najwyższy punkt na morenie Primrose, pozostałość po przejściu lodowca. "Kopiec" można ominąć, ale każdy, kto na niego wejdzie, choć nieźle się zasapie, zostanie nagrodzony widokiem na okoliczne morenowe wzgórza, między innymi dojrzeć można Mono Cliff Park. Widok trochę psują anteny satelitarne. Dalej już ścieżka łagodnie prowadzi przez zdziczałe sady – tu można skosztować dzikich jabłek, bardzo smaczne, kiedyś tu były farmy – i miedzami wśród uprawnych pól. Rosną na nich dziewanny. W lecie miały na metrowych łodygach żółte kwiaty, jesienią zostają kikuty, ale przy ziemi są jeszcze zielone liście, mięciusieńkie, Indianie używali ich jako papieru toaletowego. Śladów po farmach prawie nie ma, jedynie zdziczałe drzewka owocowe i resztki granicznych płotów ułożonych z wyrwanych ziemi kamieni. Potem idziemy jarem ze starymi cedrami w dół koryta strumienia. Zaraz koło trasy można zobaczyć paśnik dla jeleni, pewnie jest tu spore stado – my nie mieliśmy okazji zobaczyć jakiejkolwiek zwierzyny, jelenie są bardzo płochliwe albo po prostu przychodzą tu na dokarmianie tylko w zimie. Wychodzimy z klonowo-bukowego lasu na szosę, skręcamy w prawo. Nie ma innej drogi, bo tu zbudowano na rzece Boyne most. Całe szczęście, nie ma tu prawie ruchu. Ok. kilometra później zakręcamy po prawej stronie w las. Byliśmy w tym parku wiele razy i jakoś zawsze w tym samym miejscu robimy przerwę na odpoczynek i przekąskę. Dlaczego tu? Nie wiemy.
Jesteśmy teraz po drugiej stronie rzeki Boyne i możemy obserwować nasz zdobyty "kopiec". Dalej trasa prowadzi cedrowym lasem do rzeki, ta rozlewa się tu w kilka płytkich, ale bystrych, prawie górskich odnóg, przez które prowadzą kładki. Gdzie jest główny nurt, ciężko określić. Po zrobieniu okolicznościowych zdjęć na kładko-mostkach, mamy znowu pod górę, szlak na przemian poprowadzono nieużywanymi wiejskimi drogami i dzikimi ścieżkami. Wychodzimy na polanę i mijamy nasz słynny "kopiec". Przy nim trasa zapętla się. Jeszcze kilkadziesiąt minut i będziemy na parkingu.


I jeszcze dwie uwagi. Opisana pętla jest zaznaczona niebieskimi znakami, ale łączy się z białymi oznaczeniami Bruce Trail. W momencie rozdzielenia się szlaku idziemy za niebieskimi znakami. Damy sobie tu radę bez mapy, trasa jest dobrze oznaczona. Mapkę szlaku i więcej zdjęć można zobaczyć na stronie www.goniec.net dział turystyka. I druga rzecz, wstęp do parku i parking bezpłatny, tak jak na każdy odcinek Bruce Trail. Jeżeli szlak Bruce przechodzi przez płatne parki lub conservation areas, jeśli nie schodzimy z głównej trasy, nie jesteśmy zobowiązani uiszczać opłaty.
Dojazd ze Square One w Mississaudze: odległość 77 km, a czas przejazdu jedna godzina i dziesięć minut, wykorzystując Hwy 403 i 410. Do parkingu, z którego będziemy rozpoczynać wycieczkę, musimy jechać Hwy 10 na północ za Orangeville, aż do skrzyżowania z Hwy 89, następnie jechać prosto na tym skrzyżowaniu, w drogę Princess of Wales Road zaznaczoną jako Regional Road 19, po przejechaniu mostu będziemy mieli parking po prawej stronie. Punkt GPS N44 06.060 W80 08.222.


Andrzej Jasiński
Mississauga


Fot. Joanna Wasilewska/Andrzej Jasiński

Opublikowano w Turystyka
piątek, 12 październik 2012 16:44

Okolice Georgetown

Im bardziej stromo się robi, tym bardziej czuję, że bolą mnie uda. Potem kolana. Aż w końcu daję za wygraną, schodzę z roweru i zaczynam go prowadzić. To jeden z ostatnich podjazdów i chyba najpoważniejszy w tym dniu. Szkoda tylko, że wypada pod koniec trasy. Torba od aparatu coraz bardziej ciąży na ramieniu, rower też z każdym krokiem wydaje się stawiać coraz większy opór. Nawet myśl o tym, że potem będzie w dół, nie bardzo mnie w tym momencie pociesza. A mój mąż tak bez problemu podjeżdża... Myślę sobie, że już nie chcę więcej jeździć na wycieczki rowerowe...

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProId8921fb2961


A rano zapowiadało się tak spokojnie.
Do Georgetown, skąd postanowiliśmy wyruszyć, można dostać się pociągiem GO, jednak w soboty i niedziele zamiast pociągów kursują autobusy. Odjeżdżają co godzina z Union Station, linia 31F. Wybraliśmy się tym o 10.50. Na szczęście, tylko my mieliśmy do przewiezienia rowery, więc nie było problemu z brakiem miejsca na bagażniku z przodu autobusu.
Podczas godzinnej podróży mogliśmy się przekonać, że zaczęła się jesień. Widać coraz więcej kolorowych, przede wszystkim żółtych, drzew. Mamy szczęście, bo póki co pogoda dopisuje. Większość pasażerów wysiada w Brampton, do końca jedziemy tylko my i jeszcze jeden chłopak. Od dworca w Georgetown kierujemy się ku głównej ulicy – Guelph Street. Przy Tim Hortons robimy krótki przystanek, poprawiamy przy okazji dętkę w rowerze mojego męża. Wentyl jest krzywo ułożony i jakimś sposobem ucieka powietrze.
Ulica Guelph jest dość ruchliwa, więc na początku jedziemy po chodniku. Kierujemy się na zachód. Po lewej stronie mamy niskie pawilony handlowe, w których znajduje się restauracja "The Hungry Hollow", której gośćmi będziemy wieczorem. Skręcamy na światłach w ulicę Maple, która potem przechodzi w 17th Sideroad. Bardzo podoba mi się to oznaczanie bocznych i pomniejszych dróg numerami. Mam wtedy wrażenie, że droga jest na tyle zapomniana i mało ważna, że nikomu nawet nie chciało się wymyślić dla niej jakiejś bardziej oryginalnej nazwy. Ale to tylko wrażenie, drogi takie są normalnie uczęszczane.


Wyjeżdżamy poza miasto. Domy stoją coraz rzadziej, pojawiają się pola golfowe i widoki po horyzont. Pola i drzewa we wczesnojesiennej szacie. Teren zaczyna być pagórkowaty, co po jakimś czasie czuję w nogach. Jest to pewien rodzaj gry strategicznej, żeby w odpowiednim czasie zmieniać przerzutki, rozpędzić się, jadąc z górki, i potem siłą rozpędu podjechać pod następne wzniesienie jak najdalej. Na szczęście jest bardzo niewiele dróg bocznych, więc nie trzeba z tego powodu hamować.
Skręcamy w prawo w ulicę opisaną jako 5th Line. Tutaj nachylenie terenu jest łagodniejsze, ale czasem podprowadzam rower. W pewnym momencie zauważam oznaczenia Bruce Trail. Szlak przecina drogę. Niebawem widzimy parking – to Limehouse Conservation Area. Czyli mamy dla odmiany spacer.


Limehouse był głównym źródłem cementu dla pierwszych osadników w Ontario. Znajdowały się tu piece do wypalania wapna i kamieniołom. Czasy jego świetności skończyły się w początku XX wieku, około 1915 roku. Do tej pory można jednak zobaczyć ruiny zabudowań. Na potoku Balck Creek działał młyn.


Przy parkingu zaczyna się szlak Limehouse Side Trail, który bardzo szybko doprowadza nas do Bruce Trail. Ten z kolei przebiega przez ciekawy obszar zwany "Hole in the Wall". Chodzimy po skalistym podłożu poprzecinanym szczelinami często o znacznej głębokości. W pewnym momencie trzeba nawet zejść w dół po drabinie. Warto zwrócić uwagę na drzewa – nie są to jakieś pospolite iglaki, ale tuje, i to raczej wiekowe. Pierwszy raz zdarzyło mi się iść przez taki las.


Dalej szlak doprowadza nas do mostu na potoku Black Creek. Widać, że w tym miejscu brzegi są specjalnie wzmocnione, uwagę zwraca też kamienny łuk. Tu był kiedyś młyn. W tym miejscu wybieramy boczną odnogę Bruce Trail, która podąża wzdłuż potoku Black Creek. Zasadniczo wiedzie przez tereny leśne. Jest też miejsce, gdzie teren łagodnie wypłaszcza się nad potokiem.
Gdy docieramy z powrotem na parking, nasze rowery stoją tak, jak je zostawiliśmy. Czyli możemy jechać dalej. Na południu zaczynają zbierać się ciemne chmury, ale padać miało dopiero koło 17.00-18.00. Zjeżdżamy w dół 5th Line i niebawem trafiamy na skrzyżowanie. Tam skręcamy w prawo i droga zaraz wiedzie nas po łuku nad torami kolejowymi. Mimo że most nad torami jest raczej wąski, zatrzymujemy się na chwilę, żeby zrobić zdjęcie. Widać perspektywę torów ciągnącą się aż po horyzont i jesienne drzewa po obu stronach.
Zaraz za mostem kolejne skrzyżowanie – na nim w prawo, a następnie w pierwszą w lewo. Znajdujemy się na 6th Line. Tutaj kolejna seria pagórków, na których moje nogi dają o sobie znać. Zbliżamy się do dość ruchliwej drogi, która na szczęście ma pobocze. Skręcamy w prawo. W towarzystwie samochodów nie będziemy jednak jechać długo. Droga biegnie dużym łukiem w prawo, a zaraz za nim widać skrzyżowanie ze światłami. Na światłach skręcamy w lewo. Teraz musimy kawałek podjechać (lub podprowadzić rower, bo jest pod górkę) i już wyglądamy bocznej drogi w prawo – 27 Sideroad.


W ten sposób wjeżdżamy w obszar Silver Creek Conservation Area. Niebawem możemy wyglądać znajomych oznaczeń Bruce Trail. Skręcamy w drugą drogę w prawo (to jest w dalszym ciągu 27 Sideroad) i niech nas nie zwiedzie, że nie jest asfaltowa. Zaprowadzi nas prosto na parking, przy którym krzyżują się szlaki. Tutaj rowery znów poczekają sobie przypięte do słupka.
Wybieramy Roberts Side Trail, przy którym znajduje się jeziorko. Kolorowe drzewa przeglądają się w jego tafli. Można chwilę odpocząć na pomoście. Szlak bardzo łagodnie pnie się do góry i łączy się z Bruce Trail, którym wracamy na parking.
Warto tu wspomnieć, że szlak został na tym odcinku poprowadzony krawędzią stromej skarpy, jest zalesiony, choć w kilku miejscach widać mniejsze lub większe prześwity. W dolinie płynie potok, a za nim wypiętrza się kolejne lesiste wzniesienie. Napotykamy też formy skalne znane już z Limehouse Conservation Area.


Od parkingu jedzie się przyjemnie, z górki. Zjeżdżamy do doliny jednego z dopływów Silver Creek. W tym miejscu utworzyło się niewielkie podłużne jeziorko, a wzgórza ciągnące się wzdłuż jego brzegów porastają kolorowe o tej porze lasy. Oczywiście zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcie. A potem czeka mnie chyba najbardziej męczący odcinek, kiedy to nawet prowadzić rower było ciężko...


Droga, którą jedziemy, kończy się na skrzyżowaniu z 9th Line, która nawet ma swoją nazwę – Confederation Street. Skręcamy w prawo i potem już cały czas prosto do centrum Georgetown. Jest wieczór, robi się chłodno. Teraz znajdujemy się na otwartej przestrzeni. Gdy zabudowa miasta robi się bardziej gęsta, spadają pierwsze krople deszczu. Nie wygląda jednak, jakby miało szybko przestać.


Autobusy do Toronto są o tej porze co godzinę, decydujemy więc, że wrócimy tym przed 21.00, dzięki czemu zdążymy jeszcze coś zjeść. W końcu po takim wysiłku nam się należy. Udajemy się do wspomnianej już restauracji "The Hungry Hollow" i zamawiamy same niezdrowe rzeczy – smażoną rybę i hamburgera. Menu jest tu proste, ale jedzenie smaczne. Wywołałam zdziwienie u pani przyjmującej zamówienia, bo poprosiłam o herbatę. Pani zapytała, czy chcę Ice Tea, a ja na to, że nie, że chodzi mi o zwykłą gorącą herbatę. Pani dla porządku zapytała jeszcze, czy z mlekiem i cukrem, i ponownie się zdziwiła, bo ja nie uznaję takich herezji.


Siedząc w autobusie, myślałam, że to ostatnia taka wycieczka rowerowa. Jednak nie mam kondycji na takie pagórki, a płaskie odcinki można by policzyć na palcach jednej ręki. Czułam, jak mnie wszystko boli. Chociaż następnego dnia, jak trochę odpoczęłam, nie myślałam już tak rygorystycznie.

 

Tekst i zdjęcia: Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Opublikowano w Turystyka
piątek, 21 wrzesień 2012 17:33

Szlakami bobra: Algonquin jesienią

Niedawno mój syn w Polsce dostał w prezencie szwedzki ekspedycyjny zegarek, z wysokościomierzem, różnymi bajerami, brakowało mu tylko wodotrysku. Instrukcja dołączona do rzeczonego zegarka zaczynała się słowami: gdybyś kiedyś znalazł się w dzikim parku Algonquin w Kanadzie, ten zegarek może uratować ci życie. 7635 km kw. z ponad 2 tys. jezior oraz 1200 km rzek i strumieni uformowanych po ustąpieniu lodowca. 53 gatunki ssaków, 272 gatunki ptaków, 31 gatunków gadów i płazów, 54 gatunki ryb, ponad 1000 gatunków roślin. Łosie, czarne niedźwiedzie, wilki, rysie, bobry i wydry.

Inspiracja artystów, najbardziej znany to Tom Thomson ze znanej kanadyjskiej Grupy Siedmiu, który malował algonquińskie pejzaże – większość na Canoe Lake, kiedy jeszcze po wielkiej wycince były tu gołe wzgórza. Park ustanowiono pod koniec XIX w., a ostateczną nazwę Algonquin Provincial Park od nazwy indiańskiego plemienia otrzymał w 1913 r.


Sława Algonquin rozeszła się na cały świat, w głównych punktach parku coraz więcej jest wycieczkowych autokarów z turystami z dalekich krajów, jak np. Japonia, którzy chcą choć przez kilka godzin pooddychać jego atmosferą, popatrzeć, dotknąć dzikości, wsiąść choć raz w życiu do canoe. Płacą za to olbrzymie pieniądze. My, mieszkańcy południowego Ontario, mamy ten zielony raj tuż pod nosem, 3 godz. jazdy od Toronto. Dlatego chciałabym tych z Państwa, którzy tu jeszcze nie byli, namówić do przyjechania tutaj, tym bardziej że nie ma piękniejszego miejsca do podziwiania kanadyjskiej niepowtarzalnie kolorowej jesieni niż Algonquin. Oblegane jest najbardziej latem, a teraz, po sezonie, jest już w miarę luźno, łatwo dostać miejsce na zbiorowym kempingu (polecam miejsca nad rzeką w Pog Lake Campground przy drodze nr 60, według mnie najładniejsze), jeśli ktoś nie lubi namiotu, w Huntsville jest dużo hoteli. Sam przejazd samochodem drogą nr 60 przez park dostarczy spektakularnych widoków.
Można go zwiedzać w interiorze canoe i z plecakiem, zaczynając z punktów startu z każdej strony parku, lub wynajmując miejsca na zbiorowych kempingach usytuowanych głównie przy drodze nr 60 prowadzącej przez południową część parku, z Huntsville do Ottawy, i robiąc kilkugodzinne wycieczki wyznaczonymi szlakami. Dzisiaj o trasie rowerowej, o której już pisałam, ale warto wspomnieć o niej ponownie, ponieważ ostatnio sporo ją wydłużono, łącząc ze szlakiem pieszym Track and Tower.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProIdbf1237c1c0

W Rock Lake Campground zaczyna się świetnie oznakowana wspomniana Old Railway Bike Trail, licząca w tej chwili do Cash Lake około 17 km. Nazywana jest "familijną", i rzeczywiście jest dla każdego, nawet malucha niewprawnego w jeździe na rowerze. Dawny tor kolejowy zdjęto i powstała szeroka polna droga, tak że można jechać obok siebie; łączy wszystkie kempingi położone po południowej stronie "60-tki", tzn. Rock Lake Campground, Pog Lake, Mew Lake i Lake of Two Rivers, ciągnąc się teraz dalej wzdłuż malowniczej rzeki Madawaska aż do Cash Lake. W 1895 roku kemping Rock Lake był stacją kolei między Ottawą a Perry Sound i – trudno w to uwierzyć – jedną z najruchliwszych w Kanadzie. W 1944 roku trasę kolejową zamknięto. Szlak zaczyna się przy tartaku zbudowanym w 1931, a zamkniętym w 1944 r. Poglądowe tablice ze zdjęciami wzdłuż całego szlaku uzmysławiają, jaka pustka tu była po kompletnej wycince drzew i ile wyobraźni mieli twórcy parku, żeby zobaczyć w tych łysych wzgórzach tętniący dzisiaj dzikim życiem rezerwat przyrody. W 1946 roku tartak został ostatecznie zamknięty i przeniesiony o 26 km do miejscowości Whitney. Wbrew przypuszczeniom, trasa po dawnej linii kolejowej nie jest nudna. Układ jezior Whitefish i Lake of Two Rivers oraz rzeki Madawaska wymusił jej położenie. Jest ciekawa i urozmaicona. I wykute w skale przejścia, i klonowe lasy, i sosnowe lasy, piękny brzeg Whitefish Lake z górującym nad nim klifem, bagna, zarośnięte jeziorka, stare białe sosny, mostki nad strumykami, i stare lotnisko – teraz płaska łąka zaczynająca porastać gdzieniegdzie sosnami, wokół widok na okalające ją wzgórza, i ok. 6 km dodanej ostatnio trasy wzdłuż Madawaska River, z punktami widokowymi na meandrującą przez łąki rzekę i na tę samą rzekę płynącą między skalistymi brzegami. Szlak rowerowy kończy się przy mostku na rzece Madawaska, która wypływa z Cashe Lake. Tutaj można zostawić rowery i wybrać się pieszo na cały lub fragment szlaku Track and Tower. Można przejść całą ponadsiedmiokilometrową pętlę lub tylko wspiąć się na punkt widokowy w miejscu dawnej wieży pożarniczej, skąd rozciąga się wspaniała panorama na okoliczne wzgórza. Track and Tower wiedzie wzdłuż jezior, przez liściaste lasy, obok pięknych małych wodospadów i pozostałości po drewnianych konstrukcjach służących do spławiania drewna. Oprócz dzikiej przyrody, ma walory edukacyjne. Zaopatrzono ją w numerowane tablice, które skorelowane z informacjami w broszurze (do dostania w ka„żdym parkowym lub kempingowym biurze), dostarczą wiedzy o przeszłości tego terenu, a dzieciakom pokażą, jak ciężką pracą i pomysłowością biały człowiek zdobywał nowy ląd. W każdym miejscu możemy sobie urządzić piknik. Szlak jest świetnie oznaczony, wręcz za świetnie. Parkowy pracownik jakby w szale co parę kroków przybijał znaczki, szpecąc co ładniejsze drzewa. Wrócić do punktu wyjścia na trasie rowerowej trzeba niestety tą samą drogą, natomiast punkt startu i długość wybranego odcinka zależą od nas. Ci, którzy nie mają rowerów lub nie chcą ich wozić, mogą wypożyczyć je w Portage Store na 31. kilometrze "60-tki" licząc od bramy zachodniej, tuż koło kempingu Lake of Two Rivers. Cena za cały dzień wynosi 34,50 dol., za pół dnia 23,50 (z kaskiem), dziecięce odpowiednio 23,50 i 16,50 dol.


Rezerwacja miejsc na kempingu jak w każdym parku prowincyjnym przez Internet na www.ontarioparks.com lub 1-888-ONT-PARK (668-7275).
A więc w drogę, z rowerem lub bez, ale na pewno z aparatem, kempingi czynne do Thanksgiving Day włącznie, po nim przez cały rok otwarty jest Mew Lake Campground.


UWAGA! Na stronie Friends of Algonquin http://www.algonquinpark.on.ca można zapoznać się z Fall Colour Report, który informuje na bieżąco o wybarwianiu się kolejnych gatunków drzew, najpiękniejsze kolory pod koniec września.


Joanna Wasilewska - Mississauga
Fot. J. Wasilewska/A. Jasiński

Opublikowano w Turystyka

Tym razem o południowej części Massasauga Provincial Park nad jeziorem Huron. O wyprawie do części północnej pisałam niedawno. Czym się różni park w części północnej i południowej? Krajobrazowo – właściwie niczym, i tam, i tu są i zalesione płaskie wyspy, i granitowe strome brzegi, i bezdrzewne wysepki w części najbardziej wysuniętej w zatokę, charakterystyczne dla krajobrazu tego odcinka wybrzeża Georgian Bay.

Gdy poziom wody jest niższy, pojawia się ich więcej, wychylają się na światło dzienne, czasami z wyżłobieniami, w których zbiera się woda, tworząc nagrzane stawki. Natomiast część południowa jest bardziej zaludniona, żeby dotrzeć do dzikszych miejsc, trzeba przepłynąć otwarte wody Georgian Bay, ale dostęp do wybrzeża krótki i łatwy, bez przenosek. Mnóstwo tu motorówek i pełnomorskich jachtów z całego świata, wycieczkowych stateczków, korzystających ze stacji benzynowych na wyspach, co wiąże się z niezbyt bezpieczną koniecznością manewrowania między nimi, a widziałam tu pijanych sterników.


Zagrożeniem są też gwałtowne zmiany pogody i duże fale, na które canoe się nie za bardzo nadaje. Lepiej na takich wodach sprawdzają się kajaki.
Wybraliśmy się tu z Andrzejem zupełnie "na głupa", licząc, że a nuż coś będzie wolnego. Niebo nam sprzyjało. Było i wolne miejsce w interiorze, i canoe w punkcie startu. Pogoda na trzy dni brzytwa. Żyć nie umierać. Los obdarzył nas też spotkaniami ze zwierzętami, które mieliśmy zapamiętać na całe życie. Z pierwszym niedługo po starcie.


Z mapy wynika, że wyznaczone nam miejsce jest dosyć blisko, więc nie musimy się spieszyć, płyniemy sobie powolutku, komentując niespodziewany fart, za nami na sznurku w wodzie ciągnie się tabliczka czekolady na wieczorny deser, żeby się od gorąca nie rozpuściła.
Ostrzegam Andrzeja przed dużą, tak na oko minimum dwumetrową kłodą kołyszącą się na falach. W miarę zbliżania się do niej widzę, że coś jest nie tak, kłoda ma łeb, oczy i grzbiet. Wydaje mi się, że śnię, przecież to nie może być krokodyl. Jesteśmy tuż-tuż, oczy wystające tuż nad powierzchnią łypią na nas, wydaje się, że badawczo, ale jakoś strasznie. To muskie, muskie większy od największego z rekordowych, jakie widziałam na zdjęciach. Przecież to niemożliwe, rekord muskie w Ontario to chyba niecałe półtora metra. Przypominają mi się wszystkie wydawałoby się niestworzone historie o atakach muskie na kąpiących się, a poza tym przecież szczupak nie może tak "po ludzku" patrzeć...
Muskie zanurza się powoli i znika, znika z oczu, ale nie z pamięci, jego wzrok zostanie ze mną do końca życia i nigdy już nie wejdę bez jego wspomnienia do wody w Georgian Bay (opowiadałam o tym koledze, zapalonemu wędkarzowi, miał amok w oczach. Przyleciał z mapą z żądaniem dokładnego wskazania miejsca zdarzenia, chi, chi).


Docieramy do kempingu nad wąskim kanałem, taki sobie, trochę tu ciemno, czuć zapach ryb. Gotujemy torebkowy obiad – w kocherze z lat 50., używali go jeszcze moi rodzice. Polski kocher to najlepszy projekt, jaki widziałam. Dzisiaj takich nie ma. Wszystko idealnie pomyślane, garnki wchodzą pięknie jeden w drugi, w środku czajniczek, osłony na palnik, w dawnych czasach maszynka jeszcze na denaturat, i tzw. kurewka – choć nazwa brzydka, wszyscy wiedzieli, o co chodzi, czyli trzymadło, całość zamknięta patelnią. Czy ktoś z Państwa to jeszcze pamięta? Gdyby ktoś teraz skopiował pomysł i wyprodukował taki sam, zrobiłby furorę w sklepach ze sprzętem sportowym. Kiedyś turyści z Niemiec chcieli go nawet ode mnie odkupić.


Nagle pojawiają się rangersi i każą nam się przenieść na inny kemping – podobno nastąpiła pomyłka. Próbujemy dyskutować, ale zdaje się to na nic. Wściekli składamy namiot, pakujemy się i szukamy tego nowego miejsca. Złość nam przechodzi jak ręką odjął. Jest piękne, na wysokiej skale, z widokiem na zatokę, wkoło nie ma żywego człowieka.
Wnosimy namiot i plecaki na górę, idziemy po resztę rzeczy. Wracamy, namiotu nie ma. Andrzej leci z powrotem na dół, może go jednak zostawiliśmy przy canoe. Nie ma. Niemożliwe. Czyżby ktoś zrobił nam głupiego psikusa? Metodą rozwścieczonych szerszeni zataczamy koła w poszukiwaniu zguby. Jest, kilkadziesiąt metrów dalej w krzakach, taszczony w głąb lasu przez wyłysiałego na pupie szopa. Widok komiczny. Biedaczysko myślało, że w środku znajdzie coś do jedzenia. Odbieramy naszą własność, ale to nie koniec użerania się ze złodziejem. Czatuje w zaroślach i gdy tylko wypatrzy moment, kiedy go nie obserwujemy, próbuje ukraść lub zeżreć coś. Okazuje się, że w najeździe towarzyszą mu dwa małe. Prawdopodobnie jest to jego stały proceder, a łysa pupa to efekt spożycia mydła lub jakiejś chemii ukradzionej poprzednim kempingowiczom.
Po kolacji przypominamy sobie o czekoladzie. Na dole przy canoe zastajemy ładnie wlizane w kamień sreberko na sznurku, nienaderwane w żadnym miejscu – prawie ludzkie paluszki elegancko rozpakowały zdobycz. Żeby tylko cholernikowi nie zaszkodziło. Wieszamy jedzenie na drzewie bez pewności, czy będzie tam w całości rano, ale nie mamy wyjścia. Zasnąć też nie jest łatwo, szopy nie odpuszczają, kręcąc się cały czas wokół namiotu. Małe znalazły sobie zabawę, włażą na czubek tropiku i zjeżdżają z piskiem na dół, i tak parę godzin – no ale w końcu to one są tu u siebie, a my tylko gośćmi.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-19.html#sigProId8b22f41765

Wczesnym rankiem odpływamy, zostawiając rzeczy. Woda gładziusieńka, ani śladu najmniejszego podmuchu, postanawiamy wobec tego opłynąć całą olbrzymią Moon Island, czego nie odważylibyśmy się zrobić przy nawet niewielkim wietrze, bo to zupełnie otwarta zatoka. Od jej strony jest ładnie, dziko, wielką wyspę otaczają dziesiątki mniejszych wysepek, nagich skał i skałek, na niektórych czaple, na innych kormorany, polują na małe ryby, natomiast mijani wędkarze czatują na potwora życia, którego widzieliśmy wczoraj – może dziś, mówią, uśmiechają się niby żartobliwie, ale widać nadzieję na twarzy. Okazuje się, że nie wzięłam filmu do aparatu, nie mogę tego odżałować do dziś.
Obok nas przepływa statek z wycieczkowiczami, wszyscy z pokładu nam machają, a my ustawiamy się dziobem do fali. Coraz większa, dogania nas i unosi canoe, woda odpływa, a my zostajemy usadowieni w powietrzu na małej skałce, balansując na zaczepionym pośrodku canoe jak na huśtawce – żeby tylko nie pękło. Wycieczkowiczom opadają ręce i z głupim wyrazem twarzy odpływają. Wreszcie ciężar decyduje i canoe opada po stronie Andrzeja. Jakoś udaje się nam nie wywrócić. Zmykamy szybko z otwartej wody.


Opływamy Moon Island, od wschodu przemykamy się między główną wyspą a mniejszymi. W wąskim kanale domek letniskowy na domku, brzydkie, ciemno tu jakoś i ponuro, potem zmiana, wielkie wille ledwie widoczne na wzgórzach prywatnych wysp, z basenami, kortami tenisowymi, lądowiskami i ochroną w garniturach z bronią, na pomostach. Może lepiej było popłynąć w głąb lądu, między zalesione dzikie wyspy.
Z przyjemnością dopływamy pod wieczór do naszego pięknego kempingu, skąd człowieka ni domku żadnego nie widać. Szopy na nas czekają pełne energii, szopicy czekolada widać nie zaszkodziła.


Do tej części parku startuje się z Pete's Access Point nad Blackstone Harbour (można też stąd płynąć motorówką). Z tej zatoki można podpłynąć też do podobno widokowego szlaku Baker Trail, przy którym znajduje się parkowe work centre w XIX-wiecznym cottage'u, gdzie można zasięgnąć informacji. Gdyby ktoś nie za bardzo chciał wypływać na otwarte wody Georgian Bay, jest kilka kempingów w bliskich miejsca startu ukrytych zatokach i jeziorach.


Można się tu też wybrać na jeden dzień, park otwarty jest od godz. 7 rano do 7 wieczorem dla osób bez noclegu, można w jeden dzień zwiedzić Moon Island, płynie się do niej z punktu startu niecałą godzinę canoe, na wyspie jest 4-kilometrowy szlak z punktem widokowym na zatokę, zaczynający się na dziennym miejscu piknikowym na Wood's Bay.


Joanna Wasilewska
Mississauga
Fot. J. Wasilewska/A. Jasiński


Dojazd z Toronto: hwy 400 na północ – zjeżdżamy zjazdem nr 189 (MacTier/Gravenhurst), skręcamy w Muskoka Rd. 11, skręcamy w lewo w Healey Lake Rd., a potem w prawo za znakami na Massasauga Park. Po więcej informacji można dzwonić do parku 705-378-2401.

Opublikowano w Turystyka