Goniec

Register Login

czwartek, 23 listopad 2017 10:46

Każdego inżyniera zachwyci Kanał Welland

Z pewnością nie tylko inżyniera... W ostatni weekend odwiedził nas mój kolega ze studiów na Politechnice Warszawskiej. Nie mieliśmy wątpliwości, gdzie najlepiej go zabrać.

Na kanale Welland zbliża się koniec sezonu. Kto chce jeszcze obejrzeć olbrzymie statki pokonujące system śluz, radzę się spieszyć, bo potem trzeba będzie czekać do wiosny. My tym razem odkryliśmy jeszcze przyjemny szlak pieszy u samego ujścia kanału Welland do jeziora Ontario. Fale były olbrzymie, niebo groźne - jednym słowem wszyscy czuliśmy potęgę jeziora.

A na koniec krótki spacer po Niagara-on-the-Lake. Miasteczko już szykuje się do świąt Bożego Narodzenia, ale wieczorem, mimo że była niedziela, na ulicach żywej duszy. Pewnie chłód wszystkich zniechęcił.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-3.html#sigProId3b243abef0

Tutaj jeszcze nasz film nakręcony kilka miesięcy temu...

W ramach przygotowania do wycieczki polecam obejrzenie na YouTube filmu "Mighty Ships: Algoma Equinox". Equinox to taki sam statek jak Algoma Harvester widoczny na naszym filmie. Nie mogłam się nadziwić, że te masowce w jedną stronę z Thunder Bay do Baie-Comeau wożą zboże z prerii, a potem w Port Cartier zabierają do tych samych ładowni rudę żelaza i transportują ją do hut w Hamilton.

Katarzyna Nowosielska-Augustyniak

Opublikowano w Fotoreportaż

        Jeszcze nigdy nie zapłaciłam 50 dolarów za siedem bochenków chleba. Pierwszy raz taki rachunek przedstawiono nam w Alpine Bakery w Whitehorse. Trzeba jednak przyznać, że chleb jest pyszny i świeży. Szwajcarska piekarnia codziennie oferuje kilka rodzajów wypieków. Cena robi swoje – patrząc na klientelę, nie sposób znaleźć osobę źle ubraną. Wszyscy noszą firmowe turystyczne ubrania, nowiutkie, jakby dopiero zdjęte z wieszaka. Więc wyróżniamy się.

        Z Whitehorse wyjeżdżamy dopiero po 13:00. Dlaczego tak późno? Właśnie ze względu na piekarnię. Chleb może być pokrojony dopiero po 13:00, wcześniej jest za ciepły. Ruszamy i kierujemy się na zachód, w stronę Parku Narodowego Kluane.

        Kluane należy do największego na świecie międzynarodowego obszaru ochronnego (tworzą go przylegające do siebie parki narodowe Kluane, Wrangla-Świętego Eliasza, Zatoki Lodowcowej oraz Tatshenshini-Alsek) i ze względu na walory przyrodnicze jest uznany za miejsce światowego dziedzictwa UNESCO. To tu znajdują się największe na świecie pola lodowe położone poza obszarem biegunowym. W Górach św. Eliasza leży Mount Logan (5959 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Kanady i najszybciej wypiętrzająca się góra na świecie. Jedziemy do Kluane z nadzieją, że uda nam się zobaczyć te cuda z powietrza. Loty widokowe nie są tanie, ale taka okazja nadarza się raz w życiu. Pieszo nie dojdziemy, dlatego że jest tam za daleko. Wspaniała trasa do lodowca Donjek ma 110 kilometrów. Inne widowiskowe szlaki liczą 20-50 kilometrów. Można je rozłożyć na kilka dni. U nas występuje jednak problem innego rodzaju – jedzenie i sprzęt dla czterech osób noszą tylko dwie. Dlatego będziemy wybierać krótsze jednodniowe trasy. Trochę brakuje nam możliwości wchodzenia na szczyty, ale na to musimy poczekać jeszcze kilka lat.

Opublikowano w Turystyka
piątek, 03 listopad 2017 14:13

Po jesień do parku

W High Parku jesień gości na dobre, wiele drzew nie ma już liści, ale można jeszcze znaleźć takie skąpane w złocie i purpurze. Warto się wybrać na spacer w słoneczny dzień, kiedy słońce przebija przez liście jak przez kolorowe szybki witraży. W dzień powszedni przed południem - prawie pusto. Zachęcam!

K. Nowosielska-Aug.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-3.html#sigProIdc928a67a4c

Opublikowano w Fotoreportaż
niedziela, 02 wrzesień 2018 22:48

Massasauga w kolorach jesieni

        Nigdy bym nie przypuszczała, że śpiąc w drugiej połowie października w namiocie, będę się w nocy budzić nie dlatego, że jest mi zimno, ale po to, by się odkryć. Massasauga chodziła nam po głowach już od dawna, oglądaliśmy nawet w Internecie miejsca kempingowe, ale zarezerwowanie czegoś sensownego latem graniczyło z cudem. Na początku ubiegłego tygodnia znów zajrzeliśmy na stronę Ontario Parks i okazało się, że upatrzone przez nas wcześniej miejsce numer 16 na jeziorze Spider w nocy z soboty na niedzielę (z 21 na 22 października) jest wolne. Jeszcze tylko rzut oka na prognozę pogody i mieliśmy gotowy plan.

        Plan w gruncie rzeczy niezbyt skomplikowany. Mogliśmy wyjechać z Toronto w sobotę dopiero około południa, więc nie było szans, by zapuszczać się gdzieś daleko. Wiadomo też było, że nie zrobimy żadnej pętli, tylko będziemy wracać tą samą drogą. Dojechaliśmy do Parry Sound i w wypożyczalni White Squall wzięliśmy 18,5-stopowe canoe z trzema siedzeniami, żeby dzieciakom było wygodniej. Do Massasaugi musieliśmy się wrócić jakieś 20 kilometrów i po drodze w Parku Prowincyjnym Oastler Lake dokonać samorejestracji. Startowaliśmy z Three-Legged Lake, przy którym parkowa infrastruktura ogranicza się do parkingu i toalety. Budki strażnika brak.

Opublikowano w Turystyka

        28 października dzieci z klas 0-3 polskiej szkoły im. św. Kazimierza razem z rodzicami, s. Weroniką i o. Wojciechem Kurzydłą pojechały na tramwajową pielgrzymkę jubileuszową do katedry św. Michała Archanioła w Toronto. Na pomysł, by pojechać tramwajem, wpadła s. Weronika, po tym jak rozmawiała na katechezie ze swoimi uczniami o wrażeniach z wakacji. Tych, którzy nigdzie nie wyjeżdżali, zapytała, czy może chociaż jechali tramwajem. W ten sposób dowiedziała się, że w ogóle mało dzieci korzysta z komunikacji miejskiej i wraz z o. Wojtkiem postanowiła stworzyć okazję, by to zmienić.

        Na pielgrzymkę zapisało się 25 – 30 osób (dzieci i rodziców), więc w tramwaju numer 504 na trasie między kościołem św. Kazimierza a skrzyżowaniem King St. z Church St. nierzadko stanowiliśmy większość. Wszyscy byli pełni entuzjazmu, nikt nie zniechęcał się padającym od rana deszczem. Potem jeszcze czekał nas krótki spacer z parasolkami ulicą Church na północ. W końcu mogliśmy schronić się w podcieniu przy czerwonych drzwiach katedry.

Opublikowano w Turystyka
czwartek, 20 wrzesień 2018 19:25

Blisko domu: Uroczysko

        Rattray Marsh Conservation Area – nieopodal Jack Darling Memorial Park nad jeziorem Ontario w Mississaudze rozpościera się Rattray Marsh Conservation Area, czyli bagienny rezerwat przyrody – prawdziwe uroczysko, miejsce gniazdowania wielu gatunków ptaków, pięknie zagospodarowane i utrzymane. Bagna, nad którymi można chodzić po drewnianych ścieżkach, o każdej porze roku są inne. Jesień to piękny czas, aby tam pospacerować, nie tylko ze względu na wspaniałe kolory, ale też przez to, że nie ma już komarów. 

        W okresie wylęgu komary na bagnach potrafią nas zjeść żywcem. Można tam wybrać się na rower, można pospacerować z psem; nie wolno łowić ryb... 

jeśli możesz wspomóż nasze wydawnictwo

        Najłatwiej zaparkować samochód we wspomnianym parku Jack Darling  i wzdłuż jeziora pomaszerować na zachód, do wejścia od wschodniej strony. Samochód można też zostawić w pobliżu szkoły Green Glade po zachodniej stronie. 

Można też zostawić auto na parkingu przy szkole Green Glade Middle School

        Park jest dziewiczy, niezmieniony drzewostan daje szansę podziwiać tereny Mississaugi znane jedynie ludziom, którzy dawno już odeszli. 

        Początkowo bagna nazywały się Cranberry, ale w 1945 roku tak spodobały się majorowi Rattrayowi, że postanowił je kupić i zachować dla przyszłych pokoleń (czyli nas). Po jego śmierci  różne grupy walczyły o utrzymanie statusu rezerwatu  na tym terenie, liczącym w sumie 94 akry. Podobno są to ostatnie już bagna, które zachowały się w dziewiczym stanie u zachodnich brzegów jeziora Ontario. Świetne miejsce do fotografowania ptaków, świetne miejsce, żeby odpocząć bez konieczności stania w korkach, wyjść z rodziną na spacer. Malkontenci narzekają, że czasem czuć od pobliskiej rafinerii i cementowni, ale jak ktoś szuka, to zawsze coś złego znajdzie. Ja w każdym razie żadnych złych rzeczy nie zauważyłem i miejsce z czystym sercem polecam. Na kanale YT GoniecTv Toronto jest film z przelotu dronem nad bagnami.

Andrzej Kumor

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-3.html#sigProId43132535f5

Opublikowano w Turystyka

        Lato 1896 roku było gorące i suche, tak że poziom wody w rzekach znacznie się obniżył. W sierpniu z Carcross w dół rzeki Jukon ruszyli Skookum Jim Mason (indiańskie imię Keish), Charlie Dawson i Patsy Henderson, a ich celem było poszukiwanie siostry Masona Kate (Shaaw Tlaa) i jej męża George’a Carmacka. Odnaleźli ich nad rzeką Klondike, która wpada do rzeki Jukon, i poznali przy tym poszukiwacza złota Roberta Hendersona. Ten zasugerował im, gdzie może znajdować się cenny kruszec. Mieli szczęście i 16 sierpnia odkryli pokaźnie złoża złota w Rabbit Creek, który potem przemianowano na Bonanza Creek. Kto dokonał odkrycia? Nie wiadomo na pewno, ale zajęcie działek zgłosił Carmack (pozostali członkowie grupy obawiali się, że władze nie uznają rejestracji dokonywanej przez przedstawicieli ludności rdzennej).

        Wieści szybko się rozniosły. Na początku lokalnie, a „szeroki świat” dowiedział się o jukońskim złocie w lipcu 1897 roku, gdy do San Francisco i Seattle przypłynęły statki towarowe z cennym ładunkiem. Od razu znalazły się rzesze chętnych do podróży, którzy nie mieli pojęcia o warunkach panujących po drodze i na miejscu. Pierwsi poszukiwacze wyruszyli już po tygodniu. Płynęli do dwóch niewielkich osad, Dyea i Skagway. Dalej droga wiodła przez góry i przez przełęcze Chilkoot lub White do jezior Lindeman i Bennett (oddzielonych bystrzami i przełomami), a następnie przez 850 kilometrów rzeką Jukon (która właściwie dopiero od Whitehorse jest żeglowna, a wcześniej najeżona niebezpieczeństwami) do Dawson City.

        Kanadyjskie władze wymagały, by każdy z poszukiwaczy wziął ze sobą roczny zapas żywności i sprzętu. Taki ekwipunek ważył prawie tonę, z czego jedzenie około 520 kg. Był niesiony na plecach przez samego poszukiwacza, wynajętych tragarzy i konie. Tragarze śrubowali ceny, dorabiali się też handlarze z Seattle i szacuje się, że w ciągu trzech lat zarobili więcej niż poszukiwacze złota, którym udało się znaleźć cenny kruszec w Klondike.

Opublikowano w Turystyka
piątek, 13 październik 2017 07:43

Nie taki Jukon straszny… (cz. 1)

        Mississauga liczy 20 razy więcej mieszkańców niż Jukon, a jednocześnie ma 1650 razy mniejszą powierzchnię. Według danych statystycznych z września 2016 roku, na Jukonie mieszkają 37 642 osoby, przy czym terytorium ma tylko trzy miasta, w których liczba ludności przekracza 1000 – to stolica Whitehorse (populacja 28 012), Dawson City (2128) i Watson Lake (1451). W lipcu dzień w Dawson City trwa 21 godzin, w Whitehorse – 19. W stolicy terytorium pierwsze przymrozki odnotowuje się pod koniec sierpnia, a ostatnie – na początku czerwca. Dni bez mrozu jest przeciętnie 82. Na terenie Jukonu znajduje się 20 szczytów, których wysokość przekracza 3000 metrów n.p.m., wśród nich Mount Logan (5959 m n.p.m.), będący najwyższym szczytem Kanady i najszybciej wypiętrzającą się górą na świecie. Pod względem wymiarów całego masywu jest największą niewulkaniczną górą świata, jego obszar wraz z otaczającymi go lodowcami jest porównywalny z wielkością Szwajcarii. W Górach Św. Eliasza, paśmie, do którego należy Mount Logan, znajdują się największe na świecie pola lodowe położone poza obszarem biegunowym.

        Gdy przez ostatnie pół roku mówiliśmy znajomym, że wybieramy się w wakacje na Jukon, większość pukała się w głowę. Pozostali zaczynali na nas dziwnie patrzeć, gdy dodawaliśmy, że wybieramy się tam w drugiej połowie sierpnia, a nie w czerwcu czy w lipcu. Nie do końca potrafili zrozumieć to, że nie chcieliśmy, by meszki i komary zepsuły nam wyjazd. Jednocześnie unikając dnia polarnego, zwiększaliśmy swoje szanse na zobaczenie zorzy polarnej (co od dawna było moim marzeniem). Poza tym zależało nam na zobaczeniu tundry w kolorach jesieni. Wiedzieliśmy, że wybieramy się na Jukon, a nie na Kubę, więc nie liczyliśmy na to, że uda nam się założyć krótkie spodenki.

Opublikowano w Turystyka
poniedziałek, 09 październik 2017 23:42

Gofry po belgijsku

Zamarzyły nam się gofry. Belgijskie - takie, jakich zapach roznosił się w naszych licealnych i studenckich czasach w podziemiach Dworca Centralnego w Warszawie. Szybkie poszukiwania w internecie i wytypowaliśmy lokal Wafels&More przy Augusta Ave. Podobno prawdziwe belgijskie, z belgijskim cukrem i robione w belgijskich gofrownicach. Spragnieni gofrów byliśmy gotowi nawet do poświęcenia, jakim jest pójście na Kensington Market. I muszę przyznać, że było warto. Zapach gofrów czuć jeszcze zanim się dostrzeże wciśnięty pomiędzy inne sklepy, choć w środku zadziwiająco przestronny, lokal. Porcje nieduże, gofry takie "ciastowe", a nie nadmuchane, i przyjemnie słodkie. Proste - z lodami, bitą śmietaną, bananami lub truskawkami i polewą czekoladową - bo czego chcieć więcej (w zależności od kombinacji dodatków ceny od 7 do 8 dol.). W menu jeszcze gofry "na słono", kawa Illy i gorąca czekolada. Polecamy!

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/tag/turystyka/Page-3.html#sigProId538b014cd8

Opublikowano w Fotoreportaż
piątek, 06 październik 2017 08:09

Szlakami bobra: Dzikie indyki

        Kanadyjski Thanksgiving, w przeciwieństwie do amerykańskiego, korzeniami sięga Europy i święta plonów. Pierwsze Święto Dziękczynienia w Ameryce Północnej odbyło się w 1578 roku. Angielski odkrywca Martin Frobisher dotarł do Nowej Fundlandii i chciał podziękować w ten sposób za szczęśliwą podróż do Nowego Świata. Miało to miejsce 43 lata przed przybyciem pierwszych osadników do Plymouth w Massachusetts i słynną ucztą dziękczynną z Indianami, na której pamiątkę USA celebrują to święto. Przez setki lat świętowano Thanksgiving w Kanadzie w końcu października lub na początku listopada, a dopiero w 1879 roku oficjalnie proklamowano je świętem narodowym, jako „podziękowanie dla Wszechmocnego Boga za błogosławieństwo dla Kanady w postaci daru obfitych plonów”. Natomiast jedno łączy obie tradycje, kanadyjską i amerykańską, czyli główna pozycja w menu rodzinnego obiadu tego dnia, indyk. Współcześnie w Święto Dziękczynienia jemy indyki domowe, hodowlane, ale przez setki lat w tym dniu na stole pojawiał się dziki indyk. O nim właśnie wypadałoby napisać coś z okazji tego dnia, bo jego rola dla przetrwania człowieka w Ameryce jest nie do przecenienia. 

Opublikowano w Turystyka