Goniec

Register Login

czwartek, 13 październik 2016 23:01

Zaszumiało jesienią, zapłonęło czerwienią…

        Dopiero oswajamy się z Algonquin. Początek, w pierwszej połowie września, mieliśmy raczej klasyczny – trzydniowy wypad z dwoma noclegami na Little Doe Lake, z początkiem na Canoe Lake. Częściowo uniknęliśmy tłumów przez to, że było po Labour Day, pojechaliśmy w piątek, a na sobotę zapowiadali deszcz. Doszliśmy jednak do prostego wniosku, że będziemy atakować Algonqiun z innej strony niż najbliższe bramy do parku położone przy drodze nr 60, a do tego liczba przenosek jest odwrotnie proporcjonalna do liczby napotykanych ludzi.

        Rozkładamy na stole w jadalni mapę parku. Tyle samo tu plam zielonych co niebieskich. Dziwimy się, że tak wielka przestrzeń tak gęsto jest usiana jeziorami. W taką mapę można wpatrywać się godzinami, każde spojrzenie kierować w inne miejsce i snuć plany.

Opublikowano w Turystyka

        Park Prowincyjny Algonquin, wizytówka ontaryjskiej przyrody ściągająca co roku tysiące turystów z całego świata, w całym swym pięknie kryje też miejsca ponad tę algonkińską piękność wyrastające, wyjątkowe, niezwykłe, perły w koronie. Taką perłą jest Barron Canyon we wschodniej części parku.

        Stumetrowej głębokości kanion, przez który przepływa Barron River, długo był niedostępny dla turystów. Dopiero w 1963 roku można było dotrzeć tu drogą, przedtem trzeba było canoe załadować do pociągu i wyładować je na stacji w Achray, która teraz jest zbiorowym małym kempingiem z 45 miejscami. Parkowa ulotka wspomina jak o prehistorii o tym, że tory Canadian National Railway łączące wschodnie i zachodnie wybrzeże Kanady, Pacyfik i Atlantyk, przecinały Algonquin do 1995 roku. Tu ze smutkiem trzeba przyznać, że ta prehistoria to nasza młodość, że pamiętamy czasy, kiedy przez park jeździły pociągi, a jednocześnie był on tak dziki, że nie trzeba było robić żadnych rezerwacji. Teraz znaleźć miejsce w Algonquin, odległym od dwumilionowej metropolii Toronto o 250 km, to zmora. Wszystkie na zbiorowych kempingach i blisko wejścia do interioru zajęte pół roku wcześniej, o wyjeździe na długi weekend w lecie z dnia na dzień można tylko pomarzyć i liczyć, że w ostatniej chwili ktoś zrezygnuje. Taka chwila nam się trafiła w październikowe Święto Dziękczynienia w zeszłym roku, nagle zapowiedziano minus dwa stopnie w nocy i deszcz w dzień, ktoś pewnie się takiej pogody wystraszył i zrezygnował, i w dodatku było to miejsce w tej części, gdzie wolno zabierać zwierzęta. Spanie w interiorze było wykluczone ze względu na nasze stare dwa kociska, które choć są doświadczonymi podróżnikami, ze względu na wiek potrzebują coraz więcej komfortu.

Opublikowano w Turystyka

        Wasaga Beach przez trzy lata nie stanowiła celu naszych podróży. Byliśmy tam zaraz po przylocie do Kanady, przejazdem, by zobaczyć tłumy na plaży, a potem jeszcze raz w zimnym kwietniu, gdy na piasku leżała jeszcze warstwa lodu. Trzy tygodnie temu podjęliśmy jednak kolejną próbę oswojenia Wasagi – tym razem z innej strony, bo tak trochę od tyłu, z pokładu canoe spuszczonego na rzekę Nottawasaga, która uchodzi do zatoki Georgian właśnie w tej miejscowości.

        Rzeka ma długość 121 kilometrów, spadek od źródła do ujścia wynosi 300 metrów. Można nią spływać od wiosny do jesieni, chociaż w górnym biegu przy niskiej wodzie należy przygotować się na przenoszenie canoe. Pływa się z Nicolston (przy Hwy 89) do Wasaga Beach, trasa podzielona jest na trzy odcinki: Nicolston-Angus – 32,5 km, Angus-Edenvale – 19 km, Edenvale-Wasaga Beach – 23,5 km. Dolina rzeki zbudowana jest ze skał osadowych, których wiek szacuje się na 400 milionów lat. Teren był kształtowany przez przesuwające się lodowce, a 12 tysięcy lat temu stanowił dno polodowcowego jeziora Algonquin. Obecnie jest bardzo zróżnicowany, mamy tu lasy, mokradła i bagna, wydmy, pola uprawne i obszary zurbanizowane. Wzdłuż rzeki można obserwować szopy pracze, norki, łasice, piżmaki, jeżozwierze, zające, lisy, jelenie, a także ponad 200 gatunków ptaków (wśród nich bieliki amerykańskie). W wodach Nottawasagi żyją co najmniej 32 gatunki ryb.

Opublikowano w Turystyka

        Niedaleko ujścia Grand River do jeziora Erie znajduje się niewielki Park Prowincyjny Rock Point. Obejmuje tylko 187 hektarów, ale świetnie nadaje się na jednodniową wycieczkę, bo z Toronto to tylko półtorej godziny jazdy.

        Co można robić w Rock Point? Biwakować – są cztery niewielkie kempingi, choć wydały nam się jakoś mało przytulne. Jest duży teren z widokiem na Erie przeznaczony dla odwiedzających park tylko na jeden dzień. Są stoły piknikowe w cieniu drzew, przy nich barbecue, duża polana do gier – w czasie naszego pobytu Hindusi grali tam w krykieta. Można zrobić wycieczkę dwukilometrową trasą przez dębową sawannę i tereny dawniej rolnicze, z platformą widokową na jezioro nad piaszczystymi wydmami. No i przede wszystkim kąpać się. Plaża ma długość 1 kilometra, wbrew informacjom na stronie parku nie jest całkiem piaszczysta, a piaszczysto-kamienista, ale po wejściu do wody jest już tylko piasek. Nie da się jej porównać z plażami na Long Point, w Sandbanks nad Ontario czy nad jeziorem Huron, ale ma zaletę – byliśmy tam ostatnio w długi weekend w sierpniu i nie było tłumów. Woda płytka długo w głąb jeziora, idealna dla dzieci, o jasnozielonkawym odcieniu, cieplutka, zdawało się, że pływamy w basenie.

Opublikowano w Turystyka

        Pisząc o kolejnym parku nad Erie prawie w połowie września, sądziliśmy, że 40-stopniowe upały będą już tylko wspomnieniem, a tu nic z tego. Lato nie odpuszcza i okazuje się, że nasza opowieść niewiele traci na aktualności.

        Erie w lecie jest cudownym miejscem do plażowania i kąpieli, ale nie jest to najlepsza pora do podglądania przyrody. W 40 stopniach wszystko żywe chowa się, gdzie może, a parki nad jeziorem najciekawsze są wiosną i jesienią, kiedy pojawiają się tu dziesiątki gatunków ptaków migrujących, które odpoczywają przed wyruszeniem w podróż do USA, i motyle Monarch w swej drodze do Meksyku. Ale mimo pory roku i upału udało nam się podpatrzyć co nieco w Rondeau Provincial Park.

Opublikowano w Turystyka

        Czy mogą sobie Państwo wyobrazić 15 kilometrów pięknej, piaszczystej plaży nad ciepłym jeziorem w południowym Ontario w upalny dzień, i to plaży całkowicie bezludnej, dosłownie, bez ani jednego człowieka? Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak! Taki obrazek powitał nas w Parku Narodowym Point Pelee nad jeziorem Erie w sierpniowy weekend. Cieplutka woda, słońce, stoły piknikowe, a tu nikogo.

        Poznanie przyczyn tego cudu zajęło nam trzy minuty. Tyle czasu wystarczyło nam na pstryknięcie zdjęcia i tyle czasu starczyło muchom kłujkom na zlokalizowanie nas. To wredne stworzenie wyglądające jak zwykła mucha domowa żywi się krwią ssaków i po polsku nazywa się bolimuszka kleparka (polscy entomolodzy to poeci, polskie nazwy owadów to cudeńka same w sobie, świadectwo bogactwa naszego języka, podobno najbardziej złożonego po sanskrycie). Bolimuszka wrednie podszywająca się wyglądem pod zwykłą muchę różni się od niej, poza posiadaniem kłujki, śmieszną rzeczą – zwykle siada na ścianie głową do góry. No i krwiożercze są tylko panie muchy, panowie wolą spijać kwiatowy nektar. O ich obecności w parku jak o wstydliwej chorobie cisza w reklamowych broszurach, odstraszyłyby turystów. Dlaczego tu są, w jakich porach roku, nie wiadomo. Jedynie przy głównej bramie ostrzegawcza mała tabliczka. Wiele lat temu informowano wjeżdżających, że park nie zwraca za pieniędzy za bilety, jeśli ktoś zrezygnuje z pobytu z ich powodu, teraz nawet tego nie ma. Dopiero przeglądając zdjęcia w domu, zorientowaliśmy się, że pustki na plaży mogły mieć i drugą przyczynę. Przy wejściu wisiała tabliczka, że w wodzie znajduje się groźna bakteria i kąpiel, a nawet brodzenie w niej, może być przyczyną choroby. Nigdzie indziej takich ostrzeżeń nie było, ale może z powodu much nie były potrzebne.

Opublikowano w Turystyka

        Zachęceni niewielką odległością od Toronto, wybraliśmy się w połowie sierpnia na jeden dzień do Parku Prowincyjnego Six Mile Lake. Tylko 150 kilometrów od domu, cały czas autostradą nr 400.

        Park jest niewielki, z 220 miejscami kempingowymi na sześciu polach kempingowych. Dwa są zelektryfikowane. Z poziomem prywatności bywa różnie, najmniej ustronne są miejsca „premium” położone nad jeziorem, ale przy głównej drodze. Są trzy plaże, w tym jedna „psia”, plac zabaw, sklepik i trzy szlaki piesze łącznej długości 3 kilometrów. Ścieżki prowadzą przez mokradła, po kładkach, z których można wypatrywać bobrowych żeremi i łosi, a także po skałach będących częścią tarczy kanadyjskiej. Jeden ze szlaków nazwano od nazwiska Davida Milne’a, malarza, który znajdował inspiracje w tutejszym krajobrazie.

Opublikowano w Turystyka

Erie – jezioro słodkowodne, czwarte co do wielkości pod względem powierzchni w kompleksie pięciu Wielkich Jezior Ameryki Północnej. Środkiem jeziora biegnie granica między Kanadą i USA. Rzeka Niagara wypływa z jeziora na jego wschodnim końcu i łączy je z jeziorem Ontario. Na zachodnim końcu wpływa do jeziora rzeka Detroit, która łączy je z jeziorem Huron. Jezioro jest dostępne dla pełnomorskich statków przez Drogę Wodną Świętego Wawrzyńca. Amerykański (południowy) brzeg jeziora jest bardzo gęsto zaludniony. Duże miasta nad jeziorem to: Buffalo, Erie, Cleveland i Toledo. Kanadyjski brzeg jest stosunkowo mało zaludniony i głównie rolniczy.

Tyle o jeziorze Erie mówi sucha notatka po polsku w internetowej Wikipedii. Można by jeszcze dodać za wersją angielską, że nazwę Erie wzięło od Indian zamieszkujących jego południowe brzegi, a pierwszym odnotowanym białym człowiekiem, który zobaczył jezioro w 1669 roku, był Francuz Louis Jolliet. Ciekawostką jest, że Erie było ostatnim z Wielkich Jezior, które eksplorowali Europejczycy, z powodu konfliktu Irokezów z Francuzami. Irokezi, zajmujący brzegi rzeki Niagara, blokowali przejście do jeziora Huron. Potem długa historia walk na tym terenie o dominację między Francją i Anglią, osadnictwo, rozwój rolnictwa i rybołówstwa.

Opublikowano w Turystyka
czwartek, 18 sierpień 2016 23:20

Park Narodowy Gaspesie: W krainie łosia

        Nie ma dla nas wakacji bez gór. W Skaliste trochę za daleko, dlatego kolejny raz wybraliśmy Appalachy. Dwa lata temu spędziliśmy trzy dni w parku narodowym Gaspesie (w Quebecu wszystkie parki prowincyjne nazywają się narodowe), teraz pojechaliśmy tam znowu, na tydzień. Na początku aż trudno mi było oswoić się z myślą, że będziemy nocować siedem razy w tym samym miejscu. Dokładnie w tym samym co przed dwoma laty, w dwuosobowym domku nad jeziorem Cascapedia. Znów nie mogłam wyjść z podziwu, że wszystko może być na propan, nawet lodówka, i że na wakacjach można mieć kuchnię z pełnym wyposażeniem, a nie korzystać tylko z miski, kubka, garnka, łyżki i palnika gazowego.

        Na terenie Parku Narodowego Gaspesie położonego w centralnej części półwyspu o tej samej nazwie znajdują się dwa pasma górskie wchodzące w skład Appalachów – Chic-Choc w zachodniej części parku i McGerrigle we wschodniej. W tym drugim leży najwyższy południowego Quebecu, drugi w całej prowincji – Mont Jacques-Cartier (1268 m n.p.m.). Przez środek parku biegnie droga nr 299, przy której zbudowano schronisko Gite du Mont-Albert. Obok niego znajduje się też centrum informacyjne.

Opublikowano w Turystyka
czwartek, 11 sierpień 2016 23:10

Kedgwick River – rzeka, która urzeka

        Odkryciem tegorocznych wakacji był dla nas spływ rzeką Kedgwick w Nowym Brunszwiku. Planowaliśmy go sporo przed wyjazdem, ale niemal do końca nie wiedzieliśmy, czy dojdzie do skutku. Na spływ mieliśmy jechać po tygodniu spędzonym w Parku Prowincyjnym Gaspesie w Quebecu. Przez długi czas prognozy pogody nie były korzystne. Zmieniły się dopiero ze 3 dni przed planowaną datą wypłynięcia. Odczekaliśmy jeszcze, by się upewnić, czy nic się nie zmieni, i zadzwoniliśmy do wypożyczalni, żeby zarezerwować canoe. Na szczęście sprzęt jeszcze był dostępny.

        Dzień przed rozpoczęciem spływu był szary i deszczowy. Wykorzystaliśmy go na rozejrzenie się po Nowym Brunszwiku. Spaliśmy w miejscowości Matapedia, jeszcze w Quebecu, nad rzeką Restigouche, która oddziela obie prowincje. Motel miał swoje lata, ale był dobrze utrzymany i – co najważniejsze – czysty. Przestronne pokoje z balkonami i ciekawie rozwiązany parking. Pierwszy raz spałam w motelu na palach. To się nazywa oszczędność miejsca – goście po prostu zostawiają samochody pod swoimi pokojami.

Opublikowano w Turystyka