 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net
Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata na terenie Kanady:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class
Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
|
Internetowa edycja, to tylko
niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się
pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.
|
GONIEC NR 18/2008
Razwiedka nakazuje przyspieszenie
Więc jednak Beata Sawicka mówiła prawdę, oświadczając agentowi Centralnego
Biura Antykorupcyjnego, który udawał szemranego biznesmena i nawet - o
co miała do niego szczególne pretensje - podstępnie, a co gorsza - fałszywie
ją w sobie rozkochał, że jak tylko w Polsce obejmie władzę ("jak tylko
w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę; za krowobójstwo,
za świniobicie będę odbierał mienie i życie" - odgrażał się Gnom Tarasowi
podczas słynnej "Rozmowy w kartoflarni") Platforma Obywatelska, to zaraz
zrobi siuchtę z szemranymi biznesmenami i sprzeda im szpitale, uprzednio
je "oddłużając".
Wygląda zatem na to, że wyrzucono ją z partii za przedwczesne
zdradzenie tajemnicy ("a kto by zdradził tę wielką tajemnicę, umrze podwójnie:
ciałem i duszą"), no i oczywiście - za brak rewolucyjnej czujności, na
którą każdy członek partii nowego typu powinien zwracać uwagę szczególną.
Ale widocznie ścisłe kierownictwo PO uznało, że dzisiaj można to ujawnić,
albo razwiedka nacisnęła je szczególnie boleśnie - dość, że oznajmiło,
iż przystąpi do "prywatyzacji szpitali". Zaraz zresztą okazało się, że
wprawdzie przystąpi, jakżeby inaczej, ale tak naprawdę, to nie przystąpi,
bo tylko przekaże szpitale samorządom terytorialnym, które "lepiej zarządzają".
No proszę - lepiej zarządzają! Lepiej niż rząd premiera Donalda
Tuska? To chyba niemożliwe, ale znowu, skoro takie rzeczy wygaduje sam
Zbigniew Chlebowski, były wójt gminy zadłużonej poza granice bezpieczeństwa,
a obecnie - szef Klubu Parlamentarnego PO, to czyż wypada nam zaprzeczać?
Jasne, że nie wypada, więc słuszna jego racja - ale też - czy przekazanie
szpitali samorządom terytorialnym można nazwać ich "prywatyzacją"? Jasne,
że nie można, a zatem widzimy wyraźnie, że PO będzie szpitale prywatyzować
i zarazem - nie będzie.
Nie na darmo Donald Tusk musiał nasłuchać się w Gdańsku Lecha
Wałęsy, co to wynalazł "plusy dodatnie i ujemne", a poza tym potrafił być
"za, a nawet przeciw".
Tak naprawdę jednak, to ciwuńska sofistyka przewodniczącego Chlebowskiego
wzięła się z chwili szczerości, na jaką pozwolił sobie minister skarbu
państwa Aleksander Grad, indagowany przez dziennikarzy w sprawie szpitali.
Na uwagę, że podczas kampanii wyborczej PO zastrzegała się, iż żadnej prywatyzacji
szpitali nie będzie, odparł, że "kampania wyborcza rządzi się własnymi
prawami".
Takiego noża żaden z klakierów Platformy się nie spodziewał,
toteż pierwszą ich reakcją było oburzenie (a już Janusz Wilhelmi przestrzegał
Janusza Głowackiego przed kierowaniem się pierwszymi reakcjami, bo "mogą
być uczciwe") i dopiero potem zauważyli, że szczerość i prawda są
wartościami pozytywnymi i dobrze, że za sprawą Platformy Obywatelskiej
wracają do polskiej polityki.
Inaczej oczywiście zareagowało Prawo i Sprawiedliwość, piętnując
rząd premiera Tuska nie tylko za kłamstwa, ale przede wszystkim - za zamiar
prywatyzacji szpitali, które w ustroju socjalistycznym powinny pozostać
państwowe. Jeśli bowiem okazałoby się, że można prywatyzować szpitale,
to pewnie można i szkoły, a nawet wyższe uczelnie, a wtedy - powiedzmy
sobie szczerze - po co właściwie brać władzę? Czym zarządzać? Gdzie szukać
konfitur?
Wprawdzie rząd premiera Tuska nadał moc obowiązującą projektowi
rządu premiera Kaczyńskiego, by prokurator, na własne żądanie, bez przedstawiania
zarzutów, ani oczywiście bez angażowania sądu, mógł żądać od banku ujawnienia
konta osoby prowadzącej działalność gospodarczą, ale powiedzmy sobie szczerze
- z szantażowania takich bidaków dużo polityk nie wyciśnie. Słusznie zatem
PiS obawia się, że po rządach Platformy wszystkie "sektory strategiczne"
mogą zostać rozkradzione do gołej ziemi, a wtedy - do czegóż wracać po
wyborczym zwycięstwie?
Ciekawe, jak na chwilę szczerości PO zareagują stada "wykształciuchów",
wprawdzie wytresowane przez michnikowszczyznę do basowania Platformie,
ale z drugiej strony, przywiązane do własności państwowej, jako formy "wyższej",
a przede wszystkim - "sprawiedliwej". Pamiętam, ile szyderstw ze strony
tego stada musiałem wysłuchać, kiedy tłumaczyłem zasady programu Unii Polityki
Realnej.
Ano - nie bez kozery Franciszek Maria Arouet zwany Wolterem napisał,
że "kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody
mają myszy na statku". Skoro razwiedka doszła do wniosku, że szpitale też
mogą się jej przydać, to i wykształciuchy będą musiały śpiewać z tego klucza.
Oczywiście nie ma mowy, żeby po "prywatyzacji" szpitali rząd zmniejszył
podatki. Przeciwnie - premier Tusk właśnie "szuka" 7 czy 8 miliardów,
bo w "orędziu" trzeciomajowym obiecał darmowy obiad dla każdego dziecka
i darmowy komputer dla każdego domu. Zaiste, jesteśmy w mocy wariatów!
Wrażenie utraty poczucia rzeczywistości wywołało zwłaszcza
sejmowe wystąpienie ministra Radosława Sikorskiego. W tonie, z jednej strony,
stręczycielskim, a z drugiej - pretensjonalnie mentorskim, w godzinnym
przemówieniu prężył cudze muskuły, groźnie kiwał palcem w bucie, stroił
miny, no i w ogóle - podczas gdy zarówno on sam, jak i wszyscy pozostali
wiedzą, że od 1 stycznia będzie stawał na baczność przed ministrem spraw
zagranicznych Unii Europejskiej i w podskokach wykonywał jego rozkazy,
nawet jeśli nie będą mu się podobały. Jedyną reakcją na tę blagę był groźny
pomruk generała Jaruzelskiego, żeby "nie drażnić Rosji".
Jest w tym pewna słuszność, bo wiadomo przecież, że w momencie,
kiedy wchłaniające właśnie Polskę Cesarstwo Niemieckie układa sobie stosunki
z Cesarstwem Europejskim, to nie będzie tolerowało żadnych samowolnych
polskich dywersji w Gruzji czy na Ukrainie - bo nie życzy sobie ani pośrednictwa,
ani tym bardziej - arbitrażu w stosunkach z Cesarstwem Rosyjskim ze strony
Cesarstwa Amerykańskiego. Granie roli podwójnego agenta wymaga większej
powściągliwości i dyskrecji - i to właśnie chciał pewnie powiedzieć stary
razwiedczyk młodzieńcowi wysuniętemu na czoło dyplomacji.
Zresztą - skalę możliwości politycznych polskiego rządu najlepiej
ilustruje okoliczność, że premier Tusk, pragnąc zrobić na złość Patrycji
Koteckiej z telewizji, zlecił opracowanie swego orędzia firmie realizującej
dla Polsatu serial o "Kiepskich", zaś minister obrony narodowej Bogdan
Klich właśnie musiał przeprosić właścicieli ITI, trzymającej stację telewizyjną
TVN, panów Waltera i Wejcherta, za umieszczenie ich w charakterze funkcjonariuszy
Wojskowych Służb Informacyjnych w raporcie Macierewicza. Całe szczęście,
że zostanie chociaż ślad po zatarciu, a poza tym rosyjski minister spraw
zagranicznych, książę Gorczakow, mawiał, iż nie wierzy informacjom nie
zdementowanym.
Stanisław Michalkiewicz
Warszawa
Medialne kacykowanie
Tak jak w książce "Nędznicy" Victora Hugo, gdzie autor przedstawia
obraz I połowy XIX wieku we Francji, z tytułem, który niejako klamruje
tamtą epokę, ale przecież nie kończy, tak gdyby chcieć znaleźć jedno słowo,
które najlepiej oddawałoby rzeczywistość III RP, to niewykluczone, że "nędznicy"
pasowałoby jak ulał, ewentualnie "nieudacznicy".
Na pytanie, który z rządów - po okresie tzw. transformacji ustrojowej,
był najlepszy - można by się szczerze roześmiać. Na pytanie, który był
najgorszy - mogłaby wywiązać się ciekawa i merytoryczna dyskusja.
Jedno jest w tym pewne, że z tych wszystkich złych rządów, ten
obecny PO-PSL jest zdecydowanie najgorszy. Nawet w tak stronniczym dla
obecnej koalicji, telewizyjnym programie red. Tomasza Lisa, na pytanie:
"jakie są owoce tego rządu?", wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski z
PO, odpowiedział: "ogromne poparcie społeczne". Natomiast, co ten
rząd tak konkretnie zrobił dla Polski? Odpowiedź jest krótka: nic nie zrobił.
Starając się zachować pewną logikę, można dojść do wniosku, "że
im mniej będzie się w kraju coś robić, tym większe będzie się zyskiwać
społeczne poparcie". Ale aby takie poparcie zyskać, naturalnie trzeba spełniać
określone polityczne warunki. A jakie to są warunki? Cała gama przeróżnych
uzależnień, dużym atutem jest na przykład esbecka przeszłość, a już z pewnością
nikomu ona nie przeszkadza. Na podstawie ogromnej ilości socjologicznych
testów w różnych krajach - tu raczej drzwi nie trzeba wyważać - system
ludzkich odruchów i zachowań został dokładnie rozpracowany. Akurat w tej
dziedzinie - jeszcze nawet z okresu dyktatury Jaruzelskiego i wieloletniego
ministra propagandy Urbana - osiągnięcia były bardzo znaczące. Natomiast
to, z czym mamy do czynienia obecnie - i nie chodzi tu bynajmniej tylko
o Polskę - to kreowanie "wirtualnej rzeczywistości", która tak faktycznie
z tym co nas naprawdę otacza - w zależności od potrzeb i sytuacji - może
mieć sporo, albo może nie mieć nic wspólnego.
Zawód "dziennikarz" czy "redaktor" brzmi dumnie, i chciałoby
się wierzyć, że podobnie jak być może są gdzieś jeszcze uczciwi politycy,
tak też być może funkcjonują uczciwi i odważni dziennikarze. Kto chce w
to wierzyć, niech wierzy, ponoć wiara czyni cuda. Rzeczywistość - nie ta
wirtualna, podpowiada jednak coś zupełnie innego. Wygląda na to, że dzisiaj
dziennikarz jest po prostu medialnym najemnikiem. Najmuje się za określone
pieniądze "na dzieło" - wytycza mu się zadania, określa "publiczność" (starzy,
młodzi, kobiety, mężczyźni, "prawicowcy", "lewicowcy", zasięg lokalny,
krajowy, międzynarodowy itp....), najlepiej zapomnieć wtedy o uczciwości,
moralności, o etyce i o własnych poglądach. Tak długo "uderzać" i "rozpracowywać"
swoją "publiczność", aż się w końcu osiągnie zakładany, propagandowy cel.
W polityce, jak i w każdej innej sferze działań, można przeprowadzić
takie czy inne radykalne zmiany, ryzykując jakiś stopień społecznego niezadowolenia.
Można też te same zmiany wprowadzić za dwa - trzy lata, wykorzystując ten
czas na "oswajanie" społeczeństwa. Później, już spokojnie bez ryzyka, ten
sam cel zostanie osiągnięty - czyli manipulacje społeczne na skalę, o której
kiedyś nikomu się nawet nie śniło. Naturalnie do tego typu działań trzeba
mieć w mediach swoich "oficerów" - i oni tam są, nawet jeśli formalnie
jest to niezgodne z prawem.
To pokazuje, w jakich czasach żyjemy, często zaganiani, w tym
"wyścigu szczurów" nie mając nawet chwili, aby o tym pomyśleć. Zresztą,
komu jeszcze chce się myśleć, przecież telewizja, radio, postkomunistyczna
prasa z "Wyborczą" na czele, niemieckie bulwarówki ze sztandarowym "Dziennikiem",
Internet, a nawet obraz i przekaz w naszych własnych telefonach, mówią
nam, co mamy robić, jak myśleć a nawet na kogo głosować. A jeśli wszyscy
tak mówią, to chyba oczywiste jest, że to musi być prawda i chyba tylko
jakiś wyjątkowy oszołom i ciemnogrodzianin może w to nie uwierzyć. Takich
jest zdecydowana mniejszość, a wiele wskazuje, że może ich być jeszcze
mniej.
Jakkolwiek by patrzeć, skazani jesteśmy na medialne kacykowanie
- mniejszych albo większych medialnych kacyków, zawsze "wiedzących lepiej"
i zawsze "wiarygodnych". Pieniądze, a zwłaszcza duże pieniądze, od zawsze
przyciągały ludzi ambitnych, a dla tych naprawdę "dobrych" są ogromne pieniądze
w tej profesji. Z czyjej kieszeni? To jest może mniej istotne, czasami
nawet nie wypada się tym interesować, szczególnie gdy jesteśmy profesjonalistami.
Klient płaci, klient wymaga - ważne, aby płacił.
Medialna rzeczywistość w Polsce to agentura i mafia. Jeszcze
za rządu PiS-owskiego mówiono o lustracji, o oczyszczeniu również i środowiska
dziennikarskiego - mówiono, ale niewiele zrobiono. Niestety, od kiedy władzę
przejęli "nasi", w środkach masowego przekazu ani słowa o lustracji czy
dekomunizacji. W tym temacie, mamy do czynienia z całym zestawem socjotechnicznych
sztuczek - najczęściej typu: "kogo to interesuje?" - albo: "wybierajmy
przyszłość". Jeśli dzisiaj mamy jako takie wyobrażenie, jak bardzo i jak
totalnie różne środowiska zawodowe były spenetrowane przez komunistyczną
agenturę, to jak bardzo musiało być spenetrowane to najważniejsze środowisko,
odpowiedzialne za propagandę?
I to wyjaśnia w zasadzie wszystko, dlaczego postkomunistyczna
Platforma ma ciągle takie ogromne poparcie za nicnierobienie. W polskojęzycznych
mediach doskonale można wyłapać "reprezentantów" interesów postkomunistycznych,
niemieckich, żydowskich, rosyjskich, przede wszystkim na gruncie nowej,
neoliberalnej ideologii. Natomiast, kto i gdzie reprezentuje interesy polskie?
Czy oprócz mediów katolickich - szczególnie tych zorganizowanych przez
ojców redemptorystów, jakieś jeszcze inne reprezentują interesy polskie?
A jeśli tak, to konkretnie, które i jakie są to media? Otóż, bardzo
należy w to wątpić, mimo takich czy innych "formalnych" podziałów. Media
są potężną siłą, kto zatem tą siłą steruje, ma ogromne wpływy.
Czy zatem w obecnej sytuacji można być optymistą? Niestety, raczej
zanosi się na to, że "nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być jeszcze
gorzej". Rząd Donalda Tuska z premedytacją dąży do całkowitego przejęcia
kontroli nad mediami publicznymi - całkowicie chce zmienić sposób ich finansowania,
perfidnie przy tym wmawiając opinii społecznej, że właśnie chodzi o "poszerzenie
wolności" tychże mediów. Takiej hipokryzji i skali kłamstwa - jeszcze całkiem
niedawno - nikt nie odważyłby się głosić, a Platforma robi to w sposób
zupełnie bezkarny.
Symbolem medialnym III RP jest były komunistyczny minister propagandy
Jerzy Urban i jego serdeczny przyjaciel i druh, również z komunistycznym
rodowodem, Adam Michnik. Obydwaj mają ogromne wpływy, w wielu środowiskach
ogromny szacunek i uznanie.
Aby zmienić ten stan rzeczy, potrzeba przywódcy o lwim sercu,
a nie o kaczym - szczególnie gdy nazywa się Donald, tylko wtedy byłaby
szansa, aby Polska znowu mogła być polska.
Krzysztof Wojciechowski
Ottawa
10 lat później
W maju 1998 roku na ulicach Toronto pojawiły się pierwsze "garbusy"
nowej generacji. Jak zwykle, gdy chodzi o nowatorskie rozwiązania, new
beetle miał tyleż zwolenników, co przeciwników - ci ostatni triumfowali,
gdy po okresie euforii i szturmu na salony Volkswagena - "nowe żuki" zaczęły
sprzedawać się gorzej niż średnio. Jednak pesymistyczne przewidywania nie
sprawdziły się - sentyment do "garbusa" okazał się mocniejszy, niż sugerowali
pesymiści, i po dziesięciu latach mamy wreszcie milion sprzedanych egzemplarzy
- z tego połowę w USA i Kanadzie...
Milion sprzedanych aut to bardzo dużo, ale na zglobalizowanym
rynku takiego wyczynu dokonuje się teraz w dużo krótszym czasie - proszę
sobie przypomnieć tekst z połowy kwietnia, gdzie przedstawiłem historię
nissana versy, który to model sprzedał się w milionowej liczbie w ciągu
zaledwie trzech lat. Rekord Volkswagena nieco więc blednie, ale dla sprawiedliwości
trzeba dodać, że versa to mały, tani kompaktowy wozik dla wszystkich, a
nowe wcielenie "garbusa" to raczej auto dla szpanerów, i to do tego z grubym
portfelem - podstawowy model kosztuje 22 tysiące, a za wersję z
otwieranym dachem trzeba zapłacić 27 tysięcy kanadyjskich dolarów.
Ta kosztowna zabawka, która rozmiarami niewiele przewyższa
mini coopera - ostro z nim konkuruje, choć wydaje się, że mini bardziej
przekonuje do siebie amatorów niecodziennych samochodów. Obaj współzawodnicy
mają za sobą długą historię, której tylko cooper może się nie wstydzić
- protoplasta "garbusa" posiada w swym życiorysie ciemne plamy. Jedną z
nich jest plagiat, jakiego dokonał "twórca" volkswagena, czyli "samochodu
dla ludu" Ferdynand Porsche. Skopiował on pomysł Hansa Ledwinki - czeskiego
inżyniera, który skonstruował model samochodu osobowego tatra T97 z zamontowanym
z tyłu silnikiem chłodzonym powietrzem i nadwoziem, które później poznaliśmy
jako charakterystyczne dla "garbusa". W 1938 roku, gdy Niemcy dokonali
najazdu na Czechosłowację, Hitler nakazał wstrzymać produkcję T97, których
zdążyło zjechać z taśm montażowych zaledwie 500 egzemplarzy, i rozpoczął
produkcję terenowych vw. Sprawa plagiatu stała się po wojnie głośna i Niemcy
zmuszone zostały wyrokiem sądu do 3-milionowego odszkodowania wypłaconego
w markach czeskim zakładom Tatra. Sam Ledwinka był przez komunistów oskarżony
za kolaborację z okupantem i uwięziony; zmarł na emigracji w Niemczech
w 1967 roku. Po upadku systemu genialny konstruktor został w pełni zrehabilitowany,
choć niewielu wie, kto naprawdę był twórcą volkswagena - legenda przypisuje,
że kształt nadwozia, który stał się wyróżnikiem tego samochodu na całym
świecie, był sam Hitler...
Cokolwiek by jednak powiedzieć o "chrabąszczu" - stał się on
niemiecką wizytówką, kultowym wozem, który niejeden raz znajdował się w
"Księdze Guinnessa". Największym wyczynem była oszałamiająca liczba wyprodukowanych
egzemplarzy - w ciągu całego istnienia (1938-2003) bramy fabryki w niemieckim
Volfsburgu i meksykańskim Puebla opuściło 21 529 464 sztuk "garbusów".
Zaprzestanie produkcji klasycznych "żuków" wywoływało kontrowersje,
stąd było kilkakrotnie odraczane i dopiero w 2003 roku ostatni 21 529 464.
egzemplarz zjechał z meksykańskiej taśmy. Równolegle powstawały tam już
"nowe żuki", które jednak nie powieliły sukcesu swego sławnego protoplasty.
New beetle produkowane są tylko w Puebla - największym zakładzie
przemysłowym Meksyku. Zbudowane są na podwoziu vw golfa i napędzane silnikiem
umieszczonym z przodu. Z "garbusem" łączy je więc tylko charakterystyczny
kształt nadwozia, który jednak bardziej drażni, niż się podoba. Nawet po
dziesięciu latach nie mogę zrozumieć decyzji Niemców o zaprzestaniu produkcji
klasycznego volkswagena i zrobienie z niego mydelniczki. Przecież można
było, zachowując kształt i proporcje, unowocześnić tylko napęd, ewentualnie
lekko zmodernizować skorupę nadwozia, które niejednemu z nas kojarzyło
się z wymarzonym samochodem... Dlaczego BMW mogło stworzyć od nowa wspaniałą
współczesną wersję mini morrisa, który pod nazwą mini cooper jest jedną
z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie, a Volkswagen, posiadając
takie cudeńko jak klasyczny "garbus", porzuca go na rzecz jakiejś karykatury?
Może w grę wchodziły tu inne niż merkantylne sprawy - nikt się nie dowie...
Po dziesięciu latach od pojawienia się na naszych drogach nowego
żuka trochę się oswojono z jego ekstrawaganckim wyglądem, jaskrawymi kolorami
i wazonikiem na kwiaty na konsoli kierownicy. Gdy się uważniej przyjrzeć
temu projektowi, który w 2006 roku przeszedł ostatnią generalną przeróbkę,
to można dostrzec kilka znanych detali z audi TT i forda mustanga
- to nie przewidzenie, twórcy koncepcji Freeman Thomas i J Mays (Mays ma
na imię po prostu "J" - odziedziczył je po swym dziadku S J Mays) są również
autorami tych modeli. J Mays, który teraz pracuje dla Forda, zaprojektował
także flexa, który już niedługo produkowany będzie w ontaryjskich zakładach
Forda w Oakville.
Kłopoty z amerykańskim dolarem, spadek jego wartości na rynkach
światowych pozytywnie wpłynął na ceny nowych "garbusów" w Kanadzie. Są
one w maju niższe o kilkaset dolarów od tych sprzed roku - za podstawową
wersję trzeba zapłacić 22 000 dolarów, co w dalszym ciągu jest za wiele
jak na udziwnioną wersję golfa, który znowu nosi u nas nazwę rabbita. Ten
ostatni kosztuje w maju dwa tysiące dolarów, mniej od new beetle i na pewno
jest dużo lepszą alternatywą dla miłośników niemieckich aut produkowanych
w Meksyku.
Prawdziwym hitem Volkswagena wydaje się być jednak city golf
za 15 300 dolarów - to jest teraz prawdziwy samochód dla ludu!
Jerzy Rosa
Mississauga
Kawałek papieru
Konstytucje mają to do siebie, że jeśli nie stoi za nimi obyczaj polityczny,
tradycja i - co tu kryć - siła, są tylko kawałkiem zapisanego papieru.
Często pełnią rolę zasłonki lub fartuszka na pokaz, takiej prawnej wioski
patiomkinowskiej, dzięki której zamordyzm pokazuje, jaki jest demokratyczny.
Konstytucja ZSRS była jedną z najpiękniejszych na świecie, dawała
wszystkim wielkie prawa, ba, przewidywała nawet możliwość wystąpienia republiki
z sowieckiego związku! Konstytucja PRL-u, prócz zapisu o dozgonnej konieczności
kochania Sowietów, również zapewniała obywatelom wielkie swobody.
Z drugiej strony, istnieją sprawnie funkcjonujące demokracje
kultury zachodniej - jak brytyjska, które konstytucji nie mają i wiedzie
im się niczego sobie.
Przypominam to, byśmy wszyscy pamiętali, że demokracja nie zaczęła
się w Polsce 3 maja 1791 roku, ba, powiedzieć można, że wówczas uległa
znacznemu ograniczeniu.
Polacy cieszyli się swobodami obywatelskimi i mieli wpływ na
politykę kraju już od XV wieku. Polacy, czyli szlachta, bo poza szlachtą
naród praktycznie nie istniał. Polacy stracili demokrację i wolność nie
dlatego, że mieli złe prawo, lecz dlatego, że upadł obyczaj i zanikły cnoty
obywatelskie, a szlachta, rozleniwiona dobrobytem i omamiona zwycięstwami
wojskowymi, przestała kształcić dzieci i nie pozwalała królowi na utrzymywanie
sprawnego wojska zaciężnego.
Po prostu, Rzeczpospolita Obojga Narodów, którą likwidowała
Konstytucja 3 maja, wprowadzając scentralizowane państwo z monarchią dynastyczną
(zapisano w niej, że rodziną panującą mają być Sasi: "Stanowimy przeto,
iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy saski
w Polszcze królować będzie.
Dynastia przyszłych królów Polskich zacznie się na osobie Fryderyka
Augusta, dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorom de lumbis z
płci męskiej tron polski przeznaczamy. Najstarszy syn króla panującego
po ojcu na tron następować ma...") była pierwszą w historii próbą odtworzenia
starożytnego, rzymskiego ideału społeczeństwa obywatelskiego. Próbą częściowo
udaną; ideał ten działa sprawnie pod jednym warunkiem, gdy obywatele są
mądrzy, wykształceni, odpowiedzialni, wiedzą, co to cnota i poświęcenie
dla dobra wspólnego. Dopóki Polacy byli w swej większości wykształceni
i odpowiedzialni, dopóki ich Rzecz Wspólna była wielkim sukcesem na miarę
całej cywilizacji zachodniej.
Nawet najlepsze prawo nie zmieni ludzi i ich zwyczajów. Dlatego
nie można dzisiaj przy pomocy jakiegoś - choćby najlepszego - aktu ustawodawczego
zmienić Afganistanu czy Iraku.
Oświeceniowa Konstytucja 3 maja stanowiła nieudaną próbę reformy
podjętą przez polską masonerię. Fakt, że dzisiaj rocznicę jej nielegalnego
uchwalenia (to inny temat) obchodzi się jako akt fundujący polskiej demokracji,
jest jeszcze jednym szyderstwem pokazującym, iż nieważne, jak było, ważne,
jak się pamięta...
Konstytucja 3 maja była też realizacją masońskiego przeświadczenia,
że ludzie (wówczas chodziło wyłącznie o polską szlachtę) są tylko częściowo
równi i pokaźna ich część nie dorasta do tego, by sama decydować o sobie.
Dlatego ci bardziej oświeceni - muszą sprawy wziąć w swoje ręce i pokierować
ludzkim bydłem tak, aby sobie krzywdy jakiejś nie zrobiło...
To smutne, degradujące i antychrześcijańskie przekonanie ciągnie
się przez wieki zachodniej cywilizacji jak smród po gaciach, od czasów
herezji gnostyckich.
Konstytucja 3 maja nie przyniosła więc Polsce niczego dobrego
i prócz dobrej prasy, jaką zawsze miała w kręgach "oświeconych", niewiele
nauki dla nas wynika z jej zapisów. Jeśli mamy czerpać z polskiej tradycji
demokratycznej, to raczej tej XVI-wiecznej, obywatelskiej, kiedy kraj nasz
ustawiał klocki w tej części Europy, z czasów Kochanowskiego czy Jana Zamoyskiego.
W końcu, jeśli budować tożsamość niepodległej Polski, to uczyńmy
to na tych najszerszych, największych fundamentach. Wszyscy jesteśmy dzisiaj
spadkobiercami ówczesnej szlachty i na nas spoczywa obowiązek pilnowania
narodowego ognia. Naród polski rozszerzył się na wszystkie stany
i jeśli szukamy dzisiaj historycznego spoiwa - materiału na kanwę wielkiej
nowoczesnej Polski, kraju, który zabezpieczy interesy i pozwoli 40 milionom
ludzi odegrać należną im rolę w sercu Europy, to właśnie tam szukajmy złotego
rogu.
Są na świecie narody, które własną tożsamość budują na przekazach
sprzed tysięcy lat. My spokojnie możemy odwołać się do tych sprzed
tysiąca.
Dziwność naszej sytuacji polega na tym, że w rezultacie klęski
wojennej pobito nam dowódców. Rządcy wstawieni na ich miejsce w PRL-u nawet
nie czuli związku z II Rzeczpospolitą, o czasach odleglejszych nie wspominając.
Dzisiaj ich dzieci wciąż boją się polskiej tożsamości i polskiego ducha,
nadal boją się odkopać butelkę, z której wychodzi polski dżin.
Lekcja Konstytucji 3 maja dowodzi, że papier niczego nie zmienia,
jeśli nie jest emanacją woli narodu. Pracujmy więc, aby u wszystkich dookoła;
w naszych rodzinach, u naszych dzieci, u polskich sąsiadów, u wszystkich
Polaków wolę tę obudzić. Obudzić przeświadczenie, że "w interesie wspólnym",
to znaczy we własnym.
Słuchając w polskim radiu dyskusji o Konstytucji 3 maja, ze zdumieniem
dowiedziałem się z ust pewnego "autorytetu", że ówcześni posłowie Sejmu
Wielkiego "wbrew własnemu interesowi" nałożyli na swe majątki dziesięcioprocentowy
podatek...
Proszę sobie wyobrazić, że nawet w dzisiejszej Polsce ludziom
z tytułami profesorskimi nie przychodzi do głowy myśl, iż podatki w wolnym
kraju płaci się we własnym partykularnym interesie, a jeśli tak nie jest,
to są one jedynie haraczem wymuszanym przez wewnętrznego lub zewnętrznego
okupanta.
Niewolnictwo to stan umysłu, a nie sytuacja fizyczna!
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 17/2008
W zawieszeniu
Z powodu zbiegu dwóch świąt państwowych: przypadającego1 maja święta
naszych okupantów, obchodzonego uroczyście przez Sojusz Lewicy Demokratycznej
i jego satelitów oraz rocznicy uchwalenia w 1791 roku konstytucji, przypadającej
3 maja, Polska pogrąża się w tak zwanym ,długim weekendzie", który zakończy
się dopiero w niedzielę 4 maja. Na ten czas każdy zaszywa się w domowe
pielesze lub wyjeżdża na majówki i nikomu ani w głowie kontynuowanie politycznych
sporów. Zresztą - powiedzmy sobie szczerze -jakie tam ,polityczne
spory", kiedy wszystkie ugrupowania parlamentarne są zasadniczo zgodne
w kwestii Anschlussu Polski do Eurosojuza, a różnią się jedynie stopniem
entuzjazmu? O żadnych ,sporach" nie ma między nimi mowy, zaś głosy przeciwników
Anschlussu są starannie wytłumiane przez pozostające na usługach razwiedki
tubylczej lub gestapo media, unikające jak zarazy wszelkiej dyskusji na
ten temat.
Zamiast dyskusji mamy do czynienia w tresurą, w której
biorą udział wszystkie środowiska opiniotwórcze - oczywiście każde na swój
sposób. Dotyczy to również duchowieństwa, które, z jednej strony skutecznie
postraszone w ubiegłym roku lustracją, a z drugiej - kuszone dopłatami
rolniczymi, coraz bardziej przyzwyczaja się do roli pokornego cielęcia
co to dwie matki ssie. Jedynie ojciec Rydzyk bluźni Unii Europejskiej w
Radio Maryja, co nie tylko europejsów, ale i pokorne cielęta rozjątrza
do żywego, bo stanowi żywy dowód, że jednak można mieć własne zdanie.
Dlatego właśnie Platforma Obywatelska, w ramach programu odwdzięczania
się tubylczej razwiedce i gestapo, forsuje zmianę ustawy o mediach. Istota
tej zmiany polega na tym, by uprawnienie do wydawania koncesji na
nadawanie odebrać Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji i przekazać Urzędowi
Komunikacji Elektronicznej. Ten Urząd dotychczas podlega premierowi i premier
mianuje jego szefa. PO, dla zmylenia czujności proponuje, by wyboru
dokonywał Sejm, ale to niczego nie zmienia, bo ta sama większość, na której
trzyma się premier, wybierze mu i prezesa UKE, zresztą - na jego wniosek.
Widać gołym okiem, że w ten sposób rząd ,liberała" Donalda Tuska próbuje
przywrócić cenzurę przynajmniej w mediach elektronicznych, żeby od
1 stycznia nikt już nie ośmielił się bluźnić Eurosojuzowi, ani ,starszym
braciom", bo w przeciwnym razie - straci koncesję w tej samej chwili. Wprawdzie
prezydent Kaczyński zapowiada zawetowanie tej ustawy, ale nic by nie wskórał,
gdyby klub SLD poparł rząd. Wszystko jednak wskazuje na to, że osłabiony
SLD zaczyna doceniać zalety wolności słowa i poprze weto prezydenta. Kto
by pomyślał, że komuna będzie broniła wolności słowa przed ,liberałami"?
Tymczasem komisja do kanonizacji Barbary Blidy bierze w obroty
prokuratorów w nadziei, że z któregoś wydusi wyznanie, że był ,naciskany",
albo jeszcze lepiej - ,prześladowany" w inny sposób, by oskarżył faszywie
Barbarę Blidę bo wtedy jej niewinność, na tle tych nieprawości, zajaśniałaby
jeszcze większym blaskiem. Już teraz Kazimierz Kutz, za komuny będący jeszcze
zwykłym ,Kucem" i z racji tego przepoczwarzenia awansowany przez ,Gazetę
Wyborczą" na ,przywódcę Ślązaków", snuje gonitwę myśli, że może Barbara
Blida wcale nie popełniła samobójstwa, tylko została zastrzelona w trakcie
,szamotaniny".
Zaletą tej hipotezy jest możliwość uznania Barbary Blidy za męczennicę
faszystowskiego reżymu Kaczyńskich, ale ma ona też i wadę w postaci braku
wyjaśnienia, a kim też mogłaby się Barbara Blida ,szamotać" w łazience,
skoro była tam sama? Oczywiście zawsze można mówić, że szamotała
się z myślami i sądzę, że czytelnikom ,Gazety Wyborczej" takie wyjaśnienie
w zupełności by wystarczyło, zwłaszcza gdyby jacyś intelektualiści zebrali
pod nim odpowiednią liczbę podpisów, a jakiś sanhedryn podał do wierzenia,
ale czy utrzymałoby się to przed komisją? Możliwe, że tak, bo przecież
komisje ustalają fakty przez głosowanie, a z dotychczasowego przebiegu
posiedzeń widać, że najbardziej wokół kanonizacji uwija się posłanka Pietraszewska
z Platformy. Czy ta była nauczycielka zacietrzewia się bezinteresownie,
czy może, obok rządowego, realizuje własny program odwdzięczania się za
wyrwanie z belferskiej nudy na polityczne salony - trudno zgadnąć. Charakterystyczne
jest jednak to, że jak do tej pory nikt nie poruszył, najciekawszego, jak
się wydaje wątku funkcjonowania mafii węglowej, to znaczy - obrotu długami
śląskich kopalni i hut. Jeśli nikt nie okaże się tym wątkiem zainteresowany,
to kto wie - może kanonizacja Barbary Blidy nastąpi szybciej, niż myślimy?
Byłaby to już jakaś prawidłowość, że podobnie, jak w miarę sekularyzacji
będzie przybywało autorytetów moralnych lub nawet takich świątków, jak
pani Blidowa, tak w miarę utraty politycznej suwerenności i niepodległości
państwowej będzie przybywało dygnitarzy. Właśnie doszło do kolejnego konfliktu
na linii prezydent - rząd. Minister obrony Bogdan Klich przedłożył prezydentowi
listę chyba z 15 oficerów do awansu generalskiego, a prezydent zatwierdził
tylko trzech. Najwyraźniej minister Klich musiał być przypilony, bo nie
bacząc na ryzyko nadwątlenia prestiżu, poszedł do prezydenta na rozmowę,
po której wyraził nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze - jako że
oprócz 3 maja, okazja do awansowania generała może być 15 sierpnia, a ostatecznie
- 11 listopada. Rzeczywiście - przy tak dużej liczbie patriotycznych świąt,
okazji do rozmnożenia dygnitarzy nam nie zabraknie. Jeśli nawet zabraknie
państwa - to dygnitarzy - nigdy.
Stanisław Michalkiewicz
michalkiewicz.pl
Przyjaciele katów
Polska przegrywa bitwę o pamięć. Polacy, zachłysnąwszy się Unią Europejską,
pozwalają robić z siebie idiotów. Nie rozumieją, że niemal skradziono im
niepodległość. Co skutkuje i tym, że niegdysiejsi kaci Polaków nie muszą
obawiać się polskiego prawa, ponieważ prawo to interpretują dziś przyjaciele
katów.
Mocne słowa, owszem. Tę niebłahą, wręcz dramatyczną ocenę pozwoliłem
sobie sformułować w tym miejscu przed tygodniem. Czy jest to wyrokowanie
uprawnione? Otóż tak, jak najbardziej. Jeden przykład wystarczy, choć sprawa
stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa to tylko wierzchołek góry
lodowej. Życiorysy każdego z tych oprychów są podobne: najpierw aktywny
udział w aparacie represji reżimu komunistycznego, a następnie wysoka emerytura
i święty spokój, czyli egzystencja pod osłoną gazetowej, wybiórczej retoryki
"chrześcijańskiego miłosierdzia i przebaczenia". U wielu z nich przygotowanie
prawnicze ograniczało się do kilkumiesięcznego przeszkolenia. Orzekali
całkowicie dowolnie, a kiedy fakty przeczyły linii oskarżenia, orzekali
niezależnie od faktów. Dziś polskie sądy "w imieniu prawa" zwalniają ich
z odpowiedzialności.
Kazimierz Graff ma 91 lat. Mieszka w Warszawie. Akt oskarżenia
przygotowany przeciwko niemu przez pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej
trafił do sądu w połowie października ubiegłego roku. Oskarżono go o to,
że w grudniu 1947 roku pozwolił na aresztowanie (między innymi) Stanisława
Figurskiego, działacza niepodległościowego związanego z Ruchem Oporu Armii
Krajowej oraz Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym. Cały miesiąc Figurskiego
przetrzymywano bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu, póki, zmuszony
siłą, nie przyznał się do winy. Jednocześnie IPN-owi nie udało się zdobyć
niepodważalnych dowodów (większość dokumentów zniszczono) na to, że w kwietniu
1946 r. Kazimierz Graff osobiście brał udział w egzekucji dwunastu żołnierzy
państwa podziemnego, skazanych na karę śmierci po trzech dniach od zatrzymania.
I cóż stało się z tym oskarżeniem, zapytacie Państwo. Ano, 22
stycznia tego roku Warszawski Wojskowy Sąd Okręgowy umorzył postępowanie
z uwagi na "brak znamion czynu zabronionego". Następnie (w połowie kwietnia)
Sąd Najwyższy odrzucił zażalenie IPN, uznając, że godząc się na aresztowanie
"wroga władzy ludowej", Graff nie złamał prawa, ponieważ działał zgodnie
z obowiązującymi wówczas przepisami. Niestety, na temat elementarnej sprawiedliwości
Sąd Najwyższy nie zabrał głosu. Czy dlatego, że moralność jest dla frajerów,
a wyrastające z PRL-owskiej tradycji środowisko w pierwszej kolejności
zawsze troszczyć się będzie o interpretację prawa zgodnie z własnym, korporacyjnym
interesem? A może dlatego, że polskiego wymiaru sprawiedliwości nie oczyszczono
z sądowego łajdactwa i łajdaków, nazywających siebie sędziami?
Proszę uważnie przyjrzeć się temu diabolicznemu równaniu: stalinowski
prokurator działał zgodnie z prawem, więc nie można go za to karać. Z drugiej
strony, w grudniu ubiegłego roku ten sam Sąd Najwyższy orzekł, że sędziów
wydających wyroki w czasie stanu wojennego nie można skazać, gdyż PRL to
nie było państwo prawa... To się nazywa dialektyka! Kto wie? Gdyby sędziowie
polskiego Sądu Najwyższego wyrokowali w Norymberdze, niemieccy zbrodniarze
być może doczekaliby uniewinnienia? Z drugiej strony, jak ktoś kąśliwie
zauważył, logika zawarta w wyroku SN niechybnie nakazywałaby sędziom zająć
się teraz żołnierzami Armii Krajowej, skoro postępowali wbrew prawu obowiązującemu
na ziemiach polskich w latach II wojny...
Przykład Kazimierza Graffa dowodzi, że bez Norymbergi dla komunistów
nie można zamknąć ery komunizmu. Że ona wciąż trwa, a niesprawiedliwe wyroki
ferują dziś mentalne "dzieci" zbrodniarzy.
***
Tam, gdzie kończy się sprawiedliwość, kończy się także państwo.
Tymczasem ta prawda zdaje się do Polaków nie docierać. Zapewne dlatego,
że świadomość patriotyczną przeorano moim rodakom w stopniu zatrważającym.
W imię "nowoczesnej europejskości", odrzucają oni przeszłość. W efekcie
gubią umiejętność analizy zdarzeń. Zaraz potem przychodzi utrata zdolności
do samodzielnego myślenia. A to, gdyż komuniści i postkomuniści, wytwarzając
zło jak pszczoły miód, wychowali sobie mentalnych następców - chociaż niektórzy
z nich bladego pojęcia o tym nie mają.
...Zapytajmy w takim razie, co na to wszystko premier Rzeczypospolitej,
Donald Tusk? Cóż, Donald Tusk stoi ponad tym wszystkim. Precyzyjniej: stoi
przed lustrem. I przymierzając prezydenckie wdzianko, stroi małpie miny.
Ale o tych grymasach premiera to już może za tydzień.
Krzysztof Ligęza - widnokregi@op.pl
Niewielkie ryzyko
Gdzie te czasy, gdy światowe premiery miały miejsce przeważnie na naszym
kontynencie. Teraz więcej uwagi poświęca się samochodowym wystawom w Europie,
Chinach niż w Ameryce. I jest tego stanu znany powód - słaby dolar zmniejsza
atrakcyjność i zyski ze sprzedaży aut i w Stanach Zjednoczonych, i w Kanadzie,
a do tego perspektywy są - ogólnie mówiąc - słabe, dlatego więcej atencji
poświęca się teraz zjednoczonej Europie i budzącemu się do życia olbrzymowi
- Chinom.
Nic dziwnego zatem, że dopiero na trzecim miejscu znalazła się amerykańsko-kanadyjska
premiera znanego na całym świecie modelu mazda6, który w swej ojczyźnie,
Japonii, ochrzczono bardziej romantycznie jako atenza. Atenza, co znaczy
w naszym języku "uwaga" od łacińskiego wyrazu "atencja", narobiła już wcześniej
szumu na innych kontynentach, gdzie już od września ubiegłego roku ten
udany samochód pojawił się w ogólnej sprzedaży.
Trzeba tu uściślić, że chodzi o drugą wersję mazdy6, bowiem jej
protoplasta ukazał się na świecie sześć lat temu i właśnie teraz Japończycy
oferują unowocześnioną odmianę tego wozu Ameryce. Dla usprawiedliwienia
wielomiesięcznej zwłoki Mazda wysuwa argument, że wóz nie jest ten sam
co dla Kraju Kwitnącej Wiśni czy Starego Kontynentu - amerykańsko-kanadyjska
mazda6 jest jeszcze lepsza, choć na początek musimy się zadowolić tylko
sedanowym modelem.
Jak już wspomniałem, samochód po raz pierwszy został zaprezentowany
w 2002 r. jako następca modelu mazda 626. Występuje w trzech wersjach nadwoziowych:
jako hatchback/liftback, sedan lub kombi/wagon. Dla Europy, Australii i
większości Azji, model 6 jest produkowany w japońskich zakładach w Hiroszimie
i Hofu. Sprzedawany jest od sierpnia 2002 roku. W Ameryce Północnej natomiast
od 2003 roku, a produkowany od października 2002 przez Auto Alliance International
(AAI - spółka joint-venture z Ford Motor Company od 1992) w zakładach Flat
Rock w stanie Michigan. W tym samym czasie wystartowała produkcja modeli
dla Ameryki Południowej, które montowane są w Bogocie, stolicy Kolumbii.
Samochody przeznaczone na rynek chiński wytwarzane są od marca 2003 w mieście
Changchun, w prowincji Jilin, przez FAW Car Company Limited.
Jak widzimy, mazda6/atenza to pojazd globalny, produkowany na
wszystkich kontynentach. Niech nikogo nie dziwi też fakt, że amerykańska
wersja powstaje w zakładach należących do spółki Mazda-Ford - japońska
wytwórnia w rzeczywistości należy bowiem do amerykańskiego Forda.
Mazda6 drugiej generacji miała swoją premierę na salonie samochodowym
we Frankfurcie we wrześniu 2007 roku. Odmiana amerykańska pojawi się w
salonach sprzedaży latem tego roku - nieznana jest jej cena w Kanadzie,
mało też jest informacji na temat różnic, ale Mazda parę dni temu ujawniła
dwie fotografie, gdzie widzimy wizerunek nowego wozu. Oczywiście jest to
sedan, bo to najbardziej intratny kawałek samochodowego tortu, ale firma
obiecuje, że w późniejszym terminie pojawią się także u nas i inne wersje.
Drugie wcielenie mazdy6 prezentuje się doskonale. Jeśli latem
wybierzemy się do najbliższego dealera Mazdy i zobaczymy obie generacje,
to bezbłędnie określimy, która z nich jest ostatnią. Wóz z najnowszego
rozdania poznamy przede wszystkim po modnym kształcie nadwozia - współczesne
sedany nie są już trójbryłowe, zwykle dach płynnie przechodzi w krótką
komorę bagażową, z profilu można nawet mieć wątpliwości, czy to nie coupe,
ponieważ tył samochodu posiada ledwie zarysowany bagażnik. Taki styl znany
rozpropagował w Kanadzie Nissan ze swoimi modelami altima i maxima, ale
w świecie jest to charakterystyczna linia europejskich aut średniej klasy.
Z przodu nowa mazda niewiele się różni od swej poprzedniczki:
trochę łagodniejsze przeprofilowanie klapy komory silnikowej, większa szyba,
bardziej "zaciśnięte powieki" reflektorów, bardziej wyeksponowany układ
świateł przeciwmgielnych i całkowicie zintegrowany z karoserią zderzak
- praktycznie niewidoczny. Jedyną wyraźną cechą nowego auta jest kratownica
z logo firmy - z jednym żebrem, pośrodku którego triumfalnie wyeksponowano
stylizowane "V" - znak rozpoznawczy Mazdy.
Takim nowym znakiem rozpoznawczym dla drugiego wcielenia mazdy6
jest układ tylnych świateł - stanowią one miniaturę przednich i ładnie
komponują się z resztą elementów. Formę elipsoidalną posiadają też obie
końcówki rur wydechowych.
Choć niewiele podano parametrów odmiany mazdy6 przeznaczonych
na rynek Kanady i USA, to jedno jest pewne, że do wyboru będziemy mieli
dwa silniki: 2,5-litrową "czwórkę" o mocy 167 KM oraz 3,7-litrowe V6 produkujące
273 koni. Ta ostatnia jednostka pożyczona zostanie od SUV-a CX-9. Przy
wyborze rodzaju transmisji zastanawiać będziemy się tylko w sytuacji, gdy
kupujemy model z "czwórką", tu bowiem oferują nam 6-biegowy automat lub
5-stopniową ręczną przekładnię; jeśli zdecydujemy się na model z "szóstką"
- decyzja dotycząca skrzyni biegów będzie podjęta już bez nas - tu jest
tylko automat.
Czy druga wersja mazdy6 odniesie taki sam sukces jak pierwsza,
której w ciągu czterech lat sprzedano ponad 1 000 000 sztuk - pokaże czas,
ale poniesiemy niewielkie ryzyko, gdy już teraz założymy się, że Mazda
za ten model wstydzić się nie będzie.
Jerzy Rosa
Mississauga
Gwizdek na niewolników
Najważniejszym zadaniem każdego narodu jest wychowanie młodych ludzi
"do elity" - zachowanie ciągłości ducha, zapewnienie trwania przekazu historycznego.
Tradycja narodowego kierownictwa jest tym dla narodu, czym DNA dla komórki.
To dzięki niej naród potrafi się odradzać po klęskach wojen i katastrofach,
to ciągłość kultury elit powoduje, że naród trwa samodzielnie i suwerennie,
bez niej łatwo oddaje się w niewolę.
Z własnego doświadczenia wiemy, że zdawali sobie z tego sprawę
Rosjanie i Niemcy, bolszewicy i hitlerowcy...
Jesteśmy narodem, któremu przerwano ciągłość elity. Odbudowanie
jej jest żmudne i długotrwałe, nie sprzyja też temu czas, w jakim przyszło
nam żyć.
Kamieniem węgielnym elitarnego wychowywania jest ustalony porządek
świata, w którym pojmujemy własne życie jako misję, wyzwanie, zadanie,
które przed nami staje i któremu winniśmy sprostać.
Kamień ten posadowiony jest na gruncie przeświadczenia, że życie,
którego doświadczamy, jest tylko wstępem, po którym następuje ciąg dalszy;
że świat, który oglądamy, nie jest zamknięty, nie jest wszystek - stanowi
tylko część tego, co istnieje naprawdę.
Podłożem tradycji Zachodu jest chrześcijaństwo, to ono właśnie
umożliwiało wspomniane dwa warunki, to ono powodowało, że Europejczyk,
idąc na krucjaty, nie bał się zaglądać śmierci w oczy i mógł w sytuacjach,
które tego wymagały, oddawać własne życie.
Trudno nie zauważyć, że wszyscy w takim czy innym tempie "idziemy
na śmierć" i pełnię życia umożliwia dopiero wyzwolenie ze strachu przed
końcem ziemskiej wędrówki; "dlaczego milczeć na temat śmierci? - pytał
filozof - jasna świadomość śmierci jest wymiarem radości życia".
Częścią wychowania elity jest przywrócenie tej świadomości.
Nasza cywilizacja przez większość swego istnienia była heroiczna, dopiero
sekularyzacja i wszechobecny konsumpcjonizm używane do kontroli społecznej,
doprowadziły ją do sytuacji, w której śmierć zasłaniana jest na co dzień
jako niepojęta ostateczność.
W czasach, kiedy Zachód nie był jeszcze popsuty, baliśmy się
"nie tyle śmierci, lecz tego, co po niej nie jest śmiercią". Dzisiaj boimy
się śmierci, bo ona "niesprawiedliwie" zabierze nam "należną" możliwość
korzystania i używania.
Wychowanie polskiej elity należy więc zacząć "od dołu", czyli
od fundamentalnych przekazów cywilizacyjnych. Dawniej były
one powszechne i dochodzenie do nich nie wymagało wysiłku - była nimi przesączona
cała kultura. Dzisiaj musimy docierać do nich żmudną pracą, bo cała masówka
ocieka doczesnością i w większej lub mniejszej mierze służy kontrolerom
do przesłaniania egzystencjalnej prawdy o nas samych.
Co więcej, dzisiaj tę dawną tradycję uznaje się za potencjalne
zagrożenie dla społecznej stabilizacji - stąd w wychowaniu nowego pokolenia
(niewolników) nawet ze szkół ruguje się wszechobecne niegdyś przeświadczenia
o nieśmiertelności duszy i tymczasowym charakterze życia.
Szkoła nie ma już uczyć nas, jak żyć, lecz wyposażyć w proste
narzędzia, umożliwiające podjęcie jakiegoś wyrobniczego zajęcia - oczywiście,
szkoła powszechna, publiczna - jak wiadomo, w szkołach elitarnych uczy
się "całości" życia i wychowuje kierowników całego systemu.
Efekt mamy taki, że ścieżka do warstwy elitarnej zostaje "przymknięta"
dla tych, którzy pozbawieni są odpowiednich pieniędzy, wpływów czy urodzenia.
Co zatem robić? Przede wszystkim wpajać dziecku dumę z własnej
odrębności kulturowej, z tradycji narodowej i pochodzenia; uświadamiać,
że wszyscy ci, którzy chcą mu (nam) odebrać poczucie dumy, to ludzie zamierzający
w ostatecznym rozrachunku podporządkować nas swojej woli.
Żyjemy w czasach trudnych, kiedy nawet narodowe muzea bywają
opanowywane przez wrogów polskiej tradycji. Nie ma lekko.
Z drugiej strony, istnieją nowe możliwości komunikacji i czerpania
z polskiego dziedzictwa państwowego i wolnościowego; docierania do polskiej
tradycji.
Fundament światopoglądowy i duma z udziału w wielopokoleniowej
wielkości Polski to ława, na której można zbudować całą resztę -
przeświadczenie o konieczności służby wobec innych ludzi, umiejętność skutecznego
działania, rozpoznawania manipulacji, którym się nas poddaje, zdolność
do czytania gry interesów i umiejętność posługiwania się innymi ludźmi
do naszych celów.
Nowoczesny Polak-przywódca to człowiek bardzo dobrze wykształcony,
pracujący nad sobą, znający języki i obyty w świecie. Oczywiście - co najważniejsze
- przekonany o własnej misji i narodowym powołaniu, czujący więź z rodakami,
pomagający im, chroniący ich interesów.
Taki elitaryzm musimy wbrew wszystkiemu dookoła wpajać dzieciom.
Ten elitaryzm musi być podany w atrakcyjnej formie, bez przynudzania i
patetycznych uniesień. Jesteś Polakiem, to znaczy jesteś spadkobiercą fascynujących
ludzi, którzy cenili sobie wolność, potrafili się nieźle bić i umieli radzić
sobie w każdej sytuacji. Na świecie roi się od polskich losów, które niejednego
juniora mogą głęboko zainspirować, a niejednemu polskiemu dziecku dać nieźle
do myślenia.
Oferta współczesnej "kultury" masowej zawiera elementy kontroli
społecznej. Trzeba je umieć rozpoznać i trzeba uświadomić sobie, że wszechobecne
w tym przekazie hasełko zwerbalizowane polskim "róbta co chceta", paradoksalnie,
wbrew wszelkim pozorom, nie jest zawołaniem ludzi wolnych, lecz gwizdkiem
na niewolników.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 17/2008
Postacie sceniczne czekają na reżysera
Jak to z jakichś tajemniczych powodów aż dwukrotnie określił pan wicemarszałek
Stefan Niesiołowski, zaostrza się "walka psów pod buldogiem". Inni politycy
nazywają to walką buldogów pod dywanem, ale pan wicemarszałek Niesiołowski
swoje wie i jeśli nawet trafiają mu się od czasu do czasu freudowskie pomyłki,
to przecież i one muszą mieć swoje zagadkowe przyczyny. Jak tam jest, tak
jest, ale niezależnie od tego, walka psów pod buldogiem istotnie się zaostrza,
i to do tego stopnia, że zaczyna obejmować najważniejszą, jak się wydaje,
dziedzinę aktywności naszego państwa, to znaczy - przemysł rozrywkowy.
Natura nie znosi próżni i skoro od 1 stycznia 2009 roku Polska
stanie się częścią składową Unii Europejskiej, która - jak mówi Gałczyński
w "Pięciu donosach" - będzie miała "niepodległość i wojsko własne, własny
skarb", a przede wszystkim - własnego ministra spraw zagranicznych - to
siłą rzeczy nasi dygnitarze już wielką, ani nawet mniejszą polityką zajmować
się nie będą, bo wyręczą ich w tym mądrzejsi. Czymś jednak przecież muszą
się zająć i wszystko wskazuje na to, iż ich zainteresowania zwrócą się
w stronę przemysłu rozrywkowego. Pierwszego zwiastuna nadchodzącej epoki
już mieliśmy, kiedy to prezydenci Polski i Ukrainy radzili ("panowie w
stolicy radzili..."), jak by tu zorganizować mistrzostwa Europy w futbolu
w roku 2012. Ale to jeszcze nic w porównaniu z pomysłem na spektakl o zasięgu
międzynarodowym, który miałby odbyć się w Gruzji.
Jak wiadomo, w tej dawnej republice sowieckiej, po różnych perturbacjach
i kolorowych rewolucjach, zainstalował się rząd, który "aspiruje" do NATO.
Tak naprawdę chodzi o dwie rzeczy - realizację amerykańskiego planu odpychania
Rosji na północny wschód oraz oddanie słynnemu "filantropowi" Jerzemu Sorosowi,
wobec którego rodzina Bushów ma różne długi wdzięczności, jakichś krajów
w arendę, żeby miał czym obetrzeć sobie łzy po utracie rosyjskich alimentów.
Gruzja, a zwłaszcza Ukraina, nadaje się do tego w sam raz, więc nastręcza
się okazja połączenia pięknego z pożytecznym. Ale ruscy szachiści też
nie w ciemię bici, zorientowali się w sytuacji i podsycają w Abchazji
i Osetii dążenia separatystyczne, co strasznie martwi gruzińskiego prezydenta,
że jeśli te prowincje od Gruzji odpadną, to rodacy urżną mu głowę, nie
patrząc na to, co pomyśli sobie o nich Kondoliza. Inna rzecz, że Kondoliza
trochę sama temu winna, bo trzeba zdawać sobie sprawę, że niepodległość
Kosowa na pewno znajdzie wielu naśladowców również w Osetii i Abchazji.
Jeśli wolno kosowiakom, zwanym w postępowych kołach warszawskich "kosowerami",
to dlaczego nie Osetyńcom czy Abchazom?
Kiedy więc tamtejsi przyjaciele ruskich szachistów postanowili
pójść w ślady "kosowerów", zaś rosyjski samolot zestrzelił nad Abchazją
gruziński aparat szpiegowski, stało się jasne, że coś trzeba zrobić. Ale
co? Rada w radę prezydent Lech Kaczyński wespół z litewskim prezydentem
Valdasem Adamkusem postanowili urządzić na terenie Gruzji widowisko pod
tytułem "Groźne kiwanie palcem w bucie", którego kulminacyjnym momentem
miał być wyjazd obydwu mężów stanu do Tbilisi, gdzie własną piersią, w
charakterze żywych tarcz, zasłanialiby Gruzję od podboju.
Pomysł znakomity, zwłaszcza gdyby dołączył do nich amerykański
prezydent Bush. Tres faciunt collegium, omne trinum perfectum, Boh trojcu
liubit, słowem - wtedy nawet zimnemu czekiście Putinowi z pewnością zmiękłaby
rura, zadrżało serce i w ten sposób pokój światowy zostałby uratowany,
dzięki czemu zarówno w Waszyngtonie, jak i w Warszawie oraz w Wilnie można
by odegrać patetyczne finale z defiladą wojskową i wjazdem triumfatorów
na białych koniach. Sam widok prezydenta Kaczyńskiego na białym koniu wart
jest nie tylko takich, ale jeszcze większych poświęceń. Byłoby co opowiadać
wnukom, a nawet prawnukom, zwłaszcza spłodzonym metodą in vitro, na którą
snobuje się coraz więcej warszawskich dam z towarzystwa.
"Podczas kiedy we dworze sztab wesoły łyka, przed domem się zaczęła
w wojsku pijatyka" - pisze Mickiewicz w "Panu Tadeuszu". I słusznie, bo
skoro taki przykład idzie z góry, to czemu dygnitarze drobniejszego płazu
mieliby sobie żałować? "Parlament" też nie wypadł sroce spod ogona i zorganizował
widowisko z rodziną państwa Olewników w roli głównej i posłem Ryszardem
Kaliszem z SLD w roli epizodycznej. Państwo Olewnikowie, którym bandyci,
kto wie, czy nie parający się jednocześnie konfidenctwem, porwali dla okupu
i zamordowali syna, nie szczędzili pełnych goryczy wyrzutów pod adresem
państwa polskiego, a zwłaszcza - policji, prokuratury i sądów, a w szczególności
- pod adresem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którego reprezentacja w osobie
posła Ryszarda Kalisza siedziała i w milczeniu tę publiczną chłostę przyjmowała.
Ponieważ jednak jest rozkaz, by myśleć pozytywnie, a poza tym zarządzająca
telewizją razwiedka w sprawie reżyserii też ma coś do powiedzenia, przeto
nawet autentyczna tragedia musi kończyć się wesołym oberkiem. Tak też stało
się i tu; pod koniec spektaklu, kiedy państwu Olewnikom wyczerpał się repertuar
wyrzutów, poseł Kalisz wyciągnął prawicę i tak odbyło się historyczne pojednanie
partii z jej ofiarami. Inna rzecz, że poseł Kalisz musiał wypić kielich
goryczy do samego dna, co ilustruje słabnącą pozycję "postkomuny". Nie
dość, że o przywództwo nad resztówką SLD walczy Napierniczak z Olejarskim,
tzn. pardon - oczywiście Olejniczak z Napieralskim, ale już Marek Borowski
ze swoją "Socjaldemokracją" zrejterował po rozwodzie SLD z Partią Demokratyczną,
a springerowski dziennik "Dziennik" z prawdziwą zapamiętałością na guru
Nowej Lewicy lansuje Sławomira Sierakowskiego. Ten Sławomir Sierakowski
stylizuje się na wymoczkowatego, zabiedzonego XIX-wiecznego socjalistę,
ale tak naprawdę wie, z której strony chleb posmarowany, i umie znaleźć
sobie sponsorów. Ciekawe, na kogo w końcu postawi gestapo, no i bratnie
partie socjaldemokratyczne w eurokołchozie.
Bo gestapo, a nawet razwiedka tubylcza ma chyba w tych sprawach
najwięcej do powiedzenia i to ona w ostatniej instancji zdecyduje, kiedy
i w jaki sposób psy pod buldogiem zakończą swoje przekomarzania. Oto okazało
się, że nawet samemu premieru Tusku przypomniano, skąd wyrastają mu nogi,
a konkretnie - że owszem, jest premierem i w ogóle, ale losy jego rządu
wiszą na cienkim włosku poparcia Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego
prezes Waldemar Pawlak zaraz po uzyskaniu nominacji odbył naradę z samym
generałem Gromosławem Czempińskim. Kiedy więc minister finansów odmówił
ministrowi Sawickiemu, postawionemu na czele resortu rolnictwa, dofinansowania
szkół rolniczych, w koalicji zaczęły się, jak to określił szef Klubu PO
pan Chlebowski - "kłopotki". Była to niby taka dowcipna aluzja do jednego
z PSL-owskich mężów stanu, ale wydaje się, że po raz pierwszy ukazała się
cienka czerwona linia, której żadna ze stron wojujących nie chciałaby przekraczać.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Kiedy obudzi się naród?
Polacy dają robić z siebie idiotów. Zachłysnąwszy się Unią Europejską,
nie rozumieją, że dzień po dniu i rok po roku kradnie się im niepodległość.
A wszystko dlatego, że przegrywamy bitwę o pamięć.
Z tego samego powodu Polacy nie pojmują też, co dzieje się dookoła
nich i dookoła ich kraju. Można powiedzieć, że za brak pamięci historia
mści się na Polakach, zgodnie z przekonaniem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego,
że: "ustrój oparty na kłamstwie zemści się na rzeczywistości, która go
pokonała".
Herling prawidłowo antycypował przyszłość. Trafił. Oto inne jego
spostrzeżenie godne odnotowania: "Jako żołnierz byłem świadkiem upadku
faszyzmu we Włoszech. Granica między upadającym reżimem a wprowadzanym
ustrojem demokratycznym była bardzo wyraźna. Ludzie odczuli zmianę.
Było to potrzebne między innymi dlatego, żeby przywrócić poczucie
rządów prawa i faktu, że kartka wyborcza, o której mówiliśmy, ma swoją
wartość. Tymczasem w Polsce urządzono coś na kształt wyborów w Wielkiej
Brytanii, gdzie dla podstaw ustrojowych państwa nie ma znaczenia, czy przegrali
laburzyści, a wygrali konserwatyści, czy odwrotnie. Jednak Polska w 1989
roku nie była normalnym krajem, jak wszyscy wiemy".
W samej rzeczy: Polska normalnym krajem nie była, a dziś przypomina
miejsce, w którym pokłady łajna przesłaniają świat do tego stopnia, że
wielu z nas zapomina, jak ten świat naprawdę powinien wyglądać. A to, gdyż
Polakom wpojono zasadę, że o statusie społecznym i pozycji zawodowej decyduje
służalczość, serwilizm i kumoterstwo, owinięte celofanem korupcji. W efekcie
zwyrodniałe elity uzależniły od siebie niemal wszystkie instytucje państwowe,
obsadzając równie zdegenerowanymi etycznie "swojakami" co tylko można.
Radykalna zmiana psychopatycznej sytuacji jest oczywiście możliwa,
ale najpierw Polacy powinni poznać prawdę o sobie i swojej przeszłości.
To pierwsze, konieczne i dla uzdrowienia sytuacji niezbędne. Rzecz jednak
w tym, że równorzędnie przydałoby się raz na zawsze rozstrzygnąć spór dotyczący
odpowiedzi na podstawowe pytanie, mianowicie czy ludzie wyrośli z bagna
PRL-u bądź ukształtowani rozwiązaniami wówczas narzuconymi, a wdrażanymi
w Trzeciej Rzeczypospolitej, mają moralne prawo sprawować władzę w "demokratycznym
państwie prawa", czy też dla suwerennej Polski ich rządy są rozwiązaniem
szkodliwym z samej definicji.
Innymi słowy, czy ludzie uwikłani w PRL-owską przeszłość powinni
w wolnej Polsce pełnić funkcje posłów, polityków, ministrów, szefów rządu,
ambasadorów, prezesów państwowych firm, członków zarządów czy rad nadzorczych
spółek skarbu państwa, wreszcie urzędników państwowych czy samorządowych
dowolnego szczebla? Czy nie ucierpi na tym wiarygodność państwa i czy taką
Polskę możemy uznawać za kraj wolny i niezależny, zdolny do kompetentnego
wywiązywania się ze swoich obowiązków wobec obywateli?
Wedle mojej oceny, są to pytania retoryczne. Ponieważ jednak
daliśmy sobie wmówić, że pamięć o przeszłości to rodzaj zbędnego balastu,
niezwykle trudno kształtować polską teraźniejszość w duchu polskiej racji
stanu i polskiego interesu narodowego. Bez odkłamania przeszłości wydaje
się to wręcz niemożliwe.
Trudniej o to tym bardziej, gdy ludzie, którzy zasłużyli na jednoznacznie
negatywny osąd, wychowali sobie następców, a ci z kolei nie dbają o przeszłość
i prawdę, gdyż jedno i drugie definiują. Po swojemu i zgodnie ze swoim
partykularnym interesem.
Opracowany w maju 1992 roku dla premiera Jana Olszewskiego "Raport
o bezpieczeństwie" zawiera dwa znamienne zdania: "Skuteczna próba odejścia
od komunizmu w pierwszej kolejności musi oznaczać ujawnienie i przecięcie
stworzonych przez poprzedni system niejawnych powiązań wewnątrz społeczeństwa,
jak i w relacjach Polski ze światem zewnętrznym. Jest to bezwzględnie konieczny
warunek utrzymania pełnej niepodległości kraju oraz powodzenia programu
przekształceń ustrojowych".
Słowa aktualne wtedy i dziś, po szesnastu latach. I nawet zasadnicze
pytanie brzmi tak samo: kiedy ów zamysł powiedzie się Polakom? Albo inaczej:
kiedy przebudzi się Naród?
***
Kraj poważny to taki, który dba o własne interesy. Tak twierdzi
Stanisław Michalkiewicz i nie ma potrzeby z osądem tym polemizować. W istocie
jednak oznacza to, że Polska, mało, że nie zalicza się do kategorii państw
poważnych, ale że jest krajem nadzwyczaj, powiedziałbym, krotochwilnym.
A to, gdyż Polacy swoich interesów nie tylko nie potrafią bronić, ale nie
umieją ich nawet między sobą określić, nazwać i uzgodnić.
Warto wiedzieć, z czego to wynika, powtórzę więc: z tego, że
przegrywamy bitwę o pamięć. Że Polacy pozwalają robić z siebie idiotów.
Że zachłysnąwszy się Unią Europejską, nie rozumieją, że dzień po dniu i
rok po roku kradnie się im niepodległość. Co prowadzi między innymi do
sytuacji, w jakiej kaci Polaków nie muszą obawiać się polskiego prawa,
ponieważ prawo to interpretują przyjaciele katów.
...Ale o tych ludzkich insektach to już może za tydzień.
Krzysztof Ligęza
Wrocław
Z "leśnikiem" do lasu!
Robi się coraz cieplej, już niedługo rozpocznie się nowy sezon w prowincyjnych
parkach, więc najwyższa pora, by rozglądnąć się za jakimś środkiem lokomocji,
który bez problemów dostarczy nas na łono przyrody. Wydaje się, że jedną
z bardziej udanych decyzji będzie nabycie najnowszej, trzeciej już wersji
forestera, który właśnie pojawia się w kanadyjskich salonach Subaru.
Propozycja jest podwójnie interesująca, ponieważ ten udany pod prawie
każdym względem pojazd jest w swym najnowszym wcieleniu tańszy od poprzedników.
Podstawowy model "leśnika" kosztuje w Kanadzie 25 795 dolarów - o ponad
1200 dolarów taniej niż przed rokiem. Niższa cena obejmuje wszystkie wersje
wyposażeniowe forestera - co jest zdaje się konsekwencją niskiego kursu
dolara amerykańskiego.
Obniżenie kanadyjskich cen na nowe modele subaru może zmniejszyć
liczbę wypraw do USA, gdzie w dalszym ciągu ceny samochodów i motocykli
są dużo niższe niż w Kraju Pachnącym Żywicą. Zainteresowanym problemem
polecam internetową stronę www.importcartocanada.info - chętni kupienia
samochodu za dużą niższą cenę niż w Kanadzie znajdą tam wiele praktycznych
wskazówek i przepisów.
Forester w stajni Subaru pojawił się w 1997 roku. Technicznie
stanowił wersję subaru imprezy, ale całkowicie nowe nadwozie dopominało
się o większą uwagę. Na pewno nie była to klasyczna odmiana kombi, bo nowe
auto bardziej przypominało wyznaczające wówczas nowy trend crossovery (bazujące
na samonośnej konstrukcji osobówek), ale kanciasta sylwetka wyraźnie
nawiązywała do wyglądu tradycyjnego SUV-a.
Niewiele usportowionych samochodów terenowych (sport utility
vehicle) równie dobrze zachowuje się w interiorze, jak i na wyasfaltowanej
nawierzchni. Wysoko zawieszony silnik w tego typu samochodach umożliwia
zwiększenie prześwitu i pokonywanie nawet dużych przeszkód, ale zmniejsza
ogólną stabilność wozu, gdy wchodzi on z dużą prędkością w zakręty. Japończycy
z Subaru poradzili sobie z tym problemem, instalując w swych terenówkach
jednostkę napędową typu bokser z leżącymi przeciwlegle cylindrami, dlatego
forester prowadzi się po równej drodze jak zwykłą osobówkę.
Zabiegi wokół obniżenia środka ciężkości spowodowały, że został
on odchudzony w newralgicznych dla działania sił grawitacji miejscach.
Wiele elementów wykonanych w poprzednich modelach z ciężkiej stali zastąpiono
lekkimi stopami aluminium. Zwrócono także uwagę na opory powietrza - każdy
kolejny model forestera posiadał coraz niższy współczynnik, a najnowsze
wcielenie pełne jest opływowych kształtów redukujących zawirowania strumieni
powietrza oraz obniżające szumy.
Nie bez kozery aerodynamika i siły grawitacji są problemami,
które Subaru rozpracowuje w detalach w swych automobilowych konstrukcjach
- firma bowiem została założona w 1917 roku jako laboratorium awiacyjne
oraz producent samolotów i jest twórcą (w wiele lat później) pierwszego
japońskiego odrzutowca T-1. Samochodami zajęła się dopiero w 1958 roku
(subaru 360), stosując w nich nowoczesne technologie i rozwiązania konstrukcyjne
używane w przemyśle lotniczym. Najwięcej renomy przysporzyło
Subaru zastosowanie w swych osobowych
autach napędu na cztery koła, miało to miejsce 33 lata temu, a w dwa
lata później, w 1977 roku, samochody z sześcioma gwiazdkami pojawiły się
po raz pierwszy w USA. Kanada gości Subaru od 1976 roku.
Największą w swej klasie stabilność forester zawdzięcza jednak
nie aerodynamice, ale przede wszystkim specjalnej konstrukcji silnika.
Nie jest to nieznana jednostka napędowa - Subaru montuje je też w imprezie
oraz w outbacku. Położone poziomo cztery cylindry - dwa po prawej stronie
i dwa po lewej - napędzają wał korbowy, który dzięki idealnej przeciwstawnej
symetrii pracujących tłoków nie potrzebuje specjalnych przeciwwag zwykle
koniecznych w czterocylindrowych konstrukcjach. Boksery Subaru mają w 2008
roku pojemność 2,5 litra i produkują 170 koni mechanicznych. Jak we wszystkich
samochodach tej japońskiej firmy, moc silnika w foresterze dystrybuowana
jest na cztery koła poprzez standardową 5-biegową ręczną przekładnię
lub stanowiącą opcję, 4-pozycyjną automatyczną transmisję.
Napęd All-Wheel Driving System w foresterze zasila wszystkie
koła w sposób ciągły - różni się zatem od innych SUV-ów, gdzie moc silnika
przekazywana jest przez większość czasu tylko na tylną lub przednią oś.
W podstawowej wersji z ręczną transmisją moc jednostki napędowej w subaru
dzielona jest w równym stopniu między obie osie, natomiast w modelu z automatyczną
przekładnią 60 procent mocy transferowana jest na przód, a pozostałe 40
zasila tylną oś pojazdu. Nie jest to stosunek stały, bowiem w momencie
gwałtownego przyspieszania automatycznie zostaje on zamieniony na 50/50.
Moment obrotowy przenoszony na koła zależy też w danym momencie
od ich przyczepności, gdy ulega ona zmniejszeniu i opony zaczynają się
ślizgać, centralny dyferencjał automatycznie przekazuje moc na koła, które
mają lepszy kontakt z podłożem.
System ciągłego napędu obu osi połączony z mocnym i odpornym
na drgania silnikiem typu bokser oraz niezależne zawieszenie kół czynią
z forestera 2009 szalenie uniwersalny pojazd, który dzięki obniżonemu punktowi
ciężkości trzyma się drogi jak niejeden sportowy wóz. Doskonale radzi sobie
też w interiorze, gdzie stosunkowo wysokie zawieszenie (22 cm) pozwala
mu pokonywać kamienie i wystające korzenie drzew, na których każdy inny
wóz niechybnie zawiśnie.
Subaru forester A.D. 2009 to nadal niewielki SUV bazujący
na rozwiązaniach technicznych modelu impreza, choć rozmiarami przewyższa
swych poprzedników w każdym kierunku: nowy wóz jest 110 mm wyższy i 45
mm szerszy, a rozstaw osi został powiększony o 90 mm.
Styliści za wzór przy przeprojektowaniu nadwozia wzięli udaną
sylwetkę najnowszego subaru tribeca - forester przypomina teraz ten wóz,
stanowiąc jakby jego miniaturkę. Trzeba tu dodać, że tribeca zbudowana
jest na podwoziu dużego outbacka, a forester dużo mniejszej imprezy. Skopiowanie
wyglądu wyszło foresterowi na dobre, bo dotychczasowe nadwozia jego
poprzedników były mocno kanciaste i równie mocno odbiegały od obowiązującej
automobilowej mody.
Japończycy wymiennie ze słowem "subaru" stosują "mutsuraboshi",
co znaczy "sześć gwiazd". I jeśli przyjrzymy się bliżej logo samochodów
marki Subaru, ujrzymy właśnie sześć gwiazdek zebranych w plejadę.
Tylko o jedną mniej otrzymał najnowszy forester w testach NHTSA
- nie jest to jednak powód do rozpaczy, ponieważ pięć gwiazdek oznacza
absolutny komplet! Forester uzyskał maksymalną ocenę 5 gwiazdek za ochronę
kierowcy oraz pasażera tak w przypadku uderzenia czołowego, jak i bocznego.
Wynik ten jest o tyle bardziej godny pochwały, że był to pierwszy crash-test
przeprowadzony według nowych, bardziej restrykcyjnych zasad. Prędkość samochodów
testowych została podniesiona o 10 procent - z 56 km/godz. do prawie 63
km/godz.
Jak już wspomniałem, trzecie wcielenie "leśnika" kusi Kanadyjczyków
niższą ceną - w modelu podstawowym (170 KM) wynosi ona ponad 1200 dolarów
(auto kosztuje 25 795 dol.) - w najlepiej wyposażonym i z turbiną foresterze
2.5XT limited (224 KM) ta różnica to 4100 dolarów (auto kosztuje 34 895
dol.). Warto więc przyjrzeć się bliżej temu wozowi - pamiętajmy, że standardem
jest tu napęd na cztery koła i klimatyzacja, a na dachu mamy fabrycznie
zamocowany bagażnik, który na pewno się przyda w najbliższej wyprawie na
biwak w lesie!
Jerzy Rosa
Mississauga
Dyskretny czar (dobrej) propagandy
Dlaczego Hitler przegrał wojnę? Z dzisiejszej perspektywy sprawa wydaje
się jasna - nie te metody i nie ten "PR". Postać oberpropagandysty
Rzeszy dra Goebbelsa jest zdecydowanie przereklamowana, można zaryzykować
przesadzone stwierdzenie, że to właśnie przez niego cały projekt legł w
gruzach.
Propozycja narodowego socjalizmu nadawała się do tego, by wepchnąć
ją światu przez gardło, jednak zawiodło "opakowanie".
Patrząc z dzisiejszej perspektywy, kiedy Berlin znowu staje się
europejskim centrum kulturowym, prężniejszy od Paryża czy Londynu, a Niemcy
zajmują w Europie "należne miejsce".
Hitler miał duże szanse sprzedać projekt narodowego socjalizmu
- wszak reformy gospodarcze Rzeszy były przedmiotem wielu zachwytów w Kanadzie,
USA i Wielkiej Brytanii - opieka nad pracownikiem, mobilizacja społeczna,
Volkswagen i osławione Autobahny niektórych rozpalały do zieloności.
Sam narodowy socjalizm, choć śmierdział socjaldemokratom i bolszewikom,
był bliski koncepcji etatystycznych obecnych we wszystkich krajach kontynentu
i w każdym z nich mógł jednoczyć drobnych przedsiębiorców i sklepikarzy.
Hitlerowcy nie potrafili tego wszystkiego sprzedać w jednej pigule
łatwej do przełknięcia, nie nauczyli się wyższej sztuki propagandy, w której
zmanipulowany człowiek przyjmuje daną ideę nie dlatego, że ktoś mu ją siłą
narzuca, lecz dlatego, że "w naturalny sposób" wynika ona z jego własnych
"przekonań"; przyjmuje ją dlatego, że wszyscy tak myślą i mówią; dlatego,
że każdy inny przeciwstawny pogląd czy idea jest "po prostu głupi" i "nieracjonalny".
Hitlerowcy usiłowali zastraszyć i złamać ludzi, ponieważ nie
wiedzieli, że o wiele lepszym niewolnikiem jest człowiek, który ma złudzenie
wolności, który trzyma ręce na kierownicy, nie zdając sobie sprawy z tego,
że to tylko atrapa do kręcenia.
Gdyby opakować narodowy socjalizm we współczesny "pijar", założę
się o stówę, że dzisiaj wszyscy chodzilibyśmy w brunatnych mundurkach.
Hitlerowcom zabrakło rozumu, nawet w tak delikatnych i znaczących dla nich
sprawach, jak tzw. kwestia żydowska. Zamiast zabijać i rabować mienie europejskich
Żydów, trzeba było - chcąc osiągnąć deklarowane przez "nazi" cele - Żydów
opodatkować, a następnie wesprzeć za te pieniądze i sfinansować silny europejski
ruch syjonistyczny, popierając i ułatwiając na wszelkie sposoby exodus
do brytyjskiej Palestyny. Potem należało działać na rzecz powołania państwa
żydowskiego i zawarcia przez to państwo sojuszu wojskowego z Rzeszą.
We współczesnym świecie naga siła osiąga coraz mniej, ludzi nie
można zamknąć na całe pokolenia do obozów koncentracyjnych, ponieważ nawet
ich strażnikom już w drugim pokoleniu znudzi się to niewdzięczne zajęcie.
Prawdziwa władza i długofalowe panowanie muszą posługiwać się dyskretnymi
mechanizmami kontroli.
Paradoksalnie, hitlerowcy w swej taktyce byli zacofanymi troglodytami,
mamutami, ludźmi, którzy z powodu braku wykształcenia, lub też ideologicznego
uniesienia quasi-religijnego nie potrafili dostrzec prawdziwych sznurków
władzy, którzy założyli, że kasta panów może sobie pozwolić, aby na każdym
kroku drażnić i epatować "masy" swymi "cnotami".
Jak pokazały wszystkie powojenne lata, zwłaszcza zaś trzy minione
dekady, aby rządzić skutecznie, trzeba to czynić z ukrycia, a rządzeni
muszą być przekonani, że prawdziwe szczęście polega na zaspokajaniu pobudek
i instynktów.
Dorobiliśmy się dzisiaj "szczęścia w zniewoleniu"; świata, w
którym prawdziwi pasterze nie uczestniczą w widowiskach światło i dźwięk
- tam grają tylko ich marionetki.
Współczesna pozycja Niemców pokazuje, że potrafili oni wyciągnąć
wnioski po sromotnej katastrofie, w jaką Hitler wciągnął naród i państwo,
dzisiaj niemieckie cele, które miały być osiągnięte przez militarne krucjaty,
są skutecznie realizowane przez zręczne manipulowanie wpływami i
pieniądzem.
Hitler i jego koleżkowie okazali się głupimi Niemcami. Szczęśliwie
dla Niemców ich głupota nie jest dziedziczna.
***
Wielkie święto w Krakowie, oto w Wyższej Szkole Europejskiej
ruszyła w minioną niedzielę podyplomowa Szkoła Liderów Politycznych, gdzie
za 6,5 tys. zł można "nauczyć się, jak być politykiem". W szkole wykładają
takie tuzy, jak: Marcinkiewicz, Bielan, Gowin, Rokita.
Czego będą uczyć? Odpowiedź jest bardzo ciekawa, jeśli posłucha
się, co o polityce sądzi były nauczyciel fizyki Kazimierz Marcinkiewicz:
"polityk to ogrodnik, który dba o to, by rośliny w jego ogrodzie mogły
się rozwijać", polityka zaś polega na regulowaniu procesów gospodarki i
procesów społecznych.
Zapomnij, drogi rodaku, o tym, że polityka czy demokracja
ma coś wspólnego z przedstawicielstwem, reprezentacją, z tym, żeby po prostu
mówić do sąsiada, który ma trochę oleju w głowie, słuchać Franek jedź i
walcz tam w stolicy o nasze.
Gdzie tam!
Krakowska szkoła polityków ma wyhodować społecznych "administratorów",
którzy w imieniu eurokołchozu będą wiedzieli jak uprawiać polską działkę
i czym podlewać polskie roślinki.
To aż szokujące, że taki człowiek jak Marcinkiewicz mówi o tym
wprost i bez ogródek. A zatem wybijcie sobie, drodzy Polacy, demokratyczne
mrzonki z głowy, my tu o was zadbamy, żebyście mogli się rozwijać, no bo
przecież wiemy, czego wam trzeba i jak będzie lepiej.
"Chcemy przyłożyć rękę do powstania nowej klasy, nowego pokolenia
polityków w Polsce. Takiego pokolenia, które będzie umiało uprawiać politykę
w sposób profesjonalny i skuteczny", wtórował Marcinkiewiczowi Jarosław
Gowin.
Modlę się szczerze, aby ten projekt się nie powiódł i aby Polacy
nie dali sobie odebrać przestrzeni społecznej takim właśnie macherom.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 16/2008
Pokój będzie straszny?
Co się dzisiaj nosi w Warszawie? W Warszawie dzisiaj nosi się Żydów
na rękach. Akurat przypadła bowiem 65. rocznica powstania w getcie warszawskim,
której obchody zaszczycił swoją obecnością sam prezydent Izraela Szymon
Peres. Wprawdzie różni prostacy utrzymują, że nie ma ludzi niezastąpionych,
ale to na pewno nieprawda, zwłaszcza gdy uwzględnić zastosowane środki
bezpieczeństwa. Były one tak nadzwyczajne, że mniej wartościowa, warszawska
ludność tubylcza w ogóle nie została dopuszczona w pobliże uroczystości
i tylko zza podwójnych barier, zza kordonu policjantów oraz jakichś zbirów
z długą bronią, mogła z bezpiecznej odległości przyglądać się, jak się
państwo bawią.
Myślę, że jednak nie tylko względy bezpieczeństwa podyktowały tak ostentacyjną
ostrożność. Wydaje mi się, że jeszcze ważniejsze były względy pedagogiczne.
Po jednym i drugim takim spektaklu mniej wartościowa ludność tubylcza będzie
już wiedziała, kto jest najważniejszy, a kto mniej ważny. Do tej drugiej
kategorii należy niewątpliwie prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński.
Nie tylko poseł PO Janusz Palikot zadaje mu rozmaite pytania, a to, czy
nie ma aby problemów alkoholowych, a to - czy nie cierpi przypadkiem na
chorobę Alzheimera, ale i dziennikarze izraelscy, towarzyszący prezydentowi
Peresowi na rocznicowe uroczystości, też specjalnie się wobec niego, jako
prezydenta tubylczego, nie krępowali. Zadali mu mianowicie pytanie, czy
Polska nie czuje się aby współodpowiedzialna za holokaust. Prezydent Kaczyński
odpowiedział, że nie, bo żaden organ państwa polskiego nie wydał tego rodzaju
decyzji, ale trudno powiedzieć, czy ten argument zrobił wrażenie na izraelskich
dziennikarzach, którzy nie tylko wiedzą swoje, ale zwłaszcza takie rzeczy
wiedzą najlepiej.
Trudno im się zresztą dziwić, skoro sam prezydent Peres, podczas
"Debaty Tischnerowskiej" na Uniwersytecie Warszawskim, puszczając wodze
fantazji, zaczął głośno myśleć, że gdyby Rzesza Niemiecka nie okupowała
Polski, to nie pobudowałaby tu obozów zagłady, a w takim razie holokaustu
też by pewnie nie było, no bo gdzie? Pan prezydent Peres przez delikatność
powstrzymał się przed wyciągnięciem ostatecznego wniosku, że w takim razie
to Polska przez swój niepotrzebny sprzeciw wobec ultimatum Adolfa Hitlera
w 1939 roku sprowokowała i wojnę, i okupację, z towarzyszącymi jej obozami
zagłady, a więc nie da się ukryć, że to ona właśnie ponosi główną, a właściwie
nie "główną", tylko wyłączną odpowiedzialność za holokaust. Więc chociaż
przez delikatność tego wniosku nie wypowiedział, to rozumie się on sam
przez się i niewątpliwie zostanie podchwycony już w najbliższej przyszłości,
kiedy po proklamowaniu Unii Europejskiej Niemcy przystąpią do porządkowania
Europy Środkowej po swojemu.
Dopiero w tym kontekście można w pełni ocenić wymowę deklaracji
prezydenta Peresa w przemówieniu podczas głównej uroczystości, że "Izrael
pragnie zemsty", ale nie zwyczajnej, tzn. tradycyjnej, tylko - w postaci
"pokoju". Okazuje się, że traktowane dotąd z przymrużeniem oka ostrzeżenia,
żeby korzystać z wojny, bo "pokój będzie straszny", mogą stać się ciałem,
zwłaszcza gdy sytuację w Europie Środkowej, a w Polsce w szczególności,
będzie, z jednej strony, kształtowało strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie,
a z drugiej - niemiecko-izraelskie, którego ceną jest m.in. przerzucanie
odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej na Polskę.
Nasi mężykowie stanu nie reagowali na te deklaracje, no bo -
powiedzmy sobie szczerze - cóż właściwie mieliby zrobić w sytuacji, gdy
już zdecydowali o poddaniu Polski niemieckiej zwierzchności, a poza tym
w pluciu pod wiatr nabrali takiej wprawy, że umiejętność ta zeszła u nich
już do poziomu instynktów? Kielich goryczy trzeba wypić do dna, a im szybciej,
tym lepiej, więc i premier Donald Tusk podczas wizyty w Izraelu obiecał
uchwalenie ustawy o "rekompensatach" najpóźniej do końca roku. Dlaczego
obiecał to akurat w Izraelu, skoro ludzie pozbawieni własności, często
razem z życiem, byli obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej - trudno zgadnąć,
chyba że przyjęlibyśmy zupełnie nieprawdopodobną możliwość, że zarówno
szef Platformy Obywatelskiej, jak i władze Izraela kierują się kryteriami
rasistowskimi, a nie obywatelskimi. Jak tam było, tak tam było, ale wiele
wskazuje na to, iż "strona izraelska" traktuje zapowiedź rekompensaty w
wysokości 20 procent wartości utraconej własności tylko jako dobry początek
w postaci stworzenia podstawy prawnej do wysuwania dalszych roszczeń. Takiej
podstawy dotychczas nie było, a skoro już raz zostanie stworzona, to któż
nam zagwarantuje, że w ramach "pokojowej zemsty" Polska, jako winowajczyni
holokaustu, nie zostanie wyszlamowana do ostatniego okruszka? Już tam dobre
Niemcy, które, jak pamiętamy, same były pierwszą ofiarą złych "nazistów",
dopilnują, żeby sprawiedliwości stało się zadość, przede wszystkim - w
stosunku do "wypędzonych", więc w razie potrzeby wesprą również działania
loży B'nai B'rith, która nie ma innych zmartwień, jak realizacja
owych "roszczeń" i pacyfikacja Radia Maryja.
Dlatego właśnie w gronie "gdańskich intelektualistów" w osobach
Pawła Huelle i Aleksandra Halla, do których w charakterze intelektualisty
czasu wojny doszlusował również niezawodny Lech Wałęsa, pojawił się nieubłagany
sprzeciw wobec nominacji na gdańską metropolię JE abpa Sławoja Leszka Głódzia.
Sygnał stadu dała oczywiście "Gazeta Wyborcza", oznajmiając, że "wszyscy"
się tej kandydaturze sprzeciwiają. Oficjalne motywy tego sprzeciwu wydają
się jednak idiotyczne - bo jakże inaczej potratować opinie o rzekomej wyjątkowości
metropolii gdańskiej, która z tego tytułu wymaga specjalnego rodzaju duszpasterstwa?
Tylko jako rodzaj kamuflażu prawdziwych powodów niechęci, bo dotychczasowe
duszpasterstwo w metropolii gdańskiej nie różniło się niczym specjalnym
od tego w innych diecezjach Polski, chyba żeby za tę specyfikę uznać obchodzenie
z wyjątkowym przytupem Dnia Judaizmu, no i Stellę Maris.
Wygląda zatem na to, iż prawdziwym, chociaż starannie ukrywanym
powodem niechęci wobec nowego ordynariusza gdańskiego może być przypisywany
mu eurosceptycyzm, który może mieć znaczenie zwłaszcza w momencie, gdy
po proklamowaniu 1 stycznia 2009 roku Unii Europejskiej, przyjdzie przystąpić
do finalizowania powrotu Gdańska do Rze..., to znaczy, pardon - oczywiście
powrotu do Macierzy.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
"Człowieki" bez przyszłości
Ludzie przestali interesować się własną przeszłością. Nie znają jej.
Przeszłość ich nie obchodzi. W efekcie nie są w stanie odpowiedzieć na
pytanie, co sobą reprezentują i kim są. Ani kim być powinni.
Ta sama konstatacja dotyczy tak wymiaru jednostkowego, jak i
rodziny, społeczeństwa, narodu, kultury, wreszcie cywilizacji, stworzonej
przez Homo sapiens. I przyznam szczerze, nie jest to żadna oryginalna obserwacja.
Niestety, nader często topiona w odmętach niepamięci. Po mojemu, nazbyt
często. Ale od początku.
W dzisiejszym świecie wszystko jest możliwe. To, co z pozoru
niemożliwe i od normy odleglejsze, wymaga jedynie nieco więcej czasu -
oraz sprawniejszej socjotechniki, skutkującej mniej bądź bardziej finezyjnymi,
medialnymi manipulacjami. Zgodnie ze spostrzeżeniem Marka Twaina, nasza
cywilizacja coraz efektywniej kreuje nieskończony ciąg potrzeb, których
ludzie wcale nie potrzebują. To nie powinno dziwić w czasach, w jakich
prawdę utożsamia się z opinią większości, zaś kupić można wszystko: każdą
władzę, dowolną ohydę, a nawet silikonowy biust.
Kogo dziś interesuje, czym jest dobro, a czym zło, co to znaczy
i na czym opiera się sprawiedliwość, jaką ideologią warto kierować się
w życiu i dlaczego akurat tą? Owszem, niektórzy charakteryzują się oczekiwaną
coraz powszechniej "specjalizacją", wiedząc wszystko o, na przykład, zielonym
groszku czy nawykach żywieniowych meduzy. Niestety, z takimi ludźmi o niczym
poza meduzami czy inną fasolką nie da się już rozmawiać. Stąd zasadność
takich między innymi pytań: czy wąska wiedza determinuje równie wąski światopogląd?
A jeśli tak, to czy tacy specjaliści aby na pewno nasz świat (i człowieka)
ubogacają? Parafrazując słynne pytanie Pascala: skoro nie można wiedzieć
wszystkiego o wszystkim, czy lepiej wiedzieć wszystko o jednym, czy raczej
o wszystkim wiedzieć po trosze?
Znacznie gorzej, że przy tych wszystkich wątpliwościach człowiek
nie zastanawia się, kim jest, skąd pochodzi i dokąd idzie. Że aksjologia
stała się pojęciem bez znaczenia i bez odniesień, i że nawet naszą codzienność
coraz częściej definiujemy jako wyjałowioną z elementów wspólnych. I że
między jednostkami szwankuje wymiana informacji (więcej nawet, że taka
wymiana wydaje się zbędna, ponieważ człowiekowate otorbiają się we własnych
światach niby jakieś ginące torbacze, stając się głupsi niż stringi "Dody"
Rabczewskiej).
Nie ma co ukrywać i z czystym sumieniem można przypominać tę
oto generalizację mego internetowego kolegi, zwanego Rymaszem: "Ludzie
to w przeważającej większości niezdolni do jakiejkolwiek refleksji nad
własnym bytem kretyni". A skoro tak, warto uwzględniać, ileż rozumu może
z siebie wykrzesać byle idiota. Warto także zapytać wprost: czy idiota
może być człowiekiem rozumnym?
Na naszych oczach świat przewraca się do góry nogami, na potęgę
doceniając to, co złe, brzydkie i niepoważne. A zaludnia ów świat banda
pitekantropów, nie potrafiących dokonać podstawowej analizy - ani dotyczącej
siebie, ani otoczenia. Nie wspominając o analizie relacji miedzy jednym
a drugim. To ludzie charakteryzujący się intelektualną mizerią. Tacy, którzy
bezpowrotnie zatracili umiejętność formułowania pytań, więc zadowalają
ich cudze odpowiedzi.
Oto pokolenie zbudowane z telewizji. Żulia, dla której Bóg nie
istnieje, bo nigdy nie widzieli Go na ekranie, a dla której archetypem,
w miejsce szeroko pojętej szlachetności, stał się poklask (personalizując:
Lara Croft, księżna Diana, redaktor Tomasz Lis, ewentualnie inne medialne
"ciasteczko"). Ludzie ci kształtują swoje światopoglądy w oparciu o obsesje
podrzucane im przez publikatory, więc to, co determinuje ich tożsamość,
jawi się równie barwnie, jak jawiłoby się gęsiom, którym w przełyki wtłacza
się pod ciśnieniem mieloną kukurydzę. Etyczna anomia plus moralna degrengolada
- oto efekt podstawowy.
Zaś clou nieszczęścia polega na tym, że wszystkie te dysfunkcje
dostrzegane są jedynie z poziomu zewnętrznego obserwatora.
***
"Ludzie nieznający swojej przeszłości skazani są na to, by ją
powtórzyć". Wolno nie pamiętać nazwiska autora tego ostrzeżenia, niemniej
nie wolno zapominać o implikacjach, jakie przesłanie to ze sobą niesie.
Albowiem czy "człowieki", akceptujące sytuację, w jakiej wciąż na nowo,
nieustannie, od lat, kradnie się im ich własną przeszłość, zasługują na
jakąkolwiek przyszłość? I, Boże chroń nas, na jaką?
Krzysztof Ligęza
Wrocław
Koncerny po przejściach
Chrysler po rozwodzie z Daimlerem gorączkowo szuka partnerów, aby nie
dać się zepchnąć z dotychczasowej pozycji na automobilowym rynku. Alians
z Daimler-Mercedes umożliwił mu ekspansję na Stary Kontynent - pojawiły
się tam po raz pierwszy w historii samochody Dodge'a, Jeepa, Chryslera
natomiast najnowsze partnerstwo z Nissanem to otwarcie drzwi na Daleki
Wschód.
14 kwietnia na stronach internetowego magazynu "Canadian Driver"
pojawiła się długo oczekiwana informacja o podpisaniu przez obydwa koncerny
umowy dotyczącej wspólnej produkcji dwóch samochodów - małego i oszczędnego
zaprojektowanego przez Amerykanów na potrzeby naszego kontynentu i dużej,
roboczej półciężarówki według planów Japończyków, która ma powstawać w
Meksyku w zakładach należących do Chryslera, a sprzedawana ma być w Kraju
Kwitnącej Wiśni.
Połączenie sił wiekowych i niezwykle zasłużonych dla rozwoju
motoryzacji firm niesie wiele oczekiwań - oba bowiem koncerny przodują
w innowacjach, a od pewnego czasu styl, w jakim odrodził się Nissan, wywołuje
zdumienie nawet u specjalistów.
Jak podaje Wikipedia, początki japońskiej firmy sięgają roku
1911, kiedy Masujiro Hashimoto, założył w Tokio firmę automobilową Kwaishinsha.
Zdobywszy doświadczenie w USA, konstruuje w Japonii pierwszy swój samochód
osobowy o nazwie DAT. Ta nazwa to anagram pierwszych liter nazwisk ludzi
wspierających ten projekt - Kenjiro Dena, Rokuro Aoyamy i Meitaro Takeuchiego.
Słowo DAT w języku japońskim znaczy zając i właśnie na maskach pierwszych
modeli DAT-a i kilku późniejszych datsunów widniała figurka biegnącego
zająca. W roku 1919 w Osace powstała firma Jitsuyo Jidosha,
która 7 lat później połączyła się z Kwaishinsha. W latach 30. pojawił się
prototyp o nazwie datson, którego nazwę później zmieniono na datsun.
Po kolejnych zmianach 1 kwietnia 1934 roku nowe przedsiębiorstwo
zmieniło nazwę na Nissan Motor Co. Ltd. Po wojnie firma wydostała się z
kryzysu dzięki współpracy z brytyjskim Austinem i produkcji licencyjnych
pojazdów. Wkrótce stała się drugim co do wielkości producentem samochodów
w Japonii. W 1983 roku zaprzestano stosowania nazwy Datsun, a zaczęto używać
Nissan, która do tej pory była zarezerwowana dla ciężarówek.
Nissan na japońskim rynku zajmuje teraz trzecią pozycję i - podobnie
jak Chrysler w Ameryce - tworzy tzw. Wielką Trójkę. Chrysler jest także
na ostatniej pozycji w tej triadzie.
Od 1993 roku Nissan ściśle współpracował z Fordem - oba te koncerny
wytwarzały model minivana, który w Stanach Zjednoczonych nosił nazwę mercury
villiager, a w Japonii nissan quest. Ford nie produkuje już tego samochodu,
a Nissan po związaniu się z francuskim Renaultem, przekonstruował swój
model i teraz quest należy do jednych z najciekawszych minivanów na kanadyjskim
rynku. Jak wiadomo, tego typu samochody cieszą się w naszym kraju niezwykłą
estymą, więc dobra opinia jest ceniona podwójnie przez wytwórców.
W historii Nissana ścisłe związki z innymi wytwórcami aut są
znaczącymi elementami. Najwięcej zdaje się dał mariaż z angielskim Austinem,
który trwał ponad 20 lat (1930-1952) i pozwolił Japończykom na zdobycie
i rozwinięcie technologii produkcji dobrych silników spalinowych. Stworzenie
w późniejszych latach serii 4-cylindrowych silników oznaczonych jako nissan
L engine pozwoliło konkurować Japończykom na światowych rynkach nawet z
Mercedesem i jego motorem OHC. Zainstalowanie w nowej konstrukcji datsun
240Z (1970 rok) mocniejszego silnika o sześciu cylindrach podniosło status
firmy i ułatwiło późniejszą ekspansję Nissana na rynek amerykański i kanadyjski.
Mało kto pamięta, ale to Nissan był na początku lat 70. ubiegłego wieku
największym eksporterem swoich pojazdów, szczególnie sportowych.
Kryzys paliwowy w 1973 roku załamał rynek wielkich i paliwożernych
aut, ale Nissan wykorzystał wówczas swój fragment życiorysu ze współpracy
z Austinem, który to przecież produkował kultowe teraz mini morrisy. Ich
współczesna wersja, choć powiększona we wszystkie strony - nadal jest jednym
z najmniejszych samochodów w naszym kraju - jego długość wynosi bowiem
niecałe 3,7 metra. Dla porządku dodam, że najkrótszym w Kanadzie autem
jest smart (2,7 m), a drugie miejsce dzierży toyota yaris (3,29 m).
Nissan jako jeden z pierwszych japońskich koncernów zbudował
na terenie USA swą wytwórnię samochodów. Na początku lat 80. wielka montownia
powstała w Smyrna w stanie Tennessee.
W 1989 roku Nissan - wzorem Toyoty (Lexus), Hondy (Acura) - tworzy
nową markę samochodów luksusowych o nazwie Infiniti, przeznaczoną na rynek
amerykański.
W 1999 roku 35 proc. akcji Nissana kupił Renault, Nissan za to
kupił 15 proc. akcji Renault w 2002 roku. Obecnie francuska firma posiada
44,4 proc. akcji Nissan Motor Co. Ltd. Ta wymiana akcjami i przejęcie większościowego
pakietu przez Francuzów stała się niezwykle korzystna dla Japończyków,
bowiem firma na przełomie wieków robiła bokami. Złe zarządzanie i wadliwa
strategia pogarszały wyniki finansowe koncernu. Produkcja spadała, a na
przyfabrycznych placach stały tysiące niesprzedanych samochodów.
Pozytywne zmiany w dużej mierze zainicjował Carlos Ghosn, który
już wcześniej wyciągnął z kryzysu Renaulta. Jego strategia NRP (Nissan
Revival Plan), polegająca na zwolnieniu całej dyrekcji zarządu, obsadzenia
jej nowymi ludźmi, stworzenia innych relacji między kierownictwem a robotnikami
(w Japonii do tej pory istnieją kasty pracownicze) oraz unowocześnienie
produkowanych samochodów i poprawienie ich niezawodności (Ghosn przekonuje,
że dobry pracownik nie produkuje bubli) w szybkim czasie postawiły Nissana
na nogi. Co jest istotne - w zakładach w Smyrna nie ma związków zawodowych
- unijni wysłannicy kilkakrotnie próbowali je zakładać, ale nigdy nie mogli
przekonać do tej idei amerykańskich pracowników Nissana. To dobrze świadczy
o socjalnych zabezpieczeniach, które zapewnia swym pracownikom koncern,
a których nie muszą egzekwować związki zawodowe pobierające za swe działania
haracz w postaci obowiązkowych składek.
Tak na marginesie - 10 kwietnia w zakładach MAGNA w London
przegłosowano, że załoga chce należeć do CAW (Canadian Autoworkers Union);
"za" opowiedziało się aż 74 procent pracowników. MAGNA to kanadyjski potentat
wytwarzający części i podzespoły do wszystkich marek aut powstających w
Ameryce - złośliwi mówią, że Ford, Chrysler czy General Motors przylepiają
tylko swoje emblematy na maski samochodów wyprodukowanych przez MAGNA.
Nie jest to prawda do samego końca, ale faktycznie MAGNA mogłaby z powodzeniem
sama wytwarzać auta. Zakłady posiadają 40 oddziałów i w dwóch z nich są
już związki zawodowe; jak można się domyślić, zrealizowanie żądań związkowców
pociągnie wyższe koszty wytwarzania, a w konsekwencji wyższe ceny samochodów,
co źle wróży wynikowi walki Wielkiej Trójki z japońską, koreańską i niemiecką
konkurencją.
Ale wróćmy do naszej opowieści o relacjach Nissana i Chryslera.
Chrysler to amerykański koncern motoryzacyjny produkujący m.in.
samochody pod tą samą marką. Obecnie należy do korporacji Cerberus Capital
Management, która odkupiła przedsiębiorstwo (80 procent) od spółki
DaimlerChrysler 14 maja 2007 roku. Firma została zmieniona i obecnie brzmi
Chrysler Holding LLC, a symbolem koncernu ponownie staje się pięcioramienna
gwiazda (pentastar).
Firma jest nie mniej leciwa niż Nissan - powstała w 1925 roku,
założona przez Waltera P. Chryslera, ale już wcześniej, od 1914 roku
istniał jej podstawowy oddział - Dodge. Pierwszym samochodem marki Chrysler
wyprodukowanym w liczbie ponad 32 tysięcy sztuk był chrysler six z 1924
r. W roku 1927 przedsiębiorstwo Chrysler Corporation stało się czwartym
pod względem wielkości producentem samochodów w USA, a już siedem lat później
wzrost produkcji zapewnił koncernowi drugą pozycję. W czasie II wojny światowej
Chrysler Corporation przestawiła produkcję na potrzeby armii. Po wojnie
Chrysler dokonał szeregu osiągnięć w zakresie nowoczesnej konstrukcji i
stylizacji samochodów. W 1998 r. fuzja Daimler-Benz i Chrysler Corporation,
prowadząca do stworzenia koncernu DaimlerChrysler, zapoczątkowała nową
erę w branży motoryzacyjnej.
Z perspektywy czasu wydaje się, że na tym mariażu więcej zyskali
Amerykanie niż Niemcy - pierwszy wspólny pojazd to jeep liberty (paradoksem
jest, że jeepy w czasie II wojny światowej, walnie przyczyniły się do rozgromienia
potęgi Niemców) kontrolowany był na urządzeniach mierniczych dostarczonych
przez Daimlera. Ta operacja wydatnie przyczyniła się do podniesienia
jakości produkowanych samochodów.
Chrysler znany jest z ciekawych inicjatyw - jego model airflow
z 1934 roku wyprzedzał o epokę nowoczesne automobilowe wizje, i dopiero
po latach doczekał się uznania. Mimo sukcesów, firma raz po raz wpadała
w tarapaty finansowe i wchodziła w strategiczne układy - jak ten z Mitsubishi
Motors, który nie pomagał wydobyć się z trudności. W końcu, gdy w
1979 roku Chrysler stanął na progu bankructwa - z pomocą przyszedł rząd
USA, dokładając koncernowi 1,5 miliarda dolarów. Pieniądze te Chrysler
zainwestował w swój rozwój; zatrudnił też Lee Iacoccę, wcześniej pracującego
dla Forda. Ta decyzja postawiła koncern na nogi - Iacocca bowiem zrealizował
tu swój pomysł stworzenia nowego typu auta - minivana. W 1983 roku z taśm
montażowych zjechał pierwszy plymouth voyager (znany później pod nazwą
dodge caravan). Pojazd o kilka miesięcy wyprzedził premierę podobnej
konstrukcji - renaulta espace - i dlatego właśnie jemu przypadła palma
pierwszeństwa.
Następnym wozem, który znowu narobił zamieszania, a Chryslerowi
przysporzył sporo pieniędzy, był PT cruiser, który zadebiutował w 2000
roku, zdobywając od razu serca kierowców, którzy przyznali mu tytuł Samochodu
Roku.
Z czasem Chryslerowi znowu zaczęło dziać się gorzej - nie wypalił
pomysł z pacifiką, dodge magnum nie sprzedawał się tak, jak oczekiwano,
rozmnożenie jeepów zmniejszyło zainteresowanie tą marką i dopiero dodge
caliber poprawił niceo wizerunek tej firmy. Samochód dzięki wcześniejszej
współpracy z Niemcami dostał się także na europejskie rynki, gdzie znajduje
dodatkowych nabywców.
Najnowszy kontrakt z Nissanem zapowiada współpracę dwóch firm
z bogatym życiorysem. Jak wykorzystają tę szansę - pokaże czas. Nissan
jest w lepszej pozycji, bo przeżywa apogeum rozkwitu, ale Chrysler miał
już w swej historii kilka dołków, z których potrafił się wykaraskać. Wspólne
tworzenie dwóch pojazdów może wzbudzić apetyt na bardziej ścisłe kontakty
i wtedy mielibyśmy amerykańsko-francusko-japońską hybrydę, która w dobie
globalizacji mogłaby skutecznie przeciwstawić się chińskiej inwazji.
Jerzy Rosa
Mississauga
Wszyscy jesteśmy wyzwoleńcami
Mój kolega Janek Kowalski jest autorem określenia "dziury w mózgu"
- to tytuł drukowanej kiedyś w "Gońcu" wnikliwej analizy tzw. transformacji
ustrojowej, transformacji, którą przy pomocy obcych wywiadów, "liberalnych"
komunistów, ich agentów oraz tzw. pożytecznych idiotów przeprowadzono w
Polsce.
Wszyscy mamy do zaleczenia dziury w mózgu po komunizmie, jednym
proces zabliźniania tych ran przychodzi szybciej, innych kosztuje to sporo
wysiłku. Dopiero dzisiaj, kilkanaście lat po 1989 roku, odżywamy
i odbudowujemy kręgosłup przetrącony przez komunistyczne kopy.
Wymaga to wysiłku, wymaga wychowywania siebie. Pocieszające jest
to, że można to zrobić. Podobnie jak w przypadku dobrych manier czy ogłady,
normalności można się nauczyć, wymaga to wysiłku, wymaga panowania nad
"niewolniczymi" odruchami, wymaga deka autokuracji. Po prostu, wszyscy
jesteśmy wyzwoleńcami, uczymy się wolności mimo upływu lat od teoretycznego
momentu wyzwolenia.
Można wskazać na wiele szkód pokomunistycznych, to że demoralizowali,
kradli, marnotrawili i mordowali, nie ma jednak większej szkody niż zmiana
myślenia ludzi. PRL usiłował zaszczepić w nas człowieka sowieckiego i mniej
lub bardziej to się udało.
Dlatego dzisiaj musimy uczyć się brać sprawy w swoje ręce, musimy
odbudowywać własne kierownictwo narodowe, zastępować samozwańcze elity
i wykopywać je ze stołków. To jest praca na pokolenie, ale praca możliwa
do przeprowadzenia. Oczywiście dotychczasowych kierowników Polski, których
dzieci i rodziny nadal mają w państwie pokaźne wpływy, nie można zastąpić
z dnia na dzień. Komuniści nie zawiśli na latarniach i dlatego współczesna
Polska ma ich całe hordy. Mówiąc "komuniści", nie mam na myśli ideowych
zwolenników Marksa czy Lenina, lecz konformistów i zdrajców, którzy w imieniu
Związku Sowieckiego trzymali Polskę przez 40 lat pod butem. Tych ludzi
nie można ot, tak sobie "wysłać na Madagaskar" czy zapakować w helikoptery,
ci ludzie i ich rodziny będą w Polsce mieszkali, sytuacja nie wróci do
punktu wyjścia.
W rezultacie II wojny światowej nasz naród stracił głowę, szczęśliwie
przetrwała polska tożsamość, jest się do czego odwoływać, przyszła pora
na ukształtowanie nowych polskich "dowódców". Toczy się zawzięta walka
o to, jaka będzie Polska, główny polski front nie przebiega między lewicą
a prawicą, czy też między postkomunistami a postsolidarnościowcami, czy
może między ugrupowaniami konserwatywnymi a liberalnymi; główny front jest
między elitą pokomunistyczną, która została w Polsce osadzona i wywindowana
dzięki Sowietom, a odradzającą się elitą polską. Przykładem tej batalii
jest walka o wyższą szkołę założoną przez redemptorystów, spór o
kanon podręczników szkolnych, o ukierunkowanie kształcenia w szkołach podstawowych
i średnich. Dotychczasowa elita nie zamierza oddawać pola bez bitwy, jej
wizja naszego kraju całkowicie odbiega od niepodległościowych ambicji Polski
okresu międzywojennego.
Każdy z nas, jeśli zabiera głos w polskich sprawach, w pierwszej
kolejności powinien zapytać siebie samego, jakiej Polski pragnie, jak ma
wyglądać kraj jego marzeń i czy w ogóle Polska jest mu potrzebna. Można
przecież dojść do wniosku, że wystarczy powodzenie w życiu zawodowym, kochająca
rodzina i sukces materialny, choć jestem przekonany, że nawet jeśli chce
się tylko tyle, nie można tego na dłuższą metę i kilka pokoleń uzyskać
bez oparcia we własnym kraju, bez państwa broniącego materialnych i politycznych
interesów polskich rodzin. Jeśli nie będzie silnych polskich instytucji,
to kto nas obroni - Trybunał w Strasburgu? Śmiem wątpić. Jeśli sami nie
zadbamy o własne interesy, nikt tego za nas nie zrobi - świadczy o tym
ponad 1000 lat polskiej historii.
Wielu Polaków daje się nabrać antynarodowej propagandzie prowadzonej
w naszym języku; wielu rodaków nie zdołało zalepić dziur we własnym mózgu
- ci ludzie nadal czekają, aby ktoś im mówił, co robić, nadal chcą słyszeć,
jak ktoś ich pochwali, że coś dobrze uczynili, a wskaże, że tam powinni
się jeszcze postarać. Nie dorośli do autooceny, swoją wartość budują w
odniesieniu do tego, co im mówią ci rzekomo bardziej poinformowani, postępowi,
rozgarnięci i obyci. Polska nadal choruje na fałszywe autorytety, które
na koturnach z miną wszystkowiedzących mówią "maluczkim" rodakom,
co i jak.
Patrzmy więc dobrze skąd kto przychodzi i czyje interesy za nim
stoją, uczmy się własnego "chłopskiego" rozeznania, krytycznego spojrzenia
na świat.
Wszyscyśmy z komuny, wszyscy jesteśmy "chyceni" tamtym czasem,
nawet jeśli urodziliśmy się już po PRL-u. II wojna światowa przerwała polską
tradycję narodową, przerwała ciągłość elit. I powinniśmy sobie to uświadamiać
na każdym kroku, aby nie pozwalać się wywodzić w pole. Nasza sytuacja nie
jest normalna, wokół mamy pełno ludzi, którzy deklarują, że "kochają Polskę
inaczej", których polskość podszyta jest różnymi "internacjonałami".
Niedawno dowiedziałem się z radia od Lecha Wałęsy, że biskup
Głódź "nie pasuje do Gdańska", bo Gdańsk jest "wielokulturowy". Założę
się o stówkę, że Wałęsa sam takiej kabały nie wymyślił, ktoś "mądry" musiał
mu to dać do głowy. Tego rodzaju manipulacje, mniejsze i większe, zdarzają
się na każdym kroku.
Dlatego dzisiaj pierwszym polskim obowiązkiem jest nauczenie
własnych dzieci "czytania" manipulacji i obnażania propagandy; pokazania,
że na to, co oglądają w telewizji, czytają w gazetach i słyszą w radiu,
trzeba patrzeć przez palce, trzeba nauczyć dzieci wyłuskiwać ukryte treści
w programach rozrywkowych i filmach fabularnych. Umiejętność analizy tego
przekazu to w dzisiejszym świecie jedno z podstawowych narzędzi obrony
własnej wolności.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC NR 15/2008
Do pierwszej krwi - albo siniaków
Co tu ukrywać - najwyraźniej mamy kolejną wojnę na górze. Wojna na
górze wybucha wtedy, gdy ktoś odchodzi od fundamentalnej zasady, na której
została założona III Rzeczpospolita: MY NIE RUSZAMY WASZYCH, A WY
NIE RUSZACIE NASZYCH. Respektowanie tej zasady przynosi nie tylko
stabilizację polityczną, ale podtrzymuje również pokój społeczny, bo nikt
nie jest zainteresowany w ekscytowaniu społecznego niezadowolenia. W społeczeństwie
są naturalnie jakieś niezadowolone grupy, ale jeśli żadna partia polityczna,
albo jeszcze lepiej - razwiedka ich nie zorganizuje i nie wypchnie na ulicę,
to całe to niezadowolenie znajduje ujście w narzekaniu, a co najwyżej -
pomstowaniu na rząd, zwłaszcza o dobrym chmielu.
Niekiedy jednak zdarza się jakiś nieostrożny ruch, bo na przykład
nieświadoma rzeczy prokuratura czy niezawisły sąd skrzywdzi osobnika należącego
do tej albo innej sitwy. Traktując to jako zamach na swój stan posiadania,
sitwa pokrzywdzona zaczyna się odgrywać na Bogu ducha winnych członkach
sitwy przeciwnej, czemu sekundują media, też przecież zaangażowane po jednej
lub drugiej stronie, zarówno kapitałowo, jak i konfidencjonalnie. Ale nigdy
nie dochodzi do poważniejszych starć, bo wojny na górze, podobnie jak niektóre
rodzaje pojedynków, prowadzone są "do pierwszej krwi". Obydwie strony bowiem
nie tylko, że mają wiele do stracenia, ale są na tyle spostrzegawcze, by
zdać sobie sprawę, iż uruchomienie zbyt wielkich MOCY, tzn. - rozkołysanie
MAS, mogłoby im samym zagrozić unicestwieniem i wskutek tego pozbawić wojnę
na górze jakiegokolwiek politycznego sensu. Dlatego też, po kilku przypadkowych
ofiarach, wojny na górze kończyły się zazwyczaj wesołym oberkiem, co we
współczesnej retoryce politycznej nazywane bywa "pięknym się różnieniem".
Jak wiadomo, Platforma Obywatelska została dopuszczona do rządów
z misją utorowania razwiedce krajowej i zagranicznej powrotu do ręcznego
sterowania Polską, a zwłaszcza jej gospodarką, ze szczególnym uwzględnieniem
śmietanki życia gospodarczego, czyli finansów. Widoczne jest to gołym okiem
zwłaszcza w tajnych służbach, ale również w gospodarce, nad którą surveillance
z ramienia rządu sprawuje wypróbowany pan Waldemar Pawlak z PSL. Jak pamiętamy,
pierwszą osobą, z jaką po swej nominacji na wicepremiera od gospodarki
spotkał się pan Pawlak, był generał Gromosław Czempiński, ten sam, który
jeszcze za komuny najpierw wciągnął do "wywiadu gospodarczego" dra Andrzeja
Olechowskiego, a potem "zasłużył się" Amerykanom. Warto zwrócić uwagę,
że wścibscy dziennikarze śledczy i w ogóle media, co to nie szanują żadnej
świętości, pana Pawlaka omijają szerokim łukiem. Można by odnieść wrażenie,
jakby PSL w rządzie w ogóle nie było, gdyby nie doświadczenie, które podpowiada,
iż tego rodzaju nieobecność jest tylko wyższą formą obecności.
Bardzo możliwe jednak, że Donald Tusk, któremu ręczne sterowanie
przez razwiedkę mogło trochę doskwierać, szukał okazji, dzięki której mógłby
wymusić zgodę na jakiś korzystniejszy modus vivendi. Taką okazją stał się
przyjazd do Polski Petera Vogla, alias Piotra Filipczyńskiego, który jeszcze
w latach 70. zamordował starszą panią i za to skazany został na 25 lat
więzienia. Ale w roku 1983 w zagadkowych okolicznościach wyjechał do Szwajcarii,
gdzie zaraz został sławnym bankierem, który podobno obsługiwał tajne konta
wybitnych polityków polskiej lewicy. Trzeba powiedzieć, że był dobrze asekurowany
również z drugiej - że tak powiem, strony, bo pani Irena Popoff, "matka
chrzestna" Urzędu Ochrony Państwa i jego rzecznik, jest bliską kuzynką
naszego bankiera, czule nazywaną "siostrzyczką". Wreszcie prezydent Kwaśniewski
pana Filipczyńskiego ułaskawił i wydawało się, że jest już bezpiecznie.
Tymczasem "na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności"
- przypomina poeta. Te tajne konta lewicy sprawiły, że pod pretekstem "prania
brudnych pieniędzy" Peter Vogel został przez niezawisły sąd aresztowany.
Zaraz też min. Ćwiąkalski publicznie dał do zrozumienia, że kto
wie, czy pan Filipczyński nie będzie musiał odsiedzieć reszty kary za swoją
zbrodnię, zaś min. Schetyna podkreślił konieczność wyjaśnienia okoliczności
jego wyjazdu do Szwajcarii w 1983 roku oraz okoliczności ułaskawienia.
Okazało się też, że przynajmniej Jacek Piechota z SLD podejrzany jest o
"dostęp" do tajnego szwajcarskiego konta, ale podobno nie był w tym odosobniony,
słowem - sprawa sprawiała wrażenie rozwojowej, o ile oczywiście pan Filipczyński
aluzje odpowiednio zrozumie. Po kilku dniach wszelako zaczęły pojawiać
się aluzje odwrotne. Przybrały one postać medialnych doniesień o samobójstwach,
jakie popełnili w swoich celach rozmaici przestępcy, chociaż mieli być
monitorowani przez 24 godziny na dobę. Jeśli tylko pan Filipczyński czyta
gazety, to już wie, że w więzieniu nie jest bezpieczny, bo "surowa ręka
sprawiedliwości ludowej" nie przez takie mury swobodnie przenikała. Szanse
obydwu stron są w tej walce o zdominowanie instynktu samozachowawczego
pana Piotra Filipczyńskiego wyrównane.
Dlatego też w sukurs przyszła kolejna afera, tym razem dotycząca
Krzysztofa Olewnika. Został on przed kilkoma laty porwany dla okupu i chociaż
rodzina okup zapłaciła - brutalnie zamordowany. Zarówno policja, jak i
prokuratura zachowały się w tej sprawie tak skandalicznie, że trudno powstrzymać
się przed podejrzewaniem ich o współudział. Myślę, że najbardziej prawdopodobne
wyjaśnienie jest takie, iż porywacze p. Olewnika byli konfidentami służb,
którzy postanowili sobie dorobić na boku, zaś prokuratorzy i policjanci,
zorientowawszy się, w jakim kierunku prowadzą tropy, uważali za swój święty
obowiązek zmylić pogonie, kierując je na trop fałszywy. Przez cały czas
bowiem obowiązywała w organach wersja, że porwanie sfingowała rodzina dla
sobie tylko znanych celów. Wrażenie zatwierdzenia prawidłowości takiego
postępowania spotęgowało odznaczenie, jakim minister spraw wewnętrznych
Ryszard Kalisz udekorował komendanta policji w Radomiu, tuszującego tę
sprawę. I dopiero po zmianie władzy inna prokuratura w kilka miesięcy nie
tylko wykryła sprawców, ale i znalazła zwłoki Krzysztofa Olewnika. Wtedy
właśnie jeden z podejrzewanych o sprawstwo kierownicze porwania i zabójstwa
powiesił się w monitorowanej przez 24 godziny na dobę celi, a przed tygodniem,
w płockim więzieniu powiesił się następny. Trup, jak wiadomo, niczego już
nie powie, więc dla VIP-ów jest to jakieś wyjście, tym bardziej że samobójcy
należeli raczej do nizin społecznych, a nie do politycznej elity.
W tej sytuacji nie jest wykluczone, że wkrótce może dojść do
poufnych rozmów między razwiedką a rządem premiera Tuska, których przedmiotem
będzie nie tylko ułożenie stosunków wzajemnych na trochę wygodniejszej
dla PO płaszczyźnie, no a przede wszystkim - uzyskanie gwarancji,
że w wyborach prezydenckich 2010 roku nie pojawi się żaden niespodziewany
faworyt. W takim przypadku również i ta wojna na górze zakończy się wesołym
oberkiem, jeśli oczywiście nie liczyć dwóch samobójców, no i pana Filipczyńskiego,
z którym trzeba będzie coś przecież zrobić. No, ale o to zatroszczy się
już niezawisły sąd.
Stanisław Michalkiewicz
Warszawa
Refleksje pomarcowe
16 marca na Uniwersytecie Torontońskim odbył się wieczór poświęcony
czterdziestej rocznicy wydarzeń marca 1968 roku. Miejscem był George Ignatieff
Theatre przy 15 Devonshire Place, a patronami i organizatorami Konsulat
Generalny RP w Toronto oraz Polish-Jewish Heritage Foundation. Zainteresowani
przychodzący o wyznaczonej godzinie z zaskoczeniem stwierdzali, że wszystkie
miejsca w 160-osobowym amfiteatrze są już zajęte przez wcześniej przybyłych.
W rezultacie organizatorzy, ze względów bezpieczeństwa, poprosili osoby,
które się usadowiły na schodkach lub stały pod ścianami, o przejście do
sali, dokąd transmitowano z amfiteatru dźwiękową, lecz już nie wizualną
część spotkania.
Wcześniej, 18 września 2007, w tym samym amfiteatrze również
Konsulat Generalny, lecz wówczas wespół z Katedrą Historii Polski Uniwersytetu
Torontońskiego, patronował spotkaniu z Grzegorzem Łubczykiem, autorem książki
i scenarzystą zaprezentowanego w drugiej części wieczoru filmu o Henryku
Sławiku, człowieku, który w latach 1940-1944 uratował na Węgrzech co najmniej
5.000 obywateli polskich pochodzenia żydowskiego, co sam ostatecznie przypłacił
torturami w gestapowskiej katowni i śmiercią w Mauthausen. Prezentuje go
się jako polskiego Wallenberga, chociaż porównując czasokres i niebezpieczeństwa
działania tych dwóch dzielnych ludzi, pewnie raczej szwedzkim Sławikiem
należałoby nazywać Wallenberga, którego w końcu chronił immunitet dyplomatyczny,
pogwałcony dopiero przez Sowietów. Otóż na tamtym spotkaniu w amfiteatrze
im. Ignatieffa było około 70 osób, jedna trzecia tego, co na rocznicy marca
68.
Spotkanie marcowe składało się niejako z czterech części: wystąpienia
konsula generalnego Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto, dra Piotra Konowrockiego;
prelekcji dra Krzysztofa Jasiewicza z Washington and Lee University w Lexington,
stan Wirginia, wprowadzonego wyczerpująco przez prof. Piotra Wróbla; filmu
pt. "Dworzec Gdański" w reżyserii Marii Zmarz-Koczanowicz, według scenariusza
Teresy Torańskiej; oraz odbywającej się w kuluarach promocji i sprzedaży
książki Henryka Daski zatytułowanej również "Dworzec Gdański", świeżo wydanej
przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie.
Pamiętam podobne, choć na znacznie mniejszą skalę, torontońskie
obchody jednej z poprzednich rocznic marca 68. Wówczas w marginalnych wzmiankach
i wypowiedziach niektórych dyskutantów nie bez trudu przebijał się fakt,
że marzec 68 był w pierwszym rzędzie protestem studentów i intelektualistów
przeciw komunistycznemu zniewoleniu, a późniejsza haniebna antysemicka
(antysyjonistyczna, jak to wówczas pokrętnie nazwano) nagonka, inspirowana
z Moskwy, została rozpętana jako oręż w walce o władzę dwóch konkurujących
frakcji w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Trzeba z satysfakcją
odnotować, że dzisiaj te dwie prawdy, nawet w zapowiedziach relacjonowanego
spotkania, podawane były jako oczywistość, co nie znaczy, by niektóre aspekty
sprawy nie skłaniały do dyskusji. Dzieląc się refleksjami na ten temat,
będę chciał się odwoływać nie tylko do faktów historycznych, lecz co najmniej
w równej mierze do własnych wspomnień, bo byłem w końcu świadkiem tych
wydarzeń. Oberwałem nawet pałką od golędzinowca na ulicy Smolnej, na obrzeżu
manifestacji pod KC, i wiem, jak to smakuje.
Przemówienie wstępne konsula Konowrockiego miało w swym zasadniczym
wydźwięku charakter zadośćuczynienia w imieniu dzisiejszej Rzeczypospolitej
za grzechy PRL-u sprzed lat 40, za obrzydliwą nagonkę na obywateli polskich
pochodzenia żydowskiego, która w konsekwencji doprowadziła do exodusu 15
do 20 ich tysięcy z Polski. Rolą przedstawiciela dyplomatycznego jest łączenie
narodowej diaspory bez względu na wszelkie zaszłości, tak więc chwalebnym
gestem konsula było zwrócenie się z przeprosinami bezpośrednio do obecnych
na sali pomarcowych emigrantów i ich potomków. W jego przemówienie wkradła
się jednak ta dowolność interpretacyjna, że emigrowali oni przymusowo (po
angielsku compulsorily, bo w tym języku było prowadzone spotkanie). Dotykały
ich bolesne oszczerstwa, wymyślne szykany i brutalne naciski, ale przecież
bezapelacyjnego, fizycznego przymusu wyjazdu nie było; w końcu tysiące
Żydów w Polsce pozostały i do dzisiaj tam mieszkają.
Komentując ówczesne wydarzenia, konsul zauważył skądinąd słusznie,
że stalinizm, mimo piętnastu lat od śmierci jego twórcy, miał wówczas jeszcze
wielu zwolenników (stalinism, despite fifteen years from the death of its
creator, had still many followers then). Oczywiście był to nadal autorytarny
reżim komunistyczny, ale stalinowskie metody tzw. aparatu bezpieczeństwa
z epoki, kiedy najwyższym nadzorcą tego aparatu (a zarazem kultury) był
z ramienia partii Jakub Berman, należały już szczęśliwie do przeszłości.
Nieliczni co aktywniejsi uczestnicy wystąpień marcowych, Żydzi i nie-Żydzi,
otrzymywali niewysokie wyroki, ale niczyje życie i zdrowie nie było w praktyce
zagrożone. Nie była to już epoka więzień-katowni w lubelskim Zamku, na
krakowskich Montelupich czy warszawskim Mokotowie, wywózek do sowieckich
łagrów AK-owskich bohaterów walk z Niemcami, kapturowych sądów skazujących
polskich patriotów na wieloletnie więzienie, jeśli nie wręcz na śmierć,
jak bohaterów formatu rotmistrza Witolda Pileckiego czy generała Augusta
Emila Fieldorfa, mordów PSL-owców w przededniu sfałszowanych wyborówÉ Można
by wyliczać setki podobnych przykładów.
Warto również pamiętać, że pomarcowy exodus Żydów z Polski był
trzecim kolejnym w historii PRL-u, po dwóch znacznie liczebniejszych, lat
czterdziestych i pięćdziesiątych. Prof. Iwo Cyprian Pogonowski w tekście
pt. "Tło historyczne pogromu kieleckiego" podaje fakty dotyczące polityki
ZSRS po tym, jak sowiecki wiceminister spraw zagranicznych, Andriej Gromyko,
wystąpił w marcu 1947 roku w ONZ-ecie z inicjatywą utworzenia państwa Izrael,
które ZSRS miał nadzieję uczynić swoją bliskowschodnią ekspozyturą i które
po jego utworzeniu w maju 1948 popierał przez długie lata, odwracając się
od niego definitywnie, a opowiadając po stronie państw arabskich dopiero
w wyniku wojny sześciodniowej roku 1967. Otóż powołując do życia państwo
żydowskie, trzeba je było zaludnić i wówczas, dla wywołania paniki wśród
Żydów, tajne służby komunistyczne zaczęły inscenizować pogromy w krajach
satelickich. Prof. Pogonowski podaje liczbę 16 takich pogromów, w tym 5
w samym Budapeszcie, a prof. Piotr Wróbel, w odczycie na Vanderbilt University
w Nashville, stan Tennessee, w roku 2006, przypomniał przykładowo, że na
Słowacji było ich koło 6 (wymienił dwa w Bratysławie, w Preszowie, w Koszycach,
w Topolczanach), wspomniał także pogrom w Sowietach (chodzi o Kijów). Według
prof. Pogonowskiego doprowadzono wówczas do exodusu z tzw. demoludów 711
tysięcy Żydów, z których jednak tylko 232 tysiące faktycznie trafiły do
Izraela; w innym tekście napotkałem na liczbę 100 tysięcy Żydów, którzy
wyjechali z Polski w latach czterdziestych, być może zawyżoną, ale na pewno
wielekroć większą niż pomarcowe 20 tysięcy. Ciekaw byłbym źródeł dokumentujących,
w jaki sposób dokonywał się ów exodus lat czterdziestych, bo musiał on
być przynajmniej w części, jeśli nie w całości utajniony. Palestyna pozostawała
przecież do maja 48 oficjalnie mandatem Ligi Narodów w administracji brytyjskiej,
a Brytyjczycy żydowskich imigrantów do Palestyny nie wpuszczali.
Swego czasu zdarzyło mi się czytać opisy ucieczek przez zieloną granicę
grup przemycanych z Polski Żydów, które w rzeczywistości były pilotowane
przez tajne służby komunistyczne. Nie trzeba dodawać, że ucieczka przez
zieloną granicę szarego obywatela była wtedy prawie niemożliwa. Mój starszy
kolega po fachu, Bronisław Zieliński, znany później szeroko jako tłumacz
Hemingwaya, odsiadywał wówczas wyrok kilkuletniego więzienia za próbę ucieczki
z komunistycznego raju po tym, jak nieopatrznie wrócił do Polski z Włoch.
Co zaś do lat pięćdziesiątych, kiedy po śmierci Stalina zaczęto
z krajów bloku sowieckiego wypuszczać żydowskich emigrantów, liczby dotyczące
Polski są również pokaźniejsze niż pomarcowe 20 tysięcy. Leszek Żebrowski
podaje, że w samych latach 1956-1957 wyjechało ponad 36,5 tysiąca, a Henryk
Dasko we wspomnianej wyżej książce pisze: "W latach 1956-1960 wyjechało
z Polski ponad 40.000 Żydów".
Drugi punkt tegorocznych obchodów, odczyt dra Jasiewicza, został
zapowiedziany jako spojrzenie na wydarzenia polskiego marca 68 w kontekście
zajść tego burzliwego roku w innych krajach, spośród których dr Jasiewicz
skoncentrował się głównie na rozruchach studenckich we Francji oraz manifestacjach
rasowych i antywojennych w Stanach Zjednoczonych. Dr Jasiewicz jest socjologiem,
nie historykiem, i słyszałem obawy, czy zaproszenie w ramach tych właśnie
obchodów na prelegenta naukowca tak odmiennej specjalności nie stanowi
uniku przed próbą głębszej historyczno-politycznej analizy wydarzeń w Polsce.
Okazało się jednak, że z perspektywy socjologa można do znanych faktów
dorzucić sporo ciekawych komentarzy. Kontekst globalny pozwolił prelegentowi
uświadomić słuchaczom, jak różne były frustracje, które doprowadziły w
1968 roku do zajść w demokratycznych krajach zachodnich, od spontanicznej,
choć trwającej zaledwie dwa miesiące fali protestów studentów i intelektualistów
w kraju pod rządami totalitarnymi, zmanipulowanych następnie w ramach walki
dwóch koterii w rządzącym obozie. Szczególnie szokujące było zestawienie
obłędnych maoistowskich haseł, pod jakimi przebiegały rozruchy studenckie
we Francji, z minimalistycznymi w gruncie rzeczy postulatami socjalizmu
z ludzką twarzą, o jaki upominali się studenci polscy, którzy, jak dr Jasiewicz
przypomniał z własnych przeżyć, rozpoczynali zebrania od mazurka Dąbrowskiego,
a kończyli Międzynarodówką.
Pouczająca była wstępna część analizy antysemickiego kontekstu,
jaki przydano protestom studenckim. Prelegent przypomniał, że uciekanie
się do broni antysemityzmu nie było bynajmniej zjawiskiem nowym w historii
marksizmu i tzw. obozu socjalistycznego, choć oczywiście w ramach ideologii
reklamowanej jako internacjonalistyczna nie mogły być oficjalnie stosowane
hasła antysemickie, więc faktyczny antysemityzm ukrywano pod maskującymi
etykietkami, z których ówczesną, marcową, stanowiła walka z syjonizmem.
U samego Marksa, w końcu niemieckiego Żyda, antysemityzm krył się pod hasłami
walki z żydowskim kapitałem, ale był to jednak niewątpliwy antysemityzm,
jak dowodzi Marek Jan Chodakiewicz w książce "Żydzi i Polacy: 1918-1955".
Dalej dr Jasiewicz przypomniał kompleks antysemicki Stalina, manifestujący
się mniej czy bardziej otwarcie w różnych zawirowaniach jego polityki,
z ostatnim aktem w postaci montowanego procesu lekarzy żydowskich, przerwanego
śmiercią wodza narodów.
Z kolei dr Jasiewicz zatrzymał się na procesach żydowskich komunistów
w kilku krajach satelickich w latach pięćdziesiątych, z których najgłośniejszy
był proces Rudolfa Slansky'ego w Czechosłowacji, straconego w 1952; wówczas
piętnowano niewygodnych przywódców komunistycznych etykietką "kosmopolitów".
Okazuje się, również, że oficjalna dyskryminacja Żydów istniała nawet za
czasów Breżniewa, kiedy to w ZSRS obowiązywał tzw. numerus clausus, czyli
kwoty procentowe Żydów dopuszczanych na wyższe uczelnie zarówno jako studentów,
jak i wykładowców.
Niestety dr Jasiewicz nie dokonał ostatecznie w pełni przekonującej
próby wyświetlenia okoliczności, w jakich do broni antysemityzmu komuniści
sięgnęli w marcu 68 w Polsce. Celnie wypunktował fakt, że nagonka "antysyjonistyczna"
była sterowana z jakiegoś centrum dowodzenia, gdyż została ucięta tak nagle,
jak została rozpętana. Przypominając głośny pamflet Witolda Jedlickiego
"Chamy i Żydy" z roku 1962, odwołał się do znanego dziś faktu, że nagłośniony
przez Jedlickiego podział w rządzącej partii komunistycznej był nieprawdziwy,
faktyczny podział przebiegał bowiem między twardogłowymi optującymi za
rządami silnej ręki a rewizjonistami dążącymi do reform, przy czym w obydwu
frakcjach byli zarówno Żydzi, jak nie-Żydzi. (Nawiasem mówiąc, Antoni Zambrowski
dowodzi, że Jedlicki, choć sam Żyd, został wysłany na Zachód jako agent
wpływu frakcji tzw. partyzantów gen. Moczara i napisał swój tekst w interesie
jego koterii.)
Następnie dr Jasiewicz podkreślił skokowy wzrost liczebności
PZPR-u w ciągu dwóch dekad, jakie upłynęły od połączenia PPR-u z PPS-em
w 1948 roku, stwierdzając jednak przy tym, że partię zasilali w znacznej
mierze chłopi i robotnicy, wnosząc "bagaż swoich przesądów, percepcji i
stereotypów" (baggage of their prejudices, perceptions and stereotypes),
w domyśle bagaż antysemityzmu. Tak jakby u podłoża wydarzeń marcowych leżał
nie płynący z góry, taktyczny antysemityzm rozgrywek partyjnych, lecz rodzimy
antysemityzm szeregowych członków partii. Co gorsza, jako na oczywisty
przykład polskiego antysemityzmu dr Jasiewicz powołał się na pogrom kielecki
roku 46, przecież jeden z serii pogromów lat czterdziestych aranżowanych
w interesie sowieckim, być może nieświadom, że bezkrytycznie powtarza interpretację
co najmniej wątpliwą, którą udało się niestety komunistycznej propagandzie
utrwalić do dnia dzisiejszego w zachodniej świadomości. Trudno to uznać
za rzetelną próbę odniesienia się do zasadności roztrąbianych na świat
zarzutów "tradycyjnego polskiego antysemityzmu" jako realnej przyczyny
pomarcowego exodusu Żydów polskich.
Przed drugim głównym punktem programu, filmem "Dworzec Gdański",
sporo osób opuściło amfiteatr oraz tylną salę, tak że dla pozostałych starczyło
miejsc i ostatecznie nie trzeba było powtarzać projekcji, jak to pierwotnie
zakładano. Film został zrealizowany 37 lat po 1968 roku w Aszkelonie, izraelskim
kąpielisku nad Morzem Śródziemnym, podczas piątego z zapoczątkowanych w
1984 roku zjazdów emigrantów pomarcowych. Jak podaje strona internetowa
filmu, przyjechało z różnych krajów świata ponad 500 osób, spośród których
twórcy przeprowadzili wywiady z 25, zaprezentowali jednak chyba tylko najwyżej
połowę z nich. Film jest umiejętnie zrobiony, wypowiedzi ludzi, którzy
po 40 latach ze wzruszeniem, płynną polszczyzną opowiadają o bolesnych
przeżyciach, jakie ich popchnęły do dramatycznej decyzji porzucenia kraju
urodzenia, są głęboko poruszające. Jednakże to, co film pokazuje, to tylko
jedna strona medalu. Wszyscy rozmówcy Torańskiej są jeszcze ludźmi w sile
wieku, 40 lat temu musieli być zatem bardzo młodzi; wszyscy są inteligentami,
którzy osiągnęli sukces w krajach swego osiedlenia. W paru wywiadach padają
również wzmianki zdradzające, że rodzice owych rozmówców Torańskiej należeli
w Polsce do komunistycznego establishmentu (ojciec jednego z opowiadających
był nawet funkcjonariuszem MSW), a więc wyrzucani z pracy i z partii, nie
padali bynajmniej ofiarami "tradycyjnego polskiego antysemityzmu", jak
to interpretowano, lecz brutalnych walk o władzę na partyjnych szczytach.
Jeden z rozmówców, zapytany, czy spotykał się ze współczuciem ze strony
polskich przyjaciół, odpowiada, że jedyna reakcja, jaką pamięta, to była
zazdrość, że oni, Żydzi, mają możność wyjazdu, podczas gdy tamci, nie-Żydzi,
nie mają żadnych szans wyrwania się z komunistycznego raju.
Ta sama strona internetowa podaje kraje, w których osiedliła
się największa liczba marcowych emigrantów. Obok Izraela (ciekawe, ilu
z nich tam faktycznie trafiło) były to Szwecja, Dania, Kanada i USA. Marcowy
emigrant Henryk Dasko w swojej książce wspomina, że kilka tygodni po nim
przyjechały do stolicy wybranego przez niego kraju osiedlenia, Kopenhagi,
setki polskich Żydów, byli to jednak w większości mieszkańcy małych miasteczek
zachodniej Polski, z którymi nie miał "nic wspólnego", więc czuł się "osamotniony".
Potwierdza to oczywisty fakt, że tylko niewielka część emigrantów była
inteligentami pokroju interlokutorów Torańskiej. Tak czy inaczej, propaganda
robiła swoje, skoro tyle krajów bez problemu przyjmowało "ofiary polskiego
antysemityzmu".
W owych latach sześćdziesiątych stykałem się czy przyjaźniłem
z kilkoma Polakami o żydowskich korzeniach, takimi, którzy wyjechali, i
takimi, którzy pozostali, i chciałbym tu opowiedzieć parę charakterystycznych
historii, które może rzucą dodatkowe światło na sprawę. Jako młody redaktor
w "Czytelniku" dostałem wówczas propozycję objęcia kierownictwa tzw. redakcji
przekładowej zachodniej w młodzieżowym wydawnictwie "Iskry". Obejmowałem
ją po kierowniku wyjeżdżającym do Izraela. Był to bardzo sympatyczny, kulturalny,
starszy ode mnie pan, jawnie nieszczęśliwy, że wyjeżdża; redakcja, którą
stworzył, stanowiła jego oczko w głowie, i spotykał się ze mną kilkakrotnie,
żeby mnie podedukować, tak bym jego dzieła nie popsuł. Nie śmiałem go pytać
o motywację wyjazdu, ale musiały tu wchodzić w grę osobiste względy niezwiązane
z pracą, bo z dzisiejszej perspektywy jego wyjazd nie przylega zupełnie
do faktu, że prawie całe kierownictwo "Iskier", kiedy w nich zacząłem pracować,
spoczywało w żydowskich rękach. Żydami byli dyrektor, dyrektor administracyjny,
redaktor naczelny, zastępczyni redaktora naczelnego, kierownik newralgicznej
redakcji politycznospołecznej, a żadna z tych osób nie żegnała się ze stanowiskiem
ani nie szykowała do wyjazdu. Po latach warto może wspomnieć dwoje z nich,
zapisanych później na polskiej scenie literackiej, redaktora naczelnego,
potem także dyrektora Jerzego Wittlina, który dał się wkrótce poznać jako
satyryk; oraz zastępczynię redaktora naczelnego do spraw przekładowych
i moją bezpośrednią przełożoną, Henrykę Broniatowską, która zasłynęła od
teg
|