 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net
Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata na terenie Kanady:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class
Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
|
Internetowa edycja, to tylko
niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się
pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.
|
GONIEC, NR 5/2010
Stanisław Michalkiewicz
Im zimniej - tym cieplej
Okazuje się, że cyniczny koniunkturalista Janusz Wilhelmi miał świętą
rację, mówiąc, iż należy wystrzegać się pierwszych reakcji, "bo mogą być
uczciwe". Na szczęście nad tym, by nikt nie postępował według pierwszych,
spontanicznych reakcji, czuwa kolektyw, który na żadne takie bezeceństwa
nie pozwoli. Któż to widział takie rzeczy, jeszcze tego brakowało! Toteż
po chwilowej konsternacji spowodowanej falą od dawna niespotykanych mrozów,
której efektem było gwałtowne wyciszenie kampanii w sprawie globalnego
ocieplenia, kolektyw postępowej nauki wypracował nową teorię, według której
im zimniej - tym cieplej. Jak przewidywał poeta - "ci nigdy nie oszaleją"
i nikt nie da im rady. Podobnie wielce czcigodni senatorowie szczęśliwie
powstrzymali wielce czcigodnego senatora Krzysztofa Piesiewicza przed pochopną
rezygnacją z immunitetu. Jak pamiętamy, na skutek publikacji w brukowcu,
który zamieścił fotografię pana senatora, jak ubrany w damską, plażową
sukienkę, w towarzystwie rozbawionych dam, wciąga nosem biały proszek,
pan senator Piesiewicz zadeklarował gotowość zrzeczenia się immunitetu.
Okazało się jednak, że całą tę scenę wyreżyserowały owe damy, ani chybi
zainspirowane przez jakiegoś zakonspirowanego wroga naszej młodej demokracji,
aby senatora Piesiewicza szantażować. Nawet uzyskały pewne powodzenie,
bo senator Piesiewicz zapłacił pół miliona złotych, ale z tą rezygnacją
z immunitetu, to już miarka się przebrała. Mogłoby to doprowadzić do powstania
szkodliwego precedensu, jakiejś nowej, świeckiej tradycji i w tej sytuacji
kolektyw musiał wkroczyć, przeciwstawiając spontanicznemu odruchowi rezultaty
zbiorowej mądrości. Zrobiła ona wrażenie również na samym senatorze Piesiewiczu,
który zrozumiał całą niestosowność kierowania się pierwszymi odruchami
i już nie sprzeciwiał się, kiedy prześwietny Senat, po debacie, odmówił
uchylenia mu immunitetu. W tej sytuacji prokuratura nie będzie mogła postawić
mu zarzutu posiadania narkotyków i nakłaniania do ich zażywania aż do końca
obecnej kadencji, więc wygląda na to, że senator Piesiewicz będzie musiał
poświęcić się służbie Rzeczypospolitej również na następną i jeszcze jedną
kadencję - dopóki nie będzie bezpiecznie, to znaczy - dopóki sprawa się
nie przedawni.
Przy okazji prześwietny Senat sformułował zbawienną myśl, która
niewątpliwie stanie się naszej młodej demokracji myślą przewodnią. Chodzi
konkretnie o to, by w sytuacji, gdy prokuratura może sprawę tak dobrze
skierować do niezawisłego sądu, jak i umorzyć z braku cech przestępstwa,
ważne osobistości nie mogły być stawiane w stan podejrzenia, to znaczy
- pozbawiane immunitetu. Osobistości nieważne, czyli - mówiąc inaczej -
zwykli obywatele - to co innego. Oni mają święty obowiązek poddania się
wszelkim eksperymentom, jakie zamierzają przeprowadzić na nich organy wymiaru
sprawiedliwości i nie dyskutować z orzeczeniami niezawisłych sądów. Towarzysz
Szmaciak formułował tę myśl nieco inaczej, z oburzeniem komentując zepsucie
obyczajów: "do czego doszło - żeby szlachtę przed sądy pozywały chłopy!"
- ale to było za komuny, a za demokracji, dzięki zbiorowej mądrości Senatu,
ta sama zbawienna prawda została sformułowana w sposób sugerujący pozory
legalności.
Kiedy zatem nasza młoda demokracja z wolna obrasta również w
dorobek teoretyczny, można już z całkowitym spokojem oddawać się kontemplowaniu
telewizyjnego serialu pod tytułem: Sejmowa Komisja Śledcza Wyjaśnia Aferę
Hazardową, Której Nie Było. Chociaż obsada aktorska nasuwa różne zastrzeżenia
i na przykład przewodniczący Mirosław Sekuła robi wrażenie bezbarwnego
urzędnika, co to nie tylko nie potrafi docenić, ale nawet nie wyobraża
sobie rozmaitych uroków życia, to przecież z drugiej strony nie można mu
zarzucić braku rewolucyjnej czujności, dzięki czemu serial przebiega ściśle
według wskazań reżysera. Reżysera, czyli razwiedki, która po uzyskaniu
od nastraszonego premiera Tuska ustawowo strzeżonego monopolu na eksploatację
branży hazardowej, nie życzy już sobie żadnych na ten temat hałasów ani
rewelacji. Więc 4 lutego przez cały dzień zeznawał premier Tusk, któremu
poseł Franciszek Stefaniuk z koalicyjnego PSL zadawał zaskakujące i mrożące
krew w żyłach pytania: "czy to pan jest źródłem przecieku" - na które premier
Tusk reagował męskim, stanowczym: "nie".
Na tym tle niezwykle wzruszająco zabrzmiały skargi posła Wassermanna
z PiS, sformułowane w postaci pytań, czy pan premier wie, że komisja, a
nawet prokuratura nadal nie ma dostępu do wielu materiałów w tej sprawie.
Podobnie wzruszająco zabrzmiał komentarz premiera Tuska, żeby nie grymasić,
bo przecież to dzięki niemu ta cała komisja powstała, chociaż wcale nie
musiała, zwłaszcza że afery hazardowej przecież w ogóle NIE BYŁO! I pomyśleć,
że jeszcze nie ochłoniemy z tych wzruszeń, a już w następnym odcinku serialu
wystąpi prezes PiS Jarosław Kaczyński - i tak dalej przez następne trzy
tygodnie, kiedy to przewidziano zakończenie emisji wesołym oberkiem, czy
raportem, który najpierw komisja (cztery głosy przeciwko trzem), a następnie
Sejm będą przyjmować przez głosowanie.
Ale to jeszcze nic, w porównaniu z rewelacją, ujawnioną przez
"Gazetę Wyborczą", że za kulisami decyzji o rezygnacji premiera Tuska z
kandydowania w tubylczych wyborach prezydenckich, stoi Nasza Złota Pani
Aniela, która go do tego "namówiła", argumentując ponoć obietnicami, że
w nagrodę zrobi z niego człowieka na poziomie europejskim. I rzeczywiście
- ledwo tylko premier Tusk, tuż po rezygnacji z prezydentowania, ogłosił
zbawienny program sanacji państwa, zaś finansów publicznych w szczególności,
a konkretnie - pozbawienia przywilejów emerytów "mundurowych" - zaraz okazało
się, że zimny rosyjski czekista Putin porzucił sprośne błędy Niebu obrzydłe,
odszedł od swojej zatwardziałości i nie tylko sam weźmie udział w uroczystościach
upamiętniających rocznicę zbrodni katyńskiej, ale nawet zaprosił na nie
premiera Tuska, i to w przeddzień jego występu w telewizyjnym serialu o
sejmowej komisji śledczej. Od razu podniosły się głosy, że to zaproszenie
to kolejny objaw perfidii zimnego rosyjskiego czekisty Putina, który w
ten sposób nie tylko pomniejsza rangę samej uroczystości, ale w dodatku
odprasza prezydenta Kaczyńskiego - bo prezydenta Miedwiediewa w Katyniu
nie będzie. Na to prezydent Kaczyński pozwolić nie może, zwłaszcza po podwójnym
afroncie ze strony swego umiłowanego druha Wiktora Juszczenki, który na
odchodne nie tylko uhonorował Stefana Banderę tytułem Narodowego Bohatera
Ukrainy, ale i uznał UPA za kombatanta II wojny światowej. Prezydent Kaczyński
ten afront przełknął w milczeniu, więc tym bardziej postanowił przybyć
na uroczystości katyńskie, chociaż oczywiście "cieszy się" z udziału w
nich również premiera Tuska. Ale to są już tubylcze, wewnętrzne przepychanki
- dalszy ciąg serialu pod tytułem: kto ważniejszy, natomiast zachowanie
zimnego rosyjskiego czekisty Putina pokazuje po raz kolejny, że strategiczne
partnerstwo niemiecko-rosyjskie funkcjonuje jak w zegarku. Premier Tusk
uległ namowom Naszej Złotej Pani Anieli, ona z kolei stworzyła mu szansę
zademonstrowania przełomu w stosunkach z Rosją, który jednak dla nikogo
nie rodzi żadnych zobowiązań. Co w zamian obiecał Naszej Złotej Pani Anieli
premier Tusk - tego dowiemy się w stosownym czasie.
Na razie minister Sikorski do spółki ze szwedzkim kolegą Carlem
Bildtem wystąpił z inicjatywą przypominającą zapomniany już dzisiaj, a
sławny w swoim czasie "plan Rapackiego". Wtedy chodziło o utworzenie w
Europie Środkowej tak zwanej "strefy bezatomowej". Ruscy szachiści kazali
ministrowi Rapackiemu wystąpić z taką samodzielną inicjatywą, żeby Europę
Środkową, do której zaliczony został również obszar obydwu państw niemieckich,
oczyścić z broni nuklearnej. Krótko mówiąc - żeby Amerykanie wycofali swoją
broń jądrową z Niemiec za ocean. Wtedy, ma się rozumieć, RFN była zdecydowanie
temu przeciwna, ale dzisiaj, w warunkach strategicznego partnerstwa, sprawa
wygląda zupełnie inaczej. Inicjatywa ministra Sikorskiego i ministra Bildta
zmierza do usunięcia broni nuklearnej z obszaru UE i z pobliża jej granic.
Jeśli chodzi o "obszar UE", to w grę może wchodzić wyłącznie amerykańska
broń jądrowa, bo przecież nie francuskie forces de frappe, czy rakiety
i bomby brytyjskie, natomiast "pobliże granic UE" oznacza prawdopodobnie
okręg królewiecki. Wygląda na to, że inicjatywa ta wychodzi naprzeciw niemieckim
i francuskim planom "europeizacji Europy", to znaczy - stopniowego wypychania
Amerykanów ze Starego Kontynentu. Rosjanie swoim zwyczajem zareagowali
"zdziwieniem", ale dla nich przyjęcie tej propozycji oznaczałoby tylko
konieczność powstrzymania się od pogróżek, że zainstalują w okręgu królewieckim
jakieś rakiety. Taka to ci symetria. Czy więc propozycja ministrów Sikorskiego
i Bildta oznacza podgotowkę do budowania "strefy buforowej" między "zjednoczonymi
Niemcami" a "Związkiem Radzieckim", o której jeszcze w 1987 roku wspominał
minister spraw zagranicznych ZSRS, Edward Szewardnadze - tego wykluczyć
nie można, zwłaszcza w sytuacji, gdy niedzielne wybory prezydenckie na
Ukrainie wygra Wiktor Janukowycz. Wtedy ambicje mocarstwowe Polska będzie
mogła realizować jedynie poprzez ekscytowanie pani Andżeliki Borys przeciwko
okropnemu Aleksandrowi Łukaszence, zgodnie z zasadą, że "każdy ma swoja
żabę, co przed nim ucieka i swojego zająca, którego się boi". Co ciekawsze,
wydaje się, że Aleksander Łukaszenka rozumie tę polską potrzebę mocarstwowości
i udaje, że bardzo boi się pani Andżeliki Borys, która dostarcza mu znakomitego
alibi.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
PS Tuż przed wysłaniem tego komentarza okazało się, że Kancelaria
Prezydenta wydała oświadczenie, iż decyzje prezydenta Juszczenki "budzą
sprzeciw" prezydenta Kaczyńskiego. No proszę - kto by się spodziewał?
Krzysztof Ligęza
Upadek nagiego króla
Gdy jesteśmy młodzi, gorąco wierzymy, że możemy zmienić świat. Wszelako
z upływem lat nasz entuzjazm taje, niczym garść zmarzniętego śniegu ciśnięta
na gorącą fajerkę. W końcu pojmujemy, że nie sposób zmieniać świata, nie
zmieniając ludzi. I że należy zaczynać od siebie.
Znany pisarz Terry Pratchett przekonuje na łamach jednej ze swoich
książek, że życie niektórych z nas przypomina przecinek na kartach historii.
Po czym tłumaczy, że na temat egzystencji takich nieszczęśników nic więcej
nie można powiedzieć. Tymczasem przecinek przecinkiem, historia historią,
tym niemniej prawda jest taka, że - nie tylko z perspektywy minionych
dni - nikt z nas nie wyrasta ponad znak zapytania.
Ale to refleksje na marginesie, luźno związane z tematem dzisiejszego
felietonu, ponieważ nie o autorze popularnych książek fantasy zamierzam
dzisiaj pisać, ani o młodości chmurnej i durnej, lecz o zaskakującej decyzji
lidera partii rządzącej. Człowieka, od pięciu lat, czyli od przegranych
wyborów w 2005 roku, typowanego na najwyższy urząd w państwie. Typowanego
zarówno przez samego siebie, jak i namaszczanego na to stanowisko przez
grono fanów i totumfackich. Wyszło szydło z worka i pokazało, jakże daleko
ludziom tym do rozumności.
JAKA NIEPIĘKNA
KATASTROFA
Pytanie, czy lider największego ugrupowania zrezygnował z ubiegania
się o najwyższy urząd w państwie w obawie przed wynikami dochodzenia komisji
śledczej badającej aferę hazardową, pozostanie zapewne nierozstrzygnięte.
Stąd znacznie ciekawsze wydaje się obserwowanie reakcji zwolenników Donalda
Tuska, konfrontowanych z zaskakującym przecież i niekonsekwentnym zachowaniem
ich idola.
Donald Tusk okazał się politykiem słabym i w sumie nieudolnym.
"Królem sondaży", pozbawionym wszelako właściwości i charakteru męża stanu.
Na łamach dziennika "Rzeczpospolita" Norbert Maliszewski pisał niedawno:
"Premier Donald Tusk traci zaufanie, zmieniają się oczekiwania Polaków.
Kolos wciąż stoi na swoich glinianych nogach, ale już zaczyna się chwiać.
Utrzyma jednak równowagę, dopóki nie znajdzie się ktoś, kto zdołałby go
popchnąć, aby się wywrócił". Niewiele czasu było trzeba, by znalazł się
chętny, a słowo stało się ciałem. Nagi od dłuższego czasu król nareszcie
upadł, upadek maskując wodospadem porywającego pustosłowia. Jak zwykle.
Był w tym przewidywalny do bólu sznurowadeł.
Donald Tusk zrezygnował z zaszczytów i splendoru, ponieważ własne
ambicje polityczne postanowił poświęcić dla dobra współobywateli. Piękna
narracja. Kto chce, niech wierzy - wszelako człowiekowi rozumnemu pozostaje
uśmiech politowania. Albowiem polityk nie rezygnuje, polityk co najwyżej
przegrywa.
NA PASKU MOSKWY
Niemniej polityczny dym, unoszący się znad spekulacji poświęconych
decyzji premiera, przysłonił inne arcyciekawe wydarzenia, do jakiego doszło
niedawno na nadwiślańskiej scenie politycznej. Przy czym nie myślę wcale
o kolejnych przesłuchaniach przed sejmową komisją śledczą, krok po kroku
i wbrew staraniom jej przewodniczącego ujawniających ponurą prawdę o nagannych
kontaktach najwyższych funkcjonariuszy Platformy Obywatelskiej z hazardowym
lobby. Tu Platforma pogrąża się powoli, acz starannie, rzekłbym wyrafinowanie,
jednakowoż w sposób nieunikniony. Mam na uwadze fakt, który określił
przyszłość Polski na ponad ćwierć wieku i który bez najmniejszego ryzyka
popełnienia błędu można uznać za wydarzenie o niespotykanym ciężarze gatunkowym.
Chodzi o sfinalizowaną właśnie umowę gazową z Gazpromem - ewidentnie
na warunkach podyktowanych przez Moskwę. Jak donosiły agencje, Polska przystała
na wszystkie żądania wschodniego partnera.
I tak, kontrakt przedłużono o prawie 30 lat (do 2037 roku). Zakontraktowanego
gazu nie będziemy mogli odsprzedawać, mało tego, wobec PGNiG podtrzymano
niespotykaną nigdzie regułę "bierz lub płać". Nadzór nad gazociągiem biegnącym
przez Polskę przejął Gazprom, opłaty za tranzyt gazu pozostaną bez zmian,
rosyjska firma nie będzie też musiała jednorazowo uregulować zadłużenia
za ów tranzyt (chodzi o kilkaset milionów złotych).
Jak wszystko powyższe ma się do deklarowanych planów budowy gazoportu
czy innych działań, jakoby mających nas uniezależnić od Rosji, czort jeden
wie. Choć nie tylko czort może już zacząć przewidywać, do czego przywiodą
Polskę katastrofalne skutki braku zdrowego rozsądku u reprezentantów naszej
jasno oświeconej klasy politycznej.
...Powiadam braku rozsądku wyłącznie dlatego, że nie ma twardych
dowodów, by tym czy owym zdradę stanu zarzucać wprost.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj: http://www.widnokregi.salon24.pl
Marek Janicki
Czy warto było dożyć w Kanadzie wieku emerytalnego?
Odpowiedź na zadane w tytule pytanie postaram się dać na końcu. Zacznę
od apelu do zawodowców, specjalistów od praw człowieka umęczonego prawami
biurokratycznymi. To nie są żarty. Wielu z nas już jest umęczonych (kilku
zamęczonych), a resztę to czeka. Apeluję również do specjalistów od podatków
w Kanadzie, aby byli łaskawi zastanowić się nad odpowiedzią na niżej zaprezentowane
pytania. Myślę, że emeryci i renciści będą im wdzięczni, a do tych, którzy
rzeczowo (czyt. przystępnie) i zgodnie z obowiązującym prawem, wypowiedzą
się na łamach "Gońca", ustawią się kolejki zagubionych klientów.
Pytania:
1. Umowa bilateralna między Polską a Kanadą "o zabezpieczeniu
społecznym" dot. emerytur podpisana została przez polskiego "ministra właściwego
do spraw zabezpieczeń społecznych", a "w odniesieniu do Kanady, ministra
lub ministrów odpowiedzialnych za stosowanie ustawodawstwa Kanady" (Postanowienia
ogólne. Art. 1 "Definicje" pkt. 1(b) (I), (II)). W świetle prawa
międzynarodowego określenie takie jak "władze właściwe" w umowach
międzynarodowych, bez precyzyjnego określenia, o jakie władze chodzi, jest
nieadekwatne do ich wagi społecznej i znaczenia prawnego. Mogę się oczywiście
mylić, niech wypowiedzą się prawnicy, ale gdybym miał rację, to cała ta
umowa nie warta by była funta kłaków. Wobec tego:
Czy umowa pomiędzy Polską a Kanadą dot. "zabezpieczeń socjalnych
w zakresie emerytur i rent" jest zgodna z wymogami prawa międzynarodowego?
2. Które polskie i kanadyjskie urzędy, w świetle powyższej umowy,
kooperują ze sobą, wymieniają informacje i interpretują nie do końca jasne
przepisy ww. umowy?
Z wielu wypowiedzi tzw. osób kompetentnych wynika, że tylko
kanadyjski urząd socjalny (Social Security w skr. dalej zw. SS) ma prawo
do kierowania zapytań do polskiego urzędu emerytalnego (ZUS) - "władze
właściwe" - dotyczących sprawdzania wiarygodności zeznań swoich petentów
i vice versa. Natomiast polski ZUS, podobno, odpowie tylko na pytania dotyczące
świadczeń finansowych (wysokości emerytur) wyłącznie za okres od wejścia
w życie umowy, czyli od 1 X 2009 r. Ponieważ urząd socjalny Kanady twierdzi,
że nie interesuje się sprawami fiskalnymi swoich "interesantów", to: Czy
Urząd Skarbowy Kanady (Revenue Canada) ma prawo zwracać się do Polskich
władz fiskalnych z pytaniami o dochody, było nie było, polskich obywateli?
(Ustawa o ochronie danych osobowych!!!!)
3. Jaką wysokość emerytur polskich odlicza kanadyjski urząd socjalny
(SS) od tzw. suplementu (GIS)? (Podobno 50 proc. sumy otrzymywanej w Polsce).
4. Czy od podatku kanadyjskiego można odliczyć wydatki na pomoc
rodzinie w Polsce? Czy pomoc ta jest limitowana i kogo konkretnie dotyczy?
5. Jaka jest definicja emerytury w prawie kanadyjskim? Czy jest
to "zysk" czy "należność"? Dlaczego do naliczania tzw. suplementu (GIS)
nie odlicza się kanadyjskiej renty inwalidzkiej (WSIB, należność), a odejmuje
się polskie "należności" emerytalne?
6. Jak władze kanadyjskie przeliczają polskie emerytury przy
stałych wahaniach kursu walutowego? (w Kanadzie złotówki nie są wymienialne,
przelicza się je najpierw na euro, a te dopiero na dolary kanad.). To po
pierwsze. Po drugie: w Polsce ciągle zmieniają się przepisy emerytalne.
29 I 2010 r. premier Tusk zapowiedział całkowitą reformę emerytalną, która
jak można wnioskować z wcześniejszych doświadczeń, będzie niekorzystna
dla emerytów. Jak te zmiany będą w przyszłości brane pod uwagę przez kanadyjski
urząd (SS)?
7. Czy polska renta inwalidzka też jest odliczana od suplementu
kanadyjskiego (GIS)? dot. ZUS - Jak można w Polsce przejść na rentę inwalidzką?
Ostatnio, przed obniżeniem esbekom emerytur, masowo uciekali oni na renty
inwalidzkie, które nie ulegały obniżeniu. Widocznie można sobie to załatwić!
8. Jakie kary ponosi biorca emerytury polskiej, który nie zgłosił
jej w Kanadzie, a jakie ten, który dobrowolnie zgłosił? Proszę podać
wysokość sumy odliczanej od suplementu, od kiedy, wysokość odsetek, czy
może emeryt stracić wszystkie świadczenia emerytalno-socjalne i pozostać
bez środków do życia w Kanadzie?
9. Czy w Kanadzie można pozbawić kogoś minimum socjalnego, które
obecnie wynosi ca 1100 dol. dla osoby samotnej? Z kręgu specjalistów od
podatków dochodzą nas informacje, że takie praktyki stosuje kanadyjski
fiskus w stosunku do osób, które ukryły otrzymywanie polskiej emerytury.
Skoro już poruszam sprawy związane z naruszaniem prawa przez
pol-skich emerytów w Kanadzie, często nieświadomego, to czyż nie jest interesująca
sprawa pobierania emerytur i zasiłków przez inne nacje. Np.: przebywający
w Kanadzie od dwudziestu lat np. "Bob" sprowadził w tym okresie kilka
żon, zwanych siostrami, oraz matkę i ojca (nikt nie jest w stanie sprawdzić
ich tożsamości, bowiem - wraz z kilkoma urzędnikami - wszystkie papiery
spłonęły w wyniku zamachu bombowego na właściwy urząd w jego kraju). Po
10 latach matka i ojciec naszego "Boba" przechodzą na emeryturę, a po ca
20 latach siostry (może żony?). Należy podkreślić, że oficjalnie nie przepracowali
oni jednego dnia w Kanadzie, ale po skończeniu 65 roku życia otrzymają
Old Age Security i dodatek socjalny (GIS). Co ciekawe, wszystko jest lege
artisÉ tylko czy zgodnie z logiką i uczciwością społeczną?
Emigranci polscy, jeżeli wypracowali emerytury w kraju, to mają
je strasznie mizerne (z wyjątkiem emerytów służb specjalnych, których nie
tak mało mamy w Kanadzie). I tak, średnia emerytura za 25 lat pracy w Polsce,
po potrąceniu podatku i opłaceniu ZUS, wynosi ok. 1000 zł (to jest ok.
354 dol.). Biorąc pod uwagę opłaty bankowe i transferowe, pozostanie ok.
300 dol.
Te 1000 zł, jakże często, a nawet najczęściej, nasi rodacy-emeryci
przeznaczają na pomoc swoim rodzinom w kraju, które wbrew oficjalnym statystykom
rządu PO (czyt. Platforma Obywatelska), żyją w dużej mierze poniżej granicy
ubóstwa. W wielu przypadkach żyjący rodzice w Polsce nie mają na wykupienie
lekarstw czy leczenie w sektorze prywatnym, bo w państwowym czeka się miesiącami
na każdą wizytę do specjalisty, nie mówiąc o nowoczesnej diagnostyce (CS,
MRI itd.). Jakże często dzieci naszych sióstr i braci w kraju chodzą niedożywione,
a rząd PO w ubiegłym roku skasował dodatki do szkolnego dokarmiania (stołówki
szkolne, akcja owoce i mleko dla każdego dziecka itd.).
W Polsce ludzie wypracowali emerytury własnymi rękoma, własnym
wysiłkiem i własnych pieniędzy. Nie są one wielkie, ale są dodatkiem, dzięki
któremu większość emerytów w Kanadzie łata swoje dziury budżetowe, a nawet
- jak wspomniałem - przynajmniej częściowo przeznacza na pomoc socjalną
dla rodziny. Czy za to mają być karani?
Zgoda, może w świetle obecnego prawa powinni, bo prawa trzeba
przestrzegać. Polacy w większości starają się to robić. Jeżeli jednak prawo
nie spełnia wymogów sprawiedliwości społecznej, należy je zmienić, można
je dopasować do obecnych warunków czy zaistniałej sytuacji. O to jednak
sami musimy zadbać. Tu na miejscu należy pisać listy do swoich posłów w
parlamencie, informować ich, naciskać. Jest to nasze niezbywalne prawo,
a nawet obowiązek, ale czy to robimy?
Można oczywiście mieć pretensje do Kongresu Polaków w Kanadzie,
że nic w tej sprawie nie zrobił, względnie za mało zrobił. Powód się zawsze
znajdzie. Może to jednak nie wynika z indolencji naszych działaczy społecznych,
może chcieli by coś zrobić, ale widocznie nie wiedzą, jak się do tego zabrać.
Trzeba wobec tego wziąć inicjatywę w swoje ręce i nie czekać, aż zrobią
to sami działacze. A swoją drogą, to od dawna nie mogę się nadziwić brakowi
konsekwencji naszych rodaków. Tylko 1% (słownie: jeden procent) Polaków
w Kanadzie interesuje się funkcjonowaniem Kongresu Polonii Kanadyjskiej,
jego problemami organizacyjnymi i finansowymi (z tego co wiem, nie jest
dofinansowany nawet 1 dol. przez rząd kanadyjski, a tym bardziej polski).
Oczywiście problem dotyczy większości organizacji polonijnych, ale to KPK,
w przypadkach ważnych dla naszych rodaków, brany jest pod przysłowiowego
buta.
Kiedy dochodzi jednak do spraw ważnych dla naszej społeczności,
liczymy, że problemy rozwiąże Kongres. W pewnym sensie jest to nawet logiczne,
bowiem to KPK jest naszym głównym i jedynym łącznikiem z rządem Kanady,
ale skoro sami nie szanujemy go, nie interesujemy się, kto nas w nim reprezentuje
i co sobą reprezentuje, to jak możemy mieć do niego o cokolwiek pretensje.
Prace nad ustawą emerytalną, z tego co się orientuję, trwały
ponad dwa lata. Wstępna umowa podpisana była w kwietniu 2008 r. Już wtedy
fachowcy od podatków (income tax) wiedzieli, czym ona grozi wielu emerytom
pobierającym zasiłki w Polsce. Dlaczego nie nagłośnili tego? A najważniejsze
to: dlaczego nie zaproponowali KPK swojej współpracy i nie ostrzegli przed
zagrożeniami z niej wynikającymi? Jedno co potrafili nasi specjaliści,
to straszyć ciężkimi karami karno-skarbowymi. Niech się więc dzisiaj zrehabilitują
i zaczną sensownie doradzać, co w tej sytuacji mają robić ludzie zagrożeni
poważnymi konsekwencjami i jak tym zagrożeniom przeciwdziałać.
Największa grupa polska w Kanadzie mieszka obecnie w Mississaudze.
Myślę, że w mieście tym jest też największy potencjał intelektualny
i tylko tam można rozpocząć planowanie sensualne, które finalnie doprowadzić
może do sensownych zmian w nie najdoskonalszych przepisach stworzonych
na kolanie przez socjalne urzędy Polski i Kanady. Co zresztą przyznaje
w prywatnych rozmowach jedna i druga strona. Wydaje się, że najwłaściwszą
organizacją do pilotowania tej sprawy by był oddział w Mississaudze KPK,
który już sprawdził się w kilku pożytecznych akcjach.
Wracają do pytania zawartego w tytule. Otóż, przynajmniej moim
zdaniem, warto było dożyć w Kanadzie do wieku emerytalnego, aleÉ trzeba
uwierzyć w siebie, myśleć pozytywnie iÉ mieć wiarę w Opatrzność Bożą. Nikt
jednak za nas pewnych spraw nie załatwi, musimy się sami mobilizować i
przejawiać aktywność w ważnych dla nas sprawach.
Marek Janicki
Toronto
(prawdziwe nazwisko wyłącznie do wiadomości redakcji)
Jerzy Rosa
Na otarcie łez
Po rozreklamowanej wpadce, jaką jest naprawa niesprawnie działającej
dźwigni gazu w aż siedmiu milionach aut - Toyota potrzebuje czegoś, co
poprawi samopoczucie nabywców tych japońskich samochodów. W doskonałej
sytuacji są Kanadyjczycy, którzy w tym roku otrzymają trzy nowe wozy marki
Scion - trzeciej już firmy działającej pod szyldem Toyoty.
Kanadyjska premiera nowej marki odbyła się na zakończonej właśnie wystawie
samochodowej w Montrealu, gdzie ogłoszono termin sprzedaży aut Sciona w
naszym kraju i podano listę dealerów, gdzie można będzie te auta nabyć.
Od września 2010 roku sciony pojawią się w 45 autoryzowanych salonach Toyoty
- w trzech największych miastach Kanady: Toronto (20 lokalizacji),
Montrealu (18) i Vancouverze (7).
Trzecia marka Toyoty (Toyota, Lexus, Scion) po raz pierwszy zaistniała
w marcu 2002 roku na wystawie samochodowej w Nowym Jorku. Pokazano wówczas
dwa prototypy oznaczone bbX i ccX, które w wersji produkcyjnej okazały
się modelami xB i tC - trzecim samochodem najmłodszego dziecka Toyoty był
prezentowany rok później hatchback xA, który parę lat później przekształcił
się w model xD. Nowa marka adresowana jest do ludzi młodych, którym wozy
Toyoty wydają się banalne, a Lexusa za drogie.
W Kanadzie Scion przedstawi nam całą swą aktualną gamę aut, czyli
modele tC, xD i xB.
Model tC to w prostej linii spadkobierca celiki, której produkcja
została zakończona pięć lat temu. Auto skonstruowane jest jednak na bazie
camry z silnikiem 2,4, która nosi w Europie nazwę avensis. Tu kilka słów
wyjaśnienia, dlaczego nazwa małego sciona nie brzmi xC (jego rodzeństwo
to przecież xA, xB i xD), ale właśnie taki symbol noszą wozy Volvo (XC60,
XC70 i XC90), więc Japończycy musieli zadowolić się określeniem tC, co
wykładają jako "touring coupe".
To ładne i wdzięcznie wyglądające coupe ma moc 161 KM, ale dostępna
jest też wersja z turbodoładowarką TRD, która daje wozikowi 200 koni.
Zadbano także o dodatkowe bezpieczeństwo dla kierowcy, montując pod kierownicą
dodatkową poduszkę powietrzną chroniącą kolana. W aucie znajduje się również
montowana standardowo apteczka pierwszej pomocy.
5-drzwiowy hatchback scion xD do złudzenia przypomina produkowanego
w Ontario w zakładach w Cambridge matrixa, chociaż jego pierwowzorem jest
toyota ist, a w rzeczywistości to wydłużona wersja znanego u nas yarisa,
który w Japonii nosi nazwę "vitz". Od matrixa jest dużo lepiej standardowo
wyposażony: ma ABS, cruise control, system monitorowania ciśnienia w oponach,
boczne kurtyny i oczywiście wszystko jest w nim "power". Jedyną opcją jest
system stabilności jazdy (VCS) z urządzeniem kontroli trakcji (TRAC).
Pojazd, jak wszystkie sciony, ma przedni napęd. Źródłem energii
jest w nim 1,8-litrowa "czwórka" o mocy 128 KM. Do wyboru mamy tu 5-biegową
manualną przekładnię lub 4-biegowy automat. Auto spala na autostradzie
7,4 litra benzyny; w ruchu miejskim zużywa 9 litrów.
Najciekawszą propozycją Sciona wydaje się być kanciasty model
xB. Bazuje na platformie podłogowej toyoty echo i jest spokrewniony z japońską
wersją toyoty dolphin i jej następcą - rumion. Mimo młodego wieku xB doczekał
się już swej drugiej generacji, która zaprezentowana została na Chicago
Auto Show w 2007 roku. Właśnie tę odmianę poznamy w Kanadzie. Produkowana
jest w trzech zakładach (Kanegasaki, Isawa, Iwate) Toyoty w Japonii. Nowy
model xB jest szerszy (o 7 cm), dłuższy (o 30 cm) i cięższy o 270 kg od
swego poprzednika.
Drugie pokolenie tego samochodu napędzane jest 2,4-litrowym silnikiem,
który generuje moc 158 KM. Nie jest to już tak oszczędny samochód jak protoplasta
z 1,5-litrową jednostką napędową, ale nie zapominajmy, że auto ma zaimponować
ludziom młodym, a oni jeszcze nie nauczyli się cenić samochodu za jego
ekonomiczność. Więcej o parametrach serca xB dowiemy się, studiując właściwości
toyoty camry, od której pożyczono ten silnik dla dwóch modeli sciona: xB
i tC.
XB jak każdy z modeli sciona jest standardowo nieźle wyposażony:
posiada klimatyzację, elektrycznie podnoszone szyby, centralny zamek, odtwarzacz
CD z podłączeniem do iPoda. Chociaż to auto seryjne, to olbrzymia liczba
akcesoriów umożliwia jego indywidualizację. To właśnie podstawowa cecha
nowej marki Toyoty - każdy z produkowanych samochodów można dostosować
do własnych estetycznych potrzeb.
Ten zabawny, pudełkowaty samochodzik sprzedaje się dużo lepiej
niż kreowany przez producenta na lidera model xD. Oryginalna stylistyka
wynikająca z połączenia cech małej bagażówki i wygodnej osobówki zadecydowała,
że xB sprzedaje się dwa razy lepiej niż xD. Nie ma jeszcze danych za 2009
rok, ale w 2008 upłynniono w USA 45 220 sztuk tych praktycznych samochodów.
Przeprowadzone badania amerykańskiego rynku, gdzie Scion sprzedaje
swe auta już od ośmiu lat pozwoliły na spostrzeżenia, że 70 procent nabywców
sciona nie posiadało wcześniej samochodu marki toyota, natomiast połowa
właścicieli scionów przesiadała się później na toyoty. Czy w Kanadzie ten
trend się utrzyma, czy masowe reklamacje wozów Toyoty spowodowane nieszczęsnym,
zacinającym się mechanizmem pedału gazu, zmienią tę statystykę? - Nie wiadomo...
Nowa marka Toyoty na pewno wzbogaci kanadyjską ofertę rynkową,
gdzie najchętniej kupuje się małe auta. Popyt na małe auta w Kanadzie jest
dużo większy niż u naszego południowego sąsiada, któremu dopiero kryzys
paliwowy i gospodarczy uzmysławia, że czas przesiąść się na coś bardziej
ekonomicznego niż wielolitrowe pick-upy.
Nieznana jest jeszcze kanadyjska cena na trzy modele sciona -
jest tajemnicą poliszynela, że właśnie ona będzie wywierać bezpośredni
wpływ na sukces lub rynkowe niepowodzenie. Zła sytuacja gospodarcza, mimo
uspokajających zapewnień naszego rządu, nie skłania ludzi do popadania
w długi, by nabyć wymarzony wóz.
Dla orientacji można zapoznać się z cenami w USA, gdzie model
xB kosztuje 16 700, xD - 15 600 a tC - 17 800 dolarów. Gdyby owe ceny zanadto
nie odbiegały (oczywiście - w górę) - to sciony mają w Kanadzie zapewniony
sukces!
Każdy, kto jest ciekawy, jak wyglądają samochody nowej w Kanadzie
marki, powinien odwiedzić w następnym tygodniu otwierającą się w Toronto
doroczną wystawę samochodową. W piątek, 12 lutego, swe podwoje otwiera
największa wystawa w Kanadzie - Canadian International AutoShow.
Wystawa ma miejsce w budynkach MTCC (Metro Toronto Convention Centre) przy
Front St. W. w pobliżu torontońskiej iglicy. AutoShow potrwa do 21 lutego.
Bilet kosztuje 20 dolarów, dla dzieci do 12 roku życia - 7 dolarów.
Jerzy Rosa
Mississauga
Andrzej Kumor
Ewangelia według Urzędu Skarbowego
Komuniści, jak na bandytów przystało, używali instytucji państwa do
prześladowania, gnębienia, a czasem nawet mordowania niewinnych ludzi.
Różne były sposoby, różne etapy komunistycznego dzierżymordzia; powszechnie
stosowano groźbę wyrzucenia z pracy czy złamania kariery zawodowej, co
w państwie będącym jedynym dużym pracodawcą było sprawą możliwości przeżycia
lub nędzy. Tych, którym udawało się pracować na własny rachunek, nękano
przy pomocy urzędu skarbowego. Zawsze można było znaleźć jakieś mniej lub
bardziej urojone przestępstwo finansowe i wlepić DOMIAR.
Domiary wykończyły niejednego polskiego "prywaciarza", wielu
wepchnęły na ścieżkę donosicielstwa czy w objęcia kopertowej "płatnej protekcji".
Przypominam o tym, bo do podobnych przypadków nękania ucieka
się polit-poprawna soldateska w rzekomo wolnym, demokratycznym państwie
kanadyjskim. Urząd skarbowy Revenue Canada zaczyna być wykorzystywany w
roli pejczyka, którym stawia się niepokornych do pionu. Jeszcze dziesięć
lat temu, gdyby ktoś głosił takie rewelacje, myślałbym, że choruje na głowę.
Tymczasem na własnej skórze doświadczył tego ksiądz Pawłowski z Calgary,
którego organizację pomocy dla bezdomnych Urząd Skarbowy pozbawił statusu
charytatywnego za... poglądy głoszone przez członków jej zarządu. Konkretnie
zaś występowanie przeciwko tzw. prawom homoseksualistów oraz w obronie
dzieci nienarodzonych.
I nie był to pierwszy taki przypadek, bo w roku 2004 Urząd Skarbowy
zwrócił się do katolickiego biskupa Calgary z połajanką za list pasterski,
w którym napominał ówczesnego premiera Paula Martina (uznającego się za
katolika) za popieranie aborcji oraz tzw. małżeństw homoseksualnych. Przedstawiciele
Urzędu Skarbowego nakazali biskupowi usunięcie listu ze strony internetowej,
grożąc pozbawieniem Kościoła zwolnień podatkowych. Oficjalna argumentacja
jest taka, że organizacje charytatywne nie mogą z definicji zajmować się
polityką. Gdy biskup odmówił zdjęcia listu ze strony... Revenue Canada
przeprowadziła u niego osobistą kontrolę skarbową. W rezultacie audytu
ustalono, że... Revenue winne jest biskupowi 70 dolarów.
Jednocześnie urzędnikom skarbowym wcale nie przeszkadza, gdy
w agresywną działalność polityczną wdają się pełną gębą lewackie ugrupowania
posiadające status tax-free.
Dlaczegóż to misiu?
Ot, zagadka przyrodnicza.
Coraz częściej księża głoszący kazania, rezygnują z drażliwych
tematów, aby czasem jakieś trefne słowo nie naraziło ich samych lub
parafii na proces sądowy czy kłopoty finansowe. Zagrożenie jest całkiem
realne, więc i Ewangelia cytowana bywa coraz oględniej.
Proces ten przybiera na sile, i to nie tylko w Kanadzie. W Wielkiej
Brytanii tamtejsza ustawa o równouprawnieniu zmusi kościelne
szkoły, chóry czy jakiekolwiek organizacje katolickie do przyjmowania w
swe szeregi wojujących homoseksualistów afiszujących się z tą ułomnością.
Przeciwko tak drakońskiemu ograniczeniu wolności religii po raz pierwszy
donośnym głosem zaprotestował papież.
My sami jesteśmy już jednak tak zdegenerowani,
że w podobnych wypadkach zamiast krzyczeć i wychodzić na ulice, narzekamy
sobie tylko trochę pod nosem.
Po co się nęka Kościół?
Chodzi o kontrolę nad ludźmi; chodzi o to, by tzw. zorganizowana
religia nie sprzeciwiała się oficjalnej ideologii; ideologii nieludzkiej,
coraz bardziej wrednej, wyłamującej drzwi prywatnych domów i wchodzącej
nam z butami do pościeli.
Totalitarna dyktatura możliwa jest pod każdą szerokością geograficzną,
również w systemach o dużych tradycjach demokratycznych. Wystarczy nauczyć
się manipulowania ludźmi, rozszerzyć sfery społeczne poddane regulacji
państwa, by płynnie przejść do drakońskiego totalu.
Na dodatek, dzisiaj coraz trudniej jest go obchodzić - sieci
komputerowe, obieg bezgotówkowego pieniądza, GPS, możliwość błyskawicznego
przetwarzania danych, wszystko to sprawia, że nie ma się gdzie schować.
Prędzej czy później urząd nas dopadnie. Na razie jest to początek; odebranie
statusu charytatywnego czy nękanie finansowe, to nie koniec świata,
dlatego dopóki można, każdy z nas powinien korzystać ze zmierzchającej
wolności. Owszem, głoszenie niewygodnych czy politycznie niepoprawnych
prawd może nas kosztować karierę w dużej korporacji, nieprzyjemności w
szkole dziecka czy... kontrolę finansową.
I co z tego?
Życie nie jest po to, by mieć święty spokój, tego nie zabraknie
nam po śmierci. Na razie warto choć trochę powalczyć. Ot, choćby z szacunku
do samego siebie, ot, choćby o tę odrobinę swobody i o tę prawdę coraz
ciszej szeptaną. Wolność, podobnie jak miłość, jest nad życie i hak w smak
każdemu, kto nas chce omotać. Naszym największym wrogiem nie są jeźdźcy
lewackiej apokalipsy, lecz własny najbardziej intymny strach. Ten strach
współczesne wychowanie "bezstresowe" wdrukowuje w dzieci od przedszkola.
Każdy total, również ten politycznie poprawny, demoliberalny,
chce stworzyć nowego człowieka. Dzisiejszy Frankenstein nie jest blond
Germaninem o niebieskich oczach czy dobrze zbudowaną traktorzystką z grubymi
łydkami, lecz pozbawionym rodziny, ojczyzny, rasy i religii szarobrązowym
człowiekiem - krzyżówką, bez zdecydowanych poglądów i silnych emocji; łatwym
do kierowania, folgującym niskim instynktom, konsumentem nie stawiającym
kłopotliwych pytań w rodzaju, "dlaczego świnie są równiejsze?".
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 4/2010
Stanisław Michalkiewicz
Starsi i mądrzejsi przeciw najstarszym i najmądrzejszym
Chociaż w związku z globalnym ociepleniem Polska jęczy w okowach, tym
razem już nie okrutnego cara, co to potrząsa strasznym knutem i zsyła na
okropną Syberię, tylko mrozu, który przy globalnym ociepleniu jest przecież
zjawiskiem zwyczajnym, to przecież nie przeszkodziło to w zorganizowaniu
w dawnym obozie zagłady w Oświęcimiu, którego nowej, politycznie poprawnej
nazwy ani rusz nie mogę zapamiętać, międzynarodowych uroczystości w 65.
rocznicę wyzwolenia go przez Armię Czerwoną. Na uroczystości co prawda
nie przybył prezydent Rosji Dymitr Miedwiediew, zaproszony niemal w ostatniej
chwili, podobnie jak Nasza Złota Pani Aniela, ale za to był izraelski premier
Beniamin Netanjahu i charyzmatyczny pre... to znaczy pardon - oczywiście
charyzmatyczny przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek, a ze
strony polskiej - prezydent Lech Kaczyński i premier Donald Tusk. Premier
Netanjahu w swoim przemówieniu, zwłaszcza części wygłoszonej po hebrajsku,
podkreślał, że chociaż w tym miejscu ginęli również przedstawiciele innych
narodów, to przecież ofiara narodu żydowskiego jest najważniejsza. W części
przemówienia przeznaczonej dla tzw. gojów, premier Netanjahu przypomniał,
że Izrael wyciągnął z tej tragedii wnioski m.in. w postaci silnej armii,
która... i tak dalej - więc widać wyraźnie, że podkreślanie wyjątkowego
charakteru holokaustu służy politycznemu i moralnemu uzasadnieniu każdorazowej
polityki Izraela. Niepotrzebnie zatem JE ksiądz biskup Tadeusz Pieronek,
najwyraźniej przerażony własną spostrzegawczością i odwagą oraz pełną niedowierzającego
zgorszenia reakcją Salonu, wypierał się wypowiedzianej w wywiadzie dla
internetowego portalu Romano Pontificio opinii, że Żydzi wykorzystują holokaust
do politycznych i merkantylnych celów. Wywiad jednak - jak przypomniał
redaktor naczelny portalu - został nagrany, więc "daremne żale, próżny
trud, bezsilne złorzeczenia". Tymczasem konsternacja Salonu idzie tak daleko,
że pani Halina Bortnowska, za pośrednictwem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka
kolaborująca z wiedeńską Agencją Praw Podstawowych, zaproponowała, żeby
na razie w ogóle nic nie myśleć.
Zanim więc Salon zbierze myśli, wróćmy do międzynarodowych reakcji
w rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu. Specjalny telegram nadesłał również
prezydent USA pan Obama, wyliczając nie tylko narody prześladowane w Oświęcimiu
przez "nazistów", ale także "hetero- i homoseksualistów". O, to to! Wprawdzie
światowej sławy historycy jeszcze nie powiedzieli w tej sprawie ostatniego
słowa, ale nietrudno się domyślić, że "naziści" dlaczegoś specjalnie
zawzięli się właśnie na "heteroseksualistów", skoro stanowili oni przytłaczający
odsetek ofiar wśród wszystkich prześladowanych w oświęcimskim obozie narodów.
Obawiam się nawet, czy "heteroseksualistów" nie zamordowano w oświęcimskim
obozie więcej, niż Żydów. Dotychczas jakoś nikt nie zdawał sobie z tego
sprawy, aż dopiero prezydent Obama zwrócił na to uwagę i jednym rzutem
oka spenetrował prawdę. Gdyby tak więc heteroseksualiści też postanowili
wyciągnąć z tego jakieś wnioski, to mogłoby to doprowadzić do konfliktu
interesów z premierem Netanjahu i skandalu na skalę nie tylko międzynarodową,
ale znacznie szerszą.
Tymczasem, chociaż atmosfera skandalu towarzyszyła rocznicowym
uroczystościom i po jej zakończeniu, na pewno wybuchłyby potępieńcze swary,
komu i za co należy przypisać większą winę, to nagle wszystko ucichło,
niczym propaganda globalnego ocieplenia, bo następnego dnia - nawiasem
mówiąc, tego samego, w którym hazardowa komisja śledcza rozpoczęła przesłuchanie
"Mira", czyli Mirosława Drzewieckiego, premier Donald Tusk ogłosił, że
nie będzie kandydował w wyborach prezydenckich.
Uzasadnił swoją decyzję koniecznością osobistego nadzorowania
realizacji ambitnego programu wiekopomnych reform. Wprawdzie jeszcze nie
wiadomo jakich, ale przecież i prezydent Obama podczas swojej kampanii
wyborczej na pytanie, jakie zmiany zamierza wprowadzić, odpowiadał jednym
słowem - że "wielkie", więc nie powinniśmy oczekiwać od premiera Tuska
zbyt wiele. Nawiasem mówiąc, ta sytuacja utwierdza nas tylko w podejrzeniach,
że Platforma Obywatelska wprawdzie ma program, ale nie zawsze wie jaki,
bo komunikowany jest on premieru Tusku i jego dygnitarzom przez starszych
i mądrzejszych często dopiero w ostatniej chwili. A skoro tak, to nieomylny
to znak, że starsi i mądrzejsi oznajmili mu właśnie, że kandydowanie w
wyborach prezydenckich ma zakazane - ale oczywiście tego głośno mówić nie
można, to chyba jasne. Zresztą musiał przeczuwać pismo nosem wcześniej,
skoro wystąpił z inicjatywą zmiany konstytucji, która pozbawiłaby prezydenta
resztek konstytucyjnych uprawnień, odbierając zarazem narodowi możliwość
wybierania go w powszechnym głosowaniu na rzecz desygnowania przez Zgromadzenie
Narodowe.
No a skoro premieru Tusku kazano zrezygnować z kandydowania,
to kto zostanie faworytem starszych i mądrzejszych? Tego, ma się rozumieć,
jeszcze nie wiemy, ale z deklaracji doktora Andrzeja Olechowskiego, który
zaapelował o poparcie przez PO jego kandydatury, możemy się domyślać, że
starsi i mądrzejsi albo jakiś kompromis już zawarli, albo są w końcowej
fazie negocjacji. Rzecz w tym, że przed kilkoma dniami niezawisła prokuratura,
kierowana nieodpartym kategorycznym imperatywem doprowadzenia do spóźnionego
triumfu sprawiedliwości, przedstawiła zarzuty Pawłowi Piskorskiemu, że
przed 13 laty posługiwał się fałszywą umową sprzedaży antyków. Ponieważ
Paweł Piskorski był, jak by tu powiedzieć - akuszerem kandydatury dra Olechowskiego,
przedstawienie mu zarzutów było wyraźną aluzją, żeby również dr Olechowski
kandydowanie w wyborach prezydenckich wybił sobie z głowy. Ale "nie z nami
takie numery, Brunner!". Najwyraźniej w gronie starszych i mądrzejszych
ktoś musiał przypomnieć fundamentalną zasadę konstytucyjną III Rzeczypospolitej,
że "my nie ruszamy waszych, a wy nie ruszacie naszych" i w rezultacie sprawa
poszukiwania faworyta na tegoroczne tubylcze wybory prezydenckie na razie
pozostaje otwarta. Z kolei po stronie, że tak powiem, drugiego obozu faworyciego,
pojawiają się głosy, że "prawica" jest "lepszym", czy nawet "większym"
przyjacielem Izraela. Nietrudno domyślić się, że jest to oferta skierowana
pod adresem starszych i mądrzejszych, a nawet - najstarszych i najmądrzejszych,
by uruchomili swoje aktywa na tubylczej scenie po właściwej stronie.
Jak się ta licytacja zakończy - trudno jeszcze wyrokować, ale
optymizm gwałtownie rośnie, co widać choćby z opinii pana prof. Krasnodębskiego,
że pan prezydent Lech Kaczyński wygrałby tegoroczne wybory już w pierwszej
turze. Ano - jak Pan Bóg dopuści, to i z kija wypuści, więc dlaczegóż to
strategia "mniejszego zła", w którą najwyraźniej celuje pan prezydent Lech
Kaczyński, nie ma przynieść rezultatów, jeśli starsi, a właściwie najstarsi
i najmądrzejsi tak postanowią? Czego za tę przysługę zażądają, to już inna
sprawa, ale wiadomo, że jak jest sukces, to muszą pojawić się ojcowie.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
W imigracyjnym areszcie
Izabella Embalo
Nie jest rzadkością aresztowanie cudzoziemca przez urząd imigracyjny
w Kanadzie. W aresztach zamyka się osoby, które naruszyły prawo imigracyjne
i które unikają deportacji, ukrywając się. Podobnie w przypadku osób, które
w jakiś sposób stanowią zagrożenie dla kanadyjskiego społeczeństwa (wykroczenia
kryminalne) lub jeśli nie można ustalić tożsamości. Areszt i deportacja
grozi także osobom posiadającym pobyt stały w Kanadzie, nawet obywatelstwo.
W sytuacji aresztu należy działać szybko. W ciągu 48 godzin można
wynegocjować z urzędem imigracyjnym warunkowe uwolnienie na przykład na
podstawie wpłaty kaucji pieniężnej. Kaucję powinna wpłacić osoba, która
zna aresztowanego i która jest wiarygodna w oczach władz imigracyjnych.
Nie jest możliwe, by osoba sama się z aresztu wykupiła lub użyła własnych
funduszy.
Władze imigracyjne mogą wymagać kaucji w postaci gotówki (cash
bond) lub w postaci obietnicy-gwarancji zapłacenia określonej kwoty na
wypadek, jeśli osoba uwolniona z aresztu nie dostosuje się do określonych
warunków, na przykład okresowych meldunków lub nie stawi się w urzędzie
podczas finalnej procedury deportacyjnej, jeśli taka będzie wymagana.
Jeśli uwolnienie nie nastąpi w czasie dwóch dni, sprawę kieruje
się na specjalne przesłuchanie w ciągu 7 dni, następnie 30 dni. Prawnik
czy inny reprezentant ma niekiedy prawo do poproszenia o wcześniejsze przesłuchanie,
na przykład jeśli osoba została zatrzymana za brak dokumentów tożsamości,
wówczas kiedy będą one w posiadaniu.
Każde przesłuchanie jest jakby nową procedurą, dlatego w swojej
obronie osoba może użyć tych samych i nowych argumentów. Aresztowany cudzoziemiec
ma także pewne prawa, na przykład być reprezentowany przez prawnika lub
konsultanta, dlatego w sytuacji zatrzymania warto skontaktować się z profesjonalistą.
Warto też pamiętać, by nie podpisywać żadnej dokumentów, dopóki
nie zna się jej zawartości i ewentualnych konsekwencji złożenia na tym
dokumencie własnego podpisu.
Późniejsze tłumaczenia, że podpisało się dokument w języku angielskim,
nie znając jego treści, nie jest przez władze respektowane i dzieje się
tak, że niekiedy nieświadomi swoich praw czy procedur prawnych aresztowani
cudzoziemcy podpisują zgodę na własną deportację.
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ DO KANADY ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA
NASZEJ STRONY: WWW.EMIGRACJAKANADA.NET
JESTEŚMY JEDNĄ Z NIELICZNYCH, JEŚLI NIE JEDYNĄ FIRMĄ, KTÓREJ
KLIENTÓW REPREZENTUJE LICENCJONOWANY KANADYJSKI ADWOKAT.
PRZYJMUJEMY TAKŻE W WEEKENDY I WIECZORAMI, TEL. 416 820 9576
LUB 416 515 2022,
E-MAIL: EMIZ@LIVE.CA
Izabela Embalo
Andrzej Załęski
Siła terroru
Kiedy komunikatory amerykańskie ogłosiły, że dwóch terrorystów
biorących udział w zamachu 11 września przybyło do USA z Kanady i
że Kanada jest wylęgarnią terrorystów, nie dawaliśmy temu wiary,
przypisując te fakty złośliwym insynuacjom, czy wręcz zwyklej ksenofobii.
Dopiero aresztowanie 18 członków zawiązanej grupy terrorystycznej w Mississaudze
w 2006 roku, otworzyło oczy społeczeństwu kanadyjskiemu. Nie jest istotne
użycie metod w celu wykrycia spisku (użycie prowokatora agenta), podsunięcie
materiałów wybuchowych spreparowanych tak, żeby nigdy nie eksplodowały,
istotne jest, że grupa niedoszłych zamachowców zorganizowała się
w oparciu o zaistniały motyw działania lub ideologię. Ważne
jest umiejscowienie źródła indoktrynacji tych młodych przecież ludzi. Kto
i co spowodowało, że utworzono anarchistyczną grupę mierzącą w spokojnych
niewinnych obywateli. Terroryści byli szkoleni w okolicznych lasach, niektórzy
wyjeżdżali do Afganistanu i Pakistanu zdobywać "wiedzę" i doświadczenie
w zabijaniu ludzi, konstruowaniu ładunków wybuchowych i sposobów ich dostarczania
na miejsce akcji.
Minister spraw wewnętrznych Australii publicznie oświadczył,
że zło bierze swój początek z meczetów, które w większości nie tylko służą
do modlitwy, lecz również do kreowania nienawiści do innej wiary. Tam imamowie
nawołują do walki z chrześcijanami, do walki z Zachodem, według nich,
wylęgarnią wszelkiego zła na świecie. To imamowie i islamscy doktrynerzy
wywołują u młodzieży nastroje ekstremalnie rewolucyjne. Bezustanna walka
ze światem pogaństwa aż do własnej bohaterskiej śmierci za wiarę, to główna
doktryna islamu!
Kto to jest "imam"? Imamem może zostać każdy i nie wymaga się
od delikwenta ukończenia studiów teologicznych. Imam jest biegłą osobą
w znajomości Koranu i prawa koranicznego, z latami zdobywa wiedzę oratorską,
musi być człowiekiem zaangażowanym w głoszeniu Koranu i przestrzeganiu
fanatycznie jego założeń i przykazań. Człowiek taki, często z ograniczoną
wiedzą ogólną o świecie, narodach, społeczeństwach, nauce i technice w
służbie człowieka, może się pochwalić ukończeniem kilku szkół koranicznych
i zdolnościami oratorskimi wykorzystywanymi do negatywnej indoktrynacji
wiernych.
Islam nie zawiera sam w sobie zasad tolerancji dla innych
religii. Islam jest religią nietolerancji graniczącej z fanatyzmem religijnym.
I mimo że większość jego wyznawców pragnie żyć w pokoju i stabilizacji
rodzinnej czy zawodowej, nie mają oni odwagi i siły walczyć z grupami
ekstremy muzułmańskiej, ze średniowiecznym fanatyzmem religijnym
pośród wyznawców Allaha.
Nie dziwiło mnie, że zamachowcy samobójcy wywodzili się
z proletariatu islamskiego. Niewykształceni, wręcz głupi, którym ideolodzy
wiary łatwo zaszczepili perspektywy rajskiego życia na łonie
Allaha po tak doniosłym czynie, jakim jest zabicie siebie i niewinnych
ludzi - gojów - wstrętnych pogan w imię tego najwyższego.
Byłem zaskoczony, że zamachowcy w Wielkiej Brytanii, urodzeni
w tym kraju obywatele, wykształceni przez brytyjski system
oświaty, kulturalni, z zawodami, młodzi chłopcy, postanowili
popełnić czyn na poziomie troglodyty. Byli to ludzie świadomi otoczenia,
świata, korzystający z dobrodziejstw cywilizacji zachodniej.
Podobnie się ma z grupą ekstremistów kanadyjskich. 21-letni
Saad Gaya, przyznając się do stawianych zarzutów w organizowaniu zamachów
w Toronto, nie potrafił sprecyzować motywów swojego postępowania. Drugi
członek grupy, Saud Khalid, który otrzymał 14 lat więzienia, w zeznaniach
głosił ogólnie wznoszone hasła walki z zachodnią cywilizacją,
nie potrafiąc wskazać konkretnych korzyści i celów zamierzonego
czynu.
Na marginesie mówiąc, wymiar sprawiedliwości w Kanadzie dawno
przekroczył granice zdrowego rozsądku. W USA bez wątpienia
zamachowcy ujrzeliby wolność w wieku emerytalnym. A u nas sąd zaliczył
Khalidowi podwójnie czas przebywania w areszcie, co pozwoli mu na
zakończenie odsiadki za niecałe 7 lat!
Trzy lata wcześniej, policja torontońska zlikwidowała potężny
tamilski arsenał broni w zakonspirowanej komórce Tamilskich Tygrysów. Skonfiskowano
pistolety maszynowe, broń krótką i nawet RKM, granaty i zapalniki do bomb.
Policji RCMP i CSIS należą się gratulacje, jednak aresztowania i nazwiska
sprawców w mediach były nieopublikowane. Niepiętnowanie
takich wydarzeń sprzyja sprawcom i czyni z naszych przekaziorów wspólników
bądź protegujących te organizacje! Wszystkim ekstremalnym organizacjom
zależy na wzbudzaniu paniki, strachu, a przez ten strach braku reakcji
ze strony władz i społeczeństwa, czego dowodem były ostatnie protesty Tamilów
blokujących bezkarnie odcinek autostrady Gardiner.
Włosi wydali ostrą walkę rodzimej mafii, aresztując ponad 1000
członków kamorry z dowództwem, biorąc pod uwagę własne straty. Bo do walki
z przestępcami trzeba mieć dużo uporu i odwagi, a tej naszym lewackim politykom,
jak widać, brakuje.
W drugim kontekście, jeżeli państwowy dostojnik odpowiedzialny
za porządek prawny, nie prowadzi działań przeciwko przestępczości
zorganizowanej, tego można podejrzewać o tworzenie mecenatu władzy
względem grup przestępczych i dalej o uzyskiwanie korzyści majątkowej osobistej.
Lewacy nie akceptują radykalizmu władzy. Lewacy płaczą i skowyczą za każdym
uwięzionym bandytą. Ogromne naciski na prezydenta Obamę w celu rozwiązania
obozu w Guantanamo na Kubie, przekroczyły granicę zdrowego rozsądku. Owszem,
obóz można zlikwidować, a co z więźniami? Przez organizacje obrony praw
człowieka nie można im dać paszportu w jedną stronę, do czego skłania się
rząd np. australijski. Muszą być "przechowywani" w osobnych zakładach karnych
na koszt podatników w miarę w godziwych warunkach. W tym stuleciu zapewne
nie dowiemy się, czy organizacje terrorystyczne są lub nie są materiałem
przetargowym wielkiej politykierni. Otworzenie wrót Europy, Kanady, Australii
i USA na przybyszów z Azji w wymiarze masowym może mieć tylko jeden
skutek. Powolną eksterminację białej rasy chrześcijańskiej aż do poziomu
podmiotu, co możemy już obserwować w urzędach miejskich GTA. W ramach egzekwowania
praw człowieka w parlamencie ottawskim znalazł się projekt wprowadzenia
do języków urzędowych języka hindu z uwagi na ogromną liczbę imigrantów
z Pakistanu i Indii. Projekt, uważam, czeka na swój czas, a nadejdzie on
już wkrótce. Nie możemy zapomnieć, że w rzeczonym Pakistanie fanatycy religijni
spalili 30 świątyń chrześcijańskich i zamordowali 150 wiernych wychodzących
z nabożeństw.
Zamiast importować myśl techniczną z Europy, ludzi wykształconych
stanowiących przyszły potencjał Kanady, importujemy ludzi nieakceptujących
naszej chrześcijańskiej kultury, wykształcenia i tradycji. Ludność z Azji
nigdy nie utożsami się z Kanadą jako krajem, który wspólnymi siłami należy
budować. Istnieć wspólnie z jej mieszkańcami, respektować prawo i decyzje
władz federalnych - można np. dać wyraz temu, wywieszając flagi narodowe
Kanady w czasie świąt państwowych, a tych gestów nie widziałem w GTA.
Said Mamouch został uznany za winnego przez sąd w Quebecu za
udział w międzynarodowym spisku terrorystycznym. Jego zadania powierzone
przez Al-Kaidę to werbowanie nowych członków. Said jest członkiem Global
Islamic Media Front. Ilu w Kanadzie mamy podobnych emisariuszy korzystających
z programów "refugee status" i utrzymujących się z pieniędzy podatników?
System socjalny państw zachodnich jest chory i przez obsadzenie urzędów
socjalnych lewacką ekstremą, jest niereformowalny.
Oto przykład schizofrenii tego systemu: znany działacz i aktywista
islamski w Australii, zwolennik świętej wojny (dżihadu) i głosiciel radykalnej
walki z Zachodem i jego religiami, od czasu swojego pobytu w tym kraju
pobrał na żonę, siedmioro dzieci i siebie samego przez okres 7000 dni 1
200 000 dolarów "family allowance". Przez okres 20 lat pobytu nie
skaził się pracą. Za to indoktrynując negatywnie wiernych, korzystał z
datków w meczecie. Sprawa jego jest przed komisją Ministerstwa Sprawiedliwości
i prawdopodobnie zostanie poproszony o opuszczenie Australii.
Siła terroryzmu i ekstremalnych działań w imię rewolucji czy
doktryny religijnej będzie do tego miejsca, w którym cywilizacja przestanie
szermować hasłami tolerancji i prawa człowieka, a zradykalizuje obronę
swoich chrześcijańskich wartości, stawiając zapory i fizyczne, i
duchowe...
Zeznania emerytowanego pułkownika Mosadu
Z terroryzmem świat Zachodu nie wygra! Śmieszne dla mnie są te
wszystkie bramki na lotniskach, skanery! To jest dla dzieci i bardzo infantylne.
Terrorysta zawsze znajdzie antidotum. Po co ma wysadzać samolot z 250 czy
350 pasażerami na pokładzie, gdy lepiej, gdy wejdzie do zatłoczonej hali
lotniska w okresie świąt i pozostawi dwie walizki nawet w przechowalni.
Przed wejściem do hali lotniska nie ma bramek, skanerów czy radarów. Nie
ma psów i węszących strażników. Przy 2-3-tysięcznym tłumie kłębiących się
pasażerów nie ma takiej siły, żeby upilnować wszystkich!!! A eksplozja
25 kg semteksu spowoduje implozję hali i zawalenie się dachu, nie licząc
setek ofiar wokół eksplozji! Łatwo można również rozpędzić vana czy samochód
dostawczy i wjechać do hali. Wtedy można eksplodować 500 kg ładunku! Zobaczcie,
co było w Dallas. Zamachowiec uciekł z miejsca zamachu, dopiero później
go ujęto. A tylko zaparkował samochód w pobliżu gmachu. Media wasze nie
mówią wam prawdy! W Tel Awiwie jako pierwsi na świecie wprowadziliśmy
kontrolę przed lotniskiem. To jest punkt zero. A w halach dworca już można
się czuć bezpiecznie. Cóż my możemy zrobić dla siebie?
Żeby uratować nasze dzieci czy wnuki przed islamizacją??? ...Obserwować
wnikliwie i uważnie otoczenie, a z wodą święconą napić się odwagi. Bo tej
nam wszystkim brakuje!!!
Andrzej Załęski
Toronto
Jerzy Rosa
MINI-SUV
Jak można było przewidzieć - MINI ma wielką ochotę wjechać na rynek
uterenowionych aut. Przed paroma dniami BMW, które jest właścicielem marki,
zademonstrowało SUV-a o nazwie countryman - jest to czwarty model MINI,
ale pierwszy, który posiada dwie pary drzwi. Jest to również największy
model MINI, który swego protoplastę przypomina już tylko z nazwy, choć
konstruktorzy naprawdę dokonywali cudów, by było inaczej...
Nowe MINI countryman wprowadza nas w nieco inny świat. Dzięki dodatkowej
parze drzwi swoje proporcje zmieniło nadwozie. Samochód ma też wyższy prześwit,
a jedna z opcji posiada stały napęd na cztery koła (MINI ALL4). Countryman
został wyposażony w elektrohydrauliczny mechanizm różnicowy, zamontowany
bezpośrednio na przekładni głównej. Układ ten steruje rozkładem mocy pomiędzy
koła przedniej i tylnej osi.
Auto zbudowane jest na innej niż wszystkie pozostałe MINI platformie
- będzie też pierwszym modelem składanym poza Wielką Brytanią. Pojazd produkowany
jest bowiem w austriackich zakładach Magna Steyr należących do kanadyjskiego
magnata przemysłowego - Franka Stronacha.
Pierwsze czterodrzwiowe MINI zadebiutuje podczas marcowego salonu
samochodowego w Genewie. Do kanadyjskich salonów trafi na wiosnę 2011 roku.
Nieznana jest jeszcze jego cena, ale w Wielkiej Brytanii, gdzie pojawi
się już we wrześniu tego roku, ma kosztować 17 tysięcy funtów.
Countryman dostępny będzie w światowych salonach z pięcioma silnikami
do wyboru: trzema jednostkami benzynowymi oraz dwoma turbodieslami. Do
Kanady na pewno nie dotrą auta z silnikiem na ropę - nasze podkręcone przepisy
dotyczące czystości spalin stanowią skuteczną zaporę dla tych konstrukcji.
Pod maskę w zależności od wybranej wersji, trafi silnik, o poj.
1,6 litra: MINI Cooper S countryman - czterocylindrowy silnik benzynowy
z turbosprężarką, z technologią VALVETRONIC, o mocy 184 KM. MINI cooper
countryman - czterocylindrowy silnik benzynowy również z technologią VALVETRONIC
i mocy 122 KM. MINI one countryman - czterocylindrowy silnik benzynowy
z technologią VALVETRONIC i mocy 98 KM. MINI cooper D countryman - czterocylindrowy
silnik wysokoprężny z turbodoładowaniem, aluminiową skrzynią korbową, wtryskiem
common-rail i zmienną geometrią turbiny. Moc 112 lub 98 KM.
Do Kanady prawdopodobnie dotrą tylko dwie silnikowe wersje: bazowy
wolnossący 1,6 l i turbodoładowany o tej samej pojemności.
W standardzie nowe MINI otrzyma sześciostopniową skrzynię manualną,
ale wersje benzynowe będą również dostępne z sześciobiegowym automatem.
W redukcji zużycia paliwa pomogą systemy start-stop i odzyskiwania energii
z hamowania, a także wyświetlacz podpowiadający najlepszy moment na zmianę
biegu.
W wyposażeniu standardowym znajdziemy m.in. przednie i boczne
poduszki powietrzne, kurtyny w drugim rzędzie siedzeń, układ dynamicznej
kontroli stabilności (DSC), klimatyzacja, system audio z CD czy mocowania
fotelika dziecięcego ISOFIX. Na listę opcjonalnego wyposażenia trafiło
m.in. panoramiczne okno dachowe, nawigacja satelitarna, reflektory ksenonowe
z doświetlaniem zakrętów, sportowe zawieszenie obniżające pojazd o 10 milimetrów,
obręcze ze stopów lekkich w rozmiarze od 16 do 19 cali.
Fabrycznie samochód wyposażony jest w cztery niezależne fotele.
Na życzenie (bez dopłaty) możemy do niego zamówić tradycyjną trzymiejscową
kanapę. W zależności od potrzeb będzie ją można dzielić w konfiguracji
60:40, jak również regulować kąt oparcia.
Pierwsze, co rzuca się w kabinie w oczy, to centralnie umieszczony
wyświetlacz i kratki nawiewu otoczone kolorowymi obwódkami. Ponadto, na
całej długości nadwozia poprowadzona została listwa Center Rail. Znajdziemy
w niej schowki, uchwyty na kubki, przyłącza mp3 czy telefon komórkowy.
Jak na początku wspomniałem, auto posiada dwie pary drzwi, więc
siłą rzeczy jest dłuższe od pozostałych MINI. Całkowita długość countrymana
wynosi 4 metry - po złożeniu tylnych foteli można w samochodzie wygospodarować
dostateczną powierzchnię, by pomieścić dwa górskie rowery. Załadunek ułatwią
wielkie tylne drzwi, które są charakterystyczną cechą MINI.
Jerzy Rosa
Mississauga
Andrzej Kumor
Tę republikę warto ocalić
Ameryka jest chora. Widać to gołym okiem. Bandaże i przylepce, którymi
próbowano tamować krew, przesiąkają, konieczna jest operacja. Ta wiąże
się jednak ze zmianą dotychczasowego układu sił, a nikt nie oddaje przywilejów
bez walki. Czasem nawet samobójczej.
Jeśli dodać wszystkich ludzi bezrobotnych i tych pracujących
dorywczo, stopa bezrobocia w USA wyniesie ok. 18 proc.
To dużo.
Na dodatek rekordowo duża liczba bezrobotnych nie znajduje pracy
w okresie pobierania świadczeń; w momencie, kiedy spada z listy oficjalnie
bezrobotnych, nadal nie ma zatrudnienia.
Do tego dodać można smutny fakt, że jedna czwarta wszystkich
pożyczek hipotecznych jest "pod powierzchnią wody", czyli ich wartość przekracza
wartość nieruchomości, pod zabezpieczenie których ich udzielono. Równocześnie
Ameryka wyrzuca miliardy dolarów z powodu wojen, w jakie dała się wciągnąć.
Oznacza to, że kryzys będzie dotkliwszy, a postawy bardziej radykalne.
Większość z nas lubi sobie od czasu do czasu popsioczyć, ale dopiero wówczas,
gdy ma pusto w garnku, zaczyna wygrażać pięściami i wychodzić na ulice.
Kiedy nie ma co jeść, szuka się winnych i dróg naprawy. Często na skróty.
Niebezpieczeństwo polega na skręcie w lewo.
Już dzisiaj Ameryka jest krajem przeżartym przez etatyzm, gdzie
państwo to liczący się pracodawca. Już dzisiaj liczba członków związków
zawodowych sektora publicznego przekracza liczbę związkowców z firm prywatnych.
Wszyscy żądają gwarancji zatrudnienia. Podobną historię
przerabiała Argentyna po II wojnie światowej. Skończyło się na populizmie
Perona i dyktaturze pułkowników.
W Ameryce jest jeszcze trochę inaczej. Wciąż w kraju czuć ducha
pionierów i wolności indywidualnej. Widać to poza pasem wschodniego wybrzeża,
w małych miasteczkach, w krainie pick-up trucków i sztucerów wożonych
w kabinie.
Wolność, czyli m.in. wolna gospodarka, nie jest dana raz na zawsze,
Wymaga pilnowania. Dla własnych dzieci. Jednym z gwarantów wolności jest
ograniczone państwo. Im struktury państwa bardziej rozlane, tym mniej skuteczne,
bardziej kosztowne i pętające swobody obywateli. Państwo staje się
wówczas środkiem opresji, a władza wymyka się spod kontroli.
Ponoć ludzie lubią oddawać wolność nawet za samą obietnicę bezpieczeństwa,
ponoć ludzie nie mogą znieść ciężaru wolności i odpowiedzialności, chcą,
aby im mówić, co mają robić.
Jednak w Ameryce małych miast republikanizm i demokracja wciąż
są żywe. Tam dzisiaj najbardziej odczuwalny jest ferment obywatelskiego
gniewu, tam jest zaczyn nowego.
Kierownicy obecnego systemu polityczno-finansowego Ameryki są
wykształceni i zdają sobie sprawę z zagrożeń. Główną metodą ich działania
jest przejmowanie i kanalizowanie protestu przez zaufanych przywódców.
A widać, że ludzie chcą zmian i mogą się ruszyć; widać, że mają dość systemu,
w którym soldateska wielkich bankierów, w biały dzień bez wstydu doi z
ludzi efekty ich harówy.
Co się stało z Ameryką?
Kryzys ma dwa filary - moralny i ekonomiczny.
Elita wyhodowana w latach 60., rozpuszczona przez dobrobyt i
wbita w pychę z powodu wygrania zimnej wojny, odrzuciła stare amerykańskie
protestanckie wartości. Ośmieszono je i opluto tysiącem produkcji Hollywoodu.
Kładąc podwaliny pod multikulti, ta sama elita zniszczyła szkolnictwo publiczne,
obrzezała wolność słowa ideologią politycznej poprawności. Wyrugowała odniesienia
do chrześcijaństwa z instytucji publicznych.
Jednocześnie psuto pieniądz, psuto system finansowy, znosząc
ograniczenia spekulacji, pozwolono na nieograniczone tworzenie nowego pieniądza
w rozlicznych mechanizmach kredytowych. Rozbito sektor produkcyjny, nawet
ten najnowszych technologii, przesuwając produkcję do Chin. Doprowadzono
do olbrzymiej nierównowagi handlowej, której eliminacja w pokojowy sposób
jest trudna do wyobrażenia.
Amerykanie zostali zdradzeni przez swe elity. Tak zazwyczaj bywa,
gdy elity lekceważą styl życia i poglądy większości, z której wyrastają.
Na dodatek, Amerykanie pozwolili sobie na niekontrolowany wpływ
obcych interesów na własne państwo. Przymknęli i nadal z nielicznymi wyjątkami
przymykają oczy na działalność zagranicznego lobby, które posiada wpływy
na wszystkich poziomach i obszarach władzy.
Pierwsze, od czego zacząć należy odbudowę, to zdefiniowanie amerykańskiego
interesu; co dla Ameryki dobre, a co nie.
Przede wszystkim zaś Amerykanie powinni publicznie odpowiedzieć
na pytania do tej pory w debacie publicznej "niezadawalne".
Po pierwsze, czy bezwarunkowe popieranie Izraela, które wiąże
ręce amerykańskiej polityce zagranicznej, leży w interesie 300 mln Amerykanów?
Po drugie, czy dopuszczenie na rynek chińskiej produkcji po cenach
dumpingowych leży w interesie 300 mln Amerykanów?
Po trzecie, czy utrzymanie obecnego systemu niekontrolowanej
emisji kredytowego pieniądza przez banki leży w interesie 300 mln Amerykanów?
Te trzy kwestie przy układaniu jakiegokolwiek programu naprawy
nie mogą być pomijane.
W polityce konieczny jest realizm. Początkiem wyjścia z amerykańskiej
choroby jest prawdziwy opis sytuacji, a sytuacja jest poważna. Nawet prezydent
Obama ostatnio jest jakiś bardziej nerwowy...
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 3/2010
Stanisław Michalkiewicz
Rapsodia cmentarna
21 stycznia przypada Dzień Babci. Z tego powodu popularną wyliczankę
można by nieco zmodyfikować, żeby na przykład brzmiała tak: "siedzi Babcia
na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu. Przyszedł Duch, Babcię w brzuch,
Babcia w krzyk, a Duch - znikł". Oczywiście takie rzeczy nie zdarzają się
ani codziennie, ani na każdym cmentarzu. No dobrze - a na jakim? Aaa, na
przykład na tym, na którym "Zbycho", czyli pan poseł Zbigniew Chlebowski,
spotykał się z "Rychem", czyli panem Ryszardem Sobiesiakiem, żeby mu zameldować
o przyczynach, dla których "Miro" i "Grzecho" nie starają się, jak powinni.
Właśnie kiedy piszę te słowa, trwa jeszcze przesłuchanie "Zbycha" przez
sejmową komisję śledczą. Komisja jest cały czas ta sama, za to "Zbycho"
zmienił się nie do poznania. Nie tylko wymalował się jak ściana, dzięki
czemu przez grubą warstwę kosmetyków nie przedostaje się nawet jedna kropelka
potu, ale przede wszystkim " gromi, oskarża, śmieszy, tumani, przestrasza,
no i oczywiście - użala się, niczym żydowska pielęgniarka z anegdoty Kisiela.
Pielęgniarka polska rano rzeczowo opowiada lekarzowi, jak pacjenci spędzili
noc i jak się czują, podczas gdy żydowska rozpoczyna sprawozdanie od egzaltowanego
"panie doktorze, co ja przeżyłam!".
Więc poseł Chlebowski przeżył "szok" po tym, jak "w jednej chwili"
ze szczytów spadał na samo dno. Ano, bywa tak, bywaÉ A wszystkiemu winien,
jak się okazuje, były szef CBA Mariusz Kamiński, który uknuł straszliwą
intrygę, mającą pogrążyć w niebycie nie tylko "Zbycha", bo cóż tam biedny,
poczciwy "Zbycho" - prosty, szczery poseł, co to dla Polski zrobiłby wszystko,
nawet poszedł w nocy z "Rychem" na cmentarz, a którego skromność znana
jest na całym świecie - ale przede wszystkim " samego premiera Tuska, a
nawet - strach nawet pomyśleć - całą Platformę Obywatelską oraz rząd. A
to bezczelny i niebezpieczny konspirator! W dodatku zeznając dwa dni wcześniej
przed tą samą komisją, nie tylko nie rewokował, ale gromił i oskarżał -
oczywiście całkowicie bezpodstawnie. Jak bowiem ujawnił przed komisją "Zbycho"
- żadnej afery hazardowej nie było! NIE BYŁO! Taki jest już rozkaz na dzisiaj.
Co zatem bada komisja, czym się w tej sytuacji zajmuje? Dobre pytanie.
Komisja składa się z poszczególnych posłów, którzy, w zależności
od opcji politycznej, zajmują się różnymi rzeczami. Posłowie Platformy
Obywatelskiej z przewodniczącym Mirosławem Sekułą na czele robią wszystko,
by "Zbychowi" i innym swoim politycznym przyjaciołom nie tylko ułatwić
sytuację, ale przede wszystkim - by przedstawienie przed komisją nie odbiegało
nadmiernie od scenariusza zaprojektowanego przez starszych i mądrzejszych.
Wprawdzie dzisiaj nie korzystali już ze ściągawek na ekranach komputerów
i słusznie - bo cóż tu ściągać, skoro prosty, szczery i poczciwy
poseł Chlebowski, co to dla PolskiÉ i tak dalej, właśnie przekazał rozkaz,
że afery NIE BYŁO. Skoro jednak wystąpiły niedociągnięcia na odcinku koordynacji,
to cóż począć? Trzeba pytać. Dobierali tedy pytania w taki sposób, żeby
stworzyć "Zbychowi" sposobność wygłaszania wykładów i zbawiennych pouczeń,
dzięki czemu jego niewinność jaśniała prawie takim samym blaskiem, jak
wysmarowane kosmetykami czoło. Skoro koledzy z PO tak się uwijają przy
prostym, poczciwym pośle Chlebowskim, to co to będzie, gdy przed komisją
w charakterze świadka stanie sam premier Tusk? Pewnie będą leżeli krzyżem,
a jeśli premier zechce uniknąć takiej ostentacji, to jednak z kolan chyba
nie wstaną przez całe przesłuchanie? Znowu poseł Stefaniuk z koalicyjnego
PSL z przepraszającym uśmieszkiem zadawał posłowi Chlebowskiemu zaskakujące
pytania w rodzaju: "czy pan jest źródłem przecieku?" - zaś poseł Bartosz
Arłukowicz z SLD wykorzystuje udział w komisji do inteligentnej autopromocji.
Natomiast posłowie Zbigniew Wassermann i Beata Kempa z PiS pracowicie odpierają
ataki, jakie strategosowie Platformy, gwoli zachowania symetrii, przygotowali
na PiS za okres, kiedy nad ustawą o hazardzie pracował rząd premiera Kaczyńskiego.
Jak dotąd udało się ustalić, że były szef CBA Mariusz Kamiński
i markujący z ramienia premiera nadzór nad tajnymi służbami Jacek Cichocki
zeznają każdy co innego. Najwyraźniej przed komisją dominuje zaraźliwy
duch postmodernizmu, według którego, jak wiadomo, nie istnieje jedna prawda,
tylko każdy ma własną. Jeśli dodamy, że ta konkluzja będzie ustalona w
drodze głosowania, żadnych rewelacji spodziewać się niepodobna, zwłaszcza
że pragnienie starszych i mądrzejszych, by aferę hazardową jak najszybciej
"wieczysta noc powlekła", widać choćby po dobrym samopoczuciu poczciwego
posła Chlebowskiego, który sprawia wrażenie przeszkolonego przez tych samych
fachowców, co w swoim czasie tresowali Andrzeja Leppera. Identyczna jest
zwłaszcza metoda nie związanych z pytaniami przewlekłych słowotoków. Inna
rzecz, że niezależnie od intencji członków komisji i dyskretnych reżyserów,
przesłuchania obnażają moralną degrengoladę mężyków stanu i rozkład państwa,
nadzorowany w imieniu starszych i mądrzejszych przez premiera Tuska. Czy
aby nie był to decydujący powód przyznania mu przez Niemców nagrody im.
Karola Wielkiego?
Jednym z najbardziej spektakularnych objawów tego rozkładu jest
decyzja prokuratury o przeprowadzeniu ekshumacji zwłok Krzysztofa Olewnika,
najpierw porwanego przez tak zwanych nieznanych sprawców, a później, po
przekazaniu przez rodzinę okupu w wysokości 300 tys. euro - okrutnie zamordowanego
i zakopanego w okolicach Różana, na trasie z Warszawy do Ostrołęki. Okazało
się bowiem, że po niezliczonych tak zwanych "błędach", jakie w tej sprawie
popełniła policja i prokuratura, po zagadkowych samobójstwach wszystkich
podejrzanych lub skazanych za to zabójstwo, pojawiły się wątpliwości, czy
ciało przekazane rodzinie i pochowane w rodzinnym grobie, rzeczywiście
było zwłokami Krzysztofa Olewnika, czy też kogoś zupełnie innego. Niezależne
media zaczynają w związku z tym snuć przypuszczenia, że może Krzysztof
Olewnik wcale nie został zamordowany, tylko żyje sobie, jakby nigdy nic.
Dodatkowo potwierdza to podejrzenia, że sprawę tę zaplanowały i przeprowadziły
tajne służby przy pomocy swoich konfidentów zarówno ze środowiska kryminalnego,
jak i policyjnego oraz prawniczego i pilotują ją nadal, korzystając również
ze wsparcia agentury w mediach. Rzuca to również snop światła na prawdziwą
hierarchię w Polsce, a także na miejsce, w którym znajduje się punkt ciężkości
władzy politycznej. Komu podlegają tubylczy tajniacy - to wiedzą tylko
oni i zagraniczne centrale, które ich zwerbowały.
W tej sytuacji do rangi symbolu urasta okoliczność, że ten fragment
procesu rozkładu i agonii naszego państwa również rozegra się na cmentarzu.
Bo Babcia już na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu. Przyszedł DuchÉ Duch?
Jaki tam znowu "duch"? Żadnych duchów tu nie ma. Tajniacy, konfidenci,
garstka żałosnych figurantów w markowych garniturach " a wokół morze bezradnej
irytacji.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Hanna Sokolska
Nie widać końca śledztwa IPN
Gdy w lutym 2001 r. Kongres Polonii Kanadyjskiej zwrócił się do Komisji
Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu przy Instytucie Pamięci Narodowej
o podjęcie śledztwa w sprawie okrutnego mordu w Koniuchach, chyba nikt
nie mógłby przewidzieć, że śledztwo potrwa więcej niż 9 lat. Pomimo kilku
dorocznych zapewnień ze strony IPN, że śledztwo "wkrótce" zostanie zakończone,
nic nie wskazuje na to, aby miało się ku końcowi, pomimo że dowodów od
początku nie brakowało. W kuriozalnej wypowiedzi dla "Gazety Wyborczej"
pewni historycy związani z Centrum Badań nad Zagładą Żydów (przy Instytucie
Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk), sugerowali, że IPN dotąd
nie zamknął śledztwa ze strachu przed niezadowoleniem zleceniodawców. Ciekawe,
gdyby nawet Kongresowi nie podobał się wynik śledztwa, kto by opublikował
nasz protest? "New York Times"? "Gazeta Wyborcza"? Rocznik "Zagłada Żydów"?
Wszystkie te pisma dotychczas milczą na temat mordu. Naturalnie IPN może
mieć obawy co do reakcji pewnych środowisk, co opisujemy dalej, lecz nie
polonijnych.
Rozgłos mordowi w Koniuchach dokonanemu 29 stycznia 1944 r. nadali
byli żydowscy partyzanci z Puszczy Rudnickiej w licznych opublikowanych
opisach. Chełpili się w swych pamiętnikach i relacjach, że zniszczyli wieś
położoną w pobliżu tej puszczy. Według Chaima Lazara, "Sztab Brygady zdecydował
zrównać Koniuchy z ziemią, aby dać przykład innym. [...] W ciągu kilku
minut okrążono wieś z trzech stron. Z czwartej strony była rzeka, a jedyny
most był w rękach partyzantów. Przygotowanymi zawczasu pochodniami partyzanci
palili domy, stajnie, magazyny, gęsto ostrzeliwując siedliska ludzkie.
Słychać było huk eksplozji z wielu domów, gdy składy broni [?] wyleciały
w powietrze. Półnadzy chłopi wyskakiwali przez okna i usiłowali uciekać.
Ale zewsząd czekały ich śmiertelne pociski. Wielu z nich wskoczyło do rzeki,
aby przepłynąć na drugą stronę, ale tam też spotkał ich taki sam los. Zadanie
wykonano w krótkim czasie. Sześćdziesiąt gospodarstw chłopskich, w których
mieszkało około 300 osób, zniszczono. Nie uratował się nikt".
Stan śledztwa
Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu
w Łodzi podaje coroczne sprawozdanie o stanie śledztwa, które mało się
różni od poprzedniego. Najnowsze sprawozdanie pochodzi z grudnia 2009 r.:
"Jak wynika z dotychczasowych ustaleń wieś Koniuchy była dużą,
polską wsią, liczyła ok. 60 zabudowań i ponad 300-tu mieszkańców. Koniuchy
usytuowane były na skraju Puszczy Rudnickiej, w której znajdowały się bazy
partyzantów sowieckich. Partyzanci w czasie powtarzających się napadów
na tę wieś rabowali jej mieszkańcom żywność, odzież, bydło. Wyłącznie z
tego powodu w Koniuchach, utworzono oddział samoobrony, który skutecznie
uniemożliwiał partyzantom dalszy rabunek. W nocy z 28 na 29.01.1944 r.
grupa partyzantów sowieckich otoczyła wieś i ok. 5-tej rano przystąpiła
do ataku, który trwał 1,5-2 godziny. Pochodniami podpalano słomiane dachy
domów, do wybudzonych, uciekających mieszkańców strzelano na oślep. W wyniku
ataku zginęło co najmniej 38 osób, kilkanaście zostało rannych. W dokumentach
archiwalnych podaje się różną liczbę ofiar: ?zostało zabitych 36 osób ze
wsi oraz 14 osób ciężko rannych=, ?zabito 35 osób, rannych 13 w tym 10
ciężko rannych=, ?zabitych i rannych więcej niż 50 osób=, ?34 zabitych,
14 rannych, ilość osób żywcem spalonych nie ustalona=.
Część ofiar spłonęła w swych domach, część zginęła od strzału
z broni palnej. Wśród ofiar byli mężczyźni, kobiety i małe dzieci. Najstarsza
z ujawnionych ofiar miała 57 lat, najmłodsze dziecko 2 lata. Spalono większość
zabudowań, ocalało tylko kilka domów. Atak na Koniuchy przeprowadziła 120-150-osobowa
grupa partyzantów sowieckich pochodzących z różnych oddziałów stacjonujących
w Puszczy Rudnickiej, takich jak: ?Śmierć okupantowi=, ?Śmierć faszyzmowi=,
?Piorun=, ?Margirio=, oddział im. Adama Mickiewicza. Pierwszy z wymienionych
oddziałów należał do Brygady Kowieńskiej Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego,
pozostałe zaś do Brygady Wileńskiej. Oddziały te były wielonarodowościowe
[Informacja nieprawdziwa - oddział ?Śmierć faszyzmowi= był złożony z Żydów
- przyp. HS], należeli do nich m.in. partyzanci żydowscy, uciekinierzy
z gett w Kownie i Wilnie. Z kopii szyfrogramu z dnia 31.01.1944 r. autorstwa
Genrikasa Zimanasa (Henocha Zimana) I Sekretarza Południowego Obwodowego
Komitetu KP Litwy, a jednocześnie dowódcy Południowej Brygady Partyzanckiej
do Naczelnika Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego w Moskwie Antanasa
Šnieckusa wynika, że: ?29 stycznia połączona grupa oddziałów wileńskich,
oddziału 'Śmierć Okupantom', 'Margirio' i grupy specjalnej Sztabu Generalnego
całkowicie spaliły najbardziej zagorzałą w samoobronie wieś powiatu Ejszyskiego
Koniuchy [...]=.
Śledztwo toczy się w sprawie. Nie przedstawiono dotychczas nikomu
zarzutu popełnienia tej zbrodni. Generikas Zimanas zmarł 15 lipca 1985
r. w Wilnie. Znane są nazwiska dowódców oddziałów ?Śmierć okupantowi=,
?Śmierć faszyzmowi=, ?Piorun=, ?Margirio=, im. A. Mickiewicza, lecz zgromadzony
materiał dowodowy nie pozwala na stwierdzenie w sposób jednoznaczny, że
faktycznie oni dowodzili grupami partyzantów ze swych oddziałów, którzy
uczestniczyli w ataku.
W toku śledztwa przesłuchano kilkudziesięciu świadków - byłych
żołnierzy z 5 batalionu 77 pp Armii Krajowej, którzy stacjonowali w pobliżu
wsi, naocznych świadków zbrodni, krewnych ofiar, byłych partyzantów sowieckich.
Zgromadzono obszerny materiał archiwalny w postaci meldunków policji litewskiej,
szyfrogramów partyzantów sowieckich, kopii akt osobowych partyzantów sowieckich,
w których to aktach są adnotacje, że uczestniczyli oni w ataku, kopii dzienników
bojowych sowieckich oddziałów partyzanckich, kopii wspomnień partyzantów
z Puszczy Rudnickiej. Trudność w prowadzonym śledztwie, poza odległością
czasową od daty popełnienia zbrodni, sprawia fakt, iż Koniuchy położone
są na terytorium Republiki Litewskiej zaś siedziba ówczesnej gminy Bieniakonie
na terenie Republiki Białoruś, stąd potrzeba korzystania w toku postępowania
z zagranicznej pomocy prawnej. Wnioski o zagraniczną pomoc prawną skierowano
do Federacji Rosyjskiej, Republiki Białorusi, Kanady, Izraela i trzykrotnie
do Republiki Litewskiej".
Fantomy
Gdy przed kilkoma laty prokuratura litewska zainteresowała się
mordem w Koniuchach w toku śledztwa dotyczącego byłych sowieckich partyzantów
Yitzhaka Arada (Rudnickiego) oraz Fani Jocheles Brancowskiej, powstał międzynarodowy
rejwach. Oskarżenia pod adresem Litwy sypnęły się lawiną, pomimo że udział
Brancowskiej w napadzie na Koniuchy opisała jej przyjaciółka Rachel Margolis
w wydanym w 2006 r. w Wilnie po rosyjsku pamiętniku pt. "Niemnogo swieta
wo mrakie". Margolis wówczas wchodziła w skład żydowskiego oddziału partyzanckiego
"Ku Zwycięstwu" pod dowództwem Szmuela Kaplinsky'ego, który był częścią
tzw. Brygady Wileńskiej. Tak w swym pamiętniku Margolis wspominała akcję
rzekomo skierowaną przeciwko nieistniejącemu garnizonowi w Koniuchach:
"We wsi Kaniuki [sic] był garnizon faszystów, który obejmował
drogę partyzantów do regionu i był dla nas bardzo niebezpieczny. Komenda
brygady zadecydowała wszcząć bitwę z garnizonem i wysłać tam wszystkie
swoje oddziały. Fania [Jocheles] poszła na akcję z grupą [żydowskiego]
oddziału ?Mściciel=. Poszli też i nasi [tzn. z oddziału ?Ku Zwycięstwu=].
Wrócili po kilku dniach z rannymi. [Według sprawozdania sowieckiego
nie było rannych po stronie sowieckiej - przyp. HS]. Bitwa bardzo się przedłużała.
Partyzanci okrążyli garnizon, lecz faszyści byli wyjątkowo dobrze uzbrojeni
i odrzucili wszystkie ataki. Skrzydła żydowskich oddziałów zostały złamane,
i partyzanci cofnęli się stromo. Wówczas [Elhanan] Magid skoczył na kamień
i krzyknął: ?Jesteśmy Żydami. Pokażemy im, co potrafimy zrobić. Naprzód,
towarzysze=.
Nasi chłopcy wytrzeźwieli, wrócili i zwyciężyli. [...] Wszyscy
byli uniesieni radością: wrócili zwycięzcy, pomimo że wróg miał znaczną
przewagę. Garnizon w Koniuchach już nie istniał.
Fania opowiadała o Magidzie, który mówił słabo po rosyjsku, w
sposób bardzo śmieszny. Wyszło mu: ?Jesteśmy Żydami. Pokażemy im co posiadamy=.
Wszyscy ryczeliśmy ze śmiechu, i to powiedzenie zostało w naszych rozmowach".
Pomimo tego dość szczegółowego opisu, kiedy sprawa litewskiego
śledztwa stała się głośna, Fania Jocheles Brancowska zaprzeczyła udziału
w tej akcji. Natychmiast zmobilizowano międzynarodową kontrakcję. W sukurs
przyszły ambasady amerykańska, brytyjska, austriacka i irlandzka w Wilnie,
które Brancowską zaczęły fetować. Prezydent Niemiec przyznał jej nagrodę.
Zdobycie rzekomego garnizonu to pierwszy wariant akcji na Koniuchy.
Ma swe źródło w wojennych meldunkach partyzantki sowieckiej. Jednak nie
za bardzo nadaje się do akcji propagandowej lub obronnej w obecnych czasach,
gdy fałszywa informacja o rzekomym garnizonie została zdemaskowana.
Winne są ofiary
Na zapas wykreowano jeszcze jeden wariant na usprawiedliwienie
masakry w Koniuchach. Według nowej wersji, partyzanci się mścili na chłopach,
którzy zostali przez Niemców dobrze uzbrojeni i zaczęli napadać na partyzantów
i ich mordować. Powtórzyła ją ostatnio żydowska historyk Dina Porat, w
świeżo wydanej książce o Abbie Kovnerze, przetłumaczonej na angielski pt.
"The Fall of a Sparrow". Sam Kovner miał zwołać partyzantów po "udanej"
akcji i pochwalić zwłaszcza tych, którzy się odznaczyli w walce. Jeden
z uczestników, Senka Nisanelewicz, wspominał, że partyzanci byli niezadowoleni
z przemowy Kovnera, który jednak tłumaczył im, że żydowscy partyzanci nie
powinni zachowywać się tak jak Niemcy. Po latach Nisanelewicz przyznał
mu rację: "Byliśmy młodzi i zapalczywi, wszystko straciliśmy i paliliśmy
się do zemsty. [...] Jednak miał rację: za daleko się posunęliśmy".
Występując w imieniu Stowarzyszenia Litewskich Żydów w Izraelu,
Abe Lawre zlepił oba warianty razem:
"Koniuchy to żadna niewinna wieś, lecz ufortyfikowana pozycja
niemieckich oddziałów antypartyzanckich i ich miejscowych kolaborantów.
Włóczyli się po okolicznych terenach polując na partyzantów i Żydów i zabili
każdego napotykanego. Gdyby garnizon w Koniuchach wygrał bitwę, żaden partyzant
lub Żyd nie uniknąłby tortur i okrutnej śmierci z rąk miejscowej ludności".
Niestety, żaden z wariantów podanych przez stronę żydowską nie
nadaje się do afirmacji według metodologii Jana T. Grossa, zresztą słusznie
odrzuconej przez historyków tej miary, co Samuel Gringauz, Raul Hilberg
czy Christopher Browning.
Zamykając artykuł, przypominamy dla porównania przebieg niezwykle
intensywnego śledztwa w sprawie mordu w Jedwabnem. Przeprowadzono go w
ciągu półtora roku, a już w 2002 r. wydana została ogromna dwutomowa "biała
księga", licząca ponad 1500 stron i zawierająca podstawowe dokumenty oraz
analizy historyczne, socjologiczne i prawne.
Hanna Sokolska
Rzecznik prasowy
Kongres Polonii Kanadyjskiej - Okręg Toronto
* Obszerną dokumentację na temat zbrodni w Koniuchach (w formacie pdf)
znaleźć można w Internecie w portalu:
http://www.glaukopis.pl/pdf/czytelnia/TheMassacreAtKoniuchy_MarkPaul.pdf
Jan Ostoja
Kristallnacht
Dziś święto Trzech Króli, czas rozbierać choinkę. Po odprowadzeniu
córki do szkoły obejrzałem w TV audycję o kryształowej nocy w Niemczech
hitlerowskich i rozpoczynającej się tragedii Żydów niemieckich. Audycja
ciekawa, potrzebna, oparta na zdjęciach z tamtego okresu i komentarzach
tych, którzy przeżyli. Nie ustrzegła się jednak, co niestety jest prawie
regułą w tej tematyce, pewnych istotnych dla obiektywnej prawdy historycznej,
przekłamań. Nieumyślnie?
Nie chcąc robić ani za antysemitę, ani za matuzalema, który te
czasy pamięta, muszę jednak bronić niezbitych faktów w tak poważnej sprawie,
jaką jest holokaust.
Komentarz - który padł na początku, że Niemcy ogólnie nie mieli
powodów, aby nienawidzić Żydów, bo ci stanowili znikomy procent społeczeństwa
i byli mocno zasymilowani. To prawda, ale cofnąć się trzeba do ostatniego
roku I wojny światowej. Zmęczenie wojną na wszystkich frontach. W Rosji
władzę przejmują bolszewicy pod hasłem: "Żołnierze, rzucajcie karabiny,
wracajcie do domów, proletariusze łączcie się, nie zabijajcie się, to nie
wasza wojna". Hasła chwytają, front się załamuje, Rosja wojnę przegrywa,
zawierając niekorzystny dla niej pokój brzeski. Ale dzięki niemu bolszewicy
utrzymują się przy władzy.
Uskrzydlona tym zwycięstwem para socjalistów pochodzenia żydowskiego
(co tutaj istotne), Karol Liebknecht i Róża Luksemburg, próbuje w Berlinie
utworzyć republikę sowiecką. "Żołnierze niemieccy rzucajcie karabiny...
itd.". W Rosji się udało, ma się udać i w Niemczech. Ale pruski militaryzm
jest głęboko zakorzeniony. "Żydokomuna wbija nóż w plecy naszej armii!"
Rewolucjoniści zostają rozstrzelani, a ich ciała wrzucone do Szprewy. Pewna
demoralizacja armii niemieckiej jednak następuje. Niemcy podpisują zawieszenie
broni na zachodzie, przez nich zwane dyktatem wersalskim. Muszą zapłacić
duże kontrybucje aliantom jako karę za rozpętanie wojny. Te obciążenia
finansowe i ogólnoświatowy kryzys powodują, że hop! Wyskakuje z pudełka
niedorobiony architekt, demagog Hitler, i nieoczekiwanie przejmuje w demokratyczny
sposób władzę, przekształcając ją szybko w absolutną. Wielkie i silne Niemcy!
Jesteśmy narodem panów. Nigdy nie przegralibyśmy wojny, gdyby nie żydo-bolszewicy
i żydo-plutokracja amerykańska. Semici chcą zawładnąć światem, ale my,
Niemcy, na to nie pozwolimy. Demagogia? Oczywiście. Ale jaka chwytliwa!
Spirala propagandy się rozkręca. Komentarz, że Niemcy nie mieli powodów,
aby Żydów nienawidzić, zostawiam - nomen omen - bez komentarza.
Drugie stwierdzenie. Bardziej od Niemców antysemicka była Polska
i np. Francja. Jest oczywistą oczywistością, że bez przytyku Polsce i Polakom,
ta tematyka obejść się nie może. Komentarz tu chyba zbędny także. Żydzi
chcieli uciekać z Niemiec. Problem, kto miał ich przyjmować? Nie było zbyt
wielu chętnych. Charakterystycznie wyraził się wtedy premier Kanady: "Nawet
jeden wpuszczony do kraju Żyd, to o jednego za dużo". W audycji nie można
było pominąć faktu, że Polska otworzyła granice dla uciekinierów z Austrii
i Niemiec. Napływ był tak duży, że lokowano ich w obozach przejściowych
niedaleko granicy. Ten fakt opatrzony jest uwagę, że nie znajdowali oni
w tych obozach luksusowych warunków. To na pewno prawda, ale na pewno nie
były to też obozy koncentracyjne czekające na nich w Niemczech. Co Polska
miała robić? Budować dla nich "osiedla na zachodnim brzegu", jak obecnie
w Palestynie? Władze rozładowały problem, nadając uchodźcom polskie obywatelstwo
i polskie paszporty. Tragedią jest, że ta sytuacja nie trwała długo. 1
września 1939 Niemcy przekroczyli granice Polski i uratowani, którzy tam
w obozach i w ogóle na terenie kraju przebywali, znaleźli się w potrzasku.
Ale dobra wola ze strony naszej była.
Przed wojną mój ojciec był naczelnikiem wydziału w ministerstwie
spraw wewnętrznych. Osobiście podpisał setki paszportów żydowskim uciekinierom.
Czy ktoś dzięki temu przeżył? Jako obywatele polscy mieli nieco większe
szanse.
W czasie okupacji w oficynie naszego dworku ukrywało się dwóch
młodych (20 lat) braci Żydów. Mój kilkunastoletni wówczas kuzyn i ja, nieco
młodszy, po zmroku często bawiliśmy się z nimi we czwórkę w parku. Oczywiście
miała być zachowywana konspiracja, ale nie wierzę, żeby nikt z okolicznych
chłopów o ich istnieniu nie wiedział. Podziwiam tylko moją rodzinę, starsze
pokolenie, że podejmowała takie ryzyko dla zagrożonych wprawdzie pewną
śmiercią, ale obcych ludzi. Przecież w razie wpadki cała moja rodzina poszłaby
pod ścianę rozstrzelana. Zastanawialiśmy się z kuzynem (zmarł kilka lat
temu tutaj w Oakville), czy my byśmy się na coś takie zdobyli. Konkluzji
nie zdradzę! Obaj bracia mieli dość silny akcent. Ich "r" brzmiało jak
"chrr". Byłem za mały, żeby zapytać, czy pochodzą z Niemiec, czy też w
Polsce posługiwali się, jak to często bywało, jidysz.
Jeden fakt, gdy wspominam te zdarzenia, żenuje mnie. Otóż nazywaliśmy
ich "trupy". Trupy - chodźcie, poganiamy się po parku! Popływamy łódką
po stawie! Sami się tak nazywali. My jesteśmy "thrupy" wymawiali śmiesznie
(sic!). Obaj przeżyli. Byli młodzi i sprawni fizycznie, co mnie, 10-latkowi,
imponowało. Odeszli w świat z pierwszymi żołnierzami rosyjskimi. Podobno
wyemigrowali do USA. Chyba dzisiaj już nie żyją. Może ich dzieci? Może
ryzyko nie było daremne? Wolę nie myśleć, że może zostali w Polsce i zasilili
władzę ludową, służbę bezpieczeństwa. Wolę myśleć o nich jako o emigrantach,
którzy dorobili się. I mam nadzieję, że nie pisali w stylu "Malowanego
ptaka" wspomnień o okrutnych i zdradzieckich Polakach i np. niemieckim
policjancie, który im chleb przynosił.
Nas wyzwolono z majątku. Przenieśliśmy się do Krakowa, a potem
do Wrocławia. Mój kuzyn opuścił Polskę, łącząc się z rodzicami, w 1947
roku. A w 1981 ściągnął mnie tutaj do Kanady.
Są w Izraelu drzewka sprawiedliwych. Za zabawy w parku chyba
nie przysługują. Podpisywanie paszportów też nie jest bohaterstwem. A za
ratowanie czyjegoś życia z narażeniem rodziny? Po wojnie dwaj ocalali bracia
rozpłynęli się w świecie i nigdy nie dali znaku życia. Cóż, wdzięczność
jest podobno najszybciej starzejącym się uczuciem. Ale trzeba przyznać,
że żelazna kurtyna szybko zapadła, a i my kilka razy przenosiliśmy się.
Ja nic (i słusznie) o nich nie wiedziałem. Zapamiętałem jednak imię jednego.
W stawie, po którym pływaliśmy (ot, okupacyjna sielanka!) były raki. "Hrobert,
hrak, hrak!" wołał do swego brata Roberta.
Nasza gosposia Resia, która im do oficyny nosiła jedzenie, w
chudych czasach PRL-u czasem wzdychała: "żeby nam coś przysłali z tej Ameryki,
jakieś puszki, coś do ubrania". Rodzinę miała na Podkarpaciu i wiedziała,
że górale z Chicago i Detroit tak rodziny w Polsce wspomagają. Zmarła w
latach 70. we Wrocławiu, do końca mieszkając z moją rodziną.
Tak to audycja o kryształowej nocy w Niemczech przywołała wspomnienia
z dzieciństwa, które zawsze miło się chyba wspomina. Nawet jeśli upływało
ono w tzw. ciekawych czasach.
Jan Ostoja - Toronto
Anna Czyżo
Tylko zarejestrowani
W czwartek, 14 stycznia, w bibliotece publicznej Jane-Dundas
odbyło się spotkanie informacyjne z pracownikiem Service Canada na temat
polsko-kanadyjskiej umowy emerytalnej. Na spotkanie przybyło ponad 80 osób
i niestety, ze względu na ograniczoną pojemność sali, część osób nie mogła
wziąć w nim udziału.
Przedstawicielka Service Canada, przy pomocy tłumacza,
przedstawiła w skrócie główne punkty umowy ("The Agreement on Social
Security between Canada and the Republic of Poland"), która weszła w życie
1 października 2009 roku. Podkreśliła pozytywne skutki umowy, a więc głównie
w jaki sposób pomaga ona w kwalifikacji do otrzymania emerytury.
Większość emerytów zna treść tego dokumentu i była bardziej zainteresowana
drugą częścią spotkania, kiedy można było zadawać konkretne pytania.
Wiele pytań dotyczyło polskich emerytur i na te pytania
niestety przedstawicielka Service Canada nie mogła udzielić żadnych odpowiedzi.
Podobnie było z pytaniami, które dotyczyły podatków (np. podwójne opodatkowanie),
jako że ta dziedzina należy do Revenue Canada.
Niektórzy dziwili się, dlaczego muszą składać podania o polską
emeryturę poprzez Kanadę, że trwa to wiele miesięcy, gdy załatwienie
tego w Polsce jest dużo szybsze.
Wyraźnie widać, że Polacy mają mnóstwo pytań, na które nie otrzymują
żadnych zadowalających odpowiedzi i są zagubieni. Jeden z obecnych opowiedział,
że dzwonił do Polski, do ZUS-u trzy razy zadając to samo pytanie różnym
osobom, i uzyskał trzy różne odpowiedzi. Jeżeli pracownicy ZUS-u nie znają
nowych przepisów, to kto ma kanadyjsko-polskim emerytom pomóc? Jeśli mamy
mieć więcej takich spotkań (które niewątpliwie są bardzo potrzebne), to
muszą tam być obecne osoby - specjaliści z obu stron - polskiej i kanadyjskiej.
Czy polski konsulat nie powinien się tą sprawą zająć, a polskie
organizacje służyć miejscem na spotkania? Potrzebne też są indywidualne
konsultacje, bo w czasie takich licznych spotkań nie ma miejsca i czasu
na szczegółowe pytania i odpowiedzi.
Aż przykro patrzeć jak starsi ludzie, często z trudem wiążący
koniec z końcem, są lekceważeni.
Przedstawicielka Service Canada podała trochę użytecznych
informacji.
Aby zamówić polskie formy-aplikacje, należy dzwonić pod numer:
1-800-277-9914. Formy te też można wydrukować ze strony: www.servicecanada.ca.
Pytania o polską emeryturę należy kierować do polskiego ZUS-u:
48-42-638-2448.
Na część pytań pracowniczka Service Canada obiecała udzielić
odpowiedzi, po konsultacji ze swoimi szefami, 28 stycznia, na następnym
spotkaniu w bibliotece Jane-Dundas.
Tym razem tylko osoby zarejestrowane przez bibliotekę będą mogły
wziąć udział w zebraniu (ze względu na ograniczoną liczbę miejsc). Proszę
w tej sprawie dzwonić do biblioteki pod numer 416-394-1014.
Anna Czyżo
Toronto
Jerzy Rosa
Kanadyjski debiut
Na trwającej do niedzieli w Montrealu wystawie samochodowej swą kanadyjską
premierę ma mazda2. Ten najmniejszy samochód w ofercie Mazdy latem tego
roku będzie można już kupić w naszym kraju. Aby go zobaczyć, nie
trzeba jechać aż do Montrealu - jeśli trochę poczekamy, to okazją stanie
się torontońska wystawa samochodowa, która otworzy swe podwoje 12
lutego.
Warto przed tą konfrontacją poznać nieco szczegółów, bo wozik robi
wrażenie nie tylko na kierowcach, ale też na specjalistach - w 2008 roku
zdobył tytuł World Car Design of the Year.
Od paru dobrych lat oswajamy się z sytuacją, że światowe premiery
samochodów coraz częściej mają miejsce poza kontynentem północnoamerykańskim.
Także w wypadku mazdy2 - model w prawie takiej samej postaci, jaki pojawi
się za pół roku w sprzedaży w kanadyjskich salonach, znany jest już od
dobrych dwóch lat na całym świecie z wyjątkiem Kanady i USA. Od kilkunastu
miesięcy mazda2 odnosi sukcesy na rynkach i w mediach całego świata, co
potwierdziła zdobyciem 50 nagród i tytułu Samochodu Roku w ponad 20 krajach.
Dwa lata po debiucie i pojawieniu się na rynkach europejskich,
w Japonii i Australii, mazda2 trafi wreszcie i do nas. Nie obyło
się jednak bez odświeżenia auta - "dwójka" zyskała nowy grill znany z innych
modeli mazdy oraz nowe lampy tylne. Nie ma się co oszukiwać - mazda2 to
nie jest wóz na dalekie szlaki - to typowy mieszczuch, bardzo przydatny
- dzięki wielkiej tylnej klapie - do robienia zakupów, a ponieważ
jest mały i zwinny, dobrze radzić sobie będzie w miejskim ruchu, gdzie
królują ślamazarne minivany.
Droga do sukcesu nie będzie łatwa, bo japońskiemu mieszczuchowi
przyjdzie konkurować u nas z takimi modelami, jak ford fiesta, honda fit,
toyota yaris hatchback czy chevrolet aveo5. Zagrożeniem będzie także bratnia
mazda3, która jest niezwykle popularna w Kanadzie.
Od rozpoczęcia produkcji "2" w 2007 roku - sprzedano już na całym
świecie ponad 370 000 egzemplarzy tego wozu, ile uda się upłynnić w naszym
kraju - na razie trudno przewidywać, ale największy dealer Mazdy, Albi
Mazda w Montrealu, ocenia, że jego salon może sprzedać nawet 2500 sztuk
tych aut rocznie. Kanadyjskie prognozy dotyczące sukcesu mazdy2 są
bardziej optymistyczne od amerykańskich, ponieważ w naszym kraju kompaktowy
sektor cieszy się wielkim powodzeniem. Wynika to z kilku powodów, ale podstawowym
jest wysoka cena paliwa oraz słaba kondycja finansowa większości Kanadyjczyków.
Amerykański debiut maleńkiej mazdy miał miejsce w ubiegłym roku
w grudniu na wystawie w Los Angeles. Od samochodu oferowanego w innych
krajach, nowy model różni się przekonstruowanym przodem, trochę w stylu
aktualnej mazdy3 z dużym wlotem powietrza, innymi światłami przeciwmgielnymi
oraz wspomnianymi już lampami tylnymi.
W swej niszy, gdzie umieszczone są tylnoklapiaste kompakty, mazda2
wyróżnia się mniejszą o dwa cale wysokością nadwozia. Wyższy jest yaris
i fit, przy prawie tej samej długości wozu. Mazda tłumaczy się, że w małych
samochodach najłatwiej wygenerować większą przestrzeń wnętrza, właśnie
podwyższając kabinę - sama tego nie czyni i dzięki temu mazda2 zachowuje
tak doskonałe proporcje i wygląd przyciągający wzrok. Nic zatem dziwnego,
że wóz zdobył tytuł World Car Design w 2008 roku.
Stylistycznie mazda2 nawiązuje do swoich większych krewniaków,
czyli mazdy3 i mazdy6. Niebanalny wygląd auta jest lekko usportowiony.
Szczególnie podobają się światła - z przodu duże, skośne reflektory i tylne
klosze wymodelowane w kształt kropli rosy.
W kabinie również jest interesująco, choć ciemna kolorystyka
kokpitu nie wzbudzi uznania wszystkich. Uwagę zwracają klawisze na kierownicy
służące do obsługi systemu audio - w tej klasie wozów to rzadkość.
Przednie fotele są wygodne - osoby siedzące z przodu nie powinny
narzekać na brak miejsca. Przestrzeni na nogi wystarczy też z tyłu, ale
na kanapie w przyzwoitych warunkach może siedzieć tylko dwóch dorosłych
pasażerów.
250-litrowy bagażnik nie bije rekordów pojemności. Załadunek
bagaży utrudnia również wysoka krawędź kufra, choć jest to częsta przypadłość
aut w tym segmencie.
W Kanadzie i USA pięciodrzwiowy hatchback będzie oferowany z
1,5-litrowym, benzynowym silnikiem, który pracuje w parze z 5-stopniową
manualną lub 4-stopniową automatyczną skrzynią biegów.
Modyfikacje amerykańsko-kanadyjskiego modelu objęły również prace
nad zmniejszeniem oporów, jakie stawia nadwozie wiatrowi. Zmniejszono współczynnik
oporu do wielkości 0.31, co przekłada się na zmniejszenie zużycia paliwa
aż o 15 procent. Następnym czynnikiem obniżającym paliwożerność wozu jest
jego waga - w stosunku do modelu sprzed dwóch lat nową wersję odchudzono
o 100 kilogramów. 102-konny silnik łatwiej radzi sobie z taką masą, a średnie
zużycie benzyny waha się w granicach sześciu litrów.
W Kanadzie mazda2 pojawi się w dwóch nadwoziowych odmianach -
bardziej sportowa 3-drzwiowa wersja na pewno znajdzie więcej amatorów
niż 5-drzwiowa. Samochody oferowane do sprzedaży w Kanadzie produkowane
są w Japonii w montowni w Hiroszimie. Mazda2 powstaje także w Chinach w
fabryce Nanjing, w Tajlandii w zakładach w Rayongu, na Filipinach w Manili
oraz w Bogocie w Kolumbii.
Jerzy Rosa
Mississauga
Andrzej Kumor
Zwiadowca z TVN-u na tropie
Telewizja TVN w programie "Teraz my" przedstawiła program - reportaż
ze spotkań ojców redemptorystów z Radia Maryja w USA i w Kanadzie, w tym
ze spotkania opłatkowego Rodziny Radia Maryja w Toronto.
Zobaczyłem materiał (http://media.onet.pl/media/isnz/201001/aba1e16dd3.wmv)
dzięki uprzejmości kolegów i kurcze blade - deja vu - poczułem, jakby
czas zatrzymał się w miejscu; toż identiko produkcje kręciły za peerelu
propagandowe szczurki z Woronicza.
Zresztą nie ma się co dziwić, boć w końcu to przecież zwiadowcy
z PRL położyli fundament pod TVN.
Materiał o opłatku w sali litewskiej (rzekomo - według zwiadowcy
TVN - wynajętej od konsulatu litewskiego (sic!)) nakręcony został w stylistyce
enerdowskiego Der schwartze Kanal.
Twarze, prócz zakonników z Torunia, zostały zamazane. Zwiadowca
TVN zaczyna rzecz od zakupu biletu na opłatek - oczywiście kręci tę scenkę
supertajną kamerą reporterską (prawdopodobnie telefonem komórkowym z poziomu
brzucha), żeby wszystko wyglądało bardziej dramatycznie i tajemniczo, no
bo wiadomo, że Rodzina Radia Maryja to tajna sekta.
Zwiadowca z tą samą kamerą zakrada się również do kuchni, gdzie
panie przygotowują posiłki na opłatkową kolację, tu z kolei słyszymy rozmowę
z młodym rówieśnikiem zwiadowcy, zwolennikiem RM, którego ma ośmieszyć
nieporadny sposób wysławiania się, choć mówi całkiem do rzeczy. Po tym
następują migawki z samego opłatka, imprezy - podaje TVN - zamkniętej dla
mediów (choć po prawdzie raczej zbojkotowanej przez media, bo stolik
z karteczkami "Prasa" świecił pustką). To wszystko ilustrowane jest dodającą
dramaturgii muzyką z tła. Na tle tej muzyczki cytowane są wyrwane z kontekstu
słowa dyrektora radia.
Mają pokazać, jak to redemptorysta, gdy tylko wyjedzie
z Polski, to zaraz jak najęty zaczyna nadawać na rodaków znad Wisły,
że niby są głupi (o. Rydzyk, mówił, że ludzie chodzą do kościoła czy do
Komunii, a jednocześnie dają się manipulować mediom), czy też stwierdza,
że w Polsce nie ma nic polskiego - bo "popatrzcie, do kogo należą
huty, banki, media etc.".
Prawdy miało tych słów pozbawić właśnie "komentujące" tło muzyczne.
Filmik z programu "Teraz my" nie jest co prawda jakimś majstersztykiem
- ot, taka sobie stylistyka ubeckich "dokumentów" propagandowych; kamera
najeżdża na koperty przygotowane przy tale-rzach na dotacje dla Radia Maryja.
- Popatrzcie -krzyczą obrazem realizatorzy -wszędzie Rydzyk wymusza
pieniądze...
Gdybym nie był na tym "zamkniętym dla prasy" spotkaniu
i nie widział na własne oczy, to być może na tefauenowską propagandówę
machnąłbym ręką.
Kiedy dziennikarz telewizyjny, zamiast dociekać prawdy, oceniać
krytycznie i pokazywać opinie ludzi, zaczyna realizować zadanie operacyjne,
staje się ti-wi-szczurkiem, takim pajacykiem na uwięzi, który ma przynieść
w zębach materiał o zleconym wydźwięku.
Wszak wiadomo, że o. Rydzyk, tylko czyha, aby ściągnąć ze zniedołężniałych
emerytek pieniądze na majbacha, nie to co taki, na przykład, Jurek święty
Owsiak, którego "Orkiestra" akurat w tym samym dniu "grała" w innej sali
litewskiej, tylko że w Mississaudze.
Tego rodzaju fotokolaże mają przekonać ludzi o odpowiednio
rozmiękczonych mózgach, że o. Tadeusz Rydzyk to wszystko kitra podstępnie
pod sutannę, aby pławić się w luksusach najpewniej z jakimiś hurysami,
choć tego jeszcze nie zdołano wiarygodnie spreparować...
Fakt, że TVN wysyła za redemptorystami ti-wi-szczurki, pokazuje,
jak wielkim zagrożeniem jest dzisiaj Radio Maryja dla postkomuszego
układu.
W perspektywie doraźnej, dlatego, że pozwala się politycznie
skrzyknąć zaangażowanemu i zdecydowanemu elektoratowi zdolnemu przeważać
wyborcze szanse - a tu przecież weszliśmy w rok wyborów prezydenckich.
To jest jednak mniej ważna perspektywa.
O wiele ważniejsze jest "Polaków chowanie"; to, że Radio Maryja
i instytucje zbudowane przez redemptorystów kształcą polską młodzież; że
kilka tysięcy ludzi, wychowanych w patriotycznym duchu, znających języki,
otrzaskanych w salonach władzy, idzie w Polskę.
RM jest radiem składkowym, finansowanym z dobrowolnego
"abonamentu" i nie zależy od żadnego określonego kapitału, jak większość
mediów działających w Polsce. To pozwala na niezależność, to pozwala na
poruszanie takich tematów, które np dziennikarzom TVN gipsują
usta.
Instytucje skupione wokół radia to dzisiaj jedyny liczący się
narodowy szaniec. Ojciec Rydzyk, ten opluwany przez liberalne media zakonnik,
mówi Polakom: jesteście wielkim narodem, weźcie własne sprawy w swoje ręce,
nie dajcie się zaprzęgać w cudze kieraty. To mówi człowiek, który
według TVN, rzekomo obraża Polaków z Polski.
- O co w takim razie chodzi TVN?
Słowo rządzi światem, słowo wywołuje rewolucje i słowo odradza
narody. Dlatego słowo jest niebezpieczne dla tych, którzy rozszabrowali
Polskę.
Kłamać można za pieniądze, błyskotki, czasem ze strachu, dla
kariery czy z próżności. Im człowiek bliżej śmierci, tym wyraźniej
widzi, że są to rzeczy funta kłaków warte w porównaniu z satysfakcją i
spokojem, jaki daje poszukiwanie prawdy.
Dlatego życzę koledze, który skręcił ten żenujący filmik, aby
dorósł i przestał być pajacykiem majtającym ukrytą kamerką na zamówienie
"panów ze stolicy". Dziennikarstwo to wspaniały zawód - służba ludziom,
aby go wykonywać, trzeba tylko nauczyć się odróżniać miłość od prostytucji.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 2/2010
Stanisław Michalkiewicz
Po nitce porozumienia - do kłębka
No i doigraliśmy się. Ostatniej nocy polskim biegunem zimna był Białystok,
w okolicy którego znajduje się leśny matecznik Włodzimierza Cimoszewicza,
gdzie zanotowano przy gruncie minus 27 stopni. Opady śniegu i towarzyszący
im mróz wywołały powszechne zaskoczenie, bo przez ostatnie miesiące telewizja
i postępowa prasa skutecznie przekonywała wszystkich, że mamy do czynienia
z globalnym ociepleniem. Trudno zresztą inaczej, gdy w globalne ocieplenie
starsi i mądrzejsi musieli zainwestować mnóstwo pieniędzy, chyba nawet
jeszcze więcej, niż w świńską grypę. Światowa Organizacja Zdrowia uchwaliła
nawet pandemię, ale okazało się, że i tym razem skończyło się na dobrych
chęciach. Żadnej pandemii jakoś nie ma, ale co rządy wydały na szczepionki,
to wydały. Teraz nawet najgłupszy minister musiał sobie przypomnieć znaną
kupiecką prawdę, że kto robi w maśle, zostanie z masłem, a kto w butach,
ten zostanie z butami. No a kto w szczepionkach - ten zostałby ze szczepionkami,
gdyby nie politycy, co wierzą we własną propagandę. Tymczasem wiara w propagandę
w ogóle nie jest rzeczą rozsądną, a już we własną propagandę - to wprost
szczyt głupoty. Podobnie z globalnym ociepleniem - propaganda była tak
przekonująca, że wielu uwierzyło, iż w zimie powinno być ciepło. Toteż
kiedy w zimie po staremu jest zimno - zdumionemu narzekaniu nie ma końca,
zwłaszcza że i propaganda globalnego ocieplenia ustała, jakby ręką odjął.
I dobrze, bo może wreszcie nastąpi jakaś koordynacja; w zimie postępaki
będą ostrzegały przed globalnym oziębieniem, a w lecie - przed ociepleniem.
Tymczasem kiedy pociągi się spóźniają, samochody ślizgają po
oblodzonych szosach, a co najmniej 30 tysięcy domów pozbawionych jest prądu,
w ciszy gabinetów najwyraźniej musiało dojść do jakichści ustaleń. Oto
bowiem Centralne Biuro Antykorupcyjne przeprowadziło przeszukanie mieszkania
Pawła Piskorskiego w celu - jak się okazało - odnalezienia umowy, jaką
przed 13 laty pan Piskorski miał zawrzeć w związku ze sprzedażą antyków.
Zaraz potem prokurator krajowy pan Zalewski poinformował, że panu Piskorskiemu
przedstawione zostaną zarzuty sfałszowania tej umowy. Wprawdzie Pan prokurator
Zalewski z naciskiem wykluczył możliwość politycznego tła sprawy, więc
nie wypada zaprzeczać, natomiast wypada zauważyć, że nigdy nie jest za
późno na triumf sprawiedliwości, a skoro tak, to dlaczego sprawiedliwość
nie miałaby triumfować w momencie kulminacji przygotowań do kampanii prezydenckiej?
Bo trzeba przypomnieć, że pan Paweł Piskorski intensywnie popiera kandydaturę
doktora Andrzeja Olechowskiego, z którym pragną konkurować inni kandydaci:
pan Jerzy Szmajdziński z Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz pan Tomasz
Nałęcz z lewicy prawdziwej. Pan Tomasz Nałęcz wywiesił już nawet billboardy,
na których występuje obok wizerunku amerykańskiego prezydenta Obamy, że
to niby - jak prezydent z prezydentem, ale to oczywiście - marzenia dziewcząt,
bo wiele wskazuje na to, iż prawdziwa rozgrywka rozegra się w innych zgoła
kategoriach.
Zanim jednak przejdę do ich przedstawienia, z kronikarskiego
obowiązku muszę odnotować sondaż opublikowany w "Gazecie Wyborczej", z
którego wynika, że aktualny prezydent Lech Kaczyński przegrałby z każdym
innym kandydatem. Niewiarygodne - ale nawet z panem Nałęczem! Polemizuje
z tymi katastroficznymi perspektywami politolog pan dr Migalski, wzorując
się w swoim rozumowaniu paradoksem Zenona z Elei o Achillesie, który nigdy
nie dogoni żółwia. Niech mu tam będzie na zdrowie, natomiast wracając do
sondażu, to pozostaje on w pewnym związku z deklaracją pana Włodzimierza
Cimoszewicza, który oświadczył niedawno, że wprawdzie sam nie zamierza
kandydować, ale poprze każdego, kto zagrodzi drogę do prezydentury Lechowi
Kaczyńskiemu. Dlaczego pan Cimoszewicz tak bardzo nie lubi Lecha Kaczyńskiego,
że gotów jest poprzeć "każdego", kto by... - i tak dalej - tego oczywiście
nie wiem, ale domyślam się, że musiał mu prezydent Kaczyński wyrządzić
jakąś krzywdę. Jaką? Nie mam pojęcia, bo przecież panią Jarucką, której
opowieści w swoim czasie skutecznie pana Cimoszewicza zniechęciły,
a nawet można powiedzieć - wypłoszyły od kandydowania na prezydenta, protegował
pan Konstanty Miodowicz kojarzony oczywiście z razwiedką, ale politycznie
- raczej z Platformą Obywatelską niż z prezydentem Kaczyńskim. Ale, jak
wiadomo, serce nie sługa, toteż i panu Włodzimierzu Cimoszewiczu wolno
nie lubić, kogo tylko chce, a traf chciał, że padło akurat na prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
Inna rzecz, że zarówno z litery, jak i z tonu deklaracji pana
Cimoszewicza wynika, że swojemu poparciu przypisuje on poważny ciężar gatunkowy.
Skąd takie myśli przychodzą mu do głowy - trudno zgadnąć, bo kiedy w 1990
roku kandydował na prezydenta, nie otrzymał nawet 10 procent głosów. Później,
kiedy już pojednał się z Leszkiem Millerem, z którym najpierw nie chciał
nawet oddychać tym samym powietrzem na sejmowej sali, jego notowania w
sondażach były większe, ale co z tego, kiedy z powodu pani Jaruckiej utraciliśmy
okazję skonfrontowania ich z rzeczywistością? Również i dzisiaj sondaże
nie dają mu żadnych rewelacyjnych wyników, więc przekonanie o wysokim ciężarze
gatunkowym swego poparcia pan Włodzimierz Cimoszewicz musi czerpać skądinąd.
Z braku innej możliwości - bo żadna nie przychodzi mi do głowy - muszę
założyć, że może to pochodzić stąd, iż w 1992 roku figurował on na liście
Macierewicza pod pseudonimem "Carex". Co taki pseudonim może oznaczać -
Bóg jeden wie, ale dlaczego na przykład nie skrót od słów: "car exportowy"?
Jeśli byłaby to prawda, to wtedy przekonanie o wysokim ciężarze gatunkowym
poparcia pana Włodzimierza Cimoszewicza byłoby całkowicie usprawiedliwione,
zwłaszcza w kontekście strategicznego partnerstwa Naszej Złotej Pani Anieli
z zimnym rosyjskim czekistą Putinem i jego prezydentem Miedwiediewem.
Ale mniejsza już o to, bo i tak niczego tu nie wymyślimy. Rzecz
w tym, że wkrótce potem, gdy pan Cimoszewicz wygłosił swoją deklarację,
pojawiły się doniesienia o rozmowach prowadzonych przezeń z premierem Donaldem
Tuskiem. W tych rozmowach miał pojawić się pomysł, by pan Włodzimierz Cimoszewicz,
w zamian za swoje wysokogatunkowe poparcie, został "szefem doradców" przyszłego
prezydenta Donalda Tuska. Rozumiem, że nie po to, by prezydent Donald Tusk
rady tych doradców sobie lekceważył, tylko po to, żeby się nimi kierował.
To by mniej więcej wyjaśniało nie tylko aktualną, ale i przyszłą pozycję
Donalda Tuska jako prezydenta oraz zamierzenia starszych i mądrzejszych,
najwyraźniej przekonanych do zalet dyskrecji. Podjęcie przez prokuraturę
czynności zmierzających do spóźnionego wprawdzie, niemniej jednak, triumfu
sprawiedliwości nad Pawłem Piskorskim mogą świadczyć, że jakaś nić porozumienia
między premierem Donaldem Tuskiem a Włodzimierzem Cimoszewiczem została
zawiązana, w związku z czym pojawiła się konieczność likwidowania wszelkich
"dzikich" inicjatyw politycznych.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Krzysztof Ligęza
Wielkie "BUM"
Jak wskazują sondaże, politycy Platformy Obywatelskiej wprowadzili
swoją partię na równię pochyłą. Mało tego, podłożyli pod nią bombę. Zegar
już tyka, a przyszłość stojącego nad przepaścią rządu Donalda Tuska to
tylko konsekwencje odłożone w czasie. Popchnijmy to szemrane towarzystwo.
"Kto nie zna prawdy, ten jest tylko głupcem. Ale kto ją zna i
nazywa kłamstwem, ten jest zbrodniarzem" - orzekł Bertold Brecht. W powyższym
kontekście zbrodniarzem jawi się PO, a precyzyjniej - ci jej liderzy, którzy
znakomicie orientują się w kulisach afery hazardowej. I to jest jedna strona
medalu. Druga wygląda w ten sposób, iż bez nadmiernego ryzyka popełnienia
błędu można powiedzieć, że organ wyłoniony przez Sejm Rzeczypospolitej
ma niewiele znamion komisji sejmowej. Przypomina raczej komisję partii
rządzącej, mającą za zadanie odsunąć od tej partii widmo totalnej kompromitacji,
rozmaite grzeszki Platformy chowając pod dywan, a jej ewidentne przewiny
zakopując dalej od gdziekolwiek.
"Nie mam zamiaru oskarżać PO o jakieś drugorzędne przestępstwa.
Ja oskarżam o to, że współdziała z mafią, która niszczy państwo polskie"
- atakuje tymczasem Antoni Macierewicz. Atakuje bezceremonialnie. Ale zasadnie.
MISJA FUNERALNA
Przekonanie, iż wielotygodniowe zawirowania w sejmowej spec-komisji
mającej zbadać aferę hazardową, po jej reaktywowaniu zaowocują większym
zaangażowaniem ze strony posłów Platformy, i że politycy tej partii rączo
zabiorą się do pracy, można między bajki włożyć. A to, gdyż Platforma Obywatelska
nie może pozwolić sobie na gruntowne prześwietlenie kontaktów baronów od
jednorękich bandytów z partyjnym i rządowym establishmentem. Jeśli to się
uda, prawdopodobnie pogrąży to tę partię równie skutecznie, co afera Rywina
postkomunistyczną lewicę.
Stąd biorą się próby zblokowania prac komisji. Najwyraźniej z
perspektywy Platformy warto zapłacić cenę spadku poparcia, być może nawet
cenę ośmieszenia, o ile tylko pozwoli to nie ujawnić zdarzeń świadczących
o nadużyciach, rozgrywających się na politycznym zapleczu tej partii, na
styku ze światem przestępczym. Ja nawet rozumiem taką postawę. Ostatecznie
trudno spodziewać się, by ktokolwiek dobrowolnie uczestniczył we własnym
pogrzebie. A taki właśnie charakter, stricte funeralny, będą miały odtąd
prace komisji, po zadekretowaniu przez Sejm przywrócenia do tego gremium
Beaty Kempy oraz Zbigniewa Wassermanna. Po wtorkowym przesłuchaniu
Jacka Kapicy, wysokiego urzędnika Ministerstwa Finansów, nie ma co kryć:
szafy PO pełne są trupów, atmosfera gęstnieje od fetoru, a co dla Platformy
najgorsze, im dalej w las, tym smród większy. I nie ma na to rady.
Póki co, Platformie Obywatelskiej na ponad miesiąc udało się
zatrzymać prace komisji. Zatem wymuszone "zwycięstwo praworządności", jak
decyzję Sejmu RP określił Jarosław Kaczyński, ma bardzo gorzki smak. Gorzki
tym bardziej, gdy sam przewodniczący komisji uważa inaczej, przekonując,
że to "prawo i standardy przegrały z bieżącą polityką". Jeszcze parę tego
rodzaju "zwycięstw", a pojęcie praworządności kompletnie straci swój sens.
NIWECZĄC PRZYZWOITOŚĆ
Jedynym zwycięzcą całej tej awantury wydaje się Polskie Stronnictwo
Ludowe, bo to dzięki posłom PSL ponowne ukonstytuowanie się komisji było
możliwe. Wniosek z powyższego płynie taki, że komu jak komu, lecz posłom
PSL nie można odmówić wyczucia, w którą stroną dmie wiatr politycznych
przemian.
A wszystkie te Grześki, Mirki, Zbyszki oraz ich totumfaccy, nie
mogą spać spokojnie. Naruszono strukturę nieuczciwości. Tama pęka. Koniec
końców prawda zatopi Platformę, ludzi rozumnych naturalnym tropizmem skłaniając
ku rozumności. I żadne fikołki funkcjonariuszy Platformy uczestniczących
w tym spektaklu niczego w tej sprawie nie zmienią. Mało tego: Mirosław
Sekuła (przewodniczący komisji) nie kupi Platformie czasu, a sobie wdzięczności
partyjnych liderów. Za to na zawsze zniweczy swą przyzwoitość.
Platforma Obywatelska wygrała wybory, ponieważ przekonała znaczącą
część elektoratu, że uczyni z Polski kraj mlekiem i miodem płynący po "wiekach
ciemnych", sprokurowanych jakoby Polakom przez Prawo i Sprawiedliwość.
To kłamstwo okazało się skuteczne, i to samo kłamstwo zabije nadzieje PO
na kontynuowanie rządów. Oraz prezydenckie wizje premiera.
Reasumując: Donald Tusk chciał uniknąć kompromitacji, chowając
prawdę pod komisyjną spódnicę. Tymczasem będzie miał kompromitację, a Polacy
prawdę.
***
Warto powtórzyć, więc powtórzmy: politycy Platformy Obywatelskiej
wprowadzili tę partię na równię pochyłą. Nie dość tego, pod spodem tyka
już bomba zegarowa. Ponieważ czas płynie, przyszłość rządu Donalda Tuska
została przesądzona. Wielkie "bum!" musi przyjść - i przyjdzie. Oby jak
najprędzej.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Zapraszam również tutaj:
www.widnokregi.salon24.pl
Trzeba być mądrym, żeby nie być biednym
Z o. Tadeuszem Rydzykiem, współzałożycielem Fundacji Lux Veritatis,
założycielem i dyrektorem Radia Maryja, TV Trwam oraz założycielem i byłym
rektorem Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, rozmawia Andrzej
Kumor.
Goniec - Jest Ojciec tutaj co roku...
Ojciec Tadeusz Rydzyk - Czasem dwa razy do roku.
- Tym razem Ojciec przejechał przez Stany Zjednoczone i Kanadę,
spotykał się z wieloma ludźmi, jak Ojciec ocenia, jacy są tutaj Polacy,
różnimy się od tych, którzy mieszkają w Polsce?
- Podkreślałbym to cały czas, że ci Polacy, którzy trzymają się
Pana Boga i Kościoła, to rzeczywiście od nich można się uczyć wiary, a
także miłości do Ojczyzny. Są tutaj, kochają Ojczyznę, a równocześnie są
otwarci na świat.
To jest bardzo ważne. Myślę, że w tej rzeczywistości, jaka jest
w tej chwili, a czasy się zmieniają, musimy być bardzo otwarci na wszystkich.
Znać swoją tożsamość, wiedzieć, kim jesteśmy, nie podcinać korzeni, jeszcze
bardziej się zakorzeniać, i iść w świat; nieść te wszystkie wartości, którymi
żyjemy. To jest jeszcze większe wzbogacenie.
- Czy czasy w Polsce zmieniają się na lepsze, prezydent Kaczyński
mówił w Nowy Rok o sukcesie, że Polska się rozwija, jak to Ojciec widzi?
- Proszę pana, mam trochę inne poglądy. Rozwój, to nie tylko
sukcesy gospodarcze, to nie tylko to, co się je czy co się ma, ale również
duch. Jaki jest duch? Powiedziałbym tak: Jan Paweł II chyba w 1990 czy
w 1991 roku - mówiąc o jednoczeniu, o Unii Europejskiej, mówił, ja nie
jestem przeciwko Unii, ale nie jestem za tymi fetyszami Unii.
- Były nadzieje na to, że Polska, wchodząc do Unii, wniesie swoje
wartości, odnowi chrześcijaństwo - tak mówili również biskupi.
- To zależy od nas, czy my je wniesiemy.
- Jest na to szansa?
- Zawsze jest szansa. To co powiedział Benedykt XVI niedawno,
że świat przemieniają święci, prawdziwi święci. To muszą być ludzie z osobowością.
I dadzą sobie radę.
Widać, że Polacy dają sobie radę, i to jest dla mnie nadzieja,
że mimo wszystko przy tych wszystkich trudnościach potrafią zachować ducha.
Bo w sytuacji, jaka jest dzisiaj, to ja bym się zapytał, czy
mamy jeszcze Polskę? Czy polskie państwo jeszcze istnieje?
To nie jest tylko sprawa traktatu (lizbońskiego), ale popatrzmy,
zakłady pracy - ile ich jest i czyje są?; cukrownie - czyje są?; popatrzmy,
media - czyje są? - banki - czyje są? Zapytajmy się, co my jeszcze mamy?
- Polak jest gastarbeiterem we własnym kraju?
- No tak też może być, ale wie Pan, jest jeszcze wiara, jest
jeszcze kultura i jest rodzina.
- Ale są atakowane przez tych, którym Polska przeszkadza.
- Gdy Polski nie było na mapach świata - Jan Paweł II mówił to
w UNESCO w 1980. - Polska przetrwała. "Pochodzę z kraju, którego nie było
na mapach świata, który był skazany na zagładę, ale pomogły mu przetrwać
wiara i kultura".
- W tamtych czasach było ziemiaństwo, dwory, polska elita.
- Elita w tej chwili też nie jest skończona. Może tej nowej elity
nie nagłaśniają media, ale ona jest.
W tej chwili mamy w Polsce podwójne życie. Coraz bardziej kształtuje
się jakby taki drugi obieg. To przeżyliśmy już w komunizmie i tak samo
jest teraz. Wystarczy popatrzeć na Internet, ilu młodych ludzi broni tego,
co polskie, tej kultury łacińskiej. To jest nadzieja.
Pewien socjolog, który też to obserwuje, opowiadał mi, że w tych
wielkich zagranicznych firmach pracują Polacy, dobrze wykształceni, często
dzieci takich internacjonalistów - tak to nazwę - i oni widzą, zaczynają
widzieć, jak są traktowani.
- Jest nadzieja, że dostrzegą, iż interes państwa to ich
interes?
- Widzą, jak Polska jest drenowana, i zaczynają myśleć.
Potrzeba czasu i potrzeba pracy. Pracy każdego, żeby zachować
wartości, te największe, na których budowana była nie tylko Polska,
ale Europa, świat i bez nich giną; ginie człowiek, giną narody.
Kiedyś Jan Paweł II, będąc w Toruniu, powiedział do słuchaczy
Radia Maryja takie zdanie: "Niech Maryja, gwiazda nowej ewangelizacji poprowadzi
wasze radio na spotkanie nowych ludzi i nowych czasów". Nowi ludzie, nowe
czasy, inne sytuacje, ale zawsze - korzenie; Pan Bóg, kultura. I to widzimy,
spotykam wielu bardzo fantastycznych ludzi. Widzę też coś innego: Ludzie
tak myślący z różnych krajów - jednoczą się.
Ludzie podobnie myślący w innych krajach szukają wsparcia Polaków.
Widzę to właśnie przez nasze uczelnie, mamy bardzo ciekawe spotkania z
ludźmi z różnych stron świata, widzimy u nich tę samą myśl. Te same problemy.
To są problemy globalne, globalnej ateizacji, globalnej antycywilizacji.
I my jesteśmy - Polska - fragmentem tej walki. To niszczenie
gospodarki, niszczenie kultury, niszczenie rodziny, to powodowanie, żeby
ludzie wyjeżdżali, opuszczali dom rodzinny, to rozpraszanie Polaków to
jest jakiś plan niszczenia katolickiego narodu.
- A co się proponuje w zamian?
- Widzimy, co dają w zamian te siły globalne, i ja myślę, że
tego nie muszę mówić, to każdy widzi. Wystarczy posłuchać Benedykta XVI,
kiedyś Jana Pawła II; wystarczy trochę wnioskować i wszystko jest
jasne.
My mamy być solą ziemi i światłem świata. Wiemy, jakie są nasze
korzenie, jaki jest sens naszego życia. Pan Bóg dał nam naprawdę fantastyczne
szanse, przez to, że urodziliśmy się na takiej szerokości geograficznej
i w takiej cywilizacji.
- To zobowiązuje?
- Tak.
- Chciałem zapytać o dzieła Radia Maryja, w tym o geotermię,
jak to wygląda?
- To nie Radio Maryja, ale Fundacja Lux Veritatis. Radio Maryja
to coś innego. Naszym zadaniem było pokazać Polsce, Polakom, że Polska
jest bogata, że Polska ma fantastyczne zasoby; ma rudy, ma węgiel - węgla
jest w Polsce 90 proc. wszystkiego węgla z całej Unii Europejskiej. 90
procent! Mamy wody geotermalne - 80 procent Polski na tym leży.
Mimo że ten rząd chciał to zniszczyć, zrobiliśmy już dwa odwierty,
teraz będziemy robić następny. Będzie to nadal robione. Chcemy pokazać
po to, by inni się brali do tego.
- Jest zainteresowanie?
- Jest zainteresowanie.
- Interesuje się tym kapitał zagraniczny?
- Kapitał to są ludzie. Polacy niech nie czekają, że im ktoś
coś da, sami niech się rządzą. Niczego za darmo nikt nie daje. Nie wolno
się uzależniać.
Przy realizacji tej geotermii rząd chciał nas zniszczyć, wszystko
robił, abyśmy tego nie pokazali. To była taka sama sytuacja jak w czasach
komunistycznych, gdzie kiedy Polacy wykryli jakieś złoża - profesor Sokołowski
pracował nad tym 52 lata - i mówił, że niejednokrotnie jeżeli coś odkryli,
to musieli zabetonować.
Tak samo jest i teraz. Ten rząd przygotowuje - Platforma-PSL
- przygotowują ustawy, tzw. geologiczne, po to żeby móc sprzedawać złoża
- nasze złoża.
- Prywatyzować bogactwa naturalne?
- Nazywają to prywatyzacją, ale my wiemy, co to jest, prawda?
Woda należy do narodu.
To jest dramatyczne. Ciekawy jestem, czy będą nam też powietrze
dozować, bo to już dochodzi do absurdu...
- Czy w polskiej polityce nie ma patriotów?
- Myślę, że są. To jest też problem złożony.
- Mogą działać?
- Mogą działać, mnie się wydaje, że powinno im się jeszcze bardziej
chcieć, że powinni być bardziej zdeterminowani. To tak, jak pan, gdyby
pan nie działał, nie był zdeterminowany, pisma by nie było. Trzeba chcieć,
mieć radość z tego.
Myślę, że jest wielu ludzi szlachetnych w Polsce. Spotykam się
z nimi, tak samo jak tutaj, proszę popatrzeć, ilu tu jest ludzi!
- W takim razie, czy jest to problem organizacji? Że nie ma organizacji,
która by pozwoliła im skutecznie działać?
- To jest bardzo złożony problem. Bardzo złożony. Widzi Pan,
właśnie ten wspomniany już przeze mnie profesor socjologii powiedział tak:
Marzę o takim Kongresie Polskim. Co widzę dobrego w Internecie, to, że
jest tam taki archipelag polskości. Jeszcze nie jest tak źle jeszcze wszystkiego
nie straciliśmy. Są ludzie. I mówi, marzę o takim kongresie polskości -
żeby się wszyscy Polacy tak zebrali, może żeby partię założyć...
A ktoś inny mówi mu, wiesz co, lepiej zostawmy to tak, jak jest,
bo jeżeli się zrobi partię czy organizację, to wrogowie nam ją zaraz rozwalą.
Znamy nasze wady narodowe, poza tym, ci, którzy mają interes w tym, żeby
Polacy się nie jednoczyli nas dezintegrują, a my pozwalamy im na to. Trzeba
w nas większego rozumienia i lepszych charakterów.
- Temu większemu rozumieniu służą Ojca radio, telewizja, szkoła...
- Po to służymy.
- Jak uczelnia?
- Rozwija się i bardzo się cieszę. Oczywiście uczelnia to jest
- powiedziałbym - taka praca benedyktyńska, długofalowa, ale widzimy rezultaty.
Jest to radosne. Poza tym, ci ludzie, którzy z naszej szkoły wychodzą,
natychmiast znajdują pracę.
Są Polacy, którzy szukają Polaków fachowców i ludzi uczciwych.
- Fundacja wchodzi ostatnio w nowe przedsięwzięcia - jest telefonia
komórkowa. Skąd pomysł?
- Uważam, że powinniśmy wchodzić we wszystkie możliwości współczesnej
komunikacji. To jedno. Ktoś nam to zaproponował, a jeżeli my tego nie będziemy
robić, to będą robić inni. Dlaczego nie mamy podjąć dobrej sprawy, dlaczego
oddawać pola innym? Widzimy, że te inne telefonie, to nie jest kapitał
polski.
My nie jesteśmy właścicielami koncesji, jesteśmy współwłaścicielami
znaku, nazwy i znaku. Trzeba popierać kapitał polski, popierać to, co polskie,
a przy okazji daje to możliwość komunikowania się. Jest to możliwość ogromna.
- Skrzykiwania się?
- No, powiedzmy, żeby pozdrowienia wysłać do kogoś za jednym
naciśnięciem klawisza na komputerze. To jest wielka sprawa!
Mamy też z tego środki, to nie są duże pieniądze, bo ta oferta
jest bardzo tania, najtańsza ze wszystkich telefonii. Oczywiście wachlarz
ofert się poszerza. A my zarabiamy w ten sposób również na uczelnię i na
telewizję, na inne dzieła, na geotermię. Trzeba na to znaleźć pieniądze.
Bo jeśli ktoś myśli, że radio ma pieniądze... Niedawno patrzyłem
na dane z czerwca ubiegłego roku, jak to wygląda ze środkami na media.
To za takie pieniądze Polsatu tylko z reklam, nie mówiąc o programach sponsorowanych
- z jednego miesiąca Polsatu Radio Maryja, Telewizja Trwam utrzymałyby
się przez 11 lat. Z TVN-u - nie mówię wszystkie kanały - ponad 10
lat, z "Gazety Wyborczej" też - wiele lat - nie pamiętam już w tej
chwili. To są niesamowite pieniądze i Polacy to wspierają. Bardzo często
wspierają takie media, które nie służą Polsce.
Również TVP - mówią, że im tak strasznie źle, że nie ma abonamentu
- ale z reklam z czerwca ubiegłego roku utrzymalibyśmy się ponad 8 lat,
z jednego miesiąca. Nie mówiąc o abonamencie, nie mówiąc o programach
sponsorowanych. A to jest drugie tyle pieniędzy.
- Dlaczego Polacy wspierają tamte media?
- Bo nie wiedzą. To jest problem świadomości. Proszę popatrzeć,
co się stało, gdy niby kończyły się te czasy komunistyczne, te wszystkie
przeobrażenia - kto zabrał zakłady pracy, kto zabrał banki, kto zabrał
media? Co dostali katolicy, co dostali prawdziwi patrioci? - Ci, którzy
Polaków gnębili, przesłuchiwali, niszczyli, te całe siły bezpieczeństwa
- jakie oni mają emerytury?!
A ofiary ile mają? - 700 złotych miesięcznie! Czyli ofiary dalej
są ofiarami!
- Ojciec powiedział: "kapitał polski", jaki to jest kapitał,
gdzie on jest?
- Są firmy polskie, piękne, rozwijają się. Oczywiście, one nie
są duże, ale są. Największym kapitałem są jednak umysły.
Jak powiedział kiedyś Sienkiewicz, kiedy Polska nie istniała
na mapach Europy: "została jeszcze wiara, a na niej wszystko inne odbudowane
być może".
Naprawdę głęboka wiara i mądrość uczyć się i jeszcze raz uczyć
się nie tylko zawodów, ale uczyć się rozumieć rzeczywistość. Dobra filozofia,
historia, literatura. Wie pan, co zauważyłem. Może to nie jest masowe,
ale obserwujemy w Polsce coś takiego - kręgi, w których gromadzą się ludzie,
po kilkanaście, kilkadziesiąt osób, w domach, żeby mówić o Chopinie, słuchać
go, żeby jakieś zagadnienia z historii poruszać, to jest bardzo ciekawe
i robią to całymi rodzinami.
- Jest nadzieja?
- Jest nadzieja, największe wynalazki są wtedy, gdy jest
potrzeba, a najwięcej wynalazków jest w czasie wojny. Musimy doświadczyć
pewnych spraw.
- Trzeba to przejść?
- Trzeba przejść i nie wszyscy wyjdą z tego ubogaceni, może niejeden
jeszcze zginie, ale takie są koszty, trzeba być mądrym, żeby nie być biednym.
- Dziękuję bardzo za rozmowę.
Rozmawiał
Andrzej Kumor
Monika J. Curyk
Czym jest mediacja?
Według słownika, mediacja to pośredniczenie w sporze, doprowadzenie
do ugody.
Najogólniej rzecz biorąc, mediacja to proces, w którym neutralna,
trzecia osoba (mediator), pomaga stronom w sporze zidentyfikować problemy
i znaleźć dla nich obopólnie satysfakcjonujące rozwiązania. Ważne jest,
aby pamiętać, że to strony osiągają porozumienie. Mediator nie jest w stanie
niczego im narzucić.
Rosnącą popularność zawdzięcza mediacja temu, że pozwala uniknąć
eskalacji konfliktu, zmniejsza koszty i przyspiesza osiągnięcie rozwiązań
kwestii spornych. Ponadto prawodawcy ontaryjscy uznali, że zanim dojdzie
do rozprawy sądowej, w wielu sytuacjach strony powinny skorzystać z mediacji.
Dlatego w niektórych rodzajach spraw mediacja stała się nieuniknionym etapem
procesu sądowego.
Mediacja może pomóc w rozwiązaniu każdego rodzaju konfliktu,
ale niniejszy artykuł, i jego kolejne części, koncentrują się na mediacjach
w konfliktach rodzinnych, wynikających przy okazji rozwodów, separacji
i rozstań. Ten typ mediacji różni się od innych tym, że towarzyszą mu bardzo
skomplikowane aspekty psychologiczne, konflikty łatwo ulegające eskalacji
ze względu na brak umiejętności porozumienia się i nagromadzonych przez
wiele lat sporów, niechęci i rozczarowań.
W sytuacjach, gdy strony mają dzieci, minimalizowanie konfliktu
staje się szczególnie ważne, gdyż dzieci zawsze cierpią z powodu nieporozumień
między rodzicami. Ponadto, dla dobra dzieci, rozstające się strony powinny
być zainteresowane utrzymywaniem poprawnych stosunków, gdyż będą pozostawały
w kontakcie ze sobą i niejednokrotnie wspólnie podejmowały decyzje dotyczące
swoich dzieci przez wiele lat po rozwodzie czy separacji.
Kim są mediatorzy?
Według słownika, mediator to pośrednik, którego celem jest doprowadzenie
do ugody między spierającymi się stronami.
Z reguły mediacją parają się osoby posiadające przygotowanie
prawne (prawie zawsze prawnicy, ale czasem paralegals) albo psychologiczne.
Wielką zaletą mediatorów z przygotowaniem psychologicznym jest umiejętność
łagodzenia konfliktów i łatwość rozpoznawania oczekiwań stron. Natomiast
zaletą mediatorów prawników jest dogłębna znajomość prawa i to, że są w
stanie poinformować strony o tym, jaki może być wynik ich sporu, jeżeli
sprawa trafi przed sędziego.
Z reguły prawnicy są mediatorami w kwestiach majątkowych i finansowych,
a osoby posiadające przygotowanie psychologiczne zajmują się mediacją w
kwestiach związanych z dziećmi (sprawowanie władzy rodzicielskiej, wizyty,
zamieszkanie itp).
Wprawdzie nie zdarza się to często, ale niektórzy mediatorzy,
jak autorka niniejszego artykułu, mają przygotowanie zarówno prawne jak
i psychologiczne, co daje możliwość kompleksowego podejścia do wszystkich
kwestii spornych, powstałych w trakcie separacji. Rezultatem takiej sytuacji
są często znaczne oszczędności czasowe i finansowe.
Jak wybrać mediatora?
Warto wiedzieć, że w Ontario zawód mediatora nie jest prawnie
regulowany. W związku z tym każdemu wolno nazwać się mediatorem, nawet
osobom bez żadnego przygotowania teoretycznego i praktycznego. Mogą one
jednak spowodować więcej szkody niż pożytku. Aby znaleźć wykwalifikowanego
mediatora, najlepiej odwiedzić portal Ontario Association for Family Mediation
(http://www.oafm.on.ca) lub ADR Institute of Ontario (http://www.adrontario.ca)
i zobaczyć, czy dana osoba jest na liście członków tych organizacji.
Członkostwo gwarantuje niezbędne kwalifikacje i doświadczenie.
Jeżeli wybrany mediator nie jest członkiem OAFM lub ADRI, najlepiej poszukać
kogoś innego.
Co warto wiedzieć
o arbitrażu?
Często zdarza się, że proces mediacji łączony jest z procesem
arbitrażu w sytuacjach, w których mediacja nie rozwiązała wszystkich konfliktów
między stronami. Słownik definiuje arbitraż jako rozstrzygnięcie
zagadnień spornych przez arbitrów, sąd rozjemczy. Arbiter to rozjemca
powołany przez strony wiodące spór lub przez sąd do rozstrzygnięcia sporu
pozasądownie. Przed rozpoczęciem mediacji strony mogą zdecydować, że kwestie,
których nie uda im się rozwiązać w trakcie mediacji, trafią do arbitra.
Arbiter, najogólniej rzecz biorąc, jest "prywatnym sędzią" i musi posiadać
specjalne kwalifikacje umożliwiające mu pełnienie tej roli.
Czasami w roli arbitra występuje mediator, a czasami strony wybierają
inną osobę, wychodząc z założenia, że mediator, ze względu na jego zaangażowanie
w proces mediacji, może mieć kłopoty z zachowaniem bezstronności przy podejmowaniu
decyzji. Strony decydujące się na arbitraż podpisują umowę arbitrażową
albo, jeżeli arbitraż jest przedłużeniem mediacji, umowę mediacyjno-arbitrażową.
Tak jak sędzia, arbiter ma obowiązek wydać decyzję w oparciu
o przedstawione fakty i istniejący stan prawny. Regułą jest, że strony
reprezentowane są przez prawników, ale tak jak w sądzie nie jest to konieczne.
Arbiter musi oprzeć swoją decyzję na prawie kanadyjskim, ale za zgodą obu
stron, może kierować się prawem dowolnej kanadyjskiej prowincji, innej
od miejsca zamieszkania stron. Arbiter przedstawia swoją decyzję na piśmie
i, tak jak decyzja sędziego, jest ona wiążąca dla stron. Podobnie jak od
decyzji sędziego, można się od niej odwołać, ale wymaga to pozwolenia sądu,
które wydawane jest tylko po spełnieniu ściśle określonych warunków.
Strony z reguły dzielą się kosztami arbitra. Trudno z całą pewnością
stwierdzić, że arbitraż jest mniej kosztowny lub mniej antagonistyczny
od tradycyjnego procesu sądowego, ale z całą pewnością jest szybszy, ponieważ
nie towarzyszą mu opóźnienia tradycyjnie związane z przeciążonym aparatem
wymiaru sprawiedliwości. Warto pamiętać, że przed arbitra trafiają tylko
kwestie nierozwiązane w trakcie mediacji, a więc zasięg konfliktów ma szanse
ulec znacznemu zawężeniu przed rozpoczęciem arbitrażu, co przyspiesza proces
i ma szanse obniżyć jego koszty.
W następnym artykule napiszę więcej o roli mediatora i zaletach
mediacji.
Monika J. Curyk
Mississauga
Jerzy Rosa
W nowej szacie
Powiedzenie, że nie szata zdobi - dobrze przystaje do średniowymiarowej
terenówki Land Rovera o nazwie discovery. Właśnie pojawiła się w Ameryce
Północnej w swym czwartym wcieleniu, ale to nie jej nadwozie budzi zainteresowanie
amatorów off-roadu, ale to co ma pod maską i resztą karoserii...
Discovery obchodzi swe dwudzieste narodziny. Do tej pory pozostał wierny
swej pierwotnej sylwetce, która może podobać się tylko zakochanym w tym
samochodzie, bo po prawdzie urodą nie grzeszy. Nie jest to jednostkowa
przypadłość - terenowe auta zwykle nie rzucają na kolana swą stylistyką,
bo muszą mieć wysoki prześwit, a tak zawieszone podwozie wygląda niezbyt
estetycznie. Do tego dochodzą wielkie nadkola... Te wady zamieniają się
jednak w atuty w trakcie pokonywania bezdroży, bo prawdziwe SUV-y tam czują
się najlepiej.
Linia nadwozia discovery znana jest na całym świecie - charakterystyczny,
stopniowany dach oraz asymetryczna tylna szyba zapewniają pasażerom oraz
kierowcy doskonałą widoczność. Przez wszystkie lata istnienia samochodu
tego wyglądu nie zmieniano, ale w czwartym wydaniu postanowiono coś unowocześnić
i poproszono o zaprojektowanie wnętrza Conran Design Studio - brytyjską
pracownię specjalizującą się w automobilowym wzornictwie. Przeprojektowano
deskę rozdzielczą i poprawiono jakość materiałów, które, już w discovery
3 były całkiem przyzwoite. W oczy rzuca się nowa kierownica z przyciskami
do obsługi systemu multimedialnego, radia i cruise control. Konsola środkowa
jest teraz skierowana w stronę kierowcy, a pokrętło do obsługi ustawień
terenowych (system Terrain ResponseTM) znalazło się tuż pod nią.
Warto wspomnieć więcej o tym systemie. Po raz pierwszy pojawiło się w 2004
roku w modelu discovery 3. To opatentowane rozwiązanie pozwala kierowcy
dostosować parametry samochodu (w tym silnika, zawieszenia oraz kontroli
trakcji) do każdego rodzaju warunków drogowych, od wielkomiejskiej dżungli
po dzikie bezdroża. System ten otrzymał Queen's Awards For Enterprise for
Innovation - nagrodę przyznawaną przez królową Elżbietę II. Land Rover
został już wcześniej wyróżniony tą nagrodą za system kontroli zjeżdżania
ze wzniesienia (Hill Descent Control). Ulepszona wersja tego systemu, a
także nowe rozwiązanie wspomagające kierowcę w czasie jazdy na wzniesieniach
(Gradient Release Control), wpływają na dynamikę jazdy nowego discovery
4.
Discovery 4 otrzymał szereg udogodnień zwiększających bezpieczeństwo,
m.in. system stabilizacji toru jazdy przyczepy (TSA), asystent holowania
(Tow Assist), poprawiony system zwiększający sterowność (Under Steer Control)
oraz pięć umieszczonych dookoła samochodu kamer, które ułatwiają parkowanie
oraz wykonywanie manewrów. Już od pierwszego wcielenia discovery widoczność
z miejsca kierowcy była dla projektantów priorytetem, a w najnowszej generacji
kierowca widzi każdy element auta. Obrazy z kamer wyświetlane są na ekranie
na desce rozdzielczej do prędkości 18 km/godz.
Do niewidocznych, ale istotnych zmian należą modyfikacje zawieszenia
i hamulców. Przednie tarcze w LR4 mają teraz średnicę 350 mm, a tylne -
340 mm. Bez problemu zmieszczą się jednak pod wielkimi felgami - opcjonalnie
nawet dwudziestocalowymi.
Największe zmiany dokonały się jednak pod maską - w czwartym
wcieleniu nie znajdziemy tam żadnego V6 (przynajmniej w wersji na
Kanadę), ale 5-litrowe, 8-cylindrowe monstrum. Powinno to położyć kres
narzekaniom na niewystarczającą moc "disco", bo motor ma 375 KM i zapewnia
osiągi na poziomie usportowionego wozu - przyspieszenie 0-100 km/godz.
wynosi zaledwie 7,9 s. Wtajemniczeni wiedzą, że silnik pochodzi od Jaguara
i jest tylko dostosowany do potrzeb Land Rovera. Jeśli ktoś dziwi się takiej
współpracy, to warto wiedzieć, iż od ponad roku obie firmy należą do hinduskiego
przemysłowego potentata Tata...
Nowy silnik generuje o jedną czwartą więcej mocy niż poprzedni
(4,4 l V8) i choć ma większą pojemność, to zaoszczędza siedem procent paliwa.
Na rynek europejski discovery szykowany jest również z silnikiem od Jaguara,
ale jest to niezwykle efektywna 3-litrowa jednostka na ropę produkująca
245 KM. Dlaczego ta opcja niedostępna będzie w Kanadzie - nikt nie wie.
2010 LR4 kosztuje niemało, bo za podstawową wersję trzeba zapłacić
59 900 kanadyjskich dolarów. Jest to o ponad dwa tysiące dolarów więcej,
niż kosztował poprzednik z V8. Najnowsza wersja discovery jest jednak mocniejsza
i lepiej wyposażona - więc i wyższa cena wydaje się mieć swe racjonalne
wytłumaczenie.
Jerzy Rosa
Mississauga
Na państwo trzeba zasłużyć
Michael Scheuer, były szef jednostki zajmującej się tropieniem bin
Ladena w CIA, a obecnie konsultant różnych fundacji, w interesującym 47-minutowym
wywiadzie dla CPAC powiedział mądrą rzecz - nie ma czegoś takiego jak prawo
państwa do istnienia. Państwa istnieją, jeśli są gospodarczo żywotne, politycznie
sprawne i są w stanie się obronić. - Oczywiście - dodaje Scheuer
- każde państwo ma prawo do obrony.
Jest to obserwacja szczególnie ciekawa dla nas, Polaków, którzy
w naszej historii doświadczaliśmy kilkakrotnie okupacji, a raz upadku państwa
- nie tyle jego militarnej klęski, co rozpadu wewnętrznego wywołanego przez
polityczną degrengoladę.
Aby istniała republika, obywatelom musi na niej zależeć. Państwo
republikańskie to zbiorowy interes większości zamieszkujących go ludzi,
gdy ci ludzie zaczynają traktować państwo jak powietrze, przestają patrzeć
na państwo jak na coś, co wymaga bezustannej troski, państwo upada. Może
jeszcze jakiś czas trwać jako wydmuszka, siłą rozpędu i ludzkiego przyzwyczajenia,
ale kiedy ktoś zainteresowany to dostrzeże, wystarczy truchło pchnąć palcem...
Mieliśmy już takie doświadczenie w dawnych wiekach - kiedy szlachta
przestała kształcić własne dzieci, powszechna głupota obywatelska
spowodowała traktowanie korzystnej sytuacji politycznej jako danej raz
na zawsze. Nad brakiem państwa lamentowano dopiero wówczas, kiedy niebroniona
Rzeczpospolita padła jak długa. Było już późno.
Sytuacja powtarza się dzisiaj. Upadek państwa polskiego jest
widoczny w każdej sferze; Polska przypomina opustoszałe domostwo, zajęte
przez sublokatorów, w którym otumanieni prawowici właściciele mieszkają
w suterenach.
Upadek państwa uderzy Polaków dopiero wówczas, kiedy w wyraźny
sposób ograniczy możliwości działania ich dzieci; kiedy będą musieli się
podporządkować obcym regułom, rezygnując z własnej tradycji i sposobu życia.
Wtedy sytuacja będzie trudna do ruszenia.
Międzynarodowe struktury, w których tkwi Polska, zawiadywane
są przez silne narody; naszych tradycyjnych przeciwników.
Czy Polacy będą w stanie wydać z siebie nową, narodową elitę
i stworzyć państwo zdolne skutecznie chronić i realizować ich interes,
czy też zostaną w nowoczesny sposób skolonizowani? Niektórzy przyjmując
optykę dawnych przeciwników Polski, uważają już dzisiaj, że podporządkowanie
się to konieczność - nie ma szansy na niepodległą Polskę w tym miejscu
Europy, bo też w dzisiejszym świecie coraz mniej jest całkowicie niepodległych
państw, które mogą sobie pozwolić powiedzieć "nie" "globalizacji". W nowoczesnym
systemie międzynarodowym kluczem jest słowo "współzależność", z tym że
właśnie jedni są mniej "współ" - zależni, a inni bardziej.
Problem Polski jest w tym, że Polacy nie będą mogli żyć, jak
chcą, ani wtedy gdy będą w sojuszu z Niemcami, ani gdy będą pod rękę z
Moskwą.
Dzisiejsza Polska jest pozostałością środkowoeuropejskiego mocarstwa,
które wytworzyło swoistą kulturę, unikatowy sposób patrzenia na świat.
Polska mentalność nie przystaje ani do rosyjskiej, ani do niemieckiej.
Nad rozległymi równinami środkowej Europy unosi się całkiem inny, nasz
duch.
Dzisiaj nie podbija się, rozjeżdżając gąsienicami. Na dłuższą
metę jest to mało skuteczne i kosztowne. Trwała okupacja musi być łagodna,
narzucony gorset nie może wywoływać masowego niezadowolenia. czasy szalonych
wodzów minęły; dzisiaj mamy do czynienia ze "zbiorową mądrością" iluminowanych
ideologów. Polskie pretensje do niepodległości stoją na drodze bardziej
dalekosiężnych globalnych zamiarów. Autorzy tych zamiarów starają się uczynić
wszystko, by pozostały one właśnie tym - pretensjami.
W relacjach do Polaków Żydzi uznają się za nauczycieli, a Niemcy
myślą o sobie jako o organizatorach, Rosjanie zaś uważają się za niezepsutych
przez Zachód Słowian. W kosmosie żydowskim Polacy są głupi i dlatego trzeba
nimi kierować, w kosmosie niemieckim Polacy są jak dzieci i dlatego
trzeba ich zorganizować do pracy - pokazać, co mają robić, a wówczas nawet
nieźle to robią, w kosmosie rosyjskim Polacy zawsze zdradzali Słowiańszczyznę
i są jak prostytutka. Te żywioły są dzisiaj w Polsce obecne na każdym kroku.
Na dodatek ludzie ci znają nasz kraj, wiedzą, za które sznurki w nim pociągać.
Żywioł rosyjski, choć obecnie na gorszej pozycji, posiada jednak stare
subkontakty wypracowane w czasach peerelowskiego bantustanu.
Podstawowym zadaniem elity państwa jest wskazanie zagrożeń. Dopóki
Polska nie dojrzeje do tego, by być partnerem Niemców, Żydów czy Rosjan,
interesy tych grup narodowych i krajów odczytywać trzeba nad Wisłą jako
zagrożenie. Próbując odbudowywać polską niepodległość trzeba przynajmniej
zdawać sobie sprawę z ich długofalowych kierunków.
Po drugie zaś, aby móc myśleć o jakiejkolwiek sanacji, trzeba
wiedzieć, na kim można się oprzeć, a zatem identyfikować w Polsce agentów
wpływu wymienionych grup interesów; trzeba po prostu wiedzieć, kto dla
kogo pracuje (i za ile) oraz co do kogo należy.
Po trzecie zaś, do narodowej sanacji konieczne jest rozgłaszanie
polskiej myśli tożsamościowej; konieczne jest odbudowanie narodowej inteligencji,
stworzenie mody na Polskę wśród młodych.
Moment przełomu szybko nadchodzi, widać to po tym jak rosną młodzieżowe
środowiska narodowe, jak młodzież, która jeszcze niedawno zachłystywała
się liberalnym tumiwisizmem i możliwością szukania szczęścia w świecie,
szuka stopami polskiego gruntu.
Polska nie musi istnieć. Nie ma takiego prawa, ale Polacy mają
prawo się bronić przed aksamitnym zniewoleniem.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 1/2010
Stanisław Michalkiewicz
Życie po życiu
Po 1 grudnia, kiedy to Polska oficjalnie przeszła pod zarząd Unii Europejskiej,
nasiliły się objawy intensywnego życia politycznego. Dotyczą one co prawda
spraw z punktu widzenia państwowego drugo-, a nawet trzeciorzędnych, ale
w tej sytuacji trudno inaczej. Jak to mówią - dobra psu i mucha, toteż
musimy zadowolić się namiastką życia politycznego w postaci podejmowanych
przez Platformę Obywatelską prób wyciśnięcia z komisji hazardowej posłanki
Beaty Kempy i posła Zbigniewa Wassermanna i położenia w ten sposób kresu
jej istnieniu. Oczywiście przedtem trzeba będzie odegrać wesołego oberka,
to znaczy - przedstawić sprawozdanie, ale na podstawie dotychczasowych
działań można już z grubsza nakreślić jego zasadnicze kierunki. Jak wiadomo,
od czasu sławnej komisji badającej aferę z Rywinem, najważniejszą sprawę
jest udzielenie odpowiedzi na pytanie, kto kogo wysłał z propozycjami ("Powiedz
Lwie, no powiedz Lwie, kto do ?Agory= wysłał cię?"), więc raport sporządzony
przez posła Mirosława Sekułę mógłby stwierdzać, że "Przemo", czyli poseł
Przemysław Gosiewski, który właśnie niedawno, na polecenie Jarosława Kaczyńskiego,
"ze łzami w oczach" musiał ustąpić miejsce szefa Klubu Parlamentarnego
PiS pani posłance Gęsickiej, wysłał "Zbycha", czyli posła Zbigniewa Chlebowskiego,
na cmentarz, ale niestety nie definitywnie, tylko po to, by wyjaśnił "Rychu"
przyczyny, dla których "Miro", czyli pan minister Drzewiecki, zamiast pilnować
interesu, dla którego został na swoim stolcu postawiony, obija kijem gruchy.
Oczywiście raport posła Sekuły pewnie będzie znacznie dłuższy i "przesiąknięty
fałszem i krętactwami", niczym japońska nota o wypowiedzeniu wojny Stanom
Zjednoczonym, ale przypuszczam, że ogólny sens będzie mniej więcej taki
i nawet pobożny poseł Gowin, robiący w Platformie za najczystsze, bo nieużywane
sumienie, po zwyczajowym przełamaniu moralnych wątpliwości, też zatańcuje
jak mu zagrają.
Odkąd bowiem premieru Tusku udało się w stachanowskim tempie
przeforsować ustawę hazardową, oddającą razwiedce faktyczny monopol w tej
branży, starsi i mądrzejsi nie życzą sobie żadnych hałasów w tej sprawie,
tym bardziej że jakaś Schwein musiała pobiec z donosem do Naszej Złotej
Pani Anieli, w następstwie czego unijny komisarz Gutram Verheugen, co usta
słodsze ma od malin, zapowiedział przeprowadzenie w tej sprawie kontroli
naszych mężyków stanu. Jeszcze tego brakowało, że przyjedzie "rewizor iż
Pietierburga", a tu posłanka Kempa będzie się na komisji hazardowej wykłócała
z jakimś dwufakultetowcem z Platformy o swoje wykształcenie! W tych warunkach
starszym i mądrzejszym nietrudno o wzbudzenie w sobie żalu doskonałego
z powodu powierzenia zewnętrznych znamion władzy partackiemu premieru Tusku
i o szczere postanowienie poprawy.
Tedy w przeddzień Wigilii Bożego Narodzenia, kiedy to Polska,
jak wiadomo, pogrąża się w nirwanie aż do Trzech Króli, kierowca znalazł
dyrektora generalnego Kancelarii Premiera powieszonego we własnym domu.
Ponieważ denat, czy to z braku czasu, czy to przez roztargnienie, nie pozostawił
po sobie zwyczajowego w takich okolicznościach listu pożegnalnego, dało
to pożywkę dla fałszywych pogłosek, że samobójstwo to pozostaje w związku
z tajemniczym zniknięciem szyfranta Stefana Zielonki, który ponoć zwiał
z szyframi aż do dalekich Chin Ludowych! Jak tam było, tak tam było - powiada
dobry wojak Szwejk - ale zawsze jakoś było, bo zaraz ABW dla równowagi
podała wiadomość o schwytaniu w Polsce szpiega, niestety nie chińskiego,
a tylko rosyjskiego, ale za to takiego, co to szpiegował nas, panie dzieju,
co najmniej 10 lat! Słyszane rzeczy - co najmniej 10 lat! Co za bezczelny
i niebezpieczny konspirator! Wszystko to są oczywiście straszliwe tajemnice
państwowe, ale co jeden człowiek chce zakryć, to drugi zaraz odkryje, więc
i premier Tusk zdymisjonował szefa Rządowego Centrum Bezpieczeństwa, niejakiego
pana Gułę, z zawodu medyka. Ciekawe, że protestując przeciwko tej decyzji,
z panem Gułą odeszło z owego Centrum aż 10 ekspertów od "analiz zagrożeń".
Czy to zemsta zza grobu "Grzecha", czy Grzegorza Schetyny, w godzinie paniki
spuszczonego z wodą przez premiera Tuska, czy jeszcze coś innego, "czy
to pies, czy to bies" - nieważne, bo znacznie ważniejsze, że teraz premieru
Tusku nikt nie będzie potrafił zanalizować zagrożeń, wobec których stanie
się on bezbronny jak dziecko.
Tymczasem związki między bezpieczeństwem a medycyną są ściślejsze,
niżby się wydawało, bo oto Artur Zirajewski, główny świadek w ciągnącej
się już od 11 lat sprawie zabójstwa generała Marka Papały, nagle umarł
i to wcale nie na skutek zwyczajowego w takich razach samobójstwa przez
powieszenie, tylko "z przyczyn chorobowych" na zator płucny. Wiele wskazuje
na to, że przyczyną tego zatoru płucnego mogły być zeznania, jakimi Artur
Zirajewski obciążył był pana Edwarda Mazura, byłego agenta komunistycznej
razwiedki, który z refleksem przewerbował się do razwiedki amerykańskiej.
W lutym 2002 roku został on zatrzymany w związku z zabójstwem generała
Papały, ale przerażony własnym zuchwalstwem prokurator nie tylko natychmiast
wypuścił go bez przesłuchania, ale nawet pozwolił mu wyjechać za granicę,
co pan Mazur niezwłocznie uczynił, nie zapominając jednak o podziękowaniu
przedtem przyjaciołom z bezpieki, biesiadującym właśnie w restauracji "Belvedere"
w królewskich Łazienkach. Więc teraz, kiedy już świadek Zirajewski taktownie
umarł, i to w dodatku "z przyczyn chorobowych", to tylko patrzeć, jak pan
Mazur swoim przyjazdem do Polski przetestuje nowego prokuratora generalnego,
spośród dwóch kandydatów, jakich Krajowa Rada Sądownictwa przedstawiła
we czwartek, 7 stycznia, panu prezydentowi Kaczyńskiemu.
Jednym z tych kandydatów jest sędzia z Krakowa, pan Andrzej Seremet,
a drugim - aktualny prokurator krajowy Edward Zalewski. Pan sędzia Seremet
musi mieć mnóstwo zalet, o czym świadczy jego kariera. Studia prawnicze
ukończył w roku 1983 i został etatowym aplikantem sądowym w Tarnowie. W
roku 1985 został asesorem, a już w rok później - przewodniczącym Wydziału
Karnego, zaś w 1988 roku - wiceprezesem Sądu Rejonowego w Tarnowie. I udało
mu się dokonać tego wszystkiego bez zapisywania się do Polskiej Zjednoczonej
Partii Robotniczej, ani nawet - żadnego stronnictwa sojuszniczego! Wprawdzie
w 1991 roku zrzekł się urzędu i wyjechał do USA, ale kiedy zaraz wrócił,
w 1993 roku uzyskał ponowną nominację. Warto dodać, że ceni go również
pan Janusz Kaczmarek, były minister spraw wewnętrznych w rządzie premiera
Jarosława Kaczyńskiego i chociaż - jak powiada - osobiście go nie zna,
to wydaje mu się, że również pan prezydent Kaczyński będzie się skłaniał
do przyjęcia właśnie jego kandydatury. Skoro tak powiada sam pan Janusz
Kaczmarek, to czyż wypada nam zaprzeczać? Nie wypada, zwłaszcza że
drugim kandydatem jest Edward Zalewski, który też zaczynał karierę w początkach
lat 80. i nawet zarzucano mu pewną spolegliwość wobec ówczesnych
organów bezpieczeństwa, ale, jak się okazało, niesłusznie, bo jeśli nawet
tu i ówdzie poszedł im na rękę, to na pewno "bez swojej wiedzy i zgody",
jak zresztą wszyscy. Pan prezydent ma zatem dwa miesiące na podjęcie decyzji,
no a potem można będzie przeprowadzić test na Edwarda Mazura - o ile oczywiście
zechce on zaryzykować swoją osobą.
Między nami mówiąc, nie musi to być aż takie wielkie ryzyko,
bo wydaje się, że wszyscy dygnitarze naszego państwa coraz lepiej zdają
sobie sprawę z coraz bardziej zaciskających się uwarunkowań. Właśnie pan
prezydent Kaczyński zaprosił do Polski rosyjskiego prezydenta Dymitra Miedwiediewa
na obchody wyzwalania nazistowskiego obozu w Auschwitz, w którym ginęli
"również Rosjanie", a Armia Czerwona położyła "wielkie zasługi" w jego
wyzwoleniu. Na tak uprzejme zaproszenie prezydent Miedwiediew na pewno
zareaguje pozytywnie, dając tym samym widoczny znak złamania monopolu premiera
Tuska na dobre stosunki z Rosją, to znaczy - nie tyle na dobre stosunki,
bo żadnych stosunków, ma się rozumieć, nie ma i za premiera Tuska, tylko
na jego tak zwany rosyjski PR.
Pan prezydent zadbał zresztą nie tylko o rosyjski, ale i o tubylczy
PR, powołując właśnie Narodową Radę Rozwoju. Przypomina ona nieco Arkę
Noego, bo pan prezydent zaprosił do niej po co najmniej jednym przedstawicielu
każdego gatunku. W tej sytuacji jest prawie oczywiste, że spłodzić to niczego
ona nie spłodzi, ale za to prawdopodobieństwo grzechu sodomskiego, oczywiście
w politycznym, a nie literalnym znaczeniu tego słowa, będzie stosunkowo
wysokie. Tak czy owak, rada będzie odbywała comiesięczne posiedzenia, co
w połączeniu z Zespołem Pracy Państwowej, który też odbywa posiedzenia
i podobno nawet sporządza z nich sążniste protokoły niczym jacyś "mędrcy
syjonu", sprawiałoby wrażenie imponujące, gdyby nie to, że od 1 grudnia
ubiegłego roku państwa jako takiego właściwie już nie ma, jako że przeszliśmy
pod władzę Unii Europejskiej, a konkretnie - Naszej Złotej Pani Anieli,
która też wyznaczy dla nas prezydenta. W oczekiwaniu na tę decyzję, każdy
z kandydatów stara się, jak tam potrafi i stąd nasilenie tych objawów życia
po życiu na przełomie odchodzącego i Nowego Roku.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Wiktor Księżopolski
Allah Aghbar
HISTORIA AUTENTYCZNA SPISANA W LIBII
CALGARY, GRUDZIEŃ 2009
1. WSTĘP
Zdarzyło się to w 1983 roku w słonecznej i pustynnej Libii. Do
tego czasu mieszkałem tam i pracowałem w arabskich firmach, w sumie sześć
lat. Dzięki temu, żyjąc w miastach, jeżdżąc po oazach i pracując na pustyniach,
miałem okazję poznać prawa karne obowiązujące lub dawniej stosowane w tym
kraju. Nie wiem, czy opierały się one na prawie kanonicznym Koranu, czy
też stosowanie ich zawdzięczał ten kraj kulturze średniowiecza, której
elementy widoczne były tu na co dzień w każdej dziedzinie życia. Nawet
kalendarz arabski, różniący się od współczesnego o około 500 lat wstecz,
świadczył o zatrzymaniu się obyczajów w czasie. Miałem okazje spotkać na
ulicach takich świadków przeszłości. Byli to ludzie ukarani kiedyś za złodziejstwo.
Mieli tylko fragment jednej ręki, tej, która kradła, przy czym długość
kikuta świadczyła o rozmiarze przestępstwa. Obcięte palce - drobny złodziejaszek,
ucięta dłoń - poważny złodziej, ucięta miedzy dłonią i łokciem - złodziejski
ekspert, pozostałość powyżej łokcia - elita. Były to ofiary jeszcze do
niedawna stosowanego prawa, które na swój sposób odstraszało chętnych od
łatwego zarobku. Tych, których nie spotykałem, a mieli do czynienia z łamaniem
prawa, spotkać nie mogłem, bo na ogół byli kalekami na resztę życia lub
już nie żyli. Byli ofiarami pisanego lub niepisanego prawa opartego na
zasadach Koranu - "oko za oko, ząb za ząb" lub lokalnych przepisów o wymyślnych
karach cielesnych, więzieniu i grzywnach. Tylko szczęściarze, posiadający
wyjątkowo mocny charakter i zdrowie oraz mający tzw. wejścia i układy,
mieli szanse na uniknięcie kalectwa lub przeżycie. Mój znajomy w Iraku
niestety nie przeżył, mimo że miał układy. Obcięto mu genitalia, gdy został
złapany przez braci na stosunku z ich siostrą. Wykrwawił się śmiertelnie
we własnym łóżku, pewno na oczach oprawców i ich siostry. Miał pecha.
Karano w Libii za picie alkoholu nawet w domu, jego produkcję,
przewóz, sprzedaż czy kupno, za uprawianie prostytucji, za stosunek seksualny
nawet z miłości, za niewierność, za randki, za śmiecenie na plaży, za wypadek
samochodowy, jeśli człowiek poniósł obrażenia lub został zabity, za zabicie
w wypadku krowy, barana lub kozy, za złodziejstwo, rozbój lub pobicie,
za małżeństwo wbrew woli rodziców, za przemyt lub oszustwo, za domniemaną
obrazę systemu i za krytykę władzy. Karano również przyjezdnych z kraju,
w którym obywatel libijski, wg jego opinii, doznał jakichś upokorzeń (na
ogół zresztą, z tytułu złamania lokalnych przepisów). Niestety, każdy Libijczyk
w swoim kraju czuł się czasem jak łowna zwierzyna, a cudzoziemiec, nieznający
co go czeka, gdy się gdzieś potknął, mógł się spodziewać kosztownego epilogu.
Pieniądze i układy dawały szansę na tolerancję, choć też nie zawsze. Bez
tych atutów było się nikim. Działały tu znakomicie zasady komunizmu - wszyscy
równi i równiejsi. Dla równych, poza więzieniem i karą pieniężną, była
kauczukowa, metrowej długości pałka (tzw. baton), której używano do oduczania
delikwentów kontaktu z alkoholem, seksu pozamałżeńskiego lub towarzyskiego
oraz prostytucji. 40 razów na gołe pośladki w obecności muezina i lekarza
miało sprawić natychmiastowy odwyk. Dodatkowo ewentualny rok w więzieniu
miał dopomóc, by delikwent nie uległ jednak pokusie, gdy wróci do swych
ziomków. Nie wiem, czy ta metoda była akurat skuteczna leczniczo na nałogi
i namiętności, lecz na pewno była szkodliwa dla zdrowia. Po takim pałowaniu
delikwent nie miał na czym siedzieć, mając sklepane pośladki na befsztyk,
a rok w więziennym brudzie dawał szansę na zakażenie i przedwczesną śmierć.
Nawet bez pałowania ludzie, po roku pobytu, wychodzili z więzienia bez
zębów i włosów. Najkrócej trwały męki kobiety czy dziewczyny, która miała
romans przedślubny lub wybrała, wbrew rodzicom, swojego własnego kandydata
na męża. Po prostu celne kamienie, którymi w nią tłum rzucał, kończyły
jej żywot. Szybka i bezkarna śmierć czekała ewentualnie również pechowego
kierowcę, gdy zabił przechodnia. Mógł się on spodziewać w odwecie, wg niepisanego
prawa, śmierci na miejscu wypadku lub w ciągu kolejnych sześciu dni, o
ile przedtem nie został zamknięty dla bezpieczeństwa w areszcie. Obrażenia
ciała mogły kosztować sprawcę ogromne pieniądze, jeśli przeżył, a gdy była
to kobieta lub zwierzę domowe płci żeńskiej, płaciło się podwójnie, bo
mogły być brzemienne. Można też było po cichu kupić kobietę. Za moją żonę
z córką jakiś Murzyn chciał dać 30.000 dolarów. Koszt ładniejszej Arabki
to dwa wielbłądy.
Wszystkie te zasady były mi znane już po krótkim pobycie w Libii,
lecz mimo to wiele razy przez te wszystkie lata, jakoś chyba z przekory
lub z chwilowego zaniku rozsądku, czy nadmiaru fantazji, wystawiałem je
nieraz na próbę. Miałem szczęście. Do czasu. Niestety, mimo że minęło 26
lat od tamtych dni, ten jeden możliwy na 10 milionów przypadek pozostawił
trwały i wyrazisty obraz w moim umyśle, więc liczę, że pisząc te wspomnienia,
być może się go pozbędę. Może też tym pisaniem zachęcę moich czytelników,
by też spróbowali przelać na papier swoje życiowe przeżycia. Aby spróbować
zapomnieć.
2. 22 LUTEGO 1983.
Dzień pierwszy (wtorek).
Jechałem swoim fiatem 127 do pracy. Dzień jak co dzień, ta sama
droga, przeciąć Ben a Shur, uwaga szkoła, jazda wzdłuż magazynowych murów,
droga w dwóch kierunkach podzielona wysepką z lampami, ani żywej duszy,
dziurawa jezdnia, dalej 3 x światła, forteca Kadafiego z czołgami chroniącymi
wodza przed wrogami, rakiety na wzgórzu wycelowane na miasto. Aby do drogi
na lotnisko i już prawie jestem w pracy. Dzień, jak wszystkie inne w porannym
Trypolisie przez te całe pięć lat kontraktu. Mam dziś jechać do Tarhuny
na nadzór, jest ciepło, zimowe słoneczko grzeje, wieczorem turniej brydżowy,
w domu córeczka i żona. Na pustej ulicy, gdzie tylko bezpański pies pokaże
się czasem, niespodziewanie dwóch Arabów, stojących na zakręcie na lewej
strony ulicy, macha rękami w moją stronę. Jestem jeszcze niedaleko od domu,
może to sąsiedzi. Zerkam na nich i gdy znów odwracam głowę, włosy mi na
niej wstają. Z prawej strony dzieciak, dwa metry ode mnie, pędzi wprost
pod samochód. "Jezu!!!" - "Zabiję!!!" - przelatuje przez myśl
w ułamku sekundy. Kierownica, odskok metr w lewo, hamulec - nie zdążyłem.
Huk. Dzieciak wali głową w ramę przedniej szyby, która leci mi na kolana
w kawałkach. Staję. Cisza. Na ziemi leży bez ruchu bezwładny drobny kształt.
To nie sen. Wysiadam. Ktoś młody z prawej strony ulicy podbiega, nic nie
mówi, podnosi dziecko, wkłada do samochodu. Ja nie jestem w stanie wydusić
z siebie jednego słowa. Krew na ustach dziecka kapie na siedzenie. Jeszcze
mnie nie zabili, błyska mi w głowie, ale mogą. Co będzie ze mną, z moją
córką i żoną? Nikt przecież nie będzie wiedział, co się stało. Może dziecko
jednak przeżyje. Skąd wezmę te tysiące dolarów na okup, jeśli mnie Araby
nie uśmiercą? Wsiadam, włączam długie światła i sygnał. Gaz do "dechy"
i do szpitala. Resztki szyby wpadają do środka wraz z uszczelką, samochody
usuwają się z drogi. Szpital blisko. Już. Zabierają dzieciaka. "Kako se
zowiesz" to lekarz z izby przyjęć. Oddaję prawo jazdy. Tak trzeba. Co z
dzieckiem - piąty papieros. Stan ciężki, jeszcze żyje, rana głowy, wstrząs
mózgu, nieprzytomny - docierają do mnie urywki informacji. Gdzie tu jest
jakiś polski lekarz? Jest. "Nie martw się pan, będzie dobrze" - mówi. Wiem,
że nie będzie. "Doktorze, co z dzieckiem?" - pytam innego. - "Bez zmian".
Dzwonię do pracy i do "Polservice". Czy zdążą przed policją? A może by
uciec, przecież nikt mnie tu nie pilnuje. Boję się. Jest "Polservice" i
"Geopol". Jest i tłumaczka. Jeszcze raz przeżywam wszystko. Nie miałem
szans. Obraz znów wraca. Nie, to przecież niemożliwe. Co ja tu robię? Rozbita
szyba i zgięta rama mówią wszystko. Chyba to szok.
Jest policjant. Przyjechał chyba na motorze. Wysoki, krępy, w
kasku. "Łyn hadza zuag?" (który to ten kierowca) pyta. "Hadza ana" (to
ja). Prawo jazdy odebrane od dyżurnego znika w kieszeni jego bluzy. Wychodzimy
do samochodu. Ogląda przód, nie ma śladu uderzenia. Pokazuję, gdzie jest,
i opisuję, jak było. Jeszcze raz wracają obrazy - huk uderzenia, krew na
ustach, krew z tyłu na siedzeniu, bezwładne ciało. Mam wsiąść i jechać
na miejsce wypadku swoim samochodem. Ręce mi się trzęsą, kolejny papieros.
Jadę za samochodem Jurka, w nim policjant i tłumaczka. To tu gdzieś na
zakręcie, nie mogę znaleźć miejsca. Stajemy. "Hyne" (tutaj) stwierdza w
końcu policjant. Są drobne resztki szyby, większość została w samochodzie.
Chyba rzeczywiście tu. "Jak szybko jechałeś?" - pyta. Odpowiadam "Tak gdzieś
60 na godzinę". Kręci głową - "Napiszemy 50". Opisuję szczegóły i znów
wracają obrazy jak żywe. Skąd się to dziecko tu wzięło? Jakieś magazyny
i mur po drugiej stronie. Dziecko nie było samo, ktoś mu kazał biec przez
jezdnię na drugą stronę do tych, co machali. Po śmierć. Koniec wizji lokalnej.
"Czy chcesz zobaczyć się z żoną?" zaskakuje mnie pytaniem. "Tak" wyrzucam
z siebie. "Tylko jak?" pytam. Mam jechać za samochodem Jurka do swojego
domu. Policjant jest uprzejmy, wręcz przyjacielski. Zapraszam go do domu
i, na wyczucie, oferuję mu kieliszek bimbru. Wypija. "Stało się, nie martw
się, jakoś to będzie, na razie żyję" mówię do żony. Policjant wtóruje po
arabsku. Zmieniam buty. "Do zobaczenia". Żegnam się z tłumaczką i z Jurkiem.
Mam się zgłosić w kwaterze policji drogowej. Wraz z policjantem jedziemy
tam moim samochodem. Tu się żegnamy. "Maasalama" (do zobaczenia) - pada
z dwóch stron. Zostaję przekazany koledze. Nowy uprzejmy policjant spisuje
protokół. Mówi po angielsku i ma wiele pytań. Zapełniają się strony protokołu
moją opowieścią. "Wszystko będzie dobrze" oznajmia. "Dziecko przemówi -
koniec sprawy" - dodaje. Paszport i książka wozu wędrują do teczki, samochód
na podwórze. "Tali" (chodź) zaprasza mnie na zewnątrz - gdzieś mam jechać
z kimś innym i z teczką. Oddaje mi kluczyki. Podajemy sobie ręce - "Matchafisz"
(nie martw się). Jedziemy do Głównej Kwatery Policji Drogowej w Trypolisie.
I znów miły policjant, mówi po angielsku, przegląda akta, coś pisze, przygląda
mi się. "Masz się jutro rano stawić w prokuraturze" - mówi wreszcie. W
końcu z uśmiechem pyta: "Czy chcesz zobaczyć się z żoną i zjeść obiad?".
Znów zatyka mnie zdumienie. "Masz godzinę czasu, o piątej jesteś z powrotem."
Jest trzecia po południu, dostaję przepustkę, chcę szybko wyjść, lecz w
drzwiach słyszę: "Radżi szłeja (nie spiesz się) - pojedziesz". W domu witają
mnie żona i córka zaskoczone, że jestem z powrotem. "Zwolnili cię?" Nie
tak zaraz. Jem zupę, opowiadam, dociekam, co będzie. Spokojnie. Bóg chciał
chyba mnie sprawdzić. Wszystko na pewno się ułożyÉ Czas minął. "Do zobaczenia,
nie martw się, będziemy w kontakcie". Powrotna droga na piechotę pozwala
na myślenie. Skoro jeszcze żyje, to nie jest tak źle. Może jednak rodzina
dziecka uznała swą winę, wypuszczając go samopas prosto pod samochód i
nie ma za co się na mnie mścić? Trzeba jakoś zorganizować kontakty. Odwiedzam
po drodze "Polservice", przekazuję, co wiem. Proszę o pomoc dla żony i
kontakt z firmą. Punkt piąta jestem z powrotem w Głównej Kwaterze Policji.
Jest 22 lutego 1983 roku.
Wita mnie uśmiech. "How are you now"?, "I am very well, thank
you very much for everything" - odpowiadam. "Jutro w sądzie" - błyska zębami
policjant. "Teraz jedziemy w nowe miejsce" - oznajmia. Nawet niedaleko.
Jakiś nowy budynek, kraty w oknach, mój nowy dom? Może nie będzie robaków.
W środku pusto. Dwóch młodych klawiszy grzecznie, trochę po arabsku, trochę
na migi mówi mi, co mam zrobić. Mam wszystko co w kieszeniach oddać w depozyt.
Wyjmuję, co mam - papierosy, zapałki, zegarek z ręki, portfel. Dyżurny
opisuje, co dostał. Podpisuję. Macają mnie po kieszeniach. Portfel i zabraną
z domu książkę oddają. Idziemy w kierunku jednej z otwartych cel. Proszę
o papierosa. Podają mi zapalonego. Zatrzaskują się za mną podwójne kraty.
Jestem więźniem, jak jakiś kryminalista. Dobrze, że sam. W środku
łóżko z materacem gąbkowym i dwa koce. Zimno. Ciemno. Stukam w kratę -
"Zapalcie światło!" wołam. Zapalają na korytarzu, choć niechętnie. Gołe
ściany, dość czysto. Ciekawe, kto tu spał przede mną? Przynoszą mi kolejnego
zapalonego papierosa. Robią to co jakiś czas, aż w końcu zwracają mi moją
paczkęÉ bez zapałek. Chyba taki jest zwyczaj w areszcie.
Znowu wracają mi obrazy z wypadku. Nie myśleć, nie rozmyślać,
nie panikować! Mierzę celę krokami, żeby jakoś uspokoić umysł. Wypada 3
metry na 2. Nawet duża. Spaceruję, jak niedźwiedź w klatce - sześć kroków
wzdłuż, dwa wszerz od łóżka do ściany i z powrotem. Jest zimno. W końcu
siadam na tym łóżku zawinięty w koc. Próbuję czytać, nie wychodzi. Chyba
dalej jestem w szoku. Zgrzyt klucza w zamku. Jest mój dyrektor firmy. Jakoś
mnie znalazł. "Nie przejmuj się" - mówi. Ściskamy się. Płaczę. "To się
zdarza, nic poważnego, drobiazg" - pociesza mnie, jak umie. "Dziś ty, jutro
ja, na pewno wyjdziesz". Żegnamy się. "Keep smiling" (trzymaj się). Trochę
mi lżej. Próbuję czytać. Dostaję trzeci koc. W końcu zasypiam.
CDN
VICTOR (WIKTOR) KSIĘŻOPOLSKI
Autor, z zawodu profesjonalny geolog, był w dwudziestu
jeden krajach, spędził razem 6 lat na kontraktach w Libii, głównie
w libijskiej firmie, często pracując na pustyni, jest
w Kanadzie od 1983 roku. Zatrudniony w kanadyjskiej firmie naftowej, pracował
między innymi na platformach wiertniczych na Atlantyku,
a po rozpadzie firmy, odbył kilka podróży rządowych do Europy
Centralnej, reprezentując firmy kanadyjskie i amerykańskie. Był również
reprezentantem polskich technologii i dostawcą wyrobów na rynek kanadyjski.
Dziś emeryt, zajmuje się spisywaniem swoich przeżyć w formie
opowiadań, rejestracji doświadczeń z różnych ciekawych epizodów z jego
życia w formie książkowej i porządkowaniem twórczości poetyckiej z dawnych
lat.
Aleksander Łoś
Niebezpieczny sport
Sport to zdrowie mówi przysłowie. Niektórzy przekornie wiązali to ze
"Sportami" - najgorszej marki papierosami sprzedawanymi w PRL-u. Bo sport
faktycznie ma pozytywny wpływ na nasze zdrowie, szczególnie ten amatorski,
nie za bardzo forsowny. Pamiętam kolegę ze studiów, który miał okresami
silne bóle mięśni ud. Wcześniej intensywnie biegał na krótkich dystansach.
Miał nadmiernie rozbudowane mięśnie ud, które mniej używane, wiotczały
i sprawiały mu ból.
Gdyby ułożyć listę najbardziej niebezpiecznych dyscyplin sportu,
to na pewno na niej znalazłby się boks, hokej, wspinaczka wysokogórska
itd. W tym szeregu znalazłaby się chyba również piłka nożna, bo kontuzji
przypadkowych i celowo zadanych przez przeciwników w tym sporcie jest sporo.
Ofiarą tego sportu była Diana, czarnoskóra, około 40-letnia kobieta.
Że kobieta? Wszak sport ten z powodzeniem w ostatnich latach uprawiają
również kobiety w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Meksyku czy Chinach.
Ale ona pochodziła z Jamajki i w czasach jej młodości dziewczęta raczej
nie grały zapalczywie w piłkę nożną, którą ona nazywała z angielska "futbolem",
a nie z amerykańska "soccerem".
Urodziła się i mieszkała przez całe swoje życie w wiosce położonej
1,5 kilometra od Montego Bay, pięknej miejscowości wypoczynkowej na Jamajce.
Wychowywała ją matka wraz z dziadkami, bo jej ojciec, jak to zwykle działo
się w tamtejszym środowisku, po urodzeniu się Diany powędrował w świat.
Ona powtórzyła ten scenariusz, tylko że jej partner pozostawał z nią aż
do urodzenia się drugiego dziecka. Pierworodnego syna urodziła kiedy miała
16 lat i po pięciu latach córkę. Po odejściu męża, bo wzięli formalny ślub,
w utrzymaniu i wychowaniu dzieci pomagali jej jej rodzice.
Przykładnie posyłała dzieci do szkoły podstawowej i później do
średniej. Syn Thomas był bardzo zdolny. Myślała, że może uzyska on stypendium
i będzie mógł studiować. Ale na przeszkodzie temu stanęła inna pasja. Najpierw
było to zwykłe chłopięce kopanie piłki w gronie rówieśników z ich wsi.
Później była już drużyna młodzików, a następnie juniorów i rozgrywki między
podobnymi drużynami z sąsiednich wsi. Wykazywał i na tym polu talent. Już
w wieku 16 lat został zaangażowany do miejscowej drużyny dorosłych graczy.
Grał z młodzieńczym zapałem i doskonalił swoją technikę.
Został zauważony przez selekcjonera drużyny drugoligowej i zaproponował
on Thomasowi wspólne treningi z jego drużyną. Po kilku miesiącach był już
rezerwowym tej drużyny, a po dalszych kilku stał się stałym członkiem tego
zespołu. Thomas w tym czasie ukończył bez problemów szkołę średnią i miał
szansę na uzyskanie stypendium do college'u, ale zaczął uzyskiwać jakieś
pieniądze za grę w drużynie piłkarskiej i argumentował matce, że grą w
piłkę zyska więcej finansowo, niż mając dyplom wyższej uczelni.
Faktycznie, rozwijał swoją karierę aż do czasu, kiedy doznał
poważnej kontuzji w starciu z przeciwnikiem. Gdyby ktoś chciał wyłożyć
większe pieniądze, to najprawdopodobniej kontuzję tę dałoby się wyleczyć.
Ale nie stać było na to ani biednego klubu, ani jego rodziny. Od tego czasu
Thomas lekko kuśtykał i często odczuwał ból w nodze.
Najpierw uśmierzał ten ból tabletkami przeciwbólowymi. Później
któryś z kolegów zaproponował mu na to narkotyk. Faktycznie, po nim ból
łagodniał, a nawet na kilka dni znikał. Później wracał i trzeba było znowu
zażyć narkotyk. Kolega, który mu początkowo pomagał, powiedział, że to
zbyt drogo kosztuje i że Thomas już musi sobie radzić sam. Skontaktował
go jednak ze swoim dostawcą. Ten zaproponował Thomasowi, że zaangażuje
go do rozprowadzania narkotyków wśród miejscowych i turystów, a za to będzie
mógł sobie wziąć niezbędną ilość narkotyku uśmierzającego jego ból. Thomas
zgodził się na to.
Szło mu nieźle. Zaczął też na tym interesie coraz lepiej zarabiać.
Mimo odniesionej kontuzji i inwalidztwa na całe życie nie przeszła mu jednak
pasja do piłki nożnej. Kibicował miejscowej drużynie, a po jakimś czasie
zaczął ją sponsorować. Zbiegło się to z jego awansem "zawodowym", bo od
regionalnego szefa gangu dostał propozycję koordynowania działań bezpośrednich
sprzedawców narkotyków w Montego Bay i okolicy. Wzrosły też jego zarobki.
Wzrosło też jego finansowe wspieranie miejscowej drużyny. Kupił samochód,
potem zmieniał je na lepsze. Pomagał matce i siostrze.
Nie tylko kupował sprzęt zawodnikom, ale potrafił też zatrzymać
w drużynie kilku zdolnych chłopaków, którym płacił za wygrane mecze. Jego
drużyna zaczęła wygrywać mecz po meczu, osiągając wyraźne przodownictwo
w regionie. Dwa lata pod rząd uzyskali mistrzostwo rozgrywek i myśleli
o powalczeniu o wejście do wyższej ligi. Stawało się to coraz bardziej
realne, ale trzeba było rozegrać jeszcze jeden, decydujący mecz.
Przeciwna drużyna, z którą rozegrano ten mecz na ich terenie,
też miała swojego sponsora i też zdążała do awansu. Drużyna Thomasa ten
mecz wygrała i już nic nie stało na przeszkodzie do awansu. Thomas obstawił
ten mecz swoimi ludźmi, bo wiedział, że wygrana może nieść za sobą niebezpieczeństwo
dla jego zawodników. Wszyscy jego zawodnicy mieli opiekunów, którzy zabrali
ich swoimi samochodami tuż spod bramy boiska.
Thomas zabrał ze sobą do swojego półsportowego samochodu kapitana
drużyny, utalentowanego 20-latka, który był podporą zespołu i który był
w pełni finansowany przez Thomasa. Wyjechali już spoza terenu wsi przeciwników,
kiedy z krzaków koło drogi rozległy się strzały. Dwie kule trafiły w boczne
drzwi ze strony kierowcy, ale nie trafiły w Thomasa. Dopiero kiedy nacisnął
na gaz, aby uciec przed niebezpieczeństwem, zamachowiec wyskoczył na drogę
i oddał dwa dalsze strzały z pistoletu za odjeżdżającym samochodem. Jeden
z tych strzałów, rozbijając tylną szybę samochodu, trafił śmiertelnie w
głowę Thomasa. Samochód zjechał w przydrożny rów i przekoziołkował. Pasażer
odniósł tyko nieznaczne obrażenia, ale Thomasa karetka zabrała do szpitala
już martwego. Miał 27 lat kiedy zginął.
Policja dość szybko wykryła i złapała sprawcę tego morderstwa.
Został on osadzony w areszcie. Od tego czasu zaczął się dla Diany i jej
córki drugi etap horroru. Zaczęto je nękać, grożąc zabójstwem, jeśli nie
przyczynią się do uwolnienia mordercy. Bo działał on z polecenia konkurencyjnego
gangu i jego szef postanowił ukręcić sprawie łeb. Skorumpował już przedstawicieli
organów ścigania. Policja była gotowa wypuścić mordercę, jeśli rodzina
zabitego nie będzie protestować. Stąd szef gangu postanowił zastraszyć
Dianę i jej córkę, a nawet raz, przez swojego człowieka, zaproponował jej
jakąś sumę odszkodowania. Diana nie zgodziła się, ale wiedziała, że tak
jej, jak i jej córce grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.
Postanowiły wyjechać z kraju. Pomoc zaproponowała im kuzynka
mieszkająca na stałe w Toronto. Przyleciały tu obie i z miejsca zwróciły
się o udzielenie im azylu. Opisały swoje losy. Nie miały jednak żadnego
dowodu, poza aktem zgonu Thomasa. Po roku dostały decyzję odmowną. Aby
odwołać się od niej, potrzebowały fachowej, płatnej pomocy. Nie miały żadnych
środków finansowych. Pracowały dorywczo, ale ledwie wystarczyło to na utrzymanie
się i to tylko dzięki temu, że kuzynka nie żądała od nich czynszu. Sama
mieszkała w apartamencie dwusypialniowym, dofinansowywanym przez miasto,
ze swoim kilkunastoletnim synem. Był ścisk, a superintendent zaczął dopytywać
się, kiedy Diana wyprowadzi się z mieszkania kuzynki.
Wezwane przed oblicze oficera imigracyjnego zgodziły się na powrót
na rodzinną wyspę. Poprosiły o kupienie im biletów lotniczych, bo nie mają
na to pieniędzy. Oficer zgodził się na to i wydał polecenie zakupu biletów.
Wracały na Jamajkę, będąc przekonane, że w dalszym ciągu grozi
im niebezpieczeństwo. Wiedziały, że sprawę mordercy policja skierowała
do sądu, ale wyrok jeszcze, mimo upływu roku od jego zatrzymania, nie został
wydany. Wprawdzie dowiedziały się z rozmów telefonicznych, że szef gangu,
który im groził, został zastrzelony przez konkurenta, co mogło dobrze dla
nich wróżyć, ale pełnej gwarancji bezpieczeństwa nie miały.
Same też lubiły piłkę nożną. Często chodziły na mecze, kiedy
grał Thomas. Zabierał też je na mecze, kiedy już był sponsorem swojej drużyny.
Takie spotkania na miejscu, czy wyjazdowe, kończyły się zwykle piknikiem
finansowanym przez Thomasa. Jego pasja piłkarska nie przyniosła jednak
w finale ani jemu, ani jego najbliższym niczego dobrego.
Aleksander Łoś
Toronto
Stefan Danielski
Kanion Colca - spór o palmę pierwszeństwa
W 1981 r. polska wyprawa kajakowa "Canoandes-79" jako pierwsza
na świecie spłynęła w peruwiańskich Andach kanion rzeki Colca, który kilka
lat później magazyn "National Geographic" uznał za najgłębszy na świecie.
Z powodu niskiego stanu wody swój spływ zaczęli dopiero na 20. km, licząc
od wejścia do kanionu. Przez wiele lat był to jedyny niezbadany odcinek
kanionu Colca.
W roku 2008 dwie konkurujące wyprawy wyruszyły, by zbadać ostatnią
białą plamę w tym rejonie, i obie zrezygnowały po przejściu zaledwie 8
km. Rok później obydwa zespoły powróciły do kanionu, aby dokończyć przejście.
Dzisiaj każdy z nich uważa, że zasługuje na tytuł odkrywcy ostatniego
dotychczas niepoznanego odcinka najgłębszego kanionu świata.
Czy spór o palmę pierwszeństwa jest tylko wynikiem rywalizacji
między dwoma zespołami, które trzy lata wcześniej planowały wspólną wyprawę?
By na to pytanie odpowiedzieć, trzeba porównać osiągnięcia obydwóch ekspedycji.
Międzynarodowa wyprawa "Colca Condor", w skład której wchodzili
członkowie z USA, Polski i Peru, kierowana była przez uczestnika pierwszej
eksploracji kanionu z 1981 r., Jerzego Majcherczyka z Nowego Jorku. W roku
2009 ekipa składała się z dwóch zespołów: siedmioosobowej grupy eksplorującej
dno kanionu oraz grupy wspierającej i prasowej stacjonującej na krawędzi
kanionu, liczącej pięciu członków. Średnia wieku grupy eksplorującej wynosiła
38 lat, przy rozpiętości wieku uczestników od 19 do 57 lat. Z tego
zespołu cztery osoby deklarowały wcześniejsze doświadczenie wspinaczkowe,
zaś pięć kajakowe. Celem wyprawy była szeroko pojęta eksploracja kanionu
z wszechstronnym zbadaniem pod kątem naukowym.
Druga wyprawa o nazwie "El Condor Rio Colca" została zorganizowana
przez Akademicki Klub Turystyczny "Watra" z Gliwic, na jej czele stał Krzysztof
Mrozowski. W roku 2009 ekipa Watry liczyła tylko 5 osób o rozpiętości wieku
od 22 do 35 lat, przy średniej wieku 27 lat. Każdy z uczestników miał doświadczenie
wspinaczkowe i kajakowe nabyte na wcześniejszych wyprawach. Przejście kanionu
traktowali jako sportowe wyzwanie, które podjęli rok wcześniej i którego
nie byli w stanie zrealizować.
Niezależnie od rozgłosu medialnego podstawowym kryterium porównania
osiągnięć dwóch wypraw będzie, czy dokonały tego, co było ich celem nadrzędnym,
czyli eksploracji wnętrza całego niezbadanego dotychczas odcinka kanionu
Colca.
Przełom rzeki ostatecznym sprawdzianem zespołów
W roku 2009 wyprawa "Condor Colca" weszła pierwsza do kanionu,
w którym przebywała od 17 do 25 czerwca. Zespół Watry zaczął swoje
przejście 27 czerwca - dwa dni po zakończeniu wyprawy Jerzego Majcherczyka
- by zakończyć ją 3 lipca w San Galle, skąd w 1981 r. polscy kajakarze
rozpoczęli swój spływ. Obie grupy zaczęły przejście w tym samym miejscu,
gdzie rok wcześniej wyszły z kanionu.
Po przejściu około 1300 m od miejsca rozpoczęcia przejścia kanionu
w 2009 roku, wyprawy natrafiły na poważną przeszkodę naturalną w postaci
przełomu rzeki Colca, która wycięła w skałach wąski wąwóz o bardzo dużym
spadku.
Na pokonanie przełomu grupa "Colca Condor" potrzebowała trzech
dni. Przeszkoda okazała się bardzo trudna dla zespołu. O konsternacji i
stanie umysłów jego uczestników świadczyły opisy w zamieszczanych na bieżąco
w trakcie eksploracji komunikatach i blogach: "...ekipa ?Colca Condor=
dotarła do następnej kaskady wodnej, której rozmiary przekroczyły
wszystkie nasze wcześniejsze oczekiwania. Szacujemy, że wodospad przed
nami ma wysokość co najmniej 40-50 metrów. Niestety, obok nie ma
żadnej ścieżki umożliwiającej bezpieczne obejście przeszkody. Pionowe skalne
ściany mają w tym miejscu wysokość około 1500 metrów!". Przełom rzeki w
opisach korespondentów urósł do skalnej pułapki. Według nadsyłanych meldunków,
przez następne dwa dni uczestnicy obchodzili górą dwa wielkie wodospady.
Całą długość przenoski oceniono na 250 do 300 m.
Tę samą przeszkodę, 10 dni później, gliwicka wyprawa "El Condor
Colca" pokonała z "marszu", tego samego dnia, posługując się sprzętem wspinaczkowym
wewnątrz przełomu. W trakcie przejścia, korzystając z GPS-u, określono
jego długość na 400 m, zaś całkowity spadek rzeki na całym odcinku na 90
m. Stwierdzono przy tym, że opisy przełomu podawane na świat (Peru, Polska
i USA) przez ekspedycję "Colca Condor" Jerzego Majcherczyka nie pokrywają
się z tym, co widzieli i zarejestrowali podróżnicy z Watry. Jak twierdzi
kierownik wyprawy Krzysztof Mrozowski, "nie było tam (ani) jednego dużego
wodospadu, na zasadzie, że nagle woda spada 10 m (po)niżej", zaś sam przełom
składa się tylko z dużej liczby progów i wodospadów, z odwojami i syfonami
oraz podmytymi skałami, tworząc bystrza klasy V, VI. Na poparcie
swoich słów jest gotowy przedstawić dokumentację fotograficzną tego odcinka.
Ponadto dodaje, że "na całej długości przełomu nie zauważono śladów wyprawy
Colca Condor kierowanej przez Jerzego Majcherczyka".
Na tej podstawie członkowie gliwickiej wyprawy uważają, że tylko
oni dokonali pełnej eksploracji dna dotąd niezbadanego 20-kilometrowego
odcinka najgłębszego kanionu na świecie i dlatego im przysługuje palma
pierwszeństwa.
Pomimo upływu pięciu miesięcy kierownik wyprawy "Colca
Condor" Jerzy Majcherczyk nie próbuje odpowiedzieć na zarzuty Watry. Według
niego, jego grupa doszła pierwsza do San Galle, skąd 28 lat temu wyruszyła
wyprawa kajakowa "Canoandes-79", stąd tylko im przysługuje tytuł odkrywców.
Przenoska czy obejście
Podczas kajakowych eksploracji nieznanych rzek nie jest czymś
niezwykłym obejście niebezpiecznego bystrza czy wodospadu, które w żargonie
kajakowym ma swoją nazwę "przenoska". Nie dyskwalifikuje to od późniejszego
podawania, że ekipa spłynęła całą rzekę.
Ale w przypadku pierwszych spływów to, co dla jednych jest
przenoską, dla innych może być poważnym złamaniem niepisanych reguł obowiązujących
w środowisku, które rzutują na osiągnięcia wyprawy. Przykładem była amerykańska
wyprawa kajakowa do wąwozu Tsangpo w Chinach, która w roku 1998, by ominąć
niebezpieczne bystrza, obeszła całą górę, oddalając się na kilka kilometrów
od rzeki. Jej spływ nigdy nie został uznany za pełną eksplorację rzeki.
Brak jednolitych kryteriów powoduje, że wiele wypraw określa
sposób, w jaki będą eksplorować rzeki. Piotr Chmieliński, jeden z najbardziej
znanych polskich kajakarzy, który w latach 1983-1992 dla magazynu "National
Geographic" prowadził dwie międzynarodowe wyprawy kajakowe do kanionu Colca
oraz jedyny na świecie kajakarz, który przepłynął całą długość Amazonki
od źródeł do morza, podaje: "definicją, której myśmy używali na Amazonce,
było płynięcie lub przenoska, ale w obszarze wodnym rzeki, tzn. nie dalej
niż obszar, gdzie woda dochodzi w okresie powodzi, ale także nie dalej,
aby widzieć cały czas koryto rzeki (wodę)". I dalej podkreśla: "Na
Amazonce pięć lat wcześniej płynęły poprzednie grupy, ale (wszystkie) obeszły
Acobamba Abyss (wąski wąwóz stanowiący najtrudniejszy odcinek), i jak dotąd
tylko nasza amazońska wyprawa może podać, że przepłynęła całość i inni
to uznali". Dla podróżników z Watry eksploracja wnętrza kanionu znaczyła
jedno: przejście dna na całej długości i tego samego oczekiwali od konkurującej
wyprawy.
Aby dojść do źródła sporu, koniecznie jest ustalenie, jak wyglądało
ominięcie przełomu przez wyprawę "Colca Condor", czy była to tylko przenoska
wzdłuż koryta rzeki, czy wysokie obejście połączone z wyjściem ze skalistego
wąwozu tworzącego właściwe koryto rzeki.
Obydwie ekspedycje dzieliła tylko przerwa kilku dni. Pozwoliło
to na porównanie nie tylko długości trasy, ale i opisów. W wypadku
ekspedycji J. Majcherczyka korzystałem z blogów i komunikatów pisanych
na bieżąco przez jej korespondenta, informacji zamieszczonych na www.odkrywca.com
oraz filmów wystawionych na YouTube, zaś w wypadku Watry, podsumowania
podanego po wyprawie na Onecie oraz na www.condor2008.pl.
Kiedy grupa Jerzego Majcherczyka dotarła do skalnej pułapki,
początkowo planowano przejść wewnątrz wąwozu. Dopiero następnego ranka
zdecydowano się obejść górą cały przełom, kiedy dwóch członków z ekipy
wspomagającej mających znieść dodatkowe wyposażenie nie dotarło do zespołu.
"W tej sytuacji główna grupa postanowiła nie czekać, lecz brawurowym -
i już dziś możemy to przyznać - także dość ryzykownym ruchem, wspięła się
na skalną ścianę, po czym za pomocą zawieszonych nad przepaścią lin przeszła
bezpiecznie nad obydwoma wodospadami. Cała operacja przejścia najtrudniejszych
250-300 metrów zajęła dwa dni!" - pisze korespondent wyprawy w blogu wyprawy.
Opis jest zbyt lakoniczny, by wysunąć ostateczne wnioski, ale samo obejście
jest pokazane na 8-minutowym filmie wyprawy wystawionym na YouTube. Film
pokazuje, że grupa wyszła wysoko ponad skalisty wąwóz z pionowymi ścianami,
który tworzy koryto rzeki. Puszczenie w świat informacji, że wyprawa obeszła
dwa olbrzymie wodospady, utwierdza to, co widać na filmie, że w czasie
obejścia uczestnicy nie widzieli całego koryta rzeki.
Omijając najtrudniejszą część kanionu, wyprawa "Colca Condor"
nie zrealizowała tym samym swojego głównego celu zadeklarowanego wcześniej
na www.odkrywca.com, jakim była eksploracja 20 km nieznanego odcinka kanionu
Colca połączona z opisaniem i wykonaniem dokumentacji filmowo-fotograficznej
każdego segmentu koryta rzeki.
Zastanawiające jest, że ta sama wyprawa, która w swoim
programie deklarowała naukowe zbadanie kanionu, w opisach topograficznych
podała nieprawdziwe informacje na temat wielkich wodospadów, kwalifikujące
tym samym ten odcinek do szczególnych atrakcji turystycznych w tym rejonie.
Wiadomość ta podważa jej własne osiągnięcia.
Nie zgadza się długość przenoski, jaką wyprawa "Colca Condor"
podaje w swoich meldunkach (250 do 300 m). Zespół Watry, posuwając się
wewnątrz przełomu, przy pomocy GPS-u ustalił jego długość na 400 m w linii
prostej. Podsumowując dzienne odcinki przebyte przez obie wyprawy i porównując
je do odległości podanych przez gliwicką wyprawę, w przypadku ekspedycji
Jerzego Majcherczyka nie można doliczyć się 1200 metrów. Sugeruje to, że
wyprawa "Colca Condor" nie obeszła, jak to podaje, tylko 250-300
m, ale znacznie większy odcinek - około 1,5 km.
Oceniając dokonania Watry, można bezspornie uznać, że jest pierwszą
i jak dotąd jedyną wyprawą, która w całości zbadała niepoznany dotychczas
odcinek kanionu Colca, posuwając się dnem kanionu.
Podobnie jak 28 lat temu wyprawa "Canoandes-79", zespół Watry
ma pełne prawo nadać własną nazwę tym przełomom.
Wyprawy w perspektywie
Obydwie wyprawy zwróciły uwagę na mało znaną w Polsce dziedzinę
wyczynu: kanioning. Sport ten, jak każdy inny, wymaga specjalizacji, odpowiedniego
przygotowania oraz sprzętu. Tutaj doświadczenia obu wypraw, które potrzebowały
aż dwóch lat, by przebyć 20-kilometrowy odcinek kanionu, są pomocne dla
przyszłych następców.
Porównując obydwie wyprawy, nietrudno zauważyć, jak wiele je
różniło.
Ekspedycja "Colca Condor" w swoim programie zapowiedziała eksplorację
kanionu połączoną z wszechstronnym zbadaniem go pod względem topograficznym,
geologicznym, hydrologicznym, archeologicznym i zanieczyszczenia wewnątrz
kanionu. Patrząc na czas, jaki sobie wyprawa wyznaczyła na eksplorację
dna kanionu, oraz uwzględniając trudności, na jakie natrafiła rok wcześniej,
kiedy zmuszona była przerwać swoje przejście ze względu na brak czasu,
nietrudno zauważyć, że większość tych celów była niemożliwa do zrealizowania.
I późniejsze blogi to potwierdzają. Interesujący jest też fakt, że pomimo
iż żaden z uczestników nie miał żadnego przygotowania archeologicznego,
kierownik wyprawy głosił zamiar prowadzenia badań archeologicznych. Sensacyjne
oświadczenia, że wyprawa będzie również szukać zaginionych skarbów Inków
na dnie kanionu, gdzie poziom wody ulega bardzo dużym wahaniom, oceniać
można tylko jako strategię marketingową, której prawdziwym celem było wywołanie
szumu medialnego, mającego na celu wzbudzenie zainteresowania wokół członków
wyprawy.
Sama ekspedycja organizacyjnie przypominała wyprawę himalajską.
Obok grupy eksplorującej wnętrze kanionu istniał zespół wspomagający i
prasowy przebywający na krawędzi kanionu, który również na bieżąco wysyłał
relacje prasowe w świat.
Wyprawa Watry miała czysto sportowy cel i jej zamiarem było dokonać
przejścia miejsca, gdzie nigdy nie stanęła stopa człowieka. Po przejściu
podsumował to krótko jej kierownik Krzysztof Mrozowski: "zrobiliśmy kawał
dobrej nikomu niepotrzebnej roboty".
Sama ekspedycja była niewielka, tylko pięć osób, i wszyscy uczestnicy
brali udział w eksploracji wnętrza kanionu.
Uczestnicy wyprawy Watry przyznają, że w 2008 r. byli nieprzygotowani
do warunków, jakie zastali w kanionie. Nie mieli sprzętu wodnego do przeprawiania
się przez rzekę, jedynie sprzęt wspinaczkowy. Tymczasem nurt rzeki okazał
się zbyt silny, zaś sama rzeka w wielu miejscach zbyt głęboka, by ją przejść.
"W tych okolicznościach (po przejściu 8 km) podjęliśmy decyzję - dziś uważam
za słuszną - że rezygnujemy. Wtedy sobie powiedziałem, że ja tu jeszcze
wrócę, co udało się zrealizować w tym roku" - twierdzi Dariusz Kandzia.
Niezwykłe spotkanie dwóch konkurujących wypraw, jakie miało miejsce
w 2008 na dnie kanionu, zaowocowało wymianą doświadczeń. Wyprawa "Colca
Condor 2008" dysponowała kajakiem i dwoma lekkimi pontonami firmy Alpacka,
zamiast plecaków używała wodoszczelnych toreb z nosidełkami. Dla gliwiczan
była to praktyczna nauka i z niej skorzystali. Rok później, kompletując
wyposażenie i sprzęt, nastawiono się na zmniejszenie wagi do minimum, opierając
się na sprzęcie sprawdzonym i wysokiej jakości. Ultralekkie dwuosobowe,
wąskie pontony Denali Liama firmy Alpacka o wadze 2,2 kg, specjalnie przystosowane
do warunków istniejących w kanionie, oraz buty do kanioningu sprowadzono
z zagranicy. Zaowocowało to dużą mobilnością zespołu i wpłynęło na lepsze
dobowe przejścia, porównując z rokiem poprzednim.
W roku 2009 ekspedycja "Colca Condor" używała jednego kajaka
górskiego oraz znacznie większych niż rok wcześniej dwóch trzyosobowych
pontonów, które w relacjach określa się jako "potężne". Ciekawie brzmi
wypowiedź Dariusza Kandzi z wyprawy Watry na temat kajaka: "Co do zasadności
użycia kajaka to muszę przyznać, że byłem sceptycznie nastawiony do tego
pomysłu, gdyż przenoszenie kajaka to trochę zachodu, zwłaszcza jak jest
załadowany, i jest nieporęczny przy trudniejszych technicznie przejściach
skalnych - nie da się go zwinąć jak ponton".
Atutem gliwiczan było doświadczenie wspinaczkowe całego zespołu
oraz odpowiedni sprzęt, w tym spitownica, który umożliwiał zakładanie stanowisk
zjazdowych w litej skale w wąskim wąwozie koryta rzeki, niezbędny przy
pokonywaniu licznych wodospadów. Rok wcześniej tego wyposażenia brakowało
wyprawie Jerzego Majcherczyka. W czasie tegorocznej wyprawy, w przeciwieństwie
do Watry, nie wszyscy członkowie ekspedycji "Colca Condor", poczynając
od kierownika wyprawy, posiadali znajomość wspinaczki. W ostatecznym rozrachunku
te właśnie umiejętności okazały się decydujące.
Rywalizacja, jaka powstała, kiedy niespodziewanie dla Watry Jerzy
Majcherczyk z inicjatora i patrona wyprawy zmienił się w rywala, spowodowała,
że badanie niepoznanego jeszcze odcinka kanionu Colca zamieniło się w wyścig.
W historii eksploracji nie jest to coś niezwykłego, wystarczy poczytać
na temat wyścigu do bieguna południowego, jaki się wywiązał między Amundsenem
i Scottem.
Historia wyprawy Watry do Colki zawiera wszystko, co jest potrzebne,
by zainteresować czytelników. Jest intryga, rywalizacja, element niespodzianki,
kiedy w 2008 r. podróżnicy z Gliwic odkrywają w kanionie drepczącą im po
piętach konkurencję, i rok później wyścig - finał, w którym wyprawa Kopciuszek
mimo spóźnienia, pokonuje cały kanion, włącznie z odcinkiem opuszczonym
przez konkurenta. Wydawało się, że tylko w bajkach historia Kopciuszka
ma happy ending, tymczasem w życiu zdarzają się niespodzianki. Wyprawa
Watry zrealizowała to, co ekspedycja "Colca Condor" zamierzała, ale nie
zrobiła, i tym samym zakończyła pełną eksplorację wnętrza kanionu Colca
rozpoczętą przez polskich kajakarzy w 1981 r. Patrząc z perspektywy czasu
na wpływ, jaki wywarła polska ekspedycja kajakowa "Canoandes-79" na rozwój
turystyki i kajakarstwa w rejonie najgłębszego kanionu świata, przewiduję,
że w niedalekiej przyszłości będzie wielu naśladowców, którzy pójdą śladami
Watry. Będą oni korzystali z ich opisów i pokonując 400-metrowy przełom
Colki, będą szli "La ruta de Watra" czy "Watra route".
Stefan Danielski
Montreal
----------------------------------------------------------
Stefan Danielski był uczestnikiem kajakowej wyprawy "Canoandes-79",
która w roku 1981 eksplorowała kanion Colca
Jerzy Rosa
Koreańczyk z Europy
Już w styczniu Kanadyjczycy będą mogli nabyć najnowszą wersję tuscona
produkowanego przez koreański koncern. Jest to jeden z najbardziej popularnych
SUV-ów na świecie - od rozpoczęcia produkcji przez Hyundaia w 2004 roku
sprzedano już ponad milion egzemplarzy tego wozu.
Najnowszy tuscon, choć jego nazwa wywodzi się od miejscowości w stanie
Arizona, nastawiony jest na europejski rynek. Zdaje się, że minęły bezpowrotnie
już czasy, gdy premiery nowych aut miały miejsce w Detroit czy w Toronto,
teraz najnowsze konstrukcje najpierw pokazuje się we Frankfurcie, Paryżu
czy Pekinie, a później w Północnej Ameryce. Niestety, takie są realia,
Chiny i Europa zdystansowały rynek amerykański, którego specjalnością stały
się efektowne bankructwa i bezprecedensowa ingerencja państwa w kapitalistyczną
gospodarkę. W efekcie takich działań General Motors nie jest już największym
producentem aut na świecie, a pałeczkę lidera przejęła Toyota. W dobie
kryzysu świetnie radzą sobie chińskie i koreańskie firmy. Te pierwsze wsparte
przez komunistyczny kapitał, złodziejskie metody (kopiowanie zachodnich
modeli) i chciwość globalnych inwestorów stanowią zagrożenie nie tylko
dla Ameryki, ale również dla Europy, dlatego cieszy inicjatywa Hyundaia,
który ulokował produkcję nowego tuscana na Słowacji, a zaprojektowanie
konstrukcji zlecił Niemcom. W ten sposób Koreańczycy chcą przypodobać się
nabywcom na Starym Kontynencie, bo uruchomienie produkcji małego SUV-a
w słowackim Żylinie stworzy nowe miejsca pracy w zakładach KIA, które już
zatrudniają 3000 ludzi. Hyundai zainwestował w stworzenie nowego crossovera
trzy lata pracy i ponad 150 mln euro.
Chińczycy nie bawią się w takie niuanse - wykorzystując tanią
siłę roboczą i sztucznie regulowany kurs swej waluty, zalewają świat swymi
produktami - w grudniu 2009 roku stali się pierwszymi na świecie
eksporterami, pokonując po raz pierwszy w historii Niemcy. Ogłosili też,
że na początku 2010 roku noszą się z zamiarem wykupienia kolejnej znanej
firmy - szwedzkiego Volvo, którego chce się pozbyć Ford...
Ale pora wreszcie na prezentację bohatera dzisiejszej "Automanii"
- hyundaia tuscona. Nosi on w Europie inną nazwę - ix35 i znany jest już
od kilku miesięcy. Jego produkcyjna wersja pokazana była na wrześniowej
wystawie we Frankfurcie, ale do Kanady auto zawita dopiero teraz, w styczniu
2010 roku. Będzie to model produkowany w Korei Południowej w zakładach
Hyundaia w Ulsan. Jak już wspomniałem, wóz zaprojektował niemiecki stylista
Thomas Buerkle, który wcześniej pracował dla BMW. Tuscon powstał w pracowni
Hyundaia w Russenlsheim, gdzie Koreańczycy tworzą nowe generacje swych
wozów. Tu również nabierają kształtu nowe samochody marki KIA, który to
koncern należy do Hyundaia.
Najnowszy tuscan pojawi się w Kanadzie tylko z 4-cylindrowym
silnikiem, choć poprzednik miał opcję z V6. Nie ma jednak czego żałować,
bo 2,4-litrowa "czwórka" montowana w drugim wcieleniu "koreańczyka" jest
nie tylko silniejsza od dawnej "szóstki", a do tego bardziej paliwooszczędna.
Nowy silnik ma moc 176 KM i przy 4000 obrotach jego moment zamachowy wynosi
168 lb-ft. Standardem jest 6-biegowa ręczna skrzynia, ale producent spodziewa
się, że aż 95 procent nabywców poprosi o automat, a jest to supernowoczesna
6-pozycyjna przekładnia. Jazda z tą transmisją po autostradzie pozwala
na utrzymanie zużycia paliwa na poziomie 6,3 litra na 100 km.
Pierwsza wersja tuscana bazowała na platformie podłogowej elantry.
To samo podwozie wykorzystywał również sportage produkowany przez KIA.
Mały crossover Koreańczyków był wozem tej samej klasy co toyota RAV4, Honda
CR-V czy ford escape. W Kanadzie wóz z miejsca zdobył uznanie, bo w 2005
roku zdobył tytuł "Samochodu Roku" w swej grupie.
Najnowszy model ma nieco zmienione wymiary: jest dłuższy o 115
mm, szerszy o 25 mm i niższy o 45 mm. Zabiegi te poprawiły stabilność wozu
oraz nieco go odchudziły - tuscan waży teraz o 30 kilogramów mniej niż
jego poprzednik. Wbrew przewidywaniom, jego pojemność nie zmniejszyła się
- jest wprost przeciwnie! Zwiększenie swej kubatury tuscan zawdzięcza przede
wszystkim nowej kompaktowej konstrukcji tylnego zawieszenia. Powiększenie
odległości międzyosiowej pozwoliło na wygospodarowanie większej przestrzeni
na nogi w przedziale pasażerskim.
Jak zwykle Koreańczycy biją konkurentów standardowym wyposażeniem
swych aut. Także nowy tuscan ma się czym chwalić - fabrycznie wyekwipowany
jest w system elektronicznie sterowanej stabilizacji, system kontroli trakcji,
boczne kurtyny, wszystkie drzwi i okna są elektrycznie sterowane - również
lusterka! W swej klasie małych crossoverów jest to najlepiej standardowo
wyposażony wóz - nie trzeba dodawać, że nie wpływa to na cenę, bo Hyundai
taką polityką zdobył serca wielu Kanadyjczyków.
Tuscan dostępny jest w Kanadzie w trzech wyposażeniowych odmianach:
GL, GLS i limited. Podstawowa odmiana ma urządzenia, które można dostrzec
w autach z wyższych półek: downhill brake control, hill start assist, system
bluetooth, kontakt USB i klawisze na kierownicy do sterowania systemem
audio.
Wydaje się, że przy tak bogatym wyposażeniu podstawowej wersji,
niepotrzebne są inne odmiany tuscana. Hyundai oferuje jednak w odmianie
GLS podgrzewane fotele, aluminiowe obręcze kół i dachowy bagażnik.
Lista dodatkowych akcesoriów jest dłuższa, ale "Automania" nie sprzedaje
samochodów, więc niech każdy, kogo to interesuje, zadzwoni do dealera Hyundaia
(w Mississaudze jest nim Polak - Roland Mucha, tel.: 905-828-5923).
Najlepiej wyposażona wersja limited ma skórzane fotele, klimatyzator
z jonizatorem powietrza, 18-calowe aluminiowe felgi i wiele innych umilających
czas jazdy urządzeń.
Dla bogatszych istnieje jeszcze kilka opcji, takich jak: system
nawigacji i szyba w dachu. Cen jeszcze nie znamy, ale wkrótce przestaną
być tajemnicą, bo wóz lada dzień pojawi się u nas w sprzedaży. Może znów
stanie się "SUV-em Roku" jak pięć lat temu?
Jerzy Rosa
Mississauga
Andrzej Kumor
To będzie ciekawy, niespokojny rok
Początek roku zawsze obfituje w prognozy, wróżby i analizy sytuacyjne;
jedni straszą, inni pocieszają, pewne jest zaś to, że tak w Polsce,
jak i na tym kontynencie doskwiera nam potrzeba realnej sanacji - odnowy,
zejścia ze starej ścieżki, na której grzęzną nam nogi i która prowadzi
donikąd.
Ludzie to czują w kościach, stąd tak skuteczne było w ubiegłym
roku hasło "zmiany" głoszone podczas kampanii wyborczej obecnego prezydenta
USA.
Każdy jest ciekawy, co będzie, ale gdybyśmy naprawdę to
wiedzieli, stracilibyśmy wolność. Zamiast wróżyć z fusów, zastanówmy się,
co jest, jak świat dzisiaj wygląda i dokąd prowadzą dzisiejsze rysy i pęknięcia.
Oczywiście, chodzi o "nasz świat", bo światy są inne dla różnych ludzi.
Nasz świat, czyli Ameryka, wciąż nie wrócił na razie do równowagi,
a powrót ten może być bolesny.
USA tracą pozycję wciągnięte do wojen, których nie mogą wygrać,
ani też nie mogą sobie pozwolić na ich przegranie. Wykrwawiają się gospodarczo
i kompromitują politycznie. - Hegemon, który puszcza krew, jest jak pochyłe
drzewo - wszystkie kozy skaczą. Jego siła doświadczana na co dzień przestaje
pełnić rolę straszaka.
Na dodatek, wojny prowadzone przez Waszyngton są niebezpiecznie
kosztowne - wymagają olbrzymiej liczby systemów wsparcia.
Wojna w Iraku, o ile wygrana z punktu widzenia Izraela (bo zlikwidowała
wsparcie, jakiego Husajn udzielał Palestyńczykom i wyeliminowała Bagdad
z bliskowschodniego rachunku sił), jest przegrana z punktu widzenia USA
- tak interesów strategicznych jak i gospodarczych - nie zdołano odkorkować
eksploatacji olbrzymich złóż irackiej ropy.
Wojna w Afganistanie w tej realizacji była nie do wygrania od
samego początku. Każdy normalnie myślący analityk wojskowy to powie. Co
najdziwniejsze, Stany Zjednoczone zupełnie nie wykorzystały głębokiego
rozpoznania, jakie posiadały w Afganistanie z czasów pierwszego antysowieckiego
konfliktu. Powtórzono bez zmrużenia oka, dokładnie te same sowieckie błędy.
Dlaczego? Głupieje się bezboleśnie, zwłaszcza w rezultacie oszołomienia
butą, próżnością i polityczną ekspediencją.
Talibowie zacierają ręce, ciesząc się, że Bóg dał im okazję dotkliwego
uderzenia w niewiernych.
Te dwie wojny, plus otwierające się nowe fronty antymuzułmańskie
w Jemenie i Somalii, to przecięte tętnice amerykańskiego strategicznego
krwiobiegu.
Na dłuższą metę wojen nie wygrywają bagnety, lecz silne idee
i demografia. Tylko idee są w stanie mobilizować miliony ludzi, tylko one
pozwalają zabezpieczyć zwycięstwo.
Ameryka potrzebuje sanacji. Jeśli nie będzie potrafiła wypełnić
wziętą ideową treścią walki w obronie jej cywilizacji, nic nie powstrzyma
upadku. A dzisiaj Zachód walczy z krwistą żywotną i wielodzietną ideologią
bojowego islamu jak błędny rycerz albo truchło puste w środku.
Druga rzecz, to, że wojny prowadzone z tzw. islamistami mają
zarzewie w nieustającym poparciu USA dla Izraela we wszystkim, co
robi na Bliskim Wschodzie. To dzięki tej postawie Waszyngtonu, w ciągu
minionych kilku dekad doszło do radykalizacji wcześniej prozachodniej muzułmańskiej
klasy średniej. Muzułmanie nie nienawidzą nas za to, kim jesteśmy,
lecz za brutalne flekowanie Arabów na Bliskim Wschodzie. Jeszcze w latach
60. USA mogły uchodzić za arbitra w sporach arabsko-żydowskich, dzisiaj,
postrzegane są jako niepoważna marionetka Tel Awiwu.
Barack Obama usiłować wykonać kilka podrygów w celu zmiany tej
sytuacji, ale uścisk żydowskiego nacisku w Ameryce okazał się silniejszy;
Bibi Netanjahu doskonale zdaje sobie sprawę, że Waszyngton mu nie podskoczy,
dlatego gra odważnie i bezczelnie.
A więc, znów klincz; znów sytuacja bez wyjścia, która może być
rozwiązana jedynie przez gwałtowne wypadki.
Co gorsza, nie dość, że w stosunkach z Izraelem obnaża się brutalnie
słabość Ameryki, to jeszcze za sprawą imigracji i demografii, z miesiąca
na miesiąc rośnie siła społeczności islamskiej w samych USA.
A do tego wszystkiego dochodzi gospodarka - wyeksportowanie produkcji
do Azji, pogorszenie wydajności pracy, możliwość upadku dolara jako waluty
rezerwowej świata, wisząca wciąż groźba hiperinflacji i załamania rynku
kredytowego.
Problemów jest bez liku, chyba nigdy wcześniej tyle ich nie było...
Ale Ameryka wciąż jest żywa, wciąż wielu w niej ludzi energicznych,
mądrych, którzy rozsądnie oceniają sytuację i chcą działać. Stary system
nie podda się bez walki, jego zmiana równałaby się rewolucji. Stary porządek
może jednak upaść. Na razie broni się poprzez rozlewanie kontroli państwa
na wszystkie dziedziny życia i odbieranie ludziom wolności, pod której
sztandarami powstała republika...
***
W ubiegłym roku Polska formalnie pozbyła się niepodległości odzyskanej
(formalnie) w 1989 roku. W tym roku następstwa tej decyzji będą coraz bardziej
widoczne; przede wszystkim w realizacji niemieckiego interesu na ziemiach
etnicznie niemieckich. Wkrótce z przytupem ruszy obsługa pociągami Deutsches
Bahn połączeń między polskimi miastami...
Sanacja w polskim wypadku również wymagałaby rewolucji - rozbicia
starej postkomunistycznej kliki; uwolnienia państwa od oligarchicznej czapy.
Czy kolejne pokolenie polskiej elity będzie zainteresowane formułowaniem
polskiego interesu narodowego? Niewiele na to wskazuje.
Ale Polska nie umarła i wielu młodych Polaków patrzy na świat
z otwartą głową. Wciąż jest nadzieja. Oto co mówi hipohopowiec "Pjus" Nowakowski:
- Rapujesz, że jesteś ideologicznym dinozaurem i wyznajesz oldskulowe zasady.
Oldskulowe, czyli jakie?- No choćby mówienie prawdy czy honorowe zachowanie,
rozumiane jako branie odpowiedzialności za swoje czyny. Nie wspominając
o patriotyzmie, który u nas wciąż jest obciachem. Wielu ludzi, mówiąc że
są patriotami, czuje się, jakby przyznawało się do słuchania disco polo.
A to przecież powód do dumy. Nie dajmy się wykastrować popcornowej rzeczywistości.
I tego wszystkim Państwu w Nowym Roku życzę. Nie będzie to rok
spokojny, ale za to ciekawy. Pójdźmy wraz... Czas podnieść sztandary.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 52/2009
Świętujemy sukcesy
No, nareszcie jakiś sukces, i to na skalę międzynarodową; ach, co ja
mówię, jaką tam "międzynarodową". Sukces jest na skalę wszechświatową!
Zaczęło się od tego, że pewnej nocy, gdzieś tak między 3 a 5 nad ranem,
nieznani sprawcy skradli ramę z napisem "Arbeit macht frei", jaki Niem...
tj. pardon. Jacy tam znowu "Niemcy"! Nie żadni "Niemcy", tylko przedstawiciele
wymarłego już dzisiaj, wojowniczego narodu "Nazistów", którzy nawet nazistowskim
językiem mówili i wspomniany napis w tym właśnie języku sporządzili. Więc
"Naziści" umieścili ten napis nad bramą wejściową do oświęcimskiego obozu
tuż obok wartowni, którą kiedyś zajmowała nazistowska załoga, no a teraz
- zatrudnieni przez Muzeum wartownicy. Brama ta, podobnie jak inne miejsca,
jest całodobowo monitorowana, ale - jak wiadomo choćby ze sprawy zabójstwa
Krzysztofa Olewnika - jak trzeba, to i w całodobowo monitorowanych celach
skazańcy popełniają efektowne samobójstwa i nikt nie tylko nie odważy się
im w tym przeszkodzić, ale nawet nie odważy się czegokolwiek zauważyć.
Toteż i w tym przypadku nikt niczego nie widział ani nie słyszał demontowania
w głuchej ciszy ciężkiej stalowej ramy, umieszczonej nad bramą gdzieś na
wysokości pierwszego piętra.
Kiedy okazało się, że napis zniknął, wybuchł straszliwy skandal.
Z dalekiego Izraela z szybkością płomienia popłynął jazgot, że oto rozpoczęła
się "wojna przeciwko Żydom". Skąd w Izraelu wiedzieli takie rzeczy już
od samego rana - Bóg jeden wie, jeśli oczywiście nie liczyć tych, którzy
też coś tam muszą wiedzieć. Uprzedzając bowiem chronologię wydarzeń, którą
nie zamierzam nikogo zanudzać, warto podkreślić, że policja, która po tygodniu
znalazła pociętą już ramę z napisem, nie tylko zatrzymała pięciu podejrzanych
kryminalistów, ale również dowiedziała się, że kradzież napisu zlecił im
przez Internet tajemniczy "szalony kolekcjoner". Może on i szalony, ale
skoro złodzieje podobno znali nie tylko system monitoringu, nie tylko harmonogram
służby wartowników i nie tylko potrafili niepostrzeżenie zdemontować ciężką
ramę na wysokości pierwszego piętra, ale również sprawić, by strażnicy
niczego nie widzieli ani nie słyszeli, to już na pierwszy rzut oka widać,
że w tym szaleństwie jest metoda. Przy pomocy takich metod można przecież
spokojnie kamuflować sprawczy udział jakiejś sprawnej razwiedki,
na przykład izraelskiego Mosadu. Taki udział wyjaśniałby nie tylko okoliczność,
że właśnie w Izraelu już od samego rana wiedziano, jak prawidłowo tę kradzież
należy zinterpretować, ale również sprzyjałby wyciągnięciu wniosków, iż
Polaków należy jednak poddać kurateli starszych i mądrzejszych, skoro nie
potrafią radzić sobie z zadaniami, które nawet dla przywódcy "Nazistów",
wybitnego socjalistycznego polityka Adolfa Hitlera, nie stanowiły najmniejszego
problemu. Jak tam było - powiada dobry wojak Szwejk - tak tam było; zawsze
jakoś było, bo jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. Więc kiedy
czynniki oficjalne wyznaczyły nagrodę w wysokości ponad 100 tys. złotych,
policja uwinęła się ze sprawą w kilka dni i sprawców ujęła. Inna
rzecz, że taka szybkość nie zawsze idzie w parze z jakością, bo jak pamiętamy,
okazało się, że podejrzani, a nawet oskarżeni o zabójstwo Alicji i Piotra
Jaroszewiczów, wcale tej zbrodni nie popełnili. A kto ją popełnił? Tego
już nigdy się nie dowiemy między innymi dlatego, że policja potraktowała
sprawę prestiżowo i musiała złapać sprawców szybko, no a potem nie można
już było się z tego wycofać. Jeśli jednak sprawcy są prawdziwi - oczywiście
poza "szalonym kolekcjonerem" - to znaczy, że policja musi dysponować niezwykle
rozgałęzioną i sprawną siecią konfidentów. Z jednej strony, niby to dobrze,
ale kiedy pomyślimy sobie, że podobnie rozgałęzioną i sprawną siecią konfidentów
dysponuje również każda z siedmiu tajnych służb, jakie działają dzisiaj
w Polsce, to nasz entuzjazm trochę jednak przygasa.
Na razie jednak uskrzydlony sukcesem policji rząd kładzie nacisk
na okoliczność, że sprawcami napadu okazali się kryminaliści, którym obce
były wszelkie inne pobudki poza materialnymi. Pozwala to odtworzyć sobie
natężenie jazgotu gabinetowego i udręki, jakie musiały być udziałem premiera
Tuska, gdy stojąc na baczność, tłumaczył się przed izraelskim prezydentem
Peresem. Kto wie, czy nie wspomniał wtedy nie bez pewnej melancholii na
moją propozycję, by oddać Polskę w arendę, przez wzgląd na godność narodową
i konieczność podtrzymywania zdolności do nawiązywania stosunków dyplomatycznych,
między innymi z Izraelem i diasporą żydowską, zachowując suwerenność nad
niewielkim obszarem miasta stołecznego Warszawy, rozciągającym się wzdłuż
Alei Ujazdowskich od Belwederu, obejmując ulicę Wiejską z gmachami Sejmu
i Senatu oraz Nowy Świat i część Krakowskiego Przedmieścia aż do Pałacu
Namiestnikowskiego, w którym rezyduje prezydent. Resztę mógły przejąć Izrael,
albo diaspora, co zwłaszcza przy obecnym braku armii, mogłoby stanowić
gwarancję integralności tego terytorium, bo któż odważyłby się na przeprowadzanie
tu jakichś korekt w sytuacji, gdy natychmiast zostałby oskarżony o antysemitismus?
Małe jest piękne!
Akurat zbliżają się święta Bożego Narodzenia, kiedy to przy wódeczce
można będzie w rodzinnych gronach wszystkie te sprawy bez pośpiechu sobie
przedyskutować tak, żeby po Nowym Roku każdy już miał jasność. Wtedy lepsze
rozeznanie sytuacji zyskałby również pan doktor Andrzej Olechowski,
który właśnie w przedświąteczny poniedziałek oficjalnie zgłosił zamiar
kandydowania w przyszłorocznych wyborach prezydenckich. Przypominam tedy,
że wśród niezliczonych zalet pana doktora Olechowskiego, zalet "fizjologicznych
i innych" jest również i ta, że w przeszłości był on Tajnym Współpracownikiem
sławnego "wywiadu gospodarczego". Dodajmy, że nigdy nie twierdził, że stało
się to "bez jego wiedzy i zgody", jak utrzymywał na przykład JE abp Henryk
Muszyński, który właśnie objął godność Prymasa Polski po JEm Józefie kardynale
Glempie. Okazuje się tedy, że chociaż brak wiedzy i zgody nie stanowi żadnej
przeszkody przy obejmowaniu w Polsce najwyższych godności, to jednak stałość
przekonań doktora Olechowskiego też zasługuje jeśli nawet nie na pochwałę,
to przynajmniej na zauważenie, niczym stałość sławnego Regulusa. Do sprawy
tej zapewne będziemy jeszcze wielokrotnie wracali, ponieważ objawienie
przez doktora Olechowskiego decyzji kandydowania na prezydenta, bo "tak
dalej być nie może", pozostaje w niejakim związku z pragnieniem premiera
Tuska, by poprzez zmianę konstytucji pozbawić prezydenta nawet tych iluzorycznych
uprawnień, jakie teraz ma. Czyżby premieru Tusku ktoś starszy i mądrzejszy
już powiedział, że nie jest on przewidziany na tubylczego prezydenta? Wszystko
to być może, zwłaszcza że właśnie urząd skarbowy zajął konto bankowe koalicyjnego
Polskiego Stronnictwa Ludowego, żeby zabrać stamtąd 18 milionów złotych,
jakie PSL bezpodstawnie - jak się okazało - wziął od państwa tytułem zwrotu
kosztów kampanii wyborczej. Czy w tej sytuacji PSL zdecyduje się na wystawianie
kandydata? To nie jest takie pewne. SLD wprawdzie lansuje ("a potem lansował
mnie przez dwie godziny") kandydaturę Jerzego Szmajdzińskiego, ale pan
dr Olechowski jest - co tu ukrywać - od Jerzego Szmajdzińskiego znacznie
przystojniejszy, co musiałaby przyznać nawet pani Katarzyna Maria Piekarska,
promująca pana Szmajdzińskiego z ramienia SLD. Tak wygląda sytuacja po
stronie sił zdrady i zaprzaństwa. Po stronie sił nieubłaganie stojących
na gruncie patriotyzmu, jedynym kandydatem pozostaje na razie prezydent
Lech Kaczyński, któremu strategię zwycięstwa prezes Jarosław Kaczyński
buduje na zasadzie mniejszego zła. Wprawdzie bowiem prezydent Lech Kaczyński
ponarażał się każdemu środowisku, które w poprzednich wyborach go popierało
(Kresowian zraził sobie nadskakiwaniem prezydentowi Juszczence, czego jedynym
efektem jest umocnienie pozycji i buty banderowców nie tylko na Ukrainie,
ale również w Polsce), narodowców - corocznym ceremoniałem zapalania chanukowych
świec i nadskakiwaniu żydowskiej loży B'nai B'rith, środowisko Radia Maryja
- nadskakiwaniem pani Marii Kaczyńskiej feministkom, paniom filozofowym
i Monikom Olejnik, jakby zupełnie nie wiedziała, skąd właściwie panu prezydentowi
wyrastają nogi, przeciwników Unii Europejskiej - entuzjazmem dla Traktatu
lizbońskiego), więc największą troską prezesa Jarosława Kaczyńskiego jest
niedopuszczenie do pojawienia się jakiegoś innego "patriotycznego" kandydata.
Liczy on już chyba wyłącznie na to, że ci, którzy nie będą chcieli głosować
na pana doktora Olechowskiego z uwagi na "wywiad gospodarczy" i tak dalej,
ze łzami w oczach i zaciśniętymi zębami oddadzą głos na jego brata. Taka
to ci alternatywa. Ale mimo wszystko - wesołych Świąt!
Stanisław Michalkiewicz
Elżbieta Szlachetka
Święta "prawie pod biegunem"
Odkąd przeprowadziliśmy się z mężem do północnego Ontario, w wyobraźni
niektórych znajomych rezydujemy "prawie pod biegunem". Jest to wprawdzie
gruba przesada, lecz fakt faktem, do północnego bieguna mamy ciut ciut
bliżej. Być może dlatego, w przeciwieństwie do wiosny, lata i jesieni,
które nie różnią się prawie od południowych, zima wygląda inaczej. Jej
nadejście zapowiada zazwyczaj pojawienie się na niebie zorzy polarnej -
zwiastuje ona, że za około 6 tygodni spodziewać się można pierwszych śniegów.
Północna zima nie przypomina w niczym dopustu Bożego brudnoszarej
słonej ciapki na jezdniach, czarnych zasp śniegu na chodnikach, przenikliwego,
wilgotnego zimna i krótkich, a wlokących się dni. Północna zima, mroźna
suchym, bez porównania mniej odczuwalnym mrozem, nie szczędząca słońca
na lazurowym niebie i spowita od stóp do głów w nieskazitelną, niczym nie
skażoną biel, to dla wielu pora największych uciech na świeżym (nie tylko
z nazwy) powietrzu. Narty, skutery śnieżne, rakiety śnieżne, sanki, łyżwy,
rodzinne lepienie bałwanów... Nie ma czasu na zimową nudę - w zimowe odrętwienie
zapadają jedynie, zgodnie z prawami natury, niedźwiedzie i świstaki.
W lasach i przy przydomowych karmnikach uwijają się żwawo liczne kolorowe
ptaki: czerwone, pomarańczowe i żółte grubodzioby, czeczotki w czerwonych
piuskach, błękitne sójki, kolorowe dzięcioły. Kicają piękniejsze
zimą od najpiękniejszych zabawek króliki bielaki, nierzadko przemknie rudy
lis albo złotooki ryś w puchatej zimowej szubie...
Wraz z początkiem zimy, zaczyna się wielkie oczekiwanie - zbliża
się Boże Narodzenie. I nawet jeśli śniegu jeszcze nie ma, jest prawie murowane,
że święta będą białe. "Christmas shopping" nie absorbuje zbytnio mieszkańców
północy. Większość wyznaje zdrową filozofię, że prezenty są dodatkiem do
świąt, a nie odwrotnie. W wielu rodzinach przyjął się zwyczaj losowania
i każdy z członków rodziny kładzie pod choinką prezent dla wylosowanej
przez siebie osoby. Poza tym, najbardziej cenione są prezenty wykonane
własnoręcznie - sweterek zrobiony na drutach, szalik wydziergany szydełkiem,
rozmaite przedmioty użytkowe z drewna, dekoracje... Niektórzy zaczynają
produkcję już w środku lata, żeby skończyć gwiazdkowe upominki dla bliskich
na czas. Kwitną robótki ręczne i majsterkowanie. Wiele kobiet
ma złote ręce i produkują nimi prawdziwe cuda, w tym stylowe mebelki, których
nie powstydziłby się stolarz artystyczny. Co za nieoceniona pomoc
dla św. Mikołaja!
Osobny, i jakże miły rozdział przygotowań do świąt, to dekorowanie
domów na zewnątrz i wewnątrz, a następnie wyprawa po choinkę. Tylko
nieliczni zadowalają się sztucznymi, a okoliczne sklepy niezmiernie rzadko
oferują prawdziwe choinki - nie byłoby na nie zbytu. Po choinkę brnie się
po śniegu do lasu i transportuje się ją triumfalnie snowmobilem albo na
toboganie. Las nie ma o to pretensji - przeciwnie, inne drzewka oddychają
z ulgą, bo rosnące zbyt gęsto świerki i sosny i tak nie mają przed sobą
długiego żywota. Wraz z choinką, wkraczają w dom pachnący igliwiem
las i jasny, bożonarodzeniowy duch.
Wigilia i pierwszy dzień świąt są, podobnie
jak w Polsce i wielu innych krajach, obchodzone w rodzinnym gronie. Z wyjątkiem
rodzin potomków polskich, ukraińskich i skandynawskich imigrantów, w których
przetrwały pieczołowicie pielęgnowane tradycje przodków, wieczerza
wigilijna nie jest postna, lecz jest tak samo uroczysta. Co zaś do odziedziczonych
tradycji, w ten Dzień ludzie skłonni są do największych poświęceń.
Znajoma, której dziadek przybył do północnego Ontario ze Szwecji, każdego
roku przygotowuje się duchowo na spożycie przynajmniej kawałeczka niemal
surowej "luta fish" (za pisownię nie odpowiadam) i odrobiny marynowanych
śledzi, do których to potraw czuje głęboką awersję. Pamięć o dzielnym dziadku
jest jednak w rodzinie wciąż żywa, a wraz z nią pielęgnowane są szwedzkie
wigilijne obyczaje. Czuję dla JoAnn głęboki podziw; mnie, mimo usilnych
prób, marynowany śledź przejść przez gardło nie chce, nawet przy wigilijnym
stole.
Pasterka jest ogromnie uroczysta, lecz z reguły
nie jest odprawiana o północy, z tego prostego powodu, że ojciec Wayne
proboszczuje w dwóch odległych od siebie o kilkadziesiąt kilometrów parafiach.
W obu spoczywają na nim wszystkie obowiązki kapłańskie, a prócz tego pełni
je również w okolicznych rezerwatach. Do niektórych z nich dojechać może
samochodem, lecz do innych dotrzeć można jedynie łodzią, zaś zimą skuterem
śnieżnym, po lodzie. Wszystkie kapłańskie obowiązki i codzienne prace,
z gotowaniem włącznie, spoczywają na nim, ponieważ nie ma wikariusza, ani
też żadnej pomocy domowej. Jest zupełnie sam, jeśli nie liczyć Kitty -
przygarniętej przez niego łaciatej kociczki, która resztkami sił przywlokła
się kiedyś na plebanię. Wyleczył ją, odkarmił i już z nim pozostała. Północ
była dla niego całkiem nowym doświadczeniem. Pochodzi z Nowej Szkocji,
studiował we Włoszech, wiele podróżował po świecie i pracował w dużych,
zamożnych, wielkomiejskich parafiach. W porównaniu z obecnym, miał - rzec
by można - życie niemal atłasowe... Przed kilku laty objął parafię Holy
Name of Jesus w Kirkland Lake, do której należy wielu potomków imigrantów
z Europy, w tym sporo Polaków z pochodzenia.
Będąc u nas ostatnio, ojciec Wayne powiedział, że w tym roku
chciałby bardzo odprawić Pasterkę o północy w kościele w rezerwacie Beaverhouse
dostępnym tylko wodą. Byłoby to dla tamtejszych Indian wielkim i radosnym
przeżyciem. Dla niego także - taka Pasterka o północy, w kościółku w odizolowanej
od świata osadzie oblanej wodami jeziora i morzem lasów...
Zorza pojawiła się na północnym niebie, gdy
lasy mieniły się jeszcze kolorami jesieni. Nie zwodziła - w kilka tygodni
później sypnęło śniegiem. Potem zrobiło się wprawdzie całkiem wiosennie,
lecz nie ma obawy - "zielone" Boże Narodzenie raczej nam nie grozi.
Do świąt już niedaleko. Za parę krótkich dni
zapadnie cicha, święta Noc. Pojawi się pierwsza gwiazdka - dla Polaków
znak, że czas zasiąść do wigilijnej wieczerzy, a po niej zabłysną miliardy
innych gwiazd. W domach i kościołach rozlegać się będą kolędy, a
pod rozgwieżdżonym, północnym niebem w takt ich echa kołysać się będą uroczyście
odziane w dostojną biel majestatyczne świerki.
Elżbieta Szlachetka
Jan Ostoja
Okrojone historie
Chyba wszyscy znamy to zdjęcie. Z lubością reprodukowane było w prasie
całego świata. Ta fotografia przedstawia biegnące nagie wietnamskie dzieci.
Na pierwszym planie dziewczynka z twarzą wykrzywioną bólem. Czy może być
lepsza ilustracja okrucieństwa armii amerykańskiej w Wietnamie? Nic dodać,
nic ująć. A jednak jest potrzeba wypełnienia tła tego tragicznego wydarzenia.
Najpierw dla młodych: w połowie ubiegłego wieku istniały dwa Wietnamy.
Tak zwana demokratyczna republika, sojusznik USA, oraz republika socjalistyczna
wspomagana i stworzona przez komunistyczne Chiny i Związek Radziecki. Te
dwa miłujące pokój państwa postanowiły zbrojnie podbić południowy demokratyczny
Wietnam, zgodnie z doktryną o zwycięstwie rewolucji na całym świecie. Otwarte
uderzenie armii północnowietnamskiej po przykrych doświadczeniach w Korei
było zbyt ryzykowne. Postawiono na infiltrację i zamachy terrorystyczne.
Amerykanie udzielali pomocy swoim sojusznikom, co pozwoliło północy przedstawiać
swoje działania jako patriotyczne. Czy można się dziwić, że południowy
Wietnam się bronił?
Ale wróćmy do zdjęcia poparzonych dzieci. Komuniści atakowali
żołnierzy znienacka, kryjąc się i osłaniając ludnością cywilną. Jedna ze
wsi okazała się być doskonale przygotowaną pułapką na żołnierzy południowowietnamskiej
armii. Wielu z nich zginęło. Musieli się z wioski wycofać. Akcja "oczyszczania"
terenu z partyzantki komunistycznej została więc wsparta przez lotnictwo
południowowietnamskie, które zrzuciło na wieś napalm. Czy była tam ludność
cywilna? Była, bo na tym polegała taktyka Viet-Kongu, żeby mieszać się
z bezbronną ludnością, terroryzując ją. Praktycznie byli nie do odróżnienia.
Napalm zrzucony był przez lotnika wietnamskiego, a nie Amerykanina. Amerykański
szpital wojskowy udzielił pomocy dzieciom. I to cała historia.
O tym wszystkim wiele razy opowiadała poparzona dziewczynka,
która jest dzisiaj dorosłą kobietą. Ale lepiej sprzedają się story o okrutnych
imperialistach bombardujących patriotycznych, pokój miłujących Wietnamczyków.
A tak naprawdę była to obrona niepodległego państwa południowowietnamskiego
przez jego żołnierzy - przed imperializmem komunistycznym, który usiłował
brudnymi metodami podbić ich kraj.
Drugie zdjęcie. Rzecz dzieje się w mieście. Bodaj że w Sajgonie,
ówczesnej stolicy południowego Wietnamu. Maszerujący oddział żołnierzy
zostaje z ukrycia ostrzelany przez snajpera. Padają zabici i ranni. Snajper
zostaje schwytany. Będący w pobliżu przypadkowo reporter, w czasie strzelaniny
schował się, co jest zupełnie zrozumiałe, w przysłowiową mysią dziurę.
Ale wyłonił się z niej na czas, żeby sfilmować scenę egzekucji publicznej
snajpera. I znów brutalność, którą nie udało się bezpośrednio obarczyć
Amerykanów, bo na zdjęciach ich nie ma. Jakoś też nie ma zabitych i rannych
żołnierzy. Jest tylko scena przyłożenia pistoletu do głowy snajpera i jego
śmierć. Tym razem historia jest dokończona. Jakoś zagubił się jej początek.
Podobnie jak nie wiadomo, dlaczego ktoś palił napalmem dzieci. Czy niecała
prawda to jeszcze prawda?
Może teraz z czasów pokojowych - historia, która ma sławny początek,
a bardzo mało znane zakończenie. Atlanta w USA. Autobus podzielony. Przód
dla białych, tył dla Murzynów. Czarna kobieta zajęła miejsce dla białych
i odmówiła ustąpienia go białemu mężczyźnie. Nazywała się Rosa Park. Ta
jej postawa w rezultacie doprowadziła do zniesienia segregacji w autobusach,
a Rosa Park stała się bohaterką, "sztandarem" walki o równouprawnienie
Murzynów, które między innymi dzięki niej wywalczyli - co widać na załączonym
z Białego Domu obrazku.
Rosa Park już nie żyje. Być może wzbogaciła się na swojej sławie.
Dalsze szczegóły z jej późniejszego życia są mało znane. Wiadomo jednak,
że mieszkając w "czarnej" dzielnicy, została kilkakrotnie obrabowana przez
pobratymców, o których równouprawnienie walczyła. Zdesperowana, przeniosła
się w końcu do dzielnicy zamieszkanej przez białych, gdzie mogła spokojnie
dożyć swoich lat. I to jest mało znana kropka nad i.
A tak na marginesie, czy ludzie naprawdę wiedzą, co dzieje się
w krajach afrykańskich, włączając w to Południową Afrykę osławionego bojownika
o równouprawnienie - byłego jej prezydenta Mandelę? I sąsiada Rodezję -
Zimbabwe? Kiedyś najbogatsze tam państwa.
Teraz może trochę opowieści, gdzie dla odmiany jakoś tak "nieumyślnie"
(?) zagubił się środek historii. Było sobie w 1939 roku miasto Stoczek.
Zgodnie z niesławnym traktatem Ribbentrop-Mołotow miało być wyzwolone z
ucisku burżuazyjnej Polski przez pokój miłującą Armię Czerwoną. Cofające
się przez Stoczek rozbite polskie oddziały ze zdumieniem chyba zobaczyły,
że ulice pokryły się czerwonymi sztandarami zwisającymi zwycięsko (?) z
okien, a gdzieniegdzie poprzetykane były transparentami, na których cyrylicą
wykaligrafowane były napisy witające armię wyzwolicielską. I to mimo że
czerwoni mołojcy byli jeszcze od Stoczka daleko. Na ulicach panoszyli się
cywile w czerwonych opaskach, a pokaźne nosy i kręcone czarne włosy niedwuznacznie
wskazywały, że są obywatelami wprawdzie polskimi, ale wyznania mojżeszowego.
Polscy żołnierze spychani byli z chodników na jezdnię. I nagle jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki wszystko zniknęło. I czerwone sztandary, i transparenty,
i bojówkarze z opaskami. Korekta granicy - Stoczek przypada Niemcom. Okazało
się, że starsi bracia w wierze byli na bieżąco wydarzeń, wiedzieli, co
będzie dla kogo, nawet o niespodziewanej korekcie dowiedzieli się od razu.
Ta historia w ogóle nie znalazła odbicia "w pieśni czy w powieści".
Ja ją znam z opowiadania polskiego oficera, który tam był i którego znałem
na tyle, żeby mu wierzyć.
Ile było takich Stoczków we wrześniu 1939? Jeden nazywał się
Jedwabne. Tutaj czerwone sztandary i transparenty nie musiały znikać. Korekty
granicy nie było. Za to bojownicy czerwonoopaskowi otrzymali prawie dwa
lata, aby wykazać się nienawiścią do swoich współobywateli Polaków. Prawie
dwa lata denuncjowania oficerów i ich rodzin, pracowników administracji,
policjantów, ba, nawet leśniczych okrzykniętych wrogami ludu. Bez starozakonnych
uchowaliby się oni może przez te dwa lata, a tak znaleźli schronienie na
gościnnej ziemi radzieckiej. Niestety, bardzo wielu tej gościny nie przeżyło.
Cóż, kiedy, choć późno, znowu wyskoczyła przykra (dla niektórych) niespodzianka.
Wczesnym rankiem 22 czerwca zerwała się nagle jednostronna nić sympatii
germanofila Stalina. Do Jedwabnego wkroczył Wehrmacht. "Sąsiedzi" patrzyli
na siebie zaskoczeni. Chociaż wielu z nich zabrakło. Byli, żyli obok siebie
przez lata, żeby nie powiedzieć przez wieki. Powstały książki o tych dobrosąsiedzkich
stosunkach sprzed roku 1939. I nagle ci okrutni Polacy, bez dania racji,
okazali się złymi sąsiadami. Rodziny i przyjaciele wywiezionych na śmierć
i poniewierkę zesłańców zadenuncjowanych przez panoszących się "poczerwieniałych"
Żydów, okazali się nieludzcy. Okazali się - dlaczego? skąd? - nagle bardzo
niesympatyczni. A przecież przed wojną żyli razem w zgodzie. Dzisiaj Żydzi
piszą książki i krzyczą, gdzie mogą (a mogą w wielu miejscach) o okrutnych
Polakach. Niemców się właściwie nie wspomina. Podobno byli tam jacyś naziści
(gdzie leżało to państwo Nazja?) czy hitlerowcy, ale jak można wyczytać
między wierszami, głównie stali z boku i przyglądali się, jak źli sąsiedzi
biorą rewanż na dobrych sąsiadach.
Na marginesie należałoby dodać, że nie należy używać eufemizmów:
naziści, hitlerowcy to byli Niemcy, którzy Hitlera i jego nazistowską (nacjonal-socjalistyczną)
partię wybrali niemal jednogłośnie w demokratycznych wyborach. Trzeba pamiętać,
że czas szybko upływa, pokolenia się zmieniają i oczywiste dla starszych
(czy historyków) określenia są niezbyt, jeśli w ogóle, zrozumiałe dla wielu
dzisiejszych 20-30-latków. Podobnie jest z historią Kresów. Tam rżnęli
piłami Polaków (a nie Kresowiaków!) i wbijali na płoty dzieci nie jacyś
banderowcy pod banderami-sztandarami, ale Ukraińcy, nie UPA, nie SS Haliczyna,
ale właśnie oni, inaczej Rusinami też zwani.
Że Niemcy (i co ciekawe Żydzi) i Ukraińcy używają tych eufemizmów
- jest jak najbardziej zrozumiałe. To nie my - to oni. Potępiamy ich jak
najbardziej! Tylko jakoś nie pasują do tego zjazdy SS w Niemczech, tych
szlachetnych rycerzy, czy kreowanie Bandery na bohatera.
Można by się zastanawiać, czy wszystkie te "barwne" wydarzenia
muszą być przedstawiane od A do Z? Niestety, muszą, bo bez początku, bez
zakończenia albo z wyrwanym środkiem dają wykrzywiony, mimo pozoru autentyczności,
obraz zdarzeń.
Królewna Śnieżka czekała na swego księcia, leżąc w trumnie. Coś
z nią było chyba nie w porządku? Powinna przecież siedzieć "romantycznie"
na ławeczce pod kwitnącą jabłonią otoczona świergotem ptaków. Bajeczka
bez początku jednak nie miałaby większego sensu i na pewno nasuwałaby błędne
wnioski i oceny. I tak jest po prawdzie, nie tylko z królewną Śnieżką.
Nekrofilką?
Okrojone historie są zwykle przycięte celowo do konkretnych ramek.
Niestety, mimo że autentyczne, wypaczają prawdę, manipulując nią. Czy niechcący?
A na koniec historyjka, której koniec dopisało życie. W latach
sześćdziesiątych Ronald Reagan nie dostał roli prezydenta, bo nie miał,
wg reżysera, "prezydenckiej postawy". Widocznie się później skorygował.
Historia dokończona przez życie. Oprócz tych są jeszcze dwa zdarzenia,
które można by nazwać wypaczonymi albo w ogóle niebyłymi, a istotnymi.
W Berlinie Zachodnim w roku 1967 doszło do demonstracji tzw.
lewaków (czyt. użytecznych idiotów) przeciwko wizycie szacha Iranu. Interwencja
zachodnioniemieckiej policji, pada strzał i ginie lewak Benno Ohnesorg.
Towarzysze się burzą. Ta śmierć odegrała kluczową rolę w radykalizacji
lewicy w Europie - przeciwko imperialistom m.in. w Wietnamie, Che, Mao,
wujek Ho na koszulkach. Czerwone Brygady - Rote Armee Traktion. Celnym
policyjnym strzelcem był Heinz Kurnas (Kurnaś?), który po prawie 30 latach
i otwarciu akt STASI - okazał się komunistycznym agentem. Żart? Czarny
humor?
W czeskiej Pradze w październiku komuna czuje się jeszcze mocna.
Milicja pacyfikuje demonstracje (ciągle nieliczne - ostrożni Czesi) studentów.
Idzie wieść, że zastrzelono studenta matematyki Martina Smida. Wolna Europa
to publikuje. Teraz już tłumy zalewają Pragę. Smid - Palach skandują. Władza
traci kontrolę i nerwy. Havel tworzy forum obywatelskie. Komuniści podają
się do dymisji. Rewolucja jest "aksamitna", bo Smid jest cały, zdrowy i
czuje się dobrze. Do dzisiaj zresztą.
To ostatnia z historyjek, która się w ogóle nie zdarzyła - a
jednak zmieniła historię.
Jak się kiedyś dowcipkowało - bo to czasem bywa różnie, i poprzecznie,
i podłużnie.
Jan Ostoja
Toronto
Monika J. Curyk
Postanowienie noworoczne - sporządź testament
Sama długo zwlekałam z napisaniem testamentu, więc wiem, jak to jest.
Mało kto lubi myśleć o własnej śmierci. Niemniej jednak czasem jest to
konieczne. Każdy, kto ma nieletnie dzieci, powinien poświęcić chwilę czasu
na zastanowienie się nad tym, co się z nimi stanie po jego śmierci.
Dotyczy to zwłaszcza osób wychowujących dzieci samotnie, chociaż trzeba
też wziąć pod uwagę scenariusz, w którym dzieci naraz tracą dwoje rodziców.
Każdy rodzic powinien zastanowić się nad tym, kogo chciałby widzieć
w roli opiekuna swoich dzieci w takiej smutnej sytuacji, porozmawiać z
tą osobą i uprawomocnić swoje życzenie przez wpis do testamentu.
Warto wiedzieć, że tego typu życzenia nie dają stuprocentowej
gwarancji, że sąd przyzna prawa do opieki nad dziećmi osobom wyznaczonym
w testamencie rodziców, ale sądy odstępują od życzeń rodziców bardzo rzadko
i tylko z ważnych powodów.
Kolejnym ważnym zagadnieniem jest zadysponowanie majątkiem.
Nabiera ono szczególnej wagi, gdy jedynymi spadkobiercami są nieletnie
dzieci. Nie jest prawdą, że osoba, która otrzyma prawo opieki nad
dziećmi, otrzyma również majątek zmarłych rodziców czy rodzica, chyba że
takie są dyspozycje testamentu.
Jeżeli rodzice umarli bez testamentu, dzieci automatycznie dziedziczą
ich majątek, ale dopóki pozostają nieletnie, musi on być zarządzany przez
Guardian for Property, który ma obowiązek rozliczać się przed sądem z tego,
jak jest spożytkowany. Jeżeli testament rodzica nie stwierdza, kto
będzie zarządzał majątkiem nieletnich spadkobierców, to albo ktoś z rodziny
musi ubiegać się w sądzie o to, aby zostać Guardian for Property, co jest
zawiłe i zabiera czas, albo majątkiem nieletnich zarządzać będzie Office
of the Public Guardian and Trustee.
Spisanie testamentu jest łatwiejsze, jeżeli nie ma się niepełnoletnich
dzieci, gdyż jedyną kwestią staje się wtedy zadysponowanie swoim majątkiem.
Często spotykana opinia, że majątek osób, które umierają bez testamentu,
przejmuje państwo, nie jest prawdziwa. Majątek trafia do skarbu państwa
tylko wtedy, gdy zmarła osoba nie pozostawiła żadnych żyjących krewnych,
nawet bardzo dalekich.
Co dzieje się, gdy ktoś umiera bez testamentu ? Istnieje akt
prawny, który dokładnie reguluje kolejność dziedziczenia w takiej sytuacji.
Absolutne pierwszeństwo ma małżonek zmarłego, który otrzymuje cały majątek
zmarłej osoby, jeżeli osoba ta nie miała dzieci. Jeżeli zmarły posiadał
dzieci, to małżonek otrzymuje pierwsze 200 tysięcy dolarów ze spadku, a
pozostałą częścią dzieli się z dziećmi. Jaka jest proporcja tego podziału,
zależy od liczby dzieci, ale prawo zawsze faworyzuje małżonka. Jeżeli majątek
zmarłej osoby wynosił 200 tysięcy dolarów lub mniej, to dzieci nie dostają
nic.
W przypadku, w którym zmarła osoba nie miała pozostających przy
życiu dzieci, ale miała np. wnuki i prawnuki, zasady podziału majątku są
jeszcze bardziej skomplikowane, ale zawsze małżonek uprawniony jest do
pierwszych 200 tysięcy dolarów i ma pierwszeństwo przy podziale reszty
majątku.
Jeżeli zmarły był stanu wolnego i nie miał dzieci, wnuków i prawnuków,
to następni w kolejności dziedziczą jego rodzice, potem rodzeństwo, potem
bratankowie i bratanice, siostrzeńcy i siostrzenice, a potem dalsi krewni
w zależności od stopnia pokrewieństwa.
Warto pamiętać o paru rzeczach. Po pierwsze, w wyżej opisanym
schemacie małżonkiem są tylko osoby, z którymi zmarły był w formalnym związku
małżeńskim. Partnerzy nieformalni nie mają w Ontario żadnych automatycznych
praw do spadku, ale mogą czasami kwestionować testament jako dependants
(tylko prawnik może udzielić dokładniejszych informacji w tej kwestii na
podstawie dogłębnej analizy zaistniałych okoliczności). Natomiast mąż lub
żona mogą automatycznie odziedziczyć majątek, nawet jeżeli od wielu lat
byli w separacji ze zmarłym, o ile formalnie spisana umowa separacyjna
nie rozwiązała sprawy dziedziczenia.
Majątek po zmarłym dziedziczą jedynie osoby, z którymi był on
(lub ona) bezpośrednio spokrewniony. Krewni przez małżeństwo nie mają żadnych
praw do spadku, nawet jeżeli pozostawali ze zmarłym w bliskim związku emocjonalnym
albo opiekowali się nim w potrzebie.
Częsty jest scenariusz, w którym na przykład mąż zostawia wszystko
żonie, która umiera bez testamentu. Jeżeli nie mieli dzieci, to całość
majątku odziedziczona zostanie przez jej krewnych, nawet jeżeli mąż miał
dzieci z innego związku, co jest skutkiem często uważanym za niesprawiedliwy
i częstokroć niezgodnym z intencjami zmarłej.
Należy pamiętać, że samo zrobienie testamentu to nie wszystko,
gdyż istnieją okoliczności, które mogą skomplikować wcielenie w życie istniejącego
testamentu, a nawet całkiem go unieważnić. Jedną z takich okoliczności
jest wstąpienie w związek małżeński, co całkowicie unieważnia sporządzony
przed ślubem testament. Drugą taką okolicznością jest rozwód (ale nie separacja).
Jeżeli rozwiedziony testator umrze bez zmiany testamentu, to jego testament
interpretowany jest tak, jakby były współmałżonek zmarł przed testatorem.
Inne ważne wydarzenia życiowe, jak na przykład śmierć jednego
ze spadkobierców lub narodziny dziecka, wnuka czy prawnuka, nie mają automatycznego
wpływu na interpretację testamentu, ale powinny zachęcić nas do upewnienia
się, że testament nie wymaga zmian uwzględniających nowe okoliczności.
Zachęcam, aby szczególną uwagę poświęcić wyznaczeniu wykonawcy
testamentu. Jest to skomplikowana funkcja, wymagająca od wykonawcy przeprowadzenia
rozliczenia podatkowego "w imieniu" zmarłej osoby, spłacenia długów, zorganizowania
i pokrycia kosztów pogrzebu, zarządzania majątkiem przed przekazaniem go
spadkobiercom (czasem rok lub dłużej), występowania w sprawach sądowych,
jeżeli testament jest kwestionowany, i często rozliczanie się ze swoich
poczynań przed sądem lub spadkobiercami.
Jako ciekawostka może Państwa zainteresować, że wykonawca jest
jedyną osobą decydującą o metodzie pochówku zmarłego. Wszelkie życzenia
wyrażane przez zmarłego za życia nie mają mocy prawnej, nawet jeżeli zawarte
są w testamencie! Testament zresztą nie jest dobrym miejscem do wyrażana
swoich życzeń związanych z metodą pochówku, gdyż częstokroć otwierany jest
po pogrzebie.
Dlatego jeżeli mamy określone życzenia dotyczące pogrzebu, powinniśmy
na wykonawcę testamentu wybrać osobę, która je uszanuje i, przede wszystkim,
powinniśmy się upewnić, że zna ona nasze życzenia.
Monika J. Curyk
Mississauga
Jerzy Rosa
"Cicha noc" u św. Pio
Przedostatnia sobota przed świętami, kolejne Jasełka i jak zwykle w
największej polskiej sobotniej szkole w Kanadzie - przy św. Pio w Mississaudze.
Wypełniona po brzegi aula pełniąca na co dzień funkcję sali gimnastycznej
- dziecięcy gwar i podekscytowani rodzice. Robi się gorąco, bo w soboty
według kuratoryjnych urzędników sala gimnastyczna powinna być zamknięta,
dlatego komputer automatycznie wyłącza klimatyzację. Już za chwilę zacznie
się jasełkowy występ, w tym roku przygotowany przez uczniów dwóch nauczycielek:
Teresy Bieleckiej i Ewy Woźniak.
Tegoroczne Jasełka po raz pierwszy goszczą przedstawiciela polskiego
konsulatu. To dobry znak, bo wreszcie sobotnie szkoły języka polskiego
zostały dostrzeżone przez polskich urzędników, do obowiązków których należą
również sprawy krzewienia i kultywowania rodzimej kultury na obczyźnie.
Po wielokrotnych apelach i prośbach konsulat zainteresował się techniczną
mizerią tej oświatowej placówki i częściowo sfinansował zakup urządzeń
do nagłośnienia sali, bo nie grzeszy ona dobrą akustyką (jak wspomniałem,
jest to zwykła sala gimnastyczna).
W tym roku sprzęt jak zwykle nieco zawodził, ale to co najważniejsze
- rozkwitło w całej pełni. Był to duch polskości. Gdy spojrzy się na te
kilkaset dorosłych, lecz młodych jeszcze osób zgromadzonych w dusznej auli
i przeniesie się wzrok na pięćsetkę ich dzieci, to nachodzi nas konkluzja,
że wszystkie one i większość ich rodziców urodzili się tu, w Kanadzie.
Jesteśmy świadkami, gdy trzecie emigranckie pokolenie kultywuje polską
mowę, polskie zwyczaje i kulturę. To jest niezwykłe i cudowne! Bo przecież
jeszcze niedawno powojenni emigranci wstydzili się polskiego języka, którego
nie nauczyli swych dzieci, a te z kolei nie przekazały polskiej kultury
swym potomkom. Jakże częsty jest obrazek, gdy dziadek z wnukiem (a nierzadko
również i swym synem czy córką) może porozumieć się tylko po angielsku,
ale szczyci się swym patriotyzmem w postaci rzędu odznaczeń na piersi...
Na szczęście posolidarnościowa emigracja nie powtórzyła błędów
poprzedników - czego efektem są wypełnione klasy w sobotnich szkołach,
gdzie dzieci doskonalą swą polską mowę wyniesioną z rodzinnego domu. W
akcie tworzenia małego patrioty muszą bowiem brać udział rodzice, dziadkowie
i cała szeroka rodzina - szkoła pozwala jednak na eksplozję narodowej postawy,
tu rodzi się duma z przynależności do starego prawego narodu, ze wspaniałą
historią i kulturą.
Adwentowe przygotowania do Bożego Narodzenia doskonale wpisują
się w lekcję polskości. Tu właśnie drzemie rola szkoły, by wykorzystać
baśniową nieomal scenerię i biblijne zdarzenia w kreowaniu
widowiska, które dziecko wchłonie w swój świat i ogarnie własną fantazją.
Kolorowe stroje, liryczne kolędy, wigilijny nastrój i wreszcie oczekiwany
przez wszystkich Mikołaj, przywitany z entuzjazmem nie tylko przez najmłodszych
uczestników Jasełek u św. Pio - to ważne atrybuty, ale najważniejsze jest
to, że dzieci w tej chwili nie tylko mówią po polsku - one po polsku też
myślą!
To już sukces nauczycielek sobotniej szkoły! Corocznie uczestniczę
w tych przedstawieniach; pozwala mi to na porównania - jedne klasy są lepiej
przygotowane, w innych znajduję więcej entuzjazmu i spontaniczności, jeszcze
inne demonstrują perfekcjonizm godny zawodowych aktorów - ale wszędzie
znajduję wspólny mianownik - jest nim troska nauczycielek o wychowanie
młodego Polaka.
Teraz, gdy nasz rodzinny kraj należy do Unii Europejskiej, a
język polski stał się jednym z jej urzędowych języków, polska mowa przestała
być abstrakcją, jej znajomość niejednokrotnie ułatwia zawodową karierę
- ale i tak wydaje mi się, że najważniejsze jest, by wnuk mógł porozmawiać
z babcią czy dziadkiem po polsku. To dla nich największa nagroda i dowód
na to, że właściwie wychowali swe potomstwo, które mimo emigracji i życia
w innych realiach, kultywuje polskość i przekazuje ją również i swym dzieciom...
Coroczne Jasełka w polskiej szkole w Mississaudze to efekt skumulowanego
trudu nauczycielek i uczniów. Widowisko jest prawie dwugodzinne, kolorowe,
raz wzruszające, raz wesołe, czasami rozrzewniająco nieporadne, raz perfekcyjne.
Dzięki pomocy polskiego konsulatu łatwiej jest teraz usłyszeć, co dzieje
się na scenie. A dzieje się wiele - bo na naszych oczach rosną nowe szeregi
Polaków - a im będzie nas więcej, tym lepiej będziemy tu w Kanadzie żyć.
Dziękując za zaproszenie na Jasełka, składam jednocześnie wyrazy
uznania za wielki entuzjazm i trud nauczycielek sobotniej szkoły przy św.
Pio i ich dyrektorki Elżbiety Bejaoui włożony w ten akt tworzenia.
Jerzy Rosa
Mississauga
Andrzej Kumor
Niebezpieczny czas Bożego Narodzenia
Na Nowy Rok bywamy w gazetach częstowani albo jakimś rozczulającym
"kawałkiem" skonstruowanym na bazie dziewczynki z zapałkami, albo też straszeni
wywróżonymi z fusów zapowiedziami końca świata i ogólnej degrengolady.
Tymczasem pod koniec roku po prostu warto usiąść na moment na zydelku i
pomyśleć o tym, co wokół nas. Warto to zrobić nawet kosztem nieuczestniczenia
w jakichś towarzyskich wypadach czy zwisania nad ociężałym stołem.
Wokół nas, oprócz wspaniałego, kolorowego monumentalnego dzieła
stworzenia, rozpościera się bowiem teatr ludzkiej pychy i próżności. Mijający
rok przyniósł kolejną odsłonę tej komedii. Globalne myślenie nabrało
tempa i jesteśmy świadkami kolejnej próby nastawania na wolność ludzką,
tym razem ubranej w XXI-wieczny kostium, już nie tyle walki o internacjonalne
szczęście proletariatu, jak komunizm, czy majstrowanie czystej rasy, jak
niemiecki hitleryzm, lecz przystrojonej w szacowne szaty ZATROSKANIA o
los planety.
Do ponadnarodowej władzy doszła grupa macherów, którzy wiedzą
"jak uratować człowieka przed nim samymi" i zbawić w doczesnej szczęśliwości.
Grupa ta różnymi metodami korumpowania i nacisków dokooptowuje do siebie
co bardziej ambitnych (czytaj: pysznych i próżnych) członków innych elit,
przekonując że Ty, Drogi Czytelniku, i ja musimy podskakiwać w takt
ich biczyka. W przeciwnym wypadku zaraz nam tu zaschnie w gardle z pragnienia,
ewentualnie woda z lodowców podtopi nogawki. Ludziom tym udało się wypromować
nową optykę myślenia.
Do tej pory w naszej cywilizacji panowało przekonanie, że trzeba
żyć według przykazań, a reszta jest w ręku Pana Boga. Obecnie owi macherzy
próbują nas na gwałt przekonać, że wcale nie trzeba żyć według przykazań,
bo i tak cała reszta jest w naszych rękach. Do osiągnięcia nowej nirwany
wystarczy więc, jeśli wstrzymamy własne wiatry, przejdziemy z toreb plastykowych
na szmaciane i pół dorobku życia oddamy bez mrugnięcia na ekologiczne "programy",
kołowani przez kręciołki wiatraków majtające łopatami za oknem. Jednym
słowem, wystarczy że nowa globalna elita weźmie nas ekologicznie za buzię
przy pomocy swych korporacji (nie tylko tych gospodarczych). A jak będziemy
chcieli podskoczyć, to nas się postraszy końcem świata. Jeszcze kilkadziesiąt
lat temu dziadowie tych samych cwaniaczków, którzy nam dzisiaj wpychają
do mózgu tę eko-ulęgałkę, głośno rechotali na jakiekolwiek wzmianki religijnych
tekstów o końcu świata, twierdząc, że to bujdy, ciemnota i opium dla mas.
Dzisiaj ich świeckie opium ma "masom" smakować jak marcepany.
Tymczasem za całą tą tapetą kryje się zmurszała gęba XIX-wiecznych
koncepcji konieczności przetrzebienia rodzaju ludzkiego; zboczone przekonanie,
że nas tu jest tyle, iż Ziemia nie daje rady. Trzeba więc ograniczyć
liczbę ludzi, "przyciąć" lekko stado, najlepiej higienicznie masowo usuwając
tych jeszcze nienarodzonych. Takim mniejszym stadem łatwiej jest też kierować
jedną ręką.
Co ciekawe, te eko-bzdury są w nas pompowane równolegle z filozofią
masowej konsumpcji, czyli "żarcia" ponad miarę. Bo przecież, gdybyśmy przestali
kupować pięć par butów rocznie, to załamałby się cały ogólnoświatowy system
pazerności finansowej.
Eko-ideologia oparta jest na pyszałkowatym założeniu, że obserwowane
zmiany klimatu są rezultatem ludzkiego działania. Tymczasem warunki na
Ziemi zawsze się zmieniały, a ich głównymi przyczynami były aktywność Słońca,
perturbacje ruchu Ziemi po orbicie i last but not least wybuchy wulkanów.
Mimo wielkiego chcenia, jakie czuć na politycznych salonach, na razie nie
da się tych rzeczy zmienić ustawą. Ludzie Zachodu odnieśli sukces, ponieważ
żyli według rozsądnych zasad (przykazań) i nauczyli się dostosowywać do
otoczenia. Niestety, ten sukces uderzył im po zwojach; człowiek nabrał
woli mocy; zaczęło mu się wydawać, że może sobie pozwolić na zmianę całego
środowiska, jął sprowadzać deszcze i zawracać bieg rzek. Efektem tego myślenia
są psy dingo w Australii, wysychanie Jeziora Aralskiego i pustynnienie
połaci żyznych niegdyś terenów. Zawsze jak zaczynaliśmy gmerać przy rzeczach,
o których wydawało nam się, że mamy świetne pojęcie, rzeczy te szybko uczyły
nas pokory. Uczyły szacunku do stworzenia, uczyły, by brać ze świata tyle,
ile potrzebujemy, a resztę pozostawiać modlitwie i opiece Bożej.
Świat się zmienia, bo zawsze się zmieniał. Nie trzeba z tego
powodu panikować, lecz spokojnie we własnym obejściu do tego się przystosować.
Do tego musimy być wolni i odpowiedzialni, a nie biegać raz w tę raz we
w tę, jak stado zarządzane biurokratyczną głupotą durnych pyszałków.
Niestety tak to zostało urządzone, że nabieranie rozumu sporo
kosztuje, zaś głupieje się bezboleśnie. Dzisiaj ogłupia się nas bez bólu
na globalną skalę i dlatego, aby się ratować przed głupotą, konieczny jest
indywidualny wysiłek. O taki łatwiej podczas Świąt, kiedy możemy na chwilę
zdjąć chomąto codziennego kieratu, usiąść w kąciku i popatrzeć na Pana
Boga, który przychodzi w żłóbku leczyć nas z pychy i próżności. Jeśli pomyśli
sobie tak jeden człowiek, może ocalić siebie, jeśli pomyśli dziesięć milionów,
może być niezła ruchawka, ale gdy pomyśli miliard ludzi, zmieni się świat.
Dlatego właśnie, ci którzy liczą na nasze bezbolesne ogłupienie, chcą
zabrać Święta. Bo to niebezpieczny czas, kiedy setki milionów zwykłych
ludzi mogą sobie pomyśleć "nie to co trzeba". Stąd takie wielkie parcie,
aby przekształcić Boże Narodzenie w festiwal światełek, aby nas oszołomić,
rozerwać jakąś głupotą.
Nie dajmy się! Wolność i rozum to dary od Pana Boga.
On nas do tego stopnia pokochał, że tu do nas przyszedł. No a któż nas
pokona, jeśli sam Pan Bóg jest z nami w domu. O tutaj, w tej szopce.
Wesołych Świąt!
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 51/2009
Stanisław Michalkiewicz
Występek składa hołdy
"Najsmutniejsza rzecz - karawaniarza twarz, pełna śmiechu beczka, to
Autobus nasz". Tak kończyła się sztandarowa piosenka kabaretu "Wesoły Autobus",
którego humory za pierwszej komuny transmitowane były za pośrednictwem
Polskiego Radia. Za komuny bowiem to partia decydowała, co jest wesołe,
a co smutne, ewentualnie - nawet najsmutniejsze. Teraz też decyduje, z
tą różnicą, że swoich opinii nie wyraża już bezpośrednio, tylko za pośrednictwem
autorytetów moralnych.
A właśnie okazało się, że najsmutniejszą rzeczą jest dzisiaj
wykańczanie autorytetów. Barbarzyńcy oraz rekordziści prymitywizmu moralnego
tak się zapamiętali w swojej zatwardziałości, że zupełnie przestali mieć
wzgląd na osoby. Już nie wystarcza im wyciąganie kompromatów na generała
Jaruzelskiego, chociaż ten bohater narodowy nazbierał już tyle liści bobkowych
do wieńca sławy, że mógłby nimi z powodzeniem wytapetować sobie łysinę
i powoli przygotowywać się do roli santo subito - to jeszcze targnęli się
na świetlaną postać pana senatora Krzysztofa Piesiewicza, chociaż służył
on i w porozumieniu Centrum, i w Ruchu Stu, i w Akcji Wyborczej Solidarność,
i w Bloku Senat 2001, i w Platformie Obywatelskiej, słowem - na każdym
posterunku, na którym został postawiony. Kiedy jednak luksusowe damy ("widzę,
że pan senator wzywa na raz po kilka dam") przebrały go w damską sukienkę
i sfilmowały, jak wciąga nosem sproszkowane lekarstwo, a potem szantażowały,
to zamiast pryncypialnie potępić szantażystki, szubrawcy ci opublikowali
zdjęcia przebranego senatora w brukowcu. Na widok takiego spostponowania
autorytetu, za panem senatorem Piesiewiczem murem stanęli nie tylko koledzy
senatorowie ("do czego doszło - żeby szlachtę przed sądy pozywały chłopy!"),
ale również - przodujący w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i
politycznym reprezentanci polskiego dziennikarstwa, nie mówiąc już o Salonie.
A gdzie Salon ("ubi Petrus, ibi Ecclesia"), tam i Jego Ekscelencja abp
Józef Życiński, który sposób potraktowania "dramatu Krzysztofa Piesiewicza"
przyjął "z bólem i szokiem". Arlecchino miał oczywiście na myśli to, że
publikacja w brukowcu podważyła reputację pana senatora, który, jako zatwierdzony
autorytet moralny, nie powinien w ogóle podlegać osądowi profanów, a co
najwyżej - parów Rzeczypospolitej. "Hipokryzja jest hołdem, jaki występek
składa cnocie" - twierdził Franciszek książę de La Rochefoucauld. Jego
Ekscelencja już od lat nikomu nie pozwala wyprzedzić się w tych hołdach,
ale bo też trudno inaczej, kiedy autorytety co i rusz mobilizowane są do
dawania odporu - jak nie przez oficerów prowadzących, to znowu przez obediencje
i tak w kółko Macieju. Wprawdzie w tej sytuacji niektórzy zastanawiają
się, czy duchowej opiece Ekscelencji można powierzyć nawet duszę od żelazka,
ale wiadomo, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził.
Wprawdzie w pierwszym odruchu senator Piesiewicz bezmyślnie zrzekł
się immunitetu i nawet senacka komisja skłaniała się do przyjęcia tego
do wiadomości, ale gdy prokurator krajowy oświadczył, że wkrótce "usłyszy"
on zarzuty, oparte w dodatku na "twardych dowodach", koledzy senatorowie
pośpieszyli z odsieczą, że kto to widział, by odbierać senatorowi immunitet
na podstawie publikacji prasowych. W tej sytuacji na konferencji prasowej
pan Kwiatkowski, który stanowisko ministra sprawiedliwości odziedziczył
po Andrzeju Czumie, oświadczył, że tę sprawę zastrzegł sobie do osobistego
komentowania, po czym dodał, że z uwagi na dobro śledztwa żadnych komentarzy
nie będzie. Inni jednak nie byli tak powściągliwi i przodująca w pracy
operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym pani red. Monika Olejnik
podczas audycji z udziałem posła Ryszarda Kalisza ustaliła, że pan senator
Piesiewicz musiał paść ofiarą "pigułki gwałtu", po której człowiek, jak
wiadomo, w ogóle nie wie, co wyprawia. Jeśli tak, to ta "pigułka gwałtu"
musiała mieć niezwykle przedłużone działanie, bo senator podobno zapłacił
szantażystkom aż pół miliona. Ano - daj Boże każdemu - oczywiście nie szantażystów,
tylko - ma się rozumieć - pół miliona!
Ale, skoro już jest taki rozkaz, że sprawczynią całego zamieszania
była "pigułka gwałtu", to senatoru Piesiewiczu włos z głowy spaść nie może
("czas zmienić politykę rolną lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno!"), chociaż
poseł Palikot od razu go potępił, ku autentycznemu zaskoczeniu tą zuchwałością
nieutulonego w żalu posła Schetyny. Ale od kiedy posłu Palikotu niezależne
media przestały już wytykać biednych studentów, emerytów i nieboszczyków,
to poseł Schetyna może być zaskakiwany coraz częściej. Wygląda bowiem na
to, że w łonie razwiedki musiały wystąpić jakieś drobne nieporozumienia,
a senator Piesiewicz miał tego pecha, że ze swoimi luksusowymi damami-szantażystkami
znalazł się wśród ostrzy potężnych szermierzy. Czy to na tle pogróżek zimnego
ruskiego czekisty Putina, który 1 września na Westerplatte odgrażał się,
że Rosja gotowa jest na zasadzie wzajemności udostępnić polskim badaczom
swoje archiwa, czy może na tle zbliżających się wyborów prezydenckich -
trudno na razie zgadnąć, a przecież nawet ta alternatywa nie wyklucza się
wzajemnie, bo przecież ruscy szachiści są tak samo żywotnie zainteresowani
w prawidłowym wyniku tubylczych wyborów prezydenckich, jak Nasza Złota
Pani Aniela. Nawiasem mówiąc, z incydentu z panem senatorem Piesiewiczem
i szantażystkami postanowiło skorzystać mnóstwo ludzi.
Okazało się, że Polska jest krajem szantażystów; niektórzy szantażowali
nawet pewnego wojewodę w sprawach biznesowych, ale najwięcej uwzięło się
na porządnych obywateli, których zdjęcia doklejali do pornograficznych
fotografii z małolatami, więc porządni obywatele płacili bez szemrania,
bo skoro premier Tusk postanowił pedofilów kastrować chemicznie, to kto
tam będzie ufał wymiarowi sprawiedliwości? Teraz to co innego; teraz prokuratura,
a zwłaszcza niezawisłe sądy pewnie dostaną rozkaz, żeby w takie zdjęcia
i w ogóle nie tylko nic a nic nie wierzyć, zwłaszcza w sytuacji, gdy na
fotografii będzie jakiś autorytet moralny, albo nawet i prorok mniejszy,
natomiast autorów takich fotomontaży okrutnie i przykładnie karać.
Jakże bowiem inaczej, skoro przecież wiadomo, że autorytet, a nawet i prorok
mniejszy, nigdy nie robi nic złego, a jeśliby nawet przypadkowo coś
i zrobił, to nigdy nie ma nic złego na myśli? Wygląda na to, że "choć złą
sprawę szatan poprze, wszystko się zakończy dobrze", że nie ma tego złego,
co by na dobre nie wyszło i dopiero na tym tle lepiej rozumiemy również
zaangażowanie Jego Ekscelencji.
Wracając zaś do wyborów prezydenckich, to wprawdzie SLD forsuje
kandydaturę posła Jerzego Szmajdzińskiego, ale chyba nie na serio, zwłaszcza
że forsowała ją głównie pani Katarzyna Maria Piekarska, co to do SLD przeszła
z Unii Wolności w następstwie objęcia stanowiska wiceministra spraw wewnętrznych
u Leszka Millera - a nie na przykład przewodniczący Napiernicza... to jest
pardon - oczywiście przewodniczący Napieralski. Taka możliwość rysuje się
tym wyraźniej, że właśnie zgłoszenie swojej kandydatury zapowiedział był
pan dr Andrzej Olechowski. Rzecz jest o tyle zagadkowa, że pan dr Olechowski
pierwotnie liczył na sfinansowanie swojej kampanii przez Stronnictwo Demokratyczne,
którego ówczesny przewodniczący Paweł Piskorski miał w tym celu posprzedawać
liczne nieruchomości, jakimi partia ta dysponuje jeszcze od pierwszej komuny.
Kiedy jednak zdradził się z tym zamiarem, działacze SD, którzy na administrowaniu
tymi nieruchomościami urządzili sobie szczęśliwe życie, nie tylko stanowczo
się temu sprzeciwili, ale nawet pozbawili pana Piskorskiego zaszczytu przewodzenia
tej sławnej partii. Jeśli zatem w tych niesprzyjających okolicznościach
przyrody pan dr Olechowski jednak swoją kandydaturę wystawi, to nieomylny
to znak, iż na swej drodze musiał spotkać hojnego sponsora. Po Warszawie
krążą w związku z tym fałszywe pogłoski, że może to być sam "filantrop",
czyli Jerzy Soros we własnej osobie.
Tego wykluczyć nie można, bo przecież "filantrop", za pośrednictwem
sponsorowanych przez siebie fundacji, penetruje na wylot Węgry i Polskę,
o których prezydent Izraela Szymon Peres wspomniał mimochodem, że je Izrael
"wykupuje" i to pewnie niedrogo - a na sławną "Pomarańczową Rewolucję"
na Ukrainie "filantrop" dał aż 20 milionów dolarów, żeby przecież mieć
jakąś rekompensatę po utracie rosyjskich alimentów. Gdyby te fałszywe pogłoski
jakimści cudem się sprawdziły, to mogłoby znaczyć, że strategiczni partnerzy
podjęli już w naszych sprawach suwerenne decyzje. A któż je lepiej wykona,
jak nie pan dr Andrzej Olechowski, który wśród zalet "fizjologicznych i
innych" ma również i tę, że był tajnym współpracownikiem skawsnego "wywiadu
gospodarczego". Taki kandydat ma duże szanse, kto wie, czy nie większe
od pana prezydenta Kaczyńskiego, chociaż i on robi co może; pali chanukowe
świeczki i słucha opowieści przewodniczącego warszawskiej gminy żydowskiej
pana Kadlcika.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
inż. Jerzy Skoryna
Niemcy i nasi "przyjaciele" poniżają Polskę
Nie ma tygodnia, aby nie pokazały się jakieś paszkwile, "opinie", czy
też "prawdy historyczne", łgarsko poniżające naszą Ojczyznę. Dzisiaj pragnę
pokazać, jak wygląda prawda, biorąc pod uwagę polskie przysłowie i punkt
widzenia: przyganiał kocioł garnkowi, a sam smoli.
Niemcy zarzucają nam, że nie potrafimy organizować się ani administrować.
Otóż właśnie ONI tego nie potrafią dokonać. Polska po 123 latach rozbiorów,
niewoli, zrzucając z siebie kajdany, i po ZWYCIĘSKIEJ wojnie bolszewickiej,
czego Niemcy nigdy dokonać nie potrafili, w ciągu kilku lat potrafiła ZJEDNOCZYĆ
ekonomicznie, politycznie, narodowo i patriotycznie cały Naród Polski.
Dzisiaj, Niemcy po 20 latach zjednoczenia, NIE POTRAFILI zjednoczyć
tych dwóch części państwa i narodu, wschodniego i zachodniego. My, Polacy,
wykazujemy o niebo większe zdolności organizacyjne i administracyjne aniżeli
Niemcy.
Pamiętajmy, że Polska była PIERWSZYM NARODEM, który zrzucił pęta
komunistyczne w 1989 roku, kiedy Niemcy jak tchórze wiali z NRD, i to też
przez teren Polski. NRD chciało nawet wkroczyć swoim wojskiem do Polski,
aby "zaprowadzić porządek" z SOLIDARNOŚCIĄ i pomóc Sowietom.
Niemcy NIE POTRAFILI stworzyć takiej organizacji i oporu, jakim
była SOLIDARNOŚĆ całego Narodu. Niemcy i cały świat chwalili się, że to
właśnie kiedy upadł mur berliński, to rozpadł się komunizm. To jest niesamowite
kłamstwo. Gdyby nie zwycięstwo Polski, rozbicie komunizmu w 1989 roku,
to mur berliński stałby do dnia dzisiejszego, wraz z żelazną kurtyną.
Niemcy chwalą się swoją "odbudową", czego Polska nie była w stanie
zrobić. Tutaj też jest łgarstwo, tak Niemców, jak i naszych "przyjaciół".
Niemcy po II wojnie światowej NIE ZAPŁACILI ani grosza odszkodowań. Dobra
zrabowane w Polsce zostały w Niemczech. Niemcy dostali niesamowicie wielką
pomoc finansową w ciągu wielu lat, aby "pokazać" Sowietom, że na Zachodzie
jest lepiej. Przypomnijmy sobie także darowaną pomoc Berlinowi. Warszawa
nie dostała ani ćwierci grosza i pomimo komunizmu, potrafiła odbudować
się POLSKIMI rękoma. Tego Niemcy nie potrafili uczynić.
U Niemców, co jest ważne, to "befel" - rozkaz. Osioł rozkazuje
krzyczeć "Heil Hitler", to całe baranie bydło tak się darło do ostatniego
dnia wojny. Nie było ŻADNEGO oporu przeciwko Hitlerowi i jego reżymowi.
"Podziemna prasa niemiecka" była drukowana i rozprowadzana, tak w wojsku
niemieckim, jak i w samych Niemczech, przez POLSKĄ AKCJĘ "N"! Zamach na
Hitlera był spowodowany właśnie tym, że brano na serio "opozycję" niemiecką,
której nie było!
Niemcy w swoim charakterze NIE POTRAFIĄ organizować się w ciężkich
warunkach bytu narodowego. To MY, POLACY, mamy lepszy charakter,
zmysł, i to od wieków, dar organizacyjny i umiejętność wykorzystania go.
Niemcy tego nie mają.
Wojsko. Wszędzie, gdzie siły były zrównoważone lub przewaga dla
strony niemieckiej, to Wojsko Polskie, mając podobne uzbrojenie, zawsze
zwyciężało. Sam Hitler i Himmler oraz oficerowie niemieccy, po Powstaniu,
stwierdzili między sobą, że gdyby wojsko niemieckie było takie jak
polskie, to dawno by zwyciężyli Sowietów i pobili aliantów.
To POLSKI WYWIAD potrafił złamać ENIGMĘ, a nie żaden inny. Polska
w lecie 1939 roku dała maszynę naszym aliantom, Francji i Anglii, do rozszyfrowywania
kodów niemieckich. Niemcy do końca wojny byli pewni, że ich ENIGMA nie
może być w żadnym wypadku złamana. To MY, POLACY, byliśmy lepsi od Niemców
i aliantów, potrafiąc złamać ENIGMĘ od samego początku działań wojennych.
Polska NIE OTRZYMAŁA ŻADNEJ POMOCY, podobnej danej Niemcom, Francji
i innym państwom. Pomimo to, zupełnie BEZPODSTAWNIE Wojsko Polskie bierze
udział w wojnie w Afganistanie, Iraku i innych miejscach, gdzie nie mamy
żadnych interesów. Co za to otrzymujemy? NIC, ABSOLUTNIE NIC, nawet pełnych
gwarancji nienaruszalności NASZYCH GRANIC z Niemcami! Wojsko Polskie nie
otrzymało należnego wyekwipowania, podobnego jakie ma wojsko USA. A przecież
obecność Wojska Polskiego na tamtym terenie leży w interesie USA, a nie
Polski. Polska traci ŻYCIA POLSKICH ŻOŁNIERZY, SWOJE DOBRE IMIĘ, jako Naród,
który zawsze walczy o "NASZĄ i WASZĄ WOLNOŚĆ".
Co nam dano za Jałtę? Okupację drugiego barbarzyńskiego państwa
i utratę naszych ziem wschodnich. Teraz nawet nie dają nam ekwipunku i
musimy za wszystko płacić z kieszeni naszych POLSKICH podatników. To jest
wyzysk, a władze niby to "polskie" na to pozwalają, ze szkodą dla Narodu
Polskiego.
Niemcy i inni popierali PRL, reżym, który był NARZUCONY, A NIE
DEMOKRATYCZNIE WYBRANY. Przyznano temu narzuconemu okupantowi różne kredyty,
które obecnie Naród Polski NIESŁUSZNIE spłaca. Te kredyty nie były wykorzystane
dla Narodu Polskiego, a tylko barbarzyński system gdzieś je zaprzepaścił.
Polska NIE JEST WINNA i Naród Polski nie ma żadnego obowiązku spłacania
jakichś tam długów, które nie służyły Narodowi Polskiemu!
Polska międzywojenna, BEZ POŻYCZEK CZY POMOCY, potrafiła, jak
żadne inne państwo, wcielić szybki i owocny rytm poprawy ekonomicznej Narodu
i Państwa. Tego Niemcy nie potrafili zrobić.
Nasze miejsce nie jest w bezbożnej UE. Przypomnijmy sobie, tak
jak przed wojna były ruchy KONFEDERACJI WOLNYCH PAŃSTW Europy Środkowej.
Taka konfederacja powstanie, wcześniej czy później, i to będzie prawdziwe
wyzwolenie Europy Środkowej, od Estonii po Grecję. Pierwsze kroki międzypaństwowe
zostały powzięte w czasie wojny, przez rząd RP i Czechosłowacji w Londynie,
gdzie właśnie tam podpisano ugodę konfederacyjną. Więc początek prawny
już został dany.
Obelgi rzucane przeciwko Polsce jako Narodowi, który nie potrafi
zorganizować się, rządzić, iść do przodu, są pozbawione wszelkiej podstawy.
Żaden naród nie potrafił stworzyć PODZIEMNEGO PAŃSTWA ANI RUCHU SOLIDARNOŚCI.
Tylko MY, POLACY, potrafimy to zrobić, właśnie dzięki naszym talentom organizacyjnym,
patriotycznym i administracyjnym. MY JESTEŚMY PRZYKŁADEM DLA INNYCH, A
NIE INNI DLA NAS!
Popatrzmy się na nasz i innych historię. Absolutyzm królów był
prawdziwą dyktaturą. W Polsce król nie był absolutnym władcą. Były dawane
przywileje, które ukracały władzę królewską, i były to rządy parlamentarne.
W jakim kraju, w ówczesnych epokach, można było spotkać podobne wolności
jak w Polsce? Żaden kraj europejski czy z innego kontynentu nie miał takich
swobód jak w Polsce. Demokracja była już w życiu państwowym, dużo wcześniej,
aniżeli w ogóle powstała taka idea rządzenia krajem w Europie. To określono
jako jeden z negatywów polskich, nazywając "głupim romantyzmem".
Właśnie dzięki temu romantyzmowi PRZETRWAŁ NARÓD POLSKI i jego
wiara do dnia dzisiejszego.
My jesteśmy dumni z naszej historii, cech narodowych. Nie byliśmy narodem,
który zniewalał innych, zakładając kolonie zamorskie, wyzyskując inne narody
dla swego, niby to "postępu"É
Na koniec obserwacje co do niemieckiej moralności i patriotyzmu.
W czasie Powstania miałem okazję widzieć, jak wojskowi "wyższego"
narodu, BEZ POTRZEBY poniżali się wobec nas, nie szanując swojej narodowości,
swego wojska ani narodu. Aż wstręt brał, widząc takie DOBROWOLNE poniżanie
się wobec AK, walczącego z nimi i szanującego Konwencję genewską. To jest
trudne do zrozumienia. Myśmy też byli w niewoli, lecz zawsze z dumnie podniesionym
czołem i wiarą w zwycięstwo. Tego Niemcy nie okazywali.
Koniec wojny. Znajdując się w Niemczech po wyjściu z obozu jenieckiego,
zaczęliśmy otrzymywać konserwy, czekoladę, papierosy, kawę itp. Zaczęły
przychodzić panie "z towarzystwa" niemieckiego, żony OFICERÓW, zapraszając
nas do siebie na "zabawę" z nią, i często zÉ CÓRKAMI, zaÉ fusy od kawy
lub jakąś konserwę.
Tego w Polsce NIE BYŁO! Do tego jest zdolny tylko "wyższy" naród
niemiecki, hołdujący dyktaturom i "befel"É
Niemcy i nasi "przyjaciele", jak i inne wrogie czynniki chcą
poniżyć Naród Polski. Ich wypowiedzi poniżają właśnie ich samych, pokazując
publicznie swoją niewiedzę, ignorancję historyczną, jak i bezbożne, dyktatorskie
chęci rządzenia Polską, jako "ziemią obiecaną", i całym światem!...
Głośmy CIĄGLE i WSZĘDZIE PRAWDĘ O NASZEJ OJCZYŹNIE ORAZ
NASZEJ HISTORII!
inż. Jerzy Skoryna
Meksyk
Izabela Embalo
Zagraniczni studenci mogą imigrować
W zeszłym roku rząd Kanady wprowadził nowe korzystne prawo pozwalające
na imigrację osobom na kontrakcie pracy w Kanadzie oraz zagranicznym studentom.
Nowość na kanadyjskim rynku imigracyjnym nazywa się "klasa doświadczonych"
(EXPERIENCED CLASS).
A zatem osoby, które ukończyły kanadyjskie uczelnie czy studia
zawodowe, mają prawo ubiegania się o stały pobyt. Oczywiście muszą być
spełnione wymogi dotyczące szkoły i programu, prawo federalne wymaga, by
studiować w Kanadzie przynajmniej dwa lata i odbyć roczny staż zawodowy.
Statystyki podają, że około 130.000 studentów cudzoziemców przybywa
każdego roku do Kanady w celu rozpoczęcia nauki. Kanada jest dla wielu
atrakcyjnym krajem edukacyjnym - poziom nauki jest wysoki i studia są relatywnie
tańsze od na przykład studiowania w Anglii. Jednocześnie studia w Kanadzie
ułatwiają, a w niektórych wypadkach, umożliwiają stałą imigrację, czyli
otrzymanie stałej rezydencji.
Myślę, że dla wielu polskich obywateli program dla zagranicznych
studentów jest naprawdę dobrą ofertą rządu kanadyjskiego po zakończeniu
edukacji.
Wielu kandydatom na imigrację do Kanady niekiedy brakuje zaledwie
kilku punktów za brak płynnej znajomości języka angielskiego czy posiadania
bliskiej rodziny w Kanadzie, ewentualnie oferty pracy zatwierdzonej przez
kanadyjski urząd pracy.
Obecnie kandydaci, pomimo zdobycia wymaganych punktów, mogą być
zdyskwalifikowani tylko dlatego, że nie posiadają atrakcyjnego dla Kanady
zawodu czy umiejętności. Minister imigracji opublikował listę 38 kwalifikujących
się zawodów.
Kanadyjskie studia nie tylko otwierają drogę do pobytu stałego,
stają się w świetle nowego prawa także dobrą inwestycją w przyszłość. Program
dla studentów zagranicznych nie powinien być jedynie drogą uzyskania pobytu
stałego, raczej możliwością zdobycia najpierw dobrej kanadyjskiej edukacji,
w świetle przepisów imigracyjnych. Możliwość osiedlenia się w Kanadzie
dla absolwentów-cudzoziemców jest jednak wielkim bonusem, zachęcającym
do skorzystania z tej możliwości imigracyjnej.
Warto dodać, że prowincje posiadają oddzielne, niekiedy korzystniejsze
programy dla studentów cudzoziemców, na przykład w Albercie można się starać
o program pobytowy prowincyjny już po odbyciu 6 miesięcy stażu, czyli pół
roku szybciej niż w programie federalnym-ogólnokrajowym. Niektóre prowincje
wymagają tylko jednorocznej nauki w Kanadzie, by się zakwalifikować.
Studenci z Polski czy innych krajów świata, studiując w Kanadzie,
szlifują angielski, zdobywają kanadyjskie dyplomy i uprawnienia zawodowe,
w dodatku mają prawo do LEGALNEGO ZATRUDNIENIA W TRAKCIE NAUKI I PO ZAKOŃCZENIU
NAUKI, a co z tym się wiąże, zdobywają KANADYJSKIE DOŚWIADCZENIE, bez którego
trudno jest znaleźć pracę w tym kraju.
Warto jeszcze dodać, że partnerom studentów zagranicznych (współmałżonek/konkubent)
przysługuje prawnie otwarte prawo pracy, co jest dodatkowym bardzo korzystnym
ułatwieniem dla wielu emigracyjnych rodzin.
Poprzednio rodziny były rozłączone - teraz mogą razem podjąć
decyzję o studiowaniu i pracowaniu w Kanadzie.
Jeśli rozważają Państwo opcję wizy studenckiej, proszę pamiętać,
że nie wszystkie uczelnie mają uprawnienia do sprowadzania studentów, nie
wszystkie programy pozwalają na otrzymanie prawa pracy dla partnera lub
samego studiującego.
***
Osoby zainteresowane emigracją do Kanady - pobytem stałym, studiami,
zatrudnieniem, sponsorowaniem bliskich - prosimy o kontakt z naszym biurem:
tel. 416-820-9576,
mail: Emiz@live.ca,
WWW.EMIGRACJAKANADA.NET.
Przyjmujemy siedem dni w tygodniu, także wieczorami. Nasi klienci
są konsultowani i reprezentowani przez kanadyjskiego licencjonowanego adwokata.
Izabela Embalo
Toronto
Mercedes dla pani Kaczmarek!
Piotr Hoffmann:
Maćku, w ostatnią niedzielę wasz DomatorTEAM miał losowanie samochodu
- tym razem był to mercedes B200. Czy mógłbyś przypomnieć nam, od kiedy
robicie losowanie samochodu i jak przebiegało losowanie w tym roku?
Maciek Czapliński:
W tym roku było to już 13. losowanie samochodu. Dotychczas był
to samochód honda civic fundowany przez nasz rodzinny team, czyli Agnieszkę,
Kasię i mnie. W tym roku po raz pierwszy samochód był fundowany przez cały
domatorTEAM - czyli oprócz naszej trójki - Iwonę Jach, Dorotę Szapowałow,
Katarzynę Ras-Basistę, Annę Koba, Iwonę Nowysz oraz Geoff Fraser. Tak się
składa w biznesie, że dobre pomysły są zwykle kopiowane przez konkurencję
i inna firma też zaczęła oferować samochód, ale my mamy tę satysfakcję,
że byliśmy pierwsi.
Nasze doroczne party miało jak zwykle miejsce w Restauracji "Fregata"
i miało charakter uroczystego obiadu, w czasie którego zabawiał gości kabaret
"Pod Bańką". Magda Papierz oraz Wojtek Gawenda wywoływali salwy śmiechu
pomimo atmosfery oczekiwania na finałowe losowanie. Warto tu dodać, że
Kabaret "Pod Bańką" będzie miał szansą zabawiać polską publiczność w czasie
zimowej olimpiady w Vancouverze!
By brać udział w losowaniu, należy pojawić się na naszej imprezie
wraz z ważnym zaproszeniem. Każdy zaproszony osobiście wrzuca swój kupon
lub kupony do bębna losującego (każda transakcja daje jeden kupon). Jak
już wszystkie losy są w bębnie, zaczynamy pierwszy etap. Polega on na wylosowaniu
3 razy po 3 losy. Te 9 losów jest zwykle losowane przez licznych zaproszonych
gości i sponsorów nagród pocieszenia. Następnie te 9 losów trafia ponownie
opróżnionego bębna losującego i zaczyna się drugi etap. Pierwszy
wyciągnięty los to jest ten, co pierwszy odpada i otrzymuje nagrodę pocieszenia.
Wyeliminowana osoba - ma szansę w ramach "rewanżu" wyciągnąć następny odpadający
los. Tak się dzieje, dopóki w bębnie nie pozostanie ostatni zwycięski los.
Tak jak wspomniałem, wszyscy eliminowani z puli finałowej otrzymują nagrody
pocieszenia. Oczywiście każdy na sali ma nadzieję, że to jego nazwisko
zostanie wyczytane, gdy otwieramy ostatni los. W tym roku - los uśmiechnął
się do pani Bernadetty Kaczmarek, a w puli finałowej byli również: Małgorzata
i Andrzej Szamotulski, Monika i Andrzej Bojczuk, Urszula i Józef Lesnik,
Lilianna i Tomek Skolyszewski, Danuta i Sławek Litwiński, Anna i Agata
Olech, Stanisława i Józef Iwach oraz Ewa i Robert Brzostek.
Chciałbym jeszcze wspomnieć o dalszym przebiegu imprezy oraz
naszych sponsorach. Otóż oprócz głównych wygranych zawsze mamy dużą liczbę
nagród pocieszenia, które są na zakończenie losowane z puli tych losów,
które nie zakwalifikowały się do drugiego etapu losowania. W tym roku mieliśmy
łączne do rozlosowania około 40 nagród. Ufundowane one były przez:
domatorTEAM, biuro prawnicze Edwarda Nakona, Joannę Lang z TD Canada (mortgage
broker), Barbarę Pilecką z TD Canada (mortgage broker), Sławka Musiała
z ClearView Mortgages Inc, Leszka Dziadeckiego z Advantage Group od Financing,
Michała Nawrota (mortgage broker), Rafała Tyszlera (home inspector), Zbyszka
Świderskiego (Pegaz) - wszystkim bardzo serdecznie dziękujemy.
Warto również wspomnieć o pomocy ze strony firmy Mercedes-Benz
Canada. Otóż tak zwany "corporate store" na Mavis i HWY401 był reprezentowany
przez Roy Milicevic, który zajechał do "Fregaty" z fasonem nowym modelem
B200, a Terry Macheras (sales manager) był bardzo pomocny w organizacji
wszystkich spraw formalnych.
Fot.: Peter Bacler
Jerzy Rosa
Toyota RAV4 z naszego Woodstock
Rozpoczęcie przed równo rokiem produkcji najmniejszych SUV-ów Toyoty
w naszym ontaryjskim Woodstock było niezwykle szczęśliwym wydarzeniem dla
tej niewielkiej miejscowości, gdzie nie ma innych zakładów pracy oprócz
japońskiej montowni. Teraz, przed samymi świętami Bożego Narodzenia, z
Woodstock nadeszła następna dobra nowina - Toyota zamierza wzmożyć produkcję
i w związku z tym otwiera drugą zmianę - spowoduje to zwiększenie zatrudnienia
o 800 osób...
Niezwykłe ożywienie w Woodstock spowodowane jest wzrostem sprzedaży
RAV4 na rynku amerykańskim - w listopadzie sprzedano tam tych wozów o 35
procent więcej niż przed rokiem (w 2008 roku nastąpiło załamanie gospodarki
USA - sprzedaż RAV4 spadła wówczas do poziomu 137 020 sztuk, gdy wcześniej
oscylowała w pobliżu 170 000 samochodów rocznie). Wszystkie samochody tam
upłynnione wyprodukowane są właśnie w Woodstock. Natychmiast zapadły więc
decyzje, by zwiększyć produkcję do 150 tysięcy sztuk rocznie, by uniknąć
kosztownego importu z Japonii, gdzie istnieją dwie montownie: Tahara i
Ubu w prefekturze Aichi.
Zwiększenie zatrudnienia o 800 osób poprawi statystykę i w istotny
sposób zasili gospodarkę Ontario - praca na taśmie w Toyocie jest nieźle
wynagradzana - na początek osoba pracująca w tej japońskiej montowni samochodów
zarabia 16 dolarów na godzinę.
Mały osobowy truck Toyoty jest najlepiej sprzedającym się SUV-em
tej firmy w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Po raz pierwszy RAV4 pojawił
się w naszym kraju w 1996 roku - dwa lata po premierze w Japonii i Europie.
Jest jedynym kompaktowym wozem tej klasy - Toyota bowiem znana jest z produkcji
dużych, osadzonych na prawdziwej ramie terenowych wozów, takich jak 4 runner
i FJ cruiser - kompaktowy RAV4 natomiast wykorzystuje platformę podłogową
osobowej corolli, nie jest więc typowym przedstawicielem off-roadowym,
ale od kilkunastu lat znajduje nabywców wśród miłośników okazjonalnych
wypadów za miasto - w interiorze radzi bowiem sobie nadspodziewanie dobrze,
choć nietrudno się przekonać, że najlepiej czuje się na asfalcie.
RAV4 od swych narodzin nieustannie rośnie - w każdej generacji
dodawano mu centymetrów i mocy, dlatego w swym ostatnim wcieleniu sporo
odbiega od pierwowzoru: ma teraz 460 cm długości (w pierwszej wersji: 416
cm) i 181 cm szerokości (169 cm).
Na ten sezon Toyota oferuje model RAV4 z kilkoma modyfikacjami.
Główne różnice to nieco zmieniona stylistyka oraz nowy 2,5-litrowy silnik,
który zastąpił znaną jednostkę o pojemności 2,4 litra.
Nowa 2,5 "czwórka" generuje moc 179 koni mechanicznych przy 6000
obr./min. Maksymalny moment obrotowy wynosi 172 lb-ft i jest osiągany już
przy 4000 obr./min. Wraz z silnikiem dostępny jest nowy 4-biegowy automat.
Toyota RAV4 na rok 2009 emituje także mniej dwutlenku węgla do
atmosfery (dla modelu 4x2 jest to kolejno: 22 mpg (miasto) i 28 mpg (autostrada),
natomiast model 4x4 może pochwalić się wartościami 21 mpg (miasto) oraz
27 mpg (autostrada). Nowy model jest również oferowany z 3,5-litrową jednostką
w układzie V i mocy 269 KM.
Zmiany stylistyczne odmłodzonego RAV4 są niewielkie. Zastosowano
nowy grill, zmieniono kształt przedniego zderzaka, zastosowano nowe lampy
przeciwmgielne oraz przeprojektowano tylne reflektory. Wszystkie wersje
z wyjątkiem modelu 4WD z jednostką V6 mogą pochwalić się także nowym tylnym
zderzakiem. Już podstawowa bazowa odmiana jeździ na 17-calowych felgach.
Wszystkie zmodernizowane RAV4 wyposażone są w aktywne zagłówki
oraz immobilizer. Nowością są opcjonalne kamery, dzięki którym kierowca
widzi, co dzieje się za samochodem. Jest to możliwe tylko w wersjach sport
i limited. Tak samo jest z nawigacją, która nie jest dostępna w wersji
bazowej. Satelitarne radio to kolejna nowość, którą posiada nowa uterenowiona
toyota.
W Kanadzie oferowane są trzy modele RAV4: bazowy, sport i limited.
Najtańsza wersja z napędem na przednią oś oraz standardowym automatem kosztuje
24 345 dolarów. Najlepiej wyposażony limited ze skórzanymi fotelami, 4WD
i V6 ma cenę 36 990 dolarów - jest więc w czym wybierać.
Jerzy Rosa
Mississauga
Andrzej Kumor
Nieustająca radość Bożego Narodzenia
Zaczynają dochodzić pierwsze znane odgłosy, sączą się pierwsze kosmyki
światła... Otwieram oczy. Żyję. Żyję kolejny dzień, ależ to jest - kurczę
pieczone - cud.
W tym całym pustym kosmosie, w tej olbrzymiej przestrzeni,
po której w całkowitej ciszy kwanty latają w tę i we w tę, jestem ja. Zaistniałem.
Mam swój moment. Kolorowy, nasączony dźwiękami świat stał się moim udziałem.
Zbudowany jestem z jego elementów, coś tam bulgoce; pasożyty,
bakterie, wirusy, pleśń i grzyby wszystko to po mnie i we mnie łazi, tworząc
materialną formę trwania.
Ale to nie cały "ja" i nie ten główny ja. Poza tym jest
jeszcze moja świadomość. Myślę, zastanawiam się, przypominam, dziwię. Jestem.
Jestem. Jestem. Jestem. Teraz jestem.
Co to znaczy? Przede wszystkim to znaczy, że może mnie nie być.
To podstawowy fakt mojego trwania, że ono przemija. Jakże to wielki dar,
że zaistniałem. Że jednym boskim "fiat" wyłoniłem się z nicości. Ot, tak
z niczego. A każda sekunda istnienia jest lepsza od nieistnienia.
Ten cud powinien być podstawą porannej modlitwy o brzasku.
Niczym nie zasłużyłem sobie na istnienie, a jestem. Dostałem je na wyrost,
jak prezent.
Nie wiedzieć dlaczego, dlaczego właśnie tutaj i właśnie teraz?
Dlaczego nie pięć minut później i dwadzieścia metrów dalej?
Nie ja o tym zdecydowałem.
Tyle wiem na oczy i zdrowy rozum, resztę wiem na wiarę.
Na wiarę w istnienie, którego JESTEM nie jest w żaden sposób
uwarunkowane, gdyż JEST, KTÓRE JEST.
Zazwyczaj przed świętami Bożego Narodzenia wiele mówimy o serdeczności
dla innych, o rodzinnym cieple, przyjaźni, podawaniu ręki słabszym i okazywaniu
ludzkiej solidarności. Ale przecież jest ten większy, poważniejszy wymiar
Świąt. Jest tajemnica zawarta we wcieleniu; w przyjściu Boga na Świat,
Syna Człowieczego.
Tyloma rzeczami zajmujemy się przed świętami, tyloma bezsensownymi
rzeczami będziemy się zajmować w same Święta, ale przecież świętowanie
nie może się obejść bez tej refleksji, bez myślenia o tym, co w czasie
świąt Bożego Narodzenia się wydarza. Bez wypełnienia treścią tych wszystkich
pięknych zwyczajów, bez chwili namysłu, kim jesteśmy, dokąd idziemy, i
bez tej głębokiej wdzięczności za wszystkie niesamowite dary, jakie mamy
od Boga na co dzień.
Dzielmy się nimi bez umiaru, bo w ten sposób będziemy ich mieli
więcej. Dzielmy się radością życia, optymizmem, dzielmy się naszą
wiarą jak opłatkiem, to jest chleb, który potrafi nakarmić nawet tych wiszących
na krawędzi duchowej śmierci głodowej.
Podnośmy się wzajemnie, podpierajmy w chwilach zwątpienia, zasklepiania
w małości, przypominajmy innym, kim są. Łatwo zapomnieć, łatwo przestać
sią cieszyć, łatwo koncentrować się na głupotach, a to, że nie mamy dla
kogoś prezentu, a to, że mogą zwolnić z pracy, albo że nie będzie za co
spłacać pożyczek, że... znajomi mają, a my nie mamy.
Człowiek tak często, zamiast być Bogu wdzięczny za każdą sekundę,
traci czas własnego życia na tak niegodne, banalne rzeczy, że aż się przykro
robi. A to przecież sam Pan Bóg ląduje nam zaraz obok, przychodząc
zwyczajnie jak wszyscy - jako niemowlak. Po co?
To jest dopiero pytanie...
Podzielmy się ze wszystkimi radością tych Świąt. Niech jej nic
nie mąci. W życiu nie ma bowiem nieszczęść, jest tylko droga duszy. Nieszczęściem
może być jedynie odrzucenie życia, przekształcenie swego losu w wegetację.
Jesteśmy wolni, możemy w swej głupocie zrobić, co nam się zamami. Świętujmy
więc, bo jest po temu czas, a przede wszystkim otwórzmy drzwi temu, który
przychodzi, bo w ten sposób otworzymy również drzwi sobie, On właśnie po
to przychodzi, byśmy potrafili przekroczyć próg codzienności, zabiegania,
zatroskania o bzdury, byśmy zobaczyli co ważne.
My, słabi, zatkani różnymi żądzami, zapętleni w sytuacjach, które
wydają się być bez wyjścia, zaślepieni, śmieszni w swojej pysze i próżności.
Mówiąc strasznym językiem gier wideo, otwarcie drzwi Bogu przychodzącemu
na świat jest jak przejście na wyższy poziom, przez to łatwiej przygotować
się do kolejnego.
Żyjemy tutaj tylko czas jakiś, nie wiemy, kiedy będziemy wychodzić,
jednak z całą pewnością wiemy, że tutaj się nie zostaje. I w tym sensie
Chrystus, który przychodzi jako człowiek, przychodzi, żeby nas zabrać.
I jeszcze jedno. Nie bójmy się mówić wszem wobec, czym są nasze
święta, bo nie chodzi w nich ani o prezenty, ani o choinkę, nie dajmy się
zgłuszyć barbarzyńcom. Z wiarą jest jak z ciążą, albo jest, albo
nie ma.
A gdy jest... Gdy jest, to są Święta!
Andrzej Kumor
Mississauga
TEKSTY: ARCHIWUM 27
KONTAKT:
tel. 905-629- 9738
fax 905-629-9764
e-mail: redakcja@goniec.net
|