Goniec

Register Login

piątek, 15 czerwiec 2018 13:40

„Oczko misiu się odkleiło”

Napisał

„Oczko misiu się odkleiło” – tak w filmie Barei komentowano pewien incydent. Tymczasem różne gazety tabloidowe krajowe i zagraniczne używały sobie ostatnio na premierze Kanady Justinie Trudeau w związku z rzekomym odklejeniem brwi podczas konferencji prasowej. Wychodziłoby na to, że premier nasz na pewne okazje wizerunkowe zakłada sobie bardziej krzaczaste brwi „męskie”, a pod nimi ma takie przerzedzone, mało stanowcze, które trudno mu marszczyć. Justin Trudeau nie tyle więc jest premierem Kanady, lecz gra rolę premiera – z lepszym lub gorszym skutkiem, w Indiach na pewno z gorszym...

Podczas konferencji prasowej po szczycie G-7 zdecydował się na stanowczość, co nie przypadło do gustu prezydentowi Stanów Zjednoczonych. Trump stwierdził, że Trudeau jest jak dziecko i przy starszych mówi co innego, a pyskuje, dopiero jak odejdzie na bezpieczną odległość. Wtedy wyżali się i obszczeka.

Nie ma w tym nic dziwnego, po prostu nasz premier raz gra jedną rolę, a raz występuje w innej.

Niestety, nie zawsze dobre aktorstwo szefa kanadyjskiego rządu może nas bezpośrednio dotyczyć. Bo „nielubienie” Kanady w Waszyngtonie przekłada się wprost na gorsze pozycje negocjacyjne. Kanada nie ma wiele możliwości manewru w stosunkach z USA; jesteśmy podpięci do tego misia niezależnie od tego, czy nam się to podoba, czy nie. Nasz potencjał wojskowy i ekonomiczny w porównaniu z amerykańskim jest nieduży. Trudno nam też pozwolić sobie na lewarowanie amerykańskich wpływów zwracaniem się ku Pacyfikowi, Rosji czy Unii, ponieważ amerykańscy koledzy kontrolują w tym kraju praktycznie wszystko. Możemy ugrać tyle, na ile nam pozwolą z własnej wygody. No, niestety.

A więc, jeśli chce się dla Kanady coś ugrać, to sensownymi negocjacjami, a nie pozami. Bo niestety za groźnymi minami nie stoją konkretne atuty. Wychodzi więc śmiesznie, a nie groźnie. Tymczasem na rynku wewnętrznym owe pozy premiera podpompowały kanadyjskie ego. Z drugiej strony, warto zauważyć, że Trudeau podpadł ostatnio krytyką Izraela, więc możliwe, że ktoś postanowił skrócić mu smyczkę. W maju apelował przecież o przeprowadzenie niezależnego dochodzenia w sprawie użycia przez Izrael „nadmiernej siły” wobec protestujących Palestyńczyków, ostrzeliwanych przez żydowskich snajperów… I to również wbrew amerykańskiemu – zawsze proizraelskiemu – stanowisku.

***

Niebieska fala przeszła przez Ontario i premier Doug Ford będzie mógł pokazać, co potrafi. Szczęśliwie zastosował znany w polityce manewr, który daje mu więcej przestrzeni decyzyjnej; mianowicie zlecił kontrolę finansów prowincji. Podobno są one w o wiele gorszym stanie, niż ujawniali rządzący liberałowie. A więc, w momencie, kiedy okaże się (a z pewnością się okaże), że finanse są tragiczne, wtedy część obietnic nie będzie mogła być spełniona, a przynajmniej nie od razu. Jakoś trzeba sobie z deficytem poradzić, zwłaszcza że nie wygląda na to, byśmy mieli przed sobą jakiś rekordowy wzrost gospodarczy. Będzie więc trzeba „podejmować trudne decyzje”. Na początek Doug Ford mógłby jednak coś dla nas zrobić – na przykład reformę nauczania seksualnego w szkołach. Zobaczymy, czy Ford okaże się politykiem z ikrą, czy też będzie nową fasadą tych samych sił co zawsze. W każdym razie, można się cieszyć, że nie zostaliśmy mięsem armatnim politycznych eksperymentów NDP. A to już plus.

W nowej legislaturze Ontario zasiądą dwie młode Polki z drugiego pokolenia, Kinga Surma i Natalia Kusendova. Gratulujemy i trzymamy kciuki, by nie były tylko figurantami z tylnych ławek.

Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany piątek, 15 czerwiec 2018 22:57
piątek, 15 czerwiec 2018 13:22

Byłem w Polsce (10)

Napisane przez

Braniecki1918 01Wielu podróżnych miało ze sobą przedziwny bagaż. Jakieś tłumoki związane sznurkiem, czasem walizki, albo co było najpopularniejsze – teczki! A w tych teczkach... Bóg jedyny wiedział!...

– Pani podrzuci mi teczkę – tam stoi!

A teczka stała jak przymurowana. Nawet dwóch rąk było za mało, aby ją ruszyć z miejsca!

– A co pan tam ma, na miłość boską? Kamienie?

– Iiii tam, kamienie! Motor wiozę, ale on lekuchny – jaki tam ciężki?

Ktoś tam pomógł, popchnął i motor w teczce podawano ponad głowami. No więc gdy silnik paki zaskoczył, łańcuchy na kołach trzymały i tylne drzwiczki były zatrzaśnięte, auto ruszało. Drogi odśnieżano we własnym zakresie, ale większość mijanych wiosek nie miała żadnego sprzętu, więc PKS-owska paka przebijała się przez zasypaną drogę „par force”.

W środku, ciaśniuteńko stłoczeni ludzie rozluźniali się po emocjach wsiadania i startu. Większość wyciągała jakoś papierosy i zaczynała przypalanie.

Wyciąganie zmiętej paczki żeglarzy, sportów czy giewontów to była operacja, która wymagała zespołowego działania.

– Pan wyjmie mi cygara – mówił ktoś, kogo pozycja nie pozwalała na sięgnięcie do własnej kieszeni. „Cygara” to były papierosy.

Podawano sobie zapalonego już papierosa prosto z ust, żuto prymki, spluwano w zagłębienie dłoni, czasem ktoś wpychał pół papierosa w lufkę. Zdarzało się, że palący wydmuchiwał dym prosto w twarz przyciśniętego do niego, a ten, nie mogąc z powodu ścisku ruszyć głową, wdychiwał go i czuł się tak, jakby sam palił. Można powiedzieć, że tanio mu wychodziło, bo nie musiał kupować, a mógł się napalić do syta!

Paka parła do przodu, osuwając się czasem na jakiejś większej zaspie, przechylając raz w jedną, a raz w drugą, co powodowało przesuwanie się ludzkiego ładunku, który zachowywał się jak jedna, zwarta bryła. Siły prące tej bryły powodowały, że ludzie czuli miażdżenie i wyciskanie powietrza z płuc. Zdarzały się też przyduszone krzyki lub piski kobiet, które bały się wręcz o swoje życie.

Niby żartowano, niby coś tam przepraszano, ale i tak nikt nic nie mógł zrobić i pod tym względem było bezpieczniej niż, powiedzmy, w warszawskim tramwaju w letni dzień, gdy w ścisku dochodziło do rzeczy, o których dziewczyny wstydziły się wtedy mówić, bo tak były wychowywane, żeby „o tym nie mówić, bo to na pewno twoja wina!”. Ej, nawet teraz trudno mi o tym spokojnie pisać!

W każdym razie, w tamtych zamierzchłych czasach – chociaż daleko nie „świętych” – może trochę bardziej szanowano kobiety. Na dowód tego, nie gubiąc przy tym toku opowiadania, powiem tylko tyle, że w czasie jednego letniego kursu zdarzył się pewien przypadek. Po metalowej drabince wchodziła do środka samochodu-paki młoda, wiejska dziewczyna w szerokiej spódnicy. Wiatr zawiał, ktoś coś zauważył i w czekający tłumek poszła elektryzująca wieść, że dziewczyna jest bez majtek. Docinki i kąśliwe żarty wywołały u dziewczyny płacz. W tym momencie konduktor wrzasnął na tłum z taką wściekłością, że żarty umilkły jak nożem uciął.

– Bydło! Żeby ktoś czasem waszych córek tak nie sponiewierał!!!

To pamiętam. Pamiętam słowa, które padły, i pamiętam ciszę. Jakaś starsza kobieta objęła dziewczynę ramieniem, a chłopi siedzieli cicho i udawali, że patrzą w inną stronę.

Wracam do tej zimowej jazdy PKS-em. Otóż kurs był do Przemyśla przez Dubiecko, Nienadową i Krzywczę.

Jak to się mówiło, „lecieliśmy” na Przemyśl.

Do Dubiecka jeździliśmy, albo chodziliśmy, od czasu do czasu, bo moja mama miała tam dwie dobre znajome, a właściwie kuzynki, które jako niedobitki przedwojennej klasy posiadającej, cierpiały w zrujnowanym pałacu piszczącą biedę. Owdowiałe siostry. Mężowie zginęli w czasie wojny, a one zostały same.

Władza ludowa wydzieliła im tam skromniuteńkie mieszkanko i żyły z ogródka i wyprzedaży dawnych bibelotów. Resztę pałacu przydzielono jakiejś fabryce.

Mama jeździła do nich na pogadanie, powspominanie, trochę popłakanie, ale głównie przywoziła jakąś pomoc, bo wszystkim wtedy było ciężko i ludzie wspierali się jak mogli i czym mogli.

Tak więc drogę do Dubiecka znałem i jak do tej pory wszystko było dobrze, ale jeśli chodzi o tę dalszą, w kierunku Krasiczyna i w końcu upragnionego Przemyśla, to rzecz się komplikowała, bo „paka” musiała pokonać niebywałą przeszkodę, która zimową porą mogła być naprawdę śmiertelna.

Oto tuż koło wsi Krzywcza droga wspinała się trzema stromymi zakrętami na szczyt wzniesienia. To była Góra Krzywiecka. Nawet w lecie ciężarówki wyły tam jak torturowane. Silniki grzały się „do czerwoności”, spotniały kierowca zaciskał ręce do białości, a w pace panowała taka cisza jak w kościele w czasie podniesienia. Zdarzało się, że dochodziło tam do dramatycznych chwil, które w kilku przypadkach skończyły się tragediami. Tak było w lecie. W zimie zaś horror łączył się z thrillerem i nie wiadomo czym jeszcze, bo naprawdę ryzyko było ogromne. Mówię o tym nawet dziś, z perspektywy wielu lat za kierownicą.

„Paka” była przeładowana, droga zawalona śniegiem, stromizna straszna, a już najgorsze były zakręty. Pamiętam tę drogę do dziś. To było tylko raz, ale pamiętam.

Truck trzeszczał, wył, łańcuchy orały śnieg, a ludzie mówili głośno „Pod Twoją obronę”. Czasem, ale tylko czasem dawał się słyszeć jakiś przyduszony jęk czy szloch, ale poza słowami modlitwy słychać tylko było ciężkie oddechy. Co się działo w szoferce, nie wiedzieliśmy, bo paka była odgrodzona, ale oczyma wyobraźni widziałem skuloną nad kierownicą postać kierowcy w kożuchu, który zaciska ręce na kółku i wdeptuje gaz do oporu. Dużo później dowiedziałem się, że te trucki miały blokadę tylnej osi, która mogła być dużą pomocą, ale wtedy ani o tym nie wiedziałem, a nawet gdybym wiedział, to nie wiem, czyby mnie to uspokoiło. Drżałem jak osikowy liść.

W końcu wjechaliśmy. Uważałem to za kompletny cud i wynik modlitw, co chyba nie było dalekie od prawdy, bo wszyscy czuliśmy, że śmierć musnęła nas swoim oddechem.

Strasznie odbiegłem od toku mojego opowiadania o Polsce 2017/18 roku i naszych wycieczek z Warszawy w różne rejony Polski! Już wracam!

Właściwie cały czas podczas naszych wizyt w Polsce mieliśmy dobre warunki jazdy. Pogoda była ładna, drogi suche i nawet w zimie wyszliśmy jakoś obronną ręką. Ale było zimno, a w Krakowie i Zakopanem wręcz przenikliwie. Podobnie było w Sudetach i przy minusowej temperaturze nie zdecydowaliśmy się wchodzić na Śnieżkę. Mówię naturalnie o naszych jesienno-zimowych pobytach, podczas których cały czas walczyliśmy przy porządkowaniu i opróżnianiu domu, wizytowaliśmy mamę i od czasu do czasu wyjeżdżaliśmy w krótkie trasy, żeby oczyścić głowy z myśli i niepokojów.

W czasie tych rajdów widzieliśmy – szczególnie na Mazurach – ludzi z koszykami, którzy sprzedawali grzyby. Było ich tak wielu, że zaczynałem się o nich martwić, czy je sprzedadzą. Jak się okazało, całkiem niepotrzebnie, bo przejeżdżające samochody zatrzymywały się i widziałem, że biznes kwitnie.

Oprócz grzybiarzy były jeszcze dziewczyny i na jednym odcinku w Poznańskiem stało ich tyle, że w tym przypadku faktycznie byłem poważnie zaniepokojony, czy wszystkie znajdą chętnych. Mimo pozornego zastoju w interesie wyglądały na odprężone, w miarę świeże i w dobrych humorach.

Niektóre rozmawiały przez telefony, niektóre machały do przejeżdżających, a jeszcze inne na widok zbliżającego się trucka obracały się do niego tyłem i pochylały głęboko, poprawiając coś przy szpilkach. Przypomniały mi się widoki z kanadyjskich i amerykańskich truck stopów, na których widywało się tlenione blondyny siedzące w oświetlonych wnętrzach aut albo przechadzające się rozkołysanym krokiem po parkingu. Były takie, które pukały do trucków z pytaniem, czy nie potrzeba „towarzystwa”. Słyszało się je też na CB, gdy próbowały umówić klienta. Zastanawiałem się czasami, jak bardzo trzeba być zdesperowanym, żeby korzystać z ich usług, no ale każdy ma swój pogląd na te sprawy i nie mnie o tym sądzić.

A prócz tego przy polskich drogach stoją zajazdy! I jest ich wiele! Zajazdy, gospody, karczmy, „obiady jak u mamy”, hotele itd. I wszędzie dają dobrze zjeść. Inna rzecz, że jadłospisy pełne są niebotycznie udziwnionych nazw najzwyklejszych dań, ale taka jest moda w wielu krajach. Nic nie może być nazwane normalnie. Tak jakby egzotycznie brzmiąca nazwa miała przyciągnąć większą liczbę gości. I może tak właśnie jest!

Inna rzecz, że czasami zupełnie nie wiedziałem, o co chodzi, jakkolwiek podziwiałem pomysłowość w wymyślaniu nazw.

„Polędwiczki z daniela, marynowane w zalewie z leśnych borówek z miodem podbite rozetą ziemniaków i ogórków na sosie”... itd., itp.

Trudno było wyczuć bluesa, ale sprawa i tak mnie nie dotyczyła, bo ja zawsze brałem flaki albo kapuśniak plus obowiązkowy schabowy z kartoflami i zasmażaną kapustą. To było moje pożywienie i tym się syciłem! Koniec kropka!

To, że z tym polskim jedzeniem trzeba uważać, przekonałem się bardzo szybko wtedy, gdy stanąłem na wagę. Zapewniano mnie jednak, że to normalne i absolutnie nie ma się czym przejmować (!). Z wielką przyjemnością i ulgą poszedłem za tą radą.

Zatrzymywaliśmy się więc w tych przydrożnych przybytkach jedzeniowych na lunche i obiady i nigdy nie byłem rozczarowany!

Wypad do Krakowa przedłużył się o wycieczkę do Zakopanego i jeszcze dalej, przez Łysą Polanę i kawałek Słowacji do Krynicy! Droga prowadziła wśród gór, zawsze pięknych i czystych – takich jak wtedy, gdy jako młody człowiek chodziłem po nich z plecakiem. Mówię tu nie tyle o Tatrach, bo żadnym taternikiem nie byłem, ale raczej o Beskidzie Sądeckim czy Beskidach w ogóle, które znałem dość dobrze.

Inna rzecz, że każde beskidzkie pasmo ma swój niepowtarzalny charakter i urok. Nawet ktoś, kto po nich nigdy nie chodził, prawie od razu zauważy różnicę pomiędzy różnymi pasmami. Beskid Sądecki, Niski, Śląski, Gorce czy Bieszczady – każde z nich jest inne.

Jeszcze będąc w Zakopanem, nie sądziliśmy, że pojedziemy dalej. Wszystko przez brak czasu, bo przecież nie przyjechaliśmy do Polski dla jakichś turystycznych przyjemności, tylko do chorej mamy i likwidacji domu. Miałem więc pewne wyrzuty sumienia, że każda chwila spędzona poza Warszawą i naszymi obowiązkami jest jakimś nadużyciem czy egoizmem, ale dzwoniliśmy do Domu Opieki i w ten, trochę pokrętny i hipokrytyczny sposób uspokajaliśmy poczucie winy.

Marcin Braniecki

nazarukOMIZ tego pierwszego pobytu taką historię wam powiem, bo ona znowu pokazuje, jak Duch Boży do mnie przemówił. Jest styczeń, to jest dopiero miesiąc mojego pobytu w Kanadzie. Najpierw wylądowałem w Edmonton, tam są dwie polskie parafie. Ja należałem nie do polskiej grupy, tylko francuskojęzycznej, tak zwana Prowincja Grande, ale że nie znałem języka angielskiego na tyle, żeby pracować, to dali mnie tamci oblaci francusko-angielskojęzyczni do polskiej parafii w Edmonton, gdzie miałem się uczyć angielskiego. Obok Edmonton jest miejscowość St. Albert, prawie łącząca się z nim, gdzie jest na cmentarzu około 300 oblatów pochowanych, misjonarzy wielkich, wśród nich ci pionierzy polscy, bracia i księża, którzy już pracowali przed wojną. Między innymi tam leży brat Kowalczyk.

Na drugi dzień po wylądowaniu w Edmonton, styczeń, bardzo zimna pogoda, ja z różami idę na grób brata Kowalczyka, a tam patrzę, pełno kwiatów, nie tylko ja. Zawsze na jego grobie jest pełno kwiatów i świece się świecą. Mówię, bracie, tutaj twój zmiennik przyjechał, weź mnie pod opiekę, bo wiesz, nie wiem, co mnie tu czeka, a ty już wiesz. I jest jednym z moich wspaniałych opiekunów mojej duszy i patronów, do którego codziennie się modlę od tamtego czasu. Byłem dwa tygodnie w polskiej parafii, jedzie przełożony mój prowincjał już tamtejszy, na północ, daleką północ, nad Wielkie Jezioro Niewolników, gdzie już dwóch polskich oblatów pracowało, bo pojechali przede mną młodzi. To jest potężna przestrzeń. Diecezja Mackenzie jest wielkości całej Europy, chyba największa diecezja na świecie. Miejscowość od miejscowości to 300, 400, 500 kilometrów. Tam przed wojną pracował ojciec Leon Mokwa. To ten, o którym mówiłem, że się nie zdziwi już niczym, a się zdziwił w wieku 70 lat. Zdziwił się, kiedy jego kolega, oblat, współbrat, wywinął numerek z odejściem. I on tam pracował, człowiek, który ponad 60 lat pracował na misji, poznał masę języków. Dowiedziałem się, że jestem przeznaczony do pracy wśród Psich Boków, bo radny prowincyjny stamtąd był, bardzo wpływowy, i biskup, też oblat, potrzebował kilku misjonarzy i nasz przełożony powiedział, że tam docelowo będzie 6 oblatów pracowało. Już było dwóch, mieli być następni. Miałem z jeszcze jednym być, ale ten drugi zrezygnował. I on mówi – jedziemy na północ. No to jedziemy na północ. Nie miałem o tym pojęcia, trochę wiedziałem, czytałem, ale nic nie wiedziałem o dalekiej północy. 1300 kilometrów jechaliśmy samochodem, a potem jeszcze 300 kilometrów samolotem.

Zajeżdżamy do miejscowości Rae-Edzo, to jest taka stolica, główna misja, Indian Psich Boków. Jest ciekawa historia ich, ale to pominę. Jedni z najbardziej moralnie wysoko postawionych Indian. Indianie są z natury bardzo religijni i to mogą powiedzieć – nigdy nie spotkałem ani jednego Indianina czy Eskimosa, który by powiedział, że nie wierzy w Boga. Dla nich to jest taki absurd, że nie mieści się w głowie. Mówią, że to jest niemożliwe, że trzeba być wyjątkowo głupim i ślepym, żeby coś takiego powiedzieć, że się nie wierzy w Boga. Jak można nie wierzyć w Boga, coś, co jest najbardziej oczywiste na świecie! O Bogu mówi wszystko, powietrze, słońce, księżyc, każdy ptak. Ta modlitwa, którą czytałem, każdy kamień, każdy liść poruszony mówi o wielkości Boga.

Pojechaliśmy. Tam pracuje taki Francuz, który właśnie się wystarał o nas, o Polaków. On tam nie zawsze bywa. I w niedzielę ogłoszono, że przyjedzie ojciec Johnson, prowincjał, i przyjedzie polski ksiądz. Dlaczego pojechaliśmy na daleką północ do tej misji? Ponieważ jakiś czas wcześniej tam był Jan Paweł II.

Najpierw nie mógł dojechać, bo była mgła, a potem obiecał, że dojedzie, i przyjechał jeszcze raz. I oni prosili o misjonarzy, bo kiedyś był taki czas, kiedy było około 150 oblatów na ten teren diecezji Mackenzie i ze 200 sióstr zakonnych. To wielka historia. Kiedy ja tam dotarłem, było 30 kapłanów i może ze 20 sióstr zakonnych. Zmniejszyło się, a ludzi przybywało, bo na dalekiej północy są złoża złota, ropy wielkie, diamentów ogromne, innych. Tam jadą ludzie, nie tylko Indianie mieszkają, ale biali też. Więc przybywa ludzi, a coraz mniej jest misjonarzy. Nie ma powołań wśród Indian, nie chcą księża jechać nawet tam daleko. Ci starzy weterani wymierają albo już się wycofują, bo nie mogą pracować, dlatego nas proszono, Polaków, żebyśmy przyjechali. Ja tam się znajduję, jest pierwsza msza. Taką długą historię chciałem opowiedzieć, żeby pokazać coś, co mnie dotknęło. Pierwsze spotkanie z Indianami. To jest fajne, bo lądujemy w Yellowknife – nazwa od Indian Żółte Noże – ja sobie wyobrażam, daleka północ, z samolotu wysiądziemy, to Indianie, Eskimosi, futra itd. Otwierają się drzwi, pierwszy człowiek, jakiego zobaczyłem po otwarciu drzwi, to był Murzyn, autentycznie. Ja myślałem, że samolot został uprowadzony (śmiech). Podjechała drabinka i drzwi się otwierają, my z ojcem Johnsonem wychodzimy, patrzę, na dole stoi Murzyn, czarny jakby wszystkie światła zgasły.

Mówię do ojca Johnsona – czy myśmy w Afryce wylądowali? A on mówi nie, to jest kanadyjska północ. Ale żeby śmieszniej było, to ten Murzyn przyjechał po nas. Okazało się, że diakon, który przyjechał z Afryki, Kenijczyk, chciał pracować wśród Eskimosów. I on przyjechał samochodem biskupa po nas. To był dla mnie niesamowity szok spotkania z daleką północą.

Drugie, może nie szokujące, ale bardzo pouczające dotknięcie Ducha Świętego. Msza Święta, jestem przedstawiony ludziom. Wielu ludzi było, bo dowiedzieli się, że Johnson przyjedzie, a znali go, bo był kierownikiem pielgrzymek. Wiedzieli, że przyjedzie z Polski misjonarz, a już mieli dwóch. Psie Boki mieszkają w pięciu miejscowościach w promieniu ponad 400 kilometrów. Oni w niedzielę wsiadają w samolot – bo jest jeden misjonarz i może być tylko w jednej miejscowości – i po 200 – 300 kilometrów lecą, żeby być na mszy. Wyobrażacie sobie to? Tak kochają, żeby być u spowiedzi, u komunii, lecą samolotem.

Czasami zostają potem na kilka dni w tej miejscowości, bo to są powiązania, relacje rodzinne też. Ale żeby na mszy być, lecą samolotami. Dowiedziałem się, że będę z tym Francuzem, we dwójkę będziemy obsługiwali pięć miejscowości w promieniu 400 kilometrów, więc będą mieli w wioskach księdza częściej niż dwa – trzy razy w roku. Zostałem przedstawiony, kończy się Msza Święta, mówi do mnie ten Francuz, który nas tam sprowadził – a teraz będzie szpaler, idź tam, bo wszyscy chcą cię przywitać. To poszedłem. Do kościoła wejdzie jakieś 300 – 400 ludzi, a na mszy było około tysiąca. W tej miejscowości mieszka około 800 ludzi, ale na msze przyjeżdża więcej, jak wiedzą, że będzie ksiądz. To dla nas niespotykane. Wyobraź sobie, że najbliższy ksiądz jest w Szczecinie, pojedziesz w niedzielę, żeby być na mszy? Tak kochasz Jezusa, żeby być u komunii, żeby jechać 300 – 400 kilometrów samochodem czy samolotem? Ja porównuję, ale oczywiście to inne warunki.

Idę, każdy mi podaje rękę, niesamowite wrażenie. Zimno mnie przechodzi, bo podaję rękę, kobiety troszeczkę się uśmiechają, a mężczyźni to kurczę, jakby byli zamarznięci, jakby na K2 weszli i zamarzli. Takie pogody są tam, gdzie pracowałem, jak na tym szczycie, 40, 50, 60 stopni przy powiewie wiatru, taka pogoda, ale to nie szczyty, można żyć – oni żyją i są szczęśliwi. I idę, każdy podaje mi rękę, bo oni skanują, że tak powiem po naszemu. Oni, podając rękę, nie oszukasz ich, sposób, w jaki podajesz rękę, po dotknięciu ręki, sposobie spojrzenia, oni powiedzą wszystko o tobie. Nie pomylą się, czy jesteś uczciwy, po co przyjechałeś. Na samym końcu jest kobieta, o kulach, Indianka, staruszka, pochylona, i stoi. Podchodzę do niej, sporo ludzi na zewnątrz stało, ona ostatnia. Ładna pogoda, 15 – 20 stopni to jest cieplutko, bo to jest inny klimat, jest sucho, więc się nie czuje. Mróz robi swoje, ale się tego nie czuje. Zimno się czuje przez wilgotność, a nie przez temperaturę, co też jest zdradliwe. Indianka chwyciła za rękę, pocałowała mnie, nie dlatego że taki młody i taki przystojny z Polski – to było trochę lat temu, trochę młodszy byłem, to był styczeń 1991 roku – i trzyma mnie za rękę, ktoś to tłumaczy, ja na tyle, ile po angielsku mówiłem, a ona w swoim języku, a ona mówi – tak Bóg do mnie przemówił przez tę Indiankę – dziękujemy, że przyjechałeś, zostań z nami.

Mówię, zostanę, tylko muszę jechać do miasta, a potem wrócę. Nie, nie odjeżdżaj, zostań, bo jak pojedziesz do miasta, to zostaniesz z bogatymi, co mają pieniądze, w mieście. Zobaczyłeś nas biednych, to już do naszej biedy nie wrócisz. Ja mówię, że nie przyjechałem po pieniądze, bo pieniądze i dobre życie były też w Polsce. Przyjechałem Ewangelię głosić, tak myślałem. A ona mówi – już niejeden tu był, co mówił, że przyjechał Ewangelię głosić, ale zobaczył biedę, pojechał i nie wrócił. Mówię, że muszę pojechać do miasta, nauczyć się dobrze języka, trochę podszkolić się, wrócę i będę z wami może do końca życia. A ona mi mówi, my twojej mądrości nie potrzebujemy, bo mamy swoją. My twojego angielskiego nie potrzebujemy, bo mamy swój język, piękny, który nam dał, a mądrość, którą mamy, zostaniesz, to poznasz, nauczymy cię. Bo, jak mówi, z Bogiem rozmawiamy i Boga słuchamy, to jesteśmy wtedy mądrzy i wszystko wiemy. Jak przestajemy z Bogiem rozmawiać i Boga słuchać, wszyscy robimy się głupi. I to jest ta mądrość. Proste? Proste. Zostań, nie mądrości od ciebie oczekujemy i nie języka oczekujemy. Oczekujemy jednego, żebyś nas pokochał i modlił się z nami i za nas. Bo, mówi, jak ksiądz jest, to dobrze się dzieje wśród nas i dobrze żyjemy, bo jak ksiądz jest, to jest komu nam Boże słowo przeczytać i wytłumaczyć. Jak jest ksiądz, to jest msza i jest komu Pana Jezusa dać, jak ksiądz jest, to jest komu grzechy przebaczyć. Wtedy jest ciepło i dobrze żyjemy. Ale jak księdza nie ma, i długo nie ma, to nie ma komunii, nie ma kto nam grzechów przebaczyć i nie ma kto nam słowa Bożego przekazać. I wtedy jest zimno. I jak długo nie jesteśmy u spowiedzi i u komunii, to zaczynamy się żreć jak zwierzęta. Pokochaj nas, żyj z nami, żebyśmy wiedzieli, że Bóg mieszka wśród nas i Bóg troszczy się o nas. Bądź znakiem Boga dla nas.

Mówię do dzisiaj, że nigdy piękniejszego kazania nie usłyszałem, jak to, co ta Indianka powiedziała. Te słowa słyszę codziennie. Bądź znakiem. To, co ona powiedziała do mnie jako o kapłanie, to tyczy się nas wszystkich, jako chrześcijan, żeby być znakiem Boga, uczeń Chrystusa, chrześcijanin, znakiem Boga, żeby drugi człowiek odchodził po spotkaniu lepszy, a nie gorszy z nami. Tego oczekuję. I pięknie streściła Ewangelię, mądrość, jest ciepło, bo jest Jezus. Jak jest ksiądz, to jest msza – wartość mszy, wartość spowiedzi, wartość słowa Bożego jednym zdaniem. My gadamy kazania długie, po tydzień na rekolekcjach, i nie umiemy ująć w jednym zdaniu jak ona. Ale to Duch Święty przemówił przez nią. Widziałem tę mądrość Indian, doświadczyłem. Dużo by opowiadać o tej historii, to jest za dużo. Jest wiele takich historii, dwa lata byłem na północy indiańskiej i myślałem, że więcej czasu tam będę. Język poznałem, lepiej mi się mówiło po indiańsku niż po angielsku, bo codziennie była msza po indiańsku, a angielska tylko raz w tygodniu, którą odprawiałem z tym Francuzem. Potem jeździłem do różnych wiosek, niesamowite doświadczenia, piękne historie poznawania tych ludzi.

piątek, 15 czerwiec 2018 13:11

Zmierzch Amerykańskiego Imperium

Napisane przez

czekajewskiDziennikarze i politycy lubią porównywać Stany Zjednoczone do Imperium Rzymskiego, i pokój, jaki na początku naszej ery gwarantował Rzym i jego armie, zwany, po łacinie, Pax Romana. Natomiast dzisiaj pokój, jaki gwarantują Stany Zjednoczone, lubią nazywać, przez analogię, „Pax Americana”. Pokój rzymski trwał tak długo, jak długo trwało Imperium Rzymskie, czyli od roku 27 przed Chrystusem do roku 1453 po urodzeniu Chrystusa, kiedy to Turcy otomańscy podbili Konstantynopol dzisiaj zwany Istambułem. W tym okresie istniały dwa imperia, zachodnie z siedzibą w Rzymie, które istniało do roku 476 po Chrystusie, i Imperium Bizantyjskie z siedzibą w Konstantynopolu, dzisiaj Istambule. W sumie Imperium Rzymskie i Bizantyjskie zarządzały Europą Zachodnią, Afryką Północną i Małą Azją przez około 1500 lat. Wiele książek napisano na temat, dlaczego Imperium Rzymskie i Bizantyjskie upadło, ale jedną wspólną cechą, która spowodowała upadek tego polityczno-wojskowego i kulturalnego tworu, było, że imperium rozrosło się ponad możliwość strawienia rozległych zdobyczy w postaci ludzi o różnych kulturach i językach mieszkających w odległych krajach, których nie było możliwości kontrolowania z centrali. Trzeba się z tym faktem pogodzić i starać się trzeba, aby zmierzch Imperium Amerykańskiego był bezbolesny, czyli nie skutkiem wielkiej wyniszczającej wojny lub domowej rewolucji na skalę Rosji w roku 1917, czy też zdarzeń, jakie miejsce przy upadku Rzymu i Konstantynopola.

Na gruzach Imperium Rzymsko-Bizantyjskiego zaczęły powstawać inne imperia. Ograniczmy się do tych, które przyczyniły się do europejskich wojen, które pamiętają nasi dziadkowie i my sami, czyli do wieku dziewiętnastego i dwudziestego. Było to Imperium Angielskie, Francuskie, Rosyjskie i Amerykańskie zwane USA. Rozpad Imperium Rosyjskiego zaczął się jeszcze przed pierwszą wojną światową, pogłębił się w czasie wojny, ale na kilkadziesiąt lat jego życie zostało przedłużone przez wynalazek nowej religii zwanej marksizmem-leninizmem i stworzeniem z Rosji carów zlepek zwany ZSRS (Związkiem Socjalistycznych Republik Sowieckich). Jak było do przewidzenia, zlepek ten funkcjonował tylko 80 lat i Rosja się skurczyła ponownie, aczkolwiek jej olbrzymie posiadłości azjatyckie i północne (Syberia) zostały nietknięte. Stany Zjednoczone od czasów pierwszej wojny światowej rosły w siłę, a szczególnie dostały zawrotu głowy w momencie załamania się sowieckiego systemu w roku 1989, zapoczątkowanego w Polsce przez ruch Solidarność. Politycy amerykańscy zaczęli wierzyć, że amerykański system zarządzania oparty na dwóch partiach politycznych, zasadniczo niewiele różniących się między sobą, jest powodem wielkości Ameryki, czyli USA. Nie zauważali jednak albo udawali, że nie widzą, że potęga naszego kraju ulega stopniowej erozji.

 

Stopniowa erozja potęgi amerykańskiej

Po drugiej wojnie światowej tylko dwie potęgi zostały warte zainteresowania. USA i ZSRS. Obydwie miały wbudowany w ich systemy polityczno-ekonomiczne bombę zegarową, coś w rodzaju początków nowotworu. W wypadku ZSRS nowotworem tym był system marksistowsko-leninowski, traktowany jako religia sowieckiego systemu. USA natomiast opierały swój system na ekspansji ekonomicznej i militarnej, popieranej od czasu do czasu wojną poprzez pośredników. Do bezpośredniego konfliktu między mocarstwami nie doszło z powodu śmiertelnego zagrożenia bombami jądrowymi, którymi dysponowali obydwaj szermierze, jeden demokratyczny, drugi komunistyczny. W miarę upływu czasu, jak można było przewidzieć, system komunistyczny, a raczej marksistowsko-leninowski, upadł i można powiedzieć, że wycofał się z pola walki, a raczej z konkurencji o władzę nad światem, zostawiając pole bitwy, czyli resztę świata, Amerykanom. Sukcesem tym zachłysnęły się pewne grupy polityczne w Ameryce, tak zwani neo-konserwatyści, którzy zaczęli głosić teorię, że wiek następny, czyli wiek 2100, jest wiekiem amerykańskim. Taka mocarstwowa megalomania podobała się wielu Amerykanom, którzy wolą nie pamiętać o wojnie w Wietnamie i Afganistanie. Czyli dzisiaj mamy taką sytuację, jaką mamy. Na politycznym horyzoncie nie ma człowieka, który by odważyłby się powiedzieć Amerykanom: „Trzeba żyć z pracy, nie z pożyczek, bo jesteśmy bankrutami”. Był jeden taki, nazywał się Ron Paul, który mówił podobnie, kandydował na prezydenta, ale go wyśmiano.

 

Przegrana wojna w Wietnamie i jej konsekwencje

Wedle mnie, USA dały się nabrać na iluzję, jaką roztaczali sowieccy marksiści, o wyższości systemu „socjalistycznego” nad kapitalistycznym. Ta iluzja była przeznaczona do użytku wewnętrznego, do otumanienia sowieckich mas, a nie dla amerykańskich polityków, którzy uwierzyli w „teorię domino”, że gdy raz jakiś kraj zostanie zarażony komunizmem, ten już jest na zawsze stracony dla demokracji. Gdyby USA nie dawały się wciągnąć w wojnę w Wietnamie i kolejne wojny w krajach „Trzeciego Świata”, finanse amerykańskie byłyby dużo zdrowsze niż dzisiaj.

Dla Amerykanów wojna w Wietnamie skończyła się 15 sierpnia 1973 roku, trwała 20 lat i kosztowała około 57 tysięcy zabitych Amerykanów, 2 milionów zabitych cywilnych Wietnamczyków i 1,3 miliona zabitych wietnamskich żołnierzy. Ekonomicznie licząc wedle wartości dolara z roku 2011, wojna w Wietnamie kosztowała USA około 1 tryliona dolarów. USA przegrały tę wojnę na trzech frontach, na froncie wojskowym, domowym i ekonomicznym. Pod koniec wojny społeczeństwo amerykańskie, szczególnie młodzież, było na progu rewolucji z powodu niekończącej się wojny, która nie miała poparcia społecznego. Ludzie przestali wierzyć w „teorię domina”. W końcu prezydent Nixon zrozumiał, że dalsze utrzymanie powszechnego poboru do wojska jest niemożliwe, zakończył obowiązkowy pobór 15 sierpnia 1971 roku. Tego samego dnia prezydent Nixon zakończył wymienialność dolara na złoto, nie będąc w stanie spłacać długów zaciągniętych na prowadzenie wojny w złocie. Od tego momentu dolar stał się tak zwaną walutą opartą na zaufaniu do rządu i systemu amerykańskiego, a nie na rzeczywistej wartości. Powstała możliwość nieskrępowanego druku pieniędzy w celu finansowania braków budżetowych związanych z następnymi wojnami. Ta możliwość stała się powszechna i nawet ubrano ją w nową nazwę: „Financial Easing”, czyli łatwość finansowania.

 

Dolar rezerwowy podtrzymuje imperialne ambicje

Od przegranej wojny w Wietnamie, zapał do dalszych wojen w odległych krajach zniknął na 20 lat, aż do wojny w Afganistanie, która trwa do dzisiaj, czyli 17 lat, i jej koszt jest porównywalny do wojny wietnamskiej, czyli ponad 1 trylion dolarów.

Kontynuacja wojny w Afganistanie jest możliwa z powodu zlikwidowania obowiązkowego poboru do wojska i zastąpienia go lepiej opłacanymi ochotnikami albo bardzo dobrze opłacanymi żołnierzami kontraktowymi. „Wynalazek” dolara jako waluty rezerwowej zezwala na dalsze finansowanie tej wojny, jak i szeregu innych wojen na Bliskim Wschodzie, w Iraku i Libii oraz utrzymanie baz amerykańskich w 140 krajach. Co najważniejsze, „dolar rezerwowy” tak długo, jak nie jest używany w obrocie wewnętrznym w USA, nie powoduje inflacji, jaka miała miejsce w Niemczech po pierwszej wojnie światowej, a dzisiaj w Wenezueli. Trzeba przyznać, że nie wszystkie pożyczone pieniądze idą w USA na wojsko. Z uwagi na pozbycie się miejscowego przemysłu, co spowodowało stały deficyt w handlu zagranicznym USA, od roku 1984, powstało w USA ukryte bezrobocie i wzrost świadczeń socjalnych dla tej grupy ludzi.

Tego rodzaju metoda utrzymania ładu społecznego ma na dłuższą metę skutki uboczne, jakimi są plaga narkotyków i gangów terroryzujących miasta amerykańskie oraz ponad 10 milionów nielegalnych Meksykanów, podejmujących się pracy, jaką pogardzają urodzeni Amerykanie.

 

Dlaczego jednak żyje się nam tak dobrze, kiedy jest tak źle?

Jednym z nas żyje się bardzo dobrze, innym mniej, ale w porównaniu do krajów Ameryki Południowej czy nawet Chin, stopa życiowa Amerykanów jest większa niż mieszkańców wielu innych krajów. To zjawisko ma miejsce z powodu życia za pożyczone pieniądze. Pieniądze pożyczają nam kraje, które kupują nasze obligacje pożyczkowe, tak zwane Federal Bonds, które wypuszcza rząd amerykański, aby pokryć niedostatki budżetowe. Dlaczego inne kraje kupują te obligacje, które nie mają pokrycia w złocie? Dlatego że jak na razie dolar amerykański stanowi tak zwaną walutę rezerwową, za którą inne kraje mogą kupić sobie ropę naftową, która jest wyceniana w dolarach. Mniejsze kraje, jak Libia i Irak, które chciały w przeszłości podważyć sprzedaż ropy za dolary amerykańskie, doświadczyły bolesnej lekcji i zmuszone zostały do zmiany ich poglądów na temat wyceniania ropy. Dzisiaj jednak sytuacja jest poważniejsza, jako że Chiny, Indie i Rosja zamierzają handlować między sobą we własnych walutach, a podobne intencje ma także Iran. Militarna interwencja w stosunku do Chin i Rosji nie wchodzi w rachubę z powodu ich potencjału nuklearnego. Nikt nie chce wojny nuklearnej, w której nie będzie zwycięzców. Natomiast istnieje jasno widoczna tendencja podważania wartości dolara przez Chiny i Rosję i jeśli im się to uda, to Ameryce będzie groził krach finansowy na miarę roku 1929 albo głębszy.

 

Czas na konkluzję

Mam nadzieję, że ktoś w USA zdaje sobie z tego sprawę i że istnieje w USA plan na możliwość takiej katastrofy finansowej, w której nasze oszczędności znikną z dnia na dzień. Zwykle imperia, którym grozi upadek i wewnętrzna rewolta, uciekają się do wojny, jako argumentu scalającego społeczeństwo. Zastanawiam się, kogo dzisiaj USA mogłyby względnie bezpiecznie zaatakować? Może... Iran? Ciekawe jest, że upadek Imperium ZSRS odbył się stosunkowo bezkonfliktowo. Może warto wyciągnąć z tego wnioski?

Jan Czekajewski
8 czerwca 2018 r.

piątek, 15 czerwiec 2018 13:00

A PROPOS

Napisane przez

ligezaChciałbym być małym chłopcem, kiedy dorosnę. Rzecz jasna, zabawki musiałyby być wtedy dużo większe. Zresztą większą piaskownicą też bym nie wzgardził.

A propos wzgardy. „Muzeum Historii Żydów Polskich prowadzi działania defamacyjne w stosunku do swego głównego fundatora, spotwarzając Polskę” – polskie ulice wraz z polskimi kamienicami powtarzają tę opinię coraz głośniej, coraz powszechniej i coraz częściej. Nie, żeby zaraz z tego powodu ministrom Glińskiemu czy Gowinowi brwi unosiły się w zaskoczeniu. Co to, to nie. Obaj panowie, zresztą nie wiedzieć czemu, zachowują się jak typowi europoidzi, którzy awarię elektrowni atomowej w Fukushimie opisują eufemizmem „chwilowej przerwy w dostawie prądu”. Albo jak ludzie zamknięci na wybiegu dla stada lwów, a mimo to tryskający optymizmem – bo chociaż pora karmienia stada minęła przed tygodniem, to przecież premier Morawiecki obiecał przynieść zwierzętom plasterek boczku. Czy tam dwa. No, ale do zainicjowania zmiany z dobrej na lepszą nie unoszenie brwi wydaje się niezbędne, a właśnie powtarzanie. Więc.

Więc pobiegałem tu i tam, i wiem już na pewno: polonofobiczne działania wspomnianej instytucji rzeczywiście mają miejsce, przy czym zablokować można od ręki, a figury popierające korektę tej działalności odnaleźć nawet wśród reprezentantów samego Muzeum. W tym kontekście zdecydowanie bardziej frapującym od tego, co wspomniana instytucja czyni, jest to, czemu władze nie czynią z Muzeum tego, co tytułem należytej odpłaty za postawę środowiska związanego z Muzeum, dawno z Muzeum uczynić należałoby w polskim interesie.

I teraz kontekst a propos: czemu coraz większą liczbę Polaków oskarża się o antysemityzm? Ponieważ coraz większa liczba Polaków dowiaduje się, czym jest wrodzona, żydowska polonofobia. Którą część Żydów, znaczy tę wrodzoną polonofobię, wysysa wraz z mlekiem swoich matek. Oczywiście o ile dobrze zapamiętałem, co powtarza polska ulica. Ciekawe przy tym, że o Polakach ulice żydowskie mówią dokładnie to samo, tylko odwrotnie: że to my, z mlekiem naszych matek wysysamy, i że wysysamy nie polonofobię, jak oni, a tylko najgorszy antysemityzm. Tu przyznajmy więc bez ogródek: nie w ciemię Żydzi są bici. Nic przecież nie ustawia relacji między narodami właściwiej, niż stosowanie w praktyce zasady wzajemności. A co do meritum, ktoś ujął je celnie trzema zdaniami: „Nie ma czegoś takiego jak antysemici między Polakami. Między Polakami są tylko ludzie lepiej poinformowani od innych. A dziś chyba wszyscy jesteśmy poinformowani całkiem dobrze”.

Brzdęk i balon pękł. Czy tam pęka. Czy dzban. Czy może ucho mu się urywa, temu dzbanu. Czy jakoś podobnie. To bardzo dobry początek, czyli trzymajmy tę linię. Czy tam linę. Czy ten bat.

Balonów ci u nas dostatek, można powiedzieć, czy dzbanów, ale i baty przydają się w wielu okolicznościach. Te zwłaszcza przy dobrym poinformowaniu stają się niezastąpione. Ktoś pamięta relacje z tzw. Czarnych marszów? Czy tam z protestów? „Chodźcie z nami, kobietami!” – powtarzały rytmicznie dziewczyny ze smartfonami, kobiety z parasolkami, staruszki z siatkami. Posłuchałbym. Poszedłbym. Starczyłoby, aby obiecały, że zmądrzeją. W końcu nie wszystkie wyglądały jak Środa Magdalena. Czy tam jak inna jakaś, powiedzmy Szczuka Kazimiera. „Mamy-prawo-dowy-boru” – powtarzały jednakowoż nieszczęsne. Nie rozumiejąc, że mogą wybierać sobie partnera, miejsce, chwilę. To im wolno. I koniec, przecinek, kropka, bat – bo mordować nie wolno i nie jest to bynajmniej kwestia prawa do wyboru.
A propos prawa. Polska Federacja Producentów Żywności oszacowała niedawno, że nawet co piąty kilogram pożywienia kupowanego przez Polaków jest zafałszowany – zarówno jeśli chodzi o producenta, jak o skład. Inspekcja Handlowa najwięcej nieprawidłowości odnotowała w branżach: mięsnej, garmażeryjnej, piekarniczej i cukierniczej. Wychodzi na to, że Polacy samych siebie oszukują na potęgę.

I kolejny przykład uwiądu etycznego, wynikającego z upadku postaw aksjologicznie poprawnych w anomię: od trzech lat Komitet Praw Dziecka ONZ żąda, by specyficznie polski wynalazek, to jest tak zwane „Okna życia”, czym prędzej pozamykać – a to w trosce o „prawo dziecka do tożsamości”, albowiem znajdywane tam maluchy raczej nie mają nawet teoretycznych szans na poznanie swoich biologicznych rodziców. W Polsce mamy ponad 60 takich miejsc, działają od ponad dwunastu lat i dzięki nim uratowano ponad sto noworodków i niemowląt. Ponad sto ludzkich istnień. O czym świadczy lokowanie prawa do życia wyżej niż prawa do tożsamości? Najwyraźniej teraz trzeba będzie te dzieci wyeliminować – w trosce o ich tożsamość. Zastrzykami z fenolu?

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 15 czerwiec 2018 13:01

Ile Żydzi winni Polakom?

Napisane przez

pruszynskiIle Żydzi winni Polakom?

Sprawę długów gmin żydowskich opisał słynny naukowiec, historyk i historiozof profesor Feliks Koneczny w książce „Cywilizacja żydowska”.

Według niego, dla żydowskich gmin było złotym interesem pożyczanie jak najwięcej u zamożniejszych Polaków, aż strunka nareszcie pękła. W roku 1764 komisja sejmowa ustaliła, że długi Żydów wynosiły bajeczną ówcześnie sumę 2,5 miliona złotych. Około półtora miliona przypadło na pretensje duchowieństwa, głównie jezuitów, dominikanów i franciszkanów, a do 1.000.000 na pretensje magnaterii.

Wypożyczone żydowskim gminom pieniądze nigdy nie zostały zwrócone. Po przeliczeniu owych złotych na czyste złoto otrzymujemy 56.270 uncji, dziś kosztującej około 1300 dolarów, czyli 74.276.500 dol. Doliczając do tego tylko 2 proc. składany 250 lat, dostajemy zawrotną sumę i wychodzi, że nie Polacy, a Żydzi są nam moc winni.


Kontrofensywa

Nagonka antypolska chwilowo ucichła. Jedni twierdzą, że Trump wpłynął na Żydów, bo dla niego Polska jest ważna, a ja twierdzę, że „wojna” z Palestyńczykami jest głównym tematem mediów i Żydzi doszli do wniosku, że nie ma teraz co walczyć z Polakami. Ale niech nikt się nie łudzi, że Żydzi nam odpuszczą, bo walka idzie o wielkie pieniądze.

Mym zdaniem, trzeba zakupić 1/3 strony np. w „New York Timesie” czy „Wall Street Journal” i ukazać żydowskie kłamstwa. Zacząłbym od powiedzenia, że media zarzucają, że Polacy są antysemitami i mordowali Żydów w czasie wojny. Więc wytłumaczcie mi, dostojni czytelnicy tej gazety, i zastanówcie się czemu:

Niemcy za pomoc Żydom zamordowali ponad 1400 Polaków, a tylko jednego Francuza?

Muzeum Yad Vashem w Jerozolimie Polakom przyznaje takie same medale za ratowanie Żydów jak Francuzom czy Holendrom, choć za wszelką pomoc Żydom Polaków rozstrzeliwano, a tych drugich tylko wsadzano do więzień?

Najwięcej medali Yad Vashem dotąd przyznał Polakom, 6500, czyli z 20 proc. wszystkich, a nie Francuzom czy Holendrom, gdzie pomoc Żydowi nie była karana śmiercią?

Żydzi twierdzą, że ponoć Polacy masowo kolaborowali z Niemcami w mordowaniu Żydów, choć największa liczba kolaborantów była wśród samych… Żydów?

We wspomnieniach Żydów z okresu holokaustu roi się od opisu haniebnej roli żydowskiej administracji i żydowskiej policji. Autorzy twierdzą, że policja żydowska była znacznie bardziej bestialska niż litewska, łotewska czy ukraińska, które pilnowały gett i niemieckich obozów w okupowanej Polsce. Bez tej pomocy praktycznie nie można było wymordować tylu Żydów?

Emigracyjny Rząd Polski urzędujący w latach 1940–1945 w Londynie dał na pomoc Żydom w okupowanej Polsce 5 mln funtów, równowartość dziś ze 100 mln, a organizacje żydowskie z USA nie dały nawet miliona?

Tylko w okupowanej Polsce była podległa Polskiemu Rządowi na Emigracji i przezeń finansowana Rada Pomocy Żydom?

Tylko 76 księży katolickich i zakonnic polskich dostało dotąd medale z Yad Vashem, a wedle badań przechowywano Żydów i dzieci żydowskie w 388 domach zakonnych, a ponad 100 księży zostało zamordowanych przez Niemców za pomoc Żydom. Jeżeli tylko szefom wspomnianych domów zakonnych przyznano by medale, to księża i zakonnicy mieliby ponad 400 medali, czyli 6 razy więcej?

Czemu Muzeum Yad Vashem nie honoruje zeznań nie-Żydów przy składaniu wniosków o odznaczenie kogoś za ratowanie Żydów?

Warszawski Żydowski Klub Dzieci Holocaustu wydał w 5 tomach historie przeżycia 151 jego członków. Okazuje się, że tylko 11 z nich, czyli 7 proc., zadało sobie fatygę załatwienia swym wybawcom medalu Yad Vashem. Jeśli jest to typowe dla wszystkich ocalałych Żydów, to zamiast 6600 medali Polacy powinni mieć 100.000, czyli prawie 20 razy więcej?

Pytanie, co jeszcze dopisać. Ale kto by pokrył ten koszt, około 50.000? Mógłby to pokryć pan Kobylański, ojciec Rydzyk, Polish Aid Foundation Trust z Londynu, Kongres Polonii Amerykańskiej, ale oni boją się mówić Żydom prawdę, a na władze dzisiejszej RP nie ma co liczyć.


Bez wizy

Podobnie jak kilka lat temu Białoruś, teraz na Mundial Rosja każdemu, kto kupi choć jeden bilet, daje bezwizowy wjazd do kraju oraz zapewnia wolny tranzyt przez Białoruś. Szkoda, że nie pomyślą i nie wprowadzą bezwizowego ruchu na stałe.


Weekend w Mińsku

W okolicy stolicy jest moc dacz, niektóre z 40 km od miasta, małe 10 proc. hektara i większe często ze sporymi domami. Dacze zwykle należą do starszych osób, które z wnukami, jak kończy się rok szkolny, czyli po 1 czerwca, tam biwakują. Teraz zamożniejsi kupują domy na wsi, jak znajoma, która kupiła wiejski dom koło Nieświeża około 120 km od Mińska za 2000 dolarów i tam spędza część wakacji z córą.

Są koło stolicy jeziora zwane Mińskim Morzem, a bliżej, z 10 przystanków od centrum tramwajem, jest Komsomolskie Jezioro, ośrodek wodny. Po procesji na Boże Ciało tam się zjawiłem. Przeważały dziewoje i dopiero wczesnym popołudniem pokazały się rodziny z dziećmi i mężczyźni. Jest też niedawno rozbudowany park koło odremontowanego przyzwoicie z 7 lat temu dworu w Łoszycy, dawnej posiadłości Prószyńskich piszących się przez „ó”. W latach 1922–39 był tam ośrodek sadowniczy i... siedziba wywiadu sowieckiego, ślącego agentów do Polski. Niedawno byłem tam i uśmiałem się, widząc w wejściu swój herb – Rawicz. Ktoś poszukał herbu Prószyńskich i nie orientując się w pisowni, znalazł mój herb, a nie tych Prószyńskich. Tam w weekendy przyjeżdża moc młodzieży na pikniki. Jest na Białorusi słuszny zakaz palenia ognisk, więc kto chce piec popularne szaszłyki, zabiera na piknik metalowy pojemnik, w nim rozpala ogień i tak je piecze.


Wybory z 1989 r.

Rozpisano się na ten temat, ale to nie były wybory, a plebiscyt. Padła komuna, a zdobyli mandaty ci, co mieli fotografie z Lechem, którego mocno popierał Kościół. Podkreślono ostatnio, zwłaszcza na portalach prawicowych, że oddała władze swym… agentom.

Chciałem być w Senacie przedstawicielem Polaków z zagranicy i mym hasłem wyborczym było: czy 4 miliony Polaków nie powinno mieć swego przedstawiciela w Senacie, ale nie zdążyłem zebrać potrzebnych 3000 podpisów. Zasadniczo mogłem uzyskać poparcie Wałęsy, ale wolałem być kandydatem niezależnym.

Dodam, że „świat” był wtedy zadowolony, że w Polsce opozycja miała zagwarantowane 33 proc. miejsc, ale tymczasem w Republice Południowej Afryki zażądano od białych, by wybory były w pełni demokratyczne.


6 czerwca

To dzień wolności podatkowej, czyli czas, kiedy zaczynamy zarabiać na siebie, a nie na wydatki rządowe. Jest to najwcześniejsza data od początku pomiarów rozpoczętych w 1994 r. – poinformowało Centrum im. Adama Smitha.

Aleksander Pruszyński

piątek, 15 czerwiec 2018 06:51

Sprawy ważne i błahe

Napisane przez

michalkiewiczNie ma przypadków, są tylko znaki – mawiał śp. ksiądz Bronisław Bozowski z kościoła Panien Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Toteż wypada – jak wspominał Wojski w „Panu Tadeuszu” – „rozebrać sobie z uwagą” przyczyny, dla których pan prezydent Andrzej Duda ogłosił 15 pytań, na które obywatele mieliby odpowiedzieć w referendum 11 listopada bieżącego roku, akurat w przededniu rozpoczęcia w Rosji rozgrywek o mistrzostwo świata w futbolu? Ponieważ polska drużyna też będzie brała udział w tych rozgrywkach i nawet już wyjechała do Soczi, to w niezależnych mediach, zarówno tych rządowych, jak i tych nierządnych, co to je podejrzewam, iż zostały utworzone przy pomocy pieniędzy ukradzionych przez stare kiejkuty z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, pomstowań na złego ruskiego czekistę Putina, który zagraża miłującemu pokój światu, a zwłaszcza – naszej biednej ojczyźnie – nie ma nawet na lekarstwo. Za to wszyscy się radują, niczym aniołowie w obecności Pana Boga, no i demonstrują niezachwianą pewność ostatecznego zwycięstwa. Bo na czas rozgrywek o mistrzostwo świata w futbolu nastąpiła zmiana kryteriów przy przypisywaniu obywatelom funkcji ruskiego agenta. W normalnych czasach ruskim agentem zostawał każdy, kto z góry nie potępiał zimnego ruskiego czekisty Putina, i sam już nie pamiętam, ile razy zostałem przez rozmaitych tropicieli zdemaskowany – ale teraz jest inaczej. Teraz Putin został odsunięty na dalszy plan, a miarą patriotyzmu, zwłaszcza tego prawdziwego, jest niezachwiana wiara w ostateczne zwycięstwo polskiej reprezentacji i każdy, kto objawia jakieś wątpliwości, od razu popada w stan podejrzenia. Słowem – moralno-polityczna jedność narodu objawiła się przy tej okazji, niczym za czasów Gierka, kiedy to – jak pamiętamy – „Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej” – oczywiście do momentu, kiedy wszystko się skawaliło. Taka jedność sama się nie robi, więc jest jasne, że na jej straży muszą stać guwernantki, zarówno te, co pilnują i sztorcują mikrocefali tworzących obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, jak i te, co to pilnują i sztorcują mikrocefali z obozu zdrady i zaprzaństwa. Nawiasem mówiąc, wybitny przedstawiciel obozu zdrady i zaprzaństwa, czyli pan Janusz Lewandowski, w swoim czasie odcięty od stryczka przez niezawisły sąd, pryncypialnie schłostał władze naszego bantustanu za niedostateczne umiłowanie praworządności. Najwyraźniej czuje się w obowiązku zrewanżowania się za ówczesną przysługę, ale najzabawniejsze podczas tego przemówienia było tło. Otóż europoseł Janusz Lewandowski przemawiał na tle dwóch swoich kolegów – byłych tajnych współpracowników Służby Bezpieczeństwa – Michała Boniego i Dariusza Rosatiego.

Wracając tedy a nos moutons, okoliczność, że pan prezydent Andrzej Duda zaprezentował publicznie 15 pytań niemal w przeddzień rozpoczęcia rozgrywek futbolowych, którymi pasjonują się zarówno partyjni, jak i bezpartyjni, wierzący, jak i niewierzący, żywi i u..., no mniejsza z tym – więc ta okoliczność skłania do podejrzeń, że sam pan prezydent już nie wierzy, iż to referendum się odbędzie, a pytania przedstawił, żeby nie stracić twarzy. Dodatkową poszlaką jest to, że wszystkie one sprawiają wrażenie, jakby zostały napisane w ostatniej chwili na kolanie. W rezultacie niektóre wywołują nawet niezamierzony efekt komiczny, na przykład pytanie, czy by nie wpisać do konstytucji uwagi, że Polska jest państwem suwerennym. Oczywiście można to zrobić, ale dlaczego tak skromnie? Skoro już wpisujemy takie rzeczy, to czemuż sobie żałować i czemuż by nie wpisać, że Polska jest mocarstwem światowym? Ale jeszcze zabawniejsze jest, że nie wie prawica, co robi lewica, bo to pytanie sąsiaduje z dwoma innymi – czy nie wpisać do konstytucji, że Polska uczestniczy w Unii Europejskiej i następnie – że uczestniczy w NATO. Jest to bardzo podobne do wpisu wprowadzonego w lutym 1976 roku do konstytucji PRL, że Polska pozostaje w sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Jak pamiętamy, wzbudził on dość szerokie sprzeciwy przede wszystkim dlatego, że taki wpis stwarzał dla Związku Radzieckiego rodzaj roszczenia, by Polska się z nim przyjaźniła, nawet jeśli już tego nie chce, że zerwanie takiego sojuszu byłoby złamaniem konstytucji. Widać wyraźnie na tym przykładzie, że przyzwyczajenie jest drugą naturą, że stare kiejkuty, z którymi pan prezydent Duda zaprzyjaźnił się po felonii, jakiej się był dopuścił wobec swego wynalazcy Jarosława Kaczyńskiego, nie mogą wytrzymać bez podpisania jakiejś Volkslisty, a jakiej – to wynika z aktualnego położenia Związku Radzieckiego, który raz jest na wschodzie, a innym razem – na zachodzie. Jedno z pytań rodzi podejrzenia, że albo pan prezydent, legitymujący się tytułem doktora praw, albo pomagający mu ministrowie, nie wiedzą ważnych rzeczy. Chodzi o pytanie, czy wpisać do konstytucji zasadę, że prawo polskie ma charakter nadrzędny nad prawem unijnym. Rzecz w tym, że Polska ratyfikowała bez zastrzeżeń zarówno traktat akcesyjny, jak i traktat lizboński. Kwestia nadrzędności prawa wspólnotowego nad prawem krajowym została zaś rozstrzygnięta przez Europejski Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu już w roku 1964, w sprawie Flaminio Costa przeciwko E.N.E.L. Trybunał sformułował wtedy zasadę nadrzędności prawa wspólnotowego nad prawem krajowym bez względu na rangę ustawy. Ponieważ zgodnie z traktatem lizbońskim, orzeczenia ETS mają dla państw członkowskich Unii Europejskiej charakter źródeł prawa, kwestia nadrzędności i podrzędności jest rozstrzygnięta już co najmniej od 54 lat! Aż nie chce mi się wierzyć, że pan prezydent Duda takich rzeczy nie wie, więc jeśli publicznie ogłasza takie pytania, to nie dlatego, żeby ktokolwiek na nie odpowiadał i w ogóle – żeby ktokolwiek traktował je poważnie – bo wygląda na to, że żadnego referendum nie będzie. W tej sytuacji któryś z ministrów Kancelarii Prezydenta na poczekaniu napisał byle co na kolanie, żeby nikt nie mówił, że pytania nie zostały napisane – a pan prezydent zaprezentował je niemal w przeddzień rozgrywek o mistrzostwo świata w futbolu, kiedy nikt nie ma głowy do zajmowania się takimi głupstwami, jak konstytucja.

Tymczasem, korzystając z okazji, że wszyscy rajcują się mistrzostwami, Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że również te państwa członkowskie Unii Europejskiej, które nie uznają małżeństw jednopłciowych, muszą uczestników takich związków traktować jak małżeństwa, jeśli umowę o wzajemne świadczenie usług seksualnych (bo o to przecież w takiej umowie chodzi) strony zawarły w takim państwie członkowskim UE, który takie związki za małżeństwa uznaje. Widać wyraźnie, że wprowadzanie zasad forsowanych przez sodomitów będzie odbywać się „od tyłu”, za pośrednictwem orzecznictwa sądowego, z pominięciem tubylczych parlamentów. W tej sytuacji nie trzeba było długo czekać, by Sąd Najwyższy w Polsce odrzucił kasację ministra sprawiedliwości i orzekł, że przedsiębiorca nie ma prawa odmówić zawarcia umowy z sodomitą. W tej konkretnej sprawie chodziło o drukarza, który odmówił wydrukowania plakatu reklamującego jakąś sodomicką i gomorycką imprezę. Okazuje się, że w konfrontacji z potrzebami sodomitów zasada wolności umów nie ma żadnego znaczenia, więc Sąd Najwyższy w Warszawie właśnie ją zlikwidował. Toteż nic dziwnego, że niemiecki owczarek, postawiony przez Naszą Złotą Panią na fasadzie Komisji Europejskiej, czyli Franciszek Timmermans, aż staje na tylnych łapach, żeby zmusić Polskę do wypełnienia wszystkich punktów ultimatum – żeby pani Małgorzata Gersdorf pozostała Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego w naszym bantustanie i żeby sędziowie SN, którzy ukończyli 65 rok życia, nie musieli przechodzić w stan spoczynku. Czyżby wszyscy byli agentami STASI, których, po zlikwidowaniu Niemieckiej Republiki Demokratycznej, przejęła niemiecka BND?

Stanisław Michalkiewicz

800px-POL Warsaw Pomnik czynu poloniiPolonia na całym świecie dysponuje potencjałem, który może nie tylko pomóc wspierać strategicznie polskie interesy, ale również zmienić dotychczasowy obraz Polski. Najwięcej mówiono i pisano o tym w trakcie polskich wyborów prezydenckich i parlamentarnych w roku 2015, a najpopularniejsza wówczas fraza brzmiała: „potencjał Polonii”.

Co wiemy o Polonii amerykańskiej jako największej grupie polskiej diaspory?

(Ponieważ dysponujemy tylko badaniami na temat Polonii amerykańskiej, nie omawiamy innych części polskiej diaspory. Konieczne jest przeprowadzenie takich badań). Otóż amerykańskie wybory prezydenckie 2016 zburzyły mit o tym, że Polonia nie głosuje. To właśnie głosy Polonii w stanach: Wisconsin (9,3 proc. Amerykanów polskiego pochodzenia), Michigan (8,6) i Pensylwanii (7,28 proc.) jako „swing states” miały istotny wpływ na wynik wyborów prezydenckich. Przy liczbie 9.569.207 co stanowi 3,2 proc. populacji USA (Źródło: U.S. Census Bureau, 2010 American Community Survey). Amerykanie polskiego pochodzenia są bogatsi niż przeciętny Amerykanin (79 tys. dol. wobec średniej 63 tys., jeśli chodzi o dochód na rodzinę) oraz są lepiej wykształceni (36 proc. wobec 28 proc. ukończyło studia). Większość (71 proc.) deklaruje przynależność do Kościoła rzymskokatolickiego (Piast Institute. Studium „Polish Americans Today: A Survey of Modern Polonia Leadership” 2013).

Dobrze wykształcony Amerykanin polskiego pochodzenia z doktoratem już na samym początku wart jest około 250.000 dol. Na uniwersytetach istnieją i powstają polskie kluby studenckie, od wschodniego wybrzeża do zachodniego po Alaskę i Hawaje. Sporą, ciągle powiększającą się grupę stanowią studenci z Polski. Potrzebują oni jakiegoś planu, wizji jednoczących ich wokół wspólnych celów. Jednym z takich narzędzi mogłaby być idea stworzenia transparentnego systemu stypendialnego. Poza Fundacją Kościuszkowską żadna inna organizacja polonijna nie dopracowała się jeszcze naprawdę czytelnego, dostępnego i stabilnego systemu stypendialnego. Tymczasem stypendia odgrywają istotną rolę, jeśli myśli się poważnie o stworzeniu propolskiego lobbingu w Ameryce.

Czekamy również na projekty i programy badawcze dla naszych studentów i naukowców adresowane z Polski. Bez zaplecza intelektualnego nie można budować polskiego lobby. Istotną rolę w tym procesie odgrywają polscy naukowcy pracujący w USA, amerykańscy naukowcy polskiego pochodzenia i inni, którzy zajmują się polską problematyką. Wstępne szacunki mówią, że w samych Stanach Zjednoczonych jest ponad 800 naukowców na poziomie „tenure”, czyli amerykańskiej habilitacji. Naukowców ze stopniem doktora jest znacznie więcej. Jest to więc poważna grupa ludzi, z istotnym potencjałem intelektualnym, której nie można lekceważyć. Polscy naukowcy pracują na setkach uniwersytetów na całym świecie i grupa ta powinna również być motorem rozwoju w Polsce i to o nich powinny zabiegać polskie uniwersytety, ośrodki badawczo-rozwojowe oraz różnego szczebla ośrodki władzy. Dokładnie tak jak robiła to II Rzeczpospolita. Rząd Ignacego Paderewskiego potrafił transparentnie tworzyć polską elitę i integrować Polonię z odtwarzającymi się strukturami społecznymi i państwowymi II Rzeczpospolitej. Dlaczego dotąd nie robiły tego rządy III RP?

Długo i naiwnie Polonia na całym świecie oczekiwała otwarcia i działań kolejnych rządów III RP, w celu włączenia Polonii w proces zmian struktury politycznej i społecznej III Rzeczpospolitej. Po 1989 roku w wyniku ustaleń „okrągłego stołu”: Polacy żyjący na emigracji jako pierwsi zostali odepchnięci i zablokowani od udziału w polskim życiu społecznym i politycznym z jednym zastrzeżeniem: pieniądze od rodaków spoza kraju powinny nadal płynąć do Polski wartkim strumieniem. Według danych Banku Światowego z 2015 roku, Polonia amerykańska co roku wysyła do Polski przeszło 900 milionów dolarów; z relacji Polskiego Radia wynika, że Polacy z Wielkiej Brytanii każdego roku transferują do kraju ok. 3 mld funtów.

 

Przyjrzyjmy się faktom

Fakty wyraźnie potwierdzają, że wierne ustaleniom „okrągłego stołu” w tym aspekcie są również rządy dobrej zmiany, na które Polonia głosowała i wspiera je w dalszym ciągu. W ciągu ostatnich lat trwania rządów III RP nie powstał żaden transparentny program, który by potrafił włączać Polonię w struktury społeczne i polityczne państwa. Obawiamy się, że również rządy dobrej zmiany nie zamierzają nic zrobić w aspekcie integracji Polonii z Polską. Doskonałym przykładem ilustrującym ten proces jest zawieszenie pani Marii Szonert-Biniedy w funkcji konsula honorowego w Ohio. Nie znamy w USA osoby bardziej zaangażowanej w działalność polonijną niż Pani Maria. Niestety, rządy dobrej zmiany zawiesiły Ją w obowiązkach konsula honorowego, pozostawiając tę sprawę „profesjonalnej niemocy”. Zjawisko to polega między innymi na tym, że nikomu nie przeszkadza fakt, że niektórzy polscy dyplomaci to byli współpracownicy służb specjalnych, a najbardziej zaangażowana w sprawy polskie w USA Pani Maria jest ciągle blokowana w swoich patriotycznych działaniach. Widocznie Pani Maria komuś bardzo przeszkadza.

Proces lekceważenia i blokowania Polonii doskonale widać w trakcie odbywających się konferencji na tematy polonijne. W 2016 roku w Warszawie pan Adam Bąk z Nowego Jorku jako pierwszy zadał pytanie: dlaczego nowo wybrane w demokratycznych wyborach władze nie podejmą współpracy z Polonią?

Przedstawicieli rządu RP zabrakło jednak na tej konferencji. Mimo że konferencja była sponsorowana przez MSZ, nikt z osób odpowiedzialnych za Polonię się tam nie pojawił z wyjątkiem pani poseł Pawłowicz i pana posła Rzymkowskiego. Pani z departamentu MSZ d/s Polonii i Pan z Senatu odczytali nudne kwestie, po czym pojechali do domu na obiad, nie przejawiając zainteresowania tymi, którzy przemierzyli tysiące mil dla dobra ojczyzny. W Krynicy na forum polonijnym w 2017 o mediach polonijnych mówiły osoby z TV Polonia, która od lat nie zajmuje się problemami Polonii. Dlaczego zabrakło dziennikarzy polonijnych? Na tematy biznesowo- finansowe mówili, a raczej dzielili się swoimi kosmicznymi wizjami szefowie polskich spółek, a prezes największej polonijnej firmy finansowej z Nowego Jorku siedział na widowni. Na innych konferencjach zaczyna dochodzić do coraz ostrzejszej wymiany poglądów.

W Toruniu w 2018 pani Renata Cytacka z Wilna głośno powtórzyła zarzuty, że dobra zmiana nie ma żadnej wizji współpracy z Polonią. Została za to w mało dyplomatyczny sposób skarcona przez Pana Marszałka Senatu. Adam Bąk, działacz polonijny, filantrop i milioner z Nowego Jorku, zrezygnował z dalszego udziału w pracach Rady Konsultacyjnej Polonii przy Marszałku Senatu RP. Zasada jest ciągle taka sama, tj. główni paneliści i osoby wypowiadające się w imieniu Polonii, nigdy nie mieszkali za granicą, a miarodajnym źródłem informacji o Polonii jest przysłowiowy szwagier z Chicago. Nie istnieją żadne aktualne badania na temat Polonii, a ostatnie zostały przeprowadzone przez rząd PO w ramach badania Piast Institute z Michigan. A miało być partnerskie traktowanie Polonii. Historia znów się powtarza. Sprawa historycznych relacji pomiędzy Rzeczpospolitą a Polonią nie wygląda różowo. Od momentu fatalnego za sprawą rządu II RP, powrotu Błękitnej Armii do USA, do zmuszania Polonii do realizacji polityki zagranicznej rządu II RP, inwigilacji Polonii w okresie komunizmu i czarnych list dla niektórych działaczy Polonii po 1989 roku, rząd dobrej zmiany chyba też realizuje błędy poprzedników, starając się narzucać Polonii swoją politykę. Różne ośrodki władzy RP i różni politycy realizują wśród Polonii swoje priorytety, które często są sprzeczne z priorytetami Polonii. Lansowanie przez frakcje dobrej zmiany różnych ludzi wśród Polonii wpływa tylko na dalszą destrukcję Polonii. A jeśli nic nie wychodzi, pozostaje winą obarczyć... Polonię.

 

Nowy, sposób rozumienia Polonii w Warszawie

W trakcie wspomnianych konferencji lansuje się ostatnio bardzo modną wersję o skłóconej Polonii i niemożności dogadania się z nią. Podkreśla się brak liderów Polonii. Można ją usłyszeć w słowach czołowych liderów dobrej zmiany i dyplomatów. A co dobra zmiana zrobiła w aspekcie zmiany tej sytuacji? Wyciąga kolejne „króliki z kapelusza”, nikomu nieznanych w świecie polonijnym ludzi z kategorii miernych, ale wiernych, i to właśnie oni mają być nowymi mężami opatrznościowymi Polonii. Bardzo ciekawa jest ta nowa próba zamiecenia indolencji osób odpowiedzialnych za współpracę z Polonią pod przysłowiowy dywan.


Czego domaga się Polonia?

Polonia już od dawna informuje, że najważniejszymi priorytetami dla niej jest jej profesjonalna lustracja (przeprowadzona przez IPN, a nie samozwańczych ekspertów), zaprzestanie dofinansowywania projektów dla organizacji, które są przeciwne patriotycznej wizji Polonii. W tej chwili projekty patriotyczne nie otrzymują żadnego dofinansowania ze źródeł senackich. Sytuacja jest podobna do sytuacji w Polsce, gdzie polski rząd dobrej zmiany finansuje opozycyjne, wrogie polskiej racji stanu organizacje i osoby. Jeżeli chcemy bronić dobrego imienia Polski i Polaków, nie możemy finansować wrogów, musimy finansować tych, którzy chcą bronić Polski!!! Polonia na całym świecie musi także posiadać długofalowy program na przetrwanie. Ewentualna wygrana marksizmu kulturowego spowoduje błyskawiczną asymilację polskiej diaspory i utratę dla państwa polskiego możliwości posiadania efektywnego lobbingu polityczno-ekonomicznego. Na taką ewentualność Polonia powinna mieć konkretny plan działania.

Po płomiennych apelach marszałka Senatu Karczewskiego i ministra MSZ Dziedziczaka do Polonii: „o reagowanie na przejawy antypolonizmu”, na Wawelu obył się swoisty hołd lenny w postaci podpisania przez przedstawicieli największych organizacji polonijnych apelu: o wzmacnianie więzi ze wspólnotą budującą Polskę taką, jaką wymarzyli sobie jej przodkowie – wolną, podmiotową, sprawiedliwą i bezpieczną, wyrastającą z chrześcijańskich fundamentów Europy. Hołd lenny miał tylko znaczenie dyplomatyczne, albowiem w licznych listach beneficjentów senackich grantów powiedziano Panu Marszałkowi: „Polskę zawsze wspieraliśmy i wspierać będziemy, ALE ODMAWIAMY wsparcia działań obecnych polskich władz w tej dziedzinie” – to odpowiedź niektórych polonijnych organizacji, zwłaszcza tych, które ze swoich misji wykreśliły hasło: Bóg, Honor, Ojczyzna. Flagowe polonijne projekty w Ameryce i w Europie milczą w momencie, gdy polska racja stanu potrzebuje ich wsparcia.

Jako Polonia patriotyczna, głosowaliśmy na idee reformy państwa polskiego w postaci programu wyborczego prezydenta Dudy i programu dobrej zmiany. Czekamy już dwa lata na jakiekolwiek wspólne przedsięwzięcia, ale albo w wyniku „profesjonalnej niemocy”, albo braku woli politycznej lub ciągłej akceptacji doktryny okrągłego stołu – trzymania Polonii z dala od wpływu na polską politykę, Polonia pozostaje na marginesie polskiego życia społecznego i politycznego. Proces ten było widać jak na dłoni podczas trwającej akcji Stop Act H.R 1226, gdzie warszawskie elity zastosowały wobec Polonii popularną zabawę dla dzieci, „stary niedźwiedź mocno śpi”. Udając, że żydowskie roszczenia bezspadkowe nie istnieją i Polonia też w tej zabawie nie istnieje i wszystko z nadejściem kolejnej wiosny przeminie i będzie pięknie. Akcja Stop Act H.R 1226 obudziła Polonię. Jest to również widoczne podczas dramatycznej obrony pomnika katyńskiego w Jersey City. Propolski lobbing Polonii amerykańskiej, przy propolskim przywództwie, dał pozytywny skutek. Polonia amerykańska zrobiła pierwszy krok do utworzenia propolskiego lobbingu w USA, teraz wszystko zależy od Warszawy, czy zechce ten krok zauważyć i podjąć wspólne działania chociażby w reagowaniu na przejawy antypolonizmu. Tym razem nie chodzi nam o puste deklaracje, ale o wspólne budowanie narzędzi aktywnie reagujących na antypolonizm. Naturalnym sprzymierzeńcem w tym zakresie jest integralna część narodu polskiego, jakim jest Polonia.

W tym celu jednak trzeba sobie odpowiedzieć na zasadnicze pytanie: czy w Warszawie są dziś liderzy i politycy diagnozujący tę sytuację jako problem i chcący podjąć efektywne działania dla jego rozwiązania? To impuls niezbędny do wykonania kroków następnych, tj. wytyczenia celów, strategii i narzędzi realizacji tego, co określamy jako „Pax Polonica” – „polskiej racji stanu”, której trwałym i ważnym elementem jest Polonia.

Napiszcie do nas:
Waldemar Biniecki, USA,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Agnieszka Wolska, Niemcy,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Katarzyna Murawska, USA,
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

środa, 13 czerwiec 2018 01:02

Na szybko: Ciach, prach i jest od nowa

Napisał

No to podobno Stany Zjednoczone mają deal z Koreą Północną... Proszę, jak to się załatwia! Najpierw trzeba wykombinować bomby atomowe, potem pociski balistyczne zdolne przesłać je do amerykańskich miast, no a później - jeśli tylko się ma trochę oleju w głowie i smykałkę - zostaje się "dużym misiem", z którym negocjuje sam Hegemon. Już jakiś czas temu zauważył to Putin, uznając w Kimie dużego gracza.
Wielka z tego płynie lekcja dla wszystkich mniejszych krajów, ważny jest zwłaszcza los Korei Południowej, której bezpieczeństwo bez jej wiedzy i udziału położono na stole rokowań. Trump obiecał Kimowi wycofanie 30 tys. wojsk amerykańskich z półwyspu, a od zaraz zaprzestania wspólnych manewrów z Seulem.
Dobra to lekcja dla Warszawy, która dzisiaj wisi u amerykańskiej klamki, sądząc że złapała Pana Boga za nogi. Tymczasem, jeśli ta, lub kolejna administracja amerykańska zresetują stosunki z Moskwą uzyskując to, co miała geopolitycznie do uzyskania, to Warszawie pozostanie jedynie świecić oczami. Ale zdaje się, że jest to taka nasza historyczna rola...
Żeby było jeszcze weselej, prezydent Duda sugeruje, by po raz drugi w historii, wpisać sojusze do konstytucji. Dobre, więc jedziemy już otwartym tekstem bez żadnych woalek.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany środa, 13 czerwiec 2018 15:26
piątek, 08 czerwiec 2018 18:46

Obym się mylił...

Napisał

Nie znam jeszcze wyników głosowania w Ontario, ale każdy będzie zły; nawet, jeśli wygra Doug Ford i do wydatków rządowych powróci jakiś rozsądek to i tak sytuacja prowincji od tego się radykalnie nie zmieni, bo na horyzoncie zbierają się czarne chmury. I to nie tylko z powodu amerykańskiego protekcjonizmu, ale przede wszystkim obciążeń wynikających z zadłużenia, wysokich cen energii elektrycznej, i innych rzeczy, które trudno „odkręcić”.
Przed samymi wyborami widać było taktyczne pozycjonowanie wszyscy udziałowcy napominali, że przy ordynacji większościowej musimy zważać na to kto ma szansę wygrać, a nie na to kto jest naszym kandydatem. Tak to już jest, że podział głosów danego środowiska politycznego skutkuje zwycięstwem przeciwników. Byliśmy tego świadkami na szczeblu federalnym, kiedy działały dwie partie, postępowo-konserwatywna i Partia Reform, które za każdym razem w wyborach dzieliły głos prawicy, umożliwiając liberałom trzy kadencje pod rząd.
Niestety rozgardiasz w partii konserwatywnej w Ontario, jaki wywołała polityka Patryka Browna, a następnie jego dymisja I brak jasnej i zdecydowanej i programu następcy, jak również odstrzelenie konserwatystów społecznych; wszystko to dodatkowo pokomplikowało sytuację, uskrzydlając NDP, partię która zazwyczaj nie ma szans na uzyskanie władzy, sterowaną przez związki zawodowe, etatystyczną, jeszcze bardziej politycznie poprawną i skłonną do wydawania pieniędzy niż partia Liberalna. Jeśli ta partia zacznie rządzić prowincją znajdziemy się na równi pochyłej. A jest to możliwe, bo zmienia się demografia elektoratu - proszą rozejrzeć się po Mississaudze.
Po raz kolejny więc przytoczę przykład Argentyny, państwa, w którym syndykalizm i etatyzm wykończyły dobrobyt w ciągu jednego pokolenia. Tak również może być w Ontario, tak również może być w Kanadzie, pomimo tego że jest to wciąż bogaty kraj surowcowy. Rację mogą też mieć niektórzy prognozujący przeniesienie gospodarczego pępka do Alberty, na zachód. Ontario spotkałby wówczas taki los, jak niegdyś Quebec i Montreal; w latach sześćdziesiątych najbardziej rzutką prowincję kraju. Obym się mylił.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany środa, 13 czerwiec 2018 01:02
Strona 1 z 216