POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X 
GST# 87090 2707 RT 0001 
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada 
Tel.: 905 - 629-9738 
Fax: 905 - 629-9764 
Internet: 
www.goniec.net 
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2386 Haines Rd. Suite 204 
Mississauga, Ont. 
L4Y 1Y6 

Prenumerata na terenie Kanady: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail. 

*** 
Wydawca:
Goniec Inc.

..
 
TEKSTY
 
 
Toronto - Canada
Internetowa edycja, to tylko niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.

GONIEC, NR 5/2012

Mróz od wschodu
Wprawdzie powszechnie wiadomo, że pod przewodem naszych Umiłowanych Przywódców nieubłaganie podążamy ku świetlanej przyszłości, ale tak naprawdę to dobrze to wszystko nie wygląda. Wprawdzie mimo globalnego ocieplenia, jak przystało na zimę, jest zimno, a nawet coraz zimniej, ale z drugiej strony, nietrudno zauważyć, że za Jaruzelskiego było jednak więcej śniegu  niż za Tuska. Inna rzecz, że za Gierka było więcej śniegu niż za Jaruzelskiego, ale to jeszcze nic, bo za Gomułki było jeszcze więcej śniegu niż za Gierka. 
 Zauważył to w swoim czasie red. Marek Antoni Wasilewski i nawet spotkały go za to rozmaite nieprzyjemności, bo za Gierka obowiązywała propaganda sukcesu i wszystko musiało być najlepsze, w związku z czym nawet nasz nieszczęśliwy kraj został awansowany na 10. największą potęgę gospodarczą świata i wielu ludzi wierzy w to święcie nawet jeszcze dzisiaj. Najwyraźniej nie wyjeżdżali za granicę, bo w przeciwnym razie - no cóż; pamiętam traumatyczne przeżycie, jakie stało się udziałem mego przyjaciela, kiedy w 1978 roku po raz pierwszy w życiu zobaczył supermarket "Mammouth" w Macon we Francji. Obrzucił go spojrzeniem, po czym z głębokim przekonaniem w głosie wykrzyknął: "precz z komuną!". 
 Wracając tedy do śniegu, warto odnotować, że najwięcej śniegu i w ogóle - najzimniej było jednak w roku 1940, kiedy to... no, mniejsza z tym. Jeden proces, zresztą cywilny, z TVN-em całkowicie mi wystarczy, a za zbytnią dociekliwość w sprawie śniegu i mrozu, kto wie - może już niedługo będzie można wylądować w jakimś bardzo chłodnym miejscu? Więc dosyć już tych porównań; lepiej skoncentrować się na osiągnięciach, a właśnie media głównego nurtu odnotowują, że każdej kolejnej nocy wzrastający mróz zbiera coraz większe żniwo, uzupełniając w ten sposób Narodowy Program Eutanazji, w ramach sławnej polityki miłości właśnie wdrażany przez administrację premiera Tuska. Czegóż chcieć więcej, skoro nawet sama litościwa natura wspiera wysiłki rządu?
 Nigdy jednak nie ma rzeczy doskonałych i kiedy z jednej strony natura wspiera Narodowy Program Eutanazji, z którym Umiłowani Przywódcy wiążą nadzieję poprawy rentowności naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, z drugiej strony przeciwko rządowi buntują się jak nie lekarze i aptekarze, to znowu kierowcy, a jak nie kierowcy - to internauci. 
 Jakżby tego było za mało, z kręgów piastujących zewnętrzne znamiona władzy coraz częściej dobiegają fałszywe pogłoski o narastającym napięciu między premierem Tuskiem a prezydentem Komorowskim, nie mówiąc już o powszechnie znanych szorstkościach, charakteryzujących serdeczną przyjaźń premiera Tuska i posła Schetyny. Jeśli przypomnimy, że premier Tusk jest niekwestionowanym hegemonem Platformy Obywatelskiej imienia generała Gromosława Czempińskiego, podczas gdy pan prezydent kojarzony jest coraz mocniej z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi, których, jak wiadomo, już "nie ma", to te, coraz częściej dobiegające ze wspomnianych kręgów fałszywe pogłoski, stanowią dodatkową poszlakę, iż to nagle pogorszenie dobrego fartu rządu premiera Tuska jest następstwem rozpętanej przez bezpieczniackie watahy wojny na górze, zapoczątkowanej lekkomyślnym zatrzymaniem przez CBA generała Czempińskiego pod jakimiś fałszywymi zarzutami. Niepodobna bowiem nie zauważyć, iż ta gwałtowna zmiana w postrzeganiu rządu premiera Tuska zbiegła się w czasie właśnie z zatrzymaniem generała Czempińskiego, który najwyraźniej postanowił pomścić doznaną zniewagę. Zatem za pośrednictwem agentury uplasowanej w strategicznych ośrodkach życia politycznego, gospodarczego i kulturalnego, totalna wojna między watahami przekłada się na konflikty lokalne; prokuratura wojskowa wojuje z cywilną, Najwyższa Izba Kontroli - z Biurem Ochrony Rządu, MSW z NIK-iem - i tak dalej. 
 Przerażony otwierającymi się każdego dnia nowymi frontami premier Tusk najwyraźniej zapragnął jakiejś odmiany - i po powrocie z Brukseli na konferencji prasowej otrąbił wielki sukces. Mianowicie Nasza Złota Pani Aniela i jej francuski kolaborant Mikołaj Sarkozy podobno obiecali mu, że kiedy przyjdzie im ochota się namawiać, pozwolą mu przy tym asystować, i to nie po drugiej stronie drzwi, tylko po tej właściwej. To znaczy - nie zawsze, co to, to nie - ale tylko wtedy, gdy zostanie zwołany szczyt 25 krajów - bo kiedy będzie odbywał się szczyt 17 państw namawiających się w sprawach "specyficznych dla strefy euro", to premieru Tusku już nie będzie wolno w tym uczestniczyć, w odróżnieniu od szczytów w pełnym, to znaczy - 27-krajowym składzie, gdzie dopuszczone będą nawet te państwa, które paktu fiskalnego podpisać nie chciały, tzn. - Wlk. Brytania i Czechy. Na takich szczytach premier Tusk będzie mógł brylować, ile dusza zapragnie, bo jeśli chodzi o pozostałe szczyty, to albo nie będą go wpuszczali, albo - jeśli go nawet wpuszczą, to jako obserwatora bez prawa głosu. 
 Więc sukces niebywały, tylko nie bardzo wiadomo, ile będzie to kosztowało nasz nieszczęśliwy kraj i co jeszcze w zamian obiecał premier Tusk Naszej Złotej Pani i jej francuskiemu kolaborantowi. Na wspomnianej konferencji prasowej niepodobna było się tego dowiedzieć, bo zmęczony premier nie miał głowy do tych wszystkich irytujących szczegółów, toteż ze względu na psychiczną hygienę zakończyła się ona trochę wcześniej, niż jej uczestnicy by chcieli. 
 Inna rzecz, że przedtem takiej dociekliwości na konferencjach z udziałem premiera nie bywało, toteż nieomylny to znak, że wojna na górze między bezpieczniackimi watahami doprowadziła również do rozluźnienia dyscypliny w mediach głównego nurtu. Tylko tak bowiem można wyjaśnić fakt opublikowania rewelacji, że minister sportu w rządzie premiera Tuska, pani Joanna Mucha, na stanowisku wicedyrektora Centralnego Ośrodka Sportu zatrudniła swego fryzjera, który oprócz rozlicznych zalet, czyniących z niego prawdziwego człowieka Renesansu, ma i tę, że jest - jak to wyraziła pani minister, "sympatykiem mojej osoby". Kiedyś takie rzeczy się nie zdarzały i jeśli taki, dajmy na to, poseł Sekuła orzekł, że afery hazardowej "nie było", to zostało to przyjęte "powszechnie i bez zastrzeżeń" - niczym marksizm w Związku Radzieckim.  No a teraz ten fryzjer, którym na wyścigi interesują się dziennikarze i ani im w głowie pytać panią minister Muchę o "Euro 2012", o którym przygotowała mnóstwo pięknych bajek.
 Nie da się ukryć; dobrze to nie wygląda - a przecież to jeszcze nic w porównaniu z zadźganiem byłego szefa Sztabu Generalnego, gen. Henryka Szumskiego, ponoć na oczach zmartwiałej ze zgrozy rodziny, przez syna, który przedtem przezornie leczył się psychiatrycznie. Kiedy tylko skrzydlata wieść o tej tragedii dotarła do prezydenta Komorowskiego, ten porzucił wahania i "podjął decyzję" o mianowaniu płk. Jerzego Artymiaka na stanowisko szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej na miejsce generała Krzysztofa Parulskiego, który nie tylko skrytykował prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta, ale nawet rzucił mu słuchawką. Jakby tego było za mało, również Państwowa Komisja Badania Wypadków Lotniczych złożyła wniosek o odwołanie Edmunda Klicha ze stanowiska przewodniczącego. Niby wszyscy uradzili, że w rewelacje ogłoszone przez posła Macierewicza "nie wierzą" - ale z drugiej strony, wkrótce po tym ogłoszeniu rozpoczęło się dyskretne wyrzucanie za burtę coraz to nowych murzyńskich chłopców - więc chyba jednak wierzą. To znaczy - nie tyle może "wierzą", co raczej zaczynają się domyślać, że złowrogi Macierewicz nie powiedział wszystkiego, co wie, więc na wszelki wypadek trzeba się asekurować - choćby wyrzucając za burtę murzyńskich chłopców - na razie oczywiście tych najczarniejszych, ale jak przyjdzie co do czego, to kto wie - może zaczną wylatywać również i ci coraz bielsi? Któż wtedy zostanie w łodzi i będzie ich wyrzucał - oto pytanie!
 W takiej sytuacji każda dystrakcja jest na wagę złota, więc niespodziewana śmierć pani Wisławy Szymborskiej, laureatki Literackiej Nagrody Nobla z roku 1996, jawi się jako prawdziwy dar niebios dla naszego nieszczęśliwego kraju. Chodzi o to, że w żałobnej atmosferze nawet premier Tusk będzie mógł chwilę odetchnąć, tym bardziej że media głównego nurtu będą zajęte rozpamiętywaniem rozlicznych talentów i zasług Nieboszczki, wśród których, niczym perła w koronie, króluje umiejętność błyskawicznego wyczuwania mądrości etapu i takiego sterowania natchnieniami, że zawsze było dobrze, a zwłaszcza w roku 1992, kiedy to na próbę ujawnienia komunistycznej agentury w strukturach państwa Wisława Szymborska zareagowała wierszem "Nienawiść", który ścisłe kierownictwo "Gazety Wyborczej" umieściło na pierwszej stronie. Nic więc dziwnego, że pamięć Autorki otacza tyle ciepłych wspomnień wdzięcznych czytelników, co pozwala trochę łatwiej znosić idący od wschodu mróz.
 Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Równi i równiejsi
Człowiek potrzebuje dwóch lat, by nauczyć się mówić. I pięćdziesięciu, by nauczyć się milczeć (jak przekonywał swoich fanów Hemingway). Dorzućmy do tego trzecią prawdę: większości z nas życia nie starcza, by nauczyć się myśleć. 
 Oto kontekst, w jakim protesty przeciwko ACTA, chętnie owijane w cynfolię "pragnienia wolności", budzić mogą gorzki śmiech. Nie ma to, tamto: w tych wydarzeniach człowiek rozumny dostrzega tłum niewolników, zrywających się do oporu, bo łańcuchy przykuwające ich ciała do ścian wydłużono znienacka o sto dwudzieste ósme ogniwo. Wydłużono, o zgrozo, bez uprzedniej "konsultacji" ze zniewolonymi. Poprzednie 127 ogniw tego samego łańcucha jakoś niewolnikom nie przeszkadza. 

 POKARM DLA ARMAT 
 Ech, młodzi, młodzi. Kiedy państwo zabiera im pieniądze (te wszystkie podatki, akcyzy, zusy, srusy etc.) - wówczas nie protestują, najwyraźniej przekonani, że ktoś inny właściwiej rozdysponuje ich "szmal" niż oni sami. Kiedy ogranicza się ich prawo do wiedzy, zmuszając do oglądania rzeczywistości wedle jednej perspektywy - milczą, zatopieni w facebookach. Jak sami przekonują: "nie kumają czaczy". No, nie kumają. Jak niby mają kumać, skoro ich nadwątlone, wirtualne niemalże rozumy nie obejmują ani związków przyczynowo-skutkowych subtelniejszej natury niż uderzenie-ból, ani tym bardziej konsekwencji własnych postępków, o ile owe konsekwencje odkładają się w czasie dalej niż jedno-dwa kliknięcia komputerową myszką. 
 Bez cienia wątpliwości (nie, nie warto się zakładać) ów protest zostanie wykorzystany wbrew najszczerszym intencjom protestujących. Tłum ciągle jest taki sam, zmieniają się tylko cele i metody tych, którzy wyprowadzają tłum na ulice. Jak zwykle w historii, przeciwnicy ACTA staną się mięsem armatnim sił, o których protestujący pojęcia nie mają, bo tych sił nikt nie pokazuje im w telewizorach. 
 A propos siły. Jak sądzę, warto przy tej okazji zwrócić uwagę na rodzime siły, odrobinę innej, jak by to powiedzieć, proweniencji. Mianowicie nadwiślańskie siły nowoczesności i postępu. Siły te, jakby odrobinę zmęczone trajkotaniem medialnych małp, właśnie z westchnieniem ulgi nabierają powietrza do płuc, by swobodnie odetchnąć. A to, ponieważ jazgotliwie obchodzony "Dzień Judaizmu", powiązany kalendarzowo z "Międzynarodowym Dniem Pamięci o Ofiarach Holocaustu", już za nami. 

 AMBITNE CELE 
 Za nami, zatem pod adresem polskiej etny bez popadania w poznawczy dysonans znowu można warczeć, że przeszłość nie liczy się. Że nikczemników za ich nikczemność sprzed dekad powinni rozliczać historycy, nie sądy. Że odpowiedzialność za zbrodnie nie istnieje, a pamięć o Ofiarach podobnie jak żądanie sprawiedliwości to synonim oszołomstwa. Że historią interesuje się wyłącznie niedorozwinięta umysłowo banda cudaków plus nieliczne (a jakże inaczej) środowisko moherów. I że krew i groby naszych przodków nie mają znaczenia (wyjąwszy krew i groby należące do etny żydowskiej), bo należy wybierać świetlaną przyszłość pod sztandarem Unii Niemieckiej. To jest, oczywiście Europejskiej (oczywiście, oczywiście). 
 Wybiera nam zatem nasz ukochany premier tę przyszłość, a ta ino skwierczy. Ostatnio zaskwierczała na brukselskich salonach, albowiem przed europejską międzynarodówkę rzucił premier Tusk nadzwyczaj twarde słowa: "nie wyrazimy akceptacji dla paktu fiskalnego w kształcie, który naszym zdaniem zagraża wspólnotowemu charakterowi podejmowania przyszłych decyzji". 
 Zaiste, mocne słowa mocnego człowieka. I dodał nasz premier (oby żył wiecznie): "dlatego wy mi dacie krzesło, na którym będę mógł sobie usiąść, obserwując, jak dzielicie Europę". 
 Na takie dictum Francja zgodziła się, by Polacy mogli przysłuchiwać się obradom współczesnych europejskich demiurgów - jeśli tylko rozmowy nie będą dotyczyły eurolandu (a które nie będą?), bądź też o ile "nie pojawią się szczególne okoliczności". Bo jeśli się pojawią (i znowu: a jakie okoliczności, do diabła, nie są dziś "szczególne"?), kanclerz Merkel i prezydent Sarkozy będą mogli zwołać szczyt bez nas. Nam zostanie mydlana piana na ustach tuskoidów plus groźne kiwanie premierowym palcem w bucie. Co bloger "Wyrus" ujął nader zręcznie słowami: "prawdziwie mocni politycy Tuska na drzewo wysłali, co będzie skutkować tym, iż Tusk nie będzie miał nic do gadania w kwestii tego, w jaki sposób prawdziwi politycy będą Polskę kroić". 
*** 
 Tak oto nasza rewelacyjna dyplomacja (rewelacyjna, ponieważ we wszechświecie całym powszechnie znana z odnoszenia imponujących sukcesów), zanotowała na swym koncie kolejny sukces, równie fascynujący co wszystkie pozostałe. Zatem "poobserwujemy" sobie Europę pierwszej prędkości z poziomu, można powiedzieć, dezintegracji, jednocześnie radośnie świergoląc "żeśmy som w głównym nurcie europejskiej polityki". Co z prawdą tyle będzie miało wspólnego, ile mikrofon Moniki Olejnik z obiektywizmem. 
 Doprawdy brakuje słów, by skomentować obłudę naszych "elit". Powiedzmy więc: "niech nam żyje i umacnia się paneuropejska solidarność", zaś kto chce, niechaj sobie w tę upiorną ględźbę nadal wierzy. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

Walter Jajko
Polska - strategiczna bierność czy działanie?
Zaraz po zrzuceniu przez Polskę jarzma  panowania komunistycznego i przystąpieniu do NATO pozycja strategiczna Polski wydawała się ulec dramatycznej poprawie. Bezpieczeństwo zależy jednak od realnych czynników, a nie miraży. Wedle mojej opinii, bezpieczeństwo Polski pogorszyło się i jest bardzo prawdopodobne, że nadal będzie się pogarszać. W miarę jak ta sytuacja będzie coraz bardziej odczuwalna, Polska będzie musiała zdecydować, czy pozostaje bierna, czy  zaczyna  działać.
 Na ironię zakrawa fakt, że w chwili gdy Polska przystąpiła do NATO, Sojusz - który przetrwał Układ Warszawski - zaczął tracić potencjał i wolę działania. Mówiąc wprost, mimo prawnych zobowiązań sojuszników, Polska nie może być pewna NATO-wskiego -  realnie zaś amerykańskiego - bezwarunkowego poparcia swego bezpieczeństwa, zwłaszcza w obliczu nowych, niekonwencjonalnych zagrożeń i nacisków, jak szantaż gospodarczy czy wojna w cyberprzestrzeni.
       To właśnie amerykańskie gwarancje polskiej niepodległości były najważniejszym czynnikiem przesądzającym w przypadku Polski o członkostwie w NATO. Mimo że stan potencjału wojskowego i wola działania NATO są wątpliwe (nie wspominając o retorycznych woltach obecnego sekretarza generalnego i oświadczeniach departamentów stanu i obrony USA), wyrażanie takiej opinii publicznie jest niepoprawne politycznie.
       Tę realistyczną, choć przygnębiającą ocenę Polska powinna przyjąć do wiadomości i uznać za realny czynnik, który powinien kształtować jej politykę obronną. Polska musi samodzielnie  zabiegać o zapewnienie sobie bezpieczeństwa - jeśli to konieczne - bez oglądania się na innych, i to nawet wówczas jeśli uznamy, że jest to bardzo ryzykowna strategia.
       Mamy do czynienia z trzema niekorzystnymi dla Polski strategicznymi uwarunkowaniami, których wpływ Polska musi zniwelować lub zrównoważyć, chociaż sama nie jest w stanie go wyeliminować.
       Pierwszy, to fakt, że Stany Zjednoczone postawiły na stały, strategiczny związek z Rosją. Niezależnie od tego czy USA i Europejczycy sobie to uświadamiają, czy nie, taki związek - jeśli zostanie wcielony w życie, podporządkuje Europę Rosji, nadając jej status zależny.
       Amerykańskie samobójcze umizgi i starania o chińską przyjaźń i tak sprawią, że ten związek z Rosją będzie miał podrzędny charakter i prawdopodobnie niewielkie znaczenie.
       Po drugie, NATO stacza się w stan zniedołężnienia, czego prawdopodobnie nie da się już zatrzymać. Unia Europejska - drugi instytucjonalny fundament bezpieczeństwa europejskiego (w tym również bezpieczeństwa Polski) - także cofa się tak pod względem gospodarczym, jak politycznym, i to - o ironio - w czasie, kiedy Polska sprawuje jej prezydencję.
 Jeśli dojdzie do załamania strefy euro,  a co za tym idzie, utraty siły gospodarczej Unii, jedynie Niemcy - w perspektywie średnioterminowej - będą  w stanie prosperować.
 Ale już długoterminowe perspektywy gospodarcze Niemiec staną pod znakiem zapytania choćby z powodu negatywnych tendencji demograficznych, wspólnych dla całej Europy. Gospodarcza stagnacja Unii Europejskiej osłabi polityczną i wojskową siłę NATO.
 Te dwa procesy w USA i w Europie oznaczają, że powoli załamują się dwie podstawy systemu bezpieczeństwa Polski, jaki obowiązywał od zakończenia zimnej wojny.
 Po trzecie, kierownictwo rosyjskie w sposób przemyślany i celowy zmierza do odbudowy Imperium Rosyjskiego, choć metodami oszczędniejszymi i odmiennymi od poprzednich oraz w formie uwzględniającej współczesne uwarunkowania i wrażliwość.
 W październiku 2011 roku Putin ogłosił, że Rosja rozpocznie starania o utworzenie Wspólnoty Euroazjatyckiej obejmującej byłe republiki sowieckie: Białoruś, a co najważniejsze, Ukrainę. Co dla Polski jest najbardziej niebezpieczne, Rosja nie rezygnuje z uzurpowania sobie uprzywilejowanej pozycji we Wschodniej Europie.
 W ciągu dwóch minionych dekad  USA tak za czasów administracji demokratycznych, jak republikańskich podporządkowały amerykańskie interesy we Europie Wschodniej, a także amerykańskie poparcie dla interesów Europy Wschodniej, dążeniom do strategicznego partnerstwa z - zakładano - demokratyzującą się Rosją. Tzw. reset jest ostatnim wyrazem tej trwającej od lat polityki samookłamywania.
 Traktaty dotyczące kontroli zbrojeń, będące niczym innym jak jednostronnymi zobowiązaniami  USA do rozbrojenia się, i modyfikacja planu rozmieszczenia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Europie Wschodniej z powodu rosyjskich zastrzeżeń, służą osłabieniu amerykańskiego i natowskiego potencjału obronnego oraz woli zaangażowania. Umowy te ignorują również współczesne formy zagrożeń - jak nacisk gospodarczy stosowany do celów politycznych czy wojna w cyberprzestrzeni.
 Tak długo jak Rosja  nie zaakceptuje i nie przyjmie zachodnich zasad i wartości, amerykańskie partnerstwo strategiczne z Rosją to mrzonka. Porozumienia o bardziej ograniczonym zakresie nie zaprzeczają fundamentalnej różnicy między Rosją a USA i nie muszą prowadzić do partnerstwa strategicznego. Stany Zjednoczone nadal będą układać się z Rosją, jeśli zajdzie konieczność, kosztem lub  z pominięciem interesów Europy Wschodniej.
 W swej istocie rosyjska polityka w kluczowych sprawach obronnych i dyplomatycznych jest w sposób spójny i odruchowy antyzachodnia i w tych kluczowych sprawach rosyjskie stanowisko odznacza się niepodlegającymi negocjacjom różnicami. To z całą pewnością nie zmieni się, w miarę jak władza Putina w Rosji będzie się umacniała. Rosja  -  za naszych czasów nie ulegnie demokratyzacji.
 Rosja, za sprawą okoliczności, może występować w roli mocarstwa europejskiego; zwłaszcza z uwagi na swe aroganckie,  agresywne skłonności do podbojów w Europie, ale Rosja historycznie i kulturowo nigdy nie była krajem europejskim, co kilku znanych i szanowanych historyków rosyjskich, jak George Vernadsky, wprost uznaje.
 Nawet w XXI wieku państwo rosyjskie explicite i jednoznacznie odrzuca zasady i wartości Zachodu, jednocześnie tym się chełpiąc.
 Warto więc podkreślić znaną prawdę historyczną, że Rosja może być w Europie i panować nad Europą jedynie wówczas, gdy jest w Polsce i panuje nad Polską. Rosja jest zaś najbardziej ukontentowana, kiedy Polska do niej po prostu należy.
 Od końca II wojny światowej jednym z geopolitycznych fundamentów siły USA  jest NATO. To NATO przez pół wieku uczyniło z USA główne mocarstwo europejskie. Rosjanie wielokrotnie  wyrażali wolę  wyparcia  USA z kontynentu i wejścia na ich miejsce przez zastąpienie NATO ogólnoeuropejskim systemem bezpieczeństwa. Tym samym stawaliby się de facto głównym mocarstwem europejskim. Zarazem niemal ćwierć wieku po upadku Związku Sowieckiego, Rosjanie wciąż roszczą sobie pretensje do zachowania strefy wpływów w byłych państwach Układu Warszawskiego. Takie są rosyjskie ambicje, co wprost wynika  z rosyjskich deklaracji dyplomatycznych.
 NATO,  podstawa polskiego bezpieczeństwa, słabnie z roku na rok,  jedynie Stany Zjednoczone realizują podjęte przez pakt zobowiązania do wydatków wojskowych na poziomie 3 proc. PKB. Co więcej, na całym kontynencie, nawet w Niemczech i Wielkiej Brytanii, prowadzone są drastyczne redukcje stanu wojsk i wyposażenia, a co za tym idzie, zmniejszanie zdolności obronnych. Obydwa kraje wyrażały już też niechęć do rozmieszczania wojsk poza swym terenem. Inne  kraje członkowskie są w jeszcze bardziej opłakanym i pogarszającym się stanie.
 Ewentualni przyszli "ochotnicy" do jakiejkolwiek koalicji "zdolnych i chętnych" stają się dzisiaj "obdżektorami".
 Niedawna interwencja libijska pokazała, że europejscy sojusznicy nie są w stanie interweniować, a w jeszcze mniejszym stopniu mogą narzucać swą wolę, i to nawet w przypadku trzecioświatowej Libii, bez niezbędnego i zasadniczego udziału Stanów Zjednoczonych. Libia pokazała, z jednej strony, klęskę amerykańskiego przywództwa, z drugiej, klęskę Europy tego przywództwa pozbawionej.
 W czasie minionych kilku lat Warszawa  buduje nie mające precedensu w historii serdeczne stosunki z Niemcami - głównie za sprawą niemieckich inwestycji w Polsce. Jednocześnie w tym samym okresie Niemcy zademonstrowały gotowość do politycznego kompromisu z Rosją w kwestiach gospodarczych, jak dostawy gazu ziemnego. Ani Niemcy, ani Francja - w założeniu najsilniejsze  mocarstwa kontynentalne - nie reprezentują szczególnej siły  w konfrontacji z Rosją. Włochy, Grecja, Turcja - partnerzy Polski w NATO - również w wykazują wolę szanowania rosyjskich interesów.
 Skutki europejskiej słabości przejawiającej się brakiem woli działania i pustym portfelem będą jeszcze bardziej bolesne, gdy przeorientowane na sprawy wewnętrzne i gospodarczo osłabiona administracja amerykańska przeniesie główne akcenty narodowej polityki bezpieczeństwa z kontynentu na Chiny. Stany Zjednoczone z  powodu zadłużenia, deficytu i pogarszającego się stanu gospodarki prawdopodobnie zredukują do absolutnego minimum swój kontyngent w Europie. A są to siły będące widocznym znakiem amerykańskiego zaangażowania w bezpieczeństwo Polski. Armia USA może zostawić w Europie jedynie jednostki konieczne do wsparcia tranzytu  sił uderzeniowych USA na Bliski Wschód. Dlatego stacjonowanie eskadry amerykańskiego lotnictwa  na terenie Polski, nawet na zasadzie rotacyjnej - jak to było proponowane - jest bardzo mało prawdopodobne.
 Armia silna, sprawna, gotowa do natychmiastowego działania, ma zasadnicze znaczenie dla wsparcia dyplomacji państwa czy sojuszu.  Dlatego cięcia w budżetach obronnych USA i kontynentu łącznie osłabią skuteczność i wpływ zachodniej dyplomacji. Aby wzmocnić tak ramię, jak kręgosłup Sojuszu być może nadchodzi czas, by na sekretarza generalnego NATO wybrać polskiego konserwatystę.
 Mimo że w dającej się przewidzieć przyszłości nie zachodzi niebezpieczeństwo odwołania się przez Rosję w stosunkach z Polską do siły wojskowej, to w dzisiejszym świecie istnieją subtelne i wieloznaczne instrumenty agresji antypaństwowej. Mogą one zostać użyte do podważania suwerenności, jak i plądrowania majątku narodowego. Narzędzia finansowe i handlowe pozwalają dany kraj szantażować, a nawet doprowadzić do ruiny. Wystarczy w tym miejscu przypomnieć kilkakrotne windowanie cen i odmowę przesyłu gazu ziemnego zastosowane w Europie przez Gazprom, będący narzędziem w rękach rządu Rosji.
 Ponadto mamy do czynienia z kampaniami dezinformacji w środkach masowego przekazu, oszustwami i środkami walki propagandowej stosowanymi do osiągnięcia dalekosiężnych celów politycznych,  implantowaniem błędnych informacji, warunkowaniem opinii i kreowaniem polityki opartej na  zafałszowanym rozumieniu rzeczywistości. Niebezpieczeństwo to jest dodatkowo wzmacniane za sprawą tajnych działań dywersyjnych i antypaństwowych.
 Nowym i wciąż narastającym zagrożeniem dla życia politycznego, wywiadu, obronności, jak również infrastruktury przemysłowej, handlowej i finansowej są ataki w cyberprzestrzeni. Wystarczy, że przypomnimy tu skoordynowane rosyjskie ataki internetowe sprzed kilku lat, które na ponad dwa tygodnie sparaliżowały estońską bankowość, powodując olbrzymie straty gospodarcze.
 W związku z zatarciem różnicy między wojną a pokojem, nowymi metodami agresji i wrogim nastawieniem Rosji wobec Zachodu, dawno temu już powinien zostać przedefiniowany i na nowo potwierdzony artykuł V Traktatu  Północnoatlantyckiego. Artykuł ten zobowiązuje sygnatariuszy do przyjścia z pomocą któremukolwiek z członków, który został zaatakowany. W dzisiejszych czasach jest mało prawdopodobne, by jakieś państwo zaatakowało otwarcie sąsiada siłami swej armii wzdłuż wspólnej granicy, raczej atak nastąpi w formie niejednoznacznej agresji z użyciem wyszukanych środków gospodarczych, społecznych, psychologicznych, informacyjnych i politycznych. Aby zaspokoić potrzeby państw członkowskich NATO w zakresie uporania się z tymi nowymi zagrożeniami, artykuł V powinien ulec przedefiniowaniu. Polska, która leży na wysuniętej flance Europy i której sąsiedzi doświadczyli już takich ataków, powinna podjąć się przewodzenia tym staraniom.
 Geopolitycznym kluczem do odbudowy Imperium Rosyjskiego jest Ukraina. W minionych latach USA utraciły na Ukrainie wyjątkową szansę. USA i Europa powinny bardziej zdecydowanie tam zadziałać - bardziej stanowczo - dyplomatycznie, a także przy wykorzystaniu szerokiego i dobrze zorganizowanego programu tajnego, w celu przyciągnięcia  Ukrainy do  Zachodu, którego Ukraina - co by powiedzieć - była niegdyś częścią w ramach trójdzielnej Rzeczpospolitej. Zanim do władzy w Kijowie doszedł obecny rząd, Ukraina deklarowała zamiar przystąpienia tak do UE, jak NATO. USA i Europa mogły uczynić o wiele więcej, o wiele skuteczniej wspierając polityków z Kijowa, zamiast ubolewać nad ich pieniactwem i nieodpowiedzialnością, patrząc, jak w chaosie frymarczą niepodległością swego kraju. Niekończące się kłótnie o błahe sprawy w Radzie (ukraińskiej legislaturze) powinny być lekcją dla polskich polityków. Ale uprzedzenia i stereotypy Zachodu, przestarzałe myślenie i, szczerze mówiąc, brak wiedzy i hartu ducha, połączone z odwróceniem uwagi, nie były w stanie pokonać zgubnych skutków 70 lat systematycznego sowieckiego siania zła. Stany Zjednoczone, Europa, jak również Polska odpuściły sobie coś, co powinno być pierwszoplanowym szańcem obronnym Zachodu. Jest to zaniechanie o nieobliczalnych negatywnych konsekwencjach strategicznych.
 Kresy - te historyczne wschodnie rubieże Polski, są nadal bardzo istotne dla polskiego bezpieczeństwa, dlatego zdumiewa i rozczarowuje fakt, że Polska nie zrobiła więcej dla przeciągnięcia Ukrainy na stronę Zachodu. Bo to właśnie Polska dysponuje ostrą, właściwą oceną krytycznej roli, jaką Ukraina odgrywa,  i strategicznego położenia wszystkich pozostałych państw Europy Wschodniej względem Rosji. Niewystarczająca obecność Polski na Ukrainie jest szczególnie zaskakująca, jeśli popatrzymy na otwartą, aktywną i pożyteczną działalność Polski na rzecz opozycji demokratycznej na Białorusi. Gdyby Ukraina przeszła ku Zachodowi, Białoruś najprawdopodobniej poszłaby w jej ślady. A wydarzenia te odcięłyby Rosję bezpośrednio od Europy i utwierdziły geostrategiczną pozycję Polski. Wydarzenia takie pozostawiłyby Rosję tam, gdzie geograficznie i historycznie jest jej miejsce.
 Istnieje też inne wielkie źródło potencjalnego zagrożenia, o którym USA, NATO i Polska haniebnie milczą. Jest to sprawa Kaliningradu, czy może bardziej odpowiednio, Koenigsbergu, albo też Królewca. Imperialistyczny anachronizm, zaszłość, która  jest tym bardziej zawstydzająca i bolesna, że  terytorium to zostało nazwane na cześć bolszewika Kalinina, jednej z osób, która podpisywała wyroki śmierci na polskich jeńców wojennych w Katyniu i innych sowieckich obozach śmierci. Taka nazwa to afront wobec Polski i  jeszcze jeden przykład antyzachodniej postawy Rosji.
 Pod koniec II wojny światowej Związek Sowiecki jednostronnie inkorporował ten teren będący północną częścią byłych Prus Wschodnich - ok. 5830 mil kw., na mocy prostego prawa podboju. Połowa terenów przedwojennej Polski, cała Ruś Zakarpacka, znaczna część Rumunii, to wszystko nie zaspokoiło sowieckiego apetytu na cudze tereny - co samo w sobie stanowi rażący przejaw rosyjskiego imperializmu. Po tym jak Rosjanie zajęli Prusy Wschodnie, wyrzucili dotychczasowych mieszkańców i osadzili własnych kolonizatorów - ustanowili tam zamkniętą strefę wojskową, odcinając dostęp do świata zewnętrznego.
 Na terenie tym stacjonuje obecnie garnizon wojskowy, jest kilka baz lotnictwa, a także dowództwo rosyjskiej Floty Bałtyckiej. Niedawno Rosja wysłała tam dodatkowo brygadę piechoty morskiej. Rosjanie rozmieścili również w Kaliningradzie swój najnowszy system rakietowej obrony przeciwlotniczej dalekiego zasięgu, którego promień działania obejmuje wszystkie kraje bałtyckie oraz Polskę.  Z uwagi na potrzeby transportu z Rosji i do Kaliningradu przez Polskę i kraje bałtyckie - korzystanie ze szlaków komunikacyjnych, stwarza kolejne problemy, które Rosjanie często wykorzystują do wywierania nacisków na kraje tranzytowe. Latając do swej kolonii, Rosjanie często naruszają też przestrzeń powietrzną państw bałtyckich. Co ważniejsze, w ostatnich latach Moskwa kilka razy groziła rozmieszczeniem w Kaliningradzie taktycznej broni nuklearnej w odwecie za różne działania NATO, którym jest przeciwna. W enklawie rozmieszczono też w 2008 roku pociski ziemia-ziemia krótkiego zasięgu, jak również pociski strategiczne SS-27, wymierzone w Polskę, w odwecie za zaproponowanie  stacjonowania  Polsce pocisków antyrakietowych tarczy amerykańskiej. Jest bardzo prawdopodobne, że niezależnie od składanych deklaracji i dementi,  Rosjanie rozmieścili w Kaliningradzie znaczną liczbę głowic nuklearnych.
 Kaliningrad stanowi bezpośrednie i cały czas obecne zagrożenie, niczym naładowany pistolet wymierzony w serce Europy, zwłaszcza Polski.
 Rosyjska okupacja Kaliningradu to nie jest przypadek beati sunt possidentes; Rosja nie ma żadnego prawa czy roszczenia  historycznego, ludnościowego, kulturowego czy prawnego do tego obszaru. Przychodzi mi natomiast  na myśl słynny obraz Jana Matejki "Hołd pruski". Nie ma żadnego zasadnego powodu dla kontynuowania okupacji rosyjskiej tego terenu, a istnieje  wiele dobrych powodów, aby Europa tę okupację zakończyła. Polska powinna przełamać milczenie Zachodu w sprawie tego zagrożenia.
 Polska dla swego bezpieczeństwa może zrobić jeszcze więcej. Członkostwo Polski w Grupie Wyszehradzkiej powinno być kontynuowane, mimo że jego użyteczność jest ograniczona. Siła kwartetu  jest zbyt mała w skali  wpływów i interesów, a jego spójność niestabilna. Polska powinna zmobilizować i stanąć na czele "nowej Europy", wszystkich państw Europy Wschodniej od Bałtyku do Morza Czarnego, w celu wzmocnienia NATO i działania jako jeden blok w sprawach polityki zagranicznej, obrony i gospodarki   na skalę porównywalną do "starej Europy". Polska jako oś wschodniej części kontynentu znajduje się w roli naturalnego przywódcy "nowej Europy" - o ile tylko zechce nim być.
  Wewnętrzna spójność polityczna Polski mogłaby bardzo pomóc realizacji geopolitycznych strategicznych interesów kraju. Polscy patrioci powinni bronić polskiego życia politycznego i intelektualnego przed nieustannym szkodliwym wpływem obcych agentur w społeczności akademickiej, mediach, polityce  i kilku segmentach krajowego establishmentu sił bezpieczeństwa. Agentury rozpowszechniają dezinformację, sieją zamęt i inspirują podziały w interesie wrogów Polski.
 W okresie powojennym naród Polski był najsilniejszy, gdy polski Papież napełnił go duchem patriotyzmu i pobożności. Polskim patriotom powinno dać do myślenia, że im bardziej Polska staje się taka jak Europa w sensie i znaczeniu Unii Europejskiej, tym bardziej oddala się od swego unikatowego charakteru. Komuniści usiłowali zabić polską duszę. Europejski relatywizm moralny również może do tego doprowadzić.
 Relatywizm moralny deformuje nie tylko charakter człowieka i zmienia jego zachowanie w codziennym życiu; relatywizm moralny może zniekształcić  poprawne, prawdziwe rozumienie  i osąd przywódców politycznych oraz opinii publicznej,  nieodzowne, by stawić czoło wyzwaniom  polityki zagranicznej i  bezpieczeństwa. W swej istocie relatywizm moralny, zwłaszcza w sprawach bezpieczeństwa, zagraża niepodległości Polski. Polska powinna czerpać z tego co w niej najlepsze, ze swego charakteru, tradycji, wartości, swej wyjątkowej historii. Te wartości nie tylko, że powinny być zachowane, ale pielęgnowane i umacniane. Aby zachować swą duszę i zagwarantować sobie bezpieczeństwo, Polska musi pozostać tym, czym zawsze była -  Antemurale Christianitatis.
 Społeczność polska w Ameryce (Polonia) bezustannie naciska na Departament  Stanu, Kongres  we celu zakończenia oburzającej etnicznej dyskryminacji Polaków w sprawie wiz. Jest bardzo ważne doprowadzenie do prezydenckich proklamacji i uchwalenia przez Kongres rezolucji upamiętniających Kazimierza Pułaskiego, Tadeusza Kościuszkę czy Konstytucję 3 maja. Są to sprawy ważne dla zachowania polskiego dziedzictwa w Ameryce. Ale Polonia i jej główne  organizacje mogą również uczynić wiele dla wsparcia bezpieczeństwa Polski; silny lobbing dla wsparcia strategicznych spraw polskiego bezpieczeństwa.
 Organizacje polonijne powinny połączyć siły, wywierając naciski na Kongres, rząd, jak też obie partie, demokratyczną i republikańską, podczas obecnej kampanii prezydenckiej w celu poparcia podstawowych zagadnień istotnych dla polskiej polityki zagranicznej i obronnej, jak na przykład zapewnienie amerykańskiego wsparcia dla programów radiowych i telewizyjnych nadawanych na Ukrainę i Białoruś, promocję ścisłej współpracy Polski ze środowiskami amerykańskiego wywiadu, lobbowanie na rzecz stacjonowania wybranych jednostek amerykańskich sił zbrojnych w Polsce,  zwłaszcza eskadry  lotnictwa myśliwskiego, bazowanie amerykańskiego okrętu w Gdańsku czy prowadzenie wspólnych operacji sił specjalnych USA i Polski. Do tego dodać wypada zmianę definicji artykułu V Traktatu Północnoatlantyckiego i kampanię na rzecz objęcia przez konserwatywnego polskiego polityka stanowiska sekretarza generalnego NATO, lobbing w USA, w NATO i na Ukrainie na rzecz członkostwa tego państwa w NATO, wsparcie dla obalenia obecnych władz  Białorusi, uzyskanie pomocy Centralnej Agencji Wywiadowczej dla polskich operacji tajnych na Ukrainie, zorganizowanie kampanii dyplomatycznej na rzecz wyparcia Rosji z Kaliningradu. Polonia to liczna rzesza wyborców, dlaczego nie mieliby się oni zmobilizować dla znaczącego wsparcia polskiego bezpieczeństwa?
 Polska - o ile to możliwe, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych - powinna podjąć inicjatywę i  stawić czoło trudnym strategicznym wyzwaniom własnego bezpieczeństwa, a nie jedynie przytakiwać działaniom innych państw, jakkolwiek przyjaznych i dobrze Polsce życzących, aby nakreślić fundamentalne warunki swego bezpieczeństwa. Według mnie, Polska nie ma innego wyjścia.
 Powyższy artykuł jest poszerzonym tekstem wystąpienia gen. Jajki  na dorocznym obiedzie Kongresu Polonii Amerykańskiej w Święto Dziękczynienia w Waszyngtonie w listopadzie 2011 roku i pochodzi ze styczniowego numeru "The Sarmatian Review".
Tłumaczył  Andrzej Kumor

Wyprawa po deskę
Z początkiem lutego zima opuściła południowe Ontario, a precyzyjniej - okolice jeziora. Nie ma śniegu w promieniu 70 kilometrów od aglomeracji torontońskiej. W tej sytuacji warto poświęcić najbliższy weekend, by pochodzić trochę po sklepach z zimowym sprzętem, bo zaczęły się wielkie wyprzedaże i zwykle cena dobrych nart czy deski jest teraz o wiele niższa...
Jeśli zamierzamy spróbować swych sił w jeździe na jednej desce, to trzeba odwiedzić jeden ze sklepów SportChek - w lutym oferują tam na cały snowboardowy sprzęt bonifikatę od 30 do 60 procent! Skompletowanie więc wszystkiego kosztować nas będzie mniej niż połowę zwykłej ceny, a trzeba tu koniecznie dodać, że jazda na jednej desce nie wymaga tak kosztownego sprzętu jak na dwóch - konieczne jest tylko samozaparcie, wyczucie równowagi i nieco odwagi, by ruszyć w dół stoku z przywiązanymi dwiema nogami do jednej deski. Najtańsza deska kosztuje w SportChek po aktualnej przecenie 139 dolarów (firefly furious for man), 70 dol. trzeba zapłacić za "trzymacze" butów (firefly A5), buty kosztują także 70 dol. (firefly C32). 
 Przed wybraniem się do sklepu po deskę snowboardową wskazane jest posiąść wcześniej nieco wiedzy na jej temat. Zaoszczędzi nam to wiele czasu i pozwoli uniknąć niepotrzebnych rozczarowań w razie dokonania nieodpowiedniego wobec naszych oczekiwań zakupu.
 Deska, im dłuższa, tym lepiej sunie po śniegu. W zależności od preferowanego stylu jazdy wybiera się różne długości desek, zazwyczaj kierując się ciężarem ciała. Dla początkujących oraz zwolenników ekwilibrystyki w śniegowych rynnach przeznaczone są deski nieco krótsze. 
 Duże znaczenie ma długość ślizgu deski. Jest to ta jej część, która ma bezpośredni kontakt z nawierzchnią. Im jest dłuższa, tym zapewnia większą stabilność, jednak zbyt długa utrudnia kierowanie deską. 
 Szerokość deski odgrywa niebagatelną rolę przy skręcaniu. Od niej zależy prędkość, z jaką przeniesiony zostaje ciężar ciała z przedniej na tylną krawędź. Szerokość wpływa także na stabilność deski - im jest szersza, tym bardziej stabilna. Na skręcanie ma też wpływ kształt boków, tzn. promień ich wcięcia (jak w nartach karwingowych). 
 Do omówienia pozostał jeszcze tylko czubek i tył deski. Długość od początku do miejsca zetknięcia ze śniegiem deski - to jej czubek. Dłuższy zwiększa komfort jazdy po świeżym śniegu, krótszy  ułatwia akrobacje w powietrzu. Podobnie ma się rzecz z ogonem deski - dłuższy zwiększa komfort jazdy, krótszy i bardziej kanciasty zwiększa precyzję skręcania. 
 Deski snowboardowe dzieli się na następujące grupy: 
 Freestyle - najbardziej odpowiednia  deska dla początkujących. Przeznaczona do jazdy po zwykłych, narciarskich trasach, bez osiągania nadmiernych prędkości. Ma symetryczną budowę, umożliwia jazdę zarówno tyłem, jak i przodem. Stosuje się do niej wiązania miękkie.
 Half pipe - deska przeznaczona dla miłośników powietrznych akrobacji wykonywanych w rynnach śnieżnych (half pipe). Ma jednakowe zakończenia z przodu i z tyłu, dzięki temu można nią łatwo manewrować w powietrzu i na śniegu. Wiązania miękkie, przeciętna długość deski 155-160 cm, szerokość talii 25 cm. 
 Freeride - deska uniwersalna, przystosowana do jazdy w każdych warunkach. Jednokierunkowa z niesymetrycznym uniesieniem czubka i ogona. Można na niej jeździć zarówno w miękkich, jak i twardych butach. Przeciętna szerokość deski w talii - do 25 cm (buty miękkie) i do 23,5 cm (buty twarde), długość - od 165 cm (mężczyźni), od 157 cm (kobiety). 
 Free carve - łatwa w prowadzeniu i świetnie skręcająca deska do szybkiej jazdy po specjalnie przygotowanych trasach, a także poza nimi. Ma jednokierunkowy kształt, a lekko podniesiony przód ułatwia jazdę po miękkim i świeżym śniegu. Długość deski 165-170 cm, szerokość talii do 23 cm, buty twarde. 
 Race - długie i wąskie deski do slalomów. Szerokość talii poniżej 22 cm, długość powyżej 170 cm, buty twarde.
 Powder - kategoria desek specjalnie przygotowanych do jazdy po świeżym, puszystym śniegu. Kształty zróżnicowane. Długość ok. 170 cm, szerokość talii ok. 25 cm, buty miękkie lub twarde. 
 Boarder cross - deski do wszechstronnego wykorzystania na stoku (skoki, muldy, skręty). Dłuższe, o jednokierunkowej budowie, usztywnione. Buty twarde lub miękkie. 
 Wiązania w snowboardingu dzielą się na trzy grupy:
 Miękkie - wykorzystuje się do wolnych stylów jazdy oraz do akrobacji (buty miękkie). 
 Twarde - są wykorzystywane przez miłośników szybkiej jazdy (buty twarde). 
 Step-in - są połączeniem wiązań twardych i miękkich. Charakteryzują się specjalnymi zatrzaskami do wpinania miękkich butów bez użycia rąk.
 Snowboarding to nie tylko styl jazdy, ale także ubraniowy styl. Jak się przyodziać, by uprawianie tego sportu nie stało się dla nas katorgą?
 Wybierając się w góry, ubierz się na cebulkę - włóż kilka warstw: długą bieliznę, podkoszulek, sweter - najlepiej golf, kamizelkę, a dopiero na to kurtkę. Długa bielizna jest bardzo ważna, bo dobrze utrzymuje temperaturę. Pamiętaj, żeby do każdej aury ubrać się stosownie. Jak jest ciepło, to włóż coś nieprzemakalnego, a na mróz coś ekstra ciepłego. Pamiętaj o rękawicach i czapce.
 Snowboarding to wiele przyjemności podczas jazdy, ale trzeba się liczyć z sytuacjami niebezpiecznymi. Należy więc zaopatrzyć się w odpowiednie ochrony. 
 KASK 
 To bardzo ważna ochrona, gdyż zabezpiecza to, co mamy najcenniejszego. Dzieci powinny używać go obowiązkowo, zwłaszcza we wczesnych fazach nauki jazdy. Stłuczenia głowy są częstą kontuzją, zwłaszcza u początkujących, i zdarzają się o wiele częściej niż np. u narciarzy. 
 Jeżeli jesteśmy zwolennikami twardej deski, długich stoków i wielkich szybkości, kask powinniśmy zakładać nawet wówczas, gdy uważamy się za mistrza deski. Obecnie produkowane kaski są lekkie, estetycznie wykonane, przez co zachęcają do ich stosowania. Za ich użyciem przemawiają też względy psychiczne - kask dodaje pewności podczas trudnych skoków, jazdy z dużą szybkością bądź w czasie bliskich kontaktów na stoku z innymi snowboardzistami i narciarzami. Najtańszy ochronny kask kosztuje teraz w SportChek 42 dolary.
 SPODENKI
 Bardzo ważne jest dobre zabezpieczenie tylnej części ciała, bioder i kości ogonowej. U snowboardzistów są one nieporównanie częściej narażone na urazy niż u narciarzy alpejskich. Silne uderzenia mogą wywołać stłuczenia mięśni, kości oraz przeciążenia w kręgosłupie. Górną część ud, pośladki oraz kość ogonową doskonale zabezpieczają piankowe ochraniacze naszyte na elastyczne spodenki. W sklepie odpowiednie spodenki firmy RED kosztują 109 dolarów.
 DŁONIE, NADGARSTKI
 Specyfika jazdy na snowboardzie sprawia, że najwięcej kontuzji związanych jest z dłońmi. Niektóre firmy produkują snowboardowe rękawiczki ze specjalnymi wzmocnieniami. Do najprostszych należy szeroka taśma z usztywnionego materiału, którą ciasno opinamy nadgarstek. Lepsze modele posiadają plastikowe wkładki usztywniające nadgarstek, uniemożliwiające wyłamanie kciuka, a nawet chroniące wewnętrzną część dłoni. 
 GOGLE
 Podobnie jak w narciarstwie zjazdowym, gogle pełnią niezwykle ważną rolę przy uprawianiu snowboardingu. Szybka jazda w mroźnym powietrzu czasem wręcz uniemożliwia patrzenie bez okularów; zimno paraliżuje wzrok. Również słoneczna pogoda na ośnieżonym stoku jest niebezpieczna dla naszych oczu. Łatwo mogą one ulec porażeniu. Nie żałujmy więc pieniędzy na dobrze dobrane gogle. Najtańsze (bolle mojo black) kosztują 18 dolarów, dla profesjonalistów SportChek oferuje gogle firmy Oakley crowbar seth morrison Canada Maple Leaf za 126 dolarów.
 Życzę udanych zakupów, a w przyszłym tygodniu powrotu zimy, by jeszcze w tym sezonie wypróbować nowy sprzęt.
Jerzy Rosa
Mississauga

American Dream na wstecznym
31 stycznia 2012 roku trafiły do sprzedaży album Lany Del Ray "Born to Die" oraz analiza socjologiczna Charlesa Murraya (tego od "Krzywej dzwonowej") "Coming Apart; the State of White America 1963-2010" (co luźno przełożyć można na "Rozpad; obraz białej Ameryki 1963-2010"). Ktoś zapyta, i co z tego, co ma piernik do wiatraka? Otóż, jednak ma.
Album Lany Del Ray (w realu Elizabeth Grant, córki multimilionera Roba Granta) plasuje się w coraz bardziej wartkim nurcie amerykańskiej pop-kultury - ziejącym nostalgiczną tęsknotą za Ameryką sprzed 50 lat. Stylistyka Lany jest żywcem wyjęta z ery Eisenhowera czy JFK. Podobne tęsknoty przebijają w  filmach, m.in. w - o dziwo - nagrodzonym europejską Palmą "The Tree of Life" Malicka, z Bradem Pittem.
        Ameryka przez wiele dekad stanowiła  uosobienie postępu - rozwój cywilizacyjny  i tempo bogacenia się społeczeństwa zapierały dech; nikt przy zdrowych zmysłach nie tęsknił za przeszłością. Posługując się dzisiejszymi standardami granicy ubóstwa, Murray przypomina, że poniżej tej cezury w 49 roku żyło 41 proc. Amerykanów, zaś w 1963 niespełna 20 proc. Dobrobyt otulał miliony. Trudno takim ludziom odgrzewać na talerzu kultury masowej obrazy sprzed pół wieku, szczypiąc duszę opowieściami, jak to pięknie drzewiej bywało. American Dream nie miał wstecznego biegu i nikt za siebie nie patrzył. Bo po co? Nostalgią, to można sobie było nacierać zelówki na brukach Paryża czy Berlina; w Nowym Jorku w powietrzu wisiała jedynie awangardowa bezczelność parcia do przodu. Zero splinu. Masa miasta zżerana w trzewiach maszyn wypluwała te nowsze, rzekomo lepsze czasy. Nie bez kozery powiedzenie o starych, dobrych czasach nie miało amerykańskiej wersji.
 Do nostalgii, podlanej melancholią, potrzebny jest regres - poczucie, że ci przed nami mieli jednak pod  jakimś względem dużo lepiej. I właśnie o tym opowiada ze swadą Murray - o przepoczwarzeniu, które rozorało USA za życia zaledwie dwóch pokoleń. Teoretycznie, mieszkańcy Nowego Świata nigdy nie mieli lepiej niż dzisiaj - PKB przecież nie kłamie.  Ameryka  nadal pławi się w bogactwie i jest w stanie rozstawiać po kątach w dowolnym zakątku ziemi.
 Zestawienie tego, co mamy w roku 2010, z tym co było w roku 1963, wywołuje... nostalgię.
 W 1963 98 proc. mężczyzn w wieku 30 - 40 lat było pracownikami lub aktywnie szukało pracy. Powszechnie sądzono, że inny status nie przystoi dorosłemu mężczyźnie.  W telewizji dominował obraz szczęśliwej tradycyjnej rodziny, za rzecz oczywistą uznawano, że TV i kino mają  umacniać normy społeczne. Scenariusze filmowe zatwierdzane  w oparciu o kodeks Stowarzyszenia Filmowego wykluczały brzydkie słowa w dialogach, nie można też było wzywać imienia Boga nadaremnie, wyśmiewać religii czy umieszczać treści obscenicznych - w tym wszystkiego co odnosiło się do seksu. Aktorzy nie mogli grać nago czy półnago. Homoseksualizm to była perwersja, a filmowa zbrodnia nie mogła popłacać. I faktycznie nie popłacała, bo na wielkich połaciach kontynentu ludzie zostawiali otwarte drzwi domów, a samochody stały z kluczykami w środku.
 Wybór kanałów i programów telewizyjnych owszem był - w niektórych miejscowościach nadawały CBS, NBC i ABC. Z sondażu Gallupa przeprowadzonego w 1963 roku wynikało, że 95 proc. respondentów zaliczało się albo do "klasy pracującej" (50 proc.), albo "klasy średniej" (45 proc.). Wiele osób wpływowych unikało uznawania siebie za klasę wyższą, co było wyrazem powszechnego przekonania (błędnego), że w Ameryce nie ma klas.  Ameryka chodziła do kościoła. Na pytanie czy w ciągu minionych siedmiu dni byłeś w kościele (Murray zwraca uwagę, że w pytaniu nie było oboczności, w rodzaju "w kościele albo w synagodze" czy "w miejscu kultu"), jedynie 1 proc. uznawało się za obojętnych na religię, a połowa wszystkich zapytanych deklarowała, że chodzi do kościoła. I to niezależnie od dochodów i wykształcenia.
 Co ciekawe, gdyby sięgnąć do jeszcze starszych czasów, okaże się, że do początku lat 60. proporcje te były mniej więcej takie same i stanowiły istotny element "amerykańskiego stylu życia". Podobnie tradycyjne małżeństwo. Odsetek gospodarstw domowych rozwodników stanowił zaledwie 3,5 proc., a żyjących w separacji - 1,6 proc. 80 proc. mężatek nie pracowało poza domem i wychowywało dzieci. Murray nie kryje, że ówcześni Amerykanie mieli o wiele mniejszy wybór towarów, muzyki w radiu, książek; księgarnie były niewielkie i poza dużymi miastami nieliczne;  nie było na co nagrywać muzyki, ludzie jeździli autami made in USA, a te made in Japan były synonimem szajsu. W restauracjach królował befsztyk i hamburger; sushi było nie do pomyślenia,  pizza raczkowała, Chińczycy serwowali zamerykanizowaną chińszczyznę, a pierwsza tajska restauracjach otworzyła się w 71. roku.
 Dlaczego więc melancholia?   Murray podsumowuje: "Eksperyment amerykański nie polegał na tym, aby maksymalizować dobrobyt albo zapewnić międzynarodową dominację. Projekt Ameryka  - był nieustającym wysiłkiem - poczynając od samego aktu założycielskiego - który miał zademonstrować, że człowiek może być pozostawiony wolny samemu sobie, jako osoba i jako rodzina, aby żył po swojemu, tak jak to uzna za właściwe, dobrowolnie  angażując się wraz z innymi w rozwiązywanie wspólnych problemów". 
 To był amerykański skarb, to była ta wyjątkowa kultura. To była Ameryka, która imigrantom wyciskała łzy z oczu na widok Statuy Wolności.
 To była Ameryka, której Amerykanie nie zdołali upilnować, która padła pod ciosami bolszewizmu kulturowego. 
 Nostalgia za nią z roku na roku będzie większa.
 Andrzej Kumor
 Mississauga
 1. Born to Die Lana Del Rey Interscope Records and Stranger Records
 2. Coming Apart The State of White America, 1960-2010 by Charles Murray - Random House
 
 
 

GONIEC, NR 4/2012

Młodzi wykształceni stanęli dęba?
Tego chyba nikt się nie spodziewał. Jeśli nawet - jak w większości przypadków w naszym nieszczęśliwym kraju, gdzie różne spontaniczne wystąpienia bywają aranżowane przez bezpieczniackie watahy - ktoś tam kogoś w ramach wojny na górze zainspirował, to wypadki szybko wymknęły się spod kontroli. Zaczęło się od akcji blokowania internetowych stron różnych konstytucyjnych organów naszego demokratycznego państwa prawnego. Akcja okazała się skuteczna na tyle, że strona rządowa, sejmowa, a także prezydencka zostały zablokowane. Rzecznik rządu Paweł Graś, robiąc dobrą minę, oświadczył, że to ze względu na ogromne zainteresowanie obywateli pracami rządu, Sejmu i prezydenta - ale ciekawa rzecz - nie uwierzyli w to nawet dziennikarze zatrudnieni w mediach głównego nurtu, którzy już choćby z racji etatu skwapliwie i ostentacyjnie wierzą we wszystkie oficjalne wersje. Również i od nich popłynęły złośliwe komentarze, że minister Graś próbuje robić z nich idiotów, skoro sądzi, że uwierzą, iż tysiące ludzi akurat w środku nocy chciało natychmiast dowiedzieć się, co robi rząd czy Sejm. Wydaje się, że Umiłowani Przywódcy zlekceważyli to pierwsze poważne ostrzeżenie i jedynie odpowiedzialny w rządzie za cyfryzację Michał Boni zaczął się sumitować z powodu braku społecznych konsultacji przez podpisaniem przez Polskę kagańcowego porozumienia ACTA. Najwyraźniej był najlepiej poinformowanym funkcjonariuszem rządu premiera Tuska - co jest skądinąd zrozumiałe, zwłaszcza w kontekście znanego francuskiego przysłowia, że "kto raz był królem, zawsze zachowa majestat". 
 Uprzedzając nieco fakty, trzeba bowiem podkreślić, że taka właśnie interpretacja stała się wkrótce podstawą akcji perswazyjnej podjętej przez media głównego nurtu najwyraźniej na polecenie Sił Wyższych, zaskoczonych rozmiarami i gwałtownością reakcji. Bo na ulice miast wyszły tysiące ludzi, przeważnie młodych, albo nawet bardzo młodych - bo tacy przede wszystkim są użytkownikami Internetu - którzy przybrali wobec rządu, Platformy Obywatelskiej i w ogóle - Umiłowanych Przywódców niechętną, a nawet wrogą postawę. Bezpieka, jak zwykle w takich wypadkach, zastosowała taktykę "porozumienia i walki", bo z jednej strony media głównego nurtu zaczęły natrętnie suflować niezadowolonym, że oburza ich przede wszystkim brak owych społecznych konsultacji i gdyby tylko Donald Tusk okazał im szacunek i powiedział, co i jak, to nie tylko w podskokach zgodziliby się na ACTA, ale nawet daliby obciąć sobie języki -- a z drugiej generał Stanisław Koziej, który szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego został mianowany przez marszałka Komorowskiego już następnego ranka po smoleńskiej katastrofie i niezwłocznie po nominacji przejął "Aneks" do "Raportu o rozwiązaniu WSI" - zagroził wprowadzeniem stanu wyjątkowego w sytuacji dalszego zagrożenia systemu informatycznego państwa. Dopiero na tym tle można lepiej zrozumieć gorliwość mediów głównego nurtu, które przygotowując się do stanięcia jednym susem w awangardzie szermierzy praworządności, argusowym okiem zauważyły wśród demonstrantów "stadionowych bandytów". 
   Donald Tusk podjął rozmowy z ministrem Bonim, ale chyba tylko pro forma - tzn. żeby się nazywało, że jednak z kimś rozmawia - ale nie zmienił zdania, że "nie ugnie się" przed szantażem. Nietrudno się domyślić, dlaczego jest taki nieugięty. Wygadał się z tym minister kultury Bogdan Zdrojewski, informując, że nawet jeśli Sejm nie ratyfikowałby porozumienia ACTA, to "i tak" jego  postanowienia będą w Polsce obowiązywały, ponieważ przyjęła je Unia Europejska. A debata poświęcona ratyfikacji oczywiście się w Sejmie odbędzie i będziemy mogli obserwować, jak Umiłowani Przywódcy własną piersią będą próbowali zasłaniać nasz nieszczęśliwy kraj przed tym nowym paroksyzmem, ale w końcu wyczerpani walką, ulegną przemocy. Toteż kiedy ambasador RP w Japonii, pani Jadwiga Rodowicz w czwartek porozumienie ACTA podpisała, a odpowiedzią na to były kolejne demonstracje uliczne i starcia z policją, prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński zapowiedział podjęcie na terenie Sejmu inicjatywy rozpisania referendum w sprawie ACTA. 
 Warto tedy przypomnieć, że w sprawie ratyfikacji Traktatu lizbońskiego, który dla niepodległości i suwerenności politycznej Polski stwarza znacznie większe niebezpieczeństwo, prezes, a właściwie premier Kaczyński referendum jednak nam pożałował. Ale to jest tak, jak z góralem namawianym przez agitatora do kołchozu. - Dalibyście baco do kołchozu konia? - Dołbym. - A krowę? - Dołbym. - No a owieczki? - Ni, łowiecek ni! - Dlaczego? Dalibyście konia, dalibyście krowę, a owieczek byście nie dali? Dlaczego? - Bo mom! 
 Kiedy premier Kaczyński mógł przeforsować w Sejmie referendum w sprawie ratyfikacji Traktatu lizbońskiego, to ani mu to było w głowie. Teraz, kiedy wiadomo, że do żadnego referendum w sprawie ACTA rządząca koalicja nie dopuści - gotów jest walczyć o nie do upadłego.  Podobnie Solidarna Polska, która 26 stycznia wypowiedziała rządowi "wojnę", a wcześniej jej lider, eurodeputowany Ziobro, w Parlamencie Europejskim, podobnie jak europosłowiek PiS, głosował w podskokach za przyjęciem ACTA. Jestem za, a nawet przeciw! Do grona nieprzejednanych przeciwników ACTA dołączył też poseł Palikot, z zapierającą  dech odwagą nawołując do piractwa, chociaż kilka dni wcześniej w ostatniej chwili nie odważył się zapalić w Sejmie skręta z marihuany i wykpił się kadzidełkiem, chociaż z uwagi na immunitet, a przede wszystkim - na parasol ochronny, jaki roztaczają nad nim bezpieczniackie watahy, nikt nie ośmieliłby się mu niczego zrobić. Jedynie SLD był od początku porozumieniu ACTA przeciwny, chociaż jak sądzę dlatego, że forsowały je Stany Zjednoczone. Gdyby to był kto inny, to kto wie - może SLD byłby jak zwykle w awangardzie postępu?
 Niezależnie od tego, podpisanie ACTA na pewno nie przysłuży się rządowi premiera Tuska, skądinąd bardzo wyczulonego na nastroje. Obecna determinacja pokazuje, że starsi i mądrzejsi musieli postawić tę sprawę na ostrzu noża - a w dodatku szef rządu walczy o reputację, próbując w zamian za zgodę Polski na pakt fiskalny - co wiąże się z koniecznością zapłaty prawie 7 mld euro frycowego - dopuszczenie go do stołu obrad strefy euro - oczywiście bez prawa głosu - byle tylko ostentacyjnie nie zatrzaskiwano mu drzwi przed nosem. Nic zatem dziwnego, że przechodzi do porządku nad protestami internautów, licząc pewnie na to, że za 3 lata nie będą już o niczym pamiętali i znowu zagłosują zgodnie z oczekiwaniami aranżującej tubylczą sceną polityczną bezpieki. Ale tym razem może być inaczej, bo ACTA  przewiduje możliwość  stosowania rozmaitych represji wobec operatorów i użytkowników Internetu i jeśli te możliwości zaczną być realizowane - a przecież chyba w tym celu ACTA została przedsięwzięta - to na zaniki pamięci trudno będzie liczyć. Co więcej - właśnie Europejski Trybunał Sprawiedliwości orzekł, że nie można zmuszać dostawców Internetu do zainstalowania systemu zapobiegającego nielegalnemu pobieraniu plików - bo jest to sprzeczne z Kartą Praw Podstawowych - tymczasem ACTA może prowadzić do narzucania operatorom konieczności wprowadzenia rozwiązań filtrowania treści, czyli - mówiąc potocznie - cenzurowania. Ten wyrok dodatkowo komplikuje sytuację, utrudniając podtrzymywanie opinii, że ACTA jest w jak najlepszym porządku. Po drugie - akurat w Sejmie toczy się debata nad ustawą refundacyjną i zarazem - nad odwołaniem ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. Ministrowi, ma się rozumieć, nic nie grozi, bo oprócz PO może on liczyć na poparcie koalicyjnego PSL, ale ustawa refundacyjna, będąca elementem Narodowego Programu Eutanazji, którego celem jest stopniowe eliminowanie z grona żyjących najstarszych i najbardziej schorowanych, a więc - najmniej produktywnych i najbardziej obciążających budżet członków tubylczej społeczności - ustawa ta sprawia, że coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, czym naprawdę jest rząd premiera Donalda Tuska. On też chyba zdaje sobie sprawę z tego, że dalszy rozwój jego kariery w naszym nieszczęśliwym kraju może napotkać trudne do sforsowania przeszkody i - jak fama głosi - coraz częściej rozgląda się za jakąś synekurą europejską, dzięki której mógłby sobie wygodnie i bezproblemowo żyć aż do śmierci. Ale to też nie jest pewne, bo - po pierwsze - ze względu na trapiący Europę kryzys, amatorów takiej politycznej emerytury może być znacznie więcej niż możliwości, a po drugie - łaska pańska na pstrym koniu jeździ - co bardzo ładnie przedstawił pozbawiony złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki: "Winszuj ojcze - rzekł Tair. - W dobrym jestem stanie. Jutrom szwagier sułtana i na polowanie z nim wyjeżdżam. Rzekł ojciec - wszystko to odmienne: łaska pańska, gust kobiet, pogody jesienne... Jakoż zgadł; piękny projekt wcale się nie nadał. Sułtan siostrę odmówił, cały dzień deszcz padał."
  Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Fundamentalia
Jeśli pojęcie zaufania rozważać w kategoriach miary podejrzliwości, to coraz większa grupa Polaków ma coraz mniej zaufania do rządzących. Przy czym ta ich podejrzliwość wydaje się w najwyższym stopniu uzasadniona. 
 Powyższa obserwacja, uzupełniona ostatnimi wynikami badań tak zwanej opinii publicznej, zdaje się dowodzić, iż przeciętny Polak częściej niż dotąd wybiera się po rozum do głowy i z tych spacerów nie wraca z niczym. 
Rzecz jasna ów kwantyfikator ("Polacy") z samej definicji nie dotyczy indywiduów zbudowanych z ITI czy Agory, innymi słowy osobników z wyrżniętymi sumieniami, przekonanych, że ponieważ wydano im dowody osobiste, naprawdę żyją niezależnym życiem, a nie według recept dla marionetek, wypisywanych przez kierowników wiodących nadwiślańskich pralni mózgów i wtłaczanych do głów gawiedzi via publikatory. Okoliczność, iż tacy ludzie urodzili się w Polsce, mówią po polsku, a nawet niekiedy przekonują, że po polsku myślą, nie czyni ich Polakami. Polskość wymaga od człowieka czegoś znacznie więcej niż formalne potwierdzenie obywatelstwa. Wymaga tym bardziej w czasach zdominowanych przez dyktaturę politycznej poprawności, tyranię "postępu" oraz despotyzm "nowoczesności", a generalnie - w epoce tryumfu kulturowego marksizmu. 

 OWOCE DWUDZIESTOLECIA 
 Życia nikt nam nie zwróci, nie da się cofnąć ani dogonić uciekającego czasu, Polska z roku na rok słabnie, zaś słabe państwo nie jest w stanie należycie zadbać o państwowy interes ani realizować narodowej racji stanu. Dokładnie tak samo jak wycieńczony, schorowany człowiek nie sprosta wyzwaniom, gdy na arenie sportowej skonfrontować go ze zdrowszym i sprawniejszym fizycznie od siebie. Co to są ów "interes narodowy" i "narodowa racja stanu"? Najlapidarniej ujął to kiedyś Stanisław Michalkiewicz, powiadając, że chodzi o to, aby państwo rozwijało się, a nie zwijało. Tymczasem Polska przeistacza się w coś w rodzaju zapyziałego skansenu w sferze materialnej, w obszarze etyki cierpiąc na coś, co latem ubiegłego roku brytyjski premier wytknął współobywatelom, mówiąc o dzieciach bez ojców, szkołach bez dyscypliny i zbrodniach bez kary. Czyli o egoizmie, nieodpowiedzialności oraz niedostrzeganiu odłożonych w czasie konsekwencji własnych postępków. 
 Czego dorobiliśmy się przez przeszło dwie dekady "niepodległości"? Ano, dorobiliśmy się gargantuicznego zadłużenia finansów publicznych. Dorobiliśmy się półtora do dwóch milionów obywateli szukających pracy poza krajem ojczystym. Dorobiliśmy miernej pozycji w światowych statystykach i zerowej skuteczność w realiach politycznych współczesności. Rządu poddanego presji kapitałowych grup mafijnych, skrzętnie wykorzystujących wiedzę o agenturalnych zasobach PRL-u, czapkującego sąsiadom ze wschodu i z zachodu. Władzy funkcjonującej poza konstytucyjnymi organami państwa i szczelnie zakrytych przed opinią publiczną mechanizmów podejmowania najważniejszych decyzji. Dorobiliśmy się stada moralnych autorytetów wykupywanych przez finansowane z zagranicy fundacje i rekordowego ponoć stopnia infiltracji przez służby specjalne państw obcych. 
 Na domiar wszystkiego, nadwiślańskie media mainstreamowe nieustannie walcują opinię publiczną na użytek szemranych interesów mocarzy gospodarczych o niejasnej proweniencji i pod obłędną wizję paneuropejskiej szczęśliwości. 

 O CO CHODZI? 
 Pal sześć infrastrukturę drogową, kolejową i energetyczną czy krach systemu ubezpieczeń społecznych, ale my nie mamy nawet przyzwoitej armii, zdolnej do obrony granic, a resztki tych zdolności trwonimy na bezdrożach Afganistanu. 
 "O co, do diabła, chodzi?!" - pytają samych siebie ludzie rozumni, dzień po dniu zaskakiwani arogancją władzy, grubiaństwem jej przedstawicieli, decyzjami nie mającymi nic wspólnego z budowaniem godnych perspektyw dla ludzi, którzy wynieśli ich do władzy. 
 O co chodzi? Wyssać Polskość z Polaków - o to chodzi, o to toczy się ta gra, od dwudziestu przeszło lat. Idzie o stworzenie armii 38 milionów bezideowych szkieletów, medialnie zaćpanych, bezmyślnie żłopiących denaturat kultury zwanej masową. Mało tego, chodzi również o to, by - odzierając Polaków z Polskości - wmówić nam, że na tym właśnie Polskość polega. Symbolicznie mówiąc, na zapatrzeniu w Angelę Merkel. 
 Rzecz w tym, by ulepić Polaka-peerelaka, o którym Krzysztof Kłopotowski pisał tak: "Ma być przepojony poczuciem winy za Jedwabne, Marzec i pogromy, o których nie wolno mu zapomnieć, ale powinien puścić w niepamięć zbrodnie żydokomuny. Ma być zawstydzonym własnym narodem, letnio religijnym, rozwiązłym seksualnie indywidualistą i Europejczykiem ślepym na etniczne różnice interesów". 
 Dokładnie. Albowiem, gdy przyjdzie odpowiednia pora, wyłącznie tym sposobem wytresowani obywatele dadzą się bez protestu i bezkarnie zamknąć za wrotami paneuropejskiej masarni. 
 *** 
 "Światowy kryzys gospodarczy jest sumą kryzysów moralnych indywidualnych ludzi" - zauważył w rozmowie z Janem Pospieszalskim premier Węgier, Wiktor Orban. Prawda, jakie to miłe, gdy nasze spostrzeżenia potwierdza ktoś z taką klasą? Ktoś uznawany za "wroga publicznego numer jeden" i bezpardonowo atakowany przez hordy paneuropejskich urzędasów, przyspawanych do brukselskich apanaży i żłopiących krew Europejczyków niby krwiożercze bestie. 
 Boże, chroń Węgrów! 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

Spotkanie
Sergiej przyjechał do Kanady trzy lata temu. Na lotnisku został zatrzymany i władze kanadyjskie miały zamiar wrócić go do kraju rodzimego, ale ponieważ Sergiej zgłosił status uchodźcy, zezwolono mu przeprowadzić sprawę na terenie Kanady. 
 Jeśli wygra ją i przekona komisję do spraw azylantów, że nie może powrócić do kraju rodzimego, może złożyć podanie o pobyt stały i pozostać na stałe w Kanadzie. Sergiej spędził w areszcie imigracyjnym ponad dwa miesiące, trochę inaczej wyobrażał sobie przylot do wymarzonej Kanady.
 Niestety, jego wniosek odrzucono. Sergiej odwoływał się od decyzji, ale także jego apelacja została rozpatrzona negatywnie. Urząd kanadyjski CBSA  (Canada Border Services Agency) wezwał go, by zaproponować mu ostatnie możliwe podanie przed deportacją - PRRA (Pre Removal Risk Assessment). Sergiej miał dużą nadzieję, że wreszcie uda mu się załatwić coś pozytywnie, ale kiedy wezwano go na rozmowę, urzędnik poinformował młodego imigranta, że i także to podanie zostało odrzucone i że imigrant musi opuścić Kanadę w ciągu 2-3 tygodni. Zaproponowano mu także zakup biletu powrotnego.
 Załamany mężczyzna rozpłakał się i wyznał w desperacji urzędnikowi, że nie opuści Kanady i że woli popełnić samobójstwo. Został natychmiast aresztowany, wczoraj na pierwszym przesłuchaniu w sprawie uwolnienia, zadecydowano, że Sergiej nie zostanie zwolniony z aresztu, pomimo że przyjaciele zaproponowali nawet wysoką kaucję jako gwarancję.
 Dlaczego opisuję historię tego młodego mężczyzny? Otóż imigranci nie zawsze rozumieją procedury imigracyjne i wymogi urzędników.
 Niestety, ale reprezentant Sergieja nie przygotował go odpowiednio do finalnej rozmowy z urzędnikiem wydającym nakaz deportacyjny.
 Imigrant nie był ani prawnie, ani emocjonalnie przygotowany, a jego niekontrolowana reakcja przyczyniła się do ponownego uwięzienia, kiedy tak naprawdę nie było takiej potrzeby. Sergiej zawsze współpracował z urzędnikami, stawiał się na meldunki, podawał prawdziwy adres, miejsce zatrudnienia. Jednak na ostatnim spotkaniu jego desperackie zachowanie przekonało urzędnika, że Sergiej nie opuści Kanady, czyli nie zastosuje się do nakazu deportacyjnego, najprawdopodobniej ukryje się i nie stawi się na lotnisku w dniu odlotu. Dlatego teraz mężczyzna musi doczekać wylotu w imigracyjnym więzieniu, tak by kanadyjskie władze upewniły się, że prawo zostanie wyegzekwowane.
 Dlatego jeśli zatrudniają Państwo imigracyjnego prawnika czy doradcę, wymagajcie, by odpowiednio przygotował Was do rozmów i spotkań, także przesłuchań imigracyjnych. Przede wszystkim powinniście być świadomi tego, dlaczego zostajecie wezwani i co może się wydarzyć w trakcie takiego spotkania. Oczywiście najlepsza opcja jest ta, w której Wasz reprezentant jest obecny na spotkaniu z urzędnikiem i może bronić Waszych praw, negocjując na przykład z urzędnikami czas, w jakim musicie opuścić teren Kanady, ewentualnie może Wam także doradzić, czy istnieją szanse  odwołania się od deportacji w kanadyjskim sądzie.
Izabela Embalo
doradca prawa imigracyjnego
licencja # R506496

Kanadyjska honda
Na początku stycznia w sprzedaży pojawiło się czwarte wcielenie niezwykle popularnego wozu w Kanadzie - hondy CR-V. Od swego powstania w  1995 roku znalazł on w naszym kraju aż 260 tysięcy nabywców! Każda kolejna wersja tego samochodu czyniła go coraz lepszym i bardziej niezawodnym - ostatnia więc zapowiada się rewelacyjnie, tym bardziej że w końcu styliści na serio zajęli się nadwoziem, więc auto wygląda świeżo i nowocześnie.
Na naszym kanadyjskim rynku  CR-V ma dwóch poważnych konkurentów: dodge'a journey i forda escape. Ostatnie zmiany na pewno zaowocują jeszcze lepszymi wynikami sprzedaży nowej hondy, ponieważ przeciwnicy oferują modele, które nie reprezentują jej walorów. Szczególnie dotyczy to escape, który praktycznie produkowany jest bez zmian przez wszystkie trzy generacje hondy CR-V.
 Od samego początku honda uchodziła za samochód niezwykle trwały, niezawodny i przyjemny w użytkowaniu. I tak jest do dziś z kolejnymi wersjami tego auta, które wielokrotnie okazały się hitami sprzedaży (zwłaszcza trzecia generacja CR-V). Wóz sprzedawany jest w ponad 160 krajach w Europie, Azji, Ameryce Północnej i Południowej oraz Afryce. W samych Stanach Zjednoczonych sprzedaje się go rocznie w liczbie przekraczającej 200 tysięcy sztuk.
 Na pomysł wytwarzania małego SUV-a Japończycy wpadli w 1995 roku. Za bazę posłużył model civic - i stąd wzięła się nazwa samochodu: civic recreation vehicle (CR-V). Początkowo ten crossover (tak teraz określa się małe terenówki) stanowił najmniejszy wóz w firmowej ofercie SUV-ów, ale od 2002 roku, gdy pojawił się niezbyt piękny, ale praktyczny element, CR-V uplasował się między nim a pilotem (początkowo produkowanym w naszym ontaryjskim Alliston). Honda pilot budowana była już na innym podwoziu pochodzącym od minivana odyssey, więc nic dziwnego, że samochody bardzo różnią się wielkością. 
 CR-V od roku wróciło na swą dawną pozycję otwierającą ofertę SUV-ów Hondy, ponieważ element zakończył w sezonie 2010 swój żywot.
 Pojawienie się czwartej generacji  kompaktowego SUV-a Hondy było zapowiadane już latem ubiegłego roku. Najpierw opublikowano kilka fotografii i lapidarny opis nowego samochodu, podkreślając, że to wersja studyjna. Już z wyglądu prototyp wydawał się jednak konstrukcją bardzo dojrzałą i gotową do produkcji. Rzeczywistość potwierdziła domniemania, że prezentowany w Internecie "model studyjny" to ostateczna wersja najnowszej generacji CR-V na wrześniowym Orange County International Auto Show w Kalifornii, kiedy to oficjalnie zaprezentowano w prawie niezmienionej formie dzisiejszego bohatera "Automanii". W połowie grudnia auto mogliśmy oglądać na wystawie w Los Angeles. Pojazd na pewno pojawi się także na torontońskim Auto Show, które rozpocznie się 16 lutego. O ile interesujemy się tym modelem i chcemy zobaczyć go wcześniej, warto odwiedzić jakikolwiek salon Hondy (reklama jednego z nich - LAKESHORE HONDA - znajduje się po prawej stronie). 
 Najnowsze CR-V cechuje się świeżą, dynamicznie zarysowaną linią boczną i agresywną stylizacją przedniego oraz tylnego pasa. Samochód niemal całkowicie odcina się od kanciastych poprzedników ze swą opływową sylwetką.
 Pod maską zobaczymy nowoczesny 4-cylindrowy silnik o mocy 185 KM. Jeszcze do niedawna taką moc oferowały tylko "szóstki", ale czasy się zmieniły i współcześnie z mniejszego silnika wyciska się porównywalną moc. Mniejsza waga jednostki napędowej przekłada się bezpośrednio na mniejsze zużycie paliwa. Układ współpracuje z 5-stopniowym automatem. Przełożenia w tym urządzeniu pozwalają jechać z prędkością 120 km na godz. przy obrotach silnika wynoszących 2100. Silnik spala na trasie 6,4 litra paliwa, a w mieście 9. Jeśli nas te wyniki jeszcze nie satysfakcjonują, to możemy uruchomić system ECO, co pozwala na 10-procentowe oszczędności paliwa. 
 Nowa honda CR-V oferowana jest w czterech wyposażeniowych odmianach: LX, EX, EX-L i touring. Podstawowa odmiana LX z napędem na przednią oś kosztuje 25.990 dolarów. Najlepiej wyposażona wersja touring z napędem na cztery koła (dostępna tylko w Kanadzie) ma cenę 34.990 dol. 
 Dla Kanadyjczyków ważne jest, że czwarta wersja CR-V produkowana jest w zakładach Hondy ulokowanych w Alliston. Dotychczasowe modele powstawały w fabryce East Liberty Auto Plant w amerykańskim Ohio. W ontaryjskiej montowni pierwsze wozy zjechały z taśmy 24 stycznia. Od lat w Alliston buduje się niezwykle popularną hondę civic. Właśnie jej platforma podłogowa służy za bazę do konstrukcji czwartej generacji CR-V.
Jerzy Rosa
Mississauga

Kulturowa pańszczyzna
ACTA, SOPA i PIPA - nagle te smutne biurokratyczne akronimy pojawiły się w czołówkach dzienników. W założeniu ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) dotyczy zwalczania podróbek i ochrony własności intelektualnej, SOPA (Stop Online Piracy Act) zwalczania nielegalnego kopiowania  treści chronionej prawami autorskimi z Internetu, PIPA (Protect IP Act) - zakazu ukrywania swej tożsamości internetowej, korzystania z anonimowych proxy serwerów i nakazu blokowania adresów zagranicznych serwerów, gdzie znaleźć można pirackie kopie. ACTA - to porozumienie międzypaństwowe, PIPA i SOPA - to wymysły amerykańskiego ustawodawcy.
 ACTA weszła na tapetę z powodu protestów w Polsce, no bo - żeby wszystko było jasne - my w Kanadzie już w ACTA  jesteśmy (nie tylko w ACTA, u nas można nawet podczas przekraczania granicy mieć skontrolowane pliki w komputerze - czy aby legalne)  w przeciwieństwie do Polaków w Polsce położyliśmy ruki po szwam i daliśmy się zagonić do zagrody. ACTA parafuje niebawem Unia Europejska, a z nią Polska i stąd wierzgnięcia polskich internautów, ataki na serwery i strony rządowe. Nawiasem mówiąc, działania te obnażają żałosny poziom zabezpieczeń elektronicznych polskich instytucji. No ale jest to państwo, którego bezsilność jest już przysłowiowa, nie ma więc co się dziwić. Te polskie protesty są oczywiście sobie a muzom, bo jak ładnie wyjaśnił pewien minister, wyjawiając stan polskiej suwerenności - niezależnie od tego czy Polska ACTA ratyfikuje, czy nie, to umowa ta będzie obowiązywać na terenie Polski, bo to prawo UE. Tym razem szczęśliwie złożyło się tak, że internetowa młódź miała okazję do uświadomienia politycznego, by zobaczyć, że żyje w atrapie państwa.
 Tyle tytułem wstępu.
 O co z tym Internetem chodzi? O kontrolę sieci! W Internecie każdy z nas jest widoczny jak na talerzu, ale na razie - poza nielicznymi wyjątkami - nie ma mechanizmów prawnych, by skutecznie można było wlec ludzi do sądu za to, co prywatnie w sieci robią. Wszystkie te ustawy nakładają na prowajderów internetowych obowiązek sprawdzania pakietów ściąganych, trzymanych na swych serwerach i wysyłanych w sieć przez użytkowników - przekształcając ich w posterunki policji internetowej. Jeśli tego nie będą robić - bekną - zapłacą grzywny, a w ekstremalnych wypadkach pójdą do więzienia (właściciele portalu oferującego przestrzeń na dysku, Mega-upload, już siedzą). Tu znów wypada przypomnieć, że tu, w Kanadzie, od kilku tygodni prowajderzy mają obowiązek kontrolować wszystkie pakiety ściągane czy też wysyłane przez użytkowników na okoliczność pornografii dziecięcej. U nas jest więc już po ptakach.
 Z infrastrukturą telekomunikacyjną jest tak, że w obecnym świecie coraz mniej daje się ją wyłączyć. Jeśli władze poczują potrzebę wyłączenia Internetu, połowa gospodarki padnie. Pamiętam, jak w czasie stanu wojennego w PRL, kiedy to wyłączono telefony, strajkujący z Huty Lenina dzwonili do Stoczni Gdańskiej telefonami kolejowymi - tych nie dało się wyłączyć, bo stanęłyby pociągi. Dzisiaj takich uzależnień sieciowych jest wiele więcej. Dlatego chodzi o wbudowanie w sieć możliwości selektywnego blokowania, paradoksalnie coś na co Arpanet, a potem Internet miał być impregnowany. Oficjalnie mówi się, że chodzi o ochronę praw autorskich - ale raz wbudowane mechanizmy takie pozwolą na kontrolę i blokowanie wszelkiej "nielegalnej" komunikacji - a dzisiaj nielegalne jest jedno, jutro drugie...
 Te chamskie modyfikacje sieciowe - podobnie jak było z ACTA w Kanadzie - wprowadza się za plecami i chwała internautowym partyzantom, bo dzięki ich protestom dowiedziała się o problemie cała nasza reszta.
 Oczywiście oficjalnie chodzi o to, że niby kopiujemy z sieci za darmo bez opamiętania, a powinniśmy płacić tym co zawsze za obejrzenie każdego obrazka i zanucenie każdej piosenki. Pominę debatę nad prawami autorskimi, bo to osobna sprawa - kultura rozwija się przez przetwarzanie zastanych treści - każdy dodaje coś swojego. - Nie łudźmy się też, że  chodzi o dochody twórców.  Zagrożone są raczej dochody stetryczałych megakoncernów, na których czele stoi banda korporacyjnych nierobów przyzwyczajonych do milionowych apanaży. Gdyby chodziło - jak krzyczą podpłaceni przez lobbystów gęgacze - o amerykańskie miejsca pracy i wykradanie nam technologii,  to ja radzę zajrzeć do Chin czy do Indii, gdzie kopiuje się wszystko co wpadnie w łapę, a Ameryka uzależniona od narkotyku taniej azjatyckiej produkcji przymyka oko. Co więcej, amerykańskie korporacje niosą Chińczykom w zębach każdą technologię, byle tylko łaskawie pozwolili im skorzystać z nowego produkcyjnego eldorado.  Chińczycy oczywiście tego wymagają - a bo co? Zaraz budują własne fabryki podróbek. Ostatnio zażądali od GM pełnej dokumentacji technologii samochodów elektrycznych VOLT - biedny Obama musiał osobiście interweniować. Pamiętam też, że bodajże Lockeheed za możliwość taniego strzelania satelitów z Chin dostarczył Pekinowi TAJNĄ technologię stabilizacji rakiet w początkowej fazie lotu, co pozwoliło kitajcom usprawnić rakiety balistyczne! Więc jeśli ktoś chce chronić amerykańskie miejsca pracy i zapobiec kradzieży własności intelektualnej Zachodu, to w pierwszej kolejności powinien prostymi metodami wymóc to na największych gangsterach, wprowadzając np. zakaz importu z takich państw - to oczywiście żart, bo  zakaz importu z Chin jest bez wojny niewykonalny.
Tymczasem wielkim korporacjom medialnym marzy się nowa pańszczyzna.  Oni będą właścicielami całej kultury - a my za każdy przypadek skorzystania odprowadzimy daninę - pożyczysz żonie dobrą książkę, niech płaci! A dlaczego nie?!
 Dlatego brońmy się! Organizujmy się! Uświadamiajmy się! Każda władza posuwa się tak daleko, jak daleko jej na to pozwalamy. Elity władzy to w końcu tacy sami ludzie jak my - tylko pycha bardziej wchodzi im na myślenie. Tu z dołu doskonale to widać.
Andrzej Kumor
Mississauga
 

GONIEC, NR 3/2012

Kraj wstrząsany paroksyzmami 
Nie widać końca wojny na górze, toteż nic dziwnego, że  naszym nieszczęśliwym krajem co i rusz wstrząsają paroksyzmy. Jeszcze nie ucichły echa precyzyjnego strzału, przy pomocy którego pan pułkownik Mikołaj Przybył próbował popełnić samobójstwo, a tu krakowscy eksperci stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że z odczytanych kopii zapisów z czarnych skrzynek wynika, iż wypowiedzi przypisywane dotychczas generałowi Andrzejowi Błasikowi pochodzą od drugiego pilota i że w związku z tym nie ma żadnego dowodu, iż generał Błasik w ogóle znajdował się w kokpicie. Informacja ta wywołała zrozumiałą konsternację nie tylko wśród "mądrych i roztropnych", którzy do tej pory skwapliwie i posłusznie wierzyli wszystkim  wersjom urzędowym - a więc najpierw rosyjskiej, a potem tubylczej, razwiedkowej, że  przyczyną katastrofy był sławny "błąd pilota", wszelako spowodowany obecnością w kokpicie nietrzeźwego generała Błasika, który okrzykami w rodzaju: "ląduj dziadu" i wymachiwaniem pistoletem wywierał na załogę nieodparty nacisk - ale i prokuratorów wojskowych, którzy nawet "w imieniu Polski" przeprosili panią generałową Błasikową za te wcześniejsze rewelacje. Oczywiście konsternacja nie trwała długo, bo oficerowie prowadzący konfidentów w mediach wyznaczyli im doraźne zadanie nawijania, iż kwestia obecności generała Błasika w kokpicie nie ma najmniejszego, ale to najmniejszego znaczenia dla prawidłowego przebiegu katastrofy, która i bez niego odbyłaby się zgodnie z planem. I media głównego nurtu prawie natychmiast stanęły na tym nieubłaganym stanowisku, co o samej katastrofie może mówi niewiele, za to o mediach głównego nurtu - bardzo dużo - tym bardziej że po kolei zaczęły odzywać się również pudła rezonansowe; wprawdzie z różnych stron i środowisk, ale za to - z tego samego klucza, więc nawet niewprawne ucho mogło bez trudu się zorientować, że nastrajał je ten sam kamerton. Jedynie pan pułkownik Edmund Klich nie dał się zepchnąć z nieubłaganego stanowiska, że eksperci - ekspertami, ale generał Błasik "na pewno" był w kokpicie. W ten sposób pan pułkownik dochował lojalności nie tylko generalinie Anodinie, ale również - byłemu już ministru obrony Bogdanu Klichu, z którym potajemnie nagrywał rozmowę, gdy uzgadniali, jak tu iść w zaparte. I słusznie - bo po kilku dniach uzyskał wsparcie od byłego ministra Jerzego Millera, który wcześniej skwapliwie korzystał z okazji, by siedzieć cicho, ale na sygnał znajomej trąbki przecież stanął do szeregu i nie tylko potwierdził obecność generała Błasika w kokpicie, ale nawet - jeszcze innego generała. Od razu widać, że razwiedka przeszła z obrony do przeciwuderzenia i jeśli będzie trzeba, to od generałów, a nawet - głupich cywilów w kokpicie aż się zaroi, a nowi eksperci nie nadążą z odczytywaniem coraz to nowych rewelacji.
 Według Jerzego Millera, dowodem na obecność generała Błasika w kokpicie jest fakt znalezienia jego ciała w sektorze numer 1 miejsca katastrofy. Ale w tym sektorze znaleziono ciała aż 13 osób i w dodatku - fragmenty kolejnych zwłok. 13 osób fizycznie nie mogłoby zmieścić się w kokpicie tego samolotu, z czego powstała nowa teoria, że w takim razie drzwi do kabiny pilotów musiały być przez cały czas otwarte. Czy jednak znalezienia aż 13 ciał w sektorze numer 1 musi czegokolwiek dowodzić w sytuacji, gdy nawet ciężkie fragmenty samolotu rozrzucone były na wielkim obszarze? Dlaczegóż to tylko fragmenty samolotu mogły zostać rozrzucone, a ciała - już nie? Oczywiście takich pytań nikt nie stawia, żeby nie zostać posądzonym o toksyczne związki z Antonim Macierewiczem, co jak wiadomo, gorsze jest od śmierci i wszelkie posądzenie o coś podobnego zwłaszcza w Salonie, grozi natychmiastową ekskomuniką na zewnątrz, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. Dlatego wszyscy mądrzy i roztropni bardzo uważają i wprawdzie ostrożnie, niemniej jednak drwiąco wypowiadają się na temat pomysłu powołania kolejnej komisji, nawet gdyby była to komisja Millera, a nie jaka - horrible dictu! - międzynarodowa. Taka ostrożność jest wskazana jak najbardziej, ponieważ złowrogi Antoni Macierewicz zwraca uwagę, że krakowscy eksperci w ogóle nie stwierdzili, by czarne skrzynki zarejestrowały uderzenia skrzydła samolotu w brzozę. Żadnego takiego odgłosu nie słychać, a zamiast tego z wnętrza samolotu dobiegały odgłosy "przesuwania przedmiotów". Czy zatem samolot rzeczywiście uderzył w brzozę? W mediach głównego nurtu pojawiło się natychmiast mnóstwo nie to, że naocznych świadków - bo jeszcze na tym etapie nie jesteśmy - ale specjalistów żarliwie przekonujących przekonanych już przecież panów redaktorów, że skrzydło i brzoza, że inaczej być nie mogło, że skrzydła zawsze się w takich okolicznościach odrywają, bo "taka kolej rzeczy jest" - jak śpiewała Violetta Villas. Skwapliwość i żarliwość tych zapewnień pokazuje, że oficerowie prowadzący najwyraźniej musieli tej sprawie nadać najwyższy priorytet - bo czyż w przeciwnym razie naoczni, to znaczy pardon - oczywiście na tym etapie jeszcze nie naoczni - świadkowie by się tak uwijali?
 A sytuacja rzeczywiście staje się coraz bardziej napięta, bo na szczytach prokuratury ponownie rozpoczęła się kotłowanina, przerwana na moment z okazji konferencji prasowej, na której generalny prokurator Andrzej Seremet grzecznie siedział obok szefa naczelnej prokuratury wojskowej generała Krzysztofa Parulskiego, który kilka dni wcześniej, z okazji nieudanego samobójstwa pułkownika Przybyła, nie tylko swego zwierzchnika skrytykował, ale nawet - trzasnął mu słuchawką, gdy ten do niego dzwonił. Prokurator Seremet wystąpił tedy z inicjatywą odwołania generała Parulskiego i w ogóle - zlikwidowania prokuratury wojskowej - ale jego pomysł nie wszystkim watahom się spodobał, bo na przykład pan prezydent Komorowski, ustami swoich urzędników zauważył, że nie jest "notariuszem" prokuratora Seremeta. I słusznie - bo "notariuszem" - oczywiście nie pana prokuratora Seremeta, gdzieżby tam znowu! - to już prędzej jest pan premier Tusk, którego zadaniem jest pilnowanie kompromisu ustalonego między okupującymi nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniackimi watahami, które pilnują swoich interesów za pośrednictwem legatów wyznaczonych do Rady Ministrów. To znaczy - tak jest w warunkach normalnych, ale teraz trwa wojna na górze zapoczątkowana zatrzymaniem generała Czempińskiego, więc premier Tusk na razie nie wiedząc, co na ten temat myśli, przezornie wyjechał do Włoch, gdzie usiłuje uzyskać obietnicę, że Italia poprze naszą suplikę, by premiera Tuska wpuszczano na obrady strefy euro, niechby i bez prawa głosu, a nie kazano mu czekać pod drzwiami  na decyzję, ile Polska ma zapłacić frycowego. Podobnież Włosi wszystko mu galancie obiecali, w co chętnie wierzę - bo dlaczego nie? Zatem tylko patrzeć, jak premier Tusk wróci w aureoli kolejnego sukcesu, który przydałby mu się jak znalazł, bo podobno notowania pikują mu w dół, niczym tupolew w Smoleńsku.
 Tymczasem w ramach realizacji scenariusza rozbiorowego Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji definitywnie odmówiła przyznania telewizji TRWAM koncesji na platformie cyfrowej. Podczas posiedzenia senackiej Komisji Kultury i Środków Przekazu z udziałem członków Rady, ojca dyrektora Tadeusza Rydzyka oraz przedstawicieli stacji, którym też odmówiono koncesji, wyszły na światło dzienne ciekawe rzeczy. Na przykład, okazało się, że gwoli zapewnienia pluralizmu w mediach elektronicznych Krajowa Rada przyznała koncesje aż dla dwóch stacji muzycznych, z których jedna nadaje na okrągło disco-polo, a druga - jakieś inne "łodirydi". Taki pluralizm musi podobać się nie tylko Naszej Złotej pani Anieli, ale kto wie - może nawet spodobałby się wybitnemu przywódcy socjalistycznemu Adolfowi Hitlerowi, który uważał, iż naszemu mniej wartościowemu narodowi wystarczy, jak będzie umiał policzyć do pięciuset. A skoro już o liczeniu mowa, to zasoby finansowe tych muzycznych stacji stanowią niewielką część środków przedstawionych przez Fundację Lux Veritatis, wobec której Krajowa Rada miała wątpliwości co do "wiarygodności finansowej". Przewodniczący Jan Dworak zapewnił "pana dyrektora Rydzyka", że wszystko odbyło się w jak najlepszym porządku i on nie ma żadnych wyrzutów sumienia - co po raz kolejny potwierdza powszechnie znaną prawidłowość, że jak człowiek politykuje czy łajdaczy się w jakiś inny sposób, to jego sumienie także.  Nadzieja w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, do którego od decyzji KRRiTV można się odwołać, ale gdyby nawet niezawisły trybunał otrzymał rozkaz uwzględnienia odwołania, może ono okazać się nieskuteczne, bo pan przewodniczący Dworak zauważył nie bez pewnej satysfakcji, że cztery koncesje, jakie miały zostać rozdzielone, rozdzielone zostały, więc żadnej stacji odebrać ich już nie można bez złamania najświętszej zasady ochrony praw nabytych. Widać wyraźnie, że tym razem sprawę pacyfikacji Radia Maryja i Telewizji TRWAM, jako fragmentu przygotowań do realizacji scenariusza rozbiorowego musieli wziąć w swoje ręce pierwszorzędni fachowcy - nie z Krajowej Rady, bo tam są tylko subordynowani wykonawcy - tylko ci, którzy realizację tego scenariusza w naszym nieszczęśliwym kraju koordynują. 
 Bo proces dziejowy został przyspieszony, czego dowodem jest m.in. wezwanie węgierskiego premiera Wiktora Orbana na dywanik do Unii Europejskiej, której władze zamierzają wybić mu z głowy zuchwały zamiar wyzwolenia narodu i państwa węgierskiego z niewoli lichwiarskiej międzynarodówki. Podczas przesłuchania w Parlamencie Europejskim śmierdzący z powszechnie znanego niechlujstwa przyjaciel redaktora Michnika, Daniel Cohn-Bendit, wymyślał węgierskiemu premierowi niczym Hitler czy Goering czeskiemu prezydentowi Emilowi Hasze, który w marcu 1939 roku w bardzo podobnym celu wezwany został do Berlina. Wtedy chodziło o wymuszenie zgody na przyłączenie do Rzeszy Czech i Moraw pod groźbą natychmiastowego zbombardowania Pragi. Dzisiaj wygląda to trochę inaczej - no ale historia nie powtarza się przecież z aptekarską dokładnością. A propos aptekarzy - to właśnie oni zostali wyznaczeni do dokonywania selekcji pacjentów w ramach Narodowego Programu Eutanazji, który też stanowi ważny element scenariusza rozbiorowego - i oni będą karani za realizowanie nieprawidłowych recept. Najwyraźniej okazali się najsłabszym ogniwem łańcucha.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Narodowy program eutanazji?
Przyzwoitość, honor, uczciwość, prawdomówność, godność, prawość - oto sześć, prawdopodobnie największych deficytów, aż nadto charakteryzujących współczesną Rzeczpospolitą. Deficytów widocznych zarówno na poziomie elit, jak na każdym innym. 
 Stanisław Lem zauważył kiedyś, iż: "Wszyscy tworzymy rodzaj kaszy, ale każde ziarenko tej kaszy chciałoby być specjalnym ziarenkiem. A kiedy ziarenko takie nie ma obiektywnych danych ani uzdolnień, choćby do fikania koziołków, zgłasza się do telewizji". Warto to spostrzeżenie przypomnieć, skoro w środowiskach, których po rozwiązaniu WSI podobno nie ma już w polskiej rzeczywistości, uznano, iż telewizyjny środek przekazu niesie ze sobą pożądany ładunek emocji, odpowiedni dla prezentacji określonych "fikołków", mających powstrzymać bądź nawet odwrócić szaleńcze pomysły tego i owego polityka, widać nienależycie poinformowanego, w jaką włącza się grę i z kim. Takie pomysły jak ten, by do przepastnych szaf prokuratury wojskowej dopuścić prokuratorów z innej, że tak powiem, opcji bezpieczniackiej. 

 BRAWA DLA SNAJPERA 
 I proszę bardzo: minęło czasu mało-wiele, po czym jasne się stało, iż pułkownik prokurator Mikołaj Przybył, oddając strzał, wycelował na tyle znakomicie, by - rozharatawszy sobie policzek - nie przestrzelić przy okazji własnego mózgu. Niemniej w tych okolicznościach zasadne pytania brzmią: w kogo właściwie (czy raczej: w co) pan pułkownik prokurator Mikołaj Przybył celował? I czy jego próba samobójcza, mimo taktycznego wsparcia ze strony prezydenta Komorowskiego, aby nie zda się psu na budę? 
 Czas pokaże. Zostawmy nasz nadwiślański dywan i nasze po rozwiązaniu WSI nieistniejące (dobre sobie!) buldogi, by przechodząc od szczegółu do ogółu zauważyć, iż można poczynić wiele interesujących spostrzeżeń dotyczących polskich (tak mówią) "elit", pobieżnie obserwując poczynania polskiego (tak mówią) rządu. Któremu przewodzi premier "jesteśmy na wczasach" Donald Tusk. Na przykład takie oto spostrzeżenie, że ludzie ci za wszelką cenę starają się wygrać z trudnościami, które sami nieustannie stwarzają. Swą wyczerpującą pracą dla dobra narodu. 
 Po takiej absorbującej pracy różne rzeczy śnią się umęczonemu człowiekowi. Kobiet nie wyłączając. Podobno w jednym z takich snów Ewa Kopacz dostrzegła tańsze lekarstwa, wykształconych i uśmiechniętych lekarzy, nowoczesną aparaturę i przyjazne pacjentom przychodnie oraz oddziały szpitalne. Taki właśnie sen dręczył ponoć byłą minister zdrowia podczas prac nad nowelizacją listy refundacyjnej leków. Co więcej, ostatnie tygodnie pokazały, że takim samym snem skutecznie zaraziła ona swojego następcę. 
 Niestety, oba te sny, jak to się mówi, skisły. Skisły, jak każda obietnica Platformy Obywatelskiej. Pozostał zamęt i pobojowisko, przez wiecznych malkontentów nieprzychylnych PO zwane bez ogródek "Narodowym Programem Eutanazji".

 WYGRAĆ Z PRZYZWOITOŚCIĄ 
 Między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca, czegokolwiek tknąć, rozpada się i niszczeje. Ludzie zapatrzeni w telewizory na potęgę dziczeją, a przy okazji przyzwoitość aż skręca się w paroksyzmie bólu. Łukasz Warzecha ironizuje: "Drogi bez poboczy i parkingów, śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej bez wraku, pacjenci bez leków, rząd bez kompleksów. Można? Można". 
 Pewnie, że można, i to jak! Ostatnio polski system ochrony zdrowia - zawsze chory - wpadł w agonalne drgawki, a to za przyczyną uregulowań skutkujących kilkudziesięcioprocentowym wzrostem cen leków. IMS Health szacuje (to największa na świecie firma specjalizująca się w dostarczaniu informacji dla przemysłu farmaceutycznego), że po wejściu w życie przepisów ustawy o refundacji leków, Narodowy Fundusz Zdrowia zaoszczędzi ponad miliard złotych rocznie. Kosztem pacjenta rzecz jasna, bo jego wydatki na leki mniej więcej o tyle samo proporcjonalnie wzrosną. Przynajmniej jeśli idzie o tych, których na leki będzie jeszcze stać. 
 Pozostali będą musieli radzić sobie inaczej. Czy pozostaje im wyłącznie odwołanie modlitewne, o tym rządowi i partyjni funkcjonariusze milczą. 
 Podsumowując, można by rzec, iż rząd Donalda Tuska za wszelką cenę stara się wygrać z przyzwoitością. Można by, gdyby przyzwoitości ten rząd miałby choćby za złotówkę. Bo nie ma nawet za grosz. 
 Ale znacznie gorzej, że rządowi udało się skutecznie spacyfikować przeciętnemu Polakowi tę część mózgu, która odpowiada za krytyczną analizę i wnioskowanie. Dlatego karmiony medialną papką rodak obserwuje, co dzieje się dookoła, lecz nie stać go ani na kojarzenie faktów, ani tym bardziej na refleksję, dlaczego pokazują mu akurat to, co pokazują. Parafrazując Józefa Mackiewicza: "Fatalna fikcja, rozpanoszona u nas, przeżera już nie tylko obyczaje, ale psychikę narodu. Wierzymy w to, co nam pokazują, a nie w to, co jest zgodne z rzeczywistością". 
*** 
 I na koniec: palce świerzbią, by skomentować ostatni wyskok Stefana Niesiołowskiego, żwawo oraz z właściwą sobie subtelnością oceniającego wypowiedzi polityków PiS po rewelacjach Krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. Jana Sehna. Palce świerzbią, powiadam, by elukubracje Niesiołowskiego skomentować. Wszelako, jak rzecze poeta: "Złe sobie daje świadectwo, gdy kto wyszydza kalectwo". Przeto ciszej nad tym panem. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

Izabela Embalo
Ryzyko
Osoby chcące zalegalizować swój pobyt nie zawsze zdają sobie sprawę, że może to być niemożliwe z terenu Kanady i tylko dlatego, że ogólna zasada prawa imigracyjnego nakazuje, by ubiegać się o kanadyjską pierwszą wizę (praca, studia, pobyt) poza granicami kraju.
 Oczywiście, istnieją w praktyce opcje, by fizycznie przebywać w Kanadzie  jako na przykład turysta  i procesować swoje podanie poza Kanadą, ale w większości przypadków, kiedy imigrant jest wzywany na rozmowę w kanadyjskim konsulacie lub ambasadzie, musi opuścić teren Kanady. Z terenu Kanady możliwe jest jedynie ubieganie się o łączenie rodzin (dzieci, współmałżonkowie, partnerzy), podanie humanitarne lub azyl. 
 Nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem pozostanie bez ważnej wizy w Kanadzie, nielegalna praca i dopiero wówczas staranie się o zalegalizowanie pobytu stałego. Szanse takich osób zmniejszają się ze względu na zmiany w kanadyjskim prawodawstwie. Niestety, wielu naszych rodaków tak właśnie czyni. Imigrant przylatuje na wakacje czy z wizytą rodzinną, właściwie skupia się na tym, by przekroczyć kanadyjską granicę, i następnie pozostaje, obawiając się tego, że ponowny powrót nie będzie możliwy. Znajomi, krewni namawiają, by pozostać, motywując swoją opinię "tylu tu siedzi na czarno latami, ty też możesz...".
 Ale czy naprawdę jest to dobra podpowiedź? Oczywiście nikt nie będzie przebywał bez ważnego statusu, bo tak mu się podoba. Najczęściej imigranci zmuszeni są do podjęcia tak trudnej decyzji złą sytuacją ekonomiczną, brakiem perspektyw itp. Jednak zanim złamiemy kanadyjskie prawo, warto sprawdzić, czy istnieją szanse legalnego zalegalizowania, a możliwości jest kilka. Niestety, pozostanie bez ważnej wizy zamyka niektóre furtki prawne i nie jest to wcale w interesie imigranta.
 Ponadto życie bez statusu to nie tylko udręka, ale w pewnym sensie ścieżka donikąd. Lata mijają, większość "nieudokumentowanych" imigrantów pracuje za zaniżone stawki, w każdej chwili mogą być złapani przez kanadyjskie władze i aresztowani, nie mają żadnych praw ani ubezpieczeń socjalnych, ani opieki medycznej. Niekiedy oddzieleni od rodzin, żyją w samotności na emigracji. Strefa bezwizowa polepszyła trochę ich sytuację, ponieważ czasem udaje się bliskim przylecieć z wizytą. 
 Znam polskich imigrantów, którzy poświęcają swoje szczęście i życie tylko po to, by pomóc rodzinie w Polsce, wykształcić dzieci, kupić po latach upragnione mieszkanie. Pracują bardzo ciężko, wysyłając rodzinie pieniądze, żyją bardzo skromnie i dzięki temu poświęceniu rodzina w Polsce ma godziwe warunki. Jednak kanadyjski "imigracyjny biznes" nie jest już taki intratny. Wartość dolara w Polsce nie jest taka sama jak przed laty. Niektórzy nie zdają sobie sprawy z możliwości zatrudnienia i życia, jakie stwarza obecnie Unia Europejska, ponieważ przyjechali dużo wcześniej i obawiają się podejmować jakieś ryzyko, pomimo że właściwie każdy dzień życia bez kanadyjskiego statusu to takie ryzyko. 
 Osoby zainteresowane imigracją do Kanady prosimy o kontakt z naszym biurem: 416-515-2022, emiz@live.ca. Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony internetowej: www.emigracjakanada.net.

By bezpiecznie wrócić z nart...
Jest mroźnie i pada śnieg. W Mississaudze nie jest go co prawda za wiele, ale już w najbliższych, na północ leżących ośrodkach sportów zimowych, stoki pokryte są grubym puchem a narciarze szaleją. Dobra dla nich aura utrzyma się w weekend, dlatego w najbliższych dniach warto wybrać się na narty. Nie zapomnijmy jednakże, iż sport to fascynujący, ale bardzo niebezpieczny, dlatego dzisiaj kilka uwag na ten temat.
W każdym ośrodku sportów zimowych sprawa bezpieczeństwa jest szczególnie wyeksponowana. Narciarstwo zjazdowe jest szczególnie niebezpiecznym sposobem spędzania wolnego czasu i trzeba szczególnych zachodów, aby ten stopień ryzyka utraty zdrowia zminimalizować. Konieczne jest zatem, zanim ustawimy się w kolejkę do wyciągu, zapoznać się z zasadami obowiązującymi w miejscu, do którego właśnie dotarliśmy. Regulamin korzystania z ośrodka dostępny jest zwykle w folderach reklamujących, wydrukowany jest także na dużych tablicach wiszących w ogólnie uczęszczanych miejscach.
 Dla początkujących zmorę stanowi moment, gdy trzeba zejść z "oślej łączki" i zacząć korzystać z wyciągów. Pół biedy z wyciągiem orczykowym (T-Bar), nie odrywamy się przecież od ziemi, pożądane jest jednak zgłoszenie faktu, że to jest nasz pierwszy raz obsłudze wyciągu. Zwróci ona na nas większą uwagę i poinstruuje, a w wypadku niepowodzenia, tzn. gdy nasz orczyk pojedzie w górę bez nas, pocieszy i pomoże nam zabrać się na następny. Umiejętność jeżdżenia  wyciągiem  orczykowym każdy musi nabyć sam w praktyce - żadna teoria nam w tym nie pomoże. 
 Natomiast lęk przed korzystaniem z wyciągów krzesełkowych można porównać do obaw występujących u wielu osób ze świeżym prawem jazdy - za nic nie dadzą na-mówić się do wjechania na autostradę. Później jednak nie mogą się nachwalić korzyści, jakie mają z faktu używania tych dróg, że szybciej, bezpieczniej, wygodniej... 
 To samo można powiedzieć o wyciągach krzesełkowych. Współczesna technika i zaawansowanie technologiczne uczyniły z tego prostego urządzenia "autostradę" wwożącą nas szybko, bezpiecznie i wygodnie na sam szczyt góry. Wyciągi typu Quad Chair Express posiadają urządzenia wyhamowujące krzesełka w momencie wsiadania i wysiadania - w trakcie jazdy nabierają prędkości, skracając czas przejazdu nawet o połowę w stosunku do wyciągów konwencjonalnych. W każdym większym ośrodku na terenie południowego Ontario możemy korzystać z tego typu wyciągów. 
 Niestety, na zboczach przeznaczonych dla początkujących (beginner terrain) zwykle zainstalowane są wyciągi tradycyjne, tzn. mające stałą szybkość przesuwu liny. Trudny moment pierwszego wsiadania można ułatwić poprzez poinformowanie obsługi o tym fakcie - zwróci ona również - jak wypadku T-Bars - większą uwagę oraz przytrzyma krzesełko, żeby nas boleśnie nie uderzyło. Dobrze jest też pojechać z kimś, kto ma większą praktykę w korzystaniu z wyciągu od naszej - instrukcje tego "kogoś" mogą okazać się bezcenne. Osoba ta będzie też wiedziała, jak opuścić zabezpieczenie (safety bar) chroniące przed spadnięciem  z krzesełka. 
 Jadąc już, napatrzywszy się na wspaniałe krajobrazy - niektóre wy-ciągi wznoszą się ponad stoki na kilkanaście metrów (np. Horseshoe Ski Resort czy Blue Mountain) - nie przegapmy chwili, gdy trzeba się przygotować do wysiadki. Moment podniesienia zabezpieczenia jest zawsze sygnalizowany tablicą na maszcie - zwykle przedostatnim - podtrzymującym linę nośną. Za moment podjeżdżamy do miejsca, gdzie krzesełka zakręcają. Wstajemy więc i korzystając z lekkiego spadku, opuszczamy wyciąg. Wygodniej wysiada się z miejsca będącego bliżej obwodu krzywej skrętu. Np. gdy wyciąg nawraca w prawo - siądźmy na ławeczce jak najbliżej lewej strony - zmniejsza się wtedy ryzyko zahaczenia nas i uderzenia przez robiącą ostry skręt ławeczkę z siedzeniami.     Jeśli zwycięży strach i w porę nie zeskoczymy, to nie denerwujmy się nadmiernie - obsługa jest przygotowana na natychmiastowe zatrzymanie wyciągu i zdjęcie nas z niego. 
 Ontario Ski Association, organizacja zajmująca się amatorskim narciarstwem  zjazdowym na terenie Ontario, doprowadziła to tego, że na terenie wszystkich ośrodków sportów zimowych w naszej prowincji trasy zjazdowe mają takie samo, międzynarodowe oznaczenie stopnia ich trudności. I tak: 
 - trasy oznaczone zielonym kołem są najłatwiejsze, przeznaczone dla początkujących;
 - niebieski kwadrat sygnalizuje bardziej trudną do pokonania trasę;
 - czarny romb (black diamond) - to trasa o bardzo wysokim stopniu trudności;
 - dwa czarne romby - (for experts only) - tylko dla umiejących doskonale jeździć na nartach w każdych warunkach;
 - żółty trójkąt z wierzchołkiem do góry: "Uwaga - niebezpieczeństwo".
 Pamiętajmy jednak, że w każdym ośrodku są inne warunki, każda trasa ma swoją specyfikę. Jeśli jedziemy trasą po raz pierwszy - zachowajmy najwyższy stopień ostrożności; nasza rozwaga może oszczędzić nam wielu przykrości. Prawidłowo oceńmy swoje narciarskie umiejętności, dostosowując do nich wybór trasy - przecież jazda na nartach po wybranym stoku ma sprawiać przyjemność, a nie zawierać uczucie, że walczymy o życie - nie ma głupszej sytuacji, niż popisywanie się na stoku.
 Gdy nauczymy się zatrzymywania i gdy narty zaczną nas słuchać, tzn. gdy chcemy skręcać - to skręca-my, i to w kierunku przez nas za-mierzonym, możemy spróbować opuścić stoki dla początkujących i spróbować jazdy którąś z "kolorowych" ogólnodostępnych tras. Obowiązywać nas tutaj zaczynają przepisy, które warto znać - wiedza ta pozwoli nam zminimalizować ryzyko wypadku:
 - w ośrodkach amatorskiego uprawiania sportów zimowych nie można jeździć na tzw. krechę (downhill run);
 - prędkość zjazdu należy dopasować do możliwości natychmiastowego zatrzymania się;
 - zjeżdżając w dół, zwracamy szczególną uwagę na osoby będące przed nami (poniżej) i obok nas, wybierając kierunek - nie stwarzajmy zagrożenia poprzez nadmierne zbliżanie się do jadącego narciarza;
 - nie wolno zatrzymywać się na trasie w miejscu, gdzie możemy być trudno zauważalni;
 - kiedy włączamy się do zjazdu w dół (np. w połowie stoku), popatrzmy w górę i przepuśćmy już jadących;
 - jeśli jesteśmy uczestnikiem (lub świadkiem) poważnego wypadku, to nie opuszczajmy jego miejsca, pozwalając zidentyfikować się przez Ski Patrol;
 - nie można korzystać z wyciągów i zjeżdżać ze stoków, będąc pod wpływem narkotyków lub alkoholu;
 - nie zjeżdżajmy po wyłączonych z użytku trasach - zawsze jest ważna przyczyna, dla której jest ona zamknięta: wypadek, niebezpieczne oblodzenie, wyrównywanie przez ma-szyny itd.;
 - bądźmy uczynni - ułatwmy "po-zbieranie się" po upadku - podajmy nieszczęśnikowi kijki, czapkę, pomóżmy mu podnieść się. Nam też ktoś pomoże... 
 A upadać trzeba też się nauczyć. Oto kilka podstawowych zasad, których w miarę możliwości trzeba przestrzegać;
 - w czasie upadku nie prostuj maksymalnie nóg;
 - staraj się mieć rozluźnione kolana;
 - nie próbuj wstawać, zanim całkowicie nie przestaniesz się ześlizgiwać po upadku;
 - nie upadaj na ręce;
 - w trakcie upadku trzymaj ramiona w górze i ku przodowi.
 - choć nie jest to obowiązek, to miej nałożony kask - częstym urazom w trakcie narciarskich wypadków ulega bowiem głowa.
***
 Na zakończenie propozycja wyjazdu na najbliższy weekend.

 Snow Valley
 Położony koło Barrie, doskonale nadaje się na kilkugodzinne, "szybkie" wyprawy na narty. Ośrodek szczyci się także mianem "najbardziej odpowiedniego dla dzieci", tytuł ten przyznało mu fachowe czasopismo "Ski Canada Magazine".
 Trzy wyciągi, w tym najnowszy Belt-Loading Six-Seater, zapewniają błyskawiczne dotarcie na szczyty wzniesień, z których można zjechać wybierając jedną z 20 tras.
 W czwartek, 19 stycznia, w ośrodku na stokach zalegała 35-centymetrowa warstwa śniegu. Czynne były wszystkie trasy i wyciągi.
 Nie przestrzega się tutaj sztywnego podziału dnia na pół; bilety na wyciąg można nabywać na 2, 4, 6 godzin, jak również na cały dzień. Ośrodek proponuje też jazdę nocną po pięknie oświetlonych stokach. Dla dzieci posiada niesamowite atrakcje - Magic Carpet Lifts, czyli ruchomy chodnik wwożący młodych narciarzy na górkę, oraz Snow Tubing Park z dwoma wyciągami i siedmioma trasami.
 Ceny w sezonie 2012
 dorośli (16-64 lata): 
 bilet 2-, 4-, 6-godzinny - 33.25, 37.25, 42.00 dol.
 bilet całodniowy - 44.00 dol.
 młodzież (do 16 lat):
 bilet 2-, 4-, 6-godzinny - 28.25, 32.25, 37.00 dol.
 bilet całodniowy - 40.00 dol.
 Jazda nocna (od godz. 16.00):
 Dorośli, młodzież  - 28.00, 24.00
 Wypożyczenie sprzętu narciarskiego na cały dzień kosztuje 28,25 dolara.
 Ośrodek oferuje specjalny pakiet dla chcących nauczyć się jazdy na nartach. Za 45 dolarów można wykupić 75-minutową lekcję oraz wypożyczyć potrzebny sprzęt. Nie płacimy już dodatkowo za wyciąg. Kask również jest za darmo.
 Ośrodek czynny jest od godz. 9.00 do 22.00.
 Dojazd do ośrodka zabiera około godziny jazdy autostradą nr 400 do Barrie, później drogą nr 27 do Snow Valley Road. 
Jerzy Rosa
Mississauga

"Costa Concorde" to żaden "Titanic"!
Czy generał Błasik był w kokpicie; czy samolot zaczął się rozpadać na wysokości 30 m, czy przy uderzeniu o ziemię, czy był zamach czy katastrofa?
 Pytania te odbijają się czkawką po polskiej polityce i publicystyce, o tzw. blogosferze nie wspominając. Tymczasem są to problemy wtórne do tych, które choć zasadnicze, są  zamiatane pod dywan na każdym kroku.
 Katastrofa, w której zginął prezydent Lech Kaczyński, to przede wszystkim tragedia państwa polskiego. To zdarzenie pokazało, czym jest dzisiejsza RP; czym są jej elity polityczne, a czym jej instytucje. Pokazał się obrazek smutny i śmierdzący. Mimo tego smrodu, ten najbardziej istotny aspekt jest prawie nieobecny w debacie publicznej!
 A przecież:
 - Zginął prezydent państwa polskiego, a nikt odpowiedzialny za bezpieczeństwo tej jednej z najważniejszych instytucji polskiego porządku prawnego nie tylko że nie strzelił sobie w głowę czy poszedł siedzieć, ale nawet nie podał się do dymisji.
 - Nie dokonano całościowego przeglądu bezpieczeństwa instytucji państwowych.
 - Rząd, który w ręce wrogiego państwa oddał prowadzenie śledztwa w sprawie tego zdarzenia, naruszając konstytucyjne założenia suwerenności państwowej, zachowuje się jakby nigdy nic!
 Skandal goni skandal, a wrzutki informacyjne o tej czy innej sytuacji na pokładzie prezydenckiego samolotu odwracają uwagę od pytań, dlaczego Polska do tej pory nie otrzymała wraku (polski rząd nawet noty dyplomatycznej w tej sprawie nie wysłał); dlaczego nie stawia się przed sądem ludzi, którzy torpedowali możliwość uczestniczenia Polaków w śledztwie czy pozyskiwaniu materiałów dowodowych; dlaczego nie postawiono przed sądem ludzi odpowiedzialnych za zabezpieczenie wizyty prezydenta RP; dlaczego samolot prezydencki sprowadzany był na ziemię na zupełnie nieprzygotowane lotnisko - na którym żaden samolot cywilny nie mógłby lądować wedle rozsądnych standardów bezpieczeństwa - przez kilku dziwacznych Rosjan; dlaczego na ziemi nie było polskiej kontroli lotów; dlaczego Polacy nie  zabezpieczali terenu lotniska?
 Na pytania o przyczyny samego tragicznego zdarzenia nigdy nie dostaniemy zadowalającej odpowiedzi - a to dlatego, że dowody, łącznie z wrakiem, były od początku i nadal są w rękach Rosjan. 
 Nawet niedawna analiza taśmy z rozmowami pilotów dokonana została na przekazanej z Moskwy kopii! Nie ma żadnej pewności, że nagranie nie jest spreparowane.
 Na to wszystko pośrednio lub wprost wyraził zgodę polski rząd. W praworządnym państwie można by było postawić przed sądem ludzi odpowiedzialnych za ten celowy czy przypadkowy bajzel. Gdyby ludzie ci byli uczciwi, powinni byli dawno temu palnąć sobie w łeb, choćby po to by osobiście wytłumaczyć się przed ś.p. Panem Prezydentem.
 Problemem nie jest bowiem brak wyjaśnień katastrofy smoleńskiej - brak tych rozstrzygnięć to tylko następstwo tego, kto i jak rządzi dziś Polską. Tragedia smoleńska pokazała czarno na białym. Niestety, Polacy z tej lekcji nic nie wynieśli - władze odpowiedzialne politycznie za to zdarzenie dostały placet do rządzenia przez kolejną kadencję. Spsienie?
***
 Czymże innym niż spsieniem tłumaczyć zachowanie ludzi podczas innej tragedii - katastrofy wycieczkowca "Costa Concorde". I znów nie chodzi o same przyczyny tragedii, lecz postawy ludzkie w sytuacjach granicznych. Uratowani opowiadają, że czuli się jak na "Titanicu". Zatonięcie tamtego giganta za sprawą kultury masowej nadal działa na wyobraźnię.
 Nic dalszego od prawdy! "Costa Concorde" to nie "Titanic"!
 Na Titanicu orkiestra grała do końca, kapitan dowodził na mostku, a dżentelmeni ustępowali miejsca w łodziach ratunkowych kobietom i dzieciom z trzeciej klasy. Dlatego właśnie zapamiętaliśmy "Titanica" - m.in jako przykład cywilizowanego zachowania się ludzi u progu wieczności, gdy śmierć jest nieuchronna.
 Co się z nami stało od tamtych czasów, przez te sto lat? Dlaczego dzisiaj  pasażerowie "Costa Concordia" opowiadają o dantejskich scenach na coraz bardziej przechylonych pokładach wycieczkowca? Dlaczego mówią, że ludzie zachowywali się jak zwierzęta, mężczyźni odpychali kobiety, tratowali dzieci?  Dlaczego nikt nie pomógł staruszkowi, którego ubrane w kamizelkę ratunkową zwłoki znaleziono w punkcie ewakuacyjnym? Dlaczego gdy na statku wzywano pomocy, kapitan z zastępcą grzali tyłkami ławki w szalupie ratunkowej? 
 Zgroza.
 Trudno pojąć?
 Wcale nie! 
 Stworzyliśmy konsumpcyjną cywilizację zanurzoną w doczesności, na własne życzenie pozbawiliśmy się wiecznej perspektywy, towarzyszącej chrześcijaństwu. Zamykając horyzont w doczesności, sami redukujemy się do zezwierzęcenia. Ratować najpierw kobiety i dzieci? - A po co? Jakie to ma dla mnie osobiście znaczenie?! No, pewnie, że ucierpię nieco psychicznie, jeśli będę musiał patrzeć, jak toną... Pochodzę trochę do psychologa, to mi przejdzie. Ważne zaś, abym ocalił skórę; śmierć kończy wszystko, więc zachowanie fizycznej egzystencji rysuje się jako najważniejsze powołanie.
 Dlatego kapitan Schetino pierwszy ewakuował się z tonącego statku. Głupi nie jest, przecież gdyby został, mógłby utonąć! Poza tym zgasło światło, było ciemno i zimno! A ląd stały był tuż-tuż.
Andrzej Kumor
Mississauga

GONIEC, NR 2/2012

Watahy się wyrzynają 
Dzisiaj już można to ujawnić - że mianowicie Radosława Sikorskiego w momencie zmiany watahy musiały wspierać proroctwa. Czy to w samotnej celi święci Pańscy mu podszepnęli, czy przeciwnie - jacyś szatani byli tu czynni - mniejsza z tym, ale przecież postulując dorzynanie watahy, wszystko przewidział! Oczywiście niedokładnie, ale tak już bywa z proroctwami - o czym mógł się przekonać każdy czytelnik "Potopu", zapoznając się z przytoczonym tam fragmentem proroctwa św. Brygidy: "Owóż nieprzewidziany wypadek!". Skoro tedy nawet św. Brygida prorokowała enigmatycznie, to nie wymagajmy zbyt wiele od ministra Sikorskiego, który - jaki jest - każdy widzi. Co on tam sobie myślał, to myślał - ale przecież watahy właśnie się wyrzynają, i to jeszcze jak!
 Więc sekwencja wydarzeń zapoczątkowana zuchwałym zatrzymaniem generała Gromosława Czempińskiego na razie nie tylko nie zakończyła się wesołym oberkiem, a przeciwnie - przerodziła  się właśnie w wymiany potężnych ciosów, jakie zadają sobie nawzajem bezpieczniackie watahy. Widzę w tym nie tylko obrazę urażonego majestatu generała Czempińskiego - chociaż wiadomo było, że takiej zniewagi i zelżywości płazem nie puści, co to, to nie - ale urażony majestat, to jedno, a tak zwane przyczyny obiektywne - to rzecz druga. A przyczyny obiektywne są co najmniej dwie, to znaczy - jedna, ale w dwóch postaciach. Po pierwsze - kryzys finansów publicznych, który - tylko patrzeć - jak przerodzi się w kryzys ekonomiczny o charakterze trwałym. W tej sytuacji żerowisko bezpieczniackich watah w postaci Rzeczypospolitej, może się znacznie skurczyć - a któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od nich? Toteż w obliczu nieuchronnego, każda z nich próbuje kosztem drugiej uzyskać lepsza pozycję wyjściową i dlatego rozbijają sobie łby, nie patrząc, iż chwieją się od tego same fundamenty III Rzeczypospolitej. Inna rzecz, że jest w tym pewna racja - bo któż może lepiej od bezpieczniaków, poprzewerbowywanych to tu, to tam, lepiej znać stopień zaawansowania scenariusza rozbiorowego? Akurat zbliża się kolejny Dzień Judaizmu, który w tym roku będzie połączony z przypadającym 27 stycznia Dniem Pamięci o Shoah. Nieomylny to znak, że i propagatorzy judaizmu w Episkopacie też coś tam muszą wiedzieć, a konkretnie - na jakim etapie znalazły się prace zespołu HEART, utworzonego w początkach ubiegłego roku przez Izrael do spółki z Agencją Żydowską. Prace tego zespołu otacza szalona dyskrecja, więc od razu widać, że uszczelnianiem wiadomości zajmują się pierwszorzędni fachowcy. Ale na tym świecie pełnym złości tak już jest, że co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje. Toteż mimo wysiłków pierwszorzędnych fachowców, tu i tam wychodzą na świat śmierdzące dmuchy, że realizacja tych "roszczeń" ma nastąpić właśnie w roku bieżącym. Skoro zatem, niczym widmo Banka, mogą pojawić się w naszym nieszczęśliwym kraju wysłannicy premiera Netanjahu, którzy powiedzą: koniec zabawy, forsa na stół - to uszczuplenie całej puli o 60, a może nawet 65 miliardów dolarów zredukuje żerowisko bezpieczniackich watah jeszcze bardziej. Nic więc dziwnego, że wymierzając sobie potężne ciosy, nie chcą nawet zachowywać pozorów i puszczają mimo uszu mediacje głupich cywilów w rodzaju pana prezydenta Bronisława Komorowskiego. Zresztą - dlaczegóż to generałowie, którzy tych wszystkich głupich cywilów wystrugali w swoim czasie z banana, mieliby ich słuchać, albo choćby udawać? 
 Zatem - chociaż jeszcze nie zakończyła się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych rzeź schetyniątek, której ofiarą padł m.in. generał policji Rapacki, a już w Ministerstwie Środowiska rozpoczęła się rzeź ryszardziątek krauziątek, oskarżanych o łapówki przy koncesjonowaniu prawa eksploatacji gazu łupkowego. A przestrzegałem, że generał Czempiński nie jest dziecko - że wie nie tylko, ile, kto, za co i od kogo wziął, ale w dodatku - gdzie schował szmalec. Jednak mówi się trudno; a la guerre comme a la guerre; straty muszą być. I chociaż wymiana już tych ciosów robi wrażenie, to reżyserowie naszej politycznej sceny najwyraźniej postanowili dodać dramatyzmu i w rezultacie doszło do tego, do czego w tych okolicznościach dojść musiało. Oto prokurator wojskowy z Poznania, pan pułkownik Mikołaj Przybył, zwołał konferencję prasową, w trakcie której poinformował m.in., że nasza niezwyciężona armia tak naprawdę jest żerowiskiem dla "zorganizowanej przestępczości" - po czym poprosił o chwilę przerwy, podczas której strzelił sobie z pistoletu w głowę - ale tak precyzyjnie, że tylko się zadrasnął i już następnego dnia ze szpitalnego łoża boleści na prawo i lewo udzielał wywiadów współczującym mu szalenie dziennikarzom. Jego samobójcza próba doprowadziła do konfrontacji przed telewizyjnymi kamerami prokuratora generalnego, pana Seremeta, i naczelnego prokuratora wojskowego, generała Parulskiego, którzy na oczach całej Polski próbowali ściągać sobie nawzajem kalesony. A przecież to może być dopiero początek następnego etapu, bo jeśli generał Czempiński nie otrzyma odpowiedniego zadośćuczynienia, to ani chyba ktoś zainteresuje się rewelacjami prokuratora Przybyła - kto mianowicie zorganizował przestępczość akurat w wojsku, które jest przecież objęte ochroną kontrwywiadowczą - i czy przypadkiem właśnie ta ochrona nie stanowi trzonu owej zorganizowanej przestępczości - i tak dalej, i tak dalej. Zatem - bez poddania kuracji przeczyszczającej również Ministerstwa Obrony Narodowej chyba się nie obejdzie - a to już ciepło, ciepło, gorąco, gorąco! 
 Wojna na górze przeniosła się nawet w rejony zewnętrznych znamion władzy - bo oto minister Rostowski postanowił bezwzględnie ściągnąć z koalicyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego 20 mln złotych, jakie Skarbowi Państwa należały się od PSL jeszcze z dawnej, nierozliczonej prawidłowo kampanii wyborczej. Dotychczas w imię stabilności koalicji PSL jakoś tego unikało, ale teraz - najwyraźniej przyszła kryska na Matyska. Gołym okiem widać, że chodzi o rozmiękczenie wicepremiera Pawlaka, żeby już nie sypał piasku w szprychy rozpędzonego koła reform. Jak wiadomo, polegają one na generalnym skubaniu i szlamowaniu obywateli pod różnymi pretekstami - między innymi pod pretekstem zmiany zasad refundacji leków - co jest tylko inną, enigmatyczną nazwą Narodowego Programu Eutanazji. Rzecz w tym, że owa zmiana oznacza ni mniej, ni więcej, tylko wzrost cen leków o 30, a może nawet o  38 procent, co w naszym nieszczęśliwym kraju oznacza eutanazję najstarszej i najbardziej schorowanej, a więc najbardziej obciążającej pulę części naszego mniej wartościowego narodu tubylczego. W kalkulacjach bezpieczniackich watah posunięcie to powinno poprawić produktywność tubylczego społeczeństwa, a w razie potrzeby - również zrobienie miejsca dla starszych i mądrzejszych - zwłaszcza gdyby na Bliskim Wschodzie coś poszło nie tak. Wicepremier Pawlak nie byłby od tego - ale pod warunkiem pozostawienia w spokoju "wsi i rolnictwa", tradycyjnie stanowiących żerowisko PSL. Ale teraz nie czas na takie enklawy, bo bezpieka szukająca nowych terenów łowieckich nie zamierza ich tolerować - no  więc minister Rostowski musiał dostać rozkaz rozmiękczenia. Tedy z jednej strony - Narodowy Program Eutanazji, a z drugiej - Dzień Judaizmu. 
 Jakby tego było mało, to zamieszanie wywołane wojną na górze udzieliło się nawet niezawisłym sądom, które na razie nie wiedzą, czego się trzymać. Temu właśnie przypisuję wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, skazujący generała Kiszczaka za "zbrodnię komunistyczną" na 4 lata więzienia przy skróceniu mu wyroku o połowę na mocy amnestii i zawieszeniu mu go na lat 5. Stanisław Kania został uniewinniony, zaś Eugenia Kempara - z powodu przedawnienia uwolniona od kary - chociaż nie od winy. Wyrok nie jest oczywiście prawomocny, więc jestem pewien, że gdy już wojna na górze zakończy się wesołym oberkiem - bo w przeciwnym razie wszyscy się nawzajem wyaresztują i nastąpi finis Poloniae! - sprawiedliwość zatriumfuje, a niewinność generała Kiszczaka wypłynie na wierzch niczym oliwa sprawiedliwa. Na razie jednak mamy wojnę, pani Mullerowo - jakby powiedział dobry wojak Szwejk - więc nie czas żałować ani róż, ani człowieków honoru.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Racice nowoczesności
Warto przypominać, że Grecja nauczyła świat mądrości. Że Rzym podarował nam prawo oraz chrześcijaństwo. I że Unia Europejska wnosi w wianie przyszłym pokoleniom tak zwany "postęp" oraz tak zwaną "nowoczesność" - czyli pryzmę etycznego gnoju, z której do woli czerpią pozbawieni sumień szubrawcy. 
 "Każdy człowiek staje się pajacem, byle pociągnąć go za odpowiednią nitkę" - mawiał Tadeusz Boy-Żeleński. Co prawda współcześni demiurgowie nie ciągną za nitki lecz posługują się słowami, to przecież skutek jest taki sam. "Wolność jednostki" - skrzeczą. "Tolerancja i dialog!" - plują. Skrzydlate słowa, słowa-wytrychy. Słowa z pozoru brzmiące zachęcająco, a w gruncie rzeczy słowa synonimujące moralne wyuzdanie. 

 SPARTACZONE 
 DRZEWO CZŁOWIECZEŃSTWA 
 Przesadzam? W takim razie spójrzmy na Europę. Mamy już na Starym Kontynencie grono dewiantów, optujących za legalizacją sodomii oraz liberalizacją zakazu pornografii dziecięcej. Mamy aborcję na życzenie (tu i ówdzie takie życzenie można wyrazić nawet w ósmym miesiącu ciąży). Mamy "małżeństwa" homoseksualne i prawo zezwalające lesbijkom bądź pederastom na adoptowanie dzieci. Mamy doktorat przyznany za pracę udowadniającą, iż seks pomiędzy dorosłymi a dziećmi może być pozytywnym doświadczeniem dla tych drugich. Mamy zgodę na zbrodnicze eksperymenty na ludzkich embrionach. Mamy eutanazję i dyskusję nad potrzebą zabijania "nieudanych" albo "niepotrzebnych" noworodków do szóstego tygodnia życia i nieprzytomnych ludzi w podeszłym wieku. 
 Komu mało, może bez obaw o wytoczenie procesu o ochronę dóbr osobistych zaliczać osoby nie akceptujące promocji praktyk homoseksualnych do przypadków "paranoidalnych zaburzeń urojeniowych", ewentualnie zachwycać się postulatami wpisania na listę chorób psychicznych tak zwanej "homofobii", zwanej "nieuzasadnionymi uprzedzeniami wobec homoseksualistów". 
 Jeśli dodać do powyższego sądowe rozstrzygnięcia w sprawach o tak zwaną "mowę nienawiści" czy też zapowiedzi karania "prawicowego ekstremizmu" (definiowanego wedle jedynie słusznej ideologii przez wszechobecną europejską lewicę), jeśli przyjrzeć się lewackiej wścieklicy kierowanej pod adresem Węgrów, usiłujących ratować państwo i gospodarkę przed stoczeniem się w europejskość - nie może dziwić przekonanie, że człowiek w swojej masie wyrodnieje, zaś "z pokrzywionego drzewa człowieczeństwa niczego prostego nie daje się już wyciosać". Nawet zgorszenie, zdaje się, spowszedniało tak bardzo, że wielu ludzi gorszyć już przestało. 

 DESTRUKCYJNY 
 WPŁYW TŁUMU 
 Otacza nas wulgarna komercjalizacja, mamy do czynienia z apoteozą tolerancji i indoktrynacją politycznej poprawności, toniemy w głębokim kryzysie tożsamości, błąkamy się wszerz, wzdłuż i w poprzek globu, penetrując ruiny wspólnot. Atakują nas przekonania, wedle których tradycja to jedynie zbiór pustych konwencji, mało użytecznych w rzeczywistości "nowoczesnego" świata, zaś pamięć historyczna to domena bęcwałów i oszołomów. A jakby tego było mało, dookoła roi się od ludzi, którym myśli wysypują się z otwartych szeroko łbów jak sól z solniczek, a którzy zdają się wyznawać opinię, że skoro wszechświat powstał z chaosu i w chaosie zginie, zatem walczyć z chaosem to absurd. 
 Ponad sto lat temu z okładem, Gustave le Bon opublikował książkę zatytułowaną "Psychologia tłumu". Przekonany o nieodwracalnym regresie tradycji, dogmatów religijnych oraz reguł, na których wyrosła cywilizacja, wyrażając swój pesymizm wobec przyszłości kultury, przerażony był obserwowanym procesem tworzenia się społeczeństwa masowego, którego wyrazem stawał się bezosobowy i bezmyślny tłum. Wykazywał, że pozostająca pod jego wpływem jednostka zatraca się, zaś grupa przeistacza w wyzutą z cech indywidualnych, anonimową i prymitywną masę. I udowadniał, iż masa ta wywiera na otoczenie destrukcyjny wpływ podobny do efektu śniegowej kuli, a człowiek poddany presji tłumu staje się anonimowym elementem większej całości, czując przy tym zwolnionym tak od racjonalnego myślenia, jak i od osobistej odpowiedzialności za własne czyny. 
 I to jest właśnie to, co możemy obserwować współcześnie, analizując czyny ludzi śmiertelnie skaleczonych "postępem" oraz "nowoczesnością". Ludzi, którzy pozwalają, by idioci zaczadzeni tak zwaną europejskością, wysysali im z dusz przyzwoitość a szpik z kręgosłupów. 
*** 
 Czy zatem przyzwoitość ma jeszcze jakieś szanse na rewitalizację, czy może nieodwołalnie przypisano jej los dinozaurów? Na ile pewnie i na ile bezpiecznie możemy poruszać się w wyrodniejącym świecie? Jak ustrzec się staranowania walcem "postępu", uniknąć stratowania pod racicami "nowoczesności"? 
 Na każde z tych pytań odpowiadam jednym słowem: konserwatyzm. Oto właściwa recepta. Prawdopodobnie jedyna skuteczna. I proszę nie przejmować się urągliwymi orzeczeniami, jakoby określenie "konserwatysta" oznaczało człowieka żyjącego w wyimaginowanym świecie bezpowrotnie należącym już do przeszłości. A to, ponieważ "konserwatyzm nie jest przywracaniem tego, co było, ani trzymaniem się tego, co jest, lecz życiem z tego, co obowiązuje zawsze". 
 W tym kontekście warto pamiętać, iż zdegenerowane elementy rzeczywistości to problem ludzi obarczonych poważnym deficytem rozumności. Przyzwoitość ubrana w płaszcz konserwatyzmu znakomicie sobie z nimi radzi. Tym bardziej, że nie jest to "przyzwoitość" na miarę prokuratora Przybyła z przestrzelonym policzkiem. 
 Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

Aleksander graf Pruszyński
Nasi w Mińsku 
 Od ośmiu lat zaraz po Nowym Roku odbywają się w Mińsku zawody hokejowe o puchar naszego miłościwego prezydenta. Wybrałem się więc do hotelu, gdzie biwakowała ekipa kanadyjska, i udało się mi porozmawiać z Jasonem Smithem, który był jednym z zawodników, i oto co powiedział: Jeśli mają być poważne zawody hokejowe, to nie może zabraknąć  drużyny kanadyjskiej, ale nie bardzo kto z poważnych hokeistów chce przerwać swe płatne zajęcia i przyjechać do Mińska na swój koszt.
 Ostatecznie do Mińska przyjeżdżają kanadyjscy amatorzy, którzy często już grali zawodowo, ale teraz robią coś innego.
 Pan Smith jest właśnie takim. Studiował w Princeton, potem rok grał zawodowo, by wreszcie studiować medycynę na McGill University w Montrealu, a dziś jest chirurgiem w jednym ze szpitali w Scarborough.
 W przeciwieństwie do nas mówi - główne ekipy Białorusi czy Rosji to zawodowcy - często tacy, co grywali w drużynach zawodowych w USA czy Kanadzie. Oczywiście byli od nas lepsi i na dodatek, my gramy zwykle na innych, mniejszych stadionach niż ten, na jakim graliśmy w Mińsku.
 Dostaliśmy dobrze po skórze od Rosjan i Czechów, ale czy mieliśmy szanse z nimi w takich warunkach wygrać.
 Co mnie zdziwiło - kontynuował pan Smith - że na zawodach były pełne trybuny, u nas na zawodach amatorskich tak by nie było.
 Tutaj musiałem go poinformować, że nie wszyscy na trybunach płacili za bilety, bo w Narodowej Bibliotece, gdzie pracuje moja żona, rozdawano je.
 W każdym razie, do następnego spotkania musimy się lepiej przygotować, ale i tak było dobrze być pierwszy raz w Mińsku i poznać ładne nowoczesne miasto - dokończył rozmowę pan Smith.
 Ostatecznie zwyciężyła reprezentacja Białorusi, w której nawet zagrał sam prezydent, drugie miejsce zajęli Austriacy.

 Po świętach 
 Już jest po Bożym Narodzeniu prawosławnych i przy tej okazji powiedziano w naszej TV, że niektórzy protestanci też jak oni obchodzą Boże Narodzenie 7 stycznia. Niestety, nie tak, bo protestanci odłączyli się od katolików już po zmianie kalendarza. Były długie pasterki w naszych cerkwiach i potem ludzie chodzili do cerkwi, zapalali świeczki, całowali ikony i do domu. Czy przez taką szybką wizytę w cerkwi zbliżyli się do Boga?

 Będzie gorzej 
 Prezydent Obama podpisał ustawę mającą wesprzeć opozycję na Białorusi, w tym daje pieniądze na media elektroniczne nadające na nasz kraj.
 Niestety, te wszystkie pacany, co się tym zajmują, w tym szefowa Biełsatu Romaszewska, nie może pójść po rozum do głowy i zainstalować za jankesów pieniądze anteny na balkonie jak ma TV Martin nadająca z Key West, przez co by sygnał Biełsatu dochodził do 40 proc. obywateli.
 W opinii Kongresu, prezydent powinien kontynuować swoje wsparcie dla nadawania radiowego, telewizyjnego czy internetowego w językach mówionych na Białorusi przez Radio Wolna Europa, Głos Ameryki, Europejskie Radio dla Białorusi i Biełsat. USA również wzywają Międzynarodową Federację Hokeja do wycofania decyzji przyznającej Białorusi prawo do organizowania mistrzostw świata w hokeju w 2014 r. - "dużej imprezy sportowej, którą białoruskie władze zamierzają wykorzystać do legitymizacji swojego niesprawiedliwego panowania" - poinformował Smith na swojej stronie.

 Nie mieści się to w mej głowie
 Dostałem e-mail i po otworzeniu zobaczyłem scenę witania się w Berlinie Ojca Świętego Benedykta XVII z osobami świeckimi i duchownymi podczas wizyty. Okazuje się, że wszyscy cywile podają Ojcu Świętemu rękę, chwilę nawet wymieniają jakieś uwagi, a gdy przechodzi do dostojników swego Kościoła, co najmniej jedna trzeci nie ściska jego ręki, ignoruje Go.

 Kontrola Internetu
 Prezydent podpisał ustawę, która wprowadza kontrolę Internetu, a media rządowe twierdzą, że to nic wielkiego, że podobne kontrole są już w innych krajach, w tym w USA. Tylko teraz jak to będzie wykonywane, bo już były przypadki blokowania stron opozycji.

 Prawosławne Boże Narodzenie
 Jak od wieków obchodzone jest ono 14 dni po katolickim i były wielkie ceremonie w katedrze prawosławnej w Mińsku trwające kilka godzin. W samo Boże Narodzenie byłem w katedralnej cerkwi, wchodziło moc ludzi, kupowało świeczki, wstawiało je w świeczniki i stawało w kolejkach do całowania kilku ikon. Co ciekawe, widziałem tam też kilku żołnierzy, ale nadal prawosławne Boże Narodzenie nie jest tu wielkim świętem, bo najwięcej obchodzi Nowy Rok. Dużo bardziej widzi się prawosławnych przy okazji Wielkanocy, a szczególnie z okazji święcenia pokarmów. Ponieważ jest to też święto w Moskwie, więc sporo moskwiczan wyjeżdża na wycieczki do Mińska. 

 Wolność a uzbrojenie
 Konstytucja USA wyraźnie mówi, że władza nie ma prawa zakazywać obywatelom posiadania broni, ale wiele stanów łamie ten zapis tak czy inaczej, wprowadzając ograniczenia. W Polsce jest coraz gorzej , obywatele kraju mają proporcjonalnie mniej broni krótkiej, długiej, sportowej czy myśliwskiej niż Francuzi, Niemcy czy Włosi. 
 Czekanie, by policja obroniła obywatela przed przestępcami, zakrawa na parodię. Przed uzbrojonym zbójem Polak powinien móc się bronić, a nie tylko liczyć na władze. Obywatel powinien mieć prawo bronić się, zastrzelić napastnika, co z punktu widzenia reszty obywateli powinno być pochwalane, bo jeśli nawet przestępca zostanie schwytany, to posadzenie go spowoduje znaczne koszty obciążające resztę obywateli.
Decydując się na popełnienie czynu karalnego, przestępca wymierza sobie sam karę.

 Obustronny interes
 Coraz więcej mężczyzn zaczyna uważać, że panie europejskie i amerykańskie za mało o nich dbają, i szczególnie po rozwodach szukają następnych pań w dalekich krajach, jak Syjam, Wietnam czy Chiny. Tamtejsze damy mają włożone przez matki do głowy, że mają dbać o męża, a poza tym okazuje się, że wychodząc za mąż, mają na głowie nie tylko swych mężów, potem jeszcze dzieci, ale jeszcze ich rodziców, których też trzeba zadowalać. W tej sytuacji słusznie uważają, że lepiej mieć na głowie tylko męża i własne dzieci niż całą jego rodzinę.

 Mowa trawa
 Codziennie w środkach masowej komunikacji mówią o oszczędności energii, a najprostsza rzecz nie jest robiona od zarania Białorusi. We wszystkich krajach z dużymi klatkami schodowymi są automaty do włączania światła. Dawniej trzeba było je wciskać, a teraz działają w wyniku ruchu powietrza, jak ktoś wchodzi do tego pomieszczenia.
 U nas włączają światło na klatkach powiedzmy o 17.00, a potem wyłączają np. o 9.00. Gdyby tylko wprowadzono zasadę, że żarówki na klatkach są 25-watowe, a nie 50- czy 70-, to już by była różnica, ale uważają, że jak się powie, to się załatwi, a potem jesteśmy na smyczy energetycznej.

 Gdzie co kupić
 W Internecie można znaleźć wiele ciekawych rzeczy w firmach z Dalekiego Wschodu, ba, np. kopię sukni ślubnej żony następcy tronu Anglii itd. Było tam też wiele koszul, ale niestety nie takie, jakie lubię, więc nadal będę w Goodwillu szukał w Toronto okazji. (...)

 Fajny wóz
 Przechodząc koło Domu Oficerów w śródmieściu Mińska, zauważyłem ładny wóz, przypominający angielskiego Rovera, która to firma jest teraz częścią Hondy. Podszedłem i zapytałem szofera, co to za maszyna. - To chiński rover - powiedział i dał zerknąć do eleganckiego środka. Potem w Internecie dowiedziałem się, że od coś 5 lat produkują go Chińczycy i, co ciekawe, kosztuje, z sześciocylindrowym silnikiem, około 24.000 dol. Cóż, dwa razy taniej niż mercedes i chętnie bym go sobie kupił. To też świadczy o tym, co już Chińczycy potrafią robić.

 Profesor na kolanach
 Ponosimy winę metafizyczną za to, co się na naszej ziemi działo. Za to, że niektórzy Polacy wydawali i mordowali okrutnie Żydów - uważa prof. Barbara Engelking-Boni z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Czy jednak Jaśnie Oświecona pani profesor nie powinna zapytać Żydów, kiedy oni przeproszą Polaków za konkretne działania takich konkretnych Żydów, jak Różański, Fejgin, Romkowski, Brus-Wolińska itd. Jak jedni mają przepraszać, to dlaczego nie drudzy, zwłaszcza że winy tych drugich są udowodnione.

 Sami winni
 Jak już pisałem, obywatele Grecji skutecznie unikają podatków, ponoć nie wpływa do budżetu 30 proc. tego, co powinno. Teraz okazało się, że nie jest w kraju 700 prywatnych basenów, za które właściciele płacą podatki, a 17.000, czyli  tylko 4 proc. ich właścicieli płaciło podatki. Czemu decydenci polscy nie zaczną krzyczeć na ten temat?
 Inna sprawa, czy podnoszenie podatków to droga do uleczenia kraju?
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk

Bezśnieżnie, ale jest nadzieja
Na razie w okolicy jeziora Ontario jest bezśnieżnie, ale synoptycy zapowiadają na najbliższy tydzień nieco mrozu i opady śniegu. Jeśli kolejny raz będzie to pomyłka, to pozostanie nam wyjazd za Barrie, by poszaleć na zjazdowych nartach, jeśli jednak przewidywania się sprawdzą, to stoki ośrodków sportów zimowych w najbliższej okolicy Aglomeracji Torontońskiej pokryją się białym puchem, bo większość z nich posiada armatki śnieżne. 
Glen Eden 
 Mieszkańcy zachodniej części Toronto oraz osiedleni w Mississaudze i w Brampton mają dosłownie pod nosem świetne miejsce do uprawiania narciarstwa zjazdowego i snowboardingu. Położony w Milton w pobliżu autostrady 401, Glen Eden dysponuje 12 trasami zjazdowymi o zróżnicowanym stopniu trudności. Dla początkujących wydzielono wzgórze, gdzie w gronie podobnych im, mogą przygotowywać się do szusów z bardziej stromych gór. Dostęp z parkingów i "oślej łączki" do właściwego ośrodka prowadzi przez tunel pod linią kolejową. 
 W sezonie 2011/2012 ośrodek czynny jest od godz. 8.30 do 21.30. Bilety całodniowe w weekend kosztują 36 dolarów. Za jazdę nocną od godz. 16.30 do 21.30 trzeba zapłacić 31 dol. Zniżki dla uczniów i emerytów. W tygodniu bilety na jazdę w godzinach 16.30-21.30 kosztują 20 dolarów. 
 W czwartek wieczorem na stokach zalegała 24-centymetrowa warstwa mokrego śniegu. Pracowały wszystkie wyciągi. Nieczynna była trasa do zjeżdżania na dmuchanych oponach (tube park). Sytuacja może się poprawić, bo w nocy ma być mróz.
 Z Toronto do Glen Eden można dojechać QEW (do drogi nr 25, gdzie skręcamy na północ, zaraz za Steeles Ave. dotrzemy do Kelso Road, w którą skręcamy w lewo) lub  autostradą 401 (zjazd nr 320, gdzie skręcamy w prawo w Steeles Ave. i po kilku minutach znów w prawo, w Kelso Road). 

 Ski Dagmar 
 Ski Dagmar nie sposób pominąć w wykazie najlepszych miejsc w południowym Ontario do uprawiania białego szaleństwa. Ośrodek znajduje się na wschód od Toronto i można tam dojechać ze Scarborough w pół godziny. Jeśli jedziemy autostradą 401, to w Ajax zjeżdżamy w Harwood Ave. na północ, aby po dotarciu do skrzyżowania z Hwy 2 skręcić
weń w prawo, po 3 minutach dojeżdżamy do Lakeridge Road, tu skręcamy w lewo i po 12 minutach jazdy jesteśmy na miejscu. 
 Dagmar posiada cztery wyciągi krzesełkowe, dwa sznurowe na "ośle łączki", Magic Carpet dla dzieci i wyjątkowo długą "rynnę" dla snowboardzistów. Tu nie czeka się w długiej kolejce na wwiezienie na górki (najwyższe wzniesienie ma 61 metrów). Wieczorem niektóre stoki są oświetlone. Alpejskie trasy (jest ich 17) w większości są bardzo łatwe; 40 procent z nich to zjazdy łatwe, połowa przeznaczona jest dla narciarzy zaawansowanych, a pozostałe 10 procent dla mistrzów dwóch desek. Nie ma trasy dla amatorów  snowtubingu. Dla uprawiających narciarstwo przełajowe wytyczono w sumie 25 kilometrów dobrze przygotowanych, leśnych szlaków, jest tu też wypożyczalnia sprzętu. W Dagmar można nauczyć się jeździć na nartach i zaraz sprawdzić swe umiejętności na ogólnodostępnych stokach.
 Ośrodek czynny jest od godz. 10.00 do 22.00, w soboty od 9.00 do 21.30, w niedziele od 9.00 do 18.00 i oferuje 3-godzinne (40,71 dol.), 4-godzinne (42,.48 dol.), 5-godzinne (44,25 dol.) i 8-godzinne (47,79 dol.) bilety. Wypożyczenie sprzętu narciarskiego na 3 godziny kosztuje 23 dolary.
 W czwartek czynnych było 13 tras. Oczekuje się poprawy warunków w najbliższy weekend, kiedy ma nastąpić spadek temperatury poniżej -8 stopni C.
Centennial Park Ski Hill
 Dwa  ośrodki sportów zimowych znajdują się w Toronto. Podaję ich lokalizację, chociaż na razie są nieczynne z braku śniegu. Choć górki tu niewielkie,  to po opadach śniegu są to wymarzone miejsca dla chcących nauczyć się jeździć na nartach czy desce snowboardowej oraz dla tych, którzy nie mają czasu jechać dalej na północ. W Centennial Park, na 45-metrową górę wiodą dwa wyciągi orczykowe; armatki produkujące śnieg w mroźne dni uniezależniają ośrodek od opadów naturalnych. Jest tu również wypożyczalnia sprzętu narciarskiego i snowboardów oraz bar z ciepłymi przekąskami. Wieczorem wschodni stok jest oświetlony, a bilet można kupić nawet na jedną godzinę (15 dol.). Dla uczniów i emerytów zniżka - za godzinę trzeba zapłacić 12 dolarów. 4-godzinny bilet kosztuje 25 dolarów (22 dol. dla uczniów). Korzystanie z wyciągu sznurowego kosztuje 9 dol. 
 Centennial Park znajduje się w pobliżu skrzyżowania Rathburn Rd. i Renforth Dr. w zachodniej części Toronto. 
 Earl Bales Ski 
 and Snowboard Centre
 Ośrodek znajduje się na terenie miejskiego parku Earl Bales, położonego w pobliżu skrzyżowania Bathurst St. i Sheppard Ave. w północnej części Toronto. Ze stacji metra Wilson można tu dojechać autobusem Bathurst 160. W North York Ski Centre zainstalowano dwuosobowy wyciąg krzesełkowy, jeden wyciąg orczykowy i jeden sznurowy. Góra jest niewysoka, ale wytyczono na jej zboczu trzy trasy zjazdowe dla umiejących już jeździć i jedną dla początkujących narciarzy. Ośrodek dobrze nadaje się do zaprawy kondycyjnej przed wyjazdem w prawdziwe góry. Na miejscu znajduje się wypożyczalnia ekwipunku, restauracja i kafeteria. 
 Earl Bales Ski and Snowboard Centre czynny jest od godz. 10.00 do 21.30, w soboty od godz. 9.00 do 21.30, w niedziele od godz. 9.00 do 20.00. Ceny biletów jak w Centennial Park Ski Hill.
Jerzy Rosa - Mississauga

Bez znieczulenia
Coraz częściej lekceważenie zdrowego rozsądku, prawdy i zwykłej przyzwoitości przybiera takie rozmiary, że słowa, jakich się używa, nie mają żadnego sensu, a maskują jedynie siłę i groźby.
 Trzy przykłady pozornie w ogóle niezwiązane.
 1. W pewnym polskim miasteczku pewien bandzior "windykator", który skupuje długi, a następnie ściąga należność, zdzierając skórę z różnych biedaków,  przystawił podczas "pracy" pistolet do głowy "windykowanego". Ot tak, aby trochę się gość przestraszył. Ten przeraził się do tego stopnia, że w sądzie złożył skargę. Pan sędzia uznał, że była to jedynie "niekonwencjonalna metoda windykacji", w  związku z czym bandziora (nieobecnego na sali na podstawie zwolnienia lekarskiego wydanego przez ginekologa) zwolniono od wszelkich podejrzeń. 
 Sąd dał w ten sposób do zrozumienia, że wyżej... nie podskoczysz: nie ruszaj naszych i bujaj się stąd frajerze...
 To taka typowa sytuacja, kiedy lokalna mafia pokazuje, jak bardzo nas ma w nosie, i robi to w autorytecie prawa.
 2. Inne mafijne pokazanie palca - tym razem na ogólnopolską skalę - ma miejsce wobec Telewizji Trwam. Ta obecna na polskim rynku medialnym od lat, poważna firma, nadawca o ugruntowanej  pozycji, dysponujący dorobkiem i zabezpieczeniem finansowym, dostaje odmowę przyznania pasma na tzw. multipleksie, przez co od 2013 roku nie będzie mógł nadawać w Polsce "na falach eteru" wprost do anteny.
 Dlaczego akurat TV Trwam do takiego nadawania się nie nadaje? Ponieważ "nie ma dostatecznych podstaw finansowych gwarantujących ciągłość nadawania". 
 Chodzący na pasku "grupy trzymającej władzę" urzędnik, bez zająknięcia kłamie jak z nut. Wszyscy, włącznie z nim samym, wiedzą, że kłamie, mimo to stada dziennikarzy  przyjmują tę wypowiedź za dobrą monetę. Nawet im do głowy nie przyjdzie zapytać, na jakiej podstawie  rzeczony urzędnik doszedł do takiego wniosku, skoro nie analizował żadnych rozliczeń finansowych TV Trwam. Jaskółki mu doniosły? Nikt nie zadaje takich pytań, bo przecież wiadomo, że nie o tłumaczenia tu chodzi; że te uzasadnienia to zwykła lipa i fikcja.
 Chodzi w nich jedynie o to, by dać do zrozumienia: mamy was w nosie, możecie nam nadmuchać, jesteśmy silni, mamy większość - bujajcie się mohery ze swoją telewizją,  tu rządzi nasza paczka i tego nie puści. Mówi się tak niemal bez ogródek - brutalnie szydząc w żywe oczy; bez żadnego znieczulenia.
 3. Trzeci przykład, międzynarodowy; rząd Węgier  przedkłada interes własnego narodu nad interes banków zagranicznych, wprowadza nową konstytucję, reformuje prawo, broni interesów ludności - czyli działa tak, jak powinien i do czego został powołany. No i z miejsca przez całą międzynarodową soldateskę zostaje oskarżony o faszyzm, naruszenie standardów demokracji i inne wyssane z palca rzeczy. 
 Nikogo nie obchodzą racjonalne argumenty, ważne jest, że Węgrzy są "be", a są "be", bo usiłują wyłamać się spod dyktatu euromiędzynarodówki.
 Wszyscy wiedzą, że stawiane Węgrom zarzuty można między bajki włożyć, a z Orbana żaden"Kadafi", ale  skonsolidowany atak nie ustaje, w myśl na nowo zinterpretowanej doktryny Breżniewa, wedle której "sprawa demokracji, w każdym kraju jest sprawą całego obozu demokracji". 
 Oczywiście, tak jak wtedy w czasie inwazji Czechosłowacji, fakt, że  Czesi i Słowacy żadnego socjalizmu nie zwalczali, nie miał znaczenia, tak też dzisiaj nie ma znaczenia, że demokracja na Węgrzech ma się jak najlepiej.
 Nie liczą się fakty, "ważne to je co je moje" - czyli, jak w każdej mafii - nie wchodź nam, bracie, w drogę.
 Korupcja języka  życia publicznego poszła tak daleko, że nasi "równiejsi" nawet nie silą się na jakiś sens. Wystarczy mówić byle co, nie ma się co plebsem przejmować, "plebs wszystko łyknie". Wypróbowali kilka razy na żywym ciele, wychowali sobie pokolenia bezmózgowych troglodytów, którymi manipulują podług najbardziej prostych metod.
 I dlatego polski windykator może przystawiać człowiekowi pistolet do głowy, a następnie na wesoło upokarzać, usprawiedliwiając nieobecność w sądzie papierem od ginekologa; dlatego jakiś administracyjny bubek skreśla Telewizję Trwam z listy polskich stacji naziemnych, tłumacząc decyzję wzruszeniem ramion i bąknięciem - "a, bo tak...".
 Buta mafijnych układów i pogarda dla zwykłych ludzi, przy jednoczesnym wycieraniu sobie gęby szczytnymi hasłami demokracji, wolności, praw człowieka; nicowanie pojęć niczym w systemach totalitarnych... Człowiek staje wobec tych zjawisk coraz bardziej bezsilny; coraz częściej  bije głową w mur, zza którego słychać prześmiewczy rechot tych silniejszych, lepiej ustawionych  uczestników systemu.
 Tak jak rozrywa się tkanka życia małomiasteczkowej wspólnoty zatruta mafijnym układem, jak umiera obywatelska polityka i poczucie odpowiedzialności za kraj w mafijnym systemie zoligarchizowanej korupcji, tak gaśnie szansa na pokój  tam, gdzie sprawiedliwość, wolność i zasada poszanowania suwerenności narodów wywołują uśmieszek na twarzach pretendentów na globalnych kierowników świata.
 Czeka nas więc kolejna fala globalnych spazmów.
Andrzej Kumor
Mississauga
 

GONIEC, NR 1/2012

Nasza Złota Pani przyspieszyła
Wprawdzie wydawałoby się, że w okresie Bożego Narodzenia, mniej więcej aż do Trzech Króli, którzy tego roku znowu są dniem świątecznym, nasz nieszczęśliwy kraj pogrąża się w nirwanie. Niestety - "kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku" - toteż i nasz nieszczęśliwy kraj został wyrwany z tradycyjnej nirwany za sprawą Naszej Złotej Pani Anieli. Nasza Złota Pani, najwyraźniej musiała wsłuchać się w wiernopoddańcze tyrady naszych Zasrancen (nawiasem mówiąc, wbrew opinii Czytelnika z Niemiec, sugerującego, jakoby w języku niemieckim słowa "Zasrancen" nie było, a tylko np. "Scheisskerl" - inny Czytelnik z Niemiec donosi, że wprost przeciwnie - że Niemcy nagminnie używają określenia "Zasrancen", zwłaszcza w rejonach graniczących z Polską), wygłaszane podczas sejmowej debaty nad berlińskim przemówieniem ministra Sikorskiego i dojść do wniosku, iż trzeba trochę przyspieszyć nieubłagany proces dziejowy. Tym właśnie tłumaczę sobie orzeczenie niezawisłego sądu w Opolu, który 21 grudnia uznał istnienie w Polsce narodowości śląskiej. Do tej pory ani niezawisłe sądy, ani organy administracyjne nie chciały nawet słyszeć o istnieniu w Polsce takiej narodowości, aż nagle, ni stąd, ni zowąd, wszyscy zaczęli śpiewać z całkiem innego klucza. 
 Oficjalnie tłumaczy się to wprowadzeniem kilku subtelnych szczegółów do obowiązującego prawa - i rzeczywiście - na podstawie tych szczegółów w rodzaju słynnej wstawki "lub czasopisma", można było wpisywać narodowość śląską podczas ubiegłorocznego spisu powszechnego do arkuszy spisowych, ale w takim razie kto i z jakiej przyczyny tę szczegółową  wstawkę po cichutku ("nie płoszmy ptaszka...") wstawił?  Byłby to przypadek rzadki - a czy w ogóle są przypadki? - zastanawiał się poeta. Skoro zatem i w obowiązującym prawie pojawiły się "lub czasopisma" w sprawie narodowości śląskiej, skoro niezawisły sąd zaczął śpiewać z innego klucza, skoro wreszcie administracja wyraża zadowolenie z wyroku niezawisłego sądu, to nieomylny to znak, że nasz nieszczęśliwy kraj wkroczył w nowy etap scenariusza rozbiorowego, na którym obowiązywać będą nowe mądrości.
 W normalnych warunkach uznanie narodowości śląskiej nie miałoby może większego znaczenia - ale problem w tym, iż warunki nie są bynajmniej normalne, bo między Niemcami i Polską istnieją otwarte remanenty II wojny światowej w postaci "ziem utraconych" - jak to nazywają Niemcy, i "ziem odzyskanych" - jak nazywano je do niedawna w Polsce.  Niemcy, jako państwo poważne, nigdy nie zrezygnowały z odwrócenia przynajmniej niektórych, niekorzystnych dla Niemiec skutków II wojny światowej, a choćby przebieg  konferencji "2 plus 4", dzięki której nastąpiło zlikwidowanie okupacji i zjednoczenie Niemiec, utwierdza w przekonaniu każdego obserwatora, że właśnie "ziemie utracone" są jednym z tych skutków. Odwróceniu tych skutków może służyć zarówno zmiana stosunków własnościowych na tych terenach i w jej następstwie - pokojowa zmiana ich przynależności państwowej, a także - taktyka salami, tzn. systematyczne odkrawanie kawałków dotychczasowego polskiego terytorium państwowego. Zwłaszcza przy tej drugiej metodzie uznanie istnienia narodowości śląskiej w Polsce może mieć wielkie znaczenie. Dowodzi tego zarówno precedens Litwy Środkowej z roku 1920 i 1921 oraz precedens Kosowa z roku 2008. Jak pamiętamy, serbska prowincja Kosowo została wskutek różnych okoliczności zdominowana przez Albańczyków, których żydowska gazeta dla Polaków z tej okazji uznała za odrębny naród "Kosovarów", czy też może "Kosowerów" na tej samej zasadzie, jak na Mazowszu żyją Mazowery: Tadeusz  i Wojciech. Otóż w 2008 roku Kosowery, powołując się na zasadę samostanowienia narodów, proklamowały niepodległość Kosowa, a Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości w Hadze w roku 2010 uznał, że taka jednostronna deklaracja nie jest sprzeczna z prawem międzynarodowym, bo prawo międzynarodowe nigdzie takich jednostronnych deklaracji nie zakazuje. Gdyby zatem proces dziejowy wkroczył w kolejny etap - a tego już tylko patrzeć - to narodowość śląska, powołując się na kosowski precedens, może ogłosić niepodległość Śląska, a następnie - wzorem Litwy Środkowej - uchwalić przyłączenie tego nowego państwa do Rzeszy. Wprawdzie działacze narodowości śląskiej odżegnują się od takich pomysłów, ale - po pierwsze - dłużej klasztora niż przeora i jeśli będzie trzeba, to już tam Nasza Złota Pani znajdzie sobie innych działaczy, a poza tym już książę Gorczakow radził, by nie wierzyć nie zdementowanym informacjom prasowym. Skoro nawet niezawisłe sądy na komendę zaczynają śpiewać z właściwego klucza, to cóż dopiero - działacze?
 Jakby tego było mało, niezależna prokuratura w Warszawie umorzyła śledztwo przeciwko "generałowi Gromosławowi Cz" z powodu przedawnienia. Nie chodzi o zarzuty w sprawie STOEN i LOT-u, w związku z którymi generał był zatrzymany, a o zarzuty wcześniejsze. Ponieważ nic nie udało się ustalić, sprawa się szczęśliwie przedawniła - co stanowi dobry prognostyk na przyszłość. Właśnie generał był przesłuchiwany w związku z nowymi zarzutami, ale wydaje się, że i w tym przypadku wszystko zakończy się wesołym oberkiem. Przecież "generał Gromosław Cz." nie  jest dzieckiem i doskonale wie nie tylko, kto, od kogo, za co i ile wziął, ale nawet - gdzie to schował, więc eskalowanie wojny byłoby niekorzystne dla każdej ze stron wojujących, zwłaszcza w obliczu zadań, jakie spadną na bezpieczniackie watahy ze strony strategicznych partnerów oraz starszych i mądrzejszych. Po pierwsze - trzeba będzie odpowiednio przygotować mniej wartościowy naród tubylczy do realizacji scenariusza rozbiorowego, to znaczy - obezwładnić go psychicznie - bo państwo zostało już rozbrojone. Po drugie - doprowadzić do depopulacji zwłaszcza starszej i schorowanej części mniej wartościowego narodu tubylczego, żeby w ten sposób nie tylko zwiększyć jego ekonomiczną rentowność, a po drugie - żeby w ten sposób zrobić miejsce dla starszych i mądrzejszych, którzy po zrealizowaniu programu odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej, będą tworzyli tutaj szlachtę jerozolimską. 
 Jeśli chodzi o depopulację, to służy temu narodowy program eutanazji, który przybrał postać ustawy o refundacji leków. Chodzi o podwyżkę cen lekarstw, w następstwie której najmniej produktywna i najbardziej obciążająca budżet część mniej wartościowego narodu tubylczego przeniesie się na tamten świat, bez konieczności uchwalania kompromitujących ustaw czy kłopotliwego wypytywania każdego, czy aby jest już gotowy dla takiego poświęcenia dla partii. Wydawało się, że program wejdzie gładko w fazę realizacji, ale na skutek aroganckich rozwiązań przyjętych przez rząd premiera Tuska, w okolicach Nowego Roku doszło do protestów lekarzy, oburzonych przerzuceniem na nich obowiązku dokonywania selekcji pacjentów, i to pod rygorem surowych kar pieniężnych. Chodzi o kontrolowanie, czy pacjent jest ubezpieczony, czy nie, a także - jaki stopień refundacji mu przysługuje. Lekarze uważają, że takie rzeczy powinni robić urzędnicy NFZ, podczas gdy tamci uważają, że oni nie powinni robić nic, bo przecież nie są od żadnej roboty, tylko od dojenia Rzeczypospolitej. Na pierwszą linię frontu premier Tusk rzucił ministra Bartosza Arłukowicza, który w ten efektowny sposób może zakończyć swoją błyskotliwą karierę. Być może właśnie o to między innymi chodziło premieru Tusku, a jeszcze bardziej - Siłom Wyższym, które nakazały premieru Tusku schować minister Ewę Kopacz  za  murami Sejmu, którego została marszalicą. Jakie zasługi ma Ewa Kopacz dla razwiedki, że tak ją ochraniają, niczym jakiś skarb narodowy - oto pytanie, na które nie potrafię udzielić odpowiedzi. Łgarstwa w sprawie katastrofy smoleńskiej to chyba za mało? Rzecz w tym, że to właśnie jej można przypisać autorstwo narodowego programu eutanazji, który minister Arłukowicz - zresztą, żeby było śmieszniej - wbrew krytycznej ocenie, jaką prezentował, będąc jeszcze na etapie opozycji do rządu premiera Tuska - nie tylko musi dzisiaj realizować, ale w dodatku - zachwalać.
 Bo właśnie chodzi o to, żeby zachwalać, żeby bez względu na to, co się stanie, nie podniósł się żaden głos krytyki. I dlatego właśnie Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji  z działaczem  Platformy Obywatelskiej Janem Dworakiem na czele, którego partia rzuciła na ten odcinek frontu ideologicznego, ażeby pilnował interesu razwiedki i jej zagranicznych mocodawców, właśnie odmówiła przyznania Telewizji TRWAM koncesji w naziemnej telewizji cyfrowej. Telewizja cyfrowa wejdzie w Polsce w powszechne  użycie już w roku 2013, zatem odmowa koncesji oznacza praktyczną eliminację TV TRWAM z rynku. Taki efekt z pewnością wychodzi naprzeciw oczekiwaniom strategicznych partnerów oraz starszych i mądrzejszych, którzy nie są przecież zainteresowani w tym, żeby podczas wchodzenia scenariusza rozbiorowego w decydującą fazę mniej wartościowy naród tubylczy podnosił jakieś hałasy czy w ogóle - dysponował jakimiś nośnymi środkami przekazu. W ten sposób zostanie psychicznie obezwładniony - a zadaniem tym zostały obarczone tubylcze watahy bezpieczniackie, które z kolei właśnie przerzucają je na Zasrancen - każdemu zgodnie z odcinkiem, na jaki został rzucony.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Poza kontrolą
"Zbiorowy gwałt na 15-latce, zobacz wideo" - taką treść publikuje na czołówce jednego z wiodących internetowych portali jakiś anonimowy redaktor-idiota, i ta jego inicjatywa mówi prawie wszystko zarówno o stanie jego umysłu, jak i wielu polskich umysłów na przełomie lat 2011 i 2012 po Chrystusie. 
 Ale zostawmy naszych medialnych nadzorców na chwilę ich własnemu losowi, spoglądając na świat w następujący sposób: oto dzięki telefonom, radiu, telewizji i komputerom możemy uczestniczyć w wydarzeniach rozgrywających się w najodleglejszych zakątkach Ziemi, często sięgając poza nią - na Księżyc, a nawet na inne planety. Internet pozwala niemal każdemu zapoznać się z niemal całą wiedzą, zdobytą przez nasz gatunek przez tysiąclecia. Tymczasem - paradoksalnie - rzeczywistość jako całość w coraz większym stopniu staje się dla nas niezrozumiała, żeby nie powiedzieć obca. A to między innymi dlatego, że ogarnięcie umysłem wszystkiego, co dzieje się na naszym globie, stało się praktycznie niemożliwe. 

 PRANIE MÓZGÓW 
 I choć nie jest dziś problemem uzyskanie tej czy innej informacji, to przecież wyzwaniem ponad miarę przeciętnego zjadacza chleba wydaje się oddzielenie tego co ważne i wartościowe od stosów jałowizny. Innymi słowy, toniemy w mnogości, której nie potrzebujemy i której nie umiemy wykorzystać, borykając się z rosnącą wrzawą informacyjną. Notabene, sam szum informacyjny, choć dla ludzi rozumnych wielce irytujący, wydaje się co najwyżej wągrem zdatnym do wyciśnięcia, zresztą człowiek może przywyknąć i do pryszcza. Najgorszy jest wszechobecny szum interpretacyjny, bo dopiero ten wpycha nas w obłędne koło chaosu. 
 Chaosu, potęgowanego nieustannie przez nadwiślańskie instytucje medialne, słusznie uznawane za pralnie polskich mózgów. Aczkolwiek warto zauważyć, iż między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca sam proces prania odbywa się subtelniej niż gdziekolwiek indziej. Publicysta i krytyk filmowy Krzysztof Kłopotowski powiada tak: "Gdy w Korei Północnej pranie mózgów odbywa się przy pomocy kija w brudnej pianie, to u nas w delikatnym proszku najwyższej jakości. Premier uśmiecha się i przymila do wyborców. Prezydent śmieszy, tumani, przestrasza. Przymus ma łagodną postać kredytu bankowego do spłacenia, co bez użycia pałki rozwiązuje problem dyscypliny". 

 ZACZADZENI EUROPEJSKOŚCIĄ 
 W rzeczy samej ludzie tuskoidalni traktują swoich współobywateli tak, jak sami nigdy nie chcieliby być traktowani przez nikogo. Zadłużają państwo na potęgę, wielu uszczuplając portfele, a wielu innych wręcz wtrącając w biedę. Mało tego: jedyne, czego ogół może spodziewać się po szalonych działaniach ludzi zaczadzonych europejskością (cokolwiek ta europejskość dla nich znaczy), to jeszcze większy zamęt, utrapienia oraz wieloletnia kłopotliwa niestabilność ekonomiczna polskich rodzin. 
Działając w ten sposób, rząd czyni to, czego czynić mu nie wolno. A postępuje tak, ponieważ kontrola, jaką nad nim sprawujemy, stała się iluzoryczna. Bez większego ryzyka popełnienia błędu można wręcz stwierdzić, że kontrola ta praktycznie nie istnieje. W rzeczy samej rząd usadowił się poza wszelką kontrolą, ponieważ kontrolujący - czyli media głównego nurtu - z jednej strony, prześcigają się w krytyce opozycji, a z drugiej, nakładają na parchate oblicza rządzących wciąż nowe warstwy pudru. Zaiste, przypomina to szminkowanie trupa, ale dla ogłupionych rzesz ludzi zrobionych z telewizji więcej wcale nie trzeba. 
 Lech Makowiecki, lider zespołu "Zayazd", komentuje tę szpetną sytuację słowami: "gdyby większość społeczeństwa rozumiała otaczający je świat, gdyby z ławy szkolnej wyniosła (oprócz zawodowego przygotowania) wiedzę przydatną do przetrwania w XXI w. (historia, polityka, podstawy ekonomii i in.), a z domu rodzinnego, programów TV, kościoła itp. instytucji - odrobinę przyzwoitości i etyki (patriotyzm, tradycja, Dekalog) - jako duży, europejski kraj bylibyśmy nie do pokonania...". 
*** 
 I - ku przestrodze - raz jeszcze cytat z Krzysztofa Kłopotowskiego, właśnie o propagandzie: "Może zrobić z ludźmi wszystko: przekonać do kłamstwa, oswoić z absurdem, ogłupić i tak upodlić, że nie zauważą, co się z nimi dzieje. A kto zauważy, ten nic po sobie nie pokaże, jeśli będzie miał powód bać się kary za swoją spostrzegawczość". 
 Podsumowując, należy powiedzieć tak: miniony rok nie był nudny, zaś bieżący okaże się jeszcze bardziej rozsierdzony. Słowo daję, nie warto się zakładać. 
 Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

Rok 2011
Jaki był to rok? Na pewno wydarzyło się wiele w kanadyjskiej imigracji. Otworzyła się furtka dla Polaków, którzy licznie przybyli  do pracy w Kanadzie, korzystając z programu wspierania mobilności młodych. Jednak myślę, że nie wszyscy wykorzystują ten program tak jak należy. Mało kto tak naprawdę intensywnie zajmuje się nauką języka. Polacy przybywają głównie do Ontario, a tu w imigracyjnym natłoku jest  o wiele trudniej załatwić niektóre procedury imigracyjne, nie wspominając już o tym, że w innych prowincjach istnieją lepsze możliwości zalegalizowania pobytu, i to nawet osobom-pracownikom mniej wykwalifikowanym.
 Procedury porządkowe nasiliły się i jeśli poprzednio imigranci pozostawali latami w Kanadzie, teraz coraz więcej wydaje się nakazów deportacyjnych, prosząc osoby "nieudokumentowane" do opuszczenia kraju i zastosowania się do obowiązujących przepisów, ewentualnie składania podań o wizy pracownicze i pobyt w Kanadzie poza Kanadą, tak jak nakazuje jedna z głównych zasad imigracyjnych.
 Procedury humanitarne znacznie się zaostrzyły i zasada redukcji nadmiaru złożonych podań powoduje szybkie wydawanie, często niestety negatywnych, decyzji. Jednym z powodów jest także mała pula miejsc przyznawanych rocznie przez rząd Kanady dla osób łamiących w Kanadzie prawo - tzn. przebywających i pracujących bez autoryzacji  i proszących o rozpatrzenie humanitarne ich wniosków bez opuszczenia kraju. Niektórym, zwłaszcza imigrantom przebywającym w Kanadzie długo i posiadającym w Kanadzie dzieci, udaje się otrzymać humanitarnie stałą rezydencję. Procedury są jednak długotrwałe i  imigranci muszą latami żyć w niepewności.
 Osoby, które otrzymały odmowę podania humanitarnego lub spodziewające się takiej decyzji, nie powinny rezygnować z imigracji, ponieważ odmowa w wypadku jednego podania nie jest jednoznacznym  brakiem szans i można pobyt uzyskać w innej kategorii, na przykład poprzez sponsorowanie pracodawcy. Ważne jest jednak, by nie zaniedbywać nauki języka angielskiego, niestety jest to częsta przyczyna, że nasi rodacy nie zostają przyjęci na imigrację do  Kanady, na przykład w programie punktowym.
 Rok 2011 to także rok zmian w procedurach odbierania obywatelstw osobom, które w nieuczciwy sposób otrzymały kanadyjski  status. Ministerstwo Imigracji  zapowiedziało odbiór kanadyjskich praw tysią-com imigrantów.
 Stworzono nową organizację, wydającą uprawnienia imigracyjnym konsultantom. Wielu konsultantów powróciło do  zawodu, wierząc, że tym razem próba uregulowania imigracyjnych profesjonalistów powiedzie się, a organizacja będzie funkcjonować w należyty sposób bez  skandali i kontrowersji oraz licznych procesów sądowych, w jakie poprzednia organizacja była uwikłana.
Izabela Embalo
licencjonowany doradca 
prawa imigracyjnego
 Osoby zainteresowane imigracją-pobytem stałym, wizą pracowniczą, studencką, sponsorstwem, prosimy o kontakt z naszym biurem: 416-515-2022,  emiz@live.ca,    www.emigracjadokanady.com.pl. Przyjmujemy także wieczorami i w niektóre weekendy. Zapewniamy pełną dyskrecję.

W poszukiwaniu śniegu
Kilka naprawdę mroźnych dni i znowu temperatura ponad zerem - taka pogoda zniechęca do uprawiania zimowych sportów, tym bardziej że śniegu spadło w rejonie Toronto tyle co kot napłakał. Zostaje więc lodowisko i łyżwy, a dla miłośników białego szaleństwa wyjazd na północ, gdzie warunki są niezłe, a braki w opadach nadrabiają armatki śnieżne produkujące dzień i noc biały puch.
Jeśli mieszkamy na terenie Wielkiej Aglomeracji Torontońskiej, to jesteśmy przyzwyczajeni do pogodowych anomalii - wystarczy, że zawieje mokry i ciepły wiatr z południa, a wszystko zamienia się w błoto. I odwrotnie - wiatr z północy zawsze przynosi mroźne ochłodzenie, a śnieg mamy wówczas, gdy te dwa fronty spotkają się nad Toronto, gdy się rozminą, mamy dokuczliwe mżawki lub trzaskające mrozy. 
 Dodatkowym czynnikiem pogarszającym warunki śniegowe w okolicy Mississaugi i Toronto jest jezioro Ontario. Działa ono jak wielki kaloryfer, który zimą oddaje letnie ciepło - dlatego zawsze w mroźne dni nad jeziorem kłębią się chmury, które nad brzegiem kończą się jak ucięte nożem. To ciepło oddawane przez akwen podnosi temperaturę otoczenia o kilka stopni, co często uniemożliwia uruchomienie baterii produkujących sztuczny śnieg w ośrodkach położonych w pobliżu jeziora, takich jak Dagmar, Centennial Park czy North York. Dalej także bywa różnie - Hockley Valley i Glen Eden również padają ofiarami klimatycznych anomalii częściej niż ośrodki położone dalej za Barrie. Jeśli więc planujemy wyjazd na narty w najbliższy weekend, to sprawdźmy najpierw przez Internet, jakie warunki śniegowe panują w wybranym przez nas ośrodku narciarskim.
 W świąteczno-noworocznym wydaniu "Gońca" prezentowałem najbardziej popularny ośrodek sportów zimowych w południowym Ontario - Blue Mountain, dzisiaj pora na dwa następne... 
Mount St. Louis/Moonstone
 Ośrodkiem, gdzie warunki śnieżne są o niebo lepsze od tych w najbliższej okolicy GTA, jest  Mount St. Louis/Moonstone. W czwartek, 5 stycznia, większość stoków (34 z 36) była czynna, a trasy zjazdowe pokrywa gruba warstwa śniegu (od 30 do 60 cm), która pozwala na zimowe szaleństwo. Działają wszystkie wyciągi.
 Na narciarzy w Mount St. Louis/Moonstone czeka nie lada atrakcja: pasmo pięciu szczytów górskich, z których St. Louis (130 m) i Moonstone (166 m) należą do najwyższych. Ośrodek posiada dwie bazy: Mount St. Louis i Moonstone, w każdej znajduje się kafeteria i wypożyczalnia sprzętu. Baza Mount St. Louis jest zwykle bardziej zatłoczona, ponieważ usytuowano ją przy samym zjeździe z autostrady, polecam bazę Moonstone, oddaloną na północ o kilometr drogi. 
 Są tam zainstalowane dwa superszybkie, sześciomiejscowe wyciągi, z których jeden (Adventure Express) wyniesie nas w ciągu niespełna trzech minut na szczyt Moonstone. Stąd też możemy dostać się do pierwszej bazy, korzystając z trasy Mount St. Louis Crossover. Tras zjazdowych jest 37, a najdłuższa z nich ma prawie dwa kilometry.
 Mount St. Louis/Moonstone czynny jest od godziny 8.30 do 16.30. Cena biletu na wyciągi w sezonie 2011/2012 wynosi 52 dolary za cały dzień i 47 dolarów od godziny 12.30 do 16.30. Wypożyczenie sprzętu narciarskiego (buty, deski i kije) na cały dzień kosztuje 37 dolarów, wypożyczenie snowboardu z butami - 37 dolarów.
 Ośrodka Mount St. Louis/Moonstone nie sposób nie zauważyć, jadąc na północ autostradą 400. Znajduje się 26 kilometrów za Barrie przy zjeździe nr 131. 
 Innym, bardzo popularnym ośrodkiem sportów zimowych w południowym Ontario jest położony nieopodal Barrie  Horseshoe Resort.
 Od lat cieszy się on zasłużoną sławą ośrodka wyjątkowo dobrze przygotowanego do goszczenia amatorów aktywnego spędzania wolnego czasu. Jest tutaj niedrogi hotel z restauracją, pole golfowe, 750 hektarów zadrzewionego terenu nadającego się na spacery, trasy do uprawiania kolarstwa górskiego, a zimą - pokryta śniegiem dolina Horseshoe Valley, której stoki są w większości  łagodne, ale i zaawansowany narciarz czy snowboardzista znajdzie coś dla siebie. 
 Dla nich wytyczono tu 23 zjazdowe trasy, na które można dostać się, korzystając z 8 wyciągów. Chociaż najwyższe wzniesienie w Horseshoe nie imponuje wysokością (94 m), to  wielość i różnorodność istniejących tu tras zadowoli każdego miłośnika zimowego szaleństwa.
 W  Horseshoe Valley znajduje się także aż 35 kilometrów biegowych szlaków. Jeśli nie jesteśmy amatorami narciarstwa, to pozostaje nam Thunder Valley, gdzie można pozjeżdżać na dmuchanych oponach albo spacer po leśnych duktach z nałożonymi na nogi śnieżnymi rakietami. 
 Na stokach zalega 55 cm białego puchu, w czwartek było  minus 2 stopnie, funkcjonują wszystkie wyciągi i udostępnione są prawie wszystkie zjazdowe trasy. Na biegowych trasach zalega 15-centymetrowa warstwa śniegu.
 Ośrodek narciarski oferuje bilety od godz. 9.00 do 22.00 i od 9.00 do 16.00. Od 3.30 po południu do 10.00 w nocy istnieje możliwość uprawiania night ski, czyli jazdy na nartach po oświetlonych lampami trasach.
 Dla początkujących narciarzy i snowboardzistów w Horseshoe znajduje się łagodny stok z wolnobiegowym wyciągiem. 
 Ceny w sezonie 2011/2012: bilet całodzienny plus noc - 56 dol.; 7-godzinny - 53 dol.; noc  - 29 dolarów.
 Jeżeli nie mamy czym dojechać do ośrodka w Horseshoe Valley z Toronto albo obawiamy się zimowych dróg - możemy skorzystać z usług Greyhounda (szczegóły pod bezpłatnym telefonem 1-800-461-5627). Bilet kosztuje 43 dolary. 
 Kurort położony jest na północ od Barrie, niedaleko skrzyżowania autostrady 400 z Horseshoe Valley Rd.
Jerzy Rosa
Mississauga 

2012 - walczymy do końca
Gdyby tak u zarania tego ponoć krańcowego roku (Majom zabrakło kartek w kalendarzu, choć oni, szczęśliwi, czasu już nie liczą) usiąść i spokojnie podumać, okaże się - mimo całego podenerwowania i niepokoju - że sytuacja jest niezła. 
 Jak mówił klasyk marksizmu, byt kształtuje świadomość, a więc punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I jeśli tylko "siedzimy" sobie na zydelku gdzieś w Azji (Indie, Chiny), w Ameryce Południowej (Brazylia, Chile), czy nawet w Afryce (Nigeria, Kongo), to trudno nie dostrzegać poprawy sytuacji. Wielkiej poprawy! 
 Gdy poprawia się Amerykaninowi, to znaczy, że może sobie zarzucić dom różnymi fantami, ewentualnie kupić na kredyt nowe auto; gdy poprawia się Nigeryjczykowi, to znaczy, że nie chodzi głodny, a jego dzieci mają czas na naukę w szkole. Wielki motor chińskiej gospodarki nakręca sprężyny w wielu bieda-krajach, zwłaszcza afrykańskich. Setki milionów ludzi wydobywają się z bagien ubóstwa; setki milionów ludzi przesiadają się z rowerów na skutery, kupują telewizor i wkładają komórkę do kieszeni.
 Gdyby więc mierzyć poziom globalnego szczęścia metodą "pogłówną", to okaże się, że nigdy w historii tak dobrze nie było.
 Problem w tym, że ci, którym jest coraz lepiej, mieszkają daleko stąd - coraz częściej kłopoty, od których zdążyliśmy odwyknąć dwa - trzy pokolenia temu, dają znać o sobie.  Nam,  najbardziej uprzywilejowanym mieszkańcom planety! Nasz pociąg wydaje się jechać bocznym torem.
 Niektórzy gospodarkę są skłonni traktować jako grę zerosumową - jeden tort do podziału -  jeśli jedni dostają więcej, to inni mniej; jeśli jednym się poprawia, to innym pogarsza, jeśli dajemy jednym, innym musimy zabrać. Jest to błąd, który ignoruje fakt "dorabiania się" tortu. Jeśli więc w Azji czy Afryce się poprawia, to wcale nie znaczy, że nam musi się pogarszać. Jeśli tam rośnie klasa średnia, to nie jest to równoznaczne z tym, że tutaj musi zanikać.
 Dlaczego nam się pogarsza?  Dlaczego czujemy, że to pokolenie żyje gorzej od poprzedniego, a kolejne będzie żyło gorzej od naszego? Zrządzenie losu? Siła wyższa?
 Niestety, prawda jest prosta - wystarczy popatrzeć w lusterko. Przejrzeć w nim powinni się przede wszystkim nasi kierownicy - elity Zachodu. Któż jak nie one odpowiadają za upadek? 
 Ale my też. 
 W końcu to nasza cała reszta pozwoliła i pozwala sobie w kaszę dmuchać. To my przez lenistwo i głupotę pozwoliliśmy odebrać przyszłość naszym dzieciom. 
 Lista grzechów jest długa i bynajmniej nie unikatowa - obejmuje  proces "imperialnego skostnienia", głupienia i rozpuszczania się w dobrobycie. Kolejne pokolenia rosły w przekonaniu, że ich uprzywilejowana pozycja dana jest raz na zawsze. Oświata, postawy obywatelskie przestały mieć zasadnicze znaczenie dla osiągnięcia osobistego powodzenia. Czy się stoi, czy się leży, dom i samochód się należy. Po to jest państwo, by o nas dbać, wszak jesteśmy pępkiem świata... Słowem, późny Rzym.
 Na ignorancji i głupocie gawiedzi żeruje zaś chciwość watah giełdowych spryciarzy.
 Henry Ford stworzył nowoczesny kapitalizm, słusznie wnioskując, że pracownika musi być stać na kupno produkowanego towaru. Dzięki temu w fabrykach zaszumiały przyspieszające taśmy. Dzisiaj, nowi kierownicy przemysłu dobijają kapitalizm, przedkładając szybki zysk. Wystarczy przenieść produkcję do Pernambuco, gdzie zaczadzeni proleci z pocałowaniem ręki tyrają za miskę ryżu; wystarczy dać każdemu Amerykaninowi łącznie z psem Fido dostęp do łatwego kredytu, a jego wnuki obciążać kosztami instytucji upadającego państwa, by szybko milionowe gołąbki trafiły do korporacyjnej gąbki. Ford myślał perspektywicznie z myślą o wnukach, dzisiaj dominuje tymczasowość, kosztem wnuków.
 Rozbroiliśmy się też ideologicznie, rugując tradycyjne wartości z kanonu naszej cywilizacji - wszystko to, co dawało nam imperialną moc i pozwalało podbijać kontynenty, zostało oplute i wyśmiane. Zamiast starych wartości pojawiły się konsumeryzm i dyktatura tolerancji - pojmowanej jako pochwała dewiacji.
 Upadek obyczajów, brak postaw obywatelskich i patriotycznych, pochwała hedonizmu i  "użycia"  zaowocowały katastrofą demograficzną.
 Z próżnego i Salomon nie naleje. Kiedy nie ma ludzi - nie ma gadania. 
 No i tak sobie umieramy w podrygach, od czasu do czasu wołając, że król jest nagi.  Od czasu do czasu, gdy groza najdzie, ten czy ów jeszcze krzyczy, ale tego walca nie da się już zatrzymać 
 Globaliści pocieszają się, że dzięki temu dobrobyt przerzuci się na Chińczyków. Tylko czy rzeczywiście chodziło nam o to, by stało się to naszym kosztem, czy musimy popełniać gospodarcze harakiri? 
 Sądząc po niedawnych ruchach lotniskowców, chyba jednak założenia były nieco inne... Dzisiaj dociera do niektórych kierowników, że zbłądzili - zaczynają się jakieś próby nawrotu - tu, w Kanadzie, głośniej mówi się o szacunku do monarchii;  w Europie przypominają sobie o chrześcijańskich korzeniach.
 Czy jest jeszcze szansa? Nie, nie ma - nie dla Zachodu! Na gruzach starego porządku zrodzi się nowy. Ludzie rodzą się  i umierają, państwa powstają i giną, cywilizację wzrastają falą i rozsypują się w pył wieków. Raz walczymy z nadzieją na zwycięstwo. raz w okopach św. Trójcy. Ale walczyć zawsze trzeba do końca.
Szczęścia w nowym 2012 roku życzę!
Andrzej Kumor
Mississauga
 

GONIEC, NR 51/2011

Polska wyrzucona za drzwi
Man kann singen, man kann tanzen, aber niemals mit Zasrancen. Ach, jakże przykro muszą brzmieć te słowa w uszach premiera Donalda Franciszka Tuska i jego umiłowanego ministra Radosława Sikorskiego! A poeta wszystko przewidział, pisząc w proroczym natchnieniu, że "będą ze wstydu się wiły dziewki fabryczne, brzuchate kobyły, krzywych pędraków sromne nosicielki!". Oczywiście proroctwo - jak to proroctwo; precyzyjne nigdy nie jest - bo jeśli premieru Tusku i ministru Sikorskiemu przychodzi dzisiaj wić się ze wstydu, to nie z powodu jakichś tam "pędraków", tylko z powodu ujawnienia w ostatni poniedziałek projektu Paktu Fiskalnego Unii Europejskiej, który zarówno premier Tusk, jak i minister Sikorski stręczyli w Sejmie naszym Umiłowanym Przywódcom, a za ich dostojnym pośrednictwem - całemu naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu. 
 Podstawowym argumentem naszych stręczycieli było to, że przystępując do Paktu Fiskalnego, znajdziemy się wreszcie w centrum podejmowania decyzji; kto wie - może nawet kiedyś nasz głos - oczywiście za pośrednictwem naszych Umiłowanych Przywódców - zadecyduje o losach Europy, a pośrednio - o losach świata? Takie ci to rojenia, takie ci to ambicje ujawnili nasi stręczyciele. Za to - ponieważ na tym świecie pełnym złości nic nie jest za darmo - będziemy musieli zapłacić frycowe - na początek w postaci - jak się okazało - 6,7 mld euro, tytułem naszego udziału w zrzutce do Międzynarodowego Funduszu Walutowego, obejmującej - jak wiadomo - 200 mld euro, ma się rozumieć - na początek, bo końca na razie nie widać. Skoro jednak za tę cenę mieliśmy decydować o losach świata - to znaczy nie my, gdzieżby tam ktoś nas pytał o opinię na temat losów świata - tylko oczywiście premier Tusk i minister Sikorski - no to chyba warto. 
 Nie ma złej drogi do swej niebogi - powiada przysłowie, a jeszcze lepiej tę drogę opisuje tytuł: "Od łopaty do dyplomaty". Tak właśnie swoją historię zatytułowała wybitna postać polskiego i międzynarodowego ruchu robotniczego, czyli Albin Siwak, który został nawet członkiem Biura Politycznego KC PZPR, kiedy to razwiedka postanowiła mieć w partii swojego naturszczyka - odpowiednika Lecha Wałęsy w Solidarności. Okazuje się, że takie przyspieszone ścieżki awansu z łaski razwiedki trafiają się również w III Rzeczypospolitej - więc kontynuacja jest większa, niż nam się wydaje.
 Mniejsza zresztą z tym, bo warto wreszcie wyjaśnić, o co chodzi. Otóż chodzi o to, że przedstawiony w ostatni poniedziałek projekt Paktu Fiskalnego w żadnym przypadku nie przewiduje udziału premiera Tuska ani ministra Sikorskiego w jakichkolwiek decyzjach, ponieważ kraje spoza strefy euro nie mogą uczestniczyć w obradach - nawet bez prawa głosu. Inaczej mówiąc - muszą czekać pod drzwiami, dopóki starsi i mądrzejsi nie ustalą, jak ma być i ile Zasrancen mają zapłacić. Ładny interes! No i co teraz premier Tusk i minister Sikorski powie naszym Umiłowanym Przywódcom, a za ich dostojnym pośrednictwem - również nam, członkom naszego mniej wartościowego narodu tubylczego? Z jakim miedzianym czołem się pokaże jeden i drugi? Żeby było śmieszniej, występując we wtorek w programie "Tomasz Lis na żywo" premier Tusk zwierzył się redaktoru Lisu, iż się "modli", by Polacy "zachowali optymizm". Łatwo powiedzieć - ale jakże tu zachować optymizm, kiedy właśnie naszym Umiłowanym Przywódcom rozwiały się marzenia już nie o decydowaniu o losach świata, ale nawet - o dopuszczeniu do stołu obrad? Byłoby może śmiesznie, gdyby nie to, że w osobach naszych Umiłowanych Przywódców został upokorzony nasz nieszczęśliwy kraj, któremu Nasza Złota Pani razem ze swoim francuskim kolaborantem Mikołajem Sarkozym, po raz kolejny brutalnie wskazała jego miejsce w szeregu. Ale powiedzmy sobie otwarcie i szczerze - czyż nie zasłużyliśmy na to po stokroć, pozwalając na okupację naszego nieszczęśliwego kraju przez razwiedczyków, którzy za pośrednictwem swoich konfidentów w niezależnych mediach wystawiają takich Zasrancen na fasadę, żeby "młodzi, wykształceni z wielkich miast" mieli się kim rajcować i kogo podziwiać. Ale na państwach poważnych takie błazeństwa nie robią wrażenia; już tamtejsi Umiłowani Przywódcy, a zwłaszcza - Nasza Złota Pani dobrze wie, kto u kogo siedzi w kieszeni, komu służy i za ile. Po cóż zatem miałaby Zasrancen dopuszczać do konfidencji? Pewnie pamięta żelazną zasadę pruskiego króla Fryderyka Wielkiego, że wprawdzie można posługiwać się kanaliami, ale w żadnym razie nie wolno się z nimi spoufalać.
 Ciekawe, co teraz powiedzą konfidenci w mediach; jaki rozkaz obmyślą im oficerowie prowadzący. Na razie w "Gazecie Wyborczej" odezwał się red. Witold Gadomski, stwierdzając melancholijnie, iż "wygląda na to, że nasza europejska polityka znalazła się w impasie". Ha! Dopiero teraz się "znalazła"? A gdzież była do tej pory? Cały czas w tym samym miejscu, tylko teraz starsi i mądrzejsi uznali, że nie ma już potrzeby zachowywania pozorów i jednym ruchem ściągnęli naszym zuchom kalesony na oczach całej Europy. Cóż zresztą mieli zrobić innego, skoro banda sprzedawczyków i idiotów na wyścigi ich informowała, że "nie ma alternatywy" wobec "unii fiskalnej", że "euro, albo śmierć"? Jestem oczywiście pewien, że razwiedczykowie przez święta wymyślą jakiś sofizmat, przy pomocy którego konfidenci w mediach będą jeden przez drugiego na wyścigi dowodzili, że to jeszcze jeden wielki sukces, że cała Europa, ach, co ja mówię, jaka tam znowu "Europa" - że cały świat nas podziwia i zazdrości nam premiera Tuska i ministra Sikorskiego, z jego szelkami i krawatami.
 Podziwia i zazdrości - jakżeby inaczej - ale chyba z wyjątkiem wicepremiera Pawlaka, z którym premier Tusk pozostaje "w stałym, trudnym dialogu". Chodzi konkretnie o to, że PSL ma wprawdzie stuprocentową zdolność koalicyjną, ale - podobnie jak za zapukanie do serduszka francuskiej aktoreczki, czego pragnął dostąpić król Stanisław August Poniatowski - za skorzystanie z niej każe sobie słono płacić. Na przykład na wicepremieru Pawlaku nie robi najmniejszego wrażenia fakt, iż premier Tusk obiecał w expose wydłużenie wieku emerytalnego. Wicepremier Pawlak doskonale bowiem wie, że rozpoczęcie gmerania przy emeryturach siłą rzeczy musiałoby doprowadzić do zreformowania Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, którą aparat PSL nie tylko wprawnie doi, podobnie zresztą, jak całą Rzeczpospolitą - ale, dzięki której dostaje swoje procenty w wyborach i może ciągnąć rentę ze swej stuprocentowej koalicyjnej zdolności. Wprawdzie i premier Tusk we wspomnianym programie red. Lisa dawał do zrozumienia, że inni też mają koalicyjne zdolności, może nie stuprocentowe, niemniej jednak - ale wicepremier Pawlak wie i to, że premier Tusk dziesięć razy się zastanowi, zanim odważyłby się na koalicję  z SLD. Tym bardziej, że - w odróżnieniu od Leszka Millera, który właśnie został szefem SLD - Aleksander Kwaśniewski chciałby połączyć się z Ruchem Palikota - a taka perspektywa wydaje się premieru Tusku - jak sądzę - nie tylko politycznie, ale również estetycznie wstrętna, nie mówiąc już o tym, że zmuszałaby go do klajstrowania pęknięć w samej Platformie, no i - co najważniejsze - do politycznej sodomii z najgorszymi watahami razwiedkowego dyrektoriatu. No a teraz - jeszcze to upokorzenie, ten "impas", który niewątpliwie skłania naszego ludowego cyborga do zacierania w duchu rąk, podobnie jak byłego wicepremiera i byłego marszałka Grzegorza Schetynę, który na zesłaniu w Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych przeżywa Schadenfreude. I dobrze - bo w ten sposób przynajmniej niektórzy będą mieli naprawdę wesołe Święta.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl 

Szanujmy przyzwoitość
Na naszych oczach powstaje posteuropejska rzeczywistość. Unia rozpada się, zanim jeszcze na dobre powstała, europejskie elity nie przyjmują powyższego do wiadomości, zaś europejskie mainstreamowe media pozostają w rękach tych, którzy swą polityką do rozpadu doprowadzili. 
 To upiorny melanż. Diabelska mikstura, prawdopodobnie zwiastująca Staremu Kontynentowi kolejną hekatombę. Ale czy między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca jakakolwiek persona, pretendująca do polityczno-medialnego mainstreamu, zwraca naszą uwagę na tę koszmarną perspektywę? Żadna, podobnie jak nie ma chętnych, którzy zechcieliby wprowadzić do rodzimej przestrzeni publicznej postulaty, sugerujące potrzebę powołania na polskim terytorium etnicznym niemieckiego bądź rosyjsko-niemieckiego protektoratu. A tego rodzaju pohukiwania słychać na Zachodzie coraz głośniej. 
 Swoją drogą, przy tej okazji powinniśmy zauważyć, iż nikt z tamtejszych polityków nie odważył się wspomnieć o konieczności zjednoczenia Europy w kształt IV Rzeszy, dopóki nie powiedział o tym wprost niejaki Radosław Sikorski, przez niektórych niedouków nadal nie wiedzieć czemu tytułowany ministrem spraw zagranicznych Rzeczypospolitej. 
*** 
 Polska na tle gnijącej Europy, a precyzyjniej: polskie państwo, bo nie są to wcale synonimy, w finale tego roku wygląda tak, że mamy oto do czynienia z krajem jednorazowych autostrad, wielokrotnie droższych niż te prowadzone tunelami wykuwanymi pod szczytami Alp, oraz jednorazowych stadionów, zapewne kosztowniejszych niż wieloletnia eksploracja przestrzeni pozaziemskiej. Mamy do czynienia z państwem, w którym urzędnicy panoszą się, jak panoszyli się zawsze, a ono samo na każdym poziomie chamieje nam tak, jak chamiało. Lada dzień posunie się pewnie do dekretowania zasad wycierania nosów, tym samym zawłaszczając własnym obywatelom ostatnie obszary tak zwanej wolności. 
 Dorzućmy do powyższego mainstreamowe media "dopinające system" poprzez prezentowanie starannie wybranych bądź też należycie spreparowanych fragmentów rzeczywistości (tym samym przerabiające mózgi gawiedzi na galaretkę z giczy cielęcej), a wówczas każdy, w tym również zdeklarowany optymista, zacznie dostrzegać w swojej szklance dno. Swoją drogą, dno nad wyraz kruche. 
 Tymczasem większość Polaków w dalszym ciągu sadza pupy przed telewizorami i ogląda, ogląda, ogląda. Zwykle to, co ludzie inteligentni zwą karmą dla idiotów. 
***
 Ale zostawmy to, co tylko ważne, w dniach, w których powinnością człowieka rozumnego jest docenianie najważniejszego. Przed nami bowiem Wigilia i Boże Narodzenie, czyli jedno z dwóch najważniejszych świąt w chrześcijańskim paradygmacie, ergo w kulturze "białego człowieka" (symbolicznie, symbolicznie). Mało tego, boć polska Wigilia oraz polskie święta Bożego Narodzenia to coś więcej, mianowicie uzewnętrznienie wieloletniej tradycji, dzięki której naród pozbawiony państwa, naród zwyciężony, lecz nie zniewolony, przetrwał do czasu odzyskania niepodległości. 
 W powyższym kontekście Wigilia obchodzona przez Polaków to także świadectwo gloryfikujące Polskość oraz kulturowe korzenie każdego z nas. Świadectwo pokazujące, jak głęboko w przeszłość sięga sztafeta pokoleń, determinująca naszą współczesną tożsamość. 
 Zatem już za chwilę, w łunie uśmiechów, celebrując gest dzielenia się opłatkiem, będziemy przełamywać się z najbliższymi, zarazem przełamując w sobie. Pamiętając o kimś, kto nie pamięta. Wybaczając komuś, kto sam do wybaczania jeszcze nie dorósł. A wszystko po to, by pokonać piekło samotności i podzielić się uczuciami z najbliższymi. Na moment wyjdziemy poza przaśną codzienność, by porozmawiać o tym, co dalece ważniejsze niż wczorajsza złość, dzisiejsza chandra czy jutrzejsze zakłamanie, a o czym tak często - tak często, że prawie na zawsze - zapominamy, taplając się w oparach codzienności. O tym, co pilne, i o tym, co ważne. I o tym, co najważniejsze. 
 I o tym jeszcze, jak nauczyć się odróżniać jedno od drugiego. 
*** 
 Wigilia i wolne miejsce przy wigilijnym stole. To miejsce może pozostać nic nieznaczącym symbolem, niepraktycznym gestem. Ale może też stać się wyzwaniem, skutkującym dojrzałą refleksją. Bo zawiera się w nim nie tylko pytanie o nasz stosunek do innych ludzi. Możemy zeń także odczytać przesłanie skierowane w nas samych, a czynione w intencji tych, którzy wcześniej niż my wkroczyli poza przestrzeń i czas. Krzesło i talerz - dla duchów. I duchy przychodzą. 
 Żołnierz z dziurą w potylicy wyrąbaną kulą z nagana w katyńskim lesie. Ksiądz zatłuczony drewnianą sztachetą i ciśnięty w worku na dno Wisły. Stoczniowiec z torsem rozprutym serią z kałasznikowa. "Zapluty karzeł reakcji" z krwawiącymi oczodołami, bo oczy wykłuli mu pogrzebaczem w powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa. Warszawski maturzysta ze zmiażdżoną wątrobą i odbitymi nerkami. "Płatny rezydent wywiadu Andersa" z zakneblowanymi ustami i czaszką przestrzeloną w kotłowni mokotowskiego więzienia. Górnik z "Wujka" z odstrzeloną połową twarzy. 
 I tak dalej, i tak dalej. 
*** 
 Maria Kaczyńska i Lech Kaczyński też już nie żyją. Od 10 kwietnia 2010 roku nie ma ich z nami. Ich i 94 innych osób. Można nawet powiedzieć, że z każdym dniem nie ma ich coraz bardziej. 
 Zostały wspomnienia. Nietrwałe, rozwiewające się niczym dym z ogniska, ulotne jak blask ofiarnych świec. Zostały pocztówki i listy ze słowami niedającymi ukojenia. Jakieś bibeloty, których skurcz krtani u najbliższych nawet po latach nie pozwoli wynieść na strych. Zostały uśmiechy, zastygłe na wieczność w wyblakłych fotografiach. Martwych jak serca tych, którzy tragedii nie potrafią wymazać z pamięci. Bo prawdą jest, że duchy nie istnieją, lecz prawdą jest i to, że niektóre z nich nigdy nie odchodzą. 
*** 
 Tętno Polski bije w piaskach Katynia i Smoleńska. W ubeckich piwnicach. W czaszkach polskiej inteligencji, przestrzelonych niemieckimi i sowieckimi kulami. W rozprutych sercach "żołnierzy wyklętych". Dlatego ludzie rozumni i odpowiedzialni muszą dać Polsce szansę. Ona na szansę zasługuje, a my zasługujemy na Polskę. Więcej: przyszłość Polski jawić się będzie złowieszczo, dopóki Polacy nie oprzytomnieją właśnie na tyle, by dać szansę Polsce i polskości. 
 Do tego jednak trzeba wierności. Trzeba dbałości o tożsamość. Trzeba wreszcie wiedzy o roli, jaką w ludzkim życiu pełni aksjologia i czym skutkuje anomia. Zaiste, o ile tylko zamierzamy bezpiecznie przenieść polskość przez nadciągającą zawieruchę, musimy dochować tej wierności. 
 Stąd właśnie zachowania owej powinności ludzi przyzwoitych, traktowania jej w kategoriach najważniejszego zadania w nadchodzącym roku, wszystkim Czytelnikom "Gońca" życzę, łamiąc się z Państwem wigilijnym opłatkiem. Pozostańmy normalni na tym zdziwaczałym świecie. Szanujmy przyzwoitość i wymagajmy przyzwoitości - od siebie i od innych. Niech nigdy nie zabraknie nam chleba i człowieka, z którym chlebem tym będziemy mogli się podzielić. Niechaj kolejny raz ziści się cud, a światło Betlejemskiej Gwiazdy niechaj nakarmi nas nadzieją. Niech skaleczone obmyje i mroczne rozjaśni. Niech splątania wyprostuje, a pragnienia nasyci. Niech każdą pustkę wypełni, wszystkie pozostałe chwile zdobyć nam pozwoli, a każdą prawdę da wypowiedzieć jasno i prosto. Spróbujmy stworzyć ten świat na nowo, na nowo wprowadzając w przestrzeń publiczną słowa, takie jak "Boże Narodzenie", "tradycja", "chrześcijaństwo", "niepodległość", "patriotyzm" czy "ojczyzna". Pomóżmy im zyskać walor nieśmiertelności. Słowom i ich znaczeniom. 
 Zaś rodzący się Chrystus niech pokaże nam, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy i w co wierzymy. 
 Krzysztof Ligęza 
 widnokregi@op.pl 

Imigracyjna selektywność
Na wstępie życzę wszystkim naszym Czytelnikom, także  moim byłym i obecnym Klientom, Znajomym, Rodzinie i Całej Polonii, Zdrowych,  Wesołych, Spokojnych Świąt oraz Wszelkiej Pomyślności  w Nowym 2012 Roku.
***
 Nie zawsze zrozumiała jest w pełni polityka imigracyjna Kanady. Tak jak w życiu, jednym dopisuje szczęście, innym nie, jedni za pierwszym razem załatwią pobyt stały w dość prosty, nieskomplikowany sposób. Inni latami przechodzą przez uciążliwe procedury imigracyjne i dopiero za drugim czy kolejnym razem otrzymują stałą rezydencję. Jeszcze inni z emigracji rezygnują, szukając możliwości osiedlenia się w innym miejscu świata.
 Jedną z przyczyn niektórych niepowodzeń imigracyjnych jest selektywny charakter systemu imigracyjnego. A selekcja zależy od polityki i realiów ekonomicznych. Procedury, kryteria przyjęcia, polisy wewnętrzne urzędu zmieniają się nieustannie i jeśli ktoś nie ma szczęścia wpasować się w odpowiednie wymogi i przepisy, pobytu stałego nie uzyska, nawet najlepszy doradca czy adwokat imigracyjny nie jest w stanie zmienić charakteru procedur imigracyjnych, by ułatwić swoim klientom procedurę uzyskania rezydencji.
 Wiele zależy od samego kandydata. Przykładowo, rodzina polska, przebywająca w Kanadzie latami, ubiega się o względy humanitarne. Jednak przez te wszystkie lata imigranci nie postępują uczciwie w stosunku do rządu kanadyjskiego, nie płacą podatków, świadomie zaniżają dochód, by jak najmniej w Kanadzie zapłacić. Tym samym nie wykazują odpowiedniej pożyteczności ekonomicznej dla tego kraju, dlaczego zatem urzędnik imigracyjny miałby wybrać ich z tysiąca innych chętnych, a nie kandydatów, którzy swoimi dochodami i płatnościami podatkowymi, dodatkową pracą społeczną i innymi atutami wykazują niezależność i pożyteczność społeczno-ekonomiczną.
 A zatem czasami należy najpierw coś od siebie dać, następnie wymagać. Imigracja to często czysty biznes. Coś za coś. Imigrant wykazuje się swoją przedsiębiorczością, dobrym wykształceniem, odpowiednimi umiejętnościami - zawodem, pracą w kanadyjskim przedsiębiorstwie, znajomością jeśli nie jednego, to dwóch urzędowych języków. Przypomina mi się jeden z klientów, który będąc w Kanadzie bez dokumentów, ukończył tutejszy college. W dodatku nauczył się nie tylko angielskiego, ale także francuskiego w stopniu komunikatywnym. Przebywając w Kanadzie przez wiele lat, dał z siebie tak wiele, że urzędnik nawet bez rozmowy kwalifikacyjnej przyznał mu pobyt stały. Myślę, że był pod wrażeniem  pracowitości i przebojowości kandydata. Inny mój klient poświęcił się przez 5 lat pracy społecznej, pomagając bez wynagrodzenia w niemalże każdy weekend z biednymi i bezdomnymi. Sprawa zakończyła się podobnie - pobyt stały przyznano bez rozmowy kwalifikacyjnej. Oczywiście są to przypadki sporadyczne i nie wymagam od nikogo, by nauczył się dwóch języków czy każdy weekend poświęcał się pracy charytatywnej. Jednak, ponownie, tak jak pisałam, czasami trzeba coś z siebie najpierw dać, by potem coś dobrego uzyskać. A piszę ten artykuł dlatego, iż wiem, że polscy imigranci mają w sobie wielki potencjał, nie zawsze jednak odpowiednio wykorzystany.
 Izabela Embalo
Licencjonowany  Doradca Prawa Imigracyjnego Kanady
www.emigracjakanada.net
tel: 416 515 2022

 Zimowe igraszki
Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok to wyjątkowa okazja nie tylko do rodzinnych spotkań przy stole, ale także do zimowych wypadów na narty, sanki czy łyżwy. Szczególnie te ostatnie powinny być dla nas atrakcyjne, bo kryte lodowiska są już czynne i zawsze można na nie liczyć, bowiem funkcjonują niezależnie od aury. 
Oczywiście, gdy spadnie śnieg, wyciągamy ze schowka narty, deskę snowboardową czy sanki - ale szanse na białe Boże Narodzenie są w okolicach jeziora Ontario zawsze małe, dlatego naszą zimową aktywność zacznijmy od jazdy na łyżwach. Przyjemność ta może nas nic nie kosztować, ponieważ w trakcie świątecznej przerwy w nauce, która potrwa do 8 stycznia, Tim Hortons funduje mieszkańcom Mississaugi i Malton bezpłatne bilety na 13 lodowisk. Warto więc przy okazji najbliższej bytności w tym kawowym barze wziąć szczegółowy program pod nazwą "Free Holiday Skate", gdzie podane są lokalizacje lodowisk i terminy, kiedy są bezpłatne. W większość lodowisk jest to czas między 27 grudnia a 8 stycznia.
 Mieszkańcy centralnej Mississaugi mają też możliwość bezpłatnego korzystania z jednego z największych lodowisk w GTA - Mississauga Celebration Square Ice Ring w pobliżu miejskiego Ratusza. Odnowiony plac zimą zamienia się w wielkie lodowisko czynne codziennie od godz. 8 rano do 22.00, a w weekendy od 10.00 do 22.00. Lodowisko jest patrolowane w godzinach 16.30 - 22.00. W sylwestrowy wieczór od godz. 20.00 do 24.00 na lodowisku odbędzie się wielka bezpłatna zabawa noworoczna.
***
 Po wigilijnej wieczerzy i bożonarodzeniowym śniadaniu, naprawdę warto nieco się poruszać. Pójść na spacer albo wybrać się na lodowy rink. Jazda na łyżwach to jeden z najbardziej efektywnych sposobów na odchudzanie - godzinna zabawa na lodzie pomaga spalić od 300 do 800 kalorii, wszystko zależy od intensywności jazdy. Podczas jazdy na łyżwach pracuje całe ciało. Trzeba nieustannie starać się utrzymać równowagę. Panować zarówno nad nogami, jak i rękami. Intensywnie ćwiczą mięśnie w obręczy biodrowej, ale także górna część ciała, czyli głównie ramiona i ręce. To one są odpowiedzialne za powodzenie przy wykonywaniu wielu figur, choćby obrotów, silnie pracują również podczas jazdy po łuku. Poza tym łyżwiarze, także amatorzy, mają ładne, proste plecy. To efekt pracy mięśni wokół kręgosłupa.
 Sztuka jazdy na łyżwach wymaga poczucia równowagi. Jeśli wcześniej jeździliśmy na rolkach, a do tego umiejętność prowadzenia roweru nie jest nam obca - to mamy wszelkie predyspozycje, by szybko poznać tajniki jazdy po lodzie.
 Wybieramy się więc na lodowisko. Jest ich w Mississaudze kilkanaście - wiele z nich należy do miasta i tam jest najtaniej. Za 1,5-godzinny seans w sezonie 2011- 2012 płaci się 2,70 dol. Jeśli pójdziemy całą rodziną (maksymalnie 5 osób), to koszt wspólnej zabawy na lodzie zamknie się w kwocie 8.10 dol. 
 Najbardziej popularne miejskie  lodowiska to: 
 Burnhamthorpe C.C.
 1500 Gulleden Drive.
 Tel.: 905-615-4630
 Cawthra Twin Arena
 1305 Cawthra Road.
 Tel.: 905-615-4800
 Clarkson Arena 
 2475 Truscott Drive
 Tel.: 905-615-4840
 Erin Mills Twin Arena 
 3205 Unity Drive
 Tel.: 905-615-4760
 Huron Park Arena 
 830 Paisley Blvd. West
 Tel.: 905-615-4820
 Iceland 
 705 Matheson Blvd. East
 Tel.: 905-615-4680
 Malton Arena 
 3430 Derry Road East
 Tel.: 905-615-4640
 Meadowvale 4 Rinks
 2160 Torquay Mews, Mississauga   Tel.: 905-615-4730 
 Mississauga Valley Arena 
 1275 Mississauga Valley Blvd.
 Tel.: 905-615-4670
 Port Credit Arena 
 40 Stavebank Road North
 Tel.: 905-615-4830
 Jak widać - jest ich sporo, ale zanim się tam wybierzemy, warto zadzwonić pod podany numer i upewnić się, kiedy lodowisko jest udostępnione dla publiczności, bowiem zwykle trenują tam hokeiści.
***
 Jeśli śnieg jest dla nas nieodłącznym atrybutem zimy, to proponuję wycieczkę na północ naszej prowincji. W ośrodkach sportów zimowych w okolicy Barrie biały puch produkują armatki wodne w każdy mroźny dzień - np. w Blue Mountain było go w ubiegłą niedzielę 30 cm. Warto więc przezwyciężyć świąteczne lenistwo i poszaleć na jednej lub dwóch deskach na ośnieżonych  stokach.
 W ciągu ostatnich kilkunastu lat w narciarstwie zjazdowym zaszło kilka rewolucji dotyczących sprzętu, ale teraz już nikt nie pamięta ery przedcurvingowej, bo wszyscy bez oporu zaakceptowali deski "rzeźbione".
 Istota karwingowych desek zawarta jest w ich kształcie: są szerokie z przodu i z tyłu, z mocnym przewężeniem w miejscu, gdzie zainstalowane są wiązania. Tak "wyrzeźbione" (carve) narty umożliwiają bardzo dobre wchodzenie i wychodzenie z zakrętów bez wykonywania tradycyjnej rotacji, czyli ześlizgu, a więc w efekcie bez hamującego szybkość tarcia. Są zatem szybsze i łatwiejsze w prowadzeniu. 
 Długość nart karwingowych powinna odpowiadać wzrostowi ich użytkownika lub być nieco mniejsza - taka długość zapewnia najlepszą stabilność i sprawia, że jadąc na nich, czujemy, iż sprawujemy nad nimi pełną kontrolę. Zwiększa się zatem nasz komfort i poczucie bezpieczeństwa, a ono jest tu bardzo potrzebne - narciarstwo zjazdowe należy bowiem do najbardziej niebezpiecznych sposobów rekreacji. 
 Ponieważ do prawidłowego prowadzenia nart wymagana jest tężyzna fizyczna, w praktyce mężczyźni powinni nabywać narty, których długość odpowiada ich wzrostowi, kobietom czubek karwingowej narty powinien dotykać nosa, a dzieciom brody. 
 Im krótsze narty, tym bardziej są one zwrotne, lecz kosztem utraty szybkości. Tym  tłumaczy się fakt, że w wypożyczalniach otrzymamy zawsze narty dużo krótsze.
 Zanim podam, gdzie najlepiej poszaleć na nartach w południowym Ontario - jeszcze kilka słów o pokrewnej narciarstwu zjazdowemu dyscyplinie, czyli o snowboardingu. 
 Powstał na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jedną deskę upodobali sobie szczególnie ludzie młodzi; bardzo szybka jazda stała się nie tylko formą zabawy na śniegu, ale i stylem bycia. Luz, swoboda, nieskrępowanie, jazda ocierająca się o wyczyn i ryzykowną ekwilibrystykę - wszystko to stanowi magnes dla  gustującej w ekstremie młodzieży. 
 Deska, im dłuższa, tym lepiej sunie po śniegu. W zależności od preferowanego stylu jazdy wybiera się różne długości desek, zazwyczaj kierując się ciężarem ciała. Dla początkujących oraz zwolenników ekwilibrystyki w śniegowych rynnach przeznaczone są deski nieco krótsze. 
 Duże znaczenie ma długość ślizgu deski. Jest to ta jej część, która ma bezpośredni kontakt z nawierzchnią. Im jest dłuższa, tym zapewnia większą stabilność, jednak zbyt długa utrudnia kierowanie deską. 
 Szerokość deski odgrywa niebagatelną rolę przy skręcaniu. Od niej zależy prędkość, z jaką przeniesiony zostaje ciężar ciała z przedniej na tylną krawędź. Szerokość wpływa także na stabilność deski - im jest szersza, tym bardziej stabilna. Na skręcanie ma też wpływ kształt boków, tzn. promień ich wcięcia (jak w nartach karwingowych).
 Trasy do jazdy na jednej desce ulokowane są zwykle obok zjazdowych, choć dodatkową atrakcję stanowią tzw. rynny, gdzie snowboardziści mogą się naprawdę wyszaleć.
 Najbardziej wszechstronnym  ośrodkiem sportów zimowych w południowym Ontario jest Blue Mountain Resorts ulokowany nad Georgian Bay koło Collingwood. Jest to także największy w całym Ontario rekreacyjny  kompleks, gdzie można aktywnie wypocząć o każdej porze roku. Kurort ulokowany jest w najpiękniejszym zakątku Ontario, u podnóża Niagara Escarpment - unikatowej formacji skalnej stanowiącej część wytypowanego przez UNESCO Światowego Rezerwatu Biosfery. Skalne wypiętrzenie wznosi się w niektórych miejscach na 220 metrów nad poziom widocznej stamtąd zatoki Georgian. 
 Ośrodek zajmuje 4 kilometry zbocza. Wytyczono na nim 28 narciarskich tras zjazdowych i dwa tereny, gdzie znajdują się śniegowe rynny dla snowboardzistów. Zbudowano 13 wyciągów linowych, w tym cztery, poruszające się ze zmienną prędkością, 6-osobowe wyciągi. Większość tras posiada elektryczne oświetlenie. 
 Liczba udostępnionych tras zależy od sytuacji pogodowej. W ubiegłą niedzielę czynne były tylko trzy z nich, a to z uwagi, że do tej pory praktycznie nie było w naszym regionie naturalnych opadów śniegu. Na czynnych stokach śnieg jest sztucznie wyprodukowany. System armatek wodnych w Blue Mountain działa wyjątkowo sprawnie.  Gdy temperatura spadnie do minus 6 stopni C, system złożony z 344 stałych i 309 ruchomych wyrzutni śniegu jest w stanie pokryć w ciągu dwóch mroźnych dni wszystkie trasy 30-centymetrowym śniegowym puchem. System pobiera wodę z pobliskiego Georgian Bay w ilości 12 000 galonów na minutę - jest to największe urządzenie w całej Kanadzie.
 Blue Mountain posiada doskonałe zaplecze hotelowe. W samym ośrodku, wokół niego i w pobliskim Collingwood znajdują się aż 22 miejsca, gdzie można przenocować i nabrać sił, aby rankiem znowu pojawić się na ośnieżonych zboczach. 
 Żeby dostać się z Toronto do Collingwood, obok którego leży Blue Mountain, trzeba jechać prawie dwie godziny samochodem. Najwygodniej wyruszyć w podróż przez Barrie autostradą nr 400. W samym mieście trzeba skręcić w drogę nr 26, która po godzinie doprowadzi nas do celu. Mieszkańcom Mississaugi polecam skorzystać z drogi nr 10 (Hurontario St.), jadąc nią, na miejscu będziemy już po półtorej godziny. 
 Ośrodek umożliwia uprawianie narciarstwa zjazdowego, snowboardingu i snowtubingu. Ceny w sezonie 2011-2012: bilet całodniowy - 59 dol.; półdniowy plus jazda nocna - 59 dol.; całodniowy plus jazda nocna - 69 dol.; tylko nocny - 40 dolarów.
***
 Zimowe igraszki to nie tylko szaleństwo na deskach po zjazdowym torze - zimą nacieszyć się można w bardziej urozmaicony sposób: według mnie, najpiękniej przeżywa się uroki ośnieżonego pejzażu, poruszając się na biegówkach. Do uprawiania tego typu narciarstwa niepotrzebny jest drogi sprzęt, a bilety na trasy są kilkakrotnie niższe niż na zjazdowe (ostatecznie, gdy spadnie śnieg, możemy bezpłatnie biegać po najbliższym miejskim parku). Mniej tu także urazów, i jeśli tylko nauczymy się odpowiedniego rytmu - ręce i nogi nie będą sobie przeszkadzać.
 Narciarstwo biegowe dzieli się na klasyczne i łyżwowe. Narciarstwo łyżwowe wymaga ubitej, przejechanej ratrakami trasy. Narty do uprawiania narciarstwa klasycznego powinny sięgać nadgarstka podniesionych ponad głowę wyciągniętych rąk. Narty do biegania łyżwowego powinny być krótsze o 10-15 cm.    Wiązania w nartach biegowych  to proste uchwyty z zatrzaskami przytwierdzające czubek buta do narty. Jest ich kilka typów, wszystkie są dobre. Buty powinny być tak wygodne jak te przeznaczone do biegania. 
 W narciarstwie przełajowym dużą rolę odgrywają kijki. Dla początkującego biegacza mniej ważny jest ich ciężar i rodzaj niż ich długość. Dla stylu klasycznego kijek powinien sięgać pachy, dla stylu łyżwowego - dotykać dołka w podbródku. 
 Ubiór do biegania na nartach powinien przypominać ten do uprawiania joggingu zimową porą.
 Na świąteczny crossowy wypad polecam  prowincyjny park w Wasaga Beach. Bilet na trasy kosztuje około 10 dol., ale warto wydać te pieniądze, bo parkowy pejzaż jest urzekający i zupełnie nieznany - do Wasagi jeździ się bowiem tylko latem, by nacieszyć się rozległymi plażami Georgian Bay. Zimą park przykryty jest grubą warstwą śniegu - wybrzeże Georgian Bay leży bowiem w tzw. snow belt, gdzie opady białego puchu są większe niż w pozostałej części południowego Ontario. Wytyczono tu na obszarze 500 hektarów osiem tras do uprawiania narciarstwa biegowego (w sumie mają one długość 26 kilometrów). Są doskonale oznaczone i nie ma żadnej obawy, że zabłądzimy w lesie. Przy jednej z tras cały dzień płonie ognisko - można przy nim posiedzieć wśród ośnieżonego lasu.
 Dojazd do Wasaga Beach i do parku z naszej aglomeracji jest najwygodniejszy, gdy jedziemy Airport Rd. Po dotarciu do miasteczka Wasaga Beach skręcamy w prawo i jedziemy dalsze 9 kilometrów. Wjazd do parku znajduje się po prawej stronie ulicy. Cała podróż do z Toronto lub Mississaugi zajmuje około dwóch  godzin.
Jerzy Rosa
Mississauga

Biel wigilijnego stołu
Święta Bożego Narodzenia są czymś na kształt guzika pozwalającego zatrzymać maszynerię naszej rozbieganej codzienności; pstryk i możemy ochłonąć i pomyśleć.
 Niezależnie od tego czy jesteśmy religijni, czy nie, trzeba sporego wysiłku, by zignorować świąteczny nastrój; aby machnąć na Boże Narodzenie ręką i przejść obojętnie obok Wigilii. Szczególnie jeśli jest się Polakiem.
 Jakoś tak się stało, że to te "zimowe" święta, kiedy na stole czeka nakrycie dla nieznanego wędrowca, który może wejść z mroku mroźnego powietrza, to one właśnie odbudowują naszą polską rodzinę. 
 Boże Narodzenie w czasach zaborów, okupacji, sowieckiego zniewolenia odtwarzało w nas ludzi i przypominało, kim rzeczywiście jesteśmy w oczach Pana Boga. Zwłaszcza jeśli jeszcze kilka dni wcześniej  tłumaczyliśmy sobie przed lustrem, że przecież żyć jakoś trzeba;  że trzeba załatwiać konkretne sprawy,  zarabiać konkretne pieniądze. Ta przepaść między tym, kim jesteśmy, a kim powinniśmy być, staje się w Święta niewygodna i trudna do zgłuszenia. Tę przepaść uświadamia nam bezbronny wszechmocny Bóg leżący na sianie.
 Boże Narodzenie zdziera z nas wielomiesięczne złogi fałszu i obłudy. Niektóre Wigilie zdolne są nawet przeorać głębiej, zedrzeć lata  samookłamywania, pychy, próżności, uporu w złym; dać okazję, by się pogodzić albo zacząć na nowo, zapełnić oczy łzami straconego czasu. Tak jakoś też jest, że Boże Narodzenie wydobywa "Polaka" w Polakach i człowieka w ludziach. W światełkach choinki, biel opłatka jest jak latarnia morska - od razu widać, jak daleko jesteśmy od brzegu, ile zboczyliśmy z właściwego kursu. Pokazuje też, jak daleko jesteśmy od Polski; tej geograficznej i tej duchowej - dziedzictwa setek pokoleń, wskrzeszonego mieczem i obmytego we krwi obrońców wiary i króla; każe się zastanowić, czy jesteśmy ich godni. Każe pomyśleć o tych wszystkich bliskich, którzy odeszli tam, skąd przychodzi Pan.
 Te Święta dają nam też dobrą okazję dostrzec małość współczesnych wandali unurzanych w pogaństwie konsumpcji, zamkniętych w pysze posiadania;  dają okazję ujrzeć truchło barbarii konającego Zachodu, który na własne życzenie wyzuł się z tysiącletniej tradycji wiary. 
 Kiedy świat  tonie, nam na  wigilijnej wyspie, w naszej oazie; w arce niesionej  rzeką pokoleń dane jest posmakować wiecznej jedności i pełni szczęścia. Bo oto w Wigilię liczy się przede wszystkim  ciepło naszych serc i ktoś uchyla przed nami rąbka egzystencjalnej tajemnicy.
 Bo Boże Narodzenie wydobywa na chwilę to, co jest naprawdę ważne, i zasłania pozłacane śmieci. 
 Otaczająca nas dzisiaj barbaria skazuje współczesnych na  odkrywanie rzeczy prostych - tych samych, które jeszcze nie tak dawno - dwa - trzy pokolenia temu - były oczywiste i fundamentalne.
 Przy okazji śmierci Vaclava Havla przypomniano jego niedawne gorzkie słowa, kiedy pisał, że  "pierwsza na świecie globalna, ateistyczna cywilizacja zmierza do katastrofy, a  Zachód utracił połączenie z wiecznością i nieskończonością, przez to niekończący się kolektywizm konsumencki rodzi nowy typ samotności".
Ta smutna prawda została spuentowana w ogołoconych murach umarłego praskiego kościoła św. Anny, zamienionego dzisiaj w centrum kultury, gdzie wystawiono zwłoki zmarłego dramatopisarza. 
 A przecież narodziny Boga wśród ludzi są wszystko przemieniającą siłą, jej odrzucenie to odrzucenie porządku rzeczy;  postawienie się poza nawiasem człowieczeństwa. Człowiek nie jest  samoistny, nie jest w stanie być sam z siebie i sam dla sobie. Potrzebuje Boga, aby siebie zrozumieć, potrzebuje Boga, aby być prawdziwie wolnym, a święta Bożego Narodzenia dobitnie pokazują, że potrzebuje Boga, aby żyć w pokoju.
 Kiedy więc siądziemy do wigilijnej kolacji, nie rozczulajmy się nad sobą i nie dajmy się unieść łzawym sentymentom; w tych Świętach chodzi przecież o prawdę, prawdę o naszym życiu. Ta prawda kieruje na dobrą drogę, daje olbrzymią radość i jest źródłem nieprzemijającej nadziei oraz zrozumienia.
 To są najprzyjemniejsze święta, bo jest wspólnota, dzięki której poznajemy, że  jedność w Bogu z innymi to nasze prawdziwe przeznaczenie i prawdziwe szczęście.
 Każde Boże Narodzenie daje okazję, aby wraz z rodzącym się Bogiem zgasła tęsknota w naszych domach, zniknął lęk, niepokój i odeszła złość.
 Bóg się rodzi moc truchleje, nie ma czego się obawiać.
 Niech te Święta będą dla Państwa prawdziwym odkryciem Boga, a przez to prawdziwym odkryciem siebie; odkryciem Boga w radości i w cierpieniu, w miłości i w samotności, wspólnie, i na przekór wszystkim. Nad to nie ma nic.
 Wesołych Świąt!
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 

GONIEC, NR 50/2011

Michnikowszczyna i "Folksdojcze" odrzucają pozory 
 Wprawdzie nieubłagany postęp przewala się przez nasz nieszczęśliwy świat na podobieństwo tornada, ale mimo to, tu i ówdzie nie tylko przetrwały enklawy tradycji, ale nawet rodzi się tradycja nowa. No, nie taka może znowu "nowa", bo liczy sobie 30 lat, niemniej jednak, zwłaszcza w proporcji do innych, znacznie bardziej zaawansowanych tradycji, stara nie jest. Mam oczywiście na myśli nową świecką tradycję obchodów rocznicy stanu wojennego. Gdyby tak ktoś 13 grudnia 1981 roku zapadł w śpiączkę i obudził się z niej 13 grudnia roku 2011, to prawie nie zauważyłby różnicy. W telewizorze tak samo - generał Wojciech Jaruzelski, wprawdzie "przeprasza", jednak porozumiewawczo mruga okiem do starej ubeckiej gwardii, że to "wicie, towarzysze, rozumicie" - nie jest naprawdę, tylko żeby dogodzić michnikowszczynie. Michnikowszczyna bowiem musi żyrować generału jego patriotyzm, ponieważ kłamstwo założycielskie III Rzeczypospolitej ufundowane jest na założeniu, że "patrioci" z razwiedki z jednej strony i "patrioci" w "lewicy laickiej" z drugiej, "pojednali się" w 1989 roku dla dobra Polski, wystawili na fronton "Matkę Boską w klapie", czyli naturszczyka po przejściach nazwiskiem Wałęsa Lech i z tej sodomii narodziła się III Rzeczpospolita. Gdyby się okazało, że generał Jaruzelski patriotą jednak nie jest, że to zdrajczyszka, co to, gdyby mu Breżniew kazał, to utopiłby nasz nieszczęśliwy kraj w krwi bratniej, no to odium spadłoby również na michnikowszczynę - kogo to mianowicie stręczyła skołowanemu narodowi tubylczemu i za jaką cenę żyrowała certyfikat niewinności? Zatem michnikowszczyna nie ma dzisiaj wyjścia - musi powtarzać łgarstwo o patriotyzmie generała Jaruzelskiego nawet wtedy, gdy ten oświadcza, że gdyby ponownie stanął w obliczu Solidarności, to zrobiłby to samo.  Nawet wytresowany w mądrościach etapu tak wybitny przedstawiciel michnikowszczyny, jak Władysław Frasyniuk, powiedział, że on takie przeprosiny p...li, ale cóż;  Frasyniuk - to nie Michnik. Od Michnika wiele mógłby nauczyć się nawet kameleon, a zresztą - jeszcze tego brakowało, żeby "Żyd roku" 1990 miał się tłumaczyć przed jakimś mniej wartościowym narodem tubylczym. Mniej wartościowemu narodowi tubylczemu niczego tłumaczyć nie trzeba, tylko podawać mu prawdy, przydatne do wierzenia na konkretnym etapie.
 Więc gdyby tak nasz człowiek wybudził się ze śpiączki 13 grudnia 2011 roku, to mógłby sobie pomyśleć, że czas stanął w miejscu, gdyby nie marsze, jakie przeciągnęły ulicami Warszawy 12 i 13 grudnia. 12 grudnia, w rocznicę "ostatniego dnia wolności", Marsz zorganizował "Nowy Ekran", podczas gdy 13 grudnia - Prawo i Sprawiedliwość - początkowo w proteście przeciwko berlińskiemu przemówieniu ministra Sikorskiego, a potem - również w rocznicę stanu wojennnego, nadając temu przedsięwzięciu nazwę Marszu Niepodległości i Solidarności. Marsze te nie były rozpędzane przez ZOMO, którego zresztą już "nie ma", tak samo jak "nie ma" mafii, Żydów, Wojskowych Służb Informacyjnych, Służby Bezpieczeństwa czy komunizmu - i to jest ta różnica - bo podobnie jak w roku 1981 - również w roku 2011 aż 51 procent mniej wartościowej ludności tubylczej uważa, że stan wojenny był "uzasadniony". Czy naród, zawierający aż 51 procent ludności tubylczej, wrogiej, a w każdym razie niechętnie  usposobionej do każdej manifestacji pragnienia polskiej niepodległości, będzie w stanie zachować niepodległość? Nie jest to wcale takie pewne, tym bardziej że i pozostała reszta zdecydowanie woli w tym celu na przykład maszerować w manifestacjach albo intronizować Chrystusa Króla, niż, dajmy na to - tworzyć silniejsze bataliony, nie mówiąc już o poważniejszych poświęceniach. 
 Podczas gdy przedstawiciele pozostałych 49 procent maszerowali w nieutulonym żalu za niepodległością, młyny sprawiedliwości ukończyły swą pracę i malinowymi ustami Sądu Najwyższego orzekły, że jesienne wybory parlamentarne są ważne, bo jeśli nawet tu i ówdzie wystąpiły jakieś niedociągnięcia, to nie miały one wpływu na wynik wyborów. I słusznie, bo od kiedy to na wynik wyborów ma wpływ głosowanie? Nie tylko zresztą w naszym nieszczęśliwym kraju, bo w Rosji też - z tym że w naszym nieszczęśliwym kraju wszyscy najwyraźniej uznają taki stan rzeczy za normalny, a kto wie - może nawet i pożądany i nikt nie naciska, by głosowanie powtarzać, podczas gdy brukselski zdechlaczek, "prezydent" Unii Europejskiej van Rompuy, podobnie jak "Kłamczucha", czyli Hilarzyca Clintonowa, nalegali, by w Rosji głosowanie zostało powtórzone. Inna rzecz, że van Rompuy bardzo się nie upierał, bo prezydent Miedwiediew zaproponował mu parę miliardów euro na zaklajstrowanie bankructwa Eurokołchozu. Tymczasem u nas - wiadomo; wynik wyborów nie zależy od żadnego głosowania, ale - po pierwsze - od tego, kogo Państwowa Komisja Wyborcza do wyborów dopuści, a po drugie - komu bezpieka pozwoli wygrać, a komu nie. Zatem orzeczenie Sądu Najwyższego jest w  jak najlepszym porządku i można tylko się dziwować, dlaczego aż tyle czasu zajęło mu stwierdzenie oczywistej oczywistości, znanej każdemu, i to na długo przed wyborami. 
 Ale oczywista oczywistość to jedna, a wymagająca zostawienia sobie tempore deliberandi konieczność zachowania pozorów - to druga sprawa. Ponieważ kto jak kto, ale Sąd Najwyższy jakieś pozory musi zachowywać, to i zwłoka jest w tych okolicznościach całkowicie zrozumiała. Zatem, kiedy tylko Sąd Najwyższy ogłosił swoje rewelacje, w Sejmie rozpoczęły się potępieńcze swary naszych Umiłowanych Przywódców wokół berlińskiego przemówienia ministra Sikorskiego i prawdopodobnych obietnic, jakie premier Tusk złożył Naszej Złotej Pani Anieli w sprawie zrzutki do Międzynarodowego Funduszu Walutowego na "pożyczkę", jakiej Fundusz ma udzielić unijnym bankrutom, a konkretnie - Italii, żeby wykupiła od banków niemieckich i francuskich swoje śmieciowe obligacje. Taką kombinację wykombinowała Nasza Złota Pani ze swoim francuskim kolaborantem Mikołajem Sarkozym, ponieważ unijne reguły zabraniają finansowania rządowych długów przez narodowe banki centralne - więc byłoby nieładnie, gdyby Europejski Bank Centralny nagle ostentacyjnie zaczął robić to, co zostało tak uroczyście potępione. Tedy landy strefy euro mają się zrzucić na 150 miliardów euro, podczas gdy landy zewnętrzne - na pozostałe 50 miliardów euro. Ponieważ Wlk. Brytania stanowczo odmówiła udziału w "unii fiskalnej" oraz tym przedsięwzięciu, a Szwecja i Czechy się wahają, nasz nieszczęśliwy kraj może  przekazać do MFW od 6 nawet do 17 miliardów euro z rezerwy walutowej Narodowego Banku Polskiego. Najwyraźniej Nasza Złota Pani Aniela musiała nadać tej sprawie najwyższy priorytet, bo w Sejmie objawił się foedus Stronnictwa Pruskiego (Platforma Obywatelska) ze Stronnictwem Ruskim (PSL i SLD) oraz dziwnie osobliwej trzódki Janusza Palikota, od razu przez złośliwców nazwany "Folksdojczami". Wprawdzie "Folksdojcze" mają w Sejmie wysoką przewagę, ale jest jeden problem. PiS twierdzi, że ów finansowy transfer jest umową międzynarodową tego rodzaju, że stosują się do niej zasady wyszczególnione w art. 90 konstytucji, to znaczy, że ratyfikowanie takiej umowy przez prezydenta wymaga ustawy uchwalonej większością co najmniej 2/3 głosów. Otóż "Folksdojcze", nawet wsparci 3 głosami posłów "niezależnych", mają tylko 304 głosy, podczas gdy wymagana większość wynosi co najmniej 307. W tej sytuacji rysują się dwie możliwości: albo już wkrótce będziemy świadkami potężnej kampanii w wykonaniu "Folksdojczów" i tak zwanych "mediów głównego nurtu", że nie chodzi o żadną "umowę międzynarodową", której ratyfikacja wymaga ustawy podjętej większością 2/3 głosów, że chodzi tylko o zwykłą pożyczkę, a nawet nie żadną tam "pożyczkę", tylko "udostępnienie", które tak naprawdę niczego nie oznacza, a kto uważa inaczej, ten jest oszołomem, moherem i tłukiem pancernym, że "euro albo śmierć", że skoro tak głęboko utkwiliśmy w gównie, to już przepadło i teraz ze wszystkimi musimy udawać, że to smaczna czekolada, że wreszcie - sam błogosławiony Jan Paweł II chciał, by Polska została przyłączona do Unii, więc nie można teraz rozkrwawiać mu serca sprośnymi błędami Niebu obrzydłymi - i tak dalej, i tak dalej - albo razwiedka, za pomocą konfidentów trzymanych dotąd na czarną godzinę, uruchomi serię nagłych rozłamów zarówno w PiS, jak i klubie Polska Solidarna, z których wyłoni się grupa "niezależnych posłów" zrażonych "antyeuropejskim fundamentalizmem" obydwu klubów i w ten sposób większość wymagana przez art. 90 konstytucji zostanie osiągnięta - albo wreszcie zobaczymy i jedno, i drugie - bo przecież jedno drugiego nie wyklucza, a Nasza Złota Pani nie życzy sobie żadnej partaniny.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Oszukany kraj, oszukani ludzie 
Gdy rozpadają się imperia, najpierw ogień pożera prowincje. Na prowincji środkowoeuropejskiej, rozciągniętej między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca, łez, potu, udręki i zgryzot dla każdego wystarczy. 
 Nie warto się zakładać, to więcej niż pewne. I nie jest to bynajmniej żadne zaskakujące czarnowidztwo, lecz znajomość historii na poziomie podstawowym. Tymczasem kierownictwo peryferyjnego kraju prywiślanskiego (peryferyjnego z perspektywy unioeuropejskiej) debatuje, na której ścianie przykręcić tabliczkę o treści: "za kłopoty państwa i kosztowności zostawione w szatni rząd nie odpowiada", zaś premier zdaje się z Polaków niemal drwić: "Ja tu jestem kierownikiem tej szatni. Przeputaliśmy wasze pieniądze i pieniądze waszych dzieci, i pieniądze waszych wnuków też, i co nam zrobicie?". A jego akolici potakują: "Chamy się uprą i im daj. No skąd weźmiemy, żeby oddać zagrabione, jak nie mamy?". 

 LUKSEMBURGIZM 
 Nie mają, bo nigdy im nie zależało, by należycie zadbać o powierzone mienie. Polską, po śmierci Lecha Kaczyńskiego państwem bez zalet, rządzą dziś ludzie bez właściwości. "Człowieki", nieustannie mylący elementarną przyzwoitość z zatrważającą ludzi rozumnych obłudą, z hipokryzją sięgającą orbity księżyca, wreszcie z bezgranicznym partykularyzmem. Oni kłamstwo obwołują prawdą, a prawdę uznają za wariactwo. Tacy ludzie nie myślą o przyszłości, powtarzając bezsensownie: "Integracja z Unią Europejską jest dla Polski jedynym rozwiązaniem, ponieważ jedynym rozwiązaniem dla Polski jest integracja z Unią Europejską". 
 Ech, Unia, Unia. Francuski dziennikarz Guy Sorman, pytany, czym ona jest, odparł, że to próba zinstytucjonalizowania rozwiązań na poziomie europejskim, które nigdy nie zostałyby przyjęte na poziomie poszczególnych narodów. Jest w tym sporo racji, przy czym próby wciąż trwają. Próby - proszę zauważyć - nie mające nic wspólnego z demokracją. 
 A przecież jeszcze nie tak niedawno demokrację rozumieliśmy jako umiejętność pokojowego rozstrzyganiu sporów wedle reguły większości. Apetyty Niemiec i Francji pokazują, że współczesna demokracja polega na forsowaniu stanowiska silniejszego w sztafażu odpowiednio dobranych przekazów medialnych, niczym prosiaki słoniną nafaszerowanych terminami w rodzaju "innowacyjność", "postęp", "nowoczesność", "efektywne państwo", "stabilna gospodarka" czy "lepsza przyszłość". Publicysta Piotr Semka zauważył, iż takie etykietowanie stało się rytuałem, do którego przyzwyczaiła nas Platforma Obywatelska - ale ja nie nazywałbym tego przyzwyczajeniem, a raczej tresurą. Tresurą zgodną z przekonaniami Róży Luksemburg (stąd luksemburgizm), że jeśli tylko uda się narzucić narodom określone słowa, to jednocześnie narzuci się im określony sposób myślenia. 
 Dokładnie tym tropem podąża dziś Europa, podporządkowywana interesom Berlina, Paryża i - a jakże - Moskwy. Podąża, arbitralnie wyznaczając tematykę i dopuszczalny zakres publicznego dyskursu, a także kreśląc żwawo granice tolerancji, politycznej poprawności i wolności słowa. 

 ERA BEZŁADU 
 Koszmarna perspektywa czeka na nas za rogiem. Wstrząs tak czy siak jest tuż-tuż. Wypada jedynie żałować, że przychodzi tak późno i że nie jesteśmy nań należycie przygotowani. W każdym razie jutrzejszy kształt Europy oraz przyszły los obywateli państw europejskich decydują się dziś. Reszta musi nastąpić i nastąpi wraz z totalnym krachem dotychczasowych idei. 
 A propos idee. Zmarły w 1948 roku Mahatma Gandhi, polityk i filozof, przez wielu Hindusów traktowany niczym bożyszcze pozbawione ludzkich cech, wymienił kiedyś siedem grzechów głównych ówczesnych społeczeństw. Uznał za takie: bogactwo bez pracy, przyjemności bez sumienia, wiedzę bez charakteru, naukę bez człowieczeństwa, religię bez gotowości do ofiary oraz politykę bez zasad. Jeśli uważnie przyjrzeć się współczesności, obserwacje Gandhiego nic nie straciły na ważności, przeciwnie, kilka grzechów spokojnie można do tej listy dopisać. Na przykład grzech egoizmu, skutkujący moralną degrengoladą i zanikiem poczucia wspólnoty. Na przykład grzech nieprzyzwoitości, skutkujący akcjami ratującymi skórę tchórzofretkom, ale zarazem odstręczającymi od refleksji nad tragicznym losem najmłodszych ludzi. I tak dalej, i tak dalej. 
 Najgorsze zaś, że wkraczając w erę bezładu, bezładu nie dostrzegamy. Zaplątywani w anomię, nie rozumiemy, czym nam grozi. Podczas gdy większość przyzwoitych Polaków milczy, głos zabierają politycy, naparzając się po odwłokach słowami wyjałowionymi z treści. Z drugiej strony, ludzie zrobieni z telewizorów zatracają umiejętność analizy negatywnych zjawisk, niosących ze sobą konsekwencje nieuchronne a dramatyczne, choć odłożone w czasie. Medialna tresura Polaków sięga poziomu eksperckiego, zaś samodzielność intelektualna przeważającej grupy obywateli nie tyle, że pozostawia wiele do życzenia, ale w ogóle istnieje w stanie szczątkowym. Tym łatwiej polityczno-medialnej sitwie udaje się tak zwany elektorat, kolokwialnie rzecz ujmując: "robić w konia". 
 "Chcesz żyć w demokracji? Patrz na ręce władzy" - głosi telewizyjna reklama dziennika "Gazeta Polska Codziennie". Otóż te czasy dawno minęły. Teraz sprawa jest oczywista niczym wschód i zachód słońca: chcesz żyć w demokracji, poproś o azyl w Szwajcarii. Zaś w Polsce patrz na ręce i władzy, i mediom. Tym drugim w pierwszej kolejności. 
 Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

Odebranie obywatelstw nieuczciwym
Kanadyjska akcja zabierania obywatelstw osobom, które nie były uczciwe w stosunku do kanadyjskiego rządu, nabiera większego zasięgu. Wstępnie rząd ogłosił odbiór kanadyjskiego statusu około 1800 osobom, teraz media podają, że tych osób będzie aż ponad  6500 tysięcy, a liczba może wzrastać. Ponadto  około  4400 osób, mających  swoje podania o obywatelstwo w toku, jest poddanych dochodzeniu. Osoby te mogą nie otrzymać obywatelstwa,  nie wspominając o tym, że stała rezydencja także może zostać im odebrana. 
 Jest to szokująca liczba, w historii kanadyjskiej imigracji nie było jeszcze takiej akcji.
 Do czasów obecnych rząd raczej nie sprawdzał imigracyjnych przestępstw po zakończeniu sprawy, śledztwa zazwyczaj miały miejsce w czasie trwania procedury, a podejrzanym o nieuczciwość i imigracyjne kombinacje nie przyznawano kanadyjskiej rezydencji lub obywatelstwa.
 W dzisiejszych realiach, osoby nieuczciwe mogą zostać pociągnięte do odpowiedzialności, także posiadając już kanadyjskie obywatelstwo i  nawet po kilku latach. Rząd rozsyła zawiadomienia do osób podejrzanych lub oskarżonych o imigracyjne szwindle. 
 Najczęstszym oszustwem było pobieranie kanadyjskich benefitów i fałszowanie kanadyjskiej rezydencji, po to by otrzymać kanadyjskie obywatelstwo.
 Prawo wymaga, by w większości przypadków osoba zamieszkiwała w Kanadzie przez trzy lata, oczywiście istnieją odstępstwa od tej reguły, na przykład przebywanie poza Kanadą w towarzystwie kanadyjskiego partnera-obywatela czy wyjazd w celach biznesowych lub praca dyplomatyczna. Jednak  jeśli imigrant nie spełni wymogów prawnych, obywatelstwo nie powinno być przyznane. Jak się okazuje, tysiące rezydentów, którzy nie spełnili wymogów prawnych, otrzymało obywatelstwo na podstawie nieprawdziwych informacji i fałszowanych dokumentów.
 Osoby, które otrzymają decyzje odebrania kanadyjskiego statusu-obywatelstwa, będą mogły się odwołać  w wyższych instancjach.
 IZABELA EMBALO
 Licencjonowany doradca prawa imigracyjnego Kanady
 Licencja nr R506496 
Immigration Consultants of Canada Regulatory Council
 OSOBY ZAINTERESOWANE  PORADĄ  IMIGRACYJNĄ LUB OBYWATELSKĄ PROSIMY O KONTAKT:
 416 515 2022, emiz@live.ca   WWW.EMIGRACJADOKANADY.COM.PL
 Współpracujemy z kancelarią adwokacką John W. Kozina Law Office
www.emigracjakanada.net.

Dlaczego tu nic nie widać?
Proszę nie narzekać, że na załączonych po prawej stronie fotografiach najnowszego produktu Dodge'a prawie nic nie widać - tak ma być! Premiera bowiem pierwszego wspólnego samochodu stworzonego przez Chryslera i Fiata odbędzie się dopiero 9 stycznia w Detroit. By podkręcić temperaturę, Amerykanie opublikowali kilka fragmentarycznych fotografii, a w Internecie umieścili na stronie www.dodge.ca/en/dart/ licznik, który odlicza czas do otwarcia North American International Auto Show w 2012 roku...
Dodge dart był już produkowany w Ameryce Północnej. W Kanadzie można go było nabyć w latach 1960-1976. Oczywiście, nowy model, który poznamy za ponad trzy tygodnie, nie ma nic z nim - oprócz nazwy -  wspólnego. Dart narodził się jako pełnowymiarowy sedan, a skończył jako kompaktowy wóz dla najuboższych. Początkowo mierzył wysoko, nawet jego nazwa pochodzi od nazwy samolotu ponaddźwiękowego convair F-106 delta dart, zwanego w skrócie "delta dart", który powstał w tym samym 1960 roku co auto Chryslera.
 35 lat później nazwa została znów ożywiona i ochrzczono nią pierwsze dziecko Fiata i Chryslera. Zbudowane jest na bazie alfa romeo giulietta i w przyszłym roku pojawi się w sprzedaży w naszym kraju. Dart wyprze z rynku calibra, który ma niezbyt dobre notowania i wytwórnia chce z niego zrezygnować na rzecz czegoś świeższego i atrakcyjniejszego z włoskim rodowodem. 
 Dart, po wyeliminowaniu calibra, będzie najmniejszym wozem w ofercie Dodge'a. Jego atrakcyjność na pewno wzrośnie, gdy zgodnie z zapowiedzią będzie oferowany z trzema silnikami do wyboru: od podstaw skonstruowany "tigershark" o pojemności dwóch litrów, turbodoładowany 1,4-litrowy MultiAir i "tigershark" MultiAir z czterema cylindrami i pojemności 2,4-litra. Interesujący się motoryzacją na pewno zauważyli, że pierwszy z silników wykorzystywany jest przez Włochów do napędu fiata 500 abarth. 
 Do transmisji mocy na koła będą służyć trzy typy skrzyń biegów: ręczna, automatyczna i automatyczna z podwójnym sprzęgłem TCT. Chodzą pogłoski, że w najbliższej przyszłości będzie można nabyć darta z 9-stopniowym automatem, co pozwoli na superoszczędną, o 16 procent niższą, eksploatację tego samochodu. Według danych amerykańskich, potrafi on wówczas przebyć na jednym galonie benzyny 40 mil. Na razie planuje się wypuszczenie auta z 6-biegowym automatem i podwójnym sprzęgłem.
 Jak wspomniałem, auto powstało w oparciu o płytę podłogową giulietty, z którą dzieli większość podzespołów mechanicznych. Nowy dart będzie wyposażony w niezależne zawieszenie wszystkich czterech kół, czuły i precyzyjny układ kierowniczy, a także 18-calowe koła.
 Z ujawnionych fotografii można na razie wyciągnąć wniosek, że dart nie będzie nadwoziową kopią alfa romeo giulietty - podobieństwa zostały ukryte pod karoserią i wewnątrz wozu. Wygląd nadwozia jest zupełnie odmienny od stylistyki włoskiego auta. Amerykański producent określa design swojego najnowszego modelu jako "dynamiczny". Sportowy wygląd darta podkreślają m.in. czarny grill z charakterystycznym dla tej marki dużym krzyżem, przednie reflektory z czarnymi wkładami, tylne lampy nawiązujące do modelu charger, a także muskularne nadkola. Ponieważ jest to kompaktowe auto, nie oczekujmy jednak zbytnich ekstrawagancji.
 Produkcja reanimowanego darta odbywać się będzie w USA, w fabryce w Belvedere w stanie Illinois. Kompaktowe dziecko Fiata i Chryslera będzie walczyło na naszym kanadyjskim rynku z chevroletem cruze'em, forden focusem, hondą civic i hyundaiem elantrą. 
 Nieznana jest jeszcze jego kanadyjska cena - zostanie ujawniona po styczniowej premierze samochodu - w sprzedaży w Kanadzie pojawi się w trzecim kwartale 2012 roku.
Jerzy Rosa
Mississauga
 

Fundament polskiej pierestrojki
Z dzisiejszej perspektywy wydarzenia 1981 roku nabierają nowego koloru. Istota sporu o stan wojenny powinna iść zupełnie nowym tropem; widać, że nie chodziło w nim o to, by ratować peerelowską "niepodległość" przed interwencją bratnich wojsk - z dokumentów wynika jasno, że Sowieci nie mieli zamiaru bardziej angażować się militarnie na terenie Polski, a Jaruzelski mógł liczyć na pomoc jedynie w ograniczonym wymiarze.
 A więc po co? Dlaczego gensek rozpoczął "wojnę z  narodem"?
 Prawdopodobnie klucz leży w geremkowych (i nie tylko) umizgach do Cioska i innych komuchów. 
 Stan wojenny był przygotowaniem kolejnego etapu, miał być sitem, który oddzieli "konstruktywną opozycję" od plew niepodległościowych ekstremistów, pozwalając jednocześnie na przygotowanie gruntu pod zmianę systemu gospodarczego.
 Za sprawą wydarzeń stanu wojennego i bezpośrednio po nim, z Polski  wypchnięto część niewygodnych "ekstremistów", pozostałą zaś "opozycję" ludzie Kiszczaka zdołali posegregować i przygotować. Mieli wszystkich, jak na talerzu. Zatrzymać można było za byle co, można było też legendować "własnych" działaczy; oddzielić tych, którzy głosili radykalne tezy o kopaniu komunistów, od "rozsądnych", którzy widzieli w komuchach partnera do gry.
 Przez te kilka lat "pedagodzy" z SB przysposabiali drugą stronę okrągłego stołu; prowadzili "rozpoznanie walką". Bez stanu wojennego tak głęboki stopień infiltracji masowego ruchu byłby niemożliwy. 
 To jedno.
 Druga sprawa - z pewnością równie ważna - dotyczy przemian gospodarczych, tych zaczętych jeszcze przed stanem wojennym, ale przez stan wojenny przyspieszonych - to właśnie w okresie lat 80. nomenklatura przygotowała się do skoku na kasę - do przejęcia majątku narodowego. To wówczas, w sytuacji powszechnych braków w zaopatrzeniu, panowie  pokroju Kulczyka czy Solorza zaczęli biznesowe kariery jako właściciele "firm polonijnych". To wtedy rozpoczęto na wielką skalę
prowadzenie wykupywania na rynkach wtórnych polskiego długu przez podstawione firmy z rajów podatkowych; to wtedy prawdziwą kontrolę nad państwem  przejął aparat bezpieczeństwa - WSW i SB. 
 W tej niby zaostrzonej sytuacji prawnej "swoi" dostali zielone światło do rozpoczynania działalności gospodarczej na dużą skalę. W 1981 roku istniało kilkadziesiąt "firm polonijnych",  w roku 1988 było ich 700. Większość stanowiła wylęgarnię razwiedkowego biznesu. Testowano zasady późniejszego uwłaszczenia i wiązania gospodarki z aparatem politycznym. 
 To wszystko umożliwił stan wojenny - pozwolił na ograniczenie swobód do grona wybranych ludzi.
 Architektami tego rozwiązania nie byli wyłącznie "ludzie aparatu", ale również "konstruktywni" opozycjoniści, których wielu nosiliśmy wtedy na rękach. Dzięki tym rozwiązaniom członkom PZPR i bezpieczeństwa łatwo przyszło ukraść dorobek milionów Polaków. Mówił o tym wprost w czerwcu 1989 Michnik w wywiadzie dla belgradzkiego tygodnika NIN: - jeżeli ludzie z nomenklatury wejdą do spółek akcyjnych, jeśli staną się jednym z właścicieli, wówczas będą zainteresowani, by tych akcyjnych stowarzyszeń bronić, a system akcyjny niszczy porządek stalinowski - przekonywał.
  Proceder rozkradania kraju dostał błogosławieństwo od ustosunkowanych za granicą szefów tzw. opozycji. Na to, w 1980 roku tamtejsza "Solidarność" w życiu by nie poszła. Ale stan wojenny pozwolił tamtą "Solidarność" przenicować w nową,  według receptur podanych Cioskowi przez Geremka jeszcze przed 13 grudnia. Ta receptura była w 1981 roku jednoznaczną deklaracją zdrady przez środowisko besserwisserów wiadomej międzynarodówki.
 Wprowadzenie stanu wojennego oczyszczało grunt pod dzisiejszą Polskę, pozwoliło z jednej  strony wyrugować z gry "szowinistów, nacjonalistów, radykałów", i wszystkich innych "krzykaczy", których odsłonił brzemienny w wydarzenia rok 81; których wyniosła pierwsza "Solidarność", stan wojenny pozwolił też dokładnie przygotować środowisko samej opozycji. 
 Dzisiaj wiadomo, że osławiona polska konspira była  lipą - gdyby Kiszczak chciał nas wszystkich wyłapać - mógłby momentalnie zapełnić więzienia właściwymi ludźmi. Niewiele by my to dało - pożyteczniejsza była kontrola. Bo kontrolowanie opozycji pozwalało też na prowadzenie gry z Zachodem; stawką był status elit politycznych peerelu w nowym ustroju; było zagwarantowanie braku rozliczeń i możliwości szybkiego bogacenia się; słowem, dzięki stanowi wojennemu transformacja ustrojowa dokonała się na warunkach komunistycznych.
 I do takiej zmiany namawiał komunistów Geremek, kiedy zachwalał siłowe rozwiązanie i rozprawienie się z ekstremą: "Aparat ?Solidarności= musi zostać zlikwidowany przez państwowe organy władzy. (...) Po konfrontacji nowa władza państwowa mogłaby w innej sytuacji politycznej kontynuować pewne procesy demokratyzacyjne".
 Masowej, polskiej "Solidarności" bali się nie tylko komuniści - bali się jej członkowie wiadomej międzynarodówki, którzy mieli już gotowy własny plan "demokratyzacji" i nie mogli ot tak, oddać kierownicy w ręce "głupich polskich szowinistów" .
Andrzej Kumor
Mississauga

GONIEC, NR 49/2011

Ważą się losy Rzeszy i 300 miliardów
"Ach, bierzcie wozy, ach, bierzcie dostatek, tylko puszczajcie nas zdrowo" - taki jęk przedstawicieli "klubu trzeciego miejsca" unosił się 8 grudnia nad Marsylią, gdzie odbył się "miniszczyt" UE, to znaczy - "szczyt"  Europejskiej Partii Ludowej. Parteigenossen Volkspartei z 17 krajów namawiali się tam, jakie stanowisko zająć na prawdziwym "szczycie" w Brukseli, który rozpoczął się "roboczą kolacją" tego samego dnia wieczorem. W tym miniszczycie uczestniczył również premier Tusk, i to samotnie, ponieważ pani marszalica Ewa Kopacz ze swoim zastępcą Cezarym Grabarczykiem i zdegradowanym do poziomu szefa Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Grzegorzem Schetyną do Marsylii nie pojechali, bo podobnież pokiełbasiły się im terminy. Wszystko to oczywiście być może, bo akurat ci Umiłowani Przywódcy jeszcze na poprzednich stanowiskach dali się poznać właśnie z tego, że wszystko im się kiełbasiło - ale równie przekonującą przyczyną mogłoby być i to, że ani Nasza Złota Pani Aniela, ani jej francuski kolaborant Mikołaj Sarkozy  nie życzyli sobie, by premieru Tusku towarzyszyła aż tak liczna asysta. Zresztą słusznie - bo przecież niczego on nie będzie tam negocjował, a nawet gdyby i coś tam negocjował, to akurat pani marszalica Kopacz byłaby mu przy tym potrzebna jak psu piąta noga. Stanowisko Polski jest przecież znane od czasu berlińskiego przemówienia ministra Sikorskiego. Wprawdzie minister Sikorski z charakterystyczną dlań bufonadą twierdził, że było to wystąpienie "autorskie", ale powiadają, że autorem tego przemówienia był były brytyjski ambasador w Warszawie Charles Crawford. Myślą przewodnią tego stanowiska była oferta, by w zamian za wzięcie przez Niemcy odpowiedzialności za zażegnanie kryzysu finansowego w strefie euro, pozostałe państwa członkowskie UE zgodziły się na federalną strukturę europejskiego imperium, to znaczy - na formalną już tym razem rezygnację z niepodległości - bo faktyczna nastąpiła w momencie wejścia w życie Traktatu lizbońskiego. 
 W chwili gdy to piszę, "szczyt" jeszcze nawet się nie zaczął - ale zanim jeszcze rozpoczęła się "robocza kolacja", Nasza Złota Pani oświadczyła, że nie ma mowy o żadnym niemieckim zaangażowaniu, dopóki nie będzie zgody na zmianę unijnych traktatów, która wymusiłaby na państwach członkowskich większą dyscyplinę. Ale do większej dyscypliny zobowiązywały państwa członkowskie traktaty już istniejące, jednak okazało się to zupełnie niewystarczające - czego dowodem jest właśnie kryzys. Najwyraźniej przyczyna tkwi w tym, że dopóki państwa członkowskie czują się państwami, to wydaje im się, że mogą sobie takie traktatowe zobowiązania lekceważyć. W takiej sytuacji nie ma innej rady, jak znowelizować traktaty w taki sposób, by państwa członkowskie państwami być przestały - na podobieństwo owej "matrony krakowskiej", którą Boy-Żeleński charakteryzował jako "stwór podeszły wiekiem, co kobietą być już przestał". Krótko mówiąc - że trzeba przekształcić Unię w federację z landami o ograniczonej autonomii. To właśnie proponował  minister Sikorski w przemówieniu napisanym podobno przez byłego brytyjskiego ambasadora w Warszawie. Dlaczego p. Crawford wykoncypowałby ministru Sikorskiemu taką ofertę, skoro brytyjski premier Cameron właśnie stanowczo oświadczył, że Wielka Brytania "nigdy" nie zgodzi się na zmiany traktatowe, które uszczuplałyby brytyjskie interesy? No cóż; historia prowokacji zna jeszcze gorsze przypadki, więc warto zwrócić uwagę, że z uwagi na liczbę brytyjskich zastrzeżeń do unijnych traktatów, Wielka Brytania ma w UE status bardziej chłodnego obserwatora niż entuzjastycznego uczestnika. Inaczej mówiąc, nie wydaje się być specjalnie zainteresowana wzrostem niemieckich wpływów na kontynencie - co nieuchronnie musiałoby nastąpić po przekształceniu Unii w federację. Czyżby zatem pan Crawford wykorzystał powszechnie znaną bufonowatość ministra Sikorskiego do wpuszczenia za jego pośrednictwem na forum unijne szczura, na którego widok wszyscy wpadną w histerię do tego stopnia, że Nasza Zniechęcona Pani wespół ze swoim francuskim kolaborantem Mikołajem Sarkozym machną ręką na peryferyjne marchie i postawią na Rzeszę trochę mniejszą, ale za to tańszą i bardziej sterowną? Również i to być może; zresztą Nasza Złota Pani, a zwłaszcza - jej fałszywy francuski kolaborant otwarcie tego właśnie nie wyklucza, co premieru Tusku musi ze strachu podnosić włosy na głowie, niczym zachodnim bankierom w słynnej piosence Andrzeja Rosiewicza z roku 1980 ("Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba, a tam zachodnim bankierom włosy stają dęba...") - bo to nie tylko nici ze słynnych "300 miliardów", którymi Platforma kusiła mniej wartościowy naród tubylczy - że to niby Unia sypnie forsą i znowu będzie jak za Gierka - ale przede wszystkim trzeba będzie samotnie stanąć oko w oko z kryzysem, który przecież już ante portas! Na to niestety nie jest przygotowany ani nasz nieszczęśliwy kraj, ani żaden z Umiłowanych Przywódców, którym - jak powiedziałby dziś pan Zagłoba - listy wozić, panny porywać, ale z kryzysem - dudy w miech, zaś Józef Piłsudski wyraziłby to jeszcze brutalniej: wam kury szczać prowadzać, a nie z kryzysami walczyć.
 A tu jeszcze, jak na złość, NATO, to znaczy - Amerykanie nie dogadali się z ruskimi szachistami w sprawie tarczy antyrakietowej, wskutek czego "kłamczucha", czyli Hilaria Clintonowa, podczas wizyty w Wilnie z okazji zjazdu ministrów spraw zagranicznych OBWE, podała w wątpliwość demokratyczny charakter niedzielnych wyborów w Rosji - czego pośrednim dowodem są tłumione przez milicję protesty. W porównaniu do "jaśminowej rewolucji" w krajach arabskich wyglądają  one trochę miemrawo - ale bo też ani Francja, ani  Amerykanie, ani nawet Izrael - nie mają w Rosji tylu agentów, co, dajmy na to, w Tunezji czy Egipcie. Więc chociaż niektóre rosyjskie gazety piszą o "przebudzeniu generacji" - mając oczywiście na myśli "klasę średnią" - to protestuje również całkiem inna klasa, która na propagandowym plakacie przedstawia wystraszonego Putina ubranego w polski strój z epoki, któremu polski adiutant pokazuje przez kremlowskie okno nadchodzących Rosjan. Całe szczęście, że do wyborów w naszym nieszczęśliwym kraju nikt nie ma zastrzeżeń - podobnie jak nikt nie miał zastrzeżeń do marksizmu w Związku Radzieckim. To co u innych może by raziło, u nas wygląda całkiem naturalnie. Widocznie taki los wypadł nam.
 I kiedy na szczycie w Brukseli ważą się losy i kształt przyszłej Rzeszy, zaś premier Tusk i pozostali przedstawiciele "klubu trzeciego miejsca" z bojaźnią i drżeniem oczekują decyzji w sprawie obiecanych podczas kampanii wyborczej 300 miliardów (jeśli ich nie dostaną i nie odsypią paru okruszków na "szaraszki" dla autorytetów moralnych i artystów, to ci mogą stracić do Platformy cały smak i nie pomogą nawet konfidenci) - w Warszawie trwają przygotowania do marszu - szczerze mówiąc, nie do końca wiadomo, w jakiej właściwie intencji. Początkowo miał to być marsz w obronie niepodległości, której utrata - jak optymistycznie zauważył prezes Jarosław Kaczyński - dopiero nam "grozi". Ponieważ jednak Narodowe Odrodzenie Polski, wzbudzając obawy dlaczegoś akurat u pani red. Wielowieyskiej z "GW", zaczęło się odgrażać, że "za zdradę - kula w łeb" - więc ostatnio "na mieście inne były już treście" - że już nie w obronie niepodległości, a tylko dla upamiętnienia 30. rocznicy stanu wojennego. I słusznie - bo czyż maszerowaniem można obronić niepodległość? Mało to prawdopodobne, chyba że najnowszy patent polegałby na pomyśle, by utraconą niepodległość zastąpić marszami w jej obronie. To nawet sprytne, bo niepodległość już i tak diabli wzięli, a tymczasem - kto wie? - może dla wielu być porywające, bo propagandowe wrażenie - kolosalne, a ryzyko żadne.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
 

Zdychaj, Unio!
Zadziwiające, lecz większość Polaków nie dostrzega, że mimo zachowania pozorów suwerenności, Polska właściwie nie istnieje dziś jako państwo niepodległe - w znaczeniu takiego, które samo określa własne interesy i potrafi skutecznie o nie zabiegać na arenie międzynarodowej. 
 Jak Europa długa i szeroka, jak okrągłe są brzuchy europejskich urzędasów ślepo zapatrzonych w dyrektywy Komisji Europejskiej, zewsząd niesie się dramatycznie ufryzowane pytanie: "czy Unia Europejska przetrwa?". Tymczasem odpowiedź wydaje się równie prosta jak nurt myślowy karaczana. Czy, żeby przywołać ludzkie realia, jak procesy rozumowe niektórych dziennikarzy Superstacji. Ale nim wprost tę odpowiedź wyartykułujemy, zachowajmy należną dystynkcję, rozważając pytanie naprowadzające. Mianowicie: czy warto zginać kolana, zyskując w zamian poklepanie po ramieniu? Moim zdaniem nie warto, a dowodem ostatnich kilkaset lat. 

 NAKRĘCANE PAJACE 
 Przed tygodniem przytoczyłem w tym miejscu refleksyjną uwagę Zbigniewa Herberta, przestrzegającego przed zgubnymi dla narodów konsekwencjami zaniechań w obszarze praktykowania patriotyzmu. "Gdy gnębiona jest podmiotowość 40-milionowego narodu" - powiada Herbert -  "a naród ów nie zbuntuje się, to oznacza, że niegodny jest żyć wolnym i czekają go straszliwe konsekwencje". W powyższy kontekst znakomicie wpisało się berlińskie przemówienie ministra spraw zagranicznych polskiego rządu, Radosława Sikorskiego. 
 Prawdę powiedziawszy, bardzo dobrze się stało, że Sikorski niemalże wprost opowiedział się za formalną likwidacją niepodległości Polski, nawołując do utworzenia europejskiej federacji, pozostawiającej państwom narodowym jedynie symboliczne uprawnienia, to znaczy bez punktów stycznych z klasycznie pojmowaną suwerennością. Bo jeśli narody nie mogłyby samodzielnie wyznaczać kierunków polityki zagranicznej, decydować o kwestiach związanych z obronnością, gospodarką i finansami - jakże moglibyśmy mówić o ich suwerenności i niepodległości? 
 Z drugiej strony, nazywajmy rzeczy po imieniu: Sikorski, niczym zręcznie nakręcony pajac, powiedział to, o czym Niemcy myślą, ale czego wciąż jeszcze głośno nie mówią, bo im nie wypada. Tak czy siak, warto zauważyć: fundamenty niemieckiej dyplomacji pozostają niezmienne, zaś Polska przez dwie dekady nie zaczęła takowych nawet projektować. Dlatego drogo zapłacimy za egoizm naszych - Boże czemu doświadczasz nas tak okrutnie - tak zwanych elit. Profesor Ryszard Legutko: "Rząd kieruje się przekonaniem, że mu wszystko wolno. (É) Wystosował apel do rządu innego kraju, by ten przejął przewodnictwo w Europie. Co to w ogóle ma znaczyć? Kto go upoważnił do takiego apelu?". 
 Być może Radosław Sikorski rzeczywiście przekonany jest, że jego biografia to właściwy krok ku nieśmiertelności. Miałby rację o tyle, że zdrada w istocie wydaje się nieśmiertelna. Innymi słowy, myląc rozsądek z uległością, kroczy nasz mały Raduś w wieczność - tyłem. A wraz z nim reszta tej czeredy, z której przyzwoitość wyssano niczym szpik z kręgosłupów. Ale dość o nich wszystkich. 

 ZASADNE PYTANIE 
 Suwerenność to zdolność do samodzielnego sprawowania władzy na własnym terytorium w dowolnym zakresie. To zachowanie podmiotowości w kwestiach dotyczących swobodnego stanowienia prawa na tym obszarze i niezależność od podmiotów zagranicznych. Jak bardzo nasza podmiotowość została ograniczona, można było zaobserwować na przykładzie śledztwa w sprawie wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej, gdy Polska de facto nie miała nic do powiedzenia, jeśli chodzi o badanie bezpośrednich okoliczności wypadku rządowego samolotu i śmierci wielu członków państwowej elity. 
 Dlatego powiem tak: to, co racjonalne z perspektywy indywidualnej, na przykład z perspektywy marzeń Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego (czy podobnych im tuzów współczesnej polskiej "pierwszej ligi" politycznej) o żeglowaniu w "głównym europejskim nurcie", może być jednocześnie kompletnie irracjonalne, widziane z perspektywy marzeń o dumnej i silnej Polsce. Ludzie rozumni z powyższym polemizować nie będą. W tych okolicznościach zasadne pytanie brzmi: czy w świetle ostatnich wydarzeń, po tym wszystkim, co stało się z Polską i Polakami po 10 kwietnia 2010 roku, człowiek prawy i przyzwoity, obywatel narodowości polskiej, a więc ktoś, komu nieobce są interesy narodu, z którego pochodzi, może popierać działania rządu Donalda Tuska? A skoro nie może i nie powinien, kim są ludzie, dzięki którym ów rząd poparcie utrzymuje i iloma czołgami dysponują? 
 Skoro Polacy dają sobie wpierać kit, zatem kit będą z Unii mieli. I obyśmy tylko nie wylądowali gorzej. Albowiem, mimo zapewnień z wieży, czyli z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, zbliżonej do ministra Rostowskiego jak nigdy dotąd, to nie ten kurs i nie ta ścieżka, a spoza horyzontu nie wyłania się bezpieczne lądowisko, a raczej coś, co zaczyna przypominać podsmoleński las. 
*** 
 Natomiast tym wszystkim, którzy biorą na poważnie pytanie, czy Unia Europejska przetrwa, odpowiadam: rozumnym Europejczykom taka Unia jest zbędna. Dla obu projektów: politycznego pt. "unia europejska" oraz gospodarczego pt. "euro", należy natychmiast obstalować dwie trumny. Im prędzej się to stanie, tym dla Europy lepiej. Więcej nawet: by ocalić Europę, najwyższy po temu czas. Albowiem gdy Berlin zrozumie, co może stracić, na ratunek dla Starego Kontynentu znowu może być za późno. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 

Izabela Embalo
Trudniej z terenu Kanady
Dla wielu imigrantów nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem pozostanie bez ważnej wizy w Kanadzie, nielegalna praca i dopiero wówczas staranie się  o zalegalizowanie pobytu stałego. Niestety, wielu naszych rodaków tak właśnie czyni. Imigrant przylatuje na wakacje czy z wizytą rodzinną, właściwie skupia się na tym, by przekroczyć kanadyjską granicę, i następnie pozostaje, obawiając się tego, że ponowny powrót nie będzie możliwy. Oczywiście wszystko zależy od indywidualnej sytuacji osoby.
 Niektórzy, wygnani z kraju rodzinnego, czy nawet z Europy Zachodniej, trudną sytuacją ekonomiczną, pozostają bez ważnej wizy lub przedłużają ją na pół roku, jednak czas szybko ucieka, wiza się kończy i sytuacja prawna w pewien sposób komplikuje się. Dlaczego? Dlatego, że obecnie na terenie Kanady trudno jest otrzymać naszym rodakom pobyt stały. Osoby, które nie chcą powrócić i załatwiać formalności, tak jak w większości przypadków nakazuje prawo, mogą skorzystać z zawężonych opcji, dlatego że na terenie Kanady można złożyć podanie o pobyt stały wówczas, gdy korzysta się z programu humanitarnego, azylu lub łączenia rodzin. Istnieje także możliwość załatwienia wizy pracowniczej bez kontraktu pracy osobom poniżej 35. roku życia, więc warto się dowiedzieć, czy nie ma innego, lepszego rozwiązania, zanim podejmie się decyzję pozostania i zatrudnienia bez ważnego statusu.
 Liberalnie są nadal traktowani małżonkowie i partnerzy w relacji konkubinatu. Nie chciałabym bowiem niepotrzebnie swoim artykułem stresować tych, którzy procesują swoje wnioski rodzinne z terenu Kanady.
 Warto także nadmienić, że  sprawę humanitarną jest coraz trudniej wygrać z tego chociażby względu, że zaostrzyły się przepisy imigracyjne, zmieniły się procedury, a liczba miejsc jest bardzo ograniczona. Nie można każdego przyjąć, kto złoży podanie, i nawet osoby z dość dobrą podstawą prawną, na przykład posiadające urodzone w Kanadzie dzieci, muszą się liczyć z decyzją odmowną.
 Pozostanie bez ważnej wizy może także wpłynąć negatywnie na szanse załatwienia statusu imigracyjnego poprzez kanadyjskie zatrudnienie, co może być jedyną możliwością kandydata. Urząd nie ma obowiązku przyznać wizy osobom, które znalazły pracę, choć nie znaczy to, że w każdym przypadku imigrant otrzyma odmowę. Większe szanse mają osoby, które starają się o powrót po sześciu miesiącach. Jednak, by powrócić na wizę pracowniczą, najczęściej wymagana jest, między innymi, specjalna zgoda z kanadyjskiego Urzędu Pracy - LMO (Labour Market Opinion), którą też nie jest  najłatwiej załatwić, zwłaszcza w prowincji Ontario.
 Osoby, które pamiętają, jak łatwo można było kiedyś otrzymać kanadyjską rezydencję, zapewne się dziwią, czemu ten imigracyjny kraj utrudnia  teraz wielu osobom osiedlenie się w tym kraju.
 Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca Prawa 
Imigracyjnego Kanady
 Osoby zainteresowane imigra-cją do Kanady prosimy o kontakt z naszym biurem: 416-515-2022, emiz@live.ca. Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony internetowej: www.emigracjakanada.net.

White Christmas Dinner
We wtorkowy wieczór, 6 grudnia, w stylowych salach Casa Lomy w Toronto odbyło się doroczne dobroczynne przyjęcie zorganizowane przez Polish Orphans Charity. Ta organizacja została założona przed jedenastu laty przez dr Ryszardę Russ, Barta Pasowskiego oraz dr. Teda Kralkę. Patronami fundacji są m.in. były gubernator prowincji Ontario, Lincoln Alexander, były konsul generalny RP w Toronto, Piotr Konowrocki, Fundacja Barbary Piaseckiej-Johnson, filantrop kanadyjski - Lionel Goffart, KPK oraz wojewoda mazowiecki, Jacek Kozłowski.
 Podstawowym celem działania Polish Orphans Charity jest gromadzenie funduszy na pomoc sierotom, szczególnie w Polsce. Głównym środkiem dochodów fundacji jest corocznie organizowany w Toronto "Ball Pologne", skupiający biznesmenów, polityków, artystów i filantropów różnych narodowości. Środki z balu przeznaczane są na finansowanie stypendiów dla sierot uzdolnionych artystycznie, aby mogły rozwijać swoje talenty. Dotychczas ufundowano w Polsce 147 stypendiów w wysokości 1000 dolarów kanadyjskich każde.
 Swą pomocą organizacja pod kierownictwem dr. Ryszardy Russ obejmuje także Domy Dziecka w naszym kraju. Zafundowano im ponad 60 placów zabaw. Koszt jednego projektu wyniósł 4000 dolarów. Od wdzięcznych mieszkańców obdarzonych domów dziecka Polish Orphans Charity co roku otrzymuje dziesiątki listów. 
 Oprócz pomocy polskim sierotom, Fundacja gromadzi pieniądze na pomoc dziecięcym szpitalom. Właśnie grudniowy Obiad Bożonarodzeniowy przynosi dochód przeznaczany przez organizację na zakup sprzętu medycznego dla Szpitala Dziecięcego im. prof. Bogdanowicza w Warszawie oraz Szpitala Dziecięcego w Toronto.
 W trakcie wtorkowego charytatywnego przyjęcia przedstawicielom obu szpitali zostały wręczone dwa 5000-dolarowe czeki.
 Fundacja prowadzona jest społecznie przez wolontariuszy i nie ponosi żadnych kosztów administracyjnych. Dlatego też zebrane z balu i bożonarodzeniowego przyjęcia pieniądze przeznaczane są w całości na rzecz sierot i chorych dzieci. 
 Na wtorkowym obiedzie gościło ponad 250 osób. Zaszczycił je swą obecnością były gubernator prowincji Ontario - p. Lincoln Alexander. Był także ambasador Polski w Kanadzie - p. Zenon Kosiniak-Kamysz, konsul generalny w Toronto - p. Marek Ciesielczuk. Kongres Polonii Kanadyjskiej reprezentowała jego prezes - p. Teresa Berezowska.
 Przyjęcie jak zawsze prowadził Wojciech Wojnarowicz, a oprawę artystyczną stanowił występ znanej polskiej sopranistki - Kingi Mitrowskiej. We wspaniały sposób zaśpiewała ona po polsku i angielsku parę kolęd, a na koniec wspólnie ze zgromadzonymi w Casa Lomie gośćmi wykonała znany utwór Irvinga Berlina - "White Christmas". 
 Kolejny "White Christmas Dinner" przygotowany przez p. Ryszardę Russ i wspomagające Ją osoby odniósł sukces. Zebrano pieniądze, które zostaną przeznaczone na pomoc najsłabszym i potrzebującym najwięcej miłości - osieroconym i chorym dzieciom. Niech każdy ich uśmiech będzie dla nas świątecznym prezentem!
 Każdy, kto chce wspomóc tę  niezwykle skuteczną i operatywną charytatywną organizację prowadzoną przez ludzi wielkiego serca, może to uczynić, kontaktując się z Fundacją. Wszystkie kontakty znajdziemy na stronie internetowej pod adresem: www.polishorphans.org.
(jr)

Może kiedyś?
Dokąd idziesz Polsko? - chciałoby się patetycznie zawołać po niedawnych deklaracjach szefa MSZ, premiera i prezydenta; czy ojczyznę naszą czeka los wysuniętej niemieckiej rubieży, czy też może korytarza tranzytowego między Berlinem a Moskwą?
 Dyskusja o tym jest o tyle smutna, że wielu jej uczestników zdaje się tracić ochotę na państwo polskie,  usiłuje przekonywać innych, że w dzisiejszej dobie to jedyny słuszny kierunek; sami być nie możemy, gdyż jesteśmy za słabi, z Rosją być nie chcemy, bo jest to nadal kraj średnio wesoły, pozostaje więc dobrowolny anschluss "do Europy", która  w naszym zakątku animowana jest z Berlina.
 Dlaczego więc nie pogodzić się z "przeznaczeniem", uznać geopolityczne realia i liczyć na to, że są też dobrzy Niemcy, którzy nie dadzą nas skrzywdzić?
 W ten sposób (może nie aż tak kawa na ławę) myśli wielu Polaków. W celu nowego zbliżenia tyłem z Niemcami wpuszcza się plotki i ploteczki o tym, jakoby Niemcy byli do nas przyjaźnie  nastawieni i nas nawet podziwiali. (Dawno temu zaborcy odkryli, że najlepszą bronią przeciwko Polakom jest pochlebstwo. Ponoć wystarczy kadzić, by Polak, rozpromieniony, sprzedał matkę i ojca...) Jedną z takich łechtających polską próżność ploteczek  jest przypisywana - o zgrozo - Hitlerowi wypowiedź, w której  chwali nas "za polot i spryt" wykształcone przez lata politycznej niewoli i sugeruje, iż jako materiał genetyczny stanowimy sensowne uzupełnienie niemieckiej systematyczności, zdolne wyprodukować niezgorszy Herrenvolk.
 Pogłaskani takimi i innymi komplementami Polacy gotowi  bez zbędnego kwękania pukać do niemieckiego patrona, sądząc, że w ten sposób uciekają przed rosyjskim kijkiem. Tymczasem jest to tylko proste rozwiązanie odwiecznego "problemu polskiego" rysowane już na historycznych mapach po kilka razy.
 Od czasu rozbioru niepodległa Polska wadzi tak Berlinowi, jak Kremlowi, te państwa tradycyjnie już zagospodarowały między sobą nasz kawałek kontynentu. Obecnie Putin prawdopodobnie, w ramach nowej wizji euroazjatyckiej, zgodził się na oddanie polskiej "bliskiej zagranicy" pod niemiecki parasol rozpostarty jeszcze w czasach rysowania linii Curzona. Dlatego uciekanie pod niemieckie skrzydełka oznacza zgodę na Polskę kadłubową, skuteczne zlikwidowanie Polski jako niezależnego ośrodka w sercu Europy. 40-milionowy naród na przecięciu szlaków kontynentu straci podmiotowość polityczną.
 Zwrot ku Berlinowi nie zmieni bowiem zasadniczego XIX-wiecznego rozdania kart, wedle którego w tym miejscu świata niepodległa Polska to pomyłka; "bękart traktatu wersalskiego".
 Tłumaczenia, że oto oddając niepodległość i pozwalając sobie meblować w skarbie państwa, staniemy się członkiem silnej federacji, czymś na kształt stanu USA (bo taka jest potrzeba chwili), jest tak samo prawdziwe jak bajki o żelaznym wilku.
 Amerykański stan czy kanadyjska prowincja są w wielu sprawach bardziej samodzielne niż obecne państwa UE. Bogiem a prawdą, takie Ontario ma w ramach konfederacji więcej swobody niż Warszawa w Unii.  Ontario samodzielnie kształtuje pokaźny budżet, politykę socjalną, oświatową, służbę zdrowia, ba, nawet przepisy prawa drogowego są tu inne niż w Quebecu czy Manitobie. W USA prawo do noszenia broni jest gwarancją, jaką mają stany, by zrównoważyć siłę federacji  i jej armii - stany miały mieć możliwość powoływania pod broń pospolitego ruszenia.
 Trudno też wykazać, by w takich USA czy u nas w Kanadzie dany stan czy prowincja dążyły do dominacji nad innymi.
 Polska w ramach nowej UE mieć będzie mniej swobody, niż gdyby w 1939 weszła w sojusz z Hitlerem, zamiast odmawiać mu tak "niewielkiej" bzdurnej przysługi jak eksterytorialny autobahn do Królewca. Wtedy jednak Polacy wiedzieli, co oznacza hegemonia niemiecka w tej części kontynentu.
 Można zasadnie twierdzić, że Polska nie ma innego wyjścia, jak skonsumować wymuszoną rozsądkiem miłość do Berlina. Dlaczego nie ma innego wyjścia? Ponieważ Polacy są, jacy są; polska elita jest, jaka jest, i innej nie będzie. A z tymi Polakami "można co najwyżej kury szczać prowadzać". 
 Zwykli ludzie nie mają ochoty na Polskę, bo na dobrą sprawę nie wiedzą, czym ona mogłaby być i w jaki sposób mogliby na niej skorzystać - zadowalają się w miarę przyzwoitym poziomem życia. 
 Polskie tzw. elity zostały zaś kupione i nie zamierzają sprawiać kłopotów. Zresztą nie wiedzą nawet, jak to się robi. Gdzie niby miały się nauczyć niezależnej polityki?
 Polacy nie chcą mieć Polski. Od czasów, kiedy mieliśmy państwo zdolne uprawiać samodzielnie pragmatyczną politykę, uzbrojone i zasobne, minęła w końcu kopa lat.
 Oczywiście, nie można wykluczyć, że niepodległa Polska mogłaby iść pod rękę choćby z Berlinem. Tylko najpierw na taką Polską trzeba mieć chęć i trzeba ją zbudować. Trzeba mieć atuty, a nie chodzić po prośbie.
 Tak czy owak, dobrze byłoby, abyśmy dzisiaj nie bali się "domyśliwać" tych spraw do końca. A nuż może kiedyś jeszcze się nam uda...
 Andrzej Kumor
Mississauga

GONIEC, NR 48/2011

"Zdradek" prowadzi ku przeznaczeniu
 Ale się narobiło! Ledwo tylko "generał Gromosław Cz." wpłacił milion złotych tytułem kaucji, która zabezpieczy śledztwo przed "mataczeniem" z jego strony, a już opinia publiczna przeżywa następne wstrząsy; jeden za przyczyną Jarosława Kaczyńskiego, a drugi - za sprawą bufonowatego ministra spraw zagranicznych Radka Sikorskiego, którego odtąd coraz częściej różni ludzie nazywają "Zdradkiem". Ale incipiam. Przed kilkoma dniami, ni z tego, ni z owego prezes PiS Jarosław Kaczyński oświadczył, że jego partia będzie starała się przywrócić w Polsce karę śmierci. "Starać się" nikomu nie można zabronić, chociaż warto zwrócić uwagę, że kiedy Jarosław Kaczyński był premierem rządu dysponującego w Sejmie większością wystarczającą do znowelizowania w pożądanym kierunku kodeksu karnego, to wcale "nie starał się" przywrócić kary śmierci. Teraz, kiedy PiS, nawet przed odłączeniem się od niego "ziobrystów", taką większością nie dysponuje, prezes Kaczyński postanowił się "starać". Ponieważ niegrzecznie byłoby przypuszczać, że nie wie on tego, co wszyscy wiemy, podobnie jak niegrzecznie byłoby przypuszczać, że nie zdaje sobie sprawy z prawno-międzynarodowych konsekwencji ratyfikowania przez Polskę rozmaitych umów międzynarodowych - z Traktatem lizbońskim na czele - to o co mu chodzi naprawdę?
 Pewne światło na tę przyczynę nagłej zapowiedzi "starań" o przywrócenie kary śmierci rzucił Marek Jurek, który podobno rozpoczął "rozmowy" ze Zbigniewem Ziobrą - to znaczy niekoniecznie ze Zbigniewem Ziobrą, co z "ziobrystami" - oczywiście w celu utworzenia "nowej, silnej formacji centroprawicowej". Otóż Marek Jurek daje do zrozumienia, że prawdziwym celem ogłoszenia przez Jarosława Kaczyńskiego podjęcia "starań" o przywrócenie kary śmierci jest pragnienie skonfundowania ojca Tadeusza Rydzyka, którego Jarosław Kaczyński swoim zwyczajem zaczął podejrzewać o sympatie do Zbigniewa Ziobry. Ujawnienie takich sympatii na antenie Radia Maryja poderwałoby autorytet prezesa Kaczyńskiego, więc na wszelki wypadek postanowił on przekazać pierwsze poważne ostrzeżenie, że w takiej sytuacji również i on potrafi postawić w kłopotliwej sytuacji pozostałe autorytety. Niezależnie od tego, czy Marek Jurek ma rację, warto przypomnieć, że kiedy Jarosław Kaczyński był premierem rządu, zaś jego nieżyjący brat - prezydentem państwa - próbował, jak to się mówi - "ciąć po skrzydłach", między innymi - po Radiu Maryja. Okazało się jednak, że to przedsięwzięcie przerasta polityczne możliwości PiS - i od tamtej pory mamy do czynienia z rodzajem rozejmu, w ramach którego zdarzają się zarówno przypływy, jak i odpływy sympatii. Wprawdzie Marek Jurek, jak każdy dysydent, ma niewątpliwy uraz do Jarosława Kaczyńskiego, niemniej jednak jego sugestia może być prawdziwa, bo prezes PiS, jako wirtuoz intrygi - co prawda zawsze, albo prawie zawsze potykający się na końcu o własne nogi - rzeczywiście może wszystkich swoich stronników postawić w niezwykle kłopotliwej sytuacji. Inna rzecz, że i oni są sobie winni, bo pozwolili narzucić sobie opinię, według której poza Jarosławem Kaczyńskim nie ma zbawienia. Że Jarosław Kaczyński tak uważa - to rzecz oczywista, bo niby cóż innego miałby uważać - ale że inni dorośli ludzie dają sobie taki osobliwy punkt widzenia narzucić - to już zagadka wskazująca na tajemniczość natury ludzkiej. W rezultacie Jarosław Kaczyński, wodząc wszystkich za nos, robi co chce - na przykład - głosuje za ratyfikacją Traktatu lizbońskiego - a jego stronnicy na wyścigi tłumaczą, że to, co Platforma Obywatelska robi z właściwej sobie zdrady i zaprzaństwa - on czyni z miłości ojczyzny i obrony interesu narodowego. Wywołuje to oczywiście mimowolny efekt komiczny, zwłaszcza gdy w takie sofizmaty zaczynają się wdawać ludzie skądinąd zacni i poczciwi, ale cóż począć? Kiedy człowiek zaczyna politykować, to jego sumienie także.
 No i rzeczywiście! Ledwo tylko prezes Kaczyński ogłosił rozpoczęcie wiadomych "starań", wybuchł niesamowity klangor. Helsińska Fundacja Praw Człowieka, na co dzień kolaborująca z wiedeńską centralą paneuropejskiego gestapo i pierwszorzędnymi fachowcami od walki ideologicznej w tubylczym Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, na zapowiedź przywrócenia kary śmierci zareagowała "oburzeniem", podobnie jak  środowisko "Gazety Wyborczej", a także - depozytariusze łacińskiej cywilizacji w rodzaju posła Ryszarda Kalisza. To jeszcze nie byłoby niczym osobliwym - ale do dyskusji włączyli się księża biskupi - w dodatku ujawniając istotną różnicę zdań w tej sprawie. O ile JE abp Józef Michalik przypomniał stanowisko zapisane w Katechizmie Kościoła katolickiego, to już Jego Eminencja Kazimierz kardynał Nycz twierdzi, że Kościół karze śmierci jest przeciwny. Dlaczego w takim razie karę śmierci w Katechizmie dopuścił? Widocznie J.Em. kardynał Nycz wie coś, czego nie tylko my, ale nawet autorzy Katechizmu nie wiedzieli. Skąd wie - tego oczywiście nie wiemy. O ile można zrozumieć, że tajemnica Trójcy Świętej przekracza możliwości umysłu ludzkiego, to taką różnicę zdań w sprawie stosunkowo prostej pojąć znacznie trudniej, chyba żeby zgodzić się z opinią JE bpa Tadeusza Pieronka, który uważa, że Kościół w ogóle nie powinien w takich sprawach zajmować stanowiska. JE bp Tadeusz Pieronek znany jest m.in. z upodobania do smacznego gotowania - i od razu widać, że wziął tak zwaną "lepszą cząstkę". Co tam kara śmierci czy inne tego rodzaju problemy, kiedy grunt, aby zdrowie było, no i oczywiście - żeby wypić i zakąsić! Skąd jednak Jarosław Kaczyński wiedział, że wpuszczając tego szczura, nie tylko wywoła  do tablicy Ekscelencje, ale w dodatku ujawni trochę kompromitującą różnicę zdań - oto pytanie. "Der alte Jude, der ist ein Mann!" - mawiał kanclerz Bismarck o premierze Beniaminie Disraelim. Inna rzecz, że skoro  lustracja została potępiona, to dlaczego Jarosław Kaczyński nie ma mieć swoich Tajnych Współpracowników - tym bardziej że pewnie zna treść "Aneksu" do Raportu o rozwiązaniu WSI? 
 Więc kiedyśmy tak się dobrotliwie przekomarzali nad karą śmierci, jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość o przemówieniu wygłoszonym w Berlinie przez ministra "Zdradka" Sikorskiego, który wezwał Niemcy do wzięcia odpowiedzialności za wygaszenie kryzysu finansowego, obiecując w nagrodę powszechną zgodę na "pogłębienie integracji", to znaczy - na IV Rzeszę. Czyżby wbrew zapewnieniom premiera Tuska, że jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej - stan finansów publicznych i widmo katastrofy wprawiły ministra Sikorskiego w takie przerażenie, że postanowił poszukać schronienia pod spódnicą Naszej Złotej Pani Anieli? Wszystko to być może, ale być może również i to, że ktoś cwany spróbował wykorzystać powszechnie znaną bufonowatość  ministra Sikorskiego, by w spektakularny sposób zakończyć jego karierę. Za taką możliwością przemawiałyby zarówno publikacje sondaży, według których minister Sikorski przewyższa popularnością wszystkich pozostałych zazdrosnych polityków, jak i okoliczność, że oto okazało się, iż minister Sikorski swojego berlińskiego wystąpienia z nikim chyba nie konsultował. Że nie konsultował z Sejmem - to rzecz pewna, podobnie jak z prezydentem. Włodzimierz Cimoszewicz wyraził nadzieję, że minister Sikorski konsultował się "jakoś" z premierem Tuskiem - ale jeśli premier Tusk nie zechce tego potwierdzić, to taka samowolka niewątpliwie kwalifikuje się pod Trybunał Stanu - co zresztą zapowiedział już Klub Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli nasze podejrzenia są prawdziwe, to byłaby to dodatkowa poszlaka, że przy pozorach nieprzejednanej wrogości  koordynacja poczynań między Jarosławem Kaczyńskim a kierownictwem Platformy Obywatelskiej może być ściślejsza, niż komukolwiek się wydaje. 
 Niezależnie od tego minister Sikorski rzeczywiście opowiedział się za formalną już likwidacją niepodległości Polski, stwierdzając, iż Unia Europejska powinna przekształcić się w federację, w której do kompetencji państw, a właściwie nie żadnych tam "państw", tylko co najwyżej - prowincji lub landów Rzeszy - powinny być zastrzeżone takie sprawy, jak tożsamość, religia, styl życia i moralność publiczna oraz częściowo - podatki - z czego wynika, że sprawy obronności, bezpieczeństwa wewnętrznego, wymiaru sprawiedliwości i polityki zagranicznej byłyby zastrzeżone do wyłącznej kompetencji Rzeszy. W tej sytuacji określenie "Zdradek", jakim ludziska opatrują ministra Sikorskiego, jest merytorycznie uzasadnione. Inna rzecz, że przynajmniej częściowo powiedział on to samo, o czym przed nim mówili inni. Żyją na przykład ludzie pamiętający, jak to o potrzebie utworzenia europejskich sił zbrojnych mówił Jarosław Kaczyński - ten sam, który dzisiaj chce postawić ministra Sikorskiego przed Trybunałem Stanu - no ale wiadomo, że on mówił to z miłości  ojczyzny, podczas gdy minister Sikorski - ze zdrady i zaprzaństwa. A w ogóle, to kierunek, wskazany w berlińskim przemówieniu ministra Sikorskiego, jest zawarty w Traktacie lizbońskim, za którym, jak wiadomo, głosowała zarówno Platforma Obywatelska, jak i - częściowo - Prawo i Sprawiedliwość. Tak czy owak, po berlińskim przemówieniu ministra Sikorskiego, scenariusz rozbiorowy wydaje się znacznie bliższy i wyraźniejszy.
 Ale znacznie większe emocje opinii publicznej wydaje się wzbudzać sytuacja w Polskim Związku Piłki Nożnej, gdzie właśnie zdymisjonowany został dotychczasowy sekretarz generalny Zdzisław Kręcina, zaś prezes Grzegorz Lato był przesłuchiwany przez sejmową komisję od fizkultury. Ciekawe, że niemal jednoczesna dymisja minister Julii Pitery z jej operetkowego stanowiska nie wzbudziła prawie niczyjego zainteresowania. Ponieważ poseł Jan Tomaszewski, który o PZPN coś tam przecież musi wiedzieć, jeszcze niedawno twierdził, że tam agent na agencie jeździ i agentem pogania, to po tej różnicy zainteresowania dymisją Zdzisława Kręciny i Julii Pitery można się zorientować, gdzie naprawdę jest punkt ciężkości władzy. Nie wiadomo tylko, czy kuracja przeczyszczająca w PZPN jest następstwem zwyczajnego nieporozumienia w klubie gangsterów, czy też stanowi fragment większej całości, obejmującej również sprawę "generała Gromosława Cz.".
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

Krzysztof Ligęza
Jak na ostrzu noża
Niejaki Karol Marks charakteryzował współczesne mu społeczeństwa, przypominając banał, iż ludzie co prawda tworzą swoją historię, ale nie dowolnie. To jest nie w wybranych przez siebie okolicznościach, a tylko w takich, jakie zastali. Parafrazując brodatego filozofa, można zasadnie przyjąć, że Polacy tworzą dziś swą historię, nie znając historii, którą tworzą. 
 Na przykład mało kto wie, że po wdrożeniu unijnych regulacji autorstwa miłościwie nam panującej Komisji Europejskiej, dotyczących procedur karnych wyciąganych wobec państw członkowskich za naruszenie unijnego prawa, już wkrótce budżet państwa tracić może nawet 170.000 euro miesięcznie. W najbliższym czasie przed unijnym sądem Polska odpowiadać będzie aż cztery razy. 
 Między innymi - uwaga, uwaga - za ociąganie się z wdrożeniem "dyrektywy w sprawie dopuszczalnego stężenia pyłków w powietrzu". 
 Cóż. Ludzie rozumni powiadają, że człowiek powinien żyć jedynie tak długo, jak długo żyje jego rozum. Dłużej nie warto. Mimo to ten i ów europejski urzędnik stale próbuje, co rusz wychodząc na bęcwała. 

 PĘTLA FINANSOWA 
 Bęcwałów nie brakuje również między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca. Jedna z najnowszych innowacji wypichconych przez nadwiślańskich urzędasów, wysyła policję i straż miejską do walki z emerytkami, orzekając pięć tysięcy złotych kary (oraz przepadek mienia) za handel bez zezwolenia owocami z własnego ogródka, zebranymi w lesie grzybami czy jagodami itp. Postęp atakuje nieubłaganie, można powiedzieć, zwłaszcza tych, którzy ledwie wiążą koniec z końcem. Wiadomo: bezkoncesyjna sprzedaż pietruszki przez babcię Genowefę radykalnie nadwątla stan finansów państwa, o zszarganych nerwach ministra Rostowskiego nie wspominając. 
 Tymczasem na polskich szyjach zaciska się pętla finansowa. Ogólna kwota niespłaconych zobowiązań wynosiła w sierpniu ponad 32 miliardy złotych i nieustannie rosła. Rekordzista miał blisko sto milionów zaległości, niemniej problem z terminowym uiszczaniem płatności dotyka już ponad dwa miliony Polaków. Przy czym nie chodzi tu o kredyty czy pożyczki zaciągane masowo w celach konsumpcyjnych. Nie, Polacy nie zaczęli masowo peregrynować po świecie ani korzystać z najbardziej zaawansowanych, więc najkosztowniejszych technologii. Chodzi o podstawowe rachunki: czynsz za mieszkanie, opłaty za energię elektryczną, gaz i telefon. Ot, Polacy biednieją na potęgę. 

 SPIRALA NIEPEWNOŚCI 
 Biednieją Polacy i biednieje Europa. Inwestorzy uciekają z Włoch, Hiszpanii czy Portugalii, a największe europejskie banki zaczynają wycofywać z tych krajów swoje depozyty. Co dodatkowo nakręca spiralę niepewności. Ba, kłopoty mają już nawet instytucje finansowe znad Loary, a nawet rząd Niemiec - ten ze sprzedażą wydawałoby się najmocniejszych na Starym Kontynencie obligacji. Natomiast perspektywy wyglądają nijako. O ile wywróci się francuski sektor bankowy i zadyszki dostanie niemiecka gospodarka, euro odejdzie do przeszłości. 
 Tymczasem nad Wisłą, mimo ceny za litr benzyny wahającej się około 5,5 zł, nie brakuje apologetów obranego przez premiera Tuska kursu państwowej łodzi, choć nawet krótkowidz zauważy - rzecz jasna musi to być krótkowidz odrobinę bardziej rozgarnięty niż trzewiki Moniki Olejnik - byle krótkowidz zauważy, powtarzam, że nurt rzeki przyspiesza, sternik w sztok pijany, wiosła połamane, a wodogrzmoty słychać coraz głośniej, więc ani chybi muszą być tuż za najbliższym zakrętem. 
 Ale co tam łódź, co tam sternik, co tam wodogrzmoty. Wystarczy ponownie podkręcić potencjometry propagandowych głośników, uskuteczniając moc przekazu zalewającego Polskę szerokim strumieniem na wszystkich poziomach percepcji (no i co z tego, że jednostronnym), wystarczy zagłuszyć rozlegające się tu i ówdzie głosy rozsądku, wreszcie wystarczy dopiąć schemat otumaniania człowiekowatych wykoncypowany w wiodących nadwiślańskich pralniach mózgów - i pozamiatane, mało komu przyjdzie do głowy myśl o zbliżającej się coraz szybciej narodowej tragedii. 
*** 
 Europa pląsa w rytm berlińskiego marsza, Niemcy usiłują po raz kolejny w historii narzucić pozostałym swoje racje, tymczasem Polacy prą przed siebie, wędrując w nieznaną przyszłość jak po ostrzu noża. Bez świadomości, kto i dlaczego nimi gra oraz jaką ruletkę uprawiają. Taki spacer nie może skończyć się dobrze. Jeszcze rok, jeszcze dwa, a wszystko, co Niemcy i Rosja nam czynią i co jeszcze w dającej się przewidzieć przyszłości zamierzają nam uczynić, zrobione zostanie. Jak zwykle, jak zwykle. 
 Zbigniew Herbert słusznie przestrzegał: gdy gnębiona jest podmiotowość 40-milionowego narodu, a naród ów nie zbuntuje się, to oznacza, że niegodny jest żyć wolnym i czekają go straszliwe konsekwencje. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: 
widnokregi@op.pl 

Edward Sołtys
 Szympansy lepsze od ekspertów
 Szympansy trafniej prognozują niż eksperci polityczni i ekonomiczni. A najgorzej przewidują przyszłość najbardziej znane autorytety - ci, którzy ciągle są na pierwszych stronach gazet i koczują w studiach telewizyjnych. Do takich wniosków doszedł Philip E. Tetlock, profesor University of California, Berkeley ("Expert Political Judgment: How Good is It? How Can We Know?", Princeton, 2005).
 Tetlock namówił 284 ekspertów politycznych i ekonomicznych do udziału w swoich badaniach. Dokładniej, byli to ludzie, którzy żyli z prognozowania ("commenting or offering advice on political and economic trends"). Przez dwadzieścia lat udało się profesorowi zanalizować 82.361 prognoz. Na przykład, pytał o to, czy Kanada się rozpadnie, czy apartheid w RPA zakończy się w sposób pokojowy itp. Prognozy dotyczyły dziedzin, na  których eksperci się znali, oraz obszarów znajdujących się poza ich specjalizacją. A do tego pytał o sposób formułowania prognoz przez poszczególnych ekspertów.
 Typowo, Tetlock dawał trzy możliwości przebiegu wydarzeń w przyszłości: 1. Nic się nie zmieni; 2. Będzie czegoś więcej (np. wzrost gospodarczy); 3. Będzie czegoś mniej (np. represji politycznych). Na przykład: "Czy dług publiczny w USA w latach 90.: 1. Pozostanie na dotychczasowym poziomie; 2. Wzrośnie; 3. Spadnie.
 Następnie, prognozy ekspertów porównywano z rzeczywistością, różnymi przewidywaniami opierającymi się na prostych metodach statystycznych, jak ekstrapolacja trendu oraz trafności prognoz dwóch gatunków osób nie będących ekspertami: a/ słabo poinformowanych, b/ dobrze poinformowanych. Okazało się, że osoby nie będące ekspertami nie ustępowały ekspertom w trafności prognoz. Najbardziej zadziwiająca była negatywna korelacja pomiędzy trafnością przewidywań a reputacją, sławą, pewnością siebie, a nawet w pewnym punkcie - głębokością wiedzy ekspertów. Im sławniejszy i pewniejszy siebie, tym częściej chybił.
 Szczególnie wyraziście wyszła różnica pomiędzy dwoma typami postaw czy nastawień. Pierwszy z nich to "jeże". Są to eksperci przejęci wielkimi ideami i uwielbiający wielkie teorie. "Znają jedną Wielką Ideę i znają ją dobrze". Przykładem może być marksizm. Ekspert przywiązany do tej tradycji myślenia wierzy w następowanie po sobie formacji społeczno-ekonomicznych i wierzy, że walka klasowa będzie się zaostrzała wraz z rozwojem kapitalizmu. Szuka wszelkich argumentów mających potwierdzać słuszność jego przekonań. Nie wycofuje się, nawet jeśli rzeczywistość ciągle przeczy słuszności jego rozumowania. Nic dziwnego, że "jeże" popełniają dużo błędów - szczególnie w prognozach długookresowych.
 "Jeże" są lubiani przez media, bo zwykle są charyzmatyczni, wykazują ogromną pewność siebie i wygłaszają efektowne prognozy, których właściwością jest skrajność. Niestety, nikt nie karze ich za brak skuteczności.
 "Lisy" są eklektyczne, ostrożne, nie mają wielkiego entuzjazmu do jakiejś jednej wybranej teorii, potrafią się przyznać w czasie dyskusji do błędów i luk w wiedzy. Dobrze się czują w świecie niepewności. Zaradzają jej, używając trybu warunkowego: "jeżeli", "chociaż", "o ile". Są raczej mało "medialni" i nudni. Nie są efektowni i żyją w cieniu "jeży". Nic to, że wykazują się znacznie większą od tamtych skutecznością.
 Inne podziały nie wykazały większych różnic. Na przykład oczekiwana różnica pomiędzy optymistami i pesymistami.  Optymiści dokonywali 10-letnich prognoz, w których mocno przesadzali co do szansy zajścia zmian pozytywnych w gospodarce i polityce. Na przykład przewidywali dynamiczny wzrost gospodarczy krajów subsaharyjskich. Przypisywali 65 proc. prawdopodobieństwa spełnienia się różowych scenariuszy, które zmaterializowały się jedynie w 15 proc. przypadków. Z kolei pesymiści dawali 70 proc. szans na czarne scenariusze, np. rozpad Indii czy Nigerii, które w rzeczywistości spełniły się w 12 proc. przypadków.
 No dobra, a gdzie tu miejsce na mądre szympansy? Pewnie, że są w tablicach przedstawiających wyniki badań. Tyle że nie idzie tu o prawdziwe małpy. "Chimps" to wprawdzie "szympansy", ale w sensie metaforycznym. Określenie to używane jest w żargonie jako skrót oznaczający model oparty na zupełnie przypadkowym wyborze. Jak szympansy rzucające lotkami do tarczy. Jeszcze inaczej, jeżeli ktoś będzie rzucał przez dłuższy okres monetą, gdzie za każdym razem jest szansa i na orła, i na reszkę, równa 50 proc., to nawet jeśli dwadzieścia razy trafi się mu na początku reszka (czyli 100 proc.), to przy milionie eksperymentów (doświadczeń losowych) rezultat będzie 50%:50%. A w przypadku badań Tetlocka, jest to wynik 33 proc. trafności każdej z trzech możliwych prognoz.
 Otóż, ogólnie eksperci prognozowali ze skutecznością ciut lepszą od szympansów, ale po rozdzieleniu wyników "ludzkich ekspertów" na "jeże" i "lisy" okazało się, że szympansy są lepsze od "jeży".
Edward Sołtys - Toronto

Choinka z lasu
Na najbliższe cztery weekendy poprzedzające święta Bożego Narodzenia nie może być lepszej propozycji wypadu za miasto, jak wycieczka do lasu po świąteczną choinkę. Wprawdzie przywiezione drzewko nie będzie tańsze od kupionego na miejskim placu, ale przyjemności wyboru właściwego drzewka, jego własnoręcznego ścięcia i przywiezienia do domu z zaśnieżonego lasu - nie da się przeliczyć na żadne pieniądze. Pamiętajmy też, że lansowana przez niektórych opinia, że nasza bożonarodzeniowa tradycja przyczynia się do niszczenia naturalnego środowiska, jest całkowicie fałszywa...
 Przyszło nam żyć w czasach i miejscu, kiedy elementy naszej chrześcijańskiej wiary są rugowane z życia publicznego w myśl poprawności politycznej. Kanada stworzona przez emigrantów przybyłych w większości ze Starego Świata, zbudowana na fundamentach wartości zdefiniowanych w Dekalogu, odwraca się teraz od nich, wyrzekając się  jedynej broni w walce o zachowanie własnej tożsamości i bezpiecznej dla wszystkich jej mieszkańców, przyszłości. Na naszych oczach rozgrywa się dramat wydzierania drogich nam symboli i zastępowaniu ich gadżetami. Proces ten jest powolny, ale trwa już dostatecznie długo, aby część  ludzi oswoiła się z dziwolągiem typu Season's Greetings zastępującym Merry Christmas - podobno obrażającym uczucia religijne innych obywateli Kanady. Nasze drogie nam sercu święto próbuje sprowadzić się do święta kupowania, śmiesznego bałwanka lub w ostateczności do ubranego w czerwone wdzianko Mikołaja, któremu towarzyszy pani Mikołajowa...
 Dlatego brońmy naszej tradycji, wszędzie gdzie się da. Taką świetną okazją i jednocześnie sprawdzianem będą nadchodzące święta: udekorujmy setkami lampek nasz dom (nowoczesne lampki typu LED są niezwykle energooszczędne - zużywają o 96 procent mniej prądu niż stare żarowe, które wynalazł jeszcze Edison), przykryjmy białym obrusem wigilijny stół, pobłogosławmy znajdujące się na nim potrawy, a w oknie postawmy odświętnie ubraną prawdziwą choinkę. Bowiem tylko takie zielone drzewko przydaje bożonarodzeniowym celebracjom autentyzmu i waloru niepowtarzalności. 
 Nie dajmy się zahukać pseudoobrońcom naturalnego środowiska - wycinając choinkę lub kupując ją na miejskim placu, nie niszczymy lasów. Wszystkie drzewka pochodzą ze specjalnie założonych plantacji, gdzie choinka rośnie dziesięć lat i dopiero po tym czasie jest wskazana do wycinki. Na jej miejsce sadzi się nowe. Plantacje zakładane są na nieużytkach, w pobliżu wielkich miast - w ten sposób powstają dodatkowe zielone tereny. Po "zimowych żniwach" nadal na farmach rośnie 90 procent drzewek, wytwarzając tlen i wyłapując z powietrza zanieczyszczenia. Każda plantacja to ekologiczny filtr wychwytujący z ziemskiej atmosfery 13 ton pyłów na każdy akr uprawy. Założony przez człowieka las daje schronienie dzikiemu ptactwu i pracę dla mieszkańców okolic, gdzie zwykle o takową jest trudno. Drzewko po świętach może być poddane przeróbce na próchnicę, wiórki lub spalone w kominku - więc jest nadal pożyteczne i niezagrażające naturalnemu środowisku - inaczej niż sztuczne, zrobione z trudno rozkładającego się, trującego igelitu. Coraz więcej ludzi przekonuje się do wyższości świąt z prawdziwą choinką - corocznie Kanadyjczycy kupują ponad trzy miliony naturalnych świątecznych drzewek. 
 Właściciele choinkowych farm dbają o to, aby wyprawa po świąteczne drzewko stała się atrakcyjna dla wszystkich członków rodzinnej wycieczki. I tak, na leśnych plantacjach można spotkać prawdziwego Mikołaja, na miejsce wycinki w głąb lasu podwiezie nas konny zaprzęg, zziębnięte dłonie możemy rozgrzać przy ognisku, racząc się tam również - zwykle bezpłatnie serwowanym - gorącym jabłecznikiem (cider) lub gorącą czekoladą. Na niektórych farmach w dawnych stodołach urządzone są sklepy oferujące ozdoby choinkowe i pamiątki nadające się na prezenty oraz bożonarodzeniowe kulinarne specjały. Stodoły są ogrzewane i można tam zamówić również gorące kiełbaski, aby pożywić siebie i swą wygłodzoną rodzinę. Teraz, na początku grudnia, nie wszędzie jest jeszcze śnieg, co ułatwi nam poruszanie się pieszo po plantacji. Jednak zimowa sceneria jest bardziej nastrojowa; w takim wypadku odłóżmy nasz wypad do lasu o dwa tygodnie - śnieg na pewno wówczas się pojawi, szczególnie w okolicy Barrie. 
 Nie martwmy się też zbytnio o to, jak dowieziemy naszą choinkę do domu. Większość farm specjalizujących się w uprawie drzew iglastych posiada urządzenia do otrząsywania i wkładania (balowania) drzewek do siatek -  łatwiej je wtedy włożyć tak opakowane na dach samochodu i bez narażania na połamanie gałązek przez pęd wiatru, bezpiecznie dowieźć do celu. 
 Na ontaryjskich plantacjach rosną przeważnie następujące odmiany choinek: 
 BLUE SPRUCE - świerk kłujący, jest bardzo ładną choinką i często uświetnia celebrację bożonarodzeniowych świąt. Ma kształt piramidy, jego igły mają ponad 2 centymetry długości i nie są płaskie jak u innych choinek, lecz czworokątne z bardzo ostrym szpicem - stąd łacińska nazwa drzewa picea pungens - świerk kłujący. Świerk ten jest zwykle matowoniebieski, czasami srebrny z białawymi odcieniami. Złamanie igły uwalnia intensywny żywiczny zapach. 
 SCOTCH PINE - szkocka sosna, bardzo popularna odmiana znana również w Europie, najczęściej uprawiana na plantacjach w Ameryce Północnej. Drzewo ma niebieskozielone, długie igły. Od wielu lat szkocka sosna jest najchętniej kupowaną choinką w Kanadzie.
 WHITE PINE -  biała sosna, cechują ją gałęzie pokryte delikatnymi igłami wyjątkowej długości (do 10 cm) oraz intensywny zapach, który drzewko wydziela.
 WHITE SPRUCE - biały świerk, drzewko z prawdziwym kanadyjskim rodowodem. Jego ładnie wyglądające, delikatne niebieskozielone igły i szczególna trwałość (nie gubi igieł tak szybko jak inne rodzaje świerków) przysporzyły mu wielu zwolenników.
 BALSAM FIR - jodła balsamiczna,  ojczyzną tego drzewka są  wschodnie prowincje Kanady oraz kilka północno-wschodnich stanów w USA, zwanych Nową Anglią. Jodła ma 2-centymetrowe ciemnozielone igły i wydziela mocny,  żywiczny zapach.
 DOUGLAS FIR - jedlica Douglasa,  drzewko stworzone przez szkockiego botanika Davida Douglasa w 1820 roku. Bardzo trwałe, dlatego szeroko rozpowszechnione. Choinka ma 2,5-centymetrowe, niebieskozielone igły. Oprócz jedlicy Douglasa na ontaryjskich plantacjach możemy spotkać podobną do niej jodłę Fraseri (Fraser Fir).
***
 Pierwsze godziny po ścięciu choinki w decydującym stopniu wpływają na jej trwałość. Nasze umiejętne postępowanie przedłuży żywotność drzewka nawet kilkakrotnie. 
 Oto kilka podstawowych zasad:
 1. Umiejętnie zetnijmy drzewko. Gdy ścinamy choinkę, poprośmy kogoś, aby stanął po przeciwnej stronie i przyciągał drzewko do siebie. Choinka nie runie wtedy na ziemię, łamiąc gałązki, a jej pień nie ulegnie rozszczepieniu. Taka pomoc bardzo ułatwia ścięcie drzewka, bo nasza piła nie zakleszczy się w trakcie pracy.
 2. Udrożnijmy system pobierania wody. Po przywiezieniu choinki do domu odetnijmy kilkucentymetrowy kawałek pnia, ponieważ żywica wydzielająca się z przecięcia zasycha bardzo prędko, tworząc czop  niepozwalający ciągnąć przez pień życiodajną wodę.
 3. Kontrolujmy poziom wody w zbiorniku. Natychmiast po przycięciu pnia w domu wstawmy choinkę do wiadra z wodą lub do stojaka ze zbiornikiem. Woda powinna być ciepła. Często sprawdzajmy poziom wody - jeśli spadnie poniżej połowy pojemności zbiornika - pień może się znowu zaczopować zasychającą żywicą.
 4. Wybierzmy odpowiednią odmianę choinki. Pamiętajmy w trakcie wyboru drzewka na leśnej plantacji, że najszybciej igły zacznie gubić świerk, bardziej trwała jest sosna, a najdłużej zielona i iglasta pozostanie jodła dwóch odmian: Balsam i  Fraser Fir. 
***
 W najbliższej okolicy Toronto leśnych farm jest kilkadziesiąt. Pełen wykaz farm zajmujących się produkcją choinek  w Ontario znajduje się w Internecie pod adresem www.christmastrees.on.ca, dlatego nie podaję dzisiaj adresu żadnej. Przed świętami jednak postaram się przybliżyć Czytelnikom "Gońca" niektóre z nich.
Jerzy Rosa
Mississauga 

Doprawianie tępej gęby
Ostatnich gryzą psy - mówiły kiedyś słowa tandetnej piosenki. Tak już jest, że na pochyłe drzewo każda koza skacze; przeszłe klęski nie sprzyjają dzisiejszym sukcesom.
 Jest to szczególnie prawdziwe jeśli popatrzymy na "prasę", jaką miała Polska i Polacy w przeszłości. Dzisiaj, kiedy od czasu do czasu denerwujemy się z powodu nieśmiertelnej wańki-wstańki - "polskich obozów koncentracyjnych" i amerykańskich Polish jokes - warto pomyśleć, skąd się to wzięło. 
 Najbardziej gotowi są człowieka obrabiać znajomi i sąsiedzi. Tak było w naszym polskim przypadku. Jak zauważył Stanisław Michalkiewicz, Polska miała złą prasę jeszcze w Oświeceniu, kiedy to światli despoci w rodzaju carycy Katarzyny czy cesarza Fryderyka suto zaopatrywali różnych "encyklopedystów" - tych co to brylowali wśród elit europejskich wolnomyślicieli. Ci zaś odwzajemniali się karmiącej ręce (niestety obyczaj płacenia za poglądy nie jest nowy), dostarczając m.in. antypolskiej publicystyki. Dzięki temu nasze sąsiednie satrapie mogły z podniesionym czołem zorganizować rozbój, jakim były rozbiory. Encyklopedyści pomogli to "zracjonalizować". Tak powstała opinia o Polakach jako narodzie niezdolnym do rządzenia się, nienawykłym do racjonalnego myślenia, histerycznym i niedojrzałym. To po dziś dzień pokutuje w postaci głupiego narwańca lub pijaka, który postaw się a zastaw, zrobi każdą głupotę za pochlebstwo, czy też o przysłowiowym niemieckim "Polnische Wirtschaft".
 To, jak głęboko osadzona jest doprawiona Polsce i Polakom gęba, najlepiej ilustruje praca urodzonego w  Cleveland profesora Mieczysława B.B. Biskupskiego o wizerunku Polaka i Polski w filmach produkowanych przez Hollywood w latach 1939-1945; książka,  której nakład wydany przez University Press of Kentucky rozszedł się dość szybko, a polska wersja ze wstępem wspomnianego S. Michalkiewicza, zatytułowana "Wojna Hollywoodu z Polską" wywołała wiele kontrowersji.
 Kilkanaście dni temu prof. Biskupski gościł w Toronto z wykładem właśnie o tej książce. Szkoda, że w kameralnym i elitarnym miejscu, bo profesor Biskupski mógłby zapełnić o wiele większą salę - temat jest nośny i ciekawy. Dotyczy wszak wielkiej części amerykańskiej Polonii i nas tutaj. 
 Biskupski obejrzał i przeanalizował tysiące filmów, jakie w okresie wojennym wyprodukował Hollywood. Sam ich opis jest porażający.
 Rola Polaków jest przeinaczona - zupełnie jakby Polska nie była sojusznikiem Ameryki. Filmów o okupowanej Francji jest kilkanaście, o okupowanej Norwegii z osiem, Czechosłowacji - 6, zaś o polskiej okupacji, wszak niesamowicie dramatycznej, "spektakularnej", a przez to "filmowej" - 3, z czego jeden to komedia (sic!), której akcję umieszczono w zajętej przez Niemców Warszawie. Polacy, o ile nie są w tych obrazach kompletnymi idiotami, to przedstawiani są jako zdrajcy lub ludzie niezdolni do opanowania niskich emocji; których trzeba przywoływać do porządku praniem po pysku. 
 Historia wygląda mnie więcej tak, że polski rząd przedwojenny to dyscyplinowana przez Brytyjczyków banda zdemoralizowanych arystokratów i sympatyków Hitlera. Polskie kobiety są, zazwyczaj kochankami Niemców lub paniami lekkich obyczajów. 
 Monte Cassino zdobyli Amerykanie (jakżeby inaczej), wieszając na gruzach klasztoru amerykańską flagę; jedyny Polak występujący w tym filmie ma atak strachu i (znów) trzeba go prać po pysku, by oprzytomniał. Zadziwiająco często - podkreśla prof. Biskupski - Polaków, jak niegdyś murzyńskich niewolników, trzeba bić po twarzy. W ani jednym z nakręconych filmów Hollywoodu z tych lat Polak nie jest pozytywnym bohaterem. Co  jest o tyle ciekawe, że w pozytywnym świetle bywają przedstawiani Włosi - było nie było, żołnierze państwa Osi. Zestawienie postaci filmowych przygnębia. Polacy należą do jedynej grupy etnicznej z wyodrębnianych w filmach, pokazywanej za każdym razem w negatywnym świetle.
 DLACZEGO?
 Prof. Biskupski daje trzy odpowiedzi - 1. polityka zagraniczna USA, unikała drażnienia Sowietów; do tego stopnia, że projekty scenariuszy filmowych konsultowane były z ich ambasadą.Wielu autorów scenariuszy było członkami partii komunistycznej i działało z polecenia Moskwy lub też sympatyzowało z linią sowieckiej propagandy; 
 2. Żydzi z Europy Wschodniej, z których wielu pracowało i tworzyło Hollywood (jak choćby Warner Brothers, czyli bracia: Hirsch, Aaron, Szmul i Jacob Wonskolaserowie, urodzeni na terenie Polski). Wiek XIX był czasem, z jednej strony, kształtowania ruchów narodowych, z drugiej, syjonizmu i ludzie ci mieli wyniesione ze sztetli jak najgorsze zdanie o Polakach. Nie było to działanie centralnie zaplanowane, ale wynikało raczej z osobistych animozji. Podobnie jak dzisiaj niechęć do Polaków często jest kreowana przez emigrantów fali antysemickiej, partyjnej czystki roku 68.
 Trzecia przyczyna, to słaba pozycja samej Polonii amerykańskiej. Zdaniem profesora Biskupskiego, nasza grupa etniczna, w przeciwieństwie do żydowskiej, wolno przedzierała się na pozycje klasy średniej - w większości z terenu Polski emigrowali do USA niewykształceni chłopi. Była to również inna Polonia, niż ta sprzed pierwszej wojny światowej. Jako przykład autor "Wojny Hollywoodu z Polską" podaje smutny fakt, że w czasach I wojny zgłosiło się na ochotnika do armii polskiej kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi - a w czasach II wojny było to tylko ok. 600 osób.
 Przyprawianie nam tępej gęby nie jest więc kwestią minionych kilku lat - lecz dziesięcioleci, dziesięcioleci nieobecności normalnej Polski na mapie - raz z powodu rozbiorów, dwa z powodu okupacji sowieckiej i marionetkowego "socjalistycznego" państwa polskiego.
 Ta gęba nie pomaga nam w życiu, ale jak wszystkie przeciwności powinna konsolidować. Nie zrobimy tego za jednym zamachem, ale stopniowo. Ona odpadnie jak strup z powodu przykładu każdego z nas. Powoli widać, że czy się to komuś podoba, czy nie, wychodzimy z tego  z dołka.
 Andrzej Kumor
Mississauga 
 
 

GONIEC, NR 47/2011

Afera "generała Gromosława C."
Już choćby po rezonansie, jaki wzbudziło nie tylko w mediach głównego nurtu, ale i w opinii publicznej zatrzymanie generała Gromosława Czempińskiego, zwanego odtąd "generałem Gromosławem C.", pod zarzutem malwersacji finansowych, a konkretnie - korupcji przy prywatyzacji LOT-u i STOEN-u - można się domyślić prawdziwej jego pozycji na scenie politycznej naszego nieszczęśliwego kraju. Podobny rezonans mogłoby wywołać tylko  aresztowanie prezydenta - bo aresztowania ministra mało kto w ogóle by zauważył. Tymczasem zatrzymanie "generała Gromosława C." na polecenie katowickiej prokuratury nie tylko zostało przez wszystkich zauważone, ale stało się też przedmiotem komentarzy, których wnioski wykraczają daleko poza kryminalny wątek sprawy. Ale incipiam.
 Generał Gromosław Czempiński, zanim jeszcze został "generałem Gromosławem C.", trafił do SB, tzn. Departamentu I MSW zaraz po studiach, więc nie można wykluczyć, że bliskie spotkania III stopnia z resortem miewał już wcześniej, zgodnie z perskim przysłowiem, że "dobry kogut w jajku pieje". Czego tam nie dokazywał, czego tam nie robił - tego nie spisałby nawet na wołowej skórze - między innymi jedną z tych zasług było pozyskanie do współpracy ze sławnym "wywiadem gospodarczym" pana dra Andrzeja Olechowskiego. Ale mniejsza z tym, bo prawdziwa kariera "generała Gromosława C." rozpoczyna się z początkiem sławnej transformacji ustrojowej. Został on - jak wszyscy funkcjonariusze SB - poddany weryfikacji, którą przeszedł w podskokach, i zaraz potem przeprowadził udaną ewakuację amerykańskich zakładników z Iraku, czym zaskarbił sobie zaufanie i wdzięczność Amerykanów. W rezultacie, po udanym obaleniu rządu premiera Olszewskiego i wrześniowej klęsce ugrupowań solidarnościowych w roku 1993, został szefem Urzędu Ochrony Państwa, którym kierował aż do roku 1996, kiedy to, po aferze Oleksego, oskarżonego o szpiegostwo na rzecz Rosji, prezydent Kwaśniewski mianował na to stanowisko Andrzeja Kapkowskiego. Nawiasem mówiąc, od dnia, kiedy Józef Oleksy został oskarżony o szpiegostwo, mija 16. rok i nikt nie został z tego tytułu pociągnięty do odpowiedzialności - co utwierdza mnie w przekonaniu, że fundamentalna zasada konstytuująca III Rzeczpospolitą: "my nie ruszamy waszych - wy nie ruszacie naszych", cały czas jest przestrzegana, przynajmniej do tej pory. Warto przypomnieć, że na początku 1996 roku tygodnik "Wprost" opublikował artykuł informujący o wielkich sumach w obcych walutach, jakie PZPR przez co najmniej 18 lat transferowała do szwajcarskich banków, przejmując je wcześniej od przedsiębiorstwa eksportu wewnętrznego PEWEX, specjalnie w tym celu założonego. Ujawnienie tych rewelacji wprawiło prezydenta Kwaśniewskiego w stan niezwykłego zdenerwowania, w którym oświadczył on, że jeśli  ktokolwiek piśnie na ten temat choćby słowo, to on zarządzi "lustrację totalną". Następnego dnia po tym ostrzeżeniu Jacek Kuroń i Karol Modzelewski napisali do prezydenta Kwaśniewskiego pojednawczy list i wszystko ucichło jak ucięte nożem. 
 Zanim jeszcze do tego doszło, w roku 1983, na przepustkę z więzienia wyjechał był do Szwajcarii pochodzący z porządnej, ubeckiej rodziny Piotr Filipczyński, wcześniej skazany na 25 lat więzienia za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem. Przybywszy do Szwajcarii, został tam bankierem oraz - jak wieść gminna głosi - "kasjerem lewicy" pod nazwiskiem Petera Vogla. Musiał  sprawować się wzorowo, bo czyż w przeciwnym razie zostałby przez prezydenta Kwaśniewskiego w ostatnim dniu jego urzędowania ułaskawiony? A właśnie został - i w przekonaniu, że jest już bezpiecznie, przyjeżdżał sobie do Polski jak gdyby nigdy nic.
 Tymczasem w naszym nieszczęśliwym kraju zachodziły wielkie przemiany; koalicja SLD-PSL została w roku 1997 zastąpiona koalicją AWS-UW, która sformowała rząd pod przewodnictwem charyzmatycznego premiera Buzka, "bez swojej wiedzy i zgody" zarejestrowanego przez SB w charakterze tajnego współpracownika pod dwoma pseudonimami: "Karol" i "Docent". W czerwcu 2000 roku UW wyszła z koalicji, ale rząd premiera Buzka nadal sobie rządził, aż w roku 2001 został ponownie zastąpiony przez koalicję SLD-PSL.    Jednak na skutek nieporozumień w klubie gangsterów, których wyrazem, a nawet - rodzajem wierzchołka góry lodowej, była wizyta Lwa Rywina u pana red. Adama Michnika, "grupa trzymająca władzę" zaczęła się rozpadać, wytwarzając coraz większą polityczną próżnię. Doszło w końcu do tego, że powstał rząd prof. Marka Belki, szczęśliwego posiadacza aż dwóch pseudonimów operacyjnych, do którego nie przyznawało się żadne ugrupowanie parlamentarne, a który mimo to rządził sobie "mądrze i wesoło" jak gdyby nigdy nic, aż do roku 2005. 
 Ale nie tylko zmieniały się rządy. Zmieniała się również scena polityczna, na której pojawiła się Platfoma Obywatelska, najpierw kierowana aż przez "trzech tenorów": dra Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego i Donalda Tuska, a potem już tylko przez Donalda Tuska. Po latach "generał Gromosław C." ujawni, że to właśnie on był Ojcem Założycielem tej partii i nawet zwierzał się, ile to rozmów i bliskich spotkań III stopnia musiał odbyć, by Platforma Obywatelska wreszcie zaistniała. Wkrótce potem na scenie politycznej, z inicjatywy Jarosława Kaczyńskiego, pojawiło się Prawo i Sprawiedliwość, którego najtwardszym jądrem było dawne najtwardsze jądro Porozumienia Centrum. I PiS wykorzystało próżnię polityczną powstałą na skutek rozpadu grupy trzymającej władzę i po wyborach w 2005 roku utworzyło mniejszościowy rząd. Wprawdzie początkowo prowadzone było rozmowy  z PO o utworzeniu wielkiej koalicji, ale nie doprowadziły do porozumienia - formalnie na tle sporów o to, kto ma kontrolować tajne służby. Spory te przekształciły się w nieprzejednaną wrogość okazywaną PiS-owi również przez pozostające pod kontrolą tajnych służb media głównego nurtu oraz Salon z jego centralnym organem prasowym, czyli "Gazetą Wyborczą". Jak się okazało, nie wszyscy członkowie rządu utworzonego przez PiS byli wobec premiera Jarosława Kaczyńskiego lojalni; prawdę mówiąc, lojalnych było tam niewielu, w następstwie czego przed niezawisłymi sądami trwają obecnie procesy prezesa PiS z co najmniej dwoma jego dawnymi ministrami: Januszem Kaczmarkiem i Romanem Giertychem. W następstwie tych nielojalności, które były według wszelkiego prawdopodobieństwa wzajemne, w roku 2007 premier Kaczyński złożył dymisję swego rządu, a wybory wygrała Platforma Obywatelska, tworząc z PSL koalicyjny rząd pod prezesurą Donalda Tuska.
 Wprawdzie Donald Tusk doskonale zdawał sobie sprawę, że swoje zwycięstwo wyborcze zawdzięcza protekcji Sił Wyższych, które oddały do dyspozycji PO wszystkie swoje aktywa w postaci wsparcia agentury, również w mediach głównego nurtu i Salonie, ale właśnie dlatego zapragnął trochę przynajmniej się spod tej kurateli wyemancypować. Dlatego wiosną 2008 roku znajdujący się akurat w Polsce Peter Vogel został umieszczony w areszcie wydobywczym pod śmiesznym zarzutem prania brudnych pieniędzy. Najwyraźniej premier Tusk wiele sobie po Voglu obiecywał, bo minister Ćwiąkalski i wicepremier Schetyna dawali swoim nadziejom, a nawet marzeniom publiczny wyraz. Trzymany w areszcie wydobywczym Vogel zaczął w końcu coś tam chlapać - między innymi o kradzieży, jakiej jakiś Turek dokonał ze szwajcarskiego konta bankowego "generała Gromosława C.", której generał ponoć nawet nie zauważył. Ujawnienie tej informacji przez dziennik "Dziennik" stało się detonatorem "afery hazardowej", w następstwie której premier Tusk nie tylko musiał wyrzucić z rządu ministra Ćwiąkalskiego i wicepremiera Schetynę, ale również - zrezygnować z kandydowania w wyborach prezydenckich - czego, jak wszyscy wiemy, bardzo pragnął. A kiedy afera hazardowa  przycichła na tyle, że okazało się, iż w ogóle jej "nie było", 10 kwietnia 2010 roku doszło do katastrofy smoleńskiej, w której zginął nie tylko prezydent Kaczyński, ale również dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych i prezes Narodowego Banku Polskiego. W rezultacie prezydentem został Bronisław Komorowski, a prezesem NBP - prof. Marek Belka. Zaraz po katastrofie smoleńskiej wywodzący się z SB, do której wstąpił, by spełniać dobre uczynki, generał Sławomir Petelicki, w liście otwartym do premiera Tuska zażądał zdymisjonowania ministra obrony Klicha i kilku innych dygnitarzy wojskowych, podając jednocześnie własne propozycje personalne. Początkowo głuche milczenie było mu odpowiedzią, ale w rok później prawie wszystkie żądania generała Petelickiego zostały spełnione, a nasza niezwyciężona armia została poddana kuracji przeczyszczającej. Oznaczało to ni mniej, ni więcej, że SB bierze odwet na razwiedce wojskowej za upokorzenia związane z weryfikacją, no a poza tym, a właściwie przede wszystkim - proponuje nowy kompromis w sprawie kolejności rozdziobywania naszego nieszczęśliwego kraju. 
 I kiedy wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze, że kompromis został osiągnięty, czego dowodem było ogłoszenie składu i zaprzysiężenie  nowego-starego rządu premiera Tuska - jak grom z jasnego nieba gruchnęła wieść o zatrzymaniu "generała Gromosława C." pod wspomnianymi zarzutami. Wygląda na to, że razwiedka wojskowa, zdetonowana zagładą ścisłego kierownictwa w Smoleńsku, tylko się przyczaiła, stosując wypróbowaną przez generała Jaruzelskiego jeszcze  podczas solidarnościowego karnawału "linię porozumienia i walki" i obecnie przystąpiła do rozgramiania SB, wykorzystując w tym celu zeznania Petera Vogla, o których wszyscy chyba już zapomnieli. Okazuje się, że rację miał poeta Czesław Miłosz, ostrzegając, że "spisane będą czyny i rozmowy", a poza tym - ruskie przysłowie powiada, że co jest zapisane piórem, tego nie wyrąbiesz toporem. Dodatkowym impulsem, ośmielającym wojskową razwiedkę do takiej totalnej rozprawy z SB-kami,  może być okoliczność, iż "generał Gromosław C." był faworytem Amerykanów - tymczasem Nasza Złota Pani Aniela, która najwyraźniej postanowiła przyspieszyć nieubłagane procesy dziejowe prowadzące do utworzenia w Europie IV Rzeszy, zapaliła zielone światło dla prób eliminacji amerykańskich faworytów z tubylczej sceny politycznej - czemu sprzyja desinteressement wykazywane Europą przez obecną administrację prezydenta Obamy. 
 Zatrzymanie "generała Gromosława C." początkowo wyglądało szalenie groźnie, ale kiedy piszę te słowa, został on już wypuszczony za kaucją w wysokości  1 miliona złotych, którą, chwalić Boga, mógł bez najmniejszego trudu natychmiast zapłacić. Śledząc dalszą pracę zegara sprawiedliwości, będziemy mogli ocenić, czy konstytuująca III Rzeczpospolitą fundamentalna zasada: "my nie ruszamy waszych - wy nie ruszacie naszych" nadal obowiązuje i w jakim zakresie. Gdyby okazało się, że przestała być aktualna, mielibyśmy kolejną transformację ustrojową, to znaczy - IV Rzeczpospolitą i co ciekawe - bez najmniejszego udziału prezesa Jarosława Kaczyńskiego w tej  przemianie.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
 

Aleksander graf Pruszyński
Ost Front
Złota jesień 
 Co za czasy, już 22 listopada, a ciepło i słonecznie. W weekend moc warszawiaków chodziło po Starym Mieście i Trakcie Królewskim. Był tam jarmark produktów wiejskich, szereg plansz poświęconych Marszałkowie Piłsudskiemu oraz w Domu Polonii koncert muzyków z Wilna.
 Książka pani Lechowej
 Z wielką pompą i mocem plakatów rozklejonych po mieście odbyła się prezentacja grubej książki żony eksprezydenta Lecha Wałęsy, którą pisała z jednym dziennikarzem prawie dwa lata. W Klubie MPiK na Marszałkowskiej w Warszawie było supertłoczno i wydaje się, że książka będzie bestsellerem roku. Dostałem do recenzji egzemplarz od Wydawnictwa Literackiego i za tydzień przyślę. Niestety, jest tam kilka cierpkich uwag na temat małżonków Gwiazdów i boleję, bo pani Wałęsowa będzie miała jeszcze sporo przykrości, jak rozpowszechni się książka Andrzeja Rozpłochowskiego, z której jej mąż nie wychodzi dobrze.
 Po je... tygodnik 
 Smutno stwierdzić, że najstarszy polski endecki tygodnik pt. "Myśl Polska", jak powstał w Londynie w 1942 r. i przeniósł się do Warszawy w 1990 r., goni w piętkę. Popierają tam Łukaszenkę i jego wasali w Polonii białoruskiej, ale ostatnio jego redaktor - kiedyś był naczelnym "Słowa Powszechnego", które padło z jego winy - wydał książkę, gdzie gani Piłsudskiego za to, że nie poparł Denikina.
 Tak, nie poparł, bo ten wielki Rosjanin i jego otoczenie chciało wielkiej i niepodzielnej Rosji. Gdy przyjechał do nich wysłannik Naczelnika Państwa, gen. Karnicki, to oświadczyli mu, że nie uznają generała polskiego, a tylko pułkownika rosyjskiego. Rosja biała miałaby zawsze poparcie na Zachodzie, więc niewiele by można było od nich wytargować.
 Natomiast Lenin nie uznawał rozbiorów i słał pokojowe misje, na które Piłsudski się nie nabierał, bo mając złamany szyfr Armii Czerwonej, od lipca 1919 r. wiedział, że przygotowują natarcie już od grudnia 1919 roku, i uprzedził ich atak.
 Wspaniała książka 
 Będąc w Krakowie, miałem przyjemność wpaść na prezentację książki legendy śląskiej Solidarności - Andrzeja Rozpłochowskiego, który po więzieniu wyjechał z Polski w 1988 r. i dopiero teraz wrócił.
 Pisze on, jak komuna perfidnie zwalczała "S" i ile miała pomocników w szeregach "S", w tym pisze źle o K. Świtoniu, który potem miał bardzo ładną kartę walki o krzyż w Oświęcimiu, a najgorzej o Lechu Wałęsie, który był głównym hamulcowym "S". Zwłaszcza po wypadkach w Bydgoszczy, co pomogło komunie zniszczyć "S". Wspomina też, że lewacy robili, co mogli, by nie wypuścić z więzień członków kierownictwa KPN.
 W Toruniu i... u Rydzyka 
 Zasadniczo codziennie oglądam portal NASZEGO DZIENNIKA i tak dowiedziałem się, że będzie konferencja "Ekonomia i katolicy" w Szkole Medialnej ojca Rydzyka. Pojechałem więc na nią, gdzie spotkałem sporo ciekawych ludzi i choć poglądy, co powinni robić katolicy w ekonomii, były mgliste, to dowiedziałem się wiele o problemach Nigerii oraz... Indii. Miałem starcie z jednym z prelegentów, który zachwalał wysokie podatki, a właśnie niskie podatki były źródłem sukcesów Singapuru, Hongkongu i Korei Południowej.
 Była też okazja spotkania szeregu ludzi, w tym przedstawicieli SKOK-ów, i mu się dostało, że nie nawiązują kontaktów z uniami kredytowymi w USA i Kanadzie, bo to chyba skandal, że transfery pieniędzy z tych krajów nie idą przez polskie instytucje finansowe. Rozmawiałem też ze studentami. Podobnie jak ja mają podłe mniemanie o "Naszym Dzienniku", ale twierdzą, że poziom szkoły jest wysoki i nawet chętnie ich zatrudniają niekoniecznie katolickie media. Przy okazji dostałem kolekcję wierszy patriotycznych, których kilka prześlę do opublikowania w "Gońcu".
 Wizyta izraelskich małolatów 
 Odwiedziłem Nowotel w Warszawie, by skorzystać z ich Internetu, i tam spotkałem kilku młodych z Izraela. Okazuje się, że od marca do listopada prawie każdego tygodnia przyjeżdża tu z tysiąc młodych Izraelczyków z różnych szkół, co jest organizowane przez ich Ministerstwo Oświaty, ale w jakimś zakresie współpracuje z polskim odpowiednikiem. Małolaci są nafaszerowani antypolską propagandą i wbiło się im do głowy, że na nich czyhają polscy antysemici.
 Próbowałem im trochę antypolskiego jadu wyciągnąć z głowy, bo przecież dotąd od ponad 10 lat nigdy nie było przypadku, gdy jakiś Polak kogoś z nich zaatakował, a dla Polaków jest obraźliwe, że przyjeżdżają z nimi uzbrojeni w broń palną izraelscy... komandosi i jeszcze dobierają sobie do pomocy polskich ochroniarzy, też z bronią palną. Okazuje się jednak, że od kilku lat Czesi się postawili Izraelczykom i ci nie mają prawa wwozić z sobą broni. Młodzież widzi tylko praktycznie miejsca kaźni swych rodaków i prawie nie spotyka się z młodzieżą polską. Zadaniem tych wycieczek jest włożenie młodym w głowę, że trzeba być przygotowanym na obronę i że dlatego muszą iść na trzy lata do wojska.
 Pomnik prezydenta 
 21 listopada naprzeciw Ambasady USA odsłonięto piękny pomnika Ronalda Reagana. Na uroczystość przybyło wiele padłych politycznych słoni, jak eksprezydent Wałęsa i ekspremier Mazowiecki. Był też wicepremier Pawlak i "bufetowa", czyli prezydent miasta Warszawa, pani Gronkiewicz-Waltz.
 Po zakończeniu imprezy dorwałem się do imć Pawlaka z pytaniem, czemu nie bronił członków ochotniczych straży pożarnych i chłopów, gdy szkalowali ich imć Grossowie. Twierdził, że nie słyszał o tym, więc trzeba będzie strażakom i chłopom przypomnieć, jak ich wódz dba o ich image.
 Sprawiedliwość 
 Trzy miesiące temu mój kuzyn po 20 latach i sporych kosztach wygrał sprawę w Naczelnym Sądzie Administracyjnym i odzyskał bezprawnie rodzinie odebrany pałac i park pod Poznaniem. Okazuje się jednak, że potomkowie różnych Żydów bez wielkich ceregieli w rok odbierają to, co ponoć należało do ich krewnych. No, zawsze jest tak, że są równi i... równiejsi.
 Na co są pieniądze?
 Na wielkiej rotundzie na rogu Jerozolimskich i Marszałkowskiej jest pokazany obraz Matejki - Bitwa pod Grunwaldem - i apel o datki na jego odnowienie. Tymczasem miasto Warszawa i Ministerstwo Kultury dają nie tylko hojną ręką na Muzeum Żydów Polskich, ale na ośrodek lewaków mieszczący się w kawiarni Nowy Świat na tejże ulicy.
Aleksander graf Pruszyński - Mińsk
 

 Izabela Embalo
Bez kontraktu
Program mobilności i wymiany młodych obywateli różnych krajów świata staje się dość popularny wśród naszych rodaków. W tym roku wykorzystane są już prawie wszystkie wizy pracownicze. Spora rzesza Polaków  decyduje się przyjechać do Kanady do pracy na rok, a bonusem całego przedsięwzięcia jest to, że  nie muszą posiadać oferty pracy i kanadyjskiego kontraktu. Podobnie, wielu młodych Kanadyjczyków ma sposobność wyjechania do pracy do Polski i poznania naszego rodzinnego kraju.
 Choć program sam w sobie jest raczej możliwością zdobycia międzynarodowego doświadczenia, nauki języka, poznania kultury, dla niektórych staje się on szansą przyjechania - legalnego zatrudnienia i  znalezienia dalszej drogi imigracyjnej. Niektórym z naszych klientów udało się bowiem spotkać odpowiedniego pracodawcę, który chce zatrudnić młodych pracowników na stałe, co otwiera dalsze opcje pozostania w Kanadzie. Okazuje się bowiem, że Polacy są rzetelnymi i dobrymi pracownikami, nie boją się trudnej pracy i stawiają czoło wszelkim wyzwaniom. Młodzież dobrze wykształcona nie obawia się zakasać rękawów i pracować na budowie, jeśli jest taka potrzeba.
 Młodzi Polacy mają  dalej szanse pozostania na przykład w programie Canadian Experienced Class, Federal Skilled Workers lub korzystając z programów prowincyjnych. Niektórzy przez rok oszczędzają fundusze, by ponownie powrócić do Kanady na studia.
 Myślę, że z wielu programów stałej rezydencji, imigracja prowincyjna jest jedną z najlepszych opcji, jaką warto wziąć pod uwagę, ponieważ wnioski są załatwiane szybciej, kandydat nie musi zdawać trudnych językowych testów, otrzymuje także w większości przypadków na czas trwania procedury wizę pracowniczą. Oczywiście zależne jest to od samego kandydata i programu, a są one różne w każdej prowincji.
 Wielu polskich imigrantów niestety popełnia duży błąd, przybywając do Kanady i podejmując się pracy nielegalnej, kiedy można przed przylotem otrzymać wizę pracowniczą, tak jak pisałam, bez posiadania kontraktu pracy. Praca i pozostanie bez statusu może zamknąć niektóre możliwości pozostania, nie wspominając już o tym, że osobie pracującej lub pozostającej bez ważnej wizy grozi areszt i deportacja.
 Izabela Embalo
LICENCJONOWANY DORADCA 
IMIGRACYJNY
LICENCJA # R506496 
Prezes 
THE IMMIGRATION NETWORK CANADA
 OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ PROSIMY O KONTAKT Z NASZYM BIUREM: 416-515-2022, emigracja@live.ca.
 Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony internetowej: WWW.EMIGRACJAKANADA.NET. Przyjmujemy także wieczorami i w niektóre weekendy. Współpracujemy z kancelarią adwokacką John Walter Kozina Law Office.

Sposób na sukces
Od 34 miesięcy południowokoreańska KIA nieustannie zwiększa w Kanadzie sprzedaż swych aut. Gdy inni producenci samochodów mają problemy z utrzymaniem się na rynku, KIA wypuszcza kolejne nowe modele i modernizuje już produkowane. Od stycznia 2010 roku pojawiło się ich dziewięć... 
Ostatnim gruntownie zmodernizowanym pojazdem Koreańczyków jest hatchbackowe rio5. Niedługo, bo już w styczniu, do kompletu przybędzie sedanowa wersja i wtedy będzie to dziesiąty nowy samochód w katalogu, który powstał w ciągu dwóch lat. Takim wynikiem nie może pochwalić się żaden producent aut i dlatego KIA nie ma najmniejszych problemów ze sprzedażą swych wozów, i to w sytuacji, gdy inni producenci odnotowują straty i brak zainteresowania ich produktami. 
 Oczywiście, nie tylko gama nowych modeli, ale troska o klienta owocuje takimi wynikami. Tylko KIA i Hyundai oferują swym nabywcom 5-letnie gwarancje. Jak wiemy, są to firmy bardzo blisko ze sobą współpracujące - w praktyce,  akcje KII  są w rękach Hyundaia, który posiada ich ponad 40 procent. Zakłady powstały w 1944 roku i z początku zajmowały się wytwarzaniem rowerów. W 1961 roku zaczęto produkować tam motocykle, zaopatrując lokalny rynek, a wkrótce na ich bazie skonstruowano 3-kołowy pojazd dostawczy, popularny w Azji. Na początku lat 70. ubiegłego wieku KIA rozpoczęła produkcję własnych silników do samochodów, a następnie zabrano się za samochody, początkowo ciężarowe. W 1974 roku Koreańczycy stworzyli na bazie mazdy swe pierwsze osobowe auto kia brisa S100. Firma współpracowała z Fiatem, Fordem i francuskim Peugeotem, jednak w 1997 zbankrutowała. Dwa lata później została przejęta przez prężnie rozwijającego się Hyundaia i pod jego skrzydłami rozpoczął się dynamiczny rozwój firmy. Koncern sprzedaje teraz na całym świecie 1,5 miliona samochodów rocznie. W Kanadzie w ostatnim miesiącu KIA Motors sprzedała 5180 aut; rocznie w naszym kraju sprzedaje się prawie 60 tysięcy samochodów z owalnym emblematem na masce.
 Model rio jest bardzo ważny w ofercie Koreańczyków, podobnie jak optima w segmencie "family cars". Małe samochody znajdują teraz o wiele więcej nabywców niż jeszcze przed paru laty, bo ceny paliwa podskoczyły, a także utrzymanie większego pojazdu coraz częściej staje się niemożliwe z powodu wzrostu stawek przymusowego ubezpieczenia. Nie bez znaczenia są też ceny większych samochodów - zwykle zaczynają się one od 20 tysięcy dolarów. Kompaktowe pojazdy na tym progu się zatrzymują - luksusowo wyposażone najnowsze rio5 w wersji EX luxury kosztuje 20 295 dolarów. Podstawowa wersja jest o sześć tysięcy tańsza i kosztuje 14 095 dolarów.
 Pierwsza generacja rio5 pojawiła się w 2000 roku i bazowała na podwoziu forda festivy. W 2006 roku pojawiła się druga generacja auta - tym razem już korzystając z platformy hyundaia accenta. W 2011 roku została ona nieco zmodyfikowana - z zewnątrz rozpoznać ją można po charakterystycznej atrapie chłodnicy zwanej "tiger nose", w którą wyposażone są teraz wszystkie modele aut KIA. Nowy wyróżnik produktów Koreańczyków to wymysł Petera Schreyera, którego koncern zatrudnił na stanowisku głównego projektanta nadwozi. Schreyer to legenda wśród stylistów aut - zaprojektował wygląd audi TT, golfa IV generacji oraz od 2009 roku wszystkie modele pojazdów KII.
 Trzecia wersja hatchbacka rio5 to również jego pomysł. Bez trudu dopatrzyć się tu można podobieństw do VW golfa, który króluje w Europie. Nic w tym dziwnego, że projektant również starał się stworzyć wóz w europejskim stylu, bo Stary Kontynent to główny odbiorca pojazdów produkowanych przez KIA.
 Nowy model stworzony jest na bazie hyundaia accenta, dla którego skonstruowano jednak od nowa platformę podłogową - stąd rio5 jest   dłuższy, szerszy i niższy od swego poprzednika, a jego rozstaw osi został wydłużony o 70 mm, co znacznie zwiększa przestrzeń dostępną dla pasażerów i na bagaż (pojemność przedziału bagażowego - 425 litrów). 
 Pojazd wyposażony jest w 1,6-litrowy silnik z czterema cylindrami ustawionymi w jednej linii. Standardowo współpracuje on z 6-stopniową manualną skrzynią biegów, ale istnieje też możliwość wyposażenia wozu w 6-biegowy automat. Silnik produkuje 138 koni mechanicznych - w sektorze subkompaktów jest to rzadki wynik i spala w mieście 6,6 litra paliwa. Dzięki rozbudowanej skrzyni biegów i dużej mocy silnika, na trasie auto zużywa zaledwie 4,9 litra zwykłej benzyny. Ze skrzynią automatyczną wyniki są prawie identyczne (6,8 i 4,9 l/100 km). By zwiększyć oszczędność paliwa, samochód wyposażono w urządzenie ISG (Idle Stop and Go). Dostępne jest ono w wyposażeniowej wersji LX ECO kosztującej 17 695 dolarów. W klasie subcompact urządzenie to dotychczas nie występowało. Pozwala ono na automatyczne unieruchomienie silnika w sytuacji zatrzymania się na czerwonych światłach czy utknięciu w korkach ulicznych. Samochód samoczynnie włączy silnik, gdy kierowca zdejmie nogę z hamulca. Wersja samochodu z ISG ma dodatkowo zwiększoną pojemność akumulatora oraz wytrzymalszy starter. W normalnym rio5 wytrzymuje on średnio 55 000 startów silnika - w odmianie z urządzeniem Idle Stop and Go - 350 000.
 Odmiana ECO posiada również elektroniczny system, który po uruchomieniu go przyciskiem na kierownicy, optymalizuje zużycie paliwa, dobierając wyjątkowo starannie odpowiednie przełożenia przekładni do warunków jazdy. 
 Nowe rio5 charakteryzuje się niezłymi warunkami jezdnymi. Przednie zawieszenie z kolumnami MacPhersona, zamocowane na ramie pomocniczej w celu odizolowania pochodzących z drogi wstrząsów, pozostało w dużym stopniu niezmienione, a niewielkie modyfikacje dotyczą dłuższego rozstawu osi, szerszego rozstawu kół i zmienionego rozkładu wagi nowego modelu. Tylna oś, która ma postać zespolonej belki skrętnej, jest sztywniejsza, co obniża podsterowność, natomiast połączenie pomiędzy wahaczami a zwrotnicami jest dwa razy mocniejsze, co zwiększa stabilność. Skok koła wzrósł o 10 mm, a udoskonalona geometria lepiej chroni przed wybojami i zapewnia dokładniejsze prowadzenie samochodu. 
 Rio5 w swym najnowszym wydaniu jest większe, wygodniejsze i bardziej ekonomiczne od poprzednika. Bez wątpienia będzie to kolejny sukces Koreańczyków z KIA.
Jerzy Rosa
Mississauga
 

A miało być tak pięknie!
Wicepremier Chin Wang Qishan ostrzegł amerykańskiego ministra handlu, stwierdzając, że gospodarka światowa jest w tak opłakanym stanie, iż obecnie najlepszym rozwiązaniem jest doprowadzenie do "ożywienia w wybranych krajach". 
 Pomysł na tzw. nierównomierne ożywienie polega na tym, że Chińczycy zainwestują  tryliony we własną gospodarkę. "Nierównomierne ożywienie" jest lepsze od równomiernej recesji - przekonywał Wang  Amerykanina Johna Brysona, potwierdzając, że w ciągu najbliższych 5 lat Chiny wleją w strategiczne obszary 1,7 tryliona dolarów.
 Wang podkreślił, że "najlepszym sposobem umacniania gospodarki światowej jest silny wzrost Chin".
 Chiny nie są zainteresowane ratowaniem strefy euro czy dominacji gospodarczej USA; są w stanie poradzić sobie same i napędzając wewnętrzną konsumpcję, zbudować mocarstwo ekonomiczne. Obcy, o ile będą tańczyć w rytm chińskiej muzyki i uznawać chińskie przewodnictwo, dopuszczeni zostaną z surowcami i produkcją rolną na ich rynek i być może zaznają prosperity - jak dzisiaj  Brazylia.
 Sprawdzają się więc obawy, że Pekin jest w stanie poradzić sobie sam "bez reszty świata". Chiny i USA nie są spięte szczękościskiem współzależności importowo-eksportowej (jak usiłowała przekonać Chińczyków jakiś czas temu sekretarz stanu Hillary Clinton); w momencie kiedy amerykański konsument straci siłę nabywczą, to gospodarka chińska może tylko trochę zwolni; a 1,5 miliarda konsumentów na rynku wewnętrznym przejmie pałeczkę.
 Plan chiński "powieszenia" Zachodu na jego własnym sznurku realizowany jest konsekwentnie. Obecna faza obejmuje:
 - Wykupywanie gdzie tylko się da zasobów bogactw naturalnych, zapewnienie sobie praw do eksploatacji;
 - Wykupywanie i inwestowanie w  przedsiębiorstwa,  zwłaszcza wykorzystujące wysoko zaawansowane technologie; transfer tych technologii do Chin;
 - Kształcenie nowej kadry imperialnej zdolnej do kierowania chińskimi interesami w nowej sytuacji mocarstwowej. Chińskie stypendia państwowe fundują edukację setkom tysięcy specjalistów. Do tego dochodzą wykształcone dzieci diaspory chińskiej, dla której sukces kraju smoka otwiera szerokie wrota osobistej kariery;
  - Pozyskiwanie wysoko zaawansowanej technologii tak legalnie, jak i przez kradzież (szpiegostwo internetowe i gospodarcze). 
 Legalny transfer technologii dokonuje się często na mocy chińskiego prawa i jest wymuszany na wszystkich, którzy chcą korzystać z chińskiego potencjału produkcyjnego lub rynku. Ostatnio prezydent Obama usiłował uprosić Chińczyków, aby General Motors nie musiał transferować (oddawać za friko) amerykańskiej technologii ogniw pozwalającej na produkcję samochodów elektrycznych, jakie chce budować w Chinach. Oczywiście Chińczycy tę technologię i tak ukradną, ale jeśli nie będą jej mieli oficjalnie, mogą mieć drobne kłopoty ze sprzedażą podróbek na rynkach trzecich.
 Chińskie parcie ku wielkości odbywa się za uzyskane od USA obligacje i gotówkę - finansowane jest przez amerykańskiego podatnika i konsumenta lgnącego do szajsu z Azji. 
 Chińczycy zdają sobie sprawę, że wartość amerykańskiego dolara jest kontrolowana przez Waszyngton, dlatego usiłują ten pieniądz pokryć czymś konkretnym, nieruchomościami, bogactwami naturalnymi, zakładami przemysłowymi, technologią - wszystkim na czym mogą położyć rękę..
 Odradziła się chińska duma - z osiągnięć i mądrości "chińskiego kierownictwa". Wbrew nadziejom zachodnich globalistów, nowa sytuacja nie przyczynia się do złagodzenia stosunków Chin z innymi krajami, zwłaszcza z USA. Ameryka nadal postrzegana jest jako kraj wrogi. Chińczycy, na przykład, z zainteresowaniem zauważyli "proletariacki" styl, z jakim obnosi się nowy ambasador USA, Chińczyk z pochodzenia, demonstrując "otwartość", "przystępność" i "skromność", ale zaraz chińska dziennikarka pyta Gary'ego Locke'a, czy to dlatego, że nie wypada epatować "highlifem" w sytuacji, kiedy Amerykanie są winni Chińczykom pieniądze.
 Świadomość zadłużenia Ameryki u Chińczyków, można prosto "za czarodziejskim dotknięciem" jednego artykułu propagandowego przekształcić w poczucie bycia wyzyskiwanym i oszukiwanym przez "niemoralnych, grubych, leniwych i obżerających się na koszt chińskiej krwawicy" Amerykanów. Zróżnicowany etnicznie naród chiński jest do  wojny psychologicznie przygotowany. W Chinach coraz częściej słychać też stwierdzenia, że "chcemy żyć tak jak Amerykanie dzisiaj żyją na nasz koszt".
 Można sobie więc na koniec zadać pytanie, kto puścił w bieg ten mechanizm osłabiania Zachodu na rzecz Chin i Azji?  Gdzie byli politycy, kiedy amerykańskie korporacje zapatrzyły się w miraż chińskiego eldorado, eksportując amerykańskie miejsca pracy i wyciągając dywanik spod nóg klasy średniej? Odpowiedź jest jedna - pycha i chciwość.
 Obydwie oślepiają, ograniczając spojrzenie do najbliższych lat i miesięcy. Kom-sekretarze są też chciwi i pyszni, ale przy tym cwańsi. Nawiasem mówiąc, sekretarze tłumaczą dzisiaj żartobliwie, że utrzymując niski kurs juana wobec dolara, pomagają amerykańskiej biedocie, która ma dostęp do taniej chińszczyzny, a w przeciwnym razie przymierałaby głodem. Dzięki temu przeciętny Chińczyk wie, jak bardzo pomaga niewdzięcznej Ameryce.
 Oczywiście pieniądz to nie wszystko; Stany Zjednoczone mają olbrzymią armię (paradoksalnie coraz bardziej zależną od chińskiej produkcji). Jednak ci, którzy budzą się dzisiaj w Waszyngtonie z ręką w nocniku, nawet jeśli pokuszą się o radykalne rozwiązanie, natrafią na  przebiegłość i  cierpliwość uformowane na Sun Tzu.
 Nie ma lekko panowie!
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 

TEKSTY: ARCHIWUM 37
 
 


KONTAKT: 
tel. 905-629- 9738 
fax 905-629-9764
e-mail: redakcja@goniec.net



.. .
webmaster