POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata na terenie Kanady: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
TEKSTY
Toronto - Canada
Internetowa edycja, to tylko niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.

GONIEC NR 18/2008

 Razwiedka nakazuje przyspieszenie 
Więc jednak Beata Sawicka mówiła prawdę, oświadczając agentowi Centralnego Biura Antykorupcyjnego, który udawał szemranego biznesmena i nawet - o co miała do niego szczególne pretensje - podstępnie, a co gorsza - fałszywie ją w sobie rozkochał, że jak tylko w Polsce obejmie władzę ("jak tylko w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę; za krowobójstwo, za świniobicie będę odbierał mienie i życie" - odgrażał się Gnom Tarasowi podczas słynnej "Rozmowy w kartoflarni") Platforma Obywatelska, to zaraz zrobi siuchtę z szemranymi biznesmenami i sprzeda im szpitale, uprzednio je "oddłużając". 
 Wygląda zatem na to, że wyrzucono ją z partii za przedwczesne zdradzenie tajemnicy ("a kto by zdradził tę wielką tajemnicę, umrze podwójnie: ciałem i duszą"), no i oczywiście - za brak rewolucyjnej czujności, na którą każdy członek partii nowego typu powinien zwracać uwagę szczególną. Ale widocznie ścisłe kierownictwo PO uznało, że dzisiaj można to ujawnić, albo razwiedka nacisnęła je szczególnie boleśnie - dość, że oznajmiło, iż przystąpi do "prywatyzacji szpitali". Zaraz zresztą okazało się, że wprawdzie przystąpi, jakżeby inaczej, ale tak naprawdę, to nie przystąpi, bo tylko przekaże szpitale samorządom terytorialnym, które "lepiej zarządzają". 
 No proszę - lepiej zarządzają! Lepiej niż rząd premiera Donalda Tuska? To chyba niemożliwe, ale znowu, skoro takie rzeczy wygaduje sam Zbigniew Chlebowski, były wójt gminy zadłużonej poza granice bezpieczeństwa, a obecnie - szef Klubu Parlamentarnego PO, to czyż wypada nam zaprzeczać? Jasne, że nie wypada, więc słuszna jego racja -  ale też - czy przekazanie szpitali samorządom terytorialnym można nazwać ich "prywatyzacją"? Jasne, że nie można, a zatem widzimy wyraźnie, że PO będzie szpitale prywatyzować i zarazem - nie będzie. 
 Nie na darmo Donald Tusk musiał nasłuchać się w Gdańsku Lecha Wałęsy, co to wynalazł "plusy dodatnie i ujemne", a poza tym potrafił być "za, a nawet przeciw".
 Tak naprawdę jednak, to ciwuńska sofistyka przewodniczącego Chlebowskiego wzięła się z chwili szczerości, na jaką pozwolił sobie minister skarbu państwa Aleksander Grad, indagowany przez dziennikarzy w sprawie szpitali. Na uwagę, że podczas kampanii wyborczej PO zastrzegała się, iż żadnej prywatyzacji szpitali nie będzie, odparł, że "kampania wyborcza rządzi się własnymi prawami". 
 Takiego noża żaden z klakierów Platformy się nie spodziewał, toteż pierwszą ich reakcją było oburzenie (a już Janusz Wilhelmi przestrzegał Janusza Głowackiego przed kierowaniem się pierwszymi reakcjami, bo "mogą być uczciwe")  i dopiero potem zauważyli, że szczerość i prawda są wartościami pozytywnymi i dobrze, że za sprawą Platformy Obywatelskiej wracają do polskiej polityki. 
 Inaczej oczywiście zareagowało Prawo i Sprawiedliwość, piętnując rząd premiera Tuska nie tylko za kłamstwa, ale przede wszystkim - za zamiar prywatyzacji szpitali, które w ustroju socjalistycznym powinny pozostać państwowe. Jeśli bowiem okazałoby się, że można prywatyzować szpitale, to pewnie można i szkoły, a nawet wyższe uczelnie, a wtedy - powiedzmy sobie szczerze - po co właściwie brać władzę? Czym zarządzać? Gdzie szukać konfitur? 
 Wprawdzie rząd premiera Tuska nadał moc obowiązującą projektowi rządu premiera Kaczyńskiego, by prokurator, na własne żądanie, bez przedstawiania zarzutów, ani oczywiście bez angażowania sądu, mógł żądać od banku ujawnienia konta osoby prowadzącej działalność gospodarczą, ale powiedzmy sobie szczerze - z szantażowania takich bidaków dużo polityk nie wyciśnie. Słusznie zatem PiS obawia się, że po rządach Platformy wszystkie "sektory strategiczne" mogą zostać rozkradzione do gołej ziemi, a wtedy - do czegóż wracać po wyborczym zwycięstwie? 
 Ciekawe, jak na chwilę szczerości PO zareagują stada "wykształciuchów", wprawdzie wytresowane przez michnikowszczyznę do basowania Platformie, ale z drugiej strony, przywiązane do własności państwowej, jako formy "wyższej", a przede wszystkim - "sprawiedliwej". Pamiętam, ile szyderstw ze strony tego stada musiałem wysłuchać, kiedy tłumaczyłem zasady programu Unii Polityki Realnej. 
 Ano - nie bez kozery Franciszek Maria Arouet zwany Wolterem napisał, że "kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku". Skoro razwiedka doszła do wniosku, że szpitale też mogą się jej przydać, to i wykształciuchy będą musiały śpiewać z tego klucza. Oczywiście nie ma mowy, żeby po "prywatyzacji" szpitali rząd zmniejszył podatki. Przeciwnie - premier Tusk właśnie "szuka" 7 czy 8 miliardów,  bo w "orędziu" trzeciomajowym obiecał darmowy obiad dla każdego dziecka i darmowy komputer dla każdego domu. Zaiste, jesteśmy w mocy wariatów!
   Wrażenie utraty poczucia rzeczywistości wywołało zwłaszcza sejmowe wystąpienie ministra Radosława Sikorskiego. W tonie, z jednej strony, stręczycielskim, a z drugiej - pretensjonalnie mentorskim, w godzinnym przemówieniu prężył cudze muskuły, groźnie kiwał palcem w bucie, stroił miny, no i w ogóle - podczas gdy zarówno on sam, jak i wszyscy pozostali wiedzą, że od 1 stycznia będzie stawał na baczność przed ministrem spraw zagranicznych Unii Europejskiej i w podskokach wykonywał jego rozkazy, nawet jeśli nie będą mu się podobały. Jedyną reakcją na tę blagę był groźny pomruk generała Jaruzelskiego, żeby "nie drażnić Rosji". 
 Jest w tym pewna słuszność, bo wiadomo przecież, że w momencie, kiedy wchłaniające właśnie Polskę Cesarstwo Niemieckie układa sobie stosunki z Cesarstwem Europejskim, to nie będzie tolerowało żadnych samowolnych polskich dywersji w Gruzji czy na Ukrainie - bo nie życzy sobie ani pośrednictwa, ani tym bardziej - arbitrażu w stosunkach z Cesarstwem Rosyjskim ze strony Cesarstwa Amerykańskiego. Granie roli podwójnego agenta wymaga większej powściągliwości i dyskrecji - i to właśnie chciał pewnie powiedzieć stary razwiedczyk młodzieńcowi wysuniętemu na czoło dyplomacji. 
 Zresztą - skalę możliwości politycznych polskiego rządu najlepiej ilustruje okoliczność, że premier Tusk, pragnąc zrobić na złość Patrycji Koteckiej z telewizji, zlecił opracowanie swego orędzia firmie realizującej dla Polsatu serial o "Kiepskich", zaś minister obrony narodowej Bogdan Klich właśnie musiał przeprosić właścicieli ITI, trzymającej stację telewizyjną TVN, panów Waltera i Wejcherta, za umieszczenie ich w charakterze funkcjonariuszy Wojskowych Służb Informacyjnych w raporcie Macierewicza. Całe szczęście, że zostanie chociaż ślad po zatarciu, a poza tym rosyjski minister spraw zagranicznych, książę Gorczakow, mawiał, iż nie wierzy informacjom nie zdementowanym.
Stanisław Michalkiewicz
Warszawa
 

  Medialne kacykowanie
Tak jak w książce "Nędznicy" Victora Hugo, gdzie autor przedstawia obraz I połowy XIX wieku we Francji, z tytułem, który niejako klamruje tamtą epokę, ale przecież nie kończy, tak gdyby chcieć znaleźć jedno słowo, które najlepiej oddawałoby rzeczywistość III RP, to niewykluczone, że "nędznicy" pasowałoby jak ulał, ewentualnie "nieudacznicy".
Na pytanie, który z rządów - po okresie tzw. transformacji ustrojowej, był najlepszy - można by się szczerze roześmiać. Na pytanie, który był najgorszy - mogłaby wywiązać się ciekawa i merytoryczna dyskusja. 
 Jedno jest w tym pewne, że z tych wszystkich złych rządów, ten obecny PO-PSL jest zdecydowanie najgorszy. Nawet w tak stronniczym dla obecnej koalicji, telewizyjnym programie red. Tomasza Lisa, na pytanie: "jakie są owoce tego rządu?", wicemarszałek Sejmu Stefan Niesiołowski z PO, odpowiedział: "ogromne poparcie społeczne".  Natomiast, co ten rząd tak konkretnie zrobił dla Polski? Odpowiedź jest krótka: nic nie zrobił. 
 Starając się zachować pewną logikę, można dojść do wniosku, "że im mniej będzie się w kraju coś robić, tym większe będzie się zyskiwać społeczne poparcie". Ale aby takie poparcie zyskać, naturalnie trzeba spełniać określone polityczne warunki. A jakie to są warunki? Cała gama przeróżnych uzależnień, dużym atutem jest na przykład esbecka przeszłość, a już z pewnością nikomu ona nie przeszkadza. Na podstawie ogromnej ilości socjologicznych testów w różnych krajach - tu raczej drzwi nie trzeba wyważać - system ludzkich odruchów i zachowań został dokładnie rozpracowany. Akurat w tej dziedzinie - jeszcze nawet z okresu dyktatury Jaruzelskiego i wieloletniego ministra propagandy Urbana - osiągnięcia były bardzo znaczące. Natomiast to, z czym mamy do czynienia obecnie - i nie chodzi tu bynajmniej tylko o Polskę - to kreowanie "wirtualnej rzeczywistości", która tak faktycznie z tym co nas naprawdę otacza - w zależności od potrzeb i sytuacji - może mieć sporo, albo może nie mieć nic wspólnego. 
 Zawód "dziennikarz" czy "redaktor" brzmi dumnie, i chciałoby się wierzyć, że podobnie jak być może są gdzieś jeszcze uczciwi politycy, tak też być może funkcjonują uczciwi i odważni dziennikarze. Kto chce w to wierzyć, niech wierzy, ponoć wiara czyni cuda. Rzeczywistość - nie ta wirtualna, podpowiada jednak coś zupełnie innego. Wygląda na to, że dzisiaj dziennikarz jest po prostu medialnym najemnikiem. Najmuje się za określone pieniądze "na dzieło" - wytycza mu się zadania, określa "publiczność" (starzy, młodzi, kobiety, mężczyźni, "prawicowcy", "lewicowcy", zasięg lokalny, krajowy, międzynarodowy itp....), najlepiej zapomnieć wtedy o uczciwości, moralności, o etyce i o własnych poglądach. Tak długo "uderzać" i "rozpracowywać" swoją "publiczność", aż się w końcu osiągnie zakładany, propagandowy cel.
 W polityce, jak i w każdej innej sferze działań, można przeprowadzić takie czy inne radykalne zmiany, ryzykując jakiś stopień społecznego niezadowolenia. Można też te same zmiany wprowadzić za dwa - trzy lata, wykorzystując ten czas na "oswajanie" społeczeństwa. Później, już spokojnie bez ryzyka, ten sam cel zostanie osiągnięty - czyli manipulacje społeczne na skalę, o której kiedyś nikomu się nawet nie śniło. Naturalnie do tego typu działań trzeba mieć w mediach swoich "oficerów" - i oni tam są, nawet jeśli formalnie jest to niezgodne z prawem.
 To pokazuje, w jakich czasach żyjemy, często zaganiani, w tym "wyścigu szczurów" nie mając nawet chwili, aby o tym pomyśleć. Zresztą, komu jeszcze chce się myśleć, przecież telewizja, radio, postkomunistyczna prasa z "Wyborczą" na czele, niemieckie bulwarówki ze sztandarowym "Dziennikiem", Internet, a nawet obraz i przekaz w naszych własnych telefonach, mówią nam, co mamy robić, jak myśleć a nawet na kogo głosować. A jeśli wszyscy tak mówią, to chyba oczywiste jest, że to musi być prawda i chyba tylko jakiś wyjątkowy oszołom i ciemnogrodzianin może w to nie uwierzyć. Takich jest zdecydowana mniejszość, a wiele wskazuje, że może ich być jeszcze mniej. 
 Jakkolwiek by patrzeć, skazani jesteśmy na medialne kacykowanie - mniejszych albo większych medialnych kacyków, zawsze "wiedzących lepiej" i zawsze "wiarygodnych". Pieniądze, a zwłaszcza duże pieniądze, od zawsze przyciągały ludzi ambitnych, a dla tych naprawdę "dobrych" są ogromne pieniądze w tej profesji. Z czyjej kieszeni? To jest może mniej istotne, czasami nawet nie wypada się tym interesować, szczególnie gdy jesteśmy profesjonalistami. Klient płaci, klient wymaga - ważne, aby płacił.
 Medialna rzeczywistość w Polsce to agentura i mafia. Jeszcze za rządu PiS-owskiego mówiono o lustracji, o oczyszczeniu również i środowiska dziennikarskiego - mówiono, ale niewiele zrobiono. Niestety, od kiedy władzę przejęli "nasi", w środkach masowego przekazu ani słowa o lustracji czy dekomunizacji. W tym temacie, mamy do czynienia z całym zestawem socjotechnicznych sztuczek - najczęściej typu: "kogo to interesuje?" - albo: "wybierajmy przyszłość". Jeśli dzisiaj mamy jako takie wyobrażenie, jak bardzo i jak totalnie różne środowiska zawodowe były spenetrowane przez komunistyczną agenturę, to jak bardzo musiało być spenetrowane to najważniejsze środowisko, odpowiedzialne za propagandę?
 I to wyjaśnia w zasadzie wszystko, dlaczego postkomunistyczna Platforma ma ciągle takie ogromne poparcie za nicnierobienie. W polskojęzycznych mediach doskonale można wyłapać "reprezentantów" interesów postkomunistycznych, niemieckich, żydowskich, rosyjskich, przede wszystkim na gruncie nowej, neoliberalnej ideologii. Natomiast, kto i gdzie reprezentuje interesy polskie? Czy oprócz mediów katolickich - szczególnie tych zorganizowanych przez ojców redemptorystów, jakieś jeszcze inne reprezentują interesy polskie? A jeśli tak, to konkretnie, które i jakie są to media?  Otóż, bardzo należy w to wątpić, mimo takich czy innych "formalnych" podziałów. Media są potężną siłą, kto zatem tą siłą steruje, ma ogromne wpływy.
 Czy zatem w obecnej sytuacji można być optymistą? Niestety, raczej zanosi się na to, że "nigdy nie jest tak źle, aby nie mogło być jeszcze gorzej".  Rząd Donalda Tuska z premedytacją dąży do całkowitego przejęcia kontroli nad mediami publicznymi - całkowicie chce zmienić sposób ich finansowania, perfidnie przy tym wmawiając opinii społecznej, że właśnie chodzi o "poszerzenie wolności" tychże mediów. Takiej hipokryzji i skali kłamstwa - jeszcze całkiem niedawno - nikt nie odważyłby się głosić, a Platforma robi to w sposób zupełnie bezkarny. 
 Symbolem medialnym III RP jest były komunistyczny minister propagandy Jerzy Urban i jego serdeczny przyjaciel i druh, również z komunistycznym rodowodem, Adam Michnik. Obydwaj mają ogromne wpływy, w wielu środowiskach ogromny szacunek i uznanie.
 Aby zmienić ten stan rzeczy, potrzeba przywódcy o lwim sercu, a nie o kaczym - szczególnie gdy nazywa się Donald, tylko wtedy byłaby szansa, aby Polska znowu mogła być polska.
Krzysztof Wojciechowski 
Ottawa

 10 lat później
W maju 1998 roku na ulicach Toronto pojawiły się pierwsze "garbusy" nowej generacji. Jak zwykle, gdy chodzi o nowatorskie rozwiązania, new beetle miał tyleż zwolenników, co przeciwników - ci ostatni triumfowali, gdy po okresie euforii i szturmu na salony Volkswagena - "nowe żuki" zaczęły sprzedawać się gorzej niż średnio. Jednak pesymistyczne przewidywania nie sprawdziły się - sentyment do "garbusa" okazał się mocniejszy, niż sugerowali pesymiści, i po dziesięciu latach mamy wreszcie milion sprzedanych egzemplarzy - z tego połowę w USA i Kanadzie... 
 Milion sprzedanych aut to bardzo dużo, ale na zglobalizowanym rynku takiego wyczynu dokonuje się teraz w dużo krótszym czasie - proszę sobie przypomnieć tekst z połowy kwietnia, gdzie przedstawiłem historię nissana versy, który to model sprzedał się w milionowej liczbie w ciągu zaledwie trzech lat. Rekord Volkswagena nieco więc blednie, ale dla sprawiedliwości trzeba dodać, że versa to mały, tani kompaktowy wozik dla wszystkich, a nowe wcielenie "garbusa" to raczej auto dla szpanerów, i to do tego z grubym portfelem - podstawowy model kosztuje  22 tysiące, a za wersję z  otwieranym dachem trzeba zapłacić 27 tysięcy kanadyjskich dolarów. 
 Ta kosztowna zabawka, która  rozmiarami niewiele przewyższa mini coopera - ostro z nim konkuruje, choć wydaje się, że mini bardziej przekonuje do siebie amatorów niecodziennych samochodów. Obaj współzawodnicy mają za sobą długą  historię, której tylko cooper może się nie wstydzić - protoplasta "garbusa" posiada w swym życiorysie ciemne plamy. Jedną z nich jest plagiat, jakiego dokonał "twórca" volkswagena, czyli "samochodu dla ludu" Ferdynand Porsche. Skopiował on pomysł Hansa Ledwinki - czeskiego inżyniera, który skonstruował model samochodu osobowego tatra T97 z zamontowanym z tyłu silnikiem chłodzonym powietrzem i nadwoziem, które później poznaliśmy jako charakterystyczne dla "garbusa". W 1938 roku, gdy Niemcy dokonali najazdu na Czechosłowację, Hitler nakazał wstrzymać produkcję T97, których zdążyło zjechać z taśm montażowych zaledwie 500 egzemplarzy, i rozpoczął produkcję terenowych vw. Sprawa plagiatu stała się po wojnie głośna i Niemcy zmuszone zostały wyrokiem sądu do 3-milionowego odszkodowania wypłaconego w markach czeskim zakładom Tatra. Sam Ledwinka był przez komunistów oskarżony za kolaborację z okupantem i uwięziony; zmarł na emigracji w Niemczech w 1967 roku. Po upadku systemu genialny konstruktor został w pełni zrehabilitowany, choć niewielu wie, kto naprawdę był twórcą volkswagena - legenda przypisuje, że kształt nadwozia, który stał się wyróżnikiem tego samochodu na całym świecie, był sam Hitler... 
 Cokolwiek by jednak powiedzieć o "chrabąszczu" - stał się on niemiecką wizytówką, kultowym wozem, który niejeden raz znajdował się w "Księdze Guinnessa". Największym wyczynem była oszałamiająca liczba wyprodukowanych egzemplarzy - w ciągu całego istnienia (1938-2003) bramy fabryki w niemieckim Volfsburgu i meksykańskim Puebla opuściło 21 529 464 sztuk "garbusów".
 Zaprzestanie produkcji klasycznych "żuków" wywoływało kontrowersje, stąd było kilkakrotnie odraczane i dopiero w 2003 roku ostatni 21 529 464. egzemplarz zjechał z meksykańskiej taśmy. Równolegle powstawały tam już "nowe żuki", które jednak nie powieliły sukcesu swego sławnego protoplasty. 
 New beetle produkowane są tylko w Puebla - największym zakładzie przemysłowym Meksyku. Zbudowane są na podwoziu vw golfa i napędzane silnikiem umieszczonym z przodu. Z "garbusem" łączy je więc tylko charakterystyczny kształt nadwozia, który jednak bardziej drażni, niż się podoba. Nawet po dziesięciu latach nie mogę zrozumieć decyzji Niemców o zaprzestaniu produkcji klasycznego volkswagena i zrobienie z niego mydelniczki. Przecież można było, zachowując kształt i proporcje, unowocześnić tylko napęd, ewentualnie lekko zmodernizować skorupę nadwozia, które niejednemu z nas kojarzyło się z wymarzonym samochodem... Dlaczego BMW mogło stworzyć od nowa wspaniałą współczesną wersję mini morrisa, który pod nazwą mini cooper jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych marek w świecie, a Volkswagen, posiadając takie cudeńko jak klasyczny "garbus", porzuca go na rzecz jakiejś karykatury? Może w grę wchodziły tu inne niż merkantylne sprawy - nikt się nie dowie...
 Po dziesięciu latach od pojawienia się na naszych drogach nowego żuka trochę się oswojono z jego ekstrawaganckim wyglądem, jaskrawymi kolorami i wazonikiem na kwiaty na konsoli kierownicy. Gdy się uważniej przyjrzeć temu projektowi, który w 2006 roku przeszedł ostatnią generalną przeróbkę, to można dostrzec  kilka znanych detali z audi TT i forda mustanga - to nie przewidzenie, twórcy koncepcji Freeman Thomas i J Mays (Mays ma na imię po prostu "J" - odziedziczył je po swym dziadku S J Mays) są również autorami tych modeli. J Mays, który teraz pracuje dla Forda, zaprojektował także flexa, który już niedługo produkowany będzie w ontaryjskich zakładach Forda w Oakville.
 Kłopoty z amerykańskim dolarem, spadek jego wartości na rynkach światowych pozytywnie wpłynął na ceny nowych "garbusów" w Kanadzie. Są one w maju niższe o kilkaset dolarów od tych sprzed roku - za podstawową wersję trzeba zapłacić 22 000 dolarów, co w dalszym ciągu jest za wiele jak na udziwnioną wersję golfa, który znowu nosi u nas nazwę rabbita. Ten ostatni kosztuje w maju dwa tysiące dolarów, mniej od new beetle i na pewno jest dużo lepszą alternatywą dla miłośników niemieckich aut produkowanych w Meksyku. 
 Prawdziwym hitem Volkswagena wydaje się być jednak city golf za 15 300 dolarów - to jest teraz prawdziwy samochód dla ludu!
Jerzy Rosa
Mississauga  
   
 Kawałek papieru
Konstytucje mają to do siebie, że jeśli nie stoi za nimi obyczaj polityczny, tradycja i  - co tu kryć - siła, są tylko kawałkiem zapisanego papieru. Często pełnią rolę zasłonki lub fartuszka na pokaz, takiej prawnej wioski patiomkinowskiej, dzięki której zamordyzm pokazuje, jaki jest demokratyczny.
 Konstytucja ZSRS była jedną z najpiękniejszych na świecie, dawała wszystkim wielkie prawa, ba, przewidywała nawet możliwość wystąpienia republiki z sowieckiego związku! Konstytucja PRL-u, prócz zapisu o dozgonnej konieczności kochania Sowietów, również zapewniała obywatelom wielkie swobody.
 Z drugiej strony, istnieją sprawnie funkcjonujące demokracje kultury zachodniej - jak brytyjska, które konstytucji nie mają i wiedzie im się niczego sobie.
 Przypominam to, byśmy wszyscy pamiętali, że demokracja nie zaczęła się w Polsce 3 maja 1791 roku, ba, powiedzieć można, że wówczas uległa znacznemu ograniczeniu. 
 Polacy cieszyli się swobodami obywatelskimi i mieli wpływ na politykę kraju już od XV wieku. Polacy, czyli szlachta, bo poza szlachtą naród praktycznie nie istniał. Polacy stracili demokrację i wolność nie dlatego, że mieli złe prawo, lecz dlatego, że upadł obyczaj i zanikły cnoty obywatelskie, a szlachta, rozleniwiona dobrobytem i omamiona zwycięstwami wojskowymi, przestała kształcić dzieci i nie pozwalała królowi na utrzymywanie sprawnego wojska zaciężnego.
 Po prostu,  Rzeczpospolita Obojga Narodów, którą likwidowała Konstytucja 3 maja, wprowadzając scentralizowane państwo z monarchią dynastyczną (zapisano w niej, że rodziną panującą mają być Sasi: "Stanowimy przeto, iż po życiu, jakiego nam dobroć Boska pozwoli, elektor dzisiejszy saski w Polszcze królować będzie. 
 Dynastia przyszłych królów Polskich zacznie się na osobie Fryderyka Augusta, dzisiejszego elektora Saskiego, którego sukcesorom de lumbis z płci męskiej tron polski przeznaczamy. Najstarszy syn króla panującego po ojcu na tron następować ma...") była pierwszą w historii próbą odtworzenia starożytnego, rzymskiego ideału społeczeństwa obywatelskiego. Próbą częściowo udaną; ideał ten działa sprawnie pod jednym warunkiem, gdy obywatele są mądrzy, wykształceni, odpowiedzialni, wiedzą, co to cnota i poświęcenie dla dobra wspólnego. Dopóki Polacy byli w swej większości wykształceni i odpowiedzialni, dopóki ich Rzecz Wspólna była wielkim sukcesem na miarę całej cywilizacji zachodniej.
 Nawet najlepsze prawo nie zmieni ludzi i ich zwyczajów. Dlatego nie można dzisiaj przy pomocy jakiegoś - choćby najlepszego - aktu ustawodawczego zmienić Afganistanu czy Iraku.
 Oświeceniowa Konstytucja 3 maja stanowiła nieudaną próbę reformy podjętą przez polską masonerię. Fakt, że dzisiaj rocznicę jej nielegalnego uchwalenia (to inny temat) obchodzi się jako akt fundujący polskiej demokracji, jest jeszcze jednym szyderstwem pokazującym, iż nieważne, jak było, ważne, jak się pamięta...
 Konstytucja 3 maja była też realizacją masońskiego przeświadczenia, że ludzie (wówczas chodziło wyłącznie o polską szlachtę) są tylko częściowo równi i pokaźna ich część nie dorasta do tego, by sama decydować o sobie. Dlatego ci bardziej oświeceni - muszą sprawy wziąć w swoje ręce i pokierować ludzkim bydłem tak, aby sobie krzywdy jakiejś nie zrobiło... 
 To smutne, degradujące i antychrześcijańskie przekonanie ciągnie się przez wieki zachodniej cywilizacji jak smród po gaciach, od czasów herezji gnostyckich.
 Konstytucja 3 maja nie przyniosła więc Polsce niczego dobrego i prócz dobrej prasy, jaką zawsze miała w kręgach "oświeconych", niewiele nauki dla nas wynika z jej zapisów. Jeśli mamy czerpać z polskiej tradycji demokratycznej, to raczej tej XVI-wiecznej, obywatelskiej, kiedy kraj nasz ustawiał klocki w tej części Europy, z czasów Kochanowskiego czy Jana Zamoyskiego.
 W końcu, jeśli budować tożsamość niepodległej Polski, to uczyńmy to na tych najszerszych, największych fundamentach. Wszyscy jesteśmy dzisiaj spadkobiercami ówczesnej szlachty i na nas spoczywa obowiązek pilnowania narodowego ognia. Naród polski rozszerzył się na  wszystkie stany i jeśli szukamy dzisiaj historycznego spoiwa - materiału na kanwę wielkiej nowoczesnej Polski, kraju, który zabezpieczy interesy i pozwoli 40 milionom ludzi odegrać należną im rolę w sercu Europy, to właśnie tam szukajmy złotego rogu.
 Są na świecie narody, które własną tożsamość budują na przekazach sprzed  tysięcy lat. My spokojnie możemy odwołać się do tych sprzed tysiąca.
 Dziwność naszej sytuacji polega na tym, że w rezultacie klęski wojennej pobito nam dowódców. Rządcy wstawieni na ich miejsce w PRL-u nawet nie czuli związku z II Rzeczpospolitą, o czasach odleglejszych nie wspominając. Dzisiaj ich dzieci wciąż boją się polskiej tożsamości i polskiego ducha, nadal boją się odkopać butelkę, z której wychodzi polski dżin.
 Lekcja Konstytucji 3 maja dowodzi, że papier niczego nie zmienia, jeśli nie jest emanacją woli narodu. Pracujmy więc, aby u wszystkich dookoła; w naszych rodzinach, u naszych dzieci, u polskich sąsiadów, u wszystkich Polaków wolę tę obudzić. Obudzić przeświadczenie, że "w interesie wspólnym", to znaczy we własnym.
 Słuchając w polskim radiu dyskusji o Konstytucji 3 maja, ze zdumieniem dowiedziałem się z ust pewnego "autorytetu", że ówcześni posłowie Sejmu Wielkiego "wbrew własnemu interesowi" nałożyli na swe majątki dziesięcioprocentowy podatek...
 Proszę sobie wyobrazić, że nawet w dzisiejszej Polsce ludziom z tytułami profesorskimi nie przychodzi do głowy myśl, iż podatki w wolnym kraju płaci się we własnym partykularnym interesie, a jeśli tak nie jest, to są one jedynie haraczem wymuszanym przez  wewnętrznego lub zewnętrznego okupanta.
 Niewolnictwo to stan umysłu, a nie sytuacja fizyczna!
 Andrzej Kumor
 Mississauga
 
GONIEC NR 17/2008

W zawieszeniu 
Z powodu zbiegu dwóch świąt państwowych: przypadającego1 maja święta naszych okupantów, obchodzonego uroczyście przez Sojusz Lewicy Demokratycznej i jego satelitów oraz rocznicy uchwalenia w 1791 roku konstytucji, przypadającej 3 maja, Polska pogrąża się w tak zwanym ,długim weekendzie", który zakończy się dopiero w niedzielę 4 maja. Na ten czas każdy zaszywa się w domowe pielesze lub wyjeżdża na majówki i nikomu ani w głowie kontynuowanie politycznych sporów. Zresztą -  powiedzmy sobie szczerze -jakie tam ,polityczne spory", kiedy wszystkie ugrupowania parlamentarne są zasadniczo zgodne w kwestii Anschlussu Polski do Eurosojuza, a różnią się jedynie stopniem entuzjazmu? O żadnych ,sporach" nie ma między nimi mowy, zaś głosy przeciwników Anschlussu są starannie wytłumiane przez pozostające na usługach razwiedki tubylczej lub gestapo media, unikające jak zarazy wszelkiej dyskusji na ten temat.
   Zamiast dyskusji mamy do czynienia w tresurą, w której biorą udział wszystkie środowiska opiniotwórcze - oczywiście każde na swój sposób. Dotyczy to również duchowieństwa, które, z jednej strony skutecznie postraszone w ubiegłym roku lustracją, a z drugiej - kuszone dopłatami rolniczymi, coraz bardziej przyzwyczaja się do roli pokornego cielęcia co to dwie matki ssie. Jedynie ojciec Rydzyk bluźni Unii Europejskiej w Radio Maryja, co nie tylko europejsów, ale i pokorne cielęta rozjątrza do żywego, bo stanowi żywy dowód, że jednak można mieć własne zdanie.    Dlatego właśnie Platforma Obywatelska, w ramach programu odwdzięczania się tubylczej razwiedce i gestapo, forsuje zmianę ustawy o mediach. Istota tej zmiany polega na tym,  by uprawnienie do wydawania koncesji na nadawanie odebrać Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji i przekazać Urzędowi Komunikacji Elektronicznej. Ten Urząd dotychczas podlega premierowi i premier mianuje jego szefa. PO, dla zmylenia czujności  proponuje, by wyboru dokonywał Sejm, ale to niczego nie zmienia, bo ta sama większość, na której trzyma się premier, wybierze mu i prezesa UKE, zresztą - na jego wniosek. Widać gołym okiem, że w ten sposób rząd ,liberała" Donalda Tuska próbuje przywrócić cenzurę przynajmniej w mediach elektronicznych, żeby  od 1 stycznia nikt już nie ośmielił się bluźnić Eurosojuzowi, ani ,starszym braciom", bo w przeciwnym razie - straci koncesję w tej samej chwili. Wprawdzie prezydent Kaczyński zapowiada zawetowanie tej ustawy, ale nic by nie wskórał, gdyby klub SLD poparł rząd. Wszystko jednak wskazuje na to, że osłabiony SLD zaczyna doceniać zalety wolności słowa i poprze weto prezydenta. Kto by pomyślał, że komuna będzie broniła wolności słowa przed ,liberałami"?
 Tymczasem komisja do kanonizacji Barbary Blidy bierze w obroty prokuratorów w nadziei, że z któregoś wydusi wyznanie, że był ,naciskany", albo jeszcze lepiej - ,prześladowany" w inny sposób, by oskarżył faszywie Barbarę Blidę bo wtedy jej niewinność, na tle tych nieprawości, zajaśniałaby jeszcze większym blaskiem. Już teraz Kazimierz Kutz, za komuny będący jeszcze zwykłym ,Kucem" i z racji tego przepoczwarzenia awansowany przez ,Gazetę Wyborczą" na ,przywódcę Ślązaków", snuje gonitwę myśli, że może Barbara Blida wcale nie popełniła samobójstwa, tylko została zastrzelona w trakcie ,szamotaniny". 
 Zaletą tej hipotezy jest możliwość uznania Barbary Blidy za męczennicę faszystowskiego reżymu Kaczyńskich, ale ma ona też i wadę w postaci braku wyjaśnienia, a kim też mogłaby się Barbara Blida ,szamotać" w łazience, skoro była tam sama?  Oczywiście zawsze można mówić, że szamotała się z myślami i sądzę, że czytelnikom ,Gazety Wyborczej" takie wyjaśnienie w zupełności by wystarczyło, zwłaszcza gdyby jacyś intelektualiści zebrali pod nim odpowiednią liczbę podpisów, a jakiś sanhedryn podał do wierzenia, ale czy utrzymałoby się to przed komisją? Możliwe, że tak, bo przecież komisje ustalają fakty przez głosowanie, a z dotychczasowego przebiegu posiedzeń widać, że najbardziej wokół kanonizacji uwija się posłanka Pietraszewska z  Platformy. Czy ta była nauczycielka zacietrzewia się bezinteresownie, czy może, obok rządowego, realizuje własny program odwdzięczania się za wyrwanie z belferskiej nudy na polityczne salony - trudno zgadnąć. Charakterystyczne jest jednak to, że jak do tej pory nikt nie poruszył, najciekawszego, jak się wydaje wątku funkcjonowania mafii węglowej, to znaczy - obrotu długami śląskich kopalni i hut. Jeśli nikt nie okaże się tym wątkiem zainteresowany, to kto wie - może kanonizacja Barbary Blidy nastąpi szybciej, niż myślimy?
 Byłaby to już jakaś prawidłowość, że podobnie, jak w miarę sekularyzacji będzie przybywało autorytetów moralnych lub nawet takich świątków, jak pani Blidowa, tak w miarę utraty politycznej suwerenności i niepodległości państwowej będzie przybywało dygnitarzy. Właśnie doszło do kolejnego konfliktu na linii prezydent - rząd. Minister obrony Bogdan Klich przedłożył prezydentowi listę chyba z 15 oficerów do awansu generalskiego, a prezydent zatwierdził tylko trzech. Najwyraźniej minister Klich musiał być przypilony, bo nie bacząc na ryzyko nadwątlenia prestiżu, poszedł do prezydenta na rozmowę, po której wyraził nadzieję, że co się odwlecze, to nie uciecze - jako że oprócz 3 maja, okazja do awansowania generała może być 15 sierpnia, a ostatecznie - 11 listopada. Rzeczywiście - przy tak dużej liczbie patriotycznych świąt, okazji do rozmnożenia dygnitarzy nam nie zabraknie. Jeśli nawet zabraknie państwa - to dygnitarzy - nigdy.
 Stanisław Michalkiewicz
michalkiewicz.pl

 Przyjaciele katów
Polska przegrywa bitwę o pamięć. Polacy, zachłysnąwszy się Unią Europejską, pozwalają robić z siebie idiotów. Nie rozumieją, że niemal skradziono im niepodległość. Co skutkuje i tym, że niegdysiejsi kaci Polaków nie muszą obawiać się polskiego prawa, ponieważ prawo to interpretują dziś przyjaciele katów. 
 Mocne słowa, owszem. Tę niebłahą, wręcz dramatyczną ocenę pozwoliłem sobie sformułować w tym miejscu przed tygodniem. Czy jest to wyrokowanie uprawnione? Otóż tak, jak najbardziej. Jeden przykład wystarczy, choć sprawa stalinowskiego prokuratora Kazimierza Graffa to tylko wierzchołek góry lodowej. Życiorysy każdego z tych oprychów są podobne: najpierw aktywny udział w aparacie represji reżimu komunistycznego, a następnie wysoka emerytura i święty spokój, czyli egzystencja pod osłoną gazetowej, wybiórczej retoryki "chrześcijańskiego miłosierdzia i przebaczenia". U wielu z nich przygotowanie prawnicze ograniczało się do kilkumiesięcznego przeszkolenia. Orzekali całkowicie dowolnie, a kiedy fakty przeczyły linii oskarżenia, orzekali niezależnie od faktów. Dziś polskie sądy "w imieniu prawa" zwalniają ich z odpowiedzialności. 
 Kazimierz Graff ma 91 lat. Mieszka w Warszawie. Akt oskarżenia przygotowany przeciwko niemu przez pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej trafił do sądu w połowie października ubiegłego roku. Oskarżono go o to, że w grudniu 1947 roku pozwolił na aresztowanie (między innymi) Stanisława Figurskiego, działacza niepodległościowego związanego z Ruchem Oporu Armii Krajowej oraz Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym. Cały miesiąc Figurskiego przetrzymywano bez postanowienia o tymczasowym aresztowaniu, póki, zmuszony siłą, nie przyznał się do winy. Jednocześnie IPN-owi nie udało się zdobyć niepodważalnych dowodów (większość dokumentów zniszczono) na to, że w kwietniu 1946 r. Kazimierz Graff osobiście brał udział w egzekucji dwunastu żołnierzy państwa podziemnego, skazanych na karę śmierci po trzech dniach od zatrzymania. 
 I cóż stało się z tym oskarżeniem, zapytacie Państwo. Ano, 22 stycznia tego roku Warszawski Wojskowy Sąd Okręgowy umorzył postępowanie z uwagi na "brak znamion czynu zabronionego". Następnie (w połowie kwietnia) Sąd Najwyższy odrzucił zażalenie IPN, uznając, że godząc się na aresztowanie "wroga władzy ludowej", Graff nie złamał prawa, ponieważ działał zgodnie z obowiązującymi wówczas przepisami. Niestety, na temat elementarnej sprawiedliwości Sąd Najwyższy nie zabrał głosu. Czy dlatego, że moralność jest dla frajerów, a wyrastające z PRL-owskiej tradycji środowisko w pierwszej kolejności zawsze troszczyć się będzie o interpretację prawa zgodnie z własnym, korporacyjnym interesem? A może dlatego, że polskiego wymiaru sprawiedliwości nie oczyszczono z sądowego łajdactwa i łajdaków, nazywających siebie sędziami? 
 Proszę uważnie przyjrzeć się temu diabolicznemu równaniu: stalinowski prokurator działał zgodnie z prawem, więc nie można go za to karać. Z drugiej strony, w grudniu ubiegłego roku ten sam Sąd Najwyższy orzekł, że sędziów wydających wyroki w czasie stanu wojennego nie można skazać, gdyż PRL to nie było państwo prawa... To się nazywa dialektyka! Kto wie? Gdyby sędziowie polskiego Sądu Najwyższego wyrokowali w Norymberdze, niemieccy zbrodniarze być może doczekaliby uniewinnienia? Z drugiej strony, jak ktoś kąśliwie zauważył, logika zawarta w wyroku SN niechybnie nakazywałaby sędziom zająć się teraz żołnierzami Armii Krajowej, skoro postępowali wbrew prawu obowiązującemu na ziemiach polskich w latach II wojny... 
 Przykład Kazimierza Graffa dowodzi, że bez Norymbergi dla komunistów nie można zamknąć ery komunizmu. Że ona wciąż trwa, a niesprawiedliwe wyroki ferują dziś mentalne "dzieci" zbrodniarzy. 
*** 
 Tam, gdzie kończy się sprawiedliwość, kończy się także państwo. Tymczasem ta prawda zdaje się do Polaków nie docierać. Zapewne dlatego, że świadomość patriotyczną przeorano moim rodakom w stopniu zatrważającym. W imię "nowoczesnej europejskości", odrzucają oni przeszłość. W efekcie gubią umiejętność analizy zdarzeń. Zaraz potem przychodzi utrata zdolności do samodzielnego myślenia. A to, gdyż komuniści i postkomuniści, wytwarzając zło jak pszczoły miód, wychowali sobie mentalnych następców - chociaż niektórzy z nich bladego pojęcia o tym nie mają. 
 ...Zapytajmy w takim razie, co na to wszystko premier Rzeczypospolitej, Donald Tusk? Cóż, Donald Tusk stoi ponad tym wszystkim. Precyzyjniej: stoi przed lustrem. I przymierzając prezydenckie wdzianko, stroi małpie miny.  Ale o tych grymasach premiera to już może za tydzień. 
Krzysztof Ligęza - widnokregi@op.pl 

  Niewielkie ryzyko
Gdzie te czasy, gdy światowe premiery miały miejsce przeważnie na naszym kontynencie. Teraz więcej uwagi poświęca się samochodowym wystawom w Europie, Chinach niż w Ameryce. I jest tego stanu znany powód - słaby dolar zmniejsza atrakcyjność i zyski ze sprzedaży aut i w Stanach Zjednoczonych, i w Kanadzie, a do tego perspektywy są - ogólnie mówiąc - słabe, dlatego więcej atencji poświęca się teraz zjednoczonej Europie i budzącemu się do życia olbrzymowi - Chinom.
Nic dziwnego zatem, że dopiero na trzecim miejscu znalazła się amerykańsko-kanadyjska premiera znanego na całym świecie modelu mazda6, który w swej ojczyźnie, Japonii, ochrzczono bardziej romantycznie jako atenza. Atenza, co znaczy w naszym języku "uwaga" od łacińskiego wyrazu "atencja", narobiła już wcześniej szumu na innych kontynentach, gdzie już od września ubiegłego roku ten udany samochód pojawił się w ogólnej sprzedaży. 
 Trzeba tu uściślić, że chodzi o drugą wersję mazdy6, bowiem jej protoplasta ukazał się na świecie sześć lat temu i właśnie teraz Japończycy oferują unowocześnioną odmianę tego wozu Ameryce. Dla usprawiedliwienia wielomiesięcznej zwłoki Mazda wysuwa argument, że wóz nie jest ten sam co dla Kraju Kwitnącej Wiśni czy Starego Kontynentu - amerykańsko-kanadyjska mazda6 jest jeszcze lepsza, choć na początek musimy się zadowolić tylko sedanowym modelem.
 Jak już wspomniałem, samochód po raz pierwszy został zaprezentowany w 2002 r. jako następca modelu mazda 626. Występuje w trzech wersjach nadwoziowych: jako hatchback/liftback, sedan lub kombi/wagon. Dla Europy, Australii i większości Azji, model 6 jest produkowany w japońskich zakładach w Hiroszimie i Hofu. Sprzedawany jest od sierpnia 2002 roku. W Ameryce Północnej natomiast od 2003 roku, a produkowany od października 2002 przez Auto Alliance International (AAI - spółka joint-venture z Ford Motor Company od 1992) w zakładach Flat Rock w stanie Michigan. W tym samym czasie wystartowała produkcja modeli dla Ameryki Południowej, które montowane są w Bogocie, stolicy Kolumbii. Samochody przeznaczone na rynek chiński wytwarzane są od marca 2003 w mieście Changchun, w prowincji Jilin, przez FAW Car Company Limited.
 Jak widzimy, mazda6/atenza to pojazd globalny, produkowany na wszystkich kontynentach. Niech nikogo nie dziwi też fakt, że amerykańska wersja powstaje w zakładach należących do spółki Mazda-Ford - japońska wytwórnia w rzeczywistości należy bowiem do amerykańskiego Forda.
 Mazda6 drugiej generacji miała swoją premierę na salonie samochodowym we Frankfurcie we wrześniu 2007 roku. Odmiana amerykańska pojawi się w salonach sprzedaży latem tego roku - nieznana jest jej cena w Kanadzie, mało też jest informacji na temat różnic, ale Mazda parę dni temu ujawniła dwie fotografie, gdzie widzimy wizerunek nowego wozu. Oczywiście jest to sedan, bo to najbardziej intratny kawałek samochodowego tortu, ale firma obiecuje, że w późniejszym terminie pojawią się także u nas i inne wersje.
 Drugie wcielenie mazdy6 prezentuje się doskonale. Jeśli latem wybierzemy się do najbliższego dealera Mazdy i zobaczymy obie generacje, to bezbłędnie określimy, która z nich jest ostatnią. Wóz z najnowszego rozdania poznamy przede wszystkim po modnym kształcie nadwozia - współczesne sedany nie są już trójbryłowe, zwykle dach płynnie przechodzi w krótką komorę bagażową, z profilu można nawet mieć wątpliwości, czy to nie coupe, ponieważ tył samochodu posiada ledwie zarysowany bagażnik. Taki styl znany rozpropagował w Kanadzie Nissan ze swoimi modelami altima i maxima, ale w świecie jest to charakterystyczna linia europejskich aut średniej klasy.
 Z przodu nowa mazda niewiele się różni od swej poprzedniczki: trochę łagodniejsze przeprofilowanie klapy komory silnikowej, większa szyba, bardziej "zaciśnięte powieki" reflektorów, bardziej wyeksponowany układ świateł przeciwmgielnych i całkowicie zintegrowany z karoserią zderzak - praktycznie niewidoczny. Jedyną wyraźną cechą nowego auta jest kratownica z logo firmy - z jednym żebrem, pośrodku którego triumfalnie wyeksponowano stylizowane "V" - znak  rozpoznawczy Mazdy.
 Takim nowym znakiem rozpoznawczym dla drugiego wcielenia mazdy6 jest układ tylnych świateł - stanowią one miniaturę przednich i ładnie komponują się z resztą elementów. Formę elipsoidalną posiadają też obie końcówki rur wydechowych.
 Choć niewiele podano parametrów odmiany mazdy6 przeznaczonych na rynek Kanady i USA, to jedno jest pewne, że do wyboru będziemy mieli dwa silniki: 2,5-litrową "czwórkę" o mocy 167 KM oraz 3,7-litrowe V6 produkujące 273 koni. Ta ostatnia jednostka pożyczona zostanie od SUV-a CX-9. Przy wyborze rodzaju transmisji zastanawiać będziemy się tylko w sytuacji, gdy kupujemy model z "czwórką", tu bowiem oferują nam 6-biegowy automat lub 5-stopniową ręczną przekładnię; jeśli zdecydujemy się na model z "szóstką" - decyzja dotycząca skrzyni biegów będzie podjęta już bez nas - tu jest tylko automat.
 Czy druga wersja mazdy6 odniesie taki sam sukces jak pierwsza, której w ciągu czterech lat sprzedano ponad 1 000 000 sztuk - pokaże czas, ale poniesiemy niewielkie ryzyko, gdy już teraz założymy się, że Mazda za ten model wstydzić się nie będzie.
Jerzy Rosa
 Mississauga

 Gwizdek na niewolników
Najważniejszym zadaniem każdego narodu jest wychowanie młodych ludzi "do elity" - zachowanie ciągłości ducha, zapewnienie trwania przekazu historycznego. Tradycja narodowego kierownictwa jest tym dla narodu, czym DNA dla komórki. To dzięki niej naród potrafi się odradzać po klęskach wojen i katastrofach, to ciągłość kultury elit powoduje, że naród trwa samodzielnie i suwerennie, bez niej łatwo oddaje się w niewolę. 
 Z własnego doświadczenia wiemy, że zdawali sobie z tego sprawę Rosjanie i Niemcy, bolszewicy i hitlerowcy...
 Jesteśmy narodem, któremu przerwano ciągłość elity. Odbudowanie jej jest żmudne i długotrwałe, nie sprzyja też temu czas, w jakim przyszło nam żyć. 
 Kamieniem węgielnym elitarnego wychowywania jest ustalony porządek świata, w którym pojmujemy własne życie jako misję, wyzwanie, zadanie, które przed nami staje i któremu winniśmy sprostać.
 Kamień ten posadowiony jest na gruncie przeświadczenia, że życie, którego doświadczamy, jest tylko wstępem, po którym następuje ciąg dalszy; że świat, który oglądamy, nie jest zamknięty, nie jest wszystek - stanowi tylko część tego, co istnieje naprawdę. 
 Podłożem tradycji Zachodu jest chrześcijaństwo, to ono właśnie umożliwiało wspomniane dwa warunki, to ono powodowało, że Europejczyk, idąc na krucjaty, nie bał się zaglądać śmierci w oczy i mógł w sytuacjach, które tego wymagały, oddawać własne życie. 
 Trudno nie zauważyć, że wszyscy w takim czy innym tempie "idziemy na śmierć" i pełnię życia umożliwia dopiero wyzwolenie ze strachu przed końcem ziemskiej wędrówki; "dlaczego milczeć na temat śmierci? - pytał filozof - jasna świadomość śmierci jest wymiarem radości życia".
 Częścią wychowania elity jest  przywrócenie tej świadomości. Nasza cywilizacja przez większość swego istnienia była heroiczna, dopiero sekularyzacja i wszechobecny konsumpcjonizm używane do kontroli społecznej, doprowadziły ją do sytuacji, w której śmierć zasłaniana jest na co dzień jako niepojęta ostateczność. 
 W czasach, kiedy Zachód nie był jeszcze popsuty, baliśmy się "nie tyle śmierci, lecz tego, co po niej nie jest śmiercią". Dzisiaj boimy się śmierci, bo ona "niesprawiedliwie" zabierze nam "należną" możliwość korzystania i używania.
 Wychowanie polskiej elity należy więc zacząć "od dołu", czyli od  fundamentalnych przekazów cywilizacyjnych. Dawniej  były one powszechne i dochodzenie do nich nie wymagało wysiłku - była nimi przesączona cała kultura. Dzisiaj musimy docierać do nich żmudną pracą, bo cała masówka ocieka doczesnością i w większej lub mniejszej mierze służy kontrolerom do przesłaniania egzystencjalnej prawdy o nas samych.
 Co więcej, dzisiaj tę dawną tradycję uznaje się za potencjalne zagrożenie dla społecznej stabilizacji - stąd w wychowaniu nowego pokolenia (niewolników) nawet ze szkół ruguje się wszechobecne niegdyś przeświadczenia o nieśmiertelności duszy i tymczasowym charakterze życia.
 Szkoła nie ma już uczyć nas, jak żyć, lecz wyposażyć w proste narzędzia, umożliwiające podjęcie jakiegoś wyrobniczego zajęcia - oczywiście, szkoła powszechna, publiczna - jak wiadomo, w szkołach elitarnych uczy się "całości" życia i wychowuje kierowników całego systemu.
 Efekt mamy taki, że ścieżka do warstwy elitarnej zostaje "przymknięta" dla tych, którzy pozbawieni są odpowiednich pieniędzy, wpływów czy urodzenia.
 Co zatem robić? Przede wszystkim wpajać dziecku dumę z własnej odrębności kulturowej, z tradycji narodowej i pochodzenia; uświadamiać, że wszyscy ci, którzy chcą mu (nam) odebrać poczucie dumy, to ludzie zamierzający w ostatecznym rozrachunku podporządkować nas swojej woli.
 Żyjemy w czasach trudnych, kiedy nawet narodowe muzea bywają opanowywane przez wrogów  polskiej tradycji.  Nie ma lekko. 
 Z drugiej strony, istnieją nowe możliwości komunikacji i czerpania z polskiego dziedzictwa państwowego i wolnościowego; docierania do polskiej tradycji. 
 Fundament światopoglądowy i duma z udziału w wielopokoleniowej wielkości Polski to  ława, na której można zbudować całą resztę - przeświadczenie o konieczności służby wobec innych ludzi, umiejętność skutecznego działania, rozpoznawania manipulacji, którym się nas poddaje, zdolność do czytania gry interesów  i umiejętność posługiwania się innymi ludźmi do naszych  celów.
 Nowoczesny Polak-przywódca to człowiek bardzo dobrze wykształcony, pracujący nad sobą, znający języki i obyty w świecie. Oczywiście - co najważniejsze - przekonany o własnej misji i narodowym powołaniu, czujący więź z rodakami, pomagający im, chroniący ich interesów.
 Taki elitaryzm musimy wbrew wszystkiemu dookoła wpajać dzieciom. Ten elitaryzm musi być podany w atrakcyjnej formie, bez przynudzania i patetycznych uniesień. Jesteś Polakiem, to znaczy jesteś spadkobiercą fascynujących ludzi, którzy cenili sobie wolność, potrafili się nieźle bić i umieli radzić sobie w każdej sytuacji. Na świecie roi się od polskich losów, które niejednego juniora mogą głęboko zainspirować, a niejednemu polskiemu dziecku dać nieźle do myślenia.
 Oferta współczesnej "kultury" masowej zawiera elementy kontroli społecznej. Trzeba je umieć rozpoznać i trzeba uświadomić sobie, że wszechobecne w tym przekazie hasełko zwerbalizowane polskim "róbta co chceta", paradoksalnie, wbrew wszelkim pozorom, nie jest zawołaniem ludzi wolnych, lecz gwizdkiem na niewolników.
Andrzej Kumor
Mississauga
 
 

GONIEC NR 17/2008

Postacie sceniczne czekają na reżysera 
Jak to z jakichś tajemniczych powodów aż dwukrotnie określił pan wicemarszałek Stefan Niesiołowski, zaostrza się "walka psów pod buldogiem". Inni politycy nazywają to walką buldogów pod dywanem, ale pan wicemarszałek Niesiołowski swoje wie i jeśli nawet trafiają mu się od czasu do czasu freudowskie pomyłki, to przecież i one muszą mieć swoje zagadkowe przyczyny. Jak tam jest, tak jest, ale niezależnie od tego, walka psów pod buldogiem istotnie się zaostrza, i to do tego stopnia, że zaczyna obejmować najważniejszą, jak się wydaje, dziedzinę aktywności naszego państwa, to znaczy - przemysł rozrywkowy.
 Natura nie znosi próżni i skoro od 1 stycznia 2009 roku Polska stanie się częścią składową Unii Europejskiej, która - jak mówi Gałczyński w "Pięciu donosach" - będzie miała "niepodległość i wojsko własne, własny skarb", a przede wszystkim - własnego ministra spraw zagranicznych - to siłą rzeczy nasi dygnitarze już wielką, ani nawet mniejszą polityką zajmować się nie będą, bo wyręczą ich w tym mądrzejsi. Czymś jednak przecież muszą się zająć i wszystko wskazuje na to, iż ich zainteresowania zwrócą się w stronę przemysłu rozrywkowego. Pierwszego zwiastuna nadchodzącej epoki już mieliśmy, kiedy to prezydenci Polski i Ukrainy radzili ("panowie w stolicy radzili..."), jak by tu zorganizować mistrzostwa Europy w futbolu w roku 2012. Ale to jeszcze nic w porównaniu z pomysłem na spektakl o zasięgu międzynarodowym, który miałby odbyć się w Gruzji.
 Jak wiadomo, w tej dawnej republice sowieckiej, po różnych perturbacjach i kolorowych rewolucjach, zainstalował się rząd, który "aspiruje" do NATO. Tak naprawdę chodzi o dwie rzeczy - realizację amerykańskiego planu odpychania Rosji na północny wschód oraz oddanie słynnemu "filantropowi" Jerzemu Sorosowi, wobec którego rodzina Bushów ma różne długi wdzięczności, jakichś krajów w arendę, żeby miał czym obetrzeć sobie łzy po utracie rosyjskich alimentów. Gruzja, a zwłaszcza Ukraina, nadaje się do tego w sam raz, więc nastręcza się okazja połączenia pięknego z pożytecznym. Ale ruscy szachiści też  nie w ciemię bici, zorientowali się w sytuacji i podsycają  w Abchazji i Osetii dążenia separatystyczne, co strasznie martwi gruzińskiego prezydenta, że jeśli te prowincje od Gruzji odpadną, to rodacy urżną mu głowę, nie patrząc na to, co pomyśli sobie o nich Kondoliza. Inna rzecz, że Kondoliza trochę sama temu winna, bo trzeba zdawać sobie sprawę, że niepodległość Kosowa na pewno znajdzie wielu naśladowców również w Osetii i Abchazji. Jeśli wolno kosowiakom, zwanym w postępowych kołach warszawskich "kosowerami",  to dlaczego nie Osetyńcom czy Abchazom? 
 Kiedy więc tamtejsi przyjaciele ruskich szachistów postanowili pójść w ślady "kosowerów", zaś rosyjski samolot zestrzelił nad Abchazją gruziński aparat szpiegowski, stało się jasne, że coś trzeba zrobić. Ale co? Rada w radę prezydent Lech Kaczyński wespół z litewskim prezydentem Valdasem Adamkusem postanowili urządzić na terenie Gruzji widowisko pod tytułem "Groźne kiwanie palcem w bucie", którego kulminacyjnym momentem miał być wyjazd obydwu mężów stanu do Tbilisi, gdzie własną piersią, w charakterze żywych tarcz, zasłanialiby Gruzję od podboju. 
 Pomysł znakomity, zwłaszcza gdyby dołączył do nich amerykański prezydent Bush. Tres faciunt collegium, omne trinum perfectum, Boh trojcu liubit, słowem - wtedy nawet zimnemu czekiście Putinowi z pewnością zmiękłaby rura, zadrżało serce i w ten sposób pokój światowy zostałby uratowany, dzięki czemu zarówno w Waszyngtonie, jak i w Warszawie oraz w Wilnie można by odegrać patetyczne finale z defiladą wojskową i wjazdem triumfatorów na białych koniach. Sam widok prezydenta Kaczyńskiego na białym koniu wart jest nie tylko takich, ale jeszcze większych poświęceń. Byłoby co opowiadać wnukom, a nawet prawnukom, zwłaszcza spłodzonym metodą in vitro, na którą snobuje się coraz więcej warszawskich dam z towarzystwa.
 "Podczas kiedy we dworze sztab wesoły łyka, przed domem się zaczęła w wojsku pijatyka" - pisze Mickiewicz w "Panu Tadeuszu". I słusznie, bo skoro taki przykład idzie z góry, to czemu dygnitarze drobniejszego płazu mieliby sobie żałować? "Parlament" też nie wypadł sroce spod ogona i zorganizował widowisko z rodziną państwa Olewników w roli głównej i posłem Ryszardem Kaliszem z SLD w roli epizodycznej. Państwo Olewnikowie, którym bandyci, kto wie, czy nie parający się jednocześnie konfidenctwem, porwali dla okupu i zamordowali syna, nie szczędzili pełnych goryczy wyrzutów pod adresem państwa polskiego, a zwłaszcza - policji, prokuratury i sądów, a w szczególności - pod adresem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, którego reprezentacja w osobie posła Ryszarda Kalisza siedziała i w milczeniu tę publiczną chłostę przyjmowała. Ponieważ jednak jest rozkaz, by myśleć pozytywnie, a poza tym zarządzająca telewizją razwiedka w sprawie reżyserii też ma coś do powiedzenia, przeto nawet autentyczna tragedia musi kończyć się wesołym oberkiem. Tak też stało się i tu; pod koniec spektaklu, kiedy państwu Olewnikom wyczerpał się repertuar wyrzutów, poseł Kalisz wyciągnął prawicę i tak odbyło się historyczne pojednanie partii z jej ofiarami. Inna rzecz, że poseł Kalisz musiał wypić kielich goryczy do samego dna, co ilustruje słabnącą pozycję "postkomuny". Nie dość, że o przywództwo nad resztówką SLD walczy Napierniczak z Olejarskim, tzn. pardon - oczywiście Olejniczak z Napieralskim, ale już Marek Borowski ze swoją "Socjaldemokracją" zrejterował po rozwodzie SLD z Partią Demokratyczną, a springerowski dziennik "Dziennik" z prawdziwą zapamiętałością na guru Nowej Lewicy lansuje Sławomira Sierakowskiego. Ten Sławomir Sierakowski stylizuje się na wymoczkowatego, zabiedzonego XIX-wiecznego socjalistę, ale tak naprawdę wie, z której strony chleb posmarowany, i umie znaleźć sobie sponsorów. Ciekawe, na kogo w końcu postawi gestapo, no i bratnie partie socjaldemokratyczne w eurokołchozie.
 Bo gestapo, a nawet razwiedka tubylcza ma chyba w tych sprawach najwięcej do powiedzenia i to ona w ostatniej instancji zdecyduje, kiedy i w jaki sposób psy pod buldogiem zakończą swoje przekomarzania. Oto okazało się, że nawet samemu premieru Tusku przypomniano, skąd wyrastają mu nogi, a konkretnie - że owszem, jest premierem i w ogóle, ale losy jego rządu wiszą na cienkim włosku poparcia Polskiego Stronnictwa Ludowego, którego prezes Waldemar Pawlak zaraz po uzyskaniu nominacji odbył naradę z samym generałem Gromosławem Czempińskim. Kiedy więc minister finansów odmówił ministrowi Sawickiemu, postawionemu na czele resortu rolnictwa, dofinansowania szkół rolniczych, w koalicji zaczęły się, jak to określił szef Klubu PO pan Chlebowski - "kłopotki". Była to niby taka dowcipna aluzja do jednego z PSL-owskich mężów stanu, ale wydaje się, że po raz pierwszy ukazała się cienka czerwona linia, której żadna ze stron wojujących nie chciałaby przekraczać.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl

 Kiedy obudzi się naród?
Polacy dają robić z siebie idiotów. Zachłysnąwszy się Unią Europejską, nie rozumieją, że dzień po dniu i rok po roku kradnie się im niepodległość. A wszystko dlatego, że przegrywamy bitwę o pamięć. 
 Z tego samego powodu Polacy nie pojmują też, co dzieje się dookoła nich i dookoła ich kraju. Można powiedzieć, że za brak pamięci historia mści się na Polakach, zgodnie z przekonaniem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, że: "ustrój oparty na kłamstwie zemści się na rzeczywistości, która go pokonała". 
 Herling prawidłowo antycypował przyszłość. Trafił. Oto inne jego spostrzeżenie godne odnotowania: "Jako żołnierz byłem świadkiem upadku faszyzmu we Włoszech. Granica między upadającym reżimem a wprowadzanym ustrojem demokratycznym była bardzo wyraźna. Ludzie odczuli zmianę. 
 Było to potrzebne między innymi dlatego, żeby przywrócić poczucie rządów prawa i faktu, że kartka wyborcza, o której mówiliśmy, ma swoją wartość. Tymczasem w Polsce urządzono coś na kształt wyborów w Wielkiej Brytanii, gdzie dla podstaw ustrojowych państwa nie ma znaczenia, czy przegrali laburzyści, a wygrali konserwatyści, czy odwrotnie. Jednak Polska w 1989 roku nie była normalnym krajem, jak wszyscy wiemy". 
 W samej rzeczy: Polska normalnym krajem nie była, a dziś przypomina miejsce, w którym pokłady łajna przesłaniają świat do tego stopnia, że wielu z nas zapomina, jak ten świat naprawdę powinien wyglądać. A to, gdyż Polakom wpojono zasadę, że o statusie społecznym i pozycji zawodowej decyduje służalczość, serwilizm i kumoterstwo, owinięte celofanem korupcji. W efekcie zwyrodniałe elity uzależniły od siebie niemal wszystkie instytucje państwowe, obsadzając równie zdegenerowanymi etycznie "swojakami" co tylko można. 
 Radykalna zmiana psychopatycznej sytuacji jest oczywiście możliwa, ale najpierw Polacy powinni poznać prawdę o sobie i swojej przeszłości. To pierwsze, konieczne i dla uzdrowienia sytuacji niezbędne. Rzecz jednak w tym, że równorzędnie przydałoby się raz na zawsze rozstrzygnąć spór dotyczący odpowiedzi na podstawowe pytanie, mianowicie czy ludzie wyrośli z bagna PRL-u bądź ukształtowani rozwiązaniami wówczas narzuconymi, a wdrażanymi w Trzeciej Rzeczypospolitej, mają moralne prawo sprawować władzę w "demokratycznym państwie prawa", czy też dla suwerennej Polski ich rządy są rozwiązaniem szkodliwym z samej definicji. 
 Innymi słowy, czy ludzie uwikłani w PRL-owską przeszłość powinni w wolnej Polsce pełnić funkcje posłów, polityków, ministrów, szefów rządu,  ambasadorów, prezesów państwowych firm, członków zarządów czy rad nadzorczych spółek skarbu państwa, wreszcie urzędników państwowych czy samorządowych dowolnego szczebla? Czy nie ucierpi na tym wiarygodność państwa i czy taką Polskę możemy uznawać za kraj wolny i niezależny, zdolny do kompetentnego wywiązywania się ze swoich obowiązków wobec obywateli? 
 Wedle mojej oceny, są to pytania retoryczne. Ponieważ jednak daliśmy sobie wmówić, że pamięć o przeszłości to rodzaj zbędnego balastu, niezwykle trudno kształtować polską teraźniejszość w duchu polskiej racji stanu i polskiego interesu narodowego. Bez odkłamania przeszłości wydaje się to wręcz niemożliwe. 
 Trudniej o to tym bardziej, gdy ludzie, którzy zasłużyli na jednoznacznie negatywny osąd, wychowali sobie następców, a ci z kolei nie dbają o przeszłość i prawdę, gdyż jedno i drugie definiują. Po swojemu i zgodnie ze swoim partykularnym interesem. 
 Opracowany w maju 1992 roku dla premiera Jana Olszewskiego "Raport o bezpieczeństwie" zawiera dwa znamienne zdania: "Skuteczna próba odejścia od komunizmu w pierwszej kolejności musi oznaczać ujawnienie i przecięcie stworzonych przez poprzedni system niejawnych powiązań wewnątrz społeczeństwa, jak i w relacjach Polski ze światem zewnętrznym. Jest to bezwzględnie konieczny warunek utrzymania pełnej niepodległości kraju oraz powodzenia programu przekształceń ustrojowych". 
 Słowa aktualne wtedy i dziś, po szesnastu latach. I nawet zasadnicze pytanie brzmi tak samo: kiedy ów zamysł powiedzie się Polakom? Albo inaczej: kiedy przebudzi się Naród? 
*** 
 Kraj poważny to taki, który dba o własne interesy. Tak twierdzi Stanisław Michalkiewicz i nie ma potrzeby z osądem tym polemizować. W istocie jednak oznacza to, że Polska, mało, że nie zalicza się do kategorii państw poważnych, ale że jest krajem nadzwyczaj, powiedziałbym, krotochwilnym. A to, gdyż Polacy swoich interesów nie tylko nie potrafią bronić, ale nie umieją ich nawet między sobą określić, nazwać i uzgodnić. 
 Warto wiedzieć, z czego to wynika, powtórzę więc: z tego, że przegrywamy bitwę o pamięć. Że Polacy pozwalają robić z siebie idiotów. Że zachłysnąwszy się Unią Europejską, nie rozumieją, że dzień po dniu i rok po roku kradnie się im niepodległość. Co prowadzi między innymi do sytuacji, w jakiej kaci Polaków nie muszą obawiać się polskiego prawa, ponieważ prawo to interpretują przyjaciele katów. 
 ...Ale o tych ludzkich insektach to już może za tydzień. 
 Krzysztof Ligęza
Wrocław 

  Z "leśnikiem" do lasu!
Robi się coraz cieplej, już niedługo rozpocznie się nowy sezon w prowincyjnych parkach, więc najwyższa pora, by rozglądnąć się za jakimś środkiem lokomocji, który bez problemów dostarczy nas na łono przyrody. Wydaje się, że jedną z bardziej udanych decyzji będzie nabycie najnowszej, trzeciej już wersji forestera, który właśnie pojawia się w kanadyjskich salonach Subaru.
Propozycja jest podwójnie interesująca, ponieważ ten udany pod prawie każdym względem pojazd jest w swym najnowszym wcieleniu tańszy od poprzedników. Podstawowy model "leśnika" kosztuje w Kanadzie 25 795 dolarów - o ponad 1200 dolarów taniej niż przed rokiem. Niższa cena obejmuje wszystkie wersje wyposażeniowe forestera - co jest zdaje się konsekwencją niskiego kursu dolara amerykańskiego. 
 Obniżenie kanadyjskich cen na nowe modele subaru może zmniejszyć liczbę wypraw do USA, gdzie w dalszym ciągu ceny samochodów i motocykli są dużo niższe niż w Kraju Pachnącym Żywicą. Zainteresowanym problemem polecam internetową stronę www.importcartocanada.info - chętni kupienia samochodu za dużą niższą cenę niż w Kanadzie znajdą tam wiele praktycznych wskazówek i przepisów.
 Forester w stajni Subaru pojawił się w 1997 roku. Technicznie stanowił wersję subaru imprezy, ale całkowicie nowe nadwozie dopominało się o większą uwagę. Na pewno nie była to klasyczna odmiana kombi, bo nowe auto bardziej przypominało wyznaczające wówczas nowy trend crossovery (bazujące na samonośnej konstrukcji osobówek),  ale kanciasta sylwetka wyraźnie nawiązywała do wyglądu tradycyjnego SUV-a. 
 Niewiele usportowionych samochodów terenowych (sport utility vehicle) równie dobrze zachowuje się w interiorze, jak i na wyasfaltowanej nawierzchni. Wysoko zawieszony silnik w tego typu samochodach umożliwia zwiększenie prześwitu i pokonywanie nawet dużych przeszkód, ale zmniejsza ogólną stabilność wozu, gdy wchodzi on z dużą prędkością w zakręty. Japończycy z Subaru poradzili sobie z tym problemem, instalując w swych terenówkach jednostkę napędową typu bokser z leżącymi przeciwlegle cylindrami, dlatego forester prowadzi się po równej  drodze jak zwykłą osobówkę. 
 Zabiegi wokół obniżenia środka ciężkości spowodowały, że został on odchudzony w newralgicznych dla działania sił grawitacji miejscach. Wiele elementów wykonanych w poprzednich modelach z ciężkiej stali zastąpiono lekkimi stopami aluminium. Zwrócono także uwagę na opory powietrza - każdy kolejny model forestera posiadał coraz niższy współczynnik, a najnowsze wcielenie pełne jest opływowych kształtów redukujących zawirowania strumieni powietrza oraz obniżające szumy.
 Nie bez kozery aerodynamika i siły grawitacji są problemami, które Subaru rozpracowuje w detalach w swych automobilowych konstrukcjach - firma bowiem została założona w 1917 roku jako laboratorium awiacyjne oraz producent samolotów i jest twórcą (w wiele lat później) pierwszego japońskiego odrzutowca T-1. Samochodami zajęła się dopiero w 1958 roku (subaru 360), stosując w nich nowoczesne technologie i rozwiązania konstrukcyjne używane w przemyśle lotniczym.   Najwięcej renomy przysporzyło Subaru zastosowanie w swych osobowych 
autach napędu na cztery koła, miało to miejsce 33 lata temu, a w dwa lata później, w 1977 roku, samochody z sześcioma gwiazdkami pojawiły się po raz pierwszy w USA. Kanada gości Subaru od 1976 roku.
 Największą w swej klasie stabilność forester zawdzięcza jednak nie aerodynamice, ale przede wszystkim specjalnej konstrukcji silnika. Nie jest to nieznana jednostka napędowa - Subaru montuje je też w imprezie oraz w outbacku. Położone poziomo cztery cylindry - dwa po prawej stronie i dwa po lewej - napędzają wał korbowy, który dzięki idealnej przeciwstawnej symetrii pracujących tłoków nie potrzebuje specjalnych przeciwwag zwykle koniecznych w czterocylindrowych konstrukcjach. Boksery Subaru mają w 2008 roku pojemność 2,5 litra i produkują 170 koni mechanicznych. Jak we wszystkich samochodach tej japońskiej firmy, moc silnika w foresterze dystrybuowana jest na cztery koła  poprzez standardową 5-biegową ręczną przekładnię lub stanowiącą opcję, 4-pozycyjną automatyczną transmisję. 
 Napęd All-Wheel Driving System w foresterze zasila wszystkie koła w sposób ciągły - różni się zatem od innych SUV-ów, gdzie moc silnika przekazywana jest przez większość czasu tylko na tylną lub przednią oś. W podstawowej wersji z ręczną transmisją moc jednostki napędowej w subaru dzielona jest w równym stopniu między obie osie, natomiast w modelu z automatyczną przekładnią 60 procent mocy transferowana jest na przód, a pozostałe 40 zasila tylną oś pojazdu. Nie jest to stosunek stały, bowiem w momencie gwałtownego przyspieszania automatycznie zostaje on zamieniony na 50/50.
 Moment obrotowy przenoszony na koła zależy też w danym momencie od ich przyczepności, gdy ulega ona zmniejszeniu i opony zaczynają się ślizgać, centralny dyferencjał automatycznie przekazuje moc na koła, które mają lepszy kontakt z podłożem.
 System ciągłego napędu obu osi połączony z mocnym i odpornym na drgania silnikiem typu bokser oraz niezależne zawieszenie kół czynią z forestera 2009 szalenie uniwersalny pojazd, który dzięki obniżonemu punktowi ciężkości trzyma się drogi jak niejeden sportowy wóz. Doskonale radzi sobie też w interiorze, gdzie stosunkowo wysokie zawieszenie (22 cm) pozwala mu pokonywać kamienie i wystające korzenie drzew, na których każdy inny wóz niechybnie zawiśnie. 
 Subaru forester A.D. 2009  to nadal niewielki SUV bazujący na rozwiązaniach technicznych modelu impreza, choć rozmiarami przewyższa swych poprzedników w każdym kierunku: nowy wóz jest 110 mm wyższy i 45 mm szerszy, a rozstaw osi został powiększony o 90 mm.
 Styliści za wzór przy przeprojektowaniu nadwozia wzięli udaną sylwetkę najnowszego subaru tribeca - forester przypomina teraz ten wóz, stanowiąc jakby jego miniaturkę. Trzeba tu dodać, że tribeca zbudowana jest na podwoziu dużego outbacka, a forester dużo mniejszej imprezy. Skopiowanie wyglądu wyszło  foresterowi na dobre, bo dotychczasowe nadwozia jego poprzedników były mocno kanciaste i równie mocno odbiegały od obowiązującej automobilowej mody.
 Japończycy wymiennie ze słowem "subaru" stosują "mutsuraboshi", co znaczy "sześć gwiazd". I jeśli przyjrzymy się bliżej logo samochodów marki Subaru, ujrzymy właśnie sześć gwiazdek zebranych w plejadę. 
 Tylko o jedną mniej otrzymał najnowszy forester w testach NHTSA - nie jest to jednak powód do rozpaczy, ponieważ pięć gwiazdek  oznacza absolutny komplet! Forester uzyskał maksymalną ocenę 5 gwiazdek za ochronę kierowcy oraz pasażera tak w przypadku uderzenia czołowego, jak i bocznego. Wynik ten jest o tyle bardziej godny pochwały, że był to pierwszy crash-test przeprowadzony według nowych, bardziej restrykcyjnych zasad. Prędkość samochodów testowych została podniesiona o 10 procent - z 56 km/godz. do prawie 63 km/godz.
 Jak już wspomniałem, trzecie wcielenie "leśnika" kusi Kanadyjczyków niższą ceną - w modelu podstawowym (170 KM) wynosi ona ponad 1200 dolarów (auto kosztuje 25 795 dol.) - w najlepiej wyposażonym i z turbiną foresterze 2.5XT limited (224 KM) ta różnica to 4100 dolarów (auto kosztuje 34 895 dol.). Warto więc przyjrzeć się bliżej temu wozowi - pamiętajmy, że standardem jest tu napęd na cztery koła i klimatyzacja, a na dachu mamy fabrycznie zamocowany bagażnik, który na pewno się przyda w najbliższej wyprawie na biwak w lesie!
 Jerzy Rosa
Mississauga 

 Dyskretny czar (dobrej) propagandy
Dlaczego Hitler przegrał wojnę? Z dzisiejszej perspektywy sprawa wydaje się jasna - nie te metody i nie ten "PR".  Postać oberpropagandysty Rzeszy dra Goebbelsa jest zdecydowanie przereklamowana, można zaryzykować przesadzone stwierdzenie, że to właśnie przez niego cały projekt legł w gruzach.
 Propozycja narodowego socjalizmu nadawała się do tego, by wepchnąć ją światu przez gardło, jednak zawiodło "opakowanie".
 Patrząc z dzisiejszej perspektywy, kiedy Berlin znowu staje się europejskim centrum kulturowym, prężniejszy od Paryża czy Londynu, a Niemcy zajmują w Europie "należne miejsce".
 Hitler miał duże szanse sprzedać projekt narodowego socjalizmu - wszak reformy gospodarcze Rzeszy były przedmiotem wielu zachwytów w Kanadzie, USA i Wielkiej Brytanii - opieka nad pracownikiem, mobilizacja społeczna, Volkswagen i osławione Autobahny niektórych rozpalały do zieloności.
 Sam narodowy socjalizm, choć śmierdział socjaldemokratom i bolszewikom, był bliski koncepcji etatystycznych obecnych we wszystkich krajach kontynentu i w każdym z nich mógł jednoczyć drobnych przedsiębiorców i sklepikarzy.
 Hitlerowcy nie potrafili tego wszystkiego sprzedać w jednej pigule łatwej do przełknięcia, nie nauczyli się wyższej sztuki propagandy, w której zmanipulowany człowiek przyjmuje daną ideę nie dlatego, że ktoś mu ją siłą narzuca, lecz dlatego, że "w naturalny sposób" wynika ona z jego własnych "przekonań"; przyjmuje ją dlatego, że wszyscy tak myślą i mówią; dlatego, że każdy inny przeciwstawny pogląd czy idea jest "po prostu głupi" i "nieracjonalny".
 Hitlerowcy usiłowali zastraszyć i złamać ludzi, ponieważ nie wiedzieli, że o wiele lepszym niewolnikiem jest człowiek, który ma złudzenie wolności, który trzyma ręce na kierownicy, nie zdając sobie sprawy z tego, że to tylko atrapa do kręcenia.
 Gdyby opakować narodowy socjalizm we współczesny "pijar", założę się o stówę, że dzisiaj wszyscy chodzilibyśmy w brunatnych mundurkach. Hitlerowcom zabrakło rozumu, nawet w tak delikatnych i znaczących dla nich sprawach, jak tzw. kwestia żydowska. Zamiast zabijać i rabować mienie europejskich Żydów, trzeba było - chcąc osiągnąć deklarowane przez "nazi" cele - Żydów opodatkować, a następnie wesprzeć za te pieniądze i sfinansować silny europejski ruch syjonistyczny, popierając i ułatwiając na wszelkie sposoby exodus do brytyjskiej Palestyny. Potem należało działać na rzecz powołania państwa żydowskiego i zawarcia przez to państwo sojuszu wojskowego z Rzeszą.
 We współczesnym świecie naga siła osiąga coraz mniej, ludzi nie można zamknąć na całe pokolenia do obozów koncentracyjnych, ponieważ nawet ich strażnikom już w drugim pokoleniu znudzi się to niewdzięczne zajęcie. Prawdziwa władza i długofalowe panowanie muszą posługiwać się dyskretnymi mechanizmami kontroli. 
 Paradoksalnie, hitlerowcy w swej taktyce byli zacofanymi troglodytami, mamutami, ludźmi, którzy z powodu braku wykształcenia, lub też ideologicznego uniesienia quasi-religijnego nie potrafili dostrzec prawdziwych sznurków władzy, którzy założyli, że kasta panów może sobie pozwolić, aby na każdym kroku drażnić i epatować "masy" swymi "cnotami".
 Jak pokazały wszystkie powojenne lata, zwłaszcza zaś trzy minione dekady, aby rządzić skutecznie, trzeba to czynić z ukrycia, a rządzeni muszą być przekonani, że prawdziwe szczęście polega na zaspokajaniu pobudek i instynktów.
 Dorobiliśmy się dzisiaj "szczęścia w zniewoleniu"; świata, w którym prawdziwi pasterze nie uczestniczą w widowiskach światło i dźwięk - tam grają tylko ich marionetki.
 Współczesna pozycja Niemców pokazuje, że potrafili oni wyciągnąć wnioski po sromotnej katastrofie, w jaką Hitler wciągnął naród i państwo, dzisiaj niemieckie cele, które miały być osiągnięte przez militarne krucjaty, są skutecznie realizowane przez  zręczne manipulowanie wpływami i pieniądzem.
 Hitler i jego koleżkowie okazali się głupimi Niemcami. Szczęśliwie dla Niemców ich głupota nie jest dziedziczna.
***
 Wielkie święto w Krakowie, oto w Wyższej Szkole Europejskiej ruszyła w minioną niedzielę podyplomowa Szkoła Liderów Politycznych, gdzie za 6,5 tys. zł można "nauczyć się, jak być politykiem". W szkole wykładają takie tuzy, jak: Marcinkiewicz, Bielan, Gowin, Rokita. 
 Czego będą uczyć? Odpowiedź jest bardzo ciekawa, jeśli posłucha się, co o polityce sądzi były nauczyciel fizyki Kazimierz Marcinkiewicz: "polityk to ogrodnik, który dba o to, by rośliny w jego ogrodzie mogły się rozwijać", polityka zaś polega na regulowaniu procesów gospodarki i procesów społecznych.
 Zapomnij, drogi rodaku, o tym,  że polityka czy demokracja ma coś wspólnego z przedstawicielstwem, reprezentacją, z tym, żeby po prostu mówić do sąsiada, który ma trochę oleju w głowie, słuchać Franek jedź i walcz tam w stolicy o nasze. 
 Gdzie tam!
 Krakowska szkoła polityków ma wyhodować społecznych "administratorów", którzy w imieniu eurokołchozu będą wiedzieli jak uprawiać polską działkę i czym podlewać polskie roślinki.
 To aż szokujące, że taki człowiek jak Marcinkiewicz mówi o tym wprost i bez ogródek. A zatem wybijcie sobie, drodzy Polacy, demokratyczne mrzonki z głowy, my tu o was zadbamy, żebyście mogli się rozwijać, no bo przecież wiemy, czego wam trzeba i jak będzie lepiej.
 "Chcemy przyłożyć rękę do powstania nowej klasy, nowego pokolenia polityków w Polsce. Takiego pokolenia, które będzie umiało uprawiać politykę w sposób profesjonalny i skuteczny", wtórował Marcinkiewiczowi Jarosław Gowin.
 Modlę się szczerze, aby ten projekt się nie powiódł i aby Polacy nie dali sobie odebrać przestrzeni społecznej takim właśnie macherom. 
Andrzej Kumor
Mississauga

GONIEC NR 16/2008

Pokój będzie straszny?
Co się dzisiaj nosi w Warszawie? W Warszawie dzisiaj nosi się Żydów na rękach. Akurat przypadła bowiem 65. rocznica powstania w getcie warszawskim, której obchody zaszczycił swoją obecnością sam prezydent Izraela Szymon Peres. Wprawdzie różni prostacy utrzymują, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale to na pewno nieprawda, zwłaszcza gdy uwzględnić zastosowane środki bezpieczeństwa. Były one tak nadzwyczajne, że mniej wartościowa, warszawska  ludność tubylcza w ogóle nie została dopuszczona w pobliże uroczystości i tylko zza podwójnych barier, zza kordonu policjantów oraz jakichś zbirów z długą bronią, mogła z bezpiecznej odległości przyglądać się, jak się państwo bawią. 
Myślę, że jednak nie tylko względy bezpieczeństwa podyktowały tak ostentacyjną ostrożność. Wydaje mi się, że jeszcze ważniejsze były względy pedagogiczne. Po jednym i drugim takim spektaklu mniej wartościowa ludność tubylcza będzie już wiedziała, kto jest najważniejszy, a kto mniej ważny. Do tej drugiej kategorii należy niewątpliwie prezydent Rzeczypospolitej Lech Kaczyński. Nie tylko poseł PO Janusz Palikot zadaje mu rozmaite pytania, a to, czy nie ma aby problemów alkoholowych, a to - czy nie cierpi przypadkiem na chorobę Alzheimera, ale i dziennikarze izraelscy, towarzyszący prezydentowi Peresowi na rocznicowe uroczystości, też specjalnie się wobec niego, jako prezydenta tubylczego, nie krępowali. Zadali mu mianowicie pytanie, czy Polska nie czuje się aby współodpowiedzialna za holokaust. Prezydent Kaczyński odpowiedział, że nie, bo żaden organ państwa polskiego nie wydał tego rodzaju decyzji, ale trudno powiedzieć, czy ten argument zrobił wrażenie na izraelskich dziennikarzach, którzy nie tylko wiedzą swoje, ale zwłaszcza takie rzeczy wiedzą najlepiej. 
 Trudno im się zresztą dziwić, skoro sam prezydent Peres, podczas "Debaty Tischnerowskiej" na Uniwersytecie Warszawskim, puszczając wodze fantazji, zaczął głośno myśleć, że gdyby Rzesza Niemiecka nie okupowała Polski, to nie pobudowałaby tu obozów zagłady, a w takim razie holokaustu też by pewnie nie było, no bo gdzie? Pan prezydent Peres przez delikatność powstrzymał się przed wyciągnięciem ostatecznego wniosku, że w takim razie to Polska przez swój niepotrzebny sprzeciw wobec ultimatum Adolfa Hitlera w 1939 roku sprowokowała i wojnę, i okupację, z towarzyszącymi jej obozami zagłady, a więc nie da się ukryć, że to ona właśnie ponosi główną, a właściwie nie "główną", tylko wyłączną odpowiedzialność za holokaust. Więc chociaż przez delikatność tego wniosku nie wypowiedział, to rozumie się on sam przez się i niewątpliwie zostanie podchwycony już w najbliższej przyszłości, kiedy po proklamowaniu Unii Europejskiej Niemcy przystąpią do porządkowania Europy Środkowej po swojemu.
 Dopiero w tym kontekście można w pełni ocenić wymowę deklaracji prezydenta Peresa w przemówieniu podczas głównej uroczystości, że "Izrael pragnie zemsty", ale nie zwyczajnej, tzn. tradycyjnej, tylko - w postaci "pokoju". Okazuje się, że traktowane dotąd z przymrużeniem oka ostrzeżenia, żeby korzystać z wojny, bo "pokój będzie straszny", mogą stać się ciałem, zwłaszcza gdy sytuację w Europie Środkowej, a w Polsce w szczególności, będzie, z jednej strony, kształtowało strategiczne partnerstwo rosyjsko-niemieckie, a z drugiej - niemiecko-izraelskie, którego ceną jest m.in. przerzucanie odpowiedzialności za zbrodnie II wojny światowej na Polskę. 
 Nasi mężykowie stanu nie reagowali na te deklaracje, no bo - powiedzmy sobie szczerze - cóż właściwie mieliby zrobić w sytuacji, gdy już zdecydowali o poddaniu Polski niemieckiej zwierzchności, a poza tym w pluciu pod wiatr nabrali takiej wprawy, że umiejętność ta zeszła u nich już do poziomu instynktów? Kielich goryczy trzeba wypić do dna, a im szybciej, tym lepiej, więc i premier Donald Tusk podczas wizyty w Izraelu obiecał uchwalenie ustawy o "rekompensatach" najpóźniej do końca roku. Dlaczego obiecał to akurat w Izraelu, skoro ludzie pozbawieni własności, często razem z życiem, byli obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej - trudno zgadnąć, chyba że przyjęlibyśmy zupełnie nieprawdopodobną możliwość, że zarówno szef Platformy Obywatelskiej, jak i władze Izraela kierują się kryteriami rasistowskimi, a nie obywatelskimi. Jak tam było, tak tam było, ale wiele wskazuje na to, iż "strona izraelska" traktuje zapowiedź rekompensaty w wysokości 20 procent wartości utraconej własności tylko jako dobry początek w postaci stworzenia podstawy prawnej do wysuwania dalszych roszczeń. Takiej podstawy dotychczas nie było, a skoro już raz zostanie stworzona, to któż nam zagwarantuje, że w ramach "pokojowej zemsty" Polska, jako winowajczyni holokaustu, nie zostanie wyszlamowana do ostatniego okruszka? Już tam dobre Niemcy, które, jak pamiętamy, same były pierwszą ofiarą złych "nazistów", dopilnują, żeby sprawiedliwości stało się zadość, przede wszystkim - w stosunku do "wypędzonych", więc w razie potrzeby wesprą również działania loży B'nai B'rith, która  nie ma innych zmartwień, jak realizacja owych "roszczeń" i pacyfikacja Radia Maryja.
 Dlatego właśnie w gronie "gdańskich intelektualistów" w osobach Pawła Huelle i Aleksandra Halla, do których w charakterze intelektualisty czasu wojny doszlusował również niezawodny Lech Wałęsa, pojawił się nieubłagany sprzeciw wobec nominacji na gdańską metropolię JE abpa Sławoja Leszka Głódzia. Sygnał stadu dała oczywiście "Gazeta Wyborcza", oznajmiając, że "wszyscy" się tej kandydaturze sprzeciwiają. Oficjalne motywy tego sprzeciwu wydają się jednak idiotyczne - bo jakże inaczej potratować opinie o rzekomej wyjątkowości metropolii gdańskiej, która z tego tytułu wymaga specjalnego rodzaju duszpasterstwa? Tylko jako rodzaj kamuflażu prawdziwych powodów niechęci, bo dotychczasowe duszpasterstwo w metropolii gdańskiej nie różniło się niczym specjalnym od tego w innych diecezjach Polski, chyba żeby za tę specyfikę uznać obchodzenie z wyjątkowym przytupem Dnia Judaizmu, no i Stellę Maris. 
 Wygląda zatem na to, iż prawdziwym, chociaż starannie ukrywanym powodem niechęci wobec nowego ordynariusza gdańskiego może być przypisywany mu eurosceptycyzm, który może mieć znaczenie zwłaszcza w momencie, gdy po proklamowaniu 1 stycznia 2009 roku Unii Europejskiej, przyjdzie przystąpić do finalizowania powrotu Gdańska do Rze..., to znaczy, pardon - oczywiście powrotu do Macierzy.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl 

 "Człowieki" bez przyszłości 
Ludzie przestali interesować się własną przeszłością. Nie znają jej. Przeszłość ich nie obchodzi. W efekcie nie są w stanie odpowiedzieć na pytanie, co sobą reprezentują i kim są. Ani kim być powinni. 
 Ta sama konstatacja dotyczy tak wymiaru jednostkowego, jak i rodziny, społeczeństwa, narodu, kultury, wreszcie cywilizacji, stworzonej przez Homo sapiens. I przyznam szczerze, nie jest to żadna oryginalna obserwacja. Niestety, nader często topiona w odmętach niepamięci. Po mojemu, nazbyt często. Ale od początku. 
 W dzisiejszym świecie wszystko jest możliwe. To, co z pozoru niemożliwe i od normy odleglejsze, wymaga jedynie nieco więcej czasu - oraz sprawniejszej socjotechniki, skutkującej mniej bądź bardziej finezyjnymi, medialnymi manipulacjami. Zgodnie ze spostrzeżeniem Marka Twaina, nasza cywilizacja coraz efektywniej kreuje nieskończony ciąg potrzeb, których ludzie wcale nie potrzebują. To nie powinno dziwić w czasach, w jakich prawdę utożsamia się z opinią większości, zaś kupić można wszystko: każdą władzę, dowolną ohydę, a nawet silikonowy biust. 
 Kogo dziś interesuje, czym jest dobro, a czym zło, co to znaczy i na czym opiera się sprawiedliwość, jaką ideologią warto kierować się w życiu i dlaczego akurat tą? Owszem, niektórzy charakteryzują się oczekiwaną coraz powszechniej "specjalizacją", wiedząc wszystko o, na przykład, zielonym groszku czy nawykach żywieniowych meduzy. Niestety, z takimi ludźmi o niczym poza meduzami czy inną fasolką nie da się już rozmawiać. Stąd zasadność takich między innymi pytań: czy wąska wiedza determinuje równie wąski światopogląd? A jeśli tak, to czy tacy specjaliści aby na pewno nasz świat (i człowieka) ubogacają? Parafrazując słynne pytanie Pascala: skoro nie można wiedzieć wszystkiego o wszystkim, czy lepiej wiedzieć wszystko o jednym, czy raczej o wszystkim wiedzieć po trosze? 
 Znacznie gorzej, że przy tych wszystkich wątpliwościach człowiek nie zastanawia się, kim jest, skąd pochodzi i dokąd idzie. Że aksjologia stała się pojęciem bez znaczenia i bez odniesień, i że nawet naszą codzienność coraz częściej definiujemy jako wyjałowioną z elementów wspólnych. I że między jednostkami szwankuje wymiana informacji (więcej nawet, że taka wymiana wydaje się zbędna, ponieważ człowiekowate otorbiają się we własnych światach niby jakieś ginące torbacze, stając się głupsi niż stringi "Dody" Rabczewskiej). 
 Nie ma co ukrywać i z czystym sumieniem można przypominać tę oto generalizację mego internetowego kolegi, zwanego Rymaszem: "Ludzie to w przeważającej większości niezdolni do jakiejkolwiek refleksji nad własnym bytem kretyni". A skoro tak, warto uwzględniać, ileż rozumu może z siebie wykrzesać byle idiota. Warto także zapytać wprost: czy idiota może być człowiekiem rozumnym? 
 Na naszych oczach świat przewraca się do góry nogami, na potęgę doceniając to, co złe, brzydkie i niepoważne. A zaludnia ów świat banda pitekantropów, nie potrafiących dokonać podstawowej analizy - ani dotyczącej siebie, ani otoczenia. Nie wspominając o analizie relacji miedzy jednym a drugim. To ludzie charakteryzujący się intelektualną mizerią. Tacy, którzy bezpowrotnie zatracili umiejętność formułowania pytań, więc zadowalają ich cudze odpowiedzi. 
 Oto pokolenie zbudowane z telewizji. Żulia, dla której Bóg nie istnieje, bo nigdy nie widzieli Go na ekranie, a dla której archetypem, w miejsce szeroko pojętej szlachetności, stał się poklask (personalizując: Lara Croft, księżna Diana, redaktor Tomasz Lis, ewentualnie inne medialne "ciasteczko"). Ludzie ci kształtują swoje światopoglądy w oparciu o obsesje podrzucane im przez publikatory, więc to, co determinuje ich tożsamość, jawi się równie barwnie, jak jawiłoby się gęsiom, którym w przełyki wtłacza się pod ciśnieniem mieloną kukurydzę. Etyczna anomia plus moralna degrengolada - oto efekt podstawowy. 
 Zaś clou nieszczęścia polega na tym, że wszystkie te dysfunkcje dostrzegane są jedynie z poziomu zewnętrznego obserwatora. 
*** 
 "Ludzie nieznający swojej przeszłości skazani są na to, by ją powtórzyć". Wolno nie pamiętać nazwiska autora tego ostrzeżenia, niemniej nie wolno zapominać o implikacjach, jakie przesłanie to ze sobą niesie. Albowiem czy "człowieki", akceptujące sytuację, w jakiej wciąż na nowo, nieustannie, od lat, kradnie się im ich własną przeszłość, zasługują na jakąkolwiek przyszłość? I, Boże chroń nas, na jaką? 
Krzysztof Ligęza
Wrocław

 Koncerny po przejściach 
Chrysler po rozwodzie z Daimlerem gorączkowo szuka partnerów, aby nie dać się zepchnąć z dotychczasowej pozycji na automobilowym rynku. Alians z Daimler-Mercedes umożliwił mu ekspansję na Stary Kontynent - pojawiły się tam po raz pierwszy w historii samochody Dodge'a, Jeepa, Chryslera natomiast najnowsze partnerstwo z Nissanem to otwarcie drzwi na Daleki Wschód. 
 14 kwietnia na stronach internetowego magazynu "Canadian Driver" pojawiła się długo oczekiwana informacja o podpisaniu przez obydwa koncerny umowy dotyczącej wspólnej produkcji dwóch samochodów - małego i oszczędnego zaprojektowanego przez Amerykanów na potrzeby naszego kontynentu i dużej, roboczej półciężarówki według planów Japończyków, która ma powstawać w Meksyku w zakładach należących do Chryslera, a sprzedawana ma być w Kraju Kwitnącej Wiśni.
 Połączenie sił wiekowych i niezwykle  zasłużonych dla rozwoju motoryzacji firm niesie wiele oczekiwań - oba bowiem koncerny przodują w innowacjach, a od pewnego czasu styl, w jakim odrodził się Nissan, wywołuje zdumienie nawet u specjalistów. 
 Jak podaje Wikipedia, początki japońskiej firmy sięgają roku 1911, kiedy Masujiro Hashimoto, założył w Tokio firmę automobilową Kwaishinsha. Zdobywszy doświadczenie w USA, konstruuje w Japonii pierwszy swój samochód osobowy o nazwie DAT. Ta nazwa to anagram pierwszych liter nazwisk ludzi wspierających ten projekt - Kenjiro Dena, Rokuro Aoyamy i Meitaro Takeuchiego. Słowo DAT w języku japońskim znaczy zając i właśnie na maskach pierwszych modeli DAT-a i kilku późniejszych datsunów widniała figurka biegnącego zająca.    W roku 1919 w Osace powstała firma Jitsuyo Jidosha, która 7 lat później połączyła się z Kwaishinsha. W latach 30. pojawił się prototyp o nazwie datson, którego nazwę później zmieniono na datsun.
 Po kolejnych zmianach 1 kwietnia 1934 roku nowe przedsiębiorstwo zmieniło nazwę na Nissan Motor Co. Ltd. Po wojnie firma wydostała się z kryzysu dzięki współpracy z brytyjskim Austinem i produkcji licencyjnych pojazdów. Wkrótce stała się drugim co do wielkości producentem samochodów w Japonii. W 1983 roku zaprzestano stosowania nazwy Datsun, a zaczęto używać Nissan, która do tej pory była zarezerwowana dla ciężarówek.
 Nissan na japońskim rynku zajmuje teraz trzecią pozycję i - podobnie jak Chrysler w Ameryce - tworzy tzw. Wielką Trójkę. Chrysler jest także na ostatniej pozycji w tej triadzie. 
 Od 1993 roku Nissan ściśle współpracował z Fordem - oba te koncerny wytwarzały model minivana, który w Stanach Zjednoczonych nosił nazwę mercury villiager, a w Japonii nissan quest. Ford nie produkuje już tego samochodu, a Nissan po związaniu się z francuskim Renaultem, przekonstruował swój model i teraz quest należy do jednych z najciekawszych minivanów na kanadyjskim rynku. Jak wiadomo, tego typu samochody cieszą się w naszym kraju niezwykłą estymą, więc dobra opinia jest ceniona podwójnie przez wytwórców. 
 W historii Nissana ścisłe związki z innymi wytwórcami aut są znaczącymi elementami. Najwięcej zdaje się dał mariaż z angielskim Austinem, który trwał ponad 20 lat (1930-1952) i pozwolił Japończykom na zdobycie i rozwinięcie technologii produkcji dobrych silników spalinowych. Stworzenie w późniejszych latach serii 4-cylindrowych silników oznaczonych jako nissan L engine pozwoliło konkurować Japończykom na światowych rynkach nawet z Mercedesem i jego motorem OHC. Zainstalowanie w nowej konstrukcji datsun 240Z (1970 rok) mocniejszego silnika o sześciu cylindrach podniosło status firmy i ułatwiło późniejszą ekspansję Nissana na rynek amerykański i kanadyjski. Mało kto pamięta, ale to Nissan był na początku lat 70. ubiegłego wieku największym eksporterem swoich pojazdów, szczególnie sportowych. 
 Kryzys paliwowy w 1973 roku załamał rynek wielkich i paliwożernych aut, ale Nissan wykorzystał wówczas swój fragment życiorysu ze współpracy z Austinem, który to przecież produkował kultowe teraz mini morrisy. Ich współczesna wersja, choć powiększona we wszystkie strony - nadal jest jednym z najmniejszych samochodów w naszym kraju - jego długość wynosi bowiem niecałe 3,7 metra. Dla porządku dodam, że najkrótszym w Kanadzie autem jest smart (2,7 m), a drugie miejsce dzierży toyota yaris (3,29 m).
 Nissan jako jeden z pierwszych japońskich koncernów zbudował na terenie USA swą wytwórnię samochodów. Na początku lat 80. wielka montownia powstała w Smyrna w stanie Tennessee. 
 W 1989 roku Nissan - wzorem Toyoty (Lexus), Hondy (Acura) - tworzy nową markę samochodów luksusowych o nazwie Infiniti, przeznaczoną na rynek amerykański.
 W 1999 roku 35 proc. akcji Nissana kupił Renault, Nissan za to kupił 15 proc. akcji Renault w 2002 roku. Obecnie francuska firma posiada 44,4 proc. akcji Nissan Motor Co. Ltd. Ta wymiana akcjami i przejęcie większościowego pakietu przez Francuzów stała się niezwykle korzystna dla Japończyków, bowiem firma na przełomie wieków robiła bokami. Złe zarządzanie i wadliwa strategia pogarszały wyniki finansowe koncernu. Produkcja spadała, a na przyfabrycznych placach stały tysiące niesprzedanych samochodów.
 Pozytywne zmiany w dużej mierze zainicjował Carlos Ghosn, który już wcześniej wyciągnął z kryzysu Renaulta. Jego strategia NRP (Nissan Revival Plan), polegająca na zwolnieniu całej dyrekcji zarządu, obsadzenia jej nowymi ludźmi, stworzenia innych relacji między kierownictwem a robotnikami (w Japonii do tej pory istnieją kasty pracownicze) oraz unowocześnienie produkowanych samochodów i poprawienie ich niezawodności (Ghosn przekonuje, że dobry pracownik nie produkuje bubli) w szybkim czasie postawiły Nissana na nogi. Co jest istotne - w zakładach w Smyrna nie ma związków zawodowych - unijni wysłannicy kilkakrotnie próbowali je zakładać, ale nigdy nie mogli przekonać do tej idei amerykańskich pracowników Nissana. To dobrze świadczy o socjalnych zabezpieczeniach, które zapewnia swym pracownikom koncern, a których nie muszą egzekwować związki zawodowe pobierające za swe działania haracz w postaci obowiązkowych składek. 
 Tak na marginesie - 10 kwietnia  w zakładach MAGNA w London przegłosowano, że załoga chce należeć do CAW (Canadian Autoworkers Union); "za" opowiedziało się aż 74 procent pracowników. MAGNA to kanadyjski potentat wytwarzający części i podzespoły do wszystkich marek aut powstających w Ameryce - złośliwi mówią, że Ford, Chrysler czy General Motors przylepiają tylko swoje emblematy na maski samochodów wyprodukowanych przez MAGNA. Nie jest to prawda do samego końca, ale faktycznie MAGNA mogłaby z powodzeniem sama wytwarzać auta. Zakłady posiadają 40 oddziałów i w dwóch z nich są już związki zawodowe; jak można się domyślić, zrealizowanie żądań związkowców pociągnie wyższe koszty wytwarzania, a w konsekwencji wyższe ceny samochodów, co źle wróży wynikowi walki Wielkiej Trójki z japońską, koreańską i niemiecką konkurencją.
 Ale wróćmy do naszej opowieści o relacjach Nissana i Chryslera.
 Chrysler to amerykański koncern motoryzacyjny produkujący m.in. samochody pod tą samą marką. Obecnie należy do korporacji Cerberus Capital Management, która odkupiła przedsiębiorstwo (80 procent)  od spółki DaimlerChrysler 14 maja 2007 roku. Firma została zmieniona i obecnie brzmi Chrysler Holding LLC, a symbolem koncernu ponownie staje się pięcioramienna gwiazda (pentastar).
 Firma jest nie mniej leciwa niż Nissan - powstała w 1925 roku, założona przez Waltera P. Chryslera, ale już wcześniej, od 1914 roku  istniał jej podstawowy oddział - Dodge. Pierwszym samochodem marki Chrysler wyprodukowanym w liczbie ponad 32 tysięcy sztuk był chrysler six z 1924 r. W roku 1927 przedsiębiorstwo Chrysler Corporation stało się czwartym pod względem wielkości producentem samochodów w USA, a już siedem lat później wzrost produkcji zapewnił koncernowi drugą pozycję. W czasie II wojny światowej Chrysler Corporation przestawiła produkcję na potrzeby armii. Po wojnie Chrysler dokonał szeregu osiągnięć w zakresie nowoczesnej konstrukcji i stylizacji samochodów. W 1998 r. fuzja Daimler-Benz i Chrysler Corporation, prowadząca do stworzenia koncernu DaimlerChrysler, zapoczątkowała nową erę w branży motoryzacyjnej. 
 Z perspektywy czasu wydaje się, że na tym mariażu więcej zyskali Amerykanie niż Niemcy - pierwszy wspólny pojazd to jeep liberty (paradoksem jest, że jeepy w czasie II wojny światowej, walnie przyczyniły się do rozgromienia potęgi Niemców) kontrolowany był na urządzeniach mierniczych dostarczonych przez Daimlera. Ta operacja wydatnie przyczyniła się do  podniesienia jakości produkowanych samochodów.
 Chrysler znany jest z ciekawych inicjatyw - jego model airflow z 1934 roku wyprzedzał o epokę nowoczesne automobilowe wizje, i dopiero po latach doczekał się uznania. Mimo sukcesów, firma raz po raz wpadała w tarapaty finansowe i wchodziła w strategiczne układy - jak ten z Mitsubishi Motors, który nie pomagał wydobyć się z trudności. W końcu, gdy  w 1979 roku Chrysler stanął na progu bankructwa - z pomocą przyszedł rząd USA, dokładając koncernowi 1,5 miliarda dolarów. Pieniądze te Chrysler zainwestował w swój rozwój; zatrudnił też Lee Iacoccę, wcześniej pracującego dla Forda. Ta decyzja postawiła koncern na nogi - Iacocca bowiem zrealizował tu swój pomysł stworzenia nowego typu auta - minivana. W 1983 roku z taśm montażowych zjechał pierwszy plymouth voyager (znany później pod nazwą dodge caravan).  Pojazd o kilka miesięcy wyprzedził premierę podobnej konstrukcji - renaulta espace - i dlatego właśnie jemu przypadła palma pierwszeństwa.
 Następnym wozem, który znowu narobił zamieszania, a Chryslerowi przysporzył sporo pieniędzy, był PT cruiser, który zadebiutował w 2000 roku, zdobywając od razu serca kierowców, którzy przyznali mu tytuł Samochodu Roku.
 Z czasem Chryslerowi znowu zaczęło dziać się gorzej - nie wypalił pomysł z pacifiką, dodge magnum nie sprzedawał się tak, jak oczekiwano, rozmnożenie jeepów zmniejszyło zainteresowanie tą marką i dopiero dodge caliber poprawił niceo wizerunek tej firmy. Samochód dzięki wcześniejszej współpracy z Niemcami dostał się także na europejskie rynki, gdzie znajduje dodatkowych nabywców. 
 Najnowszy kontrakt z Nissanem zapowiada współpracę dwóch firm z bogatym życiorysem. Jak wykorzystają tę szansę - pokaże czas. Nissan jest w lepszej pozycji, bo przeżywa apogeum rozkwitu, ale Chrysler miał już w swej historii kilka dołków, z których potrafił się wykaraskać. Wspólne tworzenie dwóch pojazdów może wzbudzić apetyt na bardziej ścisłe kontakty i wtedy mielibyśmy amerykańsko-francusko-japońską hybrydę, która w dobie globalizacji mogłaby skutecznie przeciwstawić się chińskiej inwazji.
Jerzy Rosa
Mississauga

 Wszyscy jesteśmy wyzwoleńcami
Mój kolega Janek Kowalski jest autorem określenia "dziury w mózgu" - to tytuł drukowanej kiedyś w "Gońcu" wnikliwej analizy tzw. transformacji ustrojowej, transformacji, którą przy pomocy obcych wywiadów, "liberalnych" komunistów, ich agentów oraz tzw. pożytecznych idiotów przeprowadzono w Polsce.
 Wszyscy mamy do zaleczenia dziury w mózgu po komunizmie, jednym proces zabliźniania tych ran przychodzi szybciej, innych kosztuje to sporo wysiłku. Dopiero dzisiaj, kilkanaście lat po 1989 roku, odżywamy  i odbudowujemy kręgosłup przetrącony przez komunistyczne kopy.
 Wymaga to wysiłku, wymaga wychowywania siebie. Pocieszające jest to, że można to zrobić. Podobnie jak w przypadku dobrych manier czy ogłady, normalności można się nauczyć, wymaga to wysiłku, wymaga panowania nad "niewolniczymi" odruchami, wymaga deka autokuracji. Po prostu, wszyscy jesteśmy wyzwoleńcami, uczymy się wolności mimo upływu lat od teoretycznego momentu wyzwolenia.
 Można wskazać na wiele szkód pokomunistycznych, to że demoralizowali, kradli, marnotrawili i mordowali, nie ma jednak większej szkody niż zmiana myślenia ludzi. PRL usiłował zaszczepić w nas człowieka sowieckiego i mniej lub bardziej  to się udało.
 Dlatego dzisiaj musimy uczyć się brać sprawy w swoje ręce, musimy odbudowywać własne kierownictwo narodowe, zastępować samozwańcze elity i wykopywać je ze stołków. To jest praca na pokolenie, ale praca możliwa do przeprowadzenia. Oczywiście dotychczasowych kierowników Polski, których dzieci i rodziny nadal mają w państwie pokaźne wpływy, nie można zastąpić z dnia na dzień. Komuniści nie zawiśli na latarniach i dlatego współczesna Polska ma ich całe hordy. Mówiąc "komuniści", nie mam na myśli ideowych zwolenników Marksa czy Lenina, lecz konformistów i zdrajców, którzy w imieniu Związku Sowieckiego trzymali Polskę przez 40 lat pod butem. Tych ludzi nie można ot, tak sobie "wysłać na Madagaskar" czy zapakować w helikoptery, ci ludzie i ich rodziny będą w Polsce mieszkali, sytuacja nie wróci do punktu wyjścia.
 W rezultacie II wojny światowej nasz naród stracił głowę, szczęśliwie przetrwała polska tożsamość, jest się do czego odwoływać, przyszła pora na ukształtowanie nowych polskich "dowódców". Toczy się zawzięta walka o to, jaka będzie Polska, główny polski front nie przebiega między lewicą a prawicą, czy też między postkomunistami a postsolidarnościowcami, czy może między ugrupowaniami konserwatywnymi a liberalnymi; główny front jest między elitą pokomunistyczną, która została w Polsce osadzona i wywindowana dzięki Sowietom, a odradzającą się elitą polską. Przykładem tej batalii jest walka o wyższą szkołę założoną przez redemptorystów, spór o  kanon podręczników szkolnych, o ukierunkowanie kształcenia w szkołach podstawowych i średnich. Dotychczasowa elita nie zamierza oddawać pola bez bitwy, jej wizja naszego kraju całkowicie odbiega od niepodległościowych ambicji Polski okresu międzywojennego.
 Każdy z nas, jeśli zabiera głos w polskich sprawach, w pierwszej kolejności powinien zapytać siebie samego, jakiej Polski pragnie, jak ma wyglądać kraj jego marzeń i czy w ogóle Polska jest mu potrzebna. Można przecież dojść do wniosku, że wystarczy powodzenie w życiu zawodowym, kochająca rodzina i sukces materialny, choć jestem przekonany, że nawet jeśli chce się tylko tyle, nie można tego na dłuższą metę i kilka pokoleń uzyskać bez oparcia we własnym kraju, bez państwa broniącego materialnych i politycznych interesów polskich rodzin. Jeśli nie będzie silnych polskich instytucji, to kto nas obroni - Trybunał w Strasburgu? Śmiem wątpić. Jeśli sami nie zadbamy o własne interesy, nikt tego za nas nie zrobi - świadczy o tym ponad 1000 lat polskiej historii.
 Wielu Polaków daje się nabrać antynarodowej propagandzie prowadzonej w naszym języku; wielu rodaków nie zdołało zalepić dziur we własnym mózgu - ci ludzie nadal czekają, aby ktoś im mówił, co robić, nadal chcą słyszeć, jak ktoś ich pochwali, że coś dobrze uczynili, a wskaże, że tam powinni się jeszcze postarać. Nie dorośli do autooceny, swoją wartość budują w odniesieniu do tego, co im mówią ci rzekomo bardziej poinformowani, postępowi, rozgarnięci i obyci. Polska nadal choruje na fałszywe autorytety, które na  koturnach z miną wszystkowiedzących mówią "maluczkim" rodakom, co i jak.
 Patrzmy więc dobrze skąd kto przychodzi i czyje interesy za nim stoją, uczmy się własnego "chłopskiego" rozeznania, krytycznego spojrzenia na świat.
 Wszyscyśmy z komuny, wszyscy jesteśmy "chyceni" tamtym czasem, nawet jeśli urodziliśmy się już po PRL-u. II wojna światowa przerwała polską tradycję narodową, przerwała ciągłość elit. I powinniśmy sobie to uświadamiać na każdym kroku, aby nie pozwalać się wywodzić w pole. Nasza sytuacja nie jest normalna, wokół mamy pełno ludzi, którzy deklarują, że "kochają Polskę inaczej", których polskość podszyta jest różnymi "internacjonałami".
 Niedawno dowiedziałem się z radia od Lecha Wałęsy, że biskup Głódź "nie pasuje do Gdańska", bo Gdańsk jest "wielokulturowy". Założę się o stówkę, że Wałęsa sam takiej kabały nie wymyślił, ktoś "mądry" musiał mu to dać do głowy. Tego rodzaju manipulacje, mniejsze i większe, zdarzają się na każdym kroku. 
 Dlatego dzisiaj pierwszym polskim obowiązkiem jest nauczenie własnych dzieci "czytania" manipulacji i obnażania propagandy; pokazania, że na to, co oglądają w telewizji, czytają w gazetach i słyszą w radiu, trzeba patrzeć przez palce, trzeba nauczyć dzieci wyłuskiwać ukryte treści w programach rozrywkowych i filmach fabularnych. Umiejętność analizy tego przekazu to w dzisiejszym świecie jedno z podstawowych narzędzi obrony własnej wolności.
Andrzej Kumor
Mississauga

GONIEC NR 15/2008

Do pierwszej krwi - albo siniaków
Co tu ukrywać - najwyraźniej mamy kolejną wojnę na górze. Wojna na górze wybucha wtedy, gdy ktoś odchodzi od fundamentalnej zasady, na której została założona III Rzeczpospolita: MY  NIE RUSZAMY WASZYCH, A WY NIE RUSZACIE NASZYCH.  Respektowanie tej zasady przynosi nie tylko stabilizację polityczną, ale podtrzymuje również pokój społeczny, bo nikt nie jest zainteresowany w ekscytowaniu społecznego niezadowolenia. W społeczeństwie są naturalnie jakieś niezadowolone grupy, ale jeśli żadna partia polityczna, albo jeszcze lepiej - razwiedka ich nie zorganizuje i nie wypchnie na ulicę, to całe to niezadowolenie znajduje ujście w narzekaniu, a co najwyżej - pomstowaniu na rząd, zwłaszcza o dobrym chmielu.
 Niekiedy jednak zdarza się jakiś nieostrożny ruch, bo na przykład nieświadoma rzeczy prokuratura czy niezawisły sąd skrzywdzi osobnika należącego do tej albo innej sitwy. Traktując to jako zamach na swój stan posiadania, sitwa pokrzywdzona zaczyna się odgrywać na Bogu ducha winnych członkach sitwy przeciwnej, czemu sekundują media, też przecież zaangażowane po jednej lub drugiej stronie, zarówno kapitałowo, jak i konfidencjonalnie. Ale nigdy nie dochodzi do poważniejszych starć, bo wojny na górze, podobnie jak niektóre rodzaje pojedynków, prowadzone są "do pierwszej krwi". Obydwie strony bowiem nie tylko, że mają wiele do stracenia, ale są na tyle spostrzegawcze, by zdać sobie sprawę, iż uruchomienie zbyt wielkich MOCY, tzn. - rozkołysanie MAS, mogłoby im samym zagrozić unicestwieniem i wskutek tego pozbawić wojnę na górze jakiegokolwiek politycznego sensu. Dlatego też, po kilku przypadkowych ofiarach, wojny na górze kończyły się zazwyczaj wesołym oberkiem, co we współczesnej retoryce politycznej nazywane bywa  "pięknym się różnieniem". 
 Jak wiadomo, Platforma Obywatelska została dopuszczona do rządów z misją utorowania razwiedce krajowej i zagranicznej powrotu do ręcznego sterowania Polską, a zwłaszcza jej gospodarką, ze szczególnym uwzględnieniem śmietanki życia gospodarczego, czyli finansów. Widoczne jest to gołym okiem zwłaszcza w tajnych służbach, ale również w gospodarce, nad którą surveillance z ramienia rządu sprawuje wypróbowany pan Waldemar Pawlak z PSL. Jak pamiętamy, pierwszą osobą, z jaką po swej nominacji na wicepremiera od gospodarki spotkał się pan Pawlak, był generał Gromosław Czempiński, ten sam, który jeszcze za komuny najpierw wciągnął do "wywiadu gospodarczego" dra Andrzeja Olechowskiego, a potem "zasłużył się" Amerykanom. Warto zwrócić uwagę, że wścibscy dziennikarze śledczy i w ogóle media, co to nie szanują żadnej świętości, pana Pawlaka omijają szerokim łukiem. Można by odnieść wrażenie, jakby PSL w rządzie w ogóle nie było, gdyby nie doświadczenie, które podpowiada, iż tego rodzaju nieobecność jest tylko wyższą formą obecności.
 Bardzo możliwe jednak, że Donald Tusk, któremu ręczne sterowanie przez razwiedkę mogło trochę doskwierać, szukał okazji, dzięki której mógłby wymusić zgodę na jakiś korzystniejszy modus vivendi. Taką okazją stał się przyjazd do Polski Petera Vogla, alias Piotra Filipczyńskiego, który jeszcze w latach 70. zamordował starszą panią i za to skazany został na 25 lat więzienia. Ale w roku 1983 w zagadkowych okolicznościach wyjechał do Szwajcarii, gdzie zaraz został sławnym bankierem, który podobno obsługiwał tajne konta wybitnych polityków polskiej lewicy. Trzeba powiedzieć, że był dobrze asekurowany również z drugiej - że tak powiem, strony, bo pani Irena Popoff, "matka chrzestna" Urzędu Ochrony Państwa i jego rzecznik, jest bliską kuzynką naszego bankiera, czule nazywaną "siostrzyczką". Wreszcie prezydent Kwaśniewski pana Filipczyńskiego ułaskawił i wydawało się, że jest już bezpiecznie. Tymczasem "na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności" - przypomina poeta. Te tajne konta lewicy sprawiły, że pod pretekstem "prania brudnych pieniędzy" Peter Vogel został przez niezawisły sąd aresztowany.
 Zaraz też min. Ćwiąkalski publicznie dał do zrozumienia, że kto wie, czy pan Filipczyński nie będzie musiał odsiedzieć reszty kary za swoją zbrodnię, zaś min. Schetyna podkreślił konieczność wyjaśnienia okoliczności jego wyjazdu do Szwajcarii w 1983 roku oraz okoliczności ułaskawienia. Okazało się też, że przynajmniej Jacek Piechota z SLD podejrzany jest o "dostęp" do tajnego szwajcarskiego konta, ale podobno nie był w tym odosobniony, słowem - sprawa sprawiała wrażenie rozwojowej, o ile oczywiście pan Filipczyński aluzje odpowiednio zrozumie. Po kilku dniach wszelako zaczęły pojawiać się aluzje odwrotne. Przybrały one postać medialnych doniesień o samobójstwach, jakie popełnili w swoich celach rozmaici przestępcy, chociaż mieli być monitorowani przez 24 godziny na dobę. Jeśli tylko pan Filipczyński czyta gazety, to już wie, że w więzieniu nie jest bezpieczny, bo "surowa ręka sprawiedliwości ludowej" nie przez takie mury swobodnie przenikała. Szanse obydwu stron są w tej walce o zdominowanie instynktu samozachowawczego pana Piotra Filipczyńskiego wyrównane.
 Dlatego też w sukurs przyszła kolejna afera, tym razem dotycząca Krzysztofa Olewnika. Został on przed kilkoma laty porwany dla okupu i chociaż rodzina okup zapłaciła - brutalnie zamordowany. Zarówno policja, jak i prokuratura zachowały się w tej sprawie tak skandalicznie, że trudno powstrzymać się przed podejrzewaniem ich o współudział. Myślę, że najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie jest takie, iż porywacze p. Olewnika byli konfidentami służb, którzy postanowili sobie dorobić na boku, zaś prokuratorzy i policjanci, zorientowawszy się, w jakim kierunku prowadzą tropy, uważali za swój święty obowiązek zmylić pogonie, kierując je na trop fałszywy. Przez cały czas bowiem obowiązywała w organach wersja, że porwanie sfingowała rodzina dla sobie tylko znanych celów. Wrażenie zatwierdzenia prawidłowości takiego postępowania spotęgowało odznaczenie, jakim minister spraw wewnętrznych Ryszard Kalisz udekorował komendanta policji w Radomiu, tuszującego tę sprawę. I dopiero po zmianie władzy inna prokuratura w kilka miesięcy nie tylko wykryła sprawców, ale i znalazła zwłoki Krzysztofa Olewnika. Wtedy właśnie jeden z podejrzewanych o sprawstwo kierownicze porwania i zabójstwa powiesił się w monitorowanej przez 24 godziny na dobę celi, a przed tygodniem, w płockim więzieniu powiesił się następny. Trup, jak wiadomo, niczego już nie powie, więc dla VIP-ów jest to jakieś wyjście, tym bardziej że samobójcy należeli raczej do nizin społecznych, a nie do politycznej elity.
 W tej sytuacji nie jest wykluczone, że wkrótce może dojść do poufnych rozmów między razwiedką a rządem premiera Tuska, których przedmiotem będzie nie tylko ułożenie stosunków wzajemnych na trochę wygodniejszej dla PO płaszczyźnie, no a przede wszystkim -  uzyskanie gwarancji, że w wyborach prezydenckich 2010 roku nie pojawi się żaden niespodziewany faworyt. W takim przypadku również i ta wojna na górze zakończy się wesołym oberkiem, jeśli oczywiście nie liczyć dwóch samobójców, no i pana Filipczyńskiego, z którym trzeba będzie coś przecież zrobić. No, ale o to zatroszczy się już niezawisły sąd.
Stanisław Michalkiewicz
Warszawa 

 Refleksje pomarcowe
16 marca na Uniwersytecie Torontońskim odbył się wieczór poświęcony czterdziestej rocznicy wydarzeń marca 1968 roku. Miejscem był George Ignatieff Theatre przy 15 Devonshire Place, a patronami i organizatorami Konsulat Generalny RP w Toronto oraz Polish-Jewish Heritage Foundation. Zainteresowani przychodzący o wyznaczonej godzinie z zaskoczeniem stwierdzali, że wszystkie miejsca w 160-osobowym amfiteatrze są już zajęte przez wcześniej przybyłych. W rezultacie organizatorzy, ze względów bezpieczeństwa, poprosili osoby, które się usadowiły na schodkach lub stały pod ścianami, o przejście do sali, dokąd transmitowano z amfiteatru dźwiękową, lecz już nie wizualną część spotkania. 
 Wcześniej, 18 września 2007, w tym samym amfiteatrze również Konsulat Generalny, lecz wówczas wespół z Katedrą Historii Polski Uniwersytetu Torontońskiego, patronował spotkaniu z Grzegorzem Łubczykiem, autorem książki i scenarzystą zaprezentowanego w drugiej części wieczoru filmu o Henryku Sławiku, człowieku, który w latach 1940-1944 uratował na Węgrzech co najmniej 5.000 obywateli polskich pochodzenia żydowskiego, co sam ostatecznie przypłacił torturami w gestapowskiej katowni i śmiercią w Mauthausen. Prezentuje go się jako polskiego Wallenberga, chociaż porównując czasokres i niebezpieczeństwa działania tych dwóch dzielnych ludzi, pewnie raczej szwedzkim Sławikiem należałoby nazywać Wallenberga, którego w końcu chronił immunitet dyplomatyczny, pogwałcony dopiero przez Sowietów. Otóż na tamtym spotkaniu w amfiteatrze im. Ignatieffa było około 70 osób, jedna trzecia tego, co na rocznicy marca 68. 
 Spotkanie marcowe składało się niejako z czterech części: wystąpienia konsula generalnego Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto, dra Piotra Konowrockiego; prelekcji dra Krzysztofa Jasiewicza z Washington and Lee University w Lexington, stan Wirginia, wprowadzonego wyczerpująco przez prof. Piotra Wróbla; filmu pt. "Dworzec Gdański" w reżyserii Marii Zmarz-Koczanowicz, według scenariusza Teresy Torańskiej; oraz odbywającej się w kuluarach promocji i sprzedaży książki Henryka Daski zatytułowanej również "Dworzec Gdański", świeżo wydanej przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie. 
 Pamiętam podobne, choć na znacznie mniejszą skalę, torontońskie obchody jednej z poprzednich rocznic marca 68. Wówczas w marginalnych wzmiankach i wypowiedziach niektórych dyskutantów nie bez trudu przebijał się fakt, że marzec 68 był w pierwszym rzędzie protestem studentów i intelektualistów przeciw komunistycznemu zniewoleniu, a późniejsza haniebna antysemicka (antysyjonistyczna, jak to wówczas pokrętnie nazwano) nagonka, inspirowana z Moskwy, została rozpętana jako oręż w walce o władzę dwóch konkurujących frakcji w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Trzeba z satysfakcją odnotować, że dzisiaj te dwie prawdy, nawet w zapowiedziach relacjonowanego spotkania, podawane były jako oczywistość, co nie znaczy, by niektóre aspekty sprawy nie skłaniały do dyskusji. Dzieląc się refleksjami na ten temat, będę chciał się odwoływać nie tylko do faktów historycznych, lecz co najmniej w równej mierze do własnych wspomnień, bo byłem w końcu świadkiem tych wydarzeń. Oberwałem nawet pałką od golędzinowca na ulicy Smolnej, na obrzeżu manifestacji pod KC, i wiem, jak to smakuje. 
 Przemówienie wstępne konsula Konowrockiego miało w swym zasadniczym wydźwięku charakter zadośćuczynienia w imieniu dzisiejszej Rzeczypospolitej za grzechy PRL-u sprzed lat 40, za obrzydliwą nagonkę na obywateli polskich pochodzenia żydowskiego, która w konsekwencji doprowadziła do exodusu 15 do 20 ich tysięcy z Polski. Rolą przedstawiciela dyplomatycznego jest łączenie narodowej diaspory bez względu na wszelkie zaszłości, tak więc chwalebnym gestem konsula było zwrócenie się z przeprosinami bezpośrednio do obecnych na sali pomarcowych emigrantów i ich potomków. W jego przemówienie wkradła się jednak ta dowolność interpretacyjna, że emigrowali oni przymusowo (po angielsku compulsorily, bo w tym języku było prowadzone spotkanie). Dotykały ich bolesne oszczerstwa, wymyślne szykany i brutalne naciski, ale przecież bezapelacyjnego, fizycznego przymusu wyjazdu nie było; w końcu tysiące Żydów w Polsce pozostały i do dzisiaj tam mieszkają. 
 Komentując ówczesne wydarzenia, konsul zauważył skądinąd słusznie, że stalinizm, mimo piętnastu lat od śmierci jego twórcy, miał wówczas jeszcze wielu zwolenników (stalinism, despite fifteen years from the death of its creator, had still many followers then). Oczywiście był to nadal autorytarny reżim komunistyczny, ale stalinowskie metody tzw. aparatu bezpieczeństwa z epoki, kiedy najwyższym nadzorcą tego aparatu (a zarazem kultury) był z ramienia partii Jakub Berman, należały już szczęśliwie do przeszłości. Nieliczni co aktywniejsi uczestnicy wystąpień marcowych, Żydzi i nie-Żydzi, otrzymywali niewysokie wyroki, ale niczyje życie i zdrowie nie było w praktyce zagrożone. Nie była to już epoka więzień-katowni w lubelskim Zamku, na krakowskich Montelupich czy warszawskim Mokotowie, wywózek do sowieckich łagrów AK-owskich bohaterów walk z Niemcami, kapturowych sądów skazujących polskich patriotów na wieloletnie więzienie, jeśli nie wręcz na śmierć, jak bohaterów formatu rotmistrza Witolda Pileckiego czy generała Augusta Emila Fieldorfa, mordów PSL-owców w przededniu sfałszowanych wyborówÉ Można by wyliczać setki podobnych przykładów. 
 Warto również pamiętać, że pomarcowy exodus Żydów z Polski był trzecim kolejnym w historii PRL-u, po dwóch znacznie liczebniejszych, lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Prof. Iwo Cyprian Pogonowski w tekście pt. "Tło historyczne pogromu kieleckiego" podaje fakty dotyczące polityki ZSRS po tym, jak sowiecki wiceminister spraw zagranicznych, Andriej Gromyko, wystąpił w marcu 1947 roku w ONZ-ecie z inicjatywą utworzenia państwa Izrael, które ZSRS miał nadzieję uczynić swoją bliskowschodnią ekspozyturą i które po jego utworzeniu w maju 1948 popierał przez długie lata, odwracając się od niego definitywnie, a opowiadając po stronie państw arabskich dopiero w wyniku wojny sześciodniowej roku 1967. Otóż powołując do życia państwo żydowskie, trzeba je było zaludnić i wówczas, dla wywołania paniki wśród Żydów, tajne służby komunistyczne zaczęły inscenizować pogromy w krajach satelickich. Prof. Pogonowski podaje liczbę 16 takich pogromów, w tym 5 w samym Budapeszcie, a prof. Piotr Wróbel, w odczycie na Vanderbilt University w Nashville, stan Tennessee, w roku 2006, przypomniał przykładowo, że na Słowacji było ich koło 6 (wymienił dwa w Bratysławie, w Preszowie, w Koszycach, w Topolczanach), wspomniał także pogrom w Sowietach (chodzi o Kijów). Według prof. Pogonowskiego doprowadzono wówczas do exodusu z tzw. demoludów 711 tysięcy Żydów, z których jednak tylko 232 tysiące faktycznie trafiły do Izraela; w innym tekście napotkałem na liczbę 100 tysięcy Żydów, którzy wyjechali z Polski w latach czterdziestych, być może zawyżoną, ale na pewno wielekroć większą niż pomarcowe 20 tysięcy. Ciekaw byłbym źródeł dokumentujących, w jaki sposób dokonywał się ów exodus lat czterdziestych, bo musiał on być przynajmniej w części, jeśli nie w całości utajniony. Palestyna pozostawała przecież do maja 48 oficjalnie mandatem Ligi Narodów w administracji brytyjskiej, a Brytyjczycy żydowskich imigrantów do Palestyny nie wpuszczali.      Swego czasu zdarzyło mi się czytać opisy ucieczek przez zieloną granicę grup przemycanych z Polski Żydów, które w rzeczywistości były pilotowane przez tajne służby komunistyczne. Nie trzeba dodawać, że ucieczka przez zieloną granicę szarego obywatela była wtedy prawie niemożliwa. Mój starszy kolega po fachu, Bronisław Zieliński, znany później szeroko jako tłumacz Hemingwaya, odsiadywał wówczas wyrok kilkuletniego więzienia za próbę ucieczki z komunistycznego raju po tym, jak nieopatrznie wrócił do Polski z Włoch. 
 Co zaś do lat pięćdziesiątych, kiedy po śmierci Stalina zaczęto z krajów bloku sowieckiego wypuszczać żydowskich emigrantów, liczby dotyczące Polski są również pokaźniejsze niż pomarcowe 20 tysięcy. Leszek Żebrowski podaje, że w samych latach 1956-1957 wyjechało ponad 36,5 tysiąca, a Henryk Dasko we wspomnianej wyżej książce pisze: "W latach 1956-1960 wyjechało z Polski ponad 40.000 Żydów". 
 Drugi punkt tegorocznych obchodów, odczyt dra Jasiewicza, został zapowiedziany jako spojrzenie na wydarzenia polskiego marca 68 w kontekście zajść tego burzliwego roku w innych krajach, spośród których dr Jasiewicz skoncentrował się głównie na rozruchach studenckich we Francji oraz manifestacjach rasowych i antywojennych w Stanach Zjednoczonych. Dr Jasiewicz jest socjologiem, nie historykiem, i słyszałem obawy, czy zaproszenie w ramach tych właśnie obchodów na prelegenta naukowca tak odmiennej specjalności nie stanowi uniku przed próbą głębszej historyczno-politycznej analizy wydarzeń w Polsce. Okazało się jednak, że z perspektywy socjologa można do znanych faktów dorzucić sporo ciekawych komentarzy. Kontekst globalny pozwolił prelegentowi uświadomić słuchaczom, jak różne były frustracje, które doprowadziły w 1968 roku do zajść w demokratycznych krajach zachodnich, od spontanicznej, choć trwającej zaledwie dwa miesiące fali protestów studentów i intelektualistów w kraju pod rządami totalitarnymi, zmanipulowanych następnie w ramach walki dwóch koterii w rządzącym obozie. Szczególnie szokujące było zestawienie obłędnych maoistowskich haseł, pod jakimi przebiegały rozruchy studenckie we Francji, z minimalistycznymi w gruncie rzeczy postulatami socjalizmu z ludzką twarzą, o jaki upominali się studenci polscy, którzy, jak dr Jasiewicz przypomniał z własnych przeżyć, rozpoczynali zebrania od mazurka Dąbrowskiego, a kończyli Międzynarodówką. 
 Pouczająca była wstępna część analizy antysemickiego kontekstu, jaki przydano protestom studenckim. Prelegent przypomniał, że uciekanie się do broni antysemityzmu nie było bynajmniej zjawiskiem nowym w historii marksizmu i tzw. obozu socjalistycznego, choć oczywiście w ramach ideologii reklamowanej jako internacjonalistyczna nie mogły być oficjalnie stosowane hasła antysemickie, więc faktyczny antysemityzm ukrywano pod maskującymi etykietkami, z których ówczesną, marcową, stanowiła walka z syjonizmem. U samego Marksa, w końcu niemieckiego Żyda, antysemityzm krył się pod hasłami walki z żydowskim kapitałem, ale był to jednak niewątpliwy antysemityzm, jak dowodzi Marek Jan Chodakiewicz w książce "Żydzi i Polacy: 1918-1955". Dalej dr Jasiewicz przypomniał kompleks antysemicki Stalina, manifestujący się mniej czy bardziej otwarcie w różnych zawirowaniach jego polityki, z ostatnim aktem w postaci montowanego procesu lekarzy żydowskich, przerwanego śmiercią wodza narodów. 
 Z kolei dr Jasiewicz zatrzymał się na procesach żydowskich komunistów w kilku krajach satelickich w latach pięćdziesiątych, z których najgłośniejszy był proces Rudolfa Slansky'ego w Czechosłowacji, straconego w 1952; wówczas piętnowano niewygodnych przywódców komunistycznych etykietką "kosmopolitów". Okazuje się, również, że oficjalna dyskryminacja Żydów istniała nawet za czasów Breżniewa, kiedy to w ZSRS obowiązywał tzw. numerus clausus, czyli kwoty procentowe Żydów dopuszczanych na wyższe uczelnie zarówno jako studentów, jak i wykładowców. 
 Niestety dr Jasiewicz nie dokonał ostatecznie w pełni przekonującej próby wyświetlenia okoliczności, w jakich do broni antysemityzmu komuniści sięgnęli w marcu 68 w Polsce. Celnie wypunktował fakt, że nagonka "antysyjonistyczna" była sterowana z jakiegoś centrum dowodzenia, gdyż została ucięta tak nagle, jak została rozpętana. Przypominając głośny pamflet Witolda Jedlickiego "Chamy i Żydy" z roku 1962, odwołał się do znanego dziś faktu, że nagłośniony przez Jedlickiego podział w rządzącej partii komunistycznej był nieprawdziwy, faktyczny podział przebiegał bowiem między twardogłowymi optującymi za rządami silnej ręki a rewizjonistami dążącymi do reform, przy czym w obydwu frakcjach byli zarówno Żydzi, jak nie-Żydzi. (Nawiasem mówiąc, Antoni Zambrowski dowodzi, że Jedlicki, choć sam Żyd, został wysłany na Zachód jako agent wpływu frakcji tzw. partyzantów gen. Moczara i napisał swój tekst w interesie jego koterii.) 
 Następnie dr Jasiewicz podkreślił skokowy wzrost liczebności PZPR-u w ciągu dwóch dekad, jakie upłynęły od połączenia PPR-u z PPS-em w 1948 roku, stwierdzając jednak przy tym, że partię zasilali w znacznej mierze chłopi i robotnicy, wnosząc "bagaż swoich przesądów, percepcji i stereotypów" (baggage of their prejudices, perceptions and stereotypes), w domyśle bagaż antysemityzmu. Tak jakby u podłoża wydarzeń marcowych leżał nie płynący z góry, taktyczny antysemityzm rozgrywek partyjnych, lecz rodzimy antysemityzm szeregowych członków partii. Co gorsza, jako na oczywisty przykład polskiego antysemityzmu dr Jasiewicz powołał się na pogrom kielecki roku 46, przecież jeden z serii pogromów lat czterdziestych aranżowanych w interesie sowieckim, być może nieświadom, że bezkrytycznie powtarza interpretację co najmniej wątpliwą, którą udało się niestety komunistycznej propagandzie utrwalić do dnia dzisiejszego w zachodniej świadomości. Trudno to uznać za rzetelną próbę odniesienia się do zasadności roztrąbianych na świat zarzutów "tradycyjnego polskiego antysemityzmu" jako realnej przyczyny pomarcowego exodusu Żydów polskich. 
 Przed drugim głównym punktem programu, filmem "Dworzec Gdański", sporo osób opuściło amfiteatr oraz tylną salę, tak że dla pozostałych starczyło miejsc i ostatecznie nie trzeba było powtarzać projekcji, jak to pierwotnie zakładano. Film został zrealizowany 37 lat po 1968 roku w Aszkelonie, izraelskim kąpielisku nad Morzem Śródziemnym, podczas piątego z zapoczątkowanych w 1984 roku zjazdów emigrantów pomarcowych. Jak podaje strona internetowa filmu, przyjechało z różnych krajów świata ponad 500 osób, spośród których twórcy przeprowadzili wywiady z 25, zaprezentowali jednak chyba tylko najwyżej połowę z nich. Film jest umiejętnie zrobiony, wypowiedzi ludzi, którzy po 40 latach ze wzruszeniem, płynną polszczyzną opowiadają o bolesnych przeżyciach, jakie ich popchnęły do dramatycznej decyzji porzucenia kraju urodzenia, są głęboko poruszające. Jednakże to, co film pokazuje, to tylko jedna strona medalu. Wszyscy rozmówcy Torańskiej są jeszcze ludźmi w sile wieku, 40 lat temu musieli być zatem bardzo młodzi; wszyscy są inteligentami, którzy osiągnęli sukces w krajach swego osiedlenia. W paru wywiadach padają również wzmianki zdradzające, że rodzice owych rozmówców Torańskiej należeli w Polsce do komunistycznego establishmentu (ojciec jednego z opowiadających był nawet funkcjonariuszem MSW), a więc wyrzucani z pracy i z partii, nie padali bynajmniej ofiarami "tradycyjnego polskiego antysemityzmu", jak to interpretowano, lecz brutalnych walk o władzę na partyjnych szczytach. Jeden z rozmówców, zapytany, czy spotykał się ze współczuciem ze strony polskich przyjaciół, odpowiada, że jedyna reakcja, jaką pamięta, to była zazdrość, że oni, Żydzi, mają możność wyjazdu, podczas gdy tamci, nie-Żydzi, nie mają żadnych szans wyrwania się z komunistycznego raju. 
 Ta sama strona internetowa podaje kraje, w których osiedliła się największa liczba marcowych emigrantów. Obok Izraela (ciekawe, ilu z nich tam faktycznie trafiło) były to Szwecja, Dania, Kanada i USA. Marcowy emigrant Henryk Dasko w swojej książce wspomina, że kilka tygodni po nim przyjechały do stolicy wybranego przez niego kraju osiedlenia, Kopenhagi, setki polskich Żydów, byli to jednak w większości mieszkańcy małych miasteczek zachodniej Polski, z którymi nie miał "nic wspólnego", więc czuł się "osamotniony". Potwierdza to oczywisty fakt, że tylko niewielka część emigrantów była inteligentami pokroju interlokutorów Torańskiej. Tak czy inaczej, propaganda robiła swoje, skoro tyle krajów bez problemu przyjmowało "ofiary polskiego antysemityzmu". 
 W owych latach sześćdziesiątych stykałem się czy przyjaźniłem z kilkoma Polakami o żydowskich korzeniach, takimi, którzy wyjechali, i takimi, którzy pozostali, i chciałbym tu opowiedzieć parę charakterystycznych historii, które może rzucą dodatkowe światło na sprawę. Jako młody redaktor w "Czytelniku" dostałem wówczas propozycję objęcia kierownictwa tzw. redakcji przekładowej zachodniej w młodzieżowym wydawnictwie "Iskry". Obejmowałem ją po kierowniku wyjeżdżającym do Izraela. Był to bardzo sympatyczny, kulturalny, starszy ode mnie pan, jawnie nieszczęśliwy, że wyjeżdża; redakcja, którą stworzył, stanowiła jego oczko w głowie, i spotykał się ze mną kilkakrotnie, żeby mnie podedukować, tak bym jego dzieła nie popsuł. Nie śmiałem go pytać o motywację wyjazdu, ale musiały tu wchodzić w grę osobiste względy niezwiązane z pracą, bo z dzisiejszej perspektywy jego wyjazd nie przylega zupełnie do faktu, że prawie całe kierownictwo "Iskier", kiedy w nich zacząłem pracować, spoczywało w żydowskich rękach. Żydami byli dyrektor, dyrektor administracyjny, redaktor naczelny, zastępczyni redaktora naczelnego, kierownik newralgicznej redakcji politycznospołecznej, a żadna z tych osób nie żegnała się ze stanowiskiem ani nie szykowała do wyjazdu. Po latach warto może wspomnieć dwoje z nich, zapisanych później na polskiej scenie literackiej, redaktora naczelnego, potem także dyrektora Jerzego Wittlina, który dał się wkrótce poznać jako satyryk; oraz zastępczynię redaktora naczelnego do spraw przekładowych i moją bezpośrednią przełożoną, Henrykę Broniatowską, która zasłynęła od teg