 |
| POWROT |
|
|
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net
Adres redakcji:
2386 Haines Rd. Suite 204
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6
Prenumerata na terenie Kanady:
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class
Mail.
***
Wydawca:
Goniec Inc. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
.. |
|
|
|
Internetowa edycja, to tylko
niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się
pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.
|
GONIEC, NR 5/2012
Mróz od wschodu
Wprawdzie powszechnie wiadomo, że pod przewodem naszych Umiłowanych
Przywódców nieubłaganie podążamy ku świetlanej przyszłości, ale tak naprawdę
to dobrze to wszystko nie wygląda. Wprawdzie mimo globalnego ocieplenia,
jak przystało na zimę, jest zimno, a nawet coraz zimniej, ale z drugiej
strony, nietrudno zauważyć, że za Jaruzelskiego było jednak więcej śniegu
niż za Tuska. Inna rzecz, że za Gierka było więcej śniegu niż za Jaruzelskiego,
ale to jeszcze nic, bo za Gomułki było jeszcze więcej śniegu niż za Gierka.
Zauważył to w swoim czasie red. Marek Antoni Wasilewski i nawet
spotkały go za to rozmaite nieprzyjemności, bo za Gierka obowiązywała propaganda
sukcesu i wszystko musiało być najlepsze, w związku z czym nawet nasz nieszczęśliwy
kraj został awansowany na 10. największą potęgę gospodarczą świata i wielu
ludzi wierzy w to święcie nawet jeszcze dzisiaj. Najwyraźniej nie wyjeżdżali
za granicę, bo w przeciwnym razie - no cóż; pamiętam traumatyczne przeżycie,
jakie stało się udziałem mego przyjaciela, kiedy w 1978 roku po raz pierwszy
w życiu zobaczył supermarket "Mammouth" w Macon we Francji. Obrzucił go
spojrzeniem, po czym z głębokim przekonaniem w głosie wykrzyknął: "precz
z komuną!".
Wracając tedy do śniegu, warto odnotować, że najwięcej śniegu
i w ogóle - najzimniej było jednak w roku 1940, kiedy to... no, mniejsza
z tym. Jeden proces, zresztą cywilny, z TVN-em całkowicie mi wystarczy,
a za zbytnią dociekliwość w sprawie śniegu i mrozu, kto wie - może już
niedługo będzie można wylądować w jakimś bardzo chłodnym miejscu? Więc
dosyć już tych porównań; lepiej skoncentrować się na osiągnięciach, a właśnie
media głównego nurtu odnotowują, że każdej kolejnej nocy wzrastający mróz
zbiera coraz większe żniwo, uzupełniając w ten sposób Narodowy Program
Eutanazji, w ramach sławnej polityki miłości właśnie wdrażany przez administrację
premiera Tuska. Czegóż chcieć więcej, skoro nawet sama litościwa natura
wspiera wysiłki rządu?
Nigdy jednak nie ma rzeczy doskonałych i kiedy z jednej strony
natura wspiera Narodowy Program Eutanazji, z którym Umiłowani Przywódcy
wiążą nadzieję poprawy rentowności naszego mniej wartościowego narodu tubylczego,
z drugiej strony przeciwko rządowi buntują się jak nie lekarze i aptekarze,
to znowu kierowcy, a jak nie kierowcy - to internauci.
Jakżby tego było za mało, z kręgów piastujących zewnętrzne znamiona
władzy coraz częściej dobiegają fałszywe pogłoski o narastającym napięciu
między premierem Tuskiem a prezydentem Komorowskim, nie mówiąc już o powszechnie
znanych szorstkościach, charakteryzujących serdeczną przyjaźń premiera
Tuska i posła Schetyny. Jeśli przypomnimy, że premier Tusk jest niekwestionowanym
hegemonem Platformy Obywatelskiej imienia generała Gromosława Czempińskiego,
podczas gdy pan prezydent kojarzony jest coraz mocniej z Wojskowymi Służbami
Informacyjnymi, których, jak wiadomo, już "nie ma", to te, coraz częściej
dobiegające ze wspomnianych kręgów fałszywe pogłoski, stanowią dodatkową
poszlakę, iż to nagle pogorszenie dobrego fartu rządu premiera Tuska jest
następstwem rozpętanej przez bezpieczniackie watahy wojny na górze, zapoczątkowanej
lekkomyślnym zatrzymaniem przez CBA generała Czempińskiego pod jakimiś
fałszywymi zarzutami. Niepodobna bowiem nie zauważyć, iż ta gwałtowna zmiana
w postrzeganiu rządu premiera Tuska zbiegła się w czasie właśnie z zatrzymaniem
generała Czempińskiego, który najwyraźniej postanowił pomścić doznaną zniewagę.
Zatem za pośrednictwem agentury uplasowanej w strategicznych ośrodkach
życia politycznego, gospodarczego i kulturalnego, totalna wojna między
watahami przekłada się na konflikty lokalne; prokuratura wojskowa wojuje
z cywilną, Najwyższa Izba Kontroli - z Biurem Ochrony Rządu, MSW z NIK-iem
- i tak dalej.
Przerażony otwierającymi się każdego dnia nowymi frontami premier
Tusk najwyraźniej zapragnął jakiejś odmiany - i po powrocie z Brukseli
na konferencji prasowej otrąbił wielki sukces. Mianowicie Nasza Złota Pani
Aniela i jej francuski kolaborant Mikołaj Sarkozy podobno obiecali mu,
że kiedy przyjdzie im ochota się namawiać, pozwolą mu przy tym asystować,
i to nie po drugiej stronie drzwi, tylko po tej właściwej. To znaczy -
nie zawsze, co to, to nie - ale tylko wtedy, gdy zostanie zwołany szczyt
25 krajów - bo kiedy będzie odbywał się szczyt 17 państw namawiających
się w sprawach "specyficznych dla strefy euro", to premieru Tusku już nie
będzie wolno w tym uczestniczyć, w odróżnieniu od szczytów w pełnym, to
znaczy - 27-krajowym składzie, gdzie dopuszczone będą nawet te państwa,
które paktu fiskalnego podpisać nie chciały, tzn. - Wlk. Brytania i Czechy.
Na takich szczytach premier Tusk będzie mógł brylować, ile dusza zapragnie,
bo jeśli chodzi o pozostałe szczyty, to albo nie będą go wpuszczali, albo
- jeśli go nawet wpuszczą, to jako obserwatora bez prawa głosu.
Więc sukces niebywały, tylko nie bardzo wiadomo, ile będzie to
kosztowało nasz nieszczęśliwy kraj i co jeszcze w zamian obiecał premier
Tusk Naszej Złotej Pani i jej francuskiemu kolaborantowi. Na wspomnianej
konferencji prasowej niepodobna było się tego dowiedzieć, bo zmęczony premier
nie miał głowy do tych wszystkich irytujących szczegółów, toteż ze względu
na psychiczną hygienę zakończyła się ona trochę wcześniej, niż jej uczestnicy
by chcieli.
Inna rzecz, że przedtem takiej dociekliwości na konferencjach
z udziałem premiera nie bywało, toteż nieomylny to znak, że wojna na górze
między bezpieczniackimi watahami doprowadziła również do rozluźnienia dyscypliny
w mediach głównego nurtu. Tylko tak bowiem można wyjaśnić fakt opublikowania
rewelacji, że minister sportu w rządzie premiera Tuska, pani Joanna Mucha,
na stanowisku wicedyrektora Centralnego Ośrodka Sportu zatrudniła swego
fryzjera, który oprócz rozlicznych zalet, czyniących z niego prawdziwego
człowieka Renesansu, ma i tę, że jest - jak to wyraziła pani minister,
"sympatykiem mojej osoby". Kiedyś takie rzeczy się nie zdarzały i jeśli
taki, dajmy na to, poseł Sekuła orzekł, że afery hazardowej "nie było",
to zostało to przyjęte "powszechnie i bez zastrzeżeń" - niczym marksizm
w Związku Radzieckim. No a teraz ten fryzjer, którym na wyścigi interesują
się dziennikarze i ani im w głowie pytać panią minister Muchę o "Euro 2012",
o którym przygotowała mnóstwo pięknych bajek.
Nie da się ukryć; dobrze to nie wygląda - a przecież to jeszcze
nic w porównaniu z zadźganiem byłego szefa Sztabu Generalnego, gen. Henryka
Szumskiego, ponoć na oczach zmartwiałej ze zgrozy rodziny, przez syna,
który przedtem przezornie leczył się psychiatrycznie. Kiedy tylko skrzydlata
wieść o tej tragedii dotarła do prezydenta Komorowskiego, ten porzucił
wahania i "podjął decyzję" o mianowaniu płk. Jerzego Artymiaka na stanowisko
szefa Naczelnej Prokuratury Wojskowej na miejsce generała Krzysztofa Parulskiego,
który nie tylko skrytykował prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta,
ale nawet rzucił mu słuchawką. Jakby tego było za mało, również Państwowa
Komisja Badania Wypadków Lotniczych złożyła wniosek o odwołanie Edmunda
Klicha ze stanowiska przewodniczącego. Niby wszyscy uradzili, że w rewelacje
ogłoszone przez posła Macierewicza "nie wierzą" - ale z drugiej strony,
wkrótce po tym ogłoszeniu rozpoczęło się dyskretne wyrzucanie za burtę
coraz to nowych murzyńskich chłopców - więc chyba jednak wierzą. To znaczy
- nie tyle może "wierzą", co raczej zaczynają się domyślać, że złowrogi
Macierewicz nie powiedział wszystkiego, co wie, więc na wszelki wypadek
trzeba się asekurować - choćby wyrzucając za burtę murzyńskich chłopców
- na razie oczywiście tych najczarniejszych, ale jak przyjdzie co do czego,
to kto wie - może zaczną wylatywać również i ci coraz bielsi? Któż wtedy
zostanie w łodzi i będzie ich wyrzucał - oto pytanie!
W takiej sytuacji każda dystrakcja jest na wagę złota, więc niespodziewana
śmierć pani Wisławy Szymborskiej, laureatki Literackiej Nagrody Nobla z
roku 1996, jawi się jako prawdziwy dar niebios dla naszego nieszczęśliwego
kraju. Chodzi o to, że w żałobnej atmosferze nawet premier Tusk będzie
mógł chwilę odetchnąć, tym bardziej że media głównego nurtu będą zajęte
rozpamiętywaniem rozlicznych talentów i zasług Nieboszczki, wśród których,
niczym perła w koronie, króluje umiejętność błyskawicznego wyczuwania mądrości
etapu i takiego sterowania natchnieniami, że zawsze było dobrze, a zwłaszcza
w roku 1992, kiedy to na próbę ujawnienia komunistycznej agentury w strukturach
państwa Wisława Szymborska zareagowała wierszem "Nienawiść", który ścisłe
kierownictwo "Gazety Wyborczej" umieściło na pierwszej stronie. Nic więc
dziwnego, że pamięć Autorki otacza tyle ciepłych wspomnień wdzięcznych
czytelników, co pozwala trochę łatwiej znosić idący od wschodu mróz.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Równi i równiejsi
Człowiek potrzebuje dwóch lat, by nauczyć się mówić. I pięćdziesięciu,
by nauczyć się milczeć (jak przekonywał swoich fanów Hemingway). Dorzućmy
do tego trzecią prawdę: większości z nas życia nie starcza, by nauczyć
się myśleć.
Oto kontekst, w jakim protesty przeciwko ACTA, chętnie owijane
w cynfolię "pragnienia wolności", budzić mogą gorzki śmiech. Nie ma to,
tamto: w tych wydarzeniach człowiek rozumny dostrzega tłum niewolników,
zrywających się do oporu, bo łańcuchy przykuwające ich ciała do ścian wydłużono
znienacka o sto dwudzieste ósme ogniwo. Wydłużono, o zgrozo, bez uprzedniej
"konsultacji" ze zniewolonymi. Poprzednie 127 ogniw tego samego łańcucha
jakoś niewolnikom nie przeszkadza.
POKARM DLA ARMAT
Ech, młodzi, młodzi. Kiedy państwo zabiera im pieniądze (te wszystkie
podatki, akcyzy, zusy, srusy etc.) - wówczas nie protestują, najwyraźniej
przekonani, że ktoś inny właściwiej rozdysponuje ich "szmal" niż oni sami.
Kiedy ogranicza się ich prawo do wiedzy, zmuszając do oglądania rzeczywistości
wedle jednej perspektywy - milczą, zatopieni w facebookach. Jak sami przekonują:
"nie kumają czaczy". No, nie kumają. Jak niby mają kumać, skoro ich nadwątlone,
wirtualne niemalże rozumy nie obejmują ani związków przyczynowo-skutkowych
subtelniejszej natury niż uderzenie-ból, ani tym bardziej konsekwencji
własnych postępków, o ile owe konsekwencje odkładają się w czasie dalej
niż jedno-dwa kliknięcia komputerową myszką.
Bez cienia wątpliwości (nie, nie warto się zakładać) ów protest
zostanie wykorzystany wbrew najszczerszym intencjom protestujących. Tłum
ciągle jest taki sam, zmieniają się tylko cele i metody tych, którzy wyprowadzają
tłum na ulice. Jak zwykle w historii, przeciwnicy ACTA staną się mięsem
armatnim sił, o których protestujący pojęcia nie mają, bo tych sił nikt
nie pokazuje im w telewizorach.
A propos siły. Jak sądzę, warto przy tej okazji zwrócić uwagę
na rodzime siły, odrobinę innej, jak by to powiedzieć, proweniencji. Mianowicie
nadwiślańskie siły nowoczesności i postępu. Siły te, jakby odrobinę zmęczone
trajkotaniem medialnych małp, właśnie z westchnieniem ulgi nabierają powietrza
do płuc, by swobodnie odetchnąć. A to, ponieważ jazgotliwie obchodzony
"Dzień Judaizmu", powiązany kalendarzowo z "Międzynarodowym Dniem Pamięci
o Ofiarach Holocaustu", już za nami.
AMBITNE CELE
Za nami, zatem pod adresem polskiej etny bez popadania w poznawczy
dysonans znowu można warczeć, że przeszłość nie liczy się. Że nikczemników
za ich nikczemność sprzed dekad powinni rozliczać historycy, nie sądy.
Że odpowiedzialność za zbrodnie nie istnieje, a pamięć o Ofiarach podobnie
jak żądanie sprawiedliwości to synonim oszołomstwa. Że historią interesuje
się wyłącznie niedorozwinięta umysłowo banda cudaków plus nieliczne (a
jakże inaczej) środowisko moherów. I że krew i groby naszych przodków nie
mają znaczenia (wyjąwszy krew i groby należące do etny żydowskiej), bo
należy wybierać świetlaną przyszłość pod sztandarem Unii Niemieckiej. To
jest, oczywiście Europejskiej (oczywiście, oczywiście).
Wybiera nam zatem nasz ukochany premier tę przyszłość, a ta ino
skwierczy. Ostatnio zaskwierczała na brukselskich salonach, albowiem przed
europejską międzynarodówkę rzucił premier Tusk nadzwyczaj twarde słowa:
"nie wyrazimy akceptacji dla paktu fiskalnego w kształcie, który naszym
zdaniem zagraża wspólnotowemu charakterowi podejmowania przyszłych decyzji".
Zaiste, mocne słowa mocnego człowieka. I dodał nasz premier (oby
żył wiecznie): "dlatego wy mi dacie krzesło, na którym będę mógł sobie
usiąść, obserwując, jak dzielicie Europę".
Na takie dictum Francja zgodziła się, by Polacy mogli przysłuchiwać
się obradom współczesnych europejskich demiurgów - jeśli tylko rozmowy
nie będą dotyczyły eurolandu (a które nie będą?), bądź też o ile "nie pojawią
się szczególne okoliczności". Bo jeśli się pojawią (i znowu: a jakie okoliczności,
do diabła, nie są dziś "szczególne"?), kanclerz Merkel i prezydent Sarkozy
będą mogli zwołać szczyt bez nas. Nam zostanie mydlana piana na ustach
tuskoidów plus groźne kiwanie premierowym palcem w bucie. Co bloger "Wyrus"
ujął nader zręcznie słowami: "prawdziwie mocni politycy Tuska na drzewo
wysłali, co będzie skutkować tym, iż Tusk nie będzie miał nic do gadania
w kwestii tego, w jaki sposób prawdziwi politycy będą Polskę kroić".
***
Tak oto nasza rewelacyjna dyplomacja (rewelacyjna, ponieważ we
wszechświecie całym powszechnie znana z odnoszenia imponujących sukcesów),
zanotowała na swym koncie kolejny sukces, równie fascynujący co wszystkie
pozostałe. Zatem "poobserwujemy" sobie Europę pierwszej prędkości z poziomu,
można powiedzieć, dezintegracji, jednocześnie radośnie świergoląc "żeśmy
som w głównym nurcie europejskiej polityki". Co z prawdą tyle będzie miało
wspólnego, ile mikrofon Moniki Olejnik z obiektywizmem.
Doprawdy brakuje słów, by skomentować obłudę naszych "elit".
Powiedzmy więc: "niech nam żyje i umacnia się paneuropejska solidarność",
zaś kto chce, niechaj sobie w tę upiorną ględźbę nadal wierzy.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Walter Jajko
Polska - strategiczna bierność czy działanie?
Zaraz po zrzuceniu przez Polskę jarzma panowania komunistycznego
i przystąpieniu do NATO pozycja strategiczna Polski wydawała się ulec dramatycznej
poprawie. Bezpieczeństwo zależy jednak od realnych czynników, a nie miraży.
Wedle mojej opinii, bezpieczeństwo Polski pogorszyło się i jest bardzo
prawdopodobne, że nadal będzie się pogarszać. W miarę jak ta sytuacja będzie
coraz bardziej odczuwalna, Polska będzie musiała zdecydować, czy pozostaje
bierna, czy zaczyna działać.
Na ironię zakrawa fakt, że w chwili gdy Polska przystąpiła do
NATO, Sojusz - który przetrwał Układ Warszawski - zaczął tracić potencjał
i wolę działania. Mówiąc wprost, mimo prawnych zobowiązań sojuszników,
Polska nie może być pewna NATO-wskiego - realnie zaś amerykańskiego
- bezwarunkowego poparcia swego bezpieczeństwa, zwłaszcza w obliczu nowych,
niekonwencjonalnych zagrożeń i nacisków, jak szantaż gospodarczy czy wojna
w cyberprzestrzeni.
To właśnie amerykańskie gwarancje
polskiej niepodległości były najważniejszym czynnikiem przesądzającym w
przypadku Polski o członkostwie w NATO. Mimo że stan potencjału wojskowego
i wola działania NATO są wątpliwe (nie wspominając o retorycznych woltach
obecnego sekretarza generalnego i oświadczeniach departamentów stanu i
obrony USA), wyrażanie takiej opinii publicznie jest niepoprawne politycznie.
Tę realistyczną, choć przygnębiającą
ocenę Polska powinna przyjąć do wiadomości i uznać za realny czynnik, który
powinien kształtować jej politykę obronną. Polska musi samodzielnie
zabiegać o zapewnienie sobie bezpieczeństwa - jeśli to konieczne - bez
oglądania się na innych, i to nawet wówczas jeśli uznamy, że jest to bardzo
ryzykowna strategia.
Mamy do czynienia z trzema niekorzystnymi
dla Polski strategicznymi uwarunkowaniami, których wpływ Polska musi zniwelować
lub zrównoważyć, chociaż sama nie jest w stanie go wyeliminować.
Pierwszy, to fakt, że Stany Zjednoczone
postawiły na stały, strategiczny związek z Rosją. Niezależnie od tego czy
USA i Europejczycy sobie to uświadamiają, czy nie, taki związek - jeśli
zostanie wcielony w życie, podporządkuje Europę Rosji, nadając jej status
zależny.
Amerykańskie samobójcze umizgi
i starania o chińską przyjaźń i tak sprawią, że ten związek z Rosją będzie
miał podrzędny charakter i prawdopodobnie niewielkie znaczenie.
Po drugie, NATO stacza się w stan
zniedołężnienia, czego prawdopodobnie nie da się już zatrzymać. Unia Europejska
- drugi instytucjonalny fundament bezpieczeństwa europejskiego (w tym również
bezpieczeństwa Polski) - także cofa się tak pod względem gospodarczym,
jak politycznym, i to - o ironio - w czasie, kiedy Polska sprawuje jej
prezydencję.
Jeśli dojdzie do załamania strefy euro, a co za tym idzie,
utraty siły gospodarczej Unii, jedynie Niemcy - w perspektywie średnioterminowej
- będą w stanie prosperować.
Ale już długoterminowe perspektywy gospodarcze Niemiec staną
pod znakiem zapytania choćby z powodu negatywnych tendencji demograficznych,
wspólnych dla całej Europy. Gospodarcza stagnacja Unii Europejskiej osłabi
polityczną i wojskową siłę NATO.
Te dwa procesy w USA i w Europie oznaczają, że powoli załamują
się dwie podstawy systemu bezpieczeństwa Polski, jaki obowiązywał od zakończenia
zimnej wojny.
Po trzecie, kierownictwo rosyjskie w sposób przemyślany i celowy
zmierza do odbudowy Imperium Rosyjskiego, choć metodami oszczędniejszymi
i odmiennymi od poprzednich oraz w formie uwzględniającej współczesne uwarunkowania
i wrażliwość.
W październiku 2011 roku Putin ogłosił, że Rosja rozpocznie starania
o utworzenie Wspólnoty Euroazjatyckiej obejmującej byłe republiki sowieckie:
Białoruś, a co najważniejsze, Ukrainę. Co dla Polski jest najbardziej niebezpieczne,
Rosja nie rezygnuje z uzurpowania sobie uprzywilejowanej pozycji we Wschodniej
Europie.
W ciągu dwóch minionych dekad USA tak za czasów administracji
demokratycznych, jak republikańskich podporządkowały amerykańskie interesy
we Europie Wschodniej, a także amerykańskie poparcie dla interesów Europy
Wschodniej, dążeniom do strategicznego partnerstwa z - zakładano - demokratyzującą
się Rosją. Tzw. reset jest ostatnim wyrazem tej trwającej od lat polityki
samookłamywania.
Traktaty dotyczące kontroli zbrojeń, będące niczym innym jak
jednostronnymi zobowiązaniami USA do rozbrojenia się, i modyfikacja
planu rozmieszczenia amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Europie Wschodniej
z powodu rosyjskich zastrzeżeń, służą osłabieniu amerykańskiego i natowskiego
potencjału obronnego oraz woli zaangażowania. Umowy te ignorują również
współczesne formy zagrożeń - jak nacisk gospodarczy stosowany do celów
politycznych czy wojna w cyberprzestrzeni.
Tak długo jak Rosja nie zaakceptuje i nie przyjmie zachodnich
zasad i wartości, amerykańskie partnerstwo strategiczne z Rosją to mrzonka.
Porozumienia o bardziej ograniczonym zakresie nie zaprzeczają fundamentalnej
różnicy między Rosją a USA i nie muszą prowadzić do partnerstwa strategicznego.
Stany Zjednoczone nadal będą układać się z Rosją, jeśli zajdzie konieczność,
kosztem lub z pominięciem interesów Europy Wschodniej.
W swej istocie rosyjska polityka w kluczowych sprawach obronnych
i dyplomatycznych jest w sposób spójny i odruchowy antyzachodnia i w tych
kluczowych sprawach rosyjskie stanowisko odznacza się niepodlegającymi
negocjacjom różnicami. To z całą pewnością nie zmieni się, w miarę jak
władza Putina w Rosji będzie się umacniała. Rosja - za naszych
czasów nie ulegnie demokratyzacji.
Rosja, za sprawą okoliczności, może występować w roli mocarstwa
europejskiego; zwłaszcza z uwagi na swe aroganckie, agresywne skłonności
do podbojów w Europie, ale Rosja historycznie i kulturowo nigdy nie była
krajem europejskim, co kilku znanych i szanowanych historyków rosyjskich,
jak George Vernadsky, wprost uznaje.
Nawet w XXI wieku państwo rosyjskie explicite i jednoznacznie
odrzuca zasady i wartości Zachodu, jednocześnie tym się chełpiąc.
Warto więc podkreślić znaną prawdę historyczną, że Rosja może
być w Europie i panować nad Europą jedynie wówczas, gdy jest w Polsce i
panuje nad Polską. Rosja jest zaś najbardziej ukontentowana, kiedy Polska
do niej po prostu należy.
Od końca II wojny światowej jednym z geopolitycznych fundamentów
siły USA jest NATO. To NATO przez pół wieku uczyniło z USA główne
mocarstwo europejskie. Rosjanie wielokrotnie wyrażali wolę
wyparcia USA z kontynentu i wejścia na ich miejsce przez zastąpienie
NATO ogólnoeuropejskim systemem bezpieczeństwa. Tym samym stawaliby się
de facto głównym mocarstwem europejskim. Zarazem niemal ćwierć wieku po
upadku Związku Sowieckiego, Rosjanie wciąż roszczą sobie pretensje do zachowania
strefy wpływów w byłych państwach Układu Warszawskiego. Takie są rosyjskie
ambicje, co wprost wynika z rosyjskich deklaracji dyplomatycznych.
NATO, podstawa polskiego bezpieczeństwa, słabnie z roku
na rok, jedynie Stany Zjednoczone realizują podjęte przez pakt zobowiązania
do wydatków wojskowych na poziomie 3 proc. PKB. Co więcej, na całym kontynencie,
nawet w Niemczech i Wielkiej Brytanii, prowadzone są drastyczne redukcje
stanu wojsk i wyposażenia, a co za tym idzie, zmniejszanie zdolności obronnych.
Obydwa kraje wyrażały już też niechęć do rozmieszczania wojsk poza swym
terenem. Inne kraje członkowskie są w jeszcze bardziej opłakanym
i pogarszającym się stanie.
Ewentualni przyszli "ochotnicy" do jakiejkolwiek koalicji "zdolnych
i chętnych" stają się dzisiaj "obdżektorami".
Niedawna interwencja libijska pokazała, że europejscy sojusznicy
nie są w stanie interweniować, a w jeszcze mniejszym stopniu mogą narzucać
swą wolę, i to nawet w przypadku trzecioświatowej Libii, bez niezbędnego
i zasadniczego udziału Stanów Zjednoczonych. Libia pokazała, z jednej strony,
klęskę amerykańskiego przywództwa, z drugiej, klęskę Europy tego przywództwa
pozbawionej.
W czasie minionych kilku lat Warszawa buduje nie mające
precedensu w historii serdeczne stosunki z Niemcami - głównie za sprawą
niemieckich inwestycji w Polsce. Jednocześnie w tym samym okresie Niemcy
zademonstrowały gotowość do politycznego kompromisu z Rosją w kwestiach
gospodarczych, jak dostawy gazu ziemnego. Ani Niemcy, ani Francja - w założeniu
najsilniejsze mocarstwa kontynentalne - nie reprezentują szczególnej
siły w konfrontacji z Rosją. Włochy, Grecja, Turcja - partnerzy Polski
w NATO - również w wykazują wolę szanowania rosyjskich interesów.
Skutki europejskiej słabości przejawiającej się brakiem woli
działania i pustym portfelem będą jeszcze bardziej bolesne, gdy przeorientowane
na sprawy wewnętrzne i gospodarczo osłabiona administracja amerykańska
przeniesie główne akcenty narodowej polityki bezpieczeństwa z kontynentu
na Chiny. Stany Zjednoczone z powodu zadłużenia, deficytu i pogarszającego
się stanu gospodarki prawdopodobnie zredukują do absolutnego minimum swój
kontyngent w Europie. A są to siły będące widocznym znakiem amerykańskiego
zaangażowania w bezpieczeństwo Polski. Armia USA może zostawić w Europie
jedynie jednostki konieczne do wsparcia tranzytu sił uderzeniowych
USA na Bliski Wschód. Dlatego stacjonowanie eskadry amerykańskiego lotnictwa
na terenie Polski, nawet na zasadzie rotacyjnej - jak to było proponowane
- jest bardzo mało prawdopodobne.
Armia silna, sprawna, gotowa do natychmiastowego działania, ma
zasadnicze znaczenie dla wsparcia dyplomacji państwa czy sojuszu.
Dlatego cięcia w budżetach obronnych USA i kontynentu łącznie osłabią skuteczność
i wpływ zachodniej dyplomacji. Aby wzmocnić tak ramię, jak kręgosłup Sojuszu
być może nadchodzi czas, by na sekretarza generalnego NATO wybrać polskiego
konserwatystę.
Mimo że w dającej się przewidzieć przyszłości nie zachodzi niebezpieczeństwo
odwołania się przez Rosję w stosunkach z Polską do siły wojskowej, to w
dzisiejszym świecie istnieją subtelne i wieloznaczne instrumenty agresji
antypaństwowej. Mogą one zostać użyte do podważania suwerenności, jak i
plądrowania majątku narodowego. Narzędzia finansowe i handlowe pozwalają
dany kraj szantażować, a nawet doprowadzić do ruiny. Wystarczy w tym miejscu
przypomnieć kilkakrotne windowanie cen i odmowę przesyłu gazu ziemnego
zastosowane w Europie przez Gazprom, będący narzędziem w rękach rządu Rosji.
Ponadto mamy do czynienia z kampaniami dezinformacji w środkach
masowego przekazu, oszustwami i środkami walki propagandowej stosowanymi
do osiągnięcia dalekosiężnych celów politycznych, implantowaniem
błędnych informacji, warunkowaniem opinii i kreowaniem polityki opartej
na zafałszowanym rozumieniu rzeczywistości. Niebezpieczeństwo to
jest dodatkowo wzmacniane za sprawą tajnych działań dywersyjnych i antypaństwowych.
Nowym i wciąż narastającym zagrożeniem dla życia politycznego,
wywiadu, obronności, jak również infrastruktury przemysłowej, handlowej
i finansowej są ataki w cyberprzestrzeni. Wystarczy, że przypomnimy tu
skoordynowane rosyjskie ataki internetowe sprzed kilku lat, które na ponad
dwa tygodnie sparaliżowały estońską bankowość, powodując olbrzymie straty
gospodarcze.
W związku z zatarciem różnicy między wojną a pokojem, nowymi
metodami agresji i wrogim nastawieniem Rosji wobec Zachodu, dawno temu
już powinien zostać przedefiniowany i na nowo potwierdzony artykuł V Traktatu
Północnoatlantyckiego. Artykuł ten zobowiązuje sygnatariuszy do przyjścia
z pomocą któremukolwiek z członków, który został zaatakowany. W dzisiejszych
czasach jest mało prawdopodobne, by jakieś państwo zaatakowało otwarcie
sąsiada siłami swej armii wzdłuż wspólnej granicy, raczej atak nastąpi
w formie niejednoznacznej agresji z użyciem wyszukanych środków gospodarczych,
społecznych, psychologicznych, informacyjnych i politycznych. Aby zaspokoić
potrzeby państw członkowskich NATO w zakresie uporania się z tymi nowymi
zagrożeniami, artykuł V powinien ulec przedefiniowaniu. Polska, która leży
na wysuniętej flance Europy i której sąsiedzi doświadczyli już takich ataków,
powinna podjąć się przewodzenia tym staraniom.
Geopolitycznym kluczem do odbudowy Imperium Rosyjskiego jest
Ukraina. W minionych latach USA utraciły na Ukrainie wyjątkową szansę.
USA i Europa powinny bardziej zdecydowanie tam zadziałać - bardziej stanowczo
- dyplomatycznie, a także przy wykorzystaniu szerokiego i dobrze zorganizowanego
programu tajnego, w celu przyciągnięcia Ukrainy do Zachodu,
którego Ukraina - co by powiedzieć - była niegdyś częścią w ramach trójdzielnej
Rzeczpospolitej. Zanim do władzy w Kijowie doszedł obecny rząd, Ukraina
deklarowała zamiar przystąpienia tak do UE, jak NATO. USA i Europa mogły
uczynić o wiele więcej, o wiele skuteczniej wspierając polityków z Kijowa,
zamiast ubolewać nad ich pieniactwem i nieodpowiedzialnością, patrząc,
jak w chaosie frymarczą niepodległością swego kraju. Niekończące się kłótnie
o błahe sprawy w Radzie (ukraińskiej legislaturze) powinny być lekcją dla
polskich polityków. Ale uprzedzenia i stereotypy Zachodu, przestarzałe
myślenie i, szczerze mówiąc, brak wiedzy i hartu ducha, połączone z odwróceniem
uwagi, nie były w stanie pokonać zgubnych skutków 70 lat systematycznego
sowieckiego siania zła. Stany Zjednoczone, Europa, jak również Polska odpuściły
sobie coś, co powinno być pierwszoplanowym szańcem obronnym Zachodu. Jest
to zaniechanie o nieobliczalnych negatywnych konsekwencjach strategicznych.
Kresy - te historyczne wschodnie rubieże Polski, są nadal bardzo
istotne dla polskiego bezpieczeństwa, dlatego zdumiewa i rozczarowuje fakt,
że Polska nie zrobiła więcej dla przeciągnięcia Ukrainy na stronę Zachodu.
Bo to właśnie Polska dysponuje ostrą, właściwą oceną krytycznej roli, jaką
Ukraina odgrywa, i strategicznego położenia wszystkich pozostałych
państw Europy Wschodniej względem Rosji. Niewystarczająca obecność Polski
na Ukrainie jest szczególnie zaskakująca, jeśli popatrzymy na otwartą,
aktywną i pożyteczną działalność Polski na rzecz opozycji demokratycznej
na Białorusi. Gdyby Ukraina przeszła ku Zachodowi, Białoruś najprawdopodobniej
poszłaby w jej ślady. A wydarzenia te odcięłyby Rosję bezpośrednio od Europy
i utwierdziły geostrategiczną pozycję Polski. Wydarzenia takie pozostawiłyby
Rosję tam, gdzie geograficznie i historycznie jest jej miejsce.
Istnieje też inne wielkie źródło potencjalnego zagrożenia, o
którym USA, NATO i Polska haniebnie milczą. Jest to sprawa Kaliningradu,
czy może bardziej odpowiednio, Koenigsbergu, albo też Królewca. Imperialistyczny
anachronizm, zaszłość, która jest tym bardziej zawstydzająca i bolesna,
że terytorium to zostało nazwane na cześć bolszewika Kalinina, jednej
z osób, która podpisywała wyroki śmierci na polskich jeńców wojennych w
Katyniu i innych sowieckich obozach śmierci. Taka nazwa to afront wobec
Polski i jeszcze jeden przykład antyzachodniej postawy Rosji.
Pod koniec II wojny światowej Związek Sowiecki jednostronnie
inkorporował ten teren będący północną częścią byłych Prus Wschodnich -
ok. 5830 mil kw., na mocy prostego prawa podboju. Połowa terenów przedwojennej
Polski, cała Ruś Zakarpacka, znaczna część Rumunii, to wszystko nie zaspokoiło
sowieckiego apetytu na cudze tereny - co samo w sobie stanowi rażący przejaw
rosyjskiego imperializmu. Po tym jak Rosjanie zajęli Prusy Wschodnie, wyrzucili
dotychczasowych mieszkańców i osadzili własnych kolonizatorów - ustanowili
tam zamkniętą strefę wojskową, odcinając dostęp do świata zewnętrznego.
Na terenie tym stacjonuje obecnie garnizon wojskowy, jest kilka
baz lotnictwa, a także dowództwo rosyjskiej Floty Bałtyckiej. Niedawno
Rosja wysłała tam dodatkowo brygadę piechoty morskiej. Rosjanie rozmieścili
również w Kaliningradzie swój najnowszy system rakietowej obrony przeciwlotniczej
dalekiego zasięgu, którego promień działania obejmuje wszystkie kraje bałtyckie
oraz Polskę. Z uwagi na potrzeby transportu z Rosji i do Kaliningradu
przez Polskę i kraje bałtyckie - korzystanie ze szlaków komunikacyjnych,
stwarza kolejne problemy, które Rosjanie często wykorzystują do wywierania
nacisków na kraje tranzytowe. Latając do swej kolonii, Rosjanie często
naruszają też przestrzeń powietrzną państw bałtyckich. Co ważniejsze, w
ostatnich latach Moskwa kilka razy groziła rozmieszczeniem w Kaliningradzie
taktycznej broni nuklearnej w odwecie za różne działania NATO, którym jest
przeciwna. W enklawie rozmieszczono też w 2008 roku pociski ziemia-ziemia
krótkiego zasięgu, jak również pociski strategiczne SS-27, wymierzone w
Polskę, w odwecie za zaproponowanie stacjonowania Polsce pocisków
antyrakietowych tarczy amerykańskiej. Jest bardzo prawdopodobne, że niezależnie
od składanych deklaracji i dementi, Rosjanie rozmieścili w Kaliningradzie
znaczną liczbę głowic nuklearnych.
Kaliningrad stanowi bezpośrednie i cały czas obecne zagrożenie,
niczym naładowany pistolet wymierzony w serce Europy, zwłaszcza Polski.
Rosyjska okupacja Kaliningradu to nie jest przypadek beati sunt
possidentes; Rosja nie ma żadnego prawa czy roszczenia historycznego,
ludnościowego, kulturowego czy prawnego do tego obszaru. Przychodzi mi
natomiast na myśl słynny obraz Jana Matejki "Hołd pruski". Nie ma
żadnego zasadnego powodu dla kontynuowania okupacji rosyjskiej tego terenu,
a istnieje wiele dobrych powodów, aby Europa tę okupację zakończyła.
Polska powinna przełamać milczenie Zachodu w sprawie tego zagrożenia.
Polska dla swego bezpieczeństwa może zrobić jeszcze więcej. Członkostwo
Polski w Grupie Wyszehradzkiej powinno być kontynuowane, mimo że jego użyteczność
jest ograniczona. Siła kwartetu jest zbyt mała w skali wpływów
i interesów, a jego spójność niestabilna. Polska powinna zmobilizować i
stanąć na czele "nowej Europy", wszystkich państw Europy Wschodniej od
Bałtyku do Morza Czarnego, w celu wzmocnienia NATO i działania jako jeden
blok w sprawach polityki zagranicznej, obrony i gospodarki
na skalę porównywalną do "starej Europy". Polska jako oś wschodniej części
kontynentu znajduje się w roli naturalnego przywódcy "nowej Europy" - o
ile tylko zechce nim być.
Wewnętrzna spójność polityczna Polski mogłaby bardzo pomóc realizacji
geopolitycznych strategicznych interesów kraju. Polscy patrioci powinni
bronić polskiego życia politycznego i intelektualnego przed nieustannym
szkodliwym wpływem obcych agentur w społeczności akademickiej, mediach,
polityce i kilku segmentach krajowego establishmentu sił bezpieczeństwa.
Agentury rozpowszechniają dezinformację, sieją zamęt i inspirują podziały
w interesie wrogów Polski.
W okresie powojennym naród Polski był najsilniejszy, gdy polski
Papież napełnił go duchem patriotyzmu i pobożności. Polskim patriotom powinno
dać do myślenia, że im bardziej Polska staje się taka jak Europa w sensie
i znaczeniu Unii Europejskiej, tym bardziej oddala się od swego unikatowego
charakteru. Komuniści usiłowali zabić polską duszę. Europejski relatywizm
moralny również może do tego doprowadzić.
Relatywizm moralny deformuje nie tylko charakter człowieka i
zmienia jego zachowanie w codziennym życiu; relatywizm moralny może zniekształcić
poprawne, prawdziwe rozumienie i osąd przywódców politycznych oraz
opinii publicznej, nieodzowne, by stawić czoło wyzwaniom polityki
zagranicznej i bezpieczeństwa. W swej istocie relatywizm moralny,
zwłaszcza w sprawach bezpieczeństwa, zagraża niepodległości Polski. Polska
powinna czerpać z tego co w niej najlepsze, ze swego charakteru, tradycji,
wartości, swej wyjątkowej historii. Te wartości nie tylko, że powinny być
zachowane, ale pielęgnowane i umacniane. Aby zachować swą duszę i zagwarantować
sobie bezpieczeństwo, Polska musi pozostać tym, czym zawsze była -
Antemurale Christianitatis.
Społeczność polska w Ameryce (Polonia) bezustannie naciska na
Departament Stanu, Kongres we celu zakończenia oburzającej
etnicznej dyskryminacji Polaków w sprawie wiz. Jest bardzo ważne doprowadzenie
do prezydenckich proklamacji i uchwalenia przez Kongres rezolucji upamiętniających
Kazimierza Pułaskiego, Tadeusza Kościuszkę czy Konstytucję 3 maja. Są to
sprawy ważne dla zachowania polskiego dziedzictwa w Ameryce. Ale Polonia
i jej główne organizacje mogą również uczynić wiele dla wsparcia
bezpieczeństwa Polski; silny lobbing dla wsparcia strategicznych spraw
polskiego bezpieczeństwa.
Organizacje polonijne powinny połączyć siły, wywierając naciski
na Kongres, rząd, jak też obie partie, demokratyczną i republikańską, podczas
obecnej kampanii prezydenckiej w celu poparcia podstawowych zagadnień istotnych
dla polskiej polityki zagranicznej i obronnej, jak na przykład zapewnienie
amerykańskiego wsparcia dla programów radiowych i telewizyjnych nadawanych
na Ukrainę i Białoruś, promocję ścisłej współpracy Polski ze środowiskami
amerykańskiego wywiadu, lobbowanie na rzecz stacjonowania wybranych jednostek
amerykańskich sił zbrojnych w Polsce, zwłaszcza eskadry lotnictwa
myśliwskiego, bazowanie amerykańskiego okrętu w Gdańsku czy prowadzenie
wspólnych operacji sił specjalnych USA i Polski. Do tego dodać wypada zmianę
definicji artykułu V Traktatu Północnoatlantyckiego i kampanię na rzecz
objęcia przez konserwatywnego polskiego polityka stanowiska sekretarza
generalnego NATO, lobbing w USA, w NATO i na Ukrainie na rzecz członkostwa
tego państwa w NATO, wsparcie dla obalenia obecnych władz Białorusi,
uzyskanie pomocy Centralnej Agencji Wywiadowczej dla polskich operacji
tajnych na Ukrainie, zorganizowanie kampanii dyplomatycznej na rzecz wyparcia
Rosji z Kaliningradu. Polonia to liczna rzesza wyborców, dlaczego nie mieliby
się oni zmobilizować dla znaczącego wsparcia polskiego bezpieczeństwa?
Polska - o ile to możliwe, przy wsparciu Stanów Zjednoczonych
- powinna podjąć inicjatywę i stawić czoło trudnym strategicznym
wyzwaniom własnego bezpieczeństwa, a nie jedynie przytakiwać działaniom
innych państw, jakkolwiek przyjaznych i dobrze Polsce życzących, aby nakreślić
fundamentalne warunki swego bezpieczeństwa. Według mnie, Polska nie ma
innego wyjścia.
Powyższy artykuł jest poszerzonym tekstem wystąpienia gen. Jajki
na dorocznym obiedzie Kongresu Polonii Amerykańskiej w Święto Dziękczynienia
w Waszyngtonie w listopadzie 2011 roku i pochodzi ze styczniowego numeru
"The Sarmatian Review".
Tłumaczył Andrzej Kumor
Wyprawa po deskę
Z początkiem lutego zima opuściła południowe Ontario, a precyzyjniej
- okolice jeziora. Nie ma śniegu w promieniu 70 kilometrów od aglomeracji
torontońskiej. W tej sytuacji warto poświęcić najbliższy weekend, by pochodzić
trochę po sklepach z zimowym sprzętem, bo zaczęły się wielkie wyprzedaże
i zwykle cena dobrych nart czy deski jest teraz o wiele niższa...
Jeśli zamierzamy spróbować swych sił w jeździe na jednej desce, to
trzeba odwiedzić jeden ze sklepów SportChek - w lutym oferują tam na cały
snowboardowy sprzęt bonifikatę od 30 do 60 procent! Skompletowanie więc
wszystkiego kosztować nas będzie mniej niż połowę zwykłej ceny, a trzeba
tu koniecznie dodać, że jazda na jednej desce nie wymaga tak kosztownego
sprzętu jak na dwóch - konieczne jest tylko samozaparcie, wyczucie równowagi
i nieco odwagi, by ruszyć w dół stoku z przywiązanymi dwiema nogami do
jednej deski. Najtańsza deska kosztuje w SportChek po aktualnej przecenie
139 dolarów (firefly furious for man), 70 dol. trzeba zapłacić za "trzymacze"
butów (firefly A5), buty kosztują także 70 dol. (firefly C32).
Przed wybraniem się do sklepu po deskę snowboardową wskazane
jest posiąść wcześniej nieco wiedzy na jej temat. Zaoszczędzi nam to wiele
czasu i pozwoli uniknąć niepotrzebnych rozczarowań w razie dokonania nieodpowiedniego
wobec naszych oczekiwań zakupu.
Deska, im dłuższa, tym lepiej sunie po śniegu. W zależności od
preferowanego stylu jazdy wybiera się różne długości desek, zazwyczaj kierując
się ciężarem ciała. Dla początkujących oraz zwolenników ekwilibrystyki
w śniegowych rynnach przeznaczone są deski nieco krótsze.
Duże znaczenie ma długość ślizgu deski. Jest to ta jej część,
która ma bezpośredni kontakt z nawierzchnią. Im jest dłuższa, tym zapewnia
większą stabilność, jednak zbyt długa utrudnia kierowanie deską.
Szerokość deski odgrywa niebagatelną rolę przy skręcaniu. Od
niej zależy prędkość, z jaką przeniesiony zostaje ciężar ciała z przedniej
na tylną krawędź. Szerokość wpływa także na stabilność deski - im jest
szersza, tym bardziej stabilna. Na skręcanie ma też wpływ kształt boków,
tzn. promień ich wcięcia (jak w nartach karwingowych).
Do omówienia pozostał jeszcze tylko czubek i tył deski. Długość
od początku do miejsca zetknięcia ze śniegiem deski - to jej czubek. Dłuższy
zwiększa komfort jazdy po świeżym śniegu, krótszy ułatwia akrobacje
w powietrzu. Podobnie ma się rzecz z ogonem deski - dłuższy zwiększa komfort
jazdy, krótszy i bardziej kanciasty zwiększa precyzję skręcania.
Deski snowboardowe dzieli się na następujące grupy:
Freestyle - najbardziej odpowiednia deska dla początkujących.
Przeznaczona do jazdy po zwykłych, narciarskich trasach, bez osiągania
nadmiernych prędkości. Ma symetryczną budowę, umożliwia jazdę zarówno tyłem,
jak i przodem. Stosuje się do niej wiązania miękkie.
Half pipe - deska przeznaczona dla miłośników powietrznych akrobacji
wykonywanych w rynnach śnieżnych (half pipe). Ma jednakowe zakończenia
z przodu i z tyłu, dzięki temu można nią łatwo manewrować w powietrzu i
na śniegu. Wiązania miękkie, przeciętna długość deski 155-160 cm, szerokość
talii 25 cm.
Freeride - deska uniwersalna, przystosowana do jazdy w każdych
warunkach. Jednokierunkowa z niesymetrycznym uniesieniem czubka i ogona.
Można na niej jeździć zarówno w miękkich, jak i twardych butach. Przeciętna
szerokość deski w talii - do 25 cm (buty miękkie) i do 23,5 cm (buty twarde),
długość - od 165 cm (mężczyźni), od 157 cm (kobiety).
Free carve - łatwa w prowadzeniu i świetnie skręcająca deska
do szybkiej jazdy po specjalnie przygotowanych trasach, a także poza nimi.
Ma jednokierunkowy kształt, a lekko podniesiony przód ułatwia jazdę po
miękkim i świeżym śniegu. Długość deski 165-170 cm, szerokość talii do
23 cm, buty twarde.
Race - długie i wąskie deski do slalomów. Szerokość talii poniżej
22 cm, długość powyżej 170 cm, buty twarde.
Powder - kategoria desek specjalnie przygotowanych do jazdy po
świeżym, puszystym śniegu. Kształty zróżnicowane. Długość ok. 170 cm, szerokość
talii ok. 25 cm, buty miękkie lub twarde.
Boarder cross - deski do wszechstronnego wykorzystania na stoku
(skoki, muldy, skręty). Dłuższe, o jednokierunkowej budowie, usztywnione.
Buty twarde lub miękkie.
Wiązania w snowboardingu dzielą się na trzy grupy:
Miękkie - wykorzystuje się do wolnych stylów jazdy oraz do akrobacji
(buty miękkie).
Twarde - są wykorzystywane przez miłośników szybkiej jazdy (buty
twarde).
Step-in - są połączeniem wiązań twardych i miękkich. Charakteryzują
się specjalnymi zatrzaskami do wpinania miękkich butów bez użycia rąk.
Snowboarding to nie tylko styl jazdy, ale także ubraniowy styl.
Jak się przyodziać, by uprawianie tego sportu nie stało się dla nas katorgą?
Wybierając się w góry, ubierz się na cebulkę - włóż kilka warstw:
długą bieliznę, podkoszulek, sweter - najlepiej golf, kamizelkę, a dopiero
na to kurtkę. Długa bielizna jest bardzo ważna, bo dobrze utrzymuje temperaturę.
Pamiętaj, żeby do każdej aury ubrać się stosownie. Jak jest ciepło, to
włóż coś nieprzemakalnego, a na mróz coś ekstra ciepłego. Pamiętaj o rękawicach
i czapce.
Snowboarding to wiele przyjemności podczas jazdy, ale trzeba
się liczyć z sytuacjami niebezpiecznymi. Należy więc zaopatrzyć się w odpowiednie
ochrony.
KASK
To bardzo ważna ochrona, gdyż zabezpiecza to, co mamy najcenniejszego.
Dzieci powinny używać go obowiązkowo, zwłaszcza we wczesnych fazach nauki
jazdy. Stłuczenia głowy są częstą kontuzją, zwłaszcza u początkujących,
i zdarzają się o wiele częściej niż np. u narciarzy.
Jeżeli jesteśmy zwolennikami twardej deski, długich stoków i
wielkich szybkości, kask powinniśmy zakładać nawet wówczas, gdy uważamy
się za mistrza deski. Obecnie produkowane kaski są lekkie, estetycznie
wykonane, przez co zachęcają do ich stosowania. Za ich użyciem przemawiają
też względy psychiczne - kask dodaje pewności podczas trudnych skoków,
jazdy z dużą szybkością bądź w czasie bliskich kontaktów na stoku z innymi
snowboardzistami i narciarzami. Najtańszy ochronny kask kosztuje teraz
w SportChek 42 dolary.
SPODENKI
Bardzo ważne jest dobre zabezpieczenie tylnej części ciała, bioder
i kości ogonowej. U snowboardzistów są one nieporównanie częściej narażone
na urazy niż u narciarzy alpejskich. Silne uderzenia mogą wywołać stłuczenia
mięśni, kości oraz przeciążenia w kręgosłupie. Górną część ud, pośladki
oraz kość ogonową doskonale zabezpieczają piankowe ochraniacze naszyte
na elastyczne spodenki. W sklepie odpowiednie spodenki firmy RED kosztują
109 dolarów.
DŁONIE, NADGARSTKI
Specyfika jazdy na snowboardzie sprawia, że najwięcej kontuzji
związanych jest z dłońmi. Niektóre firmy produkują snowboardowe rękawiczki
ze specjalnymi wzmocnieniami. Do najprostszych należy szeroka taśma z usztywnionego
materiału, którą ciasno opinamy nadgarstek. Lepsze modele posiadają plastikowe
wkładki usztywniające nadgarstek, uniemożliwiające wyłamanie kciuka, a
nawet chroniące wewnętrzną część dłoni.
GOGLE
Podobnie jak w narciarstwie zjazdowym, gogle pełnią niezwykle
ważną rolę przy uprawianiu snowboardingu. Szybka jazda w mroźnym powietrzu
czasem wręcz uniemożliwia patrzenie bez okularów; zimno paraliżuje wzrok.
Również słoneczna pogoda na ośnieżonym stoku jest niebezpieczna dla naszych
oczu. Łatwo mogą one ulec porażeniu. Nie żałujmy więc pieniędzy na dobrze
dobrane gogle. Najtańsze (bolle mojo black) kosztują 18 dolarów, dla profesjonalistów
SportChek oferuje gogle firmy Oakley crowbar seth morrison Canada Maple
Leaf za 126 dolarów.
Życzę udanych zakupów, a w przyszłym tygodniu powrotu zimy, by
jeszcze w tym sezonie wypróbować nowy sprzęt.
Jerzy Rosa
Mississauga
American Dream na wstecznym
31 stycznia 2012 roku trafiły do sprzedaży album Lany Del Ray "Born
to Die" oraz analiza socjologiczna Charlesa Murraya (tego od "Krzywej dzwonowej")
"Coming Apart; the State of White America 1963-2010" (co luźno przełożyć
można na "Rozpad; obraz białej Ameryki 1963-2010"). Ktoś zapyta, i co z
tego, co ma piernik do wiatraka? Otóż, jednak ma.
Album Lany Del Ray (w realu Elizabeth Grant, córki multimilionera Roba
Granta) plasuje się w coraz bardziej wartkim nurcie amerykańskiej pop-kultury
- ziejącym nostalgiczną tęsknotą za Ameryką sprzed 50 lat. Stylistyka Lany
jest żywcem wyjęta z ery Eisenhowera czy JFK. Podobne tęsknoty przebijają
w filmach, m.in. w - o dziwo - nagrodzonym europejską Palmą "The
Tree of Life" Malicka, z Bradem Pittem.
Ameryka przez wiele dekad
stanowiła uosobienie postępu - rozwój cywilizacyjny i tempo
bogacenia się społeczeństwa zapierały dech; nikt przy zdrowych zmysłach
nie tęsknił za przeszłością. Posługując się dzisiejszymi standardami granicy
ubóstwa, Murray przypomina, że poniżej tej cezury w 49 roku żyło 41 proc.
Amerykanów, zaś w 1963 niespełna 20 proc. Dobrobyt otulał miliony. Trudno
takim ludziom odgrzewać na talerzu kultury masowej obrazy sprzed pół wieku,
szczypiąc duszę opowieściami, jak to pięknie drzewiej bywało. American
Dream nie miał wstecznego biegu i nikt za siebie nie patrzył. Bo po co?
Nostalgią, to można sobie było nacierać zelówki na brukach Paryża czy Berlina;
w Nowym Jorku w powietrzu wisiała jedynie awangardowa bezczelność parcia
do przodu. Zero splinu. Masa miasta zżerana w trzewiach maszyn wypluwała
te nowsze, rzekomo lepsze czasy. Nie bez kozery powiedzenie o starych,
dobrych czasach nie miało amerykańskiej wersji.
Do nostalgii, podlanej melancholią, potrzebny jest regres - poczucie,
że ci przed nami mieli jednak pod jakimś względem dużo lepiej. I
właśnie o tym opowiada ze swadą Murray - o przepoczwarzeniu, które rozorało
USA za życia zaledwie dwóch pokoleń. Teoretycznie, mieszkańcy Nowego Świata
nigdy nie mieli lepiej niż dzisiaj - PKB przecież nie kłamie. Ameryka
nadal pławi się w bogactwie i jest w stanie rozstawiać po kątach w dowolnym
zakątku ziemi.
Zestawienie tego, co mamy w roku 2010, z tym co było w roku 1963,
wywołuje... nostalgię.
W 1963 98 proc. mężczyzn w wieku 30 - 40 lat było pracownikami
lub aktywnie szukało pracy. Powszechnie sądzono, że inny status nie przystoi
dorosłemu mężczyźnie. W telewizji dominował obraz szczęśliwej tradycyjnej
rodziny, za rzecz oczywistą uznawano, że TV i kino mają umacniać
normy społeczne. Scenariusze filmowe zatwierdzane w oparciu o kodeks
Stowarzyszenia Filmowego wykluczały brzydkie słowa w dialogach, nie można
też było wzywać imienia Boga nadaremnie, wyśmiewać religii czy umieszczać
treści obscenicznych - w tym wszystkiego co odnosiło się do seksu. Aktorzy
nie mogli grać nago czy półnago. Homoseksualizm to była perwersja, a filmowa
zbrodnia nie mogła popłacać. I faktycznie nie popłacała, bo na wielkich
połaciach kontynentu ludzie zostawiali otwarte drzwi domów, a samochody
stały z kluczykami w środku.
Wybór kanałów i programów telewizyjnych owszem był - w niektórych
miejscowościach nadawały CBS, NBC i ABC. Z sondażu Gallupa przeprowadzonego
w 1963 roku wynikało, że 95 proc. respondentów zaliczało się albo do "klasy
pracującej" (50 proc.), albo "klasy średniej" (45 proc.). Wiele osób wpływowych
unikało uznawania siebie za klasę wyższą, co było wyrazem powszechnego
przekonania (błędnego), że w Ameryce nie ma klas. Ameryka chodziła
do kościoła. Na pytanie czy w ciągu minionych siedmiu dni byłeś w kościele
(Murray zwraca uwagę, że w pytaniu nie było oboczności, w rodzaju "w kościele
albo w synagodze" czy "w miejscu kultu"), jedynie 1 proc. uznawało się
za obojętnych na religię, a połowa wszystkich zapytanych deklarowała, że
chodzi do kościoła. I to niezależnie od dochodów i wykształcenia.
Co ciekawe, gdyby sięgnąć do jeszcze starszych czasów, okaże
się, że do początku lat 60. proporcje te były mniej więcej takie same i
stanowiły istotny element "amerykańskiego stylu życia". Podobnie tradycyjne
małżeństwo. Odsetek gospodarstw domowych rozwodników stanowił zaledwie
3,5 proc., a żyjących w separacji - 1,6 proc. 80 proc. mężatek nie pracowało
poza domem i wychowywało dzieci. Murray nie kryje, że ówcześni Amerykanie
mieli o wiele mniejszy wybór towarów, muzyki w radiu, książek; księgarnie
były niewielkie i poza dużymi miastami nieliczne; nie było na co
nagrywać muzyki, ludzie jeździli autami made in USA, a te made in Japan
były synonimem szajsu. W restauracjach królował befsztyk i hamburger; sushi
było nie do pomyślenia, pizza raczkowała, Chińczycy serwowali zamerykanizowaną
chińszczyznę, a pierwsza tajska restauracjach otworzyła się w 71. roku.
Dlaczego więc melancholia? Murray podsumowuje: "Eksperyment
amerykański nie polegał na tym, aby maksymalizować dobrobyt albo zapewnić
międzynarodową dominację. Projekt Ameryka - był nieustającym wysiłkiem
- poczynając od samego aktu założycielskiego - który miał zademonstrować,
że człowiek może być pozostawiony wolny samemu sobie, jako osoba i jako
rodzina, aby żył po swojemu, tak jak to uzna za właściwe, dobrowolnie
angażując się wraz z innymi w rozwiązywanie wspólnych problemów".
To był amerykański skarb, to była ta wyjątkowa kultura. To była
Ameryka, która imigrantom wyciskała łzy z oczu na widok Statuy Wolności.
To była Ameryka, której Amerykanie nie zdołali upilnować, która
padła pod ciosami bolszewizmu kulturowego.
Nostalgia za nią z roku na roku będzie większa.
Andrzej Kumor
Mississauga
1. Born to Die Lana Del Rey Interscope Records and Stranger Records
2. Coming Apart The State of White America, 1960-2010 by Charles
Murray - Random House
GONIEC, NR 4/2012
Młodzi wykształceni stanęli dęba?
Tego chyba nikt się nie spodziewał. Jeśli nawet - jak w większości
przypadków w naszym nieszczęśliwym kraju, gdzie różne spontaniczne wystąpienia
bywają aranżowane przez bezpieczniackie watahy - ktoś tam kogoś w ramach
wojny na górze zainspirował, to wypadki szybko wymknęły się spod kontroli.
Zaczęło się od akcji blokowania internetowych stron różnych konstytucyjnych
organów naszego demokratycznego państwa prawnego. Akcja okazała się skuteczna
na tyle, że strona rządowa, sejmowa, a także prezydencka zostały zablokowane.
Rzecznik rządu Paweł Graś, robiąc dobrą minę, oświadczył, że to ze względu
na ogromne zainteresowanie obywateli pracami rządu, Sejmu i prezydenta
- ale ciekawa rzecz - nie uwierzyli w to nawet dziennikarze zatrudnieni
w mediach głównego nurtu, którzy już choćby z racji etatu skwapliwie i
ostentacyjnie wierzą we wszystkie oficjalne wersje. Również i od nich popłynęły
złośliwe komentarze, że minister Graś próbuje robić z nich idiotów, skoro
sądzi, że uwierzą, iż tysiące ludzi akurat w środku nocy chciało natychmiast
dowiedzieć się, co robi rząd czy Sejm. Wydaje się, że Umiłowani Przywódcy
zlekceważyli to pierwsze poważne ostrzeżenie i jedynie odpowiedzialny w
rządzie za cyfryzację Michał Boni zaczął się sumitować z powodu braku społecznych
konsultacji przez podpisaniem przez Polskę kagańcowego porozumienia ACTA.
Najwyraźniej był najlepiej poinformowanym funkcjonariuszem rządu premiera
Tuska - co jest skądinąd zrozumiałe, zwłaszcza w kontekście znanego francuskiego
przysłowia, że "kto raz był królem, zawsze zachowa majestat".
Uprzedzając nieco fakty, trzeba bowiem podkreślić, że taka właśnie
interpretacja stała się wkrótce podstawą akcji perswazyjnej podjętej przez
media głównego nurtu najwyraźniej na polecenie Sił Wyższych, zaskoczonych
rozmiarami i gwałtownością reakcji. Bo na ulice miast wyszły tysiące ludzi,
przeważnie młodych, albo nawet bardzo młodych - bo tacy przede wszystkim
są użytkownikami Internetu - którzy przybrali wobec rządu, Platformy Obywatelskiej
i w ogóle - Umiłowanych Przywódców niechętną, a nawet wrogą postawę. Bezpieka,
jak zwykle w takich wypadkach, zastosowała taktykę "porozumienia i walki",
bo z jednej strony media głównego nurtu zaczęły natrętnie suflować niezadowolonym,
że oburza ich przede wszystkim brak owych społecznych konsultacji i gdyby
tylko Donald Tusk okazał im szacunek i powiedział, co i jak, to nie tylko
w podskokach zgodziliby się na ACTA, ale nawet daliby obciąć sobie języki
-- a z drugiej generał Stanisław Koziej, który szefem Biura Bezpieczeństwa
Narodowego został mianowany przez marszałka Komorowskiego już następnego
ranka po smoleńskiej katastrofie i niezwłocznie po nominacji przejął "Aneks"
do "Raportu o rozwiązaniu WSI" - zagroził wprowadzeniem stanu wyjątkowego
w sytuacji dalszego zagrożenia systemu informatycznego państwa. Dopiero
na tym tle można lepiej zrozumieć gorliwość mediów głównego nurtu, które
przygotowując się do stanięcia jednym susem w awangardzie szermierzy praworządności,
argusowym okiem zauważyły wśród demonstrantów "stadionowych bandytów".
Donald Tusk podjął rozmowy z ministrem Bonim, ale chyba
tylko pro forma - tzn. żeby się nazywało, że jednak z kimś rozmawia - ale
nie zmienił zdania, że "nie ugnie się" przed szantażem. Nietrudno się domyślić,
dlaczego jest taki nieugięty. Wygadał się z tym minister kultury Bogdan
Zdrojewski, informując, że nawet jeśli Sejm nie ratyfikowałby porozumienia
ACTA, to "i tak" jego postanowienia będą w Polsce obowiązywały, ponieważ
przyjęła je Unia Europejska. A debata poświęcona ratyfikacji oczywiście
się w Sejmie odbędzie i będziemy mogli obserwować, jak Umiłowani Przywódcy
własną piersią będą próbowali zasłaniać nasz nieszczęśliwy kraj przed tym
nowym paroksyzmem, ale w końcu wyczerpani walką, ulegną przemocy. Toteż
kiedy ambasador RP w Japonii, pani Jadwiga Rodowicz w czwartek porozumienie
ACTA podpisała, a odpowiedzią na to były kolejne demonstracje uliczne i
starcia z policją, prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński zapowiedział
podjęcie na terenie Sejmu inicjatywy rozpisania referendum w sprawie ACTA.
Warto tedy przypomnieć, że w sprawie ratyfikacji Traktatu lizbońskiego,
który dla niepodległości i suwerenności politycznej Polski stwarza znacznie
większe niebezpieczeństwo, prezes, a właściwie premier Kaczyński referendum
jednak nam pożałował. Ale to jest tak, jak z góralem namawianym przez agitatora
do kołchozu. - Dalibyście baco do kołchozu konia? - Dołbym. - A krowę?
- Dołbym. - No a owieczki? - Ni, łowiecek ni! - Dlaczego? Dalibyście konia,
dalibyście krowę, a owieczek byście nie dali? Dlaczego? - Bo mom!
Kiedy premier Kaczyński mógł przeforsować w Sejmie referendum
w sprawie ratyfikacji Traktatu lizbońskiego, to ani mu to było w głowie.
Teraz, kiedy wiadomo, że do żadnego referendum w sprawie ACTA rządząca
koalicja nie dopuści - gotów jest walczyć o nie do upadłego. Podobnie
Solidarna Polska, która 26 stycznia wypowiedziała rządowi "wojnę", a wcześniej
jej lider, eurodeputowany Ziobro, w Parlamencie Europejskim, podobnie jak
europosłowiek PiS, głosował w podskokach za przyjęciem ACTA. Jestem za,
a nawet przeciw! Do grona nieprzejednanych przeciwników ACTA dołączył też
poseł Palikot, z zapierającą dech odwagą nawołując do piractwa, chociaż
kilka dni wcześniej w ostatniej chwili nie odważył się zapalić w Sejmie
skręta z marihuany i wykpił się kadzidełkiem, chociaż z uwagi na immunitet,
a przede wszystkim - na parasol ochronny, jaki roztaczają nad nim bezpieczniackie
watahy, nikt nie ośmieliłby się mu niczego zrobić. Jedynie SLD był od początku
porozumieniu ACTA przeciwny, chociaż jak sądzę dlatego, że forsowały je
Stany Zjednoczone. Gdyby to był kto inny, to kto wie - może SLD byłby jak
zwykle w awangardzie postępu?
Niezależnie od tego, podpisanie ACTA na pewno nie przysłuży się
rządowi premiera Tuska, skądinąd bardzo wyczulonego na nastroje. Obecna
determinacja pokazuje, że starsi i mądrzejsi musieli postawić tę sprawę
na ostrzu noża - a w dodatku szef rządu walczy o reputację, próbując w
zamian za zgodę Polski na pakt fiskalny - co wiąże się z koniecznością
zapłaty prawie 7 mld euro frycowego - dopuszczenie go do stołu obrad strefy
euro - oczywiście bez prawa głosu - byle tylko ostentacyjnie nie zatrzaskiwano
mu drzwi przed nosem. Nic zatem dziwnego, że przechodzi do porządku nad
protestami internautów, licząc pewnie na to, że za 3 lata nie będą już
o niczym pamiętali i znowu zagłosują zgodnie z oczekiwaniami aranżującej
tubylczą sceną polityczną bezpieki. Ale tym razem może być inaczej, bo
ACTA przewiduje możliwość stosowania rozmaitych represji wobec
operatorów i użytkowników Internetu i jeśli te możliwości zaczną być realizowane
- a przecież chyba w tym celu ACTA została przedsięwzięta - to na zaniki
pamięci trudno będzie liczyć. Co więcej - właśnie Europejski Trybunał Sprawiedliwości
orzekł, że nie można zmuszać dostawców Internetu do zainstalowania systemu
zapobiegającego nielegalnemu pobieraniu plików - bo jest to sprzeczne z
Kartą Praw Podstawowych - tymczasem ACTA może prowadzić do narzucania operatorom
konieczności wprowadzenia rozwiązań filtrowania treści, czyli - mówiąc
potocznie - cenzurowania. Ten wyrok dodatkowo komplikuje sytuację, utrudniając
podtrzymywanie opinii, że ACTA jest w jak najlepszym porządku. Po drugie
- akurat w Sejmie toczy się debata nad ustawą refundacyjną i zarazem -
nad odwołaniem ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. Ministrowi, ma się
rozumieć, nic nie grozi, bo oprócz PO może on liczyć na poparcie koalicyjnego
PSL, ale ustawa refundacyjna, będąca elementem Narodowego Programu Eutanazji,
którego celem jest stopniowe eliminowanie z grona żyjących najstarszych
i najbardziej schorowanych, a więc - najmniej produktywnych i najbardziej
obciążających budżet członków tubylczej społeczności - ustawa ta sprawia,
że coraz więcej ludzi zaczyna rozumieć, czym naprawdę jest rząd premiera
Donalda Tuska. On też chyba zdaje sobie sprawę z tego, że dalszy rozwój
jego kariery w naszym nieszczęśliwym kraju może napotkać trudne do sforsowania
przeszkody i - jak fama głosi - coraz częściej rozgląda się za jakąś synekurą
europejską, dzięki której mógłby sobie wygodnie i bezproblemowo żyć aż
do śmierci. Ale to też nie jest pewne, bo - po pierwsze - ze względu na
trapiący Europę kryzys, amatorów takiej politycznej emerytury może być
znacznie więcej niż możliwości, a po drugie - łaska pańska na pstrym koniu
jeździ - co bardzo ładnie przedstawił pozbawiony złudzeń ksiądz biskup
Ignacy Krasicki: "Winszuj ojcze - rzekł Tair. - W dobrym jestem stanie.
Jutrom szwagier sułtana i na polowanie z nim wyjeżdżam. Rzekł ojciec -
wszystko to odmienne: łaska pańska, gust kobiet, pogody jesienne... Jakoż
zgadł; piękny projekt wcale się nie nadał. Sułtan siostrę odmówił, cały
dzień deszcz padał."
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Fundamentalia
Jeśli pojęcie zaufania rozważać w kategoriach miary podejrzliwości,
to coraz większa grupa Polaków ma coraz mniej zaufania do rządzących. Przy
czym ta ich podejrzliwość wydaje się w najwyższym stopniu uzasadniona.
Powyższa obserwacja, uzupełniona ostatnimi wynikami badań tak
zwanej opinii publicznej, zdaje się dowodzić, iż przeciętny Polak częściej
niż dotąd wybiera się po rozum do głowy i z tych spacerów nie wraca z niczym.
Rzecz jasna ów kwantyfikator ("Polacy") z samej definicji nie dotyczy
indywiduów zbudowanych z ITI czy Agory, innymi słowy osobników z wyrżniętymi
sumieniami, przekonanych, że ponieważ wydano im dowody osobiste, naprawdę
żyją niezależnym życiem, a nie według recept dla marionetek, wypisywanych
przez kierowników wiodących nadwiślańskich pralni mózgów i wtłaczanych
do głów gawiedzi via publikatory. Okoliczność, iż tacy ludzie urodzili
się w Polsce, mówią po polsku, a nawet niekiedy przekonują, że po polsku
myślą, nie czyni ich Polakami. Polskość wymaga od człowieka czegoś znacznie
więcej niż formalne potwierdzenie obywatelstwa. Wymaga tym bardziej w czasach
zdominowanych przez dyktaturę politycznej poprawności, tyranię "postępu"
oraz despotyzm "nowoczesności", a generalnie - w epoce tryumfu kulturowego
marksizmu.
OWOCE DWUDZIESTOLECIA
Życia nikt nam nie zwróci, nie da się cofnąć ani dogonić uciekającego
czasu, Polska z roku na rok słabnie, zaś słabe państwo nie jest w stanie
należycie zadbać o państwowy interes ani realizować narodowej racji stanu.
Dokładnie tak samo jak wycieńczony, schorowany człowiek nie sprosta wyzwaniom,
gdy na arenie sportowej skonfrontować go ze zdrowszym i sprawniejszym fizycznie
od siebie. Co to są ów "interes narodowy" i "narodowa racja stanu"? Najlapidarniej
ujął to kiedyś Stanisław Michalkiewicz, powiadając, że chodzi o to, aby
państwo rozwijało się, a nie zwijało. Tymczasem Polska przeistacza się
w coś w rodzaju zapyziałego skansenu w sferze materialnej, w obszarze etyki
cierpiąc na coś, co latem ubiegłego roku brytyjski premier wytknął współobywatelom,
mówiąc o dzieciach bez ojców, szkołach bez dyscypliny i zbrodniach bez
kary. Czyli o egoizmie, nieodpowiedzialności oraz niedostrzeganiu odłożonych
w czasie konsekwencji własnych postępków.
Czego dorobiliśmy się przez przeszło dwie dekady "niepodległości"?
Ano, dorobiliśmy się gargantuicznego zadłużenia finansów publicznych. Dorobiliśmy
się półtora do dwóch milionów obywateli szukających pracy poza krajem ojczystym.
Dorobiliśmy miernej pozycji w światowych statystykach i zerowej skuteczność
w realiach politycznych współczesności. Rządu poddanego presji kapitałowych
grup mafijnych, skrzętnie wykorzystujących wiedzę o agenturalnych zasobach
PRL-u, czapkującego sąsiadom ze wschodu i z zachodu. Władzy funkcjonującej
poza konstytucyjnymi organami państwa i szczelnie zakrytych przed opinią
publiczną mechanizmów podejmowania najważniejszych decyzji. Dorobiliśmy
się stada moralnych autorytetów wykupywanych przez finansowane z zagranicy
fundacje i rekordowego ponoć stopnia infiltracji przez służby specjalne
państw obcych.
Na domiar wszystkiego, nadwiślańskie media mainstreamowe nieustannie
walcują
opinię publiczną na użytek szemranych interesów mocarzy gospodarczych o
niejasnej proweniencji i pod obłędną wizję paneuropejskiej szczęśliwości.
O CO CHODZI?
Pal sześć infrastrukturę drogową, kolejową i energetyczną czy
krach systemu ubezpieczeń społecznych, ale my nie mamy nawet przyzwoitej
armii, zdolnej do obrony granic, a resztki tych zdolności trwonimy na bezdrożach
Afganistanu.
"O co, do diabła, chodzi?!" - pytają samych siebie ludzie rozumni,
dzień po dniu zaskakiwani arogancją władzy, grubiaństwem jej przedstawicieli,
decyzjami nie mającymi nic wspólnego z budowaniem godnych perspektyw dla
ludzi, którzy wynieśli ich do władzy.
O co chodzi? Wyssać Polskość z Polaków - o to chodzi, o to toczy
się ta gra, od dwudziestu przeszło lat. Idzie o stworzenie armii 38 milionów
bezideowych szkieletów, medialnie zaćpanych, bezmyślnie żłopiących denaturat
kultury zwanej masową. Mało tego, chodzi również o to, by - odzierając
Polaków z Polskości - wmówić nam, że na tym właśnie Polskość polega. Symbolicznie
mówiąc, na zapatrzeniu w Angelę Merkel.
Rzecz w tym, by ulepić Polaka-peerelaka, o którym Krzysztof Kłopotowski
pisał tak: "Ma być przepojony poczuciem winy za Jedwabne, Marzec i pogromy,
o których nie wolno mu zapomnieć, ale powinien puścić w niepamięć zbrodnie
żydokomuny. Ma być zawstydzonym własnym narodem, letnio religijnym, rozwiązłym
seksualnie indywidualistą i Europejczykiem ślepym na etniczne różnice interesów".
Dokładnie. Albowiem, gdy przyjdzie odpowiednia pora, wyłącznie
tym sposobem wytresowani obywatele dadzą się bez protestu i bezkarnie zamknąć
za wrotami paneuropejskiej masarni.
***
"Światowy kryzys gospodarczy jest sumą kryzysów moralnych indywidualnych
ludzi" - zauważył w rozmowie z Janem Pospieszalskim premier Węgier, Wiktor
Orban. Prawda, jakie to miłe, gdy nasze spostrzeżenia potwierdza ktoś z
taką klasą? Ktoś uznawany za "wroga publicznego numer jeden" i bezpardonowo
atakowany przez hordy paneuropejskich urzędasów, przyspawanych do brukselskich
apanaży i żłopiących krew Europejczyków niby krwiożercze bestie.
Boże, chroń Węgrów!
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Spotkanie
Sergiej przyjechał do Kanady trzy lata temu. Na lotnisku został zatrzymany
i władze kanadyjskie miały zamiar wrócić go do kraju rodzimego, ale ponieważ
Sergiej zgłosił status uchodźcy, zezwolono mu przeprowadzić sprawę na terenie
Kanady.
Jeśli wygra ją i przekona komisję do spraw azylantów, że nie
może powrócić do kraju rodzimego, może złożyć podanie o pobyt stały i pozostać
na stałe w Kanadzie. Sergiej spędził w areszcie imigracyjnym ponad dwa
miesiące, trochę inaczej wyobrażał sobie przylot do wymarzonej Kanady.
Niestety, jego wniosek odrzucono. Sergiej odwoływał się od decyzji,
ale także jego apelacja została rozpatrzona negatywnie. Urząd kanadyjski
CBSA (Canada Border Services Agency) wezwał go, by zaproponować mu
ostatnie możliwe podanie przed deportacją - PRRA (Pre Removal Risk Assessment).
Sergiej miał dużą nadzieję, że wreszcie uda mu się załatwić coś pozytywnie,
ale kiedy wezwano go na rozmowę, urzędnik poinformował młodego imigranta,
że i także to podanie zostało odrzucone i że imigrant musi opuścić Kanadę
w ciągu 2-3 tygodni. Zaproponowano mu także zakup biletu powrotnego.
Załamany mężczyzna rozpłakał się i wyznał w desperacji urzędnikowi,
że nie opuści Kanady i że woli popełnić samobójstwo. Został natychmiast
aresztowany, wczoraj na pierwszym przesłuchaniu w sprawie uwolnienia, zadecydowano,
że Sergiej nie zostanie zwolniony z aresztu, pomimo że przyjaciele zaproponowali
nawet wysoką kaucję jako gwarancję.
Dlaczego opisuję historię tego młodego mężczyzny? Otóż imigranci
nie zawsze rozumieją procedury imigracyjne i wymogi urzędników.
Niestety, ale reprezentant Sergieja nie przygotował go odpowiednio
do finalnej rozmowy z urzędnikiem wydającym nakaz deportacyjny.
Imigrant nie był ani prawnie, ani emocjonalnie przygotowany,
a jego niekontrolowana reakcja przyczyniła się do ponownego uwięzienia,
kiedy tak naprawdę nie było takiej potrzeby. Sergiej zawsze współpracował
z urzędnikami, stawiał się na meldunki, podawał prawdziwy adres, miejsce
zatrudnienia. Jednak na ostatnim spotkaniu jego desperackie zachowanie
przekonało urzędnika, że Sergiej nie opuści Kanady, czyli nie zastosuje
się do nakazu deportacyjnego, najprawdopodobniej ukryje się i nie stawi
się na lotnisku w dniu odlotu. Dlatego teraz mężczyzna musi doczekać wylotu
w imigracyjnym więzieniu, tak by kanadyjskie władze upewniły się, że prawo
zostanie wyegzekwowane.
Dlatego jeśli zatrudniają Państwo imigracyjnego prawnika czy
doradcę, wymagajcie, by odpowiednio przygotował Was do rozmów i spotkań,
także przesłuchań imigracyjnych. Przede wszystkim powinniście być świadomi
tego, dlaczego zostajecie wezwani i co może się wydarzyć w trakcie takiego
spotkania. Oczywiście najlepsza opcja jest ta, w której Wasz reprezentant
jest obecny na spotkaniu z urzędnikiem i może bronić Waszych praw, negocjując
na przykład z urzędnikami czas, w jakim musicie opuścić teren Kanady, ewentualnie
może Wam także doradzić, czy istnieją szanse odwołania się od deportacji
w kanadyjskim sądzie.
Izabela Embalo
doradca prawa imigracyjnego
licencja # R506496
Kanadyjska honda
Na początku stycznia w sprzedaży pojawiło się czwarte wcielenie niezwykle
popularnego wozu w Kanadzie - hondy CR-V. Od swego powstania w 1995
roku znalazł on w naszym kraju aż 260 tysięcy nabywców! Każda kolejna wersja
tego samochodu czyniła go coraz lepszym i bardziej niezawodnym - ostatnia
więc zapowiada się rewelacyjnie, tym bardziej że w końcu styliści na serio
zajęli się nadwoziem, więc auto wygląda świeżo i nowocześnie.
Na naszym kanadyjskim rynku CR-V ma dwóch poważnych konkurentów:
dodge'a journey i forda escape. Ostatnie zmiany na pewno zaowocują jeszcze
lepszymi wynikami sprzedaży nowej hondy, ponieważ przeciwnicy oferują modele,
które nie reprezentują jej walorów. Szczególnie dotyczy to escape, który
praktycznie produkowany jest bez zmian przez wszystkie trzy generacje hondy
CR-V.
Od samego początku honda uchodziła za samochód niezwykle trwały,
niezawodny i przyjemny w użytkowaniu. I tak jest do dziś z kolejnymi wersjami
tego auta, które wielokrotnie okazały się hitami sprzedaży (zwłaszcza trzecia
generacja CR-V). Wóz sprzedawany jest w ponad 160 krajach w Europie, Azji,
Ameryce Północnej i Południowej oraz Afryce. W samych Stanach Zjednoczonych
sprzedaje się go rocznie w liczbie przekraczającej 200 tysięcy sztuk.
Na pomysł wytwarzania małego SUV-a Japończycy wpadli w 1995 roku.
Za bazę posłużył model civic - i stąd wzięła się nazwa samochodu: civic
recreation vehicle (CR-V). Początkowo ten crossover (tak teraz określa
się małe terenówki) stanowił najmniejszy wóz w firmowej ofercie SUV-ów,
ale od 2002 roku, gdy pojawił się niezbyt piękny, ale praktyczny element,
CR-V uplasował się między nim a pilotem (początkowo produkowanym w naszym
ontaryjskim Alliston). Honda pilot budowana była już na innym podwoziu
pochodzącym od minivana odyssey, więc nic dziwnego, że samochody bardzo
różnią się wielkością.
CR-V od roku wróciło na swą dawną pozycję otwierającą ofertę
SUV-ów Hondy, ponieważ element zakończył w sezonie 2010 swój żywot.
Pojawienie się czwartej generacji kompaktowego SUV-a Hondy
było zapowiadane już latem ubiegłego roku. Najpierw opublikowano kilka
fotografii i lapidarny opis nowego samochodu, podkreślając, że to wersja
studyjna. Już z wyglądu prototyp wydawał się jednak konstrukcją bardzo
dojrzałą i gotową do produkcji. Rzeczywistość potwierdziła domniemania,
że prezentowany w Internecie "model studyjny" to ostateczna wersja najnowszej
generacji CR-V na wrześniowym Orange County International Auto Show w Kalifornii,
kiedy to oficjalnie zaprezentowano w prawie niezmienionej formie dzisiejszego
bohatera "Automanii". W połowie grudnia auto mogliśmy oglądać na wystawie
w Los Angeles. Pojazd na pewno pojawi się także na torontońskim Auto Show,
które rozpocznie się 16 lutego. O ile interesujemy się tym modelem i chcemy
zobaczyć go wcześniej, warto odwiedzić jakikolwiek salon Hondy (reklama
jednego z nich - LAKESHORE HONDA - znajduje się po prawej stronie).
Najnowsze CR-V cechuje się świeżą, dynamicznie zarysowaną linią
boczną i agresywną stylizacją przedniego oraz tylnego pasa. Samochód niemal
całkowicie odcina się od kanciastych poprzedników ze swą opływową sylwetką.
Pod maską zobaczymy nowoczesny 4-cylindrowy silnik o mocy 185
KM. Jeszcze do niedawna taką moc oferowały tylko "szóstki", ale czasy się
zmieniły i współcześnie z mniejszego silnika wyciska się porównywalną moc.
Mniejsza waga jednostki napędowej przekłada się bezpośrednio na mniejsze
zużycie paliwa. Układ współpracuje z 5-stopniowym automatem. Przełożenia
w tym urządzeniu pozwalają jechać z prędkością 120 km na godz. przy obrotach
silnika wynoszących 2100. Silnik spala na trasie 6,4 litra paliwa, a w
mieście 9. Jeśli nas te wyniki jeszcze nie satysfakcjonują, to możemy uruchomić
system ECO, co pozwala na 10-procentowe oszczędności paliwa.
Nowa honda CR-V oferowana jest w czterech wyposażeniowych odmianach:
LX, EX, EX-L i touring. Podstawowa odmiana LX z napędem na przednią oś
kosztuje 25.990 dolarów. Najlepiej wyposażona wersja touring z napędem
na cztery koła (dostępna tylko w Kanadzie) ma cenę 34.990 dol.
Dla Kanadyjczyków ważne jest, że czwarta wersja CR-V produkowana
jest w zakładach Hondy ulokowanych w Alliston. Dotychczasowe modele powstawały
w fabryce East Liberty Auto Plant w amerykańskim Ohio. W ontaryjskiej montowni
pierwsze wozy zjechały z taśmy 24 stycznia. Od lat w Alliston buduje się
niezwykle popularną hondę civic. Właśnie jej platforma podłogowa służy
za bazę do konstrukcji czwartej generacji CR-V.
Jerzy Rosa
Mississauga
Kulturowa pańszczyzna
ACTA, SOPA i PIPA - nagle te smutne biurokratyczne akronimy pojawiły
się w czołówkach dzienników. W założeniu ACTA (Anti-Counterfeiting Trade
Agreement) dotyczy zwalczania podróbek i ochrony własności intelektualnej,
SOPA (Stop Online Piracy Act) zwalczania nielegalnego kopiowania
treści chronionej prawami autorskimi z Internetu, PIPA (Protect IP Act)
- zakazu ukrywania swej tożsamości internetowej, korzystania z anonimowych
proxy serwerów i nakazu blokowania adresów zagranicznych serwerów, gdzie
znaleźć można pirackie kopie. ACTA - to porozumienie międzypaństwowe, PIPA
i SOPA - to wymysły amerykańskiego ustawodawcy.
ACTA weszła na tapetę z powodu protestów w Polsce, no bo - żeby
wszystko było jasne - my w Kanadzie już w ACTA jesteśmy (nie tylko
w ACTA, u nas można nawet podczas przekraczania granicy mieć skontrolowane
pliki w komputerze - czy aby legalne) w przeciwieństwie do Polaków
w Polsce położyliśmy ruki po szwam i daliśmy się zagonić do zagrody. ACTA
parafuje niebawem Unia Europejska, a z nią Polska i stąd wierzgnięcia polskich
internautów, ataki na serwery i strony rządowe. Nawiasem mówiąc, działania
te obnażają żałosny poziom zabezpieczeń elektronicznych polskich instytucji.
No ale jest to państwo, którego bezsilność jest już przysłowiowa, nie ma
więc co się dziwić. Te polskie protesty są oczywiście sobie a muzom, bo
jak ładnie wyjaśnił pewien minister, wyjawiając stan polskiej suwerenności
- niezależnie od tego czy Polska ACTA ratyfikuje, czy nie, to umowa ta
będzie obowiązywać na terenie Polski, bo to prawo UE. Tym razem szczęśliwie
złożyło się tak, że internetowa młódź miała okazję do uświadomienia politycznego,
by zobaczyć, że żyje w atrapie państwa.
Tyle tytułem wstępu.
O co z tym Internetem chodzi? O kontrolę sieci! W Internecie
każdy z nas jest widoczny jak na talerzu, ale na razie - poza nielicznymi
wyjątkami - nie ma mechanizmów prawnych, by skutecznie można było wlec
ludzi do sądu za to, co prywatnie w sieci robią. Wszystkie te ustawy nakładają
na prowajderów internetowych obowiązek sprawdzania pakietów ściąganych,
trzymanych na swych serwerach i wysyłanych w sieć przez użytkowników -
przekształcając ich w posterunki policji internetowej. Jeśli tego nie będą
robić - bekną - zapłacą grzywny, a w ekstremalnych wypadkach pójdą do więzienia
(właściciele portalu oferującego przestrzeń na dysku, Mega-upload, już
siedzą). Tu znów wypada przypomnieć, że tu, w Kanadzie, od kilku tygodni
prowajderzy mają obowiązek kontrolować wszystkie pakiety ściągane czy też
wysyłane przez użytkowników na okoliczność pornografii dziecięcej. U nas
jest więc już po ptakach.
Z infrastrukturą telekomunikacyjną jest tak, że w obecnym świecie
coraz mniej daje się ją wyłączyć. Jeśli władze poczują potrzebę wyłączenia
Internetu, połowa gospodarki padnie. Pamiętam, jak w czasie stanu wojennego
w PRL, kiedy to wyłączono telefony, strajkujący z Huty Lenina dzwonili
do Stoczni Gdańskiej telefonami kolejowymi - tych nie dało się wyłączyć,
bo stanęłyby pociągi. Dzisiaj takich uzależnień sieciowych jest wiele więcej.
Dlatego chodzi o wbudowanie w sieć możliwości selektywnego blokowania,
paradoksalnie coś na co Arpanet, a potem Internet miał być impregnowany.
Oficjalnie mówi się, że chodzi o ochronę praw autorskich - ale raz wbudowane
mechanizmy takie pozwolą na kontrolę i blokowanie wszelkiej "nielegalnej"
komunikacji - a dzisiaj nielegalne jest jedno, jutro drugie...
Te chamskie modyfikacje sieciowe - podobnie jak było z ACTA w
Kanadzie - wprowadza się za plecami i chwała internautowym partyzantom,
bo dzięki ich protestom dowiedziała się o problemie cała nasza reszta.
Oczywiście oficjalnie chodzi o to, że niby kopiujemy z sieci
za darmo bez opamiętania, a powinniśmy płacić tym co zawsze za obejrzenie
każdego obrazka i zanucenie każdej piosenki. Pominę debatę nad prawami
autorskimi, bo to osobna sprawa - kultura rozwija się przez przetwarzanie
zastanych treści - każdy dodaje coś swojego. - Nie łudźmy się też, że
chodzi o dochody twórców. Zagrożone są raczej dochody stetryczałych
megakoncernów, na których czele stoi banda korporacyjnych nierobów przyzwyczajonych
do milionowych apanaży. Gdyby chodziło - jak krzyczą podpłaceni przez lobbystów
gęgacze - o amerykańskie miejsca pracy i wykradanie nam technologii,
to ja radzę zajrzeć do Chin czy do Indii, gdzie kopiuje się wszystko co
wpadnie w łapę, a Ameryka uzależniona od narkotyku taniej azjatyckiej produkcji
przymyka oko. Co więcej, amerykańskie korporacje niosą Chińczykom w zębach
każdą technologię, byle tylko łaskawie pozwolili im skorzystać z nowego
produkcyjnego eldorado. Chińczycy oczywiście tego wymagają - a bo
co? Zaraz budują własne fabryki podróbek. Ostatnio zażądali od GM pełnej
dokumentacji technologii samochodów elektrycznych VOLT - biedny Obama musiał
osobiście interweniować. Pamiętam też, że bodajże Lockeheed za możliwość
taniego strzelania satelitów z Chin dostarczył Pekinowi TAJNĄ technologię
stabilizacji rakiet w początkowej fazie lotu, co pozwoliło kitajcom usprawnić
rakiety balistyczne! Więc jeśli ktoś chce chronić amerykańskie miejsca
pracy i zapobiec kradzieży własności intelektualnej Zachodu, to w pierwszej
kolejności powinien prostymi metodami wymóc to na największych gangsterach,
wprowadzając np. zakaz importu z takich państw - to oczywiście żart, bo
zakaz importu z Chin jest bez wojny niewykonalny.
Tymczasem wielkim korporacjom medialnym marzy się nowa pańszczyzna.
Oni będą właścicielami całej kultury - a my za każdy przypadek skorzystania
odprowadzimy daninę - pożyczysz żonie dobrą książkę, niech płaci! A dlaczego
nie?!
Dlatego brońmy się! Organizujmy się! Uświadamiajmy się! Każda
władza posuwa się tak daleko, jak daleko jej na to pozwalamy. Elity władzy
to w końcu tacy sami ludzie jak my - tylko pycha bardziej wchodzi im na
myślenie. Tu z dołu doskonale to widać.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 3/2012
Kraj wstrząsany paroksyzmami
Nie widać końca wojny na górze, toteż nic dziwnego, że naszym
nieszczęśliwym krajem co i rusz wstrząsają paroksyzmy. Jeszcze nie ucichły
echa precyzyjnego strzału, przy pomocy którego pan pułkownik Mikołaj Przybył
próbował popełnić samobójstwo, a tu krakowscy eksperci stwierdzili ponad
wszelką wątpliwość, że z odczytanych kopii zapisów z czarnych skrzynek
wynika, iż wypowiedzi przypisywane dotychczas generałowi Andrzejowi Błasikowi
pochodzą od drugiego pilota i że w związku z tym nie ma żadnego dowodu,
iż generał Błasik w ogóle znajdował się w kokpicie. Informacja ta wywołała
zrozumiałą konsternację nie tylko wśród "mądrych i roztropnych", którzy
do tej pory skwapliwie i posłusznie wierzyli wszystkim wersjom urzędowym
- a więc najpierw rosyjskiej, a potem tubylczej, razwiedkowej, że
przyczyną katastrofy był sławny "błąd pilota", wszelako spowodowany obecnością
w kokpicie nietrzeźwego generała Błasika, który okrzykami w rodzaju: "ląduj
dziadu" i wymachiwaniem pistoletem wywierał na załogę nieodparty nacisk
- ale i prokuratorów wojskowych, którzy nawet "w imieniu Polski" przeprosili
panią generałową Błasikową za te wcześniejsze rewelacje. Oczywiście konsternacja
nie trwała długo, bo oficerowie prowadzący konfidentów w mediach wyznaczyli
im doraźne zadanie nawijania, iż kwestia obecności generała Błasika w kokpicie
nie ma najmniejszego, ale to najmniejszego znaczenia dla prawidłowego przebiegu
katastrofy, która i bez niego odbyłaby się zgodnie z planem. I media głównego
nurtu prawie natychmiast stanęły na tym nieubłaganym stanowisku, co o samej
katastrofie może mówi niewiele, za to o mediach głównego nurtu - bardzo
dużo - tym bardziej że po kolei zaczęły odzywać się również pudła rezonansowe;
wprawdzie z różnych stron i środowisk, ale za to - z tego samego klucza,
więc nawet niewprawne ucho mogło bez trudu się zorientować, że nastrajał
je ten sam kamerton. Jedynie pan pułkownik Edmund Klich nie dał się zepchnąć
z nieubłaganego stanowiska, że eksperci - ekspertami, ale generał Błasik
"na pewno" był w kokpicie. W ten sposób pan pułkownik dochował lojalności
nie tylko generalinie Anodinie, ale również - byłemu już ministru obrony
Bogdanu Klichu, z którym potajemnie nagrywał rozmowę, gdy uzgadniali, jak
tu iść w zaparte. I słusznie - bo po kilku dniach uzyskał wsparcie od byłego
ministra Jerzego Millera, który wcześniej skwapliwie korzystał z okazji,
by siedzieć cicho, ale na sygnał znajomej trąbki przecież stanął do szeregu
i nie tylko potwierdził obecność generała Błasika w kokpicie, ale nawet
- jeszcze innego generała. Od razu widać, że razwiedka przeszła z obrony
do przeciwuderzenia i jeśli będzie trzeba, to od generałów, a nawet - głupich
cywilów w kokpicie aż się zaroi, a nowi eksperci nie nadążą z odczytywaniem
coraz to nowych rewelacji.
Według Jerzego Millera, dowodem na obecność generała Błasika
w kokpicie jest fakt znalezienia jego ciała w sektorze numer 1 miejsca
katastrofy. Ale w tym sektorze znaleziono ciała aż 13 osób i w dodatku
- fragmenty kolejnych zwłok. 13 osób fizycznie nie mogłoby zmieścić się
w kokpicie tego samolotu, z czego powstała nowa teoria, że w takim razie
drzwi do kabiny pilotów musiały być przez cały czas otwarte. Czy jednak
znalezienia aż 13 ciał w sektorze numer 1 musi czegokolwiek dowodzić w
sytuacji, gdy nawet ciężkie fragmenty samolotu rozrzucone były na wielkim
obszarze? Dlaczegóż to tylko fragmenty samolotu mogły zostać rozrzucone,
a ciała - już nie? Oczywiście takich pytań nikt nie stawia, żeby nie zostać
posądzonym o toksyczne związki z Antonim Macierewiczem, co jak wiadomo,
gorsze jest od śmierci i wszelkie posądzenie o coś podobnego zwłaszcza
w Salonie, grozi natychmiastową ekskomuniką na zewnątrz, gdzie jest płacz
i zgrzytanie zębów. Dlatego wszyscy mądrzy i roztropni bardzo uważają i
wprawdzie ostrożnie, niemniej jednak drwiąco wypowiadają się na temat pomysłu
powołania kolejnej komisji, nawet gdyby była to komisja Millera, a nie
jaka - horrible dictu! - międzynarodowa. Taka ostrożność jest wskazana
jak najbardziej, ponieważ złowrogi Antoni Macierewicz zwraca uwagę, że
krakowscy eksperci w ogóle nie stwierdzili, by czarne skrzynki zarejestrowały
uderzenia skrzydła samolotu w brzozę. Żadnego takiego odgłosu nie słychać,
a zamiast tego z wnętrza samolotu dobiegały odgłosy "przesuwania przedmiotów".
Czy zatem samolot rzeczywiście uderzył w brzozę? W mediach głównego nurtu
pojawiło się natychmiast mnóstwo nie to, że naocznych świadków - bo jeszcze
na tym etapie nie jesteśmy - ale specjalistów żarliwie przekonujących przekonanych
już przecież panów redaktorów, że skrzydło i brzoza, że inaczej być nie
mogło, że skrzydła zawsze się w takich okolicznościach odrywają, bo "taka
kolej rzeczy jest" - jak śpiewała Violetta Villas. Skwapliwość i żarliwość
tych zapewnień pokazuje, że oficerowie prowadzący najwyraźniej musieli
tej sprawie nadać najwyższy priorytet - bo czyż w przeciwnym razie naoczni,
to znaczy pardon - oczywiście na tym etapie jeszcze nie naoczni - świadkowie
by się tak uwijali?
A sytuacja rzeczywiście staje się coraz bardziej napięta, bo
na szczytach prokuratury ponownie rozpoczęła się kotłowanina, przerwana
na moment z okazji konferencji prasowej, na której generalny prokurator
Andrzej Seremet grzecznie siedział obok szefa naczelnej prokuratury wojskowej
generała Krzysztofa Parulskiego, który kilka dni wcześniej, z okazji nieudanego
samobójstwa pułkownika Przybyła, nie tylko swego zwierzchnika skrytykował,
ale nawet - trzasnął mu słuchawką, gdy ten do niego dzwonił. Prokurator
Seremet wystąpił tedy z inicjatywą odwołania generała Parulskiego i w ogóle
- zlikwidowania prokuratury wojskowej - ale jego pomysł nie wszystkim watahom
się spodobał, bo na przykład pan prezydent Komorowski, ustami swoich urzędników
zauważył, że nie jest "notariuszem" prokuratora Seremeta. I słusznie -
bo "notariuszem" - oczywiście nie pana prokuratora Seremeta, gdzieżby tam
znowu! - to już prędzej jest pan premier Tusk, którego zadaniem jest pilnowanie
kompromisu ustalonego między okupującymi nasz nieszczęśliwy kraj bezpieczniackimi
watahami, które pilnują swoich interesów za pośrednictwem legatów wyznaczonych
do Rady Ministrów. To znaczy - tak jest w warunkach normalnych, ale teraz
trwa wojna na górze zapoczątkowana zatrzymaniem generała Czempińskiego,
więc premier Tusk na razie nie wiedząc, co na ten temat myśli, przezornie
wyjechał do Włoch, gdzie usiłuje uzyskać obietnicę, że Italia poprze naszą
suplikę, by premiera Tuska wpuszczano na obrady strefy euro, niechby i
bez prawa głosu, a nie kazano mu czekać pod drzwiami na decyzję,
ile Polska ma zapłacić frycowego. Podobnież Włosi wszystko mu galancie
obiecali, w co chętnie wierzę - bo dlaczego nie? Zatem tylko patrzeć, jak
premier Tusk wróci w aureoli kolejnego sukcesu, który przydałby mu się
jak znalazł, bo podobno notowania pikują mu w dół, niczym tupolew w Smoleńsku.
Tymczasem w ramach realizacji scenariusza rozbiorowego Krajowa
Rada Radiofonii i Telewizji definitywnie odmówiła przyznania telewizji
TRWAM koncesji na platformie cyfrowej. Podczas posiedzenia senackiej Komisji
Kultury i Środków Przekazu z udziałem członków Rady, ojca dyrektora Tadeusza
Rydzyka oraz przedstawicieli stacji, którym też odmówiono koncesji, wyszły
na światło dzienne ciekawe rzeczy. Na przykład, okazało się, że gwoli zapewnienia
pluralizmu w mediach elektronicznych Krajowa Rada przyznała koncesje aż
dla dwóch stacji muzycznych, z których jedna nadaje na okrągło disco-polo,
a druga - jakieś inne "łodirydi". Taki pluralizm musi podobać się nie tylko
Naszej Złotej pani Anieli, ale kto wie - może nawet spodobałby się wybitnemu
przywódcy socjalistycznemu Adolfowi Hitlerowi, który uważał, iż naszemu
mniej wartościowemu narodowi wystarczy, jak będzie umiał policzyć do pięciuset.
A skoro już o liczeniu mowa, to zasoby finansowe tych muzycznych stacji
stanowią niewielką część środków przedstawionych przez Fundację Lux Veritatis,
wobec której Krajowa Rada miała wątpliwości co do "wiarygodności finansowej".
Przewodniczący Jan Dworak zapewnił "pana dyrektora Rydzyka", że wszystko
odbyło się w jak najlepszym porządku i on nie ma żadnych wyrzutów sumienia
- co po raz kolejny potwierdza powszechnie znaną prawidłowość, że jak człowiek
politykuje czy łajdaczy się w jakiś inny sposób, to jego sumienie także.
Nadzieja w Naczelnym Sądzie Administracyjnym, do którego od decyzji KRRiTV
można się odwołać, ale gdyby nawet niezawisły trybunał otrzymał rozkaz
uwzględnienia odwołania, może ono okazać się nieskuteczne, bo pan przewodniczący
Dworak zauważył nie bez pewnej satysfakcji, że cztery koncesje, jakie miały
zostać rozdzielone, rozdzielone zostały, więc żadnej stacji odebrać ich
już nie można bez złamania najświętszej zasady ochrony praw nabytych. Widać
wyraźnie, że tym razem sprawę pacyfikacji Radia Maryja i Telewizji TRWAM,
jako fragmentu przygotowań do realizacji scenariusza rozbiorowego musieli
wziąć w swoje ręce pierwszorzędni fachowcy - nie z Krajowej Rady, bo tam
są tylko subordynowani wykonawcy - tylko ci, którzy realizację tego scenariusza
w naszym nieszczęśliwym kraju koordynują.
Bo proces dziejowy został przyspieszony, czego dowodem jest m.in.
wezwanie węgierskiego premiera Wiktora Orbana na dywanik do Unii Europejskiej,
której władze zamierzają wybić mu z głowy zuchwały zamiar wyzwolenia narodu
i państwa węgierskiego z niewoli lichwiarskiej międzynarodówki. Podczas
przesłuchania w Parlamencie Europejskim śmierdzący z powszechnie znanego
niechlujstwa przyjaciel redaktora Michnika, Daniel Cohn-Bendit, wymyślał
węgierskiemu premierowi niczym Hitler czy Goering czeskiemu prezydentowi
Emilowi Hasze, który w marcu 1939 roku w bardzo podobnym celu wezwany został
do Berlina. Wtedy chodziło o wymuszenie zgody na przyłączenie do Rzeszy
Czech i Moraw pod groźbą natychmiastowego zbombardowania Pragi. Dzisiaj
wygląda to trochę inaczej - no ale historia nie powtarza się przecież z
aptekarską dokładnością. A propos aptekarzy - to właśnie oni zostali wyznaczeni
do dokonywania selekcji pacjentów w ramach Narodowego Programu Eutanazji,
który też stanowi ważny element scenariusza rozbiorowego - i oni będą karani
za realizowanie nieprawidłowych recept. Najwyraźniej okazali się najsłabszym
ogniwem łańcucha.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Narodowy program eutanazji?
Przyzwoitość, honor, uczciwość, prawdomówność, godność, prawość - oto
sześć, prawdopodobnie największych deficytów, aż nadto charakteryzujących
współczesną Rzeczpospolitą. Deficytów widocznych zarówno na poziomie elit,
jak na każdym innym.
Stanisław Lem zauważył kiedyś, iż: "Wszyscy tworzymy rodzaj kaszy,
ale każde ziarenko tej kaszy chciałoby być specjalnym ziarenkiem. A kiedy
ziarenko takie nie ma obiektywnych danych ani uzdolnień, choćby do fikania
koziołków, zgłasza się do telewizji". Warto to spostrzeżenie przypomnieć,
skoro w środowiskach, których po rozwiązaniu WSI podobno nie ma już w polskiej
rzeczywistości, uznano, iż telewizyjny środek przekazu niesie ze sobą pożądany
ładunek emocji, odpowiedni dla prezentacji określonych "fikołków", mających
powstrzymać bądź nawet odwrócić szaleńcze pomysły tego i owego polityka,
widać nienależycie poinformowanego, w jaką włącza się grę i z kim. Takie
pomysły jak ten, by do przepastnych szaf prokuratury wojskowej dopuścić
prokuratorów z innej, że tak powiem, opcji bezpieczniackiej.
BRAWA DLA SNAJPERA
I proszę bardzo: minęło czasu mało-wiele, po czym jasne się stało,
iż pułkownik prokurator Mikołaj Przybył, oddając strzał, wycelował na tyle
znakomicie, by - rozharatawszy sobie policzek - nie przestrzelić przy okazji
własnego mózgu. Niemniej w tych okolicznościach zasadne pytania brzmią:
w kogo właściwie (czy raczej: w co) pan pułkownik prokurator Mikołaj Przybył
celował? I czy jego próba samobójcza, mimo taktycznego wsparcia ze strony
prezydenta Komorowskiego, aby nie zda się psu na budę?
Czas pokaże. Zostawmy nasz nadwiślański dywan i nasze po rozwiązaniu
WSI nieistniejące (dobre sobie!) buldogi, by przechodząc od szczegółu do
ogółu zauważyć, iż można poczynić wiele interesujących spostrzeżeń dotyczących
polskich (tak mówią) "elit", pobieżnie obserwując poczynania polskiego
(tak mówią) rządu. Któremu przewodzi premier "jesteśmy na wczasach" Donald
Tusk. Na przykład takie oto spostrzeżenie, że ludzie ci za wszelką cenę
starają się wygrać z trudnościami, które sami nieustannie stwarzają. Swą
wyczerpującą pracą dla dobra narodu.
Po takiej absorbującej pracy różne rzeczy śnią się umęczonemu
człowiekowi. Kobiet nie wyłączając. Podobno w jednym z takich snów Ewa
Kopacz dostrzegła tańsze lekarstwa, wykształconych i uśmiechniętych lekarzy,
nowoczesną aparaturę i przyjazne pacjentom przychodnie oraz oddziały szpitalne.
Taki właśnie sen dręczył ponoć byłą minister zdrowia podczas prac nad nowelizacją
listy refundacyjnej leków. Co więcej, ostatnie tygodnie pokazały, że takim
samym snem skutecznie zaraziła ona swojego następcę.
Niestety, oba te sny, jak to się mówi, skisły. Skisły, jak każda
obietnica Platformy Obywatelskiej. Pozostał zamęt i pobojowisko, przez
wiecznych malkontentów nieprzychylnych PO zwane bez ogródek "Narodowym
Programem Eutanazji".
WYGRAĆ Z PRZYZWOITOŚCIĄ
Między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca, czegokolwiek tknąć,
rozpada się i niszczeje. Ludzie zapatrzeni w telewizory na potęgę dziczeją,
a przy okazji przyzwoitość aż skręca się w paroksyzmie bólu. Łukasz Warzecha
ironizuje: "Drogi bez poboczy i parkingów, śledztwo w sprawie katastrofy
smoleńskiej bez wraku, pacjenci bez leków, rząd bez kompleksów. Można?
Można".
Pewnie, że można, i to jak! Ostatnio polski system ochrony zdrowia
- zawsze chory - wpadł w agonalne drgawki, a to za przyczyną uregulowań
skutkujących kilkudziesięcioprocentowym wzrostem cen leków. IMS Health
szacuje (to największa na świecie firma specjalizująca się w dostarczaniu
informacji dla przemysłu farmaceutycznego), że po wejściu w życie przepisów
ustawy o refundacji leków, Narodowy Fundusz Zdrowia zaoszczędzi ponad miliard
złotych rocznie. Kosztem pacjenta rzecz jasna, bo jego wydatki na leki
mniej więcej o tyle samo proporcjonalnie wzrosną. Przynajmniej jeśli idzie
o tych, których na leki będzie jeszcze stać.
Pozostali będą musieli radzić sobie inaczej. Czy pozostaje im
wyłącznie odwołanie modlitewne, o tym rządowi i partyjni funkcjonariusze
milczą.
Podsumowując, można by rzec, iż rząd Donalda Tuska za wszelką
cenę stara się wygrać z przyzwoitością. Można by, gdyby przyzwoitości ten
rząd miałby choćby za złotówkę. Bo nie ma nawet za grosz.
Ale znacznie gorzej, że rządowi udało się skutecznie spacyfikować
przeciętnemu Polakowi tę część mózgu, która odpowiada za krytyczną analizę
i wnioskowanie. Dlatego karmiony medialną papką rodak obserwuje, co dzieje
się dookoła, lecz nie stać go ani na kojarzenie faktów, ani tym bardziej
na refleksję, dlaczego pokazują mu akurat to, co pokazują. Parafrazując
Józefa Mackiewicza: "Fatalna fikcja, rozpanoszona u nas, przeżera już nie
tylko obyczaje, ale psychikę narodu. Wierzymy w to, co nam pokazują, a
nie w to, co jest zgodne z rzeczywistością".
***
I na koniec: palce świerzbią, by skomentować ostatni wyskok Stefana
Niesiołowskiego, żwawo oraz z właściwą sobie subtelnością oceniającego
wypowiedzi polityków PiS po rewelacjach Krakowskiego Instytutu Ekspertyz
Sądowych im. prof. Jana Sehna. Palce świerzbią, powiadam, by elukubracje
Niesiołowskiego skomentować. Wszelako, jak rzecze poeta: "Złe sobie daje
świadectwo, gdy kto wyszydza kalectwo". Przeto ciszej nad tym panem.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Izabela Embalo
Ryzyko
Osoby chcące zalegalizować swój pobyt nie zawsze zdają sobie sprawę,
że może to być niemożliwe z terenu Kanady i tylko dlatego, że ogólna zasada
prawa imigracyjnego nakazuje, by ubiegać się o kanadyjską pierwszą wizę
(praca, studia, pobyt) poza granicami kraju.
Oczywiście, istnieją w praktyce opcje, by fizycznie przebywać
w Kanadzie jako na przykład turysta i procesować swoje podanie
poza Kanadą, ale w większości przypadków, kiedy imigrant jest wzywany na
rozmowę w kanadyjskim konsulacie lub ambasadzie, musi opuścić teren Kanady.
Z terenu Kanady możliwe jest jedynie ubieganie się o łączenie rodzin (dzieci,
współmałżonkowie, partnerzy), podanie humanitarne lub azyl.
Nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem pozostanie bez ważnej wizy
w Kanadzie, nielegalna praca i dopiero wówczas staranie się o zalegalizowanie
pobytu stałego. Szanse takich osób zmniejszają się ze względu na zmiany
w kanadyjskim prawodawstwie. Niestety, wielu naszych rodaków tak właśnie
czyni. Imigrant przylatuje na wakacje czy z wizytą rodzinną, właściwie
skupia się na tym, by przekroczyć kanadyjską granicę, i następnie pozostaje,
obawiając się tego, że ponowny powrót nie będzie możliwy. Znajomi, krewni
namawiają, by pozostać, motywując swoją opinię "tylu tu siedzi na czarno
latami, ty też możesz...".
Ale czy naprawdę jest to dobra podpowiedź? Oczywiście nikt nie
będzie przebywał bez ważnego statusu, bo tak mu się podoba. Najczęściej
imigranci zmuszeni są do podjęcia tak trudnej decyzji złą sytuacją ekonomiczną,
brakiem perspektyw itp. Jednak zanim złamiemy kanadyjskie prawo, warto
sprawdzić, czy istnieją szanse legalnego zalegalizowania, a możliwości
jest kilka. Niestety, pozostanie bez ważnej wizy zamyka niektóre furtki
prawne i nie jest to wcale w interesie imigranta.
Ponadto życie bez statusu to nie tylko udręka, ale w pewnym sensie
ścieżka donikąd. Lata mijają, większość "nieudokumentowanych" imigrantów
pracuje za zaniżone stawki, w każdej chwili mogą być złapani przez kanadyjskie
władze i aresztowani, nie mają żadnych praw ani ubezpieczeń socjalnych,
ani opieki medycznej. Niekiedy oddzieleni od rodzin, żyją w samotności
na emigracji. Strefa bezwizowa polepszyła trochę ich sytuację, ponieważ
czasem udaje się bliskim przylecieć z wizytą.
Znam polskich imigrantów, którzy poświęcają swoje szczęście i
życie tylko po to, by pomóc rodzinie w Polsce, wykształcić dzieci, kupić
po latach upragnione mieszkanie. Pracują bardzo ciężko, wysyłając rodzinie
pieniądze, żyją bardzo skromnie i dzięki temu poświęceniu rodzina w Polsce
ma godziwe warunki. Jednak kanadyjski "imigracyjny biznes" nie jest już
taki intratny. Wartość dolara w Polsce nie jest taka sama jak przed laty.
Niektórzy nie zdają sobie sprawy z możliwości zatrudnienia i życia, jakie
stwarza obecnie Unia Europejska, ponieważ przyjechali dużo wcześniej i
obawiają się podejmować jakieś ryzyko, pomimo że właściwie każdy dzień
życia bez kanadyjskiego statusu to takie ryzyko.
Osoby zainteresowane imigracją do Kanady prosimy o kontakt z
naszym biurem: 416-515-2022, emiz@live.ca. Zapraszamy do odwiedzenia naszej
strony internetowej: www.emigracjakanada.net.
By bezpiecznie wrócić z nart...
Jest mroźnie i pada śnieg. W Mississaudze nie jest go co prawda za
wiele, ale już w najbliższych, na północ leżących ośrodkach sportów zimowych,
stoki pokryte są grubym puchem a narciarze szaleją. Dobra dla nich aura
utrzyma się w weekend, dlatego w najbliższych dniach warto wybrać się na
narty. Nie zapomnijmy jednakże, iż sport to fascynujący, ale bardzo niebezpieczny,
dlatego dzisiaj kilka uwag na ten temat.
W każdym ośrodku sportów zimowych sprawa bezpieczeństwa jest szczególnie
wyeksponowana. Narciarstwo zjazdowe jest szczególnie niebezpiecznym sposobem
spędzania wolnego czasu i trzeba szczególnych zachodów, aby ten stopień
ryzyka utraty zdrowia zminimalizować. Konieczne jest zatem, zanim ustawimy
się w kolejkę do wyciągu, zapoznać się z zasadami obowiązującymi w miejscu,
do którego właśnie dotarliśmy. Regulamin korzystania z ośrodka dostępny
jest zwykle w folderach reklamujących, wydrukowany jest także na dużych
tablicach wiszących w ogólnie uczęszczanych miejscach.
Dla początkujących zmorę stanowi moment, gdy trzeba zejść z "oślej
łączki" i zacząć korzystać z wyciągów. Pół biedy z wyciągiem orczykowym
(T-Bar), nie odrywamy się przecież od ziemi, pożądane jest jednak zgłoszenie
faktu, że to jest nasz pierwszy raz obsłudze wyciągu. Zwróci ona na nas
większą uwagę i poinstruuje, a w wypadku niepowodzenia, tzn. gdy nasz orczyk
pojedzie w górę bez nas, pocieszy i pomoże nam zabrać się na następny.
Umiejętność jeżdżenia wyciągiem orczykowym każdy musi nabyć
sam w praktyce - żadna teoria nam w tym nie pomoże.
Natomiast lęk przed korzystaniem z wyciągów krzesełkowych można
porównać do obaw występujących u wielu osób ze świeżym prawem jazdy - za
nic nie dadzą na-mówić się do wjechania na autostradę. Później jednak nie
mogą się nachwalić korzyści, jakie mają z faktu używania tych dróg, że
szybciej, bezpieczniej, wygodniej...
To samo można powiedzieć o wyciągach krzesełkowych. Współczesna
technika i zaawansowanie technologiczne uczyniły z tego prostego urządzenia
"autostradę" wwożącą nas szybko, bezpiecznie i wygodnie na sam szczyt góry.
Wyciągi typu Quad Chair Express posiadają urządzenia wyhamowujące krzesełka
w momencie wsiadania i wysiadania - w trakcie jazdy nabierają prędkości,
skracając czas przejazdu nawet o połowę w stosunku do wyciągów konwencjonalnych.
W każdym większym ośrodku na terenie południowego Ontario możemy korzystać
z tego typu wyciągów.
Niestety, na zboczach przeznaczonych dla początkujących (beginner
terrain) zwykle zainstalowane są wyciągi tradycyjne, tzn. mające stałą
szybkość przesuwu liny. Trudny moment pierwszego wsiadania można ułatwić
poprzez poinformowanie obsługi o tym fakcie - zwróci ona również - jak
wypadku T-Bars - większą uwagę oraz przytrzyma krzesełko, żeby nas boleśnie
nie uderzyło. Dobrze jest też pojechać z kimś, kto ma większą praktykę
w korzystaniu z wyciągu od naszej - instrukcje tego "kogoś" mogą okazać
się bezcenne. Osoba ta będzie też wiedziała, jak opuścić zabezpieczenie
(safety bar) chroniące przed spadnięciem z krzesełka.
Jadąc już, napatrzywszy się na wspaniałe krajobrazy - niektóre
wy-ciągi wznoszą się ponad stoki na kilkanaście metrów (np. Horseshoe Ski
Resort czy Blue Mountain) - nie przegapmy chwili, gdy trzeba się przygotować
do wysiadki. Moment podniesienia zabezpieczenia jest zawsze sygnalizowany
tablicą na maszcie - zwykle przedostatnim - podtrzymującym linę nośną.
Za moment podjeżdżamy do miejsca, gdzie krzesełka zakręcają. Wstajemy więc
i korzystając z lekkiego spadku, opuszczamy wyciąg. Wygodniej wysiada się
z miejsca będącego bliżej obwodu krzywej skrętu. Np. gdy wyciąg nawraca
w prawo - siądźmy na ławeczce jak najbliżej lewej strony - zmniejsza się
wtedy ryzyko zahaczenia nas i uderzenia przez robiącą ostry skręt ławeczkę
z siedzeniami. Jeśli zwycięży strach i w porę nie
zeskoczymy, to nie denerwujmy się nadmiernie - obsługa jest przygotowana
na natychmiastowe zatrzymanie wyciągu i zdjęcie nas z niego.
Ontario Ski Association, organizacja zajmująca się amatorskim
narciarstwem zjazdowym na terenie Ontario, doprowadziła to tego,
że na terenie wszystkich ośrodków sportów zimowych w naszej prowincji trasy
zjazdowe mają takie samo, międzynarodowe oznaczenie stopnia ich trudności.
I tak:
- trasy oznaczone zielonym kołem są najłatwiejsze, przeznaczone
dla początkujących;
- niebieski kwadrat sygnalizuje bardziej trudną do pokonania
trasę;
- czarny romb (black diamond) - to trasa o bardzo wysokim stopniu
trudności;
- dwa czarne romby - (for experts only) - tylko dla umiejących
doskonale jeździć na nartach w każdych warunkach;
- żółty trójkąt z wierzchołkiem do góry: "Uwaga - niebezpieczeństwo".
Pamiętajmy jednak, że w każdym ośrodku są inne warunki, każda
trasa ma swoją specyfikę. Jeśli jedziemy trasą po raz pierwszy - zachowajmy
najwyższy stopień ostrożności; nasza rozwaga może oszczędzić nam wielu
przykrości. Prawidłowo oceńmy swoje narciarskie umiejętności, dostosowując
do nich wybór trasy - przecież jazda na nartach po wybranym stoku ma sprawiać
przyjemność, a nie zawierać uczucie, że walczymy o życie - nie ma głupszej
sytuacji, niż popisywanie się na stoku.
Gdy nauczymy się zatrzymywania i gdy narty zaczną nas słuchać,
tzn. gdy chcemy skręcać - to skręca-my, i to w kierunku przez nas za-mierzonym,
możemy spróbować opuścić stoki dla początkujących i spróbować jazdy którąś
z "kolorowych" ogólnodostępnych tras. Obowiązywać nas tutaj zaczynają przepisy,
które warto znać - wiedza ta pozwoli nam zminimalizować ryzyko wypadku:
- w ośrodkach amatorskiego uprawiania sportów zimowych nie można
jeździć na tzw. krechę (downhill run);
- prędkość zjazdu należy dopasować do możliwości natychmiastowego
zatrzymania się;
- zjeżdżając w dół, zwracamy szczególną uwagę na osoby będące
przed nami (poniżej) i obok nas, wybierając kierunek - nie stwarzajmy zagrożenia
poprzez nadmierne zbliżanie się do jadącego narciarza;
- nie wolno zatrzymywać się na trasie w miejscu, gdzie możemy
być trudno zauważalni;
- kiedy włączamy się do zjazdu w dół (np. w połowie stoku), popatrzmy
w górę i przepuśćmy już jadących;
- jeśli jesteśmy uczestnikiem (lub świadkiem) poważnego wypadku,
to nie opuszczajmy jego miejsca, pozwalając zidentyfikować się przez Ski
Patrol;
- nie można korzystać z wyciągów i zjeżdżać ze stoków, będąc
pod wpływem narkotyków lub alkoholu;
- nie zjeżdżajmy po wyłączonych z użytku trasach - zawsze jest
ważna przyczyna, dla której jest ona zamknięta: wypadek, niebezpieczne
oblodzenie, wyrównywanie przez ma-szyny itd.;
- bądźmy uczynni - ułatwmy "po-zbieranie się" po upadku - podajmy
nieszczęśnikowi kijki, czapkę, pomóżmy mu podnieść się. Nam też ktoś pomoże...
A upadać trzeba też się nauczyć. Oto kilka podstawowych zasad,
których w miarę możliwości trzeba przestrzegać;
- w czasie upadku nie prostuj maksymalnie nóg;
- staraj się mieć rozluźnione kolana;
- nie próbuj wstawać, zanim całkowicie nie przestaniesz się ześlizgiwać
po upadku;
- nie upadaj na ręce;
- w trakcie upadku trzymaj ramiona w górze i ku przodowi.
- choć nie jest to obowiązek, to miej nałożony kask - częstym
urazom w trakcie narciarskich wypadków ulega bowiem głowa.
***
Na zakończenie propozycja wyjazdu na najbliższy weekend.
Snow Valley
Położony koło Barrie, doskonale nadaje się na kilkugodzinne,
"szybkie" wyprawy na narty. Ośrodek szczyci się także mianem "najbardziej
odpowiedniego dla dzieci", tytuł ten przyznało mu fachowe czasopismo "Ski
Canada Magazine".
Trzy wyciągi, w tym najnowszy Belt-Loading Six-Seater, zapewniają
błyskawiczne dotarcie na szczyty wzniesień, z których można zjechać wybierając
jedną z 20 tras.
W czwartek, 19 stycznia, w ośrodku na stokach zalegała 35-centymetrowa
warstwa śniegu. Czynne były wszystkie trasy i wyciągi.
Nie przestrzega się tutaj sztywnego podziału dnia na pół; bilety
na wyciąg można nabywać na 2, 4, 6 godzin, jak również na cały dzień. Ośrodek
proponuje też jazdę nocną po pięknie oświetlonych stokach. Dla dzieci posiada
niesamowite atrakcje - Magic Carpet Lifts, czyli ruchomy chodnik wwożący
młodych narciarzy na górkę, oraz Snow Tubing Park z dwoma wyciągami i siedmioma
trasami.
Ceny w sezonie 2012
dorośli (16-64 lata):
bilet 2-, 4-, 6-godzinny - 33.25, 37.25, 42.00 dol.
bilet całodniowy - 44.00 dol.
młodzież (do 16 lat):
bilet 2-, 4-, 6-godzinny - 28.25, 32.25, 37.00 dol.
bilet całodniowy - 40.00 dol.
Jazda nocna (od godz. 16.00):
Dorośli, młodzież - 28.00, 24.00
Wypożyczenie sprzętu narciarskiego na cały dzień kosztuje 28,25
dolara.
Ośrodek oferuje specjalny pakiet dla chcących nauczyć się jazdy
na nartach. Za 45 dolarów można wykupić 75-minutową lekcję oraz wypożyczyć
potrzebny sprzęt. Nie płacimy już dodatkowo za wyciąg. Kask również jest
za darmo.
Ośrodek czynny jest od godz. 9.00 do 22.00.
Dojazd do ośrodka zabiera około godziny jazdy autostradą nr 400
do Barrie, później drogą nr 27 do Snow Valley Road.
Jerzy Rosa
Mississauga
"Costa Concorde" to żaden "Titanic"!
Czy generał Błasik był w kokpicie; czy samolot zaczął się rozpadać
na wysokości 30 m, czy przy uderzeniu o ziemię, czy był zamach czy katastrofa?
Pytania te odbijają się czkawką po polskiej polityce i publicystyce,
o tzw. blogosferze nie wspominając. Tymczasem są to problemy wtórne do
tych, które choć zasadnicze, są zamiatane pod dywan na każdym kroku.
Katastrofa, w której zginął prezydent Lech Kaczyński, to przede
wszystkim tragedia państwa polskiego. To zdarzenie pokazało, czym jest
dzisiejsza RP; czym są jej elity polityczne, a czym jej instytucje. Pokazał
się obrazek smutny i śmierdzący. Mimo tego smrodu, ten najbardziej istotny
aspekt jest prawie nieobecny w debacie publicznej!
A przecież:
- Zginął prezydent państwa polskiego, a nikt odpowiedzialny za
bezpieczeństwo tej jednej z najważniejszych instytucji polskiego porządku
prawnego nie tylko że nie strzelił sobie w głowę czy poszedł siedzieć,
ale nawet nie podał się do dymisji.
- Nie dokonano całościowego przeglądu bezpieczeństwa instytucji
państwowych.
- Rząd, który w ręce wrogiego państwa oddał prowadzenie śledztwa
w sprawie tego zdarzenia, naruszając konstytucyjne założenia suwerenności
państwowej, zachowuje się jakby nigdy nic!
Skandal goni skandal, a wrzutki informacyjne o tej czy innej
sytuacji na pokładzie prezydenckiego samolotu odwracają uwagę od pytań,
dlaczego Polska do tej pory nie otrzymała wraku (polski rząd nawet noty
dyplomatycznej w tej sprawie nie wysłał); dlaczego nie stawia się przed
sądem ludzi, którzy torpedowali możliwość uczestniczenia Polaków w śledztwie
czy pozyskiwaniu materiałów dowodowych; dlaczego nie postawiono przed sądem
ludzi odpowiedzialnych za zabezpieczenie wizyty prezydenta RP; dlaczego
samolot prezydencki sprowadzany był na ziemię na zupełnie nieprzygotowane
lotnisko - na którym żaden samolot cywilny nie mógłby lądować wedle rozsądnych
standardów bezpieczeństwa - przez kilku dziwacznych Rosjan; dlaczego na
ziemi nie było polskiej kontroli lotów; dlaczego Polacy nie zabezpieczali
terenu lotniska?
Na pytania o przyczyny samego tragicznego zdarzenia nigdy nie
dostaniemy zadowalającej odpowiedzi - a to dlatego, że dowody, łącznie
z wrakiem, były od początku i nadal są w rękach Rosjan.
Nawet niedawna analiza taśmy z rozmowami pilotów dokonana została
na przekazanej z Moskwy kopii! Nie ma żadnej pewności, że nagranie nie
jest spreparowane.
Na to wszystko pośrednio lub wprost wyraził zgodę polski rząd.
W praworządnym państwie można by było postawić przed sądem ludzi odpowiedzialnych
za ten celowy czy przypadkowy bajzel. Gdyby ludzie ci byli uczciwi, powinni
byli dawno temu palnąć sobie w łeb, choćby po to by osobiście wytłumaczyć
się przed ś.p. Panem Prezydentem.
Problemem nie jest bowiem brak wyjaśnień katastrofy smoleńskiej
- brak tych rozstrzygnięć to tylko następstwo tego, kto i jak rządzi dziś
Polską. Tragedia smoleńska pokazała czarno na białym. Niestety, Polacy
z tej lekcji nic nie wynieśli - władze odpowiedzialne politycznie za to
zdarzenie dostały placet do rządzenia przez kolejną kadencję. Spsienie?
***
Czymże innym niż spsieniem tłumaczyć zachowanie ludzi podczas
innej tragedii - katastrofy wycieczkowca "Costa Concorde". I znów nie chodzi
o same przyczyny tragedii, lecz postawy ludzkie w sytuacjach granicznych.
Uratowani opowiadają, że czuli się jak na "Titanicu". Zatonięcie tamtego
giganta za sprawą kultury masowej nadal działa na wyobraźnię.
Nic dalszego od prawdy! "Costa Concorde" to nie "Titanic"!
Na Titanicu orkiestra grała do końca, kapitan dowodził na mostku,
a dżentelmeni ustępowali miejsca w łodziach ratunkowych kobietom i dzieciom
z trzeciej klasy. Dlatego właśnie zapamiętaliśmy "Titanica" - m.in jako
przykład cywilizowanego zachowania się ludzi u progu wieczności, gdy śmierć
jest nieuchronna.
Co się z nami stało od tamtych czasów, przez te sto lat? Dlaczego
dzisiaj pasażerowie "Costa Concordia" opowiadają o dantejskich scenach
na coraz bardziej przechylonych pokładach wycieczkowca? Dlaczego mówią,
że ludzie zachowywali się jak zwierzęta, mężczyźni odpychali kobiety, tratowali
dzieci? Dlaczego nikt nie pomógł staruszkowi, którego ubrane w kamizelkę
ratunkową zwłoki znaleziono w punkcie ewakuacyjnym? Dlaczego gdy na statku
wzywano pomocy, kapitan z zastępcą grzali tyłkami ławki w szalupie ratunkowej?
Zgroza.
Trudno pojąć?
Wcale nie!
Stworzyliśmy konsumpcyjną cywilizację zanurzoną w doczesności,
na własne życzenie pozbawiliśmy się wiecznej perspektywy, towarzyszącej
chrześcijaństwu. Zamykając horyzont w doczesności, sami redukujemy się
do zezwierzęcenia. Ratować najpierw kobiety i dzieci? - A po co? Jakie
to ma dla mnie osobiście znaczenie?! No, pewnie, że ucierpię nieco psychicznie,
jeśli będę musiał patrzeć, jak toną... Pochodzę trochę do psychologa, to
mi przejdzie. Ważne zaś, abym ocalił skórę; śmierć kończy wszystko, więc
zachowanie fizycznej egzystencji rysuje się jako najważniejsze powołanie.
Dlatego kapitan Schetino pierwszy ewakuował się z tonącego statku.
Głupi nie jest, przecież gdyby został, mógłby utonąć! Poza tym zgasło światło,
było ciemno i zimno! A ląd stały był tuż-tuż.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 2/2012
Watahy się wyrzynają
Dzisiaj już można to ujawnić - że mianowicie Radosława Sikorskiego
w momencie zmiany watahy musiały wspierać proroctwa. Czy to w samotnej
celi święci Pańscy mu podszepnęli, czy przeciwnie - jacyś szatani byli
tu czynni - mniejsza z tym, ale przecież postulując dorzynanie watahy,
wszystko przewidział! Oczywiście niedokładnie, ale tak już bywa z proroctwami
- o czym mógł się przekonać każdy czytelnik "Potopu", zapoznając się z
przytoczonym tam fragmentem proroctwa św. Brygidy: "Owóż nieprzewidziany
wypadek!". Skoro tedy nawet św. Brygida prorokowała enigmatycznie, to nie
wymagajmy zbyt wiele od ministra Sikorskiego, który - jaki jest - każdy
widzi. Co on tam sobie myślał, to myślał - ale przecież watahy właśnie
się wyrzynają, i to jeszcze jak!
Więc sekwencja wydarzeń zapoczątkowana zuchwałym zatrzymaniem
generała Gromosława Czempińskiego na razie nie tylko nie zakończyła się
wesołym oberkiem, a przeciwnie - przerodziła się właśnie w wymiany
potężnych ciosów, jakie zadają sobie nawzajem bezpieczniackie watahy. Widzę
w tym nie tylko obrazę urażonego majestatu generała Czempińskiego - chociaż
wiadomo było, że takiej zniewagi i zelżywości płazem nie puści, co to,
to nie - ale urażony majestat, to jedno, a tak zwane przyczyny obiektywne
- to rzecz druga. A przyczyny obiektywne są co najmniej dwie, to znaczy
- jedna, ale w dwóch postaciach. Po pierwsze - kryzys finansów publicznych,
który - tylko patrzeć - jak przerodzi się w kryzys ekonomiczny o charakterze
trwałym. W tej sytuacji żerowisko bezpieczniackich watah w postaci Rzeczypospolitej,
może się znacznie skurczyć - a któż takie rzeczy może wiedzieć lepiej od
nich? Toteż w obliczu nieuchronnego, każda z nich próbuje kosztem drugiej
uzyskać lepsza pozycję wyjściową i dlatego rozbijają sobie łby, nie patrząc,
iż chwieją się od tego same fundamenty III Rzeczypospolitej. Inna rzecz,
że jest w tym pewna racja - bo któż może lepiej od bezpieczniaków, poprzewerbowywanych
to tu, to tam, lepiej znać stopień zaawansowania scenariusza rozbiorowego?
Akurat zbliża się kolejny Dzień Judaizmu, który w tym roku będzie połączony
z przypadającym 27 stycznia Dniem Pamięci o Shoah. Nieomylny to znak, że
i propagatorzy judaizmu w Episkopacie też coś tam muszą wiedzieć, a konkretnie
- na jakim etapie znalazły się prace zespołu HEART, utworzonego w początkach
ubiegłego roku przez Izrael do spółki z Agencją Żydowską. Prace tego zespołu
otacza szalona dyskrecja, więc od razu widać, że uszczelnianiem wiadomości
zajmują się pierwszorzędni fachowcy. Ale na tym świecie pełnym złości tak
już jest, że co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje. Toteż mimo
wysiłków pierwszorzędnych fachowców, tu i tam wychodzą na świat śmierdzące
dmuchy, że realizacja tych "roszczeń" ma nastąpić właśnie w roku bieżącym.
Skoro zatem, niczym widmo Banka, mogą pojawić się w naszym nieszczęśliwym
kraju wysłannicy premiera Netanjahu, którzy powiedzą: koniec zabawy, forsa
na stół - to uszczuplenie całej puli o 60, a może nawet 65 miliardów dolarów
zredukuje żerowisko bezpieczniackich watah jeszcze bardziej. Nic więc dziwnego,
że wymierzając sobie potężne ciosy, nie chcą nawet zachowywać pozorów i
puszczają mimo uszu mediacje głupich cywilów w rodzaju pana prezydenta
Bronisława Komorowskiego. Zresztą - dlaczegóż to generałowie, którzy tych
wszystkich głupich cywilów wystrugali w swoim czasie z banana, mieliby
ich słuchać, albo choćby udawać?
Zatem - chociaż jeszcze nie zakończyła się w Ministerstwie Spraw
Wewnętrznych rzeź schetyniątek, której ofiarą padł m.in. generał policji
Rapacki, a już w Ministerstwie Środowiska rozpoczęła się rzeź ryszardziątek
krauziątek, oskarżanych o łapówki przy koncesjonowaniu prawa eksploatacji
gazu łupkowego. A przestrzegałem, że generał Czempiński nie jest dziecko
- że wie nie tylko, ile, kto, za co i od kogo wziął, ale w dodatku - gdzie
schował szmalec. Jednak mówi się trudno; a la guerre comme a la guerre;
straty muszą być. I chociaż wymiana już tych ciosów robi wrażenie, to reżyserowie
naszej politycznej sceny najwyraźniej postanowili dodać dramatyzmu i w
rezultacie doszło do tego, do czego w tych okolicznościach dojść musiało.
Oto prokurator wojskowy z Poznania, pan pułkownik Mikołaj Przybył, zwołał
konferencję prasową, w trakcie której poinformował m.in., że nasza niezwyciężona
armia tak naprawdę jest żerowiskiem dla "zorganizowanej przestępczości"
- po czym poprosił o chwilę przerwy, podczas której strzelił sobie z pistoletu
w głowę - ale tak precyzyjnie, że tylko się zadrasnął i już następnego
dnia ze szpitalnego łoża boleści na prawo i lewo udzielał wywiadów współczującym
mu szalenie dziennikarzom. Jego samobójcza próba doprowadziła do konfrontacji
przed telewizyjnymi kamerami prokuratora generalnego, pana Seremeta, i
naczelnego prokuratora wojskowego, generała Parulskiego, którzy na oczach
całej Polski próbowali ściągać sobie nawzajem kalesony. A przecież to może
być dopiero początek następnego etapu, bo jeśli generał Czempiński nie
otrzyma odpowiedniego zadośćuczynienia, to ani chyba ktoś zainteresuje
się rewelacjami prokuratora Przybyła - kto mianowicie zorganizował przestępczość
akurat w wojsku, które jest przecież objęte ochroną kontrwywiadowczą -
i czy przypadkiem właśnie ta ochrona nie stanowi trzonu owej zorganizowanej
przestępczości - i tak dalej, i tak dalej. Zatem - bez poddania kuracji
przeczyszczającej również Ministerstwa Obrony Narodowej chyba się nie obejdzie
- a to już ciepło, ciepło, gorąco, gorąco!
Wojna na górze przeniosła się nawet w rejony zewnętrznych znamion
władzy - bo oto minister Rostowski postanowił bezwzględnie ściągnąć z koalicyjnego
Polskiego Stronnictwa Ludowego 20 mln złotych, jakie Skarbowi Państwa należały
się od PSL jeszcze z dawnej, nierozliczonej prawidłowo kampanii wyborczej.
Dotychczas w imię stabilności koalicji PSL jakoś tego unikało, ale teraz
- najwyraźniej przyszła kryska na Matyska. Gołym okiem widać, że chodzi
o rozmiękczenie wicepremiera Pawlaka, żeby już nie sypał piasku w szprychy
rozpędzonego koła reform. Jak wiadomo, polegają one na generalnym skubaniu
i szlamowaniu obywateli pod różnymi pretekstami - między innymi pod pretekstem
zmiany zasad refundacji leków - co jest tylko inną, enigmatyczną nazwą
Narodowego Programu Eutanazji. Rzecz w tym, że owa zmiana oznacza ni mniej,
ni więcej, tylko wzrost cen leków o 30, a może nawet o 38 procent,
co w naszym nieszczęśliwym kraju oznacza eutanazję najstarszej i najbardziej
schorowanej, a więc najbardziej obciążającej pulę części naszego mniej
wartościowego narodu tubylczego. W kalkulacjach bezpieczniackich watah
posunięcie to powinno poprawić produktywność tubylczego społeczeństwa,
a w razie potrzeby - również zrobienie miejsca dla starszych i mądrzejszych
- zwłaszcza gdyby na Bliskim Wschodzie coś poszło nie tak. Wicepremier
Pawlak nie byłby od tego - ale pod warunkiem pozostawienia w spokoju "wsi
i rolnictwa", tradycyjnie stanowiących żerowisko PSL. Ale teraz nie czas
na takie enklawy, bo bezpieka szukająca nowych terenów łowieckich nie zamierza
ich tolerować - no więc minister Rostowski musiał dostać rozkaz rozmiękczenia.
Tedy z jednej strony - Narodowy Program Eutanazji, a z drugiej - Dzień
Judaizmu.
Jakby tego było mało, to zamieszanie wywołane wojną na górze
udzieliło się nawet niezawisłym sądom, które na razie nie wiedzą, czego
się trzymać. Temu właśnie przypisuję wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie,
skazujący generała Kiszczaka za "zbrodnię komunistyczną" na 4 lata więzienia
przy skróceniu mu wyroku o połowę na mocy amnestii i zawieszeniu mu go
na lat 5. Stanisław Kania został uniewinniony, zaś Eugenia Kempara - z
powodu przedawnienia uwolniona od kary - chociaż nie od winy. Wyrok nie
jest oczywiście prawomocny, więc jestem pewien, że gdy już wojna na górze
zakończy się wesołym oberkiem - bo w przeciwnym razie wszyscy się nawzajem
wyaresztują i nastąpi finis Poloniae! - sprawiedliwość zatriumfuje, a niewinność
generała Kiszczaka wypłynie na wierzch niczym oliwa sprawiedliwa. Na razie
jednak mamy wojnę, pani Mullerowo - jakby powiedział dobry wojak Szwejk
- więc nie czas żałować ani róż, ani człowieków honoru.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Racice nowoczesności
Warto przypominać, że Grecja nauczyła świat mądrości. Że Rzym podarował
nam prawo oraz chrześcijaństwo. I że Unia Europejska wnosi w wianie przyszłym
pokoleniom tak zwany "postęp" oraz tak zwaną "nowoczesność" - czyli pryzmę
etycznego gnoju, z której do woli czerpią pozbawieni sumień szubrawcy.
"Każdy człowiek staje się pajacem, byle pociągnąć go za odpowiednią
nitkę" - mawiał Tadeusz Boy-Żeleński. Co prawda współcześni demiurgowie
nie ciągną za nitki lecz posługują się słowami, to przecież skutek jest
taki sam. "Wolność jednostki" - skrzeczą. "Tolerancja i dialog!" - plują.
Skrzydlate słowa, słowa-wytrychy. Słowa z pozoru brzmiące zachęcająco,
a w gruncie rzeczy słowa synonimujące moralne wyuzdanie.
SPARTACZONE
DRZEWO CZŁOWIECZEŃSTWA
Przesadzam? W takim razie spójrzmy na Europę. Mamy już na Starym
Kontynencie grono dewiantów, optujących za legalizacją sodomii oraz liberalizacją
zakazu pornografii dziecięcej. Mamy aborcję na życzenie (tu i ówdzie takie
życzenie można wyrazić nawet w ósmym miesiącu ciąży). Mamy "małżeństwa"
homoseksualne i prawo zezwalające lesbijkom bądź pederastom na adoptowanie
dzieci. Mamy doktorat przyznany za pracę udowadniającą, iż seks pomiędzy
dorosłymi a dziećmi może być pozytywnym doświadczeniem dla tych drugich.
Mamy zgodę na zbrodnicze eksperymenty na ludzkich embrionach. Mamy eutanazję
i dyskusję nad potrzebą zabijania "nieudanych" albo "niepotrzebnych" noworodków
do szóstego tygodnia życia i nieprzytomnych ludzi w podeszłym wieku.
Komu mało, może bez obaw o wytoczenie procesu o ochronę dóbr
osobistych zaliczać osoby nie akceptujące promocji praktyk homoseksualnych
do przypadków "paranoidalnych zaburzeń urojeniowych", ewentualnie zachwycać
się postulatami wpisania na listę chorób psychicznych tak zwanej "homofobii",
zwanej "nieuzasadnionymi uprzedzeniami wobec homoseksualistów".
Jeśli dodać do powyższego sądowe rozstrzygnięcia w sprawach o
tak zwaną "mowę nienawiści" czy też zapowiedzi karania "prawicowego ekstremizmu"
(definiowanego wedle jedynie słusznej ideologii przez wszechobecną europejską
lewicę), jeśli przyjrzeć się lewackiej wścieklicy kierowanej pod adresem
Węgrów, usiłujących ratować państwo i gospodarkę przed stoczeniem się w
europejskość - nie może dziwić przekonanie, że człowiek w swojej masie
wyrodnieje, zaś "z pokrzywionego drzewa człowieczeństwa niczego prostego
nie daje się już wyciosać". Nawet zgorszenie, zdaje się, spowszedniało
tak bardzo, że wielu ludzi gorszyć już przestało.
DESTRUKCYJNY
WPŁYW TŁUMU
Otacza nas wulgarna komercjalizacja, mamy do czynienia z apoteozą
tolerancji i indoktrynacją politycznej poprawności, toniemy w głębokim
kryzysie tożsamości, błąkamy się wszerz, wzdłuż i w poprzek globu, penetrując
ruiny wspólnot. Atakują nas przekonania, wedle których tradycja to jedynie
zbiór pustych konwencji, mało użytecznych w rzeczywistości "nowoczesnego"
świata, zaś pamięć historyczna to domena bęcwałów i oszołomów. A jakby
tego było mało, dookoła roi się od ludzi, którym myśli wysypują się z otwartych
szeroko łbów jak sól z solniczek, a którzy zdają się wyznawać opinię, że
skoro wszechświat powstał z chaosu i w chaosie zginie, zatem walczyć z
chaosem to absurd.
Ponad sto lat temu z okładem, Gustave le Bon opublikował książkę
zatytułowaną "Psychologia tłumu". Przekonany o nieodwracalnym regresie
tradycji, dogmatów religijnych oraz reguł, na których wyrosła cywilizacja,
wyrażając swój pesymizm wobec przyszłości kultury, przerażony był obserwowanym
procesem tworzenia się społeczeństwa masowego, którego wyrazem stawał się
bezosobowy i bezmyślny tłum. Wykazywał, że pozostająca pod jego wpływem
jednostka zatraca się, zaś grupa przeistacza w wyzutą z cech indywidualnych,
anonimową i prymitywną masę. I udowadniał, iż masa ta wywiera na otoczenie
destrukcyjny wpływ podobny do efektu śniegowej kuli, a człowiek poddany
presji tłumu staje się anonimowym elementem większej całości, czując przy
tym zwolnionym tak od racjonalnego myślenia, jak i od osobistej odpowiedzialności
za własne czyny.
I to jest właśnie to, co możemy obserwować współcześnie, analizując
czyny ludzi śmiertelnie skaleczonych "postępem" oraz "nowoczesnością".
Ludzi, którzy pozwalają, by idioci zaczadzeni tak zwaną europejskością,
wysysali im z dusz przyzwoitość a szpik z kręgosłupów.
***
Czy zatem przyzwoitość ma jeszcze jakieś szanse na rewitalizację,
czy może nieodwołalnie przypisano jej los dinozaurów? Na ile pewnie i na
ile bezpiecznie możemy poruszać się w wyrodniejącym świecie? Jak ustrzec
się staranowania walcem "postępu", uniknąć stratowania pod racicami "nowoczesności"?
Na każde z tych pytań odpowiadam jednym słowem: konserwatyzm.
Oto właściwa recepta. Prawdopodobnie jedyna skuteczna. I proszę nie przejmować
się urągliwymi orzeczeniami, jakoby określenie "konserwatysta" oznaczało
człowieka żyjącego w wyimaginowanym świecie bezpowrotnie należącym już
do przeszłości. A to, ponieważ "konserwatyzm nie jest przywracaniem tego,
co było, ani trzymaniem się tego, co jest, lecz życiem z tego, co obowiązuje
zawsze".
W tym kontekście warto pamiętać, iż zdegenerowane elementy rzeczywistości
to problem ludzi obarczonych poważnym deficytem rozumności. Przyzwoitość
ubrana w płaszcz konserwatyzmu znakomicie sobie z nimi radzi. Tym bardziej,
że nie jest to "przyzwoitość" na miarę prokuratora Przybyła z przestrzelonym
policzkiem.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Aleksander graf Pruszyński
Nasi w Mińsku
Od ośmiu lat zaraz po Nowym Roku odbywają się w Mińsku zawody
hokejowe o puchar naszego miłościwego prezydenta. Wybrałem się więc do
hotelu, gdzie biwakowała ekipa kanadyjska, i udało się mi porozmawiać z
Jasonem Smithem, który był jednym z zawodników, i oto co powiedział: Jeśli
mają być poważne zawody hokejowe, to nie może zabraknąć drużyny kanadyjskiej,
ale nie bardzo kto z poważnych hokeistów chce przerwać swe płatne zajęcia
i przyjechać do Mińska na swój koszt.
Ostatecznie do Mińska przyjeżdżają kanadyjscy amatorzy, którzy
często już grali zawodowo, ale teraz robią coś innego.
Pan Smith jest właśnie takim. Studiował w Princeton, potem rok
grał zawodowo, by wreszcie studiować medycynę na McGill University w Montrealu,
a dziś jest chirurgiem w jednym ze szpitali w Scarborough.
W przeciwieństwie do nas mówi - główne ekipy Białorusi czy Rosji
to zawodowcy - często tacy, co grywali w drużynach zawodowych w USA czy
Kanadzie. Oczywiście byli od nas lepsi i na dodatek, my gramy zwykle na
innych, mniejszych stadionach niż ten, na jakim graliśmy w Mińsku.
Dostaliśmy dobrze po skórze od Rosjan i Czechów, ale czy mieliśmy
szanse z nimi w takich warunkach wygrać.
Co mnie zdziwiło - kontynuował pan Smith - że na zawodach były
pełne trybuny, u nas na zawodach amatorskich tak by nie było.
Tutaj musiałem go poinformować, że nie wszyscy na trybunach płacili
za bilety, bo w Narodowej Bibliotece, gdzie pracuje moja żona, rozdawano
je.
W każdym razie, do następnego spotkania musimy się lepiej przygotować,
ale i tak było dobrze być pierwszy raz w Mińsku i poznać ładne nowoczesne
miasto - dokończył rozmowę pan Smith.
Ostatecznie zwyciężyła reprezentacja Białorusi, w której nawet
zagrał sam prezydent, drugie miejsce zajęli Austriacy.
Po świętach
Już jest po Bożym Narodzeniu prawosławnych i przy tej okazji
powiedziano w naszej TV, że niektórzy protestanci też jak oni obchodzą
Boże Narodzenie 7 stycznia. Niestety, nie tak, bo protestanci odłączyli
się od katolików już po zmianie kalendarza. Były długie pasterki w naszych
cerkwiach i potem ludzie chodzili do cerkwi, zapalali świeczki, całowali
ikony i do domu. Czy przez taką szybką wizytę w cerkwi zbliżyli się do
Boga?
Będzie gorzej
Prezydent Obama podpisał ustawę mającą wesprzeć opozycję na Białorusi,
w tym daje pieniądze na media elektroniczne nadające na nasz kraj.
Niestety, te wszystkie pacany, co się tym zajmują, w tym szefowa
Biełsatu Romaszewska, nie może pójść po rozum do głowy i zainstalować za
jankesów pieniądze anteny na balkonie jak ma TV Martin nadająca z Key West,
przez co by sygnał Biełsatu dochodził do 40 proc. obywateli.
W opinii Kongresu, prezydent powinien kontynuować swoje wsparcie
dla nadawania radiowego, telewizyjnego czy internetowego w językach mówionych
na Białorusi przez Radio Wolna Europa, Głos Ameryki, Europejskie Radio
dla Białorusi i Biełsat. USA również wzywają Międzynarodową Federację Hokeja
do wycofania decyzji przyznającej Białorusi prawo do organizowania mistrzostw
świata w hokeju w 2014 r. - "dużej imprezy sportowej, którą białoruskie
władze zamierzają wykorzystać do legitymizacji swojego niesprawiedliwego
panowania" - poinformował Smith na swojej stronie.
Nie mieści się to w mej głowie
Dostałem e-mail i po otworzeniu zobaczyłem scenę witania się
w Berlinie Ojca Świętego Benedykta XVII z osobami świeckimi i duchownymi
podczas wizyty. Okazuje się, że wszyscy cywile podają Ojcu Świętemu rękę,
chwilę nawet wymieniają jakieś uwagi, a gdy przechodzi do dostojników swego
Kościoła, co najmniej jedna trzeci nie ściska jego ręki, ignoruje Go.
Kontrola Internetu
Prezydent podpisał ustawę, która wprowadza kontrolę Internetu,
a media rządowe twierdzą, że to nic wielkiego, że podobne kontrole są już
w innych krajach, w tym w USA. Tylko teraz jak to będzie wykonywane, bo
już były przypadki blokowania stron opozycji.
Prawosławne Boże Narodzenie
Jak od wieków obchodzone jest ono 14 dni po katolickim i były
wielkie ceremonie w katedrze prawosławnej w Mińsku trwające kilka godzin.
W samo Boże Narodzenie byłem w katedralnej cerkwi, wchodziło moc ludzi,
kupowało świeczki, wstawiało je w świeczniki i stawało w kolejkach do całowania
kilku ikon. Co ciekawe, widziałem tam też kilku żołnierzy, ale nadal prawosławne
Boże Narodzenie nie jest tu wielkim świętem, bo najwięcej obchodzi Nowy
Rok. Dużo bardziej widzi się prawosławnych przy okazji Wielkanocy, a szczególnie
z okazji święcenia pokarmów. Ponieważ jest to też święto w Moskwie, więc
sporo moskwiczan wyjeżdża na wycieczki do Mińska.
Wolność a uzbrojenie
Konstytucja USA wyraźnie mówi, że władza nie ma prawa zakazywać
obywatelom posiadania broni, ale wiele stanów łamie ten zapis tak czy inaczej,
wprowadzając ograniczenia. W Polsce jest coraz gorzej , obywatele kraju
mają proporcjonalnie mniej broni krótkiej, długiej, sportowej czy myśliwskiej
niż Francuzi, Niemcy czy Włosi.
Czekanie, by policja obroniła obywatela przed przestępcami, zakrawa
na parodię. Przed uzbrojonym zbójem Polak powinien móc się bronić, a nie
tylko liczyć na władze. Obywatel powinien mieć prawo bronić się, zastrzelić
napastnika, co z punktu widzenia reszty obywateli powinno być pochwalane,
bo jeśli nawet przestępca zostanie schwytany, to posadzenie go spowoduje
znaczne koszty obciążające resztę obywateli.
Decydując się na popełnienie czynu karalnego, przestępca wymierza sobie
sam karę.
Obustronny interes
Coraz więcej mężczyzn zaczyna uważać, że panie europejskie i
amerykańskie za mało o nich dbają, i szczególnie po rozwodach szukają następnych
pań w dalekich krajach, jak Syjam, Wietnam czy Chiny. Tamtejsze damy mają
włożone przez matki do głowy, że mają dbać o męża, a poza tym okazuje się,
że wychodząc za mąż, mają na głowie nie tylko swych mężów, potem jeszcze
dzieci, ale jeszcze ich rodziców, których też trzeba zadowalać. W tej sytuacji
słusznie uważają, że lepiej mieć na głowie tylko męża i własne dzieci niż
całą jego rodzinę.
Mowa trawa
Codziennie w środkach masowej komunikacji mówią o oszczędności
energii, a najprostsza rzecz nie jest robiona od zarania Białorusi. We
wszystkich krajach z dużymi klatkami schodowymi są automaty do włączania
światła. Dawniej trzeba było je wciskać, a teraz działają w wyniku ruchu
powietrza, jak ktoś wchodzi do tego pomieszczenia.
U nas włączają światło na klatkach powiedzmy o 17.00, a potem
wyłączają np. o 9.00. Gdyby tylko wprowadzono zasadę, że żarówki na klatkach
są 25-watowe, a nie 50- czy 70-, to już by była różnica, ale uważają, że
jak się powie, to się załatwi, a potem jesteśmy na smyczy energetycznej.
Gdzie co kupić
W Internecie można znaleźć wiele ciekawych rzeczy w firmach z
Dalekiego Wschodu, ba, np. kopię sukni ślubnej żony następcy tronu Anglii
itd. Było tam też wiele koszul, ale niestety nie takie, jakie lubię, więc
nadal będę w Goodwillu szukał w Toronto okazji. (...)
Fajny wóz
Przechodząc koło Domu Oficerów w śródmieściu Mińska, zauważyłem
ładny wóz, przypominający angielskiego Rovera, która to firma jest teraz
częścią Hondy. Podszedłem i zapytałem szofera, co to za maszyna. - To chiński
rover - powiedział i dał zerknąć do eleganckiego środka. Potem w Internecie
dowiedziałem się, że od coś 5 lat produkują go Chińczycy i, co ciekawe,
kosztuje, z sześciocylindrowym silnikiem, około 24.000 dol. Cóż, dwa razy
taniej niż mercedes i chętnie bym go sobie kupił. To też świadczy o tym,
co już Chińczycy potrafią robić.
Profesor na kolanach
Ponosimy winę metafizyczną za to, co się na naszej ziemi działo.
Za to, że niektórzy Polacy wydawali i mordowali okrutnie Żydów - uważa
prof. Barbara Engelking-Boni z Centrum Badań nad Zagładą Żydów. Czy jednak
Jaśnie Oświecona pani profesor nie powinna zapytać Żydów, kiedy oni przeproszą
Polaków za konkretne działania takich konkretnych Żydów, jak Różański,
Fejgin, Romkowski, Brus-Wolińska itd. Jak jedni mają przepraszać, to dlaczego
nie drudzy, zwłaszcza że winy tych drugich są udowodnione.
Sami winni
Jak już pisałem, obywatele Grecji skutecznie unikają podatków,
ponoć nie wpływa do budżetu 30 proc. tego, co powinno. Teraz okazało się,
że nie jest w kraju 700 prywatnych basenów, za które właściciele płacą
podatki, a 17.000, czyli tylko 4 proc. ich właścicieli płaciło podatki.
Czemu decydenci polscy nie zaczną krzyczeć na ten temat?
Inna sprawa, czy podnoszenie podatków to droga do uleczenia kraju?
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk
Bezśnieżnie, ale jest nadzieja
Na razie w okolicy jeziora Ontario jest bezśnieżnie, ale synoptycy
zapowiadają na najbliższy tydzień nieco mrozu i opady śniegu. Jeśli kolejny
raz będzie to pomyłka, to pozostanie nam wyjazd za Barrie, by poszaleć
na zjazdowych nartach, jeśli jednak przewidywania się sprawdzą, to stoki
ośrodków sportów zimowych w najbliższej okolicy Aglomeracji Torontońskiej
pokryją się białym puchem, bo większość z nich posiada armatki śnieżne.
Glen Eden
Mieszkańcy zachodniej części Toronto oraz osiedleni w Mississaudze
i w Brampton mają dosłownie pod nosem świetne miejsce do uprawiania narciarstwa
zjazdowego i snowboardingu. Położony w Milton w pobliżu autostrady 401,
Glen Eden dysponuje 12 trasami zjazdowymi o zróżnicowanym stopniu trudności.
Dla początkujących wydzielono wzgórze, gdzie w gronie podobnych im, mogą
przygotowywać się do szusów z bardziej stromych gór. Dostęp z parkingów
i "oślej łączki" do właściwego ośrodka prowadzi przez tunel pod linią kolejową.
W sezonie 2011/2012 ośrodek czynny jest od godz. 8.30 do 21.30.
Bilety całodniowe w weekend kosztują 36 dolarów. Za jazdę nocną od godz.
16.30 do 21.30 trzeba zapłacić 31 dol. Zniżki dla uczniów i emerytów. W
tygodniu bilety na jazdę w godzinach 16.30-21.30 kosztują 20 dolarów.
W czwartek wieczorem na stokach zalegała 24-centymetrowa warstwa
mokrego śniegu. Pracowały wszystkie wyciągi. Nieczynna była trasa do zjeżdżania
na dmuchanych oponach (tube park). Sytuacja może się poprawić, bo w nocy
ma być mróz.
Z Toronto do Glen Eden można dojechać QEW (do drogi nr 25, gdzie
skręcamy na północ, zaraz za Steeles Ave. dotrzemy do Kelso Road, w którą
skręcamy w lewo) lub autostradą 401 (zjazd nr 320, gdzie skręcamy
w prawo w Steeles Ave. i po kilku minutach znów w prawo, w Kelso Road).
Ski Dagmar
Ski Dagmar nie sposób pominąć w wykazie najlepszych miejsc w
południowym Ontario do uprawiania białego szaleństwa. Ośrodek znajduje
się na wschód od Toronto i można tam dojechać ze Scarborough w pół godziny.
Jeśli jedziemy autostradą 401, to w Ajax zjeżdżamy w Harwood Ave. na północ,
aby po dotarciu do skrzyżowania z Hwy 2 skręcić
weń w prawo, po 3 minutach dojeżdżamy do Lakeridge Road, tu skręcamy
w lewo i po 12 minutach jazdy jesteśmy na miejscu.
Dagmar posiada cztery wyciągi krzesełkowe, dwa sznurowe na "ośle
łączki", Magic Carpet dla dzieci i wyjątkowo długą "rynnę" dla snowboardzistów.
Tu nie czeka się w długiej kolejce na wwiezienie na górki (najwyższe wzniesienie
ma 61 metrów). Wieczorem niektóre stoki są oświetlone. Alpejskie trasy
(jest ich 17) w większości są bardzo łatwe; 40 procent z nich to zjazdy
łatwe, połowa przeznaczona jest dla narciarzy zaawansowanych, a pozostałe
10 procent dla mistrzów dwóch desek. Nie ma trasy dla amatorów snowtubingu.
Dla uprawiających narciarstwo przełajowe wytyczono w sumie 25 kilometrów
dobrze przygotowanych, leśnych szlaków, jest tu też wypożyczalnia sprzętu.
W Dagmar można nauczyć się jeździć na nartach i zaraz sprawdzić swe umiejętności
na ogólnodostępnych stokach.
Ośrodek czynny jest od godz. 10.00 do 22.00, w soboty od 9.00
do 21.30, w niedziele od 9.00 do 18.00 i oferuje 3-godzinne (40,71 dol.),
4-godzinne (42,.48 dol.), 5-godzinne (44,25 dol.) i 8-godzinne (47,79 dol.)
bilety. Wypożyczenie sprzętu narciarskiego na 3 godziny kosztuje 23 dolary.
W czwartek czynnych było 13 tras. Oczekuje się poprawy warunków
w najbliższy weekend, kiedy ma nastąpić spadek temperatury poniżej -8 stopni
C.
Centennial Park Ski Hill
Dwa ośrodki sportów zimowych znajdują się w Toronto. Podaję
ich lokalizację, chociaż na razie są nieczynne z braku śniegu. Choć górki
tu niewielkie, to po opadach śniegu są to wymarzone miejsca dla chcących
nauczyć się jeździć na nartach czy desce snowboardowej oraz dla tych, którzy
nie mają czasu jechać dalej na północ. W Centennial Park, na 45-metrową
górę wiodą dwa wyciągi orczykowe; armatki produkujące śnieg w mroźne dni
uniezależniają ośrodek od opadów naturalnych. Jest tu również wypożyczalnia
sprzętu narciarskiego i snowboardów oraz bar z ciepłymi przekąskami. Wieczorem
wschodni stok jest oświetlony, a bilet można kupić nawet na jedną godzinę
(15 dol.). Dla uczniów i emerytów zniżka - za godzinę trzeba zapłacić 12
dolarów. 4-godzinny bilet kosztuje 25 dolarów (22 dol. dla uczniów). Korzystanie
z wyciągu sznurowego kosztuje 9 dol.
Centennial Park znajduje się w pobliżu skrzyżowania Rathburn
Rd. i Renforth Dr. w zachodniej części Toronto.
Earl Bales Ski
and Snowboard Centre
Ośrodek znajduje się na terenie miejskiego parku Earl Bales,
położonego w pobliżu skrzyżowania Bathurst St. i Sheppard Ave. w północnej
części Toronto. Ze stacji metra Wilson można tu dojechać autobusem Bathurst
160. W North York Ski Centre zainstalowano dwuosobowy wyciąg krzesełkowy,
jeden wyciąg orczykowy i jeden sznurowy. Góra jest niewysoka, ale wytyczono
na jej zboczu trzy trasy zjazdowe dla umiejących już jeździć i jedną dla
początkujących narciarzy. Ośrodek dobrze nadaje się do zaprawy kondycyjnej
przed wyjazdem w prawdziwe góry. Na miejscu znajduje się wypożyczalnia
ekwipunku, restauracja i kafeteria.
Earl Bales Ski and Snowboard Centre czynny jest od godz. 10.00
do 21.30, w soboty od godz. 9.00 do 21.30, w niedziele od godz. 9.00 do
20.00. Ceny biletów jak w Centennial Park Ski Hill.
Jerzy Rosa - Mississauga
Bez znieczulenia
Coraz częściej lekceważenie zdrowego rozsądku, prawdy i zwykłej przyzwoitości
przybiera takie rozmiary, że słowa, jakich się używa, nie mają żadnego
sensu, a maskują jedynie siłę i groźby.
Trzy przykłady pozornie w ogóle niezwiązane.
1. W pewnym polskim miasteczku pewien bandzior "windykator",
który skupuje długi, a następnie ściąga należność, zdzierając skórę z różnych
biedaków, przystawił podczas "pracy" pistolet do głowy "windykowanego".
Ot tak, aby trochę się gość przestraszył. Ten przeraził się do tego stopnia,
że w sądzie złożył skargę. Pan sędzia uznał, że była to jedynie "niekonwencjonalna
metoda windykacji", w związku z czym bandziora (nieobecnego na sali
na podstawie zwolnienia lekarskiego wydanego przez ginekologa) zwolniono
od wszelkich podejrzeń.
Sąd dał w ten sposób do zrozumienia, że wyżej... nie podskoczysz:
nie ruszaj naszych i bujaj się stąd frajerze...
To taka typowa sytuacja, kiedy lokalna mafia pokazuje, jak bardzo
nas ma w nosie, i robi to w autorytecie prawa.
2. Inne mafijne pokazanie palca - tym razem na ogólnopolską skalę
- ma miejsce wobec Telewizji Trwam. Ta obecna na polskim rynku medialnym
od lat, poważna firma, nadawca o ugruntowanej pozycji, dysponujący
dorobkiem i zabezpieczeniem finansowym, dostaje odmowę przyznania pasma
na tzw. multipleksie, przez co od 2013 roku nie będzie mógł nadawać w Polsce
"na falach eteru" wprost do anteny.
Dlaczego akurat TV Trwam do takiego nadawania się nie nadaje?
Ponieważ "nie ma dostatecznych podstaw finansowych gwarantujących ciągłość
nadawania".
Chodzący na pasku "grupy trzymającej władzę" urzędnik, bez zająknięcia
kłamie jak z nut. Wszyscy, włącznie z nim samym, wiedzą, że kłamie, mimo
to stada dziennikarzy przyjmują tę wypowiedź za dobrą monetę. Nawet
im do głowy nie przyjdzie zapytać, na jakiej podstawie rzeczony urzędnik
doszedł do takiego wniosku, skoro nie analizował żadnych rozliczeń finansowych
TV Trwam. Jaskółki mu doniosły? Nikt nie zadaje takich pytań, bo przecież
wiadomo, że nie o tłumaczenia tu chodzi; że te uzasadnienia to zwykła lipa
i fikcja.
Chodzi w nich jedynie o to, by dać do zrozumienia: mamy was w
nosie, możecie nam nadmuchać, jesteśmy silni, mamy większość - bujajcie
się mohery ze swoją telewizją, tu rządzi nasza paczka i tego nie
puści. Mówi się tak niemal bez ogródek - brutalnie szydząc w żywe oczy;
bez żadnego znieczulenia.
3. Trzeci przykład, międzynarodowy; rząd Węgier przedkłada
interes własnego narodu nad interes banków zagranicznych, wprowadza nową
konstytucję, reformuje prawo, broni interesów ludności - czyli działa tak,
jak powinien i do czego został powołany. No i z miejsca przez całą międzynarodową
soldateskę zostaje oskarżony o faszyzm, naruszenie standardów demokracji
i inne wyssane z palca rzeczy.
Nikogo nie obchodzą racjonalne argumenty, ważne jest, że Węgrzy
są "be", a są "be", bo usiłują wyłamać się spod dyktatu euromiędzynarodówki.
Wszyscy wiedzą, że stawiane Węgrom zarzuty można między bajki
włożyć, a z Orbana żaden"Kadafi", ale skonsolidowany atak nie ustaje,
w myśl na nowo zinterpretowanej doktryny Breżniewa, wedle której "sprawa
demokracji, w każdym kraju jest sprawą całego obozu demokracji".
Oczywiście, tak jak wtedy w czasie inwazji Czechosłowacji, fakt,
że Czesi i Słowacy żadnego socjalizmu nie zwalczali, nie miał znaczenia,
tak też dzisiaj nie ma znaczenia, że demokracja na Węgrzech ma się jak
najlepiej.
Nie liczą się fakty, "ważne to je co je moje" - czyli, jak w
każdej mafii - nie wchodź nam, bracie, w drogę.
Korupcja języka życia publicznego poszła tak daleko, że
nasi "równiejsi" nawet nie silą się na jakiś sens. Wystarczy mówić byle
co, nie ma się co plebsem przejmować, "plebs wszystko łyknie". Wypróbowali
kilka razy na żywym ciele, wychowali sobie pokolenia bezmózgowych troglodytów,
którymi manipulują podług najbardziej prostych metod.
I dlatego polski windykator może przystawiać człowiekowi pistolet
do głowy, a następnie na wesoło upokarzać, usprawiedliwiając nieobecność
w sądzie papierem od ginekologa; dlatego jakiś administracyjny bubek skreśla
Telewizję Trwam z listy polskich stacji naziemnych, tłumacząc decyzję wzruszeniem
ramion i bąknięciem - "a, bo tak...".
Buta mafijnych układów i pogarda dla zwykłych ludzi, przy jednoczesnym
wycieraniu sobie gęby szczytnymi hasłami demokracji, wolności, praw człowieka;
nicowanie pojęć niczym w systemach totalitarnych... Człowiek staje wobec
tych zjawisk coraz bardziej bezsilny; coraz częściej bije głową w
mur, zza którego słychać prześmiewczy rechot tych silniejszych, lepiej
ustawionych uczestników systemu.
Tak jak rozrywa się tkanka życia małomiasteczkowej wspólnoty
zatruta mafijnym układem, jak umiera obywatelska polityka i poczucie odpowiedzialności
za kraj w mafijnym systemie zoligarchizowanej korupcji, tak gaśnie szansa
na pokój tam, gdzie sprawiedliwość, wolność i zasada poszanowania
suwerenności narodów wywołują uśmieszek na twarzach pretendentów na globalnych
kierowników świata.
Czeka nas więc kolejna fala globalnych spazmów.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 1/2012
Nasza Złota Pani przyspieszyła
Wprawdzie wydawałoby się, że w okresie Bożego Narodzenia, mniej więcej
aż do Trzech Króli, którzy tego roku znowu są dniem świątecznym, nasz nieszczęśliwy
kraj pogrąża się w nirwanie. Niestety - "kiedy Padyszachowi wiozą zboże,
kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku" - toteż i
nasz nieszczęśliwy kraj został wyrwany z tradycyjnej nirwany za sprawą
Naszej Złotej Pani Anieli. Nasza Złota Pani, najwyraźniej musiała wsłuchać
się w wiernopoddańcze tyrady naszych Zasrancen (nawiasem mówiąc, wbrew
opinii Czytelnika z Niemiec, sugerującego, jakoby w języku niemieckim słowa
"Zasrancen" nie było, a tylko np. "Scheisskerl" - inny Czytelnik z Niemiec
donosi, że wprost przeciwnie - że Niemcy nagminnie używają określenia "Zasrancen",
zwłaszcza w rejonach graniczących z Polską), wygłaszane podczas sejmowej
debaty nad berlińskim przemówieniem ministra Sikorskiego i dojść do wniosku,
iż trzeba trochę przyspieszyć nieubłagany proces dziejowy. Tym właśnie
tłumaczę sobie orzeczenie niezawisłego sądu w Opolu, który 21 grudnia uznał
istnienie w Polsce narodowości śląskiej. Do tej pory ani niezawisłe sądy,
ani organy administracyjne nie chciały nawet słyszeć o istnieniu w Polsce
takiej narodowości, aż nagle, ni stąd, ni zowąd, wszyscy zaczęli śpiewać
z całkiem innego klucza.
Oficjalnie tłumaczy się to wprowadzeniem kilku subtelnych szczegółów
do obowiązującego prawa - i rzeczywiście - na podstawie tych szczegółów
w rodzaju słynnej wstawki "lub czasopisma", można było wpisywać narodowość
śląską podczas ubiegłorocznego spisu powszechnego do arkuszy spisowych,
ale w takim razie kto i z jakiej przyczyny tę szczegółową wstawkę
po cichutku ("nie płoszmy ptaszka...") wstawił? Byłby to przypadek
rzadki - a czy w ogóle są przypadki? - zastanawiał się poeta. Skoro zatem
i w obowiązującym prawie pojawiły się "lub czasopisma" w sprawie narodowości
śląskiej, skoro niezawisły sąd zaczął śpiewać z innego klucza, skoro wreszcie
administracja wyraża zadowolenie z wyroku niezawisłego sądu, to nieomylny
to znak, że nasz nieszczęśliwy kraj wkroczył w nowy etap scenariusza rozbiorowego,
na którym obowiązywać będą nowe mądrości.
W normalnych warunkach uznanie narodowości śląskiej nie miałoby
może większego znaczenia - ale problem w tym, iż warunki nie są bynajmniej
normalne, bo między Niemcami i Polską istnieją otwarte remanenty II wojny
światowej w postaci "ziem utraconych" - jak to nazywają Niemcy, i "ziem
odzyskanych" - jak nazywano je do niedawna w Polsce. Niemcy, jako
państwo poważne, nigdy nie zrezygnowały z odwrócenia przynajmniej niektórych,
niekorzystnych dla Niemiec skutków II wojny światowej, a choćby przebieg
konferencji "2 plus 4", dzięki której nastąpiło zlikwidowanie okupacji
i zjednoczenie Niemiec, utwierdza w przekonaniu każdego obserwatora, że
właśnie "ziemie utracone" są jednym z tych skutków. Odwróceniu tych skutków
może służyć zarówno zmiana stosunków własnościowych na tych terenach i
w jej następstwie - pokojowa zmiana ich przynależności państwowej, a także
- taktyka salami, tzn. systematyczne odkrawanie kawałków dotychczasowego
polskiego terytorium państwowego. Zwłaszcza przy tej drugiej metodzie uznanie
istnienia narodowości śląskiej w Polsce może mieć wielkie znaczenie. Dowodzi
tego zarówno precedens Litwy Środkowej z roku 1920 i 1921 oraz precedens
Kosowa z roku 2008. Jak pamiętamy, serbska prowincja Kosowo została wskutek
różnych okoliczności zdominowana przez Albańczyków, których żydowska gazeta
dla Polaków z tej okazji uznała za odrębny naród "Kosovarów", czy też może
"Kosowerów" na tej samej zasadzie, jak na Mazowszu żyją Mazowery: Tadeusz
i Wojciech. Otóż w 2008 roku Kosowery, powołując się na zasadę samostanowienia
narodów, proklamowały niepodległość Kosowa, a Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości
w Hadze w roku 2010 uznał, że taka jednostronna deklaracja nie jest sprzeczna
z prawem międzynarodowym, bo prawo międzynarodowe nigdzie takich jednostronnych
deklaracji nie zakazuje. Gdyby zatem proces dziejowy wkroczył w kolejny
etap - a tego już tylko patrzeć - to narodowość śląska, powołując się na
kosowski precedens, może ogłosić niepodległość Śląska, a następnie - wzorem
Litwy Środkowej - uchwalić przyłączenie tego nowego państwa do Rzeszy.
Wprawdzie działacze narodowości śląskiej odżegnują się od takich pomysłów,
ale - po pierwsze - dłużej klasztora niż przeora i jeśli będzie trzeba,
to już tam Nasza Złota Pani znajdzie sobie innych działaczy, a poza tym
już książę Gorczakow radził, by nie wierzyć nie zdementowanym informacjom
prasowym. Skoro nawet niezawisłe sądy na komendę zaczynają śpiewać z właściwego
klucza, to cóż dopiero - działacze?
Jakby tego było mało, niezależna prokuratura w Warszawie umorzyła
śledztwo przeciwko "generałowi Gromosławowi Cz" z powodu przedawnienia.
Nie chodzi o zarzuty w sprawie STOEN i LOT-u, w związku z którymi generał
był zatrzymany, a o zarzuty wcześniejsze. Ponieważ nic nie udało się ustalić,
sprawa się szczęśliwie przedawniła - co stanowi dobry prognostyk na przyszłość.
Właśnie generał był przesłuchiwany w związku z nowymi zarzutami, ale wydaje
się, że i w tym przypadku wszystko zakończy się wesołym oberkiem. Przecież
"generał Gromosław Cz." nie jest dzieckiem i doskonale wie nie tylko,
kto, od kogo, za co i ile wziął, ale nawet - gdzie to schował, więc eskalowanie
wojny byłoby niekorzystne dla każdej ze stron wojujących, zwłaszcza w obliczu
zadań, jakie spadną na bezpieczniackie watahy ze strony strategicznych
partnerów oraz starszych i mądrzejszych. Po pierwsze - trzeba będzie odpowiednio
przygotować mniej wartościowy naród tubylczy do realizacji scenariusza
rozbiorowego, to znaczy - obezwładnić go psychicznie - bo państwo zostało
już rozbrojone. Po drugie - doprowadzić do depopulacji zwłaszcza starszej
i schorowanej części mniej wartościowego narodu tubylczego, żeby w ten
sposób nie tylko zwiększyć jego ekonomiczną rentowność, a po drugie - żeby
w ten sposób zrobić miejsce dla starszych i mądrzejszych, którzy po zrealizowaniu
programu odzyskiwania mienia żydowskiego w Europie Środkowej, będą tworzyli
tutaj szlachtę jerozolimską.
Jeśli chodzi o depopulację, to służy temu narodowy program eutanazji,
który przybrał postać ustawy o refundacji leków. Chodzi o podwyżkę cen
lekarstw, w następstwie której najmniej produktywna i najbardziej obciążająca
budżet część mniej wartościowego narodu tubylczego przeniesie się na tamten
świat, bez konieczności uchwalania kompromitujących ustaw czy kłopotliwego
wypytywania każdego, czy aby jest już gotowy dla takiego poświęcenia dla
partii. Wydawało się, że program wejdzie gładko w fazę realizacji, ale
na skutek aroganckich rozwiązań przyjętych przez rząd premiera Tuska, w
okolicach Nowego Roku doszło do protestów lekarzy, oburzonych przerzuceniem
na nich obowiązku dokonywania selekcji pacjentów, i to pod rygorem surowych
kar pieniężnych. Chodzi o kontrolowanie, czy pacjent jest ubezpieczony,
czy nie, a także - jaki stopień refundacji mu przysługuje. Lekarze uważają,
że takie rzeczy powinni robić urzędnicy NFZ, podczas gdy tamci uważają,
że oni nie powinni robić nic, bo przecież nie są od żadnej roboty, tylko
od dojenia Rzeczypospolitej. Na pierwszą linię frontu premier Tusk rzucił
ministra Bartosza Arłukowicza, który w ten efektowny sposób może zakończyć
swoją błyskotliwą karierę. Być może właśnie o to między innymi chodziło
premieru Tusku, a jeszcze bardziej - Siłom Wyższym, które nakazały premieru
Tusku schować minister Ewę Kopacz za murami Sejmu, którego
została marszalicą. Jakie zasługi ma Ewa Kopacz dla razwiedki, że tak ją
ochraniają, niczym jakiś skarb narodowy - oto pytanie, na które nie potrafię
udzielić odpowiedzi. Łgarstwa w sprawie katastrofy smoleńskiej to chyba
za mało? Rzecz w tym, że to właśnie jej można przypisać autorstwo narodowego
programu eutanazji, który minister Arłukowicz - zresztą, żeby było śmieszniej
- wbrew krytycznej ocenie, jaką prezentował, będąc jeszcze na etapie opozycji
do rządu premiera Tuska - nie tylko musi dzisiaj realizować, ale w dodatku
- zachwalać.
Bo właśnie chodzi o to, żeby zachwalać, żeby bez względu na to,
co się stanie, nie podniósł się żaden głos krytyki. I dlatego właśnie Krajowa
Rada Radiofonii i Telewizji z działaczem Platformy Obywatelskiej
Janem Dworakiem na czele, którego partia rzuciła na ten odcinek frontu
ideologicznego, ażeby pilnował interesu razwiedki i jej zagranicznych mocodawców,
właśnie odmówiła przyznania Telewizji TRWAM koncesji w naziemnej telewizji
cyfrowej. Telewizja cyfrowa wejdzie w Polsce w powszechne użycie
już w roku 2013, zatem odmowa koncesji oznacza praktyczną eliminację TV
TRWAM z rynku. Taki efekt z pewnością wychodzi naprzeciw oczekiwaniom strategicznych
partnerów oraz starszych i mądrzejszych, którzy nie są przecież zainteresowani
w tym, żeby podczas wchodzenia scenariusza rozbiorowego w decydującą fazę
mniej wartościowy naród tubylczy podnosił jakieś hałasy czy w ogóle - dysponował
jakimiś nośnymi środkami przekazu. W ten sposób zostanie psychicznie obezwładniony
- a zadaniem tym zostały obarczone tubylcze watahy bezpieczniackie, które
z kolei właśnie przerzucają je na Zasrancen - każdemu zgodnie z odcinkiem,
na jaki został rzucony.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Poza kontrolą
"Zbiorowy gwałt na 15-latce, zobacz wideo" - taką treść publikuje na
czołówce jednego z wiodących internetowych portali jakiś anonimowy redaktor-idiota,
i ta jego inicjatywa mówi prawie wszystko zarówno o stanie jego umysłu,
jak i wielu polskich umysłów na przełomie lat 2011 i 2012 po Chrystusie.
Ale zostawmy naszych medialnych nadzorców na chwilę ich własnemu
losowi, spoglądając na świat w następujący sposób: oto dzięki telefonom,
radiu, telewizji i komputerom możemy uczestniczyć w wydarzeniach rozgrywających
się w najodleglejszych zakątkach Ziemi, często sięgając poza nią - na Księżyc,
a nawet na inne planety. Internet pozwala niemal każdemu zapoznać się z
niemal całą wiedzą, zdobytą przez nasz gatunek przez tysiąclecia. Tymczasem
- paradoksalnie - rzeczywistość jako całość w coraz większym stopniu staje
się dla nas niezrozumiała, żeby nie powiedzieć obca. A to między innymi
dlatego, że ogarnięcie umysłem wszystkiego, co dzieje się na naszym globie,
stało się praktycznie niemożliwe.
PRANIE MÓZGÓW
I choć nie jest dziś problemem uzyskanie tej czy innej informacji,
to przecież wyzwaniem ponad miarę przeciętnego zjadacza chleba wydaje się
oddzielenie tego co ważne i wartościowe od stosów jałowizny. Innymi słowy,
toniemy w mnogości, której nie potrzebujemy i której nie umiemy wykorzystać,
borykając się z rosnącą wrzawą informacyjną. Notabene, sam szum informacyjny,
choć dla ludzi rozumnych wielce irytujący, wydaje się co najwyżej wągrem
zdatnym do wyciśnięcia, zresztą człowiek może przywyknąć i do pryszcza.
Najgorszy jest wszechobecny szum interpretacyjny, bo dopiero ten wpycha
nas w obłędne koło chaosu.
Chaosu, potęgowanego nieustannie przez nadwiślańskie instytucje
medialne, słusznie uznawane za pralnie polskich mózgów. Aczkolwiek warto
zauważyć, iż między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca sam proces prania
odbywa się subtelniej niż gdziekolwiek indziej. Publicysta i krytyk filmowy
Krzysztof Kłopotowski powiada tak: "Gdy w Korei Północnej pranie mózgów
odbywa się przy pomocy kija w brudnej pianie, to u nas w delikatnym proszku
najwyższej jakości. Premier uśmiecha się i przymila do wyborców. Prezydent
śmieszy, tumani, przestrasza. Przymus ma łagodną postać kredytu bankowego
do spłacenia, co bez użycia pałki rozwiązuje problem dyscypliny".
ZACZADZENI EUROPEJSKOŚCIĄ
W rzeczy samej ludzie tuskoidalni traktują swoich współobywateli
tak, jak sami nigdy nie chcieliby być traktowani przez nikogo. Zadłużają
państwo na potęgę, wielu uszczuplając portfele, a wielu innych wręcz wtrącając
w biedę. Mało tego: jedyne, czego ogół może spodziewać się po szalonych
działaniach ludzi zaczadzonych europejskością (cokolwiek ta europejskość
dla nich znaczy), to jeszcze większy zamęt, utrapienia oraz wieloletnia
kłopotliwa niestabilność ekonomiczna polskich rodzin.
Działając w ten sposób, rząd czyni to, czego czynić mu nie wolno. A
postępuje tak, ponieważ kontrola, jaką nad nim sprawujemy, stała się iluzoryczna.
Bez większego ryzyka popełnienia błędu można wręcz stwierdzić, że kontrola
ta praktycznie nie istnieje. W rzeczy samej rząd usadowił się poza wszelką
kontrolą, ponieważ kontrolujący - czyli media głównego nurtu - z jednej
strony, prześcigają się w krytyce opozycji, a z drugiej, nakładają na parchate
oblicza rządzących wciąż nowe warstwy pudru. Zaiste, przypomina to szminkowanie
trupa, ale dla ogłupionych rzesz ludzi zrobionych z telewizji więcej wcale
nie trzeba.
Lech Makowiecki, lider zespołu "Zayazd", komentuje tę szpetną
sytuację słowami: "gdyby większość społeczeństwa rozumiała otaczający je
świat, gdyby z ławy szkolnej wyniosła (oprócz zawodowego przygotowania)
wiedzę przydatną do przetrwania w XXI w. (historia, polityka, podstawy
ekonomii i in.), a z domu rodzinnego, programów TV, kościoła itp. instytucji
- odrobinę przyzwoitości i etyki (patriotyzm, tradycja, Dekalog) - jako
duży, europejski kraj bylibyśmy nie do pokonania...".
***
I - ku przestrodze - raz jeszcze cytat z Krzysztofa Kłopotowskiego,
właśnie o propagandzie: "Może zrobić z ludźmi wszystko: przekonać do kłamstwa,
oswoić z absurdem, ogłupić i tak upodlić, że nie zauważą, co się z nimi
dzieje. A kto zauważy, ten nic po sobie nie pokaże, jeśli będzie miał powód
bać się kary za swoją spostrzegawczość".
Podsumowując, należy powiedzieć tak: miniony rok nie był nudny,
zaś bieżący okaże się jeszcze bardziej rozsierdzony. Słowo daję, nie warto
się zakładać.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Rok 2011
Jaki był to rok? Na pewno wydarzyło się wiele w kanadyjskiej imigracji.
Otworzyła się furtka dla Polaków, którzy licznie przybyli do pracy
w Kanadzie, korzystając z programu wspierania mobilności młodych. Jednak
myślę, że nie wszyscy wykorzystują ten program tak jak należy. Mało kto
tak naprawdę intensywnie zajmuje się nauką języka. Polacy przybywają głównie
do Ontario, a tu w imigracyjnym natłoku jest o wiele trudniej załatwić
niektóre procedury imigracyjne, nie wspominając już o tym, że w innych
prowincjach istnieją lepsze możliwości zalegalizowania pobytu, i to nawet
osobom-pracownikom mniej wykwalifikowanym.
Procedury porządkowe nasiliły się i jeśli poprzednio imigranci
pozostawali latami w Kanadzie, teraz coraz więcej wydaje się nakazów deportacyjnych,
prosząc osoby "nieudokumentowane" do opuszczenia kraju i zastosowania się
do obowiązujących przepisów, ewentualnie składania podań o wizy pracownicze
i pobyt w Kanadzie poza Kanadą, tak jak nakazuje jedna z głównych zasad
imigracyjnych.
Procedury humanitarne znacznie się zaostrzyły i zasada redukcji
nadmiaru złożonych podań powoduje szybkie wydawanie, często niestety negatywnych,
decyzji. Jednym z powodów jest także mała pula miejsc przyznawanych rocznie
przez rząd Kanady dla osób łamiących w Kanadzie prawo - tzn. przebywających
i pracujących bez autoryzacji i proszących o rozpatrzenie humanitarne
ich wniosków bez opuszczenia kraju. Niektórym, zwłaszcza imigrantom przebywającym
w Kanadzie długo i posiadającym w Kanadzie dzieci, udaje się otrzymać humanitarnie
stałą rezydencję. Procedury są jednak długotrwałe i imigranci muszą
latami żyć w niepewności.
Osoby, które otrzymały odmowę podania humanitarnego lub spodziewające
się takiej decyzji, nie powinny rezygnować z imigracji, ponieważ odmowa
w wypadku jednego podania nie jest jednoznacznym brakiem szans i
można pobyt uzyskać w innej kategorii, na przykład poprzez sponsorowanie
pracodawcy. Ważne jest jednak, by nie zaniedbywać nauki języka angielskiego,
niestety jest to częsta przyczyna, że nasi rodacy nie zostają przyjęci
na imigrację do Kanady, na przykład w programie punktowym.
Rok 2011 to także rok zmian w procedurach odbierania obywatelstw
osobom, które w nieuczciwy sposób otrzymały kanadyjski status. Ministerstwo
Imigracji zapowiedziało odbiór kanadyjskich praw tysią-com imigrantów.
Stworzono nową organizację, wydającą uprawnienia imigracyjnym
konsultantom. Wielu konsultantów powróciło do zawodu, wierząc, że
tym razem próba uregulowania imigracyjnych profesjonalistów powiedzie się,
a organizacja będzie funkcjonować w należyty sposób bez skandali
i kontrowersji oraz licznych procesów sądowych, w jakie poprzednia organizacja
była uwikłana.
Izabela Embalo
licencjonowany doradca
prawa imigracyjnego
Osoby zainteresowane imigracją-pobytem stałym, wizą pracowniczą,
studencką, sponsorstwem, prosimy o kontakt z naszym biurem: 416-515-2022,
emiz@live.ca, www.emigracjadokanady.com.pl. Przyjmujemy
także wieczorami i w niektóre weekendy. Zapewniamy pełną dyskrecję.
W poszukiwaniu śniegu
Kilka naprawdę mroźnych dni i znowu temperatura ponad zerem - taka
pogoda zniechęca do uprawiania zimowych sportów, tym bardziej że śniegu
spadło w rejonie Toronto tyle co kot napłakał. Zostaje więc lodowisko i
łyżwy, a dla miłośników białego szaleństwa wyjazd na północ, gdzie warunki
są niezłe, a braki w opadach nadrabiają armatki śnieżne produkujące dzień
i noc biały puch.
Jeśli mieszkamy na terenie Wielkiej Aglomeracji Torontońskiej, to jesteśmy
przyzwyczajeni do pogodowych anomalii - wystarczy, że zawieje mokry i ciepły
wiatr z południa, a wszystko zamienia się w błoto. I odwrotnie - wiatr
z północy zawsze przynosi mroźne ochłodzenie, a śnieg mamy wówczas, gdy
te dwa fronty spotkają się nad Toronto, gdy się rozminą, mamy dokuczliwe
mżawki lub trzaskające mrozy.
Dodatkowym czynnikiem pogarszającym warunki śniegowe w okolicy
Mississaugi i Toronto jest jezioro Ontario. Działa ono jak wielki kaloryfer,
który zimą oddaje letnie ciepło - dlatego zawsze w mroźne dni nad jeziorem
kłębią się chmury, które nad brzegiem kończą się jak ucięte nożem. To ciepło
oddawane przez akwen podnosi temperaturę otoczenia o kilka stopni, co często
uniemożliwia uruchomienie baterii produkujących sztuczny śnieg w ośrodkach
położonych w pobliżu jeziora, takich jak Dagmar, Centennial Park czy North
York. Dalej także bywa różnie - Hockley Valley i Glen Eden również padają
ofiarami klimatycznych anomalii częściej niż ośrodki położone dalej za
Barrie. Jeśli więc planujemy wyjazd na narty w najbliższy weekend, to sprawdźmy
najpierw przez Internet, jakie warunki śniegowe panują w wybranym przez
nas ośrodku narciarskim.
W świąteczno-noworocznym wydaniu "Gońca" prezentowałem najbardziej
popularny ośrodek sportów zimowych w południowym Ontario - Blue Mountain,
dzisiaj pora na dwa następne...
Mount St. Louis/Moonstone
Ośrodkiem, gdzie warunki śnieżne są o niebo lepsze od tych w
najbliższej okolicy GTA, jest Mount St. Louis/Moonstone. W czwartek,
5 stycznia, większość stoków (34 z 36) była czynna, a trasy zjazdowe pokrywa
gruba warstwa śniegu (od 30 do 60 cm), która pozwala na zimowe szaleństwo.
Działają wszystkie wyciągi.
Na narciarzy w Mount St. Louis/Moonstone czeka nie lada atrakcja:
pasmo pięciu szczytów górskich, z których St. Louis (130 m) i Moonstone
(166 m) należą do najwyższych. Ośrodek posiada dwie bazy: Mount St. Louis
i Moonstone, w każdej znajduje się kafeteria i wypożyczalnia sprzętu. Baza
Mount St. Louis jest zwykle bardziej zatłoczona, ponieważ usytuowano ją
przy samym zjeździe z autostrady, polecam bazę Moonstone, oddaloną na północ
o kilometr drogi.
Są tam zainstalowane dwa superszybkie, sześciomiejscowe wyciągi,
z których jeden (Adventure Express) wyniesie nas w ciągu niespełna trzech
minut na szczyt Moonstone. Stąd też możemy dostać się do pierwszej bazy,
korzystając z trasy Mount St. Louis Crossover. Tras zjazdowych jest 37,
a najdłuższa z nich ma prawie dwa kilometry.
Mount St. Louis/Moonstone czynny jest od godziny 8.30 do 16.30.
Cena biletu na wyciągi w sezonie 2011/2012 wynosi 52 dolary za cały dzień
i 47 dolarów od godziny 12.30 do 16.30. Wypożyczenie sprzętu narciarskiego
(buty, deski i kije) na cały dzień kosztuje 37 dolarów, wypożyczenie snowboardu
z butami - 37 dolarów.
Ośrodka Mount St. Louis/Moonstone nie sposób nie zauważyć, jadąc
na północ autostradą 400. Znajduje się 26 kilometrów za Barrie przy zjeździe
nr 131.
Innym, bardzo popularnym ośrodkiem sportów zimowych w południowym
Ontario jest położony nieopodal Barrie Horseshoe Resort.
Od lat cieszy się on zasłużoną sławą ośrodka wyjątkowo dobrze
przygotowanego do goszczenia amatorów aktywnego spędzania wolnego czasu.
Jest tutaj niedrogi hotel z restauracją, pole golfowe, 750 hektarów zadrzewionego
terenu nadającego się na spacery, trasy do uprawiania kolarstwa górskiego,
a zimą - pokryta śniegiem dolina Horseshoe Valley, której stoki są w większości
łagodne, ale i zaawansowany narciarz czy snowboardzista znajdzie coś dla
siebie.
Dla nich wytyczono tu 23 zjazdowe trasy, na które można dostać
się, korzystając z 8 wyciągów. Chociaż najwyższe wzniesienie w Horseshoe
nie imponuje wysokością (94 m), to wielość i różnorodność istniejących
tu tras zadowoli każdego miłośnika zimowego szaleństwa.
W Horseshoe Valley znajduje się także aż 35 kilometrów
biegowych szlaków. Jeśli nie jesteśmy amatorami narciarstwa, to pozostaje
nam Thunder Valley, gdzie można pozjeżdżać na dmuchanych oponach albo spacer
po leśnych duktach z nałożonymi na nogi śnieżnymi rakietami.
Na stokach zalega 55 cm białego puchu, w czwartek było
minus 2 stopnie, funkcjonują wszystkie wyciągi i udostępnione są prawie
wszystkie zjazdowe trasy. Na biegowych trasach zalega 15-centymetrowa warstwa
śniegu.
Ośrodek narciarski oferuje bilety od godz. 9.00 do 22.00 i od
9.00 do 16.00. Od 3.30 po południu do 10.00 w nocy istnieje możliwość uprawiania
night ski, czyli jazdy na nartach po oświetlonych lampami trasach.
Dla początkujących narciarzy i snowboardzistów w Horseshoe znajduje
się łagodny stok z wolnobiegowym wyciągiem.
Ceny w sezonie 2011/2012: bilet całodzienny plus noc - 56 dol.;
7-godzinny - 53 dol.; noc - 29 dolarów.
Jeżeli nie mamy czym dojechać do ośrodka w Horseshoe Valley z
Toronto albo obawiamy się zimowych dróg - możemy skorzystać z usług Greyhounda
(szczegóły pod bezpłatnym telefonem 1-800-461-5627). Bilet kosztuje 43
dolary.
Kurort położony jest na północ od Barrie, niedaleko skrzyżowania
autostrady 400 z Horseshoe Valley Rd.
Jerzy Rosa
Mississauga
2012 - walczymy do końca
Gdyby tak u zarania tego ponoć krańcowego roku (Majom zabrakło kartek
w kalendarzu, choć oni, szczęśliwi, czasu już nie liczą) usiąść i spokojnie
podumać, okaże się - mimo całego podenerwowania i niepokoju - że sytuacja
jest niezła.
Jak mówił klasyk marksizmu, byt kształtuje świadomość, a więc
punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I jeśli tylko "siedzimy" sobie
na zydelku gdzieś w Azji (Indie, Chiny), w Ameryce Południowej (Brazylia,
Chile), czy nawet w Afryce (Nigeria, Kongo), to trudno nie dostrzegać poprawy
sytuacji. Wielkiej poprawy!
Gdy poprawia się Amerykaninowi, to znaczy, że może sobie zarzucić
dom różnymi fantami, ewentualnie kupić na kredyt nowe auto; gdy poprawia
się Nigeryjczykowi, to znaczy, że nie chodzi głodny, a jego dzieci mają
czas na naukę w szkole. Wielki motor chińskiej gospodarki nakręca sprężyny
w wielu bieda-krajach, zwłaszcza afrykańskich. Setki milionów ludzi wydobywają
się z bagien ubóstwa; setki milionów ludzi przesiadają się z rowerów na
skutery, kupują telewizor i wkładają komórkę do kieszeni.
Gdyby więc mierzyć poziom globalnego szczęścia metodą "pogłówną",
to okaże się, że nigdy w historii tak dobrze nie było.
Problem w tym, że ci, którym jest coraz lepiej, mieszkają daleko
stąd - coraz częściej kłopoty, od których zdążyliśmy odwyknąć dwa - trzy
pokolenia temu, dają znać o sobie. Nam, najbardziej uprzywilejowanym
mieszkańcom planety! Nasz pociąg wydaje się jechać bocznym torem.
Niektórzy gospodarkę są skłonni traktować jako grę zerosumową
- jeden tort do podziału - jeśli jedni dostają więcej, to inni mniej;
jeśli jednym się poprawia, to innym pogarsza, jeśli dajemy jednym, innym
musimy zabrać. Jest to błąd, który ignoruje fakt "dorabiania się" tortu.
Jeśli więc w Azji czy Afryce się poprawia, to wcale nie znaczy, że nam
musi się pogarszać. Jeśli tam rośnie klasa średnia, to nie jest to równoznaczne
z tym, że tutaj musi zanikać.
Dlaczego nam się pogarsza? Dlaczego czujemy, że to pokolenie
żyje gorzej od poprzedniego, a kolejne będzie żyło gorzej od naszego? Zrządzenie
losu? Siła wyższa?
Niestety, prawda jest prosta - wystarczy popatrzeć w lusterko.
Przejrzeć w nim powinni się przede wszystkim nasi kierownicy - elity Zachodu.
Któż jak nie one odpowiadają za upadek?
Ale my też.
W końcu to nasza cała reszta pozwoliła i pozwala sobie w kaszę
dmuchać. To my przez lenistwo i głupotę pozwoliliśmy odebrać przyszłość
naszym dzieciom.
Lista grzechów jest długa i bynajmniej nie unikatowa - obejmuje
proces "imperialnego skostnienia", głupienia i rozpuszczania się w dobrobycie.
Kolejne pokolenia rosły w przekonaniu, że ich uprzywilejowana pozycja dana
jest raz na zawsze. Oświata, postawy obywatelskie przestały mieć zasadnicze
znaczenie dla osiągnięcia osobistego powodzenia. Czy się stoi, czy się
leży, dom i samochód się należy. Po to jest państwo, by o nas dbać, wszak
jesteśmy pępkiem świata... Słowem, późny Rzym.
Na ignorancji i głupocie gawiedzi żeruje zaś chciwość watah giełdowych
spryciarzy.
Henry Ford stworzył nowoczesny kapitalizm, słusznie wnioskując,
że pracownika musi być stać na kupno produkowanego towaru. Dzięki temu
w fabrykach zaszumiały przyspieszające taśmy. Dzisiaj, nowi kierownicy
przemysłu dobijają kapitalizm, przedkładając szybki zysk. Wystarczy przenieść
produkcję do Pernambuco, gdzie zaczadzeni proleci z pocałowaniem ręki tyrają
za miskę ryżu; wystarczy dać każdemu Amerykaninowi łącznie z psem Fido
dostęp do łatwego kredytu, a jego wnuki obciążać kosztami instytucji upadającego
państwa, by szybko milionowe gołąbki trafiły do korporacyjnej gąbki. Ford
myślał perspektywicznie z myślą o wnukach, dzisiaj dominuje tymczasowość,
kosztem wnuków.
Rozbroiliśmy się też ideologicznie, rugując tradycyjne wartości
z kanonu naszej cywilizacji - wszystko to, co dawało nam imperialną moc
i pozwalało podbijać kontynenty, zostało oplute i wyśmiane. Zamiast starych
wartości pojawiły się konsumeryzm i dyktatura tolerancji - pojmowanej jako
pochwała dewiacji.
Upadek obyczajów, brak postaw obywatelskich i patriotycznych,
pochwała hedonizmu i "użycia" zaowocowały katastrofą demograficzną.
Z próżnego i Salomon nie naleje. Kiedy nie ma ludzi - nie ma
gadania.
No i tak sobie umieramy w podrygach, od czasu do czasu wołając,
że król jest nagi. Od czasu do czasu, gdy groza najdzie, ten czy
ów jeszcze krzyczy, ale tego walca nie da się już zatrzymać
Globaliści pocieszają się, że dzięki temu dobrobyt przerzuci
się na Chińczyków. Tylko czy rzeczywiście chodziło nam o to, by stało się
to naszym kosztem, czy musimy popełniać gospodarcze harakiri?
Sądząc po niedawnych ruchach lotniskowców, chyba jednak założenia
były nieco inne... Dzisiaj dociera do niektórych kierowników, że zbłądzili
- zaczynają się jakieś próby nawrotu - tu, w Kanadzie, głośniej mówi się
o szacunku do monarchii; w Europie przypominają sobie o chrześcijańskich
korzeniach.
Czy jest jeszcze szansa? Nie, nie ma - nie dla Zachodu! Na gruzach
starego porządku zrodzi się nowy. Ludzie rodzą się i umierają, państwa
powstają i giną, cywilizację wzrastają falą i rozsypują się w pył wieków.
Raz walczymy z nadzieją na zwycięstwo. raz w okopach św. Trójcy. Ale walczyć
zawsze trzeba do końca.
Szczęścia w nowym 2012 roku życzę!
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 51/2011
Polska wyrzucona za drzwi
Man kann singen, man kann tanzen, aber niemals mit Zasrancen. Ach,
jakże przykro muszą brzmieć te słowa w uszach premiera Donalda Franciszka
Tuska i jego umiłowanego ministra Radosława Sikorskiego! A poeta wszystko
przewidział, pisząc w proroczym natchnieniu, że "będą ze wstydu się wiły
dziewki fabryczne, brzuchate kobyły, krzywych pędraków sromne nosicielki!".
Oczywiście proroctwo - jak to proroctwo; precyzyjne nigdy nie jest - bo
jeśli premieru Tusku i ministru Sikorskiemu przychodzi dzisiaj wić się
ze wstydu, to nie z powodu jakichś tam "pędraków", tylko z powodu ujawnienia
w ostatni poniedziałek projektu Paktu Fiskalnego Unii Europejskiej, który
zarówno premier Tusk, jak i minister Sikorski stręczyli w Sejmie naszym
Umiłowanym Przywódcom, a za ich dostojnym pośrednictwem - całemu naszemu
mniej wartościowemu narodowi tubylczemu.
Podstawowym argumentem naszych stręczycieli było to, że przystępując
do Paktu Fiskalnego, znajdziemy się wreszcie w centrum podejmowania decyzji;
kto wie - może nawet kiedyś nasz głos - oczywiście za pośrednictwem naszych
Umiłowanych Przywódców - zadecyduje o losach Europy, a pośrednio - o losach
świata? Takie ci to rojenia, takie ci to ambicje ujawnili nasi stręczyciele.
Za to - ponieważ na tym świecie pełnym złości nic nie jest za darmo - będziemy
musieli zapłacić frycowe - na początek w postaci - jak się okazało - 6,7
mld euro, tytułem naszego udziału w zrzutce do Międzynarodowego Funduszu
Walutowego, obejmującej - jak wiadomo - 200 mld euro, ma się rozumieć -
na początek, bo końca na razie nie widać. Skoro jednak za tę cenę mieliśmy
decydować o losach świata - to znaczy nie my, gdzieżby tam ktoś nas pytał
o opinię na temat losów świata - tylko oczywiście premier Tusk i minister
Sikorski - no to chyba warto.
Nie ma złej drogi do swej niebogi - powiada przysłowie, a jeszcze
lepiej tę drogę opisuje tytuł: "Od łopaty do dyplomaty". Tak właśnie swoją
historię zatytułowała wybitna postać polskiego i międzynarodowego ruchu
robotniczego, czyli Albin Siwak, który został nawet członkiem Biura Politycznego
KC PZPR, kiedy to razwiedka postanowiła mieć w partii swojego naturszczyka
- odpowiednika Lecha Wałęsy w Solidarności. Okazuje się, że takie przyspieszone
ścieżki awansu z łaski razwiedki trafiają się również w III Rzeczypospolitej
- więc kontynuacja jest większa, niż nam się wydaje.
Mniejsza zresztą z tym, bo warto wreszcie wyjaśnić, o co chodzi.
Otóż chodzi o to, że przedstawiony w ostatni poniedziałek projekt Paktu
Fiskalnego w żadnym przypadku nie przewiduje udziału premiera Tuska ani
ministra Sikorskiego w jakichkolwiek decyzjach, ponieważ kraje spoza strefy
euro nie mogą uczestniczyć w obradach - nawet bez prawa głosu. Inaczej
mówiąc - muszą czekać pod drzwiami, dopóki starsi i mądrzejsi nie ustalą,
jak ma być i ile Zasrancen mają zapłacić. Ładny interes! No i co teraz
premier Tusk i minister Sikorski powie naszym Umiłowanym Przywódcom, a
za ich dostojnym pośrednictwem - również nam, członkom naszego mniej wartościowego
narodu tubylczego? Z jakim miedzianym czołem się pokaże jeden i drugi?
Żeby było śmieszniej, występując we wtorek w programie "Tomasz Lis na żywo"
premier Tusk zwierzył się redaktoru Lisu, iż się "modli", by Polacy "zachowali
optymizm". Łatwo powiedzieć - ale jakże tu zachować optymizm, kiedy właśnie
naszym Umiłowanym Przywódcom rozwiały się marzenia już nie o decydowaniu
o losach świata, ale nawet - o dopuszczeniu do stołu obrad? Byłoby może
śmiesznie, gdyby nie to, że w osobach naszych Umiłowanych Przywódców został
upokorzony nasz nieszczęśliwy kraj, któremu Nasza Złota Pani razem ze swoim
francuskim kolaborantem Mikołajem Sarkozym, po raz kolejny brutalnie wskazała
jego miejsce w szeregu. Ale powiedzmy sobie otwarcie i szczerze - czyż
nie zasłużyliśmy na to po stokroć, pozwalając na okupację naszego nieszczęśliwego
kraju przez razwiedczyków, którzy za pośrednictwem swoich konfidentów w
niezależnych mediach wystawiają takich Zasrancen na fasadę, żeby "młodzi,
wykształceni z wielkich miast" mieli się kim rajcować i kogo podziwiać.
Ale na państwach poważnych takie błazeństwa nie robią wrażenia; już tamtejsi
Umiłowani Przywódcy, a zwłaszcza - Nasza Złota Pani dobrze wie, kto u kogo
siedzi w kieszeni, komu służy i za ile. Po cóż zatem miałaby Zasrancen
dopuszczać do konfidencji? Pewnie pamięta żelazną zasadę pruskiego króla
Fryderyka Wielkiego, że wprawdzie można posługiwać się kanaliami, ale w
żadnym razie nie wolno się z nimi spoufalać.
Ciekawe, co teraz powiedzą konfidenci w mediach; jaki rozkaz
obmyślą im oficerowie prowadzący. Na razie w "Gazecie Wyborczej" odezwał
się red. Witold Gadomski, stwierdzając melancholijnie, iż "wygląda na to,
że nasza europejska polityka znalazła się w impasie". Ha! Dopiero teraz
się "znalazła"? A gdzież była do tej pory? Cały czas w tym samym miejscu,
tylko teraz starsi i mądrzejsi uznali, że nie ma już potrzeby zachowywania
pozorów i jednym ruchem ściągnęli naszym zuchom kalesony na oczach całej
Europy. Cóż zresztą mieli zrobić innego, skoro banda sprzedawczyków i idiotów
na wyścigi ich informowała, że "nie ma alternatywy" wobec "unii fiskalnej",
że "euro, albo śmierć"? Jestem oczywiście pewien, że razwiedczykowie przez
święta wymyślą jakiś sofizmat, przy pomocy którego konfidenci w mediach
będą jeden przez drugiego na wyścigi dowodzili, że to jeszcze jeden wielki
sukces, że cała Europa, ach, co ja mówię, jaka tam znowu "Europa" - że
cały świat nas podziwia i zazdrości nam premiera Tuska i ministra Sikorskiego,
z jego szelkami i krawatami.
Podziwia i zazdrości - jakżeby inaczej - ale chyba z wyjątkiem
wicepremiera Pawlaka, z którym premier Tusk pozostaje "w stałym, trudnym
dialogu". Chodzi konkretnie o to, że PSL ma wprawdzie stuprocentową zdolność
koalicyjną, ale - podobnie jak za zapukanie do serduszka francuskiej aktoreczki,
czego pragnął dostąpić król Stanisław August Poniatowski - za skorzystanie
z niej każe sobie słono płacić. Na przykład na wicepremieru Pawlaku nie
robi najmniejszego wrażenia fakt, iż premier Tusk obiecał w expose wydłużenie
wieku emerytalnego. Wicepremier Pawlak doskonale bowiem wie, że rozpoczęcie
gmerania przy emeryturach siłą rzeczy musiałoby doprowadzić do zreformowania
Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego, którą aparat PSL nie tylko wprawnie
doi, podobnie zresztą, jak całą Rzeczpospolitą - ale, dzięki której dostaje
swoje procenty w wyborach i może ciągnąć rentę ze swej stuprocentowej koalicyjnej
zdolności. Wprawdzie i premier Tusk we wspomnianym programie red. Lisa
dawał do zrozumienia, że inni też mają koalicyjne zdolności, może nie stuprocentowe,
niemniej jednak - ale wicepremier Pawlak wie i to, że premier Tusk dziesięć
razy się zastanowi, zanim odważyłby się na koalicję z SLD. Tym bardziej,
że - w odróżnieniu od Leszka Millera, który właśnie został szefem SLD -
Aleksander Kwaśniewski chciałby połączyć się z Ruchem Palikota - a taka
perspektywa wydaje się premieru Tusku - jak sądzę - nie tylko politycznie,
ale również estetycznie wstrętna, nie mówiąc już o tym, że zmuszałaby go
do klajstrowania pęknięć w samej Platformie, no i - co najważniejsze -
do politycznej sodomii z najgorszymi watahami razwiedkowego dyrektoriatu.
No a teraz - jeszcze to upokorzenie, ten "impas", który niewątpliwie skłania
naszego ludowego cyborga do zacierania w duchu rąk, podobnie jak byłego
wicepremiera i byłego marszałka Grzegorza Schetynę, który na zesłaniu w
Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych przeżywa Schadenfreude. I dobrze -
bo w ten sposób przynajmniej niektórzy będą mieli naprawdę wesołe Święta.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Szanujmy przyzwoitość
Na naszych oczach powstaje posteuropejska rzeczywistość. Unia rozpada
się, zanim jeszcze na dobre powstała, europejskie elity nie przyjmują powyższego
do wiadomości, zaś europejskie mainstreamowe media pozostają w rękach tych,
którzy swą polityką do rozpadu doprowadzili.
To upiorny melanż. Diabelska mikstura, prawdopodobnie zwiastująca
Staremu Kontynentowi kolejną hekatombę. Ale czy między ujściem Świny a
szczytem Rozsypańca jakakolwiek persona, pretendująca do polityczno-medialnego
mainstreamu, zwraca naszą uwagę na tę koszmarną perspektywę? Żadna, podobnie
jak nie ma chętnych, którzy zechcieliby wprowadzić do rodzimej przestrzeni
publicznej postulaty, sugerujące potrzebę powołania na polskim terytorium
etnicznym niemieckiego bądź rosyjsko-niemieckiego protektoratu. A tego
rodzaju pohukiwania słychać na Zachodzie coraz głośniej.
Swoją drogą, przy tej okazji powinniśmy zauważyć, iż nikt z tamtejszych
polityków nie odważył się wspomnieć o konieczności zjednoczenia Europy
w kształt IV Rzeszy, dopóki nie powiedział o tym wprost niejaki Radosław
Sikorski, przez niektórych niedouków nadal nie wiedzieć czemu tytułowany
ministrem spraw zagranicznych Rzeczypospolitej.
***
Polska na tle gnijącej Europy, a precyzyjniej: polskie państwo,
bo nie są to wcale synonimy, w finale tego roku wygląda tak, że mamy oto
do czynienia z krajem jednorazowych autostrad, wielokrotnie droższych niż
te prowadzone tunelami wykuwanymi pod szczytami Alp, oraz jednorazowych
stadionów, zapewne kosztowniejszych niż wieloletnia eksploracja przestrzeni
pozaziemskiej. Mamy do czynienia z państwem, w którym urzędnicy panoszą
się, jak panoszyli się zawsze, a ono samo na każdym poziomie chamieje nam
tak, jak chamiało. Lada dzień posunie się pewnie do dekretowania zasad
wycierania nosów, tym samym zawłaszczając własnym obywatelom ostatnie obszary
tak zwanej wolności.
Dorzućmy do powyższego mainstreamowe media "dopinające system"
poprzez prezentowanie starannie wybranych bądź też należycie spreparowanych
fragmentów rzeczywistości (tym samym przerabiające mózgi gawiedzi na galaretkę
z giczy cielęcej), a wówczas każdy, w tym również zdeklarowany optymista,
zacznie dostrzegać w swojej szklance dno. Swoją drogą, dno nad wyraz kruche.
Tymczasem większość Polaków w dalszym ciągu sadza pupy przed
telewizorami i ogląda, ogląda, ogląda. Zwykle to, co ludzie inteligentni
zwą karmą dla idiotów.
***
Ale zostawmy to, co tylko ważne, w dniach, w których powinnością
człowieka rozumnego jest docenianie najważniejszego. Przed nami bowiem
Wigilia i Boże Narodzenie, czyli jedno z dwóch najważniejszych świąt w
chrześcijańskim paradygmacie, ergo w kulturze "białego człowieka" (symbolicznie,
symbolicznie). Mało tego, boć polska Wigilia oraz polskie święta Bożego
Narodzenia to coś więcej, mianowicie uzewnętrznienie wieloletniej tradycji,
dzięki której naród pozbawiony państwa, naród zwyciężony, lecz nie zniewolony,
przetrwał do czasu odzyskania niepodległości.
W powyższym kontekście Wigilia obchodzona przez Polaków to także
świadectwo gloryfikujące Polskość oraz kulturowe korzenie każdego z nas.
Świadectwo pokazujące, jak głęboko w przeszłość sięga sztafeta pokoleń,
determinująca naszą współczesną tożsamość.
Zatem już za chwilę, w łunie uśmiechów, celebrując gest dzielenia
się opłatkiem, będziemy przełamywać się z najbliższymi, zarazem przełamując
w sobie. Pamiętając o kimś, kto nie pamięta. Wybaczając komuś, kto sam
do wybaczania jeszcze nie dorósł. A wszystko po to, by pokonać piekło samotności
i podzielić się uczuciami z najbliższymi. Na moment wyjdziemy poza przaśną
codzienność, by porozmawiać o tym, co dalece ważniejsze niż wczorajsza
złość, dzisiejsza chandra czy jutrzejsze zakłamanie, a o czym tak często
- tak często, że prawie na zawsze - zapominamy, taplając się w oparach
codzienności. O tym, co pilne, i o tym, co ważne. I o tym, co najważniejsze.
I o tym jeszcze, jak nauczyć się odróżniać jedno od drugiego.
***
Wigilia i wolne miejsce przy wigilijnym stole. To miejsce może
pozostać nic nieznaczącym symbolem, niepraktycznym gestem. Ale może też
stać się wyzwaniem, skutkującym dojrzałą refleksją. Bo zawiera się w nim
nie tylko pytanie o nasz stosunek do innych ludzi. Możemy zeń także odczytać
przesłanie skierowane w nas samych, a czynione w intencji tych, którzy
wcześniej niż my wkroczyli poza przestrzeń i czas. Krzesło i talerz - dla
duchów. I duchy przychodzą.
Żołnierz z dziurą w potylicy wyrąbaną kulą z nagana w katyńskim
lesie. Ksiądz zatłuczony drewnianą sztachetą i ciśnięty w worku na dno
Wisły. Stoczniowiec z torsem rozprutym serią z kałasznikowa. "Zapluty karzeł
reakcji" z krwawiącymi oczodołami, bo oczy wykłuli mu pogrzebaczem w powiatowym
Urzędzie Bezpieczeństwa. Warszawski maturzysta ze zmiażdżoną wątrobą i
odbitymi nerkami. "Płatny rezydent wywiadu Andersa" z zakneblowanymi ustami
i czaszką przestrzeloną w kotłowni mokotowskiego więzienia. Górnik z "Wujka"
z odstrzeloną połową twarzy.
I tak dalej, i tak dalej.
***
Maria Kaczyńska i Lech Kaczyński też już nie żyją. Od 10 kwietnia
2010 roku nie ma ich z nami. Ich i 94 innych osób. Można nawet powiedzieć,
że z każdym dniem nie ma ich coraz bardziej.
Zostały wspomnienia. Nietrwałe, rozwiewające się niczym dym z
ogniska, ulotne jak blask ofiarnych świec. Zostały pocztówki i listy ze
słowami niedającymi ukojenia. Jakieś bibeloty, których skurcz krtani u
najbliższych nawet po latach nie pozwoli wynieść na strych. Zostały uśmiechy,
zastygłe na wieczność w wyblakłych fotografiach. Martwych jak serca tych,
którzy tragedii nie potrafią wymazać z pamięci. Bo prawdą jest, że duchy
nie istnieją, lecz prawdą jest i to, że niektóre z nich nigdy nie odchodzą.
***
Tętno Polski bije w piaskach Katynia i Smoleńska. W ubeckich
piwnicach. W czaszkach polskiej inteligencji, przestrzelonych niemieckimi
i sowieckimi kulami. W rozprutych sercach "żołnierzy wyklętych". Dlatego
ludzie rozumni i odpowiedzialni muszą dać Polsce szansę. Ona na szansę
zasługuje, a my zasługujemy na Polskę. Więcej: przyszłość Polski jawić
się będzie złowieszczo, dopóki Polacy nie oprzytomnieją właśnie na tyle,
by dać szansę Polsce i polskości.
Do tego jednak trzeba wierności. Trzeba dbałości o tożsamość.
Trzeba wreszcie wiedzy o roli, jaką w ludzkim życiu pełni aksjologia i
czym skutkuje anomia. Zaiste, o ile tylko zamierzamy bezpiecznie przenieść
polskość przez nadciągającą zawieruchę, musimy dochować tej wierności.
Stąd właśnie zachowania owej powinności ludzi przyzwoitych, traktowania
jej w kategoriach najważniejszego zadania w nadchodzącym roku, wszystkim
Czytelnikom "Gońca" życzę, łamiąc się z Państwem wigilijnym opłatkiem.
Pozostańmy normalni na tym zdziwaczałym świecie. Szanujmy przyzwoitość
i wymagajmy przyzwoitości - od siebie i od innych. Niech nigdy nie zabraknie
nam chleba i człowieka, z którym chlebem tym będziemy mogli się podzielić.
Niechaj kolejny raz ziści się cud, a światło Betlejemskiej Gwiazdy niechaj
nakarmi nas nadzieją. Niech skaleczone obmyje i mroczne rozjaśni. Niech
splątania wyprostuje, a pragnienia nasyci. Niech każdą pustkę wypełni,
wszystkie pozostałe chwile zdobyć nam pozwoli, a każdą prawdę da wypowiedzieć
jasno i prosto. Spróbujmy stworzyć ten świat na nowo, na nowo wprowadzając
w przestrzeń publiczną słowa, takie jak "Boże Narodzenie", "tradycja",
"chrześcijaństwo", "niepodległość", "patriotyzm" czy "ojczyzna". Pomóżmy
im zyskać walor nieśmiertelności. Słowom i ich znaczeniom.
Zaś rodzący się Chrystus niech pokaże nam, kim tak naprawdę jesteśmy,
czego pragniemy i w co wierzymy.
Krzysztof Ligęza
widnokregi@op.pl
Imigracyjna selektywność
Na wstępie życzę wszystkim naszym Czytelnikom, także moim byłym
i obecnym Klientom, Znajomym, Rodzinie i Całej Polonii, Zdrowych,
Wesołych, Spokojnych Świąt oraz Wszelkiej Pomyślności w Nowym 2012
Roku.
***
Nie zawsze zrozumiała jest w pełni polityka imigracyjna Kanady.
Tak jak w życiu, jednym dopisuje szczęście, innym nie, jedni za pierwszym
razem załatwią pobyt stały w dość prosty, nieskomplikowany sposób. Inni
latami przechodzą przez uciążliwe procedury imigracyjne i dopiero za drugim
czy kolejnym razem otrzymują stałą rezydencję. Jeszcze inni z emigracji
rezygnują, szukając możliwości osiedlenia się w innym miejscu świata.
Jedną z przyczyn niektórych niepowodzeń imigracyjnych jest selektywny
charakter systemu imigracyjnego. A selekcja zależy od polityki i realiów
ekonomicznych. Procedury, kryteria przyjęcia, polisy wewnętrzne urzędu
zmieniają się nieustannie i jeśli ktoś nie ma szczęścia wpasować się w
odpowiednie wymogi i przepisy, pobytu stałego nie uzyska, nawet najlepszy
doradca czy adwokat imigracyjny nie jest w stanie zmienić charakteru procedur
imigracyjnych, by ułatwić swoim klientom procedurę uzyskania rezydencji.
Wiele zależy od samego kandydata. Przykładowo, rodzina polska,
przebywająca w Kanadzie latami, ubiega się o względy humanitarne. Jednak
przez te wszystkie lata imigranci nie postępują uczciwie w stosunku do
rządu kanadyjskiego, nie płacą podatków, świadomie zaniżają dochód, by
jak najmniej w Kanadzie zapłacić. Tym samym nie wykazują odpowiedniej pożyteczności
ekonomicznej dla tego kraju, dlaczego zatem urzędnik imigracyjny miałby
wybrać ich z tysiąca innych chętnych, a nie kandydatów, którzy swoimi dochodami
i płatnościami podatkowymi, dodatkową pracą społeczną i innymi atutami
wykazują niezależność i pożyteczność społeczno-ekonomiczną.
A zatem czasami należy najpierw coś od siebie dać, następnie
wymagać. Imigracja to często czysty biznes. Coś za coś. Imigrant wykazuje
się swoją przedsiębiorczością, dobrym wykształceniem, odpowiednimi umiejętnościami
- zawodem, pracą w kanadyjskim przedsiębiorstwie, znajomością jeśli nie
jednego, to dwóch urzędowych języków. Przypomina mi się jeden z klientów,
który będąc w Kanadzie bez dokumentów, ukończył tutejszy college. W dodatku
nauczył się nie tylko angielskiego, ale także francuskiego w stopniu komunikatywnym.
Przebywając w Kanadzie przez wiele lat, dał z siebie tak wiele, że urzędnik
nawet bez rozmowy kwalifikacyjnej przyznał mu pobyt stały. Myślę, że był
pod wrażeniem pracowitości i przebojowości kandydata. Inny mój klient
poświęcił się przez 5 lat pracy społecznej, pomagając bez wynagrodzenia
w niemalże każdy weekend z biednymi i bezdomnymi. Sprawa zakończyła się
podobnie - pobyt stały przyznano bez rozmowy kwalifikacyjnej. Oczywiście
są to przypadki sporadyczne i nie wymagam od nikogo, by nauczył się dwóch
języków czy każdy weekend poświęcał się pracy charytatywnej. Jednak, ponownie,
tak jak pisałam, czasami trzeba coś z siebie najpierw dać, by potem coś
dobrego uzyskać. A piszę ten artykuł dlatego, iż wiem, że polscy imigranci
mają w sobie wielki potencjał, nie zawsze jednak odpowiednio wykorzystany.
Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca Prawa Imigracyjnego Kanady
www.emigracjakanada.net
tel: 416 515 2022
Zimowe igraszki
Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok to wyjątkowa okazja nie tylko do
rodzinnych spotkań przy stole, ale także do zimowych wypadów na narty,
sanki czy łyżwy. Szczególnie te ostatnie powinny być dla nas atrakcyjne,
bo kryte lodowiska są już czynne i zawsze można na nie liczyć, bowiem funkcjonują
niezależnie od aury.
Oczywiście, gdy spadnie śnieg, wyciągamy ze schowka narty, deskę snowboardową
czy sanki - ale szanse na białe Boże Narodzenie są w okolicach jeziora
Ontario zawsze małe, dlatego naszą zimową aktywność zacznijmy od jazdy
na łyżwach. Przyjemność ta może nas nic nie kosztować, ponieważ w trakcie
świątecznej przerwy w nauce, która potrwa do 8 stycznia, Tim Hortons funduje
mieszkańcom Mississaugi i Malton bezpłatne bilety na 13 lodowisk. Warto
więc przy okazji najbliższej bytności w tym kawowym barze wziąć szczegółowy
program pod nazwą "Free Holiday Skate", gdzie podane są lokalizacje lodowisk
i terminy, kiedy są bezpłatne. W większość lodowisk jest to czas między
27 grudnia a 8 stycznia.
Mieszkańcy centralnej Mississaugi mają też możliwość bezpłatnego
korzystania z jednego z największych lodowisk w GTA - Mississauga Celebration
Square Ice Ring w pobliżu miejskiego Ratusza. Odnowiony plac zimą zamienia
się w wielkie lodowisko czynne codziennie od godz. 8 rano do 22.00, a w
weekendy od 10.00 do 22.00. Lodowisko jest patrolowane w godzinach 16.30
- 22.00. W sylwestrowy wieczór od godz. 20.00 do 24.00 na lodowisku odbędzie
się wielka bezpłatna zabawa noworoczna.
***
Po wigilijnej wieczerzy i bożonarodzeniowym śniadaniu, naprawdę
warto nieco się poruszać. Pójść na spacer albo wybrać się na lodowy rink.
Jazda na łyżwach to jeden z najbardziej efektywnych sposobów na odchudzanie
- godzinna zabawa na lodzie pomaga spalić od 300 do 800 kalorii, wszystko
zależy od intensywności jazdy. Podczas jazdy na łyżwach pracuje całe ciało.
Trzeba nieustannie starać się utrzymać równowagę. Panować zarówno nad nogami,
jak i rękami. Intensywnie ćwiczą mięśnie w obręczy biodrowej, ale także
górna część ciała, czyli głównie ramiona i ręce. To one są odpowiedzialne
za powodzenie przy wykonywaniu wielu figur, choćby obrotów, silnie pracują
również podczas jazdy po łuku. Poza tym łyżwiarze, także amatorzy, mają
ładne, proste plecy. To efekt pracy mięśni wokół kręgosłupa.
Sztuka jazdy na łyżwach wymaga poczucia równowagi. Jeśli wcześniej
jeździliśmy na rolkach, a do tego umiejętność prowadzenia roweru nie jest
nam obca - to mamy wszelkie predyspozycje, by szybko poznać tajniki jazdy
po lodzie.
Wybieramy się więc na lodowisko. Jest ich w Mississaudze kilkanaście
- wiele z nich należy do miasta i tam jest najtaniej. Za 1,5-godzinny seans
w sezonie 2011- 2012 płaci się 2,70 dol. Jeśli pójdziemy całą rodziną (maksymalnie
5 osób), to koszt wspólnej zabawy na lodzie zamknie się w kwocie 8.10 dol.
Najbardziej popularne miejskie lodowiska to:
Burnhamthorpe C.C.
1500 Gulleden Drive.
Tel.: 905-615-4630
Cawthra Twin Arena
1305 Cawthra Road.
Tel.: 905-615-4800
Clarkson Arena
2475 Truscott Drive
Tel.: 905-615-4840
Erin Mills Twin Arena
3205 Unity Drive
Tel.: 905-615-4760
Huron Park Arena
830 Paisley Blvd. West
Tel.: 905-615-4820
Iceland
705 Matheson Blvd. East
Tel.: 905-615-4680
Malton Arena
3430 Derry Road East
Tel.: 905-615-4640
Meadowvale 4 Rinks
2160 Torquay Mews, Mississauga Tel.: 905-615-4730
Mississauga Valley Arena
1275 Mississauga Valley Blvd.
Tel.: 905-615-4670
Port Credit Arena
40 Stavebank Road North
Tel.: 905-615-4830
Jak widać - jest ich sporo, ale zanim się tam wybierzemy, warto
zadzwonić pod podany numer i upewnić się, kiedy lodowisko jest udostępnione
dla publiczności, bowiem zwykle trenują tam hokeiści.
***
Jeśli śnieg jest dla nas nieodłącznym atrybutem zimy, to proponuję
wycieczkę na północ naszej prowincji. W ośrodkach sportów zimowych w okolicy
Barrie biały puch produkują armatki wodne w każdy mroźny dzień - np. w
Blue Mountain było go w ubiegłą niedzielę 30 cm. Warto więc przezwyciężyć
świąteczne lenistwo i poszaleć na jednej lub dwóch deskach na ośnieżonych
stokach.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat w narciarstwie zjazdowym zaszło
kilka rewolucji dotyczących sprzętu, ale teraz już nikt nie pamięta ery
przedcurvingowej, bo wszyscy bez oporu zaakceptowali deski "rzeźbione".
Istota karwingowych desek zawarta jest w ich kształcie: są szerokie
z przodu i z tyłu, z mocnym przewężeniem w miejscu, gdzie zainstalowane
są wiązania. Tak "wyrzeźbione" (carve) narty umożliwiają bardzo dobre wchodzenie
i wychodzenie z zakrętów bez wykonywania tradycyjnej rotacji, czyli ześlizgu,
a więc w efekcie bez hamującego szybkość tarcia. Są zatem szybsze i łatwiejsze
w prowadzeniu.
Długość nart karwingowych powinna odpowiadać wzrostowi ich użytkownika
lub być nieco mniejsza - taka długość zapewnia najlepszą stabilność i sprawia,
że jadąc na nich, czujemy, iż sprawujemy nad nimi pełną kontrolę. Zwiększa
się zatem nasz komfort i poczucie bezpieczeństwa, a ono jest tu bardzo
potrzebne - narciarstwo zjazdowe należy bowiem do najbardziej niebezpiecznych
sposobów rekreacji.
Ponieważ do prawidłowego prowadzenia nart wymagana jest tężyzna
fizyczna, w praktyce mężczyźni powinni nabywać narty, których długość odpowiada
ich wzrostowi, kobietom czubek karwingowej narty powinien dotykać nosa,
a dzieciom brody.
Im krótsze narty, tym bardziej są one zwrotne, lecz kosztem utraty
szybkości. Tym tłumaczy się fakt, że w wypożyczalniach otrzymamy
zawsze narty dużo krótsze.
Zanim podam, gdzie najlepiej poszaleć na nartach w południowym
Ontario - jeszcze kilka słów o pokrewnej narciarstwu zjazdowemu dyscyplinie,
czyli o snowboardingu.
Powstał na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jedną
deskę upodobali sobie szczególnie ludzie młodzi; bardzo szybka jazda stała
się nie tylko formą zabawy na śniegu, ale i stylem bycia. Luz, swoboda,
nieskrępowanie, jazda ocierająca się o wyczyn i ryzykowną ekwilibrystykę
- wszystko to stanowi magnes dla gustującej w ekstremie młodzieży.
Deska, im dłuższa, tym lepiej sunie po śniegu. W zależności od
preferowanego stylu jazdy wybiera się różne długości desek, zazwyczaj kierując
się ciężarem ciała. Dla początkujących oraz zwolenników ekwilibrystyki
w śniegowych rynnach przeznaczone są deski nieco krótsze.
Duże znaczenie ma długość ślizgu deski. Jest to ta jej część,
która ma bezpośredni kontakt z nawierzchnią. Im jest dłuższa, tym zapewnia
większą stabilność, jednak zbyt długa utrudnia kierowanie deską.
Szerokość deski odgrywa niebagatelną rolę przy skręcaniu. Od
niej zależy prędkość, z jaką przeniesiony zostaje ciężar ciała z przedniej
na tylną krawędź. Szerokość wpływa także na stabilność deski - im jest
szersza, tym bardziej stabilna. Na skręcanie ma też wpływ kształt boków,
tzn. promień ich wcięcia (jak w nartach karwingowych).
Trasy do jazdy na jednej desce ulokowane są zwykle obok zjazdowych,
choć dodatkową atrakcję stanowią tzw. rynny, gdzie snowboardziści mogą
się naprawdę wyszaleć.
Najbardziej wszechstronnym ośrodkiem sportów zimowych w
południowym Ontario jest Blue Mountain Resorts ulokowany nad Georgian Bay
koło Collingwood. Jest to także największy w całym Ontario rekreacyjny
kompleks, gdzie można aktywnie wypocząć o każdej porze roku. Kurort ulokowany
jest w najpiękniejszym zakątku Ontario, u podnóża Niagara Escarpment -
unikatowej formacji skalnej stanowiącej część wytypowanego przez UNESCO
Światowego Rezerwatu Biosfery. Skalne wypiętrzenie wznosi się w niektórych
miejscach na 220 metrów nad poziom widocznej stamtąd zatoki Georgian.
Ośrodek zajmuje 4 kilometry zbocza. Wytyczono na nim 28 narciarskich
tras zjazdowych i dwa tereny, gdzie znajdują się śniegowe rynny dla snowboardzistów.
Zbudowano 13 wyciągów linowych, w tym cztery, poruszające się ze zmienną
prędkością, 6-osobowe wyciągi. Większość tras posiada elektryczne oświetlenie.
Liczba udostępnionych tras zależy od sytuacji pogodowej. W ubiegłą
niedzielę czynne były tylko trzy z nich, a to z uwagi, że do tej pory praktycznie
nie było w naszym regionie naturalnych opadów śniegu. Na czynnych stokach
śnieg jest sztucznie wyprodukowany. System armatek wodnych w Blue Mountain
działa wyjątkowo sprawnie. Gdy temperatura spadnie do minus 6 stopni
C, system złożony z 344 stałych i 309 ruchomych wyrzutni śniegu jest w
stanie pokryć w ciągu dwóch mroźnych dni wszystkie trasy 30-centymetrowym
śniegowym puchem. System pobiera wodę z pobliskiego Georgian Bay w ilości
12 000 galonów na minutę - jest to największe urządzenie w całej Kanadzie.
Blue Mountain posiada doskonałe zaplecze hotelowe. W samym ośrodku,
wokół niego i w pobliskim Collingwood znajdują się aż 22 miejsca, gdzie
można przenocować i nabrać sił, aby rankiem znowu pojawić się na ośnieżonych
zboczach.
Żeby dostać się z Toronto do Collingwood, obok którego leży Blue
Mountain, trzeba jechać prawie dwie godziny samochodem. Najwygodniej wyruszyć
w podróż przez Barrie autostradą nr 400. W samym mieście trzeba skręcić
w drogę nr 26, która po godzinie doprowadzi nas do celu. Mieszkańcom Mississaugi
polecam skorzystać z drogi nr 10 (Hurontario St.), jadąc nią, na miejscu
będziemy już po półtorej godziny.
Ośrodek umożliwia uprawianie narciarstwa zjazdowego, snowboardingu
i snowtubingu. Ceny w sezonie 2011-2012: bilet całodniowy - 59 dol.; półdniowy
plus jazda nocna - 59 dol.; całodniowy plus jazda nocna - 69 dol.; tylko
nocny - 40 dolarów.
***
Zimowe igraszki to nie tylko szaleństwo na deskach po zjazdowym
torze - zimą nacieszyć się można w bardziej urozmaicony sposób: według
mnie, najpiękniej przeżywa się uroki ośnieżonego pejzażu, poruszając się
na biegówkach. Do uprawiania tego typu narciarstwa niepotrzebny jest drogi
sprzęt, a bilety na trasy są kilkakrotnie niższe niż na zjazdowe (ostatecznie,
gdy spadnie śnieg, możemy bezpłatnie biegać po najbliższym miejskim parku).
Mniej tu także urazów, i jeśli tylko nauczymy się odpowiedniego rytmu -
ręce i nogi nie będą sobie przeszkadzać.
Narciarstwo biegowe dzieli się na klasyczne i łyżwowe. Narciarstwo
łyżwowe wymaga ubitej, przejechanej ratrakami trasy. Narty do uprawiania
narciarstwa klasycznego powinny sięgać nadgarstka podniesionych ponad głowę
wyciągniętych rąk. Narty do biegania łyżwowego powinny być krótsze o 10-15
cm. Wiązania w nartach biegowych to proste uchwyty
z zatrzaskami przytwierdzające czubek buta do narty. Jest ich kilka typów,
wszystkie są dobre. Buty powinny być tak wygodne jak te przeznaczone do
biegania.
W narciarstwie przełajowym dużą rolę odgrywają kijki. Dla początkującego
biegacza mniej ważny jest ich ciężar i rodzaj niż ich długość. Dla stylu
klasycznego kijek powinien sięgać pachy, dla stylu łyżwowego - dotykać
dołka w podbródku.
Ubiór do biegania na nartach powinien przypominać ten do uprawiania
joggingu zimową porą.
Na świąteczny crossowy wypad polecam prowincyjny park w
Wasaga Beach. Bilet na trasy kosztuje około 10 dol., ale warto wydać te
pieniądze, bo parkowy pejzaż jest urzekający i zupełnie nieznany - do Wasagi
jeździ się bowiem tylko latem, by nacieszyć się rozległymi plażami Georgian
Bay. Zimą park przykryty jest grubą warstwą śniegu - wybrzeże Georgian
Bay leży bowiem w tzw. snow belt, gdzie opady białego puchu są większe
niż w pozostałej części południowego Ontario. Wytyczono tu na obszarze
500 hektarów osiem tras do uprawiania narciarstwa biegowego (w sumie mają
one długość 26 kilometrów). Są doskonale oznaczone i nie ma żadnej obawy,
że zabłądzimy w lesie. Przy jednej z tras cały dzień płonie ognisko - można
przy nim posiedzieć wśród ośnieżonego lasu.
Dojazd do Wasaga Beach i do parku z naszej aglomeracji jest najwygodniejszy,
gdy jedziemy Airport Rd. Po dotarciu do miasteczka Wasaga Beach skręcamy
w prawo i jedziemy dalsze 9 kilometrów. Wjazd do parku znajduje się po
prawej stronie ulicy. Cała podróż do z Toronto lub Mississaugi zajmuje
około dwóch godzin.
Jerzy Rosa
Mississauga
Biel wigilijnego stołu
Święta Bożego Narodzenia są czymś na kształt guzika pozwalającego zatrzymać
maszynerię naszej rozbieganej codzienności; pstryk i możemy ochłonąć i
pomyśleć.
Niezależnie od tego czy jesteśmy religijni, czy nie, trzeba sporego
wysiłku, by zignorować świąteczny nastrój; aby machnąć na Boże Narodzenie
ręką i przejść obojętnie obok Wigilii. Szczególnie jeśli jest się Polakiem.
Jakoś tak się stało, że to te "zimowe" święta, kiedy na stole
czeka nakrycie dla nieznanego wędrowca, który może wejść z mroku mroźnego
powietrza, to one właśnie odbudowują naszą polską rodzinę.
Boże Narodzenie w czasach zaborów, okupacji, sowieckiego zniewolenia
odtwarzało w nas ludzi i przypominało, kim rzeczywiście jesteśmy w oczach
Pana Boga. Zwłaszcza jeśli jeszcze kilka dni wcześniej tłumaczyliśmy
sobie przed lustrem, że przecież żyć jakoś trzeba; że trzeba załatwiać
konkretne sprawy, zarabiać konkretne pieniądze. Ta przepaść między
tym, kim jesteśmy, a kim powinniśmy być, staje się w Święta niewygodna
i trudna do zgłuszenia. Tę przepaść uświadamia nam bezbronny wszechmocny
Bóg leżący na sianie.
Boże Narodzenie zdziera z nas wielomiesięczne złogi fałszu i
obłudy. Niektóre Wigilie zdolne są nawet przeorać głębiej, zedrzeć lata
samookłamywania, pychy, próżności, uporu w złym; dać okazję, by się pogodzić
albo zacząć na nowo, zapełnić oczy łzami straconego czasu. Tak jakoś też
jest, że Boże Narodzenie wydobywa "Polaka" w Polakach i człowieka w ludziach.
W światełkach choinki, biel opłatka jest jak latarnia morska - od razu
widać, jak daleko jesteśmy od brzegu, ile zboczyliśmy z właściwego kursu.
Pokazuje też, jak daleko jesteśmy od Polski; tej geograficznej i tej duchowej
- dziedzictwa setek pokoleń, wskrzeszonego mieczem i obmytego we krwi obrońców
wiary i króla; każe się zastanowić, czy jesteśmy ich godni. Każe pomyśleć
o tych wszystkich bliskich, którzy odeszli tam, skąd przychodzi Pan.
Te Święta dają nam też dobrą okazję dostrzec małość współczesnych
wandali unurzanych w pogaństwie konsumpcji, zamkniętych w pysze posiadania;
dają okazję ujrzeć truchło barbarii konającego Zachodu, który na własne
życzenie wyzuł się z tysiącletniej tradycji wiary.
Kiedy świat tonie, nam na wigilijnej wyspie, w naszej
oazie; w arce niesionej rzeką pokoleń dane jest posmakować wiecznej
jedności i pełni szczęścia. Bo oto w Wigilię liczy się przede wszystkim
ciepło naszych serc i ktoś uchyla przed nami rąbka egzystencjalnej tajemnicy.
Bo Boże Narodzenie wydobywa na chwilę to, co jest naprawdę ważne,
i zasłania pozłacane śmieci.
Otaczająca nas dzisiaj barbaria skazuje współczesnych na
odkrywanie rzeczy prostych - tych samych, które jeszcze nie tak dawno -
dwa - trzy pokolenia temu - były oczywiste i fundamentalne.
Przy okazji śmierci Vaclava Havla przypomniano jego niedawne
gorzkie słowa, kiedy pisał, że "pierwsza na świecie globalna, ateistyczna
cywilizacja zmierza do katastrofy, a Zachód utracił połączenie z
wiecznością i nieskończonością, przez to niekończący się kolektywizm konsumencki
rodzi nowy typ samotności".
Ta smutna prawda została spuentowana w ogołoconych murach umarłego
praskiego kościoła św. Anny, zamienionego dzisiaj w centrum kultury, gdzie
wystawiono zwłoki zmarłego dramatopisarza.
A przecież narodziny Boga wśród ludzi są wszystko przemieniającą
siłą, jej odrzucenie to odrzucenie porządku rzeczy; postawienie się
poza nawiasem człowieczeństwa. Człowiek nie jest samoistny, nie jest
w stanie być sam z siebie i sam dla sobie. Potrzebuje Boga, aby siebie
zrozumieć, potrzebuje Boga, aby być prawdziwie wolnym, a święta Bożego
Narodzenia dobitnie pokazują, że potrzebuje Boga, aby żyć w pokoju.
Kiedy więc siądziemy do wigilijnej kolacji, nie rozczulajmy się
nad sobą i nie dajmy się unieść łzawym sentymentom; w tych Świętach chodzi
przecież o prawdę, prawdę o naszym życiu. Ta prawda kieruje na dobrą drogę,
daje olbrzymią radość i jest źródłem nieprzemijającej nadziei oraz zrozumienia.
To są najprzyjemniejsze święta, bo jest wspólnota, dzięki której
poznajemy, że jedność w Bogu z innymi to nasze prawdziwe przeznaczenie
i prawdziwe szczęście.
Każde Boże Narodzenie daje okazję, aby wraz z rodzącym się Bogiem
zgasła tęsknota w naszych domach, zniknął lęk, niepokój i odeszła złość.
Bóg się rodzi moc truchleje, nie ma czego się obawiać.
Niech te Święta będą dla Państwa prawdziwym odkryciem Boga, a
przez to prawdziwym odkryciem siebie; odkryciem Boga w radości i w cierpieniu,
w miłości i w samotności, wspólnie, i na przekór wszystkim. Nad to nie
ma nic.
Wesołych Świąt!
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 50/2011
Michnikowszczyna i "Folksdojcze" odrzucają pozory
Wprawdzie nieubłagany postęp przewala się przez nasz nieszczęśliwy
świat na podobieństwo tornada, ale mimo to, tu i ówdzie nie tylko przetrwały
enklawy tradycji, ale nawet rodzi się tradycja nowa. No, nie taka może
znowu "nowa", bo liczy sobie 30 lat, niemniej jednak, zwłaszcza w proporcji
do innych, znacznie bardziej zaawansowanych tradycji, stara nie jest. Mam
oczywiście na myśli nową świecką tradycję obchodów rocznicy stanu wojennego.
Gdyby tak ktoś 13 grudnia 1981 roku zapadł w śpiączkę i obudził się z niej
13 grudnia roku 2011, to prawie nie zauważyłby różnicy. W telewizorze tak
samo - generał Wojciech Jaruzelski, wprawdzie "przeprasza", jednak porozumiewawczo
mruga okiem do starej ubeckiej gwardii, że to "wicie, towarzysze, rozumicie"
- nie jest naprawdę, tylko żeby dogodzić michnikowszczynie. Michnikowszczyna
bowiem musi żyrować generału jego patriotyzm, ponieważ kłamstwo założycielskie
III Rzeczypospolitej ufundowane jest na założeniu, że "patrioci" z razwiedki
z jednej strony i "patrioci" w "lewicy laickiej" z drugiej, "pojednali
się" w 1989 roku dla dobra Polski, wystawili na fronton "Matkę Boską w
klapie", czyli naturszczyka po przejściach nazwiskiem Wałęsa Lech i z tej
sodomii narodziła się III Rzeczpospolita. Gdyby się okazało, że generał
Jaruzelski patriotą jednak nie jest, że to zdrajczyszka, co to, gdyby mu
Breżniew kazał, to utopiłby nasz nieszczęśliwy kraj w krwi bratniej, no
to odium spadłoby również na michnikowszczynę - kogo to mianowicie stręczyła
skołowanemu narodowi tubylczemu i za jaką cenę żyrowała certyfikat niewinności?
Zatem michnikowszczyna nie ma dzisiaj wyjścia - musi powtarzać łgarstwo
o patriotyzmie generała Jaruzelskiego nawet wtedy, gdy ten oświadcza, że
gdyby ponownie stanął w obliczu Solidarności, to zrobiłby to samo.
Nawet wytresowany w mądrościach etapu tak wybitny przedstawiciel michnikowszczyny,
jak Władysław Frasyniuk, powiedział, że on takie przeprosiny p...li, ale
cóż; Frasyniuk - to nie Michnik. Od Michnika wiele mógłby nauczyć
się nawet kameleon, a zresztą - jeszcze tego brakowało, żeby "Żyd roku"
1990 miał się tłumaczyć przed jakimś mniej wartościowym narodem tubylczym.
Mniej wartościowemu narodowi tubylczemu niczego tłumaczyć nie trzeba, tylko
podawać mu prawdy, przydatne do wierzenia na konkretnym etapie.
Więc gdyby tak nasz człowiek wybudził się ze śpiączki 13 grudnia
2011 roku, to mógłby sobie pomyśleć, że czas stanął w miejscu, gdyby nie
marsze, jakie przeciągnęły ulicami Warszawy 12 i 13 grudnia. 12 grudnia,
w rocznicę "ostatniego dnia wolności", Marsz zorganizował "Nowy Ekran",
podczas gdy 13 grudnia - Prawo i Sprawiedliwość - początkowo w proteście
przeciwko berlińskiemu przemówieniu ministra Sikorskiego, a potem - również
w rocznicę stanu wojennnego, nadając temu przedsięwzięciu nazwę Marszu
Niepodległości i Solidarności. Marsze te nie były rozpędzane przez ZOMO,
którego zresztą już "nie ma", tak samo jak "nie ma" mafii, Żydów, Wojskowych
Służb Informacyjnych, Służby Bezpieczeństwa czy komunizmu - i to jest ta
różnica - bo podobnie jak w roku 1981 - również w roku 2011 aż 51 procent
mniej wartościowej ludności tubylczej uważa, że stan wojenny był "uzasadniony".
Czy naród, zawierający aż 51 procent ludności tubylczej, wrogiej, a w każdym
razie niechętnie usposobionej do każdej manifestacji pragnienia polskiej
niepodległości, będzie w stanie zachować niepodległość? Nie jest to wcale
takie pewne, tym bardziej że i pozostała reszta zdecydowanie woli w tym
celu na przykład maszerować w manifestacjach albo intronizować Chrystusa
Króla, niż, dajmy na to - tworzyć silniejsze bataliony, nie mówiąc już
o poważniejszych poświęceniach.
Podczas gdy przedstawiciele pozostałych 49 procent maszerowali
w nieutulonym żalu za niepodległością, młyny sprawiedliwości ukończyły
swą pracę i malinowymi ustami Sądu Najwyższego orzekły, że jesienne wybory
parlamentarne są ważne, bo jeśli nawet tu i ówdzie wystąpiły jakieś niedociągnięcia,
to nie miały one wpływu na wynik wyborów. I słusznie, bo od kiedy to na
wynik wyborów ma wpływ głosowanie? Nie tylko zresztą w naszym nieszczęśliwym
kraju, bo w Rosji też - z tym że w naszym nieszczęśliwym kraju wszyscy
najwyraźniej uznają taki stan rzeczy za normalny, a kto wie - może nawet
i pożądany i nikt nie naciska, by głosowanie powtarzać, podczas gdy brukselski
zdechlaczek, "prezydent" Unii Europejskiej van Rompuy, podobnie jak "Kłamczucha",
czyli Hilarzyca Clintonowa, nalegali, by w Rosji głosowanie zostało powtórzone.
Inna rzecz, że van Rompuy bardzo się nie upierał, bo prezydent Miedwiediew
zaproponował mu parę miliardów euro na zaklajstrowanie bankructwa Eurokołchozu.
Tymczasem u nas - wiadomo; wynik wyborów nie zależy od żadnego głosowania,
ale - po pierwsze - od tego, kogo Państwowa Komisja Wyborcza do wyborów
dopuści, a po drugie - komu bezpieka pozwoli wygrać, a komu nie. Zatem
orzeczenie Sądu Najwyższego jest w jak najlepszym porządku i można
tylko się dziwować, dlaczego aż tyle czasu zajęło mu stwierdzenie oczywistej
oczywistości, znanej każdemu, i to na długo przed wyborami.
Ale oczywista oczywistość to jedna, a wymagająca zostawienia
sobie tempore deliberandi konieczność zachowania pozorów - to druga sprawa.
Ponieważ kto jak kto, ale Sąd Najwyższy jakieś pozory musi zachowywać,
to i zwłoka jest w tych okolicznościach całkowicie zrozumiała. Zatem, kiedy
tylko Sąd Najwyższy ogłosił swoje rewelacje, w Sejmie rozpoczęły się potępieńcze
swary naszych Umiłowanych Przywódców wokół berlińskiego przemówienia ministra
Sikorskiego i prawdopodobnych obietnic, jakie premier Tusk złożył Naszej
Złotej Pani Anieli w sprawie zrzutki do Międzynarodowego Funduszu Walutowego
na "pożyczkę", jakiej Fundusz ma udzielić unijnym bankrutom, a konkretnie
- Italii, żeby wykupiła od banków niemieckich i francuskich swoje śmieciowe
obligacje. Taką kombinację wykombinowała Nasza Złota Pani ze swoim francuskim
kolaborantem Mikołajem Sarkozym, ponieważ unijne reguły zabraniają finansowania
rządowych długów przez narodowe banki centralne - więc byłoby nieładnie,
gdyby Europejski Bank Centralny nagle ostentacyjnie zaczął robić to, co
zostało tak uroczyście potępione. Tedy landy strefy euro mają się zrzucić
na 150 miliardów euro, podczas gdy landy zewnętrzne - na pozostałe 50 miliardów
euro. Ponieważ Wlk. Brytania stanowczo odmówiła udziału w "unii fiskalnej"
oraz tym przedsięwzięciu, a Szwecja i Czechy się wahają, nasz nieszczęśliwy
kraj może przekazać do MFW od 6 nawet do 17 miliardów euro z rezerwy
walutowej Narodowego Banku Polskiego. Najwyraźniej Nasza Złota Pani Aniela
musiała nadać tej sprawie najwyższy priorytet, bo w Sejmie objawił się
foedus Stronnictwa Pruskiego (Platforma Obywatelska) ze Stronnictwem Ruskim
(PSL i SLD) oraz dziwnie osobliwej trzódki Janusza Palikota, od razu przez
złośliwców nazwany "Folksdojczami". Wprawdzie "Folksdojcze" mają w Sejmie
wysoką przewagę, ale jest jeden problem. PiS twierdzi, że ów finansowy
transfer jest umową międzynarodową tego rodzaju, że stosują się do niej
zasady wyszczególnione w art. 90 konstytucji, to znaczy, że ratyfikowanie
takiej umowy przez prezydenta wymaga ustawy uchwalonej większością co najmniej
2/3 głosów. Otóż "Folksdojcze", nawet wsparci 3 głosami posłów "niezależnych",
mają tylko 304 głosy, podczas gdy wymagana większość wynosi co najmniej
307. W tej sytuacji rysują się dwie możliwości: albo już wkrótce będziemy
świadkami potężnej kampanii w wykonaniu "Folksdojczów" i tak zwanych "mediów
głównego nurtu", że nie chodzi o żadną "umowę międzynarodową", której ratyfikacja
wymaga ustawy podjętej większością 2/3 głosów, że chodzi tylko o zwykłą
pożyczkę, a nawet nie żadną tam "pożyczkę", tylko "udostępnienie", które
tak naprawdę niczego nie oznacza, a kto uważa inaczej, ten jest oszołomem,
moherem i tłukiem pancernym, że "euro albo śmierć", że skoro tak głęboko
utkwiliśmy w gównie, to już przepadło i teraz ze wszystkimi musimy udawać,
że to smaczna czekolada, że wreszcie - sam błogosławiony Jan Paweł II chciał,
by Polska została przyłączona do Unii, więc nie można teraz rozkrwawiać
mu serca sprośnymi błędami Niebu obrzydłymi - i tak dalej, i tak dalej
- albo razwiedka, za pomocą konfidentów trzymanych dotąd na czarną godzinę,
uruchomi serię nagłych rozłamów zarówno w PiS, jak i klubie Polska Solidarna,
z których wyłoni się grupa "niezależnych posłów" zrażonych "antyeuropejskim
fundamentalizmem" obydwu klubów i w ten sposób większość wymagana przez
art. 90 konstytucji zostanie osiągnięta - albo wreszcie zobaczymy i jedno,
i drugie - bo przecież jedno drugiego nie wyklucza, a Nasza Złota Pani
nie życzy sobie żadnej partaniny.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Oszukany kraj, oszukani ludzie
Gdy rozpadają się imperia, najpierw ogień pożera prowincje. Na prowincji
środkowoeuropejskiej, rozciągniętej między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca,
łez, potu, udręki i zgryzot dla każdego wystarczy.
Nie warto się zakładać, to więcej niż pewne. I nie jest to bynajmniej
żadne zaskakujące czarnowidztwo, lecz znajomość historii na poziomie podstawowym.
Tymczasem kierownictwo peryferyjnego kraju prywiślanskiego (peryferyjnego
z perspektywy unioeuropejskiej) debatuje, na której ścianie przykręcić
tabliczkę o treści: "za kłopoty państwa i kosztowności zostawione w szatni
rząd nie odpowiada", zaś premier zdaje się z Polaków niemal drwić: "Ja
tu jestem kierownikiem tej szatni. Przeputaliśmy wasze pieniądze i pieniądze
waszych dzieci, i pieniądze waszych wnuków też, i co nam zrobicie?". A
jego akolici potakują: "Chamy się uprą i im daj. No skąd weźmiemy, żeby
oddać zagrabione, jak nie mamy?".
LUKSEMBURGIZM
Nie mają, bo nigdy im nie zależało, by należycie zadbać o powierzone
mienie. Polską, po śmierci Lecha Kaczyńskiego państwem bez zalet, rządzą
dziś ludzie bez właściwości. "Człowieki", nieustannie mylący elementarną
przyzwoitość z zatrważającą ludzi rozumnych obłudą, z hipokryzją sięgającą
orbity księżyca, wreszcie z bezgranicznym partykularyzmem. Oni kłamstwo
obwołują prawdą, a prawdę uznają za wariactwo. Tacy ludzie nie myślą o
przyszłości, powtarzając bezsensownie: "Integracja z Unią Europejską jest
dla Polski jedynym rozwiązaniem, ponieważ jedynym rozwiązaniem dla Polski
jest integracja z Unią Europejską".
Ech, Unia, Unia. Francuski dziennikarz Guy Sorman, pytany, czym
ona jest, odparł, że to próba zinstytucjonalizowania rozwiązań na poziomie
europejskim, które nigdy nie zostałyby przyjęte na poziomie poszczególnych
narodów. Jest w tym sporo racji, przy czym próby wciąż trwają. Próby -
proszę zauważyć - nie mające nic wspólnego z demokracją.
A przecież jeszcze nie tak niedawno demokrację rozumieliśmy jako
umiejętność pokojowego rozstrzyganiu sporów wedle reguły większości. Apetyty
Niemiec i Francji pokazują, że współczesna demokracja polega na forsowaniu
stanowiska silniejszego w sztafażu odpowiednio dobranych przekazów medialnych,
niczym prosiaki słoniną nafaszerowanych terminami w rodzaju "innowacyjność",
"postęp", "nowoczesność", "efektywne państwo", "stabilna gospodarka" czy
"lepsza przyszłość". Publicysta Piotr Semka zauważył, iż takie etykietowanie
stało się rytuałem, do którego przyzwyczaiła nas Platforma Obywatelska
- ale ja nie nazywałbym tego przyzwyczajeniem, a raczej tresurą. Tresurą
zgodną z przekonaniami Róży Luksemburg (stąd luksemburgizm), że jeśli tylko
uda się narzucić narodom określone słowa, to jednocześnie narzuci się im
określony sposób myślenia.
Dokładnie tym tropem podąża dziś Europa, podporządkowywana interesom
Berlina, Paryża i - a jakże - Moskwy. Podąża, arbitralnie wyznaczając tematykę
i dopuszczalny zakres publicznego dyskursu, a także kreśląc żwawo granice
tolerancji, politycznej poprawności i wolności słowa.
ERA BEZŁADU
Koszmarna perspektywa czeka na nas za rogiem. Wstrząs tak czy
siak jest tuż-tuż. Wypada jedynie żałować, że przychodzi tak późno i że
nie jesteśmy nań należycie przygotowani. W każdym razie jutrzejszy kształt
Europy oraz przyszły los obywateli państw europejskich decydują się dziś.
Reszta musi nastąpić i nastąpi wraz z totalnym krachem dotychczasowych
idei.
A propos idee. Zmarły w 1948 roku Mahatma Gandhi, polityk i filozof,
przez wielu Hindusów traktowany niczym bożyszcze pozbawione ludzkich cech,
wymienił kiedyś siedem grzechów głównych ówczesnych społeczeństw. Uznał
za takie: bogactwo bez pracy, przyjemności bez sumienia, wiedzę bez charakteru,
naukę bez człowieczeństwa, religię bez gotowości do ofiary oraz politykę
bez zasad. Jeśli uważnie przyjrzeć się współczesności, obserwacje Gandhiego
nic nie straciły na ważności, przeciwnie, kilka grzechów spokojnie można
do tej listy dopisać. Na przykład grzech egoizmu, skutkujący moralną degrengoladą
i zanikiem poczucia wspólnoty. Na przykład grzech nieprzyzwoitości, skutkujący
akcjami ratującymi skórę tchórzofretkom, ale zarazem odstręczającymi od
refleksji nad tragicznym losem najmłodszych ludzi. I tak dalej, i tak dalej.
Najgorsze zaś, że wkraczając w erę bezładu, bezładu nie dostrzegamy.
Zaplątywani w anomię, nie rozumiemy, czym nam grozi. Podczas gdy większość
przyzwoitych Polaków milczy, głos zabierają politycy, naparzając się po
odwłokach słowami wyjałowionymi z treści. Z drugiej strony, ludzie zrobieni
z telewizorów zatracają umiejętność analizy negatywnych zjawisk, niosących
ze sobą konsekwencje nieuchronne a dramatyczne, choć odłożone w czasie.
Medialna tresura Polaków sięga poziomu eksperckiego, zaś samodzielność
intelektualna przeważającej grupy obywateli nie tyle, że pozostawia wiele
do życzenia, ale w ogóle istnieje w stanie szczątkowym. Tym łatwiej polityczno-medialnej
sitwie udaje się tak zwany elektorat, kolokwialnie rzecz ujmując: "robić
w konia".
"Chcesz żyć w demokracji? Patrz na ręce władzy" - głosi telewizyjna
reklama dziennika "Gazeta Polska Codziennie". Otóż te czasy dawno minęły.
Teraz sprawa jest oczywista niczym wschód i zachód słońca: chcesz żyć w
demokracji, poproś o azyl w Szwajcarii. Zaś w Polsce patrz na ręce i władzy,
i mediom. Tym drugim w pierwszej kolejności.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Odebranie obywatelstw nieuczciwym
Kanadyjska akcja zabierania obywatelstw osobom, które nie były uczciwe
w stosunku do kanadyjskiego rządu, nabiera większego zasięgu. Wstępnie
rząd ogłosił odbiór kanadyjskiego statusu około 1800 osobom, teraz media
podają, że tych osób będzie aż ponad 6500 tysięcy, a liczba może
wzrastać. Ponadto około 4400 osób, mających swoje podania
o obywatelstwo w toku, jest poddanych dochodzeniu. Osoby te mogą nie otrzymać
obywatelstwa, nie wspominając o tym, że stała rezydencja także może
zostać im odebrana.
Jest to szokująca liczba, w historii kanadyjskiej imigracji nie
było jeszcze takiej akcji.
Do czasów obecnych rząd raczej nie sprawdzał imigracyjnych przestępstw
po zakończeniu sprawy, śledztwa zazwyczaj miały miejsce w czasie trwania
procedury, a podejrzanym o nieuczciwość i imigracyjne kombinacje nie przyznawano
kanadyjskiej rezydencji lub obywatelstwa.
W dzisiejszych realiach, osoby nieuczciwe mogą zostać pociągnięte
do odpowiedzialności, także posiadając już kanadyjskie obywatelstwo i
nawet po kilku latach. Rząd rozsyła zawiadomienia do osób podejrzanych
lub oskarżonych o imigracyjne szwindle.
Najczęstszym oszustwem było pobieranie kanadyjskich benefitów
i fałszowanie kanadyjskiej rezydencji, po to by otrzymać kanadyjskie obywatelstwo.
Prawo wymaga, by w większości przypadków osoba zamieszkiwała
w Kanadzie przez trzy lata, oczywiście istnieją odstępstwa od tej reguły,
na przykład przebywanie poza Kanadą w towarzystwie kanadyjskiego partnera-obywatela
czy wyjazd w celach biznesowych lub praca dyplomatyczna. Jednak jeśli
imigrant nie spełni wymogów prawnych, obywatelstwo nie powinno być przyznane.
Jak się okazuje, tysiące rezydentów, którzy nie spełnili wymogów prawnych,
otrzymało obywatelstwo na podstawie nieprawdziwych informacji i fałszowanych
dokumentów.
Osoby, które otrzymają decyzje odebrania kanadyjskiego statusu-obywatelstwa,
będą mogły się odwołać w wyższych instancjach.
IZABELA EMBALO
Licencjonowany doradca prawa imigracyjnego Kanady
Licencja nr R506496
Immigration Consultants of Canada Regulatory Council
OSOBY ZAINTERESOWANE PORADĄ IMIGRACYJNĄ LUB OBYWATELSKĄ
PROSIMY O KONTAKT:
416 515 2022, emiz@live.ca WWW.EMIGRACJADOKANADY.COM.PL
Współpracujemy z kancelarią adwokacką John W. Kozina Law Office
www.emigracjakanada.net.
Dlaczego tu nic nie widać?
Proszę nie narzekać, że na załączonych po prawej stronie fotografiach
najnowszego produktu Dodge'a prawie nic nie widać - tak ma być! Premiera
bowiem pierwszego wspólnego samochodu stworzonego przez Chryslera i Fiata
odbędzie się dopiero 9 stycznia w Detroit. By podkręcić temperaturę, Amerykanie
opublikowali kilka fragmentarycznych fotografii, a w Internecie umieścili
na stronie www.dodge.ca/en/dart/ licznik, który odlicza czas do otwarcia
North American International Auto Show w 2012 roku...
Dodge dart był już produkowany w Ameryce Północnej. W Kanadzie można
go było nabyć w latach 1960-1976. Oczywiście, nowy model, który poznamy
za ponad trzy tygodnie, nie ma nic z nim - oprócz nazwy - wspólnego.
Dart narodził się jako pełnowymiarowy sedan, a skończył jako kompaktowy
wóz dla najuboższych. Początkowo mierzył wysoko, nawet jego nazwa pochodzi
od nazwy samolotu ponaddźwiękowego convair F-106 delta dart, zwanego w
skrócie "delta dart", który powstał w tym samym 1960 roku co auto Chryslera.
35 lat później nazwa została znów ożywiona i ochrzczono nią pierwsze
dziecko Fiata i Chryslera. Zbudowane jest na bazie alfa romeo giulietta
i w przyszłym roku pojawi się w sprzedaży w naszym kraju. Dart wyprze z
rynku calibra, który ma niezbyt dobre notowania i wytwórnia chce z niego
zrezygnować na rzecz czegoś świeższego i atrakcyjniejszego z włoskim rodowodem.
Dart, po wyeliminowaniu calibra, będzie najmniejszym wozem w
ofercie Dodge'a. Jego atrakcyjność na pewno wzrośnie, gdy zgodnie z zapowiedzią
będzie oferowany z trzema silnikami do wyboru: od podstaw skonstruowany
"tigershark" o pojemności dwóch litrów, turbodoładowany 1,4-litrowy MultiAir
i "tigershark" MultiAir z czterema cylindrami i pojemności 2,4-litra. Interesujący
się motoryzacją na pewno zauważyli, że pierwszy z silników wykorzystywany
jest przez Włochów do napędu fiata 500 abarth.
Do transmisji mocy na koła będą służyć trzy typy skrzyń biegów:
ręczna, automatyczna i automatyczna z podwójnym sprzęgłem TCT. Chodzą pogłoski,
że w najbliższej przyszłości będzie można nabyć darta z 9-stopniowym automatem,
co pozwoli na superoszczędną, o 16 procent niższą, eksploatację tego samochodu.
Według danych amerykańskich, potrafi on wówczas przebyć na jednym galonie
benzyny 40 mil. Na razie planuje się wypuszczenie auta z 6-biegowym automatem
i podwójnym sprzęgłem.
Jak wspomniałem, auto powstało w oparciu o płytę podłogową giulietty,
z którą dzieli większość podzespołów mechanicznych. Nowy dart będzie wyposażony
w niezależne zawieszenie wszystkich czterech kół, czuły i precyzyjny układ
kierowniczy, a także 18-calowe koła.
Z ujawnionych fotografii można na razie wyciągnąć wniosek, że
dart nie będzie nadwoziową kopią alfa romeo giulietty - podobieństwa zostały
ukryte pod karoserią i wewnątrz wozu. Wygląd nadwozia jest zupełnie odmienny
od stylistyki włoskiego auta. Amerykański producent określa design swojego
najnowszego modelu jako "dynamiczny". Sportowy wygląd darta podkreślają
m.in. czarny grill z charakterystycznym dla tej marki dużym krzyżem, przednie
reflektory z czarnymi wkładami, tylne lampy nawiązujące do modelu charger,
a także muskularne nadkola. Ponieważ jest to kompaktowe auto, nie oczekujmy
jednak zbytnich ekstrawagancji.
Produkcja reanimowanego darta odbywać się będzie w USA, w fabryce
w Belvedere w stanie Illinois. Kompaktowe dziecko Fiata i Chryslera będzie
walczyło na naszym kanadyjskim rynku z chevroletem cruze'em, forden focusem,
hondą civic i hyundaiem elantrą.
Nieznana jest jeszcze jego kanadyjska cena - zostanie ujawniona
po styczniowej premierze samochodu - w sprzedaży w Kanadzie pojawi się
w trzecim kwartale 2012 roku.
Jerzy Rosa
Mississauga
Fundament polskiej pierestrojki
Z dzisiejszej perspektywy wydarzenia 1981 roku nabierają nowego koloru.
Istota sporu o stan wojenny powinna iść zupełnie nowym tropem; widać, że
nie chodziło w nim o to, by ratować peerelowską "niepodległość" przed interwencją
bratnich wojsk - z dokumentów wynika jasno, że Sowieci nie mieli zamiaru
bardziej angażować się militarnie na terenie Polski, a Jaruzelski mógł
liczyć na pomoc jedynie w ograniczonym wymiarze.
A więc po co? Dlaczego gensek rozpoczął "wojnę z narodem"?
Prawdopodobnie klucz leży w geremkowych (i nie tylko) umizgach
do Cioska i innych komuchów.
Stan wojenny był przygotowaniem kolejnego etapu, miał być sitem,
który oddzieli "konstruktywną opozycję" od plew niepodległościowych ekstremistów,
pozwalając jednocześnie na przygotowanie gruntu pod zmianę systemu gospodarczego.
Za sprawą wydarzeń stanu wojennego i bezpośrednio po nim, z Polski
wypchnięto część niewygodnych "ekstremistów", pozostałą zaś "opozycję"
ludzie Kiszczaka zdołali posegregować i przygotować. Mieli wszystkich,
jak na talerzu. Zatrzymać można było za byle co, można było też legendować
"własnych" działaczy; oddzielić tych, którzy głosili radykalne tezy o kopaniu
komunistów, od "rozsądnych", którzy widzieli w komuchach partnera do gry.
Przez te kilka lat "pedagodzy" z SB przysposabiali drugą stronę
okrągłego stołu; prowadzili "rozpoznanie walką". Bez stanu wojennego tak
głęboki stopień infiltracji masowego ruchu byłby niemożliwy.
To jedno.
Druga sprawa - z pewnością równie ważna - dotyczy przemian gospodarczych,
tych zaczętych jeszcze przed stanem wojennym, ale przez stan wojenny przyspieszonych
- to właśnie w okresie lat 80. nomenklatura przygotowała się do skoku na
kasę - do przejęcia majątku narodowego. To wówczas, w sytuacji powszechnych
braków w zaopatrzeniu, panowie pokroju Kulczyka czy Solorza zaczęli
biznesowe kariery jako właściciele "firm polonijnych". To wtedy rozpoczęto
na wielką skalę
prowadzenie wykupywania na rynkach wtórnych polskiego długu przez podstawione
firmy z rajów podatkowych; to wtedy prawdziwą kontrolę nad państwem
przejął aparat bezpieczeństwa - WSW i SB.
W tej niby zaostrzonej sytuacji prawnej "swoi" dostali zielone
światło do rozpoczynania działalności gospodarczej na dużą skalę. W 1981
roku istniało kilkadziesiąt "firm polonijnych", w roku 1988 było
ich 700. Większość stanowiła wylęgarnię razwiedkowego biznesu. Testowano
zasady późniejszego uwłaszczenia i wiązania gospodarki z aparatem politycznym.
To wszystko umożliwił stan wojenny - pozwolił na ograniczenie
swobód do grona wybranych ludzi.
Architektami tego rozwiązania nie byli wyłącznie "ludzie aparatu",
ale również "konstruktywni" opozycjoniści, których wielu nosiliśmy wtedy
na rękach. Dzięki tym rozwiązaniom członkom PZPR i bezpieczeństwa łatwo
przyszło ukraść dorobek milionów Polaków. Mówił o tym wprost w czerwcu
1989 Michnik w wywiadzie dla belgradzkiego tygodnika NIN: - jeżeli ludzie
z nomenklatury wejdą do spółek akcyjnych, jeśli staną się jednym z właścicieli,
wówczas będą zainteresowani, by tych akcyjnych stowarzyszeń bronić, a system
akcyjny niszczy porządek stalinowski - przekonywał.
Proceder rozkradania kraju dostał błogosławieństwo od ustosunkowanych
za granicą szefów tzw. opozycji. Na to, w 1980 roku tamtejsza "Solidarność"
w życiu by nie poszła. Ale stan wojenny pozwolił tamtą "Solidarność" przenicować
w nową, według receptur podanych Cioskowi przez Geremka jeszcze przed
13 grudnia. Ta receptura była w 1981 roku jednoznaczną deklaracją zdrady
przez środowisko besserwisserów wiadomej międzynarodówki.
Wprowadzenie stanu wojennego oczyszczało grunt pod dzisiejszą
Polskę, pozwoliło z jednej strony wyrugować z gry "szowinistów, nacjonalistów,
radykałów", i wszystkich innych "krzykaczy", których odsłonił brzemienny
w wydarzenia rok 81; których wyniosła pierwsza "Solidarność", stan wojenny
pozwolił też dokładnie przygotować środowisko samej opozycji.
Dzisiaj wiadomo, że osławiona polska konspira była lipą
- gdyby Kiszczak chciał nas wszystkich wyłapać - mógłby momentalnie zapełnić
więzienia właściwymi ludźmi. Niewiele by my to dało - pożyteczniejsza była
kontrola. Bo kontrolowanie opozycji pozwalało też na prowadzenie gry z
Zachodem; stawką był status elit politycznych peerelu w nowym ustroju;
było zagwarantowanie braku rozliczeń i możliwości szybkiego bogacenia się;
słowem, dzięki stanowi wojennemu transformacja ustrojowa dokonała się na
warunkach komunistycznych.
I do takiej zmiany namawiał komunistów Geremek, kiedy zachwalał
siłowe rozwiązanie i rozprawienie się z ekstremą: "Aparat ?Solidarności=
musi zostać zlikwidowany przez państwowe organy władzy. (...) Po konfrontacji
nowa władza państwowa mogłaby w innej sytuacji politycznej kontynuować
pewne procesy demokratyzacyjne".
Masowej, polskiej "Solidarności" bali się nie tylko komuniści
- bali się jej członkowie wiadomej międzynarodówki, którzy mieli już gotowy
własny plan "demokratyzacji" i nie mogli ot tak, oddać kierownicy w ręce
"głupich polskich szowinistów" .
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 49/2011
Ważą się losy Rzeszy i 300 miliardów
"Ach, bierzcie wozy, ach, bierzcie dostatek, tylko puszczajcie nas
zdrowo" - taki jęk przedstawicieli "klubu trzeciego miejsca" unosił się
8 grudnia nad Marsylią, gdzie odbył się "miniszczyt" UE, to znaczy - "szczyt"
Europejskiej Partii Ludowej. Parteigenossen Volkspartei z 17 krajów namawiali
się tam, jakie stanowisko zająć na prawdziwym "szczycie" w Brukseli, który
rozpoczął się "roboczą kolacją" tego samego dnia wieczorem. W tym miniszczycie
uczestniczył również premier Tusk, i to samotnie, ponieważ pani marszalica
Ewa Kopacz ze swoim zastępcą Cezarym Grabarczykiem i zdegradowanym do poziomu
szefa Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych Grzegorzem Schetyną do Marsylii
nie pojechali, bo podobnież pokiełbasiły się im terminy. Wszystko to oczywiście
być może, bo akurat ci Umiłowani Przywódcy jeszcze na poprzednich stanowiskach
dali się poznać właśnie z tego, że wszystko im się kiełbasiło - ale równie
przekonującą przyczyną mogłoby być i to, że ani Nasza Złota Pani Aniela,
ani jej francuski kolaborant Mikołaj Sarkozy nie życzyli sobie, by
premieru Tusku towarzyszyła aż tak liczna asysta. Zresztą słusznie - bo
przecież niczego on nie będzie tam negocjował, a nawet gdyby i coś tam
negocjował, to akurat pani marszalica Kopacz byłaby mu przy tym potrzebna
jak psu piąta noga. Stanowisko Polski jest przecież znane od czasu berlińskiego
przemówienia ministra Sikorskiego. Wprawdzie minister Sikorski z charakterystyczną
dlań bufonadą twierdził, że było to wystąpienie "autorskie", ale powiadają,
że autorem tego przemówienia był były brytyjski ambasador w Warszawie Charles
Crawford. Myślą przewodnią tego stanowiska była oferta, by w zamian za
wzięcie przez Niemcy odpowiedzialności za zażegnanie kryzysu finansowego
w strefie euro, pozostałe państwa członkowskie UE zgodziły się na federalną
strukturę europejskiego imperium, to znaczy - na formalną już tym razem
rezygnację z niepodległości - bo faktyczna nastąpiła w momencie wejścia
w życie Traktatu lizbońskiego.
W chwili gdy to piszę, "szczyt" jeszcze nawet się nie zaczął
- ale zanim jeszcze rozpoczęła się "robocza kolacja", Nasza Złota Pani
oświadczyła, że nie ma mowy o żadnym niemieckim zaangażowaniu, dopóki nie
będzie zgody na zmianę unijnych traktatów, która wymusiłaby na państwach
członkowskich większą dyscyplinę. Ale do większej dyscypliny zobowiązywały
państwa członkowskie traktaty już istniejące, jednak okazało się to zupełnie
niewystarczające - czego dowodem jest właśnie kryzys. Najwyraźniej przyczyna
tkwi w tym, że dopóki państwa członkowskie czują się państwami, to wydaje
im się, że mogą sobie takie traktatowe zobowiązania lekceważyć. W takiej
sytuacji nie ma innej rady, jak znowelizować traktaty w taki sposób, by
państwa członkowskie państwami być przestały - na podobieństwo owej "matrony
krakowskiej", którą Boy-Żeleński charakteryzował jako "stwór podeszły wiekiem,
co kobietą być już przestał". Krótko mówiąc - że trzeba przekształcić Unię
w federację z landami o ograniczonej autonomii. To właśnie proponował
minister Sikorski w przemówieniu napisanym podobno przez byłego brytyjskiego
ambasadora w Warszawie. Dlaczego p. Crawford wykoncypowałby ministru Sikorskiemu
taką ofertę, skoro brytyjski premier Cameron właśnie stanowczo oświadczył,
że Wielka Brytania "nigdy" nie zgodzi się na zmiany traktatowe, które uszczuplałyby
brytyjskie interesy? No cóż; historia prowokacji zna jeszcze gorsze przypadki,
więc warto zwrócić uwagę, że z uwagi na liczbę brytyjskich zastrzeżeń do
unijnych traktatów, Wielka Brytania ma w UE status bardziej chłodnego obserwatora
niż entuzjastycznego uczestnika. Inaczej mówiąc, nie wydaje się być specjalnie
zainteresowana wzrostem niemieckich wpływów na kontynencie - co nieuchronnie
musiałoby nastąpić po przekształceniu Unii w federację. Czyżby zatem pan
Crawford wykorzystał powszechnie znaną bufonowatość ministra Sikorskiego
do wpuszczenia za jego pośrednictwem na forum unijne szczura, na którego
widok wszyscy wpadną w histerię do tego stopnia, że Nasza Zniechęcona Pani
wespół ze swoim francuskim kolaborantem Mikołajem Sarkozym machną ręką
na peryferyjne marchie i postawią na Rzeszę trochę mniejszą, ale za to
tańszą i bardziej sterowną? Również i to być może; zresztą Nasza Złota
Pani, a zwłaszcza - jej fałszywy francuski kolaborant otwarcie tego właśnie
nie wyklucza, co premieru Tusku musi ze strachu podnosić włosy na głowie,
niczym zachodnim bankierom w słynnej piosence Andrzeja Rosiewicza z roku
1980 ("Legitymację partyjną oddał Wincenty Kalemba, a tam zachodnim bankierom
włosy stają dęba...") - bo to nie tylko nici ze słynnych "300 miliardów",
którymi Platforma kusiła mniej wartościowy naród tubylczy - że to niby
Unia sypnie forsą i znowu będzie jak za Gierka - ale przede wszystkim trzeba
będzie samotnie stanąć oko w oko z kryzysem, który przecież już ante portas!
Na
to niestety nie jest przygotowany ani nasz nieszczęśliwy kraj, ani żaden
z Umiłowanych Przywódców, którym - jak powiedziałby dziś pan Zagłoba -
listy wozić, panny porywać, ale z kryzysem - dudy w miech, zaś Józef Piłsudski
wyraziłby to jeszcze brutalniej: wam kury szczać prowadzać, a nie z kryzysami
walczyć.
A tu jeszcze, jak na złość, NATO, to znaczy - Amerykanie nie
dogadali się z ruskimi szachistami w sprawie tarczy antyrakietowej, wskutek
czego "kłamczucha", czyli Hilaria Clintonowa, podczas wizyty w Wilnie z
okazji zjazdu ministrów spraw zagranicznych OBWE, podała w wątpliwość demokratyczny
charakter niedzielnych wyborów w Rosji - czego pośrednim dowodem są tłumione
przez milicję protesty. W porównaniu do "jaśminowej rewolucji" w krajach
arabskich wyglądają one trochę miemrawo - ale bo też ani Francja,
ani Amerykanie, ani nawet Izrael - nie mają w Rosji tylu agentów,
co, dajmy na to, w Tunezji czy Egipcie. Więc chociaż niektóre rosyjskie
gazety piszą o "przebudzeniu generacji" - mając oczywiście na myśli "klasę
średnią" - to protestuje również całkiem inna klasa, która na propagandowym
plakacie przedstawia wystraszonego Putina ubranego w polski strój z epoki,
któremu polski adiutant pokazuje przez kremlowskie okno nadchodzących Rosjan.
Całe szczęście, że do wyborów w naszym nieszczęśliwym kraju nikt nie ma
zastrzeżeń - podobnie jak nikt nie miał zastrzeżeń do marksizmu w Związku
Radzieckim. To co u innych może by raziło, u nas wygląda całkiem naturalnie.
Widocznie taki los wypadł nam.
I kiedy na szczycie w Brukseli ważą się losy i kształt przyszłej
Rzeszy, zaś premier Tusk i pozostali przedstawiciele "klubu trzeciego miejsca"
z bojaźnią i drżeniem oczekują decyzji w sprawie obiecanych podczas kampanii
wyborczej 300 miliardów (jeśli ich nie dostaną i nie odsypią paru okruszków
na "szaraszki" dla autorytetów moralnych i artystów, to ci mogą stracić
do Platformy cały smak i nie pomogą nawet konfidenci) - w Warszawie trwają
przygotowania do marszu - szczerze mówiąc, nie do końca wiadomo, w jakiej
właściwie intencji. Początkowo miał to być marsz w obronie niepodległości,
której utrata - jak optymistycznie zauważył prezes Jarosław Kaczyński -
dopiero nam "grozi". Ponieważ jednak Narodowe Odrodzenie Polski, wzbudzając
obawy dlaczegoś akurat u pani red. Wielowieyskiej z "GW", zaczęło się odgrażać,
że "za zdradę - kula w łeb" - więc ostatnio "na mieście inne były już treście"
- że już nie w obronie niepodległości, a tylko dla upamiętnienia 30. rocznicy
stanu wojennego. I słusznie - bo czyż maszerowaniem można obronić niepodległość?
Mało to prawdopodobne, chyba że najnowszy patent polegałby na pomyśle,
by utraconą niepodległość zastąpić marszami w jej obronie. To nawet sprytne,
bo niepodległość już i tak diabli wzięli, a tymczasem - kto wie? - może
dla wielu być porywające, bo propagandowe wrażenie - kolosalne, a ryzyko
żadne.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Zdychaj, Unio!
Zadziwiające, lecz większość Polaków nie dostrzega, że mimo zachowania
pozorów suwerenności, Polska właściwie nie istnieje dziś jako państwo niepodległe
- w znaczeniu takiego, które samo określa własne interesy i potrafi skutecznie
o nie zabiegać na arenie międzynarodowej.
Jak Europa długa i szeroka, jak okrągłe są brzuchy europejskich
urzędasów ślepo zapatrzonych w dyrektywy Komisji Europejskiej, zewsząd
niesie się dramatycznie ufryzowane pytanie: "czy Unia Europejska przetrwa?".
Tymczasem odpowiedź wydaje się równie prosta jak nurt myślowy karaczana.
Czy, żeby przywołać ludzkie realia, jak procesy rozumowe niektórych dziennikarzy
Superstacji. Ale nim wprost tę odpowiedź wyartykułujemy, zachowajmy należną
dystynkcję, rozważając pytanie naprowadzające. Mianowicie: czy warto zginać
kolana, zyskując w zamian poklepanie po ramieniu? Moim zdaniem nie warto,
a dowodem ostatnich kilkaset lat.
NAKRĘCANE PAJACE
Przed tygodniem przytoczyłem w tym miejscu refleksyjną uwagę
Zbigniewa Herberta, przestrzegającego przed zgubnymi dla narodów konsekwencjami
zaniechań w obszarze praktykowania patriotyzmu. "Gdy gnębiona jest podmiotowość
40-milionowego narodu" - powiada Herbert - "a naród ów nie zbuntuje
się, to oznacza, że niegodny jest żyć wolnym i czekają go straszliwe konsekwencje".
W powyższy kontekst znakomicie wpisało się berlińskie przemówienie ministra
spraw zagranicznych polskiego rządu, Radosława Sikorskiego.
Prawdę powiedziawszy, bardzo dobrze się stało, że Sikorski niemalże
wprost opowiedział się za formalną likwidacją niepodległości Polski, nawołując
do utworzenia europejskiej federacji, pozostawiającej państwom narodowym
jedynie symboliczne uprawnienia, to znaczy bez punktów stycznych z klasycznie
pojmowaną suwerennością. Bo jeśli narody nie mogłyby samodzielnie wyznaczać
kierunków polityki zagranicznej, decydować o kwestiach związanych z obronnością,
gospodarką i finansami - jakże moglibyśmy mówić o ich suwerenności i niepodległości?
Z drugiej strony, nazywajmy rzeczy po imieniu: Sikorski, niczym
zręcznie nakręcony pajac, powiedział to, o czym Niemcy myślą, ale czego
wciąż jeszcze głośno nie mówią, bo im nie wypada. Tak czy siak, warto zauważyć:
fundamenty niemieckiej dyplomacji pozostają niezmienne, zaś Polska przez
dwie dekady nie zaczęła takowych nawet projektować. Dlatego drogo zapłacimy
za egoizm naszych - Boże czemu doświadczasz nas tak okrutnie - tak zwanych
elit. Profesor Ryszard Legutko: "Rząd kieruje się przekonaniem, że mu wszystko
wolno. (É) Wystosował apel do rządu innego kraju, by ten przejął przewodnictwo
w Europie. Co to w ogóle ma znaczyć? Kto go upoważnił do takiego apelu?".
Być może Radosław Sikorski rzeczywiście przekonany jest, że jego
biografia to właściwy krok ku nieśmiertelności. Miałby rację o tyle, że
zdrada w istocie wydaje się nieśmiertelna. Innymi słowy, myląc rozsądek
z uległością, kroczy nasz mały Raduś w wieczność - tyłem. A wraz z nim
reszta tej czeredy, z której przyzwoitość wyssano niczym szpik z kręgosłupów.
Ale dość o nich wszystkich.
ZASADNE PYTANIE
Suwerenność to zdolność do samodzielnego sprawowania władzy na
własnym terytorium w dowolnym zakresie. To zachowanie podmiotowości w kwestiach
dotyczących swobodnego stanowienia prawa na tym obszarze i niezależność
od podmiotów zagranicznych. Jak bardzo nasza podmiotowość została ograniczona,
można było zaobserwować na przykładzie śledztwa w sprawie wyjaśnienia przyczyn
katastrofy smoleńskiej, gdy Polska de facto nie miała nic do powiedzenia,
jeśli chodzi o badanie bezpośrednich okoliczności wypadku rządowego samolotu
i śmierci wielu członków państwowej elity.
Dlatego powiem tak: to, co racjonalne z perspektywy indywidualnej,
na przykład z perspektywy marzeń Donalda Tuska, Radosława Sikorskiego (czy
podobnych im tuzów współczesnej polskiej "pierwszej ligi" politycznej)
o żeglowaniu w "głównym europejskim nurcie", może być jednocześnie kompletnie
irracjonalne, widziane z perspektywy marzeń o dumnej i silnej Polsce. Ludzie
rozumni z powyższym polemizować nie będą. W tych okolicznościach zasadne
pytanie brzmi: czy w świetle ostatnich wydarzeń, po tym wszystkim, co stało
się z Polską i Polakami po 10 kwietnia 2010 roku, człowiek prawy i przyzwoity,
obywatel narodowości polskiej, a więc ktoś, komu nieobce są interesy narodu,
z którego pochodzi, może popierać działania rządu Donalda Tuska? A skoro
nie może i nie powinien, kim są ludzie, dzięki którym ów rząd poparcie
utrzymuje i iloma czołgami dysponują?
Skoro Polacy dają sobie wpierać kit, zatem kit będą z Unii mieli.
I obyśmy tylko nie wylądowali gorzej. Albowiem, mimo zapewnień z wieży,
czyli z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, zbliżonej do ministra Rostowskiego
jak nigdy dotąd, to nie ten kurs i nie ta ścieżka, a spoza horyzontu nie
wyłania się bezpieczne lądowisko, a raczej coś, co zaczyna przypominać
podsmoleński las.
***
Natomiast tym wszystkim, którzy biorą na poważnie pytanie, czy
Unia Europejska przetrwa, odpowiadam: rozumnym Europejczykom taka Unia
jest zbędna. Dla obu projektów: politycznego pt. "unia europejska" oraz
gospodarczego pt. "euro", należy natychmiast obstalować dwie trumny. Im
prędzej się to stanie, tym dla Europy lepiej. Więcej nawet: by ocalić Europę,
najwyższy po temu czas. Albowiem gdy Berlin zrozumie, co może stracić,
na ratunek dla Starego Kontynentu znowu może być za późno.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl
Izabela Embalo
Trudniej z terenu Kanady
Dla wielu imigrantów nie jest zbyt dobrym rozwiązaniem pozostanie bez
ważnej wizy w Kanadzie, nielegalna praca i dopiero wówczas staranie się
o zalegalizowanie pobytu stałego. Niestety, wielu naszych rodaków tak właśnie
czyni. Imigrant przylatuje na wakacje czy z wizytą rodzinną, właściwie
skupia się na tym, by przekroczyć kanadyjską granicę, i następnie pozostaje,
obawiając się tego, że ponowny powrót nie będzie możliwy. Oczywiście wszystko
zależy od indywidualnej sytuacji osoby.
Niektórzy, wygnani z kraju rodzinnego, czy nawet z Europy Zachodniej,
trudną sytuacją ekonomiczną, pozostają bez ważnej wizy lub przedłużają
ją na pół roku, jednak czas szybko ucieka, wiza się kończy i sytuacja prawna
w pewien sposób komplikuje się. Dlaczego? Dlatego, że obecnie na terenie
Kanady trudno jest otrzymać naszym rodakom pobyt stały. Osoby, które nie
chcą powrócić i załatwiać formalności, tak jak w większości przypadków
nakazuje prawo, mogą skorzystać z zawężonych opcji, dlatego że na terenie
Kanady można złożyć podanie o pobyt stały wówczas, gdy korzysta się z programu
humanitarnego, azylu lub łączenia rodzin. Istnieje także możliwość załatwienia
wizy pracowniczej bez kontraktu pracy osobom poniżej 35. roku życia, więc
warto się dowiedzieć, czy nie ma innego, lepszego rozwiązania, zanim podejmie
się decyzję pozostania i zatrudnienia bez ważnego statusu.
Liberalnie są nadal traktowani małżonkowie i partnerzy w relacji
konkubinatu. Nie chciałabym bowiem niepotrzebnie swoim artykułem stresować
tych, którzy procesują swoje wnioski rodzinne z terenu Kanady.
Warto także nadmienić, że sprawę humanitarną jest coraz
trudniej wygrać z tego chociażby względu, że zaostrzyły się przepisy imigracyjne,
zmieniły się procedury, a liczba miejsc jest bardzo ograniczona. Nie można
każdego przyjąć, kto złoży podanie, i nawet osoby z dość dobrą podstawą
prawną, na przykład posiadające urodzone w Kanadzie dzieci, muszą się liczyć
z decyzją odmowną.
Pozostanie bez ważnej wizy może także wpłynąć negatywnie na szanse
załatwienia statusu imigracyjnego poprzez kanadyjskie zatrudnienie, co
może być jedyną możliwością kandydata. Urząd nie ma obowiązku przyznać
wizy osobom, które znalazły pracę, choć nie znaczy to, że w każdym przypadku
imigrant otrzyma odmowę. Większe szanse mają osoby, które starają się o
powrót po sześciu miesiącach. Jednak, by powrócić na wizę pracowniczą,
najczęściej wymagana jest, między innymi, specjalna zgoda z kanadyjskiego
Urzędu Pracy - LMO (Labour Market Opinion), którą też nie jest najłatwiej
załatwić, zwłaszcza w prowincji Ontario.
Osoby, które pamiętają, jak łatwo można było kiedyś otrzymać
kanadyjską rezydencję, zapewne się dziwią, czemu ten imigracyjny kraj utrudnia
teraz wielu osobom osiedlenie się w tym kraju.
Izabela Embalo
Licencjonowany Doradca Prawa
Imigracyjnego Kanady
Osoby zainteresowane imigra-cją do Kanady prosimy o kontakt z
naszym biurem: 416-515-2022, emiz@live.ca. Zapraszamy do odwiedzenia naszej
strony internetowej: www.emigracjakanada.net.
White Christmas Dinner
We wtorkowy wieczór, 6 grudnia, w stylowych salach Casa Lomy w Toronto
odbyło się doroczne dobroczynne przyjęcie zorganizowane przez Polish Orphans
Charity. Ta organizacja została założona przed jedenastu laty przez dr
Ryszardę Russ, Barta Pasowskiego oraz dr. Teda Kralkę. Patronami fundacji
są m.in. były gubernator prowincji Ontario, Lincoln Alexander, były konsul
generalny RP w Toronto, Piotr Konowrocki, Fundacja Barbary Piaseckiej-Johnson,
filantrop kanadyjski - Lionel Goffart, KPK oraz wojewoda mazowiecki, Jacek
Kozłowski.
Podstawowym celem działania Polish Orphans Charity jest gromadzenie
funduszy na pomoc sierotom, szczególnie w Polsce. Głównym środkiem dochodów
fundacji jest corocznie organizowany w Toronto "Ball Pologne", skupiający
biznesmenów, polityków, artystów i filantropów różnych narodowości. Środki
z balu przeznaczane są na finansowanie stypendiów dla sierot uzdolnionych
artystycznie, aby mogły rozwijać swoje talenty. Dotychczas ufundowano w
Polsce 147 stypendiów w wysokości 1000 dolarów kanadyjskich każde.
Swą pomocą organizacja pod kierownictwem dr. Ryszardy Russ obejmuje
także Domy Dziecka w naszym kraju. Zafundowano im ponad 60 placów zabaw.
Koszt jednego projektu wyniósł 4000 dolarów. Od wdzięcznych mieszkańców
obdarzonych domów dziecka Polish Orphans Charity co roku otrzymuje dziesiątki
listów.
Oprócz pomocy polskim sierotom, Fundacja gromadzi pieniądze na
pomoc dziecięcym szpitalom. Właśnie grudniowy Obiad Bożonarodzeniowy przynosi
dochód przeznaczany przez organizację na zakup sprzętu medycznego dla Szpitala
Dziecięcego im. prof. Bogdanowicza w Warszawie oraz Szpitala Dziecięcego
w Toronto.
W trakcie wtorkowego charytatywnego przyjęcia przedstawicielom
obu szpitali zostały wręczone dwa 5000-dolarowe czeki.
Fundacja prowadzona jest społecznie przez wolontariuszy i nie
ponosi żadnych kosztów administracyjnych. Dlatego też zebrane z balu i
bożonarodzeniowego przyjęcia pieniądze przeznaczane są w całości na rzecz
sierot i chorych dzieci.
Na wtorkowym obiedzie gościło ponad 250 osób. Zaszczycił je swą
obecnością były gubernator prowincji Ontario - p. Lincoln Alexander. Był
także ambasador Polski w Kanadzie - p. Zenon Kosiniak-Kamysz, konsul generalny
w Toronto - p. Marek Ciesielczuk. Kongres Polonii Kanadyjskiej reprezentowała
jego prezes - p. Teresa Berezowska.
Przyjęcie jak zawsze prowadził Wojciech Wojnarowicz, a oprawę
artystyczną stanowił występ znanej polskiej sopranistki - Kingi Mitrowskiej.
We wspaniały sposób zaśpiewała ona po polsku i angielsku parę kolęd, a
na koniec wspólnie ze zgromadzonymi w Casa Lomie gośćmi wykonała znany
utwór Irvinga Berlina - "White Christmas".
Kolejny "White Christmas Dinner" przygotowany przez p. Ryszardę
Russ i wspomagające Ją osoby odniósł sukces. Zebrano pieniądze, które zostaną
przeznaczone na pomoc najsłabszym i potrzebującym najwięcej miłości - osieroconym
i chorym dzieciom. Niech każdy ich uśmiech będzie dla nas świątecznym prezentem!
Każdy, kto chce wspomóc tę niezwykle skuteczną i operatywną
charytatywną organizację prowadzoną przez ludzi wielkiego serca, może to
uczynić, kontaktując się z Fundacją. Wszystkie kontakty znajdziemy na stronie
internetowej pod adresem: www.polishorphans.org.
(jr)
Może kiedyś?
Dokąd idziesz Polsko? - chciałoby się patetycznie zawołać po niedawnych
deklaracjach szefa MSZ, premiera i prezydenta; czy ojczyznę naszą czeka
los wysuniętej niemieckiej rubieży, czy też może korytarza tranzytowego
między Berlinem a Moskwą?
Dyskusja o tym jest o tyle smutna, że wielu jej uczestników zdaje
się tracić ochotę na państwo polskie, usiłuje przekonywać innych,
że w dzisiejszej dobie to jedyny słuszny kierunek; sami być nie możemy,
gdyż jesteśmy za słabi, z Rosją być nie chcemy, bo jest to nadal kraj średnio
wesoły, pozostaje więc dobrowolny anschluss "do Europy", która w
naszym zakątku animowana jest z Berlina.
Dlaczego więc nie pogodzić się z "przeznaczeniem", uznać geopolityczne
realia i liczyć na to, że są też dobrzy Niemcy, którzy nie dadzą nas skrzywdzić?
W ten sposób (może nie aż tak kawa na ławę) myśli wielu Polaków.
W celu nowego zbliżenia tyłem z Niemcami wpuszcza się plotki i ploteczki
o tym, jakoby Niemcy byli do nas przyjaźnie nastawieni i nas nawet
podziwiali. (Dawno temu zaborcy odkryli, że najlepszą bronią przeciwko
Polakom jest pochlebstwo. Ponoć wystarczy kadzić, by Polak, rozpromieniony,
sprzedał matkę i ojca...) Jedną z takich łechtających polską próżność ploteczek
jest przypisywana - o zgrozo - Hitlerowi wypowiedź, w której chwali
nas "za polot i spryt" wykształcone przez lata politycznej niewoli i sugeruje,
iż jako materiał genetyczny stanowimy sensowne uzupełnienie niemieckiej
systematyczności, zdolne wyprodukować niezgorszy Herrenvolk.
Pogłaskani takimi i innymi komplementami Polacy gotowi
bez zbędnego kwękania pukać do niemieckiego patrona, sądząc, że w ten sposób
uciekają przed rosyjskim kijkiem. Tymczasem jest to tylko proste rozwiązanie
odwiecznego "problemu polskiego" rysowane już na historycznych mapach po
kilka razy.
Od czasu rozbioru niepodległa Polska wadzi tak Berlinowi, jak
Kremlowi, te państwa tradycyjnie już zagospodarowały między sobą nasz kawałek
kontynentu. Obecnie Putin prawdopodobnie, w ramach nowej wizji euroazjatyckiej,
zgodził się na oddanie polskiej "bliskiej zagranicy" pod niemiecki parasol
rozpostarty jeszcze w czasach rysowania linii Curzona. Dlatego uciekanie
pod niemieckie skrzydełka oznacza zgodę na Polskę kadłubową, skuteczne
zlikwidowanie Polski jako niezależnego ośrodka w sercu Europy. 40-milionowy
naród na przecięciu szlaków kontynentu straci podmiotowość polityczną.
Zwrot ku Berlinowi nie zmieni bowiem zasadniczego XIX-wiecznego
rozdania kart, wedle którego w tym miejscu świata niepodległa Polska to
pomyłka; "bękart traktatu wersalskiego".
Tłumaczenia, że oto oddając niepodległość i pozwalając sobie
meblować w skarbie państwa, staniemy się członkiem silnej federacji, czymś
na kształt stanu USA (bo taka jest potrzeba chwili), jest tak samo prawdziwe
jak bajki o żelaznym wilku.
Amerykański stan czy kanadyjska prowincja są w wielu sprawach
bardziej samodzielne niż obecne państwa UE. Bogiem a prawdą, takie Ontario
ma w ramach konfederacji więcej swobody niż Warszawa w Unii. Ontario
samodzielnie kształtuje pokaźny budżet, politykę socjalną, oświatową, służbę
zdrowia, ba, nawet przepisy prawa drogowego są tu inne niż w Quebecu czy
Manitobie. W USA prawo do noszenia broni jest gwarancją, jaką mają stany,
by zrównoważyć siłę federacji i jej armii - stany miały mieć możliwość
powoływania pod broń pospolitego ruszenia.
Trudno też wykazać, by w takich USA czy u nas w Kanadzie dany
stan czy prowincja dążyły do dominacji nad innymi.
Polska w ramach nowej UE mieć będzie mniej swobody, niż gdyby
w 1939 weszła w sojusz z Hitlerem, zamiast odmawiać mu tak "niewielkiej"
bzdurnej przysługi jak eksterytorialny autobahn do Królewca. Wtedy jednak
Polacy wiedzieli, co oznacza hegemonia niemiecka w tej części kontynentu.
Można zasadnie twierdzić, że Polska nie ma innego wyjścia, jak
skonsumować wymuszoną rozsądkiem miłość do Berlina. Dlaczego nie ma innego
wyjścia? Ponieważ Polacy są, jacy są; polska elita jest, jaka jest, i innej
nie będzie. A z tymi Polakami "można co najwyżej kury szczać prowadzać".
Zwykli ludzie nie mają ochoty na Polskę, bo na dobrą sprawę nie
wiedzą, czym ona mogłaby być i w jaki sposób mogliby na niej skorzystać
- zadowalają się w miarę przyzwoitym poziomem życia.
Polskie tzw. elity zostały zaś kupione i nie zamierzają sprawiać
kłopotów. Zresztą nie wiedzą nawet, jak to się robi. Gdzie niby miały się
nauczyć niezależnej polityki?
Polacy nie chcą mieć Polski. Od czasów, kiedy mieliśmy państwo
zdolne uprawiać samodzielnie pragmatyczną politykę, uzbrojone i zasobne,
minęła w końcu kopa lat.
Oczywiście, nie można wykluczyć, że niepodległa Polska mogłaby
iść pod rękę choćby z Berlinem. Tylko najpierw na taką Polską trzeba mieć
chęć i trzeba ją zbudować. Trzeba mieć atuty, a nie chodzić po prośbie.
Tak czy owak, dobrze byłoby, abyśmy dzisiaj nie bali się "domyśliwać"
tych spraw do końca. A nuż może kiedyś jeszcze się nam uda...
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 48/2011
"Zdradek" prowadzi ku przeznaczeniu
Ale się narobiło! Ledwo tylko "generał Gromosław Cz." wpłacił
milion złotych tytułem kaucji, która zabezpieczy śledztwo przed "mataczeniem"
z jego strony, a już opinia publiczna przeżywa następne wstrząsy; jeden
za przyczyną Jarosława Kaczyńskiego, a drugi - za sprawą bufonowatego ministra
spraw zagranicznych Radka Sikorskiego, którego odtąd coraz częściej różni
ludzie nazywają "Zdradkiem". Ale incipiam. Przed kilkoma dniami, ni z tego,
ni z owego prezes PiS Jarosław Kaczyński oświadczył, że jego partia będzie
starała się przywrócić w Polsce karę śmierci. "Starać się" nikomu nie można
zabronić, chociaż warto zwrócić uwagę, że kiedy Jarosław Kaczyński był
premierem rządu dysponującego w Sejmie większością wystarczającą do znowelizowania
w pożądanym kierunku kodeksu karnego, to wcale "nie starał się" przywrócić
kary śmierci. Teraz, kiedy PiS, nawet przed odłączeniem się od niego "ziobrystów",
taką większością nie dysponuje, prezes Kaczyński postanowił się "starać".
Ponieważ niegrzecznie byłoby przypuszczać, że nie wie on tego, co wszyscy
wiemy, podobnie jak niegrzecznie byłoby przypuszczać, że nie zdaje sobie
sprawy z prawno-międzynarodowych konsekwencji ratyfikowania przez Polskę
rozmaitych umów międzynarodowych - z Traktatem lizbońskim na czele - to
o co mu chodzi naprawdę?
Pewne światło na tę przyczynę nagłej zapowiedzi "starań" o przywrócenie
kary śmierci rzucił Marek Jurek, który podobno rozpoczął "rozmowy" ze Zbigniewem
Ziobrą - to znaczy niekoniecznie ze Zbigniewem Ziobrą, co z "ziobrystami"
- oczywiście w celu utworzenia "nowej, silnej formacji centroprawicowej".
Otóż Marek Jurek daje do zrozumienia, że prawdziwym celem ogłoszenia przez
Jarosława Kaczyńskiego podjęcia "starań" o przywrócenie kary śmierci jest
pragnienie skonfundowania ojca Tadeusza Rydzyka, którego Jarosław Kaczyński
swoim zwyczajem zaczął podejrzewać o sympatie do Zbigniewa Ziobry. Ujawnienie
takich sympatii na antenie Radia Maryja poderwałoby autorytet prezesa Kaczyńskiego,
więc na wszelki wypadek postanowił on przekazać pierwsze poważne ostrzeżenie,
że w takiej sytuacji również i on potrafi postawić w kłopotliwej sytuacji
pozostałe autorytety. Niezależnie od tego, czy Marek Jurek ma rację, warto
przypomnieć, że kiedy Jarosław Kaczyński był premierem rządu, zaś jego
nieżyjący brat - prezydentem państwa - próbował, jak to się mówi - "ciąć
po skrzydłach", między innymi - po Radiu Maryja. Okazało się jednak, że
to przedsięwzięcie przerasta polityczne możliwości PiS - i od tamtej pory
mamy do czynienia z rodzajem rozejmu, w ramach którego zdarzają się zarówno
przypływy, jak i odpływy sympatii. Wprawdzie Marek Jurek, jak każdy dysydent,
ma niewątpliwy uraz do Jarosława Kaczyńskiego, niemniej jednak jego sugestia
może być prawdziwa, bo prezes PiS, jako wirtuoz intrygi - co prawda zawsze,
albo prawie zawsze potykający się na końcu o własne nogi - rzeczywiście
może wszystkich swoich stronników postawić w niezwykle kłopotliwej sytuacji.
Inna rzecz, że i oni są sobie winni, bo pozwolili narzucić sobie opinię,
według której poza Jarosławem Kaczyńskim nie ma zbawienia. Że Jarosław
Kaczyński tak uważa - to rzecz oczywista, bo niby cóż innego miałby uważać
- ale że inni dorośli ludzie dają sobie taki osobliwy punkt widzenia narzucić
- to już zagadka wskazująca na tajemniczość natury ludzkiej. W rezultacie
Jarosław Kaczyński, wodząc wszystkich za nos, robi co chce - na przykład
- głosuje za ratyfikacją Traktatu lizbońskiego - a jego stronnicy na wyścigi
tłumaczą, że to, co Platforma Obywatelska robi z właściwej sobie zdrady
i zaprzaństwa - on czyni z miłości ojczyzny i obrony interesu narodowego.
Wywołuje to oczywiście mimowolny efekt komiczny, zwłaszcza gdy w takie
sofizmaty zaczynają się wdawać ludzie skądinąd zacni i poczciwi, ale cóż
począć? Kiedy człowiek zaczyna politykować, to jego sumienie także.
No i rzeczywiście! Ledwo tylko prezes Kaczyński ogłosił rozpoczęcie
wiadomych "starań", wybuchł niesamowity klangor. Helsińska Fundacja Praw
Człowieka, na co dzień kolaborująca z wiedeńską centralą paneuropejskiego
gestapo i pierwszorzędnymi fachowcami od walki ideologicznej w tubylczym
Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, na zapowiedź przywrócenia kary śmierci
zareagowała "oburzeniem", podobnie jak środowisko "Gazety Wyborczej",
a także - depozytariusze łacińskiej cywilizacji w rodzaju posła Ryszarda
Kalisza. To jeszcze nie byłoby niczym osobliwym - ale do dyskusji włączyli
się księża biskupi - w dodatku ujawniając istotną różnicę zdań w tej sprawie.
O ile JE abp Józef Michalik przypomniał stanowisko zapisane w Katechizmie
Kościoła katolickiego, to już Jego Eminencja Kazimierz kardynał Nycz twierdzi,
że Kościół karze śmierci jest przeciwny. Dlaczego w takim razie karę śmierci
w Katechizmie dopuścił? Widocznie J.Em. kardynał Nycz wie coś, czego nie
tylko my, ale nawet autorzy Katechizmu nie wiedzieli. Skąd wie - tego oczywiście
nie wiemy. O ile można zrozumieć, że tajemnica Trójcy Świętej przekracza
możliwości umysłu ludzkiego, to taką różnicę zdań w sprawie stosunkowo
prostej pojąć znacznie trudniej, chyba żeby zgodzić się z opinią JE bpa
Tadeusza Pieronka, który uważa, że Kościół w ogóle nie powinien w takich
sprawach zajmować stanowiska. JE bp Tadeusz Pieronek znany jest m.in. z
upodobania do smacznego gotowania - i od razu widać, że wziął tak zwaną
"lepszą cząstkę". Co tam kara śmierci czy inne tego rodzaju problemy, kiedy
grunt, aby zdrowie było, no i oczywiście - żeby wypić i zakąsić! Skąd jednak
Jarosław Kaczyński wiedział, że wpuszczając tego szczura, nie tylko wywoła
do tablicy Ekscelencje, ale w dodatku ujawni trochę kompromitującą różnicę
zdań - oto pytanie. "Der alte Jude, der ist ein Mann!" - mawiał kanclerz
Bismarck o premierze Beniaminie Disraelim. Inna rzecz, że skoro lustracja
została potępiona, to dlaczego Jarosław Kaczyński nie ma mieć swoich Tajnych
Współpracowników - tym bardziej że pewnie zna treść "Aneksu" do Raportu
o rozwiązaniu WSI?
Więc kiedyśmy tak się dobrotliwie przekomarzali nad karą śmierci,
jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość o przemówieniu wygłoszonym
w Berlinie przez ministra "Zdradka" Sikorskiego, który wezwał Niemcy do
wzięcia odpowiedzialności za wygaszenie kryzysu finansowego, obiecując
w nagrodę powszechną zgodę na "pogłębienie integracji", to znaczy - na
IV Rzeszę. Czyżby wbrew zapewnieniom premiera Tuska, że jest dobrze, a
będzie jeszcze dobrzej - stan finansów publicznych i widmo katastrofy wprawiły
ministra Sikorskiego w takie przerażenie, że postanowił poszukać schronienia
pod spódnicą Naszej Złotej Pani Anieli? Wszystko to być może, ale być może
również i to, że ktoś cwany spróbował wykorzystać powszechnie znaną bufonowatość
ministra Sikorskiego, by w spektakularny sposób zakończyć jego karierę.
Za taką możliwością przemawiałyby zarówno publikacje sondaży, według których
minister Sikorski przewyższa popularnością wszystkich pozostałych zazdrosnych
polityków, jak i okoliczność, że oto okazało się, iż minister Sikorski
swojego berlińskiego wystąpienia z nikim chyba nie konsultował. Że nie
konsultował z Sejmem - to rzecz pewna, podobnie jak z prezydentem. Włodzimierz
Cimoszewicz wyraził nadzieję, że minister Sikorski konsultował się "jakoś"
z premierem Tuskiem - ale jeśli premier Tusk nie zechce tego potwierdzić,
to taka samowolka niewątpliwie kwalifikuje się pod Trybunał Stanu - co
zresztą zapowiedział już Klub Prawa i Sprawiedliwości. Jeśli nasze podejrzenia
są prawdziwe, to byłaby to dodatkowa poszlaka, że przy pozorach nieprzejednanej
wrogości koordynacja poczynań między Jarosławem Kaczyńskim a kierownictwem
Platformy Obywatelskiej może być ściślejsza, niż komukolwiek się wydaje.
Niezależnie od tego minister Sikorski rzeczywiście opowiedział
się za formalną już likwidacją niepodległości Polski, stwierdzając, iż
Unia Europejska powinna przekształcić się w federację, w której do kompetencji
państw, a właściwie nie żadnych tam "państw", tylko co najwyżej - prowincji
lub landów Rzeszy - powinny być zastrzeżone takie sprawy, jak tożsamość,
religia, styl życia i moralność publiczna oraz częściowo - podatki - z
czego wynika, że sprawy obronności, bezpieczeństwa wewnętrznego, wymiaru
sprawiedliwości i polityki zagranicznej byłyby zastrzeżone do wyłącznej
kompetencji Rzeszy. W tej sytuacji określenie "Zdradek", jakim ludziska
opatrują ministra Sikorskiego, jest merytorycznie uzasadnione. Inna rzecz,
że przynajmniej częściowo powiedział on to samo, o czym przed nim mówili
inni. Żyją na przykład ludzie pamiętający, jak to o potrzebie utworzenia
europejskich sił zbrojnych mówił Jarosław Kaczyński - ten sam, który dzisiaj
chce postawić ministra Sikorskiego przed Trybunałem Stanu - no ale wiadomo,
że on mówił to z miłości ojczyzny, podczas gdy minister Sikorski
- ze zdrady i zaprzaństwa. A w ogóle, to kierunek, wskazany w berlińskim
przemówieniu ministra Sikorskiego, jest zawarty w Traktacie lizbońskim,
za którym, jak wiadomo, głosowała zarówno Platforma Obywatelska, jak i
- częściowo - Prawo i Sprawiedliwość. Tak czy owak, po berlińskim przemówieniu
ministra Sikorskiego, scenariusz rozbiorowy wydaje się znacznie bliższy
i wyraźniejszy.
Ale znacznie większe emocje opinii publicznej wydaje się wzbudzać
sytuacja w Polskim Związku Piłki Nożnej, gdzie właśnie zdymisjonowany został
dotychczasowy sekretarz generalny Zdzisław Kręcina, zaś prezes Grzegorz
Lato był przesłuchiwany przez sejmową komisję od fizkultury. Ciekawe, że
niemal jednoczesna dymisja minister Julii Pitery z jej operetkowego stanowiska
nie wzbudziła prawie niczyjego zainteresowania. Ponieważ poseł Jan Tomaszewski,
który o PZPN coś tam przecież musi wiedzieć, jeszcze niedawno twierdził,
że tam agent na agencie jeździ i agentem pogania, to po tej różnicy zainteresowania
dymisją Zdzisława Kręciny i Julii Pitery można się zorientować, gdzie naprawdę
jest punkt ciężkości władzy. Nie wiadomo tylko, czy kuracja przeczyszczająca
w PZPN jest następstwem zwyczajnego nieporozumienia w klubie gangsterów,
czy też stanowi fragment większej całości, obejmującej również sprawę "generała
Gromosława Cz.".
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Krzysztof Ligęza
Jak na ostrzu noża
Niejaki Karol Marks charakteryzował współczesne mu społeczeństwa, przypominając
banał, iż ludzie co prawda tworzą swoją historię, ale nie dowolnie. To
jest nie w wybranych przez siebie okolicznościach, a tylko w takich, jakie
zastali. Parafrazując brodatego filozofa, można zasadnie przyjąć, że Polacy
tworzą dziś swą historię, nie znając historii, którą tworzą.
Na przykład mało kto wie, że po wdrożeniu unijnych regulacji
autorstwa miłościwie nam panującej Komisji Europejskiej, dotyczących procedur
karnych wyciąganych wobec państw członkowskich za naruszenie unijnego prawa,
już wkrótce budżet państwa tracić może nawet 170.000 euro miesięcznie.
W najbliższym czasie przed unijnym sądem Polska odpowiadać będzie aż cztery
razy.
Między innymi - uwaga, uwaga - za ociąganie się z wdrożeniem
"dyrektywy w sprawie dopuszczalnego stężenia pyłków w powietrzu".
Cóż. Ludzie rozumni powiadają, że człowiek powinien żyć jedynie
tak długo, jak długo żyje jego rozum. Dłużej nie warto. Mimo to ten i ów
europejski urzędnik stale próbuje, co rusz wychodząc na bęcwała.
PĘTLA FINANSOWA
Bęcwałów nie brakuje również między ujściem Świny a szczytem
Rozsypańca. Jedna z najnowszych innowacji wypichconych przez nadwiślańskich
urzędasów, wysyła policję i straż miejską do walki z emerytkami, orzekając
pięć tysięcy złotych kary (oraz przepadek mienia) za handel bez zezwolenia
owocami z własnego ogródka, zebranymi w lesie grzybami czy jagodami itp.
Postęp atakuje nieubłaganie, można powiedzieć, zwłaszcza tych, którzy ledwie
wiążą koniec z końcem. Wiadomo: bezkoncesyjna sprzedaż pietruszki przez
babcię Genowefę radykalnie nadwątla stan finansów państwa, o zszarganych
nerwach ministra Rostowskiego nie wspominając.
Tymczasem na polskich szyjach zaciska się pętla finansowa. Ogólna
kwota niespłaconych zobowiązań wynosiła w sierpniu ponad 32 miliardy złotych
i nieustannie rosła. Rekordzista miał blisko sto milionów zaległości, niemniej
problem z terminowym uiszczaniem płatności dotyka już ponad dwa miliony
Polaków. Przy czym nie chodzi tu o kredyty czy pożyczki zaciągane masowo
w celach konsumpcyjnych. Nie, Polacy nie zaczęli masowo peregrynować po
świecie ani korzystać z najbardziej zaawansowanych, więc najkosztowniejszych
technologii. Chodzi o podstawowe rachunki: czynsz za mieszkanie, opłaty
za energię elektryczną, gaz i telefon. Ot, Polacy biednieją na potęgę.
SPIRALA NIEPEWNOŚCI
Biednieją Polacy i biednieje Europa. Inwestorzy uciekają z Włoch,
Hiszpanii czy Portugalii, a największe europejskie banki zaczynają wycofywać
z tych krajów swoje depozyty. Co dodatkowo nakręca spiralę niepewności.
Ba, kłopoty mają już nawet instytucje finansowe znad Loary, a nawet rząd
Niemiec - ten ze sprzedażą wydawałoby się najmocniejszych na Starym Kontynencie
obligacji. Natomiast perspektywy wyglądają nijako. O ile wywróci się francuski
sektor bankowy i zadyszki dostanie niemiecka gospodarka, euro odejdzie
do przeszłości.
Tymczasem nad Wisłą, mimo ceny za litr benzyny wahającej się
około 5,5 zł, nie brakuje apologetów obranego przez premiera Tuska kursu
państwowej łodzi, choć nawet krótkowidz zauważy - rzecz jasna musi to być
krótkowidz odrobinę bardziej rozgarnięty niż trzewiki Moniki Olejnik -
byle krótkowidz zauważy, powtarzam, że nurt rzeki przyspiesza, sternik
w sztok pijany, wiosła połamane, a wodogrzmoty słychać coraz głośniej,
więc ani chybi muszą być tuż za najbliższym zakrętem.
Ale co tam łódź, co tam sternik, co tam wodogrzmoty. Wystarczy
ponownie podkręcić potencjometry propagandowych głośników, uskuteczniając
moc przekazu zalewającego Polskę szerokim strumieniem na wszystkich poziomach
percepcji (no i co z tego, że jednostronnym), wystarczy zagłuszyć rozlegające
się tu i ówdzie głosy rozsądku, wreszcie wystarczy dopiąć schemat otumaniania
człowiekowatych wykoncypowany w wiodących nadwiślańskich pralniach mózgów
- i pozamiatane, mało komu przyjdzie do głowy myśl o zbliżającej się coraz
szybciej narodowej tragedii.
***
Europa pląsa w rytm berlińskiego marsza, Niemcy usiłują po raz
kolejny w historii narzucić pozostałym swoje racje, tymczasem Polacy prą
przed siebie, wędrując w nieznaną przyszłość jak po ostrzu noża. Bez świadomości,
kto i dlaczego nimi gra oraz jaką ruletkę uprawiają. Taki spacer nie może
skończyć się dobrze. Jeszcze rok, jeszcze dwa, a wszystko, co Niemcy i
Rosja nam czynią i co jeszcze w dającej się przewidzieć przyszłości zamierzają
nam uczynić, zrobione zostanie. Jak zwykle, jak zwykle.
Zbigniew Herbert słusznie przestrzegał: gdy gnębiona jest podmiotowość
40-milionowego narodu, a naród ów nie zbuntuje się, to oznacza, że niegodny
jest żyć wolnym i czekają go straszliwe konsekwencje.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem:
widnokregi@op.pl
Edward Sołtys
Szympansy lepsze od ekspertów
Szympansy trafniej prognozują niż eksperci polityczni i ekonomiczni.
A najgorzej przewidują przyszłość najbardziej znane autorytety - ci, którzy
ciągle są na pierwszych stronach gazet i koczują w studiach telewizyjnych.
Do takich wniosków doszedł Philip E. Tetlock, profesor University of California,
Berkeley ("Expert Political Judgment: How Good is It? How Can We Know?",
Princeton, 2005).
Tetlock namówił 284 ekspertów politycznych i ekonomicznych do
udziału w swoich badaniach. Dokładniej, byli to ludzie, którzy żyli z prognozowania
("commenting or offering advice on political and economic trends"). Przez
dwadzieścia lat udało się profesorowi zanalizować 82.361 prognoz. Na przykład,
pytał o to, czy Kanada się rozpadnie, czy apartheid w RPA zakończy się
w sposób pokojowy itp. Prognozy dotyczyły dziedzin, na których eksperci
się znali, oraz obszarów znajdujących się poza ich specjalizacją. A do
tego pytał o sposób formułowania prognoz przez poszczególnych ekspertów.
Typowo, Tetlock dawał trzy możliwości przebiegu wydarzeń w przyszłości:
1. Nic się nie zmieni; 2. Będzie czegoś więcej (np. wzrost gospodarczy);
3. Będzie czegoś mniej (np. represji politycznych). Na przykład: "Czy dług
publiczny w USA w latach 90.: 1. Pozostanie na dotychczasowym poziomie;
2. Wzrośnie; 3. Spadnie.
Następnie, prognozy ekspertów porównywano z rzeczywistością,
różnymi przewidywaniami opierającymi się na prostych metodach statystycznych,
jak ekstrapolacja trendu oraz trafności prognoz dwóch gatunków osób nie
będących ekspertami: a/ słabo poinformowanych, b/ dobrze poinformowanych.
Okazało się, że osoby nie będące ekspertami nie ustępowały ekspertom w
trafności prognoz. Najbardziej zadziwiająca była negatywna korelacja pomiędzy
trafnością przewidywań a reputacją, sławą, pewnością siebie, a nawet w
pewnym punkcie - głębokością wiedzy ekspertów. Im sławniejszy i pewniejszy
siebie, tym częściej chybił.
Szczególnie wyraziście wyszła różnica pomiędzy dwoma typami postaw
czy nastawień. Pierwszy z nich to "jeże". Są to eksperci przejęci wielkimi
ideami i uwielbiający wielkie teorie. "Znają jedną Wielką Ideę i znają
ją dobrze". Przykładem może być marksizm. Ekspert przywiązany do tej tradycji
myślenia wierzy w następowanie po sobie formacji społeczno-ekonomicznych
i wierzy, że walka klasowa będzie się zaostrzała wraz z rozwojem kapitalizmu.
Szuka wszelkich argumentów mających potwierdzać słuszność jego przekonań.
Nie wycofuje się, nawet jeśli rzeczywistość ciągle przeczy słuszności jego
rozumowania. Nic dziwnego, że "jeże" popełniają dużo błędów - szczególnie
w prognozach długookresowych.
"Jeże" są lubiani przez media, bo zwykle są charyzmatyczni, wykazują
ogromną pewność siebie i wygłaszają efektowne prognozy, których właściwością
jest skrajność. Niestety, nikt nie karze ich za brak skuteczności.
"Lisy" są eklektyczne, ostrożne, nie mają wielkiego entuzjazmu
do jakiejś jednej wybranej teorii, potrafią się przyznać w czasie dyskusji
do błędów i luk w wiedzy. Dobrze się czują w świecie niepewności. Zaradzają
jej, używając trybu warunkowego: "jeżeli", "chociaż", "o ile". Są raczej
mało "medialni" i nudni. Nie są efektowni i żyją w cieniu "jeży". Nic to,
że wykazują się znacznie większą od tamtych skutecznością.
Inne podziały nie wykazały większych różnic. Na przykład oczekiwana
różnica pomiędzy optymistami i pesymistami. Optymiści dokonywali
10-letnich prognoz, w których mocno przesadzali co do szansy zajścia zmian
pozytywnych w gospodarce i polityce. Na przykład przewidywali dynamiczny
wzrost gospodarczy krajów subsaharyjskich. Przypisywali 65 proc. prawdopodobieństwa
spełnienia się różowych scenariuszy, które zmaterializowały się jedynie
w 15 proc. przypadków. Z kolei pesymiści dawali 70 proc. szans na czarne
scenariusze, np. rozpad Indii czy Nigerii, które w rzeczywistości spełniły
się w 12 proc. przypadków.
No dobra, a gdzie tu miejsce na mądre szympansy? Pewnie, że są
w tablicach przedstawiających wyniki badań. Tyle że nie idzie tu o prawdziwe
małpy. "Chimps" to wprawdzie "szympansy", ale w sensie metaforycznym. Określenie
to używane jest w żargonie jako skrót oznaczający model oparty na zupełnie
przypadkowym wyborze. Jak szympansy rzucające lotkami do tarczy. Jeszcze
inaczej, jeżeli ktoś będzie rzucał przez dłuższy okres monetą, gdzie za
każdym razem jest szansa i na orła, i na reszkę, równa 50 proc., to nawet
jeśli dwadzieścia razy trafi się mu na początku reszka (czyli 100 proc.),
to przy milionie eksperymentów (doświadczeń losowych) rezultat będzie 50%:50%.
A w przypadku badań Tetlocka, jest to wynik 33 proc. trafności każdej z
trzech możliwych prognoz.
Otóż, ogólnie eksperci prognozowali ze skutecznością ciut lepszą
od szympansów, ale po rozdzieleniu wyników "ludzkich ekspertów" na "jeże"
i "lisy" okazało się, że szympansy są lepsze od "jeży".
Edward Sołtys - Toronto
Choinka z lasu
Na najbliższe cztery weekendy poprzedzające święta Bożego Narodzenia
nie może być lepszej propozycji wypadu za miasto, jak wycieczka do lasu
po świąteczną choinkę. Wprawdzie przywiezione drzewko nie będzie tańsze
od kupionego na miejskim placu, ale przyjemności wyboru właściwego drzewka,
jego własnoręcznego ścięcia i przywiezienia do domu z zaśnieżonego lasu
- nie da się przeliczyć na żadne pieniądze. Pamiętajmy też, że lansowana
przez niektórych opinia, że nasza bożonarodzeniowa tradycja przyczynia
się do niszczenia naturalnego środowiska, jest całkowicie fałszywa...
Przyszło nam żyć w czasach i miejscu, kiedy elementy naszej chrześcijańskiej
wiary są rugowane z życia publicznego w myśl poprawności politycznej. Kanada
stworzona przez emigrantów przybyłych w większości ze Starego Świata, zbudowana
na fundamentach wartości zdefiniowanych w Dekalogu, odwraca się teraz od
nich, wyrzekając się jedynej broni w walce o zachowanie własnej tożsamości
i bezpiecznej dla wszystkich jej mieszkańców, przyszłości. Na naszych oczach
rozgrywa się dramat wydzierania drogich nam symboli i zastępowaniu ich
gadżetami. Proces ten jest powolny, ale trwa już dostatecznie długo, aby
część ludzi oswoiła się z dziwolągiem typu Season's Greetings zastępującym
Merry Christmas - podobno obrażającym uczucia religijne innych obywateli
Kanady. Nasze drogie nam sercu święto próbuje sprowadzić się do święta
kupowania, śmiesznego bałwanka lub w ostateczności do ubranego w czerwone
wdzianko Mikołaja, któremu towarzyszy pani Mikołajowa...
Dlatego brońmy naszej tradycji, wszędzie gdzie się da. Taką świetną
okazją i jednocześnie sprawdzianem będą nadchodzące święta: udekorujmy
setkami lampek nasz dom (nowoczesne lampki typu LED są niezwykle energooszczędne
- zużywają o 96 procent mniej prądu niż stare żarowe, które wynalazł jeszcze
Edison), przykryjmy białym obrusem wigilijny stół, pobłogosławmy znajdujące
się na nim potrawy, a w oknie postawmy odświętnie ubraną prawdziwą choinkę.
Bowiem tylko takie zielone drzewko przydaje bożonarodzeniowym celebracjom
autentyzmu i waloru niepowtarzalności.
Nie dajmy się zahukać pseudoobrońcom naturalnego środowiska -
wycinając choinkę lub kupując ją na miejskim placu, nie niszczymy lasów.
Wszystkie drzewka pochodzą ze specjalnie założonych plantacji, gdzie choinka
rośnie dziesięć lat i dopiero po tym czasie jest wskazana do wycinki. Na
jej miejsce sadzi się nowe. Plantacje zakładane są na nieużytkach, w pobliżu
wielkich miast - w ten sposób powstają dodatkowe zielone tereny. Po "zimowych
żniwach" nadal na farmach rośnie 90 procent drzewek, wytwarzając tlen i
wyłapując z powietrza zanieczyszczenia. Każda plantacja to ekologiczny
filtr wychwytujący z ziemskiej atmosfery 13 ton pyłów na każdy akr uprawy.
Założony przez człowieka las daje schronienie dzikiemu ptactwu i pracę
dla mieszkańców okolic, gdzie zwykle o takową jest trudno. Drzewko po świętach
może być poddane przeróbce na próchnicę, wiórki lub spalone w kominku -
więc jest nadal pożyteczne i niezagrażające naturalnemu środowisku - inaczej
niż sztuczne, zrobione z trudno rozkładającego się, trującego igelitu.
Coraz więcej ludzi przekonuje się do wyższości świąt z prawdziwą choinką
- corocznie Kanadyjczycy kupują ponad trzy miliony naturalnych świątecznych
drzewek.
Właściciele choinkowych farm dbają o to, aby wyprawa po świąteczne
drzewko stała się atrakcyjna dla wszystkich członków rodzinnej wycieczki.
I tak, na leśnych plantacjach można spotkać prawdziwego Mikołaja, na miejsce
wycinki w głąb lasu podwiezie nas konny zaprzęg, zziębnięte dłonie możemy
rozgrzać przy ognisku, racząc się tam również - zwykle bezpłatnie serwowanym
- gorącym jabłecznikiem (cider) lub gorącą czekoladą. Na niektórych farmach
w dawnych stodołach urządzone są sklepy oferujące ozdoby choinkowe i pamiątki
nadające się na prezenty oraz bożonarodzeniowe kulinarne specjały. Stodoły
są ogrzewane i można tam zamówić również gorące kiełbaski, aby pożywić
siebie i swą wygłodzoną rodzinę. Teraz, na początku grudnia, nie wszędzie
jest jeszcze śnieg, co ułatwi nam poruszanie się pieszo po plantacji. Jednak
zimowa sceneria jest bardziej nastrojowa; w takim wypadku odłóżmy nasz
wypad do lasu o dwa tygodnie - śnieg na pewno wówczas się pojawi, szczególnie
w okolicy Barrie.
Nie martwmy się też zbytnio o to, jak dowieziemy naszą choinkę
do domu. Większość farm specjalizujących się w uprawie drzew iglastych
posiada urządzenia do otrząsywania i wkładania (balowania) drzewek do siatek
- łatwiej je wtedy włożyć tak opakowane na dach samochodu i bez narażania
na połamanie gałązek przez pęd wiatru, bezpiecznie dowieźć do celu.
Na ontaryjskich plantacjach rosną przeważnie następujące odmiany
choinek:
BLUE SPRUCE - świerk kłujący, jest bardzo ładną choinką i często
uświetnia celebrację bożonarodzeniowych świąt. Ma kształt piramidy, jego
igły mają ponad 2 centymetry długości i nie są płaskie jak u innych choinek,
lecz czworokątne z bardzo ostrym szpicem - stąd łacińska nazwa drzewa picea
pungens - świerk kłujący. Świerk ten jest zwykle matowoniebieski, czasami
srebrny z białawymi odcieniami. Złamanie igły uwalnia intensywny żywiczny
zapach.
SCOTCH PINE - szkocka sosna, bardzo popularna odmiana znana również
w Europie, najczęściej uprawiana na plantacjach w Ameryce Północnej. Drzewo
ma niebieskozielone, długie igły. Od wielu lat szkocka sosna jest najchętniej
kupowaną choinką w Kanadzie.
WHITE PINE - biała sosna, cechują ją gałęzie pokryte delikatnymi
igłami wyjątkowej długości (do 10 cm) oraz intensywny zapach, który drzewko
wydziela.
WHITE SPRUCE - biały świerk, drzewko z prawdziwym kanadyjskim
rodowodem. Jego ładnie wyglądające, delikatne niebieskozielone igły i szczególna
trwałość (nie gubi igieł tak szybko jak inne rodzaje świerków) przysporzyły
mu wielu zwolenników.
BALSAM FIR - jodła balsamiczna, ojczyzną tego drzewka są
wschodnie prowincje Kanady oraz kilka północno-wschodnich stanów w USA,
zwanych Nową Anglią. Jodła ma 2-centymetrowe ciemnozielone igły i wydziela
mocny, żywiczny zapach.
DOUGLAS FIR - jedlica Douglasa, drzewko stworzone przez
szkockiego botanika Davida Douglasa w 1820 roku. Bardzo trwałe, dlatego
szeroko rozpowszechnione. Choinka ma 2,5-centymetrowe, niebieskozielone
igły. Oprócz jedlicy Douglasa na ontaryjskich plantacjach możemy spotkać
podobną do niej jodłę Fraseri (Fraser Fir).
***
Pierwsze godziny po ścięciu choinki w decydującym stopniu wpływają
na jej trwałość. Nasze umiejętne postępowanie przedłuży żywotność drzewka
nawet kilkakrotnie.
Oto kilka podstawowych zasad:
1. Umiejętnie zetnijmy drzewko. Gdy ścinamy choinkę, poprośmy
kogoś, aby stanął po przeciwnej stronie i przyciągał drzewko do siebie.
Choinka nie runie wtedy na ziemię, łamiąc gałązki, a jej pień nie ulegnie
rozszczepieniu. Taka pomoc bardzo ułatwia ścięcie drzewka, bo nasza piła
nie zakleszczy się w trakcie pracy.
2. Udrożnijmy system pobierania wody. Po przywiezieniu choinki
do domu odetnijmy kilkucentymetrowy kawałek pnia, ponieważ żywica wydzielająca
się z przecięcia zasycha bardzo prędko, tworząc czop niepozwalający
ciągnąć przez pień życiodajną wodę.
3. Kontrolujmy poziom wody w zbiorniku. Natychmiast po przycięciu
pnia w domu wstawmy choinkę do wiadra z wodą lub do stojaka ze zbiornikiem.
Woda powinna być ciepła. Często sprawdzajmy poziom wody - jeśli spadnie
poniżej połowy pojemności zbiornika - pień może się znowu zaczopować zasychającą
żywicą.
4. Wybierzmy odpowiednią odmianę choinki. Pamiętajmy w trakcie
wyboru drzewka na leśnej plantacji, że najszybciej igły zacznie gubić świerk,
bardziej trwała jest sosna, a najdłużej zielona i iglasta pozostanie jodła
dwóch odmian: Balsam i Fraser Fir.
***
W najbliższej okolicy Toronto leśnych farm jest kilkadziesiąt.
Pełen wykaz farm zajmujących się produkcją choinek w Ontario znajduje
się w Internecie pod adresem www.christmastrees.on.ca, dlatego nie podaję
dzisiaj adresu żadnej. Przed świętami jednak postaram się przybliżyć Czytelnikom
"Gońca" niektóre z nich.
Jerzy Rosa
Mississauga
Doprawianie tępej gęby
Ostatnich gryzą psy - mówiły kiedyś słowa tandetnej piosenki. Tak już
jest, że na pochyłe drzewo każda koza skacze; przeszłe klęski nie sprzyjają
dzisiejszym sukcesom.
Jest to szczególnie prawdziwe jeśli popatrzymy na "prasę", jaką
miała Polska i Polacy w przeszłości. Dzisiaj, kiedy od czasu do czasu denerwujemy
się z powodu nieśmiertelnej wańki-wstańki - "polskich obozów koncentracyjnych"
i amerykańskich Polish jokes - warto pomyśleć, skąd się to wzięło.
Najbardziej gotowi są człowieka obrabiać znajomi i sąsiedzi.
Tak było w naszym polskim przypadku. Jak zauważył Stanisław Michalkiewicz,
Polska miała złą prasę jeszcze w Oświeceniu, kiedy to światli despoci w
rodzaju carycy Katarzyny czy cesarza Fryderyka suto zaopatrywali różnych
"encyklopedystów" - tych co to brylowali wśród elit europejskich wolnomyślicieli.
Ci zaś odwzajemniali się karmiącej ręce (niestety obyczaj płacenia za poglądy
nie jest nowy), dostarczając m.in. antypolskiej publicystyki. Dzięki temu
nasze sąsiednie satrapie mogły z podniesionym czołem zorganizować rozbój,
jakim były rozbiory. Encyklopedyści pomogli to "zracjonalizować". Tak powstała
opinia o Polakach jako narodzie niezdolnym do rządzenia się, nienawykłym
do racjonalnego myślenia, histerycznym i niedojrzałym. To po dziś dzień
pokutuje w postaci głupiego narwańca lub pijaka, który postaw się a zastaw,
zrobi każdą głupotę za pochlebstwo, czy też o przysłowiowym niemieckim
"Polnische Wirtschaft".
To, jak głęboko osadzona jest doprawiona Polsce i Polakom gęba,
najlepiej ilustruje praca urodzonego w Cleveland profesora Mieczysława
B.B. Biskupskiego o wizerunku Polaka i Polski w filmach produkowanych przez
Hollywood w latach 1939-1945; książka, której nakład wydany przez
University Press of Kentucky rozszedł się dość szybko, a polska wersja
ze wstępem wspomnianego S. Michalkiewicza, zatytułowana "Wojna Hollywoodu
z Polską" wywołała wiele kontrowersji.
Kilkanaście dni temu prof. Biskupski gościł w Toronto z wykładem
właśnie o tej książce. Szkoda, że w kameralnym i elitarnym miejscu, bo
profesor Biskupski mógłby zapełnić o wiele większą salę - temat jest nośny
i ciekawy. Dotyczy wszak wielkiej części amerykańskiej Polonii i nas tutaj.
Biskupski obejrzał i przeanalizował tysiące filmów, jakie w okresie
wojennym wyprodukował Hollywood. Sam ich opis jest porażający.
Rola Polaków jest przeinaczona - zupełnie jakby Polska nie była
sojusznikiem Ameryki. Filmów o okupowanej Francji jest kilkanaście, o okupowanej
Norwegii z osiem, Czechosłowacji - 6, zaś o polskiej okupacji, wszak niesamowicie
dramatycznej, "spektakularnej", a przez to "filmowej" - 3, z czego jeden
to komedia (sic!), której akcję umieszczono w zajętej przez Niemców Warszawie.
Polacy, o ile nie są w tych obrazach kompletnymi idiotami, to przedstawiani
są jako zdrajcy lub ludzie niezdolni do opanowania niskich emocji; których
trzeba przywoływać do porządku praniem po pysku.
Historia wygląda mnie więcej tak, że polski rząd przedwojenny
to dyscyplinowana przez Brytyjczyków banda zdemoralizowanych arystokratów
i sympatyków Hitlera. Polskie kobiety są, zazwyczaj kochankami Niemców
lub paniami lekkich obyczajów.
Monte Cassino zdobyli Amerykanie (jakżeby inaczej), wieszając
na gruzach klasztoru amerykańską flagę; jedyny Polak występujący w tym
filmie ma atak strachu i (znów) trzeba go prać po pysku, by oprzytomniał.
Zadziwiająco często - podkreśla prof. Biskupski - Polaków, jak niegdyś
murzyńskich niewolników, trzeba bić po twarzy. W ani jednym z nakręconych
filmów Hollywoodu z tych lat Polak nie jest pozytywnym bohaterem. Co
jest o tyle ciekawe, że w pozytywnym świetle bywają przedstawiani Włosi
- było nie było, żołnierze państwa Osi. Zestawienie postaci filmowych przygnębia.
Polacy należą do jedynej grupy etnicznej z wyodrębnianych w filmach, pokazywanej
za każdym razem w negatywnym świetle.
DLACZEGO?
Prof. Biskupski daje trzy odpowiedzi - 1. polityka zagraniczna
USA, unikała drażnienia Sowietów; do tego stopnia, że projekty scenariuszy
filmowych konsultowane były z ich ambasadą.Wielu autorów scenariuszy było
członkami partii komunistycznej i działało z polecenia Moskwy lub też sympatyzowało
z linią sowieckiej propagandy;
2. Żydzi z Europy Wschodniej, z których wielu pracowało i tworzyło
Hollywood (jak choćby Warner Brothers, czyli bracia: Hirsch, Aaron, Szmul
i Jacob Wonskolaserowie, urodzeni na terenie Polski). Wiek XIX był czasem,
z jednej strony, kształtowania ruchów narodowych, z drugiej, syjonizmu
i ludzie ci mieli wyniesione ze sztetli jak najgorsze zdanie o Polakach.
Nie było to działanie centralnie zaplanowane, ale wynikało raczej z osobistych
animozji. Podobnie jak dzisiaj niechęć do Polaków często jest kreowana
przez emigrantów fali antysemickiej, partyjnej czystki roku 68.
Trzecia przyczyna, to słaba pozycja samej Polonii amerykańskiej.
Zdaniem profesora Biskupskiego, nasza grupa etniczna, w przeciwieństwie
do żydowskiej, wolno przedzierała się na pozycje klasy średniej - w większości
z terenu Polski emigrowali do USA niewykształceni chłopi. Była to również
inna Polonia, niż ta sprzed pierwszej wojny światowej. Jako przykład autor
"Wojny Hollywoodu z Polską" podaje smutny fakt, że w czasach I wojny zgłosiło
się na ochotnika do armii polskiej kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi
- a w czasach II wojny było to tylko ok. 600 osób.
Przyprawianie nam tępej gęby nie jest więc kwestią minionych
kilku lat - lecz dziesięcioleci, dziesięcioleci nieobecności normalnej
Polski na mapie - raz z powodu rozbiorów, dwa z powodu okupacji sowieckiej
i marionetkowego "socjalistycznego" państwa polskiego.
Ta gęba nie pomaga nam w życiu, ale jak wszystkie przeciwności
powinna konsolidować. Nie zrobimy tego za jednym zamachem, ale stopniowo.
Ona odpadnie jak strup z powodu przykładu każdego z nas. Powoli widać,
że czy się to komuś podoba, czy nie, wychodzimy z tego z dołka.
Andrzej Kumor
Mississauga
GONIEC, NR 47/2011
Afera "generała Gromosława C."
Już choćby po rezonansie, jaki wzbudziło nie tylko w mediach głównego
nurtu, ale i w opinii publicznej zatrzymanie generała Gromosława Czempińskiego,
zwanego odtąd "generałem Gromosławem C.", pod zarzutem malwersacji finansowych,
a konkretnie - korupcji przy prywatyzacji LOT-u i STOEN-u - można się domyślić
prawdziwej jego pozycji na scenie politycznej naszego nieszczęśliwego kraju.
Podobny rezonans mogłoby wywołać tylko aresztowanie prezydenta -
bo aresztowania ministra mało kto w ogóle by zauważył. Tymczasem zatrzymanie
"generała Gromosława C." na polecenie katowickiej prokuratury nie tylko
zostało przez wszystkich zauważone, ale stało się też przedmiotem komentarzy,
których wnioski wykraczają daleko poza kryminalny wątek sprawy. Ale incipiam.
Generał Gromosław Czempiński, zanim jeszcze został "generałem
Gromosławem C.", trafił do SB, tzn. Departamentu I MSW zaraz po studiach,
więc nie można wykluczyć, że bliskie spotkania III stopnia z resortem miewał
już wcześniej, zgodnie z perskim przysłowiem, że "dobry kogut w jajku pieje".
Czego tam nie dokazywał, czego tam nie robił - tego nie spisałby nawet
na wołowej skórze - między innymi jedną z tych zasług było pozyskanie do
współpracy ze sławnym "wywiadem gospodarczym" pana dra Andrzeja Olechowskiego.
Ale mniejsza z tym, bo prawdziwa kariera "generała Gromosława C." rozpoczyna
się z początkiem sławnej transformacji ustrojowej. Został on - jak wszyscy
funkcjonariusze SB - poddany weryfikacji, którą przeszedł w podskokach,
i zaraz potem przeprowadził udaną ewakuację amerykańskich zakładników z
Iraku, czym zaskarbił sobie zaufanie i wdzięczność Amerykanów. W rezultacie,
po udanym obaleniu rządu premiera Olszewskiego i wrześniowej klęsce ugrupowań
solidarnościowych w roku 1993, został szefem Urzędu Ochrony Państwa, którym
kierował aż do roku 1996, kiedy to, po aferze Oleksego, oskarżonego o szpiegostwo
na rzecz Rosji, prezydent Kwaśniewski mianował na to stanowisko Andrzeja
Kapkowskiego. Nawiasem mówiąc, od dnia, kiedy Józef Oleksy został oskarżony
o szpiegostwo, mija 16. rok i nikt nie został z tego tytułu pociągnięty
do odpowiedzialności - co utwierdza mnie w przekonaniu, że fundamentalna
zasada konstytuująca III Rzeczpospolitą: "my nie ruszamy waszych - wy nie
ruszacie naszych", cały czas jest przestrzegana, przynajmniej do tej pory.
Warto przypomnieć, że na początku 1996 roku tygodnik "Wprost" opublikował
artykuł informujący o wielkich sumach w obcych walutach, jakie PZPR przez
co najmniej 18 lat transferowała do szwajcarskich banków, przejmując je
wcześniej od przedsiębiorstwa eksportu wewnętrznego PEWEX, specjalnie w
tym celu założonego. Ujawnienie tych rewelacji wprawiło prezydenta Kwaśniewskiego
w stan niezwykłego zdenerwowania, w którym oświadczył on, że jeśli
ktokolwiek piśnie na ten temat choćby słowo, to on zarządzi "lustrację
totalną". Następnego dnia po tym ostrzeżeniu Jacek Kuroń i Karol Modzelewski
napisali do prezydenta Kwaśniewskiego pojednawczy list i wszystko ucichło
jak ucięte nożem.
Zanim jeszcze do tego doszło, w roku 1983, na przepustkę z więzienia
wyjechał był do Szwajcarii pochodzący z porządnej, ubeckiej rodziny Piotr
Filipczyński, wcześniej skazany na 25 lat więzienia za morderstwo ze szczególnym
okrucieństwem. Przybywszy do Szwajcarii, został tam bankierem oraz - jak
wieść gminna głosi - "kasjerem lewicy" pod nazwiskiem Petera Vogla. Musiał
sprawować się wzorowo, bo czyż w przeciwnym razie zostałby przez prezydenta
Kwaśniewskiego w ostatnim dniu jego urzędowania ułaskawiony? A właśnie
został - i w przekonaniu, że jest już bezpiecznie, przyjeżdżał sobie do
Polski jak gdyby nigdy nic.
Tymczasem w naszym nieszczęśliwym kraju zachodziły wielkie przemiany;
koalicja SLD-PSL została w roku 1997 zastąpiona koalicją AWS-UW, która
sformowała rząd pod przewodnictwem charyzmatycznego premiera Buzka, "bez
swojej wiedzy i zgody" zarejestrowanego przez SB w charakterze tajnego
współpracownika pod dwoma pseudonimami: "Karol" i "Docent". W czerwcu 2000
roku UW wyszła z koalicji, ale rząd premiera Buzka nadal sobie rządził,
aż w roku 2001 został ponownie zastąpiony przez koalicję SLD-PSL.
Jednak na skutek nieporozumień w klubie gangsterów, których wyrazem, a
nawet - rodzajem wierzchołka góry lodowej, była wizyta Lwa Rywina u pana
red. Adama Michnika, "grupa trzymająca władzę" zaczęła się rozpadać, wytwarzając
coraz większą polityczną próżnię. Doszło w końcu do tego, że powstał rząd
prof. Marka Belki, szczęśliwego posiadacza aż dwóch pseudonimów operacyjnych,
do którego nie przyznawało się żadne ugrupowanie parlamentarne, a który
mimo to rządził sobie "mądrze i wesoło" jak gdyby nigdy nic, aż do roku
2005.
Ale nie tylko zmieniały się rządy. Zmieniała się również scena
polityczna, na której pojawiła się Platfoma Obywatelska, najpierw kierowana
aż przez "trzech tenorów": dra Andrzeja Olechowskiego, Macieja Płażyńskiego
i Donalda Tuska, a potem już tylko przez Donalda Tuska. Po latach "generał
Gromosław C." ujawni, że to właśnie on był Ojcem Założycielem tej partii
i nawet zwierzał się, ile to rozmów i bliskich spotkań III stopnia musiał
odbyć, by Platforma Obywatelska wreszcie zaistniała. Wkrótce potem na scenie
politycznej, z inicjatywy Jarosława Kaczyńskiego, pojawiło się Prawo i
Sprawiedliwość, którego najtwardszym jądrem było dawne najtwardsze jądro
Porozumienia Centrum. I PiS wykorzystało próżnię polityczną powstałą na
skutek rozpadu grupy trzymającej władzę i po wyborach w 2005 roku utworzyło
mniejszościowy rząd. Wprawdzie początkowo prowadzone było rozmowy
z PO o utworzeniu wielkiej koalicji, ale nie doprowadziły do porozumienia
- formalnie na tle sporów o to, kto ma kontrolować tajne służby. Spory
te przekształciły się w nieprzejednaną wrogość okazywaną PiS-owi również
przez pozostające pod kontrolą tajnych służb media głównego nurtu oraz
Salon z jego centralnym organem prasowym, czyli "Gazetą Wyborczą". Jak
się okazało, nie wszyscy członkowie rządu utworzonego przez PiS byli wobec
premiera Jarosława Kaczyńskiego lojalni; prawdę mówiąc, lojalnych było
tam niewielu, w następstwie czego przed niezawisłymi sądami trwają obecnie
procesy prezesa PiS z co najmniej dwoma jego dawnymi ministrami: Januszem
Kaczmarkiem i Romanem Giertychem. W następstwie tych nielojalności, które
były według wszelkiego prawdopodobieństwa wzajemne, w roku 2007 premier
Kaczyński złożył dymisję swego rządu, a wybory wygrała Platforma Obywatelska,
tworząc z PSL koalicyjny rząd pod prezesurą Donalda Tuska.
Wprawdzie Donald Tusk doskonale zdawał sobie sprawę, że swoje
zwycięstwo wyborcze zawdzięcza protekcji Sił Wyższych, które oddały do
dyspozycji PO wszystkie swoje aktywa w postaci wsparcia agentury, również
w mediach głównego nurtu i Salonie, ale właśnie dlatego zapragnął trochę
przynajmniej się spod tej kurateli wyemancypować. Dlatego wiosną 2008 roku
znajdujący się akurat w Polsce Peter Vogel został umieszczony w areszcie
wydobywczym pod śmiesznym zarzutem prania brudnych pieniędzy. Najwyraźniej
premier Tusk wiele sobie po Voglu obiecywał, bo minister Ćwiąkalski i wicepremier
Schetyna dawali swoim nadziejom, a nawet marzeniom publiczny wyraz. Trzymany
w areszcie wydobywczym Vogel zaczął w końcu coś tam chlapać - między innymi
o kradzieży, jakiej jakiś Turek dokonał ze szwajcarskiego konta bankowego
"generała Gromosława C.", której generał ponoć nawet nie zauważył. Ujawnienie
tej informacji przez dziennik "Dziennik" stało się detonatorem "afery hazardowej",
w następstwie której premier Tusk nie tylko musiał wyrzucić z rządu ministra
Ćwiąkalskiego i wicepremiera Schetynę, ale również - zrezygnować z kandydowania
w wyborach prezydenckich - czego, jak wszyscy wiemy, bardzo pragnął. A
kiedy afera hazardowa przycichła na tyle, że okazało się, iż w ogóle
jej "nie było", 10 kwietnia 2010 roku doszło do katastrofy smoleńskiej,
w której zginął nie tylko prezydent Kaczyński, ale również dowódcy wszystkich
rodzajów sił zbrojnych i prezes Narodowego Banku Polskiego. W rezultacie
prezydentem został Bronisław Komorowski, a prezesem NBP - prof. Marek Belka.
Zaraz po katastrofie smoleńskiej wywodzący się z SB, do której wstąpił,
by spełniać dobre uczynki, generał Sławomir Petelicki, w liście otwartym
do premiera Tuska zażądał zdymisjonowania ministra obrony Klicha i kilku
innych dygnitarzy wojskowych, podając jednocześnie własne propozycje personalne.
Początkowo głuche milczenie było mu odpowiedzią, ale w rok później prawie
wszystkie żądania generała Petelickiego zostały spełnione, a nasza niezwyciężona
armia została poddana kuracji przeczyszczającej. Oznaczało to ni mniej,
ni więcej, że SB bierze odwet na razwiedce wojskowej za upokorzenia związane
z weryfikacją, no a poza tym, a właściwie przede wszystkim - proponuje
nowy kompromis w sprawie kolejności rozdziobywania naszego nieszczęśliwego
kraju.
I kiedy wydawało się, że wszystko jest na najlepszej drodze,
że kompromis został osiągnięty, czego dowodem było ogłoszenie składu i
zaprzysiężenie nowego-starego rządu premiera Tuska - jak grom z jasnego
nieba gruchnęła wieść o zatrzymaniu "generała Gromosława C." pod wspomnianymi
zarzutami. Wygląda na to, że razwiedka wojskowa, zdetonowana zagładą ścisłego
kierownictwa w Smoleńsku, tylko się przyczaiła, stosując wypróbowaną przez
generała Jaruzelskiego jeszcze podczas solidarnościowego karnawału
"linię porozumienia i walki" i obecnie przystąpiła do rozgramiania SB,
wykorzystując w tym celu zeznania Petera Vogla, o których wszyscy chyba
już zapomnieli. Okazuje się, że rację miał poeta Czesław Miłosz, ostrzegając,
że "spisane będą czyny i rozmowy", a poza tym - ruskie przysłowie powiada,
że co jest zapisane piórem, tego nie wyrąbiesz toporem. Dodatkowym impulsem,
ośmielającym wojskową razwiedkę do takiej totalnej rozprawy z SB-kami,
może być okoliczność, iż "generał Gromosław C." był faworytem Amerykanów
- tymczasem Nasza Złota Pani Aniela, która najwyraźniej postanowiła przyspieszyć
nieubłagane procesy dziejowe prowadzące do utworzenia w Europie IV Rzeszy,
zapaliła zielone światło dla prób eliminacji amerykańskich faworytów z
tubylczej sceny politycznej - czemu sprzyja desinteressement wykazywane
Europą przez obecną administrację prezydenta Obamy.
Zatrzymanie "generała Gromosława C." początkowo wyglądało szalenie
groźnie, ale kiedy piszę te słowa, został on już wypuszczony za kaucją
w wysokości 1 miliona złotych, którą, chwalić Boga, mógł bez najmniejszego
trudu natychmiast zapłacić. Śledząc dalszą pracę zegara sprawiedliwości,
będziemy mogli ocenić, czy konstytuująca III Rzeczpospolitą fundamentalna
zasada: "my nie ruszamy waszych - wy nie ruszacie naszych" nadal obowiązuje
i w jakim zakresie. Gdyby okazało się, że przestała być aktualna, mielibyśmy
kolejną transformację ustrojową, to znaczy - IV Rzeczpospolitą i co ciekawe
- bez najmniejszego udziału prezesa Jarosława Kaczyńskiego w tej
przemianie.
Stanisław Michalkiewicz
www.michalkiewicz.pl
Aleksander graf Pruszyński
Ost Front
Złota jesień
Co za czasy, już 22 listopada, a ciepło i słonecznie. W weekend
moc warszawiaków chodziło po Starym Mieście i Trakcie Królewskim. Był tam
jarmark produktów wiejskich, szereg plansz poświęconych Marszałkowie Piłsudskiemu
oraz w Domu Polonii koncert muzyków z Wilna.
Książka pani Lechowej
Z wielką pompą i mocem plakatów rozklejonych po mieście odbyła
się prezentacja grubej książki żony eksprezydenta Lecha Wałęsy, którą pisała
z jednym dziennikarzem prawie dwa lata. W Klubie MPiK na Marszałkowskiej
w Warszawie było supertłoczno i wydaje się, że książka będzie bestsellerem
roku. Dostałem do recenzji egzemplarz od Wydawnictwa Literackiego i za
tydzień przyślę. Niestety, jest tam kilka cierpkich uwag na temat małżonków
Gwiazdów i boleję, bo pani Wałęsowa będzie miała jeszcze sporo przykrości,
jak rozpowszechni się książka Andrzeja Rozpłochowskiego, z której jej mąż
nie wychodzi dobrze.
Po je... tygodnik
Smutno stwierdzić, że najstarszy polski endecki tygodnik pt.
"Myśl Polska", jak powstał w Londynie w 1942 r. i przeniósł się do Warszawy
w 1990 r., goni w piętkę. Popierają tam Łukaszenkę i jego wasali w Polonii
białoruskiej, ale ostatnio jego redaktor - kiedyś był naczelnym "Słowa
Powszechnego", które padło z jego winy - wydał książkę, gdzie gani Piłsudskiego
za to, że nie poparł Denikina.
Tak, nie poparł, bo ten wielki Rosjanin i jego otoczenie chciało
wielkiej i niepodzielnej Rosji. Gdy przyjechał do nich wysłannik Naczelnika
Państwa, gen. Karnicki, to oświadczyli mu, że nie uznają generała polskiego,
a tylko pułkownika rosyjskiego. Rosja biała miałaby zawsze poparcie na
Zachodzie, więc niewiele by można było od nich wytargować.
Natomiast Lenin nie uznawał rozbiorów i słał pokojowe misje,
na które Piłsudski się nie nabierał, bo mając złamany szyfr Armii Czerwonej,
od lipca 1919 r. wiedział, że przygotowują natarcie już od grudnia 1919
roku, i uprzedził ich atak.
Wspaniała książka
Będąc w Krakowie, miałem przyjemność wpaść na prezentację książki
legendy śląskiej Solidarności - Andrzeja Rozpłochowskiego, który po więzieniu
wyjechał z Polski w 1988 r. i dopiero teraz wrócił.
Pisze on, jak komuna perfidnie zwalczała "S" i ile miała pomocników
w szeregach "S", w tym pisze źle o K. Świtoniu, który potem miał bardzo
ładną kartę walki o krzyż w Oświęcimiu, a najgorzej o Lechu Wałęsie, który
był głównym hamulcowym "S". Zwłaszcza po wypadkach w Bydgoszczy, co pomogło
komunie zniszczyć "S". Wspomina też, że lewacy robili, co mogli, by nie
wypuścić z więzień członków kierownictwa KPN.
W Toruniu i... u Rydzyka
Zasadniczo codziennie oglądam portal NASZEGO DZIENNIKA i tak
dowiedziałem się, że będzie konferencja "Ekonomia i katolicy" w Szkole
Medialnej ojca Rydzyka. Pojechałem więc na nią, gdzie spotkałem sporo ciekawych
ludzi i choć poglądy, co powinni robić katolicy w ekonomii, były mgliste,
to dowiedziałem się wiele o problemach Nigerii oraz... Indii. Miałem starcie
z jednym z prelegentów, który zachwalał wysokie podatki, a właśnie niskie
podatki były źródłem sukcesów Singapuru, Hongkongu i Korei Południowej.
Była też okazja spotkania szeregu ludzi, w tym przedstawicieli
SKOK-ów, i mu się dostało, że nie nawiązują kontaktów z uniami kredytowymi
w USA i Kanadzie, bo to chyba skandal, że transfery pieniędzy z tych krajów
nie idą przez polskie instytucje finansowe. Rozmawiałem też ze studentami.
Podobnie jak ja mają podłe mniemanie o "Naszym Dzienniku", ale twierdzą,
że poziom szkoły jest wysoki i nawet chętnie ich zatrudniają niekoniecznie
katolickie media. Przy okazji dostałem kolekcję wierszy patriotycznych,
których kilka prześlę do opublikowania w "Gońcu".
Wizyta izraelskich małolatów
Odwiedziłem Nowotel w Warszawie, by skorzystać z ich Internetu,
i tam spotkałem kilku młodych z Izraela. Okazuje się, że od marca do listopada
prawie każdego tygodnia przyjeżdża tu z tysiąc młodych Izraelczyków z różnych
szkół, co jest organizowane przez ich Ministerstwo Oświaty, ale w jakimś
zakresie współpracuje z polskim odpowiednikiem. Małolaci są nafaszerowani
antypolską propagandą i wbiło się im do głowy, że na nich czyhają polscy
antysemici.
Próbowałem im trochę antypolskiego jadu wyciągnąć z głowy, bo
przecież dotąd od ponad 10 lat nigdy nie było przypadku, gdy jakiś Polak
kogoś z nich zaatakował, a dla Polaków jest obraźliwe, że przyjeżdżają
z nimi uzbrojeni w broń palną izraelscy... komandosi i jeszcze dobierają
sobie do pomocy polskich ochroniarzy, też z bronią palną. Okazuje się jednak,
że od kilku lat Czesi się postawili Izraelczykom i ci nie mają prawa wwozić
z sobą broni. Młodzież widzi tylko praktycznie miejsca kaźni swych rodaków
i prawie nie spotyka się z młodzieżą polską. Zadaniem tych wycieczek jest
włożenie młodym w głowę, że trzeba być przygotowanym na obronę i że dlatego
muszą iść na trzy lata do wojska.
Pomnik prezydenta
21 listopada naprzeciw Ambasady USA odsłonięto piękny pomnika
Ronalda Reagana. Na uroczystość przybyło wiele padłych politycznych słoni,
jak eksprezydent Wałęsa i ekspremier Mazowiecki. Był też wicepremier Pawlak
i "bufetowa", czyli prezydent miasta Warszawa, pani Gronkiewicz-Waltz.
Po zakończeniu imprezy dorwałem się do imć Pawlaka z pytaniem,
czemu nie bronił członków ochotniczych straży pożarnych i chłopów, gdy
szkalowali ich imć Grossowie. Twierdził, że nie słyszał o tym, więc trzeba
będzie strażakom i chłopom przypomnieć, jak ich wódz dba o ich image.
Sprawiedliwość
Trzy miesiące temu mój kuzyn po 20 latach i sporych kosztach
wygrał sprawę w Naczelnym Sądzie Administracyjnym i odzyskał bezprawnie
rodzinie odebrany pałac i park pod Poznaniem. Okazuje się jednak, że potomkowie
różnych Żydów bez wielkich ceregieli w rok odbierają to, co ponoć należało
do ich krewnych. No, zawsze jest tak, że są równi i... równiejsi.
Na co są pieniądze?
Na wielkiej rotundzie na rogu Jerozolimskich i Marszałkowskiej
jest pokazany obraz Matejki - Bitwa pod Grunwaldem - i apel o datki na
jego odnowienie. Tymczasem miasto Warszawa i Ministerstwo Kultury dają
nie tylko hojną ręką na Muzeum Żydów Polskich, ale na ośrodek lewaków mieszczący
się w kawiarni Nowy Świat na tejże ulicy.
Aleksander graf Pruszyński - Mińsk
Izabela Embalo
Bez kontraktu
Program mobilności i wymiany młodych obywateli różnych krajów świata
staje się dość popularny wśród naszych rodaków. W tym roku wykorzystane
są już prawie wszystkie wizy pracownicze. Spora rzesza Polaków decyduje
się przyjechać do Kanady do pracy na rok, a bonusem całego przedsięwzięcia
jest to, że nie muszą posiadać oferty pracy i kanadyjskiego kontraktu.
Podobnie, wielu młodych Kanadyjczyków ma sposobność wyjechania do pracy
do Polski i poznania naszego rodzinnego kraju.
Choć program sam w sobie jest raczej możliwością zdobycia międzynarodowego
doświadczenia, nauki języka, poznania kultury, dla niektórych staje się
on szansą przyjechania - legalnego zatrudnienia i znalezienia dalszej
drogi imigracyjnej. Niektórym z naszych klientów udało się bowiem spotkać
odpowiedniego pracodawcę, który chce zatrudnić młodych pracowników na stałe,
co otwiera dalsze opcje pozostania w Kanadzie. Okazuje się bowiem, że Polacy
są rzetelnymi i dobrymi pracownikami, nie boją się trudnej pracy i stawiają
czoło wszelkim wyzwaniom. Młodzież dobrze wykształcona nie obawia się zakasać
rękawów i pracować na budowie, jeśli jest taka potrzeba.
Młodzi Polacy mają dalej szanse pozostania na przykład
w programie Canadian Experienced Class, Federal Skilled Workers lub korzystając
z programów prowincyjnych. Niektórzy przez rok oszczędzają fundusze, by
ponownie powrócić do Kanady na studia.
Myślę, że z wielu programów stałej rezydencji, imigracja prowincyjna
jest jedną z najlepszych opcji, jaką warto wziąć pod uwagę, ponieważ wnioski
są załatwiane szybciej, kandydat nie musi zdawać trudnych językowych testów,
otrzymuje także w większości przypadków na czas trwania procedury wizę
pracowniczą. Oczywiście zależne jest to od samego kandydata i programu,
a są one różne w każdej prowincji.
Wielu polskich imigrantów niestety popełnia duży błąd, przybywając
do Kanady i podejmując się pracy nielegalnej, kiedy można przed przylotem
otrzymać wizę pracowniczą, tak jak pisałam, bez posiadania kontraktu pracy.
Praca i pozostanie bez statusu może zamknąć niektóre możliwości pozostania,
nie wspominając już o tym, że osobie pracującej lub pozostającej bez ważnej
wizy grozi areszt i deportacja.
Izabela Embalo
LICENCJONOWANY DORADCA
IMIGRACYJNY
LICENCJA # R506496
Prezes
THE IMMIGRATION NETWORK CANADA
OSOBY ZAINTERESOWANE IMIGRACJĄ PROSIMY O KONTAKT Z NASZYM BIUREM:
416-515-2022, emigracja@live.ca.
Zapraszamy do odwiedzenia naszej strony internetowej: WWW.EMIGRACJAKANADA.NET.
Przyjmujemy także wieczorami i w niektóre weekendy. Współpracujemy z kancelarią
adwokacką John Walter Kozina Law Office.
Sposób na sukces
Od 34 miesięcy południowokoreańska KIA nieustannie zwiększa w Kanadzie
sprzedaż swych aut. Gdy inni producenci samochodów mają problemy z utrzymaniem
się na rynku, KIA wypuszcza kolejne nowe modele i modernizuje już produkowane.
Od stycznia 2010 roku pojawiło się ich dziewięć...
Ostatnim gruntownie zmodernizowanym pojazdem Koreańczyków jest hatchbackowe
rio5. Niedługo, bo już w styczniu, do kompletu przybędzie sedanowa wersja
i wtedy będzie to dziesiąty nowy samochód w katalogu, który powstał w ciągu
dwóch lat. Takim wynikiem nie może pochwalić się żaden producent aut i
dlatego KIA nie ma najmniejszych problemów ze sprzedażą swych wozów, i
to w sytuacji, gdy inni producenci odnotowują straty i brak zainteresowania
ich produktami.
Oczywiście, nie tylko gama nowych modeli, ale troska o klienta
owocuje takimi wynikami. Tylko KIA i Hyundai oferują swym nabywcom 5-letnie
gwarancje. Jak wiemy, są to firmy bardzo blisko ze sobą współpracujące
- w praktyce, akcje KII są w rękach Hyundaia, który posiada
ich ponad 40 procent. Zakłady powstały w 1944 roku i z początku zajmowały
się wytwarzaniem rowerów. W 1961 roku zaczęto produkować tam motocykle,
zaopatrując lokalny rynek, a wkrótce na ich bazie skonstruowano 3-kołowy
pojazd dostawczy, popularny w Azji. Na początku lat 70. ubiegłego wieku
KIA rozpoczęła produkcję własnych silników do samochodów, a następnie zabrano
się za samochody, początkowo ciężarowe. W 1974 roku Koreańczycy stworzyli
na bazie mazdy swe pierwsze osobowe auto kia brisa S100. Firma współpracowała
z Fiatem, Fordem i francuskim Peugeotem, jednak w 1997 zbankrutowała. Dwa
lata później została przejęta przez prężnie rozwijającego się Hyundaia
i pod jego skrzydłami rozpoczął się dynamiczny rozwój firmy. Koncern sprzedaje
teraz na całym świecie 1,5 miliona samochodów rocznie. W Kanadzie w ostatnim
miesiącu KIA Motors sprzedała 5180 aut; rocznie w naszym kraju sprzedaje
się prawie 60 tysięcy samochodów z owalnym emblematem na masce.
Model rio jest bardzo ważny w ofercie Koreańczyków, podobnie
jak optima w segmencie "family cars". Małe samochody znajdują teraz o wiele
więcej nabywców niż jeszcze przed paru laty, bo ceny paliwa podskoczyły,
a także utrzymanie większego pojazdu coraz częściej staje się niemożliwe
z powodu wzrostu stawek przymusowego ubezpieczenia. Nie bez znaczenia są
też ceny większych samochodów - zwykle zaczynają się one od 20 tysięcy
dolarów. Kompaktowe pojazdy na tym progu się zatrzymują - luksusowo wyposażone
najnowsze rio5 w wersji EX luxury kosztuje 20 295 dolarów. Podstawowa wersja
jest o sześć tysięcy tańsza i kosztuje 14 095 dolarów.
Pierwsza generacja rio5 pojawiła się w 2000 roku i bazowała na
podwoziu forda festivy. W 2006 roku pojawiła się druga generacja auta -
tym razem już korzystając z platformy hyundaia accenta. W 2011 roku została
ona nieco zmodyfikowana - z zewnątrz rozpoznać ją można po charakterystycznej
atrapie chłodnicy zwanej "tiger nose", w którą wyposażone są teraz wszystkie
modele aut KIA. Nowy wyróżnik produktów Koreańczyków to wymysł Petera Schreyera,
którego koncern zatrudnił na stanowisku głównego projektanta nadwozi. Schreyer
to legenda wśród stylistów aut - zaprojektował wygląd audi TT, golfa IV
generacji oraz od 2009 roku wszystkie modele pojazdów KII.
Trzecia wersja hatchbacka rio5 to również jego pomysł. Bez trudu
dopatrzyć się tu można podobieństw do VW golfa, który króluje w Europie.
Nic w tym dziwnego, że projektant również starał się stworzyć wóz w europejskim
stylu, bo Stary Kontynent to główny odbiorca pojazdów produkowanych przez
KIA.
Nowy model stworzony jest na bazie hyundaia accenta, dla którego
skonstruowano jednak od nowa platformę podłogową - stąd rio5 jest
dłuższy, szerszy i niższy od swego poprzednika, a jego rozstaw osi został
wydłużony o 70 mm, co znacznie zwiększa przestrzeń dostępną dla pasażerów
i na bagaż (pojemność przedziału bagażowego - 425 litrów).
Pojazd wyposażony jest w 1,6-litrowy silnik z czterema cylindrami
ustawionymi w jednej linii. Standardowo współpracuje on z 6-stopniową manualną
skrzynią biegów, ale istnieje też możliwość wyposażenia wozu w 6-biegowy
automat. Silnik produkuje 138 koni mechanicznych - w sektorze subkompaktów
jest to rzadki wynik i spala w mieście 6,6 litra paliwa. Dzięki rozbudowanej
skrzyni biegów i dużej mocy silnika, na trasie auto zużywa zaledwie 4,9
litra zwykłej benzyny. Ze skrzynią automatyczną wyniki są prawie identyczne
(6,8 i 4,9 l/100 km). By zwiększyć oszczędność paliwa, samochód wyposażono
w urządzenie ISG (Idle Stop and Go). Dostępne jest ono w wyposażeniowej
wersji LX ECO kosztującej 17 695 dolarów. W klasie subcompact urządzenie
to dotychczas nie występowało. Pozwala ono na automatyczne unieruchomienie
silnika w sytuacji zatrzymania się na czerwonych światłach czy utknięciu
w korkach ulicznych. Samochód samoczynnie włączy silnik, gdy kierowca zdejmie
nogę z hamulca. Wersja samochodu z ISG ma dodatkowo zwiększoną pojemność
akumulatora oraz wytrzymalszy starter. W normalnym rio5 wytrzymuje on średnio
55 000 startów silnika - w odmianie z urządzeniem Idle Stop and Go - 350
000.
Odmiana ECO posiada również elektroniczny system, który po uruchomieniu
go przyciskiem na kierownicy, optymalizuje zużycie paliwa, dobierając wyjątkowo
starannie odpowiednie przełożenia przekładni do warunków jazdy.
Nowe rio5 charakteryzuje się niezłymi warunkami jezdnymi. Przednie
zawieszenie z kolumnami MacPhersona, zamocowane na ramie pomocniczej w
celu odizolowania pochodzących z drogi wstrząsów, pozostało w dużym stopniu
niezmienione, a niewielkie modyfikacje dotyczą dłuższego rozstawu osi,
szerszego rozstawu kół i zmienionego rozkładu wagi nowego modelu. Tylna
oś, która ma postać zespolonej belki skrętnej, jest sztywniejsza, co obniża
podsterowność, natomiast połączenie pomiędzy wahaczami a zwrotnicami jest
dwa razy mocniejsze, co zwiększa stabilność. Skok koła wzrósł o 10 mm,
a udoskonalona geometria lepiej chroni przed wybojami i zapewnia dokładniejsze
prowadzenie samochodu.
Rio5 w swym najnowszym wydaniu jest większe, wygodniejsze i bardziej
ekonomiczne od poprzednika. Bez wątpienia będzie to kolejny sukces Koreańczyków
z KIA.
Jerzy Rosa
Mississauga
A miało być tak pięknie!
Wicepremier Chin Wang Qishan ostrzegł amerykańskiego ministra handlu,
stwierdzając, że gospodarka światowa jest w tak opłakanym stanie, iż obecnie
najlepszym rozwiązaniem jest doprowadzenie do "ożywienia w wybranych krajach".
Pomysł na tzw. nierównomierne ożywienie polega na tym, że Chińczycy
zainwestują tryliony we własną gospodarkę. "Nierównomierne ożywienie"
jest lepsze od równomiernej recesji - przekonywał Wang Amerykanina
Johna Brysona, potwierdzając, że w ciągu najbliższych 5 lat Chiny wleją
w strategiczne obszary 1,7 tryliona dolarów.
Wang podkreślił, że "najlepszym sposobem umacniania gospodarki
światowej jest silny wzrost Chin".
Chiny nie są zainteresowane ratowaniem strefy euro czy dominacji
gospodarczej USA; są w stanie poradzić sobie same i napędzając wewnętrzną
konsumpcję, zbudować mocarstwo ekonomiczne. Obcy, o ile będą tańczyć w
rytm chińskiej muzyki i uznawać chińskie przewodnictwo, dopuszczeni zostaną
z surowcami i produkcją rolną na ich rynek i być może zaznają prosperity
- jak dzisiaj Brazylia.
Sprawdzają się więc obawy, że Pekin jest w stanie poradzić sobie
sam "bez reszty świata". Chiny i USA nie są spięte szczękościskiem współzależności
importowo-eksportowej (jak usiłowała przekonać Chińczyków jakiś czas temu
sekretarz stanu Hillary Clinton); w momencie kiedy amerykański konsument
straci siłę nabywczą, to gospodarka chińska może tylko trochę zwolni; a
1,5 miliarda konsumentów na rynku wewnętrznym przejmie pałeczkę.
Plan chiński "powieszenia" Zachodu na jego własnym sznurku realizowany
jest konsekwentnie. Obecna faza obejmuje:
- Wykupywanie gdzie tylko się da zasobów bogactw naturalnych,
zapewnienie sobie praw do eksploatacji;
- Wykupywanie i inwestowanie w przedsiębiorstwa,
zwłaszcza wykorzystujące wysoko zaawansowane technologie; transfer tych
technologii do Chin;
- Kształcenie nowej kadry imperialnej zdolnej do kierowania chińskimi
interesami w nowej sytuacji mocarstwowej. Chińskie stypendia państwowe
fundują edukację setkom tysięcy specjalistów. Do tego dochodzą wykształcone
dzieci diaspory chińskiej, dla której sukces kraju smoka otwiera szerokie
wrota osobistej kariery;
- Pozyskiwanie wysoko zaawansowanej technologii tak legalnie,
jak i przez kradzież (szpiegostwo internetowe i gospodarcze).
Legalny transfer technologii dokonuje się często na mocy chińskiego
prawa i jest wymuszany na wszystkich, którzy chcą korzystać z chińskiego
potencjału produkcyjnego lub rynku. Ostatnio prezydent Obama usiłował uprosić
Chińczyków, aby General Motors nie musiał transferować (oddawać za friko)
amerykańskiej technologii ogniw pozwalającej na produkcję samochodów elektrycznych,
jakie chce budować w Chinach. Oczywiście Chińczycy tę technologię i tak
ukradną, ale jeśli nie będą jej mieli oficjalnie, mogą mieć drobne kłopoty
ze sprzedażą podróbek na rynkach trzecich.
Chińskie parcie ku wielkości odbywa się za uzyskane od USA obligacje
i gotówkę - finansowane jest przez amerykańskiego podatnika i konsumenta
lgnącego do szajsu z Azji.
Chińczycy zdają sobie sprawę, że wartość amerykańskiego dolara
jest kontrolowana przez Waszyngton, dlatego usiłują ten pieniądz pokryć
czymś konkretnym, nieruchomościami, bogactwami naturalnymi, zakładami przemysłowymi,
technologią - wszystkim na czym mogą położyć rękę..
Odradziła się chińska duma - z osiągnięć i mądrości "chińskiego
kierownictwa". Wbrew nadziejom zachodnich globalistów, nowa sytuacja nie
przyczynia się do złagodzenia stosunków Chin z innymi krajami, zwłaszcza
z USA. Ameryka nadal postrzegana jest jako kraj wrogi. Chińczycy, na przykład,
z zainteresowaniem zauważyli "proletariacki" styl, z jakim obnosi się nowy
ambasador USA, Chińczyk z pochodzenia, demonstrując "otwartość", "przystępność"
i "skromność", ale zaraz chińska dziennikarka pyta Gary'ego Locke'a, czy
to dlatego, że nie wypada epatować "highlifem" w sytuacji, kiedy Amerykanie
są winni Chińczykom pieniądze.
Świadomość zadłużenia Ameryki u Chińczyków, można prosto "za
czarodziejskim dotknięciem" jednego artykułu propagandowego przekształcić
w poczucie bycia wyzyskiwanym i oszukiwanym przez "niemoralnych, grubych,
leniwych i obżerających się na koszt chińskiej krwawicy" Amerykanów. Zróżnicowany
etnicznie naród chiński jest do wojny psychologicznie przygotowany.
W Chinach coraz częściej słychać też stwierdzenia, że "chcemy żyć tak jak
Amerykanie dzisiaj żyją na nasz koszt".
Można sobie więc na koniec zadać pytanie, kto puścił w bieg ten
mechanizm osłabiania Zachodu na rzecz Chin i Azji? Gdzie byli politycy,
kiedy amerykańskie korporacje zapatrzyły się w miraż chińskiego eldorado,
eksportując amerykańskie miejsca pracy i wyciągając dywanik spod nóg klasy
średniej? Odpowiedź jest jedna - pycha i chciwość.
Obydwie oślepiają, ograniczając spojrzenie do najbliższych lat
i miesięcy. Kom-sekretarze są też chciwi i pyszni, ale przy tym cwańsi.
Nawiasem mówiąc, sekretarze tłumaczą dzisiaj żartobliwie, że utrzymując
niski kurs juana wobec dolara, pomagają amerykańskiej biedocie, która ma
dostęp do taniej chińszczyzny, a w przeciwnym razie przymierałaby głodem.
Dzięki temu przeciętny Chińczyk wie, jak bardzo pomaga niewdzięcznej Ameryce.
Oczywiście pieniądz to nie wszystko; Stany Zjednoczone mają olbrzymią
armię (paradoksalnie coraz bardziej zależną od chińskiej produkcji). Jednak
ci, którzy budzą się dzisiaj w Waszyngtonie z ręką w nocniku, nawet jeśli
pokuszą się o radykalne rozwiązanie, natrafią na przebiegłość i
cierpliwość uformowane na Sun Tzu.
Nie ma lekko panowie!
Andrzej Kumor
Mississauga
TEKSTY: ARCHIWUM 37
KONTAKT:
tel. 905-629- 9738
fax 905-629-9764
e-mail: redakcja@goniec.net
|