POWROT
Goniec
Polish Messenger
ISSN 1708-878X
GST# 87090 2707 RT 0001
Tygodnik polski w Kanadzie 
Polish community's weekly newspaper published in Canada
Tel.: 905 - 629-9738
Fax: 905 - 629-9764
Internet:
www.goniec.net
e-mail: redakcja@goniec.net

Adres redakcji:
2404 Haines Rd. Unit 11
Mississauga, Ont.
L4Y 1Y6

Prenumerata na terenie Kanady: 
$3,50 za każdy zamówiony egzemplarz. Wysyłka wyłącznie First Class Mail.

***
Wydawca:
Goniec Inc.

..
TEKSTY
Toronto - Canada
Internetowa edycja, to tylko niektóre materiały publikowane w "Gońcu" - w sieci www nie ukazuje się pełna wersja naszego tygodnika wydawanego w objętość 56 stron formatu gazetowego.
  
GONIEC NR 26/2009

Wszystko na złom!
Pan Roman zadzwonił do naszej redakcji, bo nie wie, do kogo jeszcze się zwrócić; na naszych oczach ginie cały sektor ontaryjskiej gospodarki, sektor, który zapewniał mieszkańcom tej prowincji tysiące wysoko płatnych miejsc pracy i tworzył dookoła setki tysięcy miejsc pracy w usługach, turystyce, handlu, budownictwie.

Gospodarka Ontario w znacznej mierze była oparta na przemyśle produkcyjnym. W nim znalazło możliwość działania, pracy twórczej i przedsiębiorczości setki naszych rodaków z najnowszej imigracji - wykształconych w Polsce inżynierów i techników.
 Dzisiaj ze zgrozą patrzą, jak chluba tego kraju umiera, jak niegdyś wykończony przez polityków projekt Avro Arrow; jak zakłady kupują na pniu inwestorzy z Indii, Pakistanu, Chin i doskonałe maszyny wywożą w skrzyniach za jedną dziesiątą czy jedną setną wartości.
 Pan Roman zaprosił nas na jedną z wielu licytacji, gdzie urządzenia za które trzeba było płacić miliony sprzedawano po 100 tys. dol. 
 Na naszych oczach przestaje bić serce gospodarki Ontario.
 Każdy kraj uczestniczący w globalnej wymianie gospodarczej może sprzedawać produkcję, albo usługi, albo surowce. Gospodarka Ontario miała wszystkie te elementy i to przez dziesięciolecia zapewniało dobrobyt. 
 Bez produkcji nie ma usług; nie ma też dochodów z podatków dla opłacania usług państwa, dzisiaj  pozostają  tylko surowce.
 Na własne życzenie,  w imię ideologii globalizacji za sprawą chciwości wielkich korporacji pozbywamy się wysoko zaawansowanej technologii, wysyłamy na zieloną trawkę wysokiej klasy specjalistów, tracimy miejsca pracy dla wykwalifikowanych robotników, inżynierów, wynalazców, twórców nowoczesnych technologii...
 Przedstawiamy poniżej zapis rozmowy z p. Romanem (nazwisko do wiadomości redakcji), którego firma produkcji części bankrutuje.
***
 - Kanada jest budowana przez mały biznes, to nie wielkie korporacje tworzą ten kraj. Dlaczego takich firm, jak Pana, rząd nie ratuje?
 - To co się dzieje, to jest katastrofa. 
 Otwierałem biznes w 1996 roku. Maszyny, które pan widzi, były już robione w Chinach lub na Tajwanie. Tę szlifierkę chciałem kupić z Darimpexu, Polacy jeszcze się zajmowali tym, na Eglinton i Dixie był Darimpex. Chciałem polską kupić, ale dochodziły mnie słuchy, że oni będą teraz żywność sprzedawać, bałem się, że mogę serwisu nie mieć. 
 W tamtym czasie już pan Andrzej Targowski w "Nowym Kurierze" pisał, że 80 proc. studentów na kierunkach mechanicznych na uniwersytetach w USA to są Azjaci. W USA nikt nie chciał tego kierunku studiować.
  Mnie to wtedy nie wystraszyło. Robiłem przyrządy dla przemysłu samochodowego, GM, Ford, do maszyn do koszenia trawy, do silnika Hondy. Powiedzieli mi wtedy, żebym się nie przejmował, że ten przyrząd idzie do Korei, a ja zastanawiałem się, dlaczego idzie do Korei? 
 - Przyrząd szedł do Korei, czyli przenosili produkcję?
 - Mówili, żebym nie za bardzo się starał, robiąc to, bo to i tak do Korei idzie. Ostatni przyrząd, który robiłem, cztery czy pięć lat temu, do Cornwall. Zamówili u mnie trzy przyrządy. Od tamtego czasu nie mam nic nowego. 
 Ten przyrząd zrobiłem do Forda, było osiem takich różnych przyrządów w ramach tego projektu. Zrobiliśmy taką część informacyjną, jak my to nazywamy, 300 sztuk i ten przyrząd poszedł na złom, wszystkie poszły na złom, prawdopodobnie kosztowało to około dwóch milionów.
 - Już nie potrzebowali?
 - Zmienili coś i już nie potrzebowali. Ten przyrząd tak samo, nie pamiętam już, czy to do Forda, czy jakiegoś innego samochodu, zrobiliśmy jedną część i poszedł na złom.
 - Te przyrządy służą do produkcji  przy taśmie czy są montowane w samochodzie?
 - Wszystkie to są części do aut. Tę część, chyba do jakiegoś odkurzacza, robiłem do Niemiec. Teraz absolutnie nic nowego nie ma, wszystko idzie z Chin.
 - Wszystko Azja?
 - Wszystko, nie ma nic do robienia.
 - Cały sektor produkcyjny? Pana znajomi w biznesie mają ten sam problem?
 - Wszyscy mają ten sam problem.
 - Dlaczego się tak dzieje, dlaczego Kanada nie chroni takiej produkcji jak Pana?
 - To jest pytanie! Jak ja to widzę tak: związki zawodowe może były potrzebne w latach 30., teraz czy związki zawodowe nie wiedziały o sytuacji! Czy oni chcieli tylko wywalczyć przy odnowieniu kontraktu pożyczki? Przecież oni powinni wiedzieć o tym, co będzie.
 - Z drugiej strony, nawet gdyby tych związków nie było, prawdopodobnie robocizna w Chinach jest tak niska, że te wielkie koncerny i tak tam lokowałyby produkcję.
 - Tu zarabiają tylko niektórzy, właściciele czy korporacje. 
 - Ilu Pan zatrudniał pracowników?
 - Czterech.  
 - Te obrabiarki, można powiedzieć, że to jest zaawansowana technologia?
 - Oczywiście.
 - Rząd teraz mówi, że będziemy teraz robić wysoko zaawansowane technologicznie rzeczy, tzw. knowledge base economy itd., a to wszystko u Pana  jest niszczone?
 - Nie wiem, o czym oni myślą.
 - Co można robić, jeśli kraj nie produkuje i nie świadczy usług, to co może robić?
 - Zacytuję: "Zatem nic nie wskazuje, abyśmy mogli wygrać z Azją na wiedzę i technologię. Dlaczego? Bo część wiedzy rodzi się przy produkcji i rozwijaniu produkcji opartej na wysoko zaawansowanej technologii". Jak pan nie robi, to się pan nie uczy.
 - Czy Pan się czuje zdradzony?
 - Ja się czuję nie tylko zdradzony, ja się czuję jak żebrak. Kiedyś, jak otworzyłem biznes, to w ciągu dwóch tygodni znalazłem sobie pracę. To był mały projekt, na osiem tysięcy dolarów, ale to pokryło koszty wynajmu zakładu za trzy miesiące. Cieszyłem się, że trzy miesiące mam już pokryte, a resztę mogę na siebie zarabiać. Teraz jestem jak żebrak.
 Wrócę jeszcze do tego, jak kiedyś chodziłem do innych kompanii szukać pracy, to kierownik produkcji brał mnie na wydział, na produkcję, pokazywał wszystkie rzeczy, które oni robią, czy ja mogę to zrobić, czy nie. Pytał się, czy ja mogę robić, jakiej wielkości. Oczywiście, że mogę robić, tylko odpowiedniej wielkości przyrząd, bo ja np. nie mogę robić przyrządu do produkcji dachów czy drzwi, bo są za duże. Wtedy czułem się kimś, a teraz chodzę od drzwi do drzwi jak żebrak. Każdy mówi "nie ma".
 - Pan mówi, to jest katastrofa, Pan nie wierzy, że ta recesja się skończy?
 - Jeżeli się nie sprowadzi z powrotem produkcji tutaj, to koniec. Kiedyś w gazecie czytałem, że Bombardier wygrał kontrakt na 200 tramwajów. 25 proc. ma zostać w Kanadzie produkcji i części, a reszta? Dlaczego nie jest odwrotnie? I to chyba jeszcze co ma zostać? Chyba te duże części, dachy i boki, te których koszt transportu byłby za duży. A reszta, te małe rzeczy, to pójdzie do Chin. Tutaj piszą np.: "Ponad połowa dodatkowych wydatków służy pomocy dla upadającego sektora motoryzacyjnego". Jaka to pomoc, jestem ciekawy? "Podkreślał, że walka toczy się o uratowanie tego sektora i tysięcy miejsc pracy." 
 W jaki sposób oni walczą?! Ja np. nie kupię teraz absolutnie nic amerykańskiego. Dlaczego?! Wy zabraliście ode mnie to, co ja powinienem robić, do Chin, sprowadzacie z powrotem i chcecie mi sprzedać? Nie, ani ja, ani nikt z mojej rodziny nie kupi!
 - Czy Pan oczekuje, że wreszcie ktoś, kto ma wpływ na władzę, kto ma wpływ na to, co się w tym państwie dzieje, kto ma wpływ na cła, podatki i tym podobne rzeczy, po prostu zauważy los takich ludzi jak Pan? Że to jest nie tylko niszczenie ludzi, ale to jest niszczenie przyszłości tego kraju?
 - Oczywiście. Proszę zobaczyć, co się dzieje. Licytacje. Wszystko idzie na złom! Może nie wszystkie maszyny, takie jakie tu są, ale to moje to wszystko prawdopodobnie pójdzie na złom.
 - Nikt Pana zakładu nie chce kupić, bo nie ma produkcji?
 - Ja chciałem zamknąć mój zakład, trochę się jeszcze szarpię, trochę tego, trochę tego. Szkoda mi. Tyle pracy tutaj włożyłem, ile ja się najeździłem za maszynami, ile się przygotowywałem. Trzy lata się przygotowywałem, w garażu takie małe rzeczy spawałem i składałem. 
 Później jeździłem po te maszyny do Cambridge, Scarborough, Kitchener. Dużo pracy tutaj włożyłem. Miałem wtedy już pięćdziesiąt lat, ale miałem jeszcze tyle energii, że chciałem to zrobić. I teraz szkoda mi. 
 Tyle roboty. Włożyłem prawie 160 tys. w to. Jeżeli dostanę teraz 20 tys., to będzie dobrze. Jeżeli ktoś kupi. Bo jak na licytację pójdzie, to są grosze. Na licytację wystawił zakład mój znajomy. Miał taki jak ja, może ciut mniejszy, ale miał jeszcze maszynę bardzo drogą, za 250 tys. dol., to ta jego maszyna poszła za 90 tys. Te urządzenia na przykład kosztowały 12 tys., teraz to nie wiem, czy trzy tysiące bym dostał.
 - Pan widzi jakąkolwiek szansę uratowania tego zakładu? Jakieś zamówienia?
 - W tym roku zarobiłem 4900 dol. 2700 dol. kosztuje mnie na miesiąc wynajęcie unitu. To prawie 13 tysięcy muszę zapłacić za unit, a ja zarobiłem 4900. 
 Znajomy, też Polak, który dał na licytację swój zakład - ja się radziłem go, co zrobić - mówi: słuchaj, jeśli nie masz problemów z bankiem - on miał jakieś problemy, miał jeszcze jakieś długi - trzymaj, nawet jakbyś stracił te 30 tys., bo tyle mniej więcej kosztują opłaty na rok, trzymaj. 
 Może będzie lepiej, może Fiat się połączy z Chryslerem, Magna przejmuje Opla, ta największa kompania tutaj, która robi części do samochodów. Może coś będzie... 
 Ale to przecież nie tylko części samochodowe tracimy - pralki, lodówki, zamrażarki, schładzarki, żelazka, czajniki, to wszystko jest z Chin.
 Rozumiem "free trade", ale ja "free trade" rozumiem w ten sposób, że jak idę do Canadian Tire, to jest czajnik "made in Canada" i "made in China", żelazko "made in Canada" i "made in China". 
 Wygląda na to, że to nie rząd, nie prezydenci, tylko bogaci to zrobili. I to wszystko. 
 Proszę zobaczyć, osiem, po pięć aukcji w jednym dniu. To jest katastrofa! Czytałem w gazecie, że nie jest jeszcze tak źle. Niech pan zadzwoni do swoich znajomych, czy ktoś stracił pracę. Jak ktoś pracuje dla Tima Hortonsa, dla rządu, to ma pracę.
 - Mówi Pan, że tu nie ma szansy konkurować?
 - Absolutnie nie ma. Jeżeli nie przyjdzie ta produkcja z Chin, to koniec. Katastrofa. Widzi pan, co się dzieje. Proszę zobaczyć, teraz odbędzie się kolejna licytacja, jaka ogromna kompania, 1600 ton prasa. Na takiej można giąć dachy do autobusów. To jest olbrzymia siła.
 - I to na złom pójdzie?
 - To pójdzie do Chin, Indii, Pakistanu.
 - Oni to kupią za bezcen?
 - Tak. Niedaleko stąd była też kompania, która miała licytację. Pojechałem tak z ciekawości tylko, mieli też duże prasy. Po czterech dniach pojechałem jeszcze raz zobaczyć, ile z tego poszło. Wszystko poszło. 
 - Wszystko idzie tam, gdzie jest produkcja?
 - Tak. Pojechałem tam zobaczyć, była tylko sekretarka i właściciel. Siedzieli przy biurku i pili kawę, mieli czas ze mną porozmawiać. Pytam się, pan to wszystko sprzedał, gdzie to wszystko poszło? Powiedział, że do Dubaju. Myślę, że przecież tam nie ma produkcji. Nie wiem, czy mi prawdę powiedział, ale tak powiedział. Przyjeżdżają, rozkręcają wszystko, pakują do skrzyń i zabierają, to przecież grosze kosztuje. Taka prasa 1600 ton to kosztuje na pewno około dwóch milionów plus jeszcze wszystkie podajniki, to kosztuje kupę pieniędzy, a jak oni to wezmą powiedzmy za pół miliona.
 - To jest rujnowanie kraju?
 - To jest rujnowanie kraju. 
 Mnie to denerwuje, bo ludzie nie wiedzą, co się dzieje. Biorę te ulotki o licytacjach, jak jadę gdzieś do znajomych w odwiedziny, i pokazuję, zobaczcie! Ale oni o tym nie wiedzą. 
 Jaki przemysł teraz? Tak myślę, że może farmaceutyczny, spożywczy. Takie firmy polskie jak np. Polimex, wysyłają paczki do Polski, to mogą się utrzymać. Jeżeli chodzi o polskie zakłady mechaniczne, to jest koniec. 
Rozmawiał Andrzej Kumor
 
 

   Pinery ma 50 lat!
Chociaż nazwa Pinery kojarzy się z sosnami - to dominujące w pejzażu tego prowincyjnego parku położonego nad jeziorem Huron są dęby. Skąd więc "Pinery"? - To dłuższa historia; park właśnie w tym roku obchodzi swe 50. urodziny i warto poznać nieco faktów z jego życiorysu.
W ubiegły weekend odbyło się w Pinery urodzinowe przyjęcie. Z okazji półwiecza parku zjechali się tu wszyscy, którym jego historia jest bliska. Byli pierwsi pracownicy, twórcy parku, którzy projektowali i tworzyli tereny pod obozowiska, wytyczali wewnętrzne drogi i wędrowne szlaki. Przybyła także prowincyjna szefowa ministerstwa Natural Resources, pani Donna Cansfiel. 
 W amfiteatrze centrum parkowego prezentowano wystawę poświęconą jubilatowi, a w jednej z sal odbyła się prelekcja z pokazem przezroczy. Jak wspomniałem, parkowy drzewostan składa się teraz w przeważającej części z dębów. To element występującej tu od 6000 lat dębowej sawanny, której duże fragmenty na terenie Pinery stanowią przyrodniczy ewenement. Krajobraz "oak savanna" jest coraz rzadszy w świecie, bo zmienia się klimat i tylko w niektórych miejscach naszej planety ma jeszcze odpowiednie warunki do istnienia. 
 Niewiele brakowało, by dębowa sawanna stała się historią w tej części południowego Ontario. Przed 50 laty, gdy powstawał park, ktoś (z grzeczności przemilczano fakt, kto) zadecydował, że najładniej będzie, gdy posadzi się na tym kawałku piaszczystej ziemi sosny. Posadzono więc 70 tysięcy tych drzew na ponad 2500 hektarach parku - zmieniając mikroklimat i brutalnie ingerując w środowisko, tworząc monouprawy narażone na ataki szkodników i całkowicie bezbronne w razie pożaru. Ten bowiem w sosnowym lesie szaleje bez opamiętania...
 Na szczęście, w krótkim czasie ktoś się opamiętał, że sosnowa monokultura wykończy pierwotny dębowy krajobraz. Zaczęto usuwać nadmiar sosen i z biegiem lat pamięć o nich zachowana została już tylko w nazwie parku Pinery. Jest ich nadal wiele, ale dominują dęby rosnące w wysokiej trawie. Sawannowy krajobraz został odtworzony z całą pieczołowitością. Wymaga on nie tylko nasadzeń drzewostanu, ale także odpowiedniej pielęgnacji, której ważnym składnikiem jest... pożar. Regularnie podpalane poszycie pozwala rosnąć tym gatunkom roślinności, które są charakterystyczne dla dębowej sawanny, a samym drzewom pożar nie robi większej krzywdy, bo gruba kora chroni je przed wysoką temperaturą. Jedynym śladem są opalone od spodu gałęzie, które zamierają, dopuszczając do trawy więcej życiodajnego słonecznego światła. 
 Teraz po odtworzonej sawannie w Pinery można odbyć 14-kilometrową wycieczkę - przez ten niecodzienny krajobraz wiedzie  Savanna Trail, którą można przebyć pieszo lub rowerem.
 Innym problemem w 50-letnim życiorysie Pinery były sarny, a dokładnie gatunek, który określa się tu mianem deer. Te zwierzęta rozmnożyły się w lasach należących do parku do tego stopnia, że było ich prawie 20 tysięcy sztuk. Gdy pierwszy raz odwiedziłem park na początku lat 90. ubiegłego wieku - zanim rozbiłem swój namiot, musiałem wygonić z mojego campsite małe stadko deerów...
 Każdy osobnik tego gatunku zjada dziennie 6-10 kilogramów roślinności, nie gardząc młodymi drzewkami i nisko rosnącymi gałęziami starszych drzew, tak że w krótkim czasie parkowi zaczęła grozić ekologiczna klęska. Na każdy kwadratowy kilometr przypadało po 900 tych zwierząt, a możliwości wyżywienia naukowcy określili na 150 saren na kilometr (park ma powierzchnię 21 km2). Problem rozwiązano przez wydanie pozwoleń na odstrzał nadmiaru zwierząt. Zajęli się tym Indianie, którzy mieszkają w pobliżu  parku Ipperwash w byłej bazie wojskowej. W tej chwili pogłowie saren jest kontrolowane i oscyluje wokół liczby, którą wyznaczyli przyrodnicy. W parku nadal spotyka się te sympatyczne zwierzęta, choć łatwiej jest teraz napotkać szopa, szczególnie nocą...
 Pinery jest jednym z największych parków prowincyjnych w Ontario. Ma 1000 stanowisk pod namiot lub przyczepę kempingową. Można tu także spędzić noc w jurtach, których jest 12. Jedynym ograniczeniem zdaje się być tylko wysoka cena za wynajem tych pomieszczeń (80 dolarów za jedną noc), ale są one już zarezerwowane na kilka miesięcy do przodu. Park nad jeziorem Huron jest także jednym z najchętniej odwiedzanych - co roku odpoczywa w nim ponad 600 tysięcy ludzi - większość latem, choć można tu także zawitać o innej porze - Pinery czynne jest przez 365 dni w roku. W ciągu 50 lat istnienia gościło tu 26 369 841 osób (dane z końca maja). 
 Odpoczynek w prowincyjnych parkach należy do jednej z najtańszych form spędzania wolnego czasu, ale i tak nie jest już tanio. Za weekend (dwie noce) w Pinery trzeba zapłacić 75 dolarów - w 1959 roku ta sama przyjemność kosztowała zaledwie 1,5 dolara, o czym można się było przekonać naocznie, bowiem na materiałach prasowych wydanych z okazji jubileuszu parku umieszczono kopię rachunku sprzed 50 lat.
 Nadal warto jednak tu przyjechać - dojazd nie zabierze nam więcej niż 2 godziny - po drodze można zwiedzić zabytkowe Stratford.
W parku znajdują się trzy obozowiska: Burley, Dunes i Riverside Campgrounds. Dwa pierwsze ulokowane są nad brzegiem jeziora - blisko stąd do plaży, do której idzie się drewnianymi pomostami przerzuconymi nad wydmami. Riverside oddalone jest od jeziora o kilka kilometrów i znajduje się nad starym korytem rzeki Ausable - pełno w niej ryb! Na miejscu jest wypożyczalnia rowerów i sprzętu pływającego.  
 Dojazd: z Toronto do Kitchener, potem do Stratford i stamtąd do Grand Bend. Z Grand Bend skręcamy na południe w drogę nr 21, która zawiedzie nas do parkowej bramy
Jerzy Rosa
Mississauga 
 

GONIEC NR 25/2009

 Wojciech J. Antczak
Szczurowisko 
Rozpoczynamy druk pasjonującej, nigdy niepublikowanej powieści mieszkającego w Mississaudze Wojciecha J. Antczaka. Akcja "Szczurowiska" rozgrywa się w realiach północnoamerykańskich i polskich. Zapraszamy do lektury.

Szczury to lęk, zawsze lęk, odejdzie lecz wróci
 za chwilę, nie odejdzie nigdy całkiem (...)
 Czekają, cierpliwie czekają, nie umkniemy im.
 One to wiedzą, my także
Adolf Rudnicki - "Szczury"

 Naszej Mamie,
 która znosiła ból i cierpienie
 z tak wielką pokorą.
 I jeszcze wierzyła, że Dobro
 w końcu zwycięży.

 I
 Na nic przełykanie śliny, ssanie cukierka. Nieznośny ból ucha, lewego ucha i zaraz przypominam sobie, że właśnie lewe ucho boli zawsze przy lądowaniu, i wtedy postanawiam już więcej nie latać. Absurd. Kto dziś podróżuje statkiem, w sprawach biznesowych, tyle tysięcy mil...
 Ostatecznie, mogłem się jakoś wykręcić od tej podróży. Ale jak wykręcić się w ogóle od podróżowania samolotami. Nawet gdybym powiedział, że ze względu na ból ucha przy lądowaniu nie mogę latać, to stary Hinckley spojrzałby na mnie z niedowierzaniem, rozdziawił swoją nalaną gębę, wybałuszył te swoje ślepia wielkości dorodnego jabłka, a może nawet odłożył smrodliwe cygaro i zapytałby zza biurka - dębowej barykady: "Co się z tobą dzieje, Peter, co u diabła? Ty mi dopiero teraz mówisz o jakimś uchu?". I nagle opadając na fotel, skurczyłby się w sobie, zmalał jakoś, popatrzył w okno i całkiem cicho powiedział: "Słuchaj chłopcze, mnie nie interesuje, że ty nie możesz czegokolwiek, rozumiesz! Ja wiem jedno, ty także o tym wiesz, Peter, a przynajmniej powinieneś wiedzieć, że nie mam na razie innego faceta, który umiałby z nimi TAM rozmawiać, a co najważniejsze, wyciągać od nich taką forsę, jaką ty umiesz wyciągnąć, sprzedając im nasze urządzenia, za które ONI z kolei, płacą pieniędzmi pożyczonymi IM przez nasz rząd! I nie myśl sobie, że chcę cię poczęstować jeszcze jedną patriotyczną pogadanką!".
 Teraz ja patrzyłbym na niego, płonąc ze wstydu, a może i złości, żałując, że mu powiedziałem o jakimś lewym uchu. I kiedy wreszcie on zorientowałby się, że to tylko żart, głupi bo głupi, ale żart z mojej strony, wstałby zza biurka, podszedł do mnie i łapskiem-szuflą poklepał po przyjacielsku w plecy, zaświstał oddechem w to moje lewe, bolące podczas-schodzenia-do-lądowania ucho i doradził: "Peter, możesz pojechać TAM rowerem. Mnie jest zresztą obojętne czym, możesz nawet przepłynąć wpław. Ale za dwa, najpóźniej za trzy dni chcę tu widzieć, na tym biurku, teleks od ciebie, że urządzenia zostały IM  j u ż  sprzedane! Zrozumiałeś, chłopcze?".
 Jak wszystko dobrze pójdzie, wreszcie wylądujemy. "PROSZĘ NIE PALIĆ I ZAPIĄĆ PASY" - napis z przodu, aż w trzech językach. Stewardesy poznikały gdzieś, a może i one także mają obowiązek przypięcia się pasami i tych kilka minut na wypalenie papierosa w chwili, kiedy pasażerowie w nabożnym strachu oczekują zetknięcia kół samolotu z ziemią. Przez moment zapomniałem nawet o uchu. Większość z nas siedzi z udaną obojętnością, wierząc święcie, że im coś takiego jak katastrofa nie może się przytrafić. Lecimy przecież jedną z renomowanych linii lotniczych.
 Pani przy oknie przypomina mi do złudzenia Mrs. Jefferson, moją byłą nauczycielkę. Patrzy z samozaparciem w okno, choć nic nie widać, i odnosi się wrażenie, jakbyśmy stali w miejscu i tylko szum i drgania tego kolosa przypominają nam, że wciąż lecimy.
 Ból coraz nieznośniejszy. Najchętniej rozpłakałbym się i pobiegł do mamusi, ale nie widziałem jej już od dobrych piętnastu lat, a poza tym jest bardzo daleko stąd i od dziesięciu lat nie żyje. Zaś co do mojego troskliwego ojca - z pewnością nie mógłbym na niego liczyć, zwłaszcza po ostatnim telefonie, kiedy z trudem wybełkotał żądanie paru dolarów na życie. Alkohol zniszczył już doszczętnie jego wątrobę, nerki, ale nie zniszczył pamięci o mnie, jego jedynym synu, który potrafi na siebie zarobić. I on o tym dobrze pamięta. Dwie starsze siostry, Cathy i Marilyn, wyszły z domu dość wcześnie. Cathy, jak tylko zorientowała się, na czym polega różnica płci, ruszyła ostro w wieku trzynastu lat i prawdopodobnie do dziś próbuje zbić majątek na swoich wdziękach. Jeśli zaś chodzi o moją drugą siostrę, Marilyn, ta także poszła za głosem powołania, czym prędzej wydając się za mąż, za starszego od siebie o zaledwie trzydzieści lat, bogatego wdowca nazwiskiem Fingertoe, który w porę wykitował, żeby młodej Marilyn przekazać po sobie wdowieństwo i spadek pozwalający mojej siostrze  wejść do jednej z najbogatszych rodzin w Ameryce. I tu muszę wrócić znów do naszego czułego ojczulka, któremu los nie bardzo sprzyja, bo mój szwagier jest miliarderem, a na dodatek abstynentem i o kimś takim jak nasz tatuś w ogóle nie chce słyszeć. Zresztą Marilyn także, w myśl zasady, że syty nigdy nie zrozumie głodnego, zwłaszcza kogoś, kto cierpi na głód alkoholu.
 Tym nie bolącym zdrowym uchem wyłowiłem optymistyczną wiadomość. Nasz samolot, mimo że powinien wylądować dziesięć minut temu, nie otrzymał zezwolenia na lądowanie ze względu na niesprzyjające warunki atmosferyczne - zamieć śnieżną. Czy będziemy krążyć nad lotniskiem dotąd, aż łaskawa aura pozwoli nam na wylądowanie? Co u diabła? Czy oni tam na ziemi wyobrażają sobie, że jesteśmy tu w stanie zaopatrzyć się w paliwo, przycupnąć gdzieś na wysokości paru tysięcy stóp i przeczekać tę pieprzoną burzę?
 Mój sąsiad z prawej, Jerry Cośtam (przy przedstawianiu mi się podał niewyraźnie swoje nazwisko tym nieznośnym akcentem południowca) ze stoickim spokojem robi jakieś notatki, a sobowtór Mrs. Jefferson nadal uparcie wypatruje dziury w niebie, przez którą mogłaby zobaczyć choćby skrawek ziemi.
 O, o! Coś zaskrzeczało w głośnikach. Słodziutko-anielski głosik oznajmił, że jednak wylądujemy mimo niesprzyjających warunków. Tym bardziej świadoma niebezpieczeństw część, naszej bujającej w obłokach, społeczności zwarłszy się w sobie, przygotowana była na najgorsze, a ja drżałem z bólu coraz nieznośniejszego, łzy ciekły mi po policzkach i mimo woli dotykałem ucha, stwierdzając ze zdziwieniem, że jeszcze nie rozpirzyło się w strzępy, nie pękło jak balon gumy do żucia albo nadmiernie nadmuchany kondom.
 Nagle, ktoś z przodu zaczął wzywać stewardesę, ponieważ jego sąsiad wpompował w siebie o kilka unicji whisky za wiele i chlusnął temu komuś zawartością żołądka wprost na kolana, zamiast w plastikową torebkę. Zaczął się ruch. Aż trzy stewardesy biegały na zmianę z mokrymi ściereczkami, próbując ratować spostponowaną garderobę bladego z wściekłości pasażera. Zjawił się sam kapitan. Stał przez chwilę opanowany z rozgarniętym wyrazem twarzy, zmarszczył nawet czoło, jakby zastanawiał się, czy przypadkiem spodnie jego eleganckiego, lotniczego uniformu nie będą pasowały na obrzyganego pana. Tymczasem, sprawca całego zajścia, przewieszony przez boczne oparcie fotela, uciął sobie drzemkę. Wśród pasażerów zawrzało z oburzenia. Jakaś pani o wyglądzie Miss Piggy głośno, z wyraźnym słowiańskim akcentem, stwierdziła kategorycznie, że pijanych powinno się przewozić w klatkach dla zwierząt. Po tej uwadze zerwał się młody człowiek w okularach i piskliwym ze zdenerwowania głosem powiedział, że ta pani nie ma prawa obrażać zwierząt, naturalnych sprzymierzeńców człowieka! Mówił, a raczej wykrzykiwał coś o ludzkim okrucieństwie, sadyzmie, z którym on, członek towarzystwa opieki nad zwierzętami - spotyka się na co dzień i ma już tego dość! Stał jeszcze nad nią, jakby czekając na dalsze obelgi pod adresem "naturalnych sprzymierzeńców", a Miss Piggy zachichotała nieprzyzwoicie, aż siedzący obok facet rozkazał jej zamknąć się natychmiast, a tego z towarzystwa opieki nad zwierzętami przeprosił za nieodpowiedzialną uwagę swojej żony.
 Samolot zniżał się coraz bardziej i nikt do nikogo nie miał już pretensji, a moje ucho powoli przestawało boleć. Nawet Mrs. Jefferson zrezygnowała z wypatrywania ziemi, wciśnięta w fotel patrzyła szklanym wzrokiem przed siebie. Nie wiedzieć czemu, zniknęły ostrzegawcze napisy w trzech językach. Lądowaliśmy na serio, z determinacją.
 I kiedy wreszcie samolot miękko dotknął ziemi i nikt oprócz drzemiącego paskudnika nie miał już wątpliwości, że wylądowaliśmy - zerwały się brawa dla dzielnego pilota, dla całej załogi. Klaskali wszyscy w radosnym uniesieniu, pewni, że nic już nie zagraża naszemu życiu. Te uśmiechy, te wzajemne spojrzenia z wyrazem ulgi, niemal braterskiej miłości, miały w sobie coś budującego i już wiem, że gdyby mógł nas widzieć stary Plaut, to z pewnością nie powiedziałby swojego "homo homini lupus".
 - Wylądowaliśmy! - wykrzyknął radośnie Jerry Cośtam, ale zaraz spoważniał, widząc moje, zapewne, głupkowate spojrzenie. - Coś się stało?
 - Nie, nic specjalnego, to tylko moje ucho. Nie słyszę na nie.
 A on, chcąc być miły, zaglądał mi prosto w twarz z dobrze udaną troską.
 - Czy to coś poważnego, Peter?
 - Chyba nie, boli za każdym razem, kiedy samolot schodzi do lądowania, później wszystko wraca do normy.
 - Z pewnością w dzieciństwie musiałeś przechodzić zapalenie środkowego ucha.
 - Skąd wiesz?! - zapytałem bardzo poważnie.
 - Tak tylko przypuszczam - zmieszał się Jerry. - Znam się na tym odrobinę - powiedział skromnie, dodając. - Jestem laryngologiem.
 - O!
 - Ale w tej chwili i tak nie mogę cię zbadać. Jak długo tu będziesz?
 - Tydzień, może dziesięć dni.
 - Świetnie! W takim razie skontaktujemy się. Przyjeżdżam na zaproszenie tutejszej Akademii Medycznej, a ściślej na zaproszenie profesora... zaraz podam ci jego nazwisko, cholernie trudne - powiedział, uśmiechając się, jakby chciał ukryć zażenowanie tylko dlatego, że nie zna na pamięć nazwiska faceta, z którym ma się tutaj spotkać. - Jest! Profesor Szczepan Kpfverdrehenhirschschuerzenjaeger! - wypalił bez oddechu.
 Oniemiałem, widząc to zapisane na odwrocie jego wizytówki.
 - Chciałbym ci pomóc - dodał Jerry, a jego oczy miały wyraz dziwnej czułości, do jakiej żywiłem wstręt, zawsze, kiedy osoba patrząca na mnie w ten sposób była płci męskiej. Najdelikatniej, na ile potrafiłem, wysunąłem swoje ramię spod jego dłoni, a on natychmiast zrozumiał, że już wiem o jego dolegliwości, skrzętnie skrywanym kompleksie. W pośpiechu pakował swoje notatki i czuł się wyraźnie skonfundowany.
 Samolot skończył kołować na stanowisko i kiedy wreszcie wyłączono silniki, zapanowała cisza. Jednakże na krótko, bo ludzie zaraz zaczęli wstawać. W pośpiechu wyciągali ze schowków płaszcze, podręczne bagaże i przepychali się do wyjścia. Siedziałem wciąż na swoim miejscu, ugniatając piekące i zapewne czerwone ucho. Przez okrągłe okienko patrzyłem na majaczący w oddali barak lotniska. Nie widziałem żadnych samolotów, żadnych pojazdów, nic, co wskazywałoby, że jesteśmy na lotnisku europejskiego, ponad milionowego miasta. Może ze względu na śnieżycę skierowano nasz samolot na jakieś podrzędne, mniej uczęszczane lotnisko? Diabli wiedzą. 
 Mój zegarek wskazywał szóstą dziesięć. O tej porze zwykle wracałem z pracy, dojeżdżając już do Brooklynu.
 - Jesteśmy na miejscu - nie omieszkała poinformować mnie stewardesa, wciąż z tym zawodowym uśmiechem, po której nie można było poznać, że ona także ma za sobą osiem godzin lotu.
 - Boli mnie lewe ucho, wciąż boli - powiedziałem z żalem, jakby to była jej wina.
 - To się zdarza, to zupełnie normalne. Zaraz panu przejdzie. Czy mam przynieść gorący kompres?
 - Nie, dziękuję, jakoś sobie poradzę - odpowiedziałem, a ona odpłynęła, kołysząc bezinteresownie biodrami.
 W wyjściu stali pasażerowie, czekając nie wiadomo na co. Dopiero kiedy wstałem, mąż pani o wyglądzie Miss Piggy, trzęsąc się ze śmiechu, poinformował mnie, że zacięły się schody. Jak to, zacięły się schody? Nic nie zrozumiałem. I dopiero kiedy opanował swój rechot, zaczął rzeczowo objaśniać, że samolot zatrzymał się o dobrą milę od zabudowań lotniska, a odległość pokładu od ziemi wynosi dokładnie dziesięć stóp i osiem cali, więc potrzebne są schody i właśnie te schody po przejechaniu mili stanęły tuż przed samolotem i w żaden sposób nie chcą się ruszyć, ale już posłano po pomoc. I rzeczywiście, z oddali zbliżały się drugie schody ciągnione przez wózek służący do przewożenia sprzętu golfowego.
 Żegnani przez stewardesę, schodziliśmy po śliskich schodach, ostrożnie, trzymając się poręczy. Powiało śniegiem. Ci, którzy zeszli pierwsi, kilkanaście osób, należeli do prawdziwych szczęściarzy, jak się miałem za chwilę przekonać, bo odjechali dwoma mikrobusami w stronę baraku, a my, cała reszta, staliśmy w szczerym polu chłostani podmuchami wiatru nawiewającego na nas śnieg. Powoli zaczynałem żałować, że dałem namówić się na opuszczenie ciepłego miejsca, ale za to zapomniałem o uchu po tak gwałtownej dawce zimna. Staliśmy bezradni, przytupując w miejscu, niektórzy w lekkich płaszczach, sądząc zapewne, że tak jak wszędzie na świecie przejdziemy rękawem wprost z samolotu do ciepłych pomieszczeń, ale niestety TUTAJ najwidoczniej coś takiego jak rękaw było zupełnie nieznane, a może znane, tylko ze względu na trudne warunki atmosferyczne powinniśmy być wdzięczni, że w ogóle udało się nam szczęśliwie wylądować.
 

 Obok, wyraźnie dystansując się od nas, dreptało dwóch żołnierzy z bronią maszynową. Nie wiadomo skąd się nagle wzięli i w ogóle po co tu są. W watowanych kurtkach i spodniach, w filcowych butach i czapkach-uszatkach, przytupując, spoglądali na nas jak na stworzenia innego gatunku, jak na przybyszy nie z tego świata. Ktoś próbował do nich zagadać, ale oni zaraz odwracali się tyłem, przytupując coraz raźniej, jakby dla podkreślenia wagi swojej tu obecności, a jednocześnie pouczając nas, co należy robić, aby całkiem nie zamarznąć. Obejrzałem się za schodami, za ewentualną drogą powrotu do ciepłego wnętrza naszego boeinga i ze zdziwieniem stwierdziłem, że zniknęły, odciągnięte przez jakąś niewidzialną siłę.
 Po kilkunastu minutach oczekiwania parę osób zdecydowało się na desperacki marsz w stronę baraku, ale ich samodzielna decyzja została natychmiast udaremniona przez milczących strażników. Jakaś dama, protestując, zagroziła napisaniem skargi aż do samego Departamentu Stanu, a mąż Miss Piggy przypomniał sobie nagle, że zostawili włączone ogrzewanie w ich domku, i zwalał teraz całą winę za to na swoją małżonkę. Tylko pani przypominająca mi Mrs. Jefferson zdawała się być całkiem ukontentowana, widząc wreszcie z bliska ziemię, i nieważne, że marzła, że musiała tu sterczeć w lekkich pantofelkach i przewiewnym płaszczu-pelerynie, ale ważne - łaskawy los pozwolił jej znowu stać o własnych siłach na ziemi.
 Jeszcze chwila, a groźnie nastawiony tłum rzuciłby się na żołnierzy, rozbroił ich i nie daj Boże ruszył szturmować barak, kiedy w oddali pojawiły się wolno sunące dwa autobusy.
 
 Rozmowa z prof. Piotrem Jaroszyńskim
Elity buduje się w szkole 
Goniec: Od czasu, kiedy Ludwik  Dorn ukuł pojęcie wykształciucha, zaczęto mówić o kondycji polskiej elity, jaki - zdaniem Pana - jest stan polskich elit? Czy ten naród w ogóle ma elity w prawdziwym tego słowa znaczeniu?
 Prof. Piotr Jaroszyński: Polski naród obecnie nie ma elit. To jest naród, któremu obcięto głowę i próbuje się tylko w formie czysto zewnętrznej, z tego co pozostało, tworzyć pewne kształty głowy i mózgu. Ale tam nie ma mózgu, w związku z tym naród się miota, bo nie wie, dokąd to wszystko ma zmierzać, jakie jest w tym nasze, Polaków, miejsce, miejsce w Polsce. 
 Jednym słowem, te 50 lat komunizmu, potem 20 lat postkomunizmu dokładnie wyczyściło nas z polskich elit i jeżeli ostały się, to po prostu nieliczne wyjątki - bo to nie jest tak, że w ogóle nie ma ludzi na  poziomie intelektualnym, oczywiście że są, tylko oni nie pełnią roli elit.
 - Co z polską inteligencją? Przed wojną inteligencja to była bardzo wyróżnialna warstwa, która postrzegała samą siebie jako posiadającą zadania, odpowiedzialną przed społeczeństwem itd.
 - Nasi zaborcy, i Niemcy, i Rosjanie, podjęli program zabicia polskich elit; jesteśmy jedynym narodem - choć jako Polacy nie straciliśmy najwięcej ludzi - który stracił najwięcej elit. Nasi wrogowie w czasie wojny dążyli do zabicia polskich elit i to był ich główny cel. 
 Zdawali sobie sprawę, że tzw. masy dadzą się potem przerobić czy to na warstwę robotników, czy też dadzą się jakoś przekabacić na ich stronę. 
 Zdawali sobie sprawę z tego, że elity polskie, świadome swojej polskości i wielkości polskiej kultury, nigdy w życiu nie pójdą na współpracę i nie będą działać przeciwko własnemu narodowi. Dlatego wydano na nie wyrok śmierci. 
 Po wojnie część polskich elit została na Zachodzie, a więc też straciła wpływ na losy kraju, a ci, którzy przetrwali i zostali w Polsce, byli sukcesywnie dobijani. Potem nastąpiła już wymiana pokoleń, kiedy polskie elity zastępowano elitami komunistycznymi. 
 Po 1989 roku to się nie zmieniło, ponieważ nie było ani dekomunizacji, ani lustracji, w związku z tym te elity już komunistyczne mogły swobodnie przejść do nowego systemu i nadawać ton polskiej rzeczywistości, w dalszym ciągu lekceważąc dziedzictwo naszej kultury, jak też podmiotowość naszego narodu. 
 Jeśli są elity w Polsce, to są to pojedyncze osoby, ale one - ze względu na to, że po to żeby być elitą, trzeba funkcjonować w całym systemie informacji publicznej  czy stanowisk - one są po prostu poza nawiasem. Tak to wygląda w tej chwili.
 - Czy jest nadzieja na odbudowę polskich elit? Wśród tych środowisk, które pełnią teraz rolę elit, czy jest taka możliwość, że one się wyemancypują, że one rozpoznają ten polski interes narodowy i staną się polskie?
 - To jest niemożliwe, dlatego że  nie ma elit bez szkół wyższych, bez uniwersytetów, bo tam się kształtują elity, tego się nie zrobi domowym sposobem. A reforma systemu edukacji, w tym szkolnictwa wyższego, jest prowadzona pod dyktando Unii Europejskiej, której nie zależy na tym, żeby Polska była państwem silnym i miała własne elity. W związku z tym ta reforma ma w jeszcze większym stopniu zdegradować pozycję polskich elit, czyli ktoś, kto będzie myślał w kategoriach dobra Polski, będzie miał utrąconą karierę, nie otrzyma grantów na to, żeby prowadzić jakiś projekt, będzie administracyjnie prześladowany, nie będzie uzyskiwał wyższych stopni naukowych... Tu jest cały system dyskryminacji Polaków, którzy chcieliby właśnie swoją wiedzą, swoimi umiejętnościami służyć krajowi.
 - Czy to znaczy, że to jest koniec Polski?
 - Chodzi o to, że słowo Polska nie musi koniecznie oznaczać tylko państwa. Polska jest państwem już w 80 proc. niesuwerennym, ponieważ 80 proc. prawa pochodzi z Unii Europejskiej, a jest to prawo dla dobra Unii, a nie dla dobra Polski, więc suwerenności mamy tu niewiele. 
 Natomiast w naszej historii musieliśmy bronić polskości w różnych warunkach, czy to były rozbiory, czy wojny, i teraz znowu przyszła taka forma troszkę neokolonializmu, gdzie trzeba sobie dać z tym radę, licząc się z tym, że ten neokolonializm oparty jest na kłamstwie i na niesprawiedliwości, więc nie może trwać długo, ale my z kolei nie możemy być bierni. Czyli wszyscy, którzy to rozumieją, powinni jak największy nacisk kłaść właśnie na rozwój intelektualny i w Polsce, i poza Polską, po to żeby w momentach, kiedy jest to pięć minut choćby, jak ostatnie wybory, kiedy doszła do władzy prawica i już pewne zmiany były. 
 Chodzi o to, że to zło to nie jest hermetyczne zło, ono ma swoje słabe punkty, swoją piętę Achillesa i momenty, kiedy musi nabrać powietrza. I wtedy trzeba znowu szybko zaatakować, odzyskując pole dla Polski.
 - Zapytam zatem o szanse odbudowy elit, bo przecież naród sam z siebie tego nie zrobi.
 - Elity odbudowuje się poprzez szkoły. I teraz jest taka kwestia, że realnie, konkretnie, a nie z punktu widzenia czysto administracyjnego, co pozwala człowiekowi się rozwijać, to jest nauczyciel, czyli mistrz, profesor. I tu sprawa nie jest skończona. Na każdej uczelni zawsze można znaleźć profesorów na poziomie i u nich się właśnie kształcić. Tacy profesorowie jeszcze są, na różnych uczelniach, tam gdzie ja pracuję, na KUL-u, można takich spotkać, w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu. 
 Jest pewne zaplecze i ktoś, kto to rozumie, to może skorzystać i rozwijać się, a on, jako osoba na pewnym poziomie moralnym czy ideowym, co nie musi iść w parze, może  z kolei  oświetlać pole dla kolejnych pokoleń. Tak że my jeszcze walczymy. W Stanach Zjednoczonych już nie walczą, dlatego że uniwersytety zostały spacyfikowane przez polityczną poprawność, która jest formą gorszej cenzury niż cenzura komunistyczna.
 - Czy w Polsce jest jakiekolwiek środowisko polityczne, które by Pan wskazał jako środowisko sanacji, gdzie mógłby wyjść ten zaczyn odrodzenia?
 - Dzisiaj mamy do czynienia z demokracją partyjną  i właściwie nie ma żadnej partii, która byłaby konsekwentna jeśli chodzi o budowanie programu i działanie w oparciu o te zasady, które określamy mianem konserwatywnych czy tradycyjnych. 
 W każdej z tych partii, choć jest niewiele tych prawicowych, mamy do czynienia z takim walczykiem. Z jednej strony, do czego się odwołują, to jest cenne, a z drugiej strony, głosują inaczej, przynajmniej niektórzy z nich. Jest ciągłe takie zabełtanie, nieprzejrzysta sytuacja w sensie ideowym właśnie. 
 Z drugiej strony, jest to problem tej demokracji partyjnej, masowej, który polega na tym, że by być skutecznym, trzeba mieć odpowiednią liczbę głosów, poparcia, miliony. I to jest paradoks - że jak się ma pogląd zbyt klarowny, jasny i konsekwentny, to się zmniejsza grono wyborców. Dlatego oni poszerzają te fronty, mają prawą prawicę, lewą prawicę. To dlatego, że im socjotechnicy mówią, że jak się zawęzicie, to będzie mniej głosów, to będziecie mieli mniej posłów i zostaniecie zmarginalizowani. Jesteśmy ofiarą tego typu demokracji.
 - Czy jedyna szansa na skuteczność polityczną to jest manipulacja wyborcami, właśnie tak jak Pan mówi, że trzeba uderzać szerzej?
 - Na to wygląda, że ta elastyczność programowa momentami dochodzi do wypuczania się, bo nie można być za życiem i głosować przeciwko. 
 Była ta sytuacja w przypadku PiS-u właśnie, kiedy jeden z jego liderów promował ochronę życia od poczęcia; całkowitą, bez żadnych wyjątków, i jego własne ugrupowanie, które było prawicowe, łamało się, były głosy przeciwne. No to jak to jest, są za czy przeciwko? I doprowadzanie partii do takich deklaracji, zwłaszcza w sprawach moralnych, skutkuje tym, że ona zaczyna wewnętrznie pękać. 
 To samo jest w Hiszpanii. Znam tę sytuację, ponieważ jeżdżę tam na wykłady. Mamy, z jednej strony, rządzących socjalistów, którzy już prowadzą do cywilizacji już  po prostu do bestialstwa, sprawa małp, zaraz zoofilię będą legalizować, jak tak dalej pójdzie. Obłęd jakiś. 
 Ich jedyną przeciwwagą jest partia ludowa, ale w partii ludowej są też ateiści, są zwolennicy aborcji. To jest takie przedziwne wymieszanie, taka kałuża. W jednej kałuży jest mniej błota, a w drugiej więcej.
 - Mówiliśmy o kondycji elit, a jaka jest kondycja tego, co można nazwać "masą", narodem, społeczeństwem, różnie się to określa?
 - Teraz jesteśmy w fazie apatii, zmęczenia i apatii, ludzie byli tyle razy oszukiwani, że przestali w ogóle myśleć w kategoriach nie tylko odpowiedzialności, ale współuczestniczenia w losach państwa. 
 Głównym problemem stało się przetrwanie. Jak przetrwać w sytuacji, kiedy się bardzo mało zarabia albo kiedy nie ma się pracy, i stan ten się przedłuża. Nie wiadomo, kiedy będzie lepiej, w związku z tym przestali reagować na te różne fajerwerki polityczne, te różne obiecanki ludzi, którzy czasami wyglądają po prostu na "przygłupów", przygłupów dlatego, że tak bardzo pogardzają narodem. To jest już w tej chwili nieznośne. 
 Dlatego osoby odpowiedzialne, na pewnych stanowiskach i w państwie, i w Kościele, muszą jednak zniżyć się troszkę i popatrzyć na naród jako na podmiot życia w państwie, a nie tylko stado, które się przegania, machając przed oczami różnymi chorągiewkami. 
 - Zajmował się Pan filozofią kultury, a czy kultura Zachodu jest jeszcze do obronienia? Czy walczymy w okopach św. Trójcy skazani na zagładę? 
 - Erozja dziedzictwa kultury europejskiej, na którą składa się Antyk obejmujący Grecję, Rzym i potem chrześcijaństwo, zaczęła się już w Renesansie, bo Renesans był, z jednej strony, pewnym otwarciem na zwłaszcza kulturę grecką. 
 A z drugiej strony, jest to okres, kiedy następuje podmiana religii, mianowicie chrześcijaństwo zastępowane jest różnymi religiami wschodnimi, wchodzi w obieg i pogaństwo. 
 Czyli od Renesansu jest już erozja duchowa Europy, która sukcesywnie doprowadza do rewolucji francuskiej, która wprost uznaje jako swój cel zniszczenie Kościoła, zniszczenie chrześcijaństwa. I na to miejsce wprowadzono kult człowieka i kult rozumu.
 - Quasi-religię?
 - Tak, quasi-religię taką. Samoubóstwienie człowieka. Nie ma nic gorszego, bo to jest krańcowy wyraz pychy. 
 I to trwa. To co dzisiaj przeżywamy, ten kryzys podstaw cywilizacji zachodniej, to jest wynik wieków, jakie na to pracują, i w konfrontacji z innymi cywilizacjami, które zachowały znaczenie  rodziny i religii jako fundamentu... jak tak dalej pójdzie, to Zachód sam się wykończy, choćby biologicznie. Wówczas już nikt nie będzie mógł bronić kultury zachodniej, bo kogo to będzie obchodziło. Zostaną domy, które - jak mówił Sienkiewicz słowami księdza Kamińskiego na pogrzebie Wołodyjowskiego, czyli w Kamieńcu Podolskim: kościoły, o Panie, zmienią na meczety, Koran śpiewać zaczną, tam gdzieśmy dotąd Ewangelie śpiewali. No i tak się dzieje, proszę zobaczyć, w Niemczech setki kościołów katolickich idą pod młotek, to samo tutaj. To się dzieje na naszych oczach.
 - Sobieski pod Wiedniem bronił przede wszystkim chrześcijaństwa, a w drugim rzędzie dopiero interesów Polski.
 - Myśmy nie mieli takiego pojęcia jak interesy. To jest takie pojęcie troszkę handlowe. Nasi wielcy  politycy widzieli swoje miejsce w Europie, w świecie nawet, jako ten bastion chrześcijaństwa, potem już katolicyzmu, dlatego że nastąpiło pęknięcie wewnętrzne w chrześcijaństwie. A katolicyzmu dla nas, w sposób czytelny poprzez związek Polski z Rzymem, bo przecież Mieszko zhołdował Polskę papieżowi w momencie, kiedy powstawało państwo polskie, i to jest jakby sens naszego istnienia. Rozerwanie związku Polski z Rzymem to jest koniec Polski. 
 Dlatego w momencie, kiedy papież prosił Sobieskiego, żeby ruszył na pomoc, to on ruszył. To było wydarzenie uznane za jedną z najważniejszych bitew świata zachodniego. Teraz widać, jak tzw. Zachód był już pokręcony moralnie, skoro ta sama Austria, którą uratowaliśmy przed Turkiem, sto lat później dokonała rozbioru Polski. Ten jej katolicyzm i ten cesarz, to wszystko ile to warte było.
 - Panie Profesorze, jest Pan na tym kontynencie kolejny raz. Czasem się mówi o sporze, Polacy mieszkający w kraju mają pretensję do tych, co są tutaj, że wyjechali, że nie znają sytuacji krajowej. To się objawia również w takich rzeczach jak ostatnio, kiedy Polonia amerykańska głosowała zupełnie inaczej w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jak Pan ocenia mieszkających tutaj  Polaków?
 - Można oceniać te środowiska, które się jakoś poznaje w trakcie spotkań czy różnych kontaktów. 
 Mam to szczęście, że spotykam ludzi aktywnych, ludzi, którzy szukają, którzy się czymś interesują, którzy mają poczucie związku z Polską. W związku z tym wrażenia mam jak najlepsze, dlatego że w Polsce nastąpiła taka jakaś apatia, która sprawia, że ludzie przestali się czymkolwiek interesować. W związku z tym, jak się jest tu w Kanadzie, w Toronto, Montrealu czy Ottawie, i spotyka się z ludźmi, którzy się żywo interesują tymi sprawami i zastanawiają się nawet, jak się w to włączać, nawet w małym stopniu, to już jest dużo. 
 Czy Węgrzy mają takie spotkania, Rosjanie, Słowacy?! Nie mają czegoś takiego. Zna pan takiego człowieka, Marshall McLuhan, klasyk jeśli chodzi o mass media?
 Proszę sobie wyobrazić, że tydzień temu jego syn przyszedł na wykład, on też się zajmuje mass mediami, postanowiłem zaprosić go na wykład do Polski. Okazuje się, że jest katolikiem, a jego ojciec pochodził z Edmonton z rodziny protestanckiej i nawrócił się na katolicyzm. Te rzeczy są mało znane, bo oni tego nie nagłaśniają. Bardzo ciekawa postać, Erik McLuhan jego syn, był właśnie u Chrystusa Króla na mszy, potem proboszcz go zaprosił na kolację. 
 Przyjechałem, pogadaliśmy sobie, zobaczył nagle ten tłum ludzi w sali czekających na wykład. 
 Ci ludzie tutaj, którzy reprezentują postawę katolicką, czują się zupełnie wyizolowani w tym świecie i praktycznie na nic nie mają wpływu. Są odizolowani od tzw. społeczeństwa. A tu widzi, 200 osób przyszło na wykład, widać, że coś się dzieje, jakieś życie, o coś jeszcze chodzi. 
 Więc to też musimy jakoś docenić, że w porównaniu  nawet z miejscowymi katolikami kanadyjskimi, z mniejszościami etnicznymi, to u nas, jeśli chodzi o życie religijne i o życie patriotyczne, ono ciągle pączkuje,  jest żywe, tu ciągle można coś sadzić, coś siać, i będzie rosło. To jest kwestia, żeby się nie poddawać...
 - ...nie popadać w apatię...
 - Tak, bo ta apatia jest celowa. Depresja jest wynikiem oddziaływania mediów. I tu Polacy potrafią się chronić. Trzeba jechać na ryby lub posłuchać ptaszków, broń Boże nie oglądać tych telewizji, które sieją defetyzm, które są demoralizujące, bo potem traci się zdolność do czynu.
 - I walki o siebie.
 - Oczywiście, że tak.
 - Pan mówił, że pojęcie interesu jest takie trochę handlowe i obce polskiej tradycji politycznej. Czy jednak patriotyzm nie ma sensu jako obrona dobrze pojętego interesu każdego człowieka? Że państwo, naród jest po to, byśmy się razem mogli obronić przed tymi, którzy nam chcą narzucić swój sposób życia, i żebyśmy mogli żyć tak, jak my sami chcemy żyć?
 - Chodzi o to, że jest to słowo łacińskie, słowa łacińskie przeszły do różnych języków, ale zmieniły znaczenia. 
 Słowo "interes" w języku polskim ma zawsze znaczenie negatywne, pejoratywne, bo interes oznacza zdobycie korzyści drogą nie zawsze legalną, nie zawsze moralną. Dlatego to słowo użyte w stosunku do polityki, i nawet patriotyzmu, jest nie na miejscu. Dlaczego nie mówić o korzyściach? I w tym momencie to słowo już nie jest obarczone  tą mentalnością ludzi interesu, dla których interes jest celem. 
 Dla nas interes nigdy nie był celem. Zabiegając o pewne korzyści, jakie się nam należą czy jakie powinniśmy mieć, pamiętamy o tym, że korzyści nie są celem samym w sobie, czyli one muszą mieć jakieś przełożenie na coś szlachetnego. Cała gospodarność, zapobiegawczość polega na tym, żeby się uniezależniać w wymiarze całego państwa, na tyle, na ile można, bo dzięki temu można decydować o sobie. Bez tego zabezpieczenia materialnego niepodległość czy wolność jest fikcją.
 - Wrócę jeszcze do kondycji polskiego społeczeństwa. Pytałem o te środowiska, w których można by było widzieć zaczyn jakiegoś odrodzenia. A co ze środowiskiem Radia Maryja, w końcu to jest bardzo dużo ludzi? Czy stąd może wyjść ta iskra?
 - Współpracuję z Radiem Maryja od 14 lat. Właściwie jest to jedyne środowisko, które pozwoliło na to, żebyśmy ocalili naszą, z jednej strony, godność, z drugiej strony, abyśmy ocalili nadzieję. 
 Jak się przyjeżdża na różne wykłady do miast i miasteczek w Polsce, gdzie działają koła Radia Maryja, to człowiek się czuje jakby w innym świecie. Wyrywa się z tej szarzyzny, czasami nawet z tego chamstwa, jest w innym świecie. To ciągle są te enklawy, które zachowują energię, zapał mimo trudnych warunków, i jednocześnie są to środowiska otwarte na to, żeby się rozwijać. U nas jest coś takiego, że ludzie umieją jakby obdzielać się tym, co mają, a jednocześnie uświadamiają sobie, że wiele rzeczy powinni zdobyć, których nie posiadają z różnych powodów, jak choćby wiedza czy wykształcenie, ale że zawsze jest czas, żeby się rozwijać.
 Dzięki temu szereg inicjatyw, jakie wychodzą z tego środowiska, ma znaczenie już nie tylko ogólnopolskie, ale i ogólnoświatowe, no bo tutaj w Kanadzie jest mnóstwo osób, które słuchają Radia Maryja czy oglądają Telewizję Trwam, znają "Nasz Dziennik". To od razu widać, wtedy jest o czym rozmawiać, jest wspólne pole odniesienia. 
 Ci ludzie przechodzą rzeczywiście uniwersytet, bo w Radiu Maryja występuje tylu profesorów, że nie wiem, czy na tydzień w jakiejkolwiek innej stacji wystąpi choć jeden, i to też jeszcze jakiś specjalista od manipulacji, a tutaj naprawdę całe grono humanistów, teologów, filozofów, psychologów, historyków. To jest skarb. To jest takie miejsce, które pozwala na zaistnienie tych osób, które - gdyby nie to radio - nigdy by publicznie nie zaistniały.
 - Jak dobrze kształcić dzieci? Jak ocalić człowieka, ocalić zdolność do krytycznego myślenia, jak ułatwić własnemu dziecku to, żeby wchodząc w życie, potrafiło bronić własnego człowieczeństwa?
 - Niestety, w dzisiejszych warunkach, kiedy szkoły są nastawione na to, żeby prowadzić właśnie antyedukację, w sensie intelektualnym, moralnym, głównym miejscem edukacji musi być dom, rodzina. Trzeba włączyć się w program "home schooling", nauczania domowego. Nie ma innej drogi. 
 Nie ma dlatego, że edukacja jest w rękach socjalizmu utopijnego i opiera się na dwóch fundamentach, czyli: nie ma Boga i rozbicie rodziny. W związku z tym wszystkie przedmioty, nawet matematyka, są przesiąknięte ideologią antyrodzinną czy antyreligijną.
 - W jaki sposób matematyka może być przesiąknięta taką ideologią?
 - Poprzez przykłady. Jeden tatuś i drugi tatuś to jest małżeństwo. Dwóch panów tworzy małżeństwo.
 - Czyli "home schooling", szkolenie się przez Internet, w domu?
 - Tak, w domu.
 - Ale wtedy rodzice mówią: izoluję własne dziecko, pozbawiam je kolegów, przebywania w grupie...
 - Przede wszystkim, w szkole nie ma grup. W szkole, a zwłaszcza na Zachodzie, to jest zbieranina ludzi z tak różnych kontekstów kulturowych, że one nie mają ze sobą nic wspólnego. 
 W takiej szkole jeszcze bardziej pogłębia się samotność, zwłaszcza dzieci polskich, dlatego że co polskie dziecko ma wspólnego z Chińczykiem? Nie ma nic wspólnego. Natomiast tamte, zwłaszcza azjatyckie środowiska, są grupowe. Ich kategorie rozumienia świata i oceny są tak silnie uwarunkowane starymi cywilizacjami, że to co nazywa się kanadyjskie, jest zupełnie powierzchowne.
 Natomiast Polak, który chciałby się otworzyć i wejść do takiej grupy, to i tak tam nie wejdzie, nie ma szans, dlatego że jest biały, że jest katolikiem, no to co on ma z nimi wspólnego? Nic. Pierwsza rzecz, to że rodzice wiedzą, co się dzieje w szkole, i pewnych rzeczy sami potrafią nauczyć, innych - są do tego profesorowie. Są różne szkoły, ja znam w Stanach znakomite. Katolickie, świadome tego, co się dzieje, również świadome tego rozkładu katolicyzmu od wewnątrz, poprzez uniwersytety katolickie w Stanach, socjalistyczne. Tak że  można coś znaleźć. 
 Oczywiście, dziecko lgnie do rówieśników, ale muszą to być ludzie kierujący się takimi samymi zasadami. Ważne jest tutaj organizowanie co jakiś czas spotkań. A dziecko dużo nie potrzebuje. 
 W Toronto, gdy ksiądz ogłosił, nagle pojawiło się kilka rodzin, które włączają się w ten program i te rodziny dowiadują się dzięki temu o sobie. Te rodziny szukają podobnych rodzin, mają podobne problemy, nie chcą, żeby dziecko zostało rzucone w paszczę dziczyzny. Dowiadując się o sobie; że mają podobne problemy i podobne niepokoje, szukają kontaktu ze sobą, i wtedy mogą organizować wspólne spotkania i to jakoś rozwiązuje problem. Gdy spotkałem absolwentów tych szkół, to nikt nie żałował.
 - Dziękuję bardzo za rozmowę.
Rozmawiał Andrzej Kumor
 

GONIEC NR 24/2009

Izabela Embalo
Podpowiadacze
Jedna pani drugiej pani... sąsiad, znajomy, pan w agencji turystycznej... wszyscy wszystkim doradzają, ale kogo tak naprawdę słuchać? Oczywiście można z innymi swoje sprawy przedyskutować, ale zawsze należy wziąć pod uwagę, że sprawa imigracyjna kogoś innego nie jest koniecznie taka sama jak Państwa. Prawo nieustannie się zmienia i to, co można było załatwić kiedyś, może być już w obecnym systemie prawnym nieosiągalne lub odwrotnie. Ludzie innym doradzają, zazwyczaj mając dobre intencje, zwyczajnie chcą pomóc bliskim, znajomym, podzielić się swoim doświadczeniem, wiedzą... ale niekiedy taka przysługa może być szkodliwa. 
 Nie wspominam już o tym, że ci, którzy radzą się wszystkich i wszędzie, po jakimś czasie takiego poradnictwa mają "kwadratowe głowy" i nie za bardzo wiedzą tak naprawdę, co ze swoim imigracyjnym problemem zrobić.
 Na przykład, jeden z naszych klientów czekał ze złożeniem dokumentów na sponsorstwo swojej konkubiny, ponieważ znajomy doradził mu, że tylko po ślubie można złożyć podanie o łączenie rodzin. Nie wiedział, że obecne przepisy imigracyjne dopuszczają możliwość sponsorowania konkubiny. Inny przykład to klient, który jest rencistą i w jednym z urzędów socjalnych pracownica rządowa przekonywała go, że nie ma możliwości zasponsorowania współmałżonki, co oczywiście też nie jest prawdą. Od kilku lat prawo zezwala osobom będącym na zasiłkach chorobowych zasponsorować partnerów. I jeszcze jeden przykład, kobiety, która nie złożyła podania o łączenie rodzin swojej 21-letniej córce, ponieważ była przekonana, że musi mieć wysokie dochody. Znajomi drukowali jej nawet jakieś tabelki z Internetu określające wysokość dochodów sponsora, nie wiedząc, że w przypadku sprowadzania do Kanady dziecka poniżej 22. roku życia niektóre wymogi finansowe nie obowiązują. Obecnie jest już za późno, by urząd przyjął podanie, ponieważ córka nie kwalifikuje się wiekowo. Zła porada i błędne podpowiadanie zamknęło drogę emigracji młodej dziewczyny, która pragnęła się połączyć w Kanadzie ze swoją matką.
 Przykłady mogłabym mnożyć... zastanawiam się także nad tym, kogo w takich sytuacjach winić, podpowiadającego czy tego, kto tych podpowiedzi słucha, nie weryfikując ich poprawności. Warto zatem sprawdzić informacje i uzyskać poradę fachową u osób, które zajmują się imigracją profesjonalnie - znają wszystkie zmiany w prawie i procedurach. Jeśli ktoś nie chce skorzystać z płatnej porady, może uzyskać  bezpłatne ogólne informacje, kontaktując się bezpośrednio z urzędem imigracyjnym pod numerem: 1-888-242-2100.
 OSOBY ZAINTERESOWANE EMIGRACJĄ DO KANADY PROSIMY O KONTAKT Z NASZYM BIUREM, TEL, 416-820-9576, E-MAIL: EMIZ@LIVE.CA. ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA NASZEJ STRONY INTERNETOWEJ: WWW.EMIGRACJAKANADA.NET.
 JESTEŚMY JEDNĄ Z NIELICZNYCH, JEŚLI NIE JEDYNĄ POLONIJNĄ FIRMĄ, KTÓREJ KLIENCI SĄ REPREZENTOWANI W URZĘDZIE IMIGRACYJNYM PRZEZ LICENCJONOWANEGO ADWOKATA.

 Marek Mańkowski
Wysłać dzieci z Calgary
Mówią, że zima ma być łagodna tego lata w Albercie, chociaż patrząc na dotychczasową pogodę w Calgary, można mieć poważne wątpliwości. W zeszłą sobotę, 6 czerwca, od rana padał śnieg, dzisiaj (wtorek) też trochę. Ale niezależnie od tego jak będzie pogoda, nie da się zmienić tego, że niedługo wakacje. To może dziwne, że pamiętam (tak dawno to było), kiedy przychodził czas wakacji, nie mogłem się doczekać wyjazdu na kolonie, na obóz, na auto-stop. Ważne było, by wyrwać się z miasta w inne niewidziane jeszcze miejsca, spotkać nowych kolegów, a zwłaszcza nowe koleżanki, i generalnie mieć dobry czas i przygody. Najwięcej przygód zdarzało się na obozach harcerskich. Chyba miałem szczęście do instruktorów, bo nie pamiętam, by nauczano nas kiedykolwiek nowej i właściwej drogi socjalistycznej młodzieży. Za to była tam historia harcerstwa, lilijki, sprawności i odznaczenia. Zabawę w niewidzialną rękę braliśmy poważnie, podchody pod obóz dziewcząt również, dowcipy robione sobie nawzajem opowiadało się przez następny rok. Do tego słońce, jezioro, namioty, ognisko z niezapomnianym "Płonie ognisko i szumią kniejeÉ", poranne zbiórki, apele, wciąganie na maszt flagi, wymarsze na zdobywanie sprawności, jedzenie z kotła smakujące jak żadne inne, dowcipy i psikusy i długie wieczory z niekończącymi się opowieściami. Inne też to chyba były czasy. Nie było komputerów, telewizja w powijakach, z jednym czarno-białym programem, więc i styl życia był inny. Żeby jednak nie wiem jak bardzo zmieniły się czasy, dzieciom zawsze potrzebny jest ruch, zmiana środowiska, nauka samodzielności i oderwanie się od fartuszka mamusi.
 ZHP, skrót który zna chyba każdy, kto urodził się w Polsce, i każdy, kto pamięta swoje polskie korzenie. Mundury, sznury, lilijki na chustach, sprawności, alerty, akcje pomagania starszym, obozy, wyprawy. To chyba najlepszy sposób, by dziecko poznało umiejętność współżycia z rówieśnikami, odpowiedzialność, samodzielność. 
 Harcerstwo w Calgary datuje się od roku 1955, kiedy to został zawiązany przez druha Edwarda Samka pierwszy zastęp, który po pewnym czasie przeobraża się w drużynę. Obecnie harcerstwo w Calgary składa się z dwóch samodzielnych szczepów: Szczep Harcerek "Orla Perć" i Szczep Harcerzy "Rysy". 
 Tegoroczny obóz nad Sylvan Lake jest szansą dla rodziców, by ich pociechy poznały coś więcej niż wirtualny świat komputerowych gier, i dla dzieci, by poznały nowych przyjaciół, nowe miejsca i ciekawe życie. Nie muszą należeć do harcerstwa, by wziąć udział w tym wyjeździe. Skorzystajcie z tej szansy. Cena 250 dolarów od dziecka za tygodniowy wyjazd z fachową opieką to niewiele. Więcej wydamy, gdy jest w domu. Tygodniowy obóz kanadyjskich skautów organizowany przez YMCA kosztuje 1200 dolarów. Różnica jest wyraźna. 
 Harcerska kolonia letnia odbędzie się od soboty, 4 lipca, do niedzieli, 12 lipca. Ze względu na wolne miejsca, jest możliwość wysłania dzieci w wieku od lat 7 do 10 na 9 dni wakacji nad jezioro Sylvan Lake. 
 ZWIĄZEK HARCERSTWA POLSKIEGO (POLISH SCOUTING ASSOCIATION) CHORĄGIEW HARCEREK W KANADZIE - SZCZEP ORLA PERĆ
 Drodzy Rodzice,
 Okres wakacji może być czasem kłopotliwym dla wielu rodziców - co zrobić z dziećmi? W tym roku ofiarujemy, choć krótkie, rozwiązanie, zapraszamy dzieci w wieku od 7 lat do 10 włącznie do udziału w naszej kolonii. 
 Kolonia jest prowadzona według metody harcerskiej, czyli każdy dzień jest wypełniony ciekawymi zajęciami, wycieczkami, kąpielą, majsterkowaniem i śpiewem. Dzieci śpią w kabinach, otrzymują trzy pełne posiłki oraz dwie "zakąski" dziennie. Są zawsze pod opieką doświadczonej dorosłej druhny lub opiekunek.
 Tegoroczna Akcja odbędzie się na terenie stanicy Scouts Canada "Camp Woods" w Sylvan Lake od soboty, 4 lipca, do niedzieli, 12 lipca. Opłata wynosi 250.00 dol. od uczestniczka/i. W cenę podaną nie jest wliczony koszt transportu, tę informację podamy w późniejszym terminie. Istnieje możliwość wynajęcia dużych "vans" do transportu.
 Proszę o uważne przeczytanie i wypełnienie załączników. Zgłoszenia oprócz zaświadczenia lekarskiego, powinny być zwrócone do 14 czerwca elektronicznie na adres podany poniżej lub do biura parafialnego MB Królowej Pokoju. Pełną opłatę można załączyć do zgłoszenia lub podać przy wyjeździe. Proszę wpłacić opłatę czekiem lub przekazem pieniężnym (money order) wystawionym na PSA-ZHP Orla Perć, prosimy gotówki nie podawać.
 Jest ograniczona liczba miejsc, więc proszę jak najszybciej wypełnić i przekazać formularze.
 Czuwaj,
 Barbara Gorzkowska, hm. 
 Szczepowa Szczepu "Orla Perć" 
 PS Z pytaniami proszę zwracać się do mnie pod adresem szczepowa@zhpcalgary.com, można dzwonić także pod numer 403-247-6742 (wieczorem), ale o wiele łatwiej mnie zastać pod adresem elektronicznym.
 To mogą być niezapomniane wakacje
Marek Mańkowski

 Krzysztof Czajowski
W Oshawie dzieci się bawią
Niedawny bal Miss Polonia 2009 był świętem oshawskiej młodzieży. Tym razem organizatorzy pomyśleli o naszych najmłodszych pociechach. Sponsorzy i organizacje polonijne okręgu Oshawa zorganizowały festyn 6 czerwca 2009 na terenie ośrodka Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej z okazji Dnia Dziecka , na który zostały zaproszone wszystkie dzieci. 
 Choć pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza, to akurat sobota była  wyjątkowo pięknym i słonecznym dniem. Już o godzinie 10 rano koło weteranów było tłumnie i wesoło. Muzyka płynąca z głośników wprowadzała niezwykły nastrój i rozpoczęły się zgodnie z programem imprezy, gry i zabawy zręcznościowe, konkurs rysunkowy na asfalcie oraz konkurs z wiadomości o Polsce. Był zorganizowany punkt malowania buzi, gdzie ciągle ustawiała się kolejka, mimo iż cztery malujące panie starały się jak najszybciej zaspokoić życzenia małych klientów. 
 Konkurs rysunkowy, jak i wiedzy o Polsce był przeprowadzony w trzech kategoriach wiekowych. W konkursie rysunkowym w grupie przedszkolnej pierwsze miejsce zajęła Carolina Grześniak, drugie Matylda Bieniaszewicz, a trzecie Filip Sankiewicz. W grupie od 4 do 8 lat pierwsze miejsce przypadło Patrycji Gawlik, drugie Natalii Woszewskiej i trzecie Magdzie Grabkowskiej. W najstarszej grupie pierwsze miejsce Patrycja Mel, potem Patryk Michalski i Karolina Kustra. 
 W konkursie wiedzy o Polsce w grupie przedszkolnej pierwsze miejsce Izabela Sagan, drugie Magda Grabkowski i trzecie Kinga Kowalski. W grupie średniej na 12 startujących aż  czwórka dzieci wypełniła test w 100 proc. W dogrywce najlepsza okazała się Patrycja Majewski, potem Joanna Kryńska i Natalia Gielarowiec. W trzeciej kategorii wiekowej miejsca kolejno zajęli: 1. Patryk Michalski, 2. Karolina Kustra, 3. Patrycja Sławek. 
 Patronat nad konkursami, jak i nad malowaniem buzi sprawowały panie nauczycielki ze Szkoły Polskiej im. św. Jadwigi w Oshawie. 
 Konkursy i zmagania sportowe rozgrywane były również w trzech kategoriach wiekowych. A oto ich zwycięzcy. Kategoria przedszkolna: 1. Marta Grabkowski, 2. Alex Pekala, 3. Daniel Grześniak. Kategoria średnia: 1. Kasia Stawiarski, 2. Iza Sagan, 3. Sebastian Bundyra. W kategorii trzeciej pierwsze miejsce Natalia Woszewska, drugie Patrycja Gawlik i trzecie Gabrysia Baranowski. 
 Najmłodsze dzieci zajmowały się kolorowaniem obrazków, spędzały czas na zabawach w dwóch nadmuchanych gumowych zamkach lub też nawiązywały nowe znajomości, bo była do tego znakomita okazja. Jeden z organizatorów, pan Kustra, co bardziej rozgrzanym uczestnikom zabawy rozdawał napoje, a butelki wody były do dyspozycji  rodziców. O godzinie 12 w południe po zakończeniu wszystkich zmagań poproszono wszystkie dzieci wraz z rodzicami na lunch. Każde dziecko otrzymało posiłek, napój oraz dodatkową torebkę zawierającą jakieś smakołyki. Rodzice za opłatą mogli również się pożywić. 
 Około godziny pierwszej po południu w ramach relaksu po wielkich zmaganiach zmęczonym uczestnikom zaproponowano oglądnięcie meczu piłkarskiego między ministrantami a rodzicami. Na boisku można było się doliczyć nawet 30 zawodników i choć ministrantów wspomagały koleżanki, a ksiądz Karol dzielnie walczył w obronie, to wynik meczu był korzystny dla rodziców. 
 Mecz był ostatnią konkurencją tego dnia, po tym nastąpiło ogłoszenie wyników wcześniej rozegranych konkursów i wręczenie dyplomów oraz nagród dla zwycięzców. Nagrody ufundowane przez sponsorów  wręczali sami sponsorzy. Organizatorzy, żegnając wszystkich przybyłych, już teraz zaprosili na wspólną zabawę za rok. 
 Ta wspaniała impreza, która sprawiła wiele radości naszym dzieciom, to zasługa przede wszystkim pana Bogdana Sobierajczyka, który był pomysłodawcą i po raz pierwszy zaprosił naszych milusińskich trzy lata temu. Pomogli oczywiście sponsorzy i tutaj należy wymienić tych, dzięki którym Dzień Dziecka w Oshawie stanie się tradycją  jakże pożyteczną i skupiającą polską społeczność: p. Maria Jagiełło, Ryszard Pawlak,  Richmond Custom Interiors, Giedrojc Stan, dr Dorota Łuczak, Ustupski Deli & Corner, Zubrzycki Jarosław, Wudarzewski  Danuta Variety  &  Deli, Stowarzyszenie  Pań  przy  Weteranach, M.H Accounting & Tax Services Maria Gorski, ZPwK Grupa 21  Oshawa, Maria Fotheringham, SWAP Oshawa, Active Moving System, Progressive Unisex Hair Care, Renata  Leonowicz, Association Of Polish Engineers Canada, dr Joanna Madej Dentistry, Christopher's Deli, Kruszyńska Dorota. 
 Podziękowania należą się również wszystkim, którzy bezinteresownie pracowali w czasie tej uroczystości, a to: grono nauczycielskie Szkoły św. Jadwigi, panowie Wiesław Bundyra, Jan Zubrzycki, Janusz Kustra obsługujący BBQ, Majka Jagiełło i Bogdan Sobierajczyk prowadzący imprezę oraz Bolesław Wojdyło czuwający nad całością. Szczególne podziękowanie dla Stowarzyszenia Weteranów im. Władysława Sikorskiego za udostępnienie pięknych terenów wokół ich ośrodka. Do zobaczenia za rok.
Tekst  i zdjęcia:
 Krzysztof Czajowski

  Jerzy Rosa
Rowerem po parku
Wiezienie roweru na haku kilkaset kilometrów, by potem pojeździć godzinę - "bo zaraz trzeba wracać" - nie ma sensu. Lepiej znaleźć jakąś rowerową trasę, których kilka znajduje się w Mississaudze i Toronto, a jeśli już nam się one znudzą, warto pojechać do najbliższych prowincyjnych parków lub conservation areas, gdzie zawsze jest kilka ciekawych szlaków dla miłośników jednośladów. Najbliżej Mississaugi, gdzie mieszka najwięcej Polaków, ulokowane są dwa duże parki doskonałe dla rowerzystów: Bronte Creek i Hilton Falls. 
 Bronte Creek 
 Park zarządzany jest przez ontaryjską agendę rządową i należy do systemu parków prowincyjnych. Ten w Oakville jest najbliżej położonym parkiem tej klasy - dojazd tu z Mississaugi zajmuje 15 minut. Parki należące do agendy Ontario Parks są ulokowane w najładniejszych miejscach naszej prowincji - Bronte Creek jest tego najlepszym przykładem.
 Park leżący między Burlington a Oakville, ma powierzchnię 684 ha. Założony w latach siedemdziesiątych, realizuje idee stworzenia wokół dużych aglomeracji przyrodniczych terenów rekreacyjnych, tzw. green belts. Miejsce swoją nazwę zawdzięcza lordowi Horatio Nelsonowi, księciu Bronte (1758-1805), który był pierwszym gubernatorem obszaru zwanego teraz Halton Region. 
 Strumień Bronte Creek płynie przez jedną z najbardziej żyznych dolin w południowym Ontario. Obszary te przez długi czas były intensywnie wykorzystywane do celów rolniczych i hodowlanych, jednak dzisiaj większości parku przywrócono jego pierwotny wygląd, sadząc drzewa i inne rośliny typowe dla liściastych lasów występujących w regionie. Odtworzono również, typowe niegdyś dla tej okolicy, obszary preryjne. 
 Czterdzieści hektarów parku przeznaczono dla istniejącej tutaj od początku naszego wieku farmy - Spruce Lane Farmhouse. Pieczołowicie odtworzono dawny styl budynków gospodarczych: kurników, obór i stodoły. 
 Bronte Creek Provincial Park zalicza się do parków rekreacyjnych - oprócz więc pól biwakowych, szeregu zadaszeń z rożnami i stołów piknikowych jest tutaj też olbrzymi basen kąpielowy, korty tenisowe, boiska do gry w koszykówkę,siatkówkę oraz pole golfowe. Mnogość poplątanych ścieżek do spacerowania i jeżdżenia na rowerze i łyżworolkach pomoże zrelaksować się szukającym ciszy i odosobnienia. Na miejscu, w pobliżu kompleksu rekreacyjnego, odwiedzający park mogą kupić coś do zjedzenia, wypożyczyć barbecue, rower oraz inny sprzęt sportowy.
 Jazda rowerem po tym parku jest łatwa i przyjemna - większość tras jest płaska, a ścieżki wysypano szutrem i dobrze utwardzono. Trasy są  szerokie, nawet 2,5-metrowe i większość z nich zamknięta jest w pętlę, co uniemożliwia w praktyce zgubienie się. 
 Najdłuższą z pięciu tras jest 2,7-kilometrowa Ravine Trail. Od czasu do czasu ulokowano na niej widokowe platformy, z których można podziwiać uroki okolicy. Sześć znajdujących się tu poglądowych tablic umożliwi nam lepsze poznanie fauny i flory występującej na tym terenie.
 Kilka krótszych tras: Mice, Men and Maiden's Blush, Trillium oraz Logging Trail ma długość zaledwie kilometra i doskonale nadaje się nawet na przejażdżkę z dzieckiem prowadzącym swój rowerek. 
 Najpiękniejszą trasą jest 2-kilometrowa Half Moon Valley Trail - pokonanie jej spacerkiem zajmie 1,5 godziny, rowerem kilkanaście minut, ale warto to zatrzymywać się i delektować urokiem dzikiej przyrody, tym bardziej że o parę kilometrów znajduje się jedna z największych i najludniejszych aglomeracji w Ameryce Północnej...
 Bronte Creek znany od lat mieszczuchom z Toronto jako doskonałe piknikowe miejsce, od siedmiu lat pełni także funkcję parku biwakowego, gdzie można rozbić namiot i spędzić noc pod gwiazdami. Uwaga: park dzienny i kempingowy to dwie różne bramy; do pierwszej trafimy, korzystając z Burloak Drive, do drugiej z Bronte Road. 
 Dojazd z Toronto zajmie pół godziny jazdy, z Mississaugi - 15 minut. 

 Hilton Falls
 Do tego parku w  letnie weekendy koniecznie trzeba zabrać rower, bo pieszo zwiedzić go nie sposób. Ta oaza zieleni administrowana jest przez Halton Region i tworzy element sieci conservation areas otaczających od północnego zachodu aglomerację torontońską.
 Park Hilton Falls stanowi geologiczny unikat - jego pejzaż formował się przed 450 milionami lat, kiedy duże połacie Ontario i Michigan stanowiło dno płytkiego, tropikalnego morza. Pod wpływem ruchów tektonicznych część, gdzie teraz znajduje się park, wypiętrzyła się, tworząc morskie wybrzeże z miękkich koralowych skał. Owe skały, bardzo podatne na erozję, pod wpływem deszczu, wiatru, a później - gdy klimat uległ globalnemu oziębieniu - lodowców, śniegu i mrozu - kruszały, rozsadzane też przez korzenie drzew. Dzięki tym wszystkim zjawiskom mamy teraz Uskok Niagary i wodospad o tej samej nazwie, a wypiętrzenie ciągnące się przez ponad 700 kilometrów stanowi najpiękniejszy fragment naszej prowincji. 
 Właśnie mały fragment tego przyrodniczego cudu możemy podziwiać w Hilton Falls. Oczywiście, tu także znajdują się wodospady - nie takie wielkie jak w Niagarze, ale nie mniej malowniczo położone. 
 Park jest sporych rozmiarów - zajmuje 1600 akrów. Na jego terenie wytyczono sześć tras, a siódmą stanowi fragment przebiegającej tu słynnej Bruce Trail. Szlaki przebiegające przez Hilton Falls są doskonale oznakowane kolorowymi drogowskazami, a trzy wśród nich przeznaczone są tylko do uprawiania jazdy rowerowej.
 Jedna  z tras wiedzie wzdłuż urwiska. Tu nie wybierałbym się rowerem. Kilkudziesięciometrowy skalny uskok porośnięty jest tujowym lasem, a samo wapienne podłoże - mchem. Jeśli wcześniej padał deszcz, dajmy sobie spokój z tym zakątkiem parku i odwiedźmy go w bardziej sprzyjających pogodowych warunkach. Po deszczu jest tu bardzo ślisko i niebezpiecznie, grozi nam bowiem upadek z 30 metrów.
 Dla "górskich" rowerzystów Hilton Falls to prawdziwe eldorado. Jeśli czujemy w sobie żar walki z naturą, to wybierzmy się na trasę Bent Rim. Ma ona długość 5 kilometrów i pokonanie jej nie powinno zająć więcej niż 1,5 godziny. Dla mniej odważnych wytyczono dwie trasy: 7-kilometrową Single Track Mountain Bike Trail i 6,5-kilometrową Wandering Lynx Backcountry Trail. Trasy są pełne kamieni i łatwo się tu wywrócić - dlatego na te i inne trasy powinniśmy mieć założony na głowie hełm rowerowy. 
 Pozostałe szlaki polecane są raczej dla wędrowców, ale i kolarze są tu mile widziani - uważać trzeba tylko bardziej, by nie doszło do kolizji z innymi użytkownikami trasy, których w weekendy jest tu sporo.
 Dla spacerujących z psami polecam ciekawą również dla naszych czworonożnych przyjaciół trasę Beaver Dam. Pamiętajmy, że nie bez kozery taką, a nie inną, nazwę ona nosi, bo zamieszkują ją właśnie bobry - trzymajmy więc pieski mocno na smyczy, by nie pognały przez moczary, gdy pojawi się to sympatyczne zwierzątko, które zamieszkuje okoliczne stawy i rzeczkę przepływającą przez park.
 Ta rzeczka to Sixteen Mile Creek, której dwie odnogi urozmaicają park Hilton Falls (jest to ta sama rzeka, która przepływa przez park Bronte Creek - zmienia tam tylko swoją nazwę). Jedna małymi kaskadami spada w kierunku zapory, która w 1971 roku spiętrzyła tu rzeczkę i utworzyła malownicze 35-akrowe jeziorko. 
 Druga odnoga "16-milowego Strumienia" jest bardziej dramatyczna - spływa bowiem 10-metrowym wodospadem, gdzie niegdyś istniały wodne młyny. To miejsce, do którego z parkingu samochodowego wiedzie "żółta" trasa, jest najczęstszym celem wędrowców odwiedzających park. Warto, wybierając się na trasę, zabrać z sobą kiełbaski, ponieważ w pobliżu wodospadu palą się cały czas dwa ogniska, gdzie można przyniesione ze sobą kiełbaski upiec.
 Jeśli mamy zamiar pojeździć po Hilton Falls rowerami, to za każdego jeźdźca (niezależnie od wieku) trzeba w sezonie 2009 uiścić 7-dolarową opłatę. Otrzymaną nalepkę należy przytwierdzić w widocznym miejscu do roweru. 
 Dojazd z do Hilton Falls z Toronto: autostradą 401 na zachód, w Milton zjazd w H-wy 25 (exit 320) na północ do Cambellville Rd., trzeba skręcić w nią w lewo i jechać prosto 6 km. 
Jerzy Rosa
Mississauga 
 
 
 
 
 
 

GONIEC NR 23/2009

Powinniśmy dbać o młodzież!
 Z prezesem KPK Władysławem Lizoniem rozmawiają Andrzej Kumor i Jerzy Rosa.

- Panie Prezesie, na jakim etapie jest kwestia ratyfikacji porozumień polsko-kanadyjskich, o których mówiliśmy, wokół których było tyle szumu medialnego?
 - Ratyfikacja właściwie jest prawie zakończona. Z ostatnich informacji, które mam, wynika, że oficjalna nota w sprawie ratyfikacji umowy socjalnej jest w drodze do Polski, czyli umowa wejdzie najpóźniej w życie 1 października.
 Być może 1 września, ale 1 października na pewno. Druga umowa, Youth Mobility Programm, najpóźniej 1 sierpnia tego roku wejdzie w życie.
 - Młodzież będzie mogła przyjeżdżać i podejmować pracę?
 - Tak, w ramach programu można będzie pracować do jednego roku.
 - Rząd Harpera obiecał przywrócić uprawnienia dla kombatantów, czy ta sprawa jest dalej w toku, czy cokolwiek się z tym robi?
 - Zapraszam panów w niedzielę do SPK, minister Thomson z Federal Ministry of Veterans Affaires przyjeżdża i ma bardzo ważne oświadczenie dla weteranów. 
 - Panie Prezesie, sprawa Dziekańskiego. To jest kolejna rzecz, w której do Pana są pewne pretensje, że Pan nie poparł petycji, która była w Vancouverze. To była petycja o wszczęcie postępowania prokuratorskiego. Jak się Pan ustosunkował do niej?
 - Myślę, że tu jest dużo nieporozumień i braku informacji. 
 Jeżeli chodzi o żądanie wszczęcia postępowania, to myśmy to wyraźnie w liście do prokuratora generalnego zawarli dużo wcześniej. Poprosiliśmy również o spotkanie z prokuratorem i premierem Kolumbii Brytyjskiej, które się przesunęło ze względu na wybory. 
 A to, że Kongres się nie włączył w zbieranie podpisów pod petycją... Wytłumaczyłem, dlaczego się nie włączamy. Uważam, że z jakąkolwiek petycją należy, po pierwsze, zaczekać - nie jak podawało się w różnych informacjach, aż komisja wyda komunikat czy podsumuje - ale do zakończenia przesłuchań. 
 Będziemy mieć wtedy pełny obraz, jakimi materiałami komisja dysponuje, gdyż one są na razie wszystkie tajne.
 Po drugie, obecna petycja skierowana do rządu BC i szczerze mówiąc, podpisywanie tej petycji gdziekolwiek indziej w Kanadzie ma tylko znaczenie symboliczne; nie ma żadnego znaczenia prawnego.
 Trzecia rzecz, bardzo ważna, petycja ogranicza się do dwóch rzeczy: do żądania postawienia policjantów przed sądem i odszkodowania dla pani Cisowskiej. Myślę, że jest to niezwykle zawężone. 
 Nasze żądania powinny być o wiele szersze, i ponieważ sprawa ma charakter i prowincyjny, i federalny, to trzeba to rozdzielić i postawić żądania o wiele szersze, żądania muszą wychodzić w przyszłość. Muszą zawierać zarówno odpowiedzialność policji generalnie za to, co robi, kto ma prowadzić śledztwo przeciwko policji, jakie  mechanizmy mają działać, używania taserów. Są to szersze sprawy. 
 Oczywiście, sprawa postawienia policjantów w tym konkretnym przypadku przed sądem i sprawa odszkodowania dla pani Cisowskiej nie może być pominięta, ale nie może to się zawierać tylko w  takim wąskim zakresie, że tylko tego żądamy.
 - Pan ma pretensje, że nie konsultowano treści tej petycji?
 - Konsultowano, myśmy się z nią nie zgodzili, dlatego myśmy się w nią nie włączyli.
 - Czy będzie inna petycja?
 - Będzie, ale po zakończeniu obrad komisji Braidwooda przedstawimy pełny tekst żądań zarówno do rządu federalnego, jak i przez nasz Okręg Vancouver do rządu prowincji.
 - Panie Prezesie, w czasie wyborów federalnych Pan jakby poparł polskich kandydatów Partii Liberalnej... Polonia Team to się zdaje się nazywało.
 - Oni się sami tak nazwali.
 - Chciałem się zapytać, jak to wygląda teraz, "w praniu"? Czy ci ludzie dalej mówią w parlamencie o sprawach polskich? Jak się Kongresowi Polonii Kanadyjskiej współpracuje z tymi posłami, którzy zostali wybrani?
 - Zostali właściwie wszyscy wybrani, p. Konkel z Partii Konserwatywnej przepadł. Myślę, że nastąpił pewien wyłom, bo jednak jeden kandydat Partii Konserwatywnej w Mississaudze wygrał wybory, czego nie było wcześniej.
 - Niewielką różnicą głosów.
 - Podobnie p. Kania wygrał w swoim okręgu wyborczym, też niewielką różnicą głosów. 
 - Pan uważa, że te polskie głosy były bardzo ważne?
 - Myślę, że każdy głos jest zawsze ważny.
 - I w przypadku pana Deckerta?
 - I w jednym przypadku, i w drugim głosy są ważne i wszyscy muszą sobie zdawać sprawę, że oddanie tego głosu jest naprawdę niezwykle ważne, bo polski elektorat został wreszcie zauważony. 
 Myślę, że jest zauważony i zarówno Bonnie Crombie, jak i Kania podnosili sprawy polskie na forum parlamentu. 
 Ostatnio również poseł Kennedy mówił, kontynuując to, o czym mówiliśmy pod pomnikiem Katyńskim w rocznicę Katynia. On to wygłosił na forum parlamentu, żeby naciskać Rosję i żeby państwa demokratyczne uznały tę zbrodnię za zbrodnię przeciwko ludzkości.
 - Czyli ta współpraca układa się pomyślnie?
 - Tak, zresztą, jak Pan zauważył, w przeciwieństwie do tego, co się działo dalej, przychodzi reprezentacja posłów na nasze uroczystości i imprezy. Widzi się, że nas dostrzegają i przychodzą na nasze imprezy, bo to jest jedna z form, gdzie się dostrzega grupę.
 - Panie Prezesie, mówiąc w poprzednich naszych rozmowach o Kongresie Polonii Kanadyjskiej, skarżył się na brak pieniędzy, brak funduszy. Chcieliśmy zapytać, jak to wygląda teraz, czy dalej ma Pan pomysł na zbieranie tych pieniędzy? Czy Kongres myśli o wykorzystywaniu np. takich przyjazdów jak pani prezydentowej Kaczyńskiej do zbierania funduszy, czy to są tylko wydatki dla Kongresu? A propos tego chciałem się zapytać, czy Kongres płaci za tego rodzaju wizyty, jak pani prezydentowej?
 - Nie, jeżeli chodzi o wizytę pani Kaczyńskiej, to jedynym wydatkiem, na który żeśmy się zdecydowali,  było współfinansowanie uroczystego obiadu.
 - A dlaczego nie zarabiano na takim obiedzie?
 - Długo dyskutowaliśmy nad tym i zdecydowaliśmy... Ponieważ była to szczególna okazja, obchody rocznicy Konstytucji 3 maja, dlatego zdecydowano się, żeby nie pobierać wstępu na tę uroczystość, a wykorzystać to jako reklamę dla Kongresu i dla naszej grupy etnicznej. 
 - Były osoby, bogate osoby, które chciały być na tym obiedzie, a nie były zaproszone, choć były gotowe dobrze za to zapłacić.
 - Wiem, ale ponieważ zdecydowano się na formułę zaproszenia pewnych osób, staraliśmy się tak listę sporządzić, żeby byli reprezentanci organizacji kongresowych...
 - Będą inne?
 - Planujemy we wrześniu.
 - A z kim, można wiedzieć?
 -  Chciałbym, żeby to był szef obrony Kanady, gen. Natynczyk, ale jeszcze nie mamy potwierdzenia,  czy będzie mógł przyjechać. 
 Powracając do wizyty, nie wiem, skąd wziął się pogląd, żeśmy zaprosili panią prezydentową i tym samym opłacaliśmy wszystkie koszty. To tak nie działa. Koszty nie były opłacane przez nas. Ponieśliśmy tylko koszty tego uroczystego obiadu, natomiast cała logistyka, wszystkie inne rzeczy to de facto spadły na przedstawicielstwo dyplomatyczne Polski, bo tak to działa. 
 - Jeżeli już jesteśmy przy pieniądzach, jakie są te bieżące, najbardziej pilne potrzeby finansowe Kongresu? Co by Pan chciał z tymi pieniędzmi robić, na co potrzeba pieniędzy?
 - Najwięcej pieniędzy w obecnym czasie potrzeba na prowadzenie biura.
 - Nie ma nawet na prowadzenie biura?
 - Nie, nie, my mamy pieniądze na prowadzenie biura, ale chcielibyśmy poszerzyć jego działalność. Dużym kosztem jest prowadzenie i utrzymanie  na bieżąco stron internetowych. W chwili, kiedy jest to robione społecznie,  nie zawsze wszystko jest na czas. 
 Idealnie byłoby, gdyby można było zatrudnić osobę, która zajęłaby się wydawaniem biuletynów, wprowadzaniem na bieżąco informacji, żeby osoby odwiedzające naszą stronę internetową miały informacje z różnych źródeł, co się dzieje w Polsce, co się dzieje w Kanadzie, jakie są ważne sprawy, które nas dotyczą. 
 - Czy Kongres ma możliwość korzystania z porad prawnych, czy ktoś to robi ochotniczo?
 - Na razie mamy parę osób, które to robią dla nas na zasadzie ochotniczej. Generalnie rzecz biorąc, jeżeli chodzi o porady prawne, dobrze byłoby, żeby mieć zatrudnionego prawnika, który nasze sprawy by załatwiał. Jakkolwiek pewne problemy mają różny gatunek, tak że należałoby korzystać z porad różnych prawników, którzy są specjalistami w danej dziedzinie
 - Czy Kongres jest uwikłany w jakąś sprawę sądową?
 - W chwili obecnej nie jest uwikłany w żaden proces.
 - Wiemy, że tych spraw było trochę i one wyniszczały Kongres finansowo.  Czy to, że jest dziś inaczej, wynika z Waszej polityki,  unikania tych rzeczy?
 - Po pierwsze, unikania konfliktów. A drugie, w przypadku potencjalnych konfliktów należy po prostu usiąść przy stole i porozmawiać. 
 Często jest tak, że choć trudno się na coś zgodzić, lepiej jest się zgodzić. Myślę, że należy szanować to, że organizacje, które są członkami Kongresu, są organizacjami samorządnymi i pewne sprawy muszą sobie same załatwić. Kongres może się włączyć, jeżeli jest potrzebna mediacja.
 - Czy Panu udało się załatwić miejsce dla tutejszych dzieci na koloniach w Polsce?
  - Szczerze mówiąc, zaproponowałem w zeszłym roku tę sprawę na posiedzeniu Rady Konsultacyjnej przy Marszałku Senatu, i ku mojemu zdziwieniu zostało to zrealizowane. Dostaliśmy w Kanadzie 17 miejsc dla młodzieży i dzieci.
 - Czy to jest za darmo, pokrywane ze środków Senatu?
 - Pobyt w Polsce jest w pełni pokrywany ze środków Senatu, wszystko, z wycieczkami, z wyżywieniem. To jest 12-dniowy turnus. Jest pobyt w Pułtusku, oczywiście wycieczka do Warszawy, do Krakowa, do Kazimierza. To organizuje "Wspólnota Polska" ze środków Senatu. 
 - Kto będzie pokrywał przelot?
 - Różnie to jest w różnych prowincjach, wczoraj rozmawiałem z prezesem z Manitoby, organizacje w jakiś sposób chcą partycypować w dopłacaniu do kosztów przelotu, żeby rodziców to mniej obciążało. Poza tym tam, gdzie się organizacje włączą i mogą pomóc w kosztach przelotu, umożliwić tym dzieciom, którym by się należały takie wakacje, a rodzice nie mogą sobie pozwolić na opłacenie przelotów, to pomóc. 
 - Kto będzie decydował o tym, kto pojedzie na takie wakacje?
 - Myśmy tylko zrobili pewien klucz, jak rozdysponować miejsca, tak że przez polskie szkoły to będzie się odbywać. W tej chwili są po dwa miejsca na każdą prowincję poza Ontario, czyli po dwa na BC, Manitobę, Albertę, Quebec, Ontario dziewięć miejsc. O tym, kto pojedzie, mają oczywiście decydować szkoły, nauczyciele. 
 - Pan zachęca, żeby firmy, sponsorzy włączyli się w ten program i współfinansowali.
 - Jeżeli firmy czy sponsorzy zechcą wesprzeć, bardzo o to prosimy, a poza tym, patrząc w przyszłość, marzyłbym sobie, żeby np. w trzecim roku, gdybyśmy dostali załóżmy 17 miejsc, to żeby Polonia sfinansowała drugie 17 miejsc. 
 I zamiast 17 pojechałoby 34 dzieci. Myślę, że jest to wspaniała forma nagrody dla tych dzieci,  które się uczą polskiego. A ponieważ w tej chwili w szkołach języka polskiego są już w większości dzieci urodzone tutaj, niektóre w Polsce nigdy nie były, i gdyby nie te kolonie, to jeszcze przez długi czas nie miałyby takiej możliwości. 
 17 młodych ludzi, studentów, jedzie też do tzw. szkoły liderów polonijnych do Warszawy. Jest to nawiązanie do programu, który istniał przed wojną, kiedy działał Światpol jako federacja organizacji polonijnych w świecie. Oni zorganizowali w okresie międzywojennym szkołę liderów polonijnych. Teraz się to odrodziło.
 - Kto wybiera, kto decyduje o tym, kto jedzie?
 - Podania złożyło 32 studentów i z tych aplikacji na podstawie wkładu pracy społecznej, oceny pracy...
 - Trzeba być studentem czy można być po studiach?
 - Są kryteria wiekowe. Większość osób jest ciągle na studiach, ale są osoby, które są już po studiach. Wiek pomiędzy 18. a 35. rokiem życia. Osoby, które są zaangażowane w pracę społeczną, wykazują się w środowisku, zostały zaakceptowane. Ja się cieszę z tego, że mieliśmy początkowo 14 miejsc, Stany Zjednoczone 16, których nie wykorzystały, myśmy to wzięli, toteż wysyłamy 16 osób do Warszawy.
 - Wysyłamy, to znaczy co jest opłacone?
 - Wszystko. 
 - Lista tych uczestników jest jawna?
 - Oczywiście.
 - To jest sukces KPK, a jakie są porażki, dotychczasowe kłopoty, największy problem, który ma Pan w tej chwili przed sobą?
 - Powiem, że to co mnie bardzo podnosi na duchu, to jest, że część tych młodych ludzi angażuje się. W tej chwili dokooptowałem trzecią młodą osobę do Zarządu Głównego, studentkę 5. roku Uniwersytetu Torontońskiego. 
 Ci ludzie też muszą przejść przez normalny proces życiowy, założyć rodzinę, ale myślę, że jak złapią tego bakcyla pracy społecznej, to gdyby musiały w pewnym momencie odejść,  wrócą do tej pracy i będą ją kontynuować. Myślę, że to jest bardzo budujące, że młodzi ludzie sami z własnej woli chcą pracować i chcą się włączać.
 Zresztą ta konferencja młodych "Quo vadis" w Ottawie, która odbyła się w początku maja, była wielkim sukcesem. Jestem pełen podziwu dla organizatorów. Młodzi ludzie byli w stanie tak dużą imprezę zorganizować właściwie własnymi siłami, z pewną pomocą ze strony organizacji polonijnych, głównie ottawskich, no i oczywiście z finansową pomocą organizacji polonijnych z całej Kanady. 
 Samo otwarcie konferencji w centralnym budynku parlamentu federalnego ma pewną swoją wymowę też. Tak że myślę, powinniśmy o młodzież dbać i cieszę się, że młodzież mamy wspaniałą. Powinniśmy nie narzekać, mając taką młodzież, w ogóle jesteśmy wspaniali, jesteśmy wykształceni, kształcimy dzieci, dobrze nam się powodzi.
 - Jakie są główne problemy na styku z rządem federalnym?
 - Specjalnych problemów nie ma.
 - Czym się Kongres zajmuje, Pan mówił, załatwiliśmy to, załatwiliśmy tamto, pozostawała sprawa pracowników "nieudokumentowanych", która dalej jest niezałatwiona, co jeszcze?
 - Prowadzimy rozmowy w sprawie otrzymania grantów, bo w tej chwili jest ogromna ilość pieniędzy przeznaczonych na różne fundusze, jest w tych funduszach również duża pula pieniędzy dla organizacji non-profit. Tak że tutaj działamy w tym kierunku, aby część tych pieniędzy trafiła do naszego środowiska polonijnego. Cały czas apelujemy do organizacji, staramy się pomagać składać podania o granty.
 - Mamy mniej niż inne organizacje?
 - Myślę, że składamy za mało podań. Złożymy dwie aplikacje, to możemy coś uskładać przez 5 lat, jak złożymy 50, 100, to ta szansa otrzymania tych grantów jest o wiele większa.
 - A czy KPK dba o to, żeby nagłośnić tę sprawę, żeby ludzie wiedzieli, jak to robić, gdzie, po co, czy KPK ma taką komórkę, gdzie można zadzwonić i dowiedzieć się, bo ja często próbuję do KPK dzwonić i nikt nie podnosi telefonu?
 - Mamy specjalne komórki, mamy grupę osób, które pomagają. W tej chwili dużo więcej aplikacji o granty jest złożonych. W tej chwili mamy zatrudnionych przez nas w różnych okręgach 17 osób jako summer students, bo to też jest sprawa, która nie była wykorzystywana tak do końca. Ludzie nie starali się o summer students, a organizacje, nawet małe, powinny się starać, bo jest to forma odzyskania pewnych pieniędzy, które płacimy w podatkach, ale też jest to forma zapoznania studentów z pracą, a oni mogą wykonać pracę, która jest nam potrzebna.
 - Dziękujemy bardzo za rozmowę.
Rozmawiali 
Andrzej Kumor i Jerzy Rosa

Adam Kurzaj
Czym naprawdę żyje Polska?
Miałem okazję w maju wyjechać na dwa tygodnie do Polski. Mimo że od czasu pobytu w Kanadzie byłem już kilka razy w kraju, to zawsze na taki wyjazd oczekuję z niecierpliwością. Jest to za każdym razem konfrontacja mojej tęsknoty za ojczyzną z istniejącą rzeczywistością. 
 Wystarczyło kilka dni pobytu, obserwacji i krótkich rozmów ze znajomymi, obejrzenia kilku programów TV, żeby się zorientować, że to nie jest to, za czym tęsknię. Kontakty z ludźmi uświadomiły mi, że to jest już inne społeczeństwo należące do innej cywilizacji. Szybko zorientowałem się, że moje wyobrażenia o kraju należą do świata wirtualnego urojonego i tak jak wspomnienia z dzieciństwa już nigdy nie powrócą.
 Od dwudziestu lat wielkie zachodnie koncerny medialne skupiające radio, prasę, telewizję i niektóre wydawnictwa, kontrolują już cały obszar Polski. W tym czasie wszechobecnym mediom udało się przekonać Polaków, że żyją w kraju "wolnym" i "demokratycznym". Ta pozorna wolność jest podkreślana codziennie na każdym kroku we wszystkich środkach przekazu. Polacy nie potrafią jednak zauważyć tego, że w rzeczywistości we wszystkich sferach życia społecznego, gospodarczego i prywatnego coraz bardziej są zniewalani i ograniczani.
 Do tego dochodzi bezmyślne naśladowanie we wszystkim Zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych. Większość popularnych programów telewizji amerykańskiej ze swoimi destrukcyjnymi wartościami jest bezkrytycznie transmitowana w TV polskiej. Sposób prowadzenia audycji i poruszane tematy są dokładnie kopiowane z amerykańskich widowisk.
 Kolejne ekipy rządzące wywodzące się z SLD, UW, AWS, PiS i PO prowadzą politykę zmierzającą do stopniowej likwidacji państwa polskiego. Właśnie w  tym zakresie osiągają największe sukcesy. Zlikwidowano już kompletnie cały przemysł. Najbardziej wartościowe przedsiębiorstwa oddano właściwie za bezcen. To kupujący inwestorzy w wielu wypadkach decydowali o cenie negocjowanych przedsiębiorstw, a kolejne rządy na wszystko się godziły, bojąc się, żeby tylko "strategiczny inwestor", jak to się ładnie nazywało, nie rozmyślił się. To samo uczyniono z wszystkimi polskimi bankami. 
 Czy sytuacja polityczna i ekonomiczna pozwala Polakom na taką obojętność i beztroskie życie? Bezrobocie rośnie w szybkim tempie. Deficyt budżetowy jest ogromny. Nie istnieje żaden rządowy plan wyjścia z kryzysu. Nie ma takiej potrzeby, zapewnia premier i kompetentni przedstawiciele rządu, kryzys do Polski na pewno nie dojdzie, mówią.
 Oczywiście Polska kompletnie pozbawiona własnego przemysłu i banków z kryzysem, wbrew zapewnieniom premiera, tak szybko sobie nie poradzi. 
 A więc, czym naprawdę żyje Polska? Czy Polacy myślą i troszczą się o przyszłość własnego kraju? Jak widać z obserwacji, jest im to zupełnie obojętne. Interesują się tylko tym, o czym mówi się w mediach, a najczęściej poruszane tematy w ostatnim czasie to: 
 - Mistrzostwa Europy w piłce nożnej w 2012 r.;
 - Wybory do PE;
 - Wystąpienia Wałęsy w kampanii wyborczej nowej partii Libertas;
 - 20. rocznica "obalenia komunizmu".
 Na temat piłki nożnej rozmawiano we wszystkich mediach prawie przez dwa tygodnie. Niekończące się wywiady z działaczami sportowymi i przedstawicielami rządu o tym, które miasto zostanie zakwalifikowane jako gospodarz rozgrywek, a które odpadnie i dlaczego. 
 To, czy obiekty sportowe zostaną oddane na czas, czy będą wybudowane drogi dojazdowe, parkingi i hotele, to jest obecnie dla wszystkich sprawa drugorzędna. Mówi się tylko o promocji wybranych miast i ich wizerunku na zewnątrz, o tym jak oceni to wszystko UE i jak wypadnie Polska na tle Ukrainy. Wśród miast wstępnie zakwalifikowanych w Polsce znalazł się Kraków, który podczas ogłaszania ostatecznej decyzji odpadł. Przedstawiciele samorządu miasta po tej decyzji płakali przed kamerami. Tyle włożyli pracy w promocję miasta i klapa, wszystko na nic. 
 Jeszcze kilka lat temu, jak na żądanie UE likwidowane były największe zakłady pracy, a tysiące pracowników z dnia na dzień zostało bez środków do życia, nie pokazywano wtenczas żadnego przedstawiciela samorządu lokalnego płaczącego z tego powodu. 
 Kolejny temat wypełniający media to wybory do Parlamentu Europejskiego.
 Nikt nie wspominał o tym, że Parlament Europejski liczący ponad siedemset członków nie posiada żadnej władzy ustawodawczej, jest tylko ciałem doradczym opiniującym ustawy i ma bardzo ograniczony wpływ na politykę UE. Sprawą najważniejszą dla polskich mediów w tym temacie były kandydatury byłych premierów Buzka na przewodniczącego PE i Cimoszewicza na sekretarza PE. Nieistotne było to, że obaj panowie jako politycy sprzeniewierzyli się społeczeństwu, rujnując polską gospodarkę, służąc obcemu kapitałowi. Prawdopodobnie nadal nie będą działać w interesie Polski, ale to obecnie nikomu nie przeszkadza. 
 Wielkim zaskoczeniem dla całego lewactwa w Polsce jest występowanie Lecha Wałęsy w kampanii wyborczej nowej europejskiej partii Libertas, która nie akceptuje Traktatu lizbońskiego i obecnego Socjalistycznego Związku Europy. Preferuje natomiast Unię Gospodarczą Państw Narodowych. Wałęsa, zapytany przez dziennikarzy, powiedział, że nie zgadza się z programem tej partii, ale przyznał, że wystąpienia jego są nieźle opłacane, a on przecież musi szukać środków na utrzymanie swojej licznej rodziny. 
 Twierdzi również, że  poprzez swoje wystąpienia chce ich przekonać, że nie mają racji, i nawrócić ze złej drogi. Jak widać, nic się w jego postępowaniu przez te lata nie zmieniło. 
 Za pieniądze jest gotów zrobić wszystko, nawet zdradzić na pewien czas swoich lewicowych mocodawców.  Po kampanii wyborczej do PE znowu do nich wróci i za odpowiednią opłatą będzie im wiernie służył. 
 W tym roku w czerwcu przypada dwudziesta rocznica obrad "okrągłego stołu". To właśnie tam podczas negocjacji komunistycznego rządu z wybranymi przedstawicielami społeczeństwa ustalono zasady podziału władzy w Polsce i sposób "obalenia komunizmu". Wałęsie przydzielono rolę odgrywania bohatera tych wyreżyserowanych przemian. 
 Cała Polska, UE i reszta świata  przygotowują się do tych wielkich uroczystości, które miały się odbyć przed pomnikiem poległych stoczniowców w Gdańsku.
 Tak niefortunnie się złożyło, że w tym samym czasie likwidowane są trzy największe polskie stocznie, w Szczecinie, Gdańsku i Gdyni, i tysiące stoczniowców zostanie bez pracy. Właśnie w ten sam dzień i w tym samym miejscu zapowiedziano demonstrację pracowników likwidowanych stoczni.
 Rząd Donalda Tuska jest tą zapowiedzią oburzony. Wszystkie media grzmią, że stoczniowcy, zamiast cieszyć się z rocznicy "obalenia komunizmu", swoim aroganckim występkiem popsują dobry wizerunek Polski w Europie i na świecie.
 W końcu stoczniowcy pod presją mediów ustąpili, demonstracji nie będzie, o stoczniach niedługo się zapomni, a wizerunek jest  najważniejszy.
 O tym, jaką opinię o Polsce będą mieli nasi przeciwnicy i konkurenci, troszczą się wszystkie partie polityczne zasiadające w Sejmie. Nie widać kompletnie troski o własną gospodarkę i poziom życia Polaków. 
 W przeciwieństwie do Polski prezydent Francji powiedział niedawno w związku z obecnym kryzysem, że będzie wspierał rodzimy przemysł i gospodarkę i nigdy nie dopuści do tego, żeby Francja była skansenem w Europie, a  UE nie jest w stanie mu w tym przeszkodzić.
 Można śmiało powiedzieć, że Polska pod tym względem w stu procentach zrealizowała już to, przed czym Francja tak bardzo się broni, stworzyła w samym środku Europy turystyczny skansen chwilowo nazywany Polską. Jak ten obszar nad Wisłą po zatwierdzeniu Traktatu lizbońskiego będzie się nazywał, jeszcze nie ustalono. Obecnym partiom mającym wpływ na politykę w Polsce jest to zupełnie obojętne, liczą się tylko ich prywatne i partyjne interesy.
Adam Kurzaj 
Scarborough

 Aleksander graf Pruszyński
Konflikt Rosja-Białoruś
Od kilku dni było wiadomo w Mińsku, że stosunki między "bratnimi krajami" są na ostrzu noża, a nadchodzące rozmowy będą trudne, bo nasze towary są zatrzymywane na granicy. 
 W 2007 r. Rosja podniosła cenę gazu i ropy, które miały być na poziomie ich w Smoleńsku, czyli 50 dol. za tysiąc kubametrów, do 100, potem blokowano wjazd do niej cukru i cukierków, czyli okazało się, że "unia celna" Rosji, Białorusi, Ukrainy i Kazachstanu jest co najmniej koślawa. W piątek premier Putin przyjechał do Mińska i odbywały się rozmowy z prezydentem Łukaszenką, a w tym samym czasie minister Rosji narzekał na poziom gospodarki Białorusi, która ma znacznie mniejszy dług na głowę ludności niż Rosja. 
 Czego naprawdę chce Rosja, nie bardzo wiadomo, w każdym razie nie chce dać obiecanych pół miliarda dolarów oraz blokuje wjazd naszych towarów na swój rynek, co oczywiście spowodowało złość pana Łukaszenki, który zaczął mówić, że dosyć umizgów, trzeba zachowywać się jak suwerenny kraj i szukać innych rynków zbytu na nasze towary. 
 Teraz pytanie, jak poradzi sobie nasz wódz bez pieniędzy i gdzie je znajdzie. Może w krajach arabskich, których delegacje ostatnio odwiedzały Mińsk, ale to na pewno nie będzie się podobać Moskwie, która bardzo boi się Arabów, bo im zagrażają od południa. Być może z wielkiej burzy będzie mniejszy deszcz, bo superprzystojny Borys Grezłow, speaker Dumy, już w niedzielę puszczał łagodzące sygnały. 

 Koncert wazeliny 
 Do Mińska przyjechała dziewięć-dziesięcioletnia pani Tomaszewska, córka Aby Radziwiłła, ostatniego ordynata na Nieświeżu, z wnukami i kuzynem Maciejem Radziwiłłem. 
 Z tej okazji w naszej TV była sesja wychwalania tej wielkiej rodziny, ale porównywanie jej do Burbonów, którzy panowali w kilku krajach, to już "drobniutka przesada". Ze swej strony wiekowa dama i jej kuzyn wychwalali remont wspomnianych zamków i odnowienie Mińska. 
 Jeśli jednak jest się tubylcem, to nie można się tym bardzo zachwycać, bo przecież remont Mira trwa z 14 lat i jeszcze nie jest zakończony, a inne pańskie rezydencje są w stanie opłakanym. 

 Podróbki 
 Już kilka lat temu w rosyjskiej TV mówiono, że z połowa wód mineralnych sprzedawanych w Moskwie to wody fałszowane. Potem była krytyka win i koniaków, które są też podrabiane. Ba, znajomemu Gruzin mówił, by nie pił ich czerwonych win, bo nie wiadomo, z czego są robione, a białe to wiadomo, z jabłek. 
 Teraz wzięto się do mięsa. Okazuje się, że szprycowane jest roztworem jakiegoś proszku i wody. Dzięki temu można o co najmniej 50 proc. zwiększyć jego wagę. 
 To jednak nie koniec. Najgorzej jest z różnymi konserwami mięsnymi i kiełbasami. Te często nie zawierają nawet drobiny... mięsa. 
 Niewiele lepiej jest w Mińsku, gdzie już monitorowałem kierownictwo bazaru na Komarowce, że przy pieczeniu kupowanego tam mięsa wychodzi cała masa... wody. 

 Taras Bulba 
 Już przeszły brawa i pomruki po premierze antypolskiego filmu pod tym tytułem, zapewne który obejrzy za sprawą naszych "wiernych przyjaciół" sporo ludzi na całym świecie. Być może zostanie zakwalifikowany dzięki tym ludziom w Hollywood do nagrody Oscara. 
 Tym, co go z myślą o kopnięciu Polaków nakręcili, powiem tylko jedno. W przedwojennej Polsce minister spraw wewnętrznych zabronił drukowania tłumaczenie książki Gogola pt. "Taras Bulba" na polski, by nie rozkręcać fali antyrosyjskości, a ten film na pewno to zrobi. Kto sieje wiatr, zbiera burzę, a w Rosji robi się to namiętnie od kilkunastu lat. Kiedyś jednak trzeba będzie za to zapłacić.

 Wyprawa w teren 
 Jak zwykle postanowiłem odwiedzić swe miasto rodzinne Wołkowysk z okazji zakończenie roku szkolnego. Tym razem miałem tylko dla dzieci długopisy naszej torontońskiej Credit Union, które podarowała mi nowa prezes Kasy. 
 Uroczystość była jak zawsze podniosła, ale zabrakło na niej przedstawicieli władz miejscowych, no i oczywiście nie pokazał się na niej obecny poseł z tego okręgu. 
 Odegrano hymn białoruski, rozdano dyplomy, bo wielu maturzystów ukończyło chwalebnie różne konkursy i już ma wstęp na uczelnie Polski. 
 Później złożyłem wizytę w hotelu pani Ewie Malinowskiej, która mimo 76 lat przyjechała sama, samiutka tu z Australii, by zobaczyć, co pozostało po ich gospodarstwie, z którego mroźnego 10 lutego 1940 r. wywieziono całą jej rodzinę na Wschód. 
 Potem przez Iran, Ugandę dotarła do Anglii, gdzie skończyła szkołę, wyszła za mąż, miała syna i pracowała w firmie cukierniczej. Po śmierci męża wychowywała syna sama i dała mu po zakończeniu szkoły prezent, pieniądze na objechanie świata.
 Ten tak po powrocie zachwalał Nową Zelandię, że przenieśli się tam, by po kilkunastu latach, znów za jego radą, przenieść się do Australii, gdzie - jak wiadomo - jest bardzo ciepło, i osiedli w Brisban. 
 Niestety, syn Franciszek dostał doskonałą posadę jako grafik komputerowy w... Winnipegu, gdzie temperatury dochodzą do minus 40 stopni, i już tam pani Ewa nie chciała się przenieść z ciepłego Brisban. 
 Wszyscy, poza jednym ze znajomych, bardzo jej podróż odradzali, ale ona postawiła na swoim i po 40 godzinach lotu, przez Abu Zabi wylądowała w Mińsku bez... wizy. 
 Do Wołkowyska dojechała z Mińska taksówką i zamieszkała w zupełnie przyzwoitym, jedynym w mieście hotelu. Zapewne z niego doniesiono do starostwa, do działu ideologii, o gościu i dział ten zachował się jak trzeba. Otoczyli panią Ewę staropolską gościnnością. Pokazali miasto, polską szkołę i zawieźli do jej rodzinnej wsi, gdzie niestety śladu po ich gospodarstwie już nie ma, bo Sowieci wszystkie domy osadników wojskowych zburzyli. Potem do archiwów w Grodnie, gdzie niewiele znalazła. Oczywiście miejscowa gazeta "Nasz Czas" zamieściła o niej dwa duże artykuły i stała się gwiazdą miasta, które nie bardzo pamięta, a tylko odnalazła dom swej ciotki, który kilka razy przed wojną odwiedzała. 
 Miasto jej się bardzo podoba, bo jest czyste i nadal domy w śródmieściu wyglądają dobrze, bo na ogólnokrajowe dożynki w 2005 r. miasto miało nie tylko pełny "face lifting", ale jeszcze ułożono nową i szeroką kanalizację i oczywiście wyasfaltowano wszystkie drogi. 
 Podoba się jej też zaopatrzenie sklepów, gdzie widzi, że wszystko można dostać i jest moc zachodnich towarów. Jednym słowem, wyjedzie z Białorusi gotowa ją wszystkim rodakom zachwalać, a mnie przykro, bo ma rodzina nawet z Polski nie potrafi się zebrać, by choć na Zaduszki na grób Dziadka raz przyjechać. 
 Potem zjechałem do naszego majątku przygotować przyjazd rodziny na wakacje i spotkałem dziewczynę, na której ślubie byłem 18 lat temu. Właśnie przybyła z Mińska z mężem i synem, by nieco rodzicom pomóc w ich przydomowym ogrodzie. Dowiedziawszy się, że następnego dnia wracają do Mińska,  wstępując po drodze do domu jego rodziców pod Nowogródkiem, zabrałem się z nimi. 
 Jechaliśmy ich doskonale utrzymanym dwunastoletnim citroenem, przez Żekwę, gdzie zboczyliśmy w las, bym choć chwilkę mógł pomodlić się przy grobie Dziadka, którego 27 września miejscowi komuniści, z księdzem, popem, aptekarzem i naczelnikiem stacji zamordowali. 
 Dalej przez Debreczyn, Diatlowo dotarliśmy nad jezioro Świteź, gdzie nie byłem kilkanaście lat. Cała droga była w należytym stanie, a po bokach na polu stale mijaliśmy wielkie hałdy słomy, która w przeciwieństwie do Polski nie jest wykorzystywana. 
 Nad Świtezią zastaliśmy na parkingu dwa autobusy wycieczkowe z Mińska i raczej chłodną wodę, więc jak inni przyjezdni też się nie kąpałem, a tylko marzy mi się wyprawa płetwonurków, by zbadać, czy na dnie jeziora jest, jak pisał Mickiewicz, zatopione miasto. 
 Dojechaliśmy do domu jego rodziców, który jest w ich dyspozycji, bo osiemdziesięcioletnia matka mieszka w odległym Soligorsku i już tu sama nie może mieszkać, a oni częściej tam wpadają, uprawiając ogród i spędzając weekendy. 
 Wieś jest ta odległa od Mińska o 140 km, a od Świtezi o 9 km, jest jak wiele tu pełna głównie... emerytek. Są tylko dwie rodziny z dziećmi, które co dzień autobus zawozi do odległej o sześć kilometrów szkoły. Co najmniej co czwarty dom jest pusty, a wiele ma tylko właścicieli mieszkających jak moi znajomi w Mińsku, którzy przyjeżdżają tu tylko latem. Jest to ładna pagórkowata lesista okolica z małym jeziorkiem w sam raz na kąpiel i łowienie ryb, a w niezłym stanie dom z ogrodem i sporą ilość drzew owocowych można kupić już za... 1000 dol. 

 Otwarcie na... Polskę? 
 W Wołkowysku, rozdając na rynku swe ulotki, odwiedziłem znajomych z miejscowości Szydłowiec i zostałem zaproszony na wesele. Przy tej okazji dowiedziałem się, że panna młoda zaprosiła kilkoro przyjaciół z Polski, ale im wizy odmówiono.
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk

 Leszek Wyrzykowski
Ostatni rok w szkole św. Anieli
Kryzys, który obserwujemy i który dotyka także nas, przybiera różną postać, ot, chociażby taką, że szkoła języka polskiego przy parafii św. Trójcy w Windsor od nowego roku szkolnego przenosi się do jednego z liceów. To w ramach oszczędności postanowiono szkoły etniczne zgromadzić pod jednym dachem. Tym samym i nasza szkoła po latach nauki u św. Anieli zmuszona została do przeprowadzki.
 W sobotę, 30 maja, uczniowie, nauczyciele i rodzice po raz ostatni spotkali się w gościnnych progach św. Anieli - okazją ku temu było zakończenie roku szkolnego.
   Zgodnie z tradycją, rozpoczęto Mszą św., którą w intencji najmłodszych odprawił ks. Sławomir Szwagrzyk. Dodajmy, że była to ostatnia msza ks. Sławomira, który decyzją ks. biskupa Fabro przeniesiony został do Woodstock. Dla nas w Windsor, po nieoczekiwanej śmierci ks. proboszcza Romana Waszkiewicza, to dodatkowa i bardzo dotkliwa strata. Do tego tematu powrócę w najbliższej przyszłości, docierają bowiem do mnie coraz to ciekawsze informacje związane z nieodpowiedzialną akcją niektórych członków naszej społeczności: jak opadną nieco emocje, postaram się powrócić do tematu. Na dzisiaj to tyle i prośba, aby decyzje biskupa przyjąć do wiadomości. Dodam tylko tytułem wyjaśnienia, że nie jest to tylko moje stanowisko i że tego, co się stało, już nie zmienimy. Jest natomiast duża szansa, że ks. Sławomir za kilka lat do nas powróci.
   Zakończenie roku szkolnego rozpoczęło się tradycyjnym odśpiewaniem hymnów państwowych, krótki program artystyczny przygotowany przez siostrę Małgorzatę, a później... nastąpił smutny moment pożegnania pani Aleksandry Urbanek, która w naszej szkole uczyła przez 13 lat. Jak podkreśliła w swoim krótkim, acz głębokim wystąpieniu, chociaż to trzynastka, to raczej szczęśliwa w tym przypadku. Panią Olę w imieniu komitetu rodzicielskiego pożegnała pani Elżbieta Rudyk: były kwiaty, podziękowania i Złota Odznaka Związku Nauczycielstwa Polskiego w Kanadzie. Pani Ola nie tylko uczyła, ale prowadziła m.in. doroczny konkurs recytatorski.
 Kierowniczka szkoły, s. Maris Komorska, również podziękowała p. Urbanek, no i my wszyscy gromkimi oklaskami.
 Monika Banas podziękowała w imieniu klasy 12, która zakończyła naukę w szkole języka polskiego. Najstarsze klasy uczy od lat s. Pawła Ryniec. Wręczono również nagrody najlepszym uczniom, autorom najlepszych wypracowań, wymieniono najlepszych recytatorów.
   Po części oficjalnej nauczyciele spotkali się z uczniami w klasach, gdzie rozdano świadectwa i pozostałe dyplomy i wyróżnienia.
 Tym samym pewien bardzo ważny etap w naszym polonijnym życiu mamy za sobą.
 Żegnaj szkoło na wesoło? Tym razem raczej nie było nam, starszym,  do śmiechu, chociaż najmłodsi nie ukrywali zadowolenia, że nareszcie sobotnie poranki będą wolne.
Leszek Wyrzykowski
Windsor
 

GONIEC NR 22/2009

Król jest nagi
Polską rządzą ci, którzy mają władzę. Natomiast władzę zwykle otrzymuje partia, której skredytują ją media. Reszta to przedstawienie okraszane fajerwerkami przeznaczonymi na użytek gawiedzi. Spektakl pełen cyrkowych trików, mających spacyfikować umysły tak zwanego elektoratu przy pomocy rozmaitych zaklęć. Im więcej w zaklęciach tych odniesień do demokracji, tym lepiej. 
 Analiza rzeczywistości przy pomocy narzucanych przez media schematów pojęciowych rzadko kiedy bywa celna. Obiektywna nigdy nie jest. Proszę zauważyć: od dawna w miejsce najlepszych wybieramy tych, których media za najlepszych każą nam uważać. 
 Mało tego, bo nawet sam proces wyboru ograniczony został do wydźwignięcia na piedestał pojedynczej, starannie upudrowanej pacynki, ze zbioru pacynek dopuszczonych przez media do głosu. Ergo, podstawowe reguły gry w demokrację od kilkudziesięciu lat pozostają poza wyborem demokratycznym sensu stricto. 
 Co prawda lud w demokrację wierzy, bo tak został wychowany. Jeśli przestanie w nią wierzyć, będzie gotów uwierzyć we wszystko. Ale ten król - znaczy demokracja - od dawna jest nagi. 

 CO KOCHAĆ, 
 CZEGO NIENAWIDZIĆ 
 Człowiek nie pochodzi od małpy czy ameby. Człowiek pochodzi od leniwca. Oto dowód: nasz gatunek wyginąłby ze szczętem, ponieważ zaraz po odkryciu ognia i koła przestał zastanawiać się, czego tak naprawdę chce. Człowieka ani chybi ocaliły media i w powyższym kontekście szklany ekran to prawdziwe wybawienie. Ot, rzuci sobie okiem ludzik jeden z drugim w telewizyjne okienko i z miejsca wie, czego pożąda. 
 Ba! Wtedy ten i ów człowieczek wie już doprawdy wszystko. Co to jest zło i na czym polega dobro. Co warto mieć, a z czego szydzić. O czym myśleć i jak. Co trzeba przeczytać. Czego posłuchać. Co obejrzeć. Co z przeczytanego, usłyszanego i obejrzanego zapamiętać. I wreszcie: czego unikać, w obawie przed traumą myślozbrodni. 
 Po tamtej stronie ekranu roi się od specjalistów, którzy znają odpowiedzi na każde możliwe pytanie. Natomiast gdy jakimś przedziwnym zrządzeniem losu trafi się pytanie niemożliwe, przy użyciu bardziej bądź mniej finezyjnych metod eliminuje się je z przestrzeni publicznej. Podobnie zresztą jak ludzi niewygodnych dla głównego nurtu. I po kłopocie. Albowiem demokracja demokracją, ale ktoś ten bajzel musi nadzorować, by lud wiedział, jakie zachowania bywają dopuszczalne i kto gwarantuje mu świetlaną przyszłość, oraz kogo i za co skazuje się na ostracyzm. 
 Jedyne, na co spece od marketingu politycznego nie znają recepty, to normalność (choć, rzecz jasna, otwarcie nikt tego nie przyzna). 

 PRZEORANE MÓZGI 
 Weźmy Platformę Obywatelską. Partia ta nie jest normalna w tym znaczeniu, że wcale nie zależy jej na urzekającym wizerunku, tylko na nieustannym zohydzaniu przeciwnika politycznego. Właśnie na tym PO sprytnie i sprawnie buduje tożsamość. 
 Na ustawicznym przekonywaniu Polaków, że dowolna polityczna alternatywa oznacza ogólnonarodowy horror: intelektualny uwiąd, upadek gospodarczy, cywilizacyjne zacofanie (i w ogóle wszystko co najgorsze), zatem jest nie do przyjęcia, więc należy bezkrytycznie godzić się z zastanym - czyli z cudotwórstwem Donalda Tuska. Nawet, jeśli ów ogranicza się do obietnic oraz pustosłowia. 
 O dziwo, od dobrych paru lat ta prymitywna w gruncie rzeczy metodologia funkcjonuje znakomicie. Ergo, albo Polaków karmi się szalejem, albo media wyjątkowo głęboko przeorały im mózgi. Ja stawiam raczej na to drugie. 
 Stawiam też pytanie: czy w Polsce może być inaczej? Ano, po mojemu jak najbardziej może. Pod warunkiem, że zechcemy. Że dotrze do nas ta oto oczywista oczywistość, iż mentalność człowieka zniewolonego odrzucić zdoła jedynie ktoś, kto dopuszcza myśl o swoim ewentualnym zniewoleniu. Bo rzeczywiście, w aktualnej sytuacji, wyjąwszy akt wyborczy, możemy niewiele. Tym niemniej nawet między wyborami każdego z nas powinno być stać przynajmniej na program minimum: gdy staramy się odróżniać to, co ludzkie, od tego, co media za ludzkie każą nam uważać. 
*** 
 Polsce nie są potrzebni politykierzy. Tych mamy w nadmiarze. Żeby Polskę zmieniać, stawiać na nogi, rozwijać, wreszcie (to w sumie najbardziej istotne), aby przywrócić w tym kraju należytą, a tak tragicznie dziś zaburzoną, hierarchię wartości, Polakom niezbędny jest tylko odpowiedni człowiek. Z głową, która zdołałaby przebić niejeden mur. Albo jeszcze lepiej: odpowiedni człowiek we właściwym czołgu. 
Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: widnokregi@op.pl 
 
 

Maria Jańczak (z d. Lasek), Stanisław Lasek
Wspomnienia Kresowiaków-Sybiraków
W krótkim zarysie przedstawimy tragedię naszej rodziny, jak i wielu innych, osiedlonych na Kresach Wschodnich. Mieszkaliśmy w kolonii Terpin, położonej nad rzeką Berezówką. Po drugiej stronie tejże rzeki znajdowała się druga kolonia - Dębina - z czternastoma rodzinami kolonistów. W centrum położona była wieś Dmytrów, w której mieszkało 1100 rodzin, przeważnie ukraińskich, a także mieszanych. Po drugiej stronie Dmytrowa były dwie kolonie czysto polskie - Bełzów i Strachów, kolonie te powstały w latach 1919-1920 z parcelacji dworu ziemianina - Slężaka. Z początku gmina mieściła się w Dmytrowie, lecz w roku 1930 przeniesiono ją do Chołojowa, małego miasta na trasie Radziechów - Kamionka Strumiłowa.
Okolice to piękny płaskowzgórz żyznej ziemi podolskiej. Gospodarstwa kolonistów obejmowały powierzchnię od 5 do 12 hektarów. Rolnicy uprawiali pszenicę, buraki, lucernę i żyto. Każdy gospodarz posiadał mały sad owocowy. Kolonia Terpin była zamieszkana przez dziewięć rodzin: Leon Walski - siedmioro dzieci, Wojciech Lasek - dziewięcioro dzieci, Jan Kozioł - dwoje dzieci, Felek Zbyrał - jedno dziecko, Henryk Łopuszański - bezdzietny, Jan Krawczyk - dziesięcioro dzieci, Michał Dziewa - dwoje dzieci, Jan Piekarz - troje dzieci, Franek Gawełko - troje dzieci.
 Kościół parafialny, w Chołojowie, oddalony był o 4 km, dlatego Polacy (koloniści) rozpoczęli budowę kościoła w Dmytrowie. Budowy niestety nie ukończono, gdyż wybuchła wojna w 1939 roku. We wsi Dmytrów mieliśmy 7-klasową szkołę III stopnia, Dom Ludowy, dużą cerkiew, karczmę "Jośka", kooperatywę (spółdzielnię), elektrownię, która dostarczała prąd do miasta powiatowego Radziechów. We wsi Dmytrów nie było światła elektrycznego, za wyjątkiem młyna i dworu Slężaka. Władze powiatowe nie zezwoliły na zaciągnięcie kabli i elektryfikację wsi Dmytrów, pomimo że sieć słupów i przewodów była przygotowana przez całą wieś.
 Wieś i jej budynki - to drewniane domy, skupione przy sobie, kryte tak, że strzechy dotykały jedna drugiej. Przy każdym domu był sad z jabłoniami, gruszami, śliwami itp. oraz ogródki warzywno-kwiatowe. Gdy przyszła wiosna, to cała wieś była potężną doniczką różnokolorowych kwiatów. Jesień natomiast swymi kolorami i odcieniami przypominała ogromną barwną tęczę. Nad rzeką Berezówka rosły dziesiątki wierzb płaczących, a obok wiła się dróżka do pieszych spacerów. Od wschodniej strony aż do naszej kolonii przez mniej więcej trzy kilometry ciągnęły się rozległe łąki i torfowiska, na których pasły się stada bydła, czy też stały stogi siana oraz kopce suszącego się torfu, służącego na opał. Piękno naszej okolicy, z jej różnorodnością - to żywy obraz dla malarza.
 Harmonia życia wsi Dmytrów i naszych kolonii nigdy nie była zakłócana. Razem chodziliśmy do jednej szkoły, religii uczyli katoliccy księża i prawosławni popi, a jeśli któryś nie mógł być na lekcji, to połączone dzieci z klas uczyły się religii pod opieką księdza albo popa. Zdawało się, że wszyscy dbają o to, aby dobrze gospodarować i zbierać plony pracy rąk. Pomagano sobie wzajemnie przy pracach w polu w czasie żniw, sianokosów czy wykopków ziemniaków.
 Ten spokojny tryb życia został zakłócony wybuchem II wojny światowej. Najazd Niemców na Polskę - 1 września 1939 roku, a następnie Rosji sowieckiej i ich okupacja była początkiem tragedii kolonistów, osadników, nauczycieli, leśniczych, żandarmerii oraz inteligencji polskiej zamieszkującej wschodnią Małopolskę, okupowaną przez bolszewików. Nacjonaliści ukraińscy i różna szumowina zaczęli masowo występować przeciw polskiej ludności. W listopadzie 1939 roku na kolonii Strachów Ukraińcy wymordowali dwie rodziny kolonistów. Biedota (złodzieje i różni przestępcy) otrzymali władzę od okupanta bolszewickiego. Potworzyli milicję, otrzymali broń i w biały dzień zaczęli rabować i pacyfikować kolonistów na naszym terenie. W pierwszym tygodniu grudnia 1939 roku Ukraińcy wraz z biedotą napadli na nasze kolonie - Terpin i Dębinę, rabując bydło, trzodę chlewną, zboże, kury, a nawet obuwie. Naszej rodzinie zabrano dwie krowy, trzy paśne świnie, ponad pięćdziesiąt kur, odzież i część pościeli. Nacjonaliści zapowiedzieli, że