Goniec

Register Login

NiemczykJanusz4 maja w City Hall w Toronto jak co roku Rada Dziennikarzy Mediów Etnicznych (National Ethnic Press And Media Council of Canada) zorganizowała obchody Światowego Dnia Wolności Mediów (World Press Freedom Day). I tu od razu moja obserwacja dotycząca Kanady w kontekście tego specjalnego dnia. 

        Otóż na przestrzeni swojej historii Kanada nigdy nie była w tak złym położeniu jak teraz. Nigdy nie było takiej rozbieżności między tym, na co kładą nacisk politycy, liderzy kanadyjscy, jak sprawa LGBT, poprawności seksualnej, legalizacji marihuany, a tym co się wokół Kanady dzieje i jaki to będzie miało wpływ na poziom życia Kanadyjczyków. Dotyczy to oczywiście stosunków polityczno-gospodarczych z USA. 

        W 1994 roku Kanada, USA i Meksyk podpisały porozumienie w sprawie wolnego handlu. W ramach tej umowy i umów towarzyszących Amerykanie dostali dostęp do wody, Kanadyjczycy zlikwidowali rafinerie ropy naftowej w Kanadzie i muszą kupować benzynę z USA. Od 10 lat, od czasu prezydentury Obamy, Amerykanie wycofują się z klauzul umowy NAFTA, które im nie odpowiadają, i utrzymują w mocy klauzule, które im odpowiadają. Oczywiście tę politykę USA można przypisać dużym kosztom wojen, w które wplątały się Stany, ale co do tego ma Kanada?

        Kanada ma do tego to, że jest pod ręka, jest blisko. 

        Ostatnim przykładem takiego odejścia od porozumienia między Kanadą a USA było wymuszenie sprzedania przez kanadyjską firmę Bombardier do Airbusa produkcji linii samolotów C-300. Samoloty C-300 będą montowane w USA. Kanadę rozwój linii tych wąskokadłubowych samolotów kosztował oficjalnie 6 miliardów dolarów i ponad 20 lat pracy R&D. 

        No więc przy okazji takich spotkań z politykami zawsze wsłuchuję się pilnie w to, co oni powiedzą, co powiedzą “między słowami” i jaka będzie nuta ich wypowiedzi. “Co w trawie piszczy?” 

        Słucham, jakie wskazówki z ich ust popłyną. Gdzie dostaniemy jakieś poparcie, na przykład w ramach rządowych programów dofinansowania prasy. W tym roku, tego dnia, na ten event przyszło dużo polityków, a więc była wicemarszałek sejmu ontaryjskiego pani Soo Wong, był John Tory, burmistrz miasta Toronto, był Tony Ruprecht, były wieloletni poseł do parlamentu Ontario (pomagał  zawsze polonijnym organizacjom, kiedy był posłem), przyszedł Joe Volpe, były wieloletni poseł do sejmu federalnego Kanady, był Jim Karygiannis, dzisiejszy radny miejski, kiedyś wieloletni poseł federalny z ramienia Partii Liberalnej. 

        Rolę pana domu pełnił prezes Rady Mediów Etnicznych, pan Thomas Saras. Pan Thomas Saras jest Grekiem i w jakiejś mierze zrobił z obchodów Dnia Wolności Prasy taki dzień grecki, z greckim jedzeniem, występami greckich ludowych zespołów.

        Ale do rzeczy. Wsłuchuję się w przemówienia. Z osób, które występowały, najdalej poszedł Jim Karygiannis, który mówił o trudnej roli dziennikarzy, o roli tych, którzy mówią o łamaniu prawa i naruszaniu swobód obywatelskich i za to płacą więzieniem, poniewieraniem, a często i życiem. My w „Gońcu” wiemy coś na ten temat! 

        Za przykład pan Karygiannis dał Turcję, jako kraj, którego politycy nie liczą się z dziennikarzami i, jak to powiedział, mają „nieprzyjemny zwyczaj zabijania dziennikarzy, których nie lubi rząd”. Inni mówcy mówili bardzo ogólnie i kurtuazyjnie o roli dziennikarzy. 

        Nikt nie nawiązał do roli dziennikarzy i czego oczekuje dokładnie od dziennikarzy w kontekście sytuacji bieżącej Kanady i w kontekście wycofywania się USA z tych części umowy o wolnym handlu, której USA nie lubią. No coż, można i tak. 

        A  po przemówieniach czas na jedzenie i pogawędki. A więc co usłyszałem w tak zwanych rozmowach kuluarowych? 

        W tym roku z powodu bardzo silnego wiatru i wezwania policji do pozostania w domu przyszło mało członków Rady Mediów Etnicznych. Była więc sposobność do swobodnego porozmawiania. 

        Niewątpliwie dużą przyjemność sprawiła mi rozmowa z panem Joe Volpe. Pan Volpe powiedział mi, że chce założyć telewizję wielokulturową, w tym celu przyszedł na to spotkanie, bo będzie potrzebował podpisów do swojego podania do CRTC o wydanie mu licencji na prowadzenie tej telewizji. 

        Pan Volpe jest w zarządzie Corriere Canadese. Wraz z innymi osobami wyciągnął ten dziennik z finansowej zapaści. To była przyjemność porozmawiać z tym inteligentnym i dobrze wychowanym człowiekiem. Mogę tylko powiedzieć, że szkoda, iż odszedł z kanadyjskiej polityki. Jego dobre maniery, wiedza o świecie, obycie to duża wartość. Inni politycy federalnej Partii Liberalnej widocznie patrzą na te sprawy inaczej. 

        Rozmowa z Joe Volpe oraz inne bezpośrednie spotkania i rozmowy z kanadyjskimi politykami na tym i podobnych tego typu eventach prowadzą mnie do takiej niezbyt chyba dobrej konkluzji, że paradoksalnie Kanada jest w dużo gorszej sytuacji niż Polska. 

        W Kanadzie istnieje kryzys przywództwa. W Polsce pomimo tego, że istnieje tam duża grupa kolaborantów, ludzi o niskim morale i uczciwości, potencjalnie zgromadzonych pod parasolem tak zwanej totalnej opozycji, to jednak w Polsce nie ma kryzysu przywództwa. 

        Jest w Polsce duża, szeroka grupa idealistów i patriotów, ludzi gotowych do poświęcenia się dla Polski i swoich bliskich, ludzi, którzy nawet zepchnięci do głębokiej obrony potrafili zdobyć zwycięstwo. Jest stała interakcja między społeczeństwem a politycznymi przywódcami, idealistami. W Kanadzie niestety widzę kryzys przywództwa. Odeszła grupa starych, dobrze wychowanych i obytych w świecie polityków. Dobrych następców do tego, by się zmierzyć z nowymi wyzwaniami przychodzącymi z południa, nie widać.

        Przewiduję, że następne 20 lat będą bardzo trudne dla Kanady, ale również dla dziennikarzy, bo ci tak zwani whistleblowers nie będą mieli żadnego oparcia w politykach kanadyjskich. I to jest bardziej wyzwanie dla liderów Polonii, dla Kościoła, jak przeprowadzić Polonię przez te trudne najbliższe 20 lat, zanim polityka USA zmieni się na bardziej koncyliacyjną, na bardziej ugodową? 

Janusz Niemczyk

niedziela, 20 maj 2018 22:56

Na szybko: Disneyland dla dorosłych

Napisał

Mamy dzisiaj w Kanadzie święto Królowej Wiktorii obchodzone na pamiątkę jej urodzin. Czy  brytyjska/kanadyjska monarchia ma jeszcze jakiekolwiek znaczenie?
Na pewno medialne; na pewno wychowuje wielu mniej lub bardziej udanych celebrytów, którzy pod dyktando kierowników systemu uczestniczą w procesie globalizacyjnym jako wieszaki pożądanych idei.

Praktycznie rzecz biorąc, od kiedy wyrugowaliśmy chrześcijaństwo i Boga z życia społecznego, monarchia stała się Disneylandem dla dorosłych, formą rekonstrukcji historycznej - odgrywaniem starych czasów

Utrzymujemy więc monarchię po to, żeby miliony mogły utożsamiać się z cudzą bajką. Monarchia podobnie jak widowiska sportowe pozostaje elementem igrzysk dla coraz bardziej bezmyślnego tłumu. Wiesza się więc na naszych książątkach różne politycznie poprawne wzorce. Jakże dobrze się stało, że wybranką Księcia Harrego jest kobieta nie biała i do tego aktorka. Jakże to na czasie.

Piękną choreografię podziwiało miliony współczesnych "kucharek". A przecież nawet siedzenie przed pralką może być bardziej inspirujące. Wirujące ubrania bardziej skłaniają do myślenia niż wymioty ludzkiej próżności. Kiedyś, gdy siedziałem przed dużą przemysłową pralką zapatrzony i zamyślony, obsługująca lokal pani zagadnęła - widzisz, to lepsze od TV, a do tego bez seksu i przemocy…

Nie dajmy sobie narzucać sposobów spędzania czasu, nie po to dostaliśmy dary Ducha Świętego żeby się okadzać podnietami zaprojektowanymi przez inżynierów społecznych.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 21 maj 2018 08:17
piątek, 18 maj 2018 13:44

Czy to nie dziwne?

Napisał

Czy to nie jest dziwne, że przez granicę ze Stanami Zjednoczonymi przechodzą do Kanady tysiące Nigeryjczyków, domagając się azylu? Nigeria to jest straszny kraj afrykański, który nie przestrzega praw homoseksualistów i innych LGBT, więc azyl w Kanadzie całkiem możliwy.

Nigeryjczycy potrzebują do USA wizy turystycznej i Amerykanie im je dają! Polakom nie dają, ale Nigeryjczykom – proszę uprzejmie! No więc naszła mnie taka spiskowa teoria, czy czasem nie jest to jakiś kanał przerzutowy obstalowany przez starszych i mądrzejszych kierowników. 

        Wpisuje się w to oburzenie, jakie Doug Ford wywołał, twierdząc, że „najpierw powinniśmy zadbać o swoich”. No właśnie, czy państwo ma wciąż jeszcze o nas dbać? Bo może nasze państwo „postnarodowe” – jak je nazywa Justin Trudeau – wyzbyło się już troski o swoich i obecnie dba o wszystkich. W erze globalizmu dbać powinniśmy o cały świat (und morgen die ganze Welt). Dlatego właśnie w Europie i w Kanadzie otworzono na oścież granice. Wszak myśląc „światowo”, trzeba „wyrównywać ciśnienia”.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 18 maj 2018 13:34

Byłem w Polsce (6)

Napisane przez

Z Nowolipek wróciliśmy na Edelmana po nasze auto. Korciło mnie, żeby podjechać jeszcze parę ulic dalej na Chłodną, gdzie wiele lat wcześniej poznaliśmy się z moją Żoną, ale było już późno i odłożyliśmy ten romantyczny powrót na kiedy indziej.

Generalnie rzecz biorąc Krysia jest ode mnie lepszym kierowcą. I w takim stwierdzeniu nie ma żadnej mojej fałszywej kokieterii. Po prostu jest spokojniejsza i ma lepszy refleks. Ale ma też niewzruszone zasady, których prawie nigdy nie łamie, albo przynajmniej wtedy, gdy jestem pod ręką. 

        Otóż chodzi o to, że nie prowadzi samochodu w nocy, w czasie deszczu i wtedy gdy śnieg pada, w górach, na wiaduktach i na mostach i wtedy gdy boli ją głowa. Jest jeszcze parę innych, ale poprzestanę na wymienionych. Bywa jednak, że nawet przy najbardziej sprzyjających warunkach także nie godzi się na przejęcie kierownicy. Pamiętam, gdy kiedyś w słoneczny dzień jechaliśmy nieprzytomnie prostym i nudnym highwayem w Południowej Dakocie i zapytałem Ją, czy nie chciałaby mnie zmienić za kierownicą, usłyszałem, że nie, bo akurat „nie czuje się najlepiej”. 

        W konsekwencji gdy gdzieś razem jedziemy, zawsze jestem „wyznaczonym kierowcą”! 

        W czasie naszych polskich wizyt parę razy prosiłem o to, żeby mnie zastąpiła, ale ku mojemu zaskoczeniu dowiedziałem się o jeszcze jednym warunku:

        – Nie prowadzę w Polsce!

        Próbowałem protestować, że przecież jest sucho i słonecznie i nie jesteśmy w górach, ale na próżno!

        – W Polsce nie prowadzę! 

        Taka była ostateczna odpowiedź. I od tej decyzji „nie służyło odwołanie”.

        Piszę o tym dlatego, ponieważ akurat wtedy – w czasie powrotu z Muranowa – zagapiłem się na jakimś skrzyżowaniu, trochę za późno ruszyłem spod świateł, ktoś zaczął trąbić, potem wyprzedził mnie z piskiem opon i nagle ujrzałem wyciągniętą przez okno rękę z wyprostowanym środkowym palcem!

        Wszystko w porządku, moja wina, ale dlaczego od razu „palec”? I zaraz potem uświadomiłem sobie, że ten „palec” – podobnie jak Santa Klaus – też jest importem z Zachodu. 

        Gdzie kiedyś ktoś w Polsce słyszał o jakimś palcu?!?

        „Za moich czasów” taki gest byłby co najmniej niezrozumiały. Owszem – stukano się w głowę, robiono „gest Kozakiewicza”, wygrażano pięścią, a czasem stukano się tą zaciśniętą pięścią w podbródek, ale żeby jakiś palec??? Co to to nie! Muszę przyznać, że z biegiem czasu dostawałem tych palców więcej. Tak od mężczyzn, jak i od kobiet, a nawet młodych dziewczyn. Tu – na polskich drogach – nikt nikomu nie dawał taryfy ulgowej! I muszę powiedzieć, że to nie było miłe. Odpuściłem więc mojej Żonie ten dodatkowy warunek o nieprowadzeniu w Polsce, bo po co narażać Kobietę na stres. 

        Do mamy jeździliśmy regularnie, ale z biegiem czasu nie było lepiej, a wręcz gorzej. Umarła też – całkiem nieoczekiwanie – moja „podopieczna” pani Bożenka – eksmajor milicji obywatelskiej, ekskierownik działu do zwalczania przestępstw gospodarczych i obecna współmieszkanka mojej teściowej. 

        Śmierć tej siedemdziesięciopięcioletniej kobiety była dla nas pewnym szokiem. Dopiero co dowcipkowała i dopominała się o swoje przedobiednie ciastko, a tu masz! 

        Ostatnimi dniami dostawała coraz więcej krwawych odleżyn na piętach, kolanach i wychudzonych do niemożliwości nogach. Jadła, bo jadła, ale nie ruszała się prawie w ogóle. Tyle tylko, że otwierała buzię. Leżała w jednej pozycji, a jakikolwiek ruch – czy to przy przewijaniu, czy myciu – sprawiał jej ból. Jęczała wtedy tak okropnie, że aż serce w nas zamierało, bo przecież działo się to tuż obok nas, a my nie mogliśmy jej pomóc. Moja teściowa patrzyła na nią smutnymi oczami, ale nic nie mówiła, bo przecież nie mogła. 

        Tak więc pani Bożenka umarła i wokół jej łóżka zaciągnięto parawan, ale to tylko na małą chwilę, bo potem wywieziono ją specjalnym samochodem do zakładu pogrzebowego. Miejsce po pani major zostało puste, ale nie na długo. W tydzień później zajęła je niesłychanej dobroci i klasy osoba – dziewięćdziesięciotrzyletnia pani Zofia. 

        Jej przyjście bardzo pozytywnie wpłynęło nie tylko na naszą mamę, ale także i na nas, bo pani Zofia była niezwykle interesującym rozmówcą, umysł miała jasny i klarowny jak źródlana woda, a przede wszystkim była bardzo pogodnym człowiekiem. Wiadomo – z pogodnym zawsze łatwiej! Pani Zofia przyszła do Domu z własnej woli. W pewnym momencie doszła do wniosku, że nie może dalej sama mieszkać, dochodząca pomoc jest dalece niewystarczająca, a ponadto fizycznie czuje się coraz gorzej. Czymś się zatruła, były jakieś powikłania, potem złamane biodro i coś tam jeszcze. Z rodziny miała tylko jednego syna, który od lat mieszkał za granicą, rzadko był w Kraju, a ponadto miał żonę, z którą pani Zofii nie było jakoś „po drodze”. 

        – A nie chciałaby pani mieszkać z synem? – pytałem trochę naiwnie.

        A ona odpowiadała z energią:

        – W żadnym razie! Wystarczy, że dzwoni. 

        Takie sytuacje bywają aż nadto częste. Każdy to wie i rozumie. 

        Do niebywałych rzadkości należy związek jednego z moich dawnych kolegów, który przez ładnych parę lat mieszkał z młodą żoną w jednym pokoju z teściową. I przetrwali! Przetrwali! Pamiętam, że nikt nie dawał im cienia szans! Trudno to sobie wyobrazić! W jednym kącie maleńkiej kawalerki w bloku łóżko z nowożeńcami, a w drugim kącie niestara, świeżo rozwiedziona teściowa. Kawalerka miała siedemnaście metrów kwadratowych. Z wnęką kuchenną. 

        Z dwojga złego chyba bardziej współczułem tej teściowej, bo jakżeż mogła spokojnie spać, gdy tuż obok córka kochała się ze swoim mężem! Trudno sobie nawet wyobrazić wieloznaczność takiej sytuacji!

        Wiele razy pytałem mojego kolegę, jak w takich warunkach udało im się przemieszkać pięć czy sześć lat – do chwili znalezienia własnego lokum – ale nigdy nie dostałem jasnej odpowiedzi. Inna rzecz, że moje pytanie było głupie i nawet niedelikatne, ale to był dobry kumpel i mogliśmy sobie wiele powiedzieć. Kolega uśmiechał się tylko tajemniczo...

        Z panią Zofią rzecz się miała zupełnie inaczej i na kontakty ze swoją synową kładła stanowcze weto! Tak więc z wyboru była sama i z wyboru zainstalowała się w Domu, w którym – według jej słów – miała sobie spokojnie poczekać na śmierć. Na razie śmierć nie przychodziła, pani Zofia tryskała humorem i od razu szczerze polubiła naszą mamę. A przecież nie było między nimi żadnych rozmów, bo przecież mama nie mówiła, a jednak od samego początku obie panie nawiązały kontakt. Ten kontakt polegał na tym, że pani Zofia opowiadała coś naszej mamie, a ona patrzyła na nią i w jakiś sposób dawała znać, że rozumie. Czasami, ale bardzo rzadko, przez mamy usta przemykał delikatny uśmiech i chociaż to były tylko małe chwilki, to właśnie one sprawiały, że kobiety lubiły się coraz bardziej. 

        O ile mamę trzeba było karmić – i to zmiksowanymi papkami, czasami nawet specjalną strzykawką – o tyle pani Zofia jadała sama przy stoliku. W żadnym razie nie pozwalała się przewozić wózkiem do jadalni. 

        – Będę jadała tu, w pokoju, razem z panią Ziutą! 

        Inna rzecz, że widok karmienia naszej mamy przez szprycę denerwował ją okropnie. 

        – Jak tak można? – mówiła wzburzona – przecież to tak jak się karmi gęsi! Okrucieństwo!

        Ale w istocie rzeczy takie karmienie było znakomitym rozwiązaniem – tak dla karmionej, jak i karmiącej. Łyżeczka nie zdawała egzaminu. Było dużo wychlapywania i w konsekwencji mama zjadała za mało. 

        Tak to mniej więcej wyglądało i widzieliśmy, że z chwilą przybycia pani Zofii mama była jakby odrobinę lepiej. Wyjeżdżaliśmy więc od niej w trochę lepszym nastroju, jakkolwiek tak to się tylko pisze...

Ciąg dalszy za tydzień

Synku – ojciec patrzy na mnie – nie bój się, słyszysz? Nie bój się. Nie bój się mówić ludziom prawdy. Nie bój się ludzi prowadzić do Boga. Choćby ciebie mieli zabić tak jak Popiełuszkę, to nie bój się. Jak ciebie zabiją za to, że ludziom mówisz prawdę i do Boga prowadzisz, ja pretensji do Boga nie będę miał, tylko Bogu podziękuję, że takiego syna mi dał, co się nie bał. To był jedyny raz, kiedy mój ojciec wygłosił mi takie kazanie. Zawsze to mówię, Bóg i Duch Święty.

To mi się spodobało, bo była historia, malowanie, muzyka, rolnictwo. No, człowiek się nie rozerwie jak ta żaba. Chociaż mój pomysł był bardzo logiczny. Wróciłem do domu i jedyne, co zapamiętałem, to modlić się. A to jako tako mi szło, więc zacząłem się pytać Pana Boga, gdzie chcesz, żebym szedł do szkoły, bo tu 8. klasa i trzeba wybierać. Przy mszy służę za każdym razem, to po komunii od razu uderzało mnie, a zapytałeś się, co masz robić – Panie Jezu, pokieruj mną, żebym poszedł, tam gdzie trzeba. Po jakimś czasie tej modlitwy wychodzę z kościoła, patrzę, a tam jest gablotka przy kościele, o której wiedziałem, że jest, ale nigdy tego nie czytałem, bo po co miałem czytać, co mnie to obchodzi, jakieś zdjęcia i afisze. Zatrzymałem się, a tam była kartka, na niej mozaika zdjęciowa i podpis „Bóg mnie woła do kapłaństwa”. Ja nie czytałem tego zdania, tylko zatrzymałem się na zdjęciach, a to była reklama Markowic, niższego seminarium, jak oni grają w piłkę, różne rzeczy, kościółek, modlitwa. Przyglądałem się, a z Kodnia były tabuny chłopaków, którzy do tej szkoły chodzili – mało który został księdzem, ale kilku rozpoznałem. Przyglądając się, po jakimś czasie zacząłem zauważać ten napis, „Bóg mnie woła do kapłaństwa”. Jak szedłem do szkoły, to zawsze z siostrami przechodziliśmy koło kościoła i zawsze było naszym zwyczajem, że wchodzimy do kościoła pozdrowić Pana Jezusa. Doszło do tego, że musiałem zatrzymywać się przy tej gablotce, i zaczął mnie denerwować ten napis „Bóg mnie woła do kapłaństwa”. Nieee! Coś takiego było, dlaczego mnie? Absolutnie. Ponieważ mnie to denerwowało, to zacząłem chodzić inną stroną, i okazało się, że z drugiej strony jest druga gablotka, której nigdy nie widziałem, bo chodziłem jedną stroną do zakrystii jako ministrant. W drugiej gablotce patrzę, a tu taki duży afisz, na nim młodzieniec i „Pójdź za mną” – Jezus podpisał się. I adres Wyższe Seminarium Obra. Zacząłem wychodzić z kościoła środkiem, nie w prawo, nie w lewo, tylko prosto w bramę, bo mnie denerwowały te afisze. I przestałem mówić Panie Boże pokaż mi drogę, którą mam iść. 

        Ale to nie dawało mi spokoju i kiedy był czas decyzji w końcu 8. klasy szkoły podstawowej, to wiedziałem, chociaż niesprzyjające warunki były, bo mój kuzyn wystąpił z kapłaństwa, to byłem pewny. Nie umiałem tego wytłumaczyć. Nie wiem, czy byłem kiedyś zakochany w jakiejś dziewczynie, chyba nie, bo mi się zawsze wszystkie podobały. W szkole podstawowej byłem takim bawidamkiem, łącznie z nauczycielkami. To są historie niesamowite, na inną sesję. W końcu kiedy był czas podań do szkoły średniej, to wiedziałem – Markowice i koniec. Nie było wytłumaczenia, była pewność, że to jest droga, która mnie doprowadzi do kapłaństwa. A przecież było można wybrać liceum na miejscu.

        Poszedłem do ojca Karola Lipińskiego, który wtedy był wikarym, bo dokumenty już złożyłem, ale potrzebne było tzw. świadectwo moralności, że ksiądz mnie zna, jestem taki chłopak itd. I ksiądz Karol pyta – do Markowic? Tak. Mmmm, no dobrze. Poszedł do klasztoru, pochwalił się. Tutaj był kiedyś ojciec Hajduk proboszczem, a u nas był wtedy superiorem. Ojciec Hajduk znał mojego ojca, dobrze znaliśmy się wtedy. I to się rozeszło, oni dyskutowali, czy to świadectwo moralności dać. I ojciec Karol spotkał mnie następnego dnia – bo nie od razu mi to świadectwo napisał – i mówi: Wiesiu, nie żebym mówił, nie idź do Markowic, że nie nadajesz się na księdza, ale jak chcesz maturę zrobić, to po maturze dopiero, a może tutaj byś w Terespolu uczył się, rodzicom byś pomógł na roli, tutaj pomógł w kościele, dekoracje. Ja tak spojrzałem na niego, myśląc, że on będzie w zachwycie, że ja chcę być księdzem, a on mi odradza. Powiedziałem: Nie, jak nie pójdę do Markowic, to księdzem nie zostanę. Byłem tak pewny – wiem, że to Duch Święty wtedy przemawiał również i przez niego, i przeze mnie, i do dzisiaj jestem przekonany, że gdybym nie poszedł do Markowic, księdzem nie zostałbym. 

        Mój ojciec był bardzo przeciwny temu wszystkiemu. W Kodniu były różne wróżki, znawczynie życia mężczyzn w mojej rodzinie, i mówiły – za dwa tygodnie, za dwa miesiące, do Bożego Narodzenia wyrzucą go itd. Nie wyrzucili mnie na Boże Narodzenie, po roku jedna wróżka mówi: Wiesiu, ja was znam, ja ciebie znam, ty nie masz szans zostać księdzem, ja się znam na ludziach. 

        Nie żałuję ani jednego dnia, ani jednej godziny spędzonej w Markowicach, chociaż kiedy byłem powołaniowcem w moim pierwszym życiu tutaj, 30 lat temu, przez dwa lata, to nigdy nikomu nie poradziłem, żeby szedł do Markowic. Chociaż przekonany byłem, że dla mnie to była jedyna, najlepsza droga. Mój ojciec był bardzo przeciwny temu, nie tylko dlatego, że ten kuzyn wystąpił, ale mu się nie mieściło w głowie, że mogę być księdzem, no i kto rolnictwem się zajmie itd. Ta historia z moim ojcem skończyła się w ten sposób, że on przez cztery lata w Markowicach, rok na Świętym Krzyżu nowicjatu i sześciu lat w Obrze, ani razu mnie nie odwiedził. On mi nigdy słowa nie powiedział, że nie, bo był taki moment, że musiał podpisać się, że będzie płacił za moją szkołę, uczenie się. Zgoda rodziców była wymagana. I oni dwa tygodnie z moją mamą rozmawiali i nie wiedzieli, co zrobić. W końcu był czas na podpisanie, to ojciec usiadł przy stole i powiedział: To jest twoje życie, ja za ciebie żyć nie będę. Mogę ci pomóc, ale żyć to ty musisz sam i od ciebie zależy, kim będziesz, ale jak masz być złym księdzem, to nawet nie zaczynaj, nie idź, nie rób śmiechu, bo zrobisz, nie daj Boże, to co Witek – ten kuzyn. Ja się odważyłem powiedzieć – Nie zrobię. – Co nie zrobisz!? – mój ojciec był raptus. – A co ty wiesz o życiu? Ile masz lat? – Piętnaście. – A on ma trzydzieści, i zobacz, co zrobił! Co ty wiesz, co w życiu zrobisz, a co nie zrobisz! Jak masz zrobić to co Witek, to nie zawracaj głowy i wycofaj papiery. Tu szkoły cię przyjmą. Ja mówię  – Idę do Markowic. – To jest twój wybór, ale jak będziesz księdzem złym, to w domu mi się nie pokazuj. 

        Taki ojciec, i dobrze, że tak powiedział, bardzo dobrze. To Duch Święty tak mówił przez ojca też. Ojciec dużo bardziej elokwentnie mi to wyłożył... (śmiech) Przyjechał do mnie na święcenia diakonatu. Wcześniej mnie mama i siostry odwiedzały, on nie. On robił wszystko, żebym zrezygnował z niższego seminarium, ale po Markowicach, jak poszedłem do nowicjatu, już zrezygnował, ale nie był zadowolony. Nic mi nie mówił, widziałem, że się z tym męczy i nie jest szczęśliwy. Kiedy przyjechał na święcenia diakonatu i zobaczył nas leżących, i zobaczył tę ceremonię, przyjechał do domu i powiedział jedno zdanie do mojej mamy, tak po wschodniemu: Matka, teraz dopiero, jak ja go zobaczył tam, jak on tam leżał i się modlił i jak to tam wygląda, to ja wiem, że on dobrze zrobił, że mnie nie słuchał, a zrobił tak, jak zrobił. Trzeba pomóc, żeby był dobrym księdzem.

        – A co z tą miłością? (pyta ktoś z sali).

        Ja mówię o miłości, miłości Boga do mnie i jak ja na tę miłość odpowiadam na takie wydarzenia.

        – Ale mnie chodzi o...

        Ooo, o tę dziewczynę (śmiech), może dojdę do niej też. Dobrze, to jest dobry moment, bo kiedy szedłem do Markowic, to ojcu Karolowi powiedziałem i ojciec Hajduk musiał napisać list polecający, że mogą mnie przyjąć. Zanim ten list dostałem, przyszedłem na lekcje do klasy, siadam, a śp. pani Irena, wspaniała nauczycielka, w sposób, w jaki spojrzała na mnie, wiedziałem, że ona już wie, że idę do Markowic – bardzo ją lubiłem swoją drogą; ona zmarła w wieku 30 lat, bardzo młoda nauczycielka, pisząc list do mnie w szpitalu, kiedy byłem w seminarium, i nie dokończyła go. I teraz zaczyna się. Pani Irena mówi: Dziewczyny, wiecie co? – a ja już wiedziałem co, i pod ławkę (śmiech) – Dziewczyny, będziecie miały księdza w klasie. Uuuhhhh. – Kto taki? Kto to? – A zgadnijcie. Padały różne imiona, żadne nie było zbliżone do mojego. – A nie zgadłyście. – A to kto? – Cha, cha cha. No dobrze.  

        No i rozeszła się wieść i wszystkie dziewczyny mi się oświadczały, nie z zamążpójściem, tylko że będą czekać z zamążpójściem, aż ja będę księdzem, żebym dał im ślub. Wszystkie przysięgły w mojej klasie. I ta moja miłość, Elwira – tak myślałem, miłość, taki plan miałem. My się lubiliśmy, mamy ciekawe historie ze szkoły podstawowej. Jak już byłem w niższym seminarium, przyjeżdżałem na urlopy, to byłem zapraszany na spotkania w szkole, przez nauczycieli, i kiedyś Elwirę spotkałem – tę właśnie historię miłości dokończę – i mówię: Elwira, wiesz co, to życie do kapłaństwa to jest długie i jak wiesz, tu w Kodniu różni są prorocy, co mówią, że ja nie będę księdzem. Słuchaj, robimy układ, nie wychodź za mąż, dopóki mnie nie wyświęcą, bo jak mnie wyrzucą, to po co będę szukał innej? My się znamy, mam plan, ożenię się i narzekać nie będziesz, życie będzie ciekawe. Obiecała. I to była jedyna dziewczyna, która wyszła za mąż rzeczywiście po moich święceniach. Tak się złożyło w jej życiu, nie dlatego, że mi obiecała, ale tak wyszło, że to była jedyna dziewczyna, która wychodziła za mąż, dopiero jak ja zostałem księdzem. Miałem 25 lat, to już byłem stary, dziewczyny to już szły za mąż. I tak się skończyła nasza historia miłości z Elwirą.

        Po święceniach, to był rok 1984 – dokończę historię mojego ojca, bo to jest ważne w historii mojego życia kapłańskiego. Wiedziałem, że ojciec nie chciał, żebym był księdzem, chociaż potem powiedział to, co powiedział do mamy – do mnie nic nie powiedział. Jedyny raz na temat mojego kapłaństwa wyraził się nie na moich prymicjach czy przy święceniach, gdzie był wzruszony, nie umiał słowa wypowiedzieć, on, twardziel taki. Akurat to był rok, kiedy zamordowali Jerzego Popiełuszkę, 84 rok, październik; pracowałem w Siedlcach, tam gdzie ojciec Błażej teraz pracuje, to była moja pierwsza miłość kapłańska, początki budowy kościoła. Jerzego Popiełuszkę zamordowali i kiedy zostało znalezione jego ciało, to ojciec śp. Stanisław Toman poprosił mnie, żebym wieczorem w kościele, gdzie były tłumy, powiedział patriotyczne kazanie. Tutaj coś takiego jak patriotyczne kazanie, w Poznańskiem, to jest prawie niemożliwe, bo cię wyniosą z kościoła, a na wschodzie lubią, jak powiesz politycznie, patriotycznie. To był taki dzień, kiedy trzeba to było powiedzieć. I powiedziałem – miałem karteczkę, mam ją do dzisiaj, co mówiłem na temat Popiełuszki, morderstwa i historii, karteczka na bibułce do wycierania ust. Mam ją do dzisiaj, nie żeby było jakieś nadzwyczajne, ale poniosło mnie dobrze i zastanawiałem się, czy nie zostanę wezwany, bo potem byłem wzywany na UB również, jako misjonarz. Ale mniejsza o to. I po tym kazaniu na wieczornej mszy pojechałem do domu do Kodnia, to jest 100 km, na spotkanie z rodzicami. Zajechałem o 20.30, pociągiem, potem autobus, to trochę trwało. Zjedliśmy kolację, ojciec siedział tak dziwnie. On również lubił różne rzeczy i dużo mówić. I cisza. Podniósł oczy na mnie: To co, zamordowali Popiełuszkę? – Zamordowali. – To znaleźli ciało? – Znaleźli. – To co, będzie chyba duży pogrzeb? – Chyba będzie duży. Taka rozmowa między nami, takie zdania. – Mhm. Synku – ojciec patrzy na mnie – nie bój się, słyszysz? Nie bój się. Nie bój się mówić ludziom prawdy. Nie bój się ludzi prowadzić do Boga. Choćby ciebie mieli zabić tak jak Popiełuszkę, to nie bój się. Jak ciebie zabiją za to, że ludziom mówisz prawdę i do Boga prowadzisz, ja pretensji do Boga nie będę miał, tylko Bogu podziękuję, że takiego syna mi dał, co się nie bał. 

        To był jedyny raz, kiedy mój ojciec wygłosił mi takie kazanie. Zawsze to mówię, Bóg i Duch Święty. To było nadzwyczajne przemówienie, tam kilka słów było więcej, ale sens zachował mi się mocno w słowach. Jedyny raz, kiedy ojciec powiedział coś do mnie o kapłaństwie, o mojej pracy. Ale te słowa nigdy nie przestaną być ważne i głęboko wryte. Między innymi takie wydarzenia, takie słowa, które przytoczyłem z tych historii mojego życia; było parę takich, jak Bóg przemawia, jak Bóg mówi, i one docierają, dotkną serca.

        Było więcej w moim życiu takich spotkań, takich słów jeszcze, kiedy czułem, że to Duch Święty przemówił i się wryły. Można powiedzieć, że ja je słyszę w jakimś sensie codziennie na modlitwie czy przy różnych wydarzeniach. 

Ciąg dalszy za tydzień

O. Wiesław Nazaruk na podst. YouTube

piątek, 18 maj 2018 08:09

Jak zostałem ekstremistą

Napisane przez

sumlinskiOficer straży granicznej na lotnisku Luton w Londynie ledwo dotknął klawiatury komputera i już wiedział, co miał wiedzieć. Z miejsca schował mój paszport i zastopował swoje stanowisko, kierując oczekujących w kolejce za mną podróżnych do stanowisk sąsiednich, a następnie zadał jedno tylko pytanie, choć tak naprawdę było to stwierdzenie: „pan jest ekstremistą”.

Nie czekając na odpowiedź – właściwie co można odpowiedzieć na taki idiotyzm – poprosił, bym udał się za nim, i wskazał miejsce, w którym miałem czekać na dalszy bieg wydarzeń.

        Nie minęło pięć minut, gdy pojawiło się przy mnie trzech umundurowanych osobników, w tym jeden z notesem i długopisem. Gdybym jeszcze do tego momentu łudził się, że to, co się dzieje, jest dziełem przypadku, musiałbym pozbyć się złudzeń kilka sekund później, gdy ten z notesem i długopisem sformułował zadziwiająco trafne stwierdzenie – bo i tym razem nie było to pytanie – które zabrzmiało jak oskarżenie: pan ma dziś miting w Southampton i będzie mówił o książce o mafii. Powodowany odruchem, wyjąłem z torby egzemplarz książki „To tylko mafia” i odparłem: tak jest, będę mówił o tej książce w kilku miastach w Anglii.

        Ten z długopisem sięgnął po egzemplarz i ruchem ręki przywołał czwartego mężczyznę, który wziął okazany egzemplarz i gdzieś z nim poszedł – zwrócono mi go dopiero po 5 godzinach, nie wiem, czy dlatego, że wciągnęło ich czytanie, czy może z innych powodów, tak czy inaczej, z minuty na minutę wyglądało to coraz bardziej kuriozalnie – a następnie wyjaśniono mi, że zostaję zatrzymany, ponieważ „telefonowano z Polski” z informacją – i jest to już w systemie – że jestem ekstremistą i nacjonalistą, a moje wypowiedzi mogą mieć charakter antysemicki. Poinstruowano mnie, że decyzja o tym, co dalej, zapadnie za kilka godzin, a w tym czasie książka zostanie poddana analizie i zajmie się tym profesjonalny tłumacz.

        Niekiedy zdarzają się sytuacje kuriozalne do tego stopnia, że aż nie wiadomo, co odpowiedzieć, bo człowiekowi zwyczajnie odbiera mowę – to właśnie była jedna z takich sytuacji, która mogła by wydać się nawet śmieszną, gdyby nie była po prostu przykra. Trwałem w tej dyskomfortowej sytuacji – w otoczeniu kilku funkcjonariuszy straży granicznej, którzy pilnowali mnie, niczym przestępcy, bym nie oddalał się na krok – dobrych kilkadziesiąt minut.

        Ponieważ moja obecność na lotnisku przedłużała się – w pewnym momencie wszyscy podróżni już wyszli i zostałem w sali odpraw sam ze strażnikami – oczekujący na mnie Polacy, którzy mieli zawieźć mnie do polskiej parafii w Southampton, a stąd na spotkanie autorskie, zaczęli się niecierpliwić i dzwonić raz za razem. Poprosiłem strażników o zgodę na odebranie telefonu i uzyskałem taką możliwość. W krótkich słowach wyjaśniłem swoje położenie. Po chwili, gdy zamierzałem już skończyć, funkcjonariusz z notesem wykonał gest wskazujący, że chce rozmawiać z oczekującymi na mnie na lotnisku znajomymi z Southampton. Przekazałem telefon. Odszedł na bok, więc nie słyszałem, o czym mówią, i dopiero później dowiedziałem się, że dociekano, czy znajomi „też są” z nacjonalistycznej prawicowej organizacji. Oddano mi telefon i pozwolono wykonać oraz odebrać kilka jeszcze połączeń, dzięki czemu mogłem porozmawiać między innymi z Jerzym Kwaśniewskim, zaprzyjaźnionym prezesem Ordo Iuris, który obiecał pomoc prawną oraz interwencję u konsula. To była ostatnia rozmowa, na którą mi pozwolono, bo minutę później zaprowadzono mnie do kolejnego pomieszczenia, w którym odebrano mi i telefon, i wszystko inne, wcześniej starannie przeszukując bagaż podręczny. Wyjęto z niego wizytownik oraz dwa notesy, które – jak mi wyjaśniono – także miały stać się przedmiotem analizy tłumacza, a cała reszta trafiła do depozytu, zaś ja sam – do miejsca przywołującego przykre skojarzenia z największą traumą mojego życia, z wydarzeniami z 13 maja 2008 roku, gdy na początku „afery marszałkowej” znalazłem się w izbie zatrzymań.

        Podobnie jak wtedy, także i tym razem, niczym od rasowego gangstera, pobrano ode mnie odciski ze wszystkich dziesięciu palców i wykonano „sesję zdjęciową” – z przodu i z profilu. Również podobnie jak wówczas, także i tym razem kazano mi wyjąć sznurówki z butów i oddać pasek od spodni – jedyna różnica polegała na tym, że tym razem obyło się bez kajdanek.

        „Wyczyszczony” ze wszystkiego trafiłem przed oblicze kolejnego oficera, który wyjaśnił mi, że w związku z telefonami z Polski oraz z tym, co na mój temat „pokazuje system”, zostaję zatrzymany i poddany przesłuchaniu, w którym – przez interkom – weźmie udział polski tłumacz. Już pierwsze pytanie pokazało mi, o czym będziemy rozmawiać.

        – Czy jest pan prawicowcem (dokładny cytat)?

        – Podobnie jak kilkanaście milionów Polaków, głosowałem na partię prawicową, więc pewnie jestem, cokolwiek by to miało znaczyć – odparłem krótko na pytanie, które wydało mi się tak nieprecyzyjne, że aż abstrakcyjne. Po chwili miałem się jednak przekonać, że to dopiero rozgrzewka.

        – Czy w książce, o której chce pan mówić w Wielkiej Brytanii, są treści prawicowe?

        – Nie rozumiem pytania – odparłem, bo tak było naprawdę.

        – Pan oficer pyta, czy tam są treści nacjonalistyczne, ekstremistyczne i antysemickie, bo takie informacje napłynęły z Polski – wyjaśniła tłumaczka.

        – Książka traktuje o powiązaniach polskich polityków na szczytach władzy, z wywiadem wojskowym oraz gangsterami i została napisana wespół z byłym oficerem służb specjalnych oraz najważniejszym świadkiem koronnym w Polsce. Nie zawiera treści antysemickich, a pokazuje po prostu prawdę o prawdziwej mafii w Polsce, o tym, że tworzyli ją ludzie ze szczytów władzy – wyjaśniłem.

        – Pan oficer twierdzi, że należy pan do ultraprawicowej organizacji. Co pan może o niej powiedzieć?

        – A czy pan oficer mógłby podać mi nazwę ultraprawicowej organizacji, do której rzekomo należę, bo ja nic nie wiem o tym, bym należał do takiego „tworu”, więc może pan oficer mnie oświeci. Jestem dziennikarzem śledczym, który pisze książki ujawniające prawdę o służbach specjalnych oraz bandyckich niebezpiecznych związkach na szczytach władzy, i tym się zajmuję, a jedyna organizacja, do której w Polsce należę, nazywa się „Domowy Kościół” i tak naprawdę nie jest to żadna organizacja, a po prostu wspólnota skupiająca kilka rodzin, które pod kierunkiem księdza przewodnika w diecezji siedleckiej wspólnie się modlą, wspierają i rozmawiają o Panu Bogu.

        – A czym się zajmuje ta organizacja, czy też ta wspólnota, do której pan należy? Pan oficer pyta, czy w jej skład wchodzą prawicowcy?

        W tym momencie ręce mi opadły. Przez następną godzinę wyjaśniałem, jak przysłowiowej krowie na miedzy, że jestem dziennikarzem i katolikiem, ale to nie znaczy, że należę do jakiejś ekstremistycznej organizacji, i że ktoś – nie po raz pierwszy i z pewnością nie ostatni – zrobił mi czarny PR, ale w tym momencie aż przestraszyłem się swoich słów, bowiem na słowa „czarny PR” „pan oficer”, człowiek o czarnym kolorze skóry, którego przodkowie mogli pochodzić z Afryki, zrobił minę niewróżącą mi niczego dobrego, po czym spytał krótko: „to pan jest także rasistą”? Pomyślałem, że w tej sytuacji najlepsze co mógłbym zrobić, to pewnie zamilknąć, ale po chwili skonstatowałem, że być może milczenie zostanie uznane za przyznanie się do winy polegającej na działalności w jakiejś nieokreślonej ultraprawicowej organizacji zajmującej się ekstremizmem, nacjonalizmem, antysemityzmem i Bóg jeden raczy wiedzieć, jakim jeszcze „izmem”. Przemogłem się więc i jak tylko potrafiłem najlepiej, odpowiadałem na kolejne pytania, obiecując sobie, że bez względu na poziom absurdu nie dam się wyprowadzić z równowagi, by nie zostać potraktowany np. paralizatorem, jak choćby nieszczęsny rodak w Kanadzie, którego spotkał tragiczny los, a którego mamę onegdaj poznałem. Odpowiedziałem więc na wszystkie pytania, nawet te najbardziej idiotyczne, w rodzaju: czy polscy księża, którzy mnie zapraszają i u których będę mieszkał na terenie Wielkiej Brytanii, „też należą” do ultraprawicowej ekstremistycznej organizacji?

        Przez następne czterdzieści minut wyjaśniałem, że piszę książki, a następnie docieram z nimi wszędzie tam, gdzie są zapraszający mnie Polacy, od Stanów Zjednoczonych i Kanady, które odwiedzałem po wielekroć, po Wielką Brytanię i dziesiątki innych państw i jeszcze nikt nigdy nie oskarżał mnie o podobne brednie. Wszystko jednak na nic, bo miałem wrażenie, że „pan oficer” wie swoje. Słowa „prawicowcy” i „organizacje prawicowe” powtarzano w pytaniach jak mantrę – łącznie zostały wymienione co najmniej kilkadziesiąt razy i odmienione przez wszystkie możliwe przypadki – po czym najwyraźniej uznano, że wszystko, co było do powiedzenia, zostało już powiedziane. Odprowadzono mnie do pokoju bez klamek, w którym miałem czekać na swój los.

        Po kolejnych dwóch godzinach pan oficer otworzył drzwi i oddając paszport, książkę oraz bagaż podręczny, poinformował, że mogę wejść na terytorium Wielkiej Brytanii, nie omieszkał jednak dodać, że moje spotkania i wypowiedzi będą starannie analizowane i monitorowane.

        Jak zrozumieć wszystko to, co wydarzyło się wczoraj na lotnisku Luton?

        Przyznam, że na dziś, tak na gorąco, mam z tym niemały kłopot i jedyne, co przychodzi mi do głowy, to wykładnia słynnego „Paragrafu 22” z powieści Josepha Hellera: „Nie musisz latać na akcje bombardowania, jeśli jesteś szalony, ale nie chcąc latać, dowodzisz, że nie jesteś szalony, bo tylko wariat może chcieć brać udział w tak szalenie niebezpiecznych akcjach”. Innymi słowy – kiedy ktoś w tak absurdalnej rzeczywistości, jaką – nie bez udziału „życzliwych” z Polski – zastałem w Wielkiej Brytanii, próbuje posługiwać się racjonalnymi argumentami, stoi na z góry przegranej pozycji. Bo w tak absurdalnej rzeczywistości jedynym kluczem do jej zrozumienia jest – być może – właśnie tylko absurd. A co Państwo o tym sądzicie?

Wojciech Sumlińskisumlinski.pl

piątek, 18 maj 2018 08:11

Pospolite ruszenie

Napisane przez

pruszynskiWeszła w życie uchwała Senatu USA nr 447, która upoważnia władze amerykańskie do popierania żądań żydowskich, czyli rozpocznie się najazd Żydów na Polskę. MSZ twierdzi, że nic nam nie grozi, ale Stanisław Michalkiewicz pisze, że to dopiero jest przegrana Polski.

W tej sytuacji trzeba zrobić POSPOLITE RUSZENIE wszystkich, nie tylko polskich świętych oraz POSPOLITE RUSZENIE PATRIOTóW. Dobrze by było zrobić w tej intencji pielgrzymkę w Polsce do sanktuarium Matki Boskiej na Jasnej Górze, w USA pielgrzymkę do Amerykańskiej Częstochowy, a w Kanadzie do Midland i do innych centrów duchowych, powiedzmy już 26 maja.

        Oczywiście taką ideę będą zwalczać nie tylko główne media, ale też mało patriotyczne władze. Co najgorsze, to poszczególnie ludzie bez wsparcia Episkopatu będą prowadzili rodaków do boju. Z Żydami mieli problem Islandczycy, więc wprowadzili bojkot ich firm i pomogło. Polacy mogą zacząć od bojkotu drogerii Rossmana, by dać znać Żydom, co ich może spotkać.


        Już lato w Polsce

        Praktycznie nigdy tak nie było ciepło w maju jak teraz, i to nieprzerwanie od 1 maja. W Warszawie ogródki na Trasie Królewskiej od Nowego Światu po Staromiejski Rynek pełne ludzi, a panie roznegliżowane i już często w powiewnych długich kieckach.

 

        Brygada Świętokrzyska

        Była częścią Narodowych Sił Zbrojnych, które nie podporządkowały się w 1944 r. AK i stacjonowały w Górach Świętokrzyskich, a od września 1944 r. nie podejmowały żadnej akcji przeciwko Niemcom.

        W chwili rozpoczęcia styczniowej ofensywy Armii Czerwonej, między oddziałami niemieckimi zaczęła się wycofywać na Zachód i ostatecznie znalazła się pod Pragą czeską. Tam wyzwoliła obóz kobiecy, uwalniając do 1000 kobiet, w tym 200 Żydówek, które były w dwóch barakach otoczonych beczkami z benzyną, a które miała być podpalone z chwilą podejścia Amerykanów. Wśród tych uwolnionych Żydówek nie znalazła się dotąd jedna jedyna „sprawiedliwa”, która by złożyła wniosek o nadanie Brygadzie zbiorowego medalu Sprawiedliwych z Yad Vashem, jaki dostał np. Batalion „Zośka”, który uwolnił 200 węgierskich Żydów z obozu podczas powstania warszawskiego.

        Ze cztery lata temu wręczyłem sekretarzowi ambasady Izraela materiały drukowane na temat uwolnienia tych Żydówek z tego obozu i ZERO. Nawet te „gentelmeny” mi nie odpowiedziały na mój wniosek. Ostatnim aktem bojowym Brygady było pokonanie 22. Dywizji niemieckiej i w jakimś stopniu uniemożliwienie Niemcom zdławienia powstania w Pradze. Potem Brygada przeszła do amerykańskiej strefy okupacyjnej, została rozbrojona i przekształcona w bataliony wartownicze przy armii USA, a część jej członków dostała stypendium i poszła na studia w Niemczech. Pierwsza dotąd wystawa na temat Brygady znajduje się w Warszawie na Rakowieckiej 2A, a nie w jakimś miejscu otwartym.

 

        Gdzie zwycięstwa?

        W dziale historia portalu Prawy.pl znalazłem wspomnienia o polskich patriotach, którzy zginęli, ale gdzie o patriotach, którzy zwyciężali, i gdzie o zwycięskich bitwach?

 

        Problem bez opiekunów

        Coraz więcej jest w Polsce Ukraińców i niestety nikt się nimi w zorganizowany sposób nie zajmuje, a mógłby to zlecić Episkopat księżom w miastach, gdzie jest ich mrowie.

 

        Kolejna bzdura

        Zmarł nagle mój, dwadzieścia lat młodszy, stryjeczny brat i był wielki pogrzeb na Powązkach w Warszawie. Ludzie, co go znali, wydali w sumie co najmniej 30.000 złotych na kwiaty, ale boleję, bo zapewne mało kto z nich zamówił Mszę Świętą za zmarłego.

        Wśród odprowadzających go była też jego ostatnia, od 20 lat, towarzyszka, z którą nawet nie miał ślubu cywilnego. Teraz nie wiem, co po nim uzyska, a nie jestem pewien, czy zostawił testament. Więc czytelniczki, jak nie możecie brać ślubu kościelnego, nie idźcie za modą i jakoś załatwiajcie prawnie swój stosunek, bo inaczej po śmierci lubego pójdziecie z torbami. 

 

        Msza gregoriańska 

        Żyjący w VI w. św. Grzegorz Wielki, późniejszy papież, w swym dziele opowiada historię mnicha o imieniu Justyn, który pełnił funkcję lekarza. Kiedyś przyjął pewną sumę w złocie, co było grzechem ciężkim, bo ślubował ubóstwo. Został przez swego opata ekskomunikowany i bardzo bolał, ale przed śmiercią wyspowiadał się i odszedł pojednany z Bogiem. Ale Grzegorz opat nie uwolnił go od ekskomuniki i kazał pogrzebać tam, gdzie zrzucano śmiecie, by zakonnikom wpoić bojaźń przed łamaniem ślubów zakonnych. Kilka lat potem św. Grzegorz był z tego powodu nieszczęśliwy i  wezwał jednego z zakonników, by zaczął odprawiać msze za nieszczęśnika. Gdy odprawił 30 mszy, ukazał mu się ten mnich i powiedział, że już wyszedł z czyśćca, i dziękował za modlitwy.

        Od tego czasu przyjął się zwyczaj odprawiania codziennie przez 30 kolejnych dni mszy za duszę danego zmarłego i po nich dusza opuszcza czyściec, co zostało potwierdzone wieloma objawieniami, i taka ofiara za wstawiennictwem św. Grzegorza jest przyjmowana w szczególny sposób przez Pana Boga. Rzadko jakiś ksiądz w parafii może przyjąć zamówienie na 30 mszy i przyjmują je z zasady klasztory. Ja zamawiałem ostatnio aż 3 takie 30-dniowe msze poprzez zaprzyjaźnione siostry karmelitanki w Katowicach – Kilińskiego 15. Kosztuje to 2000 złotych, czyli około 800 kanadyjskich dolarów. Nic innego tak zmarłemu nie pomoże, więc z całego serca polecam.

 

        9 maja

        Jak co roku w Warszawie w dniu oficjalnego zakończenia wojny na cmentarzu sowieckich żołnierzy przy ulicy Żwirki i Wigury odbyła się uroczystość składania wieńców. Przybyło co najmniej 500 osób, w tym cały zestaw osobowy ambasady wraz z rodzinami. Wielu z nich niosło powiększone fotografie swych bliskich, którzy służyli w Armii Czerwonej. Było kilku emerytowanych oficerów Ludowego Wojska Polskiego oraz zwolennicy ruchów solidarności Słowian.

 

        Problemy

        Wybieram się do Chicago na wizytę Pana Prezydenta i mam kolejny raz kłopoty z akredytacją. Nie dostałem się na imprezę w pałacu 2 maja, choć walczyłem o to tydzień, a teraz znów dziesięć dni walczę i chyba zginąłem jak mrówka. Taka to demokracja u pana prezydenta Dudy, proszę drogich czytelników.

 

        Kiedy oprzytomnieje MSZ???

        Żydowska Agencja Telegraficzna (Jewish Telegraphic Agency) puściła w świat informację sugerującą, że „grubo ponad pół miliona żydowskich ofiar holokaustu zginęło na skutek działań Polaków”. Informację powtórzyły „Jerusalem Post” i „The Times of Israel”. W jaki sposób spreparowano to absurdalne oskarżenie? JTA odwołuje się do najnowszej książki pod redakcją Jana Grabowskiego i Barbary Engelking.


Aleksander Pruszyński

piątek, 18 maj 2018 08:07

Niemowlęta po kąpieli

Napisane przez

ligezaZło, nawet jeśli niematerialne, zawsze zostawia materialne ślady. Na papierze, dajmy na to. Dla odmiany, szczęście przemija bezpowrotnie wraz z chwilą, która je przyniosła.

Pewnie niejednego zdziwi, że konkluduję powyższe, a czynię to, bowiem kilka obszarów współczesności drażni mnie ponadprzeciętnie. Przynajmniej ostatnio. W każdym razie najbardziej ostatnio, boć ostatnio to rzeczywiście drażni mnie wszystko. Najbardziej działania pana prezydenta naszego, Dudy. Czy tam pana naszego, prezydenta. 

 

        PEDOLOGIA I PEDOFILIA 

        Ponadprzeciętnie drażni mnie zwłaszcza ta część współczesności – tu dodam nie od rzeczy, że systematyka współczesności to temat iście arcyciekawy, ale to wyjaśnię przy innej okazji, tak? – zwłaszcza ta część współczesności drażni mnie ponadprzeciętnie, która ostatnio puchnie odrażająco, a w której zanurzeni ludzie człowiekowaci nie odróżniają pedologii od pedofilii. 

        Proszę? Że to za trudne? No to potrzeby od konieczności nie odróżniają, dajmy na to. Czy tam tolerancji od akceptacji. Czy tam vice versace. I tak dalej, i tak dalej. Generalizując: jeśli nie wiesz, jak jest naprawdę, albo jeśli coś naprawdę wygląda inaczej niż wydaje ci się, że wygląda, ty zaś, mimo wszystko, próbujesz temu czemuś zaradzić – niech brak efektów cię nie dziwi. Trzeba bowiem wiedzieć jak jest, z tym czymś, żeby spróbować z tym czymś dać sobie radę. Trzeba wiedzieć, jak jest naprawdę – dopiero potem dłoń można przykładać do zmian, aby z tego, co jest, uczynić to, co być powinno. 

 

        PRZEDSIĘWZIĘCIE SZEMRANE 

        Ja wiem oczywiście, że każda noc zaczyna się od wieczora, a każdy dzień kończy się półmrokiem. To prawda. Niemniej człowiek nie może dokonywać wyborów o charakterze życiowym, jeśli pogrążyć go w szarościach, w oparciu o same szarości. Innymi słowami: nie da się funkcjonować właściwie bez apriorycznego oddzielania światła od ciemności. Problem w tym, że najpierw trzeba wiedzieć, co jest czym. Najkrócej: co jest dobrem, a co złem. Co prawdą, a co kłamstwem. Wreszcie, co dobrą wolą, a co szemranym przedsięwzięciem, podejmowanym w zamiarze oszustwa na wielką skalę. 

        Konieczność dokonywania wyborów tego rodzaju nie musi od razu oznaczać popadnięcia w stupor decyzyjny. Mówię przez to, że radzimy sobie, niemniej kto radzić sobie próbuje, ten wie: lekko nie jest. I nie dziwota. Trudno cały dzień brodzić w bagnie, a wieczorem kłaść się do łóżka czystym lilijnie. Jak, dajmy na to, noworodek. Czy tam niemowlę po kąpieli. Zresztą kąpiel nie ma tu nic do rzeczy. Brudnej duszy i pumeksem nie wyczyścisz. 

 

        WITKI BRZOZOWE 

        A propos tego, jak jest: oto unijny komisarz, uwaga, uwaga: „do spraw budżetu i zasobów ludzkich”, niejaki Guenther Oettinger, głosi, że wypłaty z kolejnego budżetu UE zależne będę od „przestrzegania praworządności” przez państwa członkowskie Unii. W kontekście Polski, zdaniem Oettingera: „Istnienie niezależnego od rządu sądownictwa powinno stać się warunkiem koniecznym wypłat z unijnego budżetu w następnym okresie finansowym w latach 2021 – 2027”. To podobno bardzo dobra wiadomość dla Polski, albowiem jeszcze niedawno Komisja Europejska zamierzała warunkować wypłatę środków budżetowych od przestrzegania „wszystkich wartości unijnych”, nie tylko praworządności. Tak więc nie ma to, tamto: dobry, nadzwyczajnie dobry pan, cała ta Komisja. 

        Wniosek z tego fragmentu rzeczywistości: jeśli tylko któreś państwo pozwoli wejść sobie na głowę, nie ma dla niego ratunku. Niemcy i Francja łamały unijne prawo dziesiątki razy, zwłaszcza w obszarze budżetu – choćby przekraczając dopuszczalny deficyt – i co? I nico. Teraz zaś Oettinger chwyta za witki brzozowe, wołając, byśmy majtasy ściągali. Sami sobie ściągajcie, towarzyszu komisarzu. I bacz, co mówicie, grożąc. Skoro bracia Węgrzy poradzili sobie z Sorosem, to Polacy mogą poradzić sobie z Komisją. Co wtedy i dokąd będziecie wiać? 

*** 

        Cezary Kaźmierczak opisuje zaobserwowany na ulicach Warszawy wypadek samochodowy. Czy raczej pospolitą stłuczkę, bo na szczęście obyło się bez ofiar. Kaźmierczak: „No metropolia jednak. Na rogu Świętokrzyskiej i Kubusia Puchatka zderzył się Wietnamczyk z Hindusem”. 

        Boże mój. Rzeczywiście, metropolia. Dajmy na to w takich Maciążkach Górnych to nadal niemożliwe, takie zderzenie. I chwała Bogu.

Krzysztof Ligęza 
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 18 maj 2018 08:06

Lato gorące, czy chłodne?

Napisane przez

michalkiewiczKorzystając z tego, że Polska akurat objęła rotacyjne przewodnictwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, pan prezydent Andrzej Duda wyruszył w podróż po Stanach  Zjednoczonych.

Tak się złożyło, że podróż pana prezydenta do USA przypadła zaledwie tydzień po podpisaniu przez prezydenta Donalda Trumpa ustawy nr 447 JUST, przeciwko której próbowały lobbować różne środowiska Polonii amerykańskiej, jak się okazało – bezskutecznie. Niewątpliwym osłabieniem tych usiłowań działaczy Polonii amerykańskiej było uporczywe i zagadkowe milczenie nie tylko aktualnych polskich władz państwowych z panem prezydentem Dudą na czele, ale również – nieprzejednanej opozycji. Najwyraźniej i jedni, i drudzy wiedzą, co im wolno, a co jest surowo zabronione. Na domiar złego, fałszywe i wielokrotnie dementowane pogłoski, jakoby pan prezydent Duda i premier Morawiecki mieli szlaban na wizyty w Białym Domu, okazały się prawdopodobne, a być może nawet prawdziwe, bo pan prezydent Duda Biały Dom omija szerokim łukiem. Nie tylko zresztą Biały Dom. Podczas wizyty w Nowym Jorku nie znalazł czasu na spotkanie z tamtejszą Polonią, natomiast spotkał się z przedstawicielami organizacji żydowskich. O czym rozmawiał – tego oczywiście nie wiemy. Wiemy tylko, o czym nie rozmawiał. Pan Krzysztof Szczerski oświadczył bowiem, że sprawa żydowskich roszczeń majątkowych nie była w tej rozmowie poruszana. I ja nawet w to wierzę, bo po cóż poruszać temat, który już został uzgodniony i przyklepany? Obawiam się, że pan prezydent na dalszy rozwój sytuacji będzie miał wpływ ograniczony i że żydowskie organizacje przemysłu holokaustu, korzystając z uchwalonej przez Kongres ustawy i z siły Stanów Zjednoczonych, poradzą sobie same zarówno przy inwentaryzacji nieruchomości w Polsce, jak i potem – przy wymuszaniu przekształceń własnościowych. Pan prezydent, podobnie zresztą jak pan premier, nie mówiąc już o Naczelniku Państwa, będzie co najwyżej zaangażowany do tłumaczenia mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, że tak będzie najlepiej. Jak bowiem nie od dziś wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają, a przecież najważniejsze, żebyśmy byli szczęśliwi, jak nie na tym świecie, to przynajmniej na tamtym, więc jeśli nawet „wszystko nam także się odbierze, byśmy własnością gardzili szczerze”, to dla naszego, najlepiej pojętego dobra. Jestem pewien, że pan prezydent jakoś sobie z tym zadaniem poradzi, chociaż na pewno czekają go jeszcze trudne momenty w Chicago, gdzie uczestnicy spotkania mogą w tej sytuacji nie odczuwać wobec pana prezydenta staroświeckiej rewerencji, a nawet dać temu wyraz. No, ale na tym świecie nie ma rzeczy doskonałych i jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził, zwłaszcza gdy w grę wchodzą Żydzi, którzy nawet w samolotach obsługiwani są w pierwszej kolejności.

        Jak bowiem już dawno zauważył ówczesny sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej Anioł kardynał Sodano, „od jednych narodów wymaga się czegoś, od innych narodów nie wymaga się nic”. Mogliśmy się  o tym przekonać przy okazji przeniesienia ambasady USA z Tel Awiwu do Jerozolimy, co sprowokowało Palestyńczyków, uważających Jerozolimę za stolicę ich przyszłego państwa, coś w rodzaju powstania. Jak mogliśmy się przekonać, palestyńscy demonstranci w strefie Gazy rzucali kamieniami, na co izraelskie wojsko odpowiadało strzałami z ostrej broni i w rezultacie zginęło co najmniej 60 osób, zaś liczba rannych idzie podobno w tysiące. Izraelski premier Beniamin Netanjahu oświadczył poruszonej opinii międzynarodowej, że Izrael ma prawo do obrony. W identyczny sposób 1 września 1939 roku uzasadniał  uderzenie na Polskę wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler – że mianowicie chodzi o obronę uciśnionej przez Polaków mniejszości niemieckiej. Tak samo zresztą Józef Stalin uzasadnił słynne „wkroczenie” Armii Czerwonej do Polski (bo o ile Niemcy na Polskę „napadły”, to Armia Czerwona tylko do Polski „wkroczyła”) – że chodzi o obronę zachodnich Białorusinów i zachodnich Ukraińców. Dodam jeszcze, że Hans Frank swoje rozporządzenie z 1943 roku zatytułował: „o zwalczaniu zamachów na niemieckie dzieło odbudowy w Generalnym Gubernatorstwie”. Od razu widać, że raz rzucona w przestrzeń słuszna, a przynajmniej użyteczna idea, prędzej czy później znajdzie swego amatora i że – jak zauważył bohater książki Roberta Penn Warrena „Gubernator” – „człowiek poczęty jest w grzechu, a zrodzon w nieprawości, zaś życie jego upływa od odoru pieluch do smrodu całunu” i że żaden naród nie jest od tej przypadłości uwolniony, bez względu na to, jakie bajki by o sobie opowiadał. 

        A skoro już doszliśmy do pieluch i całunu, to wypada odnotować eskalację protestu, jaki prowadzą w Sejmie rodziny osób niepełnosprawnych. Dotychczas najważniejszym postulatem protestujących było uzyskanie od rządu po 500 złotych w gotówce, ale to się pewnie zmieni za sprawą wspomagających protest autorytetów moralnych. Oto na przesłuchanie do resortowej „Stokrotki” w TVN został wezwany JE bp Tadeusz Pieronek. Na wszystkie pytania odpowiedział celująco, jak się należy, a już po wszystkim zagrzał wszystkich do kontynuowania protestu, twierdząc, że to (tzn. 500 złotych) im „się należy”, i wezwał do „wytrwania do końca”. No dobrze – ale jaki właściwie ma być ten „koniec”? Z obfitości serca usta mówią, toteż jedna z uczestniczek protestu ujawniła, że tak naprawdę chodzi o to, by żaden kandydat PiS nie został wybrany podczas tegorocznych wyborów samorządowych. Ale nie tylko takiego końca możemy się spodziewać. Oto pani Janina Ochojska, której Straż Marszałkowska, ku powszechnemu zgorszeniu („świat wstrzymał oddech...”), nie chciała wpuścić do Sejmu, powiedziała, że 500 złotych to za mało. Nie da się ukryć, że 1000 złotych wygląda znacznie lepiej niż 500, a jeszcze lepiej – trzy tysiące, które poza tym odzwierciedlają datujące się jeszcze od starożytnych Rzymian przekonanie, że omne trinum perfectum, co się wykłada, że wszystko, co potrójne, jest doskonałe. Skoro tak twierdzą autorytety, to tylko patrzeć, jak i uczestnicy protestu zaczną stawiać coraz wyższe żądania, podobnie jak to czynił trybun Marek Liwiusz Druzus, pragnąc przelicytować Gajusza Grakha w demagogii. W tej sytuacji „danina solidarnościowa” – ten najnowszy wynalazek pana premiera Morawieckiego, może nie wystarczyć, zwłaszcza gdy inne grupy społeczne też zechcą sobie sprywatyzować część budżetowego Sezamu, którym rząd tak się do niedawna przechwalał. 

        A to jest całkiem prawdopodobne również z tego powodu, że przed oblicze sejmowej komisji badającej aferę Amber Gold właśnie zaczęli być wzywani generałowie. Na początek dwóch; generał Dariusz Łuczak, będący szefem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego od kwietnia 2013 do listopada 2015 roku, i generał Krzysztof Bondaryk, będący szefem ABW od 2008 roku do 2013. „Do czego doszło – żeby szlachtę przed sądy pozywały chłopy!” – a w tej sytuacji można spodziewać się wszystkiego, a zwłaszcza – eskalacji protestów. Skoro tak czy owak Żydzi wszystko wezmą, to niech i nasz człowiek pożywi się chociaż okruszkami, no nie?

Stanisław Michalkiewicz

niedziela, 13 maj 2018 23:38

Co Bibi miał do zaoferowania na Kremlu?

Napisał

Cały problem z Rosją wziął się nie z polityki europejskiej Włodzimierza Putina - bo przecież tam układało się nie najgorzej, Hilary Clinton dokonała nawet z Rosją resetu, na zasadzie co było a nie jest nie liczy się w rejestr - lecz z przykontrowania Kremla wobec planowanej przebudowy Bliskiego Wschodu. Rosja pozwoliła na upadek sprzymierzonej Libii, Putin jednak zdecydowanie zapobiegł wymianie władzy w Damaszku; wymianie która miała się zakończyć parcelacją tego kraju i unicestwieniem Syrii jako niezależnego podmiotu politycznego na Bliskim Wschodzie . Wieść gminna niesie że ponoć dwa Tomahawki wystrzelone z wschodniej części basenu Morza Śródziemnego zostały strącony przez rosyjską obronę przeciwlotniczych - kreśląc jasno rosyjską linię na piasku.
Plan się tutaj nie powiódł i z Putinem zaczęto grać ostrzej. Skoro "ty nam tak, no to my ci tak"; uruchomiono tzw. majdan (ponoć p. Nulan przyznała, że kosztował 3 mld dolarów) aby wyrwać Ukrainę z rosyjskiej strefy. W tym celu posłużono się oligarchami żydowskimi, po to żeby odstawić prorosyjskich, i oni właśnie finansowo podfutrowali banderyzm - jedynie militarnie zdolne antyrosyjskie pasmo przenoszenia w ukraińskim społeczeństwie.
Była to gra Izraela, bo w końcu demontaż Syrii i krajów północy Afryki był najbardziej na rękę właśnie Izraelowi. Syria sprzymierzona z Iranem była przedostatnim elementem domina które miało upaść.
Putin podjął grę i Rosjanie po pierwsze zajęli Krym a po drugie pomogli swojej ludności rdzennej oderwać Donbas..

Mówię to wszystko dlatego, że właśnie w ostatnich miesiącach można obserwować ponownie dużą izraelsko rosyjską aktywność dyplomatyczną. Wielość wizyt wysokiego szczebla ukoronowała obecność premiera Izraela Bibi Netanjahu podczas rosyjskiego Dnia Zwycięstwa 9 maja. Na Zachodzie zwycięstwo Aliantów w Europie świętują  8 maja, ale od kilku lat rosyjska data jest świętem państwowym w Izraelu. Izrael  zaoferował Rosjanom od ręki przejęcie sowieckiej narracji, w której Armia Czerwona jest głównym pogromcą faszyzmu i wyzwolicielem europejskich Żydów.
Czego więc mogły dotyczyć przyjacielskie rozmowy Netanjahu na Kremlu AD 2018? Oczywiście, Iranu; oczywiście Syrii. Istotą polityki jest targ. Odwracając bieg zdarzeń; jeśli Żydzi zdołają na Rosjanach wymóc ustępstwa; na bliskowschodnim teatrze, to być może zaoferują coś w Europie Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza na Ukrainie. Jak to by mogło wyglądać? Przede wszystkim jako detante rosyjsko-europejskie z zadowolonymi Niemcami; z zadowolonymi Ukraińcami (którzy mogliby robić interesy na dwie strony umacniając tradycyjną przyjaźń z Niemcami i naturalną z Rosją) i zdezorientowanymi Polakami podpiętych pod jedną opcję. Oczywiście do czasu aż ktoś sobie przypomni  w ambasadzie i zadzwonią na Al. Ujazdowskie...


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany sobota, 30 czerwiec 2018 13:33