Goniec

Register Login

piątek, 09 marzec 2018 07:37

Marzec (9/2018)

Napisane przez

pruszynskiMarzec

        Na ten temat pisano moc, pisali głównie Żydzi i ich sojusznicy, przedstawiając Żydów jako ofiary „nagonki”, jaka miała niewątpliwie  miejsce. Była to jednak tylko wojna domowa w PZPR, niżej postawionych w hierarchii partyjnej Polaków z często wyżej postawionymi Żydami. Chodziło o posady i wpływy, a tej wojnie Polacy przyglądali się z ciekawością, bo bawiła ich walka sowieckich kolaborantów.

        Od samego powstania PRL-u, który, co tu mówić, był agenturą Sowietów, z ich namaszczenia Polską rządzili Żydzi. Tak, Żydzi, i kto chce, wie, ilu z nich było na świeczniku władzy. Brali dobrowolny i świadomy udział w niewoleniu Polski i sowicie się przy tym obłowili.

piątek, 09 marzec 2018 07:36

Holokaustnicy, czy dobrzy Niemcy?

Napisane przez

michalkiewicz        Stare kiejkuty, czyli wojskowi bezpieczniacy, przez całe dziesięciolecia stanowiły najtwardsze jądro reżymu, gotowe wykonać każde łotrostwo, jakiego zażądaliby od nich kremlowscy mocodawcy. 

        Kiedy jednak Sowieci w porozumieniu z Amerykanami przystąpili do rozmontowywania systemu komunistycznego, obfitującego w rozmaite „spontany i odloty”, niczym Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy słynnego „Jurka Owsiaka”, stare kiejkuty, nauczone, by nikomu nie ufać, na wszelki wypadek przewerbowały się do przyszłych sojuszników naszego nieszczęśliwego kraju – jedni do Amerykanów, inni – do niemieckiej BND, inni – do izraelskiego Mosadu, a niektórzy zostali przy GRU, jako że nie zmienia się koni podczas przeprawy. 

 Wskutek tego Polską rotacyjnie – w zależności od tego, które państwo akurat bierze nas pod swoją kuratelę, rządzą trzy stronnictwa: Ruskie, Pruskie i Amerykańsko-Żydowskie. Kiedy Polska w 2013 roku przeszła pod kuratelę amerykańską, rozpoczęły się przygotowania do przetasowań na politycznej scenie, w następstwie których w roku 2015 Stronnictwo Pruskie zostało zepchnięte z pozycji lidera politycznej sceny, na którą wysforowało się Stronnictwo Amerykańsko-Żydowskie. Prawo i Sprawiedliwość – bo o nim mowa – najwyraźniej zapomniało o staropolskim porzekadle, że co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie, i podjęło zuchwałą próbę wykorzystania tego samego narzędzia, które w roku 1998, na życzenie żydowskich organizacji przemysłu holokaustu i Izraela, wepchnięte zostało przez koalicję AWS-UW do ustawy o IPN w postaci penalizacji tzw. kłamstwa oświęcimskiego to znaczy – każdej próby podważania zatwierdzonej do wierzenia żydowskiej wersji historii II wojny światowej, a zwłaszcza – tak zwanego holokaustu, czyli masakry europejskich Żydów przez III Rzeszę, do ochrony reputacji Polski. Na to naruszenie żydowskiego monopolu naprawdę zawrzał gniewem Izrael, zawrzały gniewem żydowskie organizacje przemysłu holokaustu w USA, co zaniepokoiło amerykańską administrację, która – ustami sekretarza stanu Rexa Tillersona, dała wyraz swemu zaniepokojeniu zuchwalstwem tubylczych mieszkańców naszego bantustanu. Jeszcze dalej poszła rzeczniczka Departamentu Stanu, oświadczając, że jeśli Polska nie przestanie w ten sposób dokazywać, to naraża się na uszczerbek swoich „interesów strategicznych”. Ponieważ podniesiony przez stronę żydowską klangor spowodowany był pragnieniem zneutralizowania polskiego improwizowanego lobbingu przeciwko przyjętej przez Senat USA 12 grudnia ub. roku ustawie nr 447 (w Izbie Reprezentantów noszącej numer 1226), deklaracje sekretarza Tillersona i Departamentu Stanu wzbudziły w Polsce podejrzenia, że obecna administracja USA, podobnie jak poprzednie – traktuje Polskę jako rodzaj skarbonki dla żydowskich organizacji przemysłu holokaustu w USA i dla Izraela.

    W takiej atmosferze na portalu Onet, związanym ze stacją TVN, którą podejrzewam, iż została stworzona przez stare kiejkuty przy udziale pieniędzy skradzionych z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, pojawiła się informacja, że z powodu nowelizacji ustawy o IPN prezydent Duda i premier Morawiecki aż do odwołania nie będą przyjmowani w Białym Domu. Ta informacja pojawiła się jednocześnie z przezwyciężeniem w Niemczech kryzysu związanego z niemożnością utworzenia koalicji rządowej, co mogło oznaczać, że Niemcy ze zdwojoną energią zajmą się teraz odwojowywaniem swoich wpływów w Polsce, zwłaszcza w obliczu projektu Trójmorza, który mógłby zagrozić ważnym niemieckim interesom w Europie. Czy publikacja Onetu była samodzielna, czy też stanowiła fragment kombinacji operacyjnej niemieckiej BND – trudno zgadnąć, ale taka samowolka to byłby przypadek rzadki – „a czy w ogóle są przypadki?” – pyta retorycznie poeta. Zatem nie można wykluczyć, że niemiecka BND zleciła zblatowanym z nią starym kiejkutom podsunięcie funkcjonariuszom poprzebieranym za dziennikarzy Onetu informacji o szlabanie dla prezydenta Dudy i premiera Morawieckiego w Białym Domu, a także – o możliwości zrewidowania „rozwoju (amerykańskiej – SM) wojskowej obecności w Polsce”. Ta wiadomość postawiła wszystkich w Polsce na równe nogi, bo gdyby była prawdziwa, to potwierdzałoby najgorsze obawy, że NATO nie jest warte nawet funta kłaków i że dotychczasowe podlizywanie się Amerykanom właśnie okazało się daremne. Toteż z czeluści MSZ zaczęły dochodzić pomruki, że nic podobnego, że wszystko jest w jak najlepszym porządku – ale nie brzmiało to przekonująco, zwłaszcza w kontekście poprzednich deklaracji Departamentu Stanu. Zresztą – jak mawiał książę Gorczakow – trudno nie wierzyć zdementowanym wiadomościom, zwłaszcza że Amerykanie zagadkowo milczeli. Widocznie jednak w tzw. międzyczasie musiały pójść jakieś iskrówki, bo następnego dnia rzeczniczka Departamentu Stanu  wydusiła z siebie enigmatyczną deklarację, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Możliwe tedy, że Onet podał wiadomość podsuniętą, ale przynajmniej częściowo prawdziwą. Ciekawe, czy siedmiorakie tajne służby naszego bantustanu potrafią spenetrować prawdę, a w razie potwierdzenia, iż był to początek kolejnej kombinacji operacyjnej z wykorzystaniem starych kiejkutów i ich konfidentów – czy Umiłowani Przywódcy odważą się zrobić z nimi porządek – bo na razie odważnie wojują z nieboszczykami.

        Właśnie Sejm uchwalił ustawę „degradacyjną”, wskutek której Wojciech Jaruzelski i Czesław Kiszczak zostali zdegradowani do stopnia szeregowca, podobnie jak Mirosław Hermaszewski, co to – jako pierwszy polski kosmonauta – został wciągnięty do Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego w 1981 roku. Podobno mają iść za tym kolejne ustawowe kroki represyjne; obydwaj nieboszczykowie mają zostać urzędowo ekshumowani, skremowani, a ich prochy, po uprzednim załadowaniu do armaty, mają być wystrzelone w kierunku Obwodu Królewieckiego. Nawiasem mówiąc, przy tej okazji pan senator Jan Rulewski niesłychanie wzbogacił medycynę, diagnozując u pana ministra obrony narodowej Mariusza Błaszczaka „nekrofobię”. Ta jednostka chorobowa z pewnością dołączy do innych „fobii” – „kseno” i „homo” – i jako dolegliwość politycznie niepoprawna, będzie tępiona przez wiedeńską Agencję Praw Podstawowych. Warto zwrócić uwagę, że ta dolegliwość pojawiła się u pana ministra Błaszczaka, kiedy tylko został ministrem obrony po odejściu z tego stanowiska złowrogiego Antoniego Macierewicza. Jak wiadomo, w MON i spółkach Skarbu Państwa skupionych w Polskiej Grupie Zbrojeniowej trwa rzeź niewiniątek, na miejsce których wracają stare kiejkuty – nowi przyjaciele pana prezydenta Andrzeja Dudy, co do którego nie wiemy na pewno – czy ma szlaban do Białego Domu, czy go nie ma.

Stanisław Michalkiewicz

biniecki-wIII Rzeczpospolita a Polonia

        Legendarny działacz podziemnej Solidarności Władysław Frasyniuk powiedział „Gazecie Wyborczej” o zwycięstwie lewicy laickiej nad komunistami w 1989 roku: „To myśmy ich, k...wa, po-ko-na-li!”. Tę wypowiedź znakomicie i celnie zripostował Włodzimierz Czarzasty z SLD: „Drogi Władysławie Frasyniuku! Żeście komunistów pokonali? No nie. Wyście się z nami, k…wa, przy Okrągłym Stole i 4 czerwca 1989 r. do-ga-da-li. Cytując tę polemikę trudno było uniknąć kwiecistego języka, jednak to właśnie ów język dobrze obrazuje z jaką klasą polityczną mamy w Polsce do czynienia po 1989 roku. 

        Owo „dogadanie się” tzw. konstruktywnej opozycji z komunistami przy Okrągłym Stole skutkowało między innymi niedopuszczeniem do władzy w Polsce reprezentacji środowisk patriotycznych i niepodległościowych. 

Żabka za boćka,
Bociek za gąskę,
Gąska za kurkę,

We wtorek wybuchła sprawa wylansowana przez Onet, jakoby Stany Zjednoczone miały zamiar formalnie obłożyć sankcjami dyplomatycznymi Polskę w odpowiedzi na ustawę o IPN. Wywołało to w Polsce konsternację. No bo przecież komu jak komu, ale Amerykanom musimy się podobać! W przeciwnym razie nie dadzą sobie pucować cholewek.  Departament Stanu stwierdził ustami swej rzeczniczki że nie rozważa tego rodzaju posunięcia, choć naciska na Polskę w celu zmiany wspomnianego prawa.
Postawa Waszyngtonu jest rezultatem działania lobby żydowskiego, w najnowszym numerze Gońca przedrukowaliśmy informację prasową Knesetu o posiedzeniu tamtejszej Komisji Spraw Zagranicznych. Można w niej znaleźć opinie, że rząd żydowski za mało radykalnie naciska na Warszawę. W odpowiedzi na krytykę dyrektor generalny MSZ Izraela Yuval Rotem, stwierdza, że "walkę zaczyna się od pistoletów, a działa wyciąga dopiero potem". Inny poseł dodaje, że Izrael nie powinien budować muru z Polską, ale polegać na Amerykanach; Polacy są uzależnieni od Amerykanów i w świetle naszych obecnych stosunków z Amerykanami możemy wykorzystać ten kij w bardzo mocny sposób.
Najwyraźniej, jak powiedzieli tak zrobili.

***

Doug Ford, kandydat na lidera ontaryjskiej partii konserwatywnej tknął sprawę aborcji. Miejmy nadzieję, że nie z powodów czysto taktycznych, jak to przed kilku laty uczynił Patrick Brown obiecując tak zwanym konserwatystom społecznym spełnienie wielu postulatów, a następnie obracając się na pięcie o 180°.
Kwestia aborcji w Kanadzie jest bardzo bolesna ponieważ brak jakichkolwiek ograniczeń pozwala na zabijanie nienarodzonych dzieci nawet tuż przed urodzeniem bez żadnych konsekwencji karnych. Przepisy prawa karnego dotyczą jedynie tych, "którzy żywi opuścili drogi rodne", w konsekwencji "dla pewności" wielu aborterów najpierw uśmierca dzieci zastrzykiem w serce, aby nie mieć żadnych wątpliwości że wyciągane w ten sposób ciało będzie martwe...
Doug Ford oczywiście nie idzie tak daleko by postulować ograniczenia, ale dał do zrozumienia, że fakt iż 13-letnia dziewczynka może umówić się na aborcję w prywatnej klinice nie informując o tym rodziców, a jednocześnie potrzebuje ich zgody, aby pojechać na wycieczkę szkolną, jest czymś co najmniej dziwnym.
Wiemy dlaczego tak jest, nie ma tutaj żadnej logiki czy zdrowego rozsądku jest czysta ideologia liberalna i pogarda dla życia.
Jestem minimalistą i sama przyzwoitość wymagałaby, aby wprowadzić wymóg konsultacji przedaborcyjnych (w obecności opiekunów w przypadku ludzi niepełnoletnich) z lekarzem i pracownikiem społecznym, choćby po to, aby osoba, która poddaje się takiej operacji była dobrze poinformowana. Bo zdrowie kobiet najwyraźniej i tak wszyscy mają w nosie.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany wtorek, 06 marzec 2018 22:01
poniedziałek, 05 marzec 2018 21:17

Na szybko: Piękni i głupi

Napisał

Podobno policja jest sfrustrowana, podobno czuje, że ma związane ręce i co rusz ktoś policjantom mówi, że zachowują się niegrzecznie - a to profilują rasowo, a to zatrzymują więcej czarnych niż białych, a to znowu, że… litania jest długa.
Efekt jest taki, że trzeba być idiotą w mundurze, aby się narażać tak jak kiedyś, słowem, żeby pilnować "aktywnie", a nie "reaktywnie". Coraz więcej policjantów woli nie widzieć, nie słyszeć niż się angażować, a jeśli już się angażują, to "bezpiecznie", aby nikt im jakimś YouTubem nieprzyjemności nie czynił.
Skutek jest taki jak w sobotę w Hamilton - w wypadku "nagłych zajść" policja spokojnie sobie "monitoruje" i wzywa posiłki. Wiem, że najważniejsze jest unikać ofiar, ale gdy ktoś na ulicy robi demolkę i sypie się szkło to o krzywdę nie jest trudno. Brak reakcji na małe zajścia rozzuchwala i zachęca do dużych. Tymczasem w myśl prawa to jedynie policja ma prawo nas bronić no bo my sami nie mamy czym.
Jest to kolejna niebezpieczna ewolucyjna zmiana jaką wymusza nowa politycznie poprawna wyjałowiona umysłowo generacja. Jest to kolejny dowód na to, że w naszym kanadyjskim państwowym cyklu ewolucyjnym następuje okres schyłkowy.
Jeśli policja bez zmrużenia oka tłumaczy, że winnych wyłapie za pomocą "mediów społecznościowych" to ja naprawdę zaczynam się bać.
Daliśmy sobie zniszczyć w Kanadzie powszechną edukację, hodujemy cywilizacyjnych analfabetów bez wiedzy historycznej - (dzisiaj usiłowałem przekonać pewną panią z wyższym wykształceniem, że Sowieci byli na początku II wojny światowej sprzymierzeni z Niemcami. Spytała no, ale po co mieli to robić?) - oddaliśmy politykę w pacht hochsztaplerów, wkrótce będziemy ponosili wymierne konsekwencje tych zmian. Tym bardziej że właśnie wypuszczono w Ontario balon próbny w postaci ustawy obniżającej wiek nabywania prawa wyborczego do 16 lat. Niedługo więc będziemy mogli sobie wybrać króla Maciusia, zresztą, skoro najnowszy program seksedukacji uznaje 12 latki za osoby dojrzałe seksualnie, no to cóż złego by uznać 16-latki za dojrzałe politycznie.
Czy ktoś jeszcze pamięta czego dotyczyła demokracja? Demokracja, faszyzm, rasizm, etc to jedynie nacechowane emocjonalnie przezwiska.

P.S.

wiedząc to wszystko co poniżej wybraliśmy go na premiera...


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany wtorek, 06 marzec 2018 06:31
niedziela, 04 marzec 2018 21:27

Na szybko: Chwalimy się zabawkami...

Napisał

Prezydent Putin pokazał zabawki i na razie trwa przetrawianie informacji. W global-piaskownicy zapanowała konsternacja.
Jedni twierdzą, że to blef, inni uważają, że "my też takie mamy ale nie pokazujemy", jeszcze inni sądzą, że Rosjanie współpracują ręka w rękę z Chińczykami, by zepchnąć USA ze stołka hegemona, czyli inaczej mówiąc, Moskwa sygnalizuje, że była chętna (reset) do zrobienia z Waszyngtonem dealu, ale już nie jest i nowa opcja szybko się krystalizuje.
Pod względem technologicznym ciekawe są zwłaszcza ponoć nuklearne napędy zaprezentowanych rakiet co daje im nieograniczony zasięg. Byłaby to ciekawa technologia do wykorzystania cywilnego.

Technologia atomowa wykorzystana do napędu dronów podwodnych oraz pocisków manewrujących to największe zaskoczenie. Putin zapewnia również, że rzekome niezwykłe osiągi nowych broni to efekt prac nad nowymi materiałami.
Inna zaprezentowana nowinka, to głowice nuklearne, które po opuszczeniu pocisku balistycznego wchodzą w atmosferę jako stratosamoloty-szybowce, zdolne do samodzielnego manewrowania, a zatem trudniejsze do trafienia jakąkolwiek bronią antybalistyczną.
Trwa więc przetrawianie tych informacji, pod przykrywką tradycyjnego "nie stanowi to dla nas zaskoczenia" z ust rzecznika Białego Domu. Co to znaczy dla Polski? A to, że systemy antyrakietowe, jakie za miliardy Polska właśnie kupuje, mogą się sprowadzić jedynie do wsparcia ameryka.skiego przemysłu, bo ich skuteczność na polu walki będzie wydatnie limitowana, albo rzadka. Drugi wniosek jest wręcz banalny - Polska jest w strefie zgniotu, podgrzewanie "zimnej wojny" między Rosją a Ameryką może w Europie Wschodniej doprowadzić do gorących starć, brak podmiotowej polityki wielobiegunowej czyni z Polaków zakładników globalnych manewrów mocarstw.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany niedziela, 04 marzec 2018 22:40
piątek, 02 marzec 2018 07:57

Marzec ‘68 a kontrolowany demontaż ZSRS...

Napisał

        Nie wiem, jak uciec od tematu żydowskiego, i wiosna chyba upłynie nam na roztrząsaniu naszych relacji. Oto milowymi krokami zbliża się 50. rocznica Marca ‘68 roku.

        Zanim więc zostaniemy postawieni pod ścianą dzisiejszej żydowskiej polityki historycznej, warto przypomnieć fakty:

        W aparacie komunistycznej władzy zainstalowanej w Polsce przez Sowietów, od samego początku ścierały się dwie koterie: natolińska (od wykorzystywanego przez rząd zajętego pałacu Potockich w Natolinie) oraz puławska (od adresu dwóch kamienic zamieszkiwanych przez czerwoną nomenklaturę w Warszawie). W pierwszej nie było Żydów, lecz raczej ludzie od brudnej partyzanckiej roboty, bliscy środowiska oskarżanego o „odchylenie narodowe”, w drugiej Żydzi dominowali – i było to środowisko bardziej „intelektualne”.

 Obydwie te frakcje działały w tle sowieckiej sceny politycznej, gdzie raz komuniści żydowskiego pochodzenia byli na szczytach, to znów w rezultacie „spisku lekarzy” w odwrocie.  

        Polski Marzec był bezpośrednim następstwem przenicowania geopolitycznego na Bliskim Wschodzie. Rosja sowiecka na początku liczyła, że Izrael będzie socjalistycznym lotniskowcem w jednym z najbardziej strategicznych regionów kuli ziemskiej; rzut kamieniem od Kanału Sueskiego i arabskich pól ropy naftowej. Wkrótce jednak okazało się, że Żydzi grają własną grę, dlatego Moskwa przerzuciła sympatie na największy kraj arabski – Egipt. Nasser otrzymał pomoc wojskową i inżynieryjną do realizacji gigaprojektów.

        W 1967 roku Żydzi wygrali wojnę sześciodniową z Egiptem i Syrią, co wywołało w Sowietach zgrzyty i całkowite odwrócenie sojuszy. Od tej pory Związek Sowiecki popierał Arabów, łącznie z terrorystami OWP, przeciwko Izraelowi.

        Odwrócenie sojuszy geopolitycznych spowodowało odwrócenie sojuszy wewnątrzpartyjnych i polscy towarzysze żydowscy stracili nagle posłuch na Kremlu, co dało większą swobodę działania natolińczykom. Dowodzona przez nich partia komunistyczna rzuciła hasło „Syjoniści do Syjonu”, zganiając „aktyw” na pokazowe  masówki. Nie było to aż tak trudne, wziąwszy pod uwagę obecne w społeczeństwie poczucie nierozliczenia żydokomuny za zbrodnie stalinizmu w Polsce (tu patrz drukowany przez nas we fragmentach, a opublikowany w paryskiej „Kulturze” artykuł Żyda Witolda Jedlińskiego „Chamy i Żydy”, w którym pokazuje, jak puławianie zręcznie zagrali straszakiem oskarżenia o antysemityzm, aby postawić parawan uniemożliwiający rozliczenie ich ze zbrodni stalinizmu po wolcie Chruszczowa w ZSRS).

        Z drugiej strony, Polacy w naturalny sposób sympatyzowali ze wszystkimi, którzy „biją Ruskich” – w tym wypadku z Izraelem. Dzisiaj może się to wydać dziwne, ale w latach 70., a nawet 80. polska inteligencja kibicowała Izraelowi i ochami komentowała brutalną skuteczność żydowskiego Mosadu w walce z OWP.

        Sowieci, a więc również kontrolowane przez nich „kraje demokracji ludowej”, hołubili wówczas różnych Szakali, ale ludzie – właśnie ze względu na sowieckie pochodzenie tej polityki – kibicowali stronie przeciwnej. To tak a propos wrodzonego polskiego antysemityzmu, który „wysysamy z mlekiem matki”...

        Jeśli chodzi o samą „czystkę antysemicką”, to po pierwsze, wyjeżdżali ludzie w PRL-u ustosunkowani, a po drugie, jechali na Zachód, gdzie otrzymywali wszelaką pomoc. Wielu Polaków zamkniętych za żelazną kurtyną, pozbawionych czasem nawet możliwości wyjazdu do Bułgarii, z miłą chęcią w podobnym kierunku zagłosowałoby nogami. Patrzono na nich z zazdrością. Nie pamiętam już, czy to Szpotański opisywał, że dochodziło do przypadków (jak później przy kolejnych alijach w ZSRS) podszywania się pod Żydów na lewe papiery, aby móc opuścić komunistyczny raj.

        Słowem, o ile cała akcja była nieprzyjemna, to Żydom żadna wielka krzywda się nie działa – w porównaniu do losu polskich patriotów w PRL, którzy również za sprawą udziału Żydów w ich prześladowaniach, lądowali na 6 stopach pod ziemią albo uprawiali „turystykę pieszą” w polarnych rejonach ZSRS, to betka.

        Tym bardziej że natolińczycy nie mścili się na puławianach, nie było pokazowych procesów etc. Pozbawiano ich polskiego obywatelstwa i na  świstku bezpaństwowym przekraczali granicę PRL. Niektórzy z nich, zwłaszcza młodzi, bardzo szybko byli w Warszawie z powrotem z wizytą – już na nowych zagranicznych papierach. PRL ich wpuszczał bez problemu. 

        Tu dochodzimy do kluczowego problemu dla zrozumienia polskiej transformacji, otóż puławianie nie wyparowali z PZPR, wielu z nich zostało, wiele ich dzieci zostało. Ci zaś, którzy wyjechali, często byli „na kontakcie” wywiadów „wolnego świata”. W naturalny sposób zasilili, jeśli nie osobiście, to informacjami, Aman i Mosad, no a przede wszystkim CIA. Jakże można było przepuścić taką gratkę jak tabuny rozczarowanych partią byłych członków komunistycznego aparatu państwowego i wojska.

        To było wywiadowcze żerowisko. Ci ludzie znali ludzi PRL-u, znali ich charakterystyki osobowe, słabości, mieli z nimi kontakty towarzyskie. Nie ma nic cenniejszego dla tradycyjnej pracy wywiadowczej. 

        To między innymi dzięki nim wywiad Zachodu miał dostęp do aparatu władzy w PRL – coś, czego tradycyjne kontakty zimnowojenne z „narodowymi” Polakami i emigrantami nie gwarantowały. To dzięki nim mógł wybierać komunistyczną „młodzież” do pozyskania na zasadzie agentów wpływu.

        Stany Zjednoczone wygrały ze Związkiem Sowieckim zimną wojnę nie tylko przez zwycięstwo w wyścigu technologicznym i zaduszenie komunistycznych etatystycznych gospodarek obciążeniami przemysłu zbrojeniowego; wygrały ją poprzez umiejętne skorumpowanie młodego aparatu partyjnego i wojskowego – roztoczenie przed nim wizji dołączenia do finansowej i politycznej elity świata. W przekazywaniu tej oferty olbrzymią rolę odegrali towarzysze katapultowani z PRL-u w następstwie „wydarzeń marcowych”.

        Zresztą, gdyby tak alegorycznie podchodzić do opisu polskiej „transformacji ustrojowej”, to śmiało można powiedzieć, że została ona przygotowana przez posiadających rozległe kontakty puławian, którzy złożyli pogrobowcom natolińczyków ofertę nie do odrzucenia. Oferta ta pozwoliła na zagarnięcie całych kęsów polskiego majątku publicznego w nimbie prywatyzacji. Udana (dla aparatu wojskowo-administracyjnego) transformacja w PRL była „oknem wystawowym” i przykładem dla ludzi władzy ZSRS. „Plan Balcerowicza” – pokazywał im, popatrzcie, wy też możecie to mieć na własność... No bo przecież jakże to przystoi, by wysocy rangą przedstawiciele elity komunistycznej władzy mieli majętność na poziomie byle jakiego amerykańskiego dentysty? No nie godzi się tak. I taki był początek „spółdzielczych” fortun Gudzowatych, Walterów czy Kulczyków.

        Marcowa emigracja miała poważny wpływ w podjętej przez służby próbie rozsadzenia komunizmu od środka. Próba się udała, złożona oferta korupcyjna okazała się skuteczniejsza od pershingów i tomahawków. Pozwoliła również na kontrolowany demontaż sowieckiego molocha, przez co jego upadek nie wywołał perturbacji w rodzaju masowej proliferacji broni atomowej, technologii kosmicznych etc. 

        Bo przecież, jak to wielokrotnie nam powtarza Stanisław Michalkiewicz, nie ma takiej bramy na świecie, przez którą nie przejdzie osioł obładowany złotem. I Marzec ‘68 był  jedną z tych bram.

        Na koniec zaś warto sobie uświadomić, że „puławianie” i „natolińczycy” nadal są w świecie wielkiej polityki – w Polsce może jest to mniej widoczne, ale w Rosji, po krótkiej „smucie” rządów „puławian”, narodowa frakcja KGB, czyli tamtejsi „natolińczycy”, utorowała drogę do władzy sprawnej ekipie Putina, Szojgu i Ławrowa. Świat się kręci...

Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany sobota, 03 marzec 2018 07:40
piątek, 02 marzec 2018 07:48

Niemcy lubią swoją kartoflankę

Napisane przez

Ratajewska        Na obiad kartoflanka, niemiecka kartoflanka. Nie odcedza się od ziemniaków wody, gniecie się je, dodaje trochę mrożonego pokrojonego pora, trochę masła, śmietanki i łyżeczkę bulionu ze słoika. 

        Niemki mają łatwą kuchnię, i w gotowaniu, i w sprzątaniu po obiedzie. Zaproponowałam dzisiaj, że zamiast bulionu podsmażę cebulę, ale pani się oburzyła na takie traktowanie kartoflanki. Zamilkłam więc, zła na siebie za tę niepotrzebną propozycję, ale po obiedzie opowiedziałam jej, jakie ja zupy robię, np. ogórkowa z ukiszonych ogórków. Tu pani się skrzywiła, jak można coś takiego jeść. Dodajemy do niej warzywa i ziemniaki, i śmietanę kwaśną – dodałam szybko, ale to już pani nie obchodziło. Robię też pomidorową, dodaję warzywa i ryż. Ryż? – pani zdziwiona. Albo taki krupnik – na kaszy jęczmiennej, grzyba wrzucam suszonego, a wcześniej namoczonego, dużo warzyw i ziół. Jem na obiad i czasem na kolację. 

        – Kto gotuje mojej mamie, gdy ja tu jestem? – Mój mąż, on lubi gotować –  odpowiadam. – O której moja mama wstaje? Odpowiadam, że śpi, ile chce. Czasami wstaje o 8. rano, czasami o 11. Czasami ma ciekawy program telewizyjny i on jest ważniejszy od jedzenia. 

 Przed chwilą, w czasie kolacji, opowiadałam pani starszej niemieckiej, której brakuje tlenu, opowiadałam jej o rodzinie niemieckiej, u której miało być dobrze, a nie było dobrze. Byłam u niej kilka lat temu jako opieka całodobowa. Rodzice – starsi ludzie, sprzedali dom w Berlinie i przeprowadzili się do miasta na zachodzie Niemiec. Kupili tam trzy mieszkania w sąsiedztwie – jedno dla nich na parterze i dwa dla dwóch córek z rodzinami swoimi. Zamieszkali więc blisko siebie. Jednak między tymi córkami wywiązała się wrogość, a chodziło o niesprawiedliwie podzielony majątek po rodzicach. Koniec końców, jedna z córek przestała rodziców odwiedzać i im pomagać, a mieszkała piętro wyżej. Rodzice o wszystkim pomyśleli. Mieszkanie ich było dostosowane do ludzi starszych, było bez progów. Niedaleko park, kościół, przystanek autobusowy, market i przychodnia. Nie pomyśleli jednaj o równym podziale majątku. Biedniejszej dali więcej, bogatszej mniej. 

        Byłam chora, cztery dni chora i w robocie. Co prawda, do pracy nie musiałam dojeżdżać,  bo jestem wciąż w pracy, bo nocuję w pracy, bo moją pracą jest dom pani starszej niemieckiej, więc niemiecki dom, tym razem na zachodzie Niemiec. 

        Mam nadzieję, że nie zarażę po powrocie do domu w Polsce mojej rodziny. Żyliśmy sobie bez chorób i nawet katarów i gdybym wiedziała, że podłapię grypę, tobym nie wyjeżdżała. Nie było pilnego powodu, tylko że nadarzyła się okoliczność krótkiej pracy, bo dwutygodniowej. To wystarczy nam na razie, trochę zasili domowy budżet.

        Dodatkowo, nie wiem, czy to grypa, czy przeziębienie było, czy może pani starszej choroba, którą ma od dwóch lat i musi być wciąż na tlenie. 

        Popijam herbatkę na przeziębienie, taką specjalną, i siedzę w pościeli. Jestem na górze domu, nikt mi tu nie wejdzie. 

        Następnego dnia. Wydaje mi się, że jestem tu wieczność, a przynajmniej dwa miesiące, tymczasem jest to dopiero 12 stycznia. Dzisiaj zauważyłam błąd na kartce, którą zostawiła mi opiekunka, która tutaj jest na stałe i zmienia się ze swoją siostrą. Pierwsza uwaga to taka, że powinna wyszczególnić mi leki, które pani starszej trzeba dawać – ważna jest także godzina. Ona mi wszystko napisała na jednej kartce, leki między krojeniem jabłka i cebuli i sprzątaniem itd. Ominęła dawkowanie jednego leku, wieczorem. Pani starsza się czasem upominała się o ten lek, myślałam, że po prostu potrzebuje go tego dnia. Dzisiaj się dogadałyśmy i muszę napisać porządnie, na osobnej kartce, jaki lek i kiedy ona bierze. Dzisiaj mnie taka głupota spotkała – bo tak muszę napisać. Pani ma leków dużo, różne wziewne inhalacje, a do tego tabletki. Są one ważne, inaczej kaszle, bo ona ma chyba ze trzy choroby, w tym jedna istotna – chroniczne zapalenie oskrzeli, podobno niezaraźliwe – o tym zapewnił jej syn. 

        W tamtym roku pani starsza upadła przez kota, który kręcił się jej pod nogami, i kot nie jest już teraz wpuszczany do domu. Druga jego zima naokoło domu. Niby w garażu ma swój kocyk, ale tam zimno. Chodzę tam dawać mu dwa razy dziennie jeść z puszki. Nie wygląda on zdrowo, a domaga się głaskania. 

        Dzisiaj nie mam chyba wolnego, ale jutro mam, więc zamienię zioła, które kupiłam. Chciałam Gingko, a kupiłam Gingko z dodatkami. Jutro późnym wieczorem przyjeżdża busik i przywozi nową opiekunkę, a bierze mnie, z moim kufrem, i zawozi mnie do domu. Boję się tej jazdy, jak zawsze. Żeby tylko nie było ślisko i żeby śnieg nie padał. W tę stronę, gdy jechałam, było prawie wiosennie. Jazda taka trwa ponad 12 godzin, bo jedzie się zygzakiem, od domu do domu. Moja znajoma mówiła, że jechała przez Polskę w ten sposób 24 godziny. Ona zawsze jeździła tylko busikiem, bo kupowała w Niemczech różne pachnidła – pachnące płyny czy proszki do prania. W Polsce woda jest twardsza, musiała ona więcej dodać takiego płynu, potem wietrzyła te uprane ciuchy przez dwa tygodnie, bo za mocno pachniały.

        Kot złapał mysz, pochwalił się nam nią, ale tylko ja go podziwiam. 

        Jutro stąd wyjeżdżam. Kupiłam trochę ziołowych tabletek. Myślę, jak wszystko spakować, bo kupiłam też orzechy włoskie, batony marcepanowe w kształcie jajek wielkanocnych, orzechy laskowe – dla tych domowników moich, którzy nie lubią włoskich. Kilka czekolad i to wszystko. 

        Oby ta druga przyjechała mnie zmienić, oby szczęśliwie tutaj dojechała, bo ja już chcę do domu. 

        Jutro będę sprzątać, pakować się, czekać i myśleć. Ostatni dzień tutaj, a noc w podróży. Jutro już nie będę miała czasu pisać, więc kończę i wysyłam. 

        Mama moja też napisała tekst, ale bardzo smutny. Luty kojarzy jej się zawsze z rozstrzelanym na Pawiaku bratem, młodym chłopakiem, za młodym. Mama rozmyśla, co by było gdyby… Może on by przeżył, gdyby nie to i gdyby nie tamto. Mama nadal nie pogodziła się z jego śmiercią, chociaż od wojny minęło już tyyyle lat. Nigdy nie powiedziała swoim rodzicom o tym, że wie, że on nie żyje. Oni czekali na wiadomość od niego – jeszcze gdy ja byłam mała. Jak mama moja to znosiła? Powinna była im to powiedzieć, ale było to dla niej za trudne. Za to była sama, dźwigała tę prawdę o Januszku sama. To byłby mój wujek 

        Poniżej lutowy tekst mojej mamy, ona ma 95 lat. 

        Tytuł: Co by było gdyby?

        Mój brat i kilku jego kolegów AK-owców zostali aresztowani po zabójstwie Kutschery 2 lutego 1944 roku. Po dwóch tygodniach ich wyprowadzili z Pawiaka i rozstrzelali już nie w ulicznych egzekucjach, lecz podstępnie – w ruinach getta. 

        Po 64 latach najmłodsza moja córka przypadkowo natrafiła na nazwisko jednego z tej grupy w książce telefonicznej Warszawy. Okazało się, że tylko dwóch chłopców przeżyło aresztowania 1944 roku i egzekucje zakładników i powstańców. Ten wtedy 80-letni już kolega mego brata opowiedział mi, że nawet mieszkał trzy ulice dalej i często bywał w naszym mieszkaniu. Już teraz nie obowiązywały tajemnice wojskowe, więc włosy mi się jeżyły, słuchając jego opowieści. 

        W kilka lat później zadzwoniła do mnie kuzynka, którą ostatnio widziałam latem 1939 roku. Teraz już, jako 90-latki, rozmawiamy tylko przez telefon. Od Zosi dowiedziałam się po tylu latach, że 1 lutego 1944 roku w dniu zamachu na Kutscherę – Januszek przyszedł późno wieczorem na Solec. Prosił też ciocię Zosię, żeby pozwoliła mu przenocować. Niestety, ciotka odmówiła, obawiając się o bezpieczeństwo swojej rodziny. Januszek kilka kilometrów biegł na Czerniaków i zjawił się w domu już po godzinie policyjnej. 

        Już ciotka dawno nie żyje, ale myślę często, co by było, gdyby mój brat ocalał z aresztowania o świcie 2 lutego. Może walczyłby później w powstaniu i przeżył jak ci dwaj wspomniani koledzy. A może spotkałby go los Witka wziętego z domu kilka lat później. A może jeszcze gorszy los Jacka, który miał pracę nocną na kolei w dniu 1 lutego. Niestety, ujęty po paru miesiącach na ulicy i przewieziony na Szucha, nie wytrzymał tortur i zdradził. Kryjówkę Witka. Tutaj wycierpieć jeszcze musiał obelgi – wykrzykiwane przez szesnastoletnią narzeczoną Witka. Jak bolesne dla tego biednego dziewiętnastolatka były hańbiące słowa tej dziewczyny, że jest tchórzem i zdrajcą. Tymczasem i starszy spiskowcy nie wytrzymywali tortur gestapowców i zdradzali swych towarzyszy. Tylko Witek nie okazywał koledze potępienia, bo rozumiał sytuację. A może mój brat zginąłby w walkach powstańców na Woli i zostałby bestialsko zamordowany przez ukraińskie pułki „Rona” – wspólnie z Niemcami – razem z bezbronnymi mieszkańcami. A może zginąłby bezimiennie jak mój dwudziestodwuletni kuzyn Zbyszek i nigdy rodzina nie odnalazła po wojnie jego grobu w Warszawie. 

        Wiele lat łudziliśmy się nadzieją, że gdzieś żyje – bo nadzieja umiera ostatnia.

        To koniec tekstu mojej mamy. Widać z niego, jak ciężko było przeżyć wojnę w Warszawie. 

wandarat

Niemcy 27.02.2018

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 02 marzec 2018 07:41

Felieton of the week

Napisane przez

ostojan„Źle się dzieje 

w państwie duńskim” 

– Hamlet.

        Dzieje się obecnie w polityce „okołopolskiej”, oj, dzieje się! Dobrze to czy źle, rozważmy, bo to jest pytanie. Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Każdy medal ma wszak dwie strony. 

        Na pierwszy rzut oka sytuacja wygląda nie najlepiej. Otaczają nas nieżyczliwe państwa, których media przede wszystkim, ale i niektórzy politycy, okazują nam swoje nieprzyjazne wobec nas stanowisko. Nasza, pożal się Panie Boże, totalna opozycja (opozycyjka?) aż piszczy z uciechy i podskakuje! Polska ma wokół samych wrogów! Co ten PiS przez dwa lata narobił?! A przecież kiedy rządził „Rudy” i jego kamaryla, to od lewa do prawa, od wschodu do zachodu mieliśmy samych oddanych przyjaciół! Były szczere uśmiechy, uściski z Putinem, wspólne spacerki, pełna zgoda i współdziałanie. A że w całości na warunkach rosyjskich i pod ich dyktando? Potraktowanie tragedii smoleńskiej przez Rosjan pokazało, że o żadnym równoprawnym partnerstwie nie może być mowy. Ale była „przyjaźń i dobre stosunki”, które PiS śmiał popsuć! A umowy Pawlaka na rosyjskie dostawy gazu? Cymes! 

 Nie inaczej też było na Zachodzie. Niemcom nie sprawialiśmy kłopotów. Media nasze w rękach Axel-Springer? Proszę bardzo. Gazociąg z Rosji z pominięciem Polski OK, choć odcinający port w Szczecinie (zanurzenie statków). Upadek polskich stoczni, bo to konkurencja dla niemieckich. Obce koncerny, banki nad Wisłą. Jak można takiej Polski nie lubić? A tu od dwóch lat kraj nasz skutecznie odzyskuje swoją podmiotowość. To powoduje groźne pomruki też ze strony UE. A czyja to tuba – wiadomo! Nieloty – caracale z Francji nie przeszły. Oburzenie Paryża. Czy wrogość do Polski to coś nowego? Nie, to tylko wyraz zaskoczenia, że chcemy mieć swoje zdanie. Nie będziemy dalej wasalami poklepywanymi protekcjonalnie po plecach jako nagroda za dobre sprawowanie. 

        Każde państwo pilnuje swoich interesów, ale twierdzenie opozycji, że narobiliśmy sobie wrogów, to przesada. Że sąsiedzi nie lubią PiS-u, to prawda, ale przecież nigdy go, jako niedającego się podporządkować, nie lubili. Darcie szat przez opozycję to ciągle ta sama fałszywa, antypolska melodia przegranych targowiczan, lejących krokodyle łzy nie nad Polską, ale raczej nad swoją nieudolną nikczemnością. Dziwi tu raczej, że niektórzy prawicowi publicyści trochę się pogubili, sugerując, jakie to, na skutek twardej teraz postawy, Polska może ponieść straty. Może, ale czy poniesie? Oto jest pytanie. Biznes is biznes – jesteśmy zbyt dużym europejskim krajem, aby sobie tak można było pogrywać. Nie z nami takie numery! Z mocnym trzeba się liczyć bardziej niż z zawsze uległym. Nie stajemy zresztą do konkursu na miłych i ustępliwych. Jeżeli tu tracimy parę punktów, to zyskamy na respekcie, który się nam należy. Co, może nie?

***

        (...) Kto nie może się pogodzić z istnieniem samorządnej Polski niepoddającej się wpływom – bo taka zawsze przeszkadza w ekspansji? To oczywiście Moskwa, Berlin oraz amerykańskie lobby finansowe, mocno popierane przez Żydów, m.in. George’a Sorosa. Silna Polska w sercu Europy krzyżuje interesy tych do nas wrogo, nie od dzisiaj, nastawionych graczy. A silna Polska to dziś właśnie jedynie Polska PiS-u i zjednoczonej, świadomej swojej roli patriotycznej prawicy. Przy okazji to też „bicz Boży” na lewaków. Nic dziwnego, że szukają oni jakichkolwiek argumentów (bardziej użyteczny jest oklepany zarzut antysemityzmu), prawdziwych czy wydumanych, aby kraj nasz politycznie dezawuować i osłabiać. Media są wszędzie prawie zdecydowanie lewackie, więc trąbią na alarm o rzekomym braku demokracji w Polsce. Kto chce, niech wierzy, albo przynajmniej cynicznie udaje obrońcę „wartości europejskich”. Cokolwiek by to znaczyło i jakie by one były. To naprawdę jest zaś po prostu brutalna gra interesów, dla ośrodków bardzo przecież różnych. Nie ulega wątpliwości, że ktoś tę kampanię przeciwko Polsce też dyskretnie dotuje. Bo wbrew pozorom naszym przeciwnikom wszak nie o ideały – na które się powołują – chodzi. 

        W tych cynicznych i zdradzieckich przepychankach jest pewien nieoczekiwany rys humorystyczny. Zwolennicy tego, co było, sądzili, że media to będą na zawsze ich zabawki. A nagle ktoś inny wszedł do piaskownicy! Wołają o demokrację – to ją mają! I niech teraz nie płaczą. Prawica popiera pluralizm, bo to pozwala obiektywniej oceniać sytuację. Unikać samozadowolenia PO/PSL. „To be or not to be” – być albo nie być – twardym (ale uczciwym) graczem na międzynarodowej arenie – bo Moskwa, Berlin, Paryż, a nawet ta „bezstronna” Unia Europejska – są zainteresowane utrzymaniem Polski w zależności gospodarczej i politycznej. Rosja szczególnie chce wygrywać swoje, jak zawsze imperialne interesy, którym służą dobrze rozdźwięki w UE. Chętnie więc macza ręce w Brexit, Katalonię, udzielając też po cichu finansowego poparcia np. Ruchowi Autonomii Śląska.

        Notabene RAŚ był pieszczony czule przez PO/PSL. Co ma do tego rozdmuchiwanie przez TVN tego „pikniku” w lasku śląskim z okazji urodzin Hitlera? Data tej publikacji, jak i data obchodów „Heil Hitler” do niczego nie pasowały. Skąd przyszedł rozkaz, aby to – ni przypiął, ni wypiął – puścić w lutym, skoro TVN dysponowała tym materiałem od miesięcy? Że przyszedł rozkaz, nie ulega wątpliwości, ale z Zachodu, czy też bliskiego – lub „dalekiego” izraelskiego Wschodu? 

        Mamy klasyczny syndrom oblężonej twierdzy, bo wzmocniony poczuciem, że wewnątrz murów kryją się zdrajcy, którzy gdyby nie to, że mają za krótkie rączki, otworzyliby wrogom bramy. Spodziewając się of course nagrody. Gdyby byli mądrzy (a nie są), to przynajmniej nie z takim rozgłosem by działali. Paradoks – chcą szkodzić, pomagają w zwieraniu szeregów obrońców. Wróg jawny jest mniej niebezpieczny od utajnionego, sprytniejszego. Ale to nie oni, skamlący pod niebiosa zbyt głośno i otwarcie.

***

        Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem PiS. Nie widzę żadnej przyczyny, dla której miałbym popierać nieudaczników, którzy już sobie przez osiem lat – olaboga – porządzili („tak, popełnialiśmy błędy”). Niemniej jednak chociaż uważa się, na ten przykład, że bracia Kaczyńscy to jedno, ja wyżej cenię Jarosława. Śp. Lech zasługuje też na uznanie, ale chyba w swojej politycznej działalności popełnił błędy. Oczywiście jesteśmy o dekady mądrzejsi i łatwo pewne sprawy obecnie krytykować. No bo kto wtedy wiedział? Dobry polityk musi jednak umieć lepiej przewidywać. Lech Kaczyński brał udział w obradach z „komuną” w Magdalence. Taż jest uznawana za porażkę spowodowaną nadmiernymi ustępstwami na rzecz Wojtka i Czesia – kacyków, których fotele mocno się już chwiały. Oni o tym wiedzieli, udając tylko, że mają mocną kartę – jak w pokerze. Na diabła potrzebny był nam prezydent Jaruzelski? Wróg własnego narodu. Chociaż z drugiej strony – czy Wałęsa grający w ping-ponga z Wachowskim zwanym kapciowym – byłby lepszy? Okazało się wkrótce, że chyba też nie. Na Lecha Kaczyńskiego było jeszcze niestety za wcześnie. W Magdalence władzą podzielili się „moskwiczanie” z tą częścią opozycji, która bała się zbyt radykalnych zmian. A może ich też nie chciała. Mazowiecki, katolik, przez lata dobrze współpracował z władzami PRL (np. proces biskupa kieleckiego). Geremek to stary PZPR-owiec wysokiego niegdyś szczebla. Znalazł się w opozycji nie dlatego, że zmienił poglądy, ale dlatego, że jako Żyda, go z partii pogoniono. O Wałęsie jako współpracowniku UB mówili Gwiazda i Walentynowicz. A Kaczyński zbyt długo obdarzał go kredytem (bez pokrycia) zaufania. Potem już u władzy popierał też oligarchiczno-banderowską Ukrainę. Z drobniejszych spraw – wstrzymał ekshumację w Jedwabnem. A w wojnie propagandowej, dziś potwierdzenie ilu było zabitych Żydów i czy ewentualnie mieli kulki w głowach pozwoliłoby np. obniżyć pozycję na Zachodzie hochsztaplera Grossa i odebrać mu może polskie odznaczenie. Dawał się też śp. Lech Kaczyński ogrywać politycznie mistrzowi intryg (bo nic innego nie robił) Tuskowi. To miało swój tragiczny finał. Może uda się tego mistrza pustosłowia i intryganta pociągnąć kiedyś do odpowiedzialności? 

        Brat Jarosław jest chyba bardziej wyważony, mniej spontaniczny. O ile „postkomuna” PRL grała w pokera i wygrywała, choć asów w rękawie nie miała, tylko same blotki, to Prezes rozgrywa Tuska i innych z namysłem, raczej jak partię szachów. W nich trzeba czasem poświęcić ważną figurę (Macierewicz?) czy cofnąć się do defensywy (UE) i wzmocnić się przez przegrupowanie sił. Tego chyba nie rozumieją niestety mniej zdolni także prawicowi politycy. Głupotą była demonstracja narodowców pod Pałacem Prezydenckim: „Zdejm myckę”! Nie dopuszczono, na szczęście, do demonstracji pod ambasadą Izraela – a żydostwo i lewactwo tylko na to czekało! W Izraelu owszem, demonstrowano. Proszę! U nas nie ma antysemityzmu, a u was jest antypolonizm! Bo w demonstracji w Tel Awiwie używano głupio terminu „polskie obozy koncentracyjne” – czemu zaprzeczyła Angela Merkel. Skoro to jest nieprawdą (a kto rozsądny zaprzeczy?), to może co najmniej inne naciągane, jeśli nie kłamliwe są te żydowskie „prawdy”? Może to też łgarstwa?

***

        Zjełczał KOD, pogrążył go nie tylko Kijowski. O wojskowym trepie Mazgule też nie słychać. TVN się pieni, ale przekonuje tylko swoich i tak niewzruszenie zapiekle przekonanych. Z czarnych cipek, parasolek i wieszaków, w Internecie sobie łobuziaki dworują. Cóż więc zostało skoro i UE, i Merkel, widząc opór, wymiękli? Ano jest: „Władek musisz!”. Ostatnia w tobie nadzieja!!! Może to korzystny dla prawicy „męczennik” za sprawę? Stawia się ponad prawem i bredzi. Dostał prztyczka tylko, a za szarpanie się z policją powinien dostać okrągły mandacik. Jest przedsiębiorcą przewozowym. Ma z czego zapłacić. A czy się sam nie przewiezie na swojej bliskiej bruku i fikającej nogami nowej formie demonstracji ulicznych – w tym znacznie gorszym od stanu wojennego faszystowskim ustrojstwie – zobaczymy. Na razie się wygłupia. „Władek, czy musisz pajacować?” Sięgnąłeś bruku i kopiesz policyjne barierki. Na czworakach do władzy? Wieczny z ciebie opozycjonista. Są tacy. Nie, bo nie! Może nadaje się na kolejną ikonę tej chorej formacji? Kijowski miał chyba nieodpowiednie nazwisko. Kojarzył się z majdanem. Niektórzy myśleli nawet, że tak ma na imię. Gdyby nazywał się Brukselski, to byłaby inna sprawa. Mazguła też się jakoś tak z niezgułą kojarzy. Jagielski już zapuszkowany. A Frasyniuk jest tylko „zafrasowany”, że PiS zgubi Polskę. Choć tak naprawdę to gubi opozycję, która już całkiem znika za zakrętem. W kurzu...

***

        Kolejna miesięcznica tragedii smoleńskiej. Grupka frustratów, idiotów, pomyleńców, nieudaczników i zdrajców (niepotrzebne skreślić – ale chyba skreślać nie potrzeba?) pokrzykiwała: „Hańba, hańba!”. Przepraszam, że zapytam z głupia frant – gdzie ta hańba? Czy hańbą było, że zginęli? A może hańbą jest, iż patrioci polscy (a nie brukselscy), w tym rodziny, modlą się za ich dusze? Najbliżej hańby były bezwstydne intrygi polityczne Tuska i Komorowskiego. Rozdzielenie wizyty w Katyniu. Rozgrywka polskiego premiera z prezydentem przy pomocy Putina. Ale może to określenie po prostu najlepiej pasuje do tej nikczemnej grupki? To dobra nazwa dla nich! To ci, co sikali na znicze i układali puszki zimnego Lecha. Zboczeńcy są wśród nas. Ot, taki społeczny margines. Już nie wymachują konstytucją? A gdzie biełyje rozy? To wy jesteście hańbą postmagdalenkowej wypierdki?

***

        Reasumując – niech się patologiczna opozycja nie cieszy (?), że Polskę otaczają wrogie państwa. I to na skutek twardej, patriotycznej polityki PiS-u. „W polityce niet sentimentow” powiedział największy morderca w dziejach ludzkości – Stalin. I w tym ustępie miał rację. Wszyscy nasi sąsiedzi, gdyby mogli, toby Polskę rozdarli i wdeptali w ziemię. W 1939 roku, kiedy bracia Kaczyńscy jeszcze się nie bawili na Żoliborzu w piaskownicy, a nawet się jeszcze nie urodzili, Niemcy zabrali sobie dzięki kunktatorstwu Anglii i Francji – polskie ziemie aż do Bugu. Od tej rzeki na wschód „wyzwalali” nas czerwonoarmiści. Litwa zajęła Wileńszczyznę. Także Słowacja (!) poczuła imperialistyczne ciągotki i zagarnęła kilka przygranicznych polskich wiosek. Nawet tak oficjalnie sojusznicza Rumunia internowała polskie władze. Minister Beck zmarł tam w 1944 roku! Bo bali się Niemców. A dupę i tak skroili im Ruscy i z ich nadania mieli długo Ceausescu. Jedynie Węgry zachowały się wśród tych „przyjaciół” przyzwoicie. Polak, Węgier dwa bratanki. Żaden rząd, ani ich, ani nasz, nie może zresztą ustawić się przeciw bratankom, bo straciłby ładnych parę procent wyborców. Ale reszta? Ma określony, stały stosunek do Polski, a tylko czasem bardziej go ujawnia. Podlizywanie się tuskoludków nie pomoże. Tu potrzebna jest siła, którą PiS zapewnia.

        W 1944 roku węgierska armia wycofała się z Rosji. Byli sojusznikami Niemców w walce z bolszewizmem. Niemcy zaproponowali im, aby pomogli stłumić Powstanie Warszawskie, tak jak robili to własowcy i Ukraińcy Dirlewangera. Tę propozycję nie tylko Węgrzy odrzucili, ale jeszcze po cichu dostarczyli powstańcom sporo broni (jak poprzednio w 1920 roku). Przyjaciół poznaje się w biedzie. A wrogowie wtedy zrzucają maski. Więc niech patologiczna opozycja nie franzoli, że nagle „przyjaciele” na skutek polityki prawicy stali się nam niechętni. Zawsze tacy byli. A targowiczanie robią, co mogą, żeby tę niechęć podsycać. Dziwi mnie osobiście zajadłość, z jaką przeciwnicy obecnych, legalnie wybranych władz starają się z nimi walczyć na wszystkie możliwe sposoby. Władza przez, zdawałoby się, rozsądnych obywateli traktowana jest jak jacyś uzurpatorzy, najeźdźcy, dyktatura, „faszyści” itp. A przecież prawica chce dobra dla Polski. Nie tylko chce, ale skutecznie te dobre chęci realizuje. Przecież po dwóch latach są widoczne pozytywne rezultaty. Odnoszę to do przeciętnych, uczciwych obywateli, którzy nic nie stracili po roku 2015. Dotyczy to wielu prominentnych przedstawicieli tzw. elit. Czy np. publicystom ktoś zabrania mówić i pisać, wyrażać poglądy? Czy aktorzy nie mogą grać? Mniej zarabiającym, wielodzietnym rodzinom poziom życia się wyraźnie poprawił. To spory odsetek wspólnego społeczeństwa. Czy nie powinniśmy się z tego solidarnie cieszyć? Chyba że samozwańcze elity intelektualne, kulturalne (?), mają jakieś „klasowe” uprzedzenia w stosunku do tych, co obecnie mogą sobie pozwolić np. na wakacje nad morzem ze swoimi dziećmi. Nie powinni mieć takich możliwości? Bo srają Młynarskiej po wydmach? Feudalizm dawno odszedł. Przeciwnicy dobrej naprawdę zmiany wymachują konstytucją, a tam jest zapisana równość wszystkich nie tylko wobec prawa. Trzeba być przecież idiotą, żeby twierdzić, iż teraz jest gorzej niż w stanie wojennym (Frasyniuk)! Że to jest piramidalna bzdura, nikogo mającego trochę oleju w głowie, przekonywać nie trzeba. Chcieliby władzy ci pomyleńcy, po co? Żeby nas do tych poprzednich, podobnych do stanu wojennego, a więc lepszych warunków doprowadzić??? Trudno takich ludzi brać poważnie. A jednak znajdują poparcie, i to wśród wielu tych, którym żyje się dużo lepiej niż choćby osiem lat temu. A ciągle chcą, żeby było, jak było. Jak daleko wstecz?

        Ja ich nie rozumiem. I podkreślam, że to często ludzie znani mi bardzo dobrze od lat, uczciwi i, wydawałoby się, rozsądni. Nie należeli do PZPR, nie byli kapusiami, nie zajmowali wysokich stanowisk z nadania „pomagdalenkowego”, żadnych teraz powszechnie (nareszcie) rozliczanych afer na sumieniu też nie mają. Zaprawdę pojąć to trudno. I przecież źle Polsce jednak chyba nie życzą, a trzymają z tymi, którzy wszystko robią – od wewnątrz i na zewnątrz – żeby krajowi zaszkodzić. Tych rozumiem. Oni po prostu chcą z powrotem do koryta za każdą cenę. Ci szalbierze umieją mącić w głowach porządnym, ale rozbrajająco naiwnym ludziom.

***

        Wygłupy (na zamówienie) Ślązaków wskrzesicieli kultu Hitlera przypomniały mi historię jednego z kilku, też nieudanego, zamachów na Fuehrera III Rzeszy. Onże wielbiony przez durniów w lasku pod Wodzisławiem Śląskim, znienawidzony był przez licznych oficerów Wehrmachtu, którzy widzieli, że przez swoje dyletanctwo (a uważał się za genialnego stratega!) doprowadzi do przegrania już prawie wygranej przez Niemiec wojny. Hitler wizytował front wschodni (żeby tam zamieszać wbrew podstawowym zasadom strategii). Cóż, był tyko kapralem, a równocześnie wodzem naczelnym najpotężniejszej wówczas armii świata. Grupa generałów powiedziała – po niemiecku – enough is enough! Przygotowano dwie (dla pewności) bomby. Ukryto je w butelkach po koniaku. Hitler wracał samolotem. Jeden z generałów (front wschodni) poprosił pilota, aby zabrał te dwa „koniaki” dla jego przyjaciela, innego generała w Berlinie. Wybuch miał nastąpić w powietrzu nad rosyjskimi rozległymi stepami. Przyczynę katastrofy trudno by było ustalić. Może ruski ostrzał? Bomby jednak, choć dwie, zawiodły – niemiecka fuszerka, i samolot spokojnie (ze zrelaksowanym Hitlerem, bo „pomógł” armii) wylądował w Berlinie. Można sobie wyobrazić minę tego odbiorcy generała, który tę przesyłkę dla niego odbierał! Wiedział bowiem doskonale, co to za „koniaki”. Nigdy nie spodziewał się, że mogą mu być one rzeczywiście dostarczone. Bomby się jakoś znarowiły i „figlewki” w samolocie nie wybuchły. Ale stać się to mogło w każdej chwili! A musiał je odebrać spokojnie i z uśmiechem podziękować. Jak potoczyłaby się historia wojny bez dyletanckich zagrań Adolfa, trudno powiedzieć. Pokój z zachodnimi aliantami i kontynuowanie wojny z ZSRS? Wydaje się, że nie wyszlibyśmy na tym najlepiej. Ale że odbiorca przesyłki miał duszę na ramieniu, to pewne. Trudno, czytając o tym, się nie uśmiechnąć. Gestapo by sprawdziło, od kogo „koniaki” pochodziły. Byłyby czystki!

Ostojan

Toronto, luty 2018

        PS Zamiast żartu, którym lubię kończyć, historyjka autentyczna, też trochę do śmiechu. Oto czarnoskóra amerykańska dziennikarka i pisarka Rebecca Caroll, publicystka m.in. „Guardiana”, publicznie oskarżyła o rasizm gwiazdę amerykańskiego dziennikarstwa Charliego Rose’a, bo ten miał się dopuszczać molestowania seksualnego wyłącznie na białych kobietach. „Wiele moich koleżanek z pracy było napastowanych. Charlie pozwalał sobie na obłapianki i zastraszanie. Co ciekawe, żerował wyłącznie na białych kobietach, nigdy nawet nie zwrócił na mnie uwagi. Traktował jak egzotyczną anomalię”. Choć Caroll podkreśliła, że nigdy nie chciałaby być molestowana, to jednocześnie uznała, iż brak zainteresowania jej osobą to przejaw ksenofobii. Może to molestowanie sąd jeszcze by przełknął – ale rasizm?!

        Czy Patrick Brown, który w tym temacie zyskał bezcenną dla polityka rozpoznawalność, ba, popularność (a nie miał jej) – nie ma sobie nic do zarzucenia? Choć brown, jednak biały szowinista. Może powinien znaleźć jakąś młodą hebanową (ale cheba pełnoletnią?) piękność chętną do udziału w tym multikulti.

piątek, 02 marzec 2018 07:23

Dziobem w dziób

Napisane przez

ligeza        Człowiek bywa psem, a powinien bywać kotem. No tak. Spróbujcie wytresować kota i porównajcie z ludźmi utrzymywanymi w głupocie i tresowanymi do posłuszeństwa. 

        Takimi ludźmi zbudowanymi z telewizorów. Jak wypadają? Jak przez okno, wiadomo. Tyle, że na pytanie „jak leci?” wciąż odpowiadają „w porządku!”. Aż im coś w kręgosłupie nie gruchnie. Czy tam we w wątrobie. Niedouczeńce i tyle. A rozgadane to, ho-ho, tak-tak! Normalnie szkoda gadać. 

        Posadźmy na warsztacie Paulinę Młynarską: „W dorosłe życie wchodzą w Polsce kolejne pokolenia obywatelskich ignorantek i ignorantów podatnych na każdą manipulację”. Tak pisze pani Młynarska, i nie wie, jak bardzo w tym przypomina niejakiego Jourdaina: on nie miał pojęcia, że mówi prozą, a Młynarska nie wie, że pisze o sobie. Z tym dopowiedzeniem, że swoje wejście w dorosłość pani Paulina dawno już przeżarła. Czy tam, że ma już za sobą.