Goniec

Switch to desktop Register Login

michalkiewiczW naszym nieszczęśliwym kraju wydarzenia płyną dwoma nurtami.
    Jeden – widoczny w niezależnych mediach głównego nurtu, gdzie poprzebierani za dziennikarzy konfidenci tajnych służb uwijają się jak w ukropie, by dla "młodych, wykształconych, z wielkich miast" przygotować codziennie jakieś makagigi, dzięki któremu mogłoby im się wydawać, że trzymają rękę na pulsie wydarzeń i w ogóle – są świetnie zorientowani, co w trawie piszczy.
    Rzecz bowiem w tym, że "młodzi, wykształceni, z wielkich miast", stanowiący najgłupszą część naszego mniej wartościowego narodu tubylczego, mają pamięć dobrą, ale krótką, więc na niczym nie potrafią skoncentrować się dłużej, niż przez godzinę, a w porywach – przez dwie. To zresztą, mówiąc nawiasem, stało się przyczyną straszliwego nieporozumienia.


    Oto wielu ambitnym duszpasterzom wydawało się, że masowy udział "młodych" w żałobie po Janie Pawle II i ofiarach katastrofy smoleńskiej stanowi namacalny dowód, że oto wyrosło "pokolenie JP II" stanowiące jeśli nie "wiosnę Kościoła", to w każdym razie – pozytywne zjawisko. Tych "wiosen Kościoła" było już zresztą wiele, ale większość z nich, a może nawet i wszystkie, bardzo szybko rozpłynęły się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych. Inaczej zresztą być nie mogło – bo cóż dobrego może wyniknąć z sytuacji, w której książęta Kościoła, od których ludzie oczekiwaliby przywództwa moralnego, zaczynają jeden przez drugiego podlizywać się gówniarstwu?
    Tymczasem masowy udział w tych masowych imprezach nie dowodził absolutnie niczego, poza nawykiem "młodych, wykształconych" do imprezowania. Dzisiaj imprezujemy z okazji żałoby po Janie Pawle II, a jutro – z "Jurkiem" Owsiakiem, u którego można poćpać, pochłeptać piwka, po(g)ruchać i wreszcie – wytarzać się w błocie, a jak ktoś ma specjalne życzenie – to nawet w gównie.
    Na tym tle warto odnotować list niejakiego "Adama", jaki ukazał się w "Gazecie Wyborczej". Ponieważ list stanowi typowy leninowski instruktaż dla "młodych, wykształconych", o jego autorstwo podejrzewam samego świątobliwego Cadyka.
    Zresztą – mniejsza o to; Cadyk, czy nie Cadyk, przekonuje "młodych, wykształconych", że 1 sierpnia powinni pójść na występy Ludwiki Weroniki Ciccione na Stadion Narodowy, bo nie stanowi to żadnej kolizji z uszanowaniem rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
    Chodzi o to, że Ludwika Weronika Ciccione interesuje się kabałą, a zwłaszcza – powstaniem Judy Machabeusza przeciwko Seleucytom. Taki to ci cymes!
    List stanowi charakterystyczne tandetne pomieszanie patosu z ordynarną agitacją – więc chyba jednak Cadyk – nieprawdaż?
    Zatem jeden nurt wydarzeń wartko płynie korytem niezależnych mediów głównego nurtu, w których poprzebierani za dziennikarzy... – i tak dalej – zaś nurt drugi płynie sobie leniwie gdzieś za kulisami.
    Niechże jednak ten pozorny bezruch nas nie zmyli. To jest tak, jak z lodowcem; on niby wcale się nie porusza, ale w ten niedostrzegalny, geologiczny ruch zaangażowane są siły tak potężne, że zmieniają oblicze ziemi, wypiętrzając góry, żłobiąc doliny i tak dalej.
    Ten wartki nurt służy nurtowi leniwemu za kamuflaż, żeby nie tylko "młodzi, wykształceni", ale nawet bardziej spostrzegawczy od nich, jak najdłużej nie połapali się, co się szykuje. Więc kiedy tylko z nadania wojskowej razwiedki, która z jakichś powodów nie lubi "Szpaka" – chociaż ten dosłownie wyłazi ze skóry, żeby dowieść swojej lojalności i zgłasza się na ochotnika do "dorzynania watahy" – prezydentem naszego nieszczęśliwego kraju został Bronisław Komorowski, zaraz nie tylko do Sejmu trafiły nowelizacje przepisów o stanach nadzwyczajnych, ale i policja została wyposażona w urządzenia do obezwładniania ludzi utradźwiękami, mimo że tubylcze prawo nie przewidywało możliwości używania takich środków przymusu wobec suwerenów.


    Ale – jak zauważył w swoim czasie Franciszek Maria Arouet – "kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku". Toteż takimi głupstwami, jak prawo, nikt się nie przejmował, zwłaszcza że zakupom towarzyszyły pewnie jakieś "bonusy" – a zresztą Umiłowani Przywódcy wkrótce konwalidowali gaffę przy pomocy sprokurowanych naprędce pozorów legalności. Najwyraźniej razwiedka miała od swoich konfidentów sygnały, że wkrótce poziom wysokiego zadowolenia z tego całego premiera Tuska i jego komandy może spaść do poziomu krytycznego, a wtedy nie tylko trzeba będzie utrzymać suwerenów w ryzach, ale również, a właściwie nie "również", tylko przede wszystkim – zawczasu przygotować podmiankę, żeby suwerenom podsunąć pod nos gotowy zaród zbawienia w postaci nowego garnituru Umiłowanych Przywódców. To znaczy – niezupełnie nowego, bo skąd tu, a przede wszystkim – po co brać jakichś nowych Umiłowanych Przywódców, kiedy starzy nie tylko się sprawdzili, ale są całkowicie aż do bólu przewidywalni? Więc nowa będzie tylko konfiguracja, natomiast Umiłowani Przywódcy będą ci sami, co i 22 lata przedtem, kiedy to w naszym nieszczęśliwym kraju generał Kiszczak ze swymi konfidenty instalował kapitalizm kompradorski.


    Oczywiście na nowelizacjach przepisów o stanach nadzwyczajnych się nie skończyło. Przeciwnie – to był dopiero początek sekwencji przedsięwzięć, przy pomocy których soldateska zamierza przywrócić w naszym nieszczęśliwym kraju ulubiony zamordyzm.
    Zatem kiedy tylko siły wstecznictwa i reakcji ogłosiły zamiar odbycia Marszu Niepodległości, soldateska uznała, że oto nastręcza się wyjątkowa okazja do wykorzystania metody praktykowanej we wschodnich sztukach walki – by przeciwnika pokonać jego własną siłą. Z jakiegoś powodu nie doszło do ostentacyjnego przejęcia kierownictwa Marszu przez generała Petelickiego – chociaż zapowiadał swoją obecność – ale inne sprężyny zostały uruchomione, nie tylko w postaci trzeciego, a nawet już czwartego pokolenia ubeckich dynastii, zasilającego szeregi Nowej Lewicy, ale również – towarzyszy niemieckich z Antify.


    Wprawdzie pruska dyscyplina w ich wykonaniu pozostawiała nieco do życzenia, ale zasadniczo sprawili się dobrze, tym bardziej że patronat ideologiczny trafnie powierzono Blumsztajnu Sewerynu. Wszystko udało się znakomicie, łącznie z podpaleniem samochodu TVN – więc w tej sytuacji i prezydentu Komorowskiemu nie pozostawało nic innego, jak powinność swej służby zrozumieć i skierować do Sejmu nowelizację ustawy o zgromadzeniach, a tak naprawdę – o drastycznym organiczeniu swobody zgromadzeń.
    Najwyraźniej soldateska podziela pogląd, że wielu problemów można uniknąć, kiedy ludzie nie będą wychodzili z domów. Trudno jej się dziwić, kiedy obserwowaliśmy dokazywania bezbronnych cywilów w Tunezji, Egipcie czy Libii, a teraz – w Syrii, gdzie demokracja jeszcze nie może zwyciężyć. Gdyby tak i na ulicach naszych miast pojawili się bezbronni cywile, to okupacja naszego nieszczęśliwego kraju okazałaby się znacznie trudniejsza, a korzyści – problematyczne. Kto wie, czy zawiedzeni strategiczni partnerzy nie rozpędziliby tych wszystkich generałów na cztery wiatry – a wtedy co? Wydłubywać kit z okien? Z dwojga złego już lepiej, żeby suwerenowie nie wychodzili z domów.
    Toteż Umiłowani Przywódcy w Sejmie w podskokach ustawę przyklepali – i kiedy wydawało się, że sprawa jest już ostatecznie załatwiona, nagle pojawiły się jakieś wątpliwości w Senacie. To znaczy marszałek Borusewicz jest oczywiście za ustawą; niechby spróbował być przeciw, to zaraz by mu przypomniano, skąd wyrastają mu nogi – ale zaprostestowało aż 167 organizacji, a wśród nich Helsińska Fundacja Praw Człowieka – na co dzień kolaborująca z wiedeńską Agencją Praw Podstawowych, czyli paneuropejskim gestapo, szpiegującym mniej wartościowe narody, czy nie pogrążają się w sprośnych błędach Niebu obrzydłych.


    W tej sytuacji zaprotestowali też bohaterowie opozycji demokratycznej w osobach Labudy Barbary, Bujaka Zbigniewa, Frasyniuka Władysława i Krzywonos Henryki. Zwłaszcza udział tej ostatniej wskazuje, że wystąpił jakiś brak koordynacji, bo Krzywonos Henryka została wylansowana ("a potem lansował mnie przez dwie godziny") na "legendę Solidarności" stosunkowo całkiem niedawno i w okolicznościach wskazujących na różne wzruszające wątpliwości.


    Czy te wątpliwości, jakie pojawiły się w Senacie, są odpryskiem przepychanek w związku ze zmianą osób uprawnionych do dojenia Rzeczypospolitej w tak zwanym majestacie prawa – która może być zwiastunem jesiennej podmianki, czy też stanowią los ultimos podrigos wolnościowych sentymentów – przekonamy się już 25 albo 26 lipca podczas głosowania w Senacie – kiedy się wyjaśni, kto i za ile sprzedał wolnościowe sentymenta. Bo że sprzeda – to rzecz pewna tak samo, jak i to, że słynna "afera taśmowa" zakończy się wesołym oberkiem.
Stanisław Michalkiewicz
Warszawa

kumorAW czasach mojej młodości podział ideologiczno-filozoficzny był prosty; z jednej strony stali "komuniści/etatyści" wierzący w rozbudowane państwo obejmujące niemal wszystkie obszary życia społecznego i gospodarczego, państwo, które wychowywało nowego człowieka, dawało mu pracę, kształciło i – przynajmniej w założeniu – opiekowało się, czasami nawet zmieniając mu pieluchy.


Z drugiej strony biegł nurt neoliberalny, przetłumaczony na praktykę thatcheryzmu, reaganomiki; odwołujący się do fundamentalnych swobód ludzkich, które powinny być w minimalnym stopniu ograniczane przez umowę społeczną tworzącą państwo.
Słowem, wszystko powinniśmy byli sobie organizować we własnym zakresie; szkoły dla dzieci, ochronki dla sierot, pieniądz, banki... Państwo dawałoby nam wojsko zdolne bronić przed wrogiem zewnętrznym (niektórzy widzieli w państwie także emitenta pieniądza, choć inni postulowali pieniądz prywatny).


Tego rodzaju minimalne państwo było gwarantem wolności obywatelskich, bo to właśnie aparat przymusu państwowego najczęściej stanowił zagrożenie dla swobód obywateli, naginając do wytycznych płynących ze stolicy.
W ideologicznej koncepcji filozofii ekonomicznej Adama Smitha, działalność gospodarcza człowieka nie potrzebuje państwowych regulacji, ponieważ uzgadnia je niewidzialna ręka wolnego rynku.
Ta koncepcja wydawała mi się prosta i oczywista, zaraziłem się nią cały.
Człowiek powinien być wolny, odpowiedzialny za siebie, swoją rodzinę, swobodnie kształtujący wychowanie dzieci, decydujący o tym, czego się uczą i gdzie.


Sytuacja, w której władza, niezależnie od tego jakiej proweniencji –czy to demokracja, czy dyktatura, czy też monarchia – ma niewiele do gadania, człowiek żyje swobodny i spokojny, że nikt nie będzie go nękał, że nikt nie będzie odbierał mu owoców pracy.
Na tej neoliberalnej, wolnościowej koncepcji oparły się dziesiątki programów politycznych w wielu krajach Zachodu.
Wydawało się, że owa koncepcja, małego państwa, powszechnej prywatyzacji, deregulacji, to prosta recepta na sukces gospodarki i droga do nowego Jeruzalem – społeczeństw bogacących się w harmonii, bez przymusu.


Jak zwykle, chęci były dobre, ale wyszło zgoła odwrotnie. Neokonserwatyzm/neoliberalizm istniał tylko w szczytnych deklaracjach, a w praktyce zaś dominował trockistowski pęd do panświatowej rewolucji "demokratycznej"; aparat państwowy zamiast się kurczyć, był bezustannie rozbudowywany; instytucje państwa wzmacniane o kolejne uprawnienia, a wolność ludzka ograniczana morzem przepisów.
W krajach Zachodu – niezależnie od tego czy rządzili etatyści, czy liberałowie, nie przestawano karmić molocha.


Na dodatek wprowadzono na rynki nowe instrumenty finansowe, poza jakąkolwiek kontrolą. Policje powołane do strzeżenia ludzi przed oszustami bezsilnie patrzyły na fale dobrze zorganizowanego szabru. Piramidy finansowe zakładane pod różnymi szyldami doiły obywateli z efektów pracy.
Dzisiaj, w Kanadzie rządzi partia, której liderzy jeszcze nie tak dawno przyznawali się publicznie do konserwatywnego nurtu, jednak jeśli popatrzeć na ich rządy, okaże się, że obejmowały one rozszerzenie interwencjonizmu państwa i masową ingerencję w gospodarkę – z pieniędzy podatników ratowano banki i wielkie korporacje, tłumacząc, że ich upadek wywoła katastrofę. Przepraszam, czy aby na pewno?
Jesteśmy dzisiaj świadkami nowatorskiego systemu finansowego stworzonego bez realnych fundamentów. Dotychczasowe teorie ekonomiczne tworzone w czasach prawdziwego pieniądza, nie nadają się do opisu tej sytuacji.


Milton Friedman, Ludwig von Mises, Friedrich Hayek, na których powoływali się konserwatywni politycy prawicy, dzisiaj łapaliby się za głowy.
Teoria ekonomiczna nie działa w oderwaniu od gleby podstawowych wartości określających zachowania ludzi – wyznaczających to, co pożądane i co godne potępienia. Nie można głosić liberalizmu gospodarczego, jednocześnie odnosząc się z pogardą dla podstawowych wartości Zachodu, szerząc rewolucje socjalne i oddając kulturę w pacht nowych bolszewików.
Gospodarka to tylko część ludzkich trosk; po to by dobrze funkcjonowała, potrzebny jest wspólny obyczaj oraz jeden mianownik wartości porządkujących świat.


Dzisiaj w świecie aksjologicznego chaosu, mówienie o wolnym rynku to śmiech na sali; dzisiaj, kiedy azjatycki imperializm wpisuje się w ideologię nowego globalizmu; kiedy przemiany demograficzne i kulturowe niszczą rodzinę, a wraz z nią tradycyjne więzy międzyludzkie, nie mamy czym tego opisywać.


Wolnego rynku nie da się stworzyć ex nihilo, wśród quasi-niewolników; wolny rynek się nie sprawdza, gdy nie ma rodzin, powszechnej edukacji, społeczeństwa uczącego odpowiedzialności i wychowującego ku wolności
Nie ma dobrej teorii ekonomicznej opisującej dzisiejszą sytuację finansową i gospodarczą. Wygląda na to, że nikt nie ma pomysłu na to, czym powstrzymać chaos; wygląda na to, że ten "porządek" musi runąć, by na gruzach można było odbudować nowy.
Jak będzie wyglądał? Być może jeszcze gorzej.


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 20 lipiec 2012 13:45

Kamień obrazy

Napisane przez

janszczepankiewiczFriedrich August von Hayek w głośnym eseju "Dlaczego nie jestem konserwatystą" stwierdza, że podstawową ułomnością doktryny konserwatywnej jest brak jakiegokolwiek pomysłu dotyczącego kształtu przyszłości. Dlatego też konserwatyzm zawsze był wleczony drogą, której sam nie wybierał, i stawiany w obliczu wymuszonej aktywnością przeciwników postawy defensywnej.


Jak można było przewidzieć, kolejny przyjazd Madonny starannie opatrzą swoim suportem zawsze niezawodni w tych sprawach – Obrońcy Wszystkich Możliwych Świętości. Tym razem mają ambicje rozreklamować popowy występ na Stadionie Narodowym w Warszawie, zbierając aż 100 tysięcy podpisów osób wybitnie przeciwnych, z których większość oczywiście nie skojarzy ani jednego przeboju 54-letniej dziś piosenkarki, podobnie jak nie wymieni tytułu żadnego standardu Presleya, Doorsów czy Manhattan Transfer.


Trzy lata temu w podobnej sytuacji z blisko 40-milionowego narodu, w którym 97 procent obywateli deklaruje wyznanie rzymskokatolickie, w nerwowy sposób zachowało się jedynie 25 tysięcy Polaków, a komercyjny koncert wyznaczony na dzień 15 sierpnia odbył się bez żadnych przeszkód. Madonna podskakiwała z dala od świętych przybytków dla ponad 80 tysięcy z gruntu zadowolonej publiczności, która po prostu chciała się dobrze zabawić, nie wnikając w jej marketingowe wygłupy. Protestujący nie zdołali zorganizować wtedy zapowiadanej w mediach demonstracji, ani też nie spróbowali nawet zagłuszyć jej występu, co od początku było do przewidzenia dla wszystkich jako tako zorientowanych w temacie.


Podobne suporty stały się niestety specjalnością naszych wyjątkowo mało rozgarniętych "tradycjonalistów", którzy nie przepuszczą żadnej okazji, żeby co nieco zawstydzić normalnych na umyśle Polaków i katolików, a niezawodnie dać wsparcie najbardziej agresywnym przedstawicielom rozmaitych mniejszości. Ci z kolei nad wszystko chcą zniszczyć wizerunek normalnie funkcjonującego narodu, a zamiast częstego uśmiechu politowania lub co najwyżej grymasu niesmaku przyprawić mu gębę jakiegoś "anty" lub "foba", bo im to na dziś psychologicznie i politycznie pasuje. W taki to przecież sposób nabuzowani "Ob-rońcy" zafundowali nam przy okazji swych histerycznych występów godnego siebie adwersarza, czyli – Ruch Poparcia Rozmaitego Be, gdzie osobiste kłopoty z własną wiarą i płcią przemycili w życie publiczne przeróżni deprawatorzy, odmieńcy oraz ateistyczne filuty. Co znamienne, obydwie skrajne postawy łączy szczególnie silne zainteresowanie sprawami religii i seksu, przy czym każdy możliwy do wypracowania konsensus prawny jawi im się z różnych co prawda powodów, ale tak samo w oczywisty sposób – nie do zniesienia.


Wracając do kolejnego przyjazdu Madonny, to przystępną, ale dobrze wykreowaną warstwę muzyczną zawsze pomagają jej promować skandale właśnie na tle seksualnym i religijnym. Obrzydliwość tego procederu jest oczywista, ale biznes w tak bezideowym wydaniu nie ma skrupułów i szuka jedynie ekonomicznych profitów. Skuteczność gwarantują mu właśnie poczciwcy robiący bez cienia refleksji za naganiających kasę "pożytecznych idiotów". Czasem uda się zatem ruszyć gawiedź nieco bluźnierczym tekstem, pokazać ciało lub pograć na bardzo prostych emocjach, np. ostatnio w Polsce związanych z datą 15 sierpnia, czy skierowanym ewidentnie do oponentów debilnym hasłem "Nie ma miejsca na dwie królowe w tym kraju".
To oczywisty absurd, ale gdyby na serio brać taką "rywalizację", to choć oburzeni "Obrońcy" przegrali wówczas spektakularnie swe harce – w rzeczywistym wymiarze Święto Maryjne uczciły tego dnia dziesiątki milionów Polaków, wśród których była też pewnie większość osób bawiących się na bemowskim lotnisku.


I po co to było się pchać na nie swoje rewiry, niemądrze pokazać twarz i robić za frajer dobrze nie lubianemu Be?
Najzabawniejszy jest fakt, że wielu "konserwatywnych" mędrków akurat w tym właśnie czasie co roku szykuje pomyje, żeby je wylać na głowy "romantycznych" Polaków, co to się dali uwikłać w kolejne głupie powstanie. Dziś szajba odbiła inaczej, bo jest temat ekstra.
Pewnie niewielu Polaków w ogóle interesuje zapowiadany w "rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego" plastikowy show wygimnastykowanej gwiazdy, bo też wycieczki ze szkół nie zaliczą stadionowego występu, a wszystko i tak musi odbyć się w granicach obowiązującego prawa. Kto jednak chce pooglądać ciągle "niegrzeczną" Madonnę oraz posłuchać piosenek (podobno tylko z playbacku) za niezłą kasę, niech sobie płaci i ma, bo przecież Stadion też musi na siebie jakoś zarobić. Publicznego zgorszenia raczej nie będzie, a obrażanie uczuć religijnych w drastycznej formie zapewne Madonna zostawi naszym rodzimym "gwiazdkom", zdesperowanym, by cudem jakimś zaistnieć, mimo że warsztatowo nie dorastają oryginałowi do pięt. Królowa Popu nie unika też innych muz, lecz głównie zajmuje się piosenkarstwem rozrywkowym i prawdziwe sukcesy święci w promocji swych nagrań, których sprzedała jak dotąd ponad 300 milionów. Madonna jest laureatką 7 Grammy, otrzymała 2 Złote Globy, 20 MTV i Video Music Awards, zaś w roku 2008 została wprowadzona do Rock and Roll Hall of Fame, co w jej przypadku akurat nie musi spotkać się ze zrozumieniem wszystkich zwolenników tego gatunku muzyki.


Jak widzimy, mamy tu do czynienia z postacią wiele znaczącą w światowym show biznesie, której twórczości nie można jednak traktować w oderwaniu od dość miałkiego gatunku, który ze znawstwem uprawia. Trudno jest zatem przeceniać jej znaczenie w rzeczywistym kształtowaniu postaw myślącej części młodego pokolenia, a już lokowanie tego rodzaju twórczości w kategoriach religii, ideologii czy polityki jest ewidentnym nadużyciem. Zanim się zacznie protestować, warto zatem cierpliwie poznawać mechanizmy funkcjonujące w polityce, sztuce czy biznesie, aby zrozumieć relacje charakteryzujące rozmaite dziadziny ludzkiej aktywności. Dobrze jest także potrafić coś wykreować, czy wreszcie dobrze samemu umieć zarobić, by później brać się za układanie przestrzeni publicznej już z jaką taką zręcznością.
Dla znakomitej większości Polaków tożsamość narodowa z oczywistych powodów pozostaje związana z preferencjami religijnymi. Jesteśmy krajem wyjątkowo wprost jednolitym pod obydwoma względami i tradycyjnie tolerancyjnym dla spokojnie zachowujących się mniejszości. "Obrońcy" mają jednak spore kłopoty z myśleniem politycznym, kiedy deklarują ochronę cywilizacji łacińskiej, czy też dotykają spraw własnego narodu, który z kolei na siłę chcą uszczęśliwiać. Z demokracją, wolnością, a także ekonomiczną trzeźwością rzadko kiedy jest im po drodze, toteż nie mogąc pozyskać ceniącego sobie umiar wyborcy, poprzestają na nieskutecznych już z założenia akcjach protestacyjnych.
Przed trzema laty żałosne próby zbojkotowania z jednej, a uhonorowania z drugiej strony przyjazdu Madonny skomentowałem tekstem pt. "Madonna Show, czyli wielkie przeżycia Zadupian", który poruszył sporo osób i spowodował nawet pewną polemikę. "Obrońcy" nie wyciągają jednak żadnych wniosków ze swych kolejnych klęsk, a bywa też intelektualnych kompromitacji, których powodów oraz istoty przy pielęgnowanym namiętnie oportunizmie nie są nawet w stanie zrozumieć.


Wspomniany na wstępie Hayek znajduje słabości zwolenników prostego (u nas wręcz prostackiego) konserwatyzmu, praktykowanego bez aktualizowanej wiedzy, akceptacji naturalnych różnic i wiary w zwycięstwo dobra, także w wymiarze ludzkim. Warto zatem zakończyć niniejsze rozważania słowami, które zawarł w swoim eseju, twierdząc, że typowy konserwatysta jest w istocie człowiekiem o niezwykle mocnych zasadach moralnych, cierpi jednak na brak jakichkolwiek zasad politycznych. Spogląda też w przyszłość bez wiary w spontaniczny potencjał przystosowawczy. Konserwatysta, podobnie jak socjalista, czuje się zatem upoważniony do narzucania innym swoich poglądów, także siłą, co czyni ich w tym względzie bardzo podobnymi do siebie.


Jan Szczepankiewicz
Kraków, 12 lipca 2012 r.

piątek, 20 lipiec 2012 13:34

Uzasadnienie racji grupowych

Napisane przez

ligezaWspółczesnej nauki nie powołali do życia gwiazdorzy oświecenia, tylko mnisi ukryci za klasztornymi murami Średniowiecza.
Podobnie etyka cywilizacji zachodnioeuropejskiej oraz oparte na niej kodyfikacje prawne nie biorą się z dwutlenku węgla wydychanego przez luminarzy kulturowego marksizmu, lecz wyrastają wprost z chrześcijaństwa. I nie są to prawdy w jakikolwiek sposób limitowane czy dostępne wyłącznie jednostkom wtajemniczonym. Wielu próbuje, ale nikt przed nikim ukryć ich nie jest w stanie. By takie prawdy z czeluści zapomnienia wydobyć, wystarczy lekko pochylić się nad ogólnie dostępnymi źródłami.


Z drugiej strony, są to prawdy nad wyraz kłopotliwe dla współczesnych animatorów jedynie słusznej rzeczywistości. Stąd stale przysłania się je medialnym szumem. Można powiedzieć, że media utrzymują bezrefleksyjnych odbiorców z daleka od zdroju wiedzy, zręcznie szatkując im mózgi na ciapanko z rozgotowanej brukselki (z pierwszorzędnym efektem!), a czynią to po to, ponieważ im człowiek głupszy, tym mniej rozumie z otaczającego go świata, a im mniej rozumie, tym łatwiej takiego ogłupiać i w ogłupieniu utrzymywać.
Pięć lat rządów


Co gorsza, media mainstreamowe stały się sługusami władzy. Dlatego medialna maszynka uciesznie pobrzękuje, nieustannie wypluwając z siebie pseudowydarzenia, a przy tym skrupulatnie i w złej woli pomijając fakty istotne.
Na przykład ten, że między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca, w porównaniu z rokiem 2011, średnia wartość płaconych przez obywateli podatków wzrosła o 10 procent. Albo pomijając okoliczności związane z dynamicznym rozwojem handlu koncesjami gazowymi (przyznane zezwolenia nie zawsze nakazują posiadaczom prowadzenie prac badawczych i wydobywczych, a zarazem nie zabraniają odsprzedaży koncesji. Proszę sobie przeliczyć poziom potencjalnych zysków, gdy koncesja kosztuje pół miliona polskich złotych, a można ją odsprzedać innemu podmiotowi za kilkanaście milionów dolarów). Albo inny przykład medialnego pominięcia: działalność polskich filii zagranicznych banków, ponoć na potęgę transferujących gotówkę do zachodnioeuropejskich central. I jeszcze jeden, tym razem z obszaru kultury narodowej: upadek instytucji z prawie dwustuletnią tradycją, to znaczy Zakładu Narodowego im. Ossolińskich (najstarsza polska oficyna wydawnicza działała nieprzerwanie od 1817 roku. Jak ktoś celnie skonstatował: Ossolineum "przetrwało Królestwo Kongresowe, Powstanie Listopadowe, Wiosnę Ludów, Powstanie Styczniowe, dwie wojny światowe, »wyzwolenie« przez Sowietów, 45 lat komunizmu w PRL, ale pięciu lat rządów swołoczy już nie dało rady przetrwać").

Potrzeba wolności
W efekcie setek i tysięcy podobnych zafałszowań, naród, i tak uwsteczniony intelektualnie, uwstecznia się do imentu, zaś nasi nadzorcy zacierają dłonie, licząc wyrywany głupcom "kesz". Nawiązując do sztandarowej obecnie kwestii "ekologicznej energetyki", Robert Gwiazdowski pisze: "Gdyby biedni mogli wybrać, czy płacić więcej, żeby się żarówka w domu paliła, czy mniej, woleliby płacić mniej. Ale na etapie walki o sprawiedliwość lud jest niewyrobiony (...) więc nie można pozwolić ludowi decydować. Dla dobra ludu oczywiście. Dlatego (...) lud będzie musiał zapłacić więcej za prąd, żeby inwestorom się opłacało inwestować w produkcję droższej energii niż tańszej".
Józef Darski ujmuje to samo poprzez następujące uogólnienie: "Społeczeństwo postkomunistyczne jest zdominowane przez pragnienie bezpieczeństwa i wynikające stąd tchórzostwo, czyli niezdolne do działania. Nie odczuwa potrzeby ani wolności, ani godności, gdyż nie wie co to w ogóle oznacza. Chce jedynie niewoli, która nie wymaga żadnego ryzyka i odwagi, oraz pragnie kłamstwa, które pozwala mu odrzucać rzeczywistość i zachować poczucie bezpieczeństwa".

Chronić wspólnotę
Wszystko są to sprawy dostatecznie znane i stąd bierze się wzmożenie obserwowane u nadzorców polskich umysłów, determinujące wrogie działania inicjowane co rusz przeciw nam. Stąd trud, byśmy przestali rozumieć, na czym polega jeden z fundamentalnych mechanizmów tworzenia i podtrzymywania więzi we wspólnocie, mianowicie umiejętność odróżniania "swoich" od "obcych".
Bo nasi wrogowie, polityczni czy kulturowi, ów mechanizm opanowali do perfekcji. Znają bezwzględną wartość wspólnotowego etnocentryzmu, czyli lokowania swojej grupy ponad innymi grupami, oraz uznawania obowiązujących w jej wnętrzu reguł za nadrzędne kryterium, niezbędne dla właściwej oceny świata i stosowne uzasadnienie grupowych racji. Doskonale pojmują, jaki potencjał ochronny drzemie we wspólnotowej ksenofobii. Wiedzą, że tylko ona może ochronić wspólnotę przed rozmyciem jej macierzystego kontekstu – w kontekstach cudzych i nieprzyjaznych.
My też powinniśmy te prawdy przyswoić. Im prędzej, tym lepiej – i dla naszej wspólnoty bezpieczniej.


Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zapraszam również tutaj: www.myslozbrodnik.blogspot.com


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 20 lipiec 2012 13:30

Wojna idzie

Napisał

kumorAStrzelanina, w której kilka dni temu w Scarborough zginęły dwie młode osoby, a 23 zostały ranne – jak można się było spodziewać – odgrzała dyskusję nad przestępczością i dostępem do broni palnej.
Tym bardziej, że kilka tygodni wcześniej strzelano się w biały dzień – chyba pierwszy raz w historii miasta – w turystycznym serduszku Toronto – Eaton Centre.


Nawet półgębkiem ktoś tam zaczął przebąkiwać, że te smutne wypadki występują przeważnie wśród murzyńskiej społeczności – no bo jak tak człowiek popatrzy na zdjęcia, to i ofiary (o ile tylko nie dostały rykoszetem), i sprawcy to czarni gangsterzy.
Może więc zanim zaczniemy ośmieszać się, debatując nad zakazem posiadania kul pistoletowych na terenie miasta, przeanalizujemy to, dlaczego akurat porachunki na pistolety są popularne wśród Murzynów.


Odpowiedź jest banalna, choć politycznie niepoprawna. Jeśli rozwaliło się rodzinę, jeśli zdekonstruowało tradycyjne wartości, jeśli kulturę masową, która na równi z ulicą wychowuje tych wszystkich młodych Murzynów, nasączyło się do poziomu roztworu nasyconego seksem, przemocą i uwielbieniem silnych gangsterów, no to teraz zbieramy żniwo.


Nie dziwię się inicjatywom w rodzaju Nation of Islam, które usiłują posklejać rodzinę, religię, dać Murzynom poczucie sensu i normalności.
Podobnie jak w przypadku Indian, cała ta sytuacja to wina białego człowieka, a raczej białych elit wychowanych na kontrkulturze końca lat 60., które to elity dzisiaj "robią państwo".
To właśnie te elity rozwaliły całkiem sensowny system oświatowy Kanady, reformując go od lat 70. na modłę "róbta co chceta" i innych polit-poprawnych wynaturzeń.


Przemycane z USA pistolety same nie strzelają; za cyngiel pociągają nastoletni Murzyni, zabijając własnych kolegów i koleżanki. Dlatego z serca życzę tej społeczności (i nam wszystkim) moralnego odrodzenia. Bo jeśli tak dalej pójdzie, to za jedno pokolenie będziemy się bali wjeżdżać do niektórych dzielnic, a osiedla mieszkaniowe drutowali zasiekami z drutu kolczastego.
To, czego dzisiaj jesteśmy świadkami w Toronto, to początek rozrywania tkanki społecznej. Wiadomo z innych przykładów, że jest ją później bardzo trudno zszyć. Dlatego dzisiaj nikt nie powinien chować głowy w piasek. W trosce o przyszłość naszych dzieci i wnuków.


•••
Afery, które "odkrywa się" w Polsce, w większości przypadków odpowiadają zapotrzebowaniu chwili. Podobnie jest z tą w PSL-u.
O tym, że spółki państwowe stanowią polityczne folwarki, gdzie wynagradza się swoich za zasługi, wiadomo od bardzo dawno. Takie rzeczy w Polsce przestały dziwić – wystarczy przyłożyć ucho, bo ludzie mówią o tym niemal otwartym tekstem. Zresztą to, kto weźmie co, stanowiło zawsze przedmiot targu w rozmowach kształtujących koalicje i układy polityczne. Polskie państwo tradycyjnie już szarpie się jak postaw sukna.
A raczej dawno już rozszarpało. Wiele więc świadczy o tym, że obecny "skandal" ma służyć "politycznej " odnowie obozu rządzącego, wymianie koalicjanta lub podobnym manewrom.
Polska jest przeżarta korupcją i biurokracją z góry do dołu. Jeśli ktoś tego nie dostrzega to dlatego, że nie chce. Choroby te wplecione są w rządzący układ polityczny, na zasadzie "wy nie ruszacie naszych, my nie ruszamy waszych".
Aby państwo mogło się sensownie rozwijać, taką czapę trzeba z niego zrzucić i do tego nie wystarczy w charakterze kozła ofiarnego rzucić na pożarcie kilku osób; do tego potrzebna jest sanacja państwa. Niestety, miałaby ona wymiar rewolucyjny. Zatem obóz rządzący najprawdopodobniej będzie się starał stworzyć wrażenie "rewolucji bez rewolucji", pokazując ludowi kilka chwytów – przy okazji pichcąc polityczne pieczenie.


•••
Po raz pierwszy od dłuższego czasu zatrzymały się ceny domów w Ontario. Jeden z ostatnich mechanizmów napędowych wzrostu gospodarczego zaczyna tracić parę w kotłach.
To właśnie nieruchomości pozwalają jeszcze rozruszać lokalny rynek pracy (ewentualnie surowce, ale te głównie poza Ontario). Gdy rosną ceny domów, ludzie biorą pod hipotekę pożyczki i wpuszczają nowy pieniądz w obieg, część decyduje się na remonty opłacane właśnie tym kredytem, co znowu daje innym pracę. Wygląda więc na to, iż ten mechanizm uznano za wyczerpany i teraz pora na przykręcanie kurka. Bezpiecznie i powoli, tak by nam wszystkim nie poleciało to na głowy.


•••
Zamach na Żydów w Burgas znajomy z Polski skomentował – "wojna idzie".
Zaraz bowiem okaże się, iż za terrorystami stoją tradycyjnie wraże siły. I trzeba będzie je zbombardować. Być może nawet w wypadku takim uzasadniony będzie współudział bułgarskiego lotnictwa, które nie tak dawno wraz z naszym ćwiczyło interoperacyjność nad gościnnymi pustyniami Bliskiego Wschodu.
Nie ma się co bać, ale na wszelki wypadek warto iść do spowiedzi...


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 20 lipiec 2012 13:26

OST FRONT z nr 29

Napisane przez

pruszynskiProsto z Białorusi
Kości zostały rzucone. Tak miał powiedzieć Juliusz Cezar, ruszając na podbój Galii, czyli obecnej Francji. W czwartek, 12 lipca, ruszyłem z Warszawy na Białoruś. Pojechałem najpierw pociągiem do Białegostoku, potem taksówką na skraj miasta, gdzie powiewając dwoma dwudolarówkami, zatrzymałem po trzech minutach samochód z Baranowicz wracający po sprzedaży w Białymstoku ropy i małych zakupach dla domu. Prowadził zawodowy kierowca jeżdżący na furgonetce rosyjskiej Gazella, co osiem dni jeździ do Polski, zarabiając na przewozie ropy gdzieś z 50 dolarów, i jak wszyscy podobnie jest zły, że Prezydent zezwala jedynie tutejszym samochodom jeździć nie częściej niż co osiem dni.


Nikt jeszcze nie obliczył, jaki jest bilans przyjazdu do Polski jednego białoruskiego auta. Wiadomo – przewozi ropę, dwie paczki papierosów, dwie półlitrówki wódki. Natomiast zawsze coś wywozi. Ci, co wywożą więcej, zwłaszcza telewizory, które są w Polsce tańsze, odbierają na granicy podatek VAT, ale śmiem twierdzić, że co najmniej połowa towarów jedzie na Białoruś bez zwrotu tego podatku.


Na granicy mieliśmy szczęście, bo wytłumaczyłem kolejno trzem wopistom, że wiozę dla Polaków tamtejszą prasę, w tym wypadku głównie tygodnik "Niedziela". Dostałem tego z 16 kg po pielgrzymce Radia Maryja w Częstochowie, oraz sporo "Przyjaciółki" i innych kolorowych pism. Dzięki uprzejmości wopistów przejechaliśmy koło 400-metrowej kolejki aut czekających na odprawę i wjechaliśmy już na sam teren kontroli. Ostatecznie pokonanie granicy zajęło z 70 minut. Było też szczęście po białoruskiej stronie, bo nie przeglądali nam maneli, gdzie jeszcze były dwa komputery, jeden dar pana Chestera Sawki z Chicago dla tutejszej szkoły polskiej, a drugi mój do roboty na miejscu.
Po 45 minutach jazdy mój kierowca podrzucił mnie do Wołkowyska, do pani Marii, u której już kilka lat temu biwakowałem, gdy próbowałem wtedy stanąć w wyborach do parlamentu Białorusi. Rozgościłem się, a pani Maria dała mi kolację i przekazała lokalne plotki: jedna zła wiadomość, że chłopak, który po polskiej miejscowej szkole dostał się na uniwersytet w Lublinie, miał wpadkę, przewożąc narkotyki do domu, i teraz będzie siedział ze cztery lata.


Następnego dnia przyjechała po mnie dyrektorka polskiej szkoły, zabrała jeden komputer, drugi przywiozę następnym razem, zawiozła mnie do pani Anny, prezeski zdelegalizowanego tutejszego oddziału Związku Polaków, gdzie zdeponowałem część prasy, oraz do zakładu Welmet, którego załoga może wystawić mnie jako kandydata w wyborach.


Mówiący po polsku i sympatyczny starosta był zajęty, więc złożyłem tylko kurtuazyjną wizytę szefowi powiatowej komisji wyborczej, który na wieść, że będę ubiegał się o mandat w jego okręgu wyborczym, powiedział dyplomatycznie, że każdy obywatel ma prawo stawać do wyborów.
Wołkowysk wygląda odświętnie, bo postawione siedem lat temu z okazji ogólnokrajowych dożynek ogrodzenia zostały odmalowane, a ulice czyste, ba, i na słupach są flagi zielone i czerwone, bo 14 lipca jest święto miasta, bowiem tego dnia po trzech dniach walki Niemcy opuścili miasteczko, które przez 60 lat się znacznie rozrosło i teraz ma dwa duże kościoły katolickie, gdzie msze są po polsku odprawiane. Ba, z Wołkowyska pochodzi kilkunastu księży.


Odwiedziłem też tutejszego aktywistę opozycji, który powitał mnie serdecznie, ale jak wielu stwierdził, że szanse na wygrane są nikłe, ale w każdym razie obiecał pomoc, bo w myśl tutejszej ordynacji muszę ewentualnie zgłosić 10 nazwisk ludzi, którzy dostaną zezwolenia na zbieranie dla mnie podpisów. Zebranie 1000 podpisów jest drugim warunkiem dostania się na listę kandydatów, a trzeci warunek to wystawienie człowieka przez jakąś zarejestrowaną partię.


Ostatnim krokiem było udanie się do proboszcza drugiego, dwa lata temu otworzonego kościoła. Przyjął mnie niechętnie, w ogóle nie chciał mówić ze mną, gdy dowiedział się, że będę kandydował, ale dość ostro powiedziałem mu, że składam wizyty wszystkim liczącym się ludziom miasta, czyli też lokalnemu kapłanowi prawosławnemu. Trochę się rozchmurzył, pokazał kościół, gdzie jeszcze jest sporo do zrobienia, bo ołtarze są prowizoryczne, i wylądowałem w jego jadalni przy kawie.


Okazało się, że proboszcz, absolwent seminarium z Grodna, sporą część kosztów kościoła pokrył, zbierając złom po okolicznych wioskach, ale miał też niekoniecznie miłe doświadczenia z Polski. Kilka miesięcy temu był na Jasnej Górze i poprosił, by przekazali mu jakieś intencje mszalne, czyli wsparli finansowo. Niestety, został niekoniecznie elegancko potraktowany, a przecież Jasna Góra ma moc pątników, którzy w kolejce stali np. niedawno podczas pielgrzymki Radia Maryja, by zamówić Msze Święte.


Następnego dnia o 11.00 rozpoczęła się pod miejscem pamięci, gdzie pali się stale ogień i są popiersia czterech z 125 krasnoarmiejców Orłowskiej Dywizji i tablica z mniej więcej 110 nazwiskami tych, co polegli przy wyzwoleniu miasta. Uroczystość zgromadziła z 500, w tym odświętnie ubranych lokalnych notabli, oficerów policji w białych koszulach, oficerów armii i straży pożarnej oraz zapędzonych na nią dzieci z miejskiej półkolonii. Orkiestra wojskowa z Baranowicz odegrała hymn Białorusi. Odczytał przemówienie prezes rady powiatu, podkreślając, jak w czasie niemieckiej okupacji walczyło sowieckie podziemie, oczywiście nie wspominając, że było tu też podziemie akowskie, znacznie od niego silniejsze. Dodał, że w tutejszym obozie zagłodzili Niemcy 22 tysiące czerwonoarmiejców oraz zginęło z 6 tysięcy mieszkańców, w tym – nie dodał – większość to byli Żydzi. Przemówił prezes weteranów i na koniec odczytała laurkę dziewczyna – prezes nowego komsomołu – o wyraźnie polskim nazwisku Baranowska. Po tym złożono liczne wieńce i kwiaty, a dalej zebrani udali się na główny plac miasta. Po drodze złożyli wianki na grobach "internacjonalistów", czyli rodaków, którzy ubrani w sowieckie mundury poszli walczyć w Afganistanie i tam polegli. Na głównym placu postawiono wielką zasłoniętą dachem scenę i rozpoczęły się występy miejscowych i przyjezdnych zespołów, w tym zespołu z Toligatti, czyli miasta pobudowanego, by produkować tu sowieckiego Fiata noszącego nazwisko byłego szefa włoskiej kompartii zmarłego ze 30 lat temu podczas urlopu w ZSRS.
Rozmawiałem z matką jednej z dziewcząt z tego zespołu i powiedziałem, że to skandal, by jakość ich samochodów przez 20 lat się nie poprawiła. U nas rządzi mafia i patrzą tylko na swe kieszenie, powiedziała ta pani, która z zespołem jechała tu aż dwie doby i, co gorsza, rodzice musieli sami pokryć koszty przyjazdu, bo Wołkowysk to miasto braterskie Toligatti.


Co ciekawe, większość ludzi na placu nie oglądała zespołów, a tylko różne kioski z jedzeniem, gdzie też były pod namiotami stoły, a najpopularniejsze były szaszłyki ze świniny sprzedawane na wagę. Kilogram 120 tys. rubli, czyli z 14 dolarów.
Było moc stoisk z towarami przemysłowymi. Niestety, oprócz jednego stoiska rzemieślnika ze Słonimia produkującego wyroby z drewna reszta to chiński chłam. Były też liczne atrakcje dla dzieci, jak zjeżdżanki z wypchanych powietrzem górek czy strzelnice, gdzie można było oddać ognia z wiatrówek. Była też jakaś delegacja z Polski z jakiejś miejscowości nieopodal granicy białoruskiej i zespół z tej miejscowości potem występował.
Oczywiście, gdzie tylko mogłem, przedstawiałem się i dodawałem, że będę kandydował na posła, ale na razie formalnej propagandy nie mogę prowadzić, a zasadniczo kampania zaczyna się dopiero15 lipca.


Po południu była druga seria występów, ale teren przed sceną był ogrodzony, by nań wejść, trzeba było przejść przez dość pobieżną kontrolę milicji, gdzie zawsze była jedna dama, która kontrolowała głównie damskie torebki.
Poza występami zespołu z Polski nie było żadnego miejscowego występu po polsku, choć był jeden występ, gdzie młodzian śpiewał jakąś popularną piosenkę po angielsku.


Po południu było zatrzęsienie dzieci z młodymi mamami ubranymi dość elegancko, tylko ja i jakichś dwóch młodzianów było w szortach.
W poniedziałek odbyłem urzędowe wizyty, u sympatycznego starosty, u przewodniczącego Komisji Wyborczej i dowiedziałem się, że okręg się nieco zmniejszył i obejmuje tylko rejon, czyli powiat Wołkowysk.


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk/Warszawa

piątek, 20 lipiec 2012 13:17

Kuracja przeczyszczająca PSL

Napisane przez

michalkiewicz"Gazeta Wyborcza" informuje, że po aferze z taśmami w obozie ludowców panuje "smutek i powaga". No a jak było przed aferą? Czyżby w obozie ludowców panowała radość i jajcarstwo?

Tego wykluczyć nie można; Melchior Wańkowicz wspomina, jak to jeszcze przed wojną, pewnego razu wszedł znienacka do gabinetu prezesa pewnego banku i zastał go na fikaniu koziołków na dywanie. Zaskoczonemu Wańkowiczowi prezes wyjaśnił, że gdyby i on pasał w młodości krowy, a teraz został prezesem takiego banku, to też z radości fikałby koziołki. Niestety, na tym świecie pełnym złości, wszystko co dobre, szybko się kończy. Oto na początku stycznia br. do prezesa Kółek i Organizacji Rolniczych Władysława Serafina przyszedł rozżalony Władysław Łukasik. Rozżalony, bo właśnie stracił alimenty związane z utratą posady prezesa Agencji Rynku Rolnego. W stanie tego rozgoryczenia zaczął opowiadać panu Serafinowi różne pikantne historie – głównie o sposobach dojenia przez ludowców Rzeczypospolitej za pośrednictwem różnych agencji i spółek Skarbu Państwa, jakich wiele działa w obszarze polskiej wsi i rolnictwa. Rozmowa ta była sekretnie nagrywana – czy to przez samego pana Serafina, czy też jakichś innych szatanów – dość że wyznania pana Łukasika zostały utrwalone na magnetofonowej taśmie. Jak pamiętamy, tę nową świecką tradycję zawdzięczamy panu redaktorowi Adamowi Michnikowi, który w identyczny sposób nagrał korupcyjną propozycję, z jaką przyszedł do niego Lew Rywin – i tak upowszechnił się między dżentelmenami ten obyczaj ("gość w dom – kamera w ruch") i trwa aż do dnia dzisiejszego.


Wprawdzie rozmowa miała miejsce w początkach stycznia – ale gazeta "Puls Biznesu" "dotarła" do nagrań dopiero teraz, to znaczy – w połowie lipca. To zresztą też nie jest pewne, bo taki na przykład poseł Palikot twierdzi, że rzecz była znana w Sejmie już "kilka miesięcy" temu – na co poseł Jan Bury odpowiada, że skoro poseł Palikot wiedział o wszystkim już "kilka miesięcy" temu, to dlaczego już wtedy nie zawiadamiał o tym niezależnej prokuratury? To dobre pytanie, które skłania do refleksji nad wyborem właściwego momentu nagłaśniania takich rewelacji. Czy, dajmy na to, "Puls Biznesu" też wiedział o nagraniach już "kilka miesięcy" temu? Jeśli tak – to dlaczego ogłosił to dopiero w połowie lipca? Pan Waldemar Pawlak, wicepremier, minister gospodarki i prezes PSL, zapewnił, że opublikowanie nagrania rozmowy pana Łukasika z panem Serafinem nie ma żadnego związku z jesiennym Kongresem PSL, na którym zdymisjonowany w następstwie "afery taśmowej" minister rolnictwa Marek Sawicki miał walczyć z Waldemarem Pawlakiem o fotel prezesa Stronnictwa. Skoro pan Pawlak twierdzi, że nie ma tu żadnych związków, to oczywiście nie wypada nam zaprzeczać, chociaż z drugiej strony, niepodobna nie zauważyć, że szanse zdymisjonowanego w następstwie "afery taśmowej" byłego już ministra rolnictwa Marka Sawickiego na zdobycie fotela prezesa PSL na jesiennym Kongresie stały się bardzo niewielkie, prawdę mówiąc – zerowe, więc jakiś związek jednak jest. Ale skoro pan Pawlak mówi, że nie o to chodziło, to w takim razie – o co? Dlaczego nagranie rozmowy opublikowano dopiero teraz, chociaż – jak twierdzi poseł Palikot – rzecz była publiczną tajemnicą już "kilka miesięcy" temu?


Jesteśmy w tej sprawie skazani na domysły – ale skoro już tak czy owak jesteśmy skazani, to nie żałujmy sobie – domyślajmy się śmiało! Ja na przykład zwracam uwagę, że ogłoszenie tych rewelacji przez "Puls Biznesu" nastąpiło dosłownie w dwa dni po rozpaczliwym apelu rządu premiera Tuska do drobnych akcjonariuszy, by nie sprzedawali akcji ruskim inwestorom i w ten sposób zablokowali próbę "wrogiego przejęcia" przez Rosjan Zakładów Azotowych w Tarnowie. Z rządowego apelu wynikało, że ruscy szachiści zaoferowali 47, czy nawet 48 złotych za akcję wartą tak naprawdę 10 złotych mniej. Charakterystyczne jest przy tym, że rząd nie zdecydował się na zaoferowanie drobnym akcjonariuszom, dajmy na to, 57 złotych za akcję, przebijając w ten sposób ruskich szachistów, tylko apelował do ich patriotyzmu. Czy nie oznacza to przypadkiem, że rząd premiera Tuska wyprztykał się z pieniędzy na koko koko euro spoko? Wszystko to być może – ale revenons a nos moutons, czyli do ruskich szachistów. Mogli oni poczuć się dotknięci takim obrotem sprawy i w ten oto sposób doszło do opublikowania rewelacji. Jak wy nam tak, to my wam tak! Jeśli jednak ruscy szachiści są w stanie potrząsnąć w ten prosty sposób tubylczym rządem, to znaczy, że podejrzenia, iż nasza młoda demokracja podszyta jest różnymi bezpieczniackimi watahami, przewerbowanymi i wysługującymi się poważnym państwom trzecim, nie są pozbawione podstaw. A kiedy uzmysłowimy sobie, że według posła Palikota, już "kilka miesięcy" temu wszyscy o wszystkim wiedzieli – ale żaden nie puścił pary z gęby, to widzimy, że i świadoma dyscyplina wśród naszych Umiłowanych Przywódców jest większa, niżby się na pierwszy rzut oka mogło wydawać. Czy wynika ona z pragnienia przestrzegania sławnej niepisanej zasady konstytuującej III Rzeczpospolitą: "my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych" – czy raczej z posłuszeństwa wobec oficerów prowadzących, czy z jednego i drugiego jednocześnie – oto pytanie. Jak tam jednak było, tak tam było – bo musimy wziąć pod uwagę przede wszystkim skutki afery. Jak dotąd, spowodowała ona nagłe zakończenie kariery pana Marka Sawickiego. Czy oznacza to, że na stanowisku prezesa Polskiego Stronnictwa Ludowego, które ma stuprocentową zdolność koalicyjną i z tej racji uczestniczy w charakterze języczka u wagi w prawie wszystkich rządach III Rzeczpospolitej, ruscy szachiści wolą sprawdzonego pana Waldemara Pawlaka? Wykluczyć tego z góry nie można, a w takim razie – "panie Waldku, pan się nie boi!". Pamiętamy tę inwokację ze słynnej "nocnej zmiany" w roku 1992, kiedy to pan Waldek na głos przepowiadał sobie harmonogram najbliższych posunięć politycznych rządu, którego miał zostać premierem: "czyszczę sobie MSW..." – i tak dalej. Nigdzie jednak nie jest powiedziane, że teraz też wszystko musi robić sam. Ruscy szachiści, kiedy tylko chcą, potrafią być bardzo uczynni – oczywiście nie za darmo, co to, to nie – ale tego – ile i w jakiej formie nasza biedna ojczyzna będzie musiała za tę kurację przeczyszczającą na tubylczej politycznej arenie zapłacić – dowiemy się znowu w stosownym momencie.


Oczywiście nie znaczy to, że na tubylczej politycznej scenie panoszą się wyłącznie ruscy szachiści. Co to, to nie – bo przecież nasi bezpieczniakowie jeszcze w drugiej połowie lat 80. poprzewerbowywali się i do innych państw poważnych. Dzięki temu lepiej rozumiemy, dlaczego nieszczęścia chodzą parami. Bo akurat teraz, kiedy w obozie ludowców i tak panuje "smutek i powaga", Trybunał Konstytucyjny orzekł definitywnie, że Polskie Stronnictwo Ludowe będzie jednak musiało zapłacić 20 mln złotych za jedną z dawniejszych kampanii wyborczych. Lepiej rozumiemy, dlaczego CBA właśnie "wkracza" do spółki "Elewarr", a nawet Komisja Europejska "żąda wyjaśnień". Siła złego na jednego – ale to niekoniecznie musi być naprawdę – bo pamiętajmy, że jeśli nawet "czas zmienić politykę rolną, to ludzi krzywdzić nam nie wolno" – przypominał Towarzysz Szmaciak. Zatem, kiedy tylko opadnie kurz wzniesiony poruszeniem Mocy, wszystko może zakończyć się wesołym oberkiem w ramach przemeblowania tubylczej politycznej sceny w myśl zasady, że trzeba wiele zmienić, by wszystko pozostało po staremu. Inaczej mówiąc – bezpieczniacy muszą przebudować tubylczą scenę polityczną w taki sposób, by ciągnąć korzyści z okupacji naszego nieszczęśliwego kraju co najmniej przez najbliższe 10 lat w sposób nie zwracający niczyjej uwagi, a zwłaszcza – nie zwracający uwagi "młodych, wykształconych", stanowiących najgłupszą część naszego mniej wartościowego narodu tubylczego.

piątek, 20 lipiec 2012 13:14

Archipelag polskości

Napisane przez

chojeckiProfesor Andrzej Zybertowicz z nadzwyczajnym zaangażowaniem stara się wyposażyć stronę patriotyczną w nowoczesne narzędzia walki społeczno-politycznej. Stworzył też ideę Archipelagu Polskości, który ma zbudować sieć kontaktów pomiędzy rozdrobnionymi środowiskami propaństwowymi, pokazać ich siłę i atrakcyjność oraz uzbroić w zdobycze współczesnej socjologii i psychologii. Z jakimi problemami muszą się jednak w Polsce liczyć reformatorzy? Opór władzy jest czymś oczywistym, ale czy to jedyny nasz problem?

Po pierwsze: gulasz
W swoim niedawnym wystąpieniu na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej radca polityczny Ambasady Węgier dr Imre Molnár przedstawił powód, dlaczego na Węgrzech w latach osiemdziesiątych nie doszło do żadnych buntów społeczeństwa. Komunizm Jánosa Kádára nazwano "gulaszowym". Stabilne, choć niewygórowane aspiracje bytowe społeczeństwa były spełnione – dobre zaopatrzenie w żywność, trabant, wartburg lub łada i możliwość wyjazdów na Zachód skutecznie pacyfikowały rewolucyjne nastroje. Epoka Tuskowska kieruje się podobną logiką. Dodatkowo ustawiczne kompromitowanie w mediach opozycji oraz ogrywanie jej na politycznym podwórku skutecznie pozbawia Polaków zdolnej do zmian warstwy przywódczej (na wypadek radykalizacji nastrojów władza posłuży się "zrywem kontrolowanym", po którym dojdzie do władzy nowa-stara ekipa). Kluczowym problemem Archipelagu Polskości może więc okazać się… brak Polaków zainteresowanych zmianą status quo. Sukces AP zależy w dużej mierze od jego masowości – tylko wtedy nabierze on cech atrakcyjności i przyciągnie do siebie niezdecydowanych. Z moich obserwacji wynika, że spora część osób zaangażowanych w działalność patriotyczną udziela się jednocześnie w kilku organizacjach czy środowiskach. Zbudowanie pomostów między tymi grupami może więc nie wpłynąć znacząco na zwiększenie ilościowego poparcia idei polskości.

Po drugie: charakter
Prof. Zybertowicz stawia tezę, że środowisku patriotycznemu brak znajomości metod odnoszenia sukcesu w sferze publicznej i umiejętności ich stosowania. Problem jednak, czy jest to brak podstawowy. Jeden z guru skuteczności w działaniu, Stephen R. Covey, zwraca jednak uwagę na pomijany obecnie fundament odnoszenia sukcesów:
Studiując literaturę sukcesu ostatnich 200 lat, dostrzegłem wstrząsający obraz, jaki się z niej wyłaniał. Sam mając bolesny problem i znając rozterki innych, coraz wyraźniej czułem, że większość z tego, co napisano na ten temat przez ostatnie 50 lat, należy uznać za powierzchowne. Było to wypełnione społeczną świadomością, technikami i środkami doraźnymi; na ostre problemy serwowano społeczne plastry i aspirynę, które choć czasem pomagają, nie rozwiązują kryjącego się za tym chronicznego problemu, który ropieje i od czasu do czasu daje o sobie znać.
Zgoła inaczej traktuje tę kwestię niemal cała literatura pierwszych 150 lat, uznająca za podstawę sukcesu coś, co nazwać by można etyką charakteru, a na co składają się takie wartości, jak: spójność wewnętrzna, pokora, wierność, umiar, odwaga, sprawiedliwość, cierpliwość, pracowitość, prostota, skromność i złota zasada (nakaz Jezusa: Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Mt 7,12 – przyp. PCh). (…) Etyka charakteru zakłada, że istnieją podstawowe zasady skutecznego działania i tylko ci osiągną prawdziwy sukces i trwałe szczęście, którzy je poznają i na ich podstawie zbudują swój charakter.
Jednak krótko po pierwszej wojnie światowej zasadniczy pogląd na sukces przesunął się od etyki charakteru w kierunku czegoś, co można nazwać etyką osobowości. Sukces stał się bardziej funkcją osobowości, prezentowanego na zewnątrz wizerunku, postawy i zachowania, umiejętności i technik, które "naoliwiają" stosunki międzyludzkie. (…) Jeśli odwoływano się do etyki charakteru, to na zasadzie frazesów, główny nacisk kładziono zaś na techniki wpływania na innych, strategię władzy, zdolność komunikacji i pozytywne nastawienie. "7 nawyków skutecznego działania", REBIS, Poznań 2003


Jako pastor, całkowicie zgadzam się z tym starym podejściem uznającym gruntowną i trwałą przemianę wewnętrzną za fundament do owocnego działania. Obracając się w polskim środowisku patriotycznym, spotykam wielu sympatycznych i uczciwych ludzi. Jakże jednak często, szczególnie u osób aspirujących do przywództwa, obserwuję nieuczciwość finansową, rozwiązłość seksualną, kłótliwość, prywatę czy niezdolność do przebaczenia. Gdy patrzymy na większość polityków opozycyjnych – czy nie mamy wrażenia, że nie różnią się oni jakościowo od swoich kolegów pasących się obecnie przy państwowym żłobie? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że to właśnie przez grzechy opozycji tak duża część społeczeństwa nie bierze udziału w głosowaniach i jest politycznie obojętna. Obłuda głosicieli mocno odstrasza od idei – dobitnie wyraził to apostoł Paweł: Albowiem z waszej winy, jak napisano, poganie bluźnią imieniu Bożemu (Rz 2,24).

Po trzecie: Kościół
Autor, którego zacytowałem w poprzednim punkcie, wychował się w środowisku amerykańskim, gdzie żywy związek z Jezusem zapoczątkowany nowym narodzeniem (przez osobiste zaufanie Jemu i temu, co zrobił na Golgocie dla naszego zbawienia) jest podstawą kultury narodu. Gdy więc pisze on o roli wiary i modlitwy w etyce charakteru, odwołuje się do innych niż polskie skojarzeń kulturowych. Profesor Zybertowicz (jak prawie cała polska elita patriotyczna) szuka religijnego oparcia dla Archipelagu Polskości w odwołaniu się do katolicyzmu. Tak to określił w rozmowie ze mną w listopadzie ubiegłego roku:
Podsumowuję to tak: można być Polakiem, nie będąc katolikiem, można być dobrym Polakiem, nie będąc osobą wierzącą, ale nie można być dobrym Polakiem, jeśli się nie rozumie roli tradycji Kościoła katolickiego w umacnianiu polskości i w tworzeniu naszego narodu i państwa. iPP nr 1/90 2012
W swoim wystąpieniu we Wrocławiu w styczniu 2012 r., sprowokowany nieco moim publicznym zakwestionowaniem włączania stosunku do Kościoła katolickiego do minimum programowego Archipelagu, poszedł nieco dalej:
Jeśli ktoś uważa, że chce działać dla Polski i nie chce dokonać tego minimum, jakim jest zawieszenie na kołku na pewien czas swoich uprzedzeń wobec tej instytucji (która ma też ciemne karty w swojej historii – to nie ulega wątpliwości), to być może nie posiada dostatecznej dojrzałości emocjonalnej, by wzmacniać Archipelag Polskości.
Natrafiamy tu być może na decydującą przeszkodę na drodze do zbudowania Archipelagu Polskości, a nawet szerzej, do odbudowy narodu i państwa polskiego. Na charakter i duchowość człowieka w największym stopniu wpływa relacja z Bogiem. Wszyscy obserwujemy szybkie tempo upadku tych aspektów w naszym narodzie. Prof. Zybertowicz żartobliwie przyrównuje Polaków głosujących na PO do afrykańskich tubylców, którzy nie potrafili powiązać aktu seksualnego z następującymi dziewięć miesięcy potem narodzinami dziecka. Niestety, podobny syndrom obserwuję u naszej elity patriotycznej. Widzi ona upadek obyczajów, morale, ducha, moralności i religijności Polaków, ale nie potrafi powiązać tego z odpowiedzialnością religii panującej w Polsce. Ta uwaga oczywiście nie dotyczy prof. Zybertowicza, który niejednokrotnie dał wyraz swojej dezaprobacie wobec stanu Kościoła katolickiego w Polsce po 1989 roku. Tak na przykład mówił w lutym 2010 r. na KUL-u:
Sprawa Kościoła to jest jedna z najboleśniejszych spraw transformacji. Napisałem kilka lat temu mały esej opublikowany w Wydawnictwie UMK, że Kościół, który od tysiąca lat jest z narodem, zawiódł naród w ostatnich dwudziestu latach. Nie stanął po stronie prawdy – po prostu. Uwikłał się w rozmaite interesy, poczynając od odzyskiwania nieruchomości dzięki pomocy byłych funkcjonariuszy SB (mam na myśli kapitana Piotrowskiego, afery typu Stella Maris, odwracanie oczu od kapłanów uwikłanych we współpracę z tajnymi służbami). Mogę zrozumieć, że Kościół ma pewną misję, która wykracza poza horyzont nawet kilku pokoleń. (…) Rola Kościoła w życiu naszego narodu jest ogromna i naród ma prawo czuć, że Kościół go opuścił. Przypomnijmy sobie lata dziewięćdziesiąte – przewalają się przez Polskę afery za aferami – czy głos Episkopatu jest czysty i wyraźny? Nie. Gdy przyjrzymy się rzeczywistym grupom interesu, które wokół Kościoła funkcjonują (mam na myśli te związane ze zwrotem majątku, z przedsięwzięciami gospodarczymi typu Stella Maris, z brakiem odwagi rozliczenia się z bolesnym dziedzictwem agenturalności), to zobaczymy, że okazały się one silniejsze od przesłania, którego Kościół jest depozytariuszem. Z tego punktu widzenia Kościół katolicki ma taki sam głód postaci charyzmatycznych o potencjale odwagi i odnowicielstwa, jak nasza polityka. Kościół przestał być instancją, którą był w PRL-u – ponad- czy pozapolityczną, która może być kompetentnym sędzią tego, co polityczne. Kościół jest zbyt uwikłany w ziemskie słabości.
Jeśli więc Kościół katolicki tak sromotnie zawiódł w kształtowaniu charakteru Polaków, to czym skończy się projekt społeczno-polityczny opierający się na tym Kościele? (Niniejszy tekst powstał przed ogłoszeniem planów Episkopatu dotyczących spotkania z Cyrylem I i orędziem do narodów Polski i Rosji, które 17 sierpnia zostanie podpisane na Zamku Królewskim w Warszawie. Ocenę tych czynów, którą podzielam, przedstawił jasno Aleksander Ścios – "Jak kamień nagrobny".)
Rozumiem arcytrudny dylemat polskich światłych patriotów – powiedzenie prawdy o Kościele katolickim i spotkanie się z jego atakiem oraz z niezrozumieniem prostodusznych rzesz patriotów albo udział w tym chocholim tańcu, udawanie, że nie dostrzega się nagości polskiego króla dusz i stopniowe uświadamianie prostaczków. Przytłaczająca większość wybiera drugie podejście, ale ono utwierdza tylko chore fundamenty i charakter naszego społeczeństwa. 
Jak można uzdrawiać nasz naród, nie wskazując właściwego, czystego Źródła skutecznej odnowy? Kłanianie się w pas zepsutemu Kościołowi może zagwarantuje krótkotrwały sukces polityczny, ale zamyka przed narodem drogę do otwarcia oczu na Prawdę.
Zgodnie ze "starą" koncepcją odnoszenia sukcesów, poprzedza je budowa szlachetnego, chrześcijańskiego charakteru. To jedyna droga do naprawy Rzeczpospolitej. Warto więc, by rozumiejący to socjologowie i psycholodzy pomyśleli nie tylko nad technikami wzmocnienia obozu patriotycznego, ale by swoją wiedzą i zaangażowaniem włączyli się do odnowy duchowej narodu. Jak dotąd skuteczna ewangelizacja przegrywa w Polsce z powierzchowną religijnością i postępującym zeświecczeniem. Głos Prawdy jest eliminowany z przestrzeni publicznej zarówno przez lewicę, jak i prawicę.
* * *
Poniższe cytaty wybrałem jako komentarz do powyższej analizy:
"Uważam się za marksistę, w tym sensie, że system myślowy stworzony przez Karola Marksa uważam za poważny wkład do myśli ludzkości. (…) Odnoszę się do tradycji marksistowskiej zawsze z szacunkiem – od 1948 roku (II roku moich studiów) – i tego szacunku nie utraciłem do dzisiaj. (…) I Kościół, i marksizm mają przynajmniej dwa ważne punkty wspólne: pierwszy, życie społeczne powinno opierać się na jakichś zasadach społecznej sprawiedliwości; drugi, kapitalizm nie gwarantuje minimum sprawiedliwości społecznej, którego wymaga sumienie i rozsądna polityka. (…) Opieranie się tylko na Ewangelii to jest protestantyzm, a ja zawsze się deklaruję jako niewierzący katolik rzymski". Prof. Bogusław Wolniewicz 
"Czy ludzie tego nie widzą? Nie może być innej odpowiedzi, jak tylko: owszem – nie widzą. Gdybyśmy bowiem przyjęli, że widzą, a nawet rozumieją, co wydarzyło się w Smoleńsku, oraz dostrzegli wybory dokonane przez Polaków w roku 2010 i w roku ubiegłym, musielibyśmy przyjąć, że żyjemy w społeczności sowieckich rabów, których nigdy nie będzie stać na niepodległość. Spróbujmy zatem wierzyć w ludzką głupotę, bo zapewne nie znieślibyśmy wiedzy o bezmiarze naszego upodlenia". Aleksander Ścios


Paweł Chojecki
Artykuł pochodzi z aktualnego numeru miesięcznika "idź POD PRĄD"

piątek, 13 lipiec 2012 21:54

Widziane od końca: O. Rydzyk nas zawstydza

Napisał

kumorASłuchając polskich żalów, zwłaszcza wylewanych przez przeciwników dominującego układu politycznego, często spotyka się opinie, że wszystkiemu winne media – wiadomo – "oni je mają, my, nie za bardzo". 
    Strona "opozycyjna" cierpi prze-de wszystkim na brak telewizji. Co prawda, były momenty, kiedy udawało jej się kłaść cięższą rękę na mediach publicznych, jednak szybko się kończyły i znów jest, co jest.
    Słuchając tych narzekań, warto popatrzeć na tłumy zgromadzone podczas pielgrzymki Rodziny Radia Maryja i zastanowić się, jak to moż-liwe, że niemal z niczego redemptorystom z Torunia udało się zbudować taką siłę medialną.
    Może dobrze byłoby, aby polscy politycy z ręką na sercu pomyśleli, dlaczego oni sami nie stworzyli własnej niezależnej telewizji, dlaczego nie mają w Polsce niezależnego radia?
    Odpowiedź może być banalnie prosta, nie zależało im na prawdziwych wiarygodnych środkach przekazu; wszyscy – ci z prawa i ci z lewa, chcieli mieć bowiem coś, co byliby w stanie kontrolować. Tymczasem  bez  niezależności nie ma wiarygodności, a bez wiarygodności nie ma siły oddziaływania.
    Czy polskie partie opozycyjne miały mniej pieniędzy niż redemptoryści? – Gdzie tam?! Przez te wszystkie lata przepuścili wielkie sumy! Skoro teraz narzekają, że wszystkie telewizory są przeciwko nim, to niech popatrzą na TV "Trwam", i zastanowią się, jak to było możliwe, żeby ze składek i dotacji zrobić taką siłę, jak to jest możliwe, że w Toruniu zbudowano alternatywne polskie instytucje państwowe, w czasach gdy nasi dzielni opozycjoniści zajęci byli taktycznymi kuksańcami i podjazdami (m.in. o publiczną telewizję).
    Gdyby ci politycy stworzyli parasol do tworzenia niezależnych mediów, gdyby wsparli, dzisiaj mieliby o wiele więcej szans na sukces.
    Radio "Maryja" nie spadło jak manna z nieba, rodziło się powoli i w bólach, rodziło się dzięki wielkiej pracy zakonników, ale też dzięki wiarygodności, którą zdobywali serca słuchaczy.
    Radio finansowane ze składek – radio zwykłego człowieka. Za moment taka sama telewizja...
    Radio, gdzie można było po polsku bez głupich śmiechawek rozmawiać o problemach państwa, o życiu; gdzie nikt nikogo nie wyśmiewał i nie wyszydzał.
    Radio, które przetrwało mimo zmasowanych ataków układu. Rządzący Polską zdali sobie szybko sprawę, że oto rośnie niezależne antidotum na trutkę w eterze; że u o. Tadeusza Rydzyka mogą mówić ci, którym wszędzie indziej  odbiera się głos.
    Dlaczego te religijne środki przekazu trafiły do serc tak wielu Polaków? – Bo mówią prawdę, a  nie ma innych polskich wiarygodnych o tak dużym zasięgu. Te pożal się Boże opozycyjne elity nie potrafiły wydać z siebie ani jednej instytucji medialnej, nie potrafiły zadziałać na rynku,  by stworzyć prawicową narodową i katolicką telewizję czy radio.
    Czasem byli blisko, ale zawsze coś przeszkodziło, a to pokłócili się  kto ważniejszy lub piękniejszy, a to kto ma więcej brać z kasy, a to wyłożyło ich agenturalne podkładanie nogi i leniwe czekanie, aż gołąbki same wpadną wprost do gąbki.
    Czy była szansa na polskie media? – Owszem, "Gazeta Polska" przy wszystkich swych mankamentach i skrzywieniach pokazuje, że jest nisza! Czy da się robić popularną telewizję, która będzie pompować narodowe i tożsamościowe treści? – Jak najbardziej!
    Nie pierwszy raz porównuję o. Tadeusza Rydzyka do ks. Stanisława Staszica. Mówię to bez żadnego kadzenie i lukru; ludzie, uczcie się, jak można bezinteresownie, prąc pod wiatr, gdy plują i wylewają pomyje, tyle dobrego zrobić dla Polski; tylu Polaków podnieść na duchu, umocnić, natchnąć wiarą w sens tego kraju.
    Proszę popatrzeć dookoła, kto zdradził ludzi, a kto pozostał z nimi. Odpowiedź jest prosta, odpowiedź jest podana na talerzu, nie trzeba szukać.
    Jeśli ktoś chce widzieć wielkość Polski i Polaków, jeśli chce się przekonać, że Polak potrafi być dobrym i gospodarnym organizatorem, przedsiębiorcą, powinien jechać do Torunia.
    Stanisław Tymiński kiedyś w wywiadzie dla "Gońca" stwierdził, że wartość człowieka poznaje się po jego wrogach. Ksiądz Rydzyk ma potężnych wrogów, którzy niejednokrotnie moralnie go mordowali. Nikomu takich ataków bym nie życzył,  aby je przeżyć i iść dalej, trzeba mieć stalowe nerwy i wyższą rację.
     Gdyby Polska miała normalne media, Radio "Maryja" puszczałoby Mszę św. i wspólny różaniec, ograniczyłoby się do posługi ewangelizacyjnej. Ale tych mediów nie potrafili stworzyć wszyscy ci, którzy dzisiaj tak skrzętnie korzystają z zasięgu toruńskiego nadajnika.
    Jak to ładnie mówią – kto ma telewizję, ten ma władzę. I właśnie dlatego trzeba było "zaczynać od telewizji"; trzeba było się bić o telewizor – nie ten publiczny, lecz o własny, niezależny, polski, otwarty dla wszystkich.
    Kolejne fale młodych i "zapalonych" odpływały w cynizm, kolejne fale młodych ludzi układ przejadał i wypluwał.
    Dlaczego tak mało udało się Polakom w ich własnym kraju, skoro tak wiele  potrafią?  (o czym każdy może się przekonać na przykładzie Telewizji "Trwam" i Radia "Maryja").
    Warto sobie na to pytanie samemu odpowiedzieć.
Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 13 lipiec 2012 21:45

Leksykon wiedzy o żydowskiej masonerii

Napisane przez

  ratierRecenzowanie książek wydanych przez Wektory to katorga. Każda z nich zawiera tak dużo niezwykle interesujących informacji (nieznanych, a przez to trudnych do weryfikacji), że liczba stron notatek z lektury rośnie w niebezpiecznym tempie, a wklepana recenzja zamienia się w długi esej. Tak jest z pochodzącą z 1993 r. (ale  wciąż ciekawą) pozycją francuskiego publicysty i politologa Emmanuela Ratiera "Tajemnice Zakonu Synów Przymierza", przetłumaczoną przez publicystę "Najwyższego Czasu" Mariana Miszalskiego (uznawanego przez filosemickie środowiska za antysemitę). Pozycję opisującą żydowską masonerię B'nai B'rith Ratier, jak sam twierdzi, oparł na materiałach dostarczonych mu przez anonimowego analityka francuskiego kontrwywiadu (motyw podobny do historii "Protokołów Mędrców Syjonu" – uznawanej przez filosemitów za falsyfikat).
    Według autora "Tajemnic Zakonu Synów Przymierza" celami B'nai B'rith są między innymi: walka z asymilacją (wynaradawianiem) Żydów (z tego też powodu powstał sam B'nai B'rith – mimo że masoneria zawsze była otwarta na Żydów), zjednoczenie Żydów, zachowanie czystości rasowej, podniesienie statusu społecznego, przeciwdziałanie dyskryminacji, zwalczanie poglądów uznawanych przez Żydów za antysemickie (do walki o pozytywny wizerunek Żydów B'nai B'rith powołał Anti-Defamation League). B'nai B'rith tworzy też dla Żydów infrastrukturę socjalną. Przejawem polityki antyasymilacyjnej B'nai B'rith jest przyjmowanie w jej szeregi tylko Żydów judaistów, skłanianie członków do ograniczania kontaktów dzieci z dziećmi gojów, wspieranie antyarabskiej i antymurzyńskiej działalności studentów żydowskich, przeciwstawianie się małżeństwom mieszanym, przy równoczesnym dostępie Żydów do wszelkich instytucji gojów.
    Opisując rolę B'nai B'rith, autor stwierdził, że Żydom udało się zjudaizowanie życia społecznego USA. Już w 1927 r. B'nai B'rith wymusił na Motion Picture cenzurę filmu o Jezusie (usunięcie niewygodnych wątków), niedystrybuowanie go w Europie i wszędzie, gdzie mógłby stać się niewygodny dla Żydów. Dzięki istnieniu lóż zawodowych B'nai B'rith zwiększył swój wpływ na amerykański przemysł filmowy. Loża w Hollywood powstała w 1939 r. Należało do niej ponad 1000 mężczyzn: aktorzy, reżyserowie, producenci (w tym właściciele Paramount Pictures i Warner Bros), scenarzyści. Po chwilowym kryzysie w latach sześćdziesiątych, w 1974 roku nadszedł kolejny okres prosperity. Loża rozszerzyła swoją działalność na inne media (jej członkami byli m.in. Leonard Simon Nimoy grający Spocka i William Shatner grający kapitana Kirka w serialu Star Trek).
    Według autora, Anti-Defamation League przeprowadziła wielkie kampanie propagandowe. B'nai B'rith i Anti-Defamation League rozpowszechniały w amerykańskiej sieci kinowej i telewizyjnej "fabularyzowany dokument" zatytułowany Holocaust, w którym fikcja mieszała się z historycznymi realiami (w wywiadzie dla "Naszego Dziennika" Jerzy Robert Nowak stwierdził, że aż 128 milionów telewidzów oglądało ten sztandarowy przykład antypolonizmu, w którym znalazło się kilka scen potwornie wręcz zafałszowujących obraz Polaków. Najohydniejsza z nich pokazywała, jak to rzekomo oddział polskich żołnierzy w mundurach z orzełkami na rogatywkach (!) wchodzi w do warszawskiego getta, by dokonać okrutnej egzekucji na mieszkających tam Żydach). B'nai B'rith przesłał senatorom scenariusz filmu wraz z samym filmem oraz  rozpowszechnił w 11.000.000 amerykańskich szkół broszurę propagandową.
    Według Emmanuela Ratiera, B'nai B'rith zachęcał przemysł rozrywkowy do produkcji filmów o złych białych terrorystach. Podobne działania podjął w latach osiemdziesiątych w Europie Zachodniej. Jest to o tyle ważne, że świadomość społeczeństw Zachodu kreuje dziś nie edukacja, rodzina, własne doświadczenia, ale pop kultura.
    Emmanuel Ratier opisał niezwykle ciekawe związki B'nai B'rith z południem USA. Wbrew politycznej poprawności w czasie wojny secesyjnej Żydzi byli po obu stronach frontu. Na północy powszechnie oskarżano ich o bycie konfidentami południa. Zabójca prezydenta Abrahama Lincolna, John Wilkes Booth, był towarzysko związany z wieloma braćmi z B'nai B'rith. Wielki mistrz amerykańskiej masonerii i założyciel Ku-Klux-Klanu, Albert Pike, oficjalnie współpracował z B'nai B'rith (który nie krytykował Ku-Klux-Klanu do lat 20. XX wieku).
    B'nai B'rith ingerował też, wykorzystując swoje wpływy w władzach USA, w politykę Rosji. B'nai B'rith i USA potępiały carat za zwalczanie organizacji wywrotowych. Środowiska żydowskie z USA finansowały organizacje wywrotowe i broń dla terrorystów. Jednym ze sponsorów bolszewików był członek B'nai B'rith, Jacob Schiff, przedstawiciel rodziny Rothschildów w USA. Zdaniem Emmanuela Ratiera, "większość przywódców bolszewickich była żydowskiego pochodzenia, podobnie jak wiele osób filtrujących rewolucje". B'nai B'rith nie potępiał komunizmu (nawet komunistycznych represji wobec Żydów z burżuazji). Dzięki Joint Distribution Committee na Krymie powstało 180 żydowskich wiosek. Media B'nai B'rith chwaliły sytuację Żydów w ZSRS, podkreślały żydowskie pochodzenie Karola Marksa, pozytywne skutki rewolucji komunistycznej dla Żydów, jej żydowski charakter, uznanie przez ZSRS antysemityzmu za zbrodnie.
    Zdaniem Emmanuela Ratiera, B'nai B'rith wspierał powstanie Izraela. Dzięki wpływom B'nai B'rith we władzach USA wszyscy amerykańscy politycy chcący funkcjonować na scenie politycznej muszą deklarować swoje poparcie dla Izraela i jego polityki. To właśnie B'nai B'rith wymusiła na administracji USA uznanie niepodległości Izraela. B'nai B'rith i Anti-Defamation League dzięki zwolnieniom z podatków w USA mają środki na kreowanie pozytywnego wizerunku Żydów i Izraela. Organizują wycieczki do Izraela dla przedstawicieli ważnych grup zawodowych w USA, kreują sympatię Amerykanów dla Izraela, wymuszają dotacje USA, wspieranie medialne i finansowe Izraela.
    Według autora, już od połowy XIX w. B'nai B'rith wspierał społeczność żydowską w Izraelu. W latach 80. XIX w. na ziemiach w Egipcie i Palestynie zaczęły powstawać loże. To dzięki masonom z B'nai B'rith powstał nowoczesny język hebrajski (B'nai B'rith wcześniej używała tego martwego dla społeczności żydowskiej języka w swych wewnętrznych działaniach). Obecnie w Izraelu dział kilkaset lóż, które prowadzą sierocińce, ośrodki medyczne, biblioteki, szpitale, szkoły, spółdzielnie produkcyjne, pomagają nowo przybyłym do Izraela Żydom, niosą pomoc socjalną dla żołnierzy, wspierają osadników żydowskich na terenach okupowanych.
    Zdaniem autora, tradycją stały się dobre relacje społeczności żydowskiej z Niemcami (nie licząc okresu dominacji nazistów w Niemczech i rozpoczętego w 1935 r. przez B'nai B'rith bojkotu gospodarczego Niemiec). Założycielami B'nai B'rith byli Żydzi masoni z Niemiec. Współcześnie jednym, zdaniem Emmanuela Ratiera, z najbardziej lojalnych sojuszników sprawy żydowskiej był Axel Springer (według autora w III Rzeszy redaktor naczelny antysemickiego "Altonaer Nachrichten", mason, członek Wielkiego Wschodu, laureat nagród B'nai B'rith, filosemita, który deklarował, że masoneria doprowadziła go do lojalności wobec Żydów). Według autora od 1985 r. dziennikarze  Springera muszą podpisywać kartę, której jeden z punktów zakłada "promocję interesów narodu żydowskiego".
    Emmanuel Ratier bardzo dokładnie opisał wpływy B'nai B'rith na Drugim Soborze Watykańskim i skalę nagłośnienia posoborowego filosemityzmu. "B'nai B'rith odegrał główną rolę w przygotowaniach rezolucji II Soboru Watykańskiego zmierzającej do oficjalnego zmodyfikowania postawy religijnej i liturgii katolickiej wobec Żydów". Anti-Defamation League, dążąc do cenzurowania kultury tak, by była zgodna z interesami społeczności żydowskiej, dąży też do usunięcia ze świadomości publicznej niewygodnych dla Żydów fragmentów Biblii (które według środowisk żydowskich odpowiadają za holokaust). B'nai B'rith nagradzała medalami filosemickich hierarchów katolickich (w tym zlikwidowanie klasztoru karmelitanek w Oświęcimiu).
    Zdaniem Emmanuela Ratiera, Anti-Defamation League i B'nai B'rith działają na rzecz separacji państwa i Kościoła, wykluczenia wpływu religii na edukację, wykluczenia wszelkich przejawów chrześcijaństwa z życia społecznego, odrzucenia chrześcijaństwa jako fundamentu cywilizacji zachodniej. Na ich żądanie Sąd Najwyższy USA zakazał w publicznych szkołach i siedzibach władz modlitw nawet dobrowolnych lub milczących. Anti-Defamation League wymusiła zakaz treści religijnych w przysięgach urzędników, porannego czytania w szkołach wersetów z Nowego Testamentu. W latach 90. XX w. Anti-Defamation League starała się o usunięcie pieśni religijnych ze szkół, zakaz tworzenia przez uczniów pozalekcyjnych chrześcijańskich kółek zainteresowań, usunięcie z przestrzeni publicznej symboli religijnych (szopek) lub zamieniania symboli religijnych (by w szopkach zamiast Jezusa był renifer). Nauczyciele nie mogą w amerykańskich szkołach publicznych eksponować na swoich biurkach Biblii, szkoły publiczne nie mogą posiadać książek chrześcijańskich w swoich zbiorach (mogą za to posiadać książki wydawane przez inne wyznania). Równocześnie ze zwalczaniem symboli chrześcijańskich w przestrzeni publicznej Anti-Defamation League promowała eksponowanie w miejscach publicznych symboli judaistycznych, broniła prawa żołnierzy USA do noszenia jarmułek, prawa wyznawców wudu do składania ofiar z żywych zwierząt. Równocześnie zwalczała wydawanie publikacji promujących chrześcijańskich przedsiębiorców i finansowała wydawanie identycznych publikacji o przedsiębiorcach żydowskich.
    Według autora, Anti-Defamation League została założona przez B'nai B'rith w 1913 r. (prace nad jej powstaniem trwały od 1908 r.). W jednej z pierwszych kampanii Anti-Defamation League broniła członka B'nai B'rith winnego analnych gwałtów na nieletnich robotnicach (jedną ze swoich ofiar oprawca zamordował). Po orzeczeniu trzech instancji sądowych o winie oprawcy został on uniewinniony przez gubernatora. Doprowadziło to do linczu. Do sukcesów Anti-Defamation League należy zaliczyć: niepublikowanie w amerykańskiej prasie rysunków satyrycznych uderzających w żydowskie interesy, niewspominanie o żydowskim pochodzeniu przestępców, niszczenie niechętnych Żydom publicystów, promowanie interesów Izraela, zwalczanie badań naukowych sprzecznych z interesami żydowskimi, stworzenie wielu ośrodków naukowych promujących interesy żydowskie, ograniczanie prawa posiadania broni palnej w USA, zwalczanie prywatnych szkoleń paramilitarnych, wymuszenie na amerykańskiej klasie politycznej nieustannych deklaracji lojalności wobec Izraela, oparcie swoich finansów na środkach publicznych, wydawanie czasopism,  produkcja materiałów audiowizualnych i radiowych, skuteczne monitorowanie nauki i kultury.
    Zdaniem autora "Tajemnic Zakonu Synów Przymierza", Anti-Defamation League udało się stworzyć szeroką sieć szpiegowską skutecznie infiltrującą organy państwa, organizacje społeczne i osoby prywatne. Dzięki wpływom Żydów na amerykańską politykę nie podejmowano w USA działań wobec siatki szpiegowskiej Anti-Defamation League. Anti-Defamation League współpracowała też z agencjami szpiegowskimi Izraela i publicznie broniła izraelskich szpiegów w USA przed odpowiedzialnością. W celu lepszej dezintegracji środowisk Anti-Defamation League szkoliła przedstawicieli służb państwowych. Wspierała też działania Office of Special Investigation zajmującego się m.in. ściganiem zbrodniarzy nazistowskich i wydalaniem ich z USA. Anti-Defamation League dostarczała organom USA rzekome dowody zbrodni nazistowskich (w rzeczywistości często były do falsyfikaty spreparowane przez KGB, mające na celu niszczenie antykomunistów). Anti-Defamation League skłoniła też część władz stanowych do tworzenia policyjnych kartotek rzekomych antysemitów i antysyjonistów. By uzasadnić swoje działania, konfidenci Anti-Defamation League infiltrowali ekstremistyczne grupy i skłaniali je do aktów terroru (Ku-Klux-Klanu i neonazistów).


    Zdaniem Emmanuela Ratiera, podobnie, w ramach skoordynowanych kampanii nienawiści, Anti-Defamation League niszczyła polityków uznawanych za nielojalnych wobec Żydów. Anti-Defamation League zwalczała przeciwników imigracji w USA i wspierała rasistowską politykę Izraela. Zwalczała antysyjonistyczne środowiska na amerykańskich uniwersytetach. Promowała na bohaterów Żydów, którzy podczas II wojny światowej nie dokonywali żadnych bohaterskich czynów. Dla Anti-Defamation League nazistami byli wszyscy, którzy nie popierali syjonizmu (nawet osoby niepełniące funkcji publicznych i dzielące się swoimi opiniami ze znajomymi oraz Żydzi z Izraela krytykujących syjonistyczny rasizm).


    Według Emmanuela Ratiera, "B'nai B'rith miało główny wkład w karierę Freuda" i "rozpropagowanie psychoanalizy" (w XIX i XX w., również po II wojnie światowej). Zygmunt Freud był członkiem B'nai B'rith od 1895 r. Działał aktywnie przez czterdzieści lat (współpracował też z syjonistami). Chasydzką metodę kabalistycznego odczytywania treści ukrytych w liczbach i literach przeniósł do psychoanalizy, w której odnajdywał ukryte znaczenie w snach.


    Pisząc o bardzo dużej populacji Żydów w Afryce Południowej, Emmanuel Ratier stwierdził, że byli to głównie żydowscy emigranci z Litwy i Łotwy, ortodoksi i syjoniści, którzy przybyli do Afryki od lat 80. XIX w. do pierwszej wojny światowej. Po II wojnie światowej B'nai B'rith wspierała rasistowską Republikę Południowej Afryki (przy czym równocześnie Żydzi tworzyli Południowoafrykańską Partię Komunistyczną, z którą blisko współpracował Afrykański Kongres Narodowy). W 1974 r. B'nai B'rith w RPA zbierał datki na policję i armię RPA oraz armię Izraela w ramach obrony zachodniej cywilizacji. Nawet kiedy państwa demokracji zachodnich bojkotowały RPA, Izrael i B'nai B'rith blisko współpracowały z RPA.
    Emmanuela Ratier w swojej książce dokładnie opisał: historię B'nai B'rith, historię innych odłamów masonerii w USA, wpływy i inspiracje żydowskie w innych organizacjach masońskich, masońską tożsamość B'nai B'rith, główne postacie B'nai B'rith w USA, współpracę B'nai B'rith z innymi organizacjami żydowskimi, wpływ B'nai B'rith na politykę USA XX w., losy B'nai B'rith we Francji (w 1981 r. jej przewodniczącym został urodzony w Polsce Stefan Zambrowski), liderów francuskiej B'nai B'rith, wpływy B'nai B'rith na francuską scenę polityczną i edukację (w tym i walkę z Frontem Narodowym).


    "Tajemnice Zakonu Synów Przymierza" kończą Aneksy i Przypisy. W nich znalazły się informacje o B'nai B'rith w Polsce. W tym i o odrodzeniu B'nai B'rith w III RP w 2007 r. Celem loży Polin stała się walka z antysemityzmem, promowanie interesów Izraela, walka o przejęcie mienia i zniszczenie Radia Maryja. W skład loży wszedł wbrew nauczaniu Kościoła katolickiego ksiądz Romuald Jakub Weksler-Waszkinel, Sergiusz Kowalski, autor "Mowy nienawiści" (wyboru rzekomo antysemickich cytatów z prasy katolickiej i prawicowej). Odrodzenie B'nai B'rith w Polsce z radością powitał w swoim liście prezydent Lech Kaczyński.


Jan Bodakowski - Warszawa