Goniec

Register Login

piątek, 07 wrzesień 2018 09:09

Kultura idiotów

Napisane przez

ZwolinskiAndrzejKsKultura idiotów to określenie już dawne, z końca lat 60. Bernstein, taki słynny dziennikarz, który opisywał różnego rodzaju nowości, użył tego określenia wobec grup, które pojawiły się wówczas. Ona bez przerwy jest obecna, ta kultura idiotów.

To jest kultura ludzi, którzy nie myślą, ludzi, którzy są po prostu – Biblia używa słowa bardzo prostego – głupi. Biblia mówi czterysta razy o głupocie, wymienia głupotę, św. Tomasz z Akwinu mówi, że nie ma innego grzechu poza głupotą. Tylko głupota, tylko głupi człowiek może grzeszyć, dlatego że nie ma świadomości, kim jest. Kim jest jako stworzenie, do czego zmierza jako dziecko Boże. Tylko głupiec grzeszy, tak twierdził św. Tomasz. To jest jedyny grzech możliwy. Zresztą wszystkie grzechy, które wymieniamy jako tzw. główne, zwane dawniej w Kościele starożytnym demonami, są niczym innym jak odmianami właśnie głupoty.

Czym jest ta kultura idiotów, na czym polega, co to jest, jaki aspekt chce ująć to określenie kultury współczesnej? To jest bezmyślność współczesnego człowieka. Jan Paweł II mówił o tym bardzo pięknie, mówiąc o błędzie antropologicznym człowieka współczesnego, czyli nie chce być człowiekiem. Lepiej mu dożyć i trwać w bezmyślności, w wymóżdżeniu jakimś, zezwierzęceniu nawet. Ja bym tu nawiązał do takiego słynnego mitu o znanym na pewno Państwu Odysie, który wraca z I wojny światowej między Wschodem a Zachodem, spod Troi, walczyli o piękną Helenę – nas to nie dziwi, myśmy się tłukli o brzydkiego bin Ladena, też jednego człowieka. Wraca z tej Troi, wszystko w porządku, do Itaki zmierza, trudna ta droga, ogromna, gdyby nie ta wariatka, idiotka, wiedźma Kirke, która się w nim zabujała. Próbuje go na wszystkie sposoby zatrzymać w tej drodze do domu, do Itaki, do żony, która wiernie, do końca czeka na niego. Muszą się zatrzymać na pewnej z wysp, aby zapełnić zbiorniki z wodą pitną. Człowiek bez jedzenia może wytrzymać czterdzieści dni, bez picia może wytrzymać półtora dnia, nerki wysiadają bez picia. Musi zatrzymać się na tej wyspie, nabrać wody pitnej i wtedy mu Kirke wymieniła wszystkich, całą załogę mu zamieniła w świnie. No i jak tu teraz ze świniami podróżować, jak tym ryjem będą wiosłować, jak będą te świnie naciągać żagle, przecież to głupie jak świnia? Prosi więc Kirke, oszczędzę Państwu szczegółów grzesznych. Kirke wymogła na nim, to co chciała, musiał się z nią przespać, no i wtedy dostał specjalne zielsko czarodziejskie, aby odczarować swoją załogę. No ale jak ich złapać? Rozpierzchli się po całej wyspie, łapie, goni za nimi, wreszcie jedną świnię dopadł. Zamienia ją znowu w człowieka. Okazało się, że to porządny poczciwina, Elpenor, jeden z marynarzy, takich dobrych, spokojnych, przeciętnych marynarzy. I pierwsze, co robi, z wymówkami do Odysa, cóżeś głupcze narobił?! Co?! Znów mnie skazujesz na bycie człowiekiem? Nie masz pojęcia, jak przyjemnie być świnią. Można żreć, co się chce, tarzać się w błocie, srać, gdzie się chce. A ty teraz skazujesz mnie na bycie człowiekiem. Muszę uważać, to pasuje, tamto nie pasuje, to wolno, tamto nie wolno, zastanawiać się, czy się w ogóle do tej głupiej Itaki udawać. Po co mi to?!

I to jest istota kultury idiotów. Człowiek nie chce być człowiekiem. A chrześcijanin w imię niewidzialnej tutaj Itaki mówi jeźdźmy, wyruszmy. Ryzykować? A po co? Lepiej się tarzać w błocie, żreć, co się chce, pić, co się lubi.

To jest bardzo ważne pojęcie, którego teraz użyjemy, pochodzi od młodego Karola Marksa, jedyny termin, który z marksizmu przejął Jan Paweł II. Młody Marks w rękopisach filozoficzno-ekonomicznych – stary całkiem zgłupiał, w „Kapitale” napisał, że wyzyskiem jest tylko to, że komuś pieniędzy nie damy za jego robotę – ale młody Marks był bardziej subtelny i ukuł takie pojęcie alienacja, wyobcowanie. Jeżeli ktoś poprzez swoją robotę czuje się wyobcowany, to już to było wyzyskiem. On to w tym kontekście mówił.

Bardzo interesujące są stopnie alienacji, które Karol Marks analizował, ten młody Karol Marks. Papież to pojęcie – powtarzam – przejął, użył go w „Laborem exercens”. Alienacja z gatunku ludzkiego, najgłębsze możliwe wyobcowanie siebie samego z gatunku ludzkiego. Kiedy następuje? Kiedy człowiek czuje się sobą wtedy, gdy wykonuje czynności wspólne ze zwierzętami, jedzenie, picie, wydalanie, kopulacja to tak. Ale gdy poprosisz go o coś bardzo ludzkiego, no uśmiechnij się, pomyśl, pokochaj – nie wie, o czym mówisz. To dla niego są obce pojęcia, to jest dla niego tak obce i tak nieobecne. Wtedy mamy do czynienia z człowiekiem wyalienowanym z gatunku ludzkiego.

script async src="//pagead2.googlesyndication.com/pagead/js/adsbygoogle.js">

Kultura idiotów to jest kultura, w której nic nie powinno człowieka zaskoczyć. Najgłupsze możliwe zachowanie, akceptowane często przez społeczność równie inteligentną jak ten, który to prowokuje, nie wiadomo po co i dlaczego czynione. Niby oni wiedzą, dlaczego solista zespołu ściąga spodnie i pokazuje zawartość całemu tłumowi przy premierze Polski, jakby miał coś innego w tych gaciach niż inni. Po co to jest? Nikt nie wie. On podobno wiedział. I będą go bronić, kontestacja. To jest kontestacja na poziomie ludzkim? A stwórz grupę polityczną, która będzie silniejsza i wykosi tego premiera. To jest działanie ludzkie, przemyślne. A tego typu protesty są bezsensowne po prostu, uwłaczają temu, który protestuje, i temu, który był oprotestowany.

Ale to wszystko jedno, nie analizujmy tego dalej, tylko chodzi o zachowania pewne. Nic nas nie może dziwić, już żeśmy wszystko widzieli. Szalone, zaskakujące zachowania niby-artystów, zawartość nocnika umieszcza na płótnie i wystawiają w Luwrze. Dosłownie. I podpisują, że to jest sztuka. I to jest specyficzne działanie sztuki, artysta, który pokazuje, że nawet w codzienności może być artyzm zamieszczony. Proszę bardzo. Ale nie tylko chodzi o dzieła sztuki, chodzi o wszelkie zachowania. Człowiek, którego znasz tyle lat, potrafił nosić w sobie zdradę, kłamstwo, gdzie mu dadzą lepsze koryto, tam się zachwyci i zatrzyma. Jak to możliwe w normalnym człowieku?

Gdybyście Państwo czytali protokoły przesłuchań z XVI w., złapany już na złodziejstwie czy na zdradzie człowiek, naprawdę nic nie kamuflował, wszystko ujawniał. W baszcie na Wawelu przesłuchiwali takiego jednego czy drugiego bandytę, to on wszystko dokładnie opowiadał, z kim, gdzie, co. A teraz? Co to znaczy prawda? Czym jest prawda w ustach człowieka?! Cała jego inteligencja jest najęta po to, żeby zakłamywać. Potem się okazuje, biskupi, prałaty, naukowcy, inteligencja, profesory, to wszystko to zdrajcy, hołota, która potrafiła jak prymitywy, bez żadnego poczucia honoru... Co to w ogóle honor jest, nie wiadomo, jak to w ogóle pisać, a co dopiero żyć honorem czy czcią jakąś...

Jednym z przykładów może być sprzedawanie intymności. To jest coś, co szokuje zawsze. Intymność to była sfera wygenerowana z prywatności, do której nie ma nikt dostępu, nawet ty sam nie masz dostępu do własnej intymności. Nie możesz jej sprzedawać za sześć stówek udziału w programie telewizyjnym reality show, gdzie mówią o tym, w jaki sposób pierwszy raz współżyła i gdzie – z wujkiem na strychu przy workach zboża. I to dokładnie opisuje, opowiada, to jest audycja. Intymność na sprzedaż to jest coś nie do pojęcia. Każdy w kulturze ogólnoludzkiej wiedział, że dostęp do intymności jest tylko na dwa sposoby, przez miłość lub przez gwałt. Nie ma innego sposobu. Amerykanie nazywają takich ludzi, którzy idą za parę stówek opowiadać tego rzeczy, media pigs, świnie medialne.

Zezwierzęceni ludzie.

Ale to nie jest tylko kwestia celnej nazwy, to jest rzeczywiście oddanie realnie tego, co się dzieje. To zezwierzęcenie jest. Bo człowiek ma swoją intymność, ona jest ofiarą w miłości, darem w miłości. Kapitalnie to analizował Karol Wojtyła w książce „Miłość i odpowiedzialność”, mówiąc o wstydzie samym. Wstyd jest chroniony w nas, wstyd jest chroniony przez poczucie honoru i przez konwenanse także. Nie pozwalają nam pewne zachowania przyjąć. Ona może, bo to jej ciało. Bzdura. Prawda, że twoje ciało, ale nie możesz. Zresztą prawo to rozumie, gdy na przykład goni jakiegoś golasa na skokach narciarskich wczoraj czy jakiegoś człowieka podpitego, który odkrywał swoją nagość w miejscu publicznym.

Ale nas już nic nie dziwi, bo już wszystko było. Człowiek się stał takim bezmyślnym, bezmózgowym stworzeniem, że zwierzęce zachowania publicznie nas nie zaskakują. Oburzamy się jeszcze na nie, ale na tym poprzestajemy. Co możemy robić? I rozumiemy, że tak jest, że wszystko mogą zrobić. Mogą zabić za dwa złote. Tak zrobili z czekającym na pociąg w Łagiewnikach. Dwóch chłopaków, którzy zabili za dwa złote, tyle miał w kieszeni ten, którego zadźgali, żeby go okraść. Ale te wszystkie czyny są możliwe, w jakąkolwiek dziedzinę wejdziemy, to wszystkie czyny są możliwe.

Kultura idiotów to jest kultura, której nie rozumiemy, to jest kultura, której nie możemy pojąć, która się nie mieści w gatunku ludzkim. To są wszystkie te próby wmówienia człowiekowi, że przecież ci wszystko wolno. Norwid, najbardziej wierzący z polskich literatów i poetów, on nigdy nie był w sekcie jak Adam Mickiewicz, nigdy nie był pod wpływem Hegla jak Słowacki, i swoje idiotyczne tezy nie wysuwał. Zawsze był wierny Kościołowi, zresztą dlatego też papież później tak bardzo się wiązał z Norwidem. Mówiąc o wolności człowieka, mówił: wolność to jest zgodność z wolą Bożą. Oczywiście, nie musi być ktoś wierzący, żeby być zgodny z wolą Bożą. Kościół mówi o zbawieniu możliwym u tych, którzy nie poznali Chrystusa, gdy żyją zgodnie z sumieniem własnym, czyli z wolą Bożą, bo tak się dawniej definiowało sumienie. To jest jakby głos Pana Boga w nas, tak to obrazowo mówiono. Jest to po prostu głos rozumu, o moralności czynów, rozumu, poznania. Ktoś musi całkiem zgłupieć, zaprzeczyć sam sobie, musi stanąć przeciw sobie, własnemu myśleniu, żeby zachować się jak idiota.

Tutaj też nie chodzi oczywiście o chorobę psychiczną, idiotyzm jest poważną chorobą, tu chodzi o to potoczne określenie idioty, czyli niewłaściwe, nielogiczne, bezmyślne zachowanie, obojętnie w jakim kierunku ono idzie i jakiej dziedziny dotyczy. Bezmyślna zdrada, kłamstwo, złodziejstwo bezmyślne, bezmyślna przemoc, jest tego po prostu pełno. Zresztą wiele mechanizmów wspomaga tłuszczę i trzeba by wejść w sztukę manipulacji, inżynierii społecznej, która opowiada o tym, jak zrobić z człowieka wariata. Jak się robiło z nas tłum bezmyślnych idiotów w komunizmie. Przecież ktoś, do cholery, te tłumy zapełniał. Na 1 maja oklaskiwali te idiotyczne trybuny, tych cymbałów, złodziei, bandziorów, którzy wykonywali wyroki śmierci. Ktoś przecież tam był, ktoś tam klaskał. I to można sterować człowiekiem, okazuje się, że jest bardzo plastyczny.

Homo sapiens, często Homo ledwo sapiens, jest człowiekiem niezwykle uplastycznionym, bo wydaje mu się, że resztkami tych szarych komórek, które ma, ogarnia to, co jest wokół niego. Oni sobie po prostu kpią często z człowieka. Wchodzimy w etap nie powiem bardzo niebezpieczny, pewnych decydentów kultury nowoczesnej, którzy chcą kreować tego typu rzeczy. Niektórzy do celów czysto komercyjnych, o tym za chwilę będziemy mówić, przy kulturze wymiany, a niektórzy i do celów teologicznych, ale to już jest całkiem inne zagadnienie.

W każdym razie, co przeciwstawić kulturze idiotów? Normalnie, uruchomienie mózgownicy. „Fides et ratio” Jana Pawła II czy jego encyklika „Veritatis splendor” o blasku prawdy, to jest nic innego, jak wołanie o prawdę. Dajcie sobie spokój, co ty robisz!? Przywołać przykłady, które nas bardziej dotyczą? Proszę bardzo. Milion trzysta tysięcy namacanych w Polsce wierzących katolików przez Clive’a Harrisa, który obiecywał, że ma energię silniejszą od Jezusa Chrystusa. W bazylikach, w katedrach, w kościołach go przyjmowano. Piętnaście milionów Włochów, katolików, którzy łączą w sobie wyznanie wiary chrześcijańskiej chociaż z jednorazowym pobytem u dzisiejszej współczesnej czarownicy. Tak się nazywa kobietę, czy w ogóle człowieka, który twierdzi, że ma kontakt z nadnaturalnymi siłami typu bioenergoterapia, superleczenie, typu dobór dla ciebie szlachetnych kamieni magicznych itd. Największy katolicki kraj świata, Brazylia, 180 mln katolików. Pięćdziesiąt milionów każdej niedzieli po Mszy św. porannej w kościele się dowiaduje, gdzie będzie po południu nabożeństwo candomble, wchodzą w religie opętańcze. Jak to potrafią połączyć, nie mam pojęcia. Próbowałem to analizować, wszystkie odmiany religii opętańczej w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach.

Jedna rzecz jest nieodzowna, gdy się to bada – musisz wyłączyć rozum. Kapłanka voodo, candomble czy szango z Trynidadu i Tobago, czy też makumba w Rio de Janeiro, tam jest centrala makumba, ruchu opętańczego, wszystko to katolicy. Idzie rano do Komunii św. i musi przyjąć Komunię św., bo po południu jest konsekrowana na kapłankę duchów opiekuńczych. Jak to pogodzić, jak to połączyć? Musisz wyłączyć rozum. Oni wszyscy są wierzący. Talizmany, amulety, cudowne środki, macanie, promieniowanie, bioenergie, koncepcje absolutnie niemające nic wspólnego z chrześcijaństwem. Emerytowany biskup, który propaguje radiestezję, książkę napisał już o radiestezji. I po co to zrobił? Co z tym faktem zrobił, po co on to pisze? Po prostu zgłupiał na starość, tyle mogę powiedzieć. Tyle, co mógłbym więcej powiedzieć.

Dowody są bardzo proste, zobacz sobie dokument watykański z ‘43 roku, to była okupacja u nas, dlatego też mało znany w Polsce. Ale argumenty, zespół naukowców poznańskich, którzy dwadzieścia lat pracowali nad radiestezją, dali wyniki tego. Pan Kaszkowski jest tutaj przykładem, był w jednym z zespołów tych naukowców, czy prof. Tomaszewski, który napisał ogromną książkę na temat idiotyzmu – idiotyzmu, dokładnie, kultura idiotów – idiotyzmu bioenergoterapii. I co zrobisz z ludźmi? Jest ich pełno. Drzewko szczęścia na telewizorze w domu, nie? Szczęście zależy od kawałka drutu i wiązki kamieni, prawda? Czy matka chrzestna, która kupuje dziecku na I Komunię św. byka wyciętego w blaszce ze złota. Matkę Bożą dała na chrzest, a teraz byka da, bo dziecko jest spod znaku Byka. Matka Boża za słaba, a byk pomoże dziecku ocalić, uchronić się przed złem. No i z czym mamy do czynienia? Z tym co mówiłem. Przykładów mamy mnóstwo. W domach prywatnych, miejscach publicznych, nawet w uświęconych miejscach. Kiosk w kościele, w Bazylice Mariackiej w Gdańsku, siostra sprzedaje kamyki magiczne potrzebne odpowiednim znakom Zodiaku. Po co to? Co to robi? A próbuj upomnieć, to się dowiesz, jaki głupi jesteś. Konserwatywny albo fundamentalistyczny jesteś. Przywołasz Biblię, że przestrzega przed świętokradztwem w tej materii, no to ci wyjdzie też, że Biblia się myli. Taka jest próba uruchomienia myślenia.

Zostawmy kulturę idiotów. Odtrutką na nią jest prawda. Prawda o człowieczeństwa, prawda o tym, kim jesteśmy, prawda o tym, co znaczy być chrześcijaninem, prawda o naszej kondycji. Kamień ci nic nie pomoże, człowieku, ani energia ściągana z pełni księżyca czy lizanie kory brzozowej – oni nie liżą, oni ściągają energię z brzozy; przykładają czoło do brzozy, obłapiają brzozę, co dwa pnioki to nie jeden.

Kultura idiotów zakreśliła ogromne kręgi. Poniewiera nami, robi zwierzęcych, śmiesznych ludzi. Ośmiesza ich. A wiarę? A wiarę czyni skarlałą i robi z niej dodatek nadzwyczajny do życia. Deklarację jakąś tam, papierkową, podpisaną w kancelarii kiedyś przy chrzcie. Bo wszystko da się pogodzić, da się połączyć.

Ks. prof. Andrzej Zwoliński
Program7 – TV

piątek, 07 wrzesień 2018 09:09

Dlaczego właśnie ja?

Napisane przez

mariusz1Nie wiem, ile razy słyszałem to „dlaczego ja!?”. Dlaczego właśnie mnie to spotkało… Ilekroć pada to z ust wielu, zaraz przypomina mi się czas, w którym leżałem bezradny, świeżo po skoku, i rozpaczałem. Dziś o tym napiszę i spróbuje wyjaśnić, dlaczego nie powinniśmy się tym zadręczać. Znam z autopsji ból tych słów i czas w, którym dominowały we mnie bez umiaru, raniąc przy tym najbliższych. W sercu był krzyk! Dlaczego, dlaczego… ja! Złość na Boga, och, jak wielka to była złość! Wpadałem ze skrajności w skrajność, pogubiony i rozdarty tak prawdziwie, bo widziałem życie w pełnym zdrowiu już tylko przez mgłę, w strzępkach, których nie da się posklejać, tak aby móc wstać i powrócić do dawnego życia. Tylko dzięki wielkiej miłości rodziców, rodzeństwa i nowo poznawanych przyjaciół, którzy w cierpliwy dla siebie sposób znosili zgorzkniałość mojego upadku, zdołałem przetrwać.

Zanim zrozumiałem i przyjąłem jako wolę Bożą to, co się stało, musiało upłynąć sporo czasu. Bóg jest cierpliwy, a miłości Jego nie sposób opisać, bo gdyby tak człowiekowi urągać bez powodu jak Bogu, to niejeden odsunąłby się na zawsze i skreślił z listy przyjaciół. Dlatego za każde złe słowo przepraszam Go po tysiąckroć, bo zrozumiałem, „dlaczego ja”, a nie kto inny. Pamiętam swoje dialogi z Nim, dzięki którym bardziej poznałem samego siebie. To był długi proces, od agresji do miłości. Padło tyle pytań, takich jak: Czemu pozwoliłeś, abym zrobił sobie taką krzywdę?! Czy nie mogłeś sprawić, żebym połamał sobie ręce, nogi… wszystko, byle nie kręgosłup i ten nieszczęsny rdzeń! Do czego Ci potrzebny taki wrak?! Wiesz, jak cierpię ja i moi najbliżsi, kiedy patrzą na mnie tak bezradnego i zależnego od innych?! Ulituj się i dobij mnie, nie każ mi żyć w takim stanie, błagam Cię, nie dam rady…

Na początku byłem skupiony tylko na sobie, daleko później dotarło do mnie, jak cierpi też rodzina, i to sprawiało dodatkowy ból. Nie wiem, skąd brały się łzy, które nocami płynęły strumieniem.

Teraz w zbliżony sposób przytoczę jeden z najistotniejszych dialogów, który zaważył na tym, że dziś żyję pogodzony z losem mimo wielu przeciwności.

W każdym możliwym czasie krzyczałem w myślach „dlaczego ja?”, aż którejś nocy doszło w pewnym sensie do konfrontacji, bo mówiłem i usłyszałem jakby we śnie głos, który zapytał: – A komu byś chciał oddać to, co cię spotkało? – Odparłem bez namysłu: – Każdemu, każdemu tylko nie mnie, krzyknąłem! Wówczas tajemniczy głos odpowiedział: – Dobrze, więc zróbmy tak, że twój los oddam na barki jednego z twoich braci, wybierz, który z nich ma cię zastąpić? – Jak to moich braci? – zezłościłem się. – Żaden, nie zgadzam się, jak miałbym żyć wiedząc, że przelałem swój los na, któregoś z nich! Nie! Poza tym oni nie daliby sobie rady. – Czemu tak uważasz? – odparł tajemniczy głos. – Bo ich znam, to moi bracia, poza tym nie zgadzam się na nikogo z mojej rodziny. Po chwili usłyszałem: – Rodzina nie, kto zatem, sąsiad? – O tak! – krzyknąłem. – Sąsiad tak! – Więc dobrze, wybierz, który – usłyszałem i odpowiedziałem natychmiast. – Wszystko jedno, to bez znaczenia. – No więc zgoda, położymy na twoim miejscu Grzegorza, OK? Po chwili namysłu zapytałem – Czemu on? To ojciec czwórki dzieci, nie chcę im go zabierać, wybierz innego. – Rozumiem, więc może Mirek? To też twój sąsiad czyż nie? – Jesteś podły! – krzyknąłem ponownie. – Mirek ma trójkę dzieci, wybierasz ich celowo, abym miał wyrzuty! – Ja podły? – usłyszałem. – To ty powiedziałeś, że oddasz swój los sąsiadowi i to nie miało dla ciebie znaczenia, któremu prawda? – No tak – odparłem ze złością – ale teraz chcę wybrać, mogę? – Proszę – odparł. – Więc wybieram pana „Kowalskiego”, to starszy pan, mieszka z żoną, a ich dzieci są dorosłe… tak, wybieram „Kowalskiego” ostatecznie!

Po tych słowach wszystko ucichło. Kiedy otworzyłem oczy, w wyobraźni byłem w domu cały i zdrowy! Co za koszmarny sen, brrrr, pomyślałem. Wybiegłem na podwórko, zacząłem tańczyć i śpiewać, w pewnej chwili usłyszałem czyjś płacz. Tuż za płotem Pani „Kowalska” klęczała obok studni i płakała. Szybko przeskoczyłem bramę i po chwili byłem obok niej. Zapytałem, co się stało, czemu płacze? Odparła: Dziecko, mój „Jasio” bez trudu czerpał wiadro wody ze studni, a ja nawet połowy nie daję rady. Wtedy bez namysłu powiedziałem: Proszę się nie martwić, ja pomogę, nim wróci mąż. Kowalska uniosła głowę, a w jej spojrzeniu widać było ból, taki, który przeszył mnie na wskroś, po czym odparła: Nie rań mnie takimi słowami, mój Jasio już nie pomoże mi tutaj, leży sparaliżowany w szpitalu, a ja nawet nie mam siły, aby pojechać do niego.

Zrozumiałem… to jednak nie koszmarny sen… Odebrałem sąsiadce bezcenny skarb, ukochanego męża, podporę i każdą radość, jaką z nim dzieliła. Zrozumiałem wtedy jeszcze coś, że do mnie ma kto przyjechać, nie zostawiłem w domu dzieci czy żony. Byłem zrozpaczony, ale już nie walczyłem z losem i nie pytałem „dlaczego ja?”. Bóg dał życie w pełnym zdrowiu i Bóg je w swoim czasie odebrał. Można by się złościć na Niego, owszem, ale kiedy pozwolimy Mu wytłumaczyć i zrozumieć Jego wolę, to wszystko wygląda inaczej.

Na początku to cierpienie i ból… bo jako ludzie, musimy wszystko, mówiąc kolokwialnie, przetrawić. Lecz po jakimś czasie wewnętrznego rozdarcia, wrzasku, chaosu i Bóg jeden wie czego tam jeszcze, dostrzegasz „światło”. Powoli oswajasz się z Jego ciepłem, a kiedy już jesteś blisko „ogniska”, siadasz na miejscu, które czekało właśnie na „ciebie”. Po chwili słyszysz kroki, ktoś siada obok i tuli cię mocno… a kiedy zaczyna mówić, rozpoznajesz ten głos! Głos ze snu, który mówi:

Czekałem mój synu (córko) i nie zawiodłem się, dotarłeś/łaś tu, czy już wiesz dlaczego ty? Kiedy odpowiesz, pogodziłem/łam się z losem, ale nadal nie wiem „dlaczego ja?”, wówczas usłyszysz: Bo ty znalazłeś/łaś w sobie siłę, która przywiodła cię właśnie tu, rozumiesz? Czy rozumiesz, że to nie żadna kara, a wręcz przeciwnie? Jesteś w pewnym sensie pośrednikiem/czką, poprzez ciebie prowadzę rozmowy z innymi moimi dziećmi, dzięki czemu ich życie zmienia się na lepsze.

Pomyśl, ile to razy słyszałeś/łaś, że ktoś czerpie siłę z ciebie, kiedy podupada? Że był bliski upadku, ale pomyślał o tobie i zebrał się w sobie, by iść dalej. Więc teraz weź swój krzyż i dodawaj otuchy wszystkim, których napotkasz. W swoim czasie zrozumiesz więcej, tylko przyjmij wszystko, abym mógł działać poprzez ciebie.

Czy po takich słowach można się załamać? Nigdy, jeśli ufasz Bogu we wszystkim. On wie, co robi, pomyśl, że wybrał ciebie, tak, właśnie ciebie do pomocy, że współdziałasz z Nim w trudzie jako siłacz, który nie cofnie się przed niczym. Kiedy okrzepniesz w „zbroi” Boga, to łzy popłynąć mogą tylko wtedy, kiedy chciałbyś/łabyś zrobić „więcej”, ale to więcej jest już ponad ludzkie siły, dlatego resztą zajmuje się Tata. Bycie w Jego drużynie tu, na ziemi, to coś pięknego.

Część stawianych tu tez to hipoteza, ale każdy człowiek miał lub ma kontakt z osobami, które naprawdę bardzo cierpią, czy to przez choroby czy inne schorzenia, czy dramaty. Ja sam wielokrotnie czułem, że nie dam już rady tak dalej żyć, ale w takich chwilach mam przed oczami osoby, które mają o wiele gorzej niż ja.

Takie, które nie mogą nic zrobić bez pomocy innych, a mimo to żyją z uśmiechem na twarzy. To wojownicy Boga, mocarze, herosi! Niektórzy niemi, inni niewidomi… ale jakże zwinni, jakże skuteczni, jakże wytrwali, jakże wierni i pokorni, jakże wielcy! Uzbrojeni w miłość, która sprawia, że ilekroć upadam, podnoszę się i „idę” dalej do wyznaczonej mety.

Teraz jest odpowiedni moment na dopowiedzenie „dlaczego ja?”. Bóg daje różne stopnie trudności w życiu tym, którzy je uniosą. Dlaczego je daje? Żeby podźwignąć słabszych, aby rozwinęła się w nas wrażliwość i miłość, której czasem brakuje, bo bez niej jakie byłoby to nasze życie. Święty Paweł pisze w jednym z listów, „jeżeli miłości bym nie miał, nic bym nie miał”. Kiedy to wszystko sobie uświadomiłem, przestałem zadręczać Szefa z Góry pytaniem „dlaczego ja”. Pokochałem to nowe inne życie i w pełni akceptuję je ze wszystkimi trudnościami.

Niemal każdy człowiek staje się inny na widok cierpienia, swoje trudności uznaje za błahe i szybko wstaje się z kolan. Cierpienie jest poniekąd źródłem pokory, jeśli je przyjmiemy, potrafi połączyć wiele dłoni, zmienić serca. Każdy coś zatrzymuje w sobie na widok lub dotyk cierpienia, ono w dużej mierze sprawia, że ten świat jeszcze nie skostniał, choć jego „oddech” już i tak jest bardzo chłodny, oby nie stał się lodowaty.

Mariusz Rokicki
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Czytelnicy „Gońca”

Zapewne wielu z Was czytało zamieszczoną w „Gońcu” książkę autorstwa Mariusza Rokickiego pt. „Życie po skoku”. Po tym feralnym skoku do wody Mariusz do końca życia będzie już przykuty do łóżka. Jednym nierozważnym skokiem przekreślił całą swoją przyszłość. Jakby tego jeszcze było mało, cały czas ma problemy ze zdrowiem, infekcje itp.

Są jednak wspaniali ludzie, którzy nie przywrócą mu tego, co utracił, ale wspomagając go finansowo, pomagają w zapewnieniu godziwej egzystencji. Mariusz opłaca swój pobyt w domu opieki prawie całą swoją skromną rentą. Aktualnie musi brać leki, które nie są refundowane przez NFZ. Stąd apel i prośba o wsparcie go choć symbolicznym dolarem na konto Credit Union. Konto Fundacji Charytatywnej Kongresu Polonii Kanadyjskiej # 24583 w kanadyjskiej Credit Union na hasło „Pomoc dla Mariusza”. Redakcja.

piątek, 07 wrzesień 2018 09:04

Podziękujmy

Napisane przez

NiemczykJanusz2018 to dla Polski i Polaków rok rocznicowy, w którym powinno przypominać się ten szczęśliwy i boski zbieg okoliczności, kiedy to w wyniku przegranej pierwszej wojny światowej jedno mocarstwo, jakim były Austro-Węgry, przestało istnieć, a dwa inne uległy dezorganizacji i chwilowemu osłabieniu. Tu chodzi o Niemcy i Rosję. Ten moment, te kilka lat, które stworzyły możliwość zorganizowania się państwa i zajęcia stanowiska do obrony państwowości polskiej.

Żeby ponownie mogło dojść do rozbiorów Polski, oba państwa, a więc Niemcy i Rosja, przepoczwarzona w Związek Sowiecki, musiały doprowadzić do zawieruchy już nie na poziomie jednego kraju, czyli na poziomie Polski, Finlandii i Czechosłowacji, ale na poziomie wojny światowej. Mieliśmy więc upadającą Rosję, która już dwa lata później odtworzyła się w kraj, który miał ambicję rozszerzyć rewolucję bolszewicką na inne państwa Europy, w tym Niemcy. Polska została zaatakowana. Polska powołuje do wojska praktycznie wszystkich mężczyzn zdolnych do noszenia broni. Tylko że broni i amunicji nie ma. Związki zawodowe, zdominowane przez partię komunistyczną, nie załadowują ani nie rozładowują statków wiozących uzbrojenie dla Polski. Tak dzieje się w portach we Francji, Wielkiej Brytanii, w Niemczech. Wojska bolszewickie zbliżają się do Warszawy. Rząd Węgier wysyła do Polski koleją transporty amunicji. Rząd Czechosłowacji blokuje przejazd transportów z amunicją przez terytorium Czechosłowacji. Na przejazd transportu z bronią zgadza się rząd Rumunii i w ten sposób drogą okrężną, przez teren Rumunii, przez dawne województwo stanisławowskie, pociągi z amunicją dostają się tuż przed rozstrzygającą bitwą warszawską do polskiego wojska.
Bitwa warszawska zostaje wygrana. Wojska bolszewickie rozbite, odrzucone i droga do wówczas będących w nastroju rewolucyjnym Niemiec zostaje im odcięta. Skutkiem przegranej dla bolszewickiej Rosji wojny został podpisany w 1921 roku traktat pokojowy w Rydze. Traktat ten został zawarty między rządami Rosji sowieckiej, sowieckiej Ukrainy i Polski. Traktat ten dał Polsce 18 lat pokoju.

W sierpniu 1939 roku zostaje podpisany między Niemcami a Związkiem Sowieckim traktat pokojowy z tajną klauzulą decydującą o rozbiorze Polski, nazywaną paktem Ribbentrop-Mołotow od nazwisk ministrów spraw zagranicznych obu krajów. 1 września 1939 roku Niemcy atakują Polskę. 17 września Związek Sowiecki przyłącza się do Niemiec, wypełnia zawartą umowę, również atakuje Polskę i wojska sowieckie zajmują połowę terenów ówczesnej Polski. Część wojsk polskich udaje się do Rumunii. Przy czym na przykład oficerowie i żołnierze lotnictwa, broni pancernej, artylerii i innych specjalności wojskowych mieli polecenie przekroczenia granicy Rumunii i udania się do Francji. Z obozów internowania w Rumunii z kolei ci polscy wojskowi przedostawali się na Węgry, gdzie znowu byli tolerowani i niezauważani przez policję i przez Węgry przedostawali się do Jugosławii i stamtąd już różnymi drogami, w tym i przez neutralne jeszcze wówczas Włochy, do Francji, gdzie tworzyły się jednostki Wojska Polskiego. Przy czym tutaj trzeba wyjaśnić, że oba kraje, czyli Rumunia i Węgry, były w sojuszu z Niemcami i dyplomacja niemiecka naciskała na rządy Rumunii i Węgier, by internowały polskich żołnierzy i cywilów, by uniemożliwić im przedostanie się do Francji. I tu osoby tak na najwyższych stanowiskach rządowych w Rumunii, jak i na Węgrzech, jak również zwykli ludzie udzielali polskim żołnierzom, uchodźcom pomocy w przedostawaniu się dalej do Francji. Czyli w obu krajach była prowadzona oficjalna polityka proniemiecka, która szła swoim własnym nurtem, i była również nieoficjalna, szeroko popierana przez ludność fala pomocy dla Polaków. Bez tego stanowiska indywidualnych osób nie byłoby później polskich jednostek we Francji i Anglii, nie byłoby polskiego lotnictwa w Wielkiej Brytanii i nie byłoby ich udziału w bitwie o Anglię. Podobne zjawisko spontanicznego udzielania pomocy Polakom przez osoby indywidualne występowało na terenie ówczesnej Jugosławii. I nie było ono jednorazowe. Wystąpiło dwa razy, w chwili kiedy Polska i Polacy byli w sytuacji bardzo trudnej. Przy czym jeśli chodzi o Jugosławię, a bardziej dokładnie o Serbów, to tu warto przypomnieć ich stanowisko wobec Polaków w czasie pierwszej wojny światowej. Otóż Serbowie nie brali do niewoli jeńców. To znaczy rozstrzeliwali na miejscu wziętych do niewoli Niemców, Austriaków i Węgrów, natomiast Polaków, Czechów, Słowaków, Ukraińców puszczali wolno. W ten sposób mój dziadek Marcin Niemczyk był brany do niewoli przez Serbów trzy razy i trzy razy był puszczany wolno. Następnie jego jednostka za karę za niebojową postawę na froncie serbskim została przerzucona na front rosyjski.
W 1939 i w 1940 roku Jugosłowianie przypuszczali, że zostaną zaatakowani przez Niemców, i postawa ich rządu była przychylna dla przybywających tam uchodźców z Polski, to jednak ponownie na poziomie indywidualnym, na poziomie zachowań indywidualnych rodzin i na poziomie zachowań poszczególnych osób spotykali się oni ze spontaniczną pomocą.

Innym zjawiskiem, które miało miejsce w czasie okupacji niemieckiej na terenach dzisiejszej Białorusi, była pewna bierność ze strony Białorusinów. Była współpraca, bo były utworzone oddziały policyjne przez Niemców składające się z Białorusinów, które współpracowały z władzami niemieckimi, ale poziom agresywności w stosunku do Polaków ze strony Białorusinów w porównaniu z postawami innych narodowości był mniejszy. Można powiedzieć, że Białorusini byli bierni. Nie pomagali Polakom, ale też im w jakiś duży zorganizowany sposób nie szkodzili. Tu znany jest przykład masowych mordów na Polakach, które miały miejsce na terenie województwa wołyńskiego, przez połączone siły Ukraińców cywilów oraz oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii. Dawne województwo wołyńskie przylega do ziem należących do Białorusi.

I co ciekawe, tam niedaleko przecież, bo już parędziesiąt kilometrów na północ, gdzie również często Polacy byli mniejszością, nie doszło do pogromów na Polakach. A więc ta możliwość odegrania się na Polakach nie znalazła poparcia wśród Białorusinów. Mogli, bo była ku temu sposobność, a wojna demoralizuje bo stwarza ku temu warunki. Człowiek czuje się bezkarny. Białorusini nie wystąpili przeciw mniejszości polskiej w tak brutalny sposób, jak zrobili to Ukraińcy.
Chciałoby się napisać o następnym kraju, gdzie ludność w czasie drugiej wojny światowej nie szkodziła Polakom, czyli o Litwie, gdyby nie masowe mordy w Ponarach koło Wilna, gdzie Niemcy i policja litewska współpracująca z Niemcami rozstrzelali około 100.000 Polaków i Żydów. W tej liczbie zabitych było około 30.000 Polaków. Poza Ponarami jednak, z wyjątkiem może kilku innych miejsc o mniejszej skali, nie było masowych akcji przeciw Polakom na Litwie. Przede wszystkim nie było pogromów robionych na Polakach. Litwini, mimo niechęci do Polaków, zachowali się w większości przypadków w sposób, który moglibyśmy określić jako bierny. Mieli możliwość wyrządzenia dużo większych szkód, ale tego nie zrobili.

Piszę tu o tych pięciu narodach w kontekście obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości, ale również w kontekście pewnej polskiej przypadłości, zbiorowego przekonania, takiej zbiorowej mitologii, polegającej na tym, że generalnie przyjmujemy, że skoro my jesteśmy dobrzy i w naszym mniemaniu innym robimy dobrze, to oczekujemy takiej samej postawy wobec nas ze strony innych, co się łączy z tym, że często nie okazujemy wdzięczności innym narodom. Myślę, że to jest taka nasza polska przywara, którą jakoś trzeba naprawić.

Okres wojny jest straszny. Żeby użyć słów reżysera Filipa Bajona z filmu „Przedwiośnie”, wojna to „klęska żywiołowa”. Czyli coś, czym nie można kierować. Ludzie zachowują się w sposób niekontrolowany. Wyzwalają się w nich pierwotne instynkty. Tak się dzieje, ponieważ człowiek nie czuje, że za swoje złe uczynki spotka go kara. Mamy więc i tych, którzy ryzykowali stanowiska, często nawet życie. Tak się stało w przypadku paru oficerów i urzędników węgierskich, którzy zostali pod koniec wojny przez Niemców aresztowani między innymi również za pomoc Polakom. Inni ludzie, tacy jak np. Białorusini, w większości przypadków byli bierni. Nam, Polakom, często wydaje się, że to było mało. Ja uważam, że to nie było mało jak na warunki wojny. Myślę, że ci ludzie, ich postawy, Węgrzy, Rumuni, narody Jugosławii, ale również Białorusini, zasługują na pewną wdzięczność w postaci przypomnienia ich postaw w tych dniach obchodów setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości. Tym narodom należy się wdzięczność, nawet za ich bierność, ponieważ ich postawy świadczą o tym, że w domach, przy rodzinnych stołach mówi się tam o Polakach dobrze, a przynajmniej nie mówi się źle, i te postawy wyniesione z rodzinnych domów, w sytuacjach trudnych pozwalają na to, że można na te narody liczyć niezależnie od tego, co często mówią oficjalnie przywódcy tych krajów. Bo niestety zmieniają oni swoje nastawienie często w zależności od panującej koniunktury, natomiast przekaz rodzinny pozostaje zwykle niezmienny.

Właśnie budowanie międzynarodowych sojuszy należałoby opierać na tym przekazie domowym, bardziej na tym, o czym mówi się w domach, niż na tym to co mówią politycy, szefowie rządów, bo to może zależeć od aktualnej sytuacji, od aktualnych układów międzynarodowych.

Z tym też, co potocznie nazywa się duszą narodu, łączyłbym podział na narody i społeczności, które w sposób niewymuszony są przyjacielem Polski i Polaków, bo tak to się na przestrzeni lat ukształtowało, i na te, które mają duszę ukształtowaną w sposób inny. W jakiś uproszczony sposób można powiedzieć, że narody z tej drugiej grupy zwracają się do Polski w ten sposób: jak nas nie pokochacie, to zrobimy wam coś złego, choćby nawet miałoby być to zrobione rękami innych. I tu najlepszym przykładem jest Izrael, który za pomocą USA, NATO i mediów wymusza na Polsce i Polakach miłość do siebie, ale również daniny.

Janusz Niemczyk

piątek, 07 wrzesień 2018 09:00

Pierwszy krok

Napisane przez

pruszynskiPierwszy krok

Pisałem już o wystawie Żegoty, która była umieszczona w mało atrakcyjnym miejscu na płocie okalającym Ministerstwo Sprawiedliwości w Al. Ujazdowskich.
A teraz ta wystawa będzie pokazana w konsulacie polskim w Nowym Jorku. Znów podłe miejsce, bo do konsulatu nie będą mogły tłumy chodzić. W ogóle to cud Boski, że to nastąpi, ale co dalej? Śmiem twierdzić, że trzeba ją pokazać w publicznym miejscu w Montrealu, Ottawie, Toronto, London, Detroit oraz w Muzeum Polskim w Chicago. Wiele można zarzucić wystawie, ale najważniejsze to, że nie jest powiedziane, że 7600 Polaków lub rodzin polskich ma medale, czyli 23 proc. wszystkich, jakie dotąd przyznało Muzeum Holokaustu w Jerozolimie. Ale czy można tym samym medalem odznaczać kogoś, kto narażał się na więzienie, i tego, kto narażał się na śmierć? Dalej są pokazane dwie siostry zakonne z dziećmi, ale nie jest podane, że wedle ks. Adriana Rytla, przechowywano dzieci żydowskie i Żydów w 388 domach zakonnych.

Śmiem twierdzić, że KPK powinien co najmniej pomyśleć, by ta wystawa zawitała do Kanady.

 

Duda w USA

Prezydent bodaj 15-16 września będzie gościem prezydenta Trumpa. Bardzo dobrze, ale czy nie można było tej wizyty przenieść na potem, by prezydent był w Nowym Jorku na Paradzie Pułaskiego 6 października?

 

Chryja w Wołkowysku

Nasz drogi satrapa kazał zmniejszyć nabór do polskiej szkoły w tym mieście i 13 dzieci będzie musiało iść do innych szkół. Miłościwa Angelika Borys wystosowała list protestacyjny, ale jak znam sytuację, mogą sobie darować wysiłki. Trzeba było, jak ktoś napisał w Internecie, dowalić z grubszej rury, ale polski MSZ tego nigdy nie potrafił robić, no i po raz któryś udowodnił wszem wobec, że na Polaków można sikać do woli bez kłopotów.

 

Jeszcze trochę forsy

Na odchodne Bufetowa, czyli Hanna G-W, dała Żydom na remont domu, gdzie ma być Teatr Żydowski, 140.000.000 złotych.

 

Zima stulecia

Meteorolodzy przewidują bardzo mroźną i długą zimę. Opady znaczne będą już w październiku. Gorzej, bo po takiej zimie na wiosnę mają uderzyć Chińczycy na Rosję i zacznie się III wojna światowa. Będą też wielkie kataklizmy, dostanie się wschodniemu i zachodniemu wybrzeżu USA oraz wybrzeżu Europy. Czy Matka Boska uchroni Polskę od jej konsekwencji?

 

Synalek polakożercy

Imć Jan Śpiewak, syn dyrektora Żydowskiego Instytutu Historycznego, będzie ubiegał się o prezydenturę Warszawy, a może jak mu dobrze pójdzie, o prezydenta Polski.


Odchudzanie

Boleję, mam z 20 kg zbędnego ciała i zamówiłem jakieś pastylki odchudzające za 90 zł. Okazało się, że to na dwa tygodnie, a potem drugie tyle itd. Konsultant powiedział mi, że trzeba do tego pić 2 litry wody dziennie. Więc zrezygnowałem z pastylek i zobaczę, co sama woda da.

 

Popis biskupa Łodzi

Abp Ryś przed pomnikiem poświęconym łódzkim ofiarom zagłady powiedział: „Zagładę stworzyli w dużej mierze ludzie, trzeba to powiedzieć, niestety, z bólem serca, ludzie, których wychowywały Kościoły chrześcijańskie na swoich nabożeństwach”. Podobnie mógł powiedzieć, że wszyscy zbrodniarze stalinowscy to produkt żydowskich szkół – chaderów. Wtedy dopiero byłby harmider nie do opisania.

 

Wstyd

Nie śledziłem wszystkich poczynań śp. Johna McCaina i z przykrością przeczytałem o jego poparciu dla ustawy 447 mającej ułatwić Żydom okradanie Polski.
Ale przecież pan prezydent Duda o tym wszystkim powinien lepiej wiedzieć i do jasnej cholery czemu w swym wystąpieniu po śmierci tego senatora bzdury pisze i naraża się na kpiny?

 

Bez naszych

W ostatnich dniach sierpnia odbył się w Moskwie na placu Czerwonym wielki festiwal muzyki wojskowej. Były zespoły ze Szkocji i Anglii, z Meksyku, Birmy, Ghany, a najciekawszy był zespół z Holandii, który był na rowerach i nie tylko grał, ale odstawiał różne pląsy, które wymagały kierowania rowerem, podczas gdy równocześnie grali na instrumentach wymagających dwóch rąk. Były też tańce, nawet zespołu z Egiptu, nie mówiąc o różne ubranych tancerzach z Rosji, a potem przy dźwiękach marszu Słowianki, czyli tej melodii, na którą śpiewamy pieśń „Rozszumiały się wierzby płaczące”, wszystkie te zespoły opuściły scenę mającą ponad dwieście metrów długości i z 70 szerokości.

 

Z czym na zjazd?

W przeciwieństwie do pana Jana Cytowskiego, działacza Polonii kanadyjskiej i byłego prezesa Polonii Świata, który w „Gońcu” zabrał głos na temat nadchodzącego Zjazdu Polaków i Polonii, nie tylko działałem 20 lat w Polonii Kanady i byłem na wielu zjazdach Polonii USA, ale od 26 lat mieszkam na Białorusi, czyli znam problemy Polonii Wschodu i Zachodu, a od września 2015 wołałem do prezydenta Dudy trzy razy na osobistych spotkaniach, by zjazd się odbył.

Pierwsza sprawa, jaki jest cel nadrzędny zjazdu? Chyba chodzi o wzmocnienie Polski i jej rodaków poza jej granicami.

Dalej, kto powinien brać udział w zjeździe? Najpierw dziennikarze pism polonijnych z całego świata. Nie tylko znają problemy rodaków swych krajów, ale mogą potem licznym czytelnikom przekazać, co na tym zjeździe naprawdę było. Polonia, czy jak kto woli Polacy z zagranicy, mają problemy, ale niestety nie mają okazji ich przedstawiać w Kraju. Rada przy Marszałku Senatu to grzeczne grono, które nie chce naruszać spokoju tego „gentlemana”, a tu trzeba ostro walczyć, bo jest o co.

Od 1989 r. apeluję, gdzie się da, byśmy mieli przedstawiciele w Sejmie, jak mają ich zamorscy Francuzi, Grecy czy Portugalczycy. Trzeba wprowadzić w nową ordynacje wyborczą do Sejmu, by 300 posłów wybierano w jednomandatowych okręgach, 40 proporcjonalnie do liczby posłów, jaką poszczególne partie zyskały w wyborach, i 10 posłów reprezentujących Polaków ze Wschodu i Zachodu.

Wprowadzenie takiej zmiany ordynacji wyborczej jest proste. Pan prezydent może zaapelować do Sejmu, by wprowadził takie zmiany, a jeśliby Sejm tego nie chciał zrobić, to rozpisze referendum, a obywatele IV RP poprą zapewne taką zmianę, bo samo hasło zmniejszenia liczby posłów jest bardzo nośne. Podobnie postąpił prezydent Francji i pod groźbą referendum parlament sam zmniejszył liczbę posłów.

Palącą sprawą jest przywrócenie Polakom w Niemczech praw mniejszości narodowej, które mieli tam do 1939 r. Dziś tam jest dwa razy więcej rodaków niż było do 1939 r. i praw mniejszości narodowych nie mają.

Krzywda dzieje się Polakom za Bugiem. Rząd IV RP szczodrze łoży na sporą mniejszość białoruską i ukraińską w Polsce, a te dwa państwa traktują swych Polaków gorzej niż świnie.

Pora w końcu zaproponować: my będziemy finansować rodaków w waszych krajach, a wy finansujcie swych rodaków w Polsce.

Ba, kilka miesięcy temu rząd RP dał Ukraińcom pożyczkę 4 mld złotych i co za to dostał? G... w proszku!

Takiego szantażu nie można stosować w stosunku do Litwy, ale można głośno i stanowczo żądać właściwego traktowania Polaków Litewskich na forum UE.

Należy żądać, by Polacy mieli na Litwie takie prawa, jakie mają Szwedzi w sąsiedniej Finlandii, których jest tam nie 9 proc., jak Polaków na Litwie, a tylko 6 proc. W Finlandii szwedzki jest drugim oficjalnym językiem kraju, jest państwowy szwedzki uniwersytet w Turku, są wszędzie dwujęzyczne napisy, z zasady jeden Szwed jest członkiem rządu.

Podtrzymywania znajomości polskiego wśród młodego pokolenia zamorskich rodaków jest ze wszech miar ważne.

Na Białorusi, Ukrainie czy w Rosji szkoły kończą rok szkolny 1 czerwca, więc wtedy można dzieci przywozić masowo do Polski. Posyłać na trzy tygodnie do normalnych szkół polskich i już po jednej takiej dawce polskości będą mówiły po polsku, jak było z mymi dziećmi.

Najlepsze jednak, by młodzi Polacy dostawali polskie stypendia, by szli na studia w swych krajach. Potem przerywali je na rok, przyjeżdżali do Polski na rok specjalnych polskich studiów i wracali do domu w celu dokończenia przerwanych studiów. To ich zrepolonizuje, a kończąc lokalne uczelnie, łatwiej wejdą w elitę swego kraju.

Gdy młodzi Polacy ze Wschodu całe swe studia odbywają w Polsce, to absolutna ich większość nie powraca do krajów, skąd pochodzą, przez co lokalna Polonia traci.

Dobrze, że istnieje Karta Polaka, ale czemu nie daje ona automatycznie bezwizowego wjazdu do Polski?

Przy okazji warto zapytać, dlaczego, by otrzymać tę Kartę, trzeba zdać egzamin z polskiego, a Żydom w Izraelu, krewnym byłych obywateli Polski, daje się paszporty polskie, choć nie znają jednego słowa polskiego?

Jest biskup do spraw Polonii, ale nigdy nie był z nami stale nawet dwa czy trzy lata. Powinien mieć z dwóch biskupów pomocniczych pochodzących z księży, którzy byli duszpasterzami Polonii wiele, wiele lat i oni powinni z 80 proc. czasu spędzać, odwiedzając nas, a nie urzędować w Warszawie.

W wielu krajach zachodniej Europy i za Bugiem warto zacząć organizować polskie kasy oszczędnościowe, które bardzo dobrze rozwijają się już na terenie Rosji, więc nie powinno być kłopotów, by zaczęły powstawać na Białorusi i Ukrainie.

Polacy z Zachodu są bardzo czuli na szkalowanie Polski, bo to ich dotyczy, ale ambasady i konsulaty RP robią mniej niż mało, by bronić dobrego imienia Polski, a na zjeździe nie będzie temu poświęcone nawet jedno spotkanie.

Jest kilka książek angielskich broniących imienia Polski, ale nie są rozprowadzane w tych krajach przez agendy RP.

Przełomem jest teraz wystawa IPN-u na temat Żegoty, która będzie pokazana w New York City 13 września, choć ma sporo wad, jak niepodanie, że w 388 domach zakonnych przechowano Żydów i dzieci żydowskie, że ponad 3 mln samych Polaków poniosło śmierć w czasie II wojny światowej, w tym z 2000 śmierć za ratowanie Żydów, oraz że Polacy posiadają najwięcej z wszystkich narodów odznaczeń Muzeum Yad Vashem za ratowanie Żydów.

Wystawa ta po takich kilku uzupełnieniach powinna już jesienią objechać główne ośrodki USA i Kanady.

Gdy pani Szydło przestała być premierem, napisałem kilka listów do niej, by mając mniej spraw na głowie, pojechała w lutym i marcu odwiedzić Polonię USA i Kanady, a potem Polaków na Wschodzie, by tym podnieść jej wartość. No i co? G... nawet odpowiedzi na me listy nie dostałem, czym dostojna dama złamała Kodeks postępowania administracyjnego.

Trzeba przypomnieć władzom Polski, że Polonia Zachodu słała i śle duże pieniądze do kraju, ale niestety gros tych pieniędzy przekazywane jest przez obcych, a nie przez polskich pośredników. Czy nie trzeba się tym zająć?

Kończąc, dodam jeszcze, że Polonia importuje towary za miliony dolarów, czyli przyczyniamy się do wzrostu dobrobytu Polski, więc chyba coś się nam należy.

Aleksander Pruszyński
Mińsk Białoruski, 4 września 2018 r.

piątek, 07 wrzesień 2018 08:59

Ciemno, coraz ciemniej

Napisane przez

ligezaNa początek ciemno najciekawsze: Ukraina zadeklarowała porzucenie Wspólnoty Niepodległych Państw. Czy tam jak to się tam teraz nazywa.

To informacja z kategorii takich, po których człowiek uznaje za zasadny atak na monitor kawą wyplutą z ust. Czy tam herbatą. Ewentualnie czym tam raczyliśmy się w danej chwili. Tak mi mówili i właśnie przekonałem się, że krętactwa w tym, co mówili, nie było. Kawy akurat nie spożywałem, ale gdybym kawę pił, monitor niechybnie wymagałby przetarcia, o niezbędności reanimowania klawiatury nie wspominając. Tym bardziej, że kolejna wieść brzmiała: Ukraina wypowie również traktat o przyjaźni z Federacją Rosyjską.

Jeśli oba te doniesienia są pewne (a raczej są, boć znam je z przekazu deputowanej do ukraińskiego parlamentu), a właściwie jeśli choć jeden z tych przekazów jest prawdziwy, wówczas znaczyć to będzie, iż nasz świat kresowy, ukraiński, czarnosecinno-banderowski, stojący na głowie od czasów Majdanu i od czasów Majdanu nieskutecznie łapiący równowagę wewnętrzną, właśnie postanowił przyspieszyć pląs w autodestrukcyjnym tańcu. Proszę nie pytać mnie o wnioski dalekosiężne, ale utrzymywanie traktatu o przyjaźni z agresorem, który od czterech lat kaleczy śmiertelnie obszar ćwierci państwa (tu zauważmy: co najmniej ćwierci), to nie jest objaw narodowej rekonwalescencji i powrotu do rozsądku.

A propos rozsądku. W jednym z polskojęzycznych kanałów telewizyjnych młoda pani (dosłownie i w przenośni) wybiera suknię ślubną. W pewnym momencie dzieli się z widzami informacją, że będąc w czwartym miesiącu ciąży, ciążę „zakończyła”, albowiem dziecko „było śmiertelnie chore”. Jedna suknia, druga, trzecia, a w tle między półkami opowieść o żalu do lekarzy, zwlekających z podaniem „leków”.

Tak właśnie współczesnym kobietom pierze się (oraz suszy) mózgi. Potem zło rozrasta się samo z siebie – gdy kobiety, umiejętnie zepsute, wykonują przepierki i odkładają na suszarki mózgi swoich mężczyzn i dzieci, tym samym okrąg degeneracji etycznej zamykając trwale. Jak by to ująć, pozostając w obszarze świata fizyki: równia pochyła niezmiernie rzadko oddaje przyzwoitości swoje ofiary, stąd tak wielkie niebezpieczeństwo dla przestrzeni kulturotwórczej i tożsamościowej człowiekowatych. Rzec można: ciemno nam z nami samymi, coraz ciemniej.

Wszelako nie wszystkim ciemno w tym samym stopniu, nie wszystkim. Dajmy na to: nie amerykańskim żołnierzom w Polsce. A co takiego mianowicie będą robili w Polsce amerykańscy żołnierze, zapyta ktoś. Ano, amerykańscy żołnierze w Polsce będą zabezpieczali interesy amerykańskie w Europie, to oczywiste. Gdyby mieli zabezpieczać polskie interesy, dowodziliby nimi polscy generałowie. Ale polscy generałowie nie dowodzą rotacyjnym kontyngentem wojsk USA w Polsce i tym bardziej dowodzić nie będą kontyngentem stałym. Żadne takie nigdy w życiu. Więc.

Skoro więc nie dowodzą i dowodzić nie będą, w takim razie amerykańscy żołnierze w Polsce w pierwszym rzędzie zabezpieczać będą interesy amerykańskie. Proste jak sekwoja. Jeśli natomiast kogokolwiek mogłoby to ucieszyć na tyle, by zakrzyknąć w tym miejscu: „Wspaniale! Ochrona amerykańskich interesów na pierwszym miejscu w świecie, zaś ochrona interesów polskich na drugim, to całkiem niezłe osiągnięcie”, temu powiem: proszę bez złudzeń. A to, gdyż jako priorytet numer dwa – uwaga, przepowiadam przyszłość – amerykańscy żołnierze w Polsce będą znakomitym, bo najwłaściwszym zabezpieczeniem interesów żydowskich przesiedleńców do Polski.

Ho-ho, tak-tak. W Berlinie Żyd może dostać łomot, a w najlepszym przypadku straci kipę, i to w przysłowiowe samo południe na przysłowiowej Main Street. We Francji każda żydowska synagoga, instytucja czy placówka kulturalna, o dyplomatycznych nie wspominając, nie byłaby bezpieczna bez solidnej ochrony wojskowej czy bodaj policyjnej. W państwach Beneluksu czy w Szwecji istnieją dzielnice, których mieszkańcy każdą żydowską ofiarę terrorystów Hamasu mają w zwyczaju fetować entuzjastycznie do przesady. I tak dalej, i tak dalej. Dlatego, między innymi, nie należy ufać wyjaśnieniom, że Żydzi występują masowo o polskie paszporty, bo to daje im możliwość bezproblemowego wjazdu do Unii Europejskiej. Nie wierzcie w to. Żaden rozumny Żyd nie usiłuje dostać się do Europy Zachodniej na stałe. Oni raczej uciekają stamtąd, całymi rodzinami.

Co prawda, to prawda: powodów do tego mają dość. Rzecz w tym, że czynią, co mogą, by mieć ich jeszcze więcej. Stąd Polin przyciąga wciąż mocniej, a i przestać, zdaje się, wcale nie zamierza.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 07 wrzesień 2018 08:54

Jesienne analogie

Napisane przez

michalkiewiczObecny wrzesień jest bardzo podobny do tego w 1939 roku, zwłaszcza pod względem pogody. Jest słonecznie i ciepło, podobnie jak wtedy, ale wojna nie wykracza poza ramy polityczne i prawdę mówiąc, letnia pogoda sprawia, że wakacyjna pieriedyszka trochę się przedłuża. Pozwala to rządowi kontynuować nieprzerwane pasmo sukcesów, o czym entuzjastycznie informuje każdego wieczoru rządowa telewizja. Jest dobrze, a będzie jeszcze dobrzej, bo Nasz Najważniejszy Sojusznik właśnie ogłosił, że deportuje do Polski Dariusza Przywieczerskiego, uchodzącego za „mózg” afery Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Przypomnijmy, że polegała ona na tym, iż państwo na potrzeby nielegalnej operacji wykupienia polskiego długu na międzynarodowym rynku finansowym, wyasygnowało 1700 mln dolarów. Długi wykupiono, ale tylko za 60 mln dolarów, zaś reszta gdzieś się rozpłynęła. Powiadają, że pan Przywieczerski wziął sobie z tego półtora miliona dolarów – ale chyba tylko na papierosy – bo w proporcji do zagarniętej sumy, jest to bardzo niewiele. Podważa to nieco wizerunek pana Przywieczerskiego jako „mózgu” tej afery, wzbudzając podejrzenia, że „mózg” zlokalizowany jest nie tylko całkiem gdzie indziej, a w dodatku – poza wszelkim podejrzeniem.

Oczywiście co jeden człowiek chce zakryć, to drugi odkryje i jeśli potwierdzą się fałszywe pogłoski, jakoby Naczelnik Państwa Jarosław Kaczyński zgodził się na objęcie prezesury Najwyższej Izby Kontroli przez złowrogiego Antoniego Macierewicza, to niejedna pieczęć tajemnicy może zostać dokładnie powyskrobywana („Każdy grzech palcem wytknie, zademonstruje, święte pieczęcie złamie, powyskrobuje” – pisał Konstanty Ildefons Gałczyński o Tadeuszu Boyu-Żeleńskim), a wtedy niejeden autorytet moralny dostanie hercklekotów, chociaż skazani w procesie FOZZ Grzegorz Żemek i Janina Chim nie puścili farby, mimo że odsiedzieli swoje od dzwonka do dzwonka. Kto wie, czy z tego właśnie powodu nie zainteresował się nimi seryjny samobójca, co to – jak powiadają – odwiedził był pana generała Sławomira Petelickiego, który wstąpił do SB, żeby spełniać dobre uczynki? Dopóki tedy trwa pieriedyszka i nie padła salwa, humory jeszcze wszystkim dopisują, pasmo sukcesów rozwija się nieprzerwanie, ale na horyzoncie już gromadzą się również ciemniejsze chmury.

Oto „służby mundurowe”, to znaczy, przede wszystkim policja, zapowiedziały strajk jeszcze we wrześniu. Pretekstem są oczywiście zarobki, ale nietrudno się domyślić, że taki strajk może być elementem eskalacji politycznej wojny, przetaczającej się przez nasz nieszczęśliwy kraj na podobieństwo tornada. Inna sprawa, że pretekst płacowy staje się wiarygodny, bo – jak zauważyli ekonomiści – koszty utrzymania wyraźnie wzrosły. Obecnie statystyczne gospodarstwo domowe musi uregulować zobowiązania sięgające prawie 1600 złotych, podczas gdy jeszcze trzy lata temu było to niecałe 1000 złotych. Jest to bardzo podobne do słynnych „trudności wzrostu” z czasów Edwarda Gierka, które ówczesna rządowa telewizja też przedstawiała jako sukces, do czasu aż się wszystko skawaliło. Cóż; programy rozdawnicze, podobnie jak wielkie budowle socjalizmu, muszą kosztować. Za Gierka partia ogłosiła akcję poszukiwania 20 miliardów, ale – jak w „Towarzyszu Szmaciaku” zauważył Janusz Szpotański – „niestety nic my nie znaleźli. Przecież to Pcim, nie wyspa skarbów!”. Weźmy taki Centralny Port Komunikacyjny w Baranowie. Mają tam być wybudowane cztery pasy startowe długości 4 kilometrów – akurat tyle, by móc przyjmować największe amerykańskie samoloty transportowe Lockhed C-5 Galaxy, który potrzebuje pasa startowego długości ponad 2,5 kilometra. Rząd oczywiście ten aspekt sukcesu skromnie pomija, eksponując nadzieję osiągnięcia przy Polskę gigantycznych zysków, dzięki czemu nasz nieszczęśliwy kraj będzie nadal rosnąć w siłę, a ludzie żyli... – no, esperons, że jakoś i to przeżyją.

Otuchy dodał nam niedawno pan George Friedman, który od dawna głosi, że Polska już niedługo zostanie mocarstwem, a ostatnio uchylił rąbka tajemnicy, dlaczego tak się musi stać. Oto dlatego, że Stany Zjednoczone będą się przyjaźniły tylko z Polską i Rumunią, bo tylko te kraje mogą powstrzymywać Rosję. W przełożeniu na język ludzki, ten komplement pana Friedmana można rozumieć również i tak, że w strategii globalnej rozgrywki amerykańskiej z Moskalikami, naszemu nieszczęśliwemu krajowi została wyznaczona rola „mięsa armatniego”, co oznacza, że USA będą walczyły z Moskalikami do ostatniego Polaka i Rumuna. Nie ma w tym nic nowego; tak było również w 1939 roku, z tą wszelako różnicą, że wtedy nikt nie domagał się od Polski tego, by za ten radosny przywilej musiała ona zapłacić Żydom ponad 300 miliardów dolarów. Trzeba powiedzieć, że na tle rozmachu żydowskich roszczeń, przypadek pana Dariusza Przywieczerskiego prezentuje się nade skromnie i powściągliwie, ale jestem pewien, że rządowa telewizja właśnie na nim skupi wszystkie swoje reflektory, podczas gdy roszczenia żydowskie pozostaną dzięki temu okryte nieprzeniknionym mrokiem.

Tymczasem pani Żorżeta Mosbacher, która w Ameryce zrobiła majątek na rozwodach, a obecnie została ambasadorem USA w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju, właśnie poinformowała pana prezydenta Dudę, że prezydent Donald Trump wprost nie może się już doczekać jego przyjazdu do Białego Domu i nawet „chce”, by ta wizyta obfitowała w „poważne konsekwencje”. Co do tych konsekwencji to sprawa pewna, bo czyż przekazanie Żydom przez Polskę majątku o wartości ponad 300 miliardów dolarów nie jest konsekwencją poważną? Jasne, że poważną, więc nie jest wykluczone, że z tego powodu wizyta pana prezydenta Dudy w Waszyngtonie zyska szczególnie uroczystą oprawę, być może również w postaci rozesłania mu pod stopy czerwonego dywanu – podobnego do tego, jaki Anglicy w 1939 roku rozesłali pod stopami ministra spraw zagranicznych Józefa Becka, który nie tylko poczuł się z tego powodu szczególnie udelektowany, ale nawet dopuścił sobie do głowy, że Polska rzeczywiście została potraktowana z szacunkiem należnym mocarstwu.

Ciekawe, że niektórzy współpracownicy pana prezydenta jakby pragnęli uniknąć tych zaszczytów, bo na przykład dotychczasowy rzecznik, pan Łapiński, właśnie zrezygnował ze swojej zaszczytnej funkcji z zamiarem przejścia do sektora prywatnego. Z tego powodu rozmaici złośliwcy rozpuszczają fałszywe pogłoski, jakoby ekipa prezydenta Dudy zaczyna się „sypać”. Oczywiście nie ma w nich ani słowa prawdy, bo jakże tu mówić o jakimści „sypaniu”, kiedy Polska stoi w obliczu apogeum pasma swoich sukcesów – zupełnie jak pod koniec sierpnia 1939 roku?

Stanisław Michalkiewicz

piątek, 31 sierpień 2018 10:53

Otwieranie głowy

Napisał

W czasach siermiężnego komunizmu i autorytarnej władzy legitymizowanej liczbą czołgów mieliśmy do czynienia z czytelną, otwartą cenzurą. Średnio inteligentny człowiek mógł się domyślić, czego władza mu zabrania myśleć, i szybko tę wiedzę uzupełnić. Niektóre gazety w końcowym okresie PRL-u zaznaczały nawet ingerencje urzędu cenzorskiego, wskazując na stosowną ustawę. 

        Dzisiaj nie mamy tak łatwo. Główne platformy przekazu – a wbrew tradycyjnym przekonaniom, nie jest to radio czy telewizja, lecz Facebook, Twitter, YouTube czy Google – najpierw zmonopolizowały kanały przesyłowe, stając się głównym dostawcą  wiadomości tak prywatnych, jak i tych pochodzących od oficjalnych źródeł, a następnie wzięły się za cenzurowanie. Oczywiście nie same z siebie, lecz za „dyskretną namową” starszych i mądrzejszych. Dzisiaj słowa-klucze nowej cenzury to „fake news” oraz „hate propaganda”. Nikt tak dokładnie nie wie, co pojęcia te oznaczają, ale właśnie o to chodzi, aby były nieprecyzyjne, bo wówczas łatwiej można nimi walić po głowie przeciwnika politycznego, lub też oponentów rewolucyjnych zmian społecznych. 

        Na dodatek, większość z nas postrzega współczesną technologię informacyjną na zasadzie magicznej;  wiemy, co jest na wyjściu, widzimy, co jest na wyjściu, wiemy, gdzie nacisnąć czarne pudełeczko, ale jak to działa i dlaczego to już „czarna magia”. Proszę zresztą samemu zapytać dowolną rozgarniętą latorośl o oprogramowanie smartfonu, który trzyma w ręku, i strukturę sieci, z jakiej korzysta. 

        Tak więc, oprócz tego, że sami na siebie donosimy, przeglądając strony internetowe, komentując na Facebooku, używając aplikacji Androida czy Apple’a, to jeszcze jesteśmy odbiorcami spreparowanego, starannie przefiltrowanego przekazu informacyjnego, o którym sądzimy, że jest autentyczny i prawdziwy. Tymczasem nie mamy bladego pojęcia, w którym miejscu i jak zadziałał cenzor. Przekonały się o tym niedawno konserwatywne portale w Stanach Zjednoczonych, które nie tylko wprost wykluczono, jak stronę fejsbukową Infowars Alexa Jonesa, ale przede wszystkim poddano „obróbce” przez algorytmy hamujące rozprzestrzenianie się niepożądanych treści. Media społecznościowe przy pomocy oprogramowania usiłują ograniczyć rozprzestrzenianie się „fake news” poprzez limitowanie propagacji wiadomości nadawanych z portali zidentyfikowanych jako „główne źródła”. Podobnie jest w przypadku treści uznawanych przez niewidzialnych cenzorów za „siejące nienawiść”  (czyli tak dokładnie nie wiadomo co) – krytycznych wobec zmian społecznych narzucanych przez nowe cioty rewolucji. Ogranicza się im albo eliminuje możliwość uzyskiwania dochodów poprzez blokowanie wyświetlania reklam. 

        Prosta zmiana algorytmów rządzących wyświetlaniem wiadomości na tablicach Facebooka doprowadziła do nieraz 90-procentowego spadku poczytności prawicowych portali. W większości wypadków, zastosowania cenzury można się jedynie domyślać, ponieważ używa się tzw. „shadow banning”, czyli blokowania niewidocznego dla użytkownika. Nadawane treści ograniczone zostają do wąskiej grupy odbiorców zidentyfikowanych przez oprogramowanie jako podobnie myślący. 

        Sposobów i możliwości manipulowania treściami i rozprowadzaniem wiadomości jest multum. Można o tym przeczytać w Drudge Report, gdzie opublikowano poufne memorandum, o tym „jak eliminować prawicową propagandę”. Autorzy stwierdzają, że można tego dokonać „z matematyczną precyzją”. Żyjemy więc w świecie, w którym metodycznie i powoli odbiera się nam wolność wypowiedzi, a tworząc wrażenie budowania społecznościowej wspólnoty, szatkuje się nas na grupy mające na celu izolowanie niepoprawnych politycznie, niepożądanych poglądów. Jedną z twarzy współczesnej Łubianki jest George Soros. Co i kto za nim się kryje? Możemy się jedynie domyślać. Zresztą dzisiaj coraz bardziej musimy się domyślać, aby wiedzieć. „Więc dlatego z punktu mając na uwadze, że ewentualna krytyka może być, tak musimy zrobić, żeby tej krytyki nie było. Tylko aplauz i zaakceptowanie” – że pozwolę sobie zacytować klasyka.

        Osobom, które twierdzą, że dzięki dostępowi do Internetu, możliwości załadowania filmów do YouTuba, czy też stworzenia strony fejsbukowej zwiększyła się wolność słowa, a propaganda mainstreamu nie ma już tak dużego znaczenia, radziłbym po prostu popatrzyć, jak to wszystko działa. Wydawca, który nie kontroluje dystrybucji, nigdy nie wie, czy połowy nakładu nie wyrzucają mu do kosza. Najlepsza cenzura to taka, która uchodzi za wolność słowa, a najskuteczniejsze zniewolenie to takie, które narzuca się w imię pełnej wolności. Manipulacja weszła na nowy poziom, a czekiści nowego porządku od dawna wiedzą, że głębokie zmiany trzeba rozłożyć przynajmniej na dwa pokolenia, zaś mordowanie ograniczyć do podanych na tacy praw człowieka dobrowolnej eutanazji i aborcji. Dzięki temu w materiale ludzkim znów możemy rzeźbić  wizję nowej świetlanej przyszłości i lepszego jutra. Avanti popolo, alla riscossa, Bandiera rossa, Bandiera rossa.

Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany środa, 12 wrzesień 2018 22:54
piątek, 31 sierpień 2018 10:33

Toronto - miasto wytyczone przez Europejczyków (2)

Napisane przez

York został inkorporowany 6 marca 1834 r. i ponownie uzyskał nazwę Toronto, aby odróżnić się od Nowego Jorku, a także kilkunastu innych miejscowości nazywanych York w samej prowincji, w tym hrabstwa York, w którym Toronto było zlokalizowane, a także aby odrzucić negatywne konotacje związane z przydomkiem „Brudny Mały York”, jakim miasto ochrzcili mieszkańcy w czasach, gdy burmistrzem był William Lyon Mackenzie.

Nowe władze municypalne zdominowane przez reformatorów szybko wzięły się do pracy. Priorytetem była budowa nowych ulic i dróg – to stanowiło główny problem; dobre drogi były drogie, a tymczasem ustawa, mocą której inkorporowano miejscowość, ograniczała prawa radnych do stanowienia i podnoszenia podatków.

Nierówny system opodatkowania obarczał nadmiernym brzemieniem najbiedniejszych. Mackenzie postanowił zwrócić się z tą sprawą bezpośrednio do mieszkańców i 29 lipca 1834 roku zwołał publiczne spotkanie. Wyznaczono je na godzinę 18., aby nie kolidowało z godzinami pracy. Spotkał się jednak z oporem nowo utworzonego „British Constitutional Society”, na czele którego stanął William H. Draper. Szeryf William Jarvis przedłożył burmistrzowi wyniki głosowania, które ograniczały jego możliwość działania. W rezultacie kłótni obie strony postanowiły odłożyć obrady na następny dzień.

Tym razem torysi zwołali to spotkanie na godzinę 3. po południu, kiedy robotnicy nie byli w stanie w nim uczestniczyć. Wyszło im to jednak na dobre, ponieważ podczas obrad załamała się wypełniona ludźmi galeria Market Square, w rezultacie czego 4 osoby zginęły, a kilkadziesiąt zostało rannych. Prasa, która stała po stronie torysów, natychmiast obarczyła winą za to Mackenziego. Do pojednania nie doszło i obie zwaśnione strony starły się ponownie podczas rebelii Górnej Kanady w 1837 r., której przewodniczył właśnie Mackenzie.

W 1831 roku po raz pierwszy pojawiły się gazowe latarnie, zainstalowano ich w tym roku ponad sto. W maju 1832 roku miasto odwiedził Charles Dickens. Opisywał Toronto jako „miasto pełne życia, ruchliwe, z utwardzonymi ulicami i oświetlone przez gaz”. Dickens podróżował wówczas po całej Północnej Ameryce. W 1847 roku miasto dotknęła epidemia tyfusu, 863 imigrantów irlandzkich zmarło na tę chorobę w specjalnych szopach, gdzie umieszczano gorączkujących, przy szpitalu torontońskim na północno-zachodnim rogu King Street i John Street. Epidemia zabrała również pierwszego biskupa Toronto, Michaela Powera, opiekuna najbiedniejszych Irlandczyków, którzy uciekli z wielkiego głodu w Irlandii.

W kwietniu 1849 r. wielki pożar zniszczył całą dzielnicę targową na północ od Market Square i Saint Lawrence Market, jak również pierwszą katedrę świętego Jacka i część pierwszego torontońskiego ratusza.

Toronto miało wówczas straż pożarną i dwie remizy, ale nie były one w stanie kontrolować ognia i wiele biznesów spłonęło. Nastąpił potem okres odbudowy.

W okresie tym narastały napięcia między oranżystami reprezentującymi protestantów lojalnych wobec Korony brytyjskiej a katolikami i Irlandczykami, którzy imigrowali do Toronto. Policja oraz straż pożarna były kontrolowane przez oranżystów. Dochodziło do aktów przemocy przeciwko katolikom i reformatorom, a sprawcy nie byli karani; dopiero na początku XX wieku w Toronto po raz pierwszy burmistrzem został katolik...

W wieku dziewiętnastym miasto gwałtownie się rozwijało. Jego populacja zwiększyła się z 30.000 w 1851 roku do 56.000 w 1871 i 181.000 w 1891 r. Toronto pochłaniało mniejsze okoliczne miejscowości, takie jak Parkdale, Brockton Village i inne. Wysoka dzietność oraz napływ nowych imigrantów zwiększały liczbę mieszkańców, choć po 1880 roku imigracja znacząco spowolniła.

W latach pięćdziesiątych kolej dotarła do rejonu portu. Trzy firmy kolejowe kładły tory do Toronto: Grand Trunk Railway, (GTR), Great Western Railway oraz Northern Railway of Canada. GTR wybudowała pierwszą Union Station w 1858, a w 1873 drugą – dzisiejszą. Dostępność połączeń kolejowych dramatycznie zwiększyła liczbę imigrantów oraz wymianę handlową, podobnie jak coraz większe wykorzystanie parostatków na jeziorze Ontario. Wybudowano sieć tramwajową, która nadal działa w swym pierwotnym kształcie. Powstała też kolej podmiejska wzdłuż ulicy Yonge na odległość 80 km do jeziora Simcoe, co pozwoliło na jednodniowe wyprawy na tamtejsze plaże. W dziewiętnastym wieku plaże torontońskie były zbyt zanieczyszczone, by się w nich kąpać, głównie z powodu bezpośredniego wrzucania śmieci i nieczystości do jeziora.

W miarę rozwoju miasta jego granice wyznaczała na zachodzie Humber River, a na wschodzie Don. Kilka mniejszych potoków i strumyków skierowano rurami pod ziemię, co pozwoliło budować nad nimi. Garrison Creek i Taddle Creek używane były jako otwarta kanalizacja, co stanowiło bardzo poważne zagrożenie dla zdrowia i higieny mieszkańców. W mieście działały dwie szkoły medyczne, Trinity Medical School i Toronto School of Medicine. Obydwie stały się potem częścią Wydziału Medycyny Uniwersytetu Torontońskiego.

Miasto unowocześniało i profesjonalizowało usługi publiczne; najbardziej dramatyczne zmiany przeszła policja, a to za sprawą nowych technologii, pojawienia się telefonów, rowerów, motocykli, a następnie samochodów. Policjanci, którzy do tej pory jedynie przechadzali się ulicami, rozpoczęli reagowanie na zgłaszane przypadki łamania prawa i przestępstw, a także zajęli się regulowaniem ruchu samochodowego. Po wielkim pożarze w 1849 r., w Toronto wprowadzono ulepszone przepisy przeciwpożarowe, a wraz z nimi rozwinięty został system straży pożarnej, ostatecznie w 1874 r. powstała Torontońska Straż Pożarna.

Cdn.

piątek, 31 sierpień 2018 10:24

Z perspektywy wspólnoty

Napisane przez

ligezaSpokojne sumienie i dobra pamięć nigdy ze sobą nie zatańczą. Tak sądzę, bośmy ludzie grzeszni i nie ma wśród nas takiego, który w uszach nie nosiłby mniej czy więcej kurzu. Czy tam za uszami. 

        W takim razie czym jest sprawiedliwość? Z perspektywy wartości konstytuujących wspólnotę, sprawiedliwość to czynienie tego, co konieczne, w celu ochrony wartości uznanych przez wspólnotę za ważne. Dlatego człowieka przyzwoitego nie może boleć, gdy Rozenek Andrzej, to jest niegdysiejszy misio-pysio Urbana Jerzego, pajacuje na sejmowej mównicy, z poważną twarzą wnosząc o „minutę ciszy za ofiary ustawy dezubekizacyjnej”. Przeciwnie, takie rzeczy Polaka cieszą, i to bardzo. 

        Mnie cieszą nawet w sześcianie, można powiedzieć. Dowodzą albowiem, owe zawodzenia postkomuszo-lewackie, że postkomusza lewica nie tyle, że chwyta się brzytwy, co brzytwy chwyta się już ustami. Aż chce się przyklasnąć: chwytajta, panie i panowie lewico postkomusza, chwytajta mocno. Wy chwytacie, my ciągniemy, forsując wam uśmiech od ucha do ucha. Ostatecznie, sprawiedliwość to z perspektywy wspólnoty czynienie tego, co konieczne. No tak czy nie tak? 

        Oczywiście w opisie powyższym występuje sporo „niestetów”. Weźmy pierwsze niestety z brzegu: w przyzwoitym świecie, czy inaczej, między ludźmi troszczącymi się o przyzwoitość, powodzenie person lewicowo-postkomuszych wspomnianego rodzaju może trwać długo, ale w końcu ludzie pukają się w czoła i decydują, by po takich pozamiatać – ale w świecie zdeprawowanym, czy inaczej: wśród ludzi popsutych, a następnie zredukowanych do poziomu intelektualnego szympansów po tresurze, czy też takich, którzy porzucili rozum, lecz gadane im zostało – to samo nie jest już takie proste. 

        Swoją drogą, ktoś zastanawia się, dlaczego Urbana „Ohydę” Jerzego diabli zabierają do piekła po cichu? Trzeciego sierpnia skończyło toto 85 lat, a mimo to każdego dnia gloryfikuje urbanią podłość, chwacko zdążając ku otchłani. Chociaż powiedzieć trzeba, że pląs zadem wychodzi mu coraz karkołomniej (mówię przez to, że środkowe miano pana Urbana („Ohyda”) to nie nazwisko, lecz opis). Więc czemu Urbana „Ohydę” Jerzego diabli zabierają do piekła po cichu? Już wyjaśniam: żeby narodowi radości nie sprawiać. 

        Rzecz jasna to wtręt na marginesie, kontynuując zaś temat brzytwy w ustach lewicy: czy tak zwaną dezubekizację, a w tym zakresie degradację, można nazywać zemstą, odwetem czy represjami? Dajcie spokój, naprawdę. Przypominałem już te oczywistości. Zemsta, odwet i represje to byłyby: aresztowania, zrywanie paznokci, łamanie kości, strzały w potylice, ciśnięcie zwłok do dołu z wapnem, przekopanie i rozjechanie terenu spychaczem – to w wersji hard. Ewentualnie w wersji łagodniejszej: pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Czy tam coś tam zbliżonego. Natomiast obcięcie kilku czy kilkunastu (okazało się, że w porywach do siedemnastu) tysięcy złotych emerytury, czy też zerwanie gwiazdek z pagonów wraz z pagonami, nazwać można co najwyżej zaskakującą łaskawością i de facto rezygnacją z odwetu. Czyli miłosierdziem. Chrześcijaństwo zobowiązuje, można powiedzieć, co tacy niepiękni chrześcijanie-katolicy jak ja, okraszają natychmiast dopowiedzeniem „zobowiązuje niestety”. Tak, że ten, tego... 

        I tu kolejna dygresja: realizacja zobowiązania, o którym wspomniałem wyżej, w praktyce wyciągnęła nam z portfeli, licząc od „odzyskania niepodległości” w 1989 roku, grubo ponad siedem miliardów złotych. Ho-ho, tak-tak. Słownie: siedem miliardów złotych. Ponieważ takie liczby to z perspektywy poznawczej abstrakcja, wyłożę rzecz jaśniej: siedem miliardów złotych to kwota wystarczająca do wybudowania – od podstaw, to jest w szczerym polu, wraz z infrastrukturą techniczną w postaci sieci wodno-kanalizacyjnych, elektroenergetycznych i dostępem do szerokopasmowego Internetu – siedem miliardów, powtórzę, to kwota wystarczająca do wybudowania trzystu pięćdziesięciu supernowoczesnych, energooszczędnych i w pełni klimatyzowanych szkół, każda z salami dla czterech „zerówek”, świetlicą i placem zabaw dla najmłodszych, z trzema dziesiątkami pracowni do nauki techniki, przyrody, matematyki, języka polskiego i historii, plastyki i muzyki, języków obcych, a także z salami gimnastycznymi (każdą o powierzchni ponad dwustu metrów kwadratowych) oraz dwoma boiskami, o nawierzchni sztucznej i trawiastej. 

        350 szkół, powtórzę. W każdym polskim powiecie jedna. I co? I pstro, i nic z tego. Przefrymarczyliśmy trzy dekady. Chrześcijaństwo zobowiązuje i takie tam inne, z prawdą o chrześcijaństwie niemające wiele wspólnego. Więc misio-pysio Urbana, czy też ludzie rozenkopodobni, choć z brzytwami w ustach, to przecież mogą kpić z nas w żywe oczy, i kpią bezkarnie (weźmy to zdanie: „Ludzie, którzy wiernie służyli Polsce, zostali potraktowani jak oprawcy”) – a na dodatek wielu z nich za to płacimy. Przepraszam, „Dobra zmiano”, że tak buńczucznie o to zapytam, ale zapytam bez pardonu: jak długo jeszcze? Jak długo jeszcze pozwalać będziesz, by ludzie uwikłani w komunę i postkomunizm brali udział w kształtowaniu przestrzeni publicznej podobno niepodległej wspólnoty? 

Krzysztof Ligęza 

Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 31 sierpień 2018 10:20

Do Wilna (35/2018)

Napisane przez

pruszynskiDo Wilna

Ponieważ sytuacja na Białorusi staje się zaogniona, wybrałem się do stolicy Litwy, by prosić o pomoc u Jej patrona św. Kazimierza i Matki Boskiej Ostrobramskiej. Pytanie istotne, czy chcą mi pomóc wskoczyć na siodło po Cygańskim Baronie.

        Podróż tylko trzy godziny nowym czeskim pociągiem i moc młodych, którzy tanimi liniami chcą lecieć z Wilna dalej.

        W Wilnie ciepło i słonecznie oraz masa turystów, głównie z Polski, którzy przyjeżdżają tu autobusami okrężną drogą, omijając z głupoty szefów od turystyki Grodno.

        Po pokłonieniu się św. Kazimierzowi w katedrze pocwałowałem ulicą Szeroką do Ostrej Bramy, a powinienem był zrobić odwrotnie, bo łatwiej iść z góry do dołu.

        Moc sklepów dla turystów i głównie wyroby z bursztynu, a prócz tego z drewna i tkanin. Na placu przed ratuszem sklepy z lokalną odzieżą lnianą, ale jak wszystkie sklepy z towarami luksusowymi, puste. Więcej ludzi w restauracjach, które pootwierały „ogródki”.

        Wracając podobnym pociągiem, miałem towarzysza podróży architekta. Wracał z Hiszpanii, gdzie trzy tygodnie biwakował u przyjaciela, który sprzedał, co miał, w Mińsku, tam osiadł i chwalił swą decyzję.

        Architekt opowiadał o swych znajomych, którzy zaczęli się dorabiać, a tu ludzie Aleksandra Mniejszego zaczęli przychodzić po „dolę”, a jak nie dał, to zawędrował za kratki i dostał pięć lat. To się tu stale powtarza i pytanie tylko, kiedy ten wrzód pęknie.

 

        Polacy górą

        Okazuje się, że przodujemy w Europie w chodzeniu do kościoła w niedziele. Chodzi tam 54 proc. naszych katolików, a np. w katolickiej Portugalii tylko 38 proc. Na Litwie chodzi coś 20 proc., ale ilu w tym Polaków katolików, statystyki nie podają.

 

        Na Jasnej Górze

        Wybrałem się tam 26  z Warszawy na święto Matki Boskiej. Są ze stolicy dwa ranne pociągi, jeden o 6:30, drugi dwie godziny potem, i też można zdążyć na główną mszę o 11.

        Pogoda była kiepska, Matka Boska nie dopilnowała jej, a najgorsze, że przyjechało stosunkowo mało ludzi. Nieporównywalnie mniej niż na Pielgrzymce Radia Maryja, co zapewne wielu przeciwnikom Ojca Dyrektora nie było w smak.

        Arcybiskup Polak był  nader  miłościwy i wygłosił tylko 17-minutowe kazanie, w którym przypominał, byśmy się nie dzielili i łącznie czcili 100. rocznicę

 niepodległości.


        Co dobrego

        Zastanawiałem się, że piszę głównie o złych rzeczach na Białorusi, a co jest dobrego?

        No, mamy moc zdobyczy techniki, prawie każdy ma telefon komórkowy, a w Mińsku pełno zdobyczy kulinarnych świata, jak McDonaldy, KFC czy Burger Kingi. Na rynku Komarowka mogę kupić świeże od krowy czy od kozy mleko, od gospodarzy kury, króliki i mięso.


        Grecja

        Kilka dni temu, przez około 12 godzin uchodźcy blokowali starą drogę krajową łączącą Teby z Atenami. Domagali się, aby przyznano im mieszkania zamiast domów, a najlepiej – w stołecznych Atenach. 

        Kompleks 65 domów ma tymczasem wiele udogodnień, w tym szkołę, plac zabaw, klinikę dla kobiet, a także bezpłatne Wi-Fi. Domy są klimatyzowane i wyposażone we wszystkie nowoczesne udogodnienia.

        Pomimo narzekań, a wręcz wściekłości kierowców, zmuszanych do objazdu, policja nie interweniowała aż do zakończenia protestu.

 

        Murzynki

        Na chama chcą wybielić skórę. Moc firm sprzedaje w Afryce na to środki, ale rezultaty dobre tylko dla firm, a fatalne dla lokalnych piękności.

 

        Elektroniczne spotkanie

        Pan Witold Bodrowicz przeprowadził ze mną 42-minutową rozmowę zatytułowaną „Ile Żydzi Polakom zawdzięczają”. Jest ona w Internecie pod takim tytułem. Kto chce, może ją obejrzeć.

 

        Luter o Żydach

        Najpierw Luter nie wypowiadał się negatywnie o Żydach, wierząc, że przyjmą oni protestantyzm. Kiedy to nie nastąpiło, zaczął pisać przeciwko nim traktaty. Pierwsze takie pismo nosiło tytuł „Pismo przeciwko Sabatyjczykom” i powstało w 1538 r. Inne nazywało się „O Żydach i ich kłamstwach”, opublikowane w 1543 r. 

        Luter określał Żydów w swoich dziełach m.in. jako leniwych złodziei, którzy przez lichwę czynią z chrześcijan niewolników. 

        W pracy „O Żydach” sformułował program postępowania z Żydami:

        1. „Podpalać ich synagogi i szkoły, a co nie da się spalić, na to narzucić ziemi i przysypać, żeby żaden człowiek nie oglądał po wieki ani kamienia, ani szlaki”.

        2. „Niszczyć też i burzyć ich domy”.

        3. „Zabierać im wszystkie ich modlitewniki i Talmudy”.

        4. „Na przyszłość ich rabinom pod karą śmierci zabronić nauczania”.

        5. „Całkowicie odebrać Żydom prawo do glejtów ochronnych”.

        6. „Zakazać im lichwy […] oraz skonfiskować wszelką gotówkę, klejnoty, złoto i srebro”.

        7. „Zmusić do zarabiania na chleb w pocie czoła”.

        Co by było, gdyby jakiś ksiądz z ambony to powiedział???

 

        Podobnie

        Często w prasie polskiej ukazują się wypowiedzi zwolenników pana Romana Dmowskiego, które mają za cel wysławianie tego w końcu wybitnego człowieka, a pomniejszanie zasług Marszałka Piłsudskiego.

        Zwolennicy tego pierwszego nie mogą przeżyć, że Marszałek ma więcej zwolenników, a pieśń „Pierwsza Brygada” jest popularnie śpiewana na różnych imprezach. Marszałek w 1914 r. przewidział to, czego nie przewidział pan Roman, nie tylko konflikt zbrojny między zaborcami, ale jeszcze powiedział publicznie w Paryżu, że najpierw Niemcy pokonają Rosję, a potem Francuzi, Anglicy i Amerykanie pokonają Niemców.

        Przypomina mi to bardzo to, co się dzieje teraz w USA, gdy po blisko dwóch latach lewicowi demokraci nie mogą zapomnieć o swej klęsce i rzucają kłoda po kłodzie pod nogi Trumpa.

 

        Senator John McCain

        Zmarł spory konserwatysta i dwukrotny kandydat na prezydenta USA. Interesował się sprawami Białorusi i przyjmował naszych opozycjonistów, ale nie pofatygował się odpowiedzieć na ani jeden z mych listów.

        Chciałem zamówić mszę za Jego duszę w Mińsku i zaprosić na nią, kogo się da, ale zrezygnowałem. Zamówię ją tylko w swej parafii w Rohoźnicy.

        Niech spoczywa w pokoju.

Aleksander Pruszyński