Goniec

Register Login

czwartek, 07 czerwiec 2018 23:13

Burczy w brzuchu Lewiatana

Napisał

michalkiewiczI to wiadomo także od starych Litwinów (A wiadomość tę pono wzięli od rabinów), Że ów zodyjakowy Smok długi i gruby (…), Którego mylnie Wężem chrzczą astronomowie, Nie jest wężem lecz rybą, Lewiatan się zowie” - napisał Adam Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. I słusznie – bo od kogóż pobierać wiadomości, jeśli nie od rabinów, którzy akurat w wielkiej liczbie zebrali się w ostatni poniedziałek i wtorek w Warszawie? W jakim celu? Ano, myślę, żeby nakreślić plan zagospodarowania majątku, jaki Polska będzie już wkrótce musiała im przekazać, zgodnie z ustawą nr 447 JUST, na podstawie której Stany Zjednoczone przyjęły na siebie obowiązek dopilnowania, by żydowskie roszczenia wobec Polski, szacowane przez nowojorską Organizację Restytucji Mienia Żydowskiego na ponad 300 miliardów dolarów, zostały zrealizowane aż do ostatniego centa. 300 miliardów, to sporo, więc nic dziwnego, że rabini zebrali się w Warszawie, żeby się naradzić, na co ten szmalec wydać. Okazało się, że – po pierwsze - na edukację – przy czym nie tyle może chodzić tu o edukację głupich gojów o holokauście – chociaż oczywiście głupie goje od maleńkości muszą wiedzieć, że holokaust był najważniejszym wydarzeniem, bez precedensu w dziejach świata – co na edukację młodzieży żydowskiej, od której – tylko patrzeć – jak się w Polsce zaroi. Jak bowiem można było przekonać się na podstawie doświadczeń ostatnich kilkuset lat, nic tak nie sprzyja żydowskiej prężności demograficznej, jak antysemityzm – oczywiście w rozsądnych granicach. To tak, jakby do stawu w karpiami wpuścić szczupaka, dzięki czemu karpie natychmiast nabierają wigoru i rozmnażają się, jak szalone. Toteż nic dziwnego, że zebrani w Warszawie rabini radowali się z objawów odrodzenia życia żydowskiego w Polsce i nakreślili program edukacyjny – również w zakresie edukacji religijnej. „Wije się złoty Lewiatan zły, w srebrne szczury wijąc się zmienia, drobnieje w bilion pcheł i wszy i znowu w szczury zrastają się pchły...” - pisał Julian Tuwim. Żeby jednak ktoś nie pomyślał sobie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, to jednocześnie skrytykowali nowelizację ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej, że ich głęboko zasmuca, bo dławi wolność słowa i swobodę badań naukowych. Kiedy w roku 1998 do ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej z inicjatywy żydowskich konsultantów naszego suwerennego parlamentu wprowadzono art. 55, przewidujący karalność tzw. „kłamstwa oświęcimskiego”, czyli każdej formy podważania podanej do wierzenia wersji historii II wojny światowej, z masakrą europejskich Żydów w szczególności – to nie zagrało to ani wolności słowa, ani swobodzie badań naukowych. Jednak – co wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie – więc kiedy parlament mniej wartościowego narodu tubylczego spróbował dodać do art. 55 artykuł 55 A, przewidujący karalność tzw. „kłamstwa obozowego”, że mianowicie obozy zagłady były „polskie”, to klangor podniósł się na całym świecie aż pod nozdrza Najwyższego. Wprawdzie rabini tym razem nie napiętnowali tubylczego antysemityzmu, ale wyręczyła ich w tym kandydatka na ambasadoressę Stanów Zjednoczonych w Warszawie, pani Żorżeta Mosbacher. Pani Żorżeta – jak słychać - dorobiła się milionów na rozwodach, szlamując nieszczęśników, którym zachciało się zakosztować słodyczy jej płci, więc w sytuacji, gdy USA muszą przypilnować, by Polska wyszlamowała się na korzyść Żydów, jej kandydatura na ambasadora Naszego Najważniejszego Sojusznika w Warszawie wydaje się idealna. Już tam pani Żorżeta przypilnuje, żeby wszystko odbyło się, jak należy i jeśli nawet puści nas z torbami, to tylko dla naszego dobra i w słusznej sprawie. Wiadomo bowiem, że pieniądze psują charakter, oczywiście nie każdemu; co to, to nie, bo na przykład panią Żorżetę najwyraźniej uszlachetniły, dzięki czemu podczas przesłuchania przed senacką komisją mogła z czystym sumieniem powiedzieć, że nowelizacja ustawy o IPN wyzwoliła falę antysemityzmu, chociaż tubylczy naród zasadniczo zły nie jest, bo na zbrojenia daje tyle, ile trzeba.
I rzeczywiście. Właśnie prezydent Duda podpisał ustawę o Centralnym Porcie Komunikacyjnym, czyli wielkim lotnisku między Warszawą i Łodzią. Pasy startowe mają mieć tam 4 kilometry, więc bez problemu będą mogły lądować tam i startować największe amerykańskie samoloty transportowe w rodzaju Lockheeda C5 Galaxy, który rozpędza się na dystansie 2530 metrów. Dotychczas tylko dwa lotniska w Polsce – na Okęciu i w Powidzu - mają pas długości 3500 metrów, więc lotnisko o czterokilometrowych pasach w odległości około zaledwie 200 kilometrów od wschodniej granicy obszaru obrony NATO, będzie jak znalazł. Szkoda tylko że Polska zobowiązała się do samodzielnego ponoszenia kosztów jego budowy, podobnie jak do utrzymania amerykańskiej brygady, czy nawet dywizji, jeśli uwiłaby sobie ona w Polsce gniazdko w postaci stałej bazy. Wprawdzie amerykański generał Hodges, niedawno jeszcze dowodzący siłami NATO w Europie, skrytykował ten pomysł, a sekretarz NATO, pan Stoltenberg uznał, że jest jeszcze „zbyt wcześnie”, żeby o tym mówić, ale – po pierwsze – pan Witold Jurasz z Ośrodka Analiz Strategicznych już generała Hodgesa zdemaskował, a po drugie – co znaczy „za wcześnie”, kiedy wiadomo, że im wcześniej, tym lepiej. Co prawda w traktacie „2 plus 4” z 12 września 1990 roku USA, Wielka Brytania i Francja zobowiązały się, że nie będą przesuwać swojej broni jądrowej na wschód od dawnej granicy niemiecko-niemieckiej, czyli na teren byłej NRD, a w porozumieniu zawartym podczas szczytu NATO w Paryżu w roku 1997 ustalono, że NATO nie będzie zakładać stałych baz na terytorium nowych członków, ale wiadomo, że takie zastrzeżenia podnoszą ruscy agenci, podczas gdy patrioci, zwłaszcza ci prawdziwi, nie tylko przechodzą nad nimi do porządku, ale w dodatku deklarują gotowość samodzielnego pokrycia wszystkich kosztów takiej operacji.
Tymczasem jednak do Warszawy przybył niemiecki prezydent Walter Steinmeier, zapewniając, że w Unii Europejskiej nikt nikomu niczego nie dyktuje, po czym podyktował Polsce, co ma zrobić, gwoli udowodnienia, że kocha praworządność. Z tej okazji niezawiśli sędziowie spontanicznie zawiązali spontaniczną organizację pod nazwą Komitet Obrony Sprawiedliwości, która będzie pilnowała interesu i jak tylko stwierdzi, że coś jest nie tak, to zaraz zamelduje, gdzie trzeba. Udział w przedsięwzięciu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka daje nadzieję, że czego, jak czego, ale szmalcu KOS-owi nie zabraknie, bo sama fundacja jest sponsorowana przez starego żydowskiego finansowego grandziarza, co to ostatnio wyłożył na takie przedsięwzięcia aż 18 miliardów dolarów! Nikt zatem nie będzie musiał sporządzać żadnych faktur, a gdyby nawet tak się stało, to już tam niezawisłe sądy będą wiedziały, co z tym fantem zrobić. „Zaplątaj dobrze węzeł, końce wsadź do wody” - mówił Sędziemu Soplicy kapitan Ryków. Pan prezydent Duda, w ramach prezentowania się w charakterze nieustraszonego szermierza polskiej racji stanu poinformował prezydenta Steinmeiera o swoim niezadowoleniu z powodu budowy przez Niemcy i Rosję gazociągu Nord Stream 2, co niemiecki prezydent – mówiąc elegancko - przyjął do wiadomości, a mówiąc potocznie - puścił mimo uszu.
W tej sytuacji niezależne media rzuciły się na Wielce Czcigodnego Stanisława Piętę, że wdał się w romans z panną Izabelą Pek, która w niezależnych mediach wylała swoje pretensje, jakoby poseł nie załatwił jej posady w Orlenie, jaką ponoć miał obiecać. Od razu widać, że w porównaniu z panią Żorżetą Mosbacher, panna Pek musi jeszcze wielu rzeczy się nauczyć. Najzabawniejsze jest to, że Wielce Czcigodny Stanisław Pięta został usunięty nie tylko z Prawa i Sprawiedliwości oraz z klubu parlamentarnego tej partii, ale z komisji badającej sprawę Amber Gold i komisji jakoby nadzorującej bezpieczniackie watahy. Pretekstem było ryzyko w związku z dostępem, jaki w tych komisjach poseł Pięta miał do informacji niejawnych, które mógłby przekazywać pannie Izabeli Pek w trakcie rozmaitych uniesień. To uzasadnienie wywołuje niezamierzony efekt komiczny po pierwsze dlatego, że ani w jednej, ani w drugiej komisji posłowie nie mają dostępu do żadnych „informacji niejawnych”, bo jeśli w ogóle są one „niejawne”, to przede wszystkim właśnie dla nich, a nie – dajmy na to – dla CIA, BND, GRU, czy Mosadu, a po drugie – jaki to użytek mogłaby z takich informacji zrobić panna Izabela? W najlepszym razie, mogłaby pójść na najbliższy posterunek policji i zaproponować, że w zamian za kapowanie na posła Piętę dadzą jej parę złotych na szpilki. Oczywiście żadnych pieniędzy by stamtąd nie dostała po pierwsze dlatego, że na posłów kapować nie wolno, a po drugie – że nie słyszano, żeby w Polsce policja płaciła swoim konfidentom jakieś pieniądze. Zatem poza wątpliwym rozgłosem, podobnym do tego, jaki w swoim czasie uzyskała pani Marzena Domaros, którą bezpieczniaccy alfonsi użyli do „kombinacji operacyjnej”, na żadne pieniądze ani z policji, anie z rozwodu liczyć nie może, chyba, że pan Jerzy Skoczylas i dla niej napisze książkę - bo za Anastazję Potocką dostał od prezydenta Komorowskiego Złoty Krzyż Zasługi - dzięki której zostanie damą i pisarką, może nie od razu taką, jak pani Olga Tokarczuk, ale omnia principia parva sunt – powiadali starożytni Rzymianie.
Stanisław Michalkiewicz

wtorek, 05 czerwiec 2018 00:16

Na szybko: Olszewski nic by nie zmienił...

Napisał

Właśnie minęła kolejna rocznica obalenia rządu Jana Olszewskiego, kiedy to dokonano korekty obsady stanowisk w obliczu braku zaufania kliki władzy  do ówczesnego ułożenia politycznego. Cóż, niektórzy sądzą, że gdyby nie to, to "Polska wyglądałaby inaczej" i dzisiaj "byłaby prawdziwie polska". Jest to sąd całkowicie błędny.
Patrząc z perspektywy, naprawdę jedynie polityczni ignoranci mogą uważać, że wtedy, w tamtych czasach była szansa na przejęcie władzy przez polską elitę narodową.
Po pierwsze, takiej elity narodowej nie było; w PRL-u nie wykrystalizowała się i nie wykluła - nie miała jak. Było za to całe morze gangsterów krajowych i zagranicznych oraz cały ocean pożytecznych idiotów ogłupionych operacyjnym przygotowaniem terenu pod tak zwaną transformację. Proszę sobie przypomnieć co wtedy, w 1992 roku myśleliśmy, jakie było nasze rozeznanie w świecie i wiedza o mechanizmach, które zastosowano w Polsce. Polityka - ta prawdziwa, a nie ta, o której piszą w gazetach, to wypadkowa działań silnych grup interesów krajowych, agentur, międzynarodowych korporacji, wszelkiego rodzaju zakonów pieniądza i innych lóż. W tym wszystkim tzw. proces demokratyczny to dosyć tanie kupowanie legitymacji potrzebnej do zabezpieczenia poparcia społecznego; demokracja zapewnia złudzenie współdecydowania, a co za tym idzie pomaga w akceptacji dyspozycji przekazywanych przez wyłonione "demokratycznie" ośrodki.

Zaplanowanego na zimno procesu przeflancowania strefy Wisły, a potem KDL pod skrzydła USA oraz korupcyjnego zdeflautowania Związku Sowieckiego przy pomocy wypromowanego szabru własnego kraju, nie były w stanie zmienić jakikolwiek oddolne ruchu. Ulica, być może jeszcze wtedy miała  jakieś znaczenie, ale była banalnie łatwa do spacyfikowania; paradoksalnie w niektórych krajach  "socjalistycznych" była tak bierna, że trzeba było ją wręcz szturchać pobudzając do działania - gwizdkami, jak w Pradze czy kulami snajperów, jak w Bukareszcie. Zaś osoby mogące realnie przeszkadzać "transformacji" po prostu znikały ze sceny - pojedynczego człowieka wyeliminować jest bardzo łatwo.
Upodmiotowienie się polskiego narodu, czyli wybicie na niepodległość było niemożliwe. Nie tylko dlatego, że nie było po temu środków materialnych, ale również dlatego, że nie było komu tego zrobić. Dzisiaj nadal jest to niemożliwe, choć może jest już komu, ale nadal nie ma za co i jak…
Andrzej Kumor


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany wtorek, 05 czerwiec 2018 11:10

No to będziemy się bić handlowo ze Stanami Zjednoczonymi; od pierwszego lipca mają wejść w życie cła odwetowe, jakie Kanada nałoży na import niektórych towarów z USA. Jest to "odwzajemnienie" amerykańskich ceł nałożonych na kanadyjską stal i aluminium. Nałożymy więc cła na papier toaletowy, sok pomarańczowy, truskawki i inne amerykańskie towary.
Będzie to po prostu oznaczało tyle, że towary te odpowiednio zdrożeją w sklepach, a taksę od tego zgarnie Ottawa. W sumie całkiem zmyślne pociągnięcie! No możemy handlowo wojować ze Stanami Zjednoczonymi, podobnie, jak zając z niedźwiedziem.
Przypomina mi to parodiowane często przemówienia Gomułki, w których były gensek zachwalał, że mimo wzrostu cen mięsa właśnie spadły ceny parowozów i snopowiązałek więc naród powinien być zadowolny....

Tymczasem zżymam się bo przeczytałem w Mississauga News że tegoroczny Dzień Polski w Mississaudze, będzie w tym roku wyjątkowo uroczyście obchodzony ponieważ Polska obchodzi, tu cytuję "stulecie niepodległości".
No niestety, przy powszechnej ignorancji historycznej, z jaką mamy tutaj do czynienia, z okazji naszego jubileuszu odzyskania niepodległości wdrukowuje się wszystkim dookoła, że Polska to państwo o stuletniej historii. No niestety tak sobie oto strzelamy do własnej bramki...


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 01 czerwiec 2018 08:13

Wolny świat? Wolne żarty!

Napisał

W czasach stalinowskich ludzie siedzieli za opowiadanie dowcipów. Tak było. Przez jakiś czas wydawało się, że takie absurdy to odległa przeszłość. Tymczasem właśnie w Stanach Zjednoczonych pewna pani aktorka popularna palnęła sobie na Twiterze w stopę nazywając pewną prominentną panią Murzynkę (byłą doradczynię prezydenta Obamy) skrzyżowaniem Planety Małp z Bractwem muzułmańskim. No i natychmiast otworzyła się pod nią czeluść politycznie poprawnego potępienia, zaczęły dąć trąby medialnego oburzenia i pani aktorka popularna straciła angaż.

Oczywiście za rasizm. Pokrzywdzona pani Murzynka wskazała, że jest to dobra okazja by się dowiedzieć, jak strasznie cierpią ludzie jej koloru skóry. W naszej coraz bardziej orwellowskiej rzeczywistości od dawna już wiemy, że dzielimy się na równych i równiejszych. Gdyby podobny „rasistowski dowcip” dotyczył osoby białej czy choćby żółtej, no to rozszedłby się jako „dość zabawny”. Do tego gdyby jeszcze przez podobne konotacje obśmiewał katolików czy był (pardon za wyrażenie) robieniem sobie jaj z obrońców tradycyjnych wartości czy innych „troglodytów pchających patyki w szprychy kół nieubłaganego postępu ludzkości”, no to wtedy obleciałby kilka razy programy dużych stacji telewizyjnych.

Jeszcze śmieszniejsze jest w tym to, że owa pani aktorka popularna przygnieciona łajnem powszechnej krytyki jęła się tłumaczyć, że swoją myślo-zbrodnię popełniła w stanie pomroczności jasnej będąc pod wpływem prochów nasennych. I tu znów odwołam się do naszych zbiorowych doświadczeń, napominając, że „wódka nikogo z antysocjalistycznej agitacji nie tłumaczy”. Zresztą na słowa winowajczyni natychmiast zareagował producent owych tabletek nasennych zarzekając się, że żadne testy nie wykazały by rasizm był efektem ubocznym zażywania.

Wolny świat? Wolne żarty...


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 01 czerwiec 2018 08:00

Byłem w Polsce (8)

Napisane przez

Nasze pobyty w Polsce wcale nie ograniczały się do Warszawy. Jasne, że z oczywistych względów spędzaliśmy tu większość czasu, ale robiliśmy też różne wypady, bo przecież to nie są kanadyjskie odległości i jakby się uprzeć, to wyjeżdżając z Warszawy nie ma takiego w Polsce punktu, z którego nie dałoby się wrócić następnego, a nawet tego samego dnia. Nawet ze Szczecina!

Wyjeżdżaliśmy do różnych miast i trzeba przyznać, że wszędzie było ładnie. Droga do Trójmiasta, A-2 do Poznania, Kraków, Wrocław, Karpacz, Zakopane, Rzeszów... To były wycieczki w różnych porach tego samego 2017-go roku.

I jakkolwiek w lecie zawsze jest najprzyjemniej to inne pory też mają swój urok.

Ale do tych dalekich-bliskich stron wrócę jeszcze a tymczasem powiem dlaczego spacer Saską Osią wzbudził moje mieszane odczucia.

Hotel Bristol jest z tej trasy wykluczony na samiuteńkim początku, bo leży trochę “off”- a szkoda, bo stanowiłby dobry początek. Tak więc zaczęliśmy od pomnika Prusa i zaraz po drugiej stronie Krakowskiego “wcisnęliśmy się” pomiędzy dwa słynne gmachy - Komendę Miasta i Hotel Europejski.

Tę nazwę zawsze będę pisał dużą literą. Hotel Europejski. Dziś w generalnym remoncie. Budowniczowie zostawili tylko zewnętrzną skorupę a całe wnętrze wydłubali do ostatniej marmurowej płyty, którymi wyłożono kiedyś wejściowy hall i prowadzące na piętra schody. Jego nowe otwarcie przewidziano na maj 2018!

Całe szczęście, że to będzie hotel, a nie jakiś biurowiec, bo przeszło sto pięćdziesiąt lat temu zbudowano go jako hotel i jako taki służył przez wiele lat.
Z wielu względów jest mi niesłychanie bliski.

Wspaniały hall, a z niego wejście do pięknej, eleganckiej restauracji. Tuż obok recepcji, która była na prawo od głównego wejścia był fryzjer, w którym golono-strzyżono na amerykańskich, rozkładanych fotelach, na których klient mógł się wygodnie wyciągnąć aż do pozycji leżącej. To było coś jak z filmów. Urzędujący tam pan Wacław mówił mi kiedyś, że golił Chruszczowa i wyglądało na to, że to był kulminacyjny punkt jego kariery.

Po drugiej stronie wspaniałych, marmurowych schodów, które prowadziły na piętra, idąc w kierunku kawiarni był barek, w którym można się było napić. “Harcerzyk”, czyli dżin z sokiem grejpfrutowym kosztował trzydzieści pięć złotych co biorąc pod uwagę ówczesną, przeciętną pensję nie było tak mało. Dla niektórych środowisk zawodowych bywanie w tym barku było pewnym rytuałem, ale nie będę tego teraz rozwijał... Dalej była kawiarnia, a tuż po jej lewej stronie od ulicy Tokarzewskiego-Karaszewicza malutki barek z paroma stolikami. To była mała “dziurka”, zaciszna i dość przytulna. Dalej, po drugiej stronie budynku, od ulicy Ossolińskich była restauracja dzienna, oraz osławione Kamieniołomy - nocny lokal, do którego obowiązywał tak zwany wieczorowy strój, co w praktyce sprowadzało się do marynarki z krawatem. Przestrzegano tego bez litości i podobno nie wpuszczono tam nawet Micka Jaggera z Rolling Stones, bo ten zamiast krawata miał apaszkę.

Wszystko to wiem z wielu wizyt, głównie z racji mojej ówczesnej pracy, a także różnych spotkań z zagranicznymi gośćmi, którzy przyjeżdżając do Polski zatrzymywali się właśnie w Europejskim. Zresztą nie tylko. Z Europejskim wiąże mnie wiele innych - bardziej osobistych - wspomnień.

Przed wybudowaniem Victorii, Europejski i Bristol miały bez żadnych wątpliwości reputację najlepszych hoteli w Warszawie. Potem ich sława trochę przybladła, bo oprócz Victorii powstał także hotel Forum, ale te nowe hotele nijak się miały do “starszych braci”. Były nowe, bez patyny i tradycji.

W Europejskim czuło się atmosferę, która wykraczała poza szarość codzienności tamtych lat. Ci, którzy tam pracowali mieli tego świadomość.

Podobnie było z Bristolem i z całą pewnością napiszę o nim osobno, ale teraz wracam do Osi! Saskiej Osi!

A zatem wychodząc na obecny plac Piłsudskiego, a kiedyś Zwycięstwa zostawiliśmy po prawej stronie Europejski, po lewej Komendę Garnizonu Miasta i stanęliśmy w miejscu, na którym przed wielu laty Jan Paweł II wzywał Ducha świętego aby odmienił oblicze TEJ ziemi.

Atmosfery tamtych dni nie można już dziś powtórzyć!

Tak jak nie można powtórzyć zatykającej dech w piersiach radości gdy dowiedzieliśmy się, że Karol Wojtyła został papieżem. To były dni, które wspomina się do końca życia.

Gdzie wtedy byłeś? Gdzie wtedy byłem? Jak ta wiadomość dotarła do ciebie, do mnie?

Do takich chwil wraca się i wraca i przypomina fragmenty rozmów, reakcji, zdarzeń, które im towarzyszyły...

To trochę tak jak z wiadomością o zamachu w Dallas.

Co wtedy robiłem?

Pamiętam gdy byłem małym chłopcem i przy okazji śmierci Piusa XII mój ojciec mówił o papiestwie. Zapytałem go wtedy czy kiedykolwiek Polak był papieżem.

-Nie, nigdy.

-A czy będzie? - dopytywałem się z ciekawością.

-O, nie, nie - odpowiedział - trudno to sobie nawet wyobrazić!

A jednak! Równo dwadzieścia lat później zobaczyliśmy na ekranie naszego czarno- białego telewizora uśmiechniętą twarz polskiego papieża!

To były niezapomniane dni tym bardziej, że tamta rzeczywistość nie dawała nam zbyt wielkich nadziei. Po prostu trwało się. I to było duszące trwanie.

Szliśmy przez ogromny plac myśląc o tych wiekopomnych wydarzeniach i jak się nasze życie od tego czasu zmieniło. Jeszcze raz uświadomiłem sobie jak bardzo jesteśmy inni i w rzeczy samej - żyjemy innym życiem.

Po prawej stronie w oddali błyszczał szklany gmach. Od pierwszego rzutu oka nie miałem dla niego żadnej sympatii! O ile ładniej wyglądał ten plac bez niego! Zasłaniał piękną sylwetę Teatru Wielkiego i kłócił się z otoczeniem! No cóż - pomyślałem - jeśli nie można tego zmienić to trzeba przywyknąć - ale mimo to jakoś mnie to bolało.

Akurat odbywała się zmiana warty przed Grobem Nieznanego Żołnierza! Przepadam za zmianami wart! Wszędzie. Widziałem ich kilka tu i tam i zawsze, niezależnie od tego gdzie, podziwiam ich dostojeństwo i dumę.

A za Grobem wspaniały Ogród Saski i ta fontanna ze szkicu mojej mamy.

Matki przechadzały się z wózkami, małe dzieci biegały w alejkach, starsi ludzie siedzieli na ławkach...

Czas był cichy, spokojny i ciepły więc usiedliśmy także i my.

Teraz, gdy wspominam moje wizyty w Starym Kraju cały czas odnoszę wrażenie, że o niektórych sprawach opowiadam zbyt powierzchownie. W gruncie rzeczy to nie jest tylko wrażenie. Wiem, że tak jest i nie umiem się z tego wytłumaczyć. Może tylko tym, że pewne rzeczy zapominam, a inne wbijają mi się w głowę tak wyraźnie i silnie, że przysłaniają obiektywne spojrzenie. Jasną więc rzeczą jest, że nie jestem obiektywny!

Wszystko co piszę o Warszawie, ludziach i ich sprawach jest zabarwione moimi osobistymi przeżyciami. Ale czy może być inaczej?

Nasze “polskie przygody” nie są inne od tych, które doświadczają inni.

Ilu z nas ma koło siebie kogoś chorego, starego i cierpiącego?

Ilu z nas podejmuje związane z tym trudne decyzje?

Ilu z nas miota się pomiędzy swoim własnym życiem, swoimi kłopotami, chorobami i starzeniem się, a koniecznością pomocy tym, którym jest jeszcze ciężej, są sami, bezradni i słabi?

Wszystko to, a także upływ czasu i - jak powiedziałem - nasze własne słabości mają wpływ na ocenę tego co przeżywamy.

Odnoszę to głównie do siebie, ale rozmawiam też z innymi i wiem, że koleje naszych losów są i bliskie i dalekie, bo przecież każdy z nas jest inny.

Inne jest też widzenie rzeczywistości. Tak więc niektóre nowe elementy Osi Saskiej drażniły mnie i w duszy protestowałem przeciwko “zniszczeniu” jej obrazu. Oczywiście na pierwszym miejscu był ten nieszczęsny szklany gmach, który zasłaniał Teatr Wielki i burzył estetykę Placu Piłsudskiego. Także sama zmiana nazwy Placu nie była po mojej myśli. Dla mnie to był ciągle Plac Zwycięstwa! Siedzieliśmy na ławce niedaleko cicho szumiącej fontanny i jak wspomniałem czas był miły i łagodny. Wspaniała polska jesień! W pewnej chwili przysiadł się do nas starszy człowiek, który na początku zaczął czytać gazetę, ale po jakimś czasie przerwał i zaczęliśmy rozmawiać.

Najpierw o czymś neutralnym, ale po paru minutach on sam zaczął mówić o Placu. Był podobnego zdania jak ja, ale dodawał wiele szczegółów, których nie znałem. Mówił o planach odbudowy Pałacu Saskiego, Pałacu Bruhla, znalezieniu w obrębie Placu starych, pałacowych piwnic, planach budowy pomników upamiętniających katastrofę smoleńską itd.

Słuchałem z ciekawością. Okazało się, że był emerytowanym architektem, chyba uznanym i nagradzanym, bo od czasu do czasu wtrącał informacje o swoich projektach. O Placu i w ogóle o Warszawie mówił z pasją i miłością i chociaż podobnie jak ja nie był warszawiakiem z urodzenia to widać było, że także podobnie jak ja kocha to Miasto.

To on opowiedział mi o ogromnej operacji przesunięcia na rolkach Pałacu Lubomirskich na końcu Osi Saskiej. To było w 1970 roku i w głowę zachodziłem, że tego nie pamiętam. Przecież nie mogłem tego wtedy nie wiedzieć! Po prostu dziura w pamięci! A operacja - według jego relacji - była na miarę budowy piramid i trwała prawie dwa miesiące. Dzięki niej obrócono cały gmach o siedemdziesiąt stopni tak, że stanął dokładnie w poprzek Osi i zasłonił Halę Gwardii i Halę Mirowską.

Przed majestatyczną kolumnadą pałacu postawiono konny pomnik Tadeusza Kościuszki! Pałac. Związany z nim Plac Żelaznej Bramy jest moim zdaniem jednym z piękniejszych miejsc w Warszawie.

Po raz niewiadomo który uświadomiłem sobie, że bardzo często nie doceniamy tego co mamy na wyciągnięcie ręki i potrzeba dystansu - także i czasowego - żeby umieć zauważyć jego piękno.

Trudno by mi było znaleźć w Warszawie dzielnicę czy osiedle, na którym nie byłem. Najeździłem się po tym mieście od Falenicy po Bielany, od Bemowa po Wesołą, od Wilanowa po Targówek. Miałem wrażenie, że znam to miasto, ale jak się coraz wyraźniej okazywało niewiele znałem, bo po prostu wtedy gdy byłem młody interesowało mnie tyle innych rzeczy... W każdym razie na pewno nie architektura.

Teraz po latach widziałem to Miasto inaczej.

W przedostatni weekend października wybraliśmy się na małą wycieczkę do Kutna.

Jechaliśmy drogą przez Wolę na Ożarów i Sochaczew. To były świetnie zagospodarowane strony z wielkimi magazynami, zagranicznymi firmami i hotelami.
Najpierw “czerwona” Wola - prawie nie do poznania, potem Jelonki, na których kiedyś w barakach pozostawionych przez budowniczych Pałacu Kultury urządzono dość prymitywne akademiki, dalej Ożarów, Błonie i trochę więcej gospodarstw głównie sadowniczych. Tuż przy drodze stanowisko sprzedaży jabłek. Zatrzymaliśmy się, żeby kupić wymarzone przeze mnie koksy pomarańczowe, które uważam za absolutnie najlepszy owoc na całym świecie!

Przy stoisku nie było nikogo, ale na platformie ułożone w skrzynkach, leżały różne odmiany. Było ich przeszło dwadzieścia.

Czekaliśmy małą chwilkę. Z drugiej strony szosy pędził do nas na rowerze chłopak. Okazało się, że obsługiwał dwa stanowiska. Jedno po jednej stronie szosy a drugie po drugiej. Stanowiska nie wiedzieć dlaczego nie stały naprzeciw siebie, ale były od siebie oddalone o jakieś sto metrów. Coś musiało być na rzeczy. Gdy chłopak widział, że ktoś się zatrzymuje przy akurat pustym stoisku wskakiwał na rower i przyjeżdżał obsłużyć. Przyjechał.

-Czy ma pan może koksę pomarańczową?

-Koksę? A kto by tam panie utrzymał koksę do tej pory? - zdziwił się jakbym go zapytał czy nie ma na sprzedaż brylantów.

-Koksa to delikatne jabłko i nie takie popularne. Weź pan czempiona - on teraz robi za koksę!

- Czempion? No, nie wiem... A to to jakie jabłko? - pokazałem trochę na chybił trafił.

-Gruszkówka!

W życiu nie słyszałem o takich odmianach!

-Ale co się stało z koksą? Przecież kiedyś to było...

-Kiedyś, kiedyś - co tam kiedyś - zapomnij pan! Teraz to panie w Unii jesteśmy, w Nato jesteśmy! To jak - ile mam dać tego czempiona? I tak z mojej “bucket list” wykreśliłem kolejny punkt, z tym tylko, że w miejsce koksy napisałem “czempion”, bo jak się potem dowiedziałem czempion to dziecko koksy i golden delicious. Dowiedziałem się też, że koksa to rzeczywiście delikatne, wymagające jabłko i sadownicy rzadko je teraz trzymają. A przecież kiedyś... Ale nie dokończyłem swojej myśli, bo przypomniało mi się, że przecież “co tam kiedyś!!!”.

Mnie wtedy zafascynowała Kanada, ale nie tak, żeby tam jechać. I raptem, ja tu pracuję jako powołaniowiec i zgłasza się nam nowy superior generalny, że na Kanadę potrzeba misjonarzy. Bo tam potężne przestrzenie, misjonarzy nie ma, nie ma powołań i szukają chętnych. I cyk, cyk, cyk, zapikało mnie. O kurczę, a ja tu jestem powołaniowcem. A, to myślę sobie, że trzeba znowu zapytać Pana Boga. To jest takie dziwne. Nie wiem, jak to jest być zakochanym w dziewczynie, ale mówią, że ma się takie motylki, że nie można spać, myśli się, żeby ją zobaczyć, napisać...

To ja dostałem takich motylków całe stadko, że jak myślałem o Kanadzie, to mi się tu coś takiego dziwnego działo. Autentycznie, takie poruszenie.

Napisałem do przełożonego, a on mówi, że wyrzucili mnie, powiedzieli, że w ogóle nie biorą mnie pod uwagę, są inni, co pojadą. Jeszcze próbowałem, odrzucali mnie. O. Kuc, który był prowincjałem, powiedział, że dopóki ja jestem prowincjałem, to ty z Polski nie wyjedziesz, jesteś nam tu potrzebny, robisz, to co robisz, nie zwolnimy cię. Ja mówię, jak Pan Bóg będzie chciał, to pojadę i tak. – Ty mi się Bogiem nie zastawiaj! – Jak Bogiem się nie zastawiać, no to kim?! I walnąłem tak w niego. No i jak mi przełożony nie pozwala, to znalazłem sposób. Buch. Napisałem list do przełożonego w Kanadzie. Ktoś mi pomógł po francusku uporządkować to, co ja sam byle jak napisałem. I on mi odpisał: Bardzo cieszę się, że jesteś chętny. Właśnie jadę do Rzymu, będzie kapituła, ja się spotkam z generałem, spotkam się z waszym prowincjałem – bo ja napisałem, że oni nie chcą mnie puścić. No i oni się w Rzymie spotkali, dogadali się i prowincjał pozwolił mi tam jechać. I tak się zaczęła moja epopeja.

Nie wiedziałem, dlaczego Pan Bóg chce mnie tam, dlaczego Kanady. I takie były przeciwności, i przełożony mówi nie, i potem był stan wojenny, różne historie. Ambasada kanadyjska mi nic nie odpisuje, nie żadnych odpowiedzi. Zdenerwowałem się, jak tyle przeciwności, to chyba Pan Bóg mówi, że to jest nie moja droga. To dobrze, mówię, Panie Jezu, robimy tak – zresztą nie pierwszy raz tak robiłem z Panem Bogiem – jeżeli to jest Twój pomysł, to rób z tym, co chcesz. A jak to jest mój wymysł, że ja jadę zwiedzić świat, Góry Skaliste, bizony, białe niedźwiedzie, Indianie, różne historie, to jeżeli to jest mój pomysł, to ja rezygnuję, i postaw mi takie przeciwności, żeby to nie wyszło. Ale jak to Ty, to ja chcę od 16 grudnia mieć dowód, że to jest Twój pomysł.

Dlaczego 16 grudnia? Bo tego dnia, kiedy poszedłem w zawody z Panem Jezusem, kiedy miałem takie układy, to już była rozpoczęta Nowenna do Niepokalanego Poczęcia, a ja jej nie rozpocząłem, już byłem spóźniony. Przyszło mi na myśl zrobić Nowennę w intencji poznania woli Bożej. Mówię, Panie Boże, 16 grudnia kończę Nowennę, słyszysz? Do Twojej Matki Niepokalanej. Miało być 9, ale ja 16 skończę. I proszę, 16 grudnia proszę mi dać odpowiedź! I proszę o konkretną odpowiedź! 16 grudnia chcę mieć na moim biurku dokumenty z ambasady kanadyjskiej, a nie, to nie zawracajmy sobie głowy. Koniec! 16 grudnia kończy się moja Nowenna, ja do torebki czekoladę i kawę – wtedy kawa i czekolada były bardzo trudne do zdobycia jeszcze – na pocztę, mnie tam znali. Dzień wcześniej powiedziałem, jutro przychodzę z kawą i czekoladą, takiej wielkości koperta dla mnie będzie żółta, albo jej nie będzie. Jeżeli będzie, będziemy pić kawę, jeżeli nie będzie, to też wypijemy sobie kawę, bo będę miał odpowiedź. Wchodzę z torebką, a pani zza okienka pyta: Ta koperta? Tak. 16 grudnia Pan Bóg dał odpowiedź na moje pytanie. Zawsze działa, 100 procent. Jak pytasz się Boga, co masz zrobić, zawsze będzie odpowiedź i się nie pomylisz. Tego uczę dzieci, ludzi.

Ja trochę tak może barwnie, niebarwnie – nie wiem, jak to wychodzi do tej pory – ale taki mam związek z Panem Jezusem między innymi w rozmowach. I daje zawsze odpowiedź. I to, co mówiłem do tej pory, to nie po to, żeby opowiedzieć jakieś barwne historie mojego życia, tylko w tym celu, jak Bóg kogoś takiego jak ja prowadzi, uczy.

Jak już wróciłem z Kanady po moich wojażach, po różnych historiach, kilka lat tu już byłem, to dałem pytanie Panu Jezusowi. Po coś Ty mnie tam posłał? Jak miałem tam być i resztę życia spędzić i po 13 latach wracam, z różnymi przejściami, nadzwyczajnymi oczywiście, to po co ja tam byłem? Tu mogłem być. Dostałem odpowiedź, przez inną osobę. Są osoby, które dostają przekazy od Ducha Świętego, od Pana Jezusa. Są wśród nas w Polsce mistycy, którzy mają przekazy, gdzie Pan Jezus mówi wprost, czego oczekuje. To są prywatne objawienia. Opiekuję się dwoma takimi duszami mistycznymi w Polsce, takim opiekunem duchowym jestem. I te osoby zapytałem, zapytajcie, dla mnie niepotrzebne, ale z ciekawości, ale jak możecie, zapytajcie, po co ja tam byłem, bo wiedziałem, że Pan Jezus chciał, żebym tam był. Przyszła odpowiedź. Wysłałem cię na naukę – między innymi te słowa usłyszałem. – Co byś wiedział, gdybyś nie przeżył tego, co przeżyłeś, i nie widział tego, co ci pokazałem? Jak inne jest twoje świadectwo do moich ludzi, kiedy mówisz o tym, co pozwoliłem ci przeżyć i zobaczyć. Między innymi jesteś żywym świadkiem życia po śmierci, mojej prawdziwej obecności, jesteś świadkiem piekła, czyśćca i nieba, i szatana, i Mnie, bo byłeś i widziałeś. Chciałem, żebyś to przeżył, abyś był świadkiem żywym i by przez twoje świadectwo otwierały się serca na moje działanie, bo masz jeszcze wiele dusz do mnie przyprowadzić. Byłeś tam na naukę i na ukształtowanie twojego serca, aby w pełni służyło Mi i duszom, do których posyłam. Między innymi takie słowa.

Więc cóż mam dyskutować. Więc może w tym momencie przerwę opowiadanie, bo tylko dojechałem do Kanady.

Byłem przekonany, że Pan Bóg tak chce. No dobrze, niech tak będzie. Byłem przekonany, że to już będzie na całe życie i tam umrę, gdzieś w lodach polarnych mnie niedźwiedzie zjedzą albo w utopię się. Czytałem te wszystkie historie, choćby przepiękna książka „Inuk. Misje na krańce świata”, którą przewertowałem trzy razy i zachwycałem się, nie myśląc, że tam pojadę i będę chodził śladami tych wielkich misjonarzy bohaterów, którzy życie oddali, pomordowani, niepomordowani itd. I jak tutaj opowiadam historię mojego życia w skrawkach, poszarpaną, nieuczesane myśli, to nie chodzi tutaj o to, żeby przez to wygrać, jak czasami mówię, jakiś konkurs na popularnego księdza czy zachwycić się sobą jak narcyz, tylko właśnie kojarzy mi się taka historia...

Już byłem wtedy z Siuksami nad Jeziorem Świętej Anny, gdzie ci Siuksowie przychodzili do mnie z różnymi pomysłami na to, żeby było więcej ludzi, jak to zaangażować i jak to porwać wszystko. Czasami w kazaniach mówiłem rzeczy, które im się nie podobały, bo był rachunek sumienia. Niektórzy przychodzili i mówili, ojcze, uważaj, bo jak tak będziesz mówić mocno, to dużo poodchodzi z Kościoła, bo to nie wszystko jest przyjemne. A ja mówię, nie przyjechałem tu do was, żeby wygrać konkurs na najpopularniejszego księdza w Kanadzie, bo na wygranie konkursu na najpopularniejszego księdza w Kanadzie mam pomysł w tej chwili. Przychodzi mi taki pomysł, wiesz jaki? – Jaki? – Słuchaj, to jest bardzo proste. Wielu Indian ma problem z alkoholem, nie że dużo piją, tylko nie mogą pić w ogóle, bo ich organizm alkoholu nie toleruje, nawet mała ilość powoduje, że wpadają w alkoholizm i to jest wielki problem. Mówię, to jest proste, będzie mnie to kosztowało 16 dolarów na tydzień. Dwie niedziele i cała Kanada będzie mnie znała, wszyscy. – Jak? 16 dolarów?! Mówię, to proste. 16 dolarów kosztuje paczka 20 butelek piwa. To ja kupię skrzynkę piwa i powiem tak: ta skrzynka piwa będzie rozlosowana po Mszy św. w niedzielę. Kto wygra, ten będzie miał skrzynkę piwa. Kochany, toż z kilku rezerwatów będą do mnie przyjeżdżać, kościół będzie pełny. Za 16 dolarów, a co zbiorę, to dużo więcej, zwrócą mi się. W jedną niedzielę będzie cała wioska z tego rezerwatu, za tydzień będą z kilku rezerwatów, za dwa tygodnie to tu będą wszystkie stacje telewizyjne i dziennikarze z całej Kanady i Stanów Zjednoczonych. Losowanie tej skrzynki będzie puszczane w całym świecie. Wygram na popularność? Wygram, wszyscy będą mnie znali, ale czy to o to chodzi w ewangelizowaniu? No nie. No to będziemy tak szli, jak idziemy.

Ale do nich też przemawiają obrazy, obrazy niesamowite. Zgłosiłem się do Kanady i tam był problem braku misjonarzy.

Kanada jest pierwszą placówką misyjną oblatów, 25 stycznia 1816 roku zaczęło się nasze zgromadzenie, Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej, oblat znaczy ofiarowany Maryi Niepokalanej, Bogu przez Niepokalaną, jeszcze nie było dogmatu o Niepokalanej. To byli misjonarze, którzy mieli odbudowywać Kościół po rewolucji francuskiej, była ich mała grupa, mieli pomysły.

To byli księża diecezjalni, ale ojciec założyciel de Mazenod w karmelitańskim zniszczonym kościele w Aix-en-Provence ich zebrał. Oni byli misjonarzami rekolekcjonistami. Niesamowite metody stosowali. Był taki moment, że mieli różne pomysły, jak ewangelizować i jak ludzi zebrać do kościoła, jak ten mój Indianin. A ja miałem pomysł z piwem, i zadziałałoby, i popularność by była dobra. Nasz założyciel z piwem nie wyskoczył, tylko z rekolekcjami i z noszeniem krzyża. Kiedyś były jakieś problemy, była mała ich grupa, ze 20, i on ich zabrał do domu z powrotem, rekolekcje, msze. Stanął przy ołtarzu, ołtarz, świecie, i powiedział m.in. takie słowa: Tu trzeba świecić, grzać i płonąć albo odejść. Bo zaczęły być kryzysowe sytuacje, różni ludzie mieli różne pomysły na ewangelizowanie. Tu trzeba świecić, grzać i płonąć albo odejść. Ja w klasztorze nie potrzebuję kopcących knotów. Użył słowa śmierdzących knotów, bo jak zgaśnie, to dymek idzie, albo duży płomień, to też kopciuch się robi i też niedobrze. Jak jest to na chwałę Bożą, to dobrze będzie dawało. Ja nie potrzebuję kopcących knotów, Chrystus w Kościele nie potrzebuje kopcących knotów. Albo pracujesz całym sercem, albo odejdź. To są słowa, jakie do mnie powiedział mój ojciec, kiedy ja się wybierałem, na inny sposób – nie zawracaj sobie głowy, co ty wiesz o życiu, tamten też wiedział, myślał i co? Dzieci bawi!

piątek, 01 czerwiec 2018 07:44

Konieczne jest kształcenie narodu

Napisane przez

pruszynskiWarszawa

Pogoda piękna, moc ludzi spaceruje lub zasiadło na licznych ogródkach od Rynku Starego Miasta Szlakiem Królewskim aż do Plac Trzech Krzyży. Na na przeciw kościoła seminaryjnego są wielkie tablice pokazujące nasze mniej znane miasta.

 

Rocznica

W 26 minęły 3 lata od momentu, w którym Andrzej Duda wygrał z Bronisławem Komorowskim II turę wyborów prezydenckich. SW Research, na zlecenie portalu rp.pl, zrobiło sondaż. Pytano Polaków, czy urzędujący prezydent powinien w 2020 roku ubiegać się o reelekcję.

Niespełna 41% ankietowanych jest za a 37% przeciw by prezydent ubiegał się o drugą kadencję. Pozostali 22% nie było zdecydowanych w tej kwestii.
Częściej przeciwnikami są kobiety (43%), osoby w wieku powyżej 50 lat (52%) oraz ludzie o wykształceniu wyższym (46%). Tego zdania są też częściej osoby o dochodzie od 2001 do 3000 zł (48%) oraz ankietowani z miast od 200 do 499 tys. mieszkańców (50%).

Badanie prowadzono 22-23 maja 2018 roku na próbie 800 osób reprezentatywnej dla populacji Polski pod względem płci, wieku i miejsca zamieszkania.


Z Chicago

Jak pisałem przed cmentarzem w Chicago gdzie prezydent składał wieniec grupa Polaków trzymała transparenty z napisami „Nie przepraszam za Jedwabne i Marzec ’68”, „Prezydencie już czas powstać z kolan” oraz „Żądamy wznowienia ekshumacji w Jedwabnem…”

Ci sami ludzie próbowali rozwinąć te transparenty podczas spotkania Polaków z prezydentem Andrzejem Dudą w Millenium Park w Chicago. Naszła ich policja i zostali „wyproszeni” ze spotkania, niektórzy ukarani mandatami, a jeden Polak nawet został aresztowany.

Demoliberalny i prawicowe media próbowały zakłamać to jak zostali potraktowani Polacy, którzy jeszcze w 2015 roku świętowali zwycięstwo Andrzeja Dudy.
Właśnie tych Polaków ambasador RP określił mianem „hołota” a przecież były to najdelikatniejsze jakie mogły być hasła.
Dobrze, że mi się udało tam zebrać trochę podpisów pod apel o wznowienie ekshumacji i nie trafiłem do kicia.


Pieniądz elektroniczny

Rodacy nie zdają sobie sprawy, bądź nie chcą tego wiedzieć, że tylko gotówka gwarantuje swobodę i anonimowość. Każda elektroniczna transakcja zostawia ślad w archiwach bankowych, pozwala ustalić, gdzie kto się znajduje, co robi, kim jest, czym się interesuje, jakie są jego słaby punkty, ewentualne nałogi itd. Czyli całkowita kontrola. W razie czego wystarczy spojrzeć na wyciąg z konta, żeby dowiedzieć się wszystkiego o danej osobie. Informacje te są nie tylko w posiadaniu banków, ale także urzędów skarbowych, a przez to państwa, które może mieć pełną kontrolę nad obywatelami.

Przy okazji afery Amber Gold okazało się, że upadek tej firmy był szybszy bo wszystkie banki, z którymi współpracował Marcin Plichta, zamknęły mu konta, a inne odmówiły jego otwarcia. Okazało się, że mają do tego pełne prawo.

Wyobraźmy sobie, że nagle nie ma w Polsce lub w Kanadzie gotówki. Wówczas, żeby w ogóle móc funkcjonować: mieć pracę, dostawać pensje, płacić za mieszkanie, jedzenie, ubranie trzeba mieć konto w banku. Inaczej nie da się żyć.

W tej sytuacji jesteśmy całkowicie na łasce i niełasce banków. W każdej chwili odpowiednie instytucje za dotknięciem jednego guzika mogą pozbawić nas wszystkich środków do życia. Dostęp do konta staje się jedynym sposobem przetrwania. Żeby kogoś zniszczyć wystarczy zablokować mu konto.


Jak Pan Bóg dopełni historii Zbawienia?

Wykład ks. prof. Tadeusza Guza: połączony z promocją arcyciekawej książki nawróconego na katolicyzm Żyda, prof. Harvardu, Roya Schoemanna pt. „Zbawienie bierze początek od Żydów” wydanej przez siostry loretanki.

Autor książki należy do coraz liczniejszego grona Żydów z USA, którzy nawrócili się na wiarę katolicką. Odsłania, historię własnego nawrócenia, związki polityki ze zwyrodniałą seksualnością, eugeniką, rasizmem.

Zasadniczo nic nowego bo istnieją liczne grupy nawróconych dawno Żydów i organizacja „Jews for Jezus”.

Najciekawsza była dyskusja gdzie zadawano profesorowi pytania i tam powiedział, że najważniejsze by rodziny odkładały pewną ilość czasu na rozmowy i nie był to czas przypadkowy, jak np przy wspólnym posiłku. Dalej twierdził, że konieczne jest kształcenie narodu, by był on świadomy swych celów, by wiedział co oznacza Bóg i jest to znaczenie ważniejsze niż dążenie do dobrobytu.


Odwalcie się

Żydzi przypuścili nowy atak na Polaków. 19 maja 2018 papież Franciszek podpisał dekret o heroiczności cnót kardynała. To nie spodobało się Komitetowi Żydów Amerykańskich (AJC), który wystosował list do kardynała Kurta Kocha, przewodniczącego Papieskiej Komisji ds. Stosunków Religijnych z Żydami.

Kontynuowanie procesu beatyfikacyjnego kardynała Hlonda „będzie postrzegane w społeczności żydowskiej i poza nią jako wyraz aprobaty dla niezwykle negatywnego podejścia kard. Hlonda do społeczności żydowskiej” – napisał rabbi David Rosen, dyrektor ds. Międzynarodowych Związków Międzyreligijnych AJC.

Wydaje się Żydom, że mają monopol na ocenianie co i kto jest OK, a kto nie. Tym samym kreują nowych antysemitów, bo każda akcje automatycznie tworzy reakcje. Chciałbym powiedzieć więcej, ale „nie wypada”.


Pewna droga do sławy i…

Kopanie Polaków. Burmistrz miasta w New Jersey nie tylko dostał sporo pochlebstw od mediów, ale prezydent Duda temu bucowi dał prezent.
Nie do wiary.

Dr hab. Michał Bilewicz z Centrum Badań nad Uprzedzeniami, ostatnio obwieścił, że Polacy powinni przeprosić Żydów za Bermana i Różańskiego, ponieważ „obaj zdecydowanie identyfikowali się jako Polacy, a wprowadzali z gruntu antysemicki system władzy”. Ciekawe jacy to byli „Polacy”, jeśli Berman nawet prosił członków BP PPR by mógł wziąć ślub w bożnicy.

 

„Demokraci”

Celem przeciwników demokracji, nazistów czy komunistów, było wykluczenie z dyskursu politycznego swoich przeciwników. Naziści czy komuniści odbierali swoim przeciwnikom politycznym prawa polityczne i wolności obywatelskie, prawo do działalności politycznej, prawo do głoszenia swoich poglądów, prawo do publicznego manifestowania swoich przekonań.

Dziś lewica choć werbalnie potępia nazizm, tak jak naziści czy naziści, dąży do odebrania praw politycznych i wolności obywatelskich, swoim przeciwnikom z środowisk patriotycznych.


Najstarszy dziennikarz

W Chicago mieszka nadal były redaktor naczelny Dziennika Związkowego pan Jan Krawiec (na zdj.), który w lipcu kończy 99 lat i jest najstarszym żyjącym dziennikarzem polonijnym.

Aleksander Pruszyński

piątek, 01 czerwiec 2018 07:41

Między-Epoka

Napisane przez

ligezaRyby milczą, krowy ryczą, nieloty skrzeczą, orły polują. Dobrze pamiętam? Może rozłóżmy zatem skrzydła, by raz i drugi wrzasnąć sobie za orlim przykładem? Na dobry początek.

Dla otuchy sobie wrzaśnijmy, boć pora po temu najwyższa. Albo, albo. Albo my ducha odzyskamy, polując, albo wrogowie nasi, nas uprzednio upolowawszy, wezmą i zjedzą kawałek po kawałku. Czy tam łykną w całości od tak zwanej ręki. Włochy pożerane są właśnie teraz. Notabene: ktoś z tego powodu płacze? Jakoś nie słyszę.

 

ŁZY FIDIASZA

Znający temat utrzymują, że na przestrzeni ostatnich paru dziesięcioleci, Niemcy zainwestowały we włoski półwysep około stu miliardów euro. W kawał solidnego buta zainwestowały, można powiedzieć. Bilans odrobinę kaleczą imigranci, ubogacający Włochów na siłę, ale to się w końcu załata. Programy integracyjne czynią cuda, zwłaszcza gdy integrowanych traktuje się kolczastym drutem.

Swoją drogą: jak to możliwe, by państwo kilkadziesiąt lat po przegranej wojnie, zyskało w Europie pozycję hegemona? Mówię o Niemczech. Ale o tym przy innej okazji, bo w związku w ostatnimi wydarzeniami nasuwa się dość oczywiste pytanie: czy we współczesnych okolicznościach przyrody Włochy mogą powtórzyć manewr brytyjski i wyjść z Unii? Odpowiedź brzmi: bez wojny nie mogą, jednakowoż spróbują, bowiem z tego rodzaju haka uzależniającego każde rozsądne państwo spróbowałoby się urwać. I dlatego wojna w Europie wciąż jest możliwa. Niekoniecznie tradycyjna zresztą. Kto, spoglądając na kolebkę cywilizacji europejskiej, powie, że to państwo pobite, podbite, wykupione, a następnie zniewolone trwale, do ostatniej kolumny Partenonu można powiedzieć? Chyba Fidiasz, szlochający do spółki z Kallikratesem.

 

NIE DO ZAAKCEPTOWANIA

Sąsiedzi Grecji z lewej strony mapy, czyli zza Adriatyku, Włosi znaczy, nie mogą powołać rządu, czy raczej rządu powołać im nie wolno, albowiem włoskiego ekonomistę, kandydata na stanowisko ministra finansów, prof. Paolo Savone’a, obwołano “wrogiem publicznym nr 1” – nie tylko Niemiec, ale i Komisji Europejskiej. Gość pragnie powrotu do waluty narodowej, naród pragnie gościa, i co im zrobisz? No coś przecież uczynić trzeba, nikt normalny nie wtapia w interes stu miliardów, a potem darowuje, bo jakimś Włochom uroiła się ekonomiczna niepodległość. Żadne takie.
W konsekwencji prezydent Włoch odmówił uznania wyboru koalicji partii, które wygrały wybory parlamentarne, po czym zadecydował o powołaniu “rządu technicznego”. Co z kolei oprotestowali zwycięzcy wyborów. Tymczasem sytuacja, w jakiej nie Włochy decydują o tym, jaki kształt ma przyjąć rząd w ich kraju, wydaje się nie do zaakceptowania dla kogokolwiek poza Brukselą i Berlinem. I może jeszcze poza Paryżem. Tak czy siak, twarda i bezwstydna zarazem ingerencja we włoską scenę polityczną, dowodzi, że w Unii Europejskiej nie ma już miejsca na suwerenność innych państw członkowskich niż Niemcy i Francja.

 

TAK DZIAŁA ŚWIAT

Właściciele Europy wyznaczyli się sami. Sami sobie nadali przywileje, owinięte w pozłotko zwane wciąż demokracją, przy czym rozziew między elitami a obywatelami staje się nie do pokonania inaczej, niż z uwzględnieniem rozlewu krwi.

Przejdźmy teraz do uogólnień. Otóż indywidualnie wyrastamy z dzieła naszych rodziców i dziadów, ale nasza kultura, kultura Europy, zwana “kulturą białego człowieka” (symbolicznie, symbolicznie), również z czegoś wyrasta i tylko ktoś nie ogarniający problemu zapyta, z czego mianowicie konkretnie (właśnie o tego rodzaju deficytach wiedzy mówię).

Zapominając o jednym i drugim, znaczy o dziele rodziców i dziadów, oraz o źródłach i fundamentach rodzimej kultury, zapominamy nie tylko o bliźnich i wspólnocie ludzkiej jako takiej. Zapominamy też o sobie. Tak działa świat. Niedługo potem prymat przejmuje zasada wzajemności, więc nasze wartości zapominają o nas – i jest już pozamiatane. Pozamiatane po nas, po cywilizacji białego człowieka, generalnie po świecie, jaki znaliśmy. Jeden z możliwych wniosków brzmi: wkraczamy w między-epokę i Bóg jeden wie, jak bardzo poobijani z niej wyjdziemy. O ile w ogóle nam się to wyjście powiedzie.

 

***

Internet chwali przemówienie naszego pana prezydenta, czy tam prezydenta, naszego pana, wygłoszone w Zielonej Górze przy okazji 58. rocznicy Wydarzeń Zielonogórskich (walki uliczne 30 maja 1960 roku w obronie likwidowanego “Domu Katolickiego”, kiedy na ulice wyszedł co dziesiąty Zielonogórzanin).

“Władza usiłowała wycisnąć odejście od tradycji, pamięci i wiary, czyli od wartości wpisanych w Polskość od chrztu Polski. To się jednak nie udało. Nie udało się nawet tu, tak daleko od ojcowizny, gdzie byli ludzie wyrwani ze swoich korzeni. Nie udało się dzięki Bogu, dzięki wam, waszym pradziadkom i ojcom.

Dziękuję wam dziś za to bohaterstwo. Dzięki temu pokolenie moje i mojej córki mogą żyć w wolnym kraju” – rzekł prezydent, a ja nie zdzierżyłem, pytając Dudę Andrzeja wprost: “Co też pan mówi, panie prezydencie?” i słysząc w odpowiedzi szczere i brutalne do krwi: “Słowa, słowa, słowa”.

Czy to możliwe, by Duda Andrzej mógł zareagować tak po szekspirowsku cynicznie? Nie wiem, nie było mnie tam. Ale głowy, że nie mógłby, w zakład nie zaoferowałbym. Już nie.

Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

piątek, 01 czerwiec 2018 07:40

O wyższości teorii spiskowej

Napisane przez

michalkiewiczMości panowie, proroctwa mnie wspierały – chciałbym zawołać za panem Zagłobą na wieść, że w ubiegłą niedzielę energiczne mamy młodych inwalidów w jednej chwili spakowały się i zakończyły ponad 40-dniowy protest, który część sejmowych korytarzy przekształcił w rodzaj polowego lazaretu na zapleczu frontu wschodniego i to w fazie odwrotu na z góry upatrzone pozycje.

Pisałem bowiem, że surdyna, jaka pojawiła się 23 maja zarówno w mediach rządowych, jak i nierządnych, musiała mieć zagadkową przyczynę – a wyobraźnia podsunęła mi obraz rozmowy telefonicznej dyżurnego generała okupujących Polskę starych kiejkutów z przedstawicielem Departamentu Stanu, a jeśli nawet nie z nim, to z rezydentem CIA na Polskę.

Wspominam o tym między innymi dlatego, że pryncypialni przeciwnicy teorii spiskowych czynią mi gorzkie wyrzuty, jakobym „wszystko” tłumaczył intrygami starych kiejkutów, których poza tym już przecież „nie ma” - ewentualnie intrygami Żydów, czy „cyklistów”. Ci „cykliści” to dla większego szyderstwa, bo wiadomo, że ani starych kiejkutów, ani Żydów, nie mówiąc już o „cyklistach” przecież „nie ma”.

Ja rozumiem, że oświeceni mikrocefale chcą jak najlepiej, ale czy w swoim potępieniu teorii spiskowych nie posuwają się aby za daleko? Chodzi mi oczywiście o antysemitismus, bo czy można sobie wyobrazić gorszy przejaw antysemitismusa, jak negowanie istnienia narodu żydowskiego? Ten karygodny przypadek pokazuje, w jaki sposób przedsionek piekła może być wybrukowany dobrymi chęciami. Ale nie tylko to – bo oświecone przez Michnika mikrocefale tłumaczą z kolei rozmaite wydarzenia spontanem i odlotem – niczym w Wielkiej Orkiestrze „Jurka Owsiaka”. Wydaje mi się jednak, że moja ulubiona teoria spiskowa jednak lepiej wyjaśnia rozmaite zagadki, niż „spontany i odloty”, nad którymi, mówiąc nawiasem, „Jurek Owsiak” musi nieźle się nauwijać.

Tymczasem teoria spiskowa wyjaśnia nie tylko różne zagadki, ale i fenomen „Jurka Owsiaka”. Jakże bowiem wytłumaczyć wielkie zaangażowanie po stronie Orkiestry nierządnej stacji TVN, którą podejrzewam, że została założona za pieniądze ukradzione przez starych kiejkutów z Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego? Przypomnę, że na nielegalną operację wykupienia polskich długów na międzynarodowym rynku finansowym PRL wyłożyła 1700 mln dolarów, podczas gdy na wykupienie długów poszło tylko 60 milionów, zaś reszta, czyli 1640 mln dolarów, „gdzieś” się rozeszła, a potem pojawiły się takie fenomeny, jak TVN, w którym gwiazdą pierwszej wielkości jest pani Justyna Pochanke – córka Renaty Pochanke, sekretarki Janiny Chim, zastępczyni dyrektora generalnego FOZZ, która – chociaż oskarżona w tej sprawie razem z Grzegorzem Żemkiem – podobnie jak i on, nie puściła farby?

Dzięki temu wyszła na wolność przed terminem, dzięki życzliwości niezawisłego sądu w Tarnobrzegu, który najwyraźniej „powinność swej służby zrozumiał”.
W tej sytuacji trudno się dziwić, że w TVN znalazła przystań również resortowa „Stokrotka”, surowo swoich gości przesłuchująca. Ostatnio przesłuchując Wielce Czcigodnego Rafała Trzaskowskiego, wysuwanego na prezydenta Warszawy gwoli rozciągnięcia zasłony tajemnicy nad wyczynami pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, „Stokrotka” ostro zwróciła mu uwagę, żeby odpowiadając na pytania, patrzył na nią, a nie na podgląd gdzieś z tyłu, czy z boku.

Pamiętam, że kapitan Kłak, który przesłuchiwał mnie w maju 1982 roku, też domagał się, bym patrzył mu w oczy, więc widać, że musieli przejść to samo szkolenie, dzięki czemu „Stokrotka”, mimo transformacji ustrojowej, przoduje nie tylko w pracy operacyjnej, ale i w wyszkoleniu bojowym i politycznym.
Tylko na gruncie ulubionej teorii spiskowej można wyjaśnić przyczynę, dla której prokuratura w Gdańsku podjęła tak zwane „energiczne kroki” w sprawie Amber Gold dopiero wtedy, kiedy forsa została wyprowadzona w nieznanym kierunku, a przesłuchiwani przed sejmową komisją delikwenci, również w randze generałów, nawet na pytanie o nazwisko, odpowiadają: „nie wiem, nie pamiętam”, ewentualnie, że udzielenie takiej odpowiedzi mogłoby ich narazić na odpowiedzialność karną.

Podobnie tylko na gruncie ulubionej teorii spiskowej można wyjaśnić, dlaczego w sprawie tak zwanej „reprywatyzacji” kamienic w Warszawie niezawisłe sądy przechodziły do porządku nad pełnomocnictwami wystawianymi przez osoby 150-letnie, albo – dlaczego w słynącym z niezawisłości gdańskim okręgu sądowym, niezawisły sąd właśnie wypuścił notariuszy zatrzymanych pod zarzutem uczestnictwa w wyłudzaniu nieruchomości przez lichwiarzy.
Jak inaczej wyjaśnić fenomen dwóch kongresów sędziów polskich, na które przybywał, kto chciał, albo – kto musiał, albo wreszcie pogląd prezydenta Andrzeja Dudy, że Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego w naszym bantustanie musi być pani Małgorzata Gersdorf? Przypomnę, że jej przetrwanie na tym stanowisku stanowi jeden z warunków trzypunktowego ultimatum, które niedawno przedstawił Polsce niemiecki owczarek Franciszek Timmermans, uplasowany na stanowisku zastępcy przewodniczącego Komisji Europejskiej.

„Nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego rozumu” - twierdził XVII-wieczny francuski aforysta Franciszek książę de La Rochefoucauld. Ze swego rozumu zadowoleni są zwłaszcza mikrocefale – absolwenci wyższych szkół gotowania na gazie, albo akademii pierwszomajowych. Tych ani nikt nie przekona, ani nawet nie przegada.

Tymczasem w przypadku nagłego zwinięcia 40-dniowego protestu w Sejmie nie tylko wyobraźnia mnie wspierała, bo okazało się, że protestujących inwalidów dyskretnie „wspiera” sam pan generał Gromosław Czempiński, który również żywo „interesuje się” rozwojem sytuacji. To była ta wisienka na torcie, spinająca puzzle teorii spiskowej, jako że pan generał Czempiński, który z niejednego komina wygartywał, razem z ostatnim (?) szefem Wojskowych Służb Informacyjnych, generałem Markiem Dukaczewskim, wzywany jest przez resortową „Stokrotkę” do TVN, kiedy tylko coś się w naszym nieszczęśliwym kraju dzieje i mówią tam, nie tylko „jak jest”, ale również - „jak będzie”.

W tej sytuacji rozmowa telefoniczna mogła odbyć się naprawdę, a kiedy do energicznych mam dotarły stosowne rozkazy, to w jednej chwili zaczęły pakować manatki, bo zrozumiały, że tym razem to nie jest żadne PiS-owskie safandulstwo.

Toteż, chociaż oczywiście protest zakończył się „zwycięstwem”, no bo jakże inaczej – to zaprawionym goryczą, bo nieprzejednana opozycja, która nie szczędziła inwalidom wyrazów serdeczności, w podpisanym w ostatniej chwili „Pakcie Solidarnościowym” jednak 500 złotych miesięcznie na głowę w gotówce też nie obiecała – w przecież na tyle właśnie wyceniona została „godność”. Oczywiście tylko w przypadku inwalidów, bo w przypadku naszego bantustanu godność kosztuje znacznie więcej – mniej więcej tyle, ile trzeba wydać na sprowadzenie i utrzymanie amerykańskiej dywizji – bo taka właśnie konkluzja objawiła się w rezultacie Zgromadzenia Parlamentarnego NATO w Warszawie, które protest na sejmowych korytarzach zdmuchnęło, niczym tornado.

Stanisław Michalkiewicz

Historia stosunków polsko-żydowskich w kontekście kryzysu polsko-izraelskiego wywołanego nowelizacją Ustawy o IPN
Warszawa, 05.05.2018

Ostatnio zaistniały jakby niespodziewanie nowe, choć w gruncie rzeczy stare, problemy stosunków polsko-żydowskich.

Stare problemy odżyły w związku z nowelizacją ustawy o IPN, szczególnie jej części dotyczącej ścigania karnego za powtarzanie w przestrzeni publicznej oczywistych kłamstw na temat polskich obozów śmierci. Szczególnie wroga reakcja Pani ambasador Izraela Anny Azari na tę Ustawę podczas obchodów 73. rocznicy wyzwolenia Auschwitz, uświadomiła Polakom, że antypolonizm żydowski jest głęboko zakorzeniony w umysłach nie tylko znanych antypolskich środowisk żydowskich, ale także wśród czołowych polityków państwa Izrael, które to państwo próbuje robić wrażenie, że stosunki polsko-izraelskie układają się bardzo dobrze, a rzeczywistości angażuje się w nagonkę na Polskę jako kraj antysemitów i kraj odpowiedzialny za współpracę z Niemcami w holokauście.

W gruncie rzeczy jesteśmy wciąż oskarżani o antysemityzm i udział w holokauście, a sprawa odpowiedzialności Niemiec za ten barbarzyński akt zaczyna być powoli wyciszana, także - i może przede wszystkim - w Izraelu.

Generalnie możemy mówić tylko o pewnego rodzaju tolerancji środowisk żydowskich wrogich Polsce, w stosunku do naszego kraju. Ogromną winę za oskarżanie nas o antysemityzm ponoszą nie tylko wrogie nam środowiska żydowskie w Polsce i poza Polską, ale także środowiska prożydowskie w Polsce, deklarujące się jako polscy patrioci, które wypaczając fakty historyczne i tworzą fałszywy obraz złożonych stosunków polsko-żydowskich.

Z pewnością w Polsce, w pewnych okresach historycznych, antysemityzm był obecny, tak jak był i jest obecny antypolonizm żydowski, a nawet antypolonizm polski.

Problemy w stosunkach polsko-żydowskich ujawniły się szczególnie w okresie rozbiorów Polski. Były to sprawy poniekąd normalne, bo Żydzi polscy nie byli zainteresowani (w zdecydowanej większości) sprawą odzyskania niepodległości przez Polskę będącą wówczas pod zaborami i zbudowaniu silnego państwa polskiego, a Polacy byli z kolei zaniepokojeni osiągnięciami ekonomicznymi i finansowymi bogatych środowisk żydowskich. Ale nie było żadnej nienawiści.
Sprawa miała prawdopodobnie swój zauważalny początek w czasie trwania Powstaniu Styczniowym i po jego zakończeniu, kiedy Rosja likwidując majątki bogatych rodzin polskich popierających powstanie, osiedlała na tych majątkach Żydów (szczególnie na Litwie), którzy w ten sposób stawali sie (nielegalnymi dla Polaków) właścicielami majątków polskich.

Żydzi dzięki przychylnej dla nich polityce Murawiewa („wieszatiela”), słynnego prześladowcę powstańców na Litwie, który stosował najczęściej karę śmierci przez powieszenie za ich udział w powstaniu, wykupywali po bardzo niskich cenach polskie majątki.

Bardziej wyraźne konflikty nastąpiły jednak dopiero na początku 20 wieku, kiedy marksizm i ruchy komunistyczne w Rosji i w Polsce (pod zaborami) kierowane głównie przez Żydów rosyjskich, postawiły sobie za cel obalenie caratu, ale absolutnie nie widziały konieczności odbudowania państwa polskiego. Polska miała być dla nich integralną częścią Rosji, czyli rosyjską republiką.

Z takim stanowiskiem nie mogły się zgodzić polskie środowiska patriotyczne, niezależnie od przynależności do istniejących wówczas opcji czy sił politycznych.

W okresie powstawania państwa polskiego i dyskusji w czasie traktatu wersalskiego, a szczególnie małego traktatu wersalskiego, który gwarantował poszanowanie praw mniejszości narodowych w Polsce, Żydzi wywierając silną presję na Stany Zjednoczone, Anglię i Francję, uzyskali autentycznie wyjątkowo korzystne przywileje.

Nie ziściły się natomiast ich próby utworzenia w czasie I Wojny Światowej, na ziemiach zaboru rosyjskiego, państwa żydowskiego o nazwie Judeopolonia, podporządkowanego Niemcom, ani próby ogłoszenia, (w styczniu 1919 rok) przez Żydów skupionych wokół czasopisma „Gołos Biełostoka”, Białegostoku jako wolnego miasta. W tym czasie populacja żydowska w Białymstoku dominowała liczebnie nad ludnością polską i posiadała w tym mieście ogromną liczbę synagog i domów modlitwy (razem około 100).

Okres międzywojenny, w tym także wojna bolszewicka w 1920 roku, obfitował w różne animozje i spory, chociaż nie było żadnych ostrych konfliktów. Antysemityzm polski dotyczył w tym okresie głównie obaw Polaków o silną dominację ekonomiczną i finansową bogatych Żydów, którzy zagrażali niezależności państwa polskiego poprzez potencjalne rozszerzenie swoich wpływów na politykę.

Ta postawa pewnej części polskiego społeczeństwa nigdy nie miała jednak podłoża rasowego czy wyznaniowego.

Bardzo ważnym argumentem, zwłaszcza elit politycznych w Polsce była też sprawa coraz silniejszego wpływu rosyjskich komunistów żydowskich i komunizujących Żydów w Polsce. Było to realne zagrożenie polskich interesów państwowych. Komunistyczna Partia Polski, Zachodniej Ukrainy, Zachodniej Białorusi czy Komunistyczny Związek Młodzieży Polskiej, w których była tzw. nadreprezentatywność działaczy żydowskich, nie były lojalne Polsce. Popierały one antypolską politykę sowieckiej Rosji. Najlepszym dowodem tych postaw było częste radosne witanie przez te środowiska żydowskie Armii Czerwonej jako wyzwolicieli, w czasie haniebnej agresji sowieckiej Rosji, we wrześniu 1939 roku.

Sytuację dotyczącą stosunków polsko-żydowskich skomplikowała tak naprawdę dopiero II WŚ. Polacy zaczęli być oskarżani o eksterminację, wspólnie z Niemcami, Żydów zamieszkałych na terenie Polski. Ale to nie Polacy są odpowiedzialni za masową eksterminację Żydów przez Niemcy. Holocaust był losem zgotowanym Żydom, nie tylko polskim, przez Niemcy i tylko przez Niemcy, nawet jeśli wiele krajów europejskich oficjalnie kolaborowało z Niemcami. Ciągłe oskarżenia wielu Żydów o udziale Polaków w holokauście, dowodzą jak bardzo ci Żydzi, nienawidzą Polaków i Polski.

Jeśli odwołamy się do historii, to właśnie Polska przyjęła najwięcej Żydów, gdy byli wyganiani w końcu XV wieku z Portugalii, Hiszpanii i w różnych momentach historycznych z innych krajów Europy Zachodniej. Od początków osiedlania się Żydów w Polsce otrzymywali wyjątkowo korzystne warunki pobytu w naszym kraju, a nieco później przywileje i specjalny status społeczny gwarantujący im istnienie odrębnych sądów żydowskich, wolność osobistą, swobodę wyznania oraz swobodę handlu. Przywileje te regulował po raz pierwszy tzw. statut kaliski, czyli 36 punktowy akt prawny nadany Żydom w 1264 roku w Kaliszu przez księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego. Takiego aktu nadającego Żydom częściową autonomię wspólnotową nie otrzymała nigdy żadna inna wspólnota narodowa, osiadła w Polsce. Politykę prożydowską prowadził szczególnie król Kazimierz Wielki oraz królowie Kazimierz Jagiellończyk i Zygmunt Stary, którzy bazowali na tym akcie prawnym.

Jednak stosunki polsko-żydowskie nie są oceniane symetrycznie (głównie w sensie win, odpowiedzialności i wzajemnych konfliktów) w naszych wzajemnych relacjach. Przykładowo, jakże perfidnie sfałszowano w PRL sprawę pogromu kieleckiego i potem za prezydentury Kwaśniewskiego sprawę tragedii żydowskiej w Jedwabnem.

Kielce to dobrze znana sprawa bezpieki. Jedwabne, to bezpodstawne oskarżenie o polskie sprawstwo tej tragedii żydowskiej, zainicjowanej i wykonanej pod nadzorem Niemców.

W badaniach „naukowych” i „historycznych” oparto się między innymi na protokołach śledztwa powojennego prowadzonego pod nadzorem bezpieki kierowanej przez żydowskich komunistów (chodzi o Jedwabne), którzy mieli z góry orzec, że inicjatorami i wykonawcami byli Polacy.

Warto odwołać się jednak do świadków zeznań, kiedy to okrutnymi torturami wymuszano podpisy pod sfałszowanymi protokołami. A później te wymuszone torturami protokoły miały znaczenie (wartość) prawdy historycznej. Te protokóły nie mogą być nigdy materiałem dowodowym.

Później Gross, niestosujący żadnego warsztatu naukowego, perfidnie i haniebnie obwinił za tę tragedię, tylko i wyłącznie Polaków.

Wiele środowisk żydowskich nie wykazało wdzięczności Polsce, która nie tylko gościła Żydów przez wiele wieków, ale przyczyniła się także do powstania państwa izraelskiego na terenie ówczesnej Palestyny.

Polską armię Andersa stacjonującą na terenie Palestyny opuściło ponad trzy tysiące żołnierzy żydowskich, w tym sporo oficerów, jak np. Begin, przyszły premier Izraela i laureat Pokojowej Nagrody Nobla. Wszyscy czołowi politycy nowo powstałego państwa Izrael w 1948 roku, to bardzo znani Żydzi polskiego pochodzenia. Izrael był przez długie lata rządzony przez Żydów z Polski. W Knesecie zabrakło tylko jednego głosu (niektórzy twierdzą, że dwóch), aby przynajmniej na początku, językiem obrad w żydowskim parlamencie był język polski.

Polska tuż przed wojną – na mocy porozumienia między niepodległościowymi organizacjami żydowskimi a Sławojem Składkowskim i Józefem Beckiem, przeszkoliła kilka tysięcy młodych Żydów w zakresie przysposobienia wojskowego oraz zorganizowała przyśpieszone kursy na stopień oficerski. Tuż przed wojną Polska przerzuciła nielegalnie na teren Palestyny (dla Żydów) sporo broni.

Ale sprawą zasadniczą w dialogu polsko-żydowskim jest stosunek naszych narodów do prawdy. W naszej cywilizacji chrześcijańskiej, a raczej filozofii grecko-rzymskiej, prawda to zgodność naszych ocen, sądów i przeżytych doświadczeń z obiektywną rzeczywistością. Prawda istnieje niezależnie od naszej woli i staramy się ją odkryć.

Jak mawiał nasz wielki rodak Św. Jan Paweł II, prawdy się nie ustala, nie dekretuje, ale do niej się dochodzi w wyniku badań, prawdę się odkrywa.
Dla Żydów prawda to zgodność z ich interesem. Prawdziwe jest to, co jest dla Żyda korzystne, co jest uznane przez niego za słuszne i co jest dla niego dobre.

Dlatego Żyd ratujący swoje życie zabijając innego (goja czy Żyda ) w gettach czy obozach koncentracyjnych nie postępował niemoralnie, czyli że prawdą dla Żyda nie są rzeczywistość i fakty. Dla Żyda kryterium prawdy to dobro Żyda i państwa Izrael.

Dlatego, między Polakami i Żydami, nie może być osiągnięty kompromis w sprawach antysemityzmu i holocaustu czy, jak mówią niektóre środowiska żydowskie „częściowy” udział Polaków w holokauście. Może być tylko „kompromisowa tolerancja”, zresztą trudna do osiągnięcia.

Sprawa jest obecnie jeszcze bardziej utrudniona, bo w Izraelu jest ponad milion Żydów z Rosji, Żydów często skomunizowanych, żywiących nienawiść do Polaków. A waga tych rosyjskich Żydów jest w Izraelu duża, zwłaszcza kiedy zbliżają się wybory.

Często poruszany jest problem szmalcowników. To nie Polacy jako społeczeństwo byli szmalcownikami. To byli polscy bandyci, których istnienia nikt nie neguje. Nigdy to środowisko nie było liczne z uwagi na grożące im kary ze strony polskiego państwa podziemnego.

Niektóre donosy na Żydów były wymuszane przez Niemców i tu trudno nadać tym faktom właściwą ocenę moralną. Podziemne Państwo surowo karało szmalcowników (była to najczęściej kara śmierci). Żydzi powinni też wiedzieć (i dobrze wiedzą), że za ukrywanie Żydów lub za zwykłą ludzką pomoc, jak choćby dostarczenie Żydom żywności, była tylko jedna kara: kara śmierci.

Dlaczego Żydzi milczą o systemowym przekazywaniu Żydów Niemcom przez różne państwa Europy, w celu ich (Żydów) wywózki do obozów śmierci? To robiła nie tylko Francja. Dlaczego milczy się o świadomej zgodzie wielkich mocarstw na eksterminację Żydów (polskie raporty docierały do wielkich mocarstw).

Te fakty muszą być badane przez historyków, aby nie dopuścić do uproszczeń, aby zawiłe stosunki polsko-żydowskie oparte były prawdach historycznych.
W tych stosunkach i w dialogu żydowsko-polskim musi być zachowana symetria, muszą być analizowane zachowania i postawy obu nacji.

Nie było tylko złych Żydów, podobnie jak nie było tylko złych Polaków. Można łatwo znaleźć przykłady wspaniałych Żydów polskich, którzy autentycznie kochali Polskę, którzy się łatwo zintegrowali z Polakami, wnosząc wiele dla polskiej kultury, nauki i gospodarki. Wystarczy poczytać poezję Mariana Hemara, aby zrozumieć, że dla niektórych z nich, Polska była po prostu drugą Ojczyzną, którą naprawdę kochali.

Podobnie można łatwo znaleźć wielu Polaków, którzy w Żydach widzieli przyjaciół, którzy rozumieli rozterkę tego tułaczego narodu bez własnej ojczyzny. W ich tragedii, w czasie wojny, widzieli także tragedię Polski i tragedię całej ludzkości. Byli gotowi nieść im pomoc nawet za cenę śmierci. Wiele polskich rodzin zapłaciło życiem za ukrywanie Żydów.

W pomoc Żydom angażowali się także Polacy poza granicami Polski. Przykładowo, w Ambasadzie Polski w Szwajcarii konsul Rokicki wystawił paszporty dla około 2000 Żydów, którzy posługując się sfabrykowanymi dokumentami, wyjeżdżali najczęściej do krajów Ameryki Południowej. Jako wyjątkowo przykład można przytoczyć wielkiego bohatera powoli uznawanego w skali międzynarodowej, rotmistrza Pileckiego, który dokonał wspaniałego czynu w obronie Żydów, Polaków i wszystkich nacji eksterminowanych przez zbrodniczy reżim niemiecki. Celowo dał się złapać w łapance ulicznej i w ten sposób został więźniem obozu Auschwitz. Jego raporty o sytuacji w obozie przekazywał polskiemu rządowi w Londynie. Raporty te były następnie przekazywane rządom USA i Anglii i przede wszystkim ośrodkom żydowskim w USA. Niestety ani rząd USA, ani rząd angielski nic nie zrobiły aby zmienić tę sytuację. Powstaje pytanie, dlaczego środowiska żydowskie milczały, dlaczego nie nagłaśniały i dalej nie nagłaśniają tych haniebnych zachowań rządów Anglii i USA.

Powstaje też pytanie, dlaczego Żydzi przemilczają wiele ważnych wydarzeń historycznych rzucających cień na ówczesne wielkie mocarstwa oraz na kraje Europy kolaborujące z Niemcami, natomiast z wielką, nieuzasadnioną agresją atakują Polskę, która nigdy nie kolaborowała z Niemcami.

Próba odpowiedzi na to pytanie daje dużo do myślenia. Polska staje się chyba jedynym krajem na świecie atakowanym przez niektóre środowiska żydowskie za udział w holokauście i wszechobecny, niemal ponadczasowy, antysemityzm. A przecież antysemityzm jest obecny przede wszystkim we Francji czy w Niemczech, gdzie są organizowane uliczne manifestacje i akcje terrorystyczne na tle antysemickim. Takich wydarzeń nie ma w Polsce.

˛ W tej sytuacji Polska nie można godzić się na kłamstwa historyczne i na oczernianie Polski za rzekomy udział w holokauście czy za antysemityzm.
Być może w dialogu polsko-żydowskim stosunek naszych narodów do prawdy jest sprawą zasadniczą i nie jest możliwy żaden kompromis. Możemy się tylko tolerować, czyli możemy osiągnąć tylko „kompromis tolerancyjny”.

Podobnie nie ma chyba możliwości kompromisu ekumenicznego pomiędzy katolicyzmem i judaizmem, pomimo że u podstaw obu religii leży Księga Pisma Świętego.

Podzielił nas Nowy Testament. Chrześcijaństwo to religia Jezusa Chrystusa. Wiemy, że w I wieku Żydzi przyjęli Ewangelię. Jak twierdzi ks. prof. W. Chrostowski, radykalna zmiana nastąpiła wraz z nadejściem judaizmu rabinicznego, którego początek wiąże się ze zburzeniem świątyni jerozolimskiej w roku 70.

Mówiąc dużo prościej, ekumenizm ten jest trudny z uwagi na fakt, że Jezus Chrystus dla Żydów (wierzących) nie jest Mesjaszem. Więc jak tu mówić o dialogu ekumenicznym (poza organizowaniem konferencji i różnych spotkań).

Obecnie dialog polsko-żydowski stał się dużo trudniejszy z racji wprowadzenia Ustawy IPN, w której chyba największym problemem dla Żydów jest art. 55a, dotyczący ochrony „dobrego imienia” Polski.

Tu także żaden kompromis nie może być osiągnięty. Może być tylko ogłoszona „kompromisowa tolerancja”. I pewnie kompromis, w tym sensie, zostanie osiągnięty. Ustawa IPN była bezwzględnie potrzebna (być może wymaga ona bardzo drobnych poprawek), aby zahamować falę bezpodstawnych międzynarodowych oszczerstw o udział w holokauście i antysemityzm.

Pozostaje wciąż do rozwiązania sprawa odszkodowań za majątek żydowski pozostawiony w Polsce w czasie II WŚ (w przypadku gdy nie żyją spadkobiercy). Tę sprawę być może należy połączyć z odszkodowaniami niemieckimi. Jednym z możliwych scenariuszy rozwiązanie tego problemu są negocjacje z silnymi ośrodkami żydowskimi w USA, aby te ośrodki wymusiły na rządzie niemieckim wypłacenie Polsce reparacji wojennych za straty poniesione w czasie II WŚ. Polska mogłaby zaproponować tym ośrodkom około 25% sumy uzyskanej od Niemiec jako reparacje wojenne. Te 25% byłyby wypłacone za usługi adwokackie i ostateczne uregulowanie roszczeń mienia żydowskiego w Polsce.

Pomysł ten wiąże się racjonalny dlatego, że tylko silne ośrodki żydowskie w USA są w stanie wymusić na rządzie niemieckim odszkodowania wojenne.
Samą sprawę roszczeń żydowskich można przypuszczalnie rozwiązać także na bazie propozycji min. Jakiego (zwrot 20% majątku) po negocjacjach z organizacjami żydowskimi. Niezależnie od tych dwóch scenariuszy uregulowania sprawy roszczeń finansowych powinny być ujawniane i nagłaśniane w skali światowej, sprawy stosunku mocarstw koalicyjnych do tragedii żydowskiej w czasie wojny (czyli haniebne zignorowanie tragedii żydowskiej przez mocarstwa koalicyjne, głównie przez USA i Anglię).

Tak się dział pomimo ciągłego alarmowania tych mocarstw przez polskie państwo podziemne, o zagładzie Żydów. Zdradą interesów żydowskich było przecież choćby wstrzymanie się od bombardowań infrastruktury kolejowej wykorzystywanej przez Niemców do transportu Żydów do niemieckich obozów śmierci.
Wiedziały o tym też środowiska żydowskie w USA, które były informowane o masowej zagładzie współbraci w obozach śmierci. Dlaczego nic nie zrobiono w interesie eksterminowanych Żydów? Ta sprawa, łącznie z rzekomym udziale Polaków w holokauście wymaga międzynarodowego nagłośnienia poprzez publikacje w językach obcych (głównie angielskim, francuskim i hiszpańskim). Formami publikacji powinny być zwłaszcza książki, artykuły i internet. Muszą być organizowane konferencje naukowe, muszą powstawać na ten temat filmy, dzieła sztuki, itp. W ten proces powinny być zaangażowane silne ośrodki polonijne. Powinny być wykorzystywane wszystkie ważne dla nas dokumenty historyczne, w tym także dokumenty ONZ, świadczące o zaangażowaniu Polski w obronę ludzkości przed reżimami totalitarnymi (niemieckim i sowieckim).

Jeśli chodzi o ujawnienie prawdy o stosunkach polsko-żydowskich, to uczelnie polskie powinny uruchomię sprawę pisania doktoratów i prac magisterskich o zbrodniach i niegodnych zachowaniach Żydów w stosunku do Polski jak i analogicznych zachowaniach Polaków w stosunku do Żydów. Muszą powstać na ten temat doktoraty i prace magisterskie.

Stanisław Brynda

Genewa