Goniec

Switch to desktop Register Login

czwartek, 10 maj 2012 21:58

Andrzej Załęski: Ostatni dzwonek

Napisane przez

Liberalny rząd McGuinty'ego, premiera prowincji Ontario, wprowadził pod obrady parlamentu propozycję nowego prawa – Bill-13. Rząd liberałów (możesz czytać lewaków) uchwalane prawo zamierza wprowadzić do szkół katolickich i publicznych jeszcze w tym roku. Bill-13 jest kontynuacją uchwalonego prawa Bill-157 dotyczącego "anti-bullyingu", czyli zakazu prześladowania i dyskryminacji studentów z powodu rasy, koloru skóry, preferencji seksualnych, wymuszeń i agresji względem innych uczniów. Bill-13 wprowadza do programów szkolnych dla klasy 3. szkoły podstawowej (uczniowie w wieku 8-9 lat) naukę o preferencjach seksualnych dot. homoseksualizmu i innych zboczeń seksualnych, zapewne z pięknymi bajkami o zakochaniu Karolka do Jasia i pięknej miłości Stelli i Marychy... W klasach 7. uczniowie zapoznają się z technikami seksu oralnego i analnego, które gwarantują niezachodzenie w ciążę. W klasach 8. przymusi się uczniów do nauki o koncepcjach gejowskich, lesbijskich, biseksualistów, sodomistów i innych mieszanych dewiacjach.

czwartek, 10 maj 2012 00:00

Wojciech Porowski: Historia pewnego Obrazu

Napisane przez

b1 int2 nap3Obraz Jezusa Miłosiernego

W okresie powielkanocnym gościł z wizytą w Kanadzie ordynariusz grodzieński Jego Ekscelencja ksiądz biskup Aleksander Kaszkiewicz. W Niedzielę Miłosierdzia Bożego głosił homilie na Mszach św. w kościele św. Maksymiliana Kolbe, a w poniedziałek z inicjatywy Koła Przyjaciół Misji przy tamtejszej parafii miało miejsce spotkanie z Księdzem Biskupem, na którym usłyszeliśmy referat o objawieniach św. siostry Faustyny Kowalskiej, a także fascynującą historię o powstaniu i kolejach losu słynnego obrazu Jezusa Miłosiernego.

      Początek kultu Miłosierdzia Bożego w formie zaproponowanej przez siostrę Faustynę można datować na dzień 22 lutego 1931 roku, kiedy to objawiający się siostrze Faustynie Jezus polecił jej, aby namalowano obraz z Jego wizerunkiem tak, jak Go widziała w objawieniu, i podpisem "Jezu ufam Tobie". Siostra Faustyna zwróciła się o poradę do swego spowiednika, obecnie już błogosławionego, ks. Michała Sopoćki. Rzecz cała działa się wówczas w Wilnie, do którego siostra Faustyna została przeniesiona z Płocka.

      Ks. Sopoćko odniósł się początkowo bardzo sceptycznie do objawień siostry, a zwłaszcza polecenia namalowania obrazu, wyjaśniając swej penitentce, że prawdopodobnie chodzi o obraz Jezusa w jej duszy. Jednak zaraz po odejściu od konfesjonału usłyszała głos Jezusa, polecający wykonanie rzeczywistego obrazu, który uroczyście poświęcony w niedzielę po Zmartwychwstaniu, byłby czczony początkowo w jej zgromadzeniu, a następnie na całym świecie. Ksiądz Sopoćko, niezbyt przekonany o autentyczności objawień swej penitentki, skierował ją na badania psychiatryczne. Zarówno wyniki badań, jak i opinia przełożonej zgromadzenia wypadły dla siostry Faustyny bardzo pozytywnie. W tej sytuacji ks. Sopoćko, przynaglany przez siostrę Fustynę, zajął się sprawą namalowania obrazu, choć jak sam przyznał, wiedziony bardziej ciekawością niż przekonaniem o nadprzyrodzoności jej objawień. Wybór wykonawcy obrazu padł na Eugeniusza Kazimierowskiego, mieszkającego w pobliżu malarza specjalizującego się w malarstwie religijnym. Po miesiącach pracy, szczególnie utrudnionej faktem, że malarz musiał przenieść na płótno postać Jezusa z widzenia innej osoby, polegając jedynie na jej instrukcjach, obraz w lipcu 1934 roku został ukończony. Ksiądz Sopoćko z własnych funduszy pokrył honorarium artysty i tym samym stał się prawnym właścicielem dzieła. Siostra Faustyna, mimo że malarz wkładał wiele serca i pracy w obraz, nigdy nie była z jego dzieła całkowicie zadowolona, twierdząc, że Jezus w objawieniach jest dużo piękniejszy niż na płótnie.

      Obraz, początkowo przechowywany w mieszkaniu ks. Sopoćki, jesienią 1934 roku zawisł w ciemnym końcu korytarza klasztoru Bernardynek w kościele św. Michała, gdzie ks. Sopoćko był rektorem. Jednak pod wpływem objawień siostra Faustyna nalegała, aby obraz Jezusa Miłosiernego został pokazany publicznie, najlepiej w Ostrej Bramie. Pomysł ten wydawał się mało realny, jako że Ostra Brama zajmuje takie miejsce w sercu wilnian i nie tylko, że umieszczenie tam jakiegokolwiek innego obrazu wydawało się co najmniej niestosowne. Jednak Opatrzność Boża dała po raz kolejny znać o sobie.

      W kwietniu 1935 roku w tygodniu powielkanocnym, na zakończenie Wielkiego Jubileuszu Odkupienia, miało się odbyć przed Ostrą Bramą Triduum. Tak się złożyło, że proboszcz ostrobramski ks. Stanisław Zawadzki poprosił właśnie ks. Sopoćkę o wygłoszenie homilii w czasie tych uroczystości. Ks. Sopoćko przyjął zaproszenie pod warunkiem, że obraz Jezusa Miłosiernego będzie stanowił część dekoracji Ostrej Bramy, co też się stało.

      Tak więc spełniły się dwa pragnienia wyrażone przez Jezusa – obraz Jezusa Miłosiernego doznał publicznego uczczenia oraz po raz pierwszy obchodzono święto Miłosierdzia Bożego w drugą niedziele po Wielkiejnocy. Po zakończonych uroczystościach obraz znowu zawisł w ciemnym korytarzu kościoła św. Michała. Na następne publiczne wystawienie musiał czekać do czerwca tegoż roku, kiedy to w czasie uroczystości Bożego Ciała stał się elementem jednego z czterech ołtarzy. Rolę tę spełniał jeszcze kilkakrotnie w parafii św. Franciszka, na terenie której znajdował się kościół św. Michała.

      W grudniu 1935 roku Pan Jezus raz jeszcze nakazał siostrze Faustynie, aby obraz Miłosierdzia Bożego został wystawiony do czci publicznej. Niestety, siostrze Faustynie nie było dane doczekać tej chwili, gdyż w marcu 1936 roku decyzją przełożonych została przeniesiona do Arendowa pod Warszawą, a nieco później do Łagiewnik pod Krakowem. Tam też otrzymała wiadomość od ks. Sopoćki, że rozpoczął on działalność wydawniczą, której celem było rozpowszechnienie kultu Miłosierdzia Bożego. Donosił także, że zdecydował o umieszczeniu obrazu Miłosierdzia Bożego w kościele św. Michała, gdzie odbierał cześć publiczną. Jednak dopiero w kwietniu 1937 roku ks. Sopoćko wystąpił do władz kościelnych o zgodę na pozostawienie go tam na stałe, którą to zgodę otrzymał i w dniu 4 kwietnia w Niedzielę Przewodnią mógł dokonać oficjalnego poświęcenia obrazu.

      Po wybuchu wojny siostry bernardynki w grudniu 1940 roku ukryły obraz. Wrócił on na dawne miejsce w roku 1942. W międzyczasie kult Miłosierdzia Bożego rozszerzał się po całym kraju, a fotografię obrazu powielano w tysiącach egzemplarzy.

      Już po wojnie, w sierpniu 1948 roku, władze sowieckiej Litwy zamknęły kościół św. Michała, tak jak wiele innych, i rozwiązały klasztor Sióstr Bernardynek, przenosząc je do Czarnego Boru, natomiast cały inwentarz kościoła, w tym także obraz, został przeniesiony do kościoła św. Ducha w Wilnie.

      Ks. Sopoćko, który od kilku lat przebywał już w Polsce, próbował sprowadzić obraz do Łagiewnik, jednak umówiony kurier, który miał przemycić obraz przez granicę, zawiódł, tłumacząc się później, że dla niego równałoby się to świętokradztwu.

      Obraz Miłosierdzia Bożego w roku 1956 trafił do Nowej Rudy koło Grodna, a stało się to za sprawą ks. Józefa Gracewicza, duchowego ojca Instytutu Matki Bożej Miłosierdzia i redaktora katolickiego pisma "Nasz Przyjaciel". Ks. Gracewicz znał się doskonale z ks. Sopoćką, jako że zamieszkiwał u niego w latach 30. w Wilnie. Znał też dobrze historię obrazu Miłosierdzia Bożego, gdyż wielokrotnie na ten temat rozmawiali, zarówno o samym obrazie jak i o kulcie Miłosierdzia Bożego.

      W grudniu 1944 roku ks. Gracewicz został mianowany proboszczem w nowo wybudowanym, niewykończonym jeszcze kościele w Nowej Rudzie koło Grodna. Jednak już w 1951 roku został, jak wielu księży, aresztowany przez komunistyczne władze. Odzyskał wolność dopiero po pięciu latach na skutek amnestii i powrócił do swego kościoła, który też w tym czasie pozostawał zamknięty. Początkowo władze nie chciały się na ten powrót zgodzić i ugięły się dopiero po ostrych protestach miejscowej ludności.

      Po powrocie, gdy ks. Gracewicz dowiedział się, że obraz Miłosierdzia Bożego znajduje się w kościele Ducha św. w Wilnie, gdzie proboszczem był jego kolega ks. Feder, pojechał do niego z prośbą o przekazanie obrazu. Ks. Feder chętnie spełnił prośbę swego kolegi i obraz Miłosierdzia Bożego znalazł się jesienią 1956 w Nowej Rudzie, tuż przy granicy z Polską. Zawieszono go wysoko na ścianie oddzielającej prezbiterium od nawy głównej, pod nim zgodnie z życzeniem Pana Jezusa umieszczono napis "Jezu ufam Tobie".

      Jednakże nie dane było ks. Gracewiczowi cieszyć się długo odzyskaną parafią, gdyż decyzją ówczesnego dziekana polecono mu przejęcie parafii w Krzemienicy, gdzie od kilku lat nie było kapłana. Parafię w Nowej Rudzie miał poprowadzić inny ksiądz, który jednak wkrótce został uwięziony za odmowę pochówku samobójcy. W owym, przedsoborowym czasie tak stanowiło prawo kanoniczne. Tak więc noworudzka parafia pozostała bez duszpasterza, co sprowokowało władze do ponownego zamknięcia kościoła z przeznaczeniem na magazyn i wywiezienia wszystkich sprzętów. Obraz Miłosierdzia Bożego ocalał tylko dlatego, że nie znaleziono odpowiednio wysokiej drabiny, aby się do niego dostać. Było oczywiste, że w takich warunkach cenne malowidło może łatwo ulec zniszczeniu. Ks. Gracewicz na prośbę ks. Sopoćki podjął się próby przeniesienia obrazu w inne, bezpieczne miejsce. W tym celu wykonano kopię obrazu z zamiarem zamiany jej na oryginał. Niestety, wskutek nieznanych dokładnie okoliczności plan się nie powiódł. W zaistniałej sytuacji ks. Sopoćko postanowił przenieść obraz z powrotem do Wilna, tam gdzie powstał i gdzie po raz pierwszy był czczony. Pozostała kwestia jego lokalizacji. Myślano ponownie o Ostrej Bramie, jednak z różnych powodów okazało się to niemożliwe, a jednym z nich były względy polityczne. Na Litwie odradzał się powoli litewski nacjonalizm, a biało-czerwone promienie na obrazie kojarzyły się Litwinom z polską dominacją. W końcu wybór padł na polski kościół Ducha św., gdzie obraz był już przechowywany.

      Pozostał drobiazg, jak zdjąć malowidło ze ściany kościoła w Nowej Rudzie, aby tego nie zauważyli mieszkańcy, którzy zdążyli się już do niego przywiązać, jak również władze. Dokonano tego w nocy, dostając się do kościoła przez dach i wciągając obraz na strych, gdzie do celów transportu wyjęto go z ramy. Nie można tego uznać za kradzież, gdyż jak pamiętamy, prawnym właścicielem dzieła był ks. Sopoćko. Tak więc obraz trafił do kościoła, z którego wyszedł na swą wieloletnią peregrynację, i zawisł w prominentnym miejscu w głównej nawie naprzeciw zabytkowej ambony. Jednak nie dane mu było tam pozostać. Decyzją kardynała wileńskiego obraz został jeszcze raz przeniesiony do małego kościółka pod wezwaniem Trójcy Świętej, gdzie powstało pierwsze na Litwie sanktuarium Bożego Miłosierdzia. Cenne malowidło znajduje się tam do dnia dzisiejszego.

Wojciech Porowski

Mississauga

poniedziałek, 07 maj 2012 23:46

PŁYNIE WISŁA, PŁYNIE PO EUROKRAINIE

Napisał

Toronto - Canada. 15 grudnia 2007

okopyDebata o niepodległości była jednym z najważniejszych polskich tematów; w końcu przez ostatnie kilkanaście pokoleń do niepodległości nie mieliśmy za dużo szczęścia; albo trzeba było jej w dramatycznych okolicznościach bronić, albo w takichże samych okolicznościach na nią się wybijać.
Dla pokoleń naszych ojców i dziadów (oczywiście prócz kilku rodzimych zdrajców i sprzedawczyków) idea niepodległej Rzeczpospolitej była nadrzędna. Dla niej poświęcało się rodzinę, dzieci i własne życie. Niektórzy gotowi byli dla niej nawet wyrzec się Boga (albo też poprosić, aby trochę przymknął na nich oko).
13 grudnia, wbrew woli większości Europejczyków, w Europie narodzi się państwo - Wspólnota Europejska stanie się Unią Europejską.
Jeśli ktoś usiłował wierzyć w demokrację - teraz już nie powinien mieć złudzeń. Konstytucja europejska, odrzucona w referendach przez narody Europy, wchodzi w życie lekko podmalowana, już bez konieczności poddawania pod referendalny sprawdzian. Euroelita doszła do wniosku, że "lud" nie dorósł i nie zrozumiał "światłej idei", dlatego niczym ulęgałkę ideę tę trzeba "ludowi" wepchnąć przez gardło.
Jest to typowe myślenie bolszewicko-gnostyckie, odmiana besserwiserstwa, tym razem w wydaniu masoneryjno-lewackiej dziatwy. Przypomnę tylko, że podobne myślenie doprowadziło do tzw rewolucji październikowej, kiedy to bolszewiccy agitatorzy, będąc w mniejszości, uznali, iż opisany przez Marksa proces trzeba "lekko" pchnąć do przodu - wszak światowa rewolucja miała nastąpić siłą rzeczy, mocą konieczności historycznej, jednak siedząc na kanapie, rewolucjoniści uznali, że naród jest zbyt ciemny i dlatego najpierw należy wziąć władzę, a potem przy pomocy karabinu, elektryczności i gułagu uświadomić ludziom jedynie słuszny kierunek. Eksperyment ten - jak wiadomo - nie do końca się udał, ale model myślenia przetrwał tę klęskę.
Dzisiaj Polacy, którzy jeszcze niedawno tatuowali sobie na sercach orła w koronie, oddają niepodległość bez bicia, godząc się na coś między Księstwem Warszawskim a Generalną Gubernią. Staną się dzięki temu mieszkańcami priwislanskiego kraju, państwa krojonego, uplastycznionego w niemieckiej strefie UE, państwa, w którym byle brukselski urzędnik może nakazać obywatelowi prostować ogórki.
W ten sposób nasza Ojczyzna, kraj, którego mieszkańcy słynęli niegdyś z dumy i zawadiactwa, wpisze się grzecznie w projekt zastępujący narodową tożsamość lojalnościami regionalnymi, co - wedle oficjalnej wersji lansowanej przez pomysłodawców - ma pozwolić na unikanie wojen i doprowadzić do ogólnej harmonii. Tymczasem jesteśmy świadkami całkiem agresywnej polityki dużych narodów w rzekomo równoprawnej federacji. Silne narody nadal są silne, lepiej tylko maskują używanie biczyka.
Projekt nowego europaństwa zdecydowanie wykracza ponad propozycje gospodarczych integrystów i wolnorynkowców, jest to przedsięwzięcie iście rewolucyjne, którego produktem finalnym ma być państwo z prezydentem (przewodniczącym Rady Unii Europejskiej), wybieranym na 2,5 roku, jedną polityką zagraniczną i mrowiem wewnętrznych przepisów, gwarantujących niebotyczną biurokrację od zaraz.
Jednym z argumentów, którymi Polakom reklamowano takiego molocha (oprócz perkalu i paciorków) - miała być możliwość wpływania na europejskie sprawy.
Tymczasem, jak na razie, "wpływanie" idzie raczej w drugą stronę, to znaczy oni wpływają na nas, i to nieźle pstrykając po nosie, flekując nasze "partyzanckie" ciągoty gospodarcze. Wbrew naszym staraniom, kreowana przez masońską elitę nowa Europa odrzuciła wszelkie odniesienia do chrześcijaństwa, które jeszcze kilka wieków temu było podstawą kontynentalnego uniwersalizmu. Odbiera się nam narodową tożsamość, jednocześnie nie dając oparcia w nowej. Zgroza!
Oczywiście, tej zgrozy na razie nie widać, bo zasłaniają ją wspomniane już paciorki, jakie nam się dostały w rezultacie otwarcia rynku pracy w kilku innych europejskich krainach. Dzięki temu, Polacy awansowali do roli białych Murzynów, zapewniając lepiej sytuowanym kolegom z Eurokrainy dopływ taniej i niekrępującej siły roboczej. W czasach, kiedy bandy młodzieżowe od czasu do czasu "palą Paryż", trudno przecenić spokojnego i manualnie uzdolnionego robotnika z Polski.
Co ciekawe, nowa unijna konstytucja (z której usunięto słowo "konstytucja") nie określa granic nowego tworu prawnego, co pozostawia otwartą drogę do inkorporowania kogo bądź, nieokreślone są też zasady wystąpienia z Unii. Możemy więc znaleźć się pod jedną pierzyną z kimś nieumytym, nie będąc w stanie zrzucić przykrycia. Na razie nikt taką ewentualnością nie zaprząta sobie głowy, bo trzeba "myśleć pozytywnie". Żaden traktat unijny nie określa procedury wystąpienia danego państwa.
Do tego dochodzi tzw. karta praw obywatelskich, czyli coś na wzór kanadyjskiej karty praw i swobód, służącej od lat za punkt podparcia dla dźwigni (czy też raczej wytrychu), na której lewicowa soldateska podważa zasady cywilizacji Zachodu, realizując antydemokratyczną rewolucję społeczną, bez przyzwolenia większości. To dzięki ‘karcie praw i swobód’ mamy w Kanadzie demontaż instytucji małżeństwa i kilka innych socjalnych perełek.
A Polska? Cóż Polska, jak w malignie cieszy się z paciorków, przymierza perkal i z miłością zerka na eurobol-szewików. Ach, jacy oni są postępowi...

Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

 Tegoroczny długi weekend rozpoczął się jeszcze pod koniec kwietnia, bo wiele osób skorzystało z możliwości wzięcia wolnego dnia w poniedziałek, 30 kwietnia, oraz w piątek, 4 maja, i wyruszyło z miast na majówki już w piątek, 27 kwietnia, by powrócić do domów dopiero w niedzielę 6 maja. Do wyludnionej w ten sposób stolicy napływał z kolei aktyw partyjny formacji uchodzących za lewicowe: Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Ruchu Palikota, który akurat 1 maja urządził sobie kongres w Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina w Warszawie. Uczestnicy kongresu, do których poseł Rozenek zwrócił się słowami "naćpana hołoto", radzili nad "korektą kapitalizmu". Chodzi o to, że po 20 latach Janusz Palikot skapował, że kapitalizm to takie samo oszustwo jak socjalizm i postanowił naprawić świat przy pomocy swojej trzódki dziwnie osobliwej, która zebrała się na pierwszomajowym warszawskim kongresie.
    Warto w tym miejscu przypomnieć uwagę Bertolda Brechta, który w "Operze za trzy grosze" powiada, że "Toć raj na ziemi stworzyć każdy chce, ale czy forsę ma? Niestety, nie!". O ile Janusz Palikot podobno jakąś forsę jeszcze ma, o tyle jego dziwnie osobliwa trzódka dopiero się jej spodziewa – jeśli będzie mogła rozpocząć dojenie Rzeczypospolitej w charakterze Umiłowanych Przywódców. To oczywiście częściowo zależy od wyborców – czy mianowicie dadzą się nabrać – ale w co najmniej takim samym, o ile nie znacznie większym stopniu – od bezpieczniackich watah – kogo mianowicie upodobają sobie na podmiankę premiera Donalda Tuska, który najwyraźniej w szybkim tempie zużywa się moralnie.W grę wchodzi Sojusz Lewicy Demokratycznej z jego Umiłowanym Przywódcą w osobie Leszka Millera oraz właśnie Ruch Palikota, który w tym celu zamierza skorygować oszukańczy kapitalizm. Wabikiem, który ma zrobić wodę z mózgu skołowanym wyborcom, jest zapowiedź zlikwidowania bezrobocia poprzez pełne zatrudnienie, i to "od teraz". Kto będzie zatrudniał? Ano, ma się rozumieć, "państwo", które w tym celu rozpocznie budować fabryki. Skąd "państwo" weźmie pieniądze na te fabryki? Tego dokładnie jeszcze nie wiadomo; taki np. Edward Gierek pożyczył je na Zachodzie, dzięki czemu stworzył wrażenie cudu gospodarczego – dopóki oczywiście nie trzeba było pożyczonych pieniędzy oddawać. Wtedy nastąpiły "przejściowe trudności" w postaci kartek – najpierw na cukier, a później – już na wszystko – i słynny Sierpień 1980, w następstwie którego powstała Solidarność, a generał Jaruzelski musiał wprowadzić stan wojenny suwerenną decyzją ruskich szachistów. No a teraz? Uczestniczący w dziwnie osobliwej trzódce posła Palikota były ksiądz Roman Kotliński, w którego – odkąd się zbisurmanił – wstąpiło, jak powiadają, aż siedmiu szatanów,  twierdzi, że z oszczędności, jakie powstaną po zlikwidowaniu powiatów i zmniejszeniu składki  ZUS. Strasznie kuszą go ci szatani – a on nawet nie zdaje sobie sprawy, że z likwidacji powiatów żadnych znaczących oszczędności nie będzie, bo przecież powiaty są na kroplówce budżetowej, przez którą rząd cyka im środki na konkretne zadania, które i tak musiałyby zostać sfinansowane. O ZUS-ie szkoda w ogóle gadać, skoro to bankrut. W tej sytuacji szatani, chcąc posła Romana Kotlińskiego jeszcze bardziej podkusić, podsunęli mu pomysł, iż środki na budowę fabryk i pełne zatrudnienie państwo weźmie z opodatkowania Kościoła.            

Premierowi Tuskowi muszą też doradzać jacyś szatani, skoro niedawno rząd wpadł na pomysł oparcia dobrobytu Polski na zmuszeniu do pracy starców przez dwa lata. Wydawałoby się, że już nic głupszego wymyślić nie można, ale oto poseł Roman Kotliński udowadnia, że głupota ludzka, a zwłaszcza  poselska jest nieskończona i można ją porównać wyłącznie do cierpliwości Boskiej.  Już po tym wszystkim widać, że ta cała "korekta kapitalizmu", to kolejne błazeństwo biłgorajskiego sowizdrzała, który w ten sposób chce skupić wokół siebie wszystkich durniów w naszym nieszczęśliwym kraju. W oczach naszych okupantów to z pewnością jest jakiś atut i nie jest wykluczone, że właśnie w nim sobie upodobają na podmiankę po premierze Tusku, tym bardziej że poseł Palikot, chociaż błaznuje, to jednak wie, w jakich granicach się utrzymać i ani słowem się nie zająknie na temat likwidacji kapitalizmu kompradorskiego, z którego bezpieczniackie watahy ciągną wielkie korzyści kosztem narodu i państwa. Dlatego też działalnością osła Palikota tak zaniepokojony jest Leszek Miller, który też chciałby zostać duszeńką naszych okupantów i znowu piastować zewnętrzne znamiona władzy, które odebrała mu afera Rywina. Więc też przemawiał 1 maja w duchu, że on jeszcze lepiej naszym okupantom dogodzi, no a Polakom przychyli nieba.  Rząd specjalnie się na 1 maja nie wysilał, bo przecież nieba to on nam przychyla codziennie, podobnie jak antyrządowa opozycja.


    Ale po 1 maja przyszedł maj 2, w którym prezydent Komorowski ustanowił "dzień flagi" – że to niby każdy wywiesi  biało-czerwoną flagę przed publicznymi gmachami, tedy ją wywieszono, obok oczywiście flagi błękitnej z wieńcem 12 złotych, pięcioramiennych gwiazd, symbolizujących 12 pokoleń Izraela. Podobno jest to flaga Unii Europejskiej, ale pewności nie ma, bo postanowienia o hymnie, fladze i godle Unii Europejskiej zostały z Traktatu lizbońskiego starannie wykreślone, żeby nie stwarzać niepotrzebnego wrażenia, iż Unia Europejska jest nowym, federalnym państwem, w związku z czym państwa członkowskie, będące jego częściami, od 1 grudnia 2009 roku de facto utraciły niepodległość. Zatem ci, którzy nasz nieszczęśliwy kraj wepchnęli na drogę utraty niepodległości, kładą szczególny nacisk na zachowanie pozorów, dzięki czemu wytworzyła się nowa, świecka tradycja w postaci dnia flagi. I bardzo dobrze, bo ta tradycja może przetrwać, nawet kiedy Unię Europejską trafi szlag – chociaż oczywiście jeszcze nie teraz, bo teraz, mimo kryzysu w strefie euro, na razie się na to nie zanosi.


    Nareszcie przyszedł 3 maj, kiedy to nasz nieszczęśliwy, a właściwie – szczęśliwy kraj obchodzi aż dwa święta: święto Matki Boskiej Królowej Polski oraz rocznicę Konstytucji 3 maja. Uroczystości religijne ku czci Matki Boskiej Królowej Polski odbyły się na Jasnej Górze. Przemawiający podczas uroczystości  JE abp Józef Michalik ostrzegł, że atak polityki na chrześcijaństwo "musi się zemścić", i zauważył, że budzi się drugi obieg kultury, zaś naród "czeka na wielkich mężów stanu i odważnych publicystów, którzy będą mieli odwagę wytyczać trudne, konieczne programy ponadpartyjne". Słowa te wydają się godne uwagi tym bardziej, iż w jasnogórskich uroczystościach uczestniczyło  również wielu Umiłowanych Przywódców z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. Skoro jednak, według JE abpa Józefa Michalika, nadal "czekamy na wielkich mężów stanu", którzy potrafiliby wznieść się ponad interesy partyjne, to mówiąc o nich, prawdopodobnie nie miał na myśli żadnego z obecnych. Wydaje się bowiem, że na razie nie wykraczamy poza horyzont wyznaczany interesami partyjnymi – o czym świadczy nagła różnica zdań między prezesem Kaczyńskim a "Zbyszkiem" Ziobrą. Tym razem poszło o Ukrainę  – czy Polska powinna przyłączyć się do bojkotu "Euro 2012" na Ukrainie, czy też nie. Prezes Kaczyński uważa, że jak najbardziej, podczas gdy przewodniczący Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry – że Polska nie powinna, bo to jest wbrew jej interesom.
    Warto przypomnieć, że bojkot mistrzostw Europy w futbolu na Ukrainie jest forsowany przede wszystkim przez Niemcy – chociaż i Rosja daje do zrozumienia, że nie podoba się jej wtrącenie do turmy Julii Tymoszenko. Rzeczywiście – od śmierci Stalina nawet w Rosji obowiązuje niepisany dogowor, że cokolwiek by się stało, to nie tylko nie będziemy się zabijali, ale nawet – wtrącali do turmy. W tej sytuacji uwięzienie Julii Tymoszenko przez prezydenta Janukowycza, to znaczy pardon – oczywiście przez tamtejszy niezawisły sąd, międzynarodówka Umiłowanych Przywódców może traktować jako niebezpieczny precedens, po którym nikt już nie będzie pewien dnia ani godziny.
    Oczywiście wszystkie te wydarzenia docierają do zdecydowanej większości grillującego narodu w postaci stłumionych ech – a bolesny powrót do rzeczywistości nastąpi dopiero 7 maja, kiedy to wszyscy nie tylko powrócą z długiego weekendu, ale również pozbędą się nieprzyjemnych objawów abstynencyjnych, zwanych popularnie kacem. Wtedy przyjdzie czas na decyzje, przynajmniej w sprawie "Euro 2012", które usunie w cień wszystkie pozostałe sprawy.
Stanisław Michalkiewicz 

Lwów jest miastem starym. Nie tak dalece starym, jak Poznań i Kraków, ale w pewnym sensie starszym od Warszawy. Ta bowiem była małą osadą, gdy król Kazimierz Wielki wzniósł we Lwowie w roku 1340 Kamienny Zamek i murowane miasto, które dzięki swemu położeniu na wielkim szlaku handlowym – zakwitło od razu bujnym życiem. Data ta otwiera historię przeszło sześciuset lat Lwowa, a historia ta jest barwna różnorodnością wydarzeń, na które składają się i wielkie sukcesy handlu i rzemiosł, które miasto to uczyniły bogatym – i dorobek twórczy ludzi nauki i pióra, nade wszystko jednak triumfy oręża.

 

      Dzieli Lwów zaszczytnie z Warszawą sławę najbardziej heroicznego miasta, które w potrzebie, całą masą swych mieszkańców wszelkich kondycji socjalnych, chwytało za broń. Tradycje bohaterskie mieszczaństwa warszawskiego są późniejsze, początkiem ich jest powstanie Kościuszki. Lwów już od XVI wieku, gdy zapuszczały się tu zagony tatarskie, osłaniał całą Polskę. O ile Polska była przedmurzem europejskiej cywilizacji i chrześcijaństwa, o tyle Lwów był w tym przedmurzu najdalej wysuniętym i najbardziej eksponowanym bastionem.

      W wieku XVII trzy razy ocalił Polskę przed Kozakami, a najwięcej uwagi poświęcić należy jego obronie w r. 1648. Szlacheckie pospolite ruszenie poniosło wówczas klęskę pod Piłowcami – i to klęskę sromotną, jedyną w tym rodzaju w naszych dziejach. Chmielnicki i jego sprzymierzeniec, chan tatarski, mieli przed sobą drogę otwartą w sam środek Polski. Strach myśleć, co by się stało, gdyby ich pochodu nie zatrzymał Lwów. Liczby po obu stronach? Dowódca obrony, generał artylerii Krzysztof Arciszewski, dysponował garstką dwustu kilkudziesięciu żołnierzy – przeciw dwustu tysiącom Kozaków i Tatarów. Na szczęście, obok żołnierzy stanęło na murach parę tysięcy mieszczan (tylu, dla ilu starczyło broni), w większej części rzemieślnicy i wszelka miejska biedota. I Chmielnicki miasta nie zdobył! Jego niezmierzona potęga załamała się o mury Lwowa i o piersi lwowskiego mieszczaństwa.

      W okresie kilkudziesięciu lat zaboru austriackiego Lwów również walczył. Powstał zbrojnie przeciw Austriakom podczas Wiosny Ludów w r. 1848, padając ofiarą kul armatnich z dział gen. Hammersteina. Przede wszystkim jednak czynnie wspierał powstanie w zaborze rosyjskim. Organizowano tu bataliony, nawet całe pułki młodzieży lwowskiej, które z bronią w ręku przekraczały kordon graniczny, by walczyć nad Wisłą i Wartą.

      W roku 1918 ziemie polskie otrząsnęły się spod obcego panowania. Zbliżała się klęska Niemiec, a Austria już się rozpadła. Wyzwolił się Kraków, Warszawa bliska była chwili, gdy odzyskać miała wolność – tym razem wyjątkowo bez większych ofiar w ludziach.

      Lwowowi przypadł w udziale los najcięższy. Wypadło mu krwią obficie przelaną okupywać swe prawo przynależności do Polski. Intryga rozpadającej się Austrii spowodowała, że miasto znalazło się w ręku Rusinów (Ukraińców). Walka z narodem pobratymczym była dla Lwowa, jak pisze autor lwowianin, koniecznością bolesną. Trzeba było jednak walkę tę podjąć.

      Pod dowództwem kapitana Mączyńskiego – przeciw regularnym i dobrze uzbrojonym oddziałom Rusinów z dawnej armii austriackiej – przez trzy tygodnie walczyła cała ludność cywilna: ludzie w sile wieku, starcy i dzieci, mężczyźni i kobiety. Długo trzeba było czekać na pomoc od strony Krakowa i Warszawy, gdyż powstająca dopiero armia polska walczyć musiała na kilku innych frontach, a słabym liczebnie oddziałom odsieczy, idącym na Lwów, trudno było się przebić przez wielkie siły ukraińskie, zajmujące Ziemię Czerwieńską. Dopiero 22 listopada wspólne siły obrońców miasta i przybyłej nareszcie odsieczy pod dowództwem gen. Michała Tokarzewskiego-Karasiewicza – wyparły Rusinów ze Lwowa. Wyzwolone miasto pozostawało jednak jeszcze przez parę miesięcy w stanie oblężenia przez siły ukraińskie, które mogły w każdej chwili ponownie zaatakować. Dopiero w kwietniu 1919 r. zagrożenie ustało.

      Schylił głowę przed zadziwiającym męstwem tego miasta wielki marszałek francuski F. Foch, który odwiedził Lwów po jego wyzwoleniu.

      W r. 1920, w czasie najazdu bolszewickiego, lwowianie ciałami swymi przegrodzili wrogowi drogę do rodzinnego miasta pod pobliskim Zadwórzem, nazwanym trafnie "polskimi Termopilami".

      Poza walkami o wolność Polski i miasta – są w historii Lwowa i inne chlubne karty. Był Lwów ośrodkiem braterskiego współżycia ludzi najróżniejszych nacji i wyznań. Polaków (zawsze w tym mieście najliczniejszych), Rusinów, Żydów, Niemców, Włochów, Ormian, Greków i Tatarów.

      Rzeczpospolita nasza w dawnych czasach była jedynym na świecie państwem, opierającym się na zasadzie wspólnoty "równych z równymi", "wolnych z wolnymi" – jedynym również krajem, w którym rozwinęła się zasada pełnej tolerancji wyznaniowej, poszanowanie sumienia i wszelkiego języka i obyczaju. Stosując w swych stosunkach wewnętrznych tę wielkoduszną politykę, miała zarazem ojczyzna nasza dziwną siłę promieniowania, która sprawiła, że z własnej i nieprzymuszonej woli włączyły się w orbitę polskości przeróżne żywioły etniczne, zamieszkujące to rozległe państwo.

      Ten duch tolerancji i zarazem ta siła przyciągająca idei polskiej, nie uzewnętrzniały się w żadnym mieście tak silnie, jak we Lwowie. Bez jakiegokolwiek przymusu z czyjejś strony stawali się Polakami już po krótkim okresie zamieszkania w tym mieście: Niemcy i Włosi. Asymilacji ulegał również żywioł ruski, a proces ten trwał nieprzerwanie do drugiej połowy XIX wieku, tj. do chwili gdy pojawił się nacjonalizm ukraiński. Ormianie zachowali własny obrządek religijny i poniekąd własne obyczaje, stając się jednak zarazem patriotami polskimi. Najbardziej opornie posuwała się asymilacja Żydów, i oni jednak – choć w większości posługiwali się językiem jidysz – do urzędowych wykazów austriackich jako język ojczysty podawali: "polski".

      Zjawisko to dawało miastu wielobarwność i oryginalność stylu życia codziennego, nie umniejszając w niczym jego polskiego charakteru.

      Znaczny był również wkład Lwowa do ogólnonarodowej kultury.

      Osiągnięciem najważniejszym w tej dziedzinie jest, jak mi się wydaje, architektura tego miasta. Ton jej, bardziej niż w jakimkolwiek innym mieście, nadaje renesans. Oglądając Lwów, odnosi się wrażenie, że style późniejsze kolejno narastające – barok, secesja – cudownie do swego poprzednika dostroiły się. Wiek XIX – Ossolineum, gmach wyższych uczelni, teatr – spotyka się tu w największej przyjaźni z wiekiem XVI, jego kościołami i kamienicami.

      W literaturze i sztuce – nazwisk znanych ciąg długi. Arcybiskup lwowski, Grzegorz z Sanoka, pierwszy polski humanista. W wieku XVII, w czasach gdy piórem parała się tylko szlachta, poetów mieszczan dostarczał Polsce głównie Lwów, a byli to np. Szymonowic, autor najpiękniejszych polskich sielanek, a także bracia Zimorowicze.

      W wieku XIX polski Moliere – A. Fredro, którego postacie sceniczne budzą zachwyt. Polski prorok Jeremiasz – Grottger, którego obrazy mają, dla mnie przynajmniej, wymowę najbardziej wstrząsającą w całym malarstwie polskim. A w czasach niezbyt już od nas odległych – Leopold Staff, z którego wyrosła nasza poezja nowoczesna.

      Miał Lwów i teatr w wielkim stylu: i dramatyczny, koturnowy, i lekki, beztroski, rewiowy, znany w całej Polsce z fal eteru.

      To prastare, bohaterskie miasto znalazło się potem pod brutalną, barbarzyńską władzą sowiecką, a dziś znajduje się pod władzą ukraińską.

Władysław Dziemiańczuk

Toronto

piątek, 04 maj 2012 15:27

Z Ost Frontu Goniec nr 18/2012

Napisane przez

minskska W Mińsku zieleniało i było ciepło, zaś w Warszawie jest zielono i bardzo ciepło, już nawet gorąco, jak wielu chodzę w koszuli i w... szortach. Ba, zaczynają kwitnąć bzy. Moc ludzi się cieszy na długi weekend. Tak jak w Mińsku, na Nowym Świecie moc "ogródków". Widziałem panie o odsłoniętych ramionach i w długich kiecach.

      Przyjechała córa z Montrealu i wyszliśmy na spacer po Starówce. Pod kolumną Zygmunta spotkaliśmy trzy Arabki o owiniętych w chustki głowach. Podeszliśmy do nich i zapytałem, skąd są. Okazało się, że z Arabii Saudyjskiej i są siostrami. Dwie studiują anglistykę i polski, a jedna medycynę po angielsku, na którą chcę posłać córę. Więc siedliśmy koło nich i rozmawialiśmy trochę czasu. Okazuje się, że takich dziewcząt z Arabii Saudyjskiej jest kilkadziesiąt i czują się dobrze. Ponoć wolno im wyjść za mąż za kogoś z Arabskich Emiratów, ale nie z Syrii czy Iraku. Na zakończenie podałem jednej z nich rękę, a ta ściągnęła rękaw na dłoń, bym nie dotknął jej, zaś jej siostry schowały się za nią, by mi ręki nie podawać. Śmieszne było rozmawiać z nimi, może przyślę ich zdjęcie z córą, której dały chustkę, by wedle ich zwyczajów owinęła głowę.

      Po marszu

      Wiele jest głosów po demonstracji za TV "Trwam" i, co gorsza, nawet mi bliski Janusz Korwin-Mikke plecie bzdury, że na Marszu Niepodległości w listopadzie było kilkakrotnie więcej ludzi i wiele niższa średnia wieku. W najgorszym razie była porównywalna liczba.

piątek, 04 maj 2012 13:49

UFO nad Smoleńskiem

Napisane przez

Jedno z piękniejszych przesłań cywilizacyjnych Zachodu streszcza się w powiedzeniu "ora et labora". Potrzebujemy tak modlitwy, jak i pracy. Jedno bez drugiego kuleje, jedno bez drugiego wynaturza się.

      Dlatego tak bardzo podoba mi się iście "benedyktyńskie" wezwanie do działania zawarte w powiedzeniu o. Tadeusza Rydzyka; módlmy się tak, jakby wszystko zależało od Pana Boga, a pracujmy tak, jakby wszystko zależało od nas. Przy okazji przypomniał mi się stary dowcip żydowski, kiedy to Icek modli się żarliwie o wygraną na loterii; w końcu Pan Bóg nie wytrzymuje i woła z nieba: "Icek, daj mi szansę, kup los".

      Modlitwa to wspaniała sprawa – powinniśmy codziennie nią zaczynać i nią kończyć, modlitwa to refleksja i medytacja, to porządkowanie świata słowem, ale Bóg wezwał nas do działania, dał świat, w którym mamy pracować na Jego chwałę – mamy walczyć ze złem. Realizacja wartości chrześcijańskich to przeciwieństwo bierności. Zostaliśmy posłani i mamy świadczyć czynem.

      Piszę o tym, bo cierpnę, gdy słyszę wezwania kółek patriotycznych, by skupić się wyłącznie na modlitewnej krucjacie, mózg mi się marszczy, gdy widzę, jak wiele osób zdaje się na tym poprzestawać i rozgrzeszać z bierności i bezczynności w obliczu wrogów kraju.

      Modlitwa powinna być w naszych czynach. Osoby, które troskę polityczną, starania o lepsze jutro chciałyby sprowadzić do wygodnego odmawiania pacierzy, są jak ten Icek, który "nie daje Bogu szansy", bo nawet losu nie kupił.

      Ani Pan Bóg, ani hetmanka Polski Matka Boża nie podaruje nam kraju na talerzu. Do tego trzeba jeszcze rycerstwa.

Musimy się modlić, by w tym doczesnym działaniu się nie pogubić i duszy nie zatracić, ale modlitwa nie zwalnia z obowiązku skutecznego działania, z kroczenia drogą sprawiedliwości – a zatem również walki o Polskę, dobro naszych rodzin, kraju, o interesy Ojczyzny.

      Ponieważ przez wieki naród nasz trwał podbity, pogrążony w traumie powstańczych klęsk, mamy tendencję do mesjanistycznego matrixu, kiedy to rekompensujemy sobie poczucie klęski grzechem pychy – przekonaniem o wybraństwie w oczach Pana Boga.

      Tymczasem powinniśmy zrobić rachunek sumienia i uczyć na błędach. Próbował tego Roman Dmowski, próbowało międzywojenne pokolenie polskiej inteligencji, a mimo to pierwiastek religijno-mesjanistyczny po dziś dzień napełnia nas niemocą.

      Widać to bez lornetki na przykładzie tragedii smoleńskiej. Powtórzę, co kilka razy już mówiłem; najważniejsze w tym zdarzeniu to dla nas odsłonięcie upiornej słabości państwa polskiego.

      Pierwsze, dlatego, że do tego zdarzenia (zamachu czy wypadku – nieważne) w ogóle doszło – to oznacza, że polskie państwo nie było w stanie chronić swej najważniejszej instytucji – urzędu prezydenta.

      Drugie, jak państwo to podeszło do wyjaśniania okoliczności zniknięcia Tu-154 z radarów.

      Ręce i nogi się uginają – Finis Poloniae!

      Dlatego gdy dzisiaj słyszę jakieś karkołomne teorie, rzekomo wyjaśniające okoliczności tych wypadków – jak profesorowie Trznadel czy Dakowski rozwodzą się nad możliwością kagebowskiej podmianki czy kombinacji operacyjnej, idę się napić wody.

      Aby wyjaśnić tragedię smoleńską (o ile to jeszcze możliwe), trzeba najpierw mieć państwo, otrzepać Polskę z pookrągłostołowego układu, wziąć władzę, zorganizować normalne instytucje bezpieczeństwa państwowego, zrekonstruować polski wywiad, siły zbrojne, tchnąć w ludzi wiarę w sens tego kraju, natchnąć młodzież – ideą wielkiego dziedzictwa. To są zadania na dzisiaj. Ględzenie o tym, jak to kagebowskie UFO uprowadziło nam i pomordowało elity, jest typową oznaką racjonalizacji niemocy, niemocy politycznej, militarnej, narodowej.

      Tymczasem dorosły człowiek, nawet jeśli opluwany leży w rynsztoku, powinien potrafić twarzą w twarz stanąć wobec tego faktu, a nie przekonywać, że się ułożył, bo mu tak lepiej.

      Oczywiście, że odmawianie różańca pomaga, dodaje sił, ale prócz tego potrzebne jest przezwyciężenie lenistwa ducha i ciała, konieczne jest, byśmy się łatwo nie rozgrzeszali z nicnierobienia stwierdzeniem – no przecież się modlę.

      Kiedyś w peerelu do mdłości doprowadzały mnie różne puste gesty protestu; palenie świeczek w oknach, noszenie oporników czy inne porozumiewawcze mrugnięcia, którymi wyładowywano frustracje; a jednocześnie zero programowego myślenia politycznego i zero koncepcji czy wspólnego działania politycznego.

      Wszystko sprowadzało się do nadziei, że ktoś za nas coś dla nas zrobi. No i wreszcie komuniści to zrobili – wzięli sobie banki, przemysł i środki przekazu – a nam pozostała ręka w nocniku.

      Podobnie jest dzisiaj. Katastrofa w Smoleńsku pokazała, że polskie państwo jest do bani, bo nie broni interesów Polaków. Tu jest pies pogrzebany i tu trzeba ogromu pracy politycznej, a nie bajek o smoleńskich kosmitach.

      Aby działać, trzeba wiedzieć, gdzie się jest. Połowa Polaków tego nie wie. I dlatego warto się o to dla nich pomodlić.

      Andrzej Kumor

Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany piątek, 11 maj 2012 16:22
piątek, 04 maj 2012 13:47

Krzysztof Ligęza: Gotowa koncepcja

Napisane przez

    220px-Kretschmer Ernst Kretschmer, niemiecki teolog, filozof i lekarz psychiatra, prezes Powszechnego Towarzystwa Psychoterapii, tuż przed złożeniem dymisji powiedział: "Zabawne rzeczy dzieją się z psychopatami. W normalnych czasach wydajemy o nich opinie. W czasach politycznie niespokojnych to oni nami rządzą".

      Był rok 1933. Wkrótce Stary Kontynent eksplodował, podpalony przez spółkę szaleńca z Berlina i kata z Moskwy, a wraz z nim eksplodowała cała ówczesna rzeczywistość białego człowieka. Od tamtej pory entropia Wszechświata znacznie wezbrała, zaś wariatów przybyło nam proporcjonalnie do rosnącego zamętu. Nie dziwota zatem, że samego szaleństwa daje się zauważyć dookoła nas coraz więcej

      Szaleństwa więcej, za to przyzwoitości i uczciwości coraz mniej. Tymczasem odwracając się plecami do przyzwoitości, w try miga traci się człowieczeństwo. Odnosząc tę regułę do władzy państwowej, można powiedzieć, że bez uczciwej władzy państwo niezwykle łatwo traci suwerenność.

      TO, CO MYŚLIMY

      W powyższym kontekście ludzie rozumni za największy problem naszych czasów słusznie uznają rządzących. A precyzyjniej – fakt, że rządzący dużo bardziej przejmują się dziś emocjami i uczuciami, niewspółmiernie do ich faktycznej roli marginalizując myśli i idee. "Myśli i idee, to mnie interesuje!" – powiada w kontrapunkcie podobnych postaw Meryl Streep, odtwarzająca postać Margaret Thatcher w filmie Phyllida Lloyda "Żelazna Dama". Po czym wyjaśnia: "Uważaj na myśli, bo stają się słowami. Uważaj na słowa, bo stają się działaniem. Uważaj na działania, bo stają się zwyczajami. Uważaj na zwyczaje, bo stanowią o charakterze. I uważaj na charakter, bo staje się twoim przeznaczeniem. Stajemy się tym, co myślimy".

      O, to, to. A o czym myślał – myśli – będzie myślał, Donald Tusk? Jako szef rządu i człowiek szczerze zatroskany o kondycję Rzeczypospolitej, ostatnio niechybnie intensywnie myślał o likwidacji kilkuset posterunków policji i o tym, ile czasu mieszkańcy terenów wiejskich będą musieli czekać na ewentualną interwencję. Wcześniej pomyślał o likwidacji sądów i szkół, a jeszcze wcześniej o likwidacji paru gałęzi przemysłu, istotnych dla bytu i rozwoju państwa. Bez wątpienia premier myśli też o pnących się w górę cenach i równie szybko rosnącym bezrobociu. O rozłożonym na obie łopatki systemie ochrony zdrowia i bałaganie ze specyfikami stosowanymi w terapii nowotworów. O tym, że na sto tysięcy mieszkańców mamy w kraju dwustu lekarzy (w Czechach i Austrii ponad trzystu, w Belgii niemal czterystu, we Włoszech prawie sześciuset). I o tym, że Polacy zaciągają kredyty na wykupienie niezbędnych lekarstw. I o tym jeszcze, że między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca na zakażenia szpitalne umiera dwa razy więcej osób niż ginie w wypadkach samochodowych. O najdroższych na świecie stadionach piłkarskich. O rozpadającej się infrastrukturze kolejowej, w tym zwłaszcza o semaforach nakazujących maszynistom jednocześnie "jedź" i "stój". O koniecznych remontach jeszcze nie oddanych do użytku autostrad. Wreszcie nasz ukochany Donald Tusk myśli o oszczędnościach budżetowych możliwych do uzyskania dzięki ograniczeniu czasu pobierania przez Polaków emerytur, a nikt przytomny nie żywi chyba wątpliwości, że w stosownym czasie premier starannie przemyślał efekty oraz rzetelność prowadzonego przez Rosjan śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej.

      DEFICYT ROZUMNOŚCI

      Obiektywnie ważąc problem, premier należycie dbający o stan państwa i bezpieczeństwo obywateli, o tylu rzeczach powinien nieustannie myśleć, że na jakiekolwiek sensowne działanie najwyraźniej czasu już mu nie wystarcza. Zwłaszcza gdy od czasu do czasu trzeba jeszcze dla utrzymania kondycji psychicznej koniecznie "haratnąć w gałę" z partyjnymi kumplami.

      Mówiąc bez ogródek: nie ma jak dobrze wymyślona koncepcja, kręcąca się wokół myślenia. Taka koncepcja przykryje każdy objaw niekompetencji, niechby najbardziej rażącej.

      Ale jeśli ktoś całego tego nadwiślańskiego bajzelowiska nie łączy z rządami Platformy Obywatelskiej i nie kojarzy z Donaldem Tuskiem, oznacza to, że albo ma poważny problem z percepcją, albo cierpi na deficyt rozumności. Albo nawet jedno i drugie równocześnie.

      I jeszcze uwaga a propos koncepcja. "Milczę, myślę i mam gotową koncepcję" – wyrzucił z siebie Lech Wałęsa w rozmowie z Katarzyną Kolendą-Zaleską. Dużo zdrowia, Panie Prezydencie. I jeszcze więcej milczenia. Czasami naprawdę warto pomilczeć. Historia uczy, że kiedy milczy człowiek zwykle nie mający nic mądrego do powiedzenia, wówczas może on docenić wartość ciszy. A nawet może w tej ciszy usłyszeć coś wartościowego. I wtedy coś wartościowego może w tym człowieku pozostać na zawsze, na zawsze zmieniając jego ogląd świata i stosunek do bliźnich. Czego Lechowi Wałęsie życzyć i wypada, i koniecznie należy.

      Weźmy dla przykładu to zdanie Jarosława Kaczyńskiego. Wypisz, wymaluj – koncepcja jak znalazł: "Parę lat w Polsce dobrze funkcjonującego rynku bez przywilejów dla wybranych i korupcji lub ze zredukowaną korupcją i dobrze działającymi sądami, policją i wolnymi mediami, które będą podawały do informacji publicznej wiadomości na temat różnych ludzi, zjawisk i spraw z historii, a te dziś tak czczone, kultowe elity same się posypią".

      Zaiste, najwyższa po temu pora.

      Krzysztof Ligęza

Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany piątek, 11 maj 2012 11:16

pomnikW Ottawie powstanie wielki, reprezentacyjny pomnik: "Ofiarom komunizmu". Ogłoszony został konkurs na jego projekt, zawiązał się odpowiedni komitet. Zbieraniem funduszy nie tylko na powstanie, ale i utrzymanie tego monumentu żywo zainteresowane są wszystkie grupy etniczne w Kanadzie, które były dotknięte zarazą komunizmu. Rząd federalny Kanady popiera akcję i obiecał dać kwotę wyrównawczą.

      Nie wszyscy wiedzą, że w Scarborough, w malowniczym czeskim ośrodku nazwanym Masaryk Town, wśród rozległej zieleni parkowej, czescy emigranci wznieśli już ponad 20 lat temu nieduży, ale znamienny i wyrazisty pomnik nagiego człowieka, przykutego do sierpa i młota jak do krzyża. A pod nim napis: "Ofiarom komunizmu". Bo też mały czeski kraj miał ich szczególnie dużo. Dziś przedstawiamy jedną z nich – Miladę Horakovą. Należy ona do 140 tysięcy uwięzionych i 8 tys. straconych na początku lat 50. w byłej Czechosłowacji.

piątek, 04 maj 2012 13:34

Andrzej Kumor: Na bezczelnego

Napisane przez

dysydentŚwiat realny staje się coraz bardziej "poznawalny". Poznaliśmy właśnie niedawno, jak to nasze kochane mocarstwo zstępujące dygnęło (zresztą nie pierwszy raz) przed mocarstwem wstępującym. Oto do ambasady US w Pekinie schował się w nadziei na opiekę pewien "dysydent", który dotychczas podpadał pod chiński areszt domowy. Zrobił się z tego dyplomatyczny klincz, no bo Pekin natychmiast zażądał wydania zbiega. Ten w porę zreflektował się i po kilku dniach "dobrowolnie" opuścił amerykańską placówkę.

 Pokaz siły, że palce lizać. Wiadomo już, co może Wujek Sam w krainie wschodzącego smoka – może sobie co najwyżej puścić bąka.

      Jest to też oczywiste, gdy człowiek obejrzy relację z niedawnego salonu samochodowego w Chinach. Kitajcy z dumą prezentują tam podróbki wszystkich czołowych europejskich marek, kopiowane toczka w toczkę bez żadnej żenady. W końcu gros części i tak jest tam produkowane w ramach różnych pokracznych joint-venture, przy których jest obowiązek transferu technologii do Chin. Wystarczy więc tylko "poskładać inaczej" i zamiast bmw, volkswagena, mini morrisa czy hummera wychodzą chińskie marki. Te bliźniacze samochody mają kopiowane wszystko od A do Z. Nie ma przeproś.

      Amerykanie i Europejczycy opluwani takimi targami, z uśmiechem na buzi twierdzą, że to tylko deszczczyk. W przeciwnym wypadku wywaliliby ich interesy z Chin na zbity pysk.

      Wszystko to korumpuje prawo międzynarodowe i zachęca innych do rozkradania zachodniej technologii.

      A my tu będziemy się ścigać jakimiś PIPA-mi czy SOPA-mi za kopiowanie piosenek. Śmiać się chce.

      Niektórzy twierdzą, że ta sytuacja pachnie wojną i zaraz zaczniemy się walić po łbach. Niestety nie. Dlaczego? Otóż, dzisiejsze wojny nie będą "między narodami", ponieważ władze polityczne nie reprezentują interesów społeczeństw, one będą "z narodami". – To znaczy rządzące koterie ponadnarodowych elit będą sobie uzgadniały interesy, a jak się komuś nie spodoba 25-procentowe bezrobocie i 50-procentowe obniżenie poziomu życia – to – jeśli w ogóle zdobędzie się na jakąś ruchawkę – dostanie piskiem po uszach albo zagonią go do jakiegoś obozu.

      Obozy takie już są gotowe. Na przykład, w takiej Grecji zrobiono ostatnio wielkie obozy na kilkanaście tysięcy osób – oficjalnie na nielegalnych imigrantów – no ale gdyby trzeba było kontrolować grecką populację – będą pod ręką.

      To samo dotyczy innych krajów.

      Bo wojna dzisiejsza to nie wojna między "królestwami", lecz walka o panowanie globalne jednej elity nad całą populacją. W tym celu prowadzić się będzie wojny zewnętrzne i wojny wewnętrzne, przy użyciu różnych metod – od bomb, po depopulacyjne mechanizmy kulturowe.

•••

      - Obchodzimy właśnie Święto Konstytucji Trzeciego Maja. Tylko na marginesie wspomnę, że nie ma się czym chwalić, choć zawszeć to jakaś próba odrodzenia. Tak to jest, że nie zawsze w historii wyglądało to tak, jak potem niektórzy mówią. Konstytucja była masońskim dziełem – spośród czterech głównych autorów tekstu tylko Hugo Kołłątaj nie był masonem – koronującym oświeceniowe kretynizmy, wprowadzała np. "ministerstwo oświaty". Konstytucja burzyła też dotychczasowy porządek demokracji szlacheckiej, wprowadzając monarchię dziedziczną.

•••

      Żeby pokazać, że historia "potem" wygląda zupełnie inaczej niż "w trakcie" przypomnę trochę informacji o państwie Vichy, wojennej "wersji" państwa francuskiego – jak ulał pasującym do PRL-u.

      Otóż, to utworzone na mocy układu pokojowego z III Rzeszą państwo zarządzało administracyjnie wszystkimi prawie ziemiami Francji (za wyjątkiem Alzacji i Lotaryngii), a więc i tymi, które znajdowały się pod okupacją Wehrmachtu. Zaś w swej nieokupowanej południowej części jego władze cieszyły się znacznym poparciem społecznym (czym może różniło się od wspomnianego PRL-u). Co również ciekawe, Vichy do października 1944 roku było uznawane oficjalnie za Francję przez szereg państw alianckich, w tym przez Kanadę, ze wszystkimi tego konsekwencjami protokolarnymi i dyplomatycznymi. Jest to szczególnie interesujące, ponieważ w tym czasie państwa te prowadziły wojnę z Niemcami.

      Ciekawe, że kiedy dzisiaj myślimy o Francji, to potężny udział Francuzów w wysiłku wojennym państw osi jest najczęściej zupełnie pomijany.

•••

      W rocznicę zwycięskich wyborów Partii Konserwatywnej premier Stephen Harper ostrzegł posłów swego klubu parlamentarnego, że muszą być przygotowani na "gwałtownie zmieniający się świat", z czym wiąże się niepewna sytuacja gospodarcza.

      Cóż, z pewnością premier ma rację – widać to gołym okiem. Oznaką zmieniających się czasów jest na przykład propozycja zamontowania na dachach bloków mieszkalnych w Londynie nowoczesnych zestawów rakiet przeciwlotniczych – oficjalnie po to, by strzelać do celów terrorystycznych. Gdy już jesteśmy przy lataniu, polecam stronę www.flightradar24.com gdzie na żywo możemy sobie śledzić ruch lotniczy nad głowami – słowo daję, lepsze to od telewizji.

      Wracając zaś do słów premiera – świat rzeczywiście się zmienił i produkcja z Azji już do nas nie wróci – co będziemy mieli zamiast niej?

      No cóż, to jest dobre pytanie, bo prawdopodobnie nic – bezrobocie w Hiszpanii sięga 25 proc., wśród młodzieży 50, w USA pewnie jest podobnie, też ok. 20 proc. – tylko sposób obliczania inny – idzie nowe.

      Dlatego młodzi ludzie powinni dzisiaj uważnie ważyć racje, wybierając zawód – żeby przypadkiem nie wdepnąć w coś, co im pożytku nie przyniesie...

Andrzej Kumor

Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany poniedziałek, 07 maj 2012 23:15