Goniec

Register Login

piątek, 10 sierpień 2012 11:08

Z atrapą złotego rogu

Napisał

 

kumorAW moim bloku testowano przez trzy dni system alarmów przeciwpożarowych oraz radiowęzła ostrzegawczego na wypadek – jak zakomunikowano – national emergency.


Pobudziło to moją przygoleniową wyobraźnię, no bo jakież to możemy mieć nadzwyczajne wypadki o ogólnokrajowym zasięgu – wojna, najazd kosmitów? W końcu Kanada to kraj od morza do morza, a więc żeby nas tu coś zaskoczyło, to musi mieć naprawdę duże rozmiary.
Strażacy z bardzo ważnymi minami chodzili przez trzy dni po bloku i nawet nie śmiałem pytać, czy aby to testowanie potrzebne i do czego.
A gdy już jesteśmy przy wojennych sprawach, proszę zobaczyć, jak się manipuluje informacjami agencyjnymi. Oto fragment karmy informacyjnej, rozkładanej Polakom do karmników: – Mimo sankcji nałożonych przez Unię Europejską i Stany Zjednoczone Islamska Republika Iranu nie ma zamiaru rezygnować z rozwoju programu atomowego, czego przykładem jest próba wystrzelenia rakiety krótkiego zasięgu. Jak podkreślają władze w Teheranie, próba "została zaliczona do udanych"...
Rozbierzmy sobie ten klocek na mniejsze: Iran kategorycznie zarzeka się, że jego program atomowy służy wyłącznie celom pokojowym. Nikt na razie nie udowodnił, że jest inaczej. Co ma więc piernik do wiatraka?! Czyli w jaki sposób próba celnej rakiety wiąże się z "rozwojem programu atomowego"? Dlaczego wystrzelenie nowej wersji rakiety balistycznej świadczyć ma o tym, że Iran nie rezygnuje z rozwoju programu atomowego? Przecież takie wnioskowanie obraża logikę!
Jak widać, propaganda zastępuje całkowicie informację, najczęściej zaś po prostu informację udaje, po to by być bardziej skuteczna.
• • •
Curiosity wylądowała (wylądował?) na Marsie. Łezka w oku się kręci, patrząc na ostatnie podrygi kosmiczne niegdysiejszego kolosa gospodarczego i naukowego. Stany Zjednoczone nadal słyną z poziomu szkolnictwa wyższego (ale tylko wyższego), przyciągając setki tysięcy chińskich studentów. Polska się pochwaliła, że ma w napędzanym atomem marsjańskim łaziku jakiś jeden czujnik podczerwieni, Kanada też coś tam wykombinowała. Ciekawe, czy Chińczycy też? Nie zdziwiłbym się. Tak czy owak, badanie przestrzeni kosmicznej było niegdyś podniesione do rangi futurystycznej ideologii. W obliczu wyzwań poznania ludzkość – prognozowano – uzyska ciekawe zajęcie, co powinno oderwać ją od bezustannej bijatyki o majątek, władzę i kobiety i skierować ku gwiazdom. Tak się nie stało, pomimo krótkiego okresu ekscytacji lataniem na orbitę, a potem na Księżyc. Człowiek jednak woli jeden drugiego walić po łbie niż sięgać gwiazd. Nauka nie była w stanie porwać wyobraźni milionów i wkrótce okazało się, że kolejne lądowanie na Księżycu przegrywa w telewizyjnych rankingach z podpompowaną seksem soap-operą. A może komuś na tym zależało, żeby tak było? W końcu kolonizacja, czy choćby eksploatacja gospodarcza przestrzeni okołoziemskiej mogłaby zbyt wielu ludzi skłonić do myślenia.
Zainteresowanie marsjańskimi wojażami wkrótce więc zejdzie na dalszy plan doniesień agencyjnych, a my nadal będziemy się kisić w ziemskich sosach.
• • •
Tegoroczny festiwal muzyczny Woodstock podsponsorowywany przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy jakoś tak zrobił mi zgagę. Pamiętam Jarocin, pamiętam, że większość młodych ludzi miała wówczas w głębokim poważaniu władzę, pieniądze i ryczała słowa piosenek, których cenzura nie nadążała cenzurować... Prowokacja, Siekiera, Moskwa, Hak, Jaguar, Piersi, Ostatnie Takie Trio, Rendez-Vous, Sedes, Abaddon, Kultura, Madame, Fort BS, Stress, Variété, Made in Poland, Dezerter, KSU... Żaden z tych zespołów nie ważyłby się wyjść na scenę, po której wcześniej chodziłby Jaruzel, Urban czy jakiś inny mastodont z Warszawy.


Dzisiaj młodzi ludzie "kontestują" kontestacją prefabrykowaną specjalnie dla nich w salonach Owsiaka, Kuby Wojewódzkiego, speców od marketingu idei; jedzą z ręki systemowi, który wcześniej zdołał wyprać im mózgi i oswoić. Cenzury "nie ma", ale spróbuj tylko zaśpiewać o... Nie ma ikry, nie ma jaj. Jest tylko coraz bardziej sprana nieprzyzwoitość taplania się w błocie, wzajemnego obspermiania i szprycowania mózgów tandetną chemią. Tak to jest, jak władza delikatnie, krok po kroku, przejęła naturszczykową, autentyczną imprezę, podczas której wykwitały w niebo zaciśnięte pięści.
Ten sam los czeka dziś w Polsce każdy autentyk – o czym świadczą delikatne zakusy na "Marsz niepodległości". Wkrótce w pierwszym szeregu pomaszerują w nim wszyscy grabarze suwerenności na czele z jednym takim w czapce krakowskiej z pawim piórem i atrapą złotego rogu w garści.


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany środa, 15 sierpień 2012 22:29
piątek, 10 sierpień 2012 10:51

Z Wołkowyska

Napisane przez


pruszynskiPo pierwszym sierpnia podniesiono emerytury o 15 proc., ale kilka dni potem opłaty komunalne i telekomunikacyjne poszły w górę o 25 proc. Czyli nie jest dobrze, a jeśli w bankomatach w Mińsku brakuje dewiz, to odczytać to można tylko jako zapowiedź kolejnej dewaluacji naszego rubla.


Sobota to dzień ślubów, po ceremonii w zaksie, czyli USC, młodzi jeżdżą szykownymi autami, a potem robią zdjęcia pod fontanną i pomnikiem wilka na głównym placu. Niektóre pary najpierw brały ślub w zaksie, a po serii zdjęć jechały do kościoła. Panny mają wcale niezłe kiecki i jedna z panien przyznała mi się, że dała 400 dol. tylko za wypożyczenie jej. Teraz są zresztą nawet dwa kościoły i w sumie liczę, że chodzi do nich co najmniej z 4 tysiące ludzi w każdą niedzielę, czyli że katolików jest z 8 tysięcy w samym mieście i moc po wsiach, gdzie też są kościoły, czasem nawet bardzo zabytkowe. Wedle statystyk, jest nas w powiecie 25 proc., ale władze prowadzą prostą politykę fałszowania danych, nie pytając o narodowość, wpisują narodowość białoruską. Naprawdę byłem zdziwiony, ilu spotykam Polaków, i sądzę, że w samym mieście jest minimum 45 proc. i – co najważniejsze – mówią po polsku, choć nie ma biblioteki polskiej, ale można łapać Radio Maryja i inne stacje z Białegostoku oraz TV1, co ja też robię i poza wiadomościami oglądam olimpiadę. Polacy, jak wiadomo, nieźle wypadli, a Białorusini nawet bardzo dobrze, biorąc pod uwagę, że jest obywateli poniżej 9 milionów.


Zbieranie podpisów idzie źle, bo mam zasadniczo jednego pomocnika, ale wczoraj w niedzielę pod supermarketem zebraliśmy 70 podpisów w dwie godziny. We wtorek mamy z 560 i każdego dnia trzeba zebrać po 80 i wtedy zdążymy. Ale potem pytanie, ile zechce odrzucić komisja, a raczej ile jej każą odrzucić władze z Mińska.
Niestety, nie udało mi się uzyskać poparcia zakładu pracy, który robi bokami, ma 9000 metrów kwadratowych wolnych hal i zamiast 4000 pracowników ma 320.


Memu konkurentowi kuratorowi oświaty z Grodna zbierają urzędnicy starostwa. Chodzą po szkołach i przedszkolach, a nawet niektórych zakładach i każą się podpisywać. Naprawdę kuriozalne jest, że przyszli do polskiej szkoły, by podpisać za drania, który łamiąc konstytucję, chce zniszczyć polską szkołę w Grodnie. Konstytucja mówi, że dziecko ma prawo dostać wykształcenie w swym języku rodzinnym. To tak jak w konstytucji stalinowskiej: wszystko jest na papierze, a mało co, jeśli w ogóle w rzeczywistości.


Sporo ludzi radzi, bym siedział na piecu, a nie brał udziału w życiu politycznym. Wielu chce więcej się o mnie dowiedzieć niż me wykształcenie i zawód czy rok urodzenia, a tyle wolno mi podawać do momentu zarejestrowania na kandydata, a to nastąpi dopiero 23 sierpnia.
13 sierpnia mam złożyć zebrane podpisy i będą deliberować, a zasadniczo tylko pytać w Mińsku, czy mnie dopuścić do wyborów. Sporo ludzi twierdzi: ja pana nie znam, więc jak mogę podpisać. Tym odpowiadam, że mnie znają w mieście trzy osoby na 300, a muszę zebrać co najmniej tysiąc podpisów. W zeszłym tygodniu byłem w komisji wyborczej, prosząc o pismo, że dyrekcja zakładu produkującego maszyny odlewnicze ma prawo zwołać spotkanie załogi, przed którą wystąpię, i jeśli me wystąpienie się będzie podobało, to mogą wysunąć mnie na kandydata.

piątek, 10 sierpień 2012 10:21

Ochota na Polskę i wola zwycięstwa

Napisał

kumorAAlbo uznajemy prawowitość istniejącego państwa i usiłujemy robić politykę w ramach funkcjonujących mechanizmów demokracji; albo uważamy, że te mechanizmy demokracji są niewystarczające, i zabiegamy w ramach instytucji państwa o jego odnowienie – nawołujemy do referendów, masowych wieców, które pozwolą doprowadzić do reformy agend państwa; albo uważamy, że to nie jest nasze państwo, i chcemy obalenia jego władz i systemu politycznego wszelkimi dostępnymi metodami – jak mówi wieszcz – "zemsta, zemsta na wroga z Bogiem, lub choćby mimo Boga"...

Uznanie każdego z wymienionych wariantów pociąga za sobą odmienną taktykę działania i dyktuje inne metody. Niektóre – np. polityczne i bojówkarskie – czasem mogą się uzupełniać, jak to miało miejsce w czasach Republiki Weimarskiej w Niemczech.


Polski kontekst polityczny, a co ważniejsze mentalność Polaków, którzy zajmują się polityką, wyrasta z doświadczeń antypaństwowych lub w najlepszym wypadku "okołopaństwowych". Brak państwowości polskiej przez okres życia kilku pokoleń, ukształtował polską psychikę, zracjonalizował antypaństwowe postawy i wprowadził nadrzędność interesu grupowego – różnie formułowanego, najczęściej tak by było jak najwygodniej dla samych zainteresowanych. Jest to sytuacja łatwa do zaobserwowania we wszystkich społecznościach okupowanych. I co ciekawe, polskie doświadczenia są w tej mierze podobne do, na przykład, palestyńskich. Państwo jako twór nie do końca nasz, państwo jako coś przed czym musimy się organizować do obrony, państwo jako organizm, który poprzez rodzinną czy grupową solidarność musimy wykiwać.


To jest pokłosie lat zaborów, to jest efekt okupacji niemieckiej i w o wiele większym stopniu polskiej kolaboracji prosowieckiej przez 40 lat istnienia PRL-u. Stąd dzisiaj pochodzą rozliczne schizofrenie polskiego życia publicznego; stąd tak łatwa racjonalizacja nepotyzmu, korupcji i sobiepaństwa u – zdawałoby się – całkiem przyzwoitych i szanowanych osób. Stąd wreszcie tendencja do obchodzenia prawa, różnymi zakosami i objazdami, brak szacunku do litery prawa i traktowanie instytucji państwowych jak prywatnych folwarków. W naszym polskim społeczeństwie nie zagnieździło się przekonanie o trwałości instytucji jako takich i ich fundamentalnym znaczeniu dla porządku prawnego i politycznego, ponieważ porządki te zmieniały się często jak w kalejdoskopie, i to w ciągu życia jednego pokolenia. Trwałe było "to co nasze". Państwo? – rzecz nabyta – raz jest, raz go nie ma, raz jest austriackie, raz polskie, raz sowieckie.


Tymczasem to państwo właśnie daje najskuteczniejszą metodę obrony interesu narodowego. To państwo ze swoim wojskiem, policją, polityką zagraniczną i dobrym urządzeniem życia wewnętrznego pozwala nam chronić interes rodzin przed obcymi najeźdźcami, grabieżcami i oszustami rodzimego chowu. Nikt lepszej metody nie wymyślił, dlatego narody w sposób naturalny do posiadania własnego państwa dążą. Dlatego Kurdowie chcą mieć niepodległość, a Żydzi odbudowali własną po tysiącach lat rozproszenia.
Państwo to rzecz święta – co wielu polskim politykom, którym młodość upłynęła na "działalności antypaństwowej", trudno traktować poważnie. Jest to jedna z mentalnych przyczyn dzisiejszej słabości Polski; tego, że pokolenie całkiem inteligentnych, wykształconych Polaków nie potrafiło odbudować silnego kraju i zadowoliło się "terytorium zależnym".


Jest to również przyczyna, dla której wiele form działań antypaństwowych uchodzi płazem; patrzy się na nie przez palce.
Dlatego rad bym dowiedzieć się od polskich polityków, zwłaszcza tych opozycyjnych, co sądzą o obecnym państwie polskim? Jest rzeczą zupełnie normalną, że ktoś dzisiejszą polską państwowość zaneguje – ale wówczas nie powinien w niej uczestniczyć, a raczej zejść do podziemia. Jeśli ktoś uznaje dzisiejszą państwowość polską za wystarczającą lub możliwą do zreformowania, nie powinien jej podważać quasi-legalnymi metodami, lecz wziąć władzę. I tu znów mamy podział, bo albo ktoś uważa, że polska jest demokracją i takie "wzięcie" odbyć się może normalną drogą, albo sądzi się, że Polską rządzi w sposób autorytarny układ sił, który do takiego przejęcia nie dopuści za Chiny ludowe. Z jednego i drugiego wynikają różne metody walki.


Wygląda na to, że w Polsce można nadal działać politycznie i to działanie może być skuteczne – trzeba tylko zacząć od fundamentów, a nie od pustosłowia – fundamentem zaś są: wpływ na opinię publiczną i uruchomienie polskich pieniędzy w polityce. I tu znów nie trzeba wyważać otwartych drzwi – wiadomo, jak to się robi, jest wiele przykładów nawet w starej Europie. Jedno jest tylko potrzebne, ochota na Polskę i wola zwycięstwa.


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 10 sierpień 2012 10:18

Przyczynek do teorii spiskowej

Napisane przez

michalkiewicz"Rozwińcze sze sztandary! Zagrajcze fanfary! Zleczcze sze orły i orlęta! Dżysz jubileusz pana prezydenta!" To znaczy – nie "dżysz", tylko 6 sierpnia, kiedy to przed dwoma laty odbyło się zaprzysiężenie Bronisława Komorowskiego na prezydenta. Jak pamiętamy, 4 lipca uzyskał on 8.933.887 głosów, podczas gdy Jarosław Kaczyński – tylko 7.919.134. Nawiasem mówiąc, Jarosław Kaczyński stawał do tych wyborów pod hasłem "Polska jest najważniejsza", które potem posłużyło za nazwę rozłamowej partii, podczas gdy Bronisław Komorowski pod hasłem "Zgoda buduje", czy jakoś tak. 

Konstytucyjna rota prezydenckiej przysięgi zawiera między innymi zobowiązanie do "niezłomnego strzeżenia godności narodu" – i taką przysięgę Bronisław Komorowski złożył. Ale cóż z tego, skoro rok później, w liście wysłanym do uczestników uroczystości w Jedwabnem, odczytanym tam przez znanego z postawy służebnej Tadeusza Mazowieckiego, napisał między innymi, że "naród polski" musi przyzwyczaić się do myśli, iż był również "sprawcą". W ten sposób prezydent Komorowski, najwyraźniej sprzeniewierzając się złożonej 6 sierpnia 2010 roku przysiędze, wyszedł naprzeciw niemieckiej i żydowskiej polityce historycznej.


Polityka niemiecka zmierza do stopniowego zdejmowania z Niemiec odpowiedzialności za II wojnę światową, a żydowska – do stopniowego przerzucania jej na winowajców zastępczych, wśród których Polska zajmuje miejsce czołowe – żeby móc bez przeszkód materialnie i politycznie eksploatować holokaust aż do końca świata. Deklaracja prezydenta Komorowskiego, potwierdzająca oskarżenia całego "narodu polskiego" o "sprawstwo" zbrodni II wojny światowej, nie tylko wychodzi naprzeciw obydwu tym politykom historycznym, ale podnosi te oskarżenia na najwyższy poziom w postaci sprawstwa samodzielnego.


W ten właśnie sposób prezydent Bronisław Komorowski sprzeniewierzył się swojej przysiędze – chyba że pomyliły mu się narody. Tego z góry wykluczyć nie można nie tylko ze względów rodzinnych, ale również – ze względu na otoczenie pana prezydenta, a zwłaszcza – ze względu na polityczne zaplecze. Pamiętamy wszyscy deklarację generała Marka Dukaczewskiego z WSI, że dla uczczenia zwycięstwa Bronisława Komorowskiego "otworzy butelkę szampana".


Bardzo możliwe, że z okazji drugiej rocznicy zaprzysiężenia nie tylko szampan, ale również mocniejsze trunki były w użyciu, bo prezydent Komorowski, przez nikogo nie przymuszany, ni stąd, ni zowąd oświadczył, że Polska zbuduje własną tarczę antyrakietową. Początkowo sądziłem, że oznacza to zapowiedź uruchomienia jakiegoś programu zbrojeniowego, który posłuży okupującej państwo soldatesce za kolejny pretekst do wydojenia Rzeczypospolitej – na podobieństwo sławnej korwety "Gawron".

Miała to być cała seria okrętów po 250 mln złotych każdy – ale skończyło się na skleceniu jednego kadłuba, i to kosztem co najmniej półtora miliarda złotych! Te pieniądze ktoś rozkradł, podzielił się nimi i schował – więc wydawało się, iż deklaracja o budowie własnej tarczy zapowiada dojenie Rzeczypospolitej na niespotykaną dotąd skalę. Wykluczyć tego zresztą nie można – ale w takiej sytuacji zbytnia ostentacja może tylko szkodzić, bo nawet dziecko wie, że tarczy antyrakietowej z prawdziwego zdarzenia Polska zbudować sobie nie może. Może natomiast – jak informuje mnie Tajny Współpracownik – kupić od kontrolowanego przez Francję europejskiego konsorcjum zbrojeniowego MBDA pewne technologie, przy pomocy których można by zbudować system obrony powietrznej i przeciwrakietowej, których koszt przed dwoma laty szacowany był na 25 mld złotych. Z uwagi jednak na to, że Francja w dziedzinie zbrojeniowej ściśle współpracuje z Rosją, czego dowodem była sprzedaż okrętów "Mistral", to w tej sytuacji ryzyko przecieku informacji o kodach powodujących samozniszczenie pocisku w locie do "sojusznika naszych sojuszników" może być wysokie – twierdzi Tajny Współpracownik.


Ale tej watasze bezpieczniaków, którzy, okupując nasz nieszczęśliwy kraj, dochowali wierności rosyjskiemu GRU, właśnie o to może chodzić – a jeśli przy okazji uszczkną sobie trochę z tych 25 miliardów – to co to komu szkodzi? W tej sytuacji nieoczekiwana deklaracja prezydenta Komorowskiego o budowie "tarczy antyrakietowej" wydaje się już bardziej zrozumiała – tym bardziej, że już następnego dnia, to znaczy – kiedy minęła euforia spowodowana nadmiarem środków płynnych – informacje na ten temat zaczęły być delikatnie dementowane.
Ano cóż; Bronisław Komorowski, kiedy jeszcze był ministrem obrony, w porywie optymizmu przypisywał naszym pilotom umiejętność latania "na wrotach od stodoły", więc jeśli któryś z jego doradców podsunął mu myśl, by z okazji jubileuszu ofiarować tubylcom jakieś Niderlandy, to – zwłaszcza jeśli rzeczywiście napił się tego szampana, czy czegoś podobnego – nie pożałował nam nawet "tarczy antyrakietowej".
Tymczasem po śmierci generała Sławomira Petelickiego, co to zakończył życie "bez udziału osób trzecich", trwa seria bankructw i upadłości firm branży turystycznej i biur podróży, zaś ukoronowaniem tej czarnej serii, przynajmniej na tym etapie, jest upadłość linii lotniczych OLT Express oraz banku, a właściwie "parabanku" Amber Gold.
Prezes Amber Gold, pan Marcin Plichta, który tak naprawdę nazywa się Stefański, pokazał notatkę ABW, z której wynika, że upadłość OLT Express jest następstwem tajnej operacji "Ikar", mającej na celu ochronę PLL LOT przed konkurencją. Ponieważ krążą uporczywie fałszywe pogłoski, że LOT od samego początku sławnej transformacji ustrojowej jest w szponach razwiedki wojskowej, która za pośrednictwem między innymi tej firmy czerpie korzyści z okupacji naszego nieszczęśliwego kraju, wszystko to trzymałoby się kupy, gdyby nie to, że ABW twierdzi, iż wspomniana notatka jest "fałszywa".


Wszystko to oczywiście być może – chociaż z drugiej strony w takiej sytuacji trudno wytłumaczyć, dlaczego Meritum Bank ICB S.A., Alior Bank S.A., BGŻ S.A., Bank Zachodni WBK S.A., Volkswagen Bank Polska S.A. i Millenium Bank S.A., z dnia na dzień wypowiedziały Amber Gold rachunki bankowe – chociaż przedtem prowadziły je jakby nigdy nic, mimo wcześniejszych ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego, która uważała Amber Gold za piramidę.


Podobnie trudno byłoby wytłumaczyć przyczyny, dla których 28-letni prezes Amber Gold Marcin Plichta bywał skazywany przez niezawisłe sądy za oszustwa i wyłudzenia – ale nie tylko nigdy nie został ukarany, ale funkcjonował w politycznym demi-mondzie nie tylko jako "krupnyj biznesmien", ale i filantrop, szczodrze sponsorujący m.in. imprezy organizowane przez gdańskiego prezydenta Pawła Adamowicza, a nawet dał pieniądze na film o byłym prezydencie naszego nieszczęśliwego kraju Lechu Wałęsie, który na ociekającej wazeliną taśmie nakręcił Andrzej Wajda. Kropką nad "i" jest informacja, że w OLT Express pracował również syn premiera Donalda Tuska.
Jeśli jednak przyjmiemy, że nasz nieszczęśliwy kraj jest okupowany przez bezpieczniackie watahy, które przy pomocy agentury kontrolują wszystkie, a w każdym razie – istotne segmenty państwa i eksploatują je poprzez opanowane przez siebie branże, to nagle wszystko staje się jasne. Pan Stefański, czyli Plichta, znakomicie nadawał się na tzw. słupa dla bezpieczniackiej watahy, próbującej wejść na teren branży finansowej i lotniczej – podobnie jak w latach 80. pochodzący z porządnej ubeckiej dynastii Piotr Filipczyński, który wyszedł na przepustkę z więzienia, gdzie odsiadywał wyrok 25 lat za morderstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Wyjechał w 1983 roku do Szwajcarii, gdzie już jako Peter Vogel został strażnikiem Skarbów Labiryntu, jakie komuna przez co najmniej 18 lat kradła z PEWEX-u i tam sobie schowała.


Wiadomo, że tacy szubienicznicy muszą chodzić jak w zegarku, bo wiedzą, iż każdy fałszywy ruch oznacza, że w jednej chwili zarówno niezależna prokuratura, jak i niezawisłe sądy rzucą się na nich i będą zgubieni bez ratunku. Jeśli natomiast fałszywego ruchu nie zrobią, to żadne niebezpieczeństwo ani ze strony niezależnej prokuratury, ani ze strony niezawisłych sądów im nie grozi, ponieważ i tu, i tam roi się od konfidentów, którzy "powinność swej służby rozumieją" i parasol ochronny posłusznie trzymają.
Tak jest w czasie pokoju – ale obecnie między bezpieczniackimi watahy panuje stan wojny, którego początkiem było ubiegłoroczne zatrzymanie przez CBA "ojca wszystkich ojców", generała Gromosława Czempińskiego, zaś śmierć generała Petelickiego "bez udziału osób trzecich" wskazuje na eskalację konfliktu, który obecnie szybkimi krokami zmierza do ostatecznego rozwiązania. Ważnym jego elementem jest pozbawienie, eliminowanej obecnie przez soldateskę, SB-ckiej watahy jej materialnej "bazy" – i to wyjaśnia przyczynę serii bankructw firm branży turystycznej, podobnie jak upadłość OLT Express i Amber Gold. Ta spiskowa teoria wyjaśnia też przyczyny, dla których jak w zegarku chodzi też pan prezydent Bronisław Komorowski, co to z okazji swojego jubileuszu, z dobrego serca obiecał naszemu tubylczemu narodowi Niderlandy.

piątek, 10 sierpień 2012 09:40

Konsekwencje "pojednania" biskupów z Putinem

Napisane przez

 

chojeckiChyba jako pierwszy publicznie potępiłem obłudny plan polskich biskupów, by z Bogiem na ustach stręczyć nam 17 sierpnia "pojednanie" z Rosją. Tu na Niezależnej napisałem, że "takich słów w obliczu tego, co stało się nad Smoleńskim i co do dziś dzieje się w kwestii śledztwa, nie można traktować inaczej jak wasalny akt poddaństwa i policzek wymierzony polskim patriotom". Niestety, z niewielkimi wyjątkami polscy patrioci zareagowali na tę zniewagę "jakby deszcz padał".


Aleksander Ścios tłumaczy brak reakcji środowisk patriotycznych dwojako. Z jednej strony, bierze je w obronę, usprawiedliwiając słabością umysłu:
"Powinno nas natomiast martwić, że wagi owego orędzia zdają się nie dostrzegać środowiska opozycyjne. Oznacza to, że nie rozumieją (…), że hańba tego dokumentu trwale naznaczy polski Kościół i nigdy już nie będziemy potrafili dostrzegać w nim obrońcy polskości.
Podpisanie obecnego orędzia przez agenta KGB – działającego w interesie oficera KGB – prowadzi w istocie do sytuacji, gdy cały ten akt nabiera charakteru umowy łączącej polskich hierarchów ze służbami rosyjskimi".


W innych miejscach wskazuje bardziej prawdopodobne motywacje zmowy milczenia na prawicy:
"Głos Anny Fotygi jest chlubnym wyjątkiem i pani minister należą się za to wyrazy uznania. Tym większe, że cisza wokół sprawy orędzia obowiązuje w niemal wszystkich środowiskach opozycyjnych, a to świadczy o wyjątkowej zgodności w tchórzostwie i koniunkturalizmie.
Oczywiście, że inni również dostrzegli zagrożenia związane z tym orędziem, ale własne kalkulacje i obawy przed posądzeniem o wrogość wobec Kościoła szybko ukoiły obawy".


"Dziś już wiem, że tego procesu nikt nie powstrzyma. Nie ma do tego woli, odwagi, zrozumienia. Myślę, że powinniśmy pamiętać o tych środowiskach, które tchórzliwie lub głupio milczą, bo to one ponoszą największą odpowiedzialność za hańbę fałszywego »pojednania«. Nie mam wątpliwości, że kiedyś tak zostaną ocenione. (…)


Proszę patrzeć, słuchać i pamiętać – kto i w jaki sposób ocenia dziś orędzie Cerkwi i Episkopatu. Jest to najpełniejszy test intencji i troski o sprawy polskie. Choćby ktoś stroił się dziesiątkami przymiotników i pysznił swoim patriotyzmem, a w tej kwestii milczał – będzie tylko sługusem własnych lęków i próżnych ambicji" (podkreślenia moje).


Wielokrotnie ostrzegałem, że wśród polskich patriotów nie dokona się żaden znaczący przełom, dopóki nie nauczymy się myśleć w sposób racjonalny o roli katolicyzmu w naszej historii i współczesności. Idealizowanie tego tematu i bezkrytyczna czy tchórzliwa postawa wobec działań hierarchów, zamykają drogę do autentycznej odnowy narodu i wykształcenia samodzielnej myśli narodowej zdolnej wyrwać nas ze stanu permanentnej klęski.
W konkretnym przypadku obecnej zdrady polskich biskupów, kto jeszcze na prawicy gotowy jest wyrazić taką prostą i jasną ocenę:
"…motywacje towarzyszące podpisaniu wspólnego orędzie mogą być bardziej prozaiczne niż wynikałyby z relacji agenturalnych. Tym aktem hierarchia Kościoła staje po stronie władzy i udziela jej wsparcia w sprawie decydującej o losach Polski.
W zamian otrzymuje gwarancje zachowania dotychczasowego status quo w zakresie finansowania Kościoła, a być może również obietnicę dalszych przywilejów. Nie znajduję dziś innych przesłanek.


Te okoliczności sprawiają, że Orędzie staje się fałszywą monetą w haniebnej transakcji, której przedmiotem jest przyszłość Polaków i polskiego Kościoła".
Czy jednak bez takich odważnych i prawdziwych słów da się Polaków wyprowadzić z obecnej duchowej i politycznej zapaści? Wobec ich braku, zdrada i zaprzaństwo będą się dalej bezkarnie pleniły!


Jeszcze nie doczekaliśmy dnia hańby polskiego kościoła – 17 sierpnia 2012 – a już główny hierarcha dyscyplinuje patriotów oskarżających Rosjan w sprawie Smoleńska:
"»Smoleńsk« jest tragedią samą w sobie. Tragedią niezwykle bolesną w wielu wymiarach i dla licznych osób, środowisk i całego narodu. Wydarzenie takiej miary powinno się traktować w kategoriach symbolu, a nie w kategoriach politycznego interesu. (…) Dlatego ci, którzy posługują się takimi teoriami i hasłami, robią sobie i tragedii smoleńskiej największą szkodę! I to trzeba im powiedzieć: robią krzywdę tragedii smoleńskiej, bo na tym etapie trzeba ograniczyć się do poszukiwań i badań. Można mieć postulaty, żądać powołania takich czy innych międzynarodowych komisji i dochodzeń, ale dopóki nie przyniosą one efektów, nie wolno używać zbyt mocnych słów, bo w ten sposób robi się krzywdę prawdzie i w niewłaściwą stronę ukierunkowuje się ból osób oraz myślenie całego społeczeństwa" – abp Józef Michalik dla KAI.
Nic też dziwnego, że w i naszej dotychczasowej nadziei – największej partii opozycyjnej – planowane są zmiany w zamierzonym przez Putina kierunku:
"Partia Kaczyńskiego zaczyna marsz do centrum. Macierewicz odejdzie w cień, a błyszczeć ma program gospodarczy" – Rzeczpospolita.
Jeśli PiS rzeczywiście pójdzie tą drogą, to z opozycji antysystemowej, za jaką się podawał, zajmie pozycję niegroźnej opozycji koncesjonowanej. W ten sposób Układ domknie się na długie lata. Taka jest cena głupoty i tchórzostwa polskich elit patriotycznych.

PS Być może jest to mój ostatni tekst na Niezależnej. Byłaby to i tak bardzo niewielka cena za pisanie prawdy. Pozdrawiam serdecznie wszystkich Państwa, którzy z uwagą czytali moje teksty i dzielili się merytorycznymi uwagami w komentarzach.

Paweł Chojecki
niezależna.pl

sobota, 04 sierpień 2012 14:12

Wakacje w Polsce (1)

Napisane przez

RatajewskaOd kilku dni jestem już w Polsce. Jest już lipiec. Przyjechałam na miesiąc. Na sierpień znów jadę do Niemiec, gdzie zarabiam, opiekując się ludźmi starszymi. W naszym miasteczku na zachodzie Polski olbrzymie bezrobocie.

Napisałam na jakimś blogu, że "Polska jest piękna, jako ziemia i jako naród" i jakiś bloger się do mnie przyczepił z komentarzami, że jestem na pewno z Tuskolandu, bo tak wychwalam Polskę. Co się dzieje w tej Polsce? Jestem szczęśliwa po przyjeździe do Polski i zawsze za nią tęsknię, gdy jestem daleko, w Niemczech.
Dzisiaj kupiłam dużo wiśni i dla każdego domownika starczy na pewno. Wiśnie już tańsze od czereśni, ale poznikały kolejki po owoce na targowisku, pewnie ludzie nie mają pieniędzy.
Pani starsza niemiecka zadzwoniła wczoraj do mnie z Hamburga. Będzie jechać na wczasy regeneracyjne do Kołobrzegu, chciałaby, żebym do niej przyjechała. Mąż jest już od maja w domu opieki w Hamburgu. Byłam u nich dwa razy. Ostatni raz w lutym tego roku. Odmówiłam, bo niedawno przyjechałam, nie na długo i za kilka dni przyjadą synowie moi kochani. Już nie mogę się ich doczekać.
W mieście spotkałam koleżankę. Jej siostra, która uczyła na moim miejscu pracy w szkole, już ma teraz coraz mniej pracy. Już uczy teraz tylko w jednej szkole. Młodzieży coraz mniej, klas coraz mniej. Mojej koleżance też nie udało się gdzieś zatrudnić. Pracowała kilka lat u dawnej koleżanki, w jej sklepie. Teraz już sytuacja inna, koleżanka musi sama wcześnie wstawać i swój towar sprzedawać.
Coraz trudniej jest zarobić w Polsce, coraz trudniej o pracę. O jakąkolwiek pracę. Mieszkamy w małym mieście, gdzie miała rozwinąć się turystyka. PGR-y zostały w swoim czasie zlikwidowane, okoliczni ludzie nie mają pieniędzy na autobus, żeby dojechać do miasta np. do lekarza. Z każdej rodziny chociaż jedno dziecko pracuje i mieszka od kilku lat w Anglii, Irlandii czy Holandii.
Kupiłam też prawie kilogram płotek, czyli rybek małych, złowionych na pewno w naszych jeziorach. Rybki były trzy razy tańsze od ryb morskich, były oczyszczone i bez łusek. Kupiłam, bo lubię je jeść, a także, żeby uszanować pracę tego kogoś, kto tak starannie te rybki oprawił.
Mąż robi teraz a la gołąbki, czyli wszystko tam jest, jak w prawdziwych gołąbkach, ale nie są zawinięte w liście kapusty. Idę smażyć rybki.

Wczoraj zadzwonił do mnie niemiecki Turek, który nas, czyli mnie i panią starszą niemiecką, zawiózł do domu. Było to w kwietniu, gdy byłam w Niemczech. Stałyśmy wtedy, z zakupami, czekając na autobus, ale były ferie i autobus nie przyjechał. Dałam mu mój telefon, gdyby taka sytuacja znów się powtórzyła.
Dawno już o nim zapomniałam, a on podobno dzwonił miesiąc temu, ale ja wtedy wyjechałam i mąż albo syn odebrał.
Zaprosił mnie wczoraj z rodziną na wrzesień lub październik. Ma dom nad jeziorem w Turcji i dużo owoców w ogrodzie. Morze blisko. Teraz jest tam razem z żoną swoją, z córką i z córki koleżanką – Polką. Zaproponował, że odebrałby nas z lotniska.
Dlaczego ja i dlaczego do mnie dzwoni? Bo ze mną można porozmawiać i tego mu brakuje. To miłe, ale jak możemy pojechać do całkiem obcego człowieka?
Chociaż była kiedyś taka sytuacja. Było to w 2006 roku chyba. Człowiek poznany przez Internet zaprosił nas do Sztokholmu. Nie zdecydowaliśmy się na mieszkanie u niego, chociaż zapraszał. Wynajęliśmy sobie jakieś w miarę tanie lokum. Byliśmy tam pięć dni, ale ten pan codziennie rano już u nas był i był wspaniałym przewodnikiem. Bez niego byśmy zginęli w tym wielkim mieście i pięciu poziomach czy piętrach kolejki podziemnej. Po wycieczce panowie – mąż z nim – pili sobie razem piwo.
Mąż mnie wygania z kuchni, najpierw chce swoje gołąbki robić, a dopiero moje ryby będę mogła smażyć. Śmieszny on jest, przecież można obok siebie wszystko robić. Kuchenka ma cztery palniki.
Śmieszny, bo przypominają mi się ś.p. teściowie, którzy zawsze rano się kłócili w kuchni o miejsce na kuchennym stole do robienia kanapek do pracy. To pewnie teść potrzebował przestrzeni życiowej. Był jedynakiem.
Jak kupił dzieciom kolejkę na Mikołaja, to sam się nią bawił, a oni mogli tylko patrzeć. Potem kolejkę zamykał na klucz. Kiedyś mężowi z bratem udało się raz pobawić tą kolejką, jak dorobili kluczyk do szafki. Następnie teść kolejkę sprzedał koledze z pracy.
Teść mi zawsze opowiadał kawały, jak do nich przyjeżdżałam. Wesoło wtedy było.

Moje miasto jest piękne i miłe. Szkoda, że nie ma w nim dla nas pracy. Trzeba było pilnować swoich miejsc pracy i się nie przeprowadzać tam, gdzie powietrze lepsze. Przeprowadzać się trzeba było do Warszawy najlepiej, bo oni tam mają więcej możliwości do zarobku, i to do większego zarobku. Przeprowadzka zawsze kosztowała pieniądze. Myślałam, że zawsze będę miała pracę chemika tutaj, a tu nauczyciele porobili sobie studia roczne podyplomowe. Uczą więc chemii, doświadczenia żadnego nie potrafią zrobić.
Miejsca pracy w szkole są już planowane na kilka lat wcześniej, na zapas. Ktoś z rodziny ważnej osoby idzie na studia i ma zarezerwowane po cichu, że w tym roku wróci, już po studiach. Przyjmuje się więc osoby na dwa lata, potem znów inną na dwa lata, żeby przeczekać ten okres. Teraz tylko znajomości się liczą.
Syn najmłodszy wrócił z plaży nad jeziorem. My też powinniśmy pojechać. Syn jeździ z kolegami. My też powinniśmy jechać. Drugi syn się izoluje i traktuje nas jak obcych. Ma jakieś zaburzenia psychiczne i boreliozę. Niedawno mu sprzątaliśmy i znów ma bałagan w pokoju.
Babcia powinna wreszcie do nas przyjechać. Chcę ją wreszcie zobaczyć. Tymczasem, od czasu rozprawy o majątek mojego ojca, którego to majątku nie widać, siostra nie chce mamy do mnie puszczać.

Byliśmy nad jeziorem. Mąż się kąpał, ja nie. Plaża nad jeziorem przechodziła w różne ręce kolejno. W latach 80. zbudowany został ładny, jak na tamte czasy, budynek – to Ośrodek Doskonalenia Kadr – partyjny, warszawski. Potem plażę ogrodzono i miała być płatna i nie dla każdego. Poleciały wtedy dwie piękne brzozy. Teraz jest to własność Caritasu, przyjeżdżają biedne dzieci na wakacje i kąpią się grupami w wodzie. Oj, sporo jest wtedy hałasu. Siostry zakonne moczą sobie nogi, siedząc na pomoście.
Na terenie tego ośrodka jest boisko do piłki siatkowej. Moi synowie, jak przyjeżdżają, zawsze są tam z kolegami wpuszczani, ale za to muszą w czymś pomóc, np. rozstawiali ostatnio wielki namiot.
Trzeba przyznać, że Caritas dba o ośrodek, Tak piękny nigdy nie był. Widać robotę ogrodników.
Potem markety, butle wody, bo tak się u nas zmieniło, że nawet wodę kupujemy. Dla mnie ta z dwutlenkiem węgla.
Ja kupiłam sobie loda i jem zawsze przed dojściem do kasy. Papierek oczywiście leży na zakupach, pan ochroniarz troszkę niespokojny. Patrzy, czy na pewno będzie zapłacone za tego loda. Ten dzisiaj nie był dobry, bo w środku miał kawałki czekolady. I po co to?
Pojutrze rodzina mojego męża będzie jechała nad morze. Zajadą do nas. Cieszę się, że ich zobaczę.
I problem z pracą córki. Ona ma 19 lat, pojechała miesiąc temu na wyspę Rugię do Niemiec. Pracuje w restauracji jako kelnerka. Wszyscy pracownicy otrzymali już wypłatę, tylko one nie. Patrzyłam, w umowie brak wzmianki o tym, kiedy pensja miesięczna będzie wypłacana.
Porozumiewamy się tylko za pomocą smsów. Córka wcześniej nie chciała, żebym zadzwoniła do firmy polskiej, która pośredniczyła w ich zatrudnieniu. Ale jutro będę musiała się dokładnie wypytać. W umowie niemieckiej jest napisane, że mieszkanie będzie do dyspozycji. W umowie polskiej jest wzmianka, że za mieszkanie będą płacić. Niedużą sumę, ale płacić.
Poza tym miały wziąć ze sobą czarne buty, jako dodatek do ubrania roboczego kelnerki, firma polska o tym nie wspomniała. I pieniądze, które dałam jej, żeby tam miała, musiała wydać na te buty. Jeszcze ktoś wysłał dzisiaj córce smsa , że ta firma oszukuje, że nie płaci. Ona ma umowę z restauracją niemiecką.
Mama odwiedzi nas w niedzielę. Dawno jej nie widziałam.

Od rana się martwię naszą sytuacją. Może ludzie okoliczni w Polsce mają jeszcze gorzej, bo wpakowali się w długi. I w bankach, i są zadłużeni w spółdzielni mieszkaniowej, bo nie płacą za czynsz. Nie mają czym płacić.
Ale my, my nic nie mamy, tylko to mieszkanie. Samochód już stary, z roku 1995. Dobrze, że mamy dobrego mechanika. Ale fotel ktoś dał w tym samochodzie sportowy. Trzeszczy w czasie jazdy, na pewno jest poluzowany. Już dawno powinniśmy kupić normalny fotel kierowcy. Pytaliśmy tu i tam, i nie było tego rodzaju na szrotach.
Pracy tu nie mamy i coraz mniej nas z Polską łączy. Polskę kochamy, za Polską tęsknię, ale środowiska pracy już tutaj nie mam. Bo nie mam tu pracy. Z dawnymi koleżankami czasem się porozmawia.
Ale losy ich też są różne. Jedna, co dorobiła się majątku, pracując w ubezpieczeniach, wybudowała sobie domek i rzadko się ją spotyka, bo mieszka na peryferiach. Inna znów, wesoła dziewczyna w szkole, załamała się po śmierci męża i podobno z domu nie wychodzi. Myślałam, że jako pielęgniarka wyjechała gdzieś do pracy za granicę. Powinnam mieć tu pracę, był czas, że szkoły do mnie do domu dzwoniły z propozycjami pracy. Dzieci wtedy były małe. Potem przyszedł rok 2000, gdy zgłosiłam za namową adwokata nieuczciwą pracownicę, za niewypłaconą pensję. Potem byłam inwigilowana, bo nie chciałam się zgodzić na umorzenie sprawy. Za ważną osobę poruszyłam, za ważny zakład. Politycznie ważny. Szkoda, bardzo lubiłam uczyć w szkole.


Mąż stracił pracę rok temu, zakład przeniesiono do dużego miasta. Pracują w nim teraz rodziny po trzy pokolenia tych rodzin, bo babcia, matka i wnuczka. Pracują politycy, którzy chwilowo czekają na swój politycznie aktywny czas. Z dawnych pracowników ostała się tam tylko garstka ludzi, którzy ze sobą pili. To bardzo niesprawiedliwe, bo pili przez wiele lat w pracy i nic nie robili. To był dobry zakład. Szkoda mi męża, on tak tęskni za pracą. W domu już robi teraz wszystko. Sprząta, gotuje, po zakupy, z psem. Jak jestem w Niemczech, to wiem, że mogę na nim polegać, że wszystko w domu będzie dobrze. Dobrze nie będzie, bo tęsknimy za sobą.
Z pracy w Niemczech nic nie mam. Pracuję na umowę zlecenie. Jak przyjeżdżam do Polski, to rejestruje się na ten miesiąc w Urzędzie Pracy jako osoba bezrobotna. Teraz jednak przyjechałam i wyznaczono mi wizytę dopiero za tydzień, bo mają dużo osób do rejestracji. W ten sposób wiszę. Nie jestem ani pracująca, ani niepracująca. A państwo może wykazać się zmniejszonym bezrobociem. Jak się pójdzie do urzędu, to ludzi tam mało. Kolejek żadnych.


A jakie ładne teraz te urzędy, jakie dofinansowane. Na pewno znajdują tam pracę rodziny ważnych osób.
No to nic nie mamy, pracy tu nie mamy i boję się, że moje dzieci nie będą miały na chleb. Od października zostanie z nami jeden najmłodszy syn. Córka pójdzie na studia.
Miała nadzieję na jakieś dofinansowanie państwa do jej kierunku inżynieryjnego, ale wygląda na to, że państwo chce ratować uczelnie, które już powinny zbankrutować. Gdyby poszła na taką uczelnie, to miałaby potem trudności z dostaniem pracy. Pracodawcy cenią niektóre uczelnie, innych nie.
Wybrana przez nią uczelnia nie postarała się chyba o takie dofinansowania dla swoich studentów, bo studentów ma pod dostatkiem. Nie musi ich ściągać.

Byłam sama na spacerze z psem, siedziałam na ławce i czytałam umowę mojej córki.
Umowa dotyczy jej pracy w Niemczech, na wyspie Rugia, jako kelnerki. Umowa nie jest przetłumaczona na j. polski, jest po niemiecku.
Dopiero teraz, gdy reszta pracowników restauracji dostała pieniądze, a one nie, to zaczynamy się martwić i o wszystkim myśleć.
Była to umowa, w której pośredniczyła firma polska, ale ona wyszukała tylko pracowników firmie niemieckiej i miała nie brać pieniędzy, bo to w ramach jakiegoś programu.


Tymczasem firma polska przysłała im umowę między dziewczynami, a ta firma, tłumacząc, że to tylko po to, żeby się zorientowały, jak będzie wyglądać umowa niemiecka, którą podpiszą już w Niemczech, z niemieckim pracodawcą. Tam było napisane, że każda z nich będzie płacić 80 euro miesięcznie za pokój. Potem pani przysłała umowę niemiecką, przykładową. I tam było, że pokój jest do ich dyspozycji i nic o zapłacie nie ma mowy.
Dodatkowo Niemka, która też pośredniczyła, w ramach swojej firmy, ona ma teraz nieczynny e-mail. To już się nie podoba. No i dziewczyny dostały tam sms, nie wiadomo od kogo, że firma, w której pracują, oszukuje i nie wypłaca pieniędzy.
Więc jesteśmy zaniepokojeni. Dziewczyny chcą tam dalej pracować, jeszcze do końca sierpnia. Nie chcą, żebym działała za ostro.


Wanda Rat
Polska

piątek, 03 sierpień 2012 19:31

Romney, Żydzi i Polacy

Napisał

kumorAJednym z "białych słoni", na które niewiele w mediach głównego nurtu zwraca się uwagi, jest kwestia interesów żydowskich w Polsce. 

Można się tylko domyślać, że są rozległe.
Co ciekawe, sprawę pomijają również najprężniejsze środowiska opozycyjne, jak np. środowisko "Gazety Polskiej". Analiz, nie mówiąc już o krytyce polityki Izraela, w publikacjach tego grona nie uświadczysz.

Tymczasem z polskiego punktu widzenia są to zagadnienia ciekawe i istotne. Nie tylko zresztą z polskiego – o czym świadczyć może zainteresowanie wizytą kandydata na prezydent USA, Mitta Romneya, w Izraelu. Romney, który jest wyznania proizraelskiego (jak wszyscy mormoni), stwierdził m.in., że zacofanie gospodarcze terenów palestyńskich "to kwestia kulturowa". Jeśli na taką wypowiedź pozwala sobie niewykształcony amerykański turysta z Cincinati, to można ręce załamać, ale jeśli tak mówi ewentualny prezydent USA, to muszą się włączać dzwonki alarmowe.
Inną rzeczą ciekawą w kontekście stosunków żydowskich jest jednoznaczne wspieranie w publikacjach wspomnianego środowiska prawicowego prezydenta Gruzji Saakaszwilego w tamtejszych wyborach. Owszem, Gruzini wielkiego wyboru nie mają, a kontrkandydat obecnego szefa państwa jest ekscentrycznym miliarderem, pewnikiem powiązanym z służbami postsowieckimi, ale... Nie jest to takie proste.
Czy Saakaszwili jest powiązany z służbami (którego państwa?), czy nie, nie wiadomo, ale wiadomo, że Gruzja pod jego rządami znacznie zacieśniła stosunki z Izraelem, zaś opisywana przez publicystów prawicy z GP agresja rosyjska na Gruzję wywołana została w następstwie ataku Gruzinów na sporne terytorium – enklawę rosyjską. Nawet jeśli jesteśmy murem po czyjejś stronie, warto przytaczać fakty; ich pomijanie zawsze ma skutki przeciwne do zamierzonych.


No bo nie bez znaczenia jest fakt, że lansujemy kandydata, który z kolegami Izraelitami (i ich kuzynami z USA) trzyma sztamę.
Po co Izraelowi Gruzja? – ponoć jako przyczółek do nalotów na Iran, ewentualnie jako lotnisko zapasowe dla samolotów po nalocie...
Chodzi więc o to, że polskim interesom narodowym raz może być z izraelskimi po drodze, a raz nie bardzo, i trzeba potrafić nasze własne interesy odnieść do cudzych. Żeby się nie okazało, że polski rząd (przyszły czy obecny) znów coś tam zrobi za friko w ramach "za naszą i waszą". Cudze interesy muszą być rozpoznane. Tymczasem debata o interesach żydowskich w Polsce praktycznie nie istnieje.
Jedni coś tam emocjonalnie krzyczą przeciw Żydom, inni wstydzą się nawet oczy na Żyda podnieść...
Tymczasem jest o czym rozmawiać i powinno się to robić otwartym tekstem, publicznie, bez zahamowań, a nie pod stołem.
Jednym słowem, rad bym wiedzieć, co Polska ma za dobre stosunki z Izraelem, poznać, ile wynoszą żydowskie inwestycje w Polsce.
Niezadeklarowana nigdzie doktryna bezpieczeństwa Polski realizowana przez część tzw. prawicy polskiej – wedle wszelkich oznak zewnętrznych, polegała na mirażu oparcia się na Izraelu.


Koncepcja idzie tak, że jedynie amerykańskie gwarancje i ewentualne stacjonowanie w Polsce wojsk USA może nas wyrwać z odradzającego się historycznego szczękościsku rosyjsko-niemieckiego.
Druga przesłanka zakłada, że z oczywistych powodów, pomimo licznych animozji i niechęci do Polaków zwłaszcza żydostwa amerykańskiego, wielu Żydów izraelskich ma do Polski sentyment. A przecież – i tu przesłanka trzecia – Żydzi mają przemożny wpływ na kształtowanie polityki zagranicznej (i nie tylko) w USA.


Zatem – że "zamkniemy" sylogizm – skoro zainteresujemy bezpieczeństwem Polski Izrael – damy Żydom co tam w Polsce chcieliby mieć – to oni załatwią nam gwarancje Waszyngtonu, co pozwoli podstemplować zaciskające się szczęki euroazjatyckiego układu.
W podświadomości elit rosyjskich i niemieckich Polska jako niezależny ośrodek polityczny jest całkowicie zbędna – a podświadomość ta ukształtowana została jeszcze w czasach przedrozbiorowych i pokutuje do dzisiaj z krótką przerwą na "bękarta układu wersalskiego".
Tak więc dzisiejsze uwielbienie zdecydowanie proizraelskiego (politycy amerykańscy mogą być jedynie mniej lub bardziej proizraelscy) Romneya to efekt odgrzania przez środowiska, głównie PiS-owe, tejże właśnie koncepcji, popsutej nieco przebywaniem Obamy w Białym Domu.
Może jest to jakieś rozwiązanie, ale ma ono kilka słabych punktów. I o tym właśnie trzeba głośno mówić.
Jednym z nich jest to, że Żydzi są w stanie zabezpieczyć interesy na terenie Polski nie tylko "via Warszawa", ale również "via Berlin" czy Moskwa. Wcale nie jest powiedziane, że w interesie żydowskim leży odrodzenie Polski jako silnego ośrodka politycznego w Europie Środkowo-wschodniej. Owszem, można Polskę wykorzystać do wielu gier i gierek, ale nie po to, by Warszawa miała coś ugrać wobec Rosji czy Niemiec. Tym bardziej, że żydostwo aszkenazyjskie Rosję zna, wywodzi się z niej i ma do niej o wiele mniej pretensji niż do Polski. "Wdzięczności za wyzwolenie" nie wspominając.


A więc polskie strategie geopolityczne są bardzo ograniczone. Mimo to należy o nich mówić głośno i otwarcie, aby polskie dzieci wiedziały, z czym mają do czynienia.
Słoń jest. Stoi. I nie można go ignorować, nawet jeśli nie pasuje do naszej bajki
Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 03 sierpień 2012 19:07

PRL według Wieczorkiewicza

Napisane przez


wieczorkiewiczNakładem wydawnictwa Zysk ukazała się praca zmarłego profesora Pawła Wieczorkiewicz i trzydziestoletniej historyk Justyny Błażejowskiej "Przez Polskę Ludową na przełaj i na przekór". Autorzy na 620 stronach publikacji w bardzo przystępny i atrakcyjny sposób przybliżyli czytelnikom kilkanaście ważnych zjawisk z historii PRL. Każdy opis zagadnienia wzbogacony został dodatkami w tekście (tekstami źródłowymi, wspomnieniami, fotografiami, zestawieniami czy przykładami obecności opisywanego zjawiska w kulturze popularnej PRL). Autorzy w swojej pracy wykorzystali wiele relacji komunistycznych notabli.


Pierwszy rozdział poświęcony jest głównie uciekinierom z PRL reprezentującym elity komunistycznego okupanta. Autorzy opisali również zamknięcie granic PRL, traktowanie przez władze paszportu jako przywileju dla lojalnych, zmiany kadrowe w LWP po 1956 roku. Wyjątkowo ciekawe okazały się wątki rewizjonistyczne zakładające akceptację bezpieki dla ucieczki Mikołajczyka czy umożliwienie przez Sowietów ucieczki Światły i Kuklińskiego.
Drugi rozdział poświęcony jest walce o przywództwo nad "Polską" ludową. Władzy: Gomułki (1943 do 1948), Bieruta (wciągniętego do ruchu komunistycznego przez masona i okultystę Jana Hempla), Ochaba (jednego z nielicznych gojów wśród komunistów), powtórnie Gomułki (który jako jedyny z przywódców PRL walczył o uniezależnianie PRL od ZSRS), Gierka (który do PRL przybył z Francji dopiero w 1948 roku, zliberalizował system i odszedł z nadejściem Solidarności), Kani (który z komunistami związał się dopiero po II wojnie światowej), absolutnie lojalnego wobec ZSRS Jaruzelskiego i Rakowskiego.


Trzeci rozdział pracy Wieczorkiewicza i Błażejowskiej poświęcony jest marcowi 1968, który dziś fałszywie sprowadza się tylko do antysemickiej nagonki jednych komuchów na drugich. Autorzy przypomnieli, że odpowiedzią na protest pisarzy przeciw "skandalicznej dyktaturze ciemniaków" było przemówienie Gomułki, który zaatakował Kisielewskiego za promocję antysemityzmu. Jasienicę z kolei zaatakował za walkę w antykomunistycznej partyzantce. Ofiarą rozpętanej przez Gomułkę nagonki stał się też Szpotański za deklamowanie swoich satyr (dowodów na jego zbrodnie przypadkiem dostarczyła Nina Karsov, która nagrała poetę). Zakres inwigilacji komunistów obrazuje fakt, że na Jasienicę donosiła TW SB, której zlecono uwiedzenie i zamążpójście za pisarza. Władze nie ograniczyły się tylko do inwigilacji pisarzy, Kisielewski został pobity, a Zawieyski zamordowany.


Wieczorkiewicz i Błażejowska piąty rozdział poświęcili polityce paszportowej PRL. Autorzy przypomnieli, że po II wojnie światowej brytyjskie władze i obywatele szykanowali polskich żołnierzy PSZ na Zachodzie, wymuszając na nich wyjazd pod sowiecką okupację. Komunistyczne władze uniemożliwiały Polakom wyjazdy poza granice "Polski" ludowej. Uniemożliwiono też wjazd cudzoziemcom na ziemie polskie. Paszporty stały się nagrodą dla lojalnych wobec władzy, ceną za paszport była współpraca z bezpieką. Granice szerzej otworzył dopiero Gierek. Pozwoliło to na rozwój czarnego rynku.


Szósty rozdział książki poświęcony jest sportowi w PRL i rywalizacji Polaków z Sowietami na arenach sportowych. Siódmy przybliża czytelnikom zakres interwencji ZSRS w politykę władz PRL, walki między frakcjami PZPR, gotowości części LWP do walki zbrojnej z interwencją Armii Czerwonej. Nieustannego przypominania warte są wiadomości o gospodarce PRL przybliżone przez autorów w rozdziale ósmym. Zniszczenie przez komunistycznego okupanta handlu prywatnego i przedsiębiorczości, prześladowanie prywatnego rolnictwa doprowadziło w "Polsce" ludowej do stałego braku jedzenia, ubrań, środków czystości i wszystkiego niezbędnego do życia (łącznie z papierem toaletowym). Nieustanna bieda i braki dóbr konsumpcyjnych były powodem licznych protestów robotniczych w PRL. Owocem tej patologii był system kartkowy, kolejki, szokująco niska jakość towarów, wszechobecny brud, brak higieny, uprzywilejowanie pracowników handlu, korupcja i czarny rynek.


Formą walki z komunistyczną okupacją były nielegalne czasopisma i książki opisane w rozdziale dziewiątym. Przejawem walki były też protesty robotnicze np. w roku 1976 opisane w rozdziale dziesiątym, z jednej strony będące wyrazem niezadowolenia eksploatowanych robotników, a z drugiej cynicznie wykorzystywane przez frakcje komunistyczne do walki o dominację we władzach. Autorzy opisali same wydarzenia, ich konsekwencje dla robotników, opozycji (KOR) i dyktatury.


Do tematów protestów robotniczych Wieczorkiewicz i Błażejowska powrócili w rozdziale jedenastym. Ukazują, jakie zagrożenie dla interesów ekonomicznych nomenklatury stanowiło powstanie Solidarności. Autorzy przybliżyli też opozycję przedsolidarnościową, postacie TW SB, którzy stanęli na czele protestów (Wałęsy i Jurczyka), kulisy wprowadzenia stanu wojennego, opisy walk frakcyjnych w PZPR w tym okresie.


Dwunasty rozdział poświęcony zagadnieniom mody, także jako areny konfrontacji ideologicznej, subkulturom, prywatnemu handlowi odzieżą, państwowej brzydkiej i kiepskiej jakości odzieży, powszechnemu niedoborowi ubrań.


Polityce historycznych kłamstw PRL poświęcili autorzy trzynasty rozdział swojej pracy. Komuniści w ramach swojej polityki kłamstw: fałszowali obraz rzeczywistości i przeszłości, wykreślali z narracji historycznej to, co im nie pasowało (wszystko co nie było komunistyczne), preparowali archiwalia, usunęli uczciwych naukowców i zastąpili ich swoimi cynglami (wymienionymi przez autorów z nazwiska). Swoje kłamstwa kolportowali w gigantycznych nakładach, prawdę w zaciętości likwidowali. Narzędziami komunistycznej machiny kłamstw stało się kino, telewizja i literatura popularna. Praktyki te kontynuowano w III RP wobec Dariusza Ratajczaka i Pawła Wieczorkiewicza.


Rozdział czternasty mówi o patologiach realnego socjalizmu. Eksploatowanie robotników, stachanowskie normy, język propagandy, upolitycznienie edukacji, plaga chorób wenerycznych (wynikająca z masowych gwałtów dokonywanych przez czerwonoarmistów), prostytucja. Szczególnie charakterystyczny dla PRL był brak higieny: obsrane toalety, brak toalet, powszechny bród, brak środków czystości, brak bieżącej wody i kanalizacji. Innym przejawem PRL był alkoholizm. Powszechne pijaństwo w pracy. Popełnianie przez milicjantów przestępstw pod wpływem alkoholu i pędzenie przez funkcjonariuszy bimbru.


Piętnasty rozdział poświęcony jest kulturze PRL. Upolitycznieniu kultury, socrealizmowi, powszechnej kolaboracji artystów, pewnej liberalizacji po 1956 roku.
W szesnastym rozdziale opisana została gospodarka morska, zniszczenie przez Armie Czerwoną Pomorza (Armia Czerwona na potrzeby sowieckiej kroniki filmowej powtórzyła atak na Gdańsk i Kołobrzeg, z zajętych terenów ukradła wszystko, co można było przewieźć do ZSRS). Problemem był brak fachowców (usuwano i nie dopuszczano do pracy niekomunistów) i pasożytnictwo ZSRS na gospodarce PRL.
Ostatni rozdział poświęcony jest intrygom i walkom frakcyjnym wewnątrz PZPR (w interesie frakcji internacjonalistycznej Jan Nowak-Jeziorański wykorzystał RWE do zwalczania frakcji odwołującej się do Polaków).


Jan Bodakowski
Polska

piątek, 03 sierpień 2012 16:10

Opozycja patriotyczna czy antypaństwowa?

Napisane przez

janszczepankiewiczJako Polacy żyjemy obecnie w niezwykle przyjaznym czasie i spokojnym miejscu, co sprzyja wzrostowi tak duchowemu, jak materialnemu każdego pracowitego, a przy tym pozytywnie nastawionego człowieka.

Pierwsze pokolenia urodzone w czasie pokoju, od ponad dwóch dekad wolne są od bezpośrednich przymusów, gróźb biologicznej degradacji oraz niezawinionych, a gigantycznych w swoich rozmiarach strat materialnych. Nikt nie upuszcza nam krwi, nie ma zsyłek na Sybir, frontowych zniszczeń, konfiskat, nacjonalizacji czy obcych wojsk stacjonujących w granicach kraju. Nie musimy już być "europejskim przedmurzem" ani "najweselszym barakiem" w wykreowanym przez Jałtę obozie azjatyckich demoludów.
Cywilizacyjnie wystarczy, że zachowamy się adekwatnie do sytuacji, tzn. nie damy z jednej strony przekonać do porzucenia dającej przewagi dobrze rozumianej tradycji, a z drugiej przerobić na postępowe zwierzątka pielęgnujące swe ekonomiczne wady pod egidą socjalistycznego systemu.
W kwestii stricte materialnej wypada jedynie zaakceptować konieczność ciągłej pracy nad sobą oraz podjęcia rywalizacji w zmiennych warunkach europejskiej integracji oraz mającym nieodwracalne skutki otwarciu globalnym. Tu każdy pilnuje swego i trzeba zwyczajnie sprostać.
W połączeniu z niespotykanym bezpieczeństwem życiowych realizacji wystarczy zatem, byśmy potrafili kreować kompetentną władzę państwową, dobrze zaopatrywać swoje rodziny, kształcić dzieci, dbać o zachowanie tożsamości oraz na miarę indywidualnych predyspozycji bogacić się i stawać moralnie lepszymi.
Mamy do tego warunki najlepsze od 300 lat!


Tak pozytywny przekaz powinien szybko zastąpić powszechne dziś narzekanie, wstydliwie wypełniające sporą część naszej publicznej przestrzeni.
Dziadowski defetyzm oraz postawy roszczeniowe upośledzają bowiem możliwość osiągnięcia osobistego sukcesu, podobnie jak wybór socjalistycznego modelu państwa odbiera szanse rozwoju kraju i dławi konkurencyjność w wymiarze zewnętrznym.
Polacy muszą nawiązać do tych tradycji, które dawały im siłę w czasach Pierwszej Rzeczypospolitej, tzn. odrzucić kompleksy "ubogich krewnych" oraz ciągoty do zawłaszczenia spraw z definicji wspólnych, jakie wciąż ciągnie za sobą "patriotycznie" zorientowany, ale do szczętu zepsuty homo – peerelus.
Pojęcie "mediów polskojęzycznych" stanowi typowy przykład podejścia z założenia negatywnego do wszystkich poglądów i zjawisk, których nie uważamy za swoje, a które chcemy na siłę zastąpić "jedynie polskim", czy też "jedynie katolickim" przekazem. Przekazem bardzo często intelektualnie niehigienicznym, formalnie ułomnym, zaś w kwestii opisu rzeczywistości nieprawdziwym, jakiego znakomita większość współcześnie aktywnych rodaków nigdy nie zaakceptuje.
Najłatwiej przecież jest "kochać" Polskę i Kościół w czasach demokratycznych swobód, kiedy to "patriotyczne hobby" stało się całkiem bezpieczne, by nie powiedzieć w niektórych przypadkach bezkarne.
Trudniej jest podnosić wiedzę, pożytecznie pracować, płacić podatki, dogadać się z własną rodziną, nie drzeć kotów z bogatszym sąsiadem, nie szukać winnych za własne niepowodzenia…
Wygodnie też kochać zmarłych, bo ci nie mogą się odciąć od psychiatrycznych wygłupów swoich dzisiejszych "fanów", ani tłumaczyć publicznie, co mieli na myśli, pisząc ważne na tamten czas słowa czy inicjując powstanie znaczących ruchów.
Świetnym pomysłem na rozwalanie wszystkiego jest przekonanie, że skoro nasze "elity patriotyczne" zginęły w Katyniu czy pod Smoleńskiem, to ich pamięci posłuży uliczny eksces niedoceniony przez media "polskojęzyczne", ale za to ze śmiertelną powagą celebrowany przez te "jedynie polskie".
W takim to właśnie kontekście należy zwrócić uwagę na zjawisko zdziczenia polskiego patriotyzmu w wersji kontestacyjnej, który nie dość że daje nieprawdziwy obraz kraju, co szkodzi ewidentnie naszym interesom, to jeszcze pragnie za wszelką cenę zaszczepić w umysłach najsłabszych poczucie beznadziejności, robiąc głównie staruszków tym razem nie "na wnuczka", ale "na Polskę" .
Na nic się zdadzą patriotyczne hasła w sytuacji, gdy demonstracja "polskości" w koszmarnych formach zaczyna gorszyć większość normalnie żyjących i pracujących obywateli Rzeczypospolitej.
Opatrzone pieczęcią "Prawdy" serwisy informacyjne mediów "jedynie polskich" treścią i formą przypominają relacje z frontu albo co najmniej opis obszarów dotkniętych klęską.
Żyjące dziś w politycznej symbiozie zła starość i postzwiązkowe lewactwo niczym chwast wytłamsiło wszystko, co nosić mogło miano rozumnej prawicy, mianując się nią przewrotnie, by kosić kasę z podatków praktycznie bez opozycji.
W "patriotycznych" przekazach giną gdzieś sfera codziennej pracy i znika z pola widzenia normalnie żyjący Polak. Niewarte zauważenia zdają się gwarne ulice, na których pełno jest pięknych kobiet i dobrych aut, czy rozpieszczane dziś dobrobytem dzieci solidnie pracujących rodziców.
Nikt nie chce widzieć starannie odnawianych zabytków ani jeszcze niedawno zapyziałej do bólu prowincji, której ulice, świątynie oraz domostwa z roku na rok coraz bardziej jaśnieją równą nawierzchnią, wymienionymi oknami i świeżym tynkiem.
Adresatami przekazu "opozycji patriotycznej" są bowiem dzisiaj osoby, których od lat nic już nie cieszy, a satysfakcję czerpią wyłącznie z niefartu innych. Pakietowane grupy złych starców stanowią coraz cenniejszą zdobycz w sytuacji, gdy mądrych ludzi obrzydza styl polityki, jaki pod szyldem "patriotycznej prawicy" proponują polskiemu wyborcy ich dysponenci.
Opozycja budująca nieprawdziwy, bo przesadzony w każdym niemal calu wizerunek "totalitarnego" kraju, upadającej gospodarki i głodujących z niezawinionej nędzy rodziców polskich dzieci przestaje spełniać rolę, jaką przewiduje dla niej system demokratyczny.
Taka opcja staje się piątą kolumną we własnym państwie i przedstawiając same niepowodzenia, szkodzi polskiej racji stanu w każdym z jej wymiarów.


Z życia publicznego Polacy czym prędzej powinni się pozbyć ludzi "uprawiających politykę" rozumianą głównie jako walka o przywództwo w opcji i ciąg personalnych wojen.
Patrząc na polityczne kanty ostatnich dekad, zdaje się jednak, że Polakom łatwiej jest improwizować, bojkotować, strajkować, narzekać i modlić się o "Ojczyznę wolną" w sytuacji wojen, niewoli, kryzysów oraz beznadziei, niż posiadany już zakres narodowej swobody mądrze wykorzystać bez niepotrzebnych, a zawinionych szkód.


Czy Polacy potrafią zatem docenić korzystną odmianę losu? Czy zdają sobie sprawę z tego, jak wiele zależy dzisiaj od nich samych? Czy wreszcie nauczą się rządzić we własnym demokratycznym państwie oraz świadomie uczestniczyć w życiu publicznym, wybierając miast politycznych hochsztaplerów merytorycznie sprawnych rzeczników swojego interesu?
Nie możemy narodem "bywać" z okazji chwil wielkich i smutnych, musimy natomiast dojrzeć do codziennej dbałości o własne narodowe państwo, wbrew partykularnym interesom wielu aktorów, fundujących nam także "opozycyjne" demolki na scenie politycznej III RP.
Jan Szczepankiewicz
Kraków, 23 lipca 2012 r.

piątek, 03 sierpień 2012 15:44

Wymarsz Pierwszej Kadrowej – 6 VIII 1914

Napisane przez

wasniewskiW lutym 1914 roku w swoim odczycie w Towarzystwie Geograficznym w Paryżu Piłsudski powiedział: "Problem niepodległości Polski zostanie rozwiązany tylko wtedy, jeżeli Niemcy podbiją Rosję i z kolei sami zostaną pobici przez Francję. Naszym obowiązkiem jest uczynić wszystko dla osiągnięcia tego celu, w przeciwnym bowiem wypadku będziemy skazani na długą, niemal beznadziejną walkę…".

W lipcu 1914 r. był przekonany, że wojna wybuchnie lada dzień. W związku z tym zaczął przygotowywać swe oddziały do mobilizacji. Piłsudski był realistą, widział rzeczy takimi, jakimi są, bez żadnych upiększeń.


Wojnę widział jako drogę do zdobycia przez Polskę niepodległości, a do zaborców odnosił się w zależności od tego, jaką rolę mogli oni odegrać w tej drodze. Spośród zaborców jedynie Austria dawała jako taką gwarancję, że nie będzie przeciwstawiała się polskim aspiracjom niepodległościowym.
Na zjeździe legionistów w Krakowie w sierpniu 1922 r. przemówienie swoje potraktował jako sprawozdanie ze swych ówczesnych decyzji i działań złożone wobec tych, którzy wtedy z nieograniczonym zaufaniem oddali się do jego dyspozycji: "Panowie, jesteście żołnierzami, więc wiecie, co to jest poczucie bezsilności wobec wroga , jakie to upokarzające, jakie to hańbiące, jak to robi człowieka niezdatnym do pracy… Rachunek robiłem w sposób następujący: polityka każda i praca jest oparta na prostej, brutalnej zasadzie »do, ut des« – daję abyś i ty mnie dał, gdzie robić trzeba wysiłki, ażeby zwyciężyć i wówczas warte jest tylko to, co zwycięstwu pomaga, a bez wartości jest to co ani ziębi ani grzeje... Z góry sobie powiedziałem, że to rachunek nadzwyczajnie zawodny. »Do, ut des«. Więc cóż ja bezsilny dać mogę? By chcieć się wmieszać do wojny, trzeba reprezentować jakąś siłę, jakąś wartość, a wartości wszystkie były w rękach zaborców.


Drugą rzeczą, którą na podstawie zimnego rachunku można było dać temu czy innemu zaborcy, to pozyskać Polaków, będących na służbie u innego, no powiedzmy to otwarcie, zwyczajną pracę szpiegowską. Lecz na to pójść nie chciałem, tu przeszkodą dla mnie było poczucie mojej osobistej bezwartości do takiej pracy i powiedziałem sobie: nawet gdybym to dawał, tobym tego zrobić nie potrafił, więc cóż ja dać mogę?
Oto pytanie, proszę panów, i zdecydowałem się w tym wypadku dać to co wydawało się najtrudniejszym: dać uzbrojone ramię żołnierza, który w dodatku zarobić sobie musi przez ciężki trud na miano żołnierza nie tylko u obcych, ale i u swoich. Droga najtrudniejsza, najbardziej wątpliwa i najbardziej niemiła dla wszystkich zaborców...


Oto mój rachunek, który paru bardzo oddanym ludziom otwarcie powiedziałem: Niemcy ze swoją żelazną organizacją, ze swoją wściekłą maszyną chwycą od razu wszystko co jest zdatnym do wojny, cały materiał ludzki zostanie zużyty na cele wojny; powiedziałem sobie – Polakom tam nic innego nie zostanie, jak tylko być złym żołnierzem. Rachować i liczyć na jakąkolwiek budowę tam byłoby, zdaniem moim, po prostu złudzeniem, nic stamtąd mieć nie mogę. Myśląc o Rosji, miałem z góry pewność, że prośba tego rodzaju napotkać musi od razu na wielkie przeszkody, nie tylko moralno-państwowe, ale przede wszystkim na wielkie przeszkody w wewnętrznym poczuciu siły państwa, siły i wartości w stosunku do swych poddanych. Toteż z góry przy rachowaniu liczyłem: ta rzecz nie może być zrobiona w Rosji, bo Rosja na to nie pójdzie.
Została mi tylko Austria, najsłabsza, wobec tego najłatwiejsza do gadania, chociażby nawet metodą tzw. austriackiego gadania... Proszę panów, rozmowy, które prowadziłem z przedstawicielami wojskowych władz austriackich, sięgają bardzo dawnych czasów sprzed 1914 r., albowiem i oni byli w różnych ruchach i różnych koncepcjach i ja miałem interes w tym, żeby o najrozmaitszych rzeczach także wiedzieć.
Mogę panom śmiało i z zupełnym spokojem powtórzyć te dumne warunki, które postawiłem przed 6 sierpnia: żądam od was tylko broni, nie możecie ze mną wejść w układy polityczne, możecie lub nie możecie polegać na mej odpowiedzialności, że was nie zdradzę, to jest rzecz wasza. Dajcie mi broń, pieniędzy od was nie chcę. Będę żył z kraju, ze swej ojczyzny, żadnych politycznych warunków nie przyjmuję, bo i wy ze mną w układy nie wchodzicie...".


W dniu 2 sierpnia 1914 r. Drużyny Strzeleckie zdecydowały się na całkowite zjednoczenie się ze Związkiem Strzeleckim pod komendą Piłsudskiego. 3 sierpnia na tzw. Oleandrach, przed frontem oddziałów obu organizacji Piłsudski zamienił orzełka na maciejówce z Burhardt-Bukackim, który przyprowadził oddział drużyniaków. Z obu organizacji Komendant Józef Piłsudski sformował pierwszą kompanię kadrową liczącą 144 żołnierzy pod dowództwem Tadeusza Kasprzyckiego, którzy 6 sierpnia 1914 r. wyruszyli w kierunku Kielc przez Michałowice.
W swym przemówieniu do Pierwszej Kadrowej Komendant J. Piłsudski powiedział: "Żołnierze, spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru, jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć o oswobodzenie Ojczyzny. Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami... Patrzę na was jak na kadry, z których rozwinąć się ma przyszła Armia Polska, i pozdrawiam was, jako pierwszą kadrową kompanię".
12 sierpnia 1914 r. Komendant J. Piłsudski wydał odezwę w Warszawie, że powstał Rząd Narodowy, któremu należy się podporządkować. Odezwa głosiła: "Wybiła godzina rozstrzygająca! Polska przestała być niewolnicą i sama chce stanowić o swoim losie, sama chce budować swoją przyszłość, rzucając na szalę wypadków własną siłę orężną. Kadry Armii Polskiej wkroczyły na ziemię Królestwa Polskiego, zajmując ją na rzecz jej właściwego, istotnego, jedynego gospodarza – Ludu Polskiego, który ją swą krwawicą użyźnił i wzbogacił. Zajmują ją w imieniu Władzy Naczelnej, Rządu Narodowego".


Dla Piłsudskiego była to jedna z najszczęśliwszych chwil w życiu. W wieku 47 lat doczekał się tego momentu, kiedy sny jego dzieciństwa i młodości stały się rzeczywistością. Stworzył Wojsko Polskie do walki z Rosją, a później z pozostałymi zaborcami. Droga w przyszłość, choć okryta gęstą mgłą, stawała się coraz bardziej przejrzysta. Austriacy robili wszystko, żeby zniechęcić formowanie się polskich jednostek. Całe uzbrojenie stanowiły przestarzałe werndle, amunicję musiano nosić w kieszeniach, nie było karabinów maszynowych ani artylerii, telefonów ani kuchni polowych. Umundurowanie było doraźne i niejednolite. Ale ani trudności, ani braki nie osłabiały ich ducha. Wiara we własne siły i pełne zaufanie Komendantowi J. Piłsudskiemu, dawała im poczucie mocy i pewności siebie.
Po latach Piłsudski pisał: "Pomimo, że byliśmy samotni, że była nas garstka, okazać chcieliśmy się godnymi wielkiej przeszłości polskiej... Staraliśmy się dowieść swemu otoczeniu i światu, że sami potrafimy zrobić z siebie dobrych żołnierzy".
Piłsudski kochał swoich żołnierzy i rozumiał ich doskonale, wczuwał się w ich nastroje. Wiedział zawsze, kiedy panowało wśród nich zniechęcenie, a kiedy nastrój dodatni, kiedy mógł żądać dalszych wysiłków, a kiedy musiał folgować. Nie było też żołnierza, który by nie oddał życia za swego Komendanta. Bez zawodowych oficerów i podoficerów, źle uzbrojeni, dokonywali czynów wojennych, które swym heroizmem wzbudzały podziw niechętnych Austriaków i bitnych Niemców.

Końcowa refleksja

Szanowny Czytelniku, pisząc końcową refleksję, nie mam najmniejszej intencji nikogo oceniać, krytykować czy mówić, co ma robić. Pokolenie budowniczych i wychowanków II Rzeczypospolitej zdało egzamin z patriotyzmu i wiary katolickiej w okopach.
My, pokolenie urodzone po II wojnie światowej, zatraciliśmy dużo z poprzedniego pokolenia, jego maryjności, charyzmatu i poświęcenia dla dobra Rzeczypospolitej. W danej chwili nie musimy opuścić żon, dzieci i iść do okopów, oby taka sytuacja się nie zmieniła. Dziś na naszych oczach rozgrywa się największa batalia w obronie Matki Boskiej Królowej Polski – w obronie TV Trwam.
To jest wstyd, że tak mało nas było na proteście pod konsulatem w obronie TV Trwam. Słyszało się głosy, że to wina o. Jacka Cydzika, bo zły wybrał termin – był mecz Polska – Grecja. Ja mu dziękuję, że taki wybrał termin – to jest sprawdzian, co jest ważniejsze. Narodzie Chrześcijański, Narodzie Słowiański, obudź się z tego marazmu zapędzenia, budowania bez fundamentów. Jesteśmy Narodem, któremu Opatrzność szczególnie błogosławi, wiek XIX dał Komendanta J. Piłsudskiego (JPI), a wiek XX dał Ojca Świętego Jana Pawła II (JPII). Co więcej chcesz? Pan Jezus Chrystus i Matka Boska nie mogą dla nas więcej zrobić, ponieważ mamy wolną wolę. Albo będziesz żył w swoim zamkniętym świecie, z przesądami, że nic nie można zrobić – bo oni i tak zrobią, co chcą. Ten wariant w zasadzie jest wygodny – bo mnie w podświadomości usprawiedliwia z bezczynności. Szanowny czytelniku, liczę, że następny protest w obronie TV Trwam będzie tak liczny, że zamkną Lake Shore. Radio Maryja obroniły nasze Niewiasty, tj. nasze Babcie, Matki i Siostry, czas teraz na nas, panowie.


Komendant Grzegorz Waśniewski
Stowarzyszenie Józefa Piłsudskiego
"Orzeł Strzelecki"
6 VIII 2012 r.
Wykorzystany materiał pochodzi z: "Album Marszałek Józef Piłsudski"