Goniec

Register Login

piątek, 02 listopad 2012 18:26

Jestem na wsi, koło Bremy...

Napisane przez

RatajewskaDzisiaj mijają dwa tygodnie, jak tu przyjechałam. Jechałam zupełnie w nieznane. Następny niemiecki dom. I jest to dom na wsi, a pani starsza, którą się opiekuję, ma 94 lata. Opieka moja to 24 godziny na dobę. Mam w ciągu dnia dwie godziny wolnego. Wtedy najczęściej jadę na zakupy. W czasie tej jazdy czuję się, jakbym cofnęła się o sto lat i była służącą na wsi.

Rower bez przerzutek. Przed jazdą go pompuję, ale często powietrze mi całkiem ucieka, jak ostatnio. W końcu dałam sobie radę, napompowałam i nie musiałam pani starszej prosić o samochód. Żadnej opiekunce nie pozwoliła jeździć jej samochodem. Woli płacić za taksówkę, która wiezie opiekunkę do marketów, do sąsiedniego miasteczka. Samochód stary, nic takiego. Ale jej. Ona jest bardzo apodyktyczna. Po dwóch tygodniach już może troszkę mniej. Dzisiaj na przykład pozwoliła mi wyrzucić jej dżinsową czapkę z daszkiem. Miała na pewno kilkadziesiąt lat i wiele lat na pewno nie była prana. Brudna, porwana i tydzień temu, jak przyszły dwie Niemki i razem zrywałyśmy jabłka z drzewa, to pani w tej czapce właśnie paradowała.
Te Niemki opiekowały się nią nie raz, zanim jeszcze przyszła moda na tańszą opiekę z Polski, więc pewnie mniej się dziwiły tej czapce niż ja, która dopiero co przybyłam.


Czapę wyrzuciłam. Wytłumaczyłam jej, że szkoda proszku, szkoda prądu. Poza tym ona ma jeszcze trzy podobne czapki. Może trzeba było uprać po cichu i na pamiątkę jej zostawić? Ale ona się zgodziła, temat zamknięty.
Jak przybyłam, pani starszej niemieckiej kręciło się od rana w głowie. Spacery całkowicie ją wyleczyły, aż dziwne to. Nie wiem, od jak dawna ona nie wychodziła z domu, spacerowała tylko po korytarzu. Muszę się tym pochwalić, że przekonałam ją i poszłyśmy na pierwszy spacer. To był bardzo ostrożny spacer. Nie rozmawiała ze mną, tylko patrzyła pod nogi. Powoli, w czasie następnych spacerów zaczęła wzrokiem obejmować kwiatki rosnące przy chodniku, potem krzewy z piękną barwą liści. O, jak mi się poetycko napisało…
Od wczoraj spacerujemy już dwa razy na dzień. Dzisiaj znów postęp, bo pani w domu przeszła kawałek bez swojego chodzika. Zupełnie o nim zapomniała. Cieszę się, niech będzie zdrowa.
Dzisiaj przyjechał do niej 30-letni wnuk, a jutro przyjedzie rano siostrzeniec, czyli ojciec tego wnuka. Moja pani nie miała męża ani dzieci. Wysoka, szczupła i dość wyprostowana, jak na te lata.


Analizuję sobie jej sposób odżywiania. Co sprawia, że niektóre osoby są zdrowe mimo upływu lat.
Są zdrowe na starość. Tak, niech będzie to słowo "starość".
Moja pani rano je ugotowaną na mleku pszenicę, którą zawsze mielę jej poprzedniego dnia, wieczorem. Nie używa pieprzu, papryki, żadnych przypraw w tym domu nie widać. Jest miód, mąka tylko z pełnego przemiału, czyli z otrębami, dużo je masła. Masło tylko kupuje z tego regionu. O, jacy z Niemców są patrioci regionalni!
Owoców nie jada, mięsa nie jada. Jajko może jedno w tygodniu. Chleb zamawia telefonicznie i jadę po niego specjalnie do piekarni. Jest to chleb jęczmienny.
Na obiad i kolację pani jada ziemniaki, gotowane w małej ilości wody.
Pije tylko zieloną herbatę, nie słodzi. U siebie w szafce ma gorzką czekoladę i herbatniki.
Jada zawsze o stałych porach.


Chodzi powoli, ale nogi ma dobre. Słabo widzi, ale przy dobrym oświetleniu całkiem dobrze.
Nie bierze żadnych leków. Jakby co, to mają jej życia nie przedłużać. Ma spisany taki cyrograf, który trzeba pokazać lekarzowi.
O, sąsiad jej kosi trawę przed domem. Za chwilę wkroczy do ogrodu naszego. Idę pozbierać jabłka, bo na pewno coś pospadało. Przejechałabym się takim koszącym samochodzikiem. Z tyłu trawy nie wyrzuca, tylko zbiera ją do dużej torby.
Moja pani starsza już przyjechała. Wnuk zawiózł ją do miasta. Mieli wziąć klucz środkowy, zapomnieli. Tymczasem pan zaczął kosić trawę i mogłabym nie usłyszeć dzwonka. Ale ja akurat zeszłam, poszłam pozbierać jabłka.
Niemka, znajoma tej pani, się ucieszy. Jest teraz chora, ale ja wszystkie jabłuszka uratowałam, pozbierałam w różne wiadra i miski. Będzie mogła sobie suszyć, ona ma jakąś specjalną suszarkę, która suszy w temperaturze 80 stopni.
Jutro przyjedzie ten drugi członek rodziny, ten wszystko załatwiający, ten, co mnie wyszukał, przeegzaminował z niemieckiego i mnie wybrał. Chociaż biuro miało kogoś tam innego wybranego. Jakąś inną opiekunkę. Ale przyjechałam ja i dobrze mi tutaj. Roboty nie jest za dużo i jest ona rozłożona w czasie.


Jutro będziemy omawiać m.in. sprawę mojego dnia wolnego. Powinnam mieć jeden dzień wolny w tygodniu, a tu już dwa tygodnie minęły.
Ale właściwie, to po co mi dzień wolny. Wcale nie czuję się przeciążona ani zmęczona. Codziennie rano dzwonię do męża, pod koniec śniadania. Dzwonię przez taki numer specjalny i takie połączenie jest bardzo tanie. Mąż czeka zawsze na mój telefon. Potrzebujemy tego, tych naszych rozmów. Przydałoby się więcej. Czasem jeszcze po południu spytam się jej, czy mogę zadzwonić, jak mnie weźmie tęsknota i gdy czuję się samotnie. Paskudnie samotnie.
Ale ostatnio zwróciła mi uwagę, że słuchawkę zostawiłam nie tam, gdzie trzeba, gdzie ona jest przyzwyczajona. I już postaram się obyć bez tych dodatkowych naszych rozmów.


Mąż mi zawsze opowiada, co będzie robił, co będzie gotował, gdzie był, kto do nas dzwonił i czy jakiś list przyszedł. I co słychać u córki, czy się które dziecko odezwało. I jak tam nasz najmłodszy, który tacie kroku dorównuje.
Późno wieczorem mamy Skype'a. Rozmawiam z mężem przede wszystkim. Odezwała się mama kolegi mojej córki, którą popchnęłam do przodu, ucząc ją niemieckiego. Mogła opuścić swojego męża – bijącego ją pijaka, który narobił długów, które ona teraz spłaca. Ale już drugi raz jest u tej samej osoby starszej w Niemczech, która ma demencję, ale jest bardzo miła. Więc rzuciła pracę szwaczki w zakładzie w swojej wsi, gdzie pracowała od poniedziałku do soboty za 1100 złotych miesięcznie. Męża jednak nie rzuciła.
Kuzynka wczoraj się odezwała. Poznałyśmy się dopiero w 2008 roku, na spotkaniu rodzinnym. Czyta teraz pewnie wszystko to, co do tej pory napisałam. Pochwaliłam jej się.

piątek, 02 listopad 2012 15:26

"Dokąd Polsko?" (1)

Napisane przez


aby mierzyć drogę przyszłą
trzeba wiedzieć skąd się wyszło
C.K. Norwid


To tytuł książki p. prof. Włodzimierza Bojarskiego. A podtytuł brzmi – Wobec globalizacji i integracji europejskiej. Książka została wydana w r. 2002, jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE. Ale nic nie straciła na aktualności. Wręcz odwrotnie, dzisiaj już gołym okiem widać, że analizy, opinie i prognozy pana profesora spełniły się i to aż nadto.
Od wydania tej książki upłynęło dokładnie 10 lat.


Najlepiej będzie, jeśli każdy z nas przeczyta tę książkę oraz zapozna się z podaną w niej bibliografią. W Internecie można znaleźć wiele tekstów i wystąpień prof. Bojarskiego. Wyszła jeszcze w 2006 r. książka profesora pt. "O przyszłość Polski. Problemy i wyzwania XXI wieku", która jest kontynuacją i rozwinięciem strategicznym myśli zawartych w poprzednich publikacjach z uwzględnieniem szerokiego kontekstu historycznego i europejskiego. Nakładem Klubu Inteligencji Polskiej ukazała się kolejna bardzo cenna praca prof. Włodzimierza Bojarskiego pt. "Jak było i jak jest naprawdę. CO ROBIĆ?", z podtytułem: "Refleksje dotyczące przemian lat 1979–2009". Niestety, nie znam tych książek jeszcze. Książkę "Dokąd Polsko?" zupełnie przypadkiem znalazłem na stoisku przygotowanym przez "Dom Kopernika" na tegorocznym Polskim Festiwalu na Roncesvalles i dzięki temu mogę ją tutaj w wielkim skrócie przedstawić, oczywiście tym, którzy tak jak ja nie znają jeszcze tej książki.
Przytoczę obszerne fragmenty z tej książki. Ale oczywiście będzie to tylko skromny obraz tego, co ona zawiera. Mam jednak nadzieję, że to wystarczy, aby zachęcić do lektury tej książki i do zapoznania się z przemyśleniami pana profesora na temat tego, co dzieje się w Polsce, co się dzieje z Polską i co się dzieje wokół Polski oraz do podjęcia odpowiedzialności za to, żeby Polska nie zginęła. Bo chociaż losy Polski zależą i od UE, i od Rosji Putina, i od "demokratycznie wybranych władz" w Polsce, i od działań partii politycznych, to oprócz tego zależą jeszcze ciągle od narodu i od woli Miłosiernego Boga, Ojca narodów.
Popatrzmy, czego my dokonaliśmy przez te 10 lat od czasu wydania tej książki i co oni zrobili z Polską przez te 10 lat. A rządy ich się jeszcze nie skończyły, więc możemy tylko oczekiwać jeszcze większego spustoszenia, o ile my im na to pozwolimy.


• • •


Pierwszy rozdział tej książki nosi tytuł "Globalizm".
"Trudno zrozumieć dzisiejszy świat, a nawet naszą polską historię i współczesność, powtarzając tylko bliskie nam stwierdzenia o katolickich korzeniach Europy. Do tradycji europejskich należy bowiem również podległość feudalna oraz zaprzeczające chrześcijaństwu niewolnictwo i kolonializm imperialny."
"Polska nigdy nie uczestniczyła w tym obłędzie imperializmu i dlatego ten nurt europejski wydaje się nam odległy, mniej ważny i jest mało znany. Ale przecież to także i my byliśmy parokrotnie w niewoli tych agresywnych sąsiednich państw imperialnych.
Nie tylko zresztą my, ale ponad pół świata!
To trzeba pamiętać i przypominać, choćby w największym skrócie i uproszczeniu."
"Cała prawie Europa Zachodnia rozwijała się i bogaciła przez wieki kosztem wyzysku kolonialnego."
"Carska imperialna Rosja parła nie tylko na Polskę, Finlandię, Turcję i Bałkany.
W XVIII i XIX wieku opanowała i skolonizowała stopniowo niezmierzone obszary Azji Północnej i Środkowej."
"Kolonializm był światowym systemem zniewolenia i wyzysku, degradacji rodzimych kultur, powstrzymania naturalnego rozwoju całych kontynentów. Dostarczał nowych środków technicznych i organizacyjnych trudnych do zasymilowania, powodujących destrukcję społeczną. Utrzymywał setki milionów ludzi w stagnacji i nędzy, czemu towarzyszył analfabetyzm i głód.
Ta spuścizna pozostała i trwać będzie przez pokolenia."
"Globalizm jest rezultatem świadomej polityki i działań podejmowanych w większości dla realizacji partykularnych interesów wąskiej grupy oligarchów światowych, kosztem wolności i warunków życia najszerszych rzesz ludzkości.
Reklamowane znoszenie barier i ograniczeń państwowych, na ogół dobrze służących ochronie krajowych interesów i rodzimych kultur, jest wykorzystywane przez potentatów zagranicznych dla wyzysku i zniewolenia, a nie dla dwustronnie korzystnych programów rozwoju słabszych gospodarczo rejonów świata."


"Z dzisiejszej perspektywy wielkiego kapitału, tradycyjny system kolonialny czy okupacyjny miał szereg wad i był stosunkowo mało efektywny. Wymagał on utrzymywania kosztownych oddziałów wojskowych i policyjnych, drogiej i mało efektywnej administracji kolonialnej, znacznych środków propagandowych i nie wyzwalał wszystkich możliwych korzyści.
Co gorsza – był zbyt czytelny dla wyzyskiwanych narodów.
Dziś groziłoby to wybuchami sprzeciwu społecznego i politycznego, niestabilnością warunków i nadmiernym ryzykiem gospodarczej eksploatacji.
Światowym kapitalistom potrzebny jest system wyzysku bardziej efektywny, tańszy i bardziej zafałszowany, aby nie budził większych sprzeciwów.
Taki system, nowy kolonializm lub neokolonializm, już istnieje i rozwija się."
I tak, krok po kroku, prof. Bojarski obnaża nam prawdę o otaczającej nas rzeczywistości.
"Ten system rosnących nierówności i wyzysku stanowi niewątpliwie odwrotną stronę medalu głośno reklamowanego rzekomo nieuchronnego i postępowego globalizmu.


Ale globalizm oparty na niesprawiedliwości i krzywdzie dziesiątków państw i miliardów ludzi nie ma przyszłości i musi upaść.
Czy uda się tego dokonać drogą pokojową – Pan Bóg to wie. Trzeba o to zabiegać i o to się modlić."
"W jaki sposób bronić się i dążyć do ograniczenia wyzysku neokolonialnego?
Pierwszym krokiem jest zrozumienie tego systemu i jego mechanizmów, a dalej – wyłonienie rządu narodowego, broniącego narodowego interesu.
W tym samym duchu powinni działać krajowi przedsiębiorcy, władze samorządowe, wszystkie instytucje publiczne. Konieczna jest solidarność wyzyskiwanych środowisk i narodów oraz międzynarodowa koalicja takich państw."
"Jak wykazano (W. Bojarski: »Efektywność systemowa przedsięwzięć gospodarczych«, Warszawa 2001), w dzisiejszych czasach każdy kraj, biedny i zacofany, ale suwerenny, zwolniony z obcych zależności, wyzysku i długów, ma szanse, przy niewielkiej autentycznej pomocy bogatych, wypracować i realizować własny program swojego rozwoju, zgodnego z własną kulturą, zasobami i oczekiwaniami narodu."


• • •


Pamiętajmy, że te wszystkie uwagi sformułowane zostały jeszcze przed przystąpieniem Polski do UE. Książka ukazała się w r. 2002.
Następny rozdział tej książki nosi tytuł "Europa".
"W organach UE i jej poczynaniach dominuje antychrześcijański i antynarodowy duch masoński, kapitalistyczny i kolonialny. Zresztą od początku przy budowie tych struktur nie było mowy o żadnych korzeniach czy wartościach chrześcijańskich, ale o »zastąpieniu odwiecznej rywalizacji połączeniem podstawowych interesów«."
"W 2000 r. podczas nowego historycznego zjazdu gnieźnieńskiego pięciu prezydentów państw europejskich, prezydent Niemiec Johannes Rau stwierdził: »W Europie już prawie żaden kraj nie jest zwolennikiem chrześcijańskiego modelu człowieka. Dlatego też potrzebujemy własnej nowej Europy, nad którą nie ma już żadnego kościelnego parasola«. Stwierdził, że trzeba wytworzyć »nowe wartości europejskie«, takie jak tolerancja, wolność, demokracja i prawa człowieka.
W ten sposób wskazany został kanon nowej ateistyczno-kosmopolitycznej, ideologicznej i despotycznej antyreligii.
W praktyce oznacza ona wolność dla chciwości, zakłamania, manipulacji społecznej, zdziczenia seksualnego i wszelkiej demoralizacji, do wykpiwania i napiętnowania wartości moralnych, narodowych i religijnych.
Praktyka ostatnich lat coraz wyraźniej pokazuje, czym będą »nowe prawa człowieka«.
Z wielkich i pięknych praw człowieka, opartych na wartościach chrześcijańskich, pozostało niewiele. Propaguje się natomiast antywartości: aborcję, małżeństwa homoseksualne, wolne związki i rozwody, eutanazję, legalizację słabych, a później wszelkich narkotyków, manipulacje embrionalne i klonowanie człowieka, samowolę i deprawację dzieci, kontrolowanie przez nich rodziców i nauczycieli."
"Aby się temu wszystkiemu zbytnio nie dziwić, trzeba pamiętać o czterech głównych nurtach czy rodowodach dzisiejszej cywilizacji zachodniej.
Najstarszym jest spuścizna wielkiej kultury antycznej starożytnej Grecji i Rzymu, a w niej podstawowe pojęcia prawdy, dobra i piękna, przyjaźni i wierności, pojęcia obywatelstwa, cnót obywatelskich i republiki, pojęcia ładu, obyczaju i prawa.
Do tego dochodzi starożytna filozofia i religia, wprawdzie pogańska, ale nie bezbożna.
Na tych wartościach antycznych budowało chrześcijaństwo, oczyszczając i niezwykle ubogacając kulturę antyczną o prawdziwe wartości duchowe, rozwijało coraz szerszą oświatę, naukę, kulturę, budownictwo, państwo stanowe i wspólnotę państw chrześcijańskich.
To drugi, podstawowy nurt cywilizacji europejskiej.
Trzeci nurt kształtował się powoli, w opozycji do drugiego, a niekiedy i pierwszego (…). To ten nurt przygotował i zwyciężył w wielkiej rewolucji francuskiej i od tego czasu inspiruje i wspiera rewolucje w wielu krajach świata.
Już w okresie rewolucji francuskiej rozważał możliwość wytrucia gazem, w imię wolności i równości człowieka, całej prowincji Wandei broniącej wiary religijnej. Ostatecznie, z braku gazu, rozprawił się wówczas z przeciwnikami po staremu, ogniem i mieczem.
Dziś jednak stosuje już nowoczesne środki.
Czwarty rodowód krajów UE stanowi, związana głównie z protestantyzmem, tradycja kolonialna państw zachodnich i ich nowsze doświadczenia neokolonializmu."


Emanuel Czyżo
Toronto

piątek, 02 listopad 2012 15:12

Biskupi a polskość

Napisane przez

chojeckiJan Pospieszalski drwi dziś z kard. Nycza i na koniec stawia pytanie: "Nie mogę tylko pojąć, dlaczego teraz Kardynał przerywa milczenie?". Nie wierzę, że nie zna na nie odpowiedzi. Ale udzielenie jej wprost, wywraca do góry nogami cały gmach prawicowej wizji polskości. Nasza opozycja jest więc w sytuacji bez wyjścia i miota się w kręgu ironii i aluzji.


Dotychczas obowiązywał model, że katolicyzm jest ostoją polskości, a wsparcie biskupów jest niezbędne w każdym patriotycznym projekcie. Dla człowieka patrzącego chłodno na historię ostatnich kilkuset lat, ten filar myślenia polskich patriotów nie ma mocnego poparcia w faktach. Upadek państwa polskiego skorelowany był ze zdradziecką działalnością polskich biskupów i magnatów. Gdy 17 kwietnia roku 1794 powstańcy kościuszkowscy zdobyli ambasadę Rosji, oniemieli, odkrywając listę zdrajców. Prymas Poniatowski popełnił samobójstwo, a kilku biskupów powieszono. Wtedy Polacy nie zamykali jeszcze oczu na fakty. Historia naszych późniejszych zrywów narodowych niezmiennie była połączona z rozczarowaniem, jakie spotykało patriotów ze strony Rzymu. Jeszcze podczas I wojny światowej Roman Dmowski usłyszał w kurii rzymskiej: "Polska niepodległa? Ależ to marzenie, to cel nieziszczalny...".


O czasach nam bliższych Sławomir Cenckiewicz tak niedawno napisał: "...(Watykan) stanął przed dramatycznym wyborem: jeśli uroczyście potępi ideologię komunizmu, to tym samym pogrzebie ekumeniczny charakter soboru, bo zbojkotują go prawosławni, jeśli zaś zrezygnuje z anatemy i przymknie oko na prześladowanie Kościoła pod rządami bolszewików, to zdradzi swoich wiernych, ale kontrolowani przez Moskwę prawosławni przystąpią do dialogu i wyślą na sobór swoich obserwatorów". "Uważam Rze – Historia" nr 3 ("Sobór w cieniu Kremla").
Co na SW II wybrali purpuraci, wiemy.


Dlaczego więc dziś dziwimy się postawie naszych biskupów? Przecież to dzieci tego soboru i nominaci popierających go papieży!
By uzmysłowić psychologiczną zależność stojącą za ślepotą Polaków na prawdziwe zagrożenia, sięgnę do dwóch przykładów. W roku 1939, a szczególnie po pakcie Ribbentrop-Mołotow, było oczywiste, że szykuje się nowy rozbiór Polski. Ale nasza patriotyczna elita przygotowała się tylko do odparcia zagrożenia z Zachodu i nawet w obliczu sowieckiej agresji nie wypowiedziała Stalinowi wojny. Dlaczego? Bo przyjęcie do wiadomości prawdy oznaczało katastrofę, a my woleliśmy karmić się fałszywą nadzieją. Inne horrendum – po wkroczeniu Sowietów na ziemie polskie w 1944 roku miał miejsce wielokrotnie ćwiczony teatr "rozmów podziemia z Sowietami". Nabierali się nań zarówno dowódcy najwyższego szczebla, jak i poszczególne oddziały partyzanckie. Wynik był za każdym razem identyczny, ale kolejni nasi oficerowie i politycy połykali haczyk. Dlaczego? Jak ujął to przed śmiercią serialowy ("Czas honoru") major Krawiec: dali nam to, w co chcieliśmy uwierzyć (cytuję z pamięci).


Czy polscy patrioci dalej będą z "opadem szczeny" obserwować kolejne przejawy zaprzaństwa swoich biskupów i zadawać bezradne pytania w rodzaju: "Nie mogę tylko pojąć, dlaczego teraz Kardynał przerywa milczenie", czy też po męsku ocenia sytuację? A jest ona dziecinnie prosta – biskupi, jak przystało na elitę słabego narodu, orientują się na silniejszego. Gdy zaprosili ich komisarze z Brukseli przed euroreferendum, gremialnie zaczęli wychwalać nam zalety bezbożnej Unii. Gdy główny komisarz Moskwy tupnął nogą, pobożne zaapelowali, "oby każdy Polak w każdym Rosjaninie i każdy Rosjanin w każdym Polaku widział przyjaciela i brata", doskonale wiedząc, że wchodzą w alians z winowajcami Smoleńska i następcami morderców z Katynia. Być może część hierarchów nie robi tego ze strachu czy osobistego interesu. Może wierzą wzorem konfederatów targowickich, że polskość można uratować tylko w sojuszu z Rosją. Być może dla części miraż katolicyzacji Rosji jest większą wartością niż wierność Polsce. Nie ma to dla nas większego znaczenia – polscy biskupi już wybrali suwerena, pytanie teraz, co wybiorą polscy patrioci?


Paweł Chojecki


Więcej o tych trudnych i przemilczanych sprawach w aktualnym numerze
"idź POD PRĄD"

piątek, 02 listopad 2012 15:03

Podłość postępowa

Napisał

ligezaJak już kiedyś wspominałem, doprowadzenie kostuchy pod wskazany adres to żadna filozofia. Podobnie żadna to sztuka – zabić. Natomiast poziom mistrzowski osiąga się, obudowując konkretną śmierć potiomkinowską fasadą profesjonalnie przeprowadzonej katastrofy lotniczej. Czy też profesjonalnie popełnionego samobójstwa.
Ktoś żywi jeszcze jakieś wątpliwości, że coś mocno cuchnie? Być może ktoś taki rzeczywiście tu i ówdzie jeszcze się kręci, wszelako ludzie rozsądni dawno przestali się oszukiwać. Cuchnie, nawet jeśli niekoniecznie trotylem. Cuchnie tym bardziej, że nie ma znaczenia, kto zasiada w parlamencie, kto kieruje rządem, kim jest prokurator generalny czy komendant główny policji. Nie ma znaczenia, ponieważ w Polsce pod rządami tuskoidów z Platformy Obywatelskiej to nie parlament i nie rząd, lecz persony składające się na "grupę trzymającą władzę" ustalają reguły gry. Nie przejmując ani "państwem prawa", ani demokracją, ani w ogóle niczym.
Jakże przewidująco w kontekście ostatnich wydarzeń brzmi wyznanie śp. Janusza Kurtyki, poczynione w obecności dziennikarki Anny Pietraszek na cztery dni przed tragicznym lotem do Smoleńska: "Demontaż państwa już się skończył, teraz zaczną znikać ludzie".

Się posprząta
Dlaczego musiał "zniknąć" członek załogi jaka-40, którym 10 kwietnia 2010 roku do Smoleńska lecieli dziennikarze, a który twierdził (i nigdy nie zmienił zdania), że kontroler wieży smoleńskiego lotniska pozwolił załodze rządowego tupolewa zejść na wysokość 50 metrów? Depresja? Kłopoty rodzinne? Hazard? Choroba pradziadka? Nie ma obaw, coś się wybierze, coś się dopasuje. Najważniejszy i tak jest metabolizm. Jak to ujął jeden z blogerów: "należałoby pobrać ze zwłok próbki płynów ustrojowych i tkanek natychmiast po śmierci, i natychmiast badać je metodami spektroskopii masowej. Ale komu by się w Polsce chciało w tym celu specjalnie przychodzić do pracy w weekend".
Ot, kolejny zwariowany wyznawca spiskowej teorii dziejów. Przecież w Polsce nie zdarzają się morderstwa polityczne, gdzieżby. Są tylko wypadki drogowe, zawały serc, udary mózgów, a przede wszystkim są samobójstwa. I są ekipy sprzątające bałagan, jaki po tych wydarzeniach chwilowo powstaje. Wszystko oficjalnie, wszystko zgodnie z procedurami, wszystko lege artis. Się nabałaganiło, się posprząta. Porządek w państwie być musi, więc odpowiednie służby czyszczą, ino furczy.
"Nie mam zamiaru oskarżać Platformy Obywatelskiej o jakieś drugorzędne przestępstwa. Ja oskarżam o to, że współdziała z mafią, która niszczy państwo polskie" – wypalił kiedyś Antoni Macierewicz, człowiek, któremu przestępcza banda przez ostatnie ćwierć wieku usiłuje przykleić łatkę oszołoma. Zaiste, to, co rzekł, rzekł bezceremonialnie. Lecz czy ktokolwiek z grona ludzi przyzwoitych może dziś żywić jakiekolwiek wątpliwości, jak bardzo uzasadnione były to słowa?

Ludzie zniewolenia
"Czarny obraz polskiego państwa przeraża na każdym kroku" – powiada Jerzy Jachowicz. I zaraz dodaje: "Tendencyjne, posłuszne władzy sądownictwo, nieudolna i usłużna wobec polityków prokuratura, amatorska i skorumpowana policja, nieprzychylna szaremu obywatelowi administracja państwowa – oto w telegraficznym skrócie charakterystyka kilku najważniejszych dla funkcjonowania państwa obszarów".
Ale to co najwyżej czcze eufemizmy. W polskich władzach, na każdym ich poziomie: czy to we władzy ustawodawczej, wykonawczej czy sądowniczej, wszędzie tam roi się od ludzi skompromitowanych, a przy tym równie wiarygodnych, co szanowny pan prokurator wojskowy, pułkownik Mikołaj Przybył. Z tym koniecznym dopowiedzeniem, że on "tylko" odegrał rolę przydatnego w danym momencie idioty, przestrzeliwszy sobie policzek, a aktualnie rządzący Polską uparli się przestrzeliwać nam rozsądek, narażając naród na prawdziwą gehennę.
A jednak nadal rządzą. Prawdę powiedziawszy niewiele mówi to o nich, sporo mówiąc o ludziach z deficytem właściwości i charakteru, czyli tych, którzy rządy swoich nadzorców legitymizują własną gnuśnością.
Swoją drogą, tym bardziej należy takim ludziom przypominać, że kiedy w jakimś kraju władzę nazbyt długo sprawują osobnicy przebiegli i uważający się za mądrych, to takie państwo niechybnie skazane jest na zagładę. Zagładę pewną tym bardziej, gdy większość obywateli danego państwa, starannie tresowana grepsem dzień po dniu sączącym się z telewizorów, wbrew faktom pozwala sobie wmawiać przekonanie o świetlanej przyszłości oraz przyzwoitości rządzących. Jak to ujmował Jan Paweł II: największe zagrożenie dla wolności człowieka powstaje wówczas, kiedy się go zniewala, mówiąc jednocześnie, że czyni się go wolnym.


* * *


Każdy naród ma takie elity, na jakie zasługuje poprzez świadome zaniechania w obszarze wartości. Oto prawdziwe źródło narodowej degeneracji i to stąd bierze się zobojętnienie członków tego czy innego narodu w sytuacjach dla danego narodu krytycznych. Jak to ujmuje Roger Scruton: "Ilekroć zezwalasz, by przestępstwo nie zostało właściwie ukarane, stajesz po stronie zła".


Krzysztof Ligęza
www.myslozbrodnik.pl


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 02 listopad 2012 15:00

"Szerszy zakres zadań"

Napisał

kumorADżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach... I dlatego ich świat przeminął. 

Taka jest smutna prawda. Dlatego dzisiaj zacznę od pieniędzy. Oto bowiem od czasu do czasu odbieram telefony, dlaczego zamieszczamy reklamę tych, a nie tamtych, albo dlaczego reklamujemy X, skoro on razem z Y źle mówił o drogich nam sprawach.
Odpowiedź jest prosta. Polega to wszystko na tym, że wiele osób sądzi, iż niektóre rzeczy biorą się z powietrza lub jak manna z nieba od Pana Boga i – po prostu - powinny być. Tymczasem – też nad tym ubolewam – Fenicjanie wynaleźli kiedyś pieniądze, a Żydzi do perfekcji doprowadzili obrót nimi i niestety za większość rzeczy trzeba płacić.
Przykre jest natomiast to, że ludzie, którzy nas popierają "ustnie" i zgadzają się "po linii i na bazie" z tym, co publikujemy – jakoś nie widzą związku własnych poglądów z tym, na co wydają pieniądze. Niestety, we współczesnym świecie jest to związek zasadniczy.
Zanim więc, Drogi Czytelniku, zadzwonisz do nas ze świętym oburzeniem za drukowanie tej czy tamtej reklamy – zadaj sobie pytanie – w jaki sposób ostatnio nas wsparłeś. Bo znam takich, którym szkoda $1.50, "skoro mogą przeczytać od kolegi"...
To jedna sprawa, druga bezpośrednio z nią związana, to że warszawskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w którego gestii są teraz wielomilionowe środki na pomoc dla Polonii, będzie na naszym podwórku dofinansowywać "media".
Ujął to w prostych słowa wiceminister spraw zagranicznych p. Cisek. Cytuję za Der "Dziennikiem": "Chcemy zmian w mediach polonijnych. Jedną z nich ma być konsolidacja tytułów tak, by te małe zostały wchłonięte przez większe. (...) Zamiar zmian w mediach polonijnych jest konsekwencją analizy medioznawczej na ich temat zleconej przez MSZ. (...) W zamian za dofinansowanie MSZ będzie jednak domagać się realizacji przez wspierane media celów wyznaczonych w resorcie. Chcielibyśmy wspierać te podmioty, które rokują realizację określonych celów polskiej polityki zagranicznej i (…) doprowadzić do sytuacji, w której media – jeśli otrzymują na swoją działalność pieniądze – będą realizować nieco szerszy zakres zadań" – dodał Cisek.
Jak więc widzisz, Drogi Czytelniku, jeśli sam sobie nie zapłacisz, będziesz jadł z ręki tym, którzy płacą, wymagając jedynie "realizacji nieco szerszego zakresu zadań". Wybór należy do Ciebie...
Tyle o pieniądzach.
Z "Gońcowej" strony liczymy (liczyć każdy może) na to, że wysokość przekazywanych przez resort spraw zagraniczny środków, jak również lista adresatów będą jawne. Miło byłoby też by poszczególne "podmioty" w ramach tzw. transparentności informowały ile środków i na realizację jakich zadań dostają od MSZ.
No ale zdaje się za dużo wymagam... Dzisiaj zwykłych Czytelników nikt już poważnie nie traktuje.


•••


Podczas spotkania z Grzegorzem Braunem (jak zwykle palce lizać, kolejne 9 listopada) – padło ciekawe pytanie, jak to się dzieje, że polskie elity, czyli – było nie było kiedyś normalni ludzie, z którymi chodziliśmy do podstawówki – dzisiaj gotowe są za byle grosz utopić Ojczyznę; działać przeciwko najbardziej podstawowym interesom Polaków.
Odpowiedź jest w zjawisku internacjonalizacji elit.
Tak jak ojczyzną elit bolszewickich była komunistyczna partia ZSRS, tak dzisiaj ojczyzną elit demoliberalnych jest ta czy inna loża lub luźno zorganizowana koteria. Widać to zwłaszcza na przykładzie państw biednych i aspirujących jak Polska, gdzie co bardziej rozgarnięci synowie i córy są w mig rozpoznawani, a następnie wsysani przez ponadnarodowy "klub".
Łatwo to zrobić właśnie w krajach "neokolonialnych", w których "tutejsi", nawet ci bardziej wykształceni, mają pełną gamę kompleksów i zahamowań, na dodatek – jak to ma miejsce w Polsce – wyrastają często z pokolenie migracji wieś-miasto, niepewnego własnego wychowania i wartości.
Dla takiego Janka czy Zenka fakt wpuszczenia do przedpokoju imperatora stanowi tak duże kopnięcie zaszczytem, że plotą w zmieszaniu trzy po trzy.
A tak na poważniej, to zjawisko rozrywania się tkanki i elityzacji społeczeństwa, gdzie ci na górze manipulują tymi na dole, coraz bardziej nimi gardząc, zaostrza się również w USA (polecam "Coming Apart. The State of White America" Charlesa Murraya).
Chodzi o to, że o ile jeszcze kilkadziesiąt lat temu biedni i bogaci, wpływowi i bezsilni mieszkali w tych samych okolicach, posyłali dzieci do tych samych szkół i od czasu do czasu spotykali się w jednym kościele; dzisiaj zaś mieszkają w bąblach, odizolowani tak skutecznie, że o problemach maluczkich wiedzą z CNN. Co innego jedzą, oglądają, co innego kupują i inaczej świętują – są ludźmi z innej planety.
W Polsce tę sytuację ilustruje zlikwidowanie elit ziemiańskich. Dawniej dwór – jakikolwiek by był – jednak czuł się odpowiedzialny za wieś, która na niego pracowała. Dziedzic znał swoich chłopów, wiedział, co u kogo i kto kogo; interesował się, był blisko, często siedział w tym samym kościele i kładł kości na tym samym cmentarzu.
To tworzyło w naturalny sposób poczucie wspólnoty. To sprawiało, że w człowieku, który był przedmiotem naszej władzy, widzieliśmy właśnie konkretnego chłopa, konkretną osobę, a nie barachło – jak dzisiaj.


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 02 listopad 2012 14:57

Z OST FRONTU: Z Wilna

Napisane przez

pruszynskiWybrałem się wreszcie do drugiej stolicy I RP. W pociągu obok mnie siedział Koreańczyk z południa. Okazało się, że jest kucharzem po dwuletniej szkole, specjalistą kuchni włoskiej. Po sześciu latach oszczędzania wybrał się w podróż dookoła świata. Tylko do Chin, Nepalu, Indii, na Ukrainę i Białoruś musiał mieć wizę. A nawet bez wizy wjechać może do... USA.
Gdy powiedziałem to mym białoruskim i litewskim towarzyszom podróży, a nawet potem sympatycznej mówiącej po polsku litewskiej pograniczniczce, to wszyscy zrozumieli, że poziom ich życia nie jest wysoki. Dwa tygodnie temu były na Litwie wybory i z 20 polskich kandydatów sześciu dostało mandaty, a następnych sześciu startowało w niedzielę i dostało dwa krzesła w parlamencie. Tak Polacy odbili się od dna głównie dzięki temu, że więcej ich poszło do wyborów niż Litwinów oraz że niewielkie grupy Rosjan i Białorusinów przyłączyły się do nich.
Wielkie zwycięstwo odniosła Partia Pracy z Wiktorem Uspaskim na czele. Ten były spawacz miał szczęście pracować na budowie jednego gazociągu i mieszkać w barakowozie z przyszłym wiceszefem Gazpromu. Potem jeden drugiego podpierał i został pośrednikiem sprzedaży gazu Litwie.
Mając już forsę, zaczął dobrze inwestować, ma dziś szklarnie, różne zakłady i ponoć miesięcznie płaci do miliona dolarów podatków. Określają go przeciwnicy jako rusofila i w tym jest trochę racji, ale nagonka na niego przypomina nagonkę na Kaczyńskich, gdy oni byli u władzy.
W jednym okręgu unieważniono wybory, bo członkowie jego komitetu wyborczego kupowali głosy. Ludzie z jego komitetu szli wcześnie do wyborów, ale zamiast biuletynu wyborczego wrzucali do urny jakiś papier. Potem wypełniają go jak trzeba i jak ktoś przychodzi, to dają mu go i ten idzie głosować. Otrzymany biuletyn wsadza do kieszeni, a ten, co dostał, do urny. Wraca do komitetu i oddaje czystą kartkę – biuletyn – i otrzymuje od 10 do 20 litów, czyli do 8 dolarów.
Ponoć takich numerów było więcej, ale w jednym okręgu złapano winnych, unieważniono wybory i za sześć miesięcy będą powtórne.
Stracił mandat czołowy polakożerca Sungala, bo postanowił walczyć ze swą partią sam, nie w koalicji, i dostał tylko jeden procent głosów.
Znajomi z Wilna twierdzą, że między nim a rządzącymi konserwatystami czy socjaldemokratami jest tylko jedna różnica, on głośnio krzyczy, co inni z tych partii myślą.
Choć posłowie narzekają na swoją dolę, to w kolejnych wyborach staje tam więcej kandydatów. W pierwszych było koło 500, a teraz ponad 1500. 150 startujących to milionerzy, najbogatszy to wspomniany pan Uspaski mający 60 milionów, oczywiście w litach, a tam teraz dolar stoi 2,5 lita.
Ceny rosną, co można powiedzieć o każdym kraju, ale zaufanie do rządzących stale spada, nie wypełniają swych obietnic i nikomu za to włos z głowy nie spada.
Parę tygodni temu litewski ksiądz wypędził Polaków z sanktuarium Miłosierdzia Bożego i nawet nie zająknął się na ten temat jego zwierzchnik abp Backis. Pocieszające jest, że inny ksiądz Litwin wziął w obronę swych wiernych na północy kraju.
Nadal większość Polaków na ulicach mówi po... rosyjsku. Niedaleko Ostrej Bramy spotkałem panią, która kupowała wiązankę jedliny. Rozmawiała ze sprzedającym po rosyjsku. Spytałem ją po polsku, czy jest Rosjanką, odpowiedziała, że nie, że jest Polką, i okazało się, że sprzedający też był Polakiem. Jak Polacy będą się wstydzili mówić po polsku, to nie będą ich cenili.
Była jednak kilka miesięcy temu tragedia, z zabawy wyszło kilku Polaków, rozmawiali po polsku, a nagle na jednego z nich napadło kilku Litwinów i poraniło nożem, skopało i uciekło. Ofiarę przewieziono do szpitala, uratowano mu życie, kurował się cztery miesiące, ale teraz niestety jest inwalidą.
Miesiąc temu pod Wilnem w Czarnym Borze odsłonięto tablicę pamiątkową ku czci śp. ks. Sopoćki, spowiednika św. Faustyny, który choć sam był poszukiwany przez Niemców, przechowywał Żydów. Nie wiem tylko, czy doczekał się medalu z Yad Vashem.

 

Dziady
Zima zawitała do Mińska, spadł śnieg i powtórzyło się, co jest co roku, że w zbliżające się Święto Zmarłych, zwane tutaj z białoruska "Dziadami", jest plucha. W niedzielę wyszło na ulicę z tysiąc ludzi, choć lata temu było nas z 5 do 10 tysięcy, i pod przywództwem kilku mniej ważnych ludzi opozycji poszło do Kuropat, czyli ostatniego wielkiego cmentarza ofiar barbarzyńskiego komunizmu. Zapomina się jednak, że takich cmentarzy jest w Mińsku z dziesięć i prócz jednego w parku Czeluskinsów, są one nieoznaczone.
Tegoroczna demonstracja odbywała się częściowo pod hasłem uwolnienia czternastu więźniów politycznych i kilku wodzów opozycji. Różni przedstawiciele mediów, w tym Włodek Pac i panienka z PAP-u, mówili, że coraz więcej ludzi jest przeciw Kołchoźnikowi i okazuje się, że w jednym punkcie wyborczym w Mińsku raptem poszło głosować...12 proc.
Niestety, przywódcy narzekają na mentalność narodu, a nie potrafią podpowiedzieć MU zgodnie, że jedyną metodą wpłynięcia na Cygańskiego Barona jest zrobienie demonstracji światłem, przez wyłączanie światła o 20 na 5 minut w każdą kolejną środę, piątek i niedzielę. To reklamuję od lat 18 z gównianym skutkiem, bo mało kto z mych konkurentów potrafi przełamać swe ego i przyjąć propozycję tego "zakichanego Polaka", jak mnie tu i tam nazywają.


Chodzą po mieście słuchy, że nasz Ukochany Przywódca przeżywał mocno wybory w Wenezueli i przez noc przed ogłoszeniem wyników nie spał. Ma tam bowiem przygotowany na wszelki wypadek pałac. Niestety, nikt mu nie podpowiedział, że lepiej byłoby mieć daczę w Kostaryce, gdzie jest demokracja i zmiana władzy nie spowoduje odebrania mu posiadłości.
Mówią też, że sprawił sobie kilka miesięcy temu boeinga 767 i za pół miliona dolarów najdroższe auto świata, niemieckiego maybacha, które teraz produkuje Mercedes. Tą landarą może jeździć po mieście, ale ma problemy, bo mało gdzie wpuszczają go jego okazałym boeingiem.
Było też kolejne osiągnięcie z renacjonalizacją dwóch fabryk czekolady, w Mińsku i Gomlu. Pozbawiono właściciela 70 proc. akcji, możliwości kierowania zakładami i nie chcąc narazić się na pudło, nie przyjechał domagać się swego.
Jak to wpłynie na przyciągnięcie inwestorów i możność sprzedania wielu upadających firm, nie trzeba czytelnikom wkładać do głowy.


• • •


Niedawno w swej dawnej posiadłości Poloneczka byli Radziwiłłowie, gdzie zafundowali w kościele dzwony, proponowano im za bodaj 100 dol. odkupienie ruin swego pałacu, ale książę Maciej Radziwiłł, najbogatszy z rodziny w Polsce, powiedział, że nie stać go na odbudowanie tej rezydencji. Dodam, że w sumie w stanie przyzwoitym są naprawdę tylko Nieśwież i Mir.
Niania z Moskwy
Jechałem do Wołkowyska i w przedziale spotkałem kobietę, wyglądała młodo, ale okazało się, że ma już syna na studiach. Pochodziła z Wołkowyska i najpierw handlowała z Polską meblami. Potem pojechała pracować w Anglii i chyba nieźle jej się powodziło, bo kupiła mieszkanie w Mińsku za 44 tysiące dolarów i prawie drugie tyle wsadziła w wykończenie i meble.
Teraz zaś jest niańką w Moskwie. Najpierw pracowała u bardzo bogatego przedsiębiorcy budowlanego, który z drugą żoną miał synka i nim się opiekowała non stop. Potem mąż zmienił żonę, ma nową i za kilka miesięcy ma mieć nową pociechę. Żonę tę. jak i poprzednią dobrze wyposażył, mieszka na zamkniętym osiedlu z pełną kontrolą wchodzących.
Moja rozmówczyni teraz pracuje po 14 dni w miesiącu. Bierze po 100 dolarów za dobę i po dwóch tygodniach harówki wraca na dwa tygodnie odpoczynku do Mińska. Zarabia netto po 1300 i jest zadowolona.
Okazuje się, że takich niań jest w Moskwie moc. Dużo jest też Ukrainek i Mołdawianek oraz kobiet z prowincji rosyjskiej, gdzie jest bieda, a nie luksusy jak w Moskwie. Ciekawe, że przy tym w Moskwie właśnie Putin miał najwięcej kłopotów z wyborcami.

Marsz i...
Jak chyba wszem wiadomo. Młodzież Wszechpolska organizuje 11 listopada Marsz Niepodległości, który się oczywiście nie podoba lewakom oraz... Panu Komorowskiemu, który tego dnia robi też inny marsz.
Okazuje się jednak, że Młodzież Wszechpolska chce tę manifestację niezadowolonych ze stanu Polski zawładnąć i na głównego twórcę Niepodległości ustawić pana Romana Dmowskiego. Jak wiele razy endekom mówiłem, nie odbierajcie zasług Piłsudskiemu i nie próbujcie udawać, że jego nie było, że nie Dmowski, a on przybył 11 listopada do Warszawy i przejął władzę.
Na ten temat zresztą napiszę za tydzień, a tylko wkurza mnie hucpa młodych endeków, którzy też uzurpują sobie prawo do tego, jakie kto ma w marszu nieść hasła i plakaty.

piątek, 02 listopad 2012 11:37

Ptasznik z trotylu

Napisane przez

michalkiewiczAch, czy jest jeszcze w naszym nieszczęśliwym kraju ktoś, kto potrafiłby napisać operetkę? Bo że opery nikt już nie napisze, to wiadomo. Ustalili to raz na zawsze wymowni Francuzi, tworząc przysłowie, że "chociaż każdy zna nuty, to tylko pan Lully potrafi napisać operę". Inna rzecz, że panu Lully było łatwiej, bo miał mecenasa w osobie króla Francji Ludwika XIV, a któż w naszym nieszczęśliwym kraju dzisiaj sfinansowałby operę? Nikogo takiego nie ma, w związku z czym, niczym "grzyb trujący i pokrzywa", spod piór rozwydrzonych i wulgarnych dziewuch spływa przeraźliwa grafomania, w telewizji – tańce z pi... – to znaczy pardon – oczywiście tańce z gwiazdami – a na estradzie królują kabotyni udający przedstawicieli Belzebuba na Polskę, a w każdym razie – na i tak przecież nieszczęśliwe województwo pomorskie. Zresztą – po co komu opera, po cóż rzucać perły przed wieprze, skoro wieprzkom do kotleta wystarczy "łodirydi" i seta? Więc jasne, że opery nikt już nie napisze, ale operetkę – kto wie?

Bo właśnie w naszym nieszczęśliwym kraju miała miejsce sekwencja wydarzeń, samych w sobie tworzących libretto operetki, dla której aż prosi się tytuł: Ptasznik z trotylu. Nawiasem mówiąc, z czasów studenckich pamiętam historyjki wymyślane przez obdarzonego bujną fantazją kolegę, w których przypisywał on oficerom nauczającym nas sztuki wojennej w Studium Wojskowym UMCS w Lublinie rozmaite przygody. Jedna z nich dotyczyła właśnie operetki; znakomicie parodiując pewnego majora, kolega ów z wieloma pikantnymi szczegółami przedstawiał wrażenia doznawane przez grono oficerów LWP podczas oglądania operetki pod tytułem "Ptasznik z trotylu", która była efektem twórczego przerobienia operetki Karola Zellera "Ptasznik z Tyrolu" dla potrzeb wojska. Nie powiem, żeby owego kolegę wspierały jakieś proroctwa; co to, to nie, ale nie da się ukryć, że sekwencja wspomnianych wydarzeń aż się prosi, by ją opatrzyć takim właśnie tytułem.
Ale incipiam. Zatęchłą atmosferę stolicy naszego nieszczęśliwego kraju, którą Stanisław Cat-Mackiewicz nazywał "małym żydowskim miasteczkiem na niemieckim pograniczu", zelektryzowała, a właściwie – zjonizowała – wiadomość o kolejnym pojawieniu się seryjnego samobójcy. Tym razem seryjny samobójca – oczywiście "bez udziału osób trzecich" – doprowadził do utraty życia wskutek powieszenia w piwinicy własnego domu chorążego Remigiusza Musia, członka załogi Jaka-40, który nie tylko wylądował w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku tuż przed katastrofą prezydenckiego Tu-154, ale w dodatku słyszał przez radio, jak wieża kontrolna lotniska Siewiernyj zezwalała pilotom "prezydenckiego" samolotu na zejście do wysokości 50 metrów, a nawet lekkomyślnie zeznał to niezależnej Prokuraturze Wojskowej.
Zeznania chorążego Musia pozostawały w nieusuwalnej kolizji z zapisami w czarnych skrzynkach "prezydenckiego" tupolewa, według których wieża kontrolna owszem – zezwalała na zejście, ale tylko do wysokości 100 metrów. Ponieważ protokoły ze wspomnianych zapisów "czarnych skrzynek", które notabene nie tylko już ponad dwa lata przetrzymywane są w Rosji, ale w dodatku dostarczają coraz to nowych – uzupełnionych i poprawionych – "wersji" zapisów, więc ponieważ te protokoły stanowią podstawę zatwierdzonej do wierzenia wersji wydarzeń sprokurowanej przez komisję pana ministra Jerzego Millera, trzeba było tę nieusuwalną kolizję jakoś usunąć. Potrzeba jest matką wynalazków, toteż czy to sam chorąży Remigiusz Muś nabrał nieodpartego przekonania, iż najlepszym sposobem przywrócenia wiarygodności wersji ustalonej przez komisję pana ministra Millera będzie pozbawienie się życia "bez udziału osób trzecich" przy pomocy seryjnego samobójcy, czy też był to tylko przypadkowy ("a czy w ogóle są przypadki?") zbieg okoliczności – dość, że żona odnalazła go w piwnicy taktownie powieszonego, zaś niezależna prokuratura natychmiast zasugerowała, że okoliczności wskazują na samobójstwo "bez udziału osób trzecich" – dokładnie tak samo, jak w przypadku generała Sławomira Petelickiego, a wcześniej – w przypadku Andrzeja Leppera.
Nawiasem mówiąc, bystry Czytelnik zwrócił mi uwagę na drugie dno kryjące się w stereotypowym określeniu z upodobaniem używanym ostatnio przez niezależną prokuraturę w odniesieniu do ofiar seryjnego samobójcy. Otóż zdaniem owego Czytelnika, określenie owo może zawierać istotną informację dla "osób drugich", które mogły brać udział w tych dramatycznych wydarzeniach, czyli tzw. kiedyś "nieznanych sprawców" – że prokuratura sprawdziła, iż na miejscu nie było żadnych "osób trzecich", czyli mówiąc zwyczajnie – świadków, którzy ewentualnie mogliby zidentyfikować "osoby drugie". Że – mówiąc krótko – jest bezpiecznie.
Warto dodać, że seryjny samobójca najwyraźniej preferuje soboty, jakby wiedział o nowej świeckiej tradycji, jakiej hołduje niezależna prokuratura, by "energiczne śledztwa" rozpoczynać od poniedziałku, kiedy to wszystkie pavulony na pewno wywietrzeją i lekarze przeprowadzający sekcję będą mogli z czystym sumieniem stwierdzać, że niczego niezwykłego w zwłokach denatów nie wykryli. Jak to mówią gitowcy – "wszystko gra i koliduje", to znaczy – grałoby i kolidowało, gdyby nie jedna, istotna, jak się okazuje, okoliczność.
To znaczy – okazuje się wyłącznie na gruncie teorii spiskowej, która – chociaż potępiona przez mądrych i roztropnych – przecież pozwala prosto wyjaśnić niepojęte inaczej wydarzenia. Teoria spiskowa głosi bowiem, że żyjemy w rzeczywistości podstawionej, to znaczy – że podawane do wierzenia wersje to tylko pozór mający na celu ukrycie rzeczywistego przebiegu zdarzeń.
I rzeczywiście! Jeszcze niezależna prokuratura nie zdążyła oficjalnie potwierdzić trafności intuicji wskazującej na samobójstwo chorążego Remigiusza Musia "bez udziału osób trzecich", a już okazało się, że generalny prokurator Andrzej Seremet był jednym ze źródeł informacji podanych przez "Rzeczpospolitą", iż na wraku samolotu, a zwłaszcza – na fotelach, znaleziono ślady trotylu i nitrogliceryny. Ładny interes! Trotyl i nitrogliceryna we wraku samolotu, który przecież miał się rozbić na skutek "błędu pilota"!
Nic dziwnego, że zarówno premiera Tuska, jak i cały Salon wprost zamurowało! No dobrze – zamurowało; każdego na ich miejscu by zamurowało – ale skąd aż taki brak koordynacji? "Maleńcy uczeni" ze stajni pana red. Adama Michnika w desperacji odwołali się do... teorii spiskowej, gratulując "Rzeczpospolitej", że "wyciągnęła zawleczkę" z prezesa Kaczyńskiego, stwierdzając u niego nieodwołalnie nieuleczalną infekcję smoleńską, którą ostatnio starał się on ukrywać, prezentując posiadanie przez PiS zdolności koalicyjnej. Najdalej posunął się pan red. Mirosław Czech, oświadczając, że Jarosław Kaczyński wypadł z systemu już "na wieki". Skąd pan Czech wie, że "na wieki" – doprawdy trudno zgadnąć, chyba że dopuścimy myśl, iż mógł powziąć tę informację z zaświatów. No dobrze – ale konkretnie skąd? A skądże by, jeśli nie od samego Stefana Bandery, któremu do łączności ze Związkiem Ukraińców w Polsce Belzebub od czasu do czasu uprzejmie pozwala skorzystać z gorącej czerwonej linii? Żadne lepsze wyjaśnienie nie przychodzi mi do głowy, a zresztą to nie jest aż takie znowu ważne, bo ważniejsze jest co innego. Skoro michnikowszczynie w przypadkach nagłych wolno odwoływać się do teorii spiskowej, to dlaczego ja miałbym sobie odmawiać tej przyjemności?
Odnotujmy tedy sugestie, że "Rzeczpospolita" tylko wyciągnęła zawleczkę z prezesa Kaczyńskiego. Rzeczywiście – wkrótce po ukazaniu się wspomnianych rewelacji prezes Kaczyński już expressis verbis wypowiedział oskarżenie o "morderstwo", w dodatku "niesłychane", co nawet powściągliwego Leszka Millera skłoniło do skrytykowania premiera Tuska za brak "polityki informacyjnej". Przekładając tę skargę na język ludzki, nietrudno dopatrzyć się w niej gorzkiego wyrzutu, że premier Tusk, a ściślej – te Moce, które wystrugały go z banana, nie przygotowały zawczasu wersji "antytrotylowej", w następstwie czego cały Salon na kilka godzin zapomniał języka w gębie.
Bo rzeczywiście, chyba nie przygotowały, ponieważ konferencja pana pułkownika Szeląga z Naczelnej Prokuratury Wojskowej, chociaż w założeniu miała stanowić popis profesjonalnej precyzji, była demonstracją nieprawdopodobnego bełkotu: występowania trotylu "nie stwierdzono", ale "trwają" badania "kilkuset próbek", na których wykryto "jony wysokoenergetyczne". Na gruncie teorii spiskowej nawet ten bełkot staje się jasny: na razie kryjemy cię, ty frędzlu, ale jak nie będziesz grzeczny, to już wkrótce znajdziemy taki trotyl, że w jednej chwili wylecisz w powietrze razem z tym całym "gdańskim desantem".
No dobrze – ale dlaczego w takim razie w ogóle ten cały trotyl się pojawił? Ano – generała Czempińskiego nie aresztuje się bezkarnie, podobnie jak zemsta, choć leniwa, może w końcu dosięgnąć również mocodawców seryjnego samobójcy generała Petelickiego. Ma swoją kryszę razwiedka w GRU, ale ci z SB też pewnie mają swoją i jak trzeba, to arystokracja pałkarska potrafi się odwinąć również arystokracji tornistrowej.
Krótko mówiąc, nie jest bezpiecznie; wojna buldogów pod dywanem wciąż toczy się ze zmiennym szczęściem, a jak powiadają wymowni Francuzi: a la guerre comme a la guerre – ofiary muszą być. Toteż zaraz po konferencji prasowej pana płk. Szeląga redakcja "Rzeczpospolitej" ogłosiła pokajanie, które następnie ze swojej strony wycofała, zaś pan red. Gmyz nie tylko swoje rewelacje potwierdził, ale nawet zapowiedział konferencję prasową. Czyż nie wskazuje to na jakieś chwilowe wsparcie, obietnicę jakiejś odsieczy? Ale, jak powiadają – fortuna variabilis, toteż już następnego dnia pan Wróblewski, naczelny redaktor "Rzeczpospolitej", oddał się "do dyspozycji Rady Nadzorczej", pan red. Gmyz na konferencji prasowej się nie pojawił, zaś w niezależnych mediach głównego nurtu funkcjonariusze poprzebierani za dziennikarzy z widoczną przyjemnością dają odpór fałszywym pogłoskom o obecności trotylu we wraku samolotu. Uczucie ulgi i zaangażowanie idzie tak daleko, że "Gazeta Wyborcza" wprost nie może nachwalić się nawet pana mec. Romana Giertycha, który, przeszedłszy na jasną stronę Mocy, zapędzał w kozi róg mecenasa Rogalskiego pytaniami, że skoro trotyl, to po co jeszcze sztuczna mgła? Jak to: po co? Wiadomo – po to, co zawsze: żeby patentowani Polacy niczego nie zauważyli! A tak, nawiasem mówiąc, czasy jednak się zmieniają. Kiedyś każdy szlachcic miał własnego Żyda, a teraz każdy Żyd ma swojego narodowca.


Stanisław Michalkiewicz

piątek, 26 październik 2012 22:29

Widziane od końca: Proszę czytać i płakać

Napisał

kumorANiedawne pobicie sklepikarza w Warszawie przez firmę ochroniarską pokazuje głębokość rozpadu państwa polskiego przekształcającego się w oddalone od siebie wyspy partykularnych interesów. Ich właściciele broniąc sfer wpływów, sięgają po coraz bardziej drastyczne środki. W sytuacji malejącej skuteczności dochodzenia praw w sądach poszczególne koterie wyposażają się w cały arsenał środków troski o żywotne interesy – od łapówek, wpływów w urzędach i ministerstwach, po quasi-policje, oddziały ochroniarskie i nielegalne zabezpieczenia w środowiskach zorganizowanej przestępczości.


Jest to współczesne wydanie XVIII-wiecznego szarpania państwowego sukna, kiedy to ustosunkowane rody magnackie, wykorzystując obce wpływy i utrzymując prywatne armie, rozwalały Polskę od środka.
Atak ochroniarzy zatrudnionych przez jedną ze stron sporu handlowego, przy biernej postawie policji, daje sygnał, że w dzisiejszej Polsce można liczyć wyłącznie na siebie. I ewentualna sugestia "telefonowania na policję" wygląda tak samo śmiesznie jak w państwie okupowanym – lepiej trzymać obrzyn pod ladą niż szukać pomocy na komisariacie.
Może zresztą chodzi o to, by Polacy przyzwyczaili się i pogodzili z myślą, że ich własne instytucje państwowe to atrapa, a prawdziwy porządek i bezpieczeństwo mogą im zagwarantować wyłącznie agencje ponadnarodowe – europejskie. Może, oprócz rozbuchanej prywaty, w tym szaleństwie jest metoda. Rozkład państwa, zwłaszcza w jego funkcji troski o poszanowanie prawa, to najsilniejszy impuls do stawiania sobie pytania, po co mi Polska? No bo... na co mi takie kabaretowe państwo?!
Paradoksalnie taką sytuację jako naród już kiedyś poznaliśmy. Nasze skaranie Boskie to nieszczęścia wynikające z utraty państwa w wieku XVIII; falujące od tych strasznych grzechów ówczesnych Polaków, którzy w ciągu kilku pokoleń z dumnych katolickich rycerzy przekształcili się w masońskich bawidamków, co to "wyobrażali sobie pod wolnością samowolę nielicznych a nieograniczone poddaństwo wszystkich innych...".
Tamten ciąg wydarzeń odbija się nam czkawką po ścianach Ojczyzny. W wielu polskich miastach pod koniec wieku XVIII i w XIX również panowały "dzisiejsze" nastroje – Polska nawet jako idea przestawała być politycznie nośna, pozostało umiłowanie kultury, szlacheckiego obyczaju i folkloru, na co panujące domy chętnie przystawały.


Krakowianie czy lwowianie, nawet za czasów II RP, z sentymentem wspominali Franza Josefa. Niektórym ówczesnym Polakom wystarczało, że pan był ludzki i dawał trochę pooddychać narodowym powietrzem, powspominać Alte Gute Zeiten, posarmacić przy kuflach miodu pitnego czy węgrzyna, by potem wiernopoddańczo lizać karmiącą rękę Wiednia.
W dowolnym podręczniku przeczytać można, że monarchia austrowęgierska oferowała Polakom "unijne"swobody. "Pod koniec lat 60. i na początku lat 70. XIX wieku Galicja otrzymała autonomię. Powołano do życia m.in. Sejm Krajowy i Radę Krajową. Do szkół, urzędów i sądów wprowadzono język polski. Zasiadający w rządzie minister – Polak – miał prawo opiniowania projektów postanowień mających związek z Galicją. Nie brakowało w rządzie ministrów polskich zajmujących się różnorakimi resortami, dwukrotnie zaś Polacy byli premierami. Również Polak stał na czele prowincjonalnej administracji Galicji. Powstawały liczne polskie organizacje polityczne"...
A to wszystko pod niepolskim protektoratem z niepolskim wojskiem w fortach. No więc jako naród mamy już za sobą powszechną zgodę na taką wersję polskości. Ona podobała się tak licznej zgrai, że gdy z Oleandrów ruszyła Pierwsza Brygada, to zdenerwowani ruchawką mieszczanie krakowscy wylewali na nią nocniki.
A mimo to i wbrew temu Polska powstała...


Czyli da się. Przyzwyczajono nas myśleć "demokratycznie", znaczy, przejmować się opinią większości, tymczasem często zdarza się, że rację mają nieliczni – czasem wręcz tylko pojedyncze osoby. I to one muszą kreślić wizję nowoczesnej Polsk; oczyszczonej z porozbiorowej świadomości, rozumiejącej działanie polityczne. Polska musi być atrakcyjna; to musi być projekt, który porwie młodych ludzi, pokazując im czarno na białym, jak bardzo im się państwo opłaca.
Żebyśmy nigdy nie pisywali już memoriałów, błagając obcych o protekcję.
Proszę czytać i płakać.


•••


Memorjał deputacji galicyjskiej o potrzebach kraju z roku 1790
Memorjał ten, wręczony cesarzowi Leopoldowi II podpisany przez Stanisława ks. Jabłonowskiego, Mikołaja hr. Potockiego, Józefa Maksymiljana hr. Ossolińskiego, Jana hr. Bąkowskiego, Piotra Zabilskiego i Jana Batowskiego.


...Bez przesady można powiedzieć, że Galicja, która dawniej Wisłą, Bugiem i Sanem wywoziła wielką część swoich produktów na targi nad Bałtykiem popadła obecnie w zależność od sąsiadów nawet co do warunków egzystencji a pozbawiona zupełnie handlu wywozowego, sprowadza artykuły żywności z Polski, inne zaś przedmioty potrzebne do codziennego życia z innych prowincji monarchji, wskutek czego znany jej jest tylko najgorszy rodzaj handlu, tj. handel przywozowy. Rolnictwo, ta silna podstawa bogactwa krajowego w państwie, a jedyne źródło bogactwa w kraju rolniczym, zupełnie upadło w Galicji.
Jej ludność zmniejsza się widocznie z dnia na dzień, pieniądz odpływa z niej do zagranicy, odsetki od kapitału idą w górę, wartość dóbr spadła, a z tych co w chwili rewindykacji uchodzili za majętnych, dziś zaledwie niektórzy dobrze się mają. (...) Obywatel, odsunięty od wszelkiej funkcji w administracji, stał się obcym we własnej ojczyźnie, nie może ani dostąpić zaszczytu służenia krajowi, ani znaleźć sposobu dopełnienia najwyższych obowiązków wobec kraju i swojego monarchy.
Stany są tylko cieniem, przedstawiającym faktycznie unicestwiona narodowość, a wskutek błędnej organizacji nie są nawet w stanie u stóp tronu wyrazić żalów i zwątpienia całego narodu...
(...)
Nie mniej smutnem jest to, że zaufanie mające łączyć członków państwa z rządem, zostało od chwili, gdy on nie dopełnił wielu zobowiązań zaciągniętych wobec poszczególnych obywateli, tak zachwiane, iż nawet najkorzystniejsze jego propozycje przyjmowane są z nieufnością. Ustawy dawne pozostają bez mocy, a ponieważ nowe nie są wcale zastosowane do fizycznych i moralnych potrzeb kraju, ani nie zostały dotąd pod innymi względami skrupulatnie ze stosunkami rozważone, gdy za jednym zamachem obalono dawne urządzenia, jak wiele przyczyniać się musi do dowolności niższych organów brak ścisłości w rozporządzeniach, mnogość zakazów rozmaitych i niestałość systemów!
Najlojalniejszy obywatel nie zdoła uniknąć tego, żeby nie stał się winnym jakiego przekroczenia. Władza wykonawcza nie jest wprawdzie dość silną, aby utrzymać w mocy ustawę szkodliwą dla całego kraju, ale aż nadto jest silną, gdy chodzi o jej przeparcie na udręczenie jednostki. Jest to niewątpliwie najsmutniejsze położenie społeczeństwa, jeżeli ustawa, mająca jak tarcza osłaniać spokojnego obywatela, zostaje przeciw niemu skierowana, jakby broń zaczepna, jeżeli urzędnicy, powołani do wykonania najwyższej woli, przez interpretacje ustaw uzurpują dla siebie niejako władze ustawodawczą, gdy wreszcie sami urzędnicy mogą nadto jeszcze zaostrzać surowość rozporządzeń dokuczliwością osobistych charakterów.
Toteż w takiem stanie rzeczy istotnie jesteśmy wystawieni na despotyzm urzędników cyrkularnych i wydani na pastwę tłumu komisarzy. Nawet sądownictwo powiększa brzemię ciężarów. Nie rozwija ono dostatecznej siły, aby zabezpieczyć własność i wolność obywateli, aby osłaniać i bronić niewinnych. Przemożna w kraju juryzdykcja polityczna przygniata powagę sądownictwa. Nasze dolegliwości wzrastają nieustannie, a spraw pańszczyźniana doprowadziła je do szczytu....
Takim jest smutny, ale prawdziwy opis naszego położenia. Tylko mądrość Waszej Cesarskiej Mości może ustrzec wiernych poddanych od ruiny grożącej z anarchji, której na pastwę jesteśmy oddani". 


•••


Tak było 200 lat temu, i coraz bardziej tak jest dzisiaj, kiedy "tylko mądrość Brukseli ustrzec nas może od ruiny grożącej z anarchii... ".
Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany niedziela, 04 listopad 2012 08:49
piątek, 26 październik 2012 15:54

Zdjęcia polskiego ubóstwa – Gabriela Zimmer

Napisane przez

 

RatajewskaGabriela Zimmer, czyli Gabriela Pokój. Jej nazwisko znaczy po polsku "pokój" w mieszkaniu, nie taki "pokój" na świecie. W języku polskim mamy tu nieścisłości, bo nasze słowo pokój ma dwa znaczenia.
I ten pokój w domu, który ma cztery ściany, i ten pokój na świecie, który ścian nie ma… chyba nie ma. To zależy, czy świat jest ograniczony. Ja tego nie wiem, a wy? Kończy się ten nasz świat gdzieś?


Ta pani, ta Niemka Gabriela Zimmer od wiosny tego roku urzęduje w Unii Europejskiej. Z ramienia partii lewicowej. Są tam dwa jakieś odłamy. Interesują ją tematy ubóstwa w Unii Europejskiej. Ostatnio zamieściła zdjęcia z naszego polskiego podwórka. A nasze podwórka są różne – są wykaflowane, takie mają bogaci, i są zaśmiecone, takie mają szczególnie biedacy. Bo biedak biedakowi nie jest równy. Są biedacy skromni i bardzo czyści, takich jest w Polsce wielu. Bezdomni w ogóle nie mają podwórek.
Więc uciekam od tematu podwórkowego, bo nie jest dobry.
Pani Gabriela wypatrzyła biedę w Polsce. Ona, z tak daleka, z innego kraju ją wypatrzyła. Bo ona po prostu patrzyła. Jeśli ktoś patrzy, to i widzi.
Nasi w kraju są oburzeni, bo oni z bliska, od siebie, żadnej biedy nie widzą. Na ulicach ludzie ubrani znakomicie, kto to wie, gdzie te stroje kupili? My wiemy, w szmateksie.
No to Polacy nie są tacy biedni, ubrać się mają w co. Czasami lepiej wyglądają niż Zachód. Wyraźnie widać, że są szczuplejsi. Buty na nogach też mają. To widzimy na ulicach, polskich ulicach. A czy mają coś w żołądku, tego nie zobaczymy. Kto tu głodny, a kto syty... kto je drogo, wartościowo, a kto żywi się samymi ziemniakami. Kto ma długi, a kto nie. Kto ma oszczędności i kasę na koncie, a kto nie ma złamanego grosza, tego też nie widzimy. A mimo to, ta pani biedę pokazała, polską biedę.
Nie widziałam, niestety, tych zdjęć. Ale jak w roku 2003 pojechałam do Łodzi na wesele i nocowałam u wujka, który mieszka w Łodzi na dużym osiedlu, to rano obudziły mnie hałasy ze śmietnika. Wstałam i patrzyłam zdziwiona na ludzi tam buszujących… takiego widoku z mojego miasteczka na zachodzie Polski nie widziałam może i dlatego, że u nas biedniejsze są śmietniki. Bo i tak może być.
Tak, bieda w Polsce jest. Na pewno w Warszawie mniejsza niż w Łodzi. Są ludzie, którzy nie mają środków utrzymania. Są rodziny, które nie mają na chleb i wcale niewielodzietne... Są dzieci głodne. I dużo jest ludzi głodnych w Polsce. I dobrze, że pani Gabriela Zimmer tę polską biedę zauważyła. Trzeba polepszyć byt naszego narodu. Ludzie biedni, nie wstydźcie się swojej biedy.
Niech bogaci, którzy są przy władzy, dostrzegą polskie głodne dzieci w polskich superubogich rodzinach, którym żadna pomoc społeczna nie jest w stanie pomóc, bo nie ma na to środków. Za mało ma środków.
Nie oburzajmy się na panią Gabrielę Zimmer. Ja wiem, że my nie chcemy wracać do socjalizmu, do komunizmu, bo to już było… Ale to było przy tych drugich sąsiadach.
Krzyczmy głośno, Polacy, tak jak Grecy… nam też trzeba pomóc. Nasze społeczeństwo dusi się, już koniec zaciskania pasa!
Nie pokazujmy światu, jacy jesteśmy bogaci, jeśli jesteśmy biedni. Nie pokazujmy światu, jacy jesteśmy wspaniali, jeśli tak nie jest. Polska potrzebuje pomocy. Nie możemy wspierać innych krajów europejskich, gdzie bieda, jeśli u nas bieda jeszcze większa.
To nasi politycy się chwalą i polskiej biedy nie chcą widzieć. Dobrze być politykiem w Polsce, na pewno po śmietniku nie trzeba grzebać. Co zrobić, żeby być długo politykiem? Trzeba nie wykazywać minusów, tylko same plusy.
I dlatego polscy politycy chwalą się Polską.
• • •
Od tygodnia jestem znów w Niemczech. Zostawiłam kłopoty domowe mężowi, zostawić musiałam moją rodzinę i przyjechałam w całkiem nieznane mi miejsce. Jest to połowa małego wiejskiego domku, z trawiastym ogrodem i czterema jabłoniami. Jabłonie te są skarbem chyba, bo przyszły dwie panie, Niemki, pomagały przez dwie godziny zrywać jabłka, wchodziły nawet na drabiny. Jako zapłatę otrzymały spady. Widać było, że tak jest od lat.
Pogoda była słoneczna i wyciągnęłam dla pani starszej, ona ma 93 lata, plastykowy fotel ogrodowy. Ona lubi komenderować, więc zadowolona siedziała sobie w cieple, na słoneczku. Potem to wspominała ze dwa dni, dziękowała za mój pomysł. Pomysł mój był prosty. Po co ona ma siedzieć w domu, jak piękna pogoda. Ale ona ma zawroty głowy, więc stać nie może.
Niemki pięknie poukładały jabłka w skrzyneczkach i pani starsza ma za spady robotę zrobioną. Ja nie wchodziłam na drabinę, tylko je asekurowałam. Przyjechałam tu opiekować się starszą panią, nie mam też tak dobrego ubezpieczenia jak Niemki. Muszę też zarabiać pieniądze na rodzinę, a nie wchodzić na drabinę. O, jak mi się zrymowało! Na początku mojej pracy opiekunki w Niemczech, trzy lata temu, nie byłabym taka roztropna, wyrachowana, można by powiedzieć. W pierwszym domu niemieckim, a był to olbrzymi dom, pomyłam wszystkie okna. A były to wielkie okna, do samego sufitu. Mogłam wypaść, niebezpieczne to było. Zrobiłam to z nudów, z tęsknoty za moimi dziećmi, za mężem, za Polską. Tylko robota zabijała wtedy myśli o najbliższych. Nie byłam przyzwyczajona do rozłąki. I chyba tak nie powinno być, żeby matka pięciorga dzieci musiała wyjeżdżać za chlebem do Niemiec.
Ostatnie trzy małżeństwa niemieckie były podobne. Byli to wykształceni ludzie, w wieku średnio 85 lat i bardzo oszczędni. Nigdy nie zapomnę wzroku Niemki, jak poprosiłam o jajko na śniadanie. Jak mogłam chcieć jajko, jak oni i ich synowie, nawet jak byli młodzieńcami, tylko jedli na śniadanie chleb z dżemem i masłem. Tak było zawsze i tak musi być. Ale za moimi plecami stanął dziadek niemiecki, mąż tej pani, któremu pomysł na jajko bardzo się spodobał. Pani starsza niemiecka aż płakała potem i wymówki mu robiła.
Ale jestem teraz przy jednej starszej pani, na wsi, mam Internet, mam telewizor w pokoju i mam takie alarmowe połączenie, a właściwie podsłuch. Jestem na górze i słyszę wszystko, co robi starsza pani. W dzień i w nocy. Słyszę każde kaszlnięcie. Poprzedniej opiekunce bardzo to przeszkadzało. Już więcej tutaj nie przyjedzie, zapowiedziała.
Mnie nie przeszkadzało do wczorajszej nocy, gdy chodziłam do niej dwa razy nad ranem, a ona mówiła chyba przez sen, bo zastawałam ją śpiącą. Potem już nie mogłam zasnąć, słyszałam zegar w jej pokoju, wybijający godzinę – czwartą, piątą... Następna noc znów była spokojna.
Pani jest właściwie zdrowa, tylko źle widzi. Światła muszą być wszędzie pozapalane i każda najdrobniejsza rzecz na swoim miejscu. Moje rzeczy mają nie przeszkadzać i nie zmieniać nic w otoczeniu. Moja szczoteczka do zębów stoi więc na półce pod sufitem, ręcznik mam brać do swojego pokoju itd.
Cały tydzień się wszystkiego uczyłam. I teraz już wszystko wiem. Nie mogę włączyć prania, bo pralką ona rozporządza. Jej siostrzeniec przeegzaminował mnie z moich umiejętności jazdy samochodem. Jako pierwsza z opiekunek zdałam, nawet powiedział starszej pani, że bardzo dobrze jeżdżę. Pomimo to pani klucza jakoś mi nie chce dać. Jeżdżę na zakupy do sąsiedniego małego miasteczka na rowerze. Rower jest superstary, muszę każdorazowo przed jazdą pompować przednie koło, z tyłu po bokach wiszą czarne torby, zamykane na zamek. Wczoraj trochę zmokłam. Dobrze, że wzięłam z Polski kurtkę z kapturem i taką ciepłą opaskę – taki komin. Zakłada się to na szyję, a można też zaciągnąć na głowę i nawet na czoło.
Fajnie mi się jechało, pomimo siąpiącego deszczu, samochody mnie mijały, ja mijałam kolejne laski i pola... Tak, tutaj są uprawne pola. W Polsce to widok rzadki, przynajmniej w moim popegeerowskim terenie. Unia dopłaca rolnikom za trzymanie łąk i odpowiednie ich koszenie. Dopłaca się np. za koszenie od środka i idąc ślimakiem na zewnątrz, bo wtedy wszystkie myszki, szczurki czy kreciki mogą sobie pouciekać.
Tutaj nikt nie oszczędza na moim jedzeniu. Od razu, pierwszego dnia otrzymałam pieniądze na zakupy, a także kieszonkowe. Za kieszonkowe chciałabym kupić czarną walizę, która widziałam przecenioną w markecie. Ale jak ją przywieźć na tym rowerze, musiałabym czymś przywiązać… Nie wiem, jak długo moja stara waliza wytrzyma comiesięczne wojaże i przeładowywania.
Pani starsza niemiecka nigdy nie była mężatką ani nie miała dzieci. Była córką posiadaczy ziemi. W czasie wojny przybyło tutaj dwóch młodych Francuzów na roboty. Pracowali tu kilka lat. Potem, po wojnie, jeden z nich naraz pojawił się tutaj przed drzwiami, zaprosił starszą panią do siebie, do Francji. Pojechała, ale zastrzegła, żeby wynajął jej hotelik. Była tam trzy tygodnie.
Wieczorem mielę dwie łyżki pszenicy – bardzo dokładnie, i zalewam wodą. Rano dodaję do tego mleka, gotuję to w szerszym garnuszku z wodą. Wtedy się nie przypali. Garnuszek wkładam w garnuszek. Taka chemiczna łaźnia wodna. Ona to je przed umyciem się, przed właściwym śniadaniem.
Na obiad zawsze ziemniaki i na śniadanie też zawsze ziemniaki. Ja mogę sobie gotować, co chcę. Nie korzystam z tych możliwości, kupiłam sobie śliwki suszone, orzechy włoskie i pogryzam.
Po ziemniaczanym tygodniu ziemniaków mam już dość. Może by kupić jakiś makaron czy ryż? Ale nie chce mi się specjalnie dla mnie gotować. Mam pyszny razowy chleb. Wypatrzyłam go w piekarni, jak kupowałam zamówiony chleb jęczmienny dla pani.
Pierwszy raz widzę osobę, która tak rygorystycznie wręcz podchodzi do swojego jedzenia. Obiad ma być zawsze na 12, dzisiaj ziemniaki i fasolka szparagowa. Obok kładę maselniczkę z masłem i pani sobie sama to masło dawkuje.
Prawie ze sobą nie rozmawiamy przy jedzeniu. Nie można jej rozpraszać. Mam przy sobie kawałek gazety i sobie poczytuję i czekam, aż ona skończy. Dzisiaj wyczytałam, że jakiś tutejszy człowiek, czyli Niemiec, 59-letni zauważył rannego ptaka w gąszczu. Chciał mu pomoc, ptak nie zrozumiał, że to pomoc, i zaatakował tego pana, uczepił się jego ramienia. Nie mogli go odczepić sanitariusze, cały wieczór trwało rozdzielanie ich. Dopiero półgodzinna praca weterynarza dała efekty. Chciałam to opowiedzieć starszej pani, ale nie umiała się skupić na moich słowach. Przeczytać też nie mogła, bo źle widzi.
Dzisiaj urodziny starszej pani. Rano przyszedł ktoś z władz tego regionu rolniczego. Młody człowiek, bardzo grzeczny. Rozmawiał z panią prawie godzinę. Pani opowiadała mu, jak teraz aktywnie żyje.
I przed domem siedziała na fotelu, jak zrywano jabłka, i codziennie teraz spaceruje po południu, aż inne sąsiadki też zaczęły wychodzić z domu. Mogą się pospotykać, porozmawiać jak wczoraj. To mnie cieszy. Spacerują zazwyczaj ludzie w miastach. Tu, na wsi, każdy ma swoje obejście.
Pan ten przyniósł duży kosz, a w nim kwiaty słonecznika, trzy różne puszki z mięsem, miód, duży kawałek kiełbasy i kawałek mydła szarego w folii z wstążeczką. Władze regionu każdemu składają życzenia co 10 lat, a ludzi ponad 90-letnich odwiedzają co roku. Miło więc tutaj. Zupełnie inaczej niż w Polsce. Ludziom wiele do szczęścia nie potrzeba. Tylko to minimum im zapewnić. Żeby mieli najtańsze jedzenie, na leki i na opłaty. A tego w Polsce ludzie nie mają.
Jakiś plan zagospodarowania ludzi byłego socjalizmu na pewno jest. Jeśli nie może ich wykorzystać rodzima ziemia, trzeba ich zmusić, aby dobrowolnie wyruszyli na inne ziemie, za chlebem. Będą tam pełnić służalcze funkcje, wtapiać się w luki. Tam, gdzie praca jeszcze jest.


Wanda Rat

piątek, 26 październik 2012 15:42

Pamięć o Borodino

Napisane przez


braungChciałbym przypomnieć o pewnej rocznicy, która mija. Mija sobie tak powolutku, tu nie chodzi o jedną konkretną datę dzienną, tylko chodzi o tę jesień-zimę. Mianowicie dwieście lat temu, wspomnijcie państwo, co robili Polacy dwieście lat temu równo. Szli na Moskwę. W pierwszych dniach września rozegrała się krwawa, jedna z najkrwawszych w dziejach bitew, w historiografii rosyjskiej to się nazywa bitwa pod Borodino, w polskiej historiografii mówi się bitwa pod Możajskiem, a Francuzi mówią po prostu bitwa o Moskwę, bo też rzeczywiście była to bitwa o wejście do Moskwy.
W tej bitwie zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, a następne dziesiątki tysięcy odniosły rany. Wśród tych rannych pod Borodino/Możajskiem był jeden z praszczurów mojej mamy, poeta preromantyczny Wincenty Reklewski. Pod tym Możajskiem strzelał z armaty, był bowiem artylerzystą, pod Smoleńskiem awansował na podpułkownika, a pod Możajskiem vel Borodino kula go nie minęła, został ranny, umarł jakiś czas później z ran w tej bitwie odniesionych w lazarecie w Moskwie. Przypominam go sobie w tych dniach często. Myślę o tym, jak to w tych dniach dwieście lat temu równo tam w tym lazarecie dogorywał, mając ciągle nadzieję, że jeszcze do Polski wróci.


Ale dlaczego chcę państwu przypomnieć o tych smutnych wydarzeniach, no bo na koniec one bardzo smutne były. One były może nawet i wesołe, kiedy się na tę Moskwę ruszało, jak to nam opisuje Adam Mickiewicz w jednej z ostatnich ksiąg "Pana Tadeusza" – Rok 1812. I wtedy na wiosnę 1812 – "O roku, kto cię widział w naszym kraju" – no to właśnie entuzjazm i zapał, Księstwo Warszawskie dało przecież prawie 100 tys. żołnierza na tę wojnę, którą dla zbałamucenia nas, co tu dużo mówić, nazwał Napoleon wojną polską – bo myśmy myśleli, że Polskę wywalczymy w tej wojnie. Ale minęły miesiące i trzeba było wracać spod tej Moskwy w strasznym odwrocie. Polacy dzielnie stawali, aż do ostatka osłaniali tę przeprawę przez Berezynę w odwrocie.


Ja, myśląc w tych dniach i tygodniach o tej wędrówce do Moskwy, sięgnąłem troszeczkę do pamiętników z tamtych czasów. Wspomniany wyżej Wincenty Reklewski zostawił różne wiersze, nie zostawił pamiętników. No więc czytając pamiętniki innych, wyobrażam sobie tę jego wędrówkę i ten jego los. I w jednym pamiętniku trafiłem na scenę, którą tutaj chciałbym państwu przytoczyć.
Otóż, opowiada pamiętnikarz, kawalerzysta dla odmiany, niejaki Michał Jackowski, który razem z polską jazdą podążał na tę Moskwę, o tym, jak to po drodze wysłany został dla zdobycia furaży gdzieś tam w bok i napatoczył się na rosyjskiego chłopa, którego pozdrowił w imię Boże. Na co się chłop rosyjski rozkrochmalił i Jackowskiemu w rezultacie uratowało to życie.


To jest taka historia troszeczkę jak opowieści Kaprala z III części "Dziadów" Mickiewicza. Kapral opowiada tam, jak to właśnie w Hiszpanii dzięki temu, że się zadeklarował jako katolik, ocalił głowę wśród różnych Francuzów bezbożników, którzy ani Pana Jezusa, ani Jego Matki uszanować nie potrafili, za co im hiszpański karczmarz życie odebrał. Więc taka historyjka w tych pamiętnikach. Ważny kontekst, że cała ta armia napoleońska na Moskwę podążająca to była właśnie z punktu widzenia różnych pobożnych nie tylko chłopów rosyjskich po prostu armia bezbożników, to była armia rewolucyjna, to była armia, której trzon stanowili ludzie, którzy za rewolucji francuskiej przykładali często dosłownie ręki do eksterminacji katolików, kleru katolickiego. To była armia, która po drodze bardzo wyraźnie deklarowała siebie jako rewolucyjna.
W tym Wrocławiu, z którego ja do państwa gadam, urządzili np. stajnię w kościele Bożego Ciała. W ogóle chętnie żołnierze napoleońscy przemieniali kościoły w stajnie, dopuszczali się rabunków, gwałtów. W związku z tym biedni polscy chłopcy, którzy jeszcze nie całkiem przeszli pomyślnie masońską obróbkę i jeszcze nie całkiem stali się bezbożnikami, oni dla tych rosyjskich chłopów, którzy po drodze im się napatoczyli, stanowili jakąś miłą odmianę. I tak pisze ten Jackowski, ile razy więc zdarzyło się, że Polak przemawiał po ludzku, religijnie i zrozumiale, zadziwienie Moskala było więcej niespodziewane i przyjemne.


Z wypowiedzi Grzegorza Brauna podczas spotkania zorganizowanego przez redakcję "Tajnych Kompletów" w niedzielę 23 września w Mississaudze.

W najbliższą niedzielę Grzegorz Braun będzie w Toronto osobiście