Goniec

Register Login

piątek, 03 sierpień 2012 16:10

Opozycja patriotyczna czy antypaństwowa?

Napisane przez

janszczepankiewiczJako Polacy żyjemy obecnie w niezwykle przyjaznym czasie i spokojnym miejscu, co sprzyja wzrostowi tak duchowemu, jak materialnemu każdego pracowitego, a przy tym pozytywnie nastawionego człowieka.

Pierwsze pokolenia urodzone w czasie pokoju, od ponad dwóch dekad wolne są od bezpośrednich przymusów, gróźb biologicznej degradacji oraz niezawinionych, a gigantycznych w swoich rozmiarach strat materialnych. Nikt nie upuszcza nam krwi, nie ma zsyłek na Sybir, frontowych zniszczeń, konfiskat, nacjonalizacji czy obcych wojsk stacjonujących w granicach kraju. Nie musimy już być "europejskim przedmurzem" ani "najweselszym barakiem" w wykreowanym przez Jałtę obozie azjatyckich demoludów.
Cywilizacyjnie wystarczy, że zachowamy się adekwatnie do sytuacji, tzn. nie damy z jednej strony przekonać do porzucenia dającej przewagi dobrze rozumianej tradycji, a z drugiej przerobić na postępowe zwierzątka pielęgnujące swe ekonomiczne wady pod egidą socjalistycznego systemu.
W kwestii stricte materialnej wypada jedynie zaakceptować konieczność ciągłej pracy nad sobą oraz podjęcia rywalizacji w zmiennych warunkach europejskiej integracji oraz mającym nieodwracalne skutki otwarciu globalnym. Tu każdy pilnuje swego i trzeba zwyczajnie sprostać.
W połączeniu z niespotykanym bezpieczeństwem życiowych realizacji wystarczy zatem, byśmy potrafili kreować kompetentną władzę państwową, dobrze zaopatrywać swoje rodziny, kształcić dzieci, dbać o zachowanie tożsamości oraz na miarę indywidualnych predyspozycji bogacić się i stawać moralnie lepszymi.
Mamy do tego warunki najlepsze od 300 lat!


Tak pozytywny przekaz powinien szybko zastąpić powszechne dziś narzekanie, wstydliwie wypełniające sporą część naszej publicznej przestrzeni.
Dziadowski defetyzm oraz postawy roszczeniowe upośledzają bowiem możliwość osiągnięcia osobistego sukcesu, podobnie jak wybór socjalistycznego modelu państwa odbiera szanse rozwoju kraju i dławi konkurencyjność w wymiarze zewnętrznym.
Polacy muszą nawiązać do tych tradycji, które dawały im siłę w czasach Pierwszej Rzeczypospolitej, tzn. odrzucić kompleksy "ubogich krewnych" oraz ciągoty do zawłaszczenia spraw z definicji wspólnych, jakie wciąż ciągnie za sobą "patriotycznie" zorientowany, ale do szczętu zepsuty homo – peerelus.
Pojęcie "mediów polskojęzycznych" stanowi typowy przykład podejścia z założenia negatywnego do wszystkich poglądów i zjawisk, których nie uważamy za swoje, a które chcemy na siłę zastąpić "jedynie polskim", czy też "jedynie katolickim" przekazem. Przekazem bardzo często intelektualnie niehigienicznym, formalnie ułomnym, zaś w kwestii opisu rzeczywistości nieprawdziwym, jakiego znakomita większość współcześnie aktywnych rodaków nigdy nie zaakceptuje.
Najłatwiej przecież jest "kochać" Polskę i Kościół w czasach demokratycznych swobód, kiedy to "patriotyczne hobby" stało się całkiem bezpieczne, by nie powiedzieć w niektórych przypadkach bezkarne.
Trudniej jest podnosić wiedzę, pożytecznie pracować, płacić podatki, dogadać się z własną rodziną, nie drzeć kotów z bogatszym sąsiadem, nie szukać winnych za własne niepowodzenia…
Wygodnie też kochać zmarłych, bo ci nie mogą się odciąć od psychiatrycznych wygłupów swoich dzisiejszych "fanów", ani tłumaczyć publicznie, co mieli na myśli, pisząc ważne na tamten czas słowa czy inicjując powstanie znaczących ruchów.
Świetnym pomysłem na rozwalanie wszystkiego jest przekonanie, że skoro nasze "elity patriotyczne" zginęły w Katyniu czy pod Smoleńskiem, to ich pamięci posłuży uliczny eksces niedoceniony przez media "polskojęzyczne", ale za to ze śmiertelną powagą celebrowany przez te "jedynie polskie".
W takim to właśnie kontekście należy zwrócić uwagę na zjawisko zdziczenia polskiego patriotyzmu w wersji kontestacyjnej, który nie dość że daje nieprawdziwy obraz kraju, co szkodzi ewidentnie naszym interesom, to jeszcze pragnie za wszelką cenę zaszczepić w umysłach najsłabszych poczucie beznadziejności, robiąc głównie staruszków tym razem nie "na wnuczka", ale "na Polskę" .
Na nic się zdadzą patriotyczne hasła w sytuacji, gdy demonstracja "polskości" w koszmarnych formach zaczyna gorszyć większość normalnie żyjących i pracujących obywateli Rzeczypospolitej.
Opatrzone pieczęcią "Prawdy" serwisy informacyjne mediów "jedynie polskich" treścią i formą przypominają relacje z frontu albo co najmniej opis obszarów dotkniętych klęską.
Żyjące dziś w politycznej symbiozie zła starość i postzwiązkowe lewactwo niczym chwast wytłamsiło wszystko, co nosić mogło miano rozumnej prawicy, mianując się nią przewrotnie, by kosić kasę z podatków praktycznie bez opozycji.
W "patriotycznych" przekazach giną gdzieś sfera codziennej pracy i znika z pola widzenia normalnie żyjący Polak. Niewarte zauważenia zdają się gwarne ulice, na których pełno jest pięknych kobiet i dobrych aut, czy rozpieszczane dziś dobrobytem dzieci solidnie pracujących rodziców.
Nikt nie chce widzieć starannie odnawianych zabytków ani jeszcze niedawno zapyziałej do bólu prowincji, której ulice, świątynie oraz domostwa z roku na rok coraz bardziej jaśnieją równą nawierzchnią, wymienionymi oknami i świeżym tynkiem.
Adresatami przekazu "opozycji patriotycznej" są bowiem dzisiaj osoby, których od lat nic już nie cieszy, a satysfakcję czerpią wyłącznie z niefartu innych. Pakietowane grupy złych starców stanowią coraz cenniejszą zdobycz w sytuacji, gdy mądrych ludzi obrzydza styl polityki, jaki pod szyldem "patriotycznej prawicy" proponują polskiemu wyborcy ich dysponenci.
Opozycja budująca nieprawdziwy, bo przesadzony w każdym niemal calu wizerunek "totalitarnego" kraju, upadającej gospodarki i głodujących z niezawinionej nędzy rodziców polskich dzieci przestaje spełniać rolę, jaką przewiduje dla niej system demokratyczny.
Taka opcja staje się piątą kolumną we własnym państwie i przedstawiając same niepowodzenia, szkodzi polskiej racji stanu w każdym z jej wymiarów.


Z życia publicznego Polacy czym prędzej powinni się pozbyć ludzi "uprawiających politykę" rozumianą głównie jako walka o przywództwo w opcji i ciąg personalnych wojen.
Patrząc na polityczne kanty ostatnich dekad, zdaje się jednak, że Polakom łatwiej jest improwizować, bojkotować, strajkować, narzekać i modlić się o "Ojczyznę wolną" w sytuacji wojen, niewoli, kryzysów oraz beznadziei, niż posiadany już zakres narodowej swobody mądrze wykorzystać bez niepotrzebnych, a zawinionych szkód.


Czy Polacy potrafią zatem docenić korzystną odmianę losu? Czy zdają sobie sprawę z tego, jak wiele zależy dzisiaj od nich samych? Czy wreszcie nauczą się rządzić we własnym demokratycznym państwie oraz świadomie uczestniczyć w życiu publicznym, wybierając miast politycznych hochsztaplerów merytorycznie sprawnych rzeczników swojego interesu?
Nie możemy narodem "bywać" z okazji chwil wielkich i smutnych, musimy natomiast dojrzeć do codziennej dbałości o własne narodowe państwo, wbrew partykularnym interesom wielu aktorów, fundujących nam także "opozycyjne" demolki na scenie politycznej III RP.
Jan Szczepankiewicz
Kraków, 23 lipca 2012 r.

piątek, 03 sierpień 2012 15:44

Wymarsz Pierwszej Kadrowej – 6 VIII 1914

Napisane przez

wasniewskiW lutym 1914 roku w swoim odczycie w Towarzystwie Geograficznym w Paryżu Piłsudski powiedział: "Problem niepodległości Polski zostanie rozwiązany tylko wtedy, jeżeli Niemcy podbiją Rosję i z kolei sami zostaną pobici przez Francję. Naszym obowiązkiem jest uczynić wszystko dla osiągnięcia tego celu, w przeciwnym bowiem wypadku będziemy skazani na długą, niemal beznadziejną walkę…".

W lipcu 1914 r. był przekonany, że wojna wybuchnie lada dzień. W związku z tym zaczął przygotowywać swe oddziały do mobilizacji. Piłsudski był realistą, widział rzeczy takimi, jakimi są, bez żadnych upiększeń.


Wojnę widział jako drogę do zdobycia przez Polskę niepodległości, a do zaborców odnosił się w zależności od tego, jaką rolę mogli oni odegrać w tej drodze. Spośród zaborców jedynie Austria dawała jako taką gwarancję, że nie będzie przeciwstawiała się polskim aspiracjom niepodległościowym.
Na zjeździe legionistów w Krakowie w sierpniu 1922 r. przemówienie swoje potraktował jako sprawozdanie ze swych ówczesnych decyzji i działań złożone wobec tych, którzy wtedy z nieograniczonym zaufaniem oddali się do jego dyspozycji: "Panowie, jesteście żołnierzami, więc wiecie, co to jest poczucie bezsilności wobec wroga , jakie to upokarzające, jakie to hańbiące, jak to robi człowieka niezdatnym do pracy… Rachunek robiłem w sposób następujący: polityka każda i praca jest oparta na prostej, brutalnej zasadzie »do, ut des« – daję abyś i ty mnie dał, gdzie robić trzeba wysiłki, ażeby zwyciężyć i wówczas warte jest tylko to, co zwycięstwu pomaga, a bez wartości jest to co ani ziębi ani grzeje... Z góry sobie powiedziałem, że to rachunek nadzwyczajnie zawodny. »Do, ut des«. Więc cóż ja bezsilny dać mogę? By chcieć się wmieszać do wojny, trzeba reprezentować jakąś siłę, jakąś wartość, a wartości wszystkie były w rękach zaborców.


Drugą rzeczą, którą na podstawie zimnego rachunku można było dać temu czy innemu zaborcy, to pozyskać Polaków, będących na służbie u innego, no powiedzmy to otwarcie, zwyczajną pracę szpiegowską. Lecz na to pójść nie chciałem, tu przeszkodą dla mnie było poczucie mojej osobistej bezwartości do takiej pracy i powiedziałem sobie: nawet gdybym to dawał, tobym tego zrobić nie potrafił, więc cóż ja dać mogę?
Oto pytanie, proszę panów, i zdecydowałem się w tym wypadku dać to co wydawało się najtrudniejszym: dać uzbrojone ramię żołnierza, który w dodatku zarobić sobie musi przez ciężki trud na miano żołnierza nie tylko u obcych, ale i u swoich. Droga najtrudniejsza, najbardziej wątpliwa i najbardziej niemiła dla wszystkich zaborców...


Oto mój rachunek, który paru bardzo oddanym ludziom otwarcie powiedziałem: Niemcy ze swoją żelazną organizacją, ze swoją wściekłą maszyną chwycą od razu wszystko co jest zdatnym do wojny, cały materiał ludzki zostanie zużyty na cele wojny; powiedziałem sobie – Polakom tam nic innego nie zostanie, jak tylko być złym żołnierzem. Rachować i liczyć na jakąkolwiek budowę tam byłoby, zdaniem moim, po prostu złudzeniem, nic stamtąd mieć nie mogę. Myśląc o Rosji, miałem z góry pewność, że prośba tego rodzaju napotkać musi od razu na wielkie przeszkody, nie tylko moralno-państwowe, ale przede wszystkim na wielkie przeszkody w wewnętrznym poczuciu siły państwa, siły i wartości w stosunku do swych poddanych. Toteż z góry przy rachowaniu liczyłem: ta rzecz nie może być zrobiona w Rosji, bo Rosja na to nie pójdzie.
Została mi tylko Austria, najsłabsza, wobec tego najłatwiejsza do gadania, chociażby nawet metodą tzw. austriackiego gadania... Proszę panów, rozmowy, które prowadziłem z przedstawicielami wojskowych władz austriackich, sięgają bardzo dawnych czasów sprzed 1914 r., albowiem i oni byli w różnych ruchach i różnych koncepcjach i ja miałem interes w tym, żeby o najrozmaitszych rzeczach także wiedzieć.
Mogę panom śmiało i z zupełnym spokojem powtórzyć te dumne warunki, które postawiłem przed 6 sierpnia: żądam od was tylko broni, nie możecie ze mną wejść w układy polityczne, możecie lub nie możecie polegać na mej odpowiedzialności, że was nie zdradzę, to jest rzecz wasza. Dajcie mi broń, pieniędzy od was nie chcę. Będę żył z kraju, ze swej ojczyzny, żadnych politycznych warunków nie przyjmuję, bo i wy ze mną w układy nie wchodzicie...".


W dniu 2 sierpnia 1914 r. Drużyny Strzeleckie zdecydowały się na całkowite zjednoczenie się ze Związkiem Strzeleckim pod komendą Piłsudskiego. 3 sierpnia na tzw. Oleandrach, przed frontem oddziałów obu organizacji Piłsudski zamienił orzełka na maciejówce z Burhardt-Bukackim, który przyprowadził oddział drużyniaków. Z obu organizacji Komendant Józef Piłsudski sformował pierwszą kompanię kadrową liczącą 144 żołnierzy pod dowództwem Tadeusza Kasprzyckiego, którzy 6 sierpnia 1914 r. wyruszyli w kierunku Kielc przez Michałowice.
W swym przemówieniu do Pierwszej Kadrowej Komendant J. Piłsudski powiedział: "Żołnierze, spotkał was ten zaszczyt niezmierny, że pierwsi pójdziecie do Królestwa i przestąpicie granicę rosyjskiego zaboru, jako czołowa kolumna wojska polskiego, idącego walczyć o oswobodzenie Ojczyzny. Wszyscy jesteście równi wobec ofiar, jakie ponieść macie. Wszyscy jesteście żołnierzami... Patrzę na was jak na kadry, z których rozwinąć się ma przyszła Armia Polska, i pozdrawiam was, jako pierwszą kadrową kompanię".
12 sierpnia 1914 r. Komendant J. Piłsudski wydał odezwę w Warszawie, że powstał Rząd Narodowy, któremu należy się podporządkować. Odezwa głosiła: "Wybiła godzina rozstrzygająca! Polska przestała być niewolnicą i sama chce stanowić o swoim losie, sama chce budować swoją przyszłość, rzucając na szalę wypadków własną siłę orężną. Kadry Armii Polskiej wkroczyły na ziemię Królestwa Polskiego, zajmując ją na rzecz jej właściwego, istotnego, jedynego gospodarza – Ludu Polskiego, który ją swą krwawicą użyźnił i wzbogacił. Zajmują ją w imieniu Władzy Naczelnej, Rządu Narodowego".


Dla Piłsudskiego była to jedna z najszczęśliwszych chwil w życiu. W wieku 47 lat doczekał się tego momentu, kiedy sny jego dzieciństwa i młodości stały się rzeczywistością. Stworzył Wojsko Polskie do walki z Rosją, a później z pozostałymi zaborcami. Droga w przyszłość, choć okryta gęstą mgłą, stawała się coraz bardziej przejrzysta. Austriacy robili wszystko, żeby zniechęcić formowanie się polskich jednostek. Całe uzbrojenie stanowiły przestarzałe werndle, amunicję musiano nosić w kieszeniach, nie było karabinów maszynowych ani artylerii, telefonów ani kuchni polowych. Umundurowanie było doraźne i niejednolite. Ale ani trudności, ani braki nie osłabiały ich ducha. Wiara we własne siły i pełne zaufanie Komendantowi J. Piłsudskiemu, dawała im poczucie mocy i pewności siebie.
Po latach Piłsudski pisał: "Pomimo, że byliśmy samotni, że była nas garstka, okazać chcieliśmy się godnymi wielkiej przeszłości polskiej... Staraliśmy się dowieść swemu otoczeniu i światu, że sami potrafimy zrobić z siebie dobrych żołnierzy".
Piłsudski kochał swoich żołnierzy i rozumiał ich doskonale, wczuwał się w ich nastroje. Wiedział zawsze, kiedy panowało wśród nich zniechęcenie, a kiedy nastrój dodatni, kiedy mógł żądać dalszych wysiłków, a kiedy musiał folgować. Nie było też żołnierza, który by nie oddał życia za swego Komendanta. Bez zawodowych oficerów i podoficerów, źle uzbrojeni, dokonywali czynów wojennych, które swym heroizmem wzbudzały podziw niechętnych Austriaków i bitnych Niemców.

Końcowa refleksja

Szanowny Czytelniku, pisząc końcową refleksję, nie mam najmniejszej intencji nikogo oceniać, krytykować czy mówić, co ma robić. Pokolenie budowniczych i wychowanków II Rzeczypospolitej zdało egzamin z patriotyzmu i wiary katolickiej w okopach.
My, pokolenie urodzone po II wojnie światowej, zatraciliśmy dużo z poprzedniego pokolenia, jego maryjności, charyzmatu i poświęcenia dla dobra Rzeczypospolitej. W danej chwili nie musimy opuścić żon, dzieci i iść do okopów, oby taka sytuacja się nie zmieniła. Dziś na naszych oczach rozgrywa się największa batalia w obronie Matki Boskiej Królowej Polski – w obronie TV Trwam.
To jest wstyd, że tak mało nas było na proteście pod konsulatem w obronie TV Trwam. Słyszało się głosy, że to wina o. Jacka Cydzika, bo zły wybrał termin – był mecz Polska – Grecja. Ja mu dziękuję, że taki wybrał termin – to jest sprawdzian, co jest ważniejsze. Narodzie Chrześcijański, Narodzie Słowiański, obudź się z tego marazmu zapędzenia, budowania bez fundamentów. Jesteśmy Narodem, któremu Opatrzność szczególnie błogosławi, wiek XIX dał Komendanta J. Piłsudskiego (JPI), a wiek XX dał Ojca Świętego Jana Pawła II (JPII). Co więcej chcesz? Pan Jezus Chrystus i Matka Boska nie mogą dla nas więcej zrobić, ponieważ mamy wolną wolę. Albo będziesz żył w swoim zamkniętym świecie, z przesądami, że nic nie można zrobić – bo oni i tak zrobią, co chcą. Ten wariant w zasadzie jest wygodny – bo mnie w podświadomości usprawiedliwia z bezczynności. Szanowny czytelniku, liczę, że następny protest w obronie TV Trwam będzie tak liczny, że zamkną Lake Shore. Radio Maryja obroniły nasze Niewiasty, tj. nasze Babcie, Matki i Siostry, czas teraz na nas, panowie.


Komendant Grzegorz Waśniewski
Stowarzyszenie Józefa Piłsudskiego
"Orzeł Strzelecki"
6 VIII 2012 r.
Wykorzystany materiał pochodzi z: "Album Marszałek Józef Piłsudski"

piątek, 03 sierpień 2012 15:33

Najważniejsze, to być gotowym

Napisane przez

ligezaNajważniejsze, to być gotowym
Pierwsze dni sierpnia stwarzają znakomitą okazję, by przypomnieć pewną oczywistość. Tę mianowicie, że niepodległość to krew, pot, ból i łzy. To nieprzemijająca gotowość do złożenia na ołtarzu miłości ojczyzny całopalnej kontrybucji. Ofiary z samego siebie.
Wielkie słowa, wiem. Wszelako uzasadnione historycznie na każdy możliwy sposób. Kto sądzi inaczej, przekonując, że w tym zakresie Europa zmieniła się nie do poznania, dla przykładu twierdząc, że "wszyscy ludzie będą braćmi", bądź powtarzając inne, równie błyskotliwe slogany czerpane z otchłani kulturowego marksizmu – ten ma przed sobą bardzo długą i bardzo stromą drogę ku rozumności. Taki ktoś raczej nie pojmie, co to znaczy "społeczeństwo sponiewierane". Nie trafią doń powtarzające się przejawy wrogiego nastawienia do narodu tak zwanych elit, których postępowanie coraz częściej przypomina działania ludzi z wyrżniętymi sumieniami. Ani fakty mówiące o mnożeniu upokorzeń. A jeśli nawet zaobserwuje fakty świadczące o tym, że robactwo się mnoży, że rodzą się prawa robactwa oraz wzrastają piewcy, którzy te prawa wysławiają – to tym gorzej dla faktów.

Tłumowisko
Doprawdy nie trzeba szczególnej przenikliwości, by dostrzec pośród nas całe tłumowisko jednostek obarczonych poważnym deficytem rozumności. Ludzi niemal ze szczętem oczadziałych, i to bynajmniej nie z racji miejsca urodzenia, statusu materialnego czy społecznego, lecz głupich, bo do kresu tyłomózgowia zaplątanych w ogólnie dekretowaną, powszechnie obowiązującą oraz jedynie słuszną narrację, dzień po dniu i godzina po godzinie sączoną z telewizyjnych okienek.
Z drugiej strony, socjologia powiada tak: chociaż właściwa walka zawsze rozgrywa się między kilkoma procentami populacji zwolenników takiej czy innej idei (pozostali czasami na zawsze pozostają obojętni wobec jakichkolwiek idei), to, generalnie rzecz ujmując, nie ma ludzi skazanych na głupotę. Są tylko zmuszeni okolicznościami do absorbowania głupoty oraz tacy, którzy sami sobie narzucają przymus przebywania w kręgu dezinformacji. Dezinformacji, to znaczy informacyjnych łgarstw, które z definicji nie wskazują człowiekowi prawdy o świecie, a tylko narzucają obraz rzeczywistości kreowany zgodnie z intencją Antonio Gramsciego, i współcześnie realizowany przez jego ideowych następców.
Oczywiście narzędziem informacji są dziś w pierwszym rzędzie media. One, tak samo jak nóż, kroją chleb, albo zabijają. Poprawnie informują, albo mataczą – otumaniając. Co niektórych zmusza do deklaracji w rodzaju tej, wyrażonej niedawno przez satyryka Janusza Rewińskiego: "pozostanie chyba tylko wynosić się z Ubekistanu, gdzie oficerowie służb układają nam program telewizyjny i kształtują nasze gusta, nie mówiąc o rządzeniu krajem i wyprzedawaniem, czego się da".
Wygląda na to, że Rewiński prawidłowo ocenia sytuację oraz jej potencjalne konsekwencje. Rozumie też więcej, zatem więcej mówi: "Ludzie zawsze kiedyś dochodzą do granicy, za którą nie mogą już funkcjonować".

Przekraczając granice
O, to, to. I to jest właśnie powód, dla którego jesienią tego roku na ulicach polskich miast ujrzymy mrowie Polaków. Zjednoczą ich krzyż, orzeł w koronie, biało-czerwony sztandar oraz przekonanie, że nie wolno rezygnować z podmiotowości i milczeć, podczas gdy państwo kurczy się i zwija, wyjąc z bólu. Że dość przyzwolenia na rwanie organicznych więzi łączących wspólnotę. Że o pomstę do nieba wołają przedsięwzięcia naszych wrogów, naruszające hierarchię wartości dotąd konstytuujących naród. Że nie ma przed sobą przyszłości kraj, w którym "chorych i starych się nie leczy, a młodych wypycha na emigrację. (...) A ci, którzy zostaną, głównie starsi, niech pracują aż do śmierci" – jak stan Rzeczypospolitej oraz postępowanie rządu Donalda Tuska ocenia bez owijania w bawełnę ojciec Tadeusz Rydzyk.
Polacy świadomi sytuacji, w jakiej znalazła się ich ojczyzna, zaprotestują, albowiem dociera do nich, że rządzenie krajem oddali ludziom, którzy urodzili się w Polsce, mówią po polsku, a nawet przekonują, że po polsku myślą, choć nic z tego nie czyni ich Polakami. Że źle wyrzekać się buntu przeciwko łotrom. Że gdy gnębiona jest podmiotowość 40-milionowego narodu, a naród ów nie zbuntuje się, to oznacza, że niegodny jest żyć wolnym i czekają go straszliwe konsekwencje. Że Polski nie da się naprawić przy pomocy zapomnienia, czym naprawdę jest przyzwoitość, godność i sprawiedliwość. Że dość spychania państwa w niebyt i dociskania tchawic niepokornym za pomocą prawa stanowionego ze złą wola. I że współczesna Rzeczpospolita nie może przypominać musującej pastylki wrzuconej do szklanki z ciepłą wodą.

* * *
Król pruski Fryderyk Wielki orzekł kiedyś, że Polak zamiast serca ma wiecheć słomy. Niestety, niemal wszystko co po 10 kwietnia 2010 dzieje się w Polsce, z Polską i z Polakami, z tamtego pogardliwego przekonania zdaje się czynić zasadną obserwację. Z drugiej strony, musimy pamiętać, że ukryte w przeszłości rozczarowania należy palić, a nie balsamować. Że teraźniejszość winniśmy lokować w kategoriach szansy, pozwalającej nam kształtować przyszłość wolną od rozczarowań. I że najważniejsze, to być gotowym. Już czas.


Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Zapraszam również tutaj:
www.myslozbrodnik.blogspot.com


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 03 sierpień 2012 15:29

Petycjografia

Napisał


kumorAJednym z podstawowych kryteriów oceny działania jest jego skuteczność. Jak to mówią, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane – chodzi więc o to, co się rzeczywiście robi, a nie o to, co na niby. Ostatnio odnoszę wrażenie, że opanowała nas petycjografia. Petycje, i owszem, w bardzo sprzyjających warunkach do czegoś potrafią doprowadzić, ale w większości wypadków jest to tylko oznaka pobożnych życzeń, a ich pisanie odbywa się sobie a muzom. Pisanie petycji zakłada bowiem, że ci, do których piszemy, takimi petycjami się przejmują i że coś mogą w naszej sprawie zrobić


Z drugiej strony, pisanie petycji rozgrzesza piszących i podpisujących z działania – no bo skoro się już tak zaangażowałem... Patrząc na zjawisko przyznam szczerze, że z pewnością służy ono zbieraniu przez różne gremia różnych użytecznych informacji, natomiast skuteczność ruchu petycjowego, powiedzmy, że pozostawia wiele do życzenia.


A widziałem petycję do odwiedzającego Polskę Mitta Romneya, żeby odwiedził grób prezydenta Kaczyńskiego czy zrobił coś podobnego; widziałem petycje domagające się odwołania skandalicznego koncertu Madonny, widziałem petycje do rządu USA w sprawie śledztwa smoleńskiego. Po prostu głowa boli, a serce się kroi. Dlaczego? Bo jest to oznaka zbiorowej niemocy mojego własnego narodu, a cóż bardziej może kłuć?
Pisanie petycji zwłaszcza dzisiaj, kiedy każdy ma konto e-mailowe, to ersatz skutecznych działań politycznych.
Zamiast pisać petycje w sprawie koncertu Madonny – trzeba tak zadziałać, żeby do tego koncertu nie doszło – jest kilka sposobów. Łupnąć organizatorów po kieszeni, a nie robić im darmową klakę protestami. Widać jednak, że Polak woli w nimbie wielkiego bohaterstwa i patriotyzmu, narażając się na reperkusje ciemnych mocy – podpisywać jakieś niewiele znaczące papiery, niż wziąć się do konkretnej roboty, albo też dać pieniądze tym, którzy coś konkretnego potrafią uczynić.


Jest to tym bardziej dziwne w społeczeństwie podziwiającym przecież żołnierzy Powstania Warszawskiego, dostrzegającym wielkość, bohaterstwo, umiłowanie wolności i osobiste poświęceniu przeszłych pokoleń Polaków. A przecież ludzie ci swemu umiłowaniu wolności nie dawali wyrazu w pisaniu podań i apeli lecz czynem. Więc może zamiast z bladymi twarzami pisać e-maile przed ekranami komputerów, ktoś pójdzie po rozum do głowy i zrobi coś lekko bardziej skutecznego.


Problemem polskiej pożal się Boże opozycji jest bowiem to, że nie potrafi znieść narzuconego społeczeństwu układu władzy "pookrągłostołowej". Tymczasem zamiast biadolić, wystarczy zmienić rząd i wziąć odpowiedzialność za kraj. Jak to zrobić – organizując się politycznie, zakładając własne środki przekazu, stosując niestandardowe metody propagandy i walki politycznej.
Walkiria polskiej sceny medialno-politycznej p. Ewa Stankiewicz zapytała nie tak dawno po leninowsku, "co robić?". Odpowiedź jest banalnie prosta – trzeba rządzić! I z tego wynikają wszystkie dalsze podpowiedzi. A to, jak zdobywać władzę, uczy historia na licznych przykładach. Apele do rządzących tudzież mocarstw zamorskich, by coś w interesujących nas sprawach uczyniły, są rażąco śmieszne i przypominają pisanie do okolicznych wilków, aby nie zjadały nam baranów. Ludzie, nie bądźcie śmieszni!
•••
O Powstaniu Warszawskim mam zdanie wyrobione od czasu młodzieńczych fascynacji. Drażni mnie, jeśli pisząc o okolicznościach podejmowania decyzji, pisze się, jak to młodzi warszawiacy nie mogli już wytrzymać okupacji i chcieli bronić swej wolności przed komuną ostatnim rzutem na taśmę.
Drażni dlatego, że Armia Krajowa to było wojsko, a nie cywilbanda sfrustrowanego okupacyjną niewolą ludu Warszawy. Armia Krajowa to było Polskie Wojsko i jego żołnierze walczyli lub nie walczyli, bo dostali taki, a nie inny rozkaz.
To dowództwo Armii Krajowej wywołało Powstanie! Pomijanie tego faktu fałszuje obraz sytuacji. Dlatego rozpatrując sprawę Powstania w Warszawie – jedną z ważniejszych dla naszej narodowej polityki – należy ważyć odpowiedzialność za rozkazy, a nie nastroje ulicy.
•••
Jako mississaudzki pracodawca, dostaliśmy właśnie ankietę podpisaną przez panią burmistrzynię, a wysłaną z wydziału planowania i budowania, by pocztą zwrotną podać informacje o firmie – problem w tym, że informacje te są znane m.in. Revenue Canada. Zamiast więc zajmować sobie czas rozsyłaniem listów, wystarczyłoby zasięgnąć języka u innych urzędników, a nie zawracać głowę.
Ale najwyraźniej w urzędzie trzeba sobie wynajdywać zajęcie – a taka akcja wymaga co najmniej kilku etatów...
•••
Lato w pełni, Mississauga to największe kanadyjskie "miasto polskie", a tymczasem na odnowionym Celebration Square królują imprezy hinduskie, arabskie i inne. Polacy, gdzie jesteście?


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 03 sierpień 2012 11:46

Rzadka hucpa

Napisane przez

pruszynskiRzadka hucpa
    Czyli niespotykana bezczelność. Władze Litwy od 21 lat kopią tamtejszych Polaków, a teraz chcą od Polski pomocy przy budowie elektrowni atomowej. Tak mają władze Polski za kompletnych durni.

    Z placu boju
    W Wołkowysku  i na Grodzieńszczyźnie gorąco, może nie jak na Saharze, ale zawsze. Wynik taki, że coraz więcej pań chodzi w powiewnych sukniach do kostek, oczywiście z zasady Made in China. Prezydent był zachwycony, że dostała Białoruś rok temu 10 mld dolarów kredytu towarowego. To pogrąża nasz przemysł tekstylny i mało kto to rozumie, ba, i to że trzeba będzie ten dług spłacić.
    Władze tutejsze posłały urzędników, by ludzie, którzy zobowiązali się mi pomagać, wycofali się z tego. Mój główny konkurent to idealny człowiek do odstrzelenia w naszym terenie. Jemu można zarzucić, że jest wrogiem polskich szkół, bo w Grodnie chce wprowadzić do polskiej szkoły rosyjskie klasy, czyli będzie konflikt między dziećmi.
    Konkurentowi zbierały podpisy urzędniczki starostwa, a lokalny kurator oświaty wezwał wszystkich dyrektorów i "poprosił" ich o podpis. Oczywiście wszyscy ulegli.
    W sobotę zacząłem z dwoma ludźmi zbierać podpisy, w końcu po dwóch godzinach zebraliśmy 50. Potem zbieraliśmy pod kościołem, ale był problem, bo wielu nie miało z sobą paszportów, a ich numery trzeba wpisywać koło nazwiska podpisującego wniosek o wpisanie danego człowieka na listę kandydatów do parlamentu.
    Było wielu, co odmawiało, bo twierdzili, że jestem za stary, inni po prostu nie chcieli podpisywać. Wielu powiedziało, że nie mogą podpisywać człowiekowi, którego nie znają lub nie jest od lat mieszkańcem Wołkowyska.


    Przy okazji stwierdziłem, jak bardzo polski jest Wołkowysk i okolica. W firmach dyrektorami są obcy, ale sekretarki są Polkami, nawet sekretarka starosty, który zresztą dobrze mówi po polsku i mam nadzieję, że me stosunki z nimi się nie popsują. Wiele w tym, że lokalna radna twierdziła, że władze nie słuchają wybranych ludzi i niewiele najlepszy człowiek w tym "bagnie" zrobi. Inni twierdzili, że boją się, bo pracują w starostwie lub ktoś z ich rodziny pracuje w milicji. Okazało się jednak, że żona komendanta lokalnej milicji podpisała wniosek w obecności... męża.


    Największy problem, że podczas zbierania podpisów nie wolno robić kampanii wyborczej i można tylko podać suche dane, wiek, zawód itd. kandydata.
    Podobne kłopoty mają inni kandydaci, ci których nie wystawiała partia, a tych mogą z kolei nie chcieć wyborcy, bo ich stale prasa i TV oblewała "gnojówką".
    Sympatyczny Ales Karcew, który wydaje pismo "Litwa", staje w powiecie grodzieńskim, ale powiedział, że się wycofa jak wielu innych. Sugerowałem mu, by stanął w okręgu Szczuczyn. Jest to okręg dość polski, a tam miałby kolosalny atut. Sugerowałem, by powiedział, że przeniesie tam stolicę województwa z Grodna, co naprawdę trzeba robić, by odciążyć ją od biurokracji. Teoretycznie mogę ja też twierdzić, że można przenieść stolicę województwa do Wołkowyska, ale to ma mniej sensu, bo Wołkowysk jest bliżej granicy, a Szczuczyn bardziej w środku województwa.
    W środę wieczór jadę do Mińska do Głównej Komisji Wyborczej ze skargą na tutejsze stosunki. Jeżeli dostanę się do parlamentu, będę wiele mógł zrobić, ale najpierw trzeba będzie przeskoczyć tę barierę. Być może prezydentowi będzie wygodnie dopuścić mnie do okrągłej sali, czyli parlamentu, by demonstrować, jaka jest u nas "demokracja".

Polska stygmatyczka

Będąc na Jasnej Górze, wśród kilku książek, jakie kupiłem, jest zadziwiająca. Okazuje się, że w Polsce była stygmatyczka, czyli osoba, która tak blisko związała się z Panem Jezusem, że miała wszystkie rany, jakie Mu zadano. Kobieta ta nazywała się Katarzyna Szymon i zmarła w 1986 roku na Śląsku.

Miała wiele darów, potrafiła zjawiać się w różnych miejscach i potem dokładnie opowiadać, co gdzie było, a tam, gdzie była, rozchodziły się szalenie miłe wonie. Była w kontakcie duchowym ze słynnym stygmatykiem ojcem Pio, który przepowiedział jeszcze księdzu Wojtyle, że będzie papieżem.
W pewnych chwilach pojawili się jej Pan Jezus, Matka Boska i wielu świętych. Wtedy jej ustami mówili oni do zgromadzonych wokół niej pielgrzymów.
Książka opowiadająca o niej nosi tytuł: "Katarzyna Szymon – polska stygmatyczka". Książkę można pobrać bezpłatnie na stronie: www.KatarzynaSzymon.pl.
Wśród wielu informacji, jakie przez Nią Pan Jezus, Jego Matka i święci przekazują, są następujące:
• nie wolno brać hostii w rękę i na stojąco,
• powinno się wstrzymać od jedzenia na trzy godziny przed komunią,
• Matka Boska NIE życzy sobie, by nazywać Ją "Czarną Madonną". Można w znanej pieśni użyć słów "Jasna Madonna" czy np. "Piękna Madonna",
• kobiety mają ubierać się skromnie, nie pokazywać gołych pleców, ramion i brzucha oraz nie nosić spodni.
Wiele z tych wskazań Matka Boska przekazywała już wiele razy.
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk

piątek, 03 sierpień 2012 08:05

Naucz mnie kochać Polskę cz. 1

Napisane przez

Zbiór historyjek i przemyśleń autora
talagaW rogu koło tablicy stała ogromna mapa, taka niby zwykła szkolna przedstawiająca Europę. Niby zwykła, ale z tą, którą zapewne stoi tam dzisiaj, nie miała za wiele wspólnego. Ogromny Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich wydawał się zajmować większą część świata. Obok dużo mniejsza Polska, Czechosłowacja, NRD i inne kraje jedynego słusznego bloku politycznego. Pozostała część to "nieszczęśliwe" kraje, które w tym "szczęśliwym" bloku nie były. Był też kawałek oceanu, za którym istniał inny świat. Świat w kolorach dobrobytu i przepychu podawanego nam w filmach, kreskówkach czy chociażby obrazkach przemycany pod opakowaniem gum do żucia.

Siedzieliśmy z Grubym w ostatniej ławce pod oknem. Gruby był najzabawniejszym dzieciakiem, z jakim miałem do czynienia w tamtych czasach. To nasze wspólne siedzenie owocowało dziesiątkami zapisków sfrustrowanych nauczycieli w rubryce "zachowanie".
– Wymień się żołnierzykami – szepnąłem do Grubego.


– A jakie masz?


Wyciągnąłem zawiniątko z plecaka, a w nim pełno plastikowych wojowników. Gruby obejrzał, rzucając delikatnie okiem pod ławkę
– Za ten woreczek mogę ci dać z pięć Amerykańców – stwierdził.


– Że co? Pięć żołnierzyków za dwadzieścia parę?!? – oburzyłem się.


– Ale ja mam amerykańskich, a Ty polskich. Mój jeden amerykański załatwi twoich dziesięciu Polaków! – wymądrzał się Gruby.
Były tam też żołnierzyki armii francuskiej i włoskiej, ale te nie liczyły się wcale. Każde dziecko wiedziało, że tamte armie od razu się poddają. Bardzo liczyły się żołnierzyki amerykańskie, angielskie i z jakiegoś dziwnego powodu armia belgijska. Kupowało się je w kiosku ruchu, pakowane w foliowe woreczki, a każda armia miała inny kolor. Nie pamiętam już dokładnie, która jaki, ale pamiętam, że występowały odcienie zieleni, szarości, czy też bordo. Norwegowie i Szwedzi byli gdzieś pośrodku. Polacy? Z tym bywało różnie, zależało od dzieciaka, ja moich polskich żołnierzy lubiłem bardzo, Gruby najwyraźniej nie.


– Talaga! Znowu nie uważasz! – krzyknęła nagle nauczycielka historii.


– Uważam, pszem Pani.


– Taaak? To kto wygrał (jakąś tam) bitwę? – zapytała z zadowoleniem, że zaraz odegra się dwóją za moją nieuwagę.


– Armia Związku Radzieckiego – najsilniejsza i największa armia pokoju na świecie! Pszem Pani! – grzecznie, ale zarazem dosadnie wyrecytowałem.


– Siadaj! Masz szczęście! A teraz zacznij uważać! – syknęła i wróciła do swojego wykładu o tym, jak to w 39. najechały nas złe Niemce, po czym wypiął się na nas Zachód, a w 45. wujek Stalin i dzielna Armia Czerwona przepędziły niedobrego Adolfa aż do Berlina i biedak musiał się powiesić. Za to w Europie (wschodniej oczywiście) nastał czas pokoju, odbudowy i wspólnego dobrobytu.
Amerykańskie klocki Lego, resorówki, lalki Barbie, amerykańskie filmy, gumy do żucia, czekoladki, snickersy, adidasy, dżinsy, piosenki i ogólnie wszystko z Ameryki, lub z Zachodu – to było to co dobre, tego pragnął każdy. Bo w Ameryce każdy ma dom, jak Blake z Dynastii, samochód jak policjanci z Miami, i cyce jak Sabrina! Nasze, polskie to było nic, to się nie liczyło... Ach żeby tak tylko wyjechać na Zachód i od razu mieć to wszystko, chodzić w kowbojkach cały dzień po ulicy z rękami w nowych dżinsach i żuć wielką balonówę. Wielu się udało, wielu wyjechało. I co się stało, gdy słowiańska stopa dotknęła ziemi dalekiego Zachodu? Może i ta Ameryka nie okazała się takim rajem, jakim ją przedstawiano na filmach, ale co zostało na pewno u większości uciekinierów, to ogromne kompleksy z powodu bycia Polakiem.

Bo wiadomo, że wszystko co nasze było niczym przy tym amerykańskim.


Niedawno spotkałem kolegę. Po przywitaniu zażartowałem, że się mu trochę przytyło. Nie protestował, od razu puściła mu się gadka:
– Chłopie, byłem w Polsce przez dwa miesiące. Poleciałem na dwa tygodnie i po prostu przedłużyłem bilet. Stary, jakie tam jest żarcie! Jak to wszystko smakuje! Ja w życiu takiego żarcia nie jadłem!!! Pojechaliśmy w góry z kumplami. Jak tam ludzie żyją! Sam chleb z masłem smakuje sto razy lepiej niż najlepszy stek, jaki tu jadłem. A jakie dziewczyny! Przecież w Polsce co druga to modelka!!!


– Co ty taki zdziwiony? – przerwałem mu tą ekstazę. – Nie byłeś nigdy w Polsce?


– No byłem, kiedyś z mamą, jak miałem z 13 lat, ale niedużo pamiętam. Potem jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło, ale teraz to ja już kombinuję, czy na święta nie polecieć. Poznałem taką Monikę w Rabce – wyciągnął z kieszeni fotę.


Patrzę, zupełnie przyjemna dziewczyna, ale też nie jakieś tam wielkie bóstwo, ot, po prostu typowa polska dwudziestoparoletnia łania.


– Fajna – powiedziałem i zwróciłem fotkę.


– Fajna? Faaaaaajna?!? – oburzył się. – Przecież ona jest prześliczna! Gdybyśmy taką dziewczynę mieli w hajskul albo na uniwerku, toby była największą gwiazdą! Polska jednak jest taka piękna! A jakie koncerty! Jakie kluby! Stary, Toronto to wiocha jest!
Nie protestowałem. Nic nowego nie powiedział, nic nowego, czego ja bym nie wiedział, ale on wyglądał, jakby ukazał mu się najpiękniejszy anioł, jakby... odnalazł swój prawdziwy dom, do którego wrócił po 80 latach wygnania.


* * *
Kilka dni temu różne stacje telewizyjne pokazywały wielkie wydarzenie: pochód żołnierzy amerykańskich, którzy kochają inaczej. Taka nowa moda ostatnio zapanowała, że nie tylko wolno się przyznać do zboczeń w służbach mundurowych, ale i należy się z tym dumnie obnosić po ulicach, i to w mundurze z medalami. To, że chłopcy w mundurach prowadzili się za ręce, to że kobiety o twarzach koni, które nocą i z lekkiego dystansu każdy wziąłby za facetów – szły sobie w dumnym pochodzie, to jedno. Co jednak uderzyło mnie najbardziej, to postura wielu z nich, być może już w stanie rezerwy jeśli chodzi o służbę, ale na pewno w kwiecie wieku dwudziesto- i trzydziestoparoletni, w mundurach, oblani tłuszczem. Nie wszyscy oczywiście, ale widząc wiele takich młodych postaci w mundurach, do tego prowadzących się dumnie za ręce i udzielających wywiadów bardzo kobiecym jak na facetów głosem, oświeciło mnie jedną myślą:


– Kiedyś może i Ameryka miała potężną armię, miała kasę, najnowszy sprzęt, ba! miała Rambo i Komando. Wyzwalała Europę i podpalała Wietnam. Ale dziś, Gruby, to Twoje amerykańskie żołnierzyki przy zderzeniu z polskimi chłopakami nie mają szans! A jeśli będziesz miał okazję przeczytać ten artykuł, to wiedz – w życiu się z Tobą nie wymieniam. Polacy są najlepsi! A dziesięciu chłopaków z naszych jednostek specjalnych by rozniosło Stallone'a, Arnolda i cały ten gejowski pochód w drzazgi. A ja zapłaciłbym nawet największy abonament telewizyjny, aby TAKĄ paradę z TAKIM zakończeniem obejrzeć!
Cdn....
Marcin Talaga
Mississauga

piątek, 03 sierpień 2012 08:01

Literatura nauczycielką życia

Napisane przez

michalkiewiczKtóż nie pamięta, jak Mały Książę odwiedził planetę, którą zamieszkiwał Król? Król przedstawił się Małemu Księciu jako władca absolutny i nie znoszący sprzeciwu, w związku z tym Mały Książę poprosił go, by zarządził zachód słońca. Król zajrzał do kalendarza, po czym rozkazał: zarządzam zachód słońca na godzinę 19.15! – I zobaczysz, jaki mam posłuch – powiedział Małemu Księciu. W ogóle Król wprowadzał Małego Księcia w arkana sztuki rządzenia. Na przykład pytał go: jeśli rozkażę generałowi, aby jak motylek przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo zamienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to czyja to będzie wina? – Waszej Królewskiej Mości – prawidłowo odpowiadał Mały Książę. Wreszcie Król zdradził Małemu Księciu tajemnicę, że planetę zamieszkuje jeszcze stary szczur. Król od czasu do czasu skazuje tego szczura na śmierć, ale zaraz potem go ułaskawia, dzięki czemu w jego państwie triumfuje i sprawiedliwość i miłosierdzie.


Więc kiedy wydawało się, że wszyscy to pamiętają, zaś arkana sztuki rządzenia wydają się oczywiste, nagle ni stąd, ni zowąd środowiskiem Umiłowanych Przywódców w naszym nieszczęśliwym kraju wstrząsnęła tak zwana afera taśmowa. Bo trzeba wszystkim wiedzieć, że za sprawą redaktora Adama Michnika, który zapoczątkował tę nową świecką tradycję, w środowisku dżentelmenów przyjęło się nagrywanie rozmów przynajmniej na magnetofon, a jeszcze lepiej – na magnetofon i ukrytą kamerę. Gość w dom – kamera w ruch – jak to między dżentelmenami.
Więc Władysław Łukasik, który po utracie alimentów w Agencji Rynku Rolnego przyszedł wyżalić się przewodniczącemu Kółek i Organizacji Rolniczych Władysławowi Serafinowi, został w jego biurze nagrany, jak w rozgoryczeniu opowiadał o metodach dojenia Rzeczypospolitej przez różnych dygnitarzy, związanych z Polskim Stronnictwem Ludowym. Rozmowa miała miejsce w początkach stycznia, ale sensacją dnia stała się dopiero w lipcu, chociaż wszystko było znane naszym Umiłowanym Przywódcom "kilka miesięcy wcześniej". A jednak – żaden bez rozkazu nie pisnął nawet słówka – co pokazuje, że w środowisku Umiłowanych Przywódców dyscyplina jest znacznie większa, niż myślimy, i to zarówno w koalicji rządowej, jak i w opozycji. Krótko mówiąc – jak zachód słońca jest zarządzony na godzinę 19.15, to słońce zajdzie punktualnie – ani chwili przedtem, ani potem.
Kiedy zatem padł rozkaz, że teraz można to ujawnić, oburzeniem zawrzał nawet pan red. Jacek Żakowski, biegający w mediach głównego nurtu za proroka mniejszego. Na takie dictum do dymisji podał się minister rolnictwa Marek Sawicki, który na jesiennym kongresie PSL miał rywalizować z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem o stanowisko prezesa partii. Za ten pełen charakteru gest został natychmiast pochwalony przez rzuconą przez ścisłe kierownictwo "Gazety Wyborczej" na rolniczy odcinek frontu ideologicznego towarzyszkę Krystynę Naszkowską, zaś najpobożniejszy senator Rzeczypospolitej, Jan Filip Libicki, był jeszcze bardziej szczodry w pochwałach, zapowiadając, że jak tylko Marek Sawicki się "oczyści", to będzie mógł nawet wrócić do ministerstwa. No to dlaczego Marek Sawicki nie ma się oczyścić? On wypije oleju rycynowego, on się oczyści i on już będzie czysty, jak, nie przymierzając, sam świątobliwy Cadyk, nawet bez konieczności chronienia się za murami sławnej "tajemnicy dziennikarskiej". Jak dotychczas – wszystko zgodnie z arkanami sztuki rządzenia, które próbował przekazać Małemu Księciu Król. Bo i Król wprawdzie skazywał starego szczura na śmierć, ale zaraz potem go ułaskawiał z prostego powodu: innego szczura nie miał.


Niestety okazało się, że premier Tusk albo zapomniał o zbawiennych naukach, jakich udzielał Król Małemu Księciu, albo zapomniał, skąd wyrastają mu nogi. Przedstawiając bowiem nowego ministra rolnictwa, jaki musiał być mianowany na miejsce Marka Sawickiego, czyli Stanisława Kalembę, oświadczył, iż oczekuje, że syn pana ministra zrezygnuje z posady w Agencji Rynku Rolnego. Minister Kalemba nawet nie skomentował deklaracji premiera Tuska, który najwyraźniej przeszedł do porządku dziennego nad uwagą Króla, że jeśli rozkaże generałowi, by jak motylek przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo zamienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to będzie to wina rozkazodawcy. Czegóż zatem oczekiwał premier Tusk, wydając ministrowi Kalembie rozkaz, by zamienił się w morskiego ptaka?


Nic dziwnego, że natychmiast spotkała go zasłużona kara. Syn ministra Stanisława Kalemby oświadczył, że ani mu w głowie spełniać fantasmagorie premiera Tuska, a co gorsza – okazało się, że również syn premiera Tuska ma posadę w państwowym porcie lotniczym imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku i też nie zamierza jej porzucić. Taki jest mniej więcej zakres władzy premiera Tuska, dzięki czemu lepiej rozumiemy również przyczyny, dla których nigdy nie odpowie on szczerze na pytanie, kto i dlaczego zabronił mu kandydowania w wyborach prezydenckich w roku 2010.
Więc kiedy już "afera taśmowa" szybkimi krokami zmierza do zakończenia się wesołym oberkiem, nadszedł 1 sierpnia – a z nim – kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Niezależnie od kalkulacji politycznych, jakie towarzyszyły decyzji o jego rozpoczęciu, Powstanie było wyrazem nie tylko pragnienia niepodległości i wolności, ale również – gotowości do poświęceń. Dzisiaj poziom tego pragnienia, a zwłaszcza – tej gotowości – zdecydowanie się obniżył, czemu skądinąd trudno się dziwić i dlatego rocznica wybuchu Powstania stwarza coraz liczniejszej w naszym nieszczęśliwym kraju rzeszy czcicieli knuta okazje do popisywania się "realizmem" i politycznym kunktatorstwem. W imię tego "realizmu", domorośli statyści, jeden z drugiego prawdziwie kanclerskie głowy, spoglądają na celebrujących rocznicę oszołomów z pogardliwą wyższością – chociaż, powiedzmy sobie szczerze, żadne sukcesy polityczne ani osiągnięcia osobiste jej nie usprawiedliwiają.


Wiadomo jednak, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, o czym możemy się przekonać każdego roku 13 grudnia, kiedy to z coraz liczniejszym udziałem realistów obchodzone są uroczystości ku czci naszych okupantów, póki co upersonifikowanych w osobie generała Wojciecha Jaruzelskiego. Ciekawe, że generał Jaruzelski jest otoczony szczególnym kultem w środowsku tzw. konserwatystów, którzy nie zauważają w menażerii nawet takiego słonia, że generał Jaruzelski nie tylko był agentem sowieckim, ale i jest komunistą. Skąd u konserwatystów taki kult dla komuny?


Trudno to zrozumieć, chyba że zwrócimy uwagę na pewien szczególny rys konserwatywnej mentalności. Jest ona kaczocentryczna, to znaczy – ocenia wszystko przez pryzmat Jarosława Kaczyńskiego. Co ten cały Jarosław Kaczyński tym wszystkim konserwatystom zadał, że wszystko akurat z nim im się kojarzy, jak kapralowi z anegdoty z białą chusteczką – trudno zgadnąć. Wydaje mi się w związku z tym, że gdyby pewnego dnia Jarosław Kaczyński Powstanie Warszawskie pryncypialnie potępił, "konserwatyści" natychmiast jeden przez drugiego zaczęliby je wychwalać. Bardzo tedy możliwe, że ten cały "konserwatyzm" to jest tylko pseudonim agitatorskiego zaangażowania – tym dziwniejszego, że wyglądającego na bezinteresowne. Najwyraźniej Putin uważa, że bezinteresownej miłości do knuta nie warto deprawować jakimiś jurgieltami.
O ile "konserwatyści", na swój sposób, bo na swój – ale jednak rocznicę wybuchu Powstania obchodzą, o tyle dla "młodych, wykształconych" stworzono alternatywę w postaci występu na Stadionie Narodowym Ludwiki Weroniki Ciccone, starzejącej się skandalistki, którą w świat wysyłają sprytni Żydowie z firmy Live Nation w Kalifornii, żeby zarabiała dla nich pieniądze, ekscytując młodzież – jak pisał generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski – "czarem zwiędłych kras".


Najwyraźniej wśród postępactwa nie było pewności, jak wielu "młodych, wykształconych" da się na panią Ciccone nabrać, dlatego zarządzono mobilizację, która objęła również środowisko autorytetów moralnych. Z "Rzeczpospolitej" dowiedziałem się, że do stręczenia tubylcom Ludwiki Weroniki Ciccone zaangażowany został nawet pan prof. Szacki. No cóż, przynależność do grona "ludzi przyzwoitych" ma również swoje wstydliwe zakątki.


"Gazeta Wyborcza", opisując warszawski występ Ludwiki Weroniki Ciccone, nie może się nacmokać, podkreślając zwłaszcza fakt, iż do każdego numeru zmieniała garderobę. Zapewne chodziło o majtki – bo pani Ciccone ma zwyczaj występowania w kostiumach raczej symbolicznych. Bardzo to podobne do anegdotki o uczniu, który w chederze pyta mełameda, jak często zmienia koszulę miejscowy bankier. – Ooo – odpowiada mełamed – on zmienia koszulę pewnie co tydzień. – Ajajaj – zachwyca się malec – no a Rotszyld? Jak często zmienia koszule Rotszyld? – Rotszyld – zamyśla się mełamed. – Rotszyld to pewnie zmienia koszulę codziennie. – Ajajajajaj! – no a Najjaśniejszy Pan? Jak często zmienia koszulę Najjaśniejszy Pan? – Najjaśniejszy Pan – odpowiada mełamed – wkłada koszulę i zdejmuje, wkłada i zdejmuje. Tak samo, jak Ludwika Weronika Ciccone swoje majtki. Okazuje się, że "młodych, wykształconych", podobnie zresztą jak i starych – bo pan prof. Jerzy Szacki ma – bagatela! – 83 lata – udelektować artystycznie można stosunkowo łatwo.


I dlatego, ledwo na Stadionie Narodowym zakończył się występ Ludwiki Weroniki Ciccone, w odległym Kostrzynie nad Odrą rozpoczął się festiwal Woodstock pod dyrekcją "Jurka" Owsiaka. Tym razem na uroczystość otwarcia przybyli prezydenci Niemiec i naszego nieszczęśliwego kraju, a swoje uczestnictwo w imprezie zapowiedział też Jego Ekscelencja bp Tadeusz Pieronek. Okazuje się, że "młodym, wykształconym" podlizuje się nie tylko państwo, ale i Kościół, a ściślej – ta jego część, która w odpowiednim momencie objawi się w postaci Żywej Cerkwi.


Wypada zatem odnotować, że w ramach podlizywania przedwyborczego odwiedził nasz nieszczęśliwy kraj prawdopodobny republikański kandydat na prezydenta USA Mitt Romney. Zaprosił go do Gdańska Lech Wałęsa, który po zakończeniu spotkania oświadczył, że między Romneyem a nim istnieje podobieństwo. Ciekawe, co miał na myśli – bo nic nie wiadomo, by Mitt Romney był konfidentem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa czy swoim własnym sobowtórem. Ale mniejsza o to, bo przecież najbardziej prawdopodobne, że Lech Wałęsa swoim zwyczajem nie miał na myśli niczego, a tylko tak sobie powiedział, żeby podtrzymać rozmowę. Wizyta Mitta Romneya w Gdańsku skłania do zastanowienia, czy aby na pewno ma o dobrych doradców w sprawach międzynarodowych, skoro wmówili mu, iż pokazanie się właśnie z Wałęsą przysporzy mu głosów amerykańskiej Polonii.

piątek, 03 sierpień 2012 07:17

Bądźmy dobrzy jak chleb

Napisane przez

O arcydziełach wykonanych przez niezwykłych artystów, czyli wystawa z Radwanowic przyjeżdża w październiku do Kanady

W naszym pracowitym polonijnym życiu tak mało mamy czasu, by interesować się sztuką, chodzić do teatru, zwiedzać wystawy. Tym razem jednak sztuka przyjeżdża do nas. I to niezwykła sztuka – rękodzieło artystyczne wykonane przez ludzi określanych przez społeczeństwo jako intelektualnie niepełnosprawni posiadających jednak niezwykły talent artystyczny.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/teksty/Page-204.html#sigProId7367da0e76

W tym momencie nie sposób nie wspomnieć o Nikiforze Krynickim (Epifaniusz Drowniak 1895-1968), polskim malarzu pochodzenia łemkowskiego. Choć uważany za osobę intelektualnie niepełnosprawną, swoimi niezwykłymi pracami artystycznymi zdobył na świecie miano najwybitniejszego przedstawiciela kierunku malarskiego określanego jako prymitywizm, a jego prace to dzieła sztuki. Bo odbieranie kolorów i rzeczywistości, wrażliwość są często u tych właśnie ludzi niezwykle wyostrzone. W ich obrazach odbija się głębia ludzkich uczuć przekazanych w unikalny sposób. Dodatkowo brak wpływu na tę twórczość różnych kierunków malarskich i szkół – pozwala zachować indywidualizm i oryginalność.
Przepiękną i fascynującą kolekcję 53 prac będzie już wkrótce zobaczyć można w naszych miastach, takich jak Ottawa, Montreal, Hamilton, Guelph, Mississauga, Toronto. Będą to prace malarskie lub graficzne, a także wykonane techniką haftu krzyżykowego.
Wystawie będzie towarzyszyła aukcja. Będzie więc aukcyjny młotek i będzie może wejść w posiadanie unikalnego dzieła artystycznego.
W czasie wystawy będzie można nabyć także dwie nowe książki księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego "Nie zapomnij o Kresach" i "Ludzie dobrzy jak chleb" oraz kalendarze.


Wystawa w Kanadzie jest częścią obchodzonego w tym roku 25-lecia Fundacji Świętego Brata Alberta, która opiekuje się ludźmi niepełnosprawnymi. Piękny jubileusz pięknej chrześcijańskiej wdrożonej w życie idei.
Dochód ze sprzedaży prac i książek przeznaczony jest na rozwój ośrodków Fundacji, w tym także na budowę ośrodka w Lubinie (Dolny Śląsk), który ma nosić imię Dzieci Kresów dla upamiętnienia polskich dzieci, które zginęły na Wschodzie. Dzieci, które zostały zamordowane przez banderowców tylko dlatego, że były polskie...
Przedstawiam na zdjęciu jedną z prac, które będzie można zobaczyć na wystawie.

Wystawa odbędzie się końcem października. Dokładny plan będzie podany w najbliższym czasie. Wszystkich, którzy chcą pomóc w jej organizacji, prosimy o kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Strona internetowa Fundacji: http://www.albert.krakow.pl/

Marta Juza-Jakubowska
Hamilton

kumorAKolejna rocznica Powstania Warszawskiego każe myśleć o elitach.

Z dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że podczas tej hekatomby polska elita została zdziesiątkowana, a jej zaplecze materialne stracone;
po drugie dlatego, że wywołanie powstania było kontynuacją pewnego rodzaju zgubnego myślenia politycznego, które w Polsce znalazło szeroki odzew; myślenia, które przyniosło tragiczne rezultaty.


Brak państwowości polskiej w XIX wieku nie służył kształtowaniu myślenia geopolitycznego zakorzenionego w praktyce i mającego na celu wspomaganie interesów gospodarczych narodu. Zabory zaciążyły nad tym, co światli Polacy mieli w głowach. A niestety, w większości wypadków mieli tam szczytne hasła i cierpiętnicze ideały, a nie praktykę codziennego budowania polityki państwowej.
Sytuacja trochę się poprawiła w Międzywojniu, ale niestety polska polityka wojenna była fatalna i jedną z przyczyn był brak elit potrafiących strategicznie myśleć, wykształconych w duchu narodowego realizmu. Opieranie się na cudzych obietnicach zamiast własnej sile było tej polityki głównym felerem, nieumiejętność wykorzystania własnych atutów militarnych i brak realnej oceny zagrożenia sowieckiego, przy jednoczesnym posiadaniu doskonałych informacji wywiadowczych z ZSRS, to główne powody tak katastrofalnego prowadzenia polskiej polityki w czasie II wojny światowej; polityki, która zaowocowała 40-latami peerelu – której skutki kilka milionów Polaków urodzonych po wojnie, w tym moja skromna osoba, doznało nieprzyjemnie na własnej skórze.


Tak to bowiem jest, że efektem nieskutecznej polityki jest krzywda ludzka.
Kiedy Rosjanie czy Niemcy dopracowywali się sensownej geopolityki, Polacy podniecali się w salonowych pogawędkach, że gdzieś tam "Chińczyki trzymają się mocno". Gdy się nie ma państwa, myślenie państwowe niczemu nie służy i nie ma się po co toczyć.
Drugi problem polskich elit to ich pochodzenie. Ja wiem, że niektórzy wzdragają się przed nazywaniem elitą polskojęzycznych kacapów przywiezionych na tankach, ale uznając realia, trzeba przyznać, że to właśnie oni i ich potomstwo weszło w rolę elity w popowstaniowej Warszawie i trzeba się do tego faktu odnieść. Ciągłość ich pokoleń sprawiła, że pomimo upływu tylu lat, Polakom z tej naciśniętej na głowę uszanki jest się trudno otrząsnąć; ona sama zaś doskonale wpisuje się w guberialną koncepcję geopolityczną – dla jej rodziców i dziadków Polska nigdy nie zasługiwała na samodzielność; dla niej zawsze te główne rozkazy o strategicznym znaczeniu pochodzić miały z zewnątrz – oni byli od przekazywania rozkazów, a nie ich wydawania.


Problem mamy więc poważny – z jednej strony powielanie mitomańskiego politykowania w środowiskach elit polskich i z drugiej problem podległości w środowiskach elit pseudopolskich.
Nawet gdy już się ktoś trafi, kto dobrze rozezna sytuację i przedstawia realne propozycje geopolityczne, od razu natrafia w Polsce na mur interesów jednego środowiska lub mur głupoty drugiego.
Polska ziemia wciąż rodzi i pozostaje mieć nadzieję, że przyjdą na świat Polacy, którzy swoim własnym wysiłkiem zdobędą konieczne wykształcenie i praktykę myślenia pozwalającą uprawiać realną politykę, pozwalającą myśleć w kategoriach strategicznych. Czy do tego czasu Polska doczeka? Czy doczeka Naród Polski?


Polska to odpowiedzialność nas wszystkich. Dlatego nawet jeśli okręt tonie, nikt nas nie zwalnia z obowiązku obsługi pomp. Są iskierki nadziei, słuchając młodych Polaków, można znów nabrać ochoty na Polskę.
Dlatego trzeba na nie chuchać, trzeba rozniecać; każdy z nas powinien sobie wziąć do serca troskę o formowanie polskich elit narodowych i patriotycznych. Każdy z nas może to robić we własnym zakresie, dlatego "niech rozkwitnie milion kwiatów". To dzisiaj jest jedyna droga. Wtedy przyjdzie taki moment, kiedy damy radę otrząsnąć się i wstać.
Otrząsnąć z polityki miraży i strząsnąć ze stołków narzuconą elitę.
Powstanie Warszawskie ujawniło niesłychany heroizm pokolenia wychowanego w wolnej Polsce, ujawniło też bardzo wysoką próbę ówczesnych młodych polskich elit.


Jednocześnie obnażyło brak realizmu polskiej polityki, brak rozeznania geopolitycznego i lekceważenie kosztów.
Zryw ten pozostanie na zawsze naszą lekcją; na zawsze powinien służyć wychowaniu młodych ludzi, z jednej strony do heroizmu, jako przykład, że dla Ojczyzny poświęca się wszystko, z drugiej strony, powstanie MUSI być przestrogą, jak nie należy uprawiać polityki polskiej.
Uczmy się na błędach ojców i bierzmy przykład z ich wielkich czynów; uczmy się krytycznie myśleć o własnej historii. Jedynie w ten sposób możemy dzisiaj nadać sens ich przegranej walce, sprawić, że nie pójdzie na marne.
Bądźmy realistami bądźmy dumnymi Polakami. Nikt za nas Polski nie podźwignie. Dlatego bolą inicjatywy pisania petycji do cudzoziemskich polityków. Od nich Polska nie stanie się wielka. Domaganie się od kandydata na prezydenta USA uczynienia jakiegoś propolskiego gestu jest oznaką psiej mentalności i istotnym niezrozumieniem zasad polityki.
Zamiast pustych odezw, zakładajmy koła samokształceniowe, uczmy się wzajemnie historii, uczmy się dobrego zarządzania i innych przydatnych umiejętności, choćby strzeleckich.


Elity, aby wzrastać, potrzebują gleby, bądźmy glebą polskich elit – abyśmy już nigdy więcej nie musieli strzelać brylantami do nasyłanych rzezimiechów.
Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 27 lipiec 2012 15:20

Ci niedobrzy rodzice...

Napisane przez

RatajewskaGłośne kilka dni temu pozostawienie dziecka na lotnisku uświadomiło mi, że podczas gdy ja, rodzic, jeżdżę tylko w celach zarobkowych, to niektórzy rodzice mają się lepiej i biorą swoje dzieci na zagraniczne wczasy. Czasem nie nadążą za zmieniającymi się przepisami i muszą gwałtownie podejmować decyzje, które potem szokują cały kraj. Dziwi mnie to tak wielkie nagłośnienie przez media i to piętnowanie rodziców.
Poprzez to nagłośnienie świat się dowiaduje, że Polacy dobrze się mają. Tylko że nie znają się na przepisach. Nie są też zapobiegliwi i mądrzy, żeby dziecku wcześniej paszport wyrobić. A na końcu okazują się bezlitosnymi rodzicami.
Cieszy mnie, że nie wszystkie dzieci mają źle w Polsce, tak jak moje. Że niektórym lepiej , to mnie cieszy. Bo to są zawsze dzieci i świat powinny mieć kolorowy. Ale kłopoty nie omijają nikogo, tych bogatszych także.


Z lotniskiem to było chyba tak, że rodzice mieli wykupioną wycieczkę na cztery osoby. Na siebie i na dwoje dzieci. Na lotnisku okazało się, że jedno dziecko nie może z nimi lecieć, bo nie ma paszportu, a przepisy się zmieniły i ono też paszport powinno mieć. Rodzice więc postanowili wziąć ze sobą tylko to starsze dziecko, a to małe, dwuletnie, zostawić z babcią i dziadkiem. To dziewczynka była.
No i kogoś tam w biurze turystycznym poprosili, żeby zaopiekował się przez pół godziny dzieckiem, a dziadek z opiekunką już po dziecko jechali. Wszystko działo się na lotnisku. Ale dziecko płakało, więc władze lotniska zawiadomiły policję. I nagłośniły sprawę o złych rodzicach, bez serca. W międzyczasie pokazywały się w telewizji mądrze mówiące panie psycholog.


I wszyscy wiedzieli, że rodzice nie użyją na tych wczasach, bo będą po powrocie pod pręgierzem. Może powinni nawet wrócić wcześniej.
Ale jednocześnie dowiedzieliśmy się, że Polacy mają dobrze, po plażach innych się włóczą. I dzieci ich mają dobrze, też wyjeżdżają z rodzicami, jeśli mają paszporty. Teraz wszyscy o tym wiedzą. Polacy mają jeszcze swój Bałtyk, ale wolą mieć kłopoty z paszportami i lecieć gdzieś dalej. A tu u nas tak pięknie, tylko pogoda, jak na złość. Gdyby nie ta pogoda czasem zła, to nasze plaże najcudowniejsze. Tylko woda jeszcze zimna jest. W nogi łupie, jak się wejdzie.
Opalać się można, odpocząć ze swoimi myślami, posłuchać szumu fal i mew krzyczących, popatrzeć w dal, na widnokrąg, pogrzebać w piasku i czasami coś znaleźć. Fajnie jest nad morzem. Dawno nie byłam.
Już nas nawet nie stać na pole namiotowe. Noce tam były straszne, bo niektórzy zbyt hałasowali. Ale w dzień, jak świeciło słońce i powietrze miało słony zapach... A jeszcze fale, cudowne fale. I piasek, i kamyczki mokre, fajnie nogę zamoczyć...
Ale wracam do tego lotniska, gdzie tak głośno było o tych rodzicach.
Podobno przyjechał po dziecko dziadek i niania, ale hałas jest dalej, bo panie psycholog twierdzą, że rodzice nie powinni dziecka opuszczać, że mogli następnym samolotem lecieć.


Jeśli mieli wykupioną wycieczkę, to musieli lecieć w wyznaczonym terminie. Każda zmiana pociąga za sobą dopłatę pieniędzy. Mógł jeden rodzic lecieć ze starszym dzieckiem, a matka mogła zostać z tym młodszym.
Ale rodzice mieli jeszcze dziadków, którzy mogli się dzieckiem zaopiekować, gdy oni polecą ze starszym dzieckiem do tej Grecji. Więc chodziło tylko o te pół godziny. Zostawili dziecko komuś obcemu, pod opieką.


Czy ja byłam tak kiedyś zostawiana? Albo moje dzieci? No tak. W szpitalu, w żłobku, w przedszkolu. To też był szok dla dziecka, przynajmniej na początku. Pamiętam, jak personel przedszkola odrywał ode mnie dwójkę moich dzieci, żebym zdążyła na autobus do pracy. Jeszcze wtedy nie było tak dużo pań psychologów. A mama, która mnie wiozła przez kilka godzin do sanatorium i ani słowa mi nie powiedziała, że tam jadę. Potem pokazano mi akwarium, wielkie, kolorowe ryby, i mamy już nie było. Albo jak bolał mnie ząb. Musiałam jechać do dentysty, a moje dzieci pod opieką sąsiadki wcale nie były zadowolone. Darły się niemiłosiernie.


Ale lotnisko to nie dom. To instytucja. Tutaj ma być cicho i spokojnie. Naruszono powagę tego miejsca i posypały się gromy na rodziców.
Rodziców się łatwo piętnuje, trudniej im się pomaga. Łatwiej jest piętnować złych rodziców – wtedy wygląda na to, że społeczeństwo o dzieci dba. Zamiast wspomóc biedne dzieci zwiększonym dodatkiem rodzinnym, łatwiej zadbać o psychikę dziecka bogatego. Nasze państwo dba o dzieci. Teraz to nie tylko widać, ale i słychać. Nasze państwo, dla dziecka, lepsze jest od jego rodziców. Tak, tak, to się potwierdza.
Dziwiło mnie takie nagłośnienie tej sprawy i niepodawanie wszystkich szczegółów tej sytuacji. Potem dopiero powiedziano – o dziadku, o opiekunce, o drugim dziecku. A jak to wyglądało od strony tego małego dziecka? Na pewno chciało jechać z rodzicami, ze starszym bratem. Rodzice nie mieli dość czasu, żeby dziecku wytłumaczyć zmianę sytuacji. I to, że ono właśnie musi zostać. Ale właściwie takie dwuletnie dziecko lepiej jak zostanie przy dziadkach i w chłodniejszym klimacie.


Czytałam, że prokuratura nie chce się za to brać, bo dziecko na lotnisku było przez cały czas pod opieką. Ale jednak rodziców chcą ukarać w inny sposób. Czy to nie przesada? Dlaczego na lotnisku nie znalazł się nikt, kto by dziecko usiłował uspokoić, pocieszyć jakimś kolorowym lizaczkiem, pokazać pieska?


Ta sytuacja na lotnisku przedstawiła problemy tych, których stać na wyjazd z kraju na urlop. Dlaczego w Polsce nie nagłaśnia się problemów dzieci biednych. Ich na loty nie stać. Może tułają się gdzieś głodne. A ile to przyjaciół dzieci się odezwało. A ile to nieprzyjaciół rodziców się odezwało.
Za grosz tym krzykaczom nie wierzę. Nikt nie jest lepszy dla dziecka niż jego rodzice, niż matka, niż ojciec.