Goniec

Register Login

piątek, 12 październik 2012 10:33

Głupota w naszym obozie

Napisane przez


   chojecki Patrząc na tematyczny układ opinii w naszym obozie, dochodzę do bardzo smutnego wniosku, który celnie wyraził jeden z moich znajomych: (nasi) potrzebują nieskazitelnej  legendy i wodza. Rzeczpospolita należała zawsze do kultury łacińskiej, ponieważ w odróżnieniu od Moskwy funkcjonującej w kulturze turańskiej stawiającej na wodza, my stawialiśmy zawsze na ideę. Ale czy po 200 latach zaborów, okupacji ze Wschodu nie staliśmy się również ofiarami i spadkobiercami takiej kultury promującej jednego wodza?


    Szczególnie po traumie spowodowanej Smoleńskiem wzmogło się przekonanie, że wszelka krytyka poczynań Jarosława Kaczyńskiego i PiS jest dywersją. Do pewnego stopnia jest to prawdą – na przykład w ogniu kampanii wyborczej. Czy jednak taki płaszcz ochronny należy rozciągnąć bezterminowo? Czy zapewniając większą jedność naszego obozu, nie zabiera nam on czegoś cenniejszego?
    Jarosław Kaczyński, jak każdy polityk wyższego szczebla, odcięty jest od prawdziwej wiedzy o myślach i nastrojach "dołów" partyjnych i siłą rzeczy musi polegać na opiniach doradców. Wiemy już (po kilku przegranych kampaniach i spektakularnych odejściach z PiS), że są wśród nich, pisząc delikatnie, różni ludzie. Jakie jest więc antidotum na alienację Kaczyńskiego i wzbogacenie głosu jego doradców?
    Odpowiedź jest bardzo, bardzo prosta. Dzisiejsza technologia daje nam ją na tacy. Z takiej właśnie tacy skorzystał na Węgrzech zwycięski Viktor Orban. Jest nią Internet. Dokładniej, mądrze wykorzystany Internet. Siła naszego środowiska powinna objawiać się oddolną samoorganizacją oraz bogactwem wewnętrznej, merytorycznej dyskusji. Narzędzia mamy. Nie potrzebujemy na to specjalnych nakładów, więc nie możemy tłumaczyć się brakiem środków. I jak z tego korzystamy?


    Prawicowe portale blogerskie są w większości przypadków tubami rezonansowymi mediów głównego ścieku (dobór tematów) oraz opinii liderów i głównych doradców PiS. Jak już wspomniałem, oba te źródła są łatwo sterowalne (media) lub odcięte od głosu ulicy (wierchuszka PiS). Na cóż więc nam blogerzy, którzy potrafią pełnić tylko rolę klakierów i rezonatorów? Dalej nie mamy obywatelskiej składowej dającej przywódcy partii szansę na przezwyciężenie oderwania od dołów partyjnych. W ten sposób jesteśmy współwinni wystawienia go na większe ryzyko błędów i manipulacji ze strony kretów.


    Nasze blogi zdominowane są przez blogerów, którzy albo mają niewiele do powiedzenia i potrafią tylko komentować wydarzenia podrzucane przez innych, albo mają postawę wiernopoddańczą w stosunku do wodza i nie mogą wyjść poza mentalne bariery takiego podejścia. Efektem jest brak poważnej dyskusji nad działaniami i perspektywami dla PiS.
    Nieliczne próby poważnej debaty w naszym obozie niszczone są z dwu stron. Z jednej mamy sekowanie z popularnych platform wymiany myśli (w ten sposób "oczyszczono" np. Salon24.pl), z drugiej ataki gorliwych patriotów z łatwym dostępem do sieci, ale z trudniejszym do rozsądku, którzy rozpoczynają polowanie na czarownice i "demaskują" agenturalne źródła krytyki jedynie słusznej linii partii i umiłowanego Wodza.


    Rzeczywiście nie sposób nie dostrzec w tym piętna cywilizacji turańskiej i lat bolszewizmu. Jeśli nie pokonamy tego wroga, który głęboko zadomowił się w naszych umysłach i zamaskował troską o jedność, nie mamy szans na trwałe zwycięstwo.
    Proszę zwrócić uwagę, że mieliśmy już władzę, ale nie umieliśmy jej utrzymać. A wręcz sami ją oddaliśmy (przyspieszone wybory 2007). Czy gdyby istniała oddolna przeciwwaga dla doradców i izolacji JK w postaci prężnych forów dyskusyjnych środowisk patriotycznych, doszłoby do tego błędu? Czy doszłoby do jego tragicznych konsekwencji?


    Niech te pytania świdrują zabetonowane umysły tych, którzy dzisiaj jak klakierzy zachwycają się każdym ruchem Kaczyńskiego i odmawiają innym prawa do krytyki. Gdy znowu będzie za późno, wtedy wasze żale, wyznanie głupoty, szkodnictwa i warcholstwa – na cóż się Polsce przydadzą? Na wasze nawrócenie jest tylko jeden czas, a ma on na imię TERAZ.


http://naszeblogi.pl

piątek, 05 październik 2012 22:51

Trzeba rozmachu

Napisał

 

kumorAPisałem już, "któż jak nie PiS?". Powtórzę – w obecnej sytuacji, kiedy tzw. klasa polityczna ukształtowana przez okrągły stół zabezpieczyła sobie stan posiadania m.in. przy pomocy proporcjonalnej ordynacji wyborczej, PiS jest jedyną siłą polityczną, która władzę w obecnych warunkach może wziąć "pokojowo" – bo ma możliwości finansowe i jest ukorzeniona w istniejącym systemie.
Jeśli będziemy chcieli utworzyć coś nowego, od razu pojawią się kłopoty z finansowaniem – nie wolno z zagranicy – pozostaje ograniczona zbiórka krajowa – przedsięwzięcie nie lada – zakładając wrogość środków przekazu.
Przyjmując więc, że nie robimy zamachu stanu, nie organizujemy konspiracyjnego Ruchu Wyzwolenia Polski i nie bawimy się w politykę poza ramami obecnego państwa, PiS jest jedynym wózkiem, który pozwoli nieco ujechać do przodu.
Stąd moje PiS-owe z serca płynące zgryzoty. Bo co rusz, PiS robi coś jak gołąb na parapet. Dlaczego tak się dzieje? Ogólnie rzecz biorąc, brakuje w PiS-ie... przywództwa. I to mimo oczywistego faktu posiadania przez tę organizację ostro zarysowanego lidera.
Najnowszy pomysł PiS-u tworzenia rządu ekspertów jest tego kolejnym przykładem; przykładem szukania doraźnych prowizorek, a nie budowy sensownego systemu politycznego porządnego państwa.
Idea rządu ekspertów to idea poroniona, ponieważ rozmywa odpowiedzialność polityczną za kraj.
Popatrzmy na rzeczy po kolei.


Normalny system demokratyczny polega na tym, że obywatele wybierają przedstawicieli z poszczególnych partii nie na piękne oczy, tylko na program.
Zwycięska partia tworzy rząd, któremu powierza realizację obiecanego programu. Jako wyborca, głosując w wyborach, opowiadam się za konkretnymi proponowanymi rozwiązaniami ekonomicznymi i politycznymi. Rzeczą normalną jest, gdy lider zwycięskiego ugrupowania zostaje premierem. Potem jest rozliczany przez wyborców z realizacji programu – jego partia ponosi polityczną odpowiedzialność za złe rządzenie lub dostaje mandat na kolejną kadencję.

W przypadku "rządu ekspertów" odpowiedzialność jest rozmyta, a partia rządząca jak gdyby nigdy nic mówi w przypadku kłopotów – OK, Zdzichu okazał się niewypałem, to teraz weźmiemy Janka,
Nie tak powinno być!
Do premierowania nie trzeba profesury ani sterty naukowych publikacji – trzeba trochę zdrowego rozsądku, deka charyzmy i kilku kilogramów ciężkiej pracy; plus nieco umiejętności budowania kompromisu i zdolności wymagania pracy od innych. Premierował w Polsce Witos, chłop, który – co prawda – był piśmienny, ale wielu klas nie skończył; premierował takiej Wielkiej Brytanii w trudnych chwilach Winston Churchill – człowiek, który prawie nie miał formalnego wykształcenia, premierował Niemcom – różnie można oceniać jego rządy, ale trudno odmówić im skutecznego realizowania programu – Adolf Hitler – ponoć malarz...
Nie łudźmy się, że "eksperci" wiedzą lepiej, krajowi są potrzebni przywódcy odziani na co dzień w spodnie z długimi nogawkami, którzy znają ludzi od podszewki i nie dadzą sobie w kaszę dmuchać.
No bo jakie jest polityczne umocowanie takiego premiera z łapanki ekspertów, który godzi się użyczyć nazwiska i twarzy?
Żadne!


Jest to słaby przywódca, zależny od politycznych mocodawców, kryjących się za jego domniemanymi umiejętnościami.
Polska nie potrzebuje kolejnych eksperymentów, lecz zrozumiale napisanego, dobrego programu politycznego i silnego przywództwa.
Programu, który odpowie na kilka poważnych pytań – jednym z fundamentalnych jest to, co robimy z polską suwerennością, czyli jak widzimy dalsze członkostwo w Unii Europejskiej; jak widzimy projekt zjednoczeniowy – czy będziemy wchodzić w euro czy nie? Jaki jest rachunek kosztów takiego kroku? Z kim będziemy w sojuszach i za jaką cenę? Aby znów nie wyszło tak, że "super-patriotyczny" rząd warszawski znów da polskiego żołnierza na jakieś egzotyczne awantury bliskowschodnie.


Czego człowiek nie tknie – wymaga w Polsce sanacji – ponownego zdefiniowania polskiego interesu! Jaka armia, jaką ją budować? W co zbroić, jak rozwijać własny przemysł zbrojeniowy? Obecna armia, o ile w ogóle się rozwija, to raczej właśnie na potrzeby korpusu ekspedycyjnego, a nie obrony terytorialnej kraju – mówi się o budowie okrętów zdolnych transportować żołnierzy na odległe fronty.
Polska jak kania dżdżu potrzebuje gospodarza. Program naprawy państwa można zebrać w kilku punktach. Zaczynając od systemu politycznego, poprzez reformę finansów, ponowną analizę projektu europejskiego i stosunków z Unią, po politykę demograficzną i prorodzinną – nie ma lepszej inwestycji państwowej niż dzieci – nowi podatnicy i żołnierze!
A zatem, gdzie jest lider, gdzie jest program? Na razie mamy sztandary przekazane przez przodków, ale na to, by nad nami powiewały, trzeba zasłużyć, trzeba zapracować.


I na Boga, nie przez jakieś półśrodki i powoływanie "ekspertów" na miejsce narodowego kierownika. Polska potrzebuje polityków, a nie ekspertów – polityków chcących służyć, czyli ludzi odpowiedzialnych za społeczność, z której się wywodzą, za kraj, za naród.
Polska potrzebuje idei wspólnej pracy spinającej cały naród, zrozumienia wspólnego dobra; zrozumienia, że jedynie silne państwo polskie da ochronę i właściwe warunki rozwoju polskiej rodzinie.
Do tego trzeba rozmachu działania, trzeba nowych polityków, trzeba ruchu! Obojętnie z jaką nazwą, ale ruchu zdolnego porwać wizją nowej Polski całe pokolenia Polaków.


To jest trudne, ale wykonalne. Wystarczy uwierzyć w Polskę!


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany sobota, 06 październik 2012 12:17

 

DziekanskiFive years ago, as of this October, Robert Dziekanski, a Polish immigrant to Canada, met a tragic death at Vancouver Airport. One is struck how heartbreakingly pointless his death was.


It could be argued that the tragedy brings into high relief the curiously uneven nature of Canadian “compassion”. While the launching of various investigations and inquiries is appreciated, it is comparatively easy for various officials to express sympathy after the fact, without asking some hard questions about the societal context that led to such a grave injustice. And sometimes in fact even the ex post facto sympathy was lacking.
One thing to be considered is that some English-Canadians in government posts are usually interested in being manifestly compassionate only towards “officially-recognized” minorities – among whom so-called “white ethnics” like Poles are certainly not numbered.
There are also in circulation in the North American (U.S. and Canadian) media considerable negative stereotypes about Poles. It could be argued that, the more the Poles are habitually derided in the mass media by the so-called opinion-forming elites, the less consideration they will receive from lower-level functionaries in the system.


Let’s cite a concrete example of negative stereotyping. A few, mainly Polish-American critics, have said that that Borat movie is nothing but one long, ugly “Polack joke”. Interestingly enough, Sacha Baron Cohen as “Borat” sprinkles his dialogue with a few Polish expressions – something of which obviously only Polish-speaking persons are immediately aware.
In his magisterial but depressing book, Polish-American professor M.B.B. Biskupski documents Hollywood’s War with Poland, 1939-1945 (University Press of Kentucky, 2010). Incredible as it may seem – during this time of unbelievable agony for Poland and her being one of the most faithful Western Allies – “Hollywood presented a fundamentally distorted and negative portrayal of Poland and the Poles during the Second World War” (p. ix).


The misportrayals have indeed continued over the succeeding decades – misportrayals that are, indeed, hard to pick up on for the captive American and Canadian audience that knows little of the fuller, more complete history of World War II.
One example of the end-result of all this, is President Obama casually uttering the phrase “Polish death camps”.
The tragedy in Vancouver also calls to mind the pointed criticism of the current-day system as an “anarcho-tyranny” – in which, it is said, that the state and the police typically treat real criminals with kid-gloves, but are often considerably indifferent and exacting towards ordinary people.
The term “anarcho-tyranny” was first conceptualized by the controversial paleoconservative theorist Sam Francis, but the term is certainly descriptive and explanatory of many current-day realities. The provenance of the term should not be held against it.
One notices, for example, that there are frequently various dubious elements streaming unimpeded through Canada’s airports – whereas it is one honest, unassuming man with a poor knowledge of English that gets fatally caught in the gears of “security”.
Despite close to a million persons of Polish descent in Canada today, the register of Polish-Canadians on the Canadian political and cultural scene seems to be very low indeed. In Toronto, there appears to have been little but an accelerating decline in the community’s vibrancy since the 1970s, when the multiculturalism policy had been welcomed with such great expectations.


There have been several waves of Polish immigrants to Canada, from at least four, distinctly different Polish societies – including that of the Partition Period, 1795–1918, when Poland was under harsh foreign occupation – as well as their generations of offspring.
The post-World War II wave of Polish immigration to Canada consisted mostly of Polish soldiers who had fought at the side of the Western Allies – and were unable and unwilling to return to a Sovietized satellite Poland – some who came to Canada directly, and others who moved to Canada after settling in Britain. Those Polish soldiers who came directly were, as the price of their admission, required to work for two full years on remote farms. Conditions there were sometimes none too pleasant.
It could be argued that some "white ethnics" in today’s Canada have indeed reached a virtual vanishing point as a matter of positive interest and concern for Canadian government, media, and large corporations.


Mark Wegierski

piątek, 05 październik 2012 17:39

Konflikt nauczycielki z uczniami

Napisane przez

 

RatajewskaJakiś czas temu nauczycielka matematyki z Suwałk podała aż 11 uczniów do sądu – za znieważanie jej jako funkcjonariusza państwowego. Chodziło o znieważenie jej na lekcji.
Najpierw bym się zastanowiła nad osobowością tej nauczycielki. Typowa skarżypyta na pewno.
Potem bym się zastanowiła, dlaczego ona taka ważna, kim jest tata jej, a kim mama.
Potem bym sprawdziła, czy ta pani wykorzystała wszystkie stopnie dogadania się z uczniami. Po drodze jest pani pedagog, wychowawca klasy, pani dyrektor szkoły, rodzice, ale przede wszystkim uczniowie

Czy była dla nich miła, przyjacielska, czy okazywała swoją wyższość.
A potem sobie myślę, że klasa może ma ponad 30 uczniów, więc pani nauczycielka podała do sądu jedną trzecią klasy. I nie była to zawodówka, gdzie uczniowie czasem trudni. Było to gimnazjum, gdzie uczniowie to trochę dzieci i trochę już młodzież.

Trudny wiek dorastania, a w dzisiejszych czasach, gdy w domu wiele domowych problemów, tym bardziej jest on trudny.
Więc taką matematyką można ucznia nieźle zainteresować. Można uczniowi trudnemu pokazać – Patrz, jaki jesteś mądry! Umiesz myśleć! Ja bym na to nie wpadła! I największy rozrabiaka nie mógłby się doczekać lekcji matematyki z tą panią.
Ale pani przyszła na zastępstwo, wzięła kilka godzin w gimnazjum. Na pewno nauczycielce, która uczy w średniej szkole, trudno się przestawić na poziom gimnazjum. Zaczyna się więc stawianie złych ocen, a uczeń czuje, że pani żadnym wysiłkiem nie zadowoli. A pani pokazuje, jakie to niezdolne dzieci ma przed sobą. Uczniowie przestają myśleć, bo uczeń lubi być nagradzany. Wtedy mózg jego myśli lepiej. Po prostu myśli.
Każdy nauczyciel musi sobie poradzić z klasą. W niektórych klasach praca związana z zachowaniem, ujarzmieniem uczniów trwa kilka miesięcy.
Do pomocy mają nauczyciele pedagoga szkolnego, dyrektora szkoły i rodziców.
Traktowanie zachowania się uczniów na lekcji jak osobistej zniewagi nauczycielki to już podejście nauczyciela, który nosa zadziera. Przecież to uczeń traci lekcję, jak się źle zachowuje. Przecież to on będzie gorzej umiał matematykę. A jak przeszkadza innym, to cała klasa będzie traciła.
Ale jest jeszcze coś.
Do szkół od 1990 roku zostało przyjętych dużo z otoczenia polityków, ważnych ludzi. Jakaś część tych ludzi się wykruszyła, bo w szkole trzeba umieć utrzymać dyscyplinę, a nie każdy to potrafi.
Jakaś część została. I jeśli szkolna otoczka polityków, ważnych osób będzie zastraszać uczniów w szkole, to będzie to zastraszanie społeczeństwa, które i tak już ledwo zipie. Które końca z końcem związać nie może. I te książki takie drogie i wciąż się zmieniają. Pretensje do rodziców, jak wychowali dzieci…
Czyli jest to oddziaływanie na rodziców. Oni muszą wpłynąć na uczniów, żeby nauczyciele, którzy sobie nie radzą, mogli być dalej nauczycielami.
Żeby nauczycielka niemieckiego, która słowa po niemiecku powiedzieć nie umie… żeby mogła dalej uczyć. Żeby nauczycielka informatyki, która żenuje uczniów brakiem swojej wiedzy i rozmawia o butach dla córek... żeby dalej mogła uczyć.
A tu odchodzi ulubiony nauczyciel, nie przedłużą z nim umowy. Ale dlaczego? Bo ktoś z rodziny dyrektora właśnie kończy studia, to na niego ta posadka czekała. I przychodzi pani, która drze się i drze na lekcjach, zamiast uczyć.
Nauczyciel może wiele dobrego zrobić i wiele złego. Tych dobrych wspominamy całe życie.
Mało ich było. Jednak gdyby uczniowie mogli mieć coś do powiedzenia w wyborze nauczyciela, to byłoby ich więcej. Przypuśćmy, że mogliby brać udział w głosowaniu uczniowie powyżej średniej.
I jest jeszcze coś.
Dlaczego nauczyciele – ci funkcjonariusze państwowi – dlaczego noszą prześwitujące spodnie i stringi pod nimi? Dlaczego biusty wylewają im się spod wyciętych bluzek, a młodzież to komentuje z niesmakiem zamiast myśleć o zadaniu matematycznym. Niektóre nauczycielki po prostu ubierają się nieprzyzwoicie.
Dlaczego policjantka – funkcjonariusz państwowy – nosi mundur, a pani nauczycielka stringi pokazuje? Nauczycielu, załóż fartuszek!


• • •


Inna smutna wiadomość. Dwójka małych dzieci zginęła kolejno w rodzinie zastępczej. Były zbyt małe, żeby mogły sobie poradzić, gdzieś chociażby zadzwonić, poskarżyć się. Ale wystarczyło dzieci te trochę poobserwować, obejrzeć, czy reszta dzieci nie ma siniaków.
Ludzie, kochajcie dzieci, kochajcie też młodzież. Kochajcie się.


• • •


Dwa programy i dwie kobiety – Kasia Figura i Doda.
Wczoraj obejrzałam u Lisa Kasię Figurę, a potem zaraz była Doda na innym programie. Tak to się jakoś zbiegło, a także to, że to ja miałam pilota i mogłam wybrać te dwa kobiece programy. I porównać te dwie panie w telewizji.
Kasia była cudowna, bardzo ludzka i jej dramat też typowo ludzki. Niedobry mąż, może i kochany, ale niedobry.
Doda z wymalowanymi ustami, na czerwono, włosy długie. Kasia – włosy krótkie.
Doda młodsza dwukrotnie.
Kasia ma już dzieci, Doda nie ma i nie chce ich mieć. Twierdzi, że nie nadaje się na matkę, bo ma taki a taki charakter. Że dziecko przy niej by nie miało dobrze.
A ja myślę, że by miało bardzo dobrze, a gdyby nawet musiało zostać z dziadkami, to też by miało dobrze.
Na pewno nie spotkała jeszcze tego właściwego, który będzie zasługiwał na dziecko z nią.
Doda twierdzi, że mężczyźni od niej odchodzą, bo jest za idealna. Z siedmiu ich od niej odeszło. Współczuję jej, ale tak ma być widocznie.
Kasia jest ciepła, Doda jest zimna albo ma skorupę.
Kasia cierpi, Doda cierpieć nie chce.
Kasi walczy o dzieci i wie, że maż o nie też będzie walczył. Więc walka będzie bardzo długa i pochłonie wiele nerwów. Ma dwie córeczki.
Teściowa Kasi jest po jej stronie. To bardzo mądra matka. Mądra matka to taka, która dostrzega wady syna, pomimo swojej miłości do niego. Stwierdziła, że syn nie potrafi kochać i że potrafi być agresywny.
Te dwie kobiety są tak różne. Doda chce pokazać światu swój wygląd zewnętrzny i dobić rozmówcę swoją inteligencją.
Kasia mogłaby wyglądać o wiele lepiej, wg mnie ma rysy ładniejsze od Dody, ale dla niej nie ona jest teraz ważna. Ważne są jej dzieci, jej trudna sytuacja, jej mąż, od którego wie, że musi się odizolować.
Lubię Kasię, zastanawia mnie Doda. Co w niej siedzi i kiedy wreszcie pokaże światu, że wcale nie jest taka silna. I taka idealna.
My, ludzie, jesteśmy silni i idealni tylko do czasu. Prędzej czy później ktoś inny jest ważniejszy i piękniejszy dla kobiety – jej własne dziecko.
Wanda Rat

piątek, 05 październik 2012 17:35

Gruzja przegrała – wnioski

Napisane przez

 

Wstępne szacunki wskazują, że Gruzini demokratycznie (przy wysokiej frekwencji 70 proc.) wybrali podległość Rosji. Warto wyciągnąć stąd wnioski dla nas.
Często mamy nadzieję, że to tylko nasze społeczeństwo jest tak głupie i omamione przez media, że wybiera obrożę w zamian za pełną miskę. Okazuje się, że bitny i dumny naród gruziński przeszedł podobną metamorfozę. Co więcej, stało się to pod rządami partii patriotycznej! Nie można więc mówić o medialnej przewadze obozu prorosyjskiego (faktem jest natomiast jego potęga finansowa). Nie pomogła nawet odsiecz z Węgier i apel premiera Orbana. Trzeba więc przyjąć, że Gruzini świadomie wybrali rosyjską obrożę w zamian za spokój i dobrobyt.


Wypływa stąd smutny wniosek. Obecne społeczeństwa przechodzą przemianę polegającą na odejściu od ideałów, wartości, poczucia godności i jedynym czynnikiem inspirującym wybory większości jest, mówiąc językiem biblijnym czasów ostatecznych, "pokój i bezpieczeństwo". Cena nie gra tu roli. Za spokój i dobrobyt współczesny człowiek odda wszystko – ze swą wolnością włącznie.


Jest to ogromna porażka tradycyjnych Kościołów cywilizacji zachodniej. To one stały dotychczas na straży wyższych wartości i poziomu moralnego społeczeństw. Bez szybkiego zwrotu w sferze duchowej nastąpi totalny upadek Zachodu. Nie mam tu na myśli intensyfikowania metod, które doprowadziły do obecnej porażki cywilizacyjnej. Potrzebna jest nowa wizja, nowi ludzie i nowa idea (temu zagadnieniu poświęciłem nowy numer "idź POD PRĄD", który w czwartek ukaże się w sprzedaży).


Dla polityki polskiej z lekcji gruzińskiej wypływa jasny wniosek – w obecnych warunkach społecznych nie wygramy, akcentując na naszych sztandarach górnolotne hasła z poprzednich epok. Współczesny mały człowiek nie tylko jest na nie obojętny – on poczytuje je jako zagrożenie! Dlatego właśnie Tusk i Komorowski mogą popełniać dowolne błędy, gafy czy szwindle – dla większości wyborczej i tak są mniejszym złem niż Kaczyński i Radio Maryja.
To dla patriotów najpoważniejsze wyzwanie – jak opakować nasz towar w błyszczący papierek atrakcyjny dla produktu naszych czasów – małego, bezideowego człowieczka. Jak na razie celujemy w procesie przeciwnym...


http://naszeblogi.pl

piątek, 05 październik 2012 17:31

Niemcy i komuniści o biedzie w Polsce

Napisane przez

 

janszczepankiewiczWśród wielu unijnych dziwów doszły nas teraz wieści o "empatycznej" wystawie, jaką na temat polskiej biedy urządziła w Brukseli była działaczka wschodnioniemieckiej partii komunistycznej, a obecnie solidnie uposażona deputowana do euro- parlamentu Gabrielle Zimmer.
Ekspozycja ma ponoć składać się z broszur i zdjęć działającego w Polsce lewicowego ekstremisty, który podobno jest także pomysłodawcą nagłośnienia zjawiska na forum europejskim, choć polityczne sympatie lokuje, jak niosą wieści, raczej w osobach naszej kulturze z gruntu niechętnych.


Tak w ogóle, to okazuje się, że mimo tragicznych powtórek z historii nadal można odnaleźć fanów takiej "sprawiedliwości społecznej", która rugując prawa bezwzględnych kapitalistów, zapewnia równy dobrobyt wszystkim obywatelom. Bywa, że taki system z troski o swoich biednych funduje im bez wyboru "jedynie słuszną" ideę oraz radosny kołchoz, podczas gdy bardzo niezdrowy przywilej władzy czy większej kasy chowa przezornie dla wodzów i sekretarzy. Łatwiej jednak wygłupiać się w "niesprawiedliwej", lecz tolerancyjnej Polsce, niźli wyjechać do któregoś z "czerwonych rajów", gdzie kłopot z dostaniem bardzo pożywnej rzepy skutecznie wybija z głowy niesforne myśli, a za odmienne poglądy podobnie eksponowane można pożegnać się z życiem.


Wracając do samej wystawy, trzeba stwierdzić, że doprawdy nic tak nie może rozczulić przyzwoitego człowieka jak sytuacja, w jakiej o biedę w Polsce początku XXI wieku martwią się Niemcy lub komuniści, których działania tak wiele dla nas znaczyły w minionym czasie. Niestety, to właśnie Niemcy zupełnie przecież niedawno nam pokazali dwukrotnie, na co ich może być stać przy sprzyjającej okazji, zwłaszcza gdy ich przyciśnie. Najbardziej wstydliwym wątkiem ich walki z biedą był narodowy socjalizm, który pozwolił się "Rasie Panów" wzbogacić wpierw kosztem własnych Żydów, a później także Polaków i innych nacji.


Azjatycka odmiana socjalizmu, jak wiemy, przebiła jeszcze rozmachem "dziejowych konieczności" speców od złotych zębów, przepustowości spalarni oraz sortowni odzieży. Sowieccy okupanci nie dość, że wprowadzili u nas swoje "sprawiedliwe społecznie" regulacje, powodując zapóźnienia w stosunku do wolnego kapitalistycznego świata liczone w dziesiątkach lat, to jeszcze stawiając na głowie zdrową hierarchię wartości, pozostawili nam zdeprawowanych homo-peerelusów, nie nadających się często ani do normalnej pracy, ani do samodzielnego życia.
Fotosy zniszczonych tynków, bawiących się byle gdzie dzieci czy rozgrzebanych barłogów można dziś zrobić najpewniej nie u "biednych, ale uczciwych", lecz wśród dotkniętych patologiami przedstawicieli "ludu pracującego miast i wsi", którzy po erze kołchozów i kombinatów nie znaleźli miejsca w uczciwszym podziale pracy. Roszczeniowy nierób, choć często uważający się za katolika, dziwnym trafem mówi dziś w Polsce językiem Marksa i daleki będąc od pracy nad sobą, z nienawistną pożądliwością spogląda na owoc pracy ludzi zwyczajnie lepszych od siebie.
"Sprawiedliwość społeczna", mimo że z braku lepszych określeń powszechnie przywoływana dla określenia pożądanego ładu w zakresie wytwarzania oraz podziału dóbr, jest dziś de facto pojęciem historycznie, a przy tym ideologicznie oraz moralnie zupełnie skompromitowanym. Ilekroć natomiast jakowyś lewak wyciąga ją z arsenału demoralizujących haseł, można mieć pewność, że chodzi mu o pozyskanie najgorszych ludzi dla podzielenia majątku wytworzonego przez innych, pozbawione sensu "równanie szans" i permanentny socjal dla swych nierobotnych klientów.
Etyczne mnożenie dóbr, tworzenie realnych podstaw dobrobytu obywateli oraz ich państwa jest mu natomiast zupełnie obce, jako że szkodnik w istocie bazuje zawsze na biedzie i odwołuje się od początku niezmiennie do najpodlejszych przymiotów ludzkiej natury.
Socjalizm może połączyć się czasami z prymitywnym nacjonalizmem, ale de facto zawsze pozostaje wrogiem ludzkiego prawa do życia i gospodarczo zbawiennej, gdy przy tym etycznie czystej kumulacji własności. Godząc w wolność przedsiębiorczej jednostki, staje się pierwszą przeszkodą dla rzeczywistego rozwoju narodu oraz upowszechnienia dostatku w stosownym dla każdego obywatela zakresie.


Pewnym jest, że w Polsce, podobnie jak innych krajach podbijanych, okupowanych, niszczonych, wyludnianych i grabionych z wiadomych przyczyn, obszar ubóstwa jest większy niż na Zachodzie, który dziedziczy bogactwa zdobyte w rozmaity sposób. Straty, jakie poniosła odrodzona Polska w wyniku działań III Rzeszy Niemieckiej i ZSRS tylko podczas 6 lat swoich zmagań, były relatywnie największe ze wszystkich stron biorących udział w II wojnie światowej, zaś efekty kolejnej trwającej pół wieku okupacji praktycznie trzeba nam będzie nadrabiać przez wiele dziesięcioleci.
Ogółem Polska straciła aż 17 proc. swej populacji oraz 40 proc. majątku narodowego, w stolicy kraju ocalało jedynie 15 proc. budynków, zaś otrzymane za utraconą część przedwojennego terytorium piastowskie – Ziemie Odzyskane miały w ponad 70 proc. zniszczoną infrastrukturę, a co trzecie gospodarstwo rolne było tam całkowicie zdewastowane. W efekcie powierzchnia kraju zmniejszyła się o jedną piątą, wciąż trwały masowe mordy liczone co najmniej w wielu dziesiątkach tysięcy, a komunistyczna władza systemowo zwalczała tak strategiczne ziemiaństwo, jak przedsiębiorczość i własność dającą Polakom siłę narodowego przetrwania.
Podobnie jak w innych okupowanych krajach, czego agresor nie zniszczył, to zrabował i wywiózł, co w szczególności dla Polski skutkowało ogromnymi stratami w sferze narodowego dziedzictwa. W zasadzie zarówno Niemcy, jak Rosja nie wypłaciły nam nigdy żadnych stosownych kwot i zapewne dokonać tego nie myślą, chociaż wielkości strat tak ludzkich, jak materialnych są monstrualne.
Nasi zachodni sąsiedzi potrzebuje jednak dla swego dalszego rozwoju stabilnej i spójnej Europy – w tym Polski, skąd można wnieść pewne nadzieje na bardziej partnerskie relacje przy dobrej dbałości o swoje, choć trudno znaleźć jakieś uczciwe powody braku bezwzględnie nam należących się odszkodowań.


Obiektywnie należy stwierdzić, ze funkcjonujący dziś w III Rzeczypospolitej Polacy pomimo przegranej wojny, a także dawnych oraz bieżących socjalistycznych hamulców przeważnie dają sobie jednak radę całkiem nieźle. Utrzymanie pożądanego standardu życia wymaga jednak nad Wisłą o wiele więcej wyrzeczeń i ciężkiej pracy niż w krajach mniej zrujnowanych, a przy tym po 1945 roku zwyczajnie wolnych.
Z kolei przy odrobinie starania można by znaleźć obrazki biedy podobne do tych z podwórek Łodzi czy ściany wschodniej także w krajach bogatych sąsiadów i głupio wytknąć im dodatkowo brak "wrażliwości społecznej" na to nieszczęście pomimo bardzo wysokich wartości PKB. Np. Niemcy ze swoją wiodącą dziś gospodarką wg medialnych doniesień mają 2,5 miliona niedożywionych dzieci i wciąż rosnący kilkunastoprocentowy wskaźnik ubóstwa, na które to zjawiska ani społeczeństwo, ani też państwo nie zawsze przecież ma wpływ.
Można też mnożyć opisy patologii Zachodu u nas właściwie jeszcze niedawno nieznanych, a dających świetny materiał dla spektakularnej troski o nie dość udolne w zakresie stosownych działań państwa europejskich sąsiadów. Pytanie jednak należy postawić, jakiej to próbie osobistej rehabilitacji, czy też promocji idee fixe tym razem miałby ten zabieg posłużyć?
Swoich biednych będziemy mieć przecież zawsze, lecz politycznie trzeba nam pilnie rozróżnić tych, którzy wpadają w kłopot z powodu przyrodzonego upośledzenia czy też życiowych nieszczęść – od takich, co to z własnego wyboru staczają się na dno, mimo obiektywnie sprzyjających im okoliczności oraz realnych szans na godne życie.
Jak wykazuje historia, dużo lepiej jednym i drugim posłuży natomiast przekaz ewangeliczny niż marksistowski, który po doświadczeniach socjalistycznych rewolucji oraz światowych wojen jednak wciąż znajdujemy w języku rozmaitych lewackich filutów.


Jan Szczepankiewicz
Kraków, 27 września 2012 r.

piątek, 05 październik 2012 17:17

Kryzys kontrolowany jest blisko...

Napisane przez

Przedstawiamy Państwu zapis magnetofonowy spotkania z Grzegorzem Braunem, zorganizowanego przez redakcję "Tajnych Kompletów" w niedzielę, 23 września, w Mississaudze.

– Witam, szczęść Boże, dziękuję za zaproszenie w ten niedzielny wieczór u mnie, u państwa popołudnie. (...) Z tych zdarzeń, które zaczęły się na cmentarzu w Gdańsku-Wrzeszczu przed tygodniem, a trwały do czwartku, kiedy to we Wrocławiu przeprowadzono sekcję drugiego ciała wydobytego z grobu na cmentarzu Powązkowskim w Warszawie, z tych zdarzeń – myślę – warto zapamiętać dwie postaci, poza – ma się rozumieć – postacią śp. Walentynowicz, która jest na tamtym świecie i stamtąd się temu wszystkiemu przygląda i mam nadzieję, że potwierdzą się te słowa wypowiedziane przez Sławomira Cenckiewicza, że mianowicie tak jak od niej zaczęło się coś większego i ważnego w roku 1980, tak samo może i w 2012 Anna Walentynowicz da początek jakiejś sekwencji zdarzeń, które coś w Polsce odmienią na lepsze.


Ale oprócz niej z tych dni zapamiętajcie państwo i zwróćcie w przyszłości uwagę na syna Janusza i wnuka Piotra. Janusz i Piotr Walentynowicze, dzielni Polacy, którzy wzięli na siebie ten ciężar z pomocą adwokata Stefana Hambury i doprowadzili do wszczęcia tej procedury ekshumacyjnej, i wytrzymali tych ładne parę dni, choć wszystko trwać miało tylko kilkanaście godzin i skończyć się w Bydgoszczy.
A tam okazało się, że Prokuratura Wojskowa jakoś nie panuje nad całą sytuacją, zepsuł się tomograf komputerowy – o tym wszystkim mogą państwo przeczytać.


Zwróćcie uwagę na Janusza i Piotra Walentynowiczów. Ja osobiście czułbym się znacznie lepiej, gdyby to tacy ludzie właśnie mieli wpływ na bieg spraw publicznych w Polsce. Myślę, że mają do tego pełne kwalifikacje po matce i po babce. Jeszcze raz powtórzę, są dzielnymi Polakami, załatwili tę jedną sprawę. Myślę, że mogliby załatwić wiele innych spraw dla Polski, gdyby tylko mieli taką szansę, gdyby to oni, a nie banda złodziei, łobuzów, dobrze jeśli nie morderców, zasiadała w ławach rządowych w polskim parlamencie i obsiadała różne ważne urzędy państwowe. Janusz i Piotr Walentynowicze to moi bohaterowie i namawiam państwa, żebyście także otoczyli ich życzliwą myślą i modlitwą, no bo sprawa przecież jeszcze się nie skończyła.


Załatwili sprawę. Jaką sprawę? Dzięki nim stało się jasne, wyszło na jaw, że w grobie, na którym stanął nagrobek opatrzony imieniem i nazwiskiem Anny Walentynowicz, znajdowało się nie do niej należące za życia ciało i to jest fakt fundamentalnie zaprzeczający wersji propagowanej przez władze moskiewskie i władze warszawskie w ciągu ostatniego dwuipółrocza.
To kłamstwo jest tak spektakularne, to kłamstwo, które się odsłoniło, że – mam nadzieję – jeszcze paru co do tej wiedzy otworzyły się oczy. Oczy na co? Na ten fakt, że władza moskiewska i warszawska, wmawiając nam od 10 kwietnia 20120, że wszystko jest w porządku, no że cóż, że łgała władza jak pies.


Skoro łgała w tej sprawie, no to w jakich innych sprawach możemy tej władzy wierzyć. A przypomnijmy, że to pierwsze osoby w państwie kłamały publicznie.
Paradę kłamców, ten ranking otwiera na czołowej pozycji obecna marszałek Sejmu Ewa Kopacz, która to publicznie, jeszcze na forum parlamentarnym, zapewniała, że pod jej okiem procedura w Moskwie przebiegała w największym porządku, że ziemia w Smoleńsku została przegrzebana, przekopana na głębokość metra. To są słowa, które wszyscy słyszeli, one zostały zapisane, powtórzone wielekroć i warto naprawdę je pamiętać.


Pamiętajmy, że aktualny prezydent naszego postpeerelu Komorowski jeszcze przed 10 kwietnia 2010 roku wielokrotnie wypowiadał się – jak by to powiedzieć – z nadzieją na zamach, który odbierze życie prezydentowi, wówczas urzędującemu śp. Lechowi Kaczyńskiemu. To były te słowa: może prezydent będzie gdzieś leciał i może te wszystkie plany trzeba będzie zmienić.
Premier Tusk, który nadzoruje wszystkie służby, których działanie, po pierwsze, nie ustrzegło życia prezydenta i towarzyszących mu osób, a po wtóre, po 10 kwietnia, te wszystkie służby zrobiły wszystko, żebyśmy popadli w uzasadnione podejrzenia, że biorą udział jeśli nie w samej zbrodni, to w matactwach, które mają odwrócić uwagę opinii publicznej od tego, co się w istocie wydarzyło między Warszawą i Smoleńskiem 10 kwietnia 2010 roku.


W tych służbach, podległych premierowi Tuskowi, za kłamstwa, matactwa, za niedopatrzenia, za zwykłą podłość nagrodzono awansami, nagrodzono posadami. No właśnie pani marszałek została marszałkiem ze stołka ministra zdrowia się przesiadłszy. No cóż, może od momentu, kiedy nie da się już dłużej utrzymywać tej wersji – kto chciał, to wierzył, ale teraz to już naprawdę trudno powtarzać, że cała procedura była po pierwsze precyzyjna, uporządkowana, godna i że była ludzka pod względem rodzin, najbliższych, jeśli już nie nas, postronnych rodaków, to przynajmniej wobec najbliższych, więc to się już nie daje powstrzymywać.


Może istotnie, oby tak było, Anna Walentynowicz z zaświatów uruchomi jakąś reakcję domina, która coś dobrego przyniesie.
Czego się w tej chwili w Polsce oczekuje, czego się spodziewamy, w którą stronę ta reakcja domina mogłaby wywracać kostki? Zwróćmy uwagę na wypowiedź jednego z naszych pasterzy. Biskup Dydycz z Jasnej Góry powiedział ni mniej, ni więcej, że dobrze by było, gdyby tak do dymisji podał się parlament, żeby się Sejm rozwiązał. Oskarżono księdza biskupa o to, że chce tutaj zamachnąć się na władzę najwyższą, Sejm.
Taki donos złożyli posłowie takiej sztandarowej antykatolickiej partii, która weszła do parlamentu naszego postpeerelowskiego. Otóż, ksiądz biskup oczywiście nie nawołuje do obalenia władzy siłą, tylko ksiądz biskup wskazuje na tę realną możliwość. No rzeczywiście, parlament może się sam rozwiązać. No ale dlaczego ksiądz biskup mówi teraz głośno takie rzeczy, skoro za rozwiązaniem parlamentu i w ogóle rozwiązaniem tego państwa postpeerelowskiego tęsknimy już od dłuższego czasu?


Sądzę, że jeżeli takie słowa się pojawiają w wypowiedzi odpowiedzialnego hierarchy w miejscu publicznym, w sytuacji, w której słucha bardzo wielu, nie tylko wiernych, myślę, że jest to znak, że sprawa jest już tak naprawdę postanowiona, że wszystko to rymuje się z tymi wszystkimi znakami na niebie i ziemi, które obserwujemy od wielu miesięcy, że mianowicie bezpieka, która aktualnego premiera Donalda Tuska postawiła w tym miejscu, w którym on się znajduje, przygotowuje się do wymiany zderzaka na jakichś nowych, lepszych.
Od kiedy w telewizjach różnych, w programach satyrycznych, okazało się, że można już nawet żartować z rządu i właśnie z samego premiera, że już nie wszyscy za nim tak równym sznurem, to można się było spodziewać, że poszukiwany jest jakiś nowy wariant. No ale oczywiście władza będzie chciała przeprowadzić to przetasowanie – patrz ta wspomniana wyżej bezpieka, a raczej konsorcjum, różne sitwy bezpieczniackie, które tu się dzielą na naszym terenie wpływami, które są albo siłą czerpaną wprost z peerelowskich korzeni, albo też są siłą braną z jakiegoś już późniejszego nadania, którego im udzielili mocarze czy to ruscy, czy inni, którzy mają wiele do powiedzenia na terenie naszego kraju.
Otóż oni będą chcieli tak te zmiany przeprowadzić, żeby – najkrócej mówiąc – się nie za wiele zmieniło. To znaczy żeby złudzenie było pełne, że zmieniło się wszystko, ale żeby istota sprawy została ta sama. Oni chcą się przetasować, chcą na nowo podzielić się tym tortem, no bo układ trzeszczy i nie da się tego utrzymać na dłuższą metę bez mian.


Zresztą następuje pewne zmęczenie materiału, już troszkę premier Tusk się opatrzył, różni jego ministrowie za dużo się nakłamali, za dużo się nakradli różni dygnitarze, różne kompromitujące przecieki jednak następują.
Z jednej strony, ta afera z gdańskim przedsiębiorstwem lotniczym, co było przykre dla samego premiera i jego najbliższych, z drugiej strony, taki sędzia gdański, który nieopatrznie dał się nagrać, jak pyta, będąc przekonany, że pyta przedstawiciela Kancelarii Premiera, czy przyspieszać, czy spowalniać. Państwo możecie to usłyszeć i przeczytać, na pewno czytaliście w Internecie. To są takie symptomy, że coś trzeba zmienić, ale oczywiście oni tak chcą zmienić, żeby władzę utrzymać.
Teraz szykują się pewne spektakularne demonstracje. W najbliższą sobotę, 29 września, to pierwszy taki istotny punkt w kalendarzu tej jesieni, no i gdyby to nie stworzyło pola, ta najbliższa sobota, do jakichś akcji, które mogłyby służyć za tło czy dobry pretekst dla takich spektakularnych przetasowań, no to mamy jeszcze drugi termin, a to jest 11 listopada, też całkiem niedługo.
Mówię, że te wydarzenia mogą stworzyć jakieś tło czy dobry pretekst, bo obawiam się, że władza ludowa, ta aktualna właśnie władza, że ona chciałaby przeprowadzić taki kryzys kontrolowany w Polsce.
Kryzys kontrolowany to znaczy właśnie, żeby było trochę fajerwerków, kto wie, może nawet biegania, może nawet strzelania, oby ślepymi nabojami, jakaś akcja policyjna. Państwo pamiętacie, jak to było ćwiczone na ulicach Warszawy 11 listopada ubiegłego roku. Wtedy to były ćwiczenia, pytanie, czy z tych ćwiczeń zostały wyciągnięte takie robocze wnioski, żeby wykorzystać te nadchodzące okazje do tego, żeby właśnie taki kryzys kontrolowany nastąpił.


Jak doprecyzować to pojęcie kryzys kontrolowany w tym konkretnym kontekście? Myślę, że także po stronie aktualnej opozycji, tych którzy są opozycją z dostępem do realnej sceny politycznej. Przede wszystkim jest to partia Jarosława Kaczyńskiego. Myślę, że w tej partii jest całkiem sporo ludzi, którzy chcieliby, żeby zmiana nastąpiła, chcieliby jakiegoś udziału we władzy, chcieliby, żeby rzecz się zmieniła na ich korzyść, ale obawiam się, że wcale nie marzą, żeby nastąpiły jakieś zmiany fundamentalne w Rzeczypospolitej. Nie chcieliby, żeby nastąpiły wypadki, których nie będzie można później kontrolować. Być może jestem przesadnie podejrzliwy, być może jestem niesprawiedliwy w osądzie, ale słyszałem w ostatnich miesiącach, a nawet tygodniach, takie zdania, które miały charakter oferty politycznej.
Sam Jarosław Kaczyński wygłosił takie expose, które było przez szereg tygodni wcześniej głośno reklamowane i po tym expose chwalili go różni reżimowi dziennikarze, tzn. dziennikarze pracujący w tych mediach głównego nurtu czy głównego ścieku, że bardzo to było dobre przemówienie, bo wreszcie nie mówił Jarosław Kaczyński o Smoleńsku. Zaczęli go chwalić, że o tym okropnym Smoleńsku nie mówi, i z drugiej strony, nagrodzili Jarosława Kaczyńskiego. W jaki sposób? Ano w taki sposób, że poważnie przez kilka dni rozmawiali o propozycjach, które przedstawił, ile by to kosztowało, czy to jest do uniesienia dla budżetu. Mówiąc krótko, ta oferta jakby złożona przez Jarosława Kaczyńskiego, że zmieniamy wizerunek, o Smoleńsku już nie będziemy tyle mówić, damy do zrozumienia aktualnie rządzącym, że nie chcemy wywracać całej układanki, że jesteśmy bardzo rozsądni i że z nami można rozmawiać. Czy taka propozycja zostanie przyjęta, czy Prawo i Sprawiedliwość zostanie dokooptowane do tego układu, co mogłoby nastąpić pod szyldem jakiegoś – jak to też od szeregu tygodni czy miesięcy raz na jakiś czas się wspomina – rządu fachowców?
Rząd fachowców miałby wziąć władzę, a zatem nie rząd pod jakimś zdecydowanym wpływem partyjnym, tylko fachowcy.
Ja przypomnę, że w historii III RP czy postpeerelu był już jeden taki rząd, rzekomo rząd fachowców, i to był rząd pana Belki. Wtedy żadna partia wprost się nie przyznawała do tego rządu, no i ten rząd zupełnie spokojnie zwiększał nasze zadłużenie, już wtedy całkiem pokaźne, całkiem koszmarne. To zadłużenie w tej chwili, państwo wiecie, że sięgnęło pułapu tak astronomicznego, że właściwie trudno to sobie jakoś wyobrazić, jak bardzo Rzeczpospolita Polska jest bankrutem i jak bardzo wszyscy Polacy są zadłużeni na wszystkich poziomach, od tego poziomu państwowego, przez wojewódzki, gminny, aż do poziomu prywatnego. No więc wydaje mi się, że taki nas czeka kłopot, że będzie jakiś kryzys, oby on był bezkrwawy, oby to było bez bicia, oby jednak to nie było tragiczne, co się wydarzy, ale będą nam próbowali po tym kryzysie czy na fali tego kryzysu zaproponować nową układankę, ale obawiam się całkiem zużytych i skądinąd dobrze znanych klocków. Będą przetasowania, ale talią starych, znaczonych kart.


Moja dla państwa propozycja, dla was, jako Polaków interesujących się życiem publicznym w kraju i starających się być na bieżąco z tym, co w Polsce w trawie piszczy i co tam jest grane, żebyście – jak by to powiedzieć – nie kupili za łatwo tego przetasowania, które w Polsce nastąpi, żebyście tak za łatwo nie dali się ponieść entuzjazmowi i jak zostanie wysunięty jakiś tam kompromisowy premier, no to jednak żądajcie więcej.
Moje przekonanie, korzystając z tej okazji, jest takie, że nic dobrego nie może w Polsce wyniknąć z tasowania kart z tej okrągłostołowej talii.
Nie da się, moim zdaniem, tego naprawić, nie da się załatać tego tonącego statku III Rzeczypospolitej, no i chyba byłoby bardzo na dłuższą metę demoralizujące i byłoby niedobre na przyszłość, gdyby Polacy za łatwo poszli znowu za jakimś wyszykowanym przez generałów i drugoplanowych, ale bardzo ważnych ministrów, za jakimś nowym "Bolkiem", który może będzie kolektywny tym razem, może jeszcze nie wymyślili takiej postaci, którą mogliby nam podsunąć i równie udatnie rozgrywać, jak to było 30 lat temu i potem w następnych dekadach z postaciami w rodzaju Lecha Wałęsy "Bolka".


Myślę, że w gruncie rzeczy ten układ okrągłostołowy marzy o tym, żeby jeszcze raz się zakotłowało, żeby jeszcze raz to się przetasowało i żeby wszystko w gruncie rzeczy zostało po staremu.
I w Polsce – to jest paradoks, że państwo z daleka możecie mieć więcej zdrowego sceptycyzmu wobec tego, co się w Polsce będzie działo, i możecie mieć więcej zdrowego sceptycyzmu wobec tych figur, wobec tych kadr, tych jokerów jakichś, które będą z tej talii wyciągane. Tutaj już parę tych nazwisk padło kandydatów na premierów. Przyglądajcie się państwo temu krytycznie i dzielcie się z krajem uwagami na temat tego, co widzicie, bo właśnie z waszej strony może być z różnych względów trudne sprzedanie wam tego kitu, który wielu Polaków łyka i jeszcze prosi o dokładkę tutaj w kraju.


Chciałbym tak wyraźnie zaznaczyć, że broń Boże nie namawiam do sceptycyzmu tak daleko posuniętego, żeby nie brać udziału choćby w tym marszu w obronie Telewizji Trwam, który jest zapowiedziany na najbliższą sobotę. Nie, wspaniałe przedsięwzięcie, nie można od tego się trzymać z daleka, nie można się do tego odwracać plecami, zwłaszcza że chodzi o sprawę ewidentnie dobrą, słuszną i tutaj wiadomo, po której można i należy być stronie.


Marsz Niepodległości. Od dwóch lat moje nazwisko funkcjonuje w komitecie poparcia tego marszu, więc byłbym ostatnim, który by do udziału w Marszu Niepodległości zniechęcał. Wręcz przeciwnie, zachęcam gorąco, ale co innego brać udział w tych wydarzeniach, a co innego dać się nabrać na tę pozorną zmianę, która będzie nam proponowana, będzie nam stręczona na fali naszego entuzjazmu i patriotycznej emocji. Zachęcam bynajmniej nie do emigracji wewnętrznej, nie do tego, żeby trzymać się z daleka od spraw publicznych, wręcz przeciwnie. Ale nie dać się nabrać na jakichś mężów czy żony opatrznościowe, którzy będą pochodzili z tego układu, który już wielekroć pokazał nam swoje prawdziwe oblicze.
To są sprawy krajowe, może za parę tygodni będziemy mieli więcej danych, żeby rozumieć, co tutaj się właściwie święci. Z całą pewnością ta wojna gangów, która się rozpoczęła i której przejawem było np. aresztowanie wcześniej gen. Czempińskiego, później zabójstwo gen. Petelickiego – kto chce, niech wierzy, że on się targnął sam na swoje życie. No i jeszcze przecież w roku minionym zabójstwo Andrzeja Leppera. Kto chce, niech wierzy, że ten pełen dynamizmu i wigoru człowiek nagle wpadł w taką desperację, żeby sobie życie odebrać.
To jest wojna gangów, która się toczy na naszym terytorium, i z tego ja wnioskuję, że ten kryzys kontrolowany jest blisko, że nie może się to odwlekać latami. Duże mamy szanse, żeby jeszcze w tym roku zobaczyć jakieś – jeszcze raz powtórzę, oby nie tragiczne w przebiegu – przetasowania.


Grzegorz Braun
Spotkanie z Polonią w Toronto
Ciąg dalszy za tydzień

 

    W sali, w której odbywały się posiedzenia Rady Wydziału, zgromadzili się już wszyscy członkowie Rady. Ostatni przyszedł świeżo upieczony doktor habilitowany, bardzo utalentowany, dokonał już trzech plagiatów i nikt tego nie zauważył. Był też ambitny, właśnie zaczął uczyć się języka angielskiego. Wszyscy wróżyli mu wspaniałą karierę.
    Usiadł obok zasłużonego dla nauki profesora, który kiedyś organizował konferencje naukowe, podczas których wychwalał dokonania Bolesława Bieruta, a teraz był pomysłodawcą nazwania nie tylko jednej z sal w Instytucie salą im. Unii Europejskiej, ale też nadania takiego patrona wydziałowi, czym zdobył sobie wszystkich uznanie. Ten to ma głowę na karku, powtarzano. Inne wydziały mogą nam pozazdrościć takiego wstrzelenia się w aktualną sytuację!


    Po drugiej stronie siedział profesor, o którym wszyscy wiedzieli, że ma głowę do biznesu. Raz, dwa założył z paroma kolegami wyższą szkołę i teraz jako jej rektor wyciągał gruby szmal od studentów w zamian z wpisy do indeksu. Niektórzy co prawda mówili, że kiedyś ta sprawa się rypnie, ale on odpowiadał, że ma takie plecy, że nikt mu nie podskoczy, czym zyskał sobie jeszcze większe poważanie w oczach swoich kolegów. Wielu pracowników naukowych bez najmniejszego skrępowania podlizywało się mu, śmiało z nieśmiesznych dowcipów, stawiało wódkę, wiadomo, każdy chciał być zatrudniony w prywatnej wyższej szkole i brać pieniądze właściwie za nic.
    Dalej usadowiła swą pokaźną tuszę pani profesor, która na podejmowane badania naukowe za każdym razem otrzymywała z centralnej komisji zaskakująco duże sumy. Nikt nie miał wątpliwości, że większość forsy trafiała do kieszeni pani profesor, ale nikt się temu nie dziwił, w końcu jej mąż zasiadał w tejże centralnej komisji zatwierdzającej  projekty badawcze i mogła sobie na to pozwolić.


    Obok pani profesor zajmował  miejsce pan profesor, który był znany z tego, że stawiał studentom i doktorantom bardzo wysokie wymagania odnośnie do prac magisterskich i doktorskich. Na każdej obronie, na którą przywlókł swoje cielsko, tubalnym głosem oznajmiał, gdzie to studentowi przytrafiła się literówka, a nawet gdzie brakowało przecinka, choć nie zawsze słusznie. Wszyscy, a zwłaszcza studenci i doktoranci, byli pod dużym wrażeniem jego wystąpień. Coś tam między sobą mówili negatywnego o panu profesorze, że na niczym się nie zna czy coś podobnego, ale przecież nie miało to najmniejszego znaczenia. Był profesorem pełną gębą, o czym świadczyła otrzymywana pensja.
    Był też profesor pochodzący z rodziny profesorskiej. Jego ojciec był profesorem, on był profesorem, jego żona był profesorem, a syn i córka robili kariery naukowe, córka pisała habilitację, a syn właśnie obronił doktorat. Może trochę późno, bo zbliżał się do czterdziestki, ale za to miał trzy etaty, na uniwersytecie, w prywatnej uczelni i Polskiej Akademii Nauk, a do tego kosił gruby szmal na unijnych projektach. Studenci co prawda nabijali się, że cała rodzina pisała na ten sam temat i to nie za bardzo inaczej, ale przecież studenci nie znają się na nauce.


    Po jego lewej stronie siedział  profesor o wielkim dorobku naukowym. Od lat wertował prace magisterskie studentów oraz prace doktorskie, coś tam sobie przepisał, dzięki czemu miał wiele publikacji w czasopismach naukowych oraz wiele wystąpień na konferencjach naukowych, szczególnie tych, które odbywały się w miejscowościach atrakcyjnych pod względem turystycznym.


    W sali znajdowało się naukowców zacznie więcej. Nie możemy ich wszystkich przedstawić, bo oto wybiła godzina dwunasta i czas było zacząć posiedzenie Rady Wydziału. Posiedzenie wyglądało zawsze tak, że pan dziekan oznajmiał co i jak, a rada się na to natychmiast zgadzała. Tak miało być i tym razem.
    Pan dziekan, którego autorytet w środowisku od czasu gdy prasa doniosła, że był tajnym współpracownikiem SB, wzrósł do tego stopnia, że nikt nie miał wątpliwości, że zostanie wybrany na dziekana na kolejną kadencję, wstał, odkaszlnął i zaczął mówić:
    – Hrum, hrum, hrum, hrum…


Michał Pluta

piątek, 05 październik 2012 07:52

Wypiek próbny

Napisane przez


ligezaJak chciał Cyprian Kamil Norwid: cisza to zbieranie głosów. Ci, którzy sami są głosami, ale którzy nie potrafią trwać w ciszy, gdy ich państwo skowyczy z bólu, 29 września spotkali się w Warszawie.
Zbigniew Kuźmiuk w niedzielę, 30 września: "Jeżeli więc tysiące ludzi z własnej nieprzymuszonej woli przez wiele godzin najpierw jadą do Warszawy, aby publicznie zaprezentować takie postawy, a później przez wiele godzin będą do swoich miejsc zamieszkania wracać, to oznacza ich ogromną determinację, aby naprawiać Polskę. Te tysiące ludzi wczoraj na ulicach Warszawy, świadczą o tym, że Polska się obudziła".
Być może rzeczywiście Polska się obudziła, a być może dopiero się budzi. Tak czy owak, manifestacja, zdaniem warszawskiej policji: "największa od lat", zgromadziła według różnych szacunków od 120.000 do 200.000 uczestników. Nie było większej od paru dekad, nie licząc papieskich pielgrzymek. Dziesiątki, dziesiątki tysięcy ludzi, prawdziwa ludzka rzeka płynąca ulicami Warszawy, ocean przystrojony biało-czerwonymi flagami. Rzeczywiście, serce rosło. Rodziny z małymi dziećmi, grupki młodzieży, babcie i dziadkowie z wnukami, reprezentanci Kościoła w koloratkach, przedstawiciele partii opozycyjnych, tłum związkowców, nie zabrakło nawet inwalidów na wózkach. Ja jednakowoż odegram teraz rolę nadzwyczajnie ponurego malkontenta, by rzec: mało nas do pieczenia chleba.


* * *


Demonstracja demonstracją, tłumy tłumami, lecz Telewizja Trwam nie dostanie koncesji na multipleks, bo to jest być albo nie być obecnego układu. Rząd głosem premiera Tuska bierze odpowiedzialność za wszystko, ale odpowiadać nie chce i nie zamierza za nic. Macie pracować do śmierci, bo przeputaliśmy wasze emerytury. Nie przeprosimy za Smoleńsk, bo tańczycie na trumnach. I tak dalej, i tak dalej.
Kilka dni przed manifestacją najsłynniejszy polski redemptorysta, ojciec Tadeusz Rydzyk, zauważył: "Jesteśmy poddawani obróbce propagandowej, której trzeba umieć i chcieć się przeciwstawić. Niech ci, którzy występują przeciwko nam, nas zobaczą. Niech widzą, że jesteśmy, ilu nas jest, że nas nie uśpili". Potem na placu Trzech Krzyży przeżywaliśmy Mszę Świętą. Potem ruszył imponujących rozmiarów marsz. Rzecz w tym, iż tę celebrę (i mszę, i marsz) Jan Krzysztof Kelus skomentował dawno temu słowami słusznymi, choć zupełnie pozbawionymi kontekstu chrześcijańskiego: "modlitwa modlitwą, a tu trzeba brzytwą. Albo jeszcze gorzej, sprężynowym nożem".


* * *


Mało nas do pieczenia chleba, powtórzę. A przecież rząd Donalda Tuska można przewrócić od ręki. To równie proste, co pstryknięcie palcami. Niczym zdmuchnięcie świeczki. By ten rząd upadł w połowie tygodnia, wystarczy w poniedziałkowe południe wyprowadzić na ulice Warszawy dwa miliony ludzi, żądających natychmiastowej dymisji gabinetu. Niechby zgromadzili się na placu Trzech Krzyży, na Nowym Świecie i na Krakowskim Przedmieściu. Niech prowadzi ich krzyż niesiony przez księdza Stanisława Małkowskiego, a modlitwie przewodniczy kościelny hierarcha o autorytecie drohiczyńskiego biskupa Antoniego Dydycza. Niechby wszyscy ci ludzie zostali w centrum Warszawy, modląc się, do wtorku. I do środy.
Do wieczora trzeciego dnia tygodnia ten rząd byłby martwy. Albowiem nie ma takiej władzy, która wytrzymałaby wyrażone w ten sposób żądanie, dodatkowo legitymizowane mocą Kościoła. Tak jak nie istnieją siły policyjne, zdolne powstrzymać dwa miliony zdesperowanych ludzi przed wymierzeniem sprawiedliwości złodziejom, oszustom i łgarzom poprzebieranym w "obywatelski mandat wyborczy".
Krótko mówiąc, idzie o to, Szanowni Państwo, by Warszawę odwiedziła rzesza rzeczywiście przebudzonych, a nie tylko większa niż zwykle liczba przekonanych.


* * *


Główny Urząd Statystyczny podał niedawno, że około trzech milionów Polaków żyje w prawdziwej nędzy. Że lawinowo rośnie liczba osób zagrożonych ubóstwem. Zagrożonych, czyli takich, którym nie wystarcza pieniędzy na zaspokojenie choćby elementarnych potrzeb. Ludzie ci muszą wciąż wybierać między czynszem, opałem, gazem, elektrycznością, środkami czystości, ubraniem, lekarstwami czy żywnością. Podobno są w Polsce gminy, w których co druga rodzina puka do drzwi ośrodków pomocy społecznej, a podwyżki wielu zmuszają do oszczędności w stopniu często oznaczającym głód – zwłaszcza tam, gdzie choć jedna z osób dorosłych straci pracę. Na nędzę szczególnie narażone są dzieci, a nawet stałe zatrudnienie niekoniecznie zapewnia polskim rodzinom dochody powyżej pułapu zagrożenia biedą.
I tak dalej, i tak dalej. Tym trzem milionom Polaków na nic informacje o średniej płacy przekraczającej kilka tysięcy złotych, tak samo jak na nic im rozbawienie widywane na twarzy ministra Rostowskiego z ukontentowaniem deliberującego nad budżetem. Czy pierzaste, puste obietnice Donalda Tuska. Tym ludziom, podobnie jak całej Polsce, potrzebny jest Jarosław Kaczyński. A mówiąc słowami ojca Tadeusza Rydzyka: "Informacja, formacja, organizacja i akcja".


Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
www.myslozbrodnik.blogspot.com


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany piątek, 05 październik 2012 07:54
piątek, 05 październik 2012 07:48

Ze względu na interes naszych dzieci

Napisał

 


kumorAIleż to razy, gdy chcemy zobaczyć jakiś klip polskiej telewizji państwowej TVP, dostajemy w zamian na ekranie komputera informację – "materiał niedostępny z terenu twojego kraju". Polska telewizja publiczna podpisała dawno temu, jeszcze rękami Wiesława Walendziaka (swego czasu nadziei polskiej prawicy), tak sformułowaną umowę z firmą retransmitującą sygnał satelitarny na kontynenty amerykańskie, że dzisiaj byle migawki nie jesteśmy w stanie obejrzeć bez wykupienia stosownych kanałów. I to nawet przez Internet. Szczęśliwie te co ciekawsze programy są we fragmentach umieszczane pro publico bono w serwisie YouTube przez brać piracką.
Niestety państwowa telewizja polska postanowiła ścigać złoczyńców i walczy z tak haniebnym wykorzystaniem jej materiałów – specjalna komórka rekwizycyjna kasuje je z sieci, aby żaden Polak mieszkający za granicą w amerykańskich ostępach, broń Boże nie mógł sobie zerkać darmowo na jakąś polską produkcję – to tak w ramach "łączności państwa polskiego z Polonią".
"Prawie 1600 materiałów wideo nielegalnie pobranych z zasobów archiwalnych i anten Telewizji Polskiej usunięto przy okazji startu jesiennej ramówki TVP z serwisu youtube.com. To kolejna tego typu akcja przeprowadzona przez zespół Redakcji Mediów Interaktywnych Ośrodka iTVP-HD" – czytam w doniesieniach agencyjnych.
Daje to szczególnie do myślenia, gdy porównamy się z kanałem rosyjskim RT, gdzie materiałów wszelkiej maści, publicystycznych, propagandowych, artystycznych, informacyjnych i turystycznych o Rosji jest w YouTube na pęczki, zaś właściciele czekiści proszą się, aby brać i wykorzystywać gdzie tylko popadnie, a dusza zaśpiewa. Czy trzeba tłumaczyć filozofię, jaka stoi za rosyjskim podejściem? No chyba tylko dzieciom.


• • •


Zmarła Księżna Maria Krystyna Habsburg – kobieta, która ukochała Polskę do końca i szczerze, wbrew wszystkim korupcyjnym propozycjom nie do odrzucenia. W dobie pomiatania Polską, odżegnywania się od niej, wstydzenia i kajania za Polskę przykłady ludzi, którzy Polskę wybrali dobrowolnie, a czasem wbrew materialnym interesom własnym, są bardzo pouczające.
Wieczny odpoczynek racz jej dać Panie.
Mnie zaś przypomina się śp. Bogdan Prażmowski – człowiek zakochany w Polsce po uszy, w którego żyłach płynęła połowa krwi niemieckiej po matce "porwanej" przez ojca – polskiego oficera z Królewca. Co jest w Polsce, że jest atrakcyjna dla nie-Polaków?
Niech każdy z nas sobie pomyśli, zanim zdecyduje się na tę czy inną asymilację, zanim mentalnie podpisze "volkslistę", wypisując się z naszego poobijanego i tak często bitego narodu.
Co to znaczy, w dzisiejszej dobie coraz bardziej przemieszanego świata, być Polakiem? Dlaczego to jest cenne? Dlaczego cenny jest nasz polski styl życia, sposób noszenia się, sposób patrzenia na świat – co w nim dobrego?
Zanim więc zaczniemy w liniach przodków szukać niemieckiej, żydowskiej czy innej – dzisiaj – wydawałoby się bardziej atrakcyjnej krwi, pomyślmy o Polsce. Polska to był bardzo ciekawy projekt i Polska to nadal może być bardzo ciekawy projekt. Wymaga tylko trochę pracy, no może trochę więcej niż "trochę".


• • •


A przy okazji spraw patriotycznych, powtórzę, ot, takie moje wołanie na puszczy – byśmy na przekór wszystkim organizacyjnym podziałom terytorialnym na Mississaugę, Brampton i Toronto, zorganizowali jedną "paradę Pułaskiego". Najlepiej w Toronto, w centrum miasta, na oczach wszystkich.
Polacy w Nowym Jorku nie robią osobnych parad i na tym wygrywają. Żydzi w Toronto też robią jeden marsz poparcia dla Izraela i na tym wygrywają, bo ich idzie 5 tys., choć jako wspólnota liczebnie nas nie przewyższają.
Nie rozdrabniajmy się – pokażmy się na ulicach – motocykliści, weterani, harcerze, rekonstruktorzy i cała nasza reszta...
Naprawdę jest nas tutaj ludzi od groma, chodzi o to, by na tej kanadyjskiej ziemi stanąć mocną stopą, by trochę od nas zależało, by trochę porządzić... Po to, by zaczęto się z nami liczyć, musimy pokazać, że dajemy się zmobilizować; że jesteśmy w stanie się skrzyknąć. To ma sens nie tylko ze względu na nas samych, nasze pokolenie, ale ze względu na interes pokolenia naszych dzieci.
Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!