Goniec

Register Login

piątek, 30 listopad 2012 13:57

Narodowa frakcja kotylionowa

Napisane przez

michalkiewicz"Czto to snowa zatiewajet etot obier-skot, no czto imienno – nieizwiestno" – napisał rosyjski cesarz Aleksander III na marginesie raportu rosyjskiego ambasadora z Berlina, iż kanclerz Bismarck zapewnił, jakoby podróż jego syna do Londynu nie ma żadnego politycznego celu. Najwyraźniej cesarz nie ufał zapewnieniom Bismarcka, skoro dał wyraz swoim wątpliwościom, i to jeszcze w takiej formie: coś znowu kombinuje to arcybydlę, ale co konkretnie – nie wiadomo. 

Całe szczęście, że z prezydentem Putinem żadnych takich wątpliwości być nie może; on nigdy nic nie kombinuje, u niego co na sercu, to na języku, więc skoro Gazprom obniżył Polsce cenę gazu, to na pewno nie kierował się żadnymi innymi motywami, tylko pragnieniem odpowiedniego uczczenia 182. rocznicy Powstania Listopadowego. Tak w każdym razie – jak przypuszczam – uważa kotylionowa frakcja narodowców, w sercach której miłość do narodu polskiego walczy o pierwszeństwo z miłością do Rosji. A kotylionowa dlatego, że wśród uczestników Marszu Funkcjonariuszy i Konfidentów, który z udziałem pana prezydenta Komorowskiego przeszedł 11 listopada ulicami Warszawy, ruch narodowy był nie tylko reprezentowany przez wybitnego przedstawiciela, ale również inni wybitni przedstawiciele nie mogą nachwalić się postępku pana prezydenta, iż wiązanką kwiatów, czy może nawet wianuszkiem uczcił także Romana Dmowskiego. Uczestnicy tego Marszu rozpoznawali się po kotylionach, które podobno własnoręcznie sporządził pan prezydent z małżonką.
Taki kotylion jest nie tylko przepustką na Marsz, ale również, a może nawet przede wszystkim – rodzajem przepustki do szeregów elity politycznej – oczywiście pod warunkiem porzucenia sprośnych błędów Niebu obrzydłych i złożenia wyznania wiary. Najwyraźniej po aferze trotylowej, która elity polityczne początkowo przyprawiła o palpitacje serca, kryteria rekrutacji zostały zaostrzone, zgodnie ze starotestamentową zasadą, że "do dziesiątego pokolenia".


Nic zatem dziwnego, że po wzruszającej spowiedzi, jaką pan mecenas Roman Giertych odbył w "Gazecie Wyborczej", z wyznaniem wiary pośpieszył również pan prof. Maciej Giertych, oznajmiając, iż "jako leśnik" wie, że po lesie samolotami się nie lata. Nawet nie przyszło mi do głowy, że leśnicy mogą wiedzieć takie rzeczy, zwłaszcza że to uzasadnienie miało być koronnym dowodem, iż w Smoleńsku żadnego zamachu nie było. Najwyraźniej na naszych oczach tworzy się nowa świecka tradycja, nawiązująca do porzekadła Katona Starszego w sprawie Kartaginy (ceterum censeo Carthaginem esse delendam), że przy przyjęciu do rezerwy kadrowej kandydat będzie musiał złożyć tego rodzaju credo.
Ale cóż się dziwić wzmożonej czujności, kiedy walka klasowa najwyraźniej się w naszym nieszczęśliwym kraju zaostrza? A skoro się zaostrza, to wiadomo; nie zmienia się koni podczas przeprawy – więc i premieru Tusku zakazano wyrzucić za burtę pana prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta. Wprawdzie były wobec niego różne zastrzeżenia i nawet pan prof. Jerzy Stępień, były prezes Trybunału Konstytucyjnego, zauważył, że prokuratura zachowuje się "służalczo" wobec tajnych służb – ale prawdopodobnie to, co w oczach prof. Stępnia zasługiwało na naganę, właśnie pana Seremeta uratowało. Bo powiedzmy sobie szczerze – wobec kogo właściwie miałaby zachowywać się "służalczo" niezależna prokuratura? Zresztą – dlaczego tylko prokuratura, a dajmy na to – niezawisłe sądy, to już nie, podobnie jak rząd?


Więc kiedy okazało się, że pan Andrzej Seremet na stanowisku prokuratora generalnego pozostaje, zaraz dowiedzieliśmy się, iż aresztowany niedawno z wielkim przytupem przez kabewiaków Brunobomber nie tylko "chciał" wysadzić w powietrze Sejm z panem prezydentem Komorowskim, premierem Tuskiem i sejmującymi stany – ale również zamordować – horrtible dictu! – panią redaktor Monikę Olejnik i panią prezydent miasta stołecznego Warszawy, Hannę Gronkiewicz-Waltz.


Co mu zawiniła pani Hanna Gronkiewicz-Waltz – Bóg raczy wiedzieć, natomiast na wieść o pragnieniu zgładzenia pani redaktor Moniki Olejnik, cała Polska wprost zatrzęsła się z oburzenia. A to bezczelny i niebezpieczny konspirator! Nie tylko "chciał" wysadzić, ale nawet – zamordować, a w dodatku wszystkie swoje zuchwalstwa rozgłaszał na prawo i lewo w Internecie, za pomocą którego zamierzał też pozyskać wspólników. Na szczęście kabewiacy natychmiast spenetrowali prawdę i nie tylko podesłali mu "pomocników" i adeptów do "szkolenia", ale w dodatku – przez cały rok prowadzili z nim subtelną "grę operacyjną", żeby ogłoszenie rewelacji przypadło w odpowiednim momencie. To znaczy – w momencie, gdy zapadnie decyzja, by walkę klasową zaostrzyć.


I cóż się okazało? I natychmiast się okazało, że Brunabomber nie jest odosobniony. Oto Grzegorz Braun, wprawdzie trochę wcześniej, niemniej jednak oświadczył, że zdrada i zaprzaństwo powinny być karane – najlepiej śmiercią, i w dodatku kandydatów do ukarania dopatrzył się nie gdzie indziej, tylko w "Gazecie Wyborczej" i TVN. Gołym okiem widać, jak zbrodniczy spisek zatacza coraz szersze kręgi i tylko patrzeć, jak wszyscy mądrzy, roztropni i przyzwoici znowu dostaną dyspensę na wiarę w teorie spiskowe, podobnie jak w roku 2002, kiedy to do red. Michnika podstępnie przyszedł Rywin ze słynną "propozycją korupcyjną". Jakże inaczej, kiedy dzięki deklaracji Grzegorza Brauna potencjalną ofiarą znowu mógł być nawet sam pan red. Adam Michnik albo pani red. Monika Olejnik?


Wprawdzie pan Grzegorz Braun mógł wygłosić swoje opinie pod wpływem irytacji spowodowanej upływem 17 lat od dnia oskarżenia premiera Józefa Oleksego przez ministra spraw wewnętrznych w jego rządzie Andrzeja Milczanowskiego o szpiegostwo na rzecz Rosji, ale czyż to go usprawiedliwia? Wprawdzie mimo upływu 17 lat nie tylko nikt z tego powodu nie został pociągnięty do odpowiedzialności, ale nawet nie wiemy, kto to był, ten cały "Olin", podobnie jak "Minim" czy "Kat" – dwaj pozostali szpiegowie – ale przecież pan Grzegorz Braun nie jest dzieckiem i wie, że jednym z fundamentów ustrojowych III Rzeczypospolitej jest zasada: "my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych" – i że surowa ręka sprawiedliwości ludowej spada dopiero na tych, którzy tę zasadę próbują naruszyć.


Dlatego też nie jest rzeczą przypadku, że Grzegorz Braun spotkał się z powszechnym potępieniem zarówno w szeregach koalicji rządzącej, jak i w szeregach opozycji. Każdy przecież rozumie, że możemy się przekomarzać, a nawet – prowadzić "wojnę polsko-polską" – ale w granicach przyzwoitości, to znaczy tak, żeby nikomu nic się nie stało. Dlatego właśnie frakcje kotylionowe kładą taki nacisk na smoleńskie credo – że "nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało" – że nawet w Smoleńsku nie doszło do złamania owej zasady.
Pozornie sprzeczna z tym dążeniem wydaje się kuracja przeczyszczająca, jaką pan Hajdarowicz przeprowadził w kupionej niedawno "Rzeczpospolitej" oraz tygodniku "Uważam Rze". Po słynnej aferze trotylowej rzeź niewiniątek nastąpiła najpierw w "Rzeczpospolitej", gdzie posadę utracił redaktor naczelny pan Wróblewski, sprawca afery – red. Gmyz i inni – a obecnie rózga surowości spadła na pana Lisickiego, naczelnego "Uważam Rze", z którym odeszli właściwie wszyscy co bardziej znani dziennikarze.

n Jan Piński jest rodzajem "Jana bez ziemi", bo siłą tygodnika są jego publicyści. Ale już Voltaire zauważył, że "kiedy Padyszachowi wiozą zboże, kapitan nie troszczy się, jakie wygody mają myszy na statku". Toteż i pan Hajdarowicz, co do którego tylko utwierdziłem się w podejrzeniach, że nie operuje własnymi pieniędzmi, tylko jest rodzajem "słupa" razwiedki do różnych operacji na rynku medialnym – otóż pan Hajdarowicz najwyraźniej nie myśli o żadnych interesach, a tylko o zadaniu przygotowania medialnej niszy ekologicznej dla kotylionowej frakcji narodowej, pomyślanej jako rodzaj ideologicznej i politycznej zapory przed "faszystami", którzy zaczęli nadawać ton Marszom Niepodległości. Tacy eunuchoidalni narodowcy, wytresowani w tolerancji oraz staranie wykastrowani z wszelkich "ksenofobii" i antysemityzmów", mogą nawet stanowić znakomity kwiatek do kożucha, bo cóż to szkodzi Żydom mieć w Polsce własnych narodowców"? W perspektywie scenariusza rozbiorowego jest to nawet ze wszech miar wskazane!
Oczywiście oprócz tych środków "miękkich", w przygotowaniu są również twardsze, w postaci nowelizacji przepisów kodeksu karnego o zwalczaniu "mowy nienawiści", w które angażują się wszystkie ugrupowania parlamentarne, no i bezterminowe prewencyjne więzienia, testowane właśnie przez pobożnego ministra Gowina na "przestępcach", ale wiadomo, że co dobre dla "przestępców", to jeszcze lepsze będzie dla wrogów ludu, co to nie liczą się z niczym i gotowi są podnieść zbrodniczą rękę nawet na panią red. Monikę Olejnik!


Stanisław Michalkiewicz

piątek, 23 listopad 2012 22:24

WidziaNE OD KOŃCA: Właśnie leci kabarecik

Napisał

kumorARację mają ci wszyscy, którzy ubolewają nad stanem polskich organów, nie tylko bezpieczeństwa. Słowo daję, że  praca służb świadczy o tym, jak bardzo niepoważne jest państwo – no bo żeby policja głupiej prowokacji nie potrafiła zrobić na Marszu Niepodległości? Ubrali prowokatorów niemal w identyczne kominiarki i dresy, a na dodatek, zamiast ich jakoś poukrywać w środku marszowej gromady, to rzucili do akcji grupowo zza kordonu. No ale powiedzmy, że marsz to tylko była przygrywka, wszak wiele ważniejszą prowokacją miała być akcja Brunon Kwiecień – ksywka Prima Aprilis, niedoszłego unabombera z wydziału technologii żywienia Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Nasz zdeklarowany "ksenofob, antysemita i nacjonalista" organizował polską Rote Armee Fraktion za pośrednictwem Naszej klasy i Gadu gadu. Nasi dzielni kontrwywiadowcy antyterroryści za pośrednictwem monitoringu sieciowego i dzięki obywatelskiej postawie małżonki niedoszłego bin Ladena niczym agent 007 za 5 sekund dwunasta powstrzymali rękę, która miała podpalić cały świat. Teraz jedynie do wyczyszczenia pozostają ideologiczni inspiratorzy naszego ksenofoba – Telewizja Trwam i Radio Maryja, tudzież środowiska zradykalizowanej młodzieży z prowodyrami w rodzaju Mariana Kowalskiego na czele. Oskarżony działał przestępstwem ciągłym od 2000 roku (o czym świadczą filmy terrorystyczne opublikowane przez niego na Naszej klasie), jak również w grupie (stworzonej przez ABW).

Wreszcie po latach posuchy życie samo pisze kabareciarzom teksty!
Przedstawiony materiał dowodowy jest tak grubymi nićmi szyty, że ludzie zaczynają sprzątać garaże i altanki w obawie przed wplątaniem się w antypaństwowy spisek. Bo jak tu się nie śmiać, skoro na konferencji prasowej przedstawiają filmy z wybuchów z datownikiem z 2000 roku oraz akcesoria terrorystyczne – cztery baterie, dwa silniczki elektryczne, dziurkacz biurowy, kabel do słuchawki telefonicznej i przewody.
Wygląda na to, że instytucje państwowe normalnej prowokacji nie są w stanie sprawnie przeprowadzić; nic tylko rzewne jaja, fuszerka i kpiny. Na dodatek okazuje się, że obywatel Kwiecień od lat był prowadzony przez ABW, a jego grupa składała się z samych funkcjonariuszy. Słowem, antyterroryści bawili się w terrorystów. I tylko Panu Bogu należy dziękować, że w swych służbowych zapałach w porę się pohamowali i nie zlikwidowali nam – jak leci – całego państwa polskiego.


Tak czy owak kabaret zrobił się taki, że po 24 godzinach nawet "oficjalne czynniki" zaczęły lekko kumać, że jednak coś ktoś przesadził. Oto garść cytatów z sieci:
NIECH ŻYJE BAL...!! CYRKU W BUDOWIE CIĄG DALSZY...!! GŁÓWNI KOMEDIANCI W AKCJI – Donaldinio, Bull, i reszta ferajny kompletnie zgłupiała! W to już nawet najgłupsi kelnerzy, przekupki i "młodzi, bogaci i z dużych miast" NIE UWIERZĄ!!!
Granica absurdu została przekroczona – wypowiedzi prokuratorów na konferencji prasowej to rewelacyjny tekst kabaretowy. Trzeba go tylko... zaśpiewać odpowiednio. Ale będzie ubaw. No i proszę, oto mamy zamach, który wstrząsnął światem. ZAMACH! Ekscytacja nie z tej ziemi! ABW rozbiła zbrojny związek przestępczy, który planował wspólnie z agentami ABW brutalne akty przemocy wobec organów konstytucyjnych. To największy sukces służb od czasów operacji Samum.
Tak, drodzy Państwo, to nie przelewki. Służby ustalają, czy zamachowiec chciał użyć trotylu, nitrogliceryny czy oleju rzepakowego tłoczonego na zimno (estry o najwyższym stężeniu cząstek wysokoenergetycznych i ekstrakalorycznych).
Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego poprosiła o konsultację warszawską prokuraturę wojskową, która zbada spektrometrem, czy cząstki wysokoenergetyczne ujawnione na odzieży mężczyzny mogą pochodzić z dezodorantu Nivea Men czy z namiotu PCV, w którym się ukrywał w Puszczy Białowieskiej, skąd dowodził uzbrojoną w pistolety na wodę siatką fanatycznych dzikich (bo puszczańskich) zamachowców. W pobliżu namiotu agenci zlokalizowali dwie wyrzutnie rakiet typu Cruise, instrukcję obsługi w języku Majów i części zamienne do kombajnu rolniczego. Z rozpoznania operacyjnego ABW wynika, że zamiarem wroga ludu było naładowanie jonami cząstek wysokoenergetycznych organów państwowych, w tym samego Donka i Bronka. Niewykluczone, że biegli będą musieli przeprowadzić eksperyment procesowy z udziałem prezydenta na bliźniaczym tupolewie w Mińsku Mazowieckim. Oprócz spektrometrów eksperci użyją mikrofalówki, prostownicy do włosów i specjalnie przeszkolonej fretki tropicielki.Cały ten zaplanowany cyrk jest pretekstem, by niedługo wprowadzać nowe "ustawki" do totalnej kontroli biedoty. Milicja zbroi się w nowe wozy "bojowe" jak do wojny , tylko z kim? Chyba z nami... – A mój sąsiad strasznie kicha i chciałby, by Bronek i Donek też katar mieli, więc kicha na wszystkie strony, kto wie, może drogą kropelkową za pośrednictwem licznych kichających zamach się uda.

Polacy widzą jak na dłoni, że ktoś usiłuje krzyknąć tym zamachem "o popatrz ptaszek", aby im zgrabnie sięgnąć do portfela i skrócić smyczkę. No i tak to jest, że jakie państwo, taki prezydent, a jaki prezydent, taki zamach...
I w ten oto sposób wkoło może być wesoło.


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 23 listopad 2012 22:17

Jak polski rekrut uratował Francję w 1914 r.

Napisane przez

Piłsudskiego służba Niemcom

Bezkrytyczni miłośnicy legendy, i osoby, Józefa Piłsudskiego może niech lepiej nie czytają tego tekstu... Nie to, że chcę się po jego legendzie przejechać jak po przysłowiowej łysej kobyle, chodzi o to, że tekst ten nie powstaje na kolanach. Postaram się przedstawić pewne fakty, które do mnie przemawiają, a ludziom zapatrzonym ślepo w działalność "Ziuka" mogą stawiać włos na głowie.
Kiedy sięgamy po opracowania związane z polskim dążeniem do odzyskania niepodległego, suwerennego państwa – osoba J. Piłsudskiego pojawia się jako symbol tych dążeń. To jego niezłomna wola, wizja, jego zwycięskie legiony itd. itp. i... Niepodległość po 123 latach niewoli.
Mało kto zadaje sobie trud bliższego zapoznania się z działaniami, które w efekcie doprowadziły do odzyskania niepodległości w 1918 r.
Z jednej strony, piłsudczycy z ogromną energią kreowali legendę Marszałka, z drugiej, komunistyczny przewrót w Rosji i dziesiątki lat sowieckiej okupacji po II w.św. sprawiły, że pokoleniom Polaków osoba Piłsudskiego jawi się jako świetlany przykład patriotyzmu, politycznego geniuszu, zwycięskiego wodza, ojca niepodległego państwa.


Są ludzie, którzy współcześnie noszą zarost jak Marszałek, wkładają na głowę "maciejówkę", jednym słowem, są jego żywą kopią. Wspominam o tym nie po to, aby się śmiać: dla mnie jest to dowód ich wiary, a więc czegoś, czego się nie krytykuje. Ot, oni tak mają i tyle.


Niepodległość nie spadła nam jak jabłko z drzewa, ale też nie wywalczyliśmy jej sami z szablą w garści. Oczywiście każda szabla była ważna, każda inicjatywa – zwłaszcza podejmowana po stronie aliantów – każde działanie, jak np. Ignacego Paderewskiego w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprzez prywatne kontakty pozyskał dla sprawy polskiej najważniejsze osoby.


Bez zbędnego zagłębiania się w historię trzeba podkreślić, że w momencie wybuchu I w.św. jeden z zaborców, Rosja, znalazł się w jednym obozie z Francją i Anglią (i Stanami Zjednoczonymi od wiosny 1917 r.). I w tym przymierzu Rosja wytrwała, chociaż siły proniemieckie czyniły wszystko, aby Rosję pchnąć w niemieckie objęcia. Nawet ówczesny minister obrony był zwolennikiem sojuszu z Niemcami i po części sabotował przygotowania do wojny. Rosja podpisała obustronne przymierze z Francją, z gwarancjami na wypadek wojny, a w sztabie generalnym opracowywano projekty, które zakładały, że jeżeli wojna wybuchnie, armia rosyjska wycofa się na linię rzeki Bug; rozebrano nawet część umocnień!
Ponieważ wybuch wojny był tylko kwestią czasu, można sobie wyobrazić nasilenie działań politycznych wewnątrz Rosji, nacisków i zabiegów, które miały jeden cel: sojusz z Niemcami.


Na nasze szczęście Rosja dotrzymała danego słowa i przyszła Francji z pomocą w chwili, kiedy ważyły się losy frontu zachodniego.
W tym samym czasie kiedy Roman Dmowski, i jego zwolennicy, prowadził politykę dogadywania się z caratem, niewywoływania kolejnego powstania, Piłsudski organizował w Galicji, na terenie Austro-Węgier, swoje oddziały. Pamiętajmy, że było to możliwe tylko dlatego, że miały to być siły do użycia przeciwko Rosji. Wywołanie antyrosyjskiego powstania w kongresówce w momencie wybuchu wojny to była poważna sprawa, dywersja mogąca pomóc w rozgromieniu sił rosyjskich. I o tym trzeba pamiętać, że zanim 1. Kadrowa przekroczyła granicę rosyjską, w dowództwie niemieckim liczono na sukces akcji Piłsudskiego.
Do powstania, na szczęście, nie doszło. Polacy nie wystąpili przeciwko Rosji, a stanowisko polskich polityków w Rosji utwierdziło cara w przekonaniu, że w wojnie z Niemcami może liczyć na polskie poparcie.
Na forum Dumy poseł Jaroński powiedział m.in.: "Rozdzieleni wszakże terytorialnie my, Polacy, w uczuciach swych, w sympatiach dla Słowian musimy stanowić jedno. Skłania nas do tego nie tylko słuszna sprawa, o którą ujęła się Rosja, ale i rozum polityczny. Wszechświatowe znaczenie chwili obecnej musi usunąć na dalszy plan wszelkie porachunki między nami. Daj Boże, by Słowiańszczyzna pod przewodem Rosji odparła Teutonów, jak odparła ich przed pięcioma wiekami Polska i Litwa pod Grunwaldem. Oby krew przez nas przelana i okropności bratobójczej dla nas wojny przyniosły połączenie rozdartego na trzy części narodu polskiego!".
To postawa Polaków w głównej mierze wpłynęła na stanowisko Rosji, zapewnienie, że Niemcy są wspólnym wrogiem. W tych dniach ważyły się losy naszej niepodległości.


Krótko mówiąc, niewielka w sumie ruchawka Piłsudskiego nie miała większego znaczenia dla losów wojny, jego siły były zbyt znikome w porównaniu z milionowymi armiami, które wystawiły walczące ze sobą mocarstwa. Niemniej jednak na Zachodzie doskonale się orientowano, że po stronie państw centralnych biją się także polskie oddziały. Fakt ten później, już na konferencji pokojowej, Polakom wypomniano. Po latach Dmowski pisał: "Jestem przekonany, że nasze, z taką trudnością utrzymywane stanowisko względem Rosji w pierwszym okresie wojny stokroć więcej pomogło sprawie sprzymierzonych, niż jej zaszkodziła cała hałaśliwa akcja naszych austrofilów i aktywistów".
Należy dodać, że antyrosyjska propaganda, postawienie na Austro-Węgry i Niemcy, była bardzo silna także wśród amerykańskiej Polonii. Właściwie do dnia, w którym Ameryka opowiedziała się po stronie aliantów, akcja ta prowadzona była z dużym rozmachem, dzieląc niepotrzebnie Polonię.
Można powiedzieć, że wystąpienie Piłsudskiego w sierpniu 1914 r. było sabotażem... zbrojne opowiedzenie się po stronie państw sprzymierzonych było realizacją jego planów, a także kontynuacją wcześniejszej działalności – agenturalnej, wywiadowczej współpracy z wywiadem Austro-Węgier. Czy nie dlatego, już w niepodległej Polsce, musiał zginąć gen. Zagórski? W armii austriackiej prowadził agentów, znał ich tajemnice, a więc i przeszłość Piłsudskiego nie była dla niego żadnym sekretem. Kto wie, może zachował jakieś szczególnie kompromitujące dokumenty?
Postawa Dmowskiego, Koła Polskiego w rosyjskiej Dumie, postawa polskiego społeczeństwa (pamiętajmy o ogromnej pracy wśród mas, które zrozumiały, że nie drogą kolejnego powstania odzyskana zostanie wolność); poparcie armii rosyjskiej i poboru do wojska, to wszystko sprawiło, że armie rosyjskie pod dowództwem generałów Samsonowa (II Armia, 150 tys. żołnierzy) i Rennenkampfa (I Armia) jeszcze w sierpniu wkroczyły do Prus Wschodnich.


I w tym momencie należy się głęboko zastanowić, kto walczył w szeregach armii rosyjskiej? Jaki odsetek stanowili Polacy powołani pod broń w sierpniu 1914 r.? Są to pytania bardzo ważne.
Ale zacznijmy od przypomnienia niemieckich planów wojennych i porozumień francusko-rosyjskich. Niemieckie plany wojenne były dziełem gen. Alfreda von Schlieffena, zakładały atak na Francję i pobicie jej w sześć tygodni. Niemcy uważali, że Rosja nie jest w stanie przyjść z pomocą wcześniej niż za sześć tygodni, a więc w tym czasie, po pokonaniu Francji, można będzie przerzucić wojska na wschód i zaatakować Rosję.
Porozumienie francusko-rosyjskie zakładało, że Rosja uderzy znacznie wcześniej. I tak się stało, armie Samsonowa i Rennenkampfa wkroczyły do Prus już w sierpniu i chociaż von Hindenburg pokonał najpierw Samsonowa, w dniach 22-28 sierpnia, tzw. druga bitwa pod Tannenbergiem, czyli Grunwaldem, a we wrześniu także Rennenkampfa, niemniej jednak na froncie zachodnim Niemcom zabrakło sił do przełamania frontu: pierwsza bitwa nad Marną w dniach 5-9 września, przy czym w trakcie walki z Samsonowem, 26 sierpnia, sztab niemiecki zabrał z frontu zachodniego dwa korpusy. Było to znaczne osłabienie, a w Prusach Wschodnich Hindenburg i tak dałby sobie radę. Ale fakt jest faktem: atak na Prusy Wschodnie uratował Francję. Pamiętać jednak trzeba o tym, że gen. Rennenkampf nie pospieszył z pomocą wojskom Samsonowa (panowie się zwyczajnie nie lubili...), a może Rennekampf celowo tak prowadził swą armię, aby Niemcom pomóc?
Ostatecznie później, w walkach koło Łodzi, pozwolił ujść z okrążenia niemieckim oddziałom!
Niemcy, po zwycięstwie nad wojskami rosyjskimi, uznali Hindenburga za herosa, pisali o drugim Grunwaldzie, stawiali sędziwemu marszałkowi pomniki – jednym słowem, histeria, ale... wojska rosyjskie mimo poniesionej porażki zrealizowały zadanie; Niemcy wbrew planom musieli walczyć na dwa fronty.


A gdzie nasz udział, polskiego rekruta? Po kolei. Reorganizacja armii rosyjskiej, na wzór niemiecki, doprowadziła do tego, że rekrutów umieszczano w garnizonach w pobliżu ich miejsca zamieszkania, skończyło się masowe kierowanie Polaków do garnizonów w głębi imperium. A zatem powoływani pod broń Polacy służyli na ziemiach polskich. Kiedy doszło do wybuchu wojny i wezwano mężczyzn pod broń, aby jak najszybciej przyjść Francji z pomocą, z kogo formowano oddziały? Z polskiego rekruta. Mówimy II Armia gen. Samsonowa, rosyjska armia, ale w jej szeregach służył znaczny odsetek Polaków, na pewno były to tysiące. I jeżeli powszechnie się przyjmuje, że pomimo porażki Rosjanie ocalili front zachodni, możemy przyjąć, że i nasz rekrut miał w tym sukcesie ogromny udział. I zapłacił ogromną daniną krwi: armia Samsonowa straciła w zabitych do 50 tys. żołnierzy, 90 tys. poszło do niewoli, a on sam albo się zastrzelił ze wstydu, albo zmarł na atak serca. Była to sromotna porażka na polu bitwy, ale dla nas, współcześnie, ważna jest informacja, że kasa jego armii, miliony rubli w złocie, po dziś dzień spoczywa gdzieś w mazurskich lasach...
Tak więc kiedy mówimy o I w.św. warto i o tym ważnym fragmencie zmagań pamiętać.
Na zakończenie kilka słów o akcji Piłsudskiego. Zwróćmy uwagę na to, jak na Zachodzie oceniono to, co zrobił przyszły Marszałek (rozkaz o nadaniu stopnia marszałka Piłsudskiemu podpisał... sam Piłsudski). Francja toczy śmiertelny bój z Niemcami i w tym samym czasie okazuje się, że polskie oddziały wojskowe – bez znaczenia jak liczebne – stoją po stronie Austro-Węgier i Niemiec... Niedźwiedzia przysługa sprawie polskiej to zbyt delikatne określenie. Pamiętajmy i o tym, że dla Niemców Piłsudski to był pionek, którym posługiwano się instrumentalnie, dla nich był najemnikiem, z którym można się liczyć, albo i nie. W zależności od rozwoju sytuacji. Tak postąpiono np. z Leninem, którego Niemcy sprowadzili ze Szwajcarii, sfinansowali i zrobił w Rosji rewolucję. Podobnie postąpiono z Piłsudskim, więźniem Magdeburga, gdzie palił cygarety, stawiał pasjanse i nie opracował niczego dotyczącego przyszłej Polski, a przecież miał czas i, ponoć, był geniuszem... w listopadzie 1918 r. Niemcy sprezentowali mu władzę nad odradzającą się Polską.


I może ostatnia już refleksja dotycząca planów wojny błyskawicznej, czyli Blitzkriegu. W roku 1939 Niemcy najpierw uderzyli na Polskę, a dopiero później na Zachód. Hitler zdawał sobie sprawę, że Polska dotrzyma słowa danego Francji i, jeżeli zajdzie taka potrzeba, uderzy. Francja natomiast, jeżeli wybuchnie wojna, bohatersko kiwnie dużym paluchem w bucie! I tak się stało.
Dopiero po podbiciu Polski Hitler podporządkował sobie Zachód.
Dobrze się stało, że Polska przedwrześniowa nie poszła na współpracę z Niemcami, gdyby zachowała się inaczej... ale to już tylko spekulacje bez znaczenia.


Ciesząc się z 94. rocznicy odzyskania niepodległości, pamiętajmy, że Francja nie chciała w 39 r. umierać za Gdańsk, ale w sierpniu 1914 r. tysiące Polaków (pomimo rosyjskich mundurów) ginęło za Paryż...


Leszek Wyrzykowski
Windsor

piątek, 23 listopad 2012 22:12

Nie zabijaj!

Napisane przez

Kilka dni temu obiegła świat krótka notka, która mówi po prostu tyle – człowiek nie może decydować o życiu drugiego człowieka.

Na jednym z uniwersytetów kanadyjskich znaleziono drogę komunikowania się z człowiekiem, który znajduje się w tzw. stanie wegetatywnym, czyli w śpiączce. Wstępne informacje o tym odkryciu zamieszczone zostały w "New England Journal of Medicine" pod koniec ubiegłego roku. 13 listopada telewizja BBC wyemitowała film o tym odkryciu.


W "Rz", gdzie znalazłem te informacje, czytamy m.in.:
"Jednym z pierwszych pacjentów bez kontaktu ze światem, z poważnymi uszkodzeniami mózgu, od którego naukowcy uzyskali odpowiedź, był Scott Routley, lat 39, od 12 lat w stanie wegetatywnym. Pacjent potwierdził, że nie odczuwa żadnego bólu. Oczywiście nie wypowiedział się w żaden sposób. Odpowiedź naukowcy otrzymali na ekranie komputera pochodzącą od funkcjonalnego magnetycznego rezonansu jądrowego.
Pacjenci w stanie wegetatywnym – przytomni, ale pozbawieni świadomości, samodzielnie oddychają, trawią itd. – ale nie są w stanie postrzegać siebie i świata zewnętrznego.


Scott Routley doznał ciężkiego uszkodzenia mózgu w wypadku samochodowym. Od tamtego czasu żadne z licznych badań, jakie przechodził, nie wykazały oznak świadomości czy zdolności do komunikowania się ze światem zewnętrznym.
Routley najwyraźniej nie był w stanie wegetatywnym – powiedział prof. Adrian Owen. – Scott był w stanie wykazać, że ma świadomy, myślący umysł. Skanowaliśmy jego mózg kilkanaście razy i jego obraz pokazuje, że jest w stanie odpowiedzieć na nasze pytania. Sądzimy, że wie, kim jest i gdzie się znajduje. To przełomowy moment.


Rodzice pacjenta przyznali, że zawsze byli przekonani, że ich syn jest świadomy i może się komunikować – choćby podnosząc kciuk lub wodząc oczami. Ale to ich przekonanie nigdy nie zostało zaakceptowane przez personel medyczny.
– Pytanie pacjentów o coś ważnego dla nich było naszym celem od wielu lat. W przyszłości możemy zapytać, co możemy zrobić, aby poprawić jakość ich życia. Możemy oferować nadzieję lub choćby dowiedzieć się o pory dnia, w jakich pacjenci chcą być myci bądź karmieni.
Inny kanadyjski pacjent, Steven Graham, był w stanie wykazać, że zarejestrował pewne fakty po uszkodzeniu mózgu. Steven Graham odpowiedział »tak« na pytanie, czy jego siostra ma córkę. Jego siostrzenica urodziła się po wypadku samochodowym, w którym ucierpiał pięć lat temu".
Wnioski chyba nasuwają się same.


Jeśli jeszcze jesteś człowiekiem, to nie zabijaj drugiego człowieka, nie masz do tego prawa! A jeśli jeszcze dodatkowo jesteś lekarzem, to tym bardziej nie masz prawa zabijać drugiego człowieka. Twoim obowiązkiem jest dbać o zdrowie drugiego człowieka i nie przyczyniać się w żaden sposób do jego śmierci, ba, nawet nie szkodzić jego zdrowiu.
Chociaż nie wszyscy lekarze o tym pamiętają, to musimy im przypominać, że przykazanie dane im przez ojca naturalnej medycyny, Hipokratesa, ciągle jeszcze ich obowiązuje i brzmi – Primo, non nocere – czyli – Po pierwsze, nie szkodzić.
A nad tym przykazaniem jest jeszcze przykazanie Boże, które nakazuje każdemu człowiekowi, nie tylko lekarzowi – Nie zabijaj.
W tym miejscu przypomnę jeszcze myśli Wielkiego Prymasa Tysiąclecia, który w swoim czasie powiedział:
"Rodzice katoliccy! Życie, które z samego Boga przekazujecie waszym dzieciom, trwać będzie w nieskończoność i już nigdy nie umrze, jak sam Bóg trwa w nieskończoność i nie umiera.


Ta jest godność człowieka, że chociaż ma on początek, którego Bóg nie ma, to jednakże raz poczęty końca już mieć nie będzie, jak i Bóg końca nie ma.
W momencie poczęcia człowieka powstaje istota nieśmiertelna, której nic już zniszczyć nie zdoła. Nawet najbardziej przemyślne środki przeciwko poczętemu, a nienarodzonemu jeszcze życiu nie zdołają zniszczyć bytu poczętej osoby. Ma już ona swój byt i jest niezniszczalną.
Nic nie pomogą lekarze, szpitale ani wola ludzka. Nawet sam Bóg z racji swej nieskończonej mądrości i dobroci nie unicestwi człowieka raz poczętego.


Stąd prosty wniosek, że tu ma się sprawa z Bogiem: to On jest Ojcem i Sprawcą życia!".
Wniosek – człowiek nie może, nie ma prawa decydować o życiu drugiego człowieka, czy to chodzi o zabijanie nienarodzonych, czy też o zabijanie ludzi w śpiączce. To sam Bóg jest dawcą i Panem życia każdego człowieka.
I drugi człowiek, szczególnie, gdy jest lekarzem, nie może już nigdy więcej decydować o śmierci drugiego człowieka, pacjenta. Te sprawy zostawmy Bogu.


Emanuel Czyżo
Toronto

piątek, 23 listopad 2012 15:58

Piwo Carlsberg ma gorzki smak dla polskich ofiar

Napisane przez

Akcja na rzecz wyrównania strat
polskim ofiarom trzech systemów władzy:
nazistowskiego, komunistycznego i nowej demokracji

ron1Browar okocimski został założony w 1845 roku przez naszego prapradziadka, Jana Goetza. Firma rozrastała się dynamicznie i po I wojnie światowej, pod sprawnym zarządem jego syna, Jana Albina Goetza Okocimskiego II, stała się największym browarem w Polsce.
Nasza firma piwowarska została przejęta przez nazistów w 1939 roku, a następnie znacjonalizowana przez komunistów w 1946 roku. Po załamaniu się reżimu komunistycznego nasza rodzina odkryła, że jej przedwojenna firma Browar Okocim S.A. nigdy nie została wykreślona z rejestru spółek. I tak było aż do narodzin nowej demokratycznej Polski w 1991 roku.
Pod rządami nowych demokratycznych władz polskich, pomimo wytoczonej przez naszą rodzinę sprawy sądowej o potwierdzenie ważności udziałów, przesądzających o tytule do własności browaru Okocim, udziały firmy zostały ponownie wyemitowane na rynku publicznym i znalazły się w posiadaniu Carlsberga.
Jak było możliwe przejęcie ukradzionej własności przez firmę Carlsberg? W ciągu lat widzieliśmy, jak inne państwa o historii podobnej do Polski brały na siebie odpowiedzialność za nielegalne działania z czasów nazistowskich i komunistycznych poprzez zwracanie właścicielom zagrabionych dóbr, na przykład skonfiskowanych przez nazistów firm, dzieł sztuki, funduszy ulokowanych na kontach w Szwajcarii, nieruchomości itp. Nie stało się tak w naszym przypadku.
Historia zmowy Carlsberga i rządu polskiego, zmierzającej do niedopuszczenia, aby browar Okocim wrócił do rąk prawowitych właścicieli, mogłaby stać się kanwą sensacyjnej powieści.

Nielegalna konfiskata
przez komunistów
W 1989 roku członkowie naszej rodziny wystąpili z roszczeniem o zwrot tego majątku. Został on bezprawnie znacjonalizowany w wyniku jaskrawych naruszeń przez komunistów ich własnych dekretów. Choć wszystkie, lub niemal wszystkie, browary w Polsce zostały znacjonalizowane w 1946 roku na mocy Dekretu o nacjonalizacji przemysłu, w którym zostały one wymienione z nazwy, w przypadku naszego rodzinnego browaru, który był spółką akcyjną, państwo zastosowało Dekret o reformie rolnej.

Korzystne orzeczenie
ministerstwa
19 kwietnia 1993 roku, cztery lata po zgłoszeniu przez nas roszczeń, rodzina otrzymała z Ministerstwa Rolnictwa orzeczenie stwierdzające nieważność nacjonalizacji browaru okocimskiego. Innymi słowy, orzeczenie to unieważniło nacjonalizację.
ron2Carlsberg przez wiele lat przeciwstawiał się temu orzeczeniu, do czasu gdy po 18 latach (2011) zostało ono uchylone ze względów "proceduralnych". Jako oficjalną przyczynę podano, że ówczesny nasz adwokat (mecenas Andrzej Kubas), pomimo że powołał kuratora wobec nieistniejących władz spółki do jej reprezentowania, wystąpił z roszczeniem o zwrot nie w imieniu firmy (Jan Goetz Okocimski, Browar i Zakłady Przemysłowe S.A.), lecz w imieniu spadkobierców akcjonariuszy. Rozmaite działania prawne nadal trwały, lecz po interwencji Carlsberg Polska S.A. wszystkie zostały zawieszone do ponownego rozstrzygnięcia prawnego przez Ministerstwo Rolnictwa.
Interwencja Carlsberga jest wyraźnie taktyką gry na czas. Choć Ministerstwo Rolnictwa najprawdopodobniej nie będzie miało innego wyboru niż potwierdzenie swego pierwotnego orzeczenia, (unieważniającego nacjonalizację), może to jeszcze zająć wiele lat. W ciągu tego czasu udziały firmy mogłyby ponownie zostać sprzedane, co zmniejszyłoby wartość posiadanych przez rodzinę akcji. Zaś w przypadku likwidacji firmy zostałyby one całkowicie pozbawione wartości.

Carlsberg usiłuje wywłaszczyć nasze udziały
Ostatnio na wniosek Carlsberg Polska S. A. i przy współudziale Skarbu Państwa, podjęto nowe działania prawne, zmierzające do wywłaszczenia wszystkich udziałów naszej rodziny. Choć sąd pierwszej instancji odrzucił ten wniosek, sąd wyższej instancji, w oparciu o dekret nacjonalizacyjny z 1951 roku (w okresie stalinowskiego terroru) uchylił tamtą decyzję i wydał postanowienie nakazujące zwrot wszystkich akcji spółki. Nasi prawnicy odwołali się od tej decyzji do Trybunału Konstytucyjnego, wskazując, że stanowi ona naruszenie konstytucji.
Dlaczego sąd wolnego i demokratycznego kraju miałby stosować stalinowskie prawo do podtrzymania nacjonalizacji nielegalnie skonfiskowanej własności prywatnej?

Carlsberg po złej stronie prawa
ron3Skupując udziały Okocimia na rynkach pierwotnym i wtórnym, Carlsberg doskonale zdawał sobie sprawę, że rodzina miała uzasadnione roszczenia do tych udziałów. W swym prospekcie, dotyczącym emisji akcji, Minister Przekształceń Własnościowych ostrzegał ewentualnych nabywców, że istnieje roszczenie "trzeciej strony", wysunięte przez potomków Jana Albina Goetza Okocimskiego II.
W chwili obecnej zarząd Carlsberg Polska wydaje duże sumy na prawników (TrapleKonarskiPodrecki – Kancelaria Prawna z Krakowa), przeciwstawiając się wysiłkom naszej rodziny, zmierzającym do odzyskania naszej własności, lub przynajmniej uzyskania jakiejś formy sprawiedliwej rekompensaty. Rozmaite działania prawne trwają już od ponad dwóch dziesięcioleci i bardzo niewielu członków przedwojennej rodziny Goetzów nadal żyje.


Zdumiewające jest, że firma o wielkości i globalnym zasięgu Carlsberga angażuje się w tak oburzające działania, aby zablokować nasze wysiłki na rzecz naprawienia krzywd, wyrządzonych kilku pokoleniom członków naszej rodziny i urągających elementarnemu poczuciu sprawiedliwości.


Prawni spadkobiercy

piątek, 23 listopad 2012 15:56

Panie premierze, jak żyć?

Napisane przez

wyrzykowskiTakie pytanie zadał premierowi Tuskowi nieodpowiedzialny człowiek, nierozumiejący, że polski mężyk stanu powołany został do znacznie ważniejszych zadań niż odpowiadanie na tak głupie pytania. On, Donald Tusk, wypełnia swym życiem dziejową misję, a tu jakiś wiejski cham (którego nie było w programie) zamiast strzelać obcasami na jego widok i stać z szeroko otwartą gębą – jak przystało prostakowi na widok taaaakiej persony – wali prosto z mostu: jak żyć?

W jakich okolicznościach doszło do tego incydentu? Otóż premier nawiedzał tereny dotknięte klęską żywiołową, na ekranach telewizorów zatroskana mina bardzo dobrze się sprzedaje, zwłaszcza kiedy za plecami ruiny, zgliszcza czy bezmiar wód... Wtedy mężyk stanu pokazuje marsa na czole, drapie się za uchem i w głębi duszy myśli "cholera, co ja mam im powiedzieć? Czy ja, nawet jako premier, jestem w stanie zatrzymać wiatr, albo zebrane fale, którym akurat w czasie mojej kadencji zachciało się opuścić koryto rzeki. I jeszcze ten bezczelny typ!".
Pamiętamy też tzw. gospodarskie wizyty Gierka Edwarda, ten to dopiero miał gamoniowaty wyraz twarzy, kiedy mu pokazywano krowie zady, świńskie ryje i jakieś zagony w szczerym polu: którą to potęgą świata byliśmy w uprawie ziemniaka, a zwłaszcza buraka cukrowego? I żeby było śmieszniej, są jeszcze tacy nad Wisłą, którzy są przekonani, że to właśnie Edward Wspaniały zastał Polskę drewnianą, a zostawił mu... to znaczy zadłużoną na pokolenia. Jeżeli się nie mylę, dopiero w tym roku Polska spłaciła ostatnią ratę gierkowego zadłużenia. Są jednak ludzie mówiący, że za Gierka było jak za Sasa, ale ja osobiście nie pamiętam, abym w latach jego panowania mógł sobie pozwolić na popuszczenie pasa; raczej dziubałem kolejną dziurkę w pasie...
Można sobie kpić z Tuska, jak najbardziej, ale czy on jeden? Czy nasi kanadyjscy premierzy są inni? Wystarczy pójść do pierwszego z brzegu sklepu, porównać obecne ceny z tymi, które obowiązywały rok, trzy lata temu; pomyśleć przez chwilę, jak nasze dochody poszły w dół, ile osób poszukuje pracy i... tak, możemy zapytać: panie premierze, jak żyć?
Co prawda ontaryjski geniusz powiedział, że ma dość, zabiera zabawki i niech się inni teraz martwią, on, najzwyczajniej w świecie, ma już dość. I tyle!


Zapewne któregoś pięknego dnia dowiemy się, dlaczego zabrał wiaderko i szpadelek i odszedł na "z góry upatrzoną pozycję". Trzeba przyznać, że w okresie jego rządów gospodarka Ontario, jak fortepian Chopina, sięgnęła bruku! Przed nim chyba tylko Bob Rae (dziś tymczasowy lider liberałów, a przed laty lider NDP i premier Ontario) równie dokładnie rozłożył gospodarkę prowincji.
Mamy jednak premiera nad premierami, czyli szefa rządu federalnego, i jemu możemy postawić pytanie: jak żyć, kochany, jak żyć?
W propagandzie wszystko prezentuje się "piknie", sukcesy odnosimy na ziemi, na wodzie, w powietrzu i na lodzie, kamery notują w blasku reflektorów osiągnięcia na miarę Canadarm, ale najwięcej w tym wszystkim pospolitego bicia piany, odwracania kota ogonem, odciągania naszej uwagi od tego, co jest naprawdę ważne dla nas i naszych rodzin.
Mamy kukurydzę i na weekend zgrzewkę (albo i częściej), aby przed plazmą czas upływał beztrosko; nie jest źle, patrzcie, miliony Kanadyjczyków wygrzewają plecy w Meksyku, w Big 3 robotnicy zarabiają 34 dol. na godzinę, nasi piloci pomogli obalić znienawidzonego Kadafiego, a w Afganistanie nasi dzielni chłopcy prawie wprowadzili dobrobyt i demokrację... Sukcesy!!! Tak, dla tych, którzy dorwali się do źródeł ropy, dla tych którzy w Libii "buchnęli" 150 miliardów i, tak mówią na mieście, nikt nie wie kto, w jaki sposób, kiedy...
Niestety, oprócz tej mało mądrej propagandy sukcesu, którą uprawia Tusk, jak i premier Kanady, dokoła nas coraz mniej powodów do radości, do optymizmu. Za Gierka ogłupiano nas hasłem, "aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej", co skończyło się kartkami... Tutaj coraz liczniejsza jest grupa osób korzystająca z dobroci, a może naiwności, nadopiekuńczego państwa. Zwróćmy uwagę, że w Kanadzie jest coraz mniej ludzi płacących podatki, a coraz więcej tych, którym się pomaga. Kiedy mówię o płaceniu podatków, mam na myśli ludzi, którzy rzeczywiście mają przyzwoite zarobki i którym można skubnąć kilka setek tygodniowo. Inaczej jest opodatkowany robotnik w Big 3, a inaczej taki gość, jak ja, który w podrygach "wyciąga" nawet 11 dol. na godzinę, a zazwyczaj musi się zadowolić stawką minimalną.
Nie trzeba być specjalistą od budowy rakiet, aby rozumieć, że korzystniejsze jest strzyżenie ludzi dobrze zarabiających niż tych, którzy pracują za 10,25 – tyle wynosi stawka minimalna.


W roku 2000 w Windsor tylko Ford zatrudniał 6 tys. osób, a przecież istniała w owym czasie także montownia skrzyń biegów GM, a Chrysler budował duże vany w zakładzie, po którym nie ma śladu. Obecnie nie ma montowni, Chrysler ma tylko jeden zakład, a u Forda pracuje może jedna piąta tego, co było 12 lat temu.
Rząd w każdy czwartek, w postaci podatków, ściągał ciężkie miliony, setki milionów dolarów. Przy okazji korzystało miasto: są pieniądze? Się je wydaje...
Dzisiaj mamy w Windsor dziesiątki opuszczonych hal fabrycznych, w których kiedyś szła produkcja pełną parą: trzy zmiany, siedem dni w tygodniu.
Dzisiaj Windsor to lider pod względem bezrobocia. Stało się tak zaledwie w ciągu kilku ostatnich lat: panie premierze, gdzie są te wszystkie dobrze płatne roboty?


Szacuje się, że 300, a może nawet i 500 tysięcy robót "odeszło w siną dal" – Chiny, Meksyk, Indie, Wietnam itd. W zamian mamy głodowe stawki i zadowolonych z siebie polityków, pieprzących o globalizacji.
Zagaduje mnie w "Dollaramie", czyli sklepie z najtańszymi, najlichszymi artykułami, bacia: jak sobie dawaliśmy radę w czasach, kiedy nie było takich sklepów? Dzisiaj w "Dollaramie" zaopatruje się znaczny odsetek Kanadyjczyków.
Rozmawiam ze znajomym, psioczymy na czasy, narzekamy, w pewnym momencie słyszę: jeżeli masz stawkę minimum, ale żona coś jeszcze dorobi, można jakoś koniec z końcem związać, ale jeżeli oboje pracują za minimum – lepiej wszystko zostawić i iść na welfare... Po chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że właściwie ma rację, pomoc socjalna jest niewiele niższa od płacy minimalnej, a jeżeli dodamy ekstra money na dzieci, na zimowe ubrania, dopłaty do mieszkania, to może się summa summarum okazać, że trzeba być głupim, aby tyrać za 10,25...
Nie, nie popieram takiej postawy, jestem zwolennikiem utrzymywania się z pracy własnych rąk, ale ludzie kalkulują, kombinują, składają słupki i postępują tak, jak im się wydaje, że dla nich jest najlepiej. Egoizm, oczywiście, ale czy ci, którzy nami rządzą – nie są jeszcze większymi egoistami, realizując swoje cele naszym kosztem?
Spójrzmy na ten problem nieco szerzej, nasze dobrze płatne prace są teraz w Chinach, Meksyku, czy nawet w USA. Rok temu Amerykanie przenieśli fabrykę z London do Indiany, razem z nowoczesnymi technologiami i wbrew pierwotnym obietnicom, że kupują zakład i pozostanie on w Ontario. Mało tego, nawet rząd coś im sypnął! Zarobki były porównywalne z Big 3 i z dnia na dzień kilkaset osób wylądowało na ulicy! W London jeszcze trwały protesty, a tam już prowadzono rekrutację... Na pewno niższe stawki, inne opodatkowanie i, przede wszystkim, znacznie wyższe dochody kompanii, ale i miejscowi zadowoleni, ponieważ część z nich znalazła pracę. Kilka kilometrów od London, na przedpolach St. Thomas, Ford zamknął montownię aut policyjnych, 1,5 ludzi straciło pracę.


Tylko tracimy, panie premierze, połóż się pan, jak Reytan, w progu i powiedz: dość, dla was kapitaliści to zabawa, lecz ludziom chodzi o życie... (to z bajki Krasickiego).
W samym Windsor (nieco mniej niż 200 tys. mieszkańców) są tysiące bezrobotnych. Znalezienie pracy nawet za stawkę minimalną nie jest łatwe. Tym niemniej nie dziwię się tym, którzy mają konkretny fach w garści, że nie chcą iść "na prasy" za jedenaście dolarów. Kiedy bieda naprawdę przyciśnie, pójdą na welfare? W jednym z windsorskich zakładów właściciel poinformował pracowników, w piątek, że od poniedziałku obcina stawki o 30 proc., z 13,40 na 10,80; komu się nie podoba, niech w poniedziałek nie przychodzi do pracy. Krótko. No i co, było trochę szumu, prężenia muskułów i ludzie pogodzili się z losem. A pracują tam nawet po 16 godzin, papier do pupci przynoszą własny... XIX wiek, ludzie pochylili grzbiety, ostatecznie wciąż mają pracę, prawda?
Po trzech dniach pracy przy obsłudze tej samej prasy, naprawdę wykończona, kobieta prosi majstra o zmianę, chociaż na jeden dzień. Ten patrzy jej prosto w oczy, uśmiecha i mówi: przecież możesz iść do domu... Zaszkliły jej się oczy, zacisnęła usta i bez słowa poszła do pracy. I my poszliśmy bez słowa, dobrze wiedząc, że jutro panienka z agencji może nam powiedzieć, że nas już tam nie chcą. Byłem, widziałem, pochylałem grzbiet, chociaż czasem korciło dać takiemu w zęby, oj korciło. Albo inna sytuacja: szefo podpowiada kobietom, aby się szybciej poruszały, a nie skarżyły, że zimno...


Jest coraz trudniej, i to nie tylko w Kanadzie (o czym warto pamiętać), w Grecji i Hiszpanii część zatrudnionych nie widziała wypłaty od miesięcy! Nasz południowy sąsiad zmierza w kierunku komuny coraz szybciej, przecież kryzys nie skończy się na tym, że ludzie stracą domy, lewakom marzy się wywrócenie USA do góry nogami. Na razie odbiera się ludziom domy, wolność i nadzieję, że coś się zmieni.
Dawne, dobre czasy, które przecież pamiętamy, nie wrócą: to se ne vrati!
Postępujące zubożenie społeczeństwa daje się zauważyć na każdym kroku. Jeszcze nie tak dawno wyłożony ze śmieciami złom nie był zabierany przez prywatne osoby, dzisiaj to rzecz normalna. To, że ktoś prosi o grosiaka, to też chleb powszedni.
Gdzie są nasi przedstawiciele? Jak w komunie my, my wyborcy i podatnicy zarazem, pijemy szampana ich ustami. Pan Harper poleciał do Indii, opala się, zwiedza, a niechby nam powiedział, ile miejsc pracy poleci na koniec świata? Klasa średnia, która jest gwarantem normalnego rozwoju kraju, zanika z dnia na dzień, chyba nawet szybciej się topi niż lodowce... Chciałbym usłyszeć polityka, który na forum parlamentu wstaje i mówi: k... czas najwyższy zatrzymać miejsca pracy w Kanadzie, Polsce. Komu służą politycy, ludzie przez nas wybrani, przecież nie nam! Ich punkt widzenia zmienia się za każdym razem, kiedy zmienią punkt siedzenia?
Wykończą nas bez mydła! Może trzeba rower przerobić na rikszę? Jeszcze kilka lat jestem w stanie popedałować, może do 67 lat dociągnę, a jeżeli nie, to problem sam się rozwiąże i jaka ulga dla systemu emerytalnego.
Jesteśmy świadkami, a jednocześnie odczuwamy na własnej skórze, jak społeczeństwo dzieli się na dwie grupy: na tych, którzy mają kasę i mieć jej będą coraz więcej, oraz na tych, którzy w półniewolniczych warunkach będą się cieszyć, że mają na miskę cienkiej zupy. To nie jest jakiś czarny scenariusz, pisany na kolanie horror. Zwyczajnie zaczyna brakować pieniędzy, ale skąd je brać, skoro jedyne miejsca pracy, jakie powstają, to usługi, fast foody etc., a nie wypracowany konkretny towar, który można sprzedać innym. Niemądrzy, albo do cna cyniczni, propagandyści każą nam się cieszyć z nowych miejsc pracy – głównie part time – często i ci, którzy pracują 40 godz., zatrudnieni są oficjalnie w niepełnym wymiarze godzin, aby tylko nie wypłacać świadczeń socjalnych. Bandytyzm to delikatne określenie na takie praktyki.
To, że nam podnieśli wiek emerytalny do 67 lat, to dopiero początek, no bo kto zabroni naszym przedstawicielom podnieść poprzeczkę jeszcze wyżej? Kiedy pod koniec XIX w. Bismarck wprowadzał socjale w Niemczech, trzeba było ukończyć 70 lat. Na początku XX w. Nowa Fundlandia wprowadziła granicę 75 lat! Nie udawajmy zdziwienia, kiedy i nam znów podniosą.
Bo to jest pytanie nie tylko o to, jak żyć, ale i skąd brać! Ile minister finansów może ściągnąć z takich jak ja, ile zapłacę haraczu od swoich 10,25? I nasza grupa rozrasta się jak drożdże, a osób wyciągających rękę po pomoc też jest coraz więcej. Z pustego i Salomon nie naleje, ale dlaczego nasze rządy są takie i taką prowadzą politykę, że w skarbie pustki? Dawno temu zasiadający na tronie polskim Sas każdego ranka miał pytać swego skarbmistrza: Bruehl, mamy pieniądze?
Panie premierze, mamy pieniądze?
Może więc znajomy ma rację? Machnąć ręką na wszystko, niech inni się za mnie martwią. Na przykład w Windsor mamy 11 tys. rodzin o niskich dochodach, zgodnie z nowym programem pomocy i oszczędności energii, mogą dostać izolację na poddasze, żarówki, a nawet nową lodówkę. I ja im to wszystko ze swoich 10,25 funduję!
Na socjal rząd kasę zawsze znajdzie, ostatecznie wybory są co cztery lata i "fajnie" się rządzi. Ale cały naród na welfare...?


Leszek Wyrzykowski
Windsor

piątek, 23 listopad 2012 15:42

Knut w nasze głowy

Napisane przez

ligezaPułkownik William Kilgore uwielbiał zapach napalmu o poranku. Jeśli ktoś mieniący się Polakiem uwielbia cudzą ślinę na własnych policzkach, koniecznie powinien obejrzeć najnowszy film twórcy "Psów".

Zacznijmy wszelako od przypomnienia, że każdy film jest filmem edukacyjnym, zależy tylko, czego uczy. Z tej perspektywy "Pokłosie" uczy Polaków pogardy do precyzyjnie określonej grupy etnicznej. Zarazem Pasikowski, prowadząc chwacko swój filmowy buldożer, rozjeżdża gąsienicami na miazgę tysiące polskich drzewek w Yad Vashem. Bez nadmiernego ryzyka popełnienia błędu można pokusić się również o następujące przybliżenie: oto reżyser gwałci dziesiątą muzę i głos mu nie drży, gdy publicznie przechwala się swym barbarzyństwem.

Sami zapłacą
Nie mam również najmniejszych wątpliwości, że Pasikowski nie czytał pracy historyka Andrzeja Nowaka zatytułowanej "Westerplatte czy Jedwabne". Nowak wykazał w niej, do jakiej dewastacji i do jakich braków w obszarze narodowej tożsamości prowadzi przemilczanie czynów chwalebnych, przy jednoczesnym ustawicznym akcentowaniu momentów narodowej hańby.
"Pokłosie" to propagandowa agitka, wręcz encyklopedyczny przejaw antypolonizmu, film upichcony przez ludzi z zaburzoną tożsamością. Przez figury o zatrutych sumieniach, owładniętych niepowstrzymanym tropizmem do komercji ergo szkatułki z pieniędzmi, a przy okazji do kariery bardzo poprawnej politycznie. To taki Tomasz Gross przeniesiony na duży ekran. Pornografia etniczna przebrana za kryminał. Albo inaczej: najnowsze osiągnięcie dekretowanej Polakom pedagogiki wstydu, kolejna z rzędu próba założenia polskości kagańca.
Ciekawe, że Rafał Wojaczek skomentował produkcję Pasikowskiego już przed wieloma laty, pisząc: "Knut w nasze głowy, sto pałek umyślnych / by nie powiedział kto, że sobie myśli".
Twórcy filmu wykładają widzom łopatologicznie: to prawda, że każda nacja ma swoich oprychów, ale tylko bandyci znad Wisły mają ów fascynujący reżysersko rys etniczny. Dlatego o mordercach żydowskich (niemieckich, rosyjskich etc.) filmów robić nie będziemy i nie będziemy ich Polakom pokazywać. Polakom pokażemy film o polskich mordercach. Niech tożsamość narodowa zgnije im do cna... Przy czym creme de la creme tej mefistofelicznej perfidii polega na tym, że za dezawuowanie oraz upokarzanie siebie i swojej nacji Polacy sami zapłacą.

Antypolski paszkwil
Anonimowa internautka: "Byłam na filmie Pasikowskiego. Wyszłam z kina z przekonaniem, że wyzuty z inwencji twórczej Pasikowski zwietrzył jedyną dostępną mu w takim stanie rzeczy szansę na zrobienie filmu. Tą szansą jest antypolski paszkwil sprzedawany jako rzekome rozliczenie Polaków z ich trudną przeszłością. Bowiem z polskich wyrobów tylko antypolski paszkwil może być towarem eksportowym, który da się dzisiaj sprzedać za granicę, szczególnie do Niemiec i do Rosji. Takie coś oni zawsze kupią i jeszcze jest szansa, że może się odwdzięczą jakoś? Należy teraz oczekiwać, że świetnie zorientowany w historii Pasikowski i nie gorzej od niego wyedukowani w tej dziedzinie aktorzy pójdą za ciosem i wyprodukują następne eksportowe hity o tym, jak Polacy napadli na radiostację w Gliwicach i co z tego wynikło, jak kilkanaście dni później napadli na ZSRS i co z tego wynikło, wreszcie jak pijana banda Polaków wsiadła do samolotu i zniszczyła ten drogocenny sprzęt w Smoleńsku, zabijając się przy okazji".
Bardzo dobrze ujęte sedno, cała prawda o filmie i jego twórcy. Lech Stępniewski powiedział kiedyś to samo odrobinę inaczej: "Dziś nie wolno już utrzymywać, że wszyscy Żydzi są odpowiedzialni za śmierć Chrystusa, ale jest rzeczą jak najbardziej właściwą czynić odpowiedzialnymi wszystkich Polaków za śmierć każdego polskiego Żyda".

Tylko świnie siedzą w kinie
Osobiście sądzę, że w obliczu jadu sączącego się z "Pokłosia" oraz w obliczu innych, podobnych w tonie czy intencji karaluszych wykwitów pedagogiki wstydu, człowiek rozsądny może chronić przyzwoitość odwołując się do dwóch postaw. Pierwsza wiąże się z refleksją natury historycznej, druga gloryfikuje zaniechanie i ostracyzm.
Otóż gdyby w latach 30. i 40. ubiegłego wieku Niemcy czy Francuzi byli równie antysemiccy co Polacy, wojnę przeżyłaby zapewne większość europejskich Żydów. Z jakich powodów tak wielu Żydów nie chce o tym pamiętać? I po drugie: tylko świnie siedzą w kinie.
To, że "Pokłosie" obraża i szczuje, że jest swoistym głazem umacniającym traumę fundowaną Polakom po to, by między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca u zarania zniweczyć restytucję polskości, że film nie opowiada historii, aby historię wyjaśniać, leczby lansować prymitywne antypolskie schematy i antykatolickie stereotypy – to wszystko to jedna rzecz. Ale jednym z istotnych pięter odbioru tego "dzieła" jest również promocja antysemityzmu. Antysemityzm zaś jest rzeczą upiorną, podobnie jak każdy przejaw rasizmu. Dlatego prowokowanie do antysemityzmu także jest zbrodnią. Władysław Pasikowski, który "Pokłosie" wyreżyserował na podstawie własnego scenariusza, powinien o tym wiedzieć.
Cóż począć. Najwyraźniej wielgaśnemu polskiemu reżyseru wielkość tak bardzo uderzyła do głowy, że teraz nie tyle z kinem moralnego niepokoju mu się barować, co raczej z kozami na łące szczaw siorbać. I dość już o tym.


Krzysztof Ligęza


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 23 listopad 2012 15:41

Nareszcie – jesteście!

Napisał

kumorATyle krzyku o GMO w Polsce. Niby czemu? Notabene krzyku tłumionego, bo rządząca kom-po-partia najpierw obiecywała nie wpuszczać, a ostatecznie ustawę o dostępności zmienionego genetycznie ziarna przegłosowano.
Tutaj, w Kanadzie, jemy GMO na co dzień – głównie w soi i kukurydzy, i jakoś trzecia ręka nam nie wyrasta (na razie), no nie?!
W czym problem?
Po pierwsze, w bandytyzmie koncernu Monsanto, który procesami sądowymi wymusił na tutejszych chłopach kupowanie od siebie ziarna siewnego. Ziarno GMO jest objęte ochroną patentową i nie można zasiewać na drugi rok tym, co zostanie z pierwszego, bo trzeba uiszczać opłatę licencyjną – wystarczy na polu znaleźć samosiejki od sąsiada, by wytoczyć proces, niszcząc kosztami farmera.
W Polsce jest to rzecz mało znana, a zostawianie ziarna na zasiewy jest na wsi powszechnie praktykowane. Jeśli to będzie ziarno GMO, chłopa odwiedzi najęty adwokat i uświadomi o popełnieniu przestępstwa naruszenia własności intelektualnej.
To jedno. Druga, o wiele ważniejsza rzecz, to że rolnictwo takie jak w Polsce świetnie nadaje się do produkcji zdrowej żywności i Polska powinna być europejskim zagłębiem takiej właśnie żywności, konkurując na rynku niemieckich, francuskim i innym. JeśIi wprowadzimy GMO, stracimy te rynki, bo trudno reklamować żywność GMO jako zdrową.
To tak w skrócie.
Słowem, dopuszczenie w Polsce GMO (w czasie gdy kilka państw europejskich przed tym badziewiem się ochroniło) jest zdradą polskich interesów.
Powiedzmy sobie w oczy, że to zdrada Polski.
Rolnik polski, rozdrobniony i na gospodarstwach rodzinnych, jest cudownym producentem najlepszej jakościowo żywności. I zamiast go w odpowiednie rynki pokierować, zamiast mu pomóc w marketingu i eksporcie płodów i przetworów, (niby) państwo polskie traktuje go jak śmiecia, uginając się pod dyktatem obernarodowych megakorporacji, które maksymalizują zyski kosztem każdego, kogo mogą przejechać walcem po plecach.
Nie jest ważne w tym momencie, czy GMO szkodzi, czy nie; ważne jest, że według zdrowego rozsądku wprowadzenie takich produktów w Polsce nie leży w polskim interesie. Choć leży, na przykład, w interesie niemieckim, gdyż wtedy polska żywność nie będzie na tamtych rynkach konkurencyjna.
I o tym właśnie powinno krzyczeć się w Polsce dzisiaj, i być może po to dzisiaj zagłuszono głosy rozsądku zgiełkiem wokół wyprodukowanego przez ABW unabombera.
Pozostaje mieć nadzieję, że coraz więcej Polaków zaczyna widzieć na oczy.


•••


Tak mi było smutno, gdy jeszcze 15 lat temu, patrząc na młodych Polaków, widziałem samych idiotów przebierających łapkami w wykreowanych wyścigach szczurów; jedzących z karmników "Gazety Wyborczej" i TVN; wstydzących się przeszłości własnego narodu i kultury Europy Środka; skretyniałych za sprawą jeżdżącej im na kompleksach manipulacji antypolskiej.
Jednak jak mawiał często w latach młodości jeden z moich kolegów, który na drodze przekonań życiowych dokonał wszelkich możliwych wolt – "ziemia rodzi".
Ziemia rodzi, płynie rzeka życia i przychodzą nowi ludzie, nowe pokolenia, bez kompleksów, potrafiące ocenić rzeczywistość, na którą patrzą, tyrające na obcych w różnych punktach Europy i świata.
Oczy mi się zeszkliły, patrząc na tysiące młodych Polaków w Marszu Niepodległości.
Nareszcie – jesteście!
Tylko teraz troska, by nikt ich nie wybił w jakiejś wojnie, nie napuścił jednych na drugich, nie rzucił do cudzych okopów i na cudze szańce przy akompaniamencie narodowych werbli.
Troska, by ludzi, którzy zaczynają mieć Polskę w sercu, nie zniszczono, jak tyle poprzednich pokoleń.
A zatem moda na Polskę może być na tyle silna, że delegalizacja polskiego patriotyzmu na wniosek komuchów z SLD już nie pomoże. Na razie, establishmentowi zatrzęsły się gacie, bo okazało się, że 30 proc. młodzieży w wieku 18-24 jest skłonnych zagłosować na MW-ONR. Ruszyły więc do boju "policje tajne i bezpłciowe", z tym że na razie nowi czekiści działają dość nieudolnie. Zobaczymy, co będzie dalej. W każdym razie na najbliższe wybory rzucam hasło "zabierz mamie dowód!".
My zaś powinniśmy siłą rzeczy być z narodowcami. W końcu tzw. Polonia ma tylko wtedy sens, jeśli przyjmiemy, że trwanie przy narodzie ma wartość; bo po jakiego wała być tu Polakiem, kiedy w Polsce zostaną sami "Europejczycy"?


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

Ostatnio zmieniany sobota, 24 listopad 2012 07:11
piątek, 23 listopad 2012 15:35

Z OSt FRONTU: Druga doba

Napisane przez

pruszynskiNa głównej ulicy zobaczyłem flagę Kanady. Okazało się, że tam urzęduje nasz honorowy konsul, który też zajmuje się pomocą inwestorom, i wpadłem do niego na pogawędkę. Jest ekonomistą i przedtem pracował w znanej międzynarodowej firmie doradców przemysłowych.
Rzeczywiście, powiedział mi, otworzyć firmę i założyć konto w banku to bardzo proste i nie ma kłopotów z przekazywaniem zysków za granicę. Początek dla obcych jest bardzo dobry i to powoduje wysokie notowania kraju. Potem może być nie tak różowo, zwłaszcza jak się ma problemy z władzami. Cokolwiek wygrać w sądzie przeciwko administracji jest niezwykle trudno. Ale władze chcą pomóc i jest ombudsman, czyli obrońca biznesmenów – jego zadaniem jest bronić prywatnych przedsiębiorców przed nadużyciami władz.
Dotąd były tu bardzo niskie, podobno najniższe w Europie, podatki, ale jak będzie dalej – nikt nie wie.
Jak dużo jest tu obcych firm, niech świadczy fakt, że tygodniowo ukazuje się pięć pism po angielsku. Jest dla kogo pisać i dla kogo zamieszczać tam ogłoszenia. Jest też parę organizacji lokalnych i zagranicznych firm, między innymi Niemiecka i Amerykańska Izba Przemysłowo-Handlowa.
Ostatnie wybory nie były głosem za Bidziną Ivaniishvilim, najbogatszym człowiekiem Gruzji, który zrobił swą fortunę głównie w Rosji, ale raczej przeciw temu, co robił prezydent i jego zwolennicy, którzy często arogancko traktowali obywateli.
W tak małym kraju jak Gruzja wszyscy o wszystkich coś wiedzą, więc dla nikogo nie było tajemnicą, że wśród otoczenia prezydenta byli niekoniecznie świetlani ludzie. Ba, prezydent miał koło siebie na początku bardzo zdolnego i uczciwego człowieka, który nagle zmarł. Potem było wiele plotek, jak to się stało, a mało kto wierzył w oficjalną wersję jego śmierci. Ponoć w przypływie złości prezydent miał cisnąć w niego ciężką popielniczką. Trafił w głowę i go zabił.
Teraz coraz więcej pisze się o szastaniu pieniędzmi przez otoczenie prezydenta, który ma trzy samoloty, moc samochodów i rezydencji. Ba, związek młodych prawników chce doprowadzić do zdjęcia prezydenta z urzędu. Nie jest wiadomym, jak pójdą sprawy pod nowym rządem, mówił konsul Kanady, ale nie spodziewa się pogorszenia sytuacji dla obcych firm, choć i pod poprzednim były przykłady upaństwowienia dobrze pracujących firm, na które miał chrapkę ktoś z rządu.
W południe udałem się do państwowego uniwersytetu, by zaproponować im odczyt o Białorusi. Dostałem się do szefa Katedry Prawa Międzynarodowego, a potem do Katedry Stosunków Europejskich, gdzie pogadałem z dwoma sympatycznymi paniami. Te były dużo bardziej za prezydentem, twierdząc, że wiele dokonał, zwłaszcza ukrócił łapownictwo, które szczególnie na wyższych uczelniach kwitło na potęgę.
Mówiły, że konkurent, którego partia zwała się "marzenie kraju", zdobył wiele głosów obietnicami, które nie wiadomo czy nawet bardzo chcąc, będzie mógł spełnić. Np. obiecał od Nowego Roku o 10 procent obniżyć cenę paliwa, podnieść emerytury i pensje nauczycieli, które są bardzo niskie. Twierdzi, że nie może tego zrobić do Nowego Roku, bo zabraknie pieniędzy w budżecie.
Ba, wielu uważało, że będąc tak bogatym, podzieli się tym, co ma, z biedniejszymi. Na to dało się nabrać wielu, choć fakt, że do głosowania nie poszło więcej niż 64 procent obywateli nie świadczy o wielkim zainteresowaniu wyborami.
Ciekawa jest rola Cerkwi prawosławnej, która zdaniem mych rozmówczyń, jest prorosyjska, więc jeśli Misza był antyrosyjski, to jego zwalczała np. wprowadzeniem dowodów osobistych z czipami, teraz popiera nowego premiera, bo ponoć jest prorosyjski i w nowym budżecie podniesiono o 10 procent dotacje na utrzymanie patriarchy.
Na razie nie widać, by stosunki z Rosją się poprawiały, ale zapowiedział, że zapewne Gruzja weźmie udział w zimowej olimpiadzie w Soczi. Mówi się też o otwarciu nieczynnej od 20 lat linii kolejowej łączącej Tbilisi z Moskwą, a równocześnie przez Tbilisi do Baku w Azerbejdżanie.

Ot, kultura
Dowiaduję się z Internetu, że obecny dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, utrzymywanego za pieniądze polskiego podatnika, Paweł Śpiewak (zięć niesłynnego Jakuba Bermana), miał kilka lat temu stwierdzić, że chętnie by obsikał wszystkie miejsca, w których stanęła stopa Romana Dmowskiego. Jak na tę mowę powinni zareagować nawet niekoniecznie wielcy zwolennicy Pana Romana, jak ja? Może pójdziemy i odsikamy się pod Muzeum Żydowskim?


Aleksander graf Pruszyński

piątek, 23 listopad 2012 08:54

Zielona wyspa brunatnieje

Napisane przez

michalkiewiczNasza zielona wyspa chyba nie jest aż tak zielona, jak by to wynikało z deklaracji rządowych optimistienków. To znaczy – jest zielona, jakżeby inaczej – ale czy to z powodu jesieni, czy z czegoś innego – coraz bardziej brunatnieje. Oto komendant główny policji pochwalił się, że 11 listopada policja działała praworządnie i profesjonalnie. Wszystko było w jak najlepszym porządku i jeśli ktoś może być niezadowolony, to tylko "chuligani" i "bandyci". Pan komendant najwyraźniej jeszcze wstydzi się użyć określenia "warchoły", jakiego Milicja Obywatelska używała na określenie demonstrantów w roku 1976 w Radomiu i Ursusie. Wstydzi się – a może zapomniał? Tak czy owak – wszystko jeszcze przed nami, bo te samochwalcze deklaracje pana komendanta pokazują, że skończyły się żarty.

Do naszej zielonej wyspy zbliża się nieubłaganie fala kryzysu, więc na wszelki wypadek trzeba niesforny naród tubylczy chwycić za twarz, żeby sobie nie pomyślał czegoś złego. A co najgorszego mógłby sobie pomyśleć? Ano na przykład, żeby zlikwidować, a przynajmniej poluzować, model kapitalizmu kompradorskiego, zaprojektowany jeszcze w 1989 roku przez generała Kiszczaka z jego konfidenty, w którym tajniacy okupują nasz nieszczęśliwy kraj, kontrolując kluczowe segmenty gospodarki i życia publicznego przy pomocy rozbudowanej do monstrualnych rozmiarów agentury. Ta agentura stanowi nie tylko sprawny instrument okupacji, ale również – trzon "naszej młodej demokracji", dzięki któremu jest ona przewidywalna i sterowalna.
Żarty się skończyły i w obliczu nadchodzącego kryzysu bezpieczniackie watahy najwyraźniej zawiesiły potępieńcze swary. Można się tego domyślić między innymi po tym, że na przykład kolejne afery trumienne nie są już rozdmuchiwane przez niezależne media głównego nurtu – a jeszcze niedawno przecież były. Nieomylny to znak, że bezpieczniackie watahy przedstawiły Umiłowanym Przywódcom, stanowiącym żywą fasadę naszej młodej demokracji, propozycję nie do odrzucenia. Jak zwykle u bezpieczniaków, przedstawiona została ona w formie aluzji, na tyle jednak czytelnej, by zrozumiał nawet najgłupszy.
Oto Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego w porozumieniu z niezależną prokuraturą zatrzymały wykładowcę akademickiego Brunona K., który "chciał" wysadzić w powietrze Sejm w momencie, gdy będzie się tam znajdował prezydent, premier, Umiłowani Przywódcy i pozostałe sejmujące stany. Zanim to jednak nastąpiło, kabewiacy przez cały rok prowadzili z Brunonem K. subtelną "grę operacyjną", polegającą na obstawianiu go "pomocnikami" oraz adeptami, których on "szkolił". Zbyteczne jest chyba dodawać, że ci "pomocnicy" oraz "adepci" byli współpracownikami kabewiaków.
Na konferencji z udziałem szefa ABW Krzysztofa Bondaryka, przedstawicieli niezależnej prokuratury oraz Umiłowanych Przywódców z sejmowej Komisji do spraw Służb Specjalnych, kabewiacy pokazali Umiłowanym "niezbite dowody", zaś niezależna prokuratura zapewniła, że agenci w żadnym wypadku do zamachu Brunona K. "nie podżegali". Znaczy się – jeśli "chciał", to z własnej inicjatywy. Skoro tak mówią, to oczywiście nie wypada zaprzeczać, chociaż warto przypomnieć uwagę księcia Gorczakowa, który nie mógł nie znać prowokatorskich metod Ochrany, że nie wierzy wiadomościom niezdementowanym. I tak dobrze, że przynajmniej ten cały Brunon K. nie był agentem ABW, chociaż – czego to ludzie nie gadają? Tak czy owak, kabewiakom najwyraźniej udało się przyprawić Umiłowanych Przywódców o drżączkę, bo skwapliwie we wszystko uwierzyli.
Tę skwapliwość lepiej zrozumiemy, kiedy przypomnimy, że członkostwo sejmowej Komisji Służb Specjalnych wymaga uprzedniego uzyskania certyfikatu dostępu do informacji niejawnych, które w naszym nieszczęśliwym kraju wydawane są właśnie przez ABW. Oprócz tej prostej przyczyny mógł być również inny powód tej skwapliwości. Tym razem szczęśliwie udało się zapobiec zamachowi, ale któż może wiedzieć, co przyniesie przyszłość – zwłaszcza gdyby jakimś Umiłowanym Przywódcom zaczęło się wydawać, iż mogą się od bezpieczniackich watah uniezależnić?
"Banda nie przebacza, kula jest zapłatą" – śpiewało się w starej piosence złodziejskiej. Toteż wśród parlamentarzystów rozgorzała dyskusja, czyby tak nie ogrodzić gmachu Sejmu jakimś murem, albo przynajmniej płotem. Ze swej strony uważam, że jak najbardziej; trzeba by ogrodzić teren Sejmu podwójnym płotem z drutu kolczastego pod napięciem, zaś w "strefie śmierci" między płotami umieścić karabiny maszynowe automatycznie reagujące na najmniejszy ruch – jak na granicy między NRD i RFN. To oczywiście nie zabezpieczyłoby jeszcze Sejmu przed atakiem z powietrza, toteż najlepiej byłoby cały ten kompleks gmachów wkopać głęboko w ziemię, przykryć warstwą gleby i na wierzchu posadzić drzewa. W ten sposób korzyść byłaby podwójna: Umiłowani Przywódcy mogliby delektować się nie tylko bezpieczeństwem, ale i coraz lepszym samopoczuciem, wynikającym z utraty kontaktu z rzeczywistością. Skoro wszyscy nie mogą być szczęśliwi, to niech szczęście spotka przynajmniej niektórych.
Ale nie tylko o Umiłowanych Przywódców tu chodziło, a w każdym razie – nie przede wszystkim. Jestem przekonany, że cudownie udaremniony zamach na Sejm pełni taką samą polityczną funkcję, jak podpalenie berlińskiego Reichstagu w 1933 roku, które posłużyło Adolfowi Hitlerowi za pretekst do dekretu "O ochronie narodu i państwa", za pomocą którego zrobił w Niemczech porządek. Sytuacja powoli do tego dojrzewa, bo w ubiegłym roku prezydent Komorowski wykonał inicjatywę nowelizacji przepisów o stanach nadzwyczajnych w państwie, a niedawno podpisał ustawę ograniczającą swobodę zgromadzeń. "Profesjonalna" akcja policji 11 listopada pokazuje, że wszyscy już wiedzą, o co chodzi, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak razwiedka skłoni Umiłowanych do uchwalenia jakichś "surowych praw".
Na razie jednak korzysta z tych narzędzi, jakie ma pod ręką. Tego samego dnia, gdy kabewiacy wraz z reprezentantami niezależnej prokuratury przekonywali Umiłowanych, a za ich pośrednictwem – opinię publiczną do autentyczności niedoszłego zamachu, Platforma Obywatelska, SLD i Ruch Palikota złożyły wniosek o postawienie Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobrę przed Trybunałem Stanu. Do wniosku nie przyłączyło się PSL pod nowym prezesem Januszem Piechocińskim i w rezultacie brakuje dwóch głosów, wymaganych do podjęcia przez Sejm uchwały o postawienie przed Trybunałem Stanu na podstawie art. 156 konstytucji, przewidującego większość 3/5 głosów. Jednym z argumentów za wnioskiem jest samobójstwo Barbary Blidy. Kiedy za rządów PiS do pani Blidy wczesnym rankiem zawitała ekipa ABW, by ją aresztować, pani Blida musiała sobie pomyśleć, że wszystko wykryte, i w łazience się zastrzeliła. Okazało się, że niepotrzebnie, ale ona jeszcze o tym nie wiedziała. Widać zatem wyraźnie, że podstawowym celem wniosku o postawienie Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry przed Trybunałem Stanu jest przypomnienie wszystkim Umiłowanym Przywódcom, iż konstytuująca III Rzeczpospolitą zasada: "my nie ruszamy waszych – wy nie ruszacie naszych" – cały czas pozostaje w mocy i każdego, kto ją naruszy, dosięgnie surowa ręka sprawiedliwości ludowej.
To przestroga dla szlachty, to znaczy – naszych Umiłowanych, podczas gdy całą resztę nasi okupanci zamierzają zdyscyplinować przy pomocy represjonowania charakterystycznej dla "faszystów", "ksenofobów", "antysemitów" i homofobów" "mowy nienawiści", za którą może być uznane wszystko, co dajmy na to nie spodoba się bezpieczniakom czy choćby sodomitom. Warto podkreślić, że Brunon K. też działał z pobudek "ekstremistycznych", "ksenofobicznych" i – jakżeby inaczej? – "antysemickich". Jak zauważył Stanisław Lem, "nawet konklawe można doprowadzić do ludożerstwa, byle postępować cierpliwie i metodycznie". A właśnie mamy do czynienia z bardzo metodycznymi działaniami naszych okupantów, w następstwie których w dyskursie publicznym już wkrótce słychać będzie wyłącznie "świergolenie", poprawne zarówno politycznie, etnicznie, jak i obyczajowo, niczym na budowie Kanału Białomorskiego. Nic dziwnego; mieszanina czerwieni i zieleni zawsze daje przecież kolor brunatny.


Stanisław Michalkiewicz