Goniec

Register Login

piątek, 04 styczeń 2013 13:45

Z OST FRONTU: W Warszawie

Napisane przez

pruszynskiW Warszawie,pogoda jak na Wielkanoc, śnieg, jaki był, zniknął i można chodzić w jesiennych płaszczach, Trasa Królewska, czyli Nowy Świat, Krakowskie Przedmieście i Stare Miasto, jest pięknie udekorowana, na drzewach elektryczne lampki, a pod lampami ładne "żyrandole" z różnego koloru żarówek, i tą trasą moc warszawiaków co wieczór spaceruje.
Większość teatrów przygotowała się poważnie do zarobienia kroci na Sylwestra, organizując jakieś spektakle. Podobnie bale organizują domy akademickie i hotele i są całkiem "słone"; Marriott i Sheraton po 800 za głowę, Stodoła gościła przyjaciół "Gazety Polskiej" i ponoć było klawo, wielki spektakl zorganizowano na placu Konstytucji ogradzając go i stawiając przy niezbyt licznych wejściach moc policji i ochroniarzy, z których każdy za tę noc dostał po 200 zł. Dalej było ze 200 przenośnych toalet, a wystarczyłoby ze 100, więc miasto do imprezy dołożyło sporo niepotrzebnie.
Co ciekawe, w tymże czasie w śródmieściu Mińska były też gala i występy, ale nikt głównego placu nie obstawiał wysokimi płotami i nie najmował setki ochroniarzy do pilnowania porządku. Tam ma być dyktatura, a w Warszawie ponoć jest demokracja...
Na wielkim ekranie polskie zespoły dawały popis obcych szlagierów, a ludzie wokół nich popijali szampana i inne trunki. Nad miastem widać było liczne fajerwerki i stale słyszało się huk wystrzeliwanych petard.
Po przyjrzeniu się temu widowisku wpadliśmy do Hotelu Polonia, gdzie był też huczny sylwester. Wszystkie stoliki w restauracjach były pełne, a o dziwo na parkiecie o wymiarze 6 na 4 metry było luźno. Rzadko 14 par.
Najładniejszą długą suknię, czarną w duże kwiaty, miała urodziwa dziewczyna z Tadżykistanu, która studiuje w Warszawie ekonomię. Były jeszcze trzy inne ładne długie suknie, a reszta kiecek do bani i co gorsza, niekoniecznie dobrze byli odziani panowie.

Odszedł bohater
W sobotę, 29 grudnia, zmarł w wieku 96 lat odznaczony wielką wstęgą Orderu Orła Białego ks. arcybiskup Tokarczuk, najwybitniejszy po prymasie Wyszyńskim biskup XX wieku. Ten Kresowiak z urodzenia święcenia uzyskał we Lwowie, doktoryzował się na KUL-u, potem był wykładowcą w seminarium w Olsztynie, a przez "niedopatrzenie" władz w pamiętnym roku 1966 został ordynariuszem przemyskim.
Gdy władze odmówiły Mu prawa postawienia kościoła w Jaśle, powiedział, że już nie będzie prosił o zgodę na stawianie kościołów i postawił ich 400 oraz erygował 220 parafii. Przeciw Niemu komuna robiła, co mogła, ale gdy kto ma Pana Boga za sobą, nie może przegrać. Miał wielu przeciwników w episkopacie i nawet w Watykanie za swą nieugiętą postawę, a przed usunięciem Go z diecezji uratował go wybór Jana Pawła II na papieża.
Niestety, Jego pogrzeb został wyznaczony na 11 rano 2 stycznia, w wyniku czego nie tylko ja tam się nie zjawiłem.

Pokłosie
Na ekrany kin wszedł antypolski film Władysława Pasikowskiego zrobiony za 3.500.000 zł dotacji Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej oraz podobne dotacje moskiewskiej instytucji Metrofilm.
Jest to kolejna salwa w Polaków, którzy, wedle Żydów, masowo mordowali ich braci i nie służyli komunistom.
Na ich nieszczęście ukazała się ostatnio w Moskwie książka W. Woronowa i A. Szyszkina pt. "NKWD ZSRS 1934–1937", gdzie autorzy podają strukturę kierownictwa tego aparatu zbrodni. Okazuje się, że na 70 najwyższych funkcjonariuszy 39, czyli 56 proc., było Żydów, dalej było 21 Rosjan oraz nawet jeden Polak, Stanisław Redens. Śmiem twierdzić, że w Polsce Żydów na najwyższych stanowiskach było więcej niż w ZSRS, o czym zresztą pisze J.R. Nowak.

piątek, 04 styczeń 2013 13:34

Żerowiska zostały rozgraniczone?

Napisane przez

michalkiewicz"Niech ryczy z bólu ranny łoś, zwierz zdrów przebiega knieje. Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje" – twierdzi poeta. I słusznie – bo na przykład na fasadzie agencji detektywistycznej Allana Pinkertona napis głosił: "my nigdy nie śpimy!". Warto to zapamiętać, bo kiedy jeszcze za głębokiej komuny Janusz Głowacki ogłosił ludowy konkurs czytelniczy, w ramach którego czytelnicy mieli wskazać, która odpowiedź na pytanie jest jedynie słuszna, która – tylko słuszna, która – niesłuszna i która głęboko niesłuszna – większość uczestników wyłożyła się na odpowiedzi głoszącej, że "wróg śpi, bo ma mieszkanie" – uznając ją za jedynie słuszną lub słuszną.


Tymczasem był to błąd, bo niezależnie od takiej czy innej sytuacji mieszkaniowej wiadomo przecież, że wróg w ogóle nie śpi! A skoro wróg nie śpi, to symetrycznie zachowywać musi się również żołnierz – bo w przeciwnym razie powstałby niesłychany dysonans poznawczy. Przewidział to poeta, oczywiście nie ten sam, tylko inny, informując w popularnej piosence "raz dwa lewa" , że żołnierz musi "czuwać" – by nie przeszkodził wróg.
Dlatego właśnie, kiedy cały nasz mniej wartościowy naród tubylczy jak gdyby nigdy nic świętował sobie Boże Narodzenie, puszczał sylwestrowe fajerwerki i w ogóle – pod dywanem ani na chwilę nie ustawała walka buldogów. W rezultacie już pierwszego dnia po Nowym Roku okazało się, że do dymisji podał się pan generał Krzysztof Bondaryk, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Już od dawna krążyły między ludem głuche wieści o tajnych pracach nad reformą służb specjalnych. Jest to oczywiście tylko pewien skrót myślowy, bo nie tyle o jakąś reformę tu chodzi, co o ustalenie nowych zasad okupacji naszego nieszczęśliwego kraju przez poszczególne bezpieczniackie watahy, ustanowienie i rozgraniczenie żerowisk, a przede wszystkim – kolejności dziobania. Przez gęstą zasłonę tajemnicy przedostawały się strzępy informacji, jak to Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego ma zostać pozbawiona kompetencji prowadzenia śledztw w sprawach gospodarczych, chociaż nadal miała nadzorować spółki z udziałem Skarbu Państwa.


Czy wszystkie, czy tylko niektóre – tego jeszcze pewnie nikt nie wie, bo rozgraniczenie żerowisk jest sprawą poważną, zwłaszcza w obliczu nadchodzącego kryzysu. Weźmy na przykład takie Polskie Linie Lotnicze "LOT", uchodzące w powszechnej opinii za żerowisko bezpieki wojskowej – właśnie poprosiły aż o miliard złotych pomocy publicznej. Ministerstwo Skarbu Państwa, ma się rozumieć, w podskokach wniosek poparło – ale to pokazuje, że sytuacja jest poważna i słodkich pierniczków dla wszystkich zaczyna brakować.
Zatem rozgraniczenie żerowisk i przede wszystkim – ustalenie kolejności dziobania, staje się dla naszej młodej demokracji sprawą zasadniczą, od której zależą jej losy. W jakim kierunku może ukształtować się hierarchia – na to wskazuje nie tylko zatrzymanie w listopadzie 2011 roku generała Gromosława Czempińskiego, który, mówiąc nawiasem, wyraził "zaniepokojenie" dymisją generała Bondaryka – ale również utracenie życia "bez udziału osób trzecich" przez generała Sławomira Petelickiego, który po katastrofie smoleńskiej chyba coś tam musiał wiedzieć, skoro w bardzo mocarstwowym tonie kierował listy otwarte do premiera Tuska w sprawie zrobienia porządku w wojsku. Najwyraźniej jednak "znalazły się w partii siły, co kres tej orgii położyły" i razwiedka odzyskała nie tylko kontenans, ale przede wszystkim – inicjatywę. Oczywiście wróg, jak wiadomo, nie śpi i stąd naszym nieszczęśliwym krajem wstrząsnęła afera Amber Gold, a potem trotylowa – ale wygląda na to, że generalnie sytuacja znowu jest pod kontrolą i najtwardszym jądrem naszej młodej demokracji nadal pozostaje razwiedka wojskowa, zgodnie z ustanowieniem generała Kiszczaka w porozumieniu z towarzyszami radzieckimi. W tej sytuacji dymisja generała Bondaryka stanowi jedynie kropkę nad "i". Oznaczałoby to, że z Nowym Rokiem wchodzimy w okres spokojnego słońca, kiedy zarówno żerowiska, jak i kolejność dziobania zostały ponownie ustalone i tylko patrzeć, jak osiągnięty między bezpieczniackimi watahy kompromis zostanie przedstawiony premieru Tusku do podpisania. Wskazywałoby na to również uruchomienie zapowiadanej już w wiekopomnym expose premiera Tuska spółki "Inwestycje Polskie", na którą będą musiały składać się wszystkie spółki z udziałem Skarbu Państwa. Jest to nie tylko dodatkowy instrument kontrolowania kluczowych segmentów gospodarki, ale i wskazówka, kto stoi na samym szczycie hierarchii. Czy ten kompromis obejmuje również reorganizację politycznej sceny – tego wkrótce się dowiemy – bo dotychczasowe pogłoski, jakoby naszą duszeńką miał zostać minister Sikorski z Romanem Giertychem i Michałem Kamińskim, czy pogróżki nowego prezesa PSL Janusza Piechocińskiego, że razem z Polską, co to Jest Najważniejsza i Polską Solidarną Zbigniewa Ziobry, PSL będzie budował "polityczne centrum", wydają się tylko odgłosami fermentacji w głowach Umiłowanych Przywódców, spowodowanej wspomnianą walką pełnomocnych buldogów pod dywanem. Jedno wydaje się prawdopodobne – że po uporządkowaniu sytuacji w gronie bezpieczniackich watah, razwiedka przystąpi również do porządkowania politycznej sceny, a w szczególności – do zdecydowania o przyszłości ruchu politycznego, który objawił się podczas Marszu Niepodległości 11 listopada. Wydaje się, że możliwości są dwie; albo razwiedka utnie temu ruchowi głowę w ramach walki z "faszyzmem" i "językiem nienawiści", albo przy pomocy chirurgicznej gry operacyjnej dotychczasową głowę amputuje i przyprawi swoją, zawczasu przygotowaną. Wygląda na to, że tego rodzaju operacja spotka się z cichym poparciem wszystkich ugrupowań parlamentarnych, które nie życzą sobie żadnych nowych politycznych inicjatyw, zakłócających spokojne eksploatowanie przetrenowanego emploi i dziobanie według kolejności.


Dodatkowej pikanterii sytuacji dodają zawirowania wokół Nagrody im. Adama Włodka, której pierwotnie patronować miał Państwowy Instytut Książki i Fundacja Wisławy Szymborskiej. Okazało się, że Adam Włodek, będący pierwszym mężem późniejszej noblistki i jej literackim impresario, był konfidentem Urzędu Bezpieczeństwa i podobno "wydał więcej kolegów, niż tomików poetyckich". Jak tam było, tak tam było, dość, że rozległy się protesty, na skutek których prezes Instytutu Książki Grzegorz Gauden wycofał się z inicjatywy, którą Fundacja Wisławy Szymborskiej nadal podtrzymuje. I słusznie – bo któż w nadchodzących latach lepiej nada się na patrona poetyckich debiutów, niż Adam Włodek? Literatura nie może w zbyt drastyczny sposób odstawać od polityki, a skoro u progu Nowego Roku sytuacja powoli się wyjaśnia, to nic dziwnego, że znajduje to przełożenie na życie kulturalne.


Stanisław Michalkiewicz

piątek, 04 styczeń 2013 13:32

Brutalna rzeczywistość

Napisane przez

tyminskiWiększość ludzi patrzy na świat przez różowe okulary. W myśl zasady, że ignorancja to bliss. Ale czasem trzeba te okulary zdjąć. I w tym rozdziale ja Wam z tym trochę pomogę.

Przez ostatnie ćwierć wieku sytuacja geopolityczna i gospodarka całego świata przeszła niewyobrażalne kiedyś zmiany. Upadł mur berliński, Sowieci wycofali Armię Czerwoną z krajów Środkowowschodniej Europy, Chiny, Indie i Brazylia zaskoczyły świat szybkim tempem rozwoju, a Ameryka Północna i Zachodnia Europa stanęły w miejscu. W barach rozrywkowych w Toronto córki pułkowników Armii Czerwonej tańczą nago na słupach, a większość specjalistycznych klinik medycznych została opanowana przez wysoko wykształconych Chińczyków.


Kiedy 20 lat temu zacząłem mówić moim znajomym, że nadchodzi koniec świata w znaczeniu końca wzrostu gospodarczego Ameryki, wszyscy uważali mnie za oszołoma. A obecnie, aby przygotować się do pracy nad nową książką, przejrzałem większość tytułów na tematy gospodarcze i ekonomiczne. I wielu autorów pisze dokładnie to samo: "Każdy kraj dla siebie", "Jak Zachód został stracony", "Jak przetrwać zerowy wzrost" etc.
Moja kariera we własnej firmie od samego początku była związana z powstaniem i rozwojem komputerów (od 1975 roku). Przez kilka pierwszych lat jako jeden z pionierów technologii komputerowej, osobiście doświadczyłem wzrostu sprzedaży rzędu 50 proc. na rok. Na początku moja firma miała bardzo mało własnego kapitału i model mego biznesu bazował głównie na dystrybucji amerykańskich części komputerowych. Pod koniec lat 70. było duże zapotrzebowanie na pamięć magnetyczną do komputerów i można było wtedy na tym bardzo dużo zarobić. Moja firma też była klientem części do produkcji specjalistycznych komputerów. Amerykanie, których firmy reprezentowałem wtedy w Kanadzie, mówili: "Stan, jeśli twoja firma nie rośnie co najmniej 30 proc. na rok, to umierasz, zostajesz w tyle". Ja z kolei uważałem, że tak szybki wzrost nie będzie trwały. Po kilku latach hossy "moi" Amerykanie nasycili krajowy i międzynarodowe rynki zbytu i wzrost mieli zerowy, a nawet ujemny z powodu silnej konkurencji Azjatów. Doszło do tego, że firma IBM sprzedała całą produkcję swoich pc-tów chińskiej firmie Lenovo.


Nie ma nic bardziej żałosnego na tej ziemi jak Amerykanin, który musi operować w sytuacji zerowego wzrostu (0+W) swoich interesów. To "0+W" jest całkowicie sprzeczne z amerykańskim marzeniem o rozwoju (American dream). Staje się on wtedy desperatem zdolnym do wielu podłości, aby tylko utrzymać wysoki poziom swego życia, do którego się przyzwyczaił. W biznesie zmusza go do tego zasada pożyczek bankowych, bo może pożyczyć do 75 proc. wartości faktur, które mu są winni jego klienci. Przy zerowym wzroście wartość tych faktur się kurczy i bank automatycznie obniża pułap pożyczki. Wiele amerykańskich firm z powodu kurczącej się sprzedaży, banki zmusiły do bankructwa. Firmy te miały duże inwentarze, ale brakowało im gotówki na bieżące wydatki.


Będąc człowiekiem z natury konserwatywnym, nigdy nie miałem ochoty na maksymalnie możliwe pożyczki bankowe. Mimo tego, że moi znajomi Amerykanie mówili mi – głupi Polak. Czym więcej pożyczysz, tym więcej zarobisz pieniędzy. A ja zawsze swoim sposobem oszczędzałem zyski i dzięki temu od przeszło 30 lat moja firma nie ma żadnych pożyczek i jest finansowo stabilna. Z kolei część znajomych dyrektorów firm amerykańskich, kiedy padły ich firmy, znalazła się w szpitalach psychiatrycznych.
Wtedy, 30 lat temu, zrozumiałem, że prawdziwy koniec świata to koniec tradycyjnego wzrostu rynków zbytu, czyli zerowy wzrost (0+W). Nasz świat okazał się za mały na dalszą ekspansję imperium. Kiedy skurczyła się krajowa produkcja przemysłowa i przy względnym dobrobycie nastąpił rozwój usług, to wielu ekonomistów błędnie mówiło, że usługi to następny etap rozwoju po industrializacji. Ale ilu ludzi można zatrudnić przy produkcji pizzy na wynos czy hamburgerów? Charakterem sektora usług są niskie płace, z których trudno utrzymać rodzinę. Co ma powiedzieć były związkowiec, który niedawno zarabiał 75 dol. na godzinę, a teraz rozwozi pizzę za 10 dol. lub tylko za same napiwki? Wielu kelnerów pracuje już za same napiwki.
Trzeba pamiętać, że 99 proc. kapitału w USA jest w rękach 1 proc. ludzi i rozpiętość dochodów między bogatymi a biednymi jest największa w historii. A więc to nieprawda, że ludzie bogaci zapewnią pracę i dobrobyt gorzej sytuowanym obywatelom. Kapitał jest ponadnarodowy, nie ma w nim patriotyzmu i nie uznaje on granic.


Szybki rozwój Ameryki w latach 1945–1980 był skutkiem drugiej wojny światowej , kiedy to wiele krajów musiało się odbudować, a Ameryka miała przemysł nakręcony w czasie wojny na pełną produkcję i chętnie pomagała w odbudowie zniszczonych gospodarek, nawet w Niemczech i Japonii.
Jest wiele przyczyn, dlaczego Ameryka "straciła parę". Ja sam przypatrując się moim amerykańskim kolegom, dziwiłem się, na jakiej podstawie uważali oni, że 30-procentowy wzrost może być trwały. Uważałem też, że to było nienormalne, aby związkowiec, który cały dzień zakłada koła na samochodach taśmy produkcyjnej Forda, zarabiał 75 dolarów na godzinę. Kiedy w tym samym czasie robotnik w Chinach wykonywał tę samą czynność tylko za 1 dolara na godzinę. Dlatego wiele gałęzi amerykańskiej gospodarki, takich jak przemysł hutniczy, samochodowy czy lotniczy, musiało przejść fazy oficjalnego bankructwa, czyli restrukturyzację.
Kapitał idzie zawsze tam, gdzie ma większy zysk z inwestycji, czyli ROI. Jest on ponadnarodowy. Kapitaliści nie przejmują się losem drogich związkowców, po prostu przestają ich finansować.


W fizyce istnieje prawo naczyń połączonych. Dwa lub wiele naczyń o różnych poziomach cieczy, kiedy się je połączy cienką rurką, to poziom cieczy w każdym z nich będzie taki sam. I po pewnym czasie wszystkie kraje będą miały ten sam poziom dobrobytu, czy jak kto woli biedy.
Bogate kraje słabo się bronią przed konkurencją, aby utrzymać wysoki standard życia swoich obywateli. Według obecnych badań społecznych, przeciętny Amerykanin jest tak zapożyczony, że w przypadku nagłej potrzeby trudno mu znaleźć dodatkowe dwa tysiące dolarów w ciągu 30 dni. Dodatkowo kryzys bankowo-finansowy zdmuchnął 30 proc. wartości amerykańskich domów, co tradycyjnie było zabezpieczeniem emerytur starzejących się obywateli. A to dlatego, że w USA w rozliczeniach podatkowych koszt hipoteki odlicza się od dochodu. W ostatnim dziesięcioleciu Ameryka straciła miliony miejsc pracy, ponieważ inwestorzy mieli dość wygórowanych płac wymuszanych przez związki zawodowe. Globalne firmy amerykańskie były zmuszone do przeniesienia produkcji do Chin, w myśl zasady, że tylko te kraje, które mają największy rynek wewnętrzny, mogą mieć ceny konkurencyjne na rynkach światowych.


Nasz naukowiec doc. Józef Kossecki z Warszawy napisał w 2000 roku na ten temat ciekawą książkę, gdzie przewidział, że wielkość gospodarki Chin w obecnym czasie zrówna się z gospodarką USA. Ale nie tylko to. Dokumentuje on w swojej książce, że aby imperialne mocarstwo miało wpływy i władzę nad światem, musi mieć gospodarkę dwa razy większą niż jakikolwiek inny kraj. Obecnie USA gwałtownie tracą wpływy polityczne w Azji na korzyść Chin, a Chiny już wykupują zasoby energetyczne Kanady. Na billboardach w Vancouverze był kiedyś napis w języku chińskim, a pod nim po angielsku, iż jeśli za 10 lat nie zrozumiesz, co jest napisane powyżej, to nie dostaniesz pracy. Kanadyjskie sklepy są zalane towarami z Azji. Niedaleko od miejsca, gdzie mieszkam, pobudowano niezliczone magazyny logistyczne na towary z Azji i ani jednego budynku z przeznaczeniem na lokalną produkcję.


Dodatkowo w ostatnim dziesięcioleciu ceny wszystkich surowców poszły ostro w górę. Dotyczy to wszystkich metali czy paliw, jak i nawozów sztucznych do produkcji żywności. W wielu miejscach świata woda pitna jest droższa od benzyny. Z jednej strony, oznacza to inflację kosztową, a z drugiej strony, skazuje to znaczną część ludzi na świecie na głód. Dlatego już widzimy starcia wojenne i zamieszki społeczne w wielu krajach. Czeka nas poważna niestabilność rynków zbytu. Cena złota, która jest miernikiem braku zaufania do papierowych pieniędzy, w ostatnim dziesięcioleciu wzrosła 300 proc. I jest całkiem prawdopodobne, że ze względu na masowy dodruk dolarów, dalej pójdzie do góry.
Według danych Banku Światowego, dochód narodowy na głowę jednego Polaka w 2012 roku to 13.464 dol. A w innych krajach: Rosja 13.089 dol., Czechy 20.570 dol., Niemcy 44.060 dol., USA 48.112 dol., Kanada 50.345 dol.
Najważniejszym czynnikiem wzrostu dobrobytu obywateli jest eksport usług i towarów. Dlatego wielkie pytanie to jak Polska da sobie radę z eksportem w obecnej sytuacji 0+W.
Ale zanim odpowiem na to pytanie, to zastanówmy się, czy nasz kraj w sytuacji ekstremalnej może być samowystarczalny. Czy nasz rodzinny kraj, zdany tylko na własne siły, może ochronić Polaków przed głodem i mrozem.
Odpowiedź na te pytania podam w następnym tekście. Mimo że powyżej opisałem brutalną rzeczywistość, nie traćcie nadziei...


Stanisław Tymiński
28 grudnia 2012, Acton, Kanada
www.rzeczpospolita.com

Naszą świadomość religijną tworzą dwa nierównorzędne wprawdzie teologicznie, ale równie ważne składniki: wiara i ogół praktyk religijnych – zwyczaje, obrzędy, rodzaje i formy nabożeństw. Zwyczaje i obrzędy stanowią o sposobach łączenia sacrum i profanum, natomiast nabożeństwa są głównym miejscem, gdzie zachodzi artystyczna transpozycja wiary. W nich właśnie przejawia się obecność sztuki w kościele, w tym przede wszystkim muzyki.

Pieśni stanowiły tworzywo nabożeństw od początków chrześcijaństwa. Rodzący się Kościół pierwszych wieków kontynuował tradycję śpiewania psalmów Izraela, uzupełniał ją jednak w duchu chrześcijańskim o nowe hymny i pieśni. "Warto zapamiętać: od początków chrześcijaństwa nabożeństwo miało za zadanie odwrócenie wzroku od spraw codziennych i skierowanie go na Boga – pisze kardynał Ratzinger. – Od zarania chrześcijaństwa jego wyznawcy poszukiwali nowych form poetyckiego i muzycznego wyrazu dla uwielbienia Boga...". Poszukiwania nigdy nie ustały. "Przez sam fakt takiego poszukiwania artystycznego, zbliżacie się, niejako po omacku, do Boga" – mówił Jan Paweł II do artystów w Brukseli 20 maja 1985 roku. Święty Augustyn wyznaje, jak płakał, słuchając śpiewu hymnów w opracowaniu św. Ambrożego, subtelnego kompozytora, nie dziwi więc jego stwierdzenie: "Kto śpiewem się modli, dwakroć się modli". Reformy liturgiczne i osobiste zaangażowanie papieża Grzegorza Wielkiego (590–604 r.) wyniosły śpiew kościelny na wyżyny sztuki wokalnej z chorałem gregoriańskim jako jej, przez długie wieki, dominującym szczytem. Nieprzypadkowo w ikonografii średniowiecznej przedstawiano papieża jako majestatyczną postać z gołąbkiem na ramieniu: to Duch Święty podszeptujący papieżowi niebiańskie melodie.
Gdy Polska w X wieku otwierała księgę swoich dziejów, to otwierała księgę w języku łacińskim. Dzięki temu Polska stać się miała "łacińską drzazgą wbitą w zdrowe ciało Słowiańszczyzny" – jak twierdzili z nienawiścią ideolodzy wielkoruscy. Pierwsze pieśni śpiewane w kościołach na ziemiach polskich były więc hymnami łacińskimi. Począwszy od początku XIII wieku coraz częściej w obrzędach kościelnych gości słowo polskie. Pierwszymi tekstami śpiewanymi po polsku były: Wyznanie wiary, Modlitwa Pańska, Pozdrowienie anielskie. Wiek XIV przynosi nam arcydzieło literackie i muzyczne Bogurodzicę. Ową patrium carmen (pieśń ojczysta) – jak ją pięknie nazwał Jan Długosz – śpiewało rycerstwo polskie pod Grunwaldem, pod Warną, pod Wiedniem i Parkanami. Była najdłużej żyjącym naszym hymnem narodowym. W naszych czasach jest śpiewana codziennie w czasie Apelu Jasnogórskiego.
Bogurodzica dała dobry początek. W ciągu wieków zasób polskich "pieśni nabożnych" – bo tak je nazywano – rósł wszerz, w głąb i wzwyż. Wiek XVI i następne przyniosły bowiem ogromny rozkwit polskich pieśni religijnych we wszystkich ich gatunkach. W 1620 r. ukazał się polski przekład Godzinek o Niepokalnym Poczęciu NMP w trzy lata po ukazaniu się oryginału hiszpańskiego, które są popularną adaptacją liturgii godzin na użytek świecki; wkrótce zdobyły szeroką popularność (król Zygmunt III Waza odprawiał je codziennie). Podobną popularność zdobędą 100 lat później Gorzkie żale – rodzime arcydzieło poezji pasyjnej. Wydany w Krakowie w 1801 roku staraniem ojca Pankracego Folwarskiego (1758–1810), gwardiana klasztoru w Leżajsku, Śpiewnik zawierał teksty ponad tysiąca różnorodnych pieśni, między innymi: psałterz, hymny niedzielne, pieśni tematycznie związane z cyklem roku liturgicznego i porządkiem świąt.
Śpiewnik Folwarskiego może stanowić odskocznię do podsumowania dorobku "polskiego" katolicyzmu czy szerzej "polskiej" wiary i kultury w zakresie śpiewu kościelnego i muzyki kościelnej. Nasza pieśń kościelna jest przecież emanacją polskiej lokalności ożenionej z chrześcijańskim uniwersalizmem, jest destylatem polskiej ziemi, polskiej historii i polskiego losu.
"Żaden podobno naród nie może się pochlubić takim zbiorem jak kantyczki polskie. Autorowie zawartych w nim pieśni nabożnych są niewiadomi, byli to, jak się zdaje, duchowni niżsi i kantorowie szkółek. Są jednak ślady, że i wielcy pisarze dorzucili tu później kilka hymnów. Kantyczki obejmują cały rok kościelny i podług niego dzielą się na Adwentowe, pieśni o Narodzeniu Pańskim, o Męce Pańskiej, o Zmartwychwstaniu. Uczucia w nich wydane, miłości i czci Matki Dziewicy ku swemu Synowi, są tak delikatne, tak czyste, niebiańskie, że tłumaczyć je prozą byłoby to znieważać świętość. Są w ich rzędzie hymny, które zasługiwałyby na pierwsze miejsce w poezji narodowej" – mówił profesor literatur słowiańskich w College de France Adam Mickiewicz. A oto opinia profesora muzykologii, założyciela i pierwszego kierownika Instytutu Muzykologii Kościelnej KUL ks. Hieronima Feichta (1894–1967) wzięta z przedmowy do jubileuszowego wydania Śpiewnika kościelnego ks. Jana Siedleckiego:
"O naszych polskich pieśniach kościelnych można śmiało twierdzić, iż zawarły one w sobie całą dogmatykę katolicką i katolickie zasady moralności, obok całej historii życia dziecięcego P. Jezusa [...]. A poza treścią dydaktyczną, jakżeż obszerną skalę uczuć zawiera nasza polska pieśń kościelna, począwszy od uczuć naiwnej, niemal prostaczej pobożności, a skończywszy na subtelnych wzniesieniach duszy w dziedzinę ascezy czy może nawet mistyki. Ileż zarazem odcieni, ile faz przejściowych tai się w polskiej pieśni kościelnej między treścią pochwalną a przebłagalną, dziękczynną a błagalną, radosną a żałosną, między miłością a skruchą, ufnością a bojaźnią, w Wielkość Straszliwego Majestatu Bożego a wyznaniem nicości ludzkiej godnej pogardy!".
Sędziwy wiek przytoczonych opinii – pierwsza pochodzi z 1843, druga z 1928 roku – nie odbiera im aktualności. Dotyczą bowiem utworów długiego trwania. W końcu "Płomień rozgryzie malowane dzieje, skarby mieczowi spustoszą złodzieje, pieśń ujdzie cało...". Rzeczywiście uszła cało: wiele pieśni, które śpiewamy dzisiaj w naszych kościołach, ma metrykę starszą niż przytoczone wyżej opinie. Oczywiście rozrost pieśniowego świata Polaków nie zatrzymał się na wieku osiemnastym, choć polską pieśń czekały bardzo trudne czasy; wiek XIX był przecież wiekiem niewoli.
"Wszelako pod obcym panowaniem wolny kiedyś Polak jak dobrze napisać może, kiedy mu ręce związano? Albo kto kiedy był za mówcę obranym, który się za każdym słowem zająknąć musi? Wolność to tylko w narodach rodziła wyrazy, jak sama śmiałe, i kto się na wiele rzeczy oglądał, zapewne mało dobrych powiedział". Mądre słowa – bez dyskusji! Napisał je Franciszek Karpiński (1741–1825). I złamał pióro – przestał pisać wiersze. Nie przypuszczał, że polskość i polszczyzna mogą istnieć bez państwa i giną jedynie wtedy, gdy ginie naród. Uważał, że jego pieśniom grozi w niewoli niechybna śmierć, skoro za sto lat nikt nie będzie już w stanie ich przeczytać. "Lekkie pióra nasze czyliż się zdołają ogromowi mocarstw, których po naszym podzieleniu wolą stosowną do ich interesu być musi, tak z wolna i język nasz polski zatracić, ażeby tym sposobem każdy z nas zapomniał tęsknić po narodzie swoim, a językiem i obyczajem przywykł do nowego, który go podbił" – pisał zrozpaczony poeta.
Paradoks historii polega na tym, że ten skrajny pesymizm dotyczący przyszłości polszczyzny wyznawał autor Pieśni porannej, Pieśni wieczornej i kolędy Bóg się rodzi – największych "szlagierów" w dziejach polskiej pieśni kościelnej. Żadne inne pieśni nie zdobyły nawet połowy tej popularności, jaką cieszyły się pieśni Karpińskiego. "Śpiewają ją [Pieśń poranną] – pisał dziewiętnastowieczny historyk literatury – starcy i dzieci, matki, ojcowie, parobcy i dziewki – śpiewają ją w chatach i dworkach – śpiewają ją nauczyciele z uczniami w szkołach przed rozpoczęciem lekcyj – śpiewają ją robotnicy w polu i ogrodach – śpiewają ją gospodynie przy szyciu, przędzeniu i innych zajęciach – słowem, gdy tylko pierwszy dnia brzask w naszej zawita krainie, już ona kraina jak długa jest i szeroka wzniosłą ową pieśnią dzwoni ku niebiosom" (H. Tarczyński, O wielkim naszym pieśniarzu Franciszku Karpińskim, Warszawa 1879).
Historia tych pieśni zaczyna się od następującego listu Karpińskiego: "Jaśnie Wielmożny Mości Dobrodzieju. JP [an] Preys powróciwszy z Wilna na wakacje do Białegostoku, przywiózł mi od JWPana Dobrodzieja najpiękniejsze wiersze łacińskie dla Nuncjusza napisane" – tymi słowy rozpoczynał swój list, pisany w pierwszych dniach sierpnia 1787 roku, Franciszek Karpiński. Adresatem listu był znany astronom, rektor Uniwersytetu Wileńskiego, Marcin Poczobutt. Dziękując za otrzymany wierszowany upominek, nadawca rewanżuje się podobnym, pisze bowiem w post scriptum: "przyłączam moje pieśni [...], które tu zrobiłem i śpiewać je wkrótce w kościele będą". Te pieśni to: Pieśń poranna, Pieśń podczas pracy i Pieśń wieczorna. Nie wiadomo, jak długo trwało owo "wkrótce". Być może nawet pięć lat. W każdym razie tyle lat czekały pieśni na druk; ukazały się w oficynie oo. Bazylianów w 1792 r. w Supraślu w tomiku Pieśni nabożne.
Pieśni rychło wyszły poza mury kościołów; nie przestając być nabożnymi, stały się – jak to pięknie nazywano – przygodnymi, czyli pieśniami na wszystkie stosowne okazje. Dotyczy to szczególnie pieśni Kiedy ranne wstają zorze. Na rok przed "pamiętną wiosną wojny, wiosną urodzaju", czyli 19 lat od druku Pieśni nabożnych, ranek w zaścianku Dobrzyńskich, według Pana Tadeusza, zaczynał się tak:

Właśnie staruszek chodził po samotnym dworze,
Nucąc piosenkę: "Kiedy ranne wstają zorze",...

Jeśli wziąć pod uwagę, że przekaz pieśni opierał się przede wszystkim na przekazie ustnym, to przejście pieśni z naw kościelnych pod strzechy zaścianków w ciągu lat 19, należy uznać jako oznakę wczesnej niebywałej popularności.
Analizując rozrost popularności w ciągu dwu wieków spod strzech wieśniaczych na stronice brewiarza, Igor Piotrowski, autor monografii Pieśń i moc Pieśni codzienne Franciszka Karpińskiego w kulturze polskiej XIX i XX wieku, rozróżnia trzy kręgi popularności: kościelny, ludowy i publiczny. Ale niezależnie od tego czy pieśni były śpiewane w kościele, na podwórzu gospodarskim czy w szkole, czy śpiewała je rodzina, wioska lub batalion żołnierzy, zawsze były modlitwami wznoszonymi do Boga. Przyjrzyjmy się zatem sytuacjom modlitewnym, w których pieśń stawała się rzeczywistym nośnikiem Prawdy Objawionej – prawdy życia, otwierając ludzkie serca na działanie łaski.
W maju 1894 roku dla uczczenia setnej rocznicy powstania kościuszkowskiego wyruszyła z Warszawy piesza pielgrzymka do Częstochowy. Wśród pielgrzymów w większości pochodzenia włościańskiego znalazł się początkujący wówczas literat Władysław Stanisław Reymont. Literackim efektem pielgrzymki jest opowiadanie Pielgrzymka do Jasnej Góry, które okazało się arcydziełem nowego gatunku literackiego – reportażu i debiutem książkowym przyszłego laureata Nagrody Nobla. Bohaterami opowiadania są pielgrzymi, przyroda i śpiew. Oto dłuższy fragment opowiadania. Rzecz dzieje się w czasie pierwszego poranka:
Śpię w najlepsze, gdy mnie ktoś trzęsie i woła:
- Bracie trza się powstać.
To siostra obok śpiąca mnie budzi.
Przymykam oczy i opuszczam się w sen ociężale. Boże! Jakbym spał jeszcze, ale zimno mnie przenika siarczyste i dzwonki ostrymi tonami dźwięczą, a przez szerokie szczeliny stodoły świt rzuca pasy światła. Rumor powstawań i ta świadomość, że iść trzeba, nie pozwalają mi zasnąć. Wstaję, i choć się trzęsę z zimna, idę w łączkę na drugą stronę drogi i pod wierzbami jasnozielonymi, w ciemnomodrej sadzawce czynię ablucję. Woda zimna jak lód, pali prawie, ale orzeźwia znakomicie.
[...]
Gromadzimy się pod krzyżem. Twarze mają senne i posiniałe od zimna, ubiory pogniecione, ale oczy błyszczą jasno. Wyniosły chłop w kapuzie mniszej, nasuniętej na głowę, o ostrych ascetycznych rysach twarzy, podnosi krzyż, ubrany już wiankiem świeżej zieleni, dzwoni i niskim głosem intonuje:
Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze.
I ten tłum prosty podchwytuje pieśń sercami i śpiewa ją z uniesieniem, przepotężnie mocnym głosem:
Tobie śpiewa żywioł wszelki...
Płyną głosy szeroką falą ku tym zorzom złocącym już pół horyzontu, rozsypują się kaskadą nad tą ziemią szeroką, brzmią nad chatami, przenikają w łany zbóż, i jakby rozpylone kołyszą się i rozsuwają w opalowej przestrzeni, dźwięczą w echach leśnych, w kwiatach sadów, i jakby zasilone głosami przyrody wznoszą się hymnem pełnym mocy, i mówią o dobroci i potędze Pana, i rozpętane ze wszystkiego, co brudne, co nędzne, co przemijające – unoszą serca rzeszy nad światem. O, potężna to pieśń, potężna pięknem, jakiego jeszcze nie odczuwałem nigdy, i dopiero na tle cudów wiosny, jakie są dookoła, i przez takich śpiewana, wywiera czar niesłychany.
Słońce wzeszło i rozrumienia wszystko i wyzłaca.
Idziemy prędko, ale chciałoby się gdzie położyć w bruździe, w tych żytach kołyszących się i chciałoby się tylko patrzeć w błękit, słuchać pieśni skowronkowych, szumu drzew i zatapiać się w tej mocnej pieśni, co teraz dzwoni niby hejnał radości. Piersi wdychają wiosnę, a oczy błądzą rozmarzone... Mijamy lasy, aż kipiące od świergotu ptactwa, pola jak okiem sięgnąć przepysznie uprawne i zielone, wioski, gdzie jabłonie w różowych pąkach całe, a grusze jak śniegiem obsypane kwiatami. Masy bzów dyszą wonią i stoją niby obłoki fioletowe. Jedenaście wiorst przechodzimy bez odpoczynku.

Pielgrzymka na Jasną Górę miała wpływ nie tylko na karierę literacką Reymonta; była także dla niego głębokim przeżyciem duchowym. Jeśli życie pisarza przyrównać do narracji jego największej powieści Chłopi rozpiętej między przywitalnym "Niech będzie pochwalony..." a pożegnalnym "Ostańcie z Bogiem", to pielgrzymka do Częstochowy była owym inicjalnym "Pochwalony".
Dzięki Reymontowi "kościuszkowska" pielgrzymka warszawska trafiła na karty literatury, ale oczywiście Pieśni codzienne Karpińskiego nie raz pielgrzymowały na Jasną Górę. "O świcie Kiedy ranne wstają zorze, a wieczorem Wszystkie nasze dzienne sprawy rozbrzmiewały w powietrzu" – wspominano o pielgrzymce z 1906 roku, pierwszej po ogłoszeniu dekretu Piusa X o ustanowieniu święta Matki Boskiej Częstochowskiej.
W XIX stuleciu konkurentem Częstochowy jako celu pielgrzymek stał się papieski Rzym, szczególnie po upowszechnieniu się komunikacji kolejowej. W najdogodniejszej do pielgrzymowania sytuacji znajdowali się Polacy z zaboru austriackiego: mieli najbliżej do Włoch, mieszkali w kraju katolickim i cieszyli się względnie dużymi swobodami obywatelskimi. Z nich głównie rekrutowali się pątnicy polscy w Rzymie. Okazje do pielgrzymek tworzyły najczęściej okrągłe rocznice pontyfikatów i jubileusze kapłańskie papieży.
W 1888 roku papież Leon XIII obchodził jubileusz pięćdziesięciolecia święceń kapłańskich. Z tej okazji w pierwszych dniach kwietnia wyruszył z Krakowa do Rzymu pociąg z pielgrzymką "wszystkich stanów" liczącą 575 osób. Pielgrzymka zakończyła się sukcesem: papież przyjął na jednej wspólnej audiencji wiernych z trzech zaborów. Przebieg podróży, jak i całego wydarzenia znamy z relacji (bardzo dokładnej) bernardyna ojca Czesława Bogdalskiego. Dowiadujemy się, na przykład, że Pieśń poranna była w czasie pielgrzymki śpiewana dwukrotnie. Pierwszy raz, w trzecim dniu podróży, gdy muzyka dzwonów w Pordenone w regionie Friuli przebudziła pielgrzymów. Melodie dzwonów podobne były "do zgodnych chórów anielskich", wymagały więc adekwatnej odpowiedzi:
Przejęci tą muzyką wieżową odkryliśmy głowy i z pełnych piersi zaśpiewaliśmy nasze prześliczne Kiedy ranne wstają zorze.

Następnego ranka czekały pielgrzymów jeszcze silniejsze poranne wzruszenia:
Zaledwie jednak brzaski dzienne ukazały się na niebie, we wszystkich prawie wagonach zabrzmiała zaraz chórem pieśń nasza "Kiedy ranne wstają zorze". Nigdy w życiu nie doznałem jeszcze silniejszego wrażenia, a zdaje mi się, że to było udziałem prawie wszystkich pielgrzymów, kiedy wyrazom pieśni "Tobie ziemia, Tobie morze" odpowiadały kryształowe fale Adriatyku, nad którego brzegiem długo nasz pociąg przejeżdżał, a z drugiej strony ziemia włoska, szmaragdowa, strzelająca w niebo pąsowemi tulipanami, jakby wołała "Bądź pochwalon Boże wielki!"

Relacjonując pielgrzymki, przedstawiamy Pieśń poranną w działaniu w sytuacjach odświętnych, a więc w sytuacjach niejako dla niej naturalnych. Sam autor oczekiwał przecież, że jego pieśni "śpiewać wkrótce w kościele będą". A pielgrzymka jest przedłużeniem kościoła, bywa wręcz metaforą Kościoła. Tak więc pielgrzymi śpiewający Kiedy ranne wstają zorze to katolicy, którzy są Polakami. Znane są oczywiście sytuacje z odwróconą kolejnością przymiotów identyfikacyjnych, tzn. gdy śpiewają Polacy, którzy są katolikami. Być może tych drugich jest więcej niż tych pierwszych. Oto jedna z sytuacji tego drugiego rodzaju.
Jest wiosna 1863 roku. W lasach kowieńskich obozuje oddział powstańczy dowodzony przez księdza Antoniego Mackiewicza. Zdarzenie opisuje jeden z partyzantów.

- Słońce już weszło, kiedy dał się słyszeć głos piszczałki i wnet za tym komenda: "Do modlitwy". Zachwycający to był widok tych kilkuset ludzi, doświadczonych w boju, klęczących z odkrytymi głowami. Przed nami, przed krzyżem i obrazem Matki Boskiej na chorągwi obozowej, klęczał ksiądz Mackiewicz i intonował: "Kiedy ranne wstają zorze". Dokoła nas były puszcze rodzinne, a za nami był Bóg i przyszłość nasza.

Niestety, przyszłość okazała się tragiczna i bardzo krótka. Działalność oddziału zamarła jesienią 1863 roku, w grudniu został stracony na szubienicy dowódca oddziału.
Opisując przygody pieśni Kiedy ranne wstają zorze, opisujemy tym samym "panoramę losu polskiego" (M. Wańkowicz), pieśń bowiem aktywnie brała udział we wszystkich naszych dziennych i nocnych sprawach. W czasie okupacji musiała więc trafić do obozów koncentracyjnych. Piękne świadectwo o tym daje ks. Tadeusz Gaik w książce Byłem tam. Wspomnienia więźnia nr 27369 KL Auschwitz i nr 302833 KL Dachau. Autor ukrywający się pod okupacyjnym pseudonimem "ks. Piotr" swoje wspomnienia spisał w trzeciej osobie.
Oto fragment wspomnień opisujący ostatnią noc ks. Piotra w więzieniu tarnowskim przed wywiezieniem do Oświęcimia. Po wysłuchaniu spowiedzi współwięźniów, zmęczony, zasnął. Było już późno, gdy nagle obudził go krzyk więźnia. Teraz spoglądał na okno. "Musi być godzina czwarta lub piąta rano" – pomyślał i zaczął odmawiać modlitwy poranne. Nagle drgnął i cały zamienił się w słuch. Zza okna doleciały go słowa pieśni:

"Kiedy ranne wstają zorze,
Tobie ziemia, Tobie morze,
Tobie śpiewa żywioł wszelki,
Bądź pochwalon, Boże wielki!"

Śpiewak musiał znajdować się na jednym z pięter więzienia, nad celą transportową, która była na parterze. Śpiew nie był mocny, wyciszały go mury, zamknięte okna i pomruki śpiących, ale ks. Piotrowi wydawało się, że ten śpiew niósł w sobie moc i potęgę, że był on jakby odgłosem wód spadających po pochyłości. Wydawało mu się, że ta pieśń i każde jej słowo niosło pocieszenie i pokrzepienie, radosną pewność, że dalej istnieje świat dobra i piękna.


Okrągła rocznica 220-lecia każe zastanowić się nad potęgą pieśni-modlitwy, która potrafi kruszyć mury, dodawać otuchy, mobilizować do walki, konserwować i przenosić w przyszłość określone wartości, być kodem wspólnotowym narodu, uparcie trwać w codzienności i odświętności Polaków. Każe także postawić pytanie: jaka będzie przyszłość pieśni Karpińskiego powierzających codzienność wieczności, stawanie się – wiecznemu bytowi, człowieczą nędzę – Bożemu miłosierdziu w zlaicyzowanym świecie, w którym papieże muszą ogłaszać instrukcje Musicae sacrae disciplina, bo w ferworze "modernizacji" Kościoła tradycyjną muzykę liturgiczną zastępuje się muzyką, która pobudza wprawdzie nasz zmysł słuchu, ale nie dba o zrozumiałość przekazywanego słowa? 

"...Gdy myślę Ojczyzna – by zamknąć ją w sobie jak skarb. Pytam wciąż, jak go pomnożyć, jak poszerzyć tę przestrzeń, którą wypełnia." – pisał Jan Paweł II w poemacie Myśląc Ojczyzna... A ponieważ Ojczyzna to nie projekt polityczny, choćby nawet najlepszy, nie projekt społeczny czy gospodarczy, ani żaden inny, a dziedzictwo, "pomnożyć i poszerzyć przestrzeń", którą wypełnia skarb ojczyźniany, oznacza pomnażać dziedzictwo. Nasze pieśni kościelne są niewątpliwie częścią ojczyźnianego skarbu. Poszerzaniem przestrzeni są nowe pieśni. Ale jedynie te, które respektują dawność i rodzimość. Tylko bowiem rzeczy wywiedzione z tradycji są prawdziwie twórcze, oryginalne i skazane na długie trwanie.
Nie ma obawy, aby w tak poszerzonej przestrzeni skarbu ojczystego Pieśni codzienne Franciszka Karpińskiego straciły swoją potęgę i moc.


Stefan Król
London

sobota, 22 grudzień 2012 10:30

Co myszka Mickey ma wspólnego z Bożym Narodzeniem?

Napisane przez

Najpierw był krótki artykulik na łamach "The Windsor Star", oburzona czytelniczka poinformowała reportera o rozmowie w jednym z banków: nie ma świątecznego wystroju, ponieważ centrala, mieszcząca się w Toronto, zakazała "christmasowych" ozdób. Po telefonie do Toronto okazało się, że poszczególnym oddziałom banku zasugerowano tylko, aby nie przesadzać, ale nikt nikomu nie zabrania postawienia choinki, umieszczenia gdzieś z boku jakichś ozdób.

Można się tylko domyślać, że w rozmowie z reporterem każdy chciał się pokazać z dobrej strony i tłumaczyć zamieszanie nieporozumieniem. Oczywiście, tak mogło być.
Swego czasu przeprowadzono eksperyment, uczestników podzielono na więźniów i strażników, przy czym tym drugim zasugerowano, że jak sobie pozwolą na nieco większą swobodę z więźniami, mogą liczyć na pochwałę, nagrodę. Tylko jedna osoba miała od razu podziękować za udział w zabawie. Pozostali strażnicy stopniowo pozwalali sobie na coraz więcej... Taka jest natura człowieka. Zatem centrala mogła rzucić sugestię "bez przesady", co na dole odczytano "Christmas odpuszczamy".
Mogło też odbyć się to na takiej zasadzie, że wszędzie trąbią o okresie składania życzeń – "Season Greetings" – więc nie ma miejsca na upamiętnienie Chrystusa, chociaż to On jest powodem świętowania Bożego Narodzenia. Polityczna poprawność rzuca się ludziom na mózgi i zapierają się tego wszystkiego, co jest święte, ważne, byle tylko utrzymać się w szeregu; byle tylko nie wychylić się i nie okazać staroświeckim, religijnym.
Jest to zjawisko, które obserwujemy od lat, niestety, z każdym rokiem mamy coraz mniej akcentów religijnych, a coraz więcej komercji i prania mózgu, jak gdyby jeszcze jeden worek prezentów zmieniał cokolwiek! Nie zmienia, ogłupia nas tylko i zmusza do jeszcze większego wysiłku, jeszcze głębszego sięgnięcia do kieszeni. I błędne koło się zamyka... w chrześcijańskim kraju zapieramy się Jezusa!
Reporter gazety skontaktował się z rabinem, imamem i przedstawicielem buddystów – żaden z nich nie zgłosił zarzutów, że współwyznawcy czują się w jakikolwiek sposób urażeni choinką, ozdobami, światełkami. O aspekcie religijnym nie mówiono, wiemy bowiem dobrze, że dla żydów Jezus nie jest tym, kim jest dla nas. Ale w tym momencie mówimy o świątecznej oprawie, tradycyjnie związanej z Bożym Narodzeniem.
Skoro zatem przedstawiciele innych religii nie mają nic przeciwko świątecznemu nastrojowi, ozdobom itd., to czy nie mamy do czynienia z postawą wcześniej wspomnianych strażników? Przełożeni oczekują (w domyśle nagrodzą), że treści religijne znikną, że o Jezusie nie będzie się wspominać, a dzień Bożego Narodzenia, że Christmas stanie się tylko jedną z dat w kalendarzu. Na stoisku z kartkami w "Dollaramie" zauważyłem wyjaśnienie: Christmas – 25 grudnia.


Dążymy zatem do tego, że Christmas nawet pozostanie w obiegu jako puste hasło... No może jeszcze grubas w czerwonym kubraku rozdający prezenty, ale Jezus w żłóbku? Święta Rodzina? To wszystko jest powoli, systematycznie usuwane z naszej świadomości i my się na to zgadzamy.

Jakie nam oferują kartki na Christmas
Oczywiście, mogłem od razu pojechać do delikatesów państwa Zuskich czy Troczyńskich i kupić tradycyjne polskie kartki, mogłem pojechać do sklepu z artykułami religijnymi (ostatecznie tam kupiłem piękne, religijne kartki), ale chciałem się przekonać, co jest oferowane na tzw. rynku.
W księgarni "Indygo" przywitał mnie młody pracownik, zagadywał, uśmiechał się itd. Grzecznie podziękowałem za uwagę i podszedłem do stoiska z kartkami, które z daleka przykuwało uwagę napisem Christmas Cards. Rzeczywiście kartek było dużo, niektóre nawet z napisem Merry Christmas, ale na żadnej nie było motywu religijnego! Renifery, psy, wycinanki, pingwiny, hokeiści i tym podobne... Powróciłem do młodego pracownika i pytam o kartki świąteczne, ale z Jezusem, Maryją, Świętą Rodziną. "Nie ma? Pewnie jesteś lekko zaskoczony, że takich kartek nie ma, zwłaszcza w tym okresie..." Powiedziałem mu, że z tego, co wiem, to Kanada jest krajem, w którym wciąż dominują chrześcijanie, i brak takich kartek to dla mnie prawdziwy szok. Politpoprawność zaszła chyba za daleko. Moje słowa spływały po nim jak woda po kaczce, nie przestawał się uśmiechać, jak gdyby nie rozumiał, o czym mówię.
Przed laty można było kartki świąteczne kupić w Walmart, ale nie w tym roku. Oczywiście słowa Merry Christmas powtarzają się, ale na kartkach są pieski, kotki itd. Sprawdziłem kilka półek ponieważ były tam kartki różnych firm, ale o Świętej Rodzinie trzeba zapomnieć. Były natomiast życzenia typu "Winter Greetings".
W sklepie The Bay to samo.
Odwiedziłem też Dollaramę i ku mojemu zaskoczeniu znalazłem piękną kartkę z napisem "Peace on Earth", fragmentem Ewangelii wg św. Łukasza i Maryją trzymającą Dzieciątko w ramionach. Była to ostatnia kartka, pracująca w kasie młoda osoba powiedziała, że nie może mi pomóc – poprosiłem o co najmniej tuzin – ponieważ kartki dostarcza ktoś z zewnątrz.

kartak1
Ale pogadaliśmy sobie chwilę o świętach, o głupich kartkach i zmianach, które idą w złym kierunku. I postawa dziewczyny, jej słowa o świętach i zatracanej tradycji podniosły mnie na duchu, że jeszcze nie wszystko stracone.
Kartki świąteczne to tylko przykład, jak odbierana nam jest nasza tradycja, jak wypłukuje się z naszych serc przywiązanie do religii, kultury mającej korzenie w chrześcijaństwie, jak się nas zwyczajnie tresuje! Mój kolega z pracy, z pochodzenia Francuz, przeszło 60 lat, w czasie pierwszych rozmów, kiedy mnie obserwował i badał, pewnego dnia zwrócił mi uwagę, kiedy powiedziałem, że czuwa nad nami Bóg. Tak nie można mówić, nie wszyscy wierzą, możesz kogoś urazić... Zaskoczył mnie, na chwilę zaniemówiłem, ale powiedziałem mu, że bez względu na to kim jest i w co wierzy (nie wierzy), jestem katolikiem i nie mam zamiaru szukać zastępczych słów: wierzę w Boga i jeżeli Go wymieniam w kontekście naszej rozmowy, nie wynika z tego, że chcę mu sprawić przykrość, tylko dlatego, że taka jest moja wiara.
Po jakimś czasie, kiedy się lepiej poznaliśmy, okazało się, że jest głęboko wierzący, ale też przy okazji nieźle przeszkolony z politpoprawności. Powiedział mi, że od razu, kiedy powiedziałem mu, że jestem Polakiem, czuł, iż może ze mną szczerze rozmawiać, ale na wszelki wypadek nie odsłaniał się...


Przykład ten pokazuje, jaki jest świat wokół nas, jak my, chrześcijanie, poddajemy się, jak dobrowolnie ustępujemy pola. Tylko komu ustępujemy? Kto nami manipuluje? Dlaczego władze katolickiego uniwersytetu w USA zdejmują krzyż, ponieważ prezydent ma wygłosić mowę... Prezydent, przynajmniej oficjalnie, jest chrześcijaninem i to on przychodzi na uczelnię, a więc powinien szanować porządki tam panujące, prawda?
W krajach muzułmańskich chrześcijan się zabija w biały dzień, o nawracaniu nie ma mowy; książki religijne są zakazane, a jeśli ktoś porzuci islam, może być ukamienowany. Takie są realia. W krajach chrześcijańskich usuwa się symbole religijne, aby nie urazić np. muzułmanina... Dlaczego w naszym domu pozwalamy się panoszyć gościom, którym daliśmy schronienie, których przyjęliśmy – na własną zgubę? A może to nasza postawa sprawia, że czują się na siłach, aby krok po kroku usuwać z naszego życia to, co jeszcze wczoraj było dla nas święte, a dziś jest niepotrzebnym balastem w nowoczesnym, zmaterializowanym świecie?
Ktoś powie, aleś się chłopie przyczepił kartek, wysłałem z choinką i też pokazałem, że pamiętam, że dobrze z okazji świąt życzę. Tak, ale gdzie jest najważniejsza osoba, dzięki której w ogóle mamy Christmas? Christmas bez Chrystusa, z bałwanem i reniferem, to nie tylko nieporozumienie, to zdrada Boga.


Wszystkiego najlepszego z okazji
Świąt Bożego Narodzenia.
Leszek Wyrzykowski
Windsor

kumorA"Nie chcę umierać, ja tylko chcę mieć Boże Narodzenie" powiedziało nauczycielce dziecko, gdy zabarykadowani w kilkanaście osób w toalecie czekali, nie wiedząc, czy fala czystego zła, która właśnie rozlewała się po ich szkole podstawowej, zatrzyma się przed drzwiami, czy też ogarnie ich i zabierze...

Trudno o lepszą parafrazę nadchodzących Świąt.


Nie chcę umierać, chcę czuć ciepło rodzinnego domu i bliskich osób; nie chcę umierać, chcę kochać mamę i tatę, nie chcę nienawiści i złych ludzi, chcę Bożego Narodzenia, chcę miłości.


Bóg się rodzi, moc truchleje. Chrystus przychodzi na świat, by swoim wcieleniem przywrócić zachwianą złem równowagę kosmosu; otworzyć drzwi do raju, z którego zostaliśmy wygnani przez własne "nie".
Gdybyśmy tylko potrafili "wytrwać" w Bożym Narodzeniu przez cały rok... Mielibyśmy raj. Gdybyśmy potrafili przebaczyć, nakarmić nieznajomego w środku nocy, oddać wszystkie należności, zadośćuczynić krzywdom... Świat w dzień Wigilii wstrzymuje oddech, pozwala się skryć pod sklepieniami naszych rodzin, zatrzasnąć drzwi na moment przypomnienia, że oto rodzi się możliwość wyzwolenia; rodzi się możliwość wybawienia od śmierci, podniesienia ku temu co Najpiękniejsze.


Dzieje się to wszystko w mikroskali wigilijnego stołu, gdy dookoła przewalają się ryczące tumany namacalnego zła.
Oczywiście, świąteczny świat istnieje tylko chwilę; zaraz się rozpadnie; zaraz wszystko wróci do ziemskiej normy; zaraz otworzymy drzwi na pożogę. Jednak pozostanie w nas bożonarodzeniowa szczepka, pamięć chwil, kiedy jest inaczej; świadomość, że może być inaczej, że nie musimy się puszyć, gnębić i rzucać do gardła.


Nikt nie jest szczęśliwy, jeśli nie przeżyje świąt – jeśli nie uwierzy, że może się ocalić, że może odetchnąć pełną piersią i nie bać się, że jego czas się skończy.


No bo jakież to szczęście, które zmąci jedna myśl o chorobie, kalectwie i umieraniu?
Jeśli tą drogą chcemy iść po szczęście, to tylko przez amnezję; tylko chwila zapomnienia da szansę. Jednak chwila mija i zaraz pojawia się rzeczywistość, by wystawić rachunek.


A więc święta to za każdym razem nowa szansa, aby próbować przejrzeć na oczy, by Gwiazdą Betlejemską rozświetlić własne życie. Właśnie po to, by żyć pełną piersią i przestać się trwożyć.
Żyjemy w czasach, kiedy ta perspektywa wcale nie jest taka popularna, kiedy wielu ludzi, a nawet wiele całych instytucji usiłuje nam ją odebrać; chce zabić nasze święta po to, by manipulować lękiem, budować miraże szczęścia, zasypywać nasz strach łaskotaniem żądz, dozować kijem razy i spuszczać przed nos marchewki.


Dlatego walczą tak zaciekle z wyjątkowością Bożego Narodzenia, dlatego wypierają je z religijnego wymiaru, przemieniają w czas wymieniania się podarkami; okres, kiedy mamy być dla siebie bardziej mili. Tyle! Byle tylko nie mówić o narodzeniu Boga-Zbawiciela, byle nie odwoływać się do obietnicy życia wiecznego. Żadne Christmas, tylko Holiday Season -– festiwal świateł i handlu.
O Święta Bożego Narodzenia trzeba walczyć. Przede wszystkim w naszych własnych rodzinach, byśmy je przekazali dzieciom, broniąc przed agresją kulturową nowych pogan.


Święta Bożego Narodzenia niosą jedno z największych przesłań naszej cywilizacji. Ten przekaz funduje Zachód i czyni z nas ludzi cywilizowanych; ten przekaz powoduje, że w obliczu zła nie chowamy głowy w piasek, lecz jak husarz opuszczamy kopię; my się nie boimy, bo ten, który w wigilijną noc do nas przychodzi, to Król Wszechświata. Jego żłóbek to nasza najmocniejsza tarcza. Bez niej bylibyśmy nadzy i bezbronni jak kwilące dziecko.
To jest największy paradoks świąt i naszej wiary, paradoks cywilizacji chrześcijańskiej, że to Dzieciątko w żłóbku jest mocarzem i że to ono jest naszym obrońcą.


Boże Narodzenie wygrywa w ten sposób nawet z szaleństwem wojen, gdy żołnierze z przeciwnych okopów kolędują wspólnie w Wigilię. Tak jakby zdawali sobie sprawę, że wojny, w których uczestniczą, tak naprawdę są mało ważne, zaś ta prawdziwa rzeczywistość to właśnie Boże Narodzenie. Ono wygrywało z orgią bezbożnych totalitaryzmów. I ono wygrywa dzisiaj.
Kto raz zakosztował Bożego Narodzenia, ten wie, gdzie szukać szczęścia, bo ta wiedza wyzwala.

Pięknych, wesołych i zdrowych Świąt Narodzenia Pańskiego!

Andrzej Kumor
Mississauga


Dalsza część artykułu dostępna po wykupieniu subskrypcji. Kup tutaj!

Ostatnio zmieniany niedziela, 20 grudzień 2015 14:19
sobota, 22 grudzień 2012 09:07

Bajka pod choinkę

Napisane przez

swiatecznynastroj- Jagoda, a ty kim będziesz? – zapytał Michał, gdy wychodzili ze szkoły.


- Aniołem – odpowiedziała zdecydowanie ośmioletnia dziewczynka w zielonej czapeczce.


Pod bramę szkoły podjechał samochód. Jagoda pożegnała się z Michałem i czym prędzej pobiegła do mamy.
Dzisiaj Jagoda miała wyjątkowo dużo do powiedzenia mamie. Pani w szkole opowiadała o tradycji kolędowania. Zaraz po lekcji dzieci postanowiły, że będą w tym roku kolędować. Michał pierwszy oświadczył, że przebiera się za diabła. Jego brat bliźniak – Piotrek też chciał być diabłem, ale w końcu ustalili, że Piotrek przebierze się za śmierć. To nawet bardziej mu się podobało. Jagody koleżanka z ławki – Asia – przypomniała sobie, że widziała w domu na strychu gwiazdę. Jej tata mówił, że to jeszcze z czasów, gdy sam kolędował. Maciek, najwyższy w klasie, najbardziej chciał być turoniem, ale jeśli okazałoby się to niemożliwe, obiecał przebrać się za pastuszka.


Mama Jagody uważnie słuchała opowieści o planach córki. Dzieci chciały kolędować za trzy dni, żeby mieć choć trochę czasu na przygotowanie strojów i szybkie powtórzenie repertuaru. Wcześniej, na lekcjach muzyki, uczyły się gry niektórych kolęd na flecie. Teraz ta umiejętność mogła okazać się wyjątkowo przydatna.


Mama słuchała i rósł jej niepokój o Jagodę. Nie tylko o Jagodę, ale też o Michała, Piotrka, Asię i Maćka. W końcu dzieci chodziły dopiero do drugiej klasy. A zapału do kolędowania miały tyle, że dałyby radę obejść całe miasteczko. Nie chciała jednak zabraniać córce kontynuowania tradycji. Pamiętała, jak sama kolędowała w dzieciństwie, ile było przy tym radości i zabawy. Mama uśmiechała się do wspomnień.
Wieczorem zadzwoniła do rodziców pozostałych dzieci. Podzielali jej obawy. I wtedy mama Jagody wpadła na genialny, jak jej się zdawało, pomysł. W roli opiekuna małych kolędników pójdzie Staś – starszy o kilka lat brat Jagody. Po podjęciu takiej decyzji rodzice mogli w spokoju zacząć myśleć o strojach dla swoich pociech.


Staś, gdy tylko wszedł do domu, wyczuł, że coś się święci. Zdawało mu się, że mama patrzy na niego jakoś dziwnie. Ale przecież poprawił ostatnio jedynkę z polskiego, i to nie byle jak, bo aż na czwórkę, a najbliższe zebranie rodziców miało być za trzy tygodnie.
– Jesteś już dużym, odpowiedzialnym chłopcem, Stasiu – zaczęła mama – zaopiekujesz się siostrą.
Jak się zaraz okazało, nie tylko siostrą, ale też czwórką jej szkolnych przyjaciół spragnionych kolędowania. Mama nawet nie chciała słuchać o możliwości doglądania dzieci przez lornetkę z drugiego końca ulicy. Jagoda patrzyła na brata błagalnym wzrokiem. W końcu Staś uległ, ale pod jednym warunkiem: będzie miał takie przebranie, żeby na pewno nikt go nie rozpoznał.


I tak, Staś został przebrany za pastuszka. Miał długi, wywrócony na lewą stronę kożuch taty, jakąś kędzierzawą perukę, sztuczną, odpowiednio gęstą brodę i opadającą na oczy czapkę-uszankę po dziadku. Całości stroju dopełniała oryginalna zakopiańska ciupaga.
Trzeba przyznać, że rodzice wszystkich dzieci stanęli na wysokości zadania. Stroje były pomysłowe, a umiejętności śpiewania kolęd (Michał, jako najbardziej w tym kierunku uzdolniony, miał przygrywać na flecie) wyćwiczone na tyle, na ile czas pozwolił. Dzieci śpiewały całkiem równo i znały słowa, a jakby czegoś zapomniały, Staś miał im podpowiadać.


Ludzie zaskoczeni otwierali drzwi. Mieli sentyment do kolędników, przypominało im się własne dzieciństwo. Hojnie dawali dzieciom słodycze, jedna pani poczęstowała je nawet ciastem domowej roboty i ciepłą herbatą. Oczywiście zdarzały się też domy, w których kolędnicy nie byli mile widziani. Na szczęście należały one do mniejszości, więc zapał w dzieciach nie gasł.


Staś zawsze trzymał się z tyłu. Gdy przechodzili obok domu któregoś z jego kolegów, rozglądał się uważnie i mocniej naciągał czapkę na oczy. Często spoglądał na zegarek. Kolęd nie śpiewał, udawał tylko, odpowiednio ruszając ustami. Ale nikt nie zwrócił na to uwagi.
W ostatnim domu, który mieli odwiedzić, mieszkała starsza pani Helena. Od dawna ciężko chorowała, a ostatnio chodziły słuchy, jakoby jej stan się pogorszył.


Jagoda nieśmiało nacisnęła dzwonek. Kolędnicy musieli poczekać dłuższą chwilę, wydawało im się, że pani Helena nie otworzy. Ale wtedy w drzwiach pojawiła się blada staruszka w szlafroku i ciepłych kapciach.


– Chodźcie dzieci, myślałam, że dziś już nikt nie kolęduje – zaprosiła ich do środka.


Z uśmiechem wysłuchała śpiewu małych kolędników. Nie miała nic, czym mogłaby ich poczęstować, ale opowiedziała, jak będąc małą dziewczynką, chodziła z kolędnikami, choć ledwo pamiętała słowa kolęd. Dzieciom trudno było wyobrazić sobie panią Helenę jako małą dziewczynkę. Dziś starszą panią męczył kaszel, widać było, że ma gorączkę.
Staś uważał, że opowieści starszych ludzi są nudne. Dziwił się dzieciom, że tak uważnie słuchają sentymentalnych historii pani Heleny. On przysiadł gdzieś z tyłu i dyskretnie bawił się telefonem komórkowym. Przezornie wyłączył głos. Dostał nawet smsa od Kuby z zapytaniem, gdzie jest, i propozycją, żeby do niego wpadł. Biedny Staś nie mógł przecież napisać, że kolęduje z siostrą i jej przyjaciółmi. Odpisał, że nie może teraz przyjść do Kuby, ponieważ pomaga mamie wieszać firanki.
Gdy wracali do domu, niebo było gwiaździste. Mróz szczypał w dziecięce nosy. Wszyscy po kolei rozchodzili się do domów, tak że w końcu Staś i Jagoda szli sami. Nagle zobaczyli spadającą gwiazdę.


– Pamiętasz Stasiu, babcia mówiła, że gdy spada gwiazda, to znaczy, że ktoś umiera... – przypomniała sobie Jagoda.


Stasiowi dreszcze przeszły po plecach, wydawało mu się, że gwiazda spadła nad domem pani Heleny. Staruszka tak się dzisiaj źle czuła, a on jeszcze udawał, że dla niej śpiewa, a potem ignorował jej opowieści, pisząc smsy do kolegów. Czyżby właśnie stało się najgorsze... Staś miał wyrzuty sumienia, wstydził się swojego zachowania. Ale nie powiedział o tym nikomu.
Przez następne dni ukradkiem przysłuchiwał się rozmowom dorosłych, chcąc dowiedzieć się czegoś o pani Helenie. Ale nie dowiedział się niczego, a martwił się jej stanem zdrowia. Musiał wiedzieć, jak starsza pani się czuje. W końcu postanowił odwiedzić ją ponownie.
Nie wiedział, czy pani Helena go pozna. A jeśli wtedy, podczas kolędowania, wszystko widziała i teraz będzie się na niego złościć... Staś stał przy furtce i czuł, jak zaczyna go boleć brzuch ze strachu. Ale zebrał wszystkie siły i nacisnął dzwonek. Drzwi otworzyły się prawie natychmiast, jakby pani Helena wiedziała, że chłopiec czeka pod furtką i boi się zadzwonić.


– Chodź Stasiu, zaraz będzie herbata. Czekałam na Ciebie – zaprosiła go do środka. W głębi domu słychać już było gwizd czajnika.

piątek, 21 grudzień 2012 18:58

Skrzeczące riffy kapeli pomarańczowego Gargamela

Napisane przez

janszczepankiewiczOd naszych dziadków już słyszeliśmy, że "jak kogoś chce Pan Bóg pokarać, to mu odbiera rozum". Wbrew oczekiwaniom rozmaitych ateuszy i zwolenników przeciwstawienia duchowi świata materii, dotyczy to także, a może nawet szczególnie, ludzi deklarujących się jako niewierzący. Ateista to zresztą osoba wyjątkowo sfrustrowana istnieniem Boga, którego wypierać musi ze świadomości zaprzeczeniami podobnych do siebie biedaków i bezkarnością kolejnych bluźnierstw oraz łamania niepokojąco logicznie brzmiących przykazań.

Najgorsze, co może wydarzyć się ludziom z natury poczciwym, czyli bez zbytnich trudów otwartym na miłość Boga i dobrze życzącym bliźnim, to hipokryzja i faryzejskie mniemanie, że już są od innych lepsi tak dalece, że więcej przez to im wolno. Często w takich to właśnie przypadkach deklarowane w posiewie dobro wydaje zdumiewająco zły owoc.
W dziełach tworzonych w życiu publicznym w imię miłości słyszymy przecież tak często język nienawiści, a działania deklarowane, jako te prowadzone dla Polski, Kościoła, całej cywilizacji łacińskiej, a nawet wręcz dobroczynne – głównie przynoszą korzyść ich kreatorom, niepomnym powszechnych nieszczęść i strat, których powodem się "przy okazji" stają.
Inaczej mają się sprawy z ludźmi o chorej duszy i poplątanej psychice, dla których otaczający ich świat w potężnej części stanowi jedynie przedmiot niechęci lub wręcz nienawiści. Bardziej lub mniej uświadomionej w przyczynach, bardziej lub mniej skrywanej.
Bywa to czasem związane z przyrodzonymi ułomnościami ciała i psychiki, innym znów razem z doznanymi choćby w dzieciństwie krzywdami, które nienaprawione, stanowić mają usprawiedliwienie na całe życie dla pozbawionego racji ślepego odwetu na normalności.
Pamiętamy, jak wiele zła wydarzyło się w związku z oświeceniowym kwestionowaniem religii, a dalej walką z Kościołem i naprawianiem świata od rewolucji francuskiej, przez III Rzeszę do kończącego powoli swój żywot wschodniego Imperium Zła.
Remedium na nieprawości starego porządku miało być zaprzeczenie Miłości, Prawdzie i Dobru pisanym z dużej litery, bo znajdującym oparcie w poznanym przez ludzi Prawie. Prawie Bożym.


Cóż wyszło z deklarowanej wolności, równości oraz braterstwa, gdy położono nadzieję w swobodzie – niczym nieskrępowanego – wyboru. Gdy przeciwstawiono grzechy gnijących monarchii czy oczywistą niedoskonałość bosko-ludzkiego przecież w swojej budowie Kościoła "robieniu dobrze" przy zaprzeczeniu istnieniu Stwórcy lub ponad poznanym Prawem.
Niewątpliwie Ruch Gargamela jest przedsięwzięciem niestosującym poprawnie znanej z historii zasady, że zło skuteczne, to zło dostatecznie ukryte i zakłamane.


Po pierwsze, w tym właśnie przypadku możemy bez trudu i w przynależnych formach zobaczyć różne słabości, nagromadzone kompleksy, czy wreszcie obecne zawsze na świecie ludzkie nieszczęścia – w wymiarze stricte tragicznym i osobistym.
Po drugie widzimy, jak bardzo bezbronny i w swej istocie żałosny staje się człowiek, który poddany życiowej próbie odwraca się od swoich naturalnych wspólnot. Od wspólnoty rodzinnej, narodowej i wreszcie religijnej, manipulując przy podstawowych wartościach, grając na niskich instynktach własnych i swoich bliźnich.
Jak pełny bólu musi być umysł człowieka, który deklarując tolerancję, jako naczelny wyróżnik swych politycznych działań, i będąc wybrany zrządzeniem demokratycznych obliczeń na posła Rzeczypospolitej, nie tylko może patrzeć na Krzyż obecny u nas od wieków w miejscu publicznym, ale też stara się sprawić dodatkowe przykrości milionom wiernych, którzy w miejscu kultu najściślejszym doznali bezprawnego zamachu na swoje najwyższe dobro. Jak wielka i zapiekła musi być jego nienawiść, odczucie krzywd osobistych i alienacja od jednorodnej w dziewięćdziesięciu kilku procentach wspólnoty Polaków i katolików III Rzeczypospolitej, żeby mentalnie poczuwać się do wspólnoty z człowiekiem łamiącym nie tylko prawo naszego kraju, ale też wszelkie zasady współżycia społecznego, a nawet obecne w szeroko rozumianej kulturze naturalne kanony ludzkich zachowań.
Nikt przecież nie pytał Gargamelowego posła o jego sąd na temat wartości artystycznej drogiego sercom Polaków wizerunku Matki Bożej na Jasnej Górze, bo też o takich kwestiach w przypadku rzeczy bezcennych się nie dyskutuje, a cześć oddawana wykracza dalece poza sam obraz.
Obrzydliwego w tej sytuacji słowa "bohomaz" człowiek ten użył po pierwsze nie adekwatnie, po drugie w najgorszych, wynikających z kontekstu tak zdania, jak sytuacji intencjach. Mogliśmy bez "owijania w bawełnę" usłyszeć, co też mu "w duszy gra", jak bardzo nas nienawidzi.
Zło jest obecne w życiu publicznym III RP, w codziennej egzystencji narodu, w zwyczajnych realizacjach ludzi. Nie omija żadnej ze wspólnot i pojawia się zawsze przy dobru, nawet gdy to jest znaczące i trudne w swojej istocie do kwestionowania. Przeważnie jednak to zło nie jest widoczne jak na dłoni, bo siłę swą czerpie z kamuflowania intencji, z relatywizmu podawanego nie wprost.


Koncerty parlamentarne i osobiste solówki członków w sumie dość smutnej kapeli Pomarańczowego Gargamela pozwalają nam dziś oglądać zwyczajny upadek człowieka – w całym nieszczęściu, przy obnażonej słabości, zdziczeniu uczuć, nieprzejednaniu i nienawiści do świata.
Występy skłonnych do mało psychodelicznych, a bardziej już dewiacyjnych aberracji oraz licealnego ekshibicjonizmu artystów Gargamelowej kapeli możemy podziwiać w mediach, a sami z jeszcze wyraźniej odczuwaną radością szykować się do tradycyjnych polskich świąt Bożego Narodzenia, jak również nadejścia Roku Pańskiego 2013.


Jak dobrze jest być u siebie i czerpać z rodzimej tradycji. Także tej nakazującej historycznie ukształtowaną sarmacką tolerancję w podejściu do pozostających w naszej państwowej wspólnocie osób innego wyznania, narodowości, a nawet głosicieli mieszczących się w granicach prawa i obyczaju – przekonań. W granicach prawa i obyczaju.


Jan Szczepankiewicz
Kraków, 13 grudnia 2012r.
Tekst pochodzi z Biuletynu Świąteczno-Noworocznego Europy Wolnych Ojczyzn

piątek, 21 grudzień 2012 18:45

Niezwykła historia nastoletniego poganina

Napisane przez

(do przemyślenia w czasie świąt)

segat1W latach 1981–1989 Matka Słowa (tak przedstawiła się Matka Boża wizjonerkom) objawiła się w Kibeho: niewielkim miasteczku położonym w Rwandzie. Objawienia w Kibeho zostały przez Kościół katolicki uznane za autentyczne w roku 2001. O tym niezwykłym wydarzeniu było bardzo głośno, a co ważne, miejscowy biskup był jednym z pierwszych, którzy uwierzyli w autentyczność objawień. Powołanie specjalnej komisji diecezjalnej, w skład której wchodzili nie tylko księża, teologowie, ale także świeccy specjaliści – w tym psychiatra, upewniło biskupa, że nie są to histerie przeżywane przez nastoletnie dziewczyny.
Dodajmy, że członkowie komisji prowadzili nie tylko obserwacje, ale także naukowe badania; może nawet nie do końca naukowe, bowiem jak wspomina dr Muremyangango Bonaventure, pewnego dnia schwycił wizjonera za gardło i zwyczajnie zaczął dusić... i kto wie, jak by się to skończyło, gdyby jeden z księży nie oderwał go siłą od wizjonera. Nie mógł bowiem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy rzeczywiście ma do czynienia z nadprzyrodzonym zjawiskiem, czy udawaniem?


Mówiąc o autentyczności objawień w Kibeho, musimy podkreślić, że wszystko to, co widzący mówili i przekazywali, było zgodne z nauką Kościoła.
To wszystko spowodowało, że już w roku 2001 ks. bp Augustin Misago ogłosił decyzję Kościoła o autentyczności maryjnych objawień w Kibeho. Są to pierwsze objawienia maryjne na kontynencie afrykańskim. Oczywiście można na ten temat znaleźć sporo informacji np. w sieci, ale polecam książkę pt. "Our Lady of Kibeho. Mary Speaks to the World from the Heart of Africa", której autorką jest Immaculee Ilibagiza.
Niemniej jednak, niejako na marginesie tej niezwykłej historii, miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie, niezwykle wzruszające i wręcz zmuszające do głębokiej zadumy, refleksji – jednym słowem, do prawdziwego rachunku sumienia...
Matka Boża objawiła się uczennicom szkoły średniej w Kibeho 28 listopada 1981 (dzień pierwszego objawienia), kilka miesięcy później Jezus objawił się 15-letniemu chłopcu o imieniu Segatashya. Jest to historia niezwykła nie tylko przez to, że doszło do objawienia, ale ze względu na osobę: był to chłopak, który w życiu nie spędził godziny w szkole, a więc absolutny analfabeta. Biblii nie miał w ręku, ponieważ był poganinem, który o chrześcijaństwie nie miał przysłowiowego zielonego pojęcia.


Jego rodzina – piątka dzieciaków, przy czym Senagatashya był najstarszy – należała do najbiedniejszych z biednych: jednoizbowa lepianka, kilka kóz, krowa, niewielkie poletko, na którym uprawiano fasolę. Nocą nie tylko rodzina spała w "domu", ale także krowa. Głód nie był czymś nadzwyczajnym w życiu wizjonera. Jak wspominał ojciec I. Ilibagizy, mimo 15 lat wyglądał na 10, co mogło świadczyć tylko o jednym, że w swoim krótkim życiu jadał co najwyżej jeden, skromny posiłek dziennie... I właśnie do niego przyszedł Jezus.
2 lipca 1982 r. Segatashya poszedł w pole zrywać fasolę, ale strąki wydały mu się dziwnie piękne, nadzwyczaj dojrzałe... zerwał kilka i poszedł na sąsiednie pole, aby zapytać sąsiada, czy i on widzi to samo? Sąsiad powiedział, że strąki jak strąki, fasola jak fasola. "Pewnie za długo przebywałem na słońcu" – pomyślał chłopak, popił wody ze strumyka i usiadł w cieniu (taką wersję wydarzeń przedstawiła jego siostra, której nastolatek opowiadał o tym wszystkim, czego doświadczał). Wtedy usłyszał głos, który był jak "muzyka rozbrzmiewająca w jego sercu". Głos dobiegał z góry, padło pytanie, czy jeżeli przekaże ci wiadomość, poniesiesz ją w świat, do ludzi? Segatashya wiedział, że nie może odmówić, że jest gotów zrobić wszystko, o co zostanie poproszony.


Powiedział tak, jestem gotowy, ale kim jesteś? Ujrzał Jezusa, otrzymał też pierwsze polecenie, sprawdzające go. Jezus powiedział mu, pójdziesz do tych, którzy pracują naprzeciwko domu pana Huberta, powiesz im: "Jezus Chrystus posłał mnie dzisiaj powiedzieć wam, i wszystkim ludziom, odnówcie swe serca. Dzień się zbliża, kiedy ludzkość zacznie doświadczać trudności. Dlatego nie możecie teraz powiedzieć, że nie ostrzegłem was".
Trudno sobie wyobrazić tę scenę: nagi (ubranie stracił, biegnąc ogłosić słowa Jezusa) mikrus przemawia do dorosłych mężczyzn, upominając ich, aby się nawrócili, opamiętali, bo kara coraz bliżej... Jedni chcieli go w tym momencie obić kijami, inni zapytali, a kto cię przysyła? Odpowiedział, że Jezus Chrystus! Bluźnierca! Pijany, opił się bananowym piwem... Nie został pobity przez obcych, ale własny ojciec nie żałował mu razów. Ojciec, podobnie jak syn, był poganinem i słowa o Jezusie, o pokucie nie docierały do niego, uważał, że chłopak uderzył się w głowę... Nawet go związał, aby nie wychodził do ludzi.


Wszystko na próżno. Następnego dnia wokół ich lepianki zaczęli się gromadzić ludzie, chcieli chłopaka zobaczyć, chcieli z nim rozmawiać; chcieli się dowiedzieć jak najwięcej o przesłaniu, które zaczął głosić. Trudno to sobie wyobrazić, ale już następnego dnia Segatashya, rozmawiając z ludźmi, cytował Nowy Testament, odsyłał ich do konkretnych wersów, konkretnych ewangelistów. Przechodził błyskawiczne studia teologiczne...
Spróbujmy sobie to wyobrazić: nastoletni poganin, który nie ma najmniejszego pojęcia o Jezusie, Biblii, chrześcijaństwie – zaczyna przemawiać do ludzi z pewnością kogoś, kto zjadł zęby na studiowaniu Pisma Świętego. Oczywiście, że nikt nie jest w stanie tego wytłumaczyć. W tym przypadku zawodzi "mędrca szkiełko i oko", pozostaje tylko wiara i pokorne przyjęcie do wiadomości, że nastolatek rzeczywiście otrzymał niezwykłą łaskę bezpośredniego kontaktu z Jezusem i Jego Matką. Pierwsze objawienia miał Segatashya w pobliżu rodzinnej lepianki, później – na polecenie Jezusa – dołączył do wizjonerek w Kibeho.

Trzeba w tym miejscu wyjaśnić, że po pierwszych objawieniach wewnątrz szkoły, aby dotrzeć do tysięcy pielgrzymów, zbudowano specjalne podwyższenie, na którym wizjonerzy (widzący?) mieli objawienia; wśród nich Segatashya.
Apel do ludzi, aby się nawracali, czynili pokutę, szczerze się modlili – bo są tacy, którzy tylko udają – aby kochali Boga i bliźnich, były to najważniejsze punkty przesłania, które za pośrednictwem chłopaka skierowane zostało do wszystkich ludzi. Jezus, podobnie jak Maryja, ostrzegał, że dzień kary się zbliża, że jest nieuchronny, jeżeli się ludzie nie opamiętają, nie poprawią.
W czasie jednego z objawień Segatashya widział rzeki pełne krwi, tysiące zakatowanych maczetami ofiar; podobną wizję miała Maria-Claire, jedna z wizjonerek. Dwanaście lat później, w 1994 r., Rwanda spłynęła krwią, kiedy bojówki Hutu wymordowały około miliona Tutsi! Czy była to wojna domowa? Raczej przerażające okrucieństwem etniczne czystki.
Wspomniana przeze mnie I. Ilibagiza ocalała dzięki temu, że pastor ukrył grupę kobiet w łazience. Dr James Orbinski, autor książki "An Imperfect Offerring. Humanitarian Action in the Twenty-First Century" (w ramach organizacji Lekarze Bez Granic przebywał m.in. w Rwandzie), przytacza historię kilkuletniej dziewczynki, którą matka, widząc nadciągających morderców, ukryła w latrynie. Dziecko przeżyło, ale cała rodzina została zarąbana maczetami!


Wspomniałem, że lokalny biskup powołał specjalną komisję , która przez kilka lat towarzyszyła wizjonerom, zapisywała wyniki badań prowadzonych w trakcie objawień; notowano wszystko, co mówili wizjonerzy, i to, co mówiła Matka Boża (później, po skończonym objawieniu). Przeprowadzano wywiady z wizjonerkami i Segatashyą. Dzięki temu ocalała część materiałów, które gromadził dr Bonaventure (w czasie trzech miesięcy ludobójstwa schronił się w Burundi). Ale większość dokumentacji zaginęła w trakcie krwawej jatki, jaką zgotowano milionowi ludzi. Może dlatego uznano tylko trzy osoby, chciaż wizjonerów było więcej.


Na podstawie tego, co zostało uratowane, można dotrzeć do części materiałów dotyczących chłopaka, jego objawień i poczynań, które podejmował na polecenie Jezusa. Niezwykle ważne są zapisy rozmów, które prowadził z Jezusem Segatashya. Chłopak pytał swego boskiego rozmówcę o różne sprawy, podejmował różne tematy, zapytał np., dlaczego mnie wybrałeś i pozwoliłeś, abym przed ludźmi stanął nagi, dlaczego dopuściłeś do ośmieszenia mnie? Jezus mu powiedział, że też, przed ukrzyżowaniem, został rozebrany na oczach tłumu i ośmieszony. A dlaczego wybrał właśnie jego? Aby pokazać całemu światu, na jego przykładzie, że kocha wszystkich ludzi i za wszystkich umarł na krzyżu; dlatego objawił się najbiedniejszemu z biednych, poganinowi. Jezus bowiem nikogo nie odrzuca, nikogo nie potępia, troszczy się o każdego i to bez względu na to, czy wierzy. Umarł za wszystkich!


Ponieważ na grudzień 2012 r. Majowie mieli zapowiedzieć koniec świata (koniec ich kalendarza, a swoją drogą ciekawe, jak tysiące lat temu prymitywna cywilizacja była w stanie opracować taki kalendarz?!), warto zwrócić uwagę na objawienia, w czasie których Segatashya pytał Jezusa o ten właśnie tragiczny finał naszego bytowania na ziemi. Jezus powtórzył to, co jest zapisane w Nowym Testamencie, powiedział, że nie zna dnia... tylko Bóg Ojciec to wie i nikt inny. Dodał też, że gdyby nawet wiedział, kiedy to nastąpi, to i tak zachowałby to w tajemnicy. Ludzie – tłumaczył – mają się nawracać nie ze względu na strach, ale z dobrej woli, kierowani miłością do Boga i drugiego człowieka. Niebo jest dla tych, których serca wypełnione są miłością do Boga.


Mnie osobiście zastanowiło inne stwierdzenie z objawienia, Jezus miał powiedzieć, że koniec przyjdzie nie dlatego, że ludzie są źli, ale dlatego, że Bóg, stwarzając świat, wiedział jednocześnie, że pewnego dnia przyjdzie koniec: "koniec świata nastąpi z ludźmi lub bez nich". Chodzi zatem nie tylko o koniec rodzaju ludzkiego, ale Ziemi jako takiej? Jest dużo opisów końca świata, przerażających wizji, które mogą zmrozić krew w żyłach, ale czy skłoni to ludzi do bycia lepszymi? Nadejdą dni, kiedy pojawią się fałszywi prorocy czyniący cuda i powołujący się na imię Jezusa, ale prowadzący do zguby. Segatashya zapytał więc, jak ich poznać? Odpowiedź była prosta: oni będą wymagać hołdów, czci, a kiedy ja powrócę, czyniąc cuda, nie będzie rozgłosu. Pamiętamy z Ewangelii, że Jezus nie zabiegał o rozgłos. I tak będzie, kiedy powróci. Nie chcę przytaczać innych przykładów, ostatecznie wiemy o co chodzi, jakie jest żądanie Bożego Syna: pokuta, dobre uczynki, miłość do Boga, do bliźniego, szczera modlitwa.
Na polecenie Jezusa Segatashya udał się do Burundi, ale został odesłany przez biskupa. Nie dokonał niczego, ale był posłuszny. Udał się następnie do Zairu, gdzie spędził 2,5 roku, dzieląc się z tysiącami ludzi tym, co Jezus mu powiedział. W Zairze otrzymał dar języków, dzięki czemu mógł dotrzeć do znacznie szerszego grona słuchaczy. Po objawieniach publicznych (2 lipca 1982 – 2 lipca 1983) miał Segatashya jeszcze prywatne, zwłaszcza w czasie pobytu w Zairze, ale po skończonej misji prowadził zwyczajne życie, które dobiegło tragicznego końca w roku 1994. Podobnie jak Marie-Claire, jedna z widzących w Kibeho, został zamordowany.

Segatashya
Ale powrócę jeszcze do czasu, w którym miał objawienia, np. w marcu 1983 r., na prośbę Jezusa, podjął 15-dniowy ścisły post. O tym, że mimo objawień pozostał dzieckiem, świadczy jego prośba skierowana do Jezusa: prosił o... łyżeczkę cukru w herbacie! Dodał za to trzy dni postu. Ktoś się uśmiechnie, ktoś wzruszy ramionami, ale nie śpieszmy się z takimi ocenami. W trakcie postu został poddany mistycznym doświadczeniom, np. koronę cierniową miał mu nałożyć sam Jezus. Wspominał później o straszliwym bólu, kiedy ciernie wbijały mu się głęboko w skórę. Otrzymał też wizję nieba i, zeznając przed komisją, powiedział, że od tego momentu jego jedynym życzeniem jest znaleźć się w niebie; obraz nieba ma zawsze przed oczami i uczyni wszystko, zgodzi się na wszystko, aby się tam dostać.
Nie wiem, jakie jest stanowisko Kościoła w sprawie objawień Segatashya (ostatecznie Kościół uznał objawienia w Kibeho, ale wymienia się tylko trzy wizjonerki), być może nigdy nie zostaną (odpukać) oficjalnie uznane, niemniej jednak warto, zwłaszcza teraz, w okresie świątecznym, wygospodarować sobie czas na małe podsumowanie minionego roku; można cofnąć się jeszcze dalej, dlaczego nie? Warto zastanowić się nad tym, co miało miejsce w Kibeho 30 lat temu.


Warto zastanowić się nad tym, co dzieje się wokół nas: co widzimy, co słyszymy. Jak postępujemy my, jak postępują nasi bliźni (bez względu na kolor skóry, bez względu na religię, status społeczny). Czy jest w nas miłość do Boga, do bliźniego?
Ks. Krzysztof Poświata, michalita pracujący na Białorusi, a prowadzący rekolekcje m.in. w parafii Świętej Trójcy w Windsor, zapytał: czy jesteś gotowy modlić się za swojego wroga? U św. Pawła czytamy:"Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość – te trzy: z nich zaś największa jest miłość".


Leszek Wyrzykowski
Windsor

piątek, 21 grudzień 2012 18:39

Tęsknota za nadzieją

Napisane przez

ligezaRozmowa z przyjacielem zaradzi samotności. Kpina bądź wzruszenie ramion skutecznie rozprawią się z głupotą. Książka, muzyka czy film rozwieją mgłę nudy. Bo nuda to rzecz upiorna.
Co prawda niejaki Nietzsche wyraził przekonanie, że nawet bogowie na próżno walczą z nudą, niemniej Friedrich Wilhelm był prawdopodobnie syfilitykiem. Ewentualnie cierpiał na psychozę maniakalno-depresyjną z waskularną demencją. Żaden autorytet. "Bóg umarł" i podobne dyrdymały. Błazenada.
Tak więc rada znajdzie się niemal na wszystko, na nudę również. Wszelako z jednym prawdopodobnie wyjątkiem – mianowicie na limity oplatające nadwiślański system opieki zdrowotnej rady nie ma. Psiocząc na owe limity, wielu pacjentów zapewne wołałoby do nieba o pomstę. Tymczasem wielu milczy. Czemu? Czyżby z powodów owych limitów dotarli już na miejsce?
Tymczasem miłościwie nam panujący premier, zajęty rządzeniem tak bardzo, że najwyraźniej na cokolwiek innego czasu mu już nie wystarcza, ocenia sytuację jako "dość typową pod koniec każdego roku".


Epatowanie obietnicami
O katastrofalnym stanie polskiego systemu ochrony zdrowia pisałem ledwie przed tygodniem i zgadzam się, że tego rodzaju utyskiwania przypominają skakanie po leżącym, ewentualnie kopanie umierającego. Ale tym, którzy płacą, wolno narzekać i wolno wymagać. Tym bardziej, gdy docierające do opinii publicznej zapowiedzi kolejnej reformy, tym razem polegającej na elektronicznym potwierdzaniu uprawnień osób ubezpieczonych, mrożą krew w żyłach, jeżą włosy na głowach, a w niektórych kieszeniach nawet otwierają scyzoryki. W okolicznościach, w jakich uzyskanie specjalistycznej pomocy lekarskiej często graniczy z cudem, gdy lekarz przestał być symbolem zawodu społecznego zaufania, a erozja tego zaufania narosła do poważnego deficytu, epatowanie narodu kolejnymi obietnicami "poprawienia sytuacji" sprawia, iż – jak to ujmował publicysta Maciej Rybiński – znów będą powody, aby "ześmiać się ze śmiechu".
Proszę nie strzelać do posłańca, bo stawiam brytyjskie funty przeciw zgniłym pomidorom: po pierwszym stycznia wielu chorym tym bardziej nie będzie w Polsce do śmiechu, zostaną bowiem całkowicie pozbawieni opieki lekarskiej. Z drugiej zaś strony, Bartosz Arłukowicz znowu poświęci wiele minut swego cennego ministerialnego czasu, by brylując w mediach, przekonywać, że "nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało".
Nic się nie stało, ale może coś w końcu drgnie. Przed nami bowiem prawdziwa lawina bankructw, a co za tym idzie – masowych zwolnień, skutkujących alarmującym wzrostem bezrobocia. Oznacza to, że w szybszym niż dotąd tempie krach gospodarczy zaczyna przekładać się na sytuację coraz większej grupy polskich rodzin, zlęknionych i patrzących w przyszłość z prawdziwym przerażeniem. W szerszej perspektywie: gwałtownie maleją wpływy podatkowe do kasy państwowej, konieczność nowelizacji przyszłorocznego budżetu stałą się oczywistością natychmiast po jego uchwaleniu (większością ledwie dwunastu głosów), a powyższe przyznaje nawet najsłynniejszy w świecie specjalista od finansów, to jest Vincent "bez peselu" Rostowski.


Wybory Polaków
Dopowiedzmy, czego Rostowski głośno nie mówi. Mianowicie jeśli chodzi o poziom PKB w przeliczeniu na jednego mieszkańca, zajmujemy 23. miejsce w Unii Europejskiej, zaś same odsetki od zadłużenia, które Polska oddaje wierzycielom, to ponad 42 miliardy złotych rocznie. 42 miliardy samych odsetek, dwie trzecie tego, co w przyszłym roku zaplanowano dla publicznego systemu ochrony zdrowia.
Państwo nie tyle Polakom rdzewieje, co de facto gnije, podczas gdy cały wysiłek chronionych medialnie "elit" wciąż nakierowany jest na przekonywanie ludzi, że jest dobrze, będzie jeszcze lepiej, a kto mówi inaczej, tego należy zaliczyć do wrednych faszystów, wkładających nienawistnie kij w tryby światłych reform. Wszystko to przekłada się na wybory Polaków. Wszak od maja 2004 roku, czyli od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, z kraju wyjechało według różnych szacunków od półtora do ponad dwóch milionów ludzi. Dziś socjologowie utrzymują, że kolejnych sześć milionów młodych Polaków także chciałoby wyjechać za granicę, by tam podjąć pracę. Witold Gadowski mówi o tym tak: "Jaruzelski i jego pomagierzy, już w połowie lat osiemdziesiątych, zrozumieli, że wywalanie zrewoltowanych rodaków na emigrację jest swoistym wentylem bezpieczeństwa systemu i ochoczo zgadzali się na wydawanie paszportów w jedną stronę. Tym sposobem ponad milion solidarnościowo usposobionych Polaków bezpowrotnie wyjechało na obczyznę. Dziś paszporty posiadamy już w tylnych kieszeniach spodni, jednak to co oferuje młodym ludziom pan Rostowski na spółkę z niezbyt rozgarniętą w rachunkach (vide autostrady i stadiony) rządową kompanią, jako żywo przywodzi na myśl jaruzelszczyński wentyl bezpieczeństwa".
Sanktuaria tożsamości


Ale może w tym miejscu zostawmy na chwilę zapłakany i apatyczny dzień dzisiejszy – po to, by wyjrzeć przez okna wiodące do radosnego jutra. Proszę bardzo, jak tu pięknie: drzewa zrzuciły złotą opończę liści, poranki siwieją szronem i mgłą, srebrzyste wieczory tuli do siebie mroźny księżyc, gwiazdy podszczypują się przyjacielsko, zaś wiatr uśmiecha przyjaźnie, niecierpliwie wyglądając pierwszej gwiazdki. Płatki śniegu przekomarzają się, tuląc do rozgrzanych szyb, a świat mruży oczy w oczekiwaniu. Oto czas, w którym jednoczy nas duch chrześcijaństwa. Czas, w którym dojrzewają ziarna nieskończoności.


Niech zatem blask betlejemskiej nocy wypełni nas nadzieją, a płochy trzask pękającego opłatka pozwoli zrozumieć i wybaczyć. Niech nigdy nie zabraknie nam chleba i człowieka, z którym tym chlebem będziemy mogli się dzielić. Niechaj w tych dniach w nas i wokół nas zagości życzliwość płynąca ze źródła Betlejemskiej Nocy. Niech rodzący się Chrystus pokaże nam, skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy, kim tak naprawdę jesteśmy, czego pragniemy, za czym tęsknimy, w co wierzymy oraz jaką właściwie prawdę o sobie i świecie ukrywamy w sanktuariach tożsamości indywidualnej, narodowej i cywilizacyjnej.


Czytelnikom Gońca i Redakcji życzę najcieplejszych słów, najszczerszych życzeń i najlepszych smaków. A poza tym choinek wspinających się do samego nieba, tęczowych bombek, blasku świec oraz pogody ducha, optymizmu i nieustannej superaty uśmiechów w nadchodzącym roku. Oby okazał się lepszy od minionego.


Krzysztof Ligęza
www.myslozbrodnik.pl


Dalsza część artykułu dostępna po wykupieniu subskrypcji. Kup tutaj!