Goniec

Register Login

piątek, 03 sierpień 2012 15:33

Najważniejsze, to być gotowym

Napisane przez

ligezaNajważniejsze, to być gotowym
Pierwsze dni sierpnia stwarzają znakomitą okazję, by przypomnieć pewną oczywistość. Tę mianowicie, że niepodległość to krew, pot, ból i łzy. To nieprzemijająca gotowość do złożenia na ołtarzu miłości ojczyzny całopalnej kontrybucji. Ofiary z samego siebie.
Wielkie słowa, wiem. Wszelako uzasadnione historycznie na każdy możliwy sposób. Kto sądzi inaczej, przekonując, że w tym zakresie Europa zmieniła się nie do poznania, dla przykładu twierdząc, że "wszyscy ludzie będą braćmi", bądź powtarzając inne, równie błyskotliwe slogany czerpane z otchłani kulturowego marksizmu – ten ma przed sobą bardzo długą i bardzo stromą drogę ku rozumności. Taki ktoś raczej nie pojmie, co to znaczy "społeczeństwo sponiewierane". Nie trafią doń powtarzające się przejawy wrogiego nastawienia do narodu tak zwanych elit, których postępowanie coraz częściej przypomina działania ludzi z wyrżniętymi sumieniami. Ani fakty mówiące o mnożeniu upokorzeń. A jeśli nawet zaobserwuje fakty świadczące o tym, że robactwo się mnoży, że rodzą się prawa robactwa oraz wzrastają piewcy, którzy te prawa wysławiają – to tym gorzej dla faktów.

Tłumowisko
Doprawdy nie trzeba szczególnej przenikliwości, by dostrzec pośród nas całe tłumowisko jednostek obarczonych poważnym deficytem rozumności. Ludzi niemal ze szczętem oczadziałych, i to bynajmniej nie z racji miejsca urodzenia, statusu materialnego czy społecznego, lecz głupich, bo do kresu tyłomózgowia zaplątanych w ogólnie dekretowaną, powszechnie obowiązującą oraz jedynie słuszną narrację, dzień po dniu i godzina po godzinie sączoną z telewizyjnych okienek.
Z drugiej strony, socjologia powiada tak: chociaż właściwa walka zawsze rozgrywa się między kilkoma procentami populacji zwolenników takiej czy innej idei (pozostali czasami na zawsze pozostają obojętni wobec jakichkolwiek idei), to, generalnie rzecz ujmując, nie ma ludzi skazanych na głupotę. Są tylko zmuszeni okolicznościami do absorbowania głupoty oraz tacy, którzy sami sobie narzucają przymus przebywania w kręgu dezinformacji. Dezinformacji, to znaczy informacyjnych łgarstw, które z definicji nie wskazują człowiekowi prawdy o świecie, a tylko narzucają obraz rzeczywistości kreowany zgodnie z intencją Antonio Gramsciego, i współcześnie realizowany przez jego ideowych następców.
Oczywiście narzędziem informacji są dziś w pierwszym rzędzie media. One, tak samo jak nóż, kroją chleb, albo zabijają. Poprawnie informują, albo mataczą – otumaniając. Co niektórych zmusza do deklaracji w rodzaju tej, wyrażonej niedawno przez satyryka Janusza Rewińskiego: "pozostanie chyba tylko wynosić się z Ubekistanu, gdzie oficerowie służb układają nam program telewizyjny i kształtują nasze gusta, nie mówiąc o rządzeniu krajem i wyprzedawaniem, czego się da".
Wygląda na to, że Rewiński prawidłowo ocenia sytuację oraz jej potencjalne konsekwencje. Rozumie też więcej, zatem więcej mówi: "Ludzie zawsze kiedyś dochodzą do granicy, za którą nie mogą już funkcjonować".

Przekraczając granice
O, to, to. I to jest właśnie powód, dla którego jesienią tego roku na ulicach polskich miast ujrzymy mrowie Polaków. Zjednoczą ich krzyż, orzeł w koronie, biało-czerwony sztandar oraz przekonanie, że nie wolno rezygnować z podmiotowości i milczeć, podczas gdy państwo kurczy się i zwija, wyjąc z bólu. Że dość przyzwolenia na rwanie organicznych więzi łączących wspólnotę. Że o pomstę do nieba wołają przedsięwzięcia naszych wrogów, naruszające hierarchię wartości dotąd konstytuujących naród. Że nie ma przed sobą przyszłości kraj, w którym "chorych i starych się nie leczy, a młodych wypycha na emigrację. (...) A ci, którzy zostaną, głównie starsi, niech pracują aż do śmierci" – jak stan Rzeczypospolitej oraz postępowanie rządu Donalda Tuska ocenia bez owijania w bawełnę ojciec Tadeusz Rydzyk.
Polacy świadomi sytuacji, w jakiej znalazła się ich ojczyzna, zaprotestują, albowiem dociera do nich, że rządzenie krajem oddali ludziom, którzy urodzili się w Polsce, mówią po polsku, a nawet przekonują, że po polsku myślą, choć nic z tego nie czyni ich Polakami. Że źle wyrzekać się buntu przeciwko łotrom. Że gdy gnębiona jest podmiotowość 40-milionowego narodu, a naród ów nie zbuntuje się, to oznacza, że niegodny jest żyć wolnym i czekają go straszliwe konsekwencje. Że Polski nie da się naprawić przy pomocy zapomnienia, czym naprawdę jest przyzwoitość, godność i sprawiedliwość. Że dość spychania państwa w niebyt i dociskania tchawic niepokornym za pomocą prawa stanowionego ze złą wola. I że współczesna Rzeczpospolita nie może przypominać musującej pastylki wrzuconej do szklanki z ciepłą wodą.

* * *
Król pruski Fryderyk Wielki orzekł kiedyś, że Polak zamiast serca ma wiecheć słomy. Niestety, niemal wszystko co po 10 kwietnia 2010 dzieje się w Polsce, z Polską i z Polakami, z tamtego pogardliwego przekonania zdaje się czynić zasadną obserwację. Z drugiej strony, musimy pamiętać, że ukryte w przeszłości rozczarowania należy palić, a nie balsamować. Że teraźniejszość winniśmy lokować w kategoriach szansy, pozwalającej nam kształtować przyszłość wolną od rozczarowań. I że najważniejsze, to być gotowym. Już czas.


Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Zapraszam również tutaj:
www.myslozbrodnik.blogspot.com


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 03 sierpień 2012 15:29

Petycjografia

Napisał


kumorAJednym z podstawowych kryteriów oceny działania jest jego skuteczność. Jak to mówią, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane – chodzi więc o to, co się rzeczywiście robi, a nie o to, co na niby. Ostatnio odnoszę wrażenie, że opanowała nas petycjografia. Petycje, i owszem, w bardzo sprzyjających warunkach do czegoś potrafią doprowadzić, ale w większości wypadków jest to tylko oznaka pobożnych życzeń, a ich pisanie odbywa się sobie a muzom. Pisanie petycji zakłada bowiem, że ci, do których piszemy, takimi petycjami się przejmują i że coś mogą w naszej sprawie zrobić


Z drugiej strony, pisanie petycji rozgrzesza piszących i podpisujących z działania – no bo skoro się już tak zaangażowałem... Patrząc na zjawisko przyznam szczerze, że z pewnością służy ono zbieraniu przez różne gremia różnych użytecznych informacji, natomiast skuteczność ruchu petycjowego, powiedzmy, że pozostawia wiele do życzenia.


A widziałem petycję do odwiedzającego Polskę Mitta Romneya, żeby odwiedził grób prezydenta Kaczyńskiego czy zrobił coś podobnego; widziałem petycje domagające się odwołania skandalicznego koncertu Madonny, widziałem petycje do rządu USA w sprawie śledztwa smoleńskiego. Po prostu głowa boli, a serce się kroi. Dlaczego? Bo jest to oznaka zbiorowej niemocy mojego własnego narodu, a cóż bardziej może kłuć?
Pisanie petycji zwłaszcza dzisiaj, kiedy każdy ma konto e-mailowe, to ersatz skutecznych działań politycznych.
Zamiast pisać petycje w sprawie koncertu Madonny – trzeba tak zadziałać, żeby do tego koncertu nie doszło – jest kilka sposobów. Łupnąć organizatorów po kieszeni, a nie robić im darmową klakę protestami. Widać jednak, że Polak woli w nimbie wielkiego bohaterstwa i patriotyzmu, narażając się na reperkusje ciemnych mocy – podpisywać jakieś niewiele znaczące papiery, niż wziąć się do konkretnej roboty, albo też dać pieniądze tym, którzy coś konkretnego potrafią uczynić.


Jest to tym bardziej dziwne w społeczeństwie podziwiającym przecież żołnierzy Powstania Warszawskiego, dostrzegającym wielkość, bohaterstwo, umiłowanie wolności i osobiste poświęceniu przeszłych pokoleń Polaków. A przecież ludzie ci swemu umiłowaniu wolności nie dawali wyrazu w pisaniu podań i apeli lecz czynem. Więc może zamiast z bladymi twarzami pisać e-maile przed ekranami komputerów, ktoś pójdzie po rozum do głowy i zrobi coś lekko bardziej skutecznego.


Problemem polskiej pożal się Boże opozycji jest bowiem to, że nie potrafi znieść narzuconego społeczeństwu układu władzy "pookrągłostołowej". Tymczasem zamiast biadolić, wystarczy zmienić rząd i wziąć odpowiedzialność za kraj. Jak to zrobić – organizując się politycznie, zakładając własne środki przekazu, stosując niestandardowe metody propagandy i walki politycznej.
Walkiria polskiej sceny medialno-politycznej p. Ewa Stankiewicz zapytała nie tak dawno po leninowsku, "co robić?". Odpowiedź jest banalnie prosta – trzeba rządzić! I z tego wynikają wszystkie dalsze podpowiedzi. A to, jak zdobywać władzę, uczy historia na licznych przykładach. Apele do rządzących tudzież mocarstw zamorskich, by coś w interesujących nas sprawach uczyniły, są rażąco śmieszne i przypominają pisanie do okolicznych wilków, aby nie zjadały nam baranów. Ludzie, nie bądźcie śmieszni!
•••
O Powstaniu Warszawskim mam zdanie wyrobione od czasu młodzieńczych fascynacji. Drażni mnie, jeśli pisząc o okolicznościach podejmowania decyzji, pisze się, jak to młodzi warszawiacy nie mogli już wytrzymać okupacji i chcieli bronić swej wolności przed komuną ostatnim rzutem na taśmę.
Drażni dlatego, że Armia Krajowa to było wojsko, a nie cywilbanda sfrustrowanego okupacyjną niewolą ludu Warszawy. Armia Krajowa to było Polskie Wojsko i jego żołnierze walczyli lub nie walczyli, bo dostali taki, a nie inny rozkaz.
To dowództwo Armii Krajowej wywołało Powstanie! Pomijanie tego faktu fałszuje obraz sytuacji. Dlatego rozpatrując sprawę Powstania w Warszawie – jedną z ważniejszych dla naszej narodowej polityki – należy ważyć odpowiedzialność za rozkazy, a nie nastroje ulicy.
•••
Jako mississaudzki pracodawca, dostaliśmy właśnie ankietę podpisaną przez panią burmistrzynię, a wysłaną z wydziału planowania i budowania, by pocztą zwrotną podać informacje o firmie – problem w tym, że informacje te są znane m.in. Revenue Canada. Zamiast więc zajmować sobie czas rozsyłaniem listów, wystarczyłoby zasięgnąć języka u innych urzędników, a nie zawracać głowę.
Ale najwyraźniej w urzędzie trzeba sobie wynajdywać zajęcie – a taka akcja wymaga co najmniej kilku etatów...
•••
Lato w pełni, Mississauga to największe kanadyjskie "miasto polskie", a tymczasem na odnowionym Celebration Square królują imprezy hinduskie, arabskie i inne. Polacy, gdzie jesteście?


Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 03 sierpień 2012 11:46

Rzadka hucpa

Napisane przez

pruszynskiRzadka hucpa
    Czyli niespotykana bezczelność. Władze Litwy od 21 lat kopią tamtejszych Polaków, a teraz chcą od Polski pomocy przy budowie elektrowni atomowej. Tak mają władze Polski za kompletnych durni.

    Z placu boju
    W Wołkowysku  i na Grodzieńszczyźnie gorąco, może nie jak na Saharze, ale zawsze. Wynik taki, że coraz więcej pań chodzi w powiewnych sukniach do kostek, oczywiście z zasady Made in China. Prezydent był zachwycony, że dostała Białoruś rok temu 10 mld dolarów kredytu towarowego. To pogrąża nasz przemysł tekstylny i mało kto to rozumie, ba, i to że trzeba będzie ten dług spłacić.
    Władze tutejsze posłały urzędników, by ludzie, którzy zobowiązali się mi pomagać, wycofali się z tego. Mój główny konkurent to idealny człowiek do odstrzelenia w naszym terenie. Jemu można zarzucić, że jest wrogiem polskich szkół, bo w Grodnie chce wprowadzić do polskiej szkoły rosyjskie klasy, czyli będzie konflikt między dziećmi.
    Konkurentowi zbierały podpisy urzędniczki starostwa, a lokalny kurator oświaty wezwał wszystkich dyrektorów i "poprosił" ich o podpis. Oczywiście wszyscy ulegli.
    W sobotę zacząłem z dwoma ludźmi zbierać podpisy, w końcu po dwóch godzinach zebraliśmy 50. Potem zbieraliśmy pod kościołem, ale był problem, bo wielu nie miało z sobą paszportów, a ich numery trzeba wpisywać koło nazwiska podpisującego wniosek o wpisanie danego człowieka na listę kandydatów do parlamentu.
    Było wielu, co odmawiało, bo twierdzili, że jestem za stary, inni po prostu nie chcieli podpisywać. Wielu powiedziało, że nie mogą podpisywać człowiekowi, którego nie znają lub nie jest od lat mieszkańcem Wołkowyska.


    Przy okazji stwierdziłem, jak bardzo polski jest Wołkowysk i okolica. W firmach dyrektorami są obcy, ale sekretarki są Polkami, nawet sekretarka starosty, który zresztą dobrze mówi po polsku i mam nadzieję, że me stosunki z nimi się nie popsują. Wiele w tym, że lokalna radna twierdziła, że władze nie słuchają wybranych ludzi i niewiele najlepszy człowiek w tym "bagnie" zrobi. Inni twierdzili, że boją się, bo pracują w starostwie lub ktoś z ich rodziny pracuje w milicji. Okazało się jednak, że żona komendanta lokalnej milicji podpisała wniosek w obecności... męża.


    Największy problem, że podczas zbierania podpisów nie wolno robić kampanii wyborczej i można tylko podać suche dane, wiek, zawód itd. kandydata.
    Podobne kłopoty mają inni kandydaci, ci których nie wystawiała partia, a tych mogą z kolei nie chcieć wyborcy, bo ich stale prasa i TV oblewała "gnojówką".
    Sympatyczny Ales Karcew, który wydaje pismo "Litwa", staje w powiecie grodzieńskim, ale powiedział, że się wycofa jak wielu innych. Sugerowałem mu, by stanął w okręgu Szczuczyn. Jest to okręg dość polski, a tam miałby kolosalny atut. Sugerowałem, by powiedział, że przeniesie tam stolicę województwa z Grodna, co naprawdę trzeba robić, by odciążyć ją od biurokracji. Teoretycznie mogę ja też twierdzić, że można przenieść stolicę województwa do Wołkowyska, ale to ma mniej sensu, bo Wołkowysk jest bliżej granicy, a Szczuczyn bardziej w środku województwa.
    W środę wieczór jadę do Mińska do Głównej Komisji Wyborczej ze skargą na tutejsze stosunki. Jeżeli dostanę się do parlamentu, będę wiele mógł zrobić, ale najpierw trzeba będzie przeskoczyć tę barierę. Być może prezydentowi będzie wygodnie dopuścić mnie do okrągłej sali, czyli parlamentu, by demonstrować, jaka jest u nas "demokracja".

Polska stygmatyczka

Będąc na Jasnej Górze, wśród kilku książek, jakie kupiłem, jest zadziwiająca. Okazuje się, że w Polsce była stygmatyczka, czyli osoba, która tak blisko związała się z Panem Jezusem, że miała wszystkie rany, jakie Mu zadano. Kobieta ta nazywała się Katarzyna Szymon i zmarła w 1986 roku na Śląsku.

Miała wiele darów, potrafiła zjawiać się w różnych miejscach i potem dokładnie opowiadać, co gdzie było, a tam, gdzie była, rozchodziły się szalenie miłe wonie. Była w kontakcie duchowym ze słynnym stygmatykiem ojcem Pio, który przepowiedział jeszcze księdzu Wojtyle, że będzie papieżem.
W pewnych chwilach pojawili się jej Pan Jezus, Matka Boska i wielu świętych. Wtedy jej ustami mówili oni do zgromadzonych wokół niej pielgrzymów.
Książka opowiadająca o niej nosi tytuł: "Katarzyna Szymon – polska stygmatyczka". Książkę można pobrać bezpłatnie na stronie: www.KatarzynaSzymon.pl.
Wśród wielu informacji, jakie przez Nią Pan Jezus, Jego Matka i święci przekazują, są następujące:
• nie wolno brać hostii w rękę i na stojąco,
• powinno się wstrzymać od jedzenia na trzy godziny przed komunią,
• Matka Boska NIE życzy sobie, by nazywać Ją "Czarną Madonną". Można w znanej pieśni użyć słów "Jasna Madonna" czy np. "Piękna Madonna",
• kobiety mają ubierać się skromnie, nie pokazywać gołych pleców, ramion i brzucha oraz nie nosić spodni.
Wiele z tych wskazań Matka Boska przekazywała już wiele razy.
Aleksander graf Pruszyński
Mińsk


Aleksander graf Pruszyński
Mińsk

piątek, 03 sierpień 2012 08:05

Naucz mnie kochać Polskę cz. 1

Napisane przez

Zbiór historyjek i przemyśleń autora
talagaW rogu koło tablicy stała ogromna mapa, taka niby zwykła szkolna przedstawiająca Europę. Niby zwykła, ale z tą, którą zapewne stoi tam dzisiaj, nie miała za wiele wspólnego. Ogromny Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich wydawał się zajmować większą część świata. Obok dużo mniejsza Polska, Czechosłowacja, NRD i inne kraje jedynego słusznego bloku politycznego. Pozostała część to "nieszczęśliwe" kraje, które w tym "szczęśliwym" bloku nie były. Był też kawałek oceanu, za którym istniał inny świat. Świat w kolorach dobrobytu i przepychu podawanego nam w filmach, kreskówkach czy chociażby obrazkach przemycany pod opakowaniem gum do żucia.

Siedzieliśmy z Grubym w ostatniej ławce pod oknem. Gruby był najzabawniejszym dzieciakiem, z jakim miałem do czynienia w tamtych czasach. To nasze wspólne siedzenie owocowało dziesiątkami zapisków sfrustrowanych nauczycieli w rubryce "zachowanie".
– Wymień się żołnierzykami – szepnąłem do Grubego.


– A jakie masz?


Wyciągnąłem zawiniątko z plecaka, a w nim pełno plastikowych wojowników. Gruby obejrzał, rzucając delikatnie okiem pod ławkę
– Za ten woreczek mogę ci dać z pięć Amerykańców – stwierdził.


– Że co? Pięć żołnierzyków za dwadzieścia parę?!? – oburzyłem się.


– Ale ja mam amerykańskich, a Ty polskich. Mój jeden amerykański załatwi twoich dziesięciu Polaków! – wymądrzał się Gruby.
Były tam też żołnierzyki armii francuskiej i włoskiej, ale te nie liczyły się wcale. Każde dziecko wiedziało, że tamte armie od razu się poddają. Bardzo liczyły się żołnierzyki amerykańskie, angielskie i z jakiegoś dziwnego powodu armia belgijska. Kupowało się je w kiosku ruchu, pakowane w foliowe woreczki, a każda armia miała inny kolor. Nie pamiętam już dokładnie, która jaki, ale pamiętam, że występowały odcienie zieleni, szarości, czy też bordo. Norwegowie i Szwedzi byli gdzieś pośrodku. Polacy? Z tym bywało różnie, zależało od dzieciaka, ja moich polskich żołnierzy lubiłem bardzo, Gruby najwyraźniej nie.


– Talaga! Znowu nie uważasz! – krzyknęła nagle nauczycielka historii.


– Uważam, pszem Pani.


– Taaak? To kto wygrał (jakąś tam) bitwę? – zapytała z zadowoleniem, że zaraz odegra się dwóją za moją nieuwagę.


– Armia Związku Radzieckiego – najsilniejsza i największa armia pokoju na świecie! Pszem Pani! – grzecznie, ale zarazem dosadnie wyrecytowałem.


– Siadaj! Masz szczęście! A teraz zacznij uważać! – syknęła i wróciła do swojego wykładu o tym, jak to w 39. najechały nas złe Niemce, po czym wypiął się na nas Zachód, a w 45. wujek Stalin i dzielna Armia Czerwona przepędziły niedobrego Adolfa aż do Berlina i biedak musiał się powiesić. Za to w Europie (wschodniej oczywiście) nastał czas pokoju, odbudowy i wspólnego dobrobytu.
Amerykańskie klocki Lego, resorówki, lalki Barbie, amerykańskie filmy, gumy do żucia, czekoladki, snickersy, adidasy, dżinsy, piosenki i ogólnie wszystko z Ameryki, lub z Zachodu – to było to co dobre, tego pragnął każdy. Bo w Ameryce każdy ma dom, jak Blake z Dynastii, samochód jak policjanci z Miami, i cyce jak Sabrina! Nasze, polskie to było nic, to się nie liczyło... Ach żeby tak tylko wyjechać na Zachód i od razu mieć to wszystko, chodzić w kowbojkach cały dzień po ulicy z rękami w nowych dżinsach i żuć wielką balonówę. Wielu się udało, wielu wyjechało. I co się stało, gdy słowiańska stopa dotknęła ziemi dalekiego Zachodu? Może i ta Ameryka nie okazała się takim rajem, jakim ją przedstawiano na filmach, ale co zostało na pewno u większości uciekinierów, to ogromne kompleksy z powodu bycia Polakiem.

Bo wiadomo, że wszystko co nasze było niczym przy tym amerykańskim.


Niedawno spotkałem kolegę. Po przywitaniu zażartowałem, że się mu trochę przytyło. Nie protestował, od razu puściła mu się gadka:
– Chłopie, byłem w Polsce przez dwa miesiące. Poleciałem na dwa tygodnie i po prostu przedłużyłem bilet. Stary, jakie tam jest żarcie! Jak to wszystko smakuje! Ja w życiu takiego żarcia nie jadłem!!! Pojechaliśmy w góry z kumplami. Jak tam ludzie żyją! Sam chleb z masłem smakuje sto razy lepiej niż najlepszy stek, jaki tu jadłem. A jakie dziewczyny! Przecież w Polsce co druga to modelka!!!


– Co ty taki zdziwiony? – przerwałem mu tą ekstazę. – Nie byłeś nigdy w Polsce?


– No byłem, kiedyś z mamą, jak miałem z 13 lat, ale niedużo pamiętam. Potem jakoś nigdy mnie tam nie ciągnęło, ale teraz to ja już kombinuję, czy na święta nie polecieć. Poznałem taką Monikę w Rabce – wyciągnął z kieszeni fotę.


Patrzę, zupełnie przyjemna dziewczyna, ale też nie jakieś tam wielkie bóstwo, ot, po prostu typowa polska dwudziestoparoletnia łania.


– Fajna – powiedziałem i zwróciłem fotkę.


– Fajna? Faaaaaajna?!? – oburzył się. – Przecież ona jest prześliczna! Gdybyśmy taką dziewczynę mieli w hajskul albo na uniwerku, toby była największą gwiazdą! Polska jednak jest taka piękna! A jakie koncerty! Jakie kluby! Stary, Toronto to wiocha jest!
Nie protestowałem. Nic nowego nie powiedział, nic nowego, czego ja bym nie wiedział, ale on wyglądał, jakby ukazał mu się najpiękniejszy anioł, jakby... odnalazł swój prawdziwy dom, do którego wrócił po 80 latach wygnania.


* * *
Kilka dni temu różne stacje telewizyjne pokazywały wielkie wydarzenie: pochód żołnierzy amerykańskich, którzy kochają inaczej. Taka nowa moda ostatnio zapanowała, że nie tylko wolno się przyznać do zboczeń w służbach mundurowych, ale i należy się z tym dumnie obnosić po ulicach, i to w mundurze z medalami. To, że chłopcy w mundurach prowadzili się za ręce, to że kobiety o twarzach koni, które nocą i z lekkiego dystansu każdy wziąłby za facetów – szły sobie w dumnym pochodzie, to jedno. Co jednak uderzyło mnie najbardziej, to postura wielu z nich, być może już w stanie rezerwy jeśli chodzi o służbę, ale na pewno w kwiecie wieku dwudziesto- i trzydziestoparoletni, w mundurach, oblani tłuszczem. Nie wszyscy oczywiście, ale widząc wiele takich młodych postaci w mundurach, do tego prowadzących się dumnie za ręce i udzielających wywiadów bardzo kobiecym jak na facetów głosem, oświeciło mnie jedną myślą:


– Kiedyś może i Ameryka miała potężną armię, miała kasę, najnowszy sprzęt, ba! miała Rambo i Komando. Wyzwalała Europę i podpalała Wietnam. Ale dziś, Gruby, to Twoje amerykańskie żołnierzyki przy zderzeniu z polskimi chłopakami nie mają szans! A jeśli będziesz miał okazję przeczytać ten artykuł, to wiedz – w życiu się z Tobą nie wymieniam. Polacy są najlepsi! A dziesięciu chłopaków z naszych jednostek specjalnych by rozniosło Stallone'a, Arnolda i cały ten gejowski pochód w drzazgi. A ja zapłaciłbym nawet największy abonament telewizyjny, aby TAKĄ paradę z TAKIM zakończeniem obejrzeć!
Cdn....
Marcin Talaga
Mississauga

piątek, 03 sierpień 2012 08:01

Literatura nauczycielką życia

Napisane przez

michalkiewiczKtóż nie pamięta, jak Mały Książę odwiedził planetę, którą zamieszkiwał Król? Król przedstawił się Małemu Księciu jako władca absolutny i nie znoszący sprzeciwu, w związku z tym Mały Książę poprosił go, by zarządził zachód słońca. Król zajrzał do kalendarza, po czym rozkazał: zarządzam zachód słońca na godzinę 19.15! – I zobaczysz, jaki mam posłuch – powiedział Małemu Księciu. W ogóle Król wprowadzał Małego Księcia w arkana sztuki rządzenia. Na przykład pytał go: jeśli rozkażę generałowi, aby jak motylek przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo zamienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to czyja to będzie wina? – Waszej Królewskiej Mości – prawidłowo odpowiadał Mały Książę. Wreszcie Król zdradził Małemu Księciu tajemnicę, że planetę zamieszkuje jeszcze stary szczur. Król od czasu do czasu skazuje tego szczura na śmierć, ale zaraz potem go ułaskawia, dzięki czemu w jego państwie triumfuje i sprawiedliwość i miłosierdzie.


Więc kiedy wydawało się, że wszyscy to pamiętają, zaś arkana sztuki rządzenia wydają się oczywiste, nagle ni stąd, ni zowąd środowiskiem Umiłowanych Przywódców w naszym nieszczęśliwym kraju wstrząsnęła tak zwana afera taśmowa. Bo trzeba wszystkim wiedzieć, że za sprawą redaktora Adama Michnika, który zapoczątkował tę nową świecką tradycję, w środowisku dżentelmenów przyjęło się nagrywanie rozmów przynajmniej na magnetofon, a jeszcze lepiej – na magnetofon i ukrytą kamerę. Gość w dom – kamera w ruch – jak to między dżentelmenami.
Więc Władysław Łukasik, który po utracie alimentów w Agencji Rynku Rolnego przyszedł wyżalić się przewodniczącemu Kółek i Organizacji Rolniczych Władysławowi Serafinowi, został w jego biurze nagrany, jak w rozgoryczeniu opowiadał o metodach dojenia Rzeczypospolitej przez różnych dygnitarzy, związanych z Polskim Stronnictwem Ludowym. Rozmowa miała miejsce w początkach stycznia, ale sensacją dnia stała się dopiero w lipcu, chociaż wszystko było znane naszym Umiłowanym Przywódcom "kilka miesięcy wcześniej". A jednak – żaden bez rozkazu nie pisnął nawet słówka – co pokazuje, że w środowisku Umiłowanych Przywódców dyscyplina jest znacznie większa, niż myślimy, i to zarówno w koalicji rządowej, jak i w opozycji. Krótko mówiąc – jak zachód słońca jest zarządzony na godzinę 19.15, to słońce zajdzie punktualnie – ani chwili przedtem, ani potem.
Kiedy zatem padł rozkaz, że teraz można to ujawnić, oburzeniem zawrzał nawet pan red. Jacek Żakowski, biegający w mediach głównego nurtu za proroka mniejszego. Na takie dictum do dymisji podał się minister rolnictwa Marek Sawicki, który na jesiennym kongresie PSL miał rywalizować z wicepremierem Waldemarem Pawlakiem o stanowisko prezesa partii. Za ten pełen charakteru gest został natychmiast pochwalony przez rzuconą przez ścisłe kierownictwo "Gazety Wyborczej" na rolniczy odcinek frontu ideologicznego towarzyszkę Krystynę Naszkowską, zaś najpobożniejszy senator Rzeczypospolitej, Jan Filip Libicki, był jeszcze bardziej szczodry w pochwałach, zapowiadając, że jak tylko Marek Sawicki się "oczyści", to będzie mógł nawet wrócić do ministerstwa. No to dlaczego Marek Sawicki nie ma się oczyścić? On wypije oleju rycynowego, on się oczyści i on już będzie czysty, jak, nie przymierzając, sam świątobliwy Cadyk, nawet bez konieczności chronienia się za murami sławnej "tajemnicy dziennikarskiej". Jak dotychczas – wszystko zgodnie z arkanami sztuki rządzenia, które próbował przekazać Małemu Księciu Król. Bo i Król wprawdzie skazywał starego szczura na śmierć, ale zaraz potem go ułaskawiał z prostego powodu: innego szczura nie miał.


Niestety okazało się, że premier Tusk albo zapomniał o zbawiennych naukach, jakich udzielał Król Małemu Księciu, albo zapomniał, skąd wyrastają mu nogi. Przedstawiając bowiem nowego ministra rolnictwa, jaki musiał być mianowany na miejsce Marka Sawickiego, czyli Stanisława Kalembę, oświadczył, iż oczekuje, że syn pana ministra zrezygnuje z posady w Agencji Rynku Rolnego. Minister Kalemba nawet nie skomentował deklaracji premiera Tuska, który najwyraźniej przeszedł do porządku dziennego nad uwagą Króla, że jeśli rozkaże generałowi, by jak motylek przeleciał z kwiatka na kwiatek, albo zamienił się w morskiego ptaka, a generał nie wykona tego, to będzie to wina rozkazodawcy. Czegóż zatem oczekiwał premier Tusk, wydając ministrowi Kalembie rozkaz, by zamienił się w morskiego ptaka?


Nic dziwnego, że natychmiast spotkała go zasłużona kara. Syn ministra Stanisława Kalemby oświadczył, że ani mu w głowie spełniać fantasmagorie premiera Tuska, a co gorsza – okazało się, że również syn premiera Tuska ma posadę w państwowym porcie lotniczym imienia Lecha Wałęsy w Gdańsku i też nie zamierza jej porzucić. Taki jest mniej więcej zakres władzy premiera Tuska, dzięki czemu lepiej rozumiemy również przyczyny, dla których nigdy nie odpowie on szczerze na pytanie, kto i dlaczego zabronił mu kandydowania w wyborach prezydenckich w roku 2010.
Więc kiedy już "afera taśmowa" szybkimi krokami zmierza do zakończenia się wesołym oberkiem, nadszedł 1 sierpnia – a z nim – kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Niezależnie od kalkulacji politycznych, jakie towarzyszyły decyzji o jego rozpoczęciu, Powstanie było wyrazem nie tylko pragnienia niepodległości i wolności, ale również – gotowości do poświęceń. Dzisiaj poziom tego pragnienia, a zwłaszcza – tej gotowości – zdecydowanie się obniżył, czemu skądinąd trudno się dziwić i dlatego rocznica wybuchu Powstania stwarza coraz liczniejszej w naszym nieszczęśliwym kraju rzeszy czcicieli knuta okazje do popisywania się "realizmem" i politycznym kunktatorstwem. W imię tego "realizmu", domorośli statyści, jeden z drugiego prawdziwie kanclerskie głowy, spoglądają na celebrujących rocznicę oszołomów z pogardliwą wyższością – chociaż, powiedzmy sobie szczerze, żadne sukcesy polityczne ani osiągnięcia osobiste jej nie usprawiedliwiają.


Wiadomo jednak, że czysty typ nordycki i bez mydła jest czysty, o czym możemy się przekonać każdego roku 13 grudnia, kiedy to z coraz liczniejszym udziałem realistów obchodzone są uroczystości ku czci naszych okupantów, póki co upersonifikowanych w osobie generała Wojciecha Jaruzelskiego. Ciekawe, że generał Jaruzelski jest otoczony szczególnym kultem w środowsku tzw. konserwatystów, którzy nie zauważają w menażerii nawet takiego słonia, że generał Jaruzelski nie tylko był agentem sowieckim, ale i jest komunistą. Skąd u konserwatystów taki kult dla komuny?


Trudno to zrozumieć, chyba że zwrócimy uwagę na pewien szczególny rys konserwatywnej mentalności. Jest ona kaczocentryczna, to znaczy – ocenia wszystko przez pryzmat Jarosława Kaczyńskiego. Co ten cały Jarosław Kaczyński tym wszystkim konserwatystom zadał, że wszystko akurat z nim im się kojarzy, jak kapralowi z anegdoty z białą chusteczką – trudno zgadnąć. Wydaje mi się w związku z tym, że gdyby pewnego dnia Jarosław Kaczyński Powstanie Warszawskie pryncypialnie potępił, "konserwatyści" natychmiast jeden przez drugiego zaczęliby je wychwalać. Bardzo tedy możliwe, że ten cały "konserwatyzm" to jest tylko pseudonim agitatorskiego zaangażowania – tym dziwniejszego, że wyglądającego na bezinteresowne. Najwyraźniej Putin uważa, że bezinteresownej miłości do knuta nie warto deprawować jakimiś jurgieltami.
O ile "konserwatyści", na swój sposób, bo na swój – ale jednak rocznicę wybuchu Powstania obchodzą, o tyle dla "młodych, wykształconych" stworzono alternatywę w postaci występu na Stadionie Narodowym Ludwiki Weroniki Ciccone, starzejącej się skandalistki, którą w świat wysyłają sprytni Żydowie z firmy Live Nation w Kalifornii, żeby zarabiała dla nich pieniądze, ekscytując młodzież – jak pisał generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski – "czarem zwiędłych kras".


Najwyraźniej wśród postępactwa nie było pewności, jak wielu "młodych, wykształconych" da się na panią Ciccone nabrać, dlatego zarządzono mobilizację, która objęła również środowisko autorytetów moralnych. Z "Rzeczpospolitej" dowiedziałem się, że do stręczenia tubylcom Ludwiki Weroniki Ciccone zaangażowany został nawet pan prof. Szacki. No cóż, przynależność do grona "ludzi przyzwoitych" ma również swoje wstydliwe zakątki.


"Gazeta Wyborcza", opisując warszawski występ Ludwiki Weroniki Ciccone, nie może się nacmokać, podkreślając zwłaszcza fakt, iż do każdego numeru zmieniała garderobę. Zapewne chodziło o majtki – bo pani Ciccone ma zwyczaj występowania w kostiumach raczej symbolicznych. Bardzo to podobne do anegdotki o uczniu, który w chederze pyta mełameda, jak często zmienia koszulę miejscowy bankier. – Ooo – odpowiada mełamed – on zmienia koszulę pewnie co tydzień. – Ajajaj – zachwyca się malec – no a Rotszyld? Jak często zmienia koszule Rotszyld? – Rotszyld – zamyśla się mełamed. – Rotszyld to pewnie zmienia koszulę codziennie. – Ajajajajaj! – no a Najjaśniejszy Pan? Jak często zmienia koszulę Najjaśniejszy Pan? – Najjaśniejszy Pan – odpowiada mełamed – wkłada koszulę i zdejmuje, wkłada i zdejmuje. Tak samo, jak Ludwika Weronika Ciccone swoje majtki. Okazuje się, że "młodych, wykształconych", podobnie zresztą jak i starych – bo pan prof. Jerzy Szacki ma – bagatela! – 83 lata – udelektować artystycznie można stosunkowo łatwo.


I dlatego, ledwo na Stadionie Narodowym zakończył się występ Ludwiki Weroniki Ciccone, w odległym Kostrzynie nad Odrą rozpoczął się festiwal Woodstock pod dyrekcją "Jurka" Owsiaka. Tym razem na uroczystość otwarcia przybyli prezydenci Niemiec i naszego nieszczęśliwego kraju, a swoje uczestnictwo w imprezie zapowiedział też Jego Ekscelencja bp Tadeusz Pieronek. Okazuje się, że "młodym, wykształconym" podlizuje się nie tylko państwo, ale i Kościół, a ściślej – ta jego część, która w odpowiednim momencie objawi się w postaci Żywej Cerkwi.


Wypada zatem odnotować, że w ramach podlizywania przedwyborczego odwiedził nasz nieszczęśliwy kraj prawdopodobny republikański kandydat na prezydenta USA Mitt Romney. Zaprosił go do Gdańska Lech Wałęsa, który po zakończeniu spotkania oświadczył, że między Romneyem a nim istnieje podobieństwo. Ciekawe, co miał na myśli – bo nic nie wiadomo, by Mitt Romney był konfidentem komunistycznej Służby Bezpieczeństwa czy swoim własnym sobowtórem. Ale mniejsza o to, bo przecież najbardziej prawdopodobne, że Lech Wałęsa swoim zwyczajem nie miał na myśli niczego, a tylko tak sobie powiedział, żeby podtrzymać rozmowę. Wizyta Mitta Romneya w Gdańsku skłania do zastanowienia, czy aby na pewno ma o dobrych doradców w sprawach międzynarodowych, skoro wmówili mu, iż pokazanie się właśnie z Wałęsą przysporzy mu głosów amerykańskiej Polonii.

piątek, 03 sierpień 2012 07:17

Bądźmy dobrzy jak chleb

Napisane przez

O arcydziełach wykonanych przez niezwykłych artystów, czyli wystawa z Radwanowic przyjeżdża w październiku do Kanady

W naszym pracowitym polonijnym życiu tak mało mamy czasu, by interesować się sztuką, chodzić do teatru, zwiedzać wystawy. Tym razem jednak sztuka przyjeżdża do nas. I to niezwykła sztuka – rękodzieło artystyczne wykonane przez ludzi określanych przez społeczeństwo jako intelektualnie niepełnosprawni posiadających jednak niezwykły talent artystyczny.

View the embedded image gallery online at:
http://www.goniec.net/teksty/Page-206.html#sigProId7367da0e76

W tym momencie nie sposób nie wspomnieć o Nikiforze Krynickim (Epifaniusz Drowniak 1895-1968), polskim malarzu pochodzenia łemkowskiego. Choć uważany za osobę intelektualnie niepełnosprawną, swoimi niezwykłymi pracami artystycznymi zdobył na świecie miano najwybitniejszego przedstawiciela kierunku malarskiego określanego jako prymitywizm, a jego prace to dzieła sztuki. Bo odbieranie kolorów i rzeczywistości, wrażliwość są często u tych właśnie ludzi niezwykle wyostrzone. W ich obrazach odbija się głębia ludzkich uczuć przekazanych w unikalny sposób. Dodatkowo brak wpływu na tę twórczość różnych kierunków malarskich i szkół – pozwala zachować indywidualizm i oryginalność.
Przepiękną i fascynującą kolekcję 53 prac będzie już wkrótce zobaczyć można w naszych miastach, takich jak Ottawa, Montreal, Hamilton, Guelph, Mississauga, Toronto. Będą to prace malarskie lub graficzne, a także wykonane techniką haftu krzyżykowego.
Wystawie będzie towarzyszyła aukcja. Będzie więc aukcyjny młotek i będzie może wejść w posiadanie unikalnego dzieła artystycznego.
W czasie wystawy będzie można nabyć także dwie nowe książki księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego "Nie zapomnij o Kresach" i "Ludzie dobrzy jak chleb" oraz kalendarze.


Wystawa w Kanadzie jest częścią obchodzonego w tym roku 25-lecia Fundacji Świętego Brata Alberta, która opiekuje się ludźmi niepełnosprawnymi. Piękny jubileusz pięknej chrześcijańskiej wdrożonej w życie idei.
Dochód ze sprzedaży prac i książek przeznaczony jest na rozwój ośrodków Fundacji, w tym także na budowę ośrodka w Lubinie (Dolny Śląsk), który ma nosić imię Dzieci Kresów dla upamiętnienia polskich dzieci, które zginęły na Wschodzie. Dzieci, które zostały zamordowane przez banderowców tylko dlatego, że były polskie...
Przedstawiam na zdjęciu jedną z prac, które będzie można zobaczyć na wystawie.

Wystawa odbędzie się końcem października. Dokładny plan będzie podany w najbliższym czasie. Wszystkich, którzy chcą pomóc w jej organizacji, prosimy o kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Strona internetowa Fundacji: http://www.albert.krakow.pl/

Marta Juza-Jakubowska
Hamilton

kumorAKolejna rocznica Powstania Warszawskiego każe myśleć o elitach.

Z dwóch powodów.
Po pierwsze dlatego, że podczas tej hekatomby polska elita została zdziesiątkowana, a jej zaplecze materialne stracone;
po drugie dlatego, że wywołanie powstania było kontynuacją pewnego rodzaju zgubnego myślenia politycznego, które w Polsce znalazło szeroki odzew; myślenia, które przyniosło tragiczne rezultaty.


Brak państwowości polskiej w XIX wieku nie służył kształtowaniu myślenia geopolitycznego zakorzenionego w praktyce i mającego na celu wspomaganie interesów gospodarczych narodu. Zabory zaciążyły nad tym, co światli Polacy mieli w głowach. A niestety, w większości wypadków mieli tam szczytne hasła i cierpiętnicze ideały, a nie praktykę codziennego budowania polityki państwowej.
Sytuacja trochę się poprawiła w Międzywojniu, ale niestety polska polityka wojenna była fatalna i jedną z przyczyn był brak elit potrafiących strategicznie myśleć, wykształconych w duchu narodowego realizmu. Opieranie się na cudzych obietnicach zamiast własnej sile było tej polityki głównym felerem, nieumiejętność wykorzystania własnych atutów militarnych i brak realnej oceny zagrożenia sowieckiego, przy jednoczesnym posiadaniu doskonałych informacji wywiadowczych z ZSRS, to główne powody tak katastrofalnego prowadzenia polskiej polityki w czasie II wojny światowej; polityki, która zaowocowała 40-latami peerelu – której skutki kilka milionów Polaków urodzonych po wojnie, w tym moja skromna osoba, doznało nieprzyjemnie na własnej skórze.


Tak to bowiem jest, że efektem nieskutecznej polityki jest krzywda ludzka.
Kiedy Rosjanie czy Niemcy dopracowywali się sensownej geopolityki, Polacy podniecali się w salonowych pogawędkach, że gdzieś tam "Chińczyki trzymają się mocno". Gdy się nie ma państwa, myślenie państwowe niczemu nie służy i nie ma się po co toczyć.
Drugi problem polskich elit to ich pochodzenie. Ja wiem, że niektórzy wzdragają się przed nazywaniem elitą polskojęzycznych kacapów przywiezionych na tankach, ale uznając realia, trzeba przyznać, że to właśnie oni i ich potomstwo weszło w rolę elity w popowstaniowej Warszawie i trzeba się do tego faktu odnieść. Ciągłość ich pokoleń sprawiła, że pomimo upływu tylu lat, Polakom z tej naciśniętej na głowę uszanki jest się trudno otrząsnąć; ona sama zaś doskonale wpisuje się w guberialną koncepcję geopolityczną – dla jej rodziców i dziadków Polska nigdy nie zasługiwała na samodzielność; dla niej zawsze te główne rozkazy o strategicznym znaczeniu pochodzić miały z zewnątrz – oni byli od przekazywania rozkazów, a nie ich wydawania.


Problem mamy więc poważny – z jednej strony powielanie mitomańskiego politykowania w środowiskach elit polskich i z drugiej problem podległości w środowiskach elit pseudopolskich.
Nawet gdy już się ktoś trafi, kto dobrze rozezna sytuację i przedstawia realne propozycje geopolityczne, od razu natrafia w Polsce na mur interesów jednego środowiska lub mur głupoty drugiego.
Polska ziemia wciąż rodzi i pozostaje mieć nadzieję, że przyjdą na świat Polacy, którzy swoim własnym wysiłkiem zdobędą konieczne wykształcenie i praktykę myślenia pozwalającą uprawiać realną politykę, pozwalającą myśleć w kategoriach strategicznych. Czy do tego czasu Polska doczeka? Czy doczeka Naród Polski?


Polska to odpowiedzialność nas wszystkich. Dlatego nawet jeśli okręt tonie, nikt nas nie zwalnia z obowiązku obsługi pomp. Są iskierki nadziei, słuchając młodych Polaków, można znów nabrać ochoty na Polskę.
Dlatego trzeba na nie chuchać, trzeba rozniecać; każdy z nas powinien sobie wziąć do serca troskę o formowanie polskich elit narodowych i patriotycznych. Każdy z nas może to robić we własnym zakresie, dlatego "niech rozkwitnie milion kwiatów". To dzisiaj jest jedyna droga. Wtedy przyjdzie taki moment, kiedy damy radę otrząsnąć się i wstać.
Otrząsnąć z polityki miraży i strząsnąć ze stołków narzuconą elitę.
Powstanie Warszawskie ujawniło niesłychany heroizm pokolenia wychowanego w wolnej Polsce, ujawniło też bardzo wysoką próbę ówczesnych młodych polskich elit.


Jednocześnie obnażyło brak realizmu polskiej polityki, brak rozeznania geopolitycznego i lekceważenie kosztów.
Zryw ten pozostanie na zawsze naszą lekcją; na zawsze powinien służyć wychowaniu młodych ludzi, z jednej strony do heroizmu, jako przykład, że dla Ojczyzny poświęca się wszystko, z drugiej strony, powstanie MUSI być przestrogą, jak nie należy uprawiać polityki polskiej.
Uczmy się na błędach ojców i bierzmy przykład z ich wielkich czynów; uczmy się krytycznie myśleć o własnej historii. Jedynie w ten sposób możemy dzisiaj nadać sens ich przegranej walce, sprawić, że nie pójdzie na marne.
Bądźmy realistami bądźmy dumnymi Polakami. Nikt za nas Polski nie podźwignie. Dlatego bolą inicjatywy pisania petycji do cudzoziemskich polityków. Od nich Polska nie stanie się wielka. Domaganie się od kandydata na prezydenta USA uczynienia jakiegoś propolskiego gestu jest oznaką psiej mentalności i istotnym niezrozumieniem zasad polityki.
Zamiast pustych odezw, zakładajmy koła samokształceniowe, uczmy się wzajemnie historii, uczmy się dobrego zarządzania i innych przydatnych umiejętności, choćby strzeleckich.


Elity, aby wzrastać, potrzebują gleby, bądźmy glebą polskich elit – abyśmy już nigdy więcej nie musieli strzelać brylantami do nasyłanych rzezimiechów.
Andrzej Kumor
Mississauga


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!

piątek, 27 lipiec 2012 15:20

Ci niedobrzy rodzice...

Napisane przez

RatajewskaGłośne kilka dni temu pozostawienie dziecka na lotnisku uświadomiło mi, że podczas gdy ja, rodzic, jeżdżę tylko w celach zarobkowych, to niektórzy rodzice mają się lepiej i biorą swoje dzieci na zagraniczne wczasy. Czasem nie nadążą za zmieniającymi się przepisami i muszą gwałtownie podejmować decyzje, które potem szokują cały kraj. Dziwi mnie to tak wielkie nagłośnienie przez media i to piętnowanie rodziców.
Poprzez to nagłośnienie świat się dowiaduje, że Polacy dobrze się mają. Tylko że nie znają się na przepisach. Nie są też zapobiegliwi i mądrzy, żeby dziecku wcześniej paszport wyrobić. A na końcu okazują się bezlitosnymi rodzicami.
Cieszy mnie, że nie wszystkie dzieci mają źle w Polsce, tak jak moje. Że niektórym lepiej , to mnie cieszy. Bo to są zawsze dzieci i świat powinny mieć kolorowy. Ale kłopoty nie omijają nikogo, tych bogatszych także.


Z lotniskiem to było chyba tak, że rodzice mieli wykupioną wycieczkę na cztery osoby. Na siebie i na dwoje dzieci. Na lotnisku okazało się, że jedno dziecko nie może z nimi lecieć, bo nie ma paszportu, a przepisy się zmieniły i ono też paszport powinno mieć. Rodzice więc postanowili wziąć ze sobą tylko to starsze dziecko, a to małe, dwuletnie, zostawić z babcią i dziadkiem. To dziewczynka była.
No i kogoś tam w biurze turystycznym poprosili, żeby zaopiekował się przez pół godziny dzieckiem, a dziadek z opiekunką już po dziecko jechali. Wszystko działo się na lotnisku. Ale dziecko płakało, więc władze lotniska zawiadomiły policję. I nagłośniły sprawę o złych rodzicach, bez serca. W międzyczasie pokazywały się w telewizji mądrze mówiące panie psycholog.


I wszyscy wiedzieli, że rodzice nie użyją na tych wczasach, bo będą po powrocie pod pręgierzem. Może powinni nawet wrócić wcześniej.
Ale jednocześnie dowiedzieliśmy się, że Polacy mają dobrze, po plażach innych się włóczą. I dzieci ich mają dobrze, też wyjeżdżają z rodzicami, jeśli mają paszporty. Teraz wszyscy o tym wiedzą. Polacy mają jeszcze swój Bałtyk, ale wolą mieć kłopoty z paszportami i lecieć gdzieś dalej. A tu u nas tak pięknie, tylko pogoda, jak na złość. Gdyby nie ta pogoda czasem zła, to nasze plaże najcudowniejsze. Tylko woda jeszcze zimna jest. W nogi łupie, jak się wejdzie.
Opalać się można, odpocząć ze swoimi myślami, posłuchać szumu fal i mew krzyczących, popatrzeć w dal, na widnokrąg, pogrzebać w piasku i czasami coś znaleźć. Fajnie jest nad morzem. Dawno nie byłam.
Już nas nawet nie stać na pole namiotowe. Noce tam były straszne, bo niektórzy zbyt hałasowali. Ale w dzień, jak świeciło słońce i powietrze miało słony zapach... A jeszcze fale, cudowne fale. I piasek, i kamyczki mokre, fajnie nogę zamoczyć...
Ale wracam do tego lotniska, gdzie tak głośno było o tych rodzicach.
Podobno przyjechał po dziecko dziadek i niania, ale hałas jest dalej, bo panie psycholog twierdzą, że rodzice nie powinni dziecka opuszczać, że mogli następnym samolotem lecieć.


Jeśli mieli wykupioną wycieczkę, to musieli lecieć w wyznaczonym terminie. Każda zmiana pociąga za sobą dopłatę pieniędzy. Mógł jeden rodzic lecieć ze starszym dzieckiem, a matka mogła zostać z tym młodszym.
Ale rodzice mieli jeszcze dziadków, którzy mogli się dzieckiem zaopiekować, gdy oni polecą ze starszym dzieckiem do tej Grecji. Więc chodziło tylko o te pół godziny. Zostawili dziecko komuś obcemu, pod opieką.


Czy ja byłam tak kiedyś zostawiana? Albo moje dzieci? No tak. W szpitalu, w żłobku, w przedszkolu. To też był szok dla dziecka, przynajmniej na początku. Pamiętam, jak personel przedszkola odrywał ode mnie dwójkę moich dzieci, żebym zdążyła na autobus do pracy. Jeszcze wtedy nie było tak dużo pań psychologów. A mama, która mnie wiozła przez kilka godzin do sanatorium i ani słowa mi nie powiedziała, że tam jadę. Potem pokazano mi akwarium, wielkie, kolorowe ryby, i mamy już nie było. Albo jak bolał mnie ząb. Musiałam jechać do dentysty, a moje dzieci pod opieką sąsiadki wcale nie były zadowolone. Darły się niemiłosiernie.


Ale lotnisko to nie dom. To instytucja. Tutaj ma być cicho i spokojnie. Naruszono powagę tego miejsca i posypały się gromy na rodziców.
Rodziców się łatwo piętnuje, trudniej im się pomaga. Łatwiej jest piętnować złych rodziców – wtedy wygląda na to, że społeczeństwo o dzieci dba. Zamiast wspomóc biedne dzieci zwiększonym dodatkiem rodzinnym, łatwiej zadbać o psychikę dziecka bogatego. Nasze państwo dba o dzieci. Teraz to nie tylko widać, ale i słychać. Nasze państwo, dla dziecka, lepsze jest od jego rodziców. Tak, tak, to się potwierdza.
Dziwiło mnie takie nagłośnienie tej sprawy i niepodawanie wszystkich szczegółów tej sytuacji. Potem dopiero powiedziano – o dziadku, o opiekunce, o drugim dziecku. A jak to wyglądało od strony tego małego dziecka? Na pewno chciało jechać z rodzicami, ze starszym bratem. Rodzice nie mieli dość czasu, żeby dziecku wytłumaczyć zmianę sytuacji. I to, że ono właśnie musi zostać. Ale właściwie takie dwuletnie dziecko lepiej jak zostanie przy dziadkach i w chłodniejszym klimacie.


Czytałam, że prokuratura nie chce się za to brać, bo dziecko na lotnisku było przez cały czas pod opieką. Ale jednak rodziców chcą ukarać w inny sposób. Czy to nie przesada? Dlaczego na lotnisku nie znalazł się nikt, kto by dziecko usiłował uspokoić, pocieszyć jakimś kolorowym lizaczkiem, pokazać pieska?


Ta sytuacja na lotnisku przedstawiła problemy tych, których stać na wyjazd z kraju na urlop. Dlaczego w Polsce nie nagłaśnia się problemów dzieci biednych. Ich na loty nie stać. Może tułają się gdzieś głodne. A ile to przyjaciół dzieci się odezwało. A ile to nieprzyjaciół rodziców się odezwało.
Za grosz tym krzykaczom nie wierzę. Nikt nie jest lepszy dla dziecka niż jego rodzice, niż matka, niż ojciec.

piątek, 27 lipiec 2012 13:01

Rozkaz nr 19

Napisane przez

nadesłał Sławomir Mazierski

Żołnierze Armii Krajowej,
  Sosnkowski Kazimierz  Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancję, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką. Kampania wrześniowa dała sprzymierzonym osiem miesięcy bezcennego czasu, a Wielkiej Brytanii pozwoliła wyrównać braki przygotowań do wojny w stopniu takim, że bitwa powietrzna o Londyn i wyspy brytyjskie, stanowiąca punkt zwrotny dziejów, mogła być wygrana. Historia wyda ostateczny osąd co do znaczenia kampanii wrześniowej dla losów świata.
    Ciągłość polskiego wysiłku zbrojnego w śmiertelnych zmaganiach z imperializmem niemieckim nigdy nie została zerwana. Zaledwie zapadła noc niewoli nad zgliszczami polskich wsi i miast, a już na obczyźnie zaczęły się odradzać Polskie Siły Zbrojne. Od lat pięciu walczą one bez przerwy na oceanach i kontynentach w obronie wolności ludów, wierząc, iż jest to droga do odzyskania Ojczyzny całej i prawdziwie niepodległej. W Kraju już w październiku 1939 roku zaczyna się praca nad stworzeniem armii podziemnej. Dzieje jej rozrostu, jej bojów i zmagań stanowią dowód tego, co osiągnięte być może poprzez uruchomienie najczystszych wartości duchowych. Żołnierze sił zbrojnych na obczyźnie, zwycięscy w bitwach o Londyn i Atlantyk, o Rzym i Paryż, patrzą na przykład swych braci w kraju jak na drogowskaz moralny i przyznają ich czynom pierwsze miejsce w hierarchii zasługi żołnierskiej.
    Od miesiąca bojownicy Armii Krajowej pospołu z ludem Warszawy krwawią się samotnie na barykadach ulicznych w nieubłaganych zapasach z olbrzymią przewagą przeciwnika. Samotność kampanii wrześniowej i samotność obecnej bitwy o Warszawę, są to dwie rzeczy zgoła odmienne. Lud Warszawy, pozostawiony sam sobie i opuszczony na froncie wspólnego boju z Niemcami, oto tragiczna i potworna zagadka, której my Polacy odszyfrować nie umiemy na tle technicznej potęgi sprzymierzonych u progu szóstego roku wojny.
    Nie umiemy dlatego, gdyż nie straciliśmy jeszcze wiary, że światem rządzą prawa moralne. Nie umiemy dlatego, że nie wierzymy, aby polityka, oderwana od zasad moralnych, inne słowa, aniżeli złowieszcze "Mane, Tekel, Fares'' sama sobie na kartach historii wypisać zdołała. Nie umiemy, bo uwierzyć nie jesteśmy w stanie, że oportunizm ludzki w obliczu siły fizycznej mógłby posunąć się tak daleko, aby patrzeć obojętnie na agonię stolicy tego kraju, którego żołnierze tyle innych stolic własną piersią osłonili, lub wyzwolili wysiłkiem własnego ramienia.
    Brak pomocy dla Warszawy tłumaczyć nam pragną rzeczoznawcy racjami natury technicznej. Wysuwane są argumenty strat i zysków. Strata dwudziestu siedmiu maszyn nad Warszawą, poniesiona w ciągu miesiąca, jest niczym dla lotnictwa sprzymierzonych, które posiada obecnie kilkadziesiąt tysięcy samolotów wszelkiego rodzaju i typu. Skoro obliczać trzeba, to przypomnieć musimy, że lotnicy polscy w bitwie powietrznej o Londyn ponieśli ponad 40 proc. strat. 15 proc. samolotów i załóg zginęło podczas prób dopomożenia Warszawie.
    Od lat pięciu Armia Krajowa walczy przeciw Niemcom, bez przerwy, w straszliwych warunkach, o których świat zachodu pojęcia mieć nie może, które dopiero kiedyś w przyszłości uprzytomni sobie i zrozumieć zdoła. Nie rachuje ona swych ran, swych ofiar, swych mogił.
    Armia Krajowa jest w Polsce jedyną siłą wojskową, która w rachubę wchodzić może. Bilans jej walk, osiągnięć i zwycięstw ma przejrzystość kryształu. Oto jest prawda, tak długo zacierana, aby gdzieś ktoś możny i silny brwi gniewnie nie zmarszczył. Toruje ona sobie jednak drogę na powierzchnię, a światła bijącego z Warszawy żadna ręka przemyślna zasłonić nie zdoła.
    Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, nie na wyrazy uznania, nie na zapewnianie litości i współczucia. Czeka ona na broń i amunicję. Nie prosi ona, niby ubogi krewny, o okruchy ze stołu pańskiego, lecz żąda środków walki, znając zobowiązania i umowy sojusznicze.
    Warszawa walczy i czeka. Walczą żołnierze Armii Krajowej, walczą robotnicy i inteligenci, walczą dziewczęta i dzieci, walczy naród cały, który w namiętnym pragnieniu prawdy, wolności i zwycięstwa dokonał cudu całkowitego zjednoczenia.
    Jeśliby ludność stolicy dla braku pomocy zginąć musiała pod gruzami swych domów, jeśliby przez bierność, obojętność czy zimne wyrachowanie wydana została na rzeź masową, wówczas sumienie świata obciążone będzie grzechem krzywdy straszliwej i w dziejach niebywałej. Są wyrzuty sumienia, które zabijają.
    Bohaterskiego waszego dowódcę oskarża się o to, że nie przewidział nagłego zatrzymania ofensywy sowieckiej u bram Warszawy. Nie żadne inne trybunały, jeno trybunał historii osądzi tę sprawę. O wyrok jesteśmy spokojni. Zarzuca się Polakom brak koordynacji ich zrywu z całokształtem planów operacyjnych na wschodzie Europy. Gdy trzeba będzie udowodnimy, ile naszych prób osiągnięcia tej koordynacji spełzło na niczym. Od lat pięciu zarzuca się systematycznie Armii Krajowej bierność i pozorowanie walki z Niemcami. Dzisiaj oskarża się ją o to, że bije się za wiele i za dobrze. Każdy żołnierz powtarzać sobie musi w duchu słowa Wyspiańskiego:
    "...podłość, kłam,
    Znam, zanadto dobrze znam''.

    Żołnierze Armii Krajowej,
    My tutaj czynimy dalsze wysiłki, aby uruchomić pomoc dla was. Otrzymujemy wciąż jeszcze obietnice i przyrzeczenia. Wierzymy w nie i ufamy, że wiara ta nie będzie odebrana polskim siłom zbrojnym i to właśnie w przededniu zwycięstwa i tryumfu wspólnej sprawy sprzymierzonych.
    Chcę was zapewnić w imieniu waszych braci, bijących się obecnie na wszystkich frontach świata, że ich troska najgłębsza, ich myśli pełne miłości towarzyszą wam wiernie w waszej walce, tak pełnej grozy i chwały. Oby świadomość tego choć trochę ulżyć wam mogła i dopomóc w przetrwaniu dni ciężkich jak koszmar. Przede wszystkim zaś wiedzcie, że żadna ofiara w czystym sercu poczęta nie jest daremną i że walka wasza oddaje sprawie polskiej wielkie i niezaprzeczalne usługi.
Naczelny Wódz
generał broni
Kazimierz Sosnkowski
Londyn, 1 września 1944

    Soldiers of the Home Army,
    Five years have passed since the September Campaign (2) when Poland having listened to the British government's encouragement and having received its guarantees, engaged the German military might. The September campaign gave the Allies eight months of priceless time and allowed the British  to make preparations which led to the victorious Battle of Britain, a turning point  of history. History has yet to render its judgment on the impact the September campaign has had on the world's fate.  
    Polish mortal combat against the German imperialism has never been broken. As soon as the darkness of occupation fell on the Polish villages and towns, Polish Armed Forces were resurrected on foreign soil. For five years now, they have  fought the enemy on the high seas and on land defending the peoples’ freedom everywhere, and trusting that it  was the way to their own  truly free, independent and undivided Homeland.  The formation of underground resistance had begun in the occupied Homeland in October 1939. The history of its growth and battles, constitutes proof of what can be accomplished when the purest moral values are awakened. Soldiers of the Armed Forces in exile, victorious in the battles for London, the Atlantic, Rome and Paris  acknowledge the military merits of their brothers in arms  at  home  and look at those achievements as an example of moral guidance.
    For one month  now, fighters of the Home Army, together with the people of Warsaw, bleed on the barricades in the battle against the enormous supremacy of the enemy. Isolation of the September Campaign and isolation of the current battle for Warsaw, are not comparable. People of Warsaw, left alone and abandoned on the front of common struggle against the Germans, that is the tragic question which we the Poles are unable to understand given the technical superiority of the Allied forces, on the cusp of the sixth year of the war.
    Unable to understand it because we still believe that in the world governed by  morality justice will prevail. Unable to understand it because we believe that politics devoid of moral values is only capable of the sinister "Mane, tekel, fares" (3).Unable to understand it because it is hard for us to believe that opportunism motivated by physical force, can justify indifference in the face of the agony of the Capital of the country whose soldiers defended or liberated so many other capitals.    Lack of aid for Warsaw is explained away by logistics. Arguments of gains and losses are given. The loss of twenty seven planes over Warsaw in one month pales in comparison to the might of the military force of the Allies who currently have at their command several thousand planes of all types. If we are to consider the losses so carefully now, it also has to be remembered that Polish airmen suffered over forty percent losses in the battles over London. Fifteen percent crew and planes were lost while trying to help Warsaw.
    For five years now, the Home Army has fought the Germans in unimaginable conditions which the West may yet come to realize.  
    The Home Army in Poland is the only military organization to be recognized and considered. Its struggles, successes and victories are as clear as crystal. That is the truth that has been obscured for so long, so that someone, somewhere, strong and mighty would not furrow their brow. This truth will prevail and no hand will stop the shining light from Warsaw.  
    Warsaw is waiting. Not for empty gestures, lip service and pity. Warsaw is waiting for supplies of weapons and ammunition. Warsaw is not asking for alms like a poor relation, waiting for crumbs from the master’s table. Aware of the treaties entered into by the Allies, Warsaw demands that they be fulfilled.    
    Warsaw is fighting and waiting. Everyone is at arms, the soldiers of the Home Army, the workers, the youth, the children, the whole nation is miraculously united in the desire for the truth, victory and freedom.  
    If the people of our Capital were to perish under the rubble of their own homes, if the people of Warsaw were to be massacred for the lack of help and support, indifference or just cold hearted calculations, then the conscious of the world would be burdened with the sin of a terrible injustice inflicted on Warsaw, injustice unparalleled in history. Sometimes guilty conscious may kill.
    Your commander is accused of not foreseeing the abrupt halt of the Soviet offensive at the gates of Warsaw. None other but the tribunal of history will render its judgment, and we are not afraid of its verdict. We, the Poles, are accused of failing to coordinate our Rising with the military planners in Eastern Europe. If need be, we can prove how many of our attempts were ignored. For five years now, the Home army has been accused of feigning action against the Germans. Today the Home Army is accused of fighting too much and too well. Every soldier must now be thinking of Wyspianski's verse:
    "…filth and lies,
    I know it all, I know it well."

    Soldiers of the Home Army,
    We here make further efforts to secure help for you. We keep receiving new promises and assurances.  We trust in them and remain convinced that trust will not be taken away from m the Polish Armed Forces on the eve of victory and triumph of our common Allied goal.
    On behalf of your brothers in arms, carrying on fighting on all the fronts of the world, I would like to reassure you that  our thoughts are always with you. Let this knowledge make the burden of your days of awe and glory easier to bear. But first and foremost, I want you to know that any sacrifice conceived out of the purity of the heart, is not a sacrifice in vain and your struggle has done the Polish cause an indisputable service.
Commander-in-Chief
Lieutenant General  
K. Sosnkowski
London, September 01, 1944

piątek, 27 lipiec 2012 11:58

Łby żeliwne

Napisane przez

ligeza    "Jak jest powód, trzeba lać po pyskach" – wykłada młodemu księdzu doświadczony proboszcz w filmie Jana Jakuba Kolskiego zatytułowanym "Cudowne miejsce". "Jeśli masz powód, masz również prawo" – dopowiada popularna sentencja.
    I tyle teoria. Na kawałku Europy między Berlinem a Moskwą, konkretnie między ujściem Świny a szczytem Rozsypańca, i pomiędzy Odrą a Bugiem, tak zwana praktyka dziejowa kształtuje się niestety w ten oto sposób, iż współczesne pokolenie Polaków jest prawdopodobnie pierwszym, które w swej znakomitej większości zdecydowało się zrezygnować ze wspólnotowej podmiotowości i siedzieć cicho, podczas gdy ich państwo z bólu aż skowyczy. Idzie to mniej więcej tak, że domorośli ekonomiści przekonują, że od statusu gospodarczego Polski ważniejsza jest ciepła woda w kranach, zaś domorośli poeci głoszą, że orzeł potrafi się ześwinić, ale żadna świnia ku słońcu nie pofrunie. Co gorsza, w licznych kręgach na tych właśnie mądrościach ludowych kwestia odzyskania podmiotowości przez naród, a siły przez państwo, trwale utyka.

    O tworzeniu przyszłości
    Ludzie poważni podchodzą do tematu tak, jak na to zasługuje, to znaczy poważnie, i mówią tak: "Upodlenie daje poczucie bezpieczeństwa, więc dominująca część Polaków upadla się z lubością. Dlatego społeczeństwo jako czynnik zmian NIE istnieje. Oczywiście piszę o postawach dominujących. Fakt, że 2 czy 20 tys. ludzi weźmie udział w jakimś marszu czy demonstracji, nie ma żadnego wpływu na masowe zachowania milionów. Te miliony, gdyby od nich zażądano, natychmiast wydałyby Putinowi wszystkich pisowców i wichrzycieli, gdyby obiecano im w zamian spokój. A jeszcze w TVN i Wybiórczej pochwalono by ich za patriotyzm i europejskość" (Józef Darski).
    Co w związku z powyższym czeka nas w najbliższej przyszłości? Poza kataklizmem gospodarczym nadciągającym wielkimi krokami? Peter Drucker, zmarły przed paroma laty pionier teorii zarządzania, twierdził, iż najlepszą metodą przewidywania przyszłości jest jej tworzenie. Z tak wyrażonym poglądem trudno polemizować, zatem idąc wskazanym tropem, zapytajmy, jaką właściwie przyszłość tworzą swoimi zaniechaniami Polacy? Jakie perspektywy, inne niż nędzne, ma przed sobą kraj, w którym osiemdziesiąt procent populacji większość dochodów wydaje na jedzenie i lekarstwa, zaś tutejszy spec od finansów łata budżet przy pomocy kreatywnej księgowości? Nie oszukujmy się, Polska nie istnieje dziś jako państwo niepodległe, w znaczeniu takiego, które samo określa własne interesy i potrafi skutecznie o nie zabiegać na arenie międzynarodowej.

    Trudne pytania
    Skąd bierze się w nas tak zdumiewająca obojętność dla spraw najistotniejszych z perspektywy wspólnoty? Co z naszą odpowiedzialnością za wspólnotę? Czemu wzruszamy ramionami tam, gdzie potrzebny jest krzyk protestu, płacz czy choćby wytknięcie palcem? Dlaczego objawy patologii powszednieją we wszystkich obszarach naszej egzystencji, a my zaczynamy utożsamiać je z normą? Z jakiego powodu, kunktatorsko owładnięci codziennością, odwracamy oczy od niegodziwości, zaciskając dłonie na telewizyjnych pilotach? Innymi słowy: czemu przywykamy do szaleństwa, przyzwalając na degradację idei spajających wspólnotę jednostek, na ramionach których dzisiaj stoimy?
    "Człowiek odpowiada nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi" – rzekł kiedyś kardynał Stefan Wyszyński, definiując kwestię odpowiedzialności. Ale współcześnie odpowiedzialność to także wizja celu, do którego powinna zmierzać wspólnota, i jej oczekiwanego kształtu. To lista aktualnych zagrożeń i spis metod skutecznego radzenia sobie z nimi. To właściwe definiowanie wartości wspólnych oraz troska o ich należyte przechowywanie i wzmacnianie. Albowiem sedno egzystencji wspólnotowej zawsze powstaje i trwa dookoła sztandaru. Czyli wokół jakiejś idei, spajającej daną wspólnotę. Tako rzecze współczesna socjologia. Całkiem niegłupio.

* * *
    Zacząłem od złotych myśli rodem z poziomu społeczności lokalnej, skończyć wypada na poziomie elit z rejonów górnej półki. Oto jedna z łacińskich paremii głosi: "beate vivere est honeste vivere" – żyć szczęśliwie, to znaczy żyć uczciwie. Zaś żyjący na przełomie drugiego i trzeciego wieku po Chrystusie rzymski prawnik Ulpian Domicjusz sugerował: "honeste vivere, alterum non leadere, suum cuique tribuere". Co znaczy: żyć uczciwie, drugiego nie krzywdzić, każdemu należne oddawać. Kwintesencja solidnego, wspólnotowego fundamentu.
    Niestety, nie każdy prawdy te rozumie, i nie wszyscy chcą je zrozumieć. Można nawet powiedzieć, że niektórzy nie chcą ich zrozumieć bardziej niż inni. Ot, łby żeliwne.
Krzysztof Ligęza
Kontakt z autorem: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Zapraszam również tutaj:
www.myslozbrodnik.blogspot.com


Dostęp tylko dla użytkowników z subskrypcją. Kup teraz!